„Zamknięty” zjazd

Jeszcze niedawno ruchy neonazistowskie mogły wydawać się w Europie politycznym marginesem, osobliwym folklorem przyciągającym tylko garstki frustratów z rozchwianymi osobowościami. Dziś tak już, niestety, nie jest. Europa brunatnieje.

 

II wojna światowa odebrała życie kilkudziesięciu milionom ludzi. Aż trudno uwierzyć, że blisko tysiąc neonazistów z Niemiec i Europy Wschodniej przyjechało do Ostritz, małego miasteczka leżącego na granicy polsko-niemieckiej, by świętować 129 urodziny Adolfa Hitlera.
Nieprzypadkowy był też dzień rozpoczęcia imprezy – 20 kwietnia, czyli dzień, w którym Hitler się urodził. W Polsce, jak i Niemczech propagowanie nazizmu jest zakazane, dlatego organizatorzy wykorzystali lukę w prawie i ogłosili charakter imprezy jako zamknięty. Wówczas nie można mówić o szerzeniu idei narodowo-socjalistycznych. Głównym organizatorem neonazistowskiego festiwalu „SS” („Schild und Schwert”) czyli „Tarcza i Miecz” z lokalizacją w hotelu „Neißeblick” był Thorsten Heise z Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD), odwołującej się do narodowego socjalizmu III Rzeszy.
Bezpieczeństwo podczas festiwalu zapewniły setki policjantów. Zwiększono środki kontrolne, ustawiono szczelne kordony policyjne i punkty kontrolne. W Ostritz nie zabrakło też antyfaszystów. Na przeciwległym końcu miasta zorganizowali oni festiwal „Rechts Rockt Nicht!” („Prawica niech się buja!), a wyrażając swój sprzeciw mieszkańcy w porozumieniu z władzami lokalnymi zorganizowali „Święto Pokoju” promujące tolerancję i demokrację. Wszystkie trzy festiwale relacjonowało kilkuset dziennikarzy.

 

 

W kontrfestiwalu „Rechts Rockt Nicht!” oraz w blokadzie nazistowskich obchodów brała udział także grupa antyfaszystów z Polski. „Dziennik Trybuna” rozmawia Oliwią Zajączkowską, która uczestniczyła w tej akcji w podwójnej roli – jako antyfaszystka, jak i fotografka dokumentująca wydarzenie.

 

Czy ruchy neonazistowskie rosną w siłę i wzmagają aktywność?

Neonazizm rozwija się w cieniu skrajnej prawicy, której wciąż przybywa. Rośnie fala przemocy motywowana nazistowską ideologią. Nie można zapomnieć, że wśród nas, pozornie „normalnych” ludzi i w pozornie cywilizowanym państwie szerzy się nietolerancja w każdej postaci. Mam na myśli homofobię, antysemityzm, rasizm i każdy przejaw dyskryminacji. Trzeba udowodnić, że „wolna Polska” to nie oksymoron. Trzeba się przeciwstawiać, blokować marsze, kontrmanifestować.

 

Kto jeździ na takie blokady? Jak takie środowiska się mobilizują?

Antyfaszyści i ludzie którzy chcą wyrazić swój sprzeciw. Zachętą dla ugrupowań neonazistowskich jest między innymi popieranie ich projektów przez zwolenników ONR czy Ruchu Narodowego. Wszystkich ludzi z tego środowiska łączy patologiczna nietolerancja i adoracja elementów doktryn narodowej demokracji i narodowego socjalizmu. Ci wszyscy „czystej krwi” sympatyzują z pozostałymi entuzjastami „białej Europy” i tak powstają liczne eventy oraz inne formy aktywności pronazistowskiej. Jednym z przykładów jest tegoroczny festiwal „Schild und Schwert” który miał miejsce w kwietniu tego roku w Ostritz. Jego organizatorzy wykorzystali celebrację urodzin Hitlera do pozyskania funduszy na ich działania. Neonaziści wciąż nabywają co raz to nowych i młodszych aktywistów. To porażające.

 

Czy dochodzi do przemocy? Jak ona wygląda?

Idealnym przykładem są chociażby zamieszki 11 listopada. Ci ludzie zachowują się jak bydło. Do przemocy? Tam nawet fotoreporter może dostać w zęby bo stanie zbyt blisko. Takie wydarzenia nie mają nic wspólnego z upamiętnieniem, uczczeniem i poszanowaniem dla sprawy, chociaż w mniemaniu nazistów tak właśnie jest. Myślą, że są tak wielcy, a nie zdają sobie sprawy jak bardzo się mylą.

 

Czy policja jest bezstronna?

W Ostritz ponad tysiąc policjantów dopilnowało, by nie doszło do starć między neonazistami i antyfaszystami, wśród nich była też polska policja. Większość antyfaszystów nie widziała na oczy uczestników neonazistowskiego festiwalu. Wszyscy, którzy przekroczyli granicę z Niemcami poddawani byli kontroli osobistej. Część uczestników imprezy musiała się przebrać, jeśli miała na sobie ubranie z faszystowskimi naszywkami. Rekwirowano niebezpieczne przedmioty i narkotyki. Mi zabrano gaz pieprzowy, który jak się okazało w Niemczech jest nielegalny. Żeby uniknąć zamieszek policja zaprowadziła nas w docelowe miejsce przez okrężne drogi. Były trzy oddzielne festiwale w trzech różnych miejscach, w tym samym czasie i wszystkie trzy były oblężone dziesiątkami policjantów. Mimo to jeden z neonazistów podbiegł do mnie, złapał obiema rękami za ubranie i krzyczał „raus antifascista!” („antyfaszysto wypier*alaj”). Policja zareagowała szybko, ich skuteczność była bardzo wysoka.
Przyjechałam do Niemiec w roli fotografa, więc byłam znudzona tak jak pozostali fotografowie, że policja nie dopuściła do zamieszek. W końcu każdy z nas przyjechał po materiał. Nie bez powodu na to liczono, przecież to miała być największa interwencja w Europie. Zresztą, kiedy zostało około pół godziny do mojego odjazdu, nagle cały plac podbiegł pod płot, gdzie zebrali się naziści. Policja szybko spacyfikowała tłum, a mi udało się nie roztrzaskać aparatu. Większość takich grup to przestępczość zorganizowana, często we współpracy z mafią, a nawet z policją. Festiwale takie jak w Ostritz są okazją na umocnienie współpracy przedstawicieli scen neonazistowskich z różnych krajów. Wielokrotne próby delegalizacji lub cenzury tego typu działalności rozbijają się o prawa człowieka, gwarantujące im prawo do prywatności i wolności słowa.

 

Jak odbierają nazistowskie imprezy mieszkańcy miast, gdzie się one odbywają?

Część mieszkańców Ostritz wyjechała na czas festiwalu. Jedni nie wychodzą z domów, jeszcze inni protestują. Widziałam jak ludzie wywieszają na balkonach hasła podkreślające syntezę antyfaszyzmu i demokracji. Ostritz ostatecznie powiedziało „nie” propagowaniu nazizmu w przestrzeni publicznej.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rosjanie nie chcą pracować dłużej

Nie tylko w Moskwie, ale w wielu większych miastach Rosji przetacza się fala demonstracji ludzi, którzy nie chcą pracować dłużej.

 

Organizatorami protestów jest lewicowa opozycja, zarówno parlamentarna, jak i pozaparlamentarna. Władza robi dobrą minę do złej gry, choć widać pewną nerwowość w szeregach rosyjskich neoliberałów. Mityngi protestacyjne zorganizowano w 90 miastach Rosji, jak podają źródła związane z komunistami. Według obserwatorów w demonstracjach uczestniczą ludzie do tej pory politycznie bierni, nie będący członkami lewicowych organizacji.

Według danych niezależnego ośrodka badania opinii publicznej Lewada Center 37 proc. Rosjan gotowych jest wyjść na ulicę protestując przeciwko reformie emerytalnej.

Protesty miały ostatnio miejsce m. in. w Czelabińsku, Jakucku, Tule, Niżnym Nowgorodzie i w Moskwie. W Penzie policja zatrzymała organizatora protestów z Lewego Frontu, Wiktora Chomca.
Komunistyczna Partia Rosyjskiej Federacji występuje z żądaniem przeprowadzenia ogólnorosyjskiego referendum, choć już trzykrotnie odrzucano jej wniosek pod formalnymi zarzutami. KPRF przeformułowała więc referendalne pytanie i ponownie złoży je do odpowiednich organów.

Lewica to ludzie pracy

Wiele osób zastanawia się: co się stało z lewicą? Ale to, co mają na myśli, to nieobecność partii nazywających siebie lewicowymi w głównym nurcie bieżącej polityki.

 

Tymczasem istotą zadania lewicy nie jest zasiadanie w parlamencie osób z lewicową plakietką partyjną, tylko upodmiotowienie świata pracy. Można oczywiście odrzucić takie spojrzenie w nadziei, że wyrzeczenie się idei lewicowej pozwoli serfować na mainstreamowej fali, tylko po co?
Bo jeżeli nie chodzi wyłącznie o diety i prestiż, to takie wchodzenie do polityki bocznymi drzwiami nie da lewicy nawet cienia szansy na przejęcie władzy. Nie będzie też mowy o wcielaniu choćby umiarkowanego programu socjalliberalnych czy socjaldemokratycznych reform.
Upodmiotowienie ludzi pracy to nie tylko cel sam w sobie dający pracownikom udział w zarządzaniu firmami, w których pracują, a także udział w zyskach tych firm.
Chodzi także o upolitycznienie pracowników, uczynienie z nich świadomej swej siły i swych interesów grupy/klasy społecznej.
Ideolodzy panującego, neoliberalnego systemu wmawiają nam, że jesteśmy jedynie zasobami ludzkimi, które nie mają nic do gadania w miejscu pracy, a godni uwagi stajemy się dopiero jako konsumenci, mieszkańcy czy wyborcy. Stąd zamiast ruchu pracowniczego w centrum uwagi tej „lewicy light” są ruchy miejskie, których cele i horyzont ideowy sprowadza się do kwestii ważnych, lecz nie najważniejszych. Skoncentrowane są na racjonalizacji polityki przestrzennej, transportu, komunikacji i funkcjonowania miast i gmin, ale rzadko dotykają polityki społecznej, rozwarstwienia, a już nigdy praw pracowniczych.
Lewica powinna się angażować na szczeblu lokalnym w sprawy związane z projektowaniem przestrzeni publicznej, urbanistyką czy transportem zbiorowym, ale nie może zapominać, że jej głównym zadaniem jest organizowanie polityczne ludzi, którzy w społecznym podziale pracy i jej owoców są pomijani i dyskryminowani. Ma obowiązek mówić o wyzysku, głodowych płacach, nieludzkich warunkach pracy i niegodnym traktowaniu pracowników.
Tymczasem w środowiskach lewicowej inteligencji panuje nieufność wobec klasy pracującej.
Nieufność charakterystyczna dla drobnomieszczaństwa. Ludzie o zdawałoby się wysokim „kapitale kulturowym” zdają się nie rozumieć jak kapitalne znaczenie dla przyszłości formacji lewicowej ma interakcja inteligencji z ludem. To rodzi postawy paternalistyczne i koncepcje odgórnego uszczęśliwiania warstw ludowych. Stąd rozmaite koncepcje polityki społecznej jako głównego instrumentu wyrównywania różnic majątkowych i dochodowych. Koncepcja Bezwarunkowego Dochodu Gwarantowanego i pokrewne opierają się na założeniu, że robotnik, kierowca, budowlaniec czy pracownik na hali fabrycznej nie jest w stanie na siebie wystarczająco dużo zarobić i potrzebuje wspierać swe dochody zasiłkami z pomocy społecznej, czy innymi instrumentami transferu socjalnego. A przecież skoro rośnie dochód narodowy, to powinien rosnąć udział płac w tym dochodzie. Robotnicy zarabiają na swe utrzymanie, tylko są systematycznie okradani przy wypłacie, bo jest ona wyłącznie oparta o sytuację na rynku pracy, a nie efekty pracy załogi, która swym zbiorowym wysiłkiem gwarantuje firmie zyski.
Trzeba rzecz jasna oddzielić przedsiębiorstwa dochodowe, często notowane na giełdzie, gdzie zyski rosną lawinowo od mikrofirm, które płacą mało, bo często działają na granicy opłacalności. Tam gdzie zyski są małe, pensje powinny być uzupełniane z budżetu państwa tak, aby ludziom pracy i ich rodzinom zapewnić godny (nie minimalny) poziom życia. Kiedy prawica, liberałowie pytają nas, socjalistów, komu zabrać, żeby dać tym, którym brakuje, możemy spokojnie odpowiedzieć, że akt zabierania już się dokonał przy podziale dochodów firmy na zyski i płace pracowników.
Wystarczy nam godnie płacić, dopuścić nas pracowników do udziału w dobrach, które naszą pracą wytwarzamy, a potrzeba wyrównywania w drodze podatków i zasiłków znacząco zmaleje.
Redystrybucja budżetowa jest konieczna, żeby zapewnić każdemu z nas godny poziom życia w ramach różnych usług publicznych takich jak powszechna, bezpłatna służba zdrowia, mieszkalnictwo komunalne, czy pomoc społeczną dla tych, którzy utracili pracę lub zdolność do jej świadczenia. Nie może być ona jednak głównym sposobem zasypywania przepaści jaka rośnie między bogacącymi się elitami a niezamożną większością. Jeżeli nie nauczymy się liczyć zysków i domagać się w nich udziału, doczekamy świata, w którym demokrację zastąpi oligarchia. Rządy bogatych nad biednymi. W swojej istocie taki system już działa, choć oficjalnie zachowuje się jeszcze pozory.
I mimo, że nie ma już prawie wielkich zakładów pracy, zatrudniających tysiące ludzi, to jednak tylko ludzie pracy, zorganizowani w siłę polityczną mogą cofnąć ten proces i zapobiec nadejściu totalitarnej dyktatury wielkich korporacji i najbogatszych udziałowców.
Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy pod hasłami polityki prorodzinnej, nie pro-pracowniczej, mimo że formacja ta odwołuje się do „Solidarności”, wielkiego ruchu ludzi pracy, który ongiś liczył 10 milionów pracowników. W konfliktach między pracownikami a pracodawcami rząd Mateusza Morawieckiego twardo stoi po stronie kapitału. Próby strajku w wielu firmach, w tym w ZUS, Poczcie Polskiej czy PLL LOT stłumiono, zwalniając działaczy związkowych, a „Solidarność” odgrywa teraz zwykle rolę łamistrajka.
Jednym z głównych haseł wielkiego strajku brytyjskich górników w latach 80. było „Praca, nie zasiłek”. Praca już właściwie jest. Ale płace wciąż przypominają zasiłki, a nie godne wynagrodzenie. Jeżeli lewica ma się odrodzić, to tylko w walce o godność i podmiotowość ludzi pracy. Nie da się tego zastąpić ruchami miejskimi, ekologicznymi, które są niezbędne, ale lewicy nie zastąpią. Naszą wciąż niezastąpioną bronią muszą być znów strajki, ekonomiczne i polityczne. Tylko wtedy lewica się odrodzi, gdy na Wiejskiej zasiądą ludzie pracy, by przegłosować tych, którzy ich krzywdzą od początku transformacji ustrojowej.

Prostytucja wśród prawników

Komisja Europejska uruchomiła procedurę naruszenia praworządności wobec Polski w sprawie Sądu Najwyższego. Polski rząd ma miesiąc na odpowiedź. – Dla nas to bardzo źle, bo to potwierdza, że Polska jest pariasem Europy, ponieważ nasza większość parlamentarna i rząd drastycznie, w sposób rażący naruszają konstytucję i łamią zasadę praworządności – komentuje konstytucjonalista prof. Marek Chmaj. – Nie ma zmian merytorycznych i szans na usprawnienie działania SN. Dodanie dwóch nowych izb i tak nic nie zmienia poza tym, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych obsadzona przez nowych sędziów i ławników będzie stwierdzać ważność wyborów do Sejmu i Senatu i ważność wyborów prezydenckich. Tutaj mamy duże ryzyko na przyszłość.

 

Z prof. Markiem Chmajem – konstytucjonalistą – rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: KE uruchomiła procedurę naruszenia praworządności wobec Polski w sprawie Sądu Najwyższego. To zła decyzja dla Polski?

Prof. MAREK CHMAJ: Dla nas to bardzo źle, bo to potwierdza, że Polska jest pariasem Europy, ponieważ nasza większość parlamentarna i rząd drastycznie, w sposób rażący naruszają konstytucję i łamią zasadę praworządności. Ta sytuacja jest dla nas bardzo zła, ale daje też nadzieję na zmianę.

 

Czasu na zmianę jest niewiele. We wtorek czystka w SN stanie się faktem. Tego Komisja już raczej nie zatrzyma.

Dlaczego? Zawsze można odwrócić czystkę i przywrócić sędziego ze stanu spoczynku do stanu czynnego. Najważniejsze jest tutaj to, że nasz rząd musi sobie uświadomić, że nasza konstytucja nie może być łamana.

Rząd powinien sobie uświadomić, że łamanie konstytucji działa w dwie strony. Dziś łamie ją rząd, ale w przyszłości w ten sam sposób mogą być potraktowani rząd i prezydent. Prosty przykład: jeżeli dziś rząd łamie artykuł 183 konstytucji, który wskazuje, że I Prezes SN ma 6-letnią kadencję, to co będzie stało na przeszkodzie, żeby za rok w ten sam sposób skrócić kadencję prezydenta? Przecież to ten sam mechanizm i takie samo łamanie konstytucji.

Proszę zobaczyć, że dziś mamy kilka organów przejętych przez większość rządzącą z ominięciem konstytucji: KRS, niedziałającą zgodnie z konstytucją KRRiT, podobnie Trybunał Konstytucyjny. Jest szereg zmian w sądach powszechnych. Skoro teraz narusza się konstytucję wskazując mechanizm naruszeń, to w jaki sposób PiS chce zapobiec takim mechanizmom w przyszłości? Konstytucja nie może być traktowana sezonowo.

 

Co się stanie po 3 lipca? Sędziowie zapowiadają, że przyjdą normalnie do pracy, szykują się manifestacje przed sądami, także przed SN, a rząd zapowiada, że nie zmieni stanowiska.

Mamy bardzo trudną sytuację, bo PiS rzucił hasło odnowy czy reformy sądów, ale ta reforma jest tylko ukierunkowana na zmiany personalne. Nie ma zmian merytorycznych i szans na usprawnienie działania tej instytucji. Dodanie dwóch nowych izb tak naprawdę w statusie SN nic nie zmienia poza tym, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych obsadzona przez nowych sędziów i ławników będzie stwierdzać ważność wyborów do Sejmu i Senatu i ważność wyborów prezydenckich. Tutaj mamy duże ryzyko na przyszłość.

Te zmiany pokazują, że większość parlamentarna w sposób rażący narusza fundamenty naszego ustroju: zasady państwa prawa, zasadę praworządności, niezależność sądów i niezawisłość sędziów. Łamany jest trójpodział władzy, a w jego miejsce wprowadzony jest prymat władzy wykonawczej.

 

Dlaczego to tak niebezpieczne?

Bo niszczone są bezpieczniki, które funkcjonują w systemach demokratycznych. PiS rozbroił te bezpieczniki i w ich miejsce wprowadził władzę ustawy. Mamy do czynienia z czymś, co nie miało miejsca od 28 lat, z utratą podmiotowości przez Sejm i Senat i uchwalaniem takich ustaw, które pochodzą od decyzji jednej partii. W Sejmie i Senacie już nie ma refleksji konstytucyjnej, parlament staje się maszyną do głosowania zgodnie z wolą partii politycznej, która ma władzę.

 

Wracamy do czasów PRL, gdzie I sekretarz dzielił i rządził wedle uznania?

Nie tylko. Wracamy do uznania, jak w PRL, że konstytucji nie stosuje się bezpośrednio i że można przepisy w konstytucji zmieniać w drodze ustawodawstwa zwykłego.

Proszę sobie przypomnieć: w PRL mieliśmy wolność słowa w konstytucji, ale ustawą ta wolność słowa została ograniczona, bo wprowadzono urząd cenzury, mieliśmy wolność zgromadzeń, ale tak naprawdę na każde zgromadzenie trzeba było mieć zgodę, mieliśmy wolność osobistą, ale żeby wyjechać, trzeba było mieć paszport itd., itp. Zatem widzimy sytuację, że Jarosław Kaczyński świadomie lub nie chce wprowadzić ten system ustrojowy, w którym sam się wychował.

 

We wtorek prezydent wyda postanowienie, kiedy I prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf odejdzie w stan spoczynku. Jak pan przewiduje, prezydent zdecyduje się przerwać kadencję I Prezes?

Data jest mało istotna, ważny jest fakt, że prezydent stworzył projekt ustawy łamiący konstytucję i konsekwentnie po uchwaleniu ustawy chce konstytucję łamać. Zgodnie z art. 126 to prezydent czuwa nad przestrzeganiem konstytucji, jest jej strażnikiem, zatem niestety takie postępowanie jest hańbiące dla urzędu prezydenta.

 

Prof. Gersdorf zapowiedziała, że pozostanie na stanowiska do końca kadencji. Czy wyobraża pan sobie, że zostanie usunięta ze stanowiska siłą?

Niestety, wyobrażam sobie taką sytuację. Może zajść taki mechanizm, jak w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, kiedy sędziowie dublerzy byli wprowadzani do TK przy asyście BOR-u, a urzędujący wiceprezes Biernat został pozbawiony możliwości funkcjonowania w gmachu Trybunału.

 

Konsekwencją takich działań może być Polexit?

Konsekwencje będą dla nas przede wszystkim finansowe. Tylko że kar finansowych nie będzie płacił ani prezes Kaczyński, ani PiS, tylko budżet, a więc my. Za tę legalizacyjną kozaczyznę zapłacimy my z naszych podatków.

 

Napisał pan dwa dni temu na portalu społecznościowym, że „może warto w końcu zrobić listę hańby, czyli wskazać tych prawników, którzy uzasadniają swoją wiedzą i autorytetem łamanie konstytucji w drodze ustawodawstwa zwykłego lub przez Prezydenta RP”. Dlaczego?

Należy pamiętać, że prawnicy mogą się różnić w wykładni prawa i analizie przepisów, ale są pewne kwestie niezmienialne, tą kwestią jest konstytucja. Jeżeli prawnik, profesor prawa czy doktor nauk prawnych, wydaje opinię jawnie sprzeczną z konstytucją, na podstawie której rząd czy parlament bądź prezydent podejmują określone kroki, a zatem tworzy alibi dla władzy w łamaniu konstytucji, to takie czyny trzeba piętnować. Zwłaszcza w sytuacji, gdy prawnik za tą opinię nie tylko otrzymał wynagrodzenie, ale także apanaże w postaci stanowisk bądź innych korzyści.

 

Kiedyś dostawało się szybciej mieszkanie albo talon na samochód.

Dziś to są miejsca w radzie nadzorczej, stanowiska dyrektorskie w jakiejś spółce albo miejsce w sądzie czy w Trybunale. Jest tu zachowany związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy sprostytuowaniem swojego nazwiska a otrzymaniem za to stosownej gratyfikacji.

 

Minister Ziobro powołał 1 lipca, czyli w niedzielę, 134 sędziów dyscyplinarnych. Będą sądzić sędziów, którym rzecznicy dyscyplinarni zarzucą sprzeniewierzenie się godności sędziego. Na pierwszy ogień pójdą sędziowie, którzy sprzeciwiają się reformie, jak sędziowie SN, którzy zapowiedzieli, że nie odejdą?

Być może. Wielokrotnie wskazywałem te działania ministra sprawiedliwości, które moim zdaniem są niezgodne z zasadą podziału władz czy niezgodne z prawem. Przy czym minister sprawiedliwości jest tu zazwyczaj bardzo umiejętnym graczem, ponieważ stara się, aby jego zakres obowiązków wynikał z ustaw. Tworzy projekty ustaw, które uchwala Sejm, minister dzięki temu jest zwolniony z odpowiedzialności, ponieważ stosuje ściśle ustawy. To, że sam przygotowuje projekt ustawy, a następnie ten projekt wnosi grupa posłów bądź rząd nie zmienia faktu, że Sejm ponosi odpowiedzialność za jej uchwalenie, a prezydent za podpisanie.

 

Panie profesorze, jak się pan czuje jako konstytucjonalista dziś w Polsce?

Proszę pani, ja zawsze staram się dostrzegać pozytywny.

Konstytucja, która kiedyś była kompletnie nieznana i stosowana głównie przez specjalistów, dzisiaj trafiła niemalże do każdego. Jest absolutnym bestsellerem wydawniczym, można ją kupić niemalże w każdym kiosku i na konstytucję powołują się zwykli obywatele.

Zatem świadomość konstytucyjna wzrosła, co dobrze świadczy o rozwoju społeczeństwa obywatelskiego.

 

Komisja traci cierpliwość

O możliwości wszczęcia procedury naruszenia praworządności przez KE mówiono już od kilku dni. W zeszły czwartek wiceszef KE Frans Timmermans zapowiadał, że jest świadomy, iż potrzebne są pilne działania w sprawie sędziów polskiego Sądu Najwyższego, którzy 3 lipca mają przejść na emeryturę. Ostatecznie dzień przed czystką w SN Komisja poinformowała, że uruchomiła procedurę naruszeniową.

– Komisja dzisiaj rozpoczęła procedurę naruszenia dotyczącą Polski i ustawy o Sądzie Najwyższym. Rząd Polski będzie miał miesiąc, aby odpowiedzieć na pismo Komisji. Ustawa była już omawiana w kontekście procedury praworządności; nie była satysfakcjonująco omówiona w ramach tego procesu – powiedział podczas konferencji prasowej Margaritis Schinas, rzecznik Komisji Europejskiej.

 

 

Co dalej?

Polska ma miesiąc na odpowiedź Komisji. Z reguły czas dawany przez instytucje unijne to dwa miesiące.

Na razie przedstawiciele rządu polskiego bagatelizują decyzję Komisji. Premier już wcześniej zapowiedział, że Polska odpowie i złoży stosowne wyjaśnienia

– Ci, którzy tego nie akceptują, próbują robić burzę w szklance wody, ale się nie ugniemy – zapewnia wicepremier Beata Szydło.
Jeżeli rząd nie zmieni prawa, sprawa skończy się w Trybunale Sprawiedliwości UE. Jeżeli będzie orzeczenie Trybunału, że ustawa PiS narusza praworządność, grożą Polsce duże kary finansowe, nawet kilkadziesiąt tysięcy euro dziennie.

 

 

PO: Domagamy się wyjaśnień od premiera

– Nie można przepisu konstytucji zmieniać ustawą. Jeżeli PiS chce zmieniać konstytucję, niech rozpisze wybory i zdobędzie 2/3 większości. Nie można zmieniać ustroju państwa, nie mają większości konstytucyjnej – mówi Krzysztof Brejza z PO.

Posłowie PO domagają się od premiera wyjaśnień i informacji nt. dalszych działań rządu. – To pokazuje, że nikt nie kupił tego picu Mateusza Morawieckiego w białej księdze, że wszystko jest w porządku. Domagamy się od premiera, żeby na najbliższym posiedzeniu złożył informację przed Sejmem nt. procedury, którą rozpoczęła Komisja. Jakie jest stanowisko rządu polskiego, czy zamierza wycofać się z tej złej ustawy o SN? – mówił Robert Kropiwnicki z PO.

Pierwsze powstanie

65 lat temu, zaledwie cztery lata po proklamowaniu NRD, powstałej w odpowiedzi na utworzenie przez mocarstwa zachodnie Niemieckiej Republiki Federalnej, 17 czerwca 1953 roku w Niemczech Wschodnich doszło do krwawych zaburzeń i strajków. Był to pierwszy buntowniczy zryw ludności w krajach demokracji ludowej. Na mapie historii najnowszej to wydarzenie pozostawało długo białą plamą, ponieważ w NRD wracano do tematu niechętnie, wstydliwie, a jeżeli już, to poprzestawano w lakonicznych tekstach, w dodatku rażąco upraszczających fakty. Z kolei historykom i publicystom PRL nie wypadało wersji tej kwestionować. Szczególnie, że sami nie byliśmy lepsi w opisie aktualnych, dramatycznych zrywów własnej ludności.

 

Warto przypomnieć głośne przed 65 laty tragiczne zdarzenie. Decyzją Rady Ministrów NRD z 28 maja 1953 r., wprowadzono w gospodarce wyższe normy pracy. Decyzja ta kłóciła się z ogłoszoną niemal równolegle (11 czerwca) polityką „nowego kursu”. Wezwano przywódców NRD 5 czerwca do Moskwy, skąd wrócili po trzech dniach z nakazem szybkiego złagodzenia stalinowskiego kursu „przyspieszonej budowy socjalizmu”, ogłoszonego latem 1952 roku. Po powrocie zapowiadano szereg odwilżowych, liberalnych ułatwień w codziennym bytowaniu ludności, obiecano podjęcie reformatorskich kroków w zarządzaniu państwem. Echo wywołała także zapowiedź rewizji wyroków w procesach politycznych, która obudziła nadzieję na otwarcie w kierunku demokratyzacji. Być może władze sądziły, że to ułatwi przełknięcie podwyższenia norm. Prawdopodobnie obietnica liberalizacji w połączeniu ze śmiercią Stalina i wywołaną tym przejściową dezorientacją polityczną tak w Moskwie, jak w Berlinie, w jakimś stopniu ośmieliły ludność do wyjścia na ulicę.

 

Bunt robotniczej arystokracji

Pierwsi, już 15 czerwca, zaprotestowali w kilku punktach Berlina i przerwali pracę robotnicy budowlani. Była to wówczas arystokracja robotnicza, najbardziej świadoma swojej wartości i dobrze zorganizowana grupa zawodowa. Poza przerwaniem pracy, skierowano pismo protestacyjne do premiera Otto Grotewohla, a 16 czerwca manifestacja budowlanych, do których dołączyli liczni przechodnie, przemaszerowała centralnymi ulicami miasta pod siedzibę Rady Ministrów. Po drodze pochód zatrzymał się przed gmachem centrali związkowej FDGB, jednakże żaden z funkcjonariuszy związkowych nie wyszedł, by porozmawiać z protestującymi. Zamknięte drzwi zastano także w Urzędzie Rady Ministrów, nadaremnie domagając się spotkania z Grotewohlem bądź 1. sekretarzem SED, Walterem Ulbrichtem. W końcu do tłumu wyszli (nie wiadomo, czy z własnej inicjatywy, czy delegowani) działacze partyjni nie najwyższego szczebla: sekretarz berlińskiej organizacji partyjnej Heinz Brandt oraz profesor Uniwersytetu Humboldta, znany późniejszy dysydent, Robert Havemann. Obiecali odwołanie zwiększonych norm, ale czy ich ustne zapewnienia mogły uspokoić nastroje?

Władze oficjalnie i jednoznacznie wycofały się z tej decyzji w komunikacie z 17 czerwca, ale było już za późno, by zapanować nad sytuacją; w międzyczasie zgłoszone zostały nowe żądania i pretensje. Góra partyjna i związkowa popełniły błąd, z którego później również w innych krajach demokracji ludowej nie wyciągnięto żadnej nauki. Zamiast błyskawicznie zareagować na pierwszy sygnał niezadowolenia, ociągały się z wysłuchaniem protestujących. W końcu zdobyły się na ogłoszenie suchego komunikatu, nadal nie kwapiąc się do bezpośrednich rozmów z przedstawicielami wzburzonej ulicy.

Od rana 17 czerwca robotniczy bunt zaczął rozlewać się na całą NRD. Zastrajkowało ok. 600 zakładów pracy, tj. około pół miliona zatrudnionych. Do strajku generalnego było zatem jeszcze daleko. Nie doszło do niego głównie dlatego, że władza zastosowała środki siłowe, tłumiąc rozruchy przede wszystkim przy użyciu jednostek wojsk radzieckich. Lokalne niepokoje o różnym stopniu natężenia miały miejsce w ok.400 miejscowościach. Na tradycyjnych terenach przemysłowych wokół Halle, Lipska, Cottbus, Gery, Magdeburga były nawet silniejsze, niż w samym Berlinie. W niektórych rejonach do protestujących przyłączyli się także chłopi. Zrywanie emblematów partyjnych, państwowych, haseł państwowo-twórczych, niszczenie portretów przywódców nie należało do rzadkości. Protestujący wdarli się do ok. 140 budynków partyjnych bądź związkowych, administracji państwowej i policji. W dziewięciu przypadkach szturmowano nawet więzienia, uwalniając ok. 1300 więźniów, nie tylko politycznych. W pojedynczych przypadkach doszło również do podpaleń.

 

Spontaniczne i nieskoordynowane

Demonstracjom brakowało jednak „jasno określonych celów” – jak czytamy w jednym z posthoneckerowskich opracowań. Wybuchały bez uprzedniego przygotowania, chaotycznie. Nie mniej chaotyczne były żądania niezadowolonych. Pośredni dowód, że zryw miał charakter spontaniczny, a nie spiskowy, jak to później usiłowano tłumaczyć propagandowo. Postulaty socjalne mieszały się z politycznymi, wśród których dość głośno rozlegało się żądanie ustąpienia rządu i przeprowadzenia wolnych wyborów. W tłumie padały okrzyki „Precz ze Szpicbródką!” (Ulbricht), „Rosjanie do domu!” (jeszcze przed wkroczeniem wojsk radzieckich do akcji). Czy krzyczeli tylko miejscowi czy także, lub głównie, zachodni berlińczycy, trudno powiedzieć. Rosjanie początkowo czuli się zdezorientowani, zakłopotani, wykazywali powściągliwość. „Ulbricht prosił Rosjan o interwencję, lecz ci początkowo nie chcieli się angażować. To wasza sprawa – mówili. Dopiero za pośrednictwem Moskwy Ulbricht spowodował, że jednak wkroczyli”. Dodam, że władze NRD szukały wsparcia u Rosjan nie tylko dlatego, że własne, nie okrzepłe jeszcze siły policyjne były słabe. Nie było pewności, czy można zaufać policji, czy w godzinie próby niektóre jednostki nie przejdą na stronę demonstrantów lub zachowają bierność.

 

Czołgi na ulicach

Jednostki radzieckie pojawiły się na ulicach Berlina 17 czerwca, po wprowadzeniu przez komendanturę radziecką o godz. 13.00 stanu wyjątkowego, ogłoszonego także w kilku innych miastach. Demonstracje szybko rozpraszano, strzelając ostrą amunicją. Ehrhart Neubert autor blisko 1000-stronicowej pracy o opozycji w NRD, nie podając źródeł, utrzymuje, że z powodu odmowy wykonania rozkazu rozstrzelano 40 żołnierzy. Władze wojskowe przyznały się jedynie do siedmiu takich przypadków. Rosjanie zapewne byli zaskoczeni, nie bardzo rozumiejąc, dlaczego mają strzelać do bezbronnej ludności sojuszniczego, bratniego państwa, Wojsko włączono przecież do akcji niespodziewanie, bez żadnego przygotowania, niejako z marszu.
Radzieccy komendanci wydali m.in. rozkaz publicznej egzekucji kilku cywilów, w tym mieszkańca Berlina Zachodniego, Willy Gottlinga. Między dzielnicami miasta istniał swobodny przepływ ludności. Granice NRD zamknęła dopiero 13 sierpnia 1961 roku. Ostatnie strajki wygasły 20 czerwca. Bilans ofiar to co najmniej 50 ofiar śmiertelnych wśród demonstrantów i 10 zabitych policjantów. Liczba rannych szła w setki. Jeszcze bardziej bolesne dla uczestników bądź sympatyków powstania były represje po jego zdławieniu. Aresztowano około 6 tys. osób, z czego 1/3 wkrótce zwolniono, choć zapewne fakt zatrzymania odnotowano w ich aktach personalnych. Wśród aresztowanych było 3500 robotników i ok. 1800 pracowników umysłowych, chłopów i rzemieślników. Charakterystyczną cechą powstania, które stopniowo przekształcało się w wotum nieufności dla panującego reżimu, była nieobecność wśród demonstrantów środowisk inteligenckich i intelektualnych. Częste były przypadki deklarowania z ich strony poparcia dla władz.

 

Stali z boku

Zdławienie ulicznego zrywu spotęgowało falę ucieczek do Berlina Zachodniego. Kilka tysięcy osób oddało legitymacje partyjne, setki osób wykluczono z partii, a w instytucjach państwowych i na uczelniach doszło do czystek personalnych. Najwyżej postawioną ofiarą tych czystek był socjaldemokrata, minister sprawiedliwości Max Fechner, który nie obronił się przed zarzutem niedopuszczalnej w początkowym okresie powściągliwości organów ścigania. Został nie tylko usunięty z SED, ale i skazany na karę więzienia.
Kościół ewangelicki stał na uboczu zrywu ulicznego i bolesnych jego konsekwencji, a nawet odradzał udział w demonstracjach. Po przegranej, w kołach kościelnych mówiono o bezcelowości wszelkiego sprzeciwu i opozycji, bo władzy się nie pokona.

W NRD unikano przypominania daty 17 czerwca. Gdy już trzeba było ją zauważyć, mówiono o inspirowanym przez Zachód puczu. Wersję tę przyjęli nawet tak szanowani intelektualiści, jak: Anna Seghers, Bertolt Brecht, Stefan Heym, Erich Loest. Późniejszy znany dysydent, prof. Robert Havemann jeszcze długie lata twierdził, że w powstaniu miały swój udział elementy faszystowskie. W przeciwieństwie do wykładni SED, intelektualiści nie byli jednak bezkrytyczni i wskazywali na wewnętrzne, uzasadnione przyczyny niezadowolenia. Erich Honecker, w wydanej w 1980 r., liczącej 500 stron autobiografii „Aus meinem Leben”, kwituje 17 czerwca jakby mimochodem, w kilkudziesięciu zdaniach:

„Błędem okazało się przede wszystkim podwyższenie w sposób administracyjny norm. Wśród robotników wywołało to niezadowolenie. Ich zaufanie do partii i rządu uległo zakłóceniu. Na początku czerwca 1953 KC SED i Rada Ministrów podjęły kroki zmierzające do skorygowania błędnych decyzji, ustabilizowania gospodarki i poprawy poziomu życia ludzi pracy. Zanim jednak decyzje te mogły wejść w życie, uderzył przeciwnik. 17 czerwca 1953 w Berlinie i w kilku innych miastach doszło do przerwania pracy i do demonstracji. Wrogowie socjalizmu wykorzystali niezadowolenie pracujących, żeby podjąć próbę kontrrewolucyjnego puczu, od dawna przygotowywanego przez imperialistyczne wywiady i centrale agentów. Do oczekiwanego przez nich «strajku generalnego» jednak nie doszło. Gdy robotnicy zorientowali się, że kontrrewolucyjni prowokatorzy szaleją jak faszyści, szybko odcięli się od nich. W wielu zakładach zdecydowanie przeciwstawili się podżegaczom. Do akcji wkroczyły zbrojne organa NRD, wspierane przez stacjonujące w NRD radzieckie siły zbrojne. Przesądziło to o szybkim załamaniu się prób puczystów. Ugaszono potencjalne źródło kryzysu jako zapalnika konfliktów militarnych w centrum Europy”. Tak myślał Honecker jeszcze w 1980 roku.

 

Ponad strefami

Źródła zachodnie oceniają obecność zachodnich berlińczyków znacznie skromniej. W publikacji Ehrharta Neuberta znajdujemy podsumowanie: „W demonstracjach licznie uczestniczyli zachodnioberliczycy, którzy w większej liczbie napłynęli do sektora wschodniego, by wesprzeć demonstrantów. (…) małe ugrupowania polityczne wspierały propagandowo rewoltę z terenu Berlina Zachodniego, a media RFN i BZ odegrały dużą rolę w przekazywaniu informacji o rozruchach. Również ze strony odpowiedzialnych polityków nie brak było oświadczeń i deklaracji solidarności, jak również krytyki działań militarnych”. Autor nie uważa jednak, żeby mieszkańcy Berlina Zachodniego byli siłą sprawczą powstania. Dodam, że protesty poza Berlinem odbywały się już bez ich udziału, bo swoboda poruszania się istniała tylko w samym Berlinie.

Heiner Müller, naoczny świadek wydarzeń 17 czerwca, zanotował: „Przyłączyli się do manifestujących młodzi z Berlina Zachodniego. Liczne kolumny rowerzystów wmieszały się w tłum. Centralnym polem starć stał się Potsdamer Platz. Oczywiście, z całą pewnością również Zachód tutaj mieszał, to jasne, aczkolwiek zapewne nie tak skrajnie, jak to przedstawia Stefan Heym w swej książce. Pewne wydarzenia ukazał on wszakże trafnie. Nie ma się czemu dziwić, bo kto jak kto, ale on wie, co to jest CIA.” Radio było wówczas jedynym masowym łącznikiem między ludźmi, bo telewizja stawiała dopiero pierwsze kroki. W RFN zarejestrowanych było zaledwie 10 tysięcy telewizorów, a w NRD chyba nie było ani jednego.

Wyciągając wnioski z międzysojuszniczych uzgodnień, alianci zachodni w Berlinie od początku zachowali rezerwę wobec zaburzeń we wschodnim sektorze. Brytyjska policja wojskowa rozpraszała na granicy swego sektora większe zgromadzenia zachodnich berlińczyków. Podobnie postępowała policja amerykańska. Ponadto Amerykanie nie dopuścili do przekazania przez RIAS (amerykańska rozgłośnia radiowa) wezwania do strajku generalnego w NRD. Po zdławieniu buntu zorganizowali pomoc żywnościową dla ludności.

Świadome lekcji udzielonej 17 czerwca, władze NRD wytargowały od Moskwy tolerowanie bardziej liberalnego kursu, a także deklarację rządu radzieckiego z sierpnia 1953 r. o rezygnacji z wszelkich dalszych reparacji ze wschodniej strefy. W te same ślady poszła Polska. Zatroszczono się także bardziej o podniesienie stopy życiowej, o bogatszą ofertę towarów konsumpcyjnych, podwyższono świadczenia socjalne, złagodzono naciski na rolników i sektor prywatny w mieście. Jednocześnie w zakładach pracy zaczęto tworzyć bojówki partyjne. tzw. Kampfgruppen.
Na pierwszy krwawy zryw ludności w krajach demokracji ludowej Zachód zareagował sygnałem, że nie zamierza interweniować. Pozostał tej postawie konsekwentnie wierny, aż do rozpadu socjalistycznej wspólnoty.

 

List

Sensacją, która utrwaliła się w annałach historycznych, była postawa jaką zajął wobec buntu w NRD Bertolt Brecht /1898-1956/ niemiecki dramatopisarz, poeta, teoretyk teatru światowej sławy, autor m.in.: „Opera za trzy grosze”, „Matka Courage i jej dzieci”. Lewicujący, lecz nie wstąpił do rządzącej SED. Po pierwszym sygnale buntu Brecht skierował pisma do szefa Partii Waltera Ulbrichta, premiera Otto Grothewohla i do ambasadora ZSRR Władimira Semionowa, opatrzone zastrzeżeniami i wątpliwościami. List do Ulbrichta opublikował organ SED „Neues Deutschland” dopiero 21 czerwca, kiedy powstanie już dogorywało. Tekst, generalnie akceptujący kroki reżimu, dziennik ocenzurował usuwając zdanie „Obejmująca szeroką wymianę zdań rozmowa z masami co do tempa budowy socjalizmu, spowoduje usunięcie braków i zabezpieczy zdobycze socjalizmu”. Wydrukowano jedynie „Czuję potrzebę wyrazić w aktualnej sytuacji moją więź z SLD”.

Po zdławieniu powstania sekretarz Stowarzyszenia Pisarzy Kurt Barthel polecił rozprowadzać w Alei Stalina /tam zaczął się bunt budowlańców/ ulotki ze zdaniem: „Naród roztrwonił zaufanie rządu które może przywrócić tylko zdwojoną pracą”.

Brecht zareplikował wierszem „Lösung” (rozwiązanie), w którym znalazło się głośne później zdanie: „Czy nie byłoby lepiej, prościej zdecydować, że rząd rozwiąże sobie naród i wybierze nowy?”

Centralny Port w drodze

Jacek Sasin potwierdza budowę budowę CPK za ponad 30 mld zł. Lotnisko im. Chopina do likwidacji. Mazowieccy rolnicy stracą ziemię.

 

W rozmowie z radiem Tok FM poseł PiS i przewodniczący Stałego Komitetu Rady Ministrów Jacek Sasin potwierdził, że lotnistko im.Chopina na warszawskim Okęciu zostanie zlikwidowane – „będzie wygaszane”, jak ujął to poseł.
Stanie się to, gdy powstanie nowe lotnisko krajowe w 2027 r. W sobotę prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę, zapowiadającą budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego.
Jednocześnie Sasin odniósł się lekceważąco do słów Patryka Jakiego, kandydata PiSu na prezydenta Warszawy, który opowiedział się za pozostawieniem lotniska na Okęciu.
– Rozumiem, że Patryk Jaki jako osoba, która pretenduje do zostania prezydentem Warszawy, ma swoją wizję i chciałby, żeby to lotnisko funkcjonowało – powiedział Jacek Sasin. Podkreślił, że dzisiaj możliwości rozwojowe całych regionów często zależą od inwestycji w komunikację. Dał do zrozumienia, że osoby atakujące rząd za plan budowy CPK, są z zasady wrogie wszystkiemu, co robi PiS, i uznał to za jedyną podstawę krytyki.
Tymczasem najwięcej kontrowersji w związku planem nowego lotniska krajowego wzbudza konieczność wywłaszczenia z ziemi części mieszkańców gminy Baranów położonej około 45 km od Warszawy, gdzie ma powstać CPK.
Rząd zamierza przeznaczyć pod inwestycję przeszło 66 km kw, na których zbudowane zostanie nie tylko samo lotnisko i infrastruktura dojazdowa, lecz i hotele dla podróżnych.
W tym celu PiS zamierza odebrać baranowskim rolnikom ich ziemię, która należy do najżyźniejszej w Polsce.
Ci, którzy upraw nie stracą, boją się jednocześnie spadku ich wydajności.
Pod koniec maja, celem podjęcia negocjacji, z mieszkańcami Baranowa spotkał się członek rządu – powiedział odpowiedzialny za budowę, CPK sekretarz stanu w ministerstwie instrastruktury Mikołaj Wild.
Lokalna społeczność przyjęła go wyjątkowo wrogo.