Komisja weryfikacyjna potknęła się o Żoliborz

Tempo naprawiania krzywd reprywatyzacyjnych w Warszawie będzie zależeć od tego, kto zostanie prezydentem stolicy – i jak przypilnuje go samorząd.

 

Wybory samorządowe już za chwilę, a ja mam nadzieję, że w Warszawie nie zwycięży w nich Patryk Jaki.
Trochę obawiam się bowiem, że może spełnić swoją zapowiedź – i podjąć próbę rozwiązania tzw. komisji do spraw usuwania skutków prawnych decyzji reprywatyzacyjnych dotyczących nieruchomości warszawskich, wydanych z naruszeniem prawa (czyli komisji weryfikacyjnej).
Oczywiście możliwe, że to tylko zwykła lipa, typowa dla polskich pożal się Boże „polityków” – czyli zapowiedź o której zapominają od razu po wyborach.
Możliwe też jednak, że słowa o rozwiązaniu komisji weryfikacyjnej będą tak często przypominane Patrykowi Jakiemu (zakładając, że wygra w Warszawie), iż uzna on, że należy jednak z nią skończyć. I zabierze się za jej kończenie całkiem chętnie, bo w końcu Murzyn zrobił swoje, doprowadził go do prezydentury stolicy, więc nie ma sensu, by teraz kto inny się promował dzięki tej komisji.

 

Urząd miasta niczego nie przejmie

Ściśle biorąc, kandydat PiS na prezydenta oświadczył, że jeśli wygra to komisja weryfikacyjna zostanie rozwiązana, a jej kompetencje przejmie urząd miasta stołecznego Warszawy.
W tej zapowiedzi Patryka Jakiego było wiele bufonady, bo nie on powołał komisję do badania warszawskiej reprywatyzacji, tylko parlament (Sejm i Senat), przyjmując stosowną ustawę – i parlament może ją zlikwidować. A nie wiceminister sprawiedliwości (którym Patryk Jaki zresztą przestanie być, jeśli zostanie prezydentem stolicy). Dlatego na początku tego artykułu napisałem, iż może on „podjąć próbę rozwiązania komisji”, a nie, że ją „rozwiąże”.
Ważniejsze od bufonady jest jednak to, iż „zapowiedź likwidacyjna” Jakiego jest tylko częściowo prawdziwa.
To znaczy, możliwe, że po swym ewentualnym zwycięstwie w wyborach Patryk Jaki zechce doprowadzić do wstrzymania bądź osłabienia aktywności komisji weryfikacyjnej. Niewykluczone, że to mu się uda. Niemożliwe jest natomiast to, że jej kompetencje przejmie urząd m.st. Warszawy.
Komisja weryfikacyjna do spraw stołecznej reprywatyzacji ma specjalne uprawnienia władcze. Może nakazywać sądom dokonywanie zmian w księgach wieczystych, samodzielnie odbierać własność i przenosić ją na inne podmioty, wzywać na przesłuchania i karać za niestawiennictwo, oceniać, co jest zgodne z prawem, a co nie.
Tak szerokiego zestawu uprawnień nie ma i mieć nie będzie prezydent stolicy, ani jakiegokolwiek innego polskiego miasta. Urząd m.st. Warszawy nie może więc w żaden sposób przejąć kompetencji komisji weryfikacyjnej. Patryk Jaki doskonale o tym wie, więc tak tylko mówi, żeby mówić.

 

Grzęźnięcie w papierach

Jeżeli Jaki zostanie prezydentem stolicy, to komisja weryfikacyjna najprawdopodobniej zwolni swe prace niemal do zera – ale urząd m.st. Warszawy bynajmniej nie zacznie kontrolować stołecznej reprywatyzacji i nie będzie wydawać decyzji, odbierających nieuczciwie zwrócone nieruchomości. Naprawianie krzywd reprywatyzacyjnych utknie w urzędniczych gabinetach pod zalewem papierów.
Można przypuścić, że o to właśnie będzie chodzić – bo zbyt dokładne wgłębianie się w rozstrzygnięcia reprywatyzacyjne musiałoby doprowadzić do wykrycia wątpliwych decyzji, podejmowanych w czasie, gdy to ekipa z Prawa i Sprawiedliwości rządziła stolicą. A przecież trudno przypuścić, by PiS chciał uderzać w „swoich”.
Oczywiście, tak samo może się stać, jeśli prezydentem zostanie Trzaskowski – tyle, że wtedy komisja weryfikacyjna będzie nadal działać, razem z jej obecnym szefem. I to dość aktywnie, bo Jaki zechce za wszelką cenę dowieść, że Trzaskowski też był umoczony w reprywatyzację.

 

Żoliborskie oddawanie

Niestety, już dziś można odnieść wrażenie, iż komisja weryfikacyjna pobłażliwie traktuje tych „swoich” .
Przykład tego widzieliśmy przy badaniu reprywatyzacji żoliborskiej kamienicy przy ul. Lutosławskiego 9.
Kamienica została zrujnowana podczas II wojny światowej i odbudowana ze środków publicznych. Urząd m.st. Warszawy zwrócił ją w ramach reprywatyzacji w 2013 r. Wtedy zaczęła się gehenna lokatorów.
Na posiedzeniu komisji weryfikacyjnej w lutym tego roku świadkowie mówili o poniżaniu, wyzwiskach, zastraszaniu, pobiciach, ciągłym kontrolowaniu, wyrzucaniu ich rzeczy przez okna. Trzy osoby zostały bezdomne, jeden z byłych lokatorów zmarł na ulicy z wychłodzenia.
Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji komisja weryfikacyjna ds. reprywatyzacji podejmie jedynie słuszną decyzję – i uchyli reprywatyzację oraz przekaże z powrotem budynek do zasobu miasta, co wielokrotnie czyniła w mniej drastycznych przypadkach. Tak się jednak nie stało.
Rzecz w tym, iż w obronie nowych właścicieli kamienicy przy Lutosławskiego 9 zabrała głos wpływowa poseł Prawa i Sprawiedliwości Krystyna Pawłowicz.
Napisała do szefa komisji weryfikacyjnej Patryka Jakiego, iż ma nadzieję, że nie pozwoli on wykorzystać komisji do „prywatnej zemsty lokatorów” na właścicielach kamienicy – i zadba, by komisja nie służyła do innych celów, niż te, dla których ją powołano.
Upomnienie ze strony pani poseł natychmiast podziałało. Komisja weryfikacyjna najpierw odłożyła sprawę, a w lipcu uchyliła decyzję o reprywatyzacji kamienicy przy Lutosławskiego 9.
Nie orzekła jednak, jak w przypadkach innych nieruchomości, że żoliborska kamienica znowu staje się własnością stolicy – lecz że jedynie wraca tymczasowo w zarząd miasta. Prezydent Warszawy jeszcze raz ma zaś rozpatrzyć sprawę jej zwrotu.
Jak widać, akurat w tym przypadku komisja weryfikacyjna wykazała duże zaufanie do rzetelności decyzji zwrotowej prezydent Hanny Gronkiewicz Waltz. Wygląda więc na to, że obecni właściciele kamienicy przy Lutosławskiego 9 mogą spać spokojnie.

 

Trzeba jeszcze wielu lat

Najważniejszy problem z komisją weryfikacyjną jest jednak taki, że dotychczas jeszcze niczego nie załatwiła ona ostatecznie.
Owszem, komisja podjęła decyzje dotyczące zwrotu kilkunastu nieruchomości. Są one jednak sukcesywnie zaskarżane do sądu administracyjnego. Postępowania przed nimi wciąż trwają.
Taktyka „łowców kamienic”, którym władze Warszawy oddawały nieruchomości, polega na tym, że najpierw składają wnioski o ponowne rozpatrzenie sprawy przez komisję weryfikacyjną. Gdy to nastąpi i komisja, tak jak się działo dotychczas (z wyjątkiem kamienicy przy ul. Lutosławskiego 9), podtrzyma orzeczenie cofające reprywatyzację, wnoszą oni skargę do sądu administracyjnego.
Postępowanie sądowe może w takich przypadkach potrwać i parę lat. Dopóki nie ma zaś prawomocnego wyroku sądu administracyjnego, niemożliwe jest dokonanie wpisu do księgi wieczystej, zmieniającego prawo użytkowania wieczystego ustanowione wcześniej na rzecz „łowców kamienic”.
Komisja weryfikacyjna może wprawdzie nakazywać sądom niezwłoczne wpisywanie do ksiąg wieczystych zakazów sprzedaży oraz informacji o prowadzonym przez nią postępowaniu – nie może jednak zastępować sądów w wpisywaniu do ksiąg wieczystych praw majątkowych.

 

Pieniądze, których nie ma

Teoretycznie, szybszy skutek mogłoby przynieść nakazywanie zwrotu pieniędzy, uzyskiwanych ze sprzedaży niesłusznie oddawanych kamienic. Komisja weryfikacyjna wydaje także takie decyzje.
Patryk Jaki już pochwalił się tym, że Andrzej Waltz, mąż prezydent stolicy, oznajmił, że zwróci 5 mln zł otrzymane z tytułu sprzedaży udziałów w zreprywatyzowanym budynku. Marian Robełek, inny beneficjent nieszczęsnej stołecznej reprywatyzacji, oddał zaś 6,5 mln zł.
W rzeczywistości jednak, tych pieniędzy wcale nie ma. Andrzej Waltz rzeczywiście zwrócił, wprawdzie nie 5, ale (wraz z córką) ok. 2,1 mln zł. Robełek przelał zaś wspomniane 6,5 mln zł. Tyle, że to nie jest zwrot, ale przekazanie w depozyt.
I Robełek, i Waltz, musieli przelać te pieniądze, bo tak nakazują przepisy regulujące działalność komisji weryfikacyjnej. Decyzje komisji mają bowiem rygor natychmiastowej wykonalności i choć można się od nich odwołać, stanowią podstawę wszczęcia egzekucji. Gdyby więc tego nie zrobili, kasę zabrałby komornik. Mają oni jednak prawo zaskarżyć do sądu administracyjnego decyzję komisji nakazującą im zwrot pieniędzy. I oczywiście to zrobili.
Do czasu wydania prawomocnego wyroku przez sąd administracyjny, pieniądze są więc jedynie w depozycie. Jeśli okaże się, że decyzja komisji była niesłuszna, Robełek i Waltz odzyskają te miliony wraz z odsetkami.
Dotychczas działania komisji weryfikacyjnej nie zaowocowały więc żadnymi ostatecznymi rezultatami. Na pewno jednak funkcjonowanie komisji już przynosi pożytek lokatorom zreprywatyzowanych budynków.
Decyzje, uchylające użytkowanie wieczyste kamienicznikom, powodują, że ludziom, którzy nie dali się dotychczas przegonić z mieszkań, nie grożą już eksmisje i komornicy egzekwujący długi z tytułu wyśrubowanych czynszów. Mogą też liczyć, że te czynsze spadną.

 

Samorząd się nie popisuje

Przykro to stwierdzić, ale obecne władze Warszawy dość opornie biorą się za naprawianie skutków rabunkowej reprywatyzacji. W praktyce, lokatorzy sami, od razu po decyzjach komisji, zanim zapadną prawomocne wyroki, zaczynają płacić czynsze takie, jak przed podwyżkami narzuconymi przez kamieniczników.
Nie zawsze jednak mają komu płacić, bo urząd m.st. Warszawy, czekając na ostateczne rozstrzygnięcia losów nieruchomości, z dużym opóźnieniem, jeżeli w ogóle, zakłada rachunki bankowe przeznaczone na czynsze z odzyskanych kamienic. Ślamazarnie idzie też ponowne przejmowanie kamienic w zarząd miasta.
Duża w tym wina Rady Warszawy, która w swej większości niespecjalnie przykłada się do odwracania skutków reprywatyzacji, uważając, że jest bardzo wiele ważniejszych zadań. I to się nie zmieni, dopóki ze stołecznego samorządu nie zostaną wyeliminowani ewidentni hamulcowi naprawiania krzywd.

 

Fot. Kamienica przy ul. Lutosławskiego 9 na Żoliborzu stała się twardym orzechem do zgryzienia dla komisji naprawiającej warszawskie krzywdy reprywatyzacyjne.

Moje boje z reprywatyzacją

Sześć lat temu zacząłem alarmować, że stołeczna reprywatyzacja przekształca się w wielki, kryminalny przekręt. Oczywiście wtedy był to głos wołającego na puszczy.

 

Kiedy przyglądam się warszawskiej reprywatyzacji, pierwsze słowa jakie przychodzą mi na myśl brzmią: „A nie mówiłem?”. Wypowiadane absolutnie bez cienia satysfakcji, że „wyszło na moje” lecz przeciwnie, z dużym smutkiem.
Tak się bowiem składa, że już właśnie sześć lat temu pisałem nieraz (w tygodniku „Przegląd” i „Kurierze Warszawskim; „Trybuna” się jeszcze wówczas nie odrodziła), iż działania reprywatyzacyjne w Warszawie zaczynają być ogromnym przekrętem, wymagającym wkroczenia prokuratury. Osoby za niego odpowiedzialne powinny zaś jak najszybciej stanąć przed sądem, na czele z prezydent stolicy i urzędnikami ratusza. Podawałem nawet dokładnie, z jakich paragrafów kodeksu karnego. Jeśli natomiast chodzi o bezprawne oddawanie mienia objętego umowami odszkodowawczymi między Polską a 14 państwami zachodnimi, to zwracałem na to uwagę nawet od 2008 r.
I co? I oczywiście nic. Artykuły, które wówczas pisałem, były głosem wołającego na puszczy. Przez kolejne lata niczego nie zrobiono, aby ukrócić rabunkową reprywatyzację. Warszawiacy tracili mieszkania, a władze miasta bezpodstawnie wypłacały setki milionów złotych odszkodowań. Sączone przeze mnie krople nie wydrążyły żadnego kamienia.
Umów odszkodowawczych pomiędzy Polską a państwami zachodnimi nie zauważał nikt inny. A wedle narracji obowiązującej przez wiele lat, zgodnie stosowanej przez dziennikarzy wszelkich opcji, zwracanie warszawskich nieruchomości i wypłacanie ogromnych odszkodowań było słusznym naprawianiem krzywd, wyrządzonych przez zbójecki jakoby dekret Bieruta (który w rzeczywistości, jak pisałem, jest dobrodziejstwem dla byłych właścicieli). Powinno więc być robione szybko i konsekwentnie.

 

Gdy inni zaczęli o tym pisać

Wtedy, sześć lat temu, nie żyła już działaczka lokatorska Jolanta Brzeska, po Warszawie grasowali czyściciele kamienic, zrozpaczeni ludzie musieli się wynosić ze swoich domów – ale czarnej strony stołecznej reprywatyzacji jakby nie zauważano. Szkoda, że nie podnosili wtedy alarmu wpływowi, wrażliwi publicyści i nie było działań policyjnych czy prokuratorskich w obronie krzywdzonych mieszkańców stolicy.
Nie można było nie wiedzieć, co się dzieje w Warszawie i kto jest odpowiedzialny za rabunkową reprywatyzację. Nic jednak nie robiono aby ukrócić ten proceder.
Przez parę kolejnych lat nic się nie zmieniało, a na łamach ważnych mediów, takich jak na przykład „Gazeta Wyborcza”, brylował jeden z „bohaterów” moich tekstów, ówczesny dyrektor stołecznego biura gospodarki nieruchomościami Marcin Bajko (zwolniony w końcu dyscyplinarnie). I przekonywał, że pieniądze na odszkodowania dla „byłych właścicieli” należy wypłacać jak najszybciej, zaś nieruchomości oddawać w naturze tak zwanym „kuratorom osób nieznanych z miejsca pobytu”.
A ja mogłem do woli pisać na Berdyczów, że takie decyzje zwrotowe to bezprawie i oczywisty skandal.
Nie da się ukryć, że trzeba było dopiero kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości (w której partia ta uczyniła warszawską reprywatyzację jednym z tematów) oraz zwycięstwa parlamentarnego PiS w 2015 r., aby bezprawne oddawanie stołecznych nieruchomości zostało należycie nagłośnione i zaczęło być traktowane tak jak zasługuje – czyli jako działalność przestępcza.
Wiadomo oczywiście, że PiS postanowiło wykorzystać warszawską reprywatyzację do uderzenia w PO i personalnie w prezydent stolicy. do niedawna wiceprzewodniczącą Platformy). Komisja weryfikacyjna ds. reprywatyzacji została zaś powołana z pobudek politycznych, by w najbliższych wyborach samorządowych „odbić” Warszawę z rak opozycji i posadzić Patryka Jakiego na fotelu prezydenta miasta.
Niezależnie jednak od tego, z jakich powodów jest to robione, od 2016 r. zaczęło się coś dziać. Ruszyła się prokuratura, zmieniła się podejście do stołecznej reprywatyzacji, a niektórzy dziennikarze zaczęli otrzymywać kontrolowane przecieki, pokazujące rzeczywiste mechanizmy oddawania nieruchomości w Warszawie.

 

Prokuratura wreszcie posłuchała?

Ponieważ od dawna, na zasadzie tego Katona nawołującego do zniszczenia Kartaginy, wzywałem, by osoby odpowiedzialne za warszawską rabunkową reprywatyzację stanęły przed sądem, pozwolę sobie przypomnieć, iż stołecznych urzędników uczestniczących w tym procederze oraz ludzi wyłudzających nieruchomości i odszkodowania, należałoby postawić przed sądem z tytułu co najmniej trzech artykułów kodeksu karnego.
Po pierwsze – za naruszenie lub niedopełnienie obowiązków służbowych, o czym mówi art. 231 k.k.: Funkcjonariusz publiczny, który przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Jeżeli dopuszcza się tego w celu korzyści majątkowej czy osobistej, podlega karze od roku do lat 10.
Po drugie – za korupcję, którą opisują artykuły 228 i 229 k.k.
Art 228 (odnoszący się do biorących) stanowi: Kto, w związku z pełnieniem funkcji publicznej, przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. W wypadku mniejszej wagi, do lat dwóch. Jeśli zaś przyjmuje korzyść albo jej obietnicę za zachowanie stanowiące naruszenie prawa, może dostać od roku do 10 lat. Karze takiej podlega także ten, kto uzależnia wykonanie swej czynności służbowej od otrzymania korzyści lub takiej korzyści żąda. Gdy przyjmowana korzyść majątkowa jest znacznej wartości, to grozi do 12 lat.
Analogiczne kary dla wręczających łapówki przewiduje art. 229, który stwierdza: Kto udziela albo obiecuje udzielić korzyści majątkowej lub osobistej osobie pełniącej funkcję publiczną w związku z pełnieniem tej funkcji, podlega karze od 6 miesięcy do 8 lat. W wypadku mniejszej wagi – do lat dwóch. Jeżeli sprawca nakłania osobę pełniącą funkcję publiczną do naruszenia prawa lub obiecuje korzyści za naruszenie prawa, podlega karze od roku do lat 10. Gdy obiecuje udzielić korzyści znacznej wartości, kara może wynieść 12 lat.
Po kilku latach swego bezskutecznego wołania na puszczy już straciłem nadzieję, by przywoływane przeze mnie przepisy kodeksu karnego zostały kiedyś wykorzystane do walki z reprywatyzacyjnym bezprawiem.
A jednak stało się – i w końcu prokuratura postawiła podejrzanym zarzuty z wszystkich tych trzech artykułów. Młyny sprawiedliwości obracają się w Polsce wolno, ale Rubikon został już przekroczony. Nie da się tych spraw zamieść pod dywan – i nikt nigdy nie będzie mógł więcej wmawiać ludziom, że zwracanie mienia w Warszawie przebiegało w uczciwy sposób.

 

Szybsza ścieżka karna

Wspomniane artykuły kodeksu różnią się wysokością sankcji. Za korupcję (art. 228 i 229 k.k.) grozi do 12 lat więzienia. Za samo naruszenie obowiązków (art. 231 k.k.) – tylko do trzech, a jeśli ktoś je przekracza lub ich nie dopełnia w celu osiągnięcia korzyści, to do 10 lat.
Serce i rozum podpowiadają, że ludzie zamieszani w proceder reprywatyzacyjny powinni siedzieć za korupcję. Przecież, jeżeli łamali prawo, zwracając nieruchomości, których zwracać nie należało, to robili to z uzasadnionego powodu – a nie dla pięknych oczu tych, którzy zgłaszali lipne roszczenia.
Warszawską reprywatyzacją nie zajmowali się jednak idioci – lecz duża grupa kutych na cztery nogi cwaniaków, świetnie znających meandry prawa i sposoby unikania jego karzącej ręki. Wykazanie im korupcji i oszustw może być więc niewykonalne.
Znacznie prostsze będzie udowodnienie przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków i zamknięcie ich na krócej, ale na pewno (w połączeniu z obowiązkiem zwrotu nienależnie uzyskanych sum). Nie dotyczy to oczywiście nabywców roszczeń – bo oni nie pełnili żadnych funkcji w ratuszu i trudno znaleźć na nich innego haka niż właśnie zarzuty oszustw i korupcji.
Jeśli jednak chodzi o urzędników zamieszanych w reprywatyzację, to zwykła analiza akt warszawskich spraw reprywatyzacyjnych pozwoliłaby na zauważenie nieprawidłowych działań ludzi z urzędu miasta, którzy wielokrotnie naruszali przepisy – i posadzenie ich za kratki na parę lat.
Wbrew prawu, nie odliczano więc od wartości zwracanych nieruchomości, nakładów poczynionych na ich remonty i utrzymanie (gdyby próbowano szacować nakłady za wszystkie lata powojenne, okazałoby się, że ludzie zgłaszający roszczenia reprywatyzacyjne powinni jeszcze dopłacać, gdyż państwo zainwestowało wielkie pieniądze, aby doprowadzić oddawane obiekty do obecnego stanu).
Nie przestrzegano przepisów mówiących, że odszkodowanie za znacjonalizowane mienie ma być wypłacane w miejskich papierach wartościowych (czyli obligacjach komunalnych). Warszawa, jak każde polskie miasto mogła wyemitować takie obligacje i spłacać nimi odszkodowania reprywatyzacyjne. Wypłacała je jednak w gotówce, bo tak było korzystniej dla osób zgłaszających roszczenia.
Nie sprawdzano obywatelstw osób zgłaszających roszczenia, mimo, że na mocy wspomnianych tu umów odszkodowawczych nielegalne jest wypłacanie jakichkolwiek odszkodowań obywatelom 14 państw oraz ich potomkom, za mienie utracone w Polsce po II wojnie. Polska już dawno wypłaciła tym państwom odszkodowania, więc ich obywatele mogą zgłaszać roszczenia tylko do własnych rządów.
Władze Warszawy bezprawnie oddawały nieruchomości kuratorom osób nieznanych z miejsca pobytu, ustanawianym przez sądy. Te „osoby nieznane z miejsca pobytu” to dawni właściciele po których ślad zaginął (przeważnie osoby pochodzenia żydowskiego wymordowane przez Niemców). Kuratorzy, działając rzekomo w ich imieniu, przejmowali działki i budynki dla siebie. Żadne przepisy nie upoważniały władz stolicy do zwracania nieruchomości kuratorom. Kurator nie jest właścicielem ani spadkobiercą więc oddawanie mu nieruchomości było bezprawne.
Należy też wyciągnąć konsekwencje dyscyplinarne wobec sędziów, którzy bez mrugnięcia okiem ustanawiali różnych cwaniaków, kuratorami byłych właścicieli warszawskich nieruchomości. Trudno to określić innym słowem, niż skandal. Tym sędziom nie przeszkadzało to, że właściciele po wojnie już nie dali znaku życia, gdyby żyli mieliby na ogół ponad sto lat, a ci którzy chcieli zostać ich kuratorami nigdy nie mieli z nimi nic wspólnego.
Sprawdzenie tych przykładów łamania prawa nie wymaga wielkiej filozofii oraz wieloletnich dochodzeń. Może zaś efektywnie doprowadzić do zamknięcia szeregu osób na choćby i trzy lata za naruszenie czy niedopełnienie obowiązków służbowych – oraz do ocalenia wielu milionów publicznych złotych.
Wydaje się jednak, że komisja weryfikacyjna i prokuratura ostatnio stawiają na wątki korupcji i oszustw, licząc zapewne na efekt propagandowy oraz nagłośnienie afer, które dałoby się politycznie wykorzystać. Nie chcę być złym prorokiem, ale zapewne skończy się na tym, że nie zapadnie żaden wyrok skazujący ani za korupcję, ani za oszustwa. Dobrze byłoby więc, gdyby organy ścigania położyły większy nacisk na, znacznie prostsze do udowodnienia, przypadki naruszania i niedopełniania obowiązków przy zwracaniu stołecznych nieruchomości.

 

Radni byli bezradni

Powtarzam, że nie mam nawet cienia satysfakcji, iż w końcu „wyszło na moje”. Bo w stolicy przez te lata zdarzyło się za dużo ludzkich krzywd i dramatów, którym można było zapobiec. Zabrakło jednak do tego i woli, i ochoty.
Nie żywię oczywiście złudzeń, że to co ja jeden od kilku lat pisałem o warszawskiej reprywatyzacji miało jakikolwiek znaczący zasięg. Jednak po 2015 r, gdy już ruszyła lawina artykułów w innych mediach, wiedza o tym, jak w rzeczywistości wyglądało zwracanie stołecznych gruntów, stała się dosyć powszechna.
Dlatego więc można się było zdziwić, gdy członkowie komisji weryfikacyjnej czy rady społecznej przy niej działającej, mówili, jak bardzo byli zdziwieni, gdy z przesłuchań prowadzonych przed komisją dowiedzieli się, że prezydent Hanna Gronkiewicz Waltz musiała wiedzieć o ewentualnych nieprawidłowościach przy oddawaniu stołecznych nieruchomości.
Wolne żarty! Oczywiście, że musiała – i to przez cały czas. Przecież dla każdego człowieka umiejącego czytać i myśleć jest jasne i oczywiste, że prezydent Warszawy wiedziała dokładnie o wszystkim, co dotyczyło sprawy tak ważnej, bulwersującej i powszechnie nagłośnionej, jak stołeczna reprywatyzacja. Znała mechanizmy zwracania, podstawy wydawania decyzji, sposoby reagowania na pojawiające się zarzuty. I trudno wyobrazić sobie, by wraz ze swoimi zastępcami i urzędnikami ratusza, mogła uniknąć odpowiedzialności.
Jeśli wszakże kiedyś nawet stanie się to, do czego nawoływałem od lat – i sądy wymierzą sprawiedliwość uczestnikom procederu reprywatyzacyjnego – to wyrządzone krzywdy nie zostaną w pełni naprawione. Nie ma możliwości, aby doprowadziła do tego komisja weryfikacyjna czy wyroki sądowe.
Komisja weryfikacyjna może jednak unieważniać decyzje reprywatyzacyjne i odbierać niesłusznie wypłacone odszkodowania – a to niemało. Powinna więc nadal wykorzystywać te możliwości, ale mądrze, tak by jej postanowienia nie były obalane później przez sądy. A bój zapowiada się na całe lata, gdyż osoby, którym komisja odebrała nieruchomości, systematycznie odwołują się do sądu administracyjnego.
Warszawska afera reprywatyzacyjna boleśnie obnażyła też bezradność oraz bierność stołecznego samorządu. Rada m.st. Warszawy nie umiała, a po części też i nie chciała, zapobiec bezprawnemu oddawaniu miejskich nieruchomości.
A przecież, kto inny, niż właśnie warszawscy radni, powinien patrzeć na ręce urzędnikom, przy wykorzystaniu wszelkich możliwości, jakie daje praca w samorządzie? Niestety, duża większość radnych Warszawy zapomniała, że ich obowiązkiem jest dbanie o dobro mieszkańców.

W Warszawie jest za dużo picu

O tym, kto jest naprawdę wiarygodny w sprawach reprywatyzacji, z kim i jak Sojusz Lewicy Demokratycznej jest gotów współpracować po wyborach oraz na co miasta stołecznego nie stać – z Andrzejem Rozenkiem, kandydatem SLD na prezydenta Warszawy rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu).

 

Strajk.eu: Pierwszy start w wyborach na prezydenta Warszawy nie był dla pana udany. Czego pana nauczyło tamto doświadczenie?

Andrzej Rozenek: To była partyzantka. Startowałem praktycznie bez poparcia partii politycznej i bez większych funduszy. Przekonałem się, że konieczne jest jedno i drugie, bo te wybory mają charakter partyjny, a bez pieniędzy nie da się dotrzeć do ludzi.
Jeśli wziąć pod uwagę te okoliczności, to mój wynik wcale nie był zły. Zdobyłem 2,3 proc., a mój ówczesny lider Janusz Palikot miał krótko potem w wyborach prezydenckich 1,6 proc. Teraz moja sytuacja jest zupełnie inna i jestem przekonany, że wynik też będzie lepszy.

 

Lewicowi wyborcy zaufają panu, a nie koalicji Wygra Warszawa i Janowi Śpiewakowi, społecznikowi, który już rozpoczął prekampanię?

Ta prekampania to przede wszystkim brutalne ataki. Między innymi na Andrzeja Celińskiego, który przez jeden z nich rozstał się z kandydowaniem. Nie sądzę, żeby chwyty takie jak odgrzebywanie sensacji w stylu „dziadka z Wehrmachtu” mieściły się w kanonie nowoczesnej lewicy i żeby podobały się lewicowym wyborcom. Pan Śpiewak uważa się pewnie za lewicę, ale swoim postępowaniem dowiódł, że nie ma z nią nic wspólnego.

 

Nie jest lewicowe mówienie o zablokowaniu budowy Nycz Tower, podejmowanie tematów mieszkalnictwa czy transportu zbiorowego?

To są oczywiste sprawy. Mówiąc o nich pan Śpiewak dowiódł tylko tyle, że coś o Warszawie wie. I dobrze, każdy kandydat powinien wiedzieć dużo o mieście, którego chce być prezydentem. Ale na lewicy w Polsce jest obecnie w zasadzie jedna znacząca siła i to jest moja partia – SLD.

 

Partie, które współtworzą koalicję Wygra Warszawa, twierdzą, że wręcz odwrotnie – prawdziwa lewica jest tam.

W tym określeniu „prawdziwa lewica” brzmi pogarda dla części elektoratu. Dla wyborców, którzy swoimi korzeniami, życiorysem, sięgają PRL. Wymazywanie Polski Ludowej z naszej historii, udawanie, że tamten okres nie miał nic wspólnego z lewicą jest w moim odczuciu czymś bardzo nagannym. Robi to nieustannie PiS oraz niektórzy z liderów tej tak zwanej nowej lewicy.
Ani prawica, ani ta pseudolewica nie dostrzegają, że ludzie w wieku 60 lat i więcej są tak samo ważnymi wyborcami, jak ci, którzy mają lat 20. Może nawet są ważniejsi, bo mają większe potrzeby, są to ludzie, którzy oddali Polsce bardzo wiele, a teraz są zepchnięci na margines. Państwo brutalnie zmienia nazwy ulic i burzy pomniki z tamtego okresu, potrafi nawet odbierać emerytury. Nie można mówić o lewicowości, zapominając o istnieniu tego elektoratu.

 

Co na poziomie samorządu zamierza pan dla nich zrobić?

Ludzie starsi powinni być darzeni szczególnym szacunkiem. To dzięki ich pracy i dokonaniom żyjemy w takim państwie, w jakim żyjemy. W programie SLD, pod nazwą Srebrnej Rewolucji, jest pełen pakiet rozwiązań dla nich.
Zapewniam, że ten elektorat będzie w moim programie nadzwyczaj mocno doceniony. O szczegółach nie chcę na razie mówić, ale mogę stwierdzić, że nie chodzi mi tylko o ruchy takie jak udogodnienia dla osób z niepełnosprawnościami, moim celem jest radykalna zmiana komfortu ich życia. Tak, jak w krajach skandynawskich, gdzie człowiek starszy nie czuje się człowiekiem gorszej kategorii.

 

Wspomniał pan o krajach skandynawskich tak samo, jak w 2015 r. w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Z tym, że wtedy pan mówił, że tam można sobie pozwolić na socjal, bo długo pracowano na dobrobyt. Dla Polski pana zdaniem właściwsze byłyby podatek liniowy, uproszczenie procedur i walka z biurokracją.

Rzeczywiście, uznawałem niektóre pomysły liberalne gospodarczo za dobre, za skuteczne dla Polski w tamtym okresie. Dziś jednak odnotowujemy znaczący wzrost gospodarczy, a rząd chwali się, że ma mnóstwo pieniędzy. Więc nie ma mowy o tym, by socjal ograniczać.
SLD, kiedy będzie rządzić, odda to, co PiS zabrał – wolność, wolność mediów, wolność zrzeszania się. Równocześnie utrzyma wszystkie socjalne transfery wprowadzone przez obecny rząd. A jeśli stan finansów naprawdę jest tak dobry, to zamiast budować masowo strzelnice, inwestować w Wojska Obrony Terytorialnej i napychać kasą Rydzyka, należy pieniądze skierować do najbardziej potrzebujących, redukować nierówności. Tak postępuje lewica na całym świecie, a w Polsce nikt tego dotąd nie robił…

 

Nawet SLD, będąc u władzy.

Niestety w dużym stopniu to prawda. Wymówką było to, że na pewne posunięcia nie zgadzał się koalicjant, no i stan budżetu był wtedy fatalny. Dzisiaj takiego wytłumaczenia być nie może. Lewica nie może sobie pozwolić na bycie w rządzie, który nie będzie odpowiednio socjalny.

 

A więc nie może zawierać koalicji z Platformą Obywatelską.

To zależy. PO jest partią, która nie ma żadnego stałego programu, dostosowuje się do okoliczności. Ostatnio w związku z sondażami Grzegorz Schetyna chce skręcać na lewo. Dlaczego ludziom podoba się organizacja, która nie ma żadnego kręgosłupa ideowego, tego nie wiem. Ale dla nas to oznacza, że będziemy mogli jej stawiać warunki.

 

I SLD będzie w stanie na wpłynąć na PO, żeby wasz prospołeczny program był realizowany?

Jestem przekonany, że SLD wróci do Sejmu i nie wyobrażam sobie, by powstał rząd bez udziału Sojuszu. Tak wskazują obecnie sondaże. To daje nam silniejszą pozycję, niż by wprost wynikało z rozkładu mandatów.

 

W Warszawie też dopuszcza pan koalicję z PO?

Tylko wtedy, gdy nastąpi rachunek sumienia ze strony Platformy, będą wyciągnięte wnioski z afery reprywatyzacyjnej. Nie może być tak, że po Warszawie grasuje banda ludzi, którzy kradną kamienice, a osobę, która przeciwko temu protestuje, prawdziwą społeczniczkę, znajduje się spaloną w Lesie Kabackim.

 

Na razie najgłośniej sprawę reprywatyzacji rozgrywa Patryk Jaki.

Cała komisja Jakiego jest tworem bezprawnym – tak uważają konstytucjonaliści. Czy cokolwiek udowodniła, osądziła któregokolwiek sprawcę? Reprywatyzacją powinna zajmować się prokuratura, która może sformułować akt oskarżenia, i sąd, który jest w stanie skazać winnych. Komisja Jakiego to polityczna hucpa, za którą nie kryje się nic głębszego – jestem przekonany, że warszawiacy to rozumieją i nie dadzą się nabrać.

 

Trudno nie zgodzić się z taką oceną, ale aktualne sondaże są dla kandydata prawicy bardzo przychylne. Jak sprawić, by wyborcy uwierzyli, że lewica jest bardziej wiarygodna?

Mam nadzieję, że wyborcy będą pamiętać, że pierwszą osobą, która zwracała uwagę na temat reprywatyzacji, byłem ja. W 2014 r. przeprowadziłem kilkanaście konferencji poświęconych tej sprawie, omawiałem konkretne historie – od nieruchomości przy Noakowskiego, przy Twardej, po tę przy ul. Szarej. Mówiłem, że to, co się dzieje, to jawny przewał, alarmowałem: nie może być tak, że prywatyzowane są szkoły czy ogródki jordanowskie. Nikt się tym nie zainteresował! Gdzie wtedy był Patryk Jaki?
To ja wniosłem projekt ustawy reprywatyzacyjnej. Napisano go na zlecenie Hanny Gronkiewicz-Waltz tylko po to, żeby PO mogła pokazywać, że jest. Wisiał w internecie przez lata, nikt go nie wprowadzał pod obrady. Za rządów PO, z Hanną Gronkiewicz-Waltz jako wiceprzewodniczącą partii! W końcu sięgnąłem po niego – akty prawne nie są w Polsce objęte prawami autorskimi – przedstawiłem projekt w Sejmie, komisja ustawodawcza go zaaprobowała. Nie jest tak, że problemy reprywatyzacyjne odkrył, a teraz rozwiązuje PiS.

 

To jakie zapisy powinny znaleźć się w dużej ustawie reprywatyzacyjnej – gdyby była wola polityczna jej uchwalenia?

To jest trudna sprawa, ogromne koszty dla budżetu państwa. Pytanie, jak to zrobić, by z jednej strony nie uwikłać się w rażące naruszenia prawa, a z drugiej nie oburzyć wyborców, którzy zapytają: dlaczego rozdajecie mienie jakimś spadkobiercom w trzecim-czwartym pokoleniu? Oni tego nie wypracowali! Z punktu widzenia lewicy faktycznie jest to ogromnie niesprawiedliwe.
Jestem za tym, by definitywnie zakończyć reprywatyzację, wypłacając np. jeden, pięć, może dziesięć procent wartości – ale nie w budynkach. Żeby miasta mogły się dynamicznie rozwijać, a ludzie, którzy mieszkają w tych kamienicach, nie martwili się już o przyszłość.

 

A dopóki ustawy nie ma, co pan, jako prezydent Warszawy, zrobi dla tych, którzy już zostali przez reprywatyzację pokrzywdzeni?

Z poziomu ratusza kompleksowe rozwiązanie problemu nie jest możliwe. Ustawa jest niezbędna.
Można natomiast dokładnie przyjrzeć się ludziom, którzy do tej pory zajmowali się mieniem miejskim. Mamy dość dowodów tego, że ich kompetencje są mizerne albo żadne. Po drugie, trzeba się zacząć zastanawiać nad tym, jak Warszawa powinna się rozwijać i trzymać się tego planu. Jeśli architekt miasta uznał, że są pewne ciągi przewietrzania miasta, to nie może być tak, że ktoś dostaje potem zgodę na budowę w tym miejscu drapacza chmur! Nycz Tower jest ewidentnym przykładem tego, że jednym wolno więcej niż innym. Konieczna będzie wymiana części urzędników. Nieuchronne będzie również składanie w niektórych przypadkach zawiadomień do prokuratury. Za moich rządów Warszawa będzie miastem uczciwym.

 

A czy będzie miastem dostępnym? Wygra Warszawa zapowiada wzniesienie 50 tys. mieszkań na wynajem, w których czynsz będzie znacznie niższy, niż na obecnym rynku. Co pan na to?

Nie będę się ścigał w populizmie. Nie obiecam ani piętnastu nowych nitek metra, ani 300 tys. mieszkań komunalnych, bo to są kpiny z wyborców.

 

50 tys. nowych mieszkań to kpiny z wyborców?

Oczywiście! Na początek trzeba uporządkować obecny zasób komunalny, ok. 100 tys. lokali. Potem trzeba się zastanowić nad tym, skąd Warszawa ma zdobyć pieniądze na wznoszenie kolejnych mieszkań. Nie stać nas na budowanie taniochy, żeby na siłę zrealizować obietnice z kampanii. Ludzi biednych należy traktować z szacunkiem. Nie będę wznosił slumsów ani baraków, tylko obiekty w odpowiednim standardzie, tanie w eksploatacji, zeroenergetyczne.

 

Mówi pan, że chce tworzyć lepszą Warszawę – co jeszcze w obecnym zarządzaniu miastem pozostawia wiele do życzenia?

Na Pradze są miejsca, gdzie nie ma nawet bieżącej wody. Co jest ważniejsze dla dziecka, które się tam wychowuje – fontanna przed blokiem czy ciepła woda i toaleta w domu? W Warszawie jest za dużo picu, a za mało się myśli o ludziach, o ich godnym życiu.
U mnie na pierwszym miejscu będzie człowiek, potem infrastruktura. W poprzednich kadencjach władze Warszawy zapominały, że gdy powstają nowe osiedla, to trzeba zadbać o otwarcie żłobków, przedszkoli, przychodni, doprowadzenie komunikacji miejskiej. Miasto rozwijało się jak w XIX w., kiedy nikt niczego całościowo nie planował.

 

Pan obiecał programy dla wszystkich osiemnastu dzielnic Warszawy. To ambitny projekt.

Program będzie wielopoziomowy – dla dzielnic, dla całej Warszawy, dla aglomeracji. Hanna Gronkiewicz-Waltz z wielkim trudem współpracowała z sąsiednimi miastami, chociaż mieszka w nich wielu ludzi, którzy przyjeżdżają do stolicy do pracy. Może nie musieliby np. jeździć swoimi samochodami, gdyby władze Warszawy widziały miasto w łączności z sąsiednim obszarem, od Pruszkowa i Ząbek, aż po Łódź czy Radom. Tego nie było.
Zadanie rozpoznania problemów mieszkańców Żoliborza, Ochoty czy Rembertowa otrzymały lokalne struktury SLD. Od nich będę w najbliższym czasie zbierał odpowiedzi na pytania o te problemy.

 

Dlaczego więc SLD nie współpracuje z lokalnymi ruchami miejskimi, od dawna działającymi w dzielnicach?

Tego nie wiem, nie brałem udziału w rozmowach z tymi organizacjami. Niemniej w SLD obowiązuje znane hasło „Nie ma wroga na lewicy”. Wszystkie ruchy miejskie, wszyscy ludzie lewicy będą wysłuchani i potraktowani poważnie. Chcemy z nimi współpracować.

 

To jednak nie to samo, co wspólna lista, o której tyle się mówiło. Także mając w pamięci fatalne doświadczenia z poprzednich wyborów, gdy głosy elektoratu lewicy podzieliły się między wiele organizacji.

Ja wyciągnąłem wnioski, nie tworzę już odrębnego bytu. SLD tworzy komitet wyborczy złożony z 24 podmiotów. Można sobie kpić z Socjaldemokracji Polskiej, Unii Pracy czy PPS, mówiąc, że te organizacje nie mają znaczenia. Niemniej to są legalne partie o godnej szacunku tradycji, często liczniejsze od wspomnianych przez panią podmiotów. Pozostałych trzeba pytać, dlaczego nie chcieli dołączyć do szerokiego frontu.

 

Jeśli już mowa o tradycji… Będzie pan jako prezydent Warszawy sprzeciwiał się tzw. dekomunizacji?

Samorząd może w tej sprawie zrobić bardzo wiele. Znamy przypadki skutecznego odwoływania się w sądzie od decyzji o zmianie nazwy ulicy, można bronić pomników. Na szczęście w Warszawie mamy jeszcze sporo miejsc pamięci mówiących o prawdziwej historii miasta, prawdziwej historii II wojny światowej. Trzeba dbać, by oszołomstwo spod znaku nacjonalistów nam tego nie zabrało.

 

Ratusz zaangażuje się w upamiętnianie lewicowych bohaterów?

SLD jest inicjatorem budowy w Warszawie pomnika lewicowego premiera, człowieka, bez którego nie byłoby niepodległej Polski – Ignacego Daszyńskiego. Mówienie tylko o Dmowskim i Piłsudskim jest zakłamywaniem historii. Niemniej chcę jeszcze raz podkreślić – skupię się na ludziach, nie na pomnikach czy infrastrukturze. Pilniejsze niż pomniki czy fontanny jest przyciąganie inwestorów, zagranicznych i krajowych.

 

Za hasłem „przyciąganie inwestorów” zwykle idzie w Polsce kolejne – „ulgi podatkowe”, a potem pojawia się problem z prawami pracowniczymi…

Mnie chodzi o nowoczesne korporacje i przedsiębiorstwa, które pracowników szanują. Żadnego XIX-wiecznego kapitalizmu i wyzysku, tylko kreatywność, świeże spojrzenie.

 

Takie warunki ratusz postawi inwestorom?

Jak najbardziej. Uważam, że czas podjąć poważną, ogólnopolską debatę o prawach pracowniczych i ich radykalnym zwiększeniu. Bez tego nie zatrzymamy wyjazdów młodych Polaków za granicę, a skutki takiego drenażu mózgów są opłakane dla państwa.

 

Samorządy w takim razie muszą dać dobry przykład i zaprzestać zatrudniania na umowach śmieciowych…

To jest chore, kiedy instytucje samorządowe czy państwowe sięgają po takie formy zatrudnienia. W poprzedniej kadencji Sejmu, będąc posłem, nie zatrudniałem nikogo na umowie śmieciowej, podobnie zresztą jak moi koledzy z klubu.
Mieliśmy przez to mniej pracowników, ale kiedy porównywałem efekty pracy naszych ludzi z tym, co tworzyli ludzie pseudozatrudnieni, wykorzystywani przez posłów innych partii, różnica była ogromna.
To też była dla mnie ważna lekcja, wnioski z której zastosuję w Warszawie.