Najgorszy kryzys od dekad i gigantyczna fala społecznych protestów

Największa gospodarka Azji Południowo – Wschodniej znalazła się w najgorszym kryzysie od lat. Głównie na skutek pandemii, gospodarka Indonezji znalazła się w recesji jakiej nie widziała od czasu azjatyckiego kryzysu finansowego w 1998 roku. Władze Indonezji przewidują, że 3,5 miliona osób może stracić pracę.

Główną branżą indonezyjskiej gospodarki jest rolnictwo, ale duża część kraju jest uzależniona od dochodów z turystyki i każdego roku miliony turystów odwiedzają indonezyjskie wyspy. Od kiedy w związku z pandemią rząd zamknął granice dla osób z zewnątrz, turystów nie ma i nie zostawiają tu potrzebnych gospodarce dolarów. W kryzysie znalazł się też handel, bo władze zmuszone były wprowadzać lockdowny, szczególnie w dużych miastach. Zamknięto też część fabryk i kopalń, wysyłając pracowników do domu bez środków do życia. Duży wskaźnik zachorowań spowodował przeciążenie służby zdrowia a rząd zmuszony został do przeznaczenia dodatkowych środków na pomoc szpitalom.

Kryzys gospodarczy i ofensywa władz

W wielu krajach Zachodu reakcją na kryzys były rządowe programy mające ograniczyć skutki kryzysu. Były to zasiłki, zapomogi czy zwolnienia podatkowe. W Indonezji jest inaczej. Na początku października rząd wprowadził pakiet rozwiązań prawnych o nazwie „Prawo na rzecz Tworzenia Miejsc Pracy – UU Cipta Kerja)” nazywany w Indonezji „Omnibus Law” ze względu na wielość wątków i zagadnień, które obejmuje. Jest to zbiór poprawek do istniejących przepisów prawnych spisany na ponad 1000 stron i wprowadzony w życie bez konsultacji społecznych ani debat. W historii Indonezji znane były takie projekty prawne, celowo tworzone na setkach stron i poruszające różne zagadnienia, w celu ukrycia w nich kontrowersyjnych poprawek czy projektów ustaw. Tak też jest w tym przypadku.

Formalnie „Omnibus Law” z 2020 roku tworzone jest w celu ułatwienia tworzenia miejsc pracy, zwiększenia inwestycji zagranicznych i wewnętrznych poprzez ograniczanie przepisów regulacyjnych dla biznesu i ułatwień w procesie nabywania ziemi. Brzmi to niewinnie, ale to co się kryje w szczegółach jest bardzo kontrowersyjne. Ustawa uderza bowiem w prawa pracownicze, prawa ludności tubylczej do własnej ziemi, wpłynie na pogorszenie wylesienia indonezyjskich dżungli poprzez redukcję ustaw na rzecz ochrony środowiska i doprowadzi do zwiększania obszarów nędzy.

Nowe prawo znosi minimalną płacę ustaloną dla poszczególnych sektorów gospodarki i znosi kary dla pracodawców za spóźnienie z wypłatami dla pracowników. Prawo zezwala teraz na ustalanie struktury i skal płacowych w dużych firmach na podstawie „możliwości i wydajności” przedsiębiorstwa, co daje pole do wyzysku i nadużyć, gdyż decydować ma o tym pracodawca. Dodatkowo, wprowadza się zasady wynagrodzeń typowe dla kontraktów śmieciowych – zamiast płacy miesięcznej, wprowadza się wynagrodzenie godzinowe.

Ułatwiono proces zwalniania pracowników z pracy i zlikwidowano trybunał do którego pracownik mógł się bezpłatnie odwołać w takiej sytuacji. Zredukowana zostaje wysokość odpraw pieniężnych dla zwalnianych pracowników, zniesione są dodatki za wysługę lat, zniesione zostają korzystne regulacje dotyczące nadgodzin, znosi się dwudniowy weekend na rzecz jednego dnia wolnego w tygodniu. Zniesiony zostaje też płatny urlop macierzyński. Przypomnieć tu trzeba, że mowa o kraju, w którym płace są tak niskie, że już wcześniej trudno było za nie przeżyć. Obniżono wysokość opodatkowania dla korporacji ale klienci serwisów internetowych takich jak Netflix, Spotify czy Steam będą obciążeni nowym, dodatkowym podatkiem w wysokości 10%.

Duże kontrowersje budzi deregulacja przepisów dotyczących ochrony środowiska. Warto tu przypomnieć, że Indonezja straciła już większość swoich unikalnych lasów deszczowych wraz z fauną na skutek wypalania i wycinki pod tworzone na Sumatrze czy Borneo plantacje palm olejowych zaopatrujących światowe koncerny kosmetyczne i spożywcze albo na rzecz przedsiębiorstw wydobywczych, na przykład amerykańskich kopalń na Papui. Do tej pory istniały jednak pewne ograniczenia dotyczące skali dewastacji środowiska naturalnego. Nowe prawo znosi część z tych ograniczeń, więc międzynarodowym korporacjom łatwiej będzie uzyskać licencje na wycinkę a nawet legalne wypalanie lasów na obszarach dzikiej przyrody. Do tej pory przy przyznawaniu licencji na działalność gospodarczą o wysokim ryzyku, wymagana była opinia ekspertów specjalizujących się w dziedzinie ryzyka i zagrożeń przemysłowych. Od teraz taka opinia ekspertów nie jest wymagana i eksperci nie będą już zapraszani do procesu tworzenia analiz zagrożenia dla środowiska przy przyznawaniu licencji na budowę kopalń, fabryk czy plantacji. Oznacza to na przykład, że już nic nie stoi na przeszkodzie, żeby chińska firma zainteresowana produkcją cementu otrzymała licencję na działalność na jednej z wysepek na północ od Sulawesi, gdzie występuje jedna z najbogatszych i unikalnych raf koralowych świata. Do tej pory eksperci od zagrożeń środowiska wydawali negatywne opinie w takiej sprawie i trudno było o takie pozwolenia.

Presja ze strony państwa

Rząd przeznaczył znaczne środki na promocję ustawy. W sieci pojawiły się nie tylko rządowe spoty reklamujące nowe prawo ale nawet popularni influencerzy wypuścili w mediach społecznościowych swoje nagrania oznaczone hashtagiem (w tłumaczeniu) „Indonezja potrzebuje miejsc pracy”. Niektórzy z nich otwarcie przyznali potem, że byli opłaceni przez rząd za stworzenie tych nagrań.

Gdy opór społeczny przeciw Omnibus Law zaczął narastać, władze wystosowały specjalny komunikat do studentów, zniechęcający ich do udziału w protestach, pod groźbą sankcji na uczelniach. Policja przystąpiła do „patroli cybernetycznych” czyli przeszukiwania internetu w poszukiwaniu treści niekorzystnych dla narracji rządu. Organizatorzy protestów odwiedzani byli przez policjantów w celu przeprowadzania nieformalnych rozmów, podczas których oficerowie przekonywali o bezzasadności prowadzenia działalności politycznej. Studentów ostrzegano, że mogą się znaleźć na czarnych listach a pracownicy byli aresztowani za udział w nielegalnych strajkach. Do uznania strajków za nielegalne wykorzystywane są przepisy antycovidowe.

Politycy obozu rządzącego sugerują też, że za protestami stoją „ciemne siły” manipulujące uczestnikami tych protestów. Tego typu insynuacje były charakterystyczne dla czasów reżimu Suharto, gdy wszelką opozycję przedstawiano jako marionetki zewnętrznych aktorów. Niespotykana od lat jest też brutalność policji. Doniesienia mówią o policjantach bijących demonstrantów, rozpylających gaz, atakujących medyków czy dziennikarzy. Aresztowano ponad sześć tysięcy osób.

Opór

Nie zdało się to na wiele. Choć po stronie ustawy stanęły potężne organizacje pracodawców-miliarderów, w tym zagraniczne organizacje wielkiego biznesu, takie jak na przykład British Chamber of Commerce in Indonesia czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, to po drugiej stronie barykady stanęła reszta społeczeństwa. Największe federacje związkowe zrzeszające 32 związki zawodowe wezwały do trzydniowego strajku generalnego. Do strajku przystąpiły setki tysięcy pracowników, głównie w zagłębiach przemysłowych. W wielu miejscach doszło do demonstracji i burzliwych starć z policją, która próbowała zakazać zgromadzeń pod pretekstem obostrzeń pandemicznych. Do demonstracji dołączyli studenci i uczniowie z transparentami typu „Omnibus Law rujnuje życie naszych wnuków” albo „kolonizacja się zakończyła ale kolonizacja pracowników się rozpoczęła”.

Konfederacja Indonezyjskich Związków Zawodowych (KSPI) złożyła w Sądzie Konstytucyjnym wniosek o zbadanie zgodności z konstytucją przegłosowanych przepisów. We wniosku napisano między innymi: „Żądamy, żeby Sąd Konstytucyjny przeprowadzający kontrolę sądową Prawa na rzecz Tworzenia Miejsc Pracy zwrócił uwagę na aspiracje wyrażane przez miliony indonezyjskich pracowników”.

Przepisy Omnibus Law krytykuje też Nahdlatul Ulama (NU), największa indonezyjska organizacja islamska, będąca jednocześnie największą organizacją pozarządową w Indonezji i też największą niezależną organizacją islamską na świecie. Przywódca tej organizacji, Said Aqil Siroj stwierdził wprost, że na nowym prawie skorzystają wyłącznie kapitaliści, inwestorzy i konglomeraty a zwykli ludzie zostaną „zdeptani”.

W sprawie sytuacji w Indonezji głos zabrała Międzynarodowa Konfederacja Związków Zawodowych (ITUC). Konfederacja ostrzega, że ustawa spowoduje cięcia płacowe, zniesie zasiłki chorobowe i inne gwarancje i podminuje bezpieczeństwo pracy. „To szokujące, że w czasie gdy Indonezja, jak inne kraje, stoi w obliczu dewastacji ze strony pandemii Covid-19, rząd próbuje w większym stopniu zdestabilizować życia ludzkie i zrujnować ich dochody, po to by zagraniczne firmy mogły wyciskać bogactwo z kraju” – napisała w oświadczeniu sekretarz generalna ITUC, Sharan Burrow.

Nawet wielkie firmy inwestycyjne mają swoje obiekcje wobec ustawy. Przedstawiciele 35 największych firm inwestycyjnych operujących na rynku indonezyjskim wystosowali do rządu list, w którym przestrzegają przed skutkami deregulacji w dziedzinie ochrony środowiska. Zdaniem tej branży, ustawa może mieć poważne reperkusje, które „odbiją się na atrakcyjności indonezyjskich rynków”. Zamiast likwidacji regulacji ekologicznych, firmy zachęcają rząd do zwiększenia ochrony nad lasami i bagnami i wprowadzenia planu „zielonej odbudowy”.

Indonezja idzie w prawo

Ustawa została przegłosowana szybko, w czasie gdy parlament, media i rząd skupieni byli na pogarszającej się sytuacji wokół pandemii. Sposób w jaki uchwalono Omnibus Law przywodzi na myśl antydemokratyczne praktyki z okresu dyktatury generała Suharto. Po tym jak w 1998 roku obalono tamten reżim i wprowadzono demokrację, zapanował pluralizm polityczny, przeprowadzono reformy, związki zawodowe podniosły głowę. W kontrze do nowego rozdania pozostały elity indonezyjskiej armii, które w demokratycznej Indonezji nie miały już do powiedzenia tyle co wcześniej. Stara generalicja związana ze starym reżimem, sympatyzuje z partiami prawicy i współpracuje z miejscowymi oligarchami, oczekując na swój moment.

Obecny prezydent Indonezji, Joko Widodo, powszechnie znany jako Jokowi, doszedł do władzy w 2014 roku na fali ludowego wsparcia, utożsamiany z demokratyczną i postępową zmianą, uwielbiany przez indonezyjską, lewicową młodzież. W oczach wielu ludzi jawił się jako „człowiek z ludu”, bez elitowo-establiszmentowych powiązań i co najważniejsze bez powiązań ze starym reżimem. Dzisiaj Jokowi zadaje swoim wyborcom i miłośnikom cios jako autor ustawy Omnibus. W opozycji do nowego prawa występują właśnie ci, którzy stanowili trzon jego wyborczej bazy. Ale Jokowi już wcześniej dla utrzymania stabilności swoich rządów zmuszony został do kompromisów i ustępstw względem potężnego lobby związanego z armią.

W ostatnich wyborach w 2019 roku konkurentem Widodo był prawicowy polityk związany z armią, prywatnie zięć dyktatora Suharto, Prabowo Subianto, przez zwolenników często nazywano po prostu Prabowo. Warto tu wspomnieć o tej osobie, bo w indonezyjskiej polityce odgrywa on rolę większą nawet, niż sam prezydent Joko Widodo.

Szkolony przez amerykańską armię, Prabowo Subianto był w czasach dyktatury dowódcą niesławnej grupy sił specjalnych o nazwie Kopassus. Żołnierze tych jednostek, oprócz pełnienia roli sił specjalnych, wykonywali wiele hańbiących operacji na żądanie reżimu. Pacyfikowali wsie podejrzewane o sprzyjanie lewicy lub ruchom autonomicznym, wymordowali blisko pół miliona działaczy społecznych podejrzewanych o przynależność do partii komunistycznej, odpowiedzialni byli za falę zbrodni i terroru w okupowanym Timorze Wschodnim, terroryzowali ludność na Zachodniej Papui, zabijali dziennikarzy, porywali, mordowali i gwałcili przeciwników reżimu, przeprowadzali czystki etniczne w zbuntowanych prowincjach Indonezji.

Pod koniec lat 90-tych, gdy w Indonezji zaczął dojrzewać kryzys polityczny, który ostatecznie zmiótł reżim Suharto, żołnierzami Kopassus dowodził właśnie Prabowo Subianto. Również w tym czasie jednostki te prowadziły brutalne działania przeciwko opozycji. W latach 1997-1998, niemal w przeddzień zakończenia dyktatury, funkcjonariusze Kopassus porwali kilkadziesiąt osób związanych z ruchem na rzecz demokracji. Porwani byli brutalnie przesłuchiwani, torturowani a część z nich zniknęła bez wieści i do tej pory nie wiadomo co się z nimi stało. Gdy w kwietniu 1998 roku w kilku dużych miastach Indonezji doszło do masowych protestów studenckich i walk z policją, reżim postanowił odwrócić uwagę protestujących i sprowokować walki etniczne. Uwagę zbuntowanej ulicy skierowano przeciwko chińskiej mniejszości, tradycyjnie najbogatszej, posiadającej hotele, supermarkety, restauracje, salony samochodowe i banki. Tłumy rabusiów zaatakowały należące do chińskich Indonezyjczyków lokale. Rabowano je, podpalano a właścicicieli zabijano. Napadano na kobiety i zbiorowo je gwałcono. Ofiarą tych orgii przemocy padło kilka tysięcy osób, zgwałconych zostało kilkaset kobiet. Organizacje praw człowieka są zdania, że za podsycaniem tych nastrojów stali funkcjonariusze Kopassus. Oni też inicjowali brutalne, zbiorowe gwałty na miejscowych Chinkach, fotografowali te zajścia i rozpowszehniali fotografie celem dalszego podsycania napięcia między Indonezyjczykami. Celem było odwrócenie uwagi od rządu i przerzucenie winy za kryzys na miejscową mniejszość chińską. Strategia ta znana jest oczywiście od dawna. W Europie, w historii przyjmowała na przykład formę pogromów antysemickich a w Azji Południowo – Wschodniej, gdy rządy chciały odwrócić uwagę od swojej nieudolności w rządzeniu, lub od kryzysu ekonomicznego, inicjowano pogromy antychińskie. W tym właśnie czasie na czele Kopassus stał Prabowo Subianto, dzisiaj popularny polityk prawicy i czołowy oponent Joko Widodo w ostatnich wyborach.

W czasie kampanii wyborczej 2019, zainspirowany politycznym awanturnictwem Donalda Trumpa, Subianto obiecywał, że chce “ponownie uczynić Indonezję wielką” (hasło wyborcze było w języku angielskim i brzmiało dosłownie: “Make Indonesia Great Again”) . Należy się obawiać, że miał na myśli powrót do sytuacji sprzed 1998 roku. Gdy w ostatnich wyborach ponownie przegrał z Jokowi, ogłosił, że wybory zostały sfałszowane. Jego agresywni zwolennicy wyszli na ulice i zorganizowali szereg burzliwych protestów, które doprowadziły do zamieszek, eskalacji aktów przemocy i śmierci kilku osób. Zagoniony do kąta Jokowi, zamiast przeciwstawić się awanturnictwu prawicowego rywala, zgodził się dokooptować go do swojego rządu, w charakterze.. Ministra Obrony.

Jednak nawet będąc członkiem gabinetu Jokowiego, Prabowo Subianto prowadzi swoją własną grę polityczną, rozbudowując wpływy. W ostatnim czasie otrzymał na przykład zaproszenie do Waszyngtonu od Donalda Trumpa. Takiego zaproszenia nie dostał prezydent Joko Widodo. Samo zaproszenie Prabowo do Waszyngtonu jest kontrowersyjne. Do tej pory Prabowo był na liście osób z zakazem wjazdu do USA w związku ze swoim udziałem w łamaniu praw człowieka i zarzutami o udział w działalności przestępczej. Administracja Trumpa pogwałciła tu własne, amerykańskie zasady. Jest ku temu jednak ważny powód. Otóż Indonezja planuje właśnie zakup nowych samolotów bojowych i Stany Zjednoczone są żywo zainteresowane dostarczeniem ich. Do przetargu chce przystąpić Rosja, więc wybiórcze, amerykańskie standardy dotyczące praw człowieka musiały odejść tu na dalszy plan.

Ustawa Omnibus jest korzystna dla zaplecza indonezyjskiej prawicy. Wśród tego zaplecza są miejscowe i zagraniczne, w tym amerykańskie korporacje wydobywcze i sieci plantacji. Są też gigantyczni inwestorzy z Chin, którzy już teraz na masową skalę unowocześniają infrastrukturę kraju, ale czynią to przecież dla zysku. Rząd odczuwa presję z każdej strony i nie może się cofnąć na krok, tym bardziej, że do kolejnych wyborów jest jeszcze kilka lat, więc presja kalendarza wyborczego na razie nie jest silna.

Globalny problem

Choć Indonezja wydaje się być krajem odległym od Europy, to odgrywa ona ogromne znaczenie nie tylko w tym sensie, że jest największą gospodarką Azji Południowo – Wschodniej i trzecią największą demokracją świata, której rola polityczna i ekonomiczna rośnie. Ważna jest też dlatego, że dewastacja przyrody, w tym niszczenie lasów deszczowych ma bezpośredni wpływ na globalny klimat, w tym pośrednio na temperatury i powietrze, którymi się cieszymy w Europie. Być może zmiana na stanowisku prezydenta w USA zaowocuje większą troską o skuteczne działanie międzynarodowych porozumień i tym sposobem wpłynie na kierunek zmian klimatycznych w Indonezji. Jeśli nie, to cały ciężar walki z dewastacją indonezyjskiej przyrody i po części światowego klimatu, leży w rękach miejscowych aktywistów.

Ponadto prawicowy zwrot w polityce tak ważnego kraju jest zagrożeniem dla światowej demokracji i bezpieczeństwa. Już dzisiaj na świecie mamy szereg autorytarnych i populistycznych rządów w dużych, ważnych krajach – od Brazylii, poprzez Filipiny, coraz bardziej autorytarne Indie i wreszcie Stany Zjednoczone, gdzie wprawdzie udało się pokonać w wyborach Donalda Trumpa, ale połowa Amerykanów jest gorąco oddana jego agresywnemu i populistycznemu nacjonalizmowi i nie należy się spodziewać, że te nastroje się zmienią. Prawicowy zwrot w polityce tak ważnego kraju jak Indonezja doda wiatru w żagle różnym mniejszym ruchom populistycznym na świecie, także tym w Europie Środkowej. Dlatego demokratyczną walkę indonezyjskiej ulicy należy postrzegać jako część światowej walki o demokrację, pokój i postęp.

Upadek PiS i czas patriotów, lewicowych patriotów

Czas społecznego buntu przeciw totalnej władzy PiSu skłania do refleksji jaka siła polityczna wygra na w rezultacie możliwego przesilenia. Pytanie może zdawać się cyniczne, bo z pewnością wygra przede wszystkim społeczeństwo i wygra szeroko rozumiany interes Polski.

Jednak w obecnym systemie partyjnym społeczeństwem zarządza zwycięska partia polityczna lub koalicja partii, ugrupowań i organizacji społecznych.
Bunt
Jeśli trwające w całej Polsce strajki mają w ogóle sens, to sensem tym jest nie cząstkowe rozwiązanie danego problemu, a radykalna zmiana rządzącej ekipy. Drobne zabiegi korekcyjno – upiększające zdeformowanej twarzy obecnej władzy nie przyniosą pożądanego rezultatu, bo wad tej twarzy nie sposób ukryć nawet pod maską. Musi więc nastąpić taki przełom, który przyniesie całkowitą odmianę oblicza władzy, tej władzy. Zdecydowanie stawiam na SLD, to jego właściwy czas i szansa jaka nadarza się raz na wiele lat. Dlaczego ? To proste; aktualny klimat społeczny, atmosfera gniewu i buntu przeciw prawicowym rządom tkwiącym w śmiertelnym uścisku z kościołem, to idealna pożywka dla Lewicy. Choć na obecnej sytuacji społeczno – politycznej próbują żerować wszystkie prawicowe partie opozycyjne, to ich próba wpisywania się w nią jest nieprzekonująca i z daleka trącąca koniunkturalizmem. Dla Lewicy zwalczanie rządów PiSu, reprezentujących całkowicie przeciwny biegun polityczny, jest sprawą naturalną, kwestią swej identyfikacji i wiarygodności, a wręcz warunkiem istnienia. Tylko Lewica ustami Włodzimierza Czarzastego zdobyła się na bezkompromisowe oświadczenie określające PiS jako swego śmiertelnego wroga. Można być pewnym, że podobnie postrzegają i utożsamiają się z taką interpretację setki tysięcy demonstrujących Polek i Polaków. Tak silnie zaznaczony w rozmaitych formach radykalizm protestujących na ulicach polskich miast, należy odczytywać już nie tylko jako niezgodę na zaostrzenie ustawy aborcyjnej, lecz także jako zdecydowany sprzeciw wobec władzy z jej narzucanymi ludziom ograniczeniami, wszechobejmującą kontrolą obywateli, antydemokratycznymi i niekonstytucyjnymi posunięciami. Trudno wyobrazić sobie by protesty spowodowały już dziś upadek pisowskiego rządu, choć całkowicie wykluczyć tego też nie sposób, tak jak nikt nie przewidział upadku systemu jałtańskiego w 1989 r. Jeśli nie teraz, to niewątpliwie nastąpi to za 3 lata, PiS bowiem jest najwyraźniej partią schodzącą. Już nic poza manipulacją, kłamstwem i obłudą, niezdolne jest zaoferować społeczeństwu. Jeśli zaś rozbudzone radykalnie antypisowskie nastroje protestujących i ich sympatyków mają działać na czyjąś korzyść, to profitentem będzie głównie Lewica, bo społeczny bunt ma wyraźnie antyprawicowy charakter.
Dlaczego Lewica
Jeśli dla demonstrantów życiowo ważną kwestią, co głośno podkreślają, jest wolny wybór i żądanie całkowitej swobody w dostępie do aborcji, to kogo mieliby poprzeć jeśli nie Lewicę, jednoznacznie odważnie deklarującą wolę przywrócenia aborcji na życzenie do 12 miesiąca ciąży, czyli realizację postulatu, który w Europie jest cywilizacyjną normą prawną. Tymczasem sejmowy projekt Lewicy o liberalizacji prawa aborcyjnego spoczywa w sejmowej zamrażarce, bez nadania mu numeru druku, niczym zarodek obywatela bez numeru PESEL. Ale projekt ten to dla rządów PiSu tykająca bomba, która wcześniej czy później wybuchnie pisowcom w dłoniach, a dla Lewicy stanie się tryumfalnym fajerwerkiem. Bo to Lewica najgłośniej domaga się już nie tylko prawa wyboru, lecz i wspiera prodemokratyczne hasła oraz nie obawia się, jak posłowie PO, wprost mówić o potrzebie usunięcia PiS od władzy. Trudno też wyobrazić sobie by bite na ulicach przez neofaszystów kobiety, nie opowiedziały się za Lewicą, jako jedyną siłą polityczną, wyraźnie domagającą się delegalizacji ONR-owskich bojówek oraz konsekwentnie dopominającą się ratyfikacji Konwencji Stambulskiej RE zapobiegającej przemocy wobec kobiet.
Lewica, jak żadna inna siła polityczna, może liczyć na mobilizację poparcia dla siebie także z kilku innych powodów. Jest niekwestionowanym rzecznikiem tych wszystkich grup społecznych i zawodowych, których postulaty i prawa są ignorowane, podważane lub wręcz gwałcone. Lewica nie przykleja się do nich, nie podczepia w sposób koniunkturalny, bo wspieranie ich jest jej polityczną naturą i zadeklarowanym celem. To nie przypadek, że Lewica już dziś znajduje poparcie ze strony środowiska LGBT i ekologów, bo Lewica jest w kwestii tolerancji i poszanowania odmienności jednoznacznie zdefiniowana i dookreślona, czemu wyraz dawała wielokrotnie i w wielu okolicznościach. To kwestia europejskości, nowoczesności i otwartości na odmienność, cech doskonale opisujących oblicze Lewicy. Młoda część społeczeństwa polskiego, choć nie tylko ona, coraz szczelniej odgradzana przez PiS od europejskich norm i zasad społecznego współżycia, tylko w Lewicy znajdzie skutecznego rzecznika i obrońcę. Na Lewicy z pewnością nie znajdą polityków jak Donald Tusk i jego otoczenie chichoczących w ławach poselskich kiedy Robert Biedroń relacjonował użycie wobec niego policyjnej pałki. To Lewica, jej politycy pojawiają się na Marszach Równości i nie mają oporów by tańczyć na kolorowych, mobilnych platformach. Wśród polityków Lewicy nie znajdzie się nikt na tyle obłudny i koniunkturalny, kto jak poseł PO Rafał Grupiński, który o ironio, na marszu ,,Polska w Europie”, wzdragał się jednoznacznie poprzeć środowisko LGBT i związki partnerskie w obawie, że po takiej deklaracji wyborcy na prowincji przepędzą Platformę. Tymczasem na trwających protestach obok czerwonej błyskawicy widzimy tęczowe flagi reprezentujące 2-milionową rzeszę polskich obywateli. Na kogo zagłosują, widząc kto i jak odnosi się do nich, o to jako ludzie Lewicy nie musimy się martwić.
Radykalizm i zaplecze Lewicy
Radykalizm trwających strajków dotyka kościoła katolickiego i jego hierarchów. Ludzie doskonale rozumieją, że zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej to inspiracja biskupów i spłacanie przez PiS zobowiązania wobec kościoła za przedwyborcze poparcie, głoszone m.in. z ambon większości kościołów. Jeśli polska opinia publiczna w reakcji na patologiczną symbiozę władzy z kościołem reaguje najgwałtowniejszą w Europie laicyzacją, to kogo miałaby poprzeć jeśli nie Lewicę, od dawną głośno domagającą się ustawowego rozdzielenia kościoła od państwa, pryncypialnie piętnującą nadużycia finansowe księży, molestowanie przez nich dzieci, ukrywanie przestępstw ludzi kościoła, ich pychę, butę, arogancję i rozmiłowanie w bogactwie.
O ile biskupi dopuszczają się irracjonalnych ataków na ekologów, nazywając ich działania ,,ekologizmem”, piętnując ich z powodu rzekomego braku patriotyzmu, bredząc o czynieniu sobie ziemi poddaną, wspierając mordowanie dzikich zwierząt, dokonując pokracznych ceremonii pokropków broni myśliwskiej i zabitych zwierząt, popierając wycinkę puszczy i lasów, to trzeba podkreślić, że młodzi ekolodzy, Zieloni od zawsze związani byli z ruchami lewicowymi, a Lewica jest twardym zapleczem dla ruchów obrony przyrody i ekologów. Tak więc mamy kolejną po radykałach, Strajku Kobiet, ruchach ateistycznych, LGBT, grupę społeczną będącą przyszłym elektoratem Lewicy.
Abstrahując od bieżącej sytuacji w kraju, strajków i protestów, warto także podkreślić, iż IPN, instytucja niczym orwellowskie Ministerstwa Prawdy, służąca do uprawiania represji i szantażu, stosująca kary nieprzewidziane w kodeksie karnym, została powołana do życia w 1999 r. głosami m.in. niemal wszystkich posłów centroprawicowej koalicji AWS-UW. Przeciw temu wynaturzonemu tworowi, niby historyczno-badawczemu, lecz z prokuratorami posiadającymi uprawnienia lustracyjne, Lewica głosowała blokiem, i jest to jej nieprzemijająca zasługa. Doceni to każdy rozsądny obywatel, który obserwuje jak instrumentalnie i podle używana jest ta instytucja do zwalczania przeciwników politycznych i uprawianie politycznej zemsty, co widać szczególnie boleśnie na przykładzie bohatera Powstania Warszawskiego, sympatyzującego z PO gen. Aleksandra Ścibor-Rylskiego. Nie na darmo jeden z posłów SLD powiedział emocjonalnie o potrzebie wręcz spalenia IPN. Może byłaby to przesada, ale pomysł rozgonienia tych pseudohistoryków zasługiwałby na należytą uwagę.
Z pewnością stanowisko SLD podzielą dziesiątki tysięcy poszkodowanych pisowską ustawą represyjną (emerytalną) funkcjonariuszy służb mundurowych, których dokumentacja, ku ich oburzeniu, przechowywana jest w IPN, w Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (!). Dotyczy to takich ludzi jak zasłużony twórca jednostki GROM, gen. Sławomir Petelicki, bohater akcji Samum w Iraku, gen. Gromosław Czempiński, agenci wywiadu, analitycy kontrwywiadu, pogranicznicy, pracownicy Dep. PESEL, paszportowcy, pielęgniarki i lekarze szpitala MSW, sportowcy klubów mundurowych, a nawet wdowy i sieroty po policjantach poległych w walce z gangsterami.
Ci wszyscy funkcjonariusze zostali bezprawnie pozbawieni należnych świadczeń emerytalnych i nazwani przez PiS ,,oprawcami”. Tylko w SLD znajdują bezkompromisowe wsparcie, zrozumienie i aktywną obronę. Dlatego ta ogromna rzesza poszkodowanych wraz z ich rodzinami, zechce z pewnością odwdzięczyć się Lewicy za obronę ich dobrego imienia. Jedno jest pewne; nikt z nich nie zagłosuje na PiS, a nawet na PO, bo to ta partia w 2008 r. zapoczątkowała szykany wobec w.wym., niekonstytucyjnie redukując mundurowym ich emerytury z przepisowego 2,6 proc. za każdy przepracowany rok, do nieistniejącej w ZUS stawki od 0,7 proc. Lewica konsekwentnie broniąc mundurowych, pokazując brak podstaw prawnych i sprzeczność ustawy represyjnej z konstytucją, udowodniła, że jest partią prawa i sprawiedliwości, podczas gdy Prawo i Sprawiedliwość zdemaskowało się jako partia typu bolszewickiego, gardząca literą prawa i duchem konstytucji, kierująca się potrzebą rewanżu i przypochlebianiem najniższym ludzkim instynktom.

Lewicowa oferta patriotyzmu
Prawica od dawna stara się zaczepić przekonanie, że patriotyzm to jej wyłączna domena, choć widzimy, że skrajnie prawicowe środowiska jak np. bojówkarze ONR i PiS najchętniej manifestują swoje przywiązanie do wartości narodowych wymachiwaniem flagą, odpalaniem rac i rykiem towarzyszącym hasłu: śmierć wrogom ojczyzny. PiS propaguje patriotyzm szowinistyczny, wykluczający, patetyczny, egzaltowany, niepełnowymiarowy i naskórkowy, rodem z zatęchłego stryszku, rzewny, wspomnieniowy, rozpamiętujący, szlochający nad klęskami, zamodlony, przy wtórze kościelnych dzwonów. Ludzie Lewicy głębiej i mądrzej postrzegają pojęcie patriotyzmu i obowiązku wobec ojczyzny.
Rozumni patrioci znajdą na Lewicy właściwy wymiar nowoczesnego patriotyzmu, tego trudniejszego, wymagającego, pozytywistycznego, twórczego i spokojnego, wcielającego w życie zbiór praktycznych zadań, mających zapewnić pomyślną przyszłość Polaków. To m.in. dbałość o poziom szkolnictwa, właśnie zdemolowanego przez pisowską deformę, o czyste powietrze, o zieloną energię, o odejście od węgla, o przyrodę, o unikatową puszczę wyrąbywaną przez pisowskich demolatorów.
Współczesny lewicowy patriotyzm to doskonała oferta dla ludzi myślących; nie zapatrzenie w przeszłość i samoizolacja Polski, a kotwiczenie jej w strukturach UE, dbałość o silną pozycję Polski w strukturach UE, jako warunek niepodległego jej bytu. To także korzystanie z kompetentnej, wykształconej kadry na każdym odcinku funkcjonowania państwa, bo tylko taka zapewni sprawne zarządzanie i autorytet Polski na arenie międzynarodowej, kadry zdolnej zadbać o dobro wspólne, nie zaś zabiegający o interes partii, jak niestety robią to niektórzy pisowscy senatorowie, posłowie i wiceministrowie z wykształceniem zaledwie zawodowym czy średnim, lub niekompetentni prezesi spółek skarbu państwa.
W obecnej sytuacji buntu przeciw zdegenerowanej władzy, prawdopodobnie zbuntowana młodzież, kobiety i ich mężczyźni jeszcze dziś nie zaprzątają sobie głowy podobnymi rozważaniami, ale na nie przyjdzie wkrótce czas, a wnioski dla ludzi inteligentnych, samodzielnie myślących nasuną się same z siebie. Wówczas nastąpi czas Lewicy, bo czas i kapitał społeczny są naszymi sojusznikami. Na nic nie zda się zohydzanie Lewicy przez prawicę, nazywanie jej stronników lewakami czy postkomuchami. Ludzie mają wiedzę, rozumieją, że wszystkie partie lewicowe, socjal-demokratyczne w Europie, poza Labour Party, mają komunistyczny rodowód, i takimi koneksjami nie zaprzątają sobie głowy, ani też nie są one dla obywateli argumentem obciążającym współczesną Lewicę. SLD i Lewica ogólnie legitymuje się wielkim dorobkiem, którym nie zawsze potrafi się pochwalić.
Widząc jak nieudacznikom z PiS dysponującym ogromnymi środkami finansowymi i technologicznymi trudno wybudować kilometr autostrady, jedną elektrownię, jeden statek lub choćby kilkaset mieszkań, aż się prosi pokazać jak po II wojnie powstawała cała infrastruktura, budowano zakłady pracy, fabryki, elektrownie, porty, sieć drogową i kolejową, szkolnictwo i sieć szpitali.
Współczesna Lewica to nowoczesna, patrząca w przyszłość, otwarta, rozsądna, europejska socjal-demokracja, tolerancyjna, obyczajowo liberalna, prospołeczna, sprawiedliwa partia młodych, przede wszystkim kompetentnych, wykształconych, poważnych i odpowiedzialnych ludzi, którym obca jest zapiekłość, małość, mściwość i niekompetencja. Nie znajdzie się tam miejsca na listach wyborczych dla posłów i senatorów, jak z prawicy – groteskowych dyletantów – psujów, stolarzy, tapicerów, techników kolejowych, kierowców, ślusarzy, perukarzy czy wyplataczy koszów wiklinowych, ludzi poniekąd potrzebnych gospodarce, lecz nie koniecznie parlamentowi.
Czego od Lewicy można oczekiwać, przekonaliśmy się za jej dwukrotnych rządów: najlepszy w 30-leciu prezydent, nadwyżka budżetowa, rozwój gospodarczy na poziomie prawie 6 proc. , wzmocnienie potencjału obronnego, dokarmianie dzieci w szkołach, uznanie i szacunek świata, przyjęcie Polski do NATO i UE.

I o co chodzi?

Poproszę, aby ten tekst potraktować jako satyryczny. Co prawda Trybuna nie jest pismem prześmiewczym, a i Gadzinowski nie znosi konkurencji. Gdyby jednak miał to być tekst poważny, to Gadzina dałby go na 3 stronę i opatrzył stosownymi tytułami oraz zdjęciem Naczelnika.

Nie musiałby wykreślać niecenzuralnych słów, bo bym ich nie używał. Mam traumę po tym, jak kapral Milicji Obywatelskiej dał mi w 1970 roku mandat o wysokości 10 zł, za użycie na ul. Manifestu Lipcowego w Krakowie słowa „dupa”. W zamian za to napisałbym o wynikach badań, przytoczył CBOS, IBRIS, Kantar i Bóg wie co jeszcze. W odróżnieniu od wielu polityków, badania pod strasznie nudnym tytułem „Młodzi Polacy wobec …” staram się czytać ze zrozumieniem. Ale tu tego nie będzie. Bo tu nie o prawdę naukową chodzi tylko społeczną. Oto garść uwag. Jeśli komuś to się politycznie skojarzy, to na własną odpowiedzialność.

Ludzie wychodzą na ulice. Kobiety i mężczyźni. Młodzi i starzy, ale głównie młodzi. Uczeni wszelakiej politycznej maści oraz etatowi oraz niezawodowi politycy (też różnej maści) zastanawiają się po co. O co chodzi? Otóż mam z tej sprawie swoją opinię. Wcale – moim zdaniem – nie chodzi o mgr Przyłębską, prawo do aborcji i tym podobne rzeczy. Tu chodzi o wolność i o ściśle rozumiana politykę. Moi rówieśnicy wywalczyli ją w 1989 roku. My – postpezetpeerowska lewica – do tego też przyczyniliśmy się. Nie baliśmy się wolnych wyborów, ani demokratycznej konkurencji. Też nie lubiliśmy towarzyszy radzieckich, którzy zawsze wiedzieli lepiej i nie chcieliśmy karier zależnych od ślepej, politycznej i ideologicznej, lojalności. Tu z ówczesnymi „Solidarnościowcami” było nam po drodze.

Rozeszliśmy się – choć na szczęście nie ze wszystkimi – gdy określano granice i wyznaczniki tej wolności. Polska pseudoprawica i liberałowie z Bożej łaski uznali, że wolność polityczna i neoliberalnie rozumiana wolność ekonomiczno-socjalna (wolność do biedy) wystarczy. Cała reszta była poza ich zainteresowaniem. Część spłacić chciała wydumany dług wobec kościołów (w tym największego), część była w wieku i doświadczeniu (wszak PRL była bardzo pruderyjna), kiedy wolność do marzeń była poza ich zasięgiem. Ofiarą takiej postawy padła nie tylko aborcja. Także np. pomysły, aby zalegalizować obrót miękkimi narkotykami, albo usankcjonować związki partnerskie osób tej samej płci. W zamian za to dostaliśmy kapelanów w każdym zorganizowanym państwowo fragmencie życia społecznego, rytuały kościelne przeniesione do życia państwowego. To nie tylko wina prawicy. Także wybitni politycy lewicy apelowali, aby nie walczyć z kościołem i religią, klękali gdy nie trzeba było i uderzali się w piesi, bacząc, czy robią to stosunkowo głośno. Sam tu nie jestem bez winy, bo jeśli już protestowałem, to po cichu. Choć sam od wielu lat już nie klęczę, to nie umiałem podnieść z kolan wielu moich kolegów. To ważne, bo lewicowy antyklerykalizm jest stosunkowo świeżej daty.

Ci młodzi, którzy dziś wychodzą na ulicę, chcą dla siebie wolności. Maja w dupie demokrację, wybory, partie polityczne i wolności obywatelskie. Oni chcą własnej wolności, tak jak ją rozumieją w roku 2020. Prawa do wyznawania wiary w makaron spaghetti i w to, że zwierzęta są naszym mniejszymi braćmi, a drzewa żyją i odczuwają ból. Chcą, aby nikt nie dopieprzał się do ich ciała, do tego, ze ozdabiają je agrafkami i kolorowymi pasemkami włosów. Chcą przyzwolenia na to, aby czerpać przyjemność z seksu bez zobowiązań. I do tego, aby życie rodzinne i obowiązki rodzicielskie podjąć wtedy kiedy będą do tego gotowi, a nie jak sąsiadka uzna to za stosowne. I żeby państwo, jego policje jawne i tajne oraz dwupłciowe odwaliły się od tego jak oni chcą żyć, z kim i w jakich okolicznościach. To co było pod spodem, chronione konwenansem, w tym religijnym, chcą wyjąć na wierzch, mało tego, chcą aby oczekiwania te cieszyły się takim samym szacunkiem obywateli i wsparciem państwa, jak wszystkie dotychczas uznawane modele.

Wiedzą, że to muszą sobie wywalczyć i że w dużej mierze zależy to od polityków. Rozumieją też „jak ta polityka chodzi”. Nie dadzą zepchnąć się na jakieś boczne, bez znaczenia, ścieżki. Dlatego nie chodzą pod budynek Trybunału Konstytucyjnego czy Ministerstwa Edukacji Narodowej. (Zresztą, to słowo „narodowej” też ich drażni. Bo co, „narodowa” edukacja jest lepsza niż europejska?) Idą na Żoliborz, na Wiejską, licząc, że faceci zza barier policyjnych i sop-owskich się zreflektują. I widząc reakcje tych „chronionych” tracą nadzieję. Na to, że ten kraj może być dobrym miejscem do życia, że polityka to sztuka zaspokojenia ludzkich potrzeb, to czynienie dobra. Państwo, które lubili, którego czasem się wstydzili, ale częściej bywali dumni, pokazuje im środkowy palec. Nie pierwszy raz zresztą, bo już wiedzą, ze w minionych latach nie przybyło miejsc w żłobkach i przedszkolach, że wobec handlarzy narkotykami czy dopalaczami stać to państwo co najwyżej na zaostrzanie kar, że „piątka” Kaczyńskiego poległa w bojach o władzę, a Tusk walczył z pedofilami poprzez chemiczna kastrację.

To się w ich umysłach, pokoleniowej pamięci, odkłada i dlatego maja w dupie politykę, jej przedstawicieli i elity. Tych wszystkich starców, którzy nie rozróżniają tik-toka od fb, a tego ostatniego od insta. Którzy nie rozumieją, że jak mnie wkurwią to pojadę za granicę. Gdzie nikt mnie nie będzie pouczał, jak mam żyć. Że ta cała religia, historia i WoS-ie, to jedna wielka manipulacja, która ma ich pozbawić własnego osądu rzeczywistości. A nauczyciel z Szydłowca, który wyrzuca ich ze zdalnej lekcji za ozdobienie swojego logo błyskawicą, to nie wyjątek, to reguła. Odbierają to wszystko jako opresję wymierzoną w istotę ich człowieczeństwa.

Co na to lewica? Fajnie, że chodzą na te demonstracje, a lewicowe posłanki dają dowód odwagi i determinacji. Ale – z szacunkiem do Was dziewczyny – to za mało. Polityka to praca głową, to debata z przeciwnikiem, a przede wszystkim niezdecydowanym. Zobaczcie na ostatnie badania. Problemem dla Lewicy, nie są jej notowania. Problemem jest 26% respondentów, którzy nie mają na kogo głosować. Trzeba więc wyłożyć filozofię Lewicy, dać ludziom materiał do pomyślenia. Nic tam Wasze liczne inicjatywy legislacyjne, Hołownia nie zgłosił żadnej. Antonio Gramsci (nie wiem, czy ktoś na lewicy go jeszcze czyta), powiadał, że dobra partia polityczna to coś na kształt religii, tyle, ze opartej na swobodnej wymianie poglądów i na realnie istniejących ludziach i rzeczach.. Nie chcę go tu cytować, ale ta debata powinna oprzeć się na trzech kluczach. To słowa: wolność-równość-człowieczeństwo. „Tylko nie spieprzcie ich banałami” – zakończył klasyk swój list z faszystowskiego więzienia.

Bigos tygodniowy

Chyba przez nikogo nie spodziewane, ogromne rozmiary i ogólnopolski zasięg przybrał społeczny protest przeciwko barbarzyńskiemu zaostrzeniu prawa aborcyjnego poprzez zakwestionowanie zgodności z Konstytucją przesłanek embriopatologicznych. Trudno przypisać tu sprawstwo tzw. Trybunałowi Konstytucyjnemu Julii Przyłębskiej, bo wiadomo, że żadna ważna decyzja nie zapada bez woli, a co najmniej bez przyzwolenia Kaczyńskiego. Jednak – niezależnie od personaliów – jeśli wskazać dla tej kwestii największy wspólny mianownik, to przecież sprowadza się on do takiej oto oczywistości, że u źródeł trwającego od 27 lat zakazu aborcji w Polsce, czyli od zarania III RP, tkwi zaciekła, anachroniczna, przepełniona złymi emocjami kamienna postawa prawicy rozmaitych odcieni, prawicy zblatowanej z Kościołem katolickim. Do niekończącej się historii sporu o kształt prawa dotyczącego aborcji, który trwa już, dopisany został kolejny, haniebny rozdział.


Z obserwacji tego protestu, który trwa już kilka dobrych dni, wynika całkiem pokaźny pakiet wniosków. Po pierwsze, znacząca część młodego pokolenia, bo wśród protestujących dominują, z grubsza biorąc, młodzi ludzie urodzeni między rokiem 1990 a 2002, zakwestionowała symboliczne władztwo Kościoła katolickiego i tzw. tradycyjnych polskich wartości. Uczynili to na demonstracjach w formie werbalnej i ikonograficznej przesyconej przekazem ostrym, często czerpiącym z zasobu słownika wulgaryzmów, ale także pełnym dowcipu, sarkazmu, szyderstwa, ironii, świadczącym o zupełnie niezłym wrobieniu kulturowym. Po drugie, skala i zasięg protestu przewyższyły skalę i zasięg Czarnego Protestu z października 2016, który przecież uznany został za masowy. Sceną demonstracji i marszów były zarówno duże i średnie miasta, jak i (co było novum) także wiele małych miasteczek. Po trzecie, protest – obok ostrza antypisowskiego, czy antyprawicowego, przybrał także wyraźnie antyklerykalny, antykościelny, a fragmentami nawet antyreligijny charakter i koloryt. Można by rzec, że w realu, na polskich ulicach potwierdziło się to, o czym mówi się o kilka lat i co potwierdzają badania socjologiczne – obecne pokolenie polskiej młodzieży jest pierwszym w historii Polski, które w tym stopniu, in gremio wzięło rozbrat z tradycyjną religijnością. Wydaje się, że odwieczne hasło „Polonia semper fidelis” mające oznaczać splecenie polskości z katolicyzmem zaczyna przechodzić do historii. Polska młodzież trafnie zlokalizowała właśnie we władztwie Kościoła katolickiego przyczynę deficytu wolności, którego pokolenie to po raz pierwszy tak boleśnie poczuło na własnej skórze.


W miniony piątek, późnym popołudniem strapiony, omaskowany Mateo w towarzystwie ministra zdrowia Niedzielskiego i krajowego konsultanta ds. zakaźnych profesora Horbana (też omaskowanych) ogłosił m.in. zamknięcie cmentarzy na 3 dni. Jak było do przewidzenia, ta decyzja, mimo że większość Polaków musiała się z nią liczyć, wywołała niezadowolenie, a nawet gniew. Ludzie rzucili się na cmentarze, powodując to czego obawiali się rządzący czyli niekontrolowane tłumy przy grobach drogich zmarłych, a co za tym idzie znaczne zagrożenie epidemiologiczne. Ich niezadowolenie i gniew były niczym w porównaniu z niezadowoleniem i gniewem sprzedawców kwiatów i zniczy, którzy przy cmentarzach już rozłożyli swoje stragany, czekając na kupujących. W tej sytuacji, pozostali z zapasami towaru, w tym tak nietrwałym jak rzeczone kwiaty i długami, jakie większość z nich zaciągnęła na ich zakup. Pytani przez dziennikarzy różnych mediów, nie ukrywali złości, zwracali uwagę, że decyzja rządu ogłoszona na kilka godzin przed zamknięciem cmentarzy, uderzyła wprost w ich niejednokrotnie rodzinne biznesy, stawiając firmy na skraju bankructwa. Dopiero później, jeszcze w piątek, bodaj na TT, Mateo do którego musiały dotrzeć informacje na ten temat, zreflektował się i obiecał tym, którzy poniosą straty rekompensaty. W sobotę okazało się, że dwie agencje rządowe odkupią od sprzedawców i producentów kwiaty i rośliny, które mogłyby zostać sprzedane w Święto Zmarłych, zaś samorządom, które już zaangażowały się w ratowanie przedsiębiorców, odkupując od nich kwiaty i rośliny, zostaną zwrócone poniesione nakłady. Można zatem uznać sprawę za jakoś załatwioną, tylko dlaczego nie można było ogłosić tych propozycji w dacie konferencji Mateo? No dlaczego? I dlaczego rząd zwlekał z ogłoszeniem swojej decyzji o zamknięciu cmentarzy tak naprawdę do ostatniej chwili? No dlaczego?


Również w miniony piątek Duda złożył w Sejmie projekt nowelizacji ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, częściowo przywracającą tzw. przesłankę eugeniczną. Najprościej pisząc, chodzi o to, żeby można było stworzyć listę „wad” płodu pozwalających na jego terminację. Oczywiście, ta dudowa propozycja nie podoba się nikomu, no może za wyjątkiem części koalicji rządzącej, która ma nadzieję, że zachęci część protestujących kobiet do pozostania w domu. Bigos tygodniowy nie podziela tego optymizmu, bowiem już widać, że kobiety i dziewczyny, mężczyźni i chłopaki je wspierające, pod wodzą Marty Lempart, nie zadowolą się ułomną propozycją Dudy i chcą pełnej liberalizacji prawa w zakresie dopuszczalności przerywania ciąży. Na razie protesty wywołane wydaniem w dniu 22 października przez Trybunał Konstytucyjny Przyłębskiej tzw. wyroku zaostrzającego prawo aborcyjne, trwają i jak się zdaje trwać będą, po „podmiot nie zgadza się z orzeczeniem”.


We Wrocławiu, doszło do ataku na dwie dziennikarki „Gazety Wyborczej” relacjonujące przebieg protestu kobiet. Ubrany na czarno i zamaskowany osiłek, jak później ustalono kibic jednego z klubów wrocławskich, kibol po prostu, naruszył nietykalność cielesną jednej z nich. Ustalono jego personalia, dokonano przeszukania w miejscu zamieszkania ujawniając m.in. zakazane środki psychoaktywne. Nie został tymczasowo aresztowany, a pierwotnie skierowany do sądu wniosek o zastosowanie tego środka zapobiegawczego, został podobno na polecenie Prokuratury Krajowej wycofany. Jeżeli to prawda, to prawda ta budzi zdziwienie. Nie ma bowiem zgody na ataki na dziennikarzy wykonujących swoje obowiązki, bez względu na to jakie media reprezentują!


W trzech sondażach PiS odnotowało znaczący spadek notowań. Bardzo prawdopodobne, że z tego powodu wycofano się z procedowania przyjętego już przez Sejm projektu „piątki dla zwierząt”. Ponoć będzie opracowywany nowy projekt znaczy się lepszy, tylko kiedy? Tego nie wie nikt…

Flaczki tygodnia

„Stary świat umiera, a nowy walczy o narodziny: teraz jest czas potworów”. To dawno temu napisał Antonio Gramsci, ale dziś znów staje się aktualne.

Władza PiS przestraszyła się masowych protestów Polek. Przestała mówić jednym głosem.

Pojawiła się w niej frakcja nieprzejednanych siłowników. „W państwie prawa nie może być zgody na łamanie prawa, w związku z czym prokurator generalny Zbigniew Ziobro wydał jednoznaczne wytyczne”, pogroził pan wiceminister sprawiedliwości i polityk Solidarnej Polski Michał Woś.
Nie próżnuje pan Prokurator Krajowy Bogdan Święczkowski.
Nakazał śledczym w całej Polsce ściganie organizatorów protestów oraz osoby, które namawiają do udziału w demonstracjach po haniebnym wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Może grozić kara więzienia do ośmiu lat.

Ciekawe czy do odpowiedzialności zostaną też pociągnięte pani Magdalena Cymańska, córka pana posła Tadeusza Cymańskiego z PiS, która regularnie uczestniczy w demonstracjach i zachęca do nich oraz pani Kinga Duda, doradca społeczny pana prezydenta Dudy, która wydała oświadczenie, że popiera „kompromis aborcyjny z roku 1993”?

„Flaczki” znają pana posła Cymańskiego z zakładu pracy przy ulicy Wiejskiej. Gratulują mu mądrej córki.

Kiedy słucham, że „Mój brzuch, moja sprawa”, to jest to dla mnie jakieś fundamentalne niezrozumienie jednostki ludzkiej. Wolność kobiety jednak kończy się, kiedy zachodzi w ciążę, bo jest ograniczona wolnością dziecka”, zwierzyła się Jadwiga Emilewicz, była wicepremier. Skonfliktowana dziś panem Jarosławem Gowinem, aktualnym wicepremierem.

„Udział ludzi wierzących w demonstracjach, żeby przerywać życie ludzkie, przerywać ciążę, to grzech”, powiedział rzecznik Episkopatu Polski pan ksiądz Leszek Gęsiak.
Mówcie tak dalej panowie biskupi, mówcie tak, a w waszym kościele pozostaną jedynie naziole i bojówkarze.

„Rozumiem kobiety i ich obawy wynikające z tej sytuacji”, oświadczył pan prezydent Andrzej Duda i złożył w Sejmie projekt nowelizacji ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. „Jestem przeciwnikiem aborcji eugenicznej, ale spodziewałem się, że Trybunał Konstytucyjny zostawi czas, aby te przepisy zostały doprecyzowane”, dodał pan prezydent.

To oznacza, że pan prezydent, i wspierający go taktycznie pan premier Morawiecki wraz z panem wicepremierem Gowinem, pragną politycznie uciec do przodu przywracając stan wczorajszy.
Nie da się tego teraz dokonać. Nie tylko dlatego, że prezydencki projekt to znów napisany naprędce bubel prawny. Że w klubie parlamentarnym PiS nie ma jeszcze większości niezbędnej do przegłosowania go. Nie uda się go przegłosować, bo to lepsze wczoraj umarło politycznie w minionym tygodniu. Szkoda czasu na galwanizowanie politycznego trupa.

A gdzie jest pan prezes Kaczyński? Takie pytanie teraz paść powinno. Ale dziś nie padnie. Dzisiaj Złego z lasu nie wywołujmy.

Władza PiS nie tylko przestała mówić jednym głosem. Zaczęła już donosić na siebie. W odpowiedzi na pojednawcze gesty pana prezydenta Dudy, żołnierze pana prezesa,wicepremiera przypomnieli, piórem redaktora Piotra Zaremby, że to przecież pan prezydent naciskał pana prezesa, wicepremiera by przyśpieszał wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. I nawet uzależniał od tego swój podpis na ustawie o ochronie zwierząt.

Ustawa o ochronie zwierząt pójdzie zaś do politycznej aborcji, pomimo udanego już jej poczęcia. Elity PiS nie chcą dalszej wojny z mordującymi zwierzęta dla zysku.

Jaśnie pana prezesa zaczął sypać też mecenas Roman Giertych. Twierdzi, że Kaczyński zwierzał mu się ze swych politycznych planów w 2007 roku. „Mówił mi o planach przejęcia Trybunału Konstytucyjnego poprzez zmianę ustawy. Mówił mi o planach powoływania specjalnych sędziów do spraw aresztowych, gdzie byłyby rozpatrywane sprawy dotyczące „układu”, czyli polityków opozycji. Mówił o specjalnym sądzie prasowym, który miał dyscyplinować media za „nieuczciwe ataki na polityków”. Nie miał kompletnie świadomości, że o jego planach informowałem opozycję, a przede wszystkim liderów PO. Widziałem u niego początki jakiejś paranoi politycznej, gdy snuł rozważania jak postawić zarzuty Tuskowi albo jak zachowa się Schetyna, gdy mu się zamknie żonę” – pisze mecenas, zwany „Koniem”, na Facebooku.

”Chcielibyśmy stanowczo zaprotestować przeciwko temu bezprecedensowemu, dokonanemu w środku pandemii atakowi na prawa i wolności kobiet w Polsce”, napisali w bardzo poważnym oświadczeniu przewodniczący głównych frakcji w Parlamencie Europejskim. Liderzy wszystkich, poważnych sił politycznych w Europie . Od socjalistów po chrześcijański demokratów i liberałów. Nawet partia węgierskiego premiera Orbana znalazła się wśród nich. Biedny ten pan prezes Kaczyński. Gdyby zechciał wypierdalać, to pozostaje mu jedynie kierunek na Mińsk białoruski lub Kaliningrad.

Zmarł Jurek Czepułtowski z Ełka. Wspaniały poseł SLD i kolega z pracy w zakładzie na Wiejskiej w latach 1997-2005. Żal.

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

ANNUSZKA

Do pana mówię Panie Jarku,

choć ma pan sporo lat na karku,

dopadła pana dziś znienacka

znana klasyka literacka.

Chcę panu więc zaproponować

by pan poczytał Bułhakowa,

bo wtedy pan zrozumieć zdoła

co mówią ludzie dookoła.

Może to dziwne proszę pana,

ale wpadł do mnie sąsiad z rana

i w progu woła do mnie : „Polej –

Annuszka już kupiła olej…..”

Ryszard Grosset

Zamach trwa!

Zaledwie kilka dni temu Trybuna opublikowała mój felietonik pt. Zamach. Leitmotivem tego wysiłku mego sklerotycznego umysłu było ostrzeżenie, że wkraczamy, jako naród i państwo, w etap zamachów na nasze prawa obywatelskie, sygnalizujący bóle porodowe dyktatury.

Widocznie mam zadatki na intratną posadę jasnowidza, bo doczekaliśmy się orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego, że jeden z zapisów ustawy regulującej dopuszczalność aborcji jest niezgodny z Konstytucją. To taki przepis, który dopuszczał aborcję na wniosek kobiety, w przypadku stwierdzenia nieuleczalnej wady spodziewanego płodu.
Zamach na prawa kobiet
Orzeczenie to spowodowało nagły, jakby przez władze kraju niespodziewany, wybuch niezadowolenia społecznego, w tym zwłaszcza kobiet. Rozpoczęły się manifestacje protestu, które, jak sądzę, mogą być długotrwałe i niebezpieczne.
Na tym tle mam, do miłościwie panującej partii, rządu i ich zaplecza prawnego, pięć pretensji:

Po pierwsze – o to, że grupa posłów PISu wpadła na idiotyczny pomysł przerwania kontynuacji nienajlepszych, ale względnie spokojne tolerowanych „kompromisowych” przepisów, regulujących dopuszczalność aborcji, funkcjonujących od ok. 30 lat. I że z pytaniem w tej sprawie zgłosiła się do Trybunału Konstytucyjnego, który, zdaniem wielu autorytetów prawniczych, jest obecnie upartyjniony i częściowo powołany niezgodnie z prawem.

Po drugie, – że tenże Trybunał zdecydował się na rozpatrzenie tej sprawy szybciej, niż normalnie, i w okresie ograniczania zgromadzeń wywołanego pandemią CONVID 19. Podjął taką decyzję zapewne na towarzyskich spotkaniach Pani Prezes Trybunału z Prezesem Partii Rządzącej, jedząc wystawne obiadki. Zarzucam rządowi RP, że na to pozwolił, narażając zdrowie i życie obywateli.

Po trzecie, – że tenże Trybunał stosuje wyłącznie najszerszą interpretację „życia człowieka”, mimo, że w prawie międzynarodowym i w prawie wielu państw, przyjmuje się częściej początek życia „od narodzenia człowieka”, a nie „od poczęcia”, które zresztą nie jest pojęciem jednoznacznym. Zawsze nasuwało wątpliwość, czy wobec tego żywy plemnik ludzki też może już być uznany za chronionego prawem człowieka, tym bardziej, że zapewne jeszcze w cym stuleciu dojdziemy do sytuacji, w której będzie możliwe nie tylko sztuczne zapłodnienie, ale także przynajmniej wstępne rozwijanie płodu w tworzonych przez ludzi urządzeniach. Oczywiście upraszczam, – ale przypominam, że konstytucja RP (Art. 38) mówi ochronie życia „człowieka”. Reszta – Panowie Prawnicy – jest tylko waszą interpretacją. I domyślam się, że przy tym wysiłku macie w głębokim poważaniu dorobek światowej filozofii. A Kartezjusz powiedział przecież „Cogito ergo sum” . czyli „Myślę, więc jestem”. Eo ipso – nie myślę, to mnie nie ma. Mogę się założyć, że embrion nie myśli.
Prawne sankcjonowanie tortur
Po czwarte – zarzucam Partii Rządzącej, Rządowi i Trybunałowi Konstytucyjnemu, że Interpretuje rozszerzająco jedne postanowienia Konstytucji, a jednocześnie stara się pomijać inne. W Art. 40 jest wyraźny zakaz stosowania tortur. Pytanie – czy nie jest świadomie przez państwo zadawaną torturą zmuszanie kobiet do wielomiesięcznego noszenia niechcianej i nienaprawialnie uszkodzonej ciąży tylko po to, aby potem zorganizować jej pogrzeb?
Po piąte – zarzucam rządowi, że pozwala na doprowadzanie do sytuacji, w której niemające innego wyjścia kobiety, będą na znacznie większą skalę wybierały turystykę aborcyjną. Dochodzą do mnie informacje, że wyspecjalizowane kliniki aborcyjne w Czechach, Słowacji, Niemczech a nawet w Kaliningradzie, na Białorusi i Ukrainie, po informacji o decyzji TK, już szykują specjalne akcje reklamowe kierowane do Polski. Zapewne obniżą ceny, szerzej niż dotychczas zorganizują transport „tam i z powrotem”, kupią lepsze antybiotyki rozdawane po zabiegu. Polki będą jeździć i płacić. To pomoże tym klinikom w poprawie ich sytuacji finansowej nadwątlonej przez pandemię. A w naszych szpitalach ją pogorszy. A przy okazji – nie wiem, czy rządzący zdają sobie sprawę, że jesteśmy bez wyjątku otoczeni przez państwa, w których aborcja jest legalna. My jesteśmy średniowiecznym wyjątkiem.
Może się jednak okazać, że straty wynikające z tego ostatniego punktu, to tzw. „małe piwo” w stosunku do strat, które może wywołać niezadowolenie, a nawet wściekłość kobiet i związanych z nimi mężczyzn. Jeden dzień blokad komunikacyjnych i spowodowanych przez nie kosztów interwencji policji, może być bardziej uciążliwy dla budżetu, niż straty w placówkach medycznych.
Trzeba zupełnie nie mieć wyobraźni i otrzymywać tylko nieudolne analizy nastrojów społecznych, aby podejmować takie decyzje w ogóle, a zwłaszcza w obecnej sytuacji. Rządy i tworzące je partie bez wyobraźni utrzymują się dłużej tylko w warunkach dyktatury. A większość nas do niej nie dąży.

Bigos tygodniowy

Najczarniejsze koszmary stają się rzeczywistością. Pandemia coraz bardziej, lawinowo się rozpędza, a władza PiS zdecydowała się na arcybarbarzyńskie posunięcie w stosunku do kobiet i ich praw. Piekło kobiet rozpęta się teraz z siłą, jakiej do tej pory nie znaliśmy. Podstępnie scedowano brudną robotę z Sejmu na atrapę tzw. Trybunału Konstytucyjnego. Obowiązująca w Polsce od 27 lat najbardziej drakońska ustawa antyaborcyjna w Europie zostanie zmieniona tak, że będzie to oznaczało praktycznie całkowity zakaz aborcji. Nie ma odpowiednich słów by adekwatnie nazwać to horrendum, tę hańbę, która dokonała się 22 października 2020 roku. Polska stała się tego dnia najbardziej opresyjnym i ponurym miejscem w Europie, europejskim Salwadorem. To co się stało, jest tak straszne i tak brzemienne w skutki, że powinno być właściwie jedynym tematem bigosu. Nie chce się wierzyć, że coś takiego mogło się stać w kraju członkowskim Unii Europejskiej. Nie ma też złudzeń, że na tym się skończy. Tylko czekać jak po zniesieniu legalności przesłanki embriopatologicznej, zniesiona zostanie także legalność dwóch pozostałych przesłanek uprawniających do przerwania ciąży – zagrożenia zdrowia i życia kobiety oraz przestępczego źródła ciąży. Tuż po ogłoszeniu wyroku przez tzw. Trybunał Konstytucyjny, w wielu polskich miastach, odbyły się protesty. W Warszawie, nieopodal domu Kaczyńskiego, doszło do starć z policją, która potraktowała demonstrantów gazem i zatrzymała kilkanaście osób. Więcej, protesty nie ustały w kolejnych dniach pomimo ograniczeń epidemicznych i trwają już blisko tydzień. Biorą w nich udział przede wszystkim bardzo młodzi ludzie, ich skala jest zapewne większa niż pamiętny, masowy Czarny Protest z października 2016 roku.

*****

A teraz kilka słów refleksji „na chłodno”, choć tak naprawdę nie sposób w tej kwestii zachować chłodnego dystansu. Układ sił politycznych w Polsce od wielu lat nie pozwalał nawet marzyć o szansach na liberalizację prawa aborcyjnego, ale z drugiej strony wydawało się, że nie ma także klimatu sprzyjającego co pewien czas podejmowanym przez fundamentalistów próbom jego zaostrzenia. Te próby, włącznie z projektem Godek i projektem Ordo Iuris jesienią 2016 roku nie powiodły się także wskutek postawy Kaczyńskiego. Wydawało się więc, że obecnie obowiązująca, ale pozostawiająca kilka wyjątków od zakazu aborcji restrykcyjna ustawa trwać będzie jeszcze długo. Co więc spowodowało ten nagły i mimo wszystko jednak zaskakujący ruch? Pojawił się argument, że chodziło o przykrycie nieudolności władzy w walce z pandemią, nadchodzącego wielkimi krokami kryzysu gospodarczego, bo to o czym donoszą media już jawi się jako katastrofa, apokalipsa. Zgodnie z innymi argumentami, Kaczyński zdecydował się na ten ruch, by zneutralizować nacierających od prawej strony fundamentalistów z Konfederacji i „Solidarnej Polski” Ziobry. Być może jest tu coś na rzeczy, ale nie zmienia to faktu, że podstawową przyczyną tego, co się stało jest fakt, że PiS to formacja fundamentalistyczno-autorytarna, której celem jest podporządkowanie sobie wszystkich sfer życia. Czyli, nie chodzi tylko o taktykę, ale że oni – PIS-owcy mają po prostu taki pogląd na świat.

*****

Dziwisz, niegdysiejszy kapciowy Wojtyły w randze kardynała okazał swoją nicość. Indagowany o sprawę pedofilii wśród podległych sobie księży, na oczach widzów jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych wił się i kluczył, „szedł w zaparte”, po prostu „nie widział, nie słyszał, nie mówił”. Wypierał się w żywe oczy wszelkiej wiedzy i wszelkiej odpowiedzialności za czyny kapłanów, latami krzywdzących małoletnich, pomimo że przedstawiono świadectwa, że wiedzę taką miał, tylko nic, ale to nic z nią nie zrobił. Osobnik, który nie ma kwalifikacji nawet na wiejskiego proboszcza, nie był w stanie okazać nawet cienia empatii ofiarom pedofilii. A tak w ogóle ciekawe, jak i kiedy Kościół Katolicki w Polsce zamierza rozwiązać nabrzmiewający problem coraz większej liczby osób, pokrzywdzonych przez jego funkcjonariuszy, którzy zebrali się na odwagę i niejednokrotnie publicznie opowiadają o swojej traumie? Na razie oprócz okrągłych słów KK konkretnych rozwiązań nie proponuje.

*****

Mimo poparcia ponad tysiąca organizacji pozarządowych i szacownych instytucji, 201 posłanek i posłów, pisowska większość odrzuciła kandydaturę Zuzanny Rudzińskiej-Bluszcz na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Przebieg posiedzenia Sejmu, a zwłaszcza stanowisko PiS, wyrażone właściwie jednym zdaniem przez Kanthaka Jana nie pozostawia wątpliwości, że rządzący najchętniej zlikwidowaliby RPO, ale skoro konstytucja nie daje takiej możliwości, wepchną na to stanowisko swojego funkcjonariusza o poglądach skrajnie fundamentalistycznych w rodzaju Czarnka czy Pawlaka, pseudorzecznika praw dziecka. Bigos tygodniowy stawia na niejakiego nomen omen Warchoła, obecnego sekretarza stanu w resorcie kierowanym przez Ziobro, piastującego dodatkowo funkcję rzecznika rządu do spraw praw człowieka albo kogoś bardzo, bardzo podobnego. Z tym, że jeszcze rządzący muszą się zastanowić co z senatem zrobić, bo niestety ten ma coś do powiedzenia w sprawie wyboru RPO. Najbardziej cieszy, że Zuzanna Rudzińska – Bluszcz nie wymięka i już zapowiada, że będzie ponownie kandydować. Bigos tygodniowy oczekuje zatem z niecierpliwością, kiedy prawica wystawi swojego kandydata, kto nim będzie i jaki program nam zwykłym obywatelom przedstawi. Będzie się działo!

*****

W miniony piątek, w plenerze odnalazł się Duda, z tym że ten plener to była tak naprawdę przebudowa Stadionu Narodowego na szpital tymczasowy. Duda i towarzyszący mu mężczyźni stali na tle krzątających się robotników i Duda prawił, jak będzie fajnie na tym stadionie, jak już zostanie przebudowany. Bigos tygodniowy nie wątpi, że może być fajnie, choć zważywszy sytuację epidemiologiczną kraju, uważa że może z tą fajnością to przesada. Co gorsze, Bigos tygodniowy nie może uwolnić się od kilku natrętnych pytań, które są związane z tą wiekopomną inwestycją. Mianowicie, ile lat tak przebudowany stadion będzie wykorzystywany jako szpital „tymczasowy”, ile taka przebudowa będzie kosztowała, ile będzie kosztował demontaż szpitala tymczasowego, gdy COVID 19 już się skończy i kto zarobi, na tych wszystkich montażach i demontażach, bez wątpienia, dużą kasę? I żeby nie było, Bigos tygodniowy uważa, że szpitali zakaźnych, medyków specjalizujących się tej dziedzinie jest mało, bardzo mało, w ogóle że polska służba zdrowia leży i kwiczy, bo po prostu w dobie koronawirusa zwyciężyło nasze narodowe zawołanie „Jakoś to będzie”, zamiast nudnej, rzetelnej roboty u podstaw. Tak tylko myśli, jaki ma sens taka przebudowa Narodowego oprócz propagandowego dymu? No jaki? Z różnych stron dobiegają wszak informacje, że w różnych miastach stoją szpitale, które w nieodległej przeszłości zostały zamknięte i należałoby je tylko otworzyć i doposażyć, aby mogły przyjmować pacjentów. Więcej, te szpitale zostałyby z nami na dłużej, tak na wszelki wypadek, bo naukowcy, ci wstrętni pesymiści, wieszczą, że ta pandemia to tak naprawdę uwertura tego co czeka ludzkość, również nas Polaków, w nieodległej przyszłości i zakaźne choróbska, przy których SARS – CoV-2 to pikuś, czają się za węgłem. A tak w ogóle, czy ktoś tak poważnie rozważał czy rzeczywiście, skoro istnieją gotowe budynki szpitalne (w tym podobno w Warszawie), adaptacja Narodowego prowadzona z takim rozmachem jest celowa, czy w ogóle ktoś policzył, a myślę tu przede wszystkim o Dworczyku Michale, ale nie tylko, ile to będzie kosztowało nas wszystkich, bo przecież środki pójdą z chudego budżetu ? Czy opinia publiczna nie powinna już teraz poznać faktycznych powodów przebudowy Stadionu Narodowego na szpital tymczasowy i kwoty za jaki zostanie zrealizowany ten fantastyczny pomysł? Najsmutniejsze jest to, że Stadion Narodowy to wisienka na torcie pomysłu forsowanego przez rządzących, media donoszą o kolejnych obiektach stadionach, halach targowych, centrach kongresowych, które za jak należy się domyślać za grubą, bardzo grubą kasę, będą adoptowane na tymczasowe szpitale. Ale co tam, Polska jest bogata i na pewno da radę.

*****

Wracam do rewolucji jaka od 22 października 2020r. dokonuje się na naszych oczach na ulicach polskich miast i miasteczek, bo to jest właściwie temat, który mógłby być jedynym tematem Bigosu tygodniowego. Tłumy, przede wszystkim młodych ludzi, w związku z wydaniem przez tzw. Trybunał Konstytucyjny wyroku prowadzącego tak naprawdę do całkowitego zakazu aborcji, protestują. Mają poczucie, że kobietom, ale nie tylko, także ich mężom, partnerom życiowym, odebrano prawo do decyzji w kwestii tak istotnej jak decyzja o terminacji uszkodzonego płodu. Mają poczucie, że pozbawia się ich podmiotowości, że rolę kobiet sprowadza się, jak ujęła trafnie jedna z uczestniczek protestu, do roli inkubatora. Póki co rządzący nie reagują na masowe protesty, nie wypowiedzieli się ani Duda ani Mateo, Jaro który zakończył kwarantannę milczy. Czyżby uważali, że sprawa przyschnie? No cóż Bigos tygodniowy uważa, że błądzą. Sprawa jest bardzo, ale to bardzo poważna, zaś sytuacja może się zakończyć tragicznie. Już tylko marginesowo Bigos zauważa, że epidemiolodzy apelują do demonstrujących o zachowanie dystansu społecznego, noszenie maseczek, wieszczą niekontrolowany wzrost zakażeń. Niestety, ich prognozy mogą się okazać trafne, a pod koniec listopada niestety zabraknie i łóżek covidowych i respiratorów, bo zakażeń będzie wiele.

Z Pawłem Łatuszką o Mickiewiczu

Z władzami Białorusi, niemal od początku istnienia samodzielnej republiki, Polska utrzymywała relacje chłodne, z dystansem. Kiedy rozpocząłem pracę w ministerstwie kultury (otrzymując w nadzorze także kontakty międzynarodowe) obowiązywała dyspozycja MSZ, by kontakty ze stroną białoruską były prowadzona co najwyżej na szczeblu wiceministrów.

Spraw do załatwienia z Białorusinami było sporo. Raz to tak zwana współpraca transgraniczna, dwa – sprawy mniejszości narodowych po obu stronach polsko białoruskiej granicy, trzy – polskie dziedzictwo kulturowe na dawnych terenach Rzeczpospolitej, tak można by jeszcze wymieniać… Były więc nie tylko preteksty, ale konkrety do spotykania się. Rozmawiałem zatem z ambasadorem Białorusi w Polsce wielokrotnie. Z jego inicjatywy złożyłem wizytę w Mińsku, spotykając się tam z całym kierownictwem białoruskiego ministerstwa kultury i z zastępcą ministra informacji odpowiedzialnego za sprawy książki. Odwiedziłem wtedy dawną, słynną siedzibę Radziwiłłów – zamek w Nieświeżu, gdzie prowadzono przewlekle i dość nieudolnie prace renowacyjne. Białoruskim ambasadorem w tym czasie w Polsce był Paweł Łatuszka. Bardzo młody, bo w chwili objęcia stanowiska ledwo 29. letni. Najmłodszy ambasador w historii białoruskiej dyplomacji. Miał już jednak, całkiem niezły jak na swój wiek, dorobek zawodowy. Ujął mnie swą delikatnością i naturalną elegancją. Łukaszenka rządził Białorusią od ośmiu lat i jego metody sprawowania władzy były już doskonale rozpoznawalne. Ambasador Łatuszka okazywał lekkie zdziwienie, iż jego ojczyzna jest traktowana przez zagranicznych partnerów z tak wieloma zastrzeżeniami. Ale jednocześnie zdawał się okazywać rodzaj zażenowania, że reprezentuje prezydenta, u którego już wtedy świat dostrzegał cechy dyktatora. Jedynie dla Stanisława Karczewskiego, jeszcze w 2016 roku, Aleksander Łukaszenka był „takim ciepłym człowiekiem”.
Jednym z tematów naszych rozmów była kwestia ciągnącego się od lat projektu postawienia pomnika Adama Mickiewicza w Mińsku. Strona nasza miała znaczący udział w sfinansowaniu odlewu rzeźby, autorstwa białoruskiego artysty o polskich korzeniach – Andrzeja Zaspickiego. Idea postawienia monumentu wyszła ze strony polskich środowisk na Białorusi. Z ambasadorem Łatuszką najpierw załatwiliśmy dodatkowe pieniądze (z polskiego budżetu), których brakowało do domknięcia kosztów pomnika, później negocjowaliśmy kwestię napisu na cokole. Zależało nam (stronie polskiej) na tym by był on także po polsku, ale przez pewien czas sporną kwestią była sama treść tablicy. Mickiewicz bowiem, podobnie jak dla Litwinów, nie był (i chyba nadal nie jest) dla Białorusinów jednoznacznie i bezdyskusyjnie polskim poetą. Doszliśmy jednak z Ekscelencją Pawłem do zgody na kompromisową, zadowalającą obie strony formułę. Dość szybko uzyskaliśmy dla tekstu aprobatę naszych przełożonych. Pozostawała kwestia samej uroczystości odsłonięcia pomnika, a przede wszystkim rangi polskiej delegacji. Mój udział był oczywisty, ale wyczuwałem, że Ambasadorowi zależy bardzo by przybył przedstawiciel choćby o szczebel wyższy niż wiceminister. Skontaktowałem się z ministrem spraw zagranicznych dr. Włodzimierzem Cimoszewiczem. Odmówił swego udziału, ale… o dziwo zaaprobował moją, szybko rzuconą propozycję, by do Mińska udał się Marszałek Senatu. Argumentem był fakt, iż Senat miał wówczas w swej kompetencji współpracę z organizacjami polonijnymi, a przecież Polonia na Białorusi była liczna, a idea pomnika od niej właśnie wyszła. Ponadto od kilku miesięcy narastał konflikt o przywództwo w kierowaniu organizacją Polaków na Białorusi. Były więc argumenty przemawiające za tym, by profesor Longin Pastusiak udał się na rozmowy z działaczami białoruskiej Polonii, a przy okazji wziął udział w odsłonięciu pomnika Adama Mickiewicza. Gdy zakomunikowałem to Ambasadorowi nie krył zaskoczenia, gdyż aż tak wysokiej reprezentacji ze strony Polski się nie spodziewał. W końcu wizytę w Mińsku miał złożyć czwarty, co do precedencji, polski polityk. Nasze ministerstwo spraw zagranicznych nie zgodziło się jednak by była to oficjalna wizyta Marszałka Senatu na Białorusi, by odbyły się przy tej okazji formalne rozmowy i spotkanie prof Pastusiaka z przewodniczącym izby wyższej białoruskiego parlamentu. Tą informacją Ambasador Łatuszka wyraźnie zmartwił się. Ale znaleźliśmy rozwiązanie, które zaaprobowały obie strony. Nasz marszałek wylatywał więc na zaproszenie Związku Polaków na Białorusi, samolot lądował w Grodnie, gdzie odbyły się rozmowy Marszałka z kierownictwem Związku, potem polecieliśmy do Mińska. 4 października 2003 podczas uroczystości odsłonięcia pomnika doszło do „przypadkowego” spotkania profesora Longina Pastusiaka z Hienadziem Nawickim, byłym premierem, a od dwóch miesięcy przewodniczącym Rady Republiki (białoruska izba wyższa parlamentu), który „spontanicznie” zaprosił swego polskiego odpowiednika na obiad do pobliskiej restauracji, w której „zbiegiem okoliczności” nie było akurat żadnych gości. Rozmowa przy obiedzie toczyła się w wąskim, może nawet tylko dwuosobowym gronie.
Gdy Paweł Łatuszka, po zakończeniu misji w Polsce, został w 2009 roku powołany na stanowisko ministra kultury, wysłałem Mu list z gratulacjami. Niedługo potem otrzymałem na adres Państwowego Instytutu Wydawniczego, którym wówczas kierowałem, podziękowanie z ciepłym wspomnieniem naszej współpracy.
Później odnotowywałem Jego kolejne awanse dyplomatyczne. Ambasador we Francji, przy UNESCO, w Hiszpanii i w Portugalii. O tym, że zakończył w 2019 pracę w dyplomacji i został dyrektorem Narodowego Teatru Akademickiego w Mińsku dowiedziałem się kilka dni temu z informacji, że właśnie został z funkcji tej odwołany. Karnie, za przystąpienie do Rady Koordynacyjnej utworzonej przez Swietłanę Cichanouską. Za publicznie wygłoszony apel o dymisję ministra spraw wewnętrznych za brutalne potraktowanie przez policję protestujących. Nadal młody polityk, obyty w Europie, rozumiejący twórców i ich dążenia do swobody wypowiedz, nie mógł pozostawać obojętnym na to co dzieje się na Białorusi od kilku tygodni. Na to co działo się tam od pewnego już czasu. Komentatorzy upatrują w Pawle Łatuszce jednego z potencjalnych przyszłych liderów Białorusi, nowej Białorusi. Białorusi bez Łukaszenki. Ekscelencjo, Drogi Pawle, sukcesów i powodzenia Tobie i Twojej Ojczyźnie. Niechaj ”nasz” Mickiewicz czuwa nad Tobą.

Sen o demokracji na kupie gruzów

Bułgarzy od lat bez większych emocji przyglądali się nadużyciom polityków, wszechobecnej korupcji i nieoficjalnym sieciom wpływów. Najuboższy kraj Unii Europejskiej, przeorany przez transformację ustrojową, zdawał się ostatnim miejscem, gdzie może dojść do ulicznych protestów, tak bardzo jego mieszkańcy stracili wiarę w to, że cokolwiek od nich zależy.
W lipcu 2020 r. coś się zmieniło.

Iskra Baewa, wykładowczyni Uniwersytetu św. Klemensa Ochrydzkiego w Sofii, specjalistka od najnowszej historii swojego kraju, od kilkunastu dni prawie codziennie wrzuca na Facebooka zdjęcia z protestów przeciwko rządowi Bojko Borisowa. Od 10 lipca nie opuściła ani jednego dnia demonstracji. Pytana w komentarzach, jak długo będą trwały protesty, odpowiada: tak długo, jak będzie trzeba.
Na transparentach, które trzymają ludzie widoczni na jej zdjęciach, czytamy: Precz z mafią! Bojko, idź sobie! Chcę żyć w uczciwej Bułgarii! Demonstranci zbierają się na placu między socrealistycznymi gmachami kancelarii prezydenta, rządu i parlamentu (kiedyś był tu partyjny komitet centralny). Blokują nieodległe ulice, siadają ze swoimi plakatami na pomniku Aleksandra II, rosyjskiego cara, dla Bułgarów – Cara Wyzwoliciela. I ciągle mają nadzieję, że Bojko ustąpi, weźmie pod uwagę ich głos i nowe badania opinii publicznej, w których 60 proc. społeczeństwa jest przeciwko niemu. Jednak premier i jego partia GERB są zdecydowani trwać. Borisow rzucił na pożarcie trzech ministrów, byle samemu przetrwać, obiecał nowe wydatki na cele socjalne, a wicepremier Tomisław Donczew w mediach załamuje ręce: rząd nie może odejść w czasie koronawirusowego kryzysu! Zupełnie jakby wcześniejsze rządy GERB nie wpędzały Bułgarii w kryzys permanentny.
Kilka miesięcy temu, gdy byłam w Bułgarii na krótko przed zamknięciem granic, Borisow po prostu rządził i nie podlegało to żadnej dyskusji, a ludzie starali się przetrwać każdy kolejny dzień, często – dosłownie – walcząc o przetrwanie: odsetek ubogich lub zagrożonych ubóstwem sięgał 1/3 społeczeństwa. Dominowała apatia i poczucie, że lepiej już było.
– Bułgarzy tylko w jednej czwartej mogą decydować o swoim losie. Reszta to sprawa zewnętrznych sił – powiedziała mi wtedy, w marcu, Iskra Baewa. Cytowała Dimityra Błagoewa, nestora bułgarskiego socjalizmu, i przekonywała, że jego gorzka refleksja o peryferyjnej ojczyźnie, uzależnionej od wielkich światowych wstrząsów, wiele razy sprawdziła się w historii. Potem zaznaczyła, że od 1919 r., kiedy wypowiedział te słowa, zmieniło się w jej przekonaniu tylko jedno: z jednej czwartej zrobiła się jedna dziesiąta.
Koszmar transformacji
Iskra Baewa mówiła z pozycji osoby, która naprawdę chciała coś zmienić: trzydzieści kilka lat temu była działaczką nie tak licznego ruchu dysydenckiego i szczerze wierzyła w możliwość ulepszenia bułgarskiego socjalizmu. Kiedy zobaczyła, jaki obrót przyjęła gospodarcza terapia szokowa z lat 1990-1991, przyłączyła się do Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, tylko po to, by przekonać się, że w „humanistyczny socjalizm” zapisany w jej programie wierzyli szeregowi członkowie, ale nie kierownictwo. Liderzy partii, jak dawna prawa ręka Żiwkowa, Aleksandyr Liłow, zachłysnęli się neoliberalizmem. Po drugiej stronie, w Związku Sił Demokratycznych, było to samo: pod rządami Związku, tylko w okresie 1990-1992 r., liczba bezrobotnych Bułgarów poszybowała z 65 do 577 tys. Przyjęto ustawę o prywatyzacji, ze względów ideologicznych zniszczone zostały wiejskie gospodarstwa kolektywne, chociaż większość mieszkańców wsi wcale się tego nie domagała.
– Drastycznym przykładem realizowanego bezmyślnie programu „dekomunizacji” był los spółdzielni produkcyjnych, traktowanych w tym czasie jako „ogniska komunizmu”, a ich likwidacja – jako „akt dziejowej sprawiedliwości”. Bezmyślnie przeprowadzona akcja dekolektywizacyjna przyniosła gwałtowne pogorszenie sytuacji społeczno-ekonomicznej mieszkańców wsi – pisze w swojej monografii Tadeusz Czekalski, historyk XX-wiecznej Bułgarii.
Transformacja i kolejne rządy, nieudolne i/lub nieuczciwe, otworzyły drogę do sukcesu GERB (w rozwinięciu: Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii). Na powszechny upadek infrastruktury i usług publicznych, popychający miliony ludzi do emigracji, centroprawicowa partia odpowiedziała obietnicami walki z przestępczością, wspierania rodzin, energetycznej niezależności. Od 2009 r. w żadnych wyborach partia z Borisowem na czele nie spadła poniżej 30 proc. Rządzenie i możliwość rozdzielania funduszy płynących z Europy tylko pomagało jej w konsolidowaniu władzy. Wzmacniały się i rozrastały nieoficjalne sieci powiązań na styku polityki (wielkiej i lokalnej), wymiaru sprawiedliwości, świata przestępczego. Rozkwitała korupcja, po stronie władz stała większość mediów, finansowanych przez bułgarskich oligarchów. Równocześnie wielu obywatelom, kompletnie rozczarowanym polityką, podobał się prosty i dosadny język Borisowa, jego podkreślanie wiejskich korzeni, ostentacyjna „swojskość”.
W 2018 r. Bułgaria okazała się tym państwem Unii Europejskiej, gdzie nierówności społeczne są największe, równy dostęp do publicznej edukacji i służby zdrowia to fikcja, a 1/3 obywateli nie stać nawet na ogrzanie domu w zimie. W tym też roku demografowie z Bułgarskiej Akademii Nauk ocenili, że przez niski wskaźnik urodzeń i masową emigrację do 2080 r. liczba obywatelek i obywateli skurczy się do 4,6 mln. Gdy upadał socjalizm, Bułgarów było niemal dwa razy więcej.
Młodzi, wykształceni, oburzeni
To młodych najbardziej poruszył incydent z udziałem Christo Iwanowa, lidera liberalnej, proeuropejskiej partii Tak, Bułgaria! Iwanow, który w 2014-2015 r. był u Borisowa ministrem sprawiedliwości, a teraz alarmuje Europę, że jego kraj to klasyczny przypadek państwa zawłaszczonego, z bułgarską flagą w dłoni usiłował dostać się na publiczną plażę w pobliżu posiadłości Ahmada Dogana, jednego z liderów mniejszości muzułmańskiej w Bułgarii, dobrze widzianego w kręgach bliskich GERB. Został przepędzony przez ochroniarzy, którzy okazali się funkcjonariuszami państwowej służby: mógł ogłosić, że państwowe pieniądze są wydawane na ochranianie willi oligarchy. Zdarzenie miało miejsce 9 lipca; dwa dni później znowu to młodzi oburzyli się, gdy prokurator generalny Iwan Geszew nakazał policji przeprowadzenie przeszukania w kancelarii prezydenta Rumena Radewa i zatrzymać dwóch jego doradców. Prezydent Radew, były generał lotnictwa, nie wywodzi się z GERB, jego zwycięską kampanię wyborczą w 2016 r. popierała Bułgarska Partia Socjalistyczna. Przez ostatnie miesiące Radew systematycznie budował wizerunek polityka silnego i uczciwego, bezlitośnie punktującego korupcję i nadużycia GERB. Zdobył tym pewną sympatię, część Bułgarów jest skłonna widzieć w nim nadzieję na odnowę. Ale to nie osoba Radewa, choć jego przemówienia o przyszłości Bułgarii i potrzebie przepędzenia mafii wzbudzają entuzjazm, jest motorem napędzającym protesty.
David Bisset, dyrektor fundacji Equilibrium i ekspert ds. polityki społecznej, od 2000 r. mieszkający w bułgarskim Ruse, powiedział mi w marcu tego roku, że jeśli dla Bułgarii jest nadzieja, to leży ona w ludziach młodych i wykształconych. Takich, którym zawłaszczone państwo Borisowa pozostawia najmniej szans: ich kwalifikacje, często zdobywane niezwykle ciężką pracą, bo nierówności w edukacji zaczynają się w Bułgarii od pierwszych lat nauki, są mniej warte niż nieformalne koneksje. Szczególnie rozgoryczeni są ci, którzy studiowali za granicą i wrócili do Bułgarii tylko po to, by przekonać się, że nawet taki dyplom znaczy niewiele. Nawet, jeśli próbują swoich sił w biznesie – a wśród protestujących jest wielu takich – wszechobecna korupcja i niewidzialne sieci nie dadzą im spokoju. W normalnych warunkach wentylem bezpieczeństwa dla władz była możliwość emigracji. Ale jak myśleć o wyjeździe teraz, przy zamkniętych granicach?
Wśród młodych i wykształconych żywe jest marzenie o czystej demokracji, o europejskich standardach, które muszą zostać przyjęte w Bułgarii, by polityka przestała być brudną grą zakulisowych interesów. I jeszcze jedno źródło inspiracji, na które zwrócił mi uwagę Władimir Mitew, lewicowy dziennikarz związany z kolektywem Barikada: rumuńska prokuratura antykorupcyjna (DNA). Obserwując, jak kierująca DNA Laura Kovesi posyła za kratki kolejnych polityków, rozczarowani życiem politycznym na własnym podwórku Bułgarzy zaczęli się zastanawiać: dlaczego u nas tak nie można? Silna i niezależna prokuratura zaczęła być postrzegana jako środek do osiągnięcia wymarzonej praworządności. Umacniało się przekonanie, że za pomocą takich organów można wyeliminować określoną liczbę najbardziej nieuczciwych polityków i tym samym otworzyć drogę do prawdziwych reform. Z pola widzenia umykały kontrowersje wokół rumuńskiej walki z korupcją: jak to, że w pewnym momencie DNA stała się tak potężna, że stanęła ponad wszelkim prawem, że w budowaniu tej potęgi pomagały niejasne relacje ze służbami, a antykorupcyjne postępowania wcale nie sięgały wszystkich opcji politycznych po równo. W oczach młodych i ambitnych Bułgarów z klasy średniej wciąż przeważa przekonanie, że Rumuni przynajmniej zaczęli robić u siebie porządek, tymczasem wypromowany przez Borisowa prokurator generalny Iwan Geszew robił co najwyżej efektowne wrażenie: może i doprowadził do skazania niektórych oligarchów, ale tylko tych, którzy nie żyli dobrze z GERB. Tytułem kontrastu: w lipcu ubiegłego roku w Sofii wybuchł potężny skandal, gdy czwórka wpływowych polityków GERB nabyła za ułamek wartości apartamenty w budynku wznoszonym przez dewelopera, pod dyktando którego zmieniono wcześniej prawo budowlane. Jednak komisja antykorupcyjna nie doszukała się konfliktu interesów.
Zmienić konstytucję… i co dalej?
Spontanicznie wyłonieni przywódcy demonstracji potrafią myśleć całkiem radykalnie, jeśli chodzi o formę protestu: jeden z nich, prawnik Nikołaj Chadżigenow, wzywał, by organizować się w całym kraju i blokować, co się da – drogi, porty, lotniska, budynki administracji publicznej, sądy. Jednak jeśli chodzi o cel, to – poza dymisją Borisowa i Geszewa – horyzontem wydają się być postulaty przedterminowych wyborów (najlepiej w formie elektronicznej), reformy prokuratury i gruntownej zmiany konstytucji lub uchwalenia nowej. To stanowczo za mało, by faktycznie zablokować całą Bułgarię: postulaty, które porywają młodych i wykształconych, oburzonych na swój brak perspektyw, nie przemówią do tych, którzy są wykluczeni totalnie, ledwo wiążą koniec z końcem gdzieś w Widyniu czy Sliwenie, nie mówiąc już o mniejszych miastach i zrujnowanej wsi. Liberalny sen o uczciwej demokracji wystarczy, by skrzyknąć kilkanaście tysięcy ludzi w Sofii, obrzucić budynki rządowe papierem toaletowym i świńskimi uszami, a do tego zorganizować mniejsze protesty w innych większych miastach. Żeby przebudzić społeczeństwo i przywrócić mu wiarę, że można przełamać wieloletnią beznadzieję, to stanowczo za mało. Wygląda jednak na to, że młodzi i wykształceni nawet się nad tym nie zastanawiają.
A przecież wyrwanie wykluczonych z apatii nie jest niewykonalne, bo i poza wielkimi ośrodkami ludzie umieją trzeźwo ocenić swoją sytuację: w niedawnym sondażu 86 proc. Bułgarów stwierdziło, że prawo w ich kraju działa na rzecz bogatych, a krzywdzi biednych. Ludzie świetnie zdawali sobie sprawę również z tego, że przeciętny obywatel nie ma szans na dobrą opiekę lekarską, a sytuacja emerytów w ostatnich latach tylko się pogarszała, chociaż Borisow nieznacznie podniósł świadczenia dla nich. Co więcej – 66 proc. ankietowanych stwierdziło, że państwo powinno przeciwdziałać ubóstwu wśród dzieci – fundować im podręczniki, komputery czy stypendia. Byle bieda nie reprodukowała się z pokolenia na pokolenie, jak dzieje się to obecnie.
Ale hasła społecznej niesprawiedliwości, nierówności czy nagminnego łamania praw pracowniczych nie wybrzmiewają podczas tych protestów. Dla liberalnie nastawionych bojowników z korupcją nie są specjalnie zajmujące. Ubogi elektorat GERB, albo wykluczeni, którzy na nikogo już nie głosują, nie jest też przez nich uważany za godnego partnera do rozmowy. Bułgarska Partia Socjalistyczna jest obecna na protestach, ale ich nie akcentuje, bo jej lewicowość to ciągle hasła na papierze, nie czyny. Ona też ma swoich oligarchów i własne, chociaż odpowiednio słabsze, sieci powiązań. Do tego ludzie za bardzo pamiętają jej kompromitację w latach 90. i później, nie na darmo wreszcie Borisow powtarzał przy każdej okazji, że to „socjaliści sprzedali Bułgarię”. W szesnastym dniu protestów, gdy uczestnicy demonstracji z taką samą dezaprobatą potraktowali i Danijelę Daritkową z GERB, i liderkę „lewicowej” partii Korneliję Ninową. Obydwu zablokowano drogę, gdy miały wyjść z telewizyjnego studia, obie wygwizdano.
Swoje postulaty próbują szerzyć w protestującym tłumie młodzi działacze Kolektywu na rzecz Interwencji Społecznej i innych lewicowych grup, ale idea socjalistyczna jako taka została w Bułgarii zbyt zohydzona przez ostatnie 20 lat, by mogli odnieść szybki sukces. Nawet jeśli wspomnienie transformacji jest traumą, poprzednia epoka zachowała się w rodzinnej pamięci milionów obywateli jako czas wielkiej modernizacji i awansu społecznego, a postać Todora Żiwkowa otacza w pewnym segmencie społeczeństwa aura prawdziwej nostalgii. Swoją „swojską” pozę Borisow wypracował, właśnie naśladując gesty i styl wieloletniego przywódcy Bułgarskiej Partii Komunistycznej.
Europa, Europa
Rozczarowaniem dla proeuropejskich młodych demonstrantów jest fakt, że nie wstawiła się za nimi Europa. „Unio, zobacz, jak są wydawane twoje pieniądze”, „Droga Angelo, droga Ursulo, czy jesteście ślepe, czy też skorumpowane?” – to kolejne napisy z transparentów na proteście. Wielu uczestników manifestacji wierzyło, że skoro Bruksela tak głośno ostrzega Polskę i Węgry przed łamaniem zasad praworządności, to w końcu, po latach, przestanie przymykać oczy również na afery i nadużycia w Bułgarii. Tak się nie stało: zamiast tego GERB otrzymał poparcie od Europejskiej Partii Ludowej, Bułgarska Partia Socjalistyczna – od swojej socjaldemokratycznej frakcji Europarlamentu. Komisja Europejska jedynie przypomniała o demokratycznym prawie do protestowania.
Bruksela chce mieć spokój na granicy zewnętrznej i nad Morzem Czarnym, woli premiera Bułgarii skorumpowanego, ale przewidywalnego, bo pozbawionego większych ambicji, niż utrzymanie władzy i czerpanie z tego profitów. Wzrost znaczenia jakichkolwiek reformatorskich ośrodków, w tym frakcji prezydenta Radewa, byłby jednak z perspektywy UE pewną niewiadomą; jeden z eurodeputowanych GERB wyrażał nawet zaniepokojenie, że ewentualny rząd przejściowy mógłby się okazać „prorosyjski”. Bardzo pod publiczkę, bo Bułgaria wychodzić z NATO nie zamierza, a młodzi protestujący byliby oburzeni, gdyby zarzucić im sympatię dla Kremla. Niemniej obawa przed historycznymi związkami rosyjsko-bułgarskimi ma się na Zachodzie nieźle i snucie takich wizji może przekonać niezdecydowanych w Brukseli, by jednak zostawili Borisowa na swoim miejscu. Z podobnie zresztą prymitywnie rozumianych geopolitycznych względów UE przez całe lata godziła się z jednoosobowymi rządami i milionowymi nadużyciami oligarchy Vladimira Plahotniuka w Mołdawii – ważne było to, że odpowiednio głośno deklarował proeuropejskość.
Więc jednak to zewnętrzne siły decydują, kto będzie rządził w Sofii? Też, ale nie do końca, bo Borisow nie potrzebuje międzynarodowych zachęt, by kurczowo trzymać się stanowiska. W wykrzykiwanych hasłach „Precz z mafią” jest wiele racji: krytycy premiera Bułgarii sugerują, że jeśli straci on polityczny immunitet, to może stracić też życie, w tyle dziwnych interesów był (jest?) zamieszany. A frekwencja na protestach, sięgająca w szczytowych momentach 20 tys. ludzi, robi wrażenie, jeśli wziąć pod uwagę skromną historię bułgarskich demonstracji w ostatnich latach – ale ciągle jest za mała, by naprawdę przestraszyć cynicznych polityków i oligarchów operujących w cieniu. A nawet gdyby w GERB doszło do jakiegoś przesilenia, skutkującego ucieczką premiera, to…
– Co dałaby nam reforma polityczna bez zajęcia się ekonomiczną podstawą wszystkich problemów? Korupcja jest bezpośrednim skutkiem neoliberalizmu i ścięcia niemal do zera wydatków na administrację państwową i pensje w sektorze publicznym – komentuje Stojo Tetewenski z kolektywu Lev Fem i Studenckiego Zjednoczenia na rzecz Równości. Owszem, winnych nadużyć trzeba rozliczyć, ale traktowanie walki z korupcją jako celu samego w sobie prowadzi donikąd. Przecież reforma prokuratury czy ustanowienie republiki prezydenckiej bez zmiany całej filozofii nie sprawi, że 80 proc. Bułgarów zacznie zarabiać więcej niż 900 lewów (ok. 1800 zł) miesięcznie.

„Czas chwycić za broń!”

« Revolution has come ! Time to pick up the gun !” – czy za te słowa („Nadeszła rewolucja! Czas chwycić za broń!”) można we Francji znaleźć się w więzieniu? Tego przynajmniej domaga się francuska prawica, kiedy Francuzi zapoznali się z tym, co na zakazanej, antyrasistowskiej manifestacji w Paryżu zaśpiewała aktorka i piosenkarka pochodzenia algierskiego Camélia Jordana. Jej śpiew zrobił niezwykłą karierę w internecie, ale prokuratura zastanawia się teraz nad wszczęciem śledztwa…

„To wzywanie do mordu!” – deputowani Republikanów (tradycyjna prawica) i Zjednoczenia Narodowego (narodowcy) byli bardzo zgodni, jeśli chodzi o interpretację pieśni, która odbiła się tak szerokim echem. Zaczęło się wczoraj, gdy jej wykonanie znalazło się na Twitterze, by potem zostać napiętnowane w wiadomościach jednej z oligarchicznych telewizji.
28-letnia Camélia Jordana zaśpiewała właściwie śpiewny slogan amerykańskiej Black Panther Party z 1968 r., gdy to słynne marksistowskie ugrupowanie wzywało Afroamerykanów do samoobrony przed policyjnymi mordami. Na wielkiej manifestacji poświęconej zabitym Adamie Traoré i George’owi Floydowi piosenkarka pominęła charakterystyczne słowa tego hymnu „off the pigs!”, które można przełożyć na „śmierć gliniarzom”, ale i tak prawicowi deputowani zwrócili się do ministra policji Christophe’a Castanera o „szybką interwencję”.
Jordana zaśpiewała ten hymn być może również dlatego, że stanowi część jednej z piosenek (Freddie Gray) z jej ostatniej płyty Lost. Piosenkarka dała się poznać we Francji nie tylko ze swego głosu, ale i publicznego zaangażowania przeciw policyjnej przemocy. Narobiła hałasu już 23 maja, gdy zadeklarowała w telewizji – „Mówię o tych mężczyznach i kobietach z przedmieść, którzy codziennie rano idą do pracy i są masakrowani z jedynej racji swego koloru skóry. To fakt! Ja też boję się policji.”
Już wtedy prawicowi deputowani stygmatyzowali jej „kłamstwa”, a minister Castaner oskarżył ją na Twitterze o „szerzenie nienawiści”. Skrajna prawica zarzuciła jej z kolei „rasizm przeciw białym”. Ujęła się jednak za nią lewica – Nieuległa Francja i Nowa Partia Antykapitalistyczna. Camélia Jordana jest laureatką wielu nagród artystycznych, w tym aktorskich („Cezar”). Jej skazanie mogłoby wywołać znaczne oburzenie.