„Trybunę” założyliśmy w stanie oblężenia

Prezentowaliśmy w „Trybunie” przede wszystkim zdrowy rozsądek i poglądy lewicowe, choć w tamtych warunkach lewicowość jako taka nie miała większego znaczenia, liczył się opór przeciw władzy, która chciała nas wraz z całym dorobkiem PRL zdeprecjonować i zniszczyć – z Markiem Siwcem, b. parlamentarzystą krajowym i europejskim SLD, szefem BBN, członkiem KRRiTV b.wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego, w latach 1990-1992 redaktorem naczelnym „Trybuny” rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Moment polityczny, w którym objął Pan, w styczniu 1990 roku, funkcję redaktora naczelnego najpierw „Trybuny Kongresowej”, a następnie gazety codziennej „Trybuna” był dla lewicy przełomowy, kluczowy, trudny, a do pewnego stopnia dramatyczny. Po wyprowadzeniu z Sali Kongresowej sztandaru PZPR, powstała Socjaldemokracja RP, a „Trybuna Ludu” została przekształcona w „Trybunę”. Jak to się stało, że „padło” akurat na Pana? Przed jakimi wyzwaniami politycznymi, personalnymi, organizacyjnymi i ekonomicznymi Pan stanął?
SdRP przejęła aktywa po PZPR i wśród nich była „Trybuna Ludu”. Byłem rzecznikiem zjazdu partii, swego czasu prowadziłem w telewizji „Studio Otwarte” i byłem redaktorem naczelnym tygodnika „ITD”, a poza tym mogłem być nowym obliczem nowej partii, więc spore grono działaczy, a w szczególności Aleksander Kwaśniewski uznało, że powinienem tę funkcję objąć. Co prawda byli też i tacy, którzy uważali, że tę funkcje powinien objąć ktoś ze starej ekipy, ale stało się tak, jak się stało. Obejmowałem redakcję „Trybuny” z mieszanymi uczuciami, bo trzeba było stworzyć coś nowego, z nowymi ludźmi. Nie zmienia to faktu, że mimo politycznego smrodku miałem wiele szacunku dla instytucji jaką była „Trybuna Ludu”. Była to znakomicie zorganizowana, zasobna redakcja, ze świetnym zespołem dziennikarskim, z licznymi korespondentami zagranicznymi, jak Waldek Kedaj, Zygmunt Broniarek, Zygmunt Słomkowski i wielu innych. „Trybuna Ludu” była gazetą dość nowocześnie zorganizowaną, z tzw. długim stołem, przy którym każdego dnia na tzw. planowanie zbierali się wszyscy odpowiedzialni dziennikarze pod dowództwem redaktora naczelnego i sekretarza redakcji. Musiałem wyważyć, ile z tego zachować, a ile wprowadzić nowego, ale wiedziałem, że gazeta musi być przede wszystkim nowoczesna. Do aktywów zostawionych nam przez „Trybunę Ludu” należały m.in. znakomite działy kultury i sportu. Zachowaliśmy markę „Trybuna”, bo to była marka mająca wielu zwolenników, ale bez „Ludu”, na znak zmiany. Przyjąłem dewizę: „Jesteśmy inni, ale chcemy być lepsi”. Nasz przywilej polegał na tym, że byliśmy pierwszą i jedyną wtedy gazetą opozycyjną. Jednocześnie nie wiedzieliśmy jeszcze jak korzystać z licencji na opozycyjność, zwłaszcza, że SdRP byłą partią poza parlamentem i niewielu jej członków było posłami, jako dotychczasowi posłowie Klubu Parlamentarnego PZPR. Żyliśmy też z wiszącym nad nami wyrokiem śmierci, bo chciano nas uśmiercić jako formację postkomunistyczną, wyrzucono nas z budynku przy placu Starynkiewicza, w którym pracowała „Trybuna Ludu”. Gdy skończyły się nam zasoby RSW „Prasa-Książka-Ruch”, przeszliśmy na finansowanie z dotacji partii, a te nie były duże. Byliśmy uzależnieni od szefów partii, z których jedni dawali, a inni nie. Zaczął się więc powolny, krok po kroku, upadek gazety. Wrócę jeszcze do emocji pierwszych dni i tygodni po powstaniu „Trybuny”. Były ogromne, bo chcieliśmy się przebić do świadomości społecznej, zachować jak największą część czytelników „Trybuny Ludu” i jednocześnie zdobyć nowych. Pamiętam dylemat, czy wychodzić w dużym formacie, czy w modnym już wtedy formacie zmniejszonym, jak „Gazeta Wyborcza”. Na jakiś czas zwyciężył pogląd, że poważna gazeta powinna wychodzić w dużym formacie. Projekt winiety opracował dla nas za darmo zawodowy grafik, brat reżysera Feriduna Erola. Całość była przedsięwzięciem iście happeningowym. Z rzeczy zabawnych zapamiętałem uczucie typu „i smieszno i straszno”, gdy wszedłem do gabinetu opuszczonego przez ostatniego redaktora naczelnego „Trybuny Ludu”, Jerzego Majkę, który jak mi się wydaje, do końca liczył, że pozostanie na stanowisku. Pamiętam na Placu Starynkiewicza, na II piętrze wnętrze jego gabinetu, pełne pamiątek w rodzaju wielkiej bryły węgla od górników czy dyplomów z wyrazami wdzięczności robotników różnych zakładów pracy dla redakcji. Na ścianie wisiał socrealistyczny obraz olejny pod tytułem „Społeczeństwo z „Trybuną Ludu” podczas pochodu 1 Maja”. I w takie postkomunistyczne realia weszła nowa ekipa, z takimi świetnymi dziennikarzami jak Darek Szymczycha, Staszek Ćwik, Piotrek Gadzinowski czy Zbysław Rykowski, dzięki czemu bardzo dobrze dawała sobie radę.
W jakich okolicznościach i jakim gronie uformowała się linia polityczna, ideowa, tematyczna „Trybuny”, jej zespół redakcyjny i grono współpracowników? Czy liderzy SdRP chcieli mieć, względnie mieli wpływ na zawartość, na przekaz gazety?
Linia polityczna gazety sprowadzała się do reakcji na rzeczywistość polityczną, którą kreował obóz „Solidarność”. To była bieżąca walka o nasze racje, o nasze życiorysy, o zdrowy rozsądek. Tak jak naszą formację polityczną określiłbym jako formację polityczną w stanie kreatywnego powstawania, tak samo było z naszą gazetą. Prezentowaliśmy przede wszystkim zdrowy rozsądek i poglądy lewicowe, choć w tamtych warunkach lewicowość jako taka nie miała większego znaczenia, liczył się opór przeciw władzy, która chciała nas wraz z całym dorobkiem PRL zdeprecjonować i zniszczyć. Bo dorobek po PRL pozostał, choć był też i ten zły bagaż, nawet ohydna część jej spuścizny. My broniliśmy tej dobrej, broniliśmy ludzi, którzy zrobili coś dobrego dla kraju, a którzy byli piętnowani i tępieni. To wywoływało furię u prominentnych ludzi „Solidarności” i u Wałęsy. Co do drugiej części pytania, to byłem członkiem władz SdRP i wiem, że na co dzień partia nie wcinała się w to, co robiliśmy, z jednym wyjątkiem, jakim był kolega Czesiek Rowiński, który bardzo dbał o to, aby partia była dobrze poinformowana o naszej pracy, a on sam był mocno stymulowany w sprawach mniejszych i większych przez „wysokie władze partyjne.” Jednak na pewno nie można powiedzieć, że gazeta jako całość była przez partię reżyserowana. Często wyrywaliśmy się do przodu przed partię, w różnych sprawach.
Jak rozwijała się sytuacja po „rozkręceniu” się gazety? „Trybuna” zaczęła działalność w innych warunkach społeczno-politycznych niż te, w których działała „Trybuna Ludu”. Tymczasem „Trybunie” przyszło działać w ramach oficjalnego już pluralizmu politycznego, pośród innych tytułów reprezentujących rozmaite opcje, środowiska i partie polityczne. Jakie to stawiało wyzwania przed gazetą?
Nasza gazeta nie miała problemu z pluralizmem, bo w Polsce nie było pluralizmu. Był wielki obóz „Solidarności” i była opozycja, czyli my. Był to więc układ bipolarny, realnie nie było systemu wielopartyjnego. Monopol prasowy obozu „Solidarności” był tworzony poprzez prywatyzację i tworzenie tytułów przejmowanych z RSW, które najpierw doprowadzano do upadłości, a następnie sprzedawano w ręce zagraniczne, n.p. włoskie. Obóz „Solidarności” był hegemonem nad całością prasy, z wyjątkiem poletka, które zajmowała „Trybuna”. My to błyskotliwie odkryliśmy i wyciągnęliśmy z tego pożytki. Rozmawiałem wtedy z pewnym wysokiej rangi dyplomatą amerykańskim nazwiskiem Terry Snell, który był jednym z ważnych organizatorów pomocy dla „Solidarności” w latach przed Okrągłym Stołem i przed upadkiem PZPR. Zapytałem go, po co mu kontrakt z marginalną gazetą i formacją, którą reprezentuję, a on popatrzył mi głęboko w oczy i powiedział: „W Polsce zawsze dobrze wychodziliśmy na kontaktach z opozycją”. Miał rację.
Czy po odejściu z funkcji czytał Pan „Trybunę” i obserwował Pan jej profil, a także jej relacje z kierownictwem najpierw SdRP, a potem SLD (wspomnę tylko konflikt między Januszem Rolickim a Leszkiem Millerem w 1997 roku, który doprowadził do dymisji redaktora naczelnego)? Jak ją Pan oceniał w kolejnych latach aż do 2009 roku?
„Trybunę” czytałem, ale sprawy biegły tak szybko, że „Trybuna” przestała interesować się mną. Niebawem, jako poseł na Sejm, zostałem rzecznikiem SLD. Tak było za kolejnych panów redaktorów naczelnych, Rolickiego, Szymczychy, Barańskiego i innych. Niespecjalnie dbali o kontakty z redaktorem-założycielem, więc uległy one ostudzeniu.
Pod koniec 2009 roku „Trybuna” została zamknięta. Czytelnicy o poglądach lewicowych stracili swoją codzienną gazetę. Pojawiły się pytania o perspektywy dla mediów lewicowych, w tym o stosunek struktur partyjnych do tej kwestii. Pytania te stawiano w sytuacji rozkręcającej się ofensywy medialnej środowisk prawicowych, które zakładały swoje pisma, portale, think tanki. One bardzo pomogły prawicy (PiS) wygrać wybory parlamentarne zarówno w 2005, 2015, jak i 2020. Jak dziś ocenia Pan sytuację i perspektywy mediów, w tym prasy lewicowej? Jak ocenia Pan „Dziennik Trybuna”, który choć z formalno-prawnego punktu widzenia nie jest bezpośrednią kontynuacją „Trybuny”, to jednak w wymiarze ideowo-politycznym taką kontynuacją jest?
SLD nigdy nie miała dobrego pomysłu na stworzenie porządnego, samofinansującego się wydawnictwa, choć wokół tej partii w latach 1993-1997 i 2001-2005 krążyło dużo pieniędzy. Myślę, że działo się tak dlatego, że partii wygodniej było trzymać gazetę na krótkiej smyczy i wymagać od niej tego, co niezbędne. Przyniosło to dużo szkody, bo niszczyło to, co zostało przez nas wyrąbane w 1990 roku, gazetę z własnym profilem, trafiającą nie do sentymentów, lecz do nowej rzeczywistości politycznej w Polsce. Ta nisza nigdy nie została wykorzystana przez partię. W czasach Leszka Millera próbowano stworzyć tygodnik pod redakcją Artura Howzana, zamiast najpierw zadbać o „Trybunę”. Dlatego gdy rozmawiamy z okazji 30 rocznicy powstania „Trybuny” dla gazety, która nazywa się „Dziennik Trybuna’, to chcę powiedzieć, że trzeba pomyśleć o tym, jak zaistnieć w internecie, by choć w ten sposób odbić się od kolejnego dna, do którego wszyscy doszliśmy, i dziennikarze i politycy lewicy, do momentu, w którym ludzie i zwolennicy lewicy mają niewiele tytułów do czytania. Pozdrawiam wszystkich czytelników „Dziennika Trybuna” w imieniu założycieli „Trybuny”, którzy jeszcze żyją i dobrze tamte czasy wspominają.
Dziękuję za rozmowę.

Epidemie w lustrze sztuki

Nie sądzę, by mogło być jakieś pocieszenie z sięgnięcia w czas epidemii po utwory artystyczne, których treść była osnuta wokół tematu epidemii, zarazy, „morowego powietrza”, różnie to nazywano, ale na pewno nie zaszkodzi jako ćwiczenie umysłowe w czas izolacji.

Być może pierwszy rozbudowany opis epidemii można znaleźć w „Wojnie peloponeskiej” greckiego dziejopisa z V w. p.n.e. Tukidydesa.
W 1722 ukazał się „A Journal of the Plague Year („Dziennik roku zarazy”) Daniela Defoe, autora jednej z najsławniejszych powieści w dziejach literatury powszechnej, „Przypadków Robinsona Crusoe”, znany też jako „Dziennik roku dżumy”. Jest to opowieść o wielkiej zarazie dżumy jaka nawiedziła Londyn w 1665 roku.
Rzeczowa, sucha, beznamiętna, kronikarska narracja skontrastowana jest tu z bezmiarem apokalipsy, która dotknęła miasto na oczach pisarza. Ta beznamiętność zapisu nie przeszkodziła jednak Defoe pokazać straszną rzeczywistość. „Maska Czerwonego Moru”, znana też w innym przekładzie jako „Maska Śmierci Szkarłatnej” Edgara Allana Poe, to krótka nowela napisana w konwencji posępnej baśni, dziejącej się jakby „dawno, dawno, za górami, za lasami”, w krainie rządzonej przez księcia Prospero, który w czas dżumy schronił się, z gronem przyjaciół (jak na arce Noego) przed „czerwonym morem” za murami klasztoru, gdzie oddali się hedonistycznym uciechom, w tym balom i maskaradom.
Do czasu. Zaraza znalazła szczelinę i wkradła się w postaci tajemniczej figury. „I Śmierć Szkarłatna rozpostarła wszędy swą władzę nieograniczoną”.
„Pieśń Alpuhary” z „Konrada Wallenroda” Adama Mickiewicza rozpoczyna się słowami: „Już w gruzach leżą Maurów posady, naród ich dźwiga żelaza, bronią się jeszcze twierdze Grenady, ale w Grenadzie zaraza”, a w finale arabski wódz Almanzor „pocałowaniem wszczepia w duszę” wodza Hiszpanów „jad” czyli podstępnie zaraża wrogów. Juliusz Słowacki napisał poemat „Ojciec zadżumionych”, a Mickiewicz i największy romantyk angielski George Byron zmarli na cholerę.
W paryskim Luwrze można oglądać obraz Antoine-Jean Grosa „Zadżumieni w Jaffie” (1804), znany też pod nazwą „Napoleon odwiedza zadżumionych w Jaffie”. Wielkie dzieło egzystencjalizmu, „Dżuma” Alberta Camus (1947) tylko w znikomym stopniu odwołuje się do realnej epidemii tytułowej dżumy. Brak w niej realistycznych, technicznych opisów walki z epidemią, jest moralitet, są nieco metaforyczne uogólnienia, sygnały o działającym złu, nie ma dokumentalnego zapisu walki toczonej ze śmiercią przez doktora Bernarda Rieux i jego współpracowników.
Stąd odczytano „Dżumę” nie jako realistyczną powieść o epidemii, lecz moralitet odnoszący się do uogólnionego Zła (po II wojnie światowej mógł być nim faszyzm).
Jest za to galeria postaw ludzkich wobec epidemii, od egoizmu, zagubienia i strachu (Cottard), doszukiwania się „kary bożej” (ojciec Paneloux) poprzez obojętność, w tym także obojętność przełamaną (dziennikarz Rambert) przez impuls ludzkiej solidarności, aż po stoicką, heroiczną ofiarność (Rieux, Tarrrou). A to wszystko wbudowane w filozofię egzystencjalizmu, której fundamentalna zasada („Egzystencja poprzedza esencję”) wyrażała się w traktowaniu życia jako absurdu danego człowiekowi przez Ślepy Los, który tylko on sam może wypełnić treścią i sensem, n.p. przynależnością do ludzkiej wspólnoty.
„Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego może być poczytane za rodzaj „bluźnierstwa”, stwierdzenie bezpośrednio po passusie o „Dżumie” Camus, że inną wielką powieścią osnutą wokół tematu zarazy, epidemii, jest „Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego (1971). A jednak, ta najwybitniejsza powieść tego pisarza (1924-1992) jest jednocześnie jedną z najwybitniejszych powieści w polskiej literaturze nie tylko XX wieku.
Stylizowana językowo, przy użyciu archaicznych hieratyzmów, na literaturę z epoki, mocno nasycona rozważaniami teologicznymi i filozoficznymi, na poziomie stricte gatunkowym miała być powieścią historyczną, osnuta wokół autentycznych wydarzeń, które rozegrały się w XIV-wiecznej (1458-1461) Brabancji (czyli dzisiejszej Belgii), epidemii zarazy oraz następujących po nich tzw. „vauderie d’Arras”, ale pokazanych bez realistycznej dosłowności. Narrator, nieokreślonego charakteru dostojnik Jan ukazuje dokonującą się w Arras apokalipsę: napierw epidemię, epidemia, głód, a w ich następstwie pogromy Żydów, prześladowanie czarownic i heretyków.
Jednocześnie jego oczyma postrzegamy dwóch głównych antagonistów: fanatycznego wójta Arras, Alberta, kogoś na podobieństwo Savonaroli, który wznieca terror jako zadośćuczynienie za grzechy, za które karą są nieszczęścia spadające na miasto oraz – na przeciwnym biegunie – biskupa Utrechtu Dawida, realistę, hedonistę, humanistę, który swoją „ludzkość” przeciwstawia doktrynerstwu i fanatyzmowi rywala. Przeciwstawienie to mocno przypominało antagonizm z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej między Robespierre’em a Dantonem.
Jako że powieść ukazała się w 1971 roku, zdarzyło się doszukiwanie się w obu postaciach metaforycznych kryptonimów Gomułki (Albert) i Gierka (Dawid). Częściej widziano w niej odpowiedź na Marzec 1968 roku, a także polityczna powieść o odwiecznych mechanizmach władzy.
Także kino dyskontowało motyw epidemii. W 1971 roku Roman Załuski nakręcił film „Zaraza”, fabularny, osnuty na autentycznej historii krótkotrwałego pojawienia się „czarnej ospy” na Dolnym Śląsku, skupiony był przede wszystkim na aspekcie sporów personalnych i postawie moralnej władzy: lekarz, główny bohater walki z epidemią, zostaje na końcu pominięty przy odznaczeniach.
Wątek epidemii pojawia się też m.in. filmie grozy „Nosferatu wampir” Wernera Herzoga (1979), ekranizacji powieści Brama Stokera o hrabim Drakuli, jak i w głośnym „Amadeuszu” Miloša Formana (1984), czy francuskim „Huzarze” reż. Jean Paul Rappaneau (1995), wg powieści Jeana Giono „Huzar na dachu”.
Wątek zarazy, która ogarnęła Paryż w 1832 roku znalazł się filmie Jerzego Antczaka „Chopin. Pragnienie miłości” Jerzego Antczaka (2002) (byłem naocznym świadkiem planu filmowego podczas kręcenia tej sceny na Starym Mieście w Lublinie i widziałem pomalowane na siwo nagie ciała statystów, wiezionych na konnym wozie), a amerykańska „Epidemia strachu”, w reż. Stevena Sonderbergha (2011) należy do późnej fazy gatunku amerykańskiego kina katastroficznego, różniącej się od fazy z lat siedemdziesiątych („Płonący wieżowiec”, „Rój” i inne) mniej komercyjno-melodramatycznym podejściem do tematu.
To czy ktoś w czas epidemii wybierze ten właśnie temat w sztukach wszelakich, czy przeciwnie, zechce się od niego trzymać z dala, jest kwestią usposobienia.
Czy można wskazać jakiś wspólny mianownik w sposobie ujęcia tematu zarazy czy epidemii przez twórców na przestrzeni wieków?
Nie jest to oczywiste, ale za taki wspólny mianownik można uznać moralno-społeczny wymiar tej strasznej plagi, jako etycznej próby dla wartości człowieka i człowieczeństwa w wymiarze indywidualnym oraz społecznym.

Ja jestem desperat!

Profesor ma 81 lat. Oczy profesora mają tyle samo, ale wyglądają na 25. Błyszczą. Spotykamy się w wigilię polskiego początku pandemii koronowirusa. Na pasku jednego z kanałów biegnie informacja o tym, że premier zamyka szkoły na 2 tygodnie. Dziś już każde dziecko wie, że przerwa w nauce potrwa co najmniej do połowy kwietnia. W parę dni bezpieczny świat który znaliśmy przepadł i nie wiadomo czy kiedykolwiek wróci. A my dwaj, ja i profesor, trochę jak orkiestra na Tytaniku. O tym, o owym, bardziej o dawnym niż bieżącym. Bez pośpiechu i lęku. Dzwoniłem wczoraj do profesora. Ma się dobrze. Choć pozostaje w grupie ryzyka, nie zamierza poddać się chorobie bez walki. Ciągle nad czymś pracuje, coś opiniuje, snuje plany. Z Pawłem Bożykiem rozmawia Jarek Ważny.

Widzi Pan co się dzieje? Zamykają szkoły, wczoraj zakazali imprez masowych. Kultura i nauka schodzą do podziemi.
No niestety. Dla rządzących kultura i nauka to zawsze był jeden szajs. Nikt się z ich zdaniem nie liczył. Jak będą podskakiwać, to im trochę przykręcimy śrubę i po sprawie. Niektórych nie będziemy publikować…a co Pan tam ma na talerzu (rozmawiamy w kawiarni, kelnerka podała właśnie kawę i tosty)?
To keczup zwykły chyba…no tak. Chce Pan spróbować?
Nie, akurat niedawno wstałem od stołu, po śniadaniu.
Szczęściarz z Pana…
Akurat dziś mogłem pospać dłużej, bo wczoraj do późna czytałem. Doradcy prezydenta Dudy ds. Unii Europejskiej stworzyli taki materiał i wczoraj, późnym wieczorem, wysłali mi to mejlem dodając: profesorze, to jest tylko parę stron. Niestety te parę stron, to 120 kartek maszynopisu, zadrukowanych drobnych maczkiem jak cholera. Poza tym ten zespół który to pisał, mocno sili się na naukę, albo raczej na „naukawość”, więc przeczytałem 2/3, ale zachciało mi spać, i dzisiaj będę musiał doczytać resztę, ale to mordęga straszna…
A Pan to opiniuje w charakterze czy normalnie?
Oni wiedzą, że jak im coś powiem, to tak uważam, że nie mówię tego „pod władzę”.
Ale to są kwestie gospodarcze, ekonomiczne?
Głównie ekonomia, tak. Ale tu się towarzystwo zastanawia, czy Polska ma szanse do 2050 roku usamodzielnić się energetycznie. Czy jest taka szansa. Ja uważam że nie ma takiej szansy. Ktoś z nich wpadł na pomysł, że my się gazowo uniezależnimy od Ruskich. Rozbudowywać gazoporty, od Amerykanów z tych łupków, ale to nigdy nie będzie alternatywa dla Rosji. Oni są monopolistą i mają w ręku niesamowitą broń.
No właśnie, to czemu nie możemy się z nimi dogadać?
Ja to już mówię od dawna, ale ciągle walę głową w mur. Trzeba się z Ruskimi dogadać. Przecież my nie mamy z nimi żadnych konfliktów. Że samolot jest w Rosji, że zamach? To nie może stać na przeszkodzie, bo tracimy ekonomicznie na tym.
Swoją drogą, to zadziwiające, że administracja prezydencka zgłasza się do Pana po prośbie. Jakoś nie widzę punktu stycznego między prezydentem Dudą a Edwardem Gierkiem i jego głównym doradcą.
Zgłaszają się do mnie, bo ja dobrze znam Jarosława Kaczyńskiego. Znałem dobrze Lecha Kaczyńskiego. Obu braci spotkałem jesienią 1980 roku w Gdańsku. Miałem tam wykład na temat czy Polsce grozi kryzys gospodarczy. To organizowała Solidarność gdańska. Przyszło bardzo dużo ludzi. Miało się zacząć o 19, zaczęło się o 21 a skończyło o 1 w nocy. Super była w ogóle debata i atmosfera. Byli na niej obaj bracia. I później nie miałem z nimi wiele wspólnego. Aż do wyborów prezydenckich w 2005 roku. W przeddzień pierwszej tury zadzwonił do mnie dyrektor Opery Warszawskiej, Janusz Pietkiewicz, z którym przyjaźniliśmy się i zapytał: słuchaj, czy dziś nie spotkałbyś się z Lechem Kaczyńskim? Zorganizował u siebie takie spotkanie. Wiesz, mówi Pietkiewicz, dobrze by było, żebyś tego człowieka poznał. Twoje nazwisko on zna, oni wszyscy zresztą doskonale je znają. Przyjdź o drugiej, będzie moja żona, podejmiemy cię dobrą kawą, a po kwadransie przyjdzie Lech z żoną i pogadamy sobie o różnych rzeczach…
Brzmi cokolwiek zagadkowo…
Ale dla mnie bardzo interesująco, bo ja byłem przecież spoza tego establishmentu. No i rzeczywiście było tak, jak się umówiliśmy. Przyszedł Lech z Marią. Ona zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Niezwykle ciepła, ujmująca osoba. Rozmowa z nią była dla mnie prawdziwą przyjemnością. A sam akt rozmowy naszej też był dość ciekawy; oni mi zadawali pytania, głównie ona, a w trakcie tej naszej konwersacji dzwonił do Lecha Jarek, pamiętam siedem razy dzwonił; o czym oni rozmawiali to nie wiem, bo Lech szedł wtedy na drugą stronę salonu, przytykał komórkę ręką i coś tam szeptali. Potem wracał i wracaliśmy do tematu; głównie ich interesowały moje osobiste sprawy; losy mojego ojca na Sybirze, mojej matki, lata wojny, UPA, relacji rodzinnych, takie rzeczy. Ja im to wszystko opowiadałem, oni słuchali w skupienia, Maria Kaczyńska, to pamiętam miała łzy w oczach, jak te koleje losu moich bliskich im referowałem. Rozmowa trwała 2,5 godziny. Chwilę później Lech został prezydentem. Ja kontaktu już nie odnawiałem, wymieniliśmy się telefonami, ale nigdy już żeśmy się nie spotkali. Za to 3 albo 4 lata temu zadzwoniła do mnie sekretarka Jarosława…
Legendarna pani Basia!
Tak jest, pani Basia, ta sama! I mówi do mnie: zatęsknił za panem Jarosław Kaczyński…
Doprawdy, nie wiem czy zazdrościć czy jednak…
Ale proszę posłuchać dalej. Pani Basia, w imieniu prezesa, zaprasza mnie do niego na Nowogrodzką, na spotkanie. Tylko jak będę się wybierał, to ma prośbę, żebym zabrał ze sobą trzy egzemplarze mojej książki swojej „Hanka, miłość, polityka”, bo wtedy akurat to wyszło. I jedną książkę proszę zadedykować dla prezesa, drugą dla mnie, mówi pani Basia, a trzecią dla córki Lecha-Marty. Więc spełniłem te prośby i poszedłem. Jak już tam wchodziłem do sekretariatu, to Jarosław wyszedł z gabinetu, rozanielony, zaprosił mnie do środka i mówi: pragnąłem się od dawna z panem zobaczyć, bo Leszek i jego żona nie ustawali w komplementach pod pana adresem. Pan podobnież poprowadził tą Waszą rozmowę tak, że oni do śmierci niemal ją wspominali. No ja podziękowałem i tak żeśmy od tych uprzejmości przechodzili na kolejne tematy, a kiedy wchodziłem do Jarosława, to pani Basia mnie poprosiła, żebym był nie dłużej jak 0,5 godziny, bo w kolejce jest zapisana delegacja Solidarności, 20 chłopa, a ona mam tu tylko dwa krzesła w poczekalni. Po godzinie, pani Basia zajrzała dyskretnie do środka, na co Jarek przytaknął, że pamięta i że już kończymy. W drugiej części tej naszej pogawędki, mówiliśmy o tym, jaką polski rząd powinien prowadzić politykę wobec Rosji. Jarosław mnie pytał, jako człowieka, który Rosję zna i rozumie, a ja mu odpowiadałem to, co już mówiłem wcześniej: musi się Pan z nimi dogadać. Nie ma innej drogi. I on słuchał, a później prowadził kompletnie odwrotną politykę, niż ja wtedy mu mówiłem. W każdym razie rozmowa znacznie przekroczyła wyznaczony wstępnie czas. Nie byłem niezadowolony, bo rozmowa była nad wyraz interesująca.
I o czym Panowie tyle czasu rozmawiali, oprócz polityki wobec Rosji?
A różnie. I o sprawach prywatnych i o dużej i małej polityce. Wspominaliśmy stare czasy. Jarosława ciekawiło np. jaki był Gierek; ja mu wtedy zdradziłem, jak kiedyś, u Gierka w sekretariacie, przy świadkach mu powiedziałem, że jak będzie dalej słuchał Kani, Jaruzelskiego i innych, to go stąd wyrzucą na zbity pysk. Jarosław, pamiętam, bardzo się tym zainteresował i mówi do mnie: o, to widzę że z pana jest ostry zawodnik. A ja jestem z natury desperat; wtedy, u Gierka, myślałem, że naprawdę mnie wyrzucą za tą pyskówkę, ale po dwóch dniach Gierek mnie wezwał i zaproponował, żebyśmy wspólnie pojechali do robotników, do Poznania, to był 79 rok. Pamiętam, że dolecieliśmy do Poznania samolotem, na lotnisku przesiedliśmy się do takiego dużego wieloosobowego mercedesa, a tuż za bramą lotniska czekała na nas „przypadkowo” napotkana grupa młodzieży socjalistycznej, wznosząca spontanicznie hasła na cześć towarzysza Gierka…
Czytałem kiedyś, że jak Gierek podejmował po mundialu reprezentację Polski Kazimierza Górskiego, i pod gmachem KC tłum wiwatował na cześć piłkarzy, I sekretarz miał się był zwrócić do premiera Jaroszewicza: słyszycie towarzyszu premierze, jak naród nas kocha?
(śmiech) Tak, to by było do Gierka podobne.
Ale on tak na serio?
Nie sądzę, on nie był idiotą, wiedział, jak się sprawy mają naprawdę. Ale co mu tam w głowie siedziało, to nie wiem…
3 marca zmarł Stanisław Kania, ostatni żyjący I sekretarz. Wybiera się Pan na pogrzeb?
Nie, nie uważam, żebym był tam potrzebny, to by było dwuznaczne…
Jakie relacje was łączyły? Rozmawialiście w ogóle? W końcu to właśnie On zatopił Gierka i w konsekwencji, także Pana.
Normalnie rozmawialiśmy. On mnie bardzo często zapraszał na obiady do siebie. Ja oczywiście wcześniej informowałem Gierka o tym, że Stanisław Kania mnie zaprasza, a Gierek nie miał nic przeciwko. Tak samo do Jaruzelskiego, też chodziłem, jak zapraszał…
Sąsiadami Panowie byliście.
No tak, ulica w ulicę mieszkaliśmy na Mokotowie. Ale wtedy chodziłem oficjalnie do niego, do Ministerstwa Obrony. I na początku było poprawnie, ale później nasze stosunki się zepsuły.
Słyszałem, że nie chciał Panu wydać paszportu, tak?
No tak mnie załatwił. Miałem jechać w połowie lat 80. na jednego z dyrektorów do UNESCO, do Paryża. Byłem wtedy z nominacji sekretarza generalnego ONZ członkiem senatu Uniwersytetu Narodów Zjednoczonych, i znałem tą całą czołówkę, gdyśmy się w Tokio spotykali, bo tam była siedziba. I tam poznałem szefa UNESCO, który mnie do pracy zaprosił, bośmy się polubili. Trzeba było załatwić paszport dyplomatyczny. Niestety, generał się nie zgodził, no i ostatecznie do Paryża nie pojechałem. A same wcześniejsze spotkania z Jaruzelskim to były czysto merytoryczne; ja mu po prostu wykładałem ekonomię, on pamiętam, wszystko zapisywał. Miał dziesiątki pytań, przygotowywał się do tych rozmów.
To czym mu Pan podpadł, że nie wydał Panu tego paszportu?
Samym faktem, że współpracowałem z Gierkiem. On był zazdrosny bardzo.
Lubi Pan filmy?
Lubię, ale do kina nie chadzam za często…
„Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego Pan widział?
Widziałem, nie podobał mi się.
Dlaczego?
Bo uważam że jest nieprawdziwy. Z niego wynika, że oni tam, na tym Wołyniu, to się generalnie kochali, żenili się między sobą, żyli w zgodzie do pewnego momentu, w którym wszystko na raz runęło. Jedni wyrżnęli drugich i nastała nienawiść.
Stosunki z Ukrainą można jakoś ucywilizować?
To wie Pan, musi minąć kilka pokoleń. Dla mnie są one na teraz nie do naprawienia. Nasze relacje między narodami są po prostu głęboko patologiczne; od czasów polskiego na Ukrainie panowania. Kiedyś ukraińskie studentki na przerwie zapytały mnie, kogo ja bardziej poważam i lubię: Ukraińców czy Rosjan? Jeśli chodzi o Rosjan, to oni aresztowali mojego ojca, który już nigdy później do Polski nie wrócił, tylko dlatego że przed wojną był w polskim wojsku. A jeśli chodzi o Ukraińców, to oni zastrzelili mi matkę, bo była Polką. I więcej już żadnych podobnych pytań nie było.
A pańskim zdaniem przyciąganie Ukrainy do Zachodu to dobry kierunek w naszej polityce?
Dzisiaj to już jest bez znaczenia. To taki czyn charytatywny, za który nie będzie później zapłaty. Dziś Ukraina widzi, że Polska się bogaci, że pomoc Unii nam bardzo wiele dała.
Pomoc Unii? A nie reformy Balcerowicza na początku lat 90.?
Skąd. To było 20 procent tąpnięcia w dół, którego nie odrobimy nigdy.
Plan Balcerowicza to 20 lat zastoju?
Oczywiście.
A była wtedy alternatywa dla reform Balcerowicza?
Lepsza np. była tzw. metoda czeska. Przecież oni niczego nie stracili, spokojnie się odbili. A myśmy to robili krwawiąc. Cały pomysł był błędny. Sachs przecież wyparł się wszystkiego, mówiąc, że to był jego życiowy błąd.
To czemu Balcerowicz się na to złapał?
Bo…on – moim zdaniem – pewnych rzeczy zwyczajnie nie chciał pojąć.
A jak Pan dziś, kiedy choroba świat pożera, patrzy na rynki, na gospodarkę, to jest się czego bać?
Nie mogę powiedzieć, że nie, bo byłbym nieuczciwy wobec siebie, ale nie mogę też mówić, że zaraz wydarzy się tragedia i należy wołać zmiłowania, bo jeszcze do tego daleko.
Rozwarstwienie ekonomiczne i społeczne świata Pana nie martwi?
Oczywiście że tak, ale niewiele można z nim zrobić przy tym światowym porządku.
A nie będzie tak, że niedługo 90 procent biednych rzuci się do gardeł 10 procentom bogatych i wyrżnie ich jak Jakub Szela panów w Galicji?
Nie. Bogaci mają w swoich rękach zbyt wielką siłę. Poza tym człowiek ma naturalne skłonności do asekuranctwa. Boi się stracić i zaryzykować tym, co już ma. Istnieje oczywiście groźba przesilenia, i wtedy stary porządek może się zawalić, tak jak przed wielkimi konfliktami w historii świata.
A czy czasem nie stoimy u progu takiego przesilenia już teraz? Zmiany klimatyczne, pandemia…
Obecne zmiany klimatyczne to wydumany problem. Amerykanie w ogóle się tym nie przejmują. Według prezydenta Trumpa, takie ocieplenie klimatu tysiąc lat temu miało miejsce i nic z tego nie wyniknęło dla planety. To są pewne ciągi; plamy na słońcu powtarzają się i giną. W skali wszechświata to powtarzający się proces.
To komu potrzebna ta histeria z którą mamy teraz do czynienia? Kto na niej zarabia?
Są określone grupy, które rzeczywiście na niej zarabiają.
Spekulanci giełdowi?
Nie, to za mali gracze.
Koncerny, globalne marki?
Częściowo koncerny, grupy ludzi, częściowo poszczególne kraje. Na razie nie sposób tego nazwać.
Konflikt światowy między USA a Chinami nie wydaje się Panu realny?
Jeśli by do niego doszło, to Chiny mają mniejszy potencjał atomowy, a liczyć potrafią. A w sytuacji zagrożenia hegemonii USA i otwartego konfliktu, trudno dziś sobie wyobrazić, że nie ruszymy atomu. Poza tym większość konfliktów jest moim zdaniem nieplanowana, nieprzewidywalna.
Czy mamy dziś w Polsce na tyle światłych polityków, którzy potrafią antycypować to, co się będzie działo w świecie?
Trudne pytanie. Polska jest w dziedzinie polityki dosyć ułomnym krajem, przez wzgląd na ludzkie charaktery. Polska ani nie jest dobrym słuchaczem, ani nie jest dobrym projektorem. Tym, czym żyje polska ulica albo co piszą nasze gazety, nie należy się za bardzo przejmować. Co jakiś czas, raz na 100 tysięcy wielkich wydarzeń Polak czymś zabłyśnie i tyle.
To co zrobić, żeby zabłysnął raz na 50 tysięcy? Dawać więcej na naukę?
To na pewno też, ale czy to zmieni nasz charakter? My raczej czekamy na to, żeby coś nam spadło z nieba, a taki Chińczyk sam do tego nieba sięga i czegoś w nim szuka.

Polskie bezdroża i wybory

Ta nasza historia, najnowsza, lata okupacji niemieckiej i tuż po wojnie obfituje w dramatyczne mocowanie się Polaków z wieloma narodowymi problemami na naszych drogach wyboru i decyzji w wymiarze społecznym i osobistym. Atakowały nas przecież ogromne cienie bezdroży, które musieliśmy pokonywać, by żyć i pracować. Musieliśmy najczęściej sami się boksować z wieloma przeciwnościami zaistniałymi w nowej rzeczywistości społeczno-politycznej, która była przecież dla większości Polaków zaskoczeniem i czymś jeszcze nieznanym. To, co się tworzyło po pięcioletniej, jakże okrutnej i zbrodniczej okupacji niemieckiej, nie mogło być dla nas obojętne, chociaż byli i tacy wśród nas. To oni przegrywali, przyjmując taki sposób na życie i swoją przyszłość.

Większość z nas myślała, zastanawiała się, co robić i podejmowała decyzje osobistego zaangażowania się w to powstające nowe, nieznane jeszcze, bo doprawdy było to nowe, a dotyczyło wszystkich Polaków. Oczywiście, że wielu z nas błądziło po tych polskich drogach i bezdrożach. Te nasze rodowe siedziby, miasta i wsie to jakże ubogie, dalekie były od ówczesnej cywilizacji Zachodu. Wielokrotnie musieliśmy wnosić korekty do swoich zachowań wobec tego, co się tworzyło na naszych oczach.
Duże zaskoczenie
Błądziliśmy, bo wszystko niemal było nowe, niespotykane na naszych drogach dotychczasowego życia i pracy. Rozwój sytuacji, życia społecznego, był niekiedy dużym zaskoczeniem. To również było w moim życiorysie. Przymierzałem się przecież do kilku zawodów, zanim wybrałem i przetrwałem w nim czterdzieści lat aż do przejścia na emeryturę, a następnie na rentę.
Nie byłem wyjątkiem, także moi koledzy kilkakrotnie dokonywali wyboru życia i pracy, wiążąc swoje losy z określonymi podmiotami państwa i działalności społeczno-politycznej. To właśnie ta tworząca się nowa rzeczywistość, ogarniająca nas młodych Polaków, dzieci wojny, motywowała do takiego postępowania. Było to trudne. Nie wszystko, co się tworzyło, powstawało, było zrozumiałe, oczywiste. Błądziliśmy, przeżywając różne osobiste rozterki i niekiedy brak przekonania do tego, co robiliśmy.
Jednak nasza intuicja wskazywała nam słuszne wybory i zachowania, które potwierdzone zostały w czasach dorosłego życia. Te wnoszone korekty w naszych zachowaniach były niekiedy spóźnione. Były też negatywne skutki, które trzeba było przezwyciężać w kolejnych latach. Bo do tego zmuszał nas młodzieńczy rozsądek, a później już nasze doświadczenia, nasza dorosłość. Wielu z nas, bardzo wielu, błądziło po tych naszych bezdrożach.
Myślami, zachowaniem, czuli się źle, coś uwierało. Ich myśli sięgały po inną Polskę, w II RP czuli się źle. Po latach mieli uczucie niespełnienia się, nie będąc w młodości w głównym nurcie dokonujących się zmian. Niestety, ich zachowania w ważnym okresie życia, tu i teraz, nie sprzyjały sięganiu po pewny sukces. Nie mieli poczucia sukcesu życiowego. Los sprawił, że pozostali na obrzeżach dokonań w dotychczasowych środowiskach. Ale wielu, bardzo wielu, dokonało właściwego wyboru. Ja też, czując się spełnionym we wszystkich wymiarach, zawodowym, społecznym i rodzinnym, nade wszystko rodzinnym. Byli to ludzie w większości z nizin społecznych, biedoty miejskiej i wiejskiej, a takimi przecież w II RP była większość Polaków. I to oni dziś mówią, że czują się spełnieni.
Pasałby krowy
Mieczysław Rakowski mówił, że gdyby nie było Polski Ludowej, pasałby krowy. Ja też. Nie wszyscy się do takiego życiorysy przyznają. Są tacy, którzy swoim zachowaniem urągają pamięci, kim by byli, gdyby nie warunki, jakie im stworzono na drodze awansu społecznego do uzyskania stopni naukowych i innych awansów, jakie były ich udziałem właśnie w Polsce Ludowej.
No cóż, tacy już jesteśmy, poprawiając i zmieniając swoje życiorysy, by podobać się nowym włodarzom Polski. Już nie pierwszym sekretarzom, a prezesowi. Można i tak. Człowiek, istota myśląca, ale wciąż się zmieniająca. Bo, jak wielu mówi, nie jesteśmy doskonałymi, lecz nieustannie się doskonalimy. Tylko jak to się ma do naszych wartości moralnych, po prostu, do bycia właśnie człowiekiem, sobą. Są nas miliony czujących się spełnionymi we wszystkich możliwych wymiarach.
Tyle tytułem wstępu do tego, co chcę napisać, co się tworzyło i powstawało, kiedy nastała jakże nowa rzeczywistość powojenna; o naszych zachowaniach, postawach i dokonywanych wyborach, których celem była nasza przyszłość.
Nowa rzeczywistość
Jest rok 1944. Lato. Początki sierpnia. Przeloty radzieckich bombowców przerywały nasz sen i burzyły pogodę ducha, bo przypominały nam naloty i bombardowania naszego miasta przez armię niemiecką i radziecką, bo na obrzeżach naszych domostw były zgrupowania wojsk niemieckich wycofujących się przed naporem oddziałów Armii Czerwonej.
W tej sytuacji na wschodnich krańcach Polski i nieco później niemal w całej Europie powstała nowa rzeczywistość, jakże odmienna od tej, jaka była przed wybuchem II wojny światowej we wrześniu 1939 roku i tuż po jej zakończeniu. Już wówczas my, Polacy, byliśmy podzieleni na różne orientacje i poglądy polityczne. Niemal każde polityczne ugrupowanie tworzyło struktury wojskowo-polityczne, oddziały zbrojne: AK, GL, AL, BCh i NSZ i jeszcze inne mniejsze formacje zbrojne.
Powstały też nowe partie polityczne, oprócz istniejących już przed wojną PPS i PSL. Taką nową partią była Polska Partia Robotnicza utworzona przez polskich komunistów podczas okupacji. Jej sekretarzem m.in. jeszcze w czasach wojny i krótko po jej zakończeniu był Władysław Gomułka. Istniała też Krajowa Rada Narodowa powołana w noc sylwestrową 1943/1944. Ogłosiła ona swój program przemian demokratycznych po wyzwoleniu. Miała to być Polska demokratyczna, ludowa.
Zapowiadała radykalne reformy społeczne, ziemię dla chłopów, fabryki dla robotników. Po kapitulacji Niemiec i zakończeniu wojny podziały i różnice programowe między tymi ugrupowaniami wojskowo-politycznymi jeszcze bardziej się zaostrzyły, objęły niemal wszystkich Polaków, skutkując czasami walkami bratobójczymi Polaków z Polakami. Nawet w rodzinach nie było jedności. Znałem dwóch braci. Jeden był w podziemiu, a drugi komendantem posterunku Milicji Obywatelskiej w jednej z gmin. Niemców już nie było, ale byli przeciwnicy polityczni dążący do przejęcia władzy. Jedni chcieli reaktywować II RP z kosmetycznymi zmianami programowymi.
Terror
Lewica też dążyła do przejęcia władzy, zapowiadając radykalne reformy demokratyczne, jak uspołecznienie przemysłu, przeprowadzenie reformy rolnej. Jej główne hasła to: fabryki dla robotników, ziemia dla chłopów, władza ludu, powszechna, bezpłatna oświata, odbudowa kraju ze zniszczeń. Ale jeszcze nic nie mówiono o socjalizmie. Te hasła głosiła PPS, która powstała w końcu lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. Istniał terror. Ginęli Polacy w obronie nowej ludowej władzy i ci, którzy chcieli powrotu władzy z czasów II RP. Stroną atakującą był oddziały zbrojne partii prawicowych i konserwatywnych.
Władze odpowiadały działaniami odwetowymi, na terror też odpowiadano terrorem. Ginęli Polacy, nasi sąsiedzi też. Widziałem to jako dziecko wojny. Miałem wówczas czternaście lat. Ginęli również ci, którzy nie byli w żadnej organizacji politycznej czy zbrojnej. Byli oni daleko od sporów politycznych. Tak np. zginął m.in. przyjaciel naszej rodziny Wacław Bujalski pasąc krowy w lesie w pobliżu swoich zabudowań. Zabito go tylko dlatego, że w tym czasie ścigano zbrojny oddział prowadzący walkę z istniejącą już władzą liczący na powrót rządu z Londynu.
Zginął wdowiec, ojciec trojga dzieci. Był to dramat rodzinny. Moja rodzina często jeździła z nimi do lasu, zbierać grzyby, jagody i owoce. Pana Bujalskiego znaleziono po kilku dniach w lesie. Był przykryty gałęziami i liśćmi. Prowadzący obławę potraktowali go jak jednego z tych z lasu, którzy odmówili ujawnienia się po ogłoszonej amnestii. Takich ofiar było więcej na tych naszych polskich bezdrożach, ofiar ostrej walki między Polakami. Bój toczono o władzę dla polityków, natomiast ofiary ponosił niemal cały naród.
Kiereszowanie historii
Co było przyczyną, siłą sprawczą dokonywanych wyborów w czasie tuż po zakończeniu wojny i naszych ówczesnych dążeń? Pytanie oczywiście jakże historyczne, ale warto chyba w dzisiejszych czasach odpowiedzieć, posiłkując się autopsją.
Opisuję to, co widziałem i słyszałem, byłem świadkiem wielu sytuacji, w tym jakże dramatycznych śmierci ojców moich kolegów. Jest potrzeba przeciwstawiać się totalnym kiereszowaniom naszej polskiej historii, jej przeinaczaniu, niedomówieniom, po prostu zakłamywaniu. Przecież jeszcze żyje wiele osób, które są świadkami tego, co się działo w ówczesnej Polsce.
Największym kłamstwem jest twierdzenie przez polityków dobrej zmiany, partii konserwatywnej, że po okupacji niemieckiej była przez czterdzieści lat okupacja sowiecka. Jaka to analiza porównawcza upoważnia ich do takich pokracznych ocen niezwykle ważnego dla Polaków problemu narodowego. Przecież to kłamstwo. Nagłaśnia się je w książkach, filmach, środkach masowego przekazu opanowanych przez partię sprawującą władzę. To dobrze, że ukazuje się trochę prywatnych wydawnictw oraz rozgłośni radiowych i telewizyjnych, które polemizują z tymi kłamliwymi ocenami.
Jest faktem i trzeba to uznać, że wyzwolenie Polski przez armię wschodniego sąsiada, Armię Czerwoną, sprzyjało zasadniczym zmianom, do których dążyła ówczesna lewica i ugrupowania demokratyczne programowo z nią związane. To prawda, że te nowe władze w Polsce mogły liczyć na silne wsparcie, na konkretną pomoc w umocnieniu swoich wpływów w społeczeństwie.
Kto popierał?
Dziś wielu nie pamięta, albo celowo przemilcza, komu Polacy zawdzięczają dzisiejszy kształt Polski. Kto popierał włączenie do Polski Wrocławia, Szczecina i szerokiego dostępu do Morza Bałtyckiego. Tak się stało na wyraźne żądanie państwa radzieckiego, a nie państw zachodnich, a nawet rządu polskiego na emigracji. To państwo radzieckie, bolszewickie, zdecydowało, że mamy dziś korzystne ukształtowanie terytorium Polski, jego jakże korzystną demografię obywateli naszego państwa.
Wspomniałem już wyżej, że fakt wkroczenia do Polski oddziałów Armii Czerwonej był nader ważnym czynnikiem przejęcia władzy przez lewicę. Ale to byłoby niewystarczające, gdyby lewica była słaba, nie miała wsparcia, akceptacji liczącej się części Polaków, ich społecznego zaangażowania po stronie powstałej władzy o orientacji lewicowo-demokratycznej. Przecież np. Austria też była wyzwolona przez Armię Czerwoną. Jej wojska stacjonowały tam przez dziesięć lat. I co, wycofała się w 1955 roku. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, gdyż zabrakło tego czynnika wewnętrznego, wsparcia, ze względu na słabość lewicy. To samo mogłoby zaistnieć i w innych państwach, w Polsce, Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii. W naszym kraju lewicę poparli ludzie miast i wsi, którzy w czasach II RP żyli w nędzy i ubóstwie. Oj pamiętam, pamiętam te lata zimna, mrozu i braku kromki chleba. Tak było w wielu, bardzo wielu rodzinach mojego miasta. Jeszcze gorzej było na wsiach, w tych siedzibach, które miały nędzne, małe gospodarstwa.
Urojone sukcesy
Obecnie nasi polityczni włodarze to negują, mówiąc o urojonych sukcesach II RP. Jaki zachwyt wyrażają o wybudowanym jednym Centralnym Okręgu Przemysłowym. A była to kropla w morzu naszych potrzeb. Ekonomiści udowadniali że aby poprawić los Polaków była potrzeba wybudowania 50 takich okręgów przemysłowych. Właśnie prawie tyle wybudowano w Polsce Ludowej, tej niechcianej, wysiłkiem ogromnym całego narodu, nie tylko komunistów.
To był gigantyczny marsz nowoczesnego przemysłu, który prawica, po przemianach w 1989 roku, zniszczyła, oddała niemal darmo obcym. Może kiedyś stanie się zadość sprawiedliwości i ci, którzy się do tego przyczynili, zniszczyli polski przemysł, odpowiedzą przed Trybunałem Stanu. Jako pierwszy powinien odpowiadać przed tym najwyższym trybunałem Leszek Balcerowicz, inni także.
W latach 1944-45 lewica zapowiadała szeroki i radykalny program reform społecznych, który był zgodny z oczekiwaniem znacznej części Polaków. Wychodził naprzeciw naszym dążeniom i aspiracjom. Chociaż jeszcze nie wiedzieliśmy, czego właściwie chcemy. Wiedzieliśmy natomiast, że chcemy się przede wszystkim uczyć i później pracować w wyuczonych zawodach, jakoś się urządzić, by nie wegetować w biedzie jak nasze rodziny, pokolenia robotników i małorolnych chłopów.
Widzieliśmy po prostu szansę w tej nowej tworzącej się rzeczywistości społeczno-politycznej. Organizowano i odtwarzano powszechne szkolnictwo, brutalni zniszczone i zakazane przez okupanta niemieckiego. Zapowiedziano i stworzono w moim mieście nowe szkoły zawodowe z różnorodnymi specjalnościami i licea. Takich szkół dotychczas w ogóle nie było. Były w Siedlcach odległych od naszego miasta o trzydzieści kilometrów. Mój starszy brat Józef był uczniem tej szkoły tylko pół roku. Były to czasy II RP. Rodzice nie mogli opłacać jego nauki.
Rzemieślnicy, w tym kuśnierze, masarze i inni również żądali zapłaty od rodziców za naukę zawodu. Tak było w moim przypadku jeszcze dwa lata po wojnie. Nauka w szkole publicznej, zgodnie z programem władz była bezpłatna. Prowadzono też masowy werbunek do różnych szkół zawodowych organizowanych w całym kraju. Pamiętam, jak koledzy z naszej ulicy kończyli takie szkoły w różnych miejscowościach i po ich ukończeniu byli kierowani do pracy w różnych zawodach.
Byli zakwaterowani w internatach zakładowych. Powstający przemysł oraz różne resorty miały swoje szkoły zawodowe. Były też szkoły przyzakładowe. Młodzi ludzie przyjeżdżający do rodzin na urlopy chwalili się tym, że pracują i zarabiają w wyuczonych zawodach przez kilka miesięcy.
Paradowali przez miasto w nowych garniturach, których dotychczas nigdy nie mieli. Niektórzy już z żonami odwiedzali swoich rodziców. Zapoznali je właśnie w szkole. Powstająca niemal z gruzów i zgliszcz nowa Polska potrzebowała wykwalifikowanych pracowników. Wielu podejmowało dalszą edukację w systemie wieczorowym i zaocznym.
Matura w rok
Ten system oświaty był zorganizowany niemal w każdym większym mieście. Nawet w moim było liceum dla dorosłych i szkoła wieczorowa dla tych, którzy nie ukończyli siedmiu klas. Ja do takiej szkoły uczęszczałem przez rok. Dlatego mogłem być przyjęty do pierwszej klasy szkoły zawodowej. A na wyższych uczelniach istniały roczniki zerowe. W ciągu roku uzupełniało się średnie wykształcenie, stając się studentami pierwszego roku.
Werbunkiem kandydatów do szkół zawodowych zajmowały się też komendy powiatowe Służby Polsce. Kto dzisiaj wspomina, że swoją edukację zawdzięcza tej powszechnej organizacji? Niewielu. My, młodzi odbywaliśmy służbę w SP, pracując i szkoląc się. Ja np. pracowałem w czasie wakacji szkolnych w lipcu 1949 roku w 39. Brygadzie SP w Pasłęku.
Budowaliśmy wały przeciwpowodziowe obok pól rolników. Brygada nasza liczyła ponad tysiąc uczniów szkół z całego kraju, w tym z Warszawy i Gdańska. Pracowaliśmy osiem godzin dziennie. Na polach rolników także, w soboty i niedziele. Robiliśmy to ochotniczo. Pamiętam, że w namiotach nie pozostawał nikt. Wszyscy maszerowali na pola rolników. Obok namiotów były kuchnie polowe i sanitariaty oraz ujęcia wody.
Rolnicy częstowali nas mlekiem i owocami. Wielu posiadaczy tych gospodarstw rolnych było tułaczami ze wschodu, a m.in. z Ukrainy. Piliśmy kwaśne mleko w upalne dni. Tego się nie zapomina. Takie właśnie były nasze życiorysy. Te piękne karty zachowań i patriotycznych postaw powojennego pokolenia są, niestety, zapomniane przez obecne władze, które nieustannie gardłują tylko o czasach zniewolenia pod „okupacją bolszewicką”. Dlatego tak się zachowują, bo ich zdaniem była to Polska zła, ludowa, a nie kapitalistyczna. Jakie to prymitywne i prostackie. Przecież to moje pokolenie budowało nie tylko fundamenty, ale i pierwsze piętra tego, co dzisiaj nasz kraj sobą reprezentuje.
Pięciu komunistów
To przecież moje pokolenie likwidowało skutki niemieckiej niewoli i tworzyło nowoczesne oblicze Polski. A kto zlikwidował żałosne zjawisko analfabetyzmu z czasów II RP? Szwadrony kosmitów? Nie, zrobiła to Polska Ludowa. A w moim mieście można było komunistów policzyć na palcach jednej ręki. Było ich pięciu, gdy powstawała Polska Ludowa. Znam ich wszystkich. Szewc, zamiatacz ulic, piekarz i jeden pracownik samorządu miejskiego. Po wojnie wciąż pracowali w swoich zawodach, nie zmieniając poglądów. Jeden z nich był aresztowany i zesłany do obozu; udało się go rodzinie wykupić. A inny, Ostaszewski, w butach, które naprawiał, dostarczał do odpowiednich osób ulotki podziemia. Wszyscy oni nie wykazywali większej aktywności aż do końca swojego życia.
Werbunek, czy samodzielne wybory drogi do awansu społecznego? Tak, to wszystko było w określonym zakresie i skali. Temu nie można zaprzeczyć. Było i jedno, i drugie. Np. robotnik, brygadzista budowlany, był wyznaczany na dyrektora przedsiębiorstwa powiatowego. Taka była konieczność. Był przecież brak inżynierów budowlanych. Trzeba ich było kształcić parę lat na wyższych uczelniach. W wojsku przez wiele lat po wojnie realizowano hasło programowe werbunku do szkół oficerskich. „Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera” – mawiano.

Mnie też przyjęto do szkoły oficerskiej, mimo że nie miałem wówczas ukończonego średniego wykształcenia. Po wojnie jeszcze przez parę lat nie można było warunkować przyjęcia do szkół oficerskich posiadaniem matury. Bo po prostu tych maturzystów nie było, a tych, którzy posiadali maturę, przyjmowano na uczelnie cywilne. Tak było w moim przypadku.
Bezpartyjny
Ale wojsko stopniowo stawiało wyższe wymogi, tworząc jednocześnie warunki doskonalenia kwalifikacji i powszechnego dokształcania w systemie zaocznym i wieczorowym. Wojsko edukowało właśnie mnie niestacjonarnie przez czternaście lat, łącznie z uzyskaniem stopnia naukowego doktora, co zawdzięczam Polsce Ludowej i wojsku. Oczywiście, była też nomenklatura w polityce kadrowej jako jej zasadniczy kanon. Dobry fachowiec, ale bezpartyjny.
Tak. Ale po latach to się zmieniło. Prowadzono racjonalną politykę kadrową. Już nie egzekutywy partyjne decydowały o awansach, wyznaczaniu swoich partyjnych towarzyszy na kierownicze stanowiska. A teraz kto decyduje o wyznaczaniu na kierownicze funkcje w państwie i intratnych spółkach skarbu państwa? W sądownictwie i kulturze? Już nie pierwszy sekretarz KC lub KW, a prezes partii, która ma większość w sejmie. Niepokornych odwołuje się, a na ich miejsce są wyznaczane osoby o nijakich kwalifikacjach i doświadczeniu, ale uległe i pokorne wobec prezesa.
Mówi się dziś często o tym, jak to werbowano i zmuszano do wstępowania do PZPR jako warunku awansu społecznego. Na pewno były takie przypadki, ale byli i tacy, których nikt nie werbował i nie polecił im wstępowania do partii.
Tak było w moim przypadku i w przypadku mojego brata Józefa. Żyją jeszcze świadkowie tych naszych wyborów. Mając osiemnaście lat, udałem się do KP PZPR i powiedziałem, że chcę wstąpić do partii. Sekretarz spojrzał na mnie i powiedział, że chyba jestem jeszcze za młody, by się ubiegać o wstąpienie do partii. Pokazałem mu legitymację szkolną. Spojrzał na nią i polecił mi w sekretariacie wypełnić deklarację.
Po roku kandydowania zostałem przyjęty na członka. I taka była moja droga do partii i społecznego zaangażowania. Przez całe moje życie byłem człowiekiem o przekonaniach lewicowych. Będę nim już do końca. Teraz niektórzy politycy wielokrotnie zmieniają partyjne barwy, idąc tam, gdzie upatrują szansę na awanse i stanowiska. Po prostu robią to nie z potrzeb ideowych, ale z potencjalnych szans na korzyści materialne. Taka była droga wielu liderów partii władzy. To zjawisko występuje niemal we wszystkich partiach. Był działaczem PSL, a teraz jest funkcjonariuszem PiS, SLD. Lewicowiec działa teraz w PO. Takich, którzy zmieniali orientacje polityczne z myślą załapania się na posła, senatora czy ministra jest wielu w dzisiejszych partiach.
Kontakt z lewicą
W moim mieście takich jak ja, szukających kontaktów z lewicą, było wielu, nie byłem wyjątkiem. Nie mówiliśmy wówczas o komunizmie czy bolszewizmie. Takie pojęcia nie były w obiegu społecznym.
Dyskutowaliśmy, sprzeczając się o Polskę demokratyczną, o tym, co nam się oferuje, co ta nowa władza może nam dać i zmienić w naszym życiu. Jeszcze dodam, że kilku moich kolegów, wstępując do PZPR z własnej inicjatywy, pracowało później w KP PZPR w Sokołowie Podlaskim i Węgrowie, sąsiednim mieście powiatowym. Byli oni członkami tej partii aż do jej rozwiązania. Nie byłem więc w tych swoich wyborach i zachowaniach wyjątkiem w środowisku sokołowskim.
Warto chyba jeszcze wspomnieć, że w czasach powojennych powstało kilka organizacji młodzieżowych, które na kongresie zjednoczeniowym we Wrocławiu w 1948 roku utworzyły ZMP. W 1949 roku zostałem wybrany na przewodniczącego tej organizacji w Zasadniczej Szkole Metalowej.
Nikt nas nie werbował do wstępowania. Paru z nas poinformowało dyrektora szkoły, bezpartyjnego pana Stanisława Lesiaka, profesora fizyki i chemii, że chcemy utworzyć w szkole ZMP. Spojrzał na nas zamyślony i powiedział: ja wam nie będę przeszkadzał, tylko liczę na dobrą współpracę szkoły i uczniów. Odpowiedzieliśmy, że liczymy właśnie na dobrą współpracę z panem dyrektorem. Przychodził na niektóre nasze zebrania, radził i pomagał w wielu uczniowskich sprawach. Po tym uzgodnieniu z dyrektorem szkoły udaliśmy się do przewodniczącego ZP ZMP kolegi Rudasia. Był na naszym pierwszym zebraniu organizacyjnym, informując nas o celach programowych ZMP. Ogłosiliśmy, że kto chce wstąpić do organizacji, wypełnia deklarację, a kto nie chce, może opuścić salę. Niektórzy wyszli, nikt z nas ich nie zatrzymywał. Pamiętam, że większość z obecnych wypełniła deklarację, podpisując ją. Nikt nikogo nie namawiał do wstąpienia do powstającej organizacji młodzieżowej.
Dyscyplina uczniów
Na naszych zebraniach i spotkaniach omawialiśmy przeważnie sprawy warunków życia, wyniki nauczania, dyscyplinę uczniów, ich zachowań i działalność kulturalną. Nawet zorganizowano zespół artystyczny. Pamiętam, że prezentowaliśmy jednoaktówkę o partyzantach pt. „Wzgórze 703”. Prezentowaliśmy ją w kilku wsiach naszego powiatu. Upominaliśmy się też o zapomogi finansowe dla niektórych kolegów i koleżanek, którzy byli w trudnej sytuacji.
Pamiętam nawet, że nasza pani profesor Kołodziejczyk, zwróciła się do mnie z propozycją wytypowania osób spośród uczniów szkoły, które mogą po kilkudniowym kursie, pełnić w lipcu i sierpniu funkcję wychowawców na koloniach wakacyjnych dla młodzieży szkół podstawowych. W tych latach Powiatowy Inspektorat Oświaty miał trudności kadrowe z zaangażowaniem odpowiedniej liczby nauczycieli. Dlatego zatrudniano nas, uczniów szkoły zawodowej. Też byłem wychowawcą na koloniach i obozach młodzieżowych. M.in. w miejscowości Sabnie, gminie naszego powiatu, pełniłem funkcję wychowawcy grupy młodzieży, której rodzice zginęli w powstaniu warszawskim. Była to młodzież, która przebywała w domu sierot we wsi Wirowo. Rzeczywiście była to młodzież trudna, którą skrzywdziła wojna. Sieroty. Nie mieli rodziców. Ale odwołałem się do starszych uczniów, prosząc o pomoc i proponując im współpracę.
Kolektywne kierowanie
Pomogli. Było kolektywne kierowanie grupą moich podopiecznych. Nawet stworzyliśmy zespół artystyczny. Śpiewano patriotyczne piosenki i recytowano wiersze. Także o tematyce wojennej. Zespół występował w pobliskich wsiach. Kto chciał, mógł pomagać w żniwach rolnikom indywidualnym. Czy ktoś pamiętam o tym? Np. nasze wyjazdy i powroty na przyczepach traktorów, ocalałych i wysłużonych.
To także jedna z kart historii naszej młodzieży.
Dziś jakże przewrotna i fałszywa jest narracja, jaką prezentują niektórzy politycy oraz konserwatywni i liberalni pseudożurnaliści oraz niby uczeni. Usiłują oni nam przekazać tylko czarny obraz tych powojennych czasów. Nawet tym, którzy znają to z autopsji.
Otóż wedle tych wszystkowiedzących najlepiej, a nawet tych, którzy mieli szczęście, że nie byli dziećmi wojny, były to czasy dramatyczne dla tych żołnierzy niezłomnych, wyklętych, prawdziwych bohaterów Polski. Że to oni zmagali się i ponosili ofiary działań komunistów i bolszewików. Innych nie było, tylko oni i komuniści. A przecież większość to ani ci, ani tamci.
Naszej przeszłości nie możemy opisywać tylko w kolorach czarno-białych, bo takie oceny byłyby niesprawiedliwe i odbiegające daleko od prawdy historycznej. Przecież ta rzeczywistość powojenna, jak i późniejsze lata, miały różne barwy i cienie, a także kręte bezdroża. Nie tylko przeciwnicy tzw. komuny walczyli o naszą niepodległość, nie tylko oni są patriotami i prawdziwymi Polakami, jak to nieustannie wmawiają niektórzy politycy.
Ich przeciwnicy to komuniście, agenci Moskwy, sojusznicy bolszewików. A gdzie były miliony Polaków, którzy zawdzięczają urojonemu okupantowi radzieckiemu dzisiejsze korzystne granice i kształt terytorialny kraju. To dzięki nim zasiedliliśmy odzyskane ziemie na zachodzie i północy oraz duży pas wybrzeża morskiego.
Pierwsze kondygnacje
Nawet nie wspomną, komu zawdzięczamy, że Wrocław, Szczecin i inne miasta są dziś polskie. To nie niezłomni i wyklęci likwidowali odwieczne zacofanie i analfabetyzm. Nie oni odbudowali i zbudowali setki miast. Nie oni stworzyli fundamenty oraz pierwsze kondygnacje wielkich budowli, które pozwoliły nam zbliżyć się do zachodniej cywilizacji. Ci fałszywi bohaterowie ukrywali się w lasach i różnych melinach oraz strzelali nie tylko do państwowych funkcjonariuszy powstającej Polski Ludowej, lecz także do robotników odbudowujących polski przemysł i chłopów biorących ziemię z reformy rolnej, która umożliwiła im przetrwanie trudnego okresu w ich życiu. Zostaw chamie, to nie twoje, to pańskie. Kto to mówił?
Wielu z tych, którzy mają swoje ulice, place i pomniki. A kto wybudował mieszkania dla 14 milionów urodzonych rodaków w Polsce Ludowej? Szwadrony kosmitów, czy cały naród w czasach Polski właśnie Ludowej? W tych mieszkaniach już było światło, gaz i inne urządzenia sanitarne. To była gigantyczna praca, tworzono coś wielkiego na morzu gruzów i zniszczeń. Kto te wielkie zakłady pracy w moim, niegdyś zapomnianym mieście wybudował?
To właśnie dzięki tym zakładom, w tym mięsnym, nie ma już tych drewnianych domków, krytych gontem i papą, z oknami sięgającymi niemal do ziemi, bez elektryczności i wody przy mojej ulicy Lipowej. A powszechna akcja elektryfikacji wsi, w których diabeł mówił dobranoc? Jak bardzo było niemoralne, nieuczciwe zagubienie lat 1944-1989 w obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości. Lata mozolnej pracy, wysiłku, a nieraz niedojadania, lata wielkiego patriotyzmu milionów Polaków.
Godność i honor milionów
Ta ogromna praca tworzyła nasz potencjał materialny i duchowy, który wielce przyczynił się do zbliżenia nas do cywilizacji zachodniej Europy i naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Teraz nie tylko się przemilcza ten ogromny zryw aktywności narodowej, ale co więcej, kiereszuje się te lata, godność i honor milionów. Jest to działanie nad wyraz niegodziwe, wyraźnie zakłamane. Dzisiejsza Polska to dzieło wielu pokoleń Polaków, a nie jednej partii, która dziś sprawuje rządy w naszym kraju. Jak długo jeszcze? Czas pokaże! Zegary sprawiedliwości społecznej już pracują na niekorzyść tych naszych włodarzy.
I jeszcze o postawach i zachowaniach młodych mieszkańców miasta i wsi. Z naszymi rodzicami różnie bywało. Mieli swoje małe gospodarstwa rolne, warsztaty pracy, prowadzili różne interesy, by jakoś żyć, bo wszystkiego brakowało. Były to często postawy zachowawcze w trosce o wyżywienie rodziny, jej ubranie, bo też chodziło się w kamaszach wielokrotnie naprawianych i łatanych. My, młodzi, trochę odbieraliśmy to, co się tworzyło na naszych oczach inaczej niż nasi rodzice. Chcieliśmy zaistnieć, być obecnymi w tym ważnym okresie życia. Dlatego rozglądaliśmy się za różnymi możliwościami, aby coś robić i załapać się, by trochę pomóc rodzinie.
W wielu naszych domach prowadzono różne nielegalne interesy, np. pędzono bimber jako towar wymienny, m.in. z żołnierzami Czerwonej Armii. Kwitł także tajny ubój zwierząt, a nawet produkowano wędliny, które sprzedawano sąsiadom pracującym w różnych urzędach publicznych. My, młodzi, tym się nie zajmowaliśmy. Nasze zainteresowania były inne. Myśleliśmy o tym, co robić, jak się zachować, by zmienić losy naszych rodziców. Sami najczęściej podejmowaliśmy decyzje, które zaważyły na naszej przyszłości, nie pytając nawet rodziców, jakie jest ich zdanie o tym, co zamierzamy zrobić robić w najbliższych latach. Tak było w moim przypadku.
Nie wegetować
Intuicja i przykre doświadczenia z czasów II RP i okupacji niemieckiej podpowiadały nam, co robić, by się dobrze urządzić i nie wegetować, a pracować, uczyć się i żyć lepiej niż nasi rodzice, którzy niewiele mogli nam dać, bo taka była ich sytuacja. Dlatego podejmowaliśmy różne decyzje, rozglądając się na różne strony, szukając kontaktów z tymi, którzy coś znaczyli w mieście.
Młodzież chętnie angażowała się w czyny społeczne masowo podejmowane w latach powojennych. Dziś oczywiście też krytykowanych przez „dobrą zmianę”. Uczniowie mojej szkoły zawodowej brali m.in. udział w wywożeniu gruzów po spalonych budynkach. Z pozyskanej cegły wybudowano m.in. dla szkoły kuźnię, której nie było, a była ona potrzebna w naszej edukacji zawodowej. Pracowaliśmy przy spalonym budynku straży pożarnej, który był usytuowany niemal w środku miasta oraz przy dużym budynku wybudowanym tuż przed wybuchem wojny. W czasach okupacji był on siedzibą starosty naszego miasta, Niemca Ernsta Gramssa.
Ten budynek od naszego domu przy ul. Lipowej dzieliły tylko posesje Ukasiewiczów i Wójcików. Wszystkie jego kondygnacje były spalone, a część zburzona przez podłożone środki wybuchowe. Palił się w biały dzień, gdy Niemców już nie było. Drewniany dom Ukasiewiczów dorośli mieszkańcy tej ulicy polewali wodą noszoną we wiadrach, a sąsiadka Toczycka stała obok z krzyżem i żegnała ogromne płomienie ognia. Wyglądało to groźnie, ale ogień nie sięgnął domu wybudowanego z grubych, dębowych bali.
Akcja umacniania więzi
Braliśmy też udział w niedzielnych akcjach umacniania więzi miasta ze wsią. Tak się to wówczas mówiło. Wyjeżdżaliśmy do okolicznych wsi w naszym powiecie. Były to działania mało skuteczne w realizowaniu stawianych zadań przed tymi brygadami robotniczo-młodzieżowymi. Przykładem może być agitowanie rolników, by tworzyli zespołowe gospodarstwa, które miały być bardziej wydajne i zasobne w maszyny rolnicze, a w tych było wówczas mało.
W niektórych wsiach powstało kilka skolektywizowanych gospodarstw rolnych w formie spółdzielni produkcyjnych. Rolnicy zdecydowanie bronili swoich gospodarstw rodzinnych, które posiadali z dziada i pradziada, przed kolektywizacją. Od programu powszechnej kolektywizacji rolnictwa odstąpiono po październiku 1957 roku. Władysław Gomułka, wybrany po Ochabie na I sekretarza KC PZPR ogłosił, że nie będzie dalszej kolektywizacji polskiej wsi.
Obchody pierwszomajowe
Z istniejących około 10 tysięcy spółdzielni produkcyjnych większość została rozwiązana. Zostało ich niewiele. Od tego czasu rolników już zostawiono w spokoju. Ogłoszono program umacniania i pomocy dla gospodarstw indywidualnych, rodzinnych.
Zachęcano też nas, uczniów szkół, do udziału w manifestacjach 22 lipca i pochodach pierwszomajowych. Wywierano też nacisk na wszystkich pracujących w urzędach i gospodarce narodowej oraz firmach państwowo-społecznych. By ło trochę z tym kłopotów.
Czasami wzywano mnie jako przewodniczącego zarządu szkolnego ZMP do ZP ZMP i KP PZPR. Nie braliśmy jednak udziału w tych manifestacjach i pochodach jako szkoła w szyku zwartym. Nasz dyrektor szkoły, wspaniały wychowawca trudnej młodzieży, szanowany przez uczniów, rozumiał nas. Większość uczniów stanowili chłopcy i dziewczęta ze wsi. W niedziele i inne święta najchętniej wyjeżdżali do rodzin.
Było trochę z tego powodu zamieszania. Władze polityczno-administracyjne krytykowały dyrektora za to, że źle wychowuje młodzież, bowiem kierowana przez niego szkoła nie wystawiała zwartych grup uczniów i nauczycieli maszerujących z transparentami popularyzującymi jedyną tego typu szkołę w powiecie. My, miastowi, wprawdzie uczestniczyliśmy w tych manifestacjach, były to jednak nasze decyzje indywidualne. Ja stałem na chodniku blisko trybuny, na której stały władze polityczno-administracyjne miasta, bowiem byłoby mi trudno przebywać w tym czasie w innym miejscu.
Oglądałem maszerujące kolumny pracowników i młodzieży szkół. Grała orkiestra strażacka. Nieco później byłem jednym z jej muzyków grającym na dużym instrumencie nazywanym basem bejnym. Nosiłem go na ramionach, gdyż był to największy instrument całej orkiestry. Że grałem na nim, zdecydował kapelmistrz z uwagi na to, że byłem dość wysoki. Podczas tego mojego grania coś tam brzdąkałem jako wsparcie dla pozostałych instrumentów, w które była wyposażona nasza amatorska orkiestra strażacka. Profesjonalistą był tylko jeden muzyk, który uczył nas grać z nut. Po obchodach w godzinach wieczornych graliśmy na tzw. majówce na stadionie miejskim tuż przy naszej ulicy Lipowej. W latach późniejszych już nie organizowano pochodów pierwszomajowych, ale różne imprezy z udziałem naszego zespołu artystycznego i z niektórych sokołowskich zakładów pracy. Naszym zespołem kierował pan Kołodziejczyk.
Śpiewano i recytowano wiersze. Pomagała nam niezapomniana polonistka. Przypominam sobie jej wspaniałe lekcje nauki poprawnego języka. Dużo jej zawdzięczałem, ja oraz wielu moich kolegów i koleżanek. Jej mąż był kierownikiem szkoły podstawowej, w budynku której były dla nas organizowane lekcje. Zajęcia odbywały się nie tylko z teorii naszego przyszłego zawodu, lecz także z przedmiotów ogólnokształcących, jak matematyka, fizyka, chemia i inne.
Z dystansu dekad
I tyle o moich wspomnieniach z czasów bezdroży i dokonywanych wyborów. Jest potrzeba pisania i wspominania nie tylko o tych latach powojennych, ale i o całym okresie Polski Ludowej, której historia jest napisana przez pokolenia czterech dekad. Szczególnie teraz, gdy w dzisiejszej Polsce totalnie fałszuje się i zakłamuje lata heroicznego wysiłku wielu pokoleń Polaków.
I już na koniec tych moich wspomnień trochę refleksji. Nie mogę sobie odmówić wyrażenia tych najważniejszych, już jakże historycznych, doznań, spostrzeżeń. Czułem bowiem potrzebę głośnego wykrzyczenia, by przestano kłamać i przeinaczać historię, by zaniechano znieważania oraz odzierania nas z honoru i godności, by szanowano nasze ogólnonarodowe dobro, Ojczyznę odbudowaną od fundamentów oraz nadzieje na lepsze życie Polaków mojego pokolenia, ale także pokolenia naszych rodziców. Byliśmy motywowani nadzieją na lepszą przyszłość.
Atmosfera wolności
Zapowiadano przecież Polskę o innej rzeczywistości, bez głodu i zatroskania o zwykłe potrzeby rodaków. Ogarniała nas wówczas atmosfera wolności i pokoju, spełnienia największych pragnień każdego człowieka. Przeżywaliśmy wielki entuzjazm oraz niezapomniane chwile i dni. Byłem jednym z tych, którzy od pierwszych dni wolnej Polski opowiedzieli się za Polską sprawiedliwą dla wszystkich jej obywateli. Tych dni i lat życia oraz pracy właśnie w Polsce Ludowej nie można wymazać z naszej pamięci.
Czy wszyscy zachowają taką pamięć o minionych latach, o naszym powojennym czterdziestoleciu? Nie wiem. Ale bardzo bym pragnął, by tak było. My, dzieci wojny, zdecydowanie tak. To, co przeżyliśmy nie pozwoli na niepamięć naszej narodowej przeszłości, mimo że było w niej niemało różnych rozterek, wątpliwości, zagrożeń oraz trudnych sytuacji.
Wybory dokonywane przez Polaków, zwłaszcza młodych, były w tych trudnych powojennych latach różne. Przemyślane, rozważne, racjonalne, ale i niekiedy bez głębszej świadomości, że tak trzeba się zachować. Czasami podejmowane emocjonalnie i bez głębszej analizy istniejącej rzeczywistości.
Wielu z nas po prostu błądziło, powodując nawet dramaty osobiste i rodzinne. Później, po latach doświadczeń, gdy dorastaliśmy wiekowo, trzeba było wiele zmieniać w naszych zachowaniach. Nowe, różne problemy niekiedy przerastały nasze możliwości. W dodatku byliśmy wciąż skłóconym ze sobą pokoleniem. Wciąż istniały stare, zadawnione podziały, niekiedy tworzyły się też nowe. Nasze kłótnie i walka o racje to charakter naszej obecnej rzeczywistości, którą interesują się nasi sąsiedzi.
Wybory tych czasów
Ci z bliska i z daleka, z Europy i z Ameryki. Ale też wielu z nas, i to znaczny procent Polaków, potwierdza swoje dokonania i wybory w czasach powojennych, swoją pracą i działalnością społeczną. Eksponują oni swój gorący patriotyzm, mimo że część z nich uważana jest przez polityków prawicy, szczególnie konserwatywnej, za Polaków gorszego sortu. Jestem jednym z tych Polaków, którzy swój wybór dokonany w latach 1944-1945 wciąż potwierdzają jako właściwy. I tak będzie do końca mojego żywota. Innym nie mogę już być. Jednocześnie byliśmy i jesteśmy otwarci na nowe, inne czasy, bardziej cywilizowane i współczesne. Tych wartości nikt i nigdy nam nie odbierze. Pamiętamy, że niezależnie od różnych barw dzisiejszej polskiej sceny politycznej istnieją barwy, które na zawsze pozostaną w sercach wszystkich Polaków. Są to barwy biało-czerwone.
Barwy, które zawsze powinny nas łączyć, a nie dzielić. Bo taki podział prowadziłby nas, ludzi dumnych, z dużym honorem, zamieszkałych między Odrą i Bugiem, Morzem Bałtyckim i pięknymi górami na południu jej granic, donikąd.

Dwaj generałowie – August Fieldorf i Wojciech Jaruzelski

„Nil”, to wojenny pseudonim generała brygady Augusta Emila Fieldorfa, żołnierza AK, walczącego z hitlerowcami w okupowanym kraju. Generał Wojciech Jaruzelski także walczył z hitlerowcami, idąc ze Wschodu z 1 Armią Wojska Polskiego i wyzwalając ojczystą ziemię. Co jeszcze łączy te dwie historyczne postacie?

August Emil Fieldorf służbę wojskową rozpoczął od ukończenia szkoły podoficerskiej w Związku Strzeleckim (1912) i jako podoficer wstąpił do Legionów Polskich (sierpień 1914). Dowodził kompanią ciężkich karabinów maszynowych na froncie wschodnim w 1920 roku.
Okres międzywojenny,
to czas pełnienia zawodowej służby wojskowej na wielu stanowiskach dowódczych i sztabowych. W wojnie obronnej 1939 roku dowodził 51 pułkiem piechoty Strzelców Kresowych. Po klęsce wrześniowej przedostał się do Francji. Latem 1940 roku, gen. broni Kazimierz Sosnkowski skierował nowo mianowanego pułkownika Fieldorfa do Komendy Głównej ZWZ (później AK). Jesienią 1942 r. objął stanowisko Komendanta Kedywu (Kierownictwa Dywersji) Komendy Głównej AK o pseudonimie „Nil”. Tym samym stał się głównym organizatorem działalności sabotażowo – dywersyjnej oraz zamachów na hitlerowskich katów w okupowanej Polsce. Trzeźwo oceniając ówczesną sytuację na froncie wschodnim, a szczególnie siły niemieckie wokół Warszawy i w samej Stolicy, był przeciwny powstaniu. Napisał nawet list do gen. Bora-Komorowskiego, gdzie przedstawił swoją ocenę i przypomniał jak Niemcy rozprawili się z powstaniem żydowskim w getcie.
Wojciecha Jaruzelskiego
z rodziną, w czerwcu 1941 r. wywieziono na Sybir. W jednym z wywiadów wspominał: „Byłem na zesłaniu w głębokiej tajdze, w leśnej osadzie Turaczak, niewiele wiedząc co dzieje się na świecie. Gdy po różnych zresztą perypetiach, udało nam się dotrzeć do większego ośrodka – Bijska w Ałtajskim Kraju, armia Andersa przegrupowała się już do Azji Środkowej, z intencją dalszej ewakuacji do Iranu. Do wstąpienia, zabrakło miesięcy, może tygodni. Logiczną tego konsekwencją stało się wstąpienie do armii tworzonej pod dowództwem Berlinga”. Z tą armią, po ukończeniu Oficerskiej Szkoły Piechoty w Riazaniu, jako dowódca zwiadu 5 pułku piechoty (2 Dywizja Piechoty), przeszedł cały szlak bojowy do Łaby. Wojnę zakończył w stopniu porucznika.
Gdy Powstanie Warszawskie jeszcze trwało, we wrześniu 1944 r. August Fieldorf został odznaczony złotym orderem Krzyża Wojennego Virtuti Militari i awansował na stopień generała brygady. Krótko po tym został odwołany ze stanowiska Komendanta Kedywu. Wtedy chorąży Wojciech Jaruzelski z Pragi, organizował zwiadowcze przeprawy przez Wisłę na Bielany, rozpoznawał hitlerowskie pozycje. Po latach Generał wspomina: „forsowanie Wisły, próby niesienia pomocy powstańcom. W ciężkich walkach 1 Armia straciła około pięciu tysięcy zabitych i rannych. Nie było więc poczucia bezczynności.
Tym bardziej, że pewne próby koordynowania działań, zwłaszcza ewakuacji powstańców, nie były przez dowództwo powstańcze podejmowane. Niejednokrotnie, wręcz je odrzucano. No cóż – dziś staram się to zrozumieć. Traktowali nas, jak obcych, uzurpatorów. Mówiło się wtedy o tym, w naszych szeregach z goryczą”.
Generał „Nil”
przypadkowo aresztowany w Milanówku (luty 1945 r.) przez NKWD, pod nazwiskiem Walenty Gdanicki, został uwięziony w przejściowym obozie NKWD w Rembertowie, a następnie wywieziony do ZSRR. Przez 20 miesięcy w rejonie Świerdłowska pracował przy wyrębie syberyjskiej tajgi, podobnie jak kilka lat wcześniej młody Wojciech Jaruzelski. Nie rozpoznany, z grupą żołnierzy AK wrócił do Polski jesienią 1947 r. Schorowany zamieszkał z rodziną w Łodzi, nie podejmując żadnej pracy ani działalności politycznej. Za radą swojego byłego dowódcy, gen. dyw. Gustawa Paszkiewicza, ujawnił się w lutym 1948 r. podając prawdziwe nazwisko. Organy bezpieczeństwa aresztowały go 2,5 roku później, w 1950 r. Akt oskarżenia zarzucał gen. „Nilowi” m.in. wydawanie rozkazów zwalczania partyzantki radzieckiej i „lewicowych podziemnych grup niepodległościowych” oraz „obywateli narodowości żydowskiej na terenie woj. białostockiego, nowogródzkiego i lubelskiego”.
Sąd Wojewódzki
dla m. st. Warszawy 16 kwietnia 1952 r. skazał gen. „Nila” na karę śmierci. Sąd Najwyższy wyrok utrzymał w mocy. Skazany odwołał się. Wskazywał na bezpodstawność zarzucanych mu czynów oraz wnioskował o przesłuchanie kilku świadków, w tym płk Jana Mazurkiewicza ps. „Radosław”. Listy o ułaskawienie napisała żona Janina i 87 letni ojciec. Sąd Wojewódzki po ich rozpatrzeniu wnioskował, że „nie istnieje możliwość resocjalizacji… Skazany Fieldorf na łaskę nie zasługuje”.
Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok wykonano 24 lutego 1953 r. o godz. 15.00, w więzieniu mokotowskim. Zwłok gen. „Nila” rodzinie nie wydano. Nie jest znane miejsce Jego wiecznego spoczynku. Wtedy, w lutym 1953 r. podpułkownik Wojciech Jaruzelski był słuchaczem Kursu Doskonalenia Dowódców w Rembertowie.
W lutym 1972 r., wdowa po generale „Nilu” zadzwoniła do Gabinetu MON, prosząc o wskazanie jej miejsca pochówku męża. Fakt ten tak wspomina ówczesny szef Gabinetu MON, gen. Zbigniew Czerwiński – „Zadośćuczynienie tej prośby nie mieściło się w moich kompetencjach, w związku z czym, obiecałem rozmówczyni odpowiedź w ciągu 3-4 dni. Sporządziłem notatkę dot. osoby gen. Fieldorfa, którą wraz z meldunkiem o prośbie p. Fieldorfowej przedstawiłem Ministrowi. Generał przeczytał notatkę i nie zastanawiając się oświadczył, że panią Fieldorfową przyjmie osobiście. Spojrzał na kalendarz i podał najbliższy, drugi lub trzeci dzień oraz godzinę.
Zalecił mi jednocześnie osobisty przekaz zaproszenia i zaznaczył, że-jeśli zaproponowany termin nie będzie odpowiadał p. Fieldorfowej – poprosić ją o wskazanie innego. Decyzję Generała przekazałem zainteresowanej w tym samym dniu.
Pani Fieldorfowa,
oprócz dużego zdziwienia osobistym zaangażowaniem się Ministra, nie kryła ze wzruszeniem nadziei na odnalezienie poszukiwanego miejsca i możliwości – jak mi powiedziała – uczczenia wraz z córkami, zbliżającej się 20. rocznicy śmierci męża. Nie byłem świadkiem tej rozmowy. Po kilku dniach Generał polecił mi przyjąć przedstawiciela MSW i ustalić dalsze, wspólne postępowanie … Dowiedziałem się w końcu roku, że poszukiwanego miejsca nie odnaleziono. Natomiast Generał podjął decyzję wykonania na koszt MON symbolicznego grobu gen. Augusta Fieldorfa na Cmentarzu Powązkowskim”, tyle Świadek Historii, gen. Zbigniew Czerwiński.
Do dziś – marzec 2020, na Cmentarzu Powązkowskim istnieje symboliczny grób gen. „Nila” (aleja A, kwatera 14, czwarty w czwartym rzędzie).
Generał, jako Przewodniczący Rady Państwa, poparł wystąpienia wielu środowisk i naukowców w sprawie ujawnienia tzw. białych plam oraz rewizji sądowych wyroków z okresu stalinowskiego. Z inspiracji Generała, ówczesny Prokurator Generalny PRL Józef Żyta, polecił przejrzenie archiwalnych dokumentów procesu sądowego gen. „Nila”. Decyzją z 7 marca 1989 r. zmienił postanowienie z 1958 r. o umorzeniu śledztwa, stwierdzając, iż gen. August Fieldorf „Nil” nie popełnił zarzucanych mu czynów.
Wśród byłych żołnierzy ruchu oporu,
w tym AK, awansowanych przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego do stopnia generała brygady w 1984 r., był zastępca gen. „Nila”, jako Komendanta Kedywu – płk Jan Mazurkiewicz, ps. „Radosław”. Podczas kilku spotkań z „Radosławem”, Generał dokładnie poznał drogę życiową i zasługi gen. „Nila”, odsunięcie go od spraw bieżących za sprzeciw szaleńczym planom gen. Leopolda Okulickiego i Tadeusza Pełczyńskiego (pisze o tym Bohdan Piętka, Przegląd nr 9 z 2019), kulisy decyzji o wybuchu Powstania. Kilka rozmów z Generałem w latach 2005-2010, dot. m.in. sytuacji w Stolicy przed, podczas i po Powstaniu, pozwala mi ocenić, iż zawiązała się z gen. „Radosławem” swoista nić zaufania.
Tym bardziej, że był krytykowany przez część środowiska AK, za udział w Komitecie Budowy Pomnika Powstańców Warszawskich, któremu przewodniczył Generał. Proszę Państwa Czytelników o zwrócenie uwagi na nazwę – Pomnik Powstańców Warszawskich! Dlaczego? – ktoś zapyta. W tej nazwie kryje się istota Hołdu – właśnie Powstańcom i mieszkańcom Warszawy. Świadomie pomija się decydentów, zarówno tych z londyńskiego rządu jak i Dowództwa AK. Kto słyszał ten znamienny i jakże wymowny szczegół w tej nazwie, choćby przy okazji 75 rocznicy, która minęła pół roku temu.
I jeszcze taka ciekawostka –
zachęcam Warszawiaków i turystów oglądających Pomnik – stoi naprzeciw Katedry Polowej WP – odsłonięty przez Generała w 45 rocznicę wybuchu Powstania, by zechcieli odszukać tablicę informującą o tym Komitecie, da wiele do myślenia!
Koło Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych w Rembertowie, wystąpiło w 2004 r. z wnioskiem do władz Dzielnicy Rembertów, by rondo przed bramą główną Akademii Obrony Narodowej nosiło imię gen. Augusta Fieldorfa „Nila”. Wniosek poparła Komenda Akademii, Dyrekcja i młodzież Gimnazjum im. Bohaterów Westerplatte, środowiska kombatanckie, radni i mieszkańcy Rembertowa, zyskał uznanie władz Dzielnicy. Władze Warszawy szybko przyjęły odnośną uchwałę. Tak władze Rembertowa upamiętniły gen. „Nila”, który na terenie Akademii, w dawnym Centrum Wyszkolenia Piechoty był wykładowcą taktyki ( w latach 1947-1949 wykładowcą był też mjr Wojciech Jaruzelski) oraz przeszedł przez obóz przejściowy NKWD.
Stracenie gen. „Nila”, skłania do wielu refleksji. Myśli biegną ku ponurym dniom okresu stalinowskiego. Wtedy dość często poprzez bestialskie postępowanie z oskarżonymi, tortury i bicie świadków wymuszały „potrzebne” zeznania. Na ich podstawie skazywano – jak się później okazywało – niewinnych.
Można się zastanawiać, czy tamci „sędziowie” nie zdawali sobie sprawy ze swoich karygodnych poczynań? Że faktycznie wymuszane i często spreparowane „dowody” nie są prawdziwe? Że na takich fałszywych podstawach wydawali prawdziwe wyroki, decydowali o życiu i śmierci? Że tak
nieludzko byli zatwardziali
na apele, prośby i błagania o życie samych skazanych i ich najbliższych. Tu, wstrząsające, po ludzku przerażające są dokumenty sądowe gen. „Nila”. A co myśleć o świadkach, gdy fizycznie i psychicznie zmaltretowani poświadczali nieprawdę, o ich późniejszym życiu, gdy wyjawili prawdę? Czy naprawdę było im „lżej na sumieniu”, bo ratując własne życie okazywali się współsprawcami męczeńskich śmierci innych, jak żyli z tym „ciężarem sumienia”…
Nie ma, bo być nie może żadnego usprawiedliwienia dla – podkreślę – świadomych fałszerstw, o czym sędziowie wiedzieli, byli ich sprawcami, a przez to sprawcami zadawanego osobom nie winnym bólu, rozpaczy i śmierci, także ich rodzinom. Jakimże trzeba być zwyrodnialcem!
Pisząc ten tekst, „przebłyski” w Przeglądzie nr 11, z 9-15 marca 2020, zwróciły moją uwagę na inny rodzaj, formę i skalę refleksji, duchowego upokorzenia – sam nie wiem jak to trafnie określić. Podano taki fakt. Dwaj „uczeni” z IPN (celowo pomijam nazwiska jako wyraz potępienia odczłowieczenia) – cytuję – „stając w obronie Zygmunta Szendzielarza >Łupaszki”< napisali, że we wsi Potoka zginęły cztery osoby cywilne (w tym troje dzieci)” – czyli wg mnie ich matka lub ojciec-„które mimo rozkazu opuszczenia domostw ukryły się w jednym z nich”.
Zastanawiam się, dlaczego bali się wyjść, czyżby słyszeli o bestialstwach tego oddziału i woleli nie pokazywać się „takim patriotom”? Liczyli, że ich nie znajdą i przez to unikną śmierci, bo zapewne wiedzieli co ich czeka. Czy mogła ich spotkać inna kara niż śmierć? Powtarzam powyższe pytanie-jakimże trzeba być zwyrodnialcem, wręcz„moralnym oprawcą” dzisiejszych dzieci i młodzieży, żeby ich uczyć i wychowywać na takich przykładach. Żeby używać takich „argumentów” dla obrony bandziorów.Za takich „oprawców” XXI wieku w Polsce, uważam kierownictwo MEN, autorów „okólnika” nakazujących szkołom świętowanie przeklętych. Pisał o tym red. Tadeusz Jasiński – DT, 28 lutego-1 marca 2020. czytałem ten tekst wręcz z przerażeniem. Tu dziękuję Autorowi za jego treść i wymowę skierowaną do nas – dziadków i rodziców. Jak ratować nasze dzieci przed „wychowawczym zbandyceniem”.
Nie mogę tego zrozumieć
– Czytelnicy pomóżcie! Słowa podziękowania i wdzięczności za wybór miejsca – Sejm – i tematu „wyklętych” kieruję do posłów Lewicy, Kierownictwa SLD, PPS i prelegentów, którzy ratują naszą świadomość od zdziczenia po lekcji takiej „polityki wychowawczej”. Raz jeszcze dziękuję.
Prawdą jest, że wyroki wydawano w imieniu Rzeczypospolitej, a więc naszych ojców i matek, żołnierzy wszystkich frontów walki z hitleryzmem, ludzi ocalonych od śmierci. To przecież oni świadomie i słusznie podnosili naszą Ojczyznę z wojennych gruzów i popiołów. A w tamtym czasie potrzebna była każda para rąk do ofiarnej pracy nad odbudową „rodzinnych gniazd”, do mądrej służby Rzeczypospolitej w nowej rzeczywistości.
Jest i taka prawda, że na różnych szczeblach władzy byli ludzie, którzy później potrafili docenić zasługi żołnierzy spod innych znaków bojowych niż oni, walczących o wolną Polskę. Na miarę swoich możliwości i okoliczności oddawali hołd niewinnie straconym, m.in. poprzez symboliczne groby, jak ten gen. „Nila”.
Generał „Nil” i gen. Wojciech Jaruzelski nigdy nie spotkali się osobiście.
Generał Wojciech Jaruzelski potrafił docenić zasługi gen. „Nila” w walce o wolną Polskę. Swoją decyzją, jako frontowy żołnierz oddał hołd niewinnie straconemu „Nilowi”. Tak, bez żadnego rozgłosu, zadośćuczynił wyrządzoną Rodzinie i Polsce niepowetowaną stratę. To ważna lekcja refleksji i pokory dla polityków, publicystów i historyków – obecnych „sędziów” Generała. Kto z nich zechce o tym pamiętać czy wspomnieć w odnośnych wystąpieniach i publikacjach, na lekcjach historii, ku pamięci obecnego i przyszłych pokoleń.
Po 1990 r. odbyło się wiele rozmów i dyskusji w TV i prasie, z udziałem córek gen. „Nila”. Wykonano film o „Nilu”, ale nikt nigdzie nie wspomniał o decyzji gen. Jaruzelskiego. Na początku grudnia 2010 prasa podała, że „Wolą Marii Fieldorf – Czarskiej (zmarłej 21.11.2010) było, aby jej ciało skremowano i umieszczono w symbolicznym grobie ojca”.
Należę do licznego grona kinomanów, którzy poznali film Ryszarda Bugajskiego, pt. „Generał NIL”. Reżyser wybiórczo prezentuje życiorys Augusta Fieldorfa. Akcentuje wątki osobiste i rodzinne. Zatrzymuje uwagę widza na drobiazgowo zobrazowanym okresie – nazwę to – martyrologii bohatera, z dostrzegalnymi odniesieniami do współczesności, co skłania do wielowarstwowej refleksji. Wywołuje współczucie i duchowe współcierpienie dla niewinnie skazanego, co zapewne słusznie osiąga.
Nigdy więcej i nigdzie takich wyroków – chciałoby się krzyczeć. Ale film sugestywnym obrazem czytelnie podsuwa nienawiść wobec ówczesnych władz. A czy dziś świadomy swej odpowiedzialności za Ojczyznę Polak – nie znajdzie wielu przykładów, które „innymi faktami” budzą odrazę do władzy? Dlaczego tak się dzieje, proszę pomyślcie Państwo.
Nie przeczę, lata stalinizmu, moralno – psychicznego i fizycznego terroru w Polsce, pod tym względem
zasługują na potępienie.
Nie był to jednak okres znęcania się tylko nad b. żołnierzami AK, jak zdaje się sugerować film. Okres lat 40., początku 50. ubiegłego wieku, w którym toczy się akcja filmu, to czas realizacji dwóch planów: 3 – letniego i 6 – letniego, odbudowy kraju z gigantycznych zniszczeń wojennych (straty 38% majątku narodowego; Warszawa 71% substancji materialnej).
To czas budowy „Polski przemysłowej”, otwartej na świat, której materialnym symbolem jest Nowa Huta w Krakowie i rudowęglowiec „Sołdek”, pierwszy po wojnie statek zwodowany w gdańskiej stoczni oraz pamiętne wezwanie: „cały naród buduje Stolicę”.
Redaktor Roman Czubiński, Autor tekstu „Gra Wyklętymi” (DT,6-8 marca 2020) pisze, że „Nil” w filmie radzi modemu zapaleńcowi, by dla dobra Ojczyzny poszedł na studia, dobrze wykonywał swoją pracę i założył rodzinę.
Dziękuję za to przypomnienie, może naszą młodzież skłoni do refleksji ku jaśniejszej stronie przyszłości. Dziękując Autorowi za tekst, tą dozą optymizmu wyrażam nadzieję, iż postawa gen. Jaruzelskiego i wielu bezimiennie podobnych skłoni do odwiedzenia symbolicznego grobu gen. „Nila”, do refleksji o czasach i żołnierzach – obaj generałowie byli odznaczeni frontowymi Krzyżami Virtuti Militari.

Werblan raz jeszcze

O „Polsce Ludowej. Postscriptum” Andrzeja Werblana w rozmowie Robertem Walenciakiem pisał już w grudniu na łamach „Dziennika Trybuna” prof. Jerzy J. Wiatr. Rzecz jest kontynuacją „Polski Ludowej” sprzed dwóch lata, zapisu rozmów między Werblanem a Karolem Modzelewskim dokonanego przez Roberta Walenciaka.
Niewiele mogę dodać do omówienia profesora Wiatra, ale że lektura tej książki potwierdziła w moim odbiorze jej wysokie walory, zatem nigdy za wiele zachęty do sięgnięcia po ten tytuł. Przede wszystkim Werblan jest bardzo interesującym, inteligentnym i przenikliwym narratorem.
To nieczęsty w tym stopniu walor także wśród ważnych protagonistów zdarzeń historycznych. Zapewne nietrudno byłoby wskazać takich, którzy mieliby wiele do opowiadania, ale opowiadać nie umieją, trzeba im wspomnienia i oceny „wyrywać z gardła”.
Są być może i tacy, także w niegdysiejszym otoczeniu politycznym Andrzeja Werblana z czasów jego czynnej działalności partyjno-państwowej. Tymczasem Werblan wydaje się być dla Roberta Walenciaka rozmówcą w tym sensie „łatwym”, że wystarczy mu podsunąć jakąś kwestię, zadać pytanie, i otrzymuje się pełen treści, zwarty, logiczny, a jednocześnie interesujący, nieszablonowy wywód, opis czy ocenę. Werblan jest uczonym, jest intelektualistą, zatem jego narracja (co już uwypuklił w swoim tekście prof. Jerzy J. Wiatr) stanowi jednocześnie tok myślenia. Po drugie Werblan imponuje nie tylko znakomitą pamięcią (wielu od niego młodszych mogłoby mu jej pozazdrościć), ale także umiejętnością dokonania zdystansowanej oceny zdarzeń, zjawisk, w których czynnie uczestniczył lub obserwował. Nie przyjął on sztywnej pozycji „obrońcy swoich racji”, lecz na chłodno analizuje zdarzenia w których brał udział i które obserwował, nie korzystając przy tym z okazji do dokonywania autoidealizacji. Starał się też, na co sam zwraca uwagę, oceniać zdarzenia sprzed dziesięcioleci bez filtru współczesnego, przez pryzmat ówczesny, bez ich aktualizowania, bez tzw. prezentyzmu, którego uniknięcie zawsze jest bardzo trudne, jako że utrudniają to nawarstwienia zdarzeń późniejszych. Przyznam, że nie przeczytałem dotąd wielu takich publikacji poświęconych historii PRL, w szczególności historii obozu władzy, które podobnie klarownie przedstawiałyby jej mechanizmy, bez mitologizacji, bez kolorowania, bez megalomanii, ale z budzącą zaufanie rzeczowością. Poza narracją ukazującą bieg życia i działalności Werblana od dzieciństwa do czasu obecnego ,otrzymujemy także ciekawe uwagi o powojennej roli PPS do wymuszonego zjednoczenia z PPR w 1948 roku, a także portrety kilku najważniejszych postaci lat 1945-1989, Bolesława Bieruta, Józefa Cyrankiewicza, Władysława Gomułki, Franciszka Szlachcica, Piotra Jaroszewicza (tu odkrywczą i zaskakującą dla mnie ciekawostką jest fakt żywienia przez niego swoistego kultu Józefa Piłsudskiego i dawania temu wyrazu również w okresie, gdy był premierem w latach1970-1980), Edwarda Gierka i Wojciecha Jaruzelskiego.
Kto czytał wspomnianą na wstępie „Polskę Ludową” powinien sięgnąć po tę niejako uzupełniającą lekturę. Tego, kogo wciągnęła problematyka „postscriptum”, a nie czytał „Polski Ludowej”, na pewno znajdzie impuls, by po nią sięgnąć.
Andrzej Werblan – „Polska Ludowa postscriptum”, „Iskry”, Warszawa 2019, str. 423, ISBN 978-83-244-1053-8

Refleksje „pożytecznego idioty”

Niektórzy, a może nawet większość uważa ten znany od wielu lat zwrot jako nieprzychylny osobie, która sama tak się określa. Zwrot ten robi karierę wtedy, gdy ktoś z obywateli – piszę w kontekście naszej Polski – popiera jakąś myśl polityczną i nie tylko. Zawsze można też tak nazwać osobę, która ma odmienne poglądy od adwersarza.

Piszę ten artykuł w odpowiedzi na zachęty Redaktora Piotra Gadzinowskiego , który skrzętnie wykorzystuje takie teksty w coraz lepiej redagowanej gazecie „Dziennik Trybuna”.

Pora się więc przedstawić – nazywam się Bogdan Płusa , jestem rodowitym łodzianinem drugiego pokolenia. Pochodzę z rodziny robotniczej i jestem typowym przedstawicielem umiejętnego wykorzystania szansy awansu społecznego , pierwszym z mej rodziny , który wieczorowo ukończył studia wyższe na Wydziale Prawai Administracji Uniwersytetu Łódzkiego z tytułem magistra administracji. Z zawodu jestem zegarmistrzem , całą swą drogę zawodową realizowałem w Łódzkiej Fabryce Zegarów. a podwyższając swe kwalifikacje zawodowe osiągnąłem tytuł mistrza mechanika precyzyjnego .

Co się stało , że podwyższenie swych kwalifikacji osiągnąłem w późniejszym wieku ? Otóż jak każdy zdrowy , młody człowiek przez 15 lat byłem czynnym sportowcem – piłkarzem , lekkoatletą o kolarzem. Wspólnie ze znakomitymi kolarzami – mistrzami Polski Józefem Staroniem , Wojciechem Kowalskim, Władysławem Kierczyńskim zostaliśmy w 1968 r Wicemistrzami Łodzi (lata 60 i 70 to dominacja łódzkich kolarzy w Polsce)w najcięższej konkurencji kolarskiej– wyścigu drużynowym na 100 km.
W międzyczasie moja droga życiowa – polityczna – była typową dla ówczesnego modelu awansu społecznego. Działalność w ZHP w szkołach , działalność w KMW w wojsku , działalność w ZMS w zakładzie pracy. Oczywiście całość mej kariery była śledzona przez wielu działaczy , co wiązało się ze wstąpieniem w 1969 r do PZPR.Czy tego typu drogę życiową można uznać za idiotyczną pożyteczność?

Ten krótki zarys życiorysu był potrzebny celem uzasadnienia dalszych wywodów.

Jestem pod wrażeniem wielu artykułów, jakie ukazują się w „Dzienniku Trybuna” i o nich chcę podzielić się refleksjami.

Redaktorowi Gadzinowskiemu chce się stworzyć zespół redaktorski na wysokim poziomie intelektualnym. Trzeba uznać jego niesamowitą wolę i za to mu chwała . Czy ten wysiłek intelektualny można uznać za pożyteczny idiotyzm?

Są ludzie o określonych życiorysach , dzielą się swoimi refleksjami na łamach „Dziennika Trybuna”. Są one związane z życiem w urządzonej na nowo polskiej rzeczywistości po 1945 roku , po niesamowitej rewolucji społeczno- politycznej , po klęsce II Rzeczpospolitej we wrześniu 1939 r. Miliony niepiśmiennych , bezrobotnych, biednych , bez dachu nad głową uwierzyło że Polska może być lepsza.

Czy ci , którzy nie patrzyli ,że ledwie wyszli z niewoli Niemiec Hitlerowskich a już wg innych zostali zniewoleni , tylko chwycili za łopaty i najpierw odgruzowywali zniszczone miasta i wioski polskie a potem je pieczołowicie odrestaurowali – to też pożyteczni idioci ? A co z tymi , którzy od podstaw stworzyli polski przemysł stoczniowy , polski przemysł motoryzacyjny , stanęli przy krosnach i przędzarkach , tworząc przemysł włókienniczy. Też byli pożytecznymi idiotami ?

Niedawno przy Rektoracie mojej uczelni odsłonięto popiersie Profesora Tadeusza Kotarbińskiego , pierwszego Rektora i organizatora Łódzkiej Uczelni , nie patrzącego, kto jest przy władzy Czy jego też można nazwać pożytecznym tdiotą ? Hańba temu, kto by śmiał tak go nazwać!
Co tu dalej przytaczać, jak ci, co tak nazywają miliony bezimiennych twórców Polski Ludowej , dziś w swoim Tygodniku „Gazeta Polska”(9/2020) piórem Tomasza Sakiewicza pozwalają sobie zaapelować następującymi słowami: ”Przypomnę, jaka jest skala zasięgu naszego środowiska . Ostatnie numery „GP” kupowało około 25 tys. osób, numery „Codziennej” kilkanaście tysięcy , .Portal Niezależna .pl czyta stale około 2,5miliona osób , portal Telewizji Republika – około miliona stałych użytkowników , samą Telewizję codziennie ogląda od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu tysięcy widzów. W skali miesiąca nawet półtora mln osób włącza TV Republika. Media społecznościowe związane z naszym środowiskiem czyta kilka milionów ludzi . Dla przykładumoje konto na Twitterze obserwuje około 90 tys. osób(zachęcam , by było ich więcej)……W Polsce i na świecie działa prawie 500 klubów „Gazety Polskiej”……I dzisiaj musimy apelować , by ludzie poszli głosować. By się zaangażowali…..(koniec cytatu).
Nie pokuszę się o to, aby wymienionych zaliczyć do pożytecznych idiotów.
A teraz parę uwag do artykułów zamieszczonych w „Dzienniku Trybuna”. Jako pierwszy – pozwolę sobie skomentować artykuł Krzysztofa Janika „Lewica Kaczyńskiego”.

Panie Krzysztofie – to nie jest brednia. Pójdę dalej w ocenie. To jest zwycięstwo dyktatury proletariatu , to jest zwycięstwo klasy robotniczej , która tak walczyła , że aż się wyzwoliła od pracy.NSZZ ”SOLIDARNOŚĆ” urosła do symbolu przewodniej siły narodu , organizatora życia publicznego i twórcy dobrobytu. Jak by Pan , panie Krzysztofie posłuchał , jakie z tego tytułu brednie wypowiada się na ryneczkach łódzkich , jak ludzie chwalą sobie , że teraz wszystkiego jest pełno , jak nasza PZPR nie potrafiła zaspokoić podstawowych potrzeb codziennego używania, a ten kapitalizm to zapewnił , a nasi prpminentni działacze szybko się przesiedli na stanowiska kapitalistów, to pewnie nic z nieba nie spadło. Cały czas tłumaczyliśmy społeczeństwu, co to są nasze wartości lewicowe, a nasz naród tego nie słuchał. A tu Kaczyński raptem zaczął te wartości wprowadzać w życie i naród to przyjął.

To czemu my tego nie zrobiliśmy? Czy znów wraca jak mantra powiedzonko „pożyteczni idioci”? Zawsze mieliśmy jakieś pokrętne wytłumaczenia – a Kaczyński nie tłumaczy , tylko wdraża. Czemu on się nie boi o budżet? On po prostu realizuje to , co się należy społeczeństwu. Nie jest to z mojego punktu widzenia gloryfikacja rządów PIS , bardzo daleki jestem od tego.

Tłumaczenie całości polityki socjalnej i jej niedostatków było wieczną przywarą każdej ekipy władz PRL. Pan do nich należał. Przechowuję w swej bibliotece jak jakąś relikwię NOWE DROGI Sprawozdanie z prac Komisji KC PZPR powołanej dla wyjaśnienia przyczyn i przebiegu konfliktów społecznych w dziejach Polski Ludowej.

Każda władza lewicowa powinna być przepytana ze znajomości przyczyn naszych niepowodzeń przed wpisaniem na listy kandydatów do władz partyjnych Lewicy Polskiej a potem do władz państwowych , do Sejmu , do Senatu, na radnych , prezydentów , burmistrzów , wójtów i dyrektorów oraz prezesów spółek państwowych. Nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków z kryzysów , które sami powodowaliśmy. A naród był cierpliwy do sierpnia 1980 r. i pokazał nam „czerwoną kartkę”, nakazał zejść z murawy boiska.
Nasi działacze ekonomiczni , piszący w „Dzienniku Trybuna” pięknie punktują prof. Leszka Balcerowicza za szok 1989 r.

Jednym z nich jest niedoceniany prof. Grzegorz Kołodko. Wiele artykułów w „Dzienniku Trybuna” ma swe odniesienie do instrumentów ekonomicznych , używanych przez niego w trakcie jego wpływu na rządzenie krajem.
Mamy tylu mądrych ludzi , którzy nie zasługują na negatywne oceny i potwarz ‘pożytecznego idioty” Zacznijmy wykorzystywać łamy „Dziennika Trybuna” do dawania odporu takim osądom. Wzorem słów Jacka Kuronia „nie palmy komitetów , tylko je twórzmy.”

Jestem jednym z założycieli Łódzkiego Klubu Miłośników Prasy Lewicowej. Niech to będzie nasz wkład w informowanie Polaków o prawdziwości naszych działań społecznych tworzących historię . Jest tyle wspaniałych życiorysów działaczy polskiej lewicy , że tylko je upowszechniać. Za ulotki i gazetki wsadzano do więzienia , dziś się dostaje medale za walkę z komuną. My w swych ulotkach upowszechniajmy naszych cichych bohaterów. Oni nie potrzebują medali. Dobre słowo i upowszechnienie dobroci działania jest największym podziękowaniem.

Kobiety wyzwala kobiecość

– Co do ciała kobiecego, to kaznodzieje średniowieczni traktowali pępek kobiety jako granicę połowy „bożej” (w górę) i „diabłowej” czy „diablej” części jej ciała. Słowo „pępek” było więc słowem tabu – prof. dr hab. Joanną Partyką, znawczynią literatury, antropolożką kultury z Instytutu Badań Literackich PAN rozmawia Krzysztof Lubczyński.

8 marca i wiosna jak zawsze dodatkowo pobudzają aktywność ruchy feministycznych. Czy Pani się z nimi utożsamia?
Z radykalnym feminizmem nie. Staram się być w środku. Tworzyć podstawy syntezy między rozsądnymi formami tradycyjnymi a radykalnym feminizmem.
Teatr Polski w Warszawie od lat ma w repertuarze „Szkołę żon” Moliera. To bardzo często wystawiany w teatrze utwór. Tym razem twórcy inscenizacji opatrzyli ją uzasadnieniem opierającym się o kwestie równouprawnienia kobiet i idee feministyczne. Co o „Szkole żon” Moliera może powiedzieć badaczka obyczajów XVII wieku czyli czasów, gdy Molier napisał swoją komedię?
Że wcześniej napisał „Szkołę mężów”, której się nie wystawiało i nie wystawia. Tam dwóch braci spiera się o to, jaki powinien być mąż – patriarchalny czy pozostawiający żonie dużo swobody.
Bada Pani tzw. paraliteraturę kobiecą czyli listy, dzienniki, zapiski z podróży, a także literaturę pisaną przez mężczyzn, rozmaite traktaty moralne zawierające wizerunek wzorowej żony chrześcijanki Jak odzwierciedlają one rolę, obowiązki żony według ówczesnych norm?
Są też teksty literackie do których zalicza się wspomniana „Szkoła żon”. Przy tej okazji warto porównać, jak wyglądała w tym samym okresie sytuacja w ojczyźnie Moliera, Francji i w Rzeczypospolitej. We Francji pierwszy ferment wokół roli kobiety pojawił się na początku XVII wieku. W pierwszych salonach towarzyskich dokonała się rewolucja zrobiona przez kobiety.
Na czym polegała ta rewolucja?
Po pierwsze na tym, że mogły być kobiece, bo wcześniej jedynie naśladowały mężczyzn.
A jak było wtedy w Polsce?
W Polsce nawet te kobiety, które miały wykształcenie i pisały, były przyzwyczajone, w głębi psychiki, do typowych ról kobiecych, związanych z byciem żoną i matką. Nawiasem mówiąc w ogromnym stopniu ten stan rzeczy utrzymał się w Polsce do dziś. Kultura obyczajowa XVII wieku ma w tym względzie prostą i wyrazistą kontynuację w naszych czasach. Jej antytezą jest ostry feminizm z manifami. Ciągle jednak nie ma syntezy.
Co pisały autorki badanej przez Panią paraliteratury?
Uderza to, że nie ma w nich najmniejszych oznak buntu przeciw przypisanej im roli. Potwierdzają to zapiski paraliterackie cudzoziemców podróżujących lub przebywających w Polsce, dyplomatów, nuncjuszy papieskich itd. Oni zauważali, że kobiety w Rzeczypospolitej były stłamszone totalnie, że nie brały udziału w publicznych dyskusjach, a w sytuacjach publicznych siedzą w kącie, pokornie milczą, a ręce mają zajęte robótkami. Że za nic w świecie nie siadały do karety z obcym mężczyzną. Tak było jeszcze w połowie XVIII wieku. Inna sprawa, że nie było też oznak chęci walki kobiet o zmianę tej sytuacji.
Jak odebrano wtedy w Polsce „Szkołę żon”?
Jak odebrano – nie wiem, bo nie badałam tego tematu. Nawet nie wiem czy ją wystawiono. Mogę tylko rozważać, jak by ją odebrano We Francji w połowie XVII wieku sytuacja kobiety była już inna. Tam już od pół wieku funkcjonowały salony, w których kobiety odgrywały równorzędną z mężczyznami rolę. Była ona tak duża, a szeregi intelektualistek tak duże, że ten sam Molier wykpiwał je w komedii „Pocieszne wykwintnisie”. Dlatego Molier pokazywał kwestię „szkoły żon” już po obyczajowej rewolucji, prześmiewczo, z dystansu, z perspektywy czasu. Jako coś niemal już nierealnego. Pomysł Arnolfa, by sobie wychować żonę był rodzajem utopii, która jak wiadomo skończyła się fiaskiem. To był pomysł niemal filozoficzny. On sobie wykoncypował, że aby nie wyjść na głupca weźmie sobie głupią żonę. W Polsce kobiety były „udomowione”, więc tutejsi Arnolfowie nie musieli by czynić żadnych starań. Wszystko opierało się na tym, co było sformułowane w czasach starożytnych (niechętnie traktowali kobiety Juwenalis w swoich satyrach i Platon), w Biblii, przez Ojców Kościoła, w etymologiach św. Izydora z Sewilli z VII w. Dwa listy św. Pawła, do Tymoteusza i do Koryntian do dziś są czytane na ślubach. Z tych źródeł wynikało, że kobieta jest słaba na ciele i umyśle.
W „Szkole żon” Arnolf wręcza Anusi książkę zawierającą kodeks obowiązków żony. Były takie odrębne publikacje?
Były, z tym że w Polsce przekładach. Pierwszy traktat z 1523 roku dotyczący wychowania kobiety chrześcijanki napisał po łacinie Hiszpan Juan Luis Vivez, humanista znany Andrzejowi Fryczowi Modrzewskiemu. Sebastian Petrycy z Pilzna pisał n.p. że „czwartą powinnością niewieścią tak jest, żeby przy mężczyźnie, zwłaszcza nieznajomej milczącymi były”. Model kobiety-katoliczki ukształtował się ostatecznie na Soborze Trydenckim. Jeden z takich traktatów nosił tytuł „Żona wyćwiczona” z końca wieku XVII. Autor wyśmiewa się w nim żonę, która umie czytać i pisać i robi z tego użytek. Było to postrzegane jako pewne niebezpieczeństwo, że taka kobieta poczyta sobie romanse i zacznie się buntować, plotkować z innymi kobietami, a w końcu nawet zdradzać. W XVI wieku Hiszpanii Juan Rodrigez napisał traktat „Triumf kobiet”, w którym napisał, że mężczyźni boją się uczoności kobiet. Ten pogląd funkcjonował i wpływał na postawy mężczyzn w Europie. We Francji w XVII wieku występował rodzaj prefeminizmu, który głosił, że małżeństwo nie służy kobiecie, bo ją tłamsi, bo musi co roku rodzić dzieci, bo małżeństwo prowadzi do braku miłości.
A o czym pisały Polki w XVII wieku w swoich zapiskach?
To nie była wyszukana literatura. Były to proste relacje z obserwacji i tego, w czym brały udział, n.p. z podróży z mężami na sejmy. Były zapiski z życia domowego, gospodarskiego, rodzinnego, macierzyńskiego. Nie było polityki ani historii. Tylko w jednym tekście, z początku XVVIII napisanym przez kobietę znalazła się wzmianka o Wiktorii Wiedeńskiej 1683 roku. W tym samym czasie we Francji były już wielkie i uczone pisarki jak pani de Sevigné, autorka wspaniałych dzienników intelektualnych. Na język polski nawet nie udało by się ich wtedy przetłumaczyć, bo był zbyt ubogi, choćby w przymiotniki. Z tego ubóstwa polskiego języka brało się prawdopodobnie także wplatanie łaciny w polskie zdania.
Czy były spisywane wskazówki dla kobiet dotyczące chrześcijańskiego, pobożnego trybu życia seksualnego?
Dla kobiet nie. Dla mężczyzn i dla spowiedników tak. Oni mieli zadbać o ciało i dusze niewiast czyli nie wiedzących, bo taka jest etymologia tego słowa. Były tam wskazówki dotyczące czystości płciowej, stosunku do męża, kwestii prokreacyjnych, związanych ze współżyciem. W encyklopedii ziemiańskiej Jakuba Kazimierza Haura z roku 1689 były wskazówki jak współżyć by doprowadzić do poczęcia, adresowane do mężów, choć czytane tez przez żony. N.p. w którym momencie wstrzymywać się od współżycia, by doprowadzić do poczęcia chłopczyka względnie dziewczynki. Zresztą, to nie tylko historia. Tego typu wskazówki dla spowiedników Kościoła katolickiego są co jakiś czas odnawiane jako instrukcje. Natrafiłam też na hiszpański poradnik dla kobiet z czasów dyktatury Franco, którego ostatnie wydanie ukazało się w 1974 roku. Są tam pytania i odpowiedzi na pytania jak kobiety mają się zachowywać. Są też omówione przewinienia przeciwko poszczególnym przykazaniom. N.p. przeciw przykazaniu nie zabijaj można zgrzeszyć tańcem, nieprzystojnymi ruchami i obnażaniem nieprzystojnych części ciała. Chodzi o zabijanie duszy. Dziś w Hiszpanii na takie ekstrema jest radykalna antyteza zwana zapateryzmem. Co do ciała kobiecego, to kaznodzieje średniowieczni traktowali pępek kobiety jako granicę połowy „bożej” (w górę) i „diabłowej” czy „diablej” części jej ciała. Słowo „pępek” było więc słowem tabu.
Jak to wyglądało w protestantyzmie?
Protestanci, głównie ludzie północy Europy, Skandynawii, Holandii etc. Byli bardziej związani z cywilizacja miejska i przemysłem. W cenie były więc kobiety, które umiały rachować, czytać i pisać, co n.p. w krajach katolickich, w tym w Polsce, nie zawsze szło w parze. Wcześniej było tu przyzwolenie na czytanie dla moralnego kształtowania, ale nie na pisanie. Tymczasem Marcin Luter zachęcał kobiety, by uczestniczyły w polemikach wyznaniowych, w tym na piśmie. Z drugiej strony protestantyzm zamknął klasztory, które – paradoksalnie – były w Europie jedynym miejscem rozkwitu kobiecej twórczości. Klasztory bywały, jak to określiła jedna z badaczek, „parkingi dla kobiet”. Pojawiały się one tam nie tylko z przymusu, wsadzanie tam przez ojców, ani nie tylko powodu powołań. Niektóre właśnie uciekały do klasztorów przed opresją, dla wolności o patriarchalnych zapędów i dla samorealizacji. W klasztorach kwitła twórczość kobieca, często z namowy spowiedników. Najsławniejszym przykładem są pisma św. Teresy z Avila. Pisały też n.p. poezję religijną. To był tzw. paradoks wolności w klasztorach. Tak więc rola protestantyzmu była ambiwalentna. Poza tym, że w nim też była bardzo surowa etyka seksualna. W prawosławiu piszących kobiet prawie nie było, a stosunek do nich konserwatywny, na wschodnią modłę.
Kwestia kobieca ma znaczące odbicie w dziejach literatury pięknej, choćby od „Zakonnicy” Diderota, „Żony modnej” Krasickiego poprzez „Panią Bovary” Flauberta czy powieści „kobiece” Balzaka. W ostatnim dwudziestoleciu pojawiła się też „proza kobieca w Polsce”, że wymienię Olgę Tokarczuk, Izabellę Filipiak, Kingę Dunin, Ewę Madeyską, Sylwię Chutnik. …
Nie jestem szczególną fanką tej literatury. Jej źródła to głównie poszukiwanie języka kobiecego, służącego pokazaniu kobiecego „ja”. To się wiąże z tzw. płcią literatury, ale ja do tego zagadnienia podchodzę trochę jak pies do jeża.
Co warto uwypuklić na koniec rozmowy?
Kwestię wizerunku kobiety. Historia kobiet jest pełna paradoksów. Jest taki superparadoks „hic mulier” (TEN KOBIETA). Chodzi o to, że aby kobieta dostąpiła pochwał, musiała wykazać męskie cechy, jak Joanna D’Arc. Ten paradoks funkcjonował w pismach pierwszych prefeministów, n.p. Boccaccia od „Dekamerona”, który w traktacie „De mulieribus claris” pokazał kobiety, niewiasty „mężne”, silne. Docenienie kobiety jako kobiety, w jej kobiecości zaczęło się dopiero we Francji na początku XVII wieku, czyli jeszcze przed molierowską „Szkołą żon”. Wtedy po raz pierwszy kobiety powiedziały: koniec z naśladowaniem mężczyzn, musimy stworzyć coś kobiecego. Zaczęły być modne romanse, kobiety zaczęły uczyć mężczyzn konwersacji, uczyć ich poczucia piękna. Zaczęły też być mądre jako kobiety, a nie naśladowniczki uczonych mężczyzn.
Nad czym Pani teraz pracuje?
Mam ochotę napisać książkę o przewodnikach dla spowiedników, ale trochę się boję tego tematu, bo siłą rzeczy będzie się on ocierać o teologię. Musiałabym się do tego dobrze przygotować, by nie zranić czyichś uczuć. (śmiech).
Dziękuję za rozmowę.

Joanna Partyka – absolwentka filologii polskiej i etnologii na Uniwersytecie Warszawskim. Głównym obszarem jej zainteresowań badawczych jest szeroko rozumiana kultura XVI i XVII w., która stała się dlań źródłem rozważań natury antropologicznej, socjologicznej i psychologicznej. W swych poszukiwaniach sięga do mało znanych tekstów z zakresu paraliteratury: (encyklopedie, traktaty moralne i pedagogiczne, przewodniki dla spowiedników, dzienniki, silvae rerum, kalendarze, zapiski gospodarcze, gazetki ulotne, dzienniki podróży, listy). Literaturę i kulturę staropolską analizuje w kontekście europejskim, ze szczególnym uwzględnieniem krajów śródziemnomorskich. Jednym z głównych nurtów jej zainteresowań jest dawne piśmiennictwo kobiece. Autorka m.in. książki „Żona wyćwiczona. Kobieta pisząca w kulturze XVI i XVII wieku” (2004). Równolegle zajmuje się przekładami z języka hiszpańskiego. Od lat prowadzi wykłady gościnne z historii literatury i kultury staropolskiej, m. in. w Brukseli, Sztokholmie i Uppsali, Madrycie (Uniwersytet Complutense) oraz na Uniwersytecie Barcelońskim. Związana jest także z Uniwersytetem w Grenadzie, gdzie co roku prowadzi seminaria doktorskie. Jest członkinią International Association for Neo-Latin Studies oraz International Society for Iberian-Slavonic Studies (CompaRes). Przez wiele lat pełniła funkcję sekretarza naukowego w Komitecie Nauk o Literaturze PAN.

Premier „spełnionych oczekiwań”

„Pragnę zapewnić Wysoki Sejm, że nadal czuję się przede wszystkim żołnierzem i oddam się do dyspozycji w każdej chwili, a zwłaszcza gdy rząd pod moim kierownictwem, nie spełni oczekiwań”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Miesiąc luty w „politycznym życiorysie” gen. Wojciecha Jaruzelskiego zapisał wybór na urząd Premiera Rządu, wówczas PRL. Sejm wybrał Generała 10 lutego 1981 r., prawie 40 lat temu. Generał tej propozycji stanowczo odmawiał od lata 1980 r. Miał mocne argumenty: „od zawsze był żołnierzem”. Dotychczasowy zakres obowiązków nie obejmował spraw społeczno-gospodarczych i politycznych, które teraz stałyby się domeną jego działalności. Do tego kryzys społeczno-gospodarczy wchodził w kolejną fazę. Obejmowanie stanowiska w tej sytuacji zakrawało na „samobójstwo”. W powojennej historii Polski, takiej funkcji nie pełnił żołnierz zawodowy. Stanisław Kania, inicjator zmian w rządzie i nominacji Generała, swoje racje przedstawiał kilka razy. Fakt, przez kilkanaście lat Generał pełnił kierownicze funkcje w Wojsku sprawił, że cieszy się ono nie kwestionowanym autorytetem w społeczeństwie. W Układzie Warszawskim jest najwyżej oceniane za wyszkolenie bojowe i polityczne; stan moralny, dyscyplinę; sprawność działania, prężność dowodzenia. Te ważkie atuty, w złożonej sytuacji Polski wiele znaczyły. Głównie – autorytet Wojska w naszym społeczeństwie, poza granicami Polski – na Zachodzie także!
Premier – Generał
Nasilające się od kilku miesięcy żądania socjalne, wymuszane przez Solidarność głównie strajkami, idące z tym w parze rozprężenie społeczne i gospodarcze, szerzący się chaos, mogły wpłynąć na autorytet munduru i osobiście Generała, a także zahamować proces wprowadzania reformy gospodarczej. Argumenty te 7 lutego 1981 r. w osobistej rozmowie ze Stanisławem Kanią podzielił ówczesny Prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński. Z ufnością odniósł się do osoby kandydata na nowego premiera i wyraził nadzieję na zażegnanie napięć społecznych. Wiedział, m.in. od bp Kazimierza Majdańskiego, że Generał jako dowódca 12 Dywizji Zmechanizowanej w Szczecinie, przyczynił się do odbudowy miejscowej katedry (Papież podniósł ją do godności bazyliki mniejszej w 1987 r.), wiele uczynił dla odbudowy miasta i zagospodarowania Ziem Odzyskanych. Kardynał znał pozytywne opinie o Generale – od Dziekana Generalnego WP – jako szef GZP WP nadzorował służbę wojskową alumnów. Niektórzy „znawcy” piszący ks. Jerzym Popiełuszce próbują, na razie ostrożnie – przemilczać je lub lekceważyć. Mógł więc liczyć na poprawę w stosunkach państwo – Kościół, podobnie jak Episkopat i Papież-Polak (Generał poznał te opinie po latach).
Konsultacje z członkami BP KC PZPR, szefami stronnictw politycznych – ZSL i SD oraz przewodniczącymi klubów i kół poselskich, przyniosły deklaracje poparcia dla zmian w składzie rządu.
Mając wciąż wiele wątpliwości, Generał uległ racjom ratowania państwa przed gromadzącymi się zagrożeniami wewnętrznymi. Godząc się tymczasowo objąć stanowisko, zastrzegł sobie zachowanie funkcji Ministra Obrony Narodowej. Stąd określenie Premier-Generał, szybko stało się nowym pojęciem, uzyskało wymowę społeczną i polityczną. Nie bez znaczenia – w owym czasie – była wymowa zewnętrzna, głównie wobec sąsiadów, coraz wyraźniej akcentujących zniecierpliwienie „solidarnościową awanturą”. To wielu historyków, ubiera w patriotyczno – wolnościowy kostium i polityków bagatelizuje, m.in. jako „karnawał Solidarności”. Komu i z czego było wtedy radośnie, wesoło – przypomnijcie sobie Państwo!
10 – punktowy pakiet Rządu
„Pragnę zapewnić Wysoki Sejm, że nadal czuję się przede wszystkim żołnierzem i oddam się do dyspozycji w każdej chwili, a zwłaszcza gdy rząd pod moim kierownictwem, nie spełni oczekiwań”, jasno podkreślił w expose. Wygłosił je w Sejmie12 lutego. Wywołało – jak mówił Stanisław Kania – „wyraźny przypływ nadziei na opanowanie kryzysu”. Była ku temu istotna podstawa – 10. punktowy program rządu. Premier mówił, że „Rząd skoncentruje swą bieżącą działalność na sprawach, które przedstawiam Wysokiej Izbie w dziesięciopunktowym pakiecie.

Zaopatrzenie ludności w podstawowe artykuły, przede wszystkim żywność; zapewnienie sprawiedliwego, poddanego społecznej kontroli podziału deficytowych dóbr konsumpcyjnych.

Zaostrzenie kontroli cen detalicznych towarów i usług, nasilenie walki ze spekulacją.

Złagodzenie najbardziej nabrzmiałych problemów ochrony zdrowia… zaopatrzenia w leki… walki z patologią społeczną, alkoholizmem.

Zapewnienie warunków wykonania budownictwa mieszkaniowego.

Urzeczywistnienie zasad socjalistycznej sprawiedliwości w kształtowaniu płac i innych dochodów ludności, w polityce świadczeń społecznych… Otoczenie szczególną troską ludzi starych i zniedołężniałych.

Zahamowanie tendencji spadkowych w produkcji rolnej

Utrzymanie zaopatrzenia materiałowo – technicznego gospodarki; uzyskanie postępu w oszczędnym zużyciu surowców, paliw i energii oraz poszukiwanie – wspólnie z górnikami, rozwiązań organizacyjno – technicznych zmierzających do wzrostu wydobycia węgla.

Porządkowanie frontu inwestycyjnego. Wstrzymanie realizacji części z nich oraz utrzymanie ostrych ograniczeń w rozpoczynaniu nowych…

Wykonanie planowych zadań eksportowych. Takie kształtowanie importu, aby zaspokoić elementarne potrzeby ludności oraz gospodarki.

Podniesienie dyscypliny pracy, poprawę jej organizacji i wzrost wydajności. Przekwalifikowanie i przemieszczenie pracowników zgodnie ze zmieniającymi się potrzebami gospodarki”.
Apel o 90 spokojnych dni
Generał w expose deklarował, że „w zamierzeniach rządu w sferze gospodarczej, żywa będzie troska o cele społeczne. Musimy określać je w sposób realistyczny, z poczuciem odpowiedzialności za urzeczywistnienie każdej zapowiedzi. W obecnych warunkach nie stać nas na wiele. Nigdy nie będziemy łudzić kogokolwiek obietnicami nie możliwymi do spełnienia”. Jednocześnie ostrzegał, że „bieżący rok będzie krytyczny, brzemienny w drastyczne niedobory”. Stąd też zwracał się… do związków zawodowych, do wszystkich ludzi pracy z apelem, z wezwaniem do zaniechania wszelkich akcji strajkowych… o trzy pracowite miesiące – 90 spokojnych dni”. Uzasadniał, że „czas ten pragniemy wykorzystać dla porządkowania najbardziej elementarnych spraw naszej gospodarki, dla dokonania remanentu >pozytywów i negatywów<, podjęcia najpilniejszych problemów socjalnych, nakreślenia i zapoczątkowania realizacji stabilizacji gospodarki kraju oraz dalekosiężnej reformy gospodarczej”.
Gratulacje i nadzieje
Generał otrzymał wiele gratulacyjnych pism i telefonów. Niemal każdy oczekiwał „uspokojenia” sytuacji, życzył powodzenia, dodawał otuchy. Także w kierownictwie nowego Związku, jak po latach napisał Jacek Kuroń (książka „Gwiezdne wojny”) wybór przyjęto z aprobatą i nadzieją. Karol Modzelewski, wtedy rzecznik Solidarności, 16 lutego w wywiadzie „Życia Warszawy” zauważył, że „Skład personalny i zasady polityki rządowej sformułowane w expose premiera Jaruzelskiego stwarzają realną szansę odwrócenia niebezpiecznego biegu wydarzeń” oraz zasugerował zaniechanie akcji strajkowych. Zwróćcie Państwo uwagę na tę sugestię. Wtedy dawała nadzieję na ostrożny optymizm.
Spośród zachodnich gazet, oceniających premiera i expose wspomnę, iż niemiecka prasa wręcz zgodnie pisała, że „Polska potrzebuje nie tylko towarów, surowców i dewiz. Potrzebuje przede wszystkim nadziei, aby ludzie odzyskali ponownie wiarę w sens pracy”. Generał jako przesłanie nadziei – jak to rozumieć dziś, po prawie 40 latach? Krótko mówiąc – nadzieja miała dwa główne aspekty, wymiary – skład rządu i pierwsze jego decyzje. Były to:
Pierwszy aspekt, wymiar – skład rządu:
– I wicepremier, koordynator gospodarki – Mieczysław Jagielski. Wymowne wówczas było jego podpisanie porozumień sierpniowych, jako „personalny gest” wobec Solidarności;
– wicepremier Mieczysław Rakowski, Redaktor Naczelny„Polityki” znany z wielu krytycznych publikacji władz, partii i życia wewnętrznego (artykuł „Szanować partnera”), stąd „źle” widziany w KC PZPR, na Kremlu. Jako Przewodniczący Komitetu Rady Ministrów ds. Współpracy ze Związkami Zawodowymi wraz z Ministrem Stanisławem Cioskiem, wielce oddanym sprawie porozumienia związków na niwie gospodarczej i społecznej, zdobył duże uznanie i szacunek Czy udało się spełnić pokładane nadzieje? Warto, by Państwo ocenili z dystansu czasu co było możliwe do osiągnięcia, a co pozostało przykrym doświadczeniem dla następców;
– wicepremier Roman Malinowski, człowiek „dobrej woli i cierpliwości”, wykazanej we współpracy z ZSZZ Solidarności Rolników Indywidualnych. Jednocześnie szef sztabu kryzysowego ds. rolnictwa;
– wicepremier Edward Kowalczyk, b. minister łączności. Teraz odpowiadał za sektor prywatny, który miał uzyskać dość szerokie pole rozwoju, co akcentowała Solidarność i było jednym z ważnych składników przygotowywanej reformy gospodarczej;
– Jerzy Ozdowski, ekonomista, związany z Kościołem, odpowiedzialny za politykę społeczną, a przez to i współpracę, porozumienie ze związkami zawodowymi.
Dziś, z dystansu prawie 40 lat warto zapytać pamiętających tamten czas Polaków – nie tylko byłych żołnierzy zawodowych – jak Solidarność praktycznie odniosła się do Apelu Premiera-Generała, co konkretnego w tym względzie uczyniła Zachęcam Państwa do namysłu do refleksji. Zachęcam do sięgnięcia po treść expose. Warto też postawić sobie pytanie – czy czas sprawowania funkcji premiera przez Generała był dla Polaków czasem straconym, czy jednak czasem „spełnionych oczekiwań”, mimo ogromnych trudności – kto chce je pamiętać? Tamten czas niebawem skrótowo przypomnę w kolejnych publikacjach.
Ponadto, w składzie rządu objęli ministerialne stanowiska wojskowi, co wówczas – nie zapominając o wielu krytycznych ocenach „lepiej wiedzących”, było przyjęte z zaufaniem do żołnierskiego munduru, tak w społeczeństwie, jak i wśród sąsiadów. Byli to: szef MSW, gen. Czesław Kiszczak; szef NIK, gen. Tadeusz Hupałowski; minister górnictwa, gen. Czesław Piotrowski; minister administracji, gen. Włodzimierz Oliwa oraz kilku wojewodów.
Drugi aspekt, wymiar – pierwsze decyzje nowego rządu:
– 17 lutego zarejestrowano Niezależny Związek Studentów, NZS, gasząc ogniska sporu i strajki studenckie w Łodzi, wychodząc naprzeciw krytycznym głosom o kierowniczej roli partii i wolności słowa;
– 19 lutego, podpisanie porozumień w Ustrzykach Dolnych wygaszających rolnicze strajki w Bieszczadach i Rzeszowie;
20 lutego, powołanie wspomnianego Komitetu pod przewodnictwem Mieczysława Rakowskiego;
6 marca, Sejm powołał uchwałą Komisję Nadzwyczajną ds. Kontroli Realizacji Porozumień z Gdańska, Szczecina i Jastrzębia Zdroju, przewodniczył prof. Jan Szczepański.
Refleksje z dystansu czasu
Dziś, z dystansu prawie 40 lat warto zapytać pamiętających tamten czas Polaków – czy pakiet został zrealizowany, kiedy i jakim kosztem. Zwracam uwagę, zachęcam Państwa do odświeżenia pamięci. Niektórzy mogą zapytać – po co, to już przeszłość. Czyżby Czytelnicy nie wiedzieli, że za kilka miesięcy niektórzy będą osobiście lub medialnie uczestniczyć w obchodach 40-lecia porozumień sierpniowych? Czy wiadomi propagandyści uznają za celowe pamiętanie określenie-a „porozumienia”, czy będzie zgodne z od lat prowadzoną „polityką historyczną” – jesteście Państwo tego pewni? Właśnie wiedza, pamięć i trzeźwe myślenie będzie bardzo potrzebne, by nikt Państwu, dzieciom i wnukom nie opowiadał głupstw właśnie nie „okłamywał historycznie”, nie traktował nas jak „bezmyślną masę” – już nie potrzebną, będzie po wyborach prezydenckich.
Jeśli ktoś – z rodziców i seniorów, ma wątpliwości, zachęcam do podręcznika historii dla szkół średnich, pt. „Zrozumieć przeszłość”, dzieje najnowsze po 1939 roku. Wydany w 2015 r., czyli „czasowo świeży”, autorstwa Jarosława Kłaczkowa i Agnieszki Zielińskiej. Na temat 5-letniego okresu rządu Premiera-Generała, dosłownie nie przeczytacie słowa. Jedynie tzw. zdanie wtrącone, że Stanisław Kania – cytuję – „ został zastąpiony na tym stanowisku (I sekretarza KC PZPR – moje, GZ) przez ówczesnego premiera i ministra obrony narodowej Wojciecha Jaruzelskiego, który dzięki tej nominacji skupił w swoim ręku najważniejsze urzędy w kraju”. „Szybko myślący” Czytelnik może zapytać – po co?
Następne zdanie brzmi – „W tym czasie dało się zaobserwować w całej Polsce wzmożoną działalność wojska”. Nie będę tego komentował. Że skłania to do głębokiego namysłu – powtarzam – czego szkoła uczy naszych dzieci i wnuki, przekonywać nie trzeba. Można się zadumać, czy po takiej „porcji” wiedzy wchodzące w dorosłość młode pokolenie „zrozumie przeszłość”, jej uwarunkowania i złożoności, by jako następcy – decydenci unikali błędów, nie prowadzili kraju na manowce.
Na zakończenie – wybaczcie Państwo Czytelnicy moje „publicystyczne milczenie”. Niektórzy dopytywali o powody, pojawiły się różne domysły. Nie spodziewane i trudne do przewidzenia osobiste okoliczności czasowo mnie „wyłączyły”.
Dziękuję serdecznie Redakcji Trybuny za okazaną wyrozumiałość i życzliwość. Czasu, który minął nie sposób „dogonić”, czego przykładem ta publikacja. Nie mówiąc o innych, godnych przypomnienia choćby „jak to było z wyzwoleniem(niektóre historyczne pluje stawiają znak zapytania lub piszą o drugiej okupacji) Warszawy”. Ale walki o wyzwolenie Pomorza przypomnę niebawem.
Spełniam też prośbę niektórych z Państwa, by przypomnieć sentencję Stanisława Cat-Mackiewicza – „Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nielubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego…
Ponieważ mówili to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do nich zaufanie jako do wielkich polityków. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie”.

Najlepszy oręż – mówić prawdę

Sejmowa konferencja „Bezdroża państwowej polityki historycznej. Polemicznie o „żołnierzach wyklętych”.

Z pewnym opóźnieniem, wywołanym trudnościami stwarzanymi po stronie kierownictwa Sejmu (opóźniano wpuszczanie do gmachu gości konferencji, piętrzono przeszkody formalne, a sporo osób nie zostało wpuszczonych), rozpoczęła się sobotnia konferencja „Bezdroża państwowej polityki historycznej.
Polemicznie o „żołnierzach wyklętych”, zorganizowana przez Klub Parlamentarny Lewica i tygodnik „Przegląd”. Celem konferencji było zaprezentowanie innej wizji przeszłości niż przedstawiana przez prawicę posługującą się głównie Instytutem Pamięci Narodowej, w tym ukazanie przemilczanych lub przeinaczanych zbrodni podziemia na cywilach i mniejszościach narodowych. Konferencja była lewicowym głosem w odpowiedzi na kolejną edycję Dnia Żołnierzy Wyklętych przypadającą na 1 marca.
Wśród zabierających głos, ogólny zarys przestępczych sposobów działania „wyklętych” przedstawił prof. Julian Kwiek. Problematykę morderstw dokonywanych przez „wyklętych” na Żydach i innych mniejszościach narodowych zarysował prof. Andrzej Rykała. M.in. o gloryfikowaniu zbrodniczej działalności „wyklętych” mówił prof. August Grabski.
M.in. kwestię politycznych uwarunkowań kultu wyklętych i wnioski wynikające z tego dla lewicy zaprezentował prof. Maciej Gdula. Głos zabrali też przedstawiciele Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, potomkowie żołnierzy AK z okolic Podhala i Nowego Targu.
Opowiedzieli oni o szykanach, jakie spotkały ich ze strony tamtejszej prawicy i IPN wskutek przyjęcia przez nich krytycznej postawy w stosunku do Józefa Kurasia „Ognia” i upowszechniania przez nich wiedzy o jego zbrodniach, m.in. na kobietach i dzieciach, a także na Żydach.
Z interesującymi uwagami poszerzającymi horyzont problematyki konferencji, wzbogacającymi ją o istotne wątki, wystąpili dziennikarze i publicyści tygodnika „Przegląd” – Paweł Dybicz i Robert Walenciak.
Redaktor Dybicz zaproponował, by w przyszłości Lewica, jeśli dojdzie do władzy, zastąpiła Dzień Żołnierzy Wyklętych Dniem Pamięci Ofiar Wojny Domowej w Polsce. Obaj zaakcentowali przede wszystkim konieczność odważnego mówienia prawdy, jako najlepszą odpowiedź na politycznie motywowaną prawicową mitologizację „wyklętych”, konieczność przyjęcia zasady niekrycia się z poglądami.
W dyskusji głos zabrali m.in. Paulina Piechna-Więckiewicz, która opowiedziała m.in. o indywidualnym doświadczeniu warszawskiej radnej lewicy w kwestii pomijania przez prawicę problemu ofiar „wyklętych”, a posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk podjęła problem konieczności budowania konkurencyjnej narracji historycznej w stosunku do prawicowej.
Samokrytycznie wspomniano też o błędzie SLD, jakim było głosowanie w 2011 roku jej posłów za uchwaleniem Dnia Żołnierzy Wyklętych, a prof. August Grabski zaproponował przedstawienie przez lewicę jej własnych historycznych wzorców osobowych w odpowiedzi na krzewienie kultu postaci z kręgu „wyklętych” i politycznej prawicy.
Prof. Nina Kraśko, socjolog, stwierdziła, że należy zlikwidować IPN i że w ostatecznym rezultacie pion historyczny tej instytucji okazał się bardziej szkodliwy niż pion śledczy. To nie wszystkie głosy, jakie padły na tej konferencji, na koniec której szef Klubu Parlamentarnego Lewicy Krzysztof Gawkowski obiecał wsparcie w przyszłości dla kolejnych podobnych konferencji i zapowiedział publikację zawierającą materiał ze spotkania na temat „Rozdroży państwowej polityki historycznej”.
Na konferencji był obecny także wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty.