Historyk faszyzmów i nie tylko Wspomnienie

Jerzy W. Borejsza (1935-2019)

28 lipca zmarł Jerzy W. Borejsza, profesor historii, autor cennych publikacji z dziejów XIX, w tym Powstania Styczniowego (by m.in. sekretarzem komisji obchodów zarówno 100, jak 150. rocznicy) i emigracji polskiej we Francji (zbiór szkiców „Piękny wiek XIX”, „Patriota bez paszportu”, biograficzna opowieść o rewolucjoniście polskim i paryskim komunardzie Walerym Wróblewskim) i XX wieku („Rzym a wspólnota faszystowska”, „Mussolini był pierwszy”). Był jednym z najwybitniejszych historyków fenomenu faszyzmów europejskich w XX wieku. W ostatnim okresie życia jego naukowe zainteresowania koncentrowały się wokół epoki wojny krymskiej (1854-1855).
Trudno wyliczyć wszystkie jego akademickie afiliacje i członkostwo w towarzystwach naukowych. Między innymi wykładał na Ruprecht-Karl-Universität w Heidelbergu (1990-1991), następnie, w latach 1991–1996 był dyrektorem Centre Scientifique Polonais w Paryżu, inaczej zwanego – od adresu w XVI dzielnicy Paryża – Lauristonem – jednej z najważniejszych polskich instytucji naukowych i kulturalnych we Francji. Od 1996 do 1998 roku był z kolei profesorem École des hautes études en sciences sociales (EHESS) i Uniwersytetu w Dijon. Za swoje zasługi dla naukowej i kulturalnej współpracy polsko-francuskiej został odznaczony Krzyżem Oficerskim
Legii Honorowej.
W tym roku ukazały się jego wspomnienia, nawiązujące m.in. do postaci jego ojca, Jerzego Borejszy (1905-1952), znanego działacza komunistycznego i założyciela „Czytelnika”. Związek z tym wydawnictwem Jerzy W. Borejsza kontynuował, gdyż w latach 1980-1992 przewodniczył jego Radzie Wydawniczej.

W buraczkach

Mniej poważne wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Przed poprzednią rocznicą Warszawskiego Powstania pewna sympatyczna pani zadała mi pytanie – jak Powstanie wpłynęło na pańskie życie, co pan z niego szczególnie zapamiętał? Nie było wówczas warunków do udzielenia odpowiedzi, więc obiecałem, że odpowiem później.

Spóźniona odpowiedź

Jako względnie solidny sklerotyk wracam więc do tego tematu. Dlaczego dopiero po roku? Chyba dlatego – i jest to już wstępny element odpowiedzi, – że nie kultywuję specjalnie tego okresu mego życia. Staram się eliminować z pamięci sytuacje tragiczne, a eksponować pogodne i zabawne, bo – wbrew pozorom – i takich w „historycznych momentach” na ogół nie brakuje. I nie jest to z mojej strony ani zamiar ani objaw lekceważenia, tylko instynktowna, równoważąca reakcja, na śmiertelnie poważne i niemal zawsze smutne opowiadania o wszystkim, co dotyczy tego „niepodległościowego zrywu”. Zwłaszcza drażnią mnie górnolotne, okolicznościowe przemówienia naszych najwyższych notabli, których wtedy jeszcze na świecie nie było. Ale Powstanie jest kapitałem politycznym, więc muszą o nim dużo mówić, a nawet teatralnie pokrzykiwać.
Nota bene – jest to jedna z przyczyn, dla których od dawna zrezygnowałem z uczestnictwa w organizacjach kombatanckich, staram się nie chadzać na wspomnieniowe spotkania (zresztą już nie bardzo mam z kim!), nie znoszę ubierania berecików i podniecania młodzieży moją rzekomo bohaterską postawą.
To „bohaterstwo” też jest już pewnym podtematem odpowiedzi. Nie chcę powiedzieć – broń mnie Boże – że wśród żyjących jeszcze uczestników Powstania nie ma prawdziwych bohaterów, którzy robili coś nadzwyczajnego, albo wykonywali wyjątkowo trudne zadania. Ale wrodzona przekora przypomina mi spotkanie z oficerami łącznikowymi z Londynu, jakie w lipcu 1945 r. wraz z kilkudziesięciu kolegami, mieliśmy w Niemczech, już umundurowani i wspomagający II Armię Kanadyjską, która wyzwoliła nas z jenieckiego obozu.

Bohaterstwo, ostrożność i szczęście

Prowadzący spotkanie major powiedział wtedy – „Drodzy chłopcy – jesteście bohaterami i zrobimy wszystko abyście mogli rozpocząć nowe życie na zachodzie”. Jeden ze starszych kolegów, słynący wśród nas z inteligencji, dowcipu i cynizmu, odpowiedział wówczas – „Panie majorze – prawdziwi bohaterowie, nasi przyjaciele i koledzy, wyginęli w Powstaniu. Tutaj ma Pan do czynienia z gromadą ludzi bardzo ostrożnych, takich, którzy po prostu mieli szczęście, albo wręcz dekowników. O ile wiem, to większość z nas nie uważa się za bohaterów”.
Jeśli chodzi o mnie – to kolega miał rację. Przez całe Powstanie nie zrobiłem nic bohaterskiego. Byłem – upraszczając – czymś w rodzaju „łącznika dalekiego zasięgu”. Miałem satysfakcję, kiedy, zgodnie z rozkazem, udawało mi się dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Miałem szczęście, bo udawało mi się często „przeskoczyć” przez ulice pod ostrzałem i niemające (albo jeszcze niemające) barykad. Chwaliłem się przed kolegami, że znajdowałem nowe przejścia między domami, albo przez łączące się piwnice. Miałem szczęście, że nie podtruli mnie skutecznie w kanałach, jak przechodziłem ze Śródmieścia na Starówkę i na Powiśle. Miałem w końcu szczęście, że niemiecki snajper strzelający z Ogrodu Saskiego, wprawdzie mnie trafił, jak przeskakiwałem Marszałkowską, ale przestrzelił mi tylko bluzę na przygarbionych plecach. Wśród kolegów panowało przekonanie, ze właśnie ta bluza daje „nietykalność”. Parokrotnie, niemal zmuszano mnie do jej pożyczania, przed bardziej niebezpiecznymi trasami.
Co zapamiętałem poza tymi „osiągnięciami”? Oczywiście – wizyty w piwnicznym szpitalu na Świętokrzyskiej, gdzie początkowo leżał mój ojciec (kpt. „Macedończyk”), trafiony kulą z karabinu maszynowego nurkującego Sztukasa. Leżał na materacu, rozłożonym na podłodze, w „pomieszczeniu oficerskim”. Był tam też pacjent, który niemal bez przerwy opowiadał „kawały”, czyli anegdoty, głównie warszawskie i żydowskie. Dzięki tym opowiastkom Ojciec, mimo bólu, był zawsze w niezłym humorze. Mnie się to też udzielało i wychodziłem z tego szpitala w pogodnym nastroju i z nadzieją, „że wszystko dobrze się skończy”.

Coś do zjedzenia

Dodatkowym, codziennym zajęciem było poszukiwanie czegoś konkretnego do zjedzenia, poza często dostępną, przesłodzoną zupą z ziaren pszenicy. Chleb jadłem rzadko. Piekły go jeszcze nieliczne piekarnie, w których mieli zapasy mąki. Nie było powszechnego systemu zaopatrzenia, bo też nie było niezbędnej dla jego funkcjonowania logistyki. Częściej jadałem w różny sposób przyrządzane kartoflanki, bo ludność cywilna miała spore zapasy ziemniaków. Częstowano nas tymi kartoflankami w piwnicach, przez które przechodziliśmy, indywidualnie wykoncypowanymi trasami dojścia do miejsc przeznaczenia.
W czasie całego Powstania tylko raz jadłem prawdziwy i smaczny, pełny obiad. Na Jasnej spotkałem Krysię – zaprzyjaźnioną koleżankę ze szkoły. Nie uczestniczyła czynnie w Powstaniu, bo opiekowała się matką i babcią, które po ucieczce z Woli mieszkały w miejscu pracy mamy – budynku Komunalnej Kasy Oszczędności, róg Złotej, Jasnej i Przeskok. Rodzina opiekująca się tym obiektem miała znaczne zapasy ziemniaków i buraków. Jej matka też z nich korzystała. Krysia zaprosiła mnie na obiad na następny dzień, zapowiadając z uśmiechem, że będzie „wyjątkowa wyżerka”. Poprosiłem o dwugodzinne „wolne, wyrwałem jakieś kwiatki z resztek balkonu rozbitego bombą domu na Sienkiewicza i poszedłem do budynku KKO.
Panie mieszkały w piwnicy, ale obiad zrobiły w jednym z urzędniczych pokoi na parterze. Na przystawkę podano połówki jajek z chrzanem, potem doskonale przyrządzoną kartoflankę. Po krótkiej przerwie babcia wniosła danie główne – na półmisku leżał zając! Nałożono mi spory kawałek ciemnego mięsa, ziemniaki i buraczki. Nie miałem wątpliwości – mięso smakowało jak zając. Zapytałem tylko, kto i jak dostarczył im zająca? Panie zaśmiały się głośno, a Krysia powiedziała, że to właściwie tajemnica, ale później mi powie.
Po obiedzie zostało mi jeszcze pół godziny „wolnego”, dostałem kubek zbożowej kawy i usiedliśmy z Krysią na schodkach, przed wejściem do budynku. Było cicho – tego dnia bombardowano nas rano, a potem był spokój. Krysia zapytała, czy smakował mi obiad. Jak entuzjastycznie potwierdziłem, szczególnie chwaląc zająca, powiedziała „to fajnie, ale to nie był zając, tylko kot!”. Zakrztusiłem się kawą, ale mój żołądek nie zareagował. Pomyślałem, że w końcu Chińczycy jedzą niemal wszystko, co się rusza. A kot – dachowiec, to właściwie dziczyzna.

Uśmiech przez łzy

Powstanie trwało dwa miesiące, ale z mego życiorysu wycięło prawie półtora roku. Największą część tego okresu zabrał pobyt w niewoli. To nie był dobry czas, ale i w nim zdarzały się momenty, w których rozbawienie było silniejsze od smutku i złości, w których uśmiech ukrywał łzy.
Pierwszym takim momentem był apel po przyjeździe do jenieckiego obozu XIB w Fallingbostel. To nie była represja. Rozumieliśmy, że musieli zrobić jakąś wstępną ewidencję. Ustawiono nas na wielkim placu i niemieccy oficerowie w towarzystwie kilku żołnierzy przechodzili powoli wzdłuż szeregów, notując imiona i nazwiska, stopnie wojskowe, daty urodzenia, zabierając legitymacje AK, wydane w czasie Powstania, scyzoryki i „fińskie” noże, a także wojskowe pasy lub szerokie pasy o podobnym wyglądzie. I to ostatnie żądanie stało się problemem wywołującym powszechna wesołość – zarówno naszą jak i ich. Pół biedy, jeśli ktoś nosił pas opasujący bluzę, kurtkę czy płaszcz. Ale jeśli ten pas utrzymywał spodnie – sytuacja robiła się tragiczna. Na ogół zbyt luźne spodnie opadały, trzeba było je podtrzymywać rękami, zajętymi przecież plecakami, walizeczkami i workami z „dobytkiem”. Ci mniej szczęśliwi z trudem potem dotarli do wyznaczonych baraków, wygrzebywali ze swoich bagaży zapasowe, normalne paski do spodni, – jeśli je mieli. Ci, co ich nie mieli, szukali sznurków i linek. Jeśli ich nie znaleźli, darli i wiązali na paski zabrane ręczniki, a nawet koszule. Ale złość mieszała się ze śmiechem, a obraz naszych chłopców, łącznie ze mną, paradujących przez dłuższy czas z opadającymi spodniami, został w mojej pamięci.
Dużo później zdarzyła się sytuacja, w której także rozbawienie zwyciężyło z obawą i niezadowoleniem. Wraz z kolegą uciekliśmy z podobozu pracy, mając nadzieję, że uda nam się przejść do Aliantów przez bliski już front. Nie daliśmy rady. Nie mieliśmy dobrej mapy, po trzech dniach byliśmy wykończeni spaniem w domkach w ogródkach działkowych, zmarznięci i głodni. W mieście Wuppertal odpoczęliśmy w słońcu na parkowej ławce i postanowiliśmy się poddać. Ale komu i jak? Uznaliśmy, że najlepiej policjantowi, regulującemu ruch na pobliskiej ulicy. Zdjęliśmy i wyrzuciliśmy do kosza na śmieci cywilne płaszcze, które przykrywały nasze mundury – wprawdzie belgijskie, otrzymane już w obozie, ale zupełnie podobne do polskich. Założyliśmy pomięte w kieszeniach furażerki i podeszliśmy do policjanta. W naszym szkolnym, chociaż nieco już podszlifowanym niemieckim, powiedzieliśmy, że uciekliśmy z obozu jenieckiego, ale rezygnujemy i prosimy o przekazanie nas najbliższej jednostce Wehrmachtu, czyli wojskowej.
Policjant stał jak posąg z ręką podniesioną dla regulowania ruchem W jego oczach i zastygłej ze zdumienia twarzy zobaczyłem zdziwienie połączone z przerażeniem. Być może, w hałasie ulicznym nie końca nas zrozumiał. Jak wszyscy Niemcy w Westfalii zdawał sobie sprawę, że coraz lepiej słyszalne, zbliżające się odgłosy pojedynków artyleryjskich oznaczają rychłe wejście aliantów. Przez chwilę był chyba przekonany, że jesteśmy już zwiadowcami nadchodzącej „wrogiej” armii i że to on ma się poddać. Nie mogliśmy się powstrzymać od szerokiego uśmiechu, a on w końcu zorientował się, że jesteśmy bez broni. Otrzeźwiał, ale muszę przyznać, że widocznie bardziej zrozumiał, zbliżającą się nieuchronnie „zamianę miejsc” i był wyjątkowo uprzejmy. Także w komisariacie, do którego nas zaprowadził, traktowano nas niemal jak oczekiwanych gości. Nic dziwnego – składaniu rutynowych zeznań towarzyszyło coraz silniejsze drganie szyb, reagujących na wybuchy artyleryjskich pocisków.
Jak piszę ten tekst, przypomina mi się coraz więcej powstańczych i postpowstańczych momentów, które wywoływały śmiech, osłabiały napięcie, ułatwiały przetrwanie. Ale teraz nie jest dobry czas na ich opisywanie. Aktualne władze mają ograniczone poczucie humoru i mogą to uznać za modne ostatnio „szarganie świętości”.

UWAGA! W artykułach obejmujących wspomnienia z okresu Powstania Warszawskiego i kilku lat powojennych, autor opiera się wyłącznie na własnej pamięci. Stąd też mogą występować pewne różnice w stosunku do informacji zawartych w dostępnej literaturze.

Fetowanie zwycięstwa czy poronionej doktryny?

13 czerwca Sejm ustanowił rok 2020 Rokiem Bitwy Warszawskiej. Zaledwie jeden poseł był przeciw. Nie znam motywów jego decyzji, ale i ja byłbym przeciw. Być może z zupełnie innych, niż on, powodów.

Od czasów III RP z wielką pompą i nadzwyczaj uroczyście obchodzone jest corocznie to wydarzenie, a więc w jego stulecie spodziewać się należy potężnej erupcji ciągle powtarzanych treści o tym, że była to osiemnasta przełomowa bitwa w historii świata, że uratowaliśmy Europę przed falą bolszewizmu, która niechybnie by ją zalała, że przed agresją ze Wschodu obroniliśmy naszą, niedawno odzyskaną, niepodległość. Nadto przywoływać się będzie to zdarzenie jako „Cud nad Wisłą”, pojawi się ks. Skorupka z krzyżem, w kościołach odprawione zostaną msze dziękczynne , a TVP 1 po raz kolejny wyemituje „Rok 1920”. A przy okazji potwierdzimy nasz stosunek do Rosji, która, jak wtedy tak i dziś, stanowi dla Polski śmiertelne zagrożenie, a więc i tym samym naszą zagraniczną politykę i rosnące stale zbrojenia.
Nawet wnikliwy i często bezkompromisowy portal OKO.press komentując powyższą sejmową uchwałę zajął się jedynie kwestią uboczną, jaką było wprowadzenie do jej tekstu fragmentu dużo wcześniejszego wystąpienia prezydenta Lecha Kaczyńskiego na ten temat.

Mogło by nie być ani bitwy warszawskiej,

ani tamtej wojny bowiem prawda o przyczynach konfliktu jest inna i dużo bardziej skomplikowana niż okazjonalne sejmowe i propagandowe zawołania. Historyk prof. Andrzej Chwalba niedawno mówił: „Między Polską a Rosją sowiecką istniały obszary sporne. Wojna była nieunikniona, zaczęła się już w 1919 r., niemniej jednak pokój wiosną 1920 r. nie był wykluczony. W tym momencie Moskwa była gotowa na zawarcie pokoju nie tylko z Polską, ale także z Estonią, Litwą, Łotwą, Rumunią i Finlandią – i z tymi państwami, poza Polską, wówczas go zawarła. Bolszewicy chcieli umocnić władzę, odbudować gospodarkę, tabor kolejowy, planowali NEP.” („Przegląd”, 4-10.03.2019). I dalej dodaje, co już nie jest takie przekonywujące: „Oczywiście zawarcie pokoju nie oznaczało, że jeśli państwo radzieckie się wzmocni, to do wojny nie dojdzie. Gdyby w Europie ponownie doszło do wzmocnienia fali rewolucyjnej, co było wielce prawdopodobne Armia Czerwona by ruszyła”.
Nieprzekonywujące, bowiem do wybuchu II wojny światowej ZSRR przestrzegał podpisanych z pięcioma wymienionymi krajami układów pokojowych, a potężna fala rewolucyjna w Niemczech opadła w styczniu 1919 roku, i już nigdy do takiego poziomu się nie podniosła. Nadto, jak się niedługo okazało, siła i możliwości Armii Czerwonej były jednak poważnie ograniczone.
Paradoksem jest fakt, że to właśnie wojna polsko-bolszewicka odnowiła w Moskwie nadzieję na przeniesienie płomienia rewolucji na zachód, do centrum Europy.

Na wschodzie Polska

nie tylko zbrojnie tworzyła swój kształt terytorialny ale także, głównie z inspiracji i za wolą Józefa Piłsudskiego, wtedy Naczelnika Państwa, kreowała określoną politykę tak wobec białej jak i czerwonej Rosji. Brak poparcia z polskiej strony dla sił kontrrewolucyjnych Denikina, Judenicza i Kołczaka, popieranych i hojnie materiałowo oraz militarnie wspieranych przez Koalicję (m. in. Wielką Brytanię i Francję), wynikał z uzasadnionych obaw, że po zwycięstwie nad bolszewikami zechcą kontynuować carską politykę zaborczą wobec Polski. I dlatego 1 września 1919 roku na froncie północno-wschodnim wstrzymano działania wojenne, tym samym ułatwiając Armii Czerwonej rozprawienie się z przeciwnikiem. Natomiast rozmowy z bolszewikami, rozpoczęte 12 października w Mikaszewiczach, poza kwestiami wymiany jeńców i dążnością strony radzieckiej do przekształcenia ich w rokowania pokojowe, zakończyły się niczym 12 grudnia. „Mimo fiaska rokowań o zawarcie pokoju – pisał Olgierd Terlecki – z rozmów mikaszewickich obie strony wyniosły wspólny zysk; było nim uniemożliwienie Denikinowi rozwinięcia w wymiarze strategicznym jego początkowych sukcesów. A stanowiłoby to największe zagrożenie – tak dla Polski, jak dla radzieckiej Rosji.” I dalej: „Pomimo więc wyraźnej ze strony polskiej niechęci, Cziczerin wystosował 22 grudnia formalną notą do swego polskiego kolegi… Rząd Radziecki raz jeszcze potwierdza dane przezeń wcześniej zapewnienie o swym mocnym pragnieniu położenia końca wszelakim konfliktom z Polską. Rząd Radziecki zwraca się do Rządu Polskiego z formalną propozycją bezzwłocznego rozpoczęcia pertraktacji mających na celu zawarcie trwałego pokoju pomiędzy obu państwami…<< W Mikaszewiczach – kontynuuje Terlecki – uznanie granicy wschodniej na rubieżach według stanu posiadania z dnia 1 września miał Piłsudski właściwie w kieszeni. Lecz nie o to mu chodziło. Gdyby poprzestał na zatrzymaniu zajmowanych obecnie części Białorusi i Ukrainy, musiałby je inkorporować rezygnując z szerszego programu. Jego zamiarem politycznym zaś, jak już wiemy, było wszakże ujęcie całej Białorusi i całej Ukrainy, w każdym razie z Kijowem i ujściem Dniepru, utworzyć tam ściśle z Polską związane państwa wobec Rosji buforowe.”

Konsekwencją tej doktryny

była wspólna, wsparta tylko częściowo przez siły ukraińskie, ofensywa na Kijów w kwietniu 1920 roku, której celem było utrwalenie istnienia Ukraińskiej Republice Ludowej. Chwalba wspominał, że została ona „ uznana za inwazję na ziemie Rosji, co doprowadziło do mobilizacji Rosjan wokół partii bolszewickiej. Poprawiło się morale, zmalała dezercja, a na zachodzie Europy znów podniosły się nastroje rewolucyjne. Moskwa uwierzyła, że będzie w stanie pokonać Polskę i wtargnąć na obszary przynajmniej Europy Środkowej…W Sejmie najsilniejsza była Narodowa Demokracja, przeciwna i wyprawie na Kijów, i sojuszowi z Ukrainą. Również politycy lewicy z reguły nie chcieli wojny…” A ta wojna toczyła się ze zmiennym szczęściem: wpierw zajęliśmy Kijów, którego zresztą nie był w stanie utrzymać nasz sojusznik ataman Petlura, później bolszewickie armie zagroziły Warszawie, którą szczęśliwie obroniliśmy, wreszcie, po kontrofensywie i zwycięskiej dla strony polskiej bitwie niemeńskiej, skończyła się 12 października 1920 roku.
Zmagania wojenne zakończyły ostatecznie negocjacje i podpisanie traktatu pokojowego w Rydze w marcu 1921 roku, w czasie których kwestia wytyczenia granicy wschodniej nie stanowiła problemu; Polska natomiast musiała uznać Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką łamiąc tym samym wcześniejsze sojusznicze zobowiązania wobec Ukraińskiej Republiki Ludowej. Piłsudski nie osiągnął żadnego z planowanych wtedy politycznych celów, natomiast poważnie naraził nowo odzyskaną niepodległość, spowodował przelanie polskiej, nie tylko żołnierskiej, krwi i śmierć 60 tysięcy ofiar tej wojny, nie wspominając już o stratach materialnych.

Z przedstawionych wydarzeń

wynika jasno, że to my, zamiast zawrzeć pokój, sprowokowaliśmy tę wojnę, a bitwa warszawska, będąca istotnym jej elementem, tym razem przyniosła victorię najeźdźcy. Opisujący tamte wydarzenia często włączają wojnę polsko-bolszewicką do jednego z wysiłków zbrojnych tzw. wojny o granice Rzeczpospolitej, tym samym usprawiedliwiając naszą agresję i nieszczęsną polityczną doktrynę, co stanowi najzwyklejsze zakłamanie historii. Towarzyszy takiemu interpretowaniu ówczesnych wydarzeń i Wikipedia w haśle „Kształtowanie się granic II Rzeczypospolitej”, w którym Armia Czerwona występuje w roli agresora: „odnosiła coraz większe sukcesy w swoim marszu na Zachód i w lipcu 1920 weszła na kolejne ziemie polskie. Wojsko dotarło wkrótce do Warszawy.” Kielich niedomówień, pełen propagandowych zaklęć, przelała wspomniana uchwala sejmowa.
Jeżeli już przywoływać tamte zmagania,
to nie w tryumfalnym tonie zwycięscy, a tylko z nisko pochyloną głową nad mogiłami niepotrzebnych ofiar tamtej wojny i z największym szacunkiem dla wielkiej determinacji Polaków w obronie ojczyzny.
Lekcja z symbolicznej daty 15 sierpnia 1920 roku powinna być dla nas zawsze aktualna i pouczająca, ale niestety nie została odrobiona w latach późniejszych. Kolejny zamysł polityczny, w wyniku którego 1 sierpnia 1944 roku rozpoczęły się walki w stolicy, przyniósł ponad trzykrotnie większą liczbę ofiar i hekatombę miasta. Niepomni tych tragedii aktualni polscy politycy świętują na grobach ofiar fakt wywołania Powstania Warszawskiego i zwycięstwo w bitwie warszawskiej.

Warto przy tej okazji

przypomnieć postać przywoływanego wcześniej Olgierda Terleckiego – publicysty i pisarza historycznego, w swoim czasie niezwykle popularnego i wysoko cenionego, także w kręgach emigracyjnych za przedstawianie prawdziwego obrazu najnowszej historii Polski – z którego nadzwyczaj rzetelnej i bardzo obszernej pracy „Z dziejów Drugiej Rzeczpospolitej” pochodzą zamieszczone cytaty. Był Terlecki autorem szeregu książek dotyczących także okresu II wojny światowej i wybitnych osobistości polskiej sceny politycznej: płk. Józefa Becka, gen. Władysława Sikorskiego (pierwsza w PRL dwutomowa biografia w 100 tys. egz. i album w kilkudziesięciotysięcznym nakładzie), a zamiar dopełnienia tej trylogii o marszałka Piłsudskiego uniemożliwiła mu śmierć. Druga wojna światowa stanowiła dla Terleckiego największe nieszczęście: zaznał łagiernego losu nad Morzem Białym i u ujścia Peczory, z armią Andersa był na Bliskim Wschodzie, walczył pod Monte Cassino i pod Anconą, doświadczył doli emigranta w Wielkiej Brytanii, a w nowej Polsce dobrodziejstw UB. Na to jakże dramatyczne, ale i w wielkim stopniu spełnione życie, nałożył się ujawniony przez jego syna Ryszarda fakt współpracy Terleckiego ze Służbą Bezpieczeństwa, szczególnie przy rozpracowywaniu środowisk polskiej emigracji. Jerzy Kulczycki, księgarz i wydawca – powszechnie znana i bardzo zasłużona postać wśród londyńskiej emigracji, właściciel Orbis Books (London) LTD, po przeczytaniu informacji o agenturalnej działalności Terleckiego powiedział: „Myśmy w Londynie o tym wiedzieli. Sam Olgierd nam powiedział i nawet prosił, aby przy nim za dużo nie mówić, bo potem musi o tym wszystko napisać. Nie chcę nawet wspominać o moralnej postawie syna Olgierda”.
Ryszard Terlecki mógł o tym nie wiedzieć, ale gdyby uważnie przeczytał cytowaną książkę swego ojca, i trochę pomyślał, to być może, jako wicemarszałek Sejmu, ograniczyłby w we wspomnianej uchwale liczbę kompromitujących ją fragmentów.

Na pożegnanie jeźdźca historii

Zajeżdżanie kobyły historii kosztowało wiele, i pomimo dużej dozy idealizmu, nie okazało się daremne.
Lewica żegna Karola Modzelewskiego.

„Zdarzają się – pisał Karol Modzelewski – rewolucyjne próby oddziałania na bieg dziejów w sposób zamierzony. W roku 1956, w latach sześćdziesiątych, a zwłaszcza w latach osiemdziesiątych uczestniczyłem w takich próbach. W końcu udało się nam przestawić zwrotnicę historii, ale rezultat okazał się dość odmienny od naszych, a w każdym razie moich zamierzeń i oczekiwań…”

W powszechnym przekonaniu

stalinizm w Polsce zakończył się wraz z Polskim Październikiem. Rzeczywiście, ustał czas wyjątkowej opresji ze strony bezpieki i wszechpotężnej dominacji państwa obejmującej nawet życie prywatne obywateli, ale sama partia niewiele się zmieniła. Zahamowany z różnych zresztą, często nawet uzasadnionych, przyczyn, proces demokratyzacji polskiego życia społeczno-politycznego, przyniósł druzgocące skutki samej PZPR. Pozbawiona wewnętrznych frakcji (poza tymi rodzącymi się w okresach kryzysu), samozniewolona centralizmem demokratycznym (niewiele mającym wspólnego z demokracją), stała się zdyscyplinowaną, jednomyślną, ale i bezrefleksyjną siłą polityczną podporządkowaną kierownictwu.
Wszelkie poważniejsze próby w partii i w kraju, jednostkowe czy zbiorowe, niezależnej dyskusji, krytyki czy tylko wątpliwości na temat zasad i sposobów budowy socjalizmu w Polsce, i roli w nich PZPR, były zwalczane. Poczynając od kar partyjnych, wydalania z partii, pozbawienia dotychczasowych stanowisk pracy, nawet sądowymi wyrokami, jako wrogie poczynania rewizjonistyczne, w pewnym okresie nawet syjonistyczne, i jeszcze wszystkie inne, stanowiące w konsekwencji próbę obalenia socjalistycznego ustroju.
Mimo wszystko i w kraju, i w samej PZPR, toczył się ukryty, społeczny dyskurs o stanie polskich spraw, niepozbawiony niepokoju i alarmistycznych pytań. Wyrażał się, bo tylko tak było to możliwe w zaistniałych warunkach, w cichych, dyskretnych rozmowach, nieśmiałych pytaniach, zapadającym milczeniu stanowiącym brak akceptacji, czasem w spojrzeniu czy nawet wzruszeniu ramion. A przede wszystkim w rozpowszechnieniu przekonania „róbmy swoje”, co również wyznaczało odpowiedzialne decyzje, także licznych partyjnych działaczy na różnych szczeblach władzy.

„Moje myślenie – wspominał Modzelewski

– było całkowicie utopijne – wierzyłem, że można ten ustrój zastąpić demokracją pracowniczą. I tak jak pisałem później w „Liście otwartym” [„List otwarty do Partii” autorstwa Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego z 1965 roku stanowił, z marksistowskiego punktu widzenia, druzgocącą krytykę realizowanego ustroju – Z.T.] wydawało mi się, że w tym kierunku mogła rozwijać się sytuacja w roku 1956, ponieważ takie było brzmienie październikowej prasy i w tym kierunku szli… przywódcy robotniczy…Oczywiście, wtedy nie uważałem, że to utopia. Uważałem, że to jest osiągalne…Gdy mówiłem o rozczarowaniu czy też wrogości wobec skrętu ku stabilizacji ustroju, którego dokonał Gomułka, miałem też na myśli konkretne wydarzenia. Pierwszym było zamknięcie „Po Prostu” i rozpędzenie najpierw wiecu na placu Narutowicza, następnie ulicznych demonstracji studenckich w październiku 1957 roku. To był ważny zwrot…Wtedy, szczerze mówiąc, pierwszy raz poczułem, że nie jest to moje państwo”.

I zapewne,

pomimo wcześniejszej głębokiej wiary w ideały socjalizmu, nie był to już także, w obserwowalnym wydaniu, jego ustrój. Modzelewski został wyrzucony z partii i skazany na ponad trzy lata więzienia. Wyszedł na wolność przed buntem studentów w marcu 1968, ale za udział w tych wydarzeniach ponownie trafił do więzienia.
W następnym czasie kontynuował swoje naukowe zainteresowania średniowieczną historią Polski broniąc kolejno, w latach 70. pracę doktorską i habilitacyjną. Ale pasja okresem Piastów musiała przegrać z, utrwalonym w jego zbiorze wartości, obowiązkiem obrony robotniczych interesów i stąd, w 1980 roku, włączył się aktywnie w działalność „Solidarności”, będąc autorem nazwy rodzącego się związku zawodowego i stając się ważną postacią w jego kierownictwie. Rozważania, na ile etap solidarności był szansą na zmianę i demokratyzację, także partii, a na ile okazał się czasem straconym i kolejną ułudą, zamyka wprowadzenie, w dramatycznych dla kraju okolicznościach, stanu wojennego.

Pojęcie lewica w okresie PRL

miało charakter historyczny, odnoszący się do minionych wydarzeń, natomiast prawica, z licznymi odmianami tego słowa, funkcjonowała w najlepsze w licznych ideologicznych i propagandowych wypowiedziach. PZPR, pomimo realizowania, w liczącej się mierze, tradycyjnych postulatów lewicy, słowa tego unikała, odróżniając się tym sposobem od niewątpliwie lewicowych, ale jakże odmiennych, partii socjaldemokratycznych. Zapewne także ze względu na utrzymanie monopolu władzy, spełniając rolę jedynego obrońcy „prawdziwego marksizmu”, a pod radziecką kuratelą i kontrolą, także „leninizmu”. W konsekwencji oznaczało to, że postaci opowiadających się za lewicowymi politycznie i społecznie ideami oraz działaniami, ale krytycznie oceniających tzw. realny socjalizm, nie zaliczano do lewicy, a wrzucano do jednego wora wrogiej politycznej opozycji. Taki obraz utrwalony został nie tylko w szeregach partii, ale także w jej kierowniczych gremiach, co dotyczyło oczywiście i Karola Modzelewskiego.
W zmienionych politycznych okolicznościach, takich jak na przykład okres IX Zjazdu PZPR, Karol Modzelewski mógłby być z pewnością zaliczany do grupy czołowych partyjnych reformatorów i zapewne podzieliłby później ich los w ramach tzw. cięcia po skrzydłach. Natomiast w okresie poprzedzającym Okrągły Stół wykreowany został m. in. przez liczne meldunki MSW – On ze swoimi lewicowymi zapatrywaniami na Polskę – na największego wroga wśród prawicowych przedstawicieli strony opozycyjno-solidarnościowej.
Przewartościowanie pojęcia lewica mogło się zacząć po wyrażonej w sierpniu 1988 roku przez Józefa Czyrka – wtedy członka Biura Politycznego i sekretarza KC – opinii, że w Polsce kończy się okres stalinowskiego socjalizmu, także dla PZPR. W rzeczywistości, dopiero po jej rozwiązaniu, i powstaniu Socjaldemokracji RP oraz Polskiej Unii Demokratycznej odrodziła się w Polsce zorganizowana, polityczna lewica.
A tak dla wyjaśnienia, to używany obecnie termin „lewica demokratyczna” przypomina znane powiedzonko o maśle maślanym, gdyż już w samej swojej nazwie zawiera nieistniejącą sprzeczność, bowiem nie ma lewicy bez uznawania demokracji, tak jak i wolności, czy też równości wszystkich obywateli. Autorzy cytowanego terminu posługują się nim dziś jedynie instrumentalnie, próbując tym sposobem przeciwstawiać go i dezawuować Sojusz Lewicy Demokratycznej.

„Jaruzelski – to jest moja supozycja, a nie wiedza

[mówił Modzelewski – Z.T.] – dobrze orientował się w zamiarach Gorbaczowa i doszedł trafnie do wniosku, że po wycofaniu się Związku Radzieckiego z Jałty muszą nastąpić przekształcenia ustrojowe. Przyjął, że najpewniejszą droga do tego będzie porozumienie z Solidarnością. I to był błąd. Bo najpewniejszą drogą był dialog ze społeczeństwem. To znaczy ogłoszenie drogi do pluralizmu, a nie uznanie Solidarności za społeczeństwo. To nie to samo. Wtedy, kto wie, czy nie powstałby system bardziej racjonalny. Bo tak został zbudowany monopol tzw. obozu posolidarnościowego, który trwa do dzisiaj i nie można się tego nieszczęścia pozbyć”.

Nigdy nie zakończą się rozważania

na temat alternatywnych scenariuszy polskich wydarzeń, tych z pierwszych lat Polski Ludowej, popaździernikowych, z okresu epoki Gierka, czasu „Solidarności” i lat poprzedzających Okrągły Stół wraz z jego ustaleniami i konsekwencjami, a także wszystkich innych. To naturalne, ale w tych teoretycznych analizach należy uwzględniać wszystkie
okoliczności, warunki w jakich miały miejsce, a wśród nich stan wiedzy i świadomości tak społeczeństwa, jak i kreujących je uczestników. Ich potencję intelektualną, zdolność i trafność przewidywania, ale także determinację do przekraczania granic, pozornie niemożliwych do sforsowania. Obserwowalne zdarzenia miały taki, a nie inny charakter i przebieg, bowiem w zaistniałych, wcześniej opisanych determinantach, innego mieć po prostu nie mogły.

Adam Michnik niedawno,

w wywiadzie na Onecie, na pytanie: „co się stało… że wy zachłysnęliście się wolnością, a nie równością?” odpowiadał: „Wtedy to było nierealistyczne. Te pomysły Karola Modzelewskiego czy Ryszarda Bugaja, to było księżycowe…Sprawiedliwość społeczna nie znaczy nic konkretnego. To musi być zawsze spór o konkret. Wyście używali takiego liczmana „neoliberalizm”. Ja, ponieważ nigdy nie wiedziałem, co to znaczy, powiedziałem, że o tym nie chcę rozmawiać”.

Karol Modzelewski natomiast uważał, że:

„Transformacja zmodernizowała Polskę, ale społeczny koszt tej modernizacji okazał się bardzo wysoki, a co ważniejsze – bardzo trwały… Są to nierówności trwałe, dziedziczone z pokolenia na pokolenie. Wielkiemu zróżnicowaniu dochodów odpowiadają coraz głębsze różnice w zakresie opieki zdrowotnej, dostępu do wykształcenia i szans awansu kolejnych pokoleń. W rezultacie różnice te mają charakter bez mała niezmiennego podziału przywilejów i upośledzeń. Równość szans pozostaje w sferze marzeń. Dzieci i wnuki tych, których okręt neoliberalnej modernizacji zostawił za burtą, w większości już się nie wdrapią na pokład. Wywiera to na ich sposób postrzeganej Polski znacznie większy wpływ niż umoralniająca dydaktyka, sprowadza się do zróżnicowania płac i dochodów. Najistotniejszym bodaj czynnikiem traumy Wielkiej Zmiany jest masowe i trwałe bezrobocie… Chłoporobotnicy powrócili na wieś, gdzie mają przynajmniej co jeść, a szczytem ich marzeń jest bodaj najlichsza renta… Ci, co sobie radzą i mogą oceniać, że transformacja zmieniła ich na lepsze, są wciąż jeszcze w większości. Liczbę tych, których modernizacja zostawiła za burtą, szacuje się na jakieś 25-30 proc. polskiego społeczeństwa. Między zaradnymi a poszkodowanymi nie ma już braterskiej miłości. Inteligencja znalazła się na ogół po słonecznej stronie, w strefie tzw. klasy średniej, ale docierają do niej irytujące odgłosy gniewu, rozgoryczenia, frustracji i agresji ze strony poszkodowanych współbraci… opiniotwórcze kręgi polskiej inteligencji stanęły po stronie Balcerowicza”.

Karol Modzelewski był człowiekiem lewicy,

nie tylko dlatego, że jak uważa Oko.press, „Od początku krytykował reformy Balcerowicza oraz kształt polskiej transformacji”. Przede wszystkim dlatego, że od zarania swojej politycznej drogi marzenia, oczekiwania i działania koncentrował zawsze wokół takich lewicowych wartości jak wolność, demokracja, równość społeczna, los ludzi pracy i w różny sposób wyzyskiwanych i wykorzystywanych mas. Towarzyszyły mu nadzieja i czyny zmierzające do stworzenie warunków rzeczywistej i równej partycypacji wszystkich obywateli w życiu społeczno-polityczno-materialnym kraju.
Znany był z uczciwości i rzetelnej, obiektywnej oceny, nie tylko minionych czasów PRL, ale również rodzącego się już na samym początku III RP, trwałego społecznego podziału. Publicznie upominał się wielokrotnie o przestrzeganie podstawowych praw obywatelskich, ostatnio także przeciw rządom PiS łamiącym m. in. Konstytucję. Jego odwaga i szczerość wyrażanych poglądów, nieakceptowane przez postsolidarnościowe gremia i bezkrytycznych chwalców naszej codzienności, stawały się wzorem dla współczesnej polskiej lewicy.

Był niewątpliwie Karol Modzelewski wielkim idealistą,

człowiekiem kierującym się w życiu i postępowaniu ideami, wzniosłymi humanistycznymi celami, a właśnie tacy ludzie kreują postęp i rozwój, przestawiając zwrotnice historii. Nie zawsze, a może nawet często, jadące po tych torach pociągi podążały w wymarzonym kierunku. Ale gdzie by dzisiaj był, i co wart byłby nasz świat bez ich żarliwości i niezłomnej nadziei?

Od historii do przeciw – historii

Z tej lektury nieuchronnie musi wynikać konstatacja jeśli nie podstawowa, to co najmniej wstępna – konstatacja współczesnej nieobecności (poza nielicznymi wyjątkami) dramatu historycznego, przedmiotu tego zbioru tam, gdzie jego miejsce, czyli na polskich scenach. Zatem lektura obszernego, skądinąd fascynującego tomu z dziedziny teatrologii przypomina nieco naukę pływania w pustym basenie. Czytając więc te 47 szkiców 47 autorów o zjawisku jakim jest polski dramat historyczny, możemy zdać się jedynie – poza inwencją autorów – na własną wyobraźnię, by podpowiedziała nam, jak jawiły się i jak mogłyby jawić się na scenie, zarówno w wymiarze ściśle teatralnym, jak i w aspekcie idei artystycznej, takie dramatyczne teksty, jak tryptyk Marii Konopnickiej „Z przeszłości”, dramat z prehistorii Słowian „Mściwój i Swanhilda” Bronisława Grabowskiego, dramat historyczny o problemie zdrady, czyli „Donna Aluica” Jerzego Żuławskiego, młodopolski dramat o Bolesławie Chrobrym „Twórca” Jadwigi Marcinkowskiej, dramat Wincentego Rapackiego o zmaganiu z formą czyli „Wit Stwosz”, dramat „Jegomość pan Rej w Babinie” Adolfa Nowaczyńskiego czyli o kulturze staropolskiej w zwierciadle dramatu młodopolskiego, „Górą Radziwiłł” Adolfa Zalewskiego czyli przeróbka na scenę prozy Józefa Ignacego Kraszewskiego, „państwowotwórcza” i wojenna „Gałązka rozmarynu” Zygmunta Nowakowskiego, „Sprawa Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej i jej interpretacje, „Domek z kart” Emila Zegadłowicza jako obraz pierwszych dni II wojny światowej („Rozliczenia i diagnozy”), „Krzak gorejący” Janusza Krasińskiego jako dramat o romantycznym heroizmie i pamięci ciała, ale także teksty zagadnieniowe, poświęcone n.p. poetyce i polityce dramatu po 1968 roku”, dramatowi historycznemu w refleksji skamandrytów, figurom oświeconych i Oświecenia w dramacie historycznym drugiej połowy XIX wieku, komedii historycznej już to w zestawieniu z romantycznymi koneksjami Eugene Scribe’a, już to w płaszczu intrygi w komediopisarstwie Adama Bełcikowskiego, dwóm wojnom i dwóm historiografiom w tekstach dramatycznych Stanisława Ignacego Witkiewicza i Andrzeja Rybickiego, bolszewizmowi w dramacie polskim lat dwudziestych („Od paraboli do weryzmu”), czy w tekście o tajemniczym tytule: „O niestosowności „trylerowania” przez króla Jana Sobieskiego, czyli zmagania z historią w polskich librettach operowych epoki Młodej Polski”, a także komizmowi historii w teatralnych inscenizacjach przeszłości. Jak nietrudno zauważyć, znacząca część wspomnianych tekstów, zwłaszcza autorów w dużym stopniu zapomnianych i zajmujących drugo lub nawet trzeciorzędną pozycję w historii polskiego dramatu, nie była wystawiana na scenach od wielu dziesięcioleci, a niektóre być może nawet od 150 lat. Jedyne w tym zestawieniu teksty niedawno wystawione, to „Caryca Katarzyna” Jolanty Janiczak czy dramaty Tadeusza Słobodzianka.
W poprzedzającym zbiór wstępie autorstwa Dobrochny Ratajczakowej („Po co dramatowi historia – po co historii dramat” omawia ona źródła i różne klasyfikacje dramatu historycznego, wspominając zarówno o jego fazie klasycystycznej i neoklasycystycznej, jak i o fazie wolności dramatu od tych reguł (średniowiecze) wyrwania się dramatu z tych reguł (n.p. romantyzm, modernizm, czy dramat XX wieku). Ratajczakowa przytacza rozmaite formy, jakie przybierał dramat historyczny, od tragedii narodowej z dziejów państwowości w okresie neoklasycznym, poprzez romantyczną perspektywę eschatologiczną i tragiczną, po podłoże społeczne okresu historycznego dramatu realistycznego czy osadzenie go w uniwersum znaków kulturowych przez symbolistów. Autorka wstępu zwraca też uwagę na „drapieżczość” dramatu historycznego wyrażającą się w wchłanianiu przez niego najrozmaitszych gatunków, estetyk, stylów. Przywołuje też typologię wybitnego badacza gatunku, Herberta Lindenbergera, typologię opartą na wyodrębnieniu najbardziej charakterystycznych motywów tematycznych dramatu historycznego, takich jak n.p. sztuka dokumentalna, dramat o tyranie, sztuki heroiczne itd. Ratajczakowa konstatuje, że tradycyjna relacja między historią, dramatem a sceną, nazwana przez nią „kontraktem”, obowiązywała do lat 90-tych XX wieku, a strukturę tego „kontraktu” skrupulatnie opisuje. Do jego fundamentalnych cech należy funkcja naocznego „pokazania historii” oraz uczynienie z niej „machiny bojowej narodowości”. Pierwszy wyłom w tej zasadzie nastąpił w drugiej połowie XX wieku, kiedy wraz z upadkiem scjentyzmu nastąpiła „konceptualizacja przekazu historyka jako dzieła narratora”, czyli, innymi słowy, zastąpienie koncepcji widzenia historii jako mechanicznego, „obiektywnego zbioru faktów” przez „narracją autorską”, opartą w dużym stopniu na subiektywnym odczytaniu historii. Pojawiła się wtedy m.in. „fikcjonalność przedstawienia opartego na faktach”. Walter Benjamin ujął to w sformułowaniu, że „wyartykułować historycznie to, co minione, nie oznacza że trzeba je poznać takim, jakim naprawdę było”. Dokonało się odwrócenie wektora przewagi: teraz, inaczej niż w przeszłości, zyskała ją sztuka nad historią. Nowy „kontrakt” miał charakter niemal rewolucyjny. W miejsce stabilnej, „podręcznikowej” historii wszedł „niestabilny spektakl”, zrywający wszelkie kanony, wykorzystujący afabularność, teleologiczność, kalejdoskopowość, performans, heterogeniczność składników przedstawienia historycznego, w dużym stopniu pochodzących z nowych technik komunikacji medialnej. Znamiennymi przykładami mogą tu być n.p. inscenizacje wspomnianej Jolanty Janiczak czy Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Ratajczakowa określa te zjawiska jako przeciw-historię. Teatr – konstatuje w konkluzji Ratajczakowa – „podczas ostatniego przełomu uwolnił się od wpływu dziewiętnastowieczności, determinującej zarówno nasze międzywojnie, jak i lata PRL”. Można więc rzec, że PRL był ostatnim segmentem XIX-wiecznego teatru historycznego. A moja konkluzja, czy raczej marzenie wywiedzione przez teatralnego widza z lektury tego obszernego, bardzo interesującego zbioru jest takie, by zwłaszcza owe stare, zapomniane, „kopalne” XIX-wieczne teksty, o których można „poczytać” w tym zbiorze, zobaczyć na scenie w oświetleniu nowego „kontraktu”. Cokolwiek o nim myśleć (a można myśleć po części aprobatywnie, a po części krytycznie), to na powrót do starego „kontraktu” i tak już żadnych widoków nie ma.

Czy Europa jest roztrzaskanym lustrem?

Biblia prawicowca

Opasłe dzieło Wojciecha Roszkowskiego „Roztrzaskane lustro” może z powodzeniem służyć jako ideowa biblia tym wszystkim, których przeraża ewolucja Europy, zachodzące w niej procesy cywilizacyjne, które autor (nie on jeden) określa jako upadek.
To część dyskursu współczesnej prawicy, zarówno tej nacjonalistycznej i populistycznej, jak i konserwatywnej. Radykalna laicyzacja, marginalizacja religii chrześcijańskiej, w tym w szczególności katolicyzmu, rozkład obyczajów, dekompozycja instytucji rodziny, emancypacja mniejszości seksualnych, przedefiniowanie wielu tradycyjnych pojęć, w tym pojęcia „prawdy”, radykalne eksperymenty w kulturze – wszystko to i wiele innych zjawisk opisał w swoim obszernym dziele Roszkowski. Po wstępnym zdefiniowaniu tradycji europejskiej autor – podobnie skądinąd jak inni autorzy jego ideowej proweniencji – wskazuje wydarzenia, które były pierwszym ciosem zadanym owej tradycji – Oświecenie i Wielka Rewolucja Francuska, aczkolwiek poprzedziły je jeszcze średniowieczne podziały chrześcijaństwa.
Swoją historię rozbijania europejskiego lustra opisał Roszkowski poprzez zwięzłe syntezy poszczególnych trapiących Europę jego zdaniem plag. To utopie komunistyczne, marksizm, ewolucjonizm nihilizm, irracjonalizm, eugenika postmodernizm, nazizm, komunizm, liberalizm, feminizm, miękki rozkład, dechrystianizacja relatywizm, pornografia, aborcja, seksualizacja, antykoncepcja czy szeroko rozumiany postęp. Uważny czytelnik prasy prawicowej i katolickiej nie znajdzie tu innego obrazu i innych diagnoz niż te, które od lat znajduje na ich łamach. Roszkowski jedynie wyposażył je w bogaty aparat erudycyjny i uporządkował.
Niewątpliwie, stan dzisiejszej cywilizacji europejskiej uzasadnia liczne obawy o jej przyszły kształt i los. W pierwszym rzędzie groźna jest islamizacja, która w wielu krajach europejskich przybrała zastraszającą skalę i zasadnie budzi lęki o los praw i wolności właściwych Europie, w tym lewicowo-liberalnych. W takich krajach jak Francja proces ten jest bardzo zaawansowany i Francuzi coraz mniej czują się w swoim kraju u siebie, poddawani presji przez agresywnie antydemokratyczną kulturę islamistyczną Pesymistyczne przewidywania budzi też intelektualny indyferentyzm szerokich kręgów społecznych, to co można uznać za „masowe zgłupienie”. Jednakże wątpliwe wydaje się, co czyni choćby Roszkowski w swojej pracy, przypisywanie, po pierwsze, winy za ten stan rzeczy przewrotowi oświeceniowemu, po drugie retrotopiczne podejście do przeszłości przedoświeceniowej, jej idealizacja.
Gdyby Europa przedoświeceniowa była tak szczęśliwa, to nie doszłoby do Rewolucji i innych rewolt społecznych, które wstrząsały Europą w XIX wieku. Poza tym, skłonność do animowania tego, co zwykło nazywać się postępem, wydaje się być immanentną cechą natury ludzkiej i wiara, że świat bez postępu trwałby w jakiejś szczęśliwości jest przejawem myślenia ahistorycznego i pozbawionego sensu. Rzecz jasna, nie wszystkie owoce postępu służą człowiekowi, ale trudno wyobrazić sobie ludzkość tkwiącą przez stulecia w bezruchu. Mieć o to pretensje, to jakby mieć pretensje do dorosłego, „grzesznego” człowieka, że wyrósł ze stanu dziecięcej „niewinności”.
Roszkowski winą za „całe zło” obarcza także, śladem konserwatywnych myślicieli Scrutona i Johnsona, intelektualistów, jako sprawców zasiania ziaren zamętu. Owi inkryminowani „intelektualiści” niejednokrotnie się mylili w swoich diagnozach i wskazaniach, ale mieć do nich pretensje, to mieć pretensje do gatunku homo sapiens, że posiada władzę myślenia i stara się z niego korzystać.
Roszkowski zdaje się też słabo zauważać, że tak lubiana przez niego religia chrześcijańska była przez stulecia, obok pewnych walorów kulturotwórczych, źródłem straszliwej opresji w stosunku do milionów ludzi. Za rzeczywiście niedobry dziś stan cywilizacji europejskiej odpowiadają więc zarówno nosiciele postępu, jak i jego wrogowie.
Roszkowski, choć szanse na uratowanie Europy upatruje w odrodzeniu tradycyjnych form i wartości, nie jest dużym optymistą. Najwyraźniej nie jest optymistą także w stosunku do Polski. W ostatnim akapicie zakończenia wskazuje na Węgry Orbán jako na jedyny europejski kraj zachowujący wierność „tradycyjnym wartościom” i to przy poparciu miażdżącej większości społeczeństwa. Ale Węgry to mały kraj o nikłym potencjale kulturowego promieniowania.
Rządzonej przez PiS Polski Roszkowski nie wymienia. I chyba ma rację. W wielomilionowej Polsce, kraju o bogatych tradycjach wolnościowych i irredentystycznych rozpętuje się właśnie w tempie jednostajnie przyspieszonym wojna kulturowa, która sprawi, że mimo marzeń wielu ludzi prawicy konserwatywnej, nacjonalistycznej i katolickiej, Polska nie doszlusuje do Węgier w roli wspornika nowej kontrreformacji.
Przy tych zastrzeżeniach do wymowy ideowej dzieła Wojciecha Roszkowskiego jest ono cennym rezerwuarem wiedzy o przemianach kulturowych i cywilizacyjnych w Europie na przestrzeni minionych
dwóch stuleci.

Wojciech Roszkowski – „Roztrzaskane lustro. Upadek cywilizacji zachodniej”, wyd. Biały Kruk, Kraków 2019, str.558, ISBN 978-83-7553-260-9.

Szopki pana ministra

Czwartek piętnastego marca 2019 roku. Sejm RP. Politykę zagraniczną rządu kierowanego przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego prezentuje pan minister Jacek Czaputowicz.

Profesor nauk społecznych. Z autentycznie autentycznym naukowym dorobkiem. Pomimo tego dorobku mianowany został ministrem spraw zagranicznych w styczniu ubiegłego roku decyzją pana prezesa
Kaczyńskiego.
Bo pan prezes miał taki kaprys. Uznał jego nominację za swój „eksperyment”.
Minął rok i pan minister Czaputowicz musi zdać coroczny polityczny egzamin. Musi zaprezentować kierunki polskiej polityki zagranicznej, chociaż nie on – i nie jego resort – jest jej autorem.
Bo przecież najważniejsze decyzje o aktualnej polskiej polityce zagranicznej zapadają nie w MSZ, lecz w Kwaterze Głównej pana prezesa Kaczyńskiego. Tej przy warszawskiej ulicy Nowogrodzkiej.
Bo przecież o relacjach z USA, najważniejszym obecnie sojusznikiem zagranicznym, decyduje obecnie nie MSZ, ale Ministerstwo Obrony Narodowej. Krajowi „siłownicy”, używając rosyjskiej nomenklatury.
Zresztą rządzące obecnie elity PiS nie widzą potrzeby, aby polska polityka zagraniczna powstawała w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Przecież polityka zagraniczna jest przez pana prezesa Kaczyńskiego uważana za politykę drugorzędną.
A w tym roku jest w kierownictwie PiS traktowana jako element kampanii wyborczej.
Ale raz do roku pan minister spraw zagranicznych musi do Sejmu przyjechać i taki polityczny egzamin zdać przed parlamentem musi.
I jak każdy rezolutny student musi wybrać odpowiednią taktykę. Zwłaszcza, że wie, iż słuchać go będzie kilku egzaminatorów na raz. Przychylnych mu w większości. A w takim przypadku sprytny student mówi długo, wszystko co wie, niekoniecznie na temat, i koniecznie odpowiednio modulując głosem.
I tak pan minister mówił, mówił, mówił.
Pomimo długiego słowotoku niewiele konkretnego powiedział. Zwłaszcza, że długiej listy ostatnich zagranicznych porażek zręcznie nie wymienił.
Na pewno wszystkim jego słuchaczom na zawsze w pamięci zostanie informacja, że w efekcie zmasowanej akcji polskich służb dyplomatycznych krakowskie szopki zostały wpisane do światowego dziedzictwa kultury.
To niewątpliwie wielki i niekwestionowany sukces polskiej dyplomacji w roku Stulecia Odzyskania przez Polskę Niepodległości.
Reszta ministerialnego wystąpienia zostanie zapewne szybko zapomniana.
Zresztą o jego randze i znaczeniu dobitnie zaświadczył pan prezes Jarosław Kaczyński. Był nieobecny w czasie wystąpienia swego ministra.
Olał, po studencku mówiąc, dorobek umysłowy swojego „eksperymentu”.
Podobnie zachował się pan minister Czaputowicz. W czasie kiedy panie posłanki i panowie posłowie wyrażali swe opinie o jego wystawieniu, on nakazał zwołać konferencję prasową.
Aby podyktować prorządowym dziennikarzom co mają prorządowym wyborcom przekazać.
Czas na zadawane pytania panu ministrowi skrócono do minimum.
Zbliżał się przecież czas obiadu.
Najważniejsze jednak, że z tymi szopkami udało się. Jest to autentyczny i wymierny sukces godny polskiej dyplomacji.
Na miarę Stulecia Odzyskanej Niepodległości.

Flaczki tygodnia

To był tydzień uprawiania kultów. Wykreowanych mitów, nowych charyzmatyków i odkrywania starych zasług nowych bohaterów.

Najgłośniej obchodzono dzień ludobójców zwanych „żołnierzami wyklętymi”. W skrócie nazywanych „żetwusami”. Ponieważ obóz rządzący postanowił wesprzeć się w kampanii wyborczej zmarłymi „żetwusami”, to radykalna opozycja z „KOD” blokowała te kampanijne uroczystości. Znów okazało się, że mamy kolejne oficjalne święto, które nie da się wspólnie obchodzić. Nie da się go obchodzić ani na poważnie, ani na radośnie, zatem najlepiej obchodzić to święto szerokim łukiem. Bo inaczej to kolejny pretekst do kolejnej politycznej napierdalanki.

Przy okazji rządowej celebry święta „żetwusów” rządowa telewizja narodowo-katolicka pokazała kilku staruszków. Prezentując ich jako zasłużonych „żetwusów”. Wzbudziło to pewien dysonans, bo istnienie ich żywych sprzeczne jest z tworzoną przez obóz narodowo-katolicki legendą „żołnierzy wyklętych”. Według niej prawdziwi „żetwusy” to ci żołnierze polskiego państwa podziemnego, przede wszystkim z Narodowych Sił Zbrojnych, którzy po II wojnie światowej, w czasie „okupacji sowieckiej”, broni nie złożyli. Tylko dalej walczyli z „okupantami z NKWD, MO, UB, LWP”. W przeciwieństwie do setek tysięcy partyzantów AK, BCh, którzy poszli budować nową Polskę.
A lansowane teraz „żetwusy” uroczyście ślubowali, że broni nie złożą aż Polska nie wyzwoli się „z sowieckiej niewoli”. I prędzej zginą niż się wrogom poddadzą. I właśnie za taką bezkompromisowość dzisiejsza narodowo-katolicką posłuszna młodzież ma „żetwusów” kochać i szanować. Tak im dopomóż bóg.

Ale jak tu kochać tych, których bohaterstwo polegać miało na nieskładaniu broni i walce aż do ostatniego naboju, bo „żywych ich mieli nie brać”, skoro okazuje się, że jednak iluś tych niezłomnych jednak przeżyło. Pod „sowiecką okupacją” żyło i pogodnej starości dożyło. A przecież ci legendarni „żetwusy” do niewoli mieli się nie poddawać. A jeśli już przypadkiem do niej wpadli, to mieli tam zginąć zakatowani w „katowniach UB”. Aby ducha nie gasić.

A tu widzimy ich żywych, skoro wedle polityki historycznej PiS powinni być zakatowani. To czym taki żywy „żetwus”, który walczył do 1947, czasem 1948 roku lepszy jest od żywego żołnierza, AK który walczył do 1945 roku? Że przez te dwa, trzy lata zabił jeszcze kilkudziesięciu milicjantów, furmanów, Żydów?

Czwarty już rok mija od kiedy elity PiS dostały rządy w naszym kraju. Przejmując władze wiele obietnic poczyniły. Wśród nich były wielkie dzieła filmowe. Do nakręcenia. Pokazujące Polsce i światu wielkie czyny wielkich Polaków. W wielkim formacie i z wielkim, hollywoodzkim rozmachem. Wśród nich miały być rzecz jasna filmy o wspomnianych wyżej „zętwusach” z udziałem najlepszych amerykańskich aktorów. Publicyści narodowo-katoliccy związani z „Gazetą Polską”, tygodnikami „Do Rzeczy”, „sieci” proponowali nawet aby zatrudnić aktora Mela Gibsona do której z planowanych produkcji.
Ale prawie cztery lata minęły i możemy obejrzeć jednie dwa filmy o „żetwusach”. „Historię Roja” i „Wyklęty”. Możemy, ale oba, a zwłaszcza ten pierwszy, są tak kiepskie, ze nawet gimbaza za cenę zwolnienia z zajęć lekcyjnych nie chce na nie spojrzeć. Słowem znowu „żetwusy” poniosły klęskę. Tym razem repertuarową.

Dlaczego Mel Gibson nie zagrał innego „żetwusa”, znanego ludobójcę „Burego”?
Ano dlatego, że historie „żetwusów” nie nadają się na film w hollywoodzkim formacie. Takie filmy wymagają wielkich bitew, porządnej batalistyki, udziału wielkich armii. A jakąż to wielką bitwę stoczyli „żetwusy”?
Nawet zwielokrotnione komputerowo napady na posterunki MO, gorzelnie, sklepy GS-ów, prowincjonalne kasy PKO nie zrobią rozmachu. Można by spróbować nakręcić napad na Hrubieszów w 1946 roku. Ale wtedy narodowo -katolickie bojówki osiągnęły chwilowe zwycięstwo, bo współdziałały z bojówkami Ukraińskiej Powstańczej Armii. Czy uda się zrobić film o sojuszu NSZ z banderowcami w optyce polityki historycznej PiS?

Można by spróbować nakręcić ciekawy film o dramatach „żetwusów”, ale nie uda się to w państwie rządzonym przez pisowską politykę historyczna. Fakty są okrutne dla „żetwusów”. Zbrojne podziemie przegrało swą wojnę z Polską Ludową w latach czterdziestych zeszłego wieku. „Żetwusy” poniosły militarną i polityczną klęskę.
Dzisiaj PiS zakłamuje historię usiłując wmówić „ciemnemu ludowi”, że dzięki tradycji „żetwusów” powstała niepodległa Polska. To nieprawda, bo taka Polska powstała w efekcie obrad Okrągłego Stołu. A tam ani ówczesna strona „partyjno-rządowa”, ani opozycja „Solidarnościowa”, ani ówczesna reprezentacja kościoła katolickiego do „żetwusów” nie odwoływali się.

Zatem na razie pozostaje nam jeden tylko wybitny film o „żetwusach”. „Popiół i diament” nakręcony przez Andrzeja Wajdę w 1957 roku. Przez kinematografię Polski Ludowej.

Rodzi się nowy kult polityczny. Po zarejestrowaniu nowej partii politycznej „Wiosna” jej członkowie zaczęli jej lidera publicznie, wielce uniżenie tytułować „panem prezesem”. Flaczki pamiętają Roberta Biedronia jako zwykłego, fajnego chłopaka, działacza ruchów LGBT. Teraz są pouczane, że obowiązuje tytuł pan „prezes Biedroń”. Dobrze, że jeszcze nie pan premier.

Być może Robert jest „charyzmatycznym liderem”. Flaczki są jednak przepojone demokratycznymi wartościami i dostają nudności już na samo hasło „charyzmatyczny lider”. Zwłaszcza w ruchu politycznym obiecującym inny, lepszy styl uprawiania polityki. Flaczki razi też nowe zjawisko kiełkujące w „Wiośnie”. Otóż mąż „prezesa Biedronia”, pan Krzysztof Śmiszek został mianowany przez „prezesa Biedronia” jedynką na liście „Wiosny” do Parlamentu Europejskiego. Pani Sylwia Spurek świeżo mianowana ministerka od polityki społecznej w partii „prezesa Biedronia” jest nieformalną żoną pana doktora Marcina Anaszewicza, dyrektora Instytuty Myśli Demokratycznej partii „prezesa Biedronia”. Czy to jest już nepotyzm czy jeszcze tylko rodzina „prezesa Biedronia” ?

Okazało się, że Barbara Skrzypek, słynna od 1990 roku najbliższą sekretarka pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, pełnomocniczka Instytutu Lecha Kaczyńskiego, to wychowanka PZPR. Pracowała jako sekretarka generała Michała Janiszewskiego, szefa gabinetu generała Wojciecha Jaruzelskiego. A także dla premiera Zbigniewa Messnera. Jakże ta PZPR była kadro twórcza.

Mit

Śmierć premiera Jana Olszewskiego PiS próbuje wykorzystać do zbudowania kolejnego mitu założycielskiego prawicy.

Szanowni Czytelnicy. Tym tekstem w pewnym stopniu łamię polską zasadę. Mówiącą, że o zmarłych należy mówić wyłącznie dobrze. Albo wcale. Pamiętam jak to było 9 lat temu. Gdy po katastrofie pod Smoleńskiem staraliśmy się unikać przypominania, że sondaże prezydenckie były bezlitosne dla zmarłego Lecha Kaczyńskiego. I nie dawały mu żadnych szans na reelekcję w wyborach zaplanowanych na jesień 2010 roku. Ale gdy większość rodaków pogrążona w smutku zapalała świeczki przed Pałacem Prezydenckim – inni działali. Doprowadzając do tego, że ten niczym specjalnym niewyróżniający się prezydent dzisiaj spoczywa na Wawelu.
Dlatego jeśli nie zareagujemy na czas, Jarosław Kaczyński zdąży napisać po swojemu kolejne karty historii. Przypomnijmy sobie, jak to było z półrocznym rządem Jana Olszewskiego.

Upadek

Dwa lata temu bez większego echa przeszła „Uchwała Senatu RP w 25. rocznicę odwołania rządu Jana Olszewskiego”. Takich okolicznościowych uchwał powstaje w parlamencie wiele. Zwykle przyjmowane są znaczną większością głosów lub wręcz przez aklamację. W przypadku tej uchwały było inaczej. Głosowało za nią wyłącznie 54 senatorów i senatorek Prawa i Sprawiedliwości. Zaś treść uchwały w ewidentny sposób wypaczała prawdę historyczną.
„W atmosferze bezkrwawego zamachu stanu, odwołano rząd Premiera Jana Olszewskiego” – napisali w uchwale parlamentarzyści PiS-u. Wiem, że słowo „zamach” to ulubiona retoryka Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Ale tak jak nie było żadnego zamachu 10 kwietnia 2010 roku, tak również nie było „zamachu stanu” ani 4, ani 5 czerwca 1992 roku. Na tragiczny skutek katastrofy prezydenckiego Tupolewa złożyło się wiele okoliczności. Przede wszystkim brawura pilotów próbujących lądowania w skrajnie trudnych warunkach pogodowych. Zaś koniec rządu Jana Olszewskiego był naturalnym skutkiem braku większości w Sejmie.
Pamiętamy, że w wyborach parlamentarnych w 1991 roku nie było progu wyborczego. Dlatego w ławach sejmowych zasiedli przedstawiciele i przedstawicielki 29 ugrupowań. Z tej liczby aż 11 formacji miało zaledwie po 1 mandacie. Historia pokazała, jak trudno było w takich warunkach rząd sformować. I jak łatwo go zmienić.

4 premierów

W dwuletniej kadencji Sejmu w latach 1991-93 do fotela premiera przymierzało się aż 4 kandydatów. Pierwszemu, Bronisławowi Geremkowi, desygnowanemu przez prezydenta Wałęsę w 1991 roku – nie udało się sformować gabinetu. Podobnie było z Waldemarem Pawlakiem, próbującym stworzyć rząd w 1992 roku – po upadku gabinetu Jana Olszewskiego.
Dwoje pozostałych premierów nie przetrwało nawet roku w swoich premierowskich gabinetach. Rząd Jana Olszewskiego upadł po 181 dniach, a rząd Hanny Suchockiej po 322 dniach (licząc do dnia przegłosowania wotum nieufności). Pod koniec swoich rządów Jan Olszewski dysponował poparciem zaledwie jednej czwartej parlamentarzystów.
Wyobraźmy sobie, że w obecnym Sejmie z PiS-u do opozycji przechodzi nagle połowa posłów i posłanek. A Mateusz Morawiecki pozostaje z poparciem stu kilkunastu głosów. Przecież taki rząd przetrwałby co najwyżej do najbliższego posiedzenia Sejmu. Tylko rozdrobnieniu i skłóceniu ówczesnego Sejmu Jan Olszewski zawdzięczał swoje aż 181‑dniowe rządy. Mówienie o „bezkrwawym zamachu stanu” lub o „koalicji strachu donosicieli” (takie sformułowanie pada też w uchwale senackiej) jest fałszowaniem historii.
„Oprócz racji, trzeba też mieć większość” – powtarzał wielokrotnie premier Leszek Miller. I wiedział, co mówi.

Wielki destruktor

To fakt, Polska aż do dzisiaj nie potrafiła zamknąć tematu lustracji i „teczek”. Czego najlepszym przykładem jest Kazimierz Kujda, najświeższy „bohater” jednej z licznych afer teczkowych III RP. Ale czy winę za to ponosi opisana przez senatorów PiS „koalicja strachu donosicieli”? Bzdura!
Niemcy mieli Joahima Gaucka, duchownego luterańskiego i bezpartyjnego działacza. Który potrafił w sposób merytoryczny zająć się aktami pozostawionymi przez Stasi. A w Polsce Jan Olszewski wziął sobie do pomocy Antoniego Macierewicza, mianując go ministrem spraw wewnętrznych swojego rządu. I na dodatek zlecając przygotowanie i upublicznienie listy rzekomych agentów.
Antonii Macierewicz nie zmienił się. Był, jest, jest i pozostanie do końca swoich politycznych dni „wielkim destruktorem”. Zaledwie w półtora roku potrafił zdezorganizować polskie wojsko i powyrzucać wielu kompetentnych oficerów. W 1992 roku to on podłożył „teczkową bombę” wysadzając przy okazji swój rząd. Można jedynie spekulować, jak wyglądałaby polska rzeczywistość, gdyby pozwolono Antoniemu Macierewiczowi działać wówczas dalej.

Nocna zmiana

Wielką furorę na prawicy zrobił film Jacka Kurskiego „Nocna zmiana”, ukazujący kulisy negocjacji polityków związane z głosowaniem wotum nieufności wobec rządu Jana Olszewskiego. I faktycznie, wielu z nas może poczuć niesmak, słysząc targi polityków.
Ale jest doskonała „odtrutka” dla tych, którzy skłonni byliby uwierzyć, że Jacek Kurski w swoim filmie odkrywa kulisy „bezkrwawego zamachu stanu”. To tak zwane „taśmy prawdy” ujawnione w programie telewizyjnym Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego. Adam Lipiński, prominentny polityk Prawa i Sprawiedliwości i Wojciech Mojzesowicz, nowy „nabytek” PiS-u, rozmawiają z posłanką Samoobrony Renatą Beger. Temat jest tego samego rodzaju jak w 1992 roku: większość parlamentarna. Tym razem to PiS ma kłopot. I nie rezygnując z metod zwanych potocznie „korupcją polityczną”, stara się sobie zapewnić większość w Sejmie.
Obie taśmy: „nocnej zmiany” i rozmów Adama Lipińskiego z posłanką Beger w hotelu sejmowym można z powodzeniem wrzucić do jednego worka. Załączając do nich etykietę zawierającą starą maksymę cesarza Wilhelma II: „Ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi politykę i jak się robi parówki”.
Beznadziejny
„Nie było programów, były słowa, brakowało czynów, brakowało sił sprawczych, brakowało w końcu odpowiednich fachowych ludzi, którzy potrafiliby wszystkie głośno wypowiadane zamierzenia zrealizować. Miał być to rząd nadziei, był to rząd beznadziejny” – tak podsumował 181‑dniowe rządy Jana Olszewskiego ówczesny przewodniczący klubu SLD Aleksander Kwaśniewski.
Podobnie źle ocenili prawicowe rządy Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej wyborcy. W wyborach parlamentarnych w 1993 roku klęskę poniosły obie strony konfliktu politycznego będącego przyczyną upadku rządu Jana Olszewskiego. Wybory wygrała koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej uzyskując 171 mandatów w Sejmie. Porozumienie Centrum, będące jednym z filarów rządu Olszewskiego nie przekroczyło progu wyborczego. Kongres Liberalno‑Demokratyczny, podpora z kolei rządu Hanny Suchockiej, też znalazł się pod progiem wyborczym. I takiego rachunku wystawionego przez wyborców – nie zmieni żaden mit o rzekomej wielkości rządu Olszewskiego.

Mit

Każda siła polityczna potrzebuje w polityce swojego mitu założycielskiego. Na naszych oczach taki mit buduje wokół siebie Robert Biedroń. Były poseł i polityk z 20‑letnim stażem stara się wykreować na kogoś dopiero rozpoczynającego działalność polityczną. I trzeba przyznać, jak na początek, idzie mu to nieźle.
Gorzej z „mitologią” PiS-u. Antoni Macierewicz po raz kolejny zawiódł. Już nawet w PiS-ie nikt nie wraca do „niezbitych dowodów” w postaci pękających parówek i puszek po coca-coli. O rzekomym „zamachu smoleńskim” -cisza. To puste miejsce politycy prawicy starają się zapełnić innym rzekomym zamachem. „Bezkrwawym zamachem stanu” z czerwca 1992 roku – którego też nie było.
Każda polityczna „mitologia” ma swój język. To dlatego Lech Kaczyński nie zginął śmiercią tragiczna w katastrofie lotniczej. Ale poległ. A rząd Jana Olszewskiego nie upadł po prostu. Jak dziesiątki innych rządów na świecie. On został „obalony”. Słowa, słowami. Ale nierzadko za warstwą lingwistyczną kryje się chęć poprawienia historii.

Ogień

Będąc zmuszonym do sięgnięcia pamięcią wstecz do początku lat dziewięćdziesiątych, przypomniałem sobie niektóre inne fakty będące następstwem upadku rządu Olszewskiego – popieranego przez Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Tyle że o niektórych z nich prezes PiS wolałby dzisiaj zapomnieć.
4 czerwca 1993 roku, w pierwszą rocznicę upadku rządu Jana Olszewskiego z inicjatywy Porozumienia Centrum zorganizowano w Warszawie demonstrację zwaną „marszem na Belweder”. Na zdjęciach z tamtych lat bez trudu rozpoznamy Jarosława Kaczyńskiego i Adama Glapińskiego, idących na czele kilkutysięcznego tłumu. Podczas manifestacji spalono kukłę urzędującego prezydenta Lecha Wałęsy.
Lech Wałęsa był złym prezydentem – moja ocena jest jednoznaczna. Ale są granice, których przekraczać nie wolno. Po śmierci prezydenta Adamowicza nasiliła się dyskusja o „mowie nienawiści”. Politycy obwiniają się wzajemnie. Ale mało kto pamięta, że korzenie mowy nienawiści sięgają aż tak daleko. Czym różni się spalenie kukły człowieka od zawieszenia na szubienicy jego portretu?
„A skądinąd tego rodzaju wydarzenia, tutaj w demokratycznym świecie i przedtem i potem się wielokrotnie zdarzały. A w Polsce zrobiono z tego niebywałą historię…” – tak kiedyś skomentował Jarosław Kaczyński spalenie kukły Wałęsy. Te jego słowa, być może, tłumaczą dzisiejszą opieszałość w ściganiu narodowców z Katowic.
Premiera nie było
To znamienne! Premier Olszewski odciął się od „marszu na Belweder” w roku 1993. Nie było go tam. Mimo że marsz zorganizowano dla upamiętnienia upadku Jego rządu. I na potrzeby tworzenia mitu założycielskiego prawicy Kaczyńskich.
Szkoda, że każdy kolejny mit PiS-u ma w tle ludzki dramat. Śmierć każdego człowieka wymaga refleksji. Zadumy. Dla niektórych – modlitwy. Współczucia dla rodziny. Bliskich.
Jan Olszewski był cenionym prawnikiem. Obrońcą represjonowanych w latach PRL-u. Człowiekiem wysokiej kultury i uczciwości. Ale nie zapisał się na kartach historii jako wybitny premier polskiego rządu. Wykorzystywanie Jego śmierci do pisania na nowo historii tamtych lat – jest po prostu niegodziwe.

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz-w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen- w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny,świadomi , że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli-kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej – Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii,RFN,Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS).Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich nie była dla polityków francuskich do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw-
to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on- w trudnej sytuacji bojowej- podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN.”Przecież sojusznika nie można dyskryminować”-twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem-jego zdaniem-RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni-Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt-promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było -„Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valery Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej- europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury.Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji.antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka-zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony-nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.