„Zło dobrem zwyciężaj”

„Szczególnie drastyczny przykład – zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki w październiku 1984 roku. Dla osób najbliższych, dla Kościoła, dla wiernych i po prostu dla normalnych ludzi, ta ohydna zbrodnia powodowała moralny sprzeciw i ból. Pojawiają się wciąż podejrzenia i pytania – kto za tym stał, w czyim to było interesie? Tylko polityczny gracz i spekulant lub po prostu głupiec – może adresować to do władz PRL, uznając je w ten sposób, albo za samobójców, albo za kretynów. To przecież był przede wszystkim cios w naszą politykę, w coraz pomyślniej kształtujące się stosunki państwo-Kościół” (s.264).
gen. Wojciech Jaruzelski

19 października 2019 r. media przypomniały postać bł. ks. Jerzego Popiełuszki, w jego 35 rocznicę męczeńskiej śmierci. Zbrodnia ta była i pozostanie ohydną z kilku powodów: popełniona bestialsko, z rzadko spotykanym okrucieństwem na człowieku.
Tym bardziej, że na osobie duchownej, na polskiej ziemi i to przez funkcjonariuszy MSW – resortu właśnie odpowiedzialnego za bezpieczeństwo obywateli, wszystkich, bez żadnego wyjątku.

Fakty

Od pojawienia się informacji o porwaniu księdza i domniemania zabójstwa, władze MSW stanowczo i konsekwentnie podjęły możliwe wówczas kroki, by ustalić okoliczności i sprawców. W nocy z 24 na 25 października organizator, kpt. Grzegorz Piotrowski ujawnił szczegóły porwania i treść „rozmów jakie prowadził w Bułgarii i we Lwowie”. Premier zarządził naradę w ścisłym gronie, odnośnie określenia motywów, inspiratorów, skutków i wniosków.
Zwrócono uwagę na możliwego politycznego inspiratora w osobie Mirosława Milewskiego, obok indywidualnego fanatyzmu sprawcy oraz dokładne informowanie opinii publicznej. Przygotowano oświadczenie KC o treści – „Partia nasza przez całą swą historię opowiadała się przeciw terrorowi indywidualnemu. Jest to absolutnie sprzeczne z naszym politycznym i humanistycznym myśleniem”. Podczas dyskusji Premier przypomniał, że „radzieccy zsyłają swoich dysydentów w różne miejsca, w najgorszym wypadku umieszczają w szpitalach, ale nigdy nie rozprawiają się z nimi fizycznie.
Było dostatecznie wiele zbrodni stalinowskich, aby nigdy więcej nie wolno było ich powtarzać”. Zalecił przygotowanie „in blanco” upoważnienia Biura Politycznego do podjęcia stosownych wniosków personalnych.
Na marginesie wspomnę, że kpt. Grzegorz Piotrowski 11 listopada 1984 r. z aresztu przesłał list go gen. Wojciecha Jaruzelskiego, w którym m.in. napisał -„Panie Generale, dzisiaj musi to zabrzmieć cynicznie i pogłębić zrozumiałą niechęć do mnie, ale brakuje mi słów i jedyne, jakie dziś znajduję, mające najmniej wieloznaczności to słowo przepraszam. Nie proszę o wybaczenie, złożone motywy spowodowały, że uczestniczyłem i odegrałem istotną rolę w wydarzeniu, które wbrew mej woli stało się zbrodnią tak bardzo godzącą w interesy polityczne Państwa, w spokój społeczny interesy Resortu, z którym się utożsamiałem.

Opinia publiczna

Do dzisiaj nie potrafię sobie odpowiedzieć jak do tego doszło, że czując się cząstką podłączoną do krwioobiegu Państwa nie potrafiłem myśleć. Jak doszło do zablokowania rozumu i rozsądku… Chciałbym jednak dzisiaj jako były członek Partii i były funkcjonariusz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych prywatnie Pana zapewnić, że czyn, który jak się okazało tak mocno ugodził w Pana i realizowaną przez Pana politykę nie był nigdy w mojej świadomości planowany jako czyn przeciwko Państwu, Partii czy też przeciwko Panu. Stało się inaczej stąd, jeszcze raz niecynicznie: przepraszam!” (pisownia zachowana)
Opinia publiczna była informowana na bieżąco, prezentowano zdjęcia z toczących się czynności. Przestępcy stanęli przed Sądem, proces był jawny, transmitowany przez TVP i Radio.
Od początku pokazywano twarze sprawców i podano ich nazwiska. Gdyby cokolwiek wtedy utajniono, po 1989 r. byłoby nie tylko ujawnione, ale i odpowiednio skomentowane „na czarno” i nagłaśniane wielokrotnie i przez wiele lat. Czy ktoś z Państwa Czytelników ma w tym względzie wątpliwości? Z dystansu czasu mogę powiedzieć, iż Jan Paweł II różnym „łowcom” sensacji sprawił zawód. W jaki sposób – ktoś zapyta? Otóż w styczniu 1987 r. – pisałem w poprzednim tekście- przyjął Generała w Watykanie z najwyższymi honorami, bez żadnej aluzji do tej zbrodni.

Pielgrzymka

Co istotniejsze – podczas III pielgrzymki w czerwcu 1987 r. ukląkł przy grobie Księdza(obok Kościoła Św. Stanisława Kostki), ucałował płytę, po krótkiej modlitwie złożył wiązankę róż i rozmawiał z rodzicami Księdza, nie odpowiadając na głosy wiernych o wypowiedź. Nikomu, nawet słowem nie dał powodów do jątrzących komentarzy.
Z wdzięcznością dla nauki rozwagi, mądrości i szacunku wobec majestatu śmierci, wspomnę kilka fragmentów wypowiedzi do Polaków podczas audiencji generalnych:
-„Oddajmy ostatnią posługę księdzu Jerzemu Popiełuszce z chrześcijańską godnością i pokojem. Niech wielka moralna wymowa tej śmierci nie zostanie niczym zakłócona ani przesłonięta” (31.10.1984);
– „Modlę się za księdza Jerzego Popiełuszkę, jeszcze bardziej modlę się o to, ażeby z tej śmierci wyrosło dobro” (5.11.1984);
– „Pragnę bardzo serdecznie zapewnić wszystkich moich rodaków, że wspólnie z Ojczyzną, zwłaszcza z Warszawą, przeżywam pierwszą rocznicę śmierci śp. ks. Jerzego Popiełuszki i tak jak zeszłego roku. tak i w tym roku wyrażam gorące życzenie, ażeby ta śmierć zawsze była odczytywana w sposób właściwy, żeby wymowa tej śmierci dla dziejów Narodu i Kościoła pozostała zawsze ta sama, zawsze tak samo przekonywująca i tak samo budująca” (23.10.1985);
– „Przy grobie księdza Jerzego uczymy się odpowiedzialności za Polskę i za całe to dziedzictwo chrześcijańskie, które zostało nam przekazane w ciągu stuleci”. (19.10.1994, Watykan, telegram).
Także z dystansu czasu wypada mi przypomnieć odpowiedzialność Generała za czyny zasługujące na stanowcze potępienie. Pamiętam, gdy Generał pracował nad mową obrończą przed Sądem. Z treści aktu oskarżenia wprost nie wynikała potrzeba odniesienia się do wielu haniebnych czynów i działań niektórych funkcjonariuszy.
Był przekonany, by głos żołnierza odpowiedzialnego za Państwo i Naród zabrzmiał wyraźnie. Z kilku wersji, za właściwe uznał dwie- jedną ogólną, odnoszącą się do „apatytu władzy”, jego postępowania w czasie stanu wojennego. Tu Generał miał na myśli jego ofiary, które „urosły” niektórym „badaczom” nawet do 120 osób. I drugą- do ks. Jerzego Popiełuszki, gdyż to morderstwo porusza ludzkie uczucia każdego. Stąd ta postać została wymieniona dwukrotnie.
Pierwsze ujęcie odczytał przed Sądem w ma brzmieniu: – „Zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki, różne przestępstwa, niegodziwości, nadużycia władzy, o jakich dowiaduję się po latach, nie dają mi prawa, nie pozwalają negować, wykluczać ich sprawstwa przez ludzi z aparatu państwa.
Mam świadomość własnego, moralnego ciężaru tej konstatacji. Z drugiej jednak strony, nie można godzić się na przypisywanie im każdej ofiary, każdego nie wyjaśnionego, nie udowodnionego przypadku zbrodni, z domniemaniem politycznego kontekstu i tła. W tak bolesnej materii wszelkie uogólnienia, ich propagandowa eksploatacja, są politycznym i moralnym nadużyciem”. Zaś drugie brzmienie zacytowałem na wstępie.
Ponadto, Generał liczył się, że te sprawy wrócą podczas przesłuchania świadków. Ale tak się nie stało, wiemy dlaczego. Ja proszę Państwa o zauważenie przewidywania Generała odnośnie „żywotności” obrzydzania PRL. Czy ktoś z obu tych cytowanych fragmentów mógłby dziś wykreślić słowo, zdanie jako nie odpowiadające dzisiejszej fobii nienawiści i pogardy?

Jątrzące komentarze

Jakże byłem naiwny – nie pierwszy raz, przyznaję -licząc, że ustawa o „ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci Duchownych Niezłomnych” (napiszę później) skłoni do modlitwy i refleksji, bez medialnych komentarzy. Jakże się myliłem.
Dwóch katolickich profesorów – z litości pominę ich nazwiska- komentowało rocznicę tej męczeńskiej śmierci, obrazowaną zdjęciami z odnalezienia zwłok. Z nabożnymi minami „uczeni” mówili o zbrodniczej naturze „komunizmu”, publicznie pytali dlaczego Generał i gen. Czesław Kiszczak nie stanęli przed Sądem i nie odpowiedzieli, za zbrodnię (TV pokazała odpowiednie zdjęcia), gdyż ks. Jerzy Popiełuszko zginął „za wiarę”.
Słowa nienawiści do władzy i ustroju wypowiadane z takim uduchowieniem wręcz przerażały. Ze znanej intencji księdza- „zło dobrem zwyciężaj” wręcz wiało właśnie obłudą i pogardą.
Nie wiem jak Państwo, którzy widzieli ten program. Nie usłyszałem słowa, które mogłoby sugerować okazanie jakiegoś cienia „dobra” wobec sprawców i ludzi tamtej władzy.

„Za wiarę”

Pytam publicznie sam siebie – czyżby ci „uczeni” nie znali wszystkich homilii, wypowiedzi Papieża odnoszących się do ks. Jerzego Popiełuszki? Czyż nie mają nawet odrobiny poczucia wstydu, iż swoimi słowami nie tylko kłamią, przede wszystkim urągają świętemu Papieżowi, jawnie i ordynarnie rozmijając się z jego nauką i oczekiwaniem? Przecież wiedzą dlaczego sprawcy zabójstwa nie ponieśli kary śmierci – wtedy obowiązywała. Sam Kościół był temu przeciwny, taki wyrok zgodnie z kanonami watykańskimi zamknąłby proces wyniesienia na ołtarze. Popiełuszko nie zginął „za wiarę” – to ewidentne kłamstwo.
Nikt nie wskazał nawet najmniejszego dowodu iż funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa zabronili księdzu odprawić mszę lub przerywali wygłaszane homilie. Nic takiego nie miało miejsca. Przypomniano, że Generał rozmawiał z kard. Józefem Glempem o upolitycznianiu nabożeństw, mówił o tym także Papieżowi, co nie jest żadną tajemnicą. Zwracał uwagę, iż świątynie nie są miejscem do organizowania w nich działań, imprez antypaństwowych, głoszenia kazań rozmijających się z religijnym charakterem.
Podzielał te uwagi Papież. Z rozmów i meldunków SB wiadomo, iż oceny władzy podzielała znaczna część biskupów Episkopatu Polski, niektórzy, np. katowicki bp Herbert Bednorz rozmawiał ze swoimi księżmi (ks. Bernard Czarnecki). Można zapytać dlaczego Episkopat stanowczo nie reagował?
Tu taka ciekawostka. Urząd ds. Wyznań oceniał, że ok. 5-10 % księży głosiło kazania z politycznymi akcentami. Natomiast Kościół, że takich księży było tylko 3-5%. Niby niewielka różnica, a jednak to „zabolało” uczonych na konferencji zorganizowanej w 100. lecie Niepodległości. Dodam, iż na tej konferencji, zorganizowanej przez Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego (UKSW) ujawniono, że analizy aktywności księży prowadzone przez władze w 1983 r. (na rok przed śmiercią ks. Popiełuszki). Wynika z nich, że na 17176 kazań treść religijną miało 15153 kazania, treści społeczno-polityczne zawierało 1833, w tym 1272 uznano za „treści negatywne”. Wynika stąd, że 461 kazań było „do przyjęcia”. Jeśli tak, proszę bardzo, niech Kościół ujawni, poda do publicznej wiadomości, co takiego mówili księża w tych „negatywnych kazaniach”. Nie wstydźcie się.
Od prawie 30 lat opluwanie i wyszydzanie PRL jest „dobrze widziane”. Wierni są zdolni sami ocenić te treści. Dowiedzą się m.in. co „nabożnego” mówił ks. Popiełuszko, inni księża, dzisiejsi biskupi. Warto podać do publicznej wiadomości ich nazwiska. Przecież swej „wiary” nie powinni się wstydzić, tak naucza Kościół!

„Zło dobrem zwyciężaj”

Większość uczestników niedzielnych nabożeństw zapewne zna to wezwanie. Mam jednak wątpliwości, czy rozumieją praktyczne znaczenie słów „zło” oraz „dobro”. Wiadomo, że zło jest czynem, gestem wyrządzającym materialną, fizyczną i moralną krzywdę, szkodę drugiemu człowiekowi, jest przeciwieństwem dobra. Zadumajcie się Państwo chwilę nad sensem tego wezwania.
Jak krzywdzicielowi w praktyce odpłacić „dobrem” za jego czyn? Zechciejcie Państwo przez pryzmat tego wezwania „spojrzeć” i ocenić „krakowską homilię”, o której pisałem w dwóch poprzednich tekstach. W ocenie Biskupa, Metropolity „czerwona zaraza”, czyli Polacy, szczególnie członkowie PZPR, stronnictw politycznych objęci są tym mianem jako „zło”, które zasługuje na potępienie.
Znajdziecie tam słowo gest „dobra”? Nie musicie, bo Biskup uznał, że „czerwona zaraza już po naszej ziemi nie chodzi”. Jest to więc przeszłe, „stare zło” jako forma przestrogi. I drugie określenie -„tęczowa zaraza”. W homilii Metropolity to jest ewidentne „zło”, zdefiniowane jako czynne i niezwykle groźne.
Czy chce je Biskup „zwyciężać dobrem”- poszukajcie wskazań rad dla księży, jak powinni postępować z takimi osobami, czego ich nauczać. Poza potępieniem nie znalazłem niczego, co można uznać za praktyczne rady w codziennym chrześcijańskim życiu. Ośmielam się więc apelować bezpośrednio do krakowskiego Metropolity, do Episkopatu Polski o list pasterski do wiernych – posłów i senatorów do polityków „nowej władzy” po wyborach, do „władców mediów” pouczający ich jak w duchu Bożego Miłosierdzia powinni postępować z „tęczową zarazą” by „zwyciężyć” ją właśnie „dobrem”.
Nie tylko ja oczekuję wskazań metod, sposobów dobrego postępowania. Zamiast jątrzyć, wzbudzać nienawiść, pogardę do innych, niech Episkopat zajmie się tą- od 4 lat „dobrą zmianą”.
Apeluję bezpośrednio do krakowskiego Metropolity o list pasterski ,gdzie wykaże wiernym jak postępować wobec duchownych dopuszczających się różnych praktyk „homo”, co film „Braci Sekielskich” wykazał z rzadko spotykaną ostrością.
Jan Paweł II, rozumienie słów modlitwy Chrystusowej – „Zbaw nas od złego”, m.in. tak tłumaczył – „Wybaw nas od wojny, od nienawiści, od niszczenia życia ludzkiego! Nie pozwól, abyśmy zabijali! Nie pozwól, aby posługiwano się takimi środkami, które niosą śmierć i zniszczenie… Zbaw nas od złego.
Proszę, przeczytajcie Państwo, bez względu na wyznawane wartości – powyższe słowa. W kontekście ustawy represyjnej z grudnia 2016 r. zastanówcie się nad odpowiedzią na takie pytania: – jak w świetle „nienawiści” oraz „niszczenia życia ludzkiego” rozumieć tę ustawę – obniżającą emerytury wybranym osobom? Czy to właśnie nie dowód nienawiści, umocowany prawem, czyli ustawą? Czy to nie „prawo” do „zabijania”?

Śmierć i zniszczenie

Czy to nie „prawo” do „posługiwania się środkami, które niosą śmierć i zniszczenie”? Ktoś może zapytać- o jakie konkretnie środki idzie? Właśnie o brak pieniędzy na wykupienie leków, zmuszanie ludzi do życia głodowego by „resztka” emerytury pozwoliła opłacić niezbędne świadczenia: światło, gaz, wodę, czynsz mieszkalny. A przecież było kilkanaście przypadków samobójstw- czy to nie śmierć zadana ustawą, czyli „posłużenie się takim środkiem”? W grudniu 2018 r. Andrzej Rozenek podał w jednej z rozmów, że skutkiem tej ustawy zmarły już 52 osoby.
Przypomnę, iż ta ustawa była procedowana oraz przyjęta przez Sejm, gdy premierem rządu była pani Beata Szydło-matka księdza Tymoteusza. I co – ta matka nie była świadoma, jakie skutki przyniesie ta ustawa? Czy tej matki, pani premier nikt nie widział w telewizji, jak siedziała tuż przed ołtarzem, choćby na Jasnej Górze, wiernie słuchając abp. Wojciecha Polaka- pisałem w liście otwartym do Prymasa Polski.
Publicznie zapytam- czy ksiądz Tymoteusz może być dumny z postępowania swojej matki? Ktoś może krzyknąć- dzieci nie ponoszą odpowiedzialności za czyny rodziców. Prawda. Tylko ten ksiądz od ołtarza naucza wiernych rozumienia Ewangelii i postępowania według głoszonej nauki Boga!
Dla osób „nie podzielających tej wiary”- cytat z preambuły naszej Konstytucji – „te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł”, czy nie mają ludzkiej wymowy?
Przecież ewidentne „zło” ustawy pozbawiającej funkcjonariuszy części emerytur jest łatwo „zwyciężyć dobrem”. Właśnie przez przywrócenie poprzedniego stanu, zwrócenie odebranych środków do życia. Nowo wybrany Sejm i Senat z inicjatywy Episkopatu, naszego duchowieństwa na rozpoczęcie swej parlamentarnej pracy mógłby taką ustawę przyjąć. Byłby to czyn chwalebny w Polsce i pozytywnie dostrzeżony w Europie. zachęcam, jako wyborca.

„Siódme nie kradnij”

Istoty tego przykazania nie trzeba objaśniać. W społecznym i politycznym odbiorze zapamiętane zostały wesołe miny polityków o określenie -„komuniści i złodzieje, cały świat z was się śmieje” oraz podobne o najgorszym sorcie społeczeństwa. Cóż – ten „sort” miesiąc temu był potrzebny jako „masa wyborcza”. Proszę się Państwo Czytelnicy nie obrazić za tę „masę”.
Jak inaczej delikatnie nazwać ludzi, którzy prezentujących w mediach postawę nic nie wiedzących o „przekrętach lotniczych” marszałka Sejmu? Ośmielam się postawić pytanie- dlaczego posłami zostali politycy publicznie oskarżani o „kradzieże inaczej”, w postaci choćby brania tzw. kilometrówek z kasy Sejmu jeśli nawet nie mają samochodu ani prawa jazdy, za „kombinacje’ przy zakupach po zaniżonych – oczywiście okazyjnie cenach działek, czy „darowanych” kamienicach jak choćby ta w Krakowie, by nie płacić podatków. Do tego przez swoje postępowanie, „dobre znajomości” ze światem przestępczym pokazywać jak można dosłownie okradać budżet Państwa; a ośmiorniczki, wirtualne budowle wież, przeloty samolotami po kraju pod „medialnie zasadnym” pretekstem, a zagraniczne podróże, „wizyty” na koszt podatnika kilku pań posłanek- wykaz tych złodziejskich praktyk opublikowała „Gazeta Wyborcza” w tygodniu przed wyborami. Czy was – nas, Państwo Wyborcy nie wstyd wybierać takie osoby, chociaż przyznajcie się do amnezji, zapiszcie sobie na drzwiach pokoju gościnnego w swoich mieszkaniach jakże do uniknięcia w życiu a do bólu prawdziwe hasło- „Polak przed szkodą i po szkodzie głupi”.
Jak Państwo myślicie- czy Episkopat korzysta z takiej nauki Jana Pawła II – „Kościół nie może nie być wrażliwy na wszystko, co służy prawdziwemu dobru człowieka – jak też nie może być obojętny na to, co mu zagraża”. Tu uparcie powtórzę pytanie- czy obniżenie emerytur „służy prawdziwemu dobru człowieka”?
I jeszcze raz zapytam- czy to obniżenie emerytur właśnie nie zagraża najwyższemu i najcenniejszemu dobru człowieka, jakim jest zdrowie i życie? (przecież są dowody – 52 zgony do grudnia 2018, na skutek tego obniżenia!). Wreszcie i takie pytanie- a co Biskupi praktycznie uczynili, praktycznie pokazali wobec tych z obniżonymi emeryturami.
Dalej św. Jan Paweł II mówił, że Kościół, który z racji swego zadania i kompetencji, w żaden sposób nie utożsamia się ze wspólnotą polityczną, ani nie wiąże się z żadnym systemem politycznym, jest zarazem znakiem i zabezpieczeniem transcendentnego charakteru osoby ludzkiej” (KDK 76).

Godność i urzędy

Papież wyjaśniał, że „chodzi więc tutaj o człowieka w całej jego prawdzie, w pełnym jego wymiarze. Nie chodzi o człowieka abstrakcyjnego, ale rzeczywistego, o człowieka konkretnego, historycznego. Chodzi o człowieka każdego”. Tu znów wypada mi powtórzyć apel do Episkopatu Polski adresowany wprost do sprawujących w Polsce władzę: wykonawczą (Prezydent, rząd, ministrowie), ustawodawczą (parlamentarzyści), sądowniczą (sędziowie).
Czy sprawowane godności i urzędy nie pozwalają Wam po ludzku spojrzeć na ludzi, którym obniżyliście emerytury, którym takim działaniem wyrządziliście krzywdę? Także moralną krzywdę wyrządziliście ich dzieciom, rodzinom. Że wśród was są osoby publicznie znane z nazwiska i imienia jako dosłowni złodzieje. Może Biskupi publicznym listem pasterskim objaśnią Wam czym w praktyce powinno być siódme przykazanie, jak „zło zwyciężać dobrem”.
Mam przekonanie, że Posłowie i Senatorowie Lewicy – którym serdecznie gratuluję zaufania społecznego i wyboru, dotrzymają słów, obietnic składanych w kampanii wyborczej.

 

Syn i ojciec

Jedna z kart dramatycznej historii stosunków polsko-ukraińskich.

Kresy Wschodnie Polski. Lata wojny. Rok 1943. Mieszkali tam Polacy, Ukraińcy i inne narodowości. Właściwie nie było wsi i miast, w których mieszkały różne nacje. Od lat Polacy i Ukraińcy stanowili większość mieszkańców. Była to kraina mozaiki narodowościowej. Niemal od stuleci tak było. Po I wojnie światowej osiedliły się tam tysiące Polaków. Władze Polski niepodległej nadawały tam ziemie osadnikom wojskowym.

Lachy

Była to żyzna ziemia. Otrzymali oni znaczną pomoc finansową i materialną od państwa polskiego. Tworzono duże, zasobne gospodarstwa rolne, na które z zazdrością spoglądali Ukraińcy, nazywając ich właścicieli panami, Lachami. Ogromny dramat ludności polskiej na tych terenach rozpoczął się w czasach parcia Niemców na wschód. Zajęli oni znaczne obszary byłego Związku Radzieckiego.
Ich polityka narodowościowa sprzyjała powstaniu ośrodków nacjonalistów ukraińskich o charakterze zbrojnym i politycznym. Niemcy zapowiadali pomoc w powstaniu państwa ukraińskiego. Niezależnej, wolnej Ukrainy. Oczywiście była to tylko gra propagandowa w celu uzyskania poparcia działań zaborczych Niemiec.
W tych to warunkach rozpoczął się dramat polsko-ukraiński, w którym zamordowano w sposób okrutny tysiące Polaków. Wiele źródeł historycznych wymienia 200 tysięcy. Były to przerażające mordy Polaków. Ginęli tylko dlatego, że byli Polakami. Tak jak Żydzi, bo byli Żydami, przedstawicielami innej, gorszej rasy ludzi. Ginęli w odwecie i Ukraińcy.
Wieś polsko-ukraińska jak wiele innych na Wołyniu. Zamieszkiwali ją Polacy i Ukraińcy, Żydzi i Białorusini. Byli sąsiadami. Spotykały się dzieci i młodzież obu narodów. Żyli w przyjaźni. Razem grali w piłkę, tańczyli na wiejskich potańcówkach. Powstawały małżeństwa polsko-ukraińskie.

Byli sąsiadami

Znali się od dzieciństwa, obcując nieustannie ze sobą. Na wesela przychodzili mieszkańcy niemal całej wsi. Taki był zwyczaj od dziesiątków lat. Żyli po prostu w zgodzie, a nawet i przyjaźni. Zaczęło się to zmieniać na gorsze po wkroczeniu Niemców na te ziemie. Bogate, zasobne gospodarstwa Polaków były solą w oku dla ideologów nacjonalistów ukraińskich. Ich zbrojne ramię UPA wypowiedziała bezwzględną walkę Polakom.
Niemcy, licząc na ich wsparcie, obiecali po wojnie pomoc w powstaniu niezależnej Ukrainy, samodzielnego państwa.
Ale wróćmy do wspomnianej wyżej wsi na Wołyniu. Do jednej z rodzin polsko-ukraińskich. Ona Polka, a on Ukrainiec. Przez kilka lat żyło się im dobrze. Byli szanowani przez mieszkańców wsi. Nie byli wyjątkiem małżeństwa polsko-ukraińskiego. Nikt im nie dokuczał.

Stado gęsi i kaczek

Małżeństwo miało syna. Był już dorosły, miał 18 lat. Powodziło im się dobrze. Urodzajna ziemia rodziła dobre plony pszenicy i buraków cukrowych. Liczna trzoda chlewna, ptactwo, krowy i kilka tuczników. Stado gęsi i kaczek, które buszowały w wiejskim, wspólnym stawie. Ale wśród mieszkańców byli i tacy, którzy zazdrościli im ich dostatku, chociaż na przednówku pożyczali sąsiadom zboże i ziemniaki do zasiewu.
Zbliżały się jednak dramatyczne czasy w ich spokojnym życiu. I to, podobnie jak w setkach wsi na Wołyniu, oddziały zbrojne UPA rosły w siłę, obejmując swym zasięgiem znaczne obszary. Kierownictwo tego ugrupowania zaleciło Ukraińcom bezwzględną walkę z ludnością pochodzenia polskiego: mieli być wymordowani wszyscy, starcy i dzieci pochodzenia polskiego.
Programowym hasłem była walka o niepodległą Ukrainę. Polacy podejmowali walkę obronną, tworząc zgrupowania samoobronne. Rozpoczęły się okrutne mordy całych rodzin pochodzenia polskiego.
Zbliżała się północ. Syna wciąż nie było w domu. Jego rodzice z niepokojem spoglądali w okna. A on nie wracał. Złe przeczucia i niepewność. Ich myśli były dramatyczne. Mało mówili do siebie. Nie mogli spać. Czekali na powrót syna. Cisza. Nic nie mówili. Nie wiedzieli jeszcze, że ich syn był już członkiem jednego z oddziałów nacjonalistów ukraińskich. Dotychczas syna oceniali pozytywnie, młody, a taki rozważny. Pomagał w pracy w polu i utrzymaniu licznej trzody chlewnej. Mówili do sąsiadów, że mają dobrego syna.

Po północy

Nie mieli dotychczas żadnych sygnałów, że ich syn, jednak, jest jednym z tych, którzy mordują Polaków. A on już popierał czynnie propagandę głoszącą, że trzeba likwidować panów Polaków i przejmować ich gospodarstwa. Po północy syn wrócił. Nie powitał rodziców z uśmiechem na twarzy, jak to czynił dotychczas, gdy wracał późno z potańcówki wiejskiej. Rodzice zasypali go pytaniami, gdzie był, co robił tak długo w nocy.
Myśleli, że może przebywał z dziewczyną, z którą spotykał się wieczorami. Zawsze mówił o spotkaniach z dziewczyną z sąsiedniej wsi. Na pytania rodziców nie odpowiedział. Milczał. Głowę miał pochyloną. Podszedł do niego ojciec, pytając, a on odpowiedział szeptem, biorąc ojca za dłoń i wchodząc do drugiego pokoju. Zamknął za sobą drzwi, żeby matka nie słyszała, co mówił ojcu.

Rozkaz – zastrzelić matkę

Patrząc na ojca, miał bladą twarz i smutny jej wyraz. Z wielkim wysiłkiem wypowiedział słowa: Mam rozkaz zastrzelić matkę, bo jest Polką, a Polacy są naszymi wrogami, zabrali nam ziemię i nie popierają naszej walki o powstanie suwerennej, wolnej Ukrainy, naszego narodowego państwa. Wyjął z kieszeni kurtki pistolet. Te słowa syna wywołały u ojca trwogę, mało brakowało, by padł na ziemię. Cisza trwała ileś sekund. Był w stanie trwogi i rozważał, co ma czynić. Czy pozwolić zastrzelić matkę, jego żonę, która urodziła mu upragnionego syna. Mijały sekundy.
Wreszcie straszna, dramatyczna decyzja. W tym czasie syn jeszcze powiedział, że jeśli nie wykona rozkazu, to czeka go rozstrzelanie za zdradę narodową.
– Tato, jestem młody, ja chcę żyć, nie umierać – mówił roztrzęsiony.
Po paru sekundach ojciec powiedział ściszonym głosem: Synu, to twoja matka, jesteś bliskim krewnym, masz tę samą krew. Będziesz potępiony za matkobójstwo.
– Tato, ja muszę! – niemal wykrzyknął. – Ja to zrobię!
Między twoją matką a mną nie ma pokrewieństwa, jest tylko urzędowy zapis – odparł ojciec. Syn trochę się zastanawiał, będąc wyraźnie zaskoczony tym, co przed chwilą powiedział jego ojciec, Ukrainiec, wyraził zgodę, by to ojciec zastrzelił matkę. Przekazał ojcu pistolet, mówiąc, by uważał, bo jest naładowany, tylko trzeba odbezpieczyć. Odbezpieczając pistolet ojciec skierował lufę w pierś syna.

Strzał

Padł strzał. Syn padł na ziemię. Pojawiła się krew na ubraniu. Ojciec, klęcząc nad synem, głośno płakał. Matka zabitego syna usłyszawszy strzał, weszła do pokoju. Też klęczała i głośno płakała, że jej ukochany jedynak leżał martwy na ziemi. Ojciec przez dłuższy czas nic nie mówił do żony, a łzy płynęły niemal strumieniem z jego oczu.
– Boże, dlaczego nas tak ukarałeś – pytała matka. – Co się tu stało! – nie mówiła, lecz krzyczała.
A on odpowiedział, że musiał to zrobić, bo syn na rozkaz miał ją zastrzelić.
– Boże, swoją matkę! to zbrodniarze, nie ludzie – mówił do żony.
Zostawili wszystko, cały swój majątek, gospodarstwo, które tworzyli przez wiele lat. Uciekli ze swojej wsi. Zwierzęta i ptactwo wypuścili na podwórko, otwierając bramę. Psa też uwolnili z łańcucha, każąc mu zostać, by nie utrudniał ucieczki przed banderowcami. Uciekali z wioski, w której po rodzinie żony przejęli gospodarkę i dobrze im tu się żyło, mimo pracy od rana do nocy, jak to bywa w gospodarstwach rolnych. Praca jest zawsze, cały rok, zimą i latem.

Byli katolikami

Pistolet, którym zastrzelił syna wyrzucił już w lesie w pewnej odległości od wioski. Mogli się przecież spodziewać pościgu ukraińskich oprawców. Było jeszcze ciemno. Może nikt ich nie widział – myśleli, prosząc o to Boga. Byli katolikami. Nie wiedzieli, dokąd mają iść, byle jak najdalej od wioski. Zastanawiali się, co robić, gdzie się udać i ukryć. Rozdzielili się. Tak będzie bezpieczniej.
Była już druga połowa roku. Ustalili, że spotkają się dopiero wtedy, gdy odejdą na bezpieczną odległość.
Było jeszcze ciepło, deszcz nie padał. Musieli rozglądać się, czy ich nikt nie śledzi. Teren ucieczki był zamieszkiwany przez Ukraińców. Trwoga przeszywała ich ciała. Las pełen zarośli. Nie można było się ukryć. Mieli mięso i chleb, który upiekli dwa dni przed tym tragicznym wydarzeniem.

Siekiery i widły

No i stało się. Nad ranem zostali zauważeni przez nieliczną grupę ludzi, którzy mieli różne rodzaje broni oraz siekiery i widły. Od razu wiedzieli, z kim mają do czynienia. Wśród nich były kobiety, które miały w rękach grube drewniane kołki. Otoczyli ich. Mąż szepnął do żony, że muszą udawać uciekinierów przed Polakami, że są rodziną ukraińską. Dowódca pytał ich, co tu robią i dokąd idą. Odpowiedzi ojca brzmiały dość wiarygodnie. Ukraińcy przyglądali się im niedowierzająco.
– Jak się ściemni, to pójdziecie z nami – usłyszeli polecenie.
Ta wypowiedź poraziła ich niczym ogień. Wiedzieli, gdzie oni idą i co mają zamiar czynić. Atak na polskie siedziby i gospodarstwa, które mają słabą obronę, bo mieszkańcy nie zdążyli uciec do większych osiedli, które już miały zorganizowaną samoobronę.
– Pójdziecie z nami – jeden z nich powiedział ponownie.
Uzbrojono ich, on dostał widły, ona nóż do podrzynania gardeł Polakom.
– Jeszcze będziemy odpoczywać. Musimy ich zaskoczyć w czasie snu, a oni późno kładą się do łóżek.
Ściemniło się.
– Co robić – zastanawiali się. – Uciekać? Nie, zabiją nas tu, w lesie – myśleli. Trwoga i strach ogarnęły ich myśli.
– Co robić, jak uciec od tej bandy morderców. Daleko przecież nie oddalili się od swojej wioski. Mogą być rozpoznani jako zabójcy syna – medytowali.
Z żoną ustalili, że nocą, gdy będą się zbliżać do osiedla, na które planowano morderczy atak i będą rozstawieni na stanowiskach, muszą uciekać pojedynczo w różne strony, w odwrotnych kierunkach.

W odwrotnych kierunkach

Określili teren spotkania po udanej ucieczce, bo na pewno ich rozstawią w różnych miejscach. I tak zrobili. Gdy oddział rozpoczął atak na polskie zabudowania, padły strzały ze strony mieszkańców, zaskakując bandziorów z UPA. Korzystając z zamieszania, zdecydowali się na ucieczkę w kierunku odwrotnym do ataku. Uciekali co sił, aby jak najdalej oddalić się od tych ludzi z siekierami i widłami. Nie oglądali się. Ratowali życie. Biegli. Po pewnym czasie, gdy spotkali się w umówionym miejscu, zobaczyli ogień palących się zabudowań. Mogli się tylko domyślać, że trwa tam mordercza walka o życie mieszkańców.
Słyszeli pojedyncze strzały broni palnej. Mieszkańcy podjęli walkę, bowiem ich czujki rozpoznały, że zbliżają się banderowcy. Trwała zażarta walka atakujących z obrońcami życia. Gdy uciekali, zaczęło się już rozwidniać. Nastawał kolejny ciepły dzień ich dramatycznego życia. Jakże okrutnego. Mówili do siebie, że ich to musiało spotkać.
– Co robić, gdzie się udać, jak żyć, przyjdzie zima, mrozy – rozmyślali. Przeżywali smutne dni pełne niepokoju o jutro.
– Co jeszcze może nas spotkać? – pytała żona męża, którego jeszcze bardziej kochała, gdy poświęcił syna, by ona mogła żyć.
Ale co to za życie po takiej rodzinnej tragedii. Czy nie lepiej byłoby, gdyby to ona zginęła.
– Jeszcze nie wiedziała, że urodzi córkę i drugiego syna i będą mieli nowe gospodarstwo na zachodzie Polski po zakończeniu wojny.

Już nie było odwrotu

Uciekając przed siebie w kierunku zachodnim i wychodząc z lasu, ujrzeli pojedyncze zabudowania gospodarcze. Nie było to okazałe siedlisko ludzi oddalone od wsi o parę kilometrów. Ale na pastwisku pod lasem pasły się dwie krowy. To już było coś. Mieli mleko i jego przetwory. Pastucha nie było widać. Powiedział żonie, że wejdzie do tego domu.
– Ty czekaj tu na mnie – powiedział żonie. Nie pokazuj się ludziom, bo mogą tu pojawić się różne osoby. Nie wiadomo, kto Polak, a kto Ukrainiec.
– Dobrze, idź. Będę czekać, aż dasz mi jakiś znak, że mam przyjść – odpowiedziała.
Skierował kroki w kierunku zabudowań. W obejściu nie było nikogo. Zapukał do frontowych drzwi. Czas się dłużył. Tak mu się wydawało. Usłyszał po ukraińsku – proszę. Zatrwożył się. Ukraińcy? Ale nie ma już odwrotu. Jego ucieczka tylko by pogorszyła ich sytuację. Wszedł.

Chleb własnego wypieku

Przy stole siedziała czteroosobowa rodzina. Młode małżeństwo i dwoje dzieci, córka i syn. Mieli po parę lat. Jedli zupę mleczną z kaszy jęczmiennej i chleb własnego wypieku, jak się później dowie. Na stole leżał także biały ser, całe to jadło własnej produkcji jak u niego we własnym domu, którego już nie ma. Popatrzył na to jadło.
Zauważył to gospodarz domu, zapraszając do stołu. Po chwili wahania usiadł przy tym zastawionym stole. Był zachęcany do jadła, nic jednak nie mówił, że w lesie czeka na niego żona. Jedli w ciszy, a gdy śniadanie się skończyło, gospodarz zaczął go pytać, co tu robi samotny w lesie, gdzie mieszka, w której wsi. Wiedząc już, że spotkał rodzinę ukraińską, musiał kłamać.
Odpowiedział, że uciekli z wioski, która została zaatakowana przez uzbrojonych Polaków. Z nim uciekła i jego żona, która jest w lesie. Żona gospodarza powiedziała, by ją przyprowadził, bo na pewno jest głodna. Tak uczynił, dziękując za zaproszenie.

Z motyką…

Przebywali już drugi dzień u tego ukraińskiego rolnika. Wieczór. Rozmawiali. Gospodarz powiedział – porywają się z motyką na słońce. Niepodległej Ukrainy nie będzie po wojnie. Stalin dogada się z Zachodem. Niepotrzebnie giną Polacy i Ukraińcy. Mąż zastanawiał się, czy gospodarz mówi tak tylko dlatego, bo chce się dowiedzieć, przed kim on ucieka.
Po trzech dniach pobytu u tej ukraińskiej rodziny podziękowali za gościnność. Prawdy jednak nie ujawnił, dlaczego ucieka.
Daty z kalendarza
Jest rok 1944. Armia Czerwona przekracza rzekę Bug, gromiąc niemieckiego okupanta na terenach Polski. Nasi bohaterowie, ojciec i matka zabitego syna, po licznych, wręcz dramatycznych przejściach, przebywali już w Polsce.
Był rok 1945. Na ziemiach odzyskanych dostali gospodarstwo rolne w jednej z wsi Dolnego Śląska, gdzie przesiedlono również wielu Ukraińców z Polski wschodniej. Powodziło im się dobrze. Murowane zabudowania, energia elektryczna, woda. Warunki lepsze niż tam na Wołyniu. Jednak do końca swego życia ciernie im uwierały w ich myślach i świadomości. On do końca życia nie miał uśmiechu na twarzy.
Los chciał, że pozbawił życia swego syna, za cenę życia jego żony. Odwiedzali wielokrotnie mogiłę syna, a łzy same płynęły z ich oczu. Pani Jadwiga urodziła córkę i drugiego syna, ale ten pierwszy wciąż był bliski jej sercu.
Teraz siostra i brat odwiedzają miejsce, gdzie spoczywa ich starszy brat. Nie dowiedzieli się jednak od rodziców prawdy o przyczynach jego śmierci. Była to dramatyczna tajemnica rodzinna. Pan Władysław Beck wiedział o okolicznościach śmierci tego młodego człowieka, którego urodziła matka Polka, a ojcem był Ukrainiec.
To właśnie on opowiedział mi tę historię. Jest to jednostkowe, ale jedno z bardzo wielu zdarzeń w historii relacji polsko-ukraińskich.

Nieprzyjemne prawdy dla rodzimej prawicy

Jedno z ulubionych powiedzeń prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy’ego brzmiało: „Zawsze lepsze są nieprzyjemne prawdy niż przyjemne iluzje”.

Przypomniałem sobie to sformułowanie w kontekście ogromnej wrzawy, wyzwisk i protestów jakie rozległy się w obozie polskiej prawicy po dość oczywistym stwierdzeniu przewodniczącego SLD, iż to Armia Czerwona wyzwoliła Polskę w 1945r.. Swój udział w tym procesie miała też naturalnie I Armia Wojska Polskiego dowodzona przez gen. Zygmunta Berlinga.
Kilka lat intensywnej propagandy historyków i polityków, szczególnie w okresie rządów PiS, nie było w stanie podważyć na szerszą skalę oczywistych faktów, które są także uznawane powszechnie przez opinię międzynarodową. Nikt przy tym nie neguje tragicznych skutków paktu Ribbentrop-Mołotow podpisanego 23 sierpnia 1939r. w Moskwie, stalinowskich zbrodni na Polakach, których symbolem stał się Katyń, czy dramatów wielu osób przy wyzwalaniu naszego kraju w 1945r.. Ale nigdy nie należy zapominać o tym, że 600 tys. żołnierzy radzieckich poniosło śmierć przy oswabadzaniu Polski, stąd godne ubolewania są zdarzające się przypadki niszczenia pomników upamiętniających te wydarzenia.
Na jeden rzadko przywoływany element warto zwrócić uwagę.
Otóż ZSRR po II wojnie światowej uzależnił Polskę i szereg innych państw Europy Środkowo-Wschodniej POLITYCZNIE, natomiast Niemcy hitlerowskie traktowały Polaków jako untermenschów, czyli podludzi, co niosło ogromne zagrożenie cywilizacyjne. To rozróżnienie ma zasadniczy charakter.
Zbliżają się rocznice wyzwolenia hitlerowskich obozów koncentracyjnych na naszych ziemiach, zwłaszcza obozu Auschwitz-Birkenau (27 stycznia 1945r.). Hołd ofiarom wielokrotnie składali papieże i czołowi politycy z całego świata (m.in. prezydent Putin oraz kanclerze Niemiec Helmut Kohl i Helmut Schmidt). Za kilka dni uczyni to kanclerz Angela Merkel. Z historią trzeba obchodzić się z powagą i rozważnie. W przeciwnym razie można narazić się na zasłużoną krytykę albo nawet na śmieszność. W tym kontekście przypomina mi się dziwaczna teza ówczesnego ministra spraw zagranicznych Grzegorza Schetyny, skądinąd dobrze wykształconego historyka, że obóz Auschwitz wyzwolili nie Rosjanie a Ukraińcy?!

Stara baśń polskiej literatury

„Baśń niepodległą…” Bohdana Cywińskiego tworzą jego wykłady dla studentów białoruskich wygłoszone w Witebsku w latach 1999-2003. Ten pozornie techniczny tylko, czy organizacyjny fakt nabiera w kontekście tej edycji specyficznego znaczenia. Na pozór bowiem tylko chodzi o to, że wykłady z dziejów literatury polskiej XIX wieku dla studentów „obcych”, niepolskich, miałyby być, jak to bywa w zwyczaju, oparte na zasadzie redukcji ich zakresu oraz uproszczenia ich formy i treści, tak aby były one zrozumiałe dla osób z definicji niezanurzonych w polskiej kulturze. I tu okazuje się, że punkt ciężkości zagadnienia leży zupełnie gdzie indziej.

Opierając się na wieloletnich, ale jedynie potocznych, nie wspartych żadną metodologią obserwacjach, doszedłem do wniosku, że obecność polskiej literatury XIX wieku, a więc literatury współkonstytuującej świadomość „nowoczesnego narodu polskiego” jest bardzo słaba nie tylko w szerokich kręgach społecznych (tu można mówić w właściwie o nieobecności zupełnej), ale także w kręgach ludzi wykształconych, nie wyłączając nawet dużej części grupy, którą można określić jako inteligencję humanistyczną. O ile współczesne, XX – i XXI-wieczne prądy myślowe, kulturowe i literackie są im przynajmniej pobieżnie znane, o tyle literaturę XIX wieku, nie wyłączając fenomenu romantyzmu, z jej sprzecznościami, problematami i antynomiami, traktują na ogół jako spetryfikowaną starzyznę bez współczesnego znaczenia, z którą ostatni kontakt mieli w szkole średniej, czasem w momencie matury z języka polskiego.
Z autopsji pamiętam, jak w trybie koleżeńskim przygotowywałem do matury ’77 z języka polskiego moich sympatycznych kolegów klasowych i jak bardzo treści, które im w najprostszej postaci przekazywałem w formie obszernych dyktand-bryków były przez nich nie tylko nieuwewnętrznione, ale nawet nieprzyswojone na najbardziej powierzchownym poziomie jako treści istotne. Przez cały czas owych domorosłych „wykładów” kwietniowo-majowych, odbywających się w bujnie kwitnącym ogrodzie jednego z kolegów miałem nieodparte poczucie, że przekazywane im treści nie mają dla nich najmniejszego związku z realnym światem ich odczuwania, myślenia i działania, że gruba je od nich dzieli szyba. W powietrzu ostentacyjnie krążyła znana idea – „zakuć, zdać, zapomnieć”. A przecież był to choćby czas głośnych inscenizacji Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym, który miał iście prometejski dar atrakcyjnego wlewania starych tekstów polskiej literatury w amfory współczesnej i nowoczesnej formy scenicznej.
Tę moją intuicję potwierdza po latach Bohdan Cywiński, zapewne w oparciu o bazę metodologiczną i systematyczny, uniwersytecki ogląd. W posłowiu do swojego zbioru zauważa on, że „obcowanie z wartościami tej literatury polegające na czytaniu samodzielnym poza szkołą, wybierali tylko nieliczni”. Cywiński zauważa jeszcze inną rzecz istotną, a nawet stanowiącą o istocie zjawiska: „Sprowadzanie samej sprawy kontaktu z dziewiętnastowieczną literaturą polską do ram (…) programów szkolnych, pomija jeden jeszcze, bardzo chyba ważny szczegół. To nie jest literatura „dla młodzieży”. Pisana była dla czytelników dorosłych, dojrzałych (…) To do nich skierowany był „Pan Tadeusz”, „Lalka”, „Nad Niemnem” czy „Wesele”. (…) Zepchnięcie tej twórczości do funkcji lektur szkolnych dla piętnastolatków, walczących o stopień „dopuszczający” w dzienniku, to z pewnością rozszerzenie kręgu jej przymusowych odbiorców, ale równocześnie – niewątpliwie degradacja jej pierwotnego sensu.
Jak wybrnąć z tej ideowej i kulturowej pułapki? Sądzę, że to pytanie odnosi się nie tylko i nie tyle do modelu (…) szkoły, ale przede wszystkim – do modelu całej, zupełnie „dorosłej” kultury współczesnego Polaka”. Obawiam się, że jest gorzej niż wynikałoby z pytań Cywińskiego i że mamy do czynienia z totalnym analfabetyzmem kulturowym i tożsamościowym polskiego społeczeństwa. Sam zaś zbiór eseistycznych w formie wykładów jest wspaniałą ucztą intelektualną i estetyczną, jako że już od „Rodowodów niepokornych” (początek lat 70-tych), owej fascynującej, autorskiej historii inteligencji polskiej wiadomo, że Cywiński jest wybornym pisarzem, mistrzem stylu wytwornego i klarownego zarazem. Tytułowa „baśń” jest oczywiście przede wszystkim metaforyczną figurą w którą Cywiński ujmuje narodową funkcję polskiej literatury.
„Baśń” jest tu rozumiana jako dzieło ludzkiej swobodnej wyobraźni, a nie w ścisłym, gatunkowym rozumieniu tego słowa. W tym kontekście wielką polską baśnią jest tak romantyzm, jak i odległy – zdawałoby się – od baśni pozytywizm, a także wieńczące wiek XIX modernizm i neoromantyzm. Fascynujące jest to Cywińskiego opowiedzenie Polski przez literaturę.

Bohdan Cywiński – „Baśń niepodległa, czyli literatura okresu zaborów”, wyd. Editions Spotkania, Warszawa 2016, str. 307, ISBN 978-83-7965-124-5

Epikryza przedwojennej gorączki

Obszerna praca Piotra Majewskiego „Kiedy wybuchnie wojna? 1938. Studium kryzysu”, jak informuje dopełniające tytuł zdanie, jest studium przedwojennej gorączki w Europie, zapisem atmosfery nadciągającej katastrofy.

Majewski – zasadniczo – bazuje na wiedzy historycznej powszechnie dostępnej, znanej historykom, zwłaszcza specjalistom od tego okresu historii, znanej także wielu amatorom wiedzy historycznej. Jednak użył tej on wiedzy w sposób twórczy, oryginalny, a przy tym i dodał fakty przez siebie samego odnalezione, wydobyte z rozmaitych źródeł, w tym n.p. z nieznanych powszechnie dokumentów czechosłowackich, aby stworzyć unikalne studium historyczne, ale też psychologiczno-polityczno-społeczne, które zupełnie inaczej niż klasyczne syntezy czy podręczniki dotyczące tego okresu pokazuje te dramatyczne dwadzieścia miesięcy dzielące Stary Kontynent od wybuchu II wojny światowej. Jakby odrobinę na przekór tytułowi Majewski rozpoczyna od 31 grudnia 1937 roku, od horoskopu dla Europy, jaki ukazał się w sylwestrowym wydaniu największego wtedy czechosłowackiego dziennika „Lidowe Noviny”. Nie zdradzę jaka była treść tego horoskopu, by nie odbierać przyjemności lektury czytelnikom, ale powiem tylko, że od horoskopu „LN” prowadzi nas Majewski przez najrozmaitsze miejsca i zakamarki, w których zaznaczały się, jakby na termometrze, kreski gorączki zwiastującej zbliżającą się wojnę, choć wielu wtedy taką ewentualność odrzucało, czasem szczerze czasem życzeniowo, na słynnej zasadzie „wishfull thinking”. Prowadzi więc nas Majewski od dworca kolejowego im. Wilsona w Pradze 1 stycznia 1938, od Thermia Palace w czeskich Pieszczanach, przez mieszkanie Konrada Henleina, przywódcy Niemców Sudeckich, zamek Praski, salę kinową Pasażu Lucerna w Pradze, Kancelarię Rzeszy w Berlinie, Zamek Królewski w Warszawie, Downing Street w Londynie, przejście graniczne polsko-czechosłowackie w Zebrzydowicach, rzymski Palazzo Chigi, siedzibę włoskiego MSZ i przez wiele, wiele innych miejsc różnego autoramentu, rangi i funkcji, poprzez kluczowe fragmenty artykułów z prasy europejskiej aż do, nieco paradoksalnie i może odrobinę zaskakująco, do willi byłego prezydenta Czechosłowacji Edwarda Benesza w Sezimowym Uście, po datą daleko przekraczającą rok 1938, bo sięgającą 3 września 1948 roku. I tu też niczego nie zdradzę, by nie krzywdzić przyszłych czytelników. To, co działo się w tych wszystkich licznych miejscach stało się dla Majewskiego tworzywem do stworzenia fascynującego portretu niezwykle dramatycznego okresu w dziejach Czechosłowacji, Polski i całej Europy. Zamiast kolejnej szablonowej syntezy podręcznikowego typu otrzymaliśmy fascynującą, dynamicznie zbudowaną opowieść historyczną, rodzaj historycznego suspensu opartego na twardych faktach. Niełatwo poddaję się emocjom przy lekturze, ale studium Piotra Majewskiego czytałem jak doskonały thriller, z tzw. wypiekami na policzkach. Bo zdarzenia sprzed ośmiu dekad, choć odległe od nas w czasie, dziś mogą także – zwłaszcza w kontekście tego co dzieje się w Europie i świecie – mrozić krew w żyłach a co najmniej budzić w nas niepokój. Gorąco rekomenduje tę wyborną książkę.

Piotr Majewski – „Kiedy wybuchnie wojna? 1938. Studium kryzysu”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019, str. 572, 978-83-66232-41-9

Małość

Jak tylko jestem w Karpaczu, zaglądam na grób Henryka Tomaszewskiego, na cmentarzyku obok świątyni Wang.

To wielki twórca i dyrektor Wrocławskiego Teatru Pantomimy i zarazem mim światowej sławy. Tomaszewski mieszkał w Karpaczu od 1968 roku. Był i pozostanie zdecydowanie najbardziej znanym obywatelem Karpacza. 20 listopada przypadała 100-na rocznica jego urodzin. Miastu wielki artysta pozostawił swoje zbiory zabawek i lalek, które zbierał w trakcie swoich artystycznych podróży po świecie. Niestety uroczystości urodzinowych w zasadzie nie było, była żenująca i karczemna awantura. Grupa radnych zarzuciła Tomaszewskiemu współpracę z SB i dlatego nie jest on godny szacunku. Tomaszewski był nieprzydatnym współpracownikiem służb. Być może gdyby nie podpisał lojalki nie stworzył by teatru i nie rozsławił tego teatru na świecie. Każdy ma swoje słabe strony. Jednak dla kilku radnych ta rysa dyskwalifikuje cały dorobek artysty. Zablokowali świętowanie rocznicy urodzin artysty. Od burmistrza zażądali lustracji wielkiego mima.
Małość i podłość – tak można nazwać zachowanie radnych. Mali ludzie zazdroszczą wielkim artystom i ludziom sukcesu. Oni też chcieliby być wielcy, ale natura poskąpiła talentu i chęci do ciężkiej pracy. Nie mogąc wznieść się na wyżyny chcą ściągnąć wielkich z piedestału. Chcą, by wielcy stali się, jak oni, małymi. W każdym drzemie trochę małości, ale u niektórych małość jest sensem życia. Zazdroszczą wszystkim, wyżej od nich stojącym. Taką małością popisali się radni Karpacza, na szczęście nie wszyscy. Małość ostatnio tryumfuje, bo obecna władza wyzwoliła u wielu obywateli ukryte pokłady małości. Skoro chcą lustrować Tomaszewskiego to wiadomo kto tę małość u nich wywołał. Na cmentarzu, obok Tomaszewskiego pochowany jest wielki poeta Tadeusz Różewicz. Też raczej nie tworzył ku radości prawicy. Bo ludzie nauki i sztuki generalnie nie przynależą do prawicy. Mają oczy skierowane do przodu i w przyszłość. Obok artysty ulotnych gestów leży artysta słowa. Nie zdziwię się, jak mali i podli radni Karpacza zaczną lustrować Różewicza. Oni są zdolni, w swojej małości, do osiągania wyżyn. Tu są wielcy i dobrze im z tą „wielkością”.

Wybory prezydenckie (cz. I)

Wybory prezydenckie coraz bliżej. W przyszłym roku, tak jak działo się to co pięć lat, wystartują wybitni, znani politycy, mniej wybitni politycy oraz osoby do tej pory wyborcom kompletnie nieznane, najczęściej bez żadnego doświadczenia politycznego i społecznego.

Nazwiska tych ostatnich przeminą szybko, u niektórych z nas czasem tylko pozostanie pamięć o tym, że jeden z pretendentów był producentem wkładek do butów, a inny zjeżdżalni montowanych w „aqua-parkach”. Zapamiętujemy zwycięzców, bo byli naszymi prezydentami, ale zapewne już nie wszyscy wymienimy bezbłędnie, po kolei, przegranych w drugiej turze. Na pewno bardzo niewielu wymieni tych, którzy zajęli trzecie i czwarte miejsce. Dodatkową komplikacją może być fakt, że we wstępnej fazie, zanim jeszcze zarejestrowane zostaną komitety wyborcze poszczególnych kandydatów, a następnie zanim uda się tym komitetom zebrać wymagane sto tysięcy podpisów, do wyborców dociera ze strony partii politycznych, politologów i samych zainteresowanych bardzo szeroka lista nazwisk potencjalnych kandydatów, którzy nimi ostatecznie nie zostają.

Pierwsze „parlamentarne”

Z perspektywy czasu zaciera się kto tylko zgłaszał swą gotowość, a kto ostatecznie znalazł się na karcie do głosowania. Warto więc przypomnieć jak to z wyborami prezydenta RP w III Rzeczpospolitej bywało. Analizie poddaję tylko wybory powszechne, pomijając pierwsze z 1989, gdyż dokonywał ich, podobnie jak w II RP, nie suweren a Zgromadzenie Narodowe.
Na marginesie zauważę, że dla prezesa PiS suwerenem, na którego się on powołuje jest jego wierny elektorat, dla mnie zaś, zgodnie z nauką wyniesioną z tego samego co prezes wydziału, suwerenem jest ogół wyborców, a więc też ci którzy głosują na opozycję lub niestety nie głosują wcale.

Pierwsze powszechne

W 1990 roku wolę startu w wyborach deklarowało 16 kandydatów, wśród nich osoby, o których Polacy usłyszeli po raz pierwszy (ale i ostatni) jak Jan Bratoszewski, Edward Mizikowski, Józef Onoszko, czy Waldemar Trajdos. Wyjątkiem Stanisław Tymiński, pamiętany do dziś, bo sporo namieszał, więc dał się zapamiętać, tym bardziej że raz jeszcze po 15 latach próbował politycznie zaistnieć.
Tylko siedem komitetów zebrało wymagane 100 tysięcy podpisów, lecz Kornelowi Morawieckiemu części z nich nie nie uznano, więc nie został zarejestrowany. Ostatecznie więc wystartowało sześciu kandydatów: Roman Bartoszcze, Włodzimierz Cimoszewicz, Tadeusz Mazowiecki, Leszek Moczulski, Stanisław Tymiński i Lech Wałęsa. Wybory różnić się będą od następnych, między innymi tym że w kolejnych lista kandydatów była zawsze dłuższa, czasem nawet znacznie. Ponadto do finału, ku zaskoczeniu wszystkich, dostał się Stanisław Tymiński kandydat „znikąd” pokonując faworyta Mazowieckiego, którego wielu komentatorów, jeszcze przed wyborami, widziało już w fotelu prezydenckim. Lech Wałęsa zdobył 6 569 889 głosów, czyli 39,96 proc. , Tadeusz Mazowiecki, urzędujący i bardzo popularny premier, zaledwie 2 973 364 głosów, czyli 18,08 proc. , a wyprzedził go Stanisław Tymiński osiągając aż 23,10 proc. poparcia od 3 797 605 wyborców. Czwarte miejsce przypadło Włodzimierzowi Cimoszewiczowi (9,21 proc. – 1 514 025 głosów), co kandydata lewicy, w tamtym czasie, winno słusznie napawać satysfakcją. Najsłabszy wynik uzyskał Leszek Moczulski bo tylko 411 526 głosów, co dało mu 2,50 proc. , jednak porównując to z późniejszymi wyborami, trzeba przyznać że cała stawka była dość równa, a ten ostatni wynik, choć niski, nie był dezawuujący kandydata, jak to będzie się zdarzać w kolejnych wyborach.
W II turze wygrał zdecydowanie Lech Wałęsa uzyskując aż 74,25 proc. poparcia od 10 662 696 wyborców. Jego konkurenta Stanisława Tymińskiego poparło 3 683 098 wyborców, a więc o 115 tysięcy mniej niż w pierwszej turze, dało mu to 25,75 proc. . Nigdy później zwycięstwo nie było tak przytłaczające, nigdy też żaden z wygranych nie zdobył ponad 10 milionów głosów wyborców. Warto dodać, że weteran prezydenckich kampanii wyborczych Janusz Korwin Mikke w tych wyborach swój komitet zarejestrował, nie zebrał jednak wymaganej ilości głosów, by stanąć w szranki.

Iść spać z Wałęsą, budzić się z…

W roku 1995 aż 18 komitetów przekazało do Państwowej Komisji Wyborczej zebrane podpisy poparcia dla kandydatów, jednemu tylko z nich, Bronisławowi Tejkowskiemu, wykazano że zebrał mniej niż wymagana ilość 100 tysięcy. Zarejestrowano wiec 17 kandydatów, w tym satyryka Jana Pietrzaka i producenta wkładek do butów Kazimierza Piotrowicza. Czterech kandydatów, jeszcze przed drukiem kart do głosowania ze startu zrezygnowało, ostatecznie więc w pierwszej turze wybieraliśmy spośród 13 pretendentów. Nadal jest to najdłuższa lista wyborcza jak do tej pory. Ostatnie trzynaste miejsce zajął kandydat noszący nazwisko Bubel zdobywając poparcie 0,04 proc. głosujących, to jest zaledwie 6 825 wyborców. To najgorszy z dotychczasowych wyników. Niewątpliwie zaskoczeniem dla wielu był świetny wynik Aleksandra Kwaśniewskiego, który zdobył ponad 358 tysięcy głosów więcej od Wałęsy (więcej o 2 proc. ) i słaby Jacka Kuronia; zajął on trzecie co prawda miejsce, ale zdobywając tylko 9,22 proc. , na co złożyło się 1 646 946 głosów.
W pierwszej turze Aleksander Kwaśniewski zdobył 6 275 670 głosów, czyli 35,11 proc. , zaś Lech Wałęsa 5 917 328 głosami osiągnął 33,11 proc. . Janusz Korwin Mikke, który od roku 1995 startował już zawsze w wyborach prezydenckich zajął miejsce ósme uzyskując 428 969 głosów (2,40 proc. ). Po raz pierwszy pojawiło się w kontekście wyborów prezydenckich nazwisko Lecha Kaczyńskiego, po zarejestrowaniu zrezygnował on jednak ze startu przekazując symbolicznie swe głosy (nieotrzymane przecież) na Jana Olszewskiego, który osiągnął czwarte miejsce ze stosunkowo słabym wynikiem.
W drugiej turze zwyciężył Aleksander Kwaśniewski zdobywając 9 704 439 głosów – 51,72 proc. , Lech Wałęsa uzyskał 9 058 176 głosów – 48,28 proc. .
Najwyższa była, jak dotąd, frekwencja wyborcza (w pierwszej turze 64,70, a w drugiej 68,23 proc. ).

Marian nie wypala

Pięć lat później, w 2000 roku zarejestrowano 13 kandydatów, tuż przed wyborami zrezygnował Jan Olszewski apelując o głosowanie na Mariana Krzaklewskiego, szefa Solidarności. Krzaklewski zajął trzecie miejsce, z obiektywnie nie najgorszym jak na to miejsce wynikiem 15,57 proc. otrzymując prawie 2 740 tys głosów, jednak przy wielości podmiotów go popierających był to wynik słaby, o ponad 300 tys więcej głosów zdobył Andrzej Olechowski zajmując miejsce drugie. Aż pięciu kandydatów osiągnęło wynik poniżej 1,0 proc. , najmniej bo 0,10 proc. Bogdan Pawłowski (17 164 głosy). Zaskakująco niski, wręcz kompromitujący wynik, przyjmowany przez komentatorów z niedowierzaniem, bo zaledwie 1,01 proc. i siódme miejsce zdobył Lech Wałęsa zyskując poparcie 178 590 wyborców. Wyprzedził go nawet Janusz Korwin Mikke Korwin zdobywając 252 499 głosów (1,43 proc. ).
Po raz pierwszy, dotąd jedyny, nie było drugiej tury wyborów.
Urzędujący prezydent Aleksander Kwaśniewski znokautował i zdeklasował rywali osiągając już w I turze wygraną wynikiem 53,90 proc. zdobywając 9 485 224 głosów. Drugiego na liście Andrzeja Olechowskiego poparło 17,30 proc. wyborców (3 0 44 141 głosów).
Nigdy później żaden ze zwycięzców, tak jak Aleksander Kwaśniewski, nie zdobył w dodatku dwukrotnie, ponad dziewięciu milionów głosów poparcia. Nigdy też później pod sztabem kandydata (był to Hotel Dom Chłopa w Warszawie) nie zgromadziła się taka masa wiwatujących jego zwolenników.

Dziadek z Wehrmachtu

Rok 2005 zaskoczył ilością chętnych do startu w wyborach. Zarejestrowano 16 kandydatów (wcześniej zarejestrowano aż 27 komitetów). Ostatecznie o fotel prezydenta walczyło 12 kandydatów gdyż wycofali się Włodzimierz Cimoszewicz, Maciej Giertych (ojciec Romana) i Zbigniew Religa, a jeden z kandydatów (Daniel Podrzycki) zmarł. Rezygnacja Cimoszewicza wiązała się z rozpętaną przeciwko niemu nagonką i tak zwanym czarnym PR (sprawa Jaruckiej) co w drugiej turze dotknęło Donalda Tuska („dziadek z Wehrmachtu”). O ile autor pomówienia wobec Tuska jest od początku znany (Jacek Kurski), to na pytanie kto stał za „sprawą” Anny Jaruckiej, skazanej za swe przewiny prawomocnym wyrokiem na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu, wciąż nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Nota bene Jacek Kurski za swe słowa został (ale tylko na kilka miesięcy) wykluczony z PiS. Czym się zajmuje dziś i za jakie apanaże – wiadomo.
Pierwszą turę wygrał Donald Tusk (36,33 proc. ) zdobywając 5 429 666 głosów. Drugi był Lech Kaczyński (33,10 proc. ) gromadząc poparcie 4 947 927 wyborców. Trzecie miejsce zajął Andrzej Lepper ze stosunkowo dobrym wynikiem (15,11 proc. ) co zawdzięcza głosom 2 259 094 zwolenników. Warto odnotować wynik czwarty. Marek Borowski zdobył 1 544 642 głosów (10,33 proc.). To, obok Włodzimierza Cimoszewicza z roku 1990, drugi dobry wynik na miejscu czwartym nawiązujący kontakt z czołówką. Aż pięciu kandydatów odnotowało poparcie poniżej 1,0 proc. , na ostatnim miejscu znalazł się Adam Słomka (0,06 proc. ) otrzymując zaledwie 8 895 głosów. To drugi tak słaby, obok Leszka Bubla w 1995, wynik w historii wyborów prezydenckich. Tenże Bubel startował i tym razem zdobywając 18 828 (0,13 proc. ) głosów.
Druga tura odwróciła kolejność jaką kandydaci zajmowali po pierwszej. Lech Kaczyński wygrał z poparciem 54,04 proc. wyborców, gromadząc 8 257 468 głosów, na Donalda Tuska oddało swe głosy 45,96 proc. obywateli (7 022 319 osób).
Prezes na nervosolu
Katastrofa smoleńska zweryfikowała wiele deklaracji gotowości startu w wyborach 2010 roku. Do 9 kwietnia było już piętnaście takich deklaracji, co istotne, składanych w kontekście bardzo niskich notowań kończącego swą kadencję Lecha Kaczyńskiego. 1 marca 2010 ogłoszono, że poparcie dla niego wynosi 18,7 proc. , gdy Bronisława Komorowskiego popierało ponad dwa razy więcej bo 39 proc. sondowanych. Poza Lechem Kaczyńskim w katastrofie zginął wskazany już przez SLD jako kandydat na urząd prezydenta – Jerzy Szmajdziński. Katastrofa i nastroje przez nią wywołane były podawane jako powód rezygnacji ze startu przez Ludwika Dorna i Tomasza Nałęcza.
Katastrofa (w związku z „opróżnieniem urzędu prezydenta RP”) wymusiła przyspieszenie kalendarza wyborczego. Ostatecznie termin I tury wyznaczono na 20 maja (wcześniej przewidywano że odbędzie się ona dopiero 3 października). Zarejestrowano 17 komitetów wyborczych, z których jednak tylko 10 dostarczyło niezakwestionowane komplety po 100 tys. podpisów.
W pierwszej turze prowadzenie objął Bronisław Komorowski, na którego oddano 6 981 319 głosów co stanowiło 41,54 proc. , Jarosław Kaczyński zdobył 6 128 255 głosów (36,46 proc. ). Dobry wynik, jak na trzecie miejsce, osiągnął Grzegorz Napieralski otrzymując poparcie od 2 299 870 osób (13,68 proc. ). Dwóch kandydatów otrzymało poniżej 1 proc. głosów, w tym najmniej Kornel Morawiecki 21 596 głosów (0,13 proc. poparcia).
W II turze Bronisław Komorowski nie oddał prowadzenia uzyskując wynik 53,01 proc. na co złożyło się 8 933 887 głosów, zaś Jarosława Kaczyńskiego poparło 7 919 134 wyborców (46,99 proc. ).

Z czwartego szeregu

W 2015 roku zarejestrowano 23 komitety wyborcze, w tym aż czterech kobiet: Anny Grodzkiej, Wandy Nowickiej, Magdaleny Ogórek i Iwony Piątek. Jednak tylko 11 komitetów przedstawiło listy poparcie ze stoma tysiącami podpisów (w tym z kobiet tylko Magdalena Ogórek jako kandydatka SLD).
Pierwszą turę wygrał, ku zaskoczeniu wszystkich, w tym obozu PiS, Andrzej Duda. Poparło go 5 179 092 głosujących (34,76 proc. ). Wedle zgodnych opinii miał on walczyć o drugie miejsce, wszak notowania Komorowskiego nie dawały szans żadnemu kontrkandydatowi. (W lutym na Komorowskiego zamierzało oddać swe głosy aż 63 proc. ankietowanych – co przekładało się na zwycięstwo w pierwszej turze – na Dudę zaledwie 15 proc. .)
Wynik Komorowskiego był minimalnie niższy, oddało na niego swe głosy 5 031 060 wyborców czyli 33,77 proc. , o 148 032 mniej niż na rywala. Znakomity, jak na trzecie miejsce był wynik Pawła Kukiza – 3 099 079 głosów (20,80 proc. ). To w historii wyborów najlepszy wynik osiągnięty na tym miejscu. Poniżej 1,0 proc. głosów otrzymali czterej kandydaci, a spośród nich najmniej uzyskał Paweł Tanajno 29 785 (0,20 proc. ).
W drugiej turze ponownie na pierwszym miejscu był Andrzej Duda, którego poparło 8 630 627 obywateli (51,55 proc. ). Na Bronisława Komorowskiego oddało swe głosy 8 112 311 wyborców (48,45 proc. ). Różnica 518 316 głosów jest najmniejszą jaka w drugiej turze dzieliła zwycięzcę i pokonanego
Powoli zapominamy, że kandydatura Andrzeja Dudy była typową zapchajdziurą, miała być rodzajem manifestacji prezesa PiS jego stosunku do urzędu prezydenta zbezczeszczonego, w jego mniemaniu, przez niegodnego pamięci brata następcę, obdarzonego jednak sporym wsparciem społecznym. Wobec tych zaskakująco dobrych notowań Komorowskiego Andrzej Duda miał za zadanie tylko walczyć o fotel i zdobyć w miarę dobry wynik. Wejść do drugiej tury, utrudnić zwycięstwo, ale żeby zwyciężył, o tym ani prezes, ani sam kandydat chyba nie myśleli. Szansa pojawiła się nagle, po ogłoszeniu wyników pierwszej tury. A znacznie więcej kandydatowi PiS przysłużyli się nieskoordynowani, popełniający błąd za błędem, uśpieni i uspokojeni sondażami, sztabowcy Komorowskiego, niż zapracowana i przejęta „Polską w ruinie” Beata Szydło.
Nie sposób, ze wstydem, nie odnotować przypadku Magdaleny Ogórek. Ogłoszona została kandydatką niespodziewanie, w dodatku w bardzo nieodpowiednim dniu i momencie (śmierć Józefa Oleksego), niczym królik wyjęty z kapelusza. Bez najmniejszego doświadczenia jakie mogło ją predestynować do tej roli.
Wśród działaczy SLD nie brakowało przecież bardziej stosownych kandydatur. Zastanawiam się czy przewodniczący Leszek Miller nie chciał tą kandydaturą dać do zrozumienia jak mało szanuje urząd prezydenta RP? Może jednak dopisuję mu intencje, których nie miał. Kandydatura Ogórek odbija się lewicy czkawką do dziś i to coraz bardziej z powodu jej obecnej postawy, głoszonych poglądów, pokładów hipokryzji i zakłamania prezentowanych w prowadzonych przez nią programach telewizji rządowej. Nie da się jednak zapomnieć, że kandydatką SLD była, że uzyskała aprobatę wszystkich właściwych gremiów, a pewien dystans do niej, u części działaczy partii, zaczął się rodzić dopiero pod sam koniec kampanii.

Białe tango

Skoro o kobiecie była mowa, warto podać kiedy w wyborach startowały panie i jak poradziły sobie. Pierwszą kobietą, która stanęła do wyborów była w 1995 roku Hanna Gronkiewicz-Waltz. Sprawowała wtedy urząd prezeski Narodowego Banku Polskiego i uzyskała wsparcie wielu organizacji o profilu katolickim, choć co ciekawe nie otrzymała go od Radia Maryja, mając je wręcz przeciwko sobie. Gronkiewicz zajęła siódme miejsce z wynikiem 2,76 proc. (492 630 głosów), a z całej jej kampanii najbardziej pamiętane są słowa kandydatki o jej niemal stałej relacji z Duchem Świętym, co jak się okazało w tych wyborach nie pomogło. Dziesięć lat później, w 2005 roku, w szranki ruszyła minister przemysłu i handlu z roku 1991, działaczka organizacji gospodarczych Henryka Bochniarz. Podobnie jak Gronkiewicz zajęła siódme miejsce, ale ze znacznie słabszym wynikiem 1,26 proc. (188 600 głosów). W tym samym roku zarejestrowany był także komitet wyborczy prof. Marii Szyszkowskiej, kończącej swą jednorazową misję członkini senatu i byłej już wtedy członkini SLD. Nie zebrano jednak wystarczającej ilości podpisów by kandydatkę tę zarejestrować. W roku 2015 poza wspomnianą już Magdaleną Ogórek (piąte miejsce, 2,38 proc. , 353 883 głosów), wolę startu ogłosiły jeszcze trzy komitety, wymienionych wcześniej pań, jednak nie udało się zebrać dla żadnej z nich wymaganej ilości podpisów. Wynik Hanny Gronkiewicz jest więc jak dotąd najlepszym spośród kandydujących kobiet. W żadnej mierze powyższa analiza nie dezawuuje żadnej z potencjalnych kandydatek ani w wyborach 2010 ani w kolejnych. Tak po prostu do tej pory było, a przyznam, że nie miałbym nic przeciwko polskiej Pani Prezydent w nowej kadencji.
Warto też zauważyć, że z jednym wyjątkiem, zawsze w wyborach startował Janusz Korwin Mikke. Nie ma go na liście kandydatów tylko w 1990, nie zebrał wówczas bowiem wymaganej ilości stu tysięcy podpisów. Startował pięć razy, trzykrotnie jako reprezentant Unii Polityki Realnej, następnie z partii Wolność i Praworządność a w 2015 pod flagą Kongresu Nowej Prawicy. Byłoby dziwne gdyby w przyszłym roku nie wystartował, choć jak dotychczas sukcesem było zajęcie czwartego miejsca w 2010 i 2015 roku z najlepszym wynikiem w poprzednich wyborach 486 084 głosów (3,26 proc. ). Kolejni weterani prezydenckich potyczek to Andrzej Lepper (1995, 2000, 2005, 2010) i Lech Wałęsa (1990, 1995, 2000), co omawiane było powyżej. Dwa razy startował Aleksander Kwaśniewski (1995, 2000), z tym że za każdym razem zwyciężał, oraz Stanisław Tymiński (1990, 2005), Leszek Bubel (1995, 2005), Waldemar Pawlak (1995, 2010), Bogdan Pawłowski (1995, 2000), Andrzej Olechowski (2000, 2010), Jarosław Kalinowski (2000, 2005) i Bronisław Komorowski (2010, 2015). Pozostałych jednorazowa przegrana zniechęciła do kolejnych starań o prezydenturę.

Ciąg dalszy w następnym numerze

FLACZKI TYGODNIA

To polska lewica walczyła niepodległość i państwo polskie. Nie polscy ziemianie, księża katoliccy, działacze partii konserwatywnych i prawicowych . Państwo polskie powstało w wyniku rozpadu i klęsk wojennych trzech państwo – zaborców oraz wielkiej aktywności rewolucyjnych, lewicowych aktywistów. Przede wszystkim związanych z Polską Partia Socjalistyczną.

Ale w III Rzeczpospolitej lewica oddała ten triumf prawicy. Pozwoliła jej ukraść go sobie. Uczyniła tak w efekcie własnego lenistwa umysłowego, konformizmu i inteligenckiej poprawności.
Oddała jej Józefa Piłsudskiego, który zanim został Naczelnikiem Państwa polskiego przeszedł drogę typową dla ówczesnego rewolucjonisty. Dzieciństwo w zubożałym szlacheckim dworku, studia na rosyjskim uniwersytecie, wtedy wylęgarni lewackich radykałów. Potem pierwsze konspiracje, wpadki, wyroki i zsyłki na Syberię – wówczas najbardziej rozpolitykowany region rosyjskiego imperium.

Zwykle pierwsza zsyłka skazywała na działalność w ruchu rewolucyjnym, czyli na socjalistyczne poglądy i żywot zawodowego rewolucjonisty. Jego częścią bywały akcje terrorystyczne, zwykle napady na banki zwane „eksami”. Nierzadkie były kontakty liderów z wywiadami państw wrogich rosyjskiemu imperium. Po roku 1905 normalnym stało się tworzenie partyjnych bojówek.

Aż wreszcie, korzystając z wojny między zaborcami, niedawni bojowcy zasilili regularne oddziały wojskowe. Aby znowu być w pełnej gotowości, kiedy bieg dziejów da okazję do kolejnego niepodległościowego zrywu. Aby dokonać tym razem rewolucji narodowej i socjalnej.

To nie prawica tworzyła pierwsze rządy II Rzeczpospolitej. Pierwszym był rząd Ignacego Daszyńskiego, powstały już 7 listopada 1918 roku, drugim rząd Jędrzeja Moraczewskiego. Ten, pomimo krótkiego okresu działalności, od 18 listopada 1918 do 16 stycznia 1919, stworzył fundamenty nowoczesnego, postępowego państwa polskiego.
To ten socjalistyczny rząd dał wszystkim obywatelom prawa wyborcze, czyli polskim kobietom też. To ten rząd wprowadził ośmiogodzinny dzień pracy. Dał pracującym prawo do tworzenia związków zawodowych i prawo do strajków.
Ten rząd wprowadził też pierwsze regulacje prawne chroniące lokatorów prywatnych kamienic. Czyli był prekursorem dzisiejszych ruchów obrońców lokatorów, aktywistów miejskich.
Czemu z okazji Dnia Niepodległości polska lewica nie wspomina, nie czci Jędrzeja Moraczewskiego?

Jednym grzechów głównych współczesnej, polskiej lewicy jest grzech zaniedbania własnej polityki historycznej. Brak jej wynikał z kilku powodów.
Lewica w Polsce zawsze była podzielona. Od końca XIX wieku konkurowały ze sobą dwa główne nurty. „Internacjonalistyczny” i „Patriotyczny”.
Warto przypomnieć, że pogardzani obecnie „Internacjonaliści” skupieni w Komunistycznej Partii Polski zostali w 1938 roku wymordowani przez „nacjonalistów” Jozefa Stalina. Bo zbyt wielu z nich nie miało miękkich kręgosłupów ideowych. Nie chciało w pełni zaakceptować biurokratyzację WKP”b”.

Nurt „Patriotyczny” związany z Polska Partią Socjalistyczną i Józefem Piłsudskim podzielił się po zamachu majowym w 1926 roku. Wtedy to Ignacy Daszyński pozostał w PPS i był w opozycji wobec Piłsudskiego, swego partyjnego kolegi. Moraczewski poparł Piłsudskiego i zasilił tworzący się obóz sanacyjny. Obaj symbolizują różne postawy polskich socjalistów wobec tworzącego się obozu sanacyjnego.

Po II wojnie światowej resztki ocalałych „Internacjonalistów” współtworzyły Polską Partię Robotniczą. Ta wraz z „rozłamowcami” z PPS, bezwzględnie zwalczała „Niepodległościowców” z PPS. Drogi niedawnych towarzyszy rozeszły się. Każdy z nich uważał, że dokonał właściwego, korzystnego dla Polski wyboru.

W czasach Polski Ludowej oficjalna polityka historyczna wielki ból głowy miała z lewicowymi tradycjami. Nie można było sławić, czasem nawet przypominać „niepodległościowego” Piłsudskiego i jego PPS, bo byli oni bohaterami wojny polsko- radzieckiej z 1920 roku. Czyli wrogami bratniego wówczas ZSRR.
Nie można było rzetelnie prezentować historii nurtu „Internacjonalistycznego”, bo wówczas trzeba było przypominać zbrodniczą decyzję Kominternu o rozwiązaniu Komunistycznej Partii Polski i wymordowanie jej działaczy przez radziecką bezpiekę. Dlatego tradycje lewicowe kultywowano w Polsce Ludowej odświętnie, powierzchownie, bezrefleksyjnie.

W III Rzeczpospolitej liderzy SLD postawili na przyszłość. Z politycznego wyrachowania i kunktatorstwa nie zachęcali do analizowania doświadczeń Polski Ludowej ani lewicowych tradycji II Rzeczpospolitej.
W efekcie wyrastająca w III Rzeczpospolitej lewicowa młodzież nie miała, oprócz importowanego Che Guevary, bohaterów, których mogła wynosić na sztandarach i koszulkach. Nie miała, i nadal nie ma, swoich „bohaterów masowej wyobraźni”.
x/ A przecież lista polskich lewicowych bohaterów nie jest krótka. Czas najwyższy aby lewica odkurzyła postać Tadeusza Kościuszki. Bojownika o niepodległość Polski i USA. Generała, który chłopów uczynił żołnierzami, czyli obywateli. Warto przypomnieć księdza Piotr Ściegiennego. Polskiego prekursora „teologii wyzwolenia”. Działacza niepodległościowego i socjalistycznego. Bojownika o wyzwolenie społeczne chłopów. Prekursora reformy rolnej.
Kolejnym do odkurzenia jest Ludwik Waryński. Buntownik z własnego wyboru. Jeden z pierwszych, który zrozumiał, że nie da się wyzwolić polskiego narodu bez jego wyzwolenia socjalnego. Następny to anarchistę Jana Wacława Machajskiego. On pierwszy opisał tworzenie się warstwy inteligencko- biurokratycznej, rządzącej potem w ZSRR i krajach „wspólnoty socjalistycznej”. Przed Trockim, Dżilasem i innymi krytykami biurokracji ZSRR.
Na pewno lewica powinna przypomnieć i kultywować Rewolucję 1905 roku. Ostatni bunt narodowy i pierwszą miejską rewolucję socjalną.
Powinna przypomnieć i kultywować Kazimierza i innych liderów lewicy niepodległościowej.

I na koniec, a raczej na początek, lewica powinna przeanalizować dorobek Polsk Ludowej. Odrzucić złe doświadczenia, ocalić dobre rozwiązania. Przypomnieć dorobek Karola Modzelewskiego i grono „patriotycznych pragmatyków” z PZPR, którzy doprowadzili do Okrągłego Stołu. A nawet premiera Jana Olszewskiego, który w młodości lewicowcem i masonem był.
Nawet marszałka seniora Antoniego Macierewicza. W młodości lewicującego, entuzjasty Che Guevary.

Prowincja czyli świat cały i epoka też

Dziwnym trafem, jednym z takich jakie od czasu do czasu mi się zdarzają, lektura wspomnień Zofii z Odrowąż-Pieniążków Skąpskiej (1881-1961) wpisała mi się w moje nie tak dawno ożywione zainteresowania niektórymi szlakami rodzinnej genealogii.

O tym jednak na końcu, bo na początek chcę dać oczywiste pierwszeństwo wybitnemu polskiemu pisarzowi Wiesławowi Myśliwskiemu, który o tych „wspomnieniach galicyjskich” napisał tak: „Autorka tego pamiętnika to postać niezwykła, wyrastająca nie tylko ponad miarę swoich czasów. (…) Jeszcze młódka, a szybko przeobraża się w światłą, nowoczesną gospodynię, dzięki czemu dzierżawione majątki zaczynają kwitnąć. (…) Obarczona siedmiorgiem potomstwa znajduje czas na systematyczne czytanie, interesuje się nawet psychologią i filozofią (Freud, Platon). Zbiera pieśni ludowe, zajmuje się działalnością społeczną (…) Wiodą z mężem niby-prowincjonalne życie, lecz przegląda się w nim niemal cała epoka”. I rzeczywiście, w głowie się już kręci od tego bogactwa faktograficznego biografii autorki wspomnień przy samej tylko lekturze wstępu autorstwa Rafała Skąpskiego, wnuka Zofii z Odrowąż-Pieniążków. Gąszcz zdarzeń, zjawisk, środowisk, niezliczone personalia, te nieznane i te bardzo znane, historyczne persony, z którymi spotykała lub co najmniej stykała się sama Zofia lub jej antenaci i inni członkowie skoligaconych rodów. Już sam ten wstęp Rafała Skąpskiego jest epopeją, choć podaną w maksymalnie możliwym skrócie. Pod koniec wstępu tak podsumowuje on wartość tekstu swej Babki: „Walorem tych wspomnień, być może nawet niezamierzonym przez Autorkę, jest przedstawienie, przez koleje życia swojej rodziny, historii kraju i ukazanie uniwersalizmu losów narodu i losów kilku pokoleń inteligencji polskiej. Lektura dla czytelnika, który skądinąd znając dzieje polityczne Polski, odnajdzie tu zapis emocji, marzeń, nadziei, radości i smutków dziesiątków barwnych postaci z krwi i kości, których wielowątkowe losy wpisane są w kontekst ledwo co zarysowanych wydarzeń wielkiej historii”. Jak zauważył zacytowany na wstępie Wiesław Myśliwski, choć autorka wraz z mężem prowadzili na Sądecczyźnie (od 1920 roku na Pomorzu) żywot nader prowincjonalny, budzący naturalne skojarzenia z żywotem Barbary i Bogumiła, bohaterów „Nocy i dni” Marii Dąbrowskiej (asocjacja tym bardziej trafna, że Zofia z Odrowążów urodziła się w Kaliszu), to w trakcie lektury doznaje się zadziwiającego, paradoksalnego wrażenia, że wiodą oni niesłychanie barwne, bujne, wręcz światowe życie, a to za przyczyną zarówno rodzinno-towarzyskich filiacji, spotkań w z wybitnymi osobistościami epoki, jak i z powodu horyzontów intelektualnych autorki, jej lektur i kulturalnych pasji, działalności publicystycznej, podróży, aktywności społecznej. Na kartach wspomnień pojawiają się liczne nazwiska historyczne, w tym postacie z którymi autorka się zetknęła, jak Edward Rydz-Śmigły, Władysław Anders czy Maria Jehanne Wielopolska, autorka sławnych kiedyś, a zapomnianych dziś „Kryjaków”, jak rody Dunikowskich czy Brezów, Feliks Nowowiejski, czy aktorka Teofila Koronkiewicz, znana widzom kultowej komedii Tadeusza Chmielewskiego „Nie lubię poniedziałku” (1971) z roli starszej damy, przedwojennej warszawianki, opowiadającej napotkanemu Włochowi o dawnej Warszawie-Paryżu Północy. Dowiaduję się też z tych wspomnień detali niby drobnych, ale dla zainteresowanego personaliami literatury cennych, jak choćby to, że Skąpscy są spokrewnieni z rodziną Bohdana Rogatko, zmarłego niedawno wybitnego krytyka literackiego o – moim zdaniem – randze myśliciela. Aliści niezliczone wręcz nazwiska, i te historyczne i te mniej historyczne i te zupełnie niehistoryczne, pojawiają się także w cennych przypisach, już to jako postacie, z którymi autorka zetknęła się osobiście, już to niejako za pośrednictwem kontaktów i filiacji męża, już to wtedy, gdy pojawiają się jako postacie „styku pośredniego”, w jakiś sposób związane z postaciami opisywanymi bądź wzmiankowanymi we wspomnieniach i „mnożące” się na zasadzie „linków”. Wspomnienia Zofii z Odrowąż-Pieniążków Skąpskiej są prawdziwą kopalnią wiedzy o epoce, zarówno poprzez bezpośredni, realistyczny przekaz, jak i poprzez szerokie konteksty zewnętrzne, bardzo bogate dzięki horyzontom myślowym i rozległym zainteresowaniom autorki. Czyta się te wspomnienia znakomicie, jako że napisane są klarowną, piękną polszczyzną ówczesnej inteligencji, rzeczową, mimetyczną, bogatą w realistyczne detale, a przy tym wolną od jakiejkolwiek minoderii czy „ćwiczeń stylistycznych”, w tym od wszelkiej „młodopolszczyzny”, która przecież Autorce formującej się duchowo i kulturowo w tej właśnie epoce, łacno mogły się przydarzyć, a jednak się nie przydarzyły. Edycja wspomnień uzupełniona jest między innymi (poza ikonografią fotograficzną) listami autorki oraz tablicami genealogicznymi m.in. rodów Odrowąż-Pieniążków i Skąpskich. Zazdroszczę Rafałowi Skąpskiemu tego dzieła edytorskiego, a nade wszystko tego, że posiada tak bogatą, że prawie pełną dokumentację rodzinną. Ja w poszukiwaniu genealogii rodzinnej ze strony mojej babki doszperałem się zaledwie okruchów – mam tylko wiedzę o małżeństwie mojej prababki z Janem Bielińskim, rocznik 1865 i datę jej urodzenia – w roku 1878, roku w którym zaczyna się akcja „Lalki” Prusa oraz tylko jedną, jedyną jej fotografię, w którym ta kobieta, którą zapamiętałem z dzieciństwa jako zasuszoną, skurczoną, bezzębną staruszkę, jawi się jako młody, czarnowłosy „wamp”, jakby wzięty z otoczenia lub twórczości Stanisława Przybyszewskiego. Na osłodę tej genealogicznej „pustki” pozostaje mi tylko nazwisko męża jej córki Apolonii, mojej ciotecznej babki, która wyszła za przedstawiciela krakowskiej rodziny Jurowiczów, a której jednego z jej przedstawicieli utrwalił w sztuce „Karykatury” Jan August Kisielewski. Czytałem zatem „Dziwne jest serce kobiece” z „genealogiczną” zazdrością, ale pogodną, bez zawiści, za to z ogromnym
zainteresowaniem.

Zofia z Odrowąż-Pieniążków Skąpska – „Dziwne jest serce kobiece. Wspomnienia galicyjskie”, opr. wspomnień, wstęp, komentarz, przypisy i dobór ilustracji Rafał Skąpski, wyd. Czytelnik, Warszawa 2019, str. 474, ISBN 978-83-07-03451-5

30 rocznica zburzenia muru berlińskiego (1)

Upadek Niemieckiej Republiki Demokratycznej widziany oczami polskiego dyplomaty.

28 października 1988 r.- po ukończeniu Akademii Dyplomatycznej i ponad dwóch lata pracy w centrali MSZ na stanowiskach radcy, a następnie doradcy ministra- nastąpił mój długo oczekiwany wyjazd na placówkę do NRD. Temat obronionej pracy doktorskiej oraz wcześniejsze zainteresowania i kontakty predystynowały mnie raczej do pracy w RFN , ale wszechmogące kadry zdecydowały inaczej, kierując mnie do naszej Ambasady w NRD w Berlinie.

Wyjeżdżając kompletnie nie zdawałem sobie sprawy, że będę świadkiem historii.

Uczestnikiem wydarzeń i działań dotyczących rozwoju i zmian w Niemczech prowadzących do zburzenia muru berlińskiego i zjednoczenia Niemiec. Jednym słowem, ze przeżyję ogromnie ciekawy, pasjonujący okres w moim życiu zawodowym.
Przyjeżdżałem do pracy w Wydziale Politycznym Ambasady. Do moich zadań należały kontakty z partnerami politycznymi NSPJ, CDU, LDPD oraz przygotowywanie analiz i opracowań zarówno w zakresie stosunków dwustronnych , jak i rozwoju sytuacji wewnętrznej w NRD.
Szybko przekonałem się, jak trudne jest pozyskiwanie w specyficznym, ze wszechobecnym Stasi systemie politycznym NRD wiarygodnych informacji. Wszelkie rozmowy w MSZ NRD , poza oficjalnym uzgodnieniami, np. dotyczącymi wizyt czy spotkań to była „sztampa”- sztywny, oficjalny język i zawsze obowiązkowo dwóch partnerów ze strony NRD przy każdej rozmowie ( dlaczego dwóch można się było łatwo domyślić). Dlatego, poza tym co było niezbędne, nie przepadałem za kontaktami z ludźmi z tego resortu, ponieważ niewiele z nich wynikało.
Natomiast w pierwszym okresie mojej działalności w NRD niezmiernie cenne były kontakty z moim partnerem z Wydziału Zagranicznego KC NSPJ, odpowiedzialnym za polskie sprawy , dyplomatą, Olafem Horlacherem, który wcześniej pracował na placówce w Polsce . Jego stosunek do Polski był więcej jak życzliwy, mogę powiedzieć przyjazny . Kiedy przed upadkiem Muru chciałem się czegoś dowiedzieć w zakresie rozwoju sytuacji wewnętrznej czy stanowisku NRD w relacjach dwustronnych, umawiałem się z nim na spotkanie. Rozmawialiśmy wtedy w „cztery oczy’, a o najistotniejszych kwestiach najwięcej dowiadywałem się , kiedy szliśmy do jego pokoju w budynku KC NSPJ lub gdy mnie odprowadzał. Nasze kontakty miały także charakter rodzinny – spotykaliśmy się podczas weekendów z żonami i dziećmi w naszych domach i u Olafa na daczy, gdzie oprócz grillowania, jedną z ulubionych rozrywek było wspólne z żonami i dziećmi rozgrywanie meczów w piłkę nożną.
Należy przy tym podkreślić, że stosunki dwustronne Polska-NRD były wówczas dalekie od charakteru „sielankowego”.
Był to okres, kiedy polskie władze mając do czynienia z niewydolnością systemu, poszukiwały dróg wyjścia z kryzysu, usiłowały wdrażać reformy, co spotykało się z krytyką ówczesnego kierownictwa NRD. Poza tym stosunki Polska-NRD były obciążone narastającymi napięciami związanymi z nierozwiązaną, sporną kwestią dotyczącą rozgraniczenia obszarów morskich w Zatoce Pomorskiej. Pomimo tego, że Niemiecka Republika Demokratyczna i Polska Rzeczpospolita Ludowa były tzw. „bratnimi krajami”, to „przyjazne relacje” nie odzwierciadlały stosunku obu stron do wyżej wspomnianej kwestii.. Sytuacja stanęła na ostrzu noża, gdy NRD chcąc pokazać, że także walczy o sprawy niemieckie, jednostronną decyzją rządu tego kraju z 20 grudnia 1984 r. rozszerzyła od 1 stycznia 1985 roku szerokość wschodnioniemieckiego morza terytorialnego (pasa wód terytorialnych) do 12 mil morskich. W ten sposób portom w Szczecinie i Świnoujściu zagrażało odcięcie od otwartego morza.
Problem rozgraniczenia obszarów morskich był tematem żmudnych, trudnych konsultacji dwustronnych.
Oprócz kontaktów z innymi partiami bloku demokratycznego , w miarę rozwoju sytuacji wewnętrznej w NRD moje kontakty poszerzały się o opozycję demokratyczną , Synod Kościoła Ewangelickiego, środowiska kulturalne. W bardzo dynamicznym rozwoju wydarzeń w sytuacji wewnętrznej w NRD ogromnie ważne były kontakty z dyplomatami: radzieckimi ( mającymi bardzo dobre rozpoznanie, były takie momenty, kiedy ich informacje wyprzedzały wiedzę gospodarzy o jakimś wydarzeniu), czechosłowackimi, węgierskimi, amerykańskimi i angielskimi.

Wizyta Premiera Mieczysława Rakowskiego w Berlinie 5 grudnia 1988 r.

Podczas, gdy Polska zmierzała w kierunku reform systemu społeczno-politycznego, a zwłaszcza gospodarki, czego wyrazem była reforma przygotowana przez ministra M. Wilczka, „podstarzałe” kierownictwo NRD uważało model społeczno-polityczny i gospodarczy realizowany w tym kraju za wzorcowy i jedynie słuszny model socjalizmu. Co więcej, ówczesne zmiany w ZSRR i pierestrojkę M. Gorbaczowa traktowano jako odchylenie rewizjonistyczne. Z tego powodu zaprzestano nawet wysyłać studentów na kształcenie w Związku Radzieckim, z czego wcześniej tak chętnie korzystano.
W tej atmosferze i klimacie politycznym miał złożyć wizytę w Berlinie i spotkać się z I sekretarzem KC NSPJ Erichem Honeckerem polski premier -Mieczysław Rakowski uważany przez kierownictwo partyjne NRD za partyjnego liberała.
Przygotowując wizytę, wiedzieliśmy w Ambasadzie Polskiej, że będzie ona niełatwa i rozmowy będą trudne. Tak się złożyło, że Mieczysław Rakowski przylatywał do Berlina w poniedziałek 5 grudnia, a ja w sobotę poprzedzającą tę wizytę pracowałem nad czymś pilnym w Ambasadzie przy Unter den Linden w swoim pokoju na czwartym piętrze. Nieoczekiwanie zadzwonił do mnie z dołu pracownik ochrony ambasady z informacją , że przyszedł niemiecki obywatel i koniecznie chce ze mną rozmawiać. Kiedy oddał mu słuchawkę okazało się, że był to znany mi z-ca kierownika Wydziału Zagranicznego KC NSPJ – Bruno Mahlow. Powiedział, że przychodzi do mnie w bardzo ważnej i pilnej sprawie. Spotkałem się z nim i okazało się, że chodzi o poniedziałkową wizytę premiera Rakowskiego. Mahlow zwrócił się z prośbą, aby informacja, którą mi za chwilę przekaże, pilnie dotarła , przed wizytą do Warszawy. Informacja dotyczyła tego, że Erich Honecker przywiązuje dużą wagę do spotkania z Mieczysławem Rakowskim, zależy mu na dobrej rozmowie, w tym o naszych doświadczeniach w reformowaniu systemu gospodarki i dobrym przebiegu całej wizyty. Chociaż M. Rakowski przyjeżdżał na zaproszenie ówczesnego premiera NRD Willy Stopha, według Mahlowa to spotkanie z E. Honeckerem miało być głównym punktem tej wizyty. Informację przekazałem bezpośrednio ambasadorowi dr. Januszowi Obodowskiemu i kierownikowi Wydziału Politycznego ministrowi Kazimierzowi Szablewskiemu, który przyjechał do ambasady. Przygotowaliśmy depeszę, którą przekazano do Warszawy.
Informacja dotarła na czas, rozmowa dwóch kompletnie różnych tożsamościowo polityków, zdaniem obu stron, była dobra. Zamiast planowanych 45 minut trwała ponad dwie i pół godziny. Na koniec wizyty obydwaj zaczęli się do siebie zwracać po imieniu. Ponieważ był to ostatni punkt wizyty polskiego premiera, delegacja wyleciała z Berlina zamiast planowanej godziny 17.00 o 19.30.
Oczywiście bieg historii wkrótce zakończył, w różnych okolicznościach, polityczne kariery tych dwóch polityków.

Erich Honecker o NRD w 1989 r.

Kiedy w państwach Europy Środkowo-Wschodniej rozpoczęły się już przemiany, bądź potrzeba radykalnych reform była coraz powszechniej artykułowana Erich Honecker na wiosnę 1989 r. wygłosił ekspresyjne wystąpienie, że” NRD jako pierwsze socjalistyczne państwo na ziemi niemieckiej będzie nadal istnieć przez kolejne 50 czy 100 lat”. Jeszcze w sierpniu tegoż roku reprezentował pogląd, że „system NRD-owski jest socjalizmem o modelu niezwykle atrakcyjnym i nie odpowiada doświadczeniom Związku Radzieckiego” oraz, że „pochodu socjalizmu nie powstrzyma ani wół, ani osioł”. Takie przekonanie – rozbieżne z powszechnymi odczuciami społecznymi co do funkcjonowania NRD w ówczesnym kształcie – panowało także na niższych szczeblach władzy, w kręgach aparatu partyjnego czy resortów siłowych.
We wrześniu 1989 roku, już po naszych wyborach 4 czerwca i powstaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego, towarzyszyłem ze strony Ambasady w rozmowach z partnerami niemieckimi delegacji Wydziału Administracyjnego KC PZPR z zastępcą cą kierownika tego Wydziału – Januszem Barczem. Jak bardzo myślenie i przekonanie ówczesnych władz NRD rozmijało się z rzeczywistością i na czym opierał się model funkcjonowania tego państwa, można było zauważyć na spotkaniu z komendantem berlińskiej policji, który powiedział „iż fakt, że na Alexanderplatz w godzinach południowych znajduje się duża liczba osób, absolutnie nie oznacza, że ci ludzie nie pracują. Można być natomiast pewnym, że jeśli w tym miejscu pojawiłyby się jakieś hasło czy transparent antysocjalistyczny, to w przeciągu najdalej pięciu minut zostaną natychmiast usunięte”. Słowa te zostały wypowiedziane w momencie, kiedy w NRD trwały już przygotowania do utworzenia ugrupowań opozycyjnych.
Dnia 26 sierpnia 1989 r. spotkała się grupa założycielska partii socjaldemokratycznej SDP z Ibrahimem Boehme (która później- 13 stycznia 1990 r. – przyjęła nazwę SPD). 9 września powstało „Nowe Forum”, potem kolejno „Demokracja Teraz” i „Demokratyczny Przełom”.

Obchody 40-tej rocznicy powstania NRD

Jubileusz 40-lecia NRD 7 października 1989 r. przypadł w momencie trwającego i dramatycznie zaostrzającego się kryzysu politycznego. Powstanie i protesty opozycji w Berlinie i w Lipsku, wcześniej latem i jesienią „rewolucja trabantów” – masowe ucieczki obywateli NRD najpierw przez Węgry, a później przez Ambasady RFN w Pradze i Warszawie do Republiki Federalnej Niemiec, jeszcze wcześniej długotrwała choroba Ericha Honeckera, która stała się jedną z przyczyn kryzysu władzy, decydowały o atmosferze, w jakiej obchodzony był jubileusz.
Pomimo to przywódca NRD, lekceważąc nastroje społeczne, zorganizował w dniach 6 – 7 października 1989 r. huczne obchody 40-lecia NRD. Uczestniczył w nich Sekretarz Generalny KC KPZR – Michaił Gorbaczow, którego nazwisko „Gorbi, Gorbi” było wielokrotnie skandowane podczas tych uroczystości. Miało to miejsce m. in. podczas zorganizowanych 6 października wieczorem pochodu i manifestacji młodzieży „Fackelzug”. Okrzyki kierowane do przywódcy radzieckiego stanowiły apel o demokratyczne przemiany w NRD. I Michaił Gorbaczow w swoim wystąpieniu w dniu 7 października podczas ceremonii w Izbie Ludowej (Volkskammer) dał do zrozumienia, że konieczne są radykalne reformy.
W uroczystościach brała udział polska delegacja, którą zajmowałem się ze strony ambasady. Przez pewien okres w Warszawie oraz między ambasadą w Berlinie i Warszawą trwały konsultacje odnośnie udziału strony polskiej w tych uroczystościach. Ponieważ nasze władze reprezentowali: ówczesny prezydent RP Wojciech Jaruzelski, I sekretarz KC PZPR Mieczysław Rakowski i minister Spraw Zagranicznych – prof. Krzysztof Skubiszewski reprezentujący rząd Tadeusza Mazowieckiego ustalono , że z Polski będą uczestniczyły trzy osobistości.
W związku z taką formułą udziału każda z tych osobistości miała przygotowany, oprócz udziału w oficjalnych uroczystościach 40-lecia NRD, odrębny program pobytu. Cała polska delegacja mieszkała w Palast Hotel położonym w centrum Berlina, naprzeciw Izby Ludowej – centralnego miejsca głównej uroczystości. Moje zadanie opieki nad realizacją programu pobytu prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego ułatwiała obecność dyrektora Gabinetu Prezydenta RP – Sławomira Cytryckiego i v-ce dyrektora tego Gabinetu – Andrzeja Szeląga, kolegów z okresu działalności w ruchu studenckim.
Niezapomniane było dla mnie przejście z polską delegacją z hotelu do Izby Ludowej na centralną uroczystość 7 października wieczorem. Kiedy zbliżaliśmy się do Volkskammer, przyjechał Erich Honecker ze swoją żoną Margot. Przywitały go gwizdy i okrzyki „Freiheit” (Wolność), odbywającej się obok demonstracji. Innym zapamiętanym obrazem z tej ceremonii był udział w niej po raz ostatni w tym gronie takich przywódców, jak Erich Honecker, Teodor Żiwkow, Nicolai Caucescu, Fidel Castro, Jaser Arafat, którzy odchodzili kolejno ze świata polityki.
Anegdotyczny był pobyt ministra prof. Krzysztofa Skubiszewskiego w naszej ambasadzie. Szefem MSZ podczas pobytu w Berlinie zajmował się osobiście ambasador dr Janusz Obodowski, który prezentując ambasadę powiedział, że nie jest zawodowym dyplomatą i trafił do dyplomacji ze świata polityki. Na co minister kręcąc nosem odpowiedział: „No właśnie, no właśnie”.
Na uroczystości w Izbie Ludowej siedziałem obok Mathiasa Dietricha – ówczesnego ambasadora NRD w Nikaragui, mojego kolegi z roku z Akademii Dyplomatycznej. Obserwowałem, z jaką uwagą i napięciem słuchał wystąpień M. Gorbaczowa i E. Honeckera, widać było, że czegoś się spodziewał, na coś oczekiwał.
Uroczystości jubileuszowe nie stanowiły jednak sukcesu, bezpośrednio po nich rozpoczął się początek końca NRD.

Dokończenie w następnym wydaniu.

dr Adam Zaborowski I sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992;Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010