Socjaliści w obronie demokracji

Stanowisko Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie łamania zasad demokracji.

 

Polska partia Socjalistyczna, najstarsza polska partia, od początku swego istnienia łączyła programowo w ramach idei demokratycznego socjalizmu dwa hasła: niepodległości państwa i sprawiedliwości społecznej. Pierwszy program przyjęty na Zjeździe Założycielskim w Paryżu w 1992 roku zakładał, że przyszła Polska będzie pod względem politycznym opierała się o „demokrację parlamentarną, z szerokim samorządem gminnym i prowincjonalnym, gwarantującą równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy płci, rasy, narodowości i wyznania oraz całkowitą wolność słowa, druku, zebrań i stowarzyszeń”.
O taką Polskę walczyli i ginęli członkowie PPS. Obecnie mamy do czynienia z nasilającym się łamaniem zasad „parlamentaryzmu”, przepychaniem przez parlament ustaw „łokciem i kolanem”, ograniczaniem, a nawet pozbawianiem opozycji prawa do dyskusji i uniemożliwianiem obywatelom prawa do wyrażania sprzeciwu wobec treści i sposobu stanowienia prawa. Ignorowane jest nawet zdanie prawników zatrudnionych przez Sejm i Senat, którzy wskazują, że przyjmowane rozwiązania naruszają Konstytucję. Trzeba podkreślić, że Parlament wybrany w roku 2015, w wyniku zbiegu okoliczności, nie odzwierciedla rzeczywistego układu sił społecznych i politycznych w Polsce. Brak lewicy powoduje zachwianie reprezentacji interesów wielu grup społecznych m.in. pracowniczych. Rządzący w związku z rzeczywistym, 19 procentowym poparciem powinni baczyć na delikatność sytuacji w jakiej jest Polska demokracja.
Brak reprezentacji interesów mniejszości w Parlamencie w sposób naturalny skutkuje przenoszeniem się dialogu społecznego na ulice.
Powstała sytuacja, w której Parlament, wybrany przez obywateli, pełniący wobec nich służebną rolę, staje się „twierdzą” odgradzającą „wybrańców” od wyborców. Zanikły takie formy demokracji jak opiniowanie projektów ustaw przez organizacje i stowarzyszenia, obywateli, a nawet instytucje mające konstytucyjnie stać na straży ich interesów w tym Rzecznika Praw Obywatelskich.
Zasada poszanowania prawa jest jednym z fundamentów wolności i ochrony przed samowolą.
Brak poszanowania prawa przez rządzących już obecnie skutkuje rosnącą ich samowolą wyrażającą się m.in. w wykorzystywaniu dobra wspólnego, jakim są m.in. spółki skarbu państwa, do celów partyjnych i nagradzania wysoko płatnymi posadami swoich działaczy, często o miernych kwalifikacjach. Samowolą nazwać też trzeba wykorzystywanie prokuratury i policji do prześladowania opozycji, przy jednoczesnej daleko idącej bezkarności dla organizacji propagujących nienawiść rasową i kulturową.
Równouprawnienie ze względu na wyznanie staje się iluzoryczne gdy Kościół katolicki jest obficie zasilany przez państwo ze wspólnej, państwowej kasy, a wszelkim wydarzeniom publicznym towarzyszą wydarzenia religijne i asysta kleru.
Złamany został obowiązujący powszechnie w krajach demokratycznych trójpodział władzy.
Uchwalane pospiesznie ustawy poddały całkowicie władzę sadowniczą władzy wykonawczej, co skutkować będzie nasileniem samowoli rządzących.
Chcemy Polski, w której wszyscy są równi wobec prawa, gdzie przestrzega się Konstytucji i nie dzieli Polaków na „lepszych” i „gorszych”.
Potępiamy język nienawiści w życiu publicznym i prezentowany coraz częściej brak kultury politycznej.

Flaczki tygodnia

Trwa dorzynanie „watahy”. Ale nie wedle planu politycznego, o jakim usłyszeliśmy od Radosława Sikorskiego jesienią 2007 roku, pod koniec kampanii wyborczej do polskiego parlamentu.
Jeszcze na początku tamtego roku Sikorski był ministrem obrony narodowej w rządzie premiera Jarosława Kaczyńskiego. Zaczął swe ministrowanie w rządzie PiS już w 2005 roku, rządzie firmowanym przez Kazimierza Marcinkiewicza. Ale w lutym 2007 roku Sikorski podał się do dymisji. Powodem był jego konflikt z ówczesnym szefem Służby Kontrwywiadu wojskowego Antonim Macierewiczem. Politykiem konfliktogennym.
Ponieważ pan premier Jarosław Kaczyński nie złajał pana Antoniego odpowiednio, urażony Radek przeszedł do konkurencyjnej Platformy Obywatelskiej. I już 12 września 2007 roku ogłosił, że będzie kandydował do Sejmu RP z list tej partii. Wzmocnił wtedy jej prawe skrzydło.

***

Intuicja polityczna nie zawiodła go. Platforma wygrała wybory i rządziła wraz z PSL do końca 2015 roku. Sikorski został w 2007 roku ministrem spraw zagranicznych w pierwszym rządzie Donalda Tuska i członkiem Platformy Obywatelskiej. W roku 2010 był już jednym z wiceprzewodniczących tej partii. W tym samym roku konkurował z Bronisławem Komorowskim o nominację na kandydata PO w wyborach prezydenckich. Przegrał wtedy, ale potem, w latach 2014-15, zdążył być marszałkiem Sejmu RP.

***

Musiał zrezygnować z tej funkcji po aferze podsłuchowej. Jego wystawne biesiady, na koszt podatników rzecz jasna, okraszane szczerymi i krytycznymi ocenami polskiej klasy politycznej, nagrane przez spec służby, musiały wzbudzić gniew ludu polskiego. Ciągle egalitarnego, ale pełnego też hipokryzji i odporności na realne polityczne myślenie. Przez to łatwego do manipulawania przez służby specjalne i poddane im media głównego nurtu.

***

Zamawiane w knajpie „Sowa i przyjaciele” danie „ośmiorniczki” stały się wśród wyborców PiS i licznego ludu polskiego synonimem rozpusty zdegenerowanych elit rządzących. Przeszły do słownika politycznego jako danie elit ostentacyjnie gardzących polskim ludem pracującym polskich miast i wsi.

***

Zabawne, że owe „ośmiorniczki” nie były w tamtej knajpie daniem najdroższym, ani najbardziej wykwintnym. Cenowo plasowały się w dolnych stanach średnich całego menu. W Azji, czyli miejscu ich urodzenia, ośmiorniczki należą do najtańszych dań. Tam w knajpach droższa jest wołowina i świnina, nawet drób. Zresztą w „Sowie i przyjaciele” to nie one nabijały wysokie rachunki, tylko zamawiane do nich przez biesiadników drogie – bo markowe – wina.
Ale wina, nawet te drogie, nie robią na wyborcach, zwłaszcza na „ciemnym ludzie”, takiego wrażenia jak obce polskiej ziemi i polskiej kuchni ośmiorniczki. Gdyby Sikorski żarł tam naraz po trzy schabowe z kostkami smarowanymi świńskim smalcem, do tego goloneczki w piwie, na drugie zrazy zawijane z kapustą modrą i kopę pierogów ruskich słoniną okraszonych, a na deser gicz cielęcą i szpik wołowy do ssania, i popijał wszystko wódką „Młody ziemniak” z Podlasia, rocznik 2007, czyli suche i upalne lato, to nadal byłby uważany za polskiego patriotę. A tak wynarodowił się od razu. Bo Polak, zwłaszcza katolik, ośmiorniczek i innego robactwa do ust nie brać nie może.

***

Zanim dorżnęły go te ośmiorniczki, to jesienią 2007 roku podczas kampanii wyborczej, zwracając się do ówczesnego wicemarszałka Sejmu RP i lidera PO Donalda Tuska zadeklarował dosadnie: „Jeszcze jedna bitwa, panie marszałku, dorżniemy watahę”. Zapowiadał surową rozprawę z prawicowym braćmi z PiS po wygranych przez PO wyborach.

***

Powstał wówczas spór semantyczno-polityczny. Czy Radek Sikorski mówiąc o dożynaniu mówił przez „ż” czy przez „rz”. Bo bezokolicznik „dożynać” wywodzi się od ”żąć”, czyli ścinać, kosić. Trawę albo zboże. Dożynki kojarzą się z czynnością powtarzaną, bo trawa po ścięciu odrasta. I znów trzeba żniwować.
Za to „dorzynać”, pochodzące od czasownika „rżnąć”, to czynności zakończona finałowym unicestwieniem. Raz na zawsze. Zatem Sikorski wzywał wtedy do dorzynania „watahy”, czyli elit PiS.

***

Platforma Obywatelska władzę zdobyła, ale składanej przez Sikorskiego obietnicy wyborczej nie dotrzymała. Dożynała PiS trochę, ale strzygła partię Kaczyńskiego niczym żywopłot. Elity PO szybko bowiem dostrzegły, że istnienie duopolu politycznego: elegancka, europejska, umiarkowana PO i ten buraczany, prowincjonalny, ciemny PiS znakomicie konserwuje władzę PO. I pacyfikuje pozostałą konkurencję polityczną. Zwłaszcza kiedy PO przejmowała do swych szeregów popularnych polityków centrolewicowych i centrowych, a PiS wchłaniał radykalną prawicę.
O tym że Platforma nie chce dorzynać „watahy” PiS świadczyło sejmowe głosowanie z 2015 roku, kiedy pomimo posiadanej większości sejmowej, nie postawiono Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu. Bo wielu parlamentarzystów PO nie chciało krzywdzić braci z PiS.

***

Teraz PiS takich błędów nie popełnia. Dorzyna „watahę PO i PSL” konsekwentnie, systematycznie, bezlitośnie.

***

Łatwo dzisiaj elitom PiS dorzynać swych niedawnych braci politycznych. Bo to przecież parlamentarzyści PO i PSL pomagali PiS w wykuwaniu politycznych brzytew i siekier. Obie formacje zgodnie dbały o rozwój Instytutu Pamięci Narodowe, powołanego jeszcze w 1998 roku, bo uważały go za oręż przydatny w dorzynaniu polskiej lewicy. Podobną funkcję miało spełniać Centralne Biuro Antykorupcyjne powołane w 2006 roku. Wtedy kluby parlamentarne PiS i PO zgodnie głosowały za powołaniem CBA i jego szefem panem ministrem Mariuszem Kamińskim. Bo uchodził on za szczerego antykomunistę. Bat na „komunę”. Czas pokazał, że minister Kamiński wobec braku żywych i atrakcyjnych „komunistów” swoją niespożytą energię skierował przeciwko „postkomunistom”, czyli obecnej PO, Nowoczesnej i PSL.

***

Warto też przypomnieć, że na sukces wyborczy PiS silnie zapracowały media związane z PO. Tak skutecznie obrzydzały SLD, że lewica nie przekroczyła progu wyborczego. I dało to parlamentarną większość PiS.

***

PiS konsekwentnie dorzyna „watahę” PO. Niestety rżnie siekierami, jak nacjonaliści ukraińscy w Wołyniu, dorzynając przy okazji demokrację parlamentarną w naszym kraju.

Ale o tym w następnych Flaczkach.

Flaczki tygodnia

Pamiętacie „Drugą Japonię” obiecaną wam przez pana „przydęta” Wałęsę?
Albo „Zielną wyspę”, czyli drugą Irlandię ogłaszaną przez Donalda Tuska?
Albo spełnioną obietnicę Andrzeja Leppera, że tu już nigdy „Wersalu nie będzie”?
Teraz kolejna ekipa rządząca buduje nam kolejną „drugą”. Drugą Turcję.

***

Tym razem nie deklarują tego otwarcie. Ale już widać jaki wykluwa nam się nowy system władzy. Mamy już pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego posiadającego sułtańską władzę. Do wykonywania swych poleceń pan sułtan Kaczyński ma kilku wezyrów. Stale łaszących się o łaski sułtana i zawzięcie, pod przysłowiowym dywanem, walczących o strefy wpływów i zakres władzy.

***

Aktualnie wielkim wezyrem jest Mateusz Morawiecki. Obecnie jeździ on po kraju i obiecuje poddanym „Wspaniałe stulecie”.

***

Pan sułtan Jarosław, jak każdy autorytarny władca, nie akceptuje oświeceniowego trójpodziału władzy. Ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Władzę wykonawczą i ustawodawczą skupił już w swoich rękach. Sejm, Senat i większość z ministrów swojego rządu sprowadził do roli eunuchów politycznych.

***

Pozostały jeszcze niekontrolowane sądy w Rzeczpospolitej. Dlatego pan sułtan Kaczyński sprowadza właśnie do eunuchowego stanu. Przy pomocy ślepo wiernych janczarów. Pod wodzą agi Stanisława Piotrowicza i agi Krystyny Pawłowicz.

***

Opozycję i wszystkich nie akceptujących sułtanatu Kaczyńskiego, jaśnie pan sułtan traktuje jak kiedyś władcy osmańscy, jak „raję”. Obywateli drugiej kategorii. Raję teraz zwaną „Polakami drugiego sorta”, albo „postkomuną”.

***

Jak w każdym sułtanacie, tak i w sułtanacie Kaczyńskim, mamy religię panująca. W Polsce taką rolę pełni kościół katolicki. Podstawą relacji państwo – kościół jest znany z minionych wieków „sojusz tronu i kropidła”.

***

Każdy kreujący się na poważnego sułtan musi mieć swojego śmiertelnego wroga skrywającego się za granicą imperium. Obecny prezydent Turcji Erdoğan, odnawiający tam system sułtański, ma swojego Fethullaha Gülena w USA. Pan sułtan Kaczyński ma Donalda Tuska w Brukseli. W sułtanacie tureckim odpowiedzialnym za wszystkie porażki jest Gülen i jego zwolennicy. W Polsce takim Gülenem jest Tusk i „totalna opozycja”.

***

A harem? Gdzie jest w Polsce harem niezbędny w każdym systemie sułtańskim?

***

Spokojnie. Mamy i harem. Popatrzcie tylko na wianuszek posłanek otaczających sułtana Kaczyńskiego otoczonego zwykle przez obwarzanek ochroniarzy. Wianuszek zwany przez zazdrosnych posłów PiS – „bandą tapirów”. Zwany tak od stylu czesania się obowiązującego w żeńskich elitach PiS.
Jaśnie pan sułtan regularnie obcałowuje rączki „bandy tapirów” i słodzi ją swoimi żarcikami. O więcej mowy nie ma, bo sułtan Kaczyński, jak prezydent Kaczyński, „przypala, ale się nie zaciąga”. Dlatego banda tapirów nie liczy na sex z sułtanem, ani na prokreację. Na tym dworze najwyższym aktem łaski sułtańskiej jest bilet do Parlamentu Europejskiego.

***

Pamiętacie wezyra Beatę Szydło. Zwaną też na dworze „sułtanką Beatą”. Tak chciała się przypodobać swemu panu sułtanowi, że pokazała mu pazurki. Ten jednak zniesmaczył się takim obnażaniem i wezyr Beata popadła w niełaskę. Teraz spływa Dunajcem wypatrując pocieszenia w euro parlamencie.

***

System sułtański to także styl życia. Zauważcie, że prominenci PiS lubią nawiązywać do Sarmatów z I Rzeczpospolitej. A tamci swoje ubiory, uzbrojenie, uczty inspirowali wzorami czerpanych z imperium osmańskiego. Polski kontusz, pas słucki, szabla były wzorowane na ich tureckich odpowiednikach.

***

Nic zatem dziwnego, że w ubiegły piątek prominenci PiS urządzili sobie balangę, nazwaną dla oszukania „ciemnego ludu” – posiedzeniem Zgromadzenia Narodowego z okazji „550 – lecie polskiego parlamentaryzmu”, w iście sułtańskim stylu. W ekskluzywnym namiocie, bo takie wnętrza sułtani i eunuchy lubią. Namiocie wynajętym na jeden dzień za jeden milion złotych! Bo sułtanat to system lubiący ostentacyjny przepych.

***

Niestety podczas balangi namiot święcił rzędami pustych krzeseł, bo „raja” nie skorzystała z łaski eunuchów sułtańskich, i zbojkotowała obrady. Platforma Obywatelska nie przyszła a opozycja z Nowoczesnej i PSL demonstracyjnie wyszła podczas przemówienia sułtańskiego wezyra pana prezydenta Andrzeja Dudy. Pozostali parlamentarzyści Kukiz15, zachowujący się jak komsomoł PiS. Dlatego kosztowną budżetowo balangę obchodzono w wąskim gronie. Eunuchów i eunuszek. PiS jego kukizowego komsomołu.

***

Jan Duns Szkot, średniowieczny teolog i logik, dowodził, że fakt nie zapisany w źródłach historii faktycznie nie istnieje. Pewnie dlatego pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński, prominentny eunuch polityczny na dworze sułtana Kaczyńskiego, wprowadził doktrynę Jana Dunsa Szkota w życie.
Pod koniec wspomnianej balangi w namiocie wynajętym aż za milion złotych polskich odczytano protokół relacjonujący jej przebieg. Ku pamięci potomnym. W protokole ani słowem nie odnotowano bojkotu opozycyjnej rai. Kiedy jedyny, pozostający w namiocie, opozycyjny poseł próbował wnieść zgodną z prawdą i z obowiązującym Regulaminem Sejmu poprawkę odnotowującą protest opozycji parlamentarnej, to wspomniany wyżej, eunuchowaty politycznie pan Marszałek udawał, że nie widzi parlamentarzysty i jego poprawki.

***

Takim zachowaniem pan Marszałek Kuchciński złamał Regulamin Sejmu RP i tradycje polskiego parlamentaryzmu nakazują dopuszczanie do głosu opozycji. Nie uszanował zasad polskiego parlamentaryzmu nawet na obchodząc jego 550-lecie.

***

Jakub Hartwich, Iwona Hartwich, Aneta Rzepka, znani w protestu w Sejmie w obronie interesów niepełnosprawnych obywateli naszego kraju dostali zakaz wstępu do Sejmu. Wydał go wspomniany już wyżej pan marszałek Marek Kuchciński. Najgorszy marszałek w historii Sejmów III i IV Rzeczpospolitej, Regularnie mylący role marszałka polskiego Sejmu z funkcją kapo polskiego obozu koncentracyjnego.

***

Pan poseł Marek Suski w rozmowie z Robertem Mazurkiem ujawnił w „Dzienniku. Gazeta Prawna”, że miał poważną ofertę pracy w Hollywood na stanowisku perukarza damsko – męskiego. Szansę spełnienia się w tym zawodzie, bycia najlepszym nawet tam. Niestety zapisał się do PiS. Nie pierwszy to, i nie ostatni niestety, przypadek zmarnowania kariery, a może i życia, przez partię pana sułtana Kaczyńskiego.

Gowin idzie dalej

Nie pomogły prowadzone do ostatnich chwil protesty w ośrodkach akademickich, nie trafiły do ministra Gowina krytyczne argumenty. Ustawa 2.0, popychająca polską naukę dalej w neoliberalnym kierunku, została 3 lipca przed północą przegłosowana w Sejmie.

 

Protestacyjne pikiety odbywały się niemal do ostatnich chwil przed głosowaniem – w Krakowie aktywistki i aktywiści Akademickiego Komitetu Protestacyjnego demonstrowali przed biurem poselskim Jarosława Gowina, 2 lipca miały miejsce także happeningi we Wrocławiu i w Warszawie. Studentek, doktorantów, wykładowczyń i wykładowców nie opuszczała nadzieja, że rządząca partia – mimo arogancji, z jaką Gowin traktował protestujących – uwzględni głos tej części środowiska akademickiego, która w czerwcu zmobilizowała się w proteście przeciwko ustawie. Działacze kilkunastu komitetów protestacyjnych argumentowali, że „konstytucja dla nauki”, zamiast ratować polskie szkolnictwo wyższe, otworzy drogę do upolitycznienia uczelni, zniszczy mniejsze, regionalne uniwersytety i ostatecznie podporządkuje polską naukę doraźnym interesom biznesu.

Gowin miał za sobą rektorów, którym ustawa znacząco poszerza zakres uprawnień. Związki zawodowe podzieliły się w ocenie nowych przepisów – Rada Szkolnictwa Wyższego i Nauki ZNP dostrzegła w ustawie szereg pozytywnych, propracowniczych i prodoktoranckich rozwiązań, ale już Związek Nauczycielstwa Polskiego na UW, centrala „Solidarności” czy też mazowieckie struktury OPZZ zadeklarowały solidarność z protestującymi. Ministerstwo Nauki mogło jednak pozwolić sobie na zignorowanie protestów głównie dlatego, że AKP, chociaż organizowały spektakularne protesty i zaktywizowały studentów czy doktorantów w stopniu niebywałym na polskich uczelniach, nadal nie były ruchami aktywizującymi większość swoich społeczności akademickich.

W tym kontekście warto odnotować, że protestującym mimo wszystko udało się odnieść pewien sukces – w wersji ustawy, jaką Gowin chciał przepchnąć w Sejmie jeszcze w czerwcu, Rada Uczelni kontrolująca uniwersytet na wzór korporacyjnej rady nadzorczej, miała w 51 proc. składać się z osób spoza uniwersytetu. W wersji zmienionej po protestach akademicy i „zewnętrzni eksperci” (np. biznesmeni czy byli politycy) będą mieli po połowie miejsc.

Za ustawą padły 233 głosy, przeciwko – 195. Zdecydowała postawa PiS – 219 obecnych na sali posłów i posłanek w komplecie oddało głosy „za”. Co znamienne, na sali nie było ani Jarosława Kaczyńskiego, ani czołowych przedstawicieli tzw. „frakcji profesorskiej” w PiS, którzy w czerwcu przyłączyli się do krytyki ustawy. Do tego doszły głosy niezrzeszonych, Wolnych i Solidarnych, dwóch przedstawicieli klubu Kukiz’15 i jeden reprezentant PO. Opozycja parlamentarna zmobilizowała się dość znacząco – przeciwko „konstytucji dla nauki” był prawie cały klub PO, komplet posłów i posłanek Nowoczesnej, PSL i trzyosobowe koło Ryszarda Petru.

Teraz ustawą zajmie się Senat, potem pozostanie tylko podpis Andrzeja Dudy. Co dalej planują aktywiści z uczelni? „Nie ustaniemy w naszych staraniach o zapewnienie społeczności akademickiej opieki i ochrony, na jaką ona zasługuje. Nie zrobiło tego ministerstwo, nie zrobili posłowie – zrobimy to my” – czytamy w liście warszawskiego AKP. Aktywistki i aktywiści powtarzają w nim raz jeszcze swoją druzgocącą ocenę ustawy. „Edukacja wyższa stanie się dobrem luksusowym, dostępnym tylko nielicznym – tym szczęśliwie urodzonym w Warszawie i paru innych metropoliach bądź dość zamożnym, by się do nich przenieść. Badacze dotąd mogący demokratycznie współdecydować o przyszłości uczelni stracą odtąd wszelką możliwość podmiotowego głosu na rzecz scentralizowanej władzy” – piszą.

Fałszywy alarm

Nie ma czegoś takiego jak aborcja eugeniczna.

 

Z eugeniką mielibyśmy do czynienia wtedy, kiedy do rozrodu dopuszczono by wyłącznie „najlepsze” osobniki w celu „ulepszenia” gatunku. Nikt nie planuje eliminowania na przykład płodów ze skłonnością do łapania kataru. Mówienie zaś o eugenice w kontekście urodzeń dzieci z ciężkimi wadami, które albo wkrótce po narodzinach umrą, albo spędzą swój czas podłączone do skomplikowanej maszynerii, która umożliwi podtrzymywanie funkcji życiowych, ale nie normalną egzystencję – jest zwykłym zawracaniem głowy. Podobnie jest z upośledzeniami, które wykluczają zostanie rodzicem w przyszłości. Nie ma to nic wspólnego ze zjawiskiem „podrasowywania” przychodzących na świat ludzi. Jako społeczeństwo XXI wieku domagamy się prawa dokonania wyboru usunięcia nieprawidłowo rozwijającej się ciąży nie w kontekście projektowania puli genetycznej, ale po to, aby zapobiegać pojedynczym dramatom, do dźwigania których żaden – żaden! – człowiek nie powinien nigdy być zmuszany.

Kierownictwo PiS doskonale zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę i dlatego biegusiem skierowano projekt „Zatrzymaj aborcję” do prac w podkomisji. Dla wszystkich jest oczywiste, że Kaja Godek usiłująca zalać prezesa Kaczyńskiego betonem to zawodnik wagi piórkowej, podskakujący i wydający groźne bojowe okrzyki w nadziei, że przestraszy doświadczonego zawodnika sumo. Ten obrazek nieodmiennie wywołuje uśmiechy politowania nawet na prawicy. Partia rządząca cynicznie pozoruje ruch wokół projektu „Zatrzymaj aborcję”. Kulisy aż huczą od sugestii, że PiS przeciągnie pseudoprace nad ustawą nawet do wyborów parlamentarnych 2019.

Tylko my cały czas jesteśmy w klinczu pomiędzy grupą cynicznych rozgrywających, a nieobliczalnych fanatyków. Jedni robią z nas zwolenniczki genetycznych eksperymentów, a drudzy wymachują nam przed oczami ustawą stworzoną przez medialną krzykaczkę, próbując przykryć nią narastające problemy w służbie zdrowia, smród po proteście niepełnosprawnych, „skorygowaną” na życzenie Wielkiego Brata ustawę o IPN czy zaproszenie bandy ignorantów do Sądu Najwyższego. Tylko że dla nas to nie jest żadna abstrakcyjna karta przetargowa. To nam codziennie odmawia się przepisania recepty na antykoncepcję, to przed nami zataja się wyniki badań prenatalnych. Nas wreszcie wyrzuca się z Sejmu razem z naszymi już urodzonymi dziećmi na wózkach. Dlatego nie mają racji komentatorzy, którzy wzruszając ramionami twierdzili, że dzisiejsze posiedzenie komisji rodziny od początku było tylko „aborcyjną wrzutką” i „fałszywym alarmem”. Dla nas nie ma fałszywych alarmów. My na złożenie parasolek, schowanie czarnych kiecek do szafy i przyśnięcie na chwilę nie możemy sobie pozwolić.

Większość posłów jest zadeklarowanymi konserwatystami, nie zawracającymi sobie głowy poprawnym zrozumieniem definicji słowa „eugenika” ani też społecznymi skutkami zmuszenia kobiet do rodzenia „jak leci”. Oni, gdyby tylko zostali spuszczeni z krótkiej smyczy prezesa przeliczającego wszystko na słupki poparcia, za ustawą Godek głosowaliby nie tylko obiema rękoma, ale też nogami, głową i kością ogonową naraz. Niezależnie od tego, kiedy znów usłyszymy o ustawie Godek (przy okazji jakiejś konstytucyjnej wtopy albo ostatecznej klęski Mieszkania Plus) – nie traćmy czujności. W tej cynicznej grze to my jesteśmy niestety na najsłabszej pozycji.

„Godkowszczyzna” idzie do diabła

Fakt, że zwolennicy liberalizacji prawa do aborcji muszą bronić ostro przez siebie przez lata krytykowanej, restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej ze stycznia 1993 roku przed ultrasami domagającymi się całkowitego zakazu przerywania ciąży jest sam w sobie przygnębiający i upokarzający. Pojawiają się jednak pierwsze jaskółki zmiany sytuacji.

 

Krytycy obowiązującej od 25 lat ustawy o ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, będącej rezultatem niepisanej umowy politycznej, zawartej między ówczesną „umiarkowaną” prawicą i hierarchią kościoła kat., od samego początku zżymali się na określenie „kompromis”, jakim określano to rozwiązanie ustawowe. Stosowali je i stosują w stosunku do tej ustawy ci, którzy zasadniczo są przeciw prawu do aborcji, ale uważają, że jej całkowity zakaz byłby rujnujący społecznie, i powodowałby liczne dramaty kobiet. Zwolennicy „kompromisu” uważają się za umiarkowanych, którzy w imię spokoju społecznego przeciwstawiają się radykałom po obu stronach frontu walki: fanatykom pro-life czyli zwolenników „całkowitej ochrony życia poczętego” z jednej i fanatykom pro-choice, czyli zwolennikom daleko posuniętej liberalizacji z drugiej strony.

 

Kruszą się podstawy „kompromisu”

Jednak wydarzenia ostatnich dwóch lat pokazują, że podstawy rzekomego „kompromisu” ulegają erozji. Po pierwsze, naruszył je sam Kościół kat., którego hierarchia od ponad dwóch lat dopomina się o zmianę obecnych przepisów i wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji. Incydent z kwietnia 2016 roku, jaki miał miejsce w kościele świętej Anny w Warszawie, kiedy to jedna z działaczek feministycznych zakłóciła odczytywanie listu biskupów domagających się „pełnej ochrony życia poczętego” był z tego punktu widzenia emblematyczny. To wystąpienie nie było bowiem aktem obrony ustawowego „kompromisu” wokół prawa aborcyjnego, lecz jedną z oznak ostatecznego wypowiedzenia przez liberalnie i progresywnie usposobione środowiska kobiece zgody na jakikolwiek, choćby minimalny konsensus wokół niego. To właśnie wtedy żądania liberalizacji prawa do aborcji znalazły się w centrum debaty społecznej. Do tej pory było inaczej. Przez minione dekady postulat liberalizacji w ogóle nie miał prawa obywatelstwa i był uważany za formę niecelowego awanturnictwa nawet przez część liberalnie usposobionych środowisk kobiecych i ich sojuszników. Na kolejne ataki antyaborcyjnych fanatyków odpowiadały one wyłącznie obroną status quo z 1993 roku. Postulaty liberalizacji spychane były do niszy i traktowane, w najlepszym razie, jako wyraz braku poczucia rzeczywistości u tych, którzy je formułowali. Kwestia liberalizacji prawa do aborcji została ostatecznie wprowadzona do głównego nurtu debaty w rezultacie masowego, ogólnopolskiego „czarnego protestu” z 3 października 2016 roku. Już nie tylko aktywistki i liderki ruchów kobiecych umieściły je wśród swoich głównych celów, ale uznały je za swoje także setki tysięcy zwykłych uczestniczek protestów. Co więcej, i w tym względzie nastąpił postęp i przesunięcie akcentów. Do głównego nurtu sporu weszło żądanie prawa do aborcji na życzenie. To krok dalej niż stosowane dotąd bardziej ogólnikowe pojęcie „liberalizacji”.

 

Bunt pokolenia szkolnej katechezy

Trzon generacyjny „czarnych protestów” utworzyły młode kobiety urodzone „w okolicach” owego roku 1993 czyli 20-30-letnie. Paradoksalnie – w większości przypadków to uczestniczki katechezy, czyli lekcji religii wprowadzonej do szkół przez rząd Tadeusza Mazowieckiego w roku 1990. Przedstawiciele Kościoła kat. i prawicowi, konserwatywni publicyści nie kryli szoku z powodu „agresywnej ekspresji” i „wulgarności” młodych, protestujących kobiet. Ćwierćwiekowa indoktrynacja katolicka w szkołach przyniosła – z ich punktu widzenia – skutki przeciwne do zamierzonych. Na swojej katolickiej piersi Kościół kat. „wyhodował żmiję”. Nie udało się zapisać tysięcy młodych kobiet do „pokolenia JP2”. Okazało się przy tym, że kwestia prawa do aborcji nie jest jedyną, która konstytuuje ich postawy. W ślad za nią pojawiły się żądania respektowania świeckości państwa, laickości w życiu publicznym i ograniczenia w jego ramach roli kleru.

 

Zamiast „wiosny Kościoła” – aborcja „na życzenie”

Niedawno ogłoszone wyniki badań amerykańskiego ośrodka Pew Research Center, pokazały fenomen dla wielu zaskakujący, a nawet szokujący. Oto polskie młode pokolenie, uważane za bardzo konserwatywne, najbardziej w Europie, i pasowane przez lata na „pokolenie JP2”, zwane też czasem „pokoleniem Lednicy”, w którym Kościół pokładał nadzieję na „wiosnę Kościoła”, okazuje się nie tylko najmniej religijną grupą pokoleniową. Dynamika spadku szeroko rozumianej religijności w tej kategorii wiekowej czyni bowiem Polskę liderem światowym w tej kategorii. Dlatego już nie tak zaskakujące mogą być wyniki badania stosunku do „aborcji na życzenie”, przeprowadzone przez ośrodek Kantar Polska w kwietniu i maju 2018 roku. Okazało się, że o ile na pytanie: „Czy popierasz dopuszczenie aborcji na życzenie?” pośród ogółu ankietowanych „nie” odpowiedziało 46 procent, a „tak” – 40 procent, o tyle w grupie wiekowej 15-24 odpowiedź „tak” dało 46 procent, a „nie” – 33 procent (przy dużym odsetku niezdecydowanych – 21 procent), podczas gdy w grupie wiekowej powyżej 54 lat te proporcje były odwrotne (i silniejsze) – „nie” – 59 procent, „tak” – 27 procent.

 

Skąd ten „gest Kozakiewicza”?

Jak oceniać te wyniki, które zdają się silnie podważać przeświadczenia co do postaw młodego pokolenia, żywione od co najmniej kilkunastu lat? Pogłębiona odpowiedź na to pytanie wymagałaby dużo bardziej gruntownych i szerokich badań niż zwykłe sondaże. Wymagałaby badań podobnych do tych, dotyczących przyczyn poparcia dla PiS, które w anonimowym Miastku przeprowadził Maciej Gdula. Jednak już dziś można sformułować przynajmniej dwie swobodne hipotezy. Po pierwsze, przeświadczenia o „konserwatywnym” i „katolickim” profilu młodego pokolenia Polaków formułowano w okresie emocjonalnego uniesienia po śmierci Jana Pawła II w 2005 roku, a później już tylko samoutrwalano się w poczuciu reprezentatywności przeprowadzonych wtedy sondaży i poczynionych obserwacji. Po drugie, 20-25-latkowie z 2005 roku przekroczyli już trzydziestkę i zbliżają się (lub już przekroczyli) czterdziestkę. Część z nich zapewne zasiliła już szeregi bardziej religijnej, starszej części społeczeństwa. Dzisiejsi 20-25-latkowie do „pokolenia JP2” najzwyczajniej, z metrykalnego punktu widzenia należeć nie mogą. Oni są już tylko „ofiarami” katastrofalnie źle i nieskutecznie prowadzonej katechezy. Dla nich Kościół kat. to nie charyzmat JP2, na którego świadomą konsumpcję byli zbyt młodzi, lecz już tylko coraz bardziej trywialna, nużąca, obciachowa, opresyjna i anachroniczna w formach codzienna rzeczywistość w szkole i poza nią. A gdy ten „codzienny” Kościół i jego eksponenci zagroził ich osobistym prawom i wolnościom, nie dali rady i pokazali gest Kozakiewicza.

 

„Godkowszczyzna” spylona do kąta

W tej sytuacji ruch PiS, które po raz kolejny pokazało fanatycznej „godkowszczyźnie”, gdzie jej miejsce i w poniedziałek „spyliło” na „zesłanie” do podkomisji sejmowej, która dla niej jest piekłem, projekt „Zatrzymaj aborcję”, nie jest już tylko – obiektywnie – taktycznym manewrem politycznym. Jest wyrazem pewnego realizmu większości formacji rządzącej. Efektem wyciągnięcia wniosków z nowej rzeczywistości społecznej, która tworzy się wokół kwestii prawa do przerywania ciąży.

ByleJaki immunitet już nie chroni

Sąd Najwyższy dał po nosie Patrykowi Jakiemu. Okazuje się, że z sejmowej mównicy nie można powiedzieć dosłownie wszystkiego, co się chce, „bo immunitet”.

 

Orzeczenie sądu Najwyższego zapadło we wtorek 19 czerwca w sprawie cywilnej, którą w 2016 roku poseł PO Robert Kropiwnicki wytoczył Patrykowi Jakiemu. Wiceminister sprawiedliwości podczas sejmowej debaty na temat pisowskich reform sądownictwa i prokuratury zasugerował z rozpędu, że Kropiwnicki w swoim mieszkaniu w Legnicy ma agencję towarzyską.
Powiedział dokładnie to: „Sytuacja jest trudna, bo poseł Kropiwnicki wychodzi na mównicę i mówi wielokrotnie o standardach. Problem polega na tym, że mieszkańcy okręgu pana posła Kropiwnickiego skarżą się, że pan poseł Kropiwnicki w swoim mieszkaniu prowadzi agencję towarzyską”.

 

Precedensowy wyrok

Dwa lata później sprawa trafiła aż przed Sąd Najwyższy i stała się precedensowym wyrokiem. Do tej pory nikt nie odważył się tak stanowczo postawić granic immunitetowi parlamentarnemu.
– Moją intencją nie było przedstawienie pana posła Roberta Kropiwnickiego jako osoby, która prowadzi agencję towarzyską. Jeżeli ktoś tak zrozumiał, to bardzo przepraszam – tłumaczył się Jaki zaraz po incydencie, ale opinia publiczna wiedziała swoje. Wyraźnie bowiem użył określenia „prowadzi”, co sugerowało wiedzę, zgodę i czynny udział.
„Zejdź z mównicy!” – napadli na Jakiego słusznie oburzeni posłowie PO, a Sławomir Neumann zwrócił się wówczas do Beaty Szydło o dymisję wiceszefa resortu sprawiedliwości.
Jedne media podają, że była to plotka. Tej wersji trzymał się zresztą sam Kropiwnicki. – To był typowo sąsiedzki konflikt. Mieszkają tam głównie starsi ludzie, dla których rozrywkowe dziewczyny, które zapraszają na noc chłopaków, to od razu prostytutki – miał mówić „Faktowi”.
Inne tytuły podają, że faktycznie agencja działała w mieszkaniu posła, pod jego nosem – faktem, w który wszyscy są zgodni, jest natomiast to, że polityk po rozpętaniu się tej burzy wypowiedział umowę najmu „przedsiębiorczym” lokatorom. Zdarza się najlepszym. Zwłaszcza, że Kropiwnicki w Legnicy miał bodajże siedem mieszkań na wynajem.
Od Jakiego zażądał przeprosin oraz wpłaty 20 tys. złotych na lokalny szpital.

 

Sąd sądowi sądem

W 2016 roku, kiedy sprawa toczyła się jeszcze przed Sądem Okręgowym w Warszawie, sędzia Alicja Fronczyk stwierdziła w orzeczeniu, że Patryk Jaki celowo dopuścił się ataku personalnego na oponenta, aby uciąć niewygodną dla siebie dyskusję i uniknąć merytorycznej krytyki. Co więcej, uznała, że w tym wypadku immunitet nie ma zastosowania.
„Nie ma podstaw konstytucyjnych by immunitet traktować jako środek mający zapewnić bezkarność parlamentarzysty, który narusza prawo” – napisała w uzasadnieniu. To właśnie te słowa tak bardzo rozsierdziły Jakiego, że publicznie groził sędzi postępowaniem dyscyplinarnym, za co później przepraszał. Zostało to bowiem bardzo źle przyjęte, nawet w jego macierzystej formacji.
Najlepsze jest to, że teraz, po wyroku Sądu Najwyższego sprawa prawdopodobnie wróci do tej samej sędzi. Jaki wnioskował co prawda o jej wyłączenie na dalszym etapie postępowania, ale Sąd Apelacyjny nie wyraził na to zgody. Teraz karma prawdopodobnie wróci.
Natomiast w 2017 roku szala przechyliła się na korzyść wiceministra sprawiedliwości. Sąd Apelacyjny przyznał mu rację i oddalił pozew posła PO. Zdanie na temat agencji miało być według sądu częścią (nie)parlamentarnej debaty:
„To, że poseł posłużył się argumentem ad personam nie może mieć decydującego znaczenia, gdyż ta wypowiedź nie nabrała z tej przyczyny autonomicznego charakteru względem wystąpienia w Sejmie” – napisano tym razem w orzeczeniu.
Uznano, iż Sąd Okręgowy bezzasadnie oceniał zakres immunitetu, ponieważ „zgodnie z artykułem 6 ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora, do zadań posła chronionych immunitetem należą wystąpienia w Sejmie”. Dopiero w wypowiedziach dla prasy lub poza Sejmem parlamentarzysta musi wykazać, że dotyczą one sprawowanej przez niego funkcji. Ale we wtorek 19 czerwca 2018 SN zrównał tę argumentację z ziemią.
– Po rozpoznaniu na posiedzeniu niejawnym w Izbie Cywilnej skargi kasacyjnej powoda od postanowienia Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 11 kwietnia 2017 r. SN uchylił zaskarżone postanowienie – powiedział w rozmowie z Polską agencją Prasową Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego Sądu Najwyższego.

 

Immunitet? Precz z tym

Aż 94 proc. Polaków nie chce, by politykom przysługiwał immunitet w sprawach karnych – wynika z badania przeprowadzonego w lutym 2018 przez Instytut Pollster na zlecenie „Super Expressu”.
– Zdaniem społeczeństwa immunitet to ochrona dla polityków. A przecież wszyscy powinni być równi wobec prawa – komentował wówczas wyniki badania politolog dr Bartłomiej Biskup. Jednocześnie podkreślił, że „immunitet został stworzony aby pomóc zachować równowagę w politycznej walce pomiędzy ekipą rządzącą a opozycją, a nie tylko po to, by w sprawach karnych politycy chowali się za przywilejami”.
Z ostatnich bulwersujących spraw, w których immunitet nie ochronił parlamentarzystów, wymienić można m.in. przypadek Stanisława Gawłowskiego. Dotyczyło to tzw. afery melioracyjnej, czyli nieprawidłowości przy realizacji 105 inwestycji przez Zachodniopomorski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych w Szczecinie. Polityk usłyszał zarzuty – między innymi o charakterze korupcyjnym. Zrzekł się więc immunitetu. Miał przyjąć co najmniej 200 tys. zł łapówki w czasie pełnienia funkcji wiceministra środowiska za rządów PO-PSL.
Więcej szczęścia miał senator z PiS Stanisław Kogut. Według prokuratury polityk partii rządzącej miał przyjąć szereg łapówek o wartości ponad miliona złotych. Senatora przed zatrzymaniem uratowali partyjni koledzy, którzy zagłosowali przeciwko tymczasowemu aresztowaniu Stanisława Koguta.
Jeszcze z innej beczki: immunitety nie uchroniły Ryszarda Petru i Kamili Gasiuk-Pihowicz. Głosami większości parlamentarnej oraz posłom i posłankom Kukiz’15 przegłosowano w kwietniu uchylenie tarczy ochronnej.
W przypadku Gasiuk, również chodziło o słowa wypowiedziane z mównicy sejmowej, dotyczące Dawida Jackiewicza.
– Były minister skarbu w obecnym rządzie Beaty Szydło, w czasie poprzednich rządów PiS w 2006 r. brał udział w awanturze, która doprowadziła do śmierci bezdomnego człowieka. Polityk PiS wdał się z nim w szarpaninę, popchnął go, głowa tego bezdomnego człowieka roztrzaskała się o beton. A potem co zrobiła prokuratura Ziobry? Umorzyła sprawę partyjnego kolegi, mimo że po awanturze z nim zginął człowiek – mówiła posłanka Nowoczesnej. Były minister chce od niej 100 tys, zł odszkodowania.
Natomiast założyciel Nowoczesnej stracił immunitet za nazwanie w publicznym wystąpieniu 16 lipca 2017 r. przed budynkiem Sejmu Macieja Wąsika i Mariusza Kamińskiego „przestępcami”.
W 2014 immunitet nie ochronił posła Jana Burego z PSL przed przeszukaniem biura poselskiego oraz pokoju hotelowego przez CBA na zlecenie Andrzeja Seremeta. Również chodziło o aferę z korupcją w tle.
Ponieważ posłowie burczeli wówczas silnie na działania prokuratora generalnego – Seremet osobiście pofatygował się do Sejmu, aby wyjaśnić, co następuje: – Immunitet nie chroni posła przed przeszukaniem w postępowaniu przygotowawczym.
Poinformował też, że sam poseł PSL nie miał zastrzeżeń co do sposobu przeszukania i został poinformowany o jego celu.
Jak widać, immunitet powoli odchodzi do lamusa, a posłowie i senatorowie przestają czuć się tak pewnie, jak było to w latach pierwszej dekady III RP.

Protest nie wygaśnie

Głosowanie nad ustawą 2.0, przeciwko której protestowali w ostatnich tygodniach studenci, doktoranci i wykładowcy, zostało przełożone na lipiec. Działaczki i działacze jedenastu lokalnych Akademickich Komitetów Protestacyjnych zawieszają swoje wystąpienia w poczuciu, że okupacja budynków uniwersyteckich okazała się skuteczna; zapowiadają także, że ruch na uczelniach nie wygaśnie.

 

Protestujący na uniwersytetach nie pozostawiali na ustawie suchej nitki. Prof. Tomasz Majewski z Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego wyliczył w rozmowie ze Strajkiem.eu cały szereg rozwiązań, które zaszkodzą polskiej Akademii: wprowadzenie instytucji Rad Uczelni złożonych w ponad połowie z osób spoza uniwersytetów (co nieuchronnie zaowocuje upolitycznieniem nauki lub podporządkowaniem jej doraźnym interesom biznesu), zmiany w klasyfikacji dyscyplin naukowych nieuwzględniajace ich specyfiki i przedmiotu badań, rozszerzenie uprawnień ministra i danie mu bezpośredniego wpływu na programy studiów.

– Uderzenie w samorządność i autonomię uniwersytetów w Polsce zagraża nam wszystkim, nawet przy korzystnym dla pewnych kręgów przekierowaniu wąskiego, niewystarczającego dla realnego rozwoju nauki strumienia finansowego. Jakkolwiek nie zgadzam się ze wszystkimi postulatami, głoszonymi przez protestujących, to jednak pewna wyrwa w murze akademickiego milczenia została zrobiona – powiedział z kolei Strajkowi.eu Piotr Kuligowski, doktorant na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, kierujący grantem Narodowego Centrum Nauki. – Co do samej reformy zaś, jej największą wadą jest brak realnej podstawy materialnej. Nie można od naukowców oczekiwać więcej, nie oferując w zamian realnego wsparcia instytucjonalnego dla ich pracy, np. w postaci mniejszego pensum dydaktycznego czy systemowego wsparcia dla zagranicznych publikacji.

Głosy krytyki były do ostatniej chwili dezawuowane przez Jarosława Gowina, który twierdził, że w protest zaangażowała się tylko garstka studentów, z których część związana jest z lewicowymi organizacjami politycznymi, co w mniemaniu konserwatywno-liberalnego ministra miało dodatkowo odbierać im wiarygodność. Mimo to w ostatniej chwili do ustawy wprowadzono prawie 200 poprawek, dostarczając je na posiedzenie sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży tak, że posłowie i posłanki opozycji nie mieli praktycznie szans się z nimi zapoznać. Niektóre uwzględniały jeden z najgłośniej artykułowanych postulatów – zmieniały koncepcję Rady Uczelni, która w nowej wersji miała już być zdominowana przez samych akademików, a nie „zewnętrznych ekspertów” i „menadżerów”.

Gowin poszukiwał również poparcia dla swojej ustawy w ławach opozycji, wiedząc, że nie może liczyć na stuprocentowe poparcie posłów PiS. Bez powodzenia – zarówno PO, jak i Nowoczesna zapowiedziały głosowanie przeciw. Obie partie opozycji skalkulowały, że w danym momencie opłaci się im stanąć po stronie protestujących, chociaż ogólnie nie są przeciwne neoliberalnym rozwiązaniom w nauce – szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer w rozmowie z oko.press podkreślała, że nadal widzi w ustawie „wartościowe i dobre zapisy”.

Dalsze prace nad ustawą zostały przełożone na lipiec. Niewykluczone, że Gowin czeka, aż do pełni zdrowia wróci Jarosław Kaczyński, podobno wielki zwolennik „konstytucji dla nauki”. Niemniej ministerstwo utrzymuje, że nic się nie stało – „nie ma mowy o żadnym wycofaniu projektu”.

Nie tylko Szydło pokazała pazurki

Zachęceni inicjatywą Krzysztofa Brejzy, kolejni posłowie piszą interpelacje i uzyskują informacje o kolejnych nagrodach. Nie tylko Beata Szydło się ceniła.

 

Bo okazuje się, że 2 miliony przeznaczono w 2017 roku na nagrody w Kancelarii Prezydenta. Ale co ciekawe, ani grosza nie zobaczył z tego Andrzej Duda. Za to szefostwo jego biura – a i owszem.
270 tysięcy – tyle dostała wierchuszka. Praktycznie wszyscy dostali nagrody wyższe niż w 2016 (poza Maciejem Łopińskim i Małgorzatą Sadurską, który już w Kancelarii nie pracują). Cała reszta rozeszła się po urzędniczej drobnicy. Rekordzistą okazał się Krzysztof Szczerski – otrzymał w ubiegłym roku 41407,75 zł. 38 tys. zgarnął minister Paweł Mucha – prawa ręka Dudy jeśli chodzi o referendum konstytucyjne.
Halina Szymańska, Adam Kwiatkowski, Andrzej Dera i Wojciech Kolarski – to ta część szefostwa, której dostało się po 30 tys. Nawet Krzysztof Łapiński, który sekretarzem stanu został w 2017 roku, załapał się na 23 tysiące.
Kancelaria stanowczo podkreśliła, że nagrody od Szydło mogły być bulwersujące, ale nagrody od Dudy bynajmniej nie są.
„Nagrody nie były stałym dodatkiem do pensji, jak miało to miejsce w rządzie Beaty Szydło, tylko przyznano jest uznaniowo za wyniki w pracy”. Jakie to były wyniki, opinia publiczna się nie dowie. Dowiedziała się za to, że w żadnym wypadku ministrowie prezydenccy nie muszą nic oddawać na Caritas.
Tymczasem w Ministerstwie Finansów, kierowanym przez Mateusza Morawieckiego, też żyło się całkiem tłuściutko. Sam szef resortu zanim poszedł w premiery, zgarnął 75 tys. za 2017 rok. W sumie do listopada 2015 do kwietnia 2018 nagrodami „zmotywowano do lepszej pracy” ponad 3 tysiące urzędników wyższego i niższego szczebla. Przeznaczono na to 80 milionów przez 3 lata. Z tym, że oczywiście – te nagrody również były ok, nie to co złe pazurki Szydłowej.
„Nagrody pochodzą z utworzonego, w ramach środków na wynagrodzenia funduszu nagród. Nie stanowią zatem dodatkowego obciążenia dla budżetu państwa” – podało Ministerstwo, któremu najwyraźniej fundusz ten wyrósł na drzewku pod oknem.
To jeszcze tak dla formalności. W resorcie kierowanym obecnie przez Teresę Czerwińską nagrody otrzymali za ubiegły rok również: Marian Banaś (67,4 tys. zł), Piotr Nowak (66,4 tys. zł), Leszek Skiba (66,4 tys. zł), Wiesław Janczyk (62,4 tys. zł).
Marszałek Karczewski właśnie złożył u prezydenta prośbę o przyklepanie obniżek wynagrodzenia prezydium Sejmu. Ponoć na głosowaniu sejmowym dotyczącym obniżki uposażeń dyscypliny partyjnej nie było…

Tolerancja na sprzedaż

Kiedyś pewien stary dziennikarz zwrócił uwagę na dość oczywistą rzecz, o której jednak nagminnie zapominamy: rozumienie słowa „tolerancja”.

 

Oznacza to ni mniej, ni więcej, że gotowi jesteśmy dopuszczać w swoim otoczeniu zjawiska i zachowania, z którymi się nie zgadzamy lub którym jesteśmy przeciwni. Robimy tak, dopuszczając zaburzanie swojego spokoju i ułożonego już obrazu świata, ponieważ uważamy, że są wartości, w imię których ci inni, z którymi się nie zgadzamy, mają prawo funkcjonować tak samo jak i my. Może to wynikać nie tylko z naszej szlachetności, może też być zimną kalkulacją: jeżeli ja pozwolę tym innym funkcjonować obok mnie, kiedy jestem od nich silniejszy i mam instrumenty uniemożliwiające ich aktywność, to kiedy role się odwrócą, oni zachowają się tak samo wobec mnie.

Czasem, słusznie lub nie, patrzę na to, jak na pewną grę. Protestujący rodzice niepełnosprawnych w Sejmie skorzystali z jej reguł. Weszli do parlamentu, by wyrazić swoje stanowisko. Czy skorzystali z pomocy opozycyjnego parlamentarzysty? Być może. A co, nie mogli? Mogli, jak najbardziej. Władza, przeciwko której demonstrowali, robiła co mogła, by protest ich jak najbardziej im uprzykrzyć, jednocześnie stwarzając wrażenie, że jest otwarta na dialog i wysłuchuje postulatów protestujących i nachyla się nad ich problemami. Choć niewiele miało to wspólnego z prawdą.

Protest eskalował w emocjach i politycznym znaczeniu. Jakaś nieszczęśliwa kobiecina mówiła, że jej śmierdzi, straż marszałkowska popychała i wyrywała hasła, protestujące chciały zwrócić na siebie uwagę międzynarodowych gości, mówiąc krótko, wszystko to mieściło się w regułach wzajemnych relacji.

Teraz jednak pan marszałek Kuchciński poszedł krok dalej. Oświadczył, że protestujący muszą za swą akcję po prostu zapłacić. Podano podstawy obliczeń:

„Kancelaria Sejmu zapewniła osobom protestującym całodzienne wyżywienie, także w dni wolne od pracy i święta. Były to codziennie przygotowywane przez pracowników Kancelarii posiłki, składające się ze śniadania, dwudaniowego obiadu oraz kolacji. Były one dostarczane w godzinach uzgodnionych z protestującymi. Kancelaria Sejmu uwzględniła też sugestie osób protestujących np. co do rodzajów pieczywa”.

Niesłusznie Kancelaria Sejmu zatrzymała się w pół drogi. A gdzie wyliczenia kosztów zużytej wody, papieru toaletowego, prądu, który szedł do rozmaitych urządzeń podtrzymujących telepiące się w niepełnosprawnych ludziach życie? Ale spokojnie, jestem pewien, że te wyliczenia zostaną dopisane do rachunku, podobnie jak ilość środków dezynfekcyjnych, którymi odkażano miejsca po koczujących protestujących i pewnie cena remontu tego kącika, który zajmowali przez 40 dni też się tam pojawi. Myślę, że i pewna posłanka powinna śmiało dorzucić wartość perfum, którymi zraszała swe nozdrza, by jej nie cuchnęli ludzie na wózkach inwalidzkich. Nie zapominajmy też o rodzajach pieczywa, to bardzo ważne i humanitarne przecież.

A przecież było wyjście: można było ich nie karmić, zamknąć łazienki i odciąć prąd. A niech cierpią, aż do ostatecznego rozwiązania swej kwestii. „Ostatecznego” proszę rozumieć dosłownie.

Ta skrupulatność pisowskiego funkcjonariusza w obliczaniu kosztów, którymi chcą obciążyć ludzi, wyrażających zgodnie z demokracją swoją niezgodę na rzeczywistość, doprawdy przypomina mi, z zachowaniem wszelkich proporcji, rachunek dla rodzin skazańców za kulę, którą ich zabijano.