Flaczki tygodnia

Program „Bóg. Honor. Ojczyzna. Wypierdalać + ” zaprezentowany w Białymstoku przez narodowo- katolickie elity PiS i kościoła katolickiego wzbudzi społeczne emocje.
Nie tylko w środowisku LGBT, które już zostało wyznaczone przez elity PiS i polskiego kościoła kat. do roli „żydów”, czyli aktualnych wrogów narodowo- katolickiego narodu polskiego.
Program „B.H.O. Wypierdalać + ” może być rozszerzony i dotyczyć każdych środowisk i grup społecznych, które zaczną się upominać o swe prawa. Albo zostaną wyznaczone przez narodowo- katolickich prominentów do roli wrogich „czarownic”.
Z programu „Wypierdalać + ” mogą skorzystać też niezadowoleni nauczyciele, protestujący niepełnosprawni, lekarze, przeciwnicy energetyki opartej na węglu kamiennym, i zawsze, „postkomuna”.
Wszystkimi nimi PiS będzie mógł ten przysłowiowy „ciemny lud” straszyć. Aby skołowany i zlękniony zagłosował na „Wypierdalać + ”, czyli narodowo- katolickie elity PiS.

Ech ten Antoni! Szatan, nie kogut.

Tyle się pan prezes Kaczyński namęczył. Wstał tak wcześnie rano, żeby na czas dojechać w piotrkowskie, do tej Miedznej Murowanej.
Tam postawili go przed frontonem kobiet miejscowych przebranych za gospodynie ludowe. Wszystkie w tęczowe sukienki, jakby to jakaś Parada Równości była, albo jeszcze gorsze LGBT !
Potem musiał nie tylko stać, ale też przemawiać. Pierdoły popychać, że polska tradycja ze wsi wyrasta, a wieś z polskiej tradycji. Zamówione u pijarowcow hasło „Dobry czas” bezmyślnie powtarzać, podobnie jak drugie: „To spotkanie poświęcone rozrywce i zabawie”.
Ale jakże się tu bawić, kiedy człowiek musiał tak wcześnie rano wstać, taki kawał drogi jechać i potem tylko takie banały prawić.

A pan minister Antoni Macierewicz od razu poczuł w Murowanej reaktywację. Z cudownym obrazem Matki Boskiej Piotrkowskiej, patronki i hetmanki tęczowych gospodyń wiejskich, stale biegał. Pod nos ten obraz panu prezesowi podstawiał. Okrzyki wznosił i intonować.
A potem hajda! Każdą przebraną na ludowo obtańcowywał. Dziarsko, z przytupem, piruetem. Na koniec wielkiego węża poprowadził jakby zawodowym wodzirejem, takim PiS Danielakiem, był.
Tańcem i obrazem pokazał, że pan prezes rządzi u sobie na Nowogrodzkiej. Ale piotrkowski okręg wyborczy na wieki, wieków amen, pana Antoniego jest. I wara innym od Piotrkowa Tryb. Tam pana Macierewicza do Sejmy znowu wybiorą. A on znów będzie całym PiS-em wodził.

Jeśli chcecie się przelecieć za darmo rządowym samolotem razem z panem marszałkiem Kuchcińskim to zadzwońcie pod ten numer:
DYREKTOR CENTRUM INFORMACYJNEGO SEJMU
Andrzej Grzegrzółka
Sekretariat: tel. 22 694 22 15, faks 22 694 14 46

Pan marszałek Marek Kuchciński został przyłapany i skrytykowany przez media. Bo używał państwowego samolotu do prywatnych lotów.
Skrytykowano go nie dlatego, że latał sobie z nieletnimi prostytutkami, tak tym razem nie było. Latał ze swoją rodziną. Ale czynił to za pieniądze podatników, czyli nasze.
Pan Marek Kuchciński jako marszałek Sejmu RP ma prawo do bezpłatnych, służbowych lotów. Ale jego małżonka, nawet ta uświęcona sakramentem małżeńskim, i jego legalne dzieci takich praw już nie mają. Dlatego powstał problem. Prawny i moralny.

Początkowo przyłapany na przemycani swej rodziny do samolotu pan marszałek robił to, co jego inni koledzy z elit narodowo-katolickich zwykle czynią. Kłamał. Kłamał, że latał wyłącznie w celach służbowych.
Ale nawet w IV Rzeczpospolitej takie kłamstwo ma krótkie nogi.
Dziennikarze „Gazety Wyborczej” i „Faktu” ustalili, że te liczne i kosztowne dla podatników loty nie były służbowymi. Ani dla pana marszałka, ani dla jego rodziny.

Wtedy pan marszałek zmienił zeznania. Ogłosił, że owszem latał, ale tylko dlatego, że piloci rządowych samolotów muszą się wylatać. Wykonać cotygodniową normę lotów. On im tylko w tym procederze pomagał. Rodzina zaś latała z nim dla towarzystwa. Nie płaciła za tamte loty, bo przecież „samolot i tam musiał latać”.

Zatem jeśli ktoś z Was lub waszych znajomych chciałby się przelecieć samolotem wraz z panem marszałkiem Kuchcińskim za darmo, bo przecież samolot musi swoje wylatać, to dzwońcie albo faksujcie do Centrum Informacyjnego Sejmu.
Tam mają grafik najbliższych lotów pana marszałka i jego rodziny.
Dopiszą was do lotu, bo miejsc w samolocie zawsze jest tak dużo, że nawet cała rodzina pana marszałka nie była w stanie ich zająć.

Bezpłatne loty rodziny pana marszałka Kuchcińskiego nie spodobały się jednak jego zawistnym kolegom w PiS.
Donieśli zapewne o tym do ucha pana prezesa Kaczyńskiego. Ten nakazał sprawę wyciszyć.
I aby uspokoić sumienia tegoż przysłowiowego „ciemnego ludu”, pan marszałek Kuchciński został zobligowany do spontanicznego wpłacenia kosztów przelotu „na cel charytatywny”. Czyli na Caritas. Czyli na kościół kat.

Koszty przynajmniej sześciu lotów na trasie Warszawa- Przemysł całej swej rodziny pan marszałek Kuchciński wycenił na ponad pięćset złotych. Czyli jedną wypłatę z programu 500+. W ten sposób podatnicy i tak zapłacą za loty rodziny pana marszałka.

Ale wpłacone na „cele charytatywne”, czyli na Caritas, pieniądze pan marszałek Kuchciński będzie mógł odliczyć sobie od podatku. Czyli znowu podatnicy zapłacą za charytatywność pana marszałka.

Zauważcie, że zawsze kiedy elity PiS nakradną się z budżetu państwa i zostaną na tym przyłapani, to aby zamydlić oczy swym wyborców ogłaszają, że zwrócą te pieniądze przez wpłaty na Caritas. Nie dodają, że potem odliczą je sobie od podatku.
Zauważcie też, że tym sposobem świetność finansowa Caritasu uzależniona jest od złodziejstwa elit PiS. Im więcej taki „dobrowolnych” wpłat, tym większa kasa płynie dla Caritasu.
Nic zatem dziwnego, że elity PiS mają takie wielkie poparcie polskiego kościoła katolickiego.
Nic też dziwnego, że polski kościół katolicki nie przemęcza się aby takie i inne złodziejstwa w PiS potępiać. Nie podcina się szmalociągu.

Nowej szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen zaproponowano kandydaturę prezydenckiego ministra pana Krzysztofa Szczerskiego na ważnego komisarza w Unii Europejskiej. Ponieważ publicznie zachwalał jego zalety pan premier Morawiecki, człowiek powszechnie znany z nieszczerych wypowiedzi, to szanse pana Szczerskiego na prestiżowa komisję radykalnie zmalały.

Białystok po ośmiu dniach

W niedzielę w Białymstoku odbył się protest przeciwko nienawiści. Organizatorami wiecu były partie bloku lewicowego  – Sojusz Lewicy Demokratycznej, Razem i Wiosna. Tym razem nie doszło od aktów przemocy, jak w poprzednią sobotę podczas pierwszego Marszu Równości zorganizowanego w stolicy Podlasia.

Ogłaszając manifestację liderzy partii lewicowych – Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń i Adam Zandberg napisali: „Chcemy wspólnie zaprotestować przeciwko przemocy, dyskryminacji i homofobii w przestrzeni publicznej oraz okazać solidarność z mieszkańcami miasta i ofiarami nienawiści”. „Mówimy jednym głosem: nie ma naszej zgody na przemoc i dyskryminację ze względu na orientację seksualną (czy z jakiegokolwiek innego powodu). Polska jest naszym wspólnym domem. Każda oraz każdy z nas ma prawo czuć się tu bezpiecznie” – zapowiedzieli organizatorzy wydarzenia.
Uczestnicy manifestacji demonstrowali pod hasłami „Polska dla wszystkich”, „Polska przeciw przemocy”, „Stop nienawiści”, Miłość nie wyklucza”, nieśli flagi tęczowe i flagi Unii Europejskiej. Na obrzeżach zgromadzenia gromadziły się grupki kontrmanifestantów, ale do aktów agresji nie dochodziło – nie powtórzyły się sceny, które osiem dni temu wstrząsnęły świadomością Polaków. Wówczas dochodziło do bezpośrednich ataków na uczestników marszu, lżenia ich, obrzucania jajkami, butelkami i innymi przedmiotami. Sobotni marsz odbywała się pod hasłem „Białystok domem dla wszystkich”. W świetle brutalnych ataków na jugo uczestników hasło to wydało się ponurą ironią, jakby rozbijający marsz kibole chcieli mu tym bardziej zadać kłam. W następstwie tych wydarzeń policja zidentyfikowała 112 osób i prowadzone są 84 postępowania.
„W pierwotnym założeniu manifestacja miała odbywać się również jako marsz, jednak organizatorzy nie dostali na to zgody” mówi przewodniczący podlaskich struktur SLD Piotr Kusznieruk, który specjalnie dla „Dziennika Trybuna” relacjonował przebieg odbywającej się na białostockim pl. Piłsudskiego demonstracji. Zwracał także uwagę, że spokojny przebieg niedzielnej manifestacji to również efekt reakcji mieszkańców Białegostoku, którzy poczuli, że skandaliczne wydarzenia – w których skądinąd brało udział wielu przyjezdnych, którzy specjalnie pojawili się w mieście aby blokować marsz – w konsekwencji są wyjątkowo szkodliwe dla wizerunku miasta w całej Polsce a nawet za granicą. Bo świadomość, że nazwa Białegostoku stała się znana w jednoznacznie negatywnym kontekście stała się czymś oczywistym. Poza protestem przeciw przemocy i dyskryminacji, taki był też cel zorganizowania niedzielnego wiecu – aby choć w części zatrzeć fatalne wrażenie jakie wywołały burdy i homofobiczna agresja.
Na wiecu występowali liderzy partii-organizatorek. „Nigdy nie myślałem, że będę skandował solidarność naszą bronią – powiedział mówił szef SLD Włodzimierz Czarzasty. – Nie będziemy nigdy tolerowali tego, że ktoś wiesza zdjęcia posłów, że dzieli Polskę na sorty, że idzie obok faszystów i mówi, że ich nie widzi”. Z kolei Adrian Zandberg z Razem mówił: „Wolność to życie bez strachu, to możliwość wyjścia na ulicę za rękę z tym, kogo się kocha. (…) Wierzę, że większość Polek i Polaków, po tym, co zobaczyła w zeszłym tygodniu, będzie solidarna z ofiarami przemocy. Kiedy biją, jest tylko jeden wybór – albo się jest po stronie bijących albo bitych. Innego wyboru nie ma”. Robert Biedroń dzielił się natomiast swoimi wspomnieniami, aby wykazać, że zmiana jest możliwa, że do akceptacji odmienności można dojść.
Dzień wcześniej, 27 lipca, przeciwko przemocy protestowały metropolie: Warszawa, Katowice, Szczecin i Wrocław. O „strefę wolną od nienawiści” zaapelowały również mniejsze miejscowości w całej Polsce: demonstracje odbyły się w Pile, Białowieży, Węgorzewie, Zgorzelcu, Wałbrzychu czy Gryficach.
Stołeczny wiec rozpoczęło przemówienie Ewy Hołuszko – działaczki „Solidarności” i osoby transpłciowej, która tydzień temu w Białymstoku była na czele zaatakowanego przez nacjonalistów i kiboli marszu.
– Spotkały się dwie Polski. Jedna to ta europejska, dążąca do wolności. Druga to ta pseudochrześcijańska, która chce nas cofnąć o dziesiątki lat – tak kobieta mówiła o wydarzeniach w stolicy Podlasia. Kolejne przemawiające osoby, które również uczestniczyły w tamtym marszu, mówiły o agresji i strachu, ale również o tym, że to politycy zawiedli, przeliczając poparcie społeczności LGBT na procenty poparcia i ignorując jej postulaty. Pisarka Sylwia Chutnik ostrzegała, że jeśli przemoc nacjonalistycznych bojówek będzie nadal tolerowana, to jej poziom będzie tylko rosnąć i dojdzie do prawdziwej tragedii.
Za to, że sprawy związków partnerskich nie zostały dotąd uregulowane prawnie, przepraszała reprezentantka SLD Anna-Maria Żukowska. „Chcę i marzę o tym, by w Marszach Równości nie trzeba już było chodzić po to, by walczyć o równe prawa, tylko po to, by podczas nich po prostu radośnie celebrować równość” – powiedziała, zaś Adrian Zandberg z Razem, przypominając o zniszczeniach, jakich faszyści dokonali w Warszawie, apelował o udział w jutrzejszym lewicowym marszu przeciw przemocy w Białymstoku oraz w marszu równości w Płocku 10 sierpnia.
Około 200 osób zebrało się na proteście w Katowicach, pod hasłami „Kożdy inkszy, wszyscy równi” oraz „Wolność, równość, tolerancja” Blisko tysiąc osób zgromadził marsz pod kurię archidiecezjalną we Wrocławiu. Podobnie jak w Warszawie, i tam w tłumie widoczne były flagi Razem, Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, Wiosny, sztandary tęczowe.
W niedzielę 28 lipca w Białymstoku lewicowi działacze wspólnie zaprotestowali przeciwko przemocy w przestrzeni publicznej oraz okazali solidarność z ofiarami nienawiści.

Wojna domowa wraca?

Sudańska Tymczasowa Rada Wojskowa, która przejęła władzę po odejściu Omara al-Baszira, przez ostatnie dni groziła rozpędzeniem potężnego zgromadzenia protestacyjnego w centrum Chartumu. Jego uczestnicy domagali się, by krajem rządzili cywile, zdecydowani przebudować tamtejszy system społeczny na bardziej sprawiedliwy i i rozliczyć nadużycia al-Baszira. W poniedziałek przystąpiono do realizacji gróźb. Następnego dnia armia ogłosiła, że wypowiada wszystkie dotychczasowe porozumienia z cywilami.

W godzinach przedpołudniowych w poniedziałek w Chartumie było słychać strzały. Paramilitarne Siły Szybkiego Wspierania wkroczyły do obozu protestujących, który od blisko dwóch miesięcy znajdował się przed siedzibą Tymczasowej Rady Wojskowej. Przystąpiły do rozpędzania demonstrantów. Najpierw użyto granatów łzawiących, potem mundurowi zaczęli strzelać do tłumu. Jak podał Centralny Komitet Sudańskich Lekarzy, jedna z organizacji związkowych koordynujących od początku protesty jeszcze przeciwko al-Baszirowi, zginęło przynajmniej trzynaście osób. W licznej grupie rannych jest jeden z przywódców protestu Madani Abbas Madani.
Sudańscy lekarze twierdzą, że wojskowi nie tylko strzelali do ludzi na ulicy, ale też wkroczyli do szpitala (East Nile Hospital), gdzie już po wcześniejszych ulicznych konfrontacjach przeniesiono rannych demonstrantów.
Obóz protestujących został rozbity, namioty, w których koczowali przeciwnicy al-Baszira i jego przybocznych, spalono. Wojskowe pojazdy uniemożliwiają ludziom ponowne zgromadzenie się pod siedzibą sudańskiej junty. Jednak jak podaje „Al-Dżazira”, na podstawie rozmów z uczestnikami protestów, ludzie nie zamierzają się poddawać. Nadal są zdecydowani walczyć o bardziej sprawiedliwy Sudan. Wypędzeni z centrum miasta protestujący budują barykady w innych częściach Chartumu, gromadzą się w innych dzielnicach. W mediach społecznościowych pojawiły się filmy pokazujące, jak wojsko patroluje różne części miasta, poszukując „podejrzanych”.
Sudańskie związki zawodowe wzywają do pokojowego stawiania oporu. Apelują, by zbierać się w Chartumie i innych miastach na pokojowe marsze, tłumnie blokować drogi, mosty i porty rzeczne. Również opozycyjna Wolność i Zmiana, koalicja różnych organizacji, która prowadziła z juntą negocjacje w sprawie przyszłego oddania władzy cywilom, oficjalnie zerwała bezowocne od pewnego czasu rozmowy.
Ludzie są wściekli – część jest zdeterminowana, by z wojskowymi, którzy strzelają do nieuzbrojonych protestujących, walczyć z bronią w ręku. Po dzisiejszych wydarzeniach nikt nie ma już wątpliwości, że nowe rządy będą równie bezwzględne, skorumpowane i antyspołeczne, co ostatnie lata rządów al-Baszira.
O świcie we wtorek wystąpił generał Abdel Fattah al-Burhan wystąpił w telewizji i ogłosił, że wszystkie dotychczasowe umowy między Tymczasową Radą Wojskową a organizacjami reprezentującymi protestujących są nieważne, przy czym zarzucił grupującemu je Związkowi na rzecz Wolności, że dąży do renegocjowania powziętych ustaleń, aby nie dopuścić do tego, aby w tymczasowych władzach znaleźli się reprezentanci „innych sił politycznych i bezpieczeństwa”.
Generał al-Burhan potwierdził jednak wolę powołania rządu tymczasowego i zapowiedział, że w ciągu dziewięciu miesięcy zorganizowane zostaną wybory powszechne, które odbędą się przy udziale międzynarodowych obserwatorów.
Działania armii sudańskiej przeciwko cywilom spotkały się z potępieniem za granicą. Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres wezwał Sudan do przeprowadzenia niezależnego dochodzenia w sprawie otwarcia ognia do cywilów przez wojsko. Wielka Brytania i Niemcy zażądały zorganizowania specjalnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ za zamkniętymi drzwiami w sprawie sytuacji w Sudanie. Do objęcia osób odpowiedzialnych za strzelanie do protestujących sankcjami wezwała organizacja Amnesty International.
Potępienie nie jest jednak powszechne. Wydaje się nieprzypadkowe, że do pacyfikacji obozu protestujących doszło dzień po spotkaniu generała al-Burhana z prezydentem Egiptu Abdelem Fattahem al-Sisim i księciem-regentem Abu Dhabi, szejkiem Mohammedem bin-Zaydem al-Nahyanem – znanymi ze swojej niechęci do protestów społecznych.

Komuniści o Sudanie

Ponad 50 partii komunistycznych i robotniczych wystąpiło ze wspólnym stanowiskiem wspierającym walkę ludu Sudanu o pokój, demokrację, prawa człowieka i sprawiedliwość społeczną.

W wyniku trwających od czterech miesięcy masowych protestów, które rozpoczęły się 19 grudnia ub. r., obalony został prezydent Omar al-Baszir, sprawujący dyktatorską władzę od 30 lat. 11 kwietnia władzę przejęła Tymczasowa Rada Wojskowa (MTC), która wprowadziła stan wyjątkowy oraz zapowiedziała przekazanie władzy cywilom dopiero za 2 lata. Sudańczycy odmawiają uznania władz tymczasowych, mających powiązania z dotychczasowym reżimem. MTC został natomiast uznany przez Stany Zjednoczone, Arabię Saudyjską, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie.
Partie komunistyczne potępiły spotkanie wysłannika USA Stevena Koutsisa z Mohammadem Hamdanem Daglo, zastępcą szefa MTC, w kompleksie pałacu prezydenckiego w Chartumie. Daglo jest dowódcą Sił Szybkiego Wsparcia, składających się zasadniczo z niesławnego Janjaweedmilitii, który przez piętnaście lat sprawował terror w Darfurze i jest odpowiedzialny za zbrodnie przeciwko ludzkości, wymordowanie dziesiątek tysięcy ludzi.
Siły na rzecz Wolności i Przemian, w tym Sudańska Partia Komunistyczna, wezwały do dalszych masowych działań w celu pokrzyżowania planów USA i ich regionalnych reakcyjnych sojuszników.
Zagraniczne partie komunistyczne zadeklarowały poparcie dla masowych ulicznych protestów ludzi pracy pod hasłem „Wolność, pokój i rewolucja to wybór ludu” oraz walki Sudańskiej Partii Komunistycznej oraz koalicji „Siły na rzecz Wolności i Zmian”.

Głos lewicy

Rolnicy vs. nauczyciele

Publicysta Łukasz Moll o zbliżających się nieuchronnie protestach pracowniczych:
Nie czuję, abym miał cokolwiek wspólnego z niesolidarnymi zawistnikami, którzy przy okazji strajku szkolnego pomstują na przywileje nauczycieli, na ich rzekomą zuchwałość, niski poziom i brak prywatnej inicjatywy. Ale co w takim razie powiedzieć o tych, którzy dokładnie w ten sam sposób psioczą na protestujących rolników? Że tak naprawdę to bogacze, że inne grupy mają gorzej, że z jakiej racji te dopłaty, a w ogóle to warchoły, no i poglądy mają nie te, co trzeba.
Skoro działa tu ten sam mechanizm, to jak to się dzieje, że lewica entuzjastycznie wspiera nauczycieli, przemilczając wszystkie zastrzeżenia, jakie można by mieć do narracji wokół strajku i odpuszczając krytykę modelu edukacji, ale w sprawie rolników nie potrafi okazać poparcia, wyolbrzymia za to wszystkie możliwe przywary protestujących i ma tak wiele do powiedzenia o gospodarce rolnej, że widać tu te wszystkie godziny przy Farmville. Jak to się dzieje? Prosta sprawa. Klasizm. Tyle, że takie rozpisanie sympatii będzie sprzyjało rozpadowi solidarności pracowniczej. Jeśli trzeba być po studiach, mieć ładną, kulturalną pracę i znać savoir vivre protestacyjny, żeby sobie zasłużyć na przychylność lewicy, to co to za reprezentacja ludu roboczego?
No więc ja konsekwentnie kibicuję obu protestom, a jakby mi ktoś kazał koniecznie wybierać któremu bardziej, to troszkę bardziej jednak rolnikom.

Popis prezydenckiej arogancji

Wyjątkowym cynizmem popisał się francuski prezydent Emmanuel Macron, komentując sytuację, do jakiej doszło podczas XIX aktu protestów Żółtych Kamizelek w ostatnią sobotę. Mówił o 73-letniej aktywistce Geneviève Legay, która po demonstracji trafiła do szpitala z poważnym urazem czaszki.

Fotografie starszej kobiety, obalonej na ziemię, gdy policja rozpędzała zgromadzenie Żółtych Kamizelek w Nicei, obiegły w weekend media społecznościowe. Sprawą ciężkiego uszkodzenia ciała 73-letniej Geneviève Legay zajął się też prokurator, ale najprawdopodobniej nikt zarzutów nie usłyszy – śledczy skłaniają się ku uznaniu, że działania policjantów były prawidłowe, a uczestniczka manifestacji sama nieszczęśliwie uderzyła głową o beton.
Wcześniej podczas demonstracji Legay trzymała w dłoniach tęczową flagę z napisem „Pokój”. Uczestnicy protestu zgodnie twierdzą, że policja agresywnie rozpędzała Żółte Kamizelki, nie przejmując się, czy ktoś nie ucierpi.
Dziś do sprawy odniósł się Emmanuel Macron, który odwiedział Niceę razem z chińskim prezydentem Xi Jinpingiem. Co prawda złożył 73-latce życzenia szybkiego powrotu do zdrowia (na łamach pisma „Nice-Matin”), ale nie omieszkał zasugerować, że sama jest sobie winna.
– Kiedy ktoś jest wrażliwy i ryzykuje uszczerbek na zdrowiu (…) to nie stawia się w takiej sytuacji – powiedział prezydent Francji o udziale kobiety w demonstracji. Jeszcze przed oficjalnym zamknięciem śledztwa stwierdził również, że Legay z pewnością nie została skrzywdzona przez policjantów, a jedynie znalazła się w ogarniętym paniką tłumie. Na koniec oznajmił, że porządek publiczny musi być respektowany zawsze i wszędzie, a aktywistce można życzyć nie tylko zdrowia, ale i tego, by „trochę zmądrzała”.
Reprezentująca Legay prawniczka Arié Alimi zapowiada, że złoży pozew przeciwko policjantom, którzy w sposób nieproporcjonalny interweniowali przeciwko starszej aktywistce. Twierdzi, że kobieta została celowo przewrócona na ziemię. Prawniczka wytknęła także Macronowi brak taktu – wszak osoba, której życzył „więcej rozsądku”, w tej chwili walczy o zdrowie i życie.
Także Jean-Luc Mélenchon, lider Nieuległej Francji, zasugerował Macronowi, by to raczej on uczył się od demonstrantki z Nicei, niż ją krytykował. – Ona walczy o dobro innych. A pan uderzył ją w imię czego? – napisał na Twitterze.
Na arogancki komentarz Macrona odpowiedziały również same Żółte Kamizelki. Starsze aktywistki i aktywiści umieszczają w mediach społecznościowych swoje zdjęcia, podkreślając, że wiek nie przeszkadza im w walce o równość i lepsze jutro. Inni zwracają uwagę, że nikt nie sprawdza metryki np. członkom Rady Konstytucyjnej…
W ostatnim akcie protestów Żółtych Kamizelek ulicami Francji maszerowało, według szacunków aktywistów, ponad 126 tys. osób. Policja jest skłonna przyznać, że było ich 40 tys., jednak zaniżanie szacunków frekwencji na demonstracjach jest w tym wypadku praktyką powszechną.

Jak się to zaczęło?

Najpierw, 15 lutego na trybunach stadionu w Algierze kibice obu miejscowych drużyn piłkarskich obrzucali się rytualnymi obelgami, ale w przerwie ktoś krzyknął „Nie dla piątej kadencji! Nie dla Butefliki i jego brata Saida!”. Obie przeciwne grupy kibiców podjęły to zgodnie i tydzień później, w piątek, gdy w Algierii chodzi się do meczetu i rozgrywa mecze, na ulice miast wyszły setki tysięcy ludzi, skandując to samo, co na stadionie.

Zrozumienie Algierczyków pójdzie łatwiej, jeśli spojrzy się na zdjęcia prezydenta tego kraju. W 2014 r., niecały rok po jego udarze mózgu Abd al-Aziza Buteflika ma żywe oczy, sam podnosi rękę i trafia do dziurki, by na siebie zagłosować (to ostatnie wybory prezydenckie). Wideo i zdjęcia z tego głosowania do dziś są pokazywane w algierskiej telewizji, bo późniejsze już się nie nadają. 82-letni przywódca ma dziś maskę zamiast twarzy. Ostatni raz przemówił do narodu w 2012 r.
Na zdjęciach sprzed dwóch lat, gdy zdecydowano się go pokazać z okazji przybycia premiera Francji, algierski prezydent nie wypowiedział ani słowa, a jego twarz pozostawała w tym samym stanie cały czas. Buteflika już wtedy nie kontaktował i nie wykonywał żadnych ruchów. Jedynym znakiem życia była ślina, która wkrótce zaczęła mu wyciekać z ust. A jednak w zeszłym miesiącu „zgłosił” swą kandydaturę na piątą kadencję. Rządzi największym krajem Afryki już 20 lat, dziś za pośrednictwem swoich braci, którzy od 2013 r. umieszczają go regularnie w paryskich i genewskich szpitalach.

Cztery ośrodki

Pamiętna „arabska wiosna” z 2011 r. ominęła Algierię. Prezydent Buteflika wygłosił wówczas przemówienie, w którym zapowiedział nie tylko demokratyzację kraju, ale i ogłosił liczne inicjatywy socjalne oraz podwyżki płac, finansowane z zysków z wydobycia ropy i gazu. Udało mu się wtedy kupić spokój społeczny, bo cieszył się ciągle szacunkiem: był czynnym bojownikiem o niepodległość zdobytą w 1962 r., a potem zrobił błyskotliwą karierę – w 1963 r. został najmłodszym na świecie ministrem spraw zagranicznych. Po wyborze na prezydenta w 1999 r. udało mu się doprowadzić do zakończenia wojny domowej, czym zyskał sobie powszechną wdzięczność – „czarne dziesięciolecie” lat 90. kosztowało życie co najmniej 200 tys. ludzi.
Zwycięstwo nad islamistami i późniejsze pojednanie narodowe, wprowadzona wielopartyjność i programy socjalne nie były jednak w stanie zrekompensować wad „mafijnego kapitalizmu” i nieustającej od niepodległości władzy FLN (Frontu Wyzwolenia Narodowego). Władza korumpuje, a władza od ponad półwiecza korumpuje totalnie. Z wyższych rang partii wyłoniło się wielu miliarderów, którzy dziś odgrywają równie ważną rolę polityczną, co armia, tajne służby i rodzinny klan prezydencki. Wszystkim tym ośrodkom odpowiada status quo, dlatego cień Butefliki został znowu zgłoszony do wyborów. Problem w tym, że teoretycznie bogata Algieria nie stała się krajem dostatnim i rozwiniętym, ani zresztą państwem prawa. Ludzie chcą czegoś nowego. Hasło powołania do życia II Republiki brzmi na manifestacjach nie słabiej niż „nie” dla piątej kadencji Butefliki.

Paradoks wyborczy

W piątek 8 marca, na ulice największych miast – Algieru, Oranu, Konstantyny i Annaby – znowu wyszły tłumy, by domagać się rezygnacji Butefliki z kandydowania. Ściślej mówiąc pragną, by ci, którzy zgłosili niewidzialnego prezydenta, przestali rządzić. Manifestacje w dużych miastach, jak i na prowincji, pozostają pokojowe, ale widmo nowej wojny domowej już zaczęło krążyć nad krajem: wojsko ostrzegło, że będzie strzec „stabilności” kraju, czyli opowiada się (póki co) za klanem Butefliki. Odwołanie wyborów parlamentarnych w 1992 r. doprowadziło do długiej, okrutnej wojny, która pozostaje narodową traumą. Tym razem władza nie chce wyborów odwoływać, ale chcą tego manifestanci – ich zdaniem chodzi o jawny absurd.
Dlaczego zbuntowani Algierczycy manifestują przeciw jakiejś kandydaturze, zamiast forsować swoją? Otóż są przekonani, że Buteflika wygra, choćby był martwy. W 2014 r. zdobył 82 proc. głosów, co wynika nie tylko z szacunku dla jego osoby, ale i propagandy państwowej oraz grubych nieprawidłowości wyborczych. W Algierii zaufanie do miejscowej demokracji jest śladowe: w ostatnich wyborach parlamentarnych wzięło udział niecałe 12 proc. uprawnionych. Opozycja pozostaje śmiesznie słaba, nie ma popularnego lidera i na dodatek wybory prezydenckie przewidziane na 18 kwietnia postanowiła zbojkotować. Buteflika ma kilku kontrkandydatów, lecz zupełnie nie liczących się w opinii publicznej.

List ze Szwajcarii

Prezydent leczący się obecnie w uniwersyteckim szpitalu w Genewie niespodziewanie kilka dni temu napisał odczytany w telewizji list do narodu, w którym tłumaczy, że rozumie protestujących i wobec tego obiecuje skrócić swą przyszłą kadencję, kiedy już zorganizuje debatę narodową i szerokie konsultacje na temat kolejnych wyborów prezydenckich, w których udziału nie weźmie. Naturalnie nikt nie wierzy, że sam sformułował to pismo, choć władze zapewniają, że jego świadomość i rozum działają świetnie. Przemówili więc ci, którzy rządzą, jego klan, kancelaria, FLN. Problem w tym, że listowy argument-prośba, że „to już ostatni raz” budzi jedynie irytację. Algierczycy nagle stracili cierpliwość.
Mowa tu o mieszkańcach dużych miast, studentach, inteligencji, gdzie aspiracje do radykalnej zmiany wyraźnie przestarzałego, autorytarnego systemu politycznego są najsilniejsze. Na wsiach ludzie ciągle szanują Buteflikę jako reprezentanta pokolenia walki o niepodległość. To się może zmienić, bo w łonie FLN następują pęknięcia. Dżamila Bouhired, żywa legenda tej walki, członkini ruchu oporu, ta, która w 1957 r. roześmiała się, gdy Francuzi skazali ją na gilotynę za „terroryzm” i potem cudem ocalała, szanowana bardziej niż ktokolwiek, wyszła na ulicę razem z protestującymi. Takie poparcie czyni społeczny bunt wiarygodnym, tym bardziej, że kilka innych znanych postaci tamtego pokolenia dołączyło do stanowiska Bouhired. List prezydenta tylko zirytował protestujących.

Wybuchowa frustracja

Już bieżąca, czwarta kadencja Butefliki stała pod znakiem problemów gospodarczych, z powodu spadku cen ropy, a teraz okazuje się, że algierskie złoża ropy i gazu się wyczerpują. Produkcja nieuchronnie się zmniejsza, a przynosiła aż 60 proc. dochodów budżetowych i 95 proc. dewiz z eksportu. Klanowa władza nomenklatury FLN nie zbudowała innego przemysłu, rolnictwo ledwo dyszy, a system bankowy tkwi jeszcze w ubiegłym wieku. Nieudolność administracji z korupcją w tle doprowadziła do wielkich strat, w latach 2000-2015 wyprowadzono za granicę prawie 600 miliardów (!) dolarów, które przyniosła sprzedaż ropy i gazu. Tymczasem ponad 50 proc. młodzieży nie może znaleźć żadnej pracy, a ludzie do 30 roku życia stanowią połowę populacji. Frustracja i odrzucenie grabiących do siebie „leśnych dziadków” u władzy są raczej zrozumiałe.
„Chciałabym tylko nie chcieć wyjechać do Francji” – mówiła Faiza, 24-letnia studentka podczas wiecu w Algierze – „Nie tylko Buteflika powinien odejść, ale też jego bracia, jego generałowie i cała ta klika! Algieria potrzebuje drugiej niepodległości.” W ubiegłym roku prawie 90 proc. młodych ludzi deklarowało chęć wyjazdu do Francji na stałe, bo ma dość biedy i braku perspektyw. „Władza wygrała milczenie naszych rodziców strasząc wojną domową, lecz z nami to nie działa. Rodzice zadowalali się życiowym minimum, kiedy wreszcie był pokój, my chcemy maksimum życia i pokoju” – podkreślał pokoleniowe aspiracje Ghani, student biologii. Hasło „pokój” jest zresztą skandowane na wszystkich manifestacjach, pacyfizm protestujących nie budzi wątpliwości.

Niewidzialne wyjście

„To nie jest arabska wiosna, to spontaniczna ludowa rewolucja!” – głosił jeden z transparentów w Oranie, gdyż panuje przekonanie, że „arabska wiosna” w Egipcie i Tunezji była sterowana z zagranicy. Władze zdają się z tym na razie zgadzać, bo policja na ogół nie interweniuje, ale to może się zmienić. Jeśli „system FLN” zechce bronić swych pozycji i wybierze drogę siłowej konfrontacji, trzeba będzie liczyć się z wielką tragedią. Natomiast nikt nie wie, co miałoby się zdarzyć, jeśli to „rewolucja” wygra. Hasła demokratyzacji to za mało: Algieria może wybrać „model zachodni”, nawet socjalizm, ale też islamiści nie powiedzieli swego ostatniego słowa.
Kluczowe będzie stanowisko armii. Nie patrzyła ona z entuzjazmem na powolną islamizację kraju, ostentacyjną religijność, którą świecki niegdyś FLN po cichu promował w ostatnich latach. Ale też pozostaje wierna władzom, więc jej przyszłe decyzje trudno przewidzieć. Tymczasem imperium amerykańskie już się wmieszało deklarując, że represje wobec manifestantów będą „nie do zaakceptowania”. Francja dmucha na zimne, pozostaje bardzo ostrożna. Obawia się krwawego konfliktu, który skończy się masową emigracją. Stadionowy krzyk dał początek wielkim nadziejom, lecz rozpoczął też okres wielkiej politycznej niepewności. To się może odbić się na całej północnej Afryce.

Odejście odłożone

Pod naciskiem manifestacji, bezprecedensowych w historii 20 lat jego rządów, 82-letni prezydent Abd al-Aziz Buteflika wycofał dziś swą kandydaturę z wyborów prezydenckich, do których miało dojść w kwietniu. Wczoraj przewieziono go ze szwajcarskiego szpitala do ojczyzny, gdy Paryżu manifestowało przeciw niemu 10 tys. Algierczyków, w solidarności z milionami rodaków. W zamian chce porządzić jeszcze do końca roku.

Rezygnacja Butefliki została ogłoszona w formie listu do narodu, w którym autor (bądź autorzy) zapowiada otwartą debatę narodową i dopiero potem wybory prezydenckie, co miałoby się spełnić do końca roku. Do tego czasu system polityczny miałby zostać zreformowany, z projektem konstytucji włącznie. Nie ma wątpliwości, że bardzo chory prezydent, z którym nie ma łatwej komunikacji, wziął pod uwagę wyrażony powszechnie sprzeciw. Tak zaczyna swój list:
Algieria przeżywa wrażliwy etap swej historii. W trzeci piątek z rzędu, 8 marca, w całym kraju miały miejsce wielkie marsze ludowe. Przeglądałem się temu i – jak ogłosiłem w trzecim dniu tego miesiąca – rozumiem motywację licznych rodaków, którzy wybrali ten sposób wypowiedzi. Raz jeszcze pozdrawiam jej pokojowy charakter.
Dalej modli się, prosząc o łaskę Wszechmogącego, by natchnęła go najwyższymi wartościami naszego narodu, któremu chwalebni męczennicy i nasi dzielni mudżahedini poświęcili nieśmiertelność, i ogłasza, że nie będzie kandydatem piąty raz (całe wybory zresztą odwołał), że zmieni rząd (co już się dziś stało), że debata będzie dla wszystkich, niezależna, i że odda władzę następcy wybranemu w wolnych wyborach.
Nie wiadomo na razie, jak to przyjmą protestujący. Nie wierzą na ogół, że stary prezydent sam ułożył ten list i czy cokolwiek miał z nim wspólnego, jak w poprzednich wypadkach. „Niewidzialny prezydent“ rezygnuje, ale przedłuża swe niezbyt przejrzyste rządy jeszcze o rok, o czym nie było mowy.

Jak się to zaczęło?

Najpierw, 15 lutego na trybunach stadionu w Algierze kibice obu miejscowych drużyn piłkarskich obrzucali się rytualnymi obelgami, ale w przerwie ktoś krzyknął „Nie dla piątej kadencji! Nie dla Butefliki i jego brata Saida!”. Obie przeciwne grupy kibiców podjęły to zgodnie i tydzień później, w piątek, gdy w Algierii chodzi się do meczetu i rozgrywa mecze, na ulice miast wyszły setki tysięcy ludzi, skandując to samo, co na stadionie.

Zrozumienie Algierczyków pójdzie łatwiej, jeśli spojrzy się na zdjęcia prezydenta tego kraju. W 2014 r., niecały rok po jego udarze mózgu Abd al-Aziza Buteflika ma żywe oczy, sam podnosi rękę i trafia do dziurki, by na siebie zagłosować (to ostatnie wybory prezydenckie). Wideo i zdjęcia z tego głosowania do dziś są pokazywane w algierskiej telewizji, bo późniejsze już się nie nadają. 82-letni przywódca ma dziś maskę zamiast twarzy. Ostatni raz przemówił do narodu w 2012 r.
Na zdjęciach sprzed dwóch lat, gdy zdecydowano się go pokazać z okazji przybycia premiera Francji, algierski prezydent nie wypowiedział ani słowa, a jego twarz pozostawała w tym samym stanie cały czas. Buteflika już wtedy nie kontaktował i nie wykonywał żadnych ruchów. Jedynym znakiem życia była ślina, która wkrótce zaczęła mu wyciekać z ust. A jednak w zeszłym miesiącu „zgłosił” swą kandydaturę na piątą kadencję. Rządzi największym krajem Afryki już 20 lat, dziś za pośrednictwem swoich braci, którzy od 2013 r. umieszczają go regularnie w paryskich i genewskich szpitalach.
Cztery ośrodki
Pamiętna „arabska wiosna” z 2011 r. ominęła Algierię. Prezydent Buteflika wygłosił wówczas przemówienie, w którym zapowiedział nie tylko demokratyzację kraju, ale i ogłosił liczne inicjatywy socjalne oraz podwyżki płac, finansowane z zysków z wydobycia ropy i gazu. Udało mu się wtedy kupić spokój społeczny, bo cieszył się ciągle szacunkiem: był czynnym bojownikiem o niepodległość zdobytą w 1962 r., a potem zrobił błyskotliwą karierę – w 1963 r. został najmłodszym na świecie ministrem spraw zagranicznych. Po wyborze na prezydenta w 1999 r. udało mu się doprowadzić do zakończenia wojny domowej, czym zyskał sobie powszechną wdzięczność – „czarne dziesięciolecie” lat 90. kosztowało życie co najmniej 200 tys. ludzi.
Zwycięstwo nad islamistami i późniejsze pojednanie narodowe, wprowadzona wielopartyjność i programy socjalne nie były jednak w stanie zrekompensować wad „mafijnego kapitalizmu” i nieustającej od niepodległości władzy FLN (Frontu Wyzwolenia Narodowego). Władza korumpuje, a władza od ponad półwiecza korumpuje totalnie. Z wyższych rang partii wyłoniło się wielu miliarderów, którzy dziś odgrywają równie ważną rolę polityczną, co armia, tajne służby i rodzinny klan prezydencki. Wszystkim tym ośrodkom odpowiada status quo, dlatego cień Butefliki został znowu zgłoszony do wyborów. Problem w tym, że teoretycznie bogata Algieria nie stała się krajem dostatnim i rozwiniętym, ani zresztą państwem prawa. Ludzie chcą czegoś nowego. Hasło powołania do życia II Republiki brzmi na manifestacjach nie słabiej niż „nie” dla piątej kadencji Butefliki.
Paradoks wyborczy
W piątek 8 marca, na ulice największych miast – Algieru, Oranu, Konstantyny i Annaby – znowu wyszły tłumy, by domagać się rezygnacji Butefliki z kandydowania. Ściślej mówiąc pragną, by ci, którzy zgłosili niewidzialnego prezydenta, przestali rządzić. Manifestacje w dużych miastach, jak i na prowincji, pozostają pokojowe, ale widmo nowej wojny domowej już zaczęło krążyć nad krajem: wojsko ostrzegło, że będzie strzec „stabilności” kraju, czyli opowiada się (póki co) za klanem Butefliki. Odwołanie wyborów parlamentarnych w 1992 r. doprowadziło do długiej, okrutnej wojny, która pozostaje narodową traumą. Tym razem władza nie chce wyborów odwoływać, ale chcą tego manifestanci – ich zdaniem chodzi o jawny absurd.
Dlaczego zbuntowani Algierczycy manifestują przeciw jakiejś kandydaturze, zamiast forsować swoją? Otóż są przekonani, że Buteflika wygra, choćby był martwy. W 2014 r. zdobył 82 proc. głosów, co wynika nie tylko z szacunku dla jego osoby, ale i propagandy państwowej oraz grubych nieprawidłowości wyborczych. W Algierii zaufanie do miejscowej demokracji jest śladowe: w ostatnich wyborach parlamentarnych wzięło udział niecałe 12 proc. uprawnionych. Opozycja pozostaje śmiesznie słaba, nie ma popularnego lidera i na dodatek wybory prezydenckie przewidziane na 18 kwietnia postanowiła zbojkotować. Buteflika ma kilku kontrkandydatów, lecz zupełnie nie liczących się w opinii publicznej.
List ze Szwajcarii
Prezydent leczący się obecnie w uniwersyteckim szpitalu w Genewie niespodziewanie kilka dni temu napisał odczytany w telewizji list do narodu, w którym tłumaczy, że rozumie protestujących i wobec tego obiecuje skrócić swą przyszłą kadencję, kiedy już zorganizuje debatę narodową i szerokie konsultacje na temat kolejnych wyborów prezydenckich, w których udziału nie weźmie. Naturalnie nikt nie wierzy, że sam sformułował to pismo, choć władze zapewniają, że jego świadomość i rozum działają świetnie. Przemówili więc ci, którzy rządzą, jego klan, kancelaria, FLN. Problem w tym, że listowy argument-prośba, że „to już ostatni raz” budzi jedynie irytację. Algierczycy nagle stracili cierpliwość.
Mowa tu o mieszkańcach dużych miast, studentach, inteligencji, gdzie aspiracje do radykalnej zmiany wyraźnie przestarzałego, autorytarnego systemu politycznego są najsilniejsze. Na wsiach ludzie ciągle szanują Buteflikę jako reprezentanta pokolenia walki o niepodległość. To się może zmienić, bo w łonie FLN następują pęknięcia. Dżamila Bouhired, żywa legenda tej walki, członkini ruchu oporu, ta, która w 1957 r. roześmiała się, gdy Francuzi skazali ją na gilotynę za „terroryzm” i potem cudem ocalała, szanowana bardziej niż ktokolwiek, wyszła na ulicę razem z protestującymi. Takie poparcie czyni społeczny bunt wiarygodnym, tym bardziej, że kilka innych znanych postaci tamtego pokolenia dołączyło do stanowiska Bouhired. List prezydenta tylko zirytował protestujących.
Wybuchowa frustracja
Już bieżąca, czwarta kadencja Butefliki stała pod znakiem problemów gospodarczych, z powodu spadku cen ropy, a teraz okazuje się, że algierskie złoża ropy i gazu się wyczerpują. Produkcja nieuchronnie się zmniejsza, a przynosiła aż 60 proc. dochodów budżetowych i 95 proc. dewiz z eksportu. Klanowa władza nomenklatury FLN nie zbudowała innego przemysłu, rolnictwo ledwo dyszy, a system bankowy tkwi jeszcze w ubiegłym wieku. Nieudolność administracji z korupcją w tle doprowadziła do wielkich strat, w latach 2000-2015 wyprowadzono za granicę prawie 600 miliardów (!) dolarów, które przyniosła sprzedaż ropy i gazu. Tymczasem ponad 50 proc. młodzieży nie może znaleźć żadnej pracy, a ludzie do 30 roku życia stanowią połowę populacji. Frustracja i odrzucenie grabiących do siebie „leśnych dziadków” u władzy są raczej zrozumiałe.
„Chciałabym tylko nie chcieć wyjechać do Francji” – mówiła Faiza, 24-letnia studentka podczas wiecu w Algierze – „Nie tylko Buteflika powinien odejść, ale też jego bracia, jego generałowie i cała ta klika! Algieria potrzebuje drugiej niepodległości.” W ubiegłym roku prawie 90 proc. młodych ludzi deklarowało chęć wyjazdu do Francji na stałe, bo ma dość biedy i braku perspektyw. „Władza wygrała milczenie naszych rodziców strasząc wojną domową, lecz z nami to nie działa. Rodzice zadowalali się życiowym minimum, kiedy wreszcie był pokój, my chcemy maksimum życia i pokoju” – podkreślał pokoleniowe aspiracje Ghani, student biologii. Hasło „pokój” jest zresztą skandowane na wszystkich manifestacjach, pacyfizm protestujących nie budzi wątpliwości.
Niewidzialne wyjście
„To nie jest arabska wiosna, to spontaniczna ludowa rewolucja!” – głosił jeden z transparentów w Oranie, gdyż panuje przekonanie, że „arabska wiosna” w Egipcie i Tunezji była sterowana z zagranicy. Władze zdają się z tym na razie zgadzać, bo policja na ogół nie interweniuje, ale to może się zmienić. Jeśli „system FLN” zechce bronić swych pozycji i wybierze drogę siłowej konfrontacji, trzeba będzie liczyć się z wielką tragedią. Natomiast nikt nie wie, co miałoby się zdarzyć, jeśli to „rewolucja” wygra. Hasła demokratyzacji to za mało: Algieria może wybrać „model zachodni”, nawet socjalizm, ale też islamiści nie powiedzieli swego ostatniego słowa.
Kluczowe będzie stanowisko armii. Nie patrzyła ona z entuzjazmem na powolną islamizację kraju, ostentacyjną religijność, którą świecki niegdyś FLN po cichu promował w ostatnich latach. Ale też pozostaje wierna władzom, więc jej przyszłe decyzje trudno przewidzieć. Tymczasem imperium amerykańskie już się wmieszało deklarując, że represje wobec manifestantów będą „nie do zaakceptowania”. Francja dmucha na zimne, pozostaje bardzo ostrożna. Obawia się krwawego konfliktu, który skończy się masową emigracją. Stadionowy krzyk dał początek wielkim nadziejom, lecz rozpoczął też okres wielkiej politycznej niepewności. To się może odbić się na całej północnej Afryce.

Dzień Kobiet na świecie – w Algierze

Setki tysięcy ludzi w Algierze i łącznie miliony w całym kraju zaczęły dziś po południu formować pochody z żądaniem głębokich zmian demokratycznych i unieważnienia kolejnej kandydatury 82-letniego Abd al-Aziza Butefliki na prezydenta kraju. Do bezprecedensowej mobilizacji protestu dołączyły tłumnie kobiety obchodzące dziś swój Dzień – z flagami i transparentami maszerują na czele demonstracji. Rząd jednak na razie nie ma zamiaru się ugiąć.

To już trzeci kolejny piątek niezwykłego protestu Algierczyków przeciw piątej kadencji prezydenta rządzącego od 20 lat, a dziś ciężko chorego. Dla wielu obywateli „niewidzialny prezydent“ (obecnie przebywa w szwajcarskim szpitalu) nie tylko nie może sprawować swej funkcji z powodu konsekwencji wylewu sprzed sześciu lat, ale też symbolizuje nieprzejrzystość i nawet „mafijność“ systemu władzy, której mają dość. W Algierze kobiety niosły wielki transparent z napisem „Makasz elchamsa ja Buteflika“ („Nie dla piątego Butefliki“). Policja nie interweniowała, mimo, że w stolicy od blisko 20 lat obowiązuje zakaz manifestacji.
Nad miastem krążyły śmigłowce, a obok centralnego Placu Pocztowego, dokąd zmierzali manifestanci, stało wiele wozów bojowych i działka wodne na ciężarówkach, lecz tłum jest tak olbrzymi, że jakieś starcia w zasadzie nie wchodziły w grę. Ludzie skandowali „pokój“, podkreślając pacyfizm swego protestu, choć na transparentach widniały bojowe napisy „Nie przestaniemy! “ lub „Złodzieje! Pożarliście kraj!“. Ten ostatni odnosi się do pozainstytucjonalnej władzy klanu Butefliki i „systemu FLN“ (Frontu Wyzwolenia Narodowego, który w 1962 r. wywalczył niepodległość i rządzi do tej pory), które wypowiadają się zamiast prezydenta.
W czwartek wieczorem Buteflika, który nie może się ruszać ani mówić, miał napisać kolejne „przesłanie dla narodu“, w której anonimowi autorzy ostrzegają przed chaosem i „siłami zagranicznymi“, które miałyby „konspirować“ przeciw Algierii. Zapewniają też, że prezydent nie ma zamiaru zrezygnować z kandydowania, gdyż jest „gwarantem pokoju“. Manifestanci w to nie wierzą, ich zdaniem kraj wymaga głębokich reform politycznych i gospodarczych, które ograniczyłyby wpływ „dzikiego kapitalizmu“ zarządzanego przez skorumpowany rząd. Sytuacja pozostaje bardzo napięta, mimo pokojowego przebiegu manifestacji.

Nowe starcia, nowe ofiary

Protesty w Sudanie trwają już ponad miesiąc. Od początku demonstracji w grudniu 2018 r. policja zastrzeliła ponad 40 osób, ale zdesperowani obywatele nie ustępują. Na ulicach Omdurmanu znowu brzmiało „Pracy i chleba!”, „Wolność, pokój, sprawiedliwość” oraz „Obalić, obalić!” – to ostatnie pod adresem prezydenta Omara al-Baszira.

W środę policja rozpędzająca kilkutysięczny tłum posłużyła się „tylko” gazem łzawiącym, więc ofiar śmiertelnych nie było. Nie tak, jak w ubiegłym tygodniu – protest w Omdurmanie, który poprzedzał zaplanowane na późniejsze godziny zgromadzenia w tym samym mieście oraz w stolicy, Chartumie, położonej dokładnie na drugim brzegu Nilu, był gestem pamięci po demonstrancie zmarłym wskutek odniesionych ran. Łącznie śmiertelnych ofiar podczas protestów padło już ponad czterdzieści, w tym co najmniej jedno dziecko i kilkoro pracowników medycznych.
Na zaplanowaną na wieczór demonstrację nie czekali również studenci Uniwersytetu Ojczyźnianego (al-Watanijja) w Chartumie, organizując protest na terenie swojego kampusu. I on, mimo pokojowego charakteru, został rozpędzony przy pomocy gazu łzawiącego.

Manifestanci domagają się dymisji prezydenta al-Baszira, który twardą ręką rządzi Sudanem od trzech dziesięcioleci. W ich ocenie to jego nieudolność doprowadziła do braków podstawowych produktów żywnościowych i paliwa na rynku, drożyzny (ceny chleba wzrosły trzykrotnie), a także do utrzymywania się bardzo wysokiego bezrobocia. Rząd twierdzi, że problemów nie byłoby, gdyby nie embargo nałożone na Sudan przez USA oraz oderwanie się Sudanu Południowego, które pozbawiło kraj 3/4 zasobów ropy naftowej.

Wśród organizatorów protestów są sudańskie organizacje związkowe, aktywni byli zwłaszcza lekarze i dziennikarze. Teraz władze postanowiły utrudnić tym ostatnim relacjonowanie wydarzeń – prawo do wykonywania swoich obowiązków na terytorium Sudanu odebrano w ostatnich dniach korespodentom Al-Dżaziry, tureckiej agencji Anadolu oraz saudyjskiej Al-Arabijja. Ponadto 38 lokalnych dziennikarzy zostało aresztowanych pod zarzutami „podżegania do przemocy” i „rozpowszechniania fałszywych wiadomości”.

Prezydent Omar al-Baszir nie ma zamiaru uginać się przed żądaniami manifestantów, chociaż protesty od tygodni nie słabną. W ubiegłym tygodniu występował na wiecach swoich zwolenników.