Morale

Jak celnie wypomina „Gazeta Wyborcza” szefowej Biełsatu, Agnieszka Romaszewska-Guzy, tworząc stację, deklarowała, że w ten sposób zamierza „pokazywać białoruskim przyjaciołom i sąsiadom, na czym polega demokracja”.

 

Dziś okazuje się, że debata publiczna zamienia się w okopy dwóch wrogich sił. Świadczy o tym likwidacja platformy opiniowej w gazecie.pl – czyli rozwiązanie za jednym zamachem kwestii Wosia, Sroczyńskiego i Beczek. Tych usiłujących utrzymać równowagę na barykadzie i czyniących starania, by sprawiedliwie punktować – tak, aby jedna i druga strona mogła z tych uwag zrobić użytek – przepycha się siłą do jednego z dwóch obozów, bądź odmawia się błogosławieństwa oficjalnego, legalnego pismaka, odsyłając do blogosfery i na Twittera.
Wydawcy, rezygnując ze współpracy z frakcją „symetrystów”, powoływali się na spójną politykę redakcji i dowolność w doborze redaktorskich piór. Agnieszka Romaszewska-Guzy usiłowała zastosować w Biełsacie inną strategię: strategię „my się nie mieszamy”. Ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z dreptaniem na paluszkach wokół władzy, ukrytego pod płaszczykiem powstrzymywania się od wyrażania jakichkolwiek komentarzy na temat bieżącej polityki.
Ivan Shyla wyleciał z pracy po udostępnieniu na swoim prywatnym facebookowym profilu słynnego już zdjęcia Donalda Trumpa i Andrzeja Dudy, „dla którego zabrakło krzesła”. Opatrzył go spartańskim podpisem: „po lewej jest prezydent Polski”. Twierdzi, że szefowa usiłowała zablokować ów wpis, powołując się na interes narodowy oraz na to, że pracownikom stacji rzekomo nie wolno żartować z głowy państwa.
Biełsat nie jest Kancelarią Prezydenta, nie ma w umowie ocieplania jego wizerunku, a prywatny profil SM-redaktora nie jest oficjalną stroną organizacji, którą reprezentuje. Pamiętam jak osiem-dziesięć lat temu, gdy Facebook zaczynał na dobre rozgaszczać się w kraju nad Wisłą, wielu znajomych czyściło bądź ukrywało kontent na swoich tablicach w obawie przed ciekawskimi rekruterami z niektórych korporacji, które z jakiegoś powodu uznały, że oprócz sprawdzania znajomości języków obcych i pakietu Office, będą polować na zdjęcia z pubu, na których kandydaci do pracy siedzą przed pękatymi kuflami z piwem albo mają głębokie dekolty. Później to szaleństwo osłabło.
Oczywiście, pozostaje odwieczne pytanie o to, kiedy przekraczamy granice ról społecznych. Czy Anna Kowalska po zejściu z nocki na oddziale intensywnej terapii przestaje być siostrą Anią, a zaczyna być Anką, która odsłania wytatuowane ręce? Kiedy podporucznik zdejmuje mundur? Czy wolno mu wrzucać na Facebooka żarty o wojskowych?
Kontrolowanie sfery prywatnej pracownika na modłę Orwella może być kolejnym etapem zaprzęgania nas w Schmittowską ramę wojny i wrogości. O ile z polaryzacją debaty publicznej można jeszcze walczyć, generując nowe platformy przekazu i zapraszając do współpracy wykluczonych dziennikarzy, to rozciąganie pieczy nad ich dietą, kolorem noszonej bielizny czy sposobem redagowania postów na portalu społecznościowym może być dla standardów pracy w mediach zabójcze. W mechanizmie swoim przypominać zaczyna bowiem nabór do sekty.
Zwłaszcza, że często zasady gry obowiązują tylko jedną ze stron. Zjadliwe tweety Agnieszki Romaszewskiej-Guzy wymierzone w Donalda Tuska pochodzą zapewne z czasów, kiedy „zasadą Biełsatu” nie było jeszcze „to, że możemy informować o sprawach polskich, ale nie włączamy się w żadne kampanie polityczne – ani po stronie Platformy, PiS-u ani żadnej innej”. I nawet jeśli uznamy tłumaczenie szefowej, że zastrzeżenia do pracy Shyli redakcja miała już wcześniej, to trudno będzie teraz stacji odeprzeć zarzuty o łamanie wolności słowa.
Za wdrożenie podobnego mechanizmu wobec Rafała Wosia mam żal do „Polityki”. Jeśli wymaga się od podwładnego czy współpracownika, by oddał jakąś część własnej prywatności/tożsamości, a z jakąś nie obnosił się publicznie, należy zaznaczyć to przynajmniej w umowie. Bo inaczej niektórych pracodawców może zacząć kusić, by zacząć się interesować, z kim podwładni sypiają lub chodzą na wino, a „dobro firmy” jest kategorią tak szeroką, że można rozciągnąć ją absolutnie na wszystko. Tak właśnie próbowano przemycić oceny „postaw moralnych i etycznych” nauczycieli. Na szczęście to nie przeszło.

Dojazd jak praca

Finał znalazła sprawa z 2016, kiedy norweski Sąd Najwyższy zwrócił się o opinię do Trybunału Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA), aby pomógł zinterpretować przepisy prawa pracy.

 

Skarżącym pracodawcę – czyli państwo, był policjant z gminy Gaular w Sogn og Fjordane. Funkcjonariusz teoretycznie miał w umowie wpisaną swoją rejonową komendę jako miejsce wykonywania obowiązków służbowych, jednak w praktyce często był delegowany do pracy w terenie i lwią część czasu spędzał na dojazdach. Nie płacono mu za czas, kiedy się przemieszczał po całym regionie – chociaż jeździł służbowym samochodem, a wcześniej pobierał służbową broń z magazynu Centrali Operacyjnej.

Nie zapłacono mu także za szeroko zakrojoną akcję, kiedy musiał jechać wiele kilometrów, by eskortować premier w jej podróży służbowej. Państwo uznało, że nie wlicza się to do jego czasu pracy ani nie zasługuje na żadne „bonusowe” wynagrodzenie. Dlatego sprawa otarła się o Sąd Najwyższy.

W 2016 sąd, nie mogąc sam podjąć jednoznacznej decyzji., zwrócił się o opinię doradczą do EFTA. Trybunał uznał zaś, że na mocy unijnej dyrektywy o czasie pracy – za czas wykonywania obowiązków służbowych uznajemy ten czas, „kiedy pracownik pozostaje do dyspozycji pracodawcy”. A więc policjantowi należą się zaległe wypłaty, o które się ubiegał.

Podróż jest więc jak najbardziej wliczana w czas pracy, zwłaszcza wtedy, kiedy pracownik dostaje zlecenie, aby swoje obowiązki wykonywać poza stałym miejscem zatrudnienia. Wcześniej zależało to jedynie od dobrej woli pracodawcy i od ustaleń, które ewentualnie poczyni z pracownikami.

Ten wyrok norweskiego SN prawdopodobnie stanie się precedensowy. Zapowiedziano, że stosowne zmiany zostaną uwzględnione w tamtejszym Kodeksie pracy – co wpłynie z pewnością na wysokość wynagrodzeń „dojeżdżających” pracowników.