Polskiej muzyki złote lata 70-te

Pięćdziesiąt lat temu wkraczaliśmy w dekadę Edwarda Gierka; po początkowym znacznym politycznym i gospodarczym ożywieniu zakończyła się ona dotkliwymi zjawiskami kryzysowymi. Żadną wszakże miarą nie można tego powiedzieć o życiu kulturalnym; wręcz przeciwnie, lata siedemdziesiąte były tu dobrą kontynuacją poprzedniego piętnastolecia i wraz z nim stanowią ćwierćwiecze w dziejach polskiej kultury szczególnie owocne, oznaczające w naszej powojennej historii najwyższy jej wzlot.

W szczególniejszym stopniu dotyczy to polskiej muzyki, a zwłaszcza twórczości kompozytorskiej. W wieku dwudziestym – a pewnie i w całych dziejach naszej muzyki – nigdy nie śledzono na świecie tego, co powstawało w Polsce, z takim zainteresowaniem, z jakim czyniono to w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, czego wyrazem stał się choćby ukuty podówczas i powszechnie używany termin „polska szkoła kompozytorska”.
Zarazem dokonywały się w owych latach siedemdziesiątych w nowej polskiej muzyce ważne przemiany stylistyczne – następował odwrót od estetyki awangardowej, w tym wypadku zwłaszcza od sonoryzmu, trwały poszukiwania nowych, syntetyzujących eksperyment i tradycję, środków wyrazu muzycznego.
U kilku czołowych polskich twórców ten zwrot miał charakter radykalny. Krzysztof Penderecki, który już w swej „Pasji według św. Łukasza” z 1965 roku nawiązał do wielkiego europejskiego dziedzictwa muzycznego, zyskując sobie miano „konia trojańskiego awangardy”, teraz w swym Koncercie skrzypcowym i operze „Raj utracony” zwrócił się otwarcie ku estetyce neoromantycznej.
Niemal całkowicie odrzucił swe poprzednie doświadczenia Henryk Mikołaj Górecki, maksymalnie upraszczając formę i stosując tradycyjne środki dźwiękowe, czego przykładem stała się zwłaszcza słynna „Symfonia pieśni żałosnych” i Koncert klawesynowy; podobnie uczynił Wojciech Kilar, występując z głośnym „poliptykiem góralskim” – od „Krzesanego” po napisaną już w następnej dekadzie „Orawę”.
Istotne przemiany stylistyczne dały o sobie w tym okresie znać i w twórczości np. Włodzimierza Kotońskiego, Tomasza Sikorskiego, Romualda Twardowskiego, Krzysztofa Meyera czy też oryginalnie sięgającego do motywów ludowych Zygmunta Krauzego. Nowej postmodernistycznej stylistyce hołdowała też wstępująca wtedy z powodzeniem na arenę grupa kompozytorów najmłodszego pokolenia z Eugeniuszem Knapikiem i Pawłem Szymańskim.
Z drugiej strony wielu innych czołowych podówczas polskich twórców, od lat konsekwentnie kroczących swym własnym, oryginalnym i nowatorskim, ale nie tracącym łączności z tradycją szlakiem, potrzeby żadnego radykalnego zwrotu nie odczuwało i go nie doświadczyło.
Należał do nich i ten wedle ogólnego ówczesnego mniemania najpierwszy, nieledwie już żywy klasyk – Witold Lutosławski, należał inny z koryfeuszy naszej muzyki – Tadeusz Baird. Nie zmienił kierunku swych poszukiwań Kazimierz Serocki, pozostał sobie wierny również uznany spiritus movens wielu naszych ruchów awangardowych, Bogusław Schaeffer, w tych latach także autor unikatowego podręcznika „Wstęp do kompozycji”.
W rezultacie panorama polskiej twórczości kompozytorskiej tego okresu przedstawiała obraz wielce bogaty i jednocześnie wysoce zróżnicowany; wśród dzieł o największym znaczeniu i rozgłosie wyróżniają się w niej, poza już wymienionymi, „Preludia i fuga”, „Les espaces du sommeil” i „Mi-parti” Lutosławskiego „Magnificat” i „Przebudzenie Jakuba” Pendereckiego, „Ad Matrem” i II Symfonia „Kopernikowska” Góreckiego, „Concerto lugubre” Bairda, „Pianophonie” Serockiego, „Róża wiatrów” Kotońskiego, opera „Chłopi” Witolda Rudzińskiego, opera „Lord Jim” Twardowskiego, „Aus aller Welt stammende” Krauzego, III Kwartet smyczkowy Meyera, „Choreia” Marka Stachowskiego.
Nowa polska muzyka miała do swej dyspozycji bardzo już głośny w świecie festiwal
„Warszawska Jesień”, organizowany przez Związek Kompozytorów Polskich i obficie uposażany przez państwo, co pozwalało np. na częste na niego (i nie tylko na niego) sprowadzanie nawet monumentalnych zagranicznych przedstawień operowych. „Warszawska Jesień” była ważnym forum promocyjnym także dla kompozytorów z innych państw bloku wschodniego, w tym ze Związku Radzieckiego, dla niektórych z tych twórców przy tym wręcz rodzajem antytotalitarnej manifestacji; w tym kontekście dość groteskowo wygląda diagnoza Alexa Rossa w jego popularnej książce „Reszta jest hałasem”, upatrująca w „Jesieni” „odpowiedź Paktu Warszawskiego na Darmstadt i Donaueschingen” (czyli najważniejsze festiwale nowej muzyki w Europie zachodniej).
Od 1977 roku na „Jesieni” i w ogóle w Polsce mogły się pojawiać i dzieła przedtem objętych zapisem cenzury naszych twórców emigracyjnych – Andrzeja Panufnika i Romana Palestra. Poza Warszawą regularnie odbywały się też ważne festiwale muzyki współczesnej w Poznaniu i Wrocławiu; ba, przez sześć lat własny festiwal, otaczany ciepłym wsparciem władz ówczesnego województwa tarnobrzeskiego (co dziś usiłuje się negować), miała nawet debiutująca dopiero grupa kompozytorskiej młodzieży z rocznika 1951 z Knapikiem, Andrzejem Krzanowskim i Aleksandrem Lasoniem, potem czasem od miasta, w którym impreza się odbywała, nazywana pokoleniem Stalowej Woli (w 2020 roku do idei tej imprezy spróbowano powrócić).
Z festiwali o szerszym spektrum programowym międzynarodowe znaczenie zyskała „Wratislavia Cantans”; pojawiło się i wiele nowych, dla przykładu w Starym Sączu, Zakopanem czy Pszczynie. Z konkursów muzycznych tradycyjnie największym autorytetem się cieszył i frenetyczne zainteresowanie wzbudzał ten Chopinowski w Warszawie, a obok niego Konkurs im. Wieniawskiego w Poznaniu – skrzypcowy, lutniczy i kompozytorski; pod koniec dekady dołączył do nich Konkurs Dyrygentów im. Fitelberga w Katowicach.
Polska muzyczna sztuka wykonawcza rozgłosu naszej twórczości kompozytorskiej nie osiągała, ale i tu nie mieliśmy się czego wstydzić.
Obok plejady czynnych w tych latach wybitnych artystów dojrzałej generacji – tytułem symbolicznych przykładów wymieńmy choćby Halinę Czerny-Stefańską, Wandę Wiłkomirską czy Bogdana Paprockiego – wzeszła gwiazda Krystiana Zimermana i rozpoczęła się wielka kariera Ewy Podleś. Głownie za granicą działali Teresa Żylis-Gara, Wiesław Ochman, Jerzy Semkow.
U schyłku dekady mieliśmy w Polsce 10 teatrów operowych, 10 operetkowych, 19 filharmonii i 10 innych orkiestr symfonicznych (w tym 3 radiowe). Z nowych instytucji pojawiły się głośne Warszawska Opera Kameralna pod kierownictwem Stefana Sutkowskiego i Polska Orkiestra Kameralna pod dyrekcją Jerzego Maksymiuka, a także orkiestra filharmoniczna w Wałbrzychu i Teatr Muzyczny w Słupsku; w Poznaniu powstał słynny Polski Teatr Tańca pod kierownictwem Conrada Drzewieckiego. Rozpoczęło żywą działalność, skierowaną zwłaszcza ku mieszkańcom mniejszych ośrodków, Krajowe Biuro Koncertowe.
Nowe siedziby otrzymały teatry muzyczne w Szczecinie i Gdyni. Głównymi placówkami operowymi kierowali w tych latach m. in. Jan Krenz, Antoni Wicherek, Bohdan Wodiczko, Napoleon Siess, Mieczysław Dondajewski; szczególnie wiele ożywienia w polskie życie operowe wniósł po swym powrocie z zagranicy Robert Satanowski.
W Filharmonii Narodowej po epoce Witolda Rowickiego rozpoczęła się era Kazimierza Korda. Wielką Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach objął Stanisław Wisłocki. Wyjątkową pozycję zdobyły poznańskie chóry chłopięce Stefana Stuligrosza i Jerzego Kurczewskiego. W 1970 roku mieliśmy w polskich instytucjach muzycznych 8,1 mln słuchaczy i widzów, zaś w 1979 roku – 8,3 mln; dla porównania – w 1992 roku było ich zaledwie 4,8 mln, a w roku 2019 – tylko 6,4 mln.
Wielką, większą niż kiedykolwiek wcześniej i kiedykolwiek później, rolę w upowszechnianiu muzyki odgrywały radio i telewizja – dla przykładu audycje i programy Janusza Cegiełły, Jana Webera, Bogusława Kaczyńskiego. Pionierską propozycją w zakresie edukacji muzycznej najmłodszych stał się słynny poznański ruch „Pro Sinfonika”, stworzony i kierowany przez Alojzego Andrzeja Łuczaka. Polskie Wydawnictwo Muzyczne, na czele którego stał Mieczysław Tomaszewski, opublikowało w tych latach popularne przewodniki muzyczne – koncertowy, operowy, operetkowy i baletowy – w łącznym nakładzie ponad 150 tys. egzemplarzy. W 1979 roku PWM wydało pierwszy tom fundamentalnej Encyklopedii Muzycznej w nakładzie 50 tys. egzemplarzy; tom ostatni, dwunasty, udało mu się opublikować dopiero 33 lata później, w nakładzie już wielokrotnie mniejszym.
Do ideału było oczywiście daleko – choćby bardzo wiele do życzenia pozostawiało nauczanie muzyki w szkolnictwie ogólnokształcącym, koszmarnie kulała polska fonografia.
Właśnie pod hasłami wzmożenia działań na rzecz poszerzania kręgu odbiorców przebiegał zwołany w końcu 1979 roku wspólnym wysiłkiem władz i środowiska muzycznego Kongres Upowszechniania Kultury Muzycznej, największa (894 uczestników!) z kiedykolwiek odbytych publicznych rozmów o polskiej muzyce.
Niebawem wszakże, już po upadku Gierka, podczas pewnego spotkania na najwyższym szczeblu jeden z ówczesnych prezesów związków muzycznych (a przedtem współprzewodniczący Kongresu) w maksymalistycznym zapamiętaniu nazwał ową Polskę przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych „kulturalną pustynią”; jakich jednak w takim razie słów musiałby użyć do opisu sytuacji dzisiejszej?

Henryk Bardijewski: po cóż cud barbarzyńcy?

To pytanie stawia Henryk Bardijewski w programie teatralnym sztuki „Skąd nadejdą święci, czyli Mirakle” wystawionej w warszawskim Teatrze Polskim (1985).

Wprawdzie zaraz dodaje, że bohaterowie „Mirakli” nie są jeszcze barbarzyńcami, ale kiedy „polityka straciła swoją wiarygodność, nauka nie ma dla nas dobrych wiadomości, religia ma wciąż te same – może właśnie sztuce dane będzie powiedzieć dobre słowo?”. Zadziwiająco współcześnie brzmią te konkluzje, choć upłynęło od ich napisania 35 lat.
Henryk Bardijewski (1932-2020), który przez dziesięciolecia obłaskawiał rzeczywistość swoją umiejętnie dozowaną ironią, najwyraźniej odstawał od swojej epoki. Tę jego uniwersalność, sięgającą dalej niż aluzja czy przedrzeźnianie rzeczywistości, przenikliwą diagnozę kondycji świata umiało docenić radio, którego był wybrańcem, i któremu pozostał wierny. Ale teatr nie potrafił skorzystać z jego propozycji. Wystawiał jego sztuki zbyt rzadko i raczej z miernym powodzeniem – wyjątkiem od tej reguły był monodram Gabrieli Muskały „Lalki moje laki” (1988).
Kiedyś autor „Mirakli” podzielił się taką refleksją o Aleksandrze Fredrze, którego twórczość bardzo sobie cenił: „Lektury Fredrowskie, zwłaszcza głosy krytyki, nasuwają wątpliwość, czy w wieku dziewiętnastym ten pisarz był aby u siebie? (…) Szkoda było Fredry na Galicję, szkoda na wiek dziewiętnasty. Powinien żyć i pisać w epoce Oświecenia”.
Kto wie, czy Bardijewski nie myślał o sobie jako o przybyszu z epoki Oświecenia – nie tyle epigonie, ile raczej rekonstruktorze epoki racjonalnego myślenia, krytyki w duchu paradoksu i wątpienia w niepoparte wiedzą przekonania. W czasach wielkiego zamętu, kiedy całe tabuny domniemanych odnowicieli atakowały z wściekłością podstawy świata oświeconych, obarczając ich odpowiedzialnością za totalitaryzmy XX wieku, Bardijewski trwał przy swoim i wydawał powieść „Wiek świateł”, która ukazała się w pamiętnym roku 1990.
Zamiast rejestrować ówczesną, gwałtownie zmieniającą się rzeczywistość czasów transformacji ustrojowej i poddawać ją rozmaitym testom, Henryk Bardijewski wybiera powiastkę filozoficzną jako użyteczne narzędzie rozpoznania rzeczywistości. Pozostaje to w zgodzie z charakterem jego pisarstwa zawsze chętnie posługującego się karykaturalnym skrótem, o specyficznym poczuciu humoru ze skłonnością do paradoksu.
Modelując swoją powieść na wzór i podobieństwo powiastek filozoficznych Diderota i Woltera, autor „Wieku Świateł” wymierza sprawiedliwość widzialnemu światu okiem Oświeconego. Jest nim narrator, bratnia dusza głównego bohatera Emila Reklama, który postanowił uciekać od rzeczywistości „do tyłu”, w czasy Encyklopedystów. Ta ucieczka ma sprawić, że ludzie potrafią naprawić błędy, jakie zdarzyły się po upowszechnieniu oświeceniowych ideałów. Tym razem Rozum ma okazać się bardziej przewidujący i mniej zaborczy.
W miasteczku powstaje salon. Ludzie skupieni wokół Emila przebierają się w peruki, kwitnie uczona konwersacja, a perwersja intelektualna życia w czasie „alternatywnym” wzbudza zainteresowanie na całym świecie, do cna już znudzonym samym sobą. Gdyby nie te rekwizyty wiele fragmentów powiastki Bardijewskiego brzmiałoby jak publicystyka: „Znów są ludzie – mówi jeden z dyskutantów w salonie Emila – którzy wiedzą jak być powinno. Pojawili się bardzo prędko. I mają swoje betonowe dogmaty. Mur można zbudować z bardzo różnych materiałów, lecz istota muru jest zawsze ta sama: oddziela, zabrania, zamyka. I nie ufajcie tak bezgranicznie burzycielom murów – jakże często w innych miejscach budują nowe”. To jedno z kluczowych zdań w powiastce, będącej sceptycznym wejrzeniem w mechanizm wielkiej przemiany. Emil podejmuje próbę ucieczki w czas rokujący jego zdaniem nadzieje na przezwyciężenie urazów i pęt krępujących człowieka. Jego gra budzi niepokój potężnych tego świata. Prowadzi ją jednak do końca z przekonaniem, że choć nie można pokonać czasu biologicznego, to można wyrwać się z pułapki czasu historycznego. „Wiek Świateł” to poszukiwanie alternatywnego wzorca dla wszelkich systemów niewolenia człowieka.
Powieść ta przeszła niezauważona. Czym innym żyli wówczas potencjalni czytelnicy, zainteresowani przymierzaniem nowych kostiumów i przebieraniem się w stroje ojców odnowicieli.
Do czasów oświecenia zwracał się pisarz już wcześniej. W jednoaktówce „Przyzwolenie” (1984), napisanej w konwencji teatru w teatrze, przedstawił rzeczywistość kreowaną na scenie na tle autentycznych dekoracji (i dzieł sztuki) z czasów oświecenia, pod czujnym okiem ochroniarzy i strażaków. Zderzał wysoki ton salonowej rozmowy z prostactwem „obstawy” i przy okazji stawiał diagnozę naszym niewesołym czasom. Oto Dama 2 pyta Aktora 2, czy nie sądzi, „że nasz wiek osiemnasty to najwyższe uniesienie ludzkiego rozumu i ducha?”. I taką dostaje odpowiedź: „Bez wątpienia, pani. Lecz po nas zacznie się powolny schyłek. Człowiek przerazi się własnej zuchwałości i rozpocznie długi proces cofania się i upadku. Cofania się w mroczne głębie duszy, w strach każący się zbroić, w obłęd zrodzony z rozpaczy, w wiarę bez nadziei… Istnieje prawo natury, które chce, aby wszystkie społeczeństwa ciążyły ku despotyzmowi, a następnie rozkładowi”.
Wygląda to niemal na proroctwo, gdyby nie komediowy grymas, w dodatku komedii kryminalnej, bo na koniec okaże się, że pewne kosztowne dzieło sztuki zniknęło podczas tych wyrafinowanych dyskursów w wyniku zmowy „oświeconych aktorów”. I komu ty wierzyć?
Bardijewski kochał paradoksy, przestrzegając przed łatwowiernością i popadaniem w zgubną pewność siebie. Subtelny ironista, obserwując świat z półdystansu, chętnie ujawniał jego sprzeczności, umiejętnie ważąc zaskakujące puenty na pograniczu racjonalności i tajemnicy.
W tej tonacji utrzymany był wspomniany już dramat „Skąd nadejdą święci, czyli Mirakle”. Tytułowi święci nadchodzą z… teatru. Bardijewski lubił wyzyskiwać magię teatru, konstruować grę wedle precyzyjnie obmyślonych reguł, aby w wykreowanym świecie teatru poddać próbie naszą współczesność.
Taki też charakter nadał „Miraklom”, groteskowemu w istocie obrazowi stosunków społecznych i systemu wartości spod znaku sukcesu i konsumpcji. Swoje starcie z tym światem przeprowadził z łagodnym, nieledwie dobrotliwym uśmiechem, Twainowską życzliwością dla ludzkiej niedoskonałości. Wniosek płynący z tego swoistego sprawdzianu, mającego odpowiedzieć na pytanie, czy świat byłby lepszy, gdyby cuda naprawdę się zdarzały, był beznamiętnie logiczny: Świat nie potrzebuje cudu. Wszelkie „cudowne” interwencje nie naruszą istniejących podziałów, namiętności, żądzy władzy, kariery i bogactwa. Trzeba sobie z tym wszystkim poradzić bez cudów.
Dramaty Bardijewskiego, wbrew ich pozornie odległej od potoczności poetyce, trzymają się ziemi, są komentarzami przypisanymi do rzeczywistości – i choć zwykle unikają ostro brzmiących tonów, dotykają podstawowych niepokojów naszych czasów. Nie są przy tym utworami „etapowymi”, odpowiadającymi na doraźne pytania doraźnymi diagnozami. Miał rację Michał Sprusiński, dowodząc, iż „pisarstwo Bardijewskiego, chętnie drwiące z literatury patosu i wielkich emocji” objawia „swoją powagę i rzetelność w drobinowym i syntetycznym widzeniu polskiej rzeczywistości naszych lat, nie zaś świata literackiego, zawieszonego w próżni między tak uniwersalnymi, że aż pustymi symbolami”. Miał również rację wiążąc tę twórczość z tradycją wolteriańską,
Autor „Rysunków na piasku” (charakterystyczny tytuł wywołujący poczucie niepewności, atmosferę niedopowiedzenia, niedookreślenia) pozostawał wierny swemu racjonalnemu wgłębianiu się w ludzką naturę, poszukiwaniu obsesji i ludzkich ułomności. Jednostkowych i społecznych. Także politycznych. Dość przypomnieć słuchowisko „Posiedzenie”, którego bohaterowie, urzędnicy i petenci – ulegają „ukrzesłowieniu”, symbolicznemu unieruchomieniu. To jeden z najbardziej dramatycznych obrazów naszej (byłej) „małej stabilizacji”.
Jak jednak jest z poezją? Bo Bardijewski był może przede wszystkim poetą. Nie w potocznym tego słowa rozumieniu, ale poetą teatru: utopii, pięknego zmyślenia, marzenia, pogranicza realności i przeczucia. Oddamy głos pisarzowi: „Wśród moich kilkunastu sztuk i kilkudziesięciu słuchowisk [Henryk Bardijewski napisał więcej, bo ponad 150 słuchowisk – przyp. TM], jest wiele takich, których bohaterowie, będący dla mnie figurami losu, działają w poczuciu ludzkiej powinności – bez względu na rezultat. Człowiek winien przewidywać wszelkie możliwe rezultaty swoich działań. Sztuka może mu w tym dopomóc. Może odtwarzać drogi, którymi przeszła rzeczywistość, ale także wskazywać te, którymi nie poszła, a przede wszystkim te, którymi mogłaby pójść, jeszcze nie istniejąca. W stwarzaniu takiej przed-rzeczywistości widzę najgłębszy sens sztuki”.

Vo Nguyen Giap – Napoleon Indochin

Choć nie ukończył żadnej akademii wojskowej, generał Vo Nguyen Giap-wybitny polityk i jeden z bohaterów drogi do niepodległości Wietnamu – który walczył skutecznie kolejno z Japończykami, Francuzami i Amerykanami-był i jest powszechnie uważany za jednego z największych strategów XX stulecia, a nawet wszechczasów. Był bez wątpienia geniuszem wojny partyzanckiej.

Podobnie jak w przypadku Ho Chi Minha wiele informacji, zwłaszcza z okresu jego młodości, nie jest potwierdzonych. Urodził się w sierpniu 1911 r. (niektóre źródła francuskie podają rok 1912), w rodzinie średnio zamożnych chłopów, w An Xa w prowincji Quang Binh w centralnej części Annamu, wchodzącego w skład ówczesnych francuskich Indochin. Był to czas rodzącego się nacjonalizmu wietnamskiego, który zwalczały służby kolonialne. Zaangażowany w tę działalność, m.in. za organizację strajków studenckich Vo został skazany w 1930 r. na 3 lata więzienia, ale po pewnym czasie zmniejszono mu karę i odsiedział tylko kilka miesięcy. Uczył się w starej stolicy cesarskiej Hue, a następnie – historii i francuskiego (władał tym językiem biegle)-w Hanoi, w liceum Thanh Long znanym z tendencji antykolonialnych., gdzie kilkanaście lat wcześniej nauki pobierał także Ho Chi Minh. W 1934 r. zrobił tam licencjat. W 1937r., w epoce frontów ludowych, wstąpił do nielegalnie działającej partii komunistycznej. Już w szkole Giap znany był z zainteresowania problemami wojskowości, strategii i taktyki prowadzenia akcji militarnych oraz dokonań takich teoretyków i dowódców, jak Napoleon Bonaparte oraz chiński autor pierwszego w świecie podręcznika sztuki wojennej, popularnego zwłaszcza w Azji, Sun Zi-z V w. p.n.e. Z tej przyczyny już w liceum nazywano go „generałem” albo „Napoleonem”.
W maju 1940 r. w towarzystwie Pham van Donga-jednego ze współtwórców Rewolucyjnej Ligi na rzecz Niepodległości Wietnamu (Viet Minh) oraz przyszłego premiera kraju, który miał pełnić tę funkcję przez 32 lata, a więc dłużej aniżeli Józef Cyrankiewicz w Polsce-udał się do Chin, gdzie po raz pierwszy spotkał się z Ho Chi Minhem. W tym czasie relacje sił rewolucyjnych obu państw były wyjątkowo bliskie. Wietnamczycy, zarówno w walce z Francuzami, jak i Japończykami wykorzystywali chińskie doświadczenia walki partyzanckiej Mao Zedonga oraz pracy politycznej z chłopstwem. Rok wcześniej Vo poślubił Minh Thai-działaczkę ze swojej rodzinnej prowincji Quang Binh, której po powrocie z Chin w 1943 r. nigdy miał już nie zobaczyć. Torturowana, zmarła w więzieniu, podobnie jak kilka najbliższych mu osób, w tym syn, ojciec i dwie siostry Nigdy jednak nie wypowiadał się w duchu konieczności zemszczenia się na Francuzach.
W pierwszej połowie lat 40. sytuacja w Indochinach była niezwykle skomplikowana. Na tym obszarze ścierały się interesy wielkich mocarstw Azji, Europy i Ameryki Północnej. Wystarczy powiedzieć, że 28 lipca 1941 r. armia japońska zajęła cały obszar Indochin Francuskich, ale aż do 9 marca 1945 r. (do kapitulacji Japonii; formalnie nastąpiła ona 2 września tegoż roku) funkcje administracyjne nadal sprawowała francuska administracja kolonialna związana z rządem Vichy. Również 2 września 1945 r. na hanojskim placu Bai Dinh, po tzw. Rewolucji Sierpniowej, Ho Chi Minh proklamował niepodległość Demokratycznej Republiki Wietnamu w obecności oficerów wywiadu amerykańskiego OSS! Żołnierzami Viet Minhu dowodził gen. Giap Wkrótce coraz częściej dochodziło do starć francusko-wietnamskich. Nieco wcześniej 1 sierpnia 1945r. podczas konferencji w Poczdamie Wielka Trójka postanowiła dokonać tymczasowego podziału Wietnamu wzdłuż 16 równoleżnika na strefy okupacyjne: północną pod tymczasowym zarządem chińskich sił okupacyjnych oraz południową pod tymczasowym zarządem brytyjskim. Coraz większe znaczenie dla rozwoju sytuacji w całych Indochinach miały wydarzenia w Chinach gdzie w konflikcie sił komunistycznych z Kuomintangiem szala zwycięstwa przechylała się coraz bardziej na stronę tych pierwszych. Z tego względu wkrótce priorytetem polityki USA w Indochinach stało się wyeliminowanie wpływów komunistycznych z tego regionu, szczególnie z Wietnamu. Amerykański sekretarz stanu George C. Marshall uznał oficjalnie za kluczową wspólnotę interesów Francji i Stanów Zjednoczonych w procesie powstrzymywania komunizmu.
Zwycięski przełom pod Dien Bien Phu
W tym czasie zacieśniła się współpraca Vo Nguyen Giapa z Ho Chi Minhem. Z ich wspólnej inicjatywy powstała np. w maju 1946r. Liga na rzecz Zjednoczenia Wietnamu (Lin Viet).Stopniowo Vo stawał się nr 2 w strukturach Viet Minhu. Przewodniczył np. dwóm konferencjom w Dalat z Francuzami w 1946 r. Ale przełomem w tej materii miały okazać się walki z wojskami francuskimi. Po incydentach w Hajfongu i Hanoi doszło do wybuchu tzw. I wojny indochińskiej w grudniu tegoż roku. Oddziałami partyzanckimi Wietnamskiej Armii Ludowej już oficjalnie od grudnia 1944 r. dowodził gen. Vo. Mawiał on wtedy często tak: ”Wojna partyzancka to wojna szerokich mas w kraju gospodarczo zacofanym przeciwko świetnie wyposażonej i dobrze wyszkolonej armii agresora. Każdy mieszkaniec jest żołnierzem, każda wioska-fortecą”.
W następnych latach walki Giap wraz z Ho Chi Minhem, przy uwzględnieniu doświadczeń chińskich, wypracowywali i udoskonalali strategię wojny partyzanckiej, która najpierw doprowadziła do klęski Francuzów, a w następnych latach zapewniła zwycięstwo w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi oraz siłami południowego Wietnamu. Najogólniej mówiąc sprowadzała się ona do trzyetapowego planu walki o niepodległość. W pierwszym chodziło o działania mające na celu zdobycie jak największego poparcia społecznego dla finalnego celu, m.in. poprzez naukę lokalnych języków i integrację z miejscową ludnością choćby w ramach wspólnej pracy. Przykładowo już w 1941 r. Vo zawarł sojusz z Chu Van Tanem-lokalnym przywódcą partyzantki ludu Tho, jednej z mniejszości w północno-wschodnim Wietnamie. W etapie drugim oddziały partyzanckie miały atakować poszczególne (zwłaszcza odosobnione) posterunki wojskowe, a w trzecim- łączyć się w większe jednostki przejmujące kontrolę nad danym obszarem oraz zachęcające daną społeczność do wspólnej realizacji celów rewolucji.
Gen. Giap w tym czasie łączył obowiązki dowódcy oddziałów partyzanckich oraz sił bezpieczeństwa i policji. Ponadto odpowiadał też za funkcjonowanie lokalnych mediów. W walkach z Francuzami-w nawiązaniu do zarysowanego planu-siły Viet Minhu odnosiły sukcesy, ale w operacjach prowadzonych głównie w niewielkiej skali. Unikały zaś otwartych starć. Historycy i analitycy wietnamscy przyznawali sami, ze „dopóki udawało się unikać otwartych starć dopóty byli stroną przeważającą”. Ale w 1950 r. Vo, korzystając już z wojskowego wsparcia Chin, postanowił otwarcie stawić czoła armii francuskiej w dolinie Rzeki Czerwonej, niedaleko Hanoi. Była to nieudana operacja z dużymi stratami sił rewolucyjnych. W tej sytuacji Vo Nguyen Giap wycofał swoje oddziały w góry i do dżungli, postanawiając trzymać się działań w ramach dwóch pierwszych faz swojego planu. W związku z tym w swych publicznych wystąpieniach zaczął akcentować, iż zwycięstwo może nastąpić dopiero po wielu latach zaciekłych starć, że nie należy szarżować, a generalnie (choć to brzmi okrutnie) iż Wietnamczycy mogą sobie pozwolić na większe straty aniżeli kolonizatorzy. Ten wątek po wielu latach miał powrócić w wojnie z Amerykanami i ich miejscowymi sojusznikami.
Historycy wojskowości są zgodni co do tego, że Francuzi przez długi czas usiłowali doprowadzić do otwartego starcia z oddziałami partyzanckimi, licząc na swoją przewagę techniczną na płaskim terenie. Ponad 300 km na północny zachód, od Hanoi, w dolinie Dien Bien Phu, niedaleko granicy z Laosem, gdzie zachowały się jeszcze fortyfikacje japońskie, doszło do bitwy trwającej aż 170 dni-od 20 listopada 1953 r. do 7 maja 1954r.Początkowo wydawało się, iż to wojska gen. Christiana de Castries dysponujące działami, lekkimi czołgami, a nawet samolotami zrzucającymi napalm, wezmą górę, ale po pewnym czasie okazało się, iż to Francuzi znaleźli się w pułapce. Gen. Vo skoncentrował aż ok. 70 tys. partyzantów, mających 20 działek przeciwlotniczych oraz ok. 100 karabinów maszynowych (uzbrojenie pochodziło głównie z Chin, a pomagali też chińscy doradcy wojskowi).Tysiące Wietnamczyków, używając rowerów, przewiozło tony sprzętu i amunicji na okoliczne wzgórza, co umożliwiło kilkumiesięczne oblężenie. Natomiast oddziały francuskie w porze monsunowej miały ogromne kłopoty z zaopatrzeniem i znajdowały się pod ostrzałem z zamaskowanych stanowisk artyleryjskich. Ponadto Wietnamczycy wypracowali niezwykle skuteczną technikę wykopywania podziemnych tuneli i okopów, z czym wiele lat później nie mogli sobie zupełnie poradzić również Amerykanie.7 maja doszło do kapitulacji ponad 11 tys. żołnierzy francuskich, z których połowa była ranna. Straty po stronie wietnamskiej były kilkakrotnie większe. Mimo to gen. Giap mógł uznać za osiągnięty w dużym stopniu cel trzeciej fazy swego planu strategicznego.
Zwycięstwo pod Dien Bien Phu miało wielkie znaczenie symboliczne oraz psychologiczne. Po raz pierwszy armia państwa kolonialnego poniosła klęskę w spektakularny sposób. Francuski historyk Jean-Pierre Roux napisał nawet, iż „była to jedyna porażka wojsk europejskich w całych dziejach procesu dekolonizacji”. Bez wątpienia był to też ważny impuls dla szeregu innych ruchów narodowowyzwoleńczych w Azji i Afryce. Wystarczy podać przykład ośmioletniej wojny w Algierii (1954-1962), także z Francuzami, która doprowadziła do niepodległości tego państwa przy półtoramilionowych ofiarach.
Dosłownie następnego dnia po sukcesie pod Dien Bien Phu 8 maja 1954 r.rozpoczęła się konferencja w Genewie z udziałem Francji, Demokratycznej Republiki Wietnamu, Chin, Republiki Wietnamu oraz USA, które wtedy jeszcze występowały tylko w charakterze obserwatora. Ostatecznie po ponad dwóch miesiącach obrad osiągnięto porozumienie w sprawie zawieszenia broni oraz tymczasowego podziału Wietnamu wzdłuż linii 17 równoleżnika na komunistyczną północ (Demokratyczną Republikę Wietnamu) oraz niekomunistyczne Południe (Republikę Wietnamu).Francja opuszczała Indochiny-ostatnie jednostki francuskie ewakuowano w 1956r.W tzw. międzyczasie miano dokonać też relokacji ok. miliona uchodźców z Wietnamu Północnego do Republiki Wietnamu.
Nad Sekwaną okresowo wraca się do tej symbolicznej klęski Francji. Dwukrotnie-prezydent Mitterand w 1993 r. i premier Edouard Philippe w 2018 r.- przedstawiciele najwyższych władz kraju Marianny- odwiedzali to miejsce, co zresztą w niektórych środowiskach budziło kontrowersje. Nie ulega zaś wątpliwości, iż ta bitwa stała się początkiem legendy Vo Nguyen Giapa, także w skali międzynarodowej.
Sukcesu oddziałów Giapa w walce z Francuzami nie umniejszała pomoc udzielana przez Chiny partyzantce komunistycznej na południu Wietnamu, tzw. VietCongowi. Wprost przeciwnie. Władze w Pekinie od 1950 r. regularnie wysyłały do Viet Minhu zarówno doradców wojskowych, jak i administracyjnych. Później także uzbrojenie. W bardzo szybkim tempie cały konflikt wietnamski się umiędzynarodawiał. Ustępujący prezydent Stanów Zjednoczonych Dwight Eisenhower wskazywał na kryzys laotański jako najpoważniejsze źródło kryzysu indochińskiego. Jego następca prezydent John F. Kennedy w maju 1961 r. zgodził się na wysłanie kolejnych 400 żołnierzy amerykańskich oraz 100 doradców wojskowych. Ta liczba rosła lawinowo szczególnie od marca 1965r., gdy lądowanie żołnierzy USA w Da Nang oznaczało początek oficjalnej interwencji zbrojnej USA w Wietnamie Południowym. W szczytowym momencie stan liczebny wojsk USA wynosił w kwietniu 1968 r. aż 546 tys .Miały też one wsparcie ze strony niedużych kontyngentów wojskowych z Australii, Nowej Zelandii, Korei Płd., Filipin i Tajlandii. Ale polityka „wietnamizacji” prowadzona przez Nixona, m.in. tworzenia systemu strategicznych wiosek, nie okazywała się przełomem. Z drugiej strony istotne znaczenie miała pomoc udzielana przez Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą. Według niektórych danych w latach 1964-1970 wysłała ona do Wietnamu nawet 30 tys. żołnierzy. O tym zaangażowaniu niejednokrotnie mówił Vo Nguyen Giap. Pomoc radziecka, nie tak duża, przyszła później.
Dawid i Goliat
Na temat wojny w Wietnamie, czy szerzej w całych Indochinach, istnieje ogromna literatura w wielu językach. Warto m.in. wspomnieć, iż jesienią 1965 r. w dolinie Ia Drang doszło do pierwszej bezpośredniej i otwartej walki z Amerykanami, a każda ze stron ogłosiła zwycięstwo. Gen. Vo w swoich pamiętnikach analizował szczegółowo lekcje z niej płynące, podobnie jak przebieg rozpoczętej w końcu stycznia 1968r. największej w historii tej wojny ofensywy Tet, w której VietCong zaatakował 141 celów na obszarze całego Wietnamu Południowego. Był to jeden z najważniejszych momentów tzw. drugiej wojny indochińskiej. Ale ani walki wokół Khe Sanh ani tzw. ofensywa wielkanocna w 1972 r. nie doprowadziły do jednoznacznego rozstrzygnięcia militarnego .Wciąż nie dochodziło do urzeczywistnienia się trzeciej fazy planu Vo mimo, iż wojska amerykańskie w końcu czerwca 1970r. opuściły Kambodżę po ciężkich walkach między armią Wietnamu południowego a VietCongiem i jednostkami północnowietnamskimi. Po raz pierwszy ujawniono pewne różnice w wietnamskim kierownictwie odnośnie do dalszej strategii działań, co prawdopodobnie było efektem nowej sytuacji powstałej po śmierci Ho Chi Minha we wrześniu 1969 r.
W styczniu 1973 r. USA i Wietnam Północny wznowiły rokowania i szybko podpisano traktaty paryskie, które miały położyć kres amerykańskiej interwencji w Wietnamie. Po dwóch miesiącach ostatnia regularna jednostka wojsk Stanów Zjednoczonych opuściła Wietnam Płd. Delegacjom obu państw przewodniczyli: Henry Kissinger-specjalny doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa oraz Le Duc Tho-dyplomata i członek kierownictwa Partii Pracujących (od 1976r.) Komunistycznej Partii Wietnamu. Im obu Storting (parlament norweski) w końcu tegoż roku, w dowód uznania, przyznał pokojową Nagrodę Nobla. Wietnamczyk Nagrody nie przyjął argumentując, iż proces nie został jeszcze sfinalizowany, zaś Amerykanie naruszają zasady rozejmu. W sierpniu 1974 r. prezydent Nixon podał się do dymisji, a w kwietniu 1975 r. Czerwoni Khmerzy wkroczyli do Phnom Penh, kończąc nominalnie wojnę w Kambodży. Ostatniego dnia kwietnia doszło do ewakuacji helikopterami ambasady USA, a także zajęcia Sajgonu przez siły Viet Congu i Wietnamu Północnego. Oznaczało to z jednej strony koniec II wojny indochińskiej, a z drugiej finał najdłuższego konfliktu powojennego świata (1945-1975).Straty amerykańskie to 59 tys żołnierzy, a dodać do tego jeszcze trzeba ok. 5 tys. żołnierzy sojuszniczych. Strat wietnamskich ludzkich i materialnych nie da się ocenić. Były one ogromne.
Vo Nguyen Giap nie uczestniczył bezpośrednio w ostatniej fazie wojny, ale wykorzystywano opracowane przezeń plany taktyczne i strategiczne. Wcześniej wrócił do Hanoi, został ministrem obrony i wicepremierem. Pozostawał też długie lata członkiem Biura Politycznego KC KP Wietnamu. Już po zwycięstwie pod Dien Bien Phu, stał się człowiekiem-legendą, a potem był także symbolem zwycięstwa nad Amerykanami, którzy przegrali tylko tę jedną wojnę w swej historii. Sam używał w tym kontekście porównania do biblijnej przypowieści o Dawidzie i Goliacie-tak plastycznie przedstawionej na płótnie Michelangelo Merisi di Caravaggio. W swej książce „People’s War, People’s Army:The VietCong Insurrection” pisał tak: ”Żołnierze amerykańscy byli dzielni, ale sama odwaga to nie wszystko. Dawid zdołał zabić Goliata, gdyż rozejrzał się i uznał, że jeśli będzie walczył jego sposobem-na miecze, to zostanie zabity. Ale jeśli podniesie skałę i umieści ją w procy będzie mógł trafić Goliata w głowę, powalić go i zabić. Dawid wykorzystał więc swój umysł w trakcie walki z Goliatem. My Wietnamczycy właśnie tak postępowaliśmy w zmaganiach z Amerykanami”.
Nazywany niekiedy „Czerwonym Napoleonem” i uważany za bohatera narodowego Wietnamu gen. Giap zmarł 4 października 2013 r.w wieku 102 lat w Centralnym Szpitalu Wojskowym nr 108 w Hanoi, w którym przebywał od 2009 r. Był jednym z ojców zjednoczenia tego kraju w 1976 r.Nota bene obawa przed „drugim Wietnamem” w sporym stopniu wpływała na politykę Stanów Zjednoczonych. W sędziwym wieku spotykał się jeszcze z czołowymi politykami światowymi np. z jednej strony z byłym sekretarzem obrony USA Robertem McNamarą, a z drugiej-z Fidelem Castro. Pozostawił po sobie m.in. książki i pamiętniki np. „How we won the war” („Jak wygraliśmy wojnę”), wykorzystywane do dziś w akademiach wojskowych. Analizował w nich m.in. liczne kampanie militarne, w których
uczestniczył i którymi na ogół dowodził, np. w I wojnie indochińskiej (1946-54), szczególnie gdy chodzi o Lang Son (1950), Hoa Binh (1951-52), Dien Bien Phu (1953-54), Ofensywę Tet (1968), Ofensywę Wielkanocną (1972) i finalną Kampanię Ho Chi Minha. Wydano też „Cytaty Vo”, z których przytoczę tylko jeden: ”Wprowadzaj w błąd przeciwnika. Nie ujawniaj mu swoich zamiarów. Czasem to co wygląda na zwycięstwo w rzeczywistości nim nie jest, zaś porażka nie jest porażką. Czy jesteś w ataku, kontrataku, czy stosujesz taktykę obronną, idea ofensywy powinna pozostać główną, aby zawsze wykazywać się inicjatywą.”
Uroczystości pogrzebowe trwały dwie doby (12-13 X) i uczestniczyły w nich setki tysięcy osób. Zgodnie z życzeniem generał został pochowany na małej wyspie Yen, u wybrzeży jego rodzimej prowincji Quang Binh.Od tego czasu to miejsce stało się celem licznych pielgrzymek politycznych.

Architektura marzeń

Architektura ma wiele romantycznych metafor. Johann Goethe nazwał ją „muzyką zastygłą w kamieniu”. Osip Mandelsztam – „poezją w kamieniu”. Ale to także „polityka w kamieniu”.

Zaryzykowałbym dodanie własnej definicji: architektura jest zwierciadłem czasu.
„My” – coś więcej niż „Ja”
Architektura jest pomnikiem czasu, w którym była tworzona. Czas to jej główny stylista, a my, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy jej zakładnikami. Dla tych, którzy studiowali na Państwowym Uniwersytecie Moskiewskim (MGU), dziwne słowo DAS stało się rodzime i bliskie niczym tatuaż na ciele. DAS – oficjalnie – to dom doktorantów i stażystów, lecz studenci do tej pory żartobliwie rozszyfrowują ten skrót jako „dom aktywnego seksu”.
DAS to także pomnik ideologii marksizmu. Jeśli zgodzić się z historykiem, etnografem, synem poetki Anny Achmatowej Lwem Gumilowem, że „kultura etnosu wywodzi się z krajobrazu”, to DAS jest jaskrawym ucieleśnieniem ideologicznego wytworu radzieckiej władzy, która głosiła, że świadomość jest kształtowana przez byt. Byt i otoczenie.
Rewolucyjna inteligencja święcie wierzyła, że droga prowadząca do nowego społeczeństwa wiedzie poprzez przebudowę bytu społecznego. Że człowiek będzie podlegać prawom kolektywu tylko wtedy, gdy będzie żyć i pracować w kolektywie i na rzecz kolektywu. Od rana do nocy. „My” to coś więcej niż „ja”. Kolektyw jest wszystkim, ty – niczym, bo kolektyw stoi wyżej niż jednostka. To moralny postulat bolszewizmu. DAS był pomyślany nie jako akademik, lecz jako dom dla młodych specjalistów, którzy mieli się kształtować w środowisku ludzi sobie podobnych. Ludzi o tym samym statusie społecznym, jednolitym proradzieckim światopoglądzie… W projekcie nazwano go więc „Domem Nowego Bytu”.
Nieśmiertelna idea
Dom niemal całkowicie uwolnił mieszkańców od „mieszczańskiego życia”. Na każdym piętrze zaprojektowano kuchnię z jadalnią, połączoną z miejscem do pracy dla 15-20 osób. W ażurowej galerii, usytuowanej między dwoma 16-piętrowymi budynkami, przypominającymi otwarte książki, powstał cały blok mieszkalno-rozrywkowy: biblioteka, sala koncertowa i kino, hala sportowa, ogród zimowy, przychodnia, przedszkole, pralnia, basen…
O tym marzyli Marks i Lenin. Zresztą idea zrodziła się jeszcze przed Marksem. Samowystarczalne komuny (falanstery) zostały wymyślone przez utopijnego socjalistę Charlesa Fouriera (1772–1837). Według niego, w gigantycznych ceglanych ulach miało żyć 1700-2000 ludzi, których łączy nie tylko wspólna idea kolektywizmu, „poczucia wspólnoty”, ale także wspólne życie. Zamiast 300 starych szop można mieć jedną, ale piękną, na 300 rodzin – marzył. Przykład temu dali przywódcy Rewolucji Październikowej. Rodziny Lenina, Trockiego, Stalina, Swierdłowa, Rykowa i Dzierżyńskiego mieszkały w „komunałkach” w budynku Wielkiego Pałacu Kremlowskiego.
Niezależnie od tego, gdzie mieszkamy, nasz dom składa się z czterech stref. Strefy odpoczynku (sypialnia), strefy rekreacyjnej i gościnnej (salon), kuchni i ubikacji. No cóż. „Komunistyczne życie w komunie” wykluczało z przestrzeni osobistej człowieka, co najmniej dwie i pół strefy – kuchnię, pokój dzienny i prysznic (łazienka). Toaleta, w większości mieszkań komunalnych, była wspólna i znajdowała się na korytarzu, poza granicami rodzinnej „komórki”.
Mieszkańcy komuny powinni jadać w stołówkach. Myć się w publicznych łaźniach miejskich. Czytać książki, grać w warcaby, szachy i domino w bibliotekach, parkach kultury i kółkach zainteresowań. Dzieci w duchu kolektywizmu i zgodnie z ideami komunizmu powinny być wychowywane w internatach, a rodzice powinni je odwiedzać raz w tygodniu. Wszystko jest wspólne. Począwszy od idei, a na szczoteczce do zębów kończąc.
Nowe to zapomniane stare
Ideały trzeba też było przystosowywać do rzeczywistości. Tym bardziej, że nawet w trakcie budowy komunizmu byli równi i równiejsi. Tak powstał słynny Dom CIK lub DoPr (dom rządowy) architekta Borisa Iofana na Bulwarze Bersieniewskim w Moskwie. Był on budowany dla „niebiańskich” mieszkańców choć, zgodnie z żelaznymi zasadami komuny. Zachowano minimum bytowe, ale maksimum przestrzeni osobistej. Meble, naczynia, sprzęty gospodarstwa domowego były własnością rządu – były ponumerowane i wpisane do specjalnych ksiąg domowych. Pod DoPr było kino, hala sportowa, stołówka, strzelnica, dom kultury, przedszkole, biblioteka… Na dachu Domu CIK robiono zimą lodowisko.
Architektoniczno-komunalna idea Fouriera – Marksa – Lenina okazała się żywotna, jak szarańcza. Nie została zniszczona nawet przez uchwałę Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Bolszewików w maju 1930 r., w której marzenia o uspołecznieniu „wszystkiego, co się nie rusza”, uznano za „na wpół fantastyczne” i „niezwykle szkodliwe”. Ale…
Jeden z pierwszych domów komunalnych został wybudowany w 1930 r. Był to Dom Narkomfinu, zaprojektowany przez architekta Ginzburga. Ściślej nie dom, lecz kompleks, w skład którego wchodził osobny gmach gospodarczy. Nawiasem mówiąc, w malutkich mieszkaniach (ale nie we wszystkich) były aneksy kuchenne i łazienki. Przywołany DoPr na nabrzeżu Bersieniewskim był budowany akurat w okresie „klęski konstruktywistów” i został oddany do zamieszkania wiosną 1931 r. Wprowadzili się tam: rodzina Bucharina, Rykowa, Chruszczowa, dzieci Stalina i Berii, Anastasa Mikojana i jej brata – konstruktora słynnego samolotu MIG Artioma Mikojana, marszałków Tuchaczewskiego, Bagramjana, Żukowa… Obecnie mieszka w nim Patriarcha Wszechrusi Cyryl. Dom ten jest żywym podręcznikiem historii.
Rok później pojawił się „brat” Domu Narkomfinu, Dom Architektów, w którym na potrzeby eksperymentu zamieszkali wszyscy znani architekci Moskwy. W budynku, zaprojektowanym przez architekta Barszcza, a znajdującym się przy Bulwarze Gogolowskim w Moskwie, słynny poeta i laureat Nagrody Nobla Boris Pasternak często odwiedzał swojego brata Aleksandra. Następnie powstały domy komunalne (bursy) Instytutu Czerwonych Profesorów, Instytutu Włókienniczego itd.
Do „lewackiej” idei „kolektywnego bytu” i stylu konstruktywistycznego powrócono w radzieckiej architekturze za czasów Chruszczowa. Wielkie marzenie I sekretarza Komitetu Centralnego KPZR zostało powierzone do realizacji architektowi Ostermanowi. Projekt „Domu Nowogo Bytu” (czyli DAS-u) w dzielnicy Czeriomuszki, był ukochanym dzieckiem Ostermana. Nazwał go „domem przyszłości”, choć filozofia domu została zapożyczona z przeszłości. W projekcie brali udział nawet socjolodzy, którzy przeprowadzali wywiady z tysiącem młodych moskwiczan na temat tego, jak postrzegają „dom komunistycznego życia”.
„Dom Nowogo Byta” przy ulicy Szwernika budowano 6 lat (1965–1971). W tym czasie Chruszczow został usunięty ze stanowiska głowy państwa. W 1969 r., nie doczekawszy się narodzin swojego pomysłu, zmarł architekt Osterman. Kompleks-komunę przekazano do zamieszkania studentom i doktorantom Państwowego Uniwersytetu Moskiewskiego.
Największa grupa Polaków mieszkała w DAS w połowie lat 80. ubiegłego wieku (ok. 40 osób). Jak wspominają ten czas?
– Żyło się świetnie. Warunki mieliśmy dużo lepsze niż mieszkańcy większości innych radzieckich akademików. A seks, o który pytasz… Cóż, powiem tak: legenda nie wzięła się znikąd – mówi jeden z nich Darek Cychol.

Przełożyła Marta Hofman

W pogoni za Godotem

Dziś podejmuje się wszelkie możliwe starania, aby o nich młode pokolenie wiedziało jak najmniej, a jeśli już to tylko samo zło, najlepiej z Biuletynu Informacji Publicznej IPN.

Jego rodzina pochodziła podobno od Węgrów, którzy osiedli na świętokrzyskiej ziemi ileś lat – wieków – temu. Ale co to miało obecnie za znaczenie? Ojciec był fornalem u pana we dworze, a mieszkali w czworakach. Żyli tu jak inni w przy dworskich pomieszczeniach – na łasce dziedzica i bez nadziei na zmianę losu. Tylko najstarszy Józek (miał jeszcze brata Tadka i siostrę Marysię), był od małego jakimś odmieńcem. Zanim poszedł do szkoły już umiał czytać – nauczyła go babcia na książeczce do modlitwy. Szkołę powszechną skończył z wyróżnieniem i rodzice, namówieni przez nauczyciela, zapisali go do gimnazjum w oddalonym o 8 kilometrów Ostrowcu Świętokrzyskim. Mógł je ukończyć tylko dlatego, że ojciec sprzedał krowę na opłatę czesnego i inne konieczne wydatki, a pan dziedzic – to sprawiedliwie należy dodać – też dołożył. Miał małą maturę, ale żadnej innej pracy, a więc siedząc dalej na wsi pracował na roli.
Wybuch wojny
niewiele tę sytuację zmienił, poza narastającymi represjami okupanta, które zaczęły doskwierać także wsi. Budził się sprzeciw polskiego ludu: wpierw były to różnego rodzaju akty nieposłuszeństwa i działania na szkodę okupanta, później opór zbrojny.
W 1943 roku za przykładem i namową starszych i on rozpoczął walkę z okupantem w oddziale Gwardii Ludowej. Jak mówił po latach, do Gwardii trafił przypadkowo, w trochę innych okolicznościach mogły to być zupełnie odmienne politycznie partyzanckie oddziały Batalionów Chłopskich czy Armii Krajowej. A nawet Narodowych Sił Zbrojnych, bowiem osławiona Brygada Świętokrzyska na jego terenach aktywnie działała. Wtedy zapewne jego losy potoczyłyby się zgoła inaczej.
Miał pseudonim „Bartek”, uczestniczył w kilku potyczkach zbrojnych – w jednej został poważnie ranny, co po latach dało znać o sobie. Od politycznych idei GL do PPR, której ulotki, jak wspominała żona Zofia, przynosił do domu, było blisko. Przywiodła go do tej partii bieda rodziny chłopskiej, uświadamiany trwały podział na panów i chamów, a następnie własne już obserwacje z pracy we dworze. Przywiodło go w sposób naturalny – tak jak i całe młode pokolenie wsi polskiej – do radykalnych ruchów społecznych. Okres II wojny światowej i hitlerowskiej okupacji, który nie oszczędził przecież i ziemi kieleckiej, stanowił kolejny etap historycznej edukacji i wskazywał, że aby nie było już nigdy nędzy, biedy i głodu, należy jednocześnie walczyć o Polskę wolną i nową, sprawiedliwą i równą dla wszystkich jej obywateli.
Po wyzwoleniu
już jako działacz PPR uczestniczył w epokowym akcie nadziału ziemi chłopom w ramach reformy rolnej. To doświadczenie oraz nowe idee społeczne umacniają przekonanie o wyborze właściwej drogi. Pracował w Komitecie Powiatowym PPR w Opatowie, a do jego domu w Szwarszowicach – w których miejscowa komórka PPR liczyła już 32 osoby – przychodzili kilkukrotnie „uzbrojeni ludzie” z podziemnej organizacji dopytując o gospodarza. W grudniu 1945 roku uczestniczył w I Zjeździe PPR, w 1946 był słuchaczem czteromiesięcznego kursu w Centralnej Szkole Partyjnej PPR w Łodzi, którą ukończył z wynikiem bardzo dobrym, a w 1947 roku został I sekretarzem Komitetu Powiatowego PPR w Giżycku, na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Tam właśnie, przez zbieg okoliczności, unika śmierci – miał jechać na motorze na jakieś zebranie partyjne, ale pojechał zastępca. Został zastrzelony przez „żołnierzy wyklętych”, tak zresztą jak wielu innych, nie koniecznie partyjnych działaczy.
Wydarzenia dziejące się na szczytach władzy, związane z tzw. odchyleniem prawicowym i odsunięciem Władysława Gomułki spowodowały tzw. czystkę także w oddolnym aparacie władzy, co w wypadku Józefa oznaczało odwołanie z pełnionej na Warmii funkcji i powrót do Centralnej Szkoły Partyjnej, tym razem PZPR. W 1953 roku otrzymał polecenie wyjazdu do ambasady w Moskwie na stanowisko sekretarza. Od późnej jesieni 1956, mając zaledwie 36 lat, prawie przez rok był chargé d’affaires zastępując nieobecnego w tym czasie ambasadora. Dobrze się wywiązywał ze swoich obowiązków w tym szczególnie trudnym okresie stosunków polsko-radzieckich, i w tych wyjątkowych latach i historycznych wydarzeniach.
Po śmierci Stalina
rozpoczęła się w Związku Radzieckim odwilż, na której fali dokonać się mogła druga repatriacja Polaków z ZSRR. Współorganizował ten wielki kolejny exodus do ojczyzny, spotykał się z ludźmi, którzy wracali z łagrów i z tymi, których wywieziono na Syberię jeszcze w 1940 roku. Były to wyjątkowe doznania, inspirujące do wielu przemyśleń. Wśród ewakuowanych znalazły się tysiące tych, którzy z różnych powodów nie wyjechali do Polski w latach 1944-1946. Należała do nich rodzina Wacka Gabisa zamieszkała w Gliniczach na Wileńszczyźnie. Sam Wacław – żołnierz nowogródzkiego AK – stracił rękę w czasie lipcowej operacji „Ostra Brama” w 1944 roku. Jakimś jednak cudem znalazł się w nowych granicach Polski, a po latach otrzymał upragniona protezę, o co w czasach powojennych, pełnych okaleczonych jak on, łatwo nie było. Pracował jako portier w sanatorium dla dzieci im. Pstrowskiego w Rabce i cały czas marzył o połączeniu się z rodziną. W 1956 roku wreszcie byli razem – wróciła żona z dwójką dzieci.
Jeszcze większym wydarzeniem
był dla Józefa XX Zjazd KPZR ze słynnym referatem Chruszczowa „O kulcie jednostki i jego następstwach”, obnażającym zbrodnie i represje z okresu stalinowskiego. Z Chruszczowem i innymi prominentnymi osobami z radzieckiego kierownictwa spotykał się wielokrotnie, także przygotowując pierwszą, po stalinowskim okresie, wizytę Władysława Gomułki w Moskwie, określającą nowy rodzaj stosunków między oboma krajami
Po krótkim okresie pracy
w KC PZPR, w 1959 roku został II sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie. Wtedy obowiązała niepisana reguła, że jak pierwszym sekretarzem był ktoś z dawnego PPS , to drugim (do spraw organizacyjnych) była osoba z PPR. I odwrotnie. W popaździernikowym czasie I sekretarzem KW w Krakowie był legendarny działacz PPS Bolesław Drobner, a zastąpił go cieszący się równie wielkim poważaniem i zasługami, także znany członek tej byłej partii, Lucjan Motyka .
Z tamtego okresu wspominał m. in. nierozważne decyzje Zenona Kliszki w 1960 roku, dotyczące likwidacji manifestacji w obronie krzyża w Nowej Hucie, postawionego w miejscu gdzie stanąć miał kościół, a także wyrażał opinie o niedawno powołanym w Krakowie nowym biskupie Karolu Wojtyle jako zupełnie szczególnej – wyjątkowej postaci w polskim Kościele.
Na pełnionym stanowisku dał się poznać jako człowiek prawy, bezinteresowny, jeden wszakże cel, którego sam nie osiągnął, zaprzątał mu prywatne życie – dążył aby córki skończyły studia wyższe. I to spełniło się niejako w nadmiarze – wszystkie uzyskały nawet stopnie doktorskie. A w domu obowiązywała dyscyplina – za późnowieczorne spóźnienie, poza spodziewaną burą od rodziców, zastawały drzwi mieszkania zamknięte. I bywało, że na schodach długo siedziały czekając, aż je ktoś wreszcie litościwie otworzy. Pomimo stosunkowo wysokiej pensji w domu nie przelewało się – poza niepracującą żoną i trzema studiującymi córkami często należało pomóc starym rodzicom zamieszkałym na wsi. Stąd na pewno nie były to „bananowe dzieci”, abstrahując od tego, że banany jadły tak często jak wszystkie inny, to znaczy rzadko albo wcale.
Z uwagi na pełnione funkcje
zwracali się do niego także krewni i znajomi ze swoimi sprawami. Nie lubił niczego „załatwiać”, pomagał w sytuacjach wyjątkowych jak na przykład w znalezieniu pracy dla siostrzeńca na walcowni w ówczesnej Hucie im. Lenina, nota bene po latach aktywnego działacza miejscowej „Solidarności”. Ale gdy kolejny zgłosił się z prośbą o interwencję w związku z grożącym mu wyrzuceniem z wojsk lotniczych za pijaństwo, oświadczył, że tego pilota – pijaka nie chce znać. W jedną tylko sprawę, budowę szkoły – w ramach ogólnopolskiej akcji budowy 1000 szkól na 1000-lecie – w okolicach swojej rodzinnej wsi zaangażował bez reszty swoje stanowisko i możliwości. Z sukcesem.
Powracają skutki wojennego postrzału i rosnący niedowład nóg. nadto zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Choroba dawała już solidnie znać w czasie pełnionych obowiązków. Na rentę przeszedł w 45 roku życia i przez całe następne 24 lata nie wychodząc z domu, a później poruszając się tylko na inwalidzkim wózka, martwił się o Polskę, tę swoją wymarzoną i wywalczoną.
Z coraz większego oddalenia
spoglądał na polityczne wydarzenia, ale obrady „Okrągłego stołu” powitał on, człowiek z innej epoki, z nadzieją i przekonaniem, że jest to jedyna możliwa droga dla kraju. I równie ważne: należał do odchodzącego pokolenia, które ze swych życiowych, tragicznych często doświadczeń, wyciągnęło najważniejszy wniosek, że socjalizm dokonał jednak wielkiej historycznej nobilitacji mas polskich robotników i chłopów, na trwałe zaszczepiając w całym narodzie takie niezbywalne wartości jest równość i sprawiedliwość społeczna.
Przypomnienie powieści
Władysława Orkana „Komornicy” z 1890 roku, pesymistycznej i w ponurym kolorycie przedstawiającej ówczesną polską wieś, tylko pozornie odbiega od tematyki. Losy Kazka, młodszego od Józefa o lat kilkanaście, potoczyły się odmiennie tylko z racji wieku, natomiast chłopskie pochodzenie wyznaczyło podobną drogę. Urodził się w 1936 roku nie w biednej chłopskiej rodzinie, a w komorniczej czyli, że rodzice nie mieli ani własnego kawałka ziemi, ani też najskromniejszego nawet domu. Co prawda miało to miejsce w Zakopanem, ale w tamtym czasie ówcześni górale też dudków nie mieli. Niedługo wybuchła wojna, na którą poszedł ojciec, a po powrocie z wrześniowej kampanii zamieszkali u rodziny ojca w Zabrzeży. U początku lat pięćdziesiątych przenieśli się do Krakowa w poszukiwaniu zarobku, bo właśnie mówiono, że powstaje Nowa Huta i będzie robota. Ojciec pracował w przedsiębiorstwie budowlanym, a Kazek, po Zasadniczej Szkole Elektrycznej i po jakimś czasie, został nawet brygadzista w Zakładach Chemicznych Oświęcim. Tu, tak jak wielu innych, wstąpił do Związku Młodzieży Polskiej, był w Zarządzie Zakładowym tej organizacji, a po odbytej w Łodzi Szkole Organizacyjnej ZMP, skierowany został do Zarządu Powiatowego w Nowym Targu.
W gorących dniach
październikowych przemian i wydarzeń, 5 grudnia 1956 roku uczestniczył aktywnie w powołaniu Tymczasowego Wojewódzkiego Komitetu Związku Młodzieży Robotniczej. Potem była służba w Marynarce Wojennej, a po jej odbyciu trefił do ZMS, w którym awansował po latach do funkcji wiceprzewodniczącego Zarządu Wojewódzkiego. A później, jak to bywało z niektórymi działaczami ZMS, trafił do aparatu partyjnego, w którym pełnił także funkcję sekretarza Komitetu Wojewódzkiego.
Ktoś dziś powie,
taki normalny życiorys PRL-owskiego aparatczyka. Rzecz jednak w tym, że z wielu względów odmienny, niż obecnie powszechnie wyrażane oceny. Jest Kazek klasycznym symbolem pokolenia polskiej biedy i braku nadziei, któremu Polska Ludowa dała szanse nie tylko na lepsze życie, ale i wyznaczyła jego sens. Miała być nim praca dla tego ustroju, który przyniósł już, i nadal miał sprawiać, lepszą przyszłość. Starał się to robić jak najlepiej i najskuteczniej na różnych stanowiskach bez względu na okoliczności, które czasami zaprzeczały szczytnym hasłom. W czasie ponurych wydarzeń marcowych 1968 roku – to mi opowiadał – jako sekretarz Komitetu Dzielnicowego, otrzymał dwie odgórne, sprzeczne ze sobą, drańskie decyzje. No i co zrobiłeś ? Poszedłem na Planty i posiedziałem czas dłuższy, do tego ręki przykładać nie mogłem. Zapewne takich sytuacji było więcej i także tych bez możliwości wyboru, co nie zmienia faktu, że całe te lata poświecił dla innych. Zaowocowały poważnym zawałem serca, a w konsekwencji wszczepieniem bajpasów. Prywata w jego wydaniu to dbałość o wyksztalcenie syna oraz – o ironio w porównaniu do dzisiejszych decydentów życia publicznego – mieszkanie w nowohuckim bloku.
Trudno się dziwić,
że Kazek, z takim życiowym startem i doświadczaniem w zmieniającej się na lepsze ojczyźnie w latach PRL-u, w których to poczynaniach aktywnie uczestniczył, nie akceptował, jak zresztą miliony innych, zmian dokonujących się po 1990 roku. Decydowało wtedy pokolenie urodzone już w Polsce Ludowej, pozbawione dzięki niej ponurego kolorytu przeszłości, a ona – tamta Polska – z różnych powodów nie mogła i nie potrafiła sprostać ich rozbudzonym, naturalnym, ale i równie często naiwnym, oczekiwaniom.
Powiedz, stary, gdzieś ty był? Dziwną minę masz.
Pewnieś zwiedził Rzym lub Krym już nie jeden raz.
Możeś wiatry w polu gnał, aż zgubiłeś ślad?
Powiedz, gdzieś pod rynnę wpadł?
Stara wiara znów przygarnie cię – szkoda słów!
Więc uśmiechnij się i do góry głowa! …

Powiedz, stary, gdzieś ty był przez okrągły rok?
Pewnie świat nie szczędził ci zmartwień ani trosk.
I choć grałeś, nie dał los tych najlepszych kart.
Siadaj! Może byś coś zjadł?
Stara wiara znów przygarnie cię – szkoda słów!
Więc uśmiechnij się i do góry głowa!

Nigdy nie zapytałem Andrzeja Żabińskiego dlaczego spośród wielu ówczesnych młodzieżowych przebojów upodobał sobie tan właśnie, „Czerwonych gitar” z 1969 roku. Może to były wyrażane poczucia wspólnoty i przyjacielskiej sztamy, które bardzo wysoko cenił i odwzajemniał, a może, jak się po latach okazało, prorocze słowa.
Drogę życiową Andrzeja
określiły losy ojca Edwarda – działacza ruchu robotniczego na Śląsku, założyciela i przywódcy Stowarzyszenia Przyjaciół ZSRR, sekretarza Komitetu Okręgowego PPR w Katowicach. Pod koniec maja 1944 roku, w wyniku zdrady i wielkiej „wsypy” w Zagłębiu Dąbrowskim i na Górnym Śląsku, hitlerowcy aresztowali około 300 osób, których w większości później zamordowali. Wśród nich był także jego ojciec. Ale jeszcze wcześniej, w zupełnie nieświadomy sposób, uczestniczył w działaniach konspiracyjnych, gdy w dziecięcym wózku, wraz z przewożoną bronią, jeździł na spacery. Przez kolejne lata dorastania i młodości znajdował się pod opieką i wielkim wpływem byłych towarzyszy ojca. To wszystko, później wykształcenie, a nadto jego cechy przywódcze i osobowe – był przystojnym, wysokim mężczyzną o ujmującym uśmiechu – kierowało go niezawodnie do służby publicznej. Karierę zaczął od skromnego stanowiska referenta w katowickim Komitecie Wojewódzkim PZPR, potem był szefem miejscowego Związku Młodzieży Wiejskiej, następnie katowickiej organizacji ZMS, by w lutym 1967 roku zostać przewodniczącym Zarządu Głównego Związku Młodzieży Socjalistycznej.
I wreszcie odmieniło się
w tej młodzieżówce. Po starym, jak na tę organizację, Stanisławie Hasiaku – byłym sekretarzu partii z Radomia – przyszedł młody, dynamiczny, pełen nowych pomysłów, zapału i chęci do działania. A nadto był bezpośredni, w swoich wystąpieniach komunikatywny, czym różnił się znacznie od przemówień wielu ówczesnych partyjnych bonzów. Imponował nie tylko tym – przypominam sobie, jak do ośrodka letniego ZMS w Gródku nad Dunajcem przyjechał sam ciemnowiśniowym fiatem 125p, którego produkcję niedawno rozpoczęto w Polsce. Niby nic nadzwyczajnego, ale w tamtych czasach rozliczni dygnitarze, także i młodzieżowi, wożeni byli przez kierowców w radzieckich wołgach. Tym drobnym gestem mówił wiele: mamy nowy, dobry, polski samochód, i wy także będziecie nim jeździć, musicie się tego nauczyć, tak jak ja. Polska się rozwija, jest głęboki sens aby w tym procesie aktywnie uczestniczyli młodzi. W okresie jego kadencji Związek wzbogacił się o nowe inicjatywy i stał się potężną, sprawną i powszechną organizacją.
Andrzej w prezentowanych poglądach
ideologicznych był doktrynerem – w tej materii nie odbiegał od powszechnie wtedy obowiązującej w partii wizji rozwoju społecznego oraz interpretacji zjawisk współczesnego świata. Na łamach „Walki Młodych” – tygodnika ZG ZMS – w cyklu „Nasza organizacja”, pisał u schyłku lat sześćdziesiątych: „ Członka ZMS powinna cechować wiara i pewność, że socjalizm i komunizm są zwiastunem lepszego społeczeństwa… ”. W tym duchu prowadzona była w Związku działalność ideowo-szkoleniowa, ale dużo ważniejsze, że w tych niełatwych czasach końca lat 60. wnosił Andrzej do całego, prawie dwumilionowego ZMS-u nadzieję i przekonanie, że my młodzi, oddani idei socjalizmu, urządzimy mądrzejszy i lepszy świat.
Dalsza droga
Żabińskiego wiodła przez wysokie stanowiska w aparacie partyjnym – był I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego w Opolu (niektórzy wtedy złośliwie nazywali go delfinem Edwarda Gierka w Katowicach, co zresztą miało miejsce w latach osiemdziesiątych), sekretarzem KC PZPR, członkiem Biura Politycznego. Uczestniczył w podpisywaniu słynnych porozumień ze strajkującymi w Szczecinie i w Jastrzębiu Zdroju jesienią 1980 roku. W miarę przebiegu wydarzeń karnawału Solidarności przestał wierzyć w możliwość rozwiązania narastającego konfliktu społecznego metodami pokojowymi. To wyrażane publicznie przekonanie, a nadto, jego zdaniem, zbyt łagodna i ugodowa polityka ówczesnego kierownictwa partii, doprowadziła go do klęski wyborczej podczas IX Zjazdu partii i zaliczenia w poczet „partyjnego betonu” – tych, którzy ratunek dla zachwianego ustroju widzieli w zniszczeniu Solidarności i ewentualnej interwencji radzieckiej. I jeżeli przewidywanie siłowego rozwiązania tamtej sytuacji miało charakter wizjonerski, to zawiodło zupełnie rozeznanie i zrozumienie skomplikowanej gry politycznej prowadzonej z jednej strony przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego, z drugiej przez kierownictwo radzieckie. Jedno jest pewne: opinie, postawa i wybory, których w tamtym czasie dokonywał nie miały charakteru koniunkturalnego. Był przecież u szczytów władzy i niewiele więcej miał do zyskania. A więc o co mu chodziło – zapewne to, że cechowała go „wiara i pewność, że socjalizm i komunizm są zwiastunem lepszego społeczeństwa”.
Ostatni raz
widziałem się z Andrzejem w drugiej połowie lat 80. w ambasadzie polskiej w Budapeszcie – był tam radcą-ministrem pełnomocnym, niejako na wygnaniu. Z długiego, serdecznego spotkania szczególnie zapamiętałem drobny, ale bardzo znaczący fakt – miał wilgotną i jakby opuchniętą prawą dłoń. Pomyślałem, że to zły znak… Spalił się w dążeniu do tej swojej lepszej, sprawiedliwszej Polski – zmarł nie ukończywszy lat pięćdziesięciu.
Trzy tak nakreślone sylwetki
z minionej epoki Polski Ludowej, poza istotnymi różnicami, jakże wiele łączy. Wydawało się im, że już jest ten tak społecznie wymarzony nowy ustrój, a okazało się, że pogoń za nim, w której przecież aktywnie uczestniczyli, przypominała wydarzenia z filozoficznego dramatu Samuela Becketta, gdzie Godot, który ma być zbawieniem, nigdy nie nadchodzi. Stało się bowiem oczywistym, że nie na taką realizację rozwiązań ustrojowych polskie społeczeństwo oczekiwało pod koniec XX wieku.
Od początkowych lat PRL
przejawiał się, w rożnej formie i stopniu, krytyczny ogląd realizowanego ustroju, odnajdujący się m. in. w tzw. kręgach rewizjonistycznych (na ogół byłych aktywnych działaczy partii), które jakoby chciały przekreślić wielki dorobek Polski Ludowej i skierować ją na niewłaściwą, wrogą stronę. Wszelkie bowiem krytyczne, nieprzychylne, bardziej lub mniej publicznie wyrażane oceny na temat rzeczywistości i roli w niej PZPR nie były do przyjęcia przez partyjnego hegemona, grożąc mu ograniczeniem jego roli. W miarę mijanych lat, z różnych względów i uwarunkowań, zwalczanie takich poglądów łagodniało, a w latach 80. zyskały nawet prawo otwartego istnienia i nowe określenie jako postawy reformatorskie. Nie prezentowały publicznie, do pewnego czasu, socjaldemokratycznej wizji naszego ustroju, gdyż przekraczało by to niebezpiecznie realne i umowne granice – wyobrażenia i interesy liczącej się części aparatu władzy, szeregu obowiązujących ekonomicznych dogmatów, niewykształconej demokratycznej świadomości społeczeństwa, a przede wszystkim stanowiska KPZR i ewentualnej reakcji ZSRR.
Nadszedł już dużo wcześniej czas,
w którym dotychczasowe możliwości rozwojowe PRL realizowane w ściśle określonych, dotychczasowych ustrojowych ramach, zostały wyczerpane i zahamowane.
Znałem dobrze, nie raz spotykałem się, rozmawiałem i współpracowałem z wieloma czołowymi postaciami prezentującymi progresywne poglądy i postawy na rzecz fundamentalnych zmian politycznych, zapewniających krajowi warunki i perspektywy na europejskim standardzie. Byli i są wśród nich m. in.: Kazimierz Barcikowski , Krystyn Dąbrowa, Józef Klasa, Hieronim Kubiak, Andrzej Kurz , Mieczysław Rakowski , Marian Stępień i szereg innych. Prawie wszyscy pochodzili z chłopskich, robotniczych czy też nauczycielskich rodzin, awans społeczny umożliwiła im Polska Ludowa, w której przez lata pełnili ważne i decyzyjne funkcje, co przy wysokim wykształceniu, nabytym doświadczeniu i otwartości na nowe wyzwania owocowało imperatywem nieodzownych przeobrażeń.
Nie czekali na Godota,
wiedzieli, że taki, nadal teoretycznie-propagandowo kreowany, nigdy nie nadejdzie. Obracali się w realnym świecie, pragnęli dokonać zasadniczych zmian ustroju i koniecznego, innego urządzenia lewicowych idei w Polsce. Spóźnili się z wielu powodów, przegrali, wszyscy także doznaliśmy porażki, bo to nie lewica kreowała proces transformacji Polski w 1989 roku. A może było to, w polskich, specyficznych warunkach i okolicznościach, poza naszym wspólnym zasięgiem? To pytanie pozostanie bez odpowiedzi.
(Fragment z przygotowywanej książki „Wspomnienie z galaktyki Koziorożca”)

Podmoskwiewskie imperium tajemnic

Istnieje Moskwa i miasto jej towarzyszące. Znajduje się pod ziemią. Niektóre stacje rosyjskiego metra pod względem piękna, luksusu i ekstrawagancji przypominają pałace.

Zjeżdżając ruchomymi schodami metra nie podejrzewamy nawet, że wkraczamy na terytorium tajemnic i mitów. Pomysł budowy metra w Moskwie narodził się już w 1902 r., lecz sprzeciwiły mu się Duma Miejska i duchowieństwo. Kapłani oświadczyli, że to grzech z własnej woli za życia schodzić do podziemia. Wspierała ich armia moskiewskich dorożkarzy, którzy ryzykowali utratę pracy.
Bolszewicy w akcji
Przez trzy dekady młode państwo radzieckie nie miało czasu na metro. Istniały ważniejsze sprawy – rewolucje, wojny, pierwszy plan pięcioletni… O odłożonym projekcie przypomniano sobie w 1931 r. Otwierając pierwszą linię metra, 15 maja 1935 r., komisarz ludowy ds. transportu kolejowego Łazar Kaganowicz wypowiedział wzniosłe słowa: „Bolszewicy zdobyli Moskwę naziemną, zdobędą i podziemną!”.
Stalin wierzył w astrologię i kazał zaprojektować podziemną linię kolejową, wykorzystując plan promieniowego pierścienia zabudowy Moskwy. Jego autorem był Jakub Bruce, astrolog, matematyk, czarnoksiężnik, zrusyfikowany Szkot, przyjaciel Piotra Pierwszego. Plan Bruce’a dzielił Moskwę na 12 sektorów, z których każdy odpowiadał jednemu znakowi zodiaku. Pierwsza linia – „Sokoliniczeskaja” – miała 13 stacji, co stało się źródłem żartów, że Stalin zadowolił zarówno Boga, jak i diabła. Ten sam astrolog twierdził, że Moskwa jest pod znakiem Byka i dlatego zdecydowano się otworzyć metro 15 maja.
Aby ukończyć pierwszą linię, specjalnie rozebrano Kreml Serpuchowa, zbudowany z białego kamienia. Stacje „Nowokuznieckaja” i „Pałac Sowietow” (obecnie „Kropotkinskaja”) wyłożono marmurem pochodzącym ze zburzonej katedry Chrystusa Zbawiciela.
Pierwszy pociąg, składający się z czterech wagonów, przejechał 11 kilometrów ze stacji „Sokolniki” do obecnego parku Kultury. Kandydatura pierwszego oficjalnego pasażera była omawiana w moskiewskim biurze Komitetu Partii. Został nim Piotr Łatyszew, przodownik pracy, robotnik z fabryki Czerwony Proletariusz.
Na czasy wojen
Naiwnością jest twierdzić, że moskiewskie metro zbudowano wyłącznie jako podziemną arterię transportową. To również strategiczny obiekt wojskowy. Równolegle z liniami dla pociągów pasażerskich budowano potężne bunkry, schrony przeciwbombowe z genialnym systemem przejść podziemnych.
Na osobisty rozkaz Stalina, na stacji „Sowieckaja” urządzono podziemne stanowisko dowodzenia Komendy Obrony Cywilnej Moskwy. Na dużych głębokościach zbudowano też dwa stalinowskie bunkry. Do tej pory są one w stanie wytrzymać bezpośrednie uderzenie bomby lotniczej. Od publicznej poczekalni Ministerstwa Obrony do bunkra Stalina w Kuncewie wybudowano tunel samochodowy. Inne tunele prowadziły na Kreml i do dzielnicy Sokolniki.
Dacza Stalina w Kuncewie była połączona z bunkrem windą. Żeby wykluczyć przypadkowe spotkania Stalina z personelem, który go obsługiwał, zbudowano kilka korytarzy. Stalinowski korytarz (od windy) był pokryty marmurem, a ściany jego gabinetu dębem i karelską brzozą. Obok korytarza prowadzącego z sali posiedzeń znajdowała się przytulna sypialnia. Rządowy system podziemnej komunikacji miał kryptonim „Obiekt D-6”. To łącznie 150 km tajnych linii.
Skąd to wiem? Z rocznika „Radzieckie siły zbrojne”, wydanego przez Ministerstwo Obrony USA w 1991 r. Została tam opublikowana mapa przedstawiająca trzy specjalne linie metra, które łączą podziemny punkt pod Kremlem z kilkoma podmiejskimi i miejskimi punktami dowodzenia na głębokości 200-300 metrów pod ziemią.
Doświadczeni kopacze i budowniczowie metra twierdzą, że we wszystkich najgłębiej położonych stacjach są wyjścia do bunkrów. Stacje i przejścia wyposażone są w potężne hermetyczne uszczelnienia radiacyjne, tunele blokujące, hole i szyby wentylacyjne. Specjalne wrota nie tylko szczelnie izolują metro od środowiska zewnętrznego, ale także dzielą cały system na sekcje z autonomicznym systemem podtrzymywania życia, a każda sekcja w sytuacji nadzwyczajnej będzie służyła jako azyl dla ludności.
Z tego wynika, że na mapie moskiewskiego metra, która wisi w każdym wagonie i przy wejściu do metra, odwzorowano zaledwie jedną dziesiątą tego, co jest pod ziemią.
Wielcy w podziemiach
Moskiewskie metro należy do najpiękniejszych na świecie. Zostało zbudowane przez najsłynniejszych architektów epoki stalinowskiej. Na przykład stacja „Komsomolskaja” została zbudowana przez Dmitra Czeczulina, który później zbudował wieżowiec na Kotielniczeskoj Skarpie (podobny powstał w Warszawie Pałac Kultury i Nauki), hotel „Rossija” i Biały Dom (siedziba rządu). Ivan Fomin, który budował apartamentowce w Petersburgu, zaprojektował stację „Krasnyje Worota”. Stacja „Pałac Sowietów” (obecnie „Kropotkinskaja”), która zdobyła kilkanaście prestiżowych zagranicznych nagród, została zbudowana przez architekta Aleksieja Duszkina.
A propos tego ostatniego. Przydarzyła mu się tragikomiczna przygoda. Duszkin znakomicie się ubierał, w stylu angielskim: modny garnitur, kapelusz, laska… W tym gogusiowatym stroju architekt przechadzał się wieczorem po Moskwie, więc wydał się czekistom podejrzany… Uznali, że jest szpiegiem i zawieźli biedaka na Łubiankę. Otwierając stację metra „Pałac Sowietow” w 1935 r. w obecności dużej zagranicznej delegacji, Łazar Kaganowicz przedstawił postać autora projektu Aleksieja Duszkina. Obcokrajowcy oklaskiwali jego dzieło i chcieli go natychmiast zobaczyć, ale Duszkina nie było. Znaleziono go kilka dni później w podziemiach Łubianki.
Wiele historii wiąże się ze stacją metra „Plac Rewolucji”. Słynie ze stojących w niszach 76 rzeźb z brązu. Rzeźbiarskie kompozycje odzwierciedlają przebieg budowy socjalizmu w ZSRR od 1917 do 1937 r. „Żeglarz z rewolwerem”, „Zwiadowca z psem”, „Chłopak z kurą i kogutem”, „Student”… Ale postaci jest tylko 20, czyli osoby (modele) się powtarzają. Moskwianie mają swoje przesądy z tym związane. Dotknij rewolweru marynarza i będziesz mieć dobry dzień. Potrzyj bucik studentki, a będziesz mieć szczęście w miłości. Ale nie dotykaj dzioba koguta, bo to przynosi pecha! Podczas sesji egzaminacyjnych tworzy się kolejka do brązowego psa. Studenci wierzą, że jeśli dotkniesz jego nosa, bez problemu zdasz egzamin…

FAKTY:
Moskiewskie metro ma 15 linii. Długość wszystkich linii wynosi 780 km. Najdłuższa jest linia Arbatsko-Pokrowskaja (45,1 km). Najkrótsza – Kachowskaja (3,3 km).

Metro składa się z 333 stacji, w tym 56 naziemnych. Najgłębszą stacją jest „Park Pobiedy” – 84 metry. Najdłuższy peron ma stacja „Worobiowy Gory”, która ma 282 metry.

Długość wszystkich 900 ruchomych schodów wynosi ponad 37 km. Najdłuższe schody ruchome są na stacji „Park Pobiedy” – 126 metrów.

Marmurowymi płytami wyłożono 428,9 tys. metrów kwadratowych powierzchni metra.

W ciągu doby liniami metra przejeżdża ponad 12 tysięcy pociągów. Średnia prędkość wynosi ok. 42 km/h. Minimalny odstęp w odjazdach – 90 sekund.

Metro jest obsługiwane przez 60 600 osób. Do 2023 r. zostanie otwartych kolejnych 25 stacji metra.

Z języka rosyjskiego przełożyła Marta Hofman

Andriej Konczałowski i jego wizje

Reżyser, pisarz, myśliciel. Syn autora hymnu ZSRR i hymnu Rosji – pisarza Sergieja Michałkowa i poetki Natalii Konczałowskiej. Wnuk wybitnego artysty Piotra Konczałowskiego. Prawnuk innego wielkiego rosyjskiego artysty Wasilija Surikowa. Brat kultowego reżysera i aktora Nikity Michałkowa. Krótko: Andriej Konczałowski.

Do śmierci matki Andriej nosił podwójne nazwisko: Michałkow-Konczałowski. Kiedy odeszła, odciął pierwszą część nazwiska i stał się Konczałowskim. Woli też, by nazywano go tak jak w domu – nie Andriejem, lecz Andronem. Ma 83 lata, ale młodości, energii, zamiłowania do życia może pozazdrości mu 30-latek. O Konczałowskim żartują: jeśliby do jego serca i układu nerwowego podłączyć elektrownię, mogłaby ona przez całą dobę oświetlać niejedno europejskie miasto. Mimo ogromnego zapracowania potrafi znaleźć czas na spotkania z młodzieżą. Prowadzi wykłady dla studentów. Bez obłudy odpowiada na wszystkie dociekliwe pytania.
Zachęcony przez redakcję „Faktów po Mitach”, skorzystałem z zaproszenia na kameralne z nim spotkanie.
„Odrębna droga” – droga donikąd
Ma swój oryginalny pogląd na świat. Na Rosję, szczególnie. „Co zrobić z ogromnym krajem, w którym za Uralem przypada 2 ludzi na kilometr kwadratowy i obydwaj są pijani?” – stawia pytanie. I dodaje: „W Chinach na kilometr kwadratowy przypada 135 osób, a w Japonii 335. W Rosji mamy bogate ziemie, na których leży dwóch pijaków…”.
– My, Rosjanie, musimy zdecydować, kim jesteśmy. Czy jesteśmy przedstawicielami kultury chrześcijańskiej, czy niechrześcijańskiej? – tłumaczy Konczałowski. – Jeśli jesteśmy przedstawicielami kultury chrześcijańskiej, to o jakiej trzeciej drodze rozwoju mówimy? Albo jesteśmy Europejczykami, albo pracujemy dla Chińczyków. Jeśli jesteśmy Europejczykami, to Europejczykom nie wolno oddawać Chinom kolosalnej części kontynentu. Co robić? Ameryka, Europa, Rosja powinny działać razem… Jest to konwergencja, o której mówił akademik Sacharow. To nieuniknione. Trzecia droga – to chimera, która tylko podtrzymuje obecną władzę. Zatem jaka „odrębna droga”? Na razie to „odrębna droga” do piekła…”.
Konczałowski jest przekonany, że dopóki Rosja będzie opierać swoją filozofię na tym, że wszyscy wokół, a zwłaszcza Zachód, to wrogowie, dopóty problemy kraju będą nierozwiązywalne. Rosyjski Prawosławny Patriarchat Moskiewski najbardziej bał się „łacinników” – podkreśla Konczałowski. Miejscem walki między Zachodem i Wschodem, między Moskiewskim Patriarchatem i łacinnikami stała się Ukraina. Walka ta toczy się do tej pory. Dlatego Ukraińska Cerkiew Prawosławna – według reżysera – jest bliższa Greckiej Cerkwii Prawosławnej niż Moskiewskiemu Patriarchatowi. Ukraina nie jest Rosją, bo Rosja to Wielkie Księstwo Moskiewskie. Dlatego też Ukraińcy mówią „moskale”. Nawet Kozacy mówią: „Nie jestem Rosjaninem, jestem Kozakiem”.
– To jest to, o czym my, moskale, powinniśmy pomyśleć: jak mimo wszystko możemy zostać Europejczykami? – mówi pół żartem, pół serio Konczałowski.
Wzorzec Piotra I
– Czy można powiedzieć, że Rosja czeka na człowieka o burżuazyjnej, dworskiej świadomości? – zapytano reżysera podczas spotkania. Konczałowski potraktował je poważnie:
– Nie sądzę, że dworska świadomość jest niezbędna. albo: Nie sądzę, by dworska świadomość była niezbędna. albo: Nie twierdzę, że dworska świadomość jest niezbędna. Wśród dworzan było mnóstwo idiotów. Było i jest. Sposobów na wyjście z impasu jest niewiele. Tak długo jak jest ropa i ma swoją cenę, wszystko będzie tak, jak jest. Dlatego, że zawsze można nakarmić 40 proc. populacji Rosji, która w ogóle nie wyłącza telewizora – twierdzi.
Ubolewa, że w Rosji grupa „myślących po europejsku” jest zbyt mała.
– Elity rządzące powinny zrozumieć, że to ich koniec i pilnie zastosować jakieś inne formy rządów. Wtedy pojawi się problem geopolityczny: „co robić z tym krajem”, dlatego, że on może zacząć się rozpadać.
Konczałowski wypowiedział, pozornie paradoksalną, myśl. Reżyser jest przekonany, że Rosja potrzebuje 15-letniej… dyktatury prawdziwego wizjonera – swego rodzaju analityka, stratega w stylu Piotra Wielkiego, który będzie reprezentantem swojej klasy.
– Potrzebujemy osoby – mówi – która zrozumie, że biała cywilizacja może przetrwać w zderzeniu z wielką cywilizacją muzułmańską, z wielką cywilizacją chińską tylko poprzez zjednoczenie.
Reżyser wymienił czterech dyktatorów, którzy – jego zdaniem – wyciągnęli swoje kraje z „bagna”: założyciel Singapuru Lee Kuan Yew; ojciec współczesnej Turcji Mustafa Kemal Atatürk; chilijski Pinochet i jugosłowiański bohater narodowy Broz Tito, którego nienawidził „dyktator dyktatorów” Stalin. „Osoba autorytarna niekoniecznie jest złoczyńcą” – uważa Konczałowski.
Złoty środek
– Kiedy mówimy o demokracji, chcę zrozumieć, co to takiego. Wolnym człowiekiem jest ten, który potrafi siebie ograniczać. Osoba, która nie potrafi się ograniczać, nigdy nie może być wolna. Wolność to ogromna odpowiedzialność – przekonuje.
Wolność nigdy nie rodziła się tak po prostu. Reżyser podziela przemyślenia modnego angielskiego filozofa Johna Graya, który wyśmiewa pozytywizm, utrzymując, że myślenie o sile rozumu jest ateistyczną kontynuacją chrześcijaństwa. Gray nie wierzy w postęp jako taki. Twierdzi, że jedną z największych iluzji jest iluzja postępu. Człowiek jak był zwierzęciem, usilnie próbującym stać się człowiekiem, tak i zwierzęciem pozostał. Grey uważa, że każda cywilizacja może upaść w ciągu jednego pokolenia.
Żywym potwierdzeniem tego i lekcją dla świata jest przykład nazistowskich Niemiec. Cywilizowany człowiek, który znał Schillera, Nietzschego, Wagnera, w okamgnieniu stał się barbarzyńcą. Człowiek w każdej chwili może zamienić się w zwierzę; wszystko zależy od warunków. Ta myśl jest ważna, by zrozumieć nasze realne miejsce na Ziemi jako istot myślących – wyjaśnia reżyser.
Konczałowski wspomniał przywołał poglądy starożytnych filozofów o naturze człowieka. Istnieją jej trzy „warstwy”. Na krańcach są anioł i diabeł, a pośrodku – człowiek „właściwy”, jest on więc polem walki między Bogiem a diabłem. Czechow powiedział, że Rosjanin zna tylko dwie skrajności – jest Bóg albo Boga nie ma. Środek go nie interesuje. Według Konczałowskiego, właśnie ta „środkowa część” nie mogła się rozwijać w Rosji, ponieważ nie rozwinęła się burżuazja. Wartości burżuazyjne są tym, co trzymało i podtrzymuje Europę w chwili katastrof – twierdzi.
Na odwieczne pytanie: czy Bóg istnieje, czy nie istnieje? Andron Konczałowski odpowiedział słowami Schopenhauera: „Jedynym dowodem na istnienie Boga jest sztuka”.
– Największą tajemnicą wszechświata jest życie. Największą tajemnicą życia jest człowiek. Największą tajemnicą człowieka jest kreatywność. Jest to najbardziej istotne, gdy mówimy o duchowości. Stosunek do dzieci jest ważniejszy niż stosunek do Boga. Jeśli człowiek ma obowiązki, są to przede wszystkim obowiązki względem własnych dzieci. Jeśli zaś człowiek nie pamięta o swoich dzieciach, a sam idzie do kościoła – mówi Konczałowski – to w ogóle mnie nie interesuje, czy wierzy w Boga, czy nie.
Z poglądami rosyjskiego filozofa można się zgadzać lub nie. Ale warto zastanowić się nad sensem i wagą jego słów.

Przełożyła Marta Hofman

Balet – katorga w kwiatach

Miałem wielką pokusę, by przywłaszczyć ten zeszyt. Leżał zapomniany na parapecie jak ranny ptak. Przez uchylone okno wiatr bawił się jego kartkami. Wyraźnie dziewczęce pismo z nieprawidłowym nachyleniem w lewo – już nie dziecięce, ale jeszcze nie dorosłego.

Balet pochłania nas niezależnie od naszej woli…
Balet to wyższe stadium ewolucji ludzkiego ciała.
Balet to nie technika, to dusza!

Zeszyt nie był podpisany. Na okładce jednym pociągnięciem precyzyjnie narysowano balerinę. Oczywiście w locie… Dziennik przyszłej primabaleriny?

Szczęście to motylek, który w mgnieniu oka wzbudza zachwyt i odlatuje.
Cierpliwość to sztuka ufności. Zdolny do cierpienia jest zdolny osiągnąć wszystko, czego zapragnie. Na każdy ból jest lekarstwo – cierpliwość.
Prawdziwa artystka powinna poświęcić się swojej sztuce.

Dzięki zapomnianemu na parapecie korytarza zeszytowi dotknąłem tajemnic zawodu. Właściwie po to tu przyszedłem. Obok przeszły dwie japońskie studentki. Nie po japońsku wysokie, długonogie. Zachwyciłem się. Odpowiedziały mi uśmiechem i dygnęły. Wyszło im w wyćwiczonym rytmie. Tak tu jest przyjęte – witając się ze starszym, nawet nieznajomym, dziewczęta dygają lub robią ukłon, a chłopcy zatrzymują się i kłaniają. Ostatni raz widziałem coś takiego w kinie.

– Szkoła baletowa przy Teatrze Wielkim – to akademia choreografii. Przez dwa i pół wieku, ściślej 247 lat, w jego murach stopniowo zbierano, przesiewano, szlifowano i pielęgnowano wszystko, co było i jest najlepsze w rosyjskim balecie. Co sprawia, że jest on „wizytówką” Rosji – opowiada rektor Moskiewskiej Państwowej Akademii Choreografii (znanej też jako Akademia Baletu Bolszoj) kiedyś primabalerina Teatru Wielkiego profesor Marina Leonova.

To inny świat. Ludzie niezwiązani z baletem nie są w stanie się tu zaadaptować. „Akademia” brzmi dumnie, ale panuje tu atmosfera dużej i zgodnej rodziny, w której początkujący i gwiazdy są sobie równi. Tancerze rozgrzewają się, rozciągają mięśnie już na korytarzu.

Gibka młoda tancerka rozciąga nogi w szpagacie poprzecznym równolegle z sufitem. Można ją ominąć, można ją przeskoczyć, zastygłą w pozie niewyobrażalnej dla „normalnego człowieka”. Inna, leżąc pod ścianą wzdłuż korytarza, zarzuciła lewą nogę na głowę, dotykając noskiem baletki podłogi. Jednocześnie udaje jej się rozmawiać przez telefon. Czy ci ludzie nie mają kości?

– Wydaje się, że wszystko robi się łatwo. W rzeczywistości trzeba przezwyciężać ból. Zachowywać dyscyplinę we wszystkim, co dla milionów innych dziewcząt stanowi główną część ich życia – rozrywki, dyskoteki, nocne kluby, ciasta i koktajle – mówi nauczycielka tańca Alla Gołowko. – Stracić formę i zostać przez to wyrzuconym, to dla dziewczynek katastrofa.

„Balet to katorga w kwiatach” – przypominam sobie słowa z zostawionego na parapecie zeszytu. Na całej ścianie sali prób zawieszone są lustra, w których odbija się talent uczniów, ich wdzięk, świeżość, piękno, ale też ich błędy. Ręcznie polerowane balustrady wzdłuż ścian są jak warsztat. W jego centralnej części pracują przede wszystkim soliści. Ci, którzy ćwiczą z boku próbują awansować na solistów.

– Préparations… Pierwsza pozycja… Prawy łokieć do góry… Jeszcze mocniej… Mocno całą stopą… Battement tendu… Battement frappe… Dobrze… Battement tendu jeté… Glissade… Podnoszenie się na pół palce… Battement retiré… Ręka okrągło… – słychać w sali ćwiczeń.

W XVII w. Francuz Raoul Feuillet stworzył system opisujący elementy tańca klasycznego. Wszyscy choreografowie na świecie nadal używają jego terminów.

– Dziewczyny, nie zapominajcie, czym jest ciało: to widoczna część duszy. Allongé… Port de bras… Dobrze… – instruuje Alla Nikołajewna Gołowko, która uczy tu od 17 lat i podobnie jak wielu innych pedagogów uczelni, ukończyła tę akademię.

W lustrze odbija się „cebulka” koka. Kobiety wiedzą co to, ale wyjaśnię mężczyznom. Kok to fryzura, jedna z najbardziej bezpretensjonalnych. Włosy są przyczesane do tyłu, zebrane na czubku głowy, skręcone w ciasny węzeł i spięte szpilkami lub niewidocznymi spinkami. W akademii obowiązuje całkowity zakaz rozpuszczania włosów.

Nina Naumowski jest absolwentką akademii. Jej mama pochodzi z Białorusi, a ojciec jest Francuzem. Rodzice poznali się w Mińsku, gdzie oboje studiowali, ale Nina urodziła się w Nantes i przez sześć lat mieszkała w Lille. Tańczyła przed telewizorem, kiedy tylko usłyszała muzykę. Mama zaprowadziła córkę do klubu tanecznego. Potem rodzina przeniosła się do Mińska i Nina poważnie zajęła się tańcem. Poszła do szkoły baletowej. W wieku 14 lat wstąpiła do akademii.

– Marzę o odegraniu roli Sylfidy – mówi Nina, poprawiając kok. – To manifest baletowego romantyzmu. Podoba mi się ten temat: rozdźwięk między marzeniami a rzeczywistością. Niezgodność poezji i prozy życia, sprzeczność między ideałem duchowym a ziemską egzystencją. Ulubione baleriny? Smirnowa, Zacharowa, Wiszniewa, Osipowa…

Aleksiej Szakuro, rodak Niny, jakby podsłuchując naszą rozmowę, wyznaje, że również chciałby zatańczyć w „Sylfidzie”. Urodził się w Brześciu i zaczął tańczyć w wieku trzech lat:

– Po prostu czuję się Jamesem z „Sylfidy” – mówi Aleksiej.

Bohater baletu „Sylfida” – wieśniak James chce zrealizować marzenia, ryzykując utratę wszystkiego. Aleksiej Szakuro jest do niego podobny: pewien że zostanie słynnym tancerzem baletowym…

Na stoliku rektora uczelni Mariny Leonovej stoi brązowa rzeźba Rudolfa Nuriejewa. Brąz oddaje gwałtowny, niezłomny i nieokiełznany charakter wielkiego tancerza i… grzesznika. Nuriejew podczas prób ścierał nogi do krwi. Zdarzało się, że ze zmęczenia dosłownie padał i znoszono go ze sceny.

– Ile prawdy jest w „opowieściach grozy”, że baleriny, rywalizując, przecinają sobie wstążki, wsypują potłuczone szkło do pointów, psują kostiumy? – pytam.

– Jest to jeden z mitów. Przez ostanich 20 lat mojej pracy w Teatrze Wielkim ani razu nie spotkałam się z podobnymi podłościami. Mitem jest również, że najlepsi tancerze głodzą się i chorują z wyczerpania. Powiedzenie „Bez baletu nie ma bufetu” wymyśliły właśnie baletnice. Żeby być w formie, jak odważnie i trafnie powiedziała jedna z najwybitniejszych tancerek Maja Plisiecka, po prostu „nie trzeba żreć!”. Jeśli już na obiad jest mięso, to bez ziemniaków i makaronu. Kasze, twaróg, owoce, warzywa… Wszystko z umiarem. Mama oddała mnie do kółka baletowego tylko dlatego, że jako powojenne dziecko, byłam bardzo chuda. Chciała, żebym dzięki tańcowi nabrała mięśni. Baleriną również została moja córka. Tańczy w Teatrze Wielkim.

– Proszę wymienić przyszłe gwiazdy światowego baletu.

– Dmitrij Wyskubienko, w wieku 18 lat został laureatem przynajmniej dziesięciu międzynarodowych konkursów. Iroczka Awierina – dziewczyna o niezwykłych zdolnościach. Anastasia Strachowa – baletnica uniwersalna, która potrafi bardzo dużo.

– Rosyjska szkoła baletowa jest nadal najlepsza na świecie?

– Tak. Nasz balet wytrzymał wszystkie wstrząsy. Powinniśmy być z niego dumni.

Przełożyła Marta Hofman

Moja Dania

Po roku 1945 polityka zagraniczna Danii była ukierunkowana na zachowanie neutralności. Radykalna zmiana nastąpiła w roku 1948. W kwietniu tego roku w Pradze miały miejsce dramatyczne wydarzenia- zagadkowa śmierć ministra spraw zagranicznych Jana Masaryka i przejęcie władzy przez Komunistyczną Partię Czechosłowacji pod kierownictwem Klementa Gottwalda. Również w kwietniu 1948 roku parlament duński zadecydował o przyjęciu pomocy amerykańskiej w ramach planu Marshalla. Dla wyniszczonej przez wojnę i okupację gospodarki duńskiej pomoc ta była bardzo istotna.

W 1949 roku Dania stała się państwem członkowskim NATO. Duńscy politycy i dyplomaci odgrywali i odgrywają ważną rolę w Sojuszu. I tak np. Anders Fogh Rasmussen po ośmioletnim okresie sprawowania funkcji premiera, w latach 2009-2014 był sekretarzem generalnym NATO. Aktywne członkostwo nie oznaczało jednak rezygnacji z zapobiegania uwikłaniu Danii w konflikt z ZSRR, który mógłby oznaczać-przewidywane przez strategów- planistów prewencyjne uderzenie w bazy atomowe. Niebezpieczeństwo takie byłoby realne w przypadku istnienia tego rodzaju baz na terytorium Danii.
Polityka w tej kwestii została sformułowana przez duńskiego premiera i ministra spraw zagranicznych H. C. Hansena po raz pierwszy 29 czerwca 1957 roku a następnie uściślona 1 maja 1958 roku. Premier Hansen oświadczył wówczas:” W obecnych okolicznościach nie jesteśmy gotowi do zaakceptowania głowic nuklearnych lub rakiet średniego zasięgu na terytorium Danii”. Stanowisko to jest podstawą obecnej polityki rządu duńskiego, który w aktualnych okolicznościach nie akceptuje broni nuklearnej na terytorium Danii w czasie pokoju.
xxxxx
Politykę zagraniczną Danii i wszystko, co dotyczyło Danii zawsze śledziłem z uwagą i sympatią spowodowaną przyczynami osobistymi o których mowa poniżej. W szczególności-rzecz oczywista-kontakty polsko-duńskie. Jako student Politechniki Poznańskiej odbywający praktykę w Zakładach Cegielskiego dowiedziałem się, że w tych Zakładach uruchomiona została- w oparciu o licencję udzieloną przez duńską firmę Burmeister & Wain – produkcja silników okrętowych. Tak więc w ponurych latach zimnej wojny moja Dania nie przyłączyła się do restrykcyjnego traktowania mojej Polski.
Mój pierwszy wyjazd
W roku 1947 duński komitet pomocy dzieciom zaprosił tysiąc polskich dziewcząt i chłopców na czteromiesięczne wakacje- od 1 maja do 31 sierpnia. W Gdyni, przed wejściem na pokład dzieciarnię zbadali lekarze duńscy. Cierpiących na choroby zakaźne odesłali do domu. Było ich około dwustu. Byłem jednym ze szczęśliwców, którzy popłynęli do Danii.
Zostałem wybrany przez kierownika szkoły podstawowej w Dębnie Lubuskim ponieważ byłem wówczas chudzielcem-niejadkiem,który uczył się dobrze. W wieku lat dziewięciu rozpocząłem poznawanie świata. Z Gdyni do Kopenhagi przybyliśmy na pokładzie „Sobieskiego”. Następnie – po przesiadkach ze statku na statek- dotarłem do miasteczka Marstal znajdującego się na Aeroe- jednej z licznych niewielkich wysepek. Zaopiekowała się mną rodzina Rasmussenów składająca się z ojca-rybaka i dwu dorosłych córek – Elin i Grethe. Elin prowadziła sklep z lodami, który odwiedzałem codziennie. Grethe zadbała o to, abym w trakcie pobytu w Danii znalazł się-na dziesięć dni w Kopenhadze.
Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w europejskiej stolicy, w pięknym mieście z parkiem Tivoli dostarczającym licznych atrakcji takim jak ja szkrabom w wieku szkolnym. Porozumiewanie się z moimi opiekunami nie było trudne.Przed moim przybyciem otrzymali oni rozmówki duńsko-polskie. Dzięki tej niewielkiej książeczce nauczyłem się kilkadziesiąt trudnych, duńskich słów. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że Duńczycy o swoich monarchach wyrażali się z sympatią i uznaniem. Ze zdziwieniem, gdyż ojciec powiedział mi, że w świecie współczesnym „królowie to przeżytki”.
Moi opiekunowie powiedzieli mi, że w czasie okupacji król Chrystian X- wbrew niemieckim pogróżkom-przed pałacem królewskim osobiście wciągał na maszt flagę duńską. W ten sposób podtrzymywał nadzieję, że „jeszcze Dania nie zginęła”.
xxxxx
Po powrocie do Dębna-wbrew docinkom kolegów- nadrobiłem stracone w szkole dwa miesiące, a w dwa lata później byłem „pierwszy w klasie”. Ponieważ „pierwszy w klasie” jest tematem złośliwych dowcipów pośpiesznie muszę dodać, że to zdarzyło się mi po raz pierwszy i ostatni.W Liceum Ogólnokształcącym w Kole, w klasie maturalnej byłem dopiero drugi.
xxxxx
Wiedziałem, że Warszawa jest bardzo zniszczona. Marzyłem o tym, aby po odbudowie była taka jak Kopenhaga.
W Warszawie znalazłem się po raz pierwszy w roku 1952 jako uczestnik Zlotu Młodych Przodowników-Budowniczych Polski Ludowej. Kulminacyjnym wydarzenie Zlotu był wiec ma Placu Zwycięstwa.
Na trybunie był prezydent Bolesław Bierut oraz przedstawiciele organizacji młodzieżowych ze Związku Radzieckiego i innych państw bloku wschodniego. Światową Organizację Młodzieży Demokratycznej reprezentował Francesco Moranino. Na zakończenie wiecu przewodniczący Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej – Władysław Matwin odczytał tekst ślubowania uczestników Zlotu. Słuchaliśmy go w milczeniu. Grupa młodzieży znajdująca się w pobliżu trybuny powtarzała jego słowa. Słowa te przyjąłem ze zdumieniem, gdyż była tam mowa o”angloamerykańskich podpalaczach i ludobójcach”.
Jak można tak mówić o tych, którzy pomagali nam wydostać się spod hitlerowskiej okupacji ! Pamiętałem też o żołnierzach amerykańskich i brytyjskich, którzy wspólnie z żołnierzami radzieckimi wyzwolili moją Danię.
Imigranci i uchodźcy
W latach 1960-tych do Danii przybywali robotnicy z Jugosławii,Turcji i Pakistanu. Wielu z nich pozostało na stałe. Później zaczęli napływać uchodźcy z państw ogarniętych wojnami i konfliktami.
Władze ustalały ilościowe kwoty uchodźców, którzy mogli być przyjęci w Danii. W roku 1983 parlament przyjął ustawę o cudzoziemcach zgodnie z którą rozpatrywanie wniosków o azyl powinno uwzględniać prawa człowieka. W latach następnych napływ cudzoziemców wywoływał głosy krytyki, a nawet reakcje rasistowskie. W roku 1998 do parlamentu weszło 13 przedstawicieli antyimigranckiej Duńskiej Partii Ludowej. W tym samym roku przyjęta została ustawa zawierająca ograniczenia dotyczące w szczególności pozostawania w Danii.
Imigrantom przyznawano trzyletnie zasiłki i zobowiązywano do nauki języka duńskiego. Zwolennicy obrony praw człowieka zdołali doprowadzić w roku 2000 do złagodzenia postanowień tej ustawy dotyczących kwestii łączenia rodzin.
Na niewielkie terytorium Danii przybywają ciągle cudzoziemcy. Władze państwowe zwracają uwagę na stwarzanie możliwości ich zgodnego współżycia z miejscowymi społecznościami. W szkołach dzieci cudzoziemców nie powinny stanowić więcej niż 25 proc. ogółu uczniów. Powinno to osłabiać skłonności przybyszów do zamykania się w odrębnych grupach i sprzyjać społecznej integracji.
Obecnie w Danii przebywa około 34 000 Polaków. Mam nadzieję,że czują się tam dobrze. Podobnie jak ja wiele lat temu.

W trakcie pisania powyższych rozważań Pani Laura Sorensen Topp z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Danii przekazała mi ważne informacje za które serdecznie Jej dziękuję.

Pandemiczna jesień Aleksandra Puszkina

Jesień 1830 roku zapisała się w życiu Puszkina i w dziejach literatury rosyjskiej w sposób szczególny. Ostatniego dnia sierpnia (wedle obowiązującego w Rosji kalendarza juliańskiego, „spóźniającego się” wtedy w stosunku do naszego gregoriańskiego o 12 dni) Puszkin wyjechał z Moskwy, by w związku ze zbliżającym się ślubem z młodziutką i przepiękną Natalią Gonczarową objąć w posiadanie przekazany mu przez ojca rodzinny majątek w Bołdinie w okolicach Niżniego Nowogrodu.

Miał nadzieję, że z koniecznymi formalnościami upora się w miesiąc – tymczasem bołdinowski pobyt wydłużył się aż trzykrotnie. Powodem była grasująca wtedy w Rosji (a następnie też w znacznej części Europy środkowej i zachodniej) i właśnie opanowująca Moskwę pandemia cholery – ta sama, która niebawem odbierze życie między innymi zbiegłemu z Warszawy po wybuchu powstania listopadowego wielkiemu księciu Konstantemu Pawłowiczowi oraz głównodowodzącemu wojsk wysłanych dla zdławienia powstania feldmarszałkowi Iwanowi Dybiczowi i która ogółem pochłonie w Rosji około dwieście tysięcy istnień ludzkich. Dla pozbawionego możliwości powrotu do Moskwy trzydziestojednoletniego wówczas poety ten trzymiesięczny przymusowy pobyt w Bołdinie stał się okresem niezwykłej eksplozji geniuszu twórczego; jesień zawsze bywała dlań bardzo owocna, teraz jednak dokonało się coś doprawdy niezwykłego. Dość powiedzieć, że Puszkin ukończył wtedy swoje opus magnum – pisanego przez siedem lat i częściowo już opublikowanego „Eugeniusza Oniegina”, że napisał cztery jednoaktowe sztuki nazwane później „małymi tragediami”, że stworzył tak ważny dla rozwoju rosyjskiej prozy cykl nowel „Opowieści Biełkina”, że napisał kilka innych poematów i opowiadań oraz szereg znakomitych wierszy.
*
Najważniejsze było oczywiście ukończenie „Eugeniusza Oniegina” – owej „encyklopedii życia rosyjskiego”, jak dzieło to określił Wissarion Bieliński, gdzie w osobie tytułowego bohatera po raz pierwszy pojawiła się tak charakterystyczna dla całej dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej postać „zbędnego człowieka” – człowieka zmarnowanych szans i możliwości, owładniętego poczuciem niespełnienia, wiodącego żywot bez ideałów i bez celu, sceptyka i egoisty. Opowieść o Onieginie przyobleczona została w specjalnie dla niej stworzoną wyrafinowaną formę wierszową – strofę zwaną „onieginowską”, składającą się z czternastu czterostopowych wersów jambicznych, połączonych skomplikowanym układem rymów. Lektura tej poezji w oryginale – to rozkosz zaiste niewymowna; przecież – przypomnijmy – mamy w Polsce i świetne dzieła tego tłumaczenia, jak ponadstuletni przekład Leo Belmonta, następnie (choć niepełny) Juliana Tuwima, potem klasyczny już Adama Ważyka.
Czymś niezwykłym są też napisane w Bołdinie w ciągu dwóch tygodni cztery „małe tragedie”, o których Anna Achmatowa napisała, że „być może w żadnym z dzieł światowej poezji wiejące zgrozą kwestie moralne nie zostały postawione tak ostro jak tutaj”. Trzy pierwsze tragedie są psychologicznymi studiami wielkich ludzkich namiętności. W „Skąpym rycerzu” jest nią żądza bogactwa – chorobliwie skąpy wobec swego syna ojciec doprowadza do tragicznej z nim konfrontacji. „Mozart i Salieri”, oparty na legendarnym przekazie o rzekomym otruciu genialnego kompozytora przez mniej utalentowanego rywala, stanowi studium zawiści. „Gość kamienny” z kolei to oryginalna parafraza tak obficie obecnego w literaturze europejskiej mitu o Don Juanie, w której uwodziciela i Donnę Annę łączy uszlachetniająca miłość. Od tej trójki odbiega czwarta „mała tragedia” – „Uczta podczas dżumy”, wyraźnie związany z ówczesną sytuacją Puszkina przekład-parafraza sceny z pierwszego aktu dramatu angielskiego poety Johna Wilsona „The City of the Plague” (1816), opowieść o uczcie w czasie szalejącej epidemii, dopełniona przez Puszkina dwiema nieistniejącymi w oryginale wstawkami – Pieśnią Mary i Pieśnią Przewodniczącego, dumnym hymnem na cześć dżumy, która pozwala śmiałej jednostce zmierzyć się z losem, dowieść swej siły:
„Wszystko, czym grozi moc straszliwa,
Dla śmiertelnego serca skrywa
Rozkosze niepojęte! Może
Nieśmiertelności obietnicę!
Szczęśliwy, kto w przerażeń porze
Poznawać mógł ich tajemnice!
Więc sławmy Dżumę! Chwała Dżumie!
Nas nie przestraszą mroki trumien,
Na śmierci zew – nie chwyci drżenie.”
(przekład Juliana Tuwima)
Do „Małych tragedii” rosyjskie teatry wracają po dziś dzień; nasza telewizja przed laty pokazywała ich wspaniałą rosyjską adaptację telewizyjną, dokonaną w roku 1980 z okazji 150-lecia „bołdinowskiej jesieni” przez Michaiła Szwejcera, z udziałem plejady największych rosyjskich aktorów z Innokientijem Smoktunowskim i Władimirem Wysockim na czele. Dziś można ją też bez trudu obejrzeć w internecie, podobnie jak bez trudu można także tam znaleźć najpiękniejszą w ostatnich latach teatralną adaptację „Eugeniusza Oniegina” – uhonorowany „Złotą Maską” i obwożony po całym świecie, zrealizowany w 2013 roku spektakl moskiewskiego Teatru im. Wachtangowa, reżyserowany przez Rimasa Tuminasa.
*
„Bołdinowska jesień” okazała się też niezwykle ważna dla muzyki – powstałe wtedy utwory stały się kanwą dla całej plejady wartościowych, a niekiedy wybitnych, rosyjskich i nie tylko rosyjskich oper. Prym wiedzie tu oczywiście kongenialny wobec literackiego pierwowzoru „Eugeniusz Oniegin” Piotra Czajkowskiego (1878), wciąż z upodobaniem grywany i słuchany na wszystkich kontynentach, w ostatniej dekadzie piętnaste pod względem ilości wykonań (blisko dwa i pół tysiąca) dzieło operowe na świecie. Po Czajkowskim sięgnąć do „Oniegina” już nikt się nie ośmielił – za to „Małe tragedie” mają swych operowych wersji całą plejadę. Aleksander Dargomyżski w swym nowatorskim, zrywającym z wszechpanowaniem arii na rzecz melodyzowanego recytatywu „Gościu kamiennym” (1869) wykorzystał tekst tragedii Puszkina w całości i praktycznie bez zmian, co w operowej praktyce tamtych lat było ewenementem. Po „Mozarta i Salieriego” sięgnął Nikołaj Rimski-Korsakow (1897); Salieriego w tej operze śpiewały największe rosyjskie basy, od Fiodora Szalapina po Jewgienija Niestierienkę. „Skąpego rycerza” w 1906 roku wziął na warsztat Siergiej Rachmaninow. Pośród kompozytorów obcych wymienić warto Włochów: Giana Francesca Malipiera (oparty na „Gościu kamiennym” jego „Don Giovanni”, 1963) czy też Jacopa Napolego („Skąpy baron”, 1970).
Ale w dwudziestym stuleciu twórców operowych bodaj najbardziej z tych czterech tragedii fascynowała „Uczta podczas dżumy”. Rozpoczął syn Polki i uczeń Moniuszki, potem gorliwy w Rosji naszego kompozytora promotor Cezar Cui (jego opera powstała w roku 1900); trzy lata później sięgnął po „Ucztę…” Siergiej Prokofiew, nie wychodząc wszakże poza fortepianowe szkice. Opero-balet na kanwie utworu Puszkina w 1935 roku skomponował Arthur Lourié, jeden z protagonistów rosyjskiej awangardy muzycznej pierwszych dziesięcioleci ubiegłego wieku, po rewolucji październikowej kierujący w Ludowym Komisariacie Oświaty wydziałem muzyki, przez pewien czas towarzysz życia Achmatowej, od 1922 roku emigrant. Kolejne operowe wersje „Uczty…” wyszły spod pióra m. in. Borysa Asafiewa (1940), Aleksandra Goldenweisera (1942), Jeleny Firsowej (1972), bodaj ostatnia została skomponowana w 1984 roku (jako część tryptyku ”Prorok”, zawierającego też „Gościa kamiennego”) przez jekatierinburskiego twórcę Władimira Kobiekina. Obfitość to znamienna…