Komuniści o Sudanie

Ponad 50 partii komunistycznych i robotniczych wystąpiło ze wspólnym stanowiskiem wspierającym walkę ludu Sudanu o pokój, demokrację, prawa człowieka i sprawiedliwość społeczną.

W wyniku trwających od czterech miesięcy masowych protestów, które rozpoczęły się 19 grudnia ub. r., obalony został prezydent Omar al-Baszir, sprawujący dyktatorską władzę od 30 lat. 11 kwietnia władzę przejęła Tymczasowa Rada Wojskowa (MTC), która wprowadziła stan wyjątkowy oraz zapowiedziała przekazanie władzy cywilom dopiero za 2 lata. Sudańczycy odmawiają uznania władz tymczasowych, mających powiązania z dotychczasowym reżimem. MTC został natomiast uznany przez Stany Zjednoczone, Arabię Saudyjską, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie.
Partie komunistyczne potępiły spotkanie wysłannika USA Stevena Koutsisa z Mohammadem Hamdanem Daglo, zastępcą szefa MTC, w kompleksie pałacu prezydenckiego w Chartumie. Daglo jest dowódcą Sił Szybkiego Wsparcia, składających się zasadniczo z niesławnego Janjaweedmilitii, który przez piętnaście lat sprawował terror w Darfurze i jest odpowiedzialny za zbrodnie przeciwko ludzkości, wymordowanie dziesiątek tysięcy ludzi.
Siły na rzecz Wolności i Przemian, w tym Sudańska Partia Komunistyczna, wezwały do dalszych masowych działań w celu pokrzyżowania planów USA i ich regionalnych reakcyjnych sojuszników.
Zagraniczne partie komunistyczne zadeklarowały poparcie dla masowych ulicznych protestów ludzi pracy pod hasłem „Wolność, pokój i rewolucja to wybór ludu” oraz walki Sudańskiej Partii Komunistycznej oraz koalicji „Siły na rzecz Wolności i Zmian”.

Głos lewicy

Rolnicy vs. nauczyciele

Publicysta Łukasz Moll o zbliżających się nieuchronnie protestach pracowniczych:
Nie czuję, abym miał cokolwiek wspólnego z niesolidarnymi zawistnikami, którzy przy okazji strajku szkolnego pomstują na przywileje nauczycieli, na ich rzekomą zuchwałość, niski poziom i brak prywatnej inicjatywy. Ale co w takim razie powiedzieć o tych, którzy dokładnie w ten sam sposób psioczą na protestujących rolników? Że tak naprawdę to bogacze, że inne grupy mają gorzej, że z jakiej racji te dopłaty, a w ogóle to warchoły, no i poglądy mają nie te, co trzeba.
Skoro działa tu ten sam mechanizm, to jak to się dzieje, że lewica entuzjastycznie wspiera nauczycieli, przemilczając wszystkie zastrzeżenia, jakie można by mieć do narracji wokół strajku i odpuszczając krytykę modelu edukacji, ale w sprawie rolników nie potrafi okazać poparcia, wyolbrzymia za to wszystkie możliwe przywary protestujących i ma tak wiele do powiedzenia o gospodarce rolnej, że widać tu te wszystkie godziny przy Farmville. Jak to się dzieje? Prosta sprawa. Klasizm. Tyle, że takie rozpisanie sympatii będzie sprzyjało rozpadowi solidarności pracowniczej. Jeśli trzeba być po studiach, mieć ładną, kulturalną pracę i znać savoir vivre protestacyjny, żeby sobie zasłużyć na przychylność lewicy, to co to za reprezentacja ludu roboczego?
No więc ja konsekwentnie kibicuję obu protestom, a jakby mi ktoś kazał koniecznie wybierać któremu bardziej, to troszkę bardziej jednak rolnikom.

Popis prezydenckiej arogancji

Wyjątkowym cynizmem popisał się francuski prezydent Emmanuel Macron, komentując sytuację, do jakiej doszło podczas XIX aktu protestów Żółtych Kamizelek w ostatnią sobotę. Mówił o 73-letniej aktywistce Geneviève Legay, która po demonstracji trafiła do szpitala z poważnym urazem czaszki.

Fotografie starszej kobiety, obalonej na ziemię, gdy policja rozpędzała zgromadzenie Żółtych Kamizelek w Nicei, obiegły w weekend media społecznościowe. Sprawą ciężkiego uszkodzenia ciała 73-letniej Geneviève Legay zajął się też prokurator, ale najprawdopodobniej nikt zarzutów nie usłyszy – śledczy skłaniają się ku uznaniu, że działania policjantów były prawidłowe, a uczestniczka manifestacji sama nieszczęśliwie uderzyła głową o beton.
Wcześniej podczas demonstracji Legay trzymała w dłoniach tęczową flagę z napisem „Pokój”. Uczestnicy protestu zgodnie twierdzą, że policja agresywnie rozpędzała Żółte Kamizelki, nie przejmując się, czy ktoś nie ucierpi.
Dziś do sprawy odniósł się Emmanuel Macron, który odwiedział Niceę razem z chińskim prezydentem Xi Jinpingiem. Co prawda złożył 73-latce życzenia szybkiego powrotu do zdrowia (na łamach pisma „Nice-Matin”), ale nie omieszkał zasugerować, że sama jest sobie winna.
– Kiedy ktoś jest wrażliwy i ryzykuje uszczerbek na zdrowiu (…) to nie stawia się w takiej sytuacji – powiedział prezydent Francji o udziale kobiety w demonstracji. Jeszcze przed oficjalnym zamknięciem śledztwa stwierdził również, że Legay z pewnością nie została skrzywdzona przez policjantów, a jedynie znalazła się w ogarniętym paniką tłumie. Na koniec oznajmił, że porządek publiczny musi być respektowany zawsze i wszędzie, a aktywistce można życzyć nie tylko zdrowia, ale i tego, by „trochę zmądrzała”.
Reprezentująca Legay prawniczka Arié Alimi zapowiada, że złoży pozew przeciwko policjantom, którzy w sposób nieproporcjonalny interweniowali przeciwko starszej aktywistce. Twierdzi, że kobieta została celowo przewrócona na ziemię. Prawniczka wytknęła także Macronowi brak taktu – wszak osoba, której życzył „więcej rozsądku”, w tej chwili walczy o zdrowie i życie.
Także Jean-Luc Mélenchon, lider Nieuległej Francji, zasugerował Macronowi, by to raczej on uczył się od demonstrantki z Nicei, niż ją krytykował. – Ona walczy o dobro innych. A pan uderzył ją w imię czego? – napisał na Twitterze.
Na arogancki komentarz Macrona odpowiedziały również same Żółte Kamizelki. Starsze aktywistki i aktywiści umieszczają w mediach społecznościowych swoje zdjęcia, podkreślając, że wiek nie przeszkadza im w walce o równość i lepsze jutro. Inni zwracają uwagę, że nikt nie sprawdza metryki np. członkom Rady Konstytucyjnej…
W ostatnim akcie protestów Żółtych Kamizelek ulicami Francji maszerowało, według szacunków aktywistów, ponad 126 tys. osób. Policja jest skłonna przyznać, że było ich 40 tys., jednak zaniżanie szacunków frekwencji na demonstracjach jest w tym wypadku praktyką powszechną.

Jak się to zaczęło?

Najpierw, 15 lutego na trybunach stadionu w Algierze kibice obu miejscowych drużyn piłkarskich obrzucali się rytualnymi obelgami, ale w przerwie ktoś krzyknął „Nie dla piątej kadencji! Nie dla Butefliki i jego brata Saida!”. Obie przeciwne grupy kibiców podjęły to zgodnie i tydzień później, w piątek, gdy w Algierii chodzi się do meczetu i rozgrywa mecze, na ulice miast wyszły setki tysięcy ludzi, skandując to samo, co na stadionie.

Zrozumienie Algierczyków pójdzie łatwiej, jeśli spojrzy się na zdjęcia prezydenta tego kraju. W 2014 r., niecały rok po jego udarze mózgu Abd al-Aziza Buteflika ma żywe oczy, sam podnosi rękę i trafia do dziurki, by na siebie zagłosować (to ostatnie wybory prezydenckie). Wideo i zdjęcia z tego głosowania do dziś są pokazywane w algierskiej telewizji, bo późniejsze już się nie nadają. 82-letni przywódca ma dziś maskę zamiast twarzy. Ostatni raz przemówił do narodu w 2012 r.
Na zdjęciach sprzed dwóch lat, gdy zdecydowano się go pokazać z okazji przybycia premiera Francji, algierski prezydent nie wypowiedział ani słowa, a jego twarz pozostawała w tym samym stanie cały czas. Buteflika już wtedy nie kontaktował i nie wykonywał żadnych ruchów. Jedynym znakiem życia była ślina, która wkrótce zaczęła mu wyciekać z ust. A jednak w zeszłym miesiącu „zgłosił” swą kandydaturę na piątą kadencję. Rządzi największym krajem Afryki już 20 lat, dziś za pośrednictwem swoich braci, którzy od 2013 r. umieszczają go regularnie w paryskich i genewskich szpitalach.

Cztery ośrodki

Pamiętna „arabska wiosna” z 2011 r. ominęła Algierię. Prezydent Buteflika wygłosił wówczas przemówienie, w którym zapowiedział nie tylko demokratyzację kraju, ale i ogłosił liczne inicjatywy socjalne oraz podwyżki płac, finansowane z zysków z wydobycia ropy i gazu. Udało mu się wtedy kupić spokój społeczny, bo cieszył się ciągle szacunkiem: był czynnym bojownikiem o niepodległość zdobytą w 1962 r., a potem zrobił błyskotliwą karierę – w 1963 r. został najmłodszym na świecie ministrem spraw zagranicznych. Po wyborze na prezydenta w 1999 r. udało mu się doprowadzić do zakończenia wojny domowej, czym zyskał sobie powszechną wdzięczność – „czarne dziesięciolecie” lat 90. kosztowało życie co najmniej 200 tys. ludzi.
Zwycięstwo nad islamistami i późniejsze pojednanie narodowe, wprowadzona wielopartyjność i programy socjalne nie były jednak w stanie zrekompensować wad „mafijnego kapitalizmu” i nieustającej od niepodległości władzy FLN (Frontu Wyzwolenia Narodowego). Władza korumpuje, a władza od ponad półwiecza korumpuje totalnie. Z wyższych rang partii wyłoniło się wielu miliarderów, którzy dziś odgrywają równie ważną rolę polityczną, co armia, tajne służby i rodzinny klan prezydencki. Wszystkim tym ośrodkom odpowiada status quo, dlatego cień Butefliki został znowu zgłoszony do wyborów. Problem w tym, że teoretycznie bogata Algieria nie stała się krajem dostatnim i rozwiniętym, ani zresztą państwem prawa. Ludzie chcą czegoś nowego. Hasło powołania do życia II Republiki brzmi na manifestacjach nie słabiej niż „nie” dla piątej kadencji Butefliki.

Paradoks wyborczy

W piątek 8 marca, na ulice największych miast – Algieru, Oranu, Konstantyny i Annaby – znowu wyszły tłumy, by domagać się rezygnacji Butefliki z kandydowania. Ściślej mówiąc pragną, by ci, którzy zgłosili niewidzialnego prezydenta, przestali rządzić. Manifestacje w dużych miastach, jak i na prowincji, pozostają pokojowe, ale widmo nowej wojny domowej już zaczęło krążyć nad krajem: wojsko ostrzegło, że będzie strzec „stabilności” kraju, czyli opowiada się (póki co) za klanem Butefliki. Odwołanie wyborów parlamentarnych w 1992 r. doprowadziło do długiej, okrutnej wojny, która pozostaje narodową traumą. Tym razem władza nie chce wyborów odwoływać, ale chcą tego manifestanci – ich zdaniem chodzi o jawny absurd.
Dlaczego zbuntowani Algierczycy manifestują przeciw jakiejś kandydaturze, zamiast forsować swoją? Otóż są przekonani, że Buteflika wygra, choćby był martwy. W 2014 r. zdobył 82 proc. głosów, co wynika nie tylko z szacunku dla jego osoby, ale i propagandy państwowej oraz grubych nieprawidłowości wyborczych. W Algierii zaufanie do miejscowej demokracji jest śladowe: w ostatnich wyborach parlamentarnych wzięło udział niecałe 12 proc. uprawnionych. Opozycja pozostaje śmiesznie słaba, nie ma popularnego lidera i na dodatek wybory prezydenckie przewidziane na 18 kwietnia postanowiła zbojkotować. Buteflika ma kilku kontrkandydatów, lecz zupełnie nie liczących się w opinii publicznej.

List ze Szwajcarii

Prezydent leczący się obecnie w uniwersyteckim szpitalu w Genewie niespodziewanie kilka dni temu napisał odczytany w telewizji list do narodu, w którym tłumaczy, że rozumie protestujących i wobec tego obiecuje skrócić swą przyszłą kadencję, kiedy już zorganizuje debatę narodową i szerokie konsultacje na temat kolejnych wyborów prezydenckich, w których udziału nie weźmie. Naturalnie nikt nie wierzy, że sam sformułował to pismo, choć władze zapewniają, że jego świadomość i rozum działają świetnie. Przemówili więc ci, którzy rządzą, jego klan, kancelaria, FLN. Problem w tym, że listowy argument-prośba, że „to już ostatni raz” budzi jedynie irytację. Algierczycy nagle stracili cierpliwość.
Mowa tu o mieszkańcach dużych miast, studentach, inteligencji, gdzie aspiracje do radykalnej zmiany wyraźnie przestarzałego, autorytarnego systemu politycznego są najsilniejsze. Na wsiach ludzie ciągle szanują Buteflikę jako reprezentanta pokolenia walki o niepodległość. To się może zmienić, bo w łonie FLN następują pęknięcia. Dżamila Bouhired, żywa legenda tej walki, członkini ruchu oporu, ta, która w 1957 r. roześmiała się, gdy Francuzi skazali ją na gilotynę za „terroryzm” i potem cudem ocalała, szanowana bardziej niż ktokolwiek, wyszła na ulicę razem z protestującymi. Takie poparcie czyni społeczny bunt wiarygodnym, tym bardziej, że kilka innych znanych postaci tamtego pokolenia dołączyło do stanowiska Bouhired. List prezydenta tylko zirytował protestujących.

Wybuchowa frustracja

Już bieżąca, czwarta kadencja Butefliki stała pod znakiem problemów gospodarczych, z powodu spadku cen ropy, a teraz okazuje się, że algierskie złoża ropy i gazu się wyczerpują. Produkcja nieuchronnie się zmniejsza, a przynosiła aż 60 proc. dochodów budżetowych i 95 proc. dewiz z eksportu. Klanowa władza nomenklatury FLN nie zbudowała innego przemysłu, rolnictwo ledwo dyszy, a system bankowy tkwi jeszcze w ubiegłym wieku. Nieudolność administracji z korupcją w tle doprowadziła do wielkich strat, w latach 2000-2015 wyprowadzono za granicę prawie 600 miliardów (!) dolarów, które przyniosła sprzedaż ropy i gazu. Tymczasem ponad 50 proc. młodzieży nie może znaleźć żadnej pracy, a ludzie do 30 roku życia stanowią połowę populacji. Frustracja i odrzucenie grabiących do siebie „leśnych dziadków” u władzy są raczej zrozumiałe.
„Chciałabym tylko nie chcieć wyjechać do Francji” – mówiła Faiza, 24-letnia studentka podczas wiecu w Algierze – „Nie tylko Buteflika powinien odejść, ale też jego bracia, jego generałowie i cała ta klika! Algieria potrzebuje drugiej niepodległości.” W ubiegłym roku prawie 90 proc. młodych ludzi deklarowało chęć wyjazdu do Francji na stałe, bo ma dość biedy i braku perspektyw. „Władza wygrała milczenie naszych rodziców strasząc wojną domową, lecz z nami to nie działa. Rodzice zadowalali się życiowym minimum, kiedy wreszcie był pokój, my chcemy maksimum życia i pokoju” – podkreślał pokoleniowe aspiracje Ghani, student biologii. Hasło „pokój” jest zresztą skandowane na wszystkich manifestacjach, pacyfizm protestujących nie budzi wątpliwości.

Niewidzialne wyjście

„To nie jest arabska wiosna, to spontaniczna ludowa rewolucja!” – głosił jeden z transparentów w Oranie, gdyż panuje przekonanie, że „arabska wiosna” w Egipcie i Tunezji była sterowana z zagranicy. Władze zdają się z tym na razie zgadzać, bo policja na ogół nie interweniuje, ale to może się zmienić. Jeśli „system FLN” zechce bronić swych pozycji i wybierze drogę siłowej konfrontacji, trzeba będzie liczyć się z wielką tragedią. Natomiast nikt nie wie, co miałoby się zdarzyć, jeśli to „rewolucja” wygra. Hasła demokratyzacji to za mało: Algieria może wybrać „model zachodni”, nawet socjalizm, ale też islamiści nie powiedzieli swego ostatniego słowa.
Kluczowe będzie stanowisko armii. Nie patrzyła ona z entuzjazmem na powolną islamizację kraju, ostentacyjną religijność, którą świecki niegdyś FLN po cichu promował w ostatnich latach. Ale też pozostaje wierna władzom, więc jej przyszłe decyzje trudno przewidzieć. Tymczasem imperium amerykańskie już się wmieszało deklarując, że represje wobec manifestantów będą „nie do zaakceptowania”. Francja dmucha na zimne, pozostaje bardzo ostrożna. Obawia się krwawego konfliktu, który skończy się masową emigracją. Stadionowy krzyk dał początek wielkim nadziejom, lecz rozpoczął też okres wielkiej politycznej niepewności. To się może odbić się na całej północnej Afryce.

Odejście odłożone

Pod naciskiem manifestacji, bezprecedensowych w historii 20 lat jego rządów, 82-letni prezydent Abd al-Aziz Buteflika wycofał dziś swą kandydaturę z wyborów prezydenckich, do których miało dojść w kwietniu. Wczoraj przewieziono go ze szwajcarskiego szpitala do ojczyzny, gdy Paryżu manifestowało przeciw niemu 10 tys. Algierczyków, w solidarności z milionami rodaków. W zamian chce porządzić jeszcze do końca roku.

Rezygnacja Butefliki została ogłoszona w formie listu do narodu, w którym autor (bądź autorzy) zapowiada otwartą debatę narodową i dopiero potem wybory prezydenckie, co miałoby się spełnić do końca roku. Do tego czasu system polityczny miałby zostać zreformowany, z projektem konstytucji włącznie. Nie ma wątpliwości, że bardzo chory prezydent, z którym nie ma łatwej komunikacji, wziął pod uwagę wyrażony powszechnie sprzeciw. Tak zaczyna swój list:
Algieria przeżywa wrażliwy etap swej historii. W trzeci piątek z rzędu, 8 marca, w całym kraju miały miejsce wielkie marsze ludowe. Przeglądałem się temu i – jak ogłosiłem w trzecim dniu tego miesiąca – rozumiem motywację licznych rodaków, którzy wybrali ten sposób wypowiedzi. Raz jeszcze pozdrawiam jej pokojowy charakter.
Dalej modli się, prosząc o łaskę Wszechmogącego, by natchnęła go najwyższymi wartościami naszego narodu, któremu chwalebni męczennicy i nasi dzielni mudżahedini poświęcili nieśmiertelność, i ogłasza, że nie będzie kandydatem piąty raz (całe wybory zresztą odwołał), że zmieni rząd (co już się dziś stało), że debata będzie dla wszystkich, niezależna, i że odda władzę następcy wybranemu w wolnych wyborach.
Nie wiadomo na razie, jak to przyjmą protestujący. Nie wierzą na ogół, że stary prezydent sam ułożył ten list i czy cokolwiek miał z nim wspólnego, jak w poprzednich wypadkach. „Niewidzialny prezydent“ rezygnuje, ale przedłuża swe niezbyt przejrzyste rządy jeszcze o rok, o czym nie było mowy.

Jak się to zaczęło?

Najpierw, 15 lutego na trybunach stadionu w Algierze kibice obu miejscowych drużyn piłkarskich obrzucali się rytualnymi obelgami, ale w przerwie ktoś krzyknął „Nie dla piątej kadencji! Nie dla Butefliki i jego brata Saida!”. Obie przeciwne grupy kibiców podjęły to zgodnie i tydzień później, w piątek, gdy w Algierii chodzi się do meczetu i rozgrywa mecze, na ulice miast wyszły setki tysięcy ludzi, skandując to samo, co na stadionie.

Zrozumienie Algierczyków pójdzie łatwiej, jeśli spojrzy się na zdjęcia prezydenta tego kraju. W 2014 r., niecały rok po jego udarze mózgu Abd al-Aziza Buteflika ma żywe oczy, sam podnosi rękę i trafia do dziurki, by na siebie zagłosować (to ostatnie wybory prezydenckie). Wideo i zdjęcia z tego głosowania do dziś są pokazywane w algierskiej telewizji, bo późniejsze już się nie nadają. 82-letni przywódca ma dziś maskę zamiast twarzy. Ostatni raz przemówił do narodu w 2012 r.
Na zdjęciach sprzed dwóch lat, gdy zdecydowano się go pokazać z okazji przybycia premiera Francji, algierski prezydent nie wypowiedział ani słowa, a jego twarz pozostawała w tym samym stanie cały czas. Buteflika już wtedy nie kontaktował i nie wykonywał żadnych ruchów. Jedynym znakiem życia była ślina, która wkrótce zaczęła mu wyciekać z ust. A jednak w zeszłym miesiącu „zgłosił” swą kandydaturę na piątą kadencję. Rządzi największym krajem Afryki już 20 lat, dziś za pośrednictwem swoich braci, którzy od 2013 r. umieszczają go regularnie w paryskich i genewskich szpitalach.
Cztery ośrodki
Pamiętna „arabska wiosna” z 2011 r. ominęła Algierię. Prezydent Buteflika wygłosił wówczas przemówienie, w którym zapowiedział nie tylko demokratyzację kraju, ale i ogłosił liczne inicjatywy socjalne oraz podwyżki płac, finansowane z zysków z wydobycia ropy i gazu. Udało mu się wtedy kupić spokój społeczny, bo cieszył się ciągle szacunkiem: był czynnym bojownikiem o niepodległość zdobytą w 1962 r., a potem zrobił błyskotliwą karierę – w 1963 r. został najmłodszym na świecie ministrem spraw zagranicznych. Po wyborze na prezydenta w 1999 r. udało mu się doprowadzić do zakończenia wojny domowej, czym zyskał sobie powszechną wdzięczność – „czarne dziesięciolecie” lat 90. kosztowało życie co najmniej 200 tys. ludzi.
Zwycięstwo nad islamistami i późniejsze pojednanie narodowe, wprowadzona wielopartyjność i programy socjalne nie były jednak w stanie zrekompensować wad „mafijnego kapitalizmu” i nieustającej od niepodległości władzy FLN (Frontu Wyzwolenia Narodowego). Władza korumpuje, a władza od ponad półwiecza korumpuje totalnie. Z wyższych rang partii wyłoniło się wielu miliarderów, którzy dziś odgrywają równie ważną rolę polityczną, co armia, tajne służby i rodzinny klan prezydencki. Wszystkim tym ośrodkom odpowiada status quo, dlatego cień Butefliki został znowu zgłoszony do wyborów. Problem w tym, że teoretycznie bogata Algieria nie stała się krajem dostatnim i rozwiniętym, ani zresztą państwem prawa. Ludzie chcą czegoś nowego. Hasło powołania do życia II Republiki brzmi na manifestacjach nie słabiej niż „nie” dla piątej kadencji Butefliki.
Paradoks wyborczy
W piątek 8 marca, na ulice największych miast – Algieru, Oranu, Konstantyny i Annaby – znowu wyszły tłumy, by domagać się rezygnacji Butefliki z kandydowania. Ściślej mówiąc pragną, by ci, którzy zgłosili niewidzialnego prezydenta, przestali rządzić. Manifestacje w dużych miastach, jak i na prowincji, pozostają pokojowe, ale widmo nowej wojny domowej już zaczęło krążyć nad krajem: wojsko ostrzegło, że będzie strzec „stabilności” kraju, czyli opowiada się (póki co) za klanem Butefliki. Odwołanie wyborów parlamentarnych w 1992 r. doprowadziło do długiej, okrutnej wojny, która pozostaje narodową traumą. Tym razem władza nie chce wyborów odwoływać, ale chcą tego manifestanci – ich zdaniem chodzi o jawny absurd.
Dlaczego zbuntowani Algierczycy manifestują przeciw jakiejś kandydaturze, zamiast forsować swoją? Otóż są przekonani, że Buteflika wygra, choćby był martwy. W 2014 r. zdobył 82 proc. głosów, co wynika nie tylko z szacunku dla jego osoby, ale i propagandy państwowej oraz grubych nieprawidłowości wyborczych. W Algierii zaufanie do miejscowej demokracji jest śladowe: w ostatnich wyborach parlamentarnych wzięło udział niecałe 12 proc. uprawnionych. Opozycja pozostaje śmiesznie słaba, nie ma popularnego lidera i na dodatek wybory prezydenckie przewidziane na 18 kwietnia postanowiła zbojkotować. Buteflika ma kilku kontrkandydatów, lecz zupełnie nie liczących się w opinii publicznej.
List ze Szwajcarii
Prezydent leczący się obecnie w uniwersyteckim szpitalu w Genewie niespodziewanie kilka dni temu napisał odczytany w telewizji list do narodu, w którym tłumaczy, że rozumie protestujących i wobec tego obiecuje skrócić swą przyszłą kadencję, kiedy już zorganizuje debatę narodową i szerokie konsultacje na temat kolejnych wyborów prezydenckich, w których udziału nie weźmie. Naturalnie nikt nie wierzy, że sam sformułował to pismo, choć władze zapewniają, że jego świadomość i rozum działają świetnie. Przemówili więc ci, którzy rządzą, jego klan, kancelaria, FLN. Problem w tym, że listowy argument-prośba, że „to już ostatni raz” budzi jedynie irytację. Algierczycy nagle stracili cierpliwość.
Mowa tu o mieszkańcach dużych miast, studentach, inteligencji, gdzie aspiracje do radykalnej zmiany wyraźnie przestarzałego, autorytarnego systemu politycznego są najsilniejsze. Na wsiach ludzie ciągle szanują Buteflikę jako reprezentanta pokolenia walki o niepodległość. To się może zmienić, bo w łonie FLN następują pęknięcia. Dżamila Bouhired, żywa legenda tej walki, członkini ruchu oporu, ta, która w 1957 r. roześmiała się, gdy Francuzi skazali ją na gilotynę za „terroryzm” i potem cudem ocalała, szanowana bardziej niż ktokolwiek, wyszła na ulicę razem z protestującymi. Takie poparcie czyni społeczny bunt wiarygodnym, tym bardziej, że kilka innych znanych postaci tamtego pokolenia dołączyło do stanowiska Bouhired. List prezydenta tylko zirytował protestujących.
Wybuchowa frustracja
Już bieżąca, czwarta kadencja Butefliki stała pod znakiem problemów gospodarczych, z powodu spadku cen ropy, a teraz okazuje się, że algierskie złoża ropy i gazu się wyczerpują. Produkcja nieuchronnie się zmniejsza, a przynosiła aż 60 proc. dochodów budżetowych i 95 proc. dewiz z eksportu. Klanowa władza nomenklatury FLN nie zbudowała innego przemysłu, rolnictwo ledwo dyszy, a system bankowy tkwi jeszcze w ubiegłym wieku. Nieudolność administracji z korupcją w tle doprowadziła do wielkich strat, w latach 2000-2015 wyprowadzono za granicę prawie 600 miliardów (!) dolarów, które przyniosła sprzedaż ropy i gazu. Tymczasem ponad 50 proc. młodzieży nie może znaleźć żadnej pracy, a ludzie do 30 roku życia stanowią połowę populacji. Frustracja i odrzucenie grabiących do siebie „leśnych dziadków” u władzy są raczej zrozumiałe.
„Chciałabym tylko nie chcieć wyjechać do Francji” – mówiła Faiza, 24-letnia studentka podczas wiecu w Algierze – „Nie tylko Buteflika powinien odejść, ale też jego bracia, jego generałowie i cała ta klika! Algieria potrzebuje drugiej niepodległości.” W ubiegłym roku prawie 90 proc. młodych ludzi deklarowało chęć wyjazdu do Francji na stałe, bo ma dość biedy i braku perspektyw. „Władza wygrała milczenie naszych rodziców strasząc wojną domową, lecz z nami to nie działa. Rodzice zadowalali się życiowym minimum, kiedy wreszcie był pokój, my chcemy maksimum życia i pokoju” – podkreślał pokoleniowe aspiracje Ghani, student biologii. Hasło „pokój” jest zresztą skandowane na wszystkich manifestacjach, pacyfizm protestujących nie budzi wątpliwości.
Niewidzialne wyjście
„To nie jest arabska wiosna, to spontaniczna ludowa rewolucja!” – głosił jeden z transparentów w Oranie, gdyż panuje przekonanie, że „arabska wiosna” w Egipcie i Tunezji była sterowana z zagranicy. Władze zdają się z tym na razie zgadzać, bo policja na ogół nie interweniuje, ale to może się zmienić. Jeśli „system FLN” zechce bronić swych pozycji i wybierze drogę siłowej konfrontacji, trzeba będzie liczyć się z wielką tragedią. Natomiast nikt nie wie, co miałoby się zdarzyć, jeśli to „rewolucja” wygra. Hasła demokratyzacji to za mało: Algieria może wybrać „model zachodni”, nawet socjalizm, ale też islamiści nie powiedzieli swego ostatniego słowa.
Kluczowe będzie stanowisko armii. Nie patrzyła ona z entuzjazmem na powolną islamizację kraju, ostentacyjną religijność, którą świecki niegdyś FLN po cichu promował w ostatnich latach. Ale też pozostaje wierna władzom, więc jej przyszłe decyzje trudno przewidzieć. Tymczasem imperium amerykańskie już się wmieszało deklarując, że represje wobec manifestantów będą „nie do zaakceptowania”. Francja dmucha na zimne, pozostaje bardzo ostrożna. Obawia się krwawego konfliktu, który skończy się masową emigracją. Stadionowy krzyk dał początek wielkim nadziejom, lecz rozpoczął też okres wielkiej politycznej niepewności. To się może odbić się na całej północnej Afryce.

Dzień Kobiet na świecie – w Algierze

Setki tysięcy ludzi w Algierze i łącznie miliony w całym kraju zaczęły dziś po południu formować pochody z żądaniem głębokich zmian demokratycznych i unieważnienia kolejnej kandydatury 82-letniego Abd al-Aziza Butefliki na prezydenta kraju. Do bezprecedensowej mobilizacji protestu dołączyły tłumnie kobiety obchodzące dziś swój Dzień – z flagami i transparentami maszerują na czele demonstracji. Rząd jednak na razie nie ma zamiaru się ugiąć.

To już trzeci kolejny piątek niezwykłego protestu Algierczyków przeciw piątej kadencji prezydenta rządzącego od 20 lat, a dziś ciężko chorego. Dla wielu obywateli „niewidzialny prezydent“ (obecnie przebywa w szwajcarskim szpitalu) nie tylko nie może sprawować swej funkcji z powodu konsekwencji wylewu sprzed sześciu lat, ale też symbolizuje nieprzejrzystość i nawet „mafijność“ systemu władzy, której mają dość. W Algierze kobiety niosły wielki transparent z napisem „Makasz elchamsa ja Buteflika“ („Nie dla piątego Butefliki“). Policja nie interweniowała, mimo, że w stolicy od blisko 20 lat obowiązuje zakaz manifestacji.
Nad miastem krążyły śmigłowce, a obok centralnego Placu Pocztowego, dokąd zmierzali manifestanci, stało wiele wozów bojowych i działka wodne na ciężarówkach, lecz tłum jest tak olbrzymi, że jakieś starcia w zasadzie nie wchodziły w grę. Ludzie skandowali „pokój“, podkreślając pacyfizm swego protestu, choć na transparentach widniały bojowe napisy „Nie przestaniemy! “ lub „Złodzieje! Pożarliście kraj!“. Ten ostatni odnosi się do pozainstytucjonalnej władzy klanu Butefliki i „systemu FLN“ (Frontu Wyzwolenia Narodowego, który w 1962 r. wywalczył niepodległość i rządzi do tej pory), które wypowiadają się zamiast prezydenta.
W czwartek wieczorem Buteflika, który nie może się ruszać ani mówić, miał napisać kolejne „przesłanie dla narodu“, w której anonimowi autorzy ostrzegają przed chaosem i „siłami zagranicznymi“, które miałyby „konspirować“ przeciw Algierii. Zapewniają też, że prezydent nie ma zamiaru zrezygnować z kandydowania, gdyż jest „gwarantem pokoju“. Manifestanci w to nie wierzą, ich zdaniem kraj wymaga głębokich reform politycznych i gospodarczych, które ograniczyłyby wpływ „dzikiego kapitalizmu“ zarządzanego przez skorumpowany rząd. Sytuacja pozostaje bardzo napięta, mimo pokojowego przebiegu manifestacji.

Nowe starcia, nowe ofiary

Protesty w Sudanie trwają już ponad miesiąc. Od początku demonstracji w grudniu 2018 r. policja zastrzeliła ponad 40 osób, ale zdesperowani obywatele nie ustępują. Na ulicach Omdurmanu znowu brzmiało „Pracy i chleba!”, „Wolność, pokój, sprawiedliwość” oraz „Obalić, obalić!” – to ostatnie pod adresem prezydenta Omara al-Baszira.

W środę policja rozpędzająca kilkutysięczny tłum posłużyła się „tylko” gazem łzawiącym, więc ofiar śmiertelnych nie było. Nie tak, jak w ubiegłym tygodniu – protest w Omdurmanie, który poprzedzał zaplanowane na późniejsze godziny zgromadzenia w tym samym mieście oraz w stolicy, Chartumie, położonej dokładnie na drugim brzegu Nilu, był gestem pamięci po demonstrancie zmarłym wskutek odniesionych ran. Łącznie śmiertelnych ofiar podczas protestów padło już ponad czterdzieści, w tym co najmniej jedno dziecko i kilkoro pracowników medycznych.
Na zaplanowaną na wieczór demonstrację nie czekali również studenci Uniwersytetu Ojczyźnianego (al-Watanijja) w Chartumie, organizując protest na terenie swojego kampusu. I on, mimo pokojowego charakteru, został rozpędzony przy pomocy gazu łzawiącego.

Manifestanci domagają się dymisji prezydenta al-Baszira, który twardą ręką rządzi Sudanem od trzech dziesięcioleci. W ich ocenie to jego nieudolność doprowadziła do braków podstawowych produktów żywnościowych i paliwa na rynku, drożyzny (ceny chleba wzrosły trzykrotnie), a także do utrzymywania się bardzo wysokiego bezrobocia. Rząd twierdzi, że problemów nie byłoby, gdyby nie embargo nałożone na Sudan przez USA oraz oderwanie się Sudanu Południowego, które pozbawiło kraj 3/4 zasobów ropy naftowej.

Wśród organizatorów protestów są sudańskie organizacje związkowe, aktywni byli zwłaszcza lekarze i dziennikarze. Teraz władze postanowiły utrudnić tym ostatnim relacjonowanie wydarzeń – prawo do wykonywania swoich obowiązków na terytorium Sudanu odebrano w ostatnich dniach korespodentom Al-Dżaziry, tureckiej agencji Anadolu oraz saudyjskiej Al-Arabijja. Ponadto 38 lokalnych dziennikarzy zostało aresztowanych pod zarzutami „podżegania do przemocy” i „rozpowszechniania fałszywych wiadomości”.

Prezydent Omar al-Baszir nie ma zamiaru uginać się przed żądaniami manifestantów, chociaż protesty od tygodni nie słabną. W ubiegłym tygodniu występował na wiecach swoich zwolenników.

Protesty trwają, Fidesz się trzyma

Część węgierskich pracowników nadal nie poddaje się w walce z przegłosowaną w grudniu tzw. ustawą niewolniczą. Od 2019 r. przedsiębiorca może legalnie zażądać od zatrudnianych pracy w nadgodzinach w wymiarze 400, a nie, jak dotąd, 225 godzin rocznie. Co więcej, może zwlekać z wypłatą wynagrodzenia za te nadgodziny nawet trzy lata.

Głównym hasłem protestów było „Mamy dość”. Manifestujący eksponowali flagi narodowe oraz unijne, motywem powtarzającym się na transparentach było również hasło „Król jest nagi”, które odnosiło się – rzecz jasna – do premiera Viktora Orbana. Nad tunelem w lewobrzeżnym Budapeszcie zawisł natomiast ogromny baner z napisem „Jesteśmy z robotnikami”.

Protesty, jakie przeszły przez Budapeszt i kilkanaście mniejszych na Węgrzech w sobotę 19 stycznia były jednak znacznie mniejsze niż mobilizacja w grudniu ubiegłego roku. Wtedy na wezwanie związków zawodowych, przeciwko ustawie nazwanej niewolniczą protestowało nawet 50 tys. pracownic i pracowników. W ostatnią sobotę na demonstracje przybyło 2-3 tys. osób. Marsze generalnie obyły się bez poważnych incydentów. Jedynie w stolicy kraju policja zablokowała przejście przez Most Łańcuchowy, tym samym uniemożliwiając protestującym dotarcie do budynku parlamentu.

Na marszach widoczne były zarówno sztandary ultraprawicowego Jobbiku, jak i aktywiści opozycyjnych lewicowych organizacji, grup studenckich, domagających się wolności słowa na uniwersytetach, i stowarzyszeń LGBT z tęczowymi flagami.

Mimo faktu, że protesty w sprawie „ustawy niewolniczej” były znaczącym sygnałem społecznego niezadowolenia, Viktor Orban i jego partia Fidesz nadal prowadzą w rankingach popularności i zaufania. Sondaż opublikowany już po protestach w grudniu i na początku stycznia, a przed sobotnią demonstracją pokazał, że partia może liczyć na 32 proc. głosów, znacząco wyprzedzając Jobbik (11 proc.) i socjalistów (7 proc.). Popularniejszą niż Fidesz opcją w badaniu było tylko wskazanie „nie wiem, na kogo będę głosował”.

Fidesz dba o utrzymywanie poparcia – wczoraj opublikowane zostało wyniki śledztwa dziennikarzy portalu Atlatszo.hu, z którego wynika, iż przez ostatnie osiem lat partia wydała na propagandę i agitację, w tym na agresywne, antyunijne i podsycające strach materiały, blisko 70 mld forintów, czyli blisko 930 mln złotych według aktualnego kursu. Podczas gdy część obywatelek i obywateli protestowała przeciwko ustawie, która daje pracodawcy możliwość wymuszania nadgodzin i opłacania ich z dużym opóźnieniem, inni zapewne wierzyli premierowi Orbanowi, gdy ten tłumaczył, że nowe prawo przyniesie pracownikom same korzyści.

Moje salomonowe rozwiązania

Często słyszałem, że dziennikarze, nawet ci z „Trybuny”, jedynie krytykują i krytykują, a nie proponują, nie wskazują pozytywnych rozwiązań. Że dziennikarze powinni nie tylko interpretować świat, ale też go zmieniać.
Podążając śladem tej krytyki prezentuję pozytywne rozwiązania obecnie trzech palących Polskę problemów.

 

Pomnik księdza paskudnika

„Nie chcemy pomnika księdza paskudnika” – pod takim hasłem protestują gdańszczanie. Przeciwko obecności w ich mieście pomnika księdza katolickiego Henryka Jankowskiego, znanego pedofila.
Pomnik jednak trudno jest zwyczajnie zburzyć, bo ksiądz pedofil nadal jest popierany przez hierarchię polskiego kościoła kat. i prominentnych działaczy NSZZ „Solidarność”.
Poparcie hierarchii kościelnej dla pedofila jest zrozumiałe. To typowa solidarność korporacyjna.
Czemu związek zawodowy NSZZ „Solidarność” broni księdza pedofila?
Czy zastrajkuje w razie usuwania pedofilskiego pomnika?
Dlatego, aby uniknąć konfliktów proponuję salomonowe rozwiązanie.
Pomnik księdza pedofila można przenieść z Gdańska do innej parafii katolickiej. Tak jak hierarchowie przenoszą żywych księży pedofilii po ujawnieniu ich zbrodniczej działalności.
I po krzyku.

 

Wypożyczalnia posłów

W gmachu Sejmu RP panie posłanki i panowie posłowie mają wszystko, co im do życia jest potrzebne. Sklep z gorzałką, kaplicę katolicką, basen, gabinet fryzjerski, restaurację, bankomaty i okienka bankowe. Ostatnie praktyki parlamentarne, czyli kanibalizm polityczny pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego i wampiryzm polityczny przewodniczącego Grzegorza Schetyny, czyli podbieranie i wysysanie parlamentarzystów z konkurencyjnych klubów parlamentarnych, wytworzyły popyt na nowy gatunek pań posłanek i panów posłów.
Zapotrzebowanie na parlamentarzystów, którzy uzupełniają braki podebranych lub wyssanych parlamentarzystów klubów parlamentarnych. Aby zaatakowany przez pana kanibala lub wampira klub parlamentarny nie spadł do drugorzędnej, pogardzanej wręcz, roli koła poselskiego.
Aby uniknąć takich sejmowych problemów proponuję kolejne, salomonowe rozwiązanie.
Pan Marszałek Sejmu RP utworzy w Sejmie nową instytucję – „Wypożyczalnię parlamentarną” – i oddeleguje tam parlamentarzystów zawsze gotowych przejść do innego klubu parlamentarnego. Zwłaszcza tego zagrożonego klubu parlamentarnego.
Oczywiście, za stosownymi korzyściami. Dlatego każdy z takich parlamentarzystów powinien zaprezentować cenę swego transferu. Czyli co chce dla siebie, co dla swojej rodziny, a co dla swojego zaplecza politycznego. Oczywiście cenę umowną, do negocjacji.
Warto się też zastanowić, czy nie stworzyć w najbliższych wyborach parlamentarnych osobną listę kandydatów na parlamentarzystów do wypożyczenia.
Zwiększy to radykalnie transparentność i uczciwość polskiej sceny politycznej.

 

Stop podwyżkom prądu w 2019 roku

O podwyżkach prądu wspominał minister Krzysztof Tchórzewski odpowiedzialny w rządzie PiS za energię i ceny prądu. Potwierdzali nieuchronność takiej podwyżki ekonomiści, bo rząd PiS nie modernizuje polskiej energetyki, i przez takie zaniechania ceny prądu rosnąć muszą.
Ale pan prezes Jarosław Kaczyński przypomniał sobie, że w przyszłym roku będą wybory parlamentarne i nie można wkurzać suwerena, a zwłaszcza „ciemnego ludu”. I nakazał swemu premierowi Mateuszowi, zwanemu „Krzywoustym” lub „Pinokio”, natychmiast zastopować podwyżki prądu. Dla odbiorców indywidualnych i dla małych firm.
Dla dużych już nie, bo dużych firm jest mniej. Poza tym, są to zwykle wrogie PiS-owi firmy i na nie podwyżka prądu spadnie. Jakaś kara za anty-PiS musi być.
Co zrobić, aby w 2020 roku,i w latach następnych nie było podwyżki cen prądu, przynajmniej dużych?
W roku 2020 będą wybory prezydenckie.
Wtedy opozycja musi wystawić kandydata, który tak przestraszy pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, że znowu odwoła on podwyżki cen prądu.
A po 2020 roku można w każdym, kolejnym roku organizować jakieś wybory.

 

Stop globalnemu ociepleniu

O zagrożeniu globalnym ociepleniem każde dziecko już w Polsce wie.
Ale nikt jeszcze nie przedstawił skutecznego i szybkiego zatrzymania postępującego globalnego ocieplenia.
Na szczęście ktoś w tym kraju jeszcze myśli.
Aby uniknąć nadchodzącej katastrofy, proponuję aby globalne ocieplenie zatrzymało, niezwykle ostatnio aktywne, Centralne Biuro Antykorupcyjne.
Potem posiedzi sobie takie ocieplenie w areszcie wydobywczym.
Zmięknie i pójdzie z władzami na współpracę.

 

PS. Ci którzy nie wiedzą kto to był Salomon, mogą sobie wyguglać w Internecie.

Sezon rozpoczęty

Na wezwanie lewicowej opozycji w sobotę w całej Rosji ponownie przetoczyła się fala protestów przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego.

 

Jak oceniają obserwatorzy, komunistom nie udało się powtórzyć sukcesów demonstracji z letnich miesięcy, niemniej w wielu miastach udało się zebrać wciąż pokaźnie grupy niezadowolonych. W Moskwie na Prospekcie Sacharowa zebrało się zebrać 3 000 ludzi, choć organizatorzy mówili o 50 000. Protestujący nieśli hasła „Reformatorów pod sąd”, „Nie ma mieszkań, nie ma emerytur”, „Chcę dożyć do emerytury i opiekować się wnukami”.

Przed trybuną moskiewskiej demonstracji postawiono przekreślone portrety deputowanych, którzy głosowali za podniesieniem wieku emerytalnego pod transparentem „Haniebny pułk” (w opozycji do „Nieśmiertelnego pułku”, zdjęć bohaterów II wojny światowej, niesionych 9 Maja). Zwracała uwagę klatka, w której siedział młody człowiek z napisem „Ofiara państwa policyjnego”.
Dziennikarze interesowali się obecnością lewicowego opozycjonisty Sergieja Udalcowa, niedawno zwolnionego z więzienia. Udalcow, mimo ciążącego na nim trzyletniego zakazu uczestniczenia w masowych protestach, zwracał się do otaczających z wezwaniami do kolejnego protestu, tym razem pod budynkiem parlamentu podczas ostatecznego czytania projektu ustawy emerytalnej. Jednocześnie skrytykował innego opozycjonistę, Aleksieja Nawalnego, którego oskarżył o „dzielenie opozycji” i „tumanienie młodzieży”.

Lewicowa parlamentarna i pozaparlamentarna opozycja w protestach wykorzystuje nowe argumenty przeciwko obecnej władzy, których dostarczyły im fałszerstwa podczas wyborów w Kraju Nadmorskim (mówi się o kolejnych, w których wyniki wyborów zostaną anulowane). Eksperci jednak wątpią czy zdoła ona wstrząsnąć obecnie rządzącymi neoliberałami w Rosji.