Historia ludzkości to historia kryzysów

-W latach siedemdziesiątych pojawił się kryzys, którego jednym z objawów była inflacji i przełamywanie go klasycznymi, keynesowskimi metodami, czyli dodrukowywaniem pieniędzy byłoby gaszeniem pożaru benzyną. Wtedy to nastąpił historyczny zwrot ku monetaryzmowi czyli doktrynie ekonomicznej, która inflację uważa za wroga numer jeden i na pierwszym planie stawia stabilność gospodarki – z prof. Wojciechem Morawskim, kierownikiem Katedry Historii Gospodarczej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Ludzkość żyje od kryzysu do kryzysu. Czy współczesne kryzysy ekonomiczne w świecie i inne kryzysy na przestrzeni XX stulecia, począwszy od 1929 roku poprzez kryzys naftowy roku 1973 aż po pierwsze kryzysy XXI wieku, są typowe dla nowoczesnej gospodarki, czy też występowały we wcześniejszych epokach?
Bliżsi prawdy będziemy jeśli sięgniemy dwustu lat wstecz, bo na pewno takie zjawisko występowało już w XIX wieku. Wtedy cykl koniunkturalny był nawet bardziej regularny niż dziś i kryzysy powtarzały się co osiem-dwanaście lat i więcej, z tym że były płytsze niż dwudziestowieczne. Te zdarzały się rzadziej, ale były bardziej „gruntowne” – wielki kryzys lat trzydziestych jak i kryzysy naftowe lat siedemdziesiątych. Obecny kryzys jest porównywalny, choć jeszcze nie znamy wszystkich jego konsekwencji. Poznamy je jednak, a będą one głębokie.
Na czym polegały kryzysy ekonomiczne w czasach dla nas zamierzchłych, n.p. w XIV czy XVI wieku?
W XVI czy XVII wieku kryzysy dotyczyły sfery finansów i nie przekładały się na realne życie ekonomiczne, n.p. na spadek produkcji. W tamtych wiekach było ich kilka, a przyczyną zazwyczaj bankructwo najpotężniejszego wtedy kraju w Europie czyli Hiszpanii. Ta ogłaszała, że nie jest w stanie w pełni wywiązać się ze zobowiązań, jej wierzyciele musieli ogłosić to samo i taki łańcuszek ogarniał cała Europę. W XVII wieku mamy tez po raz pierwszy do czynienia ze zjawiskiem spekulacji. Zaczęło się Holandii, a spekulowano cebulkami tulipana. Była to tzw. tulipanomania lat 1636-37. Do niebywałych rozmiarów rozdęto ceny cebulek tulipana, ludzie tracili głowy, sprzedawali domy, że by kupić cebulki i na nich zarobić. I ta bańka w pewnym momencie pękła powodując masowe bankructwa. Podobne zdarzyły się w wieku.
Jaką nowa jakość przyniósł pod tym względem wiek XIX?
Ona się wiązała z rozwojem uprzemysłowienia w świecie rozwiniętym. Detonatorem, jak dawniej były kryzysy finansów, ale tym razem zaczęły się przekładać na spadek produkcji, na poziom bezrobocia itd. Związek między spekulacjami a realną gospodarką zacieśnił się.
Kiedy wydarzył się pierwszy kryzys ekonomiczny w dziejach ludzkości?
To zależy od tego, jak zdefiniujemy to pojęcie. Jeśli mówimy kryzysie nadprodukcji i następującego po niej spadku produkcji, to taki po raz pierwszy wystąpił w Anglii w 1825 roku. Natomiast kryzysy polegające na ogólnym załamaniu gospodarczym zdarzały się dużo wcześniej i były ściśle związane ze zjawiskami naturalnymi, n.p. klęskami żywiołowymi, zmianami klimatu, epidemiami. Taka przetoczyła się przez Europę w połowie wieku XIV i nazwano ja „czarna śmiercią”. Liczba ludności Europy spadła wtedy prawie o połowę.
Kiedy zwykli ludzie myślą o kryzysach, to budzą się w nich lęki podstawowe, przed nędzą, nawet głodem?
Nie zawsze takie były reperkusje, ale nawet w wieku XVII, kiedy nie było jeszcze związku miedzy kryzysami finansowymi a realną gospodarką, zdawano sobie sprawę, że jest takie niebezpieczeństwo. Kiedy w XVII wieku ruszyła giełda w Amsterdamie, ówczesnym centrum finansów europejskich, tam gdzie spekulowano cebulkami tulipana, to powstała tam lista towarów, którymi nie wolno spekulować, bezpośredni związanych w poziomem życia ludzi ubogich. Na tej liście były kasza, groch, zboża itp. W konsekwencji ludzie biedniejsi byli mniej zagrożeni.
Z podręczników szkolnych do historii pamiętamy słynną rycinę XVIII-wieczną, przedstawiającą tłum przed zbankrutowanym bankiem Johna Lawa w Paryżu przy ulicy Quincampoix. Na czym polegał szczególny charakter tego zdarzenia?
Wyjątkowość tego kryzysu polegała na jego związku z ówczesną nowością – z papierowymi pieniędzmi. Pojawił się pomysł, że można emitować banknoty, a zaraz po tym pomysł, że pokrycie banknotów nie musi być stuprocentowe. Uznano, że jest bardzo mało prawdopodobne, żeby wszyscy posiadacze banknotów, które miały pokrycie w kruszcu, przyszli po niego równocześnie i dlatego można wydrukować trochę więcej banknotów niż kruszcu, ponad poziom pokrycia. A skoro ludzie wpadli na taką myśl, to od razu postanowili spróbować, jak daleko można posunąć się na tej drodze. No i znów bańka pękła.
Czyli doszło do pierwszej w dziejach inflacji?
Tak. Ona objęła, poza Francja, także Wielką Brytanię i Holandię. Holendrzy po sparzeniu się na cebulkach tulipana byli już ostrożni, choć nie całkiem uniknęli spekulacji. W Wielkiej Brytanii tamtejszy Bank Anglii przetrwał tę awanturę, więc tam nadal stosowano luźniejsza politykę pieniężną, „oliwiono” gospodarkę pieniędzmi. Natomiast Francuzi, gdzie było centrum tego kryzysu, bardzo wystrzegali się odtąd pieniądza papierowego, a ich gospodarka była deflacyjna, z drogim i rzadkim pieniądzem. Blokowało mechanizmy awansu społecznego, trudniej było się wzbogacić i awansować społecznie we Francji niż w Anglii i to było jedna z przyczyn wybuchu Wielkiej Rewolucji w 1789 roku.
Powróćmy do czasów nam bliższych czyli kryzysów wieku XX i XXI…
Dodać trzeba do nich także dwie wojny światowe, które przetasowały gospodarkę świata co najmniej równie intensywnie jak kryzysy.
Czyli wojny były szczególnymi formami kryzysu?
Tak, choć raczej należało by powiedzieć, że II wojna światowa wyniknęła w Wielkiego Kryzysu lat trzydziestych. Mieliśmy szczęście, że coś podobnego nie wyniknęło w latach siedemdziesiątych.
Co takiego stało się w ekonomii między rokiem 1929 a 1973, że w wyniku tego pierwszego w rozwiniętym świecie doszło do masowego bezrobocia, nagiej nędzy, nawet głodu, a 44 lata później już nie?
Trafnie pan podkreślił, że chodzi o świat rozwinięty, bo skutkiem kryzysu lat siedemdziesiątych był niesłychana pauperyzacja krajów trzeciego świata. Te, które nie miały ropy, straszliwie dostały we kość i trzeci świat od tamtego czasu istnieje w warunkach nędzy wbrew nadziejom z lat sześćdziesiątych, czasów dekolonizacji.
Czy kryzys objawiony bankructwem banku Lehman Brothers jesienią 2008 roku także już odbił się na trzecim świecie?
Odbił się też w Europie, co widzieliśmy choćby na przykładzie Grecji. W trzecim świecie bardzo gwałtownie rosną ceny żywności. Także n.p. wydarzenia w Tunezji w 2011 roku były prawdopodobnie rodzajem rewolucji głodowej. Prezydent Tunezji, licząc że się uratuje, obiecywał obniżki cen podstawowych artykułów żywnościowych.
Co robić? – że powtórzę słynne pytanie XIX-wiecznego rosyjskiego myśliciela Mikołaja Czernyszewskiego…
Kryzysy dwudziestowieczne i obecny, już XXI-wieczny, są na tyle rzadkie i głębokie, że radykalnie zmieniają cały sposób myślenia o ekonomii. Mają one ten walor, że oczyszczają życie ekonomiczne z różnych poronionych przedsięwzięć i sprzyjają rodzeniu się nowych pomysłów. Tradycyjna, XIX-wieczna ekonomia liberalna okazała się bezsilna wobec kryzysu lat trzydziestych. Pojawił się wtedy keynesizm, interwencjonizm państwowy, pomysły, by nakręcać koniunkturę inflacją, za pomocą wzmożonej emisji pieniądza. Ta zależność odwrotna bezrobocia i inflacji ujęta została w model krzywej Philipsa, czyli hiperboli pokazującej jak w miarę wzrostu inflacji maleje bezrobocie i na odwrót. W latach siedemdziesiątych pojawił się nowy rodzaj kryzysu, którego jednym z objawów była inflacja, podczas gdy poprzednio pojęcia kryzysu i inflacji wzajemnie wykluczały się.
Dlaczego?
Bo jeśli w klasycznym kryzysie była nadprodukcja, to ceny spadały i nie było inflacji, lecz deflacja. Tymczasem w latach siedemdziesiątych pojawił się kryzys, którego jednym z objawów była inflacji i przełamywanie go klasycznymi, keynesowskimi metodami, czyli dodrukowywaniem pieniędzy byłoby gaszeniem pożaru benzyną. Wtedy to nastąpił historyczny zwrot ku monetaryzmowi czyli doktrynie ekonomicznej, która inflację uważa za wroga numer jeden i na pierwszym planie stawia stabilność gospodarki.
No i ta doktryna też została ostro zakwestionowana…
Tak, choć nie wiem ku czemu to teraz pójdzie. Świat idei ekonomicznych nie jest dwubiegunowy. Dosłowne odgrzanie teraz idei Keynesa jest raczej niemożliwe, ale monetaryzm też się zużył.
Czy kryzysy są tym bardziej skomplikowane im bardziej skomplikowana jest ekonomia? Czy można sobie wyobrazić kryzys w gospodarce wymiennej, kiedy to wymieniano żywność na ubranie, czy opał na narzędzia?
Z tą komplikacją to jest przesada. Finansiści lubią przestawiać to, czym się zajmują jako bardzo skomplikowane, bo w ten sposób bronią się przed intruzami na własnym podwórku. Jednak z perspektyw czasu zawsze widać, że tam w kryzysach działało kilka prostych mechanizmów, a reszta to było bicie piany.
Bywa, że w kryzysach pojawiają się pogłoski, że kryzys został wywołany, sprowokowany celowo, w czyimś interesie. Czy to kompletna bzdura czy bywa coś na rzeczy?
Na pewno kryzysy nie są zjawiskami przyrodniczymi, więc sytuacje tworzą ludzie. Nie wyobrażam sobie jednak jakiegoś grona, które by wykombinowało zdetonowanie kryzysu, bo to jest jednak zbyt skomplikowane, by prosto tym pokierować. Jest raczej tak, że kierując się pazernością czynią różne nierozsądne rzeczy i suma tych nierozsądnych rzeczy powoduje kryzys. To nie jest zamierzony cel, tak wychodzi przy okazji. Bo po co by to mieli świadomie dążyć do kryzysu?
Żeby się na nim dorobić…
To może się udać w jakimś fragmencie, ale nie można zarobić na załamaniu się całej gospodarki.
Czy myślenie o świecie bez kryzysów jest kompletną utopią?
Jest. Taka myśl przyświecała marksistom. Gospodarka socjalistyczna to była taka gospodarka, w której kryzys nadprodukcji był niemożliwy, która będzie odporna na tego typu zagrożenia i ona była na nie odporną naprawdę, tyle że miała wszystkie możliwe, pozostałe wady.
Czyli nie da się zabezpieczyć ludzkości przed kryzysami?
Całkowicie nie, ale można myśleć nad systemami ostrzegania. Tyle że one są zawodne. W latach dwudziestych istniał barometr harwardzki ostrzegający przed nadchodzącymi kryzysami, ale z takimi wskaźnikami jest tak, że one są skuteczne jeśli ludzie nie zdają sobie sprawy, że one pełnią taką rolę. Gdy ludzie na nie patrzą, to te wskaźniki „wiedza, że ludzie na nie patrzą” i zaczynają się zachowywać pod publiczkę, podczas gdy rzeczywistość idzie swoją drogą.
Polska jak dotąd zniosła kilka kryzysów o 1989 roku dość dobrze. Czyja to wynik zasług rządów, czy relatywnie zamkniętego, prowincjonalnego charakteru naszej gospodarki?
Obecny kryzys jeszcze się na dobre nie zaczął i przypuszczam, że dojdzie do nas, ze sporą siłą. Istotnie, pewna toporność naszej gospodarki, jej relatywne zamknięcie, w tym akurat przypadku nam pomogły. Co z tego wyniknie, nie wiadomo. W 1936 roku wydawało się, że Wielki Kryzys już się skończył i nie przewidywano, że jego skutkiem będzie wojna. Nie ma co mądrzyć się na zapas.
Efektem kryzysu były dyskusje o tym, że na świecie potrzebny jest nowy ład gospodarczy i bardziej zrównoważony rozwój, mniej egoizmu i żądzy zysku. Menadżerowie obiecywali, że będą bardziej odpowiedzialni, i narzucą sobie różne ograniczenia. Nikt o tym chyba już nie pamięta? To były zaklęcia, które miały uspokoić opinię publiczną? Czy i czego nauczył nas dotychczasowe kryzysy?
W dużej mierze to była socjotechnika zaklęcia itd. co nie oznacza, że w swoim dobrze pojętym interesie menedżerowie nie muszą wyciągnąć wniosków z tego, co się stało. Kryzysy to nauka, ciężko przyswajana, ale postępująca. Ja jestem dobrej myśli.
Niektóre kryzysy pokazały, że wielkie prywatne imperia finansowe okazywały się bankrutami. Koło ratunkowe musiały rzucić rządy i państwa, które przejściowo nacjonalizowały banki i dawały pomoc koncernom przemysłowym. Czyli jednak w tym wypadku interwencjonizm wygrał z leseferyzmem?
Jak wspomniałem, państwa ratowały banki i koncerny, ale na ich wdzięczną wzajemność raczej nie mogą liczyć, więc to ewentualna przewaga interwencjonizmu państwowego nad leseferyzmem, temu pierwszemu w sferze finansów specjalnie nie zaowocowała.
Czy pewnego dnia na ulicach Warszawy nie powtórzą się sceny jak niegdyś z Aten?
Ja bym sobie to mógł wyobrazić.
Może Pan to sprecyzować?
Z punktu widzenia naszej sytuacji wewnętrznej takiego zagrożenia nie widzę, ale możemy oberwać rykoszetem z zewnątrz jeśli coś złego zacznie się dziać ze strefą euro. W latach siedemdziesiątych, kiedy był kryzys, to nas, bardziej odciętych od świata, kryzys ten mało dotyczył, a jeśli dotyczył, to u nas to jest nieszczęście szczególne, a oni marudzą, ale mają lepiej. Taki był nastrój, dziś już u nas zapomniany. W świecie zaś panował nastrój taki, jakby zawalił się świat i nie wiadomo jak z tego wyjść. Szybko okazało się, że droga wyjścia jest. I tym razem też się pojawi. Myślę, że za trzy lata będziemy mieli kryzys za sobą, choć na ostateczny bilans skutków będziemy czekać.
Dziękuję za rozmowę.

Literatura po 1989 roku na polskich szlakach

Problematyka drugiego tomu szkiców o nowej sytuacji literatury polskiej po 1989 roku skoncentrowana jest wokół pięciu generalnych tematów: rzeczywistości PRL, feminizmu i ruchów LGBT, dyskusji i konfliktu wokół sprawy Jedwabnego, dyskusji i konfliktu wokół katastrofy smoleńskiej oraz roli Kościoła katolickiego w Polsce.

W pierwszym kręgu, autorki (Anna Kowalska, Katarzyna-Nadana-Sokołowska, Anna Sobolewska) zajęły się literaturą (w jednym przypadku filmem dokumentalnym) poświęconą tematycznie PRL w aspekcie codzienności, społecznego awansu, konfliktów społeczno-politycznych, ale także postrzegania tego okresu przez pryzmat nostalgii i mitologizacji.
Krąg drugi szkiców dotyka literatury emancypacyjnej, problemów myśli feministycznej, tożsamości i praw kobiet (z prawem do aborcji na czele), tożsamości i praw mniejszości seksualnych, co pokazane jest poprzez analizę najważniejszych zjawisk literackich podejmujących te kwestie, począwszy od „Absolutnej amnezji” Izabeli Filipiak (1994), głośnej swego czasu powieści, która zapoczątkowała ten nurt.
Przedmiotem analizy w tym zakresie są też „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk, „Nigdy więcej” Katarzyny Grocholi, a nawet proza fantastyczna Andrzeja Sapkowskiego.
Analiza zagadnień związanych ze sprawą jedwabnego i, szerzej, relacji polsko-żydowskich skoncentrowana jest wokół gruntownych omówień (dokonanych przez Tomasza Żukowskiego i Katarzynę Chmielewską) takich tytułów, jak „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa, „My z Jedwabnego” Anny Bikont, „Nasza klasa” Tadeusza Słobodzianka, a także filmów: dokumentalnych „Sąsiadów” Agnieszki Arnold, „Idy” Pawła Pawlikowskiego, „Pokłosia” Władysława Pasikowskiego.
Katarzyna Buszkowska zajęła się zagadnieniem „pedagogiki wstydu” i „bitwy o pamięć”, która była wyrazem przeciwstawienia „pedagogice wstydu” pedagogiki „dumy narodowej”. Blok tekstów poświęconych obrazowi katastrofy smoleńskiej w aspektach językowych, symbolicznych, retorycznych zawiera analizy m.in. bydgoskiego widowiska teatralnego Pawła Wodzińskiego „Mickiewicz. Dziady. Performance”, w którym, rok po katastrofie, reżyser stworzył, w formie spektaklu żałoby, rozbudowaną metaforę fenomenu, który legł u podstaw zbudowania „religii smoleńskiej”.
Ten temat podjęła Katarzyna Buszkowska, a T. Żukowski, K. Nadana-Sokołowska, Zygmunt Ziątek, Anna Sobolewska, Anna Jakubas, Jerzy Zygmunt Szeja zajęli się analizą „prozy smoleńskiej”, zarówno tej apologetycznej wobec kultu smoleńskiego (n.p. „Oszołomy” Martyny Ochnik), jako i wobec niego krytycznej, jak „Wiwarium” Jarosława Kamińskiego, ale też problematyzującej zagadnienie, jak „Spotkałam kiedyś prawdziwego hipstera” Maryny Miklaszewskiej czy „Fausteria” Wojciecha Szydy. Autorzy przeanalizowali też prace (filmy i książki) o charakterze dokumentacyjnym ( w rozumieniu: dokumentowania opinii i poglądów), zarówno autorstwa dziennikarzy skrajnie zaangażowanych po stronie „kultu smoleńskiego” (Jan Pospieszalski, Ewa Stankiewicz), jak i problematyzujących i traktujących zjawisko w sposób obiektywizujący (n.p. Ewa Ewart czy Anna Ferens).
Zbiór kończy szkic Katarzyny Sokołowskiej-Nadanej, „Debata, której nie było. Kościół katolicki w Polsce”.
Autorka rozpoczyna tekst od podstawowych danych, także statystycznych, obrazujących sytuację Kościoła kat. w Polsce w roku 2017, pokazuje go jako podstawowe „wyobrażenie tożsamościowe”, jego strategię po roku 1956, stosunek do państwa liberalno-demokratycznego i relacje z lewicą, zawłaszczanie przez Kościół, przy wsparciu prawicy, sfery publicznej i omawia ten nurt literatury po 1989 roku, który odnosił się do szeroko rozumianych zagadnień roli, także kulturowo-obyczajowej, Kościoła katolickiego w Polsce, zarówno wobec niego aprobatywnie (m.in. Bronisław Wildstein, Andrzej Horubała), jak również krytycznie i problematyzująco (m.in. Kinga Dunin, Jerzy Sosnowski, Ewa Madeyska, Grażyna Plebanek, Marta Dzido czy Olga Tokarczuk). Szkic Katarzyny Nadanej-Sokołowskiej to bardzo dobry punkt wyjścia do debaty, której brak autorka zasygnalizowała w tytule. Przy czym w ciągu trzech lat, które właśnie upływają od ukazania się tej edycji, tematów do takiej debaty (n.p. tych podjętych w filmach braci Sekielskich) przybyło.

„ Debaty po roku 1989. Literatura w procesach komunikacji w stronę nowej syntezy (2)”, pod red. Maryli Hopfinger, Zygmunta Ziątka i Tomasza Żukowskiego, IBL PAN Wydawnictwo, warszawa 2017, str. 507, ISBN 978-83-65832-31-3

Kanon nie jest raz na zawsze

Nie jest tak, że wystarczy przeczytać dzieła Sienkiewicza i Mickiewicza, i już można uznać się za człowieka kulturalnego – z prof. dr. hab. Anną Nasiłowską, krytyczką, prozaiczką i literaturoznawczynią, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Przed laty często powracały w przestrzeni publicznej dyskusje o kanonie lektur szkolnych, choć ostatnimi czasy jakoś ucichły. Jednak w czasie matur temat ten nabiera aktualności. Jaki jest Pani pogląd na tę kwestię? Czy kanon ma sens, czy jego egzekwowanie jest realistyczne, a jeśli tak, to według jakich kryteriów taki kanon powinien być ułożony?
W moim przekonaniu młody człowiek powinien wynieść ze szkoły wyobrażenie i rozeznanie, co jest w kulturze ważne. Dlatego nie chodzi tylko o lektury, które ma mieć za sobą, ale także o to, co powinien jeszcze w przyszłości przeczytać. Byłyby to wskazówki na całe życie, ponieważ być może to tylko szkoła stwarza jedyną i niepowtarzalną okazją uzyskania ich przez ucznia. Kanon nie powinien być więc zamknięty i raz na zawsze określony. Nie jest tak, że wystarczy przeczytać dzieła Sienkiewicza i Mickiewicza, i już można uznać się za człowieka kulturalnego. To jest zawsze zadanie, które stoi przed nami. Jeśli bowiem zastanowimy się nad tym, co jest ważne z klasyki powieści XX wieku, to okaże się, że trzeba w pewnym momencie przeczytać i Joyce’a, i Prousta, i Faulknera i tak dalej. Już te nazwiska wskazują, że nie jest to zadanie na siły ucznia szkoły średniej, natomiast powinien on wynieść przekonanie, że tą ścieżką można podążać i że coś jest w przyszłości do dopełnienia. To jest także kwestia wyboru odpowiedniego czasu lektury, bo na Prousta trzeba przeznaczyć może całe wakacje, bo i lektura obszerna, i wielkie przedsięwzięcie duchowe. Od szkoły powinniśmy też oczekiwać wyrobienia przekonania co jest ważne, a co niezbędne. Niestety w ramach reformy ograniczono listę lektur. Zasada mniej wiadomości, więcej umiejętności niekoniecznie jednak sprawdza się w humanistyce.
Czy testy jako forma egzaminu sprawdzają się w przypadku przedmiotów humanistycznych?
Zupełnie nie. One są nieszczęściem ciążącym nad polską szkołą, bo wymagaj wiedzy bardzo zamkniętej, punktowej, a taka jest sprzeczna z paradygmatem wiedzy humanistycznej. Testy mierzą stopień opanowania średnich umiejętności, bardzo wystandaryzowanych. Inteligentny uczeń wie, że nie powinien iść na całość i prezentować swoich własnych przemyśleń czy oryginalnych opinii. Wie, że musi wykonać to, czego od niego oczekuje i tylko to. Przygotowywanie się pod kątem testów przeobraziło cały sposób nauczania literatury w szkole, bo nauczyciel jest rozliczany z wymiernych efektów nauczania. Nie kształtuje natomiast świadomych odbiorców kultury, jakimi uczniowie powinni być przez całe życie.
Powróćmy do kanonu lektur. Jakie powinny być proporcje w kanonie lektur. Jakie tytuły powinny dominować, polskie, zgodnie z kryterium kształcenia polonocentrycznego czy może powinna być równowaga między literaturą polską a powszechną. Jakie też powinny być proporcje ilościowe między klasyką a literaturą współczesną i tak dalej?
To bardzo trudny problem, bo czasu w trzyletnim liceum jest niewiele. W pierwszym roku „przerabia się” literaturę najdawniejszą, w drugim romantyzm i pozytywizm, więc na rzeczy współczesne nie starcza czasu. Są jednak zjawiska z kręgu literatury współczesnej, które są niezbywalną częścią kanonu, jak choćby mówiąca o granicach człowieczeństwa proza Tadeusza Borowskiego czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.
Przespacerujmy się skrótami, co już powoduje wielkie uproszczenie, przez kanon literatury najdawniejszej. Czy literaturę antyczną warto uczniom polecać do czytania?
Warto, i nie jest to aż takie trudne, bo nowe przekłady odświeżają jej język. Większe są problemy ze średniowieczem i renesansem. Nie ułatwia ich rozwiązania np. słaby przekład „Boskiej Komedii” Dantego, ale powstał nowy, lepszy. Jest natomiast kłopot z polską klasyką. Sienkiewicz na przykład jest słabo rozumiany i nie bardzo lubiany. Jego język jest bardzo bogaty i przez to dla większości uczniów trudny do zrozumienia, a nie sposób dokonywać przekładów naszej klasyki na język współczesny.
A co z wielką prozą dziewiętnastowieczną? Z Balzakiem, Flaubertem, Stendhalem, Dickensem, Tołstojem, Dostojewskim itd.? Ale też z takim dziełem jak „Faust” Goethego?
Każdy z tych autorów jest niezbywalny, ale co zrobić z poleceniem młodzieży przeczytania n.p. „Wojny i pokoju”. Wypada chyba zgodzić się na zastąpienie w niektórych przypadkach lektur – ekranizacjami filmowymi. Z literatury światowej wybór w szkolnym zestawie jest niewielki i stanowi to akt zaufania do nauczycieli, że wybiorą to, co najcenniejsze. Jeśli jednak nauczyciel wybierze z polskiej prozy XIX wieku n.p. „Lalkę” Prusa, to powstaje nowy problem. Przecież by zrozumieć i dojrzale odczytać tę wielowarstwową powieść, trzeba mieć wyposażenie humanistyczne, znać kontekst kulturowy, polityczny, duchowy, styl, nastrój epoki. To jest przecież nie do wyegzekwowania od 99 procent uczniów. To ogromny problem. Lektura takiej powieści jest jak przedzieranie się przez fascynującą „magmę”. Tymczasem wspomniany już nieszczęsny system testowy preferuje wiedzę quizową, kto jak był ubrany, ile kosztowała kamienica itd. Spotkałam się z humorystycznym przykładem odpowiedzi ucznia, który określenie „musiał wypić piwo, którego wszyscy nawarzyli” zinterpretował tak, że Wokulski został piwowarem.
Zajmuje się Pani naukowo literaturą XX wieku. Jednym z jej najwybitniejszych nazwisk jest Witold Gombrowicz, pisarz, który wszedł do krwioobiegu polskiej literatury nie tylko dzięki kunsztowi pisarskiemu, ale także dlatego, że poddał oryginalnej krytyce kanoniczną tradycję polską. Moim zdaniem nieprzeczytanie i nieprzemyślenie Gombrowicza stanowi lukę uniemożliwiającą zrozumienie kluczowych zagadnień polskiego kodu kulturowego…
Brak znajomości problematyki twórczości Gombrowicza, choćby na podstawowym poziomie, który nazwałabym „kanonicznym”, rzeczywiście uniemożliwia pełne objęcie horyzontu polskiej kultury. Za ministra edukacji Giertycha przeżyliśmy próbę wyrzucenia Gombrowicza z listy lektur licealnych. Wiem, że nauczyciele na ogół nie lubi ”Ferdydurke”, bo jest to powieść przeciwko szkole, więc dość kłopotliwa dla nich. Przeżyłam czasy, kiedy Gombrowicza nie było na liście lektur, ale świetnie się go czytało pod ławką. Zgodziłabym się na to, by w szkole czytać jego „Dziennik”, a resztę zostawić dla chętnych. „Dziennik” wspaniale wprowadza w jego biografię, idee niektórych utworów i w myślowe prądy europejskie, z którymi Gombrowicz miał do czynienia, a poza tym daje uczniowi zetknięcie z ważnym gatunkiem literatury XX wieku, jakim jest dziennik.
Czym zatem, wobec dramatycznej konieczności wyboru spośród wielkiego bogactwa, powinien być kanon lektur szkolnych?
Nie jest możliwe stworzenie sztywnej listy n.p. dwudziestu czy nawet pięćdziesięciu tytułów, po których przeczytaniu zyskuje się „gotowe” wyposażenie humanistyczne. Widzę kanon raczej jako obraz pewnej sieci powiązań i jako pewne zadanie na przyszłość. Tradycja literacka, to z jednej strony tradycja o charakterze zachowawczym, a z drugiej tradycja buntownicza intelektualnie i społecznie, obrazoburcza. Tę pierwszą w literaturze polskiej reprezentuje Sienkiewicz, tę drugą Gombrowicz, choć i on już jest ucukrowanym klasykiem.
Jakie proporcje powinny być zachowane w kanonie między tymi dwiema ścieżkami?
Jedno bez drugiego nie ma sensu. Nie można się buntować przeciw obecności Sienkiewicza, bo bez niego nie było by Gombrowicza. Żeby zrozumieć „Transatlantyk”, trzeba znać i Sienkiewicza, i mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” i „Pamiętniki” Jana Chryzostoma Paska z jego cudownym językiem narracji sarmackiej. Zresztą, dziś jesteśmy być może w innym punkcie niż Gombrowicz i trzeba się buntować przeciwko czemuś innemu.
Czy tradycja literacka ma był ołtarzem, jak chcą kulturowi konserwatyści czy zachętą do poszukiwania cennych, nie zadekretowanych jakości?
W literaturze polskiej mamy niewiele leżących na piedestale martwych świętości. W „Panu Tadeuszu” czy „Dziadach” jest ogromny potencja¸ ironii i wieloznaczności, a utwory te zachęcają do wejścia z nimi w dialog.
Być może najważniejszy, najbardziej nośny nurt na całej przestrzeni dziejów polskiej literatury, czyli romantyzm, jest napisany w języku bardzo hermetycznym. Czy on jest dziś przetłumaczalny na naszą współczesność?
Romantyzm jest niezbędny dla zrozumienia, czym jesteśmy i dlaczego jesteśmy tak dziwnym narodem. Romantyzm to nie jest martwa literatura narodowa, lecz także liryka, w której jest wiele przestrzeni dla uczuć, dla indywidualności i odkrywania siebie. Także u Sienkiewicza, pisarza bardzo tradycyjnego i patriotycznego, można dziś doczytać się wielu nowych znaczeń. Wspominał o tym choćby emigracyjny, bardzo rozwichrzony, niepodległy duchowo pisarz jak Andrzej Bobkowski w pisanych w Paryżu wspaniałych „Szkicach piórkiem”.
Co do kanonu powinno wejść z literatury okresu Polski Ludowej?
Z tego okresu zostało całkiem sporo. Wymienię tylko choćby „Austerię” Juliana Stryjkowskiego, czy „Małą Apokalipsę” Tadeusza Konwickiego, która wprowadza w sam środek pewnego fundamentalnego w tamtej Polsce sporu. Świetne są opowiadania Adolfa Rudnickiego. Dobrym pisarzem był Tadeusz Breza, ale tej klasy pisarzy mieliśmy więcej. Wybitny był Teodor Parnicki, ale on tworzył wersje oboczne historii, nieprzyswajalne przy braku znajomości wersji kanonicznej. Wymieniałabym też prozę Wiesława Myśliwskiego, choć jego kunsztowne opowieści są też pożegnaniem z pewną kulturą. Oczywiście absolutną podstawą poezji i dramatu współczesnego pozostaje Tadeusz Różewicz, także autor niesłusznie zapomnianych opowiadań.
A proza noblistki Olgi Tokarczuk?
Rozmawiamy jednak o kanonie, a o nim możemy mówić w kontekście autorów, których twórczość jest już zamknięta. Olga Tokarczuk jest ciągle czynną pisarką. Na pewno ma swoje ważne miejsce w literaturze współczesnej.
Czy można w dzisiejszej, migotliwej, zmiennej rzeczywistościzrealizować stary postulat i napisać powieść syntetyzującą naszą epokę, „Lalkę” XX wieku?
To jest pomysł dość archaiczny artystycznie, ale jeśli potraktować rzecz z całym dobrodziejstwem inwentarza i przemyśleć całą tradycję, teoretycznie wszystko jest możliwe. Wątpię, by Bolesław Prus pisząc „Lalkę” miał poczucie, że pisze o świecie ustalonych wartości, stabilnym. W powieściach współczesnych będących namiastką takich ujęć celują pisarze identyfikujący się z prawicą, jak Bronisław Wildstein czy Rafał Ziemkiewicz. Dają oni tradycyjne powieściowe ujęcia sięgające do okresu PRL z przemianami ideowymi bohaterów. Osobną kwestią jest wartość artystyczna tej prozy…
Jaką rangę przydałaby Pani literaturze emigracyjnej?
Tamci pisarze nie mogli na obczyźnie trwać w krwiobiegu rzeczywistości polskiej i po części wypadli z ciągłości kulturowej. N.p. eseje Stanisława Stempowskiego są doskonałe, ale były adresowane do kulturalnego czytelnika, który właściwie przestał istnieć i wpisane w czas oraz świat, który minął. Także ta wspaniała literatura epistolograficzna, w ostatnich latach wydawana, listy Giedroycia do Bobkowskiego, Jeleńskiego, Mieroszewskiego i innych, wywołuje we mnie nostalgię, że nie ma już ludzi, którzy pisali takie listy.
Jak to umieścić w kanonie?
Tylko przez antologię fragmentów. Innego wyjścia nie widzę. Fragmentacja powieści jest zabiegiem bardzo redukującym, ale prezentacja wyboru z dzienników czy listów – do przyjęcia. Poza tym – konieczne są antologie poetyckie. Uczniom można przekazać problemy zawarte w literaturze, od wielkiej biedy nawet bez czytania jej przez nich.
Czy jednak da się przekazać, zaszczepić to, co najcenniejsze w czytaniu, dar smakowania literatury jako jakości estetycznej?
Nie wszystko jest dla wszystkich. Ważne jest, żeby szkoła otworzyła ścieżki do różnych krain literackich i uwrażliwiła go na różne wartości estetyczne.
Dziękuję za rozmowę.

Anna Nasiłowska (ur. 1958) – krytyczka i literaturoznawczyni, profesor w Instytutu Badań Literackich PAN. Autorka książek o literaturze i tomów prozy. Ma na koncie takie tytuły, jak „Kazimierz Wierzyński” (1991), „Miasta” (1993), „Domino” (1995), „Trzydziestolecie 1914-1944” (1995), „Literatura współczesna. Podręcznik dla szkół ponadpodstawowych” (1997), „Persona liryczna” (2000), „Księga początku” (2002), „Jean Paul Sartre i Simone de Beauvoir” (2006), „Literatura okresu przejściowego. 1976-1996” (2007), „Wielka Wymiana Widoków” (2008), „Ciało i tekst. Feminizm w literaturoznawstwie. Antologia” (2009), „Dyskont słów” (2016), „Historia literatury polskiej” (2019).

Prezesi pisarzy

Wspomnienia o spotkaniach i współpracy.

Autora „Kamiennych tablic” Wojciecha Żukrowskiego poznałem w 1979 roku w Warszawie. Wcześniej znałem go, ale jako pisarza, czytając jego książki. Był bardzo popularny również w moim, wojskowym środowisku. Szczególnie spotkania autorskie w klubach garnizonowych i żołnierskich cieszyły się dużym zainteresowaniem. Mówił pięknym językiem, barwnie przedstawiając znaczenie literatury pięknej w życiu człowieka. Te spotkania z ludźmi w mundurach to interesujące rozmowy Polaków.
Ojczyzna to matka
Umiał on nasze dzieje narodowe, te najnowsze, ale także i minionych epok, przekazywać młodemu czytelnikowi w zderzeniu z aktualną rzeczywistością. Jego opowieści, ciekawe epizody z walk narodu polskiego, były jakże interesującymi lekcjami o naszych, polskich zachowaniach i postawach.
– Ojczyzna – mówił często – to matka, a o matce nie wolno mówić źle. Te jego słowa pamiętam nie tylko ja, jak sądzę, ale tysiące tych, którzy lubią jego pisarstwo. Na jego książkach, tak bogatych w patriotyczne treści, wychowało się kilka żołnierskich pokoleń.
Pisząc powieści i inne formy literackie, doceniał potrzebę kontaktów z czytelnikami. Chciał wiedzieć, jak jego książki oceniają młodzi ludzie, czy są czytane i wzbudzają zainteresowanie. Nic też dziwnego, że bardzo lubił spotkania autorskie. Przyjeżdżał do jednostek, by spotkać się z żołnierzami. Nie trzeba było go zbytnio namawiać, aby zechciał wziąć udział w spotkaniu. Pod ich wpływem wielu sięgało po jego książki, ale nie tylko jego. To, co mówił zachęcało uczestników spotkań do kontaktów z literaturą, dobrą książką.
To właśnie Wojciech Żukrowski był przez wiele lat współorganizatorem dni literatury w garnizonach wojskowych, np. w Żaganiu, Gubinie i Krośnie Odrzańskim. Miasta te przecież kiedyś wojskiem stały. Dziś to już przeszłość, historia. Takie są wymogi nowej rzeczywistości, wynikające ze zmian polityczno-militarnych, jakie się dokonały po 1990 roku. Będąc prezesem ZLP zabiegał o poszerzanie kontaktów z wojskiem i z jego pionem kulturalno-oświatowym. Ale o tym później.
A teraz trochę osobistych wspomnień o spotkaniach i rozmowach z Wojciechem Żukrowskim.
Pracując w Warszawie, spotykałem go dość często w naszej instytucji. To nie były spotkania na tematy polityczne. Rozmawiano o współpracy literatów z wojskiem.
Przybliżanie małych form literackich
Jako zastępca gen. dr. Tadeusza Szaciły miałem okazję wielokrotnie uczestniczyć w tych spotkaniach, w czasie których podejmowano decyzje o konkretnych zamierzeniach organizowanych wspólnie przez wojsko i ZLP. Odbywały się np. co parę lat konferencje na temat: wojsko i literatura.
Było to duże zamierzenie wymagające merytorycznych i organizacyjnych przygotowań. Ktoś musiał opracować referaty i inne materiały dla uczestników konferencji, następnie upowszechnić je w formie wydawnictwa książkowego.
Innym przykładem może być inicjatywa wydawania dodatku literackiego „Nike” do miesięcznika „Żołnierz Polski”. Na łamach tego pisma publikowano prozę i poezję autorów wojskowych. Pamiętam jak „Nike” tworzono i jakie później wzbudzała zainteresowanie w wojskowym środowisku. Zachowałem do dziś kilka numerów tego wydawnictwa, w których były drukowane i moje opowiadania: „Dwoje i wojna” i inne. „Nike” była ważnym wydarzeniem literackim w wojsku.
Przecież to był wyraz dostrzegania potrzeby przybliżenia małych form literackich żołnierzom Wojska Polskiego. Muszę w tym miejscu dodać, że Wojciech Żukrowski, jako przewodniczący Rady Redakcyjnej „Nike”, stawiał wysokie wymagania przed autorami, którzy chcieli publikować swoje prace na jego łamach. Pomogło ono zdobyć ostrogi tak konieczne do pisania prozy i poezji. Zaświadczają o tym m.in. tomiki wydane przez wojskowe koła literackie.
Przychodzą inne czasy. Sytuacja społeczno-polityczna gromadzi groźne chmury nad naszym krajem. „Solidarność”, a właściwie jej polityczne otoczenie, wyraźnie dąży do objęcia władzy. Trwa proces destrukcji gospodarki i struktur państwowych. Groźba totalnej nawałnicy, która może rozpętać piekło na polskiej ziemi. Sąsiedzi czekali tylko na sygnał, okazję, by Polaków przywołać do porządku. Ale to dla wielu działaczy „Solidarności” nie było ważne, liczył się tylko cel – zburzyć istniejący system władzy. Jakie są dziś tego skutki, to widać w życiu wielu milionów Polaków. Stało się to za sprawą amatorów, pseudopolityków. Stan wojenny, mimo że dla wielu był dokuczliwy, uchronił nas od piekła i najgorszego, tu, na naszej ziemi.
Wojciech Żukrowski, szczery patriota, ubolewał nad rozwojem zdarzeń. Nie bał się, miał odwagę iść pod potężny prąd. Jako jeden z niewielu wystąpił w telewizji i powiedział, co myśli o stanie wojennym i zagrożeniach, jakie dostrzegał dla Polski. To jego telewizyjne wystąpienie było napiętnowane, krytykowane m.in. przez jego kolegów pisarzy. Przeżywał to bardzo, ubolewając, że źle został zrozumiany. Przecież jego intencją było, jak powie później, ostrzec Polaków przed bratobójczą walką.
Książki na progu
Pamiętam, jak w pierwszych dniach stanu wojennego, w godzinach wieczornych, przyszedł do nas na Królewską 2 w Warszawie wielce wzburzony. – Jak tak można, co ja takiego powiedziałem w telewizji, że zrobili mi taki afront – powiedział do mnie przed wejściem do mojego szefa.
– Co się stało, jaki jest powód pańskiego zdenerwowania – zapytałem. – Przyniesiono moje książki i rzucono je pod drzwi mieszkania z wulgarnymi słowami napisanymi na kartce.
Coś mu powiedziałem, próbując go uspokoić, bo czułem się do tego zobowiązany.
A on był po prostu sobą. Tak postępują ludzie zasad. To nie było zachowanie koniunkturalne. W trudnej sytuacji zachował taką twarz, jaką miał, bo masek nie nosił. Po kilku latach powiedział: miałem ulec tym, co niszczyli wszystko, nawet to, co było dobre i godne obrony; przecież byłem za tym, by konieczne zmiany w naszym kraju dokonywały się w sposób cywilizowany, godny naszych tradycji.
Spotykałem go wielokrotnie na spacerach nad Wisłą w godzinach wieczornych. Tematy rozmów były różne. Najwięcej rozmawialiśmy o książkach, literaturze. Ubolewał, że środowiska twórcze się podzieliły, w tym również literaci, ze szkodą dla nich.
Jest rok 1989. Już istniały dwa związki pisarzy: Związek Literatów Polskich z prezesem Wojciechem Żukrowskim i Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, któremu prezesował Jan Józef Szczepański. Wojsko w tym czasie współpracowało z ZLP na podstawie podpisanej w 1985 roku umowy. Ale zaczęło już otwierać bramy koszar również dla tych, którzy byli w opozycji wobec władzy. Wystąpiliśmy z propozycją, by podobne porozumienie podpisać też z SPP.
Obrażeni na wojsko
Sprawę przekonsultowałem z gen. broni dr. Tadeuszem Szaciłą, uzyskując jego poparcie dla tej inicjatywy. Ale zasugerował, abym uprzednio porozmawiał w tej sprawie z Wojciechem Żukrowskim. Mieliśmy na uwadze jego opinię i zrozumienie, że to wcale nie będzie przeszkodą w dalszej współpracy z jego związkiem. Nawet obawialiśmy się, że nasi zaprzyjaźnieni literaci mogą obrazić się na wojsko. A w istocie zależało nam nie na życiorysach prozaików i poetów, a jedynie na wartości tego, co oni tworzą.
Mając przyzwolenie jako przedstawiciel wojska w sprawach kontaktów z twórcami kultury zadzwoniłem do Wojciecha Żukrowskiego, proponując spotkanie. Przyjął moje zaproszenie bez wahania, wiedząc w jakiej sprawie. Informując o naszym zamiarze podpisania porozumienia o współpracy z SPP, związkiem Jana Józefa Szczepańskiego, nadmieniłem jednocześnie, że to wcale nie oznacza, iż będziemy osłabiać kontakty z ZLP.
Przyznam, że miałem obawy, iż nasz dotychczasowy partner może się obrazić na nas. Nic z tych obaw nie zostało. Wojciech Żukrowski przyjął z zadowoleniem nasze propozycje nawiązania współpracy z SPP.
– Proszę bardzo, róbcie to, możemy nawet uczestniczyć we wspólnych spotkaniach, które wojsko będzie organizowało z pisarzami – powiedział. Była to z jego strony duża roztropność i zrozumienie nowej sytuacji, jaka powstała w tym środowisku. Wyraził także gotowość spotkania się z kierownictwem SPP.
Do końca prezesowania Wojciecha Żukrowskiego były żywe kontakty klubów i bibliotek wojskowych z pisarzami. Nawet zachęcał nas, by w tych spotkaniach brali udział pisarze z obu związków twórczych. Byli jednak tacy, i są do dziś, którzy temu wielkiemu pisarzowi mieli za złe dobre kontakty z władzami PRL.
Państwo realne
Polska w tym czasie była realnym państwem, uznawanym niemal przez cały świat. I on miał świadomość, że właśnie w tym państwie trzeba działać na rzecz rozwoju polskiej literatury. Stąd jego zabiegi i troska o tworzenie warunków, dla tych, którzy chcieli twórczo pracować, by wzbogacać polską literaturę. Na ostatnim spotkaniu ubolewał, że nie można było utworzyć jednej organizacji związkowej prozaików i poetów. Martwiły go też te małe wzajemne wojenki oraz napaści kolegów po piórze.
– Nie ma już przecież cenzury, piszemy co uważamy za konieczne, mamy wolność słowa. I po co ta wrogość? – pytał. – Gdyby nasze środowisko było zintegrowane, moglibyśmy więcej zrobić dla polskiej kultury, zwłaszcza literatury – mówił ze smutkiem.
Z Janem Józefem Szczepańskim, znakomitym pisarzem, miałem okazję spotkać się i rozmawiać wielokrotnie w latach 1989-1991. Wcześniej znałem tylko jego twórczość, niektóre książki. Ale pierwszy kontakt i rozmowa miały miejsce dopiero w 1989 roku. W moim środowisku był znany i czytany, mimo że oceniano go jako pisarza niezależnego i łączono z opozycją. W bibliotekach wojskowych były jego książki, spotkań autorskich jednak nie organizowano i nie zalecano. A szkoda, bo, jak się później mogłem przekonać był to niezwykle ciekawy człowiek i pisarz.
W 1989 roku powołano Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Jego członkami byli ci, którzy wystąpili z ZLP oraz ci, którzy go dotychczas bojkotowali i nie chcieli doń wstępować.
Rozłam po piórze
Były to czasy, że wszyscy się dzielili. Ważne były życiorysy, skąd przychodzimy. Ten rozłam także miał miejsce wśród ludzi pióra. I tak jest do dziś, mimo upływu lat i zmian, jakie dokonały się w naszym kraju. Jan Józef Szczepański był pierwszym prezesem tego stowarzyszenia. W jego zarządzie działali też m.in. Julian Braun i Jerzy S. Sito, prezes i redaktor naczelny „Czytelnika”.
Wiedząc, że takie stowarzyszenie powstało i jego członkami są znani pisarze, prozaicy i poeci pomyślałem, że wojsko powinno mieć kontakty i z tym związkiem twórców.
Ta myśl torowała sobie drogę do realnej i konkretnej współpracy powoli, choć nie bez oporów i uprzedzeń. Ale generalnie wojsko otwierało się na przemiany, stopniowo odchodząc od kanonów polityczno-ideowych, dając pierwszeństwo wartościom narodowym i uniwersalnym. Kierownictwo MON z jego ministrem gen. Florianem Siwickim podejmowało wiele decyzji, by reformować wszystkie dziedziny życia i szkolenia wojska.
Strefa chroniona
Trochę powoli przebiegał proces restrukturyzacji, unowocześniania jego struktur. Natomiast jeśli chodzi o system wychowania i działalności kulturalno-oświatowej, to działano szybko i zdecydowanie. Potwierdza to wypowiedź ministra Siwickiego, która była naszą wytyczną: „Kultura strefą chronioną”. Trzeba więcej humanizmu i pierwiastka narodowego w prowadzonej pracy wychowawczej. Tworzono więc warunki dla mnie jako szefa kultury i oświaty w wojsku do zdecydowanego reformowania ośrodków kulturalnych, wzbogacenia oferty dla wojskowych i cywilnych odbiorców.
W takich warunkach ma miejsce pierwsze spotkanie z Janem Józefem Szczepańskim. Z płk. dr. Józefem Skrzypcem, szefem oddziału oświaty, uzgodniliśmy, jak nawiązać pierwszy kontakt z tym nowym dla nas środowiskiem. Powiem szczerze, że miałem trochę obaw, czy podejmą naszą propozycję i zgodzą się nawiązać z nami ścisłą współpracę. Przecież nie byli oni zapraszani dotychczas na spotkania z czytelnikami wojskowymi, byli nie ci, nie nasi. Pierwsze sondaże były pomyślne. Płk Józef Skrzypiec poinformował mnie, że SPP jest za tym, by współpracować z wojskiem. Spotkałem się z Janem Józefem Szczepańskim. Przewidywałem, że będzie krytyka traktowania ich inaczej niż tych ich kolegów, którzy należeli do ZLP. Że w nowej sytuacji dostrzegamy ich, a dotychczas? Nic z tych obaw się nie potwierdziło. Miłe, serdeczne spotkanie, robocze, bardzo konkretne.
Pojednanie
Poinformowałem moich rozmówców o tym, co dotychczas robiliśmy w zakresie upowszechniania czytelnictwa, literatury pięknej i co dalej chcemy robić, ale już z udziałem i wsparciem członków SPP. Rozmowy zakończono powołaniem zespołu do opracowania projektu umowy o współpracy. Zespół składał się z przedstawicieli wojska i władz zarządu stowarzyszenia. Jego działalność rozpoczęto od konsultacji z wieloma osobami z obu stron. Z naszej m.in. z kierownikami i szefami instytucji wojskowych ośrodków kulturalnych.
Po paru tygodniach powstał projekt umowy o współpracy. Zapoznaliśmy z nim kierownictwo wojska. Nie wniesiono zasadniczych poprawek. Miałem więc rekomendację, by tę umowę podpisać. Uroczysty akt podpisania miał miejsce 8 stycznia 1990 roku. Podpisali ją Jan Józef Szczepański i ja w imieniu wojska.
Obie strony wyraziły zadowolenie i przekonanie, że to, co podpisaliśmy, będzie realizowane. Początki wykonywania naszych ustaleń były zachęcające. Płk Józef Skrzypiec był odpowiedzialny za tzw. pilotowanie przyjętych ustaleń, by nie stały się one martwym zapisem.
Mając na uwadze to, co ustalono, wystąpiliśmy z inicjatywą zorganizowania różnych zamierzeń, zwłaszcza spotkań pisarzy z czytelnikami w kilku garnizonach i uzupełnienie księgozbiorów bibliotek w pozycje, których autorami byli członkowie SPP. Ale nie tylko. Prosiliśmy o udział w przygotowaniu wielu materiałów dotyczących wprowadzonych zmian w działalności kulturalno-oświatowej. Jan Józef Szczepański pomagał nam w opracowaniu nowych rozwiązań, np. kształtu oraz treści ceremoniału wojskowego na uroczystości państwowe i wojskowe. Zapraszaliśmy go także na spotkania dyskusyjne z działaczami kultury i oświaty, a także konferencje. Stało się niemal zwyczajem, że przedstawiciele SPP byli zapraszani do koszar, na poligony i na ważniejsze imprezy. Inspirował je wcześniej gen. Wojciech Jaruzelski, a później gen. Florian Siwicki.
Uwiarygodnić wizerunek wojska
Oczywiste jest, że zabiegając o współpracę ze Stowarzyszeniem Jana Józefa Szczepańskiego mieliśmy swój cel. Nie tylko uwiarygodnić wizerunek wojska, pokazać jakim się ono staje, lecz także z uwagi na to, że ich obecność wśród żołnierzy może być inspiracją dla nich do napisania czegoś pozytywnego o wojsku, niekoniecznie książki, lecz mniejszych form literackich. I niektórzy to czynili, podejmując problemy wojska i obronności w swojej twórczości.
A teraz nieco ogólniejsza refleksja. Otóż te spotkania i rozmowy z Janem Józefem Szczepańskim były dla mnie ważną edukacją intelektualną z udziałem człowieka wielkiego umysłu i jednocześnie jakże skromnego, otwartego partnera do rozmów w sprawach nawet niezwykle trudnych, bo dotyczących naszej przeszłości. Każda rozmowa z nim była dla mnie impulsem do mojej działalności.
Chłonąłem to, co ten utalentowany pisarz mówił do mnie. Przyjmowanie wypowiadanych myśli ułatwiała mi jego osobowość. Potrafił rozmawiać z każdym, również z żołnierzem. Rzeczy ważne ujmował językiem precyzyjnym i zrozumiałym dla jego rozmówcy.
Autorytet nieurzędowy
Jan Józef Szczepański mieszkał w Krakowie. Do Warszawy przyjeżdżał w zależności od potrzeb. Jeśli nie był w stanie przyjechać na nasze zaproszenie do udziału w spotkaniu organizowanym przez nas, zawsze przepraszał listownie. Ale też pisał o tym, co chciałby powiedzieć, gdyby był obecny, wyrażając swój pogląd o problemach, które były rozpatrywane na danym spotkaniu.
Byłem bardzo rad, że miałem jego opinie, na które mogłem się powołać podczas moich starań o realizację zamierzeń. Informowałem Jana Jóżefa Szczepańskiego, jeżeli tylko miałem okazję, najczęściej telefonicznie, że w podejmowaniu wielu decyzji powoływałem się na jego opinię i zdanie.
Był dla nas autorytetem, społecznym, nie urzędowym. Moje środowisko bardzo go ceniło i szanowało. Takiego człowieka, o wielkim dorobku twórczym, intelektualisty, niezwykle skromnego, nie można zapomnieć.
Dlatego napisałem to krótkie wspomnienie o nim. Bo w istocie znałem go tylko przez parę lat. Ale ślad w naszej pamięci, mojej także, pozostawił po sobie. To jego twórczy dorobek i osobowość nie pozwalają o nim zapomnieć.

Przed stu laty narodził się Związek Literatów Polskich

Życie literackie w międzywojennej Polsce, przecież pod wieloma względami bujne i owocne, rozwijało się w warunkach nieprostych. Zszyta z ziem trzech zaborów odrodzona Rzeczpospolita była państwem etnicznie nader niejednorodnym: podczas spisu ludności w 1921 roku wśród 27 milionów mieszkańców 69 proc. podało narodowość polską, 14 proc. – ukraińską, 8 proc. – żydowską, 4 proc. – białoruską, także 4 proc. – niemiecką, 1 proc. – inną.

Była ta Polska krajem niebogatym, a z biegiem czasu jej sytuacja gospodarcza wcale nie ulegała poprawie: nawet w najlepszych latach jej produkcja przemysłowa nie przekraczała poziomu sprzed I wojny światowej (w 1938 roku w przeliczeniu na 1 mieszkańca wynosiła 82 proc. tej z 1913 roku), a jej udział w produkcji światowej nie wzrastał, lecz malał. W 1921 roku aż 33 proc. osób w wieku powyżej 10 lat nie umiało czytać ani pisać (a o dalszych 5 proc. nie było wiadomo, czy posiadają te umiejętności); w 1931 roku liczbę analfabetów udało się zmniejszyć do 23 proc. . Publiczność literacka obejmowała w dwudziestoleciu międzywojennym od 7 proc. do 10 proc. dorosłych Polaków. Liczba tytułów wydawanych książek z 3,6 tys. w 1921 roku sięgnęła w 1938 roku 5,5 tys. przy globalnym nakładzie 35 mln egzemplarzy (pół wieku później, w 1988 roku wydaliśmy 10,7 tys. tytułów w nakładzie 245 mln egzemplarzy).
Ukształtowany z czasem autorytarny, a pod pewnymi względami faszyzujący reżim polityczny, ukoronowany Brześciem i Berezą Kartuską i wyróżniający się wysoką liczbą więźniów politycznych (w 1935 roku miała ich Polska około 16 tysięcy), dla życia umysłowego i artystycznego oznaczał też bezpardonową cenzurę represyjną (np. w dziesięcioleciu 1926-1935 naczelny organ PPS „Robotnik” ulegał konfiskacie około 500 razy, a endecka „Gazeta Warszawska” około 260 razy; jeszcze bardziej dotkliwie represjonowano prasę radykalnej lewicy i mniejszościową).
Polska literatura piękna wkraczała w międzywojenne dwudziestolecie w drużynie licznej i silnej. W dalszym ciągu działał niegdysiejszy ideolog polskiego pozytywizmu Aleksander Świętochowski (1849-1938), czynni byli wybitni twórcy generacji Młodej Polski – Stefan Żeromski (1864-1925), Gabriela Zapolska (1857-1921), Jan Kasprowicz (1860-1926), Kazimierz Przerwa Tetmajer (1865-1940), Władysław Reymont (1867-1925), Stanisław Przybyszewski (1868-1927), Andrzej Strug (1871-1937), Karol Irzykowski (1873-1944), Wacław Berent (1873-1940), Tadeusz Boy-Żeleński (1874-1941), Leopold Staff (1878-1957); dawali już o sobie znać młodsi od nich Zofia Nałkowska (1884-1954), Juliusz Kaden-Bandrowski (1885-1944), Maria Dąbrowska (1889-1965), Jarosław Iwaszkiewicz (1894-1980), Julian Tuwim (1894-1954). Wielu z wymienionych od razu zaangażowało się w różnorakie poczynania zmierzające do powołania ogólnopolskiej organizacji ludzi pióra, reprezentującej interesy i działającej na rzecz tak samych autorów, jak i polskiej literatury w całości; z entuzjazmem sekundowali im w tym liczni twórcy najmłodsi i jeszcze mało znani, wśród których szczególnie czynni byli Wanda Melcer (1896-1972) i Ksawery Glinka (1890-1957).
Poczynania te ostatecznie przyniosły efekt w roku 1920: w dniach 12-14 maja (a więc kilka dni po zajęciu przez polskie wojska Kijowa) w sali warszawskiego ratusza przy placu Teatralnym zebrał się Wszechdzielnicowy Zjazd Literatów Polskich. Powołano na nim Związek Zawodowy Literatów Polskich i przyjęto jego statut, określający go jako „organizację bezpartyjną i apolityczną”, która za cel stawia sobie „zrzeszanie literatów polskich dla wspólnej obrony interesów materialnych, prawnych, moralnych i kulturalnych”. Na Zjeździe obszernie debatowano też nad przedstawioną przez Stefana Żeromskiego inicjatywą utworzenia Akademii Literatury (miałaby zając się ustaleniem pisowni, wydaniem słownika języka polskiego, biblioteki pisarzy polskich oraz biblioteki przekładów z języków obcych); w celu dalszych prac nad tym projektem, który ostatecznie zmaterializował się dopiero trzynaście lat później, i to w mocno odmiennej postaci, powołano specjalną komisję. Uchwalono również wnioski postulujące zniesienie cenzury, ustanowienie emerytur dla twórców, utworzenie za granicą specjalnych placówek popularyzujących polską kulturę, upaństwowienie głównej sceny dramatycznej w stolicy.
Odrębna uchwała Zjazdu protestowała przeciw zamiarom likwidacji utworzonego jeszcze u schyłku 1918 roku Ministerstwa Sztuki i Kultury (od razu powiedzmy tu, że protest ten okazał się daremny – w latach 1921-1922 zadania Ministerstwa Sztuki i Kultury zostały przejęte przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego).
Odczytana została na Zjeździe opublikowana później w „Robotniku” i „Trybunie” obszerna deklaracja grupy pisarzy lewicowych (wśród sygnatariuszy byli m. in. Gustaw Daniłowski, Jerzy Hulewicz, Witold Hulewicz, Karol Irzykowski, Jan Lechoń, Mieczysław Limanowski, Zofia Nałkowska, Bronisława Ostrowska, Leon Schiller, Edward Słoński, Stanisław Stande, Andrzej Strug, Emil Zegadłowicz, Stefan Żeromski); głosiła ona m. in.: „Jesteśmy przekonani, że po religijnym ongi zrównaniu wszystkich ludzi przed obliczem bóstwa, po obywatelskim zrównaniu ich przed prawem i po politycznym wyzwoleniu, przyjść musi również, w tej czy innej formie, i ekonomiczne wyzwolenie człowieka, wyzwolenie pracy, myśli, talentu i twórczości z jarzma, jakie im ustrój współczesny narzuca (…) Z oburzeniem przeto piętnujemy uprawianą przez reakcję metodę zwalczania wszelkich, czy to rewolucyjnych, czy nawet pokojowych, dążeń do zmian społecznych, przez zohydzenie walczących o wolność, zarzucanie im zdrady kraju i przypisywanie celów niszczycielskich i anarchistycznych (…) Stwierdzamy zarazem, że nie wolno Polski całej utożsamiać z tą pianą, która dziś płynie wierzchem prądu jej życia”.
Majowy warszawski Zjazd wybrał też w tajnym głosowaniu Zarząd Związku Zawodowego Literatów Polskich, który przybrał kształt następujący: prezesem został Stefan Żeromski, wiceprezesem – Stefan Krzywoszewski, sekretarzem – Ludwik Skoczylas, skarbnikiem – Karol Irzykowski, członkami – Ksawery Glinka, Zygmunt Kisielewski, Zofia Nałkowska, Władysław Reymont, Wacław Sieroszewski i Andrzej Strug. Po ukonstytuowaniu prace Zarządu wnet zostały na kilka miesięcy przerwane z powodu mobilizacji; wznowiono je po zakończeniu działań wojennych i podpisaniu rozejmu z radziecką Rosją w Rydze. Stanowisko sekretarza przejął wtedy młody poeta i prozaik Edward Kozikowski, by sekretarzować organizacji prawie dziewiętnaście lat, aż do wejścia do Warszawy hitlerowców. W listopadzie 1920 roku z funkcji prezesa zrezygnował Żeromski, tłumacząc tę swą decyzję stanem zdrowia i trudnościami z dojazdem z Konstancina, gdzie od niedawna mieszkał; jego następcą został Sieroszewski.
Powstały w Warszawie Związek miał w zamierzeniu stanowić organizację, jednoczącą pisarzy całej Rzeczypospolitej; w rzeczy samej jednak początkowo przez kilkanaście lat działało, skądinąd blisko ze sobą współpracując, kilka autonomicznych lub nawet odrębnych zrzeszeń pisarskich o tej nazwie: obok tego warszawskiego – we Lwowie, Krakowie i Poznaniu, później też w Wilnie i Lublinie. Najważniejszy i najbardziej aktywny był Związek Warszawski, na czele którego stali po Żeromskim i Sieroszewskim kolejno Strug, Kaden-Bandrowski, znów Sieroszewski, Nałkowska, znów Strug, a po jego śmierci Dąbrowska. Formalne zjednoczenie ZZLP nastąpiło w 1935 roku; na czele wybranego wówczas Zarządu Głównego stanął Ferdynand Goetel (Warszawa), wiceprezesem został Stanisław Pigoń (Kraków), sekretarzem generalnym – Edward Kozikowski (Warszawa), skarbnikiem – Julian Wołoszynowski (Warszawa), członkami zaś Zofia Nałkowska (Warszawa), Leon Pomirowski (Warszawa), Leon Kruczkowski (Kraków), Włodzimierz Jampolski (Lwów), Ostap Ortwin (Lwów), Zenon Kosidowski (Poznań), Jan Emil Skiwski (Poznań) i Tadeusz Łopalewski (Wilno). Co do liczebności Związku, dysponujemy precyzyjnymi danymi za rok 1930: warszawski ZZLP miał wtedy 186 członków, poznański – 62, krakowski – 53, lwowski – 42, wileński – 38; w sumie więc do tych pięciu organizacji należało 381 osób. Jak pisze Stefan Żółkiewski, wśród warszawskich działaczy ZZLP najpierw przeważali pisarze lewicy oraz pisarze demokratyczni, choć sympatyzujący z Piłsudskim; dopiero na początku lat trzydziestych decydującą rolę zaczęli odgrywać eksponowani zwolennicy sanacji. Na prowincji w zarządach związkowych stale przeważali pisarze związani z prawicą.
Czym w międzywojniu zajmował się ZZLP? Przede wszystkim zgodnie ze swą nazwą sprawami zawodowymi: brał energiczny udział w pracach nad uchwalonym przez Sejm w 1926 roku prawem autorskim, walczył o honoraria i tantiemy dla pisarzy (w 1929 roku np. podpisał w tych sprawach bardzo ważną umowę z Polskim Radiem), tropił nadużycia popełniane wobec autorów przez niesolidnych wydawców, usiłował (choć bezskutecznie) doprowadzić do stworzenia systemu zabezpieczenia emerytalnego literatów, organizował (skutecznie) pomoc socjalną w postaci zapomóg losowych, wywalczył dla pisarzy prawo do ulgowych paszportów, zniżki w opłatach za użytkowanie telefonu, za leczenie uzdrowiskowe, za bilety do teatrów i kin, załatwił prawo do obniżenia wymiaru zajęć lekcyjnych dla uprawiających działalność literacką nauczycieli szkół średnich. Ale też raz po raz zabierał głos w sprawach ogólniejszych: potępił (choć nie gremialnie) zamordowanie prezydenta Narutowicza, w czasie zamachu majowego poparł Piłsudskiego, ale wkrótce potem podjął zabiegi o uwolnienie więźniów politycznych. Warto też wspomnieć, że wśród przedsięwzięć podejmowanych przez pozawarszawskie ogniwa ZZLP wyróżniały się cieszące się wielką popularnością cykliczne akcje upowszechnieniowe – Środy Literackie w Wilnie (1927-1939) i Czwartki Literackie w Poznaniu (1934-1939).
Po wyzwoleniu spod okupacji hitlerowskiej ZZLP wznowił swą działalność już w sierpniu 1944 roku w Lublinie, a w roku 1949 przybrał nazwę, pod którą znamy go dzisiaj – Związek Literatów Polskich…

Powojenne szanse dla Polski

Potomność powinna sądzić ludzi i rządy, tylko w świetle czasów i okoliczności, w jakich przyszło im działać.
Napoleon Bonaparte
Polakom można postawić piątkę za brawurę. Natomiast wielu polskich polityków – jak wykazały nasze dzieje-zasłużyło na dwójkę z historii i z geografii. Płaciliśmy za to nieraz najwyższą cenę.
gen. Wojciech Jaruzelski

Przeżywamy dni 75 rocznicy zakończenia II wojny światowej w Europie. Media na swój sposób dywagują nad datami, 8 maja i 9 maja. Dlaczego w PRL wtedy tak „świętowano” , a teraz inaczej wg polityki historycznej, proszę się nie mylić. Fakt pozostaje faktem – gdy przedstawiciel hitlerowskiej Rzeszy podpisywał akt bezwarunkowej kapitulacji o godz. 23.30, w Europie był jeszcze 8 maja. Biorąc 2-godzinne przesunięcie czasowe – w Moskwie był już 9 maja. Obowiązująca wiele lat w III RP polityka historyczna, obchody Dnia Zwycięstwa 8 maja, obrzydza jako„dowód” braku suwerenności. Ważne jest, że władze pamiętały o Dniu Chwały dla Oręża Polskiego, dla Polski i złożono wieńce na Grobie Nieznanego Żołnierza. Grób, to Miejsce uosabia wieczną pamięć o żołnierzach, powstańcach, partyzantach walczących na wszystkich frontach. Przegląd, nr19 z br. pisze o „Największym froncie w dziejach świata” – chwała i uznanie! Zachęcam Państwa do przeczytania.
Jaka Polska
Pytanie to pojawiło się już jesienią 1939 r., po utracie przez Polskę niepodległości, na skutek tragicznego Września. Nie dziwcie się Państwo. Było aktualne podczas okupacji hitlerowskiej, dla rządu londyńskiego i wielu polityków. Jego istota, sens sprowadzała się do wyobrażenia sobie powojennego obszaru kształtu terytorialnego i ustroju politycznego. Tu szczegół – często można spotkać ocenę, że Wielka Brytania (Churchill) i rząd londyński byli zdania, iż Polska powinna „sięgać” po Odrę. Otóż, sprawę tego „sięgania” podniósł nie kto inny tylko Stalin w rozmowie z gen. Sikorskim – grudzień 1941. Po powrocie do Londynu – co oczywiste – zdał relacje członkom rządu i Churchillowi. Później była jego argumentem wobec kwestii Kresów Wschodnich (są archiwalia, oparta na nich książka „Stalinizm”…prof. E. Duraczyńskiego). Sprawa tej granicy jest zapisana w deklaracji programowej PPR, 1943 r. Podobnie było z ustrojem politycznym. Ale „decydent był inny”. Polska była terytorialnie i politycznie kształtowana – podkreślam – nie przez Polaków, ale przez Wielką Trójkę w Teheranie (1943), w Jałcie i Poczdamie 1945! To zdanie może zbulwersować niektórych spośród Państwa, zapewne część historyków. Czy rząd londyński miał wpływ, był słuchany, mógł być inny ustrój a przynajmniej bardziej demokratyczny – szansa była! Nie dziwcie się Państwo Czytelnicy. Skrótowo powiedzieć można tak – rząd londyński, czy to kierowany przez gen. Władysława Sikorskiego, Stanisława Mikołajczyka czy Tomasza Arciszewskiego był przeciwny, wrogi ZSRR, choć utrzymywał stosunki dyplomatyczne, zerwane po ujawnieniu Katynia w 1943 r. (Churchill gen. Sikorskiemu mówił – „Wiemy, że bolszewicy są zdolni do okrucieństwa. Ale martwcie się o żyjących, a nie o martwych”). Jego stosunek do ZSRR był pierwszą przeszkodą, niekiedy wręcz barierą.
O czym była mowa w Moskwie.
Generał Władysław Sikorski, po pomyślnym dla nas-Polaków, podpisaniu w Londynie z Iwanem Majskim (ambasador ZSRR w W. Brytanii) umowy, wybrał się do Moskwy. Owe porozumienie m.in. obejmowało unieważnienie przez ZSRR„paktu Ribbentrop – Mołotow” z 23.08.1939 i układu z Niemcami z 28.09.1939; zwolnienie Polaków z obozów, więzień, miejsc zesłania; przywrócenie polsko – radzieckich stosunków dyplomatycznych. Ponadto, podpisano wojskową konwencję o organizacji w ZSRR armii polskiej („Armia Andersa”) oraz deklarację sojuszu ZSRR z Polską w walce z Niemcami.
Od czasu podpisania tej umowy, 30 lipca 1941 r. w stosunkach polsko-radzieckich zmieniło się wiele na korzyść Polaków. Generał Sikorski chciał to zobaczyć i osobiście omówić ze Stalinem kilka ważnych spraw, m.in. sygnalizowanych przez ambasadora Kota. Podczas rozmów na Kremlu, Stalin przekonywał Gościa, że gdy Wojsko Polskie przystąpi do walki, „stworzy klimat zaufania po obydwu stronach”. Na propozycję Generała by Armię Andersa przenieść do Iranu-jak pisze prof. E. Duraczyński, poirytowanym tonem oświadczył – „Jestem człowiekiem doświadczonym i starym. Wiem, że jak do Persji wyjedziecie, to już tutaj nie wrócicie. Widzę, że Anglia ma dużo roboty i potrzebuje polskich żołnierzy”. Podczas tej rozmowy i bankietu wyraził pogląd, że „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, i „przed konferencją pokojową”. Generał replikował, że granica ustalona traktatem ryskim z 1921 r. „nie może być kwestionowana, że chciałby jeszcze wrócić do tej kwestii”. Stalin zgodził się i „wysunął pomysł oparcia zachodniej granicy RP na linii Odry”, tego nie omawiano. Na bankiecie, po podpisaniu deklaracji polsko-radzieckiej (Sikorski nie zgodził się na układ), Stalin wrócił do kwestii granic, „chodzi o >czut-czut<”, niewielkie zmiany, jak pisze Olgierd Terlecki (Generał Sikorski, Kraków 1981) Powiedział do Premiera – „bądźcie spokojni, nie skrzywdzimy was”. Komentarz Eugeniusza Guza do tej rozmowy sugeruje możliwość zachowania Lwowa oraz innego niż linia Curzona przebiegu granicy wschodniej i powrotu rządu do Warszawy, czym skłania do poważnej refleksji. Czytelnikom mającym skromną wiedzę, warto powiedzieć otwarcie, że historycy wypowiadają się oszczędnie. Bo przecież, gdyby Armia Andersa walczyła na Wschodzie, polityczne zwierzchnictwo sprawowałby rząd londyński oraz Wódz Naczelny gen. Sikorski, a wojenne, czyli strategiczno-operacyjne, ZSRR. Nie powstałaby Armia Berlinga, to oczywiste. Inaczej też ułożyłyby się stosunki z polską lewicą w ZSRR i okupowanym kraju. Czy można było zaufać Stalinowi – nikt z historyków nie podjął ryzyka pozytywnej odpowiedzi! Gdyby gen. Sikorski zaryzykował – historia może opisywałaby go jako opatrznościowego męża, nawet stawiając wyżej od Piłsudskiego! Dlaczego? Kluczowa odpowiedź mieści się w terytorialnym kształcie i powojennym ustroju Polski. Może granica wschodnia przebiegałaby wg traktatu ryskiego? A co z zachodnią, czy byłaby z 1939, czy 1945 r.? Czego my byśmy oczekiwali – wiadomo! To wymagało w 1941-1942 r.od rządu wyobraźni i zabiegów o prawne gwarancji Anglii i USA, nawet ich odrębny traktat ze Stalinem w sprawie Polski. Czy był możliwy – szanse były. Pamiętajmy, że w grudniu 1941 r. niemieckie dywizje były 40 km od Moskwy, zbliżały się do Leningradu, Stalingradu i Kaukazu, liczył się każdy żołnierz. Nie jest ciekawostką a faktem, że Stalin osobiście rozdzielał ciężkie karabiny maszynowe na najważniejsze fronty. Oba państwa – Anglia i USA – autentycznie nie chciały upadku ZSRR pod ciosami wojsk Hitlera. Ale wtedy Anglia miała inne kalkulacje wobec Armii Andersa, szło jej o ochronę brytyjskich kolonii, na wypadek upadku ZSRR. Czy polskie pokłady nienawiści, wrogości do Rosjan były do pokonania, czy gen. Sikorski na Zachodzie byłby zrozumiany? On sam chyba nie był skłonny do takiego ryzyka, choć słusznie uważany jest za realistę wśród londyńczyków. Wiemy jak potoczyły się losy wojny i Polski dalej.
Kresy Wschodnie
Faktycznie symbolizuje je„linia Curzona”. Była linią demarkacyjną między wojskami polskimi a Armią Czerwoną z lipca 1920 r., jaką uznali uczestnicy konferencji w Spa. Tu zwracam Państwu uwagę – kto pamięta, żeby mówiono o niej gdy obchodziliśmy 100. lecie odzyskania niepodległości 2 lata temu? Przecież ją Zachód ustalił, Churchill i Stalin uznawali za obowiązującą! Ciekawe, kto w tym roku, za 2,5 miesiąca będzie pamiętał, gdy będziemy świętować 100. lecie Bitwy Warszawskiej! Wskazana w nocie dyplomatycznej Szefa MSZ W. Brytanii, lorda Georga Curzona, do Szefa MSZ ZSRR (RFSRR), Gieorgija Cziczerina. „Linia” ta, była wcześniej, tj. 8 grudnia 1919 r. wskazana przez mocarstwa sprzymierzone w ich „deklaracji” w sprawie tymczasowej granicy wschodniej Polski. Właśnie ten szczegół – deklarację państw zachodnich które już w 1919 r. ją wskazały. Z czym Polska nie chciała się pogodzić. Lord Curzon nie był jej autorem, a pracownicy ministerstwa, wśród nich Polak Ludwik Namierowski, któremu przypisuje się to autorstwo. Linia przebiegała od Grodna, przez Jałówkę, Niemirów, Brześć, Dorohusk, Hrubieszów, Kryłów, do Rawy Ruskiej, Przemyśla i dalej do Karpat. Była kilka razy modyfikowana przez polityków. Warto spojrzeć na poniższą mapę choćby jeszcze z jednego powodu-jaki kształt terytorialny miałaby dzisiejsza Polska bez Ziem Zachodnich – pomyślcie Państwo!
„Londyńczycy”
Proszę sięgnąć po książkę Eugeniusza Guza „Londyński rodowód PRL”. Autor był wielokrotnie postponowany za sam tytuł – londyński rodowód! To ciężka obraza prawicy, by przypisywać jej jakąkolwiek odpowiedzialność za powojenne rządy w Polsce. Ta książka od Czytelnika wymaga wyobraźni, zachęcam. Jej przesłanie-gdyby rząd londyński, jego krajowi przedstawiciele, różne polityczne partie chciały się „dogadać” ze sobą! – podkreślam-skład „rządu lubelskiego” pozwalał uniknąć a przynajmniej osłabić skalę stalinizacji w Polsce, lata 1947-1953, nawet do 1956. Bierut i Gomułka-tak! czynili takie starania, oczywiście z myślą o przewadze w rządzie swoich zwolenników, obawiali się partyzantki, bratobójczej walki, a stąd i „pomocy” NKWD. Stalin i Churchill, podejmowali mediację, nie uzyskali wzniesienia się naszych polityków z różnych orientacji ponad często słuszne urazy i waśnie, które wtedy należało odłożyć na inny czas. Potrzebny był rozum i wyobraźnia o przyszłości Polski, nie karabin. Czy „londyńczycy” mieli? – oto przykłady:
– 14 października 1944 r., (czyli po upadku Powstania Warszawskiego, za którego wybuch ten rząd odpowiada, co od lat się przemilcza w sierpniu każdego roku), Winston Churchill (wkurzony) podczas rozmowy z premierem Stanisławem Mikołajczykiem m.in. mówi – „Nie jesteście żadnym rządem, jeżeli nie możecie podjąć żadnej decyzji. Jesteście warchołami, którzy chcą zburzyć Europę. Odwołam się teraz do innych Polaków, zwłaszcza, że rząd lubelski może funkcjonować doskonale. On będzie rządem. Pana argumenty to tylko zbrodniczy pomysł wywołania rozłamu między sojusznikami za pomocą waszego liberum veto. Jeżeli chcecie pobić Rosję, zostawiamy to wam. Mam wrażenie, że jestem w domu obłąkanych. Nie wiem, czy rząd brytyjski będzie was nadal uznawał”. Wybaczcie Państwo wprost banalne pytania – czy premier nie wiedział, że terytorialnie Polska leży między Rosją i Niemcami i którędy Armia Radziecka będzie szła na Berlin?; czy jeszcze wtedy liczył że Wielka Brytania i USA zapewnią temu rządowi „władanie” w Polsce; czy nie mógł pojąć, że trzeba się dogadać z „rządem lubelskim”. Tu taka ciekawostka. W sierpniu 1944 Stanisław Mikołajczyk był w Moskwie, rozmawiał ze Stalinem, który namawiał go na funkcję premiera w rządzie lubelskim – tak! Oczywiście, trzeba mieć świadomość, że jego zgoda wywołałaby wściekłość – jak dziś mówimy – „betonu” wśród swoich w Londynie i trudno przewidzieć ich reakcje. Ale wtedy jeszcze Churchill i Roosvelt popierali Mikołajczyka – była więc nić szansy, nadziei na „inny skład” rządu lubelskiego, wciąż pamiętając o miejscu i roli osób bliskich ideowo Moskwie. Po Jałcie, Stanisław Grabski opublikował apel-„dogadajmy się z Moskwą … bo to daje nam jedyną szansę po pierwsze, na Ziemie Zachodnie, po drugie – na przetrwanie państwa”. Oświadczył – „jadę do Warszawy, gdyż tylko tam jeszcze dla Polski da się coś zrobić”. Nawiasem wspomnę, iż był on i Mikołajczyk – członkami delegacji rządu na Konferencję w Poczdamie. Z USA do Polski przyjechał prof. Oskar Lange, ks. Orleański, inni
– 21 lutego 1945 (czyli 2 tygodnie po Jałcie) Winston Churchill podczas rozmowy z gen. Władysławem Andersem m.in. kilkakrotnie podkreśla, że Wielka Brytania nigdy nie gwarantowała wschodnich granic Polski (szło o Kresy Wschodnie, które USA i Anglia oddały ZSRR-moje GZ). Oświadcza, że sprawę granic ostatecznie załatwi konferencja pokojowa. Wraca do rozmowy z 26 sierpnia 1944 r. i mówi o odszkodowaniach dla Polski w ziemiach na zachodzie po Odrę i Nysę. Zaś Anders występuje przeciwko tworzeniu nowego rządu w Polsce, opartym na komitecie lubelskim – jak mówi – „składającym się wyłącznie z obywateli sowieckich i kilku zdrajców, idących na pasku Moskwy, z dołączeniem dla pozoru paru działaczy polskich przebywających za granicą”. Na zakończenie rozmowy Churchill mówi, że Wielka Brytania uzna tylko rząd składający się z przedstawicieli wszystkich kierunków politycznych. Zachęcam do przeczytania pamiętnika Andersa-„Bez ostatniego rozdziału”, pozwoli na zrozumienie ówczesnej rzeczywistości, skali wyobraźni i odpowiedzialności za Polskę po wojnie;
– Tomasz Arciszewski, premier rządu, m.in. oświadczył: „Nie chcemy rozszerzać granicy na zachód tak, aby wchłaniać 8 do 10 milionów Niemców. Nie chcemy Wrocławia ani Szczecina.” (opublikowane równolegle w „Sunday Times” oraz londyńskim „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza” 1945). Wstyd konkludować – jaki kształt terytorialny miałaby Polska bez Ziem Odzyskanych? Tego w 1945 r. też nie potrafili sobie wyobrazić i zrozumieć? Tu należałoby obszernie przedstawić „Memoriał” Iwana Majskiego ze stycznia 1944 r., który złożył Mokotowowi, gdzie m.in. sugeruje, by „powojenną Polskę ostrożnie kształtować, jako kraj możliwie niewielkich rozmiarów” – proszę, pomyślcie Państwo Czytelnicy;
Profesor Andrzej Werblan („Polska Ludowa, Wyd. Iskry 2017) przypomina rozmowę Władysława Gomułki z Kazimierzem Bagińskim z SL-u (Stronnictwo Ludowe, moje, GZ) – „Armia Czerwona lada dzień tu przyjdzie, trzeba będzie tu jakoś władzę zorganizować. Porozummy się. My jesteśmy dla nich wiarygodni. Razem z nami wy staniecie się też wiarygodni. Nie – odpowiedział Bagiński, my powitamy Armię Czerwoną z rozwiniętymi zielonymi sztandarami i sami się z nimi dogadamy, bez waszej pomocy”. Gomułka zanotował – „pozostało mi tylko życzyć powodzenia” – serdecznie zachęcam Państwa do przeczytania tej książki. Jej Autorzy – profesorowie: Werblan i Modzelewski są Świadkami Historii! Proszę, pomyślcie – gdyby powstał rząd złożony z przedstawicieli PSL, SL, PPS i oczywiście PPR z pozycją wpływową! z „koncesjonowaną demokracją”, przyjazny ZSRR, moglibyśmy uniknąć pierwszych trudnych wewnętrznie lat lub dużo łagodniej je przeżyć. Czy nie wynikają z tego na dziś, w 2020 r. sensowne wnioski, nauki?…
Refleksja…
W tym miejscu proszę Państwa o wybaczenie – pisząc ten tekst nie mogę powstrzymać się od pytań i ocen, po wysłuchaniu kolejnej „samopromocji prezydenckiej” Pana Kosiniaka – Kamysza. Mówi, że Polski nie wolno dziś oddać walkowerem, że obserwujemy arogancję władzy, która wydaje różne nakazy i sama je łamie. Że jako prezydent podniesie wydatki na ochronę zdrowia, bo Polacy powinni być leczeni na wysokim poziomie, że służba zdrowia powinna godnie zarabiać i podobne banały. Nie mogę tego strawić-dziwicie się Państwo? Czy wydatki na służbę zdrowia, poziom zarobków lekarzy zależą od prezydenta, czy od rządu i parlamentu? Tyle już chyba kandydat na prezydenta powinien wiedzieć! Co z tego, że napisze „swoją ustawę”, którą odrzuci Sejm? Gdzie Pan Kosiniak był przed 2016 r., kto, jaka opcja polityczna razem z PO przez 8 lat sprawowała władzę, co robiło PSL? Nie wiadomo było wtedy jaki jest stan kształcenia przyszłych kadr medycznych, jakie są potrzeby, ile lat trwa kształcenie specjalisty – lekarza? Kto ma leczyć na „wysokim poziomie”, specjaliści szkoleni na wiejskich festynach PSL? Czy Pan Kosiniak nie widział jak postępuje władza od 2016 r., przed wyborami w październiku 2019-dlaczego razem ze Schetyną rozbił opozycję, nie chcąc iść do wyborów w jednym bloku z Lewicą? Miliony Polaków, ja też – nie muszę wiedzieć na czym polega liczenie głosów metodą d’Hondta, ale Pan Kosiniak powinien – pisałem w tekście „Przyszły prezydent”, DT, 22-24 listopada 2019. Jeden duży blok opozycji wobec władzy zmieniłby układ głosów w Sejmie. Przepraszam wszystkich przyjaciół, profesorów! (nie wymieniam nazwisk), ale powstrzymać żalu nie potrafię, za traktowanie jak durnia, Polaków – jak „ciemny lud”, potrzebny Panu Kosiniakowi do wybrania na najwyższy urząd. Czy nie potrafi liczyć, myśleć i przewidywać nawet na kilka miesięcy? Z ogromnym uproszczeniem, pominięciem wielu szczegółów i uwarunkowań pytam – obecne „zabiegi” PSL i PO nie są podobne do „mądrości” niektórych wyżej cytowanych polityków? Dostrzegł to SMS – owy badacz: „błędy lekarzy leżą w grobie, błędy nauczycieli – siedzą w Sejmie”.
Odpowiedzialność „londyńczyków”
Ktoś może się zdziwić – dlaczego oczekuję zrozumienia sytuacji od „londyńczyków”, a nie oceniam surowo zwolenników ZSRR, czyli głównie PPR i PPS. To proste, „rząd lubelski” był u siebie, w kraju, Wielka Trójka przesądziła, że Polska będzie w strefie ZSRR. Kwestia ta sprowadzała się do pytania – jaka ta Polska będzie ustrojowo, ile demokracji, na co „Londyn” mógł mieć wpływ przez kilku doświadczonych polityków, porozumienie i współpracę. Ale przez stawianie różnych warunków, kuglarskie machinacje stracili wpływ. O co poszło? Trzy główne sprawy – Kresy, pisałem wyżej, przyjęcie Konstytucji z 1921 r. jako podstawy prawa ( upierali się przy sanacyjnej, z 1935) oraz reforma rolna – ziemia dla chłopów. Tu ciekawostka – kardynał August Hlond w 1933 r. powołał Radę Społeczną, która w założeniu przyjęła potrzebę reformy rolnej, parcelacji wielkich majątków. Ziemiaństwo wywołało histerię – „czerwony biskup chce odebrać ziemię”! Endecja nazwała go robociarzem, z pochodzenia był Ślązakiem. Tłumaczył – że tych problemów społecznych nie da się rozwiązać, dając jałmużnę. Radził – „Kościół niech odda swoje ziemie i skupi się na pracy duszpasterskiej. Nie chcecie? przyjdzie chwila, że będziecie musieli” – prorocze myśli. Warto zainteresować się tą postacią, rozpoczął się proces jego beatyfikacji.
Wracam do głównego wątku. „Londyńczycy” nie mogli pojąć dwóch rzeczy: że USA i Anglia nie wezmą Polski pod „swoją opiekę”. 6 marca 1946 r. Churchill przemawiając w Fulton ogłosił „żelazną kurtynę”, oddzielił Polskę i inne kraje od Zachodu – podkreślam. Zrobił to świadomie we własnym, Anglii i Zachodu interesie, nie Stalin! Zachód nas nie chciał – wreszcie to trzeba pojąć. Że podziemie dla nich nie wywalczy władzy i „wolności”. Dlaczego mamili nadzieją na III wojnę?… Brak im było wyobraźni, czy piramidalna głupota. Doszła do tego „praca” propagandy z Moskwy i Zachodu – mówiono: Polacy wracający do kraju to szpiedzy, zdrajcy. Efekt – powojenna stalinizacja, morderstwa „zbrodniczych band podziemia” (o tym napiszę wkrótce).
Ku pamięci…
Nie należy zapominać, że Polska podczas ostatniej wojny była zniszczona w 38 proc. . Straty, jakie ponieśliśmy, były proporcjonalnie 47 razy większe, niż w Wielkiej Brytanii i 25 razy przekraczały zniszczenia wojenne Francji. Kraj został zniszczony i wykrwawiony, a na dodatek wyjałowiony w dużej mierze z warstwy inteligenckiej. W Polsce zostało zaledwie kilkanaście tysięcy osób z wyższym wykształceniem. W 1939 r. na 10 tys. mieszkańców mieliśmy prawie trzy razy mniej studentów, niż Anglia. Mieliśmy 25-30 proc. analfabetów, Anglia wówczas nie znała tego zjawiska. Żaden inny kraj nie znalazł się w podobnej sytuacji.
Polska leczyła wojenne rany. Odbudowę kraju rozpoczęliśmy w sytuacji nie tylko zdziesiątkowanych kadr fachowych, lecz również z ludźmi, którzy jakże często nie umieli czytać ani pisać. Kilof i kielnia, a często i gołe ręce – to była wówczas główna technologia. Zadania były istotnie wielkie i wzniosłe. Odbudować kraj. Podnieść z ruin najważniejszy symbol – Warszawę, która padła ofiarą straszliwych zniszczeń, zagospodarować Ziemie Odzyskane na zachodzie kraju, przyjąć miliony Polaków repatriowanych z dawnych kresów wschodnich… W tamtych czasach, o czym niektórzy teraz nie pamiętają, każdy dom, każdy most, każdy pomnik, każdy kilometr torów kolejowych stanowił – po odbudowaniu – źródło autentycznej dumy.
Zastanówcie się Państwo-jesteśmy przed wyborami prezydenckimi. Kto „zasłużył na dwójkę z historii i z geografii” – jak mówił Generał Nie dajmy się wprowadzić w błąd! Dziś i jutro-najważniejsza będzie gospodarka, finanse. Tylko taki praktyk-prezydent, znany w Polsce i Europie jest nam bardzo potrzebny.

Jedna pomyłka i…

„Biada politykowi, którego racje przystąpienia do wojny nie zdają się tak pewne przy jej zakończeniu, jak przy jej początku” – te słowa Bismarcka przypomniał Norman Podhoretz. Amerykański publicysta, ideolog neokonserwatyzmu w drugiej połowie XX wieku. Przypomniał we wstępie do swej książki „Dlaczego byliśmy w Wietnamie”. Napisanej w 1982 roku.

Siedem lat wcześniej, w nocy 29 kwietnia 1975 ambasada USA w Sajgonie przypominała rozgrzaną puszkę sardynek. Tysiąc stłoczonych Wietnamczyków, wymieszanych z personelem ambasady Republiki Korei i ostatnimi Amerykanami nadzorującymi ewakuację czekało na ewakuację.
Śpieszyli się wszyscy. Bali się wkraczających oddziałów północnowietnamskich i gniewu tysięcy Wietnamczyków pozostawionych za murami placówki. Wymachującymi paszportami z amerykańskimi wizami. Wtedy ich czarnorynkowa cena, dla wielu cena życia, wzrosła do pięciu tysięcy USD.
Rankiem, o godzinie 4.42, ambasador USA Graham Martin wsiadł do helikoptera. Wśród oczekujących tam Wietnamczyków wybuchła panika. Dostrzegli, że wahadłowo kursujące śmigłowce preferują białych uciekinierów. Zrozpaczeni Wietnamczycy próbowali przerwać, chroniący lądowisko, kordon marines. W żywiołowej, chaotycznej strzelaninie zginęło dwóch amerykańskich żołnierzy. Ostatnich poległych w tej wojnie.
O godzinie 7.53 ostatni amerykański helikopter opuścił Wietnam Południowy.
Trzy godziny później pierwszy północnowietnamski czołg wyłamał bramę pałacu prezydenckim w Sajgonie. Obrony nie było. Generał Duong Van Mionh, ostatni prezydent Republiki Wietnamu, miał już przygotowany akt przekazania swej władzy. Ale zdobywcy zlekceważyli go, zażądali bezwarunkowej kapitulacji. Na frontonie pałacu zawiesili sztandar rewolucyjnego rządu południowego Wietnamu.
Atak był tak szybki, że ekipy zachodnich telewizji nie zdążyły go sfilmować. Dlatego na prośbę delegacji akredytowanych mediów, jeszcze tego samego dnia, dzielni żołnierze Ho Chi Minha powtórzyli finał wyzwolenia Sajgonu. Aby przygotowane już kamery dobrze uchwyciły i uwieczniły ten historyczny moment.
Tak zakończyła się najkosztowniejsza z najgłupszych wojen jakie USA toczyły. Wojny, która nie musiała wybuchnąć.
Spokojni Amerykanie
Trzydzieści lat wcześniej nie było ekip telewizyjnych w Wietnamie. Świadkowie zapamiętali, że przyjechał na plac Ba Dinh w Hanoi francuskim samochodem, eskortowany przez gwardię rowerzystów. Półmilionowy, zebrany tam tłum ujrzał go na prowizorycznej trybunie. W otoczeniu ministrów powołanej wtedy Demokratycznej Republiki Wietnamu oraz grona amerykańskich oficerów.
„Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie. Stwórca obdarzył ich niepodważalnymi prawami do życia, prawem do wolności oraz prawem do poszukiwania szczęścia” – odczytał inwokację do napisanej przez siebie Deklaracji Niepodległości Wietnamu. Kopi Deklaracji Niepodległości USA.
Czynił tak nieprzypadkowo. Za plecami miał Archimedesa Patti, majora amerykańskiego wywiadu. Szefa delegacji armii Stanów Zjednoczonych. Armii, która uzbroiła defilujących przed trybuną partyzantów nacjonalistycznego Viet Minhu. Armii, której samoloty przelatywały nad placem i trybuną oddając zebranym przyjacielskie pozdrowienia. Zwłaszcza jej sojusznikowi Ho Chi Minhowi, liderowi Viet Minhu, proklamującemu wtedy, 2 września 1945 roku, powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu i przyszłą niepodległość całego kraju.
Proklamującemu na wyrost, bo władza Ho Chi Minha długo się w Hanoi nie utrzymała. Tydzień później wkroczyły tam oddziały nacjonalistów z Republiki Chińskiej, niechętnej niepodległemu Wietnamowi.
Chińczycy zajęli północne tereny Wietnamu, bo miesiąc wcześniej, podczas konferencji poczdamskiej, ówcześni przywódcy USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii, podzielili świat na sfery swych wpływów.
Tam też zadecydowano o przyszłości Wietnam. Byłą kolonię francuską, okupowaną od 1940 przez Japończyków, podzielono arbitralnie na dwie strefy. Północne tereny dostały w zarządzanie sojusznicze Chiny, rządzone wtedy przez nacjonalistę Czang Kai – szeka. Południe kraju przypadło Wielkiej Brytanii usadowionej w niedalekiej Birmie.
Ponieważ Londyn potrzebował poparcia Francji dla brytyjskiej polityki w Niemczech, to oddał „swoje” południe Wietnamu generałowi de Gaulle. Ponieważ Czang Kai – szek ciągle potrzebował pieniędzy na wojnę domową z chińskimi komunistami, to odsprzedał przydzieloną mu północ Wietnamu, Francuzom.
Ku zadowoleniu Ho Chi Minha, który wolał mieć za przeciwnika dalekiego, europejskiego okupanta niż wielkiego, azjatyckiego sąsiada. Wietnam zmagał się z chińskimi dominacjami i okupacjami przez przynajmniej tysiąc lat. Z francuską ekspansją kolonialną tylko od stu.
Uzbrojona przez Amerykanów, bitna wietnamska partyzantka przyjęła Francuzów wrogo. Na tradycyjnie wojowniczej Północy kraju po kilku miesiącach walk Francuzi kontrolowali jedynie miasta i najważniejsze szlaki komunikacyjne. Na pozostałych terenach toczyła się nieustanna wojna partyzancka. Na tradycyjnie biznesowym Południu, Francuzi wskrzesili przeszłość. W 1949 roku powołali tam marionetkowy rząd z powszechnie nieszanowanym cesarzem Bao Daiem. Playboyem, bohaterem towarzyskich kronik w bulwarowych gazetach.
Po ośmiu latach wyczerpującej wojny doborowa armia francuska przegrała z mistrzowską partyzantką Viet Minhu. Jej klęskę pieczętuje bitwa w dolinie Dien Bien Phu. Stała się ona wzorem dla antykolonialnych partyzantek na całym świecie.
Po Dein Bien Phu Francuzi myśleli o jednym. Jak honorowo wycofać się z azjatyckich Indochin. Z Wietnamu, ale też ze zbuntowanych Laosu i Kambodży. Spróbować ocalić dla Francji śródziemnomorskie kolonie, zachować zamorską Algierię. Dlatego podczas międzynarodowej konferencji pokojowej w Genewie w 1954 roku Francuzi godzili się na przedkładane im propozycje pokoju. Wydało się, że Wietnam już wtedy zostanie zjednoczony.
Jednak pozostałe delegacje miały już inne cele. Wielka Brytania chciała zachować podział Wietnamu. Liczyła, że tak osłabiony nie będzie wzorem dla jej kolonii i azjatyckich sojuszników. Amerykanie, przestraszeni wojną koreańską i narastającą popularnością komunistycznej ideologii w Azji, postanowili tam zastopować widmo komunizmu. Nie mieli wtedy jeszcze pomysłu jak to uczynić. Osłabiony śmiercią Stalina Związek Radziecki grał dalej rolę mocarstwa, ale w czasie negocjacji scedował azjatyckie rozgrywki na wtedy jeszcze sojusznicze Chiny.
Dzięki temu komunistyczny Pekin ograł wszystkich wracając do zasad cesarskiej polityki w tym regionie. Wsparł niekomunistyczne rządy w odzyskujących niepodległość Kambodży i Laosie by przywrócić tam swe dawne wpływy. Wsparł ideę utrzymania dwóch konkurencyjnych państw na terenie Wietnamu graniczących na linii 17 równoleżnika. By zachować rolę przyszłego arbitra.
Wspólną wolą konferencji zjednoczenie Wietnamu nastąpić miało dopiero po przeprowadzeniu wolnych wyborów w obu prowincjach. Wyznaczono ich ostateczny termin. Lipiec 1956 roku.
Aktywność chińska zmobilizowała Stany Zjednoczone. Amerykanie postanowili zablokować wolne wybory, bo prognozy były jednoznaczne. Niezwykle popularny Ho Chi Minh i jego nacjonalistyczny Viet Minh wygrałby je zdecydowania na Północy. I również na Południu, choć z gorszym wynikiem.
Od jesieni 1954 roku Amerykanie zajmują miejsce ustępujących Francuzów na wietnamskim Południu. Współtworzą tam Republikę Wietnamu. Alternatywną wobec północnej, coraz bardziej „socjalistycznej” Demokratycznej Republiki Wietnamu. Szukają też wietnamskiego lidera, alternatywnego wobec Ho Chi Minha. Swego niedawnego sojusznika w wojnie z Japończykami.
Tragedia pomyłek
Stawiają na niepodległościowego działacza, wietnamskiego katolika Ngo Dinh Diema. Powszechnie wtedy poważanego. Warto przypomnieć, że w 1945 roku Ho Chi Minh tworząc pierwszy rząd niepodległego Wietnamu zaproponował w nim udział Ngo Din Diemowi. Ale ten odmówił i wyjechał do USA gdzie nawiązał wiele korzystnych kontaktów.
W 1954 roku Ngo Dinh Diem nie odmówił. Został premierem pro amerykańskiego Wietnamu. Dzięki pomocy USA ożywił gospodarkę wietnamską. Obalił archaicznego cesarza, ubrał Wietnam w republikańskie, demokratyczne szaty. Podczas swej wizyty w USA w 1957 amerykańskie media uznały go za „jedną z największych postaci XX wieku”. Atrakcyjnego prozachodniego demokraty z wietnamską twarzą.
Niestety premier Ngo Dinh miał do użytku wewnętrznego drugą twarz. Katolickiego, nepotycznego inkwizytora. Choć za granicą deklarował przywiązanie do demokracji, to u siebie surowo zwalczał każdą opozycję polityczną. Dodatkowo rozniecił konflikty z silnymi na Północy sektami religijnymi i początkowo sprzyjającymi mu buddystami.
Swą liczną, pazerną rodziną obsadził najważniejsze stanowiska w państwie. Od ministra – szefa policji po kardynała wietnamskiego kościoła katolickiego. Wtedy w Sajgonie żartowano, że przed braćmi Ngo Dinh nie ma ucieczki. Kontrolują wszystko co jest na ziemi, i jeszcze dodatkowo niebo.
W listopadzie 1966 roku wspierany przez wywiad USA pucz południowo wietnamskich wojskowych obalił rząd Ngo Dinh Diema. Znienawidzonego premiera i jego brata, szefa policji Ngo Dinh Nhu, wietnamscy żołnierze odnaleźli w katolickim kościele w chińskiej dzielnicy Cholon stołecznego Sajgonu. Zabili ich bez wahania. Na wieść o tym mieszkańcy Sajgonu szaleli z radości.
Krótka była ta radość, bo był to początek późniejszych, kolejnych klik wojskowych. Miały one wspólne cechy. Gigantyczny ciąg do korupcji oraz brak woli walki z miejscowymi partyzantami i armią Północy. Amerykanie uporczywie prowadzili tę, z góry skazaną na przegraną, wojnę. Nie pomogły setki tysięcy ich żołnierzy zaangażowanych w walki. Nie pomogła „wietnamizacja” wojny, czyli opłacanie armii Południa aby walczyła z partyzantką i wojskiem Północy.
Wojna wietnamska kosztowała USA ponad 60 tysięcy zabity, 313 tysięcy rannych, w tym ponad 150 tysięcy inwalidów. Wietnam Południowy stracił prawie 300 tysięcy zabitych żołnierzy. Straty Wietnamu Północnego, sumując żołnierzy, partyzantów i cywilów, szacuje się nawet na ponad milion zabitych.
Znów w sojuszu
„Cieszymy się, że znów jesteście” – takimi transparentami witano Amerykanów w Hanoi i Ho Chi Minh City, czyli dawnym Sajgonie. w 1995 roku. Kiedy między nawiązano stosunki dyplomatyczne i zniesiono amerykańskie embarga.
Wietnam po wprowadzeniu prorynkowych reform „doi moi” stał się kolejnym gospodarczym „azjatyckim tygrysem”. Światowym liderem w produkcji kawy, ryżu, przypraw. Atrakcyjnym miejscem dla inwestycji przemysłowych. Przede wszystkim japońskich, południowokoreańskich, singapurskich, ale też amerykańskich i europejskich. Dwadzieścia pięć lat po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych Wietnam jest nadal ważnym sojusznikiem USA w regionie Pacyfiku. Jednym z filarów tworzonej tam przez Waszyngton antychińskiej polityki.
Dlatego liczne amerykańskie delegacje państwowe składające wieńce w hanojskim mauzoleum Ho Chi Minha. A wielu amerykańskich historyków i publicystów skłania się ku tezie, że to Ho Chi Minh mógł być tym „azjatyckim Tito”. Autentycznym przywódcą narodu, zachowującym niezależność polityczną od Moskwy i Pekinu. Strategicznym sojusznikiem Waszyngtonu.
Jeden zły personalny wybór doprowadził do wieloletniej, wyniszczającej wojny. Zakończonej ostatecznie w 1976 roku zjednoczeniem oby państw wietnamskich. A przecież gdyby w 1954 roku Amerykanie nie odrzucili możliwości współpracy z „komunistą” Ho Chi Minhem, to nie musieliby się angażować w niepotrzebną wojnę. Nie popełnili by tych potwornych zbrodni, za które wstydził się Normam Podhoretz.
Nie musieliby też uciekać z Wietnamu pozostawiając swych sojuszników na niełasce zwycięzców. Wracać tam teraz z zaproszeniem do strategicznej, anty chińskiej gry.

Tacy azjatyccy Polacy

75 rocznica powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu.
70 rocznica nawiązania stosunków polsko – wietnamskich.

Historie Wietnamu i Polski mają wiele niespodziewanych podobieństw. Polska uchodzi za bastion europejskiej kultury na wschodniej rubieży Europy. Wietnam uważany jest za jeden z najbardziej zeuropeizowanych państw azjatyckich. Kultura polska wyrasta z cywilizacji zachodnioeuropejskiej, ale wymieszała ją ze wschodnimi wpływami. Jesteśmy wschodnią twarzą Zachodu, a Warszawa nieraz bywała Paryżem Wschodu.

Tradycyjna, oryginalna kultura wietnamska przez tysiąclecia adoptowała chińskie wzorce. Do dziś konfucjańskie wpływy znajdziemy w codziennym życiu, obyczajowości wietnamskiej. Od XIX wieku, wraz z zachodnią kolonizacją, pojawiły się tam francuskie techniczne i kulturowe nowinki. XX wieczna amerykańska kolonizacja na południu kraju też zostawiła swe ślady. Obecne i żywe do dziś. Zwłaszcza, że w czasach nieskrywanej rywalizacji Chiny- USA, Wietnam znów jest cennym sojusznikiem dla Waszyngtonu.
Najlepszym przykładem wietnamskiej różnorodności kulturowej jest język i pismo tego kraju. Język kinh, czyli wietnamski, to dziś język rodzimy dla ponad osiemdziesięciu procent obywateli Wietnamu. Pozostali mówią językami 53 mniejszości narodowych, etnicznych i ludów sąsiednich państw. Oczywiście wszyscy oni posługują się też językiem wietnamskim, dzięki powszechnej i bezpłatnej oświacie w tym kraju.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, że jeszcze sto lat temu, na początku XX wieku, językiem urzędowym, czyli językiem administracji państwowej, szkolnictwa, filozofii i państwowej literatury był wietnamski język chiński. Zwany han.
Ówczesne wietnamskie elity pisały używając chińskich znaków. Używając języka chińskiego wymieszanego z wietnamskim. Chiński był wtedy językiem ludzi wykształconych. Podobnie jak łacina w dawnej Polsce. Ale choć często chiński ideogram znaczył w Wietnamie to samo co w Chinach, to był już inaczej tam wymawiany. Do dzisiaj wiele wietnamskich słów, przede wszystkim ze sfery dawnej techniki i kultury, ma swe źródła w języku chińskim. Podobnie brzmienia.
Na wzór chiński tworzono też administrację państwa wietnamskiego. Aby trafić do niej trzeba było zdać coroczne państwowe egzaminy. Pisząc eseje na zadany temat w języku han. Formalnie były one dostępne dla kandydatów ze wszystkich warstw społecznych. Stanowiły fundament ówczesnej merytokracji.
Egzaminy te, jak i konfucjański system administracji. Zniósł dopiero w 1918 roku rządzący Wietnamem francuski gubernator. Kiedy rząd w Paryżu zaczął tworzyć z Wietnamu, Laosu i Kambodży swe terytorium zamorskie, francuskie „Indochiny”.
Jednocześnie przez przynajmniej tysiąc lat obok urzędowego pisma han istniało alternatywne pismo nom. Powstałe też na bazie chińskich ideogramów, ale zapisywano nimi teksty w języku wietnamskim. Najstarszy dokument pisany w nom pochodzi z XIV wieku. Nom od początku miało narodowy charakter i zwykle było w opozycji do zagranicznych wpływów kulturalnych i rządzącej biurokracji.
Nom było pismem ludowych inteligentów, kontestujących artystów, twórców wędrownych ludowych teatrów.
W XVIII wieku podczas narodowego powstania ruchu Tay Son po raz pierwszy zastąpiono nim urzędowy język han. W XIX wieku język nom uważany był przez kolaborujący z Francuzami wietnamski dwór cesarski za język „wywrotowych idei”. Dlatego zakazywano go, nieskutecznie zresztą. W Wietnamie, podobnie jak w Polsce, władza ma ograniczone możliwości stosowania skutecznych, nieakceptowanych przez społeczeństwo zakazów.
Ale nie tamto „wywrotowe” pismo obowiązuje w dzisiejszym, niepodległym Wietnamie. W 1651 roku francuski jezuita Aleksander de Rhodes stworzył dla ludowego, wietnamskiego języka, pismo oparte na alfabecie łacińskim. Na literach, a nie znakach- ideogramach. Zwane quoc ngu. Ponad dwieście lat używane było jedynie przez niewielką społeczność katolickich misjonarzy i żarliwych wietnamskich katolików. Było pismem dla swoich, wspólnoty wtajemniczonych.
Kiedy w 1918 roku francuska administracja zaczęła zmieniać wietnamskie wasalne państwo w swą zamorską prowincję to wówczas zaczęła też upowszechniać quo ngu jako mowy język urzędowy. Ale z marnym skutkiem. Bo osiadły w Hue dwór marionetkowych, wietnamskich cesarzy preferował tradycyjny han. Podobnie jak dotychczasowa wietnamska administracja, która bojkotowała narzucony przez kolonizatorów alfabet. Również patriotyczna wietnamska inteligencja skupiona w narodowowyzwoleńczych organizacjach uważała quoc ngu za język wrogi, bo proponowany przez kolonizatora.
Ale niebawem wygrał, jak to zwykle w Wietnamie i Polsce bywa, patriotyczny pragmatyzm. Szybko ci antyfrancuscy wietnamscy inteligenci zaczęli wspierać upowszechnianie pisma opartego na europejskim alfabecie.
Aby móc pisać i czytać w han i nom trzeba było wykuć na pamięć przynajmniej kilka tysięcy ideogramów. To wymagało kilku lat intensywnej nauki. Za to opartego na alfabecie łacińskim quoc ngu można nauczyć się już po pół roku, kilku miesiącach nawet. Co dawało szansę na szybsze likwidowanie w Wietnamie analfabetyzmu, upowszechnianie oświaty na wsiach.
Łatwiej też było tłumaczyć zachodnią, zwłaszcza techniczną, literaturę na taki zapis języka. W efekcie kooperacji francuskich kolonizatorów i antyfrancuskich patriotów dzisiejsze wietnamskie pismo, i język też, przypomina stację pośrednią. Leżącą pomiędzy dominującymi w Azji kulturami wywodzącymi się z chińskich znaków i cywilizacją łacińskich liter. Taka też jest wietnamska kultura. Między Azją i Europą.
Słodko- kwaśny smak kolonizacji
Francuzi okupowali Wietnam do 1954 roku. Z przerwą w latach 1940- 1946, kiedy kolaborujący z hitlerowskimi Niemcami francuski rząd Vichy uległ imperialnej Japonii i przekazał jej Wietnam. Japończycy wpierw próbowali pozyskać wietnamską sympatię hasłami „Azja dla Azjatów”. Ale już w 1942 roku zapomnieli o azjatyckim braterstwie. Wojna z USA rujnowała ich gospodarkę. Dlatego Wietnam traktowali gorzej niż Francuzi, wyciskając z niego wszelką żywność i każde surowce. Stąd krótkie panowanie japońskie stało się tam synonimem głodu i rabunkowej gospodarki.
Po klęsce Japonii w 1945 roku zachodnie mocarstwa pozwoliły chińskiej, sojuszniczej armii Czang Kaj- Szeka zająć północ Wietnamu ze stolicą w Hanoi, a na południe kraju, do Sajgonu powrócili Francuzi. Twórca niepodległego Wietnamu Ho Chi Minh, współpracujący w latach wojny z Amerykanami, robił wtedy wszystko, aby chińską okupację Hanoi zastąpić ponowną francuską. Wolał walkę z zamorskim wrogiem niż rosnącym w siłę imperialnym sąsiadem.
I rzeczywiście Francuzi wycofali się po ośmiu latach wojny z najskuteczniejszą partyzantką na świecie. Symbolicznym końcem francuskiego panowania była kapitulacja bazy wojskowej Dien Bien Phu okrążonej przez partyzantkę Vieth Minhu. Zdobytej pomimo bohaterstwa oporu francuskich żołnierzy i Legii Cudzoziemskiej.
Z szeregów Legii do partyzantów wietnamskich zbiegł wtedy polski legionista Stefan Kubiak. Został bohaterem wietnamskiej partyzantki.
Klęska pod Dien Bien Phu zainspirowała Frantza Fanona, algierskiego antykolonialnego bojownika, do napisania manifestu „Wyklęty lud ziemi”. Biblii afrykańskich i azjatyckich działaczy niepodległościowych. Wzywającej do wyzwalania się kolejnych zachodnich kolonii. Utrata Wietnamu w 1954 roku była początkiem końca systemu francuskich kolonii.
Dzisiaj francuskie panowanie w Wietnamie traktowane jest podobnie jak krzyżackie na terenach polskich. Francuzi też pozostawili świetne architektonicznie budowle. Budynki administracji, teatry, szkoły, dworce kolejowe. W Hanoi nadal jest most zaprojektowany przez twórcę paryskiej wieży, inżyniera Eiffla. No i jeszcze prześliczne wille kolonizatorów.
Gmachy te bywały po odzyskaniu przez Wietnam w 1976 roku pełnej niepodległości zaniedbane, bo uważano je za skażone piętnem kolonialnym. Dzisiaj są już pieczołowicie restaurowane, niekiedy za francuskie fundusze pomocowe. Poprzedni prezydent stołecznego Hanoi, absolwent wydziału architektury Politechniki Krakowskiej, Nguyen The Thao przeprowadził kompleksową rewitalizacją „francuskich kwartałów”, kolejnej atrakcji tego wspaniałego miasta.
Po Francuzach pozostały też w Wietnamie plantacje kawy. Dzisiaj Wietnam jest drugim producentem tego ziarna na świecie. I jedynym krajem w Azji Południowo- Wschodniej gdzie kawę pije się powszechnie, nie tylko w hipsterskich lokalach.
Wietnamczycy mają też swój wkład do kultury picia kawy. To oni wynaleźli słynny „filtr”, czyli najprostszy ekspres do parzenia tego trunku.
Poranna kawa z filtra daje kopa jak najlepsza turecka, a jest dodatkowo bardziej smaczna. Równie smaczna bywa tam kawa mrożona. Nawet kawę z mlekiem, której zwykle nie lubię, w Wietnamie da się wypić. Zwłaszcza do świeżych, powszechnych tam bagietek. Smakujących jak francuskie.
Najpiękniejszym symbolem dzisiejszego Wietnamu są wszechobecne kobiety ubrane w przecudne, kolorowe, jedwabne, przypominające motyle skrzydła, suknie Ao Dai. Obiekty westchnień mężczyzn z całego świata.
Nie wszyscy Wietnamczycy lubią pamiętać, że w tym symbolu wietnamskości też tkwi dyskretny, zapomniany wkład tradycyjnej francuskiej elegancji. Przerobionej na wietnamski szarm. Bo Wietnamczycy to tacy azjatyccy Polacy.

Zapomniana reforma gospodarcza w Polsce 1981 r.

„Reforma gospodarcza należała do programowych haseł – zarówno władzy, jaki i Solidarności. Realizacyjnie, nie było to już takie oczywiste”
gen. Wojciech Jaruzelski

„Wyraźny przypływ nadziei na opanowanie kryzysu”, wywołało – zdaniem Stanisława Kani-expose Premiera-Generała, wygłoszone w Sejmie, pisałem w tekście „Premier…, 4-5 marca 2020. Główną podstawą był projekt – główne tezy reformy gospodarczej, apel o 90 dni spokoju oraz przychylność wyrażana w wielu publicznych wypowiedziach. Na sali obrad Rady Ministrów, jak pamiętają np. prof. Józef Kozioł i Stanisław Ciosek – pojawiła się tablica, na której odliczano „dni spokoju”.
Dla Generała, szczególnie cenne – wiem z rozmowy – były zachęcające wypowiedzi przedstawicieli gremiów kierowniczych Solidarności, m.in. prof. Karola Modzelewskiego i Jacka Kuronia. „Sprawdził” je Generał i z satysfakcją znalazł ich potwierdzenie, gdy ku zaskoczeniu Rządu, z kilkoma ministrami wybrał się w lutym do kilku sklepów na warszawską Wolę.
Zaskoczone wizytą ekspedientki i klienci mówili o brakach ale i nadziei na poprawę dostaw, choć niektórzy, można rzec-odważyli się mówić-„oby rząd nie zawiódł”. Na początku marca powtórzył ten „eksperyment” i pojechał z grupą ministrów do kopalni Knurów. Obok życzliwości dostrzegł przykłady braku operatywności działania miejscowej administracji, co zauważył już na Woli. Tu taka uwaga. Ku mojemu zaskoczeniu, kilkunastu Czytelników, zachęcało mnie, by wziąć przykład z Pana Zdzisława Rozbickiego, który na łamach Trybuny opisał wizytę Generała we Wrocławiu. Takich „wizyt” było jeszcze kilka. Z uznaniem gratuluję Autorowi ciekawej publikacji i dedykuję tę „zachętę”, którą tylko tak wprawne pióro zaspokoi słuszne oczekiwania naszych Czytelników – dziękuję Państwu.
„Bydgoski marzec”
Dwa miesiące później, 10 kwietnia Generał na posiedzeniu Sejmu stwierdził z goryczą – „Nie było wiele naprawdę spokojnych dni … Występowały wciąż w kraju różnego rodzaju i skali konflikty, pogotowia strajkowe, ultymatywne częstokroć żądania i trudne do spełnienia postulaty”. Jeśli ktoś uważa tę ocenę za krzywdzącą Solidarność – bo przecież ona była tego inicjatorem i wykonawcą zarazem – niech sięgnie po dostępne publikacje, także prasowe i sporządzi ich listę, nie tylko na okres tych 90 dni, ale na cały rok 1981, zachęcam.
Na dowód takiego postępowania niektórych „wyrywnych” działaczy przypomnę awanturę w Bydgoszczy. Na wiecu 8 lutego Solidarność chłopska wezwała Wojewódzką Radę Narodową (WRN), do zwołania sesji poświęconej rolnictwu, którą zaplanowano na 19 marca. Swoistym „wstępem” do udziału w sesji była od 14 marca okupacja siedziby WK ZSL. Przewodniczący regionu Jan Rulewski, zaproszony z 6 osobami, przybył z grupą 25 osób, wpuszczony na salę obrad bez przeszkód. Po referacie wicewojewody, padł wniosek, by dyskusję przełożyć na następne posiedzenie i zamknąć obrady. Goście poczuli się oszukani i rozpoczęli okupację sali. Nie pomogły przekonywania i zapewnienia organizatorów, ani próba łagodzenia sytuacji przez osobistego wysłannika Prymasa, Romualda Kukołowicza, ani rozmowa telefoniczna Lecha Wałęsy. Rulewski był nieustępliwy. Siły porządkowe użyto o godz. 19.10 (jak wynika z raportu MSW), bez pałek i broni. Finał zna cała Polska – pobity, zakrwawiony Rulewski i kilku związkowców. Przez zapowiedziany z tego powodu strajk generalny, Polska stanęła na granicy bratobójczej walki domowej.
Na wniosek Tadeusza Mazowieckiego 28 marca, już po wydarzeniach w Bydgoszczy i 2 dni po spotkaniu z Generałem (26 marca), z delegacją Solidarności, spotkał się Prymas kard. Stefan Wyszyński. Była nagrana przez Prymasa, udostępnił ją na związkowe forum. Prymas mówił, że nie można dopuścić do tego, by „zginął chociaż jeden Polak”. Pytał – „czy lepiej z narażeniem naszej wolności, naszej całości, życia naszych współbraci, już dzisiaj osiągnąć postulaty choćby najsłuszniejsze? Czy też lepiej osiągnąć coś niecoś dzisiaj a co do reszty powiedzieć: Panowie, do tej sprawy wrócimy później”. Namawiał do rozłożenia zadań „na raty”. „Ludziom, którzy zawinili można, że tak powiem, dać pewne moratorium”… To nie jest oczywiście największa cnota: męstwo. Największą cnotą jest miłość, a także roztropność i rozwaga… jesteśmy uzależnieni blokowo i układami. Musimy być świadomi, że ludzie ci gotowi są bronić swoich układów politycznych, w swoich narodach, chociażby kosztem Polski”. Prymas wspomniał, że w rozmowie z Generałem kładł nacisk na załatwienie dwóch spraw: Bydgoszczy i „Solidarności Wiejskiej”. Dalej mówił – „Nie jestem tragikiem, ale mogę powiedzieć – sytuacja jest groźna. I dlatego też myślę, że gdybyśmy przeciągnęli strunę, wysuwając nasze postulaty, moglibyśmy później bardzo ciężko żałować następstw, które ściągnęlibyśmy na Polskę…stąd potrzeba ogromnej rozwagi”. Pomyślcie Państwo-czy te myśli Prymasa, straciły znaczenie – stosownie do rzeczywistości Polski w 2020 r.?
Po latach paryska „Kultura” ujawniła relację świadka, Antoniego Tokarczuka o kulisach zachowania działaczy Solidarności w budynku WRN. Pisze on m.in.-„Prawda była odmienna od wersji Solidarności.
Działacze Solidarności jednak chcieli okupować budynek, chociaż przysięgali, że nie. A Jana Rulewskiego znowu tak bardzo nie pobito, wyjął sztuczną szczękę do fotografii, a zdjęcie przewodniczącego regionu bez zębów wstrząsnęło sumieniem narodu” – opisał tę sprawę Przegląd, nr 12 z 2001, zachęcam do przypomnienia sobie tamtej atmosfery. Zachęcam do chwili namysłu nad treścią powyższego cytatu – zamierzona „chęć okupacji”, „przysięga-zakłamaną prawdą”, celowo wyjęta sztuczna szczęka by milionom Polaków pokazać „krzywdę”, przez to wywołać współczucie dla takiego „cierpiętnika”, czym omal nie doprowadził do bratobójczej walki, w której – wiele wskazuje – groziła nam „bratnia pomoc” sojuszników uczestniczących w ćwiczeniu Sojusz-81. Co Państwo o tym myślicie? Gdy piszę ten fragment tekstu, „odżyła” refleksja, gdy czytałem wiele razy o „kłamstwie katyńskim, jako podstawie PRL” – Solidarność zbudowana na kłamstwie!?? Wstydzę się tych słów – skreślam je, usuwam z swej myśli i pamięci, choć mam wiele dowodów – znane są milionom Polaków – niektóre pokazuję w publikacji. Przepraszam za te słowa wielu znanych mi i szanowanych działaczy Solidarności-wspomnę, prof. Jana Widackiego, Józefa Pioniora, Janusza Onyszkiewicza, Andrzeja Celińskiego zmarłych – prof. Karola Modzelewskiego, Jacka Kuronia, tysiące „szeregowych członków”, ludzi uczciwej i ciężkiej pracy, oszukanych przez takich „upatriotycznionych działaczy”. Współczuję Generałowi, gdyż pamięć kolejny raz odświeża sekwencje rozmów w „okresie sądowym”, m.in. z gen. Heinzem Hoffmanem, MON NRD, który niby „mową do siebie” sondował Generała w kwestii zmiany państwowych granic, sytuując to na tle historycznym (tekst „Zwycięstwo rozumu”…, 19-23 czerwca 2019).
Istota reformy
Rząd Józefa Pińkowskiego, który podpisał porozumienia sierpniowe, podjął prace nad reformą gospodarki. Jej zarys przedstawiono na VI Plenum KC PZPR (4-5 października 1980). W „Uchwale” czytamy, iż „KC stoi na gruncie pełnej i rzetelnej realizacji porozumień podpisanych przez przedstawicieli rządu z przedstawicielami załóg robotniczych w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu…Niezbędne jest wprowadzenie kompleksowej reformy gospodarczej … Założenie reformy powinny być skierowane do powszechnej dyskusji przed IX Nadzwyczajnym Zjazdem partii”. Założenia opracowano na podstawie krytycznej oceny dotychczasowego stanu – różnych błędów organizacyjnych, materiałochłonności, efektywności zużycia surowców, skuteczności kierowania, itp., ekspertów-fachowców, m.in. Czesława Bobrowskiego, Zdzisława Sadowskiego, Zbigniewa Madeja, Mieczysława Jagielskiego. Faktycznie, istota reformy to zniesienie centralnego planowania i zarządzania gospodarką, wprowadzenie samorządu pracowniczego w przedsiębiorstwie.
Zawierały zasadę trzech „S” – samodzielności, samorządności i samofinansowania przedsiębiorstw. Zawierały zasadę trzech „S” – samodzielności, samorządności i samofinansowania przedsiębiorstw. Przyjęcie zasady regulowania gospodarki przez rynek dominowało w powszechnych żądaniach. Opublikowano je już w styczniu 1981. Wywołały szerokie zainteresowanie członków partii, ludzi pracy, członków Solidarności, ekonomistów. Skierowano je do opinii 100 wybranych, najbardziej reprezentatywnych przedsiębiorstw. Dyskusja trwała do czerwca.
Ocena sąsiadów
Założenia reformy wysłano je do wszystkich krajów bloku. Co Państwo myślicie – jaka była reakcja? Usiądźcie wygodnie w fotelu. Wszystkie kraje-poza Węgrami-odniosły się krytycznie. Ekspertyza NRD, którą pod koniec stycznia otrzymał Stanisław Kania, była druzgocąca. Oto taki fragment – „Koncepcja reformy gospodarczej w Polsce ma z gruntu rewizjonistyczny charakter, opiera się na pełnej negacji wszystkich dotychczasowych zdobyczy socjalizmu i kapitulanctwie wobec pozycji antysocjalistycznych i kontrrewolucyjnych. Insynuuje, że dotychczasowy system planowania i zarządzania totalnie zawiódł”. I dalej-„Jest to cios mający na celu usunięcie sprawdzonej kadry partyjnej z kluczowych pozycji w gospodarce i innych dziedzinach”. Na końcu zawarto taką konkluzję – „Przedłożona koncepcja zakłada zdobycie wszystkich gospodarczych pozycji władzy w Polsce przez zorganizowane siły kontrrewolucyjne. Jest to w istocie część scenariusza kontrrewolucyjnej grupy KOR-u, zmierzającej do likwidacji socjalistycznego ustroju społeczno-gospodarczego”. Bardzo proszę Czytelników o wytężenie pamięci i wyobraźnię sobie ówczesnej sytuacji Polski po takiej ocenie sąsiadów. Cóż z tego, że opracowano naukową replikę i rozesłano sąsiadom! Wykazano w niej „skostnienie i dogmatyzm autorów, cechy które zmniejszają atrakcyjność socjalizmu”, w wydaniu lansowanym przez sąsiadów. Że „socjalizmowi szkodzą ci, którzy hamują postęp, nie widzą nowych okoliczności”. Czy uważacie Państwo, że uznali nasze racje? Kto z Państwa chciałby być na ministerialnym stanowisku, wtedy podejmować decyzje?
Generał, po objęciu stanowiska premiera i zapoznaniu się z tą „ekspertyzą” wysłał grupę ekspertów do Moskwy, pod przewodnictwem prof. Władysława Baki – prof. Zbigniew Madej, wiceprzewodniczący Komisji Planowania, prof. Władysław zastawny, rektor WSNS. „Może Wam się uda przekonać ich do naszej linii, albo przynajmniej zdjąć odium wynikające z fałszywych naświetleń tego, co dzieje się w Polsce” (prof. Baka wspomniał o dogmatykach w partii). Po powrocie, prof. Baka zdał relację Generałowi – „Nie mam przekonania, czy nasz wyjazd przyniósł oczekiwane efekty. Nastroszyli się jeszcze bardziej, jestem pełen obaw o naszą przyszłość”. Po dyskusji Generał, uznał – „Musimy dać absolutny priorytet tendencjom, jakie u nas dominują. Reformę musimy podporządkować polskim potrzebom i temu, czego ludzie chcą”…
Kilka miesięcy później, 1 czerwca 1981 r. w rozmowie telefonicznej Leonid Breżniew zasugerował gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu, „aby uświadomił NSZZ Solidarność, że bez korzystnych stosunków gospodarczych, bez radzieckich surowców, PRL nie może egzystować i żaden inny kraj nie byłby w stanie zrekompensować braku takiej współpracy”. Można się nie zgadzać z tą oceną, być dosłownie wściekłym. Czy nie miał racji Breżniew, by „uświadomić Solidarność”? Dziś warto pomyśleć o „korzystnych stosunkach gospodarczych” – tu przypomnę wypowiedź prof. Grzegorza Kołodki(DT, 27-29 marca 2020). „Chcę mocno podkreślić, że jeśli mamy troszczyć się o bezpieczeństwo społeczeństwa i ludzi, co tak bardzo podkreślają uczestnicy każdych wyborów, łącznie z obecnymi – prezydenckimi, to niech politycy i parlamentarzyści wykażą się minimalnym rozsądkiem i odwagą i zmrożą co najmniej na pięć lat tzw. wydatki obronne. Nie będziemy przecież walczyć z koronawirusem przy pomocy myśliwców F-35, nakręcając przy okazji koniunkturę amerykańskim protektorom. To lizusostwo pro-amerykańskie powinno się skończyć.
Bezpieczeństwo Polski spokojnie może być zachowane przy zamrożeniu wydatków na obecnym, minimalnym poziomie, a cały przewidywany przyrost powinien być skierowany na dofinansowanie profilaktyki i lecznictwa, nie tylko w obecnej walce z epidemią”. Państwo Czytelnicy sami wyciągną wnioski.
Reakcja Solidarności
Do Komisji Reformy Solidarność skierowała obserwatorów, Leszka Balcerowicza i Ryszarda Bugaja. Dlaczego nie przyjęli członkostwa Komisji i współodpowiedzialności za reformę? Może po latach wyjawią swoje merytoryczne racje?
W czerwcu 1981 tzw. „Sieć” czyli terenowa organizacja grupująca przedstawicieli Solidarności w dużych zakładach podjęła atak na Komisję za „brak intencji do przeprowadzenia reformy i działanie na rzecz utrwalenia modelu scentralizowanego i nakazowego”. Profesor Władysław Baka ocenił, że zgłoszone postulaty odnośnie samorządności pracowniczej, decyzji ekonomicznych itp. pokrywały się z założeniami reformy, co publicznie wytknął krytykom, stawiając zarzut akcji politycznej i wprowadzania w błąd społeczeństwa. dwa miesiące później, podczas rozmów Komisji pod przewodnictwem Mieczysława Rakowskiego z prezydium KKP Solidarności z Lechem Wałęsą, uzgodniono wspólne stanowisko, że „po reformie kluczową rolę w systemie gospodarczym powinno pełnić samodzielne i samorządne przedsiębiorstwo”. Sporną sprawą był wybór dyrektora przedsiębiorstwa. Solidarność chciała wyboru przez załogę, władza stawiała na kompetencje. Spór rozstrzygnięto we wrześniu, przyjmując kompromisową formułę, gdzie Rada Ministrów w porozumieniu ze związkami zawodowymi ustali listę przedsiębiorstw, gdzie dyrektora wybiera organ założycielski, a gdzie rada pracownicza oraz, że sprzeciw rozstrzygał będzie sąd.
Wspomnę tylko, że przez cały 1981 r. trwały strajki z różnych powodów, których przykłady podawałem w poprzednich publikacjach. Tu przypomnę
trzy wypowiedzi:
Profesor Wacław Wilczyński, w liście otwartym do doradców i ekspertów Solidarności (Polityka, 11lipca 1981), m.in. pisze – „Wypada stwierdzić, że Wasza działalność prowadzi obiektywnie do wyobcowania społeczeństwa. Jest to jednocześnie działanie stwarzające sztuczne zapotrzebowanie na centralne decyzje, na które rząd – w trosce o uspokojenie umysłów – daje się niestety „nabierać”, nie wykorzystując możliwości przesuwania na niższe szczeble i inne organizacje – załatwiania konkretnych spraw.
Tak więc wypada postawić Wam pytanie zasadnicze: dokąd idziecie, dokąd zmierzacie? Czy do przezwyciężenia zbiorowym wysiłkiem wielkiego kryzysu społeczno-gospodarczego, w oparciu o socjalistyczne podstawy ustrojowe i istniejący układ stosunków politycznych w świecie? Czy też może do porażki socjalistycznego państwa na rzecz systemu, w którym Polsce na pewno nikt nie zagwarantuje niczego? Nie chcę dopuścić myśli, że o to Wam właśnie chodzi”
Profesor Jan Szczepański, jako Przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Sejmu do spraw kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Związana z tym panika poprzez wykupywanie „na zapas”, pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja.
W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót.
Co było dalej, w drugiej połowie 1981 r. – napiszę w kolejnym tekście, traktując je w sumie jako swoiste przypomnienie i „przygotowanie” Państwa Czytelników do obchodów 40. lecia podpisania porozumień sierpniowych.

Rocznica

Pisanie artykułu z okolicznościowego z okazji 150 rocznicy urodzin Włodzimierza Iljicza Uljanowa znanego pod pseudonimem Lenin w roku 2020 w Polsce ma w sobie pewien posmak masochizmu. Jest rzeczą oczywistą że w świecie paranoicznego ideologicznego terroru określanego jako tzw. „polityka historyczna”, pisanie czegokolwiek co nie ma charakteru lojalki wobec wszechwładnych samozwańczych łowców czarownic dyktujących zasady tzw. niepoprawnej poprawności politycznej jest co najmniej kuszeniem jeśli nie prowokowaniem losu.

Czasy gdy w Polsce można było wypisywać takie rzeczy jak Żeromski w „Przedwiośniu”: „Macież wy odwagę Lenina, żeby wszcząć dzieło nieznane, zburzyć stare i wszcząć nowe? Umiecie tylko wymyślać, szkalować, plotkować. Macież wy w sobie zawzięte męstwo tamtych ludzi – virtus niezłomną, która może być omylną jako rachuba, lecz jest niewątpliwie wielką próbą naprawy ludzkości?” minęły wszak bezpowrotnie razem z polszczyzną, którą zostały zapisane i moralnością do której się odwoływały.
Pisanie artykułu z okazji rocznicy sto pięćdziesięciolecia urodzin Włodzimierza Uljanowa ma jeszcze jeden wyjątkowo niewdzięczny aspekt. Podobnie jak tradycja ewangeliczna, tradycja marksistowska wzywa aby „umarłym pozostawić grzebanie umarłych”. Koncentrowanie się w dzisiejszych debatach na komunizmie czy to w wersji gomułkowskiej mającej rzekomo tłumaczyć mechanizmy populizmu Jarosława Kaczyńskiego czy to w wersjach klasycznych – leninowskiej lub stalinowskiej mającej rzekomo wyjaśniać takie czy inne zjawiska współczesności jest właśnie odwracaniem się od życia i pogrążaniem się w świecie tyleż żenującej co odrażającej intelektualnej nekrofilii. Komunizm jako program globalny załamał się gdy spełnił swoją historyczną misję i ustabilizował kapitalistyczne centrum po drugiej wojnie światowej. Nie oznacza to bynajmniej ze komunizm zszedł ze sceny ale że stracił wymiar globalny i na lewicy nie zastąpiło go nic co by przejęło jego rolę.
Można by w tym momencie skończyć i umyć ręce, ale nie każdemu przychodzi łatwo zapomnieć, że obśliniony, obdarty i zbeszczeszczony przez zboczeńców trup, był kiedyś człowiekiem, którego pamięta się z lepszych czasów. Podjęcie tematu ma więc charakter poniekąd osobisty. Gdy próbuję w jakiś sposób skonkretyzować tę motywację przypomina mi się jeden z odcinków starego serialu o Arsenie Lupinie, w którym w sfingowanym pogrzebie głównego bohatera uczestniczy autor jego przygód Maurice Leblanc z wielkim wieńcem z napisem na szarfie „Temu, bez którego nie byłbym tym kim jestem”.
W sensie potocznym nie jest to zbyt oryginalna motywacja jako, że z reguły „obchodzimy” rocznice dotyczące osób, które w jakimś stopniu wytworzyły nas wpływając na to kim jesteśmy. W przypadku jednak bohatera mojego okolicznościowego wspomnienia znaczenie mają również konkretne osobiste przeżycia. Co więcej można powiedzieć, że swoiste fatum zadecydowało o tym, że moje spotkania z Leninem miały charakter w pewien sposób konstytutywny dla mojej obecności w świecie i myślenia o nim.
Już jako trzynastolatek z okazji hucznie obchodzonej rocznicy 100-lecia urodzin Lenina wygrałem ogólnoszkolny konkurs wiedzy o jubilacie. Finał konkursu będący centralnym punktem rocznicowej szkolnej akademii był moim debiutem na forum publicznym, który do dzisiaj ciepło wspominam.
Gdyby owo wspomnienie było jedynym, jak sądzę, byłoby już wystarczającym powodem do tzw. „życzliwej pamięci” chociaż niekoniecznie do pisania na ten temat. Tak się jednak złożyło że na tym epizodzie będącym tym czym dla wielu gwiazd estrady stał się Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze historia moich kontaktów z Leninem się nie zakończyła.
Kolejnym spotkaniem o charakterze znacznie bardziej już intelektualnym stała się lektura pracy „Materializm i empiriokrytycyzm” na seminarium „Dialektyka i historia” nie żyjących już Marka J.Siemka i Aleksandra Ochockiego. Chociaż ogólny klimat rozważań nie odbiegał od standardów i znakiem czasu była konstatacja jednego z prowadzących, iż ksiązka nie jest tak zła jak się spodziewał, książka okazała się, dla mnie, prawdziwym odkryciem. Najciekawsze stało się to co kiedyś zupełnie nieznane, dziś niestety, stało się zbyt znane żeby skłaniać do myślenia. Mianowicie to, że cała batalia o światopogląd, którą prowadził Lenin uderzała nie w politycznych przeciwników, ale w członków jego własnej partii. Traktowana poważnie książka pokazuje, że kwestie światopoglądowe wbrew pozorom nie przekładają się bezpośrednio na racje polityczne. Trudno nie zauważyć, że niedostrzeganie w tej debacie niczego poza partyjnymi rozgrywkami świadczy o upadku lewicowej myśli bardziej niż jej zanikający wpływ na życie społeczne. Jak sądzę właśnie pytania wynikające z lektury tkwią, u źródeł mojej głębokiej nieufności wobec fajerwerków lewicowego filozofizmu przyswajanych z uporem godnym lepszej sprawy przez wydawnictwa typu „Krytyki Politycznej”.
Ostatnim w tym cyklu spotkań i najbardziej znaczącym stała się praca nad magisterium pod kierunkiem prof. Heleny Zand na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Logika fatum zadziałała tu wyjątkowo perfidnie. Jako osoba studiująca po raz pierwszy nie miałem jasnej świadomościtego, że już w połowie studiów powinienem znaleźć sobie seminarium magisterskie na którym przygotuję pracę dyplomową. Gdy prawda ta dotarła w końcu do mojej świadomości wszystkie interesujące mnie seminaria były obsadzone przez lepiej zorientowanych kolegów. Jedynym miejscem zgodnym z moimi raczej historycznymi zainteresowaniami stał Zakład Historii Ruchu Robotniczego, gdzie nigdy nie było tłoku i do którego udałem się w akcie skrajnej desperacji. (Ze względu na wysokie wymagania egzaminacyjne skrót nazwy zakładu (HRR) odczytywano potoczne jako horror a samo miejsce cieszyło się zasłużoną sławą czegoś pośredniego między jaskinią Smoka Wawelskiego a lochami Świętej Inkwizycji.) Poczucie zgrozy nie opuściło mnie aż do obrony magisterium, ale też jestem najlepszym przykładem tego, że warunkiem sukcesu edukacyjnego nie musi być wychowanie bezstresowe. Temat który dostałem od Promotorki „Dyskusja o sojuszu robotniczo-chłopskim w partii bolszewickiej od rewolucji lutowej do upadku prawicowego odchylenia w RKP(b)” nie był oryginalny. Stanowił wariację jednej z jej najbardziej cenionych prac „Lenin a kwestia chłopska”. Chociaż sama praca nie grzeszyła oryginalnością to zwróciła moją uwagę na kwestię, która stała się przedmiotem do dziś rozwijanych przeze mnie poszukiwań, które w moim rozumieniu odwracają w kilku istotnych momentach tyleż potoczne, co popularne mniemania o Leninie jako sprawcy i przywódcy rewolucji rosyjskiej, którą wywołał i ukierunkował na realizuję jakowejś komunistycznej utopii.
Jak w wielu innych przypadkach z analizy faktów wynika obraz zupełnie inny i chyba ciekawszy niż z owych opowieści o owej wspaniałej rewolucji która wstrząsnęła światem. Fakty zdają się wskazywać na to, że Włodzimierz Uljanow był nie tyle kreatorem rewolucji rosyjskiej co jej ofiarą. I to nie, w często przywoływanym, sensie głoszącym iż rewolucja pożera własne dzieci, ale zupełnie trywialnym i dosłownym. Po zamachu, po którym nigdy nie odzyskał już pełni sił i jak pokazują długo ukrywane zdjęcia wiódł życie składające się z faz wzmożonej aktywności i niemal roślinnej wegetacji zdany całkowicie na heroiczną opiekę żony (najbardziej niedocenianej osoby w całej tej historii). To, że zachował w tych warunkach w miarę jasny obraz rzeczywistości było niemal czymś niemal nadludzkim. Patrząc na relacje Lenina z rewolucją rosyjską można odwołać się do znanej historii dżdżownicy „co to ją chłopaki na ryby wyciągnęli”.
Czasem wręcz nie sposób uniknąć wrażenia, że niewiele brakowało, żeby Lenin zmarł sobie spokojnie w Szwajcarii na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych jako mało znany, drugorzędny polityk rosyjskiej socjaldemokracji nie wywołujący większego zainteresowania dziennikarzy ani historyków.
O tym, że losy Lenina ułożyły się inaczej zadecydowało w istocie jedno fatalne wydarzenie, które przewidział niemal z matematyczna precyzją i któremu podporządkował w miarę konsekwentnie swoje działania. Tym wydarzeniem nie była, nawet rewolucja ta bowiem pojawiła się jako pewna wygenerowana przez okoliczności możliwość, a imperialistyczna wojna o podział świata. To stwierdzenie w pracy „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu”, że wojna i przemoc powracają, po latach marginalizacji, w rolach głównych na scenę dziejów zadecydowało o miejscu Lenina w historii.
Można powiedzieć, że nie było to niczym szczególnym bo na wojnę europejską liczyło, w takim, czy innym zakresie wielu polityków. Przykładem może być Józef Piłsudski rozpoczynając po rewolucji 1905 działania przygotowujące na ziemiach polskich powstanie zbrojne mające szansę jedynie w warunkach europejskiego konfliktu. Nie był to z resztą jedyny przypadek takich kalkulacji. W jakimś aspekcie świat przełomu XIX i XX wieku brzemienny był wojną światową i wielu obserwatorów to dostrzegało.
Problem polegał nie tyle na dostrzeganiu co na rozumieniu skali i zakresu zjawiska. Józef Piłsudski patrząc na nadciągającą wojnę zachował się trochę jak zajączek z anegdoty, zaproszony przez niedźwiedzicę do jej willi, który słysząc od gospodyni „bierz co chcesz” wziął radio tranzystorowe i pokicał do domu. Lenina od Piłsudskiego różniło, nie to, że pomyślał o lodówce, czy samochodzie w garażu ale, że zmierzył się z problemem dostrzegając jego ogólny zarys i wyprowadził z niego zasadnicze konsekwencje.
Gdy mówimy o dostrzeżeniu ogólnego sensu stwierdzić należy że chodziło o konstatacje, że w historii współczesnej otwiera się okres wojen i konfrontacji o charakterze globalnym (wojen o podział świata). Podkreślić trzeba natomiast, że ani w teorii, ani w praktyce nikt z zajmujących się nadciągającą wojną nie dostrzegł właściwej skali katastrofy którą wywoła. Rozmiar kataklizmu który rozpoczął się latem 1914 roku trudny jest do zrozumienia nawet dzisiaj. Zniszczenie w krótkim czasie dużej części materialnego bogactwa gromadzonego w Europie od kilkuset lat, oraz gwałtowna śmierć co najmniej kilkunastu milionów mieszkańców było wstrząsem, który przeorał bardzo głęboko cywilizację europejską sięgając jej najgłębszych podstaw. Mówiąc o rozmiarach strat językiem liczb i abstrakcyjnych pojęć nie zdajemy sobie najczęściej sprawy, że te liczby i pojęcia przekładały się na codzienne cierpienie i udrękę milionów mieszkańców Europy. Codzienne obcowanie ze śmiercią, z głodem, materialną nędzą w najbardziej bezpośrednim wymiarze, codzienne obcowanie z dziesiątkami trupów w okopach i na zapleczu, egzekucjami, głodem i zniszczeniem stało się nowa codziennością już od 1914. Trwanie wojny stan ten czyniło normą dla coraz większych rzesz ludzi i wciąganych w wir rozszerzającego się kataklizmu. Zmieniał on nie tylko sposób życia ale głęboko wnikał w psychikę uczestników. To horror wojny na wyniszczenie zrodził wybuch rewolucji w Rosji i jej przerażającą postać, która stała się przedmiotem chorobliwej fascynacji zarówno w wśród zwolenników jak i przeciwników. Ani jedni ani drudzy nie zdają sobie sprawy, ze było to wydarzenie, którego dramaturgię i aktorów nie wykreowała żadna ideologia, ale wytworzyła wojna. Że bez tej wojny żadnej rewolucji w Rosji jak i gdzie indziej by nie było i być może znacznie zamożniejsze i szczęśliwsze ziemie polskie rozkwitałyby do dzisiaj pod berłem potomków Mikołaja II Romanowa.
I wojnie i „wychowaniu z pod Werdum” zawdzięczamy nie tylko rewolucją rosyjską, ale cały ciąg wydarzeń trzydziestopięciolecia 1914-1949. Chociaż miłośnikom „historii” i wszelkiej maści ideologom trudno sobie to wyobrazić ale wszelkie faszyzmy, nazizmy, stalinizmy i temu podobne patologie nie mają żadnego samoistnego znaczenia ale stanowią elementy żywiołów rozpętanych w roku 1914. (Obecny powrót faszyzmu i nazizmu ma związek ze znacznie „łagodniejszą”, ale też dotkliwa dla ofiar, katastrofą jaką stał się dzisiejszy upadek społeczeństwa dobrobytu w pod ciosami neoliberalizmu.)
Nawet druga wojna nie była wbrew oficjalnej ideologii polskiej polityki wynikiem współdziałania Hitlera i Stalina ale, wynikiem panicznego strachu przywódców zwycięskiego Zachodu, który w ostatniej chwili, uratował się przed rewolucją wygrywając poprzednią wojnę, przed rozpoczęciem nowego konfliktu. Paradoksalnie nadzieja na ugłaskanie Hitlera mająca prowadzić do uniknięcia wojny stała się zasadniczą przyczyną jej wybuchu. Trzeba bowiem pamiętać, że Hitlera można było pokonać w każdym momencie od 1933 do 1939 roku. Zasadniczym pytaniem było: Jeśli nie Hitler to co? I obawa że rozczarowani Niemcy zwrócą się ku rewolucji.
Jak na razie nie wiele miejsca zajmował w niniejszych rozważaniach Lenin ale też trzeba zauważyć, że jego rola w rewolucji dopiero z czasem ujawniła swoja wyjątkowość. Generalnie polegała ona na tym, że rozumiejąc konstytutywne znaczenie wojny dla nowych realiów wypowiedział jej zdecydowaną wojnę. Lenin był jedynym przywódcą rewolucji głoszącym konsekwentnie hasło zawarcia pokoju i wyprowadzenia Rosji z wojny. Gdy inni przywódcy mówili o wojnie do zwycięstwa on gotów był nawet na upokarzający pokój byle tylko przerwać niemożliwy do udźwignięcia przez społeczeństwo wysiłek wojenny. Co więcej jego wojna wypowiedziana wojnie miała globalny charakter, i w tym sensie też paradoksalnie oznaczało odwołanie się do koncepcji rewolucji światowej.
Co prawda wyrwanie Rosji z wiru rewolucyjnego chaosu okazało się niemożliwe, ale wojna domowa po Pokoju Brzeskim okazała się nowym etapem w rozwoju wydarzeń. Czynnikiem, który nadał wydarzeniom nowy sens, stało się podjęcie radykalnych reform realnie przekształcających układ sił w społeczeństwie. Tutaj zaznaczył się drugi istotny moment tego co nazywane bywa leninizmem i co obecne w myśli Lenina było od zawsze, ale w czasie rewolucji stało się zasadą jego polityki. Zastąpienie marksowskiej strategii rewolucji proletariackiej rewolucją sojuszy i koalicji różnych sił społecznych zjednoczonych wokół konkretnych partykularnych celów, które nie mając charakteru ostatecznego realnie przekształcały społeczeństwo. Kluczowy okazał się fakt, że przedmiotem szczególnie brutalnego wyzysku pozostawały masy chłopskie w krajach gospodarczo zacofanych. Te masy chłopskie również płaciły najwyższą cenę za wojnę, dostarczając armatniego mięsa i surowców dla jej prowadzenia.
Koncepcja przeciwstawienia się imperialistycznej wojnie przez walkę o globalne społeczeństwo kolektywnie administrujące gospodarką i elastyczną politykę sojuszy różnych sił społecznych okazała się strzałem w dziesiątkę. (Mówiąc o siłach społecznych nie uciekam od tłumaczenia historii w kategoriach walki klas ale chcę tylko podkreślić, że chodziło o wykorzystanie najróżniejszych różnic i podobieństw interesów grupowych definiowanych bardzo konkretnie i precyzyjnie wymykających się wszelkim schematom i tradycyjnej logice. To częste nieporozumienie polegające na przeciwstawianiu marksowskiej teorii –leninowskiemu politykierstwu wynika z braku świadomości że była to polityka jedynie możliwa.)
Ruch komunistyczny, który stał się wynikiem metodycznego zastosowania powyższych koncepcji charakteryzowała a niekiedy i dzisiaj charakteryzuje niesamowita plastyczność i kreatywność. Chociaż z drugiej strony podporządkowanie wszystkiego walce i konfrontacji przenosiło na obszar komunizmu brutalność i bezwzględność właściwą strategii nieustannie walczącej armii.
Nieustanna mobilizacja decydowała również o tym, że w społeczeństwie organizowanym przez ruch komunistyczny wizje konstruktywne nabierały charakteru ideologicznej utopii. Nie trzeba zbyt wiele przenikliwości, żeby zauważyć, ze w społeczeństwach wyniszczonych gospodarczo i cywilizacyjnie przez wojny i walki wewnętrzne nie istniała możliwość realizacji jakiegokolwiek sensownego projektu alternatywnego społeczeństwa. Istniała za to silna potrzeba odreagowania – zapomnienia, świętowania, kultu wybitnych jednostek, wiary w cuda, sekciarstwa, polowań na czarownice, szukania wrogów ludu, i temu podobnych ludowych rozrywek. Trudno jednak w tej atmosferze intensywnego „życia duchowego” przypominającej przysłowiową „jesień średniowiecza” szukać wyjaśnienia tego co działo się w ruchu komunistycznym. Był to skutek a nie przyczyna. Wielkość i groteska, tragedia i farsa rewolucyjnej kultury wyjaśnia może wiele kwestii antropologicznych ale nie tłumaczy niczego z wydarzeń dwudziestowiecznej historii.
Problem polegał nie na tym, że realizowano jakieś utopie, ale realizowano globalną partię szachów walcząc o reorientację rozwoju dziejów określoną przez Lenina, gdzie strona zdecydowanie słabsza dzięki przemyślanej strategii, determinacji i poświęceniu potrafiła skutecznie walczyć ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Co więcej najciekawsze okazało się to że partia ta została wygrana chociaż, sukces niekoniecznie przyniósł oczekiwane owoce. (W końcu świętowana obecnie rocznica zwycięskiej bitwy warszawskiej jest fetowaniem zwycięstwa, które ocaliło szanse Adolfa Hitlera na objęcie władzy w Niemczech, która to perspektywa w przypadku dalszego pochodu Armii Czerwonej na Zachód byłaby mało prawdopodobna.)
Zwycięstwo komunistów polegało na tym, że wymusiło stabilizację gospodarczego centrum ówczesnego świata a więc Zachodu. Pomysł na trzecią wojnę światowa stawał się zbyt groźny, żeby traktować go poważnie. Sukcesy komunizmu w walce o przekształcanie wojny w rewolucję, które doprowadziło do tego, że nie tylko największy obszarowo kraj ówczesnego świata – Rosja, ale również najludniejszy – Chiny zostały objęte antyimperialistyczną rewolucją komunistyczną.
Miejsce imperialistycznej rywalizacji zajęła w świecie kapitalizmu integracja, miejsce wojennego marnotrawstwa konsumpcjonizm, miejsce pól bitewnych i pomników wojennej chwały, supermarkety. Świat kapitalistyczny powrócił bardzo szybko do stanu z przed roku 1914 z tą różnicą że do stołu dopuszczono, przynajmniej przejściowo znacznie liczniejsze niż dotychczas towarzystwo. Społeczeństwo dobrobytu, czy też raczej społeczeństwo bezpieczeństwa socjalnego, stało się bronią wobec, której światowy ruch komunistyczny okazał się bezsilny. Uległ więc dekompozycji i pewnej marginalizacji. Problemem zasadniczym stało się załamanie jego globalnego charakteru, który zawsze decydował o jego tożsamości. Jednak o utracie aktualności przez ruch komunistyczny decyduje co innego.
Chociaż oczywiście różne konsekwencje aktywności Lenina mogą na różnych polach zachowywać mniejszą czy większą wartość to historia, którą konstytuował właśnie się skończyła. Skończyła się przy tym nie dlatego, że onegdaj Francis Fukuyama ogłosił jej koniec ale właśnie dlatego że nastąpił koniec tego końca, a więc koniec populistów, którym się wydaje że na grobie neoliberalizmu zaczynają własną historię.
Mogłoby się zdawać, że kryzys o którym mówimy mógłby mieć charakter przejściowy bo w końcu samo społeczeństwo dobrobytu i bezpieczeństwa socjalnego okazało jedynie fazą rozwoju społecznego i podzieliło los komunizmu zdemontowane przez teoretyków i praktyków neoliberalizmu. Reformy Miltona Friedmana, Margaret Thatcher, Ronalda Regana, Leszka Balcerowicza skutecznie podważyły konsensus społeczeństwa dobrobytu. Trauma społecznej degradacji i marginalizacji wyzwolonej przez neoliberalizm zrodziła reakcje populistyczną nawiązującą do najgorszych wzorów faszyzmu u nazizmu z lat dwudziestych i trzydziestych.
Na naszych oczach wszystko to bardzo szybko przechodzi do historii. Nie unieważnia tej historii bynajmniej koronavirus chociaż jego ostateczny kształt jeszcze się nie ujawnił i może przynieść wiele nieszczęść i zaskoczeń.
Zagrożenie, które jak to już jakiś czas temu stwierdziła Nami Klein, „zmienia wszystko” to nadciągające wielkimi krokami katastrofa klimatyczna związana z globalnym ociepleniem. Kapitalistyczny rozwój gospodarczy oparty na rewolucji przemysłowej oznaczał sięgnięcie po paliwa kopalne, które zwieszając w sposób wydawałoby się nieograniczony moce wytwórcze człowieka rozpoczęły zmieniać klimat w coraz bardziej destrukcyjny i groźny sposób. Rozwój konsumpcjonizmu po drugiej wojnie światowej nadał temu procesowi katastrofalną dynamikę i niszczycielski charakter.
Przywykło się mówić o katastrofie klimatycznej, jako o czymś co nastąpi może za pięćdziesiąt, może za sto lat. Wszyscy oczekują kiedy wreszcie podniesie się poziom mórz i oceanów, wybrzeże morskie dotrze do Płocka i innych podobnych cudowności. Wszyscy współczują misiom koala itd. itp. To, że katastrofa już się zaczęła i to nie na wyspach Pacyfiku, w Australii,czy Amazonii, ale w Polsce, za naszymi oknami jak gdyby do nikogo nie może dotrzeć. Pisząc o suszy hydrologicznej w Polsce, o stratach w rolnictwie, dezorganizacji upraw itd. unikamy określeń globalne ocieplenie i katastrofa klimatyczna a to jest właśnie to. Co więcej jest to trwały trend pogłębiający się z roku na rok. Nie musimy czekać na rozpuszczenie lodów Antarktydy. Nie musimy nawet wyjeżdżać. Mamy miejsca w pierwszym rzędzie. Susza razem z letnimi upałami już wkrótce może zapewnić nam moc mocnych wrażeń. Odsyłanie Grety Thunberg do szkoły, żeby się uczyła zamiast protestować jest zaklinaniem rzeczywistości i niczego nie zmieni.
Budując system małej retencji, przepraszając bobry i dokonując wielu innych niezbędnych operacji rewolucjonizujących nasze życie nie poradzimy sobie z problemem. Tylko radykalne, globalne działania mogą powstrzymać destrukcję.
Na naszych oczach skończyła się dotychczasowa historia. Czy się zacznie i jak długo potrwa nowa jest w sumie jedynym, istotnym problemem naszych czasów.