Czas się zatrzymać!

Premier Morawiecki opublikował w portalu politico.eu artykuł-odpowiedź odpowiedzią na rosyjską ofensywę historyczną, zapoczątkowaną wystąpieniem Władimira Putina 19 grudnia. Niestety, tekst ten tylko eskaluje agresję, która po obu stronach sięga niesłychanych poziomów.

W odpowiedzi na manipulacje i fakty wyrwane z kontekstu, jakimi rzuca druga strona, Morawiecki sięgnął po półprawdy i ewidentne kłamstwa. Tylko czekać jeszcze gorszych i obrzydliwszych reakcji z tamtej strony, a potem następnych szarż polskich najemnych historyków i propagandzistów. Spirala się nakręca.

Okupacja do 1989 r.?

Mateusz Morawiecki po raz kolejny (bo to stała teza polskiej polityki historycznej) stwierdza, że ZSRR „pomagał nazistowskim Niemcom”, że był „daleki od bycia wyzwolicielem”. Polski premier twierdzi, że zakończenie II wojny światowej i zwycięstwo nad nazizmem „nie oznaczało końca tragedii, a jedynie początek nowej”, zrównując tym stwierdzeniem nazizm z ustrojem, który nazywa się komunizmem, a który panował w krajach socjalistycznego obozu.

Morawiecki mija się z prawdą pisząc, że to była „okupacja sowiecka”, która „ kosztowała życie milionów ludzi i pozbawiła Polskę i Europę Środkową niepodległości i szansy na normalny rozwój gospodarczy”. Jeśli ten „rozwój gospodarczy” miałby wyglądać tak, jak rozwarstwiona klasowo, niesprawiedliwa i wcale nie demokratyczna Polska międzywojenna, to doprawdy trudno tu mówić o „normalności”. I tak, PRL to okres stalinizmu z ewidentnymi zbrodniami, ale też odwilż, odbudowa kraju z ruin, budowa polskiego przemysłu, awans społeczny milionów ludzi. Tak, właśnie tutaj mówienie o milionach jest zupełnie na miejscu.

Półprawdy i manipulacje

Morawiecki powtarza, że to sam pakt Ribbentrop – Mołotow utorował drogę do wybuchu II wojny światowej, choć jako historyk z wykształcenia powinien wiedzieć doskonale, że historia to proces, a nie ciąg oderwanych od siebie wydarzeń. Manipuluje, pisząc, że jedynie współpraca ekonomiczna z ZSRR zbudowała potęgę militarną hitlerowskich Niemiec. Fakt owocnej współpracy kapitalistycznych potęg zachodu z Niemcami nie tylko przed wojną, ale też w czasie jej trwania jest powszechnie znany. Płynnym ruchem polski premier przypisuje Rosji współodpowiedzialność za zagładę Żydów, by kilka akapitów dalej potwierdzić to jeszcze zdaniem, że „ratowanie Żydów nigdy nie było priorytetem dla Stalina i Armii Czerwonej”.

Morawiecki dodaje, że „prawdziwa historia podwójnej okupacji Polski mogła być opowiedziana przez Polskę dopiero w 1989 roku”. Nie, panie premierze. Właśnie pisanie od nowa najnowszej historii Polski przez instytucje III RP, negowanie innych punktów widzenia niż katolicko-narodowy, wyrzucanie do kosza dorobku całych pokoleń przejdą do historii jako przykład perfidnego grania przeszłością.

Morawiecki mówi półprawdy o stosunkach polsko-żydowskich w czasie wojny i okupacji, choć źródeł, pokazujących, że były one pełne polskiego bohaterstwa, ale też podłości, zbrodni i zdrady, jest mnóstwo. Co ciekawe, rzuca też premier uwagę, że polski rząd na uchodźstwie „próbował” uświadomić zachodnim sojusznikom rozmiary zbrodni na Żydach. Ale nie wyjaśnia, dlaczego tylko próbował, zderzając się ze ścianą obojętności. Czyżby zachód miał „inne priorytety”? Dlaczego tutaj polski premier nie jest tak bezlitośnie surowy, jak dla ZSRR?

Na koniec Morawiecki sugeruje, że tylko jego punkt widzenia w sprawach II wojny światowej jest właściwy. Nie, panie premierze. W badaniach historycznych i dyskusji o przeszłości tak się nie da.

Już jest reakcja

Artykuł polskiego premiera wywołał bardzo mocną reakcję w Rosji. Do ataku jeszcze tego samego dnia rzucili się najwięksi propagandziści. Już poszły w świat podłe słowa jakiegoś nieodpowiedzialnego durnia, który powiedział, że Stalin miał rację, nakazując mord w Katyniu. Potem przypomną z pewnością Morawieckiemu jego hołdy dla współpracowników nazistów – Brygady Świętokrzyskiej, odbierając mu wiarygodność. Obrzucanie się nienawiścią będzie trwało.

Największymi ofiarami tej historiograficznej wojny zastępczej zostaną natomiast prawdziwi polscy bohaterowie. Ci, którzy walczyli o Wał Pomorski i zdobywali Berlin. Polski IPN dawno wyrzucił ich na margines, wmawiając społeczeństwu, że z niewłaściwej strony szli na ten Berlin, że nie ma z czego być dumnym. Teraz również rosyjscy usłużni komentatorzy prędzej przypomną o Polakach w Wehrmachcie (oczywiście wyrywając całą rzecz z kontekstu) niż o braterstwie broni sprzed 75 lat. I co? O to polskiej prawicy chodziło?

Może być jeszcze gorzej

A czemu nie miałoby zdarzyć się to, czego od dawna domagają się niektórzy rosyjscy politycy? Wzorem amerykańskim Rosja wprowadzi sankcje personalne przeciwko najwyższym politykom Polski, zamknie przed nimi przestrzeń powietrzną, obłoży karami firmy, które zechcą robić z państwowymi polskimi przedsiębiorstwami jakiekolwiek interesy, będzie bojkotować międzynarodowe imprezy, na których pojawią się polscy politycy. Taka lista Morawieckiego. I są wszelkie podstawy, by przewidywać, że oczywiście mamy na Zachodzie przyjaciół, ale ich przyjaźń może okazać się nie tak mocna, jak chęć zarabiania na interesach z Rosją.
Dość tego nakręcania wrogości, dość grania emocjami z obu stron. Muszą znaleźć się siły, które cofną oba kraje z tej drogi. Ona prowadzi nie tyle w ślepy zaułek, ile do nieodwracalnych skutków, które będą miały bezpośredni wpływ na życie zwykłych ludzi. Nie ma żadnego powodu, dla którego społeczeństwo ma płacić za wojny nie w polskich zresztą interesach, które prowadzą polskie elity. Zatrzymajmy się!

Głos niewiarka

Polityka historyczna staje się współczesną religią. Opium coraz bardziej znacjonalizowanych, ogłupianych przez media ludów. Narzędziem gry cynicznych polityków. Coraz częściej polityka historyczna zaczyna pełnić też rolę podobną do dawnej religii państwowej. Wedle XVII – cznej zasady „Cuius regio, eius religio”. Czyli „Czyj rząd, tego religia”.

Dzisiaj upolityczniona wizja przeszłości staje się częścią polityki elit rządzących. Najpierw wewnętrznej, ale też coraz częściej polityki zagranicznej. Stąd już krok do wojen quasi religijnych. Propagandowych starć napędzanych skonfliktowanymi politykami historycznymi.

Pan premier Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla prorządowego tygodnika „Do rzeczy” ogłosił wojnę polskiej polityki historycznej.
„Zaczynamy walczyć z antypolonizmem”, zagrzmiał.
„Polska zawsze stawała po stronie Dobra, a nie Zła”, tak syntetycznie, iście religijnie podsumował dzieje narodu polskiego.
Zatem każdy, kto teraz ujawni zbrodnie dokonane przez Polaków, albo chociaż niechlubne kary z dziejów polskiego narodu katolickiego, zostanie wliczony do grona wrogów. Piątej kolumny. A ponieważ jesteśmy na wojnie, to z takimi nie można się cackać.
Kulka w zdradziecki łeb i po kłopocie.
A dla umiarkowanych „antypolonistów” internowanie w specjalnych obozach.

Każdy polityczny taktyk wie, że mała, lokalna, najlepiej propagandowa wojenka znakomicie przykrywa wewnętrzne socjalne, gospodarcze klęski.
Dzięki wojnie polsko- ruskiej o antysemityzm i sprawstwo rozpętania Drugiej Wojny Światowej, pan premier Morawicki nie musi już tłumaczyć się z licznych klęsk swojej formacji politycznej.
Nie jest już pytany o totalną porażkę programu „Mieszkanie +”.
O klęskę programu „PKS w każdej gminie”.
O obiecany i niezmaterializowany polski samochód elektryczny.
O niezrealizowany program „Luxtorpeda”, czyli budowy kolei dużych prędkości.
O równie niezrealizowany program budowy promów przez szczecińskie stocznie.
A nawet o program modernizacji wojska polskiego, które zamienia się w wielką grupę rekonstrukcyjną konserwującą archaiczny sprzęt.

Na każdej wojnie, zawłaszcza propagandowej można się nieźle obłowić. Już dzisiaj widzimy rosnące zastępy zawodowych i amatorskich anty „antypolonistów”.
Rwą się do tego prorządowe, narodowo- katolickie media. Ministerstwa kultury i spraw zagranicznych. Fundacje zajmujące się obroną „Czci Narodu Polskiego”, a zwłaszcza „Boga, Honoru, Ojczyzny”.
Ponieważ wojna na polu polityk historycznych dotyczy zwykle sfery propagandowej to raz po raz pojawiają się wielkie, kosztowne, znane z filmu Stanisława Barei, propagandowe „Misie”. Raj dla przekrętów i malwersantów finansowych.
Honor Polski i Polaków nie ma limitu ceny. Zwłaszcza kiedy bój z antypolonizmem finansowany jest z publicznych, czyli naszych, wspólnych pieniędzy. Zapewne dzięki zaczepkom prezydenta Putina wielu aktywnych pogromców antypolonizmu rozwiąże swe problemy mieszkaniowe i komunikacyjne bez wyczekiwania na rządowe „Mieszkanie +”,czy czysto polski samochód elektryczny.
Pan premier Morawicki powinien podziękować prezydentowi Putinowi za pomoc w oszukiwaniu polskiego, przysłowiowego „ciemnego ludu”. Za podrzucanie gleby do rozwoju nowej, państwowej religii.

Wbrew wielkim oczekiwaniom, mobilizacji wszelkich anty „anty polonistycznych” sił i środków prezydent Putin olał swe antykolonistyczne obowiązki i nie antypolonił podczas jerozolimskiej Konferencji poświęconej Holocaustu.
Pan premier, pan prezydent, nawet pan prezes mogą teraz ogłosić swe historyczne zwycięstwo.

Ale z „antpolonizmem jest jak z trójgłowym smokiem. Odrąbiesz jeden łeb, a już kolejny odrasta. Nieustanna robota.

Laureat Nagrody Nobla Lech Wałęsa udzielił czternastego stycznia wywiadu w głównym dziennikowi I kanału rosyjskiej telewizji „Wremia”. Oświadczył tam, że Armia czerwona wyzwoliła Polskę spod okupacji. hitlerowskiej. Nie można, powiedział, mieszać porządków. Drugą Wojnę Światową wygrała Rosja, a wolność dla wielu państw Europy wywalczyły wojska radzieckie
Polskę utraciła swą suwerenności potem. Nie należy tego mylić z wyzwoleniem kraju, a zwłaszcza wyzwolenia niemieckiego obozu śmierci w Oświęcimiu. Niezaproszenie Putina na obchody 75 -tej rocznicy wyzwolenia tego obozu jest głupotą i niegodziwością, powiedział były prezydent Polski.
Oświadczył też, że jeśli tylko zostanie zaproszony, to z przyjemnością uda się w tym roku do Moskwy na Paradę Zwycięstwa z okazji 75- tej rocznicy zakończenia II wojny światowej.

Jeśli prezydent Putin zaprosi prezydenta Wałęsę to zawodowi, prorządowi „anty anty poloniści” dostaną potężnego, propagandowego kopa. Wałęsa uchodzi na świecie za symbol wolnej suwerennej Polski. Pan prezes Kaczyński znany jest jedynie ze swych autorytarnych zapędów, pan prezydent Duda z firmowania ustawy o IPN cenzurującej badania nad Holocaustem, a pan premier z uprawiania zakłamanej polityki historycznej i hołdów dla żołnierzy antysemickiej, nacjonalistycznej i kolaborującej z hitlerowcami Brygady Świętokrzyskiej.
Cóż wtedy pan premier Morawiecki z prezydentem Wałęsą uczyni?
Kulka w anty polonistyczny łeb, czy tylko internowanie?

Strach w Pałacu Prezydenckim

Pan prezydent Andrzej Duda powinien jechać do Jerozolimy. Aby podczas Dnia Pamięci o ofiarach Holokaustu w Yad Vashem z podniesionym czołem wysłuchać przemówienia prezydenta Putina. A potem powiedzieć swoje podczas konferencji prasowych i spotkań z żydowskimi organizacjami.

Aby rzec tam swoje pan prezydent powinien wiedzieć do ma powiedzieć. I pojechać do Jerozolimy nie sam. Mógłby zaprosić byłych prezydentów Kwaśniewskiego, Komorowskiego, Wałęsę. Polskich naukowców zajmującymi się historią Żydów, zasłużonych dla relacji polsko- żydowskich, twórców kultury. Noblistkę Olgę Tokarczuk też. Każdy z nich spotkałby się w czasie obchodów ze znanymi środowiskami. Z rządzącymi i z opozycją. Z opiniotwórczymi autorytetami i przeróżnymi mediami. Wtedy głos Polski, rozpisany na różne tony, zabrzmiałby doniośle, przekonywująco i jednoznacznie.

Nieobecni nie mają racji. Każdy dziennikarz wie, że większa jest siła faktów, nawet „fake newsów”, niż wypowiadanych sprostowań. Podczas jerozolimskiej konferencji powstaną fakty. Cztery dni później podczas polskich uroczystości mogą być jedynie sprostowania. Jerozolimską konferencję zaszczyci wiceprezydent USA oraz przywódcy najważniejszych państw koalicji antyhitlerowskiej. Obchody polskie umili urzędnik administracji USA w randze ministra skarbu oraz niżsi rangą przywódcy antyhitlerowskich aliantów. Nietrudno zatem zgadnąć na które obchody 75-lecia wyzwolenia niemieckiego obozu śmierci przybędzie więcej dziennikarzy ze świata i które z nich znajdą się na czołówkach serwisów info.

Putinowska Rosja ruszyła na wojnę hybrydową z PiS Polską. Toczoną na polu polityk historycznych. Celem tej ekipy jest zjednoczenie Rosjan wokół historycznego zwycięstwa w Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Pogromu hitlerowskich Niemiec w sojuszu z zachodnimi demokracjami, awansu ZSRR do grona światowych mocarstw. Kryształowość tegoż mitu zakłócają lata 1939-1941, sojuszu ZSRR z hitlerowskimi Niemcami.
Ponieważ ówczesna Polska była największą ofiarą tamtego sojuszu, o czym elity PiS stale i gromko przypominają, putinowskie elity chcą wykreować sanacyjną Polskę na bliskiego, agresywnego i antysemickiego sojusznika hitlerowskich Niemiec. I  tym uzasadnić agresję ZSRR we wrześniu 1939 roku.

Polska PiS nie wygra tej wojny z putinowską Rosją. Nie tylko dlatego, że pan prezydent zrejterował. Nie zaprosił prezydenta Putina na polskie obchody i nie ruszył do Jerozolimie. Prezydent Putin poszedł na wojnę z sanacyjną Polską aby zjednoczyć wszystkich obywateli Rosji. Zasypać polityczne podziały, przykryć nią poważne, społeczne spory. Skoro kiedyś Wielka Wojna zjednoczyła ZSRR wokół Stalina, niech teraz wojna o tamtą Wojnę zjednoczy Rosję wokół Putina. Walczącego by wielką rosyjską wygraną uczynić nieśmiertelną.
Elity PiS czynią zaś cnotę z przegranej sprawy. Nie widzą Polski w gronie zwycięzców II wojny światowej. Uznają, że choć polskie wojsko walczyło po zwycięskiej stronie, to Polska tamtej wojny nie wygrała. Zamieniła jedynie okupację niemiecką na radziecką. Utraciła swe wschodnie kresy, zyskując tylko należne jej historycznie ziemie zachodnie. Stało się tak, bo była zdradzona. We wrześniu 1939 roku i w Jałcie 1945 roku. Wydana na pastwę Hitlera, a potem Stalina. Zgwałcona, poniżona i rozgrabiona.

Putinowska Rosja buduje swój mit zwycięskiego mocarstwa. Kaczyńska Polska tworzy mit państwa wiecznie krzywdzonego przez złych sąsiadów i zdradzanego przez wiarołomnych sojuszników.
Rosja Putina wyciąga swe ręce, aby znów grać w koncercie światowych mocarstw. Polska Kaczyńska wyciąga ręce po jałmużnę reparacji i kolejne zadośćuczynienia za minione krzywdy.

Prezydent Putin chce zjednoczyć wszystkich obywateli Rosji wokół mocarstwowego mitu. Pan prezes Kaczyński tworzy mit cierpienia aby podzielić i skłócić Polaków. Zjednoczyć swoich przeciwko tym z „gorszego sorta”. Odrzuca pomoc opozycji. Nie zwołuje Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Toczy wojnę z prezydentem Putinem eskalując jednocześnie wojnę polsko- polską.

Ekipa Putina uderzyła w Polskę, bo elity PiS skłócone są z Unią Europejską i europejskimi sąsiadami. Z Izraelem i antyizraelskim Iranem. Ochłodziła relacje z Chinami. Jedyny europejski sojusznik pana prezesa, premier Orban, od lat gra w europejskiej drużynie Putnina. Resztki międzynarodowej reputacji kaczyńskej Polsk wiszą na łasce prezydenta Trumpa. Ile jest warta, przekonali się niedawno Kurdowie.

Elity PiS przegrają tę wojnę. Nie dlatego, że Rosja od lat buduje skuteczny system swej międzynarodowej propagandy. Polska zaś lekkomyślnie trwoni setki milionów złotych na przekręty rwaczy z Polskiej Fundacji Narodowej, syci się bajdurzeniem o „Mabenie” prezydenckiego doradcy  prof. Andrzeja Zybertowicza.
Elity PiS muszą tę  wojnę przegrać, bo same wypisują się z grona byłych antyhitlerowskich aliantów i obecnych demokracji Unii Europejskiej. Gloryfikują sanacyjną Polskę wzorującą się na faszystowskich Włochach. Dążącą do ograniczania demokracji parlamentarnej, autorytarnych wojskowych rządów i wysłaniu obywateli „gorszego sorta” na przysłowiowy Madagaskar. Gloryfikują ustami pana premiera Morawieckiego żołnierzy antysemickiej i kolaborującej z hitlerowcami Brygady Świętokrzyskiej. Podsycają konflikty wokół mianowania dyrektora muzeum Polin. Stale rozpalają ksenofobiczne nastroje. Same dostarczają antypolskiej amunicji ekipie Putina.

W polityce historycznej nie chodzi o ustalenie prawdy, tylko stworzenie pozytywnego wizerunku państwa i narodu w kraju i za jego granicami.
Wojna polsko-ruska o papierowy żydowski Madagaskar i reputację skompromitowanej historycznie sanacji wzmocni politycznie ekipę prezydenta Putina. Ale pana prezesa Kaczyńskiego też. Każda z nich głosić będzie swoje zwycięstwo. U siebie. Ku pokrzepieniu swych serc i mobilizacji swych Wyborców.

W rzeczywistości ta hybrydowa wojenka ograniczy rzetelne badania historyczne, wprowadzi cenzurę polityczną w obu skonfliktowanych państwach. Wzmocni i utrwali negatywne stereotypy o oby narodach oraz mentalne mury utrudniając tym wszelką współpracę polsko-rosyjską.
Za granicą utrwali też pogląd, że Polska to państwo odwiecznej, nieracjonalnej rusofobii. Dlatego nie można powierzać Polakom tworzenia polityki wschodniej Unii Europejskiej. To pogłębi dodatkowo wyobcowanie Polski z europejskiej wspólnoty. A także mentalną służalczość wobec USA wśród elit PiS.

Historia, propaganda, tematy zastępcze

Doniesienia o historycznych wypowiedziach Władimira Putina, a potem o polskich i zagranicznych reakcjach na nie, przyjmowaliśmy różnie: trochę ze złością (bo doraźne gry historią nie mogą się podobać na lewicy, w niczyim wykonaniu), trochę z niedowierzaniem, a trochę z poczuciem, że tak się w końcu stać musiało. Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Maciej Wiśniowski (strajk.eu) starają się ocenić, dlaczego stało się właśnie teraz i właśnie tak, i co to może oznaczać dla przyszłości polsko-rosyjskich relacji.
Czy mają one przyszłość na jakiejkolwiek, choćby kulturalnej i naukowej płaszczyźnie?

Gdy pod koniec listopada rozmawialiśmy z Borisem Kagarlickim, rosyjskim lewicowym opozycjonistą, nie mogliśmy nie zapytać o to, w jaki sposób jego zdaniem władze Rosji zamierzają przeciwdziałać narastającemu w społeczeństwie rozczarowaniu, któremu coraz bliżej do przerodzenia się w gniew. Zapytaliśmy: czy może być tak, że nie mając pomysłu i/lub możliwości uspokojenia społeczeństwa działaniami wewnątrz kraju Kreml spróbuje rozegrać na swoją korzyść jakiś konflikt zewnętrzny? Kagarlicki kręcił głową: to niemożliwe. Drugi Krym jest nie do pomyślenia, a interwencja Rosji na Bliskim Wschodzie dawno przestała grzać opinię publiczną. A jednak władze Rosji posłużyły się konfliktem, tyle tylko, że propagandowo-historycznym. Wiele wskazuje na to, że załatwiano w ten sposób równocześnie trzy sprawy: kierowano uwagę społeczeństwa na bezpieczne tory, przygotowywano je do orędzia silnego przywódcy, jakie zostało wygłoszone 15 stycznia, a zarazem puszczano oko do ściśle wytypowanych adresatów za granicą.
Technologię rozgrywania tematów zastępczych znamy z Polski aż za dobrze. Polityk czy inna osoba publiczna rzuca w przestrzeń celowo kontrowersyjną, często manipulatorską frazę, a potem przygląda się, jak inni reagują (dzięki mediom społecznościowym stało się to jeszcze łatwiejsze i bardziej masowe), przyklaskują, oburzają się, twórczo rozwijają jego myśl lub polemizują. Społeczeństwo ekscytuje się, nie mając już czasu ani przestrzeni do dyskusji na długofalowo poważniejsze, ale trudniejsze do ogarnięcia tematy. Nawet te, które wiążą się z jego bezpośrednimi doświadczeniami i najbardziej żywotnym interesem.
Bezpośrednim doświadczeniem coraz większej części rosyjskiego społeczeństwa są nierówności społeczne, rosnące systematycznie od upadku Związku Radzieckiego wraz z ostatecznym załamaniem się w Moskwie egalitarystycznego myślenia o gospodarce, jeszcze w 2008 r. uznane oficjalnie za jeden z kluczowych problemów państwa. Walkę z nierównościami oficjalnie wciągnięto wówczas na listę zadań do zrealizowania w ramach długofalowej strategii Federacji Rosyjskiej do 2020 r. Wymieniony rok właśnie się rozpoczął, a z założeń strategii wcielone w życie zostało może 30 proc. Z czystymi wskaźnikami nierówności wiąże się problem kolejny: systematyczny wzrost dysproporcji między metropoliami a prowincją, upadek już nie wsi, a miasteczek. Do tego dochodzi wdrożona wbrew woli społeczeństwa reforma emerytalna i zaczyna być jasne, dlaczego w publikacji Centrum Lewady sprzed kilku dni wskazano, że aż 66 proc. Rosjan chce poważnych zmian w elitach władzy, które ich zdaniem przestały służyć społeczeństwu. A jako że już starsze wskaźniki popularności rządu i prezydenta wypadały dla Putina i jego otoczenia bardzo źle, z punktu widzenia Kremla konieczne było przeciwdziałanie.
Najważniejszym elementem tego przeciwdziałania jest oczywiście orędzie z 15 stycznia i następująca po nim dymisja rządu. Jedno i drugie musiało być wcześniej starannie przygotowane: nie ma żadnej przypadkowości ani w odejściu Dmitrija Miedwiediewa, ani w zestawie obietnic socjalnych, jakie przedstawiono Rosjanom. Jednak bez odpowiedniego przygotowania i wymiana gabinetu, i zapowiedzi wzmocnienia polityki prorodzinnej oraz reformowania służby zdrowia mogłyby zostać odczytane jako wyraz słabości i ustępstw władzy. A tego nikt na Kremlu sobie nie życzy, więc przez ponad dwa tygodnie przed wystąpieniem Putina media wałkowały temat, który sprawdza się zawsze: II wojnę światową.
Wielka Wojna Ojczyźniana odgrywa w rosyjskiej świadomości rolę trudną do przecenienia. W świadomości, nie w propagandzie, gdyż do kultywowania pamięci o tym, jak Związek Radziecki pokonał nazizm i za cenę jakich ofiar mieszkańcom Rosji nie są potrzebne żadne odgórne zachęty (co nie znaczy, że władze nie dążą do utrzymania tej pamięci w najkorzystniejszym dla siebie wariancie – w ostatnich latach modne stało się np. akcentowanie roli Cerkwi we wspieraniu wysiłku zbrojnego). Prezentując się pod koniec grudnia jako ten, który broni wielkiej wspólnej historii przed fałszerzami z Zachodu, Władimir Putin po raz kolejny rozegrał archetyp silnego przywódcy. Jeśli Donald Trump sądzi, że w celu konsolidowania społeczeństwa może podpalić Bliski Wschód, to Putin uznał, że wystarczy mu – z konieczności – wejście w rolę obrońcy kraju w warstwie symbolicznej. Z takiej pozycji o wiele łatwiej i skuteczniej następnie występować z orędziem, które w gruncie rzeczy jest przyznaniem, że problemy społeczne kraju są bardzo poważne. Aby „odgórna rewolucja” czy chociaż jej namiastka się udała, władze muszą demonstrować, że wszystko nadal jest pod kontrolą.
Wcielenie się rosyjskiego prezydenta w rolę nauczyciela historii równocześnie spełniało określone zadania w międzynarodowych grach prowadzonych przez rosyjską dyplomację. I Polska, chociaż o niej było najwięcej mowy, nie była wcale głównym adresatem „lekcji”.
Putina, który potępia antysemityzm i stanowczo piętnuje nie tylko Hitlera, ale wszystkich współwinnych Holokaustu, usłyszeć mieli w Tel Awiwie. W ramach przygotowania do coraz bliższych obchodów rocznicy wyzwolenia obozu śmierci Auschwitz-Birkenau, ale też jako przygrywkę przed wielką fetą z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami 9 maja 2020 r. Obecność szefa izraelskiego rządu – ktokolwiek nim w maju będzie – jest na tych uroczystościach potrzebna choćby ze względów prestiżowych: brak, zbyt mała liczba lub zbyt niska ranga zagranicznych gości z tzw. liczących się krajów byłby dyplomatyczną klęską Rosji. W „nieokrągłych” latach 2018 i 2019 obecność pojedynczych zaledwie zagranicznych prezydentów i premierów dawała się od biedy wytłumaczyć mało symboliczną datą właśnie. W 2020 r. będzie katastrofą. Ale dobre stosunku z Izraelem są Rosji potrzebne także dlatego, że nie da się skutecznie podważać amerykańskiej dominacji na Bliskim Wschodzie, ba, nawet umocnić się na przyczółku w samej tylko Syrii, jeśli władze Izraela nie są gotowe na to przystać i nie przeszkadzać. To już nie te czasy, gdy Związek Radziecki miał w regionie potężne aktywa w postaci wspieranych przez siebie masowych ruchów socjalistycznych w świecie arabskim. Obecnie nawet współpraca rosyjsko-irańska na Bliskim Wschodzie nie jest żelazna. Trudno mówić o tym, by interesy obu państw były na dłuższą metę zgodne, a w sprawach przyszłości Syrii Putinowi łatwiej przychodziło dogadać się nawet z tureckim prezydentem Erdoganem.
Równocześnie na Zachodzie poważne siły lewicowe, jak brytyjska Partia Pracy czy Nieuległa Francja, mniej lub bardziej odważnie wypowiadają się na temat izraelskiej polityki apartheidu, a Izrael przeciwdziała, przyklejając im (z pomocą przychylnych mediów i organizacji) łatkę antysemitów, celowo myląc to pojęcie z antysyjonizmem. Czy rosyjski rząd sądzi, że jeśli sam zacznie najgłośniej piętnować antysemityzm, choćby ten sprzed 80 lat, to utrwali swoją przyjaźń z Tel Awiwem? Jeśli tak, to efekty, jeśli sądzić po najpoważniejszych izraelskich mediach, nie są oszałamiające: główne dzienniki w bliskowschodnim państwie owszem poinformowały o „polsko-rosyjskiej kłótni o historię”, ale poprzestały na jej zwykłym zreferowaniu, czasem z krótkim tłem dot. złych stosunków polsko-rosyjskich, czasem z uwagą, że faktycznie wielu Polaków ma na sumieniu mordy na żydowskich sąsiadach. Szczególnego zachwytu nad wystąpieniem Putina brak.
Echa historycznych pouczeń rosyjskiego prezydenta miały dotrzeć również do Brukseli. Społeczeństwo rosyjskie miało zobaczyć, jak przywódca daje mocną odpowiedź na rezolucję Europarlamentu, w której zrównano „dwa totalitaryzmy” jako winowajców II wojny światowej. Równocześnie Moskwa nie może wszak nie wiedzieć, że jej rola w pokonaniu nazizmu jest w zachodniej świadomości minimalizowana od lat, i to skutecznie. To „zasługa” nie tylko polityki historycznej, bo tę w duchu zażartego antykomunizmu i wypierania wybranych kart własnych dziejów prowadzą głównie państwa Europy Wschodniej, ale i chwytliwej popkultury, zwłaszcza niezliczonych filmów gloryfikujących US Army. Wiele mówi zestawienie sondaży opinii publicznej we Francji: jeśli w maju 1945 r. 57 proc. ankietowanych wskazywała ZSRR jako główną siłę, jaka przyczyniła się do zwycięstwa, to już w kolejnym pokoleniu, w r. 1994 niemal połowa Francuzów była zdania, że pokonanie Hitlera to w pierwszej kolejności dzieło Amerykanów. Tendencja jest stabilna, gdyż w 2015 r. w odpowiedziach na to pytanie 54 proc. wskazań zebrały Stany Zjednoczone. 23 proc. doceniło Związek Radziecki. Fakt, że na radzieckie pomniki w Berlinie czy Wiedniu nikt jak na razie zamachnąć się nie zamierza, to marne pocieszenie: ewolucja polityki pamięci, której wyrazem jest wspomniana rezolucja, jest w oczach Moskwy więcej niż niekorzystna.
Rosyjscy specjaliści od polityki historycznej doszli zatem do wniosku, że najlepszą obroną będzie atak, i to radykalny: jeśli zjazd deputowanych ludowych ZSRR w 1989 r. potępił tajny protokół paktu Ribbentrop-Mołotow i takiej interpretacji trzymano się również w latach 90., to stopniowo upowszechniło się podejście sprowadzające się do hasła „o swoich tylko dobrze”. W maju 2015 r. Putin mówił już o pakcie jako dokumencie żywotnym dla bezpieczeństwa ZSRR, a 80. rocznicy podpisania niemiecko-radzieckiego porozumienia towarzyszyła już wystawa, na której był on niemalże szczytowym osiągnięciem dyplomacji radzieckiej. Rzeczniczka prasowa ministerstwa spraw zagranicznych Rosji tłumaczyła przy okazji na Twitterze, że dzięki układowi Moskwa zyskała korzystniejsze granice i dodatkowy czas na obronę stolicy po nieuchronnym ataku ze strony III Rzeszy (reakcje rosyjskich internautów były, co znamienne, dość podzielone). Dodatkowo przypomniano „wzorowym europejskim demokracjom”, że same z entuzjazmem przyklasnęły w Monachium rozbiorowi Czechosłowacji (też demokratycznej!), byle skierować uwagę Hitlera na tę gorszą, wschodnią Europę; i tyle w temacie ich legitymacji do wytykania komukolwiek, że podpisał z III Rzeszą jakieś porozumienia.
Tyle, że na dłuższą metę Putin tej Francji czy Wielkiej Brytanii jednak potrzebuje – zwłaszcza prezydent Francji, który traci wiarę w NATO, ma swoje ambicje i gościł u siebie historyczne spotkanie prezydentów Rosji i Ukrainy może być postrzegany jako potencjalnie interesujący partner do rozmowy. Rosyjski przywódca nie zamierzał zatem przesadzić z krytyką zachodnich demokracji, zwłaszcza że – wracamy do początku – był inny sposób, by równocześnie wyprodukować temat zastępczy, odbić zarzuty z Brukseli i puścić oko do Tel Awiwu. Tym sposobem było właśnie postawienie pod pręgierzem Polski, co jest zresztą zabiegiem stosowanym nie od wczoraj. W przychylnych rządowi programach telewizyjnych regularnie chłopcami do bicia i antypatycznymi figurami byli właśnie nasi rodacy, ostentacyjnie ucieleśniający stereotyp „dumnego Polaka”, rzucający tekstami obraźliwymi dla rosyjskich odbiorców. Temat zastępczy wybrany był starannie. Rosyjska opinia publiczna, a przynajmniej jej część, nie mogła nie przyjąć z satysfakcją tego, jak Putin w końcu „doprowadza do porządku” wschodnioeuropejski kraj, gdzie w przestrzeni medialnej normą stały się wszelkiego rodzaju obelgi, złośliwości i oskarżenia pod adresem Moskwy. Ich przeglądu dokonuje w tekście poniżej red. Maciej Wiśniowski.
Co może na to wszystko powiedzieć człowiek o lewicowej wrażliwości? Przede wszystkim wyrazić najgłębsze ubolewanie nad tym, że II wojna światowa, która powinna być dla wszystkich wielką i gorzką lekcją, stała się przedmiotem doraźnych rozgrywek. I Rosja, i kraje Europy Wschodniej, i Unia Europejska, i Stany Zjednoczone, i Izrael zamiast wspólnie czcić poległych i zamordowanych, przerzucają się „interpretacjami”, w których jedna wybrana strona czyni wszystko od początku do końca dobrze, na żadnym etapie się nie myli ani tym bardziej nie popełnia zbrodni. To zaś, komu zbrodnie zarzuca, zależy od bieżącej konfiguracji w polityce międzynarodowej i doraźnych potrzeb wewnątrz kraju.
Uczciwi historycy, którzy są we wszystkich tych krajach, wiedzą najlepiej, że to nonsens. Oni rozumieją, że do wybuchu II wojny światowej nierozwiązane po poprzednim globalnym konflikcie z lat 1914-1918 sprzeczności między mocarstwami; już postanowienia konferencji wersalskiej niosły w sobie zarzewie nowych napięć i konfrontacji. Zdają sobie sprawę ze złowieszczej roli wielkiego kapitału, który sprzyjał wyniesieniu do władzy agresywnych nacjonalistów i faszystów, byle tylko nie zwyciężyła nadzieja na bardziej sprawiedliwy świat reprezentowana przez partie socjalistyczne i komunistyczne. Wobec faktu, że potencjał tych ostatnich został zmarnowany przez fatalne decyzje Kominternu i to, że stalinowski Związek Radziecki realnie sprzyjał zagranicznym ruchom lewicowym tylko wtedy, gdy widział w tym własny, wąsko pojęty interes – powstał idealny grunt dla głównego agresora: niemieckiego faszyzmu. Nacjonalistyczne lub idące w tym kierunku dyktatury w Europie Wschodniej mogły patrzeć nań z różną dozą inspiracji czy podziwu, nie one jednak, przy całym swoim antypatycznym (i antysemickim) obliczu tę wojnę rozpętały. Czy ktokolwiek z polityków potrzebuje takiej historii? Okazuje się, że nie. Czy zamierza oddać historię historykom? Też nie. I to jest powód do najgłębszego niepokoju.

Małgorzata Kulbaczewska Figat


Ostatnie wypowiedzi Putina wprawiły cały bez wyjątku polski mainstream w dygot. Mam złą wiadomość: to dopiero początek.
Polska właśnie płaci za 30 lat nieustannej, nieracjonalnej rusofobii. Przez ten czas nie było złego słowa, wyzwiska, obelgi czy wreszcie nieskrywanej pogardy, której oszczędzono by nie tylko władzom sąsiedniego kraju, ale jego mieszkańcom. Wszystko to mówiono najpierw ciszej, potem, kiedy okazało się, że nikt na to nie zwraca uwagi, głośniej, zwalniając wszelkie hamulce nie to, że dobrych obyczajów, ale po prostu elementarnej przyzwoitości. I teraz nagle zaskoczenie: Rosja zareagowała!
Ale to nie jest tak, że Putin obudził się pewnego dnia rano i przy goleniu wpadła mu do głowy myśl, że trzeba Polsce dać po łapach. W polityce rosyjskiej na takim szczeblu przypadków nie ma. Moment został wybrany starannie. Jego szerokie uwarunkowania opisuje doskonale Małgorzata Kulbaczewska-Figat w swoim artykule powyżej.
Niezależnie od przyczyn rosyjskiego uderzenia w Polskę, Putin był rozkosznie pewien, że jego słowa trafią na podatny grunt. Rosjanie od dawna wiedzieli, że Rosja dla Polski jest wrogiem numer jeden. Stąd więc reakcja. A że właśnie taka… cóż, nie uważałaś jak robisz, rób jak uważasz, powiedział ojciec synowi, który przybiegł z wiadomością, że dziewczyna jest w niezaplanowanej ciąży. Polskie elity latami pracowały na fatalny stan polsko-rosyjskich stosunków.


„Celem najważniejszym [zmian w efekcie robotniczego zrywu „Solidarności” – przyp. MW] jest odepchnięcie Rosji raz na zawsze od Europy”.
„Rosja, nawet demokratyczna, a nawet przede wszystkim demokratyczna, będzie dla nas zbyt potężna, abyśmy mogli sobie pozwolić na bezpośrednie z nią sąsiadowanie (…) Dlatego nie możemy dopuścić, aby w jakiejkolwiek formie powstała Federacja Rosyjska”.
„Warunkami normalizacji stosunków z Rosją: powrót do granicy ryskiej (następnie przekazanie Wilna i Lwowa Litwie i Ukrainie, Rosja z ustrojem wynegocjowanym z udziałem Polaków, żołnierze radzieccy polegli na terytorium Polski uznani za najeźdźców, przyłączenie do Polski Kaliningradu, wreszcie wyegzekwowanie od Rosji wysokich odszkodowań za okupację. Przed Rosja bowiem nie ma ucieczki, trzeba ją pokonać”.
Wszystkie te myśli, wnioski i oczekiwania wobec Rosji ze strony całej Polski i wszystkich Polaków, jak uzurpują sobie ich autorzy, zostały przedstawione w antologii „Na przekór geopolityce. Europa Środkowo-Wschodnia w myśli politycznej polskiej opozycji demokratycznej 1976-1989”. Ani to myśli, ani polityczne, ale mniejsza o to.
Warto sobie jednak uzmysłowić, że autorzy powyższych słów w 1989 roku stali się elitą tego państwa i od tego czasu to ich poglądy kształtują polsko-rosyjskie relacje. I nie ma co się pocieszać, że minęły lata od czasu, kiedy te opinie zostały wypowiedziane lub napisane. Ależ nie, nabrały aktualności i wagi całkiem współcześnie – zebrano je i opublikowano w 2014 roku przez Kancelarię Prezydenta RP. I żeby już nikt nie miał żadnych wątpliwości co do tego, czy najwyższe władze państwa polskiego odnoszą się do nich poważnie, została ona poprzedzona autopromocją-wstępem ówcześnie urzędującego prezydenta, Bronisława Komorowskiego. Ciekawe, czy pomysłodawcy wydania tej pozycji w 2014 roku naprawdę uważali, że tej książki nikt nie przeczyta w Moskwie? Że nikt jej nie zauważy? Że nie wyciągnie wniosków?
W gruncie rzeczy cała, z niewielkimi wyjątkami, polska scena polityczna, choć śmiertelnie pokłócona, kiedy mowa o Rosji, łączy się w tej samej narracji. Media, czy liberalne, czy skrajnie prawicowe, w swym stosunku do Rosji są zadziwiająco zgodne. Tego, jak bardzo zasłużona w skrajnej rusofobii jest „Gazeta Wyborcza” nie trzeba jakoś specjalnie udowadniać. Wystarczy ją po prostu czytać. Korespondencje Wacława Radziwinowicza przejdą z pewnością do annałów skrajnie stronniczej narracji. Kiedyś jeden z polskich korespondentów zagranicznych powiedział mi, że nie sposób być korespondentem w obcym kraju nie lubiąc, lub choćby nie szanując jego narodu. Radziwinowicz udowodnił, że można. Jest jeszcze mnóstwo dziennikarzy, których nie krępują ani wymogi obiektywizmu, ani prawdy, ani wreszcie znajomości języka, a których relacje z Rosji przypominają lekturę tanich horrorów, są byli i obecni korespondenci wszelkich mediów, komentatorzy i „eksperci”, których poziom nie tyle niechęci do Rosji, ale po prostu niewiedzy, wywołuje w najlepszym wypadku zażenowanie. To ich staranna, mrówcza praca tworzenia atmosfery zagrożenia, obcości, pogardy i wstrętu stworzyła fundamenty polskiej rusofobii, której jednym z najważniejszych elementów składowych jest pozbawienie Rosjan cech ludzkich. To znany chwyt, pozwalający na zastosowanie wobec odczłowieczonego obiektu takich form oddziaływania, które w przypadku jednostek ludzkiego gatunku wywoływałyby opory. W naszej przestrzeni medialnej wciąż skutecznie stosowany. Do historii polskich mediów przejdą też relacje i komentarze z tragedii, które wszystkich Rosjan, niezależnie od ich poglądów, jednoczyły w autentycznym bólu. Tak było po ataku terrorystycznym na szkołę w Biesłanie, tragedii „Kurska”, ataku terrorystycznym na teatr na Dubrowce. Reakcje polskich mediów były haniebne i okrutne, z trudem skrywające satysfakcję, że Rosji i Rosjanom zdarzyło się nieszczęście. I nie jest specjalnym usprawiedliwieniem dziennikarzy, że taka podła narracja była też udziałem oficjalnych przedstawicieli Polski. Wtedy nawet Amerykanie potrafili zdobyć się na gesty solidarności i współczucia. Tylko nie Polska. Dziś zresztą niewiele się zmieniło.
„Wolę narodowca od KGB-owca. Wolę nawet polskiego rasistę, niż czekistę. Do wszystkich naszych spraw będziemy mogli wrócić, kiedy wrócimy do normalnych zachodnich standardów państwa prawa, które pozwolą być we wspólnocie zachodniej, a nie we wschodniej” To Jacek Żakowski.
„Jeżeli uważasz, że na tych nagraniach nic nadzwyczajnego nie ma, to znaczy, że nie musisz jechać na Wschód. Już tam jesteś i masz go w sobie” To Tomasz Lis, w ubiegłym roku.
Takich cytatów można zebrać bez trudu dziesiątki, jeśli nie setki. Mówiąc „Wschód”, sławni dziennikarze przecież nie mają na myśli Chin, ani Japonii. Te w istocie rasistowskie wypowiedzi opisują Rosję i tylko ją. To prawda, kiedy zarzucić im antyrosyjską nienawiść, jak jeden mąż zaprzeczą. Będą mówić o sympatii do „zwykłego Rosjanina”, o tym, że kochają rosyjską kulturę, nawet rzucą kilka nazwisk. W istocie jednak ich obraz „zwykłego Rosjanina” to nieogolony, lekko pijany „mużyk” grający na bałałajce czy harmoszce, koniecznie w kufajce i walonkach. Rosjanie mogą wszystko, pod jednym wszakże warunkiem: muszą być od nas gorsi.
Na koniec jeszcze słowa nie byle kogo, bo Andrzeja Talagi, byłego zastępcy naczelnego „Rzeczpospolitej” i wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, prawicowego think tanku, który namawia do odcięcia państw Partnerstwa Wschodnie (czyli również Polski) od rosyjskich kanałów telewizyjnych, książek, czasopism, stron internetowych, ponieważ „sączą one rosyjską wrażliwość, rosyjski punkt widzenia”. Czyli zakazać Puszkina, Gogola, radzieckich filmów i spektakli, bez których nie ma europejskiej kultury. Takie samo barbarzyństwo jak niszczenie pomników ku czci poległych radzieckich żołnierzy i oficerów, w towarzystwie słów okropnych i podłych. Takich rzeczy Rosjanie nie zapominają.
Rosyjskiego ataku można było oczekiwać również na podstawie innych sygnałów. Polska od lat w rosyjskich mediach pełniła rolę chłopca do bicia. Do politycznych talk-show o wielkiej oglądalności regularnie zapraszano polskich „publicystów” – Jakuba Korejbę i Tomasza Maciejczuka. Obaj na zamówienie i prawdopodobnie za wysokie wynagrodzenie odgrywali role ludzi, których wypowiedzi budziły głęboki sprzeciw widzów. Niektóre z ich słów głęboko obrażały uczucia zwykłych Rosjan. W gruncie rzeczy jednak nieważne, kim są Korejba i Maciejczuk i co konkretnie mówili. Ważniejsze jest to, że ktoś w rosyjskiej centralnej telewizji państwowej podjął decyzję, by nasi rodacy byli symbolami wrogiego, prowokacyjnego Zachodu. To nie był przypadek, w rosyjskiej machinie propagandowej przypadków też nie ma. Podsumowaniem był talk-show „Wieczór z Władimirem Sołowjowem”, jeden z najchętniej oglądanych przez mniej wyrobionych widzów programów tego typu. Poświęcony Polsce. Charakterystyczne: nie zaproszono ani jednego Polaka, a dyskutanci przerzucali się co najmniej kontrowersyjnymi zdaniami na temat Polski. Od „polska państwowość powstała w 1918 roku”, wygłoszona przez słabo rozgarniętego posła partii komunistycznej, do niezgodnych z prawdą twierdzeń obywatela Izraela, byłego szefa służby specjalnej „Nativ” Jakowa Kedmi, że antysemityzm był w Polsce przed wojną tak silny, że w Armii Krajowej nie służył ani jeden Żyd. Ten seans nienawiści mógłby też komuś dać do myślenia. Ale nie dał.
Polska straciła w ciągu lat swojej nowej niepodległości cały kapitał szacunku do jej historii (w tym wspólnej walki z nazizmem), kultury i ludzi ze strony Rosji. Kiedyś kultura polska była dla wielu wykształconych Rosjan przedmiotem swoistej fascynacji, nieodłącznym segmentem kultury europejskiej, a zarazem czymś bliskim. Dzisiaj bardzo niewielu zna polskie filmy, książki, spektakle.
Polsko-rosyjska Grupa ds. Trudnych przestała działać właśnie wtedy, kiedy zaczęło być naprawdę trudno. Chętnych do podjęcia oficjalnego dialogu brak.
Ostatnie słowa prezydenta Rosji, choć ostre i w wielu aspektach niesprawiedliwe nie budzą we mnie aż takiego niepokoju. Jasne, wolę Putina i jego sądy z 2009 roku, kiedy napisał: „bez żadnych wątpliwości można z pełnym uzasadnieniem potępić pakt Mołotow-Ribbentrop zawarty w sierpniu 1939 roku. (…) Dziś rozumiemy, że każda forma zmowy z reżimem nazistowskim była nie do przyjęcia z moralnego punktu widzenia i nie posiadała żadnych perspektyw na realizację. które w tej całej sytuacji można uznać za korzystne”. Dzisiaj mówi inaczej, ale jego słowa tylko dowodzą, że są elementem większej politycznej gry.
Głęboko niepokojące jest jednak to, że wszelkiej maści rosyjscy pseudohistorycy, politolodzy i usłużni dziennikarze chcą za wszelka cenę przypodobać się swojej władzy i wypowiadają mnóstwo nieprawdziwych i głęboko krzywdzących Polskę słów, czynią z niej wspólnika nazistów, współarchitekta najstraszniejszych zbrodni. Pompują przestrzeń medialną nieskrywaną wrogością do Polski, rozpalając ogień, który trudno będzie ugasić.
Putin uderzył nas w najtrudniejsze do obrony miejsce i w najgorszym dla nas momencie. Trudno bowiem zaprzeczać istnieniu antysemityzmu w Polsce przed wojną, w jej trakcie i obecnie. W tej sprawie bronić nas trudno. Chętni do ripostowania Putinowi pojawili się na arenie międzynarodowej dopiero wtedy, gdy na Twitterze obśmiano amerykańską ambasador w Warszawie, gdy odpowiedziała na wypowiedzi rosyjskiego prezydenta. Cóż, jesteśmy sami, to wynik wieloletnich starań obecnej ekipy rządzącej. Analogie z 1939 roku są dość oczywiste. Co robić zatem? Rozmawiać. Myśleć o własnych interesach, rozumieć cudze. Szukać porozumienia a nie wojny, która przegramy zawsze, niezależnie od jej końcowego wyniku. Myśleć. To ostatnie może być najtrudniejszym wyzwaniem.
Jest oczywiście jedna korzyść z tej całej sytuacji: od momentu wypowiedzi Putina, której jednym z istotnych elementów jest polski antysemityzm, można mieć nadzieję, że skończyła się bliska i pełna wzajemnych duserów współpraca niektórych rosyjskich mediów z przedstawicielami skrajnej, antysemickiej i faszyzującej prawicy polskiej. To, co uczynił w ciągu ostatnich lat „Sputnik Polska” w tej dziedzinie jest czymś niepojętym. Promowanie i nagłaśnianie takich ludzi, jak Grzegorz Braun czy szef polskiej Falangi Bartosz Bekier, przeprowadzanie z nimi wywiadów i traktowanie jako wiarygodnych źródeł opisu polskiej rzeczywistości to zwykła kompromitacja. Jeśli Rosja chce wypadać wiarygodnie jako wróg antysemityzmu, czas z tym skończyć. Ale czy tak będzie?

Maciej Wiśniowski

Kłopoty z historią

– Mało kto wie, że nowa władza zatrudniła po 1945 roku ponad dwudziestu funkcjonariuszy przedwojennych służb, jako bardzo przydatnych fachowców, w tym do inwigilowania swoich byłych kolegów, choć nie tylko. Sytuacji paradoksalnych było wiele – mówi prof. Andrzej Paczkowski w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Czy można jeszcze spodziewać się, że polska biografistyka historyczna objawi nam jeszcze jakieś nieodkryte postacie rangi generała „Nila” Fieldorfa, rotmistrza Witolda Pileckiego, Boleslawa Kontryma „Żmudzina”, albo jakieś  inne, dotąd nieodkryte tajemnice historii najnowszej?

Jakichś wielkich rewelacji czy sensacji trudno się już dziś, po tylu latach, spodziewać. Poza wspomnianymi przez pana, inne kluczowe postacie mają już swoje biografie, a jeśli nawet nie są to odrębne biografie, to wiedza o nich rozsiana jest po licznych źródłach. Jeśli znalazła by się jakaś postać zupełnie nie znana, to była by to prawdziwa sensacja.

Biografistyka historyczna obejmuje zarówno postacie na ogól uznane za świetlane, jak i kontrowersyjne, względnie nawet zdecydowanie negatywne. Z jednej strony „Nil czy Pilecki, z drugiej mający na koncie zbrodnie  czasu stalinowskiego Józef Światło, Józef Różański czy Mieczysław Moczar, ale też zaliczani do „żołnierzy wyklętych” Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Henryk Dekutowski „Zapora”, czy Romuald Rajs „Bury”, na których ciążą oskarżenia o zbrodnie na ludności cywilnej. Jak pisać biografie, by nie popaść w hagiografizm, idealizację w rodzaju kultu „żołnierzy wyklętych” i by, z drugiej strony, niektórych postaci nie demonizować ponad miarę?

Z tymi postaciami jednoznacznie pozytywnymi jest pewien kłopot, bo one nie zawsze są stuprocentowo świetlane, w każdym razie nie dla wszystkich. Tacy ludzie jak Szendzielarz „Łupaszka”, Dekutowski „Zapora” czy „Ogień” Kuraś mieli swoje wspaniałe strony, ale mają też w swoich biografiach cienie i to widziane nie tylko z pozycji przeciwnych im ideowo.

Napisał Pan książkę o Józefie Światło, „Trzy twarze Józefa Światło”. Skąd wybór tej akurat postaci?

Nie z sympatii rzecz jasna. To postać jednoznacznie ponura, zbrodnicza. Pierwotnie zamierzałem napisać książkę o X Departamencie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ale pomyślałem że będzie to nudna piła, której nie da się czytać. Enumeracja sprawozdawcza, pisanie, że tu działała komórka taka, a tu inna, że były takie czy inne wydziały, szczegółowe referowanie struktur rzadko nadaje się do czytanie. Uznałem, że lepiej i atrakcyjniej pokażę losy X Departamentu poprzez los Światły, los jednego człowieka. Biografistyka jest ciekawsza niż opracowania ogólne.

Biografistyka może być ciekawa także dlatego, że można przez nią pokazać powikłania ludzkich biografii, ich niejednoznaczność, powikłanie, zmienność…

Klasycznym przykładem jest tu biografia Bolesława Piaseckiego, przed wojną jednego z liderów młodego ruchu narodowego, założyciela i wodza Obozu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, po wojnie szefa Stowarzyszenia „Pax”, który za rządów Edwarda Gierka został członkiem Rady Państwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, będącej, przynajmniej teoretycznie, na antypodach ideowych nurtu reprezentowanego przez Piaseckiego. Takie powikłane biografie dotyczyły także postaci praktycznie anonimowych, np. oficerów przedwojennej dwójki, czyli wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. Mało kto wie na przykład, że nowa władz zatrudniła po 1945 roku ponad dwudziestu funkcjonariuszy przedwojennych służb, jako bardzo przydatnych fachowców, w tym do inwigilowania swoich byłych kolegów, choć nie tylko. Bezpieka śledziła ludzi dawnej „defy”, dawnych prokuratorów, sędziów i mając na nich te haki przymuszała ich często do współpracy. Do 1951 ponad połowę sądów wojskowych tworzyli przedwojenni sędziowie i byli mobilizowani. Generał Komar, przesłuchiwany po aresztowaniu i pytany o to odpowiedział, że zatrudnił ich jako fachowców. Na samego ministra MBP Stanisława Radkiewicza bezpieka i Informacja Wojskowa miała „hak” w postaci lojalki podpisanej przez niego przed wojną na policji.

Do tej pory nikt nie opisał losów komisarza Pogorzelskiego, w II Rzeczypospolitej szefa antykomunistycznego kontrwywiadu w warszawskiej policji, który urzędował przy Daniłowiczowskiej. Fascynował się on przedmiotem swoich działań, komunizmem, na ścianach gabinetu miał portrety Marska i Engelsa, a na półkach ich dzieła i toczył debaty z młodymi komunistami, których przesłuchiwał. Istnieje legenda, że schwytany po wojnie, był przesłuchiwany przez dyrektorkę X Departamentu MBP Lunę Brystygierową, którą sam przesłuchiwał przed wojną…

Nie zapoznałem się bliżej z losami tej postaci, ale jeśli było tak jak pan przytacza, to dobrze by się to fabularyzowało dla potrzeb filmu czy telewizyjnego widowiska. To jednak tylko hipotezy, natomiast podobnych, ale stwierdzonych sytuacji paradoksalnych było wiele. Np. znany swego czasu działacz partyjny na froncie marca 1968 i walki z syjonizmem, redaktor naczelny moczarowskiego de facto organu prasowego „Za Wolność i Lud”, Kazimierz Kąkol był żołnierzem Armii Krajowej, zasłużonym szczególnie w akcji „Wawer”. Z kolei jeden z najbardziej krwiożerczych architektów represji w latach pięćdziesiątych, Naczelny Prokurator Wojskowy Stanisław Zarako-Zarakowski, nawiasem mówiąc absolwent prawa Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, był przed wojną endekiem, podobnie zresztą jak komunistyczny pisarz i działacz Jerzy Putrament. Z kolei Zdzisław Żygulski, socjolog kultury, minister kultury w okresie stanu wojennego, był za okupacji sędzią sądu podziemnego Armii Krajowej.

Która z postaci z tego kręgu historycznego wydaje się Panu najbardziej paradoksalnym przykładem tej dwoistości?

Major Bolesław Kontrym, „Żmudzin”. Jego losy, to niesamowita historia człowieka, który z jednego z najbardziej bojowych dowódców bolszewickich Czerwonej Gwardii na północy Rosji, uczestnika wojny 1920 roku po stronie radzieckiej, zasłużonego i awansowanego, przeobraził się, po ucieczce do Polski, II Rzeczypospolitej, w oficera Korpusu Ochrony Pogranicza i policji politycznej ścigającego komunistów. A później żołnierzem AK i powstańcem warszawskim, który zginął z rąk komuny, jako ofiara stalinowskiej bezpieki i sądownictwa. 

Skąd ta dwoistość postawy Kontryma?

Ta tajemnica nie do końca została wyjaśniona. Może do bolszewików pociągnął go rewolucyjny patos, może awanturnicza młodość? Wątpię, by stały za tym jakieś głębokie motywacje ideowe, bo inaczej zostałby w ZSRR. Myślę, że był raczej ideowym patriotą polskim, choć zginął właściwie za nic, bo nie prowadził żadnej działalności przeciwko tzw. władzy ludowej. To jest podobne do przypadku generała „Nila” – Fieldorfa, a kompletnie odmienne niż w przypadku rotmistrza Pileckiego.

Był Pan konsultantem telewizyjnego widowiska o Kontrymie…

Głównie konsultowałem wizerunek osoby Józefa Światło, ale poproszono mnie także o sprawdzenie wiarygodności innych postaci, w końcu związanych ze sprawą i historycznych. Pytano mnie na przykład, czy pułkownik Józef Różański może mieć bródkę albo w jakim garniturze może występować Bolesław Bierut.

I jaki był Pana werdykt?

Że co prawda wedle znanych fotografii, Różański bródki ani wąsów nie nosił, był zupełnie ogolony, ale nie ma istotnego przeciwwskazania, żeby grający go aktor bródkę nosił. Co do garnituru Bieruta, to był to zwykły garnitur o fasonie wtedy noszonym, ani szczególnie elegancki, ani szczególnie byle jaki. Ot, nosił się jak większość urzędników. Uznałem, że to ostatecznie widowisko artystyczne rządzące się swoimi prawami, oparte na faktach, ale sfabularyzowane. Przekazałem te swoje uwagi, a potem zostałem zaproszony na kolaudację przedstawienia.

I jakie wrażenia wyniósł Pan wrażenia z oglądania „Kontryma”?

Niezłe. Widowisko ma dobre tempo, jest sugestywne, wciągające. Pewne zastrzeżenia miałem co do czytelności niektórych wątków dla widza nie wprowadzonego dobrze w losy postaci tytułowej. W widowisku pojawia się kilkakrotnie biegnący i krzyczący „Kontrym”, w czapce z czerwoną gwiazdą i z pistoletem. Przekonano mnie jednak, że prawa rządzące dziełem artystycznym, fabularyzowanym zakładają, że i widz musi mieć coś do pomyślenia i do pokojarzenia. Że nie wszystko powinno być wyłożone jak na talerzu, jak zazwyczaj w filmie dokumentalnym.

Odniósł Pan wrażenie prawdy?

Prawdy epoki tak, w mniejszym stopniu prawdy materialnej. W widowisku są sceny brutalnego przesłuchiwania „Kontryma” przez Światłę. W rzeczywistości, raczej rzadko go przesłuchiwał, bo to nie należało do jego obowiązków, jako funkcjonariusza operacyjnego a nie śledczego. Ze spektaklu można natomiast wywnioskować, że Światło zajmował się tylko „Kontrymem”. Poza tym przesłuchiwali na ogół oficerowie niższego stopnia. Jednak dla widowiska nie ma to jednak istotnego zdarzenia. Z czystej inwencji twórców wyrósł wątek znamienia na plecach żony „Kontryma”, o którym Światło miał wiedzieć i sugerować mu, że z nią spał. W celu wyprowadzenia przesłuchiwanego z równowagi. Nie zgłosiłem jednak zastrzeżeń, bo mieściło się to w granicach szeroko rozumianego prawdopodobieństwa.

A sama postać Światły zagranego przez Redbada Klynstrę?

Zagrana została bardzo dobrze, choć bez zachowania fizycznego podobieństwa twarzy. Wprowadzono też kilkakrotnie powtarzaną  scenę operacji plastycznej Światły w USA, operacji, którą być może wcale się nie odbyła. W każdym razie widziałem zdjęcie Światły na kilka lat przed śmiercią i nie zaobserwowałem śladów takiej operacji. Był na zdjęciu w czapce bejsbolówce, na leżaku, w scenerii chyba Florydy.

Czy śledczy wiedzieli o bolszewickim epizodzie życia „Kontryma” lub on im o tym mówił?

Tego nie wiadomo, ale nawet jeśli wiedzieli, to nie uratowało by go to. Nie miałoby to dla jego oprawców żadnego znaczenia. Traktowali wszystkich bez wyjątku czysto instrumentalnie i bezwzględnie, wedle procesowych potrzeb. Stalin kazał rozstrzeliwał bolszewików, z którymi latami współpracował i z którymi był na ty, a w Polsce marszałka Michała Rolę-Żymierskiego nie uratowało przed aresztowaniem nawet to, że  był wieloletnim agentem wywiadu sowieckiego. To był niezwykle brutalny system, nie liczący się z nikim i niczym.

Jako autor książek debiutował Pan w 1968 roku przewodnikiem „Zakopane i okolice”. Ten krąg zainteresowań ciągle jest Panu bliski?

Teoretycznie tak, ale z racji wieku już ani alpinizmu, ani taternictwa nie uprawiam.

Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Paczkowski – ur. 1 października 1938 w Krasnymstawie – historyk, w okresie PRL działacz opozycji, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej dwóch kadencji (1999-2009), od 2011 roku przewodniczący Rady IPN. W latach 1974–1995 prezes Polskiego Związku Alpinizmu. Początkowo jego zainteresowania naukowe były związane z historią prasy polskiej. W latach 80. był wydawcą wielu materiałów źródłowych związanych z działalnością „Solidarności” w latach 1980–1981, a w 1986 wydał niedostępne wówczas dokumenty KC PZPR w zbiorze „Gomułka i inni. Dokumenty z archiwum KC 1948–1982”. Od września 1980. Był ekspertem Ośrodka Prac Społeczno-Zawodowych przy Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność” Jesienią 1981 uczestniczył w formułowaniu programu Klubów Rzeczypospolitej Samorządnej „Wolność-Sprawiedliwość-Niepodległość”. Prowadził wykłady i publikował w prasie związkowej artykuły dotyczące najnowszej historii Polski. Po ogłoszeniu stanu wojennego pisał w drugoobiegowym „Tygodniku Wojennym”, współpracował z „Tygodnikiem Mazowsze”. W 1983 był jednym z założycieli „Archiwum Solidarności, w ramach którego do 1989 wydano 24 tomy relacji i dokumentów. Autor wielu monografii poświęconych najnowszej historii Polski, w tym aparatowi represji PRL i przygotowaniom oraz przebiegowi stanu wojennego, a także wydawcą źródeł do najnowszej historii Polski. Napisał poświęcony Polsce rozdział „Czarnej księgi komunizmu” (wyd. 1997 Paryż, wyd. polskie 1999). W latach 90. był ekspertem komisji sejmowych badających kwestię legalności stanu wojennego. Niektóre publikacje, to: „Zakopane i okolice” (1968), „Prasa polska w latach 1918–1939” (1980), „Historia polityczna Polski 1944–1948” (1985), „Pół wieku dziejów Polski 1939–1989” (1998), „Od sfałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski: szkice do portretu PRL” (1999), „Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII 1981 – 22 VII 1983” (2006), „Trzy twarze Józefa Światło” (2009), „Fakty, pogłoski, nastroje. Dziennik czasu wojennego (14 XII 1981 – 13 VIII 1982)” ( 2019).

Antysemityzm w Polsce: prawdy i mity

Obchodzona w tym miesiącu siedemdziesiąta piąta rocznica wyzwolenia hitlerowskiego obozu Auschwitz-Birkenau zbiega się niefortunnie z zaognieniem historycznego sporu o stosunek społeczeństwa i państwa polskiego do Żydów.

Postawione przez prezydenta Putina zarzuty – nie tylko wobec przedwojennego ambasadora RP w Berlinie Lipskiego, ale pośrednio wobec ówczesnego państwa polskiego – wywołały zrozumiałe protesty strony polskiej, w tym specjalną uchwałę Sejmu przyjętą ponad politycznymi podziałami. Taka reakcja jest zrozumiała i politycznie zasadna, ale nie powinna prowadzić do zamykania oczu na to, co stanowi ciemną stronę polskiej historii.
Prawdziwe intencje
Dojrzałe narody mają dość siły i mądrości, by otwarcie i zdecydowanie mówić o tym, co w ich historii wymaga potępienia. Tylko w taki sposób można skutecznie przeciwstawiać się próbom obciążania całego narodu (a także państwa) odpowiedzialnością za ciemne strony historii. Republika Federalna Niemiec wielokrotnie, ustami swych najwyższych przedstawicieli, jednoznacznie potępiła zbrodnie hitleryzmu, co leży u podstaw pojednaniu z wczorajszymi ofiarami nazistowskiej polityki. W Polsce dzisiejszej pod tym względem jest inaczej. Losy niefortunnej (i wycofanej pod naciskiem zagranicy) ustawy penalizującej obciążanie Polaków ( wszak nie wszystkich, ale i nie tak nielicznych, jak chcieliby propagandyści obozu rządzącego) współodpowiedzialnością za zbrodnie nazistowskie popełnione na Żydach dobitnie pokazują, jakie są w tej sprawie prawdziwe intencje Prawa i Sprawiedliwości.
Rekonkwista
Spór dotyczy historii – zarówno odległej, jak i najnowszej. W odwoływaniu się do tej pierwszej słusznie podkreśla się, że w średniowieczu Polska stanowiła dla bardzo licznych Żydów europejskich azyl, do którego migrowali uchodząc przed prześladowaniami ogarniającymi zachodnią Europę pod koniec XI wieku, w bezpośrednim związku z klimatem religijnego fanatyzmu towarzyszącego zwłaszcza pierwszej krucjacie.
Hiszpańska Rekonkwista w XV wieku pociągnęła za sobą masowe wypędzenia Żydów, dla których panowanie arabskie oznaczało znacznie większą dozę tolerancji. To, że w średniowiecznej Polsce uformowała się liczna (procentowo największa w Europie) społeczność żydowska, jest oczywistym dowodem świadczącym o wyraźnej różnicy między ówczesną Polską a większością krajów Europy zachodniej. Dotyczy to także okresu Reformacji, która (między innymi na ziemiach niemieckich, ale nie w Polsce) wiązała się z kolejną falą wystąpień antyżydowskich. Tego nie może przesłonić, skąd inąd haniebna, kampania fanatyków katolickich oskarżających Żydów o śmierć Chrystusa, czy okazjonalnie zdarzające się zamieszki antyżydowskie.
Pierwsza fala
Antysemityzm jako zjawisko polityczne pojawił się w polityce polskiej dopiero pod koniec XIX i na początku XX wieku jako konsekwencja trzech procesów.
Pierwszym był wzrost w Europie fali rasistowsko (a nie religijnie) zorientowanej wrogości wobec Żydów, czego najbardziej znanym przejawem była sprawa Dreyfusa we Francji. Powodzenie darwinizmu społecznego z jego apoteozą walki o byt i odwołaniem do biologicznych uzasadnień konfliktu społecznego nadawało wrogości wobec Żydów nowy, rasistowski, charakter.
Drugim były konsekwencje rosyjskiej polityki wyznaczania żydowskich „stref osiedlenia” na ziemiach wcielonych do państwa rosyjskiego w wyniku rozbiorów. Pierwszy dekret w tej sprawie wydała Katarzyna Druga 23 grudnia 1791 roku. W latach następnych granice tej strefy były rozszerzane, by pod koniec XIX wieku objąć także dawne Królestwo Polskie, co skutkowało napływem Żydów wschodnich (nazywanych „Litwakami”), postrzeganych jako żywioł obcy.
Obóz nowoczesnego Polaka
Trzecim wreszcie było uformowanie się nowoczesnego programu nacjonalistycznego, którego najważniejszym dokumentem, były „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego (1903). W odróżnieniu od dawnej idei patriotycznej walki „o wolność naszą i waszą” Dmowski postulował politykę „egoizmu narodowego” w imię zbudowania „ katolickiego państwa narodu polskiego”. W państwie tym mniejszości słowiańskie miały być poddane asymilacji, a Żydzi – jako nie nadający si e do asymilacji – mieli być traktowani jako „goście” w polskim domu. Z czasem – już w Niepodległej Rzeczypospolitej – program nacjonalistyczny (Obozu Wieliek Polski, a później Obozu Narodowo-Radykalnego) przybrał wyraźnie rasistowski charakter i uległ zaostrzeniu, aż po bojkot ekonomiczny i getto ławkowe na uniwersytetach, co negatywnie wyróżniało Polskę na tle innych państw europejskich (oczywiście poza nazistowskimi Niemcami).
Żydowskimi głosami
Antysemityzm ówczesny to nie tylko subtelne rozważania teoretyczne Romana Dmowskiego, lecz także pogromy: w tym przez lata osłaniany przemilczaniem pogrom we Lwowie 21-23 listopada 1918 roku (bezpośrednio po wyparciu z tego miasta wojsk ukraińskich) a także w Wilnie i w Pińsku. W grudniu 1922 roku zamordowanie prezydenta Narutowicza poprzedzone było wielką kampania narodowców protestujących przeciw wyborowi głowy państwa „żydowskimi głosami”, a po procesie i egzekucji mordercy (Eligiusza Niewiadomskiego) środowiska te szerzyły kult mordercy, nie bez udziału wielu duchownych katolickich. O obliczu ówczesnego obozu nacjonalistycznego świadczy wydana w 1939 roku książka wybitnego prawnika, a zarazem działacza prawicy nacjonalistycznej Zygmunta Cybichowskiego (1879-1946) „Na szlakach nacjonalizmu”, w której otwarcie stawiał Polakom za wzór do naśladowania Adolfa Hitlera (s.89).
Jest to jednak tylko jedna strona obrazu. Druga to konsekwentna walka przeciw antysemityzmowi prowadzona przez lewicę i postępowe środowiska inteligenckie, których symbolem może być odważna postawa Tadeusza Kotarbińskiego solidaryzującego się z żydowskimi studentami w warunkach narzucanego getta ławkowego.
Potrzeby i interesy
Postawę socjalistów polskich wobec antysemityzmu najbardziej konsekwentnie przedstawił Kazimierz Kelles-Krauz (1972-1905) autor opublikowanej niedługo przed śmiercią rozprawy „W kwestii narodowości żydowskiej”, w której pisał on, że Żydzi osiadłszy w Polsce od tylu stuleci, wykonawszy w tym kraju tyle pracy rozmaitej, przecierpiawszy tyle cierpień, mając tu swe groby i kolebki od szeregu pokoleń, są w nim tak samo dobrze u siebie jak i Polacy, i …mają prawo żądać od Polaków tych samych względów na swoje potrzeby i interesy, jakich Polacy mają prawo żądać od nich”.
Czy przedwojenne państwo polskie prowadziło politykę antysemicką? Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista. Prawdą jest, że w Polsce nie było ustaw antysemickich, ale była – zwłaszcza po śmierci marszałka Piłsudskiego – tolerancja dla antysemityzmu. Premier generał Felicjan Sławoj Składkowski publicznie pochwalał bojkot sklepów żydowskich (podobnie, jak zrobił to w 1936 roku prymas Polski kardynał August Hlond). Kolejni ministrowie odpowiedzialni za szkolnictwo wyższe milczeli w sprawie getta ławkowego ustalanego przez czołowe polskie uczelnie pod presją radykalnych organizacji nacjonalistycznych. W tym sensie mamy prawo obciążać ówczesne władze państwowe odpowiedzialnością za co najmniej tolerowanie antysemityzmu skrajnej prawicy narodowej.
Polskie doświadczenie
Szczególnie bolesne jest w tym kontekście polskie doświadczenie Holokaustu. Mamy prawo być dumni z postawy tysięcy Polaków, którzy z narażeniem życia ( nie tylko własnego, lecz także całych rodzin) angażowali się w ratowanie Żydów. Mamy prawo przypominać, że władze Polski Podziemnej na skalę swych możliwości udzielały pomocy Żydom, w tym szczególnie piękną rolę odegrała powołana w 1942 roku dla tego celu podziemna Rada Pomocy Żydom „Żegota”. Ale słusznie szczycąc się bohaterstwem tych, którzy stali po stronie ofiar, mamy moralny obowiązek otwarcie i bez zahamowania potępiać postawę tych Polaków, którzy wzięli udział w hitlerowskiej polityce zagłady. Niestety nie byli oni tak nieliczni, jak to usiłują nam wmawiać historycy z obozu „dobrej zmiany”. Warto przypomnieć, z jaką zajadłością prawicowa publicystyka rzuciła się na Jana Tomasza Grossa za jego książkę o zbrodni w Jedwabnem. W 2001 roku byłem w grupie posłów, którzy pojechali do Jedwabnego na zorganizowane przez prezydenta Kwaśniewskiego obchody sześćdziesiątej rocznicy tej zbrodni. Rzucało się w oczy, że w tym gronie nie było posłów prawicy, stanowiącej wówczas większość sejmową.
Przemilczanie
Od tego czasu nasza wiedza na temat udziału Polaków w hitlerowskiej polityce zagłady bardzo się zwiększyła, zwłaszcza dzięki pracom Barbary Engelking i kierowanego przez nią Centrum Badań nad Zagładą Żydów; w tym znakomitej pracy (pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego „Dalej jest noc: losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” (2018). Prowadzona przez obecne władze „polityka historyczna” polega na przemilczaniu i dyskredytowaniu tego typu prac badawczych. To nie służy dobremu imieniu Polski w świecie.
Jest także sprawa okresu Polski Ludowej. W pierwszych latach powojennych miały miejsce pogromy antyżydowskie, w tym najgłośniejszy kielecki w 1946 roku. Niektóre formacje antykomunistycznej partyzantki, zwłaszcza oddział „Ognia” na Podhalu, dopuszczały się mordowania Żydów. O tym dzisiejsza „polityka historyczna” woli milczeć. Z drugiej zaś strony lewicę obciąża kampania antyżydowska 1967 i 1968 roku, którą dopiero Socjaldemokracja RP publicznie i jednoznacznie potępiła w specjalnej uchwale w marcu 1990 roku. Kampania ta była częścią frakcyjnej walki o władzę w kierowniczych kręgach PZPR, ale kampanii tej nie byłoby, gdyby jej autorzy nie liczyli na uzyskanie tą droga poparcia przynajmniej części społeczeństwa.
Trzydzieści lat temu kładąc podwaliny pod gmach polskiej demokracji byliśmy przekonani, że te upiory przeszłości zostały na zawsze złożone do grobu. Pamiętam jednak odbytą wiosną 1990 roku w Tel-Awiwie rozmowę z Szymonem Peresem, który deklarując poparcie Międzynarodówki Socjalistycznej dla nowopowstałej polskiej socjaldemokracji podkreślał swoje i innych socjalistów obawy o możliwość odradzania się w Polsce antysemickiej prawicy. Dziś lepiej niż wówczas widzę, jak bardzo miał rację.
Wzrost postaw
Społeczeństwo polskie nie jest antysemickie. Badania socjologiczne (zwłaszcza profesora Ireneusza Krzemińskiego) wskazują na wyraźny spadek postaw antysemickich i, co szczególnie ważne, wzrost postaw skierowanych przeciw antysemityzmowi. Trzeba o tym mówić bardzo wyraźnie, ale trzeba też mówić o utrzymywaniu się, a nawet radykalizowaniu się postaw i zachowań antysemickich a zwłaszcza o tolerancyjnym stosunku do nich ze strony aparatu państwowego.
Trzeba patrzeć prawdzie w oczy. Historia wprawdzie nigdy dosłownie się nie powtarza, ale historycznie uwarunkowane tendencje polityczne mają znaczną zdolność długiego trwania. Nie wolno tego lekceważyć, a tym bardziej usprawiedliwiać. Idzie tu bowiem nie tylko o dobre imię Polski w świecie, ale także o to, w jakim państwie chcemy i będziemy żyli. Propagandzie płynącej z niechętnych dzisiejszej Polsce ośrodków zagranicznych skutecznie możemy się przeciwstawić prawdą. Całą prawdą.

Ukochany kraj, umiłowany kraj

Pamiętam czasy, kiedy z dumnym spojrzeniem śpiewało się i taką patriotyczną piosenkę wierząc, że w tym przypadku kraj – to synonim państwa, i że jest to miłość wzajemna. Kraj w tej pieśni był przyjazny,
tworzył i wprowadzał mądre prawa, zawsze ich przestrzegał i stwarzał warunki sprzyjające ich przestrzeganiu przez obywateli.

Potem z tą miłością było gorzej, potem lepiej, a teraz jest znowu gorzej. Cóż robić. Jesteśmy zmienni w uczuciach. A i podmiot tych uczuć zmienia charakter ze spokojnego i przyjaznego, na bardziej zaborczy i represyjny. Relatywnie niewielka grupa obywateli przywłaszcza sobie twierdzenie Ludwika XIV i uważa, że „państwo – to my”.
Przyczyny złego nastroju
Ta „trzymająca władzę” grupa wpadła na pomysł, aby zjednać sobie część „zwykłych” obywateli rozdawnictwem pieniędzy, ułatwiających im utrzymanie dzieci. To dało efekt, w którym ta część obywateli traktuje kraj, – czyli państwo, – jako całorocznego, cywilnego Mikołaja, którego nie koniecznie trzeba kochać, ale wypada go wspierać.
Coraz liczniejsza jest jednak druga część obywateli, którzy tracą nerwy widząc stopniowe zbliżanie się tego państwa do autokracji, lekceważenia prawa, zachowywania się na „międzynarodowej arenie” w sposób kompromitujący i szkodliwy. To państwo, ten ich kraj, zaczyna się im mniej podobać, bo – mówiąc najprościej – stwarza problemy i szuka wrogów tam, gdzie ich niema, a jednocześnie zaniedbuje problemy realnie istniejące. Chwilami można mieć wrażenie, że „trzymający władzę” wpadli w uzależnienie, idą śladem części naszej młodzieży i żyją w świece wirtualnym, lekceważąc materialną rzeczywistość.
Ostatnie miesiące starego roku i początek nowego spędziliśmy nerwowo, przytłaczani kilku dodatkowymi problemami, u niektórych obywateli budzącymi śmiech przez łzy. W moim subiektywnym odczuciu ten płaczliwy efekt był i jest następstwem wielu niezręczności władzy, ale zaczął się od uporczywej i skrajnie bezprawnej ucieczki przed ujawnieniem list poparcia sędziów – kandydatów do nowej KRS – mimo wyroku NSA i żądania sądu w Olsztynie. Potem zdenerwowano nas „przepchnięciem” przez Sejm ustawy dyscyplinującej sędziów, słusznie zwanej „kagańcową”, wspartej licznymi, ale dalekimi od prawdy wypowiedziami przedstawicieli „władzy”.
Niemal równolegle podziwiano humorystyczne manewry związane z „błędnym” powołaniem M. Banasia na stanowisko prezesa NIK.
Ale najwięcej płaczliwej wesołości wywołało święte oburzenie władzy i prorządowych elit spowodowane nieprzyjazną wypowiedzią prezydenta wielkiego sąsiada, który nie został zaproszony na uroczystości rocznicowe, związane z wyzwoleniem przez żołnierzy tego sąsiada obozu koncentracyjnego Auschwitz – Birkenau. Wywołane tym werbalnym konfliktem zamieszanie, spowodowało wymianę dyplomatycznych „uprzejmości”, a potem odwołanie wizyty naszego prezydenta na spotkaniu i uroczystym wspominaniu Holokaustu w Izraelu.
Disce puer ad historiam
Wszystkie te przyczyny mniej ochoczego śpiewania patriotycznych pieśni i „kochania” kraju, zapalały w niektórych środowiskach iskierki wisielczego humoru. Nie każdego jednak denerwuje i rozbawia to samo. Mnie najbardziej kompleks opowieści o postkomunizmie i zabawy w berka z wielkim sąsiadem.
Jako mały żuczek, gnębiony przez narastającą sklerozę, staram się naśladować naszego prezydenta i ciągle się uczę. Zwłaszcza pisanej na nowo historii. W tym okresie szczególną pomocą w nauce były dla mnie monologi niezwykle licznych wiceministrów sprawiedliwości. Prostują oni moją nieuczesaną wiedzę historyczną i rozjaśniają zamglone wspomnienia młodzieńczych lat.
Panowie wiceministrowie są jeszcze młodzi, nie widzieli wojny i nie mogli obserwować kraju przez wiele lat powojennych. Ale trochę poczytali, obejrzeli kilka filmów, posłuchali opowieści starszych patriotów. I doszli wniosku, że już dużo wiedzą i powinni się tą wiedzą podzielić z narodem. Wykłady tych panów są najczęściej kontynuacją pełnych słusznego oburzenia wypowiedzi na temat sędziów, którzy nie tylko kradli kiełbasę i śrubki od wiertarek, ale utrwalali w Polsce komunizm i teraz przekazują swoim młodszym następcom poglądy i zwyczaje z tego okresu. W ten sposób kształtują nowe kadry postkomunistów, którzy domagają się jakiejś niezawisłości i nie chcą słuchać zaleceń grona mędrców z ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.
Z tych wykładów dowiedziałem się, że w Polsce był jednak komunizm. Wstyd – ale nie zauważyłem tego, sięgając sklerotyczną pamięcią nawet do lat przedwojennych. Jakieś nieudolne i groźne dla obywateli próby siłowego wprowadzania tego, teoretycznie pięknego ustroju, były od 1945 do 1956 roku, ale nie dały oczekiwanych wyników. Potem mówiono raczej o socjalizmie coraz bardziej powiązanym z gospodarką rynkową. A w walce o socjalizm mamy długie tradycje, które ze słuszną dumą akcentuje państwowa telewizja, emitując serial pt. Młody Piłsudski. Prezes Kurski powinien uważać, bo takie uporczywe przypominanie socjalistycznego rodowodu Piłsudskiego i chwalenie socjalistów, może także stać się podstawą zarzutu o sprzyjanie postkomunistom.
Dowiedziałem się także, że mamy muzeum żołnierzy wyklętych, którego zwiedzanie wiceminister sprawiedliwości rekomendował przedstawicielom Komisji Weneckiej. To, że mamy takie muzeum – to bardzo dobrze. W przeciwieństwie do relatywnie młodego kierownictwa ministerstwa znałem kilku takich żołnierzy, zanim stali się wyklętymi. Poznałem ich w czasie Powstania i w obozach jenieckich po powstaniu. Fajni chłopcy, którzy szczerze wierzyli, że trzecia wojna światowa niedługo wybuchnie, i po powrocie z niewoli, jesienią 1945 roku, nawiązywali kontakt z nielicznymi już antykomunistycznymi oddziałami. Tacy uparci. Ale to nie zmienia faktu, że ich istnienie nie ma żadnego związku z działaniem Komisji Weneckiej. I faktu, że były to jednak niewielkie epizody w historii kraju, który wtedy intensywnie próbował się odbudować po wojnie.
Pisałem już kiedyś, że politykę wschodnią uprawiamy w ostatnich latach według doświadczeń zdobytych w przedszkolach. Gniewamy się. Ciągle mamy historyczne pretensje, likwidujemy pomniki, zmieniamy nazwy ulic, jeśli tylko przypominają wielkiego sąsiada lub naszą rodzimą „lewicę”, która przecież sąsiadowi sprzyjała. Potem dziwimy się i wpadamy w oburzenie, że wypominają nam i wyolbrzymiają fakty i plotki historyczne. Zapominamy, że nie ma narodu i państwa, które by nie miało w „życiorysie” zarówno momentów niekwestionowanej chwały, jak i świadomych i przypadkowych błędów, czasem dotkliwych dla innych narodów i państw, a także własnych obywateli.
W tej zapiekłości nie czynimy żadnych gestów, które mogłyby stopniowo załagodzić konflikty i poprawić stosunki. A okazji do takich gestów jest sporo. Była nim wspomniana rocznica wyzwolenia obozu oświęcimskiego, będzie majowa rocznica zakończenia II wojny światowej. Nie znam się na niuansach polityki zagranicznej, ale rozumując logicznie nie widzę ważnych powodów, niepozwalających naszemu prezydentowi na obejrzenie defilady w Moskwie. Tym, bardziej, jeśli tym razem pokaże się tam kilku przywódców „zachodu”. I odkłamując historię powinno się przypomnieć, że to właśnie my, wspólnie z armią radziecką, zdobywaliśmy Berlin.
Każdą okazję
Dobre stosunki z Rosją od lat utrzymują Węgry, mimo, że też mają poważne „rachunki krzywd”. Ale przyglądam się z zaciekawieniem, jak nowy prezydent Ukrainy wykorzystuje niemal każdą okazję do poprawiania tych relacji. Ma aktualnie znacznie gorszą sytuację i lokalną wojnę na wschodzie kraju, ale rozmawia z prezydentem Putinem, doprowadza do wymiany jeńców, zmniejsza intensywność walk w Donbasie, uspakaja zadrażnienia w kluczowych stosunkach gospodarczych – zwłaszcza dotyczących ropy i gazu.
Ci okropni sędziowie
Dla naszego przeciętnego obywatela stosunki zagraniczne są ważne, ale mimo wszystko bardziej go obchodzą problemy wewnętrzne. Jeśli tenże obywatel ogląda nawet tylko programy państwowej telewizji i od czasu do czasu przeczyta jakąś gazetę, to może dojść do wniosku, że rząd ma tylko jeden problem – sądy i sędziów. Sędziowie są okropni. Nie chcą się słuchać władzy, ciągle mówią o jakiejś niezawisłości i niezależności, w większości zostali wychowani przez komunistów – a więc są postkomunistami. Wprawdzie czołowi reprezentanci władzy byli wychowywani w tym samym czasie, chodzili do tych samych szkół i uczelni, robili doktoraty pod opieką tych samych profesorów – komunistów, ale nie dali się psychicznie zniewolić. Wiedzą, że dobre dla kraju są tylko rządy prawicy i nawet, jeśli w czasach lewicowych byli prokuratorami, to dzisiaj są niezawodnymi motorami przemian. Rozróżnienie jest proste. Jeśli ktoś – a zwłaszcza sędzia – popiera prawicę i jej rząd, to znaczy, że się nawrócił. Jeśli nie popiera – to widocznie mentalnie tkwi nadal w głębokim komunizmie. Mimo, że go nie było.
Taka postawa szeregowego urzędnika w gminie, kasjera w supermarkecie, mechanika w serwisie samochodowym jest przykra dla działaczy prawicy, ale – poza wyborami – nie ma większego znaczenia. Ale taka postawa sędziów, to poważna sprawa. Robią bałagan legislacyjny, mogą kwestionować niektóre wyroki wydawane przez sędziów powołanych na wniosek nowej KRS, której utworzenie ma – ich zdaniem – wady prawne. Ale to drobiazg wobec możliwości orzekania w sposób niezgodny z życzeniami władzy wykonawczej, surowego karania zwolenników władzy i łagodnego jej przeciwników – oczywiście także postkomunistów. No i ci niesforni sędziowie, wspomagani przez niechętnych szczerej i patriotycznej prawicy polityków, donoszą na nasz ukochany kraj do innych krajów i międzynarodowych organizacji, psują nam opinię, mogą zakłócić płynność w przyznawaniu nam finansowych zastrzyków wspomagających.
To straszne. Do pełnego nieszczęścia jeszcze brakuje, żeby ta Olga, która dostała Nobla, tendencyjnie opisała obecny okres naszej walki o dobre zmiany, w jakiejś następnej powieści.

Tak się kończy dyplomatołectwo

Stało się to, co przewidywali komentatorzy polityki światowej i spece od dyplomacji międzynarodowej. Nie dość, że główne obchody wyzwolenia obozu śmierci Auschwitz-Birkenau nie odbędą się w Polsce, a w Izraelu, to jeszcze zabraknie tam polskiego prezydenta. To są skutki wieloletniego prowadzenia polityki zagranicznej po amatorsku, żeby nie powiedzieć – dyletancko.

Nie może dawać innych owoców niż gorzkie orientowanie się we wszystkich sprawach na jednego i tylko jednego sojusznika i trzymanie się jego poły surduta niczym przysłowiowy rzep psiego ogona. Serwilistyczne podejście do Waszyngtonu, potrząsanie szabelką w kierunku Brukseli i niepohamowana chęć poniżania Rosji może kończyć się tylko jednym: traktowaniem Polski jako niewychowanego uczniaka, którego można postawić do kąta, a nie dopuścić do poważnych dyplomatycznych rozgrywek. Mielibyśmy potencjał, by było inaczej. I co z tego, skoro nasze „elity” uparcie nie chcą go wykorzystać.
Dyplomacja Izraela uzależniała przyjazd Knesetu na uroczyste posiedzenie w Auschwitz, do miejsca symbolizującego Holocaust, od zaproszenia do Polski prezydenta Rosji, państwa-sukcesorki ZSRR. W Izraelu pamięć o Armii Czerwonej, która unicestwiając III Rzeszę uchroniła resztki ocalałych z Shoah Żydów środkowo-europejskich od śmierci, jest żywa i kultywowana. Ale polska dyplomacja stawała na głowie, by za pomocą zwodów pominąć Putina. Skończyło się tak, jak w poważnych grach dyplomatycznych się kończy: inicjatywę przejęli inni.
Polscy analitycy nie byli nawet w stanie porządnie wyjaśnić związku między zaplanowaną na 23 stycznia uroczystością w Jerozolimie, a słowami Putina o początkach II wojny światowej. Skupiono się wyłącznie na wymiarze „obrazy narodu i państwa polskiego”, nie zastanawiając się, do kogo i dlaczego akurat teraz przesłanie Putina było adresowane. A było ono m.in. przygotowaniem właśnie wizyty w Jad Waszem i atmosfery jej towarzyszącej. Putin postanowił pokazać izraelskim rządzącym, których przychylność może mu się przydać przy dalszych grach z Ameryką o Bliski Wschód, że zjawisko antysemityzmu jest mu osobiście wrogie, za to w Europie różnie z tym bywa.
Nieetyczne to wszystko? Pewnie tak i lewica winna walczy o inny model relacji międzynarodowych. Ale dopóki go nie ma, należy umieć odnaleźć się w realiach. Do tego jednak prawica musiałaby zrozumieć, że dyplomacja to nie prostackie pogrywanie symbolami z zerową empatią wobec sąsiadów.
To, że głównych obchodów wyzwolenia Auschwitz nie będzie w Polsce i że nikogo z Polski na nich nie będzie to klęska wizerunkowa i polityczna. Żadna Polska Fundacja Narodowa nie da rady zamknąć ust obserwatorom, którzy z tej nieobecności wyciągną konkretne wnioski i opowiedzą je na całym świecie. Nieobecni nie mają racji!

 

Jak zostać celebrytą?

Dziewczynki chcą być najczęściej aktorkami i lekarkami, chłopcy – strażakami, oficerami, piłkarzami i policjantami. Te dziecięce marzenia kończą się w wieku maturalnym i są zastępowane bardziej racjonalnymi planami dalszego życia. Ale u wielu osób pozostaje trwałe podłoże tych marzeń – być sławnym a przynajmniej znanym dlatego, że coś robię lepiej niż inni, albo staję się celebrytą bez konkretnej przyczyny, czasem przez przypadek, który pozwolił mi wejść do świadomości publicznej. Bo przecież – jak mówią – „celebryta to człowiek znany z tego, że jest znany”.

Od czasów młodości obserwuję międzypartyjną i wewnątrzpartyjną walkę o popularność w środowisku polityków.

Zalety popularności

Trudno się dziwić, bo ich aktywność w świadomości społecznej mierzona jest rzadko faktycznymi osiągnięciami, a częściej liczbą wystąpień w telewizji i radiu, oraz na portalach internetowych Stąd ciągłe „parcie na szkło” i publikowanie w Internecie poglądów, ocen i polemik możliwie zaskakujących, kontrowersyjnych, wywołujących powszechną aprobatę, albo znaczący skandal. Czasem bezdennie głupich. Ale to nie szkodzi, bo wiadomo, że jest lepiej, jak o nas mówią dobrze, a gorzej, jak mówią źle. Ale najgorzej jest wtedy, kiedy w ogóle o nas nie mówią.

Wichry unoszą śmieci

W tych sferach współczesnej, politycznej arystokracji nic mnie już nie dziwi. Ale w ostatnich miesiącach dostrzegam ożywienie walki o popularność wśród ludzi, którzy nie są politykami i dotychczas zadawalali się rolą „siły roboczej’ i konsumentów napędzających naszą gospodarkę. Co więcej – byli zwolennikami RODO i denerwowali się, kiedy ktoś publicznie wymieniał ich nazwisko, lub próbował zaliczać do zwolenników lub przeciwników czegoś lub kogoś.
Kiedy wieją wichry rewolucji to – podobno – pierwsze podnoszą się lekkie przedmioty, a więc także śmieci. U nas wichrów nie widzę, ale lekki wiaterek „dobrych zmian” i perspektywy nasilenia „zamordyzmu”, jako systemu rządzenia powodują, że uaktywniają się ludzie o niezaspokojonych ambicjach, żądni kariery lub chociażby krótkotrwałej sławy. To nie tylko zaspakaja ambicje, ale może też ułatwiać życie. Jak nasza twarz jest już znana, to ekspedientki w sklepach stają się bardziej uprzejme, recepcjonistki w przychodni skracają nam kolejki, banki łatwiej udzielają nam kredytów, poważne firmy proponują odpłatny udział w telewizyjnych reklamach. No i wzrasta nam powodzenie u osób przeciwnej płci.

Mamy uznane sukcesy

Są trzy drogi do osiągnięcia tego celu. Pierwsza, moralnie poprawna, ale najtrudniejsza – zrobić coś bezdyskusyjnie wartościowego, powiedzieć, napisać lub skomponować coś, co znajdzie powszechne uznanie, dobrze zagrać poważną rolę w filmie (teatr nie wystarcza. Bo za mało widzów), osiągnąć rewelacyjny wynik sportowy. Dostać za to np. nagrodę Nobla, albo medal olimpijski, lub doczekać się chociażby masowych pochwał krytyków. Mało znany polityk lub w ogóle nieznany obywatel z politycznymi ambicjami może także pójść tą drogą. Jeśli będzie bardziej wyrazisty od innych – to go zauważą, poproszą o wywiad, włączą do telewizyjnej dyskusji, zaproszą na przyjęcie, na którym będzie mógł poznać wielu wpływowych ludzi.
Druga droga osiągania pozycji celebryty polega na zrobieniu czegoś zaskakująco nietypowego, opublikowaniu kontrowersyjnego tekstu, publicznym obrażaniu kogoś znanego, wzięciu aktywnego i zauważalnego udziału w zebraniu, akcji, czy „imprezie” organizowanej przez potępiane środowiska. Stęsknione za sensacją środki masowego przekazu także i wtedy okażą swoje zainteresowanie i stworzą okazje do zadawania pytań w rodzaju – „czy naprawdę uważa Pan Xińskiego za odszczepieńca, łajdaka i antypatriotę?”. Czy podziela pan poglądy organizacji XYZ? Jeśli będziemy umiejętnie ciągnąć ten wątek, oskarżać i obrażać następne osoby związane z celem naszego ataku – tym większe mamy szanse na zdobycie i utrwalenie pozycji celebryty.

Na pijawkę

Trzecia droga jest najłatwiejsza, ale jednocześnie najbardziej niemoralna. Przypomina działanie pijawki – przyssanie się do innej osoby i wypijanie z niej smakowitej krwi. Jeśli kogoś awansują zwłaszcza z „wrogiego” obozu politycznego, lub jeśli wszystko wskazuje na to, że szykowany jest taki awans, jeśli znany aktor, reżyser czy naukowiec ma być jeszcze bardziej znany – usiądźmy wygodnie w domowym fotelu i pogrzebmy w naszej pamięci. Może był zamierzchły czas, w którym z tą osobą mieliśmy kontakt? Może powiedział nam coś „nieostrożnego” lub złośliwego o tych, którzy obecnie są trzonem aktualnej władzy? Jeśli jest odmiennej płci, to może coś między nami iskrzyło, my próbowaliśmy uwodzić, albo nas uwodzono? Może coś mówił o łapówkach, albo sam je brał lub dawał? A może chociaż dobrze znamy osobę, która miała z nim (czy z nią) takie przeżycia i możemy się na nią powołać, bez jej sprzeciwu?

Łagodnie molestowani

Bardzo często coś możemy sobie przypomnieć. W luźnych rozmowach z „ważnymi osobami”, dziennikarzami, amatorskimi „sygnalizatorami”, czyli donosicielami, możemy wówczas błysnąć stosownym opowiadaniem, zastrzegając się, że dokładnie tych zdarzeń nie pamiętamy. Ale – przykładowo – pamiętamy, że trzydzieści lat temu byliśmy łagodnie molestowani przez pana Ygresińskiego, który nie tylko dwuznacznie głaskał nas po ramieniu. Chwalił się także, że ludzie zostawiają mu pieniądze na jakieś dobroczynne lub inwestycyjne cele mimo, że o to nie prosi. Ale nie wiadomo, czy otrzymane datki rzeczywiście były wykorzystywane na te cele, czy też zaspakajały jego rozbuchane potrzeby. A pani Q… – ta znana aktorka – piętnaście lat temu była na urlopie w Tajlandii i mieszkała w tym samym hotelu. Strach powiedzieć, co ona tam wyprawiała! I to wieloosobowo!!
Jeśli nasze opowiadania będą ciekawe, to media na pewno się nimi zainteresują. A my mamy wtedy dwa wyjścia. Albo idziemy na całość, pokazujemy twarz, coś na ten temat piszemy, podgrzewamy atmosferę i szybko stajemy się celebrytą. Albo zachowujemy tajemniczość, w nagraniach rozmów domagamy się zmiany głosu, zamazywania twarzy i sylwetki. Wtedy dochodzenie do celu trwa dłużej i wymaga sterowanych „przecieków”, ale możemy uniknąć bezpośrednich kontrataków i kłopotliwych spraw sądowych.

Motywacja

Te trzy drogi pozwalające na osiągnięcie pozycji celebryty właściwie były dostępne i wykorzystywane „od zawsze”. Napisałem ten felietonik nie dlatego, żeby je na nowo odkrywać. Zaniepokoiła mnie zmiana proporcji. W ostatnich latach wyraźną przewagę osiągnęła trzecia droga, – czyli masowe ujawnianie się pijawek, prawdziwych lub fałszywych „świadków historii”, którzy po wielu latach czują się niecnie wykorzystani przez znanych polityków, aktorów, lekarzy i sportowców. – a więc także celebrytów, ale o dawno utrwalonej pozycji. Szczególnie zagrożeni są tacy, którzy tą pozycję poprawiają.

Trzy pieczenie

Zastanawiam się, jakie są przyczyny tego wzrostu zainteresowania „karierą” celebryty. To chyba zazdrość, która w bogacącym się społeczeństwie staje się ważniejsza i bardziej mobilizująca. Ale drugą przyczyną jest też polityka, chęć zatrzymania kariery konkretnego „wroga”, albo przynamniej permanentne psucie mu opinii. Nawet jak nic nie jest prawdą – coś jednak przylgnie, coś ludzie będą powtarzać, ktoś będzie miał wątpliwości. Możemy nawet ożywić prokuraturę. Upieczemy trzy pieczenie na jednym ogniu – sami wejdziemy na ścieżkę prowadzącą do zostania celebrytą, zyskamy uznanie w naszym środowisku politycznym i przyczynimy się do osłabienia konkurencji. Może nas docenią i zaproponują jakieś wysoko płatne zajęcie? Najlepiej takie, z którego trudno nas będzie zwolnić.

„Niewątpliwie historyczna wizyta”

„Pozdrawiam wszystkich tu obecnych Rodaków, towarzyszących Panu generałowi Jaruzelskiemu, w tej niewątpliwie historycznej wizycie”…

Te słowa Papieża Jana Pawła II obiegły cały świat, powtarzane w setkach nagłówków i doniesień prasowych. Stanowią najkrótszą, a zarazem najbardziej miarodajną ocenę pierwszej wizyty gen. Wojciecha Jaruzelskiego w Watykanie.
Generał z delegacją przybył do Watykanu krótko przed godz. 11.00, we wtorek 13 stycznia 1987r. Dostojnych gości powitał prefekt Domu Papieskiego, bp Dino Monduzi. Przy drzwiach biblioteki, Gość słowami -„serdecznie pozdrawiam Waszą Świątobliwość”- wita Papieża, który odpowiada – „serdecznie witam” i zaprasza na rozmowę w cztery oczy.

Potrzeba czasu „aż gorące głowy ochłoną”

Sympatyczna wymiana osobistych wrażeń, sprawiła dobry nastrój do rozmowy o szeroko rozumianych sprawach polskich i bezpieczeństwa europejskiego – podobnie jak w 1983 r. Generał przedstawił Gospodarzowi ocenę sytuacji wewnętrznej po stanie wojennym. Zwrócił uwagę na ogólną – choć jeszcze nie zadowalającą – poprawę sytuacji gospodarczej i nastrojów społecznych. Zasadniczy wpływ miała tu współpraca z krajami RWPG, głównie w zakresie dostaw surowców, powolny wzrost wymiany handlowej z Zachodem (lata 1985-86), „poluzowanie” sankcji i istotne osłabienie siły strajków, które są „jaskółką” na poprawę nastrojów.
Skutkowało to poprawą zaopatrzenia rynku żywności i artykułów pierwszej potrzeby. Widoczna jest ostrożna poprawa społecznej atmosfery po amnestii (lipiec 1986), która objęła wszystkich więźniów politycznych. Zauważalne jest obniżenie się „temperatury” wrogości, nawet zapiekłości, „lekki” wzrost poziomu zaufania społecznego. Papież każdą informację, iż „coś poprawiło się na lepsze” przyjmował z nie skrywaną radością. Interesowały Go szanse powodzenia misji Rady Konsultacyjnej (inauguracyjne posiedzenie odbyło się 6 grudnia 1986 r.).
Generał podziękował za osobiste i Kościoła wsparcie dla tej inicjatywy, wiąże z nią duże nadzieje. Zaś Papież kolejny raz okazał wyraźne zadowolenie z postępującej normalizacji w kraju, wyraził władzom uznanie. Generał powiedział, że „uczyni wszystko, ale wymaga to czasu aż zbyt gorące głowy ochłoną”.
Na twarzy Papieża widział zatroskanie, gdy mówił o zmęczeniu ludzi w kolejkach, okresowym pogarszaniu się dostaw zaopatrzenia, a władza wciąż nie może się z tym uporać. Dokucza też brak materiałów budowlanych, hamując zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych.

„Nagrody” za restrykcje

Tu zatrzymam Państwa uwagę w sprawie sankcji. Generał podziękował Papieżowi za pomoc w zniesieniu przez Zachód restrykcji gospodarczych, co nastąpiło w lutym 1987 r.( wiedział to wcześniej ze źródeł dyplomatycznych). Generał prosił o to 4 lata temu podczas rozmowy z Papieżem w Belwederze i na Wawelu. Wiadomo – Papież nie pomijał żadnej okazji by zachodnim politykom i dyplomatom przypominać o dolegliwościach tych sankcji. Wiedział, że polską gospodarkę wpisano w polityczną walkę ze Wschodem.
Rodakom warto przypomnieć, iż głównym inicjatorem i orędownikiem sankcji był Ronald Reagan. Ogłosił je publicznie 23 grudnia 1981 r. (10 dni po wprowadzeniu stanu wojennego), gdy wiedział, był pewien, że wojska Układu Warszawskiego nie wejdą do Polski. Uczynił z tego publiczną ceremonię, podczas której płakał „rzewnymi łzami” i śpiewał „żeby Polska była Polską”.
Jakby nie rozumiał, że sankcje uderzając w naszą gospodarkę, przede wszystkim odczują – poprzez braki żywności, tzw. artykułów pierwszej potrzeby – miliony Polaków, wśród nich członków Solidarności, których podobno chciał chronić (trzeba było zabić ok. 15 mln. kurcząt z braku paszy z USA. Fakt ten jest nazywany „wymysłem propagandy”, zapomniany, gdyż obrzydzałby nam „dobroć” USA). Czyżby wierzył, że tą decyzją „ukarze” ZSRR i polskie władze? To władza prosiła, niemal żebrała w ZSRR i krajach RWPG o dostawy deficytowych artykułów, by Polacy bez zmarłych z zimna i głodu, choć cierpiących inne dolegliwości – przeżyli „byle do wiosny”. Profesor Richard Pipes, współpracownik Prezydenta Ronalda Reagana, w wywiadzie pt.: „Stan wojenny w Białym Domu”, udzielonym „Rzeczpospolitej” (14-15 grudzień 2002 r.) na pytanie: „Jakie były reakcje Europy Zachodniej na kurs Waszyngtonu wobec Polski stanu wojennego?” odpowiada: „Musieliśmy toczyć z nimi walkę, aby zaakceptowali nasz kierunek. W większości nasi europejscy sojusznicy byli zadowoleni z tego co stało się w Polsce (zwracam na to szczególną uwagę – G.Z).
Niemcy byli zdania, że stan wojenny to wewnętrzna sprawa Polski. Bali się, że wybuchnie tam jakiś konflikt zbrojny i Rosjanie będą zmuszeni wkroczyć, a wtedy nie wiadomo, co może się stać. Im zatem nie było bardzo nieprzyjemnie, że w Polsce jest stan wojenny. Mieliśmy z nimi problemy. Niemców wspierał u nas Departament Stanu. (zwracam na to szczególną uwagę-G.Z). Ostatecznie, na szczęście był w Białym Domu Ronald Reagan”. To „amerykańskie szczęście” kosztowało Polskę i Polaków – do 22 lipca 1983 roku (data zniesienia stanu wojennego) „tylko” 13 miliardów dolarów!
Za takie „dobrodziejstwo” nowa władza uhonorowała Reagana najwyższymi orderami. Pomnik przed ambasadą USA w Warszawie, zainicjował b. szef klubu CWKS Legia, prezes fundacji im. Reagana, a odsłonił Lech Wałęsa 21.11.2011 r. I jeszcze dwie ciekawostki. Pierwsza – Ronald Reagan 7 czerwca 1982 r. złożył Papieżowi wizytę (upamiętnia park jego imienia oraz pomnik z Papieżem w Gdańsku).
Zaoferował nam pomoc żywnościową, drogą charytatywną. Papież podziękował i nie omieszkał przypomnieć o konieczności ulżenia doli wszystkich Polaków. Natomiast odrzucił możliwość dotacji dla podziemnej Solidarności kanałami watykańskimi, informując, że ma stały kontakt z rodakami. Druga – we wrześniu 1990 r. Ronald Reagan przyjechał do Polski. Spotkał się z Generałem, wtedy Prezydentem RP.
Był zadowolony ze spotkania. Na schodach Belwederu w geście „sportowego zwycięstwa” podniósł ramię Generała i rozłożył swoje palce w kształcie V, co TVP pokazała w serwisie informacyjnym (ten news nie jest dostępny). Miał podobno powiedzieć -„Myliliśmy się w ocenie pańskiej osoby” (twierdził Wiesław Górnicki, inni wątpią w to tłumaczenie, a Generał -„nie będę chełpił się takim pochlebstwem”).

„Może tym razem się uda”

Wracam do głównego wątku. Przy widocznym wzroście aktywności pracowniczej i związkowej (OPZZ liczył w 1986 r. ok. 6 mln. członków, w tym ponad połowę ludzi z Solidarności) – Generał zwrócił uwagę na obawy władzy i ostrzeżenia sąsiadów przed jej legalizacją, a stąd i „rywalizacji związkowej” w zakładach pracy i powrotem do sytuacji z lat 1980-81.
Papież słuchał tego z wyraźnym zatroskaniem („sprawa Solidarności zawsze leżała Mu na sercu”- pamięta Generał). W pewnym momencie powiedział – „Dla mnie delegalizacja Solidarności jest boleśniejsza, niż wprowadzenie stanu wojennego. Bowiem nie ma prawdziwej demokracji, bez wolnych i silnych związków zawodowych”. Generał przyznał rację, przypomniał też ówczesną sytuację i zapytał -„Co stałoby się w kraju, gdyby rozhuśtała się ulica?” Analizy radzieckie na długo przed 13 grudnia wskazywały, że w ulicznych starciach oraz porachunkach może zginąć ok. pół miliona Polaków.
Powtórzył, że za stan wojenny odpowiedzialność będzie dźwigał do końca życia, że wielu ludzi stanie przeciwko, ale w sytuacji Polski w 1981 roku, nigdy nie postąpiłby inaczej.
Obaj rozmówcy zauważyli, iż obecny czas pozwala inaczej spojrzeć na Związek. Ostatnio (1986 r.) – choć były różne próby i zachęty, ze strony władzy wciąż są podejmowane – mówił Generał, pojawiły się „śladowe” sygnały od osób z opozycji, bliskich Kościołowi.
Zgodnie doszli do wniosku o potrzebie zbudowania szerokiej platformy z udziałem realistycznie myślącej opozycji i władzy, przy wsparciu Kościoła. Papież z westchnieniem nadziei powiedział – „Czego nie udało się osiągnąć wtedy, może tym razem się uda” (tę reakcję Papieża Generał dobrze pamięta. Uznaje za „zaczyn myśli” o Okrągłym Stole, jako szansy rozmów, z mediacyjną pomocą Kościoła).
Na słowa Papieża odpowiedział-„Nikt z nas nie jest bez winy. Nie dojrzeliśmy wówczas do historycznego kompromisu. Inna rzecz, czy w tamtych realiach był on możliwy i wykonalny”. W tym momencie rozmowy, słowa te odnosiły się do fiaska Spotkania Trzech, które to z inspiracji Papieża wspierał i wspomagał Kościół. Nie znam dokumentów wskazujących o czym Papież myślał, gdy pomysł z Radą Porozumienia po Spotkaniu Trzech upadł.
Prawdopodobnie przyjął założenie, iż Generał, którego jeszcze osobiście nie znał – nie uczyni niczego, co byłoby sprzeczne z polską racją stanu. Inaczej mówiąc zaufał odpowiedzialności Generała. To absolutnie nie oznacza, że „z góry” aprobował stan wojenny, a szczególnie użycie siły. Może jedynie świadczyć, że w tamtej sytuacji – poza dialogiem, porozumieniem, które stawały się fikcją – nie widział logicznego wyjścia. To tylko domysł, choć oparty na kilku faktach, ale odpowiedź zna tylko Papież.
Dziś wiemy, że nigdy i nigdzie nie potępił Generała za stan wojenny, a wyrażał się ze zrozumieniem o koniecznościach władzy, wciąż apelując, by ludziom oszczędzać cierpienia. Widział i słyszał, iż te apele władza, osobiście Generał traktowały poważnie. Dowodzą tego fakty i oceny statystyczne dziedzin życia gospodarczego i społecznego. Podkreślę, za sytuację w kraju odpowiedzialna jest władza, każda władza! Ale zapytam – czy związki zawodowe, nie poczuwają się do takiej współodpowiedzialności? Może wiedzą Państwo, co Solidarność po 1980 roku zrobiła dla ulżenia ludziom pracy – poza żądaniami i strajkami? Czy to nie skłania do refleksji, nie zobowiązuje nas – ludzi myślących do obiektywnej oceny dziś i na jutro?

„Opatrzność zesłała Gorbaczowa”

Gospodarz i Gość, na polskie sprawy patrzyli przez pryzmat głasnosti i pierestrojki, oceniali jej szanse powodzenia i zagrożenia. Wymienili też poglądy na kilka kwestii bezpieczeństwa europejskiego. Papież „dociekliwie wypytywał o Michaiła Gorbaczowa. Uważał go za postać innego wymiaru, niż stara kadra radzieckich decydentów.
Twierdził, że Gorbaczow może dużo zmienić w swoim kraju, co będzie miało przełożenie na Polskę i świat”. Powiedział wprost-„Opatrzność zesłała nam Gorbaczowa, oby tylko nie ukręcili mu głowy”. Nawiasem mówiąc, w latach 80 i 90. Papież kilka razy spotkał się z Michaiłem Gorbaczowem. W toku jednego z nich stwierdził, iż stan wojenny był „słuszną decyzją” (miał ku temu podstawy wynikające z osobistej oceny różnych źródeł o sytuacji społeczno – gospodarczej i militarnej, nie wykluczając pochodzenia wywiadowczego).
Ocena ta – co oczywiste – do Generała dotarła, była znana najbliższym współpracownikom. Michaił Gorbaczow powtórzył ją podczas rozmowy – filmu pt. „Gorbaczow”. Jeden z hierarchów kościelnych, bliski współpracownik (z grzeczności pominę jego nazwisko) uznał że Gorbaczow kłamał, a reżyserka Ewa Ewart powiela kłamstwa. Pytana o wiarygodność oświadczyła-„Gorbaczow i Papież rozmawiali o sprawach Polski. To była istotna wypowiedź, dotycząca tematu, który żywo nas obchodzi i dzieli. Dlaczego nie miałam zacytować Gorbaczowa, jeśli mi to powiedział?” Księdza „przy tej rozmowie nie było”, a opierał się na pamięci osób przygotowujących papieskie spotkania („Rozmowa miesiąca”, Press, 12/2015).

„Historyczna wizyta”

Drugą część wizyty-spotkanie z delegacją- rozpoczął Generał, przedstawiając Córkę Monikę, do której Papież mówi – „a polonistka, ja też byłem polonistą” oraz towarzyszące osoby: Józefa Czyrka- Przewodniczącego Sejmowej Komisji ds. Zagranicznych, Mariana Orzechowskiego – Ministra Spraw Zagranicznych, Zbigniewa Szałajdę – Wiceprezesa Rady Ministrów, Witolda Lipskiego – Członka Rady Państwa, prof. Aleksandra Krawczuka – Ministra Kultury i Sztuki, prof. Adama Łopatkę – Kierownika Urzędu ds. Wyznań, Jerzego Kuberskiego-MinistraPełnomocnego, Kierownika Zespołu ds. Stałych Kontaktów Roboczych.
Uśmiechnięty Papież serdecznie wita się ze wszystkimi, rozmawia i wręcza różańce. Generał prowadzi Papieża do sztalugi i prosi o przyjęcie obrazu. Wpatrując się w pejzaż, Papież rozpoznaje uliczkę i dom, w którym się urodził oraz fragment kościoła. „Malarz nieco wyidealizował obraz Wadowic”- mówi. Drugi upominek Generała, to album płyt z ostatniego Konkursu Chopinowskiego.
Papież serdecznie dziękuje, wręcza Generałowi dwa albumy barwnych zdjęć, odnowionych fresków Kaplicy Sykstyńskiej, żartobliwie zauważając, że „Michał Anioł nie był Japończykiem” (ci specjaliści odnawiali to dzieło).
„I proszę jeszcze o przyjęcie tych medali” – wszyscy otrzymują tryptyk medali pontyfikatu w złocie, srebrze i brązie. W Sali Konsystorskiej Papież wita się z pozostałymi uczestnikami wizyty i krótko przemawia – „Pozdrawiam wszystkich tu obecnych Rodaków, towarzyszących Panu generałowi Jaruzelskiemu, w tej niewątpliwie historycznej wizycie. Dziękuję za obecność i ponieważ znajdujemy się jeszcze na początku nowego roku, chcę życzyć wszystkiego dobrego, jak to się mówi gdzie niegdzie w Polsce, Dosiego Roku. I wszystkim, a w szczególności, oczywiście Przewodniczącemu Rady Państwa, Panu Generałowi, życzę tego, aby ta wizyta wydała tak bardzo upragnione owoce dla Polski i dla Europy”. Następuje czas wzajemnie serdecznych podziękowań i pożegnań.

„Znalazłem zrozumienie”

Generał z najbliższymi współpracownikami udał się na 40 min. spotkanie z Sekretarzem Stanu Stolicy Apostolskiej, kardynałem Agostino Casaroli, po czym zwiedził z delegacją muzea watykańskie, Bazylikę oraz grób św. Piotra. Spotkał się z kardynałem Andrzejem Marią Deskurem, który wówczas był doradcą Papieża, a w latach 60. czynił starania o ustanowienie polskich diecezji na Ziemiach Zachodnich. Tuż przed wyjazdem, Generał udzielił wywiadu francuskiemu dziennikarzowi, polskiego pochodzenia -„Jestem zadowolony z każdego spotkania z Jego Świątobliwością. To spotkanie jest dla mnie szczególnie ważne, ponieważ dokonuje się w Watykanie, ponieważ następuje obecnie i przed wizytą Jego Świątobliwości w Polsce”. Na dodatkowe pytanie – czy Generał znalazł zrozumienie u Papieża dla podnoszonych spraw, zauważył, że wyrażenie takiej opinii należy do samego Papieża – „Ja sądzę, że znalazłem Jego zrozumienie”. O trafności przekonania Generała, zaświadcza wizyta Papieża w czerwcu i szereg faktów w następnych latach, aż do odejścia z urzędu prezydenta RP.
Można tu wymienić wsparcie Papieża i Kościoła dla procesu Okrągłego Stołu, dla ostatecznego uregulowania kwestii zachodniej granicy Polski, osobiste zaangażowanie Papieża na rzecz nawiązania stosunków dyplomatycznych między obydwoma państwami, wyboru Generała na Urząd Prezydenta oraz niezwykle wymowne – tuż przed zmianą nazwy państwa – złożenie listów uwierzytelniających przez Nuncjusza Apostolskiego, abp Józefa Kowalczyka.
Osobną rangę miały spotkania Papieża z Generałem, gdy odszedł z czynnego życia publicznego. W 1991 r. – podczas kolejnej pielgrzymki – Papież złamał jej harmonogram i spotkał się prywatnie z Generałem, a dwa lata później na prywatnej audiencji w Watykanie. Szczególną wymowę miało spotkanie w Watykanie w listopadzie 2001 r., tj. w przededniu 20 rocznicy stanu wojennego. (Generał wspomina o nich w kilku książkach, w wywiadzie dla Krzysztofa Tadeja (książka „Jan Paweł II…”).
Wizytę w Republice Włoskiej i w Watykanie, Generał szeroko omówił na konferencji prasowej, z udziałem ponad 200 dziennikarzy redakcji włoskich i zagranicznych.
Odpowiadając na liczne pytania, m.in. stwierdził: „Oczekiwałem na tę wizytę z ogromnym zainteresowaniem. Z należną uwagą śledzimy aktywną, niestrudzoną działalność Jego Świątobliwości Jana Pawła II w obronie pokoju. My w Polsce, nie muszę tego w tym gronie szerzej uzasadniać, przywiązujemy wielką wagę do tej działalności Papieża – Polaka. Rozmowa, którą miałem z Papieżem, wywarła na mnie głębokie wrażenie. Byliśmy w pełni zgodni co do konieczności inicjatyw ogólnoeuropejskich i wysiłków służących odprężeniu, służących pokojowi w Europie i na świecie… Moje spotkanie z Jego Świątobliwością Janem Pawłem II, było kontynuacją dialogu, osobistego kontaktu zapoczątkowanego w 1983 roku.
W sumie uważam moją wizytę w Watykanie za niezmiernie ważną. Potwierdziłem – tym razem osobiście – przekazane uprzednio na piśmie zaproszenie Jego Świątobliwości do złożenia wizyty w Polsce. Spodziewamy się Papieża w Ojczystym Kraju w czerwcu tego roku”.

„Analiza problemów społeczeństwa”

O tej wizycie prasa pisała: „Jedno z najdłuższych spotkań Papieża, ze świeckim politykiem” (Reuter, Associated Press), „Najdłuższe, jak pamięć ludzka sięga, spotkanie Papieża z przywódcą politycznym” (New York Times), „Było to długie spotkanie, wręcz posiedzenie robocze, jeśli zauważyć, że Jaruzelski i Papież nie potrzebowali tłumacza… Spotkanie jest pozytywnym sygnałem” (Corierre della Sera), „Wczorajsze spotkanie otworzyło nową fazę w stosunkach między Państwem a Kościołem, w której nastąpi rozszerzenie współpracy w interesie kraju” (L’ Unita).
Odczytany komunikat prasowy Stolicy Apostolskiej informował: „Zapowiedziana audiencja Ojca Świętego dla Generała Wojciecha Jaruzelskiego, Przewodniczącego Rady Państwa PRL, odbyła się w prywatnej bibliotece Papieża i trwała 70 minut. Rozmowa była poważna, otwarta, pogłębiona i pozwoliła na analizę problemów społeczeństwa polskiego, stosunków między Kościołem a rządem w Polsce i kwestii dotyczących pokoju międzynarodowego”.

„Pozdrówcie Pana Generała”

13 grudnia 1989 r. Papież Jan Paweł II przyjął na audiencji prywatnej prof. Bohdana Suchodolskiego (przewodniczący Narodowej Rady Kultury). W tej wizycie, towarzyszący Profesorowi Rafał Skąpski (przyjaciel Profesora i sekretarz Rady), zapamiętał taki fakt: „Z Sali, w której toczyła się rozmowa, po pożegnaniu się z nami, pierwszy wychodził Papież. W drzwiach odwrócił się do nas, uśmiechnął się, uniósł dłoń i głośno powiedział A nie zapomnijcie pozdrowić Pana Generała”(Zdanie, nr 1-2 z 2014)
Na zakończenie takie ciekawostki. Czas jej trwania – 70 minut. Z żadnym politykiem Papież tak długo nie rozmawiał. Generał jest pierwszym przywódcą z bloku wschodniego, który przekroczył progi Stolicy Apostolskiej, witany z najwyższymi honorami. Za Papieża przyzwoleniem wizyta była rekordowo długa.
Obejmowała-obok oficjalnego spotkania, zwiedzanie bazyliki, w tym grobu św. Piotra, muzeum i ogrodów watykańskich. Poprzedni rekord czasu należał do króla Hiszpanii, Alfonsa XIII, w 1912 r. Papież Pius X specjalnie go podejmował przez 3 godz. 12 min. Nowy, „polski rekord” wynosi 3 godz. i 45 min.
Dlaczego wizytę okrywa „całun” milczenia – co Państwo Czytelnicy o tym myślicie? A może w 33 rocznicę („wiek Chrystusowy” – będzie inaczej, proszę zwrócić uwagę!)