Mój Dziennik politycznie niepoprawny

20 listopada 2011
Obejrzałem kolejny odcinek serialu TVP „Czas honoru”. Trzymający w napięciu obraz ukazuje ponury czas hitlerowskiej okupacji poprzez wpisane weń losy grupy akowskiej młodzieży. Wykwit telewizyjnego kina zawiera kilka równoległych, splatających się z sobą wątków. Bohaterowie, uwikłani w charakterystyczne dla tamtego czasu pełne dramaturgii i tragizmu wydarzenia, odmalowują okupacyjną codzienność. Jej niszczący wizerunek był szczególnie dramatyczny i ostry w Warszawie – polskim centrum konspiracji antyhitlerowskiej. Osią całości jest zbrojna aktywność grupki młodych przyjaciół – wyszkolonych w Anglii bojowników akowskiego podziemia.
To interesujące, smutne, niełatwe do oglądania dzieło nosi w sobie pewną, zamierzoną przez twórców rysę, która – mym zdaniem – nadaje mu miejscami cechy agitki. Rażą mnie wpisane czytelnie w film tzw. antykomunistyczne intencje, które, mając nienajgorszą wiedzę, podzielam co najwyżej we fragmentach.
Serial jest swego rodzaju lekcją historii adresowaną głównie do młodzieży: ma nauczać, czym był i powinien być patriotyzm, a także kreować określony schemat historycznej świadomości w odniesieniu do wojennych oraz powojennych losów Polski i Polaków. Jest oczywistym, że ów schemat odbiega zasadniczo od tego, który obowiązywał na lekcjach historii w czasach mej młodości. Dzieło wydaje się być owocem twórczego wysiłku podniesionego w kontrze do politycznego przesłania większości filmowych obrazów wojny, realizowanych w czasach Polski Ludowej. W nurcie „polsko polskim” nie ustrzegł się, niestety, kiepskich wzorców, przynależnych tamtym czasom.
Hitlerowców oraz powiązane z Moskwą mniej liczne podziemie lewicowe – GL, AL. – twórcy filmu konfrontują z Armią Krajową – szerzej, z Polską – właściwie na paralelnym do niemieckich okupantów poziomie wrogości. Film okurza wojenną teorię „dwóch wrogów”: ideę, w oparciu o którą kształtowano myślenie pokolenia Armii Krajowej. W tym celu twórcy obrazu modelują ocierający się o okupacyjne realia świat postaci i wydarzeń. W wątku jak wyżej, serial jest naszkicowany czarno – białym sznytem, bez zawracania sobie głowy jakimikolwiek subtelnościami: młodzi akowcy, bohaterowie filmu, to malowani chłopcy o wysokiej kulturze osobistej i nienagannych manierach, zmotywowani do walki prawdziwi patrioci; ci lewicowi, mniej liczni, to, jakże oczywiste, wrogowie wolnej Polski. Są ukazani jako podstępne, sterowane przez Ruskich – „naszego odwiecznego wroga” – zdolne do każdej nikczemności indywidua. No i ta ich chamska powierzchowność, nie mówiąc kindersztubie. Słowem, nic dodać nic ująć.
Wątek wzmagania Armii Krajowej z lewicowym podziemiem (AL) nie jest wiodącym w całości serialu. W części okupacyjnej pojawia się epizodycznie, jednak trudno powiedzieć, aby był drugorzędnym. Cechuje go nieskrywana, intencyjna ostrość znamionująca zapowiedź wzmożenia tego klimatu w „powojennych” odsłonach filmu.
W łonie walczących ze wspólnym hitlerowskim wrogiem zantagonizowanych politycznie stron wojennego podziemia tlił się konflikt o podłożu fundamentalnym, skutkujący epizodycznie – o czym wiem – w przypadki obopólnie złe, bywało, że i nikczemne. Nie zamierzam tu wdawać się w merytoryczne rozważania na ten temat. To oddzielna sprawa. Mam swoją wiedzę i nie dam się wciągnąć w prostackie, czarno – białe sądy tego wewnątrz-polskiego dramatu, definiowania jego przyczyn oraz źródeł. W warunkach okupacji waśnił obie strony. W sposób dramatyczny i krwawy, niestety, antagonizował w pierwszych latach po wojnie. Film, przyznając całą rację wyłącznie jednej ze stron konfliktu, problem spłyca, obnaża klarowne intencje jego twórców. Jakkolwiek ukazuje niemałą część tamtej rzeczywistości, pozostawia ją wybiórczą i uciążliwie niepełną dla każdego, kogo wiedza o tamtych polskich powikłaniach wychyla się poza prawicowe schematy – dziś jedynie słuszne. Należy oczekiwać, że przyszłe, „powojenne” wątki filmu będą stanowić continuum takiej właśnie narracji: swego rodzaju robotę propagandową, której nie mogę i nie potrafię bezkrytycznie akceptować.
Warto zauważyć, że publiczny dyskurs o wojennej i powojennej historii Polski został współcześnie zdominowany poprzez przekaz przypominający wczesno-powojenną czarnobiałą obróbkę propagandową. Metodologia obliczona na niepogłębioną wiedzę, zwłaszcza ludzi młodych, skutecznie modeluje historyczną świadomość tej generacji, upychając ją w kostium nie zawsze mądrych schematów. Nie wszyscy dają się uwieść presji. Po wojnie rządzący popełniali zbrodnie. Do zbioru niesławnej pamięci niewątpliwie słusznie wpisano liczne nieprawości UB. Jest oczywistym, że okres stalinowski należy zaliczyć do ciemnych stron naszej historii. Nie wolno przy tym zapominać, że okrucieństwo, którym obarcza się wyłącznie aparat ówczesnej władzy, cechowało również wiele działań tzw. zbrojnego podziemia. Te, jakkolwiek pozostają szczegółowo i obficie udokumentowane, podlegają dziś marginalizowaniu, nie mówiąc o notorycznych próbach ich usprawiedliwiania. Chcę wyraźnie podkreślić, iż nie uważam, abym w związku z tym relatywizował, co jest powszechną przyganą przywoływaną w dyskusyjnym ferworze. Zbrodni żadnej ze stron nie usprawiedliwiają nawet najlepsze intencje, w tym motywowane rozbieżnymi poglądami na to, czym jest patriotyzm i jaką powinna być powojenna Polska. Mnogie przypadki nieludzkiego okrucieństwa podziemia podlegają dziś rutynowym przemilczeniom; co najwyżej zdawkowym kwitowaniem, iż wykonywano wyroki na .. „zdrajcach ojczyzny”. Ogromną liczbę zbrodni popełnionych przez „chłopców z lasu”, które dotknęły bogu ducha winnych ludzi spoza kręgu szeroko rozumianego aparatu władzy – cywilów, w tym kobiet i dzieci, usiłuje się przemilczać, względnie usprawiedliwiać patriotyczną okolicznością. Winni zawsze pozostają, a jakże, ”komuniści”. To nieobiektywne i głupie, przy tym zamulające rzeczywisty obraz tamtej odsłony naszej historii. Chcę wyraźnie podkreślić, że każdy prosty, czarno – biały opis i wartościowanie wydarzeń nie odpowiada wyczerpującej prawdzie, pozostaje zasadniczo uproszczeniem, finalnie nadużyciem. Zresztą, czy oddanie tzw. „pełnej prawdy” o naszych wewnątrz-polskich wirażach i zakrętach jest możliwym, a ich sprawiedliwy osąd wykonalny ?!
Sięgnę tutaj do drobnej, jednej z mnogich skąd inąd trafnie niepochlebnych dla powojennej władzy uwag z obszernej monografii o powstaniu warszawskim, piszącego poniekąd pod polskie gusta historyczne Normana Davisa, pt. „Powstanie 44”. Autor, puentując swe rozważania o wydarzeniu, trafnie podkreśla jedną z wielu właściwości rządzących po wojnie Polską, cyt.: „Historia i manipulowanie historią zawsze stanowiły przedmiot żywej troski komunistycznych rządów”. Davis nie zauważa – co w przypadku nie tylko tego autora nie zaskakuje – że owa manipulacja rozwija się i kwitnie nadal, czerpiąc z podobnych mechanizmów, jako swoisty odpad demokracji w odmienionej po 1989 roku Polsce, a więc w czasie, kiedy autor pisze swą skąd inąd dobrą, chociaż niezbyt odkrywczą merytorycznie zdaniem wielu książkę. Mam świadomość różnic pomiędzy tamtą i obecną „polityką historyczną” wdrażaną w jakże odmiennych warunkach historii. Wnikliwy naukowiec winien wszak zauważyć, że obraz Polski Ludowej podlega we współczesnym, oficjalnym (państwowym) przekazie również zmanipulowaniu, czynionym, jak po wojnie, z urzędu. Np. odmawia się powojennej Polsce oraz zaangażowanych w jej istnienie i rozwój ludziom zasług jakichkolwiek: prawa do życiowej satysfakcji, którą zawłaszcza się i rezerwuje po wszech czasy dla różnej maści antykomunistów. Czyni się karkołomne wysiłki, aby ten fragment historii resetować z pamięci Polaków, malując wyłącznie jako wcielenie zła i nieprawości. Mamy więc osobliwą czarną dziurę w dziejach Polski. Nic się dobrego w tym czasie nie wydarzyło ?! Nurtowi wtórują usłużne media, konserwując „inteligencką” manierę politycznej poprawności. Niewielu z medialnych celebrytów próbuje polemizować z tego rodzaju optyką. Na szczęście pozostaje całkiem spory „margines” ludzi rozsądnych – pamiętających inaczej, lub przynajmniej nieco inaczej, dziś odsuniętych od kamer i mikrofonów. Mam nadzieję – oby nie naiwnie – że z czasem, kiedy wystygną nieracjonalne emocje zarządzające wspieranym przez państwo dychotomicznym wartościowaniom naszej najnowszych dziejów, przyjdzie pora na rozwagę i obiektywizm. Ale, czy na pewno przyjdzie ? Póki co, nic na to nie wskazuje.

Szturmem chcieli zdobyć niebo… (cz. VIII)

„Środa 24 maja 1871r. „na cmentarzu Pére-Lachaise, gwardziści narodowi oddają ostatni hołd zwłokom Dąbrowskiego. Przyniesiono je tam w nocy, a po drodze na placu Bastylii, rozegrała się wzruszająca scena. Sfederowani z barykad stojących na placu zatrzymali kondukt i złożyli ciało u stóp Kolumny Lipcowej. Ludzie z płonącymi żagwiami stanęli wokół tworząc jak gdyby kaplicę z ogni; sfederowani podchodzili kolejno, aby złożyć pocałunek na czole generała. Podczas tej defilady bębny biły werbel. Zwłoki, spowite w czerwony sztandar złożono teraz do trumny”.
Lissagaray, „Historia Komuny Paryskiej 1871”

Jarosław Dąbrowski został mianowany naczelnym dowódcą sił zbrojnych Komuny Paryskiej 10 maja 1871 r. Tego dnia wersalski rząd Adolfa Thiersa podpisał traktat pokojowy w Cesarstwem Niemieckim i mógł wszystkie siły skierować przeciwko Komunie. Prowadzenie działań ofensywnych, których nieustanie podejmował się Jarosław Dąbrowski, stawało się w tych okolicznościach z dnia na dzień coraz trudniejsze. Co gorsza większość rozdyskutowanych członków Rady Komuny Paryskiej nie rozumiała strategicznych koncepcji Dąbrowskiego. Nie potrafili i nie mieli wystarczającej woli, by zorganizować i przysłać mu do dyspozycji odpowiednie siły zbrojne, o które co rusz się upominał. Więcej uwagi – niż na narastające zagrożenie ze strony nacierających wojsk wersalskich – zdawali się poświęcać problemom związanym z codziennym życiem miasta, ale czynili to też niezbyt udolnie. W często cytowanej przeze mnie książce pt. „Komuna Paryska 1871” autorstwa Lissagaraya jest mnóstwo jego negatywnych spostrzeżeń na ten temat. Oto jedno z nich:
„Jeszcze przed upływem kwietnia każde bystre oko widziało dokładnie, że ofensywa, którą zapowiedział Cluseret (jeden z poprzedników Dąbrowskiego na stanowisku naczelnego dowódcy sił zbrojnych Komuny Paryskiej – przyp. L.F), jest zupełnie niemożliwa. W obrębie miasta pełni poświecenia ludzie czynu marnują energię na denerwujące borykanie się z biurami, komitetami, podkomitetami, z tysiącznymi pełnymi uroszczeń kółeczkami współzawodniczących ze sobą organów administracji, tracąc nieraz cały dzień na uzyskanie jednego działa (a dział w tym czasie był nadmiar – przyp. L.F). Na szańcach nieliczni artylerzyści zasypują pociskami linię Wersalu i nie żądając dla siebie niczego prócz chleba i żelaza opuszczają posterunki dopiero wtedy, gdy zmiata ich ogień nieprzyjaciela. Forty o rozbitych schronach i uszkodzonych strzelnicach odpowiadają ogniem na grad żelaza, spadający ze wzgórz. Odważni strzelcy rzucają się do walki bez wszelkiej osłony, aby żołnierzy liniowych zaskoczyć w ich kryjówkach. Poświecenie to i bohaterstwo trafia jednak w próżnię. Można by porównać je z kotłem maszyny parowej, z której para uchodzi przez sto otworów”.
Paryżanie od ponad pół roku żyli pod presją działań wojennych. Stolica Francji została już 19 września 1870 roku odcięta od reszty kraju przez oblegające ją zewsząd wojska niemieckie. Przystąpiły one do zdobywania miasta z początkiem 1871 roku. Pod wpływem tej presji, jak i z obawy przed uzbrojonym ludem paryskim, burżuazyjny Rząd Obrony Narodowej podpisał 28 stycznia zawieszenie broni z nieprzyjacielem. Następnie przeprowadził wybory do Zgromadzenia Narodowego. W skład tego organu weszli przedstawiciele burżuazji, wyższego duchowieństwa oraz bogatych chłopów. Zgromadzenie Narodowe, jak i nowopowstały rząd z Adolfem Thiersem obawiając się wystąpień uzbrojonej ludności Paryża, postanowiły rozbroić oddziały Gwardii Narodowej. O trzeciej nad ranem 18 marca 1871 r. wojska rządowe na rozkaz Thiersa przybyły do robotniczej dzielnicy, by zabrać stamtąd armaty zakupione ze składek paryżan dla Gwardii Narodowej.
„Tymczasem – jak relacjonuje to wydarzenie Lissagaray – przedmieścia obudziły się. Otwierano sklepiki. Przed mleczarniami i winiarniami szeptano sobie coś półgłosem; wskazywano na żołnierzy i kartaczownice, wymierzone w stronę ludnych ulic (…)
Kobiety wystąpiły pierwsze, jak i w dni Rewolucji. Kobiety osiemnastego marca zahartowane przez oblężenie – przypadła im przecież w udziale podwójna racja nieszczęść – nie czekały na swych mężów. Otaczają kartaczownice, nagabują artylerzystów: Jak wam nie wstyd! Co wy tu robicie?” Żołnierze milczą. Czasem, któryś podoficer próbuje oponować: No kochane, idźcie już sobie z Bogiem!. Głos brzmi groźnie; kobiety pozostają (…)”. W tym momencie z pomocą przybyli Gwardziści. Razem z okolicznymi mieszkańcami: kobietami, mężczyznami a także i dziećmi nie dopuścili do wywiezienia armat. Żołnierze wojsk rządowych odmówili strzelania do ludu i aresztowali dwóch generałów – Lecomte’a i Thomasa, których następnie rozstrzelali.
Rząd Thiersa w obawie przed zrewoltowanym ludem Paryża zbiegł do dawnej siedziby królów francuskich, Wersalu, położonego w odległości 17–19 km. Wycofała się tam również większość wojsk rządowych. Gwardia Narodowa obsadziła wówczas wszystkie budynki państwowe w mieście. Na wieży ratuszowej umieszczono czerwony sztandar.
Część rewolucyjnych przywódców, wśród nich także Jarosław Dąbrowski, wystąpiła z projektem podjęcia natychmiastowego pojęcia ataku na Wersal. Rezydujący tam rząd dysponował w tym momencie zaledwie 27–30 tysiącami żołnierzy i to przeważnie zdemoralizowanych. Gwardzistów było ponad trzy razy więcej. Mimo to większość członków Centralnego Komitetu Gwardii Narodowej nie zdecydowała się na rozgromienia sił kontrrewolucyjnych. Uważali bowiem, że władzę powinni jak najszybciej oddać organowi wybranemu w głosowaniu powszechnym przez paryżan.
26 marca odbyły się wybory. Ogółem na 484 tys. wpisanych na listy wyborcze poszło do urn 229 tys. Według mojego rozeznania były to pierwsze na taką skalę wybory powszechne w dziejach świata. „Charakterystycznym objawem – zauważa historyk Jan Pajewski – panujących nastrojów była nieufność wyborców paryskich do własnych posłów niedawno wybranych, nawet lewicowych. Nie zostali wybrani Lois Blanc, Victor Hugo, Gambetta. Drugim rysem znamiennym był fakt, że na 86 elektów było 25 robotników”.(…)
28 marca w wielkiej sali obrad ratusza paryskiego Gabriel Ranvier, mer Belleville, obwieścił donośnym głosem: <>, po czym z ramienia Komitetu Centralnego przekazał władzę nowo wybranym przedstawicielom stolicy, z których każdy przepasany był czerwoną szarfą obramowaną złotem.
Nowi przedstawiciele stolicy zaraz na pierwszym posiedzeniu przyjęli nazwę Komuna Paryża. Nazwa ta wywołała skojarzenie ze średniowiecznymi gminami miejskimi, z paryską Komuną z 1792 r., z planami utworzenia wspólnoty ludzi pracy. (…)
28 marca uroczyście proklamowano Komunę na placu przed ratuszem, gdzie witały ją entuzjastycznie tłumy paryżan i 100 tys. gwardzistów. W Stolicy Francji a także na prowincji dominowało wówczas przekonanie, że uda się uniknąć wojny domowej.
Okres pokojowego istnienia Komuny trwał bardzo krótko. Już 2 kwietnia wojska wersalskie wzmocnione około100 tys. zwolnionych z niemieckiej niewoli oficerów i żołnierzy, zaatakowały przednie pozycje komunardów.
Wojska niemieckie nie brały udziału w walkach, ale odcinały ze swej strony Paryż od prowincji, a ponadto przez swoje pozycje przepuszczały oddziały wersalczyków.
W maju Thiers uznał, że posiada przewagę wystarczającą do pokonania rewolucji. „Pozostanę – zapowiadał – bez litości, pokuta musi być zupełna, sprawiedliwość, będzie nieugięta”.
Obraz Paryża 20 maja 1871r., tuż przed „krwawym tygodniem” walk na jego ulicach, utrwalił w swych wspomnieniach Lissagaray (cytuje ze skrótami i po nieznacznym przeredagowaniu tego tekstu):.
„…Długą linią ciągną się opustoszałe Pola Elizejskie, poznaczone złowrogimi bruzdami, wyżłobionymi przez granaty (…) Pociski odbijają się od frontonu Łuku Triumfalny i kruszą płaskorzeźby (…) Szrapnele sieją wokoło śmierć. Środkowy łuk zamurowano, aby zatrzymać pociski lecące wzdłuż alei(…).
Od alei Ternes (…) aż po bramę Maillot wszyscy są o włos od śmierci.(…) Dworzec już nie istnieje; tunel się zapadł; wał obsunął się do fosy. Ludzie niby zwinne salamandry poruszają się wśród tych ruin. Przed bramą, prawie bez osłony, stoją trzy działa, którymi dowodzi kapitan la Marsseillaise; z prawej strony kapitan Rochat ma pięć dział, z lewej kapitan Martin – cztery. Monteret utrzymuje tę wysuniętą pozycję od pięciu już od tygodni, mimo huraganowego ognia; Mont Valérien, Courbevoie i Bécon wyrzuciły na nią przeszło osiem tysięcy pocisków. Dziesięciu ludzi obsługuje tych dwanaście dział. Obnażeni są do pasa, piersi i ramiona mają czarne od prochu. Craon, który poległ na stanowisku, sam jeden dawał sobie radę z dwiema siedmiofuntówkami; trzymając lonty w obu rękach strzelał jednocześnie z dwóch armat. Marynarz Bonaventure, jedyny pozostał z pierwszej obsługi, widział jak pociski rozszarpały na strzępy jego towarzyszy. A jednak pozycję utrzymano i te tak często demontowane działa zastępowano innymi. Wersalczycy wielokrotnie próbowali zaskoczyć walczących i każdej chwili mogą ponowić próbę. Monteret czuwa w dzień i w nocy i bez przechwałek może napisać do Komitetu Ocalenia Publicznego, że póki on żyje, wersalczycy nie wejdą przez bramę Maillot.
Każdy krok w kierunku la Muette jest wyzwaniem rzuconym śmierci. Na wałach przy bramie Muette jakiś oficer wymachuje swym kepi w stronę Lasku Bulońskiego; kule gwiżdżą wokół niego. To Dąbrowski, który zabawia się pokpiwaniem z wersalczyków siedzących w okopach. Generał prowadzi nas do zamku Muette, jednej ze swych kwater sztabowych. Wszystkie pokoje są podziurawione przez pociski. A jednak generał trzyma się tam i zmusza swych ludzi, aby pozostawali. Obliczono, że żaden z jego adiutantów nie pozostał tam przy życiu dłużej niż osiem dni. Nabiega właśnie wartownik z Belwederu, w który przed chwilą trafił granat. Wytrwaj – mówi do niego Dąbrowski. – Jeżeli nie sądzone ci tam umrzeć, to nic ci się nie stanie. Odwaga Dąbrowskiego wynika z fatalizmu. Nie otrzymuje on żadnych posiłków mimo depesz wysyłanych do komitetu Wojny. Uważa, że sprawa jest przegrana i zbyt często o tym mówi. Jedyny to zarzut, który mógłbym mu postawić. Nie trzeba chyba usprawiedliwiać Komuny, że korzystała z pomocy cudzoziemskich demokratów. Czy z nie jest rewolucją wszystkich proletariuszy? Czyż podczas wszystkich wojen Francuzi nie przyjmowali chętnie do swych szeregów ludzi wielkiego serca, bojowników wszystkich narodów, który chcieli walczyć pospołu z nimi? (…)
Dąbrowski towarzyszy nam w drodze przez Passy aż do Sekwany i smutnym gestem pokazuje opustoszałe niemal wały. Granaty burzą dojazdy do linii kolejowych. Wielki wiadukt zawalił się w kilku miejscach. Lokomotywy pancerne uległy zupełnemu zniekształceniu lub wywróciły się na nasyp. Ogień baterii wersalskiej z wyspy Billlancourt jest akurat na poziomie naszych kanonierek; zatopił właśnie jedna z nich – L’Estoc. Szalupa patrolowa zabiera załogę i płynie w górę Sekwany pod ogniem, który ściga ją aż do mostu Jeny.
Łagodne powietrze, życiodajne słońce, cisza pokoju biorą w objęcia tę rzekę, w której przed chwilą zatonęła kanonierka i nad którą przelatują samotne granaty. Wśród tego przepychu przyrody śmierć wydaje się tym okrutniejsza…
Ale chodźmy do rannych Passy, aby ich pozdrowić! (…) Jeden z członków Komuny, Lefrançais, odwiedza właśnie ambulans doktora Demarquaya i zapytuje go o stan rannych. Wprawdzie nie podzielam waszych poglądów – odpowiada doktor – i nie mogę pragnąć zwycięstwa wasze sprawy, ale nigdy jeszcze nie widziałem rannych, którzy by z takim spokojem i zimną krwią znosili operacje. Odwagę tę przypisuję sile ich przekonań>>. Większość chorych dopytuje się, kiedy już będą mogli powrócić do szeregów. Pewien osiemnastoletni chłopak, któremu amputowano prawą rękę, podnosi lewa i woła: Ta mi jeszcze pozostała, aby służyć Komunie!. Śmiertelnie rannego oficera zawiadomiono, że Komuna wypłaciła właśnie jego żonie i dzieciom przypadający mu żołd. Nie miałem do tego prawa – odpowiedział. Oto, przyjacielu, masz swych zapijaczonych chamów, z których – jak utrzymują w Wersalu – składa się armia Komuny. (…)
Pójdźmy za orszakiem pogrzebowym, który posuwa się ulicą la Roquette. Wejdźmy wraz z nim na cmentarz Pére-Lachaise. Wszystkich, którzy umierają za Paryż, chowa się jak członków jednej wielkiej rodziny; Komuna poczytuje sobie za zaszczyt, że grzebie ich na swój koszt. Czerwony jej sztandar powiewa nad żałobnym wozem, za którym idą koledzy z batalionu i garstka przygodnych przechodniów. Żona towarzyszy szczątkom swego męża. Jeden z członków Komuny kroczy również za trumną. Przemawia nad otwartym grobem; nie mówi jednak o żalu, lecz o nadziei zemście. Wdowa tuli do siebie dzieci i nakazuje im: Pamiętajcie o tej chwili i wołajcie wraz ze mną: Niech żyje Republika! Niech żyje Komuna! To żona porucznika Châteleta – wyjaśnia nam ktoś z obecnych.
W powrotnej drodze przechodzimy obok merostwa XI okręgu, przybranego kirem na znak żałoby po plebiscycie cesarskim, którego niewinną ofiarą stał się lud Paryża. Wesoło na placu Bastylii, na którym odbywają się ożywione targi piernikowe. Mimo ciągłej kanonady, Paryż nie chce z niczego zrezygnować. Przedłużył nawet targi o cały tydzień. Huśtawki fruwają w powietrzu, karuzele skrzypią, sklepikarze zachwalają świecidełka po 13 sous za sztukę, akrobaci reklamują się hałaśliwie, obiecując, ze polowe wpływów przeznaczą na pomoc dla rannych. Jakiś gwardzista, który wrócił z okopów, oparł się o karabin i ogląda panoramę oblężenia oraz wkroczenie Garibaldiego do Dijon.
Przejdźmy się wielkimi bulwarami. Pięć tysięcy osób wypełnia cyrk Napoleona od areny aż po sam strop. (…) Zgromadzenie zwołało kilku kupców, którzy pragną, aby obywatele departamentów wysłali delegatów do właściwych delegatów do właściwych deputowanych w Wersalu; inicjatorzy zgromadzenia sądzili, ze uda się zawrócić deputowanych z drogi i uzyskać pokój drogą perswazji. Jeden z obywateli prosi o głos i wchodzi na estradę. Tłum oklaskuje Milliére’a. Pokój! Pragniemy go wszyscy. Któż zaatakował Paryż w dniu 18 marca? – Thiers. Kto zaatakował Paryż w dniu 2 kwietnia? – Thiers. Kto mówił wciąż o pojednaniu i nie szczędził wysiłków, aby przywrócić pokój? – Paryż. Kto udaremniał to stale? – Thiers.(…) A wam zdaje się, że delegacja wybrana spośród paryżan dokona tego, czego nie mogli dokonać wolnomularze, ani Ligi ani odezwy, ani radni miejscy z prowincji! Zważcie, że nie zdając sobie nawet z tego sprawy, osłabicie w ten sposób obronę. Nie, dosyć już delegacji. Czynne stosunki z prowincją – oto droga i wybawienie! – A więc to jest ów szalony Milliére, którym straszą nas na prowincji! – woła mój przyjaciel. Tak, to on. I te tysiące ludzi wszelkiego stanu, którzy wspólnie szukają pokoju, słuchają się wzajemnie i odpowiadają sobie uprzejmie – to ten oszalały lud, owa garstka bandytów, która zawładnęła stolicą.
W koszarach księcia Eugeniusa spotykamy tysiąc pięciuset żołnierzy, którzy w dniu 18 marca pozostali w Paryżu; Komuna daje im schronienie, nie mając z nich jednak żadnego pożytku, gdyż ci próżniacy sami mówią, że nie chcą iść ani z Paryżem ani z Wersalem.(…)
Na bulwarach, od Bonne-Nouvelle aż po Operę, widzimy ten sam nieodmienny Paryż, jak przechadza się przed wystawami sklepowymi i wysiaduje przy stolikach ustawionych przed kawiarniami. Pojazdy spotyka się rzadko, gdyż drugie oblężenie bardzo utrudniło wyżywienie koni. Przez rue du 4 Septembre zbliżamy się do Giełdy, na której powiewa czerwony sztandar, i do Biblioteki narodowej, której nie brak czytelników. Przez Plais Royal dochodzimy do Muzeum Luwru. Sale, w których wiszą wszystkie obrazy, pozostawione przez administrację z czwartego września, są otwarte dla publiczności. Jednak Jules Favre i jego dzienniki utrzymują, że komuna sprzedaje zbiory narodowe za granicę.
A teraz rzućmy okiem na wielkie miasto, gdy zapadnie wieczór. Teatry otwierają swoje podwoje. Liryczny daje wielkie widowisko muzyczne na rzecz rannych. Opera Komiczna przygotowuje podobne przedstawienie (…) Teatry Gymmnase, Châtelet, Théâtre-Français, Ambigu-Comique, Délasement mają codziennie komplety. Pójdźmy jednak na widowisko, jakiego Paryż nie oglądał od 1793 roku.
Otwierają się bramy dziesięciu kościołów i rewolucja wkracza na ambony. W kościele Saint-Nicolas-des-Champs w starej dzielnicy Gravolliers jest bardzo gwarno. Płomienie lamp gzowych drgają, oświetlając zwarty, ruchliwy tłum; w cieniu łuków widać Chrystusa przepasanego szarfą komunardów. W głębi nawy jedyne dobrze oświetlone miejsce – stół, stojący naprzeciw ambony – przystrojono również czerwienią. Organy grają Marsyliankę, a tłum ją podchwytuje.(…)
Godzina dziewiąta. Możemy zdążyć jeszcze na koncert w Tuileriach. Przy wejściu obywatelki w towarzystwie komisarzy kwestują na rzecz wdów i sierot Komuny. (…) Przez wielkie środkowe okno harmonijne tony [utworów Mozarta, Meyerbeera…] płyną do ogrodu. Światła latarń i figlarnych lampionów padają na zieleńce, igrają na drzewach, odbijają się strumieniami fontann. W ogrodzie słychać śmiech przechadzającego się tłumu, a pogrążone w mroku Pola Elizejskie zdają się protestować przeciw tym władcom ludu, których nie uznawały nigdy. Wersal protestuje również salwami pocisków, rzucających przyćmiony blask na Łuk Triumfalny, którego ciemny masyw góruje niby sklepienie nad ta wieka wojną domową.(…)
Bulwary wypełnia tłum wychodzących z teatrów. W kawiarni Amerykanina Petersa widzimy skandaliczne zbiegowisko ulicznic i oficerów sztabowych. Oficerowie ci noszą miękkie buty z czerwonymi wyłogami w górze cholewy i mają przy boku szable, które nie otrzymały jeszcze chrztu bojowego. Ukazuje się oddział gwardzistów narodowych, który zabiera całe towarzystwo. Idziemy za nimi aż do Ratusza; przyjmuje ich tam Ranvier, który ma właśnie dyżur. Procedura jest bardzo krótka: ladacznice idą do więzienia Saint-Lazre, oficerowie zaś zbrojni w łopaty i oskardy – do okopów.
Godzina pierwsza w nocy. Paryż śpi snem błogosławionych. Oto masz przyjacielu, ów Paryż rozbójników. Widziałeś go, gdy myślał i płakał, walczył i pracował; widziałeś jak był pełen zapału i uczuć braterskich, lecz jakże surowy wobec występku. Czyż ulice jego, po których spokojnie chodzisz za dnia, mniej są bezpieczne w ciszy nocnej? Odkąd Paryż sam dba o bezpieczeństwo publiczne, liczba przestępstw bardzo się zmniejszyła. Gdzież więc są owe triumfy rozpasania i rozpusty? Ci sami robotnicy, którzy mogliby korzystać z miliardów, żyją z płacy, śmiesznie niskiej w porównaniu z normalnymi ich zarobkami. Wystawne domy i wille tych, którzy ich bombardują (Około 80 tys. zamożniejszych mieszkańców opuściło Paryż – przyp. JP), mogłyby być do ich dyspozycji; gdzież więc są owi łupieżcy.
Czy poznajesz w końcu ów Paryż, po raz siódmy od roku 1789 obsypywany pociskami, wystawiony dziś na cięższą próbę, niż wystawiane były Alzacja i Lotaryngia, których tak zacięcie bronił, Paryż, który nigdy nie poddaje się zawsze bowiem zrywa się do walki, gdy chodzi o dobro Francji? A gdzież jego program? – pytasz. Szukaj go tuż przed sobą, nie zaś na tym jąkającym się Ratuszu! Czyż owe dymiące szańce, owe wybuchy bohaterstwa, owe kobiety, owi zjednoczeni mężczyźni wszystkich zawodów, czyż to, że robotnicy całego świata przyklaskują naszej walce, burżuazja wszystkich krajów zaś sprzymierzyła się przeciw nam – czyż to wszystko nie wyraża jednej wspólnej myśli, że toczy się tu walka o Republikę, o triumf nowego socjalistycznego społeczeństwa? Wracaj tedy jak najszybciej, aby opowiadać u siebie, czym jest ten Paryż. Powiedz republikańskiej prowincji: Owi paryscy proletariusze walczą o wasza sprawę, was bowiem jutro czekają prześladowania. Jeżeli oni polegną, nie kto inny, lecz właśnie wy będziecie na długie lata pogrzebani pod ich trupami”.(…)

W następnym odcinku niniejszego cyklu zrelacjonuję „krwawy tydzień” czyli ostatnie dni Komuny Paryskiej…

Zakłamana postać generała brygady pilota Stanisława Skalskiego na Ukrainie

Czas ma nieubłaganą cechę, iż szybko mija i niestety nie da się go cofnąć. Odchodzą świadkowie minionych wydarzeń. Sprzyja to tym, którzy tylko na to czyhają, by pojawić się właśnie w takim momencie, kiedy już nikt nie będzie mógł kwestionować tego, co napiszą fałszywi prorocy, przedstawiający się jako jedyni znawcy i rzekomi badacze historii. W listopadzie tego roku przypada sto szósta rocznica urodzin i siedemnasta rocznica odejścia do niebieskiego dispersalu gen. bryg. pil. Stanisława Skalskiego.

Dysponując ogólnie dostępnymi internetowymi materiałami, powielanymi do znudzenia, wielokrotnie rozmijającymi się z prawdą, gryzmoliści pragnący zaistnieć przepisują je dopisując „nieznane dotąd rewelacje” czerpane z własnego ciasnego umysłu, by w ten sposób stać się kolejnym znawcą życia i postaci bohaterskiego pilota. Właśnie z takim procederem mamy do czynienia, kiedy największy polski pilot, bohater II wojny światowej, znany na całym świecie, uhonorowany najwyższymi odznaczeniami polskimi, brytyjskimi, amerykańskimi i francuskimi, któremu ofiarowywano największe zaszczyty w lotnictwie brytyjskim i amerykańskim, a który po wojnie powrócił do Polski, bo największym ukochaniem darzył swoją Ojczyznę, został nie tylko nieudolnie, ale nade wszystko nieuczciwie przedstawiony czytelnikowi na Ukrainie.
Książka widmo – powieść dokumentalna czy esej?
Ponieważ internet nie jest dla mnie źródłem wiedzy, zaskakujący tekst, który tam się pojawił, dodarł do mnie niedawno. Na łamach Kuriera Galicyjskiego, wydawanego we Lwowie, opublikowano w 2016 roku w dwóch częściach tekst zatytułowany „Polski pilot z Kodymy”. Kurier zaanonsował go następująco:
„Proponujemy naszym Czytelnikom tłumaczenie wybranego fragmentu z powieści dokumentalnej autorstwa Bogdana Suszyńskiego o drodze życiowej polskiego lotnika Stanisława Skalskiego, wydanej w języku ukraińskim w Odessie w roku 2013”.
Pojawiła się naiwna myśl, iż ciekawa i barwna postać Stanisława Skalskiego została przedstawiona czytelnikom na Wschodzie. Niestety, prezentowana treść, pod każdym względem, nie tylko rozczarowuje, ale rodzi niepokojące pytania. Dlaczego nieznany nikomu bliżej autor o nazwisku, które sugerowałoby być może polskie korzenie, jednak piszący po ukraińsku, zabiera się za temat zupełnie sobie obcy? Dlaczego ktoś mieniący się odkrywcą (nie wiadomo polskim czy ukraińskim) prezentuje mizerny, by nie rzec żaden warsztat badawczy? Do kogo adresowany jest ten tekst? Jeśli do Polaków na Ukrainie, to, jaki cel ma rozpowszechnianie fałszywych informacji? Jeśli do Ukraińców nie obeznanych z historią Polski i niezorientowanych w tematyce polskiego lotnictwa, także okresu II wojny światowej, to, w jakim celu czytelnik oszukiwany jest nieprawdziwymi treściami? Przeciętnemu czytelnikowi trudno jest odróżnić prawdę od fałszu, zmanipulowaną treść od autentycznych wydarzeń. Brak dostatecznej wiedzy sprawia, że łatwowierni czytelnicy przyjmą nieprawdziwe informacje, tym bardziej, iż pojawiły się na łamach poważnej polskojęzycznej strony internetowej.
Pierwsza część prezentowanego tekstu miała być jakoby powieścią dokumentalną. Jednak dziwna oś narracji nie pozwala umieścić treści w kategorii dokumentu. Opisywanie wydarzeń historycznych w oparciu o encyklopedię PWN (z 1967 roku!), czy materiał NKWD, nie mający nic wspólnego z osobą bohatera, trącą nie tylko brakiem talentu, ale kompletną nieznajomością życiorysu Skalskiego oraz podstawowych reguł, którymi rządzi się literatura dokumentalna. W części drugiej „Polskiego pilota z Kodymy” dowiadujemy się, iż prezentowany tekst to esej. Nieoczekiwana zmiana gatunku, już nie powieść dokumentalna tylko esej. W efekcie tych zabiegów czytelnik otrzymał płytki i żałosny tekst, a przede wszystkim nieuczciwy i nacechowany wymysłami. Skoro nie powieść dokumentalna i nie esej, co zatem znajdziemy w tekście Bogdana Suszyńskiego?
Encyklopedia jedynym źródłem wiadomości
Chaotyczny, pozbawiony chronologii, a nade wszystko wszelkiej logiki tekst nacechowany nieprawdziwymi informacjami, dodatkowo udającymi prowadzenie jakichś „prac badawczych”. Nieznane jest wykształcenie autora. Jednak prezentowane wiadomości, bo o wiedzy nie ma mowy, utwierdzają w mniemaniu, iż albo były to marne szkoły, albo uczeń omijał je dużym łukiem. Suszyński uparcie drąży, w jakim celu niewiadomo, temat Kodymy – miejsca urodzenia Skalskiego. Czytelnik otrzymuje informację, iż urodził się w „miasteczku ukraińskim” skupiającym osadę polską, choć w roku 1915, kiedy Skalski przyszedł na świat, miejsce to należało do Imperium Rosyjskiego. Utyskuje, iż obecnie nie ma tam domu rodzinnego ani żadnych krewnych, w ogóle wczesne dzieciństwo, pochodzenie rodziny to „same białe plamy”. Dodatkowo jeszcze niepewna data urodzenia, jakieś źródła (znane tyko autorowi) podają – 27 grudnia, a w „Wielkiej Encyklopedii PWN (Warszawa, 1967) mówi się, że generał brygady Skalski urodził się 27 listopada 1915 roku w Kodymie, Ukraina”. Syszyński podkreśla, że „nawet sam Skalski dobrze pamiętał, że się urodził” i to w Kodymie. Zaiste, jest to fakt wyjątkowy i niewątpliwie pierwsze w historii zdarzenie, by komuś utkwił w pamięci moment swego urodzenia. W rzeczonej encyklopedii nie może być mowy o wymienionym stopniu oficerskim, gdyż nominację generalską uzyskał ponad dwadzieścia lat później.
„Badaczowi” obcy nie tylko jest życiorys gen. bryg. pil. Stanisława Skalskiego, ale i elementarne fakty historyczne. Nie ma pojęcia, iż Polacy od wieków zamieszkiwali Podole, by sięgnąć tylko do czasów Władysława III Wielkiego, a później Jagiellonów i Wazów, którzy nadawali prawa miejskie kolejnym miejscowościom, które stawały się miastami królewskimi Korony Królestwa Polskiego. Polskie rody magnackie miały tam swoje posiadłości i nie były to „małe osady”. Kodyma od 1922 roku była częścią Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, a w latach 1941-1944 pod okupacją niemiecką i rumuńską. Dopiero od 1991 roku jest w granicach Ukrainy.
Usłyszawszy coś o pobycie Skalskiego w Zbarażu Suszyński podejmuje heroiczny wysiłek i w „Zbaraskim Narodowym Rezerwacie Zamków Tarnopolszczyzny” tropi ślady przeszłości, niestety zakończone porażką, gdyż „brak takich świadczeń” (?). No cóż, ani Kodyma, ani Zbaraż w żaden sposób nie wpłynęły na życie Stanisława Skalskiego. W pierwszym tylko się urodził, w drugim znalazł się jako trzylatek. Ot, oba to tylko miejsca chwilowego pobytu. Rozwodzenie się na ten temat i „prowadzenie poszukiwań badawczych” jest nonsensowne. Rodzina od pokoleń wywodząca się z Rzeczpospolitej, z chwilą odzyskania przez Polskę niepodległości, przeniosła się do rodzinnego kraju. Szukanie na siłę związków z terenami obecnej Ukrainy jest niedorzeczne, a osoba pretendująca do miana badacza – niepoważna.
Dezinformacja w oparach NKWD
Poniższy przykład oryginalnej pisowni pozwoli bliżej zapoznać się z banialukami wypisywanymi przez Suszyńskiego. „Zapoznając się ze zbiorem dokumentów Ukraiński ruch narodowo-wyzwoleńczy na Przykarpaciu w XX wieku niespodziewanie natrafiłem na interesujący dokument, który dotyczy opisu sytuacji, kiedy Stanisław Skalski przekraczał granicę rumuńską. (…) Ten dokument, podpisany przez wysokiej rangi urzędników radzieckich (…) ma tytuł: Notatka kierownictwa organów NKWD i NKBP na Ukrainie do Ł. Berii o rezultatach roboty w dawnych polskich województwach, stworzeniu sieci agentów, aresztowanych członków UNDO, OUN i in., od 4 października 1939 r.. (…) Co dotyczy szczegółów przekroczenia granicy przez samego Skalskiego, to było tak (…). Ponieważ Polak ten z Rumunii wyjeżdżał, a nie wjeżdżał do niej, straż graniczna nie czyniła przeszkód w odprawie i niespecjalnie badała jego dokumenty. A już w jednym z portów tureckich Skalskiemu udało się wsiąść na pokład greckiego parowca (…) bez większych przygód dotarł do brzegów libańskich i wysiadł w Bejrucie. Niektóre źródła (jakie?!) mówią o tym, że Skalski podobno przeleciał do Rumunii za sterem swego myśliwca. (…) pilot wojenny Skalski dobrze wiedział, że gdyby on bez pozwolenia władz rumuńskich zdecydował naruszyć przestrzeń powietrzną sojusznicy Niemiec Rumunii na swoim samolocie bojowym, to natychmiast został by pojmany i osadzony jako jeniec wojenny (…). Być może ktoś inny pozostał by w spokojnej, zajmującej się światowym handlem stolicy Libanu (…) znalazł by sobie jakieś zatrudnienie i młodą Arabkę i doczekał się tam końca wojny światowej. (…) Pewnego dnia wyruszył on do brzegów Francji i już w końcu października 1939 roku podziwiał morskie pejzaże Marsylii, skąd przeniósł się do Lyonu. (…) po 20 stycznia już był na pokładzie statku, który płynął do Anglii. Oczywiście, że nikt na niego nie oczekiwał, nikt się nie śpieszył zaliczać go do lotnictwa i nadawać mu do dyspozycji samolot myśliwski”.
Nie dość, że treść z gruntu fałszywa, to dodatkowo pisana jakimś dziwnym językiem.
Śledzenie dokumentów o ukraińskim ruchu narodowowyzwoleńczym w poszukiwaniu jakiejś analogii do życiorysu Stanisława Skalskiego ma się jak pięść do nosa. Podobnie jak cytowana notatka NKWD, czyli tak absurdalna, jak reszta tekstu. Zmyślona droga Skalskiego do Wielkiej Brytanii dobitnie świadczy nie tylko o braku jakiejkolwiek wiedzy, ale przede wszystkim o bezmyślności autora przypisującego sobie miano znawcy. Wysnucie idiotycznego wniosku, jakoby Skalski mógłby się zadekować w Libanie z młodą Arabką i tak przeczekać wojnę, pachnie jakimś niespełnieniem w życiu Suszyńskiego i kompletną nieznajomością nie tylko losów Skalskiego, ale i natury Polaków. W republikach związkowych zniewolonych przez ZSRR historia tworzona była na potrzeby reżimu totalitarnego, ale jak widać wychowanie w ówczesnym systemie nie wykształciło samodzielnego, krytycznego myślenia i peudoznawcy nadal uważają, że można ludziom wcisnąć każde kłamstwo.
„Rozkoszna podróż do Francji” – oto wyobrażenie na temat gehenny polskich żołnierzy, którzy opuścili ojczyznę, by dalej walczyć z hitlerowskim najeźdźcą. Brak, choćby elementarnych informacji o Polskich Siłach Powietrznych utworzonych po podpisaniu porozumienia przez rząd polski na uchodźstwie z rządem brytyjskim, czy o tym, że do tych jednostek trafiły też osoby deportowane do Związku Sowieckiego, a którym udało się wraz z armią generała Władysława Andersa opuścić tą nieludzką ziemię, po zawarciu układu Sikorski-Majski. Ukraiński czytelnik nie dowie się także o międzynarodowej sławie, którą okrył się dowodzony przez Stanisława Skalskiego Polish Fighting Team (Polski Zespół Walczący).
Zestrzelenia „w niebie”
„Przez kilka miesięcy Skalski musiał się ponudzić w specjalnym obozie dla pilotów polskich, skąd po krótkim przeszkoleniu (…) został przerzucony do Sutton Bridge, gdzie już bazował 302 Dywizjon Myśliwski. Osobliwością tego dywizjonu było to, że Brytyjczycy sformowali go wyjątkowo z polskich załóg (…). Dalsze wydarzenia pokazują, że jako pilot-myśliwiec wszedł on w pasmo zadziwiających sukcesów, które rzecz jasna umacniały się przez wzrost jego zręczności lotniczej i hart męstwa”.
Kuriozalnego tekstu ciąg dalszy, dodatkowo pisanego niestrawnym, nieporadnym językiem. Żadną osobliwością ani wyjątkowością nie było formowanie polskich dywizjonów w Wielkiej Brytanii, zasady tworzenia polskich jednostek ustalały umowy zawarte między generałem Władysławem Sikorskim a premierem Winstonem Churchillem. Świetnie przygotowany do walki (podobnie jak i inni polscy piloci) Skalski nie musiał „wchodzić w pasmo zadziwiających sukcesów, które umacniały się przez wzrost zręczności lotniczej i hart męstwa” – choć trudno pojąć co autor miał na myśli. Niezdarna pisanina, składnia, budowa zdań to kpina nie tylko z polskiego literackiego języka, ale i nie pozwalająca w ogóle na zwyczajne zrozumienie treści. Pojawiają się cudaczne określenia – „Zestrzela samoloty w niebie” – co to jest? „W niebie” to tylko mogą się dziwić, co za dyletant kosztem Skalskiego pragnie uchodzić za biegłego także w mowie, bo i w sprawie wiedzy należy wołać o pomstę do nieba.
Upartym powoływaniem się na Encyklopedię PWN (z 1967 roku) pretendujący do miana znawcy życiorysu Stanisława Skalskiego, historii lotnictwa wojennego, historii Polski i Ukrainy, ośmiesza się po raz kolejny. Widocznie na Ukrainie korzystanie z encyklopedii i powoływanie się nań, jako główne i zresztą jedyne źródło, automatycznie awansuje na nie tylko eksperta, ale i naukowca. Tłumaczenie, dlaczego informacje tam zawarte są w postaci krótkich haseł mija się z celem. Nieznana autorowi terminologia lotnicza, by wspomnieć ciągle powtarzane „zestrzelenia w niebie”, mylne podawane stopnie wojskowe, konfabulacja dotycząca całego życia Skalskiego, dodatkowo zupełne nie zorientowanie w lotniczej historii Polskich Sił Powietrznych na Zachodzie oraz nazwanie polskiej wojny obronnej „bitwą o Polskę” składają się na artykuł „dociekliwego tropiciela”. Dziwnym trafem piszący nie słyszał, iż atak hitlerowski na Polskę 1 września 1939 roku rozpoczął II wojnę światową, podobnie jak o układzie Ribbentrop-Mołotow, kiedy 17 września wojska sowieckie wkroczyły na tereny polskie.
Bajdurzenie jakoby Polacy wstydzili się mizernej liczby zestrzelonych przez Skalskiego samolotów, bo nie podali jej we wspomnianej encyklopedii, to kolejny przykład nie tylko ignorancji, ale i niewiedzy jakie jest przeznaczenie tego rodzaju opracowania. Zestrzelenia Skalskiego są nie tylko świetnie znane w Polsce, ale przede wszystkim udokumentowane, zarówno przez polskie, jak i brytyjskie źródła. Dotarcie do nich jest nad wyraz proste, jednak trudno to pojąć ludziom przez lata poddawanym indoktrynacji sowieckiej. Na całym świecie, poza jak widać Ukrainą, szczególnie wojenne dokonania Skalskiego są doskonale znane, a modele samolotów, na których latał posiadają jego indywidualne malowania. Odwaga, wyjątkowe umiejętności lotnicze i skuteczność w działaniu oraz niezwykły dar przewidywania następstw zdarzeń stworzyły świetnego pilota i dowódcę, a także człowieka, który niejednokrotnie ocalił nie tylko swoje, ale i życie podkomendnych.
W dowód najwyższego uznania Brytyjczycy przyznali Skalskiemu Zaszczytny Krzyż Lotniczy (DFC – Distinguished Flying Cross). Krzyż ten przyznawano za „czyny męstwa, odwagi lub poświęcenia w obliczu wroga w czasie aktywnych działań w powietrzu”. Został nim odznaczony trzykrotnie. Trzykrotnie nadano to odznaczenie tylko 9 pilotom – Skalskiemu i ośmiu Brytyjczykom. Czyny okryły chwałą Skalskiego nie tylko wśród aliantów, ale docenione były także przez wojennych wrogów. W 1990 roku został zaproszony do Niemiec i przyjmowany z honorami przez najwyższych dostojników.
Zmanipulowana statystyka
Nie mając pojęcia o Skalskim, Suszyński jednak wie, że jego „sukcesy militarne w żadne porównanie nie stają z sukcesami wielu niemieckich asów”. Jako wybitny przykład zostaje podany Gerhard Barkhorn mający na koncie 301 zestrzelonych samolotów przeciwnika (od lipca 1941 roku), który „przy najmniejszej wątpliwości on oddawał swoje zwycięstwo na koszt mniej zręcznych i bardziej pechowych kolegów. Jeśli były wypadki, kiedy po bitwie pilotom przychodziło się rozstrzygać zwycięstwo rzucając losy, Gerd zawsze z tego rezygnował”. I kolejna rewelacja: „Po wojnie Gerd, jak i Stanisław Skalski, kontynuował służbę w lotnictwie osiągając w niemieckich Bundesluftwaffe stopnia generała majora” (!).
Jeśli, zupełnie w tym tekście niepotrzebne, odniesienie do zwycięstw niemieckich pilotów miało uprawdopodobnić obeznanie także z historią lotnictwa, to jest to kolejny przykład braku kompetencji autora. Może chodziło o zapełnienie miejsca na kartce, by tekst był dłuższy, bo informacje te w żaden sposób nie poszerzają informacji o losach polskiego pilota.
Czytelnikowi należy się, choć krótkie, wyjaśnienie, bo wiedza o losach lotników innych krajów jest podobna jak o polskich, czyli żadna. Gerhard Barkhorn, rocznik 1919, rozpoczął służbę lotniczą podczas bitwy o Wielką Brytanię. 28 października 1940 roku został zestrzelony i w wodach Kanału La Manche spędził dwie godziny. Podczas lotów bojowych nad Anglią nie uzyskał żadnych zestrzeleń. Ciekawe, dlaczego? Bo byli tam Polacy, o których nawet Anglicy mówili, że byli samą odwagą, byli straszni. A Barkhorn w tym czasie nie był dobrym pilotem myśliwskim. Niski poziom jego kwalifikacji wynikał nie tylko z braku praktyki, ale przede wszystkim z tego, że musiał się zmagać z wyjątkowo wymagającym przeciwnikiem, poza tym miał poważne problemy z prowadzeniem ostrzału nieprzyjacielskich maszyn w powietrzu. Trzymał się w grupie i to pozwoliło mu wówczas przeżyć. Był zestrzeliwany dziewięć razy i trzy razy ranny. Po wojnie przebywał w obozach jenieckich, a w 1956 roku został przyjęty do zachodnioniemieckiej Luftwaffe, gdzie dosłużył się stopnia generała porucznika (nie majora).
Skąd piszący wziął bzdury, jak to Niemiec oddawał swoje zwycięstwa mniej zręcznym kolegom i że po bitwie rozstrzygano zwycięstwo „rzucając losy” trudno dociec. Najpewniej, jak wszystko, z głowy, czyli z niczego. Podobnie kwestię, iż Skalski kontynuował służbę w „niemieckiej Bundesluftwaffe”! Przy okazji warto dodać, iż tak gloryfikowane przez Suszyńskiego lotnictwo niemieckie testowało swoje umiejętności w podczas wojny domowej w Hiszpanii (by przytoczyć tylko doszczętne zbombardowanie Guerniki). A „zwycięstwa” niemieccy piloci odnosili nie tylko w powietrzu, by wspomnieć tylko Legion Condor, który wsławił się atakami na cele cywilne i strzelaniem do bezbronnych ludzi, czego dowód dali także w Polsce we wrześniu 1939 roku.
Na ustalenie pełnych danych strat Luftwaffe czy WWS (Wojenno-Wozdusznyje Siły – Siły Powietrzne ZSRR) przyjdzie jeszcze długo poczekać, jeżeli to w ogóle nastąpi. Niemieccy oraz radzieccy i rosyjscy generałowie manipulowali tak statystyką, by stosunek strat był oczywiście jak najkorzystniejszy dla obu armii. Oszacowanie rosyjskich strat wojennych, nawet w przybliżeniu, jest praktycznie niemożliwe ze względu na spalenie ton dokumentów wojskowych i ciągle utrudniony dostęp do archiwów. Przytoczona doskonała skuteczność niemieckiego lotnictwa na froncie wschodnim i listy asów mających na swoim koncie ponad setkę zestrzeleń jest poddawana od dawna w wątpliwość, już choćby z powodu braku pełnych danych o stratach niemieckich jednostek powietrznych. Powodów do dumy nie przydają też znane fakty, jeśli dokonamy tylko kilku porównań obu walczących stron.
W historii rosyjskiej pokutuje mit, pielęgnowany do czasów współczesnych, jakoby ówczesna technika lotnicza, samoloty i piloci przewyższali nie tylko siły Luftwaffe, ale i lotnictwo zachodnich aliantów. Sprzęt, na którym latali piloci, dowódca sił powietrznych Armii Czerwonej Paweł Ryczagow, określił mianem „latających trumien”, gdyż ustępowały pod każdym względem samolotom niemieckim. Po tym stwierdzeniu, jako odpowiedzialny za zły stan lotnictwa, został aresztowany, poddany torturom i bez wyroku sądu rozstrzelany wraz z żoną (majorem lotnictwa). Pokazowe procesy naukowców, aresztowania, stworzenie szaraszek podległych NKWD (będących jednocześnie więzieniami i tajnymi instytutami naukowymi, w których zamykano wybitnych konstruktorów i kadrę techniczną) to przykład jak traktowano zespoły inżynierskie. Stalin nakazał wprowadzać do produkcji seryjnej niedopracowane konstrukcje lotnicze, wykonane ze słabej jakości materiałów, z silnikami, których jakość pozostawiała wiele do życzenia. Zakłady lotnicze, przerzucane wraz z posuwającym się frontem, nastawione na wykonanie planu, nie były zainteresowane jakością produktu.
Do tego należy dodać szkolenie pilotów. Rosyjski pilot podczas półrocznego przygotowania przede wszystkim poddawany był szkoleniu politycznemu, oszczędzano na nauce wyższego pilotażu i umiejętności strzelania. Czternaście godzin nalotu uczyło pilota umiejętności startowania i lądowania, resztę wiedzy miał nabyć w pułku bojowym. Dla Stalina, nie liczącego się z życiem ludzkim, jednorazowe użycie pilota myśliwskiego nie stanowiło problemu. Awaryjność słabych technologicznie maszyn (by wymienić tylko – słabe silniki, cieknące przewody olejowe i chłodzące, zacinającą się broń pokładową, brak radiostacji) i niedouczenie pilotów skutkowały tym, że radzieckie samoloty spadały i częściej stały na lotniskach. Jeśli dodać do tego, jak ją określali sami piloci, „chorobę messerszmitową” – strach przed walką z przeciwnikiem, to nietrudno zauważyć, że byli łatwym łupem dla Niemców. Piloci masowo ginęli w wypadkach, bądź podczas walki nie oddając nawet jednego strzału. Przeżywali obdarzeni darem pilotowania.
Pilot niemiecki zanim trafił do jednostki bojowej był poddany ostrej selekcji w dwuletniej szkole, miał nalot dwustu pięćdziesięciu godzin. Jego szkolenie obejmowało taktykę walki, wyższy pilotaż, nieustanne strzelanie i bombardowanie. Trafiając na front był dobrze przygotowany. Zasiadał za sterami nowoczesnych samolotów. Piloci niemieccy świetnie też znali wady przeciwnika, a walka na froncie wschodnim przypominała im monotonne „strzelanie do kaczek”. Tak więc na froncie wschodnim nietrudno było uzyskać „wysoką liczbę zestrzeleń”.
Tak jak nie ma porządnej statystyki wojennych strat ZSRR, tak i wiarygodność niemiecka nie jest stuprocentowa. Zawyżanie zgłoszeń dotyczących zestrzeleń przez Luftwaffe ułatwiały intensywne zmagania (np. pod Stalingradem), zaliczano też samoloty zniszczone na lotniskach. Wiele z tych zestrzeleń można włożyć między bajki. Tak Niemcom, jak i Rosjanom zależało na utrzymaniu wysokiego morale. Odpowiednie zabiegi w tym kierunku czynili oficerowie polityczni. Korzystne statystyki inspirowały nie tylko pilotów, ale i narody do większego wysiłku.
Przytoczone przykłady przez Bogdana Suszyńskiego jako żywo przypominają sowieckie bzdury, powielane zresztą do dziś przez niewiele wartych tropicieli przeszłości, zaczerpnięte z komunistycznych opracowań opartych na sowieckiej propagandzie. Tylko dlaczego z naginaniem rzeczywistości mamy do czynienia w opisywanym tekście o Stanisławie Skalskim?
Niebezpieczny proceder
Podawane przez Suszyńskiego „fakty” przypominają tak rozpowszechnioną przez internet popularną obecnie produkcję „fejków”, czyli fałszerstw, w którym sprawcy wydaje się, iż może działać bezkarnie. Spreparowany, chaotyczny tekst, wykazuje znamiona pisania w pośpiechu, a przede wszystkim z absolutną nieznajomością podjętych zagadnień. Nieporadnie sformułowane zdania, w których trudno doszukać się sensu, dodatkowo zabarwione fałszem nie przysparzają chluby autorowi. W związku z tym nie dziwi fakt popełnienia książki (jeżeli rzeczywiście istnieje) w języku ukraińskim, wskazując tym samym adresata, do którego ma trafić tekst. Zawarta w tytule Kodyma brzmi zachęcająco, by mieszkańcy Ukrainy sięgnęli po tekst. Ukraiński czytelnik nie znający historii Polski przyjmie go jako pewne informacje o Stanisławie Skalskim. Bogdan Suszyński nie zna języka polskiego, na co wskazuje niezbicie, iż gdyby się nim posługiwał przeczytałby teksty o bohaterze, które ukazały się w Polsce, albo zna bardzo słabo i dlatego wstydził się takiej publikacji w języku Mickiewicza. Oddanie tekstu do przetłumaczenia jakimś osobom z Konsulatu Generalnego RP we Lwowie i redakcji Kuriera Galicyjskiego, osobom także, jak widać nie mającym rozeznania w tematyce lotniczej, było fatalnym posunięciem, ale zarazem wygodnym – wszelkimi błędami można obarczyć nieszczęsny przekład.
Tekst autorstwa Bogdana Suszyńskiego wywołuje zażenowanie swą nierzetelnością, prymitywnością, a nade wszystko bezwartościowością. Niestaranność, wręcz partactwo i niefachowość stworzyły tandetny wizerunek niezwykle wartościowego człowieka. Nonsensowne dociekania udające dbałość o szczegóły, niezdarny język i zmyślenia złożyły się na wyjątkowo nieuczciwą treść. A na to nie może być zgody. Prawdopodobieństwo, iż na Ukrainie ten godny pożałowania tekst może być poddany weryfikacji jest żaden. Jednak w Polsce nadal żyją osoby, które poznały Stanisława Skalskiego i stanowczo zwracają uwagę, iż bohater został przedstawiony w sposób nierzetelny, wręcz kłamliwy. Swoją amatorszczyzną Bogdan Suszyński bezpowrotnie zaprzepaścił ukazanie na Ukrainie fascynującej postaci, jaką był Stanisław Skalski.
Noblesse oblige
Czytelników zainteresowanych losami Stanisława Skalskiego odsyłam do mojej książki, która powstała w następstwie naszej wieloletniej przyjaźni, wielogodzinnych rozmów, a także na podstawie prywatnego archiwum, zdjęć i dokumentów bohatera. Archiwalne dokumenty polskie oraz zagraniczne, a także bliski kontakt z żoną i wychowanicą dopełniły powstanie zgodnej z faktami i pieczołowicie napisanej biografii.
Stanisław Skalski nie żyje już siedemnaście lat, więc wydawać by się mogło, że upłynęło dostatecznie dużo czasu, by móc dowolnie manipulować jego losami, bo kłamstwa nie będzie miał kto zweryfikować. Próżno w tym wypadku powoływać się na tak ważną cechę wyróżniającą ludzi, jak honor (a kierował się nim przez całe swoje życie Stanisław Skalski, jak również polscy piloci), jednak obcy ludziom postępującym nieuczciwie. Zwykła ludzka przyzwoitość nakazuje, by postać oraz życie bohatera były przez piszących o nim ukazywane uczciwie, a nie w sposób haniebnie wypaczony i niezgodny z rzeczywistością.

Katarzyna Ochabska – przyjaciółka, biografka generała brygady pilota Stanisława Skalskiego, autorka książki „Stanisław Skalski”.

O nieśmiertelnym kołtunie polskim

Pozwolę sobie na na nieco może ekstrawagancką, a na pewno subiektywną refleksję. Ta epidemia, o której się mówi, że znacząco zmieni świat, spowodowała jeszcze jedno: jak każdy czas przełomowy nadała przyspieszone tempo odchodzeniu … przeszłości w przeszłość.

To nie przejęzyczenie. Nie teraźniejszości – lecz właśnie przeszłości w przeszłość. Tak jakby wychodząc z łódki po zakończeniu rejsu mocno odepchnąć ją od brzegu. Teraźniejszość w każdej chwili przemienia się na naszych oczach w przeszłość, a przeszłość w zwykłych czasach odchodzi w dal w tempie miarowym. Podczas przełomów przeszłość oddala się jednak w tempie przyspieszonym, zwłaszcza w sytuacji, gdy miażdżąca większość bohaterów tej książeczki już nie żyje. A że to, co się coraz szybciej oddala, zaczyna być często szczególnie cenne, więc podejrzewam, że nie tylko piszącego te słowa czas epidemii usposobił ponadmiarowo retrospektywnie, wspominkowo.
„Kolorowe ptaki, rogate dusze” to lektura w sam raz na taki czas, taki nastrój i takie usposobienie. Co prawda o postaciach będących bohaterami tego zbioru tekstów można było przeczytać już dziesiątki, jeśli nie setki razy, w artykułach, wspomnieniach, biografiach i tak dalej, ale nigdy nie wiadomo czy kolejna lektura nie wzbogaci naszej wiedzy o jakiś detal czy o jakieś świeże, nowe naświetlenie znanego zjawiska Inna sprawa, że można podejrzewać, iż wiele w tych w nieskończoność powielanych i przechodzących z rak do rąk legendach o „kolorowych ptakach” zmyśleń, dopowiedzeń. Tomik zaczyna się od „nieśmiertelnego” bohatera takich wspominków, Leopolda Tyrmanda, postaci raczej niezbyt sympatycznej z jego „korzennym” reakcjonizmem, ale na pewno barwnej, a nade wszystko twórcy „Złego”, którego Andrzej Kijowski nazwał „Balzakiem dla gówniarzy”. Nawiasem mówiąc, powieść ta nie doczeka się już raczej ekranizacji, do której przymierzało się już kilku reżyserów. Nie doczeka, bo świat powojennej Warszawy jest już dziś niemal równie archaiczny jak epoka egipskich faraonów. Tego się nie da podrobić Tego już z sensem odtworzyć się nie da, nawet na poziomie najdalej idącej umowności, nie ma już też aktorów, którzy liznęli tamtą epokę, a którzy jednocześnie mogli by dziś zagrać tamte postacie, zaś pierwszych czytelników „Złego” jest już na tym świecie bardzo niewielu, a bez otarcia się o epokę ani lektura powieści, ani jej ekranizacji nie może być należycie atrakcyjna. Nie ma już więc właściwie „targetu”. Poza tym o „Samotności króla Kameralnej” czyli o Marku Hłasce. O „Wniebowziętych z „Rejsu” czyli o Himilsbachu i Maklakiewiczu, o Wojciechu Frykowskim i jego tragicznej śmierci z rąk bandy Mansona. O dzikim życiu studentów łódzkiej „Filmówki”. O kabarecie „Dudek” z warszawskiego Nowego Światu. O Piotrze Skrzyneckim, twórcy krakowskiej Piwnicy pod Baranami. O Janie Pietrzaku i drodze jaka zaprowadziła go do pisowskiego świata. O Zenonie Laskowiku i Bogdanie Smoleniu, nielubiącym się, sławnym swego czasu duecie kabaretowym. O wrocławskim kabarecie Elita i jego bohaterach z Andrzejem Waligórskim na czele. O Wacku Kisielewskim, pianiście ze słynnego kiedyś duetu Kisielewski-Tomaszewski, synu Stefana. O Jacku Kaczmarskim i jego „Obławie”, pieśni, której aktualność niepokojąco i niespodziewanie znów nabyła aktualności. O radiowej Trójce w latach osiemdziesiątych, z której wynika, że posądzani o zamordyzm „straszni komuniści” byli w praktyce większymi liberałami niż rządzący dziś Polską „spadkobiercy „Solidarności”. A wszystko podlane smakowitym sosem anegdot, i tych dobrze znanych, i tych opowiedzianych na nowo i – z rzadka – tych nieznanych. Dla części czytelników tego zbioru, teksty te okażą się opowieściami spod hasła „znacie, to posłuchajcie”, ale przecież młodemu pokoleniu ta lektura może otworzyć drogę do poznania epoki, która minęła na długo przed tym, nim przyszło na świat i która była, na swój specyficzny sposób, dla nich często już egzotycznie mało zrozumiały, naprawdę kolorowa. A na pewno była unikalna i niepowtarzalna. Takie „kolorowe ptaki i rogate dusze” już się raczej na tym świecie nie rodzą, bo wszystko ma swój czas. Dziś bowiem wygląda na to, że Witkacy ze swą ponurą wizją przyszłej, zglajszachtowanej masy ludzkiej, jako prorok końca „istnienia poszczególnego”, okazuje się w epoce coraz bardziej sterowanej przez media społecznościowe, „wieszczem” bardziej przenikliwym niż mogliśmy do tej pory sądzić. Tomik kończy opowieść o losach doktor Michaliny Wisłockiej, matki polskiej rewolucji seksualnej, autorki słynnej „Sztuki kochania”. Z tej jednak opowieści wysnuć można inny wniosek nader smutny. Ten wniosek, to konstatacja nieśmiertelności polskiego kołtuna, tego urzędowego, który utrudniał Wisłockiej wydanie jej książki, tego, który produkował przeciw niej – mówiąc językiem współczesnym – fejkniusy, który na nią szczuł, który zatruwał jej życie i który groził w anonimach, że obleje ją kwasem solnym, gdy będzie „Sztukę kochania” podpisywała na targach książki. Niestety, to nie PiS powołało do życia polskiego kołtuna. Gdyby tak było, byłaby to wiadomość optymistyczna, bo oznaczałoby, że kiedyś, wraz z odejściem PiS i on – kołtun – odejdzie w niebyt. Jednak kołtun polski ma bogatą przeszłość. Miał się on dobrze i za czasów Żeromskiego („Dzieje grzechu”), i za czasów Boya („Piekło kobiet”) i Tuwima („Straszni mieszczanie” i ich wszelkie odmiany) w II RP, ale dobrze miał się niestety także za PRL (mimo podjętej wtedy wielkiej akcji „uświadomienia”o sprawach płciowych i prokreacyjnych), a dziś został wręcz podniesiony do rangi soli ziemi polskiej i w osobie swojego ministra Czarnka zasiada nawet w ministerstwie edukacji, szykując się przy tym do wzmożonej ofensywy w najbliższym czasie. Można więc rzec, że historia kołtuna polskiego, to niekończąca się historia, która zatoczyła koło.
„Kolorowe ptaki, rogate dusze”, seria „Wszystkie barwy PRL”, tom 9, „Kolekcja prenumeratorów „Wyborczej”, Warszawa 2021, str. 154, ISBN 978-83-268-3445-5

Uczniowie przypominają heroiczną młodość dawnych chińskich przywódców we Francji

Tysiące młodych Chińczyków o postępowych poglądach wyjechało do Francji w ramach ruchu Praca-Studia, zapoczątkowanego w 1919 roku. Pracowali w fabrykach w Paryżu, Lyonie i Montargis, aby opłacić studia. Niektórzy z nich zainteresowali się marksizmem i założyli jedną z pierwszych grup partii komunistycznych Chin we Francji.

Ruch Praca-Studia odegrał ważną rolę w historii i przyczynił się do powstania Komunistycznej Partii Chin w 1921 r. i Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 r., pozostawiając po sobie dziedzictwo, które nadal inspiruje młodsze pokolenia. Obecnie co roku ponad 10 tys. chińskich studentów wybiera naukę we Francji. Większość z nich jest dobrze przygotowana finansowo i językowo, w przeciwieństwie do ich poprzedników 100 lat temu. Wtedy większość chińskich studentów przybywających do Francji podróżowała drogą lądową i morską i stawiała czoła ogromnym wyzwaniom, w tym m.in. ubóstwu i barierom językowym.
Lea Pereira jest pod wrażeniem poważnych twarzy Zhou Enlai i Deng Xiaopinga, dwóch zmarłych chińskich przywódców, którzy sto lat temu pracowali i studiowali w jej rodzinnym mieście Montargis. „Byli zmotywowani silnym pragnieniem wyciągnięcia swojego kraju z biedy. Za każdym razem, gdy patrzę na ich portrety, wzruszają mnie ich twarze, czuję silne emocje, jakie musieli odczuwać” – powiedziała Pereira, uczennica Lycee en Foret w Montargis, około 100 km na południe od Paryża.
Pereira była jedną z ponad 40 francuskich i chińskich nastolatków, którzy w zeszłym miesiącu wzięli udział w wirtualnym programie edukacyjnym poświęconym temu szczególnemu rozdziałowi francusko-chińskich stosunków. Poznała program, w ramach którego tysiące młodych Chińczyków o postępowych poglądach pracowało i uczyło się we Francji sto lat temu. Nauczywszy się chińskiego jako drugiego lub trzeciego języka obcego, Pereira i jej koledzy ze szkoły przyjrzeli się temu szczególnemu okresowi historii poprzez filmy dokumentalne, biografię Denga Xiaopinga, wirtualną wizytę w lokalnym muzeum przyjaźni francusko-chińskiej i serię konferencji internetowych.
Był również czas na rozmowę z rówieśnikami w Chinach. 21 uczniów z liceum nr 1 w mieście Liuyang w centralnej chińskiej prowincji Hunan uczy się języka francuskiego na poziomie od początkującego do średnio zaawansowanego. Po krótkiej wymianie „nihao” i „bonjour”, nastolatki szybko zaczęły posługiwać się językami ojczystymi. Ich nauczyciele dobrowolnie zostali ich tłumaczami.
Inny uczeń, Flavien Gavoille powiedział, że był zdumiony pracowitością Denga Xiaopinga. „Deng pracował 10 godzin dziennie w fabryce w Montargis i zarabiał tylko jednego franka na godzinę. Mieszkał w szopie i oszczędzał każdy cent na naukę. Ciężko pracował pomimo biedy i trudnych warunków życia” – powiedział Gavoille. „Jego ciężka praca opłaciła się: odkrył, że marksizm jest jedynym wyjściem dla Chin”.
Deng był jednym z tysięcy postępowych młodych Chińczyków, którzy wyjechali do Francji w ramach Ruchu Praca-Studia, który rozpoczął się w 1919 roku. Pracowali w fabrykach w Paryżu, Lyonie i Montargis, aby opłacić studia. Niektórzy z nich zainteresowali się marksizmem i założyli jedną z pierwszych grup partii komunistycznych Chin we Francji. Ruch ten odegrał ważną rolę w historii i przyczynił się do powstania Komunistycznej Partii Chin w 1921 roku oraz Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku, pozostawiając po sobie dziedzictwo, które nadal inspiruje młodsze pokolenia.
Zeng Guoxiang z miasta Liuyang powiedział, że był pod wrażeniem Cai Hesena, jednego z założycieli Chińskiej Partii Komunistycznej. Aby poprawić swój francuski, Cai czytał lokalne gazety przy pomocy słownika w parku – aż park nie został zamknięty. „Poruszony jego wytrwałością, woźny parku zaproponował, że zostanie jego nauczycielem francuskiego” – powiedział Zeng.
Obecnie ponad 10 000 chińskich studentów decyduje się na naukę we Francji każdego roku. Większość z nich jest dobrze przygotowana finansowo i językowo, w przeciwieństwie do tych sprzed stu lat. Wtedy większość chińskich studentów przybywających do Francji podróżowała drogą lądową i morską i stawiała czoła ogromnym wyzwaniom, w tym m.in. ubóstwu i barierom językowym. „Mimo wszystko możemy się wiele nauczyć z tych wzorców do naśladowania z minionego wieku” – powiedział Wang Ziyan. „Ich zdolność do szybkiego przystosowania się do nowego środowiska, ich pasja do nauki, a co ważniejsze, ich patriotyzm i pasja do służenia swojemu krajowi tym, czego się nauczyli”. Ruch Praca i Studia odegrał również ważną rolę w historii stosunków chińsko-francuskich, powiedział Wang Peiwen, chiński nauczyciel w Lycee en Foret. „Musimy przekazać go nowemu pokoleniu, nie możemy o nim zapomnieć”.
W odpowiedzi na powtarzające się apele chińskich nauczycieli we Francji, francuskie Ministerstwo Edukacji Narodowej włączyło historię ruchu do programu nauczania chińskiego dla uczniów uczących się w liceach tego języka. „Wspólne badanie zbliżyło do siebie chińską i francuską młodzież i wypełniło lukę między młodszymi i starszymi pokoleniami” – powiedział Yu Peiyao, który uczy francuskiego w liceum nr 1 w Liuyang.
Kiedy Enzo Rouhaud podzielił się z rodzicami tym, czego nauczył się w szkole, z zaskoczeniem stwierdził, że niewiele wiedzą o tym, co wydarzyło się w ich rodzinnym mieście 100 lat temu. „Byli zdumieni historią, którą im opowiedziałem. Teraz wiedzą, że stosunki Francja-Chiny mają szczególne znaczenie i te więzi będą trwać” – powiedział.
Spośród 1600 młodych chińskich studentów przybywających do Francji w okresie od marca 1919 do grudnia 1920 roku, ponad 300 przybyło do Montargis, małego miasteczka znanego ze stosunkowo niskich kosztów utrzymania, a także otwartości i gościnności miejscowych, powiedział Jean-Louis Rizzo: emerytowany profesor historii z Paryskiego Instytutu Studiów Politycznych. Aby upamiętnić te wydarzenia, w Montargis plac przed głównym dworcem kolejowym został w 2014 r. nazwany imieniem Denga Xiaopinga, a w 2019 roku na placu odsłonięto wielki pomnik w stulecie ruchu. „Pomnik przedstawia młodych Chińczyków, którzy wyróżniając się jako najlepsi studenci ze swoich prowincji, przybyli do Francji, aby zbadać sposoby rozwoju swojego kraju” – powiedział Benoit Digeon, burmistrz Montargis, w wywiadzie dla Xinhua. „Inspirowali się komunizmem i pracowali nad utworzeniem partii komunistycznej w realiach chińskich”.
Obecnie około 100 młodych ludzi w Montargis uczy się chińskiego. Digeon ma nadzieję, że odwiedzą Chiny i wrócą do Francji z nowatorskimi pomysłami.
Baptiste Ducharme, 21-letni student Uniwersytetu w Orleanie, uczy się języka chińskiego od siedmiu lat. Po krótkiej trasie po Chinach w 2017 roku Ducharme planował w najbliższej przyszłości kontynuować naukę w Chinach.Urodzony w Montargis, obecnie pracuje jako stażysta w muzeum przyjaźni francusko-chińskiej, 300-letniej kamienicy, w której w latach dwudziestych mieszkało kilku chińskich studentów. „Jestem pod wielkim wrażeniem tego okresu w historii i jestem gotów odbyć własną podróż studyjną do Chin” – powiedział.

„W trosce o prawdę historyczną”

Naszą uwagę zwrócił wywiad Ambasador Azerbejdżanu Pani Nargiz Gurbanovej opublikowany w „Dzienniku Trybuna” 30.04.2021. W trosce o prawdę historyczną i zdecydowanie sprzeciwiając się fałszywej interpretacji faktów historycznych, czujemy się zobowiązani do przedstawienia szeregu wyjaśnień.

Twierdzenie azerskiego Ambasadora o „550. rocznicy nawiązania stosunków między Azerbejdżanem a Polską” stanowi absolutne wypaczenie i sprzeniewierzenie się historii.
Źródła historyczne z XV wieku nie wspominają nigdy o kontaktach polsko-azerbejdżańskich. W tym czasie Azerbejdżan był tylko nazwą geograficzną jednej z prowincji historycznej Persji. Nazwa pochodzi od Medii Atropatene (stąd średnioperskie Āturpātakān, później Ādurbādagān, a w końcu nowoperskie Ādarbāyjān, czyli Azerbejdżan). Tereny na północ od rzeki Araks i Kury (czyli obecny Azerbejdżan), nie były wówczas nazywane Azerbejdżanem.
Głównym ośrodkiem Ādarbāyjān było w XV wieku miasta Tebriz (Tabriz), w latach 1469-1501 stolica turkmeńskiego państwa Ak Kojunlu (czyli Białej Owcy). Państwo to jest uważane za prawnego protoplastę Persji Safawidów. Szach Ismail, założyciel imperium perskiego Safawidów był wnukiem po kądzieli Uzun Hasana, władcy państwa Ak Kojunlu.
Kontakty z Uzun Hasanem, władcą państwa Ak Kojunlu (1454-1478) zawsze uważano za początek kontaktów polsko-perskich, a nie polsko-azerbejdżańskich. W Europie Uzun Hasana nazywano królem Persów, a jego poselstwa – perskimi. W lipcu 1492 roku doktor medycyny Mikołaj z Marienwerder (dziś Kwidzyn) w liście do biskupa włocławskiego Piotra z Bnina pisał o Uzun Hasanie jako władcy Persów i Armenii .
Pierwsze ślady kontaktów między Polską a Persją sięgają lat 70. XV wieku. Od 1463 roku toczyła się wojna wenecko-turecka, do której Wenecja starała się pozyskać różnych sojuszników. W 1471 r. kanclerz Królestwa Polskiego Jakub z Dębna został wysłany do Rzymu w celu potwierdzenia przez papieża pokoju toruńskiego zawartego w 1466 roku między Polską a Zakonem Krzyżackim, a także akceptacji osadzenia na tronie czeskim syna króla Kazimierza Jagiellończyka. W drodze do Rzymu, w kwietniu 1471 roku, spotkał w Wenecji posła Uzun Hasana – Miratha.
Poseł króla Polski razem z [posłem] Uzun Hasana pojechali do papieża, aby zachęcić go do krucjaty (impresa) przeciw Turkowi (Mehmedowi II). Zostali dobrze pouczeni przez władze weneckie (Signoria) co mają powiedzieć papieżowi, aby zachęcić go do krucjaty”. Poselstwo perskie zostało uroczyście przyjęte w Rzymie w sierpniu. Nie wydaje się jednak, aby poseł polski bardzo się interesował propozycjami weneckimi. Cel jego misji do Rzymu, jak wspomniano, był zupełnie inny.
Dowiadujemy się o nim z Kroniki Jana Długosza. Pod rokiem 1472 kronikarz zapisał: Przybył bowiem z Persji z Niższej Armenii drugi sułtan (cesar) turecki imieniem Usun Hasan (który wywodząc się od człowieka nieznanego rodu, niemal nieznanego jemu samemu, wybił się na znakomitego męża, a odnosząc raz po raz zwycięstwa przy użyciu niewielkich sił, podporządkował sobie wiele krajów) przeciw niemu [sułtanowi Mehmedowi II] i jego synowi Mahmutowi [powinno być: Mustafie] (sam bowiem bał się podjąć otwartą walkę, żeby w razie niepowodzenia nie ucierpiała jego dobra opinia) i zadał mu ciężką klęskę [stoczona 19 VIII 1472 bitwa pod Kereli skończyła się naprawdę zwycięstwem Mustafy, a nie Uzun Hasana]. A syn sułtana i sam sułtan turecki Mahomet, żeby naprawić swą całkowitą, haniebną klęskę, zebrawszy większa liczbę wojska, ruszył ponownie z 400 tysiącami jazdy i wielkim mnóstwem piechoty przeciw Usun Hasanowi. Ten, mając posiłki od swoich krewnych: Karamana i chana tatarskiego, rozbił całe wojsko tureckie, zadając mu godną podziwu klęskę, a wkroczywszy do miasta Trapezunt w Azji, które sułtan turecki Mahumet zajął przed kilku laty, zabiszy cesarza Trapezuntu, Greka [Dawida], sprzymierzeńca tegoż Usun Hasana, zajął miasto z całym cesarstwem trapezunckim i pomścił niesłuszną śmierć swego zwolennika. Następnie z godną podziwu szybkością posiadł zdobyte miasto Synope w Anatolii i wezwawszy na pomoc Wenetów, rusza w kierunku Gallipoli, żeby je oblec [informacja mało prawdopodobna]. Posyła do króla Polski Kazimierza uroczyste poselstwo, które około połowy lipca przybyło do Krakowa, zabiegając o jego poparcie i pomoc przeciw sułtanowi tureckiemu Mahumetowi, czego mu nie odmówiono. Mahumet, czując to wszystko i wiedząc, że szykuje mu się zguba, zabiegając na próżno o pomoc sułtana Babilonii, zaczyna obwarowywać wszystkie swe miasta, a szczególnie nadmorskie”.
List Uzun Hasana do władców Zachodu (w tym do króla Kazimierza Jagiellończyka).
List Uzun Hasana do króla Kazimierza Jagiellończyka się nie zachował. Długosz wspomniał, że był pisany „po chaldejsku”, ale nie jest to prawda. Zachował się natomiast przekład na język włoski (wenecki) z 16 października 1673 roku. Opis tłumaczenia listu Uzun Hasana jest bardzo interesujący. Zapewne został napisany alfabetem arabskim (nie chaldejskim, jak uważał Długosz) po persku alfabetem arabskim, z domieszką słów arabskich i „tatarskich” (kipczackich). Poseł wenecki Catharino Zeno (co ciekawe siostrzeniec Teodory, żony Uzun Hasana, księżniczki z Trapezuntu), przybył do Kaffy i udał się do konsula kupców weneckich Christophoro de Calle. Konsul wezwał swego zaufanego człowieka, notariusza Constantio de Sarra, który miał sporządzić tłumaczenie listu Uzun Hasana na język łaciński i włoski (dialekt wenecki). Co ciekawe, list tłumaczył z arabskiego i perskiego Ormianin Coza Goli – człowiek uczony i biegły w tych językach, który tłumaczył list na język ormiański. Obecny był także zakonnik katolicki z kongregacji braci unitów (unitork) Georgius (Kework?), czyli także Ormianin, który tłumaczył z języka ormiańskiego i wyjaśniał słowa „tatarskie” w języku włoskim. Tłumaczono słowo po słowie, a gdy były trudności, szukano najbliższego znaczenia słowa arabskiego czy perskiego. Notariusz Constantio de Serra nadał przekładowi na język łaciński i włoski ostateczny kształt, ale przepisał go „na czysto” inny zaufany skryba. Pod tłumaczeniami podpisali się konsul wenecki i wyżej wspomniany notariusz „powagi cesarskiej” (auctoriatate imperiali). Konsul przywiesił pieczęć z wyobrażeniem św. Marka, notariusz – narysował swój znak notarialny. W ten sposób dokument został uwierzytelniony. Dowiadujemy się, że kopie przekładu łacińskiego zostały zrobione także dla papieża, cesarza, króla Sycylii, króla Polski, króla Węgier i samej Wenecji.
Niestety przekład łaciński się nie zachował, ale zapewne treść była taka sama jak w tłumaczeniu włoskim. Dokument Uzun Hasana miał sześć okrągłych znaków – jeden na końcu listu u dołu, pięć zaś na końcu listu po zewnętrznej stronie. Władca ten chwalił się swoimi zwycięstwami nad Turkami w okolicach Erzincan, zachęcając do współdziałania z nim władców europejskich, w tym króla polskiego Kazimierza Jagiellończyka. Uzun Hasan przedstawia się jako władca: Frach : Ufars : Cremanth fin ala porta de Condustam e mio paexe Tabarsaram, Masenderam, Gilahum, Sarabath, Adir Baian, Bagdad. Pada więc tu nazwa Azerbejdżan [Adir Baian]. Nie ma jednak nic wspólnego z dzisiejszym Azerbejdżanem. Chodziło o dzisiejszy ostan Azerbejdżan Wschodni w północno-zachodnim Iranie. Wiemy bowiem, że stolicą Uzun Hasana był Tebriz.
List Uzun Hasana w języku perskim i przekładzie łacińskim
Po wyjeździe z Polski Katharinus Zeno dotarł do króla Węgier, Macieja (Mathiasa) Korwina. W dniu 8 czerwca 1474 roku król węgierski tak pisał do króla Polski – Kazimierza Jagiellończyka:
W liście tym król węgierski pisał, że w ostatnich dniach otrzymał list od księcia Uzun Hasana [Hassanibe], z którego dowiedział się, że władca ten wystąpił przeciw bezbożnemu sułtanowi tureckiemu i zachęca go do współpracy przeciw niemu. Podobne listy Uzun Hasan napisał do papieża, cesarza i do króla polskiego (w tekście: do waszej wysokości). List ten król węgierski otrzymał wraz z przekładem z języka perskiego na język łaciński, zrobionym w Kaffie, potwierdzonym notarialnie i pieczęcią Hieronima [Pannisari] łacińskiego biskupa Kaffy. Król Węgier pisze dalej, że wysłał przeciw Turkom wiele tysięcy ludzi, a wkrótce wyśle nowych, a także wyruszy sam. Zachęca króla polskiego do współdziałania z nim, a także z Uzun Hasanem.
Jest oczywiste, że dostępnych jest tylko kilka listów i twierdzenie, że między Uzunem Hasanem a polskim królem Kazimierzem Jagiellończykiem prowadzona była regularna korespondencja jest fałszywe. Co więcej, listy te były adresowane zbiorowo także do innych europejskich władców, a jedynym ich tematem było zawarcie sojuszu wojskowego przeciwko Turcji Osmańskiej. Listy były pisane po łacinie lub w języku perskim (z użyciem alfabetu arabskiego).
Odnośnie konfliktu w Górskim Karabachu. Wbrew zapewnieniom Nargiz Gurbanowej, konflikt o Górski Karabach nie jest rozwiązany. Oświadczenie podpisane 10 listopada 2020 roku wstrzymało zdradziecką ofensywę wojskową Azerbejdżanu, ale wiele bardzo ważnych kwestii pozostało nierozwiązanych. W wyniku azerskiej agresji, która przypominała działania z początku lat 90-tych, wspieranej przez Turcję i z udziałem tysięcy radykalnych islamskich najemników, doszło do ciężkich i masowych strat w ludności cywilnej w Górskim Karabachu. Znaczna część terytorium Górskiego Karabachu, w tym region Hadrut i miasto Shusi, znalazła się pod okupacją. Zasadnicza kwestia konfliktu, czyli status Górskiego Karabachu, nie została rozstrzygnięta. Dziesiątki tysięcy Ormian z Górskiego Karabachu straciło swoje domy i stało się uchodźcami. Członkowie społeczności międzynarodowej są zgodni co do tego, że współprzewodnictwo Grupy Mińskiej w OBWE powinno wznowić swoją działalność i pomóc w wynegocjowaniu prawdziwego i trwałego pokoju z pełnym poszanowaniem praw człowieka zbiorowości społecznej i prawa do samostanowienia narodu Górskiego Karabachu.
Ponadto działania azerskiego wojska w czasie 44-dniowej wojny bez wątpienia stanowią zbrodnię wojenną i powinno zostać przeprowadzone niezależne międzynarodowe śledztwo w celu ujawnienia wszystkich szczegółów popełnionych zbrodni i postawienia odpowiedzialnych przed wymiarem sprawiedliwości. Około 200 ormiańskich jeńców wojennych i cywilów wciąż pozostaje w areszcie w Azerbejdżanie pod fałszywymi zarzutami. Władze azerskie jawnie ignorują wezwania kierowane przez różne organizacje międzynarodowe i światowych przywódców do ich natychmiastowego i bezwarunkowego uwolnienia.
Po zawieszeniu broni Azerbejdżan rozpoczął na szeroką skalę niszczenie lub przekształcanie ormiańskiego dziedzictwa chrześcijańskiego na terytoriach znajdujących się obecnie pod ich kontrolą.
Dlatego też główną przeszkodą dla pokoju i stabilności w regionie są ciągłe działania destabilizujące ze strony Azerbejdżanu, antyormiańska retoryka i kultywowanie ormiańskich fobii na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci.
W ostatnim tygodniu Azerbejdżan dokonał otwartego wtargnięcia na suwerenne terytorium Armenii. Jak dotąd władze Armenii wykazały się powściągliwością, aby nie doprowadzić do dalszej eskalacji sytuacji. Jednak takie skandaliczne zachowania ze strony władz azerskich powinny zostać powstrzymane.

Odnośnie kaukaskiej Albanii i dziedzictwa chrześcijańskiego. Azerowie od dawna zabawiają się wymyślaniem własnej historii. Sztuczka jest prosta i prymitywna: Umieszczają nazwę “Azerbejdżan” przed jakimkolwiek pojęciem, a rzekomo staje się ono jego (narodową) własnością. Druga część tej sztuczki jest haniebna – dla wygody i bezwstydnie pomija się wzmianki o prawdziwych aktorach i faktach historycznych. To samo ma miejsce w przypadku kaukaskiej Albanii.
Aghuank (staroormiański: Ałuankʿ, współczesny ormiański Aġvank’) to ormiańska nazwa kaukaskiej Albanii. Ormiańscy autorzy wspominają, że nazwa ta wywodzi się od słowa „alu” oznaczającego sympatyczny w języku ormiańskim. Termin Aghuank jest polisemiczny i w źródłach ormiańskich używany jest również do określenia regionu między rzekami Kur i Arakses jako części Armenii. W tym ostatnim przypadku jest on czasami używany w formie „Armenian Aghuank” lub „Hay-Aghuank”.
Ormiański historyk zajmujący się tym regionem – Movses Kaghankatvatsi, który pozostawił jedyną mniej lub bardziej kompletną historyczną relację o tym terytorium, wyjaśnia nazwę Aghvank jako pochodną słowa alu (po ormiańsku słodki, miękki, delikatny), które, jak powiedział, było przezwiskiem pierwszego gubernatora Albanii Kaukaskiej Arrana i odnosiło się do jego łagodnej osobowości. Movses Kaghankatvatsi i inne starożytne źródła tłumaczą Arran lub Arhan jako imię legendarnego założyciela Albanii Kaukaskiej (Aghvan).
Według ormiańskich średniowiecznych historyków Movsesa Khorenatsi, Movsesa Kaghankatvatsi i Koryuna, alfabet kaukaskiej Albanii (ormiańska nazwa języka to Aghvank, rodzima nazwa języka jest nieznana) został stworzony przez Mesropa Mashtotsa, ormiańskiego mnicha, teologa i tłumacza, któremu przypisuje się również stworzenie języka ormiańskiego. Alfabet ten służył do zapisywania języka udi, który był prawdopodobnie głównym językiem kaukaskich Albańczyków.
Koryun, uczeń Mesroba Mashtotsa, w książce „Życie Mashtotsa” napisał o tym, jak jego nauczyciel stworzył alfabet:
Wtedy przyszedł i odwiedził ich pewien starszy człowiek, Albańczyk o imieniu Beniamin. A on (Mashtots) analizował i badał barbarzyńską dykcję języka albańskiego, a potem dzięki swej przyrodzonej, danej od Boga bystrości umysłu wymyślił alfabet, który dzięki łasce Chrystusa z powodzeniem ustanowił i skodyfikował.
Alfabet używany w kaukaskiej Albanii, składający się z pięćdziesięciu dwóch liter przypominających znaki gruzińskie, etiopskie i ormiańskie, przetrwał dzięki kilku inskrypcjom i ormiańskiemu manuskryptowi z XV wieku. Manuskrypt ten, Matenadaran (Instytut Starożytnych Manuskryptów, Erewań) nr 7117, po raz pierwszy opublikowany przez Ilia Abuladze w 1937 roku jest podręcznikiem językowym przedstawiającym porównawczo różne alfabety – alfabet ormiański, grecki, łaciński, syriacki, gruziński, koptyjski i kaukaski a wśród nich albański. Alfabet został nazwany: „Ałuanicʿ girn ē” (co znaczy: „To są albańskie litery”).
Ormiańska polityka, kultura i cywilizacja odegrały decydującą rolę w całej historii kaukaskiej Albanii (w języku ormiańskim Aghvank). Wynikało to z faktu, że po podziale Królestwa Armenii pomiędzy Persję i Bizancjum w 387 r. n.e., ormiańskie prowincje Artsakh i Utik zostały odłączone od królestwa ormiańskiego i włączone przez Persów do jednej prowincji (marzpanatu) o nazwie Aghvank (Arran). Ta nowa jednostka obejmowała pierwotną Albanię Kaukaską położoną między rzeką Kurą a Wielkim Kaukazem, plemiona żyjące wzdłuż wybrzeża Morza Kaspijskiego, a także Artsakh i Utik, – dwa terytoria odłączone od Armenii.
Ormiański średniowieczny atlas Aszcharatsuits (Mapa Świata) opracowany w VII wieku przez ormiańskiego uczonego Ananię Szirakatsiego, zalicza Artsakh i Utik do prowincji Armenii, pomimo ich przypuszczalnego odłączenia od Królestwa Armenii i ich politycznego związku z kaukaską Albanią i Persją w czasie, gdy powstawał atlas. Shirakatsi precyzuje, że Artsakh i Utik są „teraz odłączone” od Armenii i włączone do „Aghvank”, i stara się odróżnić tę nową jednostkę terytorialną od dawnego „w ścisłym znaczeniu Aghvank”, położonego na północ od rzeki Kura. Ponieważ był on bardziej jednorodny i lepiej rozwinięty niż pierwotne plemiona na północ od Kury, wpływ ormiański odcisnął piętno na życiu politycznym kaukaskiej Albanii i doprowadził do stopniowego narzucenia języka i kultury.
Ormiańska ludność Artsakh i Utik pozostała na miejscu, podobnie jak cała polityczna, społeczna, kulturalna i wojskowa struktura prowincji. Wczesnośredniowieczny historyk Movses Khorenatsi potwierdzał w V wieku, że ludność Artsakh i Utik mówiła po ormiańsku, a rzeka Kura, według jego słów, wyznaczała „granicę ormiańskiej mowy”.
Szczątkowe informacje o kaukaskiej Albanii po 387 r. n.e. pochodzą ze staroormiańskiego tekstu „Historii ziemi Aghvank” ormiańskiego autora Movsesa Kaghankatvatsi, który w istocie jest historią ormiańskich prowincji Artsakh i Utik. W Historii Kaghankatvatsi i w historycznym tekście wczesnośredniowiecznego ormiańskiego autora Agathangelos, system feudalny Królestwa Aghvank, w tym stosowana terminologia polityczna, były pochodzenia ormiańskiego. Podobnie jak w Armenii, szlachta Aghvank była określana terminami nakharars (minister), azats (szlachta), hazarapets (dowódca wojskowy), marzpets (gubernator), shinakans (chłop), itp.
Wkrótce po tym, jak Armenia przyjęła chrześcijaństwo jako religię państwową (301 r. n.e.), król Urnayr udał się do siedziby Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, aby przyjąć chrzest z rąk św. Grzegorza Iluminatora, założyciela i pierwszego katolikosa Armenii.
Po śmierci Urnyra, kaukascy Albańczycy poprosili, aby wnuk św. Grzegorza – św. Grzegorz w wieku 15 lat został wyświęcony na biskupa Albanii Kaukaskiej i Iberii i aby pielgrzymował po tych ziemiach głosząc chrześcijaństwo. Zbudował on trzeci znany kościół w Albanii Kaukaskiej w mieście Tsri, w Utiķ. Podczas pobytu w krainie Maskoutów w północno-wschodniej kaukaskiej Albanii, św. Grzegorz został zaatakowany przez rozwścieczony tłum czcicieli bożków, a następnie przywiązany do konia i rozczłonkowany. Jego szczątki zostały pochowane w pobliżu klasztoru Amaras (obecnie w prowincji Martuni w Republice Górskiego Karabachu).
Prawdopodobnie na początku V wieku miejscowy biskup o imieniu Jeremi przetłumaczył Pismo Święte na język kaukaskich Albańczyków, czyli język staroudiński. Najwcześniejsze zachowane fragmenty tłumaczeń fragmentów Biblii na język staroudiński pochodzą z VII wieku i opierały się głównie na przekładach ormiańskich.
Powyżej przedstawiono dowody na to, jak bezpodstawne i nieuczciwe są azerskie twierdzenia o byciu „strażnikami wielokulturowości i zbawcami chrześcijańskiego dziedzictwa”.
Należy również dodać najnowsze świadectwa. Przypadki naruszeń wolności religijnej i bezczeszczenie miejsc kultu religijnego przez Azerbejdżan i Turcję, w szczególności w odniesieniu do narodu ormiańskiego, zostały zarejestrowane w Międzynarodowym Raporcie o Wolności Religijnej z 2020, wydanym w środę, 12 maja 2021 r. przez Komisję Stanów Zjednoczonych ds. Międzynarodowej Wolności Religijnej (USCIRF).  
W 108-stronicowym raporcie zalecono umieszczenie Azerbejdżanu i Turcji na „Specjalnej liście obserwacyjnej USCIRF” z powodu rażących naruszeń wolności religijnej w obu krajach, w tym „ostatnich naruszeń popełnionych w obliczu wznowionego konfliktu o Górski Karabach i otaczające go terytoria”.
W części dotyczącej Azerbejdżanu, raport wyszczególnia ustalenia w kontekście aktywnych walk o Górski Karabach pod koniec września 2020 r., które „wywołały poważne obawy o zachowanie ormiańskich miejsc kultu i innych miejsc kultu religijnego na tych obszarach”, w tym katedry Ghazanchetsots w Shushi, która została „dwukrotnie namierzona i ostrzelana” przez siły azerskie, „co spowodowało rozległe uszkodzenia tego budynku i prawdopodobnie stanowiło zbrodnię wojenną”.
Pomimo porozumienia o zawieszeniu broni z listopada 2020 roku, raport stanowi, że „niedawna dewastacja i zniszczenie ormiańskich cmentarzy i nagrobków” przez Azerbejdżan zostały udokumentowane przez media.

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…”(cz. VI)

„Ludzie sami tworzą swoją historię, ale nie tworzą jej dowolnie, nie w wybranych przez siebie okolicznościach, lecz takich, w jakich się bezpośrednio znaleźli, jakie zostały im dane i przekazane”.
Karol Marks

Komuna – taką nazwę przyjmowało wiele organizacji samorządowych miast średniowiecznej Europy. Występowały one z hasłem: libertas et pax czyli wolność i pokój. Mieszkańcom ówczesnych miast chodziło o uwolnienie się spod ciężaru hierarchicznego systemu zależności osobowych, jakim był feudalizm i urzeczywistnienie pragnienia życia w świecie bez wojen, bandytyzmu na drogach oraz wszelkich czynników naruszających ich wyobrażenie o commune bonum czyli o dobru powszechnym. Zdając sobie przy tym sprawę, że nie mają dość mocy by naprawić cały świat, usiłowali wprowadzać harmonię wewnątrz własnej społeczności i zabezpieczyć ją przed wszelkimi zagrożeniami z zewnątrz. Efektem tych działań były między innymi mury obronne, które stanowiły wspólną własność (communia) obywateli danego miasta.
We Francji ruch komunalny rozpoczął się w drugiej połowie XI wieku. Do tego czasu ludność miejska tego kraju znajdowała się pod całkowitą władzą seniora, do którego należał teren danego miasta. „Feudałowie – jak informują autorzy III tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – obciążali ludność miejską podatkami i rozmaitymi powinnościami. Opodatkowaniu podlegało wszystko – majątek ruchomy i nieruchomy, żywność i wyroby rzemieślnicze, ziemia i woda. Senior ściągał wszędzie cła drogowe: u bram miasta, na mostach, a nawet przy przejściu z jednej dzielnicy do drugiej, kiedy miasto, jak to często się zdarzało, podlegało kilku seniorom”.
„Struktura własności feudalnej i skomplikowane przywileje klasy panującej – pisze wybitny znawca tematu Jan Baszkiewicz – utrudniały normalne funkcjonowanie organizmów miejskich. Formalistyczny, niekompetentny w sprawach ekonomiki miejski sąd feudalny nie umiał rozstrzygnąć mieszczańskich spraw”. Miasta w miarę swego rozwoju potrzebowały usunięcia tych wszystkich hamulców i utworzenia nowych struktur administracyjnych oraz prawnych. „Ruch komunalny – cytuję ponownie Jana Baszkiewicza – zaczynał się od sprzysiężenia (communio), którego uczestnicy zobowiązywali się wspierać wzajemnie. Hasło komuny nie od początku było rozbudowanym programem pozytywnym…” Bywało, że miasta uniezależniały się od władzy feudalnej na podstawie ugody z nią albo w efekcie zbrojnych przeciwko niej wystąpień. „Mieszczanie – czytamy w III tomie Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – opanowywali fortyfikacje miejskie, składali przysięgę, że będą sobie wzajemnie pomagać, znosili administracyjne i sądowe prawa seniorów, wybierali swój własny zarząd i nie tylko bronili się przed feudałami we wewnątrz miasta, ale nie raz sami napadali na zamki”. Tak było – pisze Jan Baszkiewicz – w normandzkim mieście Mans w 1070 r., w 1076 r. we flandryjskim Cambrai, w 1111r. w Laon. Relację o powstaniu w Laon przekazał kronikarz Gilbert de Nogent. Miasto biskupie Laon zdołało okupić swą autonomię w układzie z biskupem Gaudri, klerem i możnymi. Król Ludwik VI układ ten zatwierdził. Gdy jednak biskupowi zabrakło pieniędzy, zaczął namawiać króla, by zlikwidował laońską komunę. Mieszczanie pragnęli kupić sobie królewską przychylność, ale biskup i możni ich przelicytowali. Naruszenie układów w sprawie autonomii miasta doprowadziły do powstania; biskup Gaudri został zabity, gdy znaleziono go w piwnicy, schowanego w pustej beczce. Ostatecznie dopiero w 1128 r. król Ludwik VI uznał autonomię Laon.
Bunty mieszczańskie, palenie okolicznych zamków (jak podczas powstania w Mans) i masakry oraz plądrowanie domów „buntowników” przez rycerstwo (jak w Cambrai) nie były zresztą regułą. Najwięcej oporów komunalnej autonomii stawiali panowie duchowni, zazdrośnie strzegący swych praw. Świeccy wielmoże łatwiej dawali się skusić ofertami pieniężnymi mieszczan. Duchowni kronikarze uważali ruch komunalny za świętokradczy spisek ludzi, których bogactwo pochodziło ze źródeł nieczystych” [m.ni. z handlu – przyp. LF]. Sama nazwa „komuna” budziła w nich głęboki sprzeciw. Wspomniany już Gilbert de Nogent (naoczny świadek dramatycznych wydarzeń w Laon), pisał: „To nowe i przebrzydłe słowo komuna>> oznacza, że poddani chłopi mają tylko raz w roku oddawać swoim panom normalną daninę, płacąc ustalone kary pieniężne za czyny sprzeczne z prawem. Od pełnienia zaś innych powinności, które zwykle nakłada się na serwów, zostają całkowicie zwolnieni”.
Przytoczony cytat jest z wielu świadectw wskazujących, że kościół katolicki swym autorytetem sankcjonował nierówności społeczne i wyzysk. Nauczając, że władza feudałów pochodzi od Boga, przekonywał lud, by ten spełniał narzucone przez panów feudalnych powinności i bez szemrania znosił ucisk oraz przemoc. Jednocześnie obiecywał za wszystkie męki na ziemi wieczny raj w niebie.


W tym miejscu na zasadzie dygresji – w dużym stopniu wyjaśniającej dlaczego niejednokrotnie ludzie poniżani i wyzyskiwani, a będący pod wpływem kościoła katolickiego, nie reagowali a nawet wrogo odnosili się do rewolucji niosących im wyzwolenie – zacytuję dość długi fragment tekstu z III tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR:
„Kościół wpajał ludziom pogląd, że człowiek z natury jest skłonny do grzechu i bez pomocy kościoła nie osiągnie zbawienia i szczęśliwości na tamtym świecie. Biblijna legenda o grzechu pierworodnym Adama i Ewy, którzy nie posłuchali nakazu bożego i ulegli diabłu, za to wszyscy ich potomkowie (tzn. cała ludzkość) skazani zostali na dźwiganie piętna tego grzechu, a także nauka o grzechach popełnianych przez każdego człowieka były w ręku kościoła narzędziem duchowego terroru. Kościół nauczał (i uczy nadal), że wszystkich ludzi czekają po śmierci straszne kary za grzechy i że tylko kościół ma przyrodzoną moc udzielania rozgrzeszenia tj. uwalniania człowieka od męki pozagrobowej i zapewnienia mu rajskiej szczęśliwości po śmierci.
Kościół głosi, że kler ma możność udzielania rozgrzeszenia, gdyż święcenia kapłańskie dają mu odpowiednie uprawnienia i władzę. Prawo nadawania święceń kapłańskich mieli tylko przedstawiciele wyższego duchowieństwa, przez co kościół jeszcze bardziej umacniał autorytet kleru. Kościół naucza, że źródłami łask są tzw. sakramenty święte, których jest siedem: chrzest, bierzmowanie, sakrament ołtarza, pokuta, ostatnie namaszczenie, kapłaństwo i małżeństwo. Przez ustanowienie sakramentów kościół chciał przekonać wyzyskiwane masy o bezcelowości walki klasowej i zaszczepić im wiarę we wszechpotęgę kościoła jako jedynego posiadacza środka na ich „zbawienie”.
Kościół wmawiał masom, że pozbawienie człowieka łaski jest równoznaczne z pozbawieniem go nadziei na to zbawienie”. W średniowieczu, kiedy ideologia religijna panowała nad umysłami, indywidualne wyłączenie z kościoła lub zakaz sprawowania sakramentów i innych czynności kościelnych nakładany na cały kraj (na Zachodzie zwany interdyktem) były w ręku kościoła nadzwyczaj silnym środkiem oddziaływania na ludzi. Kościół posługiwał się także bardzo skutecznie wyłączeniem dla obrony swych posiadłości.
Z teorią wrodzonej skłonności ludzi do grzechu związana była nauka kościoła chrześcijańskiego o mękach pozagrobowych i o wszechobecnym potężnym diable, kuszącym człowieka do grzechów. Za główny grzech kościół i klasa panująca uważały bunt przeciwko feudałom świeckim i duchownym”.(…) „Kler rozumiał, że miejski ruch wyzwoleńczy zagraża ustrojowi społecznemu, który kościół sankcjonuje swoim autorytetem”.


Mimo, iż kościół katolicki dzięki stosowaniu subtelnych i uniwersalnych środków ideologicznego oddziaływania przyczyniał się w wiekach średnich do umacniania feudalizmu i tłumienia walki ludowej, to poczynając od schyłku XII w. wiele miast w Europie Zachodniej uzyskało karty komunalne, a w nich prawo do władz samorządowych, własnego sądownictwa, do nakładania podatków i organizowania służby wojskowej” (we Francji, oprócz wymienionych wcześniej, były to: Saint-Quentin, Beauvais, Noyon, Amnies, Soissons, potem Corbie i Saint-Riquir, Abbeville, Sens Étampes, Dijon, Saumur i in”. Ponadto miasta-komuny były zwolnione od zwykłych powinności na rzecz seniora – pańszczyzny i czynszu, jak również od różnych opłat. Ich obowiązki wobec panów feudalnych ograniczały się zwykle do płacenia raz w roku określonej, stosunkowo niewysokiej renty pieniężnej i wystawiania w wypadku wolny niewielkiego oddziału zbrojnego.
Nie wszystkie miasta w tamtym czasie zdobyły lub uzyskały samorząd (komunę). Niektóre – zwłaszcza małe – nie posiadające dostatecznie rozwiniętego rzemiosła i handlu i nie dysponujące niezbędnymi środkami finansowymi oraz siłami do walki o swoje prawa, pozostawały pod niepodzielnym zarządem administracji senioralnej.
Natomiast „duże miasta – cytuję fragment tekstu z III tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – zwłaszcza zbudowane na terenach królewskich, często nie otrzymywały samorządu, ale korzystały z prawa wybierania członków samorządu miejskiego, dzielących jednak władzę z mianowanym przez króla urzędnikiem lub innym przedstawicielem seniora. Takie prawa częściowego samorządu miał Paryż oraz wiele innych miast we Francji, np. Orlean, Bourges, Lorris, Lyon, Nantes, Charetes (…)
Miasta w walce z seniorami zdobywały pewne wolności, osiągając rożne stopnie emancypacji. Pod jednym względem osiągnięcia ich były jednakowe. Wszyscy mieszkańcy miast stali się wolni osobiście i wyzwolili się spod zależności feudalnej. Dlatego jeżeli chłop poddany zbiegł do miasta i mieszkał w nim przez określony okres – zwykle rok i jeden dzień – to stawał się wolnym i żaden senior nie mógł mu więcej narzucić zależności feudalnej. Wedle przysłowia niemieckiego: „Powietrze miejskie czyni człowieka wolnym” („Die Stadtluft macht frei”).


Paryż w średniowieczu (co najmniej od XIII w.; liczył wówczas 80 tys. mieszkańców) był miastem nie mającym we Francji konkurenta, a w skali europejskiej jednym z najważniejszych. Był nie tylko centrum produkcji i wymiany, ale miały tu swą siedzibę władze polityczne i kościelne. Na jego obszarze sąsiadowały ze sobą dwory królewskie (Luwr – od XII w. do 1672 r., a później Wersal) i biskupie, rezydencje możnych, kapituły, klasztory, kościoły, domy mieszczańskie, gospody, warsztaty rękodzielnicze, składy, kramy, sklepy… Jednym słowem krzyżowały się tu wpływy różnorodnych działań społecznych.
Feudalne warstwy rządzące, zwłaszcza kościelne z niechęcią a nawet nienawiścią odnosiły się do mieszańców miast ich sposobu bycia, aktywności i kultury. „Od XII w. – pisze Jan Baszkiewicz – pisarze kościelni prześcigali się w porównaniach miast do wszetecznego Babilonu i Niniwy, do Sodomy i Gomory, spalonych ogniem niebieskim. Pożary, tak często trawiące średniowieczne miasta, traktowano jako słuszną karę boską; dla teologów i publicystów duchownych doczesne miasto Babilon, stanowiło dokładne przeciwieństwo siedliska cnót, niebieskiej Jerozolimy. Biblia poucza, wywodził teolog Rupert z Deutz, że twórcą pierwszego miasta był bratobójca Kain: to przesadziło o moralnej wartości wszelkich miast. Teolog i historyk Jakub z Vitry pisał o Paryżu, że jak cuchnąca koza i owca nieczysta zgubnym przykładem pożera napływających zewsząd przybyszów i własnych mieszkańców oraz pociąga ich wraz z sobą w przepaść. Wtórował mu inny kościelny ideolog, Stefan z Tournai: w Paryżu jest tyle bluźnierstw, ile miejskich placów”.


Wraz z rozkładem feudalizmu (nastąpił on w XIV-XV w., chociaż jego przeżytki utrzymały się w wielu krajach europejskich do XVIII/XIX w.) rozprzestrzeniały się idee negujące autorytet kościoła katolickiego. Jednym z filozofów, który się do tego przyczynił był Jean Jacques Rousseau. Głosił on pogląd „że lud ma prawo rewolucyjnych zmian, przebudowy społecznej w każdej dziedzinie, może zmieniać prawa natury, nadać sobie nową religię, a nawet napisać zupełnie od nowa własną historię”(…) „Odrzucając racjonalizm dotychczasowej kultury Rousseau szukał ucieczki w hiperracjonalizmie projektu umowy społecznej; poprzez umowę społeczną chciał znieść jedną z przyczyn zła: nierówności społeczne wynikłe z pierwotnego przywłaszczenia ziemi”. „Ten, kto pierwszy – pisał Rousseau – ogrodził kawałek ziemi, powiedział to moje i znalazł ludzi dość naiwnych, by mu uwierzyć, był prawdziwym założycielem społeczeństwa. Iluż to zbrodni, wojen, morderstw, ile nędzy i grozy byłby rodzajowi ludzkiemu oszczędził ten kto by kołki wyrwał lub rów zasypał i zawołał do otoczenia: Uwaga! nie słuchajcie tego oszusta: będziecie zgubieni, gdy zapomnicie, że płody do wszystkich, ziemia do nikogo” (Rozprawa o pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi).
Według Rousseau dotychczasowe państwa istniały z woli bogatych i dla zabezpieczenia ich interesów; umowa ma to odwrócić, stwarzając państwo na warunkach uznanych przez ogół, który dotychczas nie posiadł praw politycznych, co rzekomo jest sprzeczne z prawami natury”.(…) „Odrzucając wszelkie prawa natury – tak chrześcijańskie, jak i liberalne (nowożytne) Rousseau uznawał tylko absolutną i nieograniczoną pierwotną suwerenność ludu”.
Krytyka absolutyzmu, „teoria umowy społecznej”, idea suwerenności i równości ludu, odegrały wielką rolę w ideologicznym przygotowaniu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Od tamtego czasu (dokładnie od 30 czerwca 1793 r.) zaczęło funkcjonować hasło: „Wolność, równość, braterstwo” (fr. liberté, égalité, fraternité).

Znaczący punkt zwrotny i wielka podróż – reformy i otwarcie

Wpływ głębokich zmian w Chinach na świat.

18 grudnia 1978 r. był ważnym dniem w historii narodu chińskiego. Tego dnia Komunistyczna Partia Chin (KPCh) rozpoczęła obrady III Plenum XI kadencji Komitetu Centralnego. Wydarzenie to niosło ze sobą głębokie znaczenie i było punktem zwrotnym w historii od początków istnienia Chińskiej Republiki Ludowej. Podczas obrad zapoczątkowano wielką podróż w kierunku reform i otwarcia oraz modernizacji socjalistycznej.
Wielkie przebudzenie
Gdy w latach 70-tych XX wieku światowa gospodarka rozwijała się bardzo szybko, a technologie zmieniały się z dnia na dzień, Chiny pozostawały jednym z najbiedniejszych krajów świata z gospodarką będącą na granicy upadku. Produkt krajowy brutto na jednego mieszkańca wynosił zaledwie 156 USD, a odbudowa kraju dopiero miała ruszyć pełną parą. Na historyczną decyzję KPCh o wdrożeniu reform i otwarcia złożyły się: szczegółowe podsumowanie doświadczeń budowy socjalizmu, dogłębne zrozumienie oczekiwań i potrzeb ludzi oraz dokładne rozpoznanie ówczesnych trendów i ogólnych tendencji. Deng Xiaoping wskazywał: „Bieda to nie jest socjalizm” oraz „Musimy nadążyć za obecnymi czasami – to jest właśnie cel reform.” Reformy i otwarcie stanowiły wielkie przebudzenie KPCh, które dało początek przejściu KPCh od teorii do praktyki.
Wielkie tworzenie
Łącząc ostrożność w dążeniu do celu z najlepszymi projektami, KPCh zjednoczyła i poprowadziła naród chiński: od realizacji systemu odpowiedzialności kontraktowej gospodarstw wiejskich oraz powstawania przedsiębiorstw gminnych i wiejskich do walki z ubóstwem i wdrażania strategii rewitalizacji wsi; od tworzenia specjalnych stref ekonomicznych do przystąpienia do WTO i wspólnej budowy „Pasa i Szlaku”; od przyciągania inwestycji i talentów do wychodzenia w stronę świata; od tradycyjnego systemu gospodarki planowanej do bezprecedensowego socjalistycznego systemu gospodarki rynkowej oraz do decydującej roli rynku w alokacji zasobów i lepszym wykorzystaniu roli rządu; od skupienia się na reformach systemu gospodarczego do kompleksowego pogłębiania reform w różnych dziedzinach. KPCh nieustannie przełamuje bariery systemowe, które utrudniają rozwój oraz wyzwala i rozwija społeczne siły wytwórcze. Reformy i otwarcie stanowiły ogromną rewolucję dla narodu chińskiego i jego historii, to właśnie ta rewolucja przyczyniła się do wielkiego rozkwitu socjalizmu z chińską charakterystyką!
Wielki rozkwit
Przez ponad 40 lat gospodarka chińska rozwinęła się gwałtownie – Chiny z państwa biednego i zamkniętego zmieniły się w mocarstwo otwarte, posiadające globalną gospodarkę. PKB Chin wzrósł z 149,5 mld USD do ponad 15 bln USD, a PKB na mieszkańca wzrósł ze 156 USD do 11 000 USD. Dziś Chiny stały się już drugą, co do wielkości, gospodarką świata, największym krajem przemysłowym, największym sprzedawcą towarów i największym krajem rezerw walutowych, a ich możliwości w zakresie innowacji technologicznych stale przyciągają uwagę całego świata. Chiny stały się jednym z liderów czwartej rewolucji przemysłowej. Życie codzienne Chińczyków przeszło niewyobrażalne zmiany, zrealizowano historyczny skok gospodarczy – od niedostatecznej ilości żywności i odzieży do całkowitego urzeczywistnienia idei społeczeństwa umiarkowanego dobrobytu. 770 mln ubogich mieszkańców wsi wyszło z biedy. Liczba ta stanowi ponad 70 proc. osób, które wyszły z ubóstwa na całym świecie w tym samym okresie. Średnia długość życia mieszkańców wzrosła z 66 do 77 lat, powstała największa na świecie grupa o średnich dochodach – licząca ponad 400 mln osób, a poczucie szczęścia, bezpieczeństwa i spełnienia Chińczyków znacznie wzrosło.
Chiński poeta z dynastii Song nakreślając górę Hua łączącą ze sobą niebo i ziemię pisał, iż będąc na jej szczycie, czerwone słońce wydaje się bliskie, a gdy odwrócić głowę chmury pozostają nisko. Czterdzieści lat jest dla biegu historii niczym mrugnięcie oka, ale trud podczas podążania chińską drogą budowy socjalizmu zostawił wyraźny ślad na jej kartach. Ponad czterdziestoletnie osiągnięcia rozwojowe nie spadły z nieba, nie były też wynikiem działań charytatywnych, ani darem od innych. Zamiast tego KPCh z jej pierwotnymi intencjami i misją „poszukiwania szczęścia dla Chińczyków i dążenia do renesansu narodu chińskiego ” zawsze wychodziła w czołówce trendów tamtych czasów oraz prowadziła wszystkich Chińczyków do przezwyciężania trudności i pokonywania ich krok po kroku. Chiny utrzymują połączenie systemu socjalistycznego ze specyficznymi warunkami narodowymi. Skutecznie zbadały już ścieżkę reform i otwarcia, która odpowiada chińskiej charakterystyce i rozwojowi własnemu tego państwa. To Chiny stworzyły warunki dla rzadkiego w świecie cudu szybkiego rozwoju gospodarczego i długoterminowej stabilności społecznej. Wielka, chińska realizacja reform i otwarcia w wymowny sposób dowiodła, że ścieżka socjalizmu o chińskiej charakterystyce jest w pełni dostosowana do warunków narodowych Chin i jest drogą, która prowadzi Chiny do dobrobytu i zyskania sił!
Reformy i otwarcie nie tylko głęboko zmieniły Chiny, ale także wywarły głęboki wpływ na cały świat. Rozwój Chin przynosi korzyści nie tylko ich własnym obywatelom, ale również zapewnia rzadko nadążające się okazje osiągnięcia dobrobytu i postępu dla wszystkich innych krajów na świecie. Udział gospodarki Chin w gospodarce światowej wzrósł z 1,8 proc. na początku reform i otwarcia do 17 proc.. Przez wiele lat wkład chiński w światowy wzrost gospodarczy wynosił ponad 30 proc. wartości całego wzrostu i stał się jego stabilizatorem i motorem. Chiny będą niezachwianie podążać ścieżką pokojowego rozwoju, realizować strategię otwarcia korzystną dla stron. Będą architektem pokoju na świecie, współtwórcą globalnego rozwoju, obrońcą porządku międzynarodowego i dostawcą międzynarodowych dóbr publicznych. Będą także promować budowanie nowego rodzaju stosunków międzynarodowych i wspólnego losu dla ludzkości, charakteryzującego się wzajemnym szacunkiem, uczciwością, sprawiedliwością i współpracą, z której wszyscy czerpią korzyści, jak również będą budować świat trwałego pokoju, powszechnego bezpieczeństwa, wspólnego dobrobytu, otwartości, tolerancji, i czystego piękna.
Historia stoi po stronie ludzi stanowczych, odważnych i walecznych. Obecnie Chiny i Polska znajdują się na kluczowym etapie – rozwoju „przekształceń”. Plany strategiczne obu stron są niezwykle zbieżne. Podążajmy za trendami rozwojowymi naszych czasów, wykorzystajmy szerzej cenne możliwości pogłębiających się reform w Chinach Nowej Ery i nadajmy nowe znaczenia współpracy bilateralnej. Niech „chiński smok” i „polski orzeł” współpracują, aby osiągnąć sukcesy i wspólnie tworzyć lepsze jutro dla stosunków chińsko-polskich.

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. V)

Komuna Paryska – pierwsza w dziejach rewolucyjna władza proletariatu – działała od 18 marca do 28 maja 1871 r. Jej punktem wyjściowym było proklamowanie 4 września 1870 r. III Republiki Francuskiej. Stało się tak na skutek spontanicznego wystąpienia ludu Paryża na wieść o klęsce cesarza Napoleona III pod Sedanem i poddaniu się go wraz z armią, w której przebywał do pruskiej niewoli. Cały Paryż wówczas wołał: „Będziemy się bronili, wypędzimy wroga”.

Republikę wywalczył lud Paryża godząc się na rządy burżuazyjnych republikanów „tylko pod tym wyraźnym warunkiem – jak to skonstatował Karol Marks – aby władza ta służyła jedynie i wyłącznie celom obrony narodowej. Lecz bronić Paryża – cytuję dalej Marksa – znaczyło uzbroić jego klasę robotniczą, zamienić ją w rzeczywistą siłę bojową i wyćwiczyć jej szeregi bezpośrednio w ogniu walki. Paryż zaś pod bronią oznaczał rewolucję pod bronią. Zwycięstwo Paryża nad pruskimi najeźdźcami byłoby zwycięstwem robotnika francuskiego nad francuskim kapitalistą i jego pasożytami państwowymi. W tej rozterce pomiędzy obowiązkiem narodowym a interesem klasowym rząd obrony narodowej nie wahał się ani chwili – stał się rządem zdrady narodowej. Pierwszym jego czynem było wysłanie Thiersa na wędrówkę po wszystkich dworach Europy, aby tam wyżebrał pośrednictwo ofiarując ze swej strony wymianę republiki na króla”.


Zaprezentowana powyżej ocena Marksa jest trafna, ale podejrzewam, że dla współczesnego czytelnika zbyt ogólnikowa, przez co może być niewłaściwie zrozumiana. Pozwolę zatem sobie ją nieco ukonkretnić, rozbudować, a dalszy jej ciąg trochę przeredagować:
Robotnicy francuscy stanowili potencjalne zagrożenie dla panowania burżuazji, ale większość z nich pragnęła przede wszystkim pokoju umożliwiającego godne warunki egzystencji. Taką nadzieję pokładali w Republice, wywalczonej 4 września 1870 r. Tego dnia paryska sekcja Międzynarodówki i Federacja Izb Robotniczych wysłały „nowe orędzie do robotników niemieckich zaklinając ich, aby powstrzymali się od udziału w tej bratobójczej walce. Spełniwszy obowiązek braterstwa – cytuję relację Lissagaraya – robotnicy francuscy oddali się całkowicie sprawie obrony domagając się od rządu, aby ją zorganizował”. Wieczorem tego dnia delegaci Izb Robotniczych i Międzynarodówki przybyli do paryskiego Ratusza. W głównej siedzibie władz Republiki najpierw przyjął ich Jules Ferry (trzy miesiące później objął stanowisko mera Paryża; sprawował je od 15 listopada 1870 do 5 czerwca 1871) zaświadczając słowem honoru, że „rząd pod żadnym pozorem nie będzie prowadził rokowań o pokój”. Następnie delegaci spotkali się z ministrem spraw wewnętrznych Léonem Gambettą, który bardzo życzliwie ich potraktował i udzielił odpowiedzi na wszystkie pytania.
Był to jeden z nielicznych członków Rządu Obrony Narodowej, dla którego obrona ojczyzny była rzeczywiście celem najwyższym. Dlatego gotowy był współdziałać z wszystkimi odłamami francuskiego społeczeństwa. Dał temu wyraz kilka godzin wcześniej. Podczas gdy ogromny tłum przed Ratuszem skandował hasło ‚Niech żyje Republika!”, Gambetta wyszedł naprzeciw i krzyknął: „Mylicie się, trzeba nam jedności, nie rewolucji”. Jednak to właśnie on, spośród wszystkich członków rządu, wykazywał największe zaangażowanie w organizowaniu obrony Republiki przed wojskami pruskimi.
Wielu członków rządu, już na pierwszym spotkaniu w swoim gronie, wyrażało brak wiary w możliwość zwycięstwa. Minister finansów Ernest Picard oświadczył: „Będziemy się bronili, aby ocalić honor, lecz wszelka nadzieja jest złudna”, a Adolf Crémieux z ministerstwa sprawiedliwości powiedział: „Prusacy wejdą do Paryża jak nóż w masło”.
Zdecydowanie sprzeczna z oczekiwaniami ludu paryskiego była postawa szefa Rządu Obrony Narodowej (sic!) jednocześnie gubernatora wojskowego Paryża generała Louisa Julesa Trochu. Cztery miesiące po rozpoczęciu oblężenia stolicy Francji przez armię pruską wygłosił w obecności członków rządu i merów Paryża następujące oświadczenie: „Pierwsze pytanie, które mi postawili moi koledzy jeszcze tegoż wieczora 4 września, było następujące: czy są jakiekolwiek widoki na to, aby Paryż wytrzymał pomyślnie oblężenie przez armię pruską? Nie wahałem się odpowiedzieć przecząco. Kilku spośród obecnych tu moich kolegów potwierdzi prawdę mych słów i moje niezmienne obstawanie przy powyższej opinii. Powiedziałem im tymi samymi słowami co i teraz, że przy danym stanie rzeczy próba obrony Paryża przed oblegającą pruską armię jest szaleństwem. Bez wątpienia – dodałem przy tym – bohaterskim szaleństwem. Wypadki nie zadały kłamu moim przewidywaniom.
Wypadki rzeczywiście nie zadały kłamu przewidywaniom generała Trochu, ale jakoś dziwnie nie zauważył, że w bardzo dużym stopniu on sam te wypadki wykreował. Jego czteromiesięczne dowodzenie obroną Paryża „w rzeczywistości polegało – zauważają autorzy VI tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – na ograniczeniu się do biernego oporu, aby oblężenie i głód skłoniły lud do spokojnego przyjęcia kapitulacji. W tym celu m.in pozwalał od czasu do czasu na źle przygotowane wypady, z góry skazane na niepowodzenie”.(…) Generał Trochu „postanowił, że co pewien czas należy członkom gwardii narodowej puszczać krew, aby zabić w nich nadzieję zwycięstwa.”
Wszystko wskazywało, że Rząd Obrony Narodowej, na czele którego stał generał Trochu, w praktyce grał na zwłokę, lawirował, by tymczasem wykruszyła się wola mas ludowych do walki. Natomiast oficjalnie mydlił im oczy szumnymi oświadczeniami, że pragnie prowadzić wojnę z wojskami pruskimi aż do zwycięskiego końca, jak np. „Trochu, gubernator Paryża nigdy nie skapituluje”. 6 września – czyli dwa dni po proklamowaniu Republiki – minister spraw zagranicznych Jules Favre, wysłał do przedstawicieli dyplomatycznych za granicą okólnik z deklaracją że „rząd spełni do końca swój obowiązek” i nie odda Prusakom „ani jednej piędzi ziemi, ani jednego kamienia fortec francuskich”.
Jednakże w bardzo krótki czas po tym buńczucznym oświadczeniu Jules Favre udał się do Bismarcka, by dowiedzieć się, jakie są jego warunki pokoju. Uczynił to – jak to później sam opisał w swoim sprawozdaniu – „z własnej inicjatywy, nie zawiadamiając o tym swoich, kolegów”. Zaznaczając przy tym, że podczas spotkania „łzy nie pozwalały mu mówić”. „Nie uronił ani jednej łzy, mimo że bardzo pragnął popłakać – skomentował to później sekretarz Bismarcka, jeżeli można mu wierzyć.
Główny motyw postępowania większości członków Rządu Obrony Narodowej (sic!) Jules Favre wyjawił w liście do Gambety stwierdzając, że „broniono się nie przed pruskimi żołnierzami, lecz przed paryskimi robotnikami”. Warto nadmienić, że robotnicy paryscy stanowili poważną siłę: 450 tysięcy w 1,8 mln ludności. Gwoli ścisłości trzeba jednak przyznać, że w rządzie tym były też osoby pragnące udziału mas ludowych w walce z wojskami pruskimi.


Etienne Arago burmistrz Paryża (4 września – 15 listopada) zapowiadał, że w najbliższym czasie odbędą się wybory i mówił o przywróceniu wielkich dni 1792 roku. tj. czasu wzrostu wpływów lewicy (jakobinów), którzy opierali się na komunie (tak wówczas nazywano radę miejską i radę gminną) Paryża i czasu wielkich zwycięstw militarnych Rewolucji. Z takim samym poglądem występował Léon Gambetta. „Potrzeba nam – pisał – poparcia i pomocy ciał wybranych bezpośrednio w głosowaniu powszechnym”.


Rząd Obrony Narodowej – mimo sceptycyzmu swego szefa generała Trochu – zadeklarowała razem z nim („Trochu, gubernator Paryża nigdy nie skapituluje”) organizację oporu jako swe naczelne zadanie. Jednocześnie przygotowywał się do jak najszybszego zawarcia pokoju z Prusami. Po nieudanych próbach nakłonienia do pomocy w mediacjach ambasadora amerykańskiego w Paryżu i następnie angielskiego, rząd wysłał 12 września Adolfa Thiersa do Londynu, Petersburga i Wiednia. Trzeba jednak zauważyć, że wówczas nie był on jeszcze członkiem rządu, tylko jego wysłannikiem. Domyślam, że gdyby jego misja miała bardziej oficjalny charakter spotkałaby się z dezaprobatą większości paryżan, tym bardziej gdyby się dowiedzieli, że Rząd Obrony Narodowej gotowy jest za cenę uzyskania pokoju zrzec się dopiero co wywalczonego ustroju republikańskiego i przywrócić monarchię we Francji; na „wymianę- jak to napisał Marks – republiki na króla”. Niezależnie od tego wyprawa misyjna Thiersa ujawniła, że Francja może tylko liczyć na własne siły..


Przez długi czas sytuacja oblężonego Paryża bynajmniej nie była beznadziejna. W mieście znajdowało się ok. 100 tys. żołnierzy i 200 tys. członków gwardii narodowej, których po uzbrojeniu i przeszkoleniu można było przekształcić w pokaźną siłę bojową”. Oblegające Paryż wojska pruskie były nie tylko liczebnie słabsze od sił francuskich, ale brakowało im też ciężkiej artylerii do rozbijania potężnych fortów i ulokowanych tam dział. Ściągnięcie ciężkich kalibrów – zdaniem znawcy tematu Eligiusza Kozłowskiego – wymagało około trzech miesięcy, toteż oblegający musieli ograniczyć swoją działalność bojową pod miastem (w pierwszej fazie oblężenia) do likwidowania wypadów przełamujących oraz prób odsieczy z zewnątrz. Prusakom też we znaki dawały się oddziały partyzanckie tzw. Franc-tir-reurs (wolni strzelcy). W odwecie za działalność tych ostatnich Prusacy po raz pierwszy wprowadzili zasadę odpowiedzialności zbiorowej.
Nie można było w tamtym czasie jeszcze uważać klęski Francuzów za przesądzoną, skoro na wschodzie w pobliżu granicy francusko-pruskiej, w twierdzy Metz broniło się jeszcze 170 tys. żołnierzy pod dowództwem marszałka Francji Achille François Bazaine. (naczelnego wodza armii francuskiej). Zdolne do kontynuowania walki były też, znajdujące się na północ od Paryża, dwa korpusy wojsk francuskich pod Arras jeden korpus Rouen (70 tys.). Przy granicy szwajcarskiej formował się korpus XXVI, a w rejonie Dôle – Dijon włoski rewolucjonista Giuseppe Garibaldi dowodził ochotniczą Armią Wogezów, która ani razu nie doznała porażki od Prusaków.


W celu zorganizowania pomocy wojskowej dla Paryża i obrony nie zajętych jeszcze przez Prusy terenów 6 października wyleciał balonem z oblężonego Paryża minister spraw wewnętrznych w rządzie gen. Trochu, Leon Gambetta.
„W Paryżu na Ratuszu – wg relacji Lissagaraya – cieszono się z jego wyjazdu. Wszyscy byli tam tak dalece przekonani, że nie uda mu się niczego dokonać, iż nikt z rządu, ani generał Trochu, ani generał Le Flô, słowem nawet nie wspomniał o jakiejkolwiek operacji wojskowej. Gambetta zaś miał swoje własne plany. Nie chciał wierzyć w śmierć narodu. Na chwilę tylko uległ rozpaczy, gdy zastał prowincję bez żołnierzy, bez oficerów, bez broni, bez amunicji, bez ekwipunku, bez zaopatrzenia, bez pieniędzy. Rychło się jednak otrząsł, zrozumiał bowiem, że środki są ogromne, a ludzi nieprzebrane mnóstwo: Bourges, Brest, Lorient, Rochefort, Tulon miały służyć jako arsenały; do usług były Lille, Nantes, Bordeaux, Tuluza, Marsylia, Lyon ze swymi fabrykami; morza były wolne, sił było stokroć więcej niż w roku 1793, kiedy staczano równocześnie walki z zagranicą i z Wandeą; wielki ośrodki ogarnął patriotyczny zapał; Rady Miejskie i Rady Generalne nakładały na siebie podatki, głosowały za pożyczkami; po wsiach ani jednego szuana (bojowników reakcyjnych ruchów chłopskich – przyp. LF).
Na wspaniały apel Gambetty Francja odpowiedziała takim samym entuzjazmem, jak Paryż w dniu 14 września (Tego dnia w Paryżu – pisałem o tym w poprzednim odcinku niniejszego cyklu – prezydent III Republiki generał Trochu zachwycił się, widokiem „trzystu batalionów zorganizowanych i uzbrojonych, otoczonych przez cały lud paryski, który wołał o obronę stolicy”. Reakcjoniści znów pochowali się do nor. Gambetta zdobył duszę kraju; mógł dokonać wszystkiego”.

Azerbejdżan i Polska razem od 550 lat

W przyszłym roku minie 550. rocznica nawiązania stosunków między Azerbejdżanem a Polską. W 1472 r. władca Akkojunlu Azerbejdżanu, Uzun Hasan, skierował list do króla Polski Kazimierza Jagiellończyka IV, a korespondencja między dwoma władcami państw trwała do 1477 roku. Z tego powodu rok 1472 jest uważany za początek historycznych stosunków polsko-azerbejdżańskich – mówi Nargiz Gurbanova Ambasador Azerbejdżanu w Polsce w rozmowie z Małgorzatą Kolbaczewską-Figat.

Jakie są najpoważniejsze wyzwania, przed którymi stoi dziś Republika Azerbejdżanu? Jak pandemia wpłynęła na życie kraju?
Jak wiadomo, negatywne konsekwencje pandemii COVID-19 są odczuwalne na całym świecie. Rząd Azerbejdżanu opracował i nadal opracowuje aktualne i skuteczne środki zapobiegające rozprzestrzenianiu się zakażenia koronawirusem i rekompensujące szkody dla gospodarki oraz sytuacji społecznej ludzi. W centrum tych projektów stoi człowiek, jego dobrobyt i ochrona socjalna. Z rozporządzenia Prezydenta Republiki Azerbejdżanu w naszym kraju został utworzony Fundusz Wsparcia Walki Koronawirus. Do tej pory w ramach funduszu zgromadzono już 66,4 miliona dolarów. Ponadto przeznaczono ponad 1,5 miliarda dolarów na utrzymanie stabilności makroekonomicznej i finansowej, złagodzenie problemów bezrobocia związanych z COVID-19 i wspieranie przedsiębiorczości. Wynagrodzenia pracowników służby zdrowia w państwowych placówkach medycznych i szpitalach leczących COVID-19 wzrosły 3-5-krotnie. Rząd przeznaczył 23,5 mln USD na opłacenie czesnego 17 000 studentów z rodzin znajdujących się w trudnej sytuacji. Azerbejdżan, jako kluczowe centrum tranzytowe i logistyczne między Turcją a Azją Środkową, podjął dodatkowe środki w celu ułatwienia tranzytu towarów. Pomimo negatywnego wpływu pandemii w 2020 r. przez Azerbejdżan przetransportowano ze Wschodu ponad 2450000 ton towarów, co wskazuje na wzrost o 62,4 proc. w porównaniu z rokiem 2019.
W czasie, gdy świat walczy tylko z pandemią, Azerbejdżan prowadził także 44-dniową wojnę i odniósł wielkie zwycięstwo. Nawet w tak ciężkiej sytuacji rząd Azerbejdżanu skupiał uwagę na sytuacji epidemiologicznej i zadbał o nasz naród. W celu ochrony zdrowia mieszkańców rząd Azerbejdżanu 18 stycznia 2021 r. jako pierwszy rozpoczął pierwszą akcję szczepień na Kaukazie Południowym.
Azerbejdżan, który ugruntował swoją pozycję odpowiedzialnego i wiarygodnego partnera na arenie międzynarodowej, również przyczynił się do międzynarodowych wysiłków na rzecz zwalczania pandemii COVID-19. W tym celu Azerbejdżan przekazał 10 milionów USD dobrowolnej pomocy finansowej Światowej Organizacji Zdrowia, a także zapewnił pomoc humanitarną i materialną ISESCO, Agencji Narodów Zjednoczonych Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA) oraz ponad 30 krajom. To nie przypadek, że Światowa Organizacja Zdrowia nazwała Azerbejdżan wzorowym krajem w walce z pandemią.. Na szczycie Grupy Kontaktowej Ruchu Państw Niezaangażowanych poświęconym tematyce zwalczania koronawirusa, który odbył się 4 maja 2020 r. z inicjatywy Prezydenta Republiki Azerbejdżanu Ilhama Alijewa, Prezydent Azerbejdżanu wystąpił z propozycją zorganizowanie specjalnej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ na poziomie szefów państw i rządów, poświęconej walce z koronawirusem. Inicjatywę poparło ponad 150 państw członkowskich ONZ, a w dniach 3-4 grudnia 2020 r. odbyła się sesja specjalna na wysokim szczeblu, poświęcona wspomnianej tematyce. Dnia 23 marca 2021 r. w ramach 46. sesji Rady Praw Człowieka ONZ, z inicjatywy Azerbejdżanu, jako przewodniczącego Ruchu Państw Niezaangażowanych, przyjęto rezolucję pt. „Zapewnienie równego, przystępnego, terminowego i powszechnego dostępu do szczepionek na COVID-19 ”.
Podczas pandemii Azerbejdżan i Polska udzielały sobie wzajemnej pomocy humanitarnej w walce z COVID-19.
Jakie będą konsekwencje wojny w Górskim Karabachu zarówno dla Azerbejdżanu jak i ogólnie pod kątem stosunków międzynarodowych w regionie? Co dzieje się dzisiaj na terenach, które wróciły pod kontrolę Azerbejdżanu? Czy jest szansa na osiągnięcie ostatecznych decyzji poprzez rozwiązanie pokojowe w sprawie Karabachu i poprawę stosunków między Azerbejdżanem a Armenią?
Jak państwo wiedzą, trójstronne oświadczenie podpisane 10 listopada 2020 r. przez przywódców Azerbejdżanu, Armenii i Rosji zakończyło trwający od trzech dekad konflikt zbrojny między Armenią a Azerbejdżanem oraz okupację terytoriów Azerbejdżanu. Deklaracja raz jeszcze potwierdziła międzynarodowy, międzypaństwowy charakter ormiańsko-azerbejdżańskiego konfliktu Górskiego Karabachu. Azerbejdżan samodzielnie wdrożył 4 rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ przyjęte w 1993 r. i w tym zakresie, kierując się artykułem 51 Karty Narodów Zjednoczonych, indywidualnie wypełnił wymogi owych rezolucji. 132-kilometrowy odcinek naszej granicy państwowej z Iranem został wyzwolony spod okupacji i utworzono tam posterunki graniczne. Tymsamym położono kres wieloletniej transgranicznej przestępczości zorganizowanej w tym kierunku przez Armenię. Wyzwolone terytoria zostały uwolnione oswobodzone z nielegalnej działalności gospodarczej, z przestępczych grup (obozy szkoleniowe dla terrorystów, uprawa i przemyt narkotyków) i osadnictwa (ormianizacja tych terenów poprzez umieszczenie na tych terenach rodzin ormiańskich z Syrii, Libanu oraz innych krajów Bliskiego Wschodu).
Oświadczenie trójstronne zawiera ważne postanowienie dotyczące powrotu przesiedleńców wewnętrznych (IDP) i uchodźców do ich domów pod nadzorem Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców. Przewiduje również usunięcie przeszkód dla wszystkich powiązań gospodarczych i transportowych w regionie oraz gwarantuje bezpieczny przepływ osób, pojazdów i ładunków między Armenią a Azerbejdżanem w obu kierunkach, w tym połączenie między Azerbejdżanem a jego Autonomiczną Republiką Nachiczewanu. Obecnie utworzona została podstawa idei wymiany korytarzy i pojawiły się możliwości dla krajów regionu skorzystania z trwających projektów łączności regionalnej zainicjowanych przez Azerbejdżan, w tym kluczowych strategicznych komponentów magistrali, transregionalnych projektów infrastrukturalnych o modułowych możliwościach wzdłuż osi Wschód-Zachód i Północ-Południe. Krótko mówiąc, w regionie stworzyła się nowa rzeczywistość i pojawiły się sprzyjające warunki dla zapewnienia długooczekiwanego pokoju i stabilności.
Muszę z żalem odnotować, że na terenach wyzwolonych prawie wszystko, łącznie z budynkami mieszkalnymi, administracyjnymi, szkołami i szpitalami, zostało zniszczone przez ormiańskie siły zbrojne. Skala zniszczeń i wandalizmu na niedawno wyzwolonych terytoriach jest szokująca i bezprecedensowa. Z wyjątkiem obszarów zamieszkanych przez nielegalnych osadników ormiańskich, większość wyzwolonych terytoriów została dosłownie zamieniona w krainę duchów, ponieważ cała infrastruktura cywilna i prywatne domy, a także miejsca kulturowe i religijne, które istniały tam przed okupacją, zostały zrównane z ziemią. Celowe zniszczenie i umyślne zaniedbanie 1891 zasobów kulturowych, obejmujących 738 pomników, 28 muzeów z ponad 83 500 eksponatami, 4 galerie obrazów, 14 kompleksów memorialnych i 1107 placówek kulturalnych, doprowadziło do wielkich strat kulturowych Azerbejdżanu. Oprócz wymienionych w czasie okupacji zniszczono 67 meczetów i ponad 192 muzułmańskich i chrześcijańskich świątyń.
Podpisując porozumienie trójstronne wkroczyliśmy w nowy etap pokonfliktowy – etap odbudowy i rehabilitacji, etap przywracania pokojowego współistnienia. Pojawiają się nowe możliwości rozwoju i współpracy. Azerbejdżan jest zdecydowany ponownie zintegrować swoich obywateli pochodzenia ormiańskiego, zamieszkałych na terytorium regionu Górskiego Karabachu Republiki Azerbejdżanu, w swojej przestrzeni politycznej, społecznej i gospodarczej, gwarantując te same prawa i wolności wszystkim obywatelom Azerbejdżanu niezależnie od ich przynależności etnicznej i religijnej na równych i niedyskryminujących zasadach. Konstytucja Republiki Azerbejdżanu zapewnia solidne ramy prawne w tym zakresie. Pokojowe współistnienie mieszkańców Azerbejdżanu i Armenii na terytoriach dotkniętych konfliktem, oparte na wzajemnym poszanowaniu bezpieczeństwa, tożsamości etnicznej i religijnej w ramach suwerenności i integralności terytorialnej Azerbejdżanu, musi być i zostanie ostatecznie zapewnione.
Obecnie najważniejszą kwestią stojącą przed naszą republiką jest zapewnienie trwałego osiedlenia się naszych obywateli na terenach wyzwolonych w oparciu o strategię „Wielkiego Powrotu” oraz integracja tych terenów z systemem gospodarczym kraju. W tym zakresie zaplanowana budowa międzynarodowego korytarza transportowo-logistycznego w regionie da istotny impuls do zwiększenia dostępu do światowych rynków i ożywienia życia na zdewastowanych ziemiach.
Obecnie już rozpoczęła się realizacja procesu odbudowy, zarządzanego z jednego centrum. Budżet państwa na 2021 r. zapewnia również wsparcie finansowe na odbudowę i restaurację wyzwolonych z okupacji ziem. Według wstępnych danych na odbudowę i restaurację wyzwolonych terytoriów, stworzenie infrastruktury społeczno-gospodarczej, energetycznej, użyteczności publicznej, transportowej, zapewnienie warunków życia i pracy dla naszych obywateli powracających do swoich rodzimych ziem, zostanie przeznaczony 1 miliard euro. Obecnie w Karabachu budowane jest międzynarodowe lotnisko, autostrady i linie kolejowe. W celu stworzenia strefy „zielonej energii” na wyzwolonych obszarach w niektórych miejscach jako projekty pilotażowe będą stosowane koncepcje „inteligentnego miasta” i „inteligentnej wioski”. Zaopatrzenie w wodę 100 000 hektarów dotychczas nienawadnianych terenów zapewni na wyzwolonych ziemiach szybki rozwój produkcji i hodowli roślinnej, owocowej i zwierzęcej.
Azerbejdżan jako kraj wielokulturowy zapewni na wyzwolonych terenach odbudowę nie tylko muzułmańskich zabytków, ale także zabytków chrześcijańskich oraz należących do innych religii (chrześcijaństwo w Azerbejdżanie zaczęło rozpowszechniać się w czasach uczniów Jezusa Chrystusa, a jego apostołowie zaczęli przybywać do starożytnego azerbejdżańskiego państwa Albanii Kaukaskiej. Rozprzestrzenianie się chrześcijaństwa na tych terenach wiąże się z imionami apostołów Bartłomieja i Tadeusza, a także uczniów Tadeusza – Elizeusza i Mara. W wyniku działalności Elizeusza we wsi Kisz w regionie Szeki w Azerbejdżanie powstał pierwszy chrześcijański kościół na Kaukazie, zwany „Matką Kościołów Wschodnich”. Później wspólnoty chrześcijańskie pojawiły się w innych częściach Albanii Kaukaskiej i tak powstał albański kościół apostolski. Kościół ten niegdyś zajmował pozycyję decyzyjną na ziemiach Azerbejdżanu, a w 313 roku albański kościół apostolski został podniesiony do rangi kościoła oficjalnego poprzez proklamowanie chrześcijaństwa jako religii państwowej przez albańskiego cara Urnajra).
Kształtowanie się nowych realiów powoduje konieczność ustanowienia nowego formatu współpracy międzynarodowej w regionie. Obok inwestycji państwowych, inwestycje krajowe i zagraniczne także angażują się w odbudowę infrastruktury społecznej i zapewnienia zatrudnienia na wyzwolonych terenach. Prowadzona jest polityka zachęcania przyjaznych krajów, w tym strategicznych krajów partnerskich, takich jak Polska, do wielkiej twórczej pracy. W ostatnich czasach rozpoczął się proces budowy autostrad i linii kolejowych, wspólna realizacja projektów infrastrukturalnych przez firmy wielu zaprzyjaźnionych krajów oraz prywatne instytucje naszego kraju.
Jeśli chodzi o poprawę relacji między Azerbejdżanem a Armenią, to muszę powiedzieć, że normalizacja stosunków będzie bardziej zależała od polityki rządu Armenii. Prezydent Azerbejdżanu wzywał do powstrzymania się od marzeń, wielokrotnie ostrzegając siły w Armenii, które nie chcą pogodzić się z klęską, wzywając Ormian do zemsty, wojny i rewanszu. Jednak strona ormiańska nadal podejmuje kroki, które służą niestabilności w regionie. Wiadomo, że personel armeńskich sił zbrojnych jest potajemnie wysyłany na terytorium Azerbejdżanu w cywilnych ubraniach i pojazdach cywilnych przez „korytarz Lachin” w celu uniknięcia tu kontroli rosyjskich sił pokojowych. Nie mogą być zapomniane takie fakty jak masowe zaminowanie przez Armenię wyzwolonych azerbejdżańskich terenów, odmowa władz Armenii udostępniania informacji o polach minowych w celu zapewnienia bezpieczeństwa regionu, jak również zaginięcie bez wieści 3890 obywateli Azerbejdżanu podczas pierwszej wojny karabaskiej.
Chciałbym również zacytować Prezydenta Republiki Azerbejdżanu, Ilhama Alijewa: „Nasze stosunki z krajami sąsiednimi są dla nas priorytetem. Relacje te opierają się na bardzo zdrowych podstawach. Zbudowaliśmy tę politykę na zasadach przyjaźni i dobrego sąsiedztwa. Stosunki Azerbejdżanu z sąsiednimi krajami noszą charakter strategiczny. Mieszkamy w tym samym regionie, jesteśmy sąsiadami, i to sąsiedztwo będzie trwać wiecznie”. Moim zdaniem powyższe poglądy Prezydenta Azerbejdżanu jasno opisują pokojowo nastawioną politykę i stanowisko Azerbejdżanu. W tym względzie bardziej perspektywiczną decyzją dla Armenii byłby wybór rzetelnej i wzajemnie korzystnej współpracy z krajami sąsiednimi w celu zabezpieczenia swoich interesów jako normalnego i niezależnego państwa, zamiast roszczeń terytorialnych wobec sąsiadów. Ideologie nacjonalistyczno-faszystowskie, takie jak „MIATSUM”, „WIELKA ARMENIA”, „TSECHAKRON”, „ARMENIZM” zwiastują Armenii tylko krzywdę. Zbawienie Armenii będzie zależało od przejścia od izolacji do współistnienia i integracji, od samostanowienia do tolerancji.
W Azerbejdżanie, zwłaszcza w Baku, jest wiele miejsc związanych z Polakami, którzy przyczynili się do rozwoju lokalnego przemysłu w XIX wieku. Czy tę historię pamiętają w Azerbejdżanie? Jak postrzegani są Polacy i Polska w Państwa kraju?

Proponuję, abyśmy spojrzeli na tę kwestię ogólnie w kontekście historycznym relacji azerbejdżańsko-polskich. W przyszłym roku minie 550. rocznica nawiązania stosunków między Azerbejdżanem a Polską. W 1472 r. władca Akkojunlu Azerbejdżanu, Uzun Hasan, skierował list do króla Polski Kazimierza Jagiellończyka IV, a korespondencja między dwoma władcami państw trwała do 1477 roku. Z tego powodu rok 1472 jest uważany za początek historycznych stosunków polsko-azerbejdżańskich. Z historii wiadomo, że w 1680 r. polscy jezuici przybyli do azerbejdżańskiego miasta Gandża, gdzie utworzyli misję i prowadzili swoją działalność.
Kolejne przybycie Polaków do Azerbejdżanu sięga XIX i początku XX wieku, okresu carskiej Rosji. W tym czasie, gdy Polska i Azerbejdżan wchodziły w skład carskiej Rosji, do Azerbejdżanu przybyło wielu Polaków, a wśród nich byli wybitni architekci, inżynierowie, wojskowi i mężowie stanu, którzy odegrali wyjątkową rolę w życiu społecznym, politycznym i kulturalnym Azerbejdżanu.
Kościoły katolickie zbudowane były najpierw w azerbejdżańskich miastach Gusar i Zagatala, a następnie w 1908 r. pod kierunkiem polskiego architekta Józefa Płoszko, Kościól Najświętszej Marii Panny w Baku przez katolickich Polaków, których liczba w drugiej połowie XIX wieku w Azerbejdżanie wynosiła ponad 12 000 osób.
Zbudowane w Baku zabytki architektury, takie jak obecny gmach Ratusza Miasta Baku (Bakijska Rada), budynek Prezydium Narodowej Akademii Nauk Republiki Azerbejdżanu (Ismayilliye), budynek Saadet Sarayi, budynki Teatru Lalek, Muzeum Historii (dom H. Z. Tagijewa), Muzułmańskiego Gimnazjum Dziewcząt, Prokuratury Generalnej Republiki Azerbejdżanu, kościół Najświętszej Marii Panny związane są z nazwiskami wybitnych architektów tamtego okresu – Józefa Goslawskiego, Józefa Płoszko, Kazimierza Skórewicza, Eugeniusza Skibinskiego, Konstantego Borysoglebskiego. Podczas oficjalnej wizyty Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Andrzeja Dudy w Azerbejdżanie, która miała miejsce w dniu 30 maja 2019 r., jednej z centralnych ulic Baku nadano nazwę „Ulica Polskich Architektów”. Także przy udziale Prezydenta Republiki Azerbejdżanu Ilhama Alijew i Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Andrzeja Dudy odbyło się uroczyste otwarcie tablic upamiętniających polskich architektów.
Przełom XIX i XX wieku to okres rewolucji przemysłowej w Azerbejdżanie. W tym okresie w naszym kraju położono podwaliny przemysłu naftowego, a miasto Baku rozwijało się w szybkim tempie. Oczywiście wymagania kraju rozwijającego się rosną z dnia na dzień. Pojawiła się potrzeba budowy nowego systemu wodnego dla Baku, liczącego setki tysięcy mieszkańców. Tymczasem polski inżynier Stefan Skrzywan podejmuje się tego trudnego i odpowiedzialnego zadania i wraz z brytyjskim inżynierem Williamem Lindleyem budują wodociąg Szollar. Obecnie wodociąg ten zaopatruje w wodę dziesiątki tysięcy rodzin i gospodarstw w Baku.
Na szczególną uwagę zasługują nazwiska polskich inżynierów Witolda Zglenickiego oraz Pawła Potockiego, którzy odegrali bardzo istotną rolę w rozwoju przemysłu naftowego w Azerbejdżanie na przełomie XIX i XX wieku. Proces wydobywania ropy z dna Morza Kaspijskiego został opracowany na podstawie projektów inżyniera, geologa i wybitnego filantropa Witolda Zglenickiego. Projekt zasypania ziemią obszaru Bibiheybat, prowadzony przez geologa i inżyniera naftowego P. Potockiego, został pomyślnie zrealizowany, a następnie zaczęto wydobycie ropy natowej z tych terenów. Obecnie grób P. Potockiego znajduje się na terenie Morza Kaspijskiego Bibiheybat, wypełnionego pod jego kierunkiem i został odrestaurowany przez rząd Republiki Azerbejdżanu.
Bliska jest także naszemu narodowi pamięć Macieja Sulkiewicza, szefa Sztabu Generalnego Armii Narodowej Azerbejdżańskiej Republiki Demokratycznej, istniejącej w latach 1918-1920. W Parku Polinskiego, jednym z centralnych parków Warszawy, wzniesiono pomnik ku czci generała M.Sulkiewicza, który wniósł duży wkład w budowę armii azerbejdżańskiej, oraz pułkownika Veli bej Jedigara, dyplomowanego Wojska Polskiego i Armii Krajowej.
Tej historii naród azerbejdżański nie zapomina, wręcz jest ona wspominana w naszym kraju z wdzięcznością, tak samo jak Polacy wspominają z wielkim szacunkiem syna Azerbejdżanu Veli bey Jedigara, który walczył o niepodległość Polski.
Jakie są według Pani Ambasador najważniejsze możliwości rozwoju kontaktów i współpracy polsko-azerbejdżańskiej?
Jak wspomniałam powyżej, stosunki między Azerbejdżanem a Polską mają 550.letnią historię. Jednocześnie w przyszłym roku przypada 30. rocznica odnowienia polsko-azerbejdżańskich stosunków dyplomatycznych. Relacje między naszymi krajami zarówno w sferze politycznej, jak i gospodarczej czy kulturalnej są zbuowane na wysokim poziomie zaufania. Podpisana w 2017 r. przez Prezydenta Republiki Azerbejdżanu Ilhama Alijewa i Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Andrzeja Dudę „Wspólna deklaracja w sprawie mapy drogowej dotyczącej strategii partnerstwa i współpracy gospodarczej między Rzeczpospolitą Polską a Republiką Azerbejdżanu” podnosi stosunki między naszymi krajami do poziomu partnerstwa strategicznego.
Niestety światowa pandemia COVID-19, która rozpoczęła się w zeszłym roku, nie ominęła również naszych krajów. Wiele projektów i inicjatyw zaplanowanych w tym okresie zostało przesuniętych w czasie. Jednocześnie wierzę, że w warunkach realizacji masowych szczepień nasze kraje wkrótce powrócą do normalnych warunków życia, a wcześniej zaplanowane oraz nowe projekty zostaną ostatecznie zrealizowane w tym roku.
Jak Państwo wiedzą, podczas 44-dniowej wojny ojczyźnianej, która miała miejsce w zeszłym roku, Azerbejdżan położył kres okupacji swoich terytoriów przez Armenię na 30 lat i przywrócił swoją integralność terytorialną. Obecnie Azerbejdżan prowadzi działania związane z odbudową, restauracją i reintegracją na wyzwolonych terytoriach. Jednym z głównych zadań stojących dziś przed rządem Azerbejdżanu jest oczyszczenie tych terenów z min i odbudowanie ich przy użyciu nowych technologii, aby zapewnić możliwość powrotu i bezpieczne życie przesiedleńcom, którzy przez 30 lat nie mogli wrócić do swoich domów. W tym zakresie Azerbejdżan jest otwarty na ewentualne propozycje krajów partnerskich, w tym przyjaznej Polski i polskiego środowiska biznesowego.
Przywrócenie integralności terytorialnej Azerbejdżanu stworzyło również nową sytuację społeczną, gospodarczą i geopolityczną w regionie. Wspólna deklaracja podpisana przez prezydentów Azerbejdżanu, Rosji i Armenii w dniach 10 listopada 2020 r. i 11 stycznia 2021 r. obejmuje również otwarcie komunikacji między Azerbejdżanem a Armenią, co z kolei otworzy korytarz między Azerbejdżanem a należącym do niego regionem Nachiczewanu, stwarzając możliwości transportu z naszego kraju i innych krajów do Europy i odwrotnie.
Jednocześnie, jak wiadomo, Azerbejdżan jest największym państwem Kaukazu Południowego i stanowi 70 proc. gospodarki regionu. W wyniku pomyślnej polityki Azerbejdżanu projekty realizowane w regionie wymagają konieczności udziału Azerbejdżanu. Obecnie działający z sukcesem Południowy Korytarz Gazowy uczynił Azerbejdżan wiarygodnym partnerem w zapewnianiu bezpieczeństwa energetycznego Europy i dywersyfikacji zasobów energetycznych. Jednocześnie oddanie do użytku Bakijskiego Międzynarodowego Morskiego Portu Handlowego i utworzenie Wolnej Strefy Ekonomicznej Alat sprawia, że Azerbejdżan jest węzłem tranzytowym i logistycznym w korytarzu transportowym Wschód-Zachód, co stwarza korzystne możliwości dla potencjalnych inwestorów. Wysoko doceniamy potencjał współpracy gospodarczej z Polską w powyższych i innych obszarach.
Azerbejdżan pozostaje dla Polaków krajem relatywnie tajemniczym, o wiele mniej znanym niż np. Gruzja… A jeśli mówi się, że Pani kraj jest państwem świeckim, choć większość wyznaje ​​islam, wielu odniesie się do tego faktu z niedowierzaniem. Jakie są cechy społeczeństwa azerbejdżańskiego na tle innych krajów islamskich i jak wyglądał historyczny rozwój tych cech? Czy można uznać współczesny Azerbejdżan za kraj wielokulturowy?
Islam, który jest podstawą wartości narodowo-moralnych narodu azerbejdżańskiego i ma bogatą historię, rozpowszechnił się w naszym kraju w połowie VII wieku i zajął dominujące miejsce w świadomości społecznej. Jednak, jak wspomniano powyżej, do tego czasu Azerbejdżan posiadał bogate dziedzictwo dominującego chrześcijaństwa i zaratusztrianizmu. Dzięki temu Azerbejdżan znany jest jako miejsce, w którym spotykają się różne cywilizacje i kultury, gdzie przez wieki kształtowało się środowisko różnorodności narodowej i kulturowej, a ludzie różnych narodowości i religii żyją w pokoju, wzajemnym zrozumieniu i dialogu. Jednym z najlepszych tego przykładów był fakt, że Demokratyczna Republika Azerbejdżanu, utworzona w 1918 r., w Deklaracji Niepodległości zagwarantowała prawa polityczne i obywatelstwo wszystkim obywatelom zamieszkującym w jej granicach, niezależnie od narodowości, wyznania, klasy i płci (Wraz z utworzeniem tego państwa po raz pierwszy na Wschodzie powstała demokratyczna republika parlamentarna w Azerbejdżanie). Ta różnorodność etniczna i kulturowa w Azerbejdżanie jest doskonale regulowana przez politykę wielokulturowości. W zasadzie wielokulturowość i tolerancja historycznie były stylem życia narodu azerbejdżańskiego i na co dzień stały się stylem życia każdego obywatela Azerbejdżanu, niezależnie od jego tożsamości narodowej, języka czy wyznania.
W Baku, wyróżniającym się swoją unikatowością, znajdują się zarówno muzułmańskie meczety i świątynia czczicieli ognia, jak i kościół katolicki, synagoga, świątynia prawosławna i kircha. Już ich bliskość geograficzna świadczy o możliwości wspólnego działania w warunkach wysokiej tolerancji i potwierdza, że ​​podstawowe wartości każdej religii pokrywają się z wartościami uniwersalnymi. Słynna katedra prawosławna w Baku została zbudowana z datków azerbejdżańskiego milionera naftowego Hadżiego Zeynalabdina Tagijewa (1838-1924).
Dziś, w czasach, gdy nasila się dyskryminacja religijna i narastają konflikty religijne na świecie, wielokulturowość i tolerancja stanowią integralną część polityki rządowej Azerbejdżanu. Żywym przykładem tego jest swobodne działanie i otrzymanie niezbędnego wsparcia ze strony państwa wielu chrześcijańskich i żydowskich religijnych placówek oświatowych wraz z 14 kościołami i 7 synagogami. Przedstawiciele różnych religii w Azerbejdżanie zademonstrowali jedność podczas wojny w naszym kraju. Znalazło to odzwierciedlenie w oświadczeniu Zarządu Muzułmanów Kaukazu (CMO) w sprawie wojny ojczyźnianej i wyznań religijnych w Azerbejdżanie, bowiem w oświadczeniach złożoncyh w języku rosyjskim i angielskim przez Zarząd Muzułmaów Kaukazu, społeczności żydowskie w Azerbejdżanie, diecezje Baku i Azerbejdżanu Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, Wspólnotę katolicką w Azerbejdżanie i wspólnoty ewangelicko-chrześcijańskie potępiły ormiański wandalizm i okazały solidarność z narodem azerbejdżańskim.
Dziś Azerbejdżan wzmacnia swoją misję na Wschodzie i Zachodzie, pełniąc rolę pomostu między dwiema różnymi cywilizacjami. Idea ta znajduje dobre odzwierciedlenie w polityce zagranicznej państwa. Dziś Azerbejdżan jest pełnoprawnym członkiem tak prestiżowych organizacji jak ONZ, OBWE, Rada Europy, Organizacja Konferencji Islamskiej. Azerbejdżan z sukcesem kontynuuje proces integracji europejskiej w ramach współinicjowanego przez Polskę projektu „Partnerstwo Wschodnie” realizowanego przez Unię Europejską. Z racji tego, że atmosfera tolerancji w Azerbejdżanie jest zawsze na najwyższym poziomie, w kraju organizowane jest wiele międzynarodowych wydarzeń i konferencji naukowych poświęconych wielokulturowości, relacjom między narodami i religiami, dialogowi (VII Światowe Forum Sojuszu Cywilizacji ONZ, Światowe Forum Dialogu Międzykulturowego itp.).
Wielokulturowość, oprócz tego, że jest polityką państwa, przejawia się jako niezmienny sposób życia współczesnym społeczeństwa azerbejdżańskiego. Pozytywną tradycją staje się przedstawianie światu tolerancyjnej i wielokulturowej rzeczywistości Azerbejdżanu nie tylko oczami narodu azerbejdżańskiego, ale także oczami zagranicznych naukowców, wybitnych badaczy, polityków i studentów. W ramach projektu „Nauczanie przedmiotu wielokulturowości Azerbejdżanu za granicą i na uczelniach w kraju” wielokulturowość azerbejdżańską wykłada się obecnie na 13 prestiżowych uniwersytetach na całym świecie i w 28 uczelniach Azerbejdżan.
Zgodnie z powszechnym stereotypem w Polsce (i nie tylko) kobiety w krajach islamskich mają ograniczone prawa i są podporządkowane mężczyznom. Czy w Azerbejdżanie to już nie jest aktualne? A może tutaj też mamy do czynienia ze specyfiką kultury Pani narodu?
Mówiąc o pozycji kobiet we współczesnym społeczeństwie, należy zauważyć, że każdy kraj ma własną ścieżkę rozwoju, swoje specyficzne cechy w tym obszarze. Dziś słusznie jesteśmy dumni z pozycji kobiet w społeczeństwie Azerbejdżanu. Wysoki szacunek i troska o kobiety, będąc szlachetną i wysoką cechą narodu azerbejdżańskiego, od dawna stanowi podstawę naszych narodowych wartości mentalnych i religijnych. Naród azerbejdżański zawsze darzył kobiety wielkim szacunkiem, ich rolą w życiu publicznym, zajmowaną pozycją, utożsamiał kobietę pojęciami ojczyzny, matki, ziemi, języka, które uważa za święte. Wybitni przedstawiciele naszej literatury i kultury w swoich pracach chwalili odwagę, piękno i czystość moralną Azerbejdżanek.
Demokratyczna Republika Azerbejdżanu jako pierwsza demokratyczna republika na Wschodzie, przyznała kobietom prawo do głosowania i bycia wybranymi na mocy Deklaracji Niepodległości z 1918 r. Należy zauważyć, że Azerbejdżanki nabyły te prawa szybciej niż mieszkanki wielu krajów europejskich. Na początku XX wieku azerbejdżańskie kobiety, które miały dostęp do edukacji, osiągnęły równość gender nie tylko w szkolnictwie średnim, ale także wyższym. W historii Azerbejdżanu być może w porównaniu z innymi narodami było więcej kobiet-bohaterek, kobiet-władczyń, kobiet-dyplomatek. Ogólnie, patrząc zarówno na historię, jak i czasy współczesne Azerbejdżanu, możemy podać wiele przykładów: bohaterskie władczynie Tomris, Nuszaba, nasze pierwsze dyplomatki Sara Chatun, Despina Chatun, Tuti Bika, Mahsati Gandżavi, wyróżniająca się nie tylko dziełami, ale również swoją działalnością społeczno-polityczną, Churshudbanu Natavan, Aszig Pari, pierwsza kobieta pilot na Kaukazie, w Europie Południowej i na Bliskim Wschodzie podczas II wojny światowej Leyla Mammadbayova, jedna z dwóch kapitanów statków na świecie Szovkat Salimova, pierwsza męczeńska bohaterka narodowa Salatyn Askerova, Zarifa Aliyeva, pierwsza kobieta okulistka, wiceprezydent Azerbejdżanu Mehribana Aliyeva oraz inne.
Pragnę zauważyć, że pierwsza Konstytucja niepodległego Azerbejdżanu przyjęta w 1995 r, współpraca z organizacjami międzynarodowymi w tej sferze i przyjęte ustawy potwierdziły równouprawnienie kobiet i mężczyzn oraz stworzyły podstawy prawne do ich aktywnego udziału w procesie budowania demokratycznego stanu. Obecnie azerbejdżańskie kobiety są reprezentowane w różnych sferach, m.in. w rządzie, prawie i sądownictwie oraz biorą aktywny udział w życiu publicznym i politycznym kraju. Oprócz tego kobiety azerbejdżańskie wnoszą istotny wkład w tak ważną dziedzinę, jak ochrona wartości rodzinnych. Azerbejdżan, łączący wartości wschodnie i zachodnie, może więc być przykładem w dziedzinie gender.
Obecnie w Azerbejdżanie na 100 studentów przypada 47 kobiet i 53 mężczyzn. W Azerbejdżanie kobiety są również licznie reprezentowane w nauce. 56 proc. studentów przyjętych na studia doktoranckie to kobiety, a 58,1 proc. osób podejmujących karierę naukową to także kobiety. Kobiety stanowią 25 proc. wszystkich przedsiębiorców w Azerbejdżanie i jest to znacząca liczba, biorąc pod uwagę fakt, że sektor prywatny stanowi około 80 proc. PKB Azerbejdżanu. Azerbejdżanki również służą w wojsku, a około tysiąca kobiet pełni czynną służbę.
W 2000 r. liczba posłów płci żeńskiej wyniosła 4,3 proc. , a w 2020 r. aż 18,2 proc. . Po raz pierwszy w historii niepodległości naszego kraju przewodniczącą Milli Madżlis została wybrana kobieta. W 2004 r. kobiety stanowiły 4 proc. urzędów gmin, podczas gdy w 2019 r. (ostatnie wybory samorządowe) udział kobiet wybranych do gmin wyniósł 39 proc. .
Dziś kobiety azerbejdżańskie łączą w sobie tradycje, innowacje, intelekt i aktywność społeczną. Kobiety są nie tylko obrońcami duchowych i kulturowych tradycji naszego narodu, ale także biorą czynny udział w rozwoju niepodległego państwa azerbejdżańskiego, odgrywając ważną rolę we wszystkich zawodach i dziedzinach. Jako pierwsza ambasadorka (czy kobieta ambasador) Azerbejdżanu w Polsce mam również zaszczyt przyczynić się do tego partnerstwa, które ma głębokie korzenie historyczne między naszymi krajami.