Z Pawłem Łatuszką o Mickiewiczu

Z władzami Białorusi, niemal od początku istnienia samodzielnej republiki, Polska utrzymywała relacje chłodne, z dystansem. Kiedy rozpocząłem pracę w ministerstwie kultury (otrzymując w nadzorze także kontakty międzynarodowe) obowiązywała dyspozycja MSZ, by kontakty ze stroną białoruską były prowadzona co najwyżej na szczeblu wiceministrów.

Spraw do załatwienia z Białorusinami było sporo. Raz to tak zwana współpraca transgraniczna, dwa – sprawy mniejszości narodowych po obu stronach polsko białoruskiej granicy, trzy – polskie dziedzictwo kulturowe na dawnych terenach Rzeczpospolitej, tak można by jeszcze wymieniać… Były więc nie tylko preteksty, ale konkrety do spotykania się. Rozmawiałem zatem z ambasadorem Białorusi w Polsce wielokrotnie. Z jego inicjatywy złożyłem wizytę w Mińsku, spotykając się tam z całym kierownictwem białoruskiego ministerstwa kultury i z zastępcą ministra informacji odpowiedzialnego za sprawy książki. Odwiedziłem wtedy dawną, słynną siedzibę Radziwiłłów – zamek w Nieświeżu, gdzie prowadzono przewlekle i dość nieudolnie prace renowacyjne. Białoruskim ambasadorem w tym czasie w Polsce był Paweł Łatuszka. Bardzo młody, bo w chwili objęcia stanowiska ledwo 29. letni. Najmłodszy ambasador w historii białoruskiej dyplomacji. Miał już jednak, całkiem niezły jak na swój wiek, dorobek zawodowy. Ujął mnie swą delikatnością i naturalną elegancją. Łukaszenka rządził Białorusią od ośmiu lat i jego metody sprawowania władzy były już doskonale rozpoznawalne. Ambasador Łatuszka okazywał lekkie zdziwienie, iż jego ojczyzna jest traktowana przez zagranicznych partnerów z tak wieloma zastrzeżeniami. Ale jednocześnie zdawał się okazywać rodzaj zażenowania, że reprezentuje prezydenta, u którego już wtedy świat dostrzegał cechy dyktatora. Jedynie dla Stanisława Karczewskiego, jeszcze w 2016 roku, Aleksander Łukaszenka był „takim ciepłym człowiekiem”.
Jednym z tematów naszych rozmów była kwestia ciągnącego się od lat projektu postawienia pomnika Adama Mickiewicza w Mińsku. Strona nasza miała znaczący udział w sfinansowaniu odlewu rzeźby, autorstwa białoruskiego artysty o polskich korzeniach – Andrzeja Zaspickiego. Idea postawienia monumentu wyszła ze strony polskich środowisk na Białorusi. Z ambasadorem Łatuszką najpierw załatwiliśmy dodatkowe pieniądze (z polskiego budżetu), których brakowało do domknięcia kosztów pomnika, później negocjowaliśmy kwestię napisu na cokole. Zależało nam (stronie polskiej) na tym by był on także po polsku, ale przez pewien czas sporną kwestią była sama treść tablicy. Mickiewicz bowiem, podobnie jak dla Litwinów, nie był (i chyba nadal nie jest) dla Białorusinów jednoznacznie i bezdyskusyjnie polskim poetą. Doszliśmy jednak z Ekscelencją Pawłem do zgody na kompromisową, zadowalającą obie strony formułę. Dość szybko uzyskaliśmy dla tekstu aprobatę naszych przełożonych. Pozostawała kwestia samej uroczystości odsłonięcia pomnika, a przede wszystkim rangi polskiej delegacji. Mój udział był oczywisty, ale wyczuwałem, że Ambasadorowi zależy bardzo by przybył przedstawiciel choćby o szczebel wyższy niż wiceminister. Skontaktowałem się z ministrem spraw zagranicznych dr. Włodzimierzem Cimoszewiczem. Odmówił swego udziału, ale… o dziwo zaaprobował moją, szybko rzuconą propozycję, by do Mińska udał się Marszałek Senatu. Argumentem był fakt, iż Senat miał wówczas w swej kompetencji współpracę z organizacjami polonijnymi, a przecież Polonia na Białorusi była liczna, a idea pomnika od niej właśnie wyszła. Ponadto od kilku miesięcy narastał konflikt o przywództwo w kierowaniu organizacją Polaków na Białorusi. Były więc argumenty przemawiające za tym, by profesor Longin Pastusiak udał się na rozmowy z działaczami białoruskiej Polonii, a przy okazji wziął udział w odsłonięciu pomnika Adama Mickiewicza. Gdy zakomunikowałem to Ambasadorowi nie krył zaskoczenia, gdyż aż tak wysokiej reprezentacji ze strony Polski się nie spodziewał. W końcu wizytę w Mińsku miał złożyć czwarty, co do precedencji, polski polityk. Nasze ministerstwo spraw zagranicznych nie zgodziło się jednak by była to oficjalna wizyta Marszałka Senatu na Białorusi, by odbyły się przy tej okazji formalne rozmowy i spotkanie prof Pastusiaka z przewodniczącym izby wyższej białoruskiego parlamentu. Tą informacją Ambasador Łatuszka wyraźnie zmartwił się. Ale znaleźliśmy rozwiązanie, które zaaprobowały obie strony. Nasz marszałek wylatywał więc na zaproszenie Związku Polaków na Białorusi, samolot lądował w Grodnie, gdzie odbyły się rozmowy Marszałka z kierownictwem Związku, potem polecieliśmy do Mińska. 4 października 2003 podczas uroczystości odsłonięcia pomnika doszło do „przypadkowego” spotkania profesora Longina Pastusiaka z Hienadziem Nawickim, byłym premierem, a od dwóch miesięcy przewodniczącym Rady Republiki (białoruska izba wyższa parlamentu), który „spontanicznie” zaprosił swego polskiego odpowiednika na obiad do pobliskiej restauracji, w której „zbiegiem okoliczności” nie było akurat żadnych gości. Rozmowa przy obiedzie toczyła się w wąskim, może nawet tylko dwuosobowym gronie.
Gdy Paweł Łatuszka, po zakończeniu misji w Polsce, został w 2009 roku powołany na stanowisko ministra kultury, wysłałem Mu list z gratulacjami. Niedługo potem otrzymałem na adres Państwowego Instytutu Wydawniczego, którym wówczas kierowałem, podziękowanie z ciepłym wspomnieniem naszej współpracy.
Później odnotowywałem Jego kolejne awanse dyplomatyczne. Ambasador we Francji, przy UNESCO, w Hiszpanii i w Portugalii. O tym, że zakończył w 2019 pracę w dyplomacji i został dyrektorem Narodowego Teatru Akademickiego w Mińsku dowiedziałem się kilka dni temu z informacji, że właśnie został z funkcji tej odwołany. Karnie, za przystąpienie do Rady Koordynacyjnej utworzonej przez Swietłanę Cichanouską. Za publicznie wygłoszony apel o dymisję ministra spraw wewnętrznych za brutalne potraktowanie przez policję protestujących. Nadal młody polityk, obyty w Europie, rozumiejący twórców i ich dążenia do swobody wypowiedz, nie mógł pozostawać obojętnym na to co dzieje się na Białorusi od kilku tygodni. Na to co działo się tam od pewnego już czasu. Komentatorzy upatrują w Pawle Łatuszce jednego z potencjalnych przyszłych liderów Białorusi, nowej Białorusi. Białorusi bez Łukaszenki. Ekscelencjo, Drogi Pawle, sukcesów i powodzenia Tobie i Twojej Ojczyźnie. Niechaj ”nasz” Mickiewicz czuwa nad Tobą.

Sen o demokracji na kupie gruzów

Bułgarzy od lat bez większych emocji przyglądali się nadużyciom polityków, wszechobecnej korupcji i nieoficjalnym sieciom wpływów. Najuboższy kraj Unii Europejskiej, przeorany przez transformację ustrojową, zdawał się ostatnim miejscem, gdzie może dojść do ulicznych protestów, tak bardzo jego mieszkańcy stracili wiarę w to, że cokolwiek od nich zależy.
W lipcu 2020 r. coś się zmieniło.

Iskra Baewa, wykładowczyni Uniwersytetu św. Klemensa Ochrydzkiego w Sofii, specjalistka od najnowszej historii swojego kraju, od kilkunastu dni prawie codziennie wrzuca na Facebooka zdjęcia z protestów przeciwko rządowi Bojko Borisowa. Od 10 lipca nie opuściła ani jednego dnia demonstracji. Pytana w komentarzach, jak długo będą trwały protesty, odpowiada: tak długo, jak będzie trzeba.
Na transparentach, które trzymają ludzie widoczni na jej zdjęciach, czytamy: Precz z mafią! Bojko, idź sobie! Chcę żyć w uczciwej Bułgarii! Demonstranci zbierają się na placu między socrealistycznymi gmachami kancelarii prezydenta, rządu i parlamentu (kiedyś był tu partyjny komitet centralny). Blokują nieodległe ulice, siadają ze swoimi plakatami na pomniku Aleksandra II, rosyjskiego cara, dla Bułgarów – Cara Wyzwoliciela. I ciągle mają nadzieję, że Bojko ustąpi, weźmie pod uwagę ich głos i nowe badania opinii publicznej, w których 60 proc. społeczeństwa jest przeciwko niemu. Jednak premier i jego partia GERB są zdecydowani trwać. Borisow rzucił na pożarcie trzech ministrów, byle samemu przetrwać, obiecał nowe wydatki na cele socjalne, a wicepremier Tomisław Donczew w mediach załamuje ręce: rząd nie może odejść w czasie koronawirusowego kryzysu! Zupełnie jakby wcześniejsze rządy GERB nie wpędzały Bułgarii w kryzys permanentny.
Kilka miesięcy temu, gdy byłam w Bułgarii na krótko przed zamknięciem granic, Borisow po prostu rządził i nie podlegało to żadnej dyskusji, a ludzie starali się przetrwać każdy kolejny dzień, często – dosłownie – walcząc o przetrwanie: odsetek ubogich lub zagrożonych ubóstwem sięgał 1/3 społeczeństwa. Dominowała apatia i poczucie, że lepiej już było.
– Bułgarzy tylko w jednej czwartej mogą decydować o swoim losie. Reszta to sprawa zewnętrznych sił – powiedziała mi wtedy, w marcu, Iskra Baewa. Cytowała Dimityra Błagoewa, nestora bułgarskiego socjalizmu, i przekonywała, że jego gorzka refleksja o peryferyjnej ojczyźnie, uzależnionej od wielkich światowych wstrząsów, wiele razy sprawdziła się w historii. Potem zaznaczyła, że od 1919 r., kiedy wypowiedział te słowa, zmieniło się w jej przekonaniu tylko jedno: z jednej czwartej zrobiła się jedna dziesiąta.
Koszmar transformacji
Iskra Baewa mówiła z pozycji osoby, która naprawdę chciała coś zmienić: trzydzieści kilka lat temu była działaczką nie tak licznego ruchu dysydenckiego i szczerze wierzyła w możliwość ulepszenia bułgarskiego socjalizmu. Kiedy zobaczyła, jaki obrót przyjęła gospodarcza terapia szokowa z lat 1990-1991, przyłączyła się do Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, tylko po to, by przekonać się, że w „humanistyczny socjalizm” zapisany w jej programie wierzyli szeregowi członkowie, ale nie kierownictwo. Liderzy partii, jak dawna prawa ręka Żiwkowa, Aleksandyr Liłow, zachłysnęli się neoliberalizmem. Po drugiej stronie, w Związku Sił Demokratycznych, było to samo: pod rządami Związku, tylko w okresie 1990-1992 r., liczba bezrobotnych Bułgarów poszybowała z 65 do 577 tys. Przyjęto ustawę o prywatyzacji, ze względów ideologicznych zniszczone zostały wiejskie gospodarstwa kolektywne, chociaż większość mieszkańców wsi wcale się tego nie domagała.
– Drastycznym przykładem realizowanego bezmyślnie programu „dekomunizacji” był los spółdzielni produkcyjnych, traktowanych w tym czasie jako „ogniska komunizmu”, a ich likwidacja – jako „akt dziejowej sprawiedliwości”. Bezmyślnie przeprowadzona akcja dekolektywizacyjna przyniosła gwałtowne pogorszenie sytuacji społeczno-ekonomicznej mieszkańców wsi – pisze w swojej monografii Tadeusz Czekalski, historyk XX-wiecznej Bułgarii.
Transformacja i kolejne rządy, nieudolne i/lub nieuczciwe, otworzyły drogę do sukcesu GERB (w rozwinięciu: Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii). Na powszechny upadek infrastruktury i usług publicznych, popychający miliony ludzi do emigracji, centroprawicowa partia odpowiedziała obietnicami walki z przestępczością, wspierania rodzin, energetycznej niezależności. Od 2009 r. w żadnych wyborach partia z Borisowem na czele nie spadła poniżej 30 proc. Rządzenie i możliwość rozdzielania funduszy płynących z Europy tylko pomagało jej w konsolidowaniu władzy. Wzmacniały się i rozrastały nieoficjalne sieci powiązań na styku polityki (wielkiej i lokalnej), wymiaru sprawiedliwości, świata przestępczego. Rozkwitała korupcja, po stronie władz stała większość mediów, finansowanych przez bułgarskich oligarchów. Równocześnie wielu obywatelom, kompletnie rozczarowanym polityką, podobał się prosty i dosadny język Borisowa, jego podkreślanie wiejskich korzeni, ostentacyjna „swojskość”.
W 2018 r. Bułgaria okazała się tym państwem Unii Europejskiej, gdzie nierówności społeczne są największe, równy dostęp do publicznej edukacji i służby zdrowia to fikcja, a 1/3 obywateli nie stać nawet na ogrzanie domu w zimie. W tym też roku demografowie z Bułgarskiej Akademii Nauk ocenili, że przez niski wskaźnik urodzeń i masową emigrację do 2080 r. liczba obywatelek i obywateli skurczy się do 4,6 mln. Gdy upadał socjalizm, Bułgarów było niemal dwa razy więcej.
Młodzi, wykształceni, oburzeni
To młodych najbardziej poruszył incydent z udziałem Christo Iwanowa, lidera liberalnej, proeuropejskiej partii Tak, Bułgaria! Iwanow, który w 2014-2015 r. był u Borisowa ministrem sprawiedliwości, a teraz alarmuje Europę, że jego kraj to klasyczny przypadek państwa zawłaszczonego, z bułgarską flagą w dłoni usiłował dostać się na publiczną plażę w pobliżu posiadłości Ahmada Dogana, jednego z liderów mniejszości muzułmańskiej w Bułgarii, dobrze widzianego w kręgach bliskich GERB. Został przepędzony przez ochroniarzy, którzy okazali się funkcjonariuszami państwowej służby: mógł ogłosić, że państwowe pieniądze są wydawane na ochranianie willi oligarchy. Zdarzenie miało miejsce 9 lipca; dwa dni później znowu to młodzi oburzyli się, gdy prokurator generalny Iwan Geszew nakazał policji przeprowadzenie przeszukania w kancelarii prezydenta Rumena Radewa i zatrzymać dwóch jego doradców. Prezydent Radew, były generał lotnictwa, nie wywodzi się z GERB, jego zwycięską kampanię wyborczą w 2016 r. popierała Bułgarska Partia Socjalistyczna. Przez ostatnie miesiące Radew systematycznie budował wizerunek polityka silnego i uczciwego, bezlitośnie punktującego korupcję i nadużycia GERB. Zdobył tym pewną sympatię, część Bułgarów jest skłonna widzieć w nim nadzieję na odnowę. Ale to nie osoba Radewa, choć jego przemówienia o przyszłości Bułgarii i potrzebie przepędzenia mafii wzbudzają entuzjazm, jest motorem napędzającym protesty.
David Bisset, dyrektor fundacji Equilibrium i ekspert ds. polityki społecznej, od 2000 r. mieszkający w bułgarskim Ruse, powiedział mi w marcu tego roku, że jeśli dla Bułgarii jest nadzieja, to leży ona w ludziach młodych i wykształconych. Takich, którym zawłaszczone państwo Borisowa pozostawia najmniej szans: ich kwalifikacje, często zdobywane niezwykle ciężką pracą, bo nierówności w edukacji zaczynają się w Bułgarii od pierwszych lat nauki, są mniej warte niż nieformalne koneksje. Szczególnie rozgoryczeni są ci, którzy studiowali za granicą i wrócili do Bułgarii tylko po to, by przekonać się, że nawet taki dyplom znaczy niewiele. Nawet, jeśli próbują swoich sił w biznesie – a wśród protestujących jest wielu takich – wszechobecna korupcja i niewidzialne sieci nie dadzą im spokoju. W normalnych warunkach wentylem bezpieczeństwa dla władz była możliwość emigracji. Ale jak myśleć o wyjeździe teraz, przy zamkniętych granicach?
Wśród młodych i wykształconych żywe jest marzenie o czystej demokracji, o europejskich standardach, które muszą zostać przyjęte w Bułgarii, by polityka przestała być brudną grą zakulisowych interesów. I jeszcze jedno źródło inspiracji, na które zwrócił mi uwagę Władimir Mitew, lewicowy dziennikarz związany z kolektywem Barikada: rumuńska prokuratura antykorupcyjna (DNA). Obserwując, jak kierująca DNA Laura Kovesi posyła za kratki kolejnych polityków, rozczarowani życiem politycznym na własnym podwórku Bułgarzy zaczęli się zastanawiać: dlaczego u nas tak nie można? Silna i niezależna prokuratura zaczęła być postrzegana jako środek do osiągnięcia wymarzonej praworządności. Umacniało się przekonanie, że za pomocą takich organów można wyeliminować określoną liczbę najbardziej nieuczciwych polityków i tym samym otworzyć drogę do prawdziwych reform. Z pola widzenia umykały kontrowersje wokół rumuńskiej walki z korupcją: jak to, że w pewnym momencie DNA stała się tak potężna, że stanęła ponad wszelkim prawem, że w budowaniu tej potęgi pomagały niejasne relacje ze służbami, a antykorupcyjne postępowania wcale nie sięgały wszystkich opcji politycznych po równo. W oczach młodych i ambitnych Bułgarów z klasy średniej wciąż przeważa przekonanie, że Rumuni przynajmniej zaczęli robić u siebie porządek, tymczasem wypromowany przez Borisowa prokurator generalny Iwan Geszew robił co najwyżej efektowne wrażenie: może i doprowadził do skazania niektórych oligarchów, ale tylko tych, którzy nie żyli dobrze z GERB. Tytułem kontrastu: w lipcu ubiegłego roku w Sofii wybuchł potężny skandal, gdy czwórka wpływowych polityków GERB nabyła za ułamek wartości apartamenty w budynku wznoszonym przez dewelopera, pod dyktando którego zmieniono wcześniej prawo budowlane. Jednak komisja antykorupcyjna nie doszukała się konfliktu interesów.
Zmienić konstytucję… i co dalej?
Spontanicznie wyłonieni przywódcy demonstracji potrafią myśleć całkiem radykalnie, jeśli chodzi o formę protestu: jeden z nich, prawnik Nikołaj Chadżigenow, wzywał, by organizować się w całym kraju i blokować, co się da – drogi, porty, lotniska, budynki administracji publicznej, sądy. Jednak jeśli chodzi o cel, to – poza dymisją Borisowa i Geszewa – horyzontem wydają się być postulaty przedterminowych wyborów (najlepiej w formie elektronicznej), reformy prokuratury i gruntownej zmiany konstytucji lub uchwalenia nowej. To stanowczo za mało, by faktycznie zablokować całą Bułgarię: postulaty, które porywają młodych i wykształconych, oburzonych na swój brak perspektyw, nie przemówią do tych, którzy są wykluczeni totalnie, ledwo wiążą koniec z końcem gdzieś w Widyniu czy Sliwenie, nie mówiąc już o mniejszych miastach i zrujnowanej wsi. Liberalny sen o uczciwej demokracji wystarczy, by skrzyknąć kilkanaście tysięcy ludzi w Sofii, obrzucić budynki rządowe papierem toaletowym i świńskimi uszami, a do tego zorganizować mniejsze protesty w innych większych miastach. Żeby przebudzić społeczeństwo i przywrócić mu wiarę, że można przełamać wieloletnią beznadzieję, to stanowczo za mało. Wygląda jednak na to, że młodzi i wykształceni nawet się nad tym nie zastanawiają.
A przecież wyrwanie wykluczonych z apatii nie jest niewykonalne, bo i poza wielkimi ośrodkami ludzie umieją trzeźwo ocenić swoją sytuację: w niedawnym sondażu 86 proc. Bułgarów stwierdziło, że prawo w ich kraju działa na rzecz bogatych, a krzywdzi biednych. Ludzie świetnie zdawali sobie sprawę również z tego, że przeciętny obywatel nie ma szans na dobrą opiekę lekarską, a sytuacja emerytów w ostatnich latach tylko się pogarszała, chociaż Borisow nieznacznie podniósł świadczenia dla nich. Co więcej – 66 proc. ankietowanych stwierdziło, że państwo powinno przeciwdziałać ubóstwu wśród dzieci – fundować im podręczniki, komputery czy stypendia. Byle bieda nie reprodukowała się z pokolenia na pokolenie, jak dzieje się to obecnie.
Ale hasła społecznej niesprawiedliwości, nierówności czy nagminnego łamania praw pracowniczych nie wybrzmiewają podczas tych protestów. Dla liberalnie nastawionych bojowników z korupcją nie są specjalnie zajmujące. Ubogi elektorat GERB, albo wykluczeni, którzy na nikogo już nie głosują, nie jest też przez nich uważany za godnego partnera do rozmowy. Bułgarska Partia Socjalistyczna jest obecna na protestach, ale ich nie akcentuje, bo jej lewicowość to ciągle hasła na papierze, nie czyny. Ona też ma swoich oligarchów i własne, chociaż odpowiednio słabsze, sieci powiązań. Do tego ludzie za bardzo pamiętają jej kompromitację w latach 90. i później, nie na darmo wreszcie Borisow powtarzał przy każdej okazji, że to „socjaliści sprzedali Bułgarię”. W szesnastym dniu protestów, gdy uczestnicy demonstracji z taką samą dezaprobatą potraktowali i Danijelę Daritkową z GERB, i liderkę „lewicowej” partii Korneliję Ninową. Obydwu zablokowano drogę, gdy miały wyjść z telewizyjnego studia, obie wygwizdano.
Swoje postulaty próbują szerzyć w protestującym tłumie młodzi działacze Kolektywu na rzecz Interwencji Społecznej i innych lewicowych grup, ale idea socjalistyczna jako taka została w Bułgarii zbyt zohydzona przez ostatnie 20 lat, by mogli odnieść szybki sukces. Nawet jeśli wspomnienie transformacji jest traumą, poprzednia epoka zachowała się w rodzinnej pamięci milionów obywateli jako czas wielkiej modernizacji i awansu społecznego, a postać Todora Żiwkowa otacza w pewnym segmencie społeczeństwa aura prawdziwej nostalgii. Swoją „swojską” pozę Borisow wypracował, właśnie naśladując gesty i styl wieloletniego przywódcy Bułgarskiej Partii Komunistycznej.
Europa, Europa
Rozczarowaniem dla proeuropejskich młodych demonstrantów jest fakt, że nie wstawiła się za nimi Europa. „Unio, zobacz, jak są wydawane twoje pieniądze”, „Droga Angelo, droga Ursulo, czy jesteście ślepe, czy też skorumpowane?” – to kolejne napisy z transparentów na proteście. Wielu uczestników manifestacji wierzyło, że skoro Bruksela tak głośno ostrzega Polskę i Węgry przed łamaniem zasad praworządności, to w końcu, po latach, przestanie przymykać oczy również na afery i nadużycia w Bułgarii. Tak się nie stało: zamiast tego GERB otrzymał poparcie od Europejskiej Partii Ludowej, Bułgarska Partia Socjalistyczna – od swojej socjaldemokratycznej frakcji Europarlamentu. Komisja Europejska jedynie przypomniała o demokratycznym prawie do protestowania.
Bruksela chce mieć spokój na granicy zewnętrznej i nad Morzem Czarnym, woli premiera Bułgarii skorumpowanego, ale przewidywalnego, bo pozbawionego większych ambicji, niż utrzymanie władzy i czerpanie z tego profitów. Wzrost znaczenia jakichkolwiek reformatorskich ośrodków, w tym frakcji prezydenta Radewa, byłby jednak z perspektywy UE pewną niewiadomą; jeden z eurodeputowanych GERB wyrażał nawet zaniepokojenie, że ewentualny rząd przejściowy mógłby się okazać „prorosyjski”. Bardzo pod publiczkę, bo Bułgaria wychodzić z NATO nie zamierza, a młodzi protestujący byliby oburzeni, gdyby zarzucić im sympatię dla Kremla. Niemniej obawa przed historycznymi związkami rosyjsko-bułgarskimi ma się na Zachodzie nieźle i snucie takich wizji może przekonać niezdecydowanych w Brukseli, by jednak zostawili Borisowa na swoim miejscu. Z podobnie zresztą prymitywnie rozumianych geopolitycznych względów UE przez całe lata godziła się z jednoosobowymi rządami i milionowymi nadużyciami oligarchy Vladimira Plahotniuka w Mołdawii – ważne było to, że odpowiednio głośno deklarował proeuropejskość.
Więc jednak to zewnętrzne siły decydują, kto będzie rządził w Sofii? Też, ale nie do końca, bo Borisow nie potrzebuje międzynarodowych zachęt, by kurczowo trzymać się stanowiska. W wykrzykiwanych hasłach „Precz z mafią” jest wiele racji: krytycy premiera Bułgarii sugerują, że jeśli straci on polityczny immunitet, to może stracić też życie, w tyle dziwnych interesów był (jest?) zamieszany. A frekwencja na protestach, sięgająca w szczytowych momentach 20 tys. ludzi, robi wrażenie, jeśli wziąć pod uwagę skromną historię bułgarskich demonstracji w ostatnich latach – ale ciągle jest za mała, by naprawdę przestraszyć cynicznych polityków i oligarchów operujących w cieniu. A nawet gdyby w GERB doszło do jakiegoś przesilenia, skutkującego ucieczką premiera, to…
– Co dałaby nam reforma polityczna bez zajęcia się ekonomiczną podstawą wszystkich problemów? Korupcja jest bezpośrednim skutkiem neoliberalizmu i ścięcia niemal do zera wydatków na administrację państwową i pensje w sektorze publicznym – komentuje Stojo Tetewenski z kolektywu Lev Fem i Studenckiego Zjednoczenia na rzecz Równości. Owszem, winnych nadużyć trzeba rozliczyć, ale traktowanie walki z korupcją jako celu samego w sobie prowadzi donikąd. Przecież reforma prokuratury czy ustanowienie republiki prezydenckiej bez zmiany całej filozofii nie sprawi, że 80 proc. Bułgarów zacznie zarabiać więcej niż 900 lewów (ok. 1800 zł) miesięcznie.

„Czas chwycić za broń!”

« Revolution has come ! Time to pick up the gun !” – czy za te słowa („Nadeszła rewolucja! Czas chwycić za broń!”) można we Francji znaleźć się w więzieniu? Tego przynajmniej domaga się francuska prawica, kiedy Francuzi zapoznali się z tym, co na zakazanej, antyrasistowskiej manifestacji w Paryżu zaśpiewała aktorka i piosenkarka pochodzenia algierskiego Camélia Jordana. Jej śpiew zrobił niezwykłą karierę w internecie, ale prokuratura zastanawia się teraz nad wszczęciem śledztwa…

„To wzywanie do mordu!” – deputowani Republikanów (tradycyjna prawica) i Zjednoczenia Narodowego (narodowcy) byli bardzo zgodni, jeśli chodzi o interpretację pieśni, która odbiła się tak szerokim echem. Zaczęło się wczoraj, gdy jej wykonanie znalazło się na Twitterze, by potem zostać napiętnowane w wiadomościach jednej z oligarchicznych telewizji.
28-letnia Camélia Jordana zaśpiewała właściwie śpiewny slogan amerykańskiej Black Panther Party z 1968 r., gdy to słynne marksistowskie ugrupowanie wzywało Afroamerykanów do samoobrony przed policyjnymi mordami. Na wielkiej manifestacji poświęconej zabitym Adamie Traoré i George’owi Floydowi piosenkarka pominęła charakterystyczne słowa tego hymnu „off the pigs!”, które można przełożyć na „śmierć gliniarzom”, ale i tak prawicowi deputowani zwrócili się do ministra policji Christophe’a Castanera o „szybką interwencję”.
Jordana zaśpiewała ten hymn być może również dlatego, że stanowi część jednej z piosenek (Freddie Gray) z jej ostatniej płyty Lost. Piosenkarka dała się poznać we Francji nie tylko ze swego głosu, ale i publicznego zaangażowania przeciw policyjnej przemocy. Narobiła hałasu już 23 maja, gdy zadeklarowała w telewizji – „Mówię o tych mężczyznach i kobietach z przedmieść, którzy codziennie rano idą do pracy i są masakrowani z jedynej racji swego koloru skóry. To fakt! Ja też boję się policji.”
Już wtedy prawicowi deputowani stygmatyzowali jej „kłamstwa”, a minister Castaner oskarżył ją na Twitterze o „szerzenie nienawiści”. Skrajna prawica zarzuciła jej z kolei „rasizm przeciw białym”. Ujęła się jednak za nią lewica – Nieuległa Francja i Nowa Partia Antykapitalistyczna. Camélia Jordana jest laureatką wielu nagród artystycznych, w tym aktorskich („Cezar”). Jej skazanie mogłoby wywołać znaczne oburzenie.

Koronawirus po niemiecku

Berlin, Monachium, Stuttgart, Dortmund… tysiące osób zbierało się w miastach i miasteczkach Niemiec, by protestować przeciw przepisom kwarantannowym, które według nich „łamią konstytucję”. Rząd jest zaniepokojony rosnącym w siłę ruchem kontestacji, który przestał być już marginalny. Represjonowanie spontanicznych ludzkich zachowań przybiera na sile również w świecie sportu. Przekonali się o tym piłkarze Herthy Berlin, którzy celebrując radośnie strzelonego gola ściągnęli na siebie falę krytyki.

Zjawisko nasilania się protestów, które ogarnęło niemal cały kraj, zaskoczyło władze, bo w związku ze znaczącym cofaniem się epidemii rozpoczęły one proces znoszenia kolejnych restrykcji. Zaczęło się już piątek w Stralsundzie (na północnym wschodzie kraju), gdzie od 30 lat CDU – partia kanclerz Merkel wygrywa wybory. Prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD) zorganizowała tam manifestację pod biurem poselskim Merkel: pojawił się tam jej kamień nagrobny przewiązany dużą maseczką. Według Bildu, zdenerwowana kanclerz zareagowała na to rytualnym oskarżeniem Rosjan o „szerzenie dezinformacji” i „podburzanie społeczeństwa”.
Skład polityczny tych protestów pozostaje dość różnorodny. We Frankfurcie nad Menem, gdzie uliczny przemarsz odbywał się również pod kolorami AfD, doszło do kontrmanifestacji pod hasłem „Precz z nazistami!”, w której brali też udział manifestanci lewicowi, wśród których, jak raportują media, byli – paradoksalnie – również przeciwnicy restrykcji, którzy nie chcą jednak, by protesty „zawłaszczyła prawica”. W Bremie, Norymberdze, Lipsku i Hamburgu było podobnie. W tym ostatnim mieście na czele kontrpochodu widniał transparent „To teorie spiskowe zagrażają waszemu zdrowiu!”.
Gdzie indziej manifestanci przeciwni restrykcjom wysuwali głównie hasła „w obronie demokracji”, zagrożonej „faszystowską dyktaturą” sanitarną, która jak się obawiają, miałaby trwać po epidemii. Byli wśród nich ludzie rzeczywiście zaniepokojeni rozmiarem ograniczenia praw obywatelskich, przeciwnicy noszenia maseczek z różnych opcji politycznych, wyznawcy „teorii spiskowych”, antyszczepionkowcy i ogólnie ludzie „zmęczeni” (jak deklarują) przesadną ich zdaniem reakcją rządu na epidemię. Na razie ten zróżnicowany ruch popiera nieco ponad jedna czwarta Niemców. Reszta popiera raczej kanclerz za sprawne zarządzanie w czasie epidemii, lecz według popularnych komentatorów lepiej, by rząd przyspieszył znoszenie restrykcji. Na dzisiaj przeciwnicy przepisów wyjątkowych zaplanowali kolejne manifestacje.
Jak wygląda gra w piłkę nożną – wie chyba każdy. Futbol to sport kontaktowy, podczas meczu przez 90 minut 22 facetów walczy o piłkę. Jeśli więc jeden z zawodników jest zarażony koronawirusem, sytuacji, w których może dość do transmisji wirusa jest podczas potyczki piłkarskiej mnóstwo.
W ten weekend rozgrywki wznowiła Bundesliga – najwyższa klasa rozgrywek piłkarskiej w Niemczech. Oczywiście, z pełnym reżimem sanitarnym – zawodnicy, szkoleniowcy, lekarze, masażyści i sędziowie są poddawani badaniom na obecność wirusa przed każdym meczem.
W 74. minucie wczorajszego spotkania pomiędzy berlińską Herthą a Hoffenheim miało miejsce zdarzenie jakie można uświadczyć na niemal każdym meczu piłki nożnej. Matheus Cunha strzelił trzecią bramkę dla gospodarzy, po czym świętował ten fakt z kolegami z zespołu. Jeden z nich – Vedad Ibisević wskoczył na plecy Brazylijczyka. W tym samym meczu kamery zarejestrowały również jak Dedryck Boyata w przypływie radości dał buziaka Marko Grujiciowi.
Na zawodników Herthy spadła zmasowana krytyka. Zarówno kibice, jak i przedstawiciele niemieckiej federacji oraz dziennikarze stwierdzili, że piłkarze dopuścili się rażącego naruszenia obowiązujących zasad bezpieczeństwa. Organizator rozgrywek rozważał również nałożenie na nich kary finansowej, a nawet dyskwalifikacji. Oficjele argumentowali, że piłkarze zostali zobowiązani do utrzymywania dystansu między sobą. Z tego powodu zaniechano tradycyjnego podawania sobie dłoni przez kapitanów drużyn przed rozpoczęciem meczów. Ostatecznie skończyło się jednak na upomnieniu.
Vedad Ibisević był zmuszony tłumaczyć się przed mediami.
– Nie jest w naszej naturze cieszyć się z bramek samemu. Ta sytuacja jest trudna, a jeszcze trudniejsza, gdy strzelasz gola i nie wiesz, co masz zrobić. Podbiegłem nawet do lekarza drużyny i zapytałem, czy bramka została zaliczona, skoro złamaliśmy przepisy. Emocje są tak duże i tak długo czekaliśmy na mecze, że to po prostu w nas eksplodowało – przyznał reprezentant Bośni i Hercegowiny. Bundesliga jest pierwszą europejską ligą piłkarską, która zdecydowała się wznowić rozgrywki. Mecze odbywają się bez publiczności.

Protesty przeciwko obozom dla uchodźców

Grecki parlament większością głosów wybrał na prezydenta sędzię Katerinę Sakellaropoulou. W tym samym dniu miały miejsce strajki i liczne protesty na wyspach, gdzie zlokalizowane są obozy dla uchodźców.

Grecki parlament po raz pierwszy na prezydenta wybrał kobietę – 63-letnią Katerinę Sakellaropoulou będącą aktualnie prezesem naczelnego sądu administracyjnego.
Obejmie ona urząd w dniu 13 marca, kiedy zakończy się kadencja obecnego prezydenta Prokopisa Pavlopoulosa. Sakellaropoulou nie jest powiązana z żadną partią polityczną co niewątpliwie zapewniło jej bezkonfliktowy wybór. Jej kandydaturę poparła zarówno rządząca prawicowa Nowa Demokracja, jak i lewicowa opozycyjna Syriza. Za jej kandydaturą opowiedziało się 261 spośród 300 deputowanych.
Przemawiając w parlamencie premier Kyriakos Mitsotakis nie krył swojego entuzjazmu mówiąc, iż nowo wybrana prezydent będąc postępową sędzią symbolizuje jedność greckiego narodu a wraz z jej wyborem „nadszedł czas aby Grecja otworzyła się na przyszłość”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Również szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen stwierdziła, iż „Grecja wkroczyła w nowa erę równości”. Także zdaniem lidera Syrizy, byłego premiera Aleksisa Tsiprasa, Sakellaropoulou jest doświadczonym sędzią oraz obrońcą praw człowieka. Według niemieckiej Deutsche Welle, reprezentuje ona postępowe poglądy w kwestii walki z dyskryminacją i zmian klimatycznych.
Greccy analitycy uważają, iż nowa prezydent jest osobą koncyliacyjną unikającą konfrontacji, co, jak twierdzi politolożka Stella Ladi, jest szczególnie ważne w przypadku urzędu prezydenta. Grecka konstytucja przyznaje prezydentowi niewiele uprawnień.
Jest on co prawda nominalnym zwierzchnikiem sił zbrojnych z prawem wypowiedzenia wojny, jednak może to uczynić jedynie za zgodą rządu.
W tym czasie, kiedy parlament dokonywał wyboru prezydenta na trzech greckich wyspach – Lesbos, Samos i Chios ich mieszkańcy protestowali przeciwko obecności zbyt dużej, ich zdaniem, liczbie uchodźców. Zamykano sklepy, nie działały usługi publiczne a liczne rzesze ludzi demonstrowały na ulicach powiewając greckimi flagami i skandując „chcemy z powrotem naszych wysp”.
Do protestów przyłączyły się miejscowe władze oraz związki zawodowe. Związkowcy oraz miejscowi samorządowcy domagają się od rządu, aby w trybie pilnym przetransportował uchodźców wgłąb kraju. Wskazują na to, że niektóre obozy są przeludnione i przebywa w nich 10 razy więcej osób niż przewiduje norma. Również burmistrz Wathi, największego miasta na wyspie Samos mówił, iż „nasza wyspa nie może być dłużej miejscem dla zagubionych dusz i cierpiących ludzi”. Gubernatorzy regionów administracyjnych obejmujących wyspy Morza Egejskiego oraz burmistrzowie miast mają zamiar udać się Aten aby swoje postulaty przekazać rządowi.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że prawicowy rząd Mitsotakiasa zapowiedział w październiku 2019, że do końca obecnego roku ma zamiar odesłać z powrotem do Turcji 10 tys. imigrantów.
Ciekawe jak do tego problemu podejdzie koncyliacyjna i czuła na prawa człowieka nowa pani prezydent.

Rząd chce wymanewrować związki

Po ponad miesiącu historycznej mobilizacji francuskiego świata pracy francuski rząd udaje, że chce negocjować i iść na ustępstwa. Całej reformy emerytalnej, oddającej utrzymanie starszych obywateli w ręce kaprysów rynku, nie cofnie, ale jest gotów rozmawiać o tym, by pełne prawa do emerytury były jednak nabywane w 62. roku życia, a nie w 64.

9 i 11 stycznia były kolejnymi dniami imponującej mobilizacji pracowników i młodzieży. Wezwanie central związkowych do demonstrowania spotkało się z odzewem w całym kraju.
– Demonstrowano w 275 miastach, łącznie na ulice wyszło 1,7 mln pracowników i młodzieży, a wspólne stanowisko było takie samo, jak od początku strajku: rząd ma wycofać się z całej reformy emerytalnej! – mówi Portalowi Strajk Benoit Lahouze, działacz antykapitalistycznej lewicy i redaktor pisma „Informations Ouvrieres” o demonstracjach 9 stycznia. – Związki zawodowe zrzeszające funkcjonariuszy publicznych odmówiły podjęcia negocjacji z rządem. We wtorek przywódcy najważniejszych central udali się na negocjacje z rządem, ale następnie prasa ujawniła, że projekt ustawy o emeryturach wpłynął już do Rady Państwa, co jest pierwszym krokiem przed jego przyjęciem. To dowód, że Macron nie chce negocjować naprawdę, chociaż strajk ma poparcie 60 proc. społeczeństwa.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych utrzymuje, że 9 stycznia na ulice wyszło jedynie 452 tys. ludzi, z czego 21 tys. w Paryżu. Tymczasem centrala związkowa CGT zliczyła aż 150 tys. demonstrantów i demonstrantek w samej stolicy. Według aktywistów z kolektywu „Informations Ouvrieres” szczególnie imponujące marsze przeszły również przez Marsylię i Tuluzę (ponad 100 tys. protestujących), Bordeaux (70 tys.), Hawr (35 tys.) czy Rouen (30 tys.). Ciągle strajkują wszystkie wielkie francuskie rafinerie, historyczne rozmiary przybrał strajk adwokatów, zaostrza się sprzeciw środowiska akademickiego, gdzie nie tylko protestują akademicy i studenci, ale też zawiesiły pracę liczne pisma naukowe. Strajkom i manifestacjom towarzyszą zgromadzenia ogólne (assemblées générales) protestujących z danego sektora czy zakładu pracy, gdzie zapadają decyzje na temat dalszej taktyki działania, kontynuowania protestu i jego metod. 11 stycznia na kolejny dzień walki przybyło 500 tys. oburzonych obywateli według szacunków związkowych i 150 tys. według MSW oraz przychylnych rządowi mediów, które od początku starają się bagatelizować strajk.
Najnowszy gest rządu, który w podpisanym przez premiera liście otwartym zadeklarował, że prawa emerytalne mogłyby jednak być nabywane po ukończeniu 62 lat, również obliczony jest raczej na uśpienie strajkujących i zasianie podziałów wśród związkowców. Prezydent chciałby przede wszystkim przeciągnąć na swoją stronę bardziej ugodowe centrale na czele z CFDT, które przed grudniem 2019 r. podchodziły bardziej spolegliwie do jego neoliberalnej polityki. Nawet jeśli teraz to nie one nadają ton protestom ulicznym, bo Francuzi mają agresywnego kapitalizmu stanowczo dość. Philippe Martinez z CGT zarzucił Macronowi, że nie słucha głosu społeczeństwa, a gdyby chciał naprawdę zagwarantować wyższe emerytury, co obiecuje, to działałby raczej w kierunku stymulowania wzrostu płac.
Tymczasem liderzy CFDT wyrazili radość z powodu „gotowości rządu do ustępstw”, chociaż w rzeczywistości Macron i jego rząd nie cofnęli się na krok: nawet w liście do związków, w którym zapisano rzekome „ustępstwo”, zapisano również, że dalsze decyzje w sprawie finansowania systemu emerytalnego państwo podejmie po dalszych analizach problemu do końca kwietnia. Tym samym zastrzega sobie, by za jakiś czas, gdy mobilizacja spadnie, znowu ogłosić, że „nic nie da się zrobić” i konieczne są antyspołeczne rozwiązania, a będzie już po pierwszym czytaniu projektu w parlamencie.

Striptease kontra bezdomność

Amerykańscy samorządowcy z Seattle w ramach przeciwdziałania problemowi bezdomności w tym mieście sfinansowali z publicznej kiesy… erotyczny show z genderowym aspektem.

Sytuacja jest rzeczywiście skandaliczna – moralnie, politycznie i ekonomicznie; niestety w bardzo symboliczny sposób ujawnia potworności neoliberalnego myślenia.
Seattle mierzy się problemem narastającej bezdomności od kilku lat. Ze względu na skalę – pomimo, iż dalece nie jest jedynym miastem w USA dotkniętym tym problemem – bezdomność w Seattle stała się swego rodzaju punktem odniesienia w debacie publicznej. Lokalna telewizja KOMO-TV (spółka-córka stacji ABC) wyemitowała nawet kilka miesięcy temu film dokumentalny na ten temat zatytułowany Seattle umiera.
I choć film ten spotkał się z uzasadnioną krytyką w związku z przesadzoną ekspozycją przemocy i narkotyków w środowisku osób bezdomnych i nawoływania do policyjnych rozwiązań (niektórzy komentatorzy, np. Tim Harris twierdzili, że jest to „pornografia biedy”), to jednoznacznie sygnalizował, że narastająca bezdomność jest wynikiem zupełnego braku polityki mieszkaniowej władz miejskich oraz że te nie reagowały przez lata pomimo, iż były świadome sytuacji.
Dopiero niedawno lokalni politycy, np. burmistrzyni Jenny Durkan ubolewała na brak środków i wyjaśniała, że „problemu tego nie da się rozwiązać z dnia na dzień”. Jednocześnie tamtejszy ratusz wyjaśniał dziennikarzom indagującym o tę kwestię na rozlicznych konferencjach prasowych, iż miasto wydaje rocznie zawrotną sumę 1 mld dolarów finansując swoje dążenia do ograniczenia bezdomności. Niestety, wygląda na to, że pieniądze te są w dużej mierze marnotrawione i to w niezwykle cyniczny sposób.
Doskonałym tego przykładem jest ubiegłotygodniowa konferencja dotycząca problematyki bezdomności zorganizowana w South Seattle College. Zorganizowała ją dyrektorka samorządowej agencji All Home, która powołana została, aby koordynować działania władz w tym zakresie w hrabstwie King. Kira Zylstra, o niej mowa, została wysłana na urlop i oczekuje nie tylko na zwolnienie z pracy, lecz również na wyniki wszczęto przeciwko niej śledztwa. Potwierdziła to w rozmowie z dziennikarzami Denise Rothleutner, szefowa Departamentu Spraw Społecznych i Usług Publicznych hrabstwa.
Oburzenie eksplodowało po tym jak na corocznej konferencji „Dekolonizacja naszej pracy zbiorowej” (Decolonizing our Collective Work; doprawdy, cokolwiek to znaczy), zorganizowanej przez All Home, doszło do pewnego wydarzenia. Zaraz po lunchu uczestnikom wydarzenia ukazała się postać transpłciowej stripteaserki. Beyoncé Black St. James tańczyła topless, przytulała i całowała widzów. Jej występ został nawet zarejestrowany przy pomocy smartfona i opublikowany na portalu społecznościowym YouTube.
Po tym jak informacja się rozeszła mieszkańcy Seattle i całego regionu zaczęli umieszczać pełne oburzenia komentarza na sposób wydatkowania pieniędzy przeznaczonych dla agencji All Home, której, przypomnijmy, jedynym zadaniem jest koordynowanie skutecznego zwalczania problemu bezdomności. Sprawa szybko trafiła do mediów. Wówczas wspomniana wcześniej Denise Rothleutner zdecydowała się na kroki w stosunku do All Home i szefowej tej instytucji. Jako się rzekło – trwa śledztwo, a Zylstra przebywa na przymusowym urlopie w oczekiwaniu na jego wyniki. Sprawa okazała się tak bulwersująca i do tego stopnia zaważyła na reputacji agencji, że władze w hrabstwie King zdecydowały o jej pospiesznym rozwiązaniu, choć decyzję tę motywowały „brakiem widocznych efektów” jej prac.
Tymczasem bezdomnych w Seattle i okolicach z dnia na dzień przybywa. Citi Journal, prestiżowy kwartalnik podejmujący zagadnienia polityki miejskiej, urbanistyki, architektury, transportu i problemy wspólnot miejskich w Stanach Zjednoczonych, publikował w najnowszym numerze obszerną analizę pt. Oblężone Seattle (Seattle Under Siege). Dziennikarz Christopher F. Rufo zwraca uwagę, iż od 2017 r. doszło do „eksplozji bezdomności”, a na ulicach miasta z tygodnia na tydzień widocznie przybywa ludzi koczujących w namiotach lub szałasach.
„Przez lata (władze w – przyp. red.) Seattle utrzymywały, że potrzebują więcej środków na rozwiązanie problemu bezdomności. Klip wideo (z występem stripteaserki – przyp. red.) dowodzi jednak, że płacenie za show transpłciowej stripteaserki celem lepszego dotarcia do organizacji non-profit zajmujących się bezdomnością, jak i tych utrzymywanych z publicznych środków, jest (zdaniem władz – przyp. red.) jak najbardziej na miejscu” – napisał Rufo na portalu społecznościowym Twitter.
Przykład konferencji dotyczącej bezdomności w Seattle i jej erotycznych elementów wyraźnie pokazuje, że polityki tożsamości i afirmatywne działania dotyczące niuansów genderowych wykorzystywane są w neoliberalizmie nie po to by jakieś realne socjo-kulturowe problemy rozstrzygać, lecz by takowe przysłaniać.

We Francji końca protestów nie widać

Francuzi przeżyli „czarny poniedziałek”: nie kursowa pociągi, nie jeździło metro, większość szkół była zamknięta na głucho, strajkowały szpitale itd.: piąty dzień strajku generalnego to wigilia przewidzianych manifestacji ulicznych przeciw neoliberalnej „reformie” francuskiego systemu emerytalnego, która ma zrekompensować straty budżetowe spowodowane szeregiem olbrzymich prezentów fiskalnych na rzecz oligarchii i najbogatszych, którym służy szef państwa.

Wiadomością dnia we Francji nie był nawet tak szeroki strajk, tylko los człowieka, którego prezydent Emmanuel Macron wyznaczył do przeprowadzenia „reformy” systemu emerytalnego. Dziś cała opozycja domaga się dymisji Wysokiego Komisarza ds. Emerytur Jean-Paula Delevoye’a, gdyż okazało się, że zataił jedno ze swych licznych stanowisk, członka rady nadzorczej prywatnego ośrodka szkoleniowego dla dyrekcji wielkich prywatnych koncernów ubezpieczeniowych, które będą pierwszym beneficjentem zaproponowanej przez niego „reformy”.
Delevoye natychmiast zrezygnował ze stanowiska u finansistów, ale opozycja oczekuje przede wszystkim jego dymisji z funkcji Wysokiego Komisarza, gdyż konflikt interesów jest rażący. „Reforma” Macrona ma być odejściem od systemu opartego na repartycji (tj. solidarności międzypokoleniowej) na rzecz indywidualnego systemu „punktowego” z dodatkiem kapitalizacji, tj, przeznaczenia części wielkich społecznych funduszy emerytalnych prywatnym bankom i holdingom finansowym, które mają nimi obracać. Według symulacji ekonomicznych, emerytury spadną w ten sposób o nawet 25 proc., a wiek przejścia na emeryturę może sięgnąć w niektórych wypadkach 75 lat.
Dla blisko 70 proc. Francuzów oznacza to „skok na kasę” zorganizowany przez wielki kapitał. Odrzucenie „reformy” jest na tyle powszechne, że rząd, choć ciągle upiera się przy swoim, nagle zmienił język. O ile wcześniej mówił, że zmiany w systemie emerytalnym trzeba wprowadzić „natychmiast”, teraz twierdzi, że „jest dużo czasu” i że pewne poprawki są „możliwe”. Nie ma się do czego śpieszyć tym bardziej, że francuski emerytalny system solidarnościowy jest na plusie. Ludzie chcą jednak całkowitego odwołania „reformy” i oto idzie walka.

 

Francja przeciw Macronowi

Czwartek 5 grudnia pozostanie historyczny: półtora miliona ludzi wyszło na ulice, by sprzeciwić się neoliberalnemu szaleństwu i jego „reformom”, których celem jest zniszczenie dobrze działającego systemu socjalnego. Masowej mobilizacji nie przeszkodziło propagandowe bombardowanie oligarchicznych mediów, ani straszenie policją: ludzie mają dość jawnego faworyzowania najbogatszych i finansowej oligarchii.

Chyba najbardziej uderzającym obrazem wczorajszych manifestacji i strajku generalnego byli strażacy idący na czele wielkiego paryskiego pochodu. Gdy drogę zablokowała policja, unieśli ręce i parli naprzód: żandarmeria i policja nie odważyły się strzelać plastykowymi kulami ani szarżować- musiały się wycofać. „Brawo strażacy!”, „Strażacy z nami!”- skandował tłum manifestantów – otoczyły ich oklaski i podziękowania. Nie wszystko poszło tego dnia tak łatwo, ale poczucie siły i determinacji wspólnoty manifestantów wygrało: ludzie demonstrowali w ponad 250 miejscowościach, od wielkich miast po małe miasteczka.
W Paryżu, gdzie szło ok. ćwierć miliona manifestantów, policja nie mogąc atakować z przodu obrzucała manifestację granatami gazowymi z boków, z ulic przecinających trasę pochodu. Pierwszą szarżę podjęła przeciw demonstrantom, którzy szli za transparentem „Marks albo zdychaj!” (to gra słów: nazwisko filozofa jest podobne do francuskiego słowa „idź”, „maszeruj”). To tu, na Placu Republiki doszło do pierwszych starć, które na różnych odcinkach towarzyszyły później manifestacji aż po Plac Narodowy. Był to jednak margines, w porównaniu z wielkością kilkukilometrowego pochodu. Owszem, policja znowu strzelała ludziom w głowy (dziesiątki rannych, jedna dziewczyna straciła oko), ale strach został tego dnia pokonany.

Nareszcie „konwergencja”

Francuska lewica, szczególnie Nieuległa Francja, od kilku lat próbuje doprowadzić do regularnej „konwergencji walk”, tj. skupienia różnorodnych grup zawodowych i społecznych, często o rozbieżnych interesach (np. feministki i kolejarze) przeciw neoliberalnej władzy Emmanuela Macrona i jego pro-oligarchicznej ekipy rządzącej. Razem z pracownikami protestują studenci i świat nauki: Francuska Biblioteka Narodowa (czyli jedna z największych bibliotek świata) jest dzisiaj czynna, ale wielu pracowników kontynuuje strajk. Część czytelni otworzyła się z opóźnieniem i zamknie się wcześniej, niż zwykle, z powodu braku personelu. Zamówienia czytelnicze są poważnie opóźnione, a w części w ogóle nie realizowane. W ogromnym budynku przy Rue de Tolbiac widoczne są flagi central związkowych.
Tę pracę polityczną ułatwił poniekąd sam Macron, gdyż zaatakował wszystkich, którzy znajdują się poniżej grupy, której zapewnia nieustające powodzenie: według różnych sondaży, jego „reformę” emerytalną jednoznacznie odrzuca od 62 do 70 proc. społeczeństwa. To przeciw temu społecznemu skandalowi, tak uparcie forsowanemu przez rząd, wszystkie bodaj grupy społeczne, oprócz bogaczy i naiwnych (wierzących jeszcze w „skapywanie bogactw”), wyszły wczoraj na ulice i zamierzają wkrótce znowu wyjść (w najbliższy wtorek), by zmusić oligarchów do poskromienia apetytu na publiczne pieniądze.
W ciągu dwóch pierwszych lat swoich rządów Macron bezprecedensowo rozszerzył przywileje oligarchii, lecz naczelna neoliberalna zasada organizowania przepływu bogactw ze społecznych dołów do materialnej góry wymaga kolejnych działań. „Reforma” systemu emerytalnego ma oczywiście na celu powszechne zmniejszenie emerytur i przedłużenie okresu pracy, bo prezenty fiskalne, którymi rząd obdarzył najbogatszych i korporacje, naturalnie zmniejszają budżet. Macron i klasa, której służy, chce wygrać walkę klas poprzez niszczenie wszystkiego, co wspólnotowe. Stanowi to rdzeń ideologii neoliberalnej: atomizacja i prekaryzacja społeczeństwa jest niezbędna dla zorganizowania owego przepływu pieniędzy z dołu w górę, tak samo jak maksymalna prywatyzacja zysków i uspołecznienie strat. Macron chce prywatyzować państwowe kury znoszące złote jaja, jak porty lotnicze, tamy rzeczne, czy nawet lotto, bo wszystko, co publiczne jest wrogiem neoliberalnej skrajnej prawicy, którą reprezentuje. Ten kapitalistyczny ekstremizm odbija się oczywiście na zwykłych ludziach – do realnej „konwergencji walk” musiało dojść wcześniej czy później.

Atak propagandowy

Francuska telewizja publiczna niewiele różni się od naszej – tak samo propaguje ideologię rządową, choć robi to nieco subtelniej, a reszta telewizji należących do miliarderów naturalnie jej sekunduje, gdyż chodzi o olbrzymie pieniądze, które da się wyrwać z systemu socjalnego dla najbogatszych prywaciarzy. W ciągu ostatnich lat francuskie media straciły jednak wiarygodność, bo kończą się koncepty propagandowe, dzięki którym udawało się usypiać większość ludzi. W „skapywanie bogactw” ze społecznej materialnej góry w dół wierzą już tylko naprawdę niezorientowani. Reformę emerytalną próbuje się więc „sprzedać” używając języka wręcz lewicowego: nowy system ma być więc „egalitarny”, „znoszący przywileje” itp., lecz w to ściemnianie nie sposób uwierzyć – rząd popełnił sporo komunikacyjnych pomyłek, co było widać wczoraj na ulicach.
Powiększanie obszaru prekaryzacji, społecznego ubożenia i prawdziwej biedy przyśpieszyło już za czasów poprzedniego prezydenta, neoliberalnego „socjalisty” Hollande’a, lecz Macron, z jego ambicją powrotu do stosunków społecznych z XIX w., zostanie zapamiętany jako rekordzista. Owszem, przybywa milionerów i miliarderów, lecz upadają kolejne usługi publiczne, jak ochrona zdrowia, czy edukacja, nie mówiąc o milionach ludzi, których bezpośrednio dotyka neoliberalne przekierowanie redystrybucji bogactw. W tej sytuacji walka z kapitalistyczną dyktaturą doprowadzoną do absurdu przestaje być podatna na jakąkolwiek oligarchiczną propagandę, nawet tę najbardziej pomysłową i najlepiej opłaconą.

Do końca?

strajki i manifestacje były wielkim frekwencyjnym sukcesem, ale czy uda się doprowadzić do odwołania przez rząd zapowiadanej „reformy”? Deklaracje „walki do końca” płyną ze wszystkich środowisk, pracowników ze sfery budżetowej i prywatnej, związków zawodowych, organizacji i stowarzyszeń społecznych, lecz wcześniej rządowi udało się już po części złamać ruch „żółtych kamizelek”, dzięki brutalnej pracy policji i żandarmerii, masowym aresztowaniom i krwawym represjom. Dziś Francja pozostaje transportowo sparaliżowana, więc premier Edouard Philippe zapowiada „poprawki” w projekcie „reformy”.
Nie wygląda jednak na to, by jakieś poprawki mogły zadowolić ów szeroki nurt społecznego protestu, do którego doprowadziły głęboko niesprawiedliwe „reformy” Macrona. Ludzie widzą, że neoliberalne pozbawianie przedsiębiorstw ich funkcji społecznych, „uwalnianie” ich od jakiejkolwiek wspólnotowej odpowiedzialności prowadzi na manowce. Wczoraj strajkowała część policji – jeśli stanie po stronie zwykłych ludzi, zwycięstwo wcale nie jest wykluczone.

Izrael stłumi protesty boliwijskiej lewicy?

Lewicowy prezydent Boliwii Evo Morales, przeciw któremu 10 listopada USA zorganizowały zamach stanu, bez żadnych wątpliwości wygrał październikowe wybory prezydenckie w pierwszej turze: taki jest wynik badań i analiz statystycznych przeprowadzonych przez profesorów nauk statystycznych z USA oraz znanych naukowców i specjalistów z wielu innych krajów świata. To już trzecia niezależna kontrola, która jasno wskazuje, że to nie boliwijska administracja popełniła oszustwo wyborcze, tylko Stany Zjednoczone i Organizacja Państw Amerykańskich, które okłamywały świat od samego początku.

Przypomnijmy, co się stało: 21 października, już w dzień po głosowaniu w wyborach powszechnych, Waszyngton ogłosił, że liczenie głosów w Boliwii jest „zmanipulowane”, co było znakiem dla przekupionych wcześniej przez CIA dowódców armii i policji, by dokonać zamachu stanu, do którego doszło trzy tygodnie później. Tego samego dnia pod kłamstwem amerykańskiego departamentu stanu gołosłownie podpisała się Organizacja Państw Amerykańskich (OPA) struktura polityczną z siedzibą w Waszyngtonie – zespół latynoamerykańskich państw bezpośrednio podporządkowanych Stanom Zjednoczonym. Wówczas rząd boliwijski popełnił błąd: nie mając sobie nic do zarzucenia zaprosił kontrolerów OPA do zbadania prawidłowości liczenia głosów.
Podobnie jak w innych krajach Ameryki Południowej, boliwijskie prawo wyborcze przewiduje, że druga tura wyborów prezydenckich jest niepotrzebna, jeśli zajmujący pierwsze miejsce kandydat przekroczy 40 proc. głosów i ma 10 proc. przewagi nad kandydatem następnym, którym był neoliberał Carlos Mesa. Według oficjalnych wyników Evo Morales zdobył ponad 47 proc. głosów i miał 10,6 proc. przewagi nad Mesą. Kontrolerzy OPA spełnili oczywiście życzenie Waszyngtonu twierdząc bez żadnych dowodów, że przewaga Moralesa była mniejsza, co powinno dać drugą turę. Oszustwo OPA zostało kolejny raz ujawnione przez międzynarodowy zespół naukowców w brytyjskim The Guardian, (pełna lista sygnatariuszy wraz z ich tytułami jest tutaj), którzy domagają się od OPA przyznania się do swej haniebnej roli w organizacji zamachu stanu w Boliwii.
Tymczasem nielegalny rząd wybranej przez rząd USA dyktatorki Boliwii, „prezydentki” Jeanine Anez, która zaraz po dojściu do władzy nawiązała stosunki dyplomatyczne z Izraelem, zwrócił się oficjalnie do tego państwa o pomoc w tłumieniu protestów. „Minister spraw wewnętrznych” proamerykańskiej dyktatury Arturo Murillo przyznał Reutersowi, że do Boliwii przyjadą izraelskie oddziały specjalne, które mają pomóc „w walce z lewicowym terroryzmem”, tj. manifestacjami zwolenników wygnanego Evo Moralesa, protestującymi przeciw zamachowi stanu. „Zaprosiliśmy Izraelczyków, bo znają się na rzeczy” – mówił Murillo. Chodzi o oddziały morderców wyspecjalizowanych w tzw. pozaprawnych egzekucjach, mających wielkie doświadczenie w łamaniu palestyńskiego oporu przeciw okupacji.