„Czas chwycić za broń!”

« Revolution has come ! Time to pick up the gun !” – czy za te słowa („Nadeszła rewolucja! Czas chwycić za broń!”) można we Francji znaleźć się w więzieniu? Tego przynajmniej domaga się francuska prawica, kiedy Francuzi zapoznali się z tym, co na zakazanej, antyrasistowskiej manifestacji w Paryżu zaśpiewała aktorka i piosenkarka pochodzenia algierskiego Camélia Jordana. Jej śpiew zrobił niezwykłą karierę w internecie, ale prokuratura zastanawia się teraz nad wszczęciem śledztwa…

„To wzywanie do mordu!” – deputowani Republikanów (tradycyjna prawica) i Zjednoczenia Narodowego (narodowcy) byli bardzo zgodni, jeśli chodzi o interpretację pieśni, która odbiła się tak szerokim echem. Zaczęło się wczoraj, gdy jej wykonanie znalazło się na Twitterze, by potem zostać napiętnowane w wiadomościach jednej z oligarchicznych telewizji.
28-letnia Camélia Jordana zaśpiewała właściwie śpiewny slogan amerykańskiej Black Panther Party z 1968 r., gdy to słynne marksistowskie ugrupowanie wzywało Afroamerykanów do samoobrony przed policyjnymi mordami. Na wielkiej manifestacji poświęconej zabitym Adamie Traoré i George’owi Floydowi piosenkarka pominęła charakterystyczne słowa tego hymnu „off the pigs!”, które można przełożyć na „śmierć gliniarzom”, ale i tak prawicowi deputowani zwrócili się do ministra policji Christophe’a Castanera o „szybką interwencję”.
Jordana zaśpiewała ten hymn być może również dlatego, że stanowi część jednej z piosenek (Freddie Gray) z jej ostatniej płyty Lost. Piosenkarka dała się poznać we Francji nie tylko ze swego głosu, ale i publicznego zaangażowania przeciw policyjnej przemocy. Narobiła hałasu już 23 maja, gdy zadeklarowała w telewizji – „Mówię o tych mężczyznach i kobietach z przedmieść, którzy codziennie rano idą do pracy i są masakrowani z jedynej racji swego koloru skóry. To fakt! Ja też boję się policji.”
Już wtedy prawicowi deputowani stygmatyzowali jej „kłamstwa”, a minister Castaner oskarżył ją na Twitterze o „szerzenie nienawiści”. Skrajna prawica zarzuciła jej z kolei „rasizm przeciw białym”. Ujęła się jednak za nią lewica – Nieuległa Francja i Nowa Partia Antykapitalistyczna. Camélia Jordana jest laureatką wielu nagród artystycznych, w tym aktorskich („Cezar”). Jej skazanie mogłoby wywołać znaczne oburzenie.

Koronawirus po niemiecku

Berlin, Monachium, Stuttgart, Dortmund… tysiące osób zbierało się w miastach i miasteczkach Niemiec, by protestować przeciw przepisom kwarantannowym, które według nich „łamią konstytucję”. Rząd jest zaniepokojony rosnącym w siłę ruchem kontestacji, który przestał być już marginalny. Represjonowanie spontanicznych ludzkich zachowań przybiera na sile również w świecie sportu. Przekonali się o tym piłkarze Herthy Berlin, którzy celebrując radośnie strzelonego gola ściągnęli na siebie falę krytyki.

Zjawisko nasilania się protestów, które ogarnęło niemal cały kraj, zaskoczyło władze, bo w związku ze znaczącym cofaniem się epidemii rozpoczęły one proces znoszenia kolejnych restrykcji. Zaczęło się już piątek w Stralsundzie (na północnym wschodzie kraju), gdzie od 30 lat CDU – partia kanclerz Merkel wygrywa wybory. Prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD) zorganizowała tam manifestację pod biurem poselskim Merkel: pojawił się tam jej kamień nagrobny przewiązany dużą maseczką. Według Bildu, zdenerwowana kanclerz zareagowała na to rytualnym oskarżeniem Rosjan o „szerzenie dezinformacji” i „podburzanie społeczeństwa”.
Skład polityczny tych protestów pozostaje dość różnorodny. We Frankfurcie nad Menem, gdzie uliczny przemarsz odbywał się również pod kolorami AfD, doszło do kontrmanifestacji pod hasłem „Precz z nazistami!”, w której brali też udział manifestanci lewicowi, wśród których, jak raportują media, byli – paradoksalnie – również przeciwnicy restrykcji, którzy nie chcą jednak, by protesty „zawłaszczyła prawica”. W Bremie, Norymberdze, Lipsku i Hamburgu było podobnie. W tym ostatnim mieście na czele kontrpochodu widniał transparent „To teorie spiskowe zagrażają waszemu zdrowiu!”.
Gdzie indziej manifestanci przeciwni restrykcjom wysuwali głównie hasła „w obronie demokracji”, zagrożonej „faszystowską dyktaturą” sanitarną, która jak się obawiają, miałaby trwać po epidemii. Byli wśród nich ludzie rzeczywiście zaniepokojeni rozmiarem ograniczenia praw obywatelskich, przeciwnicy noszenia maseczek z różnych opcji politycznych, wyznawcy „teorii spiskowych”, antyszczepionkowcy i ogólnie ludzie „zmęczeni” (jak deklarują) przesadną ich zdaniem reakcją rządu na epidemię. Na razie ten zróżnicowany ruch popiera nieco ponad jedna czwarta Niemców. Reszta popiera raczej kanclerz za sprawne zarządzanie w czasie epidemii, lecz według popularnych komentatorów lepiej, by rząd przyspieszył znoszenie restrykcji. Na dzisiaj przeciwnicy przepisów wyjątkowych zaplanowali kolejne manifestacje.
Jak wygląda gra w piłkę nożną – wie chyba każdy. Futbol to sport kontaktowy, podczas meczu przez 90 minut 22 facetów walczy o piłkę. Jeśli więc jeden z zawodników jest zarażony koronawirusem, sytuacji, w których może dość do transmisji wirusa jest podczas potyczki piłkarskiej mnóstwo.
W ten weekend rozgrywki wznowiła Bundesliga – najwyższa klasa rozgrywek piłkarskiej w Niemczech. Oczywiście, z pełnym reżimem sanitarnym – zawodnicy, szkoleniowcy, lekarze, masażyści i sędziowie są poddawani badaniom na obecność wirusa przed każdym meczem.
W 74. minucie wczorajszego spotkania pomiędzy berlińską Herthą a Hoffenheim miało miejsce zdarzenie jakie można uświadczyć na niemal każdym meczu piłki nożnej. Matheus Cunha strzelił trzecią bramkę dla gospodarzy, po czym świętował ten fakt z kolegami z zespołu. Jeden z nich – Vedad Ibisević wskoczył na plecy Brazylijczyka. W tym samym meczu kamery zarejestrowały również jak Dedryck Boyata w przypływie radości dał buziaka Marko Grujiciowi.
Na zawodników Herthy spadła zmasowana krytyka. Zarówno kibice, jak i przedstawiciele niemieckiej federacji oraz dziennikarze stwierdzili, że piłkarze dopuścili się rażącego naruszenia obowiązujących zasad bezpieczeństwa. Organizator rozgrywek rozważał również nałożenie na nich kary finansowej, a nawet dyskwalifikacji. Oficjele argumentowali, że piłkarze zostali zobowiązani do utrzymywania dystansu między sobą. Z tego powodu zaniechano tradycyjnego podawania sobie dłoni przez kapitanów drużyn przed rozpoczęciem meczów. Ostatecznie skończyło się jednak na upomnieniu.
Vedad Ibisević był zmuszony tłumaczyć się przed mediami.
– Nie jest w naszej naturze cieszyć się z bramek samemu. Ta sytuacja jest trudna, a jeszcze trudniejsza, gdy strzelasz gola i nie wiesz, co masz zrobić. Podbiegłem nawet do lekarza drużyny i zapytałem, czy bramka została zaliczona, skoro złamaliśmy przepisy. Emocje są tak duże i tak długo czekaliśmy na mecze, że to po prostu w nas eksplodowało – przyznał reprezentant Bośni i Hercegowiny. Bundesliga jest pierwszą europejską ligą piłkarską, która zdecydowała się wznowić rozgrywki. Mecze odbywają się bez publiczności.

Protesty przeciwko obozom dla uchodźców

Grecki parlament większością głosów wybrał na prezydenta sędzię Katerinę Sakellaropoulou. W tym samym dniu miały miejsce strajki i liczne protesty na wyspach, gdzie zlokalizowane są obozy dla uchodźców.

Grecki parlament po raz pierwszy na prezydenta wybrał kobietę – 63-letnią Katerinę Sakellaropoulou będącą aktualnie prezesem naczelnego sądu administracyjnego.
Obejmie ona urząd w dniu 13 marca, kiedy zakończy się kadencja obecnego prezydenta Prokopisa Pavlopoulosa. Sakellaropoulou nie jest powiązana z żadną partią polityczną co niewątpliwie zapewniło jej bezkonfliktowy wybór. Jej kandydaturę poparła zarówno rządząca prawicowa Nowa Demokracja, jak i lewicowa opozycyjna Syriza. Za jej kandydaturą opowiedziało się 261 spośród 300 deputowanych.
Przemawiając w parlamencie premier Kyriakos Mitsotakis nie krył swojego entuzjazmu mówiąc, iż nowo wybrana prezydent będąc postępową sędzią symbolizuje jedność greckiego narodu a wraz z jej wyborem „nadszedł czas aby Grecja otworzyła się na przyszłość”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Również szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen stwierdziła, iż „Grecja wkroczyła w nowa erę równości”. Także zdaniem lidera Syrizy, byłego premiera Aleksisa Tsiprasa, Sakellaropoulou jest doświadczonym sędzią oraz obrońcą praw człowieka. Według niemieckiej Deutsche Welle, reprezentuje ona postępowe poglądy w kwestii walki z dyskryminacją i zmian klimatycznych.
Greccy analitycy uważają, iż nowa prezydent jest osobą koncyliacyjną unikającą konfrontacji, co, jak twierdzi politolożka Stella Ladi, jest szczególnie ważne w przypadku urzędu prezydenta. Grecka konstytucja przyznaje prezydentowi niewiele uprawnień.
Jest on co prawda nominalnym zwierzchnikiem sił zbrojnych z prawem wypowiedzenia wojny, jednak może to uczynić jedynie za zgodą rządu.
W tym czasie, kiedy parlament dokonywał wyboru prezydenta na trzech greckich wyspach – Lesbos, Samos i Chios ich mieszkańcy protestowali przeciwko obecności zbyt dużej, ich zdaniem, liczbie uchodźców. Zamykano sklepy, nie działały usługi publiczne a liczne rzesze ludzi demonstrowały na ulicach powiewając greckimi flagami i skandując „chcemy z powrotem naszych wysp”.
Do protestów przyłączyły się miejscowe władze oraz związki zawodowe. Związkowcy oraz miejscowi samorządowcy domagają się od rządu, aby w trybie pilnym przetransportował uchodźców wgłąb kraju. Wskazują na to, że niektóre obozy są przeludnione i przebywa w nich 10 razy więcej osób niż przewiduje norma. Również burmistrz Wathi, największego miasta na wyspie Samos mówił, iż „nasza wyspa nie może być dłużej miejscem dla zagubionych dusz i cierpiących ludzi”. Gubernatorzy regionów administracyjnych obejmujących wyspy Morza Egejskiego oraz burmistrzowie miast mają zamiar udać się Aten aby swoje postulaty przekazać rządowi.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że prawicowy rząd Mitsotakiasa zapowiedział w październiku 2019, że do końca obecnego roku ma zamiar odesłać z powrotem do Turcji 10 tys. imigrantów.
Ciekawe jak do tego problemu podejdzie koncyliacyjna i czuła na prawa człowieka nowa pani prezydent.

Rząd chce wymanewrować związki

Po ponad miesiącu historycznej mobilizacji francuskiego świata pracy francuski rząd udaje, że chce negocjować i iść na ustępstwa. Całej reformy emerytalnej, oddającej utrzymanie starszych obywateli w ręce kaprysów rynku, nie cofnie, ale jest gotów rozmawiać o tym, by pełne prawa do emerytury były jednak nabywane w 62. roku życia, a nie w 64.

9 i 11 stycznia były kolejnymi dniami imponującej mobilizacji pracowników i młodzieży. Wezwanie central związkowych do demonstrowania spotkało się z odzewem w całym kraju.
– Demonstrowano w 275 miastach, łącznie na ulice wyszło 1,7 mln pracowników i młodzieży, a wspólne stanowisko było takie samo, jak od początku strajku: rząd ma wycofać się z całej reformy emerytalnej! – mówi Portalowi Strajk Benoit Lahouze, działacz antykapitalistycznej lewicy i redaktor pisma „Informations Ouvrieres” o demonstracjach 9 stycznia. – Związki zawodowe zrzeszające funkcjonariuszy publicznych odmówiły podjęcia negocjacji z rządem. We wtorek przywódcy najważniejszych central udali się na negocjacje z rządem, ale następnie prasa ujawniła, że projekt ustawy o emeryturach wpłynął już do Rady Państwa, co jest pierwszym krokiem przed jego przyjęciem. To dowód, że Macron nie chce negocjować naprawdę, chociaż strajk ma poparcie 60 proc. społeczeństwa.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych utrzymuje, że 9 stycznia na ulice wyszło jedynie 452 tys. ludzi, z czego 21 tys. w Paryżu. Tymczasem centrala związkowa CGT zliczyła aż 150 tys. demonstrantów i demonstrantek w samej stolicy. Według aktywistów z kolektywu „Informations Ouvrieres” szczególnie imponujące marsze przeszły również przez Marsylię i Tuluzę (ponad 100 tys. protestujących), Bordeaux (70 tys.), Hawr (35 tys.) czy Rouen (30 tys.). Ciągle strajkują wszystkie wielkie francuskie rafinerie, historyczne rozmiary przybrał strajk adwokatów, zaostrza się sprzeciw środowiska akademickiego, gdzie nie tylko protestują akademicy i studenci, ale też zawiesiły pracę liczne pisma naukowe. Strajkom i manifestacjom towarzyszą zgromadzenia ogólne (assemblées générales) protestujących z danego sektora czy zakładu pracy, gdzie zapadają decyzje na temat dalszej taktyki działania, kontynuowania protestu i jego metod. 11 stycznia na kolejny dzień walki przybyło 500 tys. oburzonych obywateli według szacunków związkowych i 150 tys. według MSW oraz przychylnych rządowi mediów, które od początku starają się bagatelizować strajk.
Najnowszy gest rządu, który w podpisanym przez premiera liście otwartym zadeklarował, że prawa emerytalne mogłyby jednak być nabywane po ukończeniu 62 lat, również obliczony jest raczej na uśpienie strajkujących i zasianie podziałów wśród związkowców. Prezydent chciałby przede wszystkim przeciągnąć na swoją stronę bardziej ugodowe centrale na czele z CFDT, które przed grudniem 2019 r. podchodziły bardziej spolegliwie do jego neoliberalnej polityki. Nawet jeśli teraz to nie one nadają ton protestom ulicznym, bo Francuzi mają agresywnego kapitalizmu stanowczo dość. Philippe Martinez z CGT zarzucił Macronowi, że nie słucha głosu społeczeństwa, a gdyby chciał naprawdę zagwarantować wyższe emerytury, co obiecuje, to działałby raczej w kierunku stymulowania wzrostu płac.
Tymczasem liderzy CFDT wyrazili radość z powodu „gotowości rządu do ustępstw”, chociaż w rzeczywistości Macron i jego rząd nie cofnęli się na krok: nawet w liście do związków, w którym zapisano rzekome „ustępstwo”, zapisano również, że dalsze decyzje w sprawie finansowania systemu emerytalnego państwo podejmie po dalszych analizach problemu do końca kwietnia. Tym samym zastrzega sobie, by za jakiś czas, gdy mobilizacja spadnie, znowu ogłosić, że „nic nie da się zrobić” i konieczne są antyspołeczne rozwiązania, a będzie już po pierwszym czytaniu projektu w parlamencie.

Striptease kontra bezdomność

Amerykańscy samorządowcy z Seattle w ramach przeciwdziałania problemowi bezdomności w tym mieście sfinansowali z publicznej kiesy… erotyczny show z genderowym aspektem.

Sytuacja jest rzeczywiście skandaliczna – moralnie, politycznie i ekonomicznie; niestety w bardzo symboliczny sposób ujawnia potworności neoliberalnego myślenia.
Seattle mierzy się problemem narastającej bezdomności od kilku lat. Ze względu na skalę – pomimo, iż dalece nie jest jedynym miastem w USA dotkniętym tym problemem – bezdomność w Seattle stała się swego rodzaju punktem odniesienia w debacie publicznej. Lokalna telewizja KOMO-TV (spółka-córka stacji ABC) wyemitowała nawet kilka miesięcy temu film dokumentalny na ten temat zatytułowany Seattle umiera.
I choć film ten spotkał się z uzasadnioną krytyką w związku z przesadzoną ekspozycją przemocy i narkotyków w środowisku osób bezdomnych i nawoływania do policyjnych rozwiązań (niektórzy komentatorzy, np. Tim Harris twierdzili, że jest to „pornografia biedy”), to jednoznacznie sygnalizował, że narastająca bezdomność jest wynikiem zupełnego braku polityki mieszkaniowej władz miejskich oraz że te nie reagowały przez lata pomimo, iż były świadome sytuacji.
Dopiero niedawno lokalni politycy, np. burmistrzyni Jenny Durkan ubolewała na brak środków i wyjaśniała, że „problemu tego nie da się rozwiązać z dnia na dzień”. Jednocześnie tamtejszy ratusz wyjaśniał dziennikarzom indagującym o tę kwestię na rozlicznych konferencjach prasowych, iż miasto wydaje rocznie zawrotną sumę 1 mld dolarów finansując swoje dążenia do ograniczenia bezdomności. Niestety, wygląda na to, że pieniądze te są w dużej mierze marnotrawione i to w niezwykle cyniczny sposób.
Doskonałym tego przykładem jest ubiegłotygodniowa konferencja dotycząca problematyki bezdomności zorganizowana w South Seattle College. Zorganizowała ją dyrektorka samorządowej agencji All Home, która powołana została, aby koordynować działania władz w tym zakresie w hrabstwie King. Kira Zylstra, o niej mowa, została wysłana na urlop i oczekuje nie tylko na zwolnienie z pracy, lecz również na wyniki wszczęto przeciwko niej śledztwa. Potwierdziła to w rozmowie z dziennikarzami Denise Rothleutner, szefowa Departamentu Spraw Społecznych i Usług Publicznych hrabstwa.
Oburzenie eksplodowało po tym jak na corocznej konferencji „Dekolonizacja naszej pracy zbiorowej” (Decolonizing our Collective Work; doprawdy, cokolwiek to znaczy), zorganizowanej przez All Home, doszło do pewnego wydarzenia. Zaraz po lunchu uczestnikom wydarzenia ukazała się postać transpłciowej stripteaserki. Beyoncé Black St. James tańczyła topless, przytulała i całowała widzów. Jej występ został nawet zarejestrowany przy pomocy smartfona i opublikowany na portalu społecznościowym YouTube.
Po tym jak informacja się rozeszła mieszkańcy Seattle i całego regionu zaczęli umieszczać pełne oburzenia komentarza na sposób wydatkowania pieniędzy przeznaczonych dla agencji All Home, której, przypomnijmy, jedynym zadaniem jest koordynowanie skutecznego zwalczania problemu bezdomności. Sprawa szybko trafiła do mediów. Wówczas wspomniana wcześniej Denise Rothleutner zdecydowała się na kroki w stosunku do All Home i szefowej tej instytucji. Jako się rzekło – trwa śledztwo, a Zylstra przebywa na przymusowym urlopie w oczekiwaniu na jego wyniki. Sprawa okazała się tak bulwersująca i do tego stopnia zaważyła na reputacji agencji, że władze w hrabstwie King zdecydowały o jej pospiesznym rozwiązaniu, choć decyzję tę motywowały „brakiem widocznych efektów” jej prac.
Tymczasem bezdomnych w Seattle i okolicach z dnia na dzień przybywa. Citi Journal, prestiżowy kwartalnik podejmujący zagadnienia polityki miejskiej, urbanistyki, architektury, transportu i problemy wspólnot miejskich w Stanach Zjednoczonych, publikował w najnowszym numerze obszerną analizę pt. Oblężone Seattle (Seattle Under Siege). Dziennikarz Christopher F. Rufo zwraca uwagę, iż od 2017 r. doszło do „eksplozji bezdomności”, a na ulicach miasta z tygodnia na tydzień widocznie przybywa ludzi koczujących w namiotach lub szałasach.
„Przez lata (władze w – przyp. red.) Seattle utrzymywały, że potrzebują więcej środków na rozwiązanie problemu bezdomności. Klip wideo (z występem stripteaserki – przyp. red.) dowodzi jednak, że płacenie za show transpłciowej stripteaserki celem lepszego dotarcia do organizacji non-profit zajmujących się bezdomnością, jak i tych utrzymywanych z publicznych środków, jest (zdaniem władz – przyp. red.) jak najbardziej na miejscu” – napisał Rufo na portalu społecznościowym Twitter.
Przykład konferencji dotyczącej bezdomności w Seattle i jej erotycznych elementów wyraźnie pokazuje, że polityki tożsamości i afirmatywne działania dotyczące niuansów genderowych wykorzystywane są w neoliberalizmie nie po to by jakieś realne socjo-kulturowe problemy rozstrzygać, lecz by takowe przysłaniać.

We Francji końca protestów nie widać

Francuzi przeżyli „czarny poniedziałek”: nie kursowa pociągi, nie jeździło metro, większość szkół była zamknięta na głucho, strajkowały szpitale itd.: piąty dzień strajku generalnego to wigilia przewidzianych manifestacji ulicznych przeciw neoliberalnej „reformie” francuskiego systemu emerytalnego, która ma zrekompensować straty budżetowe spowodowane szeregiem olbrzymich prezentów fiskalnych na rzecz oligarchii i najbogatszych, którym służy szef państwa.

Wiadomością dnia we Francji nie był nawet tak szeroki strajk, tylko los człowieka, którego prezydent Emmanuel Macron wyznaczył do przeprowadzenia „reformy” systemu emerytalnego. Dziś cała opozycja domaga się dymisji Wysokiego Komisarza ds. Emerytur Jean-Paula Delevoye’a, gdyż okazało się, że zataił jedno ze swych licznych stanowisk, członka rady nadzorczej prywatnego ośrodka szkoleniowego dla dyrekcji wielkich prywatnych koncernów ubezpieczeniowych, które będą pierwszym beneficjentem zaproponowanej przez niego „reformy”.
Delevoye natychmiast zrezygnował ze stanowiska u finansistów, ale opozycja oczekuje przede wszystkim jego dymisji z funkcji Wysokiego Komisarza, gdyż konflikt interesów jest rażący. „Reforma” Macrona ma być odejściem od systemu opartego na repartycji (tj. solidarności międzypokoleniowej) na rzecz indywidualnego systemu „punktowego” z dodatkiem kapitalizacji, tj, przeznaczenia części wielkich społecznych funduszy emerytalnych prywatnym bankom i holdingom finansowym, które mają nimi obracać. Według symulacji ekonomicznych, emerytury spadną w ten sposób o nawet 25 proc., a wiek przejścia na emeryturę może sięgnąć w niektórych wypadkach 75 lat.
Dla blisko 70 proc. Francuzów oznacza to „skok na kasę” zorganizowany przez wielki kapitał. Odrzucenie „reformy” jest na tyle powszechne, że rząd, choć ciągle upiera się przy swoim, nagle zmienił język. O ile wcześniej mówił, że zmiany w systemie emerytalnym trzeba wprowadzić „natychmiast”, teraz twierdzi, że „jest dużo czasu” i że pewne poprawki są „możliwe”. Nie ma się do czego śpieszyć tym bardziej, że francuski emerytalny system solidarnościowy jest na plusie. Ludzie chcą jednak całkowitego odwołania „reformy” i oto idzie walka.

 

Francja przeciw Macronowi

Czwartek 5 grudnia pozostanie historyczny: półtora miliona ludzi wyszło na ulice, by sprzeciwić się neoliberalnemu szaleństwu i jego „reformom”, których celem jest zniszczenie dobrze działającego systemu socjalnego. Masowej mobilizacji nie przeszkodziło propagandowe bombardowanie oligarchicznych mediów, ani straszenie policją: ludzie mają dość jawnego faworyzowania najbogatszych i finansowej oligarchii.

Chyba najbardziej uderzającym obrazem wczorajszych manifestacji i strajku generalnego byli strażacy idący na czele wielkiego paryskiego pochodu. Gdy drogę zablokowała policja, unieśli ręce i parli naprzód: żandarmeria i policja nie odważyły się strzelać plastykowymi kulami ani szarżować- musiały się wycofać. „Brawo strażacy!”, „Strażacy z nami!”- skandował tłum manifestantów – otoczyły ich oklaski i podziękowania. Nie wszystko poszło tego dnia tak łatwo, ale poczucie siły i determinacji wspólnoty manifestantów wygrało: ludzie demonstrowali w ponad 250 miejscowościach, od wielkich miast po małe miasteczka.
W Paryżu, gdzie szło ok. ćwierć miliona manifestantów, policja nie mogąc atakować z przodu obrzucała manifestację granatami gazowymi z boków, z ulic przecinających trasę pochodu. Pierwszą szarżę podjęła przeciw demonstrantom, którzy szli za transparentem „Marks albo zdychaj!” (to gra słów: nazwisko filozofa jest podobne do francuskiego słowa „idź”, „maszeruj”). To tu, na Placu Republiki doszło do pierwszych starć, które na różnych odcinkach towarzyszyły później manifestacji aż po Plac Narodowy. Był to jednak margines, w porównaniu z wielkością kilkukilometrowego pochodu. Owszem, policja znowu strzelała ludziom w głowy (dziesiątki rannych, jedna dziewczyna straciła oko), ale strach został tego dnia pokonany.

Nareszcie „konwergencja”

Francuska lewica, szczególnie Nieuległa Francja, od kilku lat próbuje doprowadzić do regularnej „konwergencji walk”, tj. skupienia różnorodnych grup zawodowych i społecznych, często o rozbieżnych interesach (np. feministki i kolejarze) przeciw neoliberalnej władzy Emmanuela Macrona i jego pro-oligarchicznej ekipy rządzącej. Razem z pracownikami protestują studenci i świat nauki: Francuska Biblioteka Narodowa (czyli jedna z największych bibliotek świata) jest dzisiaj czynna, ale wielu pracowników kontynuuje strajk. Część czytelni otworzyła się z opóźnieniem i zamknie się wcześniej, niż zwykle, z powodu braku personelu. Zamówienia czytelnicze są poważnie opóźnione, a w części w ogóle nie realizowane. W ogromnym budynku przy Rue de Tolbiac widoczne są flagi central związkowych.
Tę pracę polityczną ułatwił poniekąd sam Macron, gdyż zaatakował wszystkich, którzy znajdują się poniżej grupy, której zapewnia nieustające powodzenie: według różnych sondaży, jego „reformę” emerytalną jednoznacznie odrzuca od 62 do 70 proc. społeczeństwa. To przeciw temu społecznemu skandalowi, tak uparcie forsowanemu przez rząd, wszystkie bodaj grupy społeczne, oprócz bogaczy i naiwnych (wierzących jeszcze w „skapywanie bogactw”), wyszły wczoraj na ulice i zamierzają wkrótce znowu wyjść (w najbliższy wtorek), by zmusić oligarchów do poskromienia apetytu na publiczne pieniądze.
W ciągu dwóch pierwszych lat swoich rządów Macron bezprecedensowo rozszerzył przywileje oligarchii, lecz naczelna neoliberalna zasada organizowania przepływu bogactw ze społecznych dołów do materialnej góry wymaga kolejnych działań. „Reforma” systemu emerytalnego ma oczywiście na celu powszechne zmniejszenie emerytur i przedłużenie okresu pracy, bo prezenty fiskalne, którymi rząd obdarzył najbogatszych i korporacje, naturalnie zmniejszają budżet. Macron i klasa, której służy, chce wygrać walkę klas poprzez niszczenie wszystkiego, co wspólnotowe. Stanowi to rdzeń ideologii neoliberalnej: atomizacja i prekaryzacja społeczeństwa jest niezbędna dla zorganizowania owego przepływu pieniędzy z dołu w górę, tak samo jak maksymalna prywatyzacja zysków i uspołecznienie strat. Macron chce prywatyzować państwowe kury znoszące złote jaja, jak porty lotnicze, tamy rzeczne, czy nawet lotto, bo wszystko, co publiczne jest wrogiem neoliberalnej skrajnej prawicy, którą reprezentuje. Ten kapitalistyczny ekstremizm odbija się oczywiście na zwykłych ludziach – do realnej „konwergencji walk” musiało dojść wcześniej czy później.

Atak propagandowy

Francuska telewizja publiczna niewiele różni się od naszej – tak samo propaguje ideologię rządową, choć robi to nieco subtelniej, a reszta telewizji należących do miliarderów naturalnie jej sekunduje, gdyż chodzi o olbrzymie pieniądze, które da się wyrwać z systemu socjalnego dla najbogatszych prywaciarzy. W ciągu ostatnich lat francuskie media straciły jednak wiarygodność, bo kończą się koncepty propagandowe, dzięki którym udawało się usypiać większość ludzi. W „skapywanie bogactw” ze społecznej materialnej góry w dół wierzą już tylko naprawdę niezorientowani. Reformę emerytalną próbuje się więc „sprzedać” używając języka wręcz lewicowego: nowy system ma być więc „egalitarny”, „znoszący przywileje” itp., lecz w to ściemnianie nie sposób uwierzyć – rząd popełnił sporo komunikacyjnych pomyłek, co było widać wczoraj na ulicach.
Powiększanie obszaru prekaryzacji, społecznego ubożenia i prawdziwej biedy przyśpieszyło już za czasów poprzedniego prezydenta, neoliberalnego „socjalisty” Hollande’a, lecz Macron, z jego ambicją powrotu do stosunków społecznych z XIX w., zostanie zapamiętany jako rekordzista. Owszem, przybywa milionerów i miliarderów, lecz upadają kolejne usługi publiczne, jak ochrona zdrowia, czy edukacja, nie mówiąc o milionach ludzi, których bezpośrednio dotyka neoliberalne przekierowanie redystrybucji bogactw. W tej sytuacji walka z kapitalistyczną dyktaturą doprowadzoną do absurdu przestaje być podatna na jakąkolwiek oligarchiczną propagandę, nawet tę najbardziej pomysłową i najlepiej opłaconą.

Do końca?

strajki i manifestacje były wielkim frekwencyjnym sukcesem, ale czy uda się doprowadzić do odwołania przez rząd zapowiadanej „reformy”? Deklaracje „walki do końca” płyną ze wszystkich środowisk, pracowników ze sfery budżetowej i prywatnej, związków zawodowych, organizacji i stowarzyszeń społecznych, lecz wcześniej rządowi udało się już po części złamać ruch „żółtych kamizelek”, dzięki brutalnej pracy policji i żandarmerii, masowym aresztowaniom i krwawym represjom. Dziś Francja pozostaje transportowo sparaliżowana, więc premier Edouard Philippe zapowiada „poprawki” w projekcie „reformy”.
Nie wygląda jednak na to, by jakieś poprawki mogły zadowolić ów szeroki nurt społecznego protestu, do którego doprowadziły głęboko niesprawiedliwe „reformy” Macrona. Ludzie widzą, że neoliberalne pozbawianie przedsiębiorstw ich funkcji społecznych, „uwalnianie” ich od jakiejkolwiek wspólnotowej odpowiedzialności prowadzi na manowce. Wczoraj strajkowała część policji – jeśli stanie po stronie zwykłych ludzi, zwycięstwo wcale nie jest wykluczone.

Izrael stłumi protesty boliwijskiej lewicy?

Lewicowy prezydent Boliwii Evo Morales, przeciw któremu 10 listopada USA zorganizowały zamach stanu, bez żadnych wątpliwości wygrał październikowe wybory prezydenckie w pierwszej turze: taki jest wynik badań i analiz statystycznych przeprowadzonych przez profesorów nauk statystycznych z USA oraz znanych naukowców i specjalistów z wielu innych krajów świata. To już trzecia niezależna kontrola, która jasno wskazuje, że to nie boliwijska administracja popełniła oszustwo wyborcze, tylko Stany Zjednoczone i Organizacja Państw Amerykańskich, które okłamywały świat od samego początku.

Przypomnijmy, co się stało: 21 października, już w dzień po głosowaniu w wyborach powszechnych, Waszyngton ogłosił, że liczenie głosów w Boliwii jest „zmanipulowane”, co było znakiem dla przekupionych wcześniej przez CIA dowódców armii i policji, by dokonać zamachu stanu, do którego doszło trzy tygodnie później. Tego samego dnia pod kłamstwem amerykańskiego departamentu stanu gołosłownie podpisała się Organizacja Państw Amerykańskich (OPA) struktura polityczną z siedzibą w Waszyngtonie – zespół latynoamerykańskich państw bezpośrednio podporządkowanych Stanom Zjednoczonym. Wówczas rząd boliwijski popełnił błąd: nie mając sobie nic do zarzucenia zaprosił kontrolerów OPA do zbadania prawidłowości liczenia głosów.
Podobnie jak w innych krajach Ameryki Południowej, boliwijskie prawo wyborcze przewiduje, że druga tura wyborów prezydenckich jest niepotrzebna, jeśli zajmujący pierwsze miejsce kandydat przekroczy 40 proc. głosów i ma 10 proc. przewagi nad kandydatem następnym, którym był neoliberał Carlos Mesa. Według oficjalnych wyników Evo Morales zdobył ponad 47 proc. głosów i miał 10,6 proc. przewagi nad Mesą. Kontrolerzy OPA spełnili oczywiście życzenie Waszyngtonu twierdząc bez żadnych dowodów, że przewaga Moralesa była mniejsza, co powinno dać drugą turę. Oszustwo OPA zostało kolejny raz ujawnione przez międzynarodowy zespół naukowców w brytyjskim The Guardian, (pełna lista sygnatariuszy wraz z ich tytułami jest tutaj), którzy domagają się od OPA przyznania się do swej haniebnej roli w organizacji zamachu stanu w Boliwii.
Tymczasem nielegalny rząd wybranej przez rząd USA dyktatorki Boliwii, „prezydentki” Jeanine Anez, która zaraz po dojściu do władzy nawiązała stosunki dyplomatyczne z Izraelem, zwrócił się oficjalnie do tego państwa o pomoc w tłumieniu protestów. „Minister spraw wewnętrznych” proamerykańskiej dyktatury Arturo Murillo przyznał Reutersowi, że do Boliwii przyjadą izraelskie oddziały specjalne, które mają pomóc „w walce z lewicowym terroryzmem”, tj. manifestacjami zwolenników wygnanego Evo Moralesa, protestującymi przeciw zamachowi stanu. „Zaprosiliśmy Izraelczyków, bo znają się na rzeczy” – mówił Murillo. Chodzi o oddziały morderców wyspecjalizowanych w tzw. pozaprawnych egzekucjach, mających wielkie doświadczenie w łamaniu palestyńskiego oporu przeciw okupacji.

Francja ma dość Macrona

Jeśli ktoś wybiera się do Francji w grudniu, powinien wiedzieć, że jego pobyt może być mocno skomplikowany. Prezydent Emmanuel Macron ma przeciw sobie większość społeczeństwa, które od 5 grudnia zamierza zatrzymać kraj, by uchronić się przed jego kolejną neoliberalną „reformą” – tym razem emerytur.

Sprytni spece od komunikacji poradzili rządowi, by prezentował swój pomysł jako wręcz lewicowy, podjęty w imię sprawiedliwości społecznej, równości męsko-damskiej i walki z przywilejami. Ale ludzie już zrozumieli, że kiedy neoliberałowie ładnie mówią, lepiej pilnować portfela.
Już na początku roku oligarchiczne media zaczęły mówić o „przywilejach emerytalnych” różnych grup zawodowych; potem harmonijnie przejęli ten język politycy rządzącej partii Macrona. Chodzi o specjalne emerytury dla ciężkich i odpowiedzialnych zawodów, zdobyte w walce pracowniczej. Przewidują one z reguły nieco wcześniejsze odejście z pracy i trochę wyższe wypłaty. Zamiast tego ludzie Macrona proponują jednolity system powszechny, uzależniający wysokość emerytury od liczby zdobytych punktów, których wartość może być modyfikowana. Chodzi oczywiście o powszechne zmniejszenie wypłat, by usprawnić przepływ bogactw z dołu do oligarchicznej góry.
Beneficjenci specjalnych emerytur, w tym np. kolejarze, stanowią niecałe trzy proc. emerytów, ale reforma ma objąć wszystkich. Z symulacji przeprowadzonych przez różne ogranizmy naukowe wynika, że najwięcej stracą kobiety, jeśli miały dzieci, ale właściwie wszyscy będą poszkodowani, oprócz najbogatszych. Stąd sprzeciw wobec projektu, który można nazwać ogólnospołecznym, bo wyliczanie różnych grup, które mają zamiar wziąć udział w manifestacjach i strajku generalnym, trochę trwa.
Pierwsze zaczęły protestować związki zawodowe kolejarzy: od 5 grudnia stanie paryskie metro a dalekobieżne pociągi będą wielką rzadkością. Na lotniskach dużo lepiej nie będzie: 11 związków zawodowych Air France wzywa do strajku. Strajkować będą też pocztowcy i ochrona zdrowia, szczególnie pogotowia ratunkowe. To samo z branżą energetyczną – chce nawet wyłączyć prąd w budynkach rządowych. Do nich dołączą jeszcze studenci, nauczyciele, adwokaci, kierowcy autobusów i furgonetek, taksówkarze, rolnicy, emeryci, część administracji i przede wszystkim ogół „żółtych kamizelek”. Wisienka na torcie: nawet policjanci mają zamiar protestować, co szczególnie niepokoi reżim macronistów. Neoliberalny ekstremizm prezydenta doprowadził już do tylu niepokojów, że ten zapowiadający się nie wygląda wyjątkowo, a jednak Macron odwołał wszystkie wizyty zagraniczne, a ludzie zaczynają robić zapasy. Cała opozycja parlamentarna – oprócz Republikanów z klasycznej prawicy – wzywa do walki: komuniści, „socjaliści”, lewicowa Nieuległa Francja i populistyczne Zjednoczenie Narodowe. „Żółte kamizelki” są zdeterminowane blokować co się da, dopóki rząd nie odwoła swego projektu. Według ostatnich sondaży, ponad 60 proc. Francuzów popiera ruch protestu.
Wygląda na to, że neoliberałowie już ponieśli porażkę: ich strategia publicznego ściemniania, dotąd tak skuteczna, przestała funkcjonować. Ostatnie konsultacje rządu ze związkowcami nic nie dały, ludzie nie mają zamiaru być dalej oszukiwani przez politycznych spryciarzy służących tylko jednej, najbogatszej klasie społecznej. Jeśli więc wybieracie się nad Sekwanę w grudniu, musicie uzbroić się w cierpliwość.

W Chile protesty nie ustają

Szósty tydzień społecznych protestów przeciwko neoliberalizmowi w Chile rozpoczął się 70-tysięczną manifestacją w Santiago.

Pomimo paktu zawartego pomiędzy parlamentarną opozycją i obozem rządzącym, którego wynikiem jest ogłoszenie na wiosnę 2020 roku plebiscytu w sprawie zmiany konstytucji, “ulica” nie odpuszcza i odrzuca układy zawarte pomiędzy elitą polityczną, za plecami ludu.

Samo porozumienie wywołało spory na samej opozycji politycznej. Ponad 70 członków partii Convergencia Social, wchodzącej w skład lewicowej koalicji Frente Amplio, odeszło z partyjnych szeregów w ramach protestu przeciwko paktowi z rządowym, który podpisało FA. Jedna z liderek koalicji, Beatriz Sánchez została natomiast osaczona przez manifestujących i okrzyknięta zdrajczynią, omal nie doszło do rękoczynów. Wygwizdana polityczka musiała salwować się ucieczką otoczona swoimi współpracownikami.
Główne zarzuty przeciwko paktowi to odłożenie referendum w czasie o niemal pół roku oraz niekorzystne warunki konieczne do zatwierdzenia przyszłej konstytucji. Sam fakt paktowania z rządem, oskarżonym o rażące łamanie praw człowieka, jest uznawany za zdradę. Co prawda od samego początku protesty wymierzone były w całą klasę polityczną i nie pokładano nadziei w partiach opozycyjnych, jednak Frente Amplio, świeża lewicowa koalicja zasiadająca w parlamencie było przez komentatorów oceniania jako to ugrupowanie, które może najwięcej zyskać w przyszłych wyborach. Dziś, po strzale we własne kolano jakiego dokonało FA, nie jest to już takie pewne.
Z drugiej strony, w pierwszych dniach po ogłoszeniu paktu badania wskazywały, że aż 68 proc.respondentów ocenia pozytywnie porozumienie parlamentarne, zaś 28 proc. ocenia je źle. Nowej konstytucji żąda aż 82 proc. obywateli i obywatelek. Co ciekawe, jeśli elektorat lewicowy woła o nową konstytucję praktycznie jednomyślnie (98 proc. wskazań „za”), to chce jej również nieco ponad połowa prawicowych wyborców (dokładnie 55 proc.). Jeśli chodzi o ciało, które miałby podjąć się napisania nowej konstytucji, to 60 proc. uważa, że powinno ono się składać wyłącznie z delegatów społecznych. 35 proc. respondentów jest zdania, że lepszym rozwiązaniem będzie, gdy do takiego organu wejdzie po połowie z przedstawicieli społecznych i parlamentarzystów. Sytuacja jest jednak dynamiczna i niewątpliwie może wpływać na wynik sondaży społecznych.
Kilka dni temu, 20 listopada, odbył się kolejny strajk generalny paraliżujący cały kraj. W tym buncie nie chodzi bowiem jedynie o samą konstytucję, lecz o zmianę całego neoliberalnego systemu społeczno-politycznego i reformę szeregu usług publicznych, które obecnie spoczywają w prywatnych rękach. Pomimo więc w pierwszym odruchu całkiem sporej akceptacji dla parlamentarnego paktu, traktowanej raczej jako sukces protestów społecznych, społeczeństwo nie ma zamiaru się rozchodzić do domów.
Kilka dni temu w jej własnym mieszkaniu odnaleziono ciało Albertiny Martínez, niezależnej fotografki, która aktywnie brała udział w manifestacjach i dokumentowała przemoc policyjną wymierzoną w dziennikarki. Jest niemal pewne, że została zamordowana. Uczczono jej pamięć zapalając świeczki pod jej domem i żądając pilnego śledztwa.