Ani kropli krwi wiecej…

Jeśli o tajnej operacji wiedzą dwie osoby to jest przynajmniej o jedną osobę za dużo.
(Stara, ironiczna maksyma wywiadowcza)

W Polsce stanu wojennego w 1983 roku narastały niepokojące procesy, których wagi nie można było lekceważyć. Już w lutym 1982 roku w warszawskim tramwaju, przy próbie rozbrojenia przez członka „Związku zbrojnego z Grójca“, któremu duchowo przewodził ks. Zych, został śmierelnie postrzelony starszy sierżant Milicji Obywatelskiej – Zdzisław Karos i ranny jeden z pasażerów. Zabity miał 32 lata, żonaty, dwoje dzieci. Zrabowana broń, dowód zabójstwa, ukrył w swojej parafii wspomniany kapłan.
Na przełomie maja i czerwca 1982 roku Kornel Morawiecki, działacz podzięmnej „Solidarności“ powołał do życia Solidarność Walczącą, której manifest programowy, odrzucał ugodę z urzędującymi władzami i reformę systemu, deklarował natomiast walkę podjazdową „na wszystkich poziomach i różnymi metodami“. Te sformułowania, będące implicite wezwaniem do przemocy, kosztowały Kornela Morawieckiego brak wsparcia Amnesty International po jego aresztowaniu w 1987 roku. Organizacja ta nie wciągnęła go na listę więźniów sumienia, stwierdzając, że musi wyjaśnić czy nie był związany z terroryzmem.
(Tytułem dygresji dodać należy, że z wiekiem założyciel Solidarności Walczącej wykazywał rozsądek i znaczny pragmatyzm polityczny jak choćby mówiąc w wywiadzie dla rosyjskiej agencji RIA, że „Polska postępuje źle, angażując się w jałowe spory z Rosją“, czy w wywiadzie, cytowanym przez Newsweek z 30 lipca 2018 roku „Rosja nie prowadzi agresywnej polityki“ albo w Wyborczej.pl, 7 sierpnia 2018 „W Polsce większość mediów nastawia społeczeństwo przeciw Rosji. Czy to jest dobre? Nie, to powinno się zmienić“.)
W 1983 roku jednak groźny cień wschodniego sąsiada gęstniał nad Polską. Krew przelana w dniach wprowadzania stanu wojennego w 1981 roku była już dostateczną, tragiczną daniną na rzecz rozwiązania polskich problemów polskimi rękoma, bez „sojuszniczej pomocy“ i biorąc pod uwagę skalę operacji, mogła być znacznie większa.
Tymczasem pojawiały się coraz liczniejsze symptomy nadchodzącej fali potencjalnych aktów przemocy ze strony podziemia opozycyjnego, związanych nawet z przelewem krwi. Trzeba pamiętać, że Polska była wówczas traktowana przez zachodnie służby specjalne instrumentalnie, jako „gwóźdź wbijany w łapę rosyjskiego niedźwiedzia“, natomiast opozycyjny program suwerennościowy dla kraju był daleko, w trzeciorzędnym tle tych działań. ( W jakimś wymiarze i dzisiejsza sytuacja wykazuje pewne podobieństwa z przeszłością. Uwaga służb polskich skoncentrowana na kierunku wschodnim jest przyczyną kardynalnego w przypadku wywiadu i kontrwywiadu błędu. Skoro patrzysz w jednym kierunku, nie zauważasz, że obok buszują bezkarnie inni, nie mniej groźni i efektywni przeciwnicy. Może wynika to po części stąd, że szefowi Agencji Wywiadu doradza grupa osób, które apogeum profesjonalne przeżyła koło 2010 roku, będąc w jej kierownictwie. Mówi się, że jakoby są wśród nich i tacy, którzy mieli „szczęście“ zacząć pracę w I Departamencie MSW tuż przed zmianą systemu a więc, potencjalnie objęci ustawą represyjną, dla dezinformacji zwaną dezubekizacyjną. Następnie, po skrzętnym wyczyszczeniu dokumentacji ich dotyczącej, z „odzyskanym dziwictwem“, wstąpili do AW i teraz gorliwie odrabiają grzechy młodości płynąc w nurcie politycznym aktualnej władzy i nie tyle wbijają gwóźdź w łapę rosyjskiego niedźwiedzia lecz raczej „łaskoczą go słomką po nosie“, bo jak dotąd jest w klatce.)
Wracając do głownego wątku naszego tekstu, należy wspomnieć, że w owym czasie pojawił się w kręgu niszowego wydawnictwa emigracyjnego w Paryżu, mającego jednak przełożenie na nielegalną opozycję w kraju niejaki Rafał Gan-Ganowicz. Jako młody chłopak, po II wojnie światowej, działał już w konspiracji rozrzucając ulotki antykomunistyczne. Gdy UB wpada na jego trop, ucieka do Berlina Zachodniego. Służy w amerykańskich kompaniach wartowniczych. Później przenosi się do Francji, odbywa szkolenie wojskowe przygotowujące do ewentualnych akcji sabotażowych na terenie Państw Układu Warszawskiego, w tym kurs spadochroniarski. Stopień podporucznika uzyskuje w 1959 roku, kiedy trwa już odwilż w relacjach Wschód-Zachód a widmo III wojny światowej znika. Zostaje więc najemnikiem, cynglem do wynajęcia. Bierze udział w wojnie secesyjnej w 1965 roku w Kongu w wojskach Czombego, potem w 1967 roku w Jemenie z rebeliantami wspieranymi przes ZSRR. Ma zresztą w tym procederze precedensy rodzinne. Jego ojciec był żołnieżem Francuskiej Legii Cudzoziemskiej, która jak wiadomo nie jest Armią Zbawienia. Wraca do Francji, jest miejscowym korespondentem Radia Wolna Europa. W latach 80-tych we Francji był też przedstawicielem „Solidarności Walczącej“.
Jego związek ze wspomnianym wydawnictwem wywoływał w kręgach krajowych służb uzasadnione obawy, że kanałami tej instytucji mogą dotrzeć do Polski instrukcje i sprzęt służące dokonywaniu aktów przemocy, tym bardziej, że Gan-Ganowicz był niewątpliwie związany ze służbami zachodnimi, o których roli wspominałem wcześniej, a konkretnie z DST (kontrwywiadem) i DGSE (wywiadem) francuskim.
(Gdyby ktoś chciał pogłębić swą wiedzę w tym zakresie, to polecam książkę byłego funkcjonariusza CIA, Setha G. Jonesa, którego trudno podejrzewać o sympatię do ówczesnych władź polskich, pt. A covert action. Reagan, the CIA and the Cold War struggle in Poland, wyd. New York-London, 2018, W.W. Norton & company, independent publishers since 1925; a szczególnie jej fragmenty poświęcone finansowaniu polskiej opozycji w Paryżu, zakamuflowane jak sądzę świadomie, na tyle „nieudolnie“, że łatwo zorientować się o kogo chodzi.)
Tak więc powstawała w Polsce masa krytyczna grożąca wybuchem przemocy. Jej eksplozja mogła zostać potraktowana przez ościenne państwa Układu Warszawskiego jako dowód na to, że władze polskie nie kontrolują sytuacji i wykorzystana w roli pretekstu do interwencji. A wisiała ona na włosku już w 1981 roku, wbrew temu, co po zmianach systemowych głosilli polscy mędrcy i przedstawiciele b. Radzieckiej generalicji na seminariach w Jachrance k. Warszawy.
Również w 1983 roku była ona możliwa i nie przeszkadzałoby jej uwikłanie Mokwy w wojnę afgańską. Pierwszoliniowe zgrupowania bojowe ZSRR nadal były w pełnej gotowości w Północnej Grupie Wojsk w Legnicy i, znacznie liczniejsze, w NRD. NRD-owska armia Ericha Honeckera z przyjemnością złożyłaby wizytę w Polsce a Czechosłowacy Gustawa Husaka przebierali nogami, w nadzei wyrównania porachunków z Polską za interwencję w 1968 roku, przy tłumieniu Wiosny Praskiej. Natomiast ZSRR ciągle był (i jak dotąd, w wymiarze historycznym, pozostaje) jedynym państwem na świecie, mogącym jednym rzutem lotniczym przemieścić całą dywizję powietrzno-desentową wraz ze sprzętem bojowym i pomocniczym na obszarze całej Europy.
Trzeba więc było działać, uspokajać nastroje w opozycji, schładzać „gorące głowy“ tych, którzy dążyli do siłowej konfrontacji z władzą, nie zdając sobie zapewne sprawy z tego, że może się ona zakończyć krwawą łaźnią, zafundowaną przez interwentów zewnętrznych.
Centrala Wywiadu w kraju podjęła decyzję, że realizacja akcji uspokajania nastrojów i rozładowania sytuacji szczególnie napiętej wśród nowych opozycjonistów w Trójmieście na równi z Wrocławiem, spadnie na moje barki. Wybór był teleż słuszny co ryzywkowny. Byłem wówczas we Francji, pracując w jezuickim Centrum Kultury i języka rosyjskiego Meudon p. Paryżem, gdzie szkolili się m.in. oficerowie z elitarnej akademii wojskowej Saint Cyr czy też studenci z Georgetown z USA zasilający później szeregi dyplomacji amerykańskiej. Działając z pozycji nielegała, z legendą kleryka zakonnego-jezuity mogłem bez trudu, jako profiler, typować do werbunku tych spośród nich, którzy wykazywali się zbiorem charakterologicznych predysponujących ich do pracy agenturalnej. To było moją podstawową misją. Pozostałe działania wywiadowcze, bo i takie były, stanowiły zadania drugorzędne. To z jednej strony.
Z drugiej-rozkaz realizacji grożącej dekonspiracją operacji na terenie kraju, obfitował wprawdzie w szereg niewiadomych ale w razie sukcesu, wydatnie ograniczał perspektywę rozwoju wydarzeń prowadzących do tragicznych w skutkach następstw w Polsce. I to zarówno w wymiarze jednostkowym, ludźkim jak i państwowym, grożącym jego destrukcją. Ze względu na posiadaną legendę byłem też „kandydatem z wyboru“ do realizacji tego zadania. Posiadałem bowiem dokumenty, ustanawiające mnie łącznikiem paryskiego centrum koordynacyjnego pomocy charytatywnej dla kraju, kierowanym przez ks. Zyberka-Platera, a Episkopatem Polski, w tym konkretnie z jego analogiczną komisją. Ksiądż Plater miał dobre konktakty z RMP (Ruchem Młodej Polski), któremu w Gdańsku przewodniczył Aleksander Hall, mający z kolei bliskie relacje z Bogdanem Lisem, działającym w podziemnym Komitecie Korrdynacyjnym Solidarności i o to właśnie chodziło bowiem cieszył się on wielkim autorytetem wśród młodych opozycjonistów. W oczach przywódcy RMP ja z kolei byłem godnym zaufania kurierem, polecanym przez paryski Komitet Solidarności, mającym dobre wejścia w Watykanie na najwyższym szczeblu.
(Nb., żeby lepiej zalegendować i uzasadnić krajową operację, udałem się wcześniej do Rzymu, gdzie na spotkaniu z sekretarzem Jana Pawła II, monsignorem Stanisławem Dziwiszem, rozmawiałem o konieczności uspokojenia wrzenia polskiej podziemnej opozycji, tak aby uniknąć nieobliczalnych następstw potencjalnych aktów przemocy. Papież zresztą podzielał ten pogląd.
Poźniej-lot do Polski, z finansami dla RMP i z nadzieją, że uda się nawiązać kontakt z Bogdanem Lisem. Zatrzymuje się u mojej ciotki mieszkającej w pobliżu Dworca Centralnego w Warszawie. Stamtąd, zmieniając parę razy samochody, żeby zgubić ewentualne „ogony“, do Magdalenki. W ośrodku wywiadu następują ostatnie ustalenia.
W celu zapewnienia pełnej szczelności informacyjnej i uniknięcia dekonspiracji, tudzież zabezpieczenia moich rozmówców z „Solidarności“ przed zatrzymaniem, bo chodziło przecież o to by dalej działali moderując nastroje najbardziej radykalnych grup podziemnej opozycji, postanowiono nie wtajemniczać w sprawę Służby Bezpieczeństwa i realizować zadanie wyłącznie siłami wywiadu.
Z takim wynegocjowanymi warunkami, powróciłem do mieszkania rodziny w Warszawie, by następnego dnia udać się pociągiem do Gdańska. Na odcinku do Malborka towarzyszyła mi obserwacja, niewiedziałem czy była to kontr obserwacja I Departamentu czy też ogony z SB, mogące mnie przejąć na dworcu, po telefonach do rodziców w Zagłębiu, które wykonałem z telefonu ciotki. Na pewno był na podsłuchu, bo przecież miała rodzinę na Zachodzie, z którą sie komunikowała, ale cały ten teatr potrzebny był po to, by nadać mojemu przybyciu do kraju poory powszedniości, autentyczności (sprawy rodzinne, urlop i.t.p.) a nie – sytuacji nadzwyczajnej. Ot takie „aktorstwo życiowe“, niezbędne w wywiadowczym rzemiośle.
Żeby upewnić się co do roli „towarzyszy podróży“ celowo wychodziłem z przedziału, głośno zasuwjąc drzwi. Wówczas natychmiast jeden z mężczyzn wychodził z przedziału przede mną, idąc z przodu, zgodnie z kierunkiem mego ruchu. Po chwili dostrzegałem kątem oka, w odbiciu w szybach korytarza, sylwetkę drugiego, idącego za mną i trzymającego dystans. Było ewidentne, że biorą mnie w „dwa ognie“ tak, żeby cały czas mieć mnie pod kontrolą. Wysiedli w Malborku. Pomyślalem, że pewnie na stacji w Gdańsku będzie czekał na mnie „komitet powitalny“. W końcu mogli mnie zapamiętać z faktu, że byłem w najbliższym otoczeniu Jana Pawła II , jako sprawozdawca Radia Watykan, podczas jego pierwszej wizyty w Polsce.
Ale nie stresowłem się zbytnio. Nawet gdybym został zatrzymany przez SB, moje związki z wywiadem nie wyszłyby na jaw, nie byłoby dekonspiracji, tyle że nie wykonałbym zadania. A moje dobre umocowanie w Watykanie powstrzymałoby ew. przesłuchujących przed twardymi metodami, bo narażania na szwank relacji ze Stolicą Apostolską nie wybaczyłoby im i ich szefom kierownictwo polityczne państwa.
W Gdańsku włóczyłem się po mieście, robiąc długą trasę sprawdzeniową na wszelki wypadek. Nikt za mną nie szedł. Pod wieczór zapukałem do drzwi klasztoru Dominikanów, prosząc o kontakt z przełożonym. Gdy pojawia się na furcie, mówię kim jestem. Nie zadaje pytań, odpowiada tylko, że wie od kogo. Idę coś zjeść do refektarza, później do celi zakonnej, zapadam w głęboki sen.
Po dwóch dniach oczekiwnia zgłasza się do klasztoru człowiek z podziemnej „Solidarności“. Nie ma wymiany nazwisk, on po prostu wie tylko, co ma ze mną robić. Sprawdzamy, czy nie ciągniemy za soba „ogona“, trafiamy na gdańskie blokowisko, wchodzimy do mieszkania. Spotyka nas przedstawiciel RMP, krótka rozmowa. Proszę o możliwość zorganizowania spotkania z Aleksandrem Hallem i ewentualnie Bogdanem Lisem. Zauważam pewną rezerwę ze strony gospodarza. Przekazuję mu kopertę z dolarami od ks.Platera. Gdy wręczyłem ten pakiet,lody topnieją, zaufanie wzrasta. Po rozmowach w bloku, kontrolując się, wracam sam do klasztoru. Następnego dnia komunikują mi, że będzie kontakt i zawita do mnie ktoś, kto wszystko zorganizuje.
Nazajutrz pojawia się na furcie łącznik. Jeździmy z nim „maluchem“ po ulicach, wygląda na to, że żadna obserwacja nas nie prowadzi. Dojeżdżamy na obrzeża Gdańska, później do willowej dzielnicy w Gdyni-Orłowie. Wjeżdzamy do garażu, malucha parkujemy obok dużego Mercedesa. Z garażu przechodzimy prosto do mieszkania. Wita nas Aleksander Hall, są też dwaj mężczyźni, skanujący częstotliwości SB i milicji na zachodnich odbiornikach radiowych. Intensywność sygnałów na tych częstotliwościach zaczęła rosnąć. Równocześnie dostajemy wiadomość, że Lis nie przybędzie, bowiem wszystko wskazuje na to, że jesteśmy pod obserwacją. Przez okno zauważyłem, że krótka willowa uliczka została z jednej strony zablokowana przez „Nysę“, z drugiej-przez „Poloneza“. W nysce nie widać pasażerów, pewnie przeszkolony kierowca i pasażerowie położyli się, aby nie dało się ich dostrzec. Ta krzycząca nieobecność była dla mnie jak stwierdzenie: „już was mamy“. Poinformowałem o tym Halla. Zbladł i powiedział: „To koniec“. Wtedy odezwała się we mnie żyłka wywiadowcza, w czym wsparł mnie właściciel willi, którego personalia poznałem wiele lat później. Jeden z „nasłuchu“, wsiada ze mną do malucha i pryskamy w prawo. Pan Aleksander Hall chwilę później wsiada do bagażnika Mercedesa z drugim (właścicielem willi-panem Jerzym Godlewskim) i jedzie w lewo. Tak, jak przewidywałem, w obstawie zaczął się bałagan. Nie wiadomo za kim jechać, kto zostaje, wreszcie-ktoś z dowódźtwa musi podjąć decyzję, to też zabiera cenny czas. Ostatecznie pojechali za maluchem, za mną. W dwa wozy. Najpierw „Nysa“ z tyłu, potem wyprzedził nas „Polonez“. Nie zablokowali nas, zgodnie z zasadami sztuki, licząc na to, że gdzieś ich doprowadzimy. A poza tym w maluchu były dwie osoby widoczne, a w Mercedesie tylko jedna.
Dziwiło mnie tylko, że tak precyzyjnie się nas trzymają. W pewnym momencie, gdy mijaliśmy taksówkę, zdecydowałem, że zbliżymy się do niej a ja przesiądę się-a raczej przeskoczę do niej. Mój towarzysz zdążył krzyknąć: „Niech pan jedzie do kliniki Akademii Medycznej i prosi o kontakt z szefową w imieniu podziemnej „Solidarności“. Jestem w taksówce. Taryfiarz szuka radiem po częstotliwościach i słyszymy, że „maluch pojechał dalej ale prowadzimy tego drugiego“. Taksówkarz do mnie: „Niech pan nawet nie szuka pieniędzy, jedziemy pod klinikę“. Odpowiadam: „Może pan mieć kłopoty“. On na to: „Nie ważne, wyrzucam pana po drodze w razie czego“. Widzę, że obstawa zwalnia więc pewnie za chwilę nas zablokują. Dojeżdżamy pod skarpę. Kierowca wskazując w prawo: „tam na szczycie, jest mur kliniki“. Dziękuję, prosząc: „Hamujemy ostro!“ i wyskakuję. Pojechał dalej a tamci już mu odpuścili, zajęli się mną.
Pada deszcz, jest ślisko, ślizgam się ale biegnę pod górę. Chyba nigdy w życiu tak szybko nie biegłem. Dwóch facetów z „nyski“ podąża za mną. Odsadziłem ich na jakieś sto metrów. Mój rekord życiowy. Biegli z reklamówkami w rękach, jak już zbliżałem się do muru, wyjęli z nich radiotelefony i zaczęli coś do nich wykrzykiwać. Docieram do muru, wdrapuję się, przeskakuje na drugą stronę. Wchodzę do portierni. „Jestem taki a taki, potrzebuje pomocy“. Natychmiast pojawia się pani profesor. Decyzję błyskawiczne. Karta choroby, piżama, fałszywe dane personalne, izolatka. Zakaźny. Krzywa gorączki z paru dni. Byłem pod wrażeniem. Pytam panią profesor: „Co dalej?“ Ona mnie uspokaja: „Niech się pan nie martwi“. Leżę więc i myślę jak to się stało, że obserwacja nas wykryła a potem trzymała się, jak rzep psiego ogona. Po latach dopiero dowiedziałem się, że łącznikiem, który doprowadził mnie na spotkanie z Aleksandrem Hallem i niedoszłe z Bogdanem Lisem był Zdzisław Pietkun, pseudo „Irmina“, informator SB. O zmierzchu moje rozmyślania przerywa przybycie jakichś ludzi. Zapakowali mnie na nosze, w całości przykryli, wsunęli do karetki. Jedziemy „na sygnale“, do wypadku. Nikt nas nie zatrzymuje. Po kilkuset metrach sanitariusze wyłączają syrenę i koguta. Krążymy trochę po ulicach, po czym wysadzają mnie w okolicach klasztoru. I znowu ukrywam się u Dominikanów. Raz wyszedłem, zrobiłem trasę sprawdzeniową ale nikt za mną nie dreptał. Uspokoiłem się. Następnego dnia, przybyła kobieta – łącznik. Zrobiła ze mną bardzo profesjonalną trasę sprawdzeniową, napewno była z solidarnościowej kontrobserwacji. Idziemy do Domu Marynarza i tam przekazuje mnie w ręce innej łączniczki. Znowu chodzimy po mieście.
Dochodzimy do dzielnicy zabudowanej willami. Wchodzimy do jednej z nich, do salonu a następnie, schodami, do sutereny. Zapala się światło. Człowieka stojącego naprzeciw mnie identyfikuję jako Bogdana Lisa. Ileż jego zdjęć widziałem…
Przegadaliśmy dobrą część nocy, to był trudny rozmówca. Zasugerowałem, że struktury watykańskie mogą udzielić wsparcia, dać środki na działalność samokształceniową, poligraficzną, ba , nawet pirotechniczną (wyrzutnie do ulotek). Wszystko to dla młodzieży, byle tylko odciągnąć ją od pomysłów akcji zbrojnych. Rozmówca się ze mna zgadza, sądzi, że przemoc może być tragiczna w skutkach dla całej opozycji i dla kraju, lecz równocześnie uważa, że coraz trudniej jest kontrolować bojowe nastroje młodych. Oświadczył jednak, że będzie robił co w jego mocy, aby do aktów przemocy nie doszło. Rozmowa trwała prawie do świtu. Po jej zakończeniu przejęła mnie lączniczka, wyprowadziła do miasta, po czym stwierdziła : „ Teraz to już sobie pan trafi“.
Potem wzystko działo się szybko, jak zmieniające się obrazy w kalejdoskopie. Dziękuję Dominikanom za gościnę, jadę taksówką na lotnisko, gdzie natychmiast zauważa mnie pułkownik Sylwester Flak z XIV Wydziału (wywiad nielegalny, pozaplacówkowy) I Departamentu MSW. Nie kontaktujemy się bezpośrednio. Piję kawę w barze. Przede mną robi to pułkownik, który cały czas czuwał w Trójmieście. Zostawia „przypadkiem“ bilet lotniczy na kontuarze. Wystawiony na mnie. Typowe BPM (błyskawiczne przekazanie materiałów). Wracamy do Warszawy osobno, ale w kontakcie wzrokowym. Po lądowaniu docieram do mojej ciotki, potem składam wizytę u Jezuitów na Rakowieckiej, stamtąd samochodami do Magdalenki.
Piszę raport. Idzie na bardzo wąski, najwyższy rozdzielnik. W SB nawet o nim nie wiedzą. Umowy zostają dotrzymane, pacta sunt servanda. Nikt z uczestników tej akcji nie zostaje represjonowany czy aresztowany. Bogdan Lis wpada dopiero w czerwcu 1984 roku, po czym szybko jest zwolniony na mocy amnestii, a Aleksandra Halla w ogóle nie zatrzymano. Trzeba przyznać, że przez cały czas po naszym spotkaniu Bogdan Lis staral się mitygować, kontrolować wojownicze zapędy młodzieży solidarnościowej i to, że nie doszło do tragedii, jest w znacznej mierze jego zasługą.
Zachodzę tylko w głowę, nie mogąc zrozumieć, dlaczego twierdził, (w odróżnieniu do Aleksandra Halla,który nie odżegnywał się od swojego wówczas ze mną spotkania) że nigdy nie doszło do naszej, wyżej opisanej, dyskusji. Pewnie nie ma już nawet śladu po rozdzielniku i dokumentach, nielicznych zresztą, sprawy chyba, że zawieruszyły się gdzieś w przepastnych archiwach IPN.
No i dodam, że przebieg tej niewątpliwie historycznej rozmowy zarejestrowałem w przeciągu sześciu godzin na minimagnetofonie Nagra SNST Recorder, firmy Kudelskiego, które to nagranie dołączono do raportu. Może przynajmniej ono ocalało przed czystkami i zgubnym działaniem upływu lat ?.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz …tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.