Rocznica Kryształowej Nocy

W rocznicę pogromu Żydów w miastach Rzeszy Niemieckiej przeprowadzonego w nocy z 9. na 10. listopada 1938 r., prawicowi ekstremiści z partii Die Rechte zorganizowali kilkusetosobowy marsz. Przeciwko nim wyszło ponad 15 tys. ludzi.

Protestowali antyfaszyści i lewicowcy, ale też ludzie, którzy nie potrafią jednoznacznie określić swojej politycznej afiliacji. Opinia publiczna w RFN jest oburzona nie tylko tupetem radykalnej prawicy, ale również decyzją urzędników, którzy udzielili wszelkich niezbędnych formalnych zezwoleń.
Zarówno sam marsz ultraprawicy jak i duża kontrmanifestacja odbyły się 9 listopada w Bielefeld, ważnym ośrodku miejskim w Nadrenii – Północnej Westfalii, w północno-zachodnich Niemczech.
Organizatorem wydarzania, jest partia Die Rechte – Partei für Volksabstimmung, Souveränität und Heimatschutz, co w tłumaczeniu na polski oznacza: prawica – partia na rzecz referendum, suwerenności i obrony ojczyzny. Utworzona została w 2012 r. przez cokolwiek znanego neonazistę Christina Worcha. Treść jego politycznej działalności od lat 70. minionego wieku to głównie dewastacje żydowskich cmentarzy, fizyczne napaści na lewicowców i obcokrajowców oraz upowszechnianie banialuk zaprzeczających zagładzie Żydów podczas II wś. Wraz z grupą akolitów powołał Die Rechte dziewięć lat temu, gdy jego natenczas macierzysta organizacja Deutsche Volksunion (niem. niemiecki związek ludowy) postanowiła zjednoczyć się z inną ekstremistyczną partią – Nationaldemokratische Partei Deutschlands (niem. narodowodemokratyczna partia Niemiec). Ta była dla niego bowiem niedostatecznie ekstremistyczna.
Oficjalnym pretekstem dzisiejszego marszu było wezwanie do uwolnienia niejakiej Ursuli Hedwig Meta Haverbeck-Wetzel – zgoła niepoczciwej dziewięćdziesięciolatki, którą prawicowa chuliganeria określa mianem więźniarki politycznej. W 2015 i 2016 r. została kilkukrotnie skazana za tzw. kłamstwo oświęcimskie, co jest potoczną nazwą upowszechniania informacji, komentarzy i opinii, które zaprzeczają faktyczności masowej zagłady Żydów zorganizowanej przez państwo niemieckie pod wodzą Adolfa Hitlera i NSDAP. W Niemczech jest to surowo zakazane i stanowi przestępstwo w rozumieniu tamtejszego prawa. Haverbeck-Wetzel znana jest swoistą maskotką i rzec można babcią ideową wielu neonazistowskich niemieckich ugrupowań.
Haverbeck-Wetzel, podobnie jak jej polscy naśladowcy, łączy ekstremistyczne prawicowe poglądy ze zjawiskami charakterystycznymi dla lewicowców i progresywistów. Mowę nienawiści i historyczne kłamstwa dot. hitlerowskich Niemiec wiąże np. z kwestiami ekologicznymi.
Niemiecka opinia publiczna nie niuansuje tego rodzaju poglądów, lecz jednoznacznie klasyfikuje je jako kryminalne. Dlatego też naprzeciwko ok. 230 prawicowych łobuzów stanęło aż 15 tys. obywatelek i obywateli. Demonstrujący utworzyli żywy łańcuch wokół synagogi w Bielefeld i prowadzili czuwanie w trakcie gdy neohitlerowcy maszerowali przez miasto.
Policja interweniowała kilkunastokrotnie.

Kryzys puka do drzwi

Hongkong zmierza w kierunku głębokiej recesji. Trwające tam od pięciu miesięcy protesty powodują, że gospodarka tego regionu skurczyła się o ponad 3 proc. zaledwie w ciągu jednego kwartału.

Protesty na szeroką skalę rozpoczęły się w Hongkongu w połowie bieżącego roku. Chociaż mają one głównie podłoże polityczne, to jednak demonstracje młodych ludzi są również związane z pogarszającym się standardem życia (nastąpił tam olbrzymi wzrost cen nieruchomości) oraz silnymi nierównościami dochodowymi panującymi w tym Specjalnym Regionie Administracyjnym.
Niepokoje społeczne zbiegły się też z niekorzystnymi warunkami ekonomicznymi w Azji. Wojna celna między USA i Chinami, jeszcze przed wyjściem milionów obywateli na ulicę tej byłej brytyjskiej kolonii, powodowała redukcję wymiany handlowej Hongkongu ze światem.
Zarówno eksport, jak i import zaczęły się kurczyć już pod koniec 2018 r. Sierpień i wrzesień bieżącego roku pokazują ogólny spadek wymiany handlowej już wynoszący około 8 proc. (w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku), co oznacza najgorszy wynik od kryzysu finansowego panującego ponad dekadę temu.

Konsumpcja w odwrocie

Nie tylko handel, ale i inwestycje idą ostro w dół. Redukcja wymiany handlowej i niepewność związana z kondycją globalnej gospodarki przyczyniły się do ich znacznego zmniejszenia.
Według urzędu statystycznego dla Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong, już w II kwartale bieżącego roku inwestycje skurczyły się o ponad 10 proc.
W kolejnym kwartale, według wstępnych danych opublikowanych niedawno, udział inwestycji w produkcie krajowym brutto spadł o 16,3 proc. w porównaniu z trzecim kwartałem ubiegłego roku.
Jak wskazuje Cinkciarz.pl, w ciągu ostatnich 45 lat tylko jeden raz inwestycje uległy tam silniejszemu spadkowi. Były to kwartały samego szczytu kryzysu azjatyckiego pod koniec ubiegłego stulecia.
Regionalny rząd starał się w ostatnich miesiącach ratować sytuację, zwiększając wydatki publiczne aż o 5,3 proc. (rok do roku) w III kwartale – najwięcej od 15 lat – ale i tak nie zapobiegło to załamaniu się całego wzrostu PKB.
Zamknięte ulice czy interwencje policji nie sprzyjają zakupom. Dotyczy to zwłaszcza towarów innych niż żywność i napoje. Sprzedaż zanurkowała o jedną czwartą. Turystów jest mniej o połowę
Ogólny poziom sprzedaży detalicznej obniżył się o 11,5 proc. w lipcu i 23 proc. w sierpniu (obie wartości w ujęciu do roku ubiegłego).
Sprzedaż dóbr trwałego użytku (elektronika, pojazdy, meble) spadła o 14,3 proc r/r w sierpniu, a ubrań o 32,1 proc r/r w tym samym miesiącu. O prawie jedną trzecią obniżyła się wartość sprzedaży w galeriach handlowych, a popyt generowany przez konsumentów na biżuterię, zegarki czy inne luksusowe towary spadł o 47,4 proc. w sierpniu – według oficjalnych danych tamtejszego urzędu statystycznego.
Ta ostatnia kategoria zakupów jest także dobrym miernikiem wydatków turystów, których ubywa.

Coraz rzadziej przyjeżdżają

Dane Rady Turystyki Hongkongu pokazują, że liczba odwiedzających Specjalny Region Administracyjny spadła we wrześniu o ponad 34 proc. – do 3,1 miliona. To drugi z rzędu po sierpniowym, ponad 30-procentowy spadek w ujęciu rok do roku.
Gros turystów odwiedzających Hongkong to obywatele Chin (70-80 proc.). Według Departamentu Handlu Hongkongu turysta wizytujący ten region wydaje średnio 6,6 tys. hongkońskich dolarów (ok. 3,3 tys. zł) na osobę podczas jednej wizyty (w 2018 r.), a w sumie ich wydatki sięgnęły w ubiegłym roku 328 mld dol. hongkońskich.
Na razie nie ma żadnych sygnałów, by sytuacja w turystyce ulegała poprawie. Bloomberg zacytował wypowiedź szefowej administracji Hongkongu Carrie Lam, mówiącej, że w pierwszej połowie października liczba osób odwiedzających region zmniejszyła się o około połowę w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.
Uwzględniając olbrzymi udział turystyki w sprzedaży detalicznej, można oczekiwać, że tempo jej spadku utrzyma się na poziomie ok. 25 proc. w kolejnych miesiącach. Szacunki ekonomistów Bloomberga pokazują, że we wrześniu sprzedaż mogła zanurkować o 28,5 proc rok do roku.
Nałożenie się na siebie trzech negatywnych czynników – dramatu w handlu zagranicznym, załamania się inwestycji i spektakularnego spadku sprzedaży detalicznej – sprawia, że w ciągu III kwartału bieżącego roku PKB obniżył się o 3,2 w porównaniu z drugim kwartałem i o 2,9 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku.

Raz już był tam kryzys

W ciągu ostatnich 30 lat Hongkong raz doświadczył głębszego spowolnienia – o 3,4 proc. na początku 2009 r. – ale kolejny kwartał to był już wzrost o 3,6 proc.
Biorąc pod uwagę, że dotychczasowe wstępne dane nie obejmują jeszcze wrześniowej sprzedaży detalicznej (publikacja na początku listopada), można oczekiwać, że zostaną one zrewidowane jeszcze w dół.
Nie ma też co liczyć na szybkie odbicie koniunktury w najbliższych tygodniach, tak jak to miało miejsce w 2009 r. Protesty trwają, inwestycję spadają, turyści wystrzegają się regionu. Obecna sytuacja może być zatem znacznie trudniejsza niż w szczycie kryzysu finansowego. Dane Banku Światowego z lat 1960-1990 pokazują, że Hongkong ani razu nie był wtedy w recesji. Również w latach 50. ze względu na niezwykle szybki rozwój i napływ siły roboczej, najprawdopodobniej także był to okres bez spadku PKB.
W rezultacie jest bardzo prawdopodobne, że obecny spadek aktywności gospodarczej będzie najsilniejszy od momentu okupacji Hongkongu przez Japonię i migracji ponad połowy ludności z tego regionu w pierwszej połowie lat 40. ubiegłego stulecia.
Biorąc pod uwagę skalę słabnięcia eksportu, zmniejszające się inwestycje czy spadek liczby turystów, trudno oczekiwać szybkiego powrotu na ścieżkę wzrostu produktu krajowego brutto.

Algieria znowu wrze

Obywatele i obywatelki Algierii uczcili 65. rocznicę początku wojny o niepodległość swojego kraju, domagając się zmian tu i teraz. Odejście „wiecznego prezydenta” Abd al-Aziza Butefliki to dla nich za mało. Wiedzą, że cały system polityczny jest skorumpowany i niesprawiedliwy.

Rząd robił wszystko, by utrudnić zaplanowane manifestacje – na jeden dzień w Algierze przestało jeździć metro, zawieszono połączenia kolejowe ze stolicą. A jednak na ulice miasta wyległy tłumy. 100 tys. kobiet i mężczyzn, młodszych i starszych, wszyscy zgodni co do tego, że Buteflika odszedł, ale u władzy pozostała ta sama elita, co do tej pory, ci sami wojskowi zagarniający dla siebie owoce rozwoju gospodarczego państwa.
Ruch domagający się radykalnej demokratyzacji Algierii tli się od wiosny. Buteflika zrezygnował w kwietniu, ale protesty odbywały się dalej, co piątek, ze zmiennym natężeniem. 1 listopada, z uwagi na ważną historyczną rocznicę, nabrały szczególnej mocy. Demonstranci domagali się, by Algieria, która dekady temu wywalczyła niepodległość, teraz została naprawdę wyzwolona. Żądali, by pełniący obowiązki prezydenta Abd al-Kadir Bensalah zrezygnował, podobnie jak premier Nur ad-Din Bedoui i Ahmad Dżaid Salah, szef sztabu sił zbrojnych, a faktycznie najpotężniejszy człowiek w kraju po wiosennych zmianach.
Grupę wpływowych wojskowych, starszych polityków i oficerów służb specjalnych, którzy za rządów starzejącego się Butefliki faktycznie rządzili Algierią, a i po jego odejściu nie zamierzają rezygnować, nazywa się w Algierii po prostu władzą – le pouvoir. Młodzi ludzie podczas powtarzających się co piątek protestów domagają się demontażu całej tej władzy i realnej demokratyzacji polityki. Czują, że grudniowe wybory prezydenckie, jeśli odbędą się pod kontrolą le pouvoir, będą wyłącznie inscenizacją. Protestujący domagają się, by wybierać nie prezydenta, a zgromadzenie konstytucyjne, które nakreśli zupełnie nowe ramy politycznego ustroju i zadba o to, by był on sprawiedliwy.
Młode pokolenie Algierek i Algierczyków oburza brak perspektyw, wysokie bezrobocie, korupcja i bezkarność służb mundurowych. W ocenie organizacji broniących praw człowieka, jak Human Rights Watch, policja i wojsko regularnie dopuszczały się aktów przemocy w stosunku do pokojowych demonstrantów. Arbitralne aresztowania i przetrzymywanie w izolacji zdarzały się regularnie, a do zwrócenia na siebie uwagi służb wystarczyło np. protestowanie z flagą państwową w ręku. W wydanym we wrześniu raporcie HRW informowała również o rozpędzaniu spotkań organizowanych przez instytucje pozarządowe oraz o blokowaniu dostępu do mediów informacyjnych.

O wolność i równość

Miliony mieszkańców wyszły na ulice Chile równo tydzień od wprowadzenia stanu wyjątkowego i wysłania wojska na ulice przeciwko walczącym o godne życie obywatelom.

Od kilku dni zapowiadano, że piątkowa mobilizacja społeczna będzie największą w historii Chile. I faktycznie – na same ulice stolicy, Santiago de Chile, wyszło według oficjalnych danych ponad milion obywateli i obywatelek. Mówi się jednak, że mogło ich być nawet około dwóch milionów. Tego samego dnia, niezadowoleni z wysokich kosztów życia, systemu neoliberalnego i państwowej przemocy, na ulice wyszli mieszkańcy niemal wszystkich miast Chile. Szacuje się, że w protestach bierze udział Chilijek i Chilijczyków (liczba mieszkańców kraju to około 18 milionów).
W Santiago protestujący wypełnili dosłownie całe centrum miasta. Choć demonstracje miały charakter pokojowy i rodzinny, policja dość szybko zaczęła atakować marsz armatkami wodnymi i gazem. Represje się nasilały wraz z nastaniem nocy, podczas której doszło do zamieszek w różnych częściach miasta. Powtórzyły się obrazy zbyt dobrze znane z poprzednich dni: wojsko strzelające do ludzi, godzina policyjna, nocne łapanki. Bojowi manifestanci nie pozostawali bierni – odpowiadali kamieniami, w nocy w ruch poszły koktajle mołotowa. Jednak główna demonstracja, pomimo policyjnych i wojskowych prowokacji zachowała pokojowy charakter: śpiewano protest songi z czasów dyktatury, które na nowo nabrały aktualności, tańczono, grano na instrumentach.
Chilijczycy podkreślają doniosłość i znaczenie historyczne wczorajszego dnia. W mediach społecznościowych przytaczane są ostatnie słowa prezydenta Salvadora Allende wypowiedziane w przemówieniu do narodu z bombardowanego pałacu prezydenckiego podczas wojskowego zamachu stanu 11 września 1973 roku: „Idźcie naprzód, bo wkrótce otworzą się przed wami szerokie aleje Alameda, którymi przejdzie wolny człowiek aby budować lepsze społeczeństwo”. Alameda to największa arteria Santiago, która wczoraj została wypełniona niezliczonym tłumem – jak podkreślają Chilijczycy – wolnych ludzi.
Do fali strajków dołączyli również wczoraj kierowcy ciężarówek, protestując przeciwko wysokim opłatom przejazdów po prywatnych autostradach. Pracę wstrzymali także pracownicy taksówek.
Nic nie wskazuje, żeby fala buntu opadła a wręcz przeciwnie: po wczorajszej historycznej mobilizacji społeczeństwo wydaje się nabrało nowego wiatru w żagle. Kolejne mobilizacje, oprócz codziennych form protestów, zapowiadane są na najbliższe dni. W poniedziałek manifestujący będą żądać zmiany ustanowionej przez gen. Pinocheta konstytucji, która wciąż obowiązuje w kraju.

Santiago – Warszawa

26 października pod pomnikiem Kopernika w Warszawie zebrała się około pięćdziesięcioosobowa grupa ludzi chcących wyrazić swoją internacjonalistyczną solidarność z ludem Chile, które od ponad tygodnia jest miejscem walk inteligenckiej młodzieży i związków zawodowych z neoliberalnym rządem miliardera Sebastiana Piñery.
Na pikiecie zorganizowanej przez Jeremiego Galdameza, który na łamach Portalu Strajk codziennie relacjonuje wydarzenia w Chile, pojawili się przedstawiciele i przedstawicielki Lewicy Razem, Pracowniczej Demokracji oraz niektórych związków zawodowych. Nie zawiodły organizacje, które deklarują postępowy, oddolny charakter: Związkowa Alternatywa reprezentowana przez Piotra Szumlewicza oraz Inicjatywa Pracownicza, w imieniu której głos zabrała Urszula Łobodzińska.
Praktycznie wszystkie przemówienia, czy to reprezentantów lub reprezentantek powyższych organizacji, czy też członków chilijskiej diaspory w Warszawie, skupiały się na trzech kwestiach: na niezwykłej wartości solidaryzowania się z represjonowanymi i wyzyskiwanymi, solidarności, która przekracza granice, na polityce gospodarczej Piñery, a ta należy do jednych z najbardziej neoliberalnych w Ameryce Południowej oraz na przypominaniu historii. Ostatnie wydarzenia nieuchronnie przynoszą na myśl straszne czasy junty Augusto Pinocheta.
– Pomysł wiecu narodził się z prostej potrzeby wyrażenia ludzkiej solidarności przez chilijską diasporę w Warszawie. Przebywając na drugim końcu świata, chcieli wykazać swoją solidarność z własnymi rodzinami, ze wszystkimi rodakami i rodaczkami. Wśród nich byli Chilijczycy i Chilijki, które znalazły w Polsce schronienie po zamachu stanu w Chile w 1973 r. Dla nich wydarzenia mające obecnie miejsce w ich kraju są powrotem do najczarniejszych wspomnień – powiedział Portalowi Strajk Jeremi Galdamez. Nie krył on zadowolenia, że mimo tego, iż pikietę zorganizowano w wolny dzień, udało się zgromadzić kilkadziesiąt osób.
– Wysłaliśmy jasny komunikat, że w Warszawie są osoby wspierające walkę Chilijczyków o godne życie i obserwują uważnie, co się dzieje w ich kraju. Cieszy mnie bardzo szeroki udział przedstawicieli organizacji związkowych i lewicowych, piękny przykład solidarności z klasą pracującą. Jedną z najważniejszych cech lewicy jest wspieranie uciemiężonych i wyzyskiwanych na całym świecie, bez względu na podziały narodowościowe czy kulturowe. Miejmy nadzieję, że lud Chile zwycięży w nierównej walce – podsumował organizator demonstracji.
W poniedziałek o 12.45 rozpocznie się kolejne wydarzenie solidarnościowe z walczącym chilijskim społeczeństwem. Pod ambasadą latynoamerykańskiego państwa zostaną zapalone świece ku pamięci osób, które zginęły z rąk policjantów i żołnierzy lub poniosły śmierć podczas zamieszek w Santiago. (STRAJK.EU)

Dzień klimatycznego protestu

Tłumy ludzi na ulicach w metropoliach na wszystkich zamieszkanych kontynentach świata, starcia z policją, żądania natychmiastowej zmiany polityki. Tak wyglądał globalny dzień gniewu, zorganizowany przez sieć Extinction Rebellion.

Powstrzymać zmiany klimatyczne, ocalić planetę i ludzkość, wymuszając na politykach podjęcie działań – to hasła i cele ruchu zrzeszającego setki tysięcy ludzi na całym świecie, podejmujących w porozumieniu sieciowym wspólne działania na rzecz uratowania Ziemi przez postępującą apokalipsą.
Od Berlina, przez Amsterdam, Paryż, Londyn, Nowy Jork, Tokio, Los Angeles, aż po Sydney, łącznie w ponad 60 miastach trwały wczoraj i dziś protesty przeciwko bierności polityków w zakresie walki ze zmianami klimatycznymi.
Niektóre demonstracje stanowią mocną manifestację gniewu. Policja zatrzymała kilkaset osób. W Londynie protestujący zamknęli się w samochodach, zablokowali most i kilka ulic w dzielnicy Westminster, gdzie mieszczą się budynki rządowe. Z kolei przed siedzibą ministerstwa obrony odbyła się pikieta. W ciągu dnia planowane są podobne blokady w pobliżu siedziby parlamentu i na Trafalgar Square, jak również siedząca manifestacja na lotnisku London City. Według szacunków aktywistów demonstracje w brytyjskiej stolicy będą pięć razy liczniejsze niż te, które miały miejsce w kwietniu. Spodziewają się, że w ciągu dwóch tygodni protestów w Londynie weźmie w nich udział ok. 30 tys. osób. Londyńska policja próbuje zastraszyć uczestników. Poinformowała o zmobilizowaniu tysięcy dodatkowych funkcjonariuszy w związku i zapowiedziała, że każdy, kto złamie prawo, nawet podczas pokojowych demonstracji, musi się liczyć z aresztowaniem.
Mocne „nie” obecnej polityce napłynęło również z niemieckiej stolicy. Klimatyczni aktywiści rozpoczęli blokadę jednego z głównych rond w centrum Berlina wokół Kolumny Zwycięstwa (Siegessaeule) w parku Tiergarten. Domagają się od rządu zdecydowanych działań na rzecz ochrony klimatu. Na wiecu planowanie jest m.in. przemówienie aktywistki transportującej migrantów z Morza Śródziemnego do Europy Caroli Rackete.
– Przeszkadzamy, bo nie widzimy innej możliwości wymuszenia przeprowadzenia głębokiej i powszechnej zmiany, która zapobiegłaby zmianom klimatu. Polityka klimatyczna rządu poniosła fiasko: lasy płoną, podnosi się poziom oceanów, dzikie zwierzęta masowo wymierają. Ludzkości grozi zagłada – tłumaczyła poniedziałkową blokadę w Berlinie Eva Escosa-Jung, jedna z działaczek grupy.
Ludzie widzą, że demonstracje nie wystarczą i należy sięgnąć po poważniejsze środki – mówiła Annemarie Botzki, rzeczniczka aktywistów – rzeczniczka niemieckiej Extinction Rebellion – Rząd musi działać natychmiast, żeby powstrzymać wymieranie i do 2025 roku osiągnąć zerowe emisje CO2 netto. Rząd powinien ogłosić klimatyczny stan wyjątkowy i zwołać zgromadzenie obywatelskie, które opracuje konkretne działania mające przeciwdziałać katastrofie klimatycznej – dodała.

Irak na krawędzi

W starciach między uczestnikami protestów a policją zginęło niemal 100 osób, a rannych jest prawie 4 tysiące. Ale demonstranci nie mają zamiaru się poddawać. Mają dość
korupcji, bezrobocia, stagnacji i nieefektywnych służb publicznych.

Kolejne dni protestów przynoszą nowe ofiary, bo nie mogąc sobie poradzić z opanowaniem sytuacji w wielu miejscach kraju policja reaguje bardzo ostro – używając nie tylko gazu łzawiącego i armatek wodnych, ale również gumowej i ostrej amunicji. Liczba zatrzymanych nie jest znana. W Bagdadzie i szeregu innych miast wprowadzono godzinę policyjną. Wyłączenie Internetu, za pomocą którego organizowane były protesty utrudniły ich organizację, ale nie powstrzymały ich. Koncentrują się przede wszystkim w robotniczych dzielnicach.
Protesty nie mają wyraźnych liderów – jedynie na szczeblach lokalnych. To konsekwencja głębokiego rozczarowania iracką klasą polityczną rządzącą od czasu obalenia wskutek interwencji Amerykanów i ich sojuszników w 2003 r. Co zwraca również uwagę – protesty nie opierają się tylko na jednej grupie społecznej, etnicznej czy religijnej, ale obejmują głównie młodych ludzi – najbardziej rozczarowanych brakiem perspektyw – z różnych sektorów społeczeństwa. Według danych Banku Światowego blisko 60 proc. Irakijczyków żyje za mniej niż 6 dolarów dziennie – większości dotyka to młodych ludzi, którzy nie są w stanie znaleźć sobie żadnego stabilnego zatrudnienia.
Należy jednak zauważyć, że w najbardziej otwarty sposób deklarują sympatię z manifestacjami przywódcy szyiccy. W piątkowym kazaniu najwyższy przywódca irackich szyitów, wielki ajatollah Ali al-Sistani wezwał rząd do wprowadzania reform. Lider szyickiego ugrupowania, które zdobyło w ubiegłorocznych wyborach najwięcej głosów, Kuktada al-Sadr wezwał z kolei rząd do dymisji.
Poza zastosowaniem brutalnej siły rząd premiera Adela Abdula Mahdiego najwyraźniej nie ma pomysłu na inną reakcję.
Zaplanowane na sobotę nadzwyczajne posiedzenie parlamentu nie doszło do skutku. Z protestującymi spotkała się jego przewodniczący Mohamad al-Halbousi, starając się obiecać, że rząd podejmie działania mające ograniczyć korupcję i ożywić gospodarkę, wspierać drobnych przedsiębiorców i tworzyć nowe miejsca pracy. Według opinii obserwatorów wystąpienie al-Halbousiego można interpretować jak wstęp do nowych wyborów, bo rozwijające się lawinowo protesty mogą doprowadzić do upadku gabinetu Abdula Mahdiego.
W niedzielę w Bagdadzie protestujący znowu starli się z policją. Do zaprzestania stosowania przemocy wezwała specjalna wysłanniczka sekretarza generalnego ONZ Jeanine Hennis-Plasschaert. „Odpowiedzialni za przemoc muszą zostać pociągnięci do odpowiedzialności” – napisała na Twitterze.

Indonezja się buntuje

Od tygodnia Indonezja trzęsie się od studenckich protestów w Dżakarcie i innych miastach: do stolicy skierowano 26 tys. wojska i policji, by stłumić bunt. Powodów do buntu jest sporo, lecz jest to przede wszystkim opór przeciw obyczajowemu dokręceniu śruby. Na celowniku władz znalazł się seks obywateli: reforma kodeksu karnego przewiduje kary więzienia za seks pozamałżeński i homoseksualny. Antykoncepcja staje się nielegalna dla nieletnich.

Mało tego, największy kraj muzułmański na świecie chce rozszerzyć mocno kontrowersyjne prawo o bluźnierstwie, co martwi mniejszości. W Pakistanie podobne przepisy są na Zachodzie szczególnie krytykowane, doprowadzają do szafotu ludzi, którzy nierzadko padają ofiarą fałszywych oskarżeń. Oprócz tego, powodem manifestacji jest ustawowe zmniejszenie roli odpowiednika Centralnego Biura Antykorupcyjnego (KPK), które cieszy się w Indonezji szacunkiem. I jeszcze dwa postulaty: wycofania wojska z Papui, gdzie trwają represje przeciw miejscowym i wszczęcie śledztwa w sprawie dwóch studentów zabitych przez policję na wyspie Celebes.
Z tych wszystkich powodów buntu władza jest skłonna ustąpić na razie tylko w jednym: może zostawić KPK w spokoju, jak sugerował prezydent Joko Widodo, trochę socjaldemokrata wybrany w tym roku ponownie. Nacisk religii jest w państwie tak silny, że Widodo trudno to skontrować, nawet gdyby chciał.
„Rząd nie powinien zaglądać nam w spodnie!” – studentki i studenci z Bandund na Jawie wypisywali na transparentach też inne hasła przeciw państwowej kontroli prowadzenia się, nawet nieprzyzwoite.
Rozmiar protestów na archipelagu sięga tych z 1998 r., kiedy Indonezyjczycy obalili dyktatora Suharto. Pod parlamentem w Dżakarcie, otoczonym teraz płotem z drutem kolczastym, doszło do starć manifestantów z policją – z jednej strony padały kamienie, z drugiej gaz. Na razie sytuacja idzie raczej w kierunku radykalizacji
niż uspokojenia.

Flaczki tygodnia

Program „Bóg. Honor. Ojczyzna. Wypierdalać + ” zaprezentowany w Białymstoku przez narodowo- katolickie elity PiS i kościoła katolickiego wzbudzi społeczne emocje.
Nie tylko w środowisku LGBT, które już zostało wyznaczone przez elity PiS i polskiego kościoła kat. do roli „żydów”, czyli aktualnych wrogów narodowo- katolickiego narodu polskiego.
Program „B.H.O. Wypierdalać + ” może być rozszerzony i dotyczyć każdych środowisk i grup społecznych, które zaczną się upominać o swe prawa. Albo zostaną wyznaczone przez narodowo- katolickich prominentów do roli wrogich „czarownic”.
Z programu „Wypierdalać + ” mogą skorzystać też niezadowoleni nauczyciele, protestujący niepełnosprawni, lekarze, przeciwnicy energetyki opartej na węglu kamiennym, i zawsze, „postkomuna”.
Wszystkimi nimi PiS będzie mógł ten przysłowiowy „ciemny lud” straszyć. Aby skołowany i zlękniony zagłosował na „Wypierdalać + ”, czyli narodowo- katolickie elity PiS.

Ech ten Antoni! Szatan, nie kogut.

Tyle się pan prezes Kaczyński namęczył. Wstał tak wcześnie rano, żeby na czas dojechać w piotrkowskie, do tej Miedznej Murowanej.
Tam postawili go przed frontonem kobiet miejscowych przebranych za gospodynie ludowe. Wszystkie w tęczowe sukienki, jakby to jakaś Parada Równości była, albo jeszcze gorsze LGBT !
Potem musiał nie tylko stać, ale też przemawiać. Pierdoły popychać, że polska tradycja ze wsi wyrasta, a wieś z polskiej tradycji. Zamówione u pijarowcow hasło „Dobry czas” bezmyślnie powtarzać, podobnie jak drugie: „To spotkanie poświęcone rozrywce i zabawie”.
Ale jakże się tu bawić, kiedy człowiek musiał tak wcześnie rano wstać, taki kawał drogi jechać i potem tylko takie banały prawić.

A pan minister Antoni Macierewicz od razu poczuł w Murowanej reaktywację. Z cudownym obrazem Matki Boskiej Piotrkowskiej, patronki i hetmanki tęczowych gospodyń wiejskich, stale biegał. Pod nos ten obraz panu prezesowi podstawiał. Okrzyki wznosił i intonować.
A potem hajda! Każdą przebraną na ludowo obtańcowywał. Dziarsko, z przytupem, piruetem. Na koniec wielkiego węża poprowadził jakby zawodowym wodzirejem, takim PiS Danielakiem, był.
Tańcem i obrazem pokazał, że pan prezes rządzi u sobie na Nowogrodzkiej. Ale piotrkowski okręg wyborczy na wieki, wieków amen, pana Antoniego jest. I wara innym od Piotrkowa Tryb. Tam pana Macierewicza do Sejmy znowu wybiorą. A on znów będzie całym PiS-em wodził.

Jeśli chcecie się przelecieć za darmo rządowym samolotem razem z panem marszałkiem Kuchcińskim to zadzwońcie pod ten numer:
DYREKTOR CENTRUM INFORMACYJNEGO SEJMU
Andrzej Grzegrzółka
Sekretariat: tel. 22 694 22 15, faks 22 694 14 46

Pan marszałek Marek Kuchciński został przyłapany i skrytykowany przez media. Bo używał państwowego samolotu do prywatnych lotów.
Skrytykowano go nie dlatego, że latał sobie z nieletnimi prostytutkami, tak tym razem nie było. Latał ze swoją rodziną. Ale czynił to za pieniądze podatników, czyli nasze.
Pan Marek Kuchciński jako marszałek Sejmu RP ma prawo do bezpłatnych, służbowych lotów. Ale jego małżonka, nawet ta uświęcona sakramentem małżeńskim, i jego legalne dzieci takich praw już nie mają. Dlatego powstał problem. Prawny i moralny.

Początkowo przyłapany na przemycani swej rodziny do samolotu pan marszałek robił to, co jego inni koledzy z elit narodowo-katolickich zwykle czynią. Kłamał. Kłamał, że latał wyłącznie w celach służbowych.
Ale nawet w IV Rzeczpospolitej takie kłamstwo ma krótkie nogi.
Dziennikarze „Gazety Wyborczej” i „Faktu” ustalili, że te liczne i kosztowne dla podatników loty nie były służbowymi. Ani dla pana marszałka, ani dla jego rodziny.

Wtedy pan marszałek zmienił zeznania. Ogłosił, że owszem latał, ale tylko dlatego, że piloci rządowych samolotów muszą się wylatać. Wykonać cotygodniową normę lotów. On im tylko w tym procederze pomagał. Rodzina zaś latała z nim dla towarzystwa. Nie płaciła za tamte loty, bo przecież „samolot i tam musiał latać”.

Zatem jeśli ktoś z Was lub waszych znajomych chciałby się przelecieć samolotem wraz z panem marszałkiem Kuchcińskim za darmo, bo przecież samolot musi swoje wylatać, to dzwońcie albo faksujcie do Centrum Informacyjnego Sejmu.
Tam mają grafik najbliższych lotów pana marszałka i jego rodziny.
Dopiszą was do lotu, bo miejsc w samolocie zawsze jest tak dużo, że nawet cała rodzina pana marszałka nie była w stanie ich zająć.

Bezpłatne loty rodziny pana marszałka Kuchcińskiego nie spodobały się jednak jego zawistnym kolegom w PiS.
Donieśli zapewne o tym do ucha pana prezesa Kaczyńskiego. Ten nakazał sprawę wyciszyć.
I aby uspokoić sumienia tegoż przysłowiowego „ciemnego ludu”, pan marszałek Kuchciński został zobligowany do spontanicznego wpłacenia kosztów przelotu „na cel charytatywny”. Czyli na Caritas. Czyli na kościół kat.

Koszty przynajmniej sześciu lotów na trasie Warszawa- Przemysł całej swej rodziny pan marszałek Kuchciński wycenił na ponad pięćset złotych. Czyli jedną wypłatę z programu 500+. W ten sposób podatnicy i tak zapłacą za loty rodziny pana marszałka.

Ale wpłacone na „cele charytatywne”, czyli na Caritas, pieniądze pan marszałek Kuchciński będzie mógł odliczyć sobie od podatku. Czyli znowu podatnicy zapłacą za charytatywność pana marszałka.

Zauważcie, że zawsze kiedy elity PiS nakradną się z budżetu państwa i zostaną na tym przyłapani, to aby zamydlić oczy swym wyborców ogłaszają, że zwrócą te pieniądze przez wpłaty na Caritas. Nie dodają, że potem odliczą je sobie od podatku.
Zauważcie też, że tym sposobem świetność finansowa Caritasu uzależniona jest od złodziejstwa elit PiS. Im więcej taki „dobrowolnych” wpłat, tym większa kasa płynie dla Caritasu.
Nic zatem dziwnego, że elity PiS mają takie wielkie poparcie polskiego kościoła katolickiego.
Nic też dziwnego, że polski kościół katolicki nie przemęcza się aby takie i inne złodziejstwa w PiS potępiać. Nie podcina się szmalociągu.

Nowej szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen zaproponowano kandydaturę prezydenckiego ministra pana Krzysztofa Szczerskiego na ważnego komisarza w Unii Europejskiej. Ponieważ publicznie zachwalał jego zalety pan premier Morawiecki, człowiek powszechnie znany z nieszczerych wypowiedzi, to szanse pana Szczerskiego na prestiżowa komisję radykalnie zmalały.

Białystok po ośmiu dniach

W niedzielę w Białymstoku odbył się protest przeciwko nienawiści. Organizatorami wiecu były partie bloku lewicowego  – Sojusz Lewicy Demokratycznej, Razem i Wiosna. Tym razem nie doszło od aktów przemocy, jak w poprzednią sobotę podczas pierwszego Marszu Równości zorganizowanego w stolicy Podlasia.

Ogłaszając manifestację liderzy partii lewicowych – Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń i Adam Zandberg napisali: „Chcemy wspólnie zaprotestować przeciwko przemocy, dyskryminacji i homofobii w przestrzeni publicznej oraz okazać solidarność z mieszkańcami miasta i ofiarami nienawiści”. „Mówimy jednym głosem: nie ma naszej zgody na przemoc i dyskryminację ze względu na orientację seksualną (czy z jakiegokolwiek innego powodu). Polska jest naszym wspólnym domem. Każda oraz każdy z nas ma prawo czuć się tu bezpiecznie” – zapowiedzieli organizatorzy wydarzenia.
Uczestnicy manifestacji demonstrowali pod hasłami „Polska dla wszystkich”, „Polska przeciw przemocy”, „Stop nienawiści”, Miłość nie wyklucza”, nieśli flagi tęczowe i flagi Unii Europejskiej. Na obrzeżach zgromadzenia gromadziły się grupki kontrmanifestantów, ale do aktów agresji nie dochodziło – nie powtórzyły się sceny, które osiem dni temu wstrząsnęły świadomością Polaków. Wówczas dochodziło do bezpośrednich ataków na uczestników marszu, lżenia ich, obrzucania jajkami, butelkami i innymi przedmiotami. Sobotni marsz odbywała się pod hasłem „Białystok domem dla wszystkich”. W świetle brutalnych ataków na jugo uczestników hasło to wydało się ponurą ironią, jakby rozbijający marsz kibole chcieli mu tym bardziej zadać kłam. W następstwie tych wydarzeń policja zidentyfikowała 112 osób i prowadzone są 84 postępowania.
„W pierwotnym założeniu manifestacja miała odbywać się również jako marsz, jednak organizatorzy nie dostali na to zgody” mówi przewodniczący podlaskich struktur SLD Piotr Kusznieruk, który specjalnie dla „Dziennika Trybuna” relacjonował przebieg odbywającej się na białostockim pl. Piłsudskiego demonstracji. Zwracał także uwagę, że spokojny przebieg niedzielnej manifestacji to również efekt reakcji mieszkańców Białegostoku, którzy poczuli, że skandaliczne wydarzenia – w których skądinąd brało udział wielu przyjezdnych, którzy specjalnie pojawili się w mieście aby blokować marsz – w konsekwencji są wyjątkowo szkodliwe dla wizerunku miasta w całej Polsce a nawet za granicą. Bo świadomość, że nazwa Białegostoku stała się znana w jednoznacznie negatywnym kontekście stała się czymś oczywistym. Poza protestem przeciw przemocy i dyskryminacji, taki był też cel zorganizowania niedzielnego wiecu – aby choć w części zatrzeć fatalne wrażenie jakie wywołały burdy i homofobiczna agresja.
Na wiecu występowali liderzy partii-organizatorek. „Nigdy nie myślałem, że będę skandował solidarność naszą bronią – powiedział mówił szef SLD Włodzimierz Czarzasty. – Nie będziemy nigdy tolerowali tego, że ktoś wiesza zdjęcia posłów, że dzieli Polskę na sorty, że idzie obok faszystów i mówi, że ich nie widzi”. Z kolei Adrian Zandberg z Razem mówił: „Wolność to życie bez strachu, to możliwość wyjścia na ulicę za rękę z tym, kogo się kocha. (…) Wierzę, że większość Polek i Polaków, po tym, co zobaczyła w zeszłym tygodniu, będzie solidarna z ofiarami przemocy. Kiedy biją, jest tylko jeden wybór – albo się jest po stronie bijących albo bitych. Innego wyboru nie ma”. Robert Biedroń dzielił się natomiast swoimi wspomnieniami, aby wykazać, że zmiana jest możliwa, że do akceptacji odmienności można dojść.
Dzień wcześniej, 27 lipca, przeciwko przemocy protestowały metropolie: Warszawa, Katowice, Szczecin i Wrocław. O „strefę wolną od nienawiści” zaapelowały również mniejsze miejscowości w całej Polsce: demonstracje odbyły się w Pile, Białowieży, Węgorzewie, Zgorzelcu, Wałbrzychu czy Gryficach.
Stołeczny wiec rozpoczęło przemówienie Ewy Hołuszko – działaczki „Solidarności” i osoby transpłciowej, która tydzień temu w Białymstoku była na czele zaatakowanego przez nacjonalistów i kiboli marszu.
– Spotkały się dwie Polski. Jedna to ta europejska, dążąca do wolności. Druga to ta pseudochrześcijańska, która chce nas cofnąć o dziesiątki lat – tak kobieta mówiła o wydarzeniach w stolicy Podlasia. Kolejne przemawiające osoby, które również uczestniczyły w tamtym marszu, mówiły o agresji i strachu, ale również o tym, że to politycy zawiedli, przeliczając poparcie społeczności LGBT na procenty poparcia i ignorując jej postulaty. Pisarka Sylwia Chutnik ostrzegała, że jeśli przemoc nacjonalistycznych bojówek będzie nadal tolerowana, to jej poziom będzie tylko rosnąć i dojdzie do prawdziwej tragedii.
Za to, że sprawy związków partnerskich nie zostały dotąd uregulowane prawnie, przepraszała reprezentantka SLD Anna-Maria Żukowska. „Chcę i marzę o tym, by w Marszach Równości nie trzeba już było chodzić po to, by walczyć o równe prawa, tylko po to, by podczas nich po prostu radośnie celebrować równość” – powiedziała, zaś Adrian Zandberg z Razem, przypominając o zniszczeniach, jakich faszyści dokonali w Warszawie, apelował o udział w jutrzejszym lewicowym marszu przeciw przemocy w Białymstoku oraz w marszu równości w Płocku 10 sierpnia.
Około 200 osób zebrało się na proteście w Katowicach, pod hasłami „Kożdy inkszy, wszyscy równi” oraz „Wolność, równość, tolerancja” Blisko tysiąc osób zgromadził marsz pod kurię archidiecezjalną we Wrocławiu. Podobnie jak w Warszawie, i tam w tłumie widoczne były flagi Razem, Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, Wiosny, sztandary tęczowe.
W niedzielę 28 lipca w Białymstoku lewicowi działacze wspólnie zaprotestowali przeciwko przemocy w przestrzeni publicznej oraz okazali solidarność z ofiarami nienawiści.

Wojna domowa wraca?

Sudańska Tymczasowa Rada Wojskowa, która przejęła władzę po odejściu Omara al-Baszira, przez ostatnie dni groziła rozpędzeniem potężnego zgromadzenia protestacyjnego w centrum Chartumu. Jego uczestnicy domagali się, by krajem rządzili cywile, zdecydowani przebudować tamtejszy system społeczny na bardziej sprawiedliwy i i rozliczyć nadużycia al-Baszira. W poniedziałek przystąpiono do realizacji gróźb. Następnego dnia armia ogłosiła, że wypowiada wszystkie dotychczasowe porozumienia z cywilami.

W godzinach przedpołudniowych w poniedziałek w Chartumie było słychać strzały. Paramilitarne Siły Szybkiego Wspierania wkroczyły do obozu protestujących, który od blisko dwóch miesięcy znajdował się przed siedzibą Tymczasowej Rady Wojskowej. Przystąpiły do rozpędzania demonstrantów. Najpierw użyto granatów łzawiących, potem mundurowi zaczęli strzelać do tłumu. Jak podał Centralny Komitet Sudańskich Lekarzy, jedna z organizacji związkowych koordynujących od początku protesty jeszcze przeciwko al-Baszirowi, zginęło przynajmniej trzynaście osób. W licznej grupie rannych jest jeden z przywódców protestu Madani Abbas Madani.
Sudańscy lekarze twierdzą, że wojskowi nie tylko strzelali do ludzi na ulicy, ale też wkroczyli do szpitala (East Nile Hospital), gdzie już po wcześniejszych ulicznych konfrontacjach przeniesiono rannych demonstrantów.
Obóz protestujących został rozbity, namioty, w których koczowali przeciwnicy al-Baszira i jego przybocznych, spalono. Wojskowe pojazdy uniemożliwiają ludziom ponowne zgromadzenie się pod siedzibą sudańskiej junty. Jednak jak podaje „Al-Dżazira”, na podstawie rozmów z uczestnikami protestów, ludzie nie zamierzają się poddawać. Nadal są zdecydowani walczyć o bardziej sprawiedliwy Sudan. Wypędzeni z centrum miasta protestujący budują barykady w innych częściach Chartumu, gromadzą się w innych dzielnicach. W mediach społecznościowych pojawiły się filmy pokazujące, jak wojsko patroluje różne części miasta, poszukując „podejrzanych”.
Sudańskie związki zawodowe wzywają do pokojowego stawiania oporu. Apelują, by zbierać się w Chartumie i innych miastach na pokojowe marsze, tłumnie blokować drogi, mosty i porty rzeczne. Również opozycyjna Wolność i Zmiana, koalicja różnych organizacji, która prowadziła z juntą negocjacje w sprawie przyszłego oddania władzy cywilom, oficjalnie zerwała bezowocne od pewnego czasu rozmowy.
Ludzie są wściekli – część jest zdeterminowana, by z wojskowymi, którzy strzelają do nieuzbrojonych protestujących, walczyć z bronią w ręku. Po dzisiejszych wydarzeniach nikt nie ma już wątpliwości, że nowe rządy będą równie bezwzględne, skorumpowane i antyspołeczne, co ostatnie lata rządów al-Baszira.
O świcie we wtorek wystąpił generał Abdel Fattah al-Burhan wystąpił w telewizji i ogłosił, że wszystkie dotychczasowe umowy między Tymczasową Radą Wojskową a organizacjami reprezentującymi protestujących są nieważne, przy czym zarzucił grupującemu je Związkowi na rzecz Wolności, że dąży do renegocjowania powziętych ustaleń, aby nie dopuścić do tego, aby w tymczasowych władzach znaleźli się reprezentanci „innych sił politycznych i bezpieczeństwa”.
Generał al-Burhan potwierdził jednak wolę powołania rządu tymczasowego i zapowiedział, że w ciągu dziewięciu miesięcy zorganizowane zostaną wybory powszechne, które odbędą się przy udziale międzynarodowych obserwatorów.
Działania armii sudańskiej przeciwko cywilom spotkały się z potępieniem za granicą. Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres wezwał Sudan do przeprowadzenia niezależnego dochodzenia w sprawie otwarcia ognia do cywilów przez wojsko. Wielka Brytania i Niemcy zażądały zorganizowania specjalnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ za zamkniętymi drzwiami w sprawie sytuacji w Sudanie. Do objęcia osób odpowiedzialnych za strzelanie do protestujących sankcjami wezwała organizacja Amnesty International.
Potępienie nie jest jednak powszechne. Wydaje się nieprzypadkowe, że do pacyfikacji obozu protestujących doszło dzień po spotkaniu generała al-Burhana z prezydentem Egiptu Abdelem Fattahem al-Sisim i księciem-regentem Abu Dhabi, szejkiem Mohammedem bin-Zaydem al-Nahyanem – znanymi ze swojej niechęci do protestów społecznych.