Nie palcie stosu

Rafał Woś – moim zdaniem, najwybitniejszy dziś w Polsce publicysta ekonomiczny – popełnił tekst polityczny, który jego pracodawców, a także kolegów z bliskiej mu formacji intelektualnej, wprawił w stan paniki. W ramach uświęconej klasyką tradycji – „Ja was proszę, towarzyszu Birkut, odetnijcie się” – od Wosia odcięła się „Polityka”, a także inni lewicowi publicyści, tacy jak Maciej Gdula. „Polityka” zrobiła to w zgodzie z najlepszymi tradycjami centralizmu demokratycznego, ogłaszając, iż Woś jest w niej „dziennikarzem ekonomicznym, nie politycznym”; zaś „naszą linię programową reprezentują m.in . Jerzy Baczyński, Mariusz Janicki, Wiesław Władyka i Adam Szostkiewicz”. Cóż takiego zrobił mądry, wykształcony i stroniący od sensacji Woś, żeby wzbudzić takie namiętności? Napisał otóż – na gazeta.pl – tekst, który już w tytule bluźni wszystkiemu, co najświętsze w szeregach „demokratycznej opozycji”. Tytuł brzmi: „Lewico, czas na współpracę z PiS. Trzeba budować z Kaczyńskim demokratyczny socjalizm”. (…) Wytłumaczył to na swój typowy, intelektualno-erudycyjny sposób, powołując się na znakomitą w swej syntetyczności teorię młodego amerykańskiego politologa Yaschy Mounka o konflikcie między niedemokratycznym liberalizmem i nieliberalną demokracją – czyli pozornym procesem demokratycznym, którego efekt w żaden sposób nie zaburza władzy finansowych elit z jednej strony, i łamiącą reguły demokratyczne, zmierzającą do autorytaryzmu antyelitarną władzą z drugiej. Woś trafnie odnotowuje, że w oczach człowieka lewicy oba te rozwiązania są fatalne; co go różni od liberała, dla którego to, że kasa rządzi, a demokracja jest tylko fasadą, jest zjawiskiem naturalnym i pożądanym. Na tym etapie wywód jest w zasadzie oczywisty, w każdym razie z punktu widzenia człowieka lewicy. Komplikuje się dalej. Woś pisze otóż, że lewica – realnie rzecz biorąc, Partia Razem i jej ewentualne przystawki – powinna podjąć się „misji ucywilizowania PiS”, poprzez wejście z nim w najpierw w dialog, a później w koalicję, na bazie programowej wspólnoty, którą Woś nazywa „demokratycznym socjalizmem”. I dalej lewica winna skorzystać z tej koalicji dla wybijania partnerowi z głowy co bardziej niedemokratycznych pomysłów. Ta idea wzbudziła histerię i, co gorsza, wrogość, także w kręgach lewicowych. Na wstępie – zanim ja też zostanę ukamienowana przez Czytelników – zaznaczę, że nie zgadzam się z Wosiem. Ale nie zgadzam się także z jego krytykami. „Tekst Wosia jest charakterystyczny i jednocześnie niepokojący, bo świadczy o duchowej niemocy jednego z najważniejszych lewicowych publicystów” – napisał Maciej Gdula, w żarliwej polemice, która niepozbawiona jest agresji. Niesłusznie. W mojej opinii Woś nie ma racji, sądząc, że PiS jest podatny na wpływy – szczególnie ze strony „lewaków”. Jako dowód, że proces taki jest możliwy, a nawet istniejący, przytacza on w zasadzie jeden tylko przykład – czarne protesty: „Zresztą to… już się dzieje. Pamiętacie czarne protesty? Zainicjowała je nowa lewica, i to właśnie one doprowadziły do wstrzymania prac nad zaostrzeniem ustawy aborcyjnej. Można powiedzieć, że w tym wypadku lewica wychowała prawicę”. Na co Gdula odpowiada że czarne protesty nie ucywilizowały, tylko zastraszyły PiS: „protest był nie żadnym dialogiem, tylko gwałtownym i masowym oporem wobec pomysłu prawicy. PiS nie przyjął argumentów, ale ugiął się przed siłą ulicy”. Moim zdaniem, obydwaj się mylą: czarne protesty nie miały żadnego wpływu na proces legislacyjny, był on bowiem z góry skazany na porażkę. Kaczyński po prostu nie jest zainteresowany zaostrzaniem ustawy antyaborcyjnej, czemu dał wyraz jeszcze w 2007 roku – wtedy, kiedy Marek Jurek, w proteście przeciw zablokowaniu przez Kaczyńskiego wpisania „ochrony życia poczętego” do konstytucji, odszedł z PiS i ze stanowiska marszałka Sejmu. W takim sensie, przykład z czarnymi protestami jako argument na rzecz otwarcia PiSu na proces cywilizowania przez lewicę – i alternatywnie, skuteczności walki z PiS-em metodą uliczną – jest po prostu chybiony. Ale ważniejsza jest inna kwestia. Gdula zarzuca Wosiowi „zdziecinnienie”, którego objawem jest „nawalanie w liberałów”. Albowiem, wykłada Gdula, liberałowie już od trzech lata nie rządzą – „i wcale nie wygląda na to, żeby zanosiło się na ich powrót do władzy” – a doktryna neoliberalna jest w odwrocie, toteż lewica dziś nie powinna zajmować się liberałami, tylko skupić się na walce z PiS. Moim zdaniem – w tym miejscu Gdula myli się wręcz zbrodniczo. Liberałowie – przywoływany przez Wosia „niedemokratyczny liberalizm”, cała ta idea, że „masz kapitał, to wynajmujesz sobie prezydentów albo komisarzy, którzy zabezpieczają twoje interesy. Nie masz? Demokracja kończy się dla ciebie na symbolicznym akcie wrzucenia kartki do wyborczej urny” – są źródłem zła, co do którego istnienia wszyscy się zgadzamy. Wyniosła alienacja elit, które dawały ludowi do zrozumienia, że powinien szanować bogatych, bo są po prostu lepsi, jest przyczyną, dla której wybory wygrywa Kaczyński, Orbán, Trump… Lewica nie może przestać „nawalać w liberałów”, ponieważ jedyną nadzieją na pokonanie prawicowego populizmu jest przekonanie ludzi, że niedemokratyczny liberalizm nie wróci. Że nie jest tak, że muszą wybierać między państwem praworządnym i państwem opiekuńczym, albowiem mogą mieć jedno i drugie.(…) I w tym względzie Woś ma rację, nawet kiedy się myli. Lewica musi podjąć dialog z PiS – nawet jeśli będzie to dialog jednostronny – i omawiać, i eksponować wspólnotę poglądów i programów w ramach, niech mu będzie, „demokratycznego socjalizmu”. Musi chwalić te punkty programu obecnej władzy, które zgodne są z lewicowymi wartościami – a także przyznać, że postępując zgoła przeciwnie zrobiła zasadnicze błędy w polityce społeczno-gospodarczej. Ale nie dlatego, żeby w konkluzji dojść do koalicji – tu zgadzam się z krytykami Wosia, że PiS nie da się ucywilizować, bo rządzi z pozycji siły i żadne kompromisy go nie obchodzą – tylko dlatego, żeby wykazać wyborcom, że to nie jest tak, że „oni cofną 500 plus”, jak mówił ostatnio premier Morawiecki na wiecu w Sandomierzu. Żeby być w tej mierze wiarygodnym, trzeba zdobyć się na powiedzenie, że PiS zrobił coś dobrze. Że 500 plus jest dobre, bo – przy wszystkich swoich wadach konstrukcyjnych i antyfeministycznych założeniach – zlikwidowało haniebne ubóstwo wśród dzieci i zmieniło równowagę na rynku pracy, skąd zniknęła zdesperowana quasidarmowa siła robocza, co zmusiło pracodawców do uczciwego płacenia pracownikom. Że minimalna stawa godzinowa jest dobra, bo pracownicy na zlecenie byli głównymi ofiarami wyzysku. Że wprowadzenie trzeciej stawki podatkowej jest dobrym pomysłem, ponieważ progresja podatkowa jest w Polsce za niska – choć oczywiście idiotycznym wybiegiem jest nazywanie jej „daniną solidarnościową” i opowiadanie, że to wszystko wina kalek. Nie domagam się, aby lewica podchodziła do programu społeczno-gospodarczego PiS bezkrytycznie – od tego w końcu mamy PiS – tylko, żeby miała odwagę oceniać go obiektywnie, bez lęku, że powiedzenie czegoś pozytywnego oznacza „zdradę demokracji”. Prawdziwą zdradą demokracji jest pozostawienie państwa w rękach Kaczyńskiego. A stanie się tak, jeśli opozycja, zamiast wypracować przekonującą dla dzisiejszych zwolenników PiS alternatywę, będzie się nadal skupiać się na obrażaniu ich, jako ciemnych, chciwych i kupionych.
Obrażanie wyborców nie jest najlepszą metodą na wygrywanie wyborów.

Sezon na klątwy i pytony

W Słupsku PiS rzuciło klątwę na „Klątwę”, która w tamtejszym teatrze ma być gościnnie pokazana pod koniec września. Żądają odwołania przedstawienia i podobno zebrali już tysiąc podpisów pod petycją.

 

Zakładam, że jeśli warszawski Teatr Powszechny w Warszawie powędruje z „Klątwą” Oliviera Frljicia – a powinien – po województwach, to będziemy świadkami 16 pisowskich klątw na „Klątwę”. Że też mnie nie przyszło nigdy dotąd do mózgownicy, żeby zebrać podpisy pod petycją z żądaniem odwołania ulicznych procesji Bożego Ciała. One cholernie obrażają moje uczucia niereligijne i drażnią mnie jak jasna cholera. Może odpowiedzieć PiS-owi pięknym za nadobne i podobnie potraktować ich uroszczenia?

 

PiS w teatrze czyli lis w kurniku

Tym razem – dokładnie mówiąc – w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego. Wicepremier Gliński przymierza się do rozpisania konkursu na stanowisko dyrektora, choć kierująca obecnie IT Dorota Buchwald cieszy się uznaniem środowisk teatralnych, nikt jej niczego nie zarzuca ani nie kończy się żadna kadencja. List protestacyjny podpisało ponad tysiąc ludzi teatru, ale tak naprawdę po raz ostatni listem protestacyjnym artystów, konkretnie pisarzy, przejął się w 1964 roku Władysław Gomułka. Może profesor Gliński ukłuje obecną dyrektorkę szpilką? A poza tym, PiS nie powinno pchać swoich brudnych łap do teatru.

 

„Jaka to melodia?” „Żeby Polska była Polską”

„Dobra zmiana” dotarła do studia Roberta Janowskiego. Szła powoli, ale doszła. Ktoś musiał rzucić na niego klątwę, bo wróciła sprawą zmiany formuły programu „Jaka to melodia?”. Nie gustuję w tej audycji, bo jest moim zdaniem jest badziewiasta, ale pomysł by do popowych tematów muzycznych eksploatowanych przez prowadzącego dodać piosenki patriotyczne, w tym „wyklętych”, był jak żywcem wzięty z Barei. Janowski poprzednio obstał przy swoim, formuła pozostała po staremu, ale ktoś wyraźnie napiera na przeforsowanie „dobrej zmiany”. Wygląda to na samego Kurskiego, bo w sprawie ostatecznie nie tak w końcu strategicznej raczej mu się nikt do menu nie wtrąca, a na pewno nie Prezes. Jeśli się i tym razem Janowski nie ugnie, to tym razem ryzyko odebrania mu audycji jest większe. Podobno miałby ja przejąć po nim Jan Pietrzak. Wtedy w każdej audycji odgadywany będzie jakiś fragment „Żeby Polska była Polską”, a do tego dojdą brodate antykomunistyczne dowcipy pana Jana o partyjnych kacykach powiatowych z lat 50-tych.

 

Czy wojsko polskie obroni Westerplatte?

Tym razem „dobra zmiana” sama została zaskoczona dobrą zmianą. Na ogół wilk niesie, ale zdarza się, że czasem poniosą i wilka, gdy refleks zawodzi. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, pomny tego, jak rok temu, 1 września na Westerplatte PiS ukradł mu imprezę, tym razem postanowił uprzedzić wydarzenie i zrezygnował, jako organizator, z reprezentacji Wojska Polskiego. Błaszczak z oburzenia aż zaskowyczał i zażądał zmiany decyzji. Tak jakby Adamowicz ukłuł jego figurkę szpilką. W odpowiedzi, Adamowicz oświadczył, że on, owszem, wojsko polskie zaprasza, ale tylko w roli gości na widowni. Honory domu będą więc pełnić harcerze, rok temu wykolegowani przez wojskowych na cacy, a właściwie przez pewną panią bodaj od Macierewicza, mistrzynię tej ceremonii rozpoczynanej o nieludzkiej porze 4.45. Tak czy inaczej, na półwyspie Westerplatte najwyraźniej ciąży klątwa od 1 września 1939. To tam sanacyjne wojsko Rydza po raz pierwszy wzięło manto od Niemiachów. Czy warto więc aż tak drzeć koty o ten pechowy skrawek ziemi?

 

Czarownice, wiedźmy i czarochy

Niedawno pisiorkowie oburzali się na Marię Nurowską, że przekłuwała szpilkami, w czarnoksięskim czy czarowniczym akcie, woskową figurkę Stanisława Piotrowicza, żeby go szlag trafił. Bez szpilek, ale jak czarownica postępuje Jadwiga Staniszkis w stosunku do Kaczora i jego Adriana. Po tym pierwszym, którego „Matka „Solidarności” rani regularnie, z wprawą sadystycznej pielęgniarki z horroru, zajęła się tym drugim. Dla niej Duda Andrzej, to jegomość „o błyszczących policzkach, bardzo z siebie zadowolony”. Duda to dla niej „karykatura prezydenta, aktor który gra prezydenta”. „Duda jest irytujący dla ludzi ceniących mocne kręgosłupy, nawet dla tych łamiących kręgosłupy innym” – dodaje Staniszkis. Przy Czarownicy Jadwidze, czarownica Maria ze swoimi szpilkami i woskową figurką, to prowincjonalna czaroszka, jak świętokrzyski Boruta przy Belzebubie, Władcy Wczechciemności. I z „Niezłomnego” została kupka nieszczęścia.

 

Koncert życzeń

W „New York Times” ukazał się artykuł, którego treścią były czarne spekulacje co do stanu zdrowia Najwyższego Prezesa. Jest tam między innymi wypowiedź politologa z Warszawy, dr Olgierda Anusewicza, który twierdzi, że ów stan jest bardzo zły i że „partia rządząca ukrywa prawdę bardziej niż ZSRR prawdę o stanie zdrowia Breżniewa”. Artykuł przywołał portal „Do Rzeczy”, na co ochoczo zareagowali jego czytelnicy. To co poniżej, to nie są bynajmniej wyłuskane wypowiedzi mniejszości. Podobny ton ma zdecydowana większość wypowiedzi. A oto niektóre z nich:
„PiS skończy na dnie bez Kaczyńskiego, tak jak wszystkie wodzowskie partie kończą. Przykład macie z PO, bez Tuska nie są w stanie zrobić niczego, ciągle przepychają się między sobą. A w PiS jest więcej chętnych do przejęcia władzy. To jedyne pocieszenie, że ta socjalistyczna rewolucja zaraz się skończy”.
„Dlaczego Jarosław Kaczyński trzyma w szafie truchło zdechłego w zeszłym roku kota?”
„Bez Kaczyńskiego to się rozsypie jak domek z kart. Żaden z wymienionych nie ma charyzmy. Imperium Hunów nie ma racji bytu bez Attyli”.
„Stasiek Bareja”: „O, oczko mu się odkleiło, temu pisiu”.
Gosposia: „Prezes umiera na naszych oczach. Nie pozostawił po sobie dzieci, żony, brata czy matki. Nigdy nie poznał ojca. Jego bratanica okazała się naiwną lafiryndą obracaną przez pechowych agentów obcych służb i płodzącą kolejne bękarty. Prezesowi trudno utrzymać koncentrację, logikę wypowiedzi czy jasność myśli. Przebąkuje tylko coś czasem do swojego kota: „To moja wina, moja. Nie musiałem go zabijać”. Życzę mu jak najszybszego spotkania z braciszkiem”.

 

„Alleluja”

„Ćwir, ćwir”: „My tu gadu gadu, a tam Błaszczak z Dudą rozmowy prowadzą, pociski w magazynach liczą”.
„Oby Jarosław K. doczekał procesu za zniszczenie Polski”
„PO-Bożny”: „Największy drań i szkodnik w dziejach Polski od upadku komuny od 1989 roku. Od 1989 roku pcha kij w szprychy, intryguję, mąci, uwstecznia, skłóca, szkodzi, niszczy. Niech zatem Pan dokończy dzieła, które rozpoczął na chrzcie świętym”.
„Kleryk”: „Prezes umiera na naszych oczach, jest coraz słabszy, ledwo może mówić. Każda najprostsza decyzja wymaga od niego niezwykłego wysiłku, do czego nie jest przyzwyczajony, wszystko zawsze otrzymywał od mamy na talerzu. Męczą go też koszmary. Nie rozstaje się ze swoim pistoletem, który dostał od SB w 1987 roku. Zalała go jego własna żółć”
„Godbye Coordoopel”: „Nie jest ważne, czy umrze za dzień, miesiąc czy kwartał. Kiedykolwiek to nastąpi, na drugi dzień PiS nie będzie. Rozerwą go wojny pretendentów. Tak sobie to zbudował, że wszystko wisi na nim i od tego padnie. Zatem, oby jak najszybciej. Modlę się o to każdego dnia”
„Niecierpliwy”: Oby jak najszybciej”.
„Im szybciej go nie będzie, tym lepiej dla Polski. Skończy się ten polski cyrk i może Polski nie wyrzucą z UE. Cały świat ma dosyć polskiego chamstwa”.
„Świadek historii”: „Znaczy się, tow. Jarosław jak Lonia Breżniew. Nadal przewodniczy obradom KCPiS, nie odzyskując przytomności. A co będzie jak USA wstrzymają dostawę części zamiennych?”
„Zniesmaczony”: „Wkrótce będzie się działo!!! Jasnowidz Jackowski przewidział gorący wrzesień. Oj, będzie się działo”
„Vox populi”: „To nie jest ścisła informacja, że z ch… na kaczych nogach nie jest dobrze. Z nim jest bardzo niedobrze. Oby jak najgorzej”.
„Horacy”: „Amerykanie wiedzą co piszą, maja dobry wywiad. Czołowi działacze PiS, pazerni na władzę i pieniądze niedługo skoczą sobie do gardeł”.
„Domowa pomoc” (treść usunięta)
Przypomina mi się oglądany w młodości francuski film kryminalny pod tytułem „Niech bestia zdycha” Claude Chabrola.
Niedawno pochowano na Powązkach powstańca warszawskiego, generała Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, ps. „Motyl”. Pisowska tłuszcza tym razem nie wyła, bo „Motyl” nie przemawiał, lecz milczał sproszkowany w urnie. Z tego samego powodu „Wiadomości” Holeckiej-Adamczyka-Ziemca nie lustrowały go i jakby nigdy nic unosiły się nad jego cnotami, choć pogrzebu nie zaszczycili ani Duda ani Morawiecki, ani nawet szef MON, choć generała chowali.

 

Powrót starego pytona?

Potwierdza się sygnalizowany przeze mnie charakter afery wokół odsunięcia prezesa Polskiego Radia Jacka Sobali. To wojna „sakiewiczowszczyny” (Kluby „Gazety Polskiej”) z „kurszczyzną”, która reprezentuje jakoby bardziej „liberalną” część elektoratu PiS, zblatowaną z cyniczną „karnowszczyzną”. Coś jest na rzeczy, bo te orgie libertyńskiej swobody obyczajowej, jakie odbywają się w „Pytaniu na śniadanie” (Dwójka TVP), z tym gadaniem jak gdyby nigdy nic o „partnerach życiowych” (niesakramentalnych!!!), z tym iście francuskim hedonizmem kulinarnym, z tym brakiem odwołań do Boga i patriotyzmu, muszą „sakiewiczowszczyznę” drażnić, choć przede wszystkim drażni ją brak jawnego, formalnego dostępu do TVP. No i ten ten niesakramentalny ślub cywilny rozwodnika Kurskiego (Jacka) pobłogosławiony obecnością przez Karnowskich (biznes is biznes) oraz wicemarszałków Sejmu, Beatę Mazurek i Ryszarda Terleckiego, (podobno kolejną niesakramentalną parę w PiS, jak donosi jeden z tabloidów). Jaki „Kura” daje przykład? „Sakiewszczyzna” by to zniosła, bo i sam Sakiewicz nie jest bez grzechu, gdyby ją dopuszczono do telewizyjnego tortu na stole. A tu nie dość że nie, to jeszcze jej wyrywają państwowe radio. Sakiewicz otwartym tekstem i publicznie zadeklarował, że nie daruje ludziom, którzy „wkradli się w szeregi dobrej zmiany”, żeby szkodzić jemu i jego Klubom „Gazety Polskiej”. Zagroził, że będzie ich ścigał. W tej sytuacji bardziej czytelny staje się sens dwóch faktów. Po pierwsze, MSZ popiera projekt Ordo Iuris mający zastąpić wrażą, „genderową” konwencję antyprzemocową. Po drugie, zasygnalizowano możliwość powrotu do gry „starego pytona”, idola „Klubów „Gazety Polskiej” czyli Antoniego Macierewicza. Ma on podobno robić jakiś audyt w MON czyli grzebać tam Błaszczakowi po szufladach. Oba te fakty wyglądają na próbę udobruchania radykalnych, wpływowych klubów „sakiewiczowszczyzny”, na której utratę nie może sobie przecież Prezes pozwolić.

 

„Kler” zbliża się czyli worek, korek i rozporek

Z braku parlamentarzystów po Warszawie i po kraju snują się pytony. Jednak niedługo już tego dobrego. Parlamentarzyści wrócą na Wiejską, a inauguracja nowego, wyborczego sezonu politycznego zbiegnie się z premierą filmu Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, w którym polskie duchowieństwo katolickie, od skromnego księżula na wsi do biskupa-flaszki w wykonaniu dawnego Janka Kosa, jawi się jako ruja, poróbstwo, chciwość, sodoma, gomora i ścierwo ostatnie. Słowem, worek, korek i rozporek. Jak powiedział pewien uczeń referując treść „Monachomachii” biskupa Ignacego Krasickiego: „Obżarstwo duchowieństwo opanowało”. Oj, będzie się działo.

Socjaliści w obronie demokracji

Stanowisko Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie łamania zasad demokracji.

 

Polska partia Socjalistyczna, najstarsza polska partia, od początku swego istnienia łączyła programowo w ramach idei demokratycznego socjalizmu dwa hasła: niepodległości państwa i sprawiedliwości społecznej. Pierwszy program przyjęty na Zjeździe Założycielskim w Paryżu w 1992 roku zakładał, że przyszła Polska będzie pod względem politycznym opierała się o „demokrację parlamentarną, z szerokim samorządem gminnym i prowincjonalnym, gwarantującą równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy płci, rasy, narodowości i wyznania oraz całkowitą wolność słowa, druku, zebrań i stowarzyszeń”.
O taką Polskę walczyli i ginęli członkowie PPS. Obecnie mamy do czynienia z nasilającym się łamaniem zasad „parlamentaryzmu”, przepychaniem przez parlament ustaw „łokciem i kolanem”, ograniczaniem, a nawet pozbawianiem opozycji prawa do dyskusji i uniemożliwianiem obywatelom prawa do wyrażania sprzeciwu wobec treści i sposobu stanowienia prawa. Ignorowane jest nawet zdanie prawników zatrudnionych przez Sejm i Senat, którzy wskazują, że przyjmowane rozwiązania naruszają Konstytucję. Trzeba podkreślić, że Parlament wybrany w roku 2015, w wyniku zbiegu okoliczności, nie odzwierciedla rzeczywistego układu sił społecznych i politycznych w Polsce. Brak lewicy powoduje zachwianie reprezentacji interesów wielu grup społecznych m.in. pracowniczych. Rządzący w związku z rzeczywistym, 19 procentowym poparciem powinni baczyć na delikatność sytuacji w jakiej jest Polska demokracja.
Brak reprezentacji interesów mniejszości w Parlamencie w sposób naturalny skutkuje przenoszeniem się dialogu społecznego na ulice.
Powstała sytuacja, w której Parlament, wybrany przez obywateli, pełniący wobec nich służebną rolę, staje się „twierdzą” odgradzającą „wybrańców” od wyborców. Zanikły takie formy demokracji jak opiniowanie projektów ustaw przez organizacje i stowarzyszenia, obywateli, a nawet instytucje mające konstytucyjnie stać na straży ich interesów w tym Rzecznika Praw Obywatelskich.
Zasada poszanowania prawa jest jednym z fundamentów wolności i ochrony przed samowolą.
Brak poszanowania prawa przez rządzących już obecnie skutkuje rosnącą ich samowolą wyrażającą się m.in. w wykorzystywaniu dobra wspólnego, jakim są m.in. spółki skarbu państwa, do celów partyjnych i nagradzania wysoko płatnymi posadami swoich działaczy, często o miernych kwalifikacjach. Samowolą nazwać też trzeba wykorzystywanie prokuratury i policji do prześladowania opozycji, przy jednoczesnej daleko idącej bezkarności dla organizacji propagujących nienawiść rasową i kulturową.
Równouprawnienie ze względu na wyznanie staje się iluzoryczne gdy Kościół katolicki jest obficie zasilany przez państwo ze wspólnej, państwowej kasy, a wszelkim wydarzeniom publicznym towarzyszą wydarzenia religijne i asysta kleru.
Złamany został obowiązujący powszechnie w krajach demokratycznych trójpodział władzy.
Uchwalane pospiesznie ustawy poddały całkowicie władzę sadowniczą władzy wykonawczej, co skutkować będzie nasileniem samowoli rządzących.
Chcemy Polski, w której wszyscy są równi wobec prawa, gdzie przestrzega się Konstytucji i nie dzieli Polaków na „lepszych” i „gorszych”.
Potępiamy język nienawiści w życiu publicznym i prezentowany coraz częściej brak kultury politycznej.

Flaczki tygodnia

Trwa dorzynanie „watahy”. Ale nie wedle planu politycznego, o jakim usłyszeliśmy od Radosława Sikorskiego jesienią 2007 roku, pod koniec kampanii wyborczej do polskiego parlamentu.
Jeszcze na początku tamtego roku Sikorski był ministrem obrony narodowej w rządzie premiera Jarosława Kaczyńskiego. Zaczął swe ministrowanie w rządzie PiS już w 2005 roku, rządzie firmowanym przez Kazimierza Marcinkiewicza. Ale w lutym 2007 roku Sikorski podał się do dymisji. Powodem był jego konflikt z ówczesnym szefem Służby Kontrwywiadu wojskowego Antonim Macierewiczem. Politykiem konfliktogennym.
Ponieważ pan premier Jarosław Kaczyński nie złajał pana Antoniego odpowiednio, urażony Radek przeszedł do konkurencyjnej Platformy Obywatelskiej. I już 12 września 2007 roku ogłosił, że będzie kandydował do Sejmu RP z list tej partii. Wzmocnił wtedy jej prawe skrzydło.

***

Intuicja polityczna nie zawiodła go. Platforma wygrała wybory i rządziła wraz z PSL do końca 2015 roku. Sikorski został w 2007 roku ministrem spraw zagranicznych w pierwszym rządzie Donalda Tuska i członkiem Platformy Obywatelskiej. W roku 2010 był już jednym z wiceprzewodniczących tej partii. W tym samym roku konkurował z Bronisławem Komorowskim o nominację na kandydata PO w wyborach prezydenckich. Przegrał wtedy, ale potem, w latach 2014-15, zdążył być marszałkiem Sejmu RP.

***

Musiał zrezygnować z tej funkcji po aferze podsłuchowej. Jego wystawne biesiady, na koszt podatników rzecz jasna, okraszane szczerymi i krytycznymi ocenami polskiej klasy politycznej, nagrane przez spec służby, musiały wzbudzić gniew ludu polskiego. Ciągle egalitarnego, ale pełnego też hipokryzji i odporności na realne polityczne myślenie. Przez to łatwego do manipulawania przez służby specjalne i poddane im media głównego nurtu.

***

Zamawiane w knajpie „Sowa i przyjaciele” danie „ośmiorniczki” stały się wśród wyborców PiS i licznego ludu polskiego synonimem rozpusty zdegenerowanych elit rządzących. Przeszły do słownika politycznego jako danie elit ostentacyjnie gardzących polskim ludem pracującym polskich miast i wsi.

***

Zabawne, że owe „ośmiorniczki” nie były w tamtej knajpie daniem najdroższym, ani najbardziej wykwintnym. Cenowo plasowały się w dolnych stanach średnich całego menu. W Azji, czyli miejscu ich urodzenia, ośmiorniczki należą do najtańszych dań. Tam w knajpach droższa jest wołowina i świnina, nawet drób. Zresztą w „Sowie i przyjaciele” to nie one nabijały wysokie rachunki, tylko zamawiane do nich przez biesiadników drogie – bo markowe – wina.
Ale wina, nawet te drogie, nie robią na wyborcach, zwłaszcza na „ciemnym ludzie”, takiego wrażenia jak obce polskiej ziemi i polskiej kuchni ośmiorniczki. Gdyby Sikorski żarł tam naraz po trzy schabowe z kostkami smarowanymi świńskim smalcem, do tego goloneczki w piwie, na drugie zrazy zawijane z kapustą modrą i kopę pierogów ruskich słoniną okraszonych, a na deser gicz cielęcą i szpik wołowy do ssania, i popijał wszystko wódką „Młody ziemniak” z Podlasia, rocznik 2007, czyli suche i upalne lato, to nadal byłby uważany za polskiego patriotę. A tak wynarodowił się od razu. Bo Polak, zwłaszcza katolik, ośmiorniczek i innego robactwa do ust nie brać nie może.

***

Zanim dorżnęły go te ośmiorniczki, to jesienią 2007 roku podczas kampanii wyborczej, zwracając się do ówczesnego wicemarszałka Sejmu RP i lidera PO Donalda Tuska zadeklarował dosadnie: „Jeszcze jedna bitwa, panie marszałku, dorżniemy watahę”. Zapowiadał surową rozprawę z prawicowym braćmi z PiS po wygranych przez PO wyborach.

***

Powstał wówczas spór semantyczno-polityczny. Czy Radek Sikorski mówiąc o dożynaniu mówił przez „ż” czy przez „rz”. Bo bezokolicznik „dożynać” wywodzi się od ”żąć”, czyli ścinać, kosić. Trawę albo zboże. Dożynki kojarzą się z czynnością powtarzaną, bo trawa po ścięciu odrasta. I znów trzeba żniwować.
Za to „dorzynać”, pochodzące od czasownika „rżnąć”, to czynności zakończona finałowym unicestwieniem. Raz na zawsze. Zatem Sikorski wzywał wtedy do dorzynania „watahy”, czyli elit PiS.

***

Platforma Obywatelska władzę zdobyła, ale składanej przez Sikorskiego obietnicy wyborczej nie dotrzymała. Dożynała PiS trochę, ale strzygła partię Kaczyńskiego niczym żywopłot. Elity PO szybko bowiem dostrzegły, że istnienie duopolu politycznego: elegancka, europejska, umiarkowana PO i ten buraczany, prowincjonalny, ciemny PiS znakomicie konserwuje władzę PO. I pacyfikuje pozostałą konkurencję polityczną. Zwłaszcza kiedy PO przejmowała do swych szeregów popularnych polityków centrolewicowych i centrowych, a PiS wchłaniał radykalną prawicę.
O tym że Platforma nie chce dorzynać „watahy” PiS świadczyło sejmowe głosowanie z 2015 roku, kiedy pomimo posiadanej większości sejmowej, nie postawiono Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu. Bo wielu parlamentarzystów PO nie chciało krzywdzić braci z PiS.

***

Teraz PiS takich błędów nie popełnia. Dorzyna „watahę PO i PSL” konsekwentnie, systematycznie, bezlitośnie.

***

Łatwo dzisiaj elitom PiS dorzynać swych niedawnych braci politycznych. Bo to przecież parlamentarzyści PO i PSL pomagali PiS w wykuwaniu politycznych brzytew i siekier. Obie formacje zgodnie dbały o rozwój Instytutu Pamięci Narodowe, powołanego jeszcze w 1998 roku, bo uważały go za oręż przydatny w dorzynaniu polskiej lewicy. Podobną funkcję miało spełniać Centralne Biuro Antykorupcyjne powołane w 2006 roku. Wtedy kluby parlamentarne PiS i PO zgodnie głosowały za powołaniem CBA i jego szefem panem ministrem Mariuszem Kamińskim. Bo uchodził on za szczerego antykomunistę. Bat na „komunę”. Czas pokazał, że minister Kamiński wobec braku żywych i atrakcyjnych „komunistów” swoją niespożytą energię skierował przeciwko „postkomunistom”, czyli obecnej PO, Nowoczesnej i PSL.

***

Warto też przypomnieć, że na sukces wyborczy PiS silnie zapracowały media związane z PO. Tak skutecznie obrzydzały SLD, że lewica nie przekroczyła progu wyborczego. I dało to parlamentarną większość PiS.

***

PiS konsekwentnie dorzyna „watahę” PO. Niestety rżnie siekierami, jak nacjonaliści ukraińscy w Wołyniu, dorzynając przy okazji demokrację parlamentarną w naszym kraju.

Ale o tym w następnych Flaczkach.

Flaczki tygodnia

Pamiętacie „Drugą Japonię” obiecaną wam przez pana „przydęta” Wałęsę?
Albo „Zielną wyspę”, czyli drugą Irlandię ogłaszaną przez Donalda Tuska?
Albo spełnioną obietnicę Andrzeja Leppera, że tu już nigdy „Wersalu nie będzie”?
Teraz kolejna ekipa rządząca buduje nam kolejną „drugą”. Drugą Turcję.

***

Tym razem nie deklarują tego otwarcie. Ale już widać jaki wykluwa nam się nowy system władzy. Mamy już pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego posiadającego sułtańską władzę. Do wykonywania swych poleceń pan sułtan Kaczyński ma kilku wezyrów. Stale łaszących się o łaski sułtana i zawzięcie, pod przysłowiowym dywanem, walczących o strefy wpływów i zakres władzy.

***

Aktualnie wielkim wezyrem jest Mateusz Morawiecki. Obecnie jeździ on po kraju i obiecuje poddanym „Wspaniałe stulecie”.

***

Pan sułtan Jarosław, jak każdy autorytarny władca, nie akceptuje oświeceniowego trójpodziału władzy. Ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Władzę wykonawczą i ustawodawczą skupił już w swoich rękach. Sejm, Senat i większość z ministrów swojego rządu sprowadził do roli eunuchów politycznych.

***

Pozostały jeszcze niekontrolowane sądy w Rzeczpospolitej. Dlatego pan sułtan Kaczyński sprowadza właśnie do eunuchowego stanu. Przy pomocy ślepo wiernych janczarów. Pod wodzą agi Stanisława Piotrowicza i agi Krystyny Pawłowicz.

***

Opozycję i wszystkich nie akceptujących sułtanatu Kaczyńskiego, jaśnie pan sułtan traktuje jak kiedyś władcy osmańscy, jak „raję”. Obywateli drugiej kategorii. Raję teraz zwaną „Polakami drugiego sorta”, albo „postkomuną”.

***

Jak w każdym sułtanacie, tak i w sułtanacie Kaczyńskim, mamy religię panująca. W Polsce taką rolę pełni kościół katolicki. Podstawą relacji państwo – kościół jest znany z minionych wieków „sojusz tronu i kropidła”.

***

Każdy kreujący się na poważnego sułtan musi mieć swojego śmiertelnego wroga skrywającego się za granicą imperium. Obecny prezydent Turcji Erdoğan, odnawiający tam system sułtański, ma swojego Fethullaha Gülena w USA. Pan sułtan Kaczyński ma Donalda Tuska w Brukseli. W sułtanacie tureckim odpowiedzialnym za wszystkie porażki jest Gülen i jego zwolennicy. W Polsce takim Gülenem jest Tusk i „totalna opozycja”.

***

A harem? Gdzie jest w Polsce harem niezbędny w każdym systemie sułtańskim?

***

Spokojnie. Mamy i harem. Popatrzcie tylko na wianuszek posłanek otaczających sułtana Kaczyńskiego otoczonego zwykle przez obwarzanek ochroniarzy. Wianuszek zwany przez zazdrosnych posłów PiS – „bandą tapirów”. Zwany tak od stylu czesania się obowiązującego w żeńskich elitach PiS.
Jaśnie pan sułtan regularnie obcałowuje rączki „bandy tapirów” i słodzi ją swoimi żarcikami. O więcej mowy nie ma, bo sułtan Kaczyński, jak prezydent Kaczyński, „przypala, ale się nie zaciąga”. Dlatego banda tapirów nie liczy na sex z sułtanem, ani na prokreację. Na tym dworze najwyższym aktem łaski sułtańskiej jest bilet do Parlamentu Europejskiego.

***

Pamiętacie wezyra Beatę Szydło. Zwaną też na dworze „sułtanką Beatą”. Tak chciała się przypodobać swemu panu sułtanowi, że pokazała mu pazurki. Ten jednak zniesmaczył się takim obnażaniem i wezyr Beata popadła w niełaskę. Teraz spływa Dunajcem wypatrując pocieszenia w euro parlamencie.

***

System sułtański to także styl życia. Zauważcie, że prominenci PiS lubią nawiązywać do Sarmatów z I Rzeczpospolitej. A tamci swoje ubiory, uzbrojenie, uczty inspirowali wzorami czerpanych z imperium osmańskiego. Polski kontusz, pas słucki, szabla były wzorowane na ich tureckich odpowiednikach.

***

Nic zatem dziwnego, że w ubiegły piątek prominenci PiS urządzili sobie balangę, nazwaną dla oszukania „ciemnego ludu” – posiedzeniem Zgromadzenia Narodowego z okazji „550 – lecie polskiego parlamentaryzmu”, w iście sułtańskim stylu. W ekskluzywnym namiocie, bo takie wnętrza sułtani i eunuchy lubią. Namiocie wynajętym na jeden dzień za jeden milion złotych! Bo sułtanat to system lubiący ostentacyjny przepych.

***

Niestety podczas balangi namiot święcił rzędami pustych krzeseł, bo „raja” nie skorzystała z łaski eunuchów sułtańskich, i zbojkotowała obrady. Platforma Obywatelska nie przyszła a opozycja z Nowoczesnej i PSL demonstracyjnie wyszła podczas przemówienia sułtańskiego wezyra pana prezydenta Andrzeja Dudy. Pozostali parlamentarzyści Kukiz15, zachowujący się jak komsomoł PiS. Dlatego kosztowną budżetowo balangę obchodzono w wąskim gronie. Eunuchów i eunuszek. PiS jego kukizowego komsomołu.

***

Jan Duns Szkot, średniowieczny teolog i logik, dowodził, że fakt nie zapisany w źródłach historii faktycznie nie istnieje. Pewnie dlatego pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński, prominentny eunuch polityczny na dworze sułtana Kaczyńskiego, wprowadził doktrynę Jana Dunsa Szkota w życie.
Pod koniec wspomnianej balangi w namiocie wynajętym aż za milion złotych polskich odczytano protokół relacjonujący jej przebieg. Ku pamięci potomnym. W protokole ani słowem nie odnotowano bojkotu opozycyjnej rai. Kiedy jedyny, pozostający w namiocie, opozycyjny poseł próbował wnieść zgodną z prawdą i z obowiązującym Regulaminem Sejmu poprawkę odnotowującą protest opozycji parlamentarnej, to wspomniany wyżej, eunuchowaty politycznie pan Marszałek udawał, że nie widzi parlamentarzysty i jego poprawki.

***

Takim zachowaniem pan Marszałek Kuchciński złamał Regulamin Sejmu RP i tradycje polskiego parlamentaryzmu nakazują dopuszczanie do głosu opozycji. Nie uszanował zasad polskiego parlamentaryzmu nawet na obchodząc jego 550-lecie.

***

Jakub Hartwich, Iwona Hartwich, Aneta Rzepka, znani w protestu w Sejmie w obronie interesów niepełnosprawnych obywateli naszego kraju dostali zakaz wstępu do Sejmu. Wydał go wspomniany już wyżej pan marszałek Marek Kuchciński. Najgorszy marszałek w historii Sejmów III i IV Rzeczpospolitej, Regularnie mylący role marszałka polskiego Sejmu z funkcją kapo polskiego obozu koncentracyjnego.

***

Pan poseł Marek Suski w rozmowie z Robertem Mazurkiem ujawnił w „Dzienniku. Gazeta Prawna”, że miał poważną ofertę pracy w Hollywood na stanowisku perukarza damsko – męskiego. Szansę spełnienia się w tym zawodzie, bycia najlepszym nawet tam. Niestety zapisał się do PiS. Nie pierwszy to, i nie ostatni niestety, przypadek zmarnowania kariery, a może i życia, przez partię pana sułtana Kaczyńskiego.

Gowin idzie dalej

Nie pomogły prowadzone do ostatnich chwil protesty w ośrodkach akademickich, nie trafiły do ministra Gowina krytyczne argumenty. Ustawa 2.0, popychająca polską naukę dalej w neoliberalnym kierunku, została 3 lipca przed północą przegłosowana w Sejmie.

 

Protestacyjne pikiety odbywały się niemal do ostatnich chwil przed głosowaniem – w Krakowie aktywistki i aktywiści Akademickiego Komitetu Protestacyjnego demonstrowali przed biurem poselskim Jarosława Gowina, 2 lipca miały miejsce także happeningi we Wrocławiu i w Warszawie. Studentek, doktorantów, wykładowczyń i wykładowców nie opuszczała nadzieja, że rządząca partia – mimo arogancji, z jaką Gowin traktował protestujących – uwzględni głos tej części środowiska akademickiego, która w czerwcu zmobilizowała się w proteście przeciwko ustawie. Działacze kilkunastu komitetów protestacyjnych argumentowali, że „konstytucja dla nauki”, zamiast ratować polskie szkolnictwo wyższe, otworzy drogę do upolitycznienia uczelni, zniszczy mniejsze, regionalne uniwersytety i ostatecznie podporządkuje polską naukę doraźnym interesom biznesu.

Gowin miał za sobą rektorów, którym ustawa znacząco poszerza zakres uprawnień. Związki zawodowe podzieliły się w ocenie nowych przepisów – Rada Szkolnictwa Wyższego i Nauki ZNP dostrzegła w ustawie szereg pozytywnych, propracowniczych i prodoktoranckich rozwiązań, ale już Związek Nauczycielstwa Polskiego na UW, centrala „Solidarności” czy też mazowieckie struktury OPZZ zadeklarowały solidarność z protestującymi. Ministerstwo Nauki mogło jednak pozwolić sobie na zignorowanie protestów głównie dlatego, że AKP, chociaż organizowały spektakularne protesty i zaktywizowały studentów czy doktorantów w stopniu niebywałym na polskich uczelniach, nadal nie były ruchami aktywizującymi większość swoich społeczności akademickich.

W tym kontekście warto odnotować, że protestującym mimo wszystko udało się odnieść pewien sukces – w wersji ustawy, jaką Gowin chciał przepchnąć w Sejmie jeszcze w czerwcu, Rada Uczelni kontrolująca uniwersytet na wzór korporacyjnej rady nadzorczej, miała w 51 proc. składać się z osób spoza uniwersytetu. W wersji zmienionej po protestach akademicy i „zewnętrzni eksperci” (np. biznesmeni czy byli politycy) będą mieli po połowie miejsc.

Za ustawą padły 233 głosy, przeciwko – 195. Zdecydowała postawa PiS – 219 obecnych na sali posłów i posłanek w komplecie oddało głosy „za”. Co znamienne, na sali nie było ani Jarosława Kaczyńskiego, ani czołowych przedstawicieli tzw. „frakcji profesorskiej” w PiS, którzy w czerwcu przyłączyli się do krytyki ustawy. Do tego doszły głosy niezrzeszonych, Wolnych i Solidarnych, dwóch przedstawicieli klubu Kukiz’15 i jeden reprezentant PO. Opozycja parlamentarna zmobilizowała się dość znacząco – przeciwko „konstytucji dla nauki” był prawie cały klub PO, komplet posłów i posłanek Nowoczesnej, PSL i trzyosobowe koło Ryszarda Petru.

Teraz ustawą zajmie się Senat, potem pozostanie tylko podpis Andrzeja Dudy. Co dalej planują aktywiści z uczelni? „Nie ustaniemy w naszych staraniach o zapewnienie społeczności akademickiej opieki i ochrony, na jaką ona zasługuje. Nie zrobiło tego ministerstwo, nie zrobili posłowie – zrobimy to my” – czytamy w liście warszawskiego AKP. Aktywistki i aktywiści powtarzają w nim raz jeszcze swoją druzgocącą ocenę ustawy. „Edukacja wyższa stanie się dobrem luksusowym, dostępnym tylko nielicznym – tym szczęśliwie urodzonym w Warszawie i paru innych metropoliach bądź dość zamożnym, by się do nich przenieść. Badacze dotąd mogący demokratycznie współdecydować o przyszłości uczelni stracą odtąd wszelką możliwość podmiotowego głosu na rzecz scentralizowanej władzy” – piszą.

Fałszywy alarm

Nie ma czegoś takiego jak aborcja eugeniczna.

 

Z eugeniką mielibyśmy do czynienia wtedy, kiedy do rozrodu dopuszczono by wyłącznie „najlepsze” osobniki w celu „ulepszenia” gatunku. Nikt nie planuje eliminowania na przykład płodów ze skłonnością do łapania kataru. Mówienie zaś o eugenice w kontekście urodzeń dzieci z ciężkimi wadami, które albo wkrótce po narodzinach umrą, albo spędzą swój czas podłączone do skomplikowanej maszynerii, która umożliwi podtrzymywanie funkcji życiowych, ale nie normalną egzystencję – jest zwykłym zawracaniem głowy. Podobnie jest z upośledzeniami, które wykluczają zostanie rodzicem w przyszłości. Nie ma to nic wspólnego ze zjawiskiem „podrasowywania” przychodzących na świat ludzi. Jako społeczeństwo XXI wieku domagamy się prawa dokonania wyboru usunięcia nieprawidłowo rozwijającej się ciąży nie w kontekście projektowania puli genetycznej, ale po to, aby zapobiegać pojedynczym dramatom, do dźwigania których żaden – żaden! – człowiek nie powinien nigdy być zmuszany.

Kierownictwo PiS doskonale zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę i dlatego biegusiem skierowano projekt „Zatrzymaj aborcję” do prac w podkomisji. Dla wszystkich jest oczywiste, że Kaja Godek usiłująca zalać prezesa Kaczyńskiego betonem to zawodnik wagi piórkowej, podskakujący i wydający groźne bojowe okrzyki w nadziei, że przestraszy doświadczonego zawodnika sumo. Ten obrazek nieodmiennie wywołuje uśmiechy politowania nawet na prawicy. Partia rządząca cynicznie pozoruje ruch wokół projektu „Zatrzymaj aborcję”. Kulisy aż huczą od sugestii, że PiS przeciągnie pseudoprace nad ustawą nawet do wyborów parlamentarnych 2019.

Tylko my cały czas jesteśmy w klinczu pomiędzy grupą cynicznych rozgrywających, a nieobliczalnych fanatyków. Jedni robią z nas zwolenniczki genetycznych eksperymentów, a drudzy wymachują nam przed oczami ustawą stworzoną przez medialną krzykaczkę, próbując przykryć nią narastające problemy w służbie zdrowia, smród po proteście niepełnosprawnych, „skorygowaną” na życzenie Wielkiego Brata ustawę o IPN czy zaproszenie bandy ignorantów do Sądu Najwyższego. Tylko że dla nas to nie jest żadna abstrakcyjna karta przetargowa. To nam codziennie odmawia się przepisania recepty na antykoncepcję, to przed nami zataja się wyniki badań prenatalnych. Nas wreszcie wyrzuca się z Sejmu razem z naszymi już urodzonymi dziećmi na wózkach. Dlatego nie mają racji komentatorzy, którzy wzruszając ramionami twierdzili, że dzisiejsze posiedzenie komisji rodziny od początku było tylko „aborcyjną wrzutką” i „fałszywym alarmem”. Dla nas nie ma fałszywych alarmów. My na złożenie parasolek, schowanie czarnych kiecek do szafy i przyśnięcie na chwilę nie możemy sobie pozwolić.

Większość posłów jest zadeklarowanymi konserwatystami, nie zawracającymi sobie głowy poprawnym zrozumieniem definicji słowa „eugenika” ani też społecznymi skutkami zmuszenia kobiet do rodzenia „jak leci”. Oni, gdyby tylko zostali spuszczeni z krótkiej smyczy prezesa przeliczającego wszystko na słupki poparcia, za ustawą Godek głosowaliby nie tylko obiema rękoma, ale też nogami, głową i kością ogonową naraz. Niezależnie od tego, kiedy znów usłyszymy o ustawie Godek (przy okazji jakiejś konstytucyjnej wtopy albo ostatecznej klęski Mieszkania Plus) – nie traćmy czujności. W tej cynicznej grze to my jesteśmy niestety na najsłabszej pozycji.

„Godkowszczyzna” idzie do diabła

Fakt, że zwolennicy liberalizacji prawa do aborcji muszą bronić ostro przez siebie przez lata krytykowanej, restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej ze stycznia 1993 roku przed ultrasami domagającymi się całkowitego zakazu przerywania ciąży jest sam w sobie przygnębiający i upokarzający. Pojawiają się jednak pierwsze jaskółki zmiany sytuacji.

 

Krytycy obowiązującej od 25 lat ustawy o ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, będącej rezultatem niepisanej umowy politycznej, zawartej między ówczesną „umiarkowaną” prawicą i hierarchią kościoła kat., od samego początku zżymali się na określenie „kompromis”, jakim określano to rozwiązanie ustawowe. Stosowali je i stosują w stosunku do tej ustawy ci, którzy zasadniczo są przeciw prawu do aborcji, ale uważają, że jej całkowity zakaz byłby rujnujący społecznie, i powodowałby liczne dramaty kobiet. Zwolennicy „kompromisu” uważają się za umiarkowanych, którzy w imię spokoju społecznego przeciwstawiają się radykałom po obu stronach frontu walki: fanatykom pro-life czyli zwolenników „całkowitej ochrony życia poczętego” z jednej i fanatykom pro-choice, czyli zwolennikom daleko posuniętej liberalizacji z drugiej strony.

 

Kruszą się podstawy „kompromisu”

Jednak wydarzenia ostatnich dwóch lat pokazują, że podstawy rzekomego „kompromisu” ulegają erozji. Po pierwsze, naruszył je sam Kościół kat., którego hierarchia od ponad dwóch lat dopomina się o zmianę obecnych przepisów i wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji. Incydent z kwietnia 2016 roku, jaki miał miejsce w kościele świętej Anny w Warszawie, kiedy to jedna z działaczek feministycznych zakłóciła odczytywanie listu biskupów domagających się „pełnej ochrony życia poczętego” był z tego punktu widzenia emblematyczny. To wystąpienie nie było bowiem aktem obrony ustawowego „kompromisu” wokół prawa aborcyjnego, lecz jedną z oznak ostatecznego wypowiedzenia przez liberalnie i progresywnie usposobione środowiska kobiece zgody na jakikolwiek, choćby minimalny konsensus wokół niego. To właśnie wtedy żądania liberalizacji prawa do aborcji znalazły się w centrum debaty społecznej. Do tej pory było inaczej. Przez minione dekady postulat liberalizacji w ogóle nie miał prawa obywatelstwa i był uważany za formę niecelowego awanturnictwa nawet przez część liberalnie usposobionych środowisk kobiecych i ich sojuszników. Na kolejne ataki antyaborcyjnych fanatyków odpowiadały one wyłącznie obroną status quo z 1993 roku. Postulaty liberalizacji spychane były do niszy i traktowane, w najlepszym razie, jako wyraz braku poczucia rzeczywistości u tych, którzy je formułowali. Kwestia liberalizacji prawa do aborcji została ostatecznie wprowadzona do głównego nurtu debaty w rezultacie masowego, ogólnopolskiego „czarnego protestu” z 3 października 2016 roku. Już nie tylko aktywistki i liderki ruchów kobiecych umieściły je wśród swoich głównych celów, ale uznały je za swoje także setki tysięcy zwykłych uczestniczek protestów. Co więcej, i w tym względzie nastąpił postęp i przesunięcie akcentów. Do głównego nurtu sporu weszło żądanie prawa do aborcji na życzenie. To krok dalej niż stosowane dotąd bardziej ogólnikowe pojęcie „liberalizacji”.

 

Bunt pokolenia szkolnej katechezy

Trzon generacyjny „czarnych protestów” utworzyły młode kobiety urodzone „w okolicach” owego roku 1993 czyli 20-30-letnie. Paradoksalnie – w większości przypadków to uczestniczki katechezy, czyli lekcji religii wprowadzonej do szkół przez rząd Tadeusza Mazowieckiego w roku 1990. Przedstawiciele Kościoła kat. i prawicowi, konserwatywni publicyści nie kryli szoku z powodu „agresywnej ekspresji” i „wulgarności” młodych, protestujących kobiet. Ćwierćwiekowa indoktrynacja katolicka w szkołach przyniosła – z ich punktu widzenia – skutki przeciwne do zamierzonych. Na swojej katolickiej piersi Kościół kat. „wyhodował żmiję”. Nie udało się zapisać tysięcy młodych kobiet do „pokolenia JP2”. Okazało się przy tym, że kwestia prawa do aborcji nie jest jedyną, która konstytuuje ich postawy. W ślad za nią pojawiły się żądania respektowania świeckości państwa, laickości w życiu publicznym i ograniczenia w jego ramach roli kleru.

 

Zamiast „wiosny Kościoła” – aborcja „na życzenie”

Niedawno ogłoszone wyniki badań amerykańskiego ośrodka Pew Research Center, pokazały fenomen dla wielu zaskakujący, a nawet szokujący. Oto polskie młode pokolenie, uważane za bardzo konserwatywne, najbardziej w Europie, i pasowane przez lata na „pokolenie JP2”, zwane też czasem „pokoleniem Lednicy”, w którym Kościół pokładał nadzieję na „wiosnę Kościoła”, okazuje się nie tylko najmniej religijną grupą pokoleniową. Dynamika spadku szeroko rozumianej religijności w tej kategorii wiekowej czyni bowiem Polskę liderem światowym w tej kategorii. Dlatego już nie tak zaskakujące mogą być wyniki badania stosunku do „aborcji na życzenie”, przeprowadzone przez ośrodek Kantar Polska w kwietniu i maju 2018 roku. Okazało się, że o ile na pytanie: „Czy popierasz dopuszczenie aborcji na życzenie?” pośród ogółu ankietowanych „nie” odpowiedziało 46 procent, a „tak” – 40 procent, o tyle w grupie wiekowej 15-24 odpowiedź „tak” dało 46 procent, a „nie” – 33 procent (przy dużym odsetku niezdecydowanych – 21 procent), podczas gdy w grupie wiekowej powyżej 54 lat te proporcje były odwrotne (i silniejsze) – „nie” – 59 procent, „tak” – 27 procent.

 

Skąd ten „gest Kozakiewicza”?

Jak oceniać te wyniki, które zdają się silnie podważać przeświadczenia co do postaw młodego pokolenia, żywione od co najmniej kilkunastu lat? Pogłębiona odpowiedź na to pytanie wymagałaby dużo bardziej gruntownych i szerokich badań niż zwykłe sondaże. Wymagałaby badań podobnych do tych, dotyczących przyczyn poparcia dla PiS, które w anonimowym Miastku przeprowadził Maciej Gdula. Jednak już dziś można sformułować przynajmniej dwie swobodne hipotezy. Po pierwsze, przeświadczenia o „konserwatywnym” i „katolickim” profilu młodego pokolenia Polaków formułowano w okresie emocjonalnego uniesienia po śmierci Jana Pawła II w 2005 roku, a później już tylko samoutrwalano się w poczuciu reprezentatywności przeprowadzonych wtedy sondaży i poczynionych obserwacji. Po drugie, 20-25-latkowie z 2005 roku przekroczyli już trzydziestkę i zbliżają się (lub już przekroczyli) czterdziestkę. Część z nich zapewne zasiliła już szeregi bardziej religijnej, starszej części społeczeństwa. Dzisiejsi 20-25-latkowie do „pokolenia JP2” najzwyczajniej, z metrykalnego punktu widzenia należeć nie mogą. Oni są już tylko „ofiarami” katastrofalnie źle i nieskutecznie prowadzonej katechezy. Dla nich Kościół kat. to nie charyzmat JP2, na którego świadomą konsumpcję byli zbyt młodzi, lecz już tylko coraz bardziej trywialna, nużąca, obciachowa, opresyjna i anachroniczna w formach codzienna rzeczywistość w szkole i poza nią. A gdy ten „codzienny” Kościół i jego eksponenci zagroził ich osobistym prawom i wolnościom, nie dali rady i pokazali gest Kozakiewicza.

 

„Godkowszczyzna” spylona do kąta

W tej sytuacji ruch PiS, które po raz kolejny pokazało fanatycznej „godkowszczyźnie”, gdzie jej miejsce i w poniedziałek „spyliło” na „zesłanie” do podkomisji sejmowej, która dla niej jest piekłem, projekt „Zatrzymaj aborcję”, nie jest już tylko – obiektywnie – taktycznym manewrem politycznym. Jest wyrazem pewnego realizmu większości formacji rządzącej. Efektem wyciągnięcia wniosków z nowej rzeczywistości społecznej, która tworzy się wokół kwestii prawa do przerywania ciąży.

ByleJaki immunitet już nie chroni

Sąd Najwyższy dał po nosie Patrykowi Jakiemu. Okazuje się, że z sejmowej mównicy nie można powiedzieć dosłownie wszystkiego, co się chce, „bo immunitet”.

 

Orzeczenie sądu Najwyższego zapadło we wtorek 19 czerwca w sprawie cywilnej, którą w 2016 roku poseł PO Robert Kropiwnicki wytoczył Patrykowi Jakiemu. Wiceminister sprawiedliwości podczas sejmowej debaty na temat pisowskich reform sądownictwa i prokuratury zasugerował z rozpędu, że Kropiwnicki w swoim mieszkaniu w Legnicy ma agencję towarzyską.
Powiedział dokładnie to: „Sytuacja jest trudna, bo poseł Kropiwnicki wychodzi na mównicę i mówi wielokrotnie o standardach. Problem polega na tym, że mieszkańcy okręgu pana posła Kropiwnickiego skarżą się, że pan poseł Kropiwnicki w swoim mieszkaniu prowadzi agencję towarzyską”.

 

Precedensowy wyrok

Dwa lata później sprawa trafiła aż przed Sąd Najwyższy i stała się precedensowym wyrokiem. Do tej pory nikt nie odważył się tak stanowczo postawić granic immunitetowi parlamentarnemu.
– Moją intencją nie było przedstawienie pana posła Roberta Kropiwnickiego jako osoby, która prowadzi agencję towarzyską. Jeżeli ktoś tak zrozumiał, to bardzo przepraszam – tłumaczył się Jaki zaraz po incydencie, ale opinia publiczna wiedziała swoje. Wyraźnie bowiem użył określenia „prowadzi”, co sugerowało wiedzę, zgodę i czynny udział.
„Zejdź z mównicy!” – napadli na Jakiego słusznie oburzeni posłowie PO, a Sławomir Neumann zwrócił się wówczas do Beaty Szydło o dymisję wiceszefa resortu sprawiedliwości.
Jedne media podają, że była to plotka. Tej wersji trzymał się zresztą sam Kropiwnicki. – To był typowo sąsiedzki konflikt. Mieszkają tam głównie starsi ludzie, dla których rozrywkowe dziewczyny, które zapraszają na noc chłopaków, to od razu prostytutki – miał mówić „Faktowi”.
Inne tytuły podają, że faktycznie agencja działała w mieszkaniu posła, pod jego nosem – faktem, w który wszyscy są zgodni, jest natomiast to, że polityk po rozpętaniu się tej burzy wypowiedział umowę najmu „przedsiębiorczym” lokatorom. Zdarza się najlepszym. Zwłaszcza, że Kropiwnicki w Legnicy miał bodajże siedem mieszkań na wynajem.
Od Jakiego zażądał przeprosin oraz wpłaty 20 tys. złotych na lokalny szpital.

 

Sąd sądowi sądem

W 2016 roku, kiedy sprawa toczyła się jeszcze przed Sądem Okręgowym w Warszawie, sędzia Alicja Fronczyk stwierdziła w orzeczeniu, że Patryk Jaki celowo dopuścił się ataku personalnego na oponenta, aby uciąć niewygodną dla siebie dyskusję i uniknąć merytorycznej krytyki. Co więcej, uznała, że w tym wypadku immunitet nie ma zastosowania.
„Nie ma podstaw konstytucyjnych by immunitet traktować jako środek mający zapewnić bezkarność parlamentarzysty, który narusza prawo” – napisała w uzasadnieniu. To właśnie te słowa tak bardzo rozsierdziły Jakiego, że publicznie groził sędzi postępowaniem dyscyplinarnym, za co później przepraszał. Zostało to bowiem bardzo źle przyjęte, nawet w jego macierzystej formacji.
Najlepsze jest to, że teraz, po wyroku Sądu Najwyższego sprawa prawdopodobnie wróci do tej samej sędzi. Jaki wnioskował co prawda o jej wyłączenie na dalszym etapie postępowania, ale Sąd Apelacyjny nie wyraził na to zgody. Teraz karma prawdopodobnie wróci.
Natomiast w 2017 roku szala przechyliła się na korzyść wiceministra sprawiedliwości. Sąd Apelacyjny przyznał mu rację i oddalił pozew posła PO. Zdanie na temat agencji miało być według sądu częścią (nie)parlamentarnej debaty:
„To, że poseł posłużył się argumentem ad personam nie może mieć decydującego znaczenia, gdyż ta wypowiedź nie nabrała z tej przyczyny autonomicznego charakteru względem wystąpienia w Sejmie” – napisano tym razem w orzeczeniu.
Uznano, iż Sąd Okręgowy bezzasadnie oceniał zakres immunitetu, ponieważ „zgodnie z artykułem 6 ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora, do zadań posła chronionych immunitetem należą wystąpienia w Sejmie”. Dopiero w wypowiedziach dla prasy lub poza Sejmem parlamentarzysta musi wykazać, że dotyczą one sprawowanej przez niego funkcji. Ale we wtorek 19 czerwca 2018 SN zrównał tę argumentację z ziemią.
– Po rozpoznaniu na posiedzeniu niejawnym w Izbie Cywilnej skargi kasacyjnej powoda od postanowienia Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 11 kwietnia 2017 r. SN uchylił zaskarżone postanowienie – powiedział w rozmowie z Polską agencją Prasową Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego Sądu Najwyższego.

 

Immunitet? Precz z tym

Aż 94 proc. Polaków nie chce, by politykom przysługiwał immunitet w sprawach karnych – wynika z badania przeprowadzonego w lutym 2018 przez Instytut Pollster na zlecenie „Super Expressu”.
– Zdaniem społeczeństwa immunitet to ochrona dla polityków. A przecież wszyscy powinni być równi wobec prawa – komentował wówczas wyniki badania politolog dr Bartłomiej Biskup. Jednocześnie podkreślił, że „immunitet został stworzony aby pomóc zachować równowagę w politycznej walce pomiędzy ekipą rządzącą a opozycją, a nie tylko po to, by w sprawach karnych politycy chowali się za przywilejami”.
Z ostatnich bulwersujących spraw, w których immunitet nie ochronił parlamentarzystów, wymienić można m.in. przypadek Stanisława Gawłowskiego. Dotyczyło to tzw. afery melioracyjnej, czyli nieprawidłowości przy realizacji 105 inwestycji przez Zachodniopomorski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych w Szczecinie. Polityk usłyszał zarzuty – między innymi o charakterze korupcyjnym. Zrzekł się więc immunitetu. Miał przyjąć co najmniej 200 tys. zł łapówki w czasie pełnienia funkcji wiceministra środowiska za rządów PO-PSL.
Więcej szczęścia miał senator z PiS Stanisław Kogut. Według prokuratury polityk partii rządzącej miał przyjąć szereg łapówek o wartości ponad miliona złotych. Senatora przed zatrzymaniem uratowali partyjni koledzy, którzy zagłosowali przeciwko tymczasowemu aresztowaniu Stanisława Koguta.
Jeszcze z innej beczki: immunitety nie uchroniły Ryszarda Petru i Kamili Gasiuk-Pihowicz. Głosami większości parlamentarnej oraz posłom i posłankom Kukiz’15 przegłosowano w kwietniu uchylenie tarczy ochronnej.
W przypadku Gasiuk, również chodziło o słowa wypowiedziane z mównicy sejmowej, dotyczące Dawida Jackiewicza.
– Były minister skarbu w obecnym rządzie Beaty Szydło, w czasie poprzednich rządów PiS w 2006 r. brał udział w awanturze, która doprowadziła do śmierci bezdomnego człowieka. Polityk PiS wdał się z nim w szarpaninę, popchnął go, głowa tego bezdomnego człowieka roztrzaskała się o beton. A potem co zrobiła prokuratura Ziobry? Umorzyła sprawę partyjnego kolegi, mimo że po awanturze z nim zginął człowiek – mówiła posłanka Nowoczesnej. Były minister chce od niej 100 tys, zł odszkodowania.
Natomiast założyciel Nowoczesnej stracił immunitet za nazwanie w publicznym wystąpieniu 16 lipca 2017 r. przed budynkiem Sejmu Macieja Wąsika i Mariusza Kamińskiego „przestępcami”.
W 2014 immunitet nie ochronił posła Jana Burego z PSL przed przeszukaniem biura poselskiego oraz pokoju hotelowego przez CBA na zlecenie Andrzeja Seremeta. Również chodziło o aferę z korupcją w tle.
Ponieważ posłowie burczeli wówczas silnie na działania prokuratora generalnego – Seremet osobiście pofatygował się do Sejmu, aby wyjaśnić, co następuje: – Immunitet nie chroni posła przed przeszukaniem w postępowaniu przygotowawczym.
Poinformował też, że sam poseł PSL nie miał zastrzeżeń co do sposobu przeszukania i został poinformowany o jego celu.
Jak widać, immunitet powoli odchodzi do lamusa, a posłowie i senatorowie przestają czuć się tak pewnie, jak było to w latach pierwszej dekady III RP.

Protest nie wygaśnie

Głosowanie nad ustawą 2.0, przeciwko której protestowali w ostatnich tygodniach studenci, doktoranci i wykładowcy, zostało przełożone na lipiec. Działaczki i działacze jedenastu lokalnych Akademickich Komitetów Protestacyjnych zawieszają swoje wystąpienia w poczuciu, że okupacja budynków uniwersyteckich okazała się skuteczna; zapowiadają także, że ruch na uczelniach nie wygaśnie.

 

Protestujący na uniwersytetach nie pozostawiali na ustawie suchej nitki. Prof. Tomasz Majewski z Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego wyliczył w rozmowie ze Strajkiem.eu cały szereg rozwiązań, które zaszkodzą polskiej Akademii: wprowadzenie instytucji Rad Uczelni złożonych w ponad połowie z osób spoza uniwersytetów (co nieuchronnie zaowocuje upolitycznieniem nauki lub podporządkowaniem jej doraźnym interesom biznesu), zmiany w klasyfikacji dyscyplin naukowych nieuwzględniajace ich specyfiki i przedmiotu badań, rozszerzenie uprawnień ministra i danie mu bezpośredniego wpływu na programy studiów.

– Uderzenie w samorządność i autonomię uniwersytetów w Polsce zagraża nam wszystkim, nawet przy korzystnym dla pewnych kręgów przekierowaniu wąskiego, niewystarczającego dla realnego rozwoju nauki strumienia finansowego. Jakkolwiek nie zgadzam się ze wszystkimi postulatami, głoszonymi przez protestujących, to jednak pewna wyrwa w murze akademickiego milczenia została zrobiona – powiedział z kolei Strajkowi.eu Piotr Kuligowski, doktorant na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, kierujący grantem Narodowego Centrum Nauki. – Co do samej reformy zaś, jej największą wadą jest brak realnej podstawy materialnej. Nie można od naukowców oczekiwać więcej, nie oferując w zamian realnego wsparcia instytucjonalnego dla ich pracy, np. w postaci mniejszego pensum dydaktycznego czy systemowego wsparcia dla zagranicznych publikacji.

Głosy krytyki były do ostatniej chwili dezawuowane przez Jarosława Gowina, który twierdził, że w protest zaangażowała się tylko garstka studentów, z których część związana jest z lewicowymi organizacjami politycznymi, co w mniemaniu konserwatywno-liberalnego ministra miało dodatkowo odbierać im wiarygodność. Mimo to w ostatniej chwili do ustawy wprowadzono prawie 200 poprawek, dostarczając je na posiedzenie sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży tak, że posłowie i posłanki opozycji nie mieli praktycznie szans się z nimi zapoznać. Niektóre uwzględniały jeden z najgłośniej artykułowanych postulatów – zmieniały koncepcję Rady Uczelni, która w nowej wersji miała już być zdominowana przez samych akademików, a nie „zewnętrznych ekspertów” i „menadżerów”.

Gowin poszukiwał również poparcia dla swojej ustawy w ławach opozycji, wiedząc, że nie może liczyć na stuprocentowe poparcie posłów PiS. Bez powodzenia – zarówno PO, jak i Nowoczesna zapowiedziały głosowanie przeciw. Obie partie opozycji skalkulowały, że w danym momencie opłaci się im stanąć po stronie protestujących, chociaż ogólnie nie są przeciwne neoliberalnym rozwiązaniom w nauce – szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer w rozmowie z oko.press podkreślała, że nadal widzi w ustawie „wartościowe i dobre zapisy”.

Dalsze prace nad ustawą zostały przełożone na lipiec. Niewykluczone, że Gowin czeka, aż do pełni zdrowia wróci Jarosław Kaczyński, podobno wielki zwolennik „konstytucji dla nauki”. Niemniej ministerstwo utrzymuje, że nic się nie stało – „nie ma mowy o żadnym wycofaniu projektu”.