Homo sapiens

Ponad 1,5 miliona lat temu jakaś bardziej aktywna małpa wydłubywała z ziemi smakowite korzonki i zauważyła drzewo, na którym dojrzewało właśnie wiele pięknych owoców.

Podniosła się z kolan nie wiedząc, że robi historyczny gest wolności, na który będą się w odległej przyszłości powoływać politycy pewnego kraju w środku Europy. Z trudem pokonała opór zaokrąglonego kręgosłupa, stanęła wyprostowana i zaczęła zrywać owoce, karmiąc nimi spragnioną gromadkę swoich samic i dzieci Pozycja wyprostowana okazała się praktyczna i małpa uczyła jej swoich następców, a oni swoje dzieci, wnuki i pra, pra…., prawnuki. którzy nie wiedzieli, że po wiekach będą ich nazywali „Homo erectus”.

Człowiek rozumny

Czas biegł. Człowiek wyprostowany poza instynktownymi odczuciami głodu, strachu, popędu płciowego i zimna, zaczął dochodzić do wniosku, że może usprawniać zaspakajanie swoich potrzeb. Okryć się przed zimnem skórami innych zabitych i zjedzonych zwierząt, zrobić narzędzie ułatwiające zabijanie, wybudować szałas chroniący przed zimnem. Wymyślił siekierkę i włócznię z kamiennym ostrzem, łuk i strzały. Opanował ogień, wynalazł koło i zaczął wytapiać miedź i żelazo. Nawet nie zauważył, jak prawie 40 tysięcy lat temu stał się „Homo sapiens” – człowiekiem rozumnym.
Potem poszło już szybko. Błyskawicznie rozwijał technikę i jednocześnie swój intelekt. Zaczął definiować, co jest dobrem, a co złem, zaczął wierzyć w istoty lub istotę nadprzyrodzoną, która rządzi światem i jego życiem. Na tle tych nowych odczuć zaczął mieć określone przekonania. Coś mu się podobało, a coś innego nie. Gotów był walczyć o te przekonania bezkrwawo i krwawo. Wymyślał coraz więcej zasad życia, których wszyscy powinni przestrzegać. Przeżył okresy różnorakiej autokracji, aż w końcu doszedł do demokracji – uznając, że rządy powinni sprawować ludzie wybrani przez większość. I tu natrafił na trudną do pokonania przeszkodę. Poglądy większości z reguły nie są poglądami wszystkich. Ta większość (prawdziwa, albo urojona) chce i może rozszerzać ich zasięg różnymi metodami. Spokojnie – dyskusjami, przekonywaniem, przykładem, albo bardziej niecierpliwie i rewolucyjnie – nakazem, karą, nagrodą, chytrością, oszukiwaniem.
Już po wielu latach trwania tego okresu demokracji, w podniesionym z kolan kraju w środkowej Europie zapanowało przekonanie, że „tylko krowa nie zmienia poglądów”. Homo sapiens może i powinien zwłaszcza wtedy, gdy celem jest zbożny cel poparcia lub odrzucenia aktualnie rządzącej grupy. Ten cel staje się bardziej wyraźny wtedy, gdy homo decyduje się na przeprowadzenie kolejnych wyborów.

Zmiana upodobań

Właśnie teraz mamy taką sytuację. Dowiadujemy się o członkach określonych ugrupowań politycznych, którzy zmieniają zapatrywania, lub udają, że je zmieniają, i przechodzą do innych. Jeśli przekonują mnie, że rzeczywiście zniesmaczyli się ewolucją koncepcji swoich mentorów lub sposobów ich realizacji – pochwalam. Po co mają firmować coś, z czym się nie zgadzają. Ale mam wrażenie, że częściej przyczyna jest inna. Chodzi po prostu o zdobycie lepszego miejsca na listach wyborczych, lub w ogóle o znalezienie się na tych listach. Dożyliśmy bowiem czasów, w których zajęcia zarobkowe „polityk” i „poseł” traktowane są często jak zawód. Jak się nim przestaje być – to nie ma co robić i nie zarabia się względnie godziwych pieniędzy. Tej frustracji unikają tylko ci, którzy „w cywilu” mają opanowany tzw. wolny zawód – dobrzy lekarze, dobrzy prawnicy, dobrzy aktorzy, pisarze i kompozytorzy, oraz ci, którzy mają własny „biznes”.
Ale to dotyczy elity. Tendencje do zmiany poglądów są dla kraju bardziej niebezpieczne, kiedy obejmują masy „szarych” obywateli. Znam kilkanaście osób, które przez całe życie chwaliły się lewicowymi poglądami i wierzyły w możliwość stworzenia sprawiedliwego państwa, w którym nawet polityka jest uczciwa, rządzący i poważne media mówią prawdę, państwo nie narzuca obywatelom poglądów rządzącej ekipy, mogą żyć tak jak chcą i z kim chcą – byle nie naruszali prawa. Potem dostali po 500 złotych na dziecko i możliwość wcześniejszego przejścia na emeryturę, powiedzieli lub napisali coś pozytywnego o „władzy” i zaproponowano im wyższe stanowisko lub lepszą pracę – i nagle uznali, że wiatr w ich żagle wieje z innego kierunku. Zmienili poglądy. Demonstracyjne chodzą na zebrania organizowane przez rządzących i do kościoła, pokazując się znajomym. Publicznie chwalą władzę i szczycą się znajomościami z jej aktywistami „najwyższego szczebla”. Z zachwytem słuchają okolicznościowych przemówień, pokrzykując przemiennie i czasem bezmyślnie „Jarosław”, „Mateusz” albo „Andrzej”.
Zdarzają się – oczywiście – zmiany poglądów „w drugą stronę”. Jest ich mniej, mimo, że powodów jest więcej. Dla potrzeb kilku przyjaciół, którzy są właśnie w okresie przedwyborczej wahliwości, zrobiłem syntetyczny przegląd tych powodów. Czym mnie zraziła do siebie obecnie rządząca partia?

Dlaczego nie uwielbiam?

Na samym początku – zdobyciem poparcia zapewniającego parlamentarną większość nie tylko przez rozdawnictwo gotówki, ale także przez szkalowania poprzedników (”przez ostatnie osiem lat ….”), kłamstwa o „Polsce w ruinie”, nierealność chwytliwych propagandowo obietnic rozwojowo – inwestycyjnych w rodzaju miliona elektrycznych samochodów, budowy promów czy największego lotniska środkowej Europy.
„Na rozbiegu” – przez uporczywe i – niestety – częściowo udane próby likwidacji demokratycznego i konstytucyjnie zapewnionego trójpodziału władzy, zmierzające do jej skoncentrowania w jednym miejscu – sztabie partii i zależnej od niego administracji. Chodzi zwłaszcza o władzę sądowniczą, ale pochodną tej tendencji jest także przejęcie kontroli nad częścią mediów – a zwłaszcza nad państwowa telewizją – i doprowadzenie do ich przekształcenia w narzędzia propagandy i dziennikarskiego upadku.
Później – prowadzeniem wyjątkowo nieudolnej polityki zagranicznej i kształtowania stosunków z państwami UE, doprowadzającej do wyraźnego osłabienia pozycji na międzynarodowej arenie i dalszego pogarszania stosunków z największym wschodnim sąsiadem – z Rosją. Drażni mnie także umacnianie przyjaźni z największym (jeszcze!) mocarstwem, przez kupowanie od niego nie zawsze potrzebnych towarów, po rażąco wygórowanych cenach.
W końcu – poprawianiem najnowszej historii, uznającej za godne pamięci tylko wydarzenia i grupy ludzi związanych z prawicowymi nurtami politycznymi i kościołem i lekceważenie lub zapominanie innych – a zwłaszcza tych, którzy mieli lewicowe poglądy. Jednocześnie obsesyjnym poszukiwaniem wrogów i stwarzaniem społecznej atmosfery zagrożenia wszystkim, czego z nieznanych przyczyn nie lubi aktualna władza – poczynając od gejów i lesbijek, a kończąc na śniadolicych imigrantach. Zagrożenie dotyczy oczywiście państwa, ale też każdej dziwnie definiowanej rodziny.

Nowy człowiek tylko wyprostowany

Polakom mieszkającym w wielkich aglomeracjach wydaje się, że te denerwujące cechy i działania obecnie rządzącej ekipy są powszechnie znane i powinny powodować radykalną zmianę preferencji wyborczych. Ale tak się nie dzieje. Większość Polski karmiona jest wyłącznie lub głównie państwową telewizją. Prawie nie czyta prasy – a jeśli już, to lokalną, opanowana przez władze lub tzw. katolicką. Proboszcz z ambony albo wygłasza pochwały dla rządzącej ekipy, albo wręcz sugeruje, że powinno się na nią głosować.
Ten zasiew trafia na podatny grunt – relatywnie niski w Polsce poziom politycznej, społecznej i ekonomicznej edukacji społeczeństwa. Znaczna część obywateli w ogóle nie rozumie podłoża, znaczenia i możliwych następstw monopolizacji władzy, ograniczania niezawisłości sądownictwa i mediów a także obiektywizmu prokuratury, samodzielności samorządów lokalnych, rozwijania „służb specjalnych” ścigających nie tylko przestępców. Ci sami obywatele są za to zauroczeni masowymi imprezami poparcia, defiladami, znajdywaniem coraz to nowych „żołnierzy wyklętych”, odtwarzaniem udanych i nieudanych powstań, pokazową pobożnością i werbalnym patriotyzmem reprezentantów władz wszystkich szczebli.
Z żalem obserwuję wysoką skuteczność tych działań. Napawa mnie ona obawą, którą muszę skonsultować ze znajomym paleontologiem. Zadam mu pytanie – czy jest możliwe lokalne odwracanie biegu historii rozwoju ludzkości? Czy możemy się obudzić w sytuacji, w której znaczna część naszego otoczenia będzie się składała – jak przed wiekami – z homo wprawdzie „erectus”, bo przecież wstali z kolan, ale znowu nie „sapiens”?

SPÓR O REPARACJE WOJENNE

Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk, stojący na czele parlamentarnego „Zespołu ds. oszacowania wysokości odszkodowań należnych Polsce od Niemiec za szkody wyrządzone w trakcie II wojny światowej” (wstępny szacunek to kwota 850 mld. dol.), powiedział ostatnio w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, iż:”dopiero wypłata Polsce odszkodowań przez Niemcy będzie oznaczać, że pomiędzy naszymi narodami doszło do faktycznego pojednania, a relacje mają charakter partnerski”.

 

15 lat temu-pozornie podobnie,a jednak inaczej

Ostatnia,na pierwszy rzut oka analogiczna, dyskusja na ten temat miała miejsce niemal równo 15 lat temu, 10 września 2004r. Sejm bez głosu sprzeciwu przyjął uchwałę „w sprawie praw Polski do niemieckich reparacji wojennych oraz w sprawie bezprawnych roszczeń wobec Polski i obywateli polskich wysuwanych w Niemczech”. W tym 4-punktowym dokumencie akcent położono nie na żądania reparacji od RFN, lecz na odpowiedzialność odszkodowawczą władz w Berlinie, ze względu na praktyczne efekty takiego podejścia. Stwierdzono oczywiście, iż Polska nie otrzymała stosownej kompensaty finansowej za olbrzymie zniszczenia oraz straty materialne i niematerialne spowodowane niemiecką agresją, okupacją,ludobójstwem i utratą niepodległości oraz wezwano rząd do jak najszybszego przedstawienia opinii publicznej szacunku strat poniesionych przez nasze państwo i jego obywateli.
Jednak kluczowy był apel do rządu Republiki Federalnej Niemiec o uznanie bezzasadności i bezprawności niemieckich żądań odszkodowawczych przeciwko Polsce, a także o zaprzestanie kierowania na drogę sądową lub administracyjną tych obywateli niemieckich, którzy ponieśli szkody wskutek przesiedleń i utraty majątku wynikających z postanowień Umowy Poczdamskiej oraz późniejszych procesów repatriacyjnych.
Jako przewodniczący podkomisji opracowującej wtedy tę uchwałę wskazywałem, iż jej intencją nie jest zaognianie stosunków polsko-niemieckich, lecz ich poprawa poprzez usunięcie przyczyn pewnych napięć oraz uspokojenie wielu obywateli polskich wyrażających niepokój związany z działalnością niektórych środowisk w RFN. Wtedy bowiem wciąż aktywny był tzw. Związek Wypędzonych kierowany przez deputowaną do Bundestagu Erikę Steinbach (CDU), propagujący ideę budowy w Berlinie Centrum przeciw Wypędzeniom, a rozmaite kroki podejmowało też tzw. Powiernictwo Pruskie. Ta z kolei struktura zajmowała się m.in. losami „późnych przesiedleńców”, którzy wyjechali z Polski w latach 70. i 80., a część z nich próbowała odzyskać majątki pozostawione szczególnie na Warmii i Mazurach. W tym kontekście głośna była, ciągnąca się przez lata w naszych sądach, precedensowa sprawa Agnes Trawny, która zostawiła swój dom w Nartach,niedaleko Szczytna.
Dla określenia tamtej sytuacji wyjątkowo trafnie pasowała szachowa maksyma, iż „groźba jest silniejsza od ruchu”. Apel w sprawie uzyskania od Niemiec reparacji już wówczas wyglądał na niewykonalny, ale miał być swoistą odpowiedzią na absurdalne roszczenia wobec Polski. Od szeregu lat na szczęście nie mamy już do czynienia z tego rodzaju roszczeniami, jednak wspomniane powiedzenie pozostaje aktualne.

Pacta sunt servanda

O losach powojennej Europy,w tym o reparacjach, mówiono na konferencjach w Jałcie i Poczdamie,a ostateczne decyzje zatwierdzono pokojem paryskim w 1947 r.. Na jego mocy m.in. ustalono reparacje od Włoch, Bułgarii, Finlandii, Rumunii i Węgier, o czym się zupełnie nie pamięta. Niemcy, jak wiadomo, podzielono na 4 strefy okupacyjne: amerykańską, brytyjską, francuską i radziecką. Z trzech pierwszych utworzono na początku 1949 r. RFN, zaś z radzieckiej-nieco później-Niemiecką Republikę Demokratyczną. Podzielony został również Berlin. Każde z czterech mocarstw miało na początku prawo do reparacji,spłacanych głównie w naturze, ze swojej strefy,a cały proces nadzorowała Międzysojusznicza Komisja Odszkodowań z siedzibą w Moskwie. Późniejsza sytuacja jest na ogół dobrze znana, choć nie wszyscy wyciągają z niej identyczne wnioski.
23 sierpnia 1953r. władze polskie ustami prezydenta Bieruta zrezygnowały oficjalnie z reparacji niemieckich, zaraz po tym,jak uczynił to ZSRR. Biorąc pod uwagę, ze na mocy Umowy Poczdamskiej nasze państwo miało otrzymywać 15% reparacji radzieckich,zaś o sposobie realizacji tego zapisu decydowały władze w Moskwie, była to decyzja wtórna i czysto formalna. W istocie w podobny sposób postąpiły wszystkie wielkie mocarstwa. Nowa era nastąpiła po rozpoczęciu transformacji ustrojowej i licznych innych zmianach w w całej Europie Środkowo-Wschodniej. 12 września 1990r. podpisano tzw. Traktat 2+4 regulujący warunki zjednoczenia Niemiec, w tym ostateczne uznanie granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Ani w tym traktacie,ani w polsko-niemieckim układzie granicznym z 14 listopada 1990r.,ani wreszcie w traktacie o dobrym sąsiedztwie i pokojowej współpracy z 17 czerwca 1991r. nie odnoszono się do kwestii reparacji. Uznano rzecz za zamkniętą. Nie była ona też podnoszona w okresie rządów PiS 2005-2007r.
Pos. Mularczyk jako prawnik nie może nie znać klasycznej formuły rzymskiej Pacta sunt servanda („układów trzeba dotrzymywać”), będącej jedną z podstawowych zasad prawa międzynarodowego. Wielu czołowych polityków rządzącej partii nie przyjmuje jednak wspomnianych decyzji do wiadomości, o czym mówił m.in. Jarosław Kaczyński na kongresie w Przysusze. Najdalej posunął się Antoni Macierewicz twierdząc, iż „to sowiecka kolonia, nazywana Polską Republiką Ludową, zrezygnowała z części reparacji odnoszących się do równie marionetkowego państwa pod nazwą Niemiecka Republika Demokratyczna”. Choć Polska nie była wówczas oczywiście w pełni suwerenna (zaledwie kilka miesięcy wcześniej umarł Stalin), ale należała m.in. do ONZ i powszechnie uznawano ją za podmiot prawa międzynarodowego. Gdy usłyszałem takie słowa byłego szefa MON, to żałowałem, iż przestał się już zajmować Indianami Keczua w strefie andyjskiej.
Na konferencji w Poczdamie postanowiono o przesunięciu wschodniej granicy Niemiec na Zachód, co zmniejszyło ich obszar o 25% w porównaniu z rokiem 1937.Podstawowa część tych terytoriów weszła w skład Polski. Te ziemie zachodnie i północne (m.in. z Wrocławiem, Szczecinem i Olsztynem),o ogromnej wartości, były dla nas swoistym ekwiwalentem materialnym. Równocześnie, bez jakichkolwiek konsultacji z reprezentantami naszego państwa.zmieniły się też wschodnie granice Polski, głównie po włączeniu w skład ZSRR tzw. Kresów. A’ propos – odbywało się to z naruszeniem zasad 8-punktowej Karty Atlantyckiej z sierpnia 1941r. O wszystkim decydowała tzw. Wielka Trójka-USA, Wielka Brytania i Związek Radziecki. Nie przypuszczam wszakże, aby PiS zdecydował się dziś wystąpić o reparacje do prawnego sukcesora ZSRR, czyli do Federacji Rosyjskiej.

Co dalej? Waga stosunków Polski z Niemcami

Skomplikowane ze względów historycznych relacje polsko-niemieckie z upływem lat stopniowo się normalizowały, a także postępował proces pojednania. Istotną w tym rolę odegrały: orędzie 34 biskupów polskich (m.in. Stefana Wyszyńskiego i Karola Wojtyły) do biskupów niemieckich z listopada 1965r. z pamiętną formułą „Udzielamy przebaczenia i prosimy o nie”,a także historyczny gest pierwszego kanclerza odwiedzającego Warszawę Willy Brandta, który ukląkł pod pomnikiem Bohaterów Getta 7 grudnia 1970 r. Na uroczystości z okazji 50. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego prezydent Roman Herzog przepraszał za krzywdy wyrządzone przez Niemcy polskiemu narodowi. Przemawiał w podobnie wzruszający sposób, jak niedawno-z okazji 80. rocznicy. wybuchu II wojny- zarówno w Wieluniu, jak i w Warszawie- obecny prezydent Frank-Walter Steinmeier.
W tym czasie trwały już, za pośrednictwem Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie wypłaty dla byłych więźniów obozów koncentracyjnych i robotników przymusowych, pochodzące z przekazanej przez rząd RFN kwoty 500 mln marek. Trzeba przyznać,iż udział Polski w tym zadośćuczynieniu, które Niemcy wypłaciły ofiarom z poszkodowanych w II wojnie krajów był stosunkowo skromny. W tym kontekście należy jednak odróżniać reparacje wojenne (dla danego państwa) od roszczeń osób indywidualnych, np. wobec przedsiębiorstw niemieckich wykorzystujących pracę przymusową.
Niemcy bardzo mocno poparły członkostwo Polski w NATO oraz w Unii Europejskiej. Stały się dla nas największym partnerem gospodarczym (roczne obroty ok. 110 mld euro) oraz głównym partnerem politycznym w Europie. Żadne emocje dotyczące przeszłości nie powinny tego zmienić. Stąd trudno zrozumieć powody sytuacji, dla której obecny gabinet w Warszawie (aby rzec łagodnie-od czasu do czasu) obiektywnie konfrontuje nasz kraj z RFN. Chodzi zapewne o przyczyny wewnętrzne, zaś liczne przykłady można mnożyć. Tymczasem język obrażający partnerów, a niekiedy sięgający nawet po inwektywy, na ogół bywa nieskuteczny, dowodzi braku umiejętności dyplomatycznych i de facto osłabia naszą pozycję międzynarodową, nie tylko w Unii Europejskiej.
Co do reparacji, to politycy PiS – powtarzający nierzadko słowa „należy się nam” – czasem licytują się na wysokość sumy takiego odszkodowania. Tymczasem trudno znaleźć do tego podstawy prawne. 27-stronicowa ekspertyza Bundestagu, której fragmenty zamieścił jakiś czas temu „Frankfurter Allgemeine Zeitung” ocenia ewentualne roszczenia za przedawnione. Dodam,iż w skrajnej interpretacji tego typu działania mogłyby zostać nawet uznane za próbę naruszania ładu jałtańsko-poczdamskiego. Jeden z najprzychylniejszych Polsce posłów do Bundestagu Dietmar Nietan (SPD) wypowiedział niedawno ważne, a zarazem bolesne słowa: ”Nie istnieje suma zadośćuczynienia. Moralna odpowiedzialność Niemiec się nie przedawnia(…) Czy tyle lat po zakończeniu wojny Polska i Niemcy miałyby się targować jak na bazarze? Iks miliardów to za dużo, dajmy trochę mniej? A jeśli już zawarlibyśmy kompromis, to sprawa byłaby załatwiona? Nasza odpowiedzialność za wojnę raz na zawsze zostałaby rozliczona, zapomniana? Czy na pewno chcielibyśmy takiego rozwiązania? Dotykając tych bolesnych kwestii sam nie stawiam już pytania – czy Polska powinna domagać się odszkodowań od Ukrainy za zbrodnie na Wołyniu, zaś sama poczuwać do odpowiedzialności wobec Czech za aneksję Zaolzia w 1938r.?
Ulubione powiedzenie prezydenta Johna Kennedy’ego to: ”Lepsze są nieprzyjemne prawdy niż przyjemne iluzje”. Taką nieprzyjemną prawdą w omawianej materii jest to, iż raczej nie ma co liczyć na reparacje wojenne od Niemiec. Aby wyjść z tego zapętlenia warto, aby oba państwa WSPÓLNIE znalazły inne formy zadośćuczynienia za ogromne wyrządzone Polsce szkody. Mógłby to być np. zasilany środkami naszego zachodniego sąsiada znaczący Fundusz na stypendia dla młodzieży polskiej,czy odbudowa infrastruktury, której powstanie przerwała II wojna. Podobnych rozwiązań może być wiele.

Nie otwierajmy puszki Pandory!

Jest jeszcze czas, aby nie popełniać poważnego błędu, jakim byłoby wchodzenie w otwarty spór na ten temat z Niemcami. Na razie polski rząd na szczęście tego uniknął. Nie warto brać pod uwagę kuriozalnej opinii wiceministra kultury, że „temat reparacji trzeba podejmować bez względu na to czy będzie to efektywne” ani przechwałek jednego z eurodeputowanych PiS, iż „dysponuje tajną bronią”, która zmusi Niemcy do zapłaty bilionów”.
W przeciwnym razie istnieje groźba swoistej powtórki znanej z mitologii greckiej smutnej przypowieści o puszce Pandory. Otóż Zeus, mszcząc się na Prometeuszu za wydarcie niebu ognia ofiarował tej pierwszej kobiecie w posagu puszkę pełną kłopotów, smutków i utrapień. Prometeusz nie ufał Zeusowi ani jego darom. Ale jego brat Epimeteusz („mądry po szkodzie”) ożenił się z Pandorą i otworzył puszkę z wiadomym, negatywnym skutkiem. Nie warto dziś w naszej polityce zagranicznej iść drogą Epimeteusza.

Pamięci Mariana Buczka

10 września 1939 r. w walce z niemieckim najeźdźcą zginął Marian Buczek, wybitny działacz komunistyczny i patriota. W okresie Polski Ludowej przedstawiany był jako osobowy wzór narodowej tradycji. Wiele zakładów pracy, ulic i szkół nosiło jego imię.

Po roku 1989, wraz z transformacją ustrojową, Mariana Buczka zaczęto usuwać z panteonu osób zasłużonych dla Polski. W proteście przeciwko temu, 10 września br. w osiemdziesiątą rocznicę jego śmierci – zostanie zorganizowany wiec w parku Różanym w Koszalinie. Park ten, poprzednio noszący imię Róży Luksemburg, usytuowany jest przy zbiegu ulic Józefa Piłsudskiego (poprzednio: Armii Czerwonej) i Sportowej (poprzednio: Mariana Buczka).
Wiec rozpocznie się o godzinie 17:00. Po słownej prezentacji dokonań Mariana Buczka – nie dłuższej niż 15 minut – uczestnicy wiecu zostaną zaproszeni do pobliskiego lokalu na dyskusję inspirowaną między innymi próbą rozpatrzenia tezy wysuniętej przez profesora Pawła Wieczorkiewicza, jakoby M. Buczek był agentem (oficerem polskich służb specjalnych) działającym przeciw komunistom. Niektórzy z internautów doszli do wniosku, że należałoby przywrócić go do panteonu bohaterów narodowych. Ani ten wniosek, ani też teza profesora Wieczorkiewicza nie trafiają do mojego przekonania. Mimo to mam nadzieję, że zainspirowana bogatym życiorysem Mariana Buczka dyskusja stanie się asumptem pogłębiającym refleksję na temat falowania świadomości historycznej.

„Chłopi chcą być gospodarzami”

Obchodzimy 82. rocznicę sierpniowego, antysanacyjnego strajku chłopskiego z 1937 roku.

Dokładnie 82 lata temu pomiędzy 16 a 25 sierpnia 1937 roku miał miejsce w ówczesnej Drugiej Rzeczypospolitej ogłoszony przez Stronnictwo Ludowe (SL) masowy strajk chłopski. Był on skierowany swoim politycznym ostrzem przeciwko jawnie faszyzującemu, antydemokratycznemu, antychłopskiemu i antyrobotniczemu reżimowi sanacyjnemu.
Służalcza i wyjątkowo dyspozycyjna wobec sanacji tzw. policja państwowa zastosowała wtedy z pełną premedytacją wobec słusznie strajkujących, zmęczonych nieudolnymi rządami „sanacyjnych wizjonerów” chłopów wyjątkowo brutalne i krwawe represje. Ówcześni nad wyraz bezmyślni i politycznie krótkowzroczni i do tego rzecz warta podkreślenia samozwańczy włodarze państwa polskiego tak właśnie „rozwiązywali” wszystkie palące od środka przedwrześniowe społeczeństwo Drugiej RP problemy. Zamiast kulturalnego i cywilizowanego dialogu z obywatelami wyłącznie pięść, pałka i kula! Strajkujący w sierpniu 1937 roku chłopi domagali się przede wszystkim przywrócenia w Polsce zdeptanych i pohańbionych przez piłsudczykowski obóz rządzący zasad demokracji parlamentarnej, wszystkich swobód obywatelskich, skasowania wszystkich wyroków brzeskich oraz natychmiastowego, swobodnego powrotu emigrantów politycznych do Polski.

Chłopska fala strajkowa

objęła ówczesne województwa: białostockie, lubelskie, lwowskie, kieleckie, krakowskie, pomorskie, stanisławowskie, tarnopolskie, warszawskie. Częściowo również województwa: poleskie oraz wołyńskie.
W okresie strajku od policyjnych kul zginęło 42 chłopów. Około 6 tysięcy chłopów zostało aresztowanych. Na kary więzienia sanacyjne sądy skazały natomiast 600 chłopów.
Jak podkreślał profesor Józef Buszko: „Strajk chłopski w sierpniu 1937 r. stanowił ostatnią wielką bitwę mas pracujących w burzliwych latach 1935–1937, poważnie wstrząsając systemem rządzącym, nie zdołał jednak doprowadzić do jego obalenia. Nie ulega wątpliwości, że podstawową przyczyną niepowodzenia tak tej ostatniej, jak i poprzednich robotniczych antysanacyjnych wystąpień, stanowiło rozproszenie sił obozu demokratycznego, zwłaszcza rozbicie ruchu robotniczego. Obalenie sanacji mogło się dokonać jedynie w drodze bliskiej współpracy wszystkich sił lewicowych, reprezentujących masy ludowe, w pierwszym rzędzie KPP, PPS i SL, na co wskazywali komuniści nawołując do realizacji frontu ludowego”. (Cyt. za: J. Buszko, Historia Polski 1864–1948, Warszawa 1989, s. 318).
W związku z 82. rocznicą tamtych niezwykle ważnych dla polskiej lewicy socjalnej wydarzeń chciałbym poniżej przytoczyć ku koniecznej refleksji wymowny w swojej treści materiał pochodzący z kompletnie zapomnianej dziś publikacji autorstwa Józefa Gójskiego zatytułowanej: „Strajki i bunty chłopskie w Polsce”. „W okresie trwania strajku prasa nie podawała żadnych wiadomości o przebiegu akcji, mimo że już w pierwszych dniach jego wybuchu opinia publiczna w miastach dowiedziała się za pomocą ustnej propagandy, że Stronnictwo Ludowe zorganizowało strajk i że ogarnął on prawie całą wieś w Polsce.
Poza tym miasta odczuły na rynku brak pewnych produktów rolniczych, co bardziej jeszcze zaniepokoiło opinię, która żądna była dowiedzieć się prawdy.
Cenzura wszelkich wiadomości o strajku była bezwzględna.
Jedynie za pomocą tajnych komunikatów Stronnictwa Ludowego dowiadywano się, że odbywa się strajk chłopski w Polsce i że nie ma on na celu wygłodzenia miast, ale przede wszystkim jest aktem skierowanym przeciwko polityce rządów sanacyjnych.
Dopiero w dniu 25 sierpnia ukazał się pierwszy komunikat rządu i drugi w dniu 30 sierpnia 1937 r.
Z komunikatów tych, (…) zainteresowana opinia publiczna dowiedziała się o przebiegu akcji strajkowej, naturalnie w oświetleniu rządowym, tendencyjnym i wrogim ruchowi ludowemu.
Od tej chwili, a więcej jeszcze po interpelacji w sejmie posłów: ks. Lubelskiego, Zakliki i gen. Żeligowskiego w sprawie strajku, prasa mogła (naturalnie w ramach zakreślonych przez cenzurę) pisać i zająć stanowisko wobec strajku chłopskiego.
Stanowisko prasy polskiej w tej sprawie było różne i podzielone.
Prasa obozu rządowego wraz z endecką zajęła jak najbardziej wrogie stanowisko, nazywając strajkujących i organizatorów pachołkami komunistycznymi, warchołami i zwolennikami folks – frontu.
Prasa konserwatywna starała się zająć stanowisko zbliżone do obiektywnego z domieszką uszczypliwości w stosunku do organizatorów strajku, tj. do Stronnictwa Ludowego, chcąc obronić bardziej zachowawczy kierunek w stronnictwie i wśród chłopów, nie szczędząc oszczerstw w stosunku do grup radykalnych ruchu ludowego.
Prasa socjalistyczna, niezależna i prasa ludowa w bezstronny sposób naświetliły podłoże wybuchu i przebiegu strajku, wskazując niebezpieczeństwo i szkodę, jakie grożą państwu w wypadku dalszego ignorowania przez władze żądań chłopskich i robotniczych.
Przejdźmy z kolei pokrótce do wypowiedzi i stanowiska niektórych dzienników i czasopism wobec strajku.
„Gazeta Polska”(nr 241 i inne, rok 1937) pod szumnym tytułem „Stłumienie anarchicznej akcji Stronnictwa Ludowego” zajęła stanowisko sfer rządowych, atakując Stronnictwo Ludowe, stawiając mu zarzuty pracy antypaństwowej, współpracy z komunistami itp.
„Kurier Poranny” nazwał strajk chłopski zbrodnią, a „Express Poranny” i cała prasa czerwona „świętokradztwem”.
„Samowola i gwałty – pisał „Kurier Poranny” – zorganizowane na pewnych obszarach Rzeczypospolitej, zostały odparte. I tak będzie zawsze. Polska dzisiejsza nie może sobie pozwolić na żaden objaw słabości, musi żelazną, twardą, bezwzględną ręką bronić u siebie ładu i porządku, bez względu na motywy, w których imieniu występują wichrzyciele. Siewcy zamętu sami przybliżają chwilę, kiedy okres pobłażania się wyczerpie”.
„Polska Zbrojna” – organ wojska polskiego – dopatrywała się w akcji Stronnictwa Ludowego „widma Szeli”. „Ilustrowany Kurier Codzienny” zarzucał Stronnictwu Ludowemu, że do akcji strajkowej wciągnęło obce elementy, szczególnie komunistów. Podobne stanowisko zajęła prasa endecka.
Konserwatywny „Czas” ubolewał nad przebiegiem strajku, obciążył władze Stronnictwa Ludowego za wypadki, ale jednocześnie na innym miejscu dodał, że:
„(…) nie byłoby słuszne obarczanie odpowiedzialnością za ostatnie wypadki wyłącznie Stronnictwa Ludowego. Zarówno bowiem w przeszłości popełniano i nadal popełnia się błędy, polegające na niedocenianiu i niezrozumieniu świadomości politycznej oraz politycznych dążeń wsi.”.
Podobne stanowisko zajął „Kurier Polski”, organ ciężkiego przemysłu „Lewiatana”.
Nieco odmienne stanowisko zajęła prasa socjalistyczna.„Robotnik” – naczelny organ P. P. S. – zamieścił wiele artykułów odpierających ataki na Stronnictwo Ludowe, podając najbardziej obiektywną ocenę strajku chłopskiego. Redaktor naczelny M. Niedziałkowski, odpierając ataki prasy Stronnictwa Narodowego na Stronnictwo Ludowe, pisze m.in.:
„Chłopi chcą być gospodarzami w Polsce niepodległej. Chcą być gospodarzami, nie przedmiotem doświadczeń „elity” biurokratycznej. Robotnicy chcą być tak samo gospodarzami i pracownicy umysłowi też. Taka jest prawda, od tej prawdy już nikt nie odstąpi, bo rzeczywistość dostarczyła argumentów bez końca. Elita biurokratyczna nie zdała egzaminu. Musi tedy zaistnieć kontrola skuteczna. Kontrolę skuteczną gwarantuje tylko demokracja. Trzeba sobie zdawać sprawę, że w wyrażaniu swych myśli i uczuć wykazały masy chłopskie upór, zawziętość, poświęcenie daleko idące, że były to masy chłopskie w okolicach, gdzie ma swą główną siedzibę umiarkowany Ruch Ludowy, gdzie szeregi tego ruchu składają się, jak to doświadczyliśmy wiele razy, z ludzi, którzy rozumieją nie tylko swoje stanowe interesy. „Warszawski Dziennik Narodowy” – pisze autor – widzący zrazu w wydarzeniach chłopskich tylko przejaw „folks – frontu” i rękę komunistyczną, spostrzegł jednak, że zbytnio sobie uprościł to zjawisko socjalno–polityczne, jakim był strajk rolny, i że za daleko posunął się w insynuacjach i atakach na polski Ruch Ludowy”.
Dosyć dziwne stanowisko zajęła prasa naprawiacka, która atakując stale Stronnictwo Ludowe, szczególnie jego kierownictwo, po strajku chłopskim starała się przypodobać chłopom, biorąc w obronę ruch ludowy. Stanowisko takie zajęło pismo naprawy „Naród i Państwo” oraz „Jutro Pracy”, organ grupy płka Sławka.
Bezstronne, rzeczowe stanowisko zajął wobec strajku chłopskiego „Kurier Warszawski”. W artykule podpisanym inicjałami B. K. (Bolesław Koskowski) czytamy między innymi:
„Nikt nie zaprzeczy, że Stronnictwo Ludowe zajmuje niemałe miejsce co najmniej w dwu najdojrzalszych politycznie dzielnicach Polski i że jest na wsi prawdziwą siłą polityczną. Kto zdobędzie się na lekceważenie tak ważkiego czynnika i kto może się łudzić, że potrafi go unicestwić albo przynajmniej osłabić? Od 30 lat w Małopolsce, a od dziewiętnastu lat w całej Polsce ludowcy grali znaczną rolę i nie nie zapowiada, żeby ta rola miała im wypaść z rąk”.

Prasa Stronnictwa Ludowego

starała się w miarę dobrego humoru cenzora przedstawić jak najbardziej bezstronnie stan faktyczny przebiegu strajku, podkreślając na każdym miejscu podłoże strajku, które tkwiło głęboko w ciężkiej sytuacji prawno–politycznej wsi, upominającej się o słuszne prawa polityczne dla największej warstwy w narodzie – chłopów. „Zielony Sztandar” – organ naczelny Stronnictwa Ludowego – w artykule „Nie przeciągać struny” pisze m.in. o chłopskich żądaniach :
„(…) chłopi polscy wołają już o najrozmaitsze sprawy od szeregu lat. Wołają i byli jak rzadko kto cierpliwi w oczekiwaniu odpowiedzi. Wołają o zmianę warunków gospodarczych ich bytu, o reformy społeczne, a otrzymują tylko cienkie plasterki chwilowej poprawy. Wołają o oświatę, a tymczasem nic się nie zmienia w dziedzinie stosunków na wsi. Słyszeliśmy niedawno, że czas wreszcie oprzeć stosunki w Polsce na prawdzie. Nie należy więc przed prawdą zamykać oczu ani uszu”.
Tygodnik „Piast” – organ Stronnictwa Ludowego wychodzący w Krakowie – zamieścił artykuł W. Witosa, przebywającego wówczas na emigracji, w którym m.in. czytamy:
„Nawet leniwie myślący powinni zdać sobie z tego sprawę że chłopi niezadowoleni, od państwa odepchnięci, prawa pozbawieni, głodni i ciemni tego zadania nie spełnią, ale nic nie uczynią, aby ten stan zmienić (mowa o związaniu chłopów jak najbardziej z państwem). Powołani milczą, a różnym młokosom wydaje się, że chłop to tylko cyfra w ich rachunku którą oni mogą posuwać stosownie do ich woli, a nawet kaprysu. Jeśli zaś chłopi upomną się nieco śmielej albo popełnią jakiś akt rozpaczy, to jedni natychmiast ujrzą widmo Szeli, drudzy w nich znajdą komunistów, przychodząc z pomocą policji, nawet nieproszeni. Zapominają jedni i drudzy, że najpierw nie czas na podobne eksperymenty, bo wypadki i rozum domagają się czego innego, następnie, że chłop nie da się zrobić popychadłem, a w końcu, że oni są wobec niego znikomą mniejszością”.
To jest naturalnie pobieżny tylko przegląd prasy krajowej, która sprawą strajku zajmowała się przez okres kilku miesięcy.

Historyk faszyzmów i nie tylko Wspomnienie

Jerzy W. Borejsza (1935-2019)

28 lipca zmarł Jerzy W. Borejsza, profesor historii, autor cennych publikacji z dziejów XIX, w tym Powstania Styczniowego (by m.in. sekretarzem komisji obchodów zarówno 100, jak 150. rocznicy) i emigracji polskiej we Francji (zbiór szkiców „Piękny wiek XIX”, „Patriota bez paszportu”, biograficzna opowieść o rewolucjoniście polskim i paryskim komunardzie Walerym Wróblewskim) i XX wieku („Rzym a wspólnota faszystowska”, „Mussolini był pierwszy”). Był jednym z najwybitniejszych historyków fenomenu faszyzmów europejskich w XX wieku. W ostatnim okresie życia jego naukowe zainteresowania koncentrowały się wokół epoki wojny krymskiej (1854-1855).
Trudno wyliczyć wszystkie jego akademickie afiliacje i członkostwo w towarzystwach naukowych. Między innymi wykładał na Ruprecht-Karl-Universität w Heidelbergu (1990-1991), następnie, w latach 1991–1996 był dyrektorem Centre Scientifique Polonais w Paryżu, inaczej zwanego – od adresu w XVI dzielnicy Paryża – Lauristonem – jednej z najważniejszych polskich instytucji naukowych i kulturalnych we Francji. Od 1996 do 1998 roku był z kolei profesorem École des hautes études en sciences sociales (EHESS) i Uniwersytetu w Dijon. Za swoje zasługi dla naukowej i kulturalnej współpracy polsko-francuskiej został odznaczony Krzyżem Oficerskim
Legii Honorowej.
W tym roku ukazały się jego wspomnienia, nawiązujące m.in. do postaci jego ojca, Jerzego Borejszy (1905-1952), znanego działacza komunistycznego i założyciela „Czytelnika”. Związek z tym wydawnictwem Jerzy W. Borejsza kontynuował, gdyż w latach 1980-1992 przewodniczył jego Radzie Wydawniczej.

W buraczkach

Mniej poważne wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Przed poprzednią rocznicą Warszawskiego Powstania pewna sympatyczna pani zadała mi pytanie – jak Powstanie wpłynęło na pańskie życie, co pan z niego szczególnie zapamiętał? Nie było wówczas warunków do udzielenia odpowiedzi, więc obiecałem, że odpowiem później.

Spóźniona odpowiedź

Jako względnie solidny sklerotyk wracam więc do tego tematu. Dlaczego dopiero po roku? Chyba dlatego – i jest to już wstępny element odpowiedzi, – że nie kultywuję specjalnie tego okresu mego życia. Staram się eliminować z pamięci sytuacje tragiczne, a eksponować pogodne i zabawne, bo – wbrew pozorom – i takich w „historycznych momentach” na ogół nie brakuje. I nie jest to z mojej strony ani zamiar ani objaw lekceważenia, tylko instynktowna, równoważąca reakcja, na śmiertelnie poważne i niemal zawsze smutne opowiadania o wszystkim, co dotyczy tego „niepodległościowego zrywu”. Zwłaszcza drażnią mnie górnolotne, okolicznościowe przemówienia naszych najwyższych notabli, których wtedy jeszcze na świecie nie było. Ale Powstanie jest kapitałem politycznym, więc muszą o nim dużo mówić, a nawet teatralnie pokrzykiwać.
Nota bene – jest to jedna z przyczyn, dla których od dawna zrezygnowałem z uczestnictwa w organizacjach kombatanckich, staram się nie chadzać na wspomnieniowe spotkania (zresztą już nie bardzo mam z kim!), nie znoszę ubierania berecików i podniecania młodzieży moją rzekomo bohaterską postawą.
To „bohaterstwo” też jest już pewnym podtematem odpowiedzi. Nie chcę powiedzieć – broń mnie Boże – że wśród żyjących jeszcze uczestników Powstania nie ma prawdziwych bohaterów, którzy robili coś nadzwyczajnego, albo wykonywali wyjątkowo trudne zadania. Ale wrodzona przekora przypomina mi spotkanie z oficerami łącznikowymi z Londynu, jakie w lipcu 1945 r. wraz z kilkudziesięciu kolegami, mieliśmy w Niemczech, już umundurowani i wspomagający II Armię Kanadyjską, która wyzwoliła nas z jenieckiego obozu.

Bohaterstwo, ostrożność i szczęście

Prowadzący spotkanie major powiedział wtedy – „Drodzy chłopcy – jesteście bohaterami i zrobimy wszystko abyście mogli rozpocząć nowe życie na zachodzie”. Jeden ze starszych kolegów, słynący wśród nas z inteligencji, dowcipu i cynizmu, odpowiedział wówczas – „Panie majorze – prawdziwi bohaterowie, nasi przyjaciele i koledzy, wyginęli w Powstaniu. Tutaj ma Pan do czynienia z gromadą ludzi bardzo ostrożnych, takich, którzy po prostu mieli szczęście, albo wręcz dekowników. O ile wiem, to większość z nas nie uważa się za bohaterów”.
Jeśli chodzi o mnie – to kolega miał rację. Przez całe Powstanie nie zrobiłem nic bohaterskiego. Byłem – upraszczając – czymś w rodzaju „łącznika dalekiego zasięgu”. Miałem satysfakcję, kiedy, zgodnie z rozkazem, udawało mi się dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Miałem szczęście, bo udawało mi się często „przeskoczyć” przez ulice pod ostrzałem i niemające (albo jeszcze niemające) barykad. Chwaliłem się przed kolegami, że znajdowałem nowe przejścia między domami, albo przez łączące się piwnice. Miałem szczęście, że nie podtruli mnie skutecznie w kanałach, jak przechodziłem ze Śródmieścia na Starówkę i na Powiśle. Miałem w końcu szczęście, że niemiecki snajper strzelający z Ogrodu Saskiego, wprawdzie mnie trafił, jak przeskakiwałem Marszałkowską, ale przestrzelił mi tylko bluzę na przygarbionych plecach. Wśród kolegów panowało przekonanie, ze właśnie ta bluza daje „nietykalność”. Parokrotnie, niemal zmuszano mnie do jej pożyczania, przed bardziej niebezpiecznymi trasami.
Co zapamiętałem poza tymi „osiągnięciami”? Oczywiście – wizyty w piwnicznym szpitalu na Świętokrzyskiej, gdzie początkowo leżał mój ojciec (kpt. „Macedończyk”), trafiony kulą z karabinu maszynowego nurkującego Sztukasa. Leżał na materacu, rozłożonym na podłodze, w „pomieszczeniu oficerskim”. Był tam też pacjent, który niemal bez przerwy opowiadał „kawały”, czyli anegdoty, głównie warszawskie i żydowskie. Dzięki tym opowiastkom Ojciec, mimo bólu, był zawsze w niezłym humorze. Mnie się to też udzielało i wychodziłem z tego szpitala w pogodnym nastroju i z nadzieją, „że wszystko dobrze się skończy”.

Coś do zjedzenia

Dodatkowym, codziennym zajęciem było poszukiwanie czegoś konkretnego do zjedzenia, poza często dostępną, przesłodzoną zupą z ziaren pszenicy. Chleb jadłem rzadko. Piekły go jeszcze nieliczne piekarnie, w których mieli zapasy mąki. Nie było powszechnego systemu zaopatrzenia, bo też nie było niezbędnej dla jego funkcjonowania logistyki. Częściej jadałem w różny sposób przyrządzane kartoflanki, bo ludność cywilna miała spore zapasy ziemniaków. Częstowano nas tymi kartoflankami w piwnicach, przez które przechodziliśmy, indywidualnie wykoncypowanymi trasami dojścia do miejsc przeznaczenia.
W czasie całego Powstania tylko raz jadłem prawdziwy i smaczny, pełny obiad. Na Jasnej spotkałem Krysię – zaprzyjaźnioną koleżankę ze szkoły. Nie uczestniczyła czynnie w Powstaniu, bo opiekowała się matką i babcią, które po ucieczce z Woli mieszkały w miejscu pracy mamy – budynku Komunalnej Kasy Oszczędności, róg Złotej, Jasnej i Przeskok. Rodzina opiekująca się tym obiektem miała znaczne zapasy ziemniaków i buraków. Jej matka też z nich korzystała. Krysia zaprosiła mnie na obiad na następny dzień, zapowiadając z uśmiechem, że będzie „wyjątkowa wyżerka”. Poprosiłem o dwugodzinne „wolne, wyrwałem jakieś kwiatki z resztek balkonu rozbitego bombą domu na Sienkiewicza i poszedłem do budynku KKO.
Panie mieszkały w piwnicy, ale obiad zrobiły w jednym z urzędniczych pokoi na parterze. Na przystawkę podano połówki jajek z chrzanem, potem doskonale przyrządzoną kartoflankę. Po krótkiej przerwie babcia wniosła danie główne – na półmisku leżał zając! Nałożono mi spory kawałek ciemnego mięsa, ziemniaki i buraczki. Nie miałem wątpliwości – mięso smakowało jak zając. Zapytałem tylko, kto i jak dostarczył im zająca? Panie zaśmiały się głośno, a Krysia powiedziała, że to właściwie tajemnica, ale później mi powie.
Po obiedzie zostało mi jeszcze pół godziny „wolnego”, dostałem kubek zbożowej kawy i usiedliśmy z Krysią na schodkach, przed wejściem do budynku. Było cicho – tego dnia bombardowano nas rano, a potem był spokój. Krysia zapytała, czy smakował mi obiad. Jak entuzjastycznie potwierdziłem, szczególnie chwaląc zająca, powiedziała „to fajnie, ale to nie był zając, tylko kot!”. Zakrztusiłem się kawą, ale mój żołądek nie zareagował. Pomyślałem, że w końcu Chińczycy jedzą niemal wszystko, co się rusza. A kot – dachowiec, to właściwie dziczyzna.

Uśmiech przez łzy

Powstanie trwało dwa miesiące, ale z mego życiorysu wycięło prawie półtora roku. Największą część tego okresu zabrał pobyt w niewoli. To nie był dobry czas, ale i w nim zdarzały się momenty, w których rozbawienie było silniejsze od smutku i złości, w których uśmiech ukrywał łzy.
Pierwszym takim momentem był apel po przyjeździe do jenieckiego obozu XIB w Fallingbostel. To nie była represja. Rozumieliśmy, że musieli zrobić jakąś wstępną ewidencję. Ustawiono nas na wielkim placu i niemieccy oficerowie w towarzystwie kilku żołnierzy przechodzili powoli wzdłuż szeregów, notując imiona i nazwiska, stopnie wojskowe, daty urodzenia, zabierając legitymacje AK, wydane w czasie Powstania, scyzoryki i „fińskie” noże, a także wojskowe pasy lub szerokie pasy o podobnym wyglądzie. I to ostatnie żądanie stało się problemem wywołującym powszechna wesołość – zarówno naszą jak i ich. Pół biedy, jeśli ktoś nosił pas opasujący bluzę, kurtkę czy płaszcz. Ale jeśli ten pas utrzymywał spodnie – sytuacja robiła się tragiczna. Na ogół zbyt luźne spodnie opadały, trzeba było je podtrzymywać rękami, zajętymi przecież plecakami, walizeczkami i workami z „dobytkiem”. Ci mniej szczęśliwi z trudem potem dotarli do wyznaczonych baraków, wygrzebywali ze swoich bagaży zapasowe, normalne paski do spodni, – jeśli je mieli. Ci, co ich nie mieli, szukali sznurków i linek. Jeśli ich nie znaleźli, darli i wiązali na paski zabrane ręczniki, a nawet koszule. Ale złość mieszała się ze śmiechem, a obraz naszych chłopców, łącznie ze mną, paradujących przez dłuższy czas z opadającymi spodniami, został w mojej pamięci.
Dużo później zdarzyła się sytuacja, w której także rozbawienie zwyciężyło z obawą i niezadowoleniem. Wraz z kolegą uciekliśmy z podobozu pracy, mając nadzieję, że uda nam się przejść do Aliantów przez bliski już front. Nie daliśmy rady. Nie mieliśmy dobrej mapy, po trzech dniach byliśmy wykończeni spaniem w domkach w ogródkach działkowych, zmarznięci i głodni. W mieście Wuppertal odpoczęliśmy w słońcu na parkowej ławce i postanowiliśmy się poddać. Ale komu i jak? Uznaliśmy, że najlepiej policjantowi, regulującemu ruch na pobliskiej ulicy. Zdjęliśmy i wyrzuciliśmy do kosza na śmieci cywilne płaszcze, które przykrywały nasze mundury – wprawdzie belgijskie, otrzymane już w obozie, ale zupełnie podobne do polskich. Założyliśmy pomięte w kieszeniach furażerki i podeszliśmy do policjanta. W naszym szkolnym, chociaż nieco już podszlifowanym niemieckim, powiedzieliśmy, że uciekliśmy z obozu jenieckiego, ale rezygnujemy i prosimy o przekazanie nas najbliższej jednostce Wehrmachtu, czyli wojskowej.
Policjant stał jak posąg z ręką podniesioną dla regulowania ruchem W jego oczach i zastygłej ze zdumienia twarzy zobaczyłem zdziwienie połączone z przerażeniem. Być może, w hałasie ulicznym nie końca nas zrozumiał. Jak wszyscy Niemcy w Westfalii zdawał sobie sprawę, że coraz lepiej słyszalne, zbliżające się odgłosy pojedynków artyleryjskich oznaczają rychłe wejście aliantów. Przez chwilę był chyba przekonany, że jesteśmy już zwiadowcami nadchodzącej „wrogiej” armii i że to on ma się poddać. Nie mogliśmy się powstrzymać od szerokiego uśmiechu, a on w końcu zorientował się, że jesteśmy bez broni. Otrzeźwiał, ale muszę przyznać, że widocznie bardziej zrozumiał, zbliżającą się nieuchronnie „zamianę miejsc” i był wyjątkowo uprzejmy. Także w komisariacie, do którego nas zaprowadził, traktowano nas niemal jak oczekiwanych gości. Nic dziwnego – składaniu rutynowych zeznań towarzyszyło coraz silniejsze drganie szyb, reagujących na wybuchy artyleryjskich pocisków.
Jak piszę ten tekst, przypomina mi się coraz więcej powstańczych i postpowstańczych momentów, które wywoływały śmiech, osłabiały napięcie, ułatwiały przetrwanie. Ale teraz nie jest dobry czas na ich opisywanie. Aktualne władze mają ograniczone poczucie humoru i mogą to uznać za modne ostatnio „szarganie świętości”.

UWAGA! W artykułach obejmujących wspomnienia z okresu Powstania Warszawskiego i kilku lat powojennych, autor opiera się wyłącznie na własnej pamięci. Stąd też mogą występować pewne różnice w stosunku do informacji zawartych w dostępnej literaturze.

Fetowanie zwycięstwa czy poronionej doktryny?

13 czerwca Sejm ustanowił rok 2020 Rokiem Bitwy Warszawskiej. Zaledwie jeden poseł był przeciw. Nie znam motywów jego decyzji, ale i ja byłbym przeciw. Być może z zupełnie innych, niż on, powodów.

Od czasów III RP z wielką pompą i nadzwyczaj uroczyście obchodzone jest corocznie to wydarzenie, a więc w jego stulecie spodziewać się należy potężnej erupcji ciągle powtarzanych treści o tym, że była to osiemnasta przełomowa bitwa w historii świata, że uratowaliśmy Europę przed falą bolszewizmu, która niechybnie by ją zalała, że przed agresją ze Wschodu obroniliśmy naszą, niedawno odzyskaną, niepodległość. Nadto przywoływać się będzie to zdarzenie jako „Cud nad Wisłą”, pojawi się ks. Skorupka z krzyżem, w kościołach odprawione zostaną msze dziękczynne , a TVP 1 po raz kolejny wyemituje „Rok 1920”. A przy okazji potwierdzimy nasz stosunek do Rosji, która, jak wtedy tak i dziś, stanowi dla Polski śmiertelne zagrożenie, a więc i tym samym naszą zagraniczną politykę i rosnące stale zbrojenia.
Nawet wnikliwy i często bezkompromisowy portal OKO.press komentując powyższą sejmową uchwałę zajął się jedynie kwestią uboczną, jaką było wprowadzenie do jej tekstu fragmentu dużo wcześniejszego wystąpienia prezydenta Lecha Kaczyńskiego na ten temat.

Mogło by nie być ani bitwy warszawskiej,

ani tamtej wojny bowiem prawda o przyczynach konfliktu jest inna i dużo bardziej skomplikowana niż okazjonalne sejmowe i propagandowe zawołania. Historyk prof. Andrzej Chwalba niedawno mówił: „Między Polską a Rosją sowiecką istniały obszary sporne. Wojna była nieunikniona, zaczęła się już w 1919 r., niemniej jednak pokój wiosną 1920 r. nie był wykluczony. W tym momencie Moskwa była gotowa na zawarcie pokoju nie tylko z Polską, ale także z Estonią, Litwą, Łotwą, Rumunią i Finlandią – i z tymi państwami, poza Polską, wówczas go zawarła. Bolszewicy chcieli umocnić władzę, odbudować gospodarkę, tabor kolejowy, planowali NEP.” („Przegląd”, 4-10.03.2019). I dalej dodaje, co już nie jest takie przekonywujące: „Oczywiście zawarcie pokoju nie oznaczało, że jeśli państwo radzieckie się wzmocni, to do wojny nie dojdzie. Gdyby w Europie ponownie doszło do wzmocnienia fali rewolucyjnej, co było wielce prawdopodobne Armia Czerwona by ruszyła”.
Nieprzekonywujące, bowiem do wybuchu II wojny światowej ZSRR przestrzegał podpisanych z pięcioma wymienionymi krajami układów pokojowych, a potężna fala rewolucyjna w Niemczech opadła w styczniu 1919 roku, i już nigdy do takiego poziomu się nie podniosła. Nadto, jak się niedługo okazało, siła i możliwości Armii Czerwonej były jednak poważnie ograniczone.
Paradoksem jest fakt, że to właśnie wojna polsko-bolszewicka odnowiła w Moskwie nadzieję na przeniesienie płomienia rewolucji na zachód, do centrum Europy.

Na wschodzie Polska

nie tylko zbrojnie tworzyła swój kształt terytorialny ale także, głównie z inspiracji i za wolą Józefa Piłsudskiego, wtedy Naczelnika Państwa, kreowała określoną politykę tak wobec białej jak i czerwonej Rosji. Brak poparcia z polskiej strony dla sił kontrrewolucyjnych Denikina, Judenicza i Kołczaka, popieranych i hojnie materiałowo oraz militarnie wspieranych przez Koalicję (m. in. Wielką Brytanię i Francję), wynikał z uzasadnionych obaw, że po zwycięstwie nad bolszewikami zechcą kontynuować carską politykę zaborczą wobec Polski. I dlatego 1 września 1919 roku na froncie północno-wschodnim wstrzymano działania wojenne, tym samym ułatwiając Armii Czerwonej rozprawienie się z przeciwnikiem. Natomiast rozmowy z bolszewikami, rozpoczęte 12 października w Mikaszewiczach, poza kwestiami wymiany jeńców i dążnością strony radzieckiej do przekształcenia ich w rokowania pokojowe, zakończyły się niczym 12 grudnia. „Mimo fiaska rokowań o zawarcie pokoju – pisał Olgierd Terlecki – z rozmów mikaszewickich obie strony wyniosły wspólny zysk; było nim uniemożliwienie Denikinowi rozwinięcia w wymiarze strategicznym jego początkowych sukcesów. A stanowiłoby to największe zagrożenie – tak dla Polski, jak dla radzieckiej Rosji.” I dalej: „Pomimo więc wyraźnej ze strony polskiej niechęci, Cziczerin wystosował 22 grudnia formalną notą do swego polskiego kolegi… Rząd Radziecki raz jeszcze potwierdza dane przezeń wcześniej zapewnienie o swym mocnym pragnieniu położenia końca wszelakim konfliktom z Polską. Rząd Radziecki zwraca się do Rządu Polskiego z formalną propozycją bezzwłocznego rozpoczęcia pertraktacji mających na celu zawarcie trwałego pokoju pomiędzy obu państwami…<< W Mikaszewiczach – kontynuuje Terlecki – uznanie granicy wschodniej na rubieżach według stanu posiadania z dnia 1 września miał Piłsudski właściwie w kieszeni. Lecz nie o to mu chodziło. Gdyby poprzestał na zatrzymaniu zajmowanych obecnie części Białorusi i Ukrainy, musiałby je inkorporować rezygnując z szerszego programu. Jego zamiarem politycznym zaś, jak już wiemy, było wszakże ujęcie całej Białorusi i całej Ukrainy, w każdym razie z Kijowem i ujściem Dniepru, utworzyć tam ściśle z Polską związane państwa wobec Rosji buforowe.”

Konsekwencją tej doktryny

była wspólna, wsparta tylko częściowo przez siły ukraińskie, ofensywa na Kijów w kwietniu 1920 roku, której celem było utrwalenie istnienia Ukraińskiej Republice Ludowej. Chwalba wspominał, że została ona „ uznana za inwazję na ziemie Rosji, co doprowadziło do mobilizacji Rosjan wokół partii bolszewickiej. Poprawiło się morale, zmalała dezercja, a na zachodzie Europy znów podniosły się nastroje rewolucyjne. Moskwa uwierzyła, że będzie w stanie pokonać Polskę i wtargnąć na obszary przynajmniej Europy Środkowej…W Sejmie najsilniejsza była Narodowa Demokracja, przeciwna i wyprawie na Kijów, i sojuszowi z Ukrainą. Również politycy lewicy z reguły nie chcieli wojny…” A ta wojna toczyła się ze zmiennym szczęściem: wpierw zajęliśmy Kijów, którego zresztą nie był w stanie utrzymać nasz sojusznik ataman Petlura, później bolszewickie armie zagroziły Warszawie, którą szczęśliwie obroniliśmy, wreszcie, po kontrofensywie i zwycięskiej dla strony polskiej bitwie niemeńskiej, skończyła się 12 października 1920 roku.
Zmagania wojenne zakończyły ostatecznie negocjacje i podpisanie traktatu pokojowego w Rydze w marcu 1921 roku, w czasie których kwestia wytyczenia granicy wschodniej nie stanowiła problemu; Polska natomiast musiała uznać Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką łamiąc tym samym wcześniejsze sojusznicze zobowiązania wobec Ukraińskiej Republiki Ludowej. Piłsudski nie osiągnął żadnego z planowanych wtedy politycznych celów, natomiast poważnie naraził nowo odzyskaną niepodległość, spowodował przelanie polskiej, nie tylko żołnierskiej, krwi i śmierć 60 tysięcy ofiar tej wojny, nie wspominając już o stratach materialnych.

Z przedstawionych wydarzeń

wynika jasno, że to my, zamiast zawrzeć pokój, sprowokowaliśmy tę wojnę, a bitwa warszawska, będąca istotnym jej elementem, tym razem przyniosła victorię najeźdźcy. Opisujący tamte wydarzenia często włączają wojnę polsko-bolszewicką do jednego z wysiłków zbrojnych tzw. wojny o granice Rzeczpospolitej, tym samym usprawiedliwiając naszą agresję i nieszczęsną polityczną doktrynę, co stanowi najzwyklejsze zakłamanie historii. Towarzyszy takiemu interpretowaniu ówczesnych wydarzeń i Wikipedia w haśle „Kształtowanie się granic II Rzeczypospolitej”, w którym Armia Czerwona występuje w roli agresora: „odnosiła coraz większe sukcesy w swoim marszu na Zachód i w lipcu 1920 weszła na kolejne ziemie polskie. Wojsko dotarło wkrótce do Warszawy.” Kielich niedomówień, pełen propagandowych zaklęć, przelała wspomniana uchwala sejmowa.
Jeżeli już przywoływać tamte zmagania,
to nie w tryumfalnym tonie zwycięscy, a tylko z nisko pochyloną głową nad mogiłami niepotrzebnych ofiar tamtej wojny i z największym szacunkiem dla wielkiej determinacji Polaków w obronie ojczyzny.
Lekcja z symbolicznej daty 15 sierpnia 1920 roku powinna być dla nas zawsze aktualna i pouczająca, ale niestety nie została odrobiona w latach późniejszych. Kolejny zamysł polityczny, w wyniku którego 1 sierpnia 1944 roku rozpoczęły się walki w stolicy, przyniósł ponad trzykrotnie większą liczbę ofiar i hekatombę miasta. Niepomni tych tragedii aktualni polscy politycy świętują na grobach ofiar fakt wywołania Powstania Warszawskiego i zwycięstwo w bitwie warszawskiej.

Warto przy tej okazji

przypomnieć postać przywoływanego wcześniej Olgierda Terleckiego – publicysty i pisarza historycznego, w swoim czasie niezwykle popularnego i wysoko cenionego, także w kręgach emigracyjnych za przedstawianie prawdziwego obrazu najnowszej historii Polski – z którego nadzwyczaj rzetelnej i bardzo obszernej pracy „Z dziejów Drugiej Rzeczpospolitej” pochodzą zamieszczone cytaty. Był Terlecki autorem szeregu książek dotyczących także okresu II wojny światowej i wybitnych osobistości polskiej sceny politycznej: płk. Józefa Becka, gen. Władysława Sikorskiego (pierwsza w PRL dwutomowa biografia w 100 tys. egz. i album w kilkudziesięciotysięcznym nakładzie), a zamiar dopełnienia tej trylogii o marszałka Piłsudskiego uniemożliwiła mu śmierć. Druga wojna światowa stanowiła dla Terleckiego największe nieszczęście: zaznał łagiernego losu nad Morzem Białym i u ujścia Peczory, z armią Andersa był na Bliskim Wschodzie, walczył pod Monte Cassino i pod Anconą, doświadczył doli emigranta w Wielkiej Brytanii, a w nowej Polsce dobrodziejstw UB. Na to jakże dramatyczne, ale i w wielkim stopniu spełnione życie, nałożył się ujawniony przez jego syna Ryszarda fakt współpracy Terleckiego ze Służbą Bezpieczeństwa, szczególnie przy rozpracowywaniu środowisk polskiej emigracji. Jerzy Kulczycki, księgarz i wydawca – powszechnie znana i bardzo zasłużona postać wśród londyńskiej emigracji, właściciel Orbis Books (London) LTD, po przeczytaniu informacji o agenturalnej działalności Terleckiego powiedział: „Myśmy w Londynie o tym wiedzieli. Sam Olgierd nam powiedział i nawet prosił, aby przy nim za dużo nie mówić, bo potem musi o tym wszystko napisać. Nie chcę nawet wspominać o moralnej postawie syna Olgierda”.
Ryszard Terlecki mógł o tym nie wiedzieć, ale gdyby uważnie przeczytał cytowaną książkę swego ojca, i trochę pomyślał, to być może, jako wicemarszałek Sejmu, ograniczyłby w we wspomnianej uchwale liczbę kompromitujących ją fragmentów.

Na pożegnanie jeźdźca historii

Zajeżdżanie kobyły historii kosztowało wiele, i pomimo dużej dozy idealizmu, nie okazało się daremne.
Lewica żegna Karola Modzelewskiego.

„Zdarzają się – pisał Karol Modzelewski – rewolucyjne próby oddziałania na bieg dziejów w sposób zamierzony. W roku 1956, w latach sześćdziesiątych, a zwłaszcza w latach osiemdziesiątych uczestniczyłem w takich próbach. W końcu udało się nam przestawić zwrotnicę historii, ale rezultat okazał się dość odmienny od naszych, a w każdym razie moich zamierzeń i oczekiwań…”

W powszechnym przekonaniu

stalinizm w Polsce zakończył się wraz z Polskim Październikiem. Rzeczywiście, ustał czas wyjątkowej opresji ze strony bezpieki i wszechpotężnej dominacji państwa obejmującej nawet życie prywatne obywateli, ale sama partia niewiele się zmieniła. Zahamowany z różnych zresztą, często nawet uzasadnionych, przyczyn, proces demokratyzacji polskiego życia społeczno-politycznego, przyniósł druzgocące skutki samej PZPR. Pozbawiona wewnętrznych frakcji (poza tymi rodzącymi się w okresach kryzysu), samozniewolona centralizmem demokratycznym (niewiele mającym wspólnego z demokracją), stała się zdyscyplinowaną, jednomyślną, ale i bezrefleksyjną siłą polityczną podporządkowaną kierownictwu.
Wszelkie poważniejsze próby w partii i w kraju, jednostkowe czy zbiorowe, niezależnej dyskusji, krytyki czy tylko wątpliwości na temat zasad i sposobów budowy socjalizmu w Polsce, i roli w nich PZPR, były zwalczane. Poczynając od kar partyjnych, wydalania z partii, pozbawienia dotychczasowych stanowisk pracy, nawet sądowymi wyrokami, jako wrogie poczynania rewizjonistyczne, w pewnym okresie nawet syjonistyczne, i jeszcze wszystkie inne, stanowiące w konsekwencji próbę obalenia socjalistycznego ustroju.
Mimo wszystko i w kraju, i w samej PZPR, toczył się ukryty, społeczny dyskurs o stanie polskich spraw, niepozbawiony niepokoju i alarmistycznych pytań. Wyrażał się, bo tylko tak było to możliwe w zaistniałych warunkach, w cichych, dyskretnych rozmowach, nieśmiałych pytaniach, zapadającym milczeniu stanowiącym brak akceptacji, czasem w spojrzeniu czy nawet wzruszeniu ramion. A przede wszystkim w rozpowszechnieniu przekonania „róbmy swoje”, co również wyznaczało odpowiedzialne decyzje, także licznych partyjnych działaczy na różnych szczeblach władzy.

„Moje myślenie – wspominał Modzelewski

– było całkowicie utopijne – wierzyłem, że można ten ustrój zastąpić demokracją pracowniczą. I tak jak pisałem później w „Liście otwartym” [„List otwarty do Partii” autorstwa Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego z 1965 roku stanowił, z marksistowskiego punktu widzenia, druzgocącą krytykę realizowanego ustroju – Z.T.] wydawało mi się, że w tym kierunku mogła rozwijać się sytuacja w roku 1956, ponieważ takie było brzmienie październikowej prasy i w tym kierunku szli… przywódcy robotniczy…Oczywiście, wtedy nie uważałem, że to utopia. Uważałem, że to jest osiągalne…Gdy mówiłem o rozczarowaniu czy też wrogości wobec skrętu ku stabilizacji ustroju, którego dokonał Gomułka, miałem też na myśli konkretne wydarzenia. Pierwszym było zamknięcie „Po Prostu” i rozpędzenie najpierw wiecu na placu Narutowicza, następnie ulicznych demonstracji studenckich w październiku 1957 roku. To był ważny zwrot…Wtedy, szczerze mówiąc, pierwszy raz poczułem, że nie jest to moje państwo”.

I zapewne,

pomimo wcześniejszej głębokiej wiary w ideały socjalizmu, nie był to już także, w obserwowalnym wydaniu, jego ustrój. Modzelewski został wyrzucony z partii i skazany na ponad trzy lata więzienia. Wyszedł na wolność przed buntem studentów w marcu 1968, ale za udział w tych wydarzeniach ponownie trafił do więzienia.
W następnym czasie kontynuował swoje naukowe zainteresowania średniowieczną historią Polski broniąc kolejno, w latach 70. pracę doktorską i habilitacyjną. Ale pasja okresem Piastów musiała przegrać z, utrwalonym w jego zbiorze wartości, obowiązkiem obrony robotniczych interesów i stąd, w 1980 roku, włączył się aktywnie w działalność „Solidarności”, będąc autorem nazwy rodzącego się związku zawodowego i stając się ważną postacią w jego kierownictwie. Rozważania, na ile etap solidarności był szansą na zmianę i demokratyzację, także partii, a na ile okazał się czasem straconym i kolejną ułudą, zamyka wprowadzenie, w dramatycznych dla kraju okolicznościach, stanu wojennego.

Pojęcie lewica w okresie PRL

miało charakter historyczny, odnoszący się do minionych wydarzeń, natomiast prawica, z licznymi odmianami tego słowa, funkcjonowała w najlepsze w licznych ideologicznych i propagandowych wypowiedziach. PZPR, pomimo realizowania, w liczącej się mierze, tradycyjnych postulatów lewicy, słowa tego unikała, odróżniając się tym sposobem od niewątpliwie lewicowych, ale jakże odmiennych, partii socjaldemokratycznych. Zapewne także ze względu na utrzymanie monopolu władzy, spełniając rolę jedynego obrońcy „prawdziwego marksizmu”, a pod radziecką kuratelą i kontrolą, także „leninizmu”. W konsekwencji oznaczało to, że postaci opowiadających się za lewicowymi politycznie i społecznie ideami oraz działaniami, ale krytycznie oceniających tzw. realny socjalizm, nie zaliczano do lewicy, a wrzucano do jednego wora wrogiej politycznej opozycji. Taki obraz utrwalony został nie tylko w szeregach partii, ale także w jej kierowniczych gremiach, co dotyczyło oczywiście i Karola Modzelewskiego.
W zmienionych politycznych okolicznościach, takich jak na przykład okres IX Zjazdu PZPR, Karol Modzelewski mógłby być z pewnością zaliczany do grupy czołowych partyjnych reformatorów i zapewne podzieliłby później ich los w ramach tzw. cięcia po skrzydłach. Natomiast w okresie poprzedzającym Okrągły Stół wykreowany został m. in. przez liczne meldunki MSW – On ze swoimi lewicowymi zapatrywaniami na Polskę – na największego wroga wśród prawicowych przedstawicieli strony opozycyjno-solidarnościowej.
Przewartościowanie pojęcia lewica mogło się zacząć po wyrażonej w sierpniu 1988 roku przez Józefa Czyrka – wtedy członka Biura Politycznego i sekretarza KC – opinii, że w Polsce kończy się okres stalinowskiego socjalizmu, także dla PZPR. W rzeczywistości, dopiero po jej rozwiązaniu, i powstaniu Socjaldemokracji RP oraz Polskiej Unii Demokratycznej odrodziła się w Polsce zorganizowana, polityczna lewica.
A tak dla wyjaśnienia, to używany obecnie termin „lewica demokratyczna” przypomina znane powiedzonko o maśle maślanym, gdyż już w samej swojej nazwie zawiera nieistniejącą sprzeczność, bowiem nie ma lewicy bez uznawania demokracji, tak jak i wolności, czy też równości wszystkich obywateli. Autorzy cytowanego terminu posługują się nim dziś jedynie instrumentalnie, próbując tym sposobem przeciwstawiać go i dezawuować Sojusz Lewicy Demokratycznej.

„Jaruzelski – to jest moja supozycja, a nie wiedza

[mówił Modzelewski – Z.T.] – dobrze orientował się w zamiarach Gorbaczowa i doszedł trafnie do wniosku, że po wycofaniu się Związku Radzieckiego z Jałty muszą nastąpić przekształcenia ustrojowe. Przyjął, że najpewniejszą droga do tego będzie porozumienie z Solidarnością. I to był błąd. Bo najpewniejszą drogą był dialog ze społeczeństwem. To znaczy ogłoszenie drogi do pluralizmu, a nie uznanie Solidarności za społeczeństwo. To nie to samo. Wtedy, kto wie, czy nie powstałby system bardziej racjonalny. Bo tak został zbudowany monopol tzw. obozu posolidarnościowego, który trwa do dzisiaj i nie można się tego nieszczęścia pozbyć”.

Nigdy nie zakończą się rozważania

na temat alternatywnych scenariuszy polskich wydarzeń, tych z pierwszych lat Polski Ludowej, popaździernikowych, z okresu epoki Gierka, czasu „Solidarności” i lat poprzedzających Okrągły Stół wraz z jego ustaleniami i konsekwencjami, a także wszystkich innych. To naturalne, ale w tych teoretycznych analizach należy uwzględniać wszystkie
okoliczności, warunki w jakich miały miejsce, a wśród nich stan wiedzy i świadomości tak społeczeństwa, jak i kreujących je uczestników. Ich potencję intelektualną, zdolność i trafność przewidywania, ale także determinację do przekraczania granic, pozornie niemożliwych do sforsowania. Obserwowalne zdarzenia miały taki, a nie inny charakter i przebieg, bowiem w zaistniałych, wcześniej opisanych determinantach, innego mieć po prostu nie mogły.

Adam Michnik niedawno,

w wywiadzie na Onecie, na pytanie: „co się stało… że wy zachłysnęliście się wolnością, a nie równością?” odpowiadał: „Wtedy to było nierealistyczne. Te pomysły Karola Modzelewskiego czy Ryszarda Bugaja, to było księżycowe…Sprawiedliwość społeczna nie znaczy nic konkretnego. To musi być zawsze spór o konkret. Wyście używali takiego liczmana „neoliberalizm”. Ja, ponieważ nigdy nie wiedziałem, co to znaczy, powiedziałem, że o tym nie chcę rozmawiać”.

Karol Modzelewski natomiast uważał, że:

„Transformacja zmodernizowała Polskę, ale społeczny koszt tej modernizacji okazał się bardzo wysoki, a co ważniejsze – bardzo trwały… Są to nierówności trwałe, dziedziczone z pokolenia na pokolenie. Wielkiemu zróżnicowaniu dochodów odpowiadają coraz głębsze różnice w zakresie opieki zdrowotnej, dostępu do wykształcenia i szans awansu kolejnych pokoleń. W rezultacie różnice te mają charakter bez mała niezmiennego podziału przywilejów i upośledzeń. Równość szans pozostaje w sferze marzeń. Dzieci i wnuki tych, których okręt neoliberalnej modernizacji zostawił za burtą, w większości już się nie wdrapią na pokład. Wywiera to na ich sposób postrzeganej Polski znacznie większy wpływ niż umoralniająca dydaktyka, sprowadza się do zróżnicowania płac i dochodów. Najistotniejszym bodaj czynnikiem traumy Wielkiej Zmiany jest masowe i trwałe bezrobocie… Chłoporobotnicy powrócili na wieś, gdzie mają przynajmniej co jeść, a szczytem ich marzeń jest bodaj najlichsza renta… Ci, co sobie radzą i mogą oceniać, że transformacja zmieniła ich na lepsze, są wciąż jeszcze w większości. Liczbę tych, których modernizacja zostawiła za burtą, szacuje się na jakieś 25-30 proc. polskiego społeczeństwa. Między zaradnymi a poszkodowanymi nie ma już braterskiej miłości. Inteligencja znalazła się na ogół po słonecznej stronie, w strefie tzw. klasy średniej, ale docierają do niej irytujące odgłosy gniewu, rozgoryczenia, frustracji i agresji ze strony poszkodowanych współbraci… opiniotwórcze kręgi polskiej inteligencji stanęły po stronie Balcerowicza”.

Karol Modzelewski był człowiekiem lewicy,

nie tylko dlatego, że jak uważa Oko.press, „Od początku krytykował reformy Balcerowicza oraz kształt polskiej transformacji”. Przede wszystkim dlatego, że od zarania swojej politycznej drogi marzenia, oczekiwania i działania koncentrował zawsze wokół takich lewicowych wartości jak wolność, demokracja, równość społeczna, los ludzi pracy i w różny sposób wyzyskiwanych i wykorzystywanych mas. Towarzyszyły mu nadzieja i czyny zmierzające do stworzenie warunków rzeczywistej i równej partycypacji wszystkich obywateli w życiu społeczno-polityczno-materialnym kraju.
Znany był z uczciwości i rzetelnej, obiektywnej oceny, nie tylko minionych czasów PRL, ale również rodzącego się już na samym początku III RP, trwałego społecznego podziału. Publicznie upominał się wielokrotnie o przestrzeganie podstawowych praw obywatelskich, ostatnio także przeciw rządom PiS łamiącym m. in. Konstytucję. Jego odwaga i szczerość wyrażanych poglądów, nieakceptowane przez postsolidarnościowe gremia i bezkrytycznych chwalców naszej codzienności, stawały się wzorem dla współczesnej polskiej lewicy.

Był niewątpliwie Karol Modzelewski wielkim idealistą,

człowiekiem kierującym się w życiu i postępowaniu ideami, wzniosłymi humanistycznymi celami, a właśnie tacy ludzie kreują postęp i rozwój, przestawiając zwrotnice historii. Nie zawsze, a może nawet często, jadące po tych torach pociągi podążały w wymarzonym kierunku. Ale gdzie by dzisiaj był, i co wart byłby nasz świat bez ich żarliwości i niezłomnej nadziei?

Od historii do przeciw – historii

Z tej lektury nieuchronnie musi wynikać konstatacja jeśli nie podstawowa, to co najmniej wstępna – konstatacja współczesnej nieobecności (poza nielicznymi wyjątkami) dramatu historycznego, przedmiotu tego zbioru tam, gdzie jego miejsce, czyli na polskich scenach. Zatem lektura obszernego, skądinąd fascynującego tomu z dziedziny teatrologii przypomina nieco naukę pływania w pustym basenie. Czytając więc te 47 szkiców 47 autorów o zjawisku jakim jest polski dramat historyczny, możemy zdać się jedynie – poza inwencją autorów – na własną wyobraźnię, by podpowiedziała nam, jak jawiły się i jak mogłyby jawić się na scenie, zarówno w wymiarze ściśle teatralnym, jak i w aspekcie idei artystycznej, takie dramatyczne teksty, jak tryptyk Marii Konopnickiej „Z przeszłości”, dramat z prehistorii Słowian „Mściwój i Swanhilda” Bronisława Grabowskiego, dramat historyczny o problemie zdrady, czyli „Donna Aluica” Jerzego Żuławskiego, młodopolski dramat o Bolesławie Chrobrym „Twórca” Jadwigi Marcinkowskiej, dramat Wincentego Rapackiego o zmaganiu z formą czyli „Wit Stwosz”, dramat „Jegomość pan Rej w Babinie” Adolfa Nowaczyńskiego czyli o kulturze staropolskiej w zwierciadle dramatu młodopolskiego, „Górą Radziwiłł” Adolfa Zalewskiego czyli przeróbka na scenę prozy Józefa Ignacego Kraszewskiego, „państwowotwórcza” i wojenna „Gałązka rozmarynu” Zygmunta Nowakowskiego, „Sprawa Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej i jej interpretacje, „Domek z kart” Emila Zegadłowicza jako obraz pierwszych dni II wojny światowej („Rozliczenia i diagnozy”), „Krzak gorejący” Janusza Krasińskiego jako dramat o romantycznym heroizmie i pamięci ciała, ale także teksty zagadnieniowe, poświęcone n.p. poetyce i polityce dramatu po 1968 roku”, dramatowi historycznemu w refleksji skamandrytów, figurom oświeconych i Oświecenia w dramacie historycznym drugiej połowy XIX wieku, komedii historycznej już to w zestawieniu z romantycznymi koneksjami Eugene Scribe’a, już to w płaszczu intrygi w komediopisarstwie Adama Bełcikowskiego, dwóm wojnom i dwóm historiografiom w tekstach dramatycznych Stanisława Ignacego Witkiewicza i Andrzeja Rybickiego, bolszewizmowi w dramacie polskim lat dwudziestych („Od paraboli do weryzmu”), czy w tekście o tajemniczym tytule: „O niestosowności „trylerowania” przez króla Jana Sobieskiego, czyli zmagania z historią w polskich librettach operowych epoki Młodej Polski”, a także komizmowi historii w teatralnych inscenizacjach przeszłości. Jak nietrudno zauważyć, znacząca część wspomnianych tekstów, zwłaszcza autorów w dużym stopniu zapomnianych i zajmujących drugo lub nawet trzeciorzędną pozycję w historii polskiego dramatu, nie była wystawiana na scenach od wielu dziesięcioleci, a niektóre być może nawet od 150 lat. Jedyne w tym zestawieniu teksty niedawno wystawione, to „Caryca Katarzyna” Jolanty Janiczak czy dramaty Tadeusza Słobodzianka.
W poprzedzającym zbiór wstępie autorstwa Dobrochny Ratajczakowej („Po co dramatowi historia – po co historii dramat” omawia ona źródła i różne klasyfikacje dramatu historycznego, wspominając zarówno o jego fazie klasycystycznej i neoklasycystycznej, jak i o fazie wolności dramatu od tych reguł (średniowiecze) wyrwania się dramatu z tych reguł (n.p. romantyzm, modernizm, czy dramat XX wieku). Ratajczakowa przytacza rozmaite formy, jakie przybierał dramat historyczny, od tragedii narodowej z dziejów państwowości w okresie neoklasycznym, poprzez romantyczną perspektywę eschatologiczną i tragiczną, po podłoże społeczne okresu historycznego dramatu realistycznego czy osadzenie go w uniwersum znaków kulturowych przez symbolistów. Autorka wstępu zwraca też uwagę na „drapieżczość” dramatu historycznego wyrażającą się w wchłanianiu przez niego najrozmaitszych gatunków, estetyk, stylów. Przywołuje też typologię wybitnego badacza gatunku, Herberta Lindenbergera, typologię opartą na wyodrębnieniu najbardziej charakterystycznych motywów tematycznych dramatu historycznego, takich jak n.p. sztuka dokumentalna, dramat o tyranie, sztuki heroiczne itd. Ratajczakowa konstatuje, że tradycyjna relacja między historią, dramatem a sceną, nazwana przez nią „kontraktem”, obowiązywała do lat 90-tych XX wieku, a strukturę tego „kontraktu” skrupulatnie opisuje. Do jego fundamentalnych cech należy funkcja naocznego „pokazania historii” oraz uczynienie z niej „machiny bojowej narodowości”. Pierwszy wyłom w tej zasadzie nastąpił w drugiej połowie XX wieku, kiedy wraz z upadkiem scjentyzmu nastąpiła „konceptualizacja przekazu historyka jako dzieła narratora”, czyli, innymi słowy, zastąpienie koncepcji widzenia historii jako mechanicznego, „obiektywnego zbioru faktów” przez „narracją autorską”, opartą w dużym stopniu na subiektywnym odczytaniu historii. Pojawiła się wtedy m.in. „fikcjonalność przedstawienia opartego na faktach”. Walter Benjamin ujął to w sformułowaniu, że „wyartykułować historycznie to, co minione, nie oznacza że trzeba je poznać takim, jakim naprawdę było”. Dokonało się odwrócenie wektora przewagi: teraz, inaczej niż w przeszłości, zyskała ją sztuka nad historią. Nowy „kontrakt” miał charakter niemal rewolucyjny. W miejsce stabilnej, „podręcznikowej” historii wszedł „niestabilny spektakl”, zrywający wszelkie kanony, wykorzystujący afabularność, teleologiczność, kalejdoskopowość, performans, heterogeniczność składników przedstawienia historycznego, w dużym stopniu pochodzących z nowych technik komunikacji medialnej. Znamiennymi przykładami mogą tu być n.p. inscenizacje wspomnianej Jolanty Janiczak czy Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Ratajczakowa określa te zjawiska jako przeciw-historię. Teatr – konstatuje w konkluzji Ratajczakowa – „podczas ostatniego przełomu uwolnił się od wpływu dziewiętnastowieczności, determinującej zarówno nasze międzywojnie, jak i lata PRL”. Można więc rzec, że PRL był ostatnim segmentem XIX-wiecznego teatru historycznego. A moja konkluzja, czy raczej marzenie wywiedzione przez teatralnego widza z lektury tego obszernego, bardzo interesującego zbioru jest takie, by zwłaszcza owe stare, zapomniane, „kopalne” XIX-wieczne teksty, o których można „poczytać” w tym zbiorze, zobaczyć na scenie w oświetleniu nowego „kontraktu”. Cokolwiek o nim myśleć (a można myśleć po części aprobatywnie, a po części krytycznie), to na powrót do starego „kontraktu” i tak już żadnych widoków nie ma.

Czy Europa jest roztrzaskanym lustrem?

Biblia prawicowca

Opasłe dzieło Wojciecha Roszkowskiego „Roztrzaskane lustro” może z powodzeniem służyć jako ideowa biblia tym wszystkim, których przeraża ewolucja Europy, zachodzące w niej procesy cywilizacyjne, które autor (nie on jeden) określa jako upadek.
To część dyskursu współczesnej prawicy, zarówno tej nacjonalistycznej i populistycznej, jak i konserwatywnej. Radykalna laicyzacja, marginalizacja religii chrześcijańskiej, w tym w szczególności katolicyzmu, rozkład obyczajów, dekompozycja instytucji rodziny, emancypacja mniejszości seksualnych, przedefiniowanie wielu tradycyjnych pojęć, w tym pojęcia „prawdy”, radykalne eksperymenty w kulturze – wszystko to i wiele innych zjawisk opisał w swoim obszernym dziele Roszkowski. Po wstępnym zdefiniowaniu tradycji europejskiej autor – podobnie skądinąd jak inni autorzy jego ideowej proweniencji – wskazuje wydarzenia, które były pierwszym ciosem zadanym owej tradycji – Oświecenie i Wielka Rewolucja Francuska, aczkolwiek poprzedziły je jeszcze średniowieczne podziały chrześcijaństwa.
Swoją historię rozbijania europejskiego lustra opisał Roszkowski poprzez zwięzłe syntezy poszczególnych trapiących Europę jego zdaniem plag. To utopie komunistyczne, marksizm, ewolucjonizm nihilizm, irracjonalizm, eugenika postmodernizm, nazizm, komunizm, liberalizm, feminizm, miękki rozkład, dechrystianizacja relatywizm, pornografia, aborcja, seksualizacja, antykoncepcja czy szeroko rozumiany postęp. Uważny czytelnik prasy prawicowej i katolickiej nie znajdzie tu innego obrazu i innych diagnoz niż te, które od lat znajduje na ich łamach. Roszkowski jedynie wyposażył je w bogaty aparat erudycyjny i uporządkował.
Niewątpliwie, stan dzisiejszej cywilizacji europejskiej uzasadnia liczne obawy o jej przyszły kształt i los. W pierwszym rzędzie groźna jest islamizacja, która w wielu krajach europejskich przybrała zastraszającą skalę i zasadnie budzi lęki o los praw i wolności właściwych Europie, w tym lewicowo-liberalnych. W takich krajach jak Francja proces ten jest bardzo zaawansowany i Francuzi coraz mniej czują się w swoim kraju u siebie, poddawani presji przez agresywnie antydemokratyczną kulturę islamistyczną Pesymistyczne przewidywania budzi też intelektualny indyferentyzm szerokich kręgów społecznych, to co można uznać za „masowe zgłupienie”. Jednakże wątpliwe wydaje się, co czyni choćby Roszkowski w swojej pracy, przypisywanie, po pierwsze, winy za ten stan rzeczy przewrotowi oświeceniowemu, po drugie retrotopiczne podejście do przeszłości przedoświeceniowej, jej idealizacja.
Gdyby Europa przedoświeceniowa była tak szczęśliwa, to nie doszłoby do Rewolucji i innych rewolt społecznych, które wstrząsały Europą w XIX wieku. Poza tym, skłonność do animowania tego, co zwykło nazywać się postępem, wydaje się być immanentną cechą natury ludzkiej i wiara, że świat bez postępu trwałby w jakiejś szczęśliwości jest przejawem myślenia ahistorycznego i pozbawionego sensu. Rzecz jasna, nie wszystkie owoce postępu służą człowiekowi, ale trudno wyobrazić sobie ludzkość tkwiącą przez stulecia w bezruchu. Mieć o to pretensje, to jakby mieć pretensje do dorosłego, „grzesznego” człowieka, że wyrósł ze stanu dziecięcej „niewinności”.
Roszkowski winą za „całe zło” obarcza także, śladem konserwatywnych myślicieli Scrutona i Johnsona, intelektualistów, jako sprawców zasiania ziaren zamętu. Owi inkryminowani „intelektualiści” niejednokrotnie się mylili w swoich diagnozach i wskazaniach, ale mieć do nich pretensje, to mieć pretensje do gatunku homo sapiens, że posiada władzę myślenia i stara się z niego korzystać.
Roszkowski zdaje się też słabo zauważać, że tak lubiana przez niego religia chrześcijańska była przez stulecia, obok pewnych walorów kulturotwórczych, źródłem straszliwej opresji w stosunku do milionów ludzi. Za rzeczywiście niedobry dziś stan cywilizacji europejskiej odpowiadają więc zarówno nosiciele postępu, jak i jego wrogowie.
Roszkowski, choć szanse na uratowanie Europy upatruje w odrodzeniu tradycyjnych form i wartości, nie jest dużym optymistą. Najwyraźniej nie jest optymistą także w stosunku do Polski. W ostatnim akapicie zakończenia wskazuje na Węgry Orbán jako na jedyny europejski kraj zachowujący wierność „tradycyjnym wartościom” i to przy poparciu miażdżącej większości społeczeństwa. Ale Węgry to mały kraj o nikłym potencjale kulturowego promieniowania.
Rządzonej przez PiS Polski Roszkowski nie wymienia. I chyba ma rację. W wielomilionowej Polsce, kraju o bogatych tradycjach wolnościowych i irredentystycznych rozpętuje się właśnie w tempie jednostajnie przyspieszonym wojna kulturowa, która sprawi, że mimo marzeń wielu ludzi prawicy konserwatywnej, nacjonalistycznej i katolickiej, Polska nie doszlusuje do Węgier w roli wspornika nowej kontrreformacji.
Przy tych zastrzeżeniach do wymowy ideowej dzieła Wojciecha Roszkowskiego jest ono cennym rezerwuarem wiedzy o przemianach kulturowych i cywilizacyjnych w Europie na przestrzeni minionych
dwóch stuleci.

Wojciech Roszkowski – „Roztrzaskane lustro. Upadek cywilizacji zachodniej”, wyd. Biały Kruk, Kraków 2019, str.558, ISBN 978-83-7553-260-9.