Początek szlachetnego Przedmurza

Karina Kabacińska, autorka obszernego artykułu pt.: Początki Jezuitów w Polsce” opublikowanego w jednym z lutowych periodyków historycznych napisała „ Polska zachowała swoje katolickie oblicze i może poszczycić się szlachetnym mianem przedmurza chrześcijaństwa w dużej mierze dzięki sprowadzonym w 1564 roku Jezuitom”. Dalej, że Kościół w XVI wieku przeżywał trudne chwile z powodu niskiego poziomu moralnego, nepotyzmu, kierowania się kleru bardziej zyskiem i światowymi przyjemnościami niż względami duchowymi. Zwiększała się liczba wiernych podążających za niegodnymi czci kalwinizmem, luteranizmem, czy arianizmem. Katolicy popadli w marazm i trudno było zawrócić neofitów z błędnej drogi. Całe rody wspierały nowinki wyznaniowe, przeganiano zakonników i kapłanów, a chłopów przymuszano do wyrzekania się katolicyzmu. Gorszący był też przykład kapłanów, którzy porzucali prawdziwą wiarę, nawet biskupi przez swoją opieszałość okazywali sympatię różnowiercom i kościoły zamieniali na zbory. Narastała oziębłość wobec Kościoła a urągliwe ekscesy pozostawały bezkarne. Chyba to o teraźniejszości?

Niejaki Erazm Otwinowski, poeta, piszący erotyki, fraszki, epigramaty, ale też teolog i badacz Pisma Świętego, zbezcześcił monstrancję, rzekłszy na procesji do księdza: „Bóg jest w niebiesiech, a nie w chlebie i w twojem pudełku” i nie został ukarany. Ale działo się to przed przybyciem onych Braci – zdaje się ubolewać autorka. A kalwinista Rej broniąc poety rzekł:, „jeżeli dopuścił się obrazy Boga, to go sam Bóg z pewnością skarze, atoli stłukł jeno szkiełko od monstrancyi i zniszczył kawałek opłatka, co razem dwóch groszy nie warto. Za rzecz tak drobną prawa polskie kary nie przepisują”. Jakby zgorszenia było nie dość, malkontenci różnych wyznań i wartości moralnych podjęli próbę zrzucenia katolicyzmu z pozycji panującej. Żądano opodatkowania majątków i likwidacji sądów kościelnych, zniesienia dziesięciny i świętopietrza, a nawet zezwolenia na małżeństwa księży, komunię z winem i liturgii po polsku. Posłano o zgodę na owe reformy do papieża, któren to zważywszy, że Polska przestała płacić annaty (ongi świętopietrze), a zakony złożyły świecki hołd królowi, zamiast zgody przysłał wprawionego w boju biskupa, potem rzeczonych mnichów. Bo reformacja się pleniła, przynosząc opłakane skutki w postaci masowego porzucania prawdziwej wiary.
Wspomniane przez autorkę zjawiska po czterech wiekach okazują się niezwykle aktualne, więc przyjrzyjmy się niektórym, podlegającym ongiś ekspansji, niosących zagrożenia dla wiary i ducha narodu. Lokalne zakony straciły na znaczeniu, a ciągnący zewsząd uchodźcy przywlekali ameby, ośmiornice, drukarnie, kahały, izborniki, giermaki, pludry, fortugale i inne dziwadła. Umocniła się drobnomieszczańska pauperia, a szlachtę fascynowały nowe trendy. Zuchwale stawiano człowieka w centrum nauki i sztuki, wypierając panteizm. Powrócono do bezwstydnej kultury antycznej, pisano traktaty, dialogi, satyry, drobne obrazki codzienności w postaci fraszek, epigramów, elegie filozoficzne, komedyjki, sielanki i figliki, odwracając się od wartościowej twórczości katolickiej. Lansowano mętne i nikomu niepotrzebne „wartości ideowe, z których zaszłościami zmagamy się do dziś.
O patriotyzmie pisali kalwini typu Rej, Morsztyn, czy heretyk Frycz, który śmiał nawet rzec: „Papieże, podstawiając nogi do całowania, każą wypełniać swoje rozkazy, jakby pochodziły z tajemnych planów bożych…I zapomniawszy o tym, że są tylko ludźmi, pragną, by im przyznawano cześć boską” W swoich agnostycznych pismach, wierny lud równali do trzody, kur a nawet gęsi. Ubierano je w miło brzmiące słowa o „ postępowej myśli społecznej, obronie chłopów, krytyce prywaty, egoizmu, warcholstwa klas posiadających, i rzekomej tolerancji religijnej”.
Domagano się prawa do wolności sumienia i tolerancji różnowierców. W rzeczywistości skupiano się na krytyce, która rozpleniła się wraz z zarazą, która jak rak, toczy umysły narodu do dziś. Z patriotycznych zasług Reja czy Jana z Czarnolasu, poza marnym żywotem i lipą, niewiele pozostało, a pochwała rozumu, korzystanie z życia i kosmopolityzm nie mieszczą się w kanonach prawdziwej wiary. Kult nauki rozwijał się w wypaczonej formie i nie służył katolickiemu wyrażaniu uczuć. Pisanie o obyczajach, urzędach, życiu ziemiańskim, dworskich rozrywkach, zabawach wiejskich czy faramuszkach, było, co najmniej bezużyteczne. Zamiast wchłaniania przywleczonych zewsząd pojęć, wystarczyłoby posługiwać się tym, co głoszą świadectwa wiary. Rozprawę pana i wójta z plebanem napisano, by poniżyć duchownych, toteż owi mnisi opracowali Indeks ksiąg zakazanych, gdzie umieszczono też Kopernika. Ówcześni magnaci, ścigali się w konstruowaniu pałaców i zamków, z attykami, krużgankami i arkadami, obwieszonymi malowidłami Niemców albo Flamandów, mających rzekomo dawać światło i perspektywę. Niczemu, prócz swawoli one nie służyły, więc słusznie po wiekach, popadły w ruinę.
Przenikanie kultury z Zachodu poprzez podróże polskich posłów do innych krajów- wyjazdy synów magnackich na studia do Włoch – Bolonii, Rzymu, Florencji doprowadziły do wymiany zbędnych myśli pomiędzy uczonymi, co poruszyło dotychczas bezgrzeszną ziemię i sprawiło napływ dziwnych zawodów, a z nimi Niemców i Olendrów. Jeden z kalwinów zażądał obniżenia uprawnień kleru, jak czynią to obłudnicy dziś. Pod pretekstem krzewienia języka i kultury drukowano dzieła o obrotach, naprawach i prawach ignorując ukształtowane wartości i prawdy. Wynalazek druku sprzyjał lansowaniu dzieł Lutra, Kalvina i innych buntowników, w czym udział brali też odszczepieńcy zwani Polish Brothers. Sytuację poprawił „Raj duszny”, wydrukowany przez Niemca, który przybył do bogatszego naonczas kraju. Religii było wiele, ale Kościół, nienawykły do współpracy, konkurencji nie życzył sobie tolerować. Zebrał, więc siły, dokończył sobór, zwany trydenckim, podjął uchwały i wyznaczył zadania Bractwu owładniętemu żarliwą wiarą i oddaniem papieżowi. A zadanie były trudne – odmienić bieg dziejów i wykarczować zalążki herezji. Jak pisze dalej autorka, sprowadzonych do Polski braci czekał ogrom pracy, jednak gotowi byli zapłacić cenę „na większą chwałę Bożą?. Zabroniono wiernym zadawania się z heretykami, czytania ich ksiąg i zobowiązano kler do walki z zaprzedańcami. Każdy biskup miał obrać „inkwizytora heretyckiej nieprawości”, do wizytowania parafii, co zwano misjami świętymi.
Wieloletnie zmagania bractwa z pogaństwem, arianami, kalwinizmem, niesakramentalnymi związkami, nieprzystępowaniem do spowiedzi przyniosły sukcesy. W kolegiach innowiercy kończyli naukę już, jako katolicy, opieką objęto wojsko, dwory, w tym królewski, a epidemie zwalczano sakramentami, które ożywiały nawrócenia i pokrzepiały chorych. Wszystko dla oczyszczenia ziemi z innowierców. Osądu o przewiny, zwłaszcza kobiet, baczyli biskupi, bowiem „niewiasta jest niedoskonałym zwierzęciem, jest zła z natury, rychlej traci zaufanie do wiary i wyrzeka się jej, co stanowi podstawę uprawiania czarów” to cytat z historii. Głoszono, iż „lepiej, by zmarło stu niewinnych, niż żeby jeden winny uniknął kary”. Kto opuścił mszę stawał się podejrzany, a obowiązkiem wiernych było o tym i innych nietypowych zjawiskach, donosić? Herezji nikt nie bronił, bo bronić tego niepodobna. W tej walce zasłużyło się wielu dostojników, a bestsellerem stały się „Żywoty Świętych” P. Skargi, jak podaje autorka. Było też wielu hipokrytów, zazdrosnych o władzę i odstępców szerzących antykatolicką propagandę. Wykorzystując interregnum, uchwalili deklarację warszawską. Rozniecili rokosz, żądając wypędzenia jezuitów, drukowali kłamliwe ulotki na niemieckich maszynach. A jak powiada autorka, tyle dobrego ów zakon uczynił już wtedy, lecz ważniejsze były dalekosiężne efekty ich tytanicznej pracy i heroicznego poświęcenia. Uratowano słabnącą wiarę rodaków, heretyków spalono albo przepędzono wraz z ich drukarniami i Flamandami, malującymi portrety bez związku z religią. Młodzież nie musiała wyjeżdżać, wzrosły powołania kapłańskie i zakonne, dzięki czemu utrzymano dominującą pozycję i oblicze przedmurza, w czym ogromna zasługa Jezuitów, Matki Bożej, Zygmunta Wazy i kolejnych królów. Zrezygnowano z tolerancji, więc dla odmieńców nie było już miejsca. Ps. To też nie brzmi jak historia!
Jeżeli obłudnik „przyznał się do herezji”, dostępował łaski króla i ścięcia. Główną karą był podniosły „ akt wiary „(procesje, msze, kazania, festyny), by przebłagać Boga za grzechy heretyka kończący się paleniem grzesznika i jego dzieł, by oczyścić ziemię. A to za odstępstwo od wiary, obraza Boga, obcowanie z diabłem, udział w sabatach, sprowadzanie chorób, pożarów, powodzi i wszelkich plag, nawet leczenie ziołami. Ostatni taki festyn odbył się w XVIII wieku, i dotyczył 14-tu kobiet, którego skutkiem było zniesienie kary śmierci za czary. Aż korci zapytać, jak z przypiecka, stareńki frater Kaziuka: „ A co na to Pambuk?
Skuteczne działania Jezuitów przesądziły o zwycięstwie. Według autorki, Polska odzyskała swoją wielkość i stała się przykładem dla innych narodów. Zburzone światopoglądy z trudem odbudowano, bowiem radości należało poszukiwać w miłości do Boga. Ale nie obyło się bez fuszerek, jako, że w końcu XVII wieku zamożny szlachcić – zakonnik, potem filozof i poseł, napisał był dziełko o nieistnieniu Boga. Przy wsparciu Watykanu, bogobojnym biskupom w liczbie 17-stu, udało się puścić łotra z dymem. Dobry król skazał na dekapitację, a wielebni, spalili kolejno: dziełko, głowę, rękę, która owe bezeceństwa pisała, a w końcu całą resztę. Tylko tak można było ubłagać Boga za grzechy potwora!
Ma rację autorka artykułu, że z wielu zdobyczy korzystamy do dziś. Jednakże niektóre z oświeconych działań poszły w zapomnienie, więc należałoby je chyba przywrócić, jako że kraj ogarnia chaos podobny, jak przed wieki.
Wiele złośliwych osób i ośrodków, ów XVI wieczny zamęt nazwało „Złotym Wiekiem Kultury Polskiej”, z czym pewnie zgodzi się autorka i jej czciciele. Wzorem Lutra i Kalvina, wykorzystano nieświęty wynalazek Niemca, jakiegoś Guten.. Taga (?) I rozpowszechniono szkodzące wiernym i Bogu rzeczy i myśli. Ta niedługa, bo trwająca zaledwie sto lat epoka skondensowała wiele zjawisk, nurtów, zdarzeń, objawień artystycznych, intelektualnych, naukowych i odkryć, rewolucjonizując wyobrażenia o religii i bogu. Kształtowała się różnorodna kultura, nauka rozwijała się w oparciu o kontakty z Europą, co miało również wpływ na żyjący w wierze i pobożny lud.
Dziś przyszło mierzyć się ponownie z problemami jak przed czterema wieki. Ale przepływ antyreligijnych ideologii, wskutek działań Unii i jej podobnych struktur stał się szybszy. Boją się słuchać o potędze Polski, trójmorzu, przedmurzu i znaczącym rozwoju, jaki nastąpił po wytrzebieniu podziałów religijnych, jakie przyniosła reformacja. Tak kończy autorka.
Dodajmy, że byli też bracia polscy, których dzieła postulujące racjonalizm i tolerancję religijną, wywarły wpływ na inne kraje europejskie m.in. na filozofię liberalizmu. Ich Katechizm Rakowski zainspirował konstytucję USA w kwestiach neutralności światopoglądowej państwa i rozdziału państwa od Kościoła. Jeden z nich, Łaski, przełożył w 1563 roku całość Starego i Nowego Testamentu, za co(?) M.in. jego potomni zostali wypędzeni.
Należy zgodzić się z autorką, która pisze, że dzięki dziejowej misji przedmurza, naznaczonej przez papieża, XVI- wiecznemu zamętowi położono kres. Papież popierał starania Wazów o koronę szwedzką, stąd wyniszczające wojny, bo walczono o restytucję katolicyzm.
Niewątpliwie rola Kościoła w Polsce była i jest znacząca. Ale to polityka zdecydowała o przyjęciu chrztu, a koronę Chrobremu kupiono za „ogromne pieniądze” od papieża, który gotów był sprzedać wszystko. Jezuici w Polsce wykonywali zadanie papieży i dzięki ich zasługom, Złoty Wiek Polski nigdy się nie powtórzył`. O tym pisali już Mikołaj Rej, Frycz Modrzewski, Morsztyn, później Lelewel, Józef I. Kraszewski, Słowacki, Goszczyński, Wyspiański, Witkiewicz, Gombrowicz. Pisano też, że po owym zwycięstwie, ze szkół jezuickich wychodził nie Polak, lecz łacinnik, albo polakokatolik, typ niezdolny do rządzenia państwem wielonarodowym. Dalej zaczyna się tragedia Rzeczypospolitej, w której Kościół katolicki odegrał istotną rolę. Epoka saska to apogeum katolicyzmu i równocześnie czasy największego jej upadku moralnego, politycznego i gospodarczego, za co polakokatolicy do dziś wiernie dziękczynią. Seweryn Goszczyński, w XIX w. Pisał: „Urządziwszy Polskę w swoim duchu, podniósłszy nad nią władzę duchową, Kościół pojrzał na nią jak na swoją własność, zapragnął zmienić ją w ślepe narzędzie swojego samowładztwa. Stąd wynikło, że ją ociemnił jezuityzmem, duchem cudzoziemszczyzny, nietolerancją zakrwawił, zeszpecił, rozdzielił, zesłabił, następnie upodlił, przywiódł nad przepaść zguby i w końcu przeklął.”.
Kościół katolicki urobił swoją filozofię, ma własne państwo, usiłuje, gdziekolwiek może, powstrzymać, naturalny rozwój człowieczeństwa. I będzie miał, co robić, bo wciąż mamy wielu, którym żyje się źle i obco na tym świecie. I oferuje się wizję lepszego świata poza grobem. Ale trudno uznać, że niejaki abp. Głódź wierzy w taką ofertę, bo dba o doczesność, otoczywszy się mnóstwa dobrami. Pożądliwość dóbr i majątków ma długą tradycję. Pole do nadużyć było i jest szerokie. Dziś dostrzegamy sprzeczności między głoszoną etyką a praktykowaną moralnością. A ulgową taryfę wobec możnych tego świata, tłumaczono tak:
„Po pierwsze, Bóg dał pierwszeństwo na tym świecie bogatym i możnym; honorując ich, postępujemy zgodnie z porządkiem rzeczy. Po wtóre, liczymy się z ułomnością bogaczy, którzy wpadają w gniew, stają się gorsi ku udręce nas i innych biedaków; powinniśmy nie dawać ludziom ułomnym okazji do czynienia zła, lecz pobudzać ich do dobrego. Po trzecie, większa jest korzyść z jednego nawróconego bogacza, niż z wielu biednych; z bogacza wielu odnosi korzyści. Po czwarte, skoro większą pomoc otrzymujemy od bogatych, słuszna, byśmy odpłacali im duchowo.
Jeden z filozofów wspomniał, że „każdy kraj, w którym zagościli jezuici, dostał suchot w pacierzowym szpiku i upadł lub zbliżył się do upadku. Kościół nie łaknie krwi – twierdziła inkwizycja wydając heretyków na spalenie, czyli bezkrwawo, bowiem głowy ścinano tylko wtedy, gdy jakiś król udzielił łaski. Jeszcze w XX wieku teolog katolicki, opiekun młodzieży, pisał: „Heretyków, którzy błąd swój ze szkodą dla innych dusz szerzą, należy się surowa kara; ich grzech zasługuje na wyklęcie i osądzenie jak za zbrodnie przeciw bliźniemu; bo większą zbrodnią jest zatruwanie źródeł wiary i narażanie dusz na chorobę i śmierć aniżeli zatruwanie studni (…) I z tego tytułu kara śmierci jest sprawiedliwa”
Bliski współpracownik Piłsudskiego doradzał: „Czas wreszcie głośno powiedzieć to, co wiemy wszyscy, że zależność Polski od Rzymu była i jest jednym z największych nieszczęść narodu. (…) Upokarzający, haniebny w dziejach polskich to okres saski o wszechwładnych wpływach Kościoła, a nawet okupacji przez zakon jezuitów. Dlatego jako Polacy, budowniczy suwerennego państwa, nie możemy się godzić, aby w jego łonie działała organizacja, ślepo posłuszna obcej jednostce. Musimy uznać Kościół za instytucję szkodliwą dla państwa”. A dalej to: „Łatwość, z jaką naród poddał się jarzmu niewoli, może zdumiewać kogoś, kto nie wie, co to znaczy naród skatoliczony. Tym ludziom własne państwo było obojętne, a więc właściwie niepotrzebne. Są polakokatolicy, ale nie ma np. germanokatolików, frankokatolików anglokatolików, bo przed ich skatoliczeniem uchronili protestanci. W żadnym z tych krajów Rzym nie odgrywał takiej roli jak w Polsce, nigdzie jezuici nie doszli do takiej potęgi jak u nas”.
I Rzeczpospolita liczyła ponad 10 mln. Dusz, z których około pół miliona inteligencji wyedukowanej przez Jezuitów. Obok dziedzica pana, duszami rządził proboszcz. Zagrozić im mogła tylko oświata. Dlatego oświatę wśród mas zwalczano wszystkimi sposoby. Jeden z XIX wiecznych pisarzy pytał, w jakim innym kraju liczba kleru dwukrotnie przewyższała liczbę wojska? To są rzeczy znane, opisane przez wielu autorów. Nawet Witos twierdził, że „pod zaborami wieś była katolicka, ale nie była polska; była wiernie carska w Kongresówce, wiernie austriacka w Galicji. A w 1920 roku chłopi pod Płockiem „uroczyście i z radością witali naszych Moskali”. W zaborze austriackim nawet śpiewano: bośmy to, jacy tacy – chłopcy Austriacy.
Wszystko zakończyło się upadkiem i trójzaborową niewolą. W dwóch zaborach polakokatolik dostał się pod oddziaływanie prądów umysłowych i idei, jakimi żył świat. Europejska nauka, zachodnia ekonomia poczęły tworzyć wyłomy w katolickim zaścianku. Pod wpływem obcych idei lud różnicuje się. Pozostają odłamy bogoojczyźniane, ale też wyłaniają się ruchy lewicowe, antyklerykalne, nawet ateistyczne, głównie pod wpływem zaborców.
Piłsudski, któremu przyszło budować zręby II Rzeczypospolitej sprawę postrzegał tak: „Masa społeczeństwa polskiego jest rzeczą niczyją, luźnie chodzącą, nieujętą w żadne karby organizacyjne, nieposiadającą żadnych właściwie przekonań – jest masą bez kości i fizjonomii. O tę gawiedź politycznie bezmyślną, o przyciągnięcie jej choćby na jeden moment w jedną lub drugą stronę chodzi w pierwszym rzędzie tym wszystkim, którzy robią w Polsce politykę. Cel ten zaślepia i przesłania oczy na wszystko inne, zdolnym prowadzić tylko zajadłe duszołapstwo”. Europa śmiała się z nas już w XVII wieku. Ma powody ku temu i dziś. W Dziejach Danii napisano: „Kościół protestancki narzucił ludności takie zasady, jak ścisłe przestrzeganie wypoczynku świątecznego, uczciwość w załatwianiu spraw materialnych, cnoty dziś jeszcze żywe w tym kraju.” Zadajmy sobie pytanie: a co narzucił ludności w Polsce Kościół katolicki? Skąd postawy, o których tu wspomniano?
Dla katolicyzmu ważne przede wszystkim: jednostka – Bóg. Wszystko inne poza tym, jest drugorzędne. A ten czy ów biada, że w Polsce katolickiej moralność jest niska, kwitnie prywata, politycy, prominenci, osoby ze świecznika nie mają pojęcia o tym, co to elementarna przyzwoitość, nagminnie łamane są prawa, nie szanuje się mienia publicznego.
Kościół katolicki od wieków chronił masy wiejskie od zgubnej oświaty, polityki i innych takich zdrożności, niebezpiecznych dla zabobonów z ambony. O Klątwie Wyspiańskiego napisano: „Klątwa ukazuje, jak katolicyzm staje się tragedią w polskiej wsi, jak bezwzględnie druzgocze on dusze. Podobnie, w perspektywie szerszej, widziała rolę Kościoła w Polsce dziewiętnastowieczna pisarka: „Nie dałabym się zabić za katolicyzm, biorąc pod uwagę los wszystkich państw katolickich z zadziwiającą skutecznością wychowanych do anarchii. (…)
Atmosfera klerykalna, przesiąknięta pseudopolskością i duszna, odczuwana jest także dziś; by o tym się przekonać, wystarczy posłuchać niektórych sług, czy mediów, z kardynałami włącznie. Powyższe przykłady nawiązują do słów i opinii wielu polskich myślicieli, polskich patriotów, ale wśród nich nie ma jezuitów. Interesujące, że słownik PWN podaje, że „jezuita” to człowiek przebiegły, obłudny, a synonimy to m.in: łgarz, dwulicowiec, fałszywiec, faryzeusz, hipokryta, kłamca, kombinator, krętacz, krzywoprzysięzca, kuglarz, lawirant, matacz, naciągacz, obłudnik, oszust, picer, pozer, donosiciel, kolaborant, konfident, renegat, szpieg, zawistnik. Wśród około stu wymienionych, nie ma żadnego synonimu, który byłby bliski do: dobro, wiara, pobożność przyzwoitość, patriotyzm. Dedykuję to autorce artykułu, bowiem także dziś wśród wyznawców znajdziemy wielu, do których wymienione synonimy mogłyby przystawać. Dlatego też stwierdzenie autorki, że „ Polska zachowała swoje katolickie oblicze i może poszczycić się szlachetnym mianem przedmurza chrześcijaństwa w dużej mierze dzięki sprowadzonym w 1564 roku Jezuitom”, jest prawdziwe, ale ze szlachetnością utworzone w XVII wieku przedmurze miało niewiele wspólnego. Warto dodać, że ów zakon został przepędzony z wszystkich krajów, w których wykazał się gorliwością wykonywania zadań, które naznaczał papież: „Żaden zakon nie może działać bez reguły, czyli nadanego przez papieża zbioru przepisów regulujących całość życia jego członków”. W XVI wieku w Polsce – dzięki otwartości i tolerancji na wszelkie nowości przeżywaliśmy rozkwit w każdej dziedzinie, co nazwano „Złotym Wiekiem”. Potem było tylko gorzej, bowiem wkrótce doszło do upadku, w czym także zasługa wspomnianego zakonu. I wbrew twierdzeniom autorki, nie są to zasługi godne pochwały. Zakon Jezuitów dokonał też rzeczy pozytywnych, szczególnie w czasach współczesnych, ale gloryfikując jego osiągnięcia w Polsce warto pamiętać też o takiej jego roli. Dziś Kościół w krajach, w których Jezuitom nie udało się odnieść wielkich sukcesów, jest zupełnie inny niż w Polsce. Może warto byłoby się przyjrzeć jak katolicyzm funkcjonuje np. w Niemczech, Holandii czy Stanach Zjednoczonym, gdzie miałem ogromną przyjemność studiować właśnie na jezuickim uniwersytecie w Waszyngtonie.
To uwaga do zagorzałych wyznawców, rydzykomanów, radiomaryjów i wszystkich hierarchów. Kościół, katolicki, jaki mamy dziś w Polsce, nie miałby racji bytu w żadnym cywilizowanym kraju. Przez niemal pięć wieków nie zmieniło się nic, co dość szczegółowo opisała autorka owego artykułu.

PS. W opracowaniu korzystałem ze zbiorów Fundacji im. K. Łyszczyńskiego, oraz W.Czaplińskiego: „Dzieje Danii nowożytnej”, P.Laskowskiego „ Pięć wieków herezji”, C. Hollis „Historia jezuitów”, Encyklopedia PWN.

Mój dziennik politycznie niepoprawny

14 stycznia 2014
Marek Hłasko, czyli alkoholizm uwznioślony:
tytuł – nie przeczę, że złośliwy – umyśliłem sobie, czytając rozmaite opracowania na temat pisarza. Uciążliwa – alkoholowa – skłonność twórcy „Pięknych dwudziestoletnich” i wielu innych, ważnych dla polskiej literatury tytułów, pozostaje w jakimś dziwnym związku z jego twórczością. Tę zaś słusznie uważa się za ważną.
Drażni mnie jednak hurapatriotyczne uniesienie niektórych apologetów Hłaski, widzących w tym, co pisał twórcze odreagowanie na Ludową rzeczywistość. Ta mu nie pasowała; tłamsiła literackie i życiowe ambicje. Być może jest coś w tym na rzeczy, ale, bez przesady. Niekonwencjonalny styl bycia Hłaski, zwłaszcza jego „twórcze” .. pijaństwo, też nie są najważniejszymi w moim krótkim, amatorskim szkicu o pisarzu. Na tle tego co po sobie pozostawił ważą marginalnie.
Liczy się znakomity dorobek i pamięć po nim. Wszak trunkowe skłonności omotały niejedną utalentowaną, często skomplikowaną osobowość. Uchodziły w sumie na sucho wielkim i uznanym: amerykańska sława literacka, Truman Capote, łączył w sobie rujnującą zdrowie namiętność do alkoholu i narkotyków ze skłonnością do osób tej samej płci; wielkość Tuwima i Broniewskiego, a także wielu innych, nie doznała uszczerbku przez to, że obaj namiętnie pili. Ta cecha pozostawała jedynie wizerunkową ciekawostką. Trudno aby była wysuwana na pierwszy plan opisu i twórczego wartościowania wyżej wspomnianych.
Wielu tworzyło w oparach alkoholu: patrz francuscy poeci symboliści; to ludzki ciąg genialnych pijaków (smakoszy absyntu) i narkomanów.
Media wspominają dzisiaj Marka Hłaskę – gdyby żył, skończyłby osiemdziesiąt lat. Pisarstwo Hłaski, podobnie jak jego rozwichrzone życie, przeszło do legendy.
„Pierwszy krok w chmurach” czytałem dyskrecjonalnie pod ławką na lekcjach dawno temu w szkole średniej. Jak usiłują twierdzić namiętni apologeci pisarza, niszczyła Hłaskę peerelowska rzeczywistość, czyniąc to w odwecie za niepokorną, nie przystającą do oczekiwań rządzących twórczość. Wyemigrował, chociaż nikt z Polski go nie wyganiał. Poza krajem szczęścia nie zaznał – to tak w uproszczeniu. Pisał świetnie, przy tym coraz częściej sięgał do kielicha – staczał się w alkoholizm, co doprowadziło go w końcu do fizycznego unicestwienia. Życie, jakie prowadził, stanowi, samo w sobie, dobry scenariusz do filmu o treści awanturniczo – romansowej (właściwie erotycznej). Przystojny (kawał chłopa), błyskotliwy i pisarsko utalentowany, przy tym szorstki i nieprzewidywalny w obyciu, był za życia otoczony niezliczonym wianuszkiem wielbicieli.
Lgnęły do niego kobiety, czego akurat można mu pozazdrościć. Parokrotnie ożeniony, krótkotrwale zazwyczaj, między innymi z podobnie jak on rozwichrzoną Agnieszką Osiecką. Małżeńskiego szczęścia nie zaznał, gdyż nie był stworzony do tak banalnej instytucji.
Czuł się wolnym ptakiem, zrywającym się nieustannie do niekontrolowanego lotu.
Apologetów Hłaski cechuje nieodparta, mylna mym zdaniem, skłonność do upolityczniania jego parcia na wódę. Według pewnej, natchnionej części wielbicieli pisarza … „Hłasko pił przez „ komunę”. Uważam to za bzdurę: niektórzy np. twierdzą, że piją przez żonę i teściową. Pytam, czy gdyby nie „komuna”, nie piłby ? Jak podkreślają: dusił się w PRL twórczo, także jako człowiek, czemu dawał wyraz w tym, co pisał. To zasadniczo pchnęło go do emigracji. Poza Polską pisał i pił nadal, właściwie coraz więcej, aż do śmierci (samobójczej ?) w 1969 roku. Jerzy Giedroyć, u którego przebywał jakiś czas w gościnie, wspomina, w „Autobiografii na cztery ręce”, dobrze sprzedające się „Cmentarze”, wydane sumptem paryskiej „Kultury”. Tytuł ten rzeczywiście nie pasował Gomułce. Do „Kultury” rękopis dzieła przemyciła Agnieszka Osiecka. Twórczość Hłaski, jakkolwiek nadal interesująca i krzepko umocowana w polskiej literaturze, wydaje się oddalać od bieżących oczekiwań czytelnika, w czym nie ma nic dziwnego: świat idzie naprzód, nabiera pędu, zmieniają się gusta i zapotrzebowanie „na temat”. Rynek księgarski pęka w szwach zawalony tytułami, które coraz trudniej przewertować, poszukując pozycji wartościowych – cokolwiek to znaczy. Pozostają opinie krytyków. Ale, czy w tym odartym z bezinteresowności świecie można im w pełni zaufać?
W polemicznym, mało rozsądnym porywie zamyślenia umieściłem w Internecie (FACEBOOK) – czasami to robię, jakkolwiek uważam to za stratę czasu – następujący, celowo przerysowany wpis na temat Hłaski:
w Polsce panoszy się „intelektualnie” modny nurt zwalania na tzw. komunę minionych problemów życiowych i duchowych wczesno-powojennego pokolenia twórców: pisarzy, poetów, aktorów, reżyserów filmowych i teatralnych, malarzy i kogo tam jeszcze. Skłonności tej jakże często towarzyszą kombatanckie wyolbrzymienia i heroizowanie życiorysów, rzekomo, politycznie sponiewieranych. Powojenny inteligent, wewnętrznie rozdarty, uwięziony pomiędzy oporem a akceptacją – słowem bezradny – pił i rzygał w literaturze oraz na ekranie. Patrz np. „Pętla” wg scenariusza Hłaski ze znakomitym aktorstwem Holoubka. Alkoholizm Hłaski – nie tylko jego – jawi się poprzez taką optykę jako osobliwa wartość: gorzki owoc zagubienia i nieakceptacji, która podobno wymusił na nim – i mu podobnych – emigrację. Bez Polski żyć nie potrafił. Do języków zaś talent miał marny. Więc, jakież to logiczne, pił. Coś mi się widzi, że gdyby nie „komuna” pisarz też by pił, tyle że .. elegancko i demokratycznie w .. wolnej ojczyźnie: nie np. w Niemczech Zachodnich, gdzie się ostatecznie się zapił i zmarł w 1969 roku. Pewnie upraszczam, ale tak to widzę.
Oczywiście byłoby z mej strony niewybaczalną arogancją, gdybym odmówił Hłasce talentu i zasług, a także tego, że zapracował sobie na godne miejsce w polskiej literaturze. Opisywał życie takim, jakim było, bez mile widzianych przez władze upiększeń, przez co stał się podówczas rządzącym niewygodnym; np. odmówiono my przedłużania ważności paszportu, kiedy przebywał na Zachodzie.
17 stycznia 2014
Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że przypadająca na dzisiaj sześćdziesiąta dziewiąta rocznica wyzwolenia Warszawy pozostała niezauważona w mediach. Jedynym „akcentem rocznicowym” było rozdawanie mieszkańcom stolicy ulotek, spichconych przez IPN (zgadnijcie, kto za to płacił), agitujących za wyrzuceniem z warszawskiej Pragi pomnika braterstwa broni – polsko radzieckiej (tzw. „czterech śpiących”). Zdaniem animatorów i zwolenników tej głupoty, pomnik jest symbolem podległości i zniewolenia, nie zasługuje więc na miejsce w naszej patriotycznej stolicy. SLD zorganizowało rozumną, mym zdaniem, pikietę wzywającą do pozostawienia pomnika, jako znaku pamięci po poległych w walce o Warszawę żołnierzy polskich i radzieckich: inicjatywa ta raczej nie ma szans na powodzenie.
Warto pamiętać, że 17 stycznia 1945 roku ruszyła z nad Wisły radziecka ofensywa w kierunku Odry. Wojska, w tym żołnierze I Armii Wojska Polskiego, wkroczyły do zrujnowanej i wyludnionej stolicy. Dzień ten co roku obchodzono jako rocznicę wyzwolenia miasta. Po 1989 roku konsekwentnie studzono rocznicowy klimat i pamięć o wydarzeniu. Twierdzę, że coś takiego nie jest eleganckie; dowodzi wybiorczej amnezji, ma też cechy podłości. Zawsze uważałem, że należy „oddać cesarzowi co cesarskie”.

Całe życie przeżył cicho

Stanisław Moniuszko, najwybitniejszy kompozytor, polskich oper narodowych, operetek i pieśni dedykowaanych rodakom.

Stanisław Moniuszko urodził się 5.V.1819 r. we wsi Ubiel pod Mińskiem. Pochodził z rodziny szlacheckiej osiadłej na Białorusi, niezwykle światłej i patriotycznej.
Początków muzyki udzielała jemu matka, sposobem domowym, która pierwsza dostrzegła w nim talent muzyczny.
Z żywotami wybitnych osobowości było różnie. Nie zawsze są tak bujne i ciekawe, jak ich twórczość, lecz w przypadku Moniuszki , całe życie przeżył cicho i spokojnie tylko z jedną kobietą,mając z nią aż 10 dzieci.
W 182 7r.Moniuszko z synem przenoszą się do Warszawy,lecz po 3 latach zmuszeni są wrócić do Mińska z braku funduszy.
Moniuszko, ukończył gimnazjum, zakochał się w pani Aleksander ze Műller,po czym ożenił się w wieku 21 lat.
W 1837 r. Moniuszko, wyjeżdża do Berlina na studia muzyczne i tu wydaje 3 pieśni do tekstu wierszy Mickiewicza.
Piśmiennictwo w dobie Romantyzmu,uważano za jedną za najcenniejszych gałęzi twórczości muzycznej. Miarą pieśni oceniano talenty twórców. Pomimo wspaniałej pieśni do wierszy Goethego „Znaszli ten kraj” opracowaną najpierw przez Bethovena, Schuberta, Schumanna, Liszta, Czajkowskiego, jednak interpretacja tej pieśni przez Moniuszkę przewyższała pięknem melodii, wszystkie inne interpretacje muzyczne.
Po 2 latach Moniuszko wraca z Berlina i otrzymuje stanowisko organisty w kościele Św. Jana w Wilnie, dorabiając sobie prywatnymi lekcjami muzyki. Całe życie kompozytora to nieustanne trudności, ciężka walka o uznanie i powodzenie. Melodie skomponowane przez Moniuszkę weszły w krew społeczeństwa, stały się składową częścią klimatu, atmosfery, stylu polskiego życia i folkloru. Ludzie nie potrafią sobie wyobrazić, że melodii tych mogło wcześniej nie być i, że zostały utworzone przez genialnego twórcę. Kurant ze „Strasznego Dworu”, stał się melodią gwizdaną prawie przez wszystkich, będąc umownym przyjacielskim,czy miłosnym sygnałem „Prząśniczkę” nuciły panienki, „Starego kaprala” skandowało maszerujące wojsko,a „Kozaka” ‘’śpiewali prawie wszyscy.
Jeśli znalazł się wówczas w Polsce ktoś, kto trafił nie tylko do szlacheckich dworków, mieszczańskich domów, ale także”Pod Strzechy”, to był nim Moniuszko, twórca polskiej opery narodowej. Moniuszko jest też autorem „Śpiewników Domowych” najpowszechniejszego, najbardziej obok „Pana Tadeusza” i „Trylogii” spopularyzowanego przejawu kultury polskiej przed I wojną światową.
Patrząc na drugą stronę medalu – całe bogactwo polskich tradycji i asocjacji, zawarte w twórczości Moniuszki, nie jest tak zauważalne dla cudzoziemców. Wprawdzie Liszt zachwycał się fortepianowym polonezem Moniuszki, którą interpretację osobiście napisał, a który wszedł w skład „Hrabiny”, jako wstęp do III aktu i powiedział, jak twierdzi biograf Moniuszki-Rudnicki, że czuje w tym polonezie „modrzewiową żywicę” ze staropolskiego dworku!
Przeciętny cudzoziemiec jednak widzi w Moniuszce kompozytora wybitnego stylistycznie, nie wykraczając poza granice ojczystego kraju. Zaznaczyć tu należy, że twórczość Moniuszki przypadła w czasie niezwykle trudnych warunków politycznych, gdy Polska podzielona została na 3 części, przez trzy mocarstwa, więc Moniuszko ukierunkował swoje dzieła, aby trafiły do serc Polaków!
Każdego badacza życia i twórczości Moniuszki zaskakuje fakt, że jego nie współmiernie mała popularność kompozytora na szerokim świecie, nie szła w parze z wartością jego muzyki.
Moniuszko dążył i pragną mówić do Polaków muzykę zrozumiałą i nie przychodziła jemu nawet myśl, szukania nowego uniwersalnego języka, aby przemówić nim do świata, być może zasugeruję,że nie starczyło genialnemu kompozytorowi czasu,gdy zmarł w kwiecie wieku 53 lat(?).
W 1846r. wybucha powstanie w Krakowie i chłopskie na Podhalu, Moniuszko tworzy operę „HALKĘ”z librettem Wolskiego.
Dnia 1-go stycznia 1858 to data wystawienia II aktowej” HALKI”w Warszawie i przełomowy moment o losach muzyki, opera odnosi niebywały sukces. Opera powstała, lecz miała trudne życie,grana estradowo w Wilnie 1.01.1848 r.musiała czekać 10 lat do premiery w Warszawie 1.01.1858, lecz już w IV aktach.
Środkami reżyserskimi władze carskie pozbawiły ją akcentów społecznych, zmieniając na sensacyjny dramat o obłąkanej góralce. Opera wystawiona była w Moskwie w 1869 r.
Moniuszko otrzymuje od społeczeństwa prezent-część kwoty z dochodu za „Halkę”, która pozwoliła zrealizować plan wyjazdu do Paryża. W Paryżu nie odwiedza salonów artystycznych, nie odwiedza też modnych lokali restauracyjnych. Interesuje się miejscowym ruchem artystycznym, następnie zamyka się w swoim pokoju paryskim i komponuje jednym tchem nadwiślańską operę „Flis”, tak mówi przekazywana ustnie legenda.
Po powrocie do Warszawy otrzymuje stanowisko dyrygenta w Teatrze Wielkim. Pracę tę urozmaicać mu będą wykłady harmonii i prowadzenie klasy fortepianu w Instytucie Muzycznym, już do ostatnich dni jego życia. W Warszawie jest otoczony sławą, niemal kultem narodowym. Niestety, nie otacza go żadna opieka, nie ma ustaw, które chroniłyby praw artysty-twórców. Dlatego krajowa popularność, obarczonego liczną rodziną kompozytora,idzie w parze z biedą,która zmusza go do pożyczek. Oczywistym jest, że tak nieszczęśliwy los, odległy od salonowego blasku i poloru,nie mógł zainteresować wyższych sfer, gdyż one decydowały o blasku artysty na arenie międzynarodowej.
Następnie ukazuje się opera jedno aktowa „Flis”: 24.IX.1858r. o tematyce ludowej.”Hrabina” została wystawiona 7 lutego 1860r, jest satyrą na arystokrację i wzywającą młodzież do opuszczenia salonów i to w przede dniu powstania styczniowego. Następna opera jednoaktowa „Verbum Nobile”: 1.I.1861 jest łagodniejsza, ale także satyrą na obyczaje drobnej szlachty. Tworzy jeszcze dwie opery ostatnie”Parię” i „Beatę”,oraz uwerturę „Bajka”.
Po 4 latach przerwy,spowodowanej powstaniem i późniejszą klęską w kraju, Moniuszko wystawia swoje arcydzieło operowe „Straszny Dwór” (28.IX.1865). Teraz może podtrzyma na duchu zgnębiony naród, więc opera jest pogodna,proponuje szukania pociechy w historii kraju, ukochaniu ziemi ojczystej,w odwadze i w uczciwości. Ostania z wielkich oper to „Paria” porusza też zagadnienia społeczne. Wspomniano o Naopoleonie, którego klęska 1814r. oznaczała zniknięcie ostatniej szansy na odzyskanie niepodległości przez Polskę. Pozostała także pamięć o genialnym i dowódcy 100 tyś armii sił zbrojnych wojny i dowódcy
Należy przybliżyć postać jednej z najciekawszych kobiet XIX w. i Marii Kalergis arystokratki, pianistki, przyjaciółki prawie wszystkich wielkich artystów, protektorki Moniuszki, którą Moniuszko bardzo cenił i której też zawdzięcza sfinalizowanie wyjazdu do Paryża z okazji charytatywnego spektaklu zorganizowanego przez pianistkę. Maria była córką hrabiego Nesselrode zruszczonego Niemca, bratanicą K. Nesselrode kanclerza imperium rosyjskiego i miała po matce Tekli Górskiej krew polską. Żywiła ambicje pogodzenia Polaków z Rosjanami, lecz bez skutku, a gdy wybuchło powstanie styczniowe w Warszawie, Maria stanęła po stronie polskiej, tak gwałtownie, że mimo wysokich stosunków ukarano ją aresztem domowym w pałacu ojca. Uczyła się u Chopina gry na fortepianie i była żoną dyrektora państwowych teatrów S. Muchonowa.
Zmarła wkrótce i pochowana na Powązkach, liczących ponad 2 mln, grobów jako niezwykła istota. Oprócz czystego uczucia Moniuszki do pięknej Marii, w życiu Moniuszki utrwaliły się jeszcze 2 kobiety o których opiszę w skrócie. Gdy solistka „Halki” zachorowała przed przedstawieniem,Brzozowska, jedna z solistek chóru wśliznęła się do gabinetu Moniuszki i zaproponowała zaśpiewać czołową rolę, twierdząc,że zna tę rolę. Moniuszko spojrzał na Biskupskiego, który skiną twierdząco głowę i Moniuszko zgodził się. Próby wypadły znakomicie i uratowały operę przed zwrotem biletów.
Brzozowska odezwała się do Moniuszki: „Bo ja kocham nie tylko muzykę, dyrektora ale i autora”.Moniuszko zbladł. Dlaczego mnie pan tak nie lubi? Moniuszko: skądże? Bo ja nawet pana Dyrektora kocham. A cóż to nie wolno kochać swojego dyrektora?” Moniuszko był skonsternowany,zaniemówił.
Pan Dyrektor będzie więc moim tatusiem.
Moniuszko: dobra.
Dla mnie jest Pan Dyrektor najpiękniejszym mężczyzną, lecz tatuś nie pocałował córeczki na pożegnanie.
Moniuszko zbliżył się do Brzozowskiej i pocałował ją w czoło, ona zaś niespodziewanie zarzucała mu ręce na szyję i pocałowała go w usta i przytuliła go. Moniuszko tej nocy nie mógł zasnąć. (Szczegóły rozmowy są na str.73-78,rozdział VI w biografii (2)
Moniuszko szukał Turczynowicza, więc wskazano mu, że jest w garderobie. Do spektaklu zostało ok. 2 godz. Moniuszko wszedł do garderoby i zobaczył Irenkę zupełnie nagą, tylko w pantofelkach baletowych wykonującą różne ewolucje. Moniuszko zażenowany chciał się cofnąć,lecz Irenka szybko zamknęła drzwi i powiedziała „Teraz musi mnie Pan Dyrektor pocałować” Moniuszko zbladł, proszę przestać żartować.
„Byłabym szczęśliwa gdyby Pan jednak pocałował”, wreszcie rozpłakała się. Moniuszko, rzekł niech Irenka wrzuci coś na siebie. Brzozowska – dobrze. Już Pan Dyrektor nie gniewa się na mnie, itd, itp. (szczegóły są na str.85-90 rozdział VIII biografii „Moniuszko”).
Twórczość Moniuszki jest nie tylko najwyższej jakości, także bardzo obfita i 278 pieśni, w tym 268 zawartych w 12 „śpiewnikach domowych”, koncerty, 11 ballad chóralnych, msze, utwory religijne i symfoniczne, między innymi, najbardziej znana uwertura „Bajka”, trzy balety, utwory fortepianowe i wreszcie 13 oper i 11 operetek, zbliżonych co prawda w swym charakterze np: „Nocleg w Apeninach””Nowy Don Kichot” (do tekstów Fredry), „Loteria”, „Jawnuta”, „Żółta szlafmyca”, „Ideał Karmaniol”, itd.
Przykładem niezwykle obfitej twórczości Moniuszki jest fakt, że szkic wstępny trzech aktów „Strasznego Dworu”powstał w ciągu jednej doby. Moniuszko odegrał doniosłą rolę w historii Polski ukazując naocznie prawdę,że nawet naród poszarpany na części , pozbawiony państwa do rozwoju, żyje i trwa, gdy żyje jego kultura będąca najsilniejszym orężem narodowego ducha,narodowej wspólnoty. Moniuszko pisał do Polaków, jak powiedział Sienkiewicz o Trylogii: „Ku pokrzepieniu serc”.
Z nieznacznego libretta Chęcińskiego Moniuszko wyczarował w „Strasznym Dworze” istny Kalejdoskop polskości „niczym swoje światła w ciemności po powstaniowej” błysnąć musiał pomimo wszelkich przeciwności. „Straszny Dwór” zdjęto na kilka lat z afiszów przez władze carskie. Opera arcydzieło wywołała objawy wzruszenia, wręcz ekstatycznego. Moniuszko należał do najbardziej „kasowych” kompozytorów i nie otrzymał nigdy tantiem autorskich.
Władysław Fabry w biografii „Moniuszko”, Kraków 2019, pisze: „Od kilku lat czysta muzyka Moniuszki zatriumfowała na świecie”.
Początek zrobiło Berno Szwajcaria. Przyjęcie było entuzjastyczne, recenzje porównywały Moniuszko z Verdim. Po Bernie poszły w świat, inne inscenizacje kompozytora. Śpiewactwo polskie było mu zawsze wierne, gdyż kilkadziesiąt chórów w kraju i zagranicą nosi jego nazwisko Moniuszki.
W dniu krytycznym 4 czerwca 1872 Moniuszko poszedł rano do teatru po wynagrodzenie. Wracając dostał w wejściu na schody swojego domu zawrotu głowy i straszliwego bólu w piersiach. Żona z trudem doprowadziła mistrza do pokoju, gdzie aplikowano choremu bańki. Czterech lekarzy zastanawiało się nad tym. Lecz Moniuszko poczuł się lepiej. Poprosił, aby jego łóżko przesunąć do większego pokoju, do którego doszedł o własnych siłach. Położył się i powiedział, że chce zasnąć. Podsunął sobie rękę pod głowę i szepnął: „Jest mi tak dobrze”. Westchną dwa razy, zasnął i już się więcej nie obudził. Pogrzeb Moniuszki był najpotężniejszą 80.000 manifestacją, jaką kiedykolwiek widziano (nie wspominając o Paderewskim). Pieniądze na koszty ceremonii zebrali między sobą muzycy i najbiedniejsi pracownicy Opery. Orszak żałobny zatrzymał się przed Teatrem Wielkim,i tu orkiestra wykonała marsza żałobnego, opartego na motywach”Halki”. Prawie wszyscy płakali. Trzeba było czterech godzin aby dotarł do Powązek. Ludzkość ma chwile, kiedy rozumie, że jej prawdziwymi dobroczyńcami są ci, którzy wzbogacają jej ideały. Maria Kalergis wysłała list do córki z początkiem czerwca 1872 r: „Jesteśmy pogrążeni w ciężkiej żałobie. Śmierć zabrała Moniuszkę sztuce, którą ukochał siedemnastoosobowej rodzinie żywiciela.
Smutne jest, że dopiero w 1930 r. Moniuszko doczekał się pierwszego, godnego siebie pomnika.

Trzy razy o historii

Profesorowi Andrzejowi Romanowskiemu w 70. rocznicę urodzin.

Książki, o których piszę, czytałem w tej właśnie kolejności: najpierw Witolda Kalińskiego Opowieść o ludziach w dolinie Popradu, potem Wacława Zbyszewskiego Ludzie, których znałem, wreszcie Andrzeja Romanowskiego Pamięć gromadzi prochy. Przypadek sprawił, że czytałem jedną po drugiej oraz, że jest między nimi pewna łączność. Może to kwestia etapu moich lektur, sięgam obecnie rzadziej po beletrystykę, a częściej po literaturę faktu, chcąc poznać spojrzenie autorów na przeszłość, na dawne a ważne nadal zdarzenia, na ocenę ludzi, z którymi zetknęli się. Z lektur takich dowiaduję się także więcej o samych autorach, o ich poglądach, o ich stosunku do naszej historii, do ważnych postaci.
Zawsze lubiłem książki ciekawe i starannie wydane, z czasem zacząłem od nich oczekiwać jednak nieco więcej. Muszą wyróżniać się czymś jeszcze, muszą mnie uwieść, oczarować, zachwycić. I takie są te trzy książki. Jest też coś, co łączy ich autorów, to ich galicyjskość. Każdy z nich w jakimś stopniu został dobrym galicyjskim genem dotknięty i natchniony.
Z autorem pierwszej – Witoldem Kalińskim, poznanym już na Sądecczyźnie kilka lat temu, łączy mnie sporo: wieloletnia warszawska aktywność zawodowa, wiążąca się z umiłowaniem książek; mniej lub bardziej silne więzi rodzinne z Sądecczyzną; wreszcie osobista fascynacja tym regionem, co zaowocowało porzuceniem zarówno przez Kalińskiego jak i przeze mnie Warszawy na rzecz Sądecczyzny. Opowieść o ludziach w dolinie Popradu jest gawędą historyczną wywołaną naturalną ciekawością okolicy, w której mieszka autor, jej historii – tej dalszej i bliższej – oraz dziejów współczesnych. A jest to gawęda pozbawiona maniery natrętnej dydaktyki, opatrzona licznymi anegdotami i komentarzami odautorskimi przepełnionymi autoironią, nieraz kpiną, celną obserwacją zdarzeń zaprzeszłych, jakże pasujących do naszej codzienności.
Autor pomieszcza w książce wiele cytatów. To oczywiste, autor cytuje, gdyż czyta. Miłym zaskoczeniem są cytaty z dzieł bliskich mi osób: mojej Babci Zofii Skąpskiej i mego kuzyna, profesora UJ Piotra Kaczanowskiego. Cytaty te, wszystkie, nie tylko przed chwilką wymienione, to dowód na to, ile książek przeczytać trzeba, by móc jedną napisać. Chwała więc autorowi, nie tylko za to, że czyta innych, że czerpie z nich, ale że nie ukrywa tego i sumiennie na źródła wskazuje. To sygnał dla nas, po co winniśmy sięgnąć, jeśli danego tytułu jeszcze nie znamy.
Lubię książki, które pobudzają skojarzenia, wywołują odniesienia do innych lektur, narzucają chęć poprowadzenia drugiej równoległej relacji. Tak stało się, gdy natknąłem się na fragment o Kieżmarku i urodzonym w nim w 1536 roku późniejszym senatorze Olbrachcie Łaskim. Natychmiast przypomniała mi się czytana w zeszłym miesiącu książka Anny Król Kamienny sufit, znakomicie udokumentowana opowieść o pierwszych polskich taterniczkach. Jako prekursorkę górskich wspinaczek (wspinaczek w ogóle, nie tylko kobiecych) wymienia autorka Beatę Kościelecką, primo voto księżną Ostrogską. Łaski był jej drugim mężem, młodszym od niej o, uwaga, 21 lat. Pierwsza polska wyprawa w Tatry miała miejsce w 1565 roku. Tak, to nie błąd, powtórzę, chodzi o rok 1565. Polskim królem był wówczas Zygmunt II August, Rosją rządził twardą ręką car Iwan IV Groźny, w Anglii panowała ostatnia z Tudorów, Elżbieta I. Beata Łaska zaś w tym czasie wędrowała po okolicach Stawu Kieżmarskiego. Historia Beaty, jej małżeństwa z awanturnikiem Łaskim, a także relacji jej matki z dworem królewskim to temat na odrębną barwną i zaskakującą opowieść.
Wracajmy jednak do Witolda Kalińskiego. Ma on lekkie pióro, opowieść jest więc wartka, wciągająca. Znamy z grubsza historię naszego kraju i regionu, jesteśmy więc ciekawi nie tyle faktów, ile ich doboru, a nade wszystko komentarzy autora. W Opowieści o ludziach w dolinie Popradu jest tych komentarzy sporo, mówią one wiele o ich autorze, ale też o nas, o naszych przywarach i śmiesznostkach, umacniając w przekonaniu, że jednak historia lubi się powtarzać. Nie mogę oprzeć się, by kilku z nich nie przytoczyć.
Pisze autor, za Władysławem Konopczyńskim, o bitwie pod Mątwami i dodaje: „Gdyby zabitych położyć przy drodze, głowa do nogi, musiałaby ona liczyć ponad 6 kilometrów. I pomyśleć, że jedna z najbardziej krwawych bitew rozegrała się pomiędzy Polakami a… Polakami. Zaprawdę, trwamy i dziś w wieku XVII.”
Za Frankiem Kmietowiczem zaś, pisząc o czarownicach i o ówczesnym ich traktowaniu, zauważa: „… podstawowe dzieło o tym, jak postępować z czarownicami, przełożono na język polski dopiero w roku Pańskim 1614, stosowali je katolicy, zaś u prawosławnych nie było w użytkowaniu (mieli swoje sposoby). Gdy w Europie procesy o czary zanikły, w Polsce ich liczba rosła. Do dziś pozostaje owo opóźnienie.”
Cytuje też Kaliński opis jednej z wojenek domowych z początku XVIII wieku pióra Pawła Jasienicy. Uzupełnia go swoim spostrzeżeniem: „Mieszczanie nie mają się gdzie ukryć, wielu chłopów traci cały dobytek, a nieraz życie (także w dobrach klasztornych), zaś w wyniku epidemii dżumy przy życiu została w Starym Sączu znikoma część ludności (podobno 16 osób). Co prawda sam król, August II Mocny, miał spłodzić (z wieloma kobietami) kilkaset dzieci, ale trudno było tą drogą uzupełnić ubytek.”
Niektóre z komentarzy zasługują na miano aforyzmów, jak choćby ten: „Źle ulokowana ambicja jest tym, co wpędza nas w tarapaty.” Rzecz dotyczy wojen o Inflanty. Czy tylko?
Na koniec znów pro domo sua. Wspomina Kaliński mego pradziada, tak mocno, w swym studwuletnim życiu, związanego z Sądecczyzną. Pisząc o powstaniu chochołowskim i jednym z jego przywódców ks. Józefie Kmietowiczu, nadmienia: „Inny uczestnik tego powstania gościł u Antoniego Skąpskiego (też więźnia z 1846r.)” Dodam, bo książka Kalińskiego nie o tym i miejsca na wszystko by mu zabrakło, że tym innym uczestnikiem powstania w Chochołowie był Jan Kanty Andrusikiewicz, nad którym pradziad roztoczył opiekę, zatrudniając go w dobrach kamienickich, którymi zarządzał. A sam stał się politycznym więźniem austriackim, gdyż wiosną 1846 roku podczas suto zakrapianej kolacji, ustalono, iż trzeba szykować się do powstania, a pradziada okrzyknięto jego dowódcą. Nie zdołał wszakże podjąć żadnych działań, usłużny powiadomił kogo trzeba i kilka dni później zaprowadzono mego przodka do sądeckiego aresztu. Nieco później, w sądzie, już we Lwowie, usłyszał wyrok śmierci, szczęśliwie zamieniony na 10 lat twierdzy, z której oswobodziła go Wiosna Ludów.
I jeszcze jedno nazwisko wymienione przez autora chcę opatrzyć maleńkim komentarzem. Chodzi o Antoniego Jurczaka, legendarnego burmistrza Muszyny przez 26 lat. Kończąc prace nad wydaniem drugiego tomu wspomnień mojej Babci Zofii Skąpskiej, odnalazłem z nim koligację. Odległą, ale jednak. Prawnuczka siostry mojej prababki – warszawska lekarka Joanna „Jona” Łypaczewska wyszła za mąż za Stanisława Gajewskiego, był on wnukiem burmistrza Jurczaka. Oboje Gajewscy spoczęli w jego grobie na cmentarzu w Muszynie.
*
Autora drugiej książki, Wacława Zbyszewskiego, poznać nie miałem okazji, ale wiedziałem o nim, chyba z Dzienników Dąbrowskiej, a poprzez Dąbrowską od Stempowskiego. Więcej dowiedziałem się, gdy w Czytelniku ukazały się jego Gawędy o ludziach i czasach przedwojennych. Być może myliłem go wcześniej z jego bratem Karolem. Ludzie, których znałem Wacława Zbyszewskiego to zbiór wspomnieniowych felietonów drukowanych w prasie emigracyjnej zarówno za życia autora, jak i kilkanaście lat po śmierci. Trudu doboru tekstów i ich redakcji podjęli się profesor Rafał Habielski i redaktor Paweł Kądziela. W nocie edytorskiej cytują oni Józefa Łobodowskiego, który o Zbyszewskim pisał w 1971 roku w londyńskich Wiadomościach: „przerabia historię, geografię, politykę, według własnego widzimisię”. Wydaje się, że podzielają oni ten pogląd, wynika to z treści wstępu autorstwa R. Habielskiego. Co dla mnie ważne powołuje się on miedzy innymi na opinię o Zbyszewskim Stefanii Kossowskiej, współpracownicy, a od 1974 następczyni Grydzewskiego w Wiadomościach. Ważne, bo przez małżeństwo z Adamem Kossowskim jest to daleka moja powinowata. Adam to prawnuk brata mego pradziada Antoniego Skąpskiego. Mimo iż urodził się czterdzieści pięć lat przede mną, należał do tego samego co ja pokolenia. Jego bratankiem jest słynny piosenkarz Maciej Kossowski, pamiętany do dziś z przebojów „Dwudziestolatki”, „Wakacje z blondynką” czy „Agatko pocałuj”.
Wracajmy do Zbyszewskiego, bo warto poznać jego opinię o ważnych postaciach przedwojennej Polski i powojennej emigracji, nawet jeśli wiemy z góry, że są to opinie bardzo osobiste, naznaczone subiektywna oceną i sympatią, lub jej brakiem. Warto przywołać refleksję wspomnianej Stefanii Kossowskiej o zapiskach Zbyszewskiego: „Czytając go, można było się irytować, gorszyć, oburzać, ale nie można było nigdy nie przeczytać jego artykułu do końca”. Czytałem i ja wspomnienia Zbyszewskiego do końca, choćby dlatego, że część osób przywołanych przez autora (czy to jako bohaterowie poszczególnych tekstów czy tylko marginalnie w nich wspomniani) do pewnego czasu, poza ogólnikami, było mało mi znanych. Moją wiedzę o pozostałych łapczywie uzupełniałem o pełne soczystych określeń opisy Zbyszewskiego. Książka ta dając wiedzę o wielu wybitnych postaciach Polski przedwojennej, potwierdza istnienie silnych politycznych podziałów i później na emigracji, licznych koterii, grup wpływu, mówi wiele o sympatiach i niechęciach autora, jego stosunku do opisywanych postaci. W większości są to wspomnienia pośmiertne, próżno jednak szukać w nich zasady, iż o zmarłych tylko dobrze. Może dlatego właśnie lektura wciąga, autor bywa wyrazisty, ostry, często bezlitosny. Oto próbki: „…kałmucki Ksawer Pruszyński o ptasim móżdżku”; lub o Walerym Sławku: „Był to porządny człowiek, szlachetny nawet jeśli ktoś chce, ale naiwny, ale nudny, ale niewykształcony, ale słaby, ale ograniczony, właściwie co tu dużo gadać, człowiek po prostu głupi.”; czy o Sławoju-Składkowskim: „… nie najgorszy pisarz, ale nieopisany skandal jako premier”; albo: „Od Hallera pachniało głęboką, najgłębszą prowincją”.
Rafał Habielski cytuje opinię Stanisława Mackiewicza o Zbyszewskim: „nie lubi mówić rzeczy przyjemnych, natomiast lubi mówić rzeczy przykre” oraz Grydzewskiego: „pisząc o kimś, potrafi zmyślić jakieś szczegóły, jeżeli mu się to komponuje”.
Trafność obserwacji przez Zbyszewskiego środowiska politycznego oddają zdania: „Pełno u nas zawsze było takich Napoleonów międzyministerialnych, w cywilnych ubrankach, w mundurach i nawet w spódnicach, co to w głowie mieli i (mają) groch z kapustą, ale za to niechybny instynkt, jak lawirować między Rydzem a Beckiem i Mościckim, z kim utrzymywać kontakt, kogo unikać, jak do kogo trafić, jak się nie narazić.” „Jesteśmy narodem politycznie infantylnym. Nasza opinia publiczna nie znosi ludzi politycznie myślących, kocha się we frazesach, nienawidzi przywódców politycznych o jakimkolwiek formacie, i darzy swym zaufaniem safandułów, niedołęgów, pół-inteligentów i demagogów.” Słowa pisane 60 lat temu, a jakby wczoraj.
Zbyszewski zapewnia wielokrotnie czytelników, iż jest konserwatystą, ale rozdając cenzurki pisarzom i publicystom, jako tych których ceni wymienia jedynie Boya-Żeleńskiego i Dąbrowską. Kolejny dowód na złożoność poglądów Zbyszewskiego.
Boleje Zbyszewski nad tym, że Henryk Łubieński nie urodził się wcześniej, bo wstąpiłby do Legionów i miał całkiem inną karierę. Nie lubię rozważań co by było gdyby, alternatywnych historii pomijających prawdziwy bieg zdarzeń, lub pisanych na przekór znanym dziejowym wypadkom. Jednak myśl Zbyszewskiego nie jest nachalna, nie rysuje on wyimaginowanych scenariuszy, wyraża jedynie opinię o zależności losów Łubieńskiego, ale i każdego z nas, w zależności od wielu przypadków, wśród których jest dzień naszego przyjścia na świat. A przy okazji trudno nie powtórzyć za wspomnieniami mojej Babki, że był Łubieński ochotnikiem w 1920 roku. Wśród kolegów swego pierworodnego, a mego stryja Antoniego, wymienia ona poza Łubieńskim, Aleksandra Dzieduszyckiego, Mariana Nowińskiego, Alfreda Mehoffera i Jana Dąbrowskiego. Dowódcą owych dwudziestolatków (w 8. Pułku Ułanów Księcia Poniatowskiego) był słynny, z małżeństwa z Kossakówną, pułkownik Władysław Janota-Bzowski. 11 lipca wyruszyli oni z koszar na Rakowicach, by już 31 lipca wziąć udział w bitwie pod Komarowem. Łubieński, po odniesieniu ran, powrócił z frontu.
Wspomnienia Zbyszewskiego mają ten walor, iż losy bohaterów poszczególnych rozdziałów (a są to głównie szkice pośmiertne) stanowią pretekst, by pisać o kimś lub o czymś więcej niż o życiu i poglądach tytułowego bohatera. Tak jest i z Łubieńskim, więcej tu o Januszu Radziwille i środowisku konserwatystów.
Wśród rękopisów mojej Matki, przedwojennej absolwentki prawa UJ, odnajduję wspomnienie o profesorze Rafale Taubenschlagu pełne zachwytów nad jego intelektem. Tak mocno i dobrze zapadł w Jej pamięci (zapewne nie tylko za wystawione pięć z plusem – co ponoć należało u niego do rzadkości), że otrzymałem imię nie tylko po bohaterze Popiołów. Jakże miło czytać i u Zbyszewskiego dobre słowa pod adresem profesora.
Z dużą ciekawością czytałem o stosunku Zbyszewskiego do Mikołajczyka. Do tej pory znałem jego sylwetkę z pracy Andrzeja Paczkowskiego. Swego czasu poszukiwałem wiedzy o nim, gdy opisywałem, jak w 1944 roku trzej kuzyni mego Ojca wywieźli Witosa z Wierzchosławic i przez ponad miesiąc ukrywali go w Krakowie. Zleceniodawcą całej tej akcji, która miała zakończyć się lotem Witosa do Londynu był właśnie premier Mikołajczyk. Jakże inny to Mikołajczyk, ten u Paczkowskiego i u Zbyszewskiego. Ale zapewne prawdziwszym jest złożony dopiero z tych dwóch punktów obserwacji i oceny.
*
Nazwisko profesora Andrzeja Romanowskiego najpierw znałem jako współautora PIW-owskich Skrzydlatych słów, potem naczelnego Polskiego Słownika Biograficznego. Gdy objąłem ster w Państwowym Instytucie Wydawniczym, znalazłem jego nazwisko na ogromnie długiej „liście wstydu” – liście znakomitych autorów, tłumaczy i redaktorów, z którymi moi poprzednicy nie rozliczyli się z należnych im honorariów. Te nazwiska to najwyższa półka z kręgu polskiej literatury i nauki. Gdy po kilku latach pracochłonnych działań naprawczych, uzyskałem pewną stabilizację i możliwość spłacania długów, natychmiast uczyniłem to wobec autorów Skrzydlatych słów. Zapoczątkowało to naszą znajomość, moją dla profesora atencję i podziw dla jego rozległych horyzontów myśli, dla nonkonformizmu poglądów, obiektywizmu i braku koniunktury. Romanowski szkice swoje zaczyna od wydawałoby się oczywistej konstatacji, iż życie każdego z nas wypełnia siódmą część ponad tysiącletniej historii państwa i narodu. Uświadamiać prawdy oczywiste, to zadanie pozornie tylko łatwe. Autor dzieli się z nami swymi spostrzeżeniami na wybrane fakty z naszej historii. Można przestawić jedną literkę, a fakty wybrane staną się faktami wybornymi i tak jest rzeczywiście, choć niektóre z wybornych bolą. Gdyby lekturę omawianych trzech książek przyrównać do obiadowego menu, te dwie pierwsze stanowiłyby smakowite najwyższej jakości przystawki, zaś książka Romanowskiego byłaby znakomitym daniem głównym, a nawet całym zestawem tych dań.
Tytuł Pamięć gromadzi prochy wywołał natychmiast skojarzenie z książką Józefa Kisielewskiego Ziemia gromadzi prochy, (pierwodruk w 1938). Tematyka książek inna; pierwsza mówi o tuż przedwojennych relacjach polsko-niemieckich, o rozwoju nazizmu, o zagrożeniu dla Polski ze strony hitlerowców. Wedle wspomnień Zofii Skąpskiej (Dziwne jest serce kobiece, tom 2) za jej posiadanie groziły ze strony okupanta surowe represje. Nie myślę o jakichkolwiek porównaniach, ale na pewno książka Romanowskiego nie będzie w smak obecnej władzy. Zapewne profesor Romanowski chciał coś przez podobieństwo tytułów przekazać czytelnikom, gdyż przekonany jestem, że o książce Kisielewskiego nie tylko słyszał, a na pewno zna jej treść. Jeden ze szkiców Romanowskiego nosi tytuł Ziemia wydaje prochy to dodatkowe skojarzenie z książką Kisielewskiego, tym bardziej, że mowa w nim o zbrodni katyńskiej, skutku totalitaryzmu, zestawianego z tym, o którym pisał Kisielewski.
Książka Romanowskiego to zbiór artykułów już publikowanych na przestrzeni wielu lat, w różnych tytułach prasowych. Zebranie szkiców w jednym tomie daje niesamowity efekt. Otrzymujemy dawkę informacji i refleksji o niezwykłej wartości. Już tytuły rozdziałów zapowiadają ucztę intelektualną, ukazują przestrzeń tematów i zainteresowań Autora. Szkice zamierzchłe, środkowoeuropejskie, komunistyczne, niemiłe, o mistrzach, wreszcie Szkice rodzinne… A każdy z nich ciekawy, zaskakujący, poszerzający wiedzę czytelnika i jego horyzonty. Ileż w każdym z tych esejów ładunku świadczącego o emocji autora, ale i wywołującego owe emocje u czytających. Znałem niektóre z tych artykułów, lecz ich obecny kontekst powoduje, że stają się ponadczasowe, zasługują więc na lekturę i za jakiś czas przez nowego czytelnika. Na pewno polecę je moim dzieciom a nawet i wnukom. Kiedyś Mikołaj Kozakiewicz wydał zbiór swoich rozważań pod tytułem Objaśnianie świecy. Kto z młodszych wie, kim był autor, kto wie, czym jest objaśnianie świecy? Dlaczego mam skojarzenie objaśniania świec z wymową książki Romanowskiego? Po to się objaśnia świecę, by świeciła jaśniej, by mocniejszym płomieniem rozświetlała mrok. Po to trzeba przeczytać książkę Andrzeja Romanowskiego, by łatwiej dojrzeć prawdę o nas, o naszej historii, o tym, że nic nie jest tylko czarne i nic nie jest tylko białe.
Wśród swoich mistrzów wymienia Romanowski, między innymi, Eugeniusza Kwiatkowskiego, Jerzego Giedroycia i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Nie byłem wychowywany w kulcie dla emigracji, a więc też dla tych dwóch ostatnich z wymienionych. O pierwszym słyszałem w domu zawsze pochlebne dobre opinie. Zapewne miał z nim dobre relacje mój dziadek, ojciec Mamy, jeden z ważniejszych przedwojennych przemysłowców. Dwóch ostatnich postrzegałem – młody, dorastający człowiek – jako przeciwników, wrogów mojej Polski, mojego PRL-u. Warto więc będzie kiedyś opisać, z jakimi emocjami, z jakim niespodziewanym wzruszeniem, przeżywałem wiele lat później bezpośrednie rozmowy w cztery oczy z Giedroyciem i Jeziorańskim.
Każdy szkic profesora Romanowskiego wart jest przeczytania, wart popularyzacji i omawiania. Uwypuklę jedynie te, które wywarły na mnie największe wrażenie, wskażę myśli, z którymi najsilniej się zgadzam i te poglądy, których tak brakuje w publicznej rozmowie o przeszłości. Był profesor mocno związany z opozycją lat 70. i 80. Nie aprobował więc ówczesnego ustroju, ówczesnej Polski, ówczesnego podporządkowania radzieckiej władzy. A jednak nie odnajdzie czytelnik w tekstach profesora pogardy, zacietrzewienia, lekceważenia, połajanek, ocen z wyższości czy wzgardy wobec czasów i ludzi PRL. Nie ma też zachwytów, żeby była jasność. Jest obiektywizm, relatywizm, rzetelna ocena z punktu widzenia surowego obserwatora sceny politycznej tej przeszłej i tej obecnej. Wielokrotnie w swej publicystyce Romanowski oddaje rację poglądom i przestrogom Jerzego Giedroycia. Wydaje się, że jest jego myśli kontynuatorem, że w ślad za nim dokonuje wyważonych ocen tego, co w Polsce wydarzyło się w czasie ostatnich czterech dekad. Szczególnie ostatnich dwóch, których książę redaktor nie mógł już obserwować. Sądzę jednak, że postrzegałby i oceniał Giedroyc polskie sprawy podobnie jak czyni to odważnie i rozważnie Andrzej Romanowski. Warto dla zobrazowania obiektywizmu Profesora przytoczyć poniższe fragmenty.

Pisząc o Polsce Ludowej, Andrzej Romanowski przypomina najpierw konstatację Stanisława Stommy: „W Polsce w roku 1945 władzę musiało objąć takie ugrupowanie, któremu Stalin ufał. I tylko temu ugrupowaniu mógł on przekazać Ziemie Zachodnie. Gdyby władzę przejął na przykład Mikołajczyk, to byśmy tych ziem nie dostali. A wtedy do dziś żylibyśmy w nowym Księstwie Warszawskim.” Po czym dopowiada: „Gdy więc obecnie Andrzej Duda deklamuje, że Polska jest dużym europejskim państwem i ma zajmować takie miejsce, jakie się jej należy, to zapomina już dodać, kto to państwo stworzył”. A dalej: „Istnienie Polski odrębnej, poszerzonej o ziemie poniemieckie, a więc poszerzającej sowiecki stan posiadania, było sowiecką racją stanu. A przed Polakami stanęło po raz pierwszy pytanie zasadnicze, obowiązujące odtąd przez dziesięciolecia: co właściwie jest ważniejsze – Polska czy antykomunizm?”. Protestuje też Romanowski wobec nadużywania w obiegu publicznym, wobec PRL, pojęć totalitaryzm i komunizm. Pisze: „Ewentualnie można widzieć w Polsce totalitaryzm przez jeden jedyny rok: od aresztowania prymasa Wyszyńskiego we wrześniu 1953 do początku audycji radiowych Józefa Światły we wrześniu 1954”. Odnotowuje dalej: „Zniknął też analfabetyzm. Mimo namolnego w czasach stalinowskich lansowania socrealizmu i literatury radzieckiej, dbano też o polską tradycję i w masowych nakładach wydawano większość kanonu polskiej literatury”. Słynne „poznańskie”, przemówienie Józefa Cyrankiewicza interpretuje jako trzymanie się władzy kursu na demokratyzację, nie zaś, jak jest to powszechne, zapowiedź „przykręcenia śruby”. Z taką oceną słów o odrąbywaniu rąk dotąd nie spotkałem się. Nota bene, podczas jednej z kilku rozmów, które na przełomie lat 1985-86 miałem okazję prowadzić z premierem Cyrankiewiczem, powiedział, iż jedyna rzecz, której żałuje z okresu swej politycznej aktywności, jest właśnie to sformułowanie z czerwca 1956 roku.
Na koniec tych ocen warto przytoczyć takie stwierdzenie: „A jednak ani gospodarka, ani nachalna propaganda, ani codzienne kłamstwa, ani nuda, szarość i beznadzieja, ba! nawet nieprawe pochodzenie systemu, wszystko to nie powinno przysłaniać dwóch faktów fundamentalnych: samego istnienia państwa, co w czasie II wojny nie było przesądzone, oraz reform społecznych, których bilans, mimo wszelkich słabości okazał się per saldo pozytywny.” „…dziedzictwo PRL, choć pozostające w niezgodzie z wielowiekowym doświadczeniem polskości, okazało się dla narodu korzystne. Oszczędziło nam konfliktów z sąsiadami, a w dobie czystek etnicznych także (kto wie?) porachunków obywateli między sobą. Bilans PRL nie jest wyłącznie negatywny”.
Retoryka PiS próbuje mnie, i wielu o podobnych do mojej biografii, przesunąć do tak zwanej drugiej kategorii obywateli. Profesor Romanowski umacnia mnie w przekonaniu o wartości mojej działalności w Zrzeszeniu Studentów Polskich i w administracji państwowej w latach 70. i 80. Podtrzymuje też moją wiarę w słuszność decyzji mego Ojca, który w maju 1945 roku, wraz z grupą innych małopolskich „bezetów”, wyruszył na Ziemie Zachodnie, by wprowadzać tam polską administrację rolną. Niedługo potem wstąpił do PPS, by następnie siłą rozpędu, czy inercji, a z biegiem lat chyba jednak z przekonaniem, znaleźć się w PZPR. Nie zmienia to szacunku dla innego całkiem wyboru bliskiego Ojcu kuzyna, Władysława Skąpskiego, tego od Witosa. Był on zastępcą szefa II oddziału (wywiad/kontrwywiad) okręgu krakowskiego AK, po wojnie działał w Zrzeszeniu Wolność i Niepodległość jako szef struktur krakowskich. Został aresztowany w grudniu 1946.
Tak Andrzej Romanowski pisze o generale Wojciechu Jaruzelskim: „Służył Polsce wasalnej, bo innej realnie nie było”, a wprowadzając stan wojenny: „według wszelkiego prawdopodobieństwa zapobiegł przelewowi krwi na niewyobrażalną skalę, że być może uchronił Polskę przed strefami okupacyjnymi, mogącymi przekreślić szanse narodowej emancypacji w przyszłości.” „…polska odmienność była dla Moskwy zawsze niepokojąca, a w roku 1981 wyrosła na realne dla niej zagrożenie. Ocalała, jak się wydaje, dlatego, że Jaruzelski miał w garści argument podstawowy: polski problem rozwiązał – choćby nawet połowicznie – ale sam, własnymi siłami. […] Jeszcze istotniejsze było zaś ocalenie polskiej odmienności, zrodzonej jeszcze w gomułkowskim Październiku: prywatnego rolnictwa, niezależnego Kościoła, szczątkowego politycznego pluralizmu…” „Bez Jaruzelskiego, bez jego lojalnego współdziałania, Mazowiecki z Balcerowiczem nie dokonaliby w Polsce zmiany systemu. Ba! Bez Jaruzelskiego nie byłoby europejskiej Jesieni Ludów: to przecież on wskazał Bratnim Przywódcom drogę wyjścia z sytuacji bez wyjścia”.
O stanie wojennym zaś pisze: „… zabiegł drogę najgorszym scenariuszom […] stan wojenny był koniecznością – jego alternatywą mogła być tylko bezpośrednia interwencja […] uratował polską podmiotowość i terytorialną integralność […] polską kulturową odmienność”. „Zamach stanu Jaruzelskiego w 1981 roku (9 ofiar w kopalni Wujek) był o wiele mniej krwawy niż przewrót majowy Piłsudskiego w 1926 roku (co najmniej 379 ofiar). A cierpienia internowanych w stanie wojennym nie dorównywały katuszom, jakie wobec uwięzionych byłych posłów stosowano w 1930 w Brześciu.” W innym miejscu dodaje: „… jeśli odejmiemy okres stalinowski – Polska Ludowa pod względem liczby ofiar ustępowała – i to znacznie – tak dziś sławionej II Rzeczypospolitej.” Pisząc o okresie stanu wojennego, odczuwanym przez siebie jako koszmar, o ofiarach, potrafi przywołać, pomijane w wykazach IPN, nazwisko sierżanta Zdzisława Karosa. Zauważa dalej, iż nasz, polski stan wojenny był najbardziej liberalnym stanem wyjątkowym w historii świata. Na dowód zestawia go z restrykcjami („machina śmierci”) doświadczającymi Węgrów wiele lat jeszcze po październiku 1956, czy Chilijczyków i Argentyńczyków („morza krwi”) w wyniku działań zwycięskich prawicowych junt.
Działalność IPN nazywa Romanowski demolowaniem pamięci zbiorowej. „Naszą narrację o przeszłości tworzą IPN i stabloidyzowane media. I jest to narracja, dla której nie ma alternatywy: istnieje w niej dobro i zło, światłość i ciemność – biada, gdy te porządki zostają wymieszane. […] Niezdolność historyków IPN-owskich do odróżniania rzeczy istotnych od błahych jest aż zabawna w swej jaskrawości.” Niech ilustracją będzie opinia Ryszarda Terleckiego, niegdyś szefa krakowskiego IPN, o stanie wojennym. Uważa on, że władza chciała „utopić własny naród we krwi”. Jakże to inne spojrzenie. Ale pan Terlecki na większość spraw ma inne spojrzenie.
Myliłby się ten, kto na podstawie przytoczonych zdań profesora Romanowskiego wysnułby wniosek, że potrafi on łagodnie i z wyrozumiałością odnosić się do wszystkich aspektów naszej przeszłości. Tam, gdzie trzeba, tam, gdzie tak uważa, wypowiada się jednoznacznie i ostro, boleśnie nazywając zdarzenia po imieniu. Widzi braki i błędy II RP. Oburza się słusznie na przedwojenne relacje polsko-żydowskie. Nawiązując do pogromów, choćby lwowskiego i kieleckiego z 1918, czy częstochowskiego z 1919, pyta: „czyżbyśmy wyprzedzili hitlerowców?” Jakże przejmujące to pytanie, jak już po nim nie na miejscu są dywagacje o sprawstwie w Jedwabnem. Prawda jest bolesna. Ale jak pisze Romanowski: „Musimy przypomnieć o tym fakcie samym sobie i odkryć prawdę o sobie. Nie bać się ukazać tej prawdy światu. Stanąć nagimi wobec świata, z głową posypaną popiołem. Powiedzieć potomkom pomordowanych: wybaczcie. To jest polski narodowy obowiązek.” Jednoznacznie i bez ogródek nazywa aresztowanie, proces i zgładzenie generała Emila Fieldorfa – „Nila”. To „morderstwo sądowe i niespotykana zbrodnia”. Ale jednocześnie przypomina nam, że w 1972 roku, ówczesny minister obrony narodowej, Wojciech Jaruzelski wydał dyspozycję wystawienia symbolicznego nagrobka generałowi Fieldorfowi. Protestuje przy okazji, by tym samym określeniem „zbrodni komunistycznej” nie obejmować różnego rodzaju, nagannych i karalnych, naruszeń cielesnych manifestantów przez ZOMO-wców w latach 80. Pisząc z bólem, niemal przez łzy, o Katyniu, Ostaszkowie, Miednoje, Piatichatkach próbuje jednak odnaleźć szansę na wybaczenie, na nowe otwarcie, na ułożenie dobrych relacji. „Zagłada polskich oficerów miała być karą za >niesłuszną< narodowość. Pozostała świadectwem działania bezdusznej, dialektycznej maszynerii. Ten symbol losu ludzi w naszej części Europy – czy stanie się znakiem pojednania?” Nie chciałem pisać panegiryku, ale nie sposób mi w innym duchu ocenić książek Romanowskiego, Zbyszewskiego i Kalińskiego oraz zawartych w nich myśli i przesłań. Przedstawione książki są – mam tego świadomość – różnej wagi. Na pewno jedna myśl jest w nich wspólna – historia się powtarza, a my zbyt rzadko wyciągamy z niej wnioski, o ile wyciągamy jakiekolwiek. Na koniec jeszcze jedno przesłanie z Romanowskiego. Starajmy się je wypełnić. „W czasach, gdy uprawiana na co dzień historia stała się służką polityki, a słowo >komunista< funkcjonuje jako obelga […] oddanie sprawiedliwości minionemu światu – zwłaszcza takiemu światu, co minął bezpowrotnie – jest bowiem ludzką powinnością. I niezmiennym obowiązkiem intelektualisty.”

Quanzhou – „Muzeum Religii Świata”

Czy możesz sobie wyobrazić, że w jednym mieście znajduje się ponad 6000 świątyń lub kościołów różnych religii? Ponad 800 lat temu chiński literat Zhu Xi napisał w swoim wierszu: „Miasto to, nazywano w czasach starożytnych Królestwem Buddy, na każdej ulicy było tam wielu bogów.” To miasto, w którym współistniało obok siebie wiele religii, to Quanzhou. Dlatego nazywa się je „Muzeum Religii Świata”.

Quanzhou położone jest w Fujian, nadmorskiej południowej chińskiej prowincji. W mieście tym czuć atmosferę religijną z czasów antycznych. W czasach panowania dynastii Song i Yuan (od około X wieku do XIV wieku) rozwijały się w Quanzhou buddyzm, taoizm i różne inne światowe i lokalne religie. W jaki sposób obce religie znalazły przyjazny grunt do rozwoju w tym mieście?
Wszystko to zasługa Morskiego Jedwabnego Szlaku. Ze względu na swoje wyjątkowe położenie geograficzne, Quanzhou połączone było z lądem sięcią kanałów wodnych, z morzem łączył miasto duży port zdolny do przyjmowania statków oceanicznych. Od IX do X wieku w środkowych Chinach toczyły się ciągle wojny. Morski Jedwabny Szlak stopniowo zastępował niebezpieczną z powodu wojen drogę lądową i stał się głównym szlakiem handlu międzynarodowego łączącym Europę i Azję. W Quanzhou zaczynał się początek Morskiego Jedwabnego Szlaku, a miasto stało się w tym czasie jednym z największych międzynarodowych portów handlowych na świecie. Włoski podróżnik Marco Polo tak opisał Quanzhou w swojej książce: „Port Zayton znajduje się właśnie w tym mieście i wszystkie statki przewożące wartościowe towary zakotwiczone są w tym porcie. Ten port często odwiedzany jest przez zagranicznych kupców, więc liczba zgromadzonych tu towarów jest niesamowita.”
Do Quanzhou przyjeżdżali licznie kupcy z Europy, Bliskiego Wschodu i Azji Południowo-Wschodniej, którzy oprócz cennych towarów przywozili także własne zwyczaje i wierzenia. Ludzie z różnych kultur prowadzili w tym mieście trwającą przez wiele lata wymianę gospodarczą, w trakcie której się poznawali. Dlatego pozostawiło tutaj swoje ślady ponad 30 różnych religii, w tym chrześcijaństwo, islam, manicheizm i hinduizm.
Gęsta zabudowa budowli religijnych sprawia wrażenie, że obok siebie „mieszkają” bogowie z wielu rozmaitych religii. Na przykład na obszarze starego miasta, obejmującym kilka kilometrów kwadratowych, znajduje się chrześcijański kościół Quannantang, buddyjska świątynia Kaiyuan, islamski meczet Qingjing, świątynia konfucjańska, taoistyczna świątynia Guanyue i świątynia wierzeń ludowych o nazwie Pałac Tianhou. W tej niewielkiej strefie można przekonać się, że Quanzhou jest rzeczywiście „Muzeum Religii Świata”.
Świątynia Kaiyuan znajduje się w najbardziej ruchliwym miejscu starego miasta. Kilka wiekowych drzew tępego fikusa oddziela świat świecki od podniosłej atmosfery świątyni buddyjskiej. W świątyni nie słychać żadnego ulicznego hałasu. Drzewa te jednak nie blokowały przenikania się z innymi religiami. Kamienne stopnie i filary głównego pawilonu zostały udekorowane wyrzeźbionymi postaciami ludzi i zwierząt w stylu hinduskim. Na belkach w świątyni znajduje się wiele drewnianych kolorowych postaci, których skrzydła nawiązują do podobizn chrześcijańskich aniołów.
Na wschód od świątyni Kaiyuan, tylko 10 minut spacerem, znajduje się chrześcijański kościół Quannantang. Został zbudowany w 1867 roku. Kiedyś był największym kościołem w prowincji Fujian, dziś nadal jest on centrum chrześcijańskiej działalności w mieście Quanzhou. Na oficjalnej stronie internetowej kościoła Quannantang można przeczytać, że kościół ten ma ponad 6000 parafian i często organizowane są w nim różne nabożeństwa religijne.
Świątynia Guanyue jest świątynią taoistyczną, ale ciekawostką jest to, że czczeni w niej bogowie byli prawdziwymi postaciami historycznymi. Są to: Guan Yu i Yue Fei, sławni w starożytności generałowie. Ludzie modlą się do nich o pokój i bogactwo. W wierzeniach taoistycznych wiele wybitnych postaci historycznych staje się bogami po śmierci, co jest bardzo bliskie wierzeniom ludowym. Na przykład Konfucjusz jest bogiem edukacji i kultury. Co roku w świątyniach konfucjańskich w całych Chin odbywają się ceremonie poświęcone kultowi Konfucjusza. Przed egzaminami wstępnymi na uniwersytet, ogromna liczba kandydatów i ich rodzice udaje się do świątyni konfucjańskich, aby modlić się o powodzenie podczas egzaminu. Jeśli będziesz podróżował pociągiem dużej prędkości w prowincji Fujian, a pasażerem siedzącym obok Ciebie będzie przepiękny posąg bogini, nie zdziw się. Będzie to bogini morza Mazu, w którą wierzą mieszkańcy południowo-wschodniego wybrzeża Chin. Mazu podróżuje do innych miast, aby wziąć tam udział w uroczystościach religijnych. Jej oryginalne imię brzmiało Lin Mo, była odważną i inteligentną dziewczyną, która ponad tysiąc lat temu mieszkała w Putian, w prowincji Fujian. Jest boginią czczoną w Pałacu Tianhou w Quanzhou.
Niecałe 300 metrów od świątyni Guanyue znajduje się islamski meczet Qingjing. Właśnie Quanzhou było początkowym przystankiem dla rozwoju religii islamskiej w Chinach. W Lingshan w Quanzhou znajduje się „trzeci najważniejszy grobowiec i święte miejsce islamu w świecie”, który był świadkiem życia obcych grup etnicznych osiadłych w tym mieście. W czasach największej wymiany handlowej, wielu Arabów osiedlało się tutaj i zawierało związki małżeńskie z miejscowymi. Potomkowie pochodzący z tych związków tworzą obecnie populację ponad 60 tysięcy osób. Meczet Qingjing został zbudowany przez Arabów, którzy przybyli do Quanzhou w XI wieku i jest to najstarsza zachowana budowla islamska w Chinach. Świątynia ta i sąsiadująca z meczetem świątynia Guanyue są domem dla dwóch religii zrodzonych w zupełnie odmiennych kręgach kulturowych. To naprawdę cudowna rzecz, że wyznawcy obu tych religii potrafili żyć w harmonii i zgodzie przez tysiąc lat.
Współistnienie wielu wyznań i religii jest wizytówką Quanzhou. Miasto Zayton zawsze miało otwarty i wolny stosunek do wszystkich religii. Silna tolerancja i różnorodność sprawiają, że jest to przestrzeń przyjazna dla każdej kultury. W Quanzhou odnajdziemy ślady wszystkich głównych religii występujących na świecie. Można powiedzieć, że bez względu na to, jaką religię wyznajesz, twoja dusza znajdzie swoje miejsce w Quanzhou. Religie te nie zamykają się, lecz rozwijają poprzez wzajemne uczenie się od siebie. Niektórzy uczeni uważają, że już tysiąc lat temu Quanzhou charakteryzowało się ogromną wielokulturowościa, tak charakterystyczną dla współczesnych metropolii.
25 lipca, podczas 44. sesji Komitetu Światowego Dziedzictwa UNESCO, Quanzhou „Światowe centrum chińskiego handlu oceanicznego w czasach dynastii Song i Yuan” zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ludzie z różnych państw, kultur i grup etnicznych przełamując bariery czasu i przestrzeni, żyli razem, w harmonii, w Quanzhou, ucząc się wzajemnie od siebie i przekazując z pokolenia na pokolenie poszanowanie dla innych kultur i religii. Duch wzajemnego szacunku i tolerancji, którego dowodem jest historyczna zabudowa Quanzhou, w dalszym ciągu istnieje w tym tętniącym życiem regionie i jest głęboko zakorzeniony w codziennym życiu mieszkańców.

Z dziejów „jakobinizmu polskiego”

190 rocznica wypadków nocy z 15 na 16 sierpnia 1831 roku w Warszawie.

Nocą z 15 na 16 sierpnia 1831 roku w Warszawie doszło do krwawych zamieszek ulicznych. Zrewoltowany tłum, lud warszawski, przy udziale przedstawicieli radykalnej inteligencji, przy biernej postawie Gwardii Narodowej i Straży Bezpieczeństwa, wdarł się do więzień (m.in. w Zamku Królewskim, Starej Prochowni przy ulicy Mostowej, a także do Domu Przytułku i Pracy na Woli), wywlókł stamtąd więźniów i dokonał samosądów (zabijano bronią białą i wieszano). Ich ofiarą padło także szereg osób nie będących więźniami, lecz oskarżonych o sprzyjanie Rosjanom. Scenerią większości krwawych wypadków było Stare Miasto i okolice, stąd po zakończeniu masakr zwłoki znacznej części uśmierconych zostały umieszczone na terenie klasztoru i kościoła świętego Marcina przy ulicy Piwnej. Łącznie życie straciło 35 osób. Zginęli m.in. generałowie Antoni Jankowski, Józef Hurtig, Ludwik Bukowski, Antoni Sałacki, a także szpicle policyjni Henryk Birnbaum i Henryk Macrott junior. Nocne zdarzenia były efektem radykalizacji nastrojów społeczeństwa Warszawy z powodu pogarszającej się od wiosny sytuacji wojskowej i politycznej Powstania Listopadowego (m.in. klęski militarne pod Ostrołęką i Łysobykami), za co obarczano, łącznie z zarzutami zdrady, wojskowo-polityczne kierownictwo kraju, z Rządem Narodowym księcia Adama Jerzego Czartoryskiego na czele. Pierwszym zwiastunem tych radykalnych nastrojów był incydent z 29 czerwca 1831 roku, kiedy rozwścieczony tłum wywlókł z mieszkania przy ulicy Świętojerskiej i próbował zabić generała Hurtiga, który uszedł z życiem tylko w rezultacie interwencji Gwardii Narodowej. Od tej pory nastroje coraz bardziej się zaogniały i osiągnęły apogeum 15 sierpnia, kiedy to już od rana na ulicach Warszawy zaczął gromadzić się tłum, na posiedzenie Rządu Narodowego w dzisiejszym Pałacu Namiestnikowskim wtargnęła grupa radykalnych działaczy (nazywano ich „jakobinami”) z księdzem Aleksandrem Pułaskim i Janem Czyńskim, przywódców Towarzystwa Patriotycznego, których uważano za głównych inspiratorów sierpniowych wypadków, a przejeżdżający ulicą Elektoralną prezes Rządu Czartoryski stał się celem nieudanego zamachu (oddano do niego strzały). Narastająca fala radykalnych emocji osiągnęła apogeum przed północą. Zgromadzony na placu Zamkowym tłum ruszył do działania i rozpoczęły się masakry. Jako pierwszy zginął więzień zamku, generał Jankowski, powieszony nieopodal kolumny Zygmunta, po czym tłum rozproszył się po mieście poszukując ofiar. Byli wśród nich prawdziwi zdrajcy i carscy kolaboranci, były też przypadkowe, niewinne ofiary. Rankiem 16 sierpnia prezesurę Rządu Narodowego i tym samym kierownictwo powstania jako wódz naczelny wojska objął generał Jan Krukowiecki, który rozkazał rozstrzelać kilku uczestników samosądów. Kilkunaścioro innych uczestników skazano na kary więzienia.
Erupcja radykalizmu polskiego
Wypadki 15/16 sierpnia zaliczają się do stosunkowo nielicznych w historii Polski (w porównaniu n.p. z historią Francji) przypadków radykalnych działań o charakterze terrorystycznym, podjętych na podłożu radykalnej ideologii (inspirowane przez „jakobinów polskich” wieszania majowe i czerwcowe podczas Insurekcji Kościuszkowskiej 1794 roku w Warszawie były jednak na ogół zorganizowanym rezultatem wyroków sądowych). Niektórzy nazywali wydarzenia 15/16 sierpnia „polskimi masakrami wrześniowymi” (co było nawiązaniem do masowych samosądów dokonanych 2-4 września 1792 roku w rewolucyjnym Paryżu). Niektórzy rzadkość tego typu wydarzeń wiązali (jak n.p. Adam Mickiewicz) z „łagodną naturą Polaków”. Stąd m.in. wyrażona przez Szymona Askenazego hipoteza, że warszawskie masakry sierpniowe 1831 zostały sprowokowane przez czynniki rosyjskie.
15 sierpnia w sztuce, a polskie zakłamanie
Pierwszym odzwierciedleniem wypadków nocy z 15 i 16 sierpnia 1831 roku były liczne artykuły w wielu tytułach ówczesnej prasy. Są one wzmiankowane i komentowane w dziesiątkach publikacji poświęconych Powstaniu Listopadowemu, które zaczęły powstawać (głównie na emigracji) jeszcze w trakcie trwania powstania i powstają do naszych czasów. Wkrótce po wypadkach Jan Czyński opublikował broszurę „Piętnasty sierpnia i sąd na członków Towarzystwa Patryotycznego”. „Opisanie dnia 15 sierpnia” pozostawił po sobie generał Jan Krukowiecki. Można je znaleźć zarówno w syntezach historii Powstania (m.in. Maurycego Mochnackiego, Stanisława Barzykowskiego, Walentego Zwierkowskiego, Władysława Zajewskiego), jak w tekstach na tematy szczegółowe. Powstało też kilka naukowych tekstów „monograficznych” skoncentrowanych wyłącznie na wypadkach 15/16 sierpnia. To oparte na wnikliwych badaniach źródeł dokumentalnych: „Noc 15 sierpnia w Powstaniu Listopadowym” Mieczysława Weryńskiego (1932), „Noc z 15 na 16 sierpnia i dzień 16 sierpnia” Władysława Lewandowskiego (1957), studium tematyczne Zygmunta Mańkowskiego zawarte w tomie „W kręgu polskich doświadczeń historycznych XIX i XX wieku” (1986). Tekst Anny Marty Dworak „Bratobójcza rzeź na ulicach Warszawy. 15 sierpnia 1831 roku w świetle relacji pamiętnikarskich” jest częścią zbioru „Romantyzm warszawski w latach 1815-1864” (2016).
W literaturze pięknej obszerny fragment wypadkom 15 sierpnia poświęcił Wacław Gąsiorowski w powieści „Bem” (1911). Wydarzeniom tym poświęcony jest eden z rozdziałów powieści „Królestwo bez ziemi” (1968) Tadeusza Hołuja. Jednym z głównych bohaterów powieści jest Tomasz Wolski – dymisjonowany oficer rozstrzelany na rozkaz generała Krukowieckiego za udział w samosądach sierpniowych. Marginalną rolę w powieści odgrywa inny rozstrzelany w tym samym dniu uczestnik samosądów – Wincenty Dragoński. Echa wydarzeń nocy 15 sierpnia pojawiają się w epilogu powieści Leona Przemskiego „Szary jakobin” (1951), którego akcja rozgrywa się w Warszawie w czasie powstania listopadowego. Rozdziały wcześniejsze przedstawiają między innymi intrygi członków Towarzystwa Patriotycznego, rewolucyjne wrzenie w mieście, których kulminacją był sierpniowy wybuch społeczny. Wypadkom sierpniowym poświęcił jeden ze swoich wierszy („Le seize août á Varsovie” – „Szesnasty sierpnia w Warszawie”) francuski poeta z epoki, Auguste-Marseille Barthelemy. W końcowych rozdziałach powieści kryminalnej Pawła Goźlińskiego ( 2010), której bohaterem jest m.in. Juliusz Słowacki ( akcja w lipcu 1845 r. w Paryżu), seryjny morderca i były powstaniec, płk Koenig (postać fikcyjna) przywołuje wydarzenia nocy sierpniowej, jako mające istotny wpływ na jego późniejszą quasi-mistyczną, a zarazem zbrodniczą działalność na emigracji. W retrospekcji nocy 15 sierpnia 1831 ukazana jest m.in. dramatyczna scena zabójstwa generała Jankowskiego (pchnięcie szablą), którego miał dokonać płk Koenig, i które odcisnęło wyraźne piętno na jego psychice oraz dalszych motywacjach i wyborach życiowych. Wzmianka o tych wydarzeniach pojawia się w filmie Aleksandra Forda „Młodość Chopina” (1951), gdy przemawiający książę Adam Jerzy Czartoryski wspomina „haniebną noc 15 sierpnia, gdy Polacy Polaków mordowali”. Fabularyzowany film dokumentalny „powstanie Listopadowe 1830-1831”, w reżyserii Lucyny Smolińskiej, 1980) ukazuje między innymi scenę wtargnięcia delegacji Towarzystwa Patriotycznego na posiedzenie Rządu Narodowego w pałacu Namiestnikowskim w dniu 15 sierpnia. Wypowiedzi na temat samosądów udziela w filmie konsultant naukowy, profesor Jerzy Skowronek.
Co charakterystyczne i poniekąd zagadkowe – nie zachował się ani jeden obraz czy rysunek obrazujący te gwałtowne wydarzenia, choć twórcy dokumentowali zdarzenia o znacznie mniejszej wadze. Piszący te słowa skłonny jest przypisać to swoistej polskiej hipokryzji, ówczesnej odmianie „poprawności” historycznej która nie pozwalała polskim twórcom uwiecznić wydarzeń, które uważali za hańbiące „honor polski”, wizerunek „polskiej anielskości, niewinności i nieposzlakowanej szlachetność”. W Polsce zdominowanej, także pod zaborami, przez opinię konserwatywno-katolicką, niechętnie nawiązywano do tradycji radykalnych, zwłaszcza o lewicowym kolorycie. Nawet radykalne lewicowe kręgi polskiej opinii nie nawiązywały do wydarzeń nocy 15/16 sierpnia, nie próbowały uczynić z nich swego emblematu. Kuriozalnym refleksem takiej postawy jest wydana w 2000 roku obszerna monografia Powstania Listopadowego 1830-1831, „Epoka Powstania Listopadowego”, autorstwa mieszkającego we Francji polskiego historyka Tadeusza Edwarda Domańskiego (1922-2004), w której nie znalazła się nawet wzmianka o tych wydarzeniach. Podobny syndrom zakłamania nie występuje w historiografii francuskiej, przepełnionej obficie ikonografią poświęconą samosądom ludowym czy Terrorowi lat 1793-94.

Berliński potomek Spartakusa. Towarzysz Róży

150 rocznica urodzin Karla Liebknechta.

Karl Liebknecht zginął zamordowany przez prawicową bojówkę Freikorpsu wraz z Różą Luksemburg i choć zawsze pozostawał w jej cieniu, to był wybitnym działaczem ruchu rewolucyjnego.
Urodził się 13 sierpnia 1871 w Lipsku. W 1893 roku ukończył studia prawnicze na uniwersytecie w Berlinie, a w 1897 roku obronił pracę doktorską. Do SPD wstąpił w 1900 roku. W 1901 wybrano go do Rady Miejskiej Berlina, do której należał do 1913 roku. Był delegatem na kongresy partii socjaldemokratycznej i w 1908 roku został wybrany do Pruskiej Izby Deputowanych. Występował jako przeciwnik militaryzmu i stał się jednym z przywódców socjalistycznego ruchu młodzieżowego.
W latach 1907–1910 był prezydentem Socjalistycznej Międzynarodówki Młodzieżowej. Z powodu opublikowanej książki o militaryzmie w latach 1907-1909 przebywał w więzieniu w Glatz (Kłodzko). W Reichstagu występował przeciwko praktykom biznesowym firm zbrojeniowych. Na początku I wojny światowej bezskutecznie próbował nakłonić socjaldemokratycznych deputowanych do odrzucenia uchwały o kredytach wojennych.
Przed wojną, jako radykalny samotnik nie należał jeszcze do jądra SPD skupionego wokół Róży Luksemburg, Franza Mehringa i Juliana Marchlewskiego, później jednak zaczął teraz ściśle współpracować z tą grupą. 2 grudnia 1914 roku jako jedyny deputowany w Reichstagu zagłosował przeciwko zatwierdzeniu kredytów wojennych i stał się emblematyczną postacią przeciwników wojny.
W lutym 1915 roku powołano go do służby wojskowej oraz zabroniono jakichkolwiek wystąpień politycznych poza Reichstagiem i w Pruskiej Izbie Deputowanych. Jednak aktywnie działał przy tworzeniu Gruppe Internationale, która od 1916 roku nosiła nazwę „Związek Spartakusa”. 1 maja 1916 zorganizował manifestację pokojową na Placu Poczdamskim ( Potsdamer Platz) w Berlinie, po czym został aresztowany.
28 czerwca 1916 roku skazano go w Berlinie na dwa i pół roku ciężkiego więzienia, ale Najwyższy Sąd Wojenny podniósł karę do 4. W więzieniu w Luckau (Łuków) na Dolnych Łużycach napisał kilka pism, wśród nich „Studia nad prawami ruchu rozwoju społecznego”.
Liebknecht chciał wprawdzie zachować teorię marksistowską jako podstawową ideę socjalizmu, ale krytykował zarówno ekonomiczne kategorie Karola Marksa, jak również materializm historyczny. Odrzucał tezę o działaniu „praw historycznych”, a także marksowski schemat podstawy ekonomicznej i nadbudowy ideologicznej.
Filozoficznie Liebknecht uważał się za agnostyka i uniwersalistę. Jego koncepcja socjalizmu opierała się na fundamentalnej tezie o „tendencji do wzrostu naturalnej i społecznej solidarności”. Odrzucał teorię wartości, ponieważ jego zdaniem siła robocza nie może tworzyć wartości nadwyżkowej ponad swoją wartość jako produkt pierwotnej produkcji gospodarczej.
Uważał, że wartość dóbr, w tym siły roboczej, była raczej określana przez przeciętne społeczne warunki produkcji. Dla niego wyzysk był wyłącznie problemem dystrybucji, a nie produkcji, jak twierdził Marks.
Twierdził, że wartość nie jest kapitalistycznym faktem społecznym, ponieważ istniała przed i po rozwoju kapitalistycznym. Jego koncepcja zakładała, że wyzysk proletariatu odbywa się poprzez gwałt i niedostatek w podziale całkowitego produktu społecznego. 23 października 1918 roku został zwolniony z więzienia, przed upływem wyznaczonej kary.
Podczas rewolucji listopadowej, która wycbuchał 9 listopada, kierował razem z Różą Luksemburg „Związkiem Spartakusa” i wydawał jego gazetę „Die Rote Fahne”. 9 listopada z balkonu pałacu w Berlinie proklamował „wolną republikę socjalistyczną”. Nie był skłonny do wstąpienia do rządu rewolucyjnego i próbował zmobilizować masy przeciwko socjaldemokratycznym deputowanym ludowym na rzecz rządów rad.
Na zjeździe założycielskim Komunistycznej Partii Niemiec w dniach 30.12.1918 – 1.1.1919 wzywał do odłączenia się od Niezależnej Socjaldemokratycznej Partii Niemiec i utworzenia nowej partii, na czele której stanął razem z Różą Luksemburg. Skłaniał się ku radykalnemu, rewolucyjnemu komunizmowi. Podczas styczniowych walk w Berlinie ogłosił „obalenie” rządu Friedricha Eberta.
Po zamieszkach został aresztowany wraz z Różą Luksemburg przez żołnierzy tzw. Freikorpsu i 15 stycznia 1919 roku brutalnie zamordowany. W swojej książce „Zdarzyło się” Włodzimierz Kalicki tak opisuje okoliczności smierci Liebknechta: „Eskorta żołnierzy wyprowadza Liebknechta z hotelu Edenu wejściem bocznym.
Przed drzwiami stoi jedynie szpaler żołnierzy w hełmach i z karabinami. Dr Liebknecht przechodzi przez ten szpaler do samochodu osobowego. Gdy schyla się i zamierza wsiąść, jeden z żołnierzy, strzelec Runge, uderza go kolbą w głowę.
Żołnierze wciągają oszołomionego Liebknechta do samochodu. Wsiadają też 3 oficerowie i jeden ze strzelców. Auto natychmiast rusza, ale na stopień wskakuje odziany w długi futrzany płaszcz jeden z ochotników straży Wilmersdorfu, Edwin von Rzewuski. Z całej siły uderza pięścią zakrwawioną głowę dr. Liebknechta i z okrzykiem tryumfu zeskakuje w biegu.
Potem z dumą pokazuje zakrwawioną rękę innym ochotnikom straży. Szofer nie jedzie w kierunku Moabitu, lecz w przeciwnym kierunku, potem zaś skręca w lewo, w nieoświetloną uliczkę Der Grosse Weg nad Neue See, Jeziorem Nowym, w parku Tiergarten. Tam samochód zatrzymuje się.
Kierowca twierdzi, że auto zepsuło się. Oficerowie polecają Liebknechtowi wysiąść. Wysiada z trudem, powoli. Kpt. Pflugk-Harttung pyta Liebknechta, czy dojdzie pieszo do nieodległej Charlottenburger Chaussee. Zakrwawiony dr Liebknecht odpowiada, że da radę. Po 20 krokach Pflugk-Harttung strzela mu w głowę z bliskiej odległości. Potem do leżącego oddają po jednym strzale pozostali oficerowie. Kpt. Pflugk-Harttung odwozi zwłoki do kostnicy pogotowia ratunkowego i stwierdza, że to zwłoki nieznanej ofiary znalezionej przez żołnierzy na mieście. Mordercy wracają do Edenu”.
Karl Liebknecht pochowany został 25 stycznia wraz z 31 innymi poległymi w dniach styczniowych na Cmentarzu Centralnym Friedrichsfelde w Berlinie.
Kondukt żałobny przerodził się w masową demonstrację, w której wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy osób. Ich pogrzeb przekształcił się w masową demonstrację pod socjalistyczną i komunistyczną egidą. I tak jak od dziesiątek lat.
Historia powtarza się rokrocznie: w drugą niedzielę stycznia dziesiątki tysięcy ludzi udają się do miejsca pamięci socjalistów w berlińskiej dzielnicy Friedrichsfelde.
Tak też jest po dziś dzień, bo, jak głosi przewodniczący partii Lewicy Lothar Bisky, „sprawy o które walczono kiedyś nie straciły na aktualności. „Analiza kapitalizmu obydwojga założycieli Komunistycznej Partii Niemiec jest wciąż aktualna pomimo upływu lat.
To, co napisali oni o kryzysach kapitalizmu uzyskało ostatnio znów empiryczne potwierdzenie – jedynie w innej formie i w zmienionych warunkach.
Oznacza to, że analiza ta jest wciąż aktualna i w mocy. Jest to też powód, dla którego lewica i jej sympatycy podtrzymują pamięć tych dwojga prekursorów” – podkreśla lider niemieckiej Lewicy.

Czas dobrych kowali

„Naród chiński jest wielkim narodem. W ciągu swej historii liczącej ponad pięć tysięcy lat, Chiny wniosły niezatarty wkład do postępu i cywilizacji ludzkiej”, powiedział Xi Jinping sekretarz generalny Komunistycznej Partii Chin inauguracji obchodów 100- lecia KPCh. Wygłoszone pierwszego lipca jego przemówienie było komentowane na całym świecie. Ale robiono to zwykle „na gorąco”, akcentując niektóre, uznane za szczególnie ważne fragmenty, albo atrakcyjnie brzmiące w mediach bon moty. Na przykład ten o „Wielkim,stalowym murze wzniesionym przez 1,4 miliardowy naród chiński”.

Tamte komentarze cieszyły się zainteresowaniem światowej opinii publicznej. Wzbudzały do Chin sympatię, czasem też strach przed światowym „komunistycznym” mocarstwem. Przed globalną chińską ekspansją. Częściej wywoływały emocje niż refleksje.
Czas zatem na dłuższą, rzetelną analizę przemówienia przywódcy Chin. Prezentującego nie tylko znane już sukcesy KPCh. Oceniającego również najnowszą historię Chin. Wyznaczającego kierunki rozwoju Chin i KPCh do roku 2049. Roku dla Chińczyków ważnego, bo stulecia Chińskie Republiki Ludowej.
Czas buntu
Nie da się zrozumieć obecnych Chin, a zwłaszcza programu i polityki KPCh bez przypomnienia najnowszej historii Chin.
W Polsce i w Europie rzadko kto wie, że jeszcze w 1820 roku Chiny były pierwszą gospodarką ówczesnego świata.
Niewielu Europejczyków pamięta, że europejscy intelektualiści okresu Oświecenia, tacy jak Wolter i Leibnitz, stawiali europejskim elitom politycznym chińską merytokrację za wzór systemu i sprawnego państwo.
Ekspansywne państwa europejskie chciały też więcej handlować z Chinami. Od XVII wieku zapanowała w Europie moda na chińskie towary. „Chinoiserie” były obiektem wdychania arystokratów i bogacących się mieszczan. Barierą ograniczajacą handel były deficyty europejskich kompanii w wymianie towarowej.
Pod koniec XVIII wieku brytyjska Kampania Wschodnioindyjska rozpoczęła, przez swe faktorie w Hong Kongu, sprzedaż w Chinach opium. Stworzyła pierwszy światowy, popierany przez państwo kartel narkotykowy.
Kiedy władze chińskie zakazały handlu tym narkotykiem, Brytyjczycy masowo przemycali go. Kiedy amia chińska próbowała walczyć z narkotykowym kartelem, interweniowała brytyjska marynarka i wojsko. W imię „wolnego handlu”.
Chiny przegrały narzucone im wojny opiumowe. Zachęciło to inne europejskie mocarstwa: Francję, Niemcy, Rosję do zbrojnych najazdów na Chiny i zagarniania chińskich terenów dla swoich handlowych faktorii.
Wiek XIX to jeden z najgorszych okresów w długich dziejach Chin. Porównywany jest do rosyjskiej „smuty” w XVII wieku, do „czasów saskich” i rozbiorów w Polsce.
Chińczycy nie są narodem, który lubi publicznie, jak Polacy, przypominać swe krzywdy doznane od innych narodów.
Przewodniczący Xi przypomniał jedynie, że „Po wojnie opiumowej z 1840 roku Chiny zostały stopniowo sprowadzone do społeczeństwa na poły kolonialnego i pół feudalnego i doznały z powodu większych zniszczeń niż kiedykolwiek przedtem. Kraj doświadczył silnych upokorzeń, obywatele zostali poddawani wielkim cierpieniom, a cywilizacja chińska popadała w ciemność. Od owego czasu odrodzenie narodowe stało się największym marzeniem narodu i państwa chińskiego”.
Przypomniał też ówczesnych bojowników i reformatorów marzących o odrodzeniu upokarzanego narodu chińskiego. Wspomniał: Ruch Niebiańskiego Królestwa Taiping, Ruch Reformatorski z 1898 roku, Ruch Yihetuan i społeczny ruch określany jako Rewolucja 1911 roku.
Przypomniał, że przygotowano wtedy wiele programów odrodzenia chińskiego narodu i państwa, ale „wszystkie te przedsięwzięcia zakończyły się niepowodzeniem. Chiny potrzebowały pilnie nowych idei /…/ oraz nowych form organizacji dla zjednoczenia sił rewolucyjnych”.
„Wraz z salwami Rewolucji Październikowej w Rosji, w 1917 roku, marksizm-leninizm został sprowadzony do Chin. W 1921 roku powstała Komunistyczna Partia Chin. W czasach kiedy następowało wielkie przebudzenie państwa i narodu chińskiego, marksizm-leninizm stawał się ściśle powiązany z chińskim ruchem robotniczym. Utworzenie partii komunistycznej w Chinach było wydarzeniem epokowym, które zmieniło bieg historii chińskiej w czasach nowożytnych, wytyczyło przyszłość narodu i państwa chińskiego oraz odmieniło krajobraz rozwoju świata.”
Czas walki
W czasie swego powstania Komunistyczna Partia Chin liczyła zaledwie 50 członków. Powstała w państwie, które po pierwszych reformach, po likwidacji niesprawnego cesarstwa i ustanowieniu systemu republikańskiego, podzieliło się na prowincje zarządzane przez dowódców lokalnych armii. Zwanych „Warlodrami”.
Wojny domowe trwały wChinach od lat dwudziestych aż po 1949 rok. Warlordowie zawierali doraźne sojusze przeciwko swym konkurentom. Tylko dwie siły polityczne, komuniści i nacjonaliści z Kuomintangu, miały ambicje zjednoczenia państwa chińskiego.
Obie partie zawierały sojusze, obie walczyły ze sobą.
W 1931 roku rozpoczęła się agresja japońska. Najpierw zajęto Mandżurię czyniąc z niej marionetkowe państwo. W 1937 roku wojska japońskie podjęły próbę zajęcia najważniejszych miast chińskich.
Warto przypomnieć, że w czasie II wojny światowej Chiny należały do grona koalicji antyhitlerowskiej. Były aliantami Polski.
Po pokonaniu Japonii w 1945 roku rozpoczął się ostatni etap wojny domowej. Komuniści chińscy własnym wysiłkiem zbrojnym zdobyli władzę. Zjednoczyli wszystkie chińskie prowincje, stworzyli Chińską Republikę Ludową.
Nie otrzymali jej w wyniku decyzji ówczesnych mocarstw, jak partie komunistyczne i lewicowe w Europie Środkowo-Wschodniej.
Pierwszego października 1949 roku przewodniczący Mao Zedong proklamując powstanie ChRL wyraził wieloletnie oczekiwania i aspiracje Chińczyków.
Zrealizowane teraz przez chińskich komunistów:
„Chińczycy zawsze byli wielkim,odważnym i pracowitym narodem: znaleźli się w tyle, tylko w czasach nowożytnych. A tłumaczyło to się wyłącznie uciskiem i wyzyskiem obcego imperializmu i krajowych rządów reakcyjnych… Nasz naród nie będzie dłużej narodem znieważanym i upokarzanym. Rozprostowaliśmy się.”
Czas budowy
„Zwycięstwo nowej rewolucji demokratycznej położyło kres historii Chin jako społeczeństwa półkolonialnego i półfeudalnego, państwu podzielonemu, jakie występowały w starych Chinach, a także wszelkim nierównoprawnym traktatom narzuconym naszemu krajowi przez obce mocarstwa i wszelkim przywilejom, z których korzystały państwa imperialistyczne w Chinach”, tak ocenił powstanie ChRL przewodniczący Xi Jinping.
Dzięki powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej zostały stworzone „fundamenty dla odrodzenia narodowego” .
„Poprzez nieugiętą walkę Partia i naród chiński dowiodły światu, że naród chiński wytrwał i że czasy, kiedy naród chiński mógł być zastraszany i wykorzystywany przeminęły na zawsze. /…/ Przeprowadzając rewolucję socjalistyczną, wyeliminowaliśmy feudalny system wyzysku i ucisku, który trwał w Chinach przez tysiące lat oraz ustanowiliśmy socjalizm jako nasz podstawowy system. W procesie budownictwa socjalistycznego wprowadziliśmy jak najszersze i dogłębne przeobrażenia społeczne w historii narodu i państwa chińskiego /…/Partia i naród chiński zademonstrowały światu, że państwo chińskie doprowadziło do ogromnej transformacji. Najpierw podniosło się i rozwijało się pomyślnie, aby następnie stać się silnym mocarstwem oraz że narodowe odrodzenie Chin stało się historyczną nieuchronnością.”, tak ocenił przewodniczący Xi.
Oddał też hołd historycznym liderom i swoim poprzednikom. Wspomniał weteranów rewolucji: Mao Zedonga, Zhou Enlaia, Liu Shaoqi, Zhu De, Deng Xiaopinga, Chen Yuna oraz swych reformatorskich poprzedników : Jiang Zemina i Hu Jintao.
„Tylko socjalizm o specyfice chińskiej mógł rozwijać Chiny”, przypomniał przewodniczący Xi.
Wprowadzenie „socjalizmu o chińskiej specyfice” umożliwiło zmodernizowanie Chin. Modernizacja przyśpieszyła od początku lat osiemdziesiątych XX wieku, kiedy Chiny przekształciły swą scentralizowaną, mało efektywną gospodarkę planową w „socjalistyczną gospodarkę rynkową”. Otworzyły się też na globalną gospodarkę. Szybko stały się częścią globalnych łańcuchów produkcyjnych.
„Marksizm stanowi fundamentalny drogowskaz ideologiczny, na którym opiera się nasza partia i nasze państwo; jest on samą duszą naszej Partii i sztandarem, pod którym kroczy ona zdecydowanie do przodu”, przypomniał przewodniczący Xi,
„Powinniśmy dostosowywać w dalszym ciągu marksizm do kontekstu chińskiego.”
Przez dwa ostatnie wieki marksiści na świecie dyskutowali o dostosowywaniu marksizmu do lokalnych warunków. O marksistowskiej ortodoksji i czerpaniu inspiracji z marksizmu.
Najbardziej anty dogmatycznym marksistą był sam Karol Marks. On w czasie takich sporów zwykle przypominał cytat z Goethego, że „Wszelka teoria jest szara, miły przyjacielu, a zieleni się tylko złote drzewo życia”.
Komunistyczna Partia Chin jest partią twórczo marksistowską, bo bazuje na marksistowskim widzeniu świata i dostosuje go do zmieniających się realiów świata.
Czas przyszły
„Powinniśmy stosować i rozwijać socjalizm o specyfice chińskiej. Powinniśmy kroczyć naszym własnym szlakiem, bowiem to kamień węgielny, na którym opierają się wszelkie teorie i praktyki naszej Partii./…/ Powinniśmy dostosowywać w dalszym ciągu podstawowe założenia doktrynalne marksizmu do specyficznych realiów oraz do znakomitej tradycyjnej kultury Chin”, zachęcał przewodniczący Xi Jinping.
„Powinniśmy pogłębiać wszechstronnie reformy i politykę otwarcia na świat, umiejscowić nasza działalność na tym nowym etapie rozwoju, w pełni i wiernie stosować nową filozofię rozwoju oraz urzeczywistniać nowe wzorce rozwojowe”, przypominał.
Jak będzie wyglądał ten „nowy etap rozwoju”, jego „nowa filozofia” i „wzorce rozwojowe”?
Reformująca się gospodarka chińska stawia na „rozwój o wysokiej jakości”, czyli nowoczesne technologie, rozwój „sztucznej inteligencji” i odnawialne źródła energii. Priorytetem ma być „harmonia między człowiekiem a przyrodą”, czyli ochrona środowiska naturalnego.
„Naród chiński nie posiada cech agresywnych bądź hegemonistycznych w swoich genach. Partia troszczy się o przyszłość ludzkości i pragnie współdziałać wespół z wszystkimi siłami postępu na całym świecie. Chiny starały się zawsze o zachowanie pokoju światowego, o wnoszenie swego wkładu do rozwoju globalnego oraz zapewnienie ładu międzynarodowego”, zadeklarował przewodniczący Xi wskazując podstawowe zasady chińskiej polityki zagranicznej.
Państwo chińskie będzie preferować współpracę, a nie konfrontację, „otwieranie a nie zamykanie naszych bram” oraz koncentrowanie się na wzajemnych korzyściach.
Chiny są przeciwne podziałowi świata na sfery wpływów dwóch największych mocarstw. Będą przeciwstawiać się „hegemonii i polityce z pozycji siły” proponując w zamian „nowy typ stosunków międzynarodowych” oparty przede wszystkim na współpracy gospodarczej. Urzeczywistnieniem jej jest geopolityczny projekt zwany „Inicjatywą Pasa i Szlaku”, nawiązujący do dawnego Jedwabnego Szlaku.
Przewodniczący Xi zapowiedział proces politycznej integracji dwóch specjalnych regionów autonomicznych Hongkongu i Makao z władzami centralnymi.
Przypomniał, że „Uregulowanie kwestii tajwańskiej i doprowadzenie do pełnego zjednoczenia Chin stanowi historyczna misję i niepodważalną powinność Komunistycznej Partii Chin”. Zjednoczenie kraju nastąpi pokojowymi metodami.
„My, Chińczycy, jesteśmy narodem, który przestrzega zasad sprawiedliwości i nie daje się zastraszyć groźbami użycia siły. Jako naród, posiadamy silne poczucie dumy i ufności. Nigdy nie zastraszaliśmy, nie uciskaliśmy i nie ciemiężyliśmy narodu jakiegokolwiek innego kraju i nigdy nie będziemy tego czynić. Z tego samego względu, nie pozwolimy nigdy jakiejkolwiek sile zewnętrznej na zastraszanie, na uciskanie lub na ciemiężenie nas. Ktokolwiek by tego zapragnął, to znajdzie się na kursie kolizyjnym i napotka na wielki stalowy mur wzniesiony przez 1,4–miliardowy naród chiński”, przestrzegł przewodniczący Xi.
Zapewnił, że Chińczycy są „skłonni do czerpania, w miarę możliwości, z dokonań innych kultur oraz witamy pomocne sugestie i konstruktywną krytykę. Jednakże nie zaakceptujemy świętoszkowatych pouczeń ze strony tych, którym się zdaje, że uzurpują sobie prawo do udzielania nam lekcji.”
Aby zniechęcić ewentualnych przeciwników Chin do obierania takiego „kolizyjnego kursu”, przewodniczący Xi zapowiedział „przyspieszenie modernizacji obronności kraju i sił zbrojnych”. Silny kraj musi posiadać silną armię.
„Powinniśmy umacniać zdecydowane przywództwo Partii, przypomniał przewodniczący Chin i jej sekretarz generalny.
„Ponad 180-letnia historia nowożytna państwa chińskiego, 100-letnia historia Partii i ponad 70-letnia historia Chińskiej Republiki Ludowej wszystko to razem stanowi przekonujące świadectwo, że bez Komunistycznej Partii Chin nie byłoby nowych Chin i odrodzenia narodowego.”, podsumował.
Przypomniał też, że „ w naszym marszu do przodu powinniśmy pamiętać stale o starym porzekadle, które głosi, że tylko dobry kowal wykuwa dobrą stal”.
Chiny są już drugą gospodarką świata. Najbliższe kilkanaście lat pokaże czy będą pierwszą gospodarką. Chin nie można już pomijać w planowaniu przyszłości, a zwłaszcza lekceważyć.
Patrzymy uważnie na Chiny, bo od ich pomyślności zależy też i przyszłość naszej Polski
i Europy.

Autor korzystał z tłumaczenia przewodniczącego Xi Jinpinga dokonanego przez dr Sylwestra Szafarza.

Polacy a Kaukaz

Już Adam Mickiewicz w swej pracy „Pierwsze wieki historii polskiej” pisał, że Polacy są potomkami Łazów, indoeuropejskiego ludu przybyłego z Kaukazu.

Kontakty handlowe naszego kraju z tym rejonem sięgają XIII wieku, a zainicjowali je zamieszkujący Polskę Ormianie. Szczyt wymiany handlowej przypadł na przełom XVII i XVIII wieku, gdy w Polsce nastała moda na kaukaskie stroje, broń i konie. Na przestrzeni wieków ukształtowały się trzy główne szlaki handlowe łączące Polskę z Kaukazem. Najważniejsze znaczenie miał tzw. szlak turecki. Prowadził on ze Lwowa przez Kamieniec Podolski; i dalej przez terytorium Anatolii do Tabryzu i innych miast Kaukazu. Drugi, tzw. czarnomorski, wiódł ze Lwowa i Kamieńca Podolskiego drogą lądową do tureckich portów na północnych wybrzeżach Morza Czarnego, a następnie drogą morską do portów na wybrzeżu zachodniej Gruzji i stamtąd drogą lądową do innych miast Kaukazu. Trzeci, tzw. tatarski, prowadził też ze Lwowa przez Dzikie Pola i stepy czarnomorskie do Perekopy, dalej przez Krym do zachodnich wybrzeży Kaukazu.
Poszukiwanie sojuszników w toczonych przez Polskę wojnach z Turcją spowodowało skierowanie na Kaukaz i dalej do Persji pierwszych polskich misji dyplomatycznych. Ciekawostką jest, ze Rzeczpospolita utworzyła swoje pierwsze stałe przedstawicielstwo dyplomatyczne w Persji już w XVI wieku, a w sąsiedniej Rosji dopiero… w drugiej połowie XVIII wieku!
Na Kaukaz docierali z naszego kraju także misjonarze katoliccy, którzy korzystając z poparcia polskich monarchów założyli tzw. misję perską. Zaowocowało to pierwszymi relacjami o Kaukazie. Najobszerniejszą spisał jezuita Tadeusz Krusiński na początku XVIII w. i stanowiła ona podstawowe kompendium wiedzy o Persji i Kaukazie w całej Europie aż do połowy XIX w.
Liczba Polaków na Kaukazie zaczęła gwałtownie rosnąć w końcu XVIII wieku. W wyniku rozbiorów wschodnia część Rzeczypospolitej znalazła się w Imperium Rosyjskim, a miliony Polaków – chcąc nie chcąc stały się poddanymi cara. Dla Rosji zaś Kaukaz był strategicznie ważny w jej potężnym konflikcie z Turcją o Bałkany, Krym, Azję Mniejszą…
Na Kaukaz trafiało wielu Polaków służących w carskiej armii. Byli to i generałowie, i oficerowie – a także prości żołnierze z poboru. Polacy byli topografami, podróżnikami, odkrywcami, lekarzami. Jedni jechali na Kaukaz dobrowolnie, zdobywając fortuny i stanowiska – inni byli zesłańcami lub ich potomkami.
Napiszę o kilkunastu rodakach związanych z Kaukazem.
Jednym z nich był urodzony w 1831 roku w Warszawie Ludwik Aleksander Młokosiewicz. Był wybitnym przyrodnikiem i leśnikiem. Po ukończeniu Aleksandryjskiego Korpusu Kadetów w Brześciu Litewskim został skierowany do służby wojskowej na Kaukazie. Był oficerem sztabu Tyfliskiego Pułku Grenadierów. Gromadził kolekcje biologiczne i zoologiczne. Po przejściu na emeryturę dołączył do wypraw swego rodaka Konstantego Branickiego do Persji i Turcji. Sprawozdania z wypraw były drukowane przez polskie i rosyjskie czasopisma. Zebrane eksponaty przesyłał do Gabinetu Zoologicznego w Warszawie i do Muzeum Branickich, a także do Rosyjskiego Towarzystwa Entomologicznego w Petersburgu – tym bardziej że jego prezesem od 1879 roku był Polak – Oktawiusz Radoszkowski. W 1898 roku w uznaniu zasług Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne przyznało mu swój medal. W 1900 roku z asystentem Uniwersytetu Dorpackiego Bolesławem Hryniewieckim udał się do Kachetii. Odegrał dużą rolę w rozwoju hodowli i rolnictwa na Kaukazie, upowszechnił uprawę włóknodajnej rośliny ramii indyjskiej i hurmy wschodniej. Należał tam do pionierów uprawy herbaty, oliwek, cytryn i bawełny. Udomawiał kuropatwę górską, cietrzewia kaukaskiego oraz bażanta kolchidzkiego. Dzięki jego staraniom utworzono Rezerwat Łogodechski na Równinie Kachetyjskiej. Zmarł w 1909 roku w Dagestanie. Jego grób znajduje się w Lagodeczi (Gruzja), a na pięknej płycie kamiennej wygrawerowano jego portret i umieszczono napis w językach polskim, rosyjskim i gruzińskim: „Ludwik Młokosiewicz – Niestrudzony badacz fauny i flory Kaukazu”.
Na Kaukazie prowadzili prace topografowie Józef Chodźko i Hieronim Stebnicki. Zygmunt Łukawski w swojej książce pt. Ludność polska w Rosji napisał, że podobnie jak na Syberii i w Azji Środkowej, pierwsi badacze tego regionu rekrutowali się spośród zesłańców. Garnizony wojskowe były przepełnione żołnierzami z byłej Rzeczypospolitej, których tu przysyłano dla odbycia służby. Wielu pozostawało tu już na stałe. W gronie takich wojskowych znalazł się filomata, kolega uniwersytecki Mickiewicza – wspomniany wyżej Józef Chodźko (1800–1881), jeden z najwybitniejszych topografów polskich. Członek Towarzystwa Filomatów. W 1821 roku wstąpił do armii rosyjskiej.
W 1852 roku awansowany został na generała. W 1855 roku został naczelnikiem wszystkich topografów wojskowych na terytorium Kaukazu i przystąpił do wykonania triangulacji całego regionu. Pierwszą mapę Kaukazu Chodźko przedstawił osobiście carowi Aleksandrowi II na specjalnej audiencji. W 1868 roku odznaczony został wielkim złotym medalem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego.
Jego następcą na stanowisku naczelnika topografów wojskowych Kaukazu został również Polak, wspomniany wcześniej Hieronim Stebnicki. Prócz prac topograficznych zajmował się również etnografią ludów kaukaskich. W 1859 roku oddelegowany do służby w Sztabie Generalnym. Od 1860 roku prowadził prace związane z triangulacją i wykonaniem map Kaukazu oraz rejonu Morza Kaspijskiego. Na głównym pasie Kaukazu pomierzył wszystkie większe szczyty od Elbrusu do Kazbeku. Pozostawił też opis triangulacyjny szczytów Kaukazu.
W Azji Mniejszej kierował pracami triangulacyjnymi i niwelizacyjnymi. Od 1866 roku szef Wojskowo-Topograficznego Oddziału w Sztabie Głównym Imperium Rosyjskiego, od 1867 roku szef Kaukaskiego Oddziału Wojskowo-Topograficznego. Tam przeprowadził wiele astronomicznych i gipsometrycznych pomiarów w południowej części podnóża Kaukazu i w Persji.
W latach 1870–1872 kierował wyprawą do Turkmenii, podczas której jako pierwszy opisał rzekę Amu-darię. Opracował wycinki map Azji Mniejszej, Persji, Kaukazu i zachodniej Turkmenii.
Po wojnie rosyjsko-tureckiej 1877–1878 rząd rosyjski zlecił mu wytyczenie nowej linii granicznej z Turcją. Projekt Stebnickiego stał się podstawą do rokowań na kongresie berlińskim. Służbę w armii zakończył w randze generała.
Od 1878 roku członek korespondent Petersburskiej Akademii Nauk. Członek Imperatorskiego Towarzystwa Geograficznego. W 1881 roku powiązał geodezyjnie Konstantynopol z innymi punktami geodezyjnymi i topograficznymi Europy, określił różnicę długości geograficznej między Konstantynopolem a Odessą. Od 1885 roku szef Zarządu Topograficznego Sztabu Generalnego. Pod jego kierownictwem były wykonane liczne prace geodezyjne, m.in. opracowanie uogólnienia prac rosyjskich geodetów dotyczące odległości między równoleżnikami 52 – 47 1/2 stopnia szerokości geograficznej północnej, skatalogowanie rosyjskiej sieci niwelacyjnej. W 1887 roku został przewodniczącym oddziału matematyki geograficznej Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, a potem w tym samym roku zastępcą przewodniczącego Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego i przewodniczącym Komisji do spraw określenia sił ciężkości w Rosji. Dzięki tym obserwacjom siły ciężkości zostały określone dla europejskiej i azjatyckiej części Rosji.
Hieronim Stebnicki jest dla nas, Polaków, osobą ciekawą także z innego powodu: otóż przez swoją córkę (która wyszła za mąż także za Polaka) był on dziadkiem wybitnego fizyka niskich temperatur i laureata Nagrody Nobla z 1978 roku Piotra Kapicy.
Piotr Kapica był wnukiem topografa Hieronima Stebnickiego, ale słynne uzdrowiska na Kaukazie powstały głównie dzięki rekomendacjom innego polskiego uczonego z dziedziny topografii – profesora Stanisława Stefana Zaleskiego. Ukończył on medycynę i chemię na Uniwersytecie Warszawskim, a tytuł profesora uzyskał na uniwersytecie w Tomsku na Syberii. W 1895 roku skierowano go na Kaukaz do zbadania właściwości źródeł „Narzan”.
Zaleski bardzo wysoko ocenił ich jakość leczniczą i w swoim raporcie zarekomendował utworzenie uzdrowisk w określonych miejscowościach. Po zakończeniu pracy na Kaukazie przeniósł się w 1897 roku do Petersburga, prowadził tam wydział ogólnej chemii anatomicznej i fizjologicznej w Petersburskim Kobiecym Instytucie Medycznym. Jego praca pt. O nieodpowiedniości srebrnych kloszek tracheotomicznych napisana w nawiązaniu do choroby Fryderyka III, została przetłumaczona na prawie wszystkie języki europejskie. Liczba prac naukowych Zaleskiego, głównie o eksperymentach laboratoryjnych, sięga 100.
Znanym topografem w Rosji w XIX wieku był nasz rodak generał Edward Kowerski. Pod jego kierunkiem dokonano nowych topograficznych pomiarów Krymu. Był on również autorem specjalnej mapy państwa rosyjskiego, którą opracował na jubileusz pięćdziesięciolecia Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, przypadający w 1895 roku. Przyjaźnił się z innym Polakiem, też generałem – Janem Borkowskim, członkiem Komitetu Technicznego Zarządu Intendentury Armii. Brał on udział w ekspedycji w okolice Nadwołża, mającej zbadać pozyskiwanie i logistykę zbóż w tej części Rosji. Za pracę na ten temat pt. Issledowanya chlebnoy torgowli Borkowski otrzymał od Towarzystwa Wolno-Ekonomicznego złoty medal. Przepracował wiele lat na stanowisku naczelnika biura statystycznego w Ministerstwie Komunikacji, był też redaktorem organu prasowego tego ministerstwa.
W nieco inny sposób swój wkład w rozwój Kaukazu wniósł Witold Zglenicki herbu Prus – znany jako ojciec nafty bakijskiej. Ten urodzony pod Kutnem Polak ukończył Instytut Górniczy w Petersburgu. W 1893 roku skierowano go do pracy do Baku. Pasjonował się geologią, wolny czas i fundusze inwestował w tę działalność. Opracował i podarował nafciarzom przyrząd do pomiarów prostopadłości wiercenia otworów górniczych. Zaprojektował też urządzenie do podmorskich wierceń i wydobycia ropy naftowej, stając się w tej dziedzinie absolutnym światowym pionierem. Wyznaczył podmorskie działki naftowe, określając ich zasobność, oraz ustalił złoża naturalne na tym terenie. Świetnie oceniła jego dokonania jedna z gazet: „Człowiek, który uczynił z Baku naftowe eldorado”. Szach Persji Muzaffar ad-Din za odkrycia geologiczne na terenie tego kraju wyróżnił go w 1900 roku Orderem Lwa i Słońca. Dzięki inżynierowi Zglenickiemu powstały w Baku wodociągi.
Dowiedziawszy się niespodziewanie o swojej śmiertelnej chorobie – cukrzycy, która w tamtym czasie była nieuleczalna, sporządził testament, zapisując na polską naukę (utworzenie specjalnego funduszu dla jej wsparcia) i inne cele charytatywne dochody ze swoich pól naftowych.
Zmarł w Baku, pochowany jest w Woli Kiełpińskiej koło Zegrza pod Warszawą. Niestety, jego testament został wykonany tylko po części z wolą zmarłego. Po przewrocie bolszewickim w Rosji pola naftowe należące do fundacji Zglenickiego zostały przez bolszewików wywłaszczone bez odszkodowania. W ten sposób przestał istnieć kapitał Polskiego Nobla.
Z pobytem Zglenickiego w Baku związana jest inna ciekawa historia. Otóż współfinansował on wraz z rodziną Rylskich budowę kościoła rzymskokatolickiego (pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny). Kościół ten stał się silnym ośrodkiem polskości. Bakijską Polonią kierował przybyły z Kijowa aptekarz January Wyszyński. Kilkadziesiąt lat później jego syn Andrzej Wyszyński zostanie generalnym prokuratorem Związku Radzieckiego, głównym narzędziem Stalina do oskarżania wrogów ludu.
Godnym następcą Zglenickiego w Baku był inżynier Paweł Potocki, specjalista przemysłu naftowego, szczególnie wydobycia ropy naftowej. Urodził się w polskiej rodzinie z Sankt-Petersburga. Ojciec, Mikołaj Potocki, był generałem infanterii i wykładał w Akademii Wojskowej w Petersburgu. Paweł przybył do Baku w 1910 roku, by podjąć pracę nad osuszeniem zatoki Bibi Ejbat, kontynuując dzieło nieżyjącego już Witolda Zglenickiego (zmarł w 1904), który – jak wcześniej pisałem – badał złoża naftowe w Azerbejdżanie i wskazał najbardziej perspektywiczne działki roponośne na lądzie i na Morzu Kaspijskim. W 1922 roku Potocki stworzył śmiały projekt osuszenia 27 hektarów morza, za który na konkursie w Moskwie otrzymał nagrodę. Wkrótce stworzył nowy projekt, na 79 hektarów, który również z powodzeniem był zrealizowany. Potocki był także wynalazcą pompy piaskowej do gaszenia płonącej ropy naftowej. Za swoje osiągnięcia został odznaczony najwyższą nagrodą w Związku Radzieckim – Orderem Lenina. Zgodnie ze swoją ostatnią wolą został pochowany na miejscu swojej pracy – na sztucznie utworzonym lądzie Bibi Ejbat, nad brzegiem Morza Kaspijskiego. Na jego katolickim grobie znajdują się tablice w trzech językach. Napis na nich głosi: „Paweł Potocki (1879–1932) – polski inżynier, osuszył zatokę Bibi Ejbat, umożliwiając pierwsze na świecie wydobycie ropy spod dna morza”.
Odkrywcą wielu nowych złóż ropy naftowej w Rosji był urodzony w 1873 roku w Petersburgu Kazimierz Kalicki. W 1899 roku ukończył tamtejszy Instytut Górniczy. Z dużym powodzeniem prowadził poszukiwania ropy naftowej w Dagestanie, na Archipelagu Bakijskim, w górach Kopet-dag. Później odkrył pokłady tego surowca w Ferganie i na terenie Uzbekistanu. Zmarł w 1941 roku w Leningradzie.
Wielkim kapitalistą naftowym w Baku był także inny Polak – Hipolit Rylski. Po zwolnieniu z zesłania syberyjskiego przybył do Baku i rozpoczął pracę jako zwykły dróżnik kolejowy. Z czasem dorobił się ponadmilionowej fortuny na operacjach naftowych i należał do najbogatszych ludzi w mieście.
Z Kaukazem związany był przyszły bohater wojny z Napoleonem – generał Eufemiusz Czaplic s.Ignacego. Urodzony w 1768 roku wstąpił jako kadet do wojska polskiego, ale już w 1783 roku przeniósł się do armii rosyjskiej. W 1796 roku zasłużył się w walkach z Persami, gdzie dowodził pułkami kozaków. Brał m.in. Derbent i Baku – i to jego za wybitne zasługi generał Zubow wysłał do carycy Katarzyny II z kluczami do zdobytego Baku. Ta awansowała go wówczas na pułkownika (18.07.1796). W 1801 roku car Aleksander I wziął go do swojej świty i awansował na generała. Czaplic był potem rosyjskim bohaterem wojen napoleońskich, uczestniczył w największych bitwach, bohater spod Austerlitz.
Generał Eufemiusz Czaplic był stryjem innego carskiego dowódcy – Justyniana Czaplica s.Adama, urodzonego w 1797 roku. Od 1840 roku służył on na Kaukazie, 7 kwietnia 1846 roku mianowany na generał-majora. Brał udział w wielu bojach, dowodził rosyjskimi wojskami w wielu walkach, za co został odznaczony m.in. orderem św.Stanisława I stopnia. To on zdusił powstanie Szamila w Dagestanie. W latach 1850-1856 dowodził dywizją, w 1865 roku awansowany na generała-lejtnanta. Zmarł w 1877 roku.
Józef Hauke-Bosak urodził się w 1790 roku w Warszawie. Jako pułkownik polskiego wojska wysłany został na front wojny rosyjsko-tureckiej 1828–1829. Po zakończeniu działań przywiózł do Warszawy zdobyte na Turkach przez Iwana Dybicza działa. W 1830 roku car Mikołaj I nadał mu tytuł hrabiego. Później osiadł w Petersburgu, pełniąc przy dworze kilka ważnych funkcji: adiutanta cesarza, generała majora orszaku carskiego i nauczyciela języka polskiego następcy tronu Aleksandra Nikołajewicza, późniejszego cara Aleksandra II.
Konsekwentnie Józef Ludwik Hauke-Bosak – syn Józefa Haukego – w 1855 roku został ordynansem cara Aleksandra II. Brał aktywny udział w walkach na Kaukazie, dosłużył się dwóch krzyży i złotej szabli za męstwo, zyskał przydomek „Lwa Kaukazu”. Po wybuchu powstania styczniowego (1863-1864), na prośbę dowódcy tego powstania RomualdaTraugutta, uczyniono go wojennym komendantem województw krakowskiego i sandomierskiego. Dowodził wojskami powstańczymi w bitwach pod Opatowem i Ociesękami, taktyką długich marszów wiązał siły rosyjskie. Po upadku powstania zdążył wyemigrować. Wyjechał do Francji, gdzie zdobył sławę bohatera, walcząc w wojnie prusko-francuskiej w korpusie Garibaldiego. Zginął w 1871 roku w bitwie pod Dijon. Trumnę okrytą biało-czerwoną flagą złożono na cmentarzu w Genewie.
W latach 40. XIX wieku kozackimi oddziałami armii rosyjskiej tłumiącej powstania kaukaskie dowodził generał Feliks Krukowski, który zginął w walce z Czeczenami w 1848 roku. W sumie w latach1834–1855 na Kaukazie służbę pełniło ok. 20tys. Polaków. Wierni carowi i polskiemu królowi, wielu z nich dosłużyło się wysokich stopni, niektórzy zajmowali się działalnością badawczą dotyczącą losów polskiego (ukraińskiego) kozactwa – przeniesionego częściowo przez carycę Katarzynę II na południe Rosji. Na przykład Konstanty Rakowski był „ojcem” historiografii Kubańskiego Wojska Kozackiego – wraz z innym Polakiem, Walentym Olszewskim. Z kolei Adam Pijanowski był pierwszym badaczem Stawropolskich Pułków Kozackich, a Rzewuski napisał pierwszą książkę o Kozakach terskich (tereckich). Oni oraz inni autorzy byli znawcami kozactwa i to do nich odwołuje się współczesna literatura naukowa.
Tajnym radcą stanu i naczelnym chirurgiem Armii Kaukaskiej był urodzony w 1826 roku pod Witebskiem Jan Minkiewicz. W 1848 roku ukończył studia medyczne na Uniwersytecie Moskiewskim. Po ich ukończeniu pracował jako ordynator w twierdzy w Dagestanie, napisał tam pracę po łacinie na temat febry. Otrzymał za nią doktorat. W czasie wojny krymskiej (1853) był naczelnym lekarzem szpitala w Sewastopolu. Od 1854 roku przebywał w Erewaniu, został naczelnym chirurgiem Armii Kaukaskiej. Zainteresował się wtedy medycyną tradycyjną ludów Kaukazu. Był wieloletnim prezesem Towarzystwa Lekarskiego Kaukaskiego. Po przejściu na emeryturę osiadł w Gruzji, w Tyflisie. Pozostawił ok. 150 prac w języku polskim, rosyjskim i niemieckim. Całe życie spędził w Rosji – zawsze uważając się za Polaka z Witebska. Kilkadziesiąt artykułów zamieścił w polskich pismach, działał aktywnie w polskiej wspólnocie katolickiej skupionej wokół kościoła św. Piotra i Pawła w Tyflisie. Zmarł w tym mieście w 1897 roku, pochowany został na cmentarzu katolickim w Sołołakach.
Na Kaukazie rozpoczął swoją karierę wojskową przyszły dowódca 200-tysięcznej armii Komuny Paryskiej – generał Jarosław Dąbrowski. Urodził się 13 listopada 1836 roku w Żytomierzu na Ukrainie, w szlacheckiej rodzinie herbu Radwan. W 1845 roku został wysłany do Korpusu Kadetów w Brześciu Litewskim. W 1853 roku przeniósł się do Korpusu Kadetów w Petersburgu, który ukończył w 1855 roku, uzyskując stopień chorążego. Następnie przez cztery lata służył w wojsku rosyjskim, walcząc z powstańcami czerkieskimi na Kaukazie. Za kampanię kaukaską został odznaczony, co otworzyło mu drogę do kariery wojskowej. W latach 1859–1861 studiował w Mikołajowskiej Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu. Po jej ukończeniu został skierowany do Warszawy, gdzie włączył się w przygotowywanie powstania polskiego przeciw Rosji. Został za to zesłany na Syberię, skąd uciekł do Francji, zostając wybitnym dowódcą. 5 maja 1871 roku został mianowany naczelnym wodzem całości wojsk Komuny Paryskiej. Ranny 23 maja roku na barykadzie przy ulicy Myrha w dzielnicy Montmartre, w czasie obrony 19. i 20. dzielnicy Paryża, zmarł tego samego dnia w szpitalu Lariboisière, w obecności doktora Henryka Gierszyńskiego. Został pochowany na cmentarzu Pére Lachaise, niedaleko grobu naszego innego wielkiego rodaka – Fryderyka Chopina.
Innym carskim dowódcą był urodzony w 1811 roku pod Witebskiem Lucjan Łukomski, syn Juliana. W 1841 roku za męstwo na Kaukazie został mianowany majorem. Jego kariera się rozwijała, w 1861 roku został generałem majorem. Odznaczony wieloma orderami, m.in. św. Stanisława I stopnia. Zmarł w 1867 roku.
Rosyjskim generałem-lejtnantem został Paweł Marceli Chrzanowski, urodzony w 1846 roku pod Piotrkowem. Ukończył Akademię Wojskowo-Prawną. Został mianowany sędzią wojskowym w Tyflisie (obecnie Tbilisi). Na Kaukazie poślubił Cecylię Gilewiczównę. Szybko awansował. Był wiceprezesem sądu w Taszkencie, a w 1895 podczas wojny z Chinami został prezesem sądu we Władywostoku. Gdy wysłużył pełną emeryturę oraz stopień generał-lejtnanta – wraz z żoną i czworgiem dzieci zamieszkał na stałe w Warszawie, gdzie utworzył najsłynniejszą wówczas i największą na ziemiach polskich szkołę średnią.
W 1916 roku na dowódce Kaukaskiej Dywizji Kawalerii wyznaczono generała-majora Aleksandra Karnickiego.Był on już wcześniej nagrodzony wieloma odznaczeniami, również zagranicznymi – z Chin, Japonii i Niemiec. Ostatnie rosyjskie odznaczenie – Order Wojenny Świętego Jerzego – przyznano mu w czerwcu 1917 r. Potem nastąpiło pożegnanie z armią rosyjską – jak wielu Polaków Karnicki zasilił szeregi I Korpusu Polskiego w Rosji. W lutym 1918 roku został zastępcą gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego. Po rozwiązaniu I Korpusu gen. Karnickiemu powierzono dowództwo grupy w Armii Ochotniczej dowodzonej przez urodzonego w Polsce i przez Polkę generała Antona Denikina. W styczniu 1919 roku wrócił do Wojska Polskiego. Został generalnym inspektorem jazdy.
Po przeciwnej stronie frontu, czerwonej, stał inny Polak – generał – Michał Lewandowski. Jego ojciec Karol pochodził z chłopskiej rodziny z Królestwa Polskiego, wezwany do wojska służył w Tyflisie (Tbilisi), tam też urodził się mu syn. Gdy Michał dorósł, też został żołnierzem, walczył w latach 1914–1918 na frontach I wojny. Związał się z komunistami i piął po szczeblach kariery od dowódcy dywizji aż do stanowiska dowódcy w latach 1919–1921 w 11. Armii, a potem 9. Armii. Walczył z Korniłowem, a jego armia zajęła Azerbejdżan. Po wojnie był m.in. szefem Biura Politycznego Armii Czerwonej, delegatem do Rady Najwyższej ZSRR. W 1938 roku został skazany w ramach represji stalinowskich na karę śmierci, zrehabilitowany w 1956 roku.
Rosyjskim, a potem polskim generałem był także Filip Stanisław Dubiski urodzony w 1860 roku w Dubiszczach na Wołyniu. 1 września 1879 rozpoczął zawodową służbę w Gwardii Imperium Rosyjskiego – po ukończeniu nauki w 2 Konstantynowskiej Szkole Wojskowej w Petersburgu. Po 1896 przeniesiony został z gwardii do armii, w stopniu podpułkownika. Służył w jednostce piechoty w Puławach. Przeszedł kolejne szczeble dowódcze i sztabowe na Dalekim Wschodzie i na Kaukazie. 25 marca 1914 awansował na generała majora i objął dowództwo 2 brygady 39 Dywizji Piechoty. Odznaczył się na froncie tureckim i w operacji nad rzeką Eufrat. W 1916 sformował w Tyflisie 5 Kaukaską Dywizję Strzelecką i dowodził nią, a od 1917 I Korpusem na Froncie Kaukaskim. W 1917 został awansowany na generała lejtnanta. Po rewolucji październikowej powrócił do Polski.
23 grudnia 1918 przyjęty został do Wojska Polskiego, z zatwierdzeniem posiadanego stopnia generała porucznika. Od stycznia 1919, po wybuchu powstania wielkopolskiego, dowodził 1 Dywizją Strzelców Wielkopolskich. W czerwcu objął dowództwo Okręgu Zachodniego Wojsk Wielkopolskich.
Uczestnik wojny polsko-bolszewickiej. Zginął 28 września 1919 pod Bobrujskiem. Pochowany został na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Za największego szpiega w historii Związku Radzieckiego uważany jest w Rosji agent amerykański Oleg Pieńkowski. Październik 1962 roku. Świat stoi na krawędzi wojny. Chruszczow rozmieszcza na Kubie rakiety jądrowe i ogłasza pełną gotowość wojsk do uderzenia na USA. Sowieci zestrzeliwują amerykański samolot szpiegowski. Kennedy nie odpowiada na te działania, tylko wprowadza blokadę Kuby, wydając rozkaz zatopienia wszystkich jednostek sowieckich, które zbliżą się do wyspy. Dokładnie wie, że Chruszczow blefuje, bo Związek Sowiecki nie ma wystarczającego potencjału do uderzenia. USA mają 17-krotną przewagę w liczbie rakiet jądrowych, 5 tys. amerykańskich pocisków atomowych przeciw 300 sowieckim. Wie to od najważniejszego szpiega amerykańskiego – pułkownika GRU Olega Pieńkowskiego, który od kwietnia 1961 roku do aresztowania go w październiku 1962 roku przekazał Amerykanom i Brytyjczykom 110 kaset błon fotograficznych – ponad 7,5 tys. stron fotografii najtajniejszych dokumentów.
Oleg Pieńkowski został aresztowany przez KGB 22 października 1962 roku. W pokazowym publicznym procesie, który miał miejsce w maju 1963 roku, udowodniono Pieńkowskiemu szpiegostwo. Skazany został na karę śmierci przez rozstrzelanie, a o wykonaniu wyroku doniesiono 17 maja 1963 roku.
Ojciec Olega Pieńkowskiego Włodzimierz był inżynierem wojskowym we Władykaukazie. Ale wyrósł w Warszawie, dokąd wysłał go „po nauki i polskie wychowanie” pochodzący z tego miasta jego z kolei ojciec – Florian Pieńkowski, Polak i patriota, pracujący jako sędzia w Stawropolu, dokąd go skierowano po studiach. Włodzimierz Pieńkowski ukończył Politechnikę Warszawską, został inżynierem wojskowym, służył we Władykaukazie. W czasie wojny domowej w 1918 roku był oficerem w wojsku białych, zginął na początku 1919 roku, cztery miesiące przed narodzinami syna.
Dyrektorem Kolei Władykaukaskiej i członkiem Zarządu Kolei Rządowych, rzeczywistym radcą stanu Rosji był urodzony w 1837 roku w Petersburgu Józef Malewski, syn Franciszka Hieronima Malewskiego, członka Towarzystwa Filomatów i wiceprezydenta Towarzystwa Filaretów. Józef ukończył Wydział Fizyczno-Matematyczny Uniwersytetu Petersburskiego oraz Instytut Inżynierów Komunikacji. Rozbudowywał linie kolejowe w całej Rosji. Po przejściu na emeryturę w 1883 roku wyjechał do Polski i osiadł w majątku Oryszew pod Sochaczewem. Tam zmarł w 1897 roku, został pochowany na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Wybitnym inżynierem kolejowym, projektantem i budowniczym linii kolejowych, tunelów i mostów w Rosji był urodzony w 1875 roku w Warszawie Kazimierz Emil Elżanowski. W 1899 roku otrzymał dyplom Instytutu Inżynierów Komunikacji w Petersburgu. Kierował budową kolei Tyflis–Kars, tunelu dżadurskiego na Kaukazie, kolei z Samarkandy do Andiżanu i Taszkentu. Zaprojektował Kolej Siestrorecką oraz kierował budową uzdrowiska w Siestrorecku. Po powrocie do Petersburga został tam naczelnikiem kanalizacji i wodociągów. Od 1902 roku wykładał w Instytucie Politechnicznym w Petersburgu. W czasie rewolucji więziony przez bolszewików. W 1923 roku udało mu się wrócić do ojczyzny, gdzie pracował m.in. w dyrekcji Kolei Warszawskiej. Zmarł w 1932 roku w Radomiu, pochowany został na Powązkach w Warszawie.
Szczególnie ważną i trudną (pełną tuneli) Kolej Kaukaską, a także Gruzińską Drogę Wojenną zaprojektował zespół inżynierów pod kierownictwem zesłańca inż. Ferdynanda Rydzewskiego. Zwiedzając turystycznie Kaukaz można tam znaleźć liczne tablice z polskimi nazwiskami budowniczych.
Zasłużonym dla rosyjskiej nauki geografem i botanikiem był profesor Uniwersytetu Taszkenckiego Władysław Massalski. Urodził się w 1859 roku pod Wilnem, studiował na Uniwersytecie Petersburskim, gdzie w 1883 roku uzyskał stopień kandydata nauk. Został asystentem w katedrze botaniki. W 1885 roku Towarzystwo Geograficzne w Petersburgu wysłało go na Kaukaz, gdzie prowadził badania florystyczne i fizjograficzne. Oprócz badań geobotanicznych prowadził także studia klimatologiczne, etnograficzne i topograficzne. Wyniki jego badań były regularnie publikowane w „Izwiestiach” Towarzystwa, stał się badaczem znanym w Rosji. W 1887 roku został członkiem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Aż trzykrotnie był odznaczony medalami przez to Towarzystwo. Blisko współpracował z innym Polakiem – generałem Józefem Żylińskim, po którym objął funkcję dyrektora departamentu melioracji w Ministerstwie Rolnictwa i Dóbr Państwowych Rosji. Zorganizował wtedy w latach 1890–1891 wyprawę do Turkiestanu dla zbadania stanu rolnictwa, w której wyniku napisał pracę Turkiestanskij kraj (1913) uznawaną za najlepsze opracowanie dotyczące tego regionu. Książka ta ukazała się w monumentalnej serii encyklopedycznej Rossija. Otrzymał za nią „wielki złoty medal Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego”, a w 1895 roku został wybrany na sekretarza tegoż Towarzystwa. W 1919 roku otrzymał nominację na profesora geografii na Uniwersytecie Taszkenckim. W 1922 roku zdecydował się wyjechać do ojczyzny, pracował początkowo w Ministerstwie Rolnictwa w Warszawie, potem w NIK-u. W latach 1926–1931 był prezesem Polskiego Towarzystwa Geograficznego. Zmarł w 1932 roku w Warszawie.
Wybitnym rosyjskim prawnikiem był profesor Uniwersytetu Charkowskiego Jan Sobestiański. Urodził się w 1856 roku w Tyflisie w polskiej rodzinie. Jego ojciec był znanym tam lekarzem. Po uzyskaniu w 1874 roku matury w miejscowym gimnazjum Jan rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Charkowskiego, które ukończył w 1878 roku. W 1893 roku został na tej uczelni profesorem zwyczajnym na katedrze historii prawa rosyjskiego. Badał prawo pierwotnych Słowian. Zapoczątkował badania nad nieuprawianą dotąd w Rosji dyscypliną, jaką była historia prawa słowiańskiego. Jako pierwszy ukazał funkcjonowanie instytucji odpowiedzialności zbiorowej u Słowian i innych narodów. Wykazał, że była ona właściwa nie tylko Słowianom. Jego młodszy brat Edmund, lekarz, po rewolucji pozostał w Rosji i w 1925 roku został dyrektorem Instytutu Położnictwa w Tyflisie. Sam Jan Sobestiański zmarł w grudniu 1895 roku w Charkowie.
Głównym architektem Piatigorska i Suchumi był Wilhelm Franciszek Kowalski, ur. w 1868 roku w Tyflisie.
Kompozytorem, profesorem i dyrektorem konserwatorium w Odessie był Witold Maliszewski. Urodził się w 1873 roku w Mohylowie n. Dniestrem. Młodość spędził w Tyflisie, jego ojciec był tam urzędnikiem w magistracie. Gry na fortepianie uczyła go matka Leonia z Kryńskich. W 1891 roku ukończył ze złotym medalem gimnazjum klasyczne w Tyflisie i wyjechał do Petersburga, gdzie równolegle studiował na Wydziale Matematyczno-Fizycznym tamtejszego uniwersytetu matematykę, a w Wojskowej Akademii Medycznej – medycynę. Po uzyskaniu dyplomu lekarskiego w 1898 roku rozpoczął studia muzyczne w petersburskim Konserwatorium. Kompozycji uczył się u Mikołaja Rymskiego-Korsakowa. W latach 1908– 1921 był profesorem i dyrektorem Konserwatorium w Odessie, dyrygował też tamtejszą orkiestrą. W 1921 roku wyjechał do ojczystej Polski i został zatrudniony jako profesor Konserwatorium Muzycznego w Warszawie. W 1934 roku wraz z Mieczysławem Idzikowskim założył Instytut Fryderyka Chopina. Był autorem bardzo wysoko cenionego podręcznika modulacji wydanego w języku rosyjskim (Moskwa 1915). Zmarł w lipcu 1939 roku pod Warszawą.
W stolicy Azerbejdżanu (Baku) znajduje się muzeum wybitnego muzyka wiolonczelistyMścisława Rostropowicza i jego ojca – także wiolonczelisty – Leopolda. Ojciec Leopolda (dziad Mścisława, a syn Hannibala Rostropowicza, który był przyjacielem Henryka Sienkiewicz) Witold Wojciech Rostropowicz urodził się w Skotnikach pod Sochaczewem w 1858 roku i również był muzykiem. To on wyjechał za pracą do Rosji, gdzie zmarł w 1913 roku w Woroneżu. A gdy światowej sławy rosyjski wiolonczelista Mścisław Rostropowicz odwiedził w 1997 roku rodzinne Skotniki pod (do dziś stoi tam dworek Rostropowiczów, a na miejscowym cmentarzu w Mikołajewie znajdują się rodzinne groby, w tym Hannibala Rostropowicza), opowiedział historię związaną z Dymitrem Szostakowiczem: Gdy Mścisław jako młodzian przybył na studia do Petersburga, to bardzo wspierał go Szostakowicz, wnuk powstańca styczniowego i zesłańca Bolesława Szostakowicza – powtarzając często: „My, Polacy, powinniśmy sobie pomagać”.
Polacy wraz z Rosjanami i miejscowymi ludami stwarzali i budowali współczesny Kaukaz. Pamiętajmy o tym i chciejmy, by narody Kaukazu i Rosjanie o tym pamiętali. By tak jednak było – to musimy o tym pamiętać przede wszystkim my – Polacy.

Na podstawie książki własnego autorstwa pt. „Jak budowaliśmy Rosję”, dostępnej w księgarniach, także internetowych.
Tekst ukazał się pierwotnie na łamach „Myśli polskiej”.

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. X)

„Około drugiej nad ranem Dąbrowski przychodzi na Ratusz. Jest blady, znużony, kontuzjowany w pierś odłamkiem kamienia. Opisuje Komitetowi Ocalenia Publicznego wkroczenie wersalczyków, popłoch w Passy i własne nadaremne usiłowania zmierzające do zebrania ludzi. Komitet tak dalece nie znał sytuacji wojskowej, że to nagłe najście nieprzyjaciela wywołało u wszystkich jego członków wielkie zdziwienie. Dąbrowski, który niedokładnie zrozumiał, o co im chodzi, woła: Jak To? Komitet Ocalenia Publicznego ma mnie za zdrajcę! Życie moje należy przecież do Komuny. Jego wzburzenie i głos świadczą o miotającej nim wielkiej rozpaczy”
(Lissagaray, „Historia Komuny Paryskiej 1871”)

Jarosław Dąbrowski przystąpił do Komuny Paryskiej już w pierwszym dniu jej istnienia tj. 18 marca. Na jednej z pierwszych narad (być może nawet na pierwszej) Komitetu Centralnego Gwardii Narodowej przedstawił śmiały plan podjęcia natychmiastowej ofensywy przeciwko zbiegłym z Paryża wojskom wersalskim i rządowi. Przekonywał, że należy wykorzystać ich chwilową słabość i demoralizację oraz entuzjazm pierwszych chwil zwycięstwa wśród gwardzistów i ludu paryskiego. Kiedy członkowie Komitetu gasili jego zapał zasłaniając się „brakiem mandatu od narodu”, powiedział: „Całe swe życie byłem żołnierzem, przywykłem rozumować po wojskowemu. Jesteście krótkowzroczni, widzicie tylko o dwa kroki przed sobą… Prędzej czy później, a będziecie musieli walczyć. Ale może być już za późno”. Dąbrowski ostrzegał ich także przed podejmowaniem jakimikolwiek prób rokowań z rządem wersalskim. Już wtedy było wiadomo, że stojący na jego czele Adolf Thiers, to zaciekły wróg robotników, nie zamierzający pertraktować z Komuną, którą uważał za „bunt przestępczy”.
„Uwag Dąbrowskiego – cytuję fragment książki Eligiusza Kozłowskiego pt. „Na barykadach Paryża 1871 (Wydawnictwo MON, Warszawa 1971) – nie wzięto jednak pod uwagę, natomiast Komuna zajęła się przez dziesięć dni wyborami, marnotrawiąc drogocenny czas. Zamiast organizować wojska i machinę dowodzenia, wybierano urzędników, delegatów, rozsyłano ogólniki, pisma… Komunie grozi zalew papierków. Strona przeciwna zaś nie chciała rokowań i szykowała się do krwawej rozprawy. Uruchomiła w tym celu najbardziej niewybredną propagandę, zwiększyła siły, zadbała o pomoc u swych pogromców – Prusaków.
Dąbrowski jednak nie skapitulował. Gdzie tylko mógł, stale podkreślał konieczność podjęcia działań ofensywnych, ofiarował w tej mierze swoje usługi, rozmawiał na ten tematy z generałem Cluseretem, działaczem Komuny, lecz ten zdecydowanie odrzucał oferty Dąbrowskiego. (…) Dąbrowski, który wstąpił do Komuny, aby walczyć o wolność przeciw ciemiężycielom takim jak Thiers, otrzymał tylko dowództwo 12 legii, która wypowiedziała się za nim jednogłośnie.
Mianowani przez Komunę trzej dowódcy: Duval, Berget, Edoux nie uderzyli również od razu, jak radził Dąbrowski, na Wersal, a nawet z nie znanych bliżej przyczyn nie zdobyli się na zajęcie potężnego fortu Mont Vlerian, którego załoga chciała podporządkować się Komunie. Działania zaczepne podjęli oni dopiero 3 kwietnia, które, choć przeprowadzone znacznymi siłami, zakończyły się pełnym niepowodzeniem już następnego dnia. Porażka ta otworzyła oczy niektórym przywódcom na niedomagania w dowództwie i w organizacji. Podniosły się również głosy krytyki, wśród których najczęściej powtarzały się żądania postawienia na czele wojsk Komuny odpowiedzialnych dowódców. Wówczas to po raz pierwszy na posiedzeniach władz Komuny padło nazwisko Jarosława Dąbrowskiego.
Wolą większości Rady Komuny i Komitetu Centralnego Gwardii Narodowej 7 kwietnia przekazano Polakowi komendanturę miasta oraz oddział podlegający dotychczas generałowi Bergerowi, którego zdymisjonowano. Generał Cluseret otrzymał stanowisko delegata Komuny do spraw wojskowych.”
„Jeszcze tego samego dnia sfederowani z Neuilly – pisał o Dąbrowskim Lissagaray w swoich wspomnieniach – ujrzeli młodego człowieka niskiego wzrostu, odzianego w skromny mundur; obchodził pieszo przednie straże pod ogniem nieprzyjaciela. Zamiast francuskiej porywczości, pełnej werwy i blasku – zimna i jakby nieświadoma odwaga Słowianina. W ciągu kilku godzin nowy dowódca podbił serca wszystkich podkomendnych. Pokazał też niebawem co potrafi. W noc na dziewiątego kwietnia w towarzystwie Vermorela z dwoma batalionami z Montmartre zaskoczył wersalczyków w Asniéres, wypędził ich stamtąd, zdobył ich działa i, zająwszy tory kolejowe wraz z pociągiem pancernym, ostrzelał ogniem flankowym Courbevoie i most Neuilly. Brat jego [Teofil – przyp. L.F) zdobył zamek Bécon.” Tym sposobem – jak ocenił te działania historyk Eligiusz Kozłowski – zostało zażegnane niebezpieczeństwo opanowania prawego brzegu Sekwany przez wersalczyków i stworzenia na tam przez nich przyczółków do ofensywy w głąb Paryża.
Aparat sztabu generalnego Komuny – pisze dalej Lissagaray: „działał tak nieudolnie, że Paryż nie dowiedział się nawet o tym zwycięstwie. Ten wspaniały atak był dziełem jednego człowieka, podobnie jak obrona fortów była żywiołowym odruchem gwardii narodowej. Wciąż jeszcze nie było ogólnego kierownictwa. Każdy robił, co uważał za stosowne. Gdy komu potrzeba było dział czy posiłków, biegł starać się o nie dokąd tylko mógł: do komendy placu, na Ratusz, do Komitetu Centralnego, czy do generalissimusa Clusereta. (…)
Ludzie, którzy często bywali na Ratuszu, mogli spodziewać się jeszcze gorszych rzeczy. Jakżeż nieliczni spośród wybranych zdawali się rozumieć, jaki ogrom odpowiedzialności na nich ciąży; jak wielu z nich stale opuszczało posiedzenia! W dniach trzydziestym marca, czwartym i piątym kwietnia już po upływie kilku godzin na sali nie było niezbędnego quorum. Dnia dziewiątego kwietnia trzeba było uchwalić, że nieobecnym wstrzyma się wypłatę diet. Większość przychodzi na posiedzenia nie przygotowana, skora go głosowania pod pierwszym wrażeniem. Ratusz przypomina obradujący klub la Corderie. Wczorajsze postanowienia idą w zapomnienie.(…) Sprawy rozstrzygało się w sposób połowiczny. Komuna powołuje sądy wojskowe i sąd polowy, pozostawia jednak Komitetowi Centralnemu ustalenie procedury i wykonanie wyroków. (…) Znosi szarżę generała, jej delegat zaś nadaje ją wyższym dowódcom.” Po wymienieniu jeszcze innych przykładów braku konsekwencji i błędnych postanowień wydanych przez organy Komuny Paryskiej Lissagaray, stwierdza z ubolewaniem, że „pozostaje [ona] głucha na rozpaczliwe wołania Dąbrowskiego” o przysłanie mu posiłków na przydzielony mu najważniejszy odcinek obrony Paryża, bez przerwy szturmowany przez wersalczyków.
„Przez sześć tygodni – cytuję ponownie fragment książki Eligiusza Kozłowskiego –Dąbrowski bronił tego odcinka, odpowiadając na każdy atak wersalczyków kontratakiem, lecz jego siły były niewystarczające, aby złamać przeciwnika lub też zadać mu miażdżący cios. Miał podobno 1800, według innych zaś 4000–5000 żołnierzy oraz znikomą ilość dział. Rzadko otrzymywał natomiast uzupełnienia, o wymianie walczących jednostek w ogóle nie było mowy. Żołnierze przebywali na linii frontu w nieustannym ogniu po kilkanaście dni. Szwankował dowóz amunicji i żywności. W swoich raportach o zwycięskich bojach na próżno wspominał o brakach w zaopatrzeniu i fizycznym wyczerpaniu żołnierzy.(…)
W swoich raportach wskazywał również Dąbrowski na fakt, iż dalsza walka będzie możliwa tylko wtedy, jeśli ulegnie zmianie cały system dowodzeni i organizacji, a na czele wojsk i sztabów Komuny staną ludzie w pełni odpowiedzialni i świadomi swoich zadań i obowiązków. Podkreślał konieczność wprowadzenia surowej dyscypliny oraz respektowania wszystkich wyroków sądów polowych. Często bowiem zdarzało się tak, że skazany prawomocnym wyrokiem dezerter w imię źle rozumianej idei rewolucji zwalniały go od wszelkiej odpowiedzialności”.
W okresie od 12 do 19 kwietnia dowodzone przez Dąbrowskiego nieliczne oddziały komunardów, bez wsparcia artylerii, dokonywały cudów waleczności, odpierając wielokrotne natarcia wojsk wersalskich. Pisał o tym dowódca 192 batalionu „sfederowanych”(tak nazywano oddziały komunardów): „Męstwo i zimna krew Dąbrowskiego są godne podziwu. Rzadko spotyka się wodzów takiej energii i inicjatywy… Z takim wodzem i z takimi żołnierzami odnieślibyśmy zwycięstwo, gdyby niedbalstwo idące z góry nie było tak wielkie…Zwycięstwa nie odniesiemy jednak, jeśli minister wojny, organizator dezorganizacji, nie przyśle artylerii…Przysyłając nam armaty bez pocisków, bataliony bez dowódców, oficerów bez żołnierzy…Zamiast niszczyć domy artylerią, zdobywa się je za pomocą bagnetów lub podpala zapałkami”.
„Oburzenie wśród gwardzistów – pisze Eligiusz Kozłowski – na najwyższe dowództwo Komuny osiągnęło w tych dniach granice najwyższego napięcia, zagrażając przede wszystkim dyscyplinie, która i tak pozostawała wiele do życzenia. Dały się słyszeć głosy o nieudolności, a nawet o zdradzie. Najcięższe gromy spadały oczywiści na generała Clusereta jako delegata Komuny do spraw wojskowych”. (…)
„Cluseret pomijał milczeniem raporty Dąbrowskiego, a nawet chował je przed władzami zwierzchnimi. Przejawiała się w tym wyraźna zawiść Clusereta i jakieś osobiste animozje.(…)
Usiłując podreperować nadszarpnięta reputacje Cluseret zaatakował Dąbrowskiego. Czynił to z tym większa zaciętością, jako że wszędzie zaczęły podnosić się glosy, iż Polakowi należy oddać naczelną komendę.(…)
W związku z niepowodzeniami na frontach walki z wersalczykami, blankiści stanowiący najsilniejszą grupę polityczną w Komunie, rzucili hasło ogłoszenia dyktatury wojskowej i zastąpienia nią nieudolnych organów komisji wojskowej. Wśród ewentualnych kandydatów na dyktatora wymieniono nazwisko Dąbrowskiego, który poparł bez zastrzeżeń wniosek blankistów, widząc w nim jedyny ratunek dla ginącej Komuny. Żądania powołania takiej władzy wyszły również od niektórych dowódców batalionów. Jeden z nich pisał: Chociaż nienawidzę dyktatury, to jednak wychodzę z siebie, gdy widzę, że minister – zamiast działać – wydaje dekrety. Zaniepokojone tymi głosami głosami naczelne władze Komuny zdecydowały się wręczyć generałowi Cluseretowi dymisję, a nawet aresztować go. (…) Cluseretowi brak było pełnej świadomości celów Komuny, a jeśli nawet ją znał, należy wątpić, czy je podzielał. W Komunie szukał raczej osobistego wybicia się i laurów.
27 kwietnia odbyła się w kole blankistów decydująca narada, na której byli obecni Dąbrowski i Wróblewski. (…) Dąbrowski (…) ostro krytykując niedowład organizacji wojskowej przedstawił własny, jasny i konkretny plan zmiany położenia wojskowego Komuny. Opowiedział się więc za dyktaturą, której zadaniem byłaby przede wszystkim reorganizacja sił zbrojnych i systemu dowodzenia, proponował następnie podjęcie ofensywy przeciw wersalczykom (uważał bowiem, iż istniały jeszcze szanse jej powodzenia) oraz pociągnięcie do wojny rewolucyjnej w całej Francji. Był też rzecznikiem surowej dyscypliny i zasady jednoosobowego dowództwa. Sprzeciwiał się również systemowi obieralności dowódców. Dąbrowskiego poparli: blankista Gerardin, który wystąpił z żądaniem powołania, na wzór 1793 roku Komitet Ocalenia Publicznego, oraz Rossel. Ten ostatni zastąpił już bodajże 30 kwietnia generała Clusereta na stanowisku delegata do spraw wojskowych.(…)
Rządy Rossela rozpoczęły się od prób uporządkowania hierarchii urzędów wojskowych i ich kompetencji, szczególnie zarządzania artylerią, amunicją i zaopatrzeniem. 5 maja wydał on rozkaz o podziale linii frontu na trzy odcinki, z których prawy przekazał generałowi Dąbrowskiemu, lewy generałowi Wróblewskiemu, a centralny – generałowi La Cécilia. Równocześnie oddziały walczące na poszczególnych odcinkach zostały scalone w jednostki zwane armiami. Reformy Rossela, jakkolwiek zdążały we właściwym kierunku, nie przyniosły jednak dodatnich wyników.
Tuż po upadku bardzo ważnego w systemie obrony Paryża fortu Issy, Rossel stwierdził, że sytuacja wojskowa jest niemal beznadziejna i podał się do dymisji. Niemalże w tym samym czasie (albo tuż przed), powołany, zapewne pod naciskiem blankistów, Komitet Ocalenia Publicznego mianował naczelnym wodzem Komuny generała Jarosława Dąbrowskiego, dotychczasowego dowódcę 1 armii. „Rossel – pisze Eligiusz Kozłowski – był tą decyzją zaskoczony, jako że została podjęta bez jego wiedzy, i spowodował odwołanie nominacji. Wypadek ten jest niewątpliwie bardzo pouczającym przykładem całkowitego chaosu, jaki opanował Komunę w przełomowych dla niej chwilach”.
Rossel został wkrótce aresztowany przez Komunę. Udało mu się jednak uciec. Między innymi szukał u Dąbrowskiego opieki i pomocy. Dąbrowski niemal bez przerwy przebywał na pierwszej linii frontu, więc Rossel ukrywał się gdzie indziej. Po upadku Komuny został wzięty do niewoli przez wersalczyków i skazany na śmierć. Wyrok wykonano 28 listopada 1871r.
Cokolwiek by sądzić o zdymisjonowanych przez Komunę dowódcach wojskowych: Rosselecie, Cluserecie, Bergrecie, ich los mógł stanowić swoistego rodzaju przestrogę dla Dąbrowskiego. Poniekąd tym motywem można by było tłumaczyć jego gwałtowną reakcję, na widok wielkiego zdziwienia w twarzach członków Komitetu Ocalenia Publicznego, gdy o drugiej rano 22 maja 1871 r. składał im meldunek o tragicznej sytuacji na froncie walki. Jego pełne oburzenia słowa: „Jak To? Komitet Ocalenia Publicznego ma mnie za zdrajcę! Życie moje należy przecież do Komuny”, bardziej jednak wynikały z innego – acz chwilowego – źródła nieporozumienia. Ale o tym napiszę w następnym odcinku niniejszego cyklu.