Niemiecki „Prometeusz” w Belwederze Recenzja

Trzyletnia (1915-1918), poprzedzająca odzyskanie niepodległości przez Polskę okupacja ziem uwolnionego od panowania Rosjan tzw. Królestwa Polskiego jest – jak się wydaje – tematem gruntownie i do znudzenia oraz do wyczerpania opisanym w licznych publikacjach historycznych, szczegółowych i syntetycznych, dotyczących tego okresu.

 

Dlatego do lektury studium amerykańskiego historyka Jesse Kauffmana „Iluzoryczne przymierze” przystępowałem bez szczególnych oczekiwań, raczej jako do skorzystania z okazji rocznicowego odświeżenia wiedzy. A jednak, ku mojemu – satysfakcjonującemu skądinąd – zaskoczeniu, Kauffman, być może dzięki geograficznemu także oddaleniu, a na pewno dzięki dystansowi natury poznawczej, dokonał nader oryginalnego naświetlenia tego krótkiego okresu w historii Polski.
Na owe trzy lata zwykliśmy bowiem patrzeć przez pryzmat tego, co nastąpiło później – klęski Niemiec w Wielkiej Wojnie oraz odzyskania przez Polskę niepodległości. Gdy jednak Niemcy wchodzili do Warszawy w sierpniu 1915 roku, po uprzednim opuszczeniu jej przez Rosjan, taka perspektywa nie istniała i nawet trudna była do wyobrażania. Z tej przyczyny ten trzyletni czas traktowany jest jako – w istocie rzeczy – relatywnie mało istotne preludium na drodze do nieuchronności. Zamiast przyjąć to jako oczywistość, Kauffman zadał kilka istotnych i chyba nigdy przez historyków polskich ( przynajmniej ja się na takowe nie natknąłem) nie stawianych pytań: „Co Niemcy robili, sprawując władzę nad tym krnąbrnym i niespokojnym terytorium w środku Europy? Czy przedstawiciele Generalnego Gubernatorstwa snuli jakieś dalekosiężne plany związane z ziemiami polskimi, które znalazły się pod ich rządami? Czy plany te zyskały określony instytucjonalny wyraz? Do jakiego stopnia polityka Generalnego Gubernatorstwa była powiązana z polityką krajową w Prusach, gdzie kipiał zajadły konflikt polsko-niemiecki? Jak miejscowe napięcia i konflikty wpływały na przebieg okupacji? Co działania rządu okupacyjnego mówią nam o Niemczech w czasie pierwszej wojny światowej i o samej wojnie? Co postępowanie Generalnego Gubernatorstwa mówi nam o ciągłości historii Niemiec?”. Ten pakiet pytań Kauffman dopełnia taką oto, trafną konstatacją: „Zagadnieniom tym historycy poświęcili zadziwiająco mało uwagi”. Generalny wniosek amerykańskiego historyka jest taki, że wkraczając w sierpniu 1915 do Królestwa Niemcy nie mieli skonkretyzowanego planu, co – ujmując rzecz kolokwialnie – z tym Królestwem Polskim zrobić, tym bardziej, że nie mogli, zwłaszcza wtedy, znać przyszłych losów wojny. Nie mieli skonkretyzowanych planów co do tego terytorium także pomimo tego, że mogli i musieli przecież wtedy zakładać, że wygrają tę wojnę, skoro ją w końcu, rok wcześniej wywołali. I być może nie mieliby planu przez kolejne lata, gdyby nie wysoki profil umysłowy, charakter, mentalność i ambicje mianowanego generał-gubernatorem warszawskim Hansa Hartwiga von Beselera.
Był to człowiek wykształcony i światły, a choć inżynier, to obejmujący swoim zainteresowaniami zagadnienia wykraczający poza jego ściśle zawodowe, wojskowe i inżynieryjne kompetencje. Dość wspomnieć, że nie było typowym dla niemieckiego wojskowego czasów wilhelmińskich to, że objąwszy swoją siedzibę w Belwederze, Beseler zainteresował się historią tego obiektu, zwłaszcza w okresie Powstania Listopadowego i czasie je poprzedzającym, w tym postacią swojego historycznego – poniekąd – poprzednika, Wielkiego Księcia Konstantego, a owocem tego zainteresowania było napisane przez niego studium na ten temat. Beseler, choć znany jest z fotografii jako przyodziany w mundur niemiecki (a z rzadka i pikielhaubę) wyższy oficer niemiecki o marsowym wyglądzie, nie miał w swoim charakterze nic z butnego i ograniczonego Prusaka, wypełniającego swoją mentalnością, postawą i zachowaniem ów rozpowszechniony i nie pozbawiony trafności stereotyp. Po pewnym czasie formalnego urzędowania w Warszawie Beseler doszedł do wniosku, że w interesie Niemiec jest odbudowanie państwa polskiego, jako monarchii konstytucyjnej, jako satelickiego tworu pod protektoratem niemieckim. Uznał jednocześnie, że jeśli ten plan ma być zrealizowany w sposób racjonalny i zgodny z dalekosiężną racją stanu Niemiec, trzeba uzyskać co najmniej minimum akceptacji ze strony społeczeństwa Królestwa, a w pierwszym rzędzie jego elit. W konsekwencji uznał więc, że tryb sprawowania przez Niemców kontroli nad tym terytorium nie może być brutalną, wojskowo-policyjną, represyjną okupacją, lecz musi przyjąć możliwie najłagodniejszą, najmniej kolizyjną formę współegzystencji społeczeństwa polskiego z niemieckimi czynnikami politycznymi. Nie było to zadanie łatwe. W społeczeństwie Królestwa Polskiego nastroje w stosunku do Niemców, do „Prusaków” jak ich ogólnie i kolokwialnie określano, były na ogół wrogie. O ile w sierpniu 1914 roku wymaszerowujące z Królestwa, w tym Warszawy, wojska rosyjskie żegnane były jak „swoje” (społeczeństwo było już w znaczącym mocno, także pod wpływem propagandy endecji, emocjonalnie „zruszczone”), o tyle wkraczających do Królestwa Niemców witano w najlepszym razie chłodno, z licznymi akcentami wrogości. Żywa była pamięć forsownej germanizacji w zaborze pruskim (ciekawe, że rusyfikację spora część Polaków, głównie plebejska, chłopska, traktowała z taryfą ulgową), brutalnych „rugów pruskich”, działalność Hakaty w bismarckowskiej II Rzeszy, a także wiedza o najświeższym, bolesnym, okrutnym doświadczeniu pacyfikacji, zbombardowaniu i spaleniu Kalisza dokonanego przez Niemców na progu wojny (wątek ten znalazł się w „Nocach i dniach” Marii Dąbrowskiej). Mimo tych psychologicznych barier Beseler przystąpił do dzieła i szybko stworzył organizm administracyjny, w którym przy zachowaniu szczelnej niemieckiej kontroli administracyjnej i wojskowej wprowadzone zostały dla Polaków szerokie swobody polityczne i kulturalne.
Po raz pierwszy od wielu dziesięcioleci otwarte zostały możliwości krzewienia pamięci o polskich tradycjach narodowych, upowszechniania polskiej kultury i sztuki, w tym w ich aspekcie niepodległościowym. Zanim doszło do aktu 5 listopada, czyli proklamowania zamiaru budowy państwa polskiego, w maju 1916 roku odbyły się wielkie, legalne obchody 125 rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja, a wszelkie przeszkody w wystawianiu w teatrach n.p. dzieł romantyków polskich zostały zniesione. Reaktywowany też został Uniwersytet Warszawski, a za tym poszedł rozległy proces budowania instytucji polskiego samorządu, szkolnictwa, struktur administracyjnych i gospodarczych. Zdaniem Kauffmana nie wytrzymuje krytyki powszechnie uznawana teza, że jedynym motywem takich działań niemieckich, było pozyskanie polskiego „rekruta” do armii niemieckiej. Jednym z najbardziej spektakularnych aktów tamtego czasu było radykalne (prawie o połowę ) powiększenie terytorium Warszawy, przez włączenie w jej obręb otaczających ją obszarów i miejscowości. Cały ten proces, dynamiczny, ale nie wolny od tarć, konfliktów i represji (Beseler miał przeciwników nie tylko w społeczeństwie polskim, ale także w części jego rodzimej administracji niemieckiej, w szczególności w jej kręgach junkierskich i nacjonalistycznych).
Wysiłki Beselera przekreśliła jednak finalnie klęska wojenna Niemiec i odbudowanie niepodległej Polski. Nie jest rolą historyka snucie hipotetycznych wyobrażeń co do możliwego biegu zdarzeń, ani tym bardziej snucie tzw. historii alternatywnej. Toteż Kauffman tego nie czyni, ściśle trzymając się bezstronnej, naukowej narracji ściśle opartej o źródła. Postronnemu czytelnikowi, jak piszący te słowa, wolno to jednak czynić. Nie sposób zlekceważyć faktu, że w ciągu niespełna trzech lat, Warszawa, z prowincjonalnego, zaniedbanego miasta – de facto – rosyjskiego w Kraju Przywiślańskim, wykonała, w znaczącym stopniu dzięki administracji Beselera, radykalny skok, doznała postępu administracyjnego, instytucjonalnego, cywilizacyjnego i terytorialnego. Na wystawie o „niemieckiej” Warszawie lat 1914-1918 w Muzeum Warszawy na Rynku Starego Miasta można nawet przeczytać sformułowanie, że to Beseler i jego administracja pozwoliły Warszawie stać się miastem na miarę przyszłej stolicy Polski, miastem zmierzającym ku modelowi europejskiemu. Nie mogę się uwolnić od natrętnej myśli, czy gdyby projekt „niemieckiego Prometeusza” (darzącego Polaków niejaką sympatią, ale podkreślającego ich kulturową i polityczną niedojrzałość) w Warszawie nie został przerwany po trzech latach i miał kontynuację przez kolejne dziesięciolecia, Polska nie podniosłaby się cywilizacyjnie w większym stopniu niż pod rodzimą administracją w II Rzeczypospolitej?
I może takie państwo polskie nie padłoby ofiarą hitlerowskiej teutońskiej furii? I czy nie byłoby to korzystniejsze dla przyszłych pokoleń polskich? Zwłaszcza, że nie można w dalszej perspektywie wykluczyć możliwości postępującej emancypacji tej formy polskiej państwowości.
I czy gdyby wizja przyszłego państwa polskiego stworzona w Generalnym Gubernatorstwie lat 1915-1918 została zrealizowana, może nie doszłoby do tego, co stało się dwie dekady później, pod okrutną, barbarzyńską, nazistowską okupacją w ramach administracyjnego tworu o tej samej nazwie? Tak, to jedynie „gdybanie” i wyobrażanie sobie historii, której nie było, ale materia studium Kauffmana do takich spekulacji inspiruje. Amerykański historyk zwraca zresztą uwagę na tę analogię, nie znajdując wszakże pełnej odpowiedzi na pytanie o przyczyny nazistowskiej, krwawej furii hitlerowskiej w okupowanej Polsce. Praca Jesse Kauffmana, to kapitalne, fascynujące, dające bardzo wiele do myślenia, i to do przemyślenia po nowemu, studium oświetlające pozornie oczywisty epizod z historii Polski XX wieku nowym i spod innego kąta rzuconym światłem. I bardzo dobra, bo nie „uroczysta” i rytualna lektura na finał obchodów stulecia polskiej niepodległości.

 

Jesse Kauffman – „Iluzoryczne przymierze. Niemiecka okupacja na ziemiach polskich w czasie I wojny światowej”, przekł. Jan Kabat, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 256, ISBN 978-83-06-03535-3

Nie znają Żydów ani Romów

Międzynarodowy Centralny Instytut ds. Młodzieży i Telewizji Edukacyjnej w Monachium przeprowadził badanie „Uprzedzenia, rasizm, ekstremizm”, w ramach którego przeprowadzono wywiady z uczniami w wieku od 6 do 13 lat w całych Niemczech. Przebadano prawie 1000 dzieci. Wyniki nie napawają optymizmem.

 

Młodzi Niemcy coraz mniej wiedzą o Żydach i Romach. Mają pojęcie na temat kultury muzułmańskiej, jednak młodsze dzieci nie mają pojęcia o dwóch pozostałych. Tylko 18 procent 8 – i 9-latków wie, że Żydzi byli prześladowani podczas drugiej wojny światowej. Wśród starszych dzieci ta wiedza jest większa (94 procent 12 – i 13-latków słyszała o Holokauście).
Połowa ze wszystkich 840 przebadanych dzieci nie miała nigdy styczności z Romami, nie wie, co to słowo oznacza. Co więcej, często nie wiedzą tego również rodzice, którzy nie mają wykształcenia wyższego.

– Wnioski z badania są kontrowersyjne – powiedziała Maya Götz, dyrektorka Międzynarodowego Centralnego Instytutu ds. Młodzieży i Telewizji Edukacyjnej w Monachium, cytowana przez „RP”. – Szkoła podstawowa jest uważana za decydującą fazę rozwoju, jeśli chodzi o uprzedzenia. Im więcej uprzedzeń narosło do końca dzieciństwa, tym bardziej uprzedzenia stają się uporczywe. Są to

sygnały, że istnieje pilna potrzeba przekazania większej wiedzy na temat tego, co się stało.

W ubiegłym roku w Dreźnie 15-letnia uczennica dostała nagrodę Komitetu Wspierającego Pomnik Holokaustu w Berlinie za odwagę cywilną, ponieważ ujawniła, że w jej szkole panuje moda na hitlerowskie pozdrowienie. Niemieckie dzieciaki używają nazistowskich symboli w formie zabawy, ponieważ wiedza o obozach koncentracyjnych i ogromie krzywd wyrządzonych przez Adolfa Hitlera przekazywana jest zbyt późno.

Świadomość młodych ludzi w Europie na temat drugiej wojny światowej spada. W 2011 roku Platforma Europejskiej Pamięci i Sumienia (unijna inicjatywa 20 państw, mająca zachowywać pamięć o totalitaryzmach) przeprowadziła kompleksowe badania, z których wynikało, że większość młodych Szwedów nie rozumie słowa „gułag”, a 1 na 20 brytyjskich nastolatków uważa, ze Auschwitz to park rozrywki.

Polegli niezapomniani

28 października, jak co roku, Kampania Historia Czerwona zorganizowała sprzątanie grobów rewolucjonistow na Powązkach Wojskowych w Warszawie. Uporządkowane zostały groby Dąbrowszczaków oraz członków lewicowego ruchu oporu z czasów II wojny światowej.
Kampania Historia Czerwona ma na celu przypominanie i popularyzację historii polskiego ruchu robotniczego i zaprasza do współpracy

Od pamięci do „postpamięci” Recenzja

Tych, którzy zmęczeni i znudzeni inflacją tematyki powstańczej w mediach mogą z góry ulec uprzedzeniu i zniechęcić się do lektury tej książki upewniam, że mogą się nie obawiać – to nie jest kolejna, „tysięczna i pierwsza” sentymentalna opowieść o walkach powstańczych, o „nocach sierpniowych”, o powstańczych biografiach, dzielnych i ofiarnych sanitariuszkach itd.

 

Marcin Napiórkowski opowiada o Powstaniu Warszawskim (dalej: PW) bez opisu którejkolwiek z potyczek i batalii powstańczych, bez żadnej sentymentalnej opowieści o „sanitariuszce Małgorzatce” z popularnej powstańczej piosenki i o jakimś młodym powstańcu zabitym pierwszego dnia zrywu, bez wymieniania nazw niezliczonych powstańczych oddziałów, bez dywagacji o poczynaniach dowództwa PW etc. „Powstanie umarłych” to rzecz o tym, w jaki sposób pamiętano o powstaniu od pierwszych dni po jego upadku aż po nasze obecne czasy (2014). Przy czym słowo „pamięć” nie oznacza w tym przypadku jedynie tego, co zazwyczaj się pod nim rozumie, czyli psychicznego procesu rejestracji wydarzeń z przeszłości, lecz także to, jak przez te 70 lat odnosiły się do PW różne grupy społeczne, od rodzin i bliskich powstańców poczynając, poprzez szersze środowiska i grupy społeczne, sferę kultury (literatura, film, w tym dokumentalny), media (publicystyka) po postawy i praktyki władzy politycznej.
Pierwszej pamięci o PW towarzyszyły dokonywane od 1945 roku ekshumacje ofiar, czasem w formule indywidualnej jak w opisanym przypadku legendarnego Andrzeja Romockiego („Morro”), a niejednokrotnie jako wydobywanie makabrycznej, zbitej masy, jak miało to miejsce w wielu przypadkach, choćby na Woli czy na ochockim „Zieleniaku”. Ekshumacje i pogrzeby tworzyły to, co autor nazywa „toposem konduktu”, w którym w pierwszych latach łączyło się i społeczeństwo i władza. Szybko jednak pojawił się „topos pochodu” czyli ideologicznej formuły nowej władzy, która zaczęła dążyć do zepchnięcia „toposu konduktu” na margines, w imię „nieubłaganej logiki historii” uformowanej w duchu nauki Karola Marksa i w imię przeciwstawienia „pamięci grobów” budowy „nowego życia”. W latach 1949-1955 wyraziło się to w radykalnej redukcji przekazu pamięci o PW przez oficjalną propagandę, która ograniczała się jedynie do rytualnego oddawania hołdu ofiarom powstania, w szczególności walczącej młodzieży i ludności cywilnej, przy akompaniamencie radykalnych potępień reakcyjnych inspiratorów PW w osobach hrabiego generała Bora Komorowskiego oraz jego wojskowego i politycznego otoczenia. Pojawiły się więc wtedy kategorie pamięci określone przez autora jako „pamiętanie czegoś” i „pamiętanie przeciw komuś”, „konflikt między opłakiwaniem a odbudową”, „polityczne strategie wykluczania zmarłych” a także „proces upolityczniania zwłok”. Autor poświęca też rozdział „komitetom ekshumacyjnym jako próbie odzyskania kontroli nad ciałami poległych”.
Napiórkowski, posługując się bogatą paletą świadectw z tamtych czasów pokazuje jak pamięć PW stawała się przestrzenią zmagania się oficjalnej wizji politycznej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej z pamięcią rozmaitych grup społecznych. Radykalni przeciwnicy PRL nazywają to walką z „oficjalną strategią niepamięci”, co jest formułą nieprecyzyjną, jako że mieliśmy do czynienia nie z całkowitą niepamięcią, lecz z tendencyjną redukcją tejże pamięci. Wyraziło się to choćby sporem wokół pomników PW, poprzedzonym zresztą wzniesieniem już w 1946 roku, w drugą rocznicę PW, pomnika „Gloria Victis” na warszawskich Powązkach. Dokonało tego w trybie półformalnym, „partyzanckim”, środowisko kombatanckie AK skupione wtedy wokół jednego z jej byłych, ważnych powstańczych dowódców, pułkownika Jana Mazurkiewicza. Mogło się to dokonać jedynie w tym krótkim interwale politycznym, jaki nastąpił wkrótce po upadku PW, a przed definitywnym zamknięciem się takich możliwości wraz z zainstalowaniem najbardziej brutalnej i dogmatycznej postaci reżymu stalinowskiego, co uległo przyśpieszeniu w drugiej połowie 1948 roku. Przy czym władza stosowała zarówno „miękkie strategie walki z pamięcią”, jak i „strategie twarde” (represje).
Znacząca część książki poświęcona jest okresowi 1956-1989, kiedy to władza ludowa definitywnie zrezygnowała nie tylko z represji w stosunku do AK-owców, ale krok po kroku luzowała dogmatyczne ograniczenia dotyczące pamięci o PW, w tym w szczególności ograniczenia w zakresie upowszechniania wiedzy o jego historii. Hasłem wywoławczym stał się głośny wtedy artykuł „Na spotkanie ludziom z AK”, sygnowany przez trzech autorów na łamach sztandarowego dla „odwilży” tygodnika „Po prostu”. Dodatkowym czynnikiem legitymizującym tematykę PW i AK w polu narracji oficjalnie akceptowalnej były filmy „Kanał” i „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy, których premiery odbyły się w latach 1957 i 1958. Apogeum procesu oficjalnego „absorbowania” tej problematyki miało miejsce w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy to wyodrębniona w kierownictwie PZPR grupa szefa MSW Mieczysława Moczara zjednała sobie część kombatanckich środowisk akowskich (w tym powstańczych) z Janem Mazurkiewiczem na czele w imię „wspólnie przelanej krwi” w walce z tym samym wrogiem. Rozkwitła wtedy ich obopólna współpraca na gruncie ZBOWiD, a związany z grupą moczarowską tygodnik „Stolica” poświęcał tematyce powstańczej sporą część swojej zawartości, co było zresztą kontynuowane aż po kres PRL.
Od tego czasu narastała też kolizja między oficjalną, państwową wykładnią PW a wyobrażeniem społecznym. Nie dlatego jednak, że władze stosowały restrykcje wobec tego drugiego (przeciwnie, restrykcje słabły), ale dlatego, że narastała intensywność wizji nieoficjalnej, a alternatywne obchody rocznic PW były jednym z narzędzi budowania opozycyjnej świadomości w PRL. Za moment apogeum sporu o tę wizję uznał Napiórkowski rok 1984, a jego finałem było odsłonięcie pomnika Powstańców Warszawskich w 1989 roku. Przełom roku 1989 i kolejne lata przyniosły pełną rehabilitację samej idei Powstania Warszawskiego, stwarzając możliwość pisania i mówienia o nim w sposób niczym, także cenzurą, nieskrępowany. PW przestało być zagadnieniem kolizyjnym politycznie.
Zmianę w tym względzie przyniosło pojawienie się na arenie politycznej obozu PiS, który wziął Powstanie na swoje polityczne sztandary i uczynił z niego instrument walki „obozu patriotycznego” z „liberalnymi modernizatorami” tradycyjnej polskiej świadomości. Jednym z najistotniejszych z tego punktu widzenia faktów było otwarcie w 70 rocznicę wybuchu PW, staraniem prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego, Muzeum Powstania Warszawskiego. Był to moment graniczny w dziejach pamięci o PW. Od niego zaczął się czas, trwający de facto do 2015 roku, politycznych manifestacji na cmentarzu Powązkowskim, kiedy to w każdą rocznicę 1 sierpnia przeciwnicy władzy „liberałów” i „postkomunistów” wygwizdywali i „wybuczali” organizatorów i uczestników oficjalnych uroczystości. Od tego momentu opozycję: władza PRL – patriotyczny naród, zastąpiła nowa opozycja: zwolenników i przeciwników rządów „republiki Okrągłego Stołu”, „tradycjonalistów” i „modernizatorów”, „patriotów” i „zdrajców”.
Tej radykalnej zmianie osi sporu wokół PW towarzyszyła też radykalna zmiana języka, jakim o nim mówiono. Tradycyjną narrację opartą głównie na piśmiennictwie, nagraniach dokumentalnych i wytworzonej w czasie PW symboliki, zaczęło spychać na plan dalszy wejście w domenę pamięci atrybutów kultury masowej, o czym pisze Napiórkowski w rozdziale „Postmodernistyczne powstanie? Powstanie warszawskie a przemysł pamięci”, poświęconym „nowej kulturze pamięci”. „Powstanie podbiło serca masowej publiczności, doczekawszy się popkulturowych odczytań w postaci rockowych (n.p. Lao Che) i hiphopowych płyt, komiksów (n.p. „Tytus, Romek i A’Tomek jako warszawscy powstańcy 1944” Papcia Chmiela), a nawet gier planszowych. Pamięć manifestowano też poprzez wpinane w klapę znaczki i tematyczne koszulki” – pisze autor. To wszystko jest zakorzenione w „światowym boomie pamięciowym”, ale warto też zwrócić uwagę, że są to „stare treści sprzedawane w nowym opakowaniu jako rewelacje”.
O ile jednak gadżetowy aspekt zewnętrznych przejawów pamięci o PW mieścił się w szeroko rozumianej tradycyjnej formule, o tyle zupełnie nowa jakością było pojawienie się nowej, fantazmatycznej formuły tejże pamięci. „Nowa kultura pamięci z jaką mamy do czynienia po roku 2004 – pisze Napiórkowski – opiera się na zatarciu czy wręcz zniesieniu granic, które dotychczas uznawano za oczywiste. Rozróżnienie pomiędzy fikcją a faktem, między pamięcią a wyobraźnią, jest z pewnością jednym z podziałów najintensywniej podważanych przez rozwijające się w ostatnich latach „zmącone gatunki” pamięci”. W stosunku do tego fenomenu używane jest nawet określenie „postpamięć”.
Siła psychologicznej presji „nowej pamięci” czy „postpamięci” jest tak silna, że fantazmaty zastąpiły wspominanie realnego doświadczenia nawet u żyjących powstańców. Uderzające były wypowiedzi niektórych kombatantów PW, którzy po premierze bardzo „fantazmatycznego”, komiksowego, będącego owocem nowej estetyki filmu Jana Komasy „Miasto ‘44” (2014) mówili o przekazie ekranowym, ulegając autosugestii: „tak było”, jakby mówili o dokumencie, a nie o popowej kreacji ekranowej. Prawdziwe wspomnienia zostały zastąpione przez emocjonalną podróż czy pielgrzymkę w czasie, w wersji „postpamięciowej”. Siła nowej estetyki przekazu tradycji PW wywołała nawet deklaracje w rodzaju: „powstanie czeka na swojego Tarantino”. Tabloidyzacji przekazu na temat PW towarzyszy też proces jego „uwspółcześniania”, czyli takiego ustawiania postaci i zdarzeń, by odpowiadały psychice, emocjonalności, mentalności i wyobraźni współczesnego młodego człowieka. Klasycznymi przykładami takiej estetyki jest n.p. film „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” (2013), w którym obrazom walk powstańczych towarzyszą dźwięki hip hopu czy akcja „Kumpel z przeszłości. 1944 Live” (2009) prowadzona na facebooku. To wszystko mieści się w ramach nowej estetyzacji PW i realizacji idei „wczuwania się w historię”, którą współtworzą także popularne od lat rekonstrukcje historyczne.
Co znamienne, w tę formułę „nowej pamięci”, „postpamięci” i tabloidyzacji pamięci wpisało się także Muzeum Powstania Warszawskiego. W tym muzeum, podobnie jak w innych muzeach nowej generacji, bardzo charakterystyczne jest, w pierwszym planie, zjawisko „zdetronizowania eksponatów”. Autentyczne eksponaty z PW (n.p. broń, hełmy, opaski, sprzęt techniczny, ulotki etc. przestały być najważniejszym (jak w tradycyjnych muzeach) elementem ekspozycji jako „czysty fakt” materialny, lecz wtapiane są w nowe fantazmaty i znaki (symulakry zdefiniowane przez Jeana Baudrillard), jedynie jako ich składnik, jako element ogólnego kolażu. Historyczna realność PW zeszła na drugi plan, przesłonięta przez emocjonalny fantazmat „postpamięci”. Sprawiło to, że na daleki plan zeszła faktograficzna zawartość ekspozycji, która przestała być popularnonaukowym wykładem historii i stała się próbą przekazu idei, emocji, wrażeń, „sensu” PW oraz nowej „prawdy historycznej” o nim. Muzeum zamieniło się w „disneyland pamięci”.
Te zabiegi – jak pisze Napiórkowski – przeniosły PW „ze sfery faktów w sferę sensów”. Zgodnie z formułą nowoczesnych muzeów, „nagie” fakty „nikogo” już nie interesują. Atrakcyjne jest teraz „wczucie się” poprzez wrażenia, które mogą stać się udziałem n.p. uczestnika wędrówki przez atrapę kanału albo skosztowanie „powstańczej żywności” (syndrom „proustowskiej magdalenki”). Przekaz werbalny został natomiast sprowadzony do minimum. Rzeczywisty czas historyczny został zastąpiony przez „czas mityczny”. Nie tylko ideowo-emocjonalno-fantazmatyczny, ale także nie chronologiczny charakter ekspozycji sprawił, że wielu zwiedzającym umyka finał powstania, które przecież zakończyło się klęską. Niektórzy zwiedzający mogą nawet odnieść wrażenie, że PW zakończyło się zwycięstwem, bo tak duża jest siła „heroicznej” narracji. Do tego uzupełnienie ekspozycji obrazem przemawiającego z ekranu Jana Pawła II i ekspozycja sztandarów „Solidarności” wywołuje w percepcji części mniej przygotowanych, na ogół młodszych widzów, komiczne qui pro quo, pomieszanie percepcyjne wyrażające się w pytaniach czy JP II uczestniczył w PW i czy czas walk pokrywa się z czasem „Solidarności” lat 1980-1981.
Historia w klasycznym rozumieniu, jako zbiór naukowo ustalonych faktów i ich opisu oraz zobiektywizowanej interpretacji ulotniła się także na rzecz ideologicznej moralistyki, opartej na mitologizacji i nostalgicznym sentymencie, w której PW stało się przede wszystkim wzorem „właściwej”, patriotycznej postawy, formą kultu bohaterstwa. W narracji Muzeum Powstania Warszawskiego nie ma natomiast najmniejszego nawet miejsca na krytyczną recepcję decyzji o podjęciu przez dowództwo AK walki, który to proces rozrachunkowy, w postaci fal dyskusji trwał z różnym nasileniem od początków PRL aż po rok 2004 i wyraził się setkami wypowiedzi publicystycznych pisanych z różnych pozycji ideowo-politycznych (nawiasem mówiąc: brak szerszego ujęcia tego aspektu wydaje mi się jedną z nielicznych wad tej znakomitej pracy). Krytyczną recepcję opartą na przesłankach racjonalistyczno-pragmatycznych zastąpił bezwarunkowy, idealistyczny bezkrytycyzm i bezwarunkowa apologia zrywu oraz kult bohaterów. Tak ujęte PW przestało być formą racjonalnego przekazu historycznego i stało się emocjonalnym „generatorem sensu”.
Dokonując rekapitulacji problematyki pamięci historycznej, i tej dawnej, i tej nowego typu nie łatwo ustrzec się wrażenia, że coraz częściej przybiera ona charakter kulturowego terroru, szantażu, że jest wszędobylska i „namolna”, czemu sprzyja wszechobecność coraz to nowych typów medialnego przekazu. Dlatego gdy w finale swej panoramy pamięci o Powstaniu Warszawskim autor napomyka także o zwykłym ludzkim prawie do niepamięci, przypomina tym samym o alternatywnej możliwości życia poza owym psychologicznym przymusem uczestniczenia w narzuconych koleinach, poza kleszczami imadła. I to właśnie wydaje mi się w tej książce najbardziej optymistyczne, owo zwrócenie uwagi na prawo do wolnej woli i swobodnych wyborów w świecie narzucanych moralnym szantażem obsesji i przymusów politycznych.

 

Marcin Napiórkowski„Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016, str. 467, ISBN 978-83-65369-24-6

Damy i ich sekretne zakamarki Recenzja

Anglia wiktoriańska kojarzy się bardzo często n.p. z prozą Karola Dickensa, opowiadaniami Arthura Conan Doyle’a o Sherlocku Holmesie czy Roberta Louisa Stevensona albo brytyjskimi serialami z życia wyższych sfer. U Dickensa świat Londynu lub angielskiej prowincji jest ukazany niby to realistycznie, ale zgodnie z tą formułą purytańskiego realizmu, który nigdy nie sięga głęboko pod podszewkę, nigdy nie styka się z naturalizmem. Brytyjskie filmy i seriale z życia wyższych sfer są „wylizane” do ostateczności, pokazują świat „jak z bombonierki”, pełen wspaniałych pałaców, wnętrz, przedmiotów, powozów i wytwornych strojów dam, panien, milordów i „sirów”, panów i kawalerów.

Ten właśnie historyczny czas ujęła w swojej wydanej przez wydawnictwo „MUZA SA” książce Amerykanka Therese O’Neill, ale pokazuje go nam od zupełnie innej strony, na Śląsku powiedziano by „od dupy strony”. O’Neill odsłania intymny świat kobiecy tych czasów. „Porusza dziewiętnastowieczne sprawy wstydliwe, tematy nieskromne, nieprzyzwoite i wprowadzające kobiety dwudziestego pierwszego wieku w zdumienie: jak kobiety radziły sobie z podpaskami nie nosząc majtek, dlaczego smarowały sobie twarze arszenikiem, w imię czego budziły się zlane potem, przerażone, że poprzedniego wieczora podczas kolacji położyły łyżkę do zupy po niewłaściwej stronie…” – czytamy w notce odredaktorskiej. O’Neill opowiada też o garderobie miażdżącej kości, czyli ówczesnych gorsetach oraz o panujących wtedy strasznych warunkach sanitarnych, w tym o sposobach przyrządzania i konserwowania żywności, które na współczesnym człowieku budziły by uczucie grozy i obrzydzenia (stąd powszechne w tych czasach przypadłości biegunkowe). Są też opisane normy i praktyki dotyczące życia seksualnego i prokreacji, choć dziś możemy je odbierać jako obscena. To, o czym można wyczytać z książki O’Neill, to prawdziwa gehenna kobiet, bo niewygody epoki mężczyzn dotykały w nieporównywalnie mniejszym stopniu.

Napisaną w formie popularnej opowieść O’Neill można zaliczyć do nurtu historii obyczajowej (acz książka, o której mowa nie jest praca naukową, lecz popularyzatorską) w której przedmiotem badań i opisu nie jest wyczyszczona z jakiegokolwiek związku z materią codziennego oficjalna historia polityczna sprowadzona do życia oficjalnego, walk politycznych, ideologicznych, wojen, politycznych układów, biografii władców różnego autoramentu etc. Ten nurt historii zajmuje się materialną codziennością życia w tamtych czasach i to codziennością, jak w przypadku książki O’Neill, rzeczywistości najintymniejszej i najbliższej ciału. Trudno ocenić, czy autorka świadomie nawiązała do tego nurtu historiografii, ale jej popularna opowieść obiektywnie nawiązuje do francuskiej szkoły historycznej „Annales”, założonej w latach trzydziestych przez Marca Blocha, a kontynuowanej przez Fernanda Braudela, która odrzucała redukowanie historii do jej aspektu politycznego i zajmowała się badaniami m.in. cywilizacji materialnej i życia codziennego upatrując w tych sferach życia ludzkiego istotnych czynników wpływających na przemiany dziejowe. Na marginesie warto uczynić uwagę, że Anglia wiktoriańska nie stanowiła z punktu widzenia opisywanych zjawisk żadnego wyjątku. A biorąc pod uwagę, że ówczesna Anglia była pionierem przemysłu i postępu cywilizacyjnego, można się domyśleć, że w tym samym czasie rzeczywistość w tej mierze, panująca n.p. na ziemiach polskich była jeszcze straszniejsza i jeszcze bardziej szokująca z naszej perspektywy. „Niedyskretnik” O’Neill czyta się momentami jak galerię obscenów, choć przecież te „obscena” nie były bynajmniej elementem sfery zakazanej, lecz tworzyła je jak najbardziej „normalna” sfera życia. Drastyczność wielu fragmentów swojej opowieści łagodzi autorka stylem pełnym mimo wszystko – poczucia humoru. Czyta się ten „Niedyskretnik” z podniecającymi wypiekami.

 

 

Therese O’Neill – „Niedyskretnik. Co dama wiedzieć powinna o seksie, małżeństwie i dobrych manierach, a o czym mówić nie wypada”, przekł. Jolanta Sawicka, wyd. MUZA SA, Warszawa 2018, str. 318, ISBN 978-83-287-0856-3.

Zwycięstwo w Moskwie

„Granica Polski na Odrze i Nysie jest dziś uznawana przez cały świat, łącznie z Niemcami, jako ostateczna zachodnia granica Polski. Wielką, a przemilczaną przez prawicę polską rolę, odegrał w tym Generał Wojciech Jaruzelski” – Zygmunt Broniarek.

 

Krzysztof Wasilewski napisał – »„Fakt, że po 73 latach od zmiany granic nikt poważnie nie zastanawia się nad ich rewindykacją, to przede wszystkim zasługa tamtych ludzi i tamtego państwa”(„Przegląd”, nr 21, 21-27maja 2018r.). Ta celna ocena i zarazem refleksja w publikacji, „Ziemie Odzyskane – historia sukcesu”, skłania do namysłu właśnie nad tego „sukcesu historią”. Do próby odpowiedzi na pytanie – dlaczego w III RP prawicowi historycy, politycy i publicyści przemilczają „zasługi tamtych ludzi”, w tym Generała i „tamtego państwa”. Uczynią to Państwo, po zapoznaniu się z tekstem. Zatrzymam w nim uwagę na dekadzie lat 80. Zaś do sprawy zachodniej granicy Polski w latach 1941 – 1970, odniosę się w tekście prezentującym „drogę Polski” do Traktatu z 7 grudnia 1970 r.

 

Szantaż czy realna groźba

Generał wiele razy nawiązywał do początku lat 80. – czasu przed stanem wojennym, przypominając pytanie radzieckich notabli – „kto wam zagwarantuje granicę zachodnią?” Faktycznie, trzeba przyznać, wbrew „chciejstwom” polityków po 1989 r. – ZSRR od 1945 r. był jej stanowczym „promotorem”, co potwierdza np. Winston Churchill w pamiętnikach t. VI. .Napisał wielce wymowną konstatację: „W 1981 r… mieliśmy powody do obaw, że sytuacja w Polsce budziła w moskiewskich kołach politycznych nie tylko zniecierpliwienie. Pojawiły się tam głosy, aby pójść dalej w stosunkach z Niemcami, z pominięciem Polski. Raz były to gesty do NRD, innym razem do RFN”. („Stan Wojenny. Dlaczego”). Jednakże szczegółów swoich obaw nigdzie nie wyjawił. Byłem zdania, iż mógłby przedstawić tę sprawę w mowie obrończej przed Sądem w 2008 r., jako dostrzegalny przez tę władzę rodzaj zewnętrznego zagrożenia, szantażu. Jako rodzaj argumentu ZSRR „przed światem i Europą”, gdyby podjął decyzję, do jakiej polskie władze nie chciały dopuścić, z jaką realnie się liczyły (pisałem w poprzednich tekstach). Argumentowałem, iż to dowód, że ZSRR wobec naszego rozchwiania „nie żartował”, traktując zachodnią część naszego kraju jako „zakładnika”, swoistą „daninę” wobec zachodniej krytyki „sojuszniczej pomocy”. Dziś powiemy – znając część archiwów – że to jeden z wielu ewidentnych dowodów realizmu obaw polskich władz. Po kilku dniach rozważań „za i przeciw” oraz dyskusji, Generał doszedł do wniosku, by w przygotowywanej „mowie” tę kwestię zapisać sygnalnie. Natomiast podnieść, rozwinąć i uzupełnić o dostępne źródła w ew. odpowiedziach na pytania Sądu (na pytania prokuratora nie miał zamiaru odpowiadać, o czym poinformował Sąd). Widział w takim podejściu dwa główne aspekty.
Pierwszy – polityczny. Był szczególnie ważny w rozmowach z radzieckimi. Stawiali pytanie, a sens ich gwarancji miał „dotyczyć jedynie sojuszniczej, stabilnej Polski”(jak było w CSRS z „Ententą”, niech Państwo sobie przypomną). Zapewne liczyli na inteligencję Polaków. Raz tylko zdarzyło się podczas ćwiczenia „Sojusz-81”. (pisałem w jednym z poprzednich tekstów), gdy gen. Heinz Hoffman (minister obrony NRD) w rozmowie z Generałem sondował kwestię zmiany granic państwowych, sytuując to na tle historycznym. Generał z kolei chciał poznać istotę myślenia władz NRD, głównie Ericha Honeckera. Nie był pewien, czy Hoffman zbyt ostrożny nie chciał powiedzieć „słowo za dużo”. Czy takim podejściem nie sondował opinii Generała o ew. „korekcie” granicy (oczywiście na rzecz NRD). Tego Generał nie chciał ujawnić, milczeniem dawał do zrozumienia – „nie ma tematu”. Zaprezentował znane stanowisko – sprawy wewnętrzne rozwiążemy własnymi siłami, liczymy na zrozumienie, pomoc gospodarczą, jesteśmy w jednym sojuszu polityczno-gospodarczo-obronnym. Wtedy, czyli w 1981 r., „odżyły” dawne „dokładności kontroli” korzystania z toru wodnego w Zatoce Pomorskiej. Były składane na karb nadgorliwości i różnych niuansów urzędników NRD, którzy dawali tym wyraz swojego stanowiska wobec „solidarnościowej nowoczesności” i widocznej ostrożności władzy. Generał uznał, iż temu nie należy nadawać rangi politycznej, państwowej, między Polską a NRD. Wniknięcie naszych władz morskich w tę kwestię w latach 70. ujawniło, niedopatrzenie polskich urzędników podczas wytyczania podziału szelfu w Zatoce Pomorskiej po wojnie. Dawało podstawę prawną NRD do jej interpretacji na swoją korzyść. Podjęte pertraktacje jeszcze nie skutkowały, świadczą źródła archiwalne. Do 1980 r. nie było z tym poważniejszych problemów, zaczęły się już po stanie wojennym. Czym to tłumaczyć? Po latach, mówił Generał, że wpływ miała nasza osłabiona pozycja w bloku i coraz silniejsze „impulsy” zjednoczeniowe. Erich Honecker, można się tylko domyślać, chciał mieć swój „terytorialny” wkład. Ale na Kremlu zaszły istotne zmiany personalne. Ekipa z początku lat 80. nie zawsze nam przychylna, choć nie „wroga”, co dziś należy szczególnie podkreślić by dobrze zrozumieć, w ówczesnym uwarunkowaniu Wschód-Zachód, zmieniła się. Michaił Gorbaczow prywatnie i na forum międzynarodowym okazywał zrozumienie dla Polski, dla Generała, zainteresowanie zmianami jakie u nas następują, co wielu nie chce dostrzec. Trzeba pamiętać, iż w 1987 r. oświadczył Prezydentowi RFN, że dwa państwa niemieckie są realnością, co według ZSRR stanowi warunek stabilności i pokoju w Europie. Nie było więc jeszcze(!) dla „zjednoczeniowych” sygnałów aprobaty.
Na tle korzystania z toru wodnego dochodziło coraz częściej do ostrych spięć, nawet do angażowania marynarek wojennych Polski i NRD. W tej kwestii wiele interesujących faktów znają i posiadają oceny wysocy oficerowie Marynarki Wojennej z dekady lat 80. Generał rozmawiał z Honeckerem we Wrocławiu 26 czerwca 1988 r. „Postawiłem sporny problem w sposób zasadniczy, nawet dramatyczny” – napisał we wspomnieniach. 22 maja 1989 r., podczas wizyty w Berlinie podpisał umowę o wytyczeniu tej granicy. „To był ostatni moment. Po wyborach w Polsce 4 czerwca 1989 r., NRD by nie ustąpiła” – wspomina.
Ważny był też inny szczegół. Wiedza o sposobie myślenia sąsiadów pochodziła w części, co oczywiste – z naszych źródeł wywiadowczych w NRD, CSRS, ZSRR i zachodnich, głównie francuskich i niemieckich. Była zbyt cenna, by opacznie ją narażać na ujawnienie. Z kolei podejmowanie sprawy granicy z radzieckimi – okazji było wiele – dałoby do myślenia, że ich swoisty szantaż granicą odnosi skutek. A przecież wobec Kremla obowiązywała zasada – panujemy nad sytuacją i nie możemy dać poznać po sobie, że jest inaczej; musimy mieć wiąż aktualną ocenę sytuacji w kraju i racjonalne argumenty, wychodzące także naprzeciw obawom sojuszników. Tu żelazna zasada. Ich obawy muszą być traktowane nad wyraz poważnie i spotykać się z realnymi, mądrymi argumentami, bez krętactwa, kłamstwa czy innych „wybiegów słownych”. Po latach, wielu „podwórkowych znawców” nazywa takie postępowanie„służalczością”. Tu logikę myślenia zastępuje się wytrychem, „komunistyczna propaganda”. Wielu, zdawałoby się poważnych historyków poznało dostępne źródła archiwalne, ale nie chcą zrozumieć, iż przedstawiciele władzy, na czele z Generałem, byli i do końca pozostali Polakami, zdolnymi także prowadzić „inteligentną grę myślową”. Na moment odejdę od głównego wątku, podając taką ciekawostkę. Jest radziecki dokument polityczny – dwie wersje protokołu z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR z 21 listopada 1981 r., które znacznie się od siebie różnią. „W jednej wersji tekstu znajduje się informacja, że omówiono z Wojciechem Jaruzelskim kwestie pomocy wojskowej, a w innej – że Jaruzelski upierał się, iż Polska własnymi siłami poradzi sobie z opanowaniem sytuacji” – pisze Iniessa Jażborowskaja (patrz książka „Białe plamy czarne plamy, sprawy trudne w relacjach polsko – rosyjskich 1918-2008, Wyd. PISM 2010). Zdaniem historyków znających „technologię” tworzenia dokumentów w ZSRR mogło być tak, że tworzono dwie wersje, aby zależnie od potrzeb wykorzystać jedną z nich do przedstawienia opinii publicznej w konkretnej sytuacji. Tak postąpiono w 1979 r., podczas wprowadzania wojsk radzieckich do Afganistanu. Czy daje to „coś” do myślenia „lepiej wiedzącym” – jakie jest Państwa zdanie?
Drugi – sprowadzał się do odpowiedzi na pytanie, czy te przemyślenia znali najbliżsi współpracownicy. Otóż, nie. To nie brak zaufania! Gorąca atmosfera, szczególnie w sferze słownej, nie pomijając pozostałych – politycznej, gospodarczej, społecznej na linii „Solidarność” – władza – zagraniczni sojusznicy – mogłaby doprowadzić do wręcz nieprzewidywalnych następstw (kilka razy pisałem, iż można toczyć spór, kto bardziej – Praga czy Berlin zachęcały Moskwę do udzielenia nam „bratniej pomocy”). Nie zapominajmy, że służby specjalne, nie tylko sąsiadów – miały u nas „pełne ręce roboty”! Splot różnych bieżących zdarzeń i do tego na swój sposób interpretowana sprawa zachodniej granicy także przez Polaków, choćby tych, mieszkających w zachodniej części kraju (pisał wspomniany K. Wasilewski) mogła stać się zapalną iskrą do bratobójczych wystąpień wewnętrznych. Co więcej – zwracam uwagę na to „gorąco słowne”, wręcz podejrzliwość, „chciejstwo mojej racji”. W odbiorze zagranicznym być może wywołałaby takie skojarzenie. „A jednak, Polacy nie są pewni zachodniej granicy”, stąd decyzja Poczdamu (Ziemie Zachodnie w „czasowe administrowanie”) jest do „dyskusji”, do podważenia, mimo traktatu z 7 grudnia 1970 r. Czyli jest sprawą otwartą, powiedzmy dziś wprost-„kartą zapłaty”. Ktoś może zapytać – komu i za co? Oczywiście NRD – za „wierność” Moskwie. Czy całe Ziemie Zachodnie? To zależałoby od sytuacji. Decyzje mogły być różne, np. oddanie tylko rejonu Bogatyni CSRS, a może też spornej części Śląska Cieszyńskiego? NRD – tylko Świnoujścia, może jeszcze Szczecina. Przypomnijcie sobie Państwo dyskusję sprzed kilku miesięcy o reparacjach. Pojawił się Szczecin w kontekście oddania, kto tak myślał? To „właściwa lekcja”, na kogo nie oddawać wyborczego głosu. Ktoś rozumnie zapyta o skalę realności takich obaw. Czy dosłownym, wieloprzymiotnikowym szczęściem Polaków i Polski nie jest spokojna dywagacja w sensie polityczno-państwowym (złożoności myślenia i odpowiedzialności Generała), narodowym, ludzkim o takich i podobnego formatu sprawach? Czy to zbyt mała satysfakcja z wartości zwycięstwa rozumu, jakie pozostawił Generał i władze PRL? A czy Historia nie dostarcza przykładów „dowodów wdzięczności”, np. Obwód Kaliningradzki (proszę sięgnąć do tekstu „Mąż Stanu”, wypowiedź Jana Karskiego). Pomyślcie Państwo! Generał wielokrotnie, podczas różnych spotkań podkreślał, iż jako zwiadowca walczył o te ziemie, był tu ranny, a przede wszystkim przekonany o słuszności postępowania naszych władz w latach 1945-1990.
Pomyślcie Państwo, czy nie warto zastanawiać się przed wydaniem – zdawałoby się „pewnej” oceny potępiającej dany fakt czy zdarzenie z okresu bezpardonowo opluwanego PRL, także przedstawicieli „tamtych władz”. Czy nie warto wciąż uczyć nasze dzieci i wnuki „historycznego myślenia”, szacunku dorobku swoich dziadków i rodziców, „tamtych władz”?

 

Ku zjednoczeniu, a nasza granica…

Polityka odprężeniowa Michaiła Gorbaczowa zdjęła „gorset uścisku” z suwerenności państw bloku wschodniego. W RFN ożywiła impulsy zjednoczeniowe, które – podkreślam – po podpisaniu traktatów z Polską i ZSRR w 1970 r. nie wygasły. Można zaryzykować tezę, że stały się swoistym bodźcem ku pamięci, że Niemcy żyją w dwóch państwach i czekają na zjednoczenie. Sprzyjał im w RFN Kanclerz Helmut Kohl, który publicznie uznawał się tego rzecznikiem. Z kolei w NRD także nie brakowało coraz śmielszych głosów ku zjednoczeniu. Były one uważnie obserwowane i słuchane na Zachodzie. Tu taki fakt. Podczas rozmowy, 11 czerwca 1989 r. w Chequers, w swoim domu – Pani Thatcher – według Wiesława Górnickiego, do Generała apelowała, „żeby pod żadnym pozorem, Polska nie godziła się na zjednoczenie Niemiec”. Pani Thatcher twierdziła, że głos Polski w tej sprawie jest bardzo ważny”. Podobno w torebce nosiła mapkę obrazującą różne kształty terytorium Niemiec w przeszłości. Pokazała ją w grudniu 1989 r. prezydentowi Francji François Mitterrandowi w Strasburgu, komentując, że „Nie za bardzo dobrze wróży to na przyszłość”. Jej sprzeciw i prezydenta Francji wobec zjednoczenia Niemiec spotkały się ze zrozumieniem prezydenta USA (od 20 stycznia 1989 r., George Bush).
U nas zjednoczenie było odczytywane jako znak zapytania wobec granicy i Ziem Odzyskanych. Dobitny przykład podaje Generał: Pamiętam dwie podróże, jakie wówczas jako prezydent odbyłem wzdłuż dolnej Odry – od Kostrzynia do Szczecina. Setki, tysiące spotykanych ludzi wyrażały głębokie zaniepokojenie o przyszłość swoją i kraju, o polskie Ziemie Zachodnie. „Panie Generale – pytano – co z nami będzie”. Wciąż stoi mi przed oczyma wielka uroczystość patriotyczno-religijna w maju 1990 r. w Siekierkach nad Odrą. Biskup Kazimierz Majdański wygłosił piękną homilię. Powiedział wówczas: „Słowiańszczyzna Zachodnia sięgała daleko na zachód, teraz sięga do Odry. A jak będzie dalej? Zapewnienia się mnożą. Widocznie są potrzebne. Czy będą trwałe? Na jakim są budowane fundamencie? Na jakim fundamencie jest zbudowane nasze trwanie: kraju tylekroć krzywdzonego? Myśleliśmy identycznie („Stan wojenny. Dlaczego”).Obawy takie wyrażało wielu biskupów. Dość wspomnieć list do niemieckich biskupów, postawę Kardynała Stefana Wyszyńskiego, biskupa wrocławskiego Bolesława Kominka, czy jego następcę kardynała Henryka Gulbinowicza, o których Generał wyrażał się z szacunkiem i uznaniem.
Polska obawiała się o swój kształt terytorialny, militarne bezpieczeństwo – Zachód o wzrost potęgi gospodarczej zjednoczonych Niemiec. Politycy, szczególnie francuscy i brytyjscy oficjalnie popierali tendencje zjednoczeniowe, poufnie byli im przeciwni. Liczyli na Polskę, która miała historyczne powody, by stanowczo wypowiadać sprzeciw. Dla nas była okazją, ostatecznie uregulować to, co pomyślnie rozpoczął Władysław Gomułka. Tym bardziej, że Kanclerz Kohl nieustannie naciskał, przyspieszał” – szeroko pisze Generał w tekście „Historyczny wiraż” (Rozmowy dyplomatyczne Wojciecha Jaruzelskiego. Wyd. MAG, Warszawa 2006)

 

Rozmowa Prezydenta z Kanclerzem

12 listopada 1989 r. odbyła się w Warszawie wielce znacząca rozmowa Prezydenta PRL, gen. Wojciecha Jaruzelskiego z Kanclerzem Helmutem Kohlem. Temat od pewnego czasu był i „gorący”, i wiadomy: stosunki polsko-niemieckie. Spojrzenie w przeszłość, ale głównie teraźniejszość i przyszłość. Obaj rozmówcy – doświadczeni politycy – doskonale wiedzieli, że okres pierestrojki Gorbaczowa wzbudził „impulsy zjednoczeniowe” w NRD. Odpowiednio wzmocniły je wydarzenia w Polsce 1989 r. Kanclerz skwapliwie je podchwycił. Prezydentowi dawał do zrozumienia, że sprawę zachodniej granicy należałoby odłożyć na później – do uregulowania w „traktacie pokojowym” zjednoczonych Niemiec z Polską. Na takie rozwiązanie nie było zgody ani Prezydenta, ani Premiera, co Kanclerz usłyszał wyraźnie i dobitnie. Prezydent mówił, że Polska zastanawia się nad konsekwencjami zjednoczenia dla własnej gospodarki, nad ewentualnymi tego kosztami. Choć Kanclerz Kohl w rozmowie czynił wiele uspokajających gestów, nie przekonał realistycznie patrzącego na bieg zdarzeń Prezydenta. Obecny przy tej rozmowie Premier Tadeusz Mazowiecki, powiedział później Generałowi – „czy Pan Prezydent nie sformułował niektórych ocen zbyt ostro?”
25 lutego 1990 r. podczas konferencji prasowej dla dziennikarzy w Camp David, Kanclerz Kohl (wizytę składał prezydentowi USA) w słowie wstępnym, m.in. powiedział: „Granica polsko-niemiecka może być ostatecznie zatwierdzona tylko przez parlament ogólnoniemiecki. Ale nie powinno to być okazją do przesuwania granic w Europie”. Zygmunt Broniarek zapytał: „Czy więc ta druga część pańskiego stwierdzenia oznacza, że uznaje pan tę granicę za ostateczną”? Dalej relacjonuje: „Kohl, powtarza, co powiedział wcześniej, ale nie odpowiada na moje pytanie. Prezydent Bush odpowiadając na inne pytanie, niejako uzupełnia wypowiedź Kohla słowami – «Jeżeli zaś chodzi o granicę polsko-niemiecką, to Stany Zjednoczone, zgodnie z Aktem Helsińskim, uznają ją za ostateczną»”. Tu wyjaśniam – Akt Helsiński, to Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE) przyjęty przez 35 państw (z wyjątkiem Albanii), w tym USA i Kanadę 1 sierpnia 1975 r. Wśród 10 zasad bezpieczeństwa (tzw. I koszyk) zawarto nienaruszalność granic i integrację terytorialną.

 

Prezydent Bush podzielił obawy Generała

Szybko pojawiły się znaki zapytania nad szczerością Kanclerza. Kilkanaście dni po rozmowie z Prezydentem, głosił „10 punktów”, swoisty plan zjednoczenia Niemiec, gdzie mówi o wymogach gospodarczych wobec NRD, ale o granicach ani słowa. O takim „obrocie sprawy” Generał rozmawiał z Gorbaczowem – jak wspomina, „był zbulwersowany” postawą Kohla, który zapewniał, że nie będzie sztucznie przyspieszał sytuacji, co może grozić destabilizacją w tej części kontynentu. Gorbaczow zapewnił Prezydenta Polski, że dobrze rozumie te racje i podniesie je podczas rozmowy z prezydentem USA na Malcie, 2 grudnia 1989 r. Słowa dotrzymał. Prezydent Bush nie tylko podzielił obawy Generała, ale i wyraził pełne poparcie dla jego trójczłonowej koncepcji, obejmującej:
– ostateczne uregulowanie sprawy zachodniej granicy Polski;
– zjednoczenie Niemiec;
– zakończenie II wojny światowej w Europie.
Michaił Gorbaczow 4 grudnia 1989 r. w Moskwie, podczas posiedzenia Doradczego Komitetu Politycznego Układu Warszawskiego, poinformował Generała o pozytywnym dla Polski wyniku rozmowy z Prezydentem USA. Podzielił się też z Generałem wrażeniami, ze spotkania z Janem Pawłem II, który zapewnił go, że „Stolica Apostolska nie będzie popierać działań destabilizacyjnych w krajach Europy Wschodniej”. Przypomniało to Generałowi rozmowy z Papieżem w latach 1983 i 1987, podczas których problem niemiecki, zwłaszcza granicy na Odrze i Nysie, był stale obecny.

 

Wizyta delegacji polskiej we Francji

Generał wspomina, iż „9 marca udałem się wraz z Tadeuszem Mazowieckim i Krzysztofem Skubiszewskim do Paryża. W Paryżu miała odbyć się konferencja «2+4» (dwa państwa niemieckie i cztery mocarstwa – moje GZ). Z opinią Prezydenta Mitteranda liczył się Kanclerz Kohl. Była to udana podróż. Mitterrand w pełni podzielił nasze stanowisko w sprawie ostatecznego uregulowania tematu – zachodnia granica Polski. Dał temu publiczny wyraz na wspólnej konferencji prasowej. Dowiedzieliśmy się, że strona zachodnioniemiecka, że Kanclerz Kohl był tym mocno zdegustowany. Jednakże na drodze zagwarantowania naszych żywotnych interesów głos Francji stanowił ważny fakt”. Właśnie – „głos Francji”, skłania do przypomnienia. Prezydent Francois Mitterrand 4 grudnia 1985 r. prywatnie przyjął w Pałacu Elizejskim Generała. Po wizycie, Generał uzyskał zrozumienie naszych spraw (było to 2,5 roku po stanie wojennym), a na Zachodzie opinię poważnego polityka.

 

Moskiewskie traktaty

Zgodnie z „politycznym kalendarzem” na 1990 rok, 17 lipca w Paryżu, w ramach konferencji 2+4, na szczeblu MSZ (Polskę reprezentował Krzysztof Skubiszewski) RFN (Kanclerz Kohl) podpisał protokół, w którym zrezygnował z warunku traktatu pokojowego zjednoczonych Niemiec z Polską.
Ta rezygnacja z traktatowego uregulowania sprawy tej granicy na „linii” Polska-Niemcy, jednocześnie otworzyła drogę by ostatecznie uregulować tę sprawę po myśli układu poczdamskiego z 1945 r. Nastąpiło to w Moskwie 12 września 1990 roku na konferencji 2+4. Oba państwa niemieckie, tj. NRD i RFN podpisały traktat o ostatecznej regulacji polskiej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Po nich podpisały go trzy mocarstwa, czyli Wielka Trójka z 1945 r. plus Francja. Po tym fakcie nastąpiło podpisanie traktatu o zjednoczeniu Niemiec. Z tą chwilą przestała istnieć NRD – też na mocy decyzji b. Wielkiej Trójki z 1945 r. plus Francji. Dopiero w styczniu 1991 r. „nowe Niemcy” podpisały traktat z Polską, tym samym otwierając nową kartę w nowoczesnej historii obu państw.
Ten „moskiewski traktat” – ma moc traktatu pokojowego, o którym była mowa w Poczdamie, a który „odłożono” na bliżej nie określoną przyszłość, która tu po 45 latach zmaterializowała się. Traktat ten jednocześnie symbolicznie zakończył II wojnę światową w Europie. Jest „Pieczęcią Historii” na okresie dziejów, które zdały „pokojowy egzamin”. Mimo to, jak odnotował Generał: „Pojawiają się głosy, że problem granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej był przez «komunę» wyostrzany sztucznie, w imię własnych politycznych interesów. Przytaczam więc słowa Jana Nowaka-Jeziorańskiego opublikowane w „Rzeczpospolitej” z 22 sierpnia 1996 roku. W czasie listopadowej (1989) wizyty w Polsce – pisał Nowak-Jeziorański – Kanclerz Kohl odmówił zajęcia stanowiska w tej żywotnej dla Polaków sprawie…W rokowaniach z czterema mocarstwami zaś powrócił do tezy, że istniejące umowy między Polską a NRD i RFN (uznające granicę na Odrze i Nysie) stracą ważność z chwilą zjednoczenia Niemiec. Tylko parlament zjednoczonego państwa – twierdził Kanclerz – będzie miał prawo podjąć decyzję w sprawach terytorialnych. Wynikało z tego, że Niemcy chcą rozpocząć rokowania od zera i prowadzić je z pozycji siły, tylko z Polską, bez udziału i wpływu wielkich mocarstw»”. Prezydent, Tadeusz Mazowiecki i polscy dyplomaci z Krzysztofem Skubiszewskim na czele, skutecznie zapobiegli takiemu pomysłowi Kanclerza – chwała im za to! „Mam poczucie wielkiej satysfakcji – pisał Generał-, w tym przełomowym momencie zdała egzamin współpraca – jak mówią Francuzi «cohabitation» Prezydenta i Premiera. Mówię to z wielkim szacunkiem dla Tadeusza Mazowieckiego, jego odwagi i rozwagi. Słowa te adresuję do tych wszystkich osób, polityków z Solidarności, którzy potrafili wznieść się ponad osobiste urazy w imię nadrzędnych, narodowych celów”. O tym milczą polscy historycy. Czyżby postać Generała, Premiera Tadeusza Mazowieckiego, Krzysztofa Skubiszewskiego (spoczywa w Panteonie Narodowym Świątyni Opatrzności Bożej), osób, polityków, dyplomatów Solidarności rozumiejących tamten czas – źle im się kojarzyła, teraz nie „pasowała” do politycznych potrzeb? Co Państwo myślicie – zbliżamy się do centralnych uroczystości 100. lecia Niepodległości.

 

Polityczne refleksje, oceny, wnioski…

Że właśnie tak potoczyła się ta historia, to niepodważalna zasługa Generała, jego wizji politycznej. Mądrym, rozważnym postępowaniem wobec wszystkich liczących się polityków, sił w kraju, za granicą oraz swoim autorytetem ten frontowy żołnierz tak „uwieńczył dzieło” – doprowadził do symbolicznego, zwycięskiego terytorialnie dla Polski – zakończenia II wojny światowej, właśnie takim traktatem pokojowym. Wielu z Państwa może zdziwić stwierdzenie – symboliczne zakończenie II wojny światowej. Ktoś może zapytać – czy od 12 września 1990 r., powinniśmy mówić, że tego dnia zakończyła się II wojna światowa? Militarnie zakończyła się w Europie 8 maja (wg wschodniego czasu, 9 maja) 1945 r. Na Dalekim Wschodzie, 2 września 1945 r. To są fakty niepodważalne.

Polityczne decyzje o nowej mapie granic i rozmieszczenia ludności (przesiedlenia z Kresów Wschodnich, wschodniej Polski i na wschód od Odry) zapadły w Poczdamie, gdzie usankcjonowano ustalenia z Teheranu i Jałty. Moskwa w 1990 r. traktatowo, politycznie o randze międzynarodowej, a nie między państwami – zamknęła sprawy odłożone „na później”. Była to nasza zachodnia granica, inaczej mówiąc – „polityczne oddanie” nam „historycznej własności”, czyli Ziem Zachodnich. Tu może ktoś zapytać o „historyczną własność” czyli Kresy Wschodnie, odłóżmy ten wątek do grudnia. „Zdjęła” też z Niemiec „terytorialną karę” za wywołanie II wojny światowej, dopuszczając do ich zjednoczenia. Wcześniej, bo po porozumieniu z Francją zagłębie Saary w 1957 r. wróciło do NRF. Zjednoczenie to sprawiło, iż wojska ZSRR stacjonujące w NRD i Polsce od 1945 r. oraz w CSRS od 1968 r. zostały wycofane do kraju, gdyż ich obecność straciła polityczno-militarny sens, to odrębny temat.
Trzeba tu przypomnieć, iż Poczdam dał jednocześnie polityczną podstawę podziału-głównie Europy, ale i świata na dwa przeciwstawne polityczno-militarno – gospodarcze bloki. Rywalizacja między nimi na wielu płaszczyznach, powszechnie znana jako zimna wojna, w której Polska – z konieczności była uczestnikiem, odcisnęła swe piętno, o zróżnicowanej skali, przez minione 45 lat. Faktycznie, ale i politycznie – w Moskwie 12 września 1990 r. – choć nie podpisano żadnego traktatu – zakończyła się zimna wojna. Stosunki Zachodu z Federacją Rosyjską po 1990 r. często noszące wyraźne znamiona zimnej wojny, mają już inny wymiar. Dość wspomnieć stosunki Polska – Rosja po 1990 r. Znacie je Państwo z autopsji. Jestem tu serdecznie wdzięczny Panu Andrzejowi Ziemskiemu za recenzję czterech książek prof. Witolda Modzelewskiego o tych stosunkach („DT” z 7-9 września br.), zachęcam Państwa do powtórnego jej przeczytania. Jednocześnie, przepraszam Pana prof. Bronisław Łagowskiego, iż nie cytuję bogactwa myśli, refleksji historycznych, porównań i odniesień zawartych w trzech książkach: „Polska chora na Rosję”, „Fałszywa historia, błędna polityka”, „Państwo z nikąd”. Skłaniam się ku przeglądowi naszej polityki wschodniej po 1990 r., gdzie te pozycje zostaną wyeksponowane. By Państwa tymi pozycjami zainteresować, taki cytat: „Trzeba rozróżnić politykę antyrosyjską i rusofobię. Ta pierwsza może zawierać element racjonalnej kalkulacji, trafnej lub błędnej, zależnie od poziomu umysłowego rządzących. Fobia natomiast, jako irracjonalne uprzedzenie, pełne lęków i ślepej wrogości, utrudnia dostosowanie polityki do zmiennych warunków zewnętrznych i wewnętrznych. Wrogość do Rosji nasila się od dłuższego czasu i nic nie wskazuje na to, że może przyjść umiarkowanie”. Bardzo zachęcam Państwa do pozyskania tych pozycji poprzez Redakcję „Przeglądu”. Nie będzie to czas stracony, a wysokiej jakości uczta intelektualna.

 

ZWYCIĘSTWO!

Droga do tego Zwycięstwa – świadomie piszę wielką literą – nie była autostradą, tak po 1945 roku (napiszę o tym w grudniu br.), jak i w dekadzie lat 80. Nie brak na niej pomyłek, potknięć i wątpliwej trafności prognoz. Finał, w języku sportowym „meta”, nastąpił powtórzę – 12 września 1990 r. w Moskwie. To swoista lekcja nauki perspektywicznego myślenia władz PRL – dla zajadłej grupy prawicowych historyków, polityków i prawników, dla przyszłych pokoleń Polaków. To wiekopomna zasługa dla Polski, a laurowy wieniec wdzięczności należy się setkom przedstawicieli PPR (PZPR), PPS (także w PZPR), PSL (ZSL) sprawujących – wraz z PZPR władzę przez 45 lat PRL. Personalnie uosabiał ich w 1945 r., Bolesław Bierut (Poczdam); Władysław Gomułka, lata 1945-1948 (Poczdam i Minister Ziem Odzyskanych), w 1956 r. (Październik), 1968 (CSRS, „Operacja Dunaj”) i 1970 r. (Traktat z 7 grudnia); w dekadzie lat 80. gen. Wojciech Jaruzelski.
Dla niewielu – na szczęście! – członków Lewicy, wynoszących doświadczenia z lat PRL oraz znaczącej grupy „historycznie bojowej” młodzieży, opierającej swe przekonania na bałamutnej, zakłamanej „narracji” po 1989 roku – są one poważną przeszkodą, jeśli nie barierą w rzetelnej ocenie dorobku Polski Ludowej. Tym samym są przeszkodą w zrozumieniu obecnej rzeczywistości. Czasami odnoszę wrażenie, jakby po 1989 r. kierownictwa PPS i PSL z nadmierną ostrożnością, czasami wręcz milczeniem odnosiły się do dorobku swoich przedstawicieli wspólnie z PZPR. Czyżby obawa przed współodpowiedzialnością za błędy tej, kierowniczej formacji? Fakt, dojmującym ciężarem, wręcz dosłownym bólem, odcisnął się stalinizm i bratobójcza walka pierwszych lat po wojnie, szczególnie dotkliwa na wsi i małych miastach. Przez dziesiątki lat milczenie o Katyniu i zwycięskiej bitwie warszawskiej 1920 r. w imię „poprawności”, raczej wartości racji i celów wyższych w stosunkach Polska-ZSRR, obarczonych ograniczoną suwerennością, z czasem znacząco „poluzowaną”, właśnie dzięki ich mądrości sprawowania funkcji państwowych. „W tym bloku byliśmy, można powiedzieć, na szczególnych prawach, byliśmy swego rodzaju heretycką wyspą. Polskę cechowało wiele odrębnych rozwiązań, szerszy niż w innych państwach bloku zakres różnych swobód, zwłaszcza w obszarze kultury i sztuki… Bezprecedensowa pozycja Kościoła, dominująca indywidualna własność chłopska. Mimo nieustających zewnętrznych nacisków nie zeszliśmy z tej drogi” – przy stosownych okazjach mówił Generał. W dekadzie lat 80. przeszły one w etap partnerskiej współpracy. W ten sposób – niejako spełniła się wizja Prymasa Tysiąclecia. 26 marca 1980 r. podczas spotkania w Natolinie z Generałem, użył metafory: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”. Mądre oparcie się o „ścianę słowiańską”, po 45 latach zaowocowało w Moskwie zwycięstwem rozumu i rozsądku. Pięć wieków wcześniej był tam hetman wielki koronny, Stanisław Żółkiewski. Rozważne „ustawianie mebli” na ścianie germańskiej: 1945 – polscy żołnierze i flaga biało-czerwona w Berlinie, wraz z żołnierzami „ściany słowiańskiej”; 1970 – traktat w Warszawie; w dekadzie lat 80. – ok. 300 tys. młodzieży rocznie w NRD spędzało wakacje. Wreszcie nienaruszalna granica na Odrze i Nysie Łużyckiej i zjednoczenie Niemiec. Czy nie ma komu i za co dziękować, zachować we wdzięcznej pamięci? Powtórzę – choćby na 100-lecie Niepodległości!
W latach 1989-1990 do Generała dołączyli trzeźwo – ponad urazami myślący o Polsce przedstawiciele Solidarności, wymienieni wyżej z nazwiska i setki innych, pracujących w zespołach ekspercko-doradczych Rządu, a szczególnie MSZ. Przypomnijcie sobie Państwo fakt, zdarzenie sprzed kilku dni – dlaczego jeden z nich, prof. Bronisław Geremek musi mieć poprawioną inskrypcję na poświęconej mu tablicy? Czy ten szczegół nie nasuwa wniosku, by członkowie Solidarności, którzy z rozwagą przyjęli stan wojenny, trzeźwo i rozsądnie myśląc teraz o Polsce, nie zechcieli wesprzeć Lewicy Razem w wyborach? A członkowie PSL, aż tak bardzo „pobrudziliby” sobie życiorysy i dorobek z PRL, podejmując „na chłopski rozum” współpracę z SLD, z Lewicą Razem – nie tylko w najbliższych wyborach?

Pamięci Salvadora Allende

Chile, podobnie jak Polska, jest miejscem ostrego sporu dotyczącego najnowszej historii kraju. W lokalnej polityce działają jeszcze nieliczni apologeci junty wojskowej Augusto Pinocheta. Wydaje się jednak, że nieistniejący już konserwatywny reżim jeszcze więcej fanów ma pośród polskiej prawicy, począwszy od zwolenników PiS-u, po „korwinistów” i narodowców. Ci sami, którzy mówią o „wstawaniu z kolan”, hołubią satelicki reżim podporządkowany Stanom Zjednoczonym.

 

Na polskich portalach narodowo-katolickich Allende przedstawiany jest jako czerwony pająk i agent KGB, chcący wciągnąć swoją ojczyznę w pajęczynę rozciągniętą przez sowiecki imperializm. Pinochet, człowiek, który na całym świecie uznawany jest za zbrodniarza, w III/IV RP uchodzi za bohatera. Za to sylwetka Salvadora Allende nie jest powszechnie znana choćby ze względu na dominujący prawicowy, wolnorynkowy dyskurs polityczno-ideologiczny i odległość geograficzną, jaka dzieli nasz kraj od Ameryki Łacińskiej. Chilijski socjalista jest rzadko wspominany nawet na łamach lewicowych mediów, nad czym ubolewam. Niemal jedynymi, którzy piszą o Allende są dziennikarscy „fanboje” Pinocheta i tzw. „kuce”. Tymczasem 11 września mija kolejna rocznica wojskowego puczu z 1973 roku, warto więc podjąć próbę odkłamania tej historii.
Przyszły prezydent urodził się w czerwcu 1908 roku w rodzinie o baskijskich korzeniach. Ojcem Salvadora był wybitny adwokat, dziennikarz i wolnomularz Salvador Allende Castro. Rodzina od pokoleń sympatyzowała z mieszczańskim ruchem liberalnym, wśród przodków prezydenta znajdował się nawet liberalny parlamentarzysta Ramón Allende Padín. Salvador jako licealista zetknął się z anarchistycznymi radykałami, którzy – jak sam potem przyznawał – pchnęli go w stronę lewicowości. Mimo wolnościowego światopoglądu i buntowniczego usposobienia młodzieniec wybrał militarną ścieżkę rozwoju. Jako absolwent szkoły średniej przez rok służył w szeregach Fuerzas Armadas de Chile. Następnie podjął studia medyczne na Universidad de Chile w stolicy kraju, Santiago.
Już jako żak przesiąknął ideami marksizmu, nie był jednak leninistą, zawsze odżegnywał się od komunizmu rewolucyjnego i bolszewizmu. Będąc zadeklarowanym marksistą, odrzucał dyktaturę proletariatu i popierał ideologię socjalizmu demokratycznego, a więc koncepcję stopniowego reformowania państwa w duchu socjalistycznym na drodze pokojowych przemian. Jedynym (oprócz faszyzmu) systemem, jakim szczerze pogardzał przez całe życie, był dziki kapitalizm, dziś rzeklibyśmy kapitalizm w neoliberalnym wydaniu.
W 1929 roku rozpoczął działalność w prodemokratycznym ruchu studenckim, co zresztą przypłacił pobytem w areszcie. W cztery lata później znalazł się w gronie współzałożycieli Socjalistycznej Partii Chile. W 1937 roku po raz pierwszy wybrany został do parlamentu. Od połowy lat 30. działał na rzecz współpracy chilijskiej lewicy i był jednym z koordynatorów jednościowej koalicji Front Ludowy. U progu II wojny światowej wszedł do liberalnego rządu jako minister zdrowia.
Zanim udało mu się zdobyć upragniony urząd prezydenta Chile, trzy razy bez większych sukcesów brał udział w wyścigu wyborczym (w 1952, 1958 i 1964 roku). Porażki sprawiły, że lubił żartować, iż jego epitafium będzie brzmiało: „tu spoczywa następny prezydent Chile”. Rosnącej popularności Allende i PSCh z zaniepokojeniem przyglądały się kolejne amerykańskie gabinety. Waszyngtońskie jastrzębie uważały Allende i jego partię za niebezpiecznych marksistów skłonnych do aliansu ze Związkiem Radzieckim. Tymczasem przywódca chilijskich socjalistów, nie będąc antykomunistą, był jednak sceptycznie nastawiony do Związku Radzieckiego, patrzył raczej w kierunku innych przywódców Trzeciego Świata. Jako demokrata w 1956 roku potępił sowiecką interwencją na Węgrzech, a w 1968 roku skrytykował operację „Dunaj” przeprowadzoną przez Układ Warszawski w socjalistycznej Czechosłowacji. Jako prezydent był z kolei pierwszym przywódcą w Ameryce, jaki oficjalnie uznał Chińską Republikę Ludową, będącą wówczas w konflikcie z „socjalimperialistami” i „rewizjonistami” z ZSRR.
Mimo licznych przeciwności, Allende odniósł zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 1970 roku. Wystartował w nich jako kandydat progresywnego bloku Unidad Popular (porozumienie socjalistów, socjaldemokratów, liberałów, lewicy chadeckiej, zwolenników teologii wyzwolenia i komunistów). Głównym konkurentem lewicowca był eksprezydent i prawicowiec Jorge Allesandri, hojnie wspierany finansowo przez Stany Zjednoczone. Waszyngtońscy odpowiednicy współczesnych neokonserwatystów rozpoczęli intensywną kampanię wymierzoną w nowego lokatora pałacu La Moneda. Największym antylewicowym podżegaczem okazał się sam Richard Nixon, który polecił CIA opracowanie planu obalenia Allende.
Amerykanie już od listopada 1970 roku zaczęli podburzać przeciwko lewicy chilijski aparat wojskowy. W październiku tego samego roku zabity został lewicujący generał René Schneider Chereau. Polityczny mord nie przestraszył Jedności Ludowej, lewica zaczęła realizować reformy utrzymane w duchu socjalistyczno-demokratycznym obejmujące nacjonalizację największych firm, modernizację rolnictwa i reformę służby zdrowia. W ramach walki z bezrobociem rząd wdrożył program robót publicznych, jednocześnie wstrzymano spłatę długów międzynarodowych, podniesiono pensje i zamrożone wszystkie ceny. Takie działania zwróciły przeciwko Allende wyższą klasę średnią, latyfundystów, kler katolicki i prawicowych chadeków.
Socjalistyczny program gospodarczy Allende odnosił krótkotrwałe sukcesy, niemniej jednak do 1972 roku sytuacja gospodarcza Chile uległa gwałtownemu pogorszeniu, a galopująca inflacja osiągnęła 140 proc. To jednak nie oburzało Amerykanów, prawdziwy powód niepokoju Białego Domu był zgoła odmienny. Rzekomy komunista uderzył w gringo, nacjonalizując amerykańskie koncerny. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze… Demokratyczni i republikańscy politycy solidarnie opluwali Allende za wznowienie przez niego stosunków dyplomatycznych z Kubą, wbrew konwencji OPA. Po wizycie Castro w Santiago prawica chilijska i Amerykanie ogłosiła, że Allende pcha Chile w ramiona kubańskich komunistów. Jeszcze w 1972 roku wybuchł pierwszy większy strajk, protest został opłacony przez podżegaczy z Waszyngtonu.
Prowokatorskie działania USA na niewiele się zdały, w wyborach z 1973 roku lewica poszerzyła swój elektorat. Jeszcze w czerwcu tego samego roku płk. Roberto Souper wraz z dowodzonym przez siebie pułkiem czołgów, otoczył pałac La Moneda, puczyści tym razem zostali odparci przez siły wierne prawowitemu, legalnemu rządowi. Pod koniec sierpnia głównodowodzącym armii został generał, a zarazem skrajny prawicowiec i neoliberał Augusto Pinochet. Lato okazało się niezwykle gorące i nie chodzi tu bynajmniej o pogodę – Izba Deputowanych oskarżyła prezydenta o działania niezgodne z konstytucją. Rząd został niemal całkowicie sparaliżowany i nie był już w stanie egzekwować prawa. Epilog rządów lewicy nastąpił 11 września.
Tuż przed zajęciem pałacu prezydenckiego przez wspieraną przez CIA armię, prezydent wygłosił przez radio mowę pożegnalną. W pamiętnym przemówieniu Allende mówił o swojej miłości do Chile i wierze w przyszłość ojczyzny. Nadawanemu na żywo przemówieniu towarzyszyły odgłosy wystrzałów z broni palnej. Polityk powiedział również, że nie jest gotowy iść na żaden kompromis i nie pozwoli zdrajcom wykorzystać swojej osoby do celów propagandowych. Wszystko wskazuje na to, iż prezydent zamierzał walczyć do końca.
Na krótką chwilę po zakończeniu audycji Allende zginął. Okoliczności jego śmierci do tej pory budzą kontrowersje. Wiadome jest, że rebelianci planowali schwytać prezydenta żywego. Puczyści nie spodziewali się przy tym większego oporu ze strony zgromadzonych w gmachu cywilów. Mylili się, 42 przebywające w pałacu osoby przez pięć godzin dawały odpór nacierającym wojskowym. Na wyposażeniu obrońców pałacu znajdowały się pistolety maszynowe i ręczna wyrzutnia rakiet bazooka.
Według teorii popieranej przez część Chilijczyków, prezydent został zastrzelony w trakcie wymiany ognia (w której sam uczestniczył) w Salon Rojo, państwowej sali przyjęć, a jego mordercą był kapitan Roberto Garrido. Salon miał być następnie „udekorowany”, w taki sposób, aby wyglądało na to, że prezydent sam się zastrzelił. Inna wersja mówi o tym, że ciężko ranny Allende miał zostać dobity przez Mosquero i Riverosa. Według jeszcze innych źródeł, prezydent miał zostać ranny w brzuch, po czym upadł na podłogę i kontynuował ostrzał z AK-47 do czasu, gdy jeden z pocisków nie trafił go w okolicę serca. Kolumbijski pisarz Gabriel Garcia Marquez, który dotarł do relacji obrońców pałacu, twierdził, że puczyści zastrzelili prezydenta, a następnie zbezcześcili jego ciało – twarz Allende została zmiażdżona kolbą, a zwłoki ostrzelane. Na korzyść teorii o zabójstwie prezydenta świadczy również fakt niewpuszczenia do Salon Rojo strażaków, strażakom nakazano ponadto milczenie na temat tego, co widzieli w Palacio de La Moneda. Informacja o śmierci prezydenta została przekazana mieszkańcom Chile dopiero dzień później. W całej sprawie jedno jest pewne – Allende zginął z bronią w ręku.
Tego jak naprawdę wyglądała śmierć prezydenta, zapewne nie dowiemy się nigdy. Ale sposób, w jaki Allende zginął, nie jest rzeczą najważniejszą – jego oprawcy pewnie już są zbyt sędziwi, aby ich skazać, albo po prostu nie żyją. Najważniejsza jest pamięć o nim i głoszonych przez niego demokratyczno-progresywnych ideałach.
Według badania opinii publicznej z 2009 roku, Salvador Allende uchodzi za „największego Chilijczyka” – w głosowaniu zorganizowanym przez tamtejszą telewizję publiczną, prezydent został wskazany przez 38 proc. respondentów. Jego następca jest z kolei uznawany przez większość Chilijczyków za zbrodniarza i godnego potępienia dyktatora. Wychodzi na to, że ostatnią ostoją pinochetyzmu są nasi niezawodni rodacy ze skrajnej prawicy.

Rojst a sprawa polska

Każda okazja jest dobra aby dowalić Polsce Ludowej, nawet serialem kryminalnym, ale z podtekstem, no i z prasowymi dopełnieniami.

 

Rzadko dziś używane słowo rojst oznacza miejsce bagniste, porośnięte mchem i krzakami, a wiec nieprzyjemne, niemiłe, a nadto być może i niebezpieczne. Użyte jako przenośnia stanowić może negatywną ocenę każdego zjawiska i wydarzenia, o którym da się powiedzieć na przykład, że jest bagnem.
Wyprodukowany przez Showmax kryminał „Rojst” składa się z elementów oklepanych i powszechnie używanych: morderstwo (tym razem chyba czterech młodych osób, w tym dwoje bardziej znanych), dziennikarskie śledztwo (i konflikt pokoleń, w którym młodszy wpływa na zmianę postawy starszego), zmowa milczenia i mafijne układy rządzące małą miejscowością. To wszystko na tle pewnej epoki – też nic oryginalnego – tym razem minionego PRL-u, w którym tak oto było, że ludzi mordowano, a sprawców kryto.

 

„Rojst” to puzzle,

z których można złożyć kilka obrazów. Pierwszy to najzwyklejszy kryminał, drugi będzie psychologicznie pogłębiony rozterkami i wahaniami bohaterów, trzeci ukaże dodatkowo tło społeczne dokonanych zbrodni, kolejny uogólnioną ocenę czasów w jakich się toczy, wreszcie ostatni stanowi, wg. niektórych, przestrogę przed tym, co spotkać nas może.
Nie wiem która z tych możliwości w zamyśle twórców serialu stała się przewodnią, a może i wszystkie wzięto pod uwagę, i stąd celowo umieszczono akcję w peerelowskich czasach. Ale jeżeli już tak, to poza ostatnią przestrogą, wszystko już było wcześniej nakręcone także w serialu „07, zgłoś się”. Gdy obecnie, kolejny, nie wiadomo już który raz, emituje go telewizja, to dopatrzeć się w nim dzisiaj można bez większego wysiłku, także marności tamtych czasów jeżdżących kiepskimi, polskimi autami, dzwoniącymi z telefonicznych automatów, rządzonymi przez opresyjną milicję, pełnymi rozlicznych, również mafijnych przestępców, mieszkających w ponurych domostwach bądź w luksusowych willach. No i są też oczywiście, jak i w „Rojście”, panienki lekkich obyczajów.
Filmy i seriale kryminalne dzieją się oczywiście w różnych czasach; taki na przykład „Vabank, i drugą jego część, pomieszczono w przedwojennej Polsce, ale w odróżnieniu od „Rojstu” nikomu na ich podstawie nie przyszło na szczęście do głowy wyrokować krytycznie o ówczesnym kapitalistycznym ustroju, ani też wygłaszać przestróg, że się zawali i przyjdą komuniści. To nie żart, gdyż poniżej się okaże, że znaleźli się publicyści, którzy nam ten serial wytłumaczą – jakbyśmy nie zrozumieli jego podstawowego przesłania – jako bardzo politycznie aktualny obraz niedawnej rzeczywistości, która powrócić może.

 

„Rojst” alternatywny,

ale oparty na prawdziwym wydarzeniu, mógłby się rozgrywać w mieście znanym ostatnio, Dąbrowie Tarnowskiej, w której osiemnaście lat temu zamordowano Iwonę Cygan, a podobieństwo od „Rojstu” jest tu wielorakie.
Też sporo tu wody bo jej ciało znaleziono na wiślanym wale, w mieście wydawana jest również gazeta („Żyjemy Ewangelią”), a i młodzi dziennikarze zapewne pracują co najmniej w jednym z sześciu miejscowych portali informacyjnych. Nie ma tam niestety zawodowych prostytutek, ale na pewno jakieś cichodajki się znajdą, a zmowy milczenia odnaleźć tu można w wyjątkowym nadmiarze, nie tylko wśród mieszkańców ale i policjantów, których kilkunastu aresztowano za zacieranie dowodów tej zbrodni. Jeden z nich, po przesłuchaniu przez ludzi z Archiwum X, poleciał do Stanów Zjednoczonych i utrudniał śledztwo, żeby ratować znajomych przed więzieniem. Jest i druga zbrodnia: po śmierci Iwony, w miejscowym barze, 31-letni Tadeusz D. głośno opowiadał, że wie kto ją zabił. Kilka godzin później widziano go ostatni raz. Po pięciu miesiącach jego ciało znalazł w Wiśle wędkarz. Funkcjonariusze z Archiwum X – to pozytywni bohaterowie tego alternatywnego serialu – nie zdążyli rozwiązać tajemnicy, bo sprawę znów przejęła prokuratura, do której zasadnicze pretensje mają rodzice zamordowanej.
Jest jeszcze jedna różnica pomiędzy „Rojstem” a morderstwem w małopolskim miasteczku: w PRL-u nie pozwolono by (zapewne zdaniem cytowanych poniżej autorów) stawić wielu pomników Jana Pawła II, a obecnie w Dąbrowie Tarnowskiej i owszem, jest. Co wcale nie znaczy, że ponura historia Iwony stanowi podstawę do oceniania III RP jako rojstu.

 

Rojst propagandowy

w modelowym wydaniu, jest autorstwa Marty Bratkowskiej, która tak oto prezentuje serial: „Jest 12 albo 13 czerwca 1985 r. W USA kolejną kadencję rządzi Ronald Reagan, w Polsce Wojciech Jaruzelski wciąż jest premierem… Trochę ponad cztery miesiące wcześniej zakończył się proces zabójców ks. Jerzego Popiełuszki. Wkrótce potem, bo w połowie lutego, w Gdańsku aresztowano Bogdana Lisa, Adama Michnika i Władysława Frasyniuka…A może to wszystko dzieje się rok wcześniej? Może właśnie w ramach amnestii ogłoszonej z okazji 22 Lipca wypuszczono z więzień opozycjonistów…”
I jeszcze: „Te dramaty niczego w miasteczku [z „Rojstu” – Z.T.] nie zmieniają. Cukier wciąż na kartki. Wkrótce wzrosną ceny energii i mięsa. Pod pustawymi sklepami jak od lat ustawiają się kolejki. Trafiamy w sam środek beznadziei. O karnawale „Solidarności” umęczeni ludzie zapominają”
I tak właśnie wygląda zachęcanie czytelników magazynu TV (17-23.08.2018), wydawanego przez „Gazetę Wyborczą”, do oglądania kryminalnego serialu.

 

Rojst osobisty,

piórem Krzysztofa Vargi (na odmianę „Duży Format” tej samej gazety z 20.08.2018) nie oszczędza też PRL-u, ale w odmienny sposób. Okazuje się z tekstu, że z tym ustrojem miał p. Varga porachunki od bardzo wczesnego dzieciństwa, bowiem urodził się w parszywym miesiącu Marcu 1968 roku, naukę w szkole podstawowej zakłócał mu nadzwyczaj chrzęst gąsienic transporterów (w 1982), zaś „w dorosłość wkraczałem przy wtórze agonalnych drgawek Peerelu”.
Przy takich traumatycznych doświadczeniach nie dziwota, że felieton a propos „Rojstu” obfituje w takie właśnie fragmenty: „Otóż Peerel nie był ładny ani nie był brzydki, ludzie w nim żyjący ani niepospolitą urodą, ani nadzwyczajnym paskudztwem się nie objawiali – wszyscy byli żadni i nijacy. W Peerelu jedynym kolorem były wszystkie odcienie szarości, a jedyną trwałą strukturą rozliczne konsystencje błota.”
A dalej: „Nie mam najmniejszego sentymentu do Peerelu, wybitnie irytuje mnie peerelowska nostalgia, za bezrozumną glątwę uważam argumenty, że co by nie mówić, to jednak w tamtych czasach kultura była, filmy były, książki wydawano, ludzie pracę mieli, wrażliwość społeczna władzy, elektryfikacja i zwalczenie analfabetyzmu się dokonało, ludzie żyli godnie, dopiero potem nastały czasy mroczne i brutalne. Peerel mam w pogardzie, a zarazem niebywale podekscytowany jestem tą serialową opowieścią o Peerelu, na kolejne odcinki czekam w stanie najwyższego zniecierpliwienia.”
No comments, czyli także brak słów by określić jak bardzo coś jest beznadziejne.

 

Rojst – przestrogi

Dwoje autorów nie tylko bagnem określa Polskę Ludową, ale aktywnie włącza się w aktualną debatę polityczną, dokonując w ich mniemaniu, celnego porównania między czasami PRL a obecnymi PiS. I wieszczą, przestrzegają, alarmują.
„…przy okazji Jan Holoubek (reżyser serialu – Z.T.) odsłania przed nami świat, w którym żyliśmy, który tak chętnie wymazaliśmy z pamięci, a który może wrócić. Świat układów, zamiatania pod dywan, korupcji, powiązań spętlających organy sprawiedliwości, media, polityków, cinkciarzy, szefów burdeli, esbeków, milicjantów. Prawda, prawo i sprawiedliwość nie bardzo mogą znaleźć sobie w nich miejsce.”
A pan Varga dodaje: „ zdawało mi się frajersko, że trup jego (PRL-u – Z.T.) jest ostateczny.
Teraz zorientowałem się, że mam w szafkach niedorzeczne zapasy papieru toaletowego, herbaty i mydła, a kusi mnie coraz silniej, by zakupić kilka kilo cukru, mimo iż od lat nie słodzę herbaty, ale wiadomo – cukier być musi, a w razie czego można go na coś równie cennego wymienić.”

 

Rojst obecny,

wspólny, powszechny, polski zafundowaliśmy sobie sami z własnej, nieprzymuszonej woli. I lepiej byłoby aby autorzy, zamiast doszukiwać się politycznych porównań z kryminalnego serialu zastanowili się, dlaczego w tym obecnym bagnie i błocie jesteśmy wszyscy tak utytłani.
Niedawno o PRL-u powiedział jeden z „żadnych i nijakich” – Andrzej Seweryn: „Żyliśmy w tamtym systemie, kochaliśmy, zdradzaliśmy i poświęcaliśmy się dla innych. To była moja ojczyzna.” Wszystkie opisane zachowania i deklaracja – szanowny panie Krzysztofie Varga – są pełne rozlicznych kolorystycznych odcieni.
A „Rojstowi” życzę co najmniej takich sukcesów emisyjnych jak serial ze Sławkiem Borowiczem-Bronisławem Cieślakiem, ale bez tych politycznych podtekstów, bzdurnych porównań i przestróg.

Drogi ku niepodległości

…prowadzą do upragnionego celu dzięki kulturze, stanowiącej istotny element świadomości narodowej.

 

W polskiej tradycji niepodległościowych wysiłków wyróżniała się walka zbrojna, a w latach 1914-1918 wymodlona przez Mickiewicza „wojna powszechna”, która rzeczywiście przyniosła „wolność ludom”. Co prawda inne narody odzyskiwały w tamtym czasie niezawisłość nie koniecznie wysiłkiem militarnym, ale wszystkie, jak i Polacy, staraniami o niepodległość.

 

Pojęcie niepodległość

oznacza niezależność państwa od formalnego i nieformalnego wpływu innych jednostek politycznych, ale można także rozumieć je, jako pewien stan świadomości i działań przejawiający się w dążeniu do uzyskania niepodległości, rozszerzenia albo jej utrzymania przez społeczność, jaką jest naród.
Wśród licznych definicji narodu powtarza się, jako jej nieodzowny element, pojęcie więzi łączącej daną społeczność, a ta z kolei rodzi się poprzez wspólnotę kulturową zawierającą kulturę, język, historię, religię czy też pochodzenie. Państwo narodowe opiera się przede wszystkim na tych właśnie elementach, tworzących w konsekwencji świadomość narodową, przejawiająca się w postawach patriotycznych, czyli w poczuciu przynależności, odpowiedzialności, pracy i obrony swojej ojczyzny.
Można wiec stwierdzić, że nieodzownym, acz nie jedynym, warunkiem dla gwarancji istnienia niepodległego państwa jest kultura jako całokształt duchowego i materialnego dorobku danego społeczeństwa.

 

Kultura stanowi niewątpliwie

zjawisko ciągłe, nawarstwiane pracą oraz wysiłkiem intelektualnym i twórczym wielu pokoleń. Przekazywana jest kolejnym generacjom w postaci materialnej i duchowej, także jako zbiory określonych wartości. W procesie historycznym zmieniają one swoje znaczenie, jedne zanikają, inne rodzą się, a kolejne trwają niezmiennie bądź ulegają przekształceniom. Co prawda kultura konstytuuje państwo narodowe ale jej związek z tą polityczną instytucją, a przede wszystkim z jej ustrojem jest unikatowy. Może mu w jakiejś części służyć, może być pozbawiona utylitarnego charakteru, może redukować czy też nawet zwalczać jego niektóre wpływy, ale równie często posiada ponad ustrojowy charakter.

 

Na polskich drogach do niepodległości

kultura, w tym szczególnie kultura artystyczna, a poza nią jeszcze myśl naukowa, działalność oświatowa i publicystyczna, odegrały rolę nie do przecenienia stanowiąc filary rozszerzającej się w miarę upływu czasu, na kolejne części społeczeństwa, narodowej tożsamości Polaków.
Odzyskane, także dzięki wszechstronnym wysiłkom w sferze kultury w XIX wieku i na początku XX, niepodległe państwo polskie, było spełnieniem marzeń wielu pokoleń i emanacją niepodległości. Prowadziło, w poważnej mierze dzięki demokratycznym decyzjom u jej zarania i postanowieniom zawartym w Konstytucji marcowej z 1921 roku, działalność obejmującą zdecydowaną większość swoich obywateli, umacniając w nich dumę z odzyskanej ojczyzny i patriotyzm. Towarzyszyły tym poczynaniom, w ograniczonym z wielu powodów stopniu, ówczesne instytucje kultury, acz największy i powszechny wpływ miała niewątpliwie edukacja szkolna.
W latach II wojny światowej to przywiązanie do niepodległości i głęboki patriotyzm zdecydowanej większości naszego społeczeństwa zaowocował nie tylko udziałem w walce zbrojnej w kraju i na licznych frontach, ale jedyną w okupowanej Europie sytuacją, bowiem w Polsce nie miały miejsca formy politycznej, ideologicznej czy też wojskowej kolaboracji.

 

W nowej rzeczywistości,

naznaczonej jałtańskimi decyzjami i zwycięstwem lewicy, w sytuacji rozziewu społecznej akceptacji wobec kształtu ustrojowego odrodzonej Polski i jej sojuszy, ludzie kultury, po doświadczeniach II Rzeczpospolitej, dostrzegli wyjątkową szansę.
Mało kto wie, że już w kwietniu 1945 roku, w czasie trwającej jeszcze wojny, nowa władza podjęła decyzję o powołaniu Polskiego Wydawnictwa Muzycznego, którego twórcą został Tadeusz Ochlewski – skrzypek, pedagog i przedwojenny wydawca muzyczny. Takie postawy były powszechne w świecie kultury, przedkładające, nad leśny zbrojny protest, oczekiwane od dawna, poważne państwowe wsparcie. Kultura – jej rozwój i powszechna dostępność – stała się jednym z priorytetów ludowego państwa, który został zrealizowany.
W pierwszym okresie Polski Ludowej kierunek działania władz, poparty wielkim wysiłkiem społeczeństwa skupił się na odbudowie zniszczonych przez wojnę dóbr kultury, w tym także zabytkowych centrów Warszawy i Gdańska, Ale w jeszcze większym stopniu na budowie podstaw uczestnictwa w kulturze poprzez likwidację analfabetyzmu, rozwój oświaty powszechnej i dostępność do polskiej książki drukowanej masowo, sprzedawanej za grosze, tłumnie wypożyczanej w bibliotekach. Późniejszy okres socrealizmu stanowił niewątpliwie poważne ograniczenie dla twórców, acz nie zahamował trendu współuczestnictwa szerokich mas w dobrach kultury wyrażających się również w tradycyjnych, majowych kiermaszach książki w całym kraju.

 

Po październikowych przemianach

zbudowana została, mająca wręcz historyczny charakter, baza polskiej oświaty w postaci ponad tysiąca szkół, co niewątpliwie, poza wcześniejszą otwartością nauki i kształcenia dla dzieci chłopów i robotników, stworzyło warunki dla powszechnego i rzeczywistego awansu społecznego, poprzez wejście klas dotąd nieuprzywilejowanych do kultury narodowej. Wydarzenia krytycznie tamten okres ilustrujące, także w formie protestacyjnych listów ludzi kultury, nie miały zasadniczego znaczenia na kontynuowany proces szerokiego mecenatu państwa nad kulturą.

 

Dekadę Edwarda Gierka

najlepiej przedstawia kronika wydarzeń pt. „Kultura artystyczna w Polsce” autorstwa Grzegorza Wiśniewskiego — znanego historyka kultury, eseisty i publicysty. Autor pisze we wstępie: „Niniejsza kronika dokumentuje najważniejsze wydarzenia kulturalne w Polsce…od początku roku 1971 do lata roku 1980. Wraz z poprzedzającym je piętnastoleciem okres ten stanowi ćwierćwiecze w dziejach polskiej kultury szczególnie owocne, oznaczające w naszej powojennej historii najwyższy jej wzlot. Budzi też wówczas polska kultura wyjątkowe zainteresowanie i zdobywa szczególną pozycję także poza granicami naszego kraju, czego świadectwem stają się choćby powszechnie funkcjonujące określenia: „polska szkoła filmowa”, „polska szkoła kompozytorska” czy „polska szkoła plakatu”.
Chronologicznie, rok po roku, przedstawia autor dokonania artystyczne w zakresie: literatury, teatru, filmu, muzyki i baletu, sztuk pięknych, radia i telewizji, innych wydarzeń kulturalnych, a także nagród państwowych za tę działalność. I dodaje: „Niemała, bo sięgająca dwóch tysięcy, liczba wydarzeń, które tu przypomniano, służy poświadczeniu bogactwa i różnorodności życia kulturalnego owych lat, choć zarazem sprawia, że oprócz utworów i wydarzeń bezdyskusyjnie wybitnych i nadzwyczajnie ważkich ujęte zostały i te zaledwie bardzo dobre lub bardzo dobrze przyjęte…poza zapisami niniejszej kroniki znalazły się i ruch amatorski, i szkolnictwo artystyczne, i poza skromnymi wyjątkami, refleksja historyczna i teoretyczna o kulturze.”

 

Uczestnictwo Polaków w kulturze

obrazuje w Kronice wyciąg z przywołanego „Rocznika Statystycznego” i warto przytoczyć kilka danych w odniesieniu do lat 1979 i 2012 (wszystkie w milionach). Nakłady literatury pięknej – 57,2 i 28,6, wypożyczenia w bibliotekach – 147,6 i 122,0, widzowie w teatrach – 9,1 i 5,0, w kinach – 107,9 i 37,5, słuchacze w instytucjach muzycznych – 8,3 i 5,3.
Wyrazić należy szacunek za benedyktyńską pracę Grzegorzowi Wiśniewskiemu, ale także uznanie za odwagę, bowiem przypominanie laureatów państwowych nagród z okresu PRL nie koniecznie wszystkich twórców zachwyci. Warto także namówić autora, z racji jego wyjątkowych kompetencji w sferze kultury i nabytych doświadczeń, do kontynuowanie tej kroniki, ale obejmującej cały okres Polski Ludowej. W normalnym kraju Ministerstwo Kultury i [tu podkreślam !!!] D z i e d z i c t w a Narodowego powinno być nadzwyczaj zainteresowane tego rodzaju opracowaniem. W dzisiejszej Polsce liczyć jedynie można na sponsorów.

 

Résumé tych rozważań

stanowi stwierdzenie, że lata Polski Ludowej były dla naszej kultury nie tylko czasem szczególnie owocnym, ale nadto umocniły i rozszerzyły jej narodowy charakter. Nie ma też żadnych wątpliwości co do afirmacji polskości w tamtym okresie, także poprzez dzieła kultury. Stąd zapewne różni krytycy PRL-u tę sferę działalności omijają szerokim łukiem.
Nadto dodać koniecznie należy, że nawet walczący o obecną Polskę, bez względu na to co nie w teorii, a w praktyce oznacza niepodległość – z jej współczesnymi europejskimi, atlantyckimi i geopolitycznymi uwarunkowaniami – wiele zawdzięczają naukom, przemyśleniom i doznaniom, które wynieśli z percepcji kultury w tamtych, minionych czasach. Niestety nie wielu, ale to już zupełnie inna sprawa.

Smutne myśli na rogu Lipskiego i Dąbrowskiego

Wysiadłem z tramwaju przy szpitalu MSWiA i w potwornym upale nieśpiesznie udałem się do antykwariatu na Dąbrowskiego, gdzie była jakaś interesująca książka.
Idę sobie – a tu nagle Jan Józef Lipski. Przez myśl mi przeleciało, że to może omamy wzrokowe pod wpływem upału, a może ta ohydna zaćma robi mi numery.
Nie. Stałem na ulicy Jarosława Dąbrowskiego, a na kamienicy była tablica prostopadłej ulicy (uliczki?) Jana Józefa Lipskiego. Pamiętam sprawę, ale nigdy tu jeszcze nie byłem.

 

Jak to się stało?

Jan Józef Lipski zmarł 10 września 1991 roku, zresztą po długiej chorobie, która jak pamiętam wyeliminowała go z życia społecznego i politycznego prawie na rok.
W 1997 roku grupa przyjaciół Jana Józefa – Zbigniew Bujak, Zofia Kuratowska, Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki i Zbigniew Romaszewski – zgłosiła wniosek o nadanie jednej z ulic Warszawy imienia Jana Józefa Lipskiego.

 

Oczywiście straszny wstyd,

że nie zrobiły tego władze PPS i nie dopilnowały wykonania takiej decyzji. Oczywiście, biję się w pierś, bo to również moja wina, jako członka ówczesnych władz PPS. Tym bardziej było mi smutno na rogu Lipskiego i Dąbrowskiego.
Ostatecznie 12 kwietnia 1999 roku imieniem JJL nazwano uliczkę na Mokotowie. Może i jest w tym jakiś sens, bo JJL walczył w pułku „Baszta” na Mokotowie, choć nie wiem czy akurat w tym rejonie.
Ulica Jana Józefa Lipskiego jeśli ma 200 metrów to max, stoją cztery bloki z lat tak chyba 60. XX wieku i tyle.
Na apel czołowych działaczy KOR, KSS KOR, parlamentarzystów, czołowych polskich polityków władze Warszawy odpowiedziały i naznaczyły te 200 metrów uliczki na Mokotowie imieniem jednego z najbardziej zasłużonych opozycji z okresu PRL. Niby wszystko jest OK. I nic nie jest.
Taka uliczka i Taki Człowiek.
Smutne.