Na pożegnanie jeźdźca historii

Zajeżdżanie kobyły historii kosztowało wiele, i pomimo dużej dozy idealizmu, nie okazało się daremne.
Lewica żegna Karola Modzelewskiego.

„Zdarzają się – pisał Karol Modzelewski – rewolucyjne próby oddziałania na bieg dziejów w sposób zamierzony. W roku 1956, w latach sześćdziesiątych, a zwłaszcza w latach osiemdziesiątych uczestniczyłem w takich próbach. W końcu udało się nam przestawić zwrotnicę historii, ale rezultat okazał się dość odmienny od naszych, a w każdym razie moich zamierzeń i oczekiwań…”

W powszechnym przekonaniu

stalinizm w Polsce zakończył się wraz z Polskim Październikiem. Rzeczywiście, ustał czas wyjątkowej opresji ze strony bezpieki i wszechpotężnej dominacji państwa obejmującej nawet życie prywatne obywateli, ale sama partia niewiele się zmieniła. Zahamowany z różnych zresztą, często nawet uzasadnionych, przyczyn, proces demokratyzacji polskiego życia społeczno-politycznego, przyniósł druzgocące skutki samej PZPR. Pozbawiona wewnętrznych frakcji (poza tymi rodzącymi się w okresach kryzysu), samozniewolona centralizmem demokratycznym (niewiele mającym wspólnego z demokracją), stała się zdyscyplinowaną, jednomyślną, ale i bezrefleksyjną siłą polityczną podporządkowaną kierownictwu.
Wszelkie poważniejsze próby w partii i w kraju, jednostkowe czy zbiorowe, niezależnej dyskusji, krytyki czy tylko wątpliwości na temat zasad i sposobów budowy socjalizmu w Polsce, i roli w nich PZPR, były zwalczane. Poczynając od kar partyjnych, wydalania z partii, pozbawienia dotychczasowych stanowisk pracy, nawet sądowymi wyrokami, jako wrogie poczynania rewizjonistyczne, w pewnym okresie nawet syjonistyczne, i jeszcze wszystkie inne, stanowiące w konsekwencji próbę obalenia socjalistycznego ustroju.
Mimo wszystko i w kraju, i w samej PZPR, toczył się ukryty, społeczny dyskurs o stanie polskich spraw, niepozbawiony niepokoju i alarmistycznych pytań. Wyrażał się, bo tylko tak było to możliwe w zaistniałych warunkach, w cichych, dyskretnych rozmowach, nieśmiałych pytaniach, zapadającym milczeniu stanowiącym brak akceptacji, czasem w spojrzeniu czy nawet wzruszeniu ramion. A przede wszystkim w rozpowszechnieniu przekonania „róbmy swoje”, co również wyznaczało odpowiedzialne decyzje, także licznych partyjnych działaczy na różnych szczeblach władzy.

„Moje myślenie – wspominał Modzelewski

– było całkowicie utopijne – wierzyłem, że można ten ustrój zastąpić demokracją pracowniczą. I tak jak pisałem później w „Liście otwartym” [„List otwarty do Partii” autorstwa Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego z 1965 roku stanowił, z marksistowskiego punktu widzenia, druzgocącą krytykę realizowanego ustroju – Z.T.] wydawało mi się, że w tym kierunku mogła rozwijać się sytuacja w roku 1956, ponieważ takie było brzmienie październikowej prasy i w tym kierunku szli… przywódcy robotniczy…Oczywiście, wtedy nie uważałem, że to utopia. Uważałem, że to jest osiągalne…Gdy mówiłem o rozczarowaniu czy też wrogości wobec skrętu ku stabilizacji ustroju, którego dokonał Gomułka, miałem też na myśli konkretne wydarzenia. Pierwszym było zamknięcie „Po Prostu” i rozpędzenie najpierw wiecu na placu Narutowicza, następnie ulicznych demonstracji studenckich w październiku 1957 roku. To był ważny zwrot…Wtedy, szczerze mówiąc, pierwszy raz poczułem, że nie jest to moje państwo”.

I zapewne,

pomimo wcześniejszej głębokiej wiary w ideały socjalizmu, nie był to już także, w obserwowalnym wydaniu, jego ustrój. Modzelewski został wyrzucony z partii i skazany na ponad trzy lata więzienia. Wyszedł na wolność przed buntem studentów w marcu 1968, ale za udział w tych wydarzeniach ponownie trafił do więzienia.
W następnym czasie kontynuował swoje naukowe zainteresowania średniowieczną historią Polski broniąc kolejno, w latach 70. pracę doktorską i habilitacyjną. Ale pasja okresem Piastów musiała przegrać z, utrwalonym w jego zbiorze wartości, obowiązkiem obrony robotniczych interesów i stąd, w 1980 roku, włączył się aktywnie w działalność „Solidarności”, będąc autorem nazwy rodzącego się związku zawodowego i stając się ważną postacią w jego kierownictwie. Rozważania, na ile etap solidarności był szansą na zmianę i demokratyzację, także partii, a na ile okazał się czasem straconym i kolejną ułudą, zamyka wprowadzenie, w dramatycznych dla kraju okolicznościach, stanu wojennego.

Pojęcie lewica w okresie PRL

miało charakter historyczny, odnoszący się do minionych wydarzeń, natomiast prawica, z licznymi odmianami tego słowa, funkcjonowała w najlepsze w licznych ideologicznych i propagandowych wypowiedziach. PZPR, pomimo realizowania, w liczącej się mierze, tradycyjnych postulatów lewicy, słowa tego unikała, odróżniając się tym sposobem od niewątpliwie lewicowych, ale jakże odmiennych, partii socjaldemokratycznych. Zapewne także ze względu na utrzymanie monopolu władzy, spełniając rolę jedynego obrońcy „prawdziwego marksizmu”, a pod radziecką kuratelą i kontrolą, także „leninizmu”. W konsekwencji oznaczało to, że postaci opowiadających się za lewicowymi politycznie i społecznie ideami oraz działaniami, ale krytycznie oceniających tzw. realny socjalizm, nie zaliczano do lewicy, a wrzucano do jednego wora wrogiej politycznej opozycji. Taki obraz utrwalony został nie tylko w szeregach partii, ale także w jej kierowniczych gremiach, co dotyczyło oczywiście i Karola Modzelewskiego.
W zmienionych politycznych okolicznościach, takich jak na przykład okres IX Zjazdu PZPR, Karol Modzelewski mógłby być z pewnością zaliczany do grupy czołowych partyjnych reformatorów i zapewne podzieliłby później ich los w ramach tzw. cięcia po skrzydłach. Natomiast w okresie poprzedzającym Okrągły Stół wykreowany został m. in. przez liczne meldunki MSW – On ze swoimi lewicowymi zapatrywaniami na Polskę – na największego wroga wśród prawicowych przedstawicieli strony opozycyjno-solidarnościowej.
Przewartościowanie pojęcia lewica mogło się zacząć po wyrażonej w sierpniu 1988 roku przez Józefa Czyrka – wtedy członka Biura Politycznego i sekretarza KC – opinii, że w Polsce kończy się okres stalinowskiego socjalizmu, także dla PZPR. W rzeczywistości, dopiero po jej rozwiązaniu, i powstaniu Socjaldemokracji RP oraz Polskiej Unii Demokratycznej odrodziła się w Polsce zorganizowana, polityczna lewica.
A tak dla wyjaśnienia, to używany obecnie termin „lewica demokratyczna” przypomina znane powiedzonko o maśle maślanym, gdyż już w samej swojej nazwie zawiera nieistniejącą sprzeczność, bowiem nie ma lewicy bez uznawania demokracji, tak jak i wolności, czy też równości wszystkich obywateli. Autorzy cytowanego terminu posługują się nim dziś jedynie instrumentalnie, próbując tym sposobem przeciwstawiać go i dezawuować Sojusz Lewicy Demokratycznej.

„Jaruzelski – to jest moja supozycja, a nie wiedza

[mówił Modzelewski – Z.T.] – dobrze orientował się w zamiarach Gorbaczowa i doszedł trafnie do wniosku, że po wycofaniu się Związku Radzieckiego z Jałty muszą nastąpić przekształcenia ustrojowe. Przyjął, że najpewniejszą droga do tego będzie porozumienie z Solidarnością. I to był błąd. Bo najpewniejszą drogą był dialog ze społeczeństwem. To znaczy ogłoszenie drogi do pluralizmu, a nie uznanie Solidarności za społeczeństwo. To nie to samo. Wtedy, kto wie, czy nie powstałby system bardziej racjonalny. Bo tak został zbudowany monopol tzw. obozu posolidarnościowego, który trwa do dzisiaj i nie można się tego nieszczęścia pozbyć”.

Nigdy nie zakończą się rozważania

na temat alternatywnych scenariuszy polskich wydarzeń, tych z pierwszych lat Polski Ludowej, popaździernikowych, z okresu epoki Gierka, czasu „Solidarności” i lat poprzedzających Okrągły Stół wraz z jego ustaleniami i konsekwencjami, a także wszystkich innych. To naturalne, ale w tych teoretycznych analizach należy uwzględniać wszystkie
okoliczności, warunki w jakich miały miejsce, a wśród nich stan wiedzy i świadomości tak społeczeństwa, jak i kreujących je uczestników. Ich potencję intelektualną, zdolność i trafność przewidywania, ale także determinację do przekraczania granic, pozornie niemożliwych do sforsowania. Obserwowalne zdarzenia miały taki, a nie inny charakter i przebieg, bowiem w zaistniałych, wcześniej opisanych determinantach, innego mieć po prostu nie mogły.

Adam Michnik niedawno,

w wywiadzie na Onecie, na pytanie: „co się stało… że wy zachłysnęliście się wolnością, a nie równością?” odpowiadał: „Wtedy to było nierealistyczne. Te pomysły Karola Modzelewskiego czy Ryszarda Bugaja, to było księżycowe…Sprawiedliwość społeczna nie znaczy nic konkretnego. To musi być zawsze spór o konkret. Wyście używali takiego liczmana „neoliberalizm”. Ja, ponieważ nigdy nie wiedziałem, co to znaczy, powiedziałem, że o tym nie chcę rozmawiać”.

Karol Modzelewski natomiast uważał, że:

„Transformacja zmodernizowała Polskę, ale społeczny koszt tej modernizacji okazał się bardzo wysoki, a co ważniejsze – bardzo trwały… Są to nierówności trwałe, dziedziczone z pokolenia na pokolenie. Wielkiemu zróżnicowaniu dochodów odpowiadają coraz głębsze różnice w zakresie opieki zdrowotnej, dostępu do wykształcenia i szans awansu kolejnych pokoleń. W rezultacie różnice te mają charakter bez mała niezmiennego podziału przywilejów i upośledzeń. Równość szans pozostaje w sferze marzeń. Dzieci i wnuki tych, których okręt neoliberalnej modernizacji zostawił za burtą, w większości już się nie wdrapią na pokład. Wywiera to na ich sposób postrzeganej Polski znacznie większy wpływ niż umoralniająca dydaktyka, sprowadza się do zróżnicowania płac i dochodów. Najistotniejszym bodaj czynnikiem traumy Wielkiej Zmiany jest masowe i trwałe bezrobocie… Chłoporobotnicy powrócili na wieś, gdzie mają przynajmniej co jeść, a szczytem ich marzeń jest bodaj najlichsza renta… Ci, co sobie radzą i mogą oceniać, że transformacja zmieniła ich na lepsze, są wciąż jeszcze w większości. Liczbę tych, których modernizacja zostawiła za burtą, szacuje się na jakieś 25-30 proc. polskiego społeczeństwa. Między zaradnymi a poszkodowanymi nie ma już braterskiej miłości. Inteligencja znalazła się na ogół po słonecznej stronie, w strefie tzw. klasy średniej, ale docierają do niej irytujące odgłosy gniewu, rozgoryczenia, frustracji i agresji ze strony poszkodowanych współbraci… opiniotwórcze kręgi polskiej inteligencji stanęły po stronie Balcerowicza”.

Karol Modzelewski był człowiekiem lewicy,

nie tylko dlatego, że jak uważa Oko.press, „Od początku krytykował reformy Balcerowicza oraz kształt polskiej transformacji”. Przede wszystkim dlatego, że od zarania swojej politycznej drogi marzenia, oczekiwania i działania koncentrował zawsze wokół takich lewicowych wartości jak wolność, demokracja, równość społeczna, los ludzi pracy i w różny sposób wyzyskiwanych i wykorzystywanych mas. Towarzyszyły mu nadzieja i czyny zmierzające do stworzenie warunków rzeczywistej i równej partycypacji wszystkich obywateli w życiu społeczno-polityczno-materialnym kraju.
Znany był z uczciwości i rzetelnej, obiektywnej oceny, nie tylko minionych czasów PRL, ale również rodzącego się już na samym początku III RP, trwałego społecznego podziału. Publicznie upominał się wielokrotnie o przestrzeganie podstawowych praw obywatelskich, ostatnio także przeciw rządom PiS łamiącym m. in. Konstytucję. Jego odwaga i szczerość wyrażanych poglądów, nieakceptowane przez postsolidarnościowe gremia i bezkrytycznych chwalców naszej codzienności, stawały się wzorem dla współczesnej polskiej lewicy.

Był niewątpliwie Karol Modzelewski wielkim idealistą,

człowiekiem kierującym się w życiu i postępowaniu ideami, wzniosłymi humanistycznymi celami, a właśnie tacy ludzie kreują postęp i rozwój, przestawiając zwrotnice historii. Nie zawsze, a może nawet często, jadące po tych torach pociągi podążały w wymarzonym kierunku. Ale gdzie by dzisiaj był, i co wart byłby nasz świat bez ich żarliwości i niezłomnej nadziei?

Od historii do przeciw – historii

Z tej lektury nieuchronnie musi wynikać konstatacja jeśli nie podstawowa, to co najmniej wstępna – konstatacja współczesnej nieobecności (poza nielicznymi wyjątkami) dramatu historycznego, przedmiotu tego zbioru tam, gdzie jego miejsce, czyli na polskich scenach. Zatem lektura obszernego, skądinąd fascynującego tomu z dziedziny teatrologii przypomina nieco naukę pływania w pustym basenie. Czytając więc te 47 szkiców 47 autorów o zjawisku jakim jest polski dramat historyczny, możemy zdać się jedynie – poza inwencją autorów – na własną wyobraźnię, by podpowiedziała nam, jak jawiły się i jak mogłyby jawić się na scenie, zarówno w wymiarze ściśle teatralnym, jak i w aspekcie idei artystycznej, takie dramatyczne teksty, jak tryptyk Marii Konopnickiej „Z przeszłości”, dramat z prehistorii Słowian „Mściwój i Swanhilda” Bronisława Grabowskiego, dramat historyczny o problemie zdrady, czyli „Donna Aluica” Jerzego Żuławskiego, młodopolski dramat o Bolesławie Chrobrym „Twórca” Jadwigi Marcinkowskiej, dramat Wincentego Rapackiego o zmaganiu z formą czyli „Wit Stwosz”, dramat „Jegomość pan Rej w Babinie” Adolfa Nowaczyńskiego czyli o kulturze staropolskiej w zwierciadle dramatu młodopolskiego, „Górą Radziwiłł” Adolfa Zalewskiego czyli przeróbka na scenę prozy Józefa Ignacego Kraszewskiego, „państwowotwórcza” i wojenna „Gałązka rozmarynu” Zygmunta Nowakowskiego, „Sprawa Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej i jej interpretacje, „Domek z kart” Emila Zegadłowicza jako obraz pierwszych dni II wojny światowej („Rozliczenia i diagnozy”), „Krzak gorejący” Janusza Krasińskiego jako dramat o romantycznym heroizmie i pamięci ciała, ale także teksty zagadnieniowe, poświęcone n.p. poetyce i polityce dramatu po 1968 roku”, dramatowi historycznemu w refleksji skamandrytów, figurom oświeconych i Oświecenia w dramacie historycznym drugiej połowy XIX wieku, komedii historycznej już to w zestawieniu z romantycznymi koneksjami Eugene Scribe’a, już to w płaszczu intrygi w komediopisarstwie Adama Bełcikowskiego, dwóm wojnom i dwóm historiografiom w tekstach dramatycznych Stanisława Ignacego Witkiewicza i Andrzeja Rybickiego, bolszewizmowi w dramacie polskim lat dwudziestych („Od paraboli do weryzmu”), czy w tekście o tajemniczym tytule: „O niestosowności „trylerowania” przez króla Jana Sobieskiego, czyli zmagania z historią w polskich librettach operowych epoki Młodej Polski”, a także komizmowi historii w teatralnych inscenizacjach przeszłości. Jak nietrudno zauważyć, znacząca część wspomnianych tekstów, zwłaszcza autorów w dużym stopniu zapomnianych i zajmujących drugo lub nawet trzeciorzędną pozycję w historii polskiego dramatu, nie była wystawiana na scenach od wielu dziesięcioleci, a niektóre być może nawet od 150 lat. Jedyne w tym zestawieniu teksty niedawno wystawione, to „Caryca Katarzyna” Jolanty Janiczak czy dramaty Tadeusza Słobodzianka.
W poprzedzającym zbiór wstępie autorstwa Dobrochny Ratajczakowej („Po co dramatowi historia – po co historii dramat” omawia ona źródła i różne klasyfikacje dramatu historycznego, wspominając zarówno o jego fazie klasycystycznej i neoklasycystycznej, jak i o fazie wolności dramatu od tych reguł (średniowiecze) wyrwania się dramatu z tych reguł (n.p. romantyzm, modernizm, czy dramat XX wieku). Ratajczakowa przytacza rozmaite formy, jakie przybierał dramat historyczny, od tragedii narodowej z dziejów państwowości w okresie neoklasycznym, poprzez romantyczną perspektywę eschatologiczną i tragiczną, po podłoże społeczne okresu historycznego dramatu realistycznego czy osadzenie go w uniwersum znaków kulturowych przez symbolistów. Autorka wstępu zwraca też uwagę na „drapieżczość” dramatu historycznego wyrażającą się w wchłanianiu przez niego najrozmaitszych gatunków, estetyk, stylów. Przywołuje też typologię wybitnego badacza gatunku, Herberta Lindenbergera, typologię opartą na wyodrębnieniu najbardziej charakterystycznych motywów tematycznych dramatu historycznego, takich jak n.p. sztuka dokumentalna, dramat o tyranie, sztuki heroiczne itd. Ratajczakowa konstatuje, że tradycyjna relacja między historią, dramatem a sceną, nazwana przez nią „kontraktem”, obowiązywała do lat 90-tych XX wieku, a strukturę tego „kontraktu” skrupulatnie opisuje. Do jego fundamentalnych cech należy funkcja naocznego „pokazania historii” oraz uczynienie z niej „machiny bojowej narodowości”. Pierwszy wyłom w tej zasadzie nastąpił w drugiej połowie XX wieku, kiedy wraz z upadkiem scjentyzmu nastąpiła „konceptualizacja przekazu historyka jako dzieła narratora”, czyli, innymi słowy, zastąpienie koncepcji widzenia historii jako mechanicznego, „obiektywnego zbioru faktów” przez „narracją autorską”, opartą w dużym stopniu na subiektywnym odczytaniu historii. Pojawiła się wtedy m.in. „fikcjonalność przedstawienia opartego na faktach”. Walter Benjamin ujął to w sformułowaniu, że „wyartykułować historycznie to, co minione, nie oznacza że trzeba je poznać takim, jakim naprawdę było”. Dokonało się odwrócenie wektora przewagi: teraz, inaczej niż w przeszłości, zyskała ją sztuka nad historią. Nowy „kontrakt” miał charakter niemal rewolucyjny. W miejsce stabilnej, „podręcznikowej” historii wszedł „niestabilny spektakl”, zrywający wszelkie kanony, wykorzystujący afabularność, teleologiczność, kalejdoskopowość, performans, heterogeniczność składników przedstawienia historycznego, w dużym stopniu pochodzących z nowych technik komunikacji medialnej. Znamiennymi przykładami mogą tu być n.p. inscenizacje wspomnianej Jolanty Janiczak czy Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Ratajczakowa określa te zjawiska jako przeciw-historię. Teatr – konstatuje w konkluzji Ratajczakowa – „podczas ostatniego przełomu uwolnił się od wpływu dziewiętnastowieczności, determinującej zarówno nasze międzywojnie, jak i lata PRL”. Można więc rzec, że PRL był ostatnim segmentem XIX-wiecznego teatru historycznego. A moja konkluzja, czy raczej marzenie wywiedzione przez teatralnego widza z lektury tego obszernego, bardzo interesującego zbioru jest takie, by zwłaszcza owe stare, zapomniane, „kopalne” XIX-wieczne teksty, o których można „poczytać” w tym zbiorze, zobaczyć na scenie w oświetleniu nowego „kontraktu”. Cokolwiek o nim myśleć (a można myśleć po części aprobatywnie, a po części krytycznie), to na powrót do starego „kontraktu” i tak już żadnych widoków nie ma.

Czy Europa jest roztrzaskanym lustrem?

Biblia prawicowca

Opasłe dzieło Wojciecha Roszkowskiego „Roztrzaskane lustro” może z powodzeniem służyć jako ideowa biblia tym wszystkim, których przeraża ewolucja Europy, zachodzące w niej procesy cywilizacyjne, które autor (nie on jeden) określa jako upadek.
To część dyskursu współczesnej prawicy, zarówno tej nacjonalistycznej i populistycznej, jak i konserwatywnej. Radykalna laicyzacja, marginalizacja religii chrześcijańskiej, w tym w szczególności katolicyzmu, rozkład obyczajów, dekompozycja instytucji rodziny, emancypacja mniejszości seksualnych, przedefiniowanie wielu tradycyjnych pojęć, w tym pojęcia „prawdy”, radykalne eksperymenty w kulturze – wszystko to i wiele innych zjawisk opisał w swoim obszernym dziele Roszkowski. Po wstępnym zdefiniowaniu tradycji europejskiej autor – podobnie skądinąd jak inni autorzy jego ideowej proweniencji – wskazuje wydarzenia, które były pierwszym ciosem zadanym owej tradycji – Oświecenie i Wielka Rewolucja Francuska, aczkolwiek poprzedziły je jeszcze średniowieczne podziały chrześcijaństwa.
Swoją historię rozbijania europejskiego lustra opisał Roszkowski poprzez zwięzłe syntezy poszczególnych trapiących Europę jego zdaniem plag. To utopie komunistyczne, marksizm, ewolucjonizm nihilizm, irracjonalizm, eugenika postmodernizm, nazizm, komunizm, liberalizm, feminizm, miękki rozkład, dechrystianizacja relatywizm, pornografia, aborcja, seksualizacja, antykoncepcja czy szeroko rozumiany postęp. Uważny czytelnik prasy prawicowej i katolickiej nie znajdzie tu innego obrazu i innych diagnoz niż te, które od lat znajduje na ich łamach. Roszkowski jedynie wyposażył je w bogaty aparat erudycyjny i uporządkował.
Niewątpliwie, stan dzisiejszej cywilizacji europejskiej uzasadnia liczne obawy o jej przyszły kształt i los. W pierwszym rzędzie groźna jest islamizacja, która w wielu krajach europejskich przybrała zastraszającą skalę i zasadnie budzi lęki o los praw i wolności właściwych Europie, w tym lewicowo-liberalnych. W takich krajach jak Francja proces ten jest bardzo zaawansowany i Francuzi coraz mniej czują się w swoim kraju u siebie, poddawani presji przez agresywnie antydemokratyczną kulturę islamistyczną Pesymistyczne przewidywania budzi też intelektualny indyferentyzm szerokich kręgów społecznych, to co można uznać za „masowe zgłupienie”. Jednakże wątpliwe wydaje się, co czyni choćby Roszkowski w swojej pracy, przypisywanie, po pierwsze, winy za ten stan rzeczy przewrotowi oświeceniowemu, po drugie retrotopiczne podejście do przeszłości przedoświeceniowej, jej idealizacja.
Gdyby Europa przedoświeceniowa była tak szczęśliwa, to nie doszłoby do Rewolucji i innych rewolt społecznych, które wstrząsały Europą w XIX wieku. Poza tym, skłonność do animowania tego, co zwykło nazywać się postępem, wydaje się być immanentną cechą natury ludzkiej i wiara, że świat bez postępu trwałby w jakiejś szczęśliwości jest przejawem myślenia ahistorycznego i pozbawionego sensu. Rzecz jasna, nie wszystkie owoce postępu służą człowiekowi, ale trudno wyobrazić sobie ludzkość tkwiącą przez stulecia w bezruchu. Mieć o to pretensje, to jakby mieć pretensje do dorosłego, „grzesznego” człowieka, że wyrósł ze stanu dziecięcej „niewinności”.
Roszkowski winą za „całe zło” obarcza także, śladem konserwatywnych myślicieli Scrutona i Johnsona, intelektualistów, jako sprawców zasiania ziaren zamętu. Owi inkryminowani „intelektualiści” niejednokrotnie się mylili w swoich diagnozach i wskazaniach, ale mieć do nich pretensje, to mieć pretensje do gatunku homo sapiens, że posiada władzę myślenia i stara się z niego korzystać.
Roszkowski zdaje się też słabo zauważać, że tak lubiana przez niego religia chrześcijańska była przez stulecia, obok pewnych walorów kulturotwórczych, źródłem straszliwej opresji w stosunku do milionów ludzi. Za rzeczywiście niedobry dziś stan cywilizacji europejskiej odpowiadają więc zarówno nosiciele postępu, jak i jego wrogowie.
Roszkowski, choć szanse na uratowanie Europy upatruje w odrodzeniu tradycyjnych form i wartości, nie jest dużym optymistą. Najwyraźniej nie jest optymistą także w stosunku do Polski. W ostatnim akapicie zakończenia wskazuje na Węgry Orbán jako na jedyny europejski kraj zachowujący wierność „tradycyjnym wartościom” i to przy poparciu miażdżącej większości społeczeństwa. Ale Węgry to mały kraj o nikłym potencjale kulturowego promieniowania.
Rządzonej przez PiS Polski Roszkowski nie wymienia. I chyba ma rację. W wielomilionowej Polsce, kraju o bogatych tradycjach wolnościowych i irredentystycznych rozpętuje się właśnie w tempie jednostajnie przyspieszonym wojna kulturowa, która sprawi, że mimo marzeń wielu ludzi prawicy konserwatywnej, nacjonalistycznej i katolickiej, Polska nie doszlusuje do Węgier w roli wspornika nowej kontrreformacji.
Przy tych zastrzeżeniach do wymowy ideowej dzieła Wojciecha Roszkowskiego jest ono cennym rezerwuarem wiedzy o przemianach kulturowych i cywilizacyjnych w Europie na przestrzeni minionych
dwóch stuleci.

Wojciech Roszkowski – „Roztrzaskane lustro. Upadek cywilizacji zachodniej”, wyd. Biały Kruk, Kraków 2019, str.558, ISBN 978-83-7553-260-9.

Szopki pana ministra

Czwartek piętnastego marca 2019 roku. Sejm RP. Politykę zagraniczną rządu kierowanego przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego prezentuje pan minister Jacek Czaputowicz.

Profesor nauk społecznych. Z autentycznie autentycznym naukowym dorobkiem. Pomimo tego dorobku mianowany został ministrem spraw zagranicznych w styczniu ubiegłego roku decyzją pana prezesa
Kaczyńskiego.
Bo pan prezes miał taki kaprys. Uznał jego nominację za swój „eksperyment”.
Minął rok i pan minister Czaputowicz musi zdać coroczny polityczny egzamin. Musi zaprezentować kierunki polskiej polityki zagranicznej, chociaż nie on – i nie jego resort – jest jej autorem.
Bo przecież najważniejsze decyzje o aktualnej polskiej polityce zagranicznej zapadają nie w MSZ, lecz w Kwaterze Głównej pana prezesa Kaczyńskiego. Tej przy warszawskiej ulicy Nowogrodzkiej.
Bo przecież o relacjach z USA, najważniejszym obecnie sojusznikiem zagranicznym, decyduje obecnie nie MSZ, ale Ministerstwo Obrony Narodowej. Krajowi „siłownicy”, używając rosyjskiej nomenklatury.
Zresztą rządzące obecnie elity PiS nie widzą potrzeby, aby polska polityka zagraniczna powstawała w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Przecież polityka zagraniczna jest przez pana prezesa Kaczyńskiego uważana za politykę drugorzędną.
A w tym roku jest w kierownictwie PiS traktowana jako element kampanii wyborczej.
Ale raz do roku pan minister spraw zagranicznych musi do Sejmu przyjechać i taki polityczny egzamin zdać przed parlamentem musi.
I jak każdy rezolutny student musi wybrać odpowiednią taktykę. Zwłaszcza, że wie, iż słuchać go będzie kilku egzaminatorów na raz. Przychylnych mu w większości. A w takim przypadku sprytny student mówi długo, wszystko co wie, niekoniecznie na temat, i koniecznie odpowiednio modulując głosem.
I tak pan minister mówił, mówił, mówił.
Pomimo długiego słowotoku niewiele konkretnego powiedział. Zwłaszcza, że długiej listy ostatnich zagranicznych porażek zręcznie nie wymienił.
Na pewno wszystkim jego słuchaczom na zawsze w pamięci zostanie informacja, że w efekcie zmasowanej akcji polskich służb dyplomatycznych krakowskie szopki zostały wpisane do światowego dziedzictwa kultury.
To niewątpliwie wielki i niekwestionowany sukces polskiej dyplomacji w roku Stulecia Odzyskania przez Polskę Niepodległości.
Reszta ministerialnego wystąpienia zostanie zapewne szybko zapomniana.
Zresztą o jego randze i znaczeniu dobitnie zaświadczył pan prezes Jarosław Kaczyński. Był nieobecny w czasie wystąpienia swego ministra.
Olał, po studencku mówiąc, dorobek umysłowy swojego „eksperymentu”.
Podobnie zachował się pan minister Czaputowicz. W czasie kiedy panie posłanki i panowie posłowie wyrażali swe opinie o jego wystawieniu, on nakazał zwołać konferencję prasową.
Aby podyktować prorządowym dziennikarzom co mają prorządowym wyborcom przekazać.
Czas na zadawane pytania panu ministrowi skrócono do minimum.
Zbliżał się przecież czas obiadu.
Najważniejsze jednak, że z tymi szopkami udało się. Jest to autentyczny i wymierny sukces godny polskiej dyplomacji.
Na miarę Stulecia Odzyskanej Niepodległości.

Flaczki tygodnia

To był tydzień uprawiania kultów. Wykreowanych mitów, nowych charyzmatyków i odkrywania starych zasług nowych bohaterów.

Najgłośniej obchodzono dzień ludobójców zwanych „żołnierzami wyklętymi”. W skrócie nazywanych „żetwusami”. Ponieważ obóz rządzący postanowił wesprzeć się w kampanii wyborczej zmarłymi „żetwusami”, to radykalna opozycja z „KOD” blokowała te kampanijne uroczystości. Znów okazało się, że mamy kolejne oficjalne święto, które nie da się wspólnie obchodzić. Nie da się go obchodzić ani na poważnie, ani na radośnie, zatem najlepiej obchodzić to święto szerokim łukiem. Bo inaczej to kolejny pretekst do kolejnej politycznej napierdalanki.

Przy okazji rządowej celebry święta „żetwusów” rządowa telewizja narodowo-katolicka pokazała kilku staruszków. Prezentując ich jako zasłużonych „żetwusów”. Wzbudziło to pewien dysonans, bo istnienie ich żywych sprzeczne jest z tworzoną przez obóz narodowo-katolicki legendą „żołnierzy wyklętych”. Według niej prawdziwi „żetwusy” to ci żołnierze polskiego państwa podziemnego, przede wszystkim z Narodowych Sił Zbrojnych, którzy po II wojnie światowej, w czasie „okupacji sowieckiej”, broni nie złożyli. Tylko dalej walczyli z „okupantami z NKWD, MO, UB, LWP”. W przeciwieństwie do setek tysięcy partyzantów AK, BCh, którzy poszli budować nową Polskę.
A lansowane teraz „żetwusy” uroczyście ślubowali, że broni nie złożą aż Polska nie wyzwoli się „z sowieckiej niewoli”. I prędzej zginą niż się wrogom poddadzą. I właśnie za taką bezkompromisowość dzisiejsza narodowo-katolicką posłuszna młodzież ma „żetwusów” kochać i szanować. Tak im dopomóż bóg.

Ale jak tu kochać tych, których bohaterstwo polegać miało na nieskładaniu broni i walce aż do ostatniego naboju, bo „żywych ich mieli nie brać”, skoro okazuje się, że jednak iluś tych niezłomnych jednak przeżyło. Pod „sowiecką okupacją” żyło i pogodnej starości dożyło. A przecież ci legendarni „żetwusy” do niewoli mieli się nie poddawać. A jeśli już przypadkiem do niej wpadli, to mieli tam zginąć zakatowani w „katowniach UB”. Aby ducha nie gasić.

A tu widzimy ich żywych, skoro wedle polityki historycznej PiS powinni być zakatowani. To czym taki żywy „żetwus”, który walczył do 1947, czasem 1948 roku lepszy jest od żywego żołnierza, AK który walczył do 1945 roku? Że przez te dwa, trzy lata zabił jeszcze kilkudziesięciu milicjantów, furmanów, Żydów?

Czwarty już rok mija od kiedy elity PiS dostały rządy w naszym kraju. Przejmując władze wiele obietnic poczyniły. Wśród nich były wielkie dzieła filmowe. Do nakręcenia. Pokazujące Polsce i światu wielkie czyny wielkich Polaków. W wielkim formacie i z wielkim, hollywoodzkim rozmachem. Wśród nich miały być rzecz jasna filmy o wspomnianych wyżej „zętwusach” z udziałem najlepszych amerykańskich aktorów. Publicyści narodowo-katoliccy związani z „Gazetą Polską”, tygodnikami „Do Rzeczy”, „sieci” proponowali nawet aby zatrudnić aktora Mela Gibsona do której z planowanych produkcji.
Ale prawie cztery lata minęły i możemy obejrzeć jednie dwa filmy o „żetwusach”. „Historię Roja” i „Wyklęty”. Możemy, ale oba, a zwłaszcza ten pierwszy, są tak kiepskie, ze nawet gimbaza za cenę zwolnienia z zajęć lekcyjnych nie chce na nie spojrzeć. Słowem znowu „żetwusy” poniosły klęskę. Tym razem repertuarową.

Dlaczego Mel Gibson nie zagrał innego „żetwusa”, znanego ludobójcę „Burego”?
Ano dlatego, że historie „żetwusów” nie nadają się na film w hollywoodzkim formacie. Takie filmy wymagają wielkich bitew, porządnej batalistyki, udziału wielkich armii. A jakąż to wielką bitwę stoczyli „żetwusy”?
Nawet zwielokrotnione komputerowo napady na posterunki MO, gorzelnie, sklepy GS-ów, prowincjonalne kasy PKO nie zrobią rozmachu. Można by spróbować nakręcić napad na Hrubieszów w 1946 roku. Ale wtedy narodowo -katolickie bojówki osiągnęły chwilowe zwycięstwo, bo współdziałały z bojówkami Ukraińskiej Powstańczej Armii. Czy uda się zrobić film o sojuszu NSZ z banderowcami w optyce polityki historycznej PiS?

Można by spróbować nakręcić ciekawy film o dramatach „żetwusów”, ale nie uda się to w państwie rządzonym przez pisowską politykę historyczna. Fakty są okrutne dla „żetwusów”. Zbrojne podziemie przegrało swą wojnę z Polską Ludową w latach czterdziestych zeszłego wieku. „Żetwusy” poniosły militarną i polityczną klęskę.
Dzisiaj PiS zakłamuje historię usiłując wmówić „ciemnemu ludowi”, że dzięki tradycji „żetwusów” powstała niepodległa Polska. To nieprawda, bo taka Polska powstała w efekcie obrad Okrągłego Stołu. A tam ani ówczesna strona „partyjno-rządowa”, ani opozycja „Solidarnościowa”, ani ówczesna reprezentacja kościoła katolickiego do „żetwusów” nie odwoływali się.

Zatem na razie pozostaje nam jeden tylko wybitny film o „żetwusach”. „Popiół i diament” nakręcony przez Andrzeja Wajdę w 1957 roku. Przez kinematografię Polski Ludowej.

Rodzi się nowy kult polityczny. Po zarejestrowaniu nowej partii politycznej „Wiosna” jej członkowie zaczęli jej lidera publicznie, wielce uniżenie tytułować „panem prezesem”. Flaczki pamiętają Roberta Biedronia jako zwykłego, fajnego chłopaka, działacza ruchów LGBT. Teraz są pouczane, że obowiązuje tytuł pan „prezes Biedroń”. Dobrze, że jeszcze nie pan premier.

Być może Robert jest „charyzmatycznym liderem”. Flaczki są jednak przepojone demokratycznymi wartościami i dostają nudności już na samo hasło „charyzmatyczny lider”. Zwłaszcza w ruchu politycznym obiecującym inny, lepszy styl uprawiania polityki. Flaczki razi też nowe zjawisko kiełkujące w „Wiośnie”. Otóż mąż „prezesa Biedronia”, pan Krzysztof Śmiszek został mianowany przez „prezesa Biedronia” jedynką na liście „Wiosny” do Parlamentu Europejskiego. Pani Sylwia Spurek świeżo mianowana ministerka od polityki społecznej w partii „prezesa Biedronia” jest nieformalną żoną pana doktora Marcina Anaszewicza, dyrektora Instytuty Myśli Demokratycznej partii „prezesa Biedronia”. Czy to jest już nepotyzm czy jeszcze tylko rodzina „prezesa Biedronia” ?

Okazało się, że Barbara Skrzypek, słynna od 1990 roku najbliższą sekretarka pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, pełnomocniczka Instytutu Lecha Kaczyńskiego, to wychowanka PZPR. Pracowała jako sekretarka generała Michała Janiszewskiego, szefa gabinetu generała Wojciecha Jaruzelskiego. A także dla premiera Zbigniewa Messnera. Jakże ta PZPR była kadro twórcza.

Mit

Śmierć premiera Jana Olszewskiego PiS próbuje wykorzystać do zbudowania kolejnego mitu założycielskiego prawicy.

Szanowni Czytelnicy. Tym tekstem w pewnym stopniu łamię polską zasadę. Mówiącą, że o zmarłych należy mówić wyłącznie dobrze. Albo wcale. Pamiętam jak to było 9 lat temu. Gdy po katastrofie pod Smoleńskiem staraliśmy się unikać przypominania, że sondaże prezydenckie były bezlitosne dla zmarłego Lecha Kaczyńskiego. I nie dawały mu żadnych szans na reelekcję w wyborach zaplanowanych na jesień 2010 roku. Ale gdy większość rodaków pogrążona w smutku zapalała świeczki przed Pałacem Prezydenckim – inni działali. Doprowadzając do tego, że ten niczym specjalnym niewyróżniający się prezydent dzisiaj spoczywa na Wawelu.
Dlatego jeśli nie zareagujemy na czas, Jarosław Kaczyński zdąży napisać po swojemu kolejne karty historii. Przypomnijmy sobie, jak to było z półrocznym rządem Jana Olszewskiego.

Upadek

Dwa lata temu bez większego echa przeszła „Uchwała Senatu RP w 25. rocznicę odwołania rządu Jana Olszewskiego”. Takich okolicznościowych uchwał powstaje w parlamencie wiele. Zwykle przyjmowane są znaczną większością głosów lub wręcz przez aklamację. W przypadku tej uchwały było inaczej. Głosowało za nią wyłącznie 54 senatorów i senatorek Prawa i Sprawiedliwości. Zaś treść uchwały w ewidentny sposób wypaczała prawdę historyczną.
„W atmosferze bezkrwawego zamachu stanu, odwołano rząd Premiera Jana Olszewskiego” – napisali w uchwale parlamentarzyści PiS-u. Wiem, że słowo „zamach” to ulubiona retoryka Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Ale tak jak nie było żadnego zamachu 10 kwietnia 2010 roku, tak również nie było „zamachu stanu” ani 4, ani 5 czerwca 1992 roku. Na tragiczny skutek katastrofy prezydenckiego Tupolewa złożyło się wiele okoliczności. Przede wszystkim brawura pilotów próbujących lądowania w skrajnie trudnych warunkach pogodowych. Zaś koniec rządu Jana Olszewskiego był naturalnym skutkiem braku większości w Sejmie.
Pamiętamy, że w wyborach parlamentarnych w 1991 roku nie było progu wyborczego. Dlatego w ławach sejmowych zasiedli przedstawiciele i przedstawicielki 29 ugrupowań. Z tej liczby aż 11 formacji miało zaledwie po 1 mandacie. Historia pokazała, jak trudno było w takich warunkach rząd sformować. I jak łatwo go zmienić.

4 premierów

W dwuletniej kadencji Sejmu w latach 1991-93 do fotela premiera przymierzało się aż 4 kandydatów. Pierwszemu, Bronisławowi Geremkowi, desygnowanemu przez prezydenta Wałęsę w 1991 roku – nie udało się sformować gabinetu. Podobnie było z Waldemarem Pawlakiem, próbującym stworzyć rząd w 1992 roku – po upadku gabinetu Jana Olszewskiego.
Dwoje pozostałych premierów nie przetrwało nawet roku w swoich premierowskich gabinetach. Rząd Jana Olszewskiego upadł po 181 dniach, a rząd Hanny Suchockiej po 322 dniach (licząc do dnia przegłosowania wotum nieufności). Pod koniec swoich rządów Jan Olszewski dysponował poparciem zaledwie jednej czwartej parlamentarzystów.
Wyobraźmy sobie, że w obecnym Sejmie z PiS-u do opozycji przechodzi nagle połowa posłów i posłanek. A Mateusz Morawiecki pozostaje z poparciem stu kilkunastu głosów. Przecież taki rząd przetrwałby co najwyżej do najbliższego posiedzenia Sejmu. Tylko rozdrobnieniu i skłóceniu ówczesnego Sejmu Jan Olszewski zawdzięczał swoje aż 181‑dniowe rządy. Mówienie o „bezkrwawym zamachu stanu” lub o „koalicji strachu donosicieli” (takie sformułowanie pada też w uchwale senackiej) jest fałszowaniem historii.
„Oprócz racji, trzeba też mieć większość” – powtarzał wielokrotnie premier Leszek Miller. I wiedział, co mówi.

Wielki destruktor

To fakt, Polska aż do dzisiaj nie potrafiła zamknąć tematu lustracji i „teczek”. Czego najlepszym przykładem jest Kazimierz Kujda, najświeższy „bohater” jednej z licznych afer teczkowych III RP. Ale czy winę za to ponosi opisana przez senatorów PiS „koalicja strachu donosicieli”? Bzdura!
Niemcy mieli Joahima Gaucka, duchownego luterańskiego i bezpartyjnego działacza. Który potrafił w sposób merytoryczny zająć się aktami pozostawionymi przez Stasi. A w Polsce Jan Olszewski wziął sobie do pomocy Antoniego Macierewicza, mianując go ministrem spraw wewnętrznych swojego rządu. I na dodatek zlecając przygotowanie i upublicznienie listy rzekomych agentów.
Antonii Macierewicz nie zmienił się. Był, jest, jest i pozostanie do końca swoich politycznych dni „wielkim destruktorem”. Zaledwie w półtora roku potrafił zdezorganizować polskie wojsko i powyrzucać wielu kompetentnych oficerów. W 1992 roku to on podłożył „teczkową bombę” wysadzając przy okazji swój rząd. Można jedynie spekulować, jak wyglądałaby polska rzeczywistość, gdyby pozwolono Antoniemu Macierewiczowi działać wówczas dalej.

Nocna zmiana

Wielką furorę na prawicy zrobił film Jacka Kurskiego „Nocna zmiana”, ukazujący kulisy negocjacji polityków związane z głosowaniem wotum nieufności wobec rządu Jana Olszewskiego. I faktycznie, wielu z nas może poczuć niesmak, słysząc targi polityków.
Ale jest doskonała „odtrutka” dla tych, którzy skłonni byliby uwierzyć, że Jacek Kurski w swoim filmie odkrywa kulisy „bezkrwawego zamachu stanu”. To tak zwane „taśmy prawdy” ujawnione w programie telewizyjnym Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego. Adam Lipiński, prominentny polityk Prawa i Sprawiedliwości i Wojciech Mojzesowicz, nowy „nabytek” PiS-u, rozmawiają z posłanką Samoobrony Renatą Beger. Temat jest tego samego rodzaju jak w 1992 roku: większość parlamentarna. Tym razem to PiS ma kłopot. I nie rezygnując z metod zwanych potocznie „korupcją polityczną”, stara się sobie zapewnić większość w Sejmie.
Obie taśmy: „nocnej zmiany” i rozmów Adama Lipińskiego z posłanką Beger w hotelu sejmowym można z powodzeniem wrzucić do jednego worka. Załączając do nich etykietę zawierającą starą maksymę cesarza Wilhelma II: „Ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi politykę i jak się robi parówki”.
Beznadziejny
„Nie było programów, były słowa, brakowało czynów, brakowało sił sprawczych, brakowało w końcu odpowiednich fachowych ludzi, którzy potrafiliby wszystkie głośno wypowiadane zamierzenia zrealizować. Miał być to rząd nadziei, był to rząd beznadziejny” – tak podsumował 181‑dniowe rządy Jana Olszewskiego ówczesny przewodniczący klubu SLD Aleksander Kwaśniewski.
Podobnie źle ocenili prawicowe rządy Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej wyborcy. W wyborach parlamentarnych w 1993 roku klęskę poniosły obie strony konfliktu politycznego będącego przyczyną upadku rządu Jana Olszewskiego. Wybory wygrała koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej uzyskując 171 mandatów w Sejmie. Porozumienie Centrum, będące jednym z filarów rządu Olszewskiego nie przekroczyło progu wyborczego. Kongres Liberalno‑Demokratyczny, podpora z kolei rządu Hanny Suchockiej, też znalazł się pod progiem wyborczym. I takiego rachunku wystawionego przez wyborców – nie zmieni żaden mit o rzekomej wielkości rządu Olszewskiego.

Mit

Każda siła polityczna potrzebuje w polityce swojego mitu założycielskiego. Na naszych oczach taki mit buduje wokół siebie Robert Biedroń. Były poseł i polityk z 20‑letnim stażem stara się wykreować na kogoś dopiero rozpoczynającego działalność polityczną. I trzeba przyznać, jak na początek, idzie mu to nieźle.
Gorzej z „mitologią” PiS-u. Antoni Macierewicz po raz kolejny zawiódł. Już nawet w PiS-ie nikt nie wraca do „niezbitych dowodów” w postaci pękających parówek i puszek po coca-coli. O rzekomym „zamachu smoleńskim” -cisza. To puste miejsce politycy prawicy starają się zapełnić innym rzekomym zamachem. „Bezkrwawym zamachem stanu” z czerwca 1992 roku – którego też nie było.
Każda polityczna „mitologia” ma swój język. To dlatego Lech Kaczyński nie zginął śmiercią tragiczna w katastrofie lotniczej. Ale poległ. A rząd Jana Olszewskiego nie upadł po prostu. Jak dziesiątki innych rządów na świecie. On został „obalony”. Słowa, słowami. Ale nierzadko za warstwą lingwistyczną kryje się chęć poprawienia historii.

Ogień

Będąc zmuszonym do sięgnięcia pamięcią wstecz do początku lat dziewięćdziesiątych, przypomniałem sobie niektóre inne fakty będące następstwem upadku rządu Olszewskiego – popieranego przez Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Tyle że o niektórych z nich prezes PiS wolałby dzisiaj zapomnieć.
4 czerwca 1993 roku, w pierwszą rocznicę upadku rządu Jana Olszewskiego z inicjatywy Porozumienia Centrum zorganizowano w Warszawie demonstrację zwaną „marszem na Belweder”. Na zdjęciach z tamtych lat bez trudu rozpoznamy Jarosława Kaczyńskiego i Adama Glapińskiego, idących na czele kilkutysięcznego tłumu. Podczas manifestacji spalono kukłę urzędującego prezydenta Lecha Wałęsy.
Lech Wałęsa był złym prezydentem – moja ocena jest jednoznaczna. Ale są granice, których przekraczać nie wolno. Po śmierci prezydenta Adamowicza nasiliła się dyskusja o „mowie nienawiści”. Politycy obwiniają się wzajemnie. Ale mało kto pamięta, że korzenie mowy nienawiści sięgają aż tak daleko. Czym różni się spalenie kukły człowieka od zawieszenia na szubienicy jego portretu?
„A skądinąd tego rodzaju wydarzenia, tutaj w demokratycznym świecie i przedtem i potem się wielokrotnie zdarzały. A w Polsce zrobiono z tego niebywałą historię…” – tak kiedyś skomentował Jarosław Kaczyński spalenie kukły Wałęsy. Te jego słowa, być może, tłumaczą dzisiejszą opieszałość w ściganiu narodowców z Katowic.
Premiera nie było
To znamienne! Premier Olszewski odciął się od „marszu na Belweder” w roku 1993. Nie było go tam. Mimo że marsz zorganizowano dla upamiętnienia upadku Jego rządu. I na potrzeby tworzenia mitu założycielskiego prawicy Kaczyńskich.
Szkoda, że każdy kolejny mit PiS-u ma w tle ludzki dramat. Śmierć każdego człowieka wymaga refleksji. Zadumy. Dla niektórych – modlitwy. Współczucia dla rodziny. Bliskich.
Jan Olszewski był cenionym prawnikiem. Obrońcą represjonowanych w latach PRL-u. Człowiekiem wysokiej kultury i uczciwości. Ale nie zapisał się na kartach historii jako wybitny premier polskiego rządu. Wykorzystywanie Jego śmierci do pisania na nowo historii tamtych lat – jest po prostu niegodziwe.

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz-w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen- w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny,świadomi , że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli-kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej – Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii,RFN,Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS).Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich nie była dla polityków francuskich do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw-
to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on- w trudnej sytuacji bojowej- podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN.”Przecież sojusznika nie można dyskryminować”-twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem-jego zdaniem-RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni-Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt-promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było -„Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valery Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej- europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury.Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji.antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka-zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony-nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.

Pamięć o korzeniach polskiej lewicy

– Dzięki takim ludziom, jak ci straceni Proletariatczycy, czy jak przywódca ich organizacji Ludwik Waryński, który zginął na katordze szlisselburskiej, dzisiaj mogę być czymś więcej niż tylko narzędziem do pomnażaniem czyjegoś bogactwa. Tacy ludzie upodmiotowili masy pracujące czy masy chłopskie, z których ja się oczywiście wywodzę, jak większość Polaków. To dzięki takim ludziom dzisiaj mogę być człowiekiem. Mam swoją podmiotowość, potrafię czytać i pisać, a także mogłam zostawić dziecko z mężem i tutaj przyjść – mówiła Anna, uczestniczka uroczystości na stokach Cytadeli Warszawskiej. Upamiętniano wydarzenie sprzed 133 lat. 28 stycznia 1886 r., w tym miejscu wykonano wyrok śmierci na czterech działaczach pierwszej polskiej organizacji rewolucyjnej.

– Przyczyną nędzy i wszelkiego ucisku w społeczeństwach dzisiejszych jest nierówność i niesłuszność przy podziale bogactw między rozmaite społeczeństw onych klasy. Jakkolwiek bogactwa są rezultatem pracy, nie przypadają jednak w udziale tym, którzy pracowali nad ich wytworzeniem – do dziś uderzają aktualnością słowa zapisane we wrześniu 1882 r. w programie utworzonej w tym samym roku Międzynarodowej Socjalno-Rewolucyjnej Partii Proletariat. Nie jest to wezwanie do powstania narodowego, pełne iluzji o jedności wszystkich Polaków niezależnie od społecznej pozycji czy majątku. Organizacja jasno i wyraźnie stawiała sobie za cel wyzwolenie klasy pracującej. Jej dążeniem była rewolucja, która skończy z wyzyskiem, nierównościami i dyskryminacją.
Kim byli twórcy Proletariatu? Ludwik Waryński, syn zubożałego szlachcica i powstańca styczniowego, zetknął się z ideami socjalistycznymi podczas studiów w Petersburgu. Usunięty z uczelni za udział w zamieszkach studenckich, od 1876 r. tworzył w Warszawie koła studenckie i robotnicze, sprowadzał z Niemiec literaturę agitacyjną, przez pewien czas pracował jako ślusarz w zakładach Lilpop, Rau i Loewenstein. Zagrożony zatrzymaniem przez carską policję, emigrował do Lwowa i Krakowa, gdzie został na ponad rok aresztowany; po zwolnieniu udał się do Szwajcarii, gdzie pod wpływem dalszych lektur i kontaktów z socjalistami z różnych państw ostatecznie ukształtowały się jego poglądy. W 1881 r. wrócił nielegalnie do Królestwa Polskiego i przystąpił do jednoczenia działających w miastach i ośrodkach przemysłowych kół socjalistycznych w jedną strukturę. We wrześniu 1882 r. wydrukowany został program Proletariatu, w grudniu – wybrany komitet centralny partii. Tworzyli go, obok Waryńskiego, prawnik Stanisław Rechniewski, nauczycielka Aleksandra Jentysówna, studenci Stanisław Kunicki, Edmund Płoski i Aleksander Dębski, rzemieślnik Henryk Dulęba – wszyscy młodzi, niemający nawet 30 lat, ale pełni zapału i oddania sprawie, chociaż wiedzieli, na jakie ryzyko narażają się w carskiej Rosji.
„Na polu politycznym dążyć będziemy do jak największych swobód i z wszelkim rządem bez względu na jego narodowość walczyć będziemy dopóty, dopóki swobód tych całkowicie nie zdobędziemy”, „Żądamy, aby praca najemna zamieniona była przez pracę zbiorową, zorganizowaną w stowarzyszeniach fabrycznych, rzemieślniczych i rolnych, aby każda jednostka miała prawo do korzystania z owoców stowarzyszonej pracy” – hasła Proletariatczyków znajdowały odzew w ośrodkach przemysłowych Królestwa Polskiego, do brutalnie wyzyskiwanych robotników oraz do wrażliwej na ich krzywdę młodzieży. W 1883 r. istniały dziesiątki partyjnych kół, zrzeszające setki sympatyków, cztery komitety robotnicze w Łodzi, Zgierzu, Białymstoku i Częstochowie. W tym samym roku w tajnej drukarni rozpoczęto druk partyjnego pisma, oczywiście nielegalnego.
Oczywistym było, że carska policja nie zostawi organizacji w spokoju. We wrześniu 1883 r. aresztowani zostali Waryński i Jentysówna, po nich kolejni członkowie komitetu centralnego. Pod kierownictwem nauczycielki Marii Bohuszewiczówny, a potem lekarza Mariana Ulrycha, partia dotrwała do 1886 r. Wtedy została ostatecznie rozbita aresztowaniami.
W procesie 29 czołowych działaczy organizacji, jaki odbył się jesienią 1885 r., zapadło pięć wyroków śmierci. Wykonano cztery. Na stokach cytadeli stracono Stanisława Kunickiego, który po aresztowaniu Waryńskiego przejął przewodnictwo w organizacji, Rosjanina Piotra Bardowskiego, sędziego pokoju szerzącego idee rewolucyjne wśród rosyjskich oficerów, tkacza Jana Pietrusińskiego i czeladnika Michała Ossowskiego. Ten ostatni, przemawiając przed sądem, odrzucił sugestie, by robotnicy należący do partii nie rozumieli jej programu i byli podburzani przez inteligentów. „Stanowczo protestuję przeciw takiemu przypuszczeniu. My robotnicy doskonale to odczuwamy, że walka toczy się o nasze interesy” – mówił Ossowski.
Dziś dla Proletariatczyków w oficjalnej polityce historycznej miejsca nie ma. Chociaż Ludwik Waryński zmarł w ciężkim więzieniu w Szlisselburgu na długo przed rewolucją październikową, a więc tym bardziej przed powstaniem PRL, przez co nie zakwalifikował się na listę „totalitarnych postaci i symboli” autorstwa IPN, część gorliwych dekomunizatorów jak najbardziej walczyła z jego upamiętnieniami, jakie pozostały z czasów Polski Ludowej. Tym bardziej docenić wypada postawę kierownictwa muzeum X Pawilonu na Cytadeli Warszawskiej, które przy tworzeniu odnowionej wystawy o więźniach tego miejsca przyjęło prostą, ale we współczesnej Polsce wcale nieoczywistą zasadę – upamiętniamy wszystkich, którzy tutaj przebywali, niezależnie od reprezentowanej opcji politycznej.
Kim zaś są Proletariatczycy dla współczesnej lewicy w Polsce?
– Z tego miejsca wyrastają korzenie całego polskiego ruchu lewicowego. Niezależnie od tego, jakie pozycje na mapie politycznej zajmujemy, to jest miejsce, w którym spoczywają wartości, do których możemy odnosić się wszyscy. Na nich możemy budować porozumienie – powiedział Marcin Górski, członek zarządu okręgu warszawskiego Partii Razem. Z grona polskich partii odwołujących się do idei socjaldemokratycznej tylko Razem wystawiło na uroczystość swoją delegację. I to mimo zastrzeżeń co do programu historycznych poprzedników. – Ludzie, którzy w XIX wieku byli gotowi poświęcić swoje życie, są dla nas bardzo ważni. Oczywiście, nie ze wszystkim, co głosili się zgadzamy, ale wysiłek, w kierunku zmiany tego co zastaliśmy, jest dla nas drogowskazem. Działamy w partii politycznej po to aby zmieniać świat, a nie po to, aby się z nim godzić – mówił Tomasz Matraszek, również aktywista Razem.
Wystąpienie Beaty Karoń, reprezentującej Komunistyczną Partię Polski, a więc lewicę rewolucyjną, pełne było z jednej strony nadziei na to, że zmienianie świata faktycznie jest nadal możliwe, a z drugiej – refleksji, że we współczesnej Polsce lewicy przychodzi cieszyć się tylko z małych sukcesów. Takim było uniewinnienie członków KPP w procesie o propagowanie totalitaryzmu. Wydarzenie ważne, z pewnością symboliczne, ale ciągle o ograniczonym wpływie na rzeczywistość, dalekie od przełomu.
– Często się zastanawiam, kim bym był te 150 lat temu i jest taka refleksja, że być może byłbym jednym z nich, Proletariatczyków. Czuję więc polityczną i klasową wspólnotę zarówno z Proletariatczykami, jak i wszystkimi, którzy poświęcili coś bardzo ważnego, przykładając się do postępu społecznego – mówił Rafał, uczestnik obchodów, kiedy już zakończyły się przemowy, złożono kwiaty i znicze. Było godnie, ale skromnie. Bez porównania z wiecami robotniczymi, które organizowała na cytadeli w okresie międzywojennym Polska Partia Socjalistyczna, o czym wspomniał w swoim przemówieniu główny organizator wydarzenia, Piotr Ciszewski. Ale inna była wtedy i struktura polskiego społeczeństwa, i codzienna postawa lewicy…
– Prawica już dawno odrobiła lekcje domową i pamięta o swojej przeszłości. Lewica, zarówno ta oficjalna jak i mniej oficjalna bardziej wybierała patrzenie w przyszłość, kastrując się w ten sposób, stając się bytem, który może podlegać manipulacjom. – A przecież potrzebujemy fundamentu, który pozwoli uporządkować nasz pogląd i na bazie tego poglądu podejmować pewne decyzje. To bardzo ważne, by zaistniał pewien bakcyl, wirus rewolucji, który w pewnych warunkach może odżyć – Anna chciałaby wierzyć, że tę postawę lewicy ciągle można naprawić. Ciągle można sięgnąć po tradycję, której ślady są tak niedaleko. Chociaż prawica nieustannie stara się je zadeptywać.

Powstanie społeczne

Z profesorem ANDRZEJEM SZWARCEM z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, znawcą historii XIX wieku, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Historia Powstania Styczniowego ma swoją warstwę walki militarnej, bohaterską i ofiarniczą, ale zawiera też warstwę społeczno-ideową i jej rozlegle konsekwencje. Jakie przede wszystkim?

Klęska Powstania Styczniowego odcisnęła piętno na pokoleniu, które wzięło w nim udział i na pokoleniu trochę młodszym. W latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku pojawiały się liczne głosy krytyczne, że ofiara była daremna, a to co się stało, było dla narodu niekorzystne i w kraju i na emigracji. Fakt, że jego klęska spowodowała na długie lata zepchnięcie na daleki plan europejski sprawy polskiej, choć miała na to wpływ także klęska Francji wojnie z Prusami w 1871 roku i gry europejskich mocarstw. Warszawscy pozytywiści i krakowscy „Stańczycy” swoje koncepcje polityczne budowali w opozycji do tego, co nazywali romantyzmem politycznym. Jednak pokolenie lat dziewięćdziesiątych XIX wieku nawiązało do tradycji heroicznej, do niepodległościowego impulsu, krytykując „Stańczyków” i pozytywistów za to, że zrezygnowali z niepodległości. Obóz niepodległościowy skupiony wokół Piłsudskiego, demokraci galicyjscy i lewica patriotyczna mówili, że negatywna ocena Powstania Styczniowego wpływa na spadek aspiracji politycznych narodu polskiego, powodując godzenie się z niewolą. W 50 rocznicę Powstania, w 1913 roku, widać już było zmianę obrazu Powstania, oddawanie mu hołdu i nawiązywanie do tradycji Czerwonych.

Czy podział na Czerwonych i Białych był głównie polityczno-temperamentalny czy też miał istotne tło społeczne, związane z różnicami klasowymi?

Te różnice były, choć zostały wyolbrzymione. I na prawicy i na lewicy zagadnienia społeczne były żywe od lat po 1830 roku, także na emigracji po Powstaniu Listopadowym. I radykałowie i umiarkowani demokraci wysuwali w Towarzystwie Demokratycznym Polskim hasło „uobywatelnienia” ludu, krytykując, w dużej mierze słusznie, egoizm części elit, zarzucając im, że godzą się na niewolę narodową w imię interesów klasowych. Z drugiej strony czynny był w Paryżu krąg konserwatystów skupionych wokół księcia Adama Czartoryskiego, którzy z niepodległości nie rezygnowali, licząc na wojnę europejską, która ponownie wyniesie na pierwszy plan sprawę polską. Ostre, zażarte dyskusje trwały przez trzydzieści lat i to one antycypowały podział na Białych i Czerwonych, który zaznacza się w okresie poprzedzającym powstanie, w okresie manifestacji religijno-patriotycznych i tworzenia podziemnego państwa polskiego oraz już w okresie powstańczych walk partyzanckich. To były „Dwie drogi”, że nawiążę do tytułu książki Pawła Jasienicy. Były też jednak podobieństwa i elementy integrujące, przede wszystkim wspólny wróg, bo i Biali i Czerwoni żywili wielką niechęć do Moskala. Gdy na progu wiosny, w końcu lutego 1863 roku, Biali przystąpili do powstania, to przecież dlatego, że jednak cel generalny był wspólny.

W jakim stopniu powstańczy dekret uwłaszczeniowy z 22 stycznia 1863 roku udawało się realnie wprowadzać w życie? I dlaczego car uwłaszczył chłopów dopiero ponad rok później, w marcu 1864 roku. Skąd wybór tego terminu?

Gdy dekret powstańczy, wraz z wezwaniem do walki, został opublikowany, wierzono, że uda się szybko i na trwałe opanować jakiś obszar kraju. Rząd Narodowy miał się objawić w Płocku. Liczono, że administracja powstańcza będzie działać w sposób jawny i ciągły. Jednak tak się nie stało i powstanie przekształciło się w serię ponad dwustu bitew i potyczek rozegranych w ciągu kilkunastu miesięcy. Poszczególne obszary, wsie i miasteczka przechodziły z rąk do rąk, więc tego dekretu nie sposób było wykonać w pełni i konsekwentnie. W literaturze pisze się, że niektórzy dowódcy powstańczy realizowali dekret uwłaszczeniowy gorliwie, a inni mniej. Jednak żaden z nich nie działał, przez czas dłuższy niż kilka dni, w jednym miejscu i nie miał jako partnera jawnej powstańczej administracji, która by to wszystko wykonywała i przydzielała ziemię chłopom, czy – jak się wtedy mówiło – włościanom. Uwłaszczenie carskie przyszło z opóźnieniem między innymi dlatego – jak myślę – że chciano uniknąć kopiowania postanowień Rządu Narodowego. Widzi się ten dekret czasem jako gwóźdź do trumny powstania, bo chłopi mieli by jakoby nie być już zainteresowani udziałem w walce. Nie wytrzymuje to krytyki. Na początku marca 1864 roku powstanie już bowiem de facto upadło, a w istniejących oddziałach, nielicznych i na ogół już tylko się ukrywających, chłopów było całkiem sporo. Od powstania odżegnuje się natomiast ziemiaństwo, bardzo wyczerpane konfiskatami i represjami. Książę Adam Czartoryski kończy swoją misję jako reprezentant dyplomatyczny powstania w zachodniej Europie, widząc brak szans na poparcie ze strony Francji czy Anglii. Uwłaszczenie carskie zmierzało do uznania przez chłopów monarchy rosyjskiego za ich dobroczyńcę i w tamtych warunkach wchodziło w życie bardzo powoli.

Czy chodziło głównie o zadanie moralnego ciosu szlachcie czy wynikało to też z przekonania o nieuchronności takiej przemiany na ówczesnym etapie rozwoju społecznego?

Z pewnością i jedno i drugie. Koła rządzące Rosją uznały, że to szlachta i duchowieństwo są najbardziej winne i godne najbardziej surowej kary, odizolowania ich od wpływu na lud, który przecież nie miał jeszcze nowoczesnej świadomości narodowej. Sytuacja była podobna do tej w zaborze pruskim, gdzie Bismarck powiedział wyraźnie, że z tego ludu „da się zrobić Prusaków”. W Petersburgu uznano, że nawet jeśli z ludu polskiego nie da się od razu zrobić Rosjan, to przynajmniej wiernych i wdzięcznych poddanych cara. Stąd uwłaszczenie w Królestwie Polskim jest bardziej radykalne niż w rdzennym Cesarstwie Rosyjskim. Ziemię nadano wszystkim bezrolnym, nie tylko tym, którzy zgodnie z oczekiwaniem Rządu Narodowego wzięli udział w walce. Rosyjscy komisarze włościańscy wiele sporów rozstrzygali na korzyść chłopów, indemnizacja czyli odszkodowanie dla ziemian było mniejsze niż w innych zaborach. Wyraźna też była akcja nacjonalistycznej publicystyki rosyjskiej z Michaiłem Katkowem na czele. Nie ukrywała ona chęci ugodzenia w polskie elity, którym zarzucano postawę Konradów Wallenrodów. To przypomnienie poematu Mickiewicza w rosyjskiej publicystyce było bardzo symptomatyczne. Z punktu widzenia Petersburga uznano, że mają do czynienia ze zdrajcami. Bowiem duża część Polaków służąca w carskiej armii w randze oficerskiej czy w roli urzędników, jak Romuald Traugutt, Zygmunt Padlewski, Ludwik Narbutt czy Jarosław Dąbrowski, na dźwięk powstańczej trąbki, przeszła na druga stronę. Z tego punktu widzenia, to Polacy są zdrajcami zasługującymi na represje i nieufność.

Jak była wtedy realna sytuacja warstwy chłopskiej?

Bardzo skomplikowana, choć my ją sobie wyobrażamy z perspektywy czasu jako jednolitą, według reguły odwróconej lunety. Byli przecież chłopi-gospodarze, użytkownicy jakichś areałów, którzy mieli je teraz otrzymać na własność, ale byli też bezrolni czy parobkowie, co najmniej kilkanaście procent, którzy mieli otrzymać po trzy morgi ziemi z dóbr narodowych, jeśli wezmą udział w walce. Był też szereg innych kategorii chłopów, w różny sposób uzależnionych od dworu, czynszowników chociażby. W trakcie realizacji była przecież reforma polegająca na oczynszowaniu z urzędu, bez dania chłopom ziemi. Na zachodnich kresach Królestwa Polskiego ponad dziewięćdziesiąt procent chłopów już było oczynszowanych, nie odrabiało pańszczyzny, choć w powiecie hrubieszowskim były odwrotne proporcje. Z uwłaszczeniem powstańczym inaczej było na wsiach położonych blisko większych miast, gdzie stacjonowały silne garnizony rosyjskie, a inaczej w okolicach Puszczy Białowieskiej, gdzie wojsko zapuszczało się niechętnie.

Czy Rząd Narodowy dawał wyraz ocenie procesu uwłaszczenia?

Romuald Traugutt uznał, iż te dekrety są wykonywane zbyt mało gorliwie. Wydał postanowienie grożące nawet śmiercią tym, którzy by się sprzeciwiali rozdawaniu chłopom ziemi, rezygnacji z czynszów i danin. Było już jednak za późno.

Ważnym wątkiem duchowo-artystycznego obrazu Powstania Styczniowego, uwydatnionym szczególnie mocno i gorzko w „Wiernej rzece” Stefana Żeromskiego, jest obraz chłopów masakrujących powstańca czy chłopów obdzierających poległych powstańców czy rannych z odzienia. Czy ten obraz był reprezentatywny czy raczej rzadki?

To kolejne pytanie, na które nie można odpowiedzieć jednoznacznie. Nietrudno wskazać przykłady bierności, przypadki donoszenia do władz carskich na powstańców, czy sceny takie jak u Żeromskiego, obdzierania trupów powstańczych lub rannych na pobojowiskach. Można też jednak pokazać przykłady wstępowania chłopów do oddziałów powstańczych i to u schyłku trwania zrywu. Na Lubelszczyźnie i Kielecczyźnie udział ochotników-chłopów jest znaczący. Pojawili się też pierwsi plebejscy dowódcy. Postawa chłopów zależała w dużej mierze od zachowania wojsk rosyjskich i postawy dworów. Jeśli były w stosunku do chłopów szczególnie brutalne czy nieprzychylne, to zachęcało ich do wstępowania do oddziałów powstańczych. Inna była sytuacja gospodarza, użytkownika ziemi, mającego do wyżywienia liczną rodzinę, a inna młodego parobka, nie mającego nic do stracenia. Ten mógł marzyć choćby o przyodziewku i strawie, które mu przysługiwały w oddziale czy o niewielkim żołdzie, który płacił już pierwszy dyktator Powstania, Marian Langiewicz. Mógł też liczyć na łupy po zabitych Rosjanach, które z nędzarza sprzedającego swoją pracę za parę groszy uczyniły by go właścicielem jakiegoś dobytku. O tym prawie się nie mówi, nie ma tego nawet u Żeromskiego, ale społeczna wyobraźnia wsparta pewnymi pamiętnikami dowódców powstańczych poświadcza, że tak bywało. Bywali jednak i tacy, którzy uchylali się od wojskowego poboru powstańczego, który przeprowadzali dowódcy po wejściu do wsi, odczytaniu dekretu, zrzuceniu carskiego orła i zawieszeniu polskich znaków narodowych. Nie wszyscy powstańcy chłopscy byli ochotnikami i gdy stawali później przed carskimi komisjami śledczymi, to twierdzili, że zostali wcieleni do oddziału powstańczego siłą. Dezercja z oddziałów powstańczych była znaczna.

Powstanie Styczniowe wybuchło 17 lat po słynnej rabacji Jakuba Szeli i rzezi galicyjskiej 1846 roku. Czy w dokumentach władz i w powstańczej publicystyce są jakieś ślady obaw przed powtórzeniem się tamtych zdarzeń?

W 1861 rozpoczęły się niepokoje na wsi w Królestwie na wieść o uwłaszczeniu chłopów w Rosji. Były one pacyfikowane przez wojsko i policję rosyjską, zdarzało się, że wzywane na pomoc przez niektórych ziemian zagrożonych rozruchami. Trzeba jednak powiedzieć, że choć chłopi nie mieli nowoczesnej świadomości narodowej, to jednak mieli poczucie przynależności do tego samego narodu co szlachta, kler czy nauczyciele wiejscy. A Moskal był naprawdę niepopularny, także dlatego, że ściągał wysokie podatki i brał na 25 lat do wojska. Poza tym chłopi byli religijni i Moskal to był dla nich heretyk, człowiek obcy wyznaniowo. Tak więc wdzięczności chłopów za uwłaszczenie w stosunku do Petersburga było niewiele. Kiedy szereg lat po powstaniu, w latach osiemdziesiątych, na Wałach Jasnogórskich w Częstochowie wzniesiono kilkumetrowy pomnik cara Aleksandra II z napisem, że ów monarcha był dobroczyńcą ludu, bo go uwłaszczył, chłopów przybywających w pielgrzymkach na ogół to irytowało.

Obraz okresu przedpowstańczego i powstania, to także sceny wdzierania się wojska i żandarmerii rosyjskiej do kościołów, zamykania ich w rezultacie mszy patriotycznych. To jednak także wizerunek biskupa wrogiego powstaniu i jednemu z dowódców powstańczego oddziału, księdzu Brzósce, zawarty w głosnej swego czasu powieści Marii Jehanne-Wielopolskiej „Kryjaki”. Jak powstanie wyglądało z tego punktu widzenia?

Kościół odzwierciedlał społeczne i polityczne podziały. Zdarzali się biskupi o wyraźnie ugodowej postawie, jak Wincenty Popiel czy Konstanty Łubieński. Zdarzali się tacy jak Zygmunt Feliński, którzy próbowali lawirować między władzą rosyjską a samozwańczą w końcu powstańczą. W niższym duchowieństwie dużo było postaw ewidentnie propowstańczych, niejednokrotnie nawet radykalnie „czerwonych”. Mam na myśli nie tylko kapelanów powstańczych jak Agrypin Konarski, ale także księży dowódców, jak – na Litwie – ksiądz Antoni Mackiewicz, czy – na Podlasiu – ksiądz Brzóska, którzy zapłacili życiem. Wielu wspomagało powstanie na rozmaite sposoby. Z punktu widzenia caratu duchowieństwo katolickie było wrogiem nieprzejednanym. Zesłano do Rosji nawet ugodowych biskupów jak Popiel czy Łubieński. Obca władza dużo zrobiła dla jednolitości postawy duchowieństwa wobec niej.

O Powstaniu Styczniowym pisano często w publicystyce, że było ono początkiem końca Polski szlacheckiej i dało początek narodzinom polskiej inteligencji, wywodzącej się ze szlachty zrujnowanej w wyniku popowstańczych konfiskat majątkowych…

Ten stan rzeczy padł na podatny grunt w postaci rodzących się idei pozytywistycznych, pracy organicznej. Wskazywały one, że można trudzić się dla ojczyzny nie tylko na polu bitwy, ale także w codziennej pracy, nauce i szerzeniu oświaty. Trafiało to zwłaszcza do części młodej generacji i w ogóle do części ziemiaństwa oraz zamożnego mieszczaństwa. Dawało ono pieniądze na różne instytucje, takie jak Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie czy na rozmaite stowarzyszenia i organizacje oświatowe, mocno skądinąd krępowane przez administrację rosyjską, działającą wtedy w nacjonalistycznym duchu wynarodowienia Polaków. W szeregach inteligencji zachodzą wtedy interesujące procesy. Jej część ląduje od lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych na bruku. Absolwenci rozmaitych szkół nie mogą znaleźć pracy, zasilając szeregi inteligenckiego proletariatu, zarabiającego na życie dorywczymi pracami, choćby korepetycjami i próbującego zaczepić się w sektorze prywatnym. Rodziło to w nich frustrację i nienawiść we stosunku do carskiej władzy, motywowaną nie tylko patriotycznie ale także przez pryzmat osobistej sytuacji ekonomicznej. To właśnie te kręgi dostarczą działaczy i zwolenników dwóch antagonistycznych obozów politycznych, które zaczęły się tworzyć pod koniec lat osiemdziesiątych – socjalistycznemu i narodowo-demokratycznemu, czy jak wtedy mówiono: wszechpolskiemu. Oba te ruchy u swych początków były zarówno antyrosyjskie, jak społecznie radykalne, choć obóz wszechpolski w 1905 roku zaczął zmieniać front. Konserwatywna, nacjonalistyczna, reakcyjna polityka caratu hodowała sobie wrogów w samej Rosji i zaczęła rusyfikować nawet spokojnych Finów, a co dopiero mówić o ziemiach polskich. Doprowadziło to do powstania anarchistycznych partii oporu, dokonujących zamachów na rosyjskich dygnitarzy i konferujących w Paryżu z Organizacją Bojową PPS Piłsudskiego.

Co można uznać za najważniejsze dziedzictwo Powstania Styczniowego?

Z tym wiąże się kwestia moim zdaniem nie dość akcentowana, także podczas obecnych obchodów. Jest nim wizja państwa i społeczeństwa, państwa demokratycznego a społeczeństwa solidarnego, państwa ludzi równych. W tym kontekście uwłaszczenie chłopów było jednym z działań, które miały doprowadzić do państwa, które po części, na krótko, udało się zbudować. Państwo podziemne, „tajemne”, jak wtedy mówiono, Rząd Narodowy, miały charakter republikański, obywatelski. Rzecz jak na owe czasy niezmiernie nowoczesna, w tej Europie środkowo-wschodniej, monarchicznej, konserwatywnej, pełnej przeżytków feudalizmu i z wyraźnie akcentowaną pozycją tradycyjnych elit społecznych. Wszakże spora część tych elit godziła się na tę zmianę. Rozumiano, że na stanowiskach w państwie podziemnym są ludzie mieszczańskiego, plebejskiego pochodzenia, że już minęły czasy, kiedy jedynie śmietanka szlachecka, arystokracja nadawała ton. Te elementy wizji państwa są rozsiane po rozmaitych manifestach, odezwach, wypowiedziach kolejnych ekip Rządu Narodowego, i tych Czerwonych i tych Białych. Skoro zatem słusznie czcimy Konstytucję Trzeciego Maja jako ważną część dziedzictwa, które warto kultywować, skoro uważamy, że była to próba modernizacji ówczesnego ustroju Polski, to dlaczego z podobną konsekwencją nie pokazujemy tej wizji modernizacji w dokumentach Powstania Styczniowego?

Dziękuję za rozmowę.

Róża Luksemburg – ekonomia (bardzo) polityczna

Czym jest ekonomia polityczna?

Przedstawiając we Wstępie do ekonomii politycznej podstawowe założenia Marksowskiej teorii wartości opartej na pracy Róża Luksemburg dokonuje kluczowego przesunięcia, pokazując konieczne połączenie między wartością a pieniądzem. Jej zdaniem ”[o]dkrycie, że w wartości wymiennej każdego towaru, a więc i pieniądza, tkwi tylko praca ludzka, a zatem, że wartość każdego towaru jest tym większa, im więcej pracy potrzeba na jego wytworzenie i na odwrót – odkrycie to jest dopiero połową prawdy. Druga połowa prawdy polega na wyjaśnieniu, jakim sposobem i dlaczego praca ludzka przyjmuje tak osobliwą formę wartości wymiennej i zgoła już zagadkową formę pieniądza?”.
Postawione przez Luksemburg pytanie jest zarazem pytaniem o rolę wymiany w społeczeństwie, w szczególności w społeczeństwie kapitalistycznym. Pierwotna forma wymiany zachodząca między plemionami, będącymi niewielkimi gospodarkami planowymi, wraz z powstawaniem własności prywatnej uzyskuje nową kluczową rolę – staje się spoiwem, „jedynym środkiem zespolenia rozproszonych indywiduów i ich pracy w zwartą gospodarkę społeczną”.
Ogólna wymiana w gospodarce bezplanowej nie może oczywiście zachodzić bez pieniądza. Tylko produkt, który został wymieniony na pieniądz posiada wartość. Oznacza to, że praca prowadząca do wytworzenia danego produktu jest początkowo wyłącznie pracą prywatną. Staje się ona społeczna czy też społecznie niezbędna, dopiero jeżeli ktoś uzna, że produkt ten wart jest zapłacenia za niego jakiejś kwoty pieniężnej. W przeciwnym razie produkt ten nie posiada żadnej wartości, a praca wydatkowana na jego wykonanie staje się „wyrzuconą na darmo pracą”. A zatem, jak pisze Bellofiore, „pieniądz jest jedynie ekspresją pracy społecznej […] jest jedyną wspólną rzeczywistością łączącą różne prace prywatne, fragmenty pracy ludzkiej pozbawionej użyteczności”. Marksowska teoria wartości w ujęciu Róży Luksemburg nie jest teorią wyjaśniającą obiektywne zakotwiczenie cen w pewnym fizjologicznym wysiłku człowieka w produkcji, ale teorią odnoszącą się do pewnej specyficznej formy, w której jednostkowa praca staje się społeczna, właściwej wyłącznie gospodarce pieniężnej.
Nietrudno zauważyć także, że abstrakcja[12] związana z uznaniem pracy konkretnej za społecznie niezróżnicowaną, będąca podstawą wartości, ma zatem charakter realny, a nie teoretyczny. Jak pisze Luksemburg w pracy Reforma socjalna czy rewolucja?, abstrakcja ta „nie jest wymysłem, lecz odkryciem […]; istnieje ona nie w głowie Marksa, lecz w gospodarce towarowej”.
Społeczeństwo prywatnych wytwórców spajane wymianą posiada jeszcze jedną kluczową cechę. Procesy gospodarcze przestają być w nim zrozumiałe, przewidywalne dla uczestniczących w nich ludzi, wydają się być czymś zewnętrznym, niezależnym od człowieka, niczym zjawiska przyrodnicze. Dopiero tak wyizolowana i wyobcowana sfera gospodarki potrzebuje nauki zgłębiającej rządzące nią prawa – ekonomii politycznej. Jak pisze Luksemburg:
Nauka Marksa jest dzieckiem ekonomii burżuazyjnej, ale dzieckiem, którego narodziny kosztowały życie matki. W teorii Marksa ekonomia polityczna jako nauka znalazła swe uwieńczenie i swój kres. Potem – jeżeli nie liczyć rozwijania nauki Marksa w szczegółach – powinno nastąpić tylko przekształcenie tej nauki w działanie, a więc walka międzynarodowego proletariatu o urzeczywistnienie socjalistycznego ustroju gospodarczego. Koniec ekonomii politycznej jako nauki jest wydarzeniem historycznym, jest jej przekształceniem w praktykę planowo zorganizowanej gospodarki światowej.
Powyższe sformułowania w ustach ekonomistki, jaką była Róża Luksemburg, mogą dziwić, szczególnie gdy sięgniemy do klasyfikacji Harry’ego Cleavera umieszczającego odczytanie dokonane przez Luksemburg w grupie ekonomicznych i ideologicznych interpretacji Kapitału. Takie interpretacje muszą być prowadzone z perspektywy kapitału i „są zasadniczo biernymi interpretacjami sytuacji społecznej”. Takie zaklasyfikowanie Luksemburg wydaje mi się nie do końca trafne. Jej teoria zdaje się balansować pomiędzy perspektywą kapitału a perspektywą klasy robotniczej. Jest więc zatem przynajmniej częściowo polityczna w rozumieniu Cleavera, tzn. ukazuje związki kategorii i pojęć ekonomii z walką klas i wskazuje na „konsekwencje dla politycznej strategii klasy robotniczej”. Ujęcie przez nią najważniejszego dzieła Marksa jako ostatniego dzieła ekonomii politycznej, przynoszącego jej zniszczenie, nie jest co prawda tożsame z ujęciem amerykańskiego autora, kładącego nacisk na negatywną interpretację pierwszego słowa podtytułu Kapitału (Krytyka ekonomii politycznej), jednak z pewnością wskazanie na konieczność zniszczenia ekonomii politycznej jako nauki i przejścia do praktyki rewolucyjnej pokazują bardzo polityczny wymiar nawet z pozoru czysto „ekonomicznych” prac polskiej marksistki (do tego aspektu nawiążę jeszcze w dalszych częściach artykułu). Interesujące jest także to, że zarówno Luksemburg, jak i Cleaver definiują walkę z kapitalizmem jako walkę z formą towarową. Dla tego drugiego jest ona „podstawową formą kapitału”, zdolność do narzucania której decyduje o utrzymaniu się samego systemu, dla Luksemburg zaś formą, która wytworzyła podział między jednostką a społeczeństwem.

Wartość siły roboczej i związki zawodowe

W kontekście rozważań nad problematyką płac, warto zwrócić uwagę na usytuowanie związków zawodowych we Wstępie do ekonomii politycznej. Ich rolą jest dbałość o wzrost płac realnych robotników, a nie hamowanie spadku płac względnych. Ze swej natury mają one zatem charakter reformistyczny i funkcjonalny względem działania gospodarki kapitalistycznej.
Zdaniem Luksemburg „Dopiero dzięki istnieniu związku zawodowego siła robocza jako towar znajduje się w położeniu, w którym może być sprzedawana według jej wartości. Kapitalistyczne prawo wymiany towarowej w zastosowaniu do siły roboczej nie przestaje obowiązywać wskutek istnienia związków zawodowych, jak to błędnie sądził Lassalle, ale na odwrót, dopiero dzięki nim może być realizowane”.
To stwierdzenie jest próbą rozwiązania fundamentalnego problemu zawartego w samym rdzeniu Marksowskiej teorii wartości. Wartość każdego towaru jest mierzona niezbędnym czasem pracy potrzebnym do jej wytworzenia. Jednak z wartością siły roboczej jest inaczej – zależy ona od czasu niezbędnego do wytworzenia sumy środków utrzymania zgodnych z pewnym historycznie i geograficznie określonym standardem życia, a więc składników używanych w (re)produkcji tego „szczególnego towaru”. Marks „traktuje proces konsumpcji jako automatyczny, niewymagający żadnego wkładu ludzkiej pracy”. Co więcej, to raczej wielkość płac nominalnych określa wartość siły roboczej, a nie odwrotnie. Zdaniem Władysława Bortkiewicza, polskiego matematyka i ekonomisty, „wartość” siły roboczej nie może zostać określona w ten sam sposób, co w przypadku innych towarów. Ze względu na brak prywatnej produkcji siły roboczej na rynek oraz konkurencji między jej wytwórcami niemożliwe staje się ustanowienie przeciętnie niezbędnego czasu pracy potrzebnego do jej wytworzenia. Wartość siły roboczej jest tylko częściowo wytworem pracy abstrakcyjnej związanej z najemną pracą żywą wytwarzającą artykuły konsumpcyjne będące środkami utrzymania. Jest ona również wytwarzana w ramach pozarynkowych systemów edukacyjnych czy rodzinnych. Jeżeli odrzucimy zaś fakt, że siła robocza jest towarem, upada nie tylko rozróżnienie na cenę i wartość siły roboczej, ale także, co znacznie ważniejsze, niemożliwe jest określenie wielkości wartości dodatkowej, a co za tym idzie, także wyzysku.