Nie tylko Szydło pokazała pazurki

Zachęceni inicjatywą Krzysztofa Brejzy, kolejni posłowie piszą interpelacje i uzyskują informacje o kolejnych nagrodach. Nie tylko Beata Szydło się ceniła.

 

Bo okazuje się, że 2 miliony przeznaczono w 2017 roku na nagrody w Kancelarii Prezydenta. Ale co ciekawe, ani grosza nie zobaczył z tego Andrzej Duda. Za to szefostwo jego biura – a i owszem.
270 tysięcy – tyle dostała wierchuszka. Praktycznie wszyscy dostali nagrody wyższe niż w 2016 (poza Maciejem Łopińskim i Małgorzatą Sadurską, który już w Kancelarii nie pracują). Cała reszta rozeszła się po urzędniczej drobnicy. Rekordzistą okazał się Krzysztof Szczerski – otrzymał w ubiegłym roku 41407,75 zł. 38 tys. zgarnął minister Paweł Mucha – prawa ręka Dudy jeśli chodzi o referendum konstytucyjne.
Halina Szymańska, Adam Kwiatkowski, Andrzej Dera i Wojciech Kolarski – to ta część szefostwa, której dostało się po 30 tys. Nawet Krzysztof Łapiński, który sekretarzem stanu został w 2017 roku, załapał się na 23 tysiące.
Kancelaria stanowczo podkreśliła, że nagrody od Szydło mogły być bulwersujące, ale nagrody od Dudy bynajmniej nie są.
„Nagrody nie były stałym dodatkiem do pensji, jak miało to miejsce w rządzie Beaty Szydło, tylko przyznano jest uznaniowo za wyniki w pracy”. Jakie to były wyniki, opinia publiczna się nie dowie. Dowiedziała się za to, że w żadnym wypadku ministrowie prezydenccy nie muszą nic oddawać na Caritas.
Tymczasem w Ministerstwie Finansów, kierowanym przez Mateusza Morawieckiego, też żyło się całkiem tłuściutko. Sam szef resortu zanim poszedł w premiery, zgarnął 75 tys. za 2017 rok. W sumie do listopada 2015 do kwietnia 2018 nagrodami „zmotywowano do lepszej pracy” ponad 3 tysiące urzędników wyższego i niższego szczebla. Przeznaczono na to 80 milionów przez 3 lata. Z tym, że oczywiście – te nagrody również były ok, nie to co złe pazurki Szydłowej.
„Nagrody pochodzą z utworzonego, w ramach środków na wynagrodzenia funduszu nagród. Nie stanowią zatem dodatkowego obciążenia dla budżetu państwa” – podało Ministerstwo, któremu najwyraźniej fundusz ten wyrósł na drzewku pod oknem.
To jeszcze tak dla formalności. W resorcie kierowanym obecnie przez Teresę Czerwińską nagrody otrzymali za ubiegły rok również: Marian Banaś (67,4 tys. zł), Piotr Nowak (66,4 tys. zł), Leszek Skiba (66,4 tys. zł), Wiesław Janczyk (62,4 tys. zł).
Marszałek Karczewski właśnie złożył u prezydenta prośbę o przyklepanie obniżek wynagrodzenia prezydium Sejmu. Ponoć na głosowaniu sejmowym dotyczącym obniżki uposażeń dyscypliny partyjnej nie było…

Tolerancja na sprzedaż

Kiedyś pewien stary dziennikarz zwrócił uwagę na dość oczywistą rzecz, o której jednak nagminnie zapominamy: rozumienie słowa „tolerancja”.

 

Oznacza to ni mniej, ni więcej, że gotowi jesteśmy dopuszczać w swoim otoczeniu zjawiska i zachowania, z którymi się nie zgadzamy lub którym jesteśmy przeciwni. Robimy tak, dopuszczając zaburzanie swojego spokoju i ułożonego już obrazu świata, ponieważ uważamy, że są wartości, w imię których ci inni, z którymi się nie zgadzamy, mają prawo funkcjonować tak samo jak i my. Może to wynikać nie tylko z naszej szlachetności, może też być zimną kalkulacją: jeżeli ja pozwolę tym innym funkcjonować obok mnie, kiedy jestem od nich silniejszy i mam instrumenty uniemożliwiające ich aktywność, to kiedy role się odwrócą, oni zachowają się tak samo wobec mnie.

Czasem, słusznie lub nie, patrzę na to, jak na pewną grę. Protestujący rodzice niepełnosprawnych w Sejmie skorzystali z jej reguł. Weszli do parlamentu, by wyrazić swoje stanowisko. Czy skorzystali z pomocy opozycyjnego parlamentarzysty? Być może. A co, nie mogli? Mogli, jak najbardziej. Władza, przeciwko której demonstrowali, robiła co mogła, by protest ich jak najbardziej im uprzykrzyć, jednocześnie stwarzając wrażenie, że jest otwarta na dialog i wysłuchuje postulatów protestujących i nachyla się nad ich problemami. Choć niewiele miało to wspólnego z prawdą.

Protest eskalował w emocjach i politycznym znaczeniu. Jakaś nieszczęśliwa kobiecina mówiła, że jej śmierdzi, straż marszałkowska popychała i wyrywała hasła, protestujące chciały zwrócić na siebie uwagę międzynarodowych gości, mówiąc krótko, wszystko to mieściło się w regułach wzajemnych relacji.

Teraz jednak pan marszałek Kuchciński poszedł krok dalej. Oświadczył, że protestujący muszą za swą akcję po prostu zapłacić. Podano podstawy obliczeń:

„Kancelaria Sejmu zapewniła osobom protestującym całodzienne wyżywienie, także w dni wolne od pracy i święta. Były to codziennie przygotowywane przez pracowników Kancelarii posiłki, składające się ze śniadania, dwudaniowego obiadu oraz kolacji. Były one dostarczane w godzinach uzgodnionych z protestującymi. Kancelaria Sejmu uwzględniła też sugestie osób protestujących np. co do rodzajów pieczywa”.

Niesłusznie Kancelaria Sejmu zatrzymała się w pół drogi. A gdzie wyliczenia kosztów zużytej wody, papieru toaletowego, prądu, który szedł do rozmaitych urządzeń podtrzymujących telepiące się w niepełnosprawnych ludziach życie? Ale spokojnie, jestem pewien, że te wyliczenia zostaną dopisane do rachunku, podobnie jak ilość środków dezynfekcyjnych, którymi odkażano miejsca po koczujących protestujących i pewnie cena remontu tego kącika, który zajmowali przez 40 dni też się tam pojawi. Myślę, że i pewna posłanka powinna śmiało dorzucić wartość perfum, którymi zraszała swe nozdrza, by jej nie cuchnęli ludzie na wózkach inwalidzkich. Nie zapominajmy też o rodzajach pieczywa, to bardzo ważne i humanitarne przecież.

A przecież było wyjście: można było ich nie karmić, zamknąć łazienki i odciąć prąd. A niech cierpią, aż do ostatecznego rozwiązania swej kwestii. „Ostatecznego” proszę rozumieć dosłownie.

Ta skrupulatność pisowskiego funkcjonariusza w obliczaniu kosztów, którymi chcą obciążyć ludzi, wyrażających zgodnie z demokracją swoją niezgodę na rzeczywistość, doprawdy przypomina mi, z zachowaniem wszelkich proporcji, rachunek dla rodzin skazańców za kulę, którą ich zabijano.

Bohater naszych czasów

Poseł Stanisław Pięta to człowiek niewątpliwie wybitny inaczej, inteligentny inaczej, a ostatnie wypadki pokazują, że jest to nawet katolik inaczej.

Ówcześnie mało znanego posła wspominam jeszcze z tych czasów, gdy domagał się nacjonalizacji majątku Związku Nauczycielstwa Polskiego, a z senatorem Janem Filipem Libickim (który chyba już wtedy odszedł z PiS do Platformy Obywatelskiej) licytował się, który z nich przygotuje bardziej antypracowniczą ustawę o związkach zawodowych.
Potem poseł Pięta nie lubił – podobnie jak nauczycieli – kilku innych grup społecznych, m.in. lekarzy. Ostatnio domagał się siłowego wyrzucenia niepełnosprawnych i ich rodziców z Sejmu. Miał jeszcze kilka innych – łagodnie mówiąc – „wybitnych” wypowiedzi i działań.

 

Polityczny meteor

Poseł Pięta to aktywny prawicowy działacz polityczny na terenie Bielska-Białej. Jego kariera polityczna nie jest co prawda tak bogata jak europosła Ryszarda Czarneckiego czy prezesa TVP Jarosława Kurskiego, ale też zaliczył kilka partii – od początku lat 90. XX wieku Konfederację Polski Niepodległej, Ligę Republikańską, Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe i Przymierze Prawicy (a być może to nie wszystkie). Wydawał też pismo „Zakaz skrętu w lewo”. Do Prawa i Sprawiedliwości trafił dopiero w 2001 roku.
Dziwne jest, że PiS skierował tak niestabilnego i kontrowersyjnego człowieka do działalności sejmowej w komisjach raczej wymagających dużej odpowiedzialności, autorytetu i na pewno stabilności życiowej – bo przecież jego związek pozamałżeński stał się dobrą zabawą dla dziennikarzy, ale przecież mógł się stać przyczyną zwykłego szantażu czy to finansowego czy niestety politycznego.

 

Gdzie były służby?

A poseł Pięta z nadania PiS jest w obecnej kadencji Sejmu zastępcą przewodniczących: Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, Komisji Ustawodawczej. Niestety nie wiadomo po co jest również w tzw Komisji ds. Amber Gold oraz – a to już zupełna tragedia – Komisji ds. Służb Specjalnych.
W skład Komisji ds. Służb Specjalnych wszedł 13 kwietnia tego roku, czyli już w czasie kiedy bardzo się przyjaźnił z panią Joanną, o czym dziś donoszą media. A zatem członek najbardziej utajnionej komisji sejmowej, zajmującej się najważniejszymi sprawami bezpieczeństwa państwa, nadzorującej działania wszystkich polskich służb specjalnych, mógł zostać ofiarą zwykłego obyczajowego szantażu!
Z Komisji ds. Służb Specjalnych mogły wypłynąć niezwykle ważne dla bezpieczeństwa państwa polskiego dokumenty tylko dlatego, że jeden z jej członków w swoim pokoju w Nowym Domu Poselskim zamiast zajmować się tymi dokumentami zajmował się czymś (a raczej kimś) zupełnie innym.
Jakim sposobem w środowisku PiS, gdzie podejrzliwość, szpiego – i agentomania są obowiązkiem partyjnym i służbowym doszło do takiego skandalu? Gdzie przed 13 kwietnia były te ukochane i hołubione przez PiS służby specjalne, którym nie udało się zapobiec nominacji na jedno z najbardziej odpowiedzialnych stanowisk w państwie nieodpowiedzialnego kochasia? A przecież do tej pory PiS w takich sprawach wobec swoich członków było raczej bezwzględne, że przypomnę chociażby sprawę ministra sportu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego – Tomasza Lipca.
Dla porządku trzeba też dodać, że poseł Pięta oprócz tego jest członkiem sejmowej podkomisji do spraw nowelizacji Kodeksu Pracy, co – pamiętając o jego wspomnianej działalności w sprawie Związku Nauczycielstwa Polskiego – musi budzić jeśli nie przerażenie, to przynajmniej poważne wątpliwości.

 

Z kim on musi pracować!

Prezes Jarosław Kaczyński w zasadzie spacyfikował całą polską porozbijaną prawicę. Generalnie w PiS, a resztę prawicowego planktonu w Zjednoczonej Prawicy. Finał jest taki, że w wyniku tego procesu w PiS jest wielu ludzi, którzy powinni raczej być po za polityką. Kaczyński ich włączył do PiS, dał polityczne kariery i zrobił tyle, że tylko od czasu do czasu robią coś głupiego.
Ale czasem jednak robią.
Tu przypomina mi się taki stary szmonces, w którym na końcu rabin mówi: „No i sami widzicie z kim ja muszę pracować!”
To zdanie chyba ostatnio Jarosław Kaczyński często powtarza.
A Pięta? Mam nadzieję, że decyzja w sprawie Pięty zapadnie kiedy prezesa będzie bolało kolano.

Po czynach ich poznacie

Wielu działaczy PiS – u lubi używać powiedzenia: „po czynach nas poznacie” . No i poznajemy, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że największą wrażliwość mają członkowie PiS – u na własne potrzeby…

 

W ubiegłym miesiącu zakończyłem swój felieton słowami o protestujących w Sejmie osobach niepełnosprawnych i ich opiekunach pytaniem retorycznym: Czy tak być powinno? Nie przyszło mi jeszcze wtedy do głowy, że protestujący spędzą w Sejmie dramatyczne 40 dni. Wszakże trudno było uwierzyć w to, że rząd PiS-u pod przewodnictwem Mateusza Morawieckiego, chwalący się i chełpiący przy każdej okazji swoimi sukcesami gospodarczymi, ekonomicznymi i zyskami wynikającymi z uszczelnienia VAT-u do dziś nie załatwi dwóch postulatów protestujących rodziców i ich dorosłych dzieci z niepełnosprawnością. Owszem, uchwalono ustawę o zrównaniu renty socjalnej dla osób z niepełnosprawnością do poziomu obowiązującej w kraju minimalnej renty inwalidzkiej 1029, 80 zł brutto, co w efekcie podniosło kwotę renty o 133 zł netto. Rząd jednak nie spełnił pierwszego postulatu protestujących, to znaczy podniesienia kwoty zasiłku rehabilitacyjnego ze 153 zł do 500 zł. Od samego początku protestu ten właśnie postulat był stawiany na pierwszym miejscu. Spotkania z prezydentem Andrzejem Dudą, jego małżonką, premierem, minister Elżbietą Rafalską nie przyniosły pozytywnego rozstrzygnięcia. W zamian za to rząd PiS -u przyjął rozwiązanie obchodzące przyznanie pieniędzy na rzecz świadczeń rzeczowych w kwocie podobno równowartej 520 zł, choć przecież wiadomo, że od początku osobom niepełnosprawnym zależało na otrzymaniu tej kwoty w gotówce. Nawet wypłaconej stopniowo i rozłożonej w czasie. 80 % ankietowanych Polaków według różnych sondaży jest zdania, że rząd te oczekiwania protestujących powinien spełnić, ponieważ ich postulaty są słuszne i logicznie uzasadnione. Protestujący uzyskali duże wsparcie nie tylko ogółu społeczeństwa, ale również autorytetów w osobach Lecha Wałęsy, Janiny Ochojskiej, kardynała Kazimierza Nycza, biskupa Tadeusza Pieronka, bohaterki Powstania Warszawskiego Wandy Traczyk-Stawskiej oraz wielu ludzi kultury i sztuki. Rząd PiS-u oświadczał jednak kategorycznie, że nie ma pieniędzy. Premier Mateusz Morawiecki zaproponował więc tak zwaną daninę solidarnościową, czyli opodatkowanie osób najbogatszych na rzecz niepełnosprawnych. Postawił tym samym osoby niepełnosprawne i ich opiekunów w bardzo przykrej sytuacji, bo dał im do zrozumienia, że komuś trzeba zabrać, by im dać. Trudno z całą pewnością orzec o intencjach premiera, ale taki pomysł jest wysoce niefortunny, a może tylko zwyczajnie podły. Trzeba być człowiekiem pozbawionym podstawowych zasad przyzwoitości, żeby najsłabszym dać wyraźnie odczuć, że stanowią ciężar dla społeczeństwa i w ten sposób dodatkowo ich upokorzyć. Nie do zaakceptowania powinno być w odbiorze społecznym i zwyczajnie ludzkim, aby w bogatym, dostatnim budżecie państwa nie było środków finansowych na zaspokojenie podstawowych potrzeb bytowych ludzi najbardziej tego potrzebujących. Słyszymy o dalszych deklaracjach rządu PiS-uu dotyczących budowy 22 mostów, o przyjętej ustawie dotyczącej budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, o przyznaniu 300 zł dla każdego dziecka na wyprawkę do szkoły, słyszymy o zapowiedziach finansowania telewizji publicznej z budżetu państwa, w końcu widzimy, że rząd płaci po 500 zł na każde drugie dziecko z pominięciem górnego progu dochodowego, a przecież ludzie bogaci, których w Polsce przybywa, niekoniecznie powinni być adresatami programu 500+.
Jest więc możliwe zabezpieczenie środków finansowych na zasiłek rehabilitacyjny dla osób niepełnosprawnych zamiast świadczenia rzeczowego. Trzeba jedynie faktycznie kierować się solidaryzmem społecznym , a nie tylko go deklarować. Należy też przypomnieć obecnej władzy, że w 2014 r. w czasie podobnego protestu w Sejmie ówcześni liderzy opozycyjnego wtedy PiS-u z Jarosławem Kaczyńskim na czele zapewniali o zrozumieniu potrzeb osób z niepełnosprawnością i krytykowali ówczesny rząd PO-PSL za obojętność. Środowisko osób niepełnosprawnych uwierzyło wtedy w obietnice PiS-u, wielu z tego powodu oddało swój głos w wyborach parlamentarnych na PiS. Po wygranych wyborach PiS zwodził osoby niepełnosprawne obietnicami przez kolejne dwa lata swoich rządów. Trudno się dziwić, że środowisko osób niepełnosprawnych miało dość pukania do drzwi i przypominania o złożonych przez PiS obietnicach. Postanowiono bardziej zdecydowanie walczyć o swoje prawo do godnego życia. Ne spodziewano się jednak, że ci, którzy składali im obietnice, dzisiaj będą ich traktować nie tylko jak „gorszy sort” , ale swoimi publicznymi wypowiedziami będą ich krzywdzić i upokarzać. W środowisku działaczy PiS-u pojawiły się szybko wypowiedzi skandaliczne. Jacek Żalek, kandydat PiS-u na prezydenta Białegostoku określił protest mianem „reality show”, w którym dzieci są zakładnikami , a ich opiekunowie zwyrodnialcami. Po lawinie krytyki poseł Żalek z bukietem kwiatów poszedł przepraszać osoby protestujące, ale trudno orzec, na ile ten gest był szczery, a na ile wynikał z obawy o wycofanie poparcia na prezydenta miasta i zachwianie jego osobistej pozycji w Klubie Parlamentarnym PiS. Z kolei posłanka Bernadetta Krynicka zagroziła protestującym „paragrafem”. Jest to wypowiedź tym bardziej zdumiewająca, że sama jest matką dziecka z niepełnosprawnością. Poseł Stanisław Pięta oświadczył, że „straż marszałkowska powinna protestujące osoby usunąć z Sejmu i przekazać policji”. Zdziwienie budzi również wypowiedź marszałka Sejmu zatroskanego przede wszystkim o koszty wyżywienia protestujących jak również marszałka Senatu, lekarza, widzącego w proteście rzekome zagrożenie epidemiologiczne dla Sejmu. Słów Krystyny Pawłowicz po prostu nie wypada już przytaczać, bo dla przeciętnego ucha są nie do przyjęcia. Tak więc najsłabszej grupie społecznej odmówiono wypłaty gotówki, a zaproponowano świadczenia rzeczowe. Jednak realizacja programów 500+ i 300+ odbywa się właśnie w formie pieniężnej. Dlaczego w takim razie tylko osoby niepełnosprawne rząd „uszczęśliwia” na siłę świadczeniami rzeczowymi ? Trafnie ten absurd ujął protestujący przed Sejmem Pan Andrzej Sucholewski: „Propozycja rządu sprowadza się do tego, że będę handlował wózkami, cewnikami i pampersami”.
Wielu działaczy PiS-u lubi używać powiedzenia: „po czynach nas poznacie” . No i poznajemy, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że największą wrażliwość mają członkowie PiS – u na własne potrzeby. Od szeregu miesięcy posłowie opozycji i niezależne media ujawniają kolejne przykłady uwłaszczania się działaczy PiS-uu różnych szczebli na majątku spółek Skarbu Państwa. Super Express ujawnił, że w latach 2016-2017 czterdziestu działaczy samorządowych PiS – u zarobiło aż 17, 7 mln zł, a Prezes Fundacji Młodych Ludowców Miłosz Motyka mówi, że dysponują już listą 53 takich nazwisk. Kolejna lista ma zawierać już 150 nazwisk. Jak podaje Agencja Informacyjna Polska Press tych 53 lokalnych działaczy PiS – u zarobiło około 24 mln zł. Przeciętnie są to kwoty około 300-500 tys. zł, choć „liderzy” zarobili ponad milion złotych. Kwoty kosmiczne dla przeciętnego Polaka. Kolejne dni przyniosą nowe, pełniejsze informacje, ponieważ więcej oświadczeń majątkowych za 2017 r. dotrze do opinii publicznej i uświadomi Polakom skalę pazerności działaczy PiS-u. Przykładem skali procederu uprawianego przez działaczy PiS-u niech będzie informacja Miłosza Motyki o udokumentowanych nawet 20-krotnych wzrostach uposażeń lokalnych działaczy PiS-u od momentu, gdy wygrali wybory w 2015 roku. Zapowiadane przez PiS skromność, umiar i pokora mają więc dotyczyć wszystkich innych obywateli naszego kraju, ale bynajmniej nie rządzącego PiS-u, który karmi Polaków bajką o równości żywcem przeniesionej z „Folwarku zwierzęcego” G. Orwella, gdzie „Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”. Bo działacze PiS-u nie wypłacają sobie uposażeń i nagród w formie rzeczowej tylko w gotówce. Natomiast protestującym ludziom walczącym o podstawowe środki do godnego życia oferują „wózki, cewniki i pampersy”.
Na czas obrad Zgromadzenia Parlamentarnego NATO, które pod koniec maja odbędzie się w Sejmie, protestujący w parlamencie niepełnosprawni i ich rodzice zostaną odgrodzeni” – poinformował szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk. Zgodnie z zapowiedzią w Sejmie pojawiła się KURTYNA WSTYDU, aby świat nie zobaczył jak PiS traktuje najsłabszych Polaków. Główne wejście do Sali Obrad zostało natomiast zabite dyktą z groteskowo wyglądającym w tej sytuacji napisem „550-lecie Parlamentaryzmu Rzeczypospolitej”. Drwina z polskiego parlamentu. Protestujące osoby niepełnosprawne, którym już wcześniej odmówiono prawa otwierania okien, zostały dodatkowo odcięte od możliwości otrzymywania korespondencji, od dostępu do windy, możliwości schodzenia po schodach i prysznica. Łaskawie zostawiono im możliwość korzystania z jednej toalety. W tej sytuacji protestujące osoby, które dodatkowo zostały poturbowane przez straż marszałkowską podczas próby wywieszenia baneru, mającego zwrócić uwagę świata na ich dramat, zdecydowały się zawiesić protest. „Manifestacją słabości przeciwko manifestacji siły” nazwał już wcześniej Biskup Tadeusz Pieronek ów 40-dniowy heroiczny protest jakby w przeczuciu biblijnej analogii do Chrystusowego postu na pustyni. A rządzący? Po czynach ich poznawajcie!

Trzy zdarzenia dające do myślenia

Brutalne – jak na charakter sprawy – wypchnięcie protestujących z Sejmu, wylegitymowanie przez policję kobiety, która zadała pytanie marszałkowi Sejmu i podpalenie domu, w którym mieszka poseł Krzysztof Brejza – te trzy zdarzenia powinny wzbudzić daleko idący społeczny niepokój.

 

I. Władza pokazuje figę i pięść

Te trzy zdarzenia na pozór niewiele łączy, są różnej wagi i różnego autoramentu a jednak mają, lub mogą mieć, wspólny mianownik. Wypchnięcie z Sejmu protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów, bo tak trzeba nazwać nasilające się przeciw nim pod koniec protestu szykany ze strony pisowskiego aparatu administracyjnego Sejmu, to nie tylko pacyfikacja i wycięcie jednego uciążliwego „wrzodu”. To także ostrzeżenie ze strony władzy, że jest gotowa na przyjęcie ostrego kursu wobec wszelkich protestów, jakie mogą niedługo wybuchnąć. Sygnał jest taki – skoro nie ustąpiliśmy przed taką „wrażliwą” grupą, jaką są ludzie najbardziej potrzebujący i budzący powszechne współczucie, to tym większą okażemy twardość wobec innych, znacznie mniej pokrzywdzonych środowisk. A że fala takich protestów prędzej czy później wybuchnie, to jest pewne jak amen w pacierzu. Innymi słowy, pisowska władza utwardza swój wizerunek i szykuje się do ewentualnej konfrontacji z opozycją i niechętną jej częścią społeczeństwa. PiS bowiem już wie, że po odepchnięciu niepełnosprawnych, jego wizerunek jako formacji wrażliwej socjalnie został poważnie nadwerężony. Na wizerunku formacji „dobrej pani Beaty pachnącej rosołem” i wspomagającej pokrzywdzonych przez transformację, wiele już nie ugra. Niektórzy politolodzy twierdzą nawet, że ten aspekt wizerunku PiS legł w gruzach, choć w sondażach to się jeszcze nie zaznaczyło. PiS nie ma teraz innej drogi, niż stwardnieć i „pokazać pazurki”, a raczej „pazury”.

 

II. Wylegitymowanie za pytanie

W Sanoku, funkcjonariusz policyjnej drogówki wylegitymował uczestniczkę spotkania z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim. Przypadków represjonowania kontrmanifestantów na spotkaniach z pisowskimi oficjelami było już sporo. Jednak o ile dotąd szykany te spotykały osoby wykrzykujące na spotkaniach antypisowskie hasła i wznoszących antypisowskie transparenty, o tyle po raz pierwszy spotkało to osobę, która ograniczyła się do zadania marszałkowi Sejmu pytania o protest niepełnosprawnych. Byłoby naiwnością przypuszczać, że była to inicjatywa skromnego aspiranta lub nawet jego bezpośredniego przełożonego. Trudno nie szukać tu inspiracji płynącej z góry. Wylegitymowanie osoby, która nie dała najmniejszego nawet pozoru zakłócania zgromadzenia jest wyraźnym sygnałem dla ewentualnych przyszłych, krytycznych wobec władzy uczestników takich spotkań – siedźcie cicho, bo spotkają was przykrości. Bycie wylegitymowanym przez policję w błahej sprawie, gdy ma się przy tym uzasadnione poczucie pełnej niewinności nie jest co prawda dla wielu osób szczególnie dramatycznym zdarzeniem, ale są i tacy, którzy tego rodzaju sytuację mocno przeżywają emocjonalnie. To ostrzeżenie skierowane właśnie do nich, a jednocześnie komunikat do „milczącej większości”, by nie mieszała się do polityki, bo władza tego nie lubi. Chyba, że ktoś z „milczącej większości” chce władzę właściwie i w miły sposób postawionym pytaniem (to znaczy pytaniem à la Danuta Holecka) poprzeć. Przypadek niedawnego najścia policji na spokojną – jak noc w szwajcarskim uzdrowisku – konferencję filozoficzną w Pobierowie zdaje się tylko potwierdzać, że mamy do czynienia nie z przypadkami, ale z kursem władzy. Fakt, że szef MSW przeprosił jej uczestników, nic nie znaczy. Znałem chuliganów, którzy najpierw kopali ofiarę od tyłu, a potem mówili; „Przepraszam, ja niechcący”.

 

III. Pożar u Brejzy

I wreszcie sprawa pożaru kamienicy w Inowrocławiu, miejsca zamieszkania posła Krzysztofa Brejzy. Nie zamierzam formułować tu jakichkolwiek konkretnych oskarżeń, bo nie dysponuję aktualnie (nie ja jeden) żadnymi danymi po temu. Jednakowoż fakt, że pożar zbliżył się do mieszkania, w którym mieszka z rodziną jeden z najbardziej znienawidzonych przez PiS posłów opozycji, poseł który wykrył kompromitującą aferę „nagrodową” rządu i który zajmuje się m.in. brzydko pachnącą sprawą wykupu kolekcji Czartoryskich, nie pozwala przejść nad tym wydarzeniem do porządku dziennego. Swego czasu sformułowałem na łamach „DT” hipotezę, że PiS jest formacją, która w obronie swojej władzy zdolna jest z psychologicznego punktu widzenia, czy też zdolna byłaby, w skrajnych przypadkach, do aktów fizycznej przemocy, włącznie z zadawaniem śmierci oponentom. Nie można też a priori wykluczyć, że interesy władzy mogły sprząc się w jakichś aspektach z interesami świata kryminalnego. Historia uczy, że sięganie przez władzę (także władzę deklarującą nieubłaganą walkę z przestępczością) po usługi świata przestępczego, po usługi „ludzi luźnych w służbie przemocy” nie należy do rzadkości. Tak przecież działają m.in. agentury policyjne. Po ludzi „luźnych w służbie przemocy” ochoczo sięgały reżimy faszystowskie. Niedawno prognozowałem na łamach „DT”, że z konieczności, z powodów pragmatycznych (czytaj: ekonomicznych), kończy się – zasadniczo – w praktyce obecnych rządów PiS okres „rozdawania chleba”, a zaczyna czas igrzysk ku uciesze agresywnie i autorytarnie usposobionego pisowskiego motłochu. Trzy zdarzenia, o których była wyżej mowa, zdają się potwierdzać sformułowaną przeze mnie hipotezę.

Głos lewicy

Protest zawieszony

Marcin Ilski z Fundacji „Polska Myśląca” komentuje zawieszenie protestu niepełnosprawnych w Sejmie:

Najbardziej przeraża mnie to, że sprawę rodziców osób niepełnosprawnych i samych niepełnosprawnych spokojnie można było rozwiązać tak, że i rządzący wyszliby na empatycznych i sami zainteresowaniu otrzymaliby to, czego zwyczajnie potrzebują. Dlaczego mnie to przeraża? Bo ważniejsza okazała się partyjna polityka, skrajna nieufność wobec intencji obywateli i wizja państwa, które obywatelami zarządza, a nie tworzy z nimi relację partnerską. No i okazało się, że rządzą nami osoby bez wyobraźni, bez umiejętności myślenia strategicznego, bez jakiejkolwiek wizji realnego, a nie symbolicznego tylko państwa dodatkowo zamknięte mentalnie w syndromie oblężonej przez wrogów twierdzy. I że nawet nie umieją one zatrudnić dobrych fachowców od negocjacji.

 

Prestiż niepatriotyczny

Czesław Cyrul tym razem komentuje życie kulturalne:

Olga Tokarczuk otrzymała prestiżową nagrodę Bookera za powieść „Bieguni”. To prawie Nobel. Ale nasza prawica rada by zapomnieć o tej postępowej pisarce. Swego czasu powiedziała, w wywiadzie telewizyjnym, że Polacy powinni swoją historię i zachowania względem mniejszości narodowych poważnie zweryfikować. Bardzo to nie spodobało się „Noworudzkim patriotom”, młodzieży chowanej na wzór nacjonalistyczno-patriotyczny z domieszką kibolstwa. Owi patrioci domagali się od władz miasta, by te pozbawiły pisarki honorowego obywatelstwa Nowej Rudy, bo jest ona tego niegodna. …Pisze za żydowskie pieniądze jest ukraińską k.. i takie tam podobne określenia kierowano pod adresem Olgi Tokarczuk. Pisarka w pobliżu Nowej Rudy ma swój dom. Nie sądzę, aby noworudzcy patrioci czytali jakieś książki pisarki, oni kierują się wytycznymi swoich politycznych mentorów. W minionym roku organizowali historyczną rekonstrukcję. Patronatem objął ją prezydent Andrzej Duda i to wiele wyjaśnia. Nie wiem czy pogratulował on pisarce tej prestiżowej nagrody.
Prawica reprezentowana w wysokiej kulturze jest dość ubogo. Zdecydowana większość twórców odcina się od obecnej „dobrej zmiany”. Ta władza marzy o kulturze na wysokie „c” z domieszką aktualnej polityki historycznej. Były takie plany, ale jakoś o ich realizacji cicho. Wyprodukowano film o Smoleńsku, ale czym prędzej schowano go do szafy. Było jeszcze kilka innych, ”słusznych” prób z podobnym skutkiem. Wrocławski Teatr Polski przejęty przez prawicowego dyrektora i popierany przez prawicowe władze popadł w zapomnienie, a był czołową sceną w kraju. I tak można sypać przykładami. W kulturze za co prawica się weźmie to to zaraz w nicość się obraca. Czy obywatelom nie zależy na dobrych książkach, dobrych filmach i spektaklach, bo widać, że choć PiS ma duże poparcie to do kultury w wydaniu tej partii obywatele się nie garną. Jest więc jakaś nadzieja, że przyszła władza, bo nie ta, będzie nagradzać twórców za dobre książki, spektakle i filmy zamiast topić pieniądze w patriotycznych jasełkach.

 

W kupie siła

Działacz lewicowy Piotr Ciszewski proponuje na Facebooku receptę na uleczenie problemów trawiących rozproszoną lewicę przed wyborami:

Mam pomysł – siądźmy wreszcie w realu i porozmawiajmy jak można by ogarnąć ekipę na zdrowych zasadach (bez gwiazdorstwa i „znanych działaczy”) i zacząć wreszcie robić jakąś zorganizowaną grupę polityczną mającą podstawy programowe i plan akcji. Nie da się skutecznie działać jako „wolne elektrony” czy też różne komitety występujące od mobilizacji do mobilizacji.
(…) Niestety, ale koalicje na wybory to trzeba było robić pół roku temu, a teraz zaraz przyjdzie sezon wakacyjny i we wrześniu wszyscy obudzą się z ręką w nocniku. W Warszawie będziemy mieli co najmniej 3 lewicowych czy okołolewicowych kandydatów na prezydenta (Ikonowicz, Śpiewak, kandytdat/kandydatka ruchów miejskich, kandydat/kandydatka SLD) i po kilka konkurujących list do rad dzielnic i rady miasta.

Flaczki tygodnia

Kiedy najwyższa władza partyjno-państwowa przebywa w szpitalu, władze niższej rangi rozjechały się po Polsce kopiując „gospodarskie wizyty” dawnego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka.

Kiedy widzę pana premiera Mateusza Morawieckiego podczas takiej „gospodarskiej wizyty” w Lublinie od razu czuję się młodszy! Jakbym przeniósł się w pierwszą połowę lat siedemdziesiątych. Prawie taki sam scenariusz spotkań ze społeczeństwem. Pod ścianą biało-czerwone sztandary. Wtedy był jeden, bo gospodarka niedoboru, teraz cały las ich, gęsty jak Puszcza Białowieska przed drzewobójstwem pana ministra Szyszki. Pod sztandarami pan premier na tle złożonym z siedzącej młodzieży. Dorodnej wyselekcjonowanej. Po prawej stronie premiera posadzili dziewczynę młodą i urodziwą, faworyzowaną licznymi najazdami kamer. To młode piękno ma podprogowo wywoływać na pozytywne skojarzenia u męskiej widowni poprzez mrowienie w ich lędźwiach. Zaprzeczać sączonej przez „totalną opozycję” tezie, że na spotkania z elitami PiS przychodzą tylko moherowe babcie.

***

Pan premier mówi podobnie jak sekretarze wojewódzcy w czasach Polski Ludowej. Nie może mówić jak pierwszy sekretarz, bo ten poziom zarezerwowany jest dla pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Aktualnie poważnie chorego na drobną przypadłość kolana.

***

Każde przemówienie pana premiera oparte jest na schemacie samochwalstwa. Podobnego stylem do propagandy sukcesu epoki Edwarda Gierka. Różnica tkwi w tym, że wtedy jeśli mówiono, że się zbuduje to oznaczyło, że inwestycja jest rozpoczęta.
Teraz jest jak z tymi promami morskimi budowanymi w Szczecinie. Dokonano uroczystego poświęcenia stępki, czyli kilu przyszłych promów i na tym skończyło się na razie. Bo nie ma jeszcze szczegółowego projektu przyszłych promów, ani dokładnego kosztorysu. Ani też zebranego grona fachowców, którzy potrafiliby takie promy wybudować. Może kiedyś ściągnie się ich z Ukrainy, albo Korei Północnej. Na dodatek źli ludzie w Szczecinie rozsiewają plotki, że jedną z dwóch stępek ktoś zwyczajnie ukradł.

***

Podobnie jest ze sztandarową, wielką budową kaczyzmu z Centralnym Portem Lotniczym. Jest decyzja najwyższych władz partyjno-państwowych, czyli pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Bo, jak ćwierkają wiewiórki z Sejmu, grono jego pochlebców wmówiło mu, że powinien zostawić po sobie jakąś „Gdynię”. Bo skoro II Rzeczpospolita mogła wybudować od zera nowy port morski i miasto Gdynię, to i IV Rzeczpospolita powinna mieć swój wielki port.

***

II Rzeczpospolita potrzebowała portu i Gdyni, bo kiedy powstała, żadnego własnego portu morskiego nie miała. Polska Ludowa odzyskała Gdańsk, dodatkowo dostała w rekompensacie Szczecin-Świnoujście, Kołobrzeg, Elbląg i kilka mniejszych. Ale Polska Ludowa w opinii pana premiera Mateusza Morawieckiego jest źródłem zła wszelkiego jeszcze istniejącego w IV RP. Zatem nic dobrego o Gdańsku, Szczecinie, Kołobrzegu. O Gdyni trzeba dobrze mówić, ale tylko tej przedwojennej.

***

Kiedy byłem małym chłopcem, to jeszcze w epoce Władysława Gomułki, partyjno-rządowa propaganda obrzydzała „Polskę sanacyjną”, czyli II Rzeczpospolita jak tylko mogła. Nasłuchałem się wtedy o biedzie na wsi, o zapałkach dzielonych na czworo, o bieda szybach. Wszystko to była prawda. Podobnie jak dzisiejsze opowieści, że w Polsce Ludowej w sklepach był na półkach tylko ocet, a milicja mordowała licealistów i „żołnierzy wyklętych”. Tylko, że nie zawsze był tylko ten ocet. I podobnie nie wszyscy chłopi dzielili zapałki. Pamiętam też, że im bardziej obrzydzano nam w szkołach tamtą „sanację”, tym bardziej ona ciekawiła i była podziwiana. Im bardziej dołowano dorobek kulturalny II Rzeczpospolitej tym więcej osób zasiadało w niedzielę przed telewizorami. Kiedy w ramach cyklu „W starym kinie” prezentowano przedwojenne filmy z obrzydzaną „sanacją”.

***

II Rzeczpospolita potrzebowała portu i miasta Gdyni, bo portu nie miała. IV RP nowego lotniska nie potrzebuje, bo ma ich pod dostatkiem. Rolę dużego portu może spełniać zmodernizowany, rozbudowany duoport Okęcie-Modlin. Polska za to bardzo potrzebuje nowych i zmodernizowanych sieci kolejowych. Dróg i mostów. Potrzebuje ich modernizująca się gospodarka. Potrzebuje ich dowództwo NATO, aby przerzucać amerykańskie wojsko na flankę wschodnią. Wojsko potrzebuje zmodernizowanych lotnisk, mostów, dróg, sieci kolejowej.

***

Deficytowy budżet państwa polskiego nie ma pieniędzy na takie inwestycje. Unia Europejska nie da na nowe lotnisko, ale może dać na tory kolejowe i drogi. Zatem rządzące teraz „koniokrady” kombinują, że kiedy zaczną budować wielkie lotnisko w środku Polski, to na sieć kolejową i drogową, niezbędną dla funkcjonowania takiego lotniska, może uda im się wyrwać z Unii Europejskiej. Ukradnie się te konie z brukselskiej stajni. A lotnisko zbuduje się za amerykańskie i chińskie kredyty. Bo przecież Centralny Port Lotniczy potrzebny jest jedynie Amerykanom do przerzutu wojsk w razie wojny z Rosją i Chińczykom jako lotnisko tranzytowe dla ich linii lotniczych.

***

Ale przy tym Centralnym Porcie Lotniczym ma być zbudowane też nowe miasto. Imienia Lecha Kaczyńskiego. Zanim ten Lechograd powstanie, to już rząd chce wykupić ziemie na ten cel od mieszkających tam obywateli. Po cenach jak za drogi i lotniska, czyli niższych niż stawki deweloperskie.
Wygląda na to, że młode wilczki z PiS podarują staremu prezesowi CPL i Lechograd, a sami zarobią na spekulacji gruntami. Robiąc w trąbę mieszkańców uznanych za baranów. Ci nawet protestować nie będą, bo wcześniej się ich uroczyście wysiedli.

Ta ostatnia niedziela…

…ale nie tylko, była niewątpliwie wielkim sukcesem wizerunkowym i medialnym Prawa i Sprawiedliwość na ogólnopolskiej scenie.

 

Tytuł spektaklu:
„Nie damy, by nas zniszczył wróg…”
Przesłanie spektaklu:
„Ruch Solidarność odegrał wielką rolę i jest dla nas wielkim drogowskazem” (Morawiecki).
Budżet spektaklu:
Minus 500 złotych.
Autor i reżyser:
Nieobecny z powodu choroby, stąd zapewne spektakl kuleje i się sypie.
Poniekąd aktorzy:
– premier Morawiecki jako historyk i bankowiec – o wspaniałych ludziach Solidarności bez Lecha Wałęsy, za to z litanią nieprzekonujących cyferek o pomocy niepełnosprawnym;
– marszałek Karczewski jako lekarz – o zagrożeniu epidemiologicznym;
– wicemarszałek Terlecki w roli pedagoga – o awanturujących się paniach, będących złym przykładem dla dzieci chcących obradować w Sejmie
– marszałek Kuchciński w roli marszałka i skarbnika – o żalu, że nie może doprowadzić do tego, aby posłowie „chodzili tak, jak w zegarku”, ale także o kosztach wyżywienia protestujących;
– wicemarszałek Sejmu Beata Mazurek w roli zmartwionej –„odpowiedzialność za protest tych pań i nie daj Boże powikłania zdrowotne protestujących osób, spadnie na ich opiekunów i opozycję, która podżega do tego, żeby ten protest kontynuować”;
– rzecznik rządu Joanna Kopcińska w heroicznej roli – „zorganizowane grupy, wręcz bojówki, bo to wciąż te same twarze, próbują zakłócić spotkania z Polakami. Mam jeden komunikat: będziemy rozmawiać dalej”.
Inspicjent:
– Joachim Brudziński – aktualnie nadzwyczaj małomówny.
Gość specjalny:
– Lech Wałęsa – jak zwykle gadatliwy, co nie znaczy, że miał coś do powiedzenia na sejmowym korytarzu, ceniący obecnie bardziej swoje łóżko niż proponowany materac.
Sufler pierwszy:
Jak oświadczył premier: „Przygotowaliśmy specjalny program budowy mostów. Zaproponujemy program budowy 22 mostów. To będą mosty na Wiśle, na Odrze, na Bugu, na Pilicy, Warcie, w wielu miejscach Polski… mosty powstaną zwłaszcza tam, gdzie są długie odcinki rzek bez mostów.”
Sufler drugi:
PiS zastanawia się nad wypłatą trzynastych emerytur oraz zwolnieniem emerytów i rencistów z podatku dochodowego. Emeryci zyskają sporo, jednak w budżecie państwa trzeba będzie znaleźć nawet 31 miliardów złotych.
Scenografia:
Bogoojczyźniano-narodowo-solidarnościowo-oblężniczo-zwycięska, w której czerwone jest zawsze czarne, czarne jest białe, a Polska niewinna, jak Najświętsza Panienka.
Charakteryzacja:
Kłamca ma twarz uduchowionego świętego, opowiadacz głupot mędrca, niewykształcony uczonego, niewinny bandyty, dziennikarz niezależnego, a mówiący prawdę staje się wrogiem publicznym nr 1, i tylko komuch występuje zawsze bez charakteryzacji.
Światło:
Piękne, promienne, wstające nad zamglonym horyzontem słońce, odbierane przez kamery tzw. telewizji publicznej, TV „Trwam” itp.
Efekty specjalne:
500+, 300 na wyprawkę, solidarnościowa danina obowiązkowa i wszelkie inne darowizny PiS dla narodu, płatne z narodu kieszeni
Ochrona ppoż. spektaklu i portierzy:
Straż Marszałkowska występująca w roli kolekcjonerów listów do niepełnosprawnych, inni w kaftanach solidarnościowych ale bezradni, policja ochraniająca ogólnopolskie „rozmowy” PiS i spisująca niezadowolonych.
Wakujący aktorzy:
Stanowczy i donośny głos Episkopatu oraz powszechny we wszystkich katolickich świątyniach, bowiem jednoznaczne słowa biskupa Tadeusza Pieronka nie wystarczą.
Aktorzy pierwszego planu:
– Matki z niepełnosprawnymi dziećmi na sejmowej posadzce;
– Janina Ochojska – „Marszałek Kuchciński wyraził zgodę na wejście do Centrum Medialnego, a nie do Sejmu do protestujących. Czy to próba wyciągnięcia ich z budynku Sejmu? Nie mogę do tego przyłożyć ręki”;
– Robert Biedroń – „To upokarzające dla tych kobiet i dzieci, ale przede wszystkim dla państwa, które nie wypełniło swojego zobowiązania”;
– SLD – zaapelował o podniesienie poziomu minimalnej renty socjalnej do kwoty minimalnego wynagrodzenia za pracę i wprowadzenie 500 zł dodatku rehabilitacyjnego dla osób niepełnosprawnych, niezdolnych do samodzielnej egzystencji po ukończeniu 18 roku życia;
– Dwie dziewczynki – dając nadzieję i przykład dorosłym, otrzymane pieniążki po pierwszej świętej komunii przeznaczyły na pomoc zwierzakom w schronisku.
Sceny zbiorowe:
Od trzydziestu kilku dni w Sejmie, inni podczas ulicznych protestów i marszów.
Publiczność:
I akt: jedni w szoku współczesnością i przerażeni przyszłością, drudzy szczęśliwi z nowych, pieniądze dających układów, a większość szeleści podczas spektaklu papierkami, myśląc o piwku przy najbliższym grillu;
II akt: przeważająca część za przerwaniem spektaklu z racji moralnych i pozostałych resztek solidarności, dobre towarzystwo oczekuje komfortowego spokoju, pozostali przy kasie i grillu;
Finał: gwizdy i oklaski, jak to zwykle bywa z podzieloną, rodzimą publiką.
Muzyka
Kompozytor: Jerzy Petersburski, wykonanie: Mieczysław Fogg – dedykowane wszystkim rządzącym i zwolennikom PiS, ostatnie frazy znanego w swoim czasie przeboju:
To ostatnia niedziela,
Moje sny wymarzone,
Szczęście tak upragnione
Skończyło się.

* * *

Ten odrażający spektakl, w którym wielkiemu nieszczęściu rodziców i ich niepełnosprawnych dzieci, reprezentujących niewielki i nieważny dla PiS elektorat, przeciwstawia się cały, zorganizowany urzędniczy, propagandowy i siłowy aparat państwa, budzi naturalny protest wszystkich uczciwych i normalnych ludzi. W tym PiS-owskim przedstawieniu zakłamanie idei Solidarności, niezdolność do współczucia, krętactwo i lekceważenie obywateli oraz amoralność i niesprawność obecnego państwa polskiego zostały podniesione na najwyższy piedestał.
Przypowieść z historii: podczas grudniowej podwyżki cen w 1970 roku tłumaczono, że choć drożeją artykuły spożywcze, za to parowozy potanieją. Obecnie dla niepełnosprawnych brakuje w budżecie państwa 500 złotych, ale wybudujemy nowe mosty, damy trzynastą emeryturę i… zakupimy niewątpliwie kolejne Patrioty.
Zawsze, nie tylko w naszych dziejach, tak bywało, że nowe zaczynało się nieprzewidywalnie dla rządzących, bowiem ich zadufanie nie było w stanie dostrzec w małej grupie wielkiej siły. I z tą iskrą, z której rozgorzał płomień, też tak było.

Głos lewicy

Odpowiedzialny lider

Oto fragment rozmowy z Włodzimierzem Czarzastym na antenie TOK Fm:

Robert Mazurek: To pan opowiadał cały czas, że SLD, będzie szło do sejmików samo…
Włodzimierz Czarzasty: ..i idzie.

… i w najważniejszych miastach na pewno samo będzie miało swoje listy.
Tak jest.

Lublin chyba nie jest w takim razie ważnym miastem, skoro sam pan powiedział przed chwilą, że nie idziecie tam z listą Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Ale proszę pana, jeżeli jest taka sytuacja, że się partie opozycyjne dogadują i żadna z nich nie wystawia swojej listy, jest jeden komitet, to ja po prostu nie tracąc swojej podmiotowości na równoprawnych, powtarzam równoprawnych, a nie psich zasadach – takich, że masz to zrobić, a jak tego nie zrobisz, to jesteś zły i wynoś się – wchodzę, bo jestem poważnym facetem.

Dobrze, to ja chciałbym tylko wspomnieć, że jak pan tak bardzo często wspominał o tej podmiotowości SLD, w tym czasie wam w sondażach urosło. No i co się stało? Ja wczoraj słyszę pana w radiu, gdzie pan mówi, że uznaje Grzegorza Schetynę za lidera opozycji w Polsce. No to jest hołd lenny!
Nie, nie.

Pamięta pan Sejm galicyjski 1866 roku? Jak było – „przy tobie najjaśniejszy panie stoimy i stać chcemy”?
Proszę pana, bardzo dobrze, że pan to powiedział. Bo ja to powiedziałem w określonym kontekście i to powtórzę. Lider największej partii opozycyjnej powinien czuć się bardziej odpowiedzialny za opozycję. To znaczy: powinien dzwonić, powinien się komunikować, powinien ustalać. To było w kontekście sytuacji w telewizji publicznej, bo pan Szczerba rok temu w telewizji publicznej został z niej wyrzucony.

Niech pan zostawi pana Szczerbę w spokoju.
Ale niech pan posłucha – zadzwoniono wtedy do nas, ustaliliśmy jakąś strategię. W tej chwili jeżeli wszyscy mają nas w nosie – mówię o panu Schetynie i opozycji – a potem nam zakazują czegokolwiek, tak nie będzie. Jeżeli pan Schetyna jest szefem największej partii opozycyjnej, to ja uznaję, że on powinien proponować określone rozwiązania. Nie proponuje, to tyle.

Mało tego, ale pan mówi, że za rok w wyborach do Sejmu oczywiście, że możecie iść z listą wspólną z PO, wszyscy razem.
Ale mogę skończyć? W kontekście takim: jeżeli będą w przyszłym roku okręgi trzymandatowe, tak jak było zagrożenie w okręgach do sejmików, nie widzę innego rozwiązania rozsądnego, jak zjednoczenie w tej sprawie opozycji i wystawienie wspólnych list. Trzymandatowe.

Raczkujący

Czy znane jest wam pojęcie „raczkująca klasa średnia”. Tak wzruszająco określają obrońcy dochodów 20 000 zł. miesięcznie przed opodatkowaniem, ludzi zarabiających 20 i więcej tysięcy. Jak wiadomo raczkowanie kojarzy się z kimś bezbronnym, niemowlęciem. Czy znacie kogoś kto przytula co miesiąc 20 tysi i wciąż raczkuje? – zżyma się na Facebooku Piotr Ikonowicz. – „Raczkująca klasa średnia” jeździ wielkimi samochodami i strasznie pędzi. Kiedy na jej drodze znajdzie się jakiś dużo tańszy samochód, który przestrzega ograniczeń prędkości, to raczkująca klasa średnia na niego gniewnie trąbi, podjeżdża, a nierzadko i klnie.

 

Rozdzielić ich!
Wszyscy się zgadzamy, że reforma sądownictwa jest potrzebna, ale reforma a nie przejęcie sądownictwa – ocenił Marcin Kulasek w programie „Minęła Dwudziesta”.
– Nie może być takiej sytuacji w państwie prawa, iż minister sprawiedliwości kogokolwiek przymusza. Szef resortu sprawiedliwości nie może być jednocześnie prokuratorem generalnym, jak będziemy mieli wpływ na rządzenie rozdzielimy od siebie te dwie funkcje – oświadczył sekretarz generalny SLD.

Inżynieria wyborcza

PiS twierdzi, że nie ma w budżecie pieniędzy na danie po 500 złotych miesięcznie dla każdego niepełnosprawnego.

Takich, którym te pieniądze należałyby się jest w kraju około 280 tysięcy. Zarazem liderzy PiS zapowiadają, że rozważane są różne warianty podwyższenia emerytur: zwolnień z płacenia PIT lub czegoś w tym rodzaju. Takie operacje kosztowałyby budżet państwa dziesiątki miliardów rocznie. Tych pieniędzy nie ma w ZUS-ie. Z tego powodu ZUS jest zasilany, na różne sposoby, z budżetu państwa, w którym, jak twierdzi PiS, brakuje pieniędzy dla niepełnosprawnych. Pieniądze dla nich to kilka miliardów w skali roku, a więc wielokrotnie mniej. Tak więc dla niepełnosprawnych nie ma mniejszych pieniędzy, a dla emerytów znalazłyby się znacznie większe. Oczywiście wielu emerytom te pieniądze też bardzo by się przydały.
Dlaczego więc nie ma kilku miliardów dla niepełnosprawnych , a znalazłyby się dziesiątki miliardów dla emerytów?. Odpowiedź jest dość prosta. Emerytów są miliony i oni chodzą do wyborów i w swojej wdzięczności mogą zagłosować na PiS. Niepełnosprawnych jest wielokrotnie mniej i ich udział w wyborach, liczbowo i proporcjonalnie do całej grupy, jest zdecydowanie mniejszy. Dlatego, chcąc utrzymać się przy władzy, PiS puszcza oko do milionów emerytów, a tysiącom niepełnosprawnym pokazuje środkowy palec. Wrażliwość społeczna nie ma tu nic wspólnego. Utrzymanie przy władzy się liczy i na to PiS zawsze znajdzie pieniądze, niestety w naszej kieszeni.