Ten wspaniały wiek – wspomnienie drogi, którą przeszliśmy

Jaka naprawdę jest Komunistyczna Partia Chin.

Od dłuższego czasu wiele osób próbuje znaleźć tajemnicę sukcesu kryjącą się za chińskim fenomenem, tj. jak Chinom przez cały czas udaje się zdobywać coraz to nowe osiągnięcia rozwojowe przyciągające uwagę świata? Myślę, że kluczem do tej zagadki jest Komunistyczna Partia Chin (KPCh) – to KPCh zjednoczyła i poprowadziła Chińczyków do osiągnięcia widocznych dziś rezultatów, wszystko dzięki ciężkiej pracy i błyskotliwemu działaniu. W 2021 roku przypada 100. rocznica powstania KPCh. Stojąc na przełomie „dwóch stuleci”, Chiny rozpoczynają nową podróż – podróż, podczas której budować będą nowoczesny kraj socjalistyczny. W tym szczególnym momencie historii chciałbym wraz z Państwem dokonać przeglądu stuletniej historii KPCh i opowiedzieć wam, jaka jest ona naprawdę.

Porywająca stuletnia podróż

Historia jest najlepszym podręcznikiem. W 1921 roku pośród silnych niepokojów społecznych w Chinach narodziła się Komunistyczna Partia Chin, a jedną z jej misji założycielskich było wyciągnięcie Chin z tragicznej sytuacji, w której znalazły się od połowy XIX wieku na skutek chaosu wojen oraz nędzy mieszkańców. W ciągu ostatniego stulecia KPCh zjednoczyła i poprowadziła Chińczyków do odzyskania niepodległości narodowej, wyzwolenia narodowego, znalezienia właściwej ścieżki rozwoju narodowego i dokonania bardzo rzadkich w świecie „dwóch cudów”: szybkiego rozwoju gospodarczego i trwałej stabilności społecznej. Naród chiński poczynił ogromny skok – najpierw powstając wzbogacał się, by stać się silnym. Socjalizm z chińską charakterystyką również dokonał ogromnego skoku – od ustanowienia poprzez rozwój do swej doskonałości. Ogromny skok ludu chińskiego polegał natomiast na przeobrażeniu doskwierającego mieszkańcom Chin głodu i chłodu w umiarkowany dobrobyt. Fakty wyraźnie wskazują, że KPCh jest z punktu widzenia rozwoju chińskiej historii koniecznością i wyborem narodu chińskiego.

Intencje sprzed stu laty są jeszcze silniejsze

Komunistyczna Partia Chin wywodzi się z ludu i opiera na ludziach, aby rozwijać się i rosnąć w siłę. KPCh zawsze żywiła do ludzi głębokie uczucia. Od momentu powstania KPCh traktuje dążenie do osiągnięcia szczęścia przez naród chiński jak swój nieustający cel. Niezależnie od okresu w swej historii, czy to w czasach rewolucji, budowy, reform, czy też dzisiejszej walki z epidemią oraz ograniczania ubóstwa, KPCh zawsze stanowczo stawała po stronie ludzi. Te pierwotne zamierzenia są nie tylko podstawową siłą napędową dla chińskich komunistów do dalszego postępu, ale także podstawowym powodem uzyskania tak szczerego poparcia ludu. Przez wiele lat poziom poparcia dla chińskiego rządu był na szczycie listy międzynarodowych sondaży. To w pełni dowodzi nierozerwalnych więzi, można rzec – jako więzi między krwią i kością, między KPCh a Chińczykami. To naród daje KPCh pewność siebie w rządzeniu krajem.

Nowy rozdział w stuletnim marzeniu

Zamożny i silny kraj, odrodzenie narodowe i szczęśliwi ludzie – to właśnie są marzenia, o których urzeczywistnienie nieustannie walczy KPCh. Niedawno Przewodniczący Xi Jinping oficjalnie oświadczył, że Chiny odniosły całkowite zwycięstwo w walce z ubóstwem. Podczas ostatnio zakończonych dwóch sesji parlamentarnych w Chinach uchwalono „Czternasty pięcioletni plan krajowego rozwoju gospodarczego i społecznego Chińskiej Republiki Ludowej oraz zarys długoterminowych celów na 2035 r.”, co oznacza, że Chiny weszły w nowy etap rozwoju i wyruszyły w nową podróż w realizacji chińskiego marzenia. Chiny przyspieszą budowę nowego wzorca rozwoju opartego o dwa wzajemnie napędzające się obiegi: krajowy i międzynarodowy, przy czym obieg krajowy pełnić tam będzie główną rolę. Chiny otworzą się na świat szerzej, w głębszym stopniu i w jeszcze większym zakresie, będą również dążyć do realizacji wysokiej jakości rozwoju gospodarczego i społecznego oraz wielkiego odrodzenia narodu chińskiego. Imponująca moc odrodzenia narodowego jest nieposkromiona.

Obecnie KPCh stała się już największą na świecie partią polityczną, która nie tylko głęboko zmieniła przyszłe perspektywy i losy Chińczyków, ale także zmieniła kierunek światowego rozwoju. Jak podkreślił Przewodniczący Xi Jinping: „Gigant musi przybrać właściwy kształt. Komunistyczna Partia Chin jest partią, która poszukuje szczęścia dla Chińczyków oraz partią, która dąży do postępu ludzkości.” Nie przejmujemy wzorców zachodnich, nie eksportujemy też własnych, a KPCh od początku do końca pozostaje:

– obrońcą pokoju na świecie. KPCh narodziła się w okresie wojen, aby walczyć o niepodległość i wyzwolenie narodowe, prowadziła naród chiński przez dwadzieścia osiem lat walki zbrojnej i poczyniła wiele poświęceń. Chińscy komuniści są w pełni świadomi, jaką wartość ma pokój i są zdecydowani, aby utrzymywać pokój na świecie. Chiny są drugim, co do wielkości przekazania środków, uczestnikiem operacji pokojowych ONZ i krajem, który wysłał najwięcej swoich żołnierzy wśród stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ. Chiny niosą sztandar pokoju, rozwoju, współpracy i wspólnych korzyści i będą konsekwentnie podążać ścieżką pokojowego rozwoju.

– ofiarodawcą dla globalnego rozwoju. Chińskie przysłowie mówi, że pojedynczy kwiat nie może uczynić wiosny, ale gdy kwitnie setki kwiatów ogród staje się jej pełen. KPCh jest gotowa przynosić korzyści nie tylko Chińczykom, ale również ludziom na całym świecie. Przez długi czas Chiny udzielały różnorakiej bezpłatnej pomocy, pożyczek preferencyjnych i wsparcia technicznego krajom rozwijającym się, a także pomagały w tworzeniu wielu projektów mających na celu rozwój gospodarczy i społeczny oraz poprawę warunków życia ludzi. Chińska inicjatywa „Pasa i szlaku” w istotny sposób przyczyniła się do stabilizacji gospodarki i poprawy warunków życia mieszkańców wiele krajów. Wkraczając w nowy etap rozwoju, Chiny stworzą więcej możliwości współpracy dla świata i w większym stopniu przyczynią się do promowania globalnego rozwoju i dobrobytu.

– inicjatorem wymiany kulturalnej. Cywilizacja jest różnorodna dzięki wymianom kulturowym, a bogata dzięki uczeniu się od siebie wzajemnie. KPCh zawsze przywiązywała wielką wagę do czerpania z osiągnięć cywilizacji stworzonych przez ludzi pochodzących z różnych zakątków świata. Marksizm jest prawdą naukową, którą chińscy komuniści przejęli z zagranicy. Został on opracowany, zaktualizowany i udoskonalony zgodnie z zasadami chińskiej praktyki, stając się teorią naukową, która przyświeca KPCh przy przewodniczeniu narodowi chińskiemu w jego ciągłym rozwoju. KPCh będzie z otwartym umysłem, patrząc z wielu perspektyw poszukiwać wspólnych płaszczyzn, zachowując istniejące różnice oraz skupiać się na podobieństwach, a nie rozbieżnościach. Będzie aktywnie prowadzić wymianę, dialog i współpracę z innymi krajami tak, by wspólnie móc cieszyć się owocami rozwoju cywilizacji ludzkiej.

Mimo wiatrów i burz dziejowych, mimo wszelkich zawirowań, w ciągu tych wszystkich lat nie KPCh nie zestarzała się, a jej istota pozostała niezmieniona. Stoimy w historycznym punkcie kolejnego początku, a chiński cud trwa nadal, chińska ścieżka staje się coraz bardziej wyrazista, a Komunistyczna Partia Chin, która walczy już od stu lat, wciąż jest pełna wigoru i stoi wyprostowana patrząc przed siebie! Przyszłość i losy ludzi pochodzących ze wszystkich zakątków globu są ze sobą coraz ściślej powiązane. Na pytanie, „w którą stronę zmierza ludzkość?”, Sekretarz Generalny Xi Jinping i Komunistyczna Partia Chin udzielili już własnych odpowiedzi: jest to kierunek aktywnego rozwoju globalnych partnerstw, promocji budowy wspólnoty ludzkiego losu oraz współpracy na rzecz stworzenia lepszego świata.

Po Grunwaldzie

W czasie wyburzania jednego z bardzo starych domów w Krakowie natrafiono na szkatułę z notatkami nieznanego kronikarza. Wynika z nich, że król Jagiełło miał kilkuletnią przerwę w panowaniu i został wygnany na Litwę przez jednego z dalekich krewnych, Jaroslausa, wspieranego przez Węgrów.

Jaroslaus objął tron na dwa lata przed bitwą pod Grunwaldem. On też dowodził naszymi wojskami w czasie tej bitwy. Z notatek wynika, że po następnych trzech latach opuścił Polskę i udał się na Węgry. Przyczyna nie jest znana. Kronikarz daje do zrozumienia, że mogła to być tęsknota za wybranką jego serca, która nie chciała opuścić cieplejszych ziem węgierskich i zapomnieć o kąpielach w Balatonie. Węgrzy nazywali ją Księżną Kocicą z Keszthely.
Dokument jest wnikliwie badany przez Instytut Poprawiania Historii Narodowej. Publikuję go z poprawkami nadającymi tekstowi bardziej współczesną formę i eliminującymi mniej obyczajne fragmenty.
Tekst znalezionej notatki
Po bitwie król Jaroslaus wjechał ponownie na wzgórze, z którego widać było nie tylko pole usłane ciałami wrogów i naszego rycerstwa i pospólstwa. Gdy spojrzało się na południe można było dostrzec nawet bezkresne łąki, lasy i pola uprawne rodzimego Mazowsza.
Wokół króla zaczęła gromadzić się jego świta i najbardziej znamienici rycerze powracający z pola walki. Stali wsparci na mieczach, o zmęczonych twarzach i w zbrojach i kolczugach poplamionych krwią swoja i wrogów. Uważni krajowi i zagraniczni kronikarze dostrzegli starych, znanych jeszcze z dzieciństwa takich sławnych rycerzy jak Zawisza z Garbowa czy Maćko i Zbyszko z Bogdańca. Ale ich uwagę zwracali przede wszystkim nowi rycerze, uszlachceni i powołani do stanu rycerskiego przez Króla dopiero w ostatnich latach. Blisko władcy stali wysocy, w srebrnych zbrojach Mateusz z Moraw i ulubieniec króla Daniel z Obajtowa. Między nich wpychał się znany z częstej walki toporem i z lekceważenia kronikarzy, Ryszard z Terlikowa.
W drugim szeregu widać było zawsze uśmiechniętego Marka z Susłowa i Jacka z Sasinowa. Obok nich, zachowując pewien dystans, stał mąż uczony, rzadkość wśród rycerzy, Piotr z Glinowa.
Jeszcze dalej uplasowało się dwóch wyraźnie zmęczonych rycerzy znanych kronikarzom z tego, że gromadzili wokół siebie mieszczan i pospólstwo niezadowolone z rządów króla Jaroslausa. Byli to Jarosław z Gowinowa i Zbyszko z Krakowa, z rodu uhonorowanego herbem „Żebro”, przyznanym razem z herbem „Jelita”, po bitwie pod Płowcami w 1331 roku. Legenda mówi, że król Władysław Łokietek. objeżdżając pole bitewne, napotkał jego przodka wpychającego sobie pod żebra jelita, wypływające z rozciętego brzucha.
Podniecenie bardziej jurnych kronikarzy budziła również, ubrana w męską zbroję z rozciętym napiersiem, Krystyna z Pawłowa. Wiele lat później mówiono, że urodzona w dwa lata po bitwie słynna Francuska Joanna d’Arc (1412) brała z niej przykład.
Król ciepłym wzrokiem ogarnął zebranych.
„Moi drodzy – honor nakazuje mi nie tylko podziękować wam za zwycięstwo, ale wskazać też, jak powinniśmy działać, aby do końca doprowadzić dzieło naprawiania naszego królestwa. Ale wszyscy jesteśmy zmęczeni. Ruszymy więc w drogę powrotną i staniemy w jakiejś przyzwoitej oberży. Odpoczniemy i wtedy do was przemówię”
Na te sowa poderwał się Daniel z Obajtowa.
„Najjaśniejszy Panie, – jeśli pozwolisz, to doprowadzę Ciebie i rycerstwo do położonej zaledwie kilka wiorst od Grunwaldu, jednej z oberż należących do Korony, nad którymi nadzór raczyłeś mi powierzyć. To duża oberża. Napoją nam konie, dadzą wyborne jadło, nie poskąpią piwa, miodu i gorzałki. Tam przenocujemy. Jak będzie komu potrzeba, to i dziewki podręczne się znajdą. Jeśli się zgadzasz, to zaraz pchnę pachołka, aby powiadomił zawiadującego oberżą o zaszczycie, jaki ich spotka”.
„Milcz rozpustniku! Syknęła niemal głośno Krystyna z Pawłowa. Jak możesz bogobojnemu Władcy wspominać o jakiś dziewkach! Jak będzie trzeba to sama się nim zajmę. Jeśli nie – to poproszę Julię ze Żmudzi, która zawiaduje naszymi kuchennymi taborami i rozstrzyga spory między służbą. Ona wie, co król lubi, bo i na Wawelu czasem mu gotuje. A jej mąż posłuje gdzieś w germańskich księstwach i długo go nie ma”.
Król się ucieszył i akceptował pomysł Daniela. Już po godzinie kawalkada królewskiej drużyny i p0rzodującego rycerstwa uszyła w drogę. Daniel miał rację – nim mrok zapadł, dotarli do oberży. pięknie położonej nad rzeką, na skraju lasu. Wieczerza, suto podlewana, trwała do późnej nocy. Ale rano wszyscy byli rześcy. Zjedli obfite śniadania złożone z jaj, półgęsków, kurczaków i wprowadzonej przez Daniela we wszystkich królewskich zajazdach, prostej potrawy z dwóch cienkich kiełbasek, zwanych dlatego parówkami, z chrzanem i pieczywem. Potem zgromadzono się na polanie przed oberżą, aby wysłuchać króla.
Jaroslaus zasiadł na specjalnie ozdobionej ławie, wyniesionej na ganek oberży. Dworzanie i rycerstwo uklękli, aby oddać mu szacunek, ale potem usiedli na ławach i trawniku. Trębacz odegrał sygnał, stosowany normalnie przed bitwą.
„Kochani!” – zaczął Najjaśniejszy Pan.
„Wygraliśmy ważną bitwę, ale czeka nas wiele trudów. Wrogowie otaczają nas zewnątrz i brużdżą wewnątrz naszego pięknego kraju. Na wschodzie car Władimir Mocny, wspomagany przez księcia Łukaszkę, tylko czekają na nasze potknięcia, na osłabienie miłości naszego ludu do mnie i do was. mimo, że oddajecie zdrowie i serce dla kraju. Na zachodzie panuje jeszcze cesarzowa zwana wprawdzie Anielicą, ale rękę ma twardą i może nas zawsze uderzyć. Wspomagał nas władca Donald Wędrowny z tak odległego mocarstwa, że tylko raz tam byłem, ale doszły mnie słuchy, że utracił władzę. Musimy liczyć na siebie.
Ale – bracia moi – do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Bardziej martwi mnie to, co dzieje się wewnątrz kraju. Jest zbyt wielu takich, którzy przeszkadzają nam w rozwijaniu naszego rolnictwa, rzemiosła i handlu. Rozpuszczają plotki o bogaceniu się najlepszych rycerzy kosztem mieszczaństwa i biedoty. Doświadczył tego nawet goszczący nas dzisiaj Daniel z Obajtowa, człowiek zaradny, ale szlachetny. I tą zaradność mają mu za złe podobnie jak memu kanclerzowi, Mateuszowi z Moraw. A on przecież ma tylko jedną wadę – nadmiernie fantazjuje. Mówił mi ostatnio, że najlepsze befsztyki tatarskie ubijane pod siodłami na koniach jadał z Tatarami, w czasie najazdów mongolskich, a przecież wtedy nie było go jeszcze wśród żywych”.
Rycerze zaśmieli się głośno, bijąc się rękami po kolanach.
„Wrogowie wewnętrzni” – mówił dalej Miłościwy Pan – „łączą się zarówno w grupach religijnych jak i bezbożnych. W religijnych najbardziej nas nienawidzą książę Borys z Budkowa, – mimo, że ma ruskie imię – Krzysztof Bosy i stary, ale ciągle jary, Janusz Dwóch Rodów.
Wśród bezbożnych najbardziej dla nas niebezpieczni są książę Włodzimerz Czupurny, Robert z Rymanowa i Włodzimierz z Danii. Zachowują jedność działania, są inteligentni i potrafią rozbawiać pospólstwo. A wyprowadzana na rynki naszych miast tłuszcza, czym staje się weselsza, tym jest bardziej groźna.
Przeprowadziliśmy wiele pozytywnych zmian w naszym prawie i zasadach rycerskiego postępowania. Moglibyśmy rozprawić się z wewnętrznymi wrogami „po naszemu”, zakuwając ich w kajany o szóstej rano. a sprzyjającą im tłuszczę postraszyć i pogonić do przymusowych robót. Ale my – Jaroslaus – serce mamy wielkie i napełnione miłością do ludu. Postanowiliśmy więc, że zastosujemy łagodny sposób. Miecze – moi drodzy rycerze – trzymać będziecie na podorędziu, ale, wzorem naszego umiłowanego Daniela, zajmiecie się gospodarzeniem. Dobra królewskie trzeba powiększać, gonić precz Niemców i Rusinów zajmujących nasze ziemie. Lud wiejski zmusić do bardziej wydajnej pracy. Ściągać godziwe daniny z przemierzających kraj karawan. W miastach, w wolnych pomieszczeniach należących do was, uruchomić rozwinięte, nadzorowane i przekazujące wam lwią część zysku, dobrze onarzędziowane rzemiosło. Pożyczać im pieniądze na wysoki procent. Bogaćcie się bracia rycerze, bo wasze bogactwo będzie też bogactwem ojczyzny, Goncie kronikarzy, którzy ośmielą się was oczerniać i hamować”.
Ogromny hałas wywołany uderzaniem mieczami i rękami w tarcze świadczył, że zebrane rycerstwo w pełni popiera to, co król raczył powiedzieć.
Wstał Marek z Susłowa. Widać było, że jest wzruszony.
„Wasza Miłość! Jakiż piękny roztoczyliście przed nami obraz nowego ładu! Jestem pewien, że za kilkaset lat mówić i śpiewać będą u nas, zapożyczony z dalekiej Grecji utwór sławiący waszą mądrość i przenikliwość. Raczcie pozwolić, że zaproponuję pierwszą zwrotkę:
„A Jaroslaus, jak wysłannik Boga
Jak ona Pytia z greckiego trójnoga
Kazał nam doić lud naszego kraju
Aby się długo żyło nam jak w raju”
.
Brawa świadczyły o uznaniu jego talentu. Ale zaraz po nich wstał kanclerz Mateusz i król dał znak ręką, że udziela mu głosu.
„Dobrze powiedziane. Lud mamy spolegliwy i mam nadzieję, że da nam spokojnie pracować. Ale – Najjaśniejszy Panie – są i warchoły. Do szewskiej pasji doprowadzają mnie nawet moi ludzie, jak opowiadają na przykład o takim szlachcicu, uczonym w piśmie, który doradza ludziom, jak mają się przed nami bronić. Nazywają go Igorem z Tuleją, bo wozi ze sobą zwinięte w tuleję pergaminy z prawami naszymi, a także ruskimi i germańskimi, zwyczajowo stosowanymi w niektórych naszych dzielnicach. Jest znany, jako sędzia ziemski i szlachecki. I trudno go uciszyć.”
Król uśmiechnął się lekko. A potem rozbawił zgromadzonych mówiąc: „Może i tacy są potrzebni. Bez nich byście się nadmiernie rozleniwili”.
Po tej porannej naradzie świta królewska i rycerstwo uformowało kawalkadę i ruszono w dalszą drogę. Niewielki oddział ciężkiej jazdy jechał z przodu, zrzucając z drogi przeszkadzające wozy chłopskie i kupieckie. Śpiewano w marszu pieśni nabożne, zaczepiano dziewczęta pracujące na polach, rozmawiano o łupach zdobytych w czasie wyprawy.
Nastrój był pogodny, acz trochę niespokojny. Goniec z Krakowa przekazał bowiem wiadomość, że szerzy się w kraju jakaś nowa, nieznana zaraza.

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. II)

150 lat temu, 26 marca 1871 r. proklamowano Komunę Paryską. By lepiej zrozumieć sens tego wydarzenia, należy spojrzeć nieco wstecz. Częściowo uczyniłem to w poprzednim odcinku niniejszego cyklu, przedstawiając między innymi wpływ międzynarodowego ruchu robotniczego na wydarzenia poprzedzające Komunę Paryską. Obecny rozpocznę od opisu sytuacji we Francji za panowania cesarza Napoleona III.

Był w dziejach tego kraju czas bardzo szybkiego rozwoju gospodarczego. Produkcja żelaza i stali wzrosła prawie trzykrotnie (z 320 tys. ton w 1852 r. do 904 tys. ton w 1869 r.). Ogólna ilość maszyn parowych w gospodarce francuskiej oraz ich moc zwiększyła się za czasów II Cesarstwa około 4 razy. Burzliwie rozwijał się transport. Linie kolejowe w 1870 r. liczyły 24 tys. kilometrów. Marynarka handlowa stała się drugą po angielskiej. Zwielokrotniła się produkcja tkanin bawełnianych, jedwabnych i wełnianych…
Postęp dało zauważyć się też w rolnictwie i gospodarce hodowlanej: wzrosły zbiory roślin przemysłowych, rozszerzył się nieco zasięg zasiewów, poprawiły się rasy bydła.
Przebudowywano i rozbudowywano duże miasta (w 1871 r. Paryż liczył ponad 1,8 mln mieszkańców, Lyon -320 tys.). Otrzymały one oświetlenie gazowe, wodociągi, kanalizacje, autobusy konne… W Paryżu wyburzono i przebudowano kilka dzielnic tworząc krąg Wielkich Bulwarów i szerokich alej. Miasto wzbogaciło się o tysiące nowych budowli, fortyfikacje, gmach wielkiej opery…
W całym kraju budowano nowe dworce, hale targowe, mosty, pałace i kościoły. Na tym rozkwicie życia gospodarczego dorobiła się olbrzymich majątków garstka kapitalistów, szczególnie dostawców materiałów budowlanych.
Jeszcze intensywniej następował proces koncentracji kapitału pieniężnego. Spekulacje stanowiły znamienną cechę ówczesnego życia gospodarczego. Właśnie wtedy powstały wielkie banki. „Giełda paryska stała się jednym z ośrodków, do którego w poszukiwaniu pożyczek zwracali się kapitaliści i przedstawiciele rządów wielu krajów europejskich, a nawet pozaeuropejskich”.
Za rządów Napoleona III dynamicznie rozwijały się interesy wielkiej burżuazji, znakomicie prosperowało bogate chłopstwo i duża części drobnych rolników. Znacznie zwiększyła się liczba robotników przemysłowych. W samym Paryżu w latach sześćdziesiątych XIX w. wzrost ten wyniósł 100 tys. osób (czyli tyle, ile obecnie liczy np. miasto Koszalin).
Napoleon III próbował kreować się na „cesarza robotników” nie uwzględniającego podziałów klasowych ani partyjnych. Uważając, że silna scentralizowana władza najlepiej może spełnić potrzeby ludu, niemal do zera sprowadził rolę instytucji przedstawicielskich. Składały się one z trzech organów: Ciała Prawodawczego, Senatu oraz Rady Państwa. Ciało Prawodawcze było wybierane przez ludność, ale pozbawione inicjatywy ustawodawczej. Senat mianował cesarz spośród wysokich dygnitarzy i duchowieństwa. Z tego samego kręgu wybierał on członków Rady Państwa, której zadaniem było opracowywanie ustaw na podstawie przedkładanych przez niego projektów.
Napoleon III rozpoczynając swe autorytarne rządy zniósł prawie wszystkie demokratyczne zdobycie rewolucji 1848 r. Z czasem jednak przywrócił powszechne prawo wyborcze (dla mężczyzn, którzy ukończyli 21 lat) w wyborach do Ciała Prawodawczego. Pragnąc jednak zapewnić większość miejsc w tym organie, kandydatom wysuwanym przez kierowany przez siebie rząd, wykorzystywał ogromny aparat policyjny, który wywierał nacisk na wyborców. Wiktor Hugo scharakteryzował dygnitarzy i policję czasu II Cesarstwa następująco: „Zdławili prawo, zamknęli usta wolności, zhańbili sztandary, tratują nogami lud i są niesłychanie szczęśliwi!”
Napoleon III uważając się za reprezentanta dążeń i woli całego narodu, niejednokrotnie przeprowadzał plebiscyty. Odbywały się one jednak z reguły w atmosferze brutalnego terroru policyjnego, korupcji i fałszerstw. Osiągając w ten sposób pożądane wyniki, Napoleon III utwierdzał się w przekonaniu, że społeczeństwo aprobuje jego politykę.
Tak bywało w czasach sukcesów, kiedy „lud francuski – jak informuje zapis w Wikipedii – uwielbiał go, jak żadnego monarchę przed nim”. Pod tym względem- przychodzi mi do głowy takie skojarzenie – poniekąd można go obecnie porównać do naszego Edwarda Gierka.
„Po roku 1860 – cytuję dalej zapis z Wikipedii – Napoleon III zliberalizował swój system rządzenia. Parlament otrzymał więcej uprawnień, m.in. prawo interpelacji (1867) i inicjatywy ustawodawczej (1869); debaty parlamentarne, dotychczas nieznane, były publikowane w Monitorze. W roku 1864 robotnicy otrzymali prawo tworzenia związków zawodowych. Ostatnie referendum ery Napoleona III w roku 1870 zatwierdziło – ponownie większością głosów – te wszystkie reformy”.
Warto też dodać, że cesarz Francuzów wspierał „zaaprobowane przez siebie stowarzyszenia robotnicze, które unikały strajków i przyjmowały w charakterze „członków honorowych” przedsiębiorców i księży. „Organizacje takie korzystały z pomocy rządowej i rozmaitych przywilejów”.
Nie zmienia to faktu, że za rządów Napoleona III prześladowane były rzeczywiście samodzielne organizacje proletariackie. Miały one o co walczyć. Robotnicy byli bowiem srodze wyzyskiwani. Dla przykładu, pozwolę sobie zacytować fragment tekstu z VI tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR: „Dzienny urobek górnika w przemyśle węglowym wynosił np. w 1851 r. 643 kg, a w 1869 r. – już 777 kg. Podobnie wyglądała sytuacja w innych gałęziach produkcji. Rząd pomógł przemysłowcom przedłużyć dzień pracy. W wielu gałęziach produkcji zniesiono wszelkie ograniczenia. Płace nominalne nieco wzrosły, ale jeszcze bardziej podniosły się ceny artykułów spożywczych, komorne, toteż płace realne pozostały niezmienione, a w niektórych okręgach i gałęziach przemysłu nawet spadły.
Na szczególnie okrutny wyzysk skazane były kobiety i dzieci. W departamencie Pas-de-Calais w kopalniach 10 letnie dzieci pracowały pod ziemią. Naoczni świadkowie twierdzili, że żyły one gorzej aniżeli niewolnicy. W sprawozdaniu komisji badającej warunki pracy dzieci czytamy, że pracując o 15-16 godzin dziennie, ledwie zarabiały na chleb. Duża część dzieci i młodzieży nie mogła uczęszczać do szkół.
Koronkarki, a były wśród nich i siedmioletnie dziewczynki, w warsztatach w okolicach Arras pracowały po 13 godzin i więcej w ciasnych i dusznych pomieszczeniach. Na skutek zabójczych warunków pracy wśród dzieci zatrudnionych w tej produkcji masowo szerzyły się choroby – gruźlica, skrzywienie kręgosłupa itp.
Demokratyczny publicysta Rochet nazywał mordercami towarzystwa kolejowe, które zmuszały robotników do pracy po 16-18 godzin na dobę. Szeroko w tym czasie stosowany system kar za każde naruszenie regulaminu fabrycznego prowadził do dodatkowych redukcji płac.
Wzrost wielkiej produkcji przyspieszał ruinę rzemieślników, sklepikarzy i innych grup drobnomieszczaństwa. Konkurencja przedsiębiorstw przemysłowych i powstałych właśnie wtedy domów towarowych pogorszyła sytuację warstw średnich, które stanowiły we Francji poważną część ludności”. (…) W tym samym czasie, kiedy w Paryżu „na Wielkich Bulwarach pojawiły się wspaniałe domy bogaczy (…) część świata pracy nadal gnieździła się w żałosnych ruderach”.
Pod koniec rządów Napoleona III – w tym miejscu pozwolę sobie ponownie posłużyć się cytatem z VI tomu Historii Powszechnej: „dochodziło do coraz groźniejszych wystąpień proletariatu. W 1869 r. prawie cały Basen Loary objęty był strajkiem górników, walczących o 8-godzinny dzień pracy. Wojsko strzelało do strajkujących. Na początku 1870 r. w fabrykach w Creusot wybuchł strajk, w którego stłumieniu również brało udział wojsko. Napoleon III stracił ostatecznie maskę cesarza robotników, w którą tak gorliwie się stroił. Po strajku w Creusot nastąpiły dalsze strajki w innych ośrodkach przemysłowych. W marcu znów porzucili pracę robotnicy w Creusot, w kwietniu strajkowali paryscy hutnicy. Ten strajk trwał ok. czterech miesięcy i cieszył się poparciem nie tylko proletariatu francuskiego, ale robotników innych krajów.
Robotnicy brali tez udział w ruchu republikańskim. W styczniu 1870 r. odbyła się w Paryżu 200-tysięczna demonstracja antyrządowa, która nieomal nie zamieniła się w powstanie. (…)
Władze (…) usiłowały powstrzymać fale rewolucyjną środkami zwykle w takich wypadkach stosowanymi: rozpętując nowa wojnę. Kołom rządzącym wydawało się, że zwycięska wojna umocni zachwiany system bonapartystowski, umożliwi stłumienie liberalnej opozycji i rozbicie ruchu robotniczego”.


2 września 1870 r., nastąpił kres trwającego 18 lat II Cesarstwa Francuskiego. Stało się tak, w wyniku przegranej przez cesarza Napoleona III bitwy pod Sedanem i oddania się wraz armią, w której przebywał, do niewoli królowi Prus.
Wieść o tym wydarzeniu wywołała niemal powszechne oburzenie Francuzów. Chcieli nie tylko stawić opór podążającej w kierunku Paryża armii pruskiej, ale też natychmiastowego przywrócenia w kraju rządów republikańskich.
Burżuazyjni politycy próbowali opanować sytuację poprzez utworzenie rządu wyłonionego spośród swoich środowisk. Nie tego oczekiwał lud Paryża. 4 września robotnicy porzucili pracę i z przyłączającą się do nich ludnością tego miasta ruszyli tłumnie pod Pałac Burgundzki, gdzie przedstawiciele frakcji burżuazyjnych targowali się w sprawie składu koalicyjnego rządu tymczasowego, a wielu pośród nich nawoływali do rozpoczęcia natychmiastowych rokowań pokojowych z Prusakami. W tym miejscu warto zacytować barwny i żywy opis tych wydarzeń, dokonany przez Hipolita Prospera Oliwiera Lissagaraya, który będąc w tamtym czasie czynnym dziennikarzem, mógł być tych wydarzeń naocznym świadkiem, a nawet brać w nich aktywny udział:
„Paryż gromadzi się na ulicach. Liczni mieszczanie przypomnieli sobie, że są gwardią narodową, naciągnęli więc mundury, chwycili za karabiny i chcą przedostać się przez most Zgody. Żandarmi zdumieni widokiem tych czcigodnych mężów przepuszczają ich. Tłum idzie dalej i zajmuje Pałac Burbonów. O godzinie pierwszej, wbrew rozpaczliwym wysiłkom lewicy, lud wypełnia galerie. W odpowiedniej chwili. Deputowani, zajęci utworzeniem gabinetu, usiłują zagarnąć władzę. Lewica popiera te kombinację ze wszystkich sił, oburzając się, że śmie się mówić o Republice. Na galeriach rozlegają się okrzyki. Gambetta (przywódca partii republikańskiej – przyp. LF), mimo niesłychanych wysiłków i próśb, nie może nakłonić ludu, aby czekał na wynik narad. Wynik ten można przewidzieć zawczasu: będzie to komisja rządowa wyznaczona przez Zgromadzenie, prośba o pokój za wszelką cenę i – szczyt hańby – mniej lub bardziej parlamentarna monarchia. Nowa fala ludzka wyważa drzwi, wypełnia salę, wypiera lub zalewa deputowanych. Gambetta, wypchnięty na trybunę, musi proklamować detronizację cesarza. Lud idzie dalej woła: Republiki! Unosi z sobą deputowanych lewicy na Ratusz, aby tam proklamować Republikę.
Ratusz był już w rękach ludu. Na honorowym dziedzińcu walczą o lepsze sztandar trójkolorowy i sztandar czerwony, witany oklaskami przez jednych oklaskami, gwizdem przez drugich”.
Z ostatniego zdania wynika, że nie było jedności ideowej wśród ludności Paryża. Wykorzystali to burżuazyjni politycy wybierając spośród swego grona rząd, co z gorzką ironią skomentował Lissagaray następującymi słowy:
„Tak to dwunastu obywateli stało się władcami Francji. Obywatele ci uznali się za legalny rząd z woli ludu. Przyjęli wielką nazwę Rządu Obrony Narodowej. Pięciu z nich przyczyniło się do upadku Republiki w 1848 roku”.
W dalszym ciągu swojej narracji Lissagaray z ubolewaniem konstatował, iż błędem ludu Paryża było zaufanie względem nowych władz:
„Paryż bez wyjątku podporządkował się całkowicie owym deputowanym lewicy, zapomniał o ich niedawnych grzechach, uznał ich za większych o całą wielkość niebezpieczeństwa. Zdawało się, że na zagarnięcie władzy w takiej chwili może zdobyć się tylko geniusz.(…) Toteż, (…) gdy Trochu (tymczasowy prezydent III Republiki, a jednocześnie komendant Paryża – przyp. LF) dokonywał przeglądu gwardii narodowej, trzysta tysięcy ludzi ustawionych wzdłuż bulwarów, placu Zgody i Pol Elizejskich witało go z wielki m entuzjazmem.(…)
Tak Paryż złożył bez zastrzeżeń swe losy w ręce tej samej lewicy, wobec której musiałby użyć przemocy, aby móc dokonać rewolucji. Jego uniesienie nie trwało dłużej niż godzinę. Gdy obalono Cesarstwo, lud stolicy uznał, że wszystko się skończyło i abdykował ponownie. Na próżno przewidujący patrioci usiłowali wzmóc jego czujność; na próżno Blanqui pisał: Paryż jest w takim samym stopniu do zdobycia, jak my byliśmy niezwyciężeni; Paryż, zwodzony przez chełpliwą prasę, nie wie wcale, jak wielkie niebezpieczeństwo mu grozi; Paryż lekkomyślnie szafuje swym zaufaniem. A Paryż zaufał całkowicie swoim nowym władcom i z uporem zamykał oczy na wszystko. Tymczasem z każdym dniem mnożyły się oznaki niebezpieczeństwa. Cień zbliżał się, obrona zaś zamiast usunąć ze stolicy zbędnych ludzi, wpuściła dwieście tysięcy mieszkańców z okolicznych osiedli. Prace fortyfikacyjne nie posuwały się naprzód. Miast uzbroić całą ludność w łopaty (…) Trochu powierzył sypanie szańców zwykłym przedsiębiorcom, którzy nie mogli rzekomo znaleźć niezbędnych rąk do pracy. Nie zdążono jeszcze jak należy zlustrować (…) fortów południowych, gdy dziewiętnastego ukazuje się tam nieprzyjaciel i wymiata ze wzgórza oddział oszołomionych żuawów i żołnierzy, którzy nie chcieli się bić(…)
Trochu był zwolennikiem łagodnych środków (…) postanowił, że postara się, aby upadek [wielkiego miasta] był jak najmniej krwawy. Pozwalając więc nieprzyjacielowi zająć dogodne pozycje wokół Paryża Trochu zorganizował na pokaz parę potyczek”.
Generał Trochu jak i pozostali członkowie Rządu Obrony Narodowej, jak się niebawem okazało bardziej obawiali się uzbrojonego ludu niż wojsk pruskich. Zauważono to między innymi w rewolucyjnych redakcjach gazet i klubach, skąd płynęły – jak to relacjonuje Lissagaray – pytania następującej treści: „Co mają znaczyć te drobne wypady, których nigdy się nie kontynuuje? Dlaczego gwardia narodowa jest niedostatecznie uzbrojona, niezorganizowana, nie bierze udziału w akcjach? Czemu nie odlewa się nowych armat? Sześć tygodni, strawionych na czczej gadaninie i nieróbstwie, nie pozostawia już żadnych wątpliwości, co do nieudolności, jeżeli już nie złej woli ludzi z Rządu Obrony”.

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…”

150 lat temu, 18 marca 1871 r. o trzeciej nad ranem do robotniczych dzielnic Paryża wtargnęły rządowe wojska, by zagarnąć artylerię i składy broni należące do Gwardii Narodowej. Formację tę powołał do życia parlament francuski uchwałą z 12 sierpnia 1870 r., czyli w niecały miesiąc po wypowiedzeniu przez cesarza Napoleona III wojny Prusom (19 lipca).

Gwardia Narodowa (pełna nazwa: Gwardia Narodowa Terytorialna – Garde Nationale Sédantaire) miała tylko zabezpieczać porządek na tyłach frontu. W walkach z wojskami pruskimi początkowo brały udział tylko zmobilizowane do tego celu armie francuskie. Gwardzistom wydano przestarzałą broń i nie nadającą się do użycia amunicję.
W sytuacji oszałamiających zwycięstw wojsk pruskich dowodzonych przez genialnego stratega feldmarszałka Helmuta von Moltkego Prusaków nad wystawionymi do boju przez cesarza Napoleona III armiami, robotnicy Paryża za własne składkowe pieniądze zakupili armaty dla Gwardii Narodowej.


Rano 1 września 1870 r. rozpoczęła się bitwa pod Sedanem. Prusacy posiadając zdecydowaną przewagę pozycyjną i w wyposażeniu, znokautowali francuską armię w której znajdował się cesarz Napoleon III. W tej sytuacji na jego polecenie około godziny 3 po południu na centralnej baszcie twierdzy sedańskiej wywieszono białą flagę, a on sam napisał do króla pruskiego list takiej oto treści: „Drogi Bracie, wobec tego, że nie było mi dane umrzeć wśród swoich wojsk, nie pozostaje mi nic innego, jak złożyć szpadę w ręce Waszej Królewskiej Mości. Pozostaję Waszej Królewskiej Mości bratem. Napoleon”.
Następnego dnia podpisano akt kapitulacji armii francuskiej. Ponad 100 tysięcy żołnierzy francuskich na czele z cesarzem dostało się do niewoli.
„Napoleon III – jak to później ironicznie skomentował Lissaray, uczestnik i kronikarz Komuny Paryskiej – wyciąg[nął] szpadę z pochwy jedynie po to, aby oddać ją królowi Prus”. Konstatacja ta jest warta przypomnienia, albowiem cesarz Francuzów rozpoczął wojnę, którą przegrał. Nie ma, przy tym, większego znaczenia fakt, że został do niej sprowokowany obelżywą dlań, a jednocześnie nieprawdziwą treścią depeszy emskiej, która z polecenia Bismarcka była propagowana w prasie niemieckiej. Był to tylko pretekst do wywołania wojny zapobiegającej zjednoczeniu Niemiec pod egidą Prus. Po tym zjednoczeniu Francja straciłaby swoją przewodnią rolę w rozgrywkach międzynarodowych. Wojna miała umocnić sytuację Napoleona III, którego jeszcze niedawno, na kongresie paryskim 1856 r. wydawał się być najpotężniejszym monarchów w Europie.
Choć Napoleon III szermował hasłem „Cesarstwo to pokój”, to jednak w praktyce prowadził odmienną politykę. Francja za jego rządów prawie nieustannie prowadziła zaborcze wojny w interesie wielkich finansistów, przemysłowców, giełdziarzy. Powiększali oni swe zyski dzięki zdobywaniu nowych rynków zbytu i źródeł surowców.
Dopóki we Francji trwało ożywienie gospodarcze i zwycięskie wojny kolonialne, wielu ludzi skłonnych było uważać rządy Napoleona III za szczególnie trwałe i ustabilizowane. Sytuacja zaczęła się zmieniać po roku 1857 kiedy światowy kryzys gospodarczy uderzył we Francję, doprowadzając wiele przedsiębiorstw do bankructwa, powodując bezrobocie i pauperyzację warstw średnich. Autorytet Napoleona III został poważnie nadwątlony po zorganizowaniu nieudanej ekspedycji wojskowej do Meksyku 1962 roku. Od tego czasu wszelkie jego działania zarówno w polityce zagranicznej jak i wewnętrznej najczęściej kończyły się niepowodzeniem. Pragnąc odwrócić uwagę społeczeństwa od narastającego w kraju kryzysu socjalnego i publicznego, pokładał nadzieję na zwycięstwo wojnie z Prusami. Wierzył, że po tym sukcesie wzrośnie jego upadający wśród ludności prestiż.
W przekonaniu, że tym utwierdzały go buńczuczne oświadczenia francuskich marszałków i generałów o sile i stanie gotowości armii. Marszałek Edmond Leboueuf, minister wojny, zapewniał, że gdyby nawet wojna miała potrwać cały rok, armii francuskiej niczego nie zabraknie. Setki razy, gdzie tylko się dało, powtarzał: „My jesteśmy przygotowani – Prusy nie!”, „Armia pruska? Ależ ona nie istnieje!”, „Oto najlepsza mapa wojskowa” – mawiał wskazując na swoją szablę. Gotowi jesteśmy aż do ostatniego guzika na getrach!”
Jedna z paryskich gazet prorokowała odrzucenie Niemców za Ren i żądała, aby śpiewano Marsyliankę. Atmosferę wojenną podgrzewały bandy najmowanych przez policję Napoleona III demonstrantów i bojówkarzy, ubranych w białe bluzy, aby nie odróżniać się od robotników. Wieczorem 14 lipca 1870 bandy te przebiegały przez bulwary z okrzykiem: << Precz z Prusami! Na Berlin!>>” Ludzie związani z dworem starali się występować w roli opinii publicznej domagającej się bitew, zwycięstw i głowy … Bismarcka.
Siły lądowe Francji liczyły (bez marynarki) ponad 560 000 ludzi (z czego 340 000 przeznaczono na pierwszą linię frontu). Piechota była doskonale uzbrojona; francuski „chassepot” znacznie górował donośnością nad pruskim karabinem pruskim. Przemysł francuski był zdolny produkować znaczne ilości broni i amunicji (np. 30 000 karabinów miesięcznie).
Wymienione atuty nie wystarczyły jednak by – jak się później okazało – wygrać wojnę z dwukrotnie liczniejszą (1 183 000 ludzi, z czego na froncie można było przeznaczyć ponad 800 000), lepiej przygotowaną do działań wojennych i lepiej dowodzoną armią pruską.
Tej dysproporcji sił nie dostrzegał Napoleon III ani jego otoczenie. Wręcz przeciwnie, na wszystkie możliwe sposoby starali się utwierdzać w mylnym przekonaniu, że armia francuska jest siłą nie do pokonania. 15 lipca 1870 minister Roucher, występując w licznej grupie senatorów mile łechtał próżność Napoleona III mówiąc mu: „W przeciągu czterech ostatnich lat, cesarz podniósł na najwyższy poziom organizację naszych sił zbrojnych. Dzięki Waszej Cesarskiej Mości Francja jest gotowa!”
Tego samego dnia przez bulwary i ulice Paryża przeszedł pochód manifestantów, do którego przyłączało się coraz więcej osób skandujących okrzyki „Niech żyje pokój” i refren piosenki z roku 1848:
Narody są naszymi braćmi,
A tyrani nieprzyjaciółmi…
W dzielnicach ludowych manifestantów witano oklaskami, ale na bulwarach Bonne-Nouvelle i Montmartre doszło do starć – jak to wspominał w swojej kronice Lissaray – „z bandami o niewyraźnym składzie”.
16 lipca doszło do jeszcze większej manifestacji na placu Bastylii. Stąd ruszył pochód, na czele którego szedł, trzymając w rękach sztandar, malarz porcelany Ranvier. Na bulwarze Bonne-Nouvellemanifestacja została rozproszona przez uzbrojoną policję.
By ratować pokój paryskie sekcje Międzynarodówki 12 lipca skierowały do robotników wszystkich krajów manifest, w którym wojnę nazwały „zbrodniczym szaleństwem”. „My, którzy pragniemy pracy pokoju i wolności – głosił manifest – protestujemy przeciw wojowniczym okrzykom tych, którzy wykupują się od daniny krwi, a w powszechnym nieszczęściu widzą tylko źródło nowychspekulacji!”
Robotnicy francuscy zwrócili się do robotników niemieckich z apelem: „Bracia w Niemczech! Waśń między nami doprowadziłaby tylko do całkowitego tryumfu despotyzmu po obu stronachRenu…”
Robotnicy Berlina odpowiedzieli: „My również chcemy pokoju, pracy i wolności. Wiemy, że po obu stronach Renu mieszkają bracia, z którymi razem gotowi jesteśmy umrzeć walcząc o republikę powszechną.
16 lipca na zebraniu robotniczym w Brunszwiku uchwalono rezolucję, w której między innymi oświadczono: „Jesteśmy przeciwnikami wszelkich wojen, ale przede wszystkim wojen dynastycznych. W Chemintz przedstawiciele 50 tysięcy robotników saskich w uchwalonej jednomyślnie rezolucji stwierdzali: „Z radością ściskamy wyciągnięta do nas bratnią dłoń robotników francuskich… Wierni hasłu Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się! nigdy nie zapomnimy, że robotnicy wszystkich krajów są naszymi przyjaciółmi, a despoci wszystkich krajów naszymi wrogami”.


Druga połowa XIX w. to intensywny rozwój gospodarki europejskiej, szczególnie w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech. Tam też następował przyspieszony wzrost liczbowy robotników, w których wielu myślicieli widziało siłę zdolną do zbudowania ustroju sprawiedliwości społecznej. Najbardziej przysłużyli się tej sprawie Karol Marks i Fryderyk Engels. Filozofię traktowali nie tylko jako naukę objaśniającą rzeczywistość, ale przyczyniającą się do jej zmiany według ludzkiej woli. Oprócz działalności pisarskiej zajmowali się pracą organizacyjną. Na początku byli członkami londyńskiej gminy Związku Sprawiedliwych. Była to międzynarodowa komunistyczna organizacja o nastawieniu chrześcijańskim, utworzona w 1836 r. przez niemieckich emigrantów socjalistów i rewolucjonistów w Paryżu. Związek Sprawiedliwych działał we Francji, Anglii, Niemczech i Szwajcarii. Swoje cele formułował następująco: „Chcemy wolności i pragniemy, aby wszyscy ludzie na kuli ziemskiej byli wolni jak my, aby nikt nie był uprzywilejowany lub upośledzony, lecz aby wszyscy na równi dzielili ciężary, trudy, radości i rozkosze, to znaczy: aby żyli w spólnocie”.
W 1847 r. Związek Sprawiedliwych pod wpływem Marksa i Engelsa przekształcił się w Związek Komunistów. W tym samym czasie został opublikowany, napisany przez nich „Manifest komunistyczny”. Praca ta, w której po raz pierwszy ogłoszone zostało hasło: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”, wywarła wielki wpływ na przebieg Wiosny Ludów (1848 – 1849). Po upadu tej rewolucji nastąpiły w Niemczech prześladowania działaczy Związku Komunistów, a na dodatek złego doszło między nimi do poważnych rozbieżności w kwestii opracowania strategii działania na przyszłość.
W październiku 1852 r. rozpoczął się przed sądem w Kolonii proces przeciwko grupie przywódczej Związku. 12 listopada zapadł wyrok skazujący siedmiu jego wybitnych działaczy na kary od trzech do sześciu lat twierdzy. Marks zareagował na to pamfletem Rewelacje o procesie w Kolonii (1853), w którym udowodnił, że proces oparty był na sfałszowanych przez policję materiałach dowodowych. 17 listopada 1852 r., pięć dni po wyroku w procesie kolońskim, Związek Komunistów na wniosek Marksa postanowił się rozwiązać.
Ponowne próby stworzenia organizacji proletariackiej w skali międzynarodowej podjęto na początku lat sześćdziesiątych. Zdaniem Lisagaraya, kronikarza i uczestnika Komuny Paryskiej, „idea zjednoczenia ucieleśniła się dopiero w roku 1862, gdy na Powszechnej Wystawie w Londynie delegaci robotników Francji zetknęli się z przedstawicielami związków zawodowych Anglii. Wówczas to wzniesiono toast: Niech żyje przyszłe przymierze wszystkich robotników świata!”.
Warto zauważyć, że asumptem do stworzenia jedności robotników na skalę europejską było ich uczestnictwo w akcjach popierających walkę Polaków w Powstaniu Styczniowym, czego przykładem był zorganizowany 22 lipca 1863 r. wiec w Londynie przez angielskie związki zawodowe.
Marks i Engels wiązali walkę Polski o niepodległość z interesami całej demokracji i zadaniem obalenia caratu w Rosji. Wielu Europejczyków otwarcie deklarowało swoje sympatie dla walczącego narodu polskiego. W szeregach powstańczych walczyli ochotnicy z różnych krajów – Rosjanie, Francuzi, Włosi, Chorwaci, Węgrzy, Niemcy. Garibaldi zgłosił gotowość wzięcia udziału w powstaniu. Nie krył swoich sympatii dla walczących Polaków także i Wiktor Hugo.
Okrutne stłumienie Powstania Styczniowego przez carat wywołało oburzenie w całej Europie. 28 września 1864 r. w Londynie znów odbył się wiec w obronie Polski. Wzięli w nim udział Anglicy, Irlandczycy, Francuzi, Niemcy, Włosi, Polacy oraz przedstawiciele innych narodowości. Na wiecu postanowiono utworzyć Międzynarodowe Stowarzyszenia Robotników zwane w skrócie Międzynarodówką. Pierwszym przewodniczącym tej organizacji był Marks. On też był autorem jej podstawowych dokumentów: Manifestu inaugurującego i Statutu. Manifest inaugurujący głosił, że robotnicy muszą łączyć walkę o polepszenie warunków pracy i podwyżkę plac z walką o zdobycie władzy; innymi słowy walkę ekonomiczną powinni łączyć z walką polityczną. „Nie słowem, lecz czynem – przekonywał w Manifeście Marks – wykazali robotnicy, że produkcja na wielką skalę i odpowiadająca wymaganiom nauki współczesnej możliwa jest i bez istnienia klasy przedsiębiorców, korzystających z pracy klasy robotników… Manifest napiętnował obojętność „wyższych klas Europy (…) wobec uśmiercenia bohaterskiej Polski”
Międzynarodówka wzywała robotników do walki z kapitalistami, kierowała strajkami i rozpowszechniała idee socjalizmu. Wzmacniała solidarność proletariatu. Gdy w 1868 r. z polecenia rządu belgijskiego strzelano do strajkujących robotników, Międzynarodówka przeprowadziła składkę wśród proletariatu Anglii i innych krajów. Zebrane pieniądze wysłano do Belgii na rzecz rodzin zabitych.
Międzynarodówka niejednokrotnie zmuszała kapitalistów do respektowania robotniczych praw. Tak było między innymi w czasie strajku robotników londyńskich, kiedy fabrykanci chcieli sprowadzić robotników z Francji. Dzięki uświadamiającej akcji Międzynarodówki żaden z robotników francuskich nie dał się wykorzystać jako narzędzie burżuazji.
Międzynarodówka wspierała ruchy narodowowyzwoleńcze. Na jednym z jej kongresów podjęto uchwałę wzywającą do obalenia wpływów caratu w Europie „przez urzeczywistnienie prawa narodów do stanowienia o swym losie oraz przez odbudowanie Polski.
Warto też wspomnieć, że w składzie 10 osobowego Komitetu Rady Centralnej (później przekształconej w Radę Generalną) I Międzynarodówki, wchodzili w różnym czasie następujący przedstawiciele rewolucjonistów polskich: Jan Emil Edward Holtorp, Franciszek Rybczyński, kapitan Konstanty Bobczyński, pułkownik Ludwik Oborski, Józef Michał Werecki, Jan Kryński, Antoni Żabicki, pułkownik Józef Rozwadowski i generał Walery Wróblewski, który odegrał wybitną rolę w obronie Komuny Paryskiej.

Jestem, byłam, będę

Wolność tylko dla zwolenników rządu, tylko dla członków partii – choćby nawet byli nie wiadomo jak liczni – nie jest wolnością. Wolność jest zawsze wolnością dla myślących inaczej.
Róża Luksemburg

Las czerwonych sztandarów – wiele z nich ozdobionych znakiem sierpa i młota. Portrety Róży Luksemburg, Włodzimierza Lenina, Karola Liebknechta, Karola Marksa oraz innych znanych działaczy komunistycznych. Transparenty eksponujące wolę walki o sprawiedliwość społeczną oraz hasła antywojenne, antykapitalistyczne.

Tak 12 stycznia 2020 r. wyglądał pochód, w którym uczestniczyło wiele tysięcy ludzi zmierzających ulicami Berlina na cmentarz, gdzie pochowani są zasłużeni socjaliści i komuniści. Złożono tam niezliczone ilości czerwonych goździków; najwięcej na grobie Róży Luksemburg czym upamiętniono 101. rocznicę jej tragicznej śmierci (15.01.1919 r.).

Nie tylko wspomniana manifestacja w Berlinie, w której uczestniczyłem, ale istnieje jeszcze wiele innych objawów wskazujących, że Róża Luksemburg – tu pozwolę sobie zacytować słowa dziennikarza i publicysty Rafała Wosia -„jest prawdopodobnie najbardziej znaną Polką na świecie. W tej kategorii konkurować z nią może tylko Maria Skłodowska Curie”(…). Zostało po niej kilka otwartych drzwi do: innego socjalizmu, innej integracji europejskiej, innej polityki”./1

W niniejszym eseju spróbuję zwrócić uwagę na niektóre epizody z życia tej niezwykłej kobiety oraz wskazać asumpty, na które reagowała.

***

Róża Luksemburg urodziła się 5 marca 1871 r. w Zamościu. Trzynaście dni później rozpoczęło się rewolucyjno-patriotyczne powstanie zwane Komuną Paryską, a półtora miesiąca wcześniej – dokładnie 18 stycznia 1871 r.w sali lustrzanej pałacu w Wersalu, na oczach pokonanych – w dopiero co zakończonej wojnie – Francuzów, przedstawiciele władców byłego Związku Niemieckiego przekazali koronę cesarską królowi pruskiemu Wilhelmowi I Hohenzollernowi. W taki oto spektakularny sposób proklamowano zjednoczenie Niemiec w postaci Cesarstwa Niemieckiego, Rzeszy Niemieckiej (Deutsches Kaiserreich, Deutsches Reich). Głównym kreatorem tego ostatniego – z wymienionych przeze mnie wydarzeń – był Otto Bismarck (1815-1898). Ten wielkiej miary polityk był nieprzejednanym wrogiem nie tylko Francji, ale przede wszystkim nas Polaków. Świadczą o tym między innymi jego następujące słowa: „Bijcie w Polaków tak, by im ochota do życia odeszła; osobiście współczuję ich położeniu, ale jeśli pragniemy istnieć, nie pozostaje nam nic innego, jak ich wytępić. Wilk też nie odpowiada za to, że Bóg go stworzył takim, jakim jest; dlatego też zabija się go, gdy się tylko może”.

Kiedy do Warszawy na spotkanie z carem Rosji przybył cesarz niemiecki Wilhelm II, czternastoletnia Róża Luksemburg napisała wiersz tej oto treści:

„W polityce jestem jeszcze głupią owcą

Dlatego nie chcę w ogóle z tobą dużo gadać

Jedno chcę ci tylko kochany Wilhelmie powiedzieć

Powiedz tej wstrętnej świni Bismarckowi

Uczyń to dla Europy, cesarzu Zachodu

Rozkaż mu, by nie wystawiał więcej pokoju na pośmiewisko”.

***

Trzy lata przed narodzinami Róży Luksemburg ukazał się pierwszy tom Kapitału Karola Marksa. „Wydawało się wówczas – jak to trafnie skonstatował, niedawno zmarły pisarz historyczny Andrzej Fedorowicz – że w prostszy i bardziej logiczny sposób nie sposób wyjaśnić tego, co w drugiej połowie XIX wieku działo się w gospodarce i życiu społecznym. Marks krytykował świat, w którym ludzie zostali sprowadzeni do roli siły roboczej i zaakceptowali ten stan. Ludzie, którzy uwierzyli, że rzeczy, które wytwarzają, mają jakąś samoistną wartość. Dla Marksa wartością były nie rzeczy, a wykonana praca. Zdaniem niemieckiego filozofa ludzie nie powinni bezmyślnie akceptować świata, w którym żyją, gdyż jest to sprzeczne z ich naturą. Takie poglądy trafiały na podatny grunt także w Polsce”.

Róża Luksemburg w latach gimnazjalnych należała do młodzieżowego koła związanego z pierwszą polską partią socjalno rewolucyjną „Proletariat”(1882-1886). Partia ta – zwana w historiografii Pierwszym Proletariatem – zakończyła swą działalność po aresztowaniu przez władze carskie większości członków jej aktywu. W grudniu 1885 r. sześciu z nich skazano na karę śmierci, a egzekucję wykonano w styczniu 1886 roku na stokach Cytadeli Warszawskiej. O tym, jak polscy postępowi patrioci i socjaliści zareagowali na te pierwsze po powstaniu styczniowym wyroki w zaborze rosyjskim, wydane z przyczyn politycznych, świadczy, między innymi napisany dziesięć lat później artykuł Józefa Piłsudskiego. Wart jest on zacytowania w całości, w tym miejscu jednak (z uwagi, że stanowi on tu tylko przyczynek w odniesieniu do głównego tematu) ograniczę się do przytoczenia jego końcówki:

„…Czcząc dziś pamięć naszych bohaterskich poprzedników w rozpamiętywaniu ubiegłych lat dziesięciu i nabytego doświadczenia, z dumą podnosimy głowę i śmiało spoglądamy w czekającą nas przyszłość. Nieugięci wobec ciosów ze strony rządu, nadal stać zawsze będziemy na straży naszych praw i interesów robotniczych, przygotowując jednocześnie i zbierając siły dla usunięcia tych kajdan niewoli politycznej, które najazd caratu włożył nam na ręce.

Dwa lata po egzekucji Proletariatczyków, siedemnastoletnia Róża Luksemburg włączyła się w nielegalną działalność Polskiej Partii Socjalno-Rewolucyjnej (tzw. II Proletariatu). Szybko jednak została namierzona przez szpicli rosyjskiej policji. W tej sytuacji przywódcy partii, doceniając jej erudycję i wybitną inteligencję zdecydowali wysłać ją do Szwajcarii, jedynego kraju, w którym wówczas kobiety mogły na równi z mężczyznami podjąć studia.

Przez granicę rosyjsko-pruską niósł nią na swoich plecach jeden z głównych współtwórców II Proletariatu Marcin Kasprzak (Różę Luksemburg w dzieciństwie zachorowała na zapalenie stawu biodrowego, przez co na zawsze pozostał jej niedowład nogi oraz inne wady w budowie ciała). Trzy lata później wspólnie z Różą Luksemburg zaangażował się w sprawę strajku dzieci wrzesińskich. W 1904 roku założył w Warszawie drukarnię SDKPiL (Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy). Po jej przypadkowym odkryciu przez policję Marcin Kasprzak zdecydował się bronić. Strzałami z rewolweru zabił 4 policjantów, a jednego ranił. „Za zbrojny opór przedstawicielom władzy, zabójstwo, zadawanie ran nożem, działalność nielegalną przeciwko ustrojowi w szeregach SDKPiL” po brutalnym śledztwie został stracony na stokach Cytadeli Warszawskiej. Róża Luksemburg upamiętniła swego przyjaciela w nekrologu zamieszczonym w gazecie SDKPiL, „Z Pola Walki”: „Walczył do upadłego. A gdy gwałt zwyciężył i przyszło umrzeć – skonał, jak wielcy duchem tylko potrafią. Ostatnim jego ruchem była pięść, grożąca milcząco pachołkowi krwawego cara za prokuratorskim stołem”.

***

W czasie prawie dziesięcioletniego (1888 -1898) pobytu w Szwajcarii Róża Luksemburg studiowała filozofię, ekonomię i prawo. Pierwszego maja 1897 roku na uniwersytecie w Zurychu obroniła doktorat na temat rozwoju przemysłowego w Królestwie Polskim. Jej drugą poważną pracą na tematy ekonomiczne była wydana w 1913 r. „Akumulacja kapitału”. W książce tej między innymi zaprzeczyła przewidywaniom Marksa, że kapitalizm ugryzie się we własny ogon, gdy zabraknie środków do realizacji wytworzonej przez kapitalistów produkcji a słabo opłacani robotnicy nie będą w stanie kupić towarów wytwarzanych przez przemysł.

Ponieważ nie jestem specjalistą w sprawach polityki ekonomicznej posłużę się tu cytatem wziętym z artykułu Wszystkie twarze Róży Luksemburg autorstwa Rafała Wosia:

„Ale Róża Luksemburg pokazała, że niekoniecznie. W tym momencie wejdzie do gry kredyt – zauważyła już w czasie swojej słynnej polemiki z ideologiem SPD Eduardem Bernsteinem parę lat wcześniej. Teraz szła tym tropem dalej: pokazała, że rozwój rynków finansowych będzie prowadzić do coraz szybszej wymiany towarów. Będzie to pchało świat w kierunku zjawisk, które dziś nazywamy finansjalizacją (nadmierna przewagę sektora bankowego nad realną gospodarką).

Luksemburg nie używała tego terminu. Ale to, co pisze, dość dobrze opisuje zjawisko pompowania finansowych banki spekulacyjnych, które doprowadziły do krachu 2008 r. Luksemburg poszła jeszcze dalej. Pokazała jak rynki finansowe będą kolonizować świat Eksportując kapitał za granicę, co skończy się wciąganiem krajów słabszych w pułapkę zadłużeniową. I nową formę kapitalizmu. Tym, co kilka lat temu minister finansów Grecji Janis Warufakis opisał gorzkim: dziś do podboju nie są potrzebne tanki, dziś wystarczą banki. A co wcześniej do pewnego stopnia sprawdziło się w Ameryce Łacińskiej czy Europie Wschodniej”.

***

W Szwajcarii Róża Luksemburg poznała setki radykalnie myślących ludzi, w tym między innymi takie sławy jak: Gieorgij Plechanow, Aleksandra Kołłątaj, Paweł Akselrod i Leon Jogiches (ps. Jan Tyszka). Z tym ostatnimzałożyła w 1893 r. partię Socjaldemokracja Królestwa Polskiego (SDKP), przekształconą w Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL).

W przekonaniu Róży Luksemburg idee socjalistyczne powinny prowadzić do harmonii między wszystkimi ludźmi na świecie, uważała przy tym, że sprawy narodowe powinny zejść na dalszy plan. Odmienny w tej sprawie pogląd miała większość członków założonej w 1892 r. w Paryżu Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS), który saocjalizm traktowali jako drogę prowadzącą do wyzwolenia wszystkich ziem polskich spod zaborów.

Róża Luksemburg była polską patriotką, czemu między innymi dała wyraz w napisanej 1900 r. broszurce pt. „Przeciwko wynaradawianiu”. Jej zdaniem problem niepodległości Polski powinien pozytywnie zostać rozwiązany dopiero po zwycięstwie socjalizmu na całym świecie. Argumentowała, że w warunkach kapitalizmu państwa narodowe nie mogą być zbawieniem dla proletariatu. Niepodległe państwo polskie pod rządami burżuazji byłoby – w jej przekonaniu – dla polskich robotników takim samym piekłem, jak każde inne ówczesne państwo kapitalistyczne.

Z takim nastawieniem wystąpiła w roku 1896 na IV Kongresie II Międzynarodówki w Londynie, ostro sprzeciwiając przedstawionemu tam, przez przedstawiciela Centralnego Komitetu Robotniczego PPS Józefa Piłsudskiego, wnioskowi o poparcie przez delegatów walki o wyzwolenie Polski. Wyrażał pogląd, że pod władzą zaborców, bez wolnej ojczyzny, socjalizmu być nie może./8. Wskazywał, że polski robotnik pod zaborami cierpiał ucisk podwójny, przede wszystkim narodowościowy.

Natomiast Róża Luksemburg uważała, że sprawa robotnicza wymagała nie oderwania Polski od Rosji dla zbudowania niepodległego państwa, ale zniesienia absolutyzmu carskiego i zdobycia wolności politycznych dla polskiego i rosyjskiego proletariatu. Twierdziła też, że Polska odzyskując niepodległość, straciłaby rynki zbytu w Rosji, co doprowadziłoby do bezrobocia wśród polskich robotników. Jej stanowisko poparli socjaliści rosyjscy wskazując, że potencjał gospodarczy i kulturalny Polski jest potrzebny dla rozwoju socjalizmu rosyjskiego.

Józef Piłsudski „przemówił tak przekonywująco i z taką siłą wiary – jak skomentowała jego wystąpienie na IV Kongresie II Międzynarodówki, w swoich wspomnieniach jego żona Aleksandra – że Kongres uchwalił rezolucje, w której uznano prawo, każdego narodu do samostanowienia i stwierdzono, że niepodległość Polski leży w interesie tak polskiego, jak i międzynarodowego proletariatu”. Poza tymi hasłowymi oświadczeniami wymowa całej rezolucji była jednak mniej zdecydowana, aniżeli tego oczekiwał Piłsudski. Później na łamach pisma „Robotnik” – którego był redaktorem naczelnym – niejednokrotnie przytaczano przykłady świadczące o tym, że nawet gdy robotnicy wywalczą od fabrykantów jakieś ustępstwo, to moskiewscy urzędnicy w imię własnych interesów je przekreślą. „Dopóki więc” – pisał Piłsudski w drugim numerze „Robotnika” – „panuje nad nami rząd samowładny i najezdczy, dopóki my robotnicy, nie będziemy mieli udziału w rządzie, dopóty nie możemy się spodziewać, by rząd i urzędnicy strzegli nas od krzywdy ze strony fabrykantów i majstrów, dopóty prawa fabryczne będą tylko mydleniem oczu”.

Natomiast Róża Luksemburg w swoich wystąpieniach i publikacjach niejednokrotnie mówiła, „że polscy robotnicy pod rosyjskim zaborem mają więcej wspólnych celów z robotnikami z Moskwy i Petersburga niż z Krakowa. W dyskusjach – jak pisze Andrzej Fedorowicz w swojej pracy o niej – dowodziła, że prowadzona przez rosyjski rząd protekcjonistyczna polityka celna doprowadzi do rusyfikacji polskiej burżuazji. Za jedyną siłę zdolną odwrócić ten proces uznawała wspólną rewolucyjną akcję robotników z całego imperium rosyjskiego, po której Polska mogłaby uzyskać narodową autonomię”.

W grudniu 1905 r. przyjechała do Warszawy by wziąć czynny udział w trwającej tu rewolucji ludowej. Została jednak szybko namierzona przez Ochranę, osadzona w więzieniu a następnie wydalona do Niemiec. Bardzo aktywnie pracowała jako naukowiec i agitator polityczny. Zafascynowanie rewolucją, z którą jeszcze niedawno miała do czynienia, sprawiły że stała się jeszcze bardziej radykalna w swych poglądach.

Ostrza swojej krytyki nie kierowała tylko przeciwko ustrojowi kapitalistycznemu, ale coraz bardziej przeciwko oportunizmowi występującemu w Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). Oportunizm ten szczególnie objawił się przed rozpoczęciem I wojny, kiedy niemal cała frakcja SPD poparła w Reichstagu ustawę o kredytach wojennych. Wywołało to w Róży Luksemburg rozgoryczenie, które wyraziła słowami: „Nie ma już socjaldemokracji w Niemczech”.

Wcześniej tj. pod koniec 1913 roku za antywojenne przemówienia, serię ataków na armię i wzywanie do nieposłuszeństwa wobec państwa została skazana na rok więzienia.

Sprzeciwiając się wojnie ukuła hasło: „Socjalizm albo barbarzyństwo”. Za uprawianie antywojennej propagandy często trafiała za kraty, ale po odbyciu kary wypuszczano ją na wolność. W lipcu 1916 roku władze niemieckie uznając ją z niebezpieczną agitatorkę postanowiły uwięzić ją na stałe. Z więzienia we Wronkach pisała, przemycane przez Sonię Liebknecht a następnie kolportowane w całych Niemczech, „listy Spartakusa”. Od imienia tego przywódcy największego i najgroźniejszego powstania niewolników w starożytnym Rzymie (73 -71 p.n.e.) przyjęło nazwę ugrupowanie związanych z nią socjalistów. Spartakusowcy działali zgodnie z ukutym przez Różę Luksemburg – długo przed wybuchem wojny – hasłem: „lepsza wojna domowa niż wojna światowa”.

Chodziło jej przede wszystkim o wywalczenie warunków, w których każdy człowiek miałby prawo do uczestnictwa w życiu publicznym i decydowania o swoim losie. Nie zamierzała jednak poganiać zegara historii. Nie wierzyła w natychmiastowy upadek kapitalizmu poprzez dyktaturę proletariatu. Szukała innej drogi do upodmiotowienia mas ludowych.

Po wybuchu rewolucji w Niemczech Róża Luksemburg wyszła z więzienia, ale musiała się ukrywać przed urządzonym na nią polowaniem przez siły prawicowe. 15 stycznia 1919 r. została brutalnie zamordowana przez jeden z oddziałów Freikorpsu. Zanim do tego doszło w jednym ze swych ostatnich tekstów napisała prorocze słowa: „byłam, jestem, będę”.

Ani kropli krwi wiecej…

Jeśli o tajnej operacji wiedzą dwie osoby to jest przynajmniej o jedną osobę za dużo.
(Stara, ironiczna maksyma wywiadowcza)

W Polsce stanu wojennego w 1983 roku narastały niepokojące procesy, których wagi nie można było lekceważyć. Już w lutym 1982 roku w warszawskim tramwaju, przy próbie rozbrojenia przez członka „Związku zbrojnego z Grójca“, któremu duchowo przewodził ks. Zych, został śmierelnie postrzelony starszy sierżant Milicji Obywatelskiej – Zdzisław Karos i ranny jeden z pasażerów. Zabity miał 32 lata, żonaty, dwoje dzieci. Zrabowana broń, dowód zabójstwa, ukrył w swojej parafii wspomniany kapłan.
Na przełomie maja i czerwca 1982 roku Kornel Morawiecki, działacz podzięmnej „Solidarności“ powołał do życia Solidarność Walczącą, której manifest programowy, odrzucał ugodę z urzędującymi władzami i reformę systemu, deklarował natomiast walkę podjazdową „na wszystkich poziomach i różnymi metodami“. Te sformułowania, będące implicite wezwaniem do przemocy, kosztowały Kornela Morawieckiego brak wsparcia Amnesty International po jego aresztowaniu w 1987 roku. Organizacja ta nie wciągnęła go na listę więźniów sumienia, stwierdzając, że musi wyjaśnić czy nie był związany z terroryzmem.
(Tytułem dygresji dodać należy, że z wiekiem założyciel Solidarności Walczącej wykazywał rozsądek i znaczny pragmatyzm polityczny jak choćby mówiąc w wywiadzie dla rosyjskiej agencji RIA, że „Polska postępuje źle, angażując się w jałowe spory z Rosją“, czy w wywiadzie, cytowanym przez Newsweek z 30 lipca 2018 roku „Rosja nie prowadzi agresywnej polityki“ albo w Wyborczej.pl, 7 sierpnia 2018 „W Polsce większość mediów nastawia społeczeństwo przeciw Rosji. Czy to jest dobre? Nie, to powinno się zmienić“.)
W 1983 roku jednak groźny cień wschodniego sąsiada gęstniał nad Polską. Krew przelana w dniach wprowadzania stanu wojennego w 1981 roku była już dostateczną, tragiczną daniną na rzecz rozwiązania polskich problemów polskimi rękoma, bez „sojuszniczej pomocy“ i biorąc pod uwagę skalę operacji, mogła być znacznie większa.
Tymczasem pojawiały się coraz liczniejsze symptomy nadchodzącej fali potencjalnych aktów przemocy ze strony podziemia opozycyjnego, związanych nawet z przelewem krwi. Trzeba pamiętać, że Polska była wówczas traktowana przez zachodnie służby specjalne instrumentalnie, jako „gwóźdź wbijany w łapę rosyjskiego niedźwiedzia“, natomiast opozycyjny program suwerennościowy dla kraju był daleko, w trzeciorzędnym tle tych działań. ( W jakimś wymiarze i dzisiejsza sytuacja wykazuje pewne podobieństwa z przeszłością. Uwaga służb polskich skoncentrowana na kierunku wschodnim jest przyczyną kardynalnego w przypadku wywiadu i kontrwywiadu błędu. Skoro patrzysz w jednym kierunku, nie zauważasz, że obok buszują bezkarnie inni, nie mniej groźni i efektywni przeciwnicy. Może wynika to po części stąd, że szefowi Agencji Wywiadu doradza grupa osób, które apogeum profesjonalne przeżyła koło 2010 roku, będąc w jej kierownictwie. Mówi się, że jakoby są wśród nich i tacy, którzy mieli „szczęście“ zacząć pracę w I Departamencie MSW tuż przed zmianą systemu a więc, potencjalnie objęci ustawą represyjną, dla dezinformacji zwaną dezubekizacyjną. Następnie, po skrzętnym wyczyszczeniu dokumentacji ich dotyczącej, z „odzyskanym dziwictwem“, wstąpili do AW i teraz gorliwie odrabiają grzechy młodości płynąc w nurcie politycznym aktualnej władzy i nie tyle wbijają gwóźdź w łapę rosyjskiego niedźwiedzia lecz raczej „łaskoczą go słomką po nosie“, bo jak dotąd jest w klatce.)
Wracając do głownego wątku naszego tekstu, należy wspomnieć, że w owym czasie pojawił się w kręgu niszowego wydawnictwa emigracyjnego w Paryżu, mającego jednak przełożenie na nielegalną opozycję w kraju niejaki Rafał Gan-Ganowicz. Jako młody chłopak, po II wojnie światowej, działał już w konspiracji rozrzucając ulotki antykomunistyczne. Gdy UB wpada na jego trop, ucieka do Berlina Zachodniego. Służy w amerykańskich kompaniach wartowniczych. Później przenosi się do Francji, odbywa szkolenie wojskowe przygotowujące do ewentualnych akcji sabotażowych na terenie Państw Układu Warszawskiego, w tym kurs spadochroniarski. Stopień podporucznika uzyskuje w 1959 roku, kiedy trwa już odwilż w relacjach Wschód-Zachód a widmo III wojny światowej znika. Zostaje więc najemnikiem, cynglem do wynajęcia. Bierze udział w wojnie secesyjnej w 1965 roku w Kongu w wojskach Czombego, potem w 1967 roku w Jemenie z rebeliantami wspieranymi przes ZSRR. Ma zresztą w tym procederze precedensy rodzinne. Jego ojciec był żołnieżem Francuskiej Legii Cudzoziemskiej, która jak wiadomo nie jest Armią Zbawienia. Wraca do Francji, jest miejscowym korespondentem Radia Wolna Europa. W latach 80-tych we Francji był też przedstawicielem „Solidarności Walczącej“.
Jego związek ze wspomnianym wydawnictwem wywoływał w kręgach krajowych służb uzasadnione obawy, że kanałami tej instytucji mogą dotrzeć do Polski instrukcje i sprzęt służące dokonywaniu aktów przemocy, tym bardziej, że Gan-Ganowicz był niewątpliwie związany ze służbami zachodnimi, o których roli wspominałem wcześniej, a konkretnie z DST (kontrwywiadem) i DGSE (wywiadem) francuskim.
(Gdyby ktoś chciał pogłębić swą wiedzę w tym zakresie, to polecam książkę byłego funkcjonariusza CIA, Setha G. Jonesa, którego trudno podejrzewać o sympatię do ówczesnych władź polskich, pt. A covert action. Reagan, the CIA and the Cold War struggle in Poland, wyd. New York-London, 2018, W.W. Norton & company, independent publishers since 1925; a szczególnie jej fragmenty poświęcone finansowaniu polskiej opozycji w Paryżu, zakamuflowane jak sądzę świadomie, na tyle „nieudolnie“, że łatwo zorientować się o kogo chodzi.)
Tak więc powstawała w Polsce masa krytyczna grożąca wybuchem przemocy. Jej eksplozja mogła zostać potraktowana przez ościenne państwa Układu Warszawskiego jako dowód na to, że władze polskie nie kontrolują sytuacji i wykorzystana w roli pretekstu do interwencji. A wisiała ona na włosku już w 1981 roku, wbrew temu, co po zmianach systemowych głosilli polscy mędrcy i przedstawiciele b. Radzieckiej generalicji na seminariach w Jachrance k. Warszawy.
Również w 1983 roku była ona możliwa i nie przeszkadzałoby jej uwikłanie Mokwy w wojnę afgańską. Pierwszoliniowe zgrupowania bojowe ZSRR nadal były w pełnej gotowości w Północnej Grupie Wojsk w Legnicy i, znacznie liczniejsze, w NRD. NRD-owska armia Ericha Honeckera z przyjemnością złożyłaby wizytę w Polsce a Czechosłowacy Gustawa Husaka przebierali nogami, w nadzei wyrównania porachunków z Polską za interwencję w 1968 roku, przy tłumieniu Wiosny Praskiej. Natomiast ZSRR ciągle był (i jak dotąd, w wymiarze historycznym, pozostaje) jedynym państwem na świecie, mogącym jednym rzutem lotniczym przemieścić całą dywizję powietrzno-desentową wraz ze sprzętem bojowym i pomocniczym na obszarze całej Europy.
Trzeba więc było działać, uspokajać nastroje w opozycji, schładzać „gorące głowy“ tych, którzy dążyli do siłowej konfrontacji z władzą, nie zdając sobie zapewne sprawy z tego, że może się ona zakończyć krwawą łaźnią, zafundowaną przez interwentów zewnętrznych.
Centrala Wywiadu w kraju podjęła decyzję, że realizacja akcji uspokajania nastrojów i rozładowania sytuacji szczególnie napiętej wśród nowych opozycjonistów w Trójmieście na równi z Wrocławiem, spadnie na moje barki. Wybór był teleż słuszny co ryzywkowny. Byłem wówczas we Francji, pracując w jezuickim Centrum Kultury i języka rosyjskiego Meudon p. Paryżem, gdzie szkolili się m.in. oficerowie z elitarnej akademii wojskowej Saint Cyr czy też studenci z Georgetown z USA zasilający później szeregi dyplomacji amerykańskiej. Działając z pozycji nielegała, z legendą kleryka zakonnego-jezuity mogłem bez trudu, jako profiler, typować do werbunku tych spośród nich, którzy wykazywali się zbiorem charakterologicznych predysponujących ich do pracy agenturalnej. To było moją podstawową misją. Pozostałe działania wywiadowcze, bo i takie były, stanowiły zadania drugorzędne. To z jednej strony.
Z drugiej-rozkaz realizacji grożącej dekonspiracją operacji na terenie kraju, obfitował wprawdzie w szereg niewiadomych ale w razie sukcesu, wydatnie ograniczał perspektywę rozwoju wydarzeń prowadzących do tragicznych w skutkach następstw w Polsce. I to zarówno w wymiarze jednostkowym, ludźkim jak i państwowym, grożącym jego destrukcją. Ze względu na posiadaną legendę byłem też „kandydatem z wyboru“ do realizacji tego zadania. Posiadałem bowiem dokumenty, ustanawiające mnie łącznikiem paryskiego centrum koordynacyjnego pomocy charytatywnej dla kraju, kierowanym przez ks. Zyberka-Platera, a Episkopatem Polski, w tym konkretnie z jego analogiczną komisją. Ksiądż Plater miał dobre konktakty z RMP (Ruchem Młodej Polski), któremu w Gdańsku przewodniczył Aleksander Hall, mający z kolei bliskie relacje z Bogdanem Lisem, działającym w podziemnym Komitecie Korrdynacyjnym Solidarności i o to właśnie chodziło bowiem cieszył się on wielkim autorytetem wśród młodych opozycjonistów. W oczach przywódcy RMP ja z kolei byłem godnym zaufania kurierem, polecanym przez paryski Komitet Solidarności, mającym dobre wejścia w Watykanie na najwyższym szczeblu.
(Nb., żeby lepiej zalegendować i uzasadnić krajową operację, udałem się wcześniej do Rzymu, gdzie na spotkaniu z sekretarzem Jana Pawła II, monsignorem Stanisławem Dziwiszem, rozmawiałem o konieczności uspokojenia wrzenia polskiej podziemnej opozycji, tak aby uniknąć nieobliczalnych następstw potencjalnych aktów przemocy. Papież zresztą podzielał ten pogląd.
Poźniej-lot do Polski, z finansami dla RMP i z nadzieją, że uda się nawiązać kontakt z Bogdanem Lisem. Zatrzymuje się u mojej ciotki mieszkającej w pobliżu Dworca Centralnego w Warszawie. Stamtąd, zmieniając parę razy samochody, żeby zgubić ewentualne „ogony“, do Magdalenki. W ośrodku wywiadu następują ostatnie ustalenia.
W celu zapewnienia pełnej szczelności informacyjnej i uniknięcia dekonspiracji, tudzież zabezpieczenia moich rozmówców z „Solidarności“ przed zatrzymaniem, bo chodziło przecież o to by dalej działali moderując nastroje najbardziej radykalnych grup podziemnej opozycji, postanowiono nie wtajemniczać w sprawę Służby Bezpieczeństwa i realizować zadanie wyłącznie siłami wywiadu.
Z takim wynegocjowanymi warunkami, powróciłem do mieszkania rodziny w Warszawie, by następnego dnia udać się pociągiem do Gdańska. Na odcinku do Malborka towarzyszyła mi obserwacja, niewiedziałem czy była to kontr obserwacja I Departamentu czy też ogony z SB, mogące mnie przejąć na dworcu, po telefonach do rodziców w Zagłębiu, które wykonałem z telefonu ciotki. Na pewno był na podsłuchu, bo przecież miała rodzinę na Zachodzie, z którą sie komunikowała, ale cały ten teatr potrzebny był po to, by nadać mojemu przybyciu do kraju poory powszedniości, autentyczności (sprawy rodzinne, urlop i.t.p.) a nie – sytuacji nadzwyczajnej. Ot takie „aktorstwo życiowe“, niezbędne w wywiadowczym rzemiośle.
Żeby upewnić się co do roli „towarzyszy podróży“ celowo wychodziłem z przedziału, głośno zasuwjąc drzwi. Wówczas natychmiast jeden z mężczyzn wychodził z przedziału przede mną, idąc z przodu, zgodnie z kierunkiem mego ruchu. Po chwili dostrzegałem kątem oka, w odbiciu w szybach korytarza, sylwetkę drugiego, idącego za mną i trzymającego dystans. Było ewidentne, że biorą mnie w „dwa ognie“ tak, żeby cały czas mieć mnie pod kontrolą. Wysiedli w Malborku. Pomyślalem, że pewnie na stacji w Gdańsku będzie czekał na mnie „komitet powitalny“. W końcu mogli mnie zapamiętać z faktu, że byłem w najbliższym otoczeniu Jana Pawła II , jako sprawozdawca Radia Watykan, podczas jego pierwszej wizyty w Polsce.
Ale nie stresowłem się zbytnio. Nawet gdybym został zatrzymany przez SB, moje związki z wywiadem nie wyszłyby na jaw, nie byłoby dekonspiracji, tyle że nie wykonałbym zadania. A moje dobre umocowanie w Watykanie powstrzymałoby ew. przesłuchujących przed twardymi metodami, bo narażania na szwank relacji ze Stolicą Apostolską nie wybaczyłoby im i ich szefom kierownictwo polityczne państwa.
W Gdańsku włóczyłem się po mieście, robiąc długą trasę sprawdzeniową na wszelki wypadek. Nikt za mną nie szedł. Pod wieczór zapukałem do drzwi klasztoru Dominikanów, prosząc o kontakt z przełożonym. Gdy pojawia się na furcie, mówię kim jestem. Nie zadaje pytań, odpowiada tylko, że wie od kogo. Idę coś zjeść do refektarza, później do celi zakonnej, zapadam w głęboki sen.
Po dwóch dniach oczekiwnia zgłasza się do klasztoru człowiek z podziemnej „Solidarności“. Nie ma wymiany nazwisk, on po prostu wie tylko, co ma ze mną robić. Sprawdzamy, czy nie ciągniemy za soba „ogona“, trafiamy na gdańskie blokowisko, wchodzimy do mieszkania. Spotyka nas przedstawiciel RMP, krótka rozmowa. Proszę o możliwość zorganizowania spotkania z Aleksandrem Hallem i ewentualnie Bogdanem Lisem. Zauważam pewną rezerwę ze strony gospodarza. Przekazuję mu kopertę z dolarami od ks.Platera. Gdy wręczyłem ten pakiet,lody topnieją, zaufanie wzrasta. Po rozmowach w bloku, kontrolując się, wracam sam do klasztoru. Następnego dnia komunikują mi, że będzie kontakt i zawita do mnie ktoś, kto wszystko zorganizuje.
Nazajutrz pojawia się na furcie łącznik. Jeździmy z nim „maluchem“ po ulicach, wygląda na to, że żadna obserwacja nas nie prowadzi. Dojeżdżamy na obrzeża Gdańska, później do willowej dzielnicy w Gdyni-Orłowie. Wjeżdzamy do garażu, malucha parkujemy obok dużego Mercedesa. Z garażu przechodzimy prosto do mieszkania. Wita nas Aleksander Hall, są też dwaj mężczyźni, skanujący częstotliwości SB i milicji na zachodnich odbiornikach radiowych. Intensywność sygnałów na tych częstotliwościach zaczęła rosnąć. Równocześnie dostajemy wiadomość, że Lis nie przybędzie, bowiem wszystko wskazuje na to, że jesteśmy pod obserwacją. Przez okno zauważyłem, że krótka willowa uliczka została z jednej strony zablokowana przez „Nysę“, z drugiej-przez „Poloneza“. W nysce nie widać pasażerów, pewnie przeszkolony kierowca i pasażerowie położyli się, aby nie dało się ich dostrzec. Ta krzycząca nieobecność była dla mnie jak stwierdzenie: „już was mamy“. Poinformowałem o tym Halla. Zbladł i powiedział: „To koniec“. Wtedy odezwała się we mnie żyłka wywiadowcza, w czym wsparł mnie właściciel willi, którego personalia poznałem wiele lat później. Jeden z „nasłuchu“, wsiada ze mną do malucha i pryskamy w prawo. Pan Aleksander Hall chwilę później wsiada do bagażnika Mercedesa z drugim (właścicielem willi-panem Jerzym Godlewskim) i jedzie w lewo. Tak, jak przewidywałem, w obstawie zaczął się bałagan. Nie wiadomo za kim jechać, kto zostaje, wreszcie-ktoś z dowódźtwa musi podjąć decyzję, to też zabiera cenny czas. Ostatecznie pojechali za maluchem, za mną. W dwa wozy. Najpierw „Nysa“ z tyłu, potem wyprzedził nas „Polonez“. Nie zablokowali nas, zgodnie z zasadami sztuki, licząc na to, że gdzieś ich doprowadzimy. A poza tym w maluchu były dwie osoby widoczne, a w Mercedesie tylko jedna.
Dziwiło mnie tylko, że tak precyzyjnie się nas trzymają. W pewnym momencie, gdy mijaliśmy taksówkę, zdecydowałem, że zbliżymy się do niej a ja przesiądę się-a raczej przeskoczę do niej. Mój towarzysz zdążył krzyknąć: „Niech pan jedzie do kliniki Akademii Medycznej i prosi o kontakt z szefową w imieniu podziemnej „Solidarności“. Jestem w taksówce. Taryfiarz szuka radiem po częstotliwościach i słyszymy, że „maluch pojechał dalej ale prowadzimy tego drugiego“. Taksówkarz do mnie: „Niech pan nawet nie szuka pieniędzy, jedziemy pod klinikę“. Odpowiadam: „Może pan mieć kłopoty“. On na to: „Nie ważne, wyrzucam pana po drodze w razie czego“. Widzę, że obstawa zwalnia więc pewnie za chwilę nas zablokują. Dojeżdżamy pod skarpę. Kierowca wskazując w prawo: „tam na szczycie, jest mur kliniki“. Dziękuję, prosząc: „Hamujemy ostro!“ i wyskakuję. Pojechał dalej a tamci już mu odpuścili, zajęli się mną.
Pada deszcz, jest ślisko, ślizgam się ale biegnę pod górę. Chyba nigdy w życiu tak szybko nie biegłem. Dwóch facetów z „nyski“ podąża za mną. Odsadziłem ich na jakieś sto metrów. Mój rekord życiowy. Biegli z reklamówkami w rękach, jak już zbliżałem się do muru, wyjęli z nich radiotelefony i zaczęli coś do nich wykrzykiwać. Docieram do muru, wdrapuję się, przeskakuje na drugą stronę. Wchodzę do portierni. „Jestem taki a taki, potrzebuje pomocy“. Natychmiast pojawia się pani profesor. Decyzję błyskawiczne. Karta choroby, piżama, fałszywe dane personalne, izolatka. Zakaźny. Krzywa gorączki z paru dni. Byłem pod wrażeniem. Pytam panią profesor: „Co dalej?“ Ona mnie uspokaja: „Niech się pan nie martwi“. Leżę więc i myślę jak to się stało, że obserwacja nas wykryła a potem trzymała się, jak rzep psiego ogona. Po latach dopiero dowiedziałem się, że łącznikiem, który doprowadził mnie na spotkanie z Aleksandrem Hallem i niedoszłe z Bogdanem Lisem był Zdzisław Pietkun, pseudo „Irmina“, informator SB. O zmierzchu moje rozmyślania przerywa przybycie jakichś ludzi. Zapakowali mnie na nosze, w całości przykryli, wsunęli do karetki. Jedziemy „na sygnale“, do wypadku. Nikt nas nie zatrzymuje. Po kilkuset metrach sanitariusze wyłączają syrenę i koguta. Krążymy trochę po ulicach, po czym wysadzają mnie w okolicach klasztoru. I znowu ukrywam się u Dominikanów. Raz wyszedłem, zrobiłem trasę sprawdzeniową ale nikt za mną nie dreptał. Uspokoiłem się. Następnego dnia, przybyła kobieta – łącznik. Zrobiła ze mną bardzo profesjonalną trasę sprawdzeniową, napewno była z solidarnościowej kontrobserwacji. Idziemy do Domu Marynarza i tam przekazuje mnie w ręce innej łączniczki. Znowu chodzimy po mieście.
Dochodzimy do dzielnicy zabudowanej willami. Wchodzimy do jednej z nich, do salonu a następnie, schodami, do sutereny. Zapala się światło. Człowieka stojącego naprzeciw mnie identyfikuję jako Bogdana Lisa. Ileż jego zdjęć widziałem…
Przegadaliśmy dobrą część nocy, to był trudny rozmówca. Zasugerowałem, że struktury watykańskie mogą udzielić wsparcia, dać środki na działalność samokształceniową, poligraficzną, ba , nawet pirotechniczną (wyrzutnie do ulotek). Wszystko to dla młodzieży, byle tylko odciągnąć ją od pomysłów akcji zbrojnych. Rozmówca się ze mna zgadza, sądzi, że przemoc może być tragiczna w skutkach dla całej opozycji i dla kraju, lecz równocześnie uważa, że coraz trudniej jest kontrolować bojowe nastroje młodych. Oświadczył jednak, że będzie robił co w jego mocy, aby do aktów przemocy nie doszło. Rozmowa trwała prawie do świtu. Po jej zakończeniu przejęła mnie lączniczka, wyprowadziła do miasta, po czym stwierdziła : „ Teraz to już sobie pan trafi“.
Potem wzystko działo się szybko, jak zmieniające się obrazy w kalejdoskopie. Dziękuję Dominikanom za gościnę, jadę taksówką na lotnisko, gdzie natychmiast zauważa mnie pułkownik Sylwester Flak z XIV Wydziału (wywiad nielegalny, pozaplacówkowy) I Departamentu MSW. Nie kontaktujemy się bezpośrednio. Piję kawę w barze. Przede mną robi to pułkownik, który cały czas czuwał w Trójmieście. Zostawia „przypadkiem“ bilet lotniczy na kontuarze. Wystawiony na mnie. Typowe BPM (błyskawiczne przekazanie materiałów). Wracamy do Warszawy osobno, ale w kontakcie wzrokowym. Po lądowaniu docieram do mojej ciotki, potem składam wizytę u Jezuitów na Rakowieckiej, stamtąd samochodami do Magdalenki.
Piszę raport. Idzie na bardzo wąski, najwyższy rozdzielnik. W SB nawet o nim nie wiedzą. Umowy zostają dotrzymane, pacta sunt servanda. Nikt z uczestników tej akcji nie zostaje represjonowany czy aresztowany. Bogdan Lis wpada dopiero w czerwcu 1984 roku, po czym szybko jest zwolniony na mocy amnestii, a Aleksandra Halla w ogóle nie zatrzymano. Trzeba przyznać, że przez cały czas po naszym spotkaniu Bogdan Lis staral się mitygować, kontrolować wojownicze zapędy młodzieży solidarnościowej i to, że nie doszło do tragedii, jest w znacznej mierze jego zasługą.
Zachodzę tylko w głowę, nie mogąc zrozumieć, dlaczego twierdził, (w odróżnieniu do Aleksandra Halla,który nie odżegnywał się od swojego wówczas ze mną spotkania) że nigdy nie doszło do naszej, wyżej opisanej, dyskusji. Pewnie nie ma już nawet śladu po rozdzielniku i dokumentach, nielicznych zresztą, sprawy chyba, że zawieruszyły się gdzieś w przepastnych archiwach IPN.
No i dodam, że przebieg tej niewątpliwie historycznej rozmowy zarejestrowałem w przeciągu sześciu godzin na minimagnetofonie Nagra SNST Recorder, firmy Kudelskiego, które to nagranie dołączono do raportu. Może przynajmniej ono ocalało przed czystkami i zgubnym działaniem upływu lat ?.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz …tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Chińskie narodowe instrumenty muzyczne

Chińskie narodowe instrumenty muzyczne mają długą historię. Na podstawie odkopanych artefaktów można potwierdzić, że już w okresie przed dynastią Qin (od paleolitu do 221 p.n.e) istniało wiele różnych tego rodzaju starożytnych dzieł sztuki. Wszystkie one są dowodem mądrości i kreatywności narodu chińskiego.

Cechą charakterystyczną chińskich narodowych instrumentów muzycznych jest to, że ich kształt jest niewielki i przeważnie są wykonane z naturalnych materiałów. Obecnie powszechnie popularne są m.in. guqin, zheng, flet, xiao, suona, erhu, pipa czy bębny, które są czołowymi przedstawicielami tradycyjnej kultury muzycznej.
Guqin
Guqin jest pradawnym instrumentem strunowym. Niegdyś nazywany był qin albo yaoqin. Jego początki są datowane na czasy panowania dynastii Zhou, około 3 tys. lat temu.
Kształt guqinu jest przepiękny, barwa dźwięku zaś czysta i delikatna. W starożytnych Chinach bardzo sumiennie podchodzono do gry na nim. Zanim zaczęto z niego korzystać najpierw zażywano kąpieli i przebierano się w czyste ubrania. Następnie palono kadzidła i dopiero potem zasiadano do gry. W jej czasie guqin stawiany był na podłodze albo na stole.
Dawni literaci niemal na co dzień stykali się z muzyką graną na guqinie. Źródła historyczne podają, że często byli oni głównymi uczestnikami takich koncertów i dokładali wielkich starań w organizowaniu występów oraz propagowaniu gry na tym instrumencie.
Wytwarzanie guqinu jest bardzo skomplikowane i jest specjalną sztuką wymagającą szczególnych umiejętności. Dynastie Tang (618-907) i Song (960-1279) były złotym okresem w jego historii. W owym czasie istniało bowiem wiele przepięknych egzemplarzy. Nawet w ostatnich kilkudziesięciu latach Chińczycy stale ulepszali ten starożytny instrument.
Grą na guqinie można żywo zobrazować ludzkie emocje i uczucia takie jak radość, gniew czy smutek, a nawet naturalne krajobrazy. Istnieje bardzo wiele stylów gry. Można na nim wykonywać zarówno utwory solowe, jak też używać go w orkiestrze lub jako instrumentu akompaniującego.
Niektórzy zachodni muzycy są zdania, że konstrukcja tego instrumentu została zaprojektowana w oparciu o chińską koncepcję relacji między niebem a ziemią, która przypomina ludziom muzykę słyszaną jedynie przez niebiańskie bóstwa.
Xiao
Xiao jest starożytnym chińskim instrumentem dętym, nazywanym także dongxiao. Już kilka tysięcy lat temu xiao był popularny wśród ludności chińskiej. Stworzony jest on jest na bazie paixiao (fletni Pana), który na początku nazywany był właśnie xiao. Podczas gry na paixiao, ludzie zauważyli, że otwierając otwory tylko w jednej piszczałce, również można wygrywać melodie. W taki sposób powstał instrument z wieloma otworami i tylko jedną piszczałką.
Xiao narodził się przed dynastią Han (206 p.n.e. – 220 n.e.) i w owym czasie był znany jako qiangdi. Pierwotnie qiangdi było instrumentem mniejszości Qiang zamieszkującej prowincje Syczuan i Gansu. W I wieku przed naszą erą, qiangdi stało się popularne w regionie Rzeki Żółtej. Dzięki stopniowym udoskonaleniom z czasem stało się instrumentem o sześciu otworach, bardzo podobnym do dzisiejszego xiao.
Konstrukcja instrumentu jest bardzo prosta. Jego kształt przypomina flet, lecz jest od niego dłuższy i wykonany głównie z bambusa. Na jego szczycie jest ustnik, na przodzie znajduje się pięć, a z tyłu jeden otwór palcowy. Poza tym, od spodu, w dolnej części instrumentu są jeszcze trzy albo cztery dodatkowe otwory. Ich celem jest rozszerzanie i polepszanie jakości dźwięku.
Barwa dźwięku jest delikatna i elegancka. Barwa basowa jest głęboka i wyjątkowa, barwa altowa zaś donośna i urocza. Sposób gry na xiao jest taki sam jak na flecie, można za jej pomocą nawet przedstawić środowisko naturalne. Można wygrywać zarówno utwory solowe, jak też używać go w orkiestrze bądź jako instrumentu akompaniującego.
Istnieje wiele rodzajów xiao, np. zizhu dongxiao, yupingxiao i jiujiexiao.
Flet
Flet jest w Chinach bardzo popularnym instrumentem dętym wykonanym z naturalnego bambusa, dlatego nazywa się go również fletem bambusowym.
Składa się z jednej bambusowej piszczałki. Na niej znajduje się ustnik, otwór z błoną i sześć otworów palcowych.
Mimo, że instrument jest bardzo prosty, ma aż 9 tys. lat historii. 5 tys. lat temu, flet był wykonywany z kości, później zaczęto robić go z bambusa. W I wieku przed naszą erą, nazywany był hengchui. W owym czasie w orkiestrze dętej, flet zajmował bardzo ważnej miejsce. Od VII wieku poddawany był ciągłym ulepszeniom, między innymi dodana została specjalna błona. Sposób gry na flecie również rozwijał się i osiągał coraz wyższy poziom. Od X wieku, w miarę rozwoju poezji dynastii Song i muzyki dynastii Yuan (1279–1368), flet stawał się głównym instrumentem akompaniującym. Również w orkiestrach oper ludowych i dramatów etnicznych był niezwykle ważnym instrumentem.
Grą na flecie można naśladować różne dźwięki natury, na przykład śpiew ptaków.
Flet po chińsku nazywany jest dizi i jest ich kilka rodzajów, takich jak qudi, bangdi, flet z klapami oraz flet z 7 albo 11 otworami.
W grze na flecie rozróżnia się dwie partie, a mianowicie południową i północną, różniące się stylami. Partii południowej głównie używa qudi, którego styl jest elegancki i niepowtarzalny. Qudi jest głównie spotykany w regionie Rzeki Jangcy.
Partią północną natomiast posługuje się bangdi, którego styl jest mocny i szorstki. Piszczałka ta jest krótka i wąska, a jej barwa dźwięku jasna. Ten rodzaj fletu jest popularny głównie w północnych Chinach.
Konghou
Konghou jest starożytnym instrumentem strunowym. Z dostępnych dokumentów wiadomo, że ten popularny aż do dzisiaj instrument istnieje już od ponad 2 tys. lat. W starożytnych Chinach był znany zarówno w pałacu cesarskim, jak i wśród ludności. Szczególnie w okresie panowania dynastii Tang, czasach prężnego rozwoju gospodarki i kultury, sztuka gry na nim rozwijała się bardzo szybko. W tej epoce, chiński konghou stał się popularny w Japonii, Korei i innych krajach sąsiadujących. Obecnie w świątynii Todai-ji w Japonii, nadal można oglądać dwa uszkodzone egzemplarze pochodzące z tamtych czasów. Niestety, po XIV wieku ten starożytny instrument stracił popularność i obecnie można go zobaczyć wyłącznie na dawnych freskach.
Od lat 50-tych ubiegłego wieku, chińscy naukowcy przeprowadzili wiele badań i opierając się na malowidłach zaprojektowali kilka modeli konghou. Jednakże wszystkie miały wiele wad, dlatego nie stały się zbyt znane. Na początku lat 80-tych stworzono został nowy rodzaj zwany yanzhu konghou. Jego konstrukcja jest doskonalsza i wydaje on podniosły dźwięk o silnym narodowym charakterze, dlatego znów stał się popularny.
Kształt yanzhu konghou zbliżony jest do harfy, barwa delikatna i czysta, a skala szeroka, dlatego jest wyjątkowo pięknym instrumentem.
Erhu
Erhu jest znanym chińskim instrumentem smyczkowym, który powstał w VII wieku naszej ery. W owym czasie używany był głównie wśród mniejszości narodowych w północno-zachodniej części Chin. W tysiącletniej historii rozwoju erhu używano jako instrumentu akompaniującego w operze.
Konstrukcja erhu jest bardzo prosta. Posiada ono rączkę o długości do 80 centymetrów, a na niej dwie struny. Całość połączona jest z pudłem rezonansowym,którego kształt podobny jest do kubka. Smyczek zrobiony jest z włosia pochodzącego z końskiego ogona. Skala erhu może wynosić do trzech oktaw. Barwa dźwięku jest podobna do ludzkiego głosu. Erhu nazywane jest również „chińskimi skrzypcami”. Nieco nostalgiczne i dramatyczne brzmienie najlepiej wyraża głębokie uczucia.
Po 1949 roku produkcja i sztuka gry rozwijała się bardzo szybko. Na erhu można grać zarówno utwory solowe, jak też używać go jako instrumentu akompaniującego. Erhu jest wiodącym instrumentem w chińskiej ludowej orkiestrze dętej i smyczkowej. Jego rola podobna jest do partii skrzypiec w orkiestrze klasycznej.
Produkcja erhu jest bardzo prosta, barwa dźwięku przepiękna – nie dziwi więc ogromna popularność instrumentu w Chinach.

Milczący budowniczy cywilizacji z kraju faraonów

Jest rześki lutowy poranek, kiedy nasz statek dobija do brzegu w Luksorze – starożytnych Tebach. Delikatny wiatr umila oglądanie z górnego pokładu, jak wraz z wschodzącym słońcem miasto po obu stronach Nilu budzi się do życia. Po zejściu z okrętu ruszamy w dalszą drogę. Mijane przez nas pełne zieleni tereny Doliny Nilu przerażająco kontrastują z widzianą w oddali bezkresną pustynią. W końcu wszelka roślinność znika, pozostają jedynie kamienie.

Jedziemy dalej w tym księżycowym krajobrazie, aż wreszcie zza wysokiej skały ukazuje się cel naszej podróży – Deir el-Medina. Współczesna nazwa, która po arabsku znaczy tyle co ,,klasztor miejski”, może mylić. W starożytności znajdowała się tu bowiem zamieszkana przez robotników wioska Set Maat, której to pozostałości, rzadko odwiedzane przez turystów, przybyliśmy oglądać.
W Set Maat, położonym na krańcu tebańskiego miasta umarłych, mieszkali wraz z rodzinami budowniczy i rzemieślnicy, pracujący przy wznoszeniu okolicznych świątyń i grobowców w Dolinie Królów. Osada funkcjonowała prawie 500 lat, a w okresie szczytowego rozwoju (czasy egipskiej XIX dynastii) jej populacja liczyła ponad 1200 ludzi.
Dodatkowo Deir el–Medina jest najlepiej zachowanym założeniem urbanistycznym starożytnego Egiptu. Wyjątkowo słabo nadgryzione zębem czasu mury, ulice, dolne partie większości domów oraz wykute w skałach grobowce dają przybyłym tutaj wyjątkową szansę na wczucie się w życie codzienne starożytnych Egipcjan. I to nie królów, kapłanów i ich świt (jak w licznych egipskich pałacach i świątyniach), ale Egipcjan – robotników, rzemieślników i kamieniarzy.
Tych wszystkich bezimiennych i milczących, których setki pokoleń w pocie czoła budowały to, co nazywamy ,,cywilizacją starożytnego Egiptu” i bez których poświęcenia nie powstałaby żadna z podziwianych przez turystów świątyń czy grobowców, a dla których w dominującej narracji historycznej, zawłaszczonej przez królów, wezyrów i dowódców, ciągle brakuje miejsca.
Wczoraj i dziś
Jeden z hoteli w Hurghadzie
– Jest nam teraz ciężko, ale przynajmniej mam stałe źródło dochodu. Mój kuzyn, instruktor nurkowania, od dawna jest już bez pracy – mówi mi Mustafa, ogrodnik w jednym z hoteli w Hurghadzie. Ze swojej pensji, niewiele wyższej od egipskiej płacy minimalnej (ok. 125 USD), utrzymuje żonę i dwójkę dzieci. Dowiaduję się od niego, że co prawda pracownicy kuchni i sprzątacze zarabiają trochę lepiej, ale przynajmniej ogrodnicy są ostatni do zwolnienia.
Bez ich codziennych wysiłków bowiem wszystkie te wydarte przed kilkoma dekadami pustyni kurorty w mgnieniu oka przykryłby piasek. Aby obcokrajowcy mogli cieszyć ładnymi widokami podczas urlopu, we wszystkich ośrodkach wypoczynkowych wschodniego wybrzeża, od Sharm el Sheikh po Marsa Alam, zastępy pracowników w zielonych kombinezonach, zazwyczaj traktowane przez turystów jak powietrze, dzień w dzień rano i wieczorem pielęgnują palmy, krzewy, kwiaty i trawniki.
,,Bez codziennego podlewania przez nas szybko zostałyby tu tylko kamienie i piach” – podkreśla Mustafa. ,,Wyrazem uznania” za tę fundamentalną dla lokalnej turystyki pracę jest właśnie (oprócz głodowych pensji) ostatnie miejsce na liście do zwolnieniowego odstrzału.
Mahmouda, młodego marynarza, spotykam na statku płynącym do Asuanu. Opowiada mi, że zaczynał pływając na statkach towarowych, trzy lata temu przeniósł się na wycieczkowce. Na moje pytanie, jak pandemia wpłynęła na żeglugę nilową, odpowiada, że nie było dużo zwolnień wśród marynarzy.
Nil, w którego Dolinie i Delcie mieszka 95 proc. ludności kraju, mimo upływu tysiącleci pozostaje bowiem najwyższym szlakiem komunikacyjnym Egiptu, dlatego pracy marynarze zawsze mieli tu pod dostatkiem. O antycznych kolegach po fachu mojego rozmówcy pisał już w swoich ,,Dziejach” ojciec historii, Herodot z Halikarnasu.
Mahmoud podkreśla jednak, że jego branży mocno obcięto wynagrodzenia, szczególnie w żegludze turystycznej. On sam jest kawalerem, daje więc sobie jakoś radę, ale mówi, że wielu jego kolegów, mających na utrzymaniu rodziny, mimo pracy znajduje się w ciężkiej sytuacji. Pomocy nie mogą spodziewać się oni z żadnej strony. Rząd skromnie i tylko na początku pandemii wsparł jedynie tych, którzy stracili swoje prace dorywcze.
W przypadku reszty udaje, że problemu nie ma i dalej pompuje miliardy w trwającą od 2015 roku budowę na wschód od Kairu supernowoczesnego i ekologicznego miasta, mającego w zamyśle stać się nowym centrum administracyjnym kraju.
Pandemia dodatkowo pogłębiła też dotychczasowe problemy Egipcjan – jeszcze bardziej dała im się we znaki rosnąca inflacja i brak systemu ubezpieczeń społecznych. Mahmoud mówi, że wszyscy bardzo boją się bezrobocia, dlatego, pozostawieni przez władze sami sobie, godzą się na duże obniżki płac, czekając na poprawę sytuacji. Tej jednak póki co próżno wyglądać.
Walka trwa
Jedno z malowideł w grobowcach robotników z Deir el-Medina
Robotnicy z Deir el-Medina za życia potrafili zawalczyć o swoje zarówno w sprawach doczesnych, jak i wiecznych.
To oni zorganizowali pierwszy w historii poświadczony w źródłach strajk i wywalczyli wypłatę zaległych wynagrodzeń u wezyra faraona Ramzesa III.
Również gdy ogląda się ich zachowane grobowce, co prawda mniejsze od faraońskich w Dolinie Królów, ale jakością kolorów i kunsztem malowideł je przewyższające, widać, że umieli zatroszczyć się o zbawienie swoich dusz. Historia nie okazała się dla nich jednak łaskawa – zarówno oni, jak i wszyscy inni robotnicy, rolnicy i rzemieślnicy, którzy budowali tę jedną z pierwszych w dziejach ludzkości cywilizację, pozostają dla nas, z małymi wyjątkami, niemi.
Mimo że to oni w swej masie wykuwali w dziewiczej skale natury pomnik historii człowieka, w głównym nurcie opowieści o dziejach przedstawia się ich jedynie jako niewarte uwagi narzędzia w ręku władców, wezyrów czy wodzów – zupełnie niesłusznie. Nie dotyczy to tylko wieków przeszłych – potomków robotników z Deir el-Medina, takich jak Mustafa czy Mahmoud, traktuje się dzisiaj tak samo.
Historie i problemy owych rzesz ogrodników każdego dnia chroniących wschodnioegipskie kurorty przed pochłonięciem przez pustynię czy setek marynarzy, bez których kluczowy dla kraju transport po Nilu były niemożliwy, nie mają szansy przebić się przez natłok newsów o decyzjach ministrów i życiu celebrytów. Rządy nawet w tak trudnym czasie pozostawiają ich samych sobie i nie widzą w nich nic więcej niż mniej lub bardziej użytecznych cyferek ze statystyk w raportach przynoszonych dygnitarzom na biurka.
I tak od tysięcy lat – prawdziwi budowniczy naszych cywilizacji zmuszeni są mówić do nas swoim milczeniem. Ale nic nie trwa wiecznie – ,,nadejdzie jednak dzień zapłaty, sędziami wówczas będziem my!”.

Dalekowzroczny profesor Stępień

Mariana Stępnia „Kartki z dziennika” to ważna lektura dla młodych przedstawicieli współczesnej lewicy. Nie mają oni- z powodu wieku-osobistych doświadczeń i obserwacji okresu PRL. Są oni narażeni na presję propagandowo-indoktrynacyjną polskiej prawicy opartą o zafałszowaną i zmanipulowaną najnowszą historię naszego kraju. Książka profesora Stępnia ułatwia ukształtowanie poglądu pozbawionego manipulacji i zafałszowań.

Cechy tej książki to rzetelność intelektualna, poczucie proporcji oraz ukazywanie złożoności procesów, postaw, motywacji i działań pojedyńczych jednostek i grup społecznych. W naszych latach, gdy jest tak wiele czarno-białych uproszczeń, przemilczeń i kłamstw połączonych z bezczelnością i arogancją książka ta jest szczególnie pożyteczna. Bardzo istotne są-moim zdaniem-zapiski autora dziennika ukazujące zarodki przyszłych zjawisk kryzysowych w sferze polityki i życia społecznego.
Przebłysk
Z troską obserwował prof. Stępień pierwszą wizytę Jana Pawła II . Pod datą 3 czerwca 1979 zanotował: „Zbliżenie śpiewających z przejęciem twarzy, utwierdzanie nieszczęsnej polskiej tożsamości narodowej nierozerwalnie związanej z religijnością, emocjonalną, ułatwioną, bezrefleksyjną, utrwalaną przez polski kościół katolicki dla jego własnego dobra, nie dla dobra Polski.
Potem Papież, niczym monarcha na tronie, przyjmował hołd od poddanych, od delegacji każdej diecezji. Podchodzenie, klękanie, całowanie pierścienia. Demonstracja siły, popularności wśród poddanego ludu. Nie wyglądało to dobrze.
Jak wiadomo, trwają obecnie spory czy papież wiedział o przestępstwach i grzechach biskupów i kardynałów czy też nie, a także o rolę poszczególnych dostojników kościelnych. Nie ulega jednak wątpliwości, że autorytet polskiego papieża stał się osłoną, za którą powstało demoralizujące poczucie bezkarności.
„Miarą znaczenia papieskiej wizyty będzie to, co w polskim kościele katolickim pozostanie: jeszcze większe butne nieprzejednanie czy wyciągnięta dłoń do współpracy i lepszego niż dotychczas porozumienia. „ Dziś wiemy, co pozostało.
16 listopada 1989 z satysfakcją skomentował autor dziennika ważne dla propagowania Polski przemówienie Lecha Wałęsy w Kongresie USA .
„Wczoraj oglądałem wystąpienie Wałęsy przed dwiema Izbami Kongresu Amerykańskiego. Cóż, nie mogłem się oprzeć takim myślom: niezwykła kariera tego człowieka, świetnie przygotowane polityczne przemówienie; niezwykłe przyjęcie (wielokrotne standing ovations), gorące oklaski. Jaruzelski musi na miesiące liczyć czas swej prezydentury. „Warto wspomnieć o współautorach sukcesu Wałęsy. Tekst przemówienia napisał Kazimierz Dziewanowski. Przetłumaczył na angielski i odczytał-Jacek Kalabiński. Do słuchaczy w świecie anglojęzycznym Wałęsa przemawiał głosem Kalabińskiego. Kiedy Lech Wałęsa został prezydentem niektórzy oczekiwali, że wymienieni powyżej wybitni dziennikarze będą jego doradcami. Tak się jednak nie stało. Ze szkodą dla tej prezydentury.
Polonia i polska racja stanu
Jak wiadomo do USA przybywali imigranci z całego świata. Przybywali z wielu powodów. Różnili się poziomem wykształcenia, posiadanymi zasobami i wyobrażeniami o swej przyszłej pozycji w Nowym Świecie. Do Ameryki przywozili też swoje wyobrażenia o krajach ojczystych, ich historii i znaczeniu. Niemieccy osadnicy, którzy w Północnej Dakocie założyli miasto Bismarck z pewnością posiadali w swej świadomości inny obraz Europy i Polski, aniżeli polscy przybysze. Ci ostatni przywozili ze sobą m. in. tradycyjne wady, takie jak znane nam wszystkim „polskie piekło”. Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Marian Stępień-stypendysta Fundacji Fulbrighta przebywający w 1978 roku w stanie Michigan -wygłaszał na uczelniach i w organizacjach społecznych wykłady o literaturze polskiej. Poznał wówczas m. in. cztery polskie kluby działające w Grand Rapids. Zauważył, że „stosunki między nimi są nieprzyjazne, bez gotowości wzajemnego zrozumienia i współpracy. Obecność na spotkaniu w innym klubie niż własny jest traktowana jako akt nielojalności.
Bywam na spotkaniach w każdym klubie. Nie tylko z obowiązku. Kieruje mną ciekawość i ogólna do wszystkich sympatia, mimo-niekiedy- poczucia zażenowania. Uczestniczyłem dzisiaj w spotkaniu odbywającym się w starej, zaniedbanej remizie strażackiej. Tańczenie polki w rytm niewyszukanej muzyki, popijanie whisky. Nie upijali się za bardzo, tylko nabierali tego krzepkiego wigoru, rubaszności, prostackiego zadowolenia, często odpychającego.
Są to ludzie o ciężkim, bardzo pracowitym życiu, poczciwi, związani z polskością według własnego wyobrażenia, które warto by poddać analizie socjologicznej, psychologicznej. Dumni w swej szczególnie wyobrażanej polskości, równie dumni ze swej przynależności do Ameryki. Z uniesieniem, ze wzruszeniem udzielającym się i mnie śpiewali na zakończenie spotkania pieśń Ameryko!Ameryko! Czuli się potomkami tych pielgrzymów, którzy odzyskiwali wolność i godność z chwilą, gdy ich stopa stanęła na ziemi Waszyngtona. „
W trakcie Dni Etnicznych prof. Stępień zapoznał się z przykładami historii i kultury holenderskiej. „Na tym tle Polacy nie wypadali najlepiej. Bigos, gołąbki kiełbasa. Ich strojom niby to góralskim czy krakowskim, brakowało autentyczności. W programie muzycznym pieśni religijne i patriotyczne, rzewnie wykonywane.
Niemiecka grupa etniczna urządziła wystawę niemieckich militariów związanych z pierwszą wojną światową. Eksponowane w gablotach „Żelazne Krzyże” wywoływały wspomnienie także drugiej wojny. Wiele eksponatów odnosiło się w ogóle do „czynu żołnierskiego”.
W trakcie pobytu w Allendale prof. Stępień wygłosił cykl wykładów na temat The Polish Contemporary Literature Abroad. „Na ścianie wisiała duża mapa polityczna powojennej Europy. Polskie ziemie zachodnie i północne wyodrębnione były białym kolorem i ukośnie biegnącym napisem, że jest to terytorium pozostające pod tymczasową polską administracją. „ Po kilkakrotnych interwencjach prof. Stępnia mapa została zdjęta ze ściany. Profesor obawiał się, że po jego wyjeździe mapa powróci na poprzednie miejsce.
Godny uwagi jest fakt, że uczniem szkoły średniej w Grand Rapids był przyszły prezydent Gerald R. Ford. Następnie studiował on prawo w The University of Michigan w Ann Arbor. Jednym z najsławniejszych profesorów tego uniwersytetu był polski fizykochemik Kazimierz Fajans (1886-1975). Reguła przesunięć Soddy’ego – Fajansa weszła na stałe do podręczników. Regułę tą Fajans sformułował niezależnie od F. Soddy’ego. W roku 1958 na zaproszenie prof. Kazimierza Kapitańczyka – znakomitego chemika i błyskotliwego humanisty- prof. Fajans odwiedził mało znaną wówczas Politechnikę Poznańską i wygłosił wykład o wiązaniach międzyatomowych.
Byłem jednym ze studentów tej Politechniki, którzy z przejęciem słuchali słów wielkiego uczonego. Jego wizytę w Politechnice opisałem w „Ilustrowanym Kurierze Polskim”.
Absolwent The University of Michigan prezydent Gerald Ford w 1974 roku gościł Edwarda Gierka, a następnie -na jego zaproszenie – odwiedził Polskę. W lipcu 1975 roku bezpośrednio z Warszawy udał się do Helsinek, gdzie podpisał Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie zawierający m. in. zasadę nienaruszalności granic.
Amerykańscy prezydenci-Nixon, Ford, Carter i Bush-senior- chętnie odwiedzali Polskę, aby -w warunkach zimnowojennego podziału świata- poszerzać zakres manewru polskich polityków w stosunkach międzynarodowych. Było to oczywiście korzystne dla Polski. Zdaniem Edwarda Gierka „plusem podstawowym było to, że Polska opuściła zaścianek i wypłynęła na szerokie wody polityki międzynarodowej, mocno zaznaczyła swe istnienie. Ponadto były ważne w sensie psychologicznym: na zachodzie Europy, na mapach tam drukowanych , znikł napis „pod tymczasowy polskim zarządem”.
Jak wynika z obserwacji prof. Stępnia, to co często skutkowało w Europie, napotykało opory w głębi Ameryki, w Michigan.
Sekretarz Komitetu Centralnego
Jako sekretarz Komitetu Centralnego (1988-1989) profesor poznał bliżej wiele środowisk związanych z kulturą. Szczególną uwagę zwracał na nauczycieli, kierowników zespołów artystycznych, organizatorów muzeów i wystaw oraz innych entuzjastów -społeczników. Tam, gdzie było to potrzebne znajdował sposoby wspierania ich wysiłków i usuwania barier z ich dróg.
W styczniu 1990 roku charakteryzując pracowników ówczesnego Wydziału Kultury KC autor dziennika podkreślił: „Wszyscy, których mam przed sobą umieli znaleźć wspólny język z twórcami, działaczami na polu kultury. Przyczyniali się do rzeczy lepszych, czasami gorszych, jak wielu. Angażowali się z najlepszą wolą i intencjami. Mieli swój udział w realizowaniu nie zawsze fortunnych decyzji swych przełożonych, ale też niekiedy umieli minimalizować ich niedobre skutki i załatwić coś pożytecznego dla środowisk twórczych. Działali w systemie, który nie był ich dziełem, a który organizował całe życie społeczne. Obciążanie ich, trzydziesto-czterdziestoletnich nawet za zbrodnie stalinizmu, jak to niekiedy czynią rozmnożeni dzisiaj „moraliści”, jest okrutnym nieporozumieniem, skrajną głupotą. „
Zdumiewający kryzys umysłowy
20 marca 1992 roku prof. Stępień zanotował: „ Tydzień minął od oświadczenia generała Wiktora Dubynina, że gdyby nie wprowadzenie stanu wojennego, 14 grudnia 1981 roku oddziały radzieckie wkroczyłyby do Polski.
I cisza. Zwięźle do razu skomentował to Jaruzelski. Wałęsa powiedział, że ma swoje zdanie, ale poczeka na komentarze. Ci, którzy najwięcej mówili o nielegalności decyzji wprowadzającej stan wojenny i równie tyle o tym, że był on nieuzasadniony–milczą. Po paru dniach odezwał się Krzysztof Kąkolewski. Kiedyś go wysoko ceniłem, ale to, co teraz powiedział w telewizji jest świadectwem trwającego nadal kryzysu umysłowego.
Uznał, że Jaruzelski powinien na wiadomość o tym, o czym poinformował teraz Dubynin nie wprowadzać stanu wojennego, lecz ogłosić mobilizację, rozdać narodowi broń, przekazać władzę Wałęsie i Glempowi.
Gdyby nie usłyszał tego na własne uszy, nie uwierzyłbym, że człowiek-zdawałoby się- myślący może mówić takie brednie. Jak on sobie wyobraża dalszy ciąg wydarzeń? Podobnym świadectwem kryzysu umysłowego, aczkolwiek dotyczącym nieco innej sfery zdarzeń są słowa Ryszarda Terleckiego z artykułu otwierającego 36 numer „Arki”. Ten żałuje , że wydarzenia lat 1989-1990 nie przybrały gwałtowniejszego charakteru: „Wielu uważa, że nie było dotąd politycznego przełomu i w przyszłości niełatwo będzie wyznaczyć datę Ponownego Odzyskanie Niepodległości. Krew jest wielką ceną wolności, ale uniknięcie rozlewu krwi czasem może kosztować jeszcze drożej”. (s. 5)
x x x
W okresie PRL przez wiele lat czytelnikom narzucano podział literatury na krajową i emigracyjną-często przemilczaną. Koncepcja prof. Stępnia-literatura polska jest jedna-była aktem odwagi. Autor koncepcji konsekwentnie ją głosił i realizował w swej pracy badawczej, co nie było ani proste, ani łatwe. W dzienniku profesora znajdujemy wiele informacji dotyczących pisarzy tworzących poza krajem ojczystym. Byli i są oni zanurzeni w ojczyźnie-polszczyźnie. Dzięki pracy prof. Mariana Stępnia nasza wiedza o ich twórczości jest pełniejsza, a jej rozumienie-głębsze.

Polskiej muzyki złote lata 70-te

Pięćdziesiąt lat temu wkraczaliśmy w dekadę Edwarda Gierka; po początkowym znacznym politycznym i gospodarczym ożywieniu zakończyła się ona dotkliwymi zjawiskami kryzysowymi. Żadną wszakże miarą nie można tego powiedzieć o życiu kulturalnym; wręcz przeciwnie, lata siedemdziesiąte były tu dobrą kontynuacją poprzedniego piętnastolecia i wraz z nim stanowią ćwierćwiecze w dziejach polskiej kultury szczególnie owocne, oznaczające w naszej powojennej historii najwyższy jej wzlot.

W szczególniejszym stopniu dotyczy to polskiej muzyki, a zwłaszcza twórczości kompozytorskiej. W wieku dwudziestym – a pewnie i w całych dziejach naszej muzyki – nigdy nie śledzono na świecie tego, co powstawało w Polsce, z takim zainteresowaniem, z jakim czyniono to w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, czego wyrazem stał się choćby ukuty podówczas i powszechnie używany termin „polska szkoła kompozytorska”.
Zarazem dokonywały się w owych latach siedemdziesiątych w nowej polskiej muzyce ważne przemiany stylistyczne – następował odwrót od estetyki awangardowej, w tym wypadku zwłaszcza od sonoryzmu, trwały poszukiwania nowych, syntetyzujących eksperyment i tradycję, środków wyrazu muzycznego.
U kilku czołowych polskich twórców ten zwrot miał charakter radykalny. Krzysztof Penderecki, który już w swej „Pasji według św. Łukasza” z 1965 roku nawiązał do wielkiego europejskiego dziedzictwa muzycznego, zyskując sobie miano „konia trojańskiego awangardy”, teraz w swym Koncercie skrzypcowym i operze „Raj utracony” zwrócił się otwarcie ku estetyce neoromantycznej.
Niemal całkowicie odrzucił swe poprzednie doświadczenia Henryk Mikołaj Górecki, maksymalnie upraszczając formę i stosując tradycyjne środki dźwiękowe, czego przykładem stała się zwłaszcza słynna „Symfonia pieśni żałosnych” i Koncert klawesynowy; podobnie uczynił Wojciech Kilar, występując z głośnym „poliptykiem góralskim” – od „Krzesanego” po napisaną już w następnej dekadzie „Orawę”.
Istotne przemiany stylistyczne dały o sobie w tym okresie znać i w twórczości np. Włodzimierza Kotońskiego, Tomasza Sikorskiego, Romualda Twardowskiego, Krzysztofa Meyera czy też oryginalnie sięgającego do motywów ludowych Zygmunta Krauzego. Nowej postmodernistycznej stylistyce hołdowała też wstępująca wtedy z powodzeniem na arenę grupa kompozytorów najmłodszego pokolenia z Eugeniuszem Knapikiem i Pawłem Szymańskim.
Z drugiej strony wielu innych czołowych podówczas polskich twórców, od lat konsekwentnie kroczących swym własnym, oryginalnym i nowatorskim, ale nie tracącym łączności z tradycją szlakiem, potrzeby żadnego radykalnego zwrotu nie odczuwało i go nie doświadczyło.
Należał do nich i ten wedle ogólnego ówczesnego mniemania najpierwszy, nieledwie już żywy klasyk – Witold Lutosławski, należał inny z koryfeuszy naszej muzyki – Tadeusz Baird. Nie zmienił kierunku swych poszukiwań Kazimierz Serocki, pozostał sobie wierny również uznany spiritus movens wielu naszych ruchów awangardowych, Bogusław Schaeffer, w tych latach także autor unikatowego podręcznika „Wstęp do kompozycji”.
W rezultacie panorama polskiej twórczości kompozytorskiej tego okresu przedstawiała obraz wielce bogaty i jednocześnie wysoce zróżnicowany; wśród dzieł o największym znaczeniu i rozgłosie wyróżniają się w niej, poza już wymienionymi, „Preludia i fuga”, „Les espaces du sommeil” i „Mi-parti” Lutosławskiego „Magnificat” i „Przebudzenie Jakuba” Pendereckiego, „Ad Matrem” i II Symfonia „Kopernikowska” Góreckiego, „Concerto lugubre” Bairda, „Pianophonie” Serockiego, „Róża wiatrów” Kotońskiego, opera „Chłopi” Witolda Rudzińskiego, opera „Lord Jim” Twardowskiego, „Aus aller Welt stammende” Krauzego, III Kwartet smyczkowy Meyera, „Choreia” Marka Stachowskiego.
Nowa polska muzyka miała do swej dyspozycji bardzo już głośny w świecie festiwal
„Warszawska Jesień”, organizowany przez Związek Kompozytorów Polskich i obficie uposażany przez państwo, co pozwalało np. na częste na niego (i nie tylko na niego) sprowadzanie nawet monumentalnych zagranicznych przedstawień operowych. „Warszawska Jesień” była ważnym forum promocyjnym także dla kompozytorów z innych państw bloku wschodniego, w tym ze Związku Radzieckiego, dla niektórych z tych twórców przy tym wręcz rodzajem antytotalitarnej manifestacji; w tym kontekście dość groteskowo wygląda diagnoza Alexa Rossa w jego popularnej książce „Reszta jest hałasem”, upatrująca w „Jesieni” „odpowiedź Paktu Warszawskiego na Darmstadt i Donaueschingen” (czyli najważniejsze festiwale nowej muzyki w Europie zachodniej).
Od 1977 roku na „Jesieni” i w ogóle w Polsce mogły się pojawiać i dzieła przedtem objętych zapisem cenzury naszych twórców emigracyjnych – Andrzeja Panufnika i Romana Palestra. Poza Warszawą regularnie odbywały się też ważne festiwale muzyki współczesnej w Poznaniu i Wrocławiu; ba, przez sześć lat własny festiwal, otaczany ciepłym wsparciem władz ówczesnego województwa tarnobrzeskiego (co dziś usiłuje się negować), miała nawet debiutująca dopiero grupa kompozytorskiej młodzieży z rocznika 1951 z Knapikiem, Andrzejem Krzanowskim i Aleksandrem Lasoniem, potem czasem od miasta, w którym impreza się odbywała, nazywana pokoleniem Stalowej Woli (w 2020 roku do idei tej imprezy spróbowano powrócić).
Z festiwali o szerszym spektrum programowym międzynarodowe znaczenie zyskała „Wratislavia Cantans”; pojawiło się i wiele nowych, dla przykładu w Starym Sączu, Zakopanem czy Pszczynie. Z konkursów muzycznych tradycyjnie największym autorytetem się cieszył i frenetyczne zainteresowanie wzbudzał ten Chopinowski w Warszawie, a obok niego Konkurs im. Wieniawskiego w Poznaniu – skrzypcowy, lutniczy i kompozytorski; pod koniec dekady dołączył do nich Konkurs Dyrygentów im. Fitelberga w Katowicach.
Polska muzyczna sztuka wykonawcza rozgłosu naszej twórczości kompozytorskiej nie osiągała, ale i tu nie mieliśmy się czego wstydzić.
Obok plejady czynnych w tych latach wybitnych artystów dojrzałej generacji – tytułem symbolicznych przykładów wymieńmy choćby Halinę Czerny-Stefańską, Wandę Wiłkomirską czy Bogdana Paprockiego – wzeszła gwiazda Krystiana Zimermana i rozpoczęła się wielka kariera Ewy Podleś. Głownie za granicą działali Teresa Żylis-Gara, Wiesław Ochman, Jerzy Semkow.
U schyłku dekady mieliśmy w Polsce 10 teatrów operowych, 10 operetkowych, 19 filharmonii i 10 innych orkiestr symfonicznych (w tym 3 radiowe). Z nowych instytucji pojawiły się głośne Warszawska Opera Kameralna pod kierownictwem Stefana Sutkowskiego i Polska Orkiestra Kameralna pod dyrekcją Jerzego Maksymiuka, a także orkiestra filharmoniczna w Wałbrzychu i Teatr Muzyczny w Słupsku; w Poznaniu powstał słynny Polski Teatr Tańca pod kierownictwem Conrada Drzewieckiego. Rozpoczęło żywą działalność, skierowaną zwłaszcza ku mieszkańcom mniejszych ośrodków, Krajowe Biuro Koncertowe.
Nowe siedziby otrzymały teatry muzyczne w Szczecinie i Gdyni. Głównymi placówkami operowymi kierowali w tych latach m. in. Jan Krenz, Antoni Wicherek, Bohdan Wodiczko, Napoleon Siess, Mieczysław Dondajewski; szczególnie wiele ożywienia w polskie życie operowe wniósł po swym powrocie z zagranicy Robert Satanowski.
W Filharmonii Narodowej po epoce Witolda Rowickiego rozpoczęła się era Kazimierza Korda. Wielką Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach objął Stanisław Wisłocki. Wyjątkową pozycję zdobyły poznańskie chóry chłopięce Stefana Stuligrosza i Jerzego Kurczewskiego. W 1970 roku mieliśmy w polskich instytucjach muzycznych 8,1 mln słuchaczy i widzów, zaś w 1979 roku – 8,3 mln; dla porównania – w 1992 roku było ich zaledwie 4,8 mln, a w roku 2019 – tylko 6,4 mln.
Wielką, większą niż kiedykolwiek wcześniej i kiedykolwiek później, rolę w upowszechnianiu muzyki odgrywały radio i telewizja – dla przykładu audycje i programy Janusza Cegiełły, Jana Webera, Bogusława Kaczyńskiego. Pionierską propozycją w zakresie edukacji muzycznej najmłodszych stał się słynny poznański ruch „Pro Sinfonika”, stworzony i kierowany przez Alojzego Andrzeja Łuczaka. Polskie Wydawnictwo Muzyczne, na czele którego stał Mieczysław Tomaszewski, opublikowało w tych latach popularne przewodniki muzyczne – koncertowy, operowy, operetkowy i baletowy – w łącznym nakładzie ponad 150 tys. egzemplarzy. W 1979 roku PWM wydało pierwszy tom fundamentalnej Encyklopedii Muzycznej w nakładzie 50 tys. egzemplarzy; tom ostatni, dwunasty, udało mu się opublikować dopiero 33 lata później, w nakładzie już wielokrotnie mniejszym.
Do ideału było oczywiście daleko – choćby bardzo wiele do życzenia pozostawiało nauczanie muzyki w szkolnictwie ogólnokształcącym, koszmarnie kulała polska fonografia.
Właśnie pod hasłami wzmożenia działań na rzecz poszerzania kręgu odbiorców przebiegał zwołany w końcu 1979 roku wspólnym wysiłkiem władz i środowiska muzycznego Kongres Upowszechniania Kultury Muzycznej, największa (894 uczestników!) z kiedykolwiek odbytych publicznych rozmów o polskiej muzyce.
Niebawem wszakże, już po upadku Gierka, podczas pewnego spotkania na najwyższym szczeblu jeden z ówczesnych prezesów związków muzycznych (a przedtem współprzewodniczący Kongresu) w maksymalistycznym zapamiętaniu nazwał ową Polskę przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych „kulturalną pustynią”; jakich jednak w takim razie słów musiałby użyć do opisu sytuacji dzisiejszej?