Nie rozpędzajmy się tak bardzo,

gdyż niezręczna zbitka słów wywołuje co najmniej spore wątpliwości.

Prawo prasowe przyznaje redakcji możliwość nadania tytułu tekstowi planowanemu do druku. Często jednak, szczególnie gdy nie ma ku temu potrzeby, akceptuje tytuł zaproponowany przez autora. W tym przypadku ma miejsce druga okoliczność, co wynika z treści materiału zamieszczonego w „Dziennik-Trybuna” (21-22.09) pt. „Armia Radziecka a suwerenność Polski”.
Tytuł czyli nazwa własna utworu
ze względu na jego związek z utworem może: wskazywać centralną postać bądź sprawę, wyjaśnia jego ideologię, wskazuje główny motyw czy nastrój, określa jego najważniejszy rys. Ze względu na konstrukcję mogą być tytuły: reklamowe, tajemnicze, oryginalne w doborze elementów, również w ujęciu formalnym, ale i bezbarwne (wg „Encyklopedii prasy polskiej”). Można także w tytule przywoływać powszechnie znane tytuły innych utworów, tworzyć ich parafrazy, nadto wprowadzać grę słów, cytaty, ciekawe powiedzenia, fragmenty zamieszczanego tekstu.
Jeżeli pod takim właśnie kątem spojrzymy na przywoływany tytuł to jest to niewątpliwie gra słów o ideologicznym zabarwieniu. Nie wiadomo tylko czy zamierzona, czy też przypadkowa, bo w sumie wywołująca konotacje dalekie od przekonań i przemyśleń autora tekstu.
Konstrukcja artykułu
obejmuje kilka wątków, niestety bardzo często wzajemnie i nie zawsze zasadnie przenikających się, co w swojej ostatecznej wymowie przypomina raczej orację, przepełnioną aktywnością mówcy, niż zwarty wywód publicysty. Autor pisze niejako o wszystkim: o wielkiej polityce tamtych czasów i o niemieckim rewizjonizmie, o zadłużeniu Polski w okresie Gierka i, jego zdaniem, niespójnej polityce Zachodu, szeroko o Legnicy jako małej Moskwie i dużo szerzej o dyslokacji jednostek radzieckich w Polsce, a następnie o ich wycofaniu z naszych terenów. Spora część wypowiedzi stanowi także krytyka treści tablicy – nota bene to znana i w swoim czasie szeroko opisana sprawa – na ścianie Sanktuarium Matki Boskiej Zwycięskiej na Pradze, naprzeciw dworca kolejowego Warszawa-Wschodnia.
Spośród tych licznych myśli niektóre zasługują na szczególną uwagę.
Wyjaśnijmy na początku
co znaczy słowo suwerenność. Wg autora omawianego materiału Gabriela Zmarzlińskiego: „Suwerenność najkrócej jest rozumiana jako zależność władzy państwowej w stosunkach z innymi państwami i organizacjami międzynarodowymi”, natomiast w myśl powszechnego rozumienia tego pojęcia to zdolność do samodzielnego, niezależnego od innych działania, a suwerenność państwa oznacza niezależność w sprawach wewnętrznych i zewnętrznych.
Jeżeli nawet autor przeoczył to „nie”, to jednak pozostaje wiele fragmentów tego artykułu do wyjaśnienia.
Należy przede wszystkim uściślić następujące kwestie.
Po pierwsze – łącznie roli armii, a w tym przypadku Armii Radzieckiej, z suwerennością Polski jest zbyt dalekim i w sumie błędnym skrótem myślowym. Wpływ na zakres naszej ówczesnej suwerenności zależał od dokonanego podziału na sfery wpływu wielkich, zwycięskich mocarstw, a co za tym nie od wojska, ale od ich rządów i prowadzonej przez nie polityki w stosunku do podległych państw. Siły zbrojne mogły – i czyniły to w różny sposób – wspierać rządowe decyzje będąc jedynie ich narzędziem, ale same nigdy w Europie Wschodniej nie były podmiotem w omawianej dziedzinie.
Po drugie – jest rzeczą oczywistą, że zawsze granice suwerenności danego państwa były z różnych względów i powodów ograniczone, tak przez odmienny rodzaj dominacji hegemona, rozliczne związki i zależności międzynarodowe, także dobrowolnie poprzez udział w międzynarodowych organizacjach. Nie zmienia to jednak faktu, że można określać i nazywać granice tej suwerenności, również wymuszonego przystawania na decyzje, w naszym położeniu, ZSRR.
Po trzecie – nie ma żadnych wątpliwości, że radzieckie decyzje w polskich kwestiach w latach 1944-1989, co prawda w różnym stopniu i zakresie zależały od wielu czynników, miały jednak wpływ liczący się, a często i decydujący.
Po czwarte – nie zmienia to w żadnym stopniu doniosłego faktu, że w ograniczonej suwerennie Polsce Ludowej lewicowy program społeczno-ekonomiczny oraz niektóre inicjatywy zagraniczne, podobnie jak zachowanie rodzimej historii i narodowej tradycji, również dokonania różnie przecież myślących Polaków, zmieniły w zasadniczym, pozytywnym stopniu oblicze kraju. Godne więc są szacunku jak i dobrej pamięci.
Skorygować również należy pewne opinie i interpretacje autora dotyczące także kwestii suwerenności.
„Austria – Armia Radziecka kwaterowała do 1957 r. Czy to oznacza, że kraj ten nie był suwerenny?” – oczywiście, że nie był (nie tle kraj co państwo) gdyż teren Austrii, podobnie jak Niemiec, podzielony został na strefy okupacyjne czterech wielkich mocarstw. Wojska radzieckie, podobnie jak wszystkie obce, wycofały się nie w 1957,a w 1955 roku po tzw. traktacie państwowym.
„Podobnie CSRS – do 1968 r. wojsk radzieckich nie było!” – ubolewam nad wyobrażeniami autora, że tyko za pomocą wojska można ograniczać czyjąś państwową suwerenność. Zależność ówczesnej Czechosłowacji od ZSRR była głębsza i pełniejsza niż PRL, w której stacjonowała Północna Grupa Armii Radzieckiej.
„Węgry – Armia Radziecka stacjonowała od zakończenia wojny. Podczas pamiętnych zdarzeń Października ’56 [nazwa tego miesiąca pisana z dużej litery odnosi się do wydarzeń w Polsce, natomiast przyjęło się używać sformułowanie „wydarzenia węgierskie”, które rozciągnęły się na dwa miesiące – Z.T.], garnizon wojskowy wyszedł na kilka dni z Budapesztu. Powrócił na prośbę władz, właśnie węgierskich, gdy na ulicach stolicy doszło do krwawych, bratobójczych walk. Czyli – można mniemać – że był potrzebny, był „pod ręką”.” Tych wyjść i powrotów było dwa i to z różnych powodów – po raz drugi na prośbę utworzonego w Szolnoku proradzieckiego rządu Jánosa Kádára, który prosił władze ZSRR o pomoc w stłumieniu „kontrrewolucyjnego powstania”. A tak na marginesie to zapewne nie tylko ja bardzo dziękuję za to „pod ręką”.
Wyjaśnijmy sobie
jak lewicowiec z lewicowcem, ale również jak Polak z Polakiem, że spore obiekcje budzi fragment pierwszego akapitu tekstu: „Można być niemal pewnym, że w Polsce nie spotka się nikogo, kto zaprzeczyłby, że Armia Radziecka pozbawiała nas suwerenności.” Aby zrozumieć
stosunek Polaków do sił zbrojnych ZSRR należy odnieść się do stosunkowo niedawnych historycznych wydarzeń, w zasadniczym stopniu diametralnie odmiennych. Abstrahując od chronologii, pierwszymi przedstawionymi odniesieniami będą te lepsze, dobre, pozytywne.
Nie ulega żadnej wątpliwości,
poza sfałszowaną historią w wydaniu IPN, upowszechnianą obecnie w szkolnictwie i poprzez propagandę, że wyzwolenia Polski spod hitlerowskiej okupacji dokonała Armia Czerwona, okupując to wielkimi stratami. Nie może zmienić tej fundamentalnej oceny rozgrywająca się, na tle ówczesnych militarnych wysiłków, gra polityczna o rodzaj rządów i wpływów w Polsce, wyrażająca się w akcjach typu „Ostra Brama” czy Powstanie Warszawskie, ale także aresztowanie przywódców Polskiego Państwa Podziemnego czy podobnych działań władz radzieckich.
Incydentalne, niejako naturalne w okresie wojny, wydarzenia konfliktowe jak maruderstwo, zabór minia (imiejesz czasy?) i wszystkie oboczne nie ograniczają w żadnym stopniu pozytywnej oceny tego istotnego aktu wyzwolenia i dlatego skandalem jest obecna, powszechna akcja zacierania jego śladów w przestrzeni publicznej i świadomości współczesnego pokolenia. Tym bardziej, że dotyczą tragicznych losów przede wszystkim szeregowych, radzieckich żołnierzy, często jednak i dowódców o rożnych rangach.
Natomiast przywoływany przez autora fakt „że Armia Radziecka stała się gwarantem polskiej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej” jest tylko cząstkową prawdą, gdyż taką pewność dawała przede wszystkim obecność Polski w Układzie Warszawskim, szerzej w bloku ówczesnej wspólnoty socjalistyczne, a na samym końcu w polityce prowadzonej przez władze Związku Radzieckiego.
Ale również nie ulega wątpliwości,
że złe konotacje dotyczące działań Armii Czerwonej, a później Radzieckiej mają swoje podstawy nie tyle w rozbiorowych czasach, co przede wszystkim w wieku XX.
Wojna polsko-bolszewicka, której początek dała nasza wyprawa aż na Kijów, niosła w możliwych skutkach utratę niedawno przez Polskę odzyskanej niepodległości i suwerenności. Powszechne narodowe zjednoczenie w ich obronie, poniesione straty i wojenne czyny pozostały na trwale w powszechnej pamięci, i to nie tylko dlatego, że obecnie tak dużo o nich się mówi.
Agresja radziecka na suwerenną Polskę w dniu 17 września 1939 roku nie zapisuje także chwalebnych kart Armii Czerwonej w naszych wspomnieniach, podobnie jak osamotnione, z winy londyńskich polityków i AK-owskich dowódców, dogorywające warszawskie powstanie.
Jeszcze podczas trwającej wojny, szczególnie, ale nie tylko, na Kresach Wschodnich miały miejsce ataki polskich oddziałów partyzanckich różnej proweniencji na wojskowe jednostki radzieckie, traktowane jako nowy okupant. Podobnie jak we wczesnych latach powojennych gdy nie tylko przeciętny obserwator nie dostrzegał różnicy między oddziałami Armii Czerwonej, a jednostkami wojsk NKWD, które uczestniczyły również w walce ze zbrojnym podziemiem.
W okresie stalinizmu obsadzenie przez radzieckich wojskowych dowódczych stanowisk w Ludowym Wojsku Polskim, także w jego osławionej Informacji, nie wzbudzało powszechnego zachwytu. I co prawda wielu z nich, jak wybitny strateg marszałek Konstanty Rokossowski, nota bene syn Polaka, swym wojskowym doświadczeniem wielokrotnie przewyższało polskich odpowiedników, to nie zmienia to faktu, że przybyli z Armii Radzieckiej.
Stacjonujące na stałe radzieckie jednostki w Polsce Ludowej nie wywoływały protestu, okolicznych mieszkańców często cieszyły wzajemnie korzystne handlowe kontakty, to jednak potencjalnie stanowiły zagrożenie dla ewentualnych suwerennych decyzji władz polskich. Tak było jesienią 1956 roku, gdy radzieckie czołgi zbliżyły się do Warszawy na 150 km, podobnie być mogło zimą 1980 i w roku następnym.
Historia jest bardziej skomplikowana
niż proste rozróżnienie na biel i czerń, stąd warto, mimo swoich sympatii, wstrzymać się z apologią związku Armii Radzieckiej z suwerennością Polski, w imię rzeczywistej roli jaką w swoim czasie odgrywała. Tak będzie najlepiej, bo dużo bliżej prawdy, nie tylko wkoło tego dziejowego sporu.

Święto Środka Jesieni chińska tradycja związana z księżycem

W Chinach uważa się, że piętnastego dnia ósmego miesiąca kalendarza księżycowego na niebie pojawia się najpełniejszy księżyc w całym roku. Tego dnia obchodzi się Święto Środka Jesieni.

To dobra okazja na rodzinne spotkanie i podziwianie jasnej tarczy Srebrnego Globu. W dawnych czasach ludzie uważali to za symbol ponownego zjednoczenia rodziny. Dlatego też dzień ten nazywany jest również Świętem Zgromadzenia Rodzin. Od wieków ludzie często używają terminów pełnia i nów księżyca do opisania radości oraz smutków. Pisarze, którzy mieszkali w obcym miejscu, często opisywali księżyc, aby wyrazić swoją tęsknotę za rodzinnym miejscem.
Ze Świętem Środka Jesieni wiąże się dobrze znana chińska mityczna opowieść – Chang’e leci na Księżyc. Istnieje wiele wersji tej historii. Najbardziej znana brzmi następująco. Według legendy w starożytności nagle na niebie pojawiło się dziesięć słońc, a ziemia stała się bardzo gorąca. W unoszącym się dymie ludzie nie mogli żyć. Istniał wówczas niezwykle potężny bohater o imieniu Hou Yi, który był zdeterminowany, aby ulżyć ludziom w tym cierpieniu. Hou Yi wspiął się na szczyt góry Kunlun, z całą swoją siłą zestrzelił z łuku dziewięć słońc na jednym oddechu. Do ostatniego słońca na niebie powiedział: „Odtąd musisz każdego dnia wstawać i zachodzić o czasie dla dobra ludzi!”.
Wszyscy szanowali Hou Yi z powodu jego czynu. Wiele osób czciło go jako nauczyciela i uczyło się od niego sztuk walki. Był tam człowiek imieniem Pang Meng, który był zdradziecki i chciwy, podążał za wszystkimi innymi, chcąc by Hou Yi został jego nauczycielem.
Żona Hou Yi, Chang’e, była piękną kobietą o dobrym sercu. Często pomaga biednym mieszkańcom wsi, którzy bardzo ją lubili. Pewnego dnia Królowa Matka Xi na górze Kunlun podała Hou Yi pigułkę nieśmiertelnego lekarstwa. Mówi się, że ludzie, którzy przyjmują ten lek, mogą nie tylko żyć wiecznie, ale także wstąpią do nieba i staną się nieśmiertelnymi. Jednak Hou Yi nie chciał opuścić Chang’e, więc poprosił ją, aby ukryła lekarstwo w skrzyni ze skarbami.
Ale Pang Meng wiedział o tym i chciał zdobyć magiczne lekarstwo. Wczesnym rankiem piętnastego dnia ósmego miesiąca, kiedy Hou Yi wraz ze swoimi uczniami wyjechał z domu, Pang Meng udawał chorego i został. Wieczorem Pang Meng wkroczył do domu Hou Yi, grożąc mieczem Chang’e i oczekując, że odda mu lekarstwo nieśmiertelności. Chang’e zastanowiła się: czy gdy pozwoli takiej osobie na wzięcie eliksiru życia to nie zaszkodzi to większej liczbie ludzi? Widząc, że Chang’e nie chce mu oddać eliksiru, Pang Meng zaczął poszukiwania. Widząc, że mężczyzna zbliża się do skrzyni ze skarbami, Chang’e pospieszyła naprzód, wyjęła lekarstwo i połknęła je.
Chang’e uniosła się. Wyleciała przez okno i zaczęła krążyć nad okolicą coraz wyżej. Jasny księżyc wisiał na lazurowym nocnym niebie, a Chang’e leciała w jego kierunku.
Kiedy Hou Yi wrócił z podróży, tęsknił za swoją żoną Chang’e. Z niepokojem wybiegł przez drzwi, tylko po to, by zobaczyć jasny księżyc na niebie, cień drzewa wirujący na okrągłej tarczy i jadeitowego królika skaczącego pod drzewem. Jego żona stała obok drzewa laurowego. Kochankowie czule na siebie spoglądali. „Chang’e! Chang’e!” – Hou Yi wołał raz po raz, rozpaczliwie goniąc w kierunku księżyca. Ale kiedy gonił trzy kroki do przodu, księżyc również poruszał się o trzy kroki, także nie mógł go dogonić.
Opowieść o Chang’e wzruszyła ludzi, którzy postanowili zostawiać jej ulubione dania na podwórku, oczekując ich pobłogosławienia przez nią. Od tego czasu każdego piętnastego dnia ósmego miesiąca kalendarza księżycowego odbywa się Święto Środka Jesieni, na które ludzie czekają z niecierpliwością.
Każde chińskie święto jest nierozerwalnie związane z konkretnym jedzeniem, a Święto Środka Jesieni nie jest wyjątkiem. Wówczas jada się ciastka księżycowe, które pierwotnie były ofiarami kultu boga księżyca. Poświęcanie księżyca jest bardzo starym zwyczajem w Chinach. Ciastka księżycowe symbolizują zgromadzenie rodziny, są one także prezentem dla krewnych i przyjaciół.
Zwyczaj obserwowania przypływu podczas Święta Środka Jesieni ma długą historię. Zachował się opis tego zwyczaju wcześniejszy niż okres panowania dynastii Han (202 p.n.e. – 220). Począwszy od dynastii Ming (1368–1644), zwyczaj obserwowania pływów w Qiantang stawał się coraz bardziej powszechny, zwłaszcza w Yanguan w mieście Haining w prowincji Zhejiang. W okresie Święta Środka Jesieni podróżnicy ze wszystkich stron gromadzili się w Yanguan, w mieście Haining, podziwiając burzliwe fale wznoszące się z Qiantang do morza, a czasami pojawiali się też odważni pływacy.
Tegoroczne Święto Środka Jesieni przypada 1 października w kalendarzu gregoriańskim, czyli tego samego dnia, co Dzień Narodowy Chin. Taka zbieżność jest bardzo rzadka, występuje tylko cztery razy w XXI wieku. Święto narodowe zmieniło się tydzień wolnego, dając ludziom więcej czasu na spotkanie się z rodzinami, wspólne cieszenie się pełnią i smakowanie ciastek księżycowych. Rok 2020 to trudny rok, ale z rodziną człowiek odzyskuje odwagę by ruszyć dalej.

Wujaszek Ho ikona zjednoczonego Wietnamu

Spory o rolę jednostki w dziejach a także o rolę przypadku są bodaj tak stare jak świat i toczone z różnych pozycji, w tym hagiograficznych. Znajdują one swe odbicie nawet w poezji, by wspomnieć choćby Cypriana Kamila Norwida. W tym kontekście rzadko przywołuje się opinię rosyjskiego filozofa oraz rewolucjonisty Gieorgija Plechanowa (1856-1918) – oponenta Lenina i jednego z liderów mienszewików, który w wydanej w Polsce dopiero w 1947 r. pracy: „O roli jednostki w historii” pisał tak: „Przypadkowość jest czymś względnym. Występuje ona tylko w punktach przecięcia koniecznych procesów”.

„Jaki jest człowiek,
takie są jego marzenia”
(przysłowie wietnamskie)

W Azji-na największym i najludniejszym kontynencie (obecna populacja to 4,6 mld osób) nigdy nie brakowało wybitnych osobistości, które wywierały istotny wpływ na losy całego świata. W XX wieku moim zdaniem w największym stopniu odnosiło się to do trzech polityków: Mahatmy Gandhiego (1869-1948) nazywanego „sumieniem Indii”, Mao Zedonga (1893-1976) długoletniego przywódcy Chin oraz Ho Chi Minha (1890-1969) lidera Wietnamu i de facto całych Indochin, a więc także Laosu i Kambodży. „Wujaszek Ho” (po wietnamsku Bac Ho), jak go powszechnie nazywano, odegrał kluczową rolę w trakcie trwającego aż trzy dekady najdłuższego konfliktu powojennego świata, określanego w uproszczeniu „wojną w Wietnamie”.
Walka o niepodległość
Francuzi zdobyli Sajgon już w 1861 r., a w 1873r.-Hanoi. Równo dekadę póżźiej zawarto francusko-wietnamskie traktaty o protektoracie nad Annamem i Tonkinem oraz uznaniu południowej części Wietnamu – Kochinchiny – za integralną część Republiki Francuskiej. Powstała w ten sposób Unia Francuska, która początkowo objęła także Kambodżę,a wkrótce i Laos. Stopniowo w całych Indochinach,a zwłaszcza w Wietnamie, zaczęły narastać tendencje antykolonialne oraz procesy rewolucyjne nasilające się w okresie obu wojen światowych. Czynny udział brał w nich bohater niniejszego tekstu.
Ho Chi Minh przyszedł na świat 19 maja 1890 r. w rodzinie konfucjańskiego nauczyciela w prowincji Nghe An w Annamie nad granicą z Laosem jako Nguyen Sinh Cung. Używał później szeregu innych nazwisk m.in. Nguyen Ai Quoc (”Nguyen patriota”) i Nguyen Tat Than. Imię „Ho”,przynajmniej na początku jego działalności politycznej, oznaczało „osobę niosącą światło”. Jego liczni biografowie –francuscy, wietnamscy, amerykańscy i inni (np. Tran Dan Thien, Pierre Brocheux, Sophie Quinn-Judge, Jean Lacouture,William Duiker czy Martin Grossheim) podkreślali, że bardzo często brakuje wiarygodnych informacji, szczególnie z wcześniejszego okresu (np. wg niektórych danych Ho urodził się dopiero w 1892 r.).
W 1911 r. Ho (pod nazwiskiem Van Ba) zamustrował jako pomocnik kucharza na pokładzie francuskiego statku handlowego płynącego z Sajgonu do Marsylii i Hawru. W kieszeni miał tylko 10 franków. W ciągu następnych 2-3 lat głównie pływał na statkach, poznając niemal cały świat-od Paryża i Londynu, Stany Zjednoczone (mieszkał w nowojorskim Harlemie), poprzez Tunezję, Kongo, Reunion, Meksyk i Amerykę Południową . Pracował, uczył się języków (znał m.in. chiński) i analizował rzeczywistość pełną sprzeczności, wyzysku oraz rasizmu. Później napisał pamflet „La Race Noire” („Czarna rasa”).Pod koniec I wojny światowej założył w Paryżu Stowarzyszenie Wietnamskich Patriotów. Patriotyzm pojmował przede wszystkim jako wyzwolenie kraju spod francuskiego panowania. Stopniowo Ho Chi Minh stawał się zawodowym rewolucjonistą. Wstąpił w szeregi Francuskiej Partii Socjalistycznej (FPS), a w 1920 r. wziął udział w zebraniu założycielskim Francuskiej Partii Komunistycznej w Tours. Tak mówił wtedy o sytuacji w swoim kraju:”inne prawa obowiązują Wietnamczyków a inne Europejczyków (…) Nie mamy prawa do nauki. Kolonialne władze robią co tylko mogą by zatruć nas opium i alkoholem”.
W tym czasie Ho był bardzo aktywny-pisał do gazet,nawet recenzje filmowe. Nade wszystko organizował w wielu miejscach Azji Południowo-Wschodniej i w części Chin struktury lewicowe, w tym komunistyczne. Jak trafnie napisał w swym opus magnum o Wietnamie Piotr Ostaszewski: ”był przede wszystkim antykolonialistą i działaczem niepodległościowym, a dopiero później komunistą, traktującym ideologię bardziej instrumentalnie niż dogmatycznie”. Poznawał wielu czołowych działaczy, a w Moskwie w latach 1923-24 opublikował 2 traktaty nt. polityki kolonialnej w Indochinach. Generalnie uważał, iż proces rewolucyjny w Europie w dużym stopniu będzie zależał od rewolucji narodowych w koloniach państw europejskich. W końcu stycznia 1924r.,zaraz po śmierci Lenina, moskiewska „Prawda” wydrukowała artykuł Ho Chi Minha pt. „Lenin i kolonie”. On sam jako delegat Kominternu starał się łączyć różne grupy rewolucyjne i szerzej – lewicowe. W 1930r. w Hongkongu powstała Komunistyczna Partia Wietnamu przekształcona wkrótce w Komunistyczną Partię Indochin.
Per aspera ad astra (”przez trudności do gwiazd”)
Połowa lat 20. i lata 30. ubiegłego stulecia okazały się wyjątkowo trudne dla „misjonarzy rewolucji azjatyckich” – jak ich określał Pierre Brocheux. Zawisł nawet nad nimi swoisty miecz Damoklesa. Śmierć Sun-Jatsena w marcu 1925r. wywołała poważne rozbieżności w łonie Kuomintangu,a zwrot polityczny Czang Kaiszeka przeciwko dotychczasowym sojusznikom plus upadek tzw. komuny kantońskiej, to były poważne ciosy dla komunistów. Co do symboliki to Nguyen Ai Quoc nie zdołał nawet, mimo licznych przygotowań, spotkać się z Leninem, który także niespodziewania zmarł.
Nie ma wiarygodnych danych ani dokumentów na temat losów Ho Chi Minha w latach 30. Wiadomo m.in., że był aktywny w środowisku Wietnamczyków w Syjamie, Hongkongu i w samych Indochinach, gdzie wspierał rebelie chłopskie w wietnamskich prowincjach Nghe Anh i Ha Tinh, które skończyły się jednak niepowodzeniem. Miał też dużo szczęścia po tym gdy Sąd Cesarski w Vinh marionetkowego cesarza Bao Daia skazał go w 1929 r. zaocznie na karę śmierci, a brytyjskie władze w Hongkongu nawet w dwa lata później go aresztowały. Nie doszło jednak do ekstradycji Ho do Wietnamu na co podobno wpływ miały zarówno wstawiennictwo radzieckiego konsulatu w Kantonie jak i upowszechniona, fałszywa wiadomość o jego śmierci. Po odzyskaniu wolności Ho wyjechał do Moskwy, skąd kilkakrotnie odwiedzał komunistyczne bazy w Chinach. Warto pamiętać, iż był to okres stalinowskich czystek w ZSRR, stąd trudno o potwierdzone, wiarygodne dane. Nie wiadomo dokładnie w jakim stopniu czystki te dotknęły Ho Chi Minha, ale jego aktywność w końcu lat 30. wyraźnie się zmniejszyła.
W latach 1940-41 francuski rząd Vichy nie prowadził klarownej polityki wobec swych terytoriów zależnych, szczególnie w Indochinach-tym bardziej, iż jego pozycja w samej metropolii powoli słabła. Jesienią 1940r. podpisał z rządem w Tokio umowę na mocy której Japończycy gwarantowali integralność i suwerenność kolonii francuskich w zamian za swobodę działań militarnych. Po nieudanych próbach wywołania w Kochinchinie powstania zbrojnego,Nguyen Ai Quoc wrócił do Wietnamu i w górach prowincji Cao Bang zajął się pracą organiczną, tworząc szeroką koalicję pod nazwą Rewolucyjna Liga na rzecz Niepodległości Wietnamu, znaną pod skrótem Viet Minh .Ponieważ ta struktura zdecydowanie opowiedziała się za walką zbrojną tak przeciwko Japończykom, jak i Francuzom zyskała poparcie Stanów Zjednoczonych, ale także Chin. W tym też czasie Ho nawiązał bliską współpracę z dowódcą oddziałów partyzantki Viet Minhu Vo Nguyen Giapem – późniejszym bohaterem Wietnamu, zwycięzcą spod Dien Bien Phu i kluczową postacią I oraz II wojny indochińskiej. Wypracowali wspólnie taktykę walki partyzanckiej uwzględniającej m.in. doświadczenia chińskiej taktyki Mao Zedonga.
Viet Minh – będący sprzymierzeńcem państw Wielkiej Koalicji – Chin, Związku Radzieckiego, Wielkiej Brytanii, ale nade wszystko USA, czuł się znaczącym graczem politycznym w Indochinach. Ściśle współpracował m.in. z wywiadem amerykańskim OSS. Wydarzenia postępowały szybko. Jeszcze między sierpniem 1942 r. a wrześniem 1943 r. Ho Chi Minh był aresztowany przez lokalne władze chińskiej prowincji Guanxi, przebywał przez rok w kilku więzieniach (pisał tam wiersze), zaś po zwolnieniu przez władze Kuomintangu zintensyfikował swe działania polityczne. Przyniosły one – nawet dość niespodziewanie – częściowo wskutek zbiegów okoliczności (np. śmierć prezydenta Roosevelta, szybsza kapitulacja Japonii po zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki) wyraźne efekty.
Na kongresie Viet Minh w Tan Trao zdecydowano o utworzeniu rządu tymczasowego z Ho na czele. Na głównym placu Hanoi Ba Dinh 2 kwietnia 1945 r. doszło do oficjalnej proklamacji Demokratycznej Republiki Wietnamu. W swym przemówieniu Ho świadomie i obszernie nawiązywał do tekstu Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych, napisanej przez Thomasa Jeffersona, a uchwalonej w Filadelfii 4 lipca 1776 r..Było to zręczne i dobrze przygotowane. Znajdował się przecież w otoczeniu oficerów amerykańskich na czele z majorem Archimedesem Patti – szefem wywiadu USA na Indochiny. Z perspektywy późniejszej tragicznej wojny wietnamskiej wyglądało to na niezwykły paradoks, ale ówcześnie były to dwie siły sojusznicze
W tym miejscu warto wspomnieć o oryginalnej postaci Bao Dai (1913-1997) – ostatniego cesarza Wietnamu, częściowo tylko (nie aż tak marionetkowej) podobnej do ostatniego cesarza Chin Puyi (1905-1967) ,upamiętnionego w świetnym filmie Bertolucciego. Zasiadał na tronie od 1926 r.,ale przez długie lata jego władza była poddana kontroli francuskiej, a następnie japońskiej .Pod presją sił rewolucyjnych w sierpniu 1945 r. abdykował. Co ciekawe, po wyborach do parlamentu Wietnamu w styczniu 1946r.(Viet Minh uzyskał w nich 97 proc. głosów) wszedł w jego skład ,a nawet został doradcą Ho Chi Minha. Formalnie przywrócono mu nawet tytuł głowy państwa.
Po konferencji w Genewie w lipcu 1954 r. i podziale kraju na 2 strefy „tymczasowe”, wzdłuż 17 równoleżnika, ponownie został zmuszony do abdykacji. Ale miała ona inny charakter niż poprzednia. Cesarz został bowiem obalony w 1955 r. przez premiera Wietnamu Południowego Ngo Dinh Diema – fanatycznego katolika (oddał kraj w opiekę Matce Bożej), represjonującego buddystów. Bao Dai później udał się na emigrację do Francji gdzie zmarł. Pokazywało to kruchość i delikatność ówczesnej sytuacji. Nota bene cesarz uchodził za świetnego brydżystę.
Konferencja w Genewie na wysokim szczeblu (ze strony USA – Dulles,Francji – Bidault, ZSRR-Mołotow, Chin-Zhou Enlai, Wielkiej Brytanii-Eden de facto zamknęła okres francuskiego panowania w Indochinach, zwłaszcza w Wietnamie. Jej zasadnicza część odbyła się po klęsce Francji w bitwie pod Dien Bien Phu na północy kraju, gdzie partyzanci Viet Minhu dowodzeni przez legendarnego gen. Giapa zdobyli w maju 1954 r. twierdzę zbudowaną jeszcze przez Japończyków. Według niektórych danych rząd w Paryżu rozważał nawet użycie bomby atomowej. Jednym z rezultatów konferencji genewskiej (podpisano łącznie 12 dokumentów) stało się stworzenie Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli składającej się z przedstawicieli Indii, Kanady i Polski. W wielu źródłach zagranicznych, w tym wietnamskich, podkreśla się pozytywną rolę jaką odegrał prof. Mieczysław Maneli – znany prawnik, prof. UW i polski przedstawiciel w Komisji w randze ambasadora, m.in. w uruchomieniu korespondencji między Ngho Dinh Diemem a Ho Chi Minhem. W 1971 r. ukazała się w Nowym Jorku jego ciekawa książka o kulisach wielu zjawisk oraz rozmów nt. sporów ideologicznych w ruchu robotniczym w Indochinach. Siedziba Komisji znajdowała się najpierw w Hanoi, potem w Sajgonie-z filiami w Vientiane i Phnom Penh, zaś w kilkunastu miejscach funkcjonowały zespoły kontrolne. Ewenementem było to, iż w 1965 r. władze Wietnamu Płd. poleciły przedstawicielom Indii opuszczenie swego terytorium. W ramach Komisji służbę pełniło prawie 2 tys. Polaków (niektórzy aż do 1975 r.), przy czym większość z nich to byli żołnierze zawodowi.
Droga do zjednoczenia kraju
Nie tylko Ho Chi Minh marzył o zjednoczeniu obu części Wietnamu, choć on sam tego nie doczekał. W czasach zimnej wojny Amerykanie stopniowo z sojusznika przedzierzgnęli się we wroga i poczynając od prezydentury Nixona, w celu zapobiegnięcia rozpowszechnianiu się komunizmu w Azji, realizowali od 1968 r. tzw. politykę wietnamizacji. W tym czasie w Wietnamie stacjonowało aż 546 tys. żołnierzy USA – była to liczba rekordowo wysoka. Później zaczęła się ona zmniejszać, ale rezultat nowej strategii był ograniczony. W konflikt trwający dwie dekady zaangażowane były z jednej strony: Wietnam Północny wspierany przez kraje socjalistyczne (głównie Chiny i ZSRR),ale też ugrupowania komunistyczne w Wietnamie Płd. (w grudniu 1950r. powstał Front Wyzwolenia Narodowego Viet Cong),Laosie i Kambodży,zaś z drugiej strony – Republika Wietnamu Płd. (w trakcie przewrotu w Sajgonie w listopadzie 1963r. ginie prezydent Diem i jego brat) oraz sojusznicy Stanów Zjednoczonych np. Korea Płd., Australia, Filipiny, Tajlandia. Wojna spolaryzowała opinię światową, także ze względu na dokonywane zbrodnie (np. w My Lai), używanie napalmu, stąd masowe protesty organizowane w całym świecie, w tym w USA.
Istnieje ogromna literatura na ten temat niemal we wszystkich językach świata, nie tylko we francuskim i angielskim. W końcu stycznia 1973 r. Henry Kissinger i Le Duc Tho podpisali w Paryżu traktat pokojowy kończący wieloletnią wojnę w Wietnamie. Otrzymali też wspólnie za osiągnięcie historycznego porozumienia pokojową Nagrodę Nobla.Le Duc Tho jej jednak nie przyjął argumentując, iż wojna się jeszcze toczy. Ważne, symboliczne znaczenie miała też ewakuacja helikopterem 30 kwietnia 1975r. personelu ambasady USA w Sajgonie. Potwierdziło się łacińskie przysłowie: „Finis coronat opus”.
Ho Chi Minh prowadził bardzo aktywny tryb życia, m.in. dużo jeździł po świecie i to nie tylko po Azji. Stopniowo pogarszał się jednak jego stan zdrowia, zwłaszcza od 1964 r..Nie brał już np. udziału we wszystkich ważnych posiedzeniach partyjnych czy rządowych, choć był wciąż prezydentem państwa. Zmarł 2 września 1969r. na atak serca równo 24 lata po tym, jak w tym samym mieście (Hanoi), na tym samym placu Ba Dinh, ogłosił niepodległość Demokratycznej Republiki Wietnamu. Do ceremonii pogrzebowej przygotowywano się już w tajemnicy od pewnego czasu. Podobnie też dość wcześnie zdecydowano (we współpracy ze specjalistami z Rosji) o wzniesieniu mauzoleum. Na czele Komitetu Pogrzebowego stanął lider Partii Pracujących Wietnamu Le Duan, a w jego składzie znaleźli się pozostali członkowie kierownictwa:premier Pham Van Dong, wiceprezydent Le Duc Tho, przewodniczący parlamentu Truong Chinh, minister obrony gen. Vo Nguyen Giap. Ciało prezydenta wystawiono w gmachu parlamentu.
Wzorem wielu najważniejszych działaczy komunistycznych Ho Chi Minh napisał swój testament 10 maja 1969 r.,który był kilkakrotnie korygowany. Między innymi stwierdzał, że po jego śmierci „nie należy organizować zbędnych ceremonii, aby nie trwonić czasu i środków narodu”. Akcentował konieczność kontynuowania walki o zjednoczenie całego Wietnamu. Wyrażał nadzieję, iż będzie jeszcze mógł odbyć podróż po całym kraju, aby pogratulować bohaterskim rodakom, a następnie udać się do bratnich krajów „pięciu kontynentów”, aby wyrazić wdzięczność za serdeczne poparcie i pomoc w walce z amerykańską agresją”. Trudno zgodzić się z niemieckim badaczem Martinem Grossheimem, że w ostatnich latach swojego życia „wujaszek Ho” był „izolowaną ikoną”. Zachowywał też skromność i przeciwdziałał elementom kultu jednostki, które się pojawiały.
Partia rządząca w Wietnamie prezentuje obecnie obraz historycznego przywódcy głównie jako wzoru moralnego, np. w walce z korupcją oraz jako teoretyka rozwijającego twórczo marksizm. W obiegu jest pojęcie „idee Ho Chi Minha” („ tu tuong Ho Chi Minh”), które są uwzględniane m.in. w procesie edukacji. Funkcjonuje także Narodowy Instytut Polityki odgrywający rolę think tanku Komunistycznej Partii Wietnamu i promujący te idee.
Niewiele wiadomo o życiu prywatnym „Wujaszka Ho”. Ustalono tylko, iż w 1926r. jako Nguyen Ai Quoc ożenił się z Chinką Tang Tuyet Minh, ale potem ślady się urywały. Nie wiadomo, czy miał dzieci. Tym bardziej intrygująca jest historia Stefana Kubiaka-Polaka, który po II wojnie światowej trafił do Legii Cudzoziemskiej, a z nią m.in. do Wietnamu. W trakcie walk pod Dien Bien Phu, w przebraniu francuskiego oficera, przedostał się do jednego z fortów i otworzył żołnierzom wietnamskim drogę do ataku. Został uznany za bohatera, zaś Ho Chi Minh go usynowił .Otrzymał imię Ho Chi Toan, ożenił się z Wietnamką i wrócił do Łodzi. Jego syn (także Stefan) podobno mieszka pod Warszawą. Jeszcze raz sprawdza się francuskie powiedzenie „Cherchez la femme” („Szukajcie kobiety”). Może więc da się tym razem odnaleźć Stefana Kubiaka juniora?!

Polska wśród „ochotników pokoju”…

Idea Narodów Zjednoczonych powstała w toku śmiertelnych zmagań z faszyzmem. Byłem wówczas żołnierzem na froncie… Karta Narodów Zjednoczonych dała początek uniwersalnej organizacji międzynarodowej, która z zachowania pokoju, z postępu, z zasady równości w różnorodności uczyniła swój kamień węgielny.
gen. Wojciech Jaruzelski

Tymi słowami, 35 lat temu, 27 września 1985 roku, gen. Wojciech Jaruzelski -wówczas premier rządu, rozpoczął swoje wystąpienie na 40 Sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (ONZ). Warto więc przypomnieć w kilku słowach jej historię.
Idea ONZ
Jej idea, myśl przewodnia wypływała z tzw. Czterech Wolności: słowa, wyznania, wolności od ubóstwa oraz wolności od strachu, które w styczniu 1941 r. prezydent USA Franklin Delano Roosevelt proklamował jako podstawowe cele Ameryki. Pół roku później, w sierpniu 1941 roku na okręcie wojennym w pobliżu Nowej Funlandii (na Atlantyku) Rooseveelt i Churchill podpisali dokument, w którym te „Wolności” stały się myślą przewodnią przyszłych stosunków międzynarodowych. Dokument nazwano Kartą Atlantycką (od miejsca podpisania). Politycy „przetłumaczyli” je jako prawa państw i narodów, jako podstawy stosunków międzynarodowych do: samostanowienia narodów; wyrzeczenia się użycia siły; potępienia zaborów terytorialnych; rozbrojenia i pokojowej współpracy. Powszechnie nazywane są zasadami Karty Narodów Zjednoczonych (KNZ).
Wstępna konferencja odbyła się w Waszyngtonie, w styczniu 1942 r. Uczestniczyło w niej 26 państw, w tym przedstawiciel Polski, którzy podpisali dokument nazwany Deklaracją Narodów Zjednoczonych. Stąd „Karta” i „Deklaracja” są założycielskimi dokumentami ONZ. Dokumenty te były podstawą, ale nie wykluczały dalszej, merytorycznej pracy nad ich wizją, możliwą do zastosowania w powojennym świecie. Opracowano m.in. preambułę, inaczej mówiąc „wstęp” do KNZ, zawierając ideę pokojowego współżycia.
Akcenty polskie
Konferencję założycielską ONZ zorganizowano w sali opery w San Francisco, gdzie 26 czerwca 1945 r. przyjęto „dopracowaną” Kartę. Składała się z preambuły (czyli wstępu) i 111 artykułów, ujętych w 19 rozdziałach (weszła w życie 24 października 1945 r.). Tu Państwa proszę o uwagę na akcenty polskie – 26 czerwca, wojna w Europie zakończona, jest kilka dni przed Poczdamem. Na koncercie uświetniającym otwarcie konferencji polski pianista Artur Rubinstein, grał muzykę Chopina, zakończył odegraniem Mazurka Dąbrowskiego. Na krześle dla przedstawiciela Polski leżała wiązanka biało- czerwonych kwiatów. Dlaczego nie był obecny? Rząd londyński był jeszcze uznawany przez kilka państw. W Polsce funkcjonował tzw. rząd lubelski utworzony przez PKWN, akceptowany przez ZSRR. Ten rząd nazywany Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej został oficjalnie uznany 28 czerwca, jednym z pierwszych państw była Francja i on w imieniu Polski jako 51 państwa założycielskiego ONZ podpisał tę Kartę, ale w październiku 1945 r. (wtedy na świecie było 77 państw, obecnie jest ponad 190). ONZ jest od zakończenia wojny jedyną organizacją międzynarodową, odpowiedzialną za światowy pokój. Rola i miejsce Polski w ONZ zasługuje na szerszy opis w stosownym czasie.
Istota wojny i pokoju.
„Nikt nie ma wyłączności na pragnienie pokoju. Są jednak narody, którym dramatyczna historia daje szczególne moralne prawo oraz nakłada niezbywalny obowiązek, aby przypominać, ostrzegać, wzywać do opamiętania. Naród nasz jest jednym z nich… Kraj nasz był zawsze w pierwszym szeregu ochotników pokoju”. W tym miejscu Generał poinformował zebranych, że zwrócił się do naszego społeczeństwa z prośbą o opinię, jakie problemy delegacja powinna podnieść na forum ONZ- kto z Państwa to pamięta? Wśród wielu listów, przypominających o naszych ofiarach poniesionych podczas II wojny światowej, był od kobiety, która napisała: „Niech pan powie wszystkim – wojna w swej istocie oznacza to, że syn jednej matki, zabija syna innej matki”. Wzmocnił ten akcent takim faktem- „Sam urzęduję w gmachu, w którego podziemiach hitlerowcy spalili zwłoki prawie trzech tysięcy rozstrzelanych mieszkańców naszej Stolicy”. Kopie listów i zestawienie zgłoszonych propozycji i podnoszonej w nich problematyki ekologicznej, nasza delegacja przekazała Sekretariatowi ONZ.
Zagrożenia pokoju, polskie inicjatywy
„Czterdzieści lat temu ludzkość wkroczyła w erę nuklearną. dziś staje w obliczu groźby przeniesienia wyścigu zbrojeń w Kosmos”- mówił Generał. Przypomniał. że „Polska kilkakrotnie proponowała na tym forum odwołanie się do wiedzy i sumienia uczonych”, przywołując trzy polskie inicjatywy: „na 17 Sesji w 1962 r. Zgromadzenie Ogólne (ZO) poleciło sporządzić raport o ekonomicznych i społecznych skutkach rozbrojenia. Na 21 Sesji w 1966 roku, Polska była inicjatorem raportu o skutkach użycia broni jądrowej, a na 23 Sesji w roku1968-raportu o skutkach użycia broni chemicznej i bakteriologicznej”. Obecnie, sugerował – „byłoby celowe …sporządzenie studium…o wielorakich następstwach militaryzacji przestrzeni kosmicznej”. Tu wspomniał o udziale polskich uczonych w badaniach Kosmosu dla „celów pokojowych i dobra człowieka, w ramach programu „Interkosmos”. Wskazał na potrzebę opracowania raportu o wielorakich następstwach militaryzacji przestrzeni kosmicznej i przyjęcia zasady swobodnego przepływu doświadczeń, licencji i technologii służących ochronie środowiska naturalnego.
Z uwagi na powagę naszych inicjatyw, wspomnę Państwu, że już na 1 Sesji ONZ w 1946 r. wnioskowaliśmy o wyeliminowanie broni atomowej i innych środków masowej zagłady oraz wykorzystania energii atomowej w celach pokojowych. A na 3 Sesji w 1948 r., zgłosiliśmy rezolucję dot. redukcji zbrojeń przez zmniejszenie o 1/3 w ciągu roku SZ, zakazu użycia broni jądrowej oraz powołania światowego organu kontrolnego. Natomiast na 7 Sesji w 1952 r., przedłożyliśmy rezolucję „O zapobieżeniu groźbie nowej wojny światowej, o utrwaleniu pokoju i przyjaznej współpracy między narodami”. Trwała nad nią burzliwa dyskusja na Sesji, w kuluarach i w wielu państwach, ale wtedy akceptacji członków ONZ nie uzyskała. Nawiązał do niej 8 lat później Władysław Gomułka, na 15 Sesji – 23 października 1960 r. Polska wystąpiła z ideą przeprowadzenia ogólnoświatowego plebiscytu w sprawie broni jądrowej i innych broni masowej zagłady oraz powszechnego i całkowitego rozbrojenia. Stosowna rezolucja dot. opracowania raportu o skutkach rozwoju zbrojeń jądrowych została opracowana przez organy ONZ i przyjęta 17 lutego 1962. Ponadto, Władysław Gomułka wystąpił z rezolucją w sprawie stworzenia warunków osiągnięcia porozumienia o powszechnym i całkowitym rozbrojeniu. Była to jego osobista inicjatywa. Zyskała ogólny aplauz, nie znalazła jednak potwierdzenia na piśmie, w postaci stanowiska ONZ. Nie oznaczało to daremności inicjatywy. Wywołana nią dyskusja międzynarodowa przyniosła pozytywny efekt 4 lata później. Minister Adam Rapacki, na 19 Sesji w 1964 r., złożył propozycję zwołania konferencji wszystkich państw Europy, ZSRR oraz USA i Kanady celem rozpatrzenia całokształtu zagadnień bezpieczeństwa. Staraniem Polski została sfinalizowana jako Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie-Helsinki 1975 (pisałem w tekście „Ożywić idee sprzed 45 lat”, 31 lipca- 2 sierpnia 2020).
Strefa bezatomowa
Generał przypomniał kolejną inicjatywę mówiąc- „Koncepcja stref bezatomowych, przekształcona już w rzeczywistość w rejonie Ameryki Łacińskiej, zamiar utworzenia strefy bezatomowej południowego Pacyfiku oraz projekty podobnych rozwiązań w innych regionach- oto przykłady, że istnieje pole do konstruktywnych poszukiwań i działań… każdego kraju, nie zależnie od jego ustroju czy przynależności do ugrupowań militarnych”. Można dziś zapytać- czy idea strefy bezatomowej w Europie to już tylko historia? Właśnie, że nie, jest wciąż aktualna, zważywszy na zamysł Niemiec, by usunąć ze swego terytorium składy i urządzenia służące do użycia broni jądrowej. Gdzie miałyby być przeniesione- kto z Państwa pamięta? Oczywiście, że do Polski! Wywołane taką wiadomością poruszenie, zostało szybko wyciszone. Sprawę tę na łamach Trybuny podniósł Redaktor Andrzej Ziemski, ja zaś przypomniałem Plan Rapackiego- na łamach 1-2 czerwca 2020. Pragnę tu wyraźnie podkreślić, że stanowczy sprzeciw wobec takich pomysłów niektórych piaskowych strategów, w żaden sposób nie godzi w nasze bezpieczeństwo. To także temat na osobną publikację w najbliższym czasie.
Nawiązując do Planu Rapackiego, Generał zadeklarował, że „Polska … gotowa będzie w stosownym momencie wystąpić z propozycjami odpowiadającymi pokojowym interesom narodów Europy”. Dziś wiemy, że była to zapowiedź planu znanego w świecie od 1987 r. z imienia Generała (napiszę szerzej, przy innej okazji). Jednocześnie podkreślił odpowiedzialność polityków za problemy bezpieczeństwa, wyrażając nadzieję, iż zapowiedziane spotkanie Ronalda Reagana i Michaiła Gorbaczowa „przyniesie szanse zahamowania wyścigu zbrojeń”, zwłaszcza na „wszelkie eksplozje nuklearne oraz projekty międzynarodowej współpracy w pokojowym zagospodarowaniu przestrzeni kosmicznej”. Dziś wiemy, że to spotkanie zapoczątkowało proces dyskusji o międzynarodowym odprężeniu na linii USA-ZSRR, a szczególnie o redukcji zbrojeń. Dwa lata później, te kraje 8 grudnia 1987 r. podpisały w Waszyngtonie układ o likwidacji rakiet jądrowych średniego i krótszego zasięgu. W depeszy gratulacyjnej do obu przywódców, Generał m.in. napisał- „Uczyniony został pierwszy doniosły krok za drodze wiodącej do świata wolnego od broni nuklearnej. Zawarcie układu potwierdza dobitnie, że obniżenie poziomu zbrojeń, przy zachowaniu równowagi bezpieczeństwa stron jest w pełni realne. Witamy również z nadzieją perspektywę nowych porozumień, zwłaszcza dotyczących zasadniczej redukcji strategicznych broni jądrowych obu mocarstw. W tych, pamiętnych dniach, przywódcom Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych towarzyszą serdeczne myśli i poparcie naszego narodu”.
Krzywda wyrządzona Polakom
„Narodowi polskiemu, każdej polskiej rodzinie wyrządzona została krzywda. Zerwane umowy, bezprawne restrykcje pogłębiły gospodarcze trudności, przyniosły nam ogromne szkody, równoważne ponad połowie ogólnej wysokości zadłużenia kraju”. Z dyplomatyczną elegancją nie wspomniał Generał jakie państwa ma na myśli, nie musiał wszyscy obecni wiedzieli, że USA, Wielką Brytanię i Francję w szczególności, a koszty tego bezprawia wobec Polaków sięgnęły 15 mld $. A tym krajom dobitnie powiedział, że „ostracyzm, któremu poddano Polskę w pewnych stolicach, to jedna z owych wielkich pomyłek, które przewijają się przez historię i kładą na jej kartach głębokim cieniem. Prawo do sądzenia uzurpują sobie zazwyczaj ci, którzy we własnym kraju chcieliby mieć spokój i porządek, a w Polsce liczą na anarchię i zamęt”. Wspomnę, że 3 lata później Margaret Thatcher w swoim domu i w wąskim gronie skierowała słowa-„Przyznaję, że Zachód nie zawsze trafnie odczytywał Pańskie intencje i wypowiedzi”. A 5 lat później Ronald Reagan w Belwederze, składając wyrazy uznania dla konsekwencji działań Generała, powiedział wprost -„Myliliśmy się w ocenie pańskiej osoby”. Prezydent Francji Francois Mitterand za… „obronę pokoju w Europie” 7 lat później odznaczył Generała Krzyżem Wielkim Orderu Legii Honorowej. Kto z naszych polityków i historyków chce pamiętać i przypominać tę – przecież nie wymuszoną prawdę- Polakom i uczyć młodzież?
Wiele delegacji państw, słuchających w zadumie, Generał zaskoczył stwierdzeniem- „Nie przyjechałem tu, aby upiększać nasze rozwiązania. Polskę współczesną zrozumieć mogą tylko ci, którzy zechcieli poznać rzetelnie jej historię, jej wyjątkowo złożone losy…Nie zabiegamy o pochwały. Nie zamierzamy obciążać nikogo odpowiedzialnością za nasze błędy. Nie ukrywamy trudności- ani przed własną, ani przed międzynarodową społecznością. Ale odrzucamy instrumentalne traktowanie Polski”.
Udział w misjach pokojowych
Mówiąc o porozumieniu i współpracy, o pokojowym rozwiązywaniu sporów i konfliktów, Generał przypomniał, że „wielokrotnie powierzano Polsce międzynarodowy mandat zaufania. Ponad 17 tysięcy Polaków lojalnie i skutecznie służyło Narodom Zjednoczonym w różnych pokojowych misjach. Również i w tej chwili żołnierze polscy pod flagą ONZ pełnią na Bliskim Wschodzie swą zaszczytną służbę”. Ta służba-w misjach pokojowych zasługuje na odrębny opis. Tu wspomnę tylko, że pierwszym zadaniem Polski, CSRS, Szwajcarii i Szwecji był nadzór nad przestrzeganiem rozejmu w Korei.
Polska grupa nadzorująca rozejm została utworzona na mocy uchwały Rządu PRL 12 września 1953 r. Stanowili ją oficerowie Wojska Polskiego oraz przedstawiciele Ministerstwa Spraw Zagranicznych (MSZ) i innych ministerstw. Na początku operacji (1953/1954 r.) pierwsza polska zmiana liczyła 391 osób personelu, w tym 171 oficerów. Łącznie personel reprezentujący Polskę w Komisji od roku 1953 do roku 2001 liczył 1 065 osób. Była to pierwsza misja powołana do przywrócenia pokoju, w której wzięli udział Polacy. Wybór ten świadczył o docenieniu przez państwa członkowskie ONZ wkładu Polski w walce o narodowe wyzwolenie podczas II wojny światowej uznaniu dla inicjatyw składanych od rozpoczęcia działalności ONZ. Z punktu widzenia prawa i stosunków międzynarodowych, to pierwszy przypadek na tak dużą skalę. Dotychczas żołnierz był postrzegany jako „wojownik”, walczący z bronią w ręku. Tu żołnierz ma walczyć, diametralnie inną bronią – powagą munduru, bezstronnością postępowania. Obiektywizmem ocen i opinii – ma budować zaufanie miejscowych władz i ludności. Korea w tym względzie okazała się wielkim międzynarodowym eksperymentem, który się powiódł. Żołnierz nie tylko umocnił swój autorytet, ale przede wszystkim dowiódł swej przydatności i wartości w swoistej „służbie dyplomacji”, służbie dla pokoju i spokoju.
Sprawa zadłużenia
Generał zwrócił uwagę, że„światowe zadłużenie wymaga wzmożonych działań ze strony ONZ. Zdaniem rządu polskiego, byłoby celowe, utworzenie pod egidą Sekretarza Generalnego ONZ, Międzynarodowego Centrum Badania Długu i Rozwoju. W jego pracach, obok wybitnych ekspertów, powinni uczestniczyć przedstawiciele bezpośrednio zainteresowanych państw”. Zaproponował, by „spotkanie organizacyjne Centrum mogło odbyć się w dawnej stolicy Polski, Krakowie”. Faktycznie, takie się odbyło i uzyskało uznanie zainteresowanych. Później, po 1989 r. rolę tę przejęło Davos w Szwajcarii. W innej formie, jako spotkania ekonomistów, od kilku lat odbywane są w Krynicy lub innych miastach.
Wychowanie dla pokoju.
Generał poinformował, że w ramach obchodów Międzynarodowego Roku Pokoju (1986), w Warszawie odbędzie się Kongres Intelektualistów w Obronie Pokojowej Przyszłości Świata, na który serdecznie zaprosił zainteresowanych. Pragnę zwrócić Państwa uwagę, iż Polska na forum ONZ była inicjatorem: koncepcji wychowania społeczeństw w duchu pokoju. Zgłosił ją Edward Gierek w 1974 r., została przyjęta; Deklaracji praw dziecka (1959); Konwencji praw dziecka (1990); Międzynarodowego Roku Rodziny (1994).
Co zweryfikował czas?
Patrząc na wystąpienie Generała z dystansu 35 lat, warto zastanowić się jakie zagadnienia podniesione na tej Sesji uległy dezaktualizacji, straciły rację bytu. Odpowiedź zapewne ucieszy wielu zdeklarowanych krytyków Generała. Oto mają dowód w takich ocenach. „Kto próbuje dziś poprawiać historię, kto podważa nierozdzielne postanowienia z Teheranu, Jałty i Poczdamu- ten zmierza do przekreślenia dorobku San Francisco, nadweręża tkankę międzynarodowego zaufania… Polska Rzeczpospolita Ludowa uważa niezmienność powojennego porządku europejskiego za fundamentalny warunek pokoju. Odnawianie roszczeń terytorialnych, odwoływanie się do definitywnie zamkniętych rozdziałów przeszłości- to droga donikąd. Droga bezcelowa, a przede wszystkim niebezpieczna”.
Proszę raz jeszcze o przeczytanie tych ocen, o zastanowienie się co uległo zmianie, jaki ma w nich udział Generał. Po pierwsze- nikt na świecie nie potrafił przewidzieć pokojowych zmian w skali światowej. Oczywiście, cała polityka Zachodu była nastawiona na osłabianie bloku wschodniego, na jego upadek. To było pragnienie i życzenie zarazem, realizowane na wielu płaszczyznach – politycznej, gospodarczej, militarnej, społecznej, religijnej, propagandowej, „walki w eterze”, jak wówczas mówiono. Po drugie- od 30 lat wiemy, że ten demontaż we wzajemnej rywalizacji następował z udziałem polityków ZSRR, głównie Michaiła Gorbaczowa i Georga Busha, prezydenta USA, który umiejętnie budował zaufanie władz radzieckich, dyplomatycznie wspieranych przez Papieża-Polaka. W Europie Środkowo-Wschodniej gen. Wojciech Jaruzelski, który potrafił drogą użycia siły i porozumienia doprowadzić do uspokojenia sytuacji i do zmiany ustroju. Ktoś może tu nie wytrzymać emocjonalnie i głośno żądać uznania dla „wiekopomnej roli” Solidarności. Niestety, ale wobec tego Związku jestem bardzo krytyczny. Wielu nie tylko z tym się nie zgodzi, ale i uzna za krzywdzące. Proszę sięgnąć do dwóch moich poprzednich tekstów- „Protokół” oraz „Czterdzieści lat minęło” i przywołanych tam publikacji. Jest tam odpowiedź – zamiast odpowiedzialności za ludzi, naród i państwo, do czego wzywali Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński i Papież, Solidarność uznała ówczesną władzę za wroga. Jeśli ktoś nie chce się z tym zgodzić – ma prawo! Tylko niech zważy na groźbę bratobójczej walki domowej i wojskowej pomocy sąsiadów. By niecierpliwych skłonić do namysłu, powiem im wprost – Solidarność uratował stan wojenny, a personalnie- Breżniew i Generał! Zachęcam do szukania argumentów na obalenie tej tezy i do głębokiej „burzy mózgów”. Napiszę niebawem.
Po trzecie-rozważna polityka Gorbaczowa i Generała doprowadziła do uznania status quo terytorialnego- nienaruszalności zachodniej granicy Polski i zjednoczenia Niemiec, przy czym pozbawiono ich prawnych podstaw to roszczeń terytorialnych. Dzięki temu mamy dobre z nimi stosunki sąsiedzkie. Ci politycy, z udziałem prezydenta USA i Francji doprowadzili do pewnej formy „traktatu pokojowego”, jaki Poczdam nie był w stanie (nie chciał) zawrzeć. Z tego tytułu rację bytu straciły ustalenia z Teheranu i Jałty. I co szczególnie ważne-nie został „przekreślony dorobek San Francisco”, czego obawiał się Generał. A odwrotnie- z wydatnym udziałem Generała jako Prezydenta Polski, członków i ekspertów rządu Tadeusza Mazowieckiego oraz światowych polityków udało się „poprawić historię”. Wszystko to dokonało się pokojową drogą, bez rozlewu krwi. A Okrągły Stół wciąż jest zachęcającym przykładem dla porozumienia w każdej sprawie, mimo trwałego zaślepienia niektórych krytyków.
Interesujące spotkania.
Wizyta Generała w ONZ, jednocześnie pozwoliła na kilka znaczących politycznie oraz intelektualnie spotkań. Na bieżąco informowała o nich prasa. Kilka razy pisał – w stosownej konwencji-Pan prof. Longin Pastusiak, także na łamach Trybuny i Przeglądu, któremu wyrażam serdeczne podziękowanie i uznanie.
Będąc w siedzibie ONZ, Generał spotkał się w naszym przedstawicielstwie z liczną grupą środowisk polonijnych. Jak pisze Profesor -„Wśród obecnych znajdowali się profesorowie wyższych uczelni, przemysłowcy, handlowcy, dziennikarze, prawnicy, reprezentanci zarówno starszego pokolenia jak i młodej generacji. Zwracając się do zebranych, wyraził im szczere zadowolenie z możliwości spotkania się z przedstawicielami Polonii Amerykańskiej i przekazał jej serdeczne pozdrowienia z Warszawy i z Polski. Stwierdził, że w najważniejszych dla Ojczyzny sprawach serca Polaków biją wspólnym rytmem, odczuwają jednakowo jej sukcesy i trudności. Przytoczył znane hasło Związku Polaków w Niemczech, że Polska jest Matką naszą – o Matce nie można mówić źle. Podziękował za wsparcie Polonii okazywane dla Ojczyzny. Przypomniał wkład Polonii w odbudowę Zamku Królewskiego, który jest symbolem polskiej państwowości. Mówiąc o obecnych problemach kraju, wskazywał na postęp i konsekwencję w ich rozwiązywaniu”. Z relacji w ówczesnej Trybunie Ludu wynika, że przedstawiciele Polonii zapewniali Generała o swoim serdecznym związku z Polską i pragnieniu działania dla dobra ich przodków, a także o tradycjach i perspektywach obustronnie pożytecznej współpracy między Polską a USA. Prywatne spotkanie Generała z kard. Johnem Królem miało znaczącą wymowę wśród naszej Polonii, pamiętającej patriotyczne spotkanie z Papieżem-Polakiem, w czasie wizyty w USA (1983).
Także serdeczność i szacunek był wyraźnie widoczny podczas spotkania z Dawidem Rockefellerem w siedzibie jego firmy. Wśród zaproszonych gości był prof. Zbigniew Brzeziński, który został mile zaskoczony informacją o rodzinnych dokumentach, jakie przywiózł Generał, a doradca Wiesław Górnicki przekazał je przez nasze przedstawicielstwo. Po latach, Profesor wspominał, że był zaskoczony ciepłym przyjęciem Generała przez superbogacza Rockefellera. „Powiedziałem generałowi- mówił, że jestem tym głęboko wzruszony, prawdziwie to doceniam i że przypomina mi to wcześniejsze spotkanie z premierem Beginem, który także przywiózł mi dokumenty dotyczące działalności mojego ojca w obronie Żydów w Polsce”.
Zbigniew Brzeziński, otrzymując 12.05.06 od „Gazety Wyborczej” tytuł „Człowieka Roku”, pytany o wykorzystanie przez Polskę obecnie „optymalnej sytuacji międzynarodowej” -odpowiedział: „Polska nie jest na Księżycu, ale między Odrą, Nysą i Bugiem. Polska jest, ale bez przesady, do pewnego stopnia, sojusznikiem Ameryki, ale nie jest jej sąsiadem”. Kto z Państwa zechce wskazać przykłady, że obecne władze pamiętają o płynących z tej myśli praktycznych wnioskach.
U niektórych z Państwa może pojawić się pytanie o spotkanie Generała z prezydentem USA. Doradca premiera Wiesław Górnicki tłumaczył dziennikarzom, że wizyta była składana w ONZ, a nie w USA, co wyjaśnia brak spotkań z politykami amerykańskimi Gdy 5 lat później Ronald Reagan prywatnie spotkał się w Belwederze z Generałem, na swój sposób wyraził żal, że nie było okazji do wcześniejszego spotkania. To także jeden z uroków „rozumienia okazji”.

Tajemnice dyplomatycznych przesyłek

Ostatnio nam obrodziło w opisy skrytych działań i tajemnych informacji, co i tak zasadniczo nie zmienia naszej wiedzy o minionych czasach.

W ubiegłym roku wydawniczą sensacją były „Tajemnice walizki generała Sierowa” – opasły tom dzienników jednego z szefów radzieckich służb specjalnych. Przyniósł niewątpliwie wiele dodatkowych informacji dla historyków i pasjonatów tamtego okresu, ale zawiódł tych wszystkich, którzy liczyli na jakieś nowe, nieznane dotąd fakty, które zmieniły by wiedzę o latach 1939-1963. Nadto autor szerokim łukiem ominął wiele ważnych wydarzeń, które niewątpliwie znal, bądź nawet brał w nich udział, zapewne z racji ich powszechnej, negatywnej oceny i wymowy. W tego rodzaju dokumentach to przywara często występująca, co nie zmienia faktu o ich źródłowej wartości.
Podobne niejako refleksje
przywołuje ostatnio wydana przez Instytut Pamięci Narodowej książka „„KARNAWAŁ” PO AMERYKAŃSKU Placówki dyplomatyczne USA w PRL wobec polskich wydarzeń”, do której wprowadzenia, wyboru i opracowania dokonał Patryk Pleskot. Rzecz o objętości 735 stron zawiera 223 dokumenty obejmujące informacje, notatki z rozmów, szyfrogramy, listy, opinie, opracowania, wykazy, sprawozdania, raporty i pisma ambasady Stanów Zjednoczonych w Warszawie przesyłane do różnych amerykańskich instytucji. Nadto korespondencję konsulatów w Poznaniu i Krakowie oraz Departamentu Stanu. Dokonany wybór celowo obejmuje okres narodzin i działalności „Solidarności” i stąd pochodzi tytuł książki. Natomiast podtytuł zastrzega, iż przedstawione dokumenty stanowiły jedynie część amerykańskiej wiedzy o ówczesnej Polsce bowiem istniały jeszcze inne drogi i źródła jej pozyskiwania.
Poniżej cytuję obszerne fragmenty tej pracy, gdyż najlepiej tym sposobem przedstawić ją Czytelnikom.
Mylił się ten,
który by sądził, że powyższa korespondencja pochodzi z odtajnionych amerykańskich materiałów rządowych.
Wszystkie przywoływane w książce dokumenty zdobył polski kontrwywiad w ramach prowadzonej od połowy lat 70. do początku 1990 roku akcji „Tajfun”. „Kontrwywiadowczy „filtr” nałożony na dokumentację ambasady USA w Warszawie oraz konsulatów w Krakowie i Poznaniu – pisze autor – poza oczywistymi (choć w sumie ograniczonymi) mankamentami… Pozwala przede wszystkim uświadomić sobie sukces Departamentu II MSW, jakim było przechwytywanie [różnymi metodami – Z.T.] przez w sumie kilkanaście lat pokaźnej części amerykańskiej korespondencji dyplomatycznej… Jednocześnie kontrwywiad podkreślał, że nic nie wskazywało na to, by zachodni dyplomaci cokolwiek podejrzewali..” W ramach tej akcji, obejmującej także placówki dyplomatyczne innych państw, sporządzono 37 805 fotokopii z których aż 58 % dotyczyło korespondencji amerykańskiej. Pozyskane materiały, które obecnie znajdują się w archiwum IPN, tłumaczono na język polski i następnie w różny sposób wykorzystywano, także jako podstawę informacji dla najwyższych władz partyjno-rządowych PRL.
Wszystko ważne
„Mówiąc o treści dokumentów – pisze autor pracy – najłatwiej jest stwierdzić, że amerykańskich dyplomatów interesowało dosłownie wszystko: od zakulisowych walk o
wpływy w partii (od szczebla centralnego, przez wojewódzkie, po podstawowe organizacje partyjne); przez nastroje w konkretnych środowiskach i grupach (intelektualiści, dziennikarze stołeczni i regionalni, robotnicy, rolnicy, żołnierze, ekonomiści, naukowcy, artyści, urzędnicy, cudzoziemcy…), artykuły prasowe, audycje telewizyjne i radiowe, sytuację w Kościele, działania najróżniejszych grup opozycyjnych; po takie szczegóły, jak natężenie ruchu na drogach i lotniskach, cena kanistra benzyny, długość kolejek i napisy na murach czy… gęstość wąsów Lecha Wałęsy.” To ostatnie zapewne w celu identyfikacji oryginału od ewentualnego sobowtóra.
„Mniej lub bardziej świadomie ambasador i jego podwładni prezentowali optykę samych rozmówców. A ci przecież też mieli swoje zamiary i cele w momencie, w którym decydowali się na spotkanie z przedstawicielami najpotężniejszego ideologicznego wroga „ludowej ojczyzny” (i jej „przyjaciół radzieckich”), jakim były Stany Zjednoczone. Zarówno reprezentanci władz, jak i robotników, dysydentów czy Kościoła prowadzili swoją grę. Nie zawsze mówili, co myśleli, a ich przekaz nie musiał być wolny od przekłamań i rzecz jasna subiektywizmu. Nie oznacza to, by automatycznie zakładać niewiarygodność źródeł, trzeba jednak pamiętać o ich specyfice.” Nadto miały jednak miejsce sytuacje szczególne, gdy na przykład informatorem był polski pracownik konsulatu USA w Krakowie Andrzej Głowacz będący jednocześnie współpracownikiem SB o pseudonimach Ketling i Grom.
Uwagi metodologiczne
Uwzględniając znaną powszechnie praktykę wielu dalekich od rzetelnego, historycznego oglądu opracowań IPN, nasuwa się nieodparte pytanie o przyjęte zasady wyboru dokumentów zawartych w tym zbiorze. Autor odpowiada, że „starał się, by były one reprezentatywne i pokazywały całe spektrum zainteresowań i działań… chodzi tu o ukazanie rzeczywistej, codziennej aktywności amerykańskich placówek dyplomatycznych.” Patryk Pleskot we wprowadzeniu, do którego wypadnie jeszcze nie raz powrócić, często krytycznie ocenia amerykańską politykę wobec polskich wydarzeń, tłumacząc to, a nawet jakby usprawiedliwiając, różnymi uwarunkowaniami, nadto podobnie sytuację kadrową w ambasadzie USA w Warszawie.. Nie zmienia to dalej wątpliwości dotyczących na przykład możliwości pominięcia niektórych dokumentów z uwagi na zawarte w nich informacje o pewnych osobach bądź grupach osób z polskiej strony.
Choć powyższego zapewne nie wyjaśnimy to jednak stronniczość autora odnaleźć możemy wielokrotnie; przejawia się w jednoznacznych sympatiach do Solidarności i chłodzie bądź nawet złośliwościach pod adresem tego co łączy się z ówczesnym ustrojem. Na przykład w nazwie podrozdziału „Kontrwywiad PRL…” w miejsce właściwego „Polski kontrwywiad”, tak jakby ten PRL-owski (podobnie „Służby PRL”) nie był polskim. To prawie powszechne unikanie, jak ognia, słowa „polski” przypomina pamiętną wypowiedź premiera Morawieckiego o Polsce w czasach PRL, której jakoby nie było. Podobnie jest z taką opinią: „Rzecz jasna ryzyko inwazji [radzieckiej – Z.T.] budziło również powszechne zaniepokojenie w samej Polsce: nie tylko wśród członków „Solidarności”, lecz także m.in. w Kościele.” Autor nie wymienia „także” przeważającej części członków partii, uważając być może, że powitali by radzieckie czołgi kwiatami, a tym bardziej ówczesnego kierownictwa PZPR, które mogłoby podzielić los Imre Nagy’a.
Nadto stwierdza: „Administracja Reagana deklaratywnie widziała w niej [nominacji gen. Jaruzelskiego na premiera – Z.T.] szansę na stabilizację kraju, choć obawiała się radykalnych posunięć wobec „Solidarności”. W rzeczywistości nastroje były bardziej pesymistyczne.” Na to ostatnie stwierdzenie nie przedstawia autor żadnych dowodów.
Amerykańska aktywność
30 lipca 1981 roku: „Stany Zjednoczone nie mogłyby pozostać obojętne na jakąkolwiek agresję zewnętrzną czy represje wewnętrzne w Polsce”. Później wezwano do zintensyfikowania pomocy finansowej, a „administracja Reagana była zdeterminowana pomóc „Solidarności” w jak najdłuższym przetrwaniu (głównie poprzez wsparcie finansowe i charytatywne) w perspektywie dalszego osłabiania ZSRR.”
Istniejące zaledwie miesiąc Biuro Informacyjne Solidarności w Nowym Jorku 30 października zostało zamknięte; „stanowiło pewnego rodzaju pas transmisyjny między amerykańskimi kręgami rządowymi a „Solidarnością”. Takiego kanału komunikacyjnego dotychczas brakowało; nie stworzył go sporadycznie spotykający się z opozycjonistami ambasador Meehan. To m.in. za pośrednictwem biura Amerykanie mieli proponować polskim związkowcom konkretne posunięcia podczas drugiej tury zjazdu NSZZ: utrzymanie Wałęsy na pozycji lidera, wspieranie strategii „cięcia po skrzydłach” i wzmacnianie tendencji umiarkowanych, współpracę z władzami podczas wdrażania reform gospodarczych przy jednoczesnej presji na rząd na wyselekcjonowanych kierunkach, zapewniającej nowe zdobycze dla związku, a także dalszą legalizację dotychczasowych osiągnięć.”
Jesienią 1981 roku nasiliła się aktywność amerykańskich dyplomatów: „Na przykład w październiku radca ambasady USA wysłał do przewodniczącego górnośląskiej „Solidarności” teleks z zapytaniem o przebieg protestów w Hucie Katowice. Wykraczało to poza normalną działalność placówki. W listopadzie z kolei w siedzibie Regionu Mazowsze kontaktowano się z Januszem Onyszkiewiczem. Równocześnie działacze poznańskiej „Solidarności” mieli uzgodnić z konsulem USA w tym mieście formy bezpiecznej łączności na wypadek sytuacji nadzwyczajnej w Polsce.”
Stan wojenny
Autor pisze: „INR [Bureau of Intelligence and Research – Z.T.] przewidywało, że nawet armia i polskie władze mogły się zbuntować przeciwko decyzji Wielkiego Brata o interwencji. Dlatego przemyśliwany przez Jaruzelskiego „stan wyjątkowy lub jakiś rodzaj stanu wojennego” miał w ocenie Amerykanów służyć nie stłumieniu opozycji [!!! – Z.T.], ale także pozbawieniu Sowietów pretekstu do wkroczenia. Jest równie ciekawe, że stanowisko ambasady i INR było dobrze znane służbom specjalnym PRL, przez to również kierownictwu partyjno-państwowemu – a zatem i Rosjanom.” W raporcie wywiadu NRD cytowanym przez autora czytamy: „…można zakładać, że jednostki armii polskiej sprzeciwiłyby się interwencji ZSRR”. Dlatego też w Berlinie sądzono, że Moskwa miała ograniczone i możliwości, i chęci interwencji w Polsce.”
W tym okresie „coraz bardziej alarmistyczne meldunki przesyłał płk Ryszard Kukliński, postrzegany przez CIA jako wiarygodny agent. Teraz jednak nie do końca wierzono w jego rewelacje na temat możliwości wprowadzenia stanu wojennego, obawiając się dezinformacji ze strony polskich służb oraz dekonspiracji pułkownika.”
„Wydaje się, że polityczne kierownictwo USA nie zdawało sobie do końca sprawy z tego, że przeprowadzona przez Jaruzelskiego kumulacja stanowisk stanowiła przygotowanie gruntu pod operację wojskową – mimo doniesień Kuklińskiego (i innych). Wiarygodnie brzmią bardziej ogólne oceny wywiadu PRL z tych dni, że wobec niespotykanej sytuacji, jaką był „karnawał «Solidarności»”, amerykańscy (i zachodni) dyplomaci, nawet ci pracujący w Polsce, nie potrafili stworzyć pewnych prognoz i czuli się trochę zagubieni… O tej dezorientacji (być może wyolbrzymianej przez SB) świadczy chociażby wycinek szyfrogramu nadesłanego z rezydentury wywiadu PRL w Waszyngtonie do warszawskiej centrali 1 listopada 1981 r: „dokonana [przez Amerykanów] analiza […] wskazuje, że sprawa podjęcia decyzji dot[yczącej] stanu wyjątkowego nie jest bliska…”
Dodać jeszcze należy, że od tego czasu aż do 13 grudnia 1981 roku, w żadnej korespondencji ambasady USA w Warszawie nie pojawiała się nawet hipotetyczna sugestia o możliwości wprowadzenia stanu wojennego w Polsce w najbliższym terminie.
Nawiązując do początku tego tekstu
należy stwierdzić, że przedstawiony w omawianej książce zbiór amerykańskich informacji z Polski nie tylko nie narusza naszej wiedzy o niedawno minionych wydarzeniach, ale nadto w pełni ją potwierdza. Nie zmienia to jednak przekonania, że z bardzo wieli powodów warto zapoznać się z tą wydawniczą pozycją.

Rozród pod haniebnym paragrafem

Rumunia Nicolae Ceausescu, była jedną z wielu tyranii XX wieku. Gdy w grudniu 1989 roku Conducator upadł pod wpływem wielkiej rewolty i został rozstrzelany po krótkim sądzie polowym, w gazetach pisano o „śmierci Antychrysta”. Jednym z atrybutów reżimu Ceausescu był drakoński zakaz przerywania ciąży, połączony ze zmasowaną, a przy tym prowadzoną w sposób barbarzyński, polityką pronatalistyczną, polityką intensywnej, przymusowej rozrodczości.

Opowiada o tym książka Gaila Klingmana, „Polityka obłudy. Kontrola rozrodczości pod rządami Ceausescu”.
Ta polityka była ewenementem i poniekąd paradoksem. Reżim Ceausescu i kierowanej przez niego Rumuńskiej Partii Komunistycznej zaliczał się bowiem i był zaliczany do systemów przynależących do świata socjalistycznego, czyli nominalnie lewicowych, niezależnie od tego, że dystansował się do ZSRR i tzw. bloku radzieckiego, zachowując dużą dozę niezależności. Zazwyczaj przecież – z pewnymi wyjątkami, jak n.p. także w stalinowskim ZSRR czy PRL w tamtym okresie – prawny zakaz aborcji był i jest atrybutem rządów czy reżimów o charakterze prawicowo-nacjonalistycznym czy prawicowo-konserwatywnym, niejednokrotnie motywowanym przy tym religijnie.
Tak jest obecnie n.p. w latynoamerykańskim Salwadorze, w którym obowiązuje najbardziej okrutne na świecie prawo antyaborcyjne i gdzie za dokonanie aborcji skazuje się, także kobiety, na dziesiątki lat ciężkiego więzienia.
Mimo to, gwoli wierności faktom trzeba zauważyć, że nie jest jednak prawdą, jakoby w krajach socjalistycznych, w tym w krajach bloku radzieckiego, nigdy niepraktykowany był zakaz aborcji i że zawsze panowała w nich w tym względzie liberalna praktyka. ZSRR był co prawda pierwszym krajem na świecie, który zalegalizował aborcję (1920), ale już w 1936 roku przerywanie ciąży ponownie zostało zakazane na rozkaz Stalina. „Potrzebujemy ludzi. Aborcja to niszczenie rodzącego się życia, co jest niedopuszczalne w naszym państwie w czasach budowy socjalizmu” – tak uzasadniano tę decyzję w jednej z gazet radzieckich. Restrykcyjny zakaz aborcji obowiązywał w ZSRR do roku 1955, czyli został zniesiony dwa lata po śmierci Stalina, a przez następne dziesięciolecia był z wolna liberalizowany, zaś dziś Rosja zaliczana jest do krajów stosujących najbardziej liberalne na świecie prawo w tym względzie. Z kolei w PRL, do roku 1956, nie było odrębnej ustawy odnoszącej się do przerywania ciąży. Stosowano po prostu rutynowo (choć można domniemywać, że także w polskim przypadku uwzględniano, tak jak w ZSRR, argument demograficzny po utracie w wyniku wojny kilku milionów obywateli) niezmieniony, kryminalizujący tzw. spędzenie płodu, przepis przedwojennego kodeksu karnego z 1932 roku. W kwietniu 1956 roku uchwalona została przez Sejm liberalna ustawa dopuszczająca aborcję także m.in. ze względów społecznych. Jak więc widać na przykładzie ZSRR i PRL, wprowadzenie prawa do aborcji wiązało się ściśle z procesem destalinizacji. W innych krajach bloku radzieckiego prawo do aborcji przez długi czas było reglamentowane, n.p. w Czechosłowacji do 1950 obowiązywał bezwzględny zakaz aborcji. Po tym okresie prawo stopniowo liberalizowano, szczególnie w roku 1957, ale i po tym czasie pozostały krępujące ograniczenia, n.p. kobieta zamierzająca dokonać legalnej aborcji musiała na uzyskać na to zgodę specjalnej komisji składającej się z lekarzy i tzw. czynników społecznych. Pełną liberalizację prawa do aborcji wprowadzono w CSRS w 1986 roku, czyli zaledwie na kilka lat przed zmianą ustroju. Z kolei w Niemieckiej Republice Demokratycznej przez większość czasu jej istnienia funkcjonowało bardzo liberalne prawo dotyczące aborcji, państwo traktowało ją wręcz jako jedną z metod planowania rodziny.
Jak więc widać, prawo dotyczące aborcji nie było w krajach bloku radzieckiego jednolite i bynajmniej nie wszędzie i nie przez cały czas ich istnienia – liberalne. Nie zmienia to faktu, że proces liberalizacji prawa do aborcji nastąpił w krajach socjalistycznych zasadniczo kilka lat wcześniej niż w uważanej za znacznie bardziej wolną obyczajowo Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych Ameryki. W Wielkiej Brytanii prawo do aborcji wprowadzono dopiero w 1967 roku, a USA – w 1973. We Francji dopiero w styczniu 1975 roku, po trwających przez pięć lat masowych akcjach kobiet, wprowadzono prawo do aborcji, tzw. prawo Veil (od nazwiska inicjatorki ustawy w Zgromadzeniu Narodowym), znosząc tym samym restrykcyjne przepisy z 1920 roku, otwarcie motywowane dążeniem do odbudowy tkanki demograficznej narodu po straszliwej hekatombie krwi w okresie Wielkiej Wojny, śmierci około półtora miliona młodych Francuzów na polach bitew nad Marną i pod Verdun. Do momentu tej liberalizacji występowało nawet zjawisko turystyki aborcyjnej z Francji do Polski. Wśród krajów Europy Zachodniej, restrykcyjne prawo antyaborcyjne najdłużej obowiązywało w Irlandii (było nawet surowsze niż w Polsce, bo nie było w nim wyjątków od zakazu, nawet w przypadki zagrożenia życia matki były relatywizowane, a do 1983 roku prezerwatywy przysługiwały tylko małżeństwom, na receptę, o ile lekarz wyraził zgodę), ale w 2018 roku zostało po wielu latach walki zliberalizowane.
Wróćmy jednak do problematyki książki, o której mowa. Specyfika przypadku rumuńskiego polegała na dwóch aspektach. Po pierwsze, totalny zakaz aborcji wprowadzono tam w 1966 roku, czyli w czasach, gdy w innych krajach bloku systematycznie postępowała liberalizacja w tej sferze. Państwo Ceausescu szło więc pod prąd procesów w innych krajach. Po drugie, tylko w Rumunii wprowadzono specjalny, rozbudowany system kontroli ciąży, całkowity zakaz antykoncepcji, czym doprowadzono, zwłaszcza w początkowym okresie, do rozrodu tak masowego, że na wiele lat gęsto zapełniły się sierocińce, w których dzieci żyły w straszliwych wręcz warunkach.
Większość rodzin, które zachowały liczne, urodzone dzieci w domach, żyło w okropnej nędzy. Właśnie dlatego na tle innych krajów socjalistycznych zakaz aborcji i brutalny przymus rodzenia w „socjalistycznej” Rumunii był zjawiskiem szczególnym, aczkolwiek należy pamiętać, że „socjalizm” Ceausescu miał silne zabarwienie nacjonalistyczne. Fenomen ten ukazuje Gail Kligman we wspomnianej książce „Polityka obłudy.
Kontrola rozrodczości w Rumunii pod rządami Ceausescu”. Jest to obszerne, bardzo bogato udokumentowane naukowe studium ukazujące Rumunię lat 1966-1989 jako miejsce jednego wielkiego eksperymentu w stylu nazistowskiego „Lebensbornu”. Autor ukazuje konkretne praktyki jakie wtedy w Rumunii stosowano, n.p. regularne, przymusowe badania ginekologiczne w zakładach pracy, mające na celu wykrycie ciąży i dopilnowanie jej donoszenia, delegalizację antykoncepcji zarówno w sferze produkcji i rozpowszechniania aptecznego, jak i w aspekcie ściśle medycznym, angażowanie służb bezpieczeństwa w kontrolowanie życia małżeńskiego i ściganie podziemia aborcyjnego, propagandową apologię wielodzietności, n.p. upowszechnianie fotografii i materiałów dokumentalnych, pokazujących matki zbiorowo karmiące noworodki w ogromnych salach, wielodzietne rodziny honorowane orderami itp. Rumunia przypominała kraj, który znamy z dystopii powieściowych, wśród których najsłynniejsza jest „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood, tyle że jej akcja rozgrywa w nieporównywalnie bardziej „komfortowych” warunkach niż te znane z realnej rzeczywistości kraju rządzonego twardą ręką przez Ceausescu. Tę radykalnie drastyczną rzeczywistość ukazał po wielu latach (2007) rumuński reżyser Cristian Mungiu w filmie „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, nagrodzonym w tym samym roku Złotą Palmą na festiwalu filmowym w Cannes.
Niestety, z polskiej perspektywy nie da się czytać książki Klingmana z uczuciem „moja chata z kraja”. Spośród wszystkich krajów, o których jest mowa wyżej, to właśnie jedynie Polsce klerykalno-nacjonalistyczna prawica doprowadziła do radykalnego kroku wstecz. Kraj, który od 1956 roku miał prawdopodobnie najbardziej liberalne na świecie prawo dotyczące przerywania ciąży, od roku 1993 jest jedynym krajem europejskim, w którym aborcja jest nie tylko zakazana (mimo zachowania kilku wyjątków od zakazu), ale w którym skorzystanie nawet z legalnych możliwości jej dokonania jest radykalnie utrudnione. Co prawda w tytule książki Klingmana znalazło się słowo „obłuda”, ale można mieć wątpliwości czy jest ono trafne i adekwatne akurat w stosunku do brutalnej polityki natalistycznej reżimu Ceausescu. W końcu rumuński dyktator wprowadził tę politykę wprost, otwarcie, bez skrywania intencji, z brutalną szczerością, z fanatycznym radykalizmem, nie bardzo więc można mówić akurat w jego przypadku o obłudzie. O tej można natomiast mówić niewątpliwie w przypadku Polski. Żaden prawicowy rząd po 1993 roku nie wprowadził, ani nawet nie próbował skopiowania koszmarnego systemu antyaborcyjnej polityki a la Ceausescu. Nie spełniły się też ponure obawy przed wprowadzeniem na granicach polskich kontroli ginekologicznej, mającej sprawdzać, czy kobieta nie dokonała aborcji za granicą lub czy nie stosuje spirali antykoncepcyjnej, której zakazanie planowano. Jednak to właśnie w Polsce mamy do czynienia z systemem obłudy, w którym państwo przymyka – na ogół – oko na turystykę aborcyjną Polek, a liczba nielegalnych aborcji sięga wielu tysięcy i w którym ci sami lekarze, którzy odmawiają dokonania aborcji w publicznych placówkach medycznych, dokonują tego za słoną cenę w gabinetach prywatnych.
Co prawda także m.in. w Rosji i Czechosłowacji podejmowane były próby uwstecznienia prawa do aborcji i przywrócenia ograniczeń, ale spaliły one na panewce, ale tylko w Polsce Kościół katolicki i wysługująca się mu klerykalno-nacjonalistyczna prawica skutecznie bronią od 27 lat skrajnie restrykcyjnego, drakońskiego prawa zakazującego kobietom decydowania o własnym ciele i o macierzyństwie. Zniesienie tego haniebnego prawa i zastąpienie go cywilizowanym prawem według europejskich standardów jest niezmiennym, niezwykle trudnym, ale też i niezmiennie koniecznym do dokonania, historycznym zadaniem polskiej lewicy i środowisk wolnościowych.
Gail Kligman – „Polityka obłudy. Kontrola rozrodczości pod rządami Ceausescu”, przekład Piotr Art, Wydawnictwo „Universitas”, Kraków 2010, str. 432, ISBN 97883-242-1388-7

Pamięć o chińskich wojownikach bitwy o Szanghaj w 1937 roku

„800 wojowników” to tytuł filmu, który ostatnio zawitał na ekrany chińskich kin. Opowiada on historię wzmocnionego batalionu 524. pułku 88. dywizji Chińskiej Narodowej Armii Rewolucyjnej, który wziął udział w bitwie o Szanghaj w 1937 roku. Bronił on magazynu Sihang nad rzeką Suzhou i zablokował japońską armię najeźdźczą.

Zacięta bitwa między Chinami a Japonią o Szanghaj trwała trzy miesiące, a miasto było bliskie poddania się. Od 26 do 30 października 1937 roku wszyscy oficerowie i żołnierze pierwszego batalionu 524. pułku 88. dywizji pod dowództwem dowódcy pułku Xie Jinyuan przyjęli rozkaz obrony wycofujących się z pola walki głównych sił. Ta samotna armia trzymała się ostatniej linii obrony i pozostała w magazynie Sihang. Krwawa bitwa trwająca cztery dni i cztery noce to odpieranie licznych ataków wroga. Uczestniczących w walce „ośmiuset wojowników” uznano za bohaterów w kraju i za granicą.
Premiera filmu wojennego w Chinach kontynentalnych miała miejsce 21 sierpnia 2020 roku. Na dzień 9 września sprzedaż biletów na film „800 wojowników” przekroczyła 2.5 miliardy juanów, co jest znakomitym wynikiem na globalnym rynku filmowym podczas epidemii koronawirusa.
Dlaczego ten film jest tak popularny wśród chińskiej publiczności? To historia pisana krwią i ogniem, która miała miejsce 83 lata temu. Warto poznać tę wielką bitwę, która mocno wpłynęła na chińską wojnę antyjapońską, a nawet na współczesną historię Chin.
7 lipca 1937 roku japońscy najeźdźcy przypuścili atak na miasto Wanping i most Lugou na zachodzie Peiping (dzisiejszego Pekinu). Chińscy obrońcy zaciekle walczyli, co otworzyło preludium do narodowej wojny przeciwko japońskiej agresji. Peiping został zdobyty 29 lipca. 30 lipca chińska armia sformułowała plan bojowy mający na celu unicestwienia japońskiej armii stacjonującej w Szanghaju. Do 12 sierpnia liczba chińskich żołnierzy rozmieszczonych w tym mieście osiągnęła 30 000. Jednocześnie japońska armia zgromadziła ponad 30 okrętów wojennych i 15 000 żołnierzy.
13 sierpnia japońskie okręty wojenne ostrzelały dzielnicę Zhabei, a obie strony rozpoczęły zacięte starcie pod Baziqiao. Incydent ten rozpoczął antyjapońską bitwę o Szanghaj!
Na początku to armia chińska rozpoczęła ofensywę. W tamtym czasie lekka broń, w którą były wyposażone elitarne oddziały chińskie, nie odbiegała od oręża armii japońskiej. W filmie można zobaczyć, że żołnierze 524. pułku broniącego magazynu Sihang są wyposażeni w karabiny Mauser typu 1924, dwie skrzynki granatów, niemieckie hełmy M1935, maski gazowe i torby na żywność. Obrońcy posiadali 27 lekkich karabinów maszynowych, z których większość to lekkie karabiny maszynowe ZB26. Do tego cztery chłodzone wodą karabiny maszynowe Maxim typu 24 i dwa przeciwlotnicze karabiny maszynowe.
Jednak ze względu na zacofane dowództwo, niski poziom taktyki i wyszkolenia żołnierzy oraz brak ciężkiego uzbrojenia, mimo przewagi liczby oddziałów, nie udało się chińskiej armii osiągnąć celów. Wraz z ciągłym napływem japońskich posiłków rozpoczęła się trwające kilka miesięcy walka na śmierć i życie.
Bitwa w Luodian na północnej linii nazywana została „Oriental Verdun”. W ciągu dnia, pod osłoną samolotów, artylerii, dział okrętów wojennych i czołgów, armia japońska, w morzu ognia, zajęła Luodian. W nocy armia chińska przeprowadziła atak i odzyskała pozycję. Luodian zmieniał właściciela 13 razy. Armia chińska poniosła straty w postaci 30 000 ludzi, po stronie japońskiej zginęło ponad 10 000 żołnierzy.
9 września Japonia ogłosiła, że weszła w stan wojny. Pod koniec września, na polu bitwy armia japońska zwiększyła swoje wojska o 200 000 żołnierzy, a chińska o 700 000.
Chociaż Chiny skoncentrowały ponad 700 000 elitarnych żołnierzy i odniosły poważne zwycięstwa w niektórych lokalnych bitwach, w obliczu armii japońskiej, która miała absolutną przewagę w marynarce wojennej, siłach powietrznych oraz ciężkiej broni i wyposażeniu, w ciągu dwóch miesięcy walki chińska armia poniosła ogromne straty. Prawie wszystkie oddziały zostały zniszczone. Chociaż liczba żołnierzy była większa to faktyczna siła bojowa była w gorszej sytuacji.
19 października armia japońska rozpoczęła „generalną ofensywę” pod osłoną 700 artylerii i 150 bombowców, szturmując miasteczko Dachang w północno-zachodniej części Szanghaju. Armia chińska zorganizowała tu kontrofensywę, w której wzięło udział 60 000 żołnierzy z 21. Armii Grupowej, którzy przez ponad trzy miesiące szli piechotą z Guangxi do Szanghaju. Dla tych wojskowych była to pierwsza wojenna potyczka. W tym czasie armia chińska całkowicie straciła przewagę w powietrzu i brakowało jej ciężkiej artylerii. Choć Chińczycy się nie bali, to ciała i krew nie mogły się oprzeć kulom. Wielu żołnierzy zginęło od intensywnego ostrzału artyleryjskiego, zanim jeszcze zobaczyli Japończyków. W ciągu zaledwie jednego dnia bitwy stracono 6 dywizji, zginęło prawie 60 tys żołnierzy chińskich.
Odcinek Baoshan, znajdujący się dziś na siódmej linii metra Szanghaju, przebiega prawie przez główne pole tamtej bitwy. Od Liuhang do Dachang to tylko siedem stacji metra, ale ponad 80 lat temu chińska armia zablokowała tu armię japońską na 40 dni. W ciągu tego czasu armia japońska posunęła się niecałe 5 kilometrów, a drogę do Dachang wypełniło morze krwi i góra zwłok.
Na początku listopada osłabiona chińska armia nadal stawiała opór. Ale pod potężną ofensywą armii japońskiej, w nocy 12 listopada 1937 roku, całe centrum Szanghaju upadło, a bitwa dobiegła końca.
Podczas tej bitwy wzięło udział po stronie Chin około 750 000 żołnierzy, zginęło ponad 250 000 osób w tym 15 generałów. Całkowita siła armii japońskiej wynosiła około 250 000, a śmierć poniosło 40 000 ludzi (choć są także statystyki mówiące o śmierci 60 000 czy 100 000 żołnierzy).
W bitwie o Szanghaj Chiny przegrały pod względem ofiar i celów taktycznych, ale wydarzenie to miało wielkie znaczenie. Była to bitwa, która wciągnęła japońskich najeźdźców na ścieżkę samozniszczenia. Obudziła ona także samych Chińczyków do zjednoczenia i walki. Od początku tego stracia armia japońska nieustannie inwestowała coraz więcej sił wojennych na chińskim polu bitwy, ale nigdy nie była w stanie rzucić Chin na kolana.
Podczas całej II wojny światowej, jako główne pole bitwy w Azji, Chiny poniosły ponad 30 milionów ofiar, i powstrzymały ponad 70% głównych sił wojskowych Japonii. Z danych wynika, japońska armia poniosła 1,95 miliona ofiar, w tym 1,33 miliona na chińskim polu bitwy. Chiny wniosły niezatarty wkład w zwycięstwo w światowej wojnie antyfaszystowskiej.
We wrześniu 1937 roku, kiedy 14. dywizja Armii Centralnej zaciekle walczyła w Yuepu, niedaleko Luodian, szef sztabu dywizji Guo Rugui zostawił przed walką list do dowódcy dywizji Huo Kuizhangowi. Napisał w nim: „8000 wojowników naszej dywizji poświęciło już swoje życie, ofensywa wroga nie osłabła, a perspektywa bitwy jest niepewna. Jeśli utrzymam tę pozycję, będę żył i wówczas będę mógł Pana zobaczyć. Jeśli pozycja zostanie utracona, umrę na polu bitwy, a chwasty wyrosną na moim ciele. Jeśli zwyciężymy wojnę antyjapońską, jako słynny generał popłyniesz okrętem przez odcinek Wusongkou, a kiedy pojawią się fale wysokie jak góra, to będę tam, aby móc Pana zobaczyć”.
Bitwa o Szanghaj to historia wielu odważnych chińskich żołnierzy, którzy zginęli bohatersko za kraj. Po ponad 80 latach opowieść o nich wciąż wzrusza.
Na 2020 roku przypada 75. rocznica zwycięstwa w wojnie narodu chińskiego przeciwko japońskiej agresji i światowej wojnie antyfaszystowskiej. Naród chiński dokonał niezliczonych poświęceń i wysiłków, dzięki czemu dziś można cieszyć się ze szczęśliwego życia. Chińska wiara, determinacja i zdolność obrony suwerenności państwa, godności narodowej i pokoju nigdy nie zachwiały się, lecz stały się mocniejsze. Tak jak pojawiający się na internecie komentarz do filmu „800 wojowników”, który brzmi: „Chiny teraz nie są już Chinami, które były wtedy”.

Zbliża się stulecie KPCh

Jubileusz przypada w dniach 23 – 31 lipca 2021 r. (I Zjazd założycielski Partii odbył się właśnie prawie 100 lat temu). Analizowanie stuletniego dorobku Komunistycznej Partii Chin jest zadaniem wielce zaszczytnym, bardzo odpowiedzialnym lecz niezwykle trudnym. Składa się na to wiele zasadniczych okoliczności merytorycznych i metodologicznych, a mianowicie: – wielkie bogactwo dorobku, ogromna różnorodność dokonań w kraju i na świecie, szeroka gama przeszkód i „przeciwności losu”, wysoka efektywność działania, zasięg krajowy i globalny, pionierskie koncepcje teoretyczne, oryginalny ustrój chiński, systematyczne reformy i innowacje, radykalne zwalczanie patologii, humanizacja działalności partyjnej, pomoc partii dla państwa, człowiek na I miejscu, przełamanie niegdysiejszego izolacjonizmu Chin, racjonalna przebudowa świata, pokój, bezpieczeństwo, współpraca, partnerskie stosunki międzynarodowe, rozwój współpracy międzypartyjnej, usuwanie dysproporcji i patologii rozwojowych, poszanowanie wobec innych narodów i państw, nieingerencja w sprawy wewnętrzne, wspólna przyszłość człowieczeństwa i wiele, wiele innych.

Dotychczasowe skutki takiej polityki wewnętrznej i zagranicznej KPCh (i ChRL) są niezwykle pozytywne: umocnienie pozycji, wpływów i autorytetu KPCh we własnym społeczeństwie oraz wśród innych partii, organizacji polityczno – społecznych, państw i narodów całego świata.
Bogaty dorobek
Dokonało się to w 2 głównych fazach: I. – Okres poszukiwań, poświęceń, wyrzeczeń, ofiar, przelewu krwi itp. (1921 r. – 1978 r.) i II. – Twórcze reformowanie systemu chińskiego i prowadzenie nowej polityki zagranicznej (1978 r. – 2021 r.). Za to wszystko trzeba było zapłacić nieprawdopodobnie wysoką cenę (głównie w kategoriach ludzkich i materialnych); ale partia, naród i państwo zdecydowali się na taki wysiłek i osiągnęli imponujące rezultaty (np. optymalizacja modelu partyjnego, kompleksowa modernizacja społeczeństwa, państwa, gospodarki i sił zbrojnych, średnia stopa wzrostu gospodarczego w minionym półwieczu = ok. 10 proc. rocznie i in.). W sumie, mamy dziś do czynienia z tzw. „dwoistością Chin”, czyli: 1. Jedna z najstarszych i najwspanialszych cywilizacji światowych oraz 2. Główna siła motoryczna lepszej teraźniejszości i przyszłości Ziemi i człowieczeństwa.
Historia naszej cywilizacji nie zna analogicznego precedensu. Kiedyś kolejne imperia upadały jedno po drugim i przechodziły na „śmietnik historii”. Teraz jednak, dzięki mądrej, rozważnej i efektywnej polityce KPCh (i ChRL) „historia nie może się powtórzyć”. To wielkie wyzwanie stojące przed partią chińską i jej sojusznikami w kolejnym stuleciu. Powodzenia! W sumie, biorąc pod uwagę plusy i minusy, aktywa i pasywa, pozytywy i negatywy, łączny bilans działalności KPCh w minionym stuleciu jest korzystny i zasługuje na bardzo wysoką ocenę. Dzięki tym dokonaniom położone zostały solidne fundamenty pod mocne i nowoczesne Chiny oraz pod nowy sprawiedliwy ład światowy. Obydwa te innowacyjne gmachy mogą zostać wzniesione na owych fundamentach oraz zdołają wytrzymać napór ewentualnych burz i wichrów w przyszłości.
Jako baczny obserwator i analityk metamorfoz i przemian dokonujących się w KPCh (i ChRL) staram się, ilekroć tylko moje drogi zaprowadzą mnie do Państwa Środka, odwiedzać, raz za razem, te liczne miejsca, które symbolizują, w mojej percepcji, kolejne kluczowe punkty wyjścia oraz etapy przemian i reform chińskich. I tak, np. wielokrotnie byłem już w domu rodzinnym (muzeum) Przewodniczącego Mao Zedonga w Szaoszan ( Changsha Fu) oraz rozmawiałem ze starszą panią, która znała Go osobiście i która (bosonoga) figuruje obok niego na wielkiej fotografii zdobiącej ścianę jej restauracji, w której podawane są ulubione dania Mao. Wiele razy odwiedzałem także muzeum ww. I Zjazdu KPCh w Szanghaju i dziwowałem się bardzo stwierdziwszy, że od 12 delegatów na tymże I Zjeździe, liczba przedstawicieli partii rozrosła się do ponad 2.280 delegatów na XIX Zjeździe (18 – 24 października 2017 r.), reprezentujących ponad 90 mln członków KPCh.
Zaś, w Pekinie składałem kwiaty obok sarkofagu Przewodniczącego Mao w Jego Mauzoleum (nota bene: wzniesionym na terenie niegdysiejszej Bramy Chin). Wielkim przeżyciem dla mnie były także wizyty w Nankinie (i wspomnienie masakry ponad 300.000 obywateli dokonanej przez agresorów japońskich); oraz pobyt w Szenżen (Shenzhen), gdzie zrodziła się koncepcja nowoczesnych Chin i gdzie stąpałem po śladach Przewodniczącego Deng Xiaopinga, wielkiego reformatora i ojca nowoczesnych Chin oraz… Xi Jinpinga, obecnego Sekretarza Generalnego KC. Ponadto, odwiedziłem także Prowincję Jiangxi (początek Długiego Marszu w październiku 1934 r.) oraz Prowincję Shaanxi (koniec Długiego Marszu w październiku 1935 r.). W ówczesnych uwarunkowaniach społecznych, strategicznych i materialnych, ileż to trzeba było wysiłku, trudu, ofiar, wyrzeczeń i determinacji, aby wyprowadzić prawie 100.000 wojska ludowego z Jiangxi i poprowadzić je dalej przez prawie 9.000 km i 370 dni?
Ciąg dalszy zmagań nastąpił nieco później – agresja i okupacja japońska oraz zwycięstwo w dalekowschodniej odmianie II wojny światowej, także obchodzonej niedawno w Europie. Plus wojna domowa, w której nacjonaliści z Kuomintangu też zostali ostatecznie pokonani i salwowali się ucieczką na Tajwan. Nadszedł wreszcie upragniony dzień 1 października 1949 r., kiedy Przewodniczący Mao Zedong proklamował utworzenie Chińskiej Republiki Ludowej. Przytaczam ww. fakty i wydarzenia historyczne, żeby uzasadnić ocenę, iż żadna inna partia polityczna na świecie (lewicowa czy nie lewicowa) nie zapłaciła tak wysokiej ceny jak KPCh za osiągnięcie analogicznego celu polityczno – strategicznego. Wtedy doszła ona do władzy i sprawuje ją z powodzeniem i nieprzerwanie po dziś dzień. Tak hartowała się „stal KPCh” już od zarania – można powiedzieć bez najmniejszej przesady.
Ale kolejne kłopoty i wyzwania wewnętrzne i zewnętrzne nie dały na siebie długo czekać. Kraj był wycieńczony i w ruinie, a tu trzeba było nakarmić setki milionów łaknących i spragnionych obywateli, zapewnić im pracę, oświatę, opiekę zdrowotną i dach nad głową. Nie było gotowych wzorców do naśladowania; zaś model radziecki nijak nie przystawał do uwarunkowań i do potrzeb chińskich. Co więcej, doszło do ostrej rywalizacji między KPCh i KPZR (ChRL i ZSRR) o prymat w międzynarodowym ruchu robotniczym i w świecie – w ogólności. Polała się nawet krew nad Amurem i Ussuri. Kierownictwo KPCh, zahartowane i zjednoczone w bojach, ulegało erozji wewnętrznej i walkom frakcyjnym. Eksperymentowało. Dobrze pamiętamy „czerwoną gwardię”, „bandę czworga”, „wielki skok”, „rewolucję kulturalną”, „komuny ludowe” i inne rozwiązania specyficznie chińskie. Przewodniczący Mao wygrywał po kolei każde ze starć frakcyjnych (np. z Lin Biao i z Cziang Czing), aby, przed śmiercią, oddać z godnością władzę w ręce radykalnego reformatora Deng Xiaopinga.

Na takiej to wyboistej drodze, KPCh doprowadziła wreszcie naród i państwo do współczesnego „socjalizmu o specyfice chińskiej w nowej erze”. W ten sposób, ChRL – jako jedno z nielicznych państw świata – posiada odpowiedni własny system (ustrój) w okresie, kiedy inne państwa toną w bagnie niewydolnego neoliberalizmu lub innej nijakości ustrojowej.
Nie miała KPCh (i ChRL) również łatwo na arenie międzynarodowej. Wspomnijmy jedynie o wojnie koreańskiej, indochińskiej, afgańskiej, o napięciu wokół Tajwanu i Hongkongu, o podszczypywaniu Chin przez Zachód, szczególnie USA, w kwestii tybetańskiej, ujgurskiej i terytoriów na Morzu Południowo – Chińskim oraz o wielu innych regionalnych i lokalnych ogniskach sporów międzynarodowych, o zwalczaniu terroryzmu oraz o tym, że widmo nowego konfliktu globalnego ciągle wisi nad głowami prawie 8 mld ludzi na Ziemi. To, co USA wyczyniają obecnie wobec Chin można określić jako pandemię polityczną i nową odmianę „zimnej wojny”. Jednak i tym razem, w tak trudnej sytuacji globalnej, nadzwyczaj skuteczna okazuje się nowa chińska polityka zagraniczna (opening up) oraz liczne chińskie koncepcje makro dla świata (BRICS i BRICS plus, SOW, B&R, budowanie nowego ładu światowego, wspólna przyszłość całej ludzkości, win – win cooperation, 17+1, APEC, ASEM, misje pokojowe zwalczanie terroryzmu, zjawisk kryzysowych i pandemii, ochrona klimatu i środowiska naturalnego oraz wiele innych). Leitmotivem tej polityki i jej nadrzędnym celem są: pokój, bezpieczeństwo, współpraca i rozwój świata. Chiny współpracują, de facto, ze wszystkimi państwami i regionami oraz z organizacjami międzynarodowymi na świecie, traktując równoprawnie i dużych i małych i bogatych i biednych oraz przeciwstawiając się skutecznie atakom polityczno – propagandowym ze strony niektórych państw (szczególnie USA i UK) – ww. tzw. pandemia polityczno – propagandowa. Tymczasem, w żywotnych interesach KPCh (ChRL) i USA oraz całej ludzkości leży normalizacja i poprawa stosunków dwustronnych między tymi obydwoma wielkimi mocarstwami. Mam cichą nadzieje, że tak się stanie.
KPCh efektywnie wspiera politykę zagraniczną państwa chińskiego poprzez swoje rozbudowane kontakty z ok. 400 partiami politycznymi o różnych orientacjach ze 160 krajów. Następuje systematyczna aktywizacja, intensyfikacja i doskonalenie współpracy międzypartyjnej KPCh. Przykładem tego jest, m.in., wymiana doświadczeń i delegacji oraz wielka narada międzypartyjna (dialog) w Pekinie ( 30.11. – 03.12. 2017 r.) z udziałem 600 przedstawicieli 300 partii politycznych ze 160 krajów. W odróżnieniu od skompromitowanych neoliberałów amerykańskich (i zachodnich – w ogólności), KPCh nie narzuca nikomu modelu (systemu) chińskiego, ale wyraża gotowość do dzielenia się swymi doświadczeniami z zainteresowanymi partiami. Czyli: partnerskie traktowanie innych – w odróżnieniu od siłowego dyktatu (hard power) zachodniego oraz jego metod imperialnych, kolonialnych czy neokolonialnych. W taki to sposób, metodami soft power, chińska krajowa formuła współpracy: partia – państwo przenoszona jest z powodzeniem na płaszczyznę światową. Zasadna jest przeto teza o pozytywnej i o konstruktywnej globalizacji współpracy międzynarodowej realizowanej przez KPCh.
Wielkim atutem tej partii w bitwie o sprawiedliwość, o nowoczesność i o lepszą przyszłość jest bogata skarbnica starożytnej wiedzy teoretycznej, zwłaszcza filozoficznej (normy konfucjańskie i in.) wykorzystywanej z powodzeniem dla współczesnych rozwiązań krajowych i globalnych. Ponadto, partia dysponuje całą armią wybitnych uczonych z różnych dziedzin oraz bogatą siecią instytucji i opracowań naukowo – badawczych. Na dobrą sprawę, każda ważna decyzja i program rozwojowy jest dokładnie zbadany i przeanalizowany a priori w ramach chińskiej metodologii naukowego podejścia do rozwoju oraz pod kątem celowości i efektywności realizacyjnej. W ten sposób, ewentualne straty w praktyce wykonawczej ograniczane są do minimum, albo też eliminowane w ogóle. Co więcej, na podstawie rzetelnych analiz, można też łatwiej i pewniej planować przyszłość i to z dużym wyprzedzeniem w czasie.
I wreszcie, last but not least, KPCh ma „wielkie szczęście” do wybitnych przywódców, od Przewodniczącego Mao Zedonga poczynając. Są to osobistości na miarę światową, reprezentujący tzw. pięć pokoleń przywódców. Każdy i każde z nich wniosło niezaprzeczalny i cenny wkład, teoretyczny i praktyczny, do wielkiego dzieła budowania Nowoczesnych Chin i Nowego Świata. Każdy z tych przywódców, także nieżyjący lub będący na emeryturze, pozostawił po sobie cenną i wartościową spuściznę (dzieła teoretyczne i dorobek praktyczny), z której mogą korzystać następcy, cały naród i cały świat. Spuścizny te legły u podstaw ideologii i praktyki socjalizmu o specyfice chińskiej w nowej erze. W wyniku tego, ciągłość i płynność w polityce wewnętrznej, w życiu społeczno-gospodarczym i w polityce zagranicznej oraz niezakłócone przekazywanie „sztafety pokoleń przywódców” jest niezwykle cenną cechą znamionującą specyfikę i wyjątkowość KPCh. Ostatnio zapoznałem się jeszcze głębiej z tymi zagadnieniami tłumacząc na język polski dzieła Przewodniczącego Xi Jinpinga z cyklu „Rządzenie Chinami”.
Przykład dla innych:
nawet w USA i w innych państwach zachodnich wpływowi politycy, uczeni, ekonomiści, przedsiębiorcy, teoretycy i praktycy interesują się coraz bardziej unikalnymi doświadczeniami chińskimi w zakresie rozwiązań systemowych, szczególnie politycznych, społecznych i gospodarczych oraz w polityce zagranicznej. Nie wszyscy wiedzą, iż, obok KPCh, w ChRL działa z powodzeniem jeszcze 8 innych partii politycznych, także o rodowodzie tajwańskim. Zagraniczne, również polskie, ugrupowania polityczne powinny korzystać (toute proportion gardee) z przebogatych doświadczeń KPCh – historycznych, współczesnych i przyszłościowych, a nie szydzić i nie obrzydzać ludziom tego dorobku. Pamiętajmy, że rządzenie państwem liczącym prawie 1,5 miliarda ludności – to nie tak prosta sprawa; zresztą, jedyna w swoim rodzaju na świecie.
Nie chcę przez to powiedzieć, że inne partie zagraniczne powinny naśladować (kopiować) Chińczyków czy unikać „błędów chińskich”, aby nie popełniać błędów własnych. Chińczycy nie narzucają nikomu swych rozwiązań, ale chętnie pomogą, gdy ktoś o to poprosi. Wprawdzie niektóre elementy teorii i praktyki partyjnej w poszczególnych krajach są analogiczne lub wręcz tożsame; ale np. w przypadku polsko – chińskim są one zasadniczo odmienne albo wręcz nieporównywalne. Np. w Konstytucji RP zawarty jest (teoretyczny) zapis o „społecznej gospodarce rynkowej”, podobnej do chińskiej. Ale proszę porównać te dwie gospodarki, z których polska jest przesadnio zliberalizowana i zamerykanizowana; zaś chińska jest schińszczona w maksymalnym stopniu (i dobrze). Ale która z nich jest lepsza? Wyniki i wskaźniki makroekonomiczne mówią same za siebie.
Podobnie rzecz ma się, np., z korupcją, która w Polsce szaleje jeszcze bardziej niż w Chinach. Z tą wszakże różnicą, że w RP znaczna ilość afer korupcyjnych „zamiatana jest pod dywan”, a przestępcy czują się bezkarni; natomiast w Chinach – KPCh i państwo zwalcza bezkompromisowo korupcję, przestępczość oraz inne plagi i patologie społeczne, a także surowo karze winowajców. Ponadto, rozdrobnione partyjki polskie zatracają swą tradycyjną tożsamość i ulegają de-ideologizacji i uniformizacji. Są nad wyraz skłócone. Mimo pozorów demokratycznych wyborów brak jest ciągłości w rządzeniu. Na dobrą sprawę, trudno określić, jak nazywa się obecny system (ustrój) polityczny w Polsce? Podczas gdy w KPCh (i w ChRL), sytuacja ma się wręcz odwrotnie.
Rzecz w tym, iż w ciągu minionego stulecia pogłębiły się różnice (nieporównywalność) między partiami politycznymi i systemami politycznymi w naszych krajach. Wichry historii zrobiły swoje. W Polsce też mamy dwie partie stuletnie: PPS i PSL, ale odgrywają one raczej marginalne role w życiu politycznym i międzynarodowym; podczas gdy chińska partia stuletnia jest czołową (największą) polityczną siłą w kraju i coraz bardziej wpływową na arenie międzynarodowej. Jeśli już, to raczej partie polskie powinny się uczyć od KPCh, a nie odwrotnie. Ze strony polskiej, temat głównej „nauki” dla KPCh powinien brzmieć: uwaga na konsekwencje skrajnego neoliberalizmu i neokapitalistycznej globalizacji dla państwa i dla społeczeństwa. Ale to nie wyklucza owocnej współpracy, do której potrzebna jest skłonność i dobra wola polityczna z obydwu Stron. Szkoda jednak, że ze strony polskiej nie staje tych elementów. Zjadliwa propaganda antychińska i antykomunistyczna, uprawiana w RP przez długie lata, przyniosła swe negatywne skutki. Jest to uciążliwy balast z przeszłości, który trzeba wyeliminować wspólnymi siłami; przy czym KPCh ma tu wiodącą rolę do odegrania i dobrze, iż tak właśnie postępuje.
W sumie, nie dostrzegam zbyt wielu poważnych elementów i doświadczeń, którymi różni partyjniacy polscy mogliby podzielić się z kolegami chińskimi, a ci mogliby z tego skorzystać. W ciągu stulecia, partie polityczne w RP ulegały rozmaitym przemianom i perturbacjom (na zasadzie sinusoidy), a spośród niektórych z nich pozostały jedynie marne resztki. W każdym razie, nie ma w obecnej RP solidnych (i zdolnych do skutecznego rządzenia) partii lewicowych, centrowych i prawicowych, jak to kiedyś bywało. Zapytuję: która z obecnych partyjek polskich może być solidnym, stabilnym i wiarygodnym partnerem dla KPCh? Praktycznie żadna. Ale partia chińska (i inne partie istniejące w ChRL) powinny umacniać współpracę z istniejącymi głównymi partnerami polskimi z lewicy, z centrum i z prawicy, wspólnie przeciwstawiać się zagrożeniom ze skrajnej lewicy i ze skrajnej prawicy oraz informować i kształcić się nawzajem.
Bowiem brak rzetelnej informacji czy zwykła dezinformacja (zwłaszcza antychińska) stanowią poważną przeszkodę w rozwijaniu współpracy międzypartyjnej, międzypaństwowej i międzyludzkiej (people – to – people exchange, to jeden z głównych postulatów Przewodniczącego Xi Jinping’a). Co więcej, kanał polski może być przydatny dla KPCh (i dla ChRL) w kontaktach z UE i US, przynajmniej na gruncie eurazjatyckim. Nie tylko USA, UE ale również ChRL powinna być głównym filarem równowagi w polityce zagranicznej RP. Przy czym, nie można tego robić tak, jak usiłował to czynić Lech Wałęsa zamierzając eksportować „Solidarność” do Chin; czy też jak czynią to obecnie różni antychińscy fanatycy w Polsce – zwolennicy Dalaj Lamy, rzecznicy wyzwolenia Sinkiangu, Hongkongu i Tybetu, głosiciele obalenia „komunizmu”, przestrzegania uzurpowanych praw człowieka i in.
Krótko mówiąc, obie Strony partyjne (i państwowe) z RP i z ChRL powinny znacznie wzmacniać i doskonalić swe role w rozwijaniu przyjaźni i współpracy polsko – chińskiej, eliminować luki świadomościowe oraz dążyć do ukazywania prawdy o tym, że lepsze poznanie i zrozumienie wzajemne służy rozwijaniu współpracy intelektualnej i materialnej. Powinniśmy razem zlikwidować bariery polegające na tym, że starsze pokolenie Polaków ma nikłe albo przestarzałe wyobrażenie o KPCh (i o ChRL); pokolenie średnie – pojęcie nijakie i zniekształcone; zaś pokolenie młode – totalnie wypaczone i zwesternizowane. A przecież naród polski jest przyjaźnie usposobiony do narodu chińskiego (i odwrotnie – też w niemałym stopniu). Tę okoliczność należy wykorzystać w maksymalnej skali.
Co dalej?
Wizyty Przewodniczącego Xi Jinpinga w RP i Prezydenta Andrzeja Dudy w ChRL wywarły bardzo pozytywny wpływ na opinię publiczną w Polsce i otworzyły oczy niektórym zaślepionym osobnikom w naszym kraju. Do wielu ludzi dotarł fakt, iż KPCh utrzymuje więzy współpracy z ponad 400 różnymi partiami i organizacjami politycznymi ze 160 krajów świata. To ogromny kapitał i solidne możliwości współdziałania globalnego oraz wspierania instancji państwowych (rządowych) w uprawianiu polityki zagranicznej. Znamienny jest też fakt, iż, poczynając od końca 2012 roku, Przewodniczący Xi Jinping, bezprecedensowo aktywny na arenie międzynarodowej, złożył już 42 wizyty oficjalne w 69 krajach i uczestniczył w ponad 30 konferencjach wielostronnych. Bardzo pożyteczna jest także praktyka włączania przedstawicieli KPCh do delegacji państwowych (rządowych) na różnych szczeblach, udających się za granicę.
Casus chiński w tej mierze (partia rządząca nieprzerwanie już tyle lat) nie jest czymś wyjątkowym w skali światowej, bowiem, z reguły, jest tak, iż – z wyjątkiem reżimów dyktatorskich czy autorytarnych – rządy sprawują partie, same lub w koalicji, które wygrały ostatnie wybory. Tyle tylko, że przypadek chiński ma swoją unikalną specyfikę i jest zjawiskiem wyjątkowym w polityce i w politologii światowej. Bowiem, po stu latach praktyki i doświadczeń, KPCh wyprowadziła państwo chińskie na czołowe miejsce w świecie (II a może nawet I – licząc wartość GDP w kategoriach PPP (= Purchasing Power Parity, parytet siły nabywczej) i nieustannie umacnia pod każdym względem jego pozycję na arenie międzynarodowej oraz wyzwoliła naród chiński z odwiecznego ubóstwa i izolacjonizmu.
Dzięki tym sukcesom KPCh (i ChRL) zyskuje wielkie uznanie i autorytet w oczach rozmaitych partii, państw i obywateli za granicą. W ciągu minionego stulecia, a szczególnie jego II fazy (po roku 1978), w sposób zasadniczy zmienił się na lepsze wizerunek KPCh jako potężnej, mądrej i przewidującej siły politycznej, jakiej nie ma w innych krajach świata. Pamiętam, jak jeszcze nie tak dawno, wszelkimi sposobami oczerniano wizerunek partii „komunistów chińskich” i straszono nimi obywateli innych krajów („żółte niebezpieczeństwo” itp.). Teraz już tylko nieliczni spośród przeciwników Chin używają straszaków tego rodzaju, choć obawiają się coraz bardziej swej przegranej w pokojowej rywalizacji z Chinami, ale mają świadomość, że czynnikiem programującym i realizującym długofalowo China’s Rise jest właśnie KPCh.
Wprawdzie praktyki i prowokacje antychińskie trwają nadal, nawet w okresie pandemii, ale ich treści, zasięg i szkodliwość jest nieporównywalnie mniejsza niż jak to kiedyś bywało. Społeczność międzynarodowa nie obawia się zbytnio Chin i stara się układać sensownie i opłacalnie swe stosunki z nimi. Całe dziesięciolecia nagonki antychińskiej i antykomunistycznej w wydaniu przeciwników zachodnich idą na marne. Świadomość ta dociera do nich i potęguje ich agresywność jeszcze bardziej. Z tym trzeba się liczyć. Tymczasem dotychczasowy sukces przywódców KPCh (i Rady Państwa – Rządu ChRL) w tej mierze polega na tym, że strona chińska dysponuje obecnie konkretnymi dokonaniami w kraju i poza jego granicami, że zmierza do poprawy systemu (ładu) światowego oraz że pomaga innym krajom i narodom na zasadach partnerstwa i wzajemnych korzyści. W świadomości obywateli planety Ziemia utrwala się wizerunek Chin – jako ojczyzny najstarszej i unikalnej cywilizacji świata oraz wielkiego i silnego mocarstwa zmierzającego do budowy innowacyjnej cywilizacji o wspólnej przyszłości. Optymalne i zręczne skojarzenie tych obydwu odmian cywilizacji zapewnia stronie chińskiej niebywałe atuty i argumenty, którymi nie dysponuje żadne inne państwo świata.
Przewaga KPCh nad innymi polega również na humanistycznym podejściu do rozwoju własnego narodu i kraju oraz na globalizacji tegoż humanizmu. Porównajmy dwie odmienne wersje owego humanizmu: chińską (człowiek na I miejscu) i amerykańską (America First) – czyli najpierw Ameryka głównie dla bogatych Amerykanów. I podobnie: Chińskie Marzenie – dla narodu, dla obywateli oraz American Dream – raczej dla bogatych, którym łatwiej będzie bogacić się jeszcze bardziej kosztem biednych. Kardynalne różnice istnieją także między ustrojem i demokracją chińską a amerykańską, między podejściem Stron do globalizacji i do przebudowy świata oraz do kluczowych kwestii bezpieczeństwa, wojny i pokoju. Zrzucenie przez USA 2 bomb atomowych na Japonię pod koniec II WW jest dowodem zbrodniczej determinacji i nieobliczalności amerykańskiej, na co trzeba nadal uważać i na co Chiny nie zdobyłyby się nigdy. Jasno już widać, iż koncepcje amerykańskie (skrajnie neoliberalne) nie zdają egzaminu w praktyce; podczas gdy programy wypracowane na kolejnych Zjazdach KPCh i ich praktyczna realizacja cieszą się coraz większym zainteresowaniem, uznaniem i poparciem w świecie. W tym sensie można już prognozować merytoryczne, materialne i moralne zwycięstwo KPCh oraz socjalizmu o specyfice chińskiej w nowej erze nad neoliberalizmem i nad neokapitalizmem.
W roku 2021 przypada także termin zakończenia I programu stulecialecia – dla uczczenia 100. rocznicy powstania KPCh. Program ten zakładał utworzenie w ChRL umiarkowanie zasobnego społeczeństwa (pod każdym względem). Wyglądało na to, przed pandemią, że program ten zostanie zrealizowany z powodzeniem. Jednakże pandemia skomplikowała dość znacznie te zamierzenia. Nie znamy jeszcze wyników makroekonomicznych za cały rok 2020 (stopa wzrostu gospodarczego za dwa pierwsze kwartały 2020 r. wyniosła zaledwie 3,2 proc. – to bardzo niewiele w porównaniu do 10 proc. wzrostów w latach przed pandemią. Natomiast dane statystyczne dotyczące 2019 r. były bardzo zachęcające. I tak, PKB ChRL (w kategoriach PPP – Purchasing Power Parity) wyniósł 27,8 bln USD = I miejsce w świecie (USA – 21,43 bln USD = II miejsce w świecie); a w kategoriach nominalnych – PKB ChRL – 14,14 bln USD = II miejsce w świecie); zaś PKB USA = 21,43 bln USD (I miejsce w świecie). Jeśli chodzi o PKB per capita to układ sił jest następujący: USA – 67.426 USD (10-te miejsce w świecie), a ChRL – 20.984 USD (67- me miejsce w świecie). To wynik wielkiej liczby ludności w Chinach i faktu, iż są one największym krajem rozwijającym się.
W sumie PKB ChRL stanowi już 15,5 proc. światowego PKB. Jeszcze parę danych statystycznych makro świadczących o solidnych podstawach materialnych realizacji ww. planu rozwoju na I stulecie: stopa bezrobocia – 4,3 proc. ; średnia płaca – 90.501 juanów oraz imponujące wyniki osiągnięte w zwalczaniu biedy. W roku 1981 liczba obywateli żyjących w biedzie (1,25 USD per capita dziennie na utrzymanie, czyli 2.300 juanów = plus/minus 1.200 zł rocznie (!) wynosiła 835 mln obywateli. Została ona zredukowana do 173 mln – w roku 2008 i do 16,6 mln – w roku 2018. W br. liczba ta ma zostać sprowadzona do „zera”.
Realizm polityczny każe również przewidywać, szczególnie w warunkach kryzysu globalnego, pandemii i wzrostu napięcia międzynarodowego, nasilanie antychińskiej agresywności i prowokacyjności zimnowojennej ze strony skrajnych neoliberałów; trochę na zasadzie, iż „ranny niedźwiedź neoliberalny może być jeszcze groźniejszy niż zdrowy”. Trzeba więc dobrze przygotować się również na ewentualną konfrontację z takim właśnie niedźwiedziem. Chiny mają czego bronić i dlatego muszą mieć czym bronić! I rzeczywiście mają! Stąd wynika nacisk przywódców KPCh i ChRL na modernizację i na umacnianie potencjału sił zbrojnych. Prezydent Xi zwykł mawiać: „wojsko powinno nie tylko uczestniczyć w bitwach i w wojnach, ale umieć je wygrywać”. Na Zachodzie nadal nie mają pewności, czy Chiny – to: partner (przyjaciel, konkurent, rywal) czy przeciwnik? Spotkałem się już wielokrotnie z wypowiedziami zachodnimi szerzącymi tezy o podejrzliwości i o nieufności wobec Chińczyków, o ich rzekomych dążeniach do panowania nad światem czy też o sinizacji systemu światowego i całej współczesnej cywilizacji itp. Jest przeto wskazane, aby Przyjaciele chińscy i ich sojusznicy przeciwstawiali się takim oskarżeniom w sposób coraz bardziej zdecydowany. I tak też czynią. Bowiem racja, argumenty, fakty i realia są po stronie chińskiej. A one mówią same za siebie.

Pamiętamy o naszej historii i cenimy pokój

W tym roku mija 75. rocznica zwycięstwa Chin w drugiej wojnie przeciwko Japonii (1931-1945) i ostatecznego zwycięstwa nad faszyzmem. Zakończona 75 lat temu wojna była walką całej ludzkości, była również walką sprawiedliwości z prześladowaniami, światłości z mrokiem oraz wolności z niewolnictwem.

W tej wielkiej, decydującej o wszystkim wojnie naród chiński wraz z narodami świata, dzięki niezłomnej determinacji i odwadze, całkowicie pokonał faszyzm i odniósł ogromne zwycięstwo. Przewodniczący Xi Jinping wskazuje, że „w historii współczesnej to wielkie zwycięstwo stanowiło dla narodu chińskiego punkt zwrotny kierujący Chiny od głębokiego kryzysu do wielkiego odrodzenia, było ono również ważną częścią światowych działań w wygranej wojnie z faszyzmem. To zwycięstwo należy do narodu chińskiego i wszystkich narodów świata.”
Tego okresu w historii nie zapomnimy nigdy, był to czas, gdy naród chiński miał swój historyczny wkład w zwycięstwo nad faszyzmem. II Wojna Światowa zapisała się na kartach historii jako najmroczniejszy i najtragiczniejszy jej rozdział. Dla rozwoju ludzkości oznaczała ona kataklizm na ogromną skalę i aż do dnia dzisiejszego uznaje się ją za konflikt militarny, który pochłonął najwięcej ofiar i przyniósł najwięcej zniszczeń. Chiny, będąc głównym frontem globalnej walki z faszyzmem na Dalekim Wchodzie, toczyły walkę z Japonią przez 14 długich lat. Ofiara narodu była niewyobrażalna, życie oddało wtedy 35 mln osób. W czasie wojny Chińczycy z poświęceniem i odwagą przeciwstawiali się najeźdźcy, by ostatecznie odeprzeć główną armię japońskiego militaryzmu. Działania te wspierały aliantów i były skoordynowane z ich wojenną strategią, odpowiadały strategicznym operacjom podejmowanym na polu walki w Europie i na wodach Pacyfiku. Stanowiły one niezaprzeczalny wkład w odniesienie światowego zwycięstwa nad faszyzmem. Naród chiński nigdy nie zapomni drogocennego wsparcia udzielonego nam przez kochające pokój i sprawiedliwość kraje oraz narody. Polscy bohaterowie gen. Witold Urbanowicz i ppłk Włodzimierz Szymankiewicz walczyli z wrogiem w Chinach, a lekarze dr Wolf Jungerman, dr Stanisław Flato w czasie wojny nie zważając na własne bezpieczeństwo ruszyli do Chin, by nieść pomoc rannym i poszkodowanym. Niezliczona liczba Chińczyków do dziś pamięta o ich bohaterskich czynach. Wielka przyjaźń, nawiązana między Chińczykami a Polakami w czasie II wojny światowej trwa nieprzerwanie i jest wspólnym skarbem naszych krajów.
Zawsze będziemy trzymać się obranej ścieżki – dla Chin jest to ścieżka pokojowego rozwoju. Ludzie, którzy doświadczyli wojny, jeszcze bardziej rozumieją, jaką wartość ma pokój. Jak powiedział prezydent Xi Jinping na upamiętniającym powyższe wydarzenia spotkaniu: „Od XIX wieku przez ponad 100 lat naród chiński cierpiał z powodu agresji, poniżenia i grabieży ze strony obcych mocarstw, jednak nie przejął on logiki rabowania na prawach silniejszego, ale z jeszcze większą determinacją stanął w obronie pokoju.” Te dwa zwycięstwa – Chin w drugiej wojnie przeciwko Japonii i świata w wojnie z faszyzmem, stały się dla nas bezcenną inspiracją do niezachwianego podążania ścieżką pokojowego rozwoju. Ludzkość potrzebuje pokoju, tak jak człowiek potrzebuje powietrza do życia, a natura światła słonecznego do wzrostu. Naród chiński doskonale zna wartość pokoju, a jego determinacja i dążenia do ochrony tegoż pokoju w żadnym wypadku nie zostaną zachwiane. W ustawie zasadniczej, jaką jest Konstytucja ChRL, zawarliśmy koncepcję utrzymywania pokojowego rozwoju. Chiny podążają ścieżką pokojowego rozwoju i nie jest to przejściowa polityka, a tym bardziej nie jest to retoryka dyplomatyczna. Jest to uroczysta obietnica wynikająca ze słuszności postępu i pokoju na świecie.
Należy aktywnie podążać za nurtem obecnych czasów i krzewić ducha pokoju, rozwoju, współpracy i wspólnych wygranych. By nie dopuścić do powtórzenia się tragicznego scenariusza II Wojny Światowej, po jej zakończeniu poszczególne państwa powołały do życia Organizację Narodów Zjednoczonych (ONZ), której postawiono za cel rozwiązywanie konfliktów poprzez dialog, sporów poprzez mediacje, a przede wszystkim poprzez konsensus osiągany przez znaczącą większość państw. Pandemia COVID-19 po raz kolejny jasno uświadomiła nam, że stając w obliczu różnego rodzaju globalnych wyzwań, społeczność międzynarodowa jest zmuszona do wzmocnienia współpracy i wspólnej ochrony systemu międzynarodowego, którego osią jest ONZ oraz ładu globalnego, którego podstawą jest prawo międzynarodowe. Od wielu lat Chiny i Polska czynią wysiłki na rzecz rozwoju wszechstronnego partnerstwa strategicznego i pogłębiania pragmatycznej współpracy w każdej dziedzinie. Widać to szczególnie po wybuchu epidemii. Oba kraje ramię w ramię stawiają czoła chorobie i razem przezwyciężają trudności. Oba państwa wspierają multilateralizm i inicjują współpracę międzynarodową, czym dają światu pozytywną energię, która pomoże zapewnić mu pokój i stabilność.
Dzisiaj, po 75 latach, ludzkość w swej historii znów stanęła na rozstaju dróg. Po raz kolejny pojawiają się przed nami pytania: wybrać współpracę, czy konflikt? Otwarcie, czy zamknięcie gospodarki i społeczeństw? Wspólne korzyści, czy gry o sumie zerowej? Chiny, będąc ogromnym i odpowiedzialnym państwem, podążają z nurtem epoki, stawiając na rozwój. Stanowczo stajemy po właściwej stronie historii i wraz ze wszystkimi państwami na świecie, a w tym z Polską, łączymy siły, by stawić czoła przeciwnościom, rozszerzyć globalną współpracę i działać na rzecz stworzenia wspólnoty ludzkości, którą łączy ta sama przyszłość. Razem zbudujmy piękniejszy świat!

Księga Wyjścia (60)

Ballada literacka.

Wreszcie jest. Udało się, moja nowa książka opuściła drukarnię i zadebiutuje już w tę sobotę na targach książki. Ale po kolei – jestem jeszcze pod wpływem emocji.
Jeśli nie macie innych planów, to zapraszam w sobotę (05.09.2020) na targi książki – warszawska ADA przy ulicy Puławskiej 37. Będę tam ze wspomnianą publikacją w okolicy stoiska Spółdzielni Socjalnej „Faktoria”.
„Utwory żebrane, powrót z dna”, to zbiór felietonów, dzienników i opowiadań – inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami, a także lekko zmienione wydanie poprzedniej książki „Z dna”. Teksty już gdzieś publikowane i te, których jeszcze nikt nie czytał – poza redakcją i korektą oczywiście. Nawet te publikowane mają tę wadę, że są bardzo ulotne, a ich żywot jest bardzo krótki. Zarówno te spisane na FB, jak i w prasie. Przelatują i znikają gdzieś w niepamięci. Fajnie jest wrócić do niektórych i jeśli układają się w całość, to połączyć w jedną wielką publikację. Wielką, bo łącznie wyszło ponad trzysta stron.
Ułożonych w pewnego rodzaju tryptyk – upadek, życie na dnie i mozolna próba wygrzebania na powierzchnię.
Trudno skupić się na czymś innym w chwili, gdy dowiedziałem się, że po miesiącach starań i zabiegów udało się doprowadzić tę sprawę do końca. Ale tak, wreszcie książka opuściła maszyny drukarskie. Napiszę więc o całym procesie tworzenia i wydania książki. Jak to wygląda z mojej perspektywy i jakie procesy zachodzą w mojej głowie.
Wspominałem już kiedyś, że łatwiej napisać książkę, niż ją wydać. Przynajmniej komuś takiemu jak ja. Pisanie to praca twórcza, porywająca i pochłaniająca. Do tego stopnia, że czasami w szale pisania, zapominam o jedzeniu, piciu, porze dnia lub nocy. W ogóle nie mam poczucia upływającego czasu. Bywa, że siedzę godzinę lub dwie z nieodpalonym papierosem w ustach. Nawet jeśli siedzę przed monitorem kilkanaście godzin, to tego nie kontroluję. Zmęczenie przychodzi później. Dużo później, już po napisaniu sczytaniu i wielokrotnych przeróbkach.
Wydanie jest natomiast koszmarem. Wyrobiłem sobie już nawet pewien schemat stałych błędów, które zawsze popełniam. Chociaż nigdy się nie sprawdzają, to za każdym razem ślepo brnę w to samo bagno.
Najpierw planuję wydać samodzielnie, piszę do różnych drukarni, oni odsyłają mi oferty, z których niewiele rozumiem. Jakieś tabelki, wyliczenia – VAT-y, brutto, cenę za ilość – tyle egzemplarzy – za tyle, ale jeśli zamówię więcej to będzie taniej – to znaczy będzie drożej ale wyjdzie taniej, bo za jedną mniej – ogarniacie? Ja pomału już tak, ale miałem kłopoty. Potem gramatura papieru, rodzaj okładki, ile kolorów, jaki format i objętość. Przyznacie, że to wymaga ogromnej determinacji i zacięcia. Zaczynam wtedy pomału głupieć. Najczęściej mam ochotę wyrzucić komputer, wykasować wszystko i położyć się spać. Jestem jednak uparty, więc mimo ogromnej niechęci drążę dalej.
Gdy już rozszyfruje wszystko, przekalkuluję i zamierzam dogadywać się z wybraną drukarnią, która zaoferowała „najlepsze” warunki (według mnie, co wcale nie musi być prawdą) przypominam sobie, że muszę jeszcze zdobyć ISBN – to taki indywidualny numer identyfikacyjny, nadawany przez Bibliotekę Narodową, każdej wydanej w Polsce książce. Coś jak rejestracja w samochodzie.
Po wydrukowaniu należy również wysłać im natychmiast określoną ilość egzemplarzy, nie jestem pewien, ale zgodnie z przepisami chyba pięć. Potem przychodzi kolejna refleksja, że jeśli wydam sam, to żadna hurtownia ich ode mnie nie weźmie i pozostanie mi jedynie samodzielna sprzedaż przez Internet, ewentualnie kilka zaprzyjaźnionych księgarni, również internetowych.
Wtedy zwykle ktoś znajomy, ma znajomego, który zna kogoś, kto ma wydawnictwo.
I znowu cały proces od nowa, negocjacje, ustalania, okładka, format, papier, nakład (znowu zaczynam głupieć). Wreszcie wydawałoby się, że mamy wszystko omówione. Gdy oddycham z ulgą okazuje się, że jeszcze wydawnictwo daje to do własnej korekty – chociaż już były trzy – i odsyła mi do zaakceptowania. Koszmar. Zwłaszcza, gdy trafi się na korektora, który uwielbia interpunkcje „zgodne z zasadami”.
Mam do tego trochę inne podejście. Wszelkie kropki i przecinki są jedynie narzędziem w rękach autora, nie zaś obowiązującą i nienaruszalną regułą, zasadą, że przed każdym „a, że, który…” stawiamy przecinek. Nie, nie zawsze. Często przecinki i kropki określają zarówno sens, jak i ekspresję zdania.
Doskonałym przykładem, który często w takich przypadkach przytaczam jest historia o tym, jak przecinek uratował człowiekowi życie.
Ambasador i namiestnik carski – czyli praktycznie władca Polski – Nikołaj Repnin, prywatnie był kochankiem księżnej Izabelli Czartoryskiej. Romans ten akceptował mąż magnatki, tym bardziej, że Adam Kazimierz też święty nie był i liczył na łaskę carycy, a co za tym idzie królewską koronę. Niestety, Stanisław August był lepszy.
Wracając do tematu, gdy pewnego razu Repnin przyjechał do Puław odwiedzić księżną Izabellę, trochę się u niej zasiedział. Ale ponieważ zarówno poczta jak i telegraf działały nienagannie, mógł sprawować swój urząd z prowincji. Pewnego dnia wśród przywiezionej przez kuriera korespondencji znalazła się, napisana przez skazanego na śmierć więźnia politycznego, prośba o ułaskawienie.
Repnin niewiele myśląc, podyktował depeszę o treści:
„Ułaskawić nie wolno, rozstrzelać!”. Sprytna Izabella Czartoryska przekupiła telegrafistę, by jedynie w innym miejscu postawił przecinek. Po drobnej korekcie zdanie miało dokładnie to samo brzmienie, ale zupełnie inny sens i wyglądało tak:
„Ułaskawić, nie wolno rozstrzelać!”. Tym sposobem uratowała biedakowi życie.
Nie wiem czy kiedykolwiek Repnin zorientował się w tej intrydze. Z całą pewnością nie wyciągnął konsekwencji wobec księżnej, tym bardziej, że w międzyczasie zaszła z nim w ciążę.
Owocem tego romansu był nikt inny, tylko sam Adam Jerzy Czartoryski, o czym świadczyło nieodparte podobieństwo do namiestnika, relacje współczesnych i ciągła nieobecność Adama Kazimierza, który był zajęty intrygami elekcyjnymi i związanymi z nimi erekcyjnymi, którymi to rywalizował ze Stanisławem Augustem o względy carycy. Stanisław okazał się najwyraźniej lepszy. A mimo to Adam Kazimierz do końca trzymał gardę i udawał, że dziecko – niezależnie kto je spłodził – jest jego, czym narażał się na publiczną śmieszność.
Tak na marginesie, działająca w zażyłej komitywie z ministrem kultury – Piotrem Glińskim, Fundacja Czartoryskich odwołuje się do tej gałęzi rodu, pochodzącej właśnie od Adama Jerzego. Śmiało wiec można wysnuć tezę, ze kupując „Damę z łasiczką”, oraz przez inne dotacje minister zasilił kasę spadkobierców rosyjskiego arystokraty.
Jak widzicie przecinek ma nieprawdopodobną moc i ogromne znaczenie. Jest w stanie ocalić życie, a co dopiero wpłynąć na treść i sens książki. Właśnie dlatego po kolejnej korekcie, raz jeszcze musiałem znowu wszystko uważnie przeczytać. Potem drukarnia i czekanie na swoją kolej, ponieważ zależało mi bardzo na tych targach, czekałem naprawdę niecierpliwie. Na całe szczęście wszystko wyszło o czasie, choć mocno spóźnione – co wcale nie jest paradoksem. Podobnie jak to, że pasja, talent, wiedza, doświadczenie i umiejętność przeniesienia tego na papier, są obecnie najmniej ważne na współczesnym rynku wydawniczym.