Ci, którzy nas uczyli

W czasach Polski Ludowej na kilka pokoleń studentów i pracowników akademickich oddziaływali wielcy nauczyciele. Oddziaływali poprzez wykłady, książki i artykuły oraz wystąpienia publiczne. Poprzez swą mądrość, wiedzę oraz postawę społeczną.

Obrońcy autonomii instytucji naukowych

Szczególną rolę odegrali Tadeusz Kotarbiński i Władysław Markiewicz – uczeni i przywódcy wspólnoty akademickiej. Obydwaj byli obrońcami autonomii tej wspólnoty. Obydwaj byli atakowani i zniesławiani.
Prof. Kotarbiński w okupowanej Warszawie zajmował się niebezpieczną działalnością-tajnym nauczaniem. Po wojnie, przez kilka lat pracował równolegle w Warszawie i Łodzi. W latach 1945-49 był rektorem Uniwersytetu Łódzkiego.
W roku 1952 ukazał się artykuł Bronisława Baczki O poglądach filozoficznych i społeczno-politycznych Tadeusza Kotarbińskiego ( „Myśl Filozoficzna”, nr 1-2, 1952) stanowiący przysłowiowe poszukiwanie dziury w całym. Kotarbiński był filozofem-materialistą i ateistą. Nie był marksistą. Baczko twierdził, że głoszony przez Kotarbińskiego kierunek filozoficzny to „burżuazyjny reizm” i starał się wykazać, że Kotarbiński był przeciwnikiem przemian ustrojowych zachodzących w Polsce po roku 1945.W odpowiedzi na ten atak prof. Kotarbiński punkt po punkcie wykazywał, że „krytyk mógłby uważnego interlokutora chyba tylko nastraszyć a nie przekonać… nie jest to rzeczowa, naukowa, filozoficzna argumentacja”. Kotarbiński został odsunięty na przedwczesną emeryturę.
Po wielu latach przebywający poza Polską Bronisław Baczko – który w międzyczasie radykalnie zmienił poglądy-przepraszał za książkę, której fragmentem był powyżej wspomniany artykuł. Jest to godne odnotowania. Nie zmienia to jednak faktu, że w roku 1952 wymienione publikacje Baczki były szkodliwe i haniebne.
Po przełomie październikowym 1956 roku prof. Tadeusz Kotarbiński powrócił do aktywnej pracy naukowo-dydaktycznej a w latach 1957-62 był prezesem Polskiej Akademii Nauk. Propagowane przez niego hasło dobrej roboty zostało podjęte i realizowane przez Naczelną Organizację Techniczną i stowarzyszenia inżynierskie. Jego Traktat o dobrej robocie został przetłumaczony m. in. na język japoński. Warto przypomnieć, że w tamtym okresie Japonia była międzynarodowym promotorem wiedzy o zapewnianiu jakości produkcji.
Prof. Kotarbiński inicjował dyskusje dotyczące zarówno prakseologii jak i prób jej stosowania w praktyce. Monitorował liczne publikacje nawet jeżeli pochodziły one od nieznanych autorów. Wśród tych ostatnich był autor niniejszych rozważań, którego spotkał zaszczyt, gdyż prof. Kotarbiński zacytował jego skromny artykuł o organizacji badań naukowych w USA.
W końcowym okresie prezesury Tadeusza Kotarbińskiego w PAN zapadła decyzja KC PZPR o utworzeniu Komitetu Nauki i Techniki (KNiT). Prof. Kotarbiński oświadczył publicznie, że decyzja ta nie była z nim konsultowana. Przewodniczącym KNiT został polityk, wicepremier Eugeniusz Szyr. Komitet, którego pierwowzór pochodził z Moskwy był swoistym superministerstwem wymagającym od placówek naukowych ciągłego opracowywania planów i sprawozdań z ich realizacji. Było to bardzo pracochłonne i mocno redukowało czas potrzebny na same badania. Przy tworzeniu KNiT znakomity socjolog prof. Jan Szczepański złożył żartobliwą propozycję utworzenia Komitetu Nauki i Muzyki. Żeby wszystko grało…
W roku 1947 dwudziestosiedmioletni Władysław Markiewicz powrócił z Wielkiej Brytanii do Polski. Miał ze sobą świadectwo maturalne, które uzyskał w Italii w szkole dla żołnierzy armii gen. Andersa w której służył. Wrócił jako bardzo oczytany poliglota. Będąc synem polskiego górnika we Francji już w szkole podstawowej stał się frankofonem. Niemieckiego nauczył się w więzieniach i obozach koncentracyjnych, w których-za działalność patriotyczną- spędził prawie cztery lata. Język włoski opanował w trakcie pobytu w Italii, a angielski-oczywiście w Anglii.
W Uniwersytecie Poznańskim studiował Markiewicz socjologię. Uwagę znakomitych profesorów-Kazimierza Ajdukiewicza, Józefa Burszty, a zwłaszcza Tadeusza Szczurkiewicza zwróciły jego umiejętności językowe i erudycja. Jego opublikowane prace-doktorska i habilitacyjna -zwróciły uwagę wielu czytelników. Dotyczyły one odpowiednio przemian w świadomości narodowej reemigrantów z Francji oraz społecznych procesów uprzemysłowienia. Z czasem Markiewicz został profesorem Uniwersytetu Poznańskiego i dyrektorem uczelnianego Instytutu Socjologii. Jego wiedza niemcoznawcza sprawiła, że został również dyrektorem Instytutu Zachodniego w Poznaniu.
Władysław Markiewicz aktywnie uczestniczył w wydarzeniach, które miały miejsce w Poznaniu w okresie październikowego przełomu w 1956 roku. Pełnił ważne funkcje w Komitecie Wojewódzkim PZPR. Gdy jednak nastąpił odwrót od października zrezygnował z działalności politycznej. Jako dyrektor Instytutu Zachodniego skutecznie bronił tą placówkę przed ingerencją Służby Bezpieczeństwa. Podobne działania podejmował również na stanowisku sekretarza Wydziału I Polskiej Akademii Nauk a później-wiceprezesa PAN. Przez 12 lat prof. Markiewicz był współprzewodniczącym polsko-niemieckiej komisji podręcznikowej identyfikującej fałsze, manipulacje i stereotypy, które przekazywano uczniom niemieckim i polskim. Ta działalność na rzecz polski-niemieckiego porozumienia prowadzona przez byłego więźnia hitlerowskich obozów koncentracyjnych budziła podziw i uznanie w wielu krajach.
Władysław Markiewicz-socjolog i obywatel -z troską i niepokojem obserwował narastanie w Polsce wielkiego kryzysu w latach 1970-tych. Jego ostrzegawcze wystąpienia były przyjmowane z niechęcią, a czasami-z wrogością. Zwolennicy” propagandy sukcesu” zarzucali mu „czarnowidztwo”, a także „uleganie wrogim podszeptom”.
Przyjaciel Markiewicza -Józef Tejchma, wicepremier i minister Kultury i Sztuki w dniu 28 stycznia 1978 roku zanotował w swym dzienniku: „Polityka” publikuje dobry wywiad z W. Markiewiczem pt. ”Dylematy władzy”. Autor postuluje daleko idącą autonomię nauki w jej stosunkach z polityką, tylko niewasalna wobec niej nauka może dobrze służyć polityce.” Później 19 marca 1979 roku napisał: „ Z RFN wrócił Markiewicz. Pilnie zwróciła się do niego organizacja partyjna UW, aby wygłosił odczyt na temat kultury politycznej. Obydwaj oceniliśmy to jako stworzenie okazji do zebrania dodatkowych materiałów przeciwko Markiewiczowi znanemu z niekonformistycznych ocen, ale bez awanturnictwa. Radziłem Władkowi, by rozważania o Polsce wyniósł na szczebel procesu historycznego, bez przyłączania się do bieżących nastrojów skrajnego krytycyzmu i bez apologetyki. (J.Tejchma, W kręgu nadziei i rozczarowań, Warszawa 2002 s.11 i 49)
Obawy Tejchmy nie były bezpodstawne. Zastrzeżenia i podejrzenia wobec Markiewicza sprawiły, że został on pozbawiony funkcji Przewodniczącego Komitetu Polska 2000 przy Prezydium PAN. Wbrew intrygom i atakom autorytet naukowy i aktywność międzynarodowa prof. Władysława Markiewicza pomagały środowiskom naukowym zajmującym się naukami społecznymi w rozwijaniu współpracy z uniwersytetami i instytucjami badawczymi w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych, a także w Chinach i Japonii.

Ze Stanów Zjednoczonych do Polski

Wybitny fizykochemik prof. Wojciech Świętosławski okres wojny spędził w Stanach Zjednoczonych prowadząc badania i wykładając w Pittsburgu. W 1946 roku za zaoszczędzone 10 000 dolarów zakupił i przywiózł do Warszawy bibliotekę naukową z której przez wiele lat korzystali jego współpracownicy i studenci. W latach 1946-60 był profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, a w latach 1946-51 również Politechniki Warszawskiej. Zainicjował utworzenie Instytutu Chemii Fizycznej PAN i był jego pierwszym dyrektorem.
W oczach podejrzliwych politycznych nadgorliwców prof. Świętosławski był przede wszystkim „sanacyjnym dygnitarzem”, gdyż w latach 1935-39 sprawował funkcję ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Na szczęście wspomniani nadgorliwcy nie byli w stanie mu zaszkodzić.
Prof. Świętosławski prowadził badania w dziedzinie termochemii i przyczynił się do skonstruowania precyzyjnych przyrządów pomiarowych. Był twórcą polskiej szkoły fizykochemicznej, której osiągnięcia badawcze miały znaczenie międzynarodowe. W roku 1951 został laureatem nagrody państwowej I stopnia. Z podręczników i monografii prof. Świętosławskiego publikowanych w Polsce i USA przez wiele lat korzystali liczni studenci i pracownicy nauki.

Wielkie osiągnięcia i wielki błąd

Prof. Oskar Lange – wybitny uczony i znany socjalista- w latach 1938-45 był profesorem ekonomii politycznej prestiżowego uniwersytetu w Chicago. Zdecydował się na powrót do Polski w nadziei, że będzie uczestniczyć w urzeczywistnianiu swych socjalistycznych ideałów. Zrezygnował z amerykańskiego obywatelstwa. Był ambasadorem Polski w Waszyngtonie i przedstawicielem w ONZ. W trudnym okresie 1952-55 będąc rektorem Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (obecna Szkoła Główna Handlowa) zajął się teorią statystyki. Po przełomie październikowym 1956 roku powrócił do ekonomii politycznej. Zamierzał napisać czterotomową monografię tego przedmiotu. Przedwczesna śmierć sprawiła, że pozostawił tylko dwa tomy. Zajmował się też ekonometrią, cybernetyką ekonomiczną i teorią informacji. Jego książki tłumaczone były na wiele języków. Pisma i myśli Langego wywierały wpływ na poszukiwania naukowe w różnych częściach świata. I tak np. w ubiegłym stuleciu w Japonii istniało znane w skali międzynarodowej ugrupowanie neolangistów. Oskar Lange był również aktywny w życiu polityczno-dyplomatycznym.
W roku 1957 został zastępcą Przewodniczącego Rady Państwa. W tym charakterze w roku 1959 witał na lotnisku Okęcie ówczesnego wiceprezydenta USA Richarda Nixona.
Prof. Lange przez całe życie ulegał złudzeniom dotyczącym możliwości eliminowania mechanizmu rynkowego. Jak pisał Andrzej Werblan „Oskar Lange jeszcze w 1965r. bronił poglądu,że mechanizm rynkowy może być zastąpiony przez maszyny liczące i rachunek ekonometryczny z rezultatami lepszymi społecznie i ekonomicznie”. (A. Werblan, Stalinizm w Polsce, Warszawa 2009, s.27). W dorobku Oskara Langego,podobnie jak i innych wybitnych uczonych są treści, które warto przyswoić i stosować. Są również omyłki i błędy Zasługują one na krytyczną refleksję.

Powrót współpracownika Einsteina

W 1950 roku powrócił do Warszawy wybitny fizyk-teoretyk Leopold Infeld, profesor uniwersytetu w Toronto. Przed przyjazdem do Kanady przez kilka lat przebywał on w Instytucie Zaawansowanych Badań w Princeton, gdzie współpracował z Albertem Einsteinem. W 1938 roku ukazała się książka Einsteina i Infelda Ewolucja fizyki,która stała się bestsellerem na światowym rynku literatury popularnonaukowej. Książka ta w sposób przystępny przedstawia świat w kategoriach mechaniki klasycznej, a następnie ukazuje zmiany, które spowodowały – teoria pola, teoria względności oraz pojęcie kwantów.
Leopold Infeld- profesor Uniwersytetu Warszawskiego był również aktywny jako publicysta i pisarz. Był autorem znakomitej powieści Wybrańcy bogów.
Kiedy w przetłumaczonym na polski rosyjskim słowniku filozoficznym podano, że autorem równania E=mc2 był Sergiusz Wawiłow prof. Infeld uznał tą publikację za haniebną. Miał rację.
Leopold Infeld był wysoko ceniony przez Bertranda Russella. Stał się jednym z wczesnych uczestników zainicjowanego przez Russella elitarnego ruchu Pugwash skupiającego uczonych wypowiadających się za zakazem prób z bronią jądrową. Troskę i niepokój Infelda budziła nietolerancja. W autobiograficznym eseju Religia i ja pisał:”Pragnę,aby w okresie kiedy nietolerancja religijna się zwiększa moje stanowisko ateistyczne było tolerowane. Wiem, że nietolerancja jest sprawą milionów ciemnych ludzi. Wiem,że moje słowa dotrą zaledwie do kilku tysięcy. Z tych potrafię przekonać tylko kilku. Dla tych kilku napisałem te słowa”.(T. Kotarbiński, L. Infeld ,B. Russell, Religia i ja, Warszawa 1962, s.44-45).

x x x

Tadeusz Kotarbiński-gdyby chciał-mógłby wykładać w jednym z renomowanych uniwersytetów francuskich. Władysław Markiewicz mógłby studiować w Wielkiej Brytanii i tam pracować naukowo.
Wojciech Świętosławski, Oskar Lange i Leopold Infeld zrezygnowali z prestiżowych stanowisk oraz wygodnego życia i powrócili do Polski, aby nas uczyć. Wszyscy wiedzieli doskonale o warunkach panujących w powojennej Polsce i ograniczeniach wynikających z przynależności naszego kraju do tzw. bloku wschodniego.
Sądzę, że jesteśmy im winni wdzięczną pamięć. A także- w wielu przypadkach – powrót do ich myśli i książek.

Stan wojenny a rola kościoła

Replika w związku z przemówieniem bpa Antoniego Pacyfika Dydycza

Przed kilkunastoma dniami pisałem na moim profilu (Facebook) o jednej z najświętszych zasad prawa, a mianowicie, zasadzie wywodzącej się jeszcze z czasów starorzymskich, a mianowicie: „lex retro non agit” (Prawo nie działa wstecz). Temat wówczas poruszony dotyczył nielegalnej ustawy PiS odbierającą część świadczeń emerytalnych byłym funkcjonariuszom władzy ludowej. Jak wspomniałem, ustawa ta (tzw. ustawa dezubekizacyjna) była nielegalna już w swoim zarodku, gdyż w sposób oczywisty gwałciła wyżej wyartykułowaną zasadę: prawo nie działa wstecz. Zasada ta jest tak doniosła, że nie może – zgodnie z utrwaloną linią orzeczniczą – ulec zachwianiu nawet w sytuacji zagrożenia bytu państwa. Dlatego też nazwałem ją „świętą”. Teraz czytam wypowiedź jednego z biskupów na temat nielegalności stanu wojennego. Biskup grzmiał wprost z kart gazety, że stan wojenny był bezprawiem, gdyż dekret Rady Państwa działał z mocą wsteczną. Po pierwsze to, że dekret zawierał przepisy działające retroaktywnie (wstecz), nie oznacza samo w sobie, że stan wojenny był nielegalny. Biskup myli te płaszczyzny, ale to możemy mu wybaczyć, gdyż nie ma on głębszego pojęcia o prawie. To nie jest jego zadanie życiowe. Stan wojenny nie był nielegalny dlatego, że zawierał unormowania (karne zwłaszcza), które miały skutkować (i skutkowały) wstecz, ale dlatego, że dekret Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. został wydany w okresie trwającej sesji Sejmu, co naruszało art. 31 ust. 1 konstytucji PRL, wedle którego dekrety z mocą ustawy zwykłej mogą być wydawane jedynie w okresie między sesjami Sejmu. Rada Państwa zaproponowała, aby dekrety z 12 grudnia 1981 r. były zatwierdzone ustawą, co nie było zgodne z postanowieniami regulaminu Sejmu. Izba przyjęła ten tryb procedowania, odstępując od rozwiązań regulaminowych. Czy to naruszało konstytucję PRL? Tak sądziła prof. Zakrzewska, ale prof. Andrzej Gwiżdż, znawca problematyki legislacyjnej, uważał, że „Przyjęcie przez Sejm dla zatwierdzenia ww. dekretów procedury odmiennej od określonej regulaminowo, aczkolwiek oczywiście nieprawidłowe, nie powinno jednak nasuwać wątpliwości co do legalności, a zatem i skuteczności prawnej takiego postąpienia”. Ale najważniejsze były skutki prawne zatwierdzenia dekretów z 12 grudnia 1981 r. Ustawa z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego miała – tak jak same dekrety – charakter retroaktywny i rozciągała swą moc prawną od 12 grudnia 1981 r. Czy w ten sposób dokonany został akt walidacji dekretów? Innymi słowy, czy doszło do tego, że stały się one skuteczne, ważne w sensie prawnym? Prof. Jerzy Stembrowicz jeszcze w latach 80. argumentował, że skoro „Sejm zatwierdził wymienione dekrety, lecz nie uchwałą, jak to normalnie zawsze dotąd czynił, ale ustawą z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego”, to „Ta ostatnia okoliczność pozwala na wniosek, że Sejm chciał w ten sposób uznać ex tunc postanowienia dekretów (a nie dekrety jako takie) za swoje i nadać im za pośrednictwem ustawy charakter legalny (inaczej wyrażając się – je walidować)”. Już po upadku PRL podtrzymał to stanowisko Andrzej Gwiżdż: „Uchwalenie przez Sejm ustawy z 25 I 1982 r. miało niewątpliwie charakter legalizacji dekretów z 12 XII 1981 r. Zostały one zatwierdzone przez Sejm, i to zatwierdzone w całości, łącznie z tymi przepisami, które nadawały im moc obowiązującą „od dnia uchwalenia” (przez Radę Państwa)”. Stanowisko polskiej doktryny prawa konstytucyjnego, z którym całkowicie się zgadzam, nie jest tu niczym odosobnionym. Warto przypomnieć, że również wielu przedstawicieli nauki europejskiej (szczególnie niemieckiej i francuskiej XIX i XX w.) opowiadało się za walidacją aktów prawnych stanowionych z naruszeniem prawa w okresie stanu nadzwyczajnego. Ale za prof. Stembrowiczem, najwybitniejszym polskim znawcą problematyki stanu nadzwyczajnego, mogę stwierdzić jeszcze coś więcej, a mianowicie, że „od czasu owej ratyfikacji-walidacji należałoby, ściśle rzecz biorąc, mówić nie o dekretach z 12 grudnia 1981 r., których treść przejęła ustawa z 25 stycznia 1982 r., lecz tylko o tej ustawie, która weszła w miejsce dekretowych postanowień”. I nie powinno nam to umykać w ustrojowych analizach wydarzeń grudniowej nocy. Biskup Dydycz, bo o nim mowa, nie ma moralnego tytułu do pouczania kogokolwiek o „barbarzyństwie” wprowadzenia stanu wojennego, nie ma on prawa do nazywania zdrajcami wszystkich, którzy do zaprowadzenia stanu wojennego się przyczynili. Nie ma takiego prawa, gdyż Kościół katolicki, za sprawą swoich hierarchów – o czym mało kto wie – sam przyłożył w sposób zasadniczy rękę do wprowadzenia owego stanu nadzwyczajnego. Jak to się stało? Poza złamaniem — wspomnianego powyżej przeze mnie — zakazu retroakcji doszło jeszcze do nieformalnej zmiany dekretu o stanie wojennym, dokonanej przed jego publikacją w Dzienniku Ustaw. Pod koniec lat 90. bp Alojzy Orszulik ujawnił, iż czynniki kościelne miały swój udział w uzgodnieniu ostatecznego kształtu dekretu o stanie wojennym. Otóż wieczorem 13 grudnia 1981 r. doszło do spotkania między nim, bp. Bronisławem Dąbrowskim i prof. Andrzejem Stelmachowskim a Kazimierzem Barcikowskim i min. Jerzym Kuberskim, którzy poprosili o naniesienie poprawek do projektu dekretu o stanie wojennym (Orszulik mówił, że Barcikowski dał im „projekt dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego z lat 60”.). W rzeczywistości chodziło o ledwo co uchwalony przez Radę Państwa, a jeszcze nieogłoszony w Dzienniku Ustaw (a zatem nieobowiązujący), dekret o stanie wojennym. Orszulik wspominał: „Nanieśliśmy poprawki, czyli wykreśliliśmy z projektu niektóre przepisy restrykcyjne wobec Kościoła. […] Był tam przepis z okresu stalinowskiego, z dekretu z 1953 r., że władze państwowe mają wpływ na obsadę stanowisk kościelnych i zwalnianie duchownych”. Na pytanie dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, jak to było możliwe, żeby „nanosić te poprawki”, biskup odpowiedział: „Mówili, że można je nanosić, bo się jeszcze nie ukazał Dziennik Ustaw”. W ten sposób strona kościelna stała się współautorem ostatecznej wersji dekretu o stanie wojennym – chociaż nastąpiło to z całkowitym pogwałceniem konstytucji PRL. Czy biskup Dydycz zapomniał o tym fakcie? Ostatecznie ustawa z 25 stycznia 1982 r. walidowała (uważniała), poczynając od 12 grudnia 1981 r., i te naruszenia prawa. A wśród tych naruszeń – które Kościół zaakceptował – były rozmaite represje sądowe wobec szeregowych obywateli, godzące w nich jeszcze wtedy, gdy stan wojenny nie obowiązywał. Do ostatecznego druku Dziennika Ustaw doszło w dniach 17-18 grudnia 1981 roku. Jego kolportaż, głównie do władz wszystkich województw, rozpoczął się poprzedniego dnia. Mimo iż tekst dekretu został wydrukowany w dniach 17-18 grudnia, to na dacie jego wydania widnieje 14 grudnia 1981 roku. Do organów sprawiedliwości Dziennik trafił w dniach 19-23 grudnia. Oznacza to, że w dniach 13-19 grudnia osoby oskarżone były sądzone według prawa, które wówczas nie obowiązywało, co łamie rzymską zasadę: „Lex retro non agit”. 12 grudnia 1981 roku ruszyły zatrzymania działaczy opozycji, których bardzo często wyciągano siłą z domów i kierowano do ośrodków internowania. Internowania odbywały się bez jakichkolwiek wyroków. Cały wymiar sprawiedliwości był wówczas całkowicie podporządkowany woli rządzących. Świadczy o tym pewna anegdota o aplikancie, który przyszedł do wieloletniego sędziego Sądu Najwyższego z zapytaniem: „Co jest najwyższym źródłem prawa w PRL?”. Miał usłyszeć odpowiedź: „Dla sędziego orzekającego najwyższym źródłem prawa jest telefon…”.
Nie możemy zapomnieć, że do tego wszystkiego znaczący swój wkład wniósł Kościół katolicki. O tym zaś fakcie prawie się dziś nie wspomina. Czy stan wojenny był zatem legalny? Nie, aż do 25 stycznia 1982 roku, kiedy to Sejm PRL przegłosował zatwierdzenie dekretu i innych dokumentów z nim związanych. Niechaj nas więc ekscelencja nie poucza i niech nie wypowiada się w patetycznym moralizatorskim tonie, gdyż współpracownikami bezpośrednimi władzy, o której dziś Dydycz wyraża się w najostrzejszych słowach, byli także jego koledzy po fachu. Mieli oni zasadniczy, a świadomy, udział w działaniach niekonstytucyjnych i w skutkach stanu wojennego, którymi to skutkami była niejednokrotnie śmierć praworządnych Polaków (dokładnie 40. osób).

Akt wandalizmu

– Z jednej strony, jestem oburzona tym, co się stało. Ale też, niestety, ze smutkiem mogę przyznać, że i tak ten pomnik generała Zygmunta Berlinga poprzez władze miasta miał być usunięty z przestrzeni miejskiej Warszawy do końca 2019 roku. W ramach dekomunizacji miał zniknąć. W związku z tym i tak miał być w ramach dekomunizacji z tego miejsca w Warszawie wyrzucony.
Moim zdaniem to jest akt wandalizmu – powiedziała mediom Monika Jaruzelska.

4 sierpnia po raz kolejny uaktywniła się skrajna prawica, owoc pisowskiej polityki nienawiści. Grupa antykomunistycznych bandytów pod wodzą Adama Słomki obaliła pomnik generała Zygmunta Berlinga, znajdujący się w Warszawie. Pomnik stał w miejscu, z którego oddziały Wojska Polskiego przeprawiały się w 1944 roku z pomocą walczącej Warszawie. Gen. Berling zgodził się na desant, wobec oburzenia żołnierzy, którzy nie chcieli się przyglądać bezczynnie jak ginie Warszawa. Podczas tego desantu oraz starć na Powiślu zginęło ponad 2,5 tys. żołnierzy Wojska Polskiego.
Były poseł Słomka chce zniszczyć pamięć o tych, którzy oddali życie w walce z faszyzmem. Nie po raz pierwszy promuje bandyckie metody fałszowania historii. Wcześniej brał udział w zniszczeniu lub uszkodzeniu wielu miejsc pamięci, nawołuje do nienawiści, lży sądy zachowując przy tym bezkarność. Mamy nadzieję, że ta bezkarność wkrótce się skończy.
Niszczenie pomników, zarówno dokonywane przez prawicowe bojówki, jak i mające miejsce w ramach ustawy dekomunizacyjnej, to element historycznego rewizjonizmu i barbarzyństwa, niegodnego cywilizowanego kraju. Niszczy się pamięć o walczących o wolność z faszyzmem, a wybiela i usprawiedliwia nazistowskich kolaborantów.
KPP konsekwentnie sprzeciwia się fałszowaniu historii oraz wszelkiemu niszczeniu pomników i innych świadectw historii.

Natalia od skandalu Pożegnanie

Gdyby nie „Drewniany różaniec”, Natalia Rolleczek pozostałaby zapewne pisarką „w cieniu”, na wpół anonimową. Tak jak choćby prawie całkowicie od lat zapomniana Maria Jarochowska, także pisarka o rysach skandalistki i demaskatorki („Niemiłosierni”, „Buraczane liście”). „Drewniany różaniec” (1953) usytuował Rolleczek pośród pisarzy skandalizujących, jako autorkę powieści demaskatorskiej w stosunku do żeńskiego kleru zakonnego, powieści która pokazywała, że przedstawicielki instytucji powołanej do rozsiewania miłosierdzia potrafią być bezdusznymi, okrutnymi sadystkami i hipokrytkami.
W kraju, w którym krytyka kleru od wieków należała do rzadkości i na palcach obu rąk można policzyć utwory o wyrazistym charakterze antyklerykalnym, które są do znalezienia w historii literatury polskiej, „Drewniany różaniec” odebrany był jako utwór obrazoburczy, skandaliczny, niesprawiedliwy, jako napaść na kościół katolicki i to napaść dokonaną w okresie, gdy znajdował się on w ciężkiej opresji politycznej, w roku uwięzienia prymasa Stefana Wyszyńskiego. Rolleczek osnuła swoją powieść na wspomnieniach osobistych. Lata 1931-1933 spędziła, jako 12-14 letnia dziewczynka, w sierocińcu prowadzonym przez zakon felicjanek w Zakopanem, gdzie się urodziła. Pisała w niej o „bezwzględności zakonnic, głodzie i poniżeniu. W sierocińcu najgorsze były rygor, dryl, zakazy. Jedzenie było reglamentowane, można było się zwijać z pragnienia, a i tak nie dostało się nic dodatkowo, nawet garnuszka mleka czy herbaty. No i warunki sypialniane – duża, wspólna, zimna sala na strychu, żelazne łóżka i jeden krótki piec kaflowy”.
Władza przyjęła „Drewniany różaniec” skwapliwie jako instrument propagandowy, powieść doczekała się kilku wydań. Przyjęła ją tym skwapliwiej, że w PRL pisarze nie kwapili się do pisania prozy krytycznej w stosunku do kościoła i religii, a wydane na początku lat sześćdziesiątych „Urząd” i „Spiżowa brama” Tadeusza Brezy wyczerpują wraz z „Drewnianym różańcem” (można do tego dodać negatywną politycznie postać księdza w „Obywatelach” Kazimierza Brandysa), katalog prozy o podobnej tematyce, przy czym tylko powieść Rolleczek bezpośrednio odnosiła się tak obszernie do społecznego funkcjonowania instytucji kleru polskiego, a i to z akcją usytuowaną w dwudziestoleciu międzywojennym.
Ten brak literatury o tematyce antyklerykalnej lub co najmniej krytycznej wobec kleru w PRL, oskarżanej o walkę z kościołem katolickim przez cały czas swojego istnienia, jest skądinąd fenomenem zastanawiającym, wartym odrębnego namysłu. Żadna z powieści okresu realizmu socjalistycznego (w tym żadna ze sztandarowych), choć piętnowały wrogów klasowych, szpiegów i dywersantów, nie została poświęcona klerowi katolickiemu.
Środowisko literackie, w tym szczególnie jej rodzime, krakowskie, zastosowało wobec Rolleczek towarzyski ostracyzm, a kościół – infamię ogłaszaną z ambon. Warto przy tym zauważyć, że Rolleczek nie należała do kręgu partyjnych pisarzy o nastawieniu ateistycznym. Uważała się za osobę wierzącą, acz bez ostentacji, należała do Armii Krajowej i była w kręgu znajomych Karola Wojtyły (spotkała się z nim w Watykanie w 1981 roku – podobno przywitał ją życzliwie). W wywiadzie udzielonym w 2003 roku, choć powiedziała, że nie żałuje, że napisała i wydała „Drewniany różaniec”, to w jej wypowiedzi pojawiły się akcenty skruchy za to, że wydała powieść w okresie, gdy kościół znajdował się w najtrudniejszej sytuacji. Powstał też poświęcony jej film dokumentalny Stanisława Zawiślińskiego „Tala od różańca” (2012).

„Drewniany różaniec” na ekranie

12 lat po wydaniu książki, w styczniu 1965 roku na ekrany kin wszedł film Ewy i Czesława Petelskich „Drewniany różaniec”, będący dość literalną ekranizacją powieści. Prasa katolicka („Słowo Powszechne”, „WTK”, „Tygodnik Powszechny”) przyjęła go kwaśno, a nawet prasa partyjna bez szczególnego aplauzu, choć film promowano w trailerach emitowanych przed seansami kinowymi. Z artystycznego i widowiskowego punktu widzenia film okazał się przeciętny, mimo udziału – w rolach zakonnic – znakomitych aktorek: Barbary Horawianki, Jadwigi Chojnackiej, Zofii Rysiówny. Rolę jednej z dziewcząt zagrała młodociana wtedy aktorka Halina Kowalska, po latach jedna z tzw. „seksbomb kina PRL” (m.in. uwodząca Włocha sprzedawczyni Marianna z „Nie lubię poniedziałku” Tadeusza Chmielewskiego).
W kościołach Lublina, gdzie naówczas mieszkałem, film został ostro skrytykowany w ramach tzw. „katolickiej oceny filmów”. Pisane na maszynie, anonimowe oceny repertuaru kin wywieszano wtedy w przedsionkach tamtejszych kościołów, w szklanych gablotach naściennych. Taka praktyka była w Lublinie. Czy także w innych miastach – nie wiem. Utkwiło mi w pamięci drobne wspomnienie z tego okresu, gdy jako ośmioletnie pacholę, nieświadome wymowy filmu, przekonane, że film, który ma słowo „różaniec” w tytule jest filmem religijnym, zapytałem o to mojego księdza-katechetę. Nie zapomnę kwaśnego grymasu, jaki pojawił się na jego twarzy i warknięcia czegoś tam o „ataku na kościół”.
Film krytycznie przyjął nawet Zygmunt Kałużyński, recenzent filmowy partyjnego tygodnika „Polityka”. Redaktor naczelny pisma, Mieczysław F. Rakowski w swoich „Dziennikach politycznych”, pod datą 8 lutego 1965 napisał: „Ostatnio (Zyzio) naraził się Natalii Rolleczek, pani, która dziesięć lat temu spisała swoje przeżycia, gdy jako dziewczynka mieszkała w przytułku prowadzonym przez zakonnice. Książka p.t. „Drewniany różaniec” była wówczas wydarzeniem literackim. Osiągnęła 150 tysięcy nakładu i przetłumaczono ją na kilka obcych języków. Na podstawie książki zrobiono film pod tym samym tytułem. O nim właśnie Zyzio napisał krytyczną recenzję („W interesie klasztornym”). Między innymi zarzucił Rolleczek, że zajmuje wobec sióstr zakonnych postawę dość dwuznaczną moralnie, bo przecież siostry, które autorka odmalowała w czarnych kolorach, ocaliły dziewczęta od śmierci, żebrząc dla nich, karmiąc je i wychowując. Rolleczek wściekła się i przysłała list do redakcji, w którym stwierdziła, że Kałużyński zajmuje się bardziej książką niż filmem” i – jak dalej referował Rakowski – broniła zasadności zawartego w powieści krytycznego obrazu przytułku i postaw zakonnic.
Warto zauważyć, że także w kinie PRL motywy antyklerykalne czy antyreligijne pojawiały się bardzo rzadko, a i to w formie bardzo oględnej i aluzyjnej. Poza „Drewnianym różańcem” , „Matką Joanną od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza (to presja polskiej hierarchii kościelnej na władze kinematografii spowodowała, że ten film nie otrzymał co najmniej Srebrnej Palmy w Cannes 1961, do której kandydował, a jedynie Nagrodę Specjalną – jak widać i wtedy kościół kat. miał długie i silne łapy) oraz „Urzędem” Janusza Majewskiego według powieści Brezy, nie sposób wskazać innego filmu o wymowie krytycznej wobec kościoła. Długo było też tak w III RP, po 1989 roku. Dopiero „Kler” Wojciecha Smarzowskiego przełamał to tabu. I to od razu z grubej rury.
Natalia Rolleczek funkcjonowała dalej jako pisarka, głównie dla dzieci i młodzieży. Poza „Drewnianym różańcem” w 1955 roku wydała powieść „Oblubienice”. Powieść „Kochana rodzinka i ja” została uznana za najlepszą powieść roku 1961 przez czytelników czasopisma „Płomyczek”, a cztery lata później Rolleczek odebrała nagrodę Prezesa Rady Ministrów za swoją twórczość dla dzieci i młodzieży. Ostatnią powieść, „Zaczarowaną plebanię”, wydała w 1997 r. Zmarła 8 lipca 2019 roku. 16 lutego ukończyła 100 lat.

Krajobraz po bitwie

Do wyborów zostało już mniej niż sto dni (przyjmując, że Pan Prezydent wskaże pierwszy możliwy a dla rządzących korzystny termin).

Na polskiej scenie politycznej mamy, co mamy – zwarcie szeregów i prężenie muskułów po stronie rządzących i tradycyjny bałagan i rozmemłanie po stronie opozycji.

Normalka!

Skoro tak — to spróbujmy, uruchomiwszy wyobraźnię (bo żadnych twardych danych, dotyczących przyszłości nie ma i być nie może), narysować krajobraz polityczny w kraju po wygraniu przez Jarosława Kaczyńskiego i jego ugrupowanie nadchodzących wyborów.
Podkreślę raz jeszcze – to będą symulacje i prognozy, to będzie posługiwanie się różnymi modelami i matrycami pojęciowymi, występującymi we współczesnych naukach społecznych, a nie odwoływanie się do wyników konkretnych badań.
Mówienie o tym, jaka na pewno będzie przyszłość,
nawet ta najbliższa, nie jest możliwe, przyszłość się staje, ona dopiero będzie. „Tu i teraz” jesteśmy osadzeni w „płynnej nowoczesności”, jak nazwał nasze czasy czas jakiś temu, mój profesor Zygmunt Bauman. Mnogość zmiennych, czynników wzajemnie się warunkujących, zdarzeń na świecie — a nie tylko na naszym polskim podwórku — jest tak wielka, że każda próba mówienia z całą pewnością o tym, co będzie polityczną rzeczywistością w Polsce w październiku czy listopadzie 2019, jest nonsensem.
Pamiętając o tych ograniczeniach — możemy jednak, bazując na znajomości tego, co za nami, tego, co władza „dobrej zmiany” zrobiła w latach 2015 -2019, pamiętając wszystkie zdarzenia z okresu 2005 -2007, gdy Jarosław Kaczyński był premierem polskiego rządu, a prezydentem był jego brat-bliźniak Lech Kaczyński, mając w pamięci opracowany tekst nowej konstytucji jaki „wisiał” na stronie PiS-u przed wyborami 2015, a który po wyborach został schowany, pamiętając wszystkie delikty konstytucyjne obecnego rządu i prezydenta, pamiętając wreszcie deklarowane publicznie marzenia Jarosława Kaczyńskiego — o tym, że kiedyś będzie w Warszawie Budapeszt czy Ankara — możemy jednak ze sporym prawdopodobieństwem opowiedzieć, co nas czeka po ewentualnie wygranych przez PiS wyborach do Sejmu i Senatu.

Zacznijmy od modelu sprawowania władzy. 

Wszystkie dane wskazują na to, że będziemy mieli w Polsce system wyborczego autorytaryzmu. Władza, zachowując wyborczą fasadę, zapewni sobie nieusuwalność. Wybory odbywane w warunkach pełnego opanowania wszystkich instrumentów prawnych i dysponowania przez rządzącą ekipę państwowymi pieniędzmi, całym budżetem i niekontrolowanym systemem ich wydawania, władza zawsze wygra, żadnych wyborów nie przegra w skali i stopniu takim, żeby to było niepodważalne dla obserwatorów krajowych i zagranicznych. Na straży nieusuwalności rządzących stać będzie Trybunał Konstytucyjny (trybunał Kaczyńskiego), Sąd Najwyższy, Państwowa Komisja Wyborcza. Partie opozycyjne, jeżeli „urosną” ponad założony przez rządzących poziom — zostaną sprowadzone do parteru przez wymiar sprawiedliwości, partyjną prokuraturę i opanowane sądy.

To na teraz.

Na przyszłość (a przypomnę, o jakim wymiarze sprawowania władzy mówił Jarosław Kaczyński – o 20 -30 latach rządów tej ekipy) władza ma możliwość zmiany konstytucji tak, aby wprowadzić w niej zapisy gwarantujące nieusuwalność Prezesa. Tak, jak to jest opisane w statucie jego partii – bo PiS jest partią Kaczyńskiego, wystarczy przeczytać jej statut. Statut napisany przez prezesa.
Z dwóch możliwych wariantów: partii kadrowej i partii masowej, partia rządząca wybierze wariant partii kadrowej, obudowanej masą klientów – ludzi, których praca, stanowiska i pieniądze zależeć będą od notowań partyjnych. To będzie powtórka z historii – system nomenklatury partyjnej obowiązywał w Polsce przez ponad 40 lat. Prezes go dobrze pamięta. System oparty o rządy partii obudowanej armią klientów jest bezpieczniejszy niż partia masowa. W partiach masowych możliwe są bowiem ruchy oddolne, jakieś „struktury poziome”, pojawienie się jakiś trudno kontrolowanych osobników-członków partii. W partii kadrowej wszystko jest łatwiejsze do kontroli – jeden wódz, jedna linia, jeden cel.

Takiej wizji i takiemu modelowi sprawowania władzy

służyć będzie nowa polityka historyczna, nowy model wychowania młodzieży, nowy wzór człowieka – członka wspólnoty narodowej. Członka wspólnoty narodowej, a nie obywatela. Obywatel nie będzie faworytem władzy. Obywatel to termin obcy, zapożyczony, za nim wloką się jakieś prawa człowieka i obywatela. Członek wspólnoty narodowej to „nasz” członek, członek wspólnoty parafialnej, gminnej. Wspólnota budowana na więziach osobowych, takich jak w rodzinie, w małych grupach to podstawa nowego ładu wynikająca z założeń leżących u podstaw państwa PiS.
Dokonując całościowej syntezy celów rządzącej ekipy, opartej na obserwacji dotychczasowych zaszłości, trudno nie zauważyć, że są one dobrą ilustracją modelu tradycyjnego, opisanego przez Ronalda Ingleharta w jego znanej typologii: Tradycyjne, Nowoczesne i Ponowoczesne społeczeństwo, opartego o badania przeprowadzone w 43 różnych krajach. Władza PiS-u, z jego skoncentrowaniem się na wzmacnianiu gospodarki państwowej, tradycyjnych wartościach religijnych i wspólnotowych, realizująca się w oparciu o tradycyjne systemy tak w rodzinie, jak i w lokalnych wspólnotach do państwa włącznie, jest doskonałym przykładem realizacji w praktyce modelu opisywanego przez Ingleharta jako przeszłość, zapóźnienie.
Przechodząc od modeli do polskiej rzeczywistości tu i teraz, stawiam tezę, że po wyborach powstaną warunki do tworzenia się oligarchów — tak, jak to się dzieje na Węgrzech, czy w Turcji (o Rosji nie wspominając). Cztery lata rządów „dobrej zmiany” stworzyły wystarczająco dużą grupę beneficjentów finansowych, którzy za pieniądze uzyskane z pracy w dużych spółkach skarbu państwa i odpraw za odchodzenie z tych stanowisk będą chcieli teraz inwestować w różne formy państwowej własności tak, aby pomnożyć swój majątek. Sprawa majątku premiera Morawieckiego, ukrycie pieniędzy poprzez rozdzielność majątkową ze swoją żoną, jest tu tylko sygnałem zjawiska.

Przyjęte w modelu szkolnictwa zmiany,

postawienie na rozwój wąsko profilowanych szkół zawodowych, dramatyczne obniżenie poziomu kształcenia na poziomie szkół wyższych — zaowocuje spadkiem konkurencyjności polskich pracowników na międzynarodowym rynku pracy. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby przewidzieć w perspektywie 2030, a zwłaszcza 2050 roku, że polska gospodarka z jej niskim poziomem nowoczesności i innowacyjności spadnie do modelu rzeczywiście tradycyjnego, w którym jako główny projekt społeczny określono przeżycie, a nie maksymalizację wzrostu gospodarczego — jak to jest w modelu nowoczesnym — czy maksymalizację subiektywnego dobrostanu, jak jest to przyjęte dla modeli ponowoczesnych.
Społecznym efektem tych zmian będzie wzrost migracji za pracą młodych wykształconych ludzi do różnych krajów UE i dramatyczne zmiany w strukturze społecznej mieszkańców Polski. To w perspektywie najbliższych dziesięciu lat.
Bazując na modelu Ingleharta
łatwo przewidzieć dalszy wzrost roli i znaczenia kościoła katolickiego w Polsce. Stawiam tezę, że im bardziej światowy kościół katolicki będzie się zmieniał i modernizował, tym bardziej polski będzie pogrążał się w dewocji i obskurantyzmie — przy malejącej ilości aktywnych uczestników kościelnych obrzędów. Ale na najbliższe 10-15 lat starczy mu i wiernych i państwowych pieniędzy, aby mówić, tak jak mówi, o sprawowaniu rządu dusz w Polsce.
W modelu wychowawczym dominować będzie wzór nacjonalistycznego patriotyzmu,wzór żołnierza wyklętego-niezłomnego, wzór obrońcy „naszości-swojskości” przed wrogim, obcym światem. Wrócimy do pojęcia z lat trzydziestych, do wzorca narodowej demokracji – do pojęcia Polak-katolik. Polska będzie przedstawiana jako prawdziwa wyspa pobożności i przywiązania do Kościoła w tym całym lewackim i bezbożnym świecie. Jak trzeba, to i poza władzą Rzymu, jak trzeba, to poza Unią.
Wyjście z Unii Europejskiej jest logicznym rozwinięciem dotychczasowej polityki Prawa i Sprawiedliwości — a to, że większość Polaków jest za Unią, da się zmienić. Wystarczy, że Unia przestanie dawać pieniądze, czy to za łamanie prawa, czy z innych przyczyn. Mając rządowe media — zmienić nastawienie suwerena da się.
Polityka historyczna po opanowaniu instrumentów zapewniających bezpieczeństwo panującym stanie się sprawą zasadniczą. To ta polityka w długim horyzoncie czasowym (a obecna władza myśli taką perspektywą) stanie się najważniejsza. Rola i ranga ministra kultury i dziedzictwa narodowego, wicepremiera (pierwszego wicepremiera) Piotra Glińskiego (czy też innego jegomościa na tym stanowisku) wzrośnie. Spadnie przy tym poziom kultury krajowej i nie będzie swobody wypowiedzi dla artystów. To już kiedyś też było.
Polska znajdzie się poza UE (bo to zła organizacja była). Jedynym naturalnym sojusznikiem będzie Wschód, Z Rosją, poszerzoną o Ukrainę i Białoruś; Polska w tym towarzystwie będzie grać rolę „światowej damy”. I to będzie się podobać ludowi w „pisowskiej” Polsce.

Można tak długo.

Przypomnę jednak, że przyszłości nie ma, ona się staje. Od wyników najbliższych wyborów zależy więc wszystko; również to, czy zrealizują się takie scenariusze.
To od nas zależy. Od tego, jak zagłosujemy i co zrobimy, aby inni zagłosowali tak, aby nie stało się to, co dziś jeszcze tylko możliwe.
Możliwe, ale nie przesądzone!

Kto uratował „Solidarność”?

W czerwcu 1981 r. grupa dziewięciu polskich generałów zwróciła się do KGB z planem usunięcia Jaruzelskiego z uwagi na jego niechęć wprowadzenia stanu wojennego i zastąpienia go przez nowego ministra obrony (prawdopodobnie jeden ze spiskowców), który by aresztował pozostałych członków rządu, przejął kontrolę nad strategicznymi punktami, zatrzymał do 3000 kontrrewolucjonistów, których deportowano by gdzieś do Bloku Radzieckiego. Pod wodzą nowego ministra obrony narodowej zawiązałaby się junta wojskowa, bez udziału przedstawicieli dawnego rządu i BP. Następnie „zespół akcji” zaapelowałby do reszty Bloku Radzieckiego o pomoc wojskową aby bronić socjalizmu w PRL.
Archiwum Mitrochina

Tytułowe pytanie – zapewne Państwo Czytelnicy pamiętają – postawiłem w poprzednim tekście, „Zwycięstwo rozumu i rozsądku” („DT”, z 19-23 czerwca 2019), skrótowo wyjaśniając ocenę gen. Wojciecha Jaruzelskiego, iż „bez stanu wojennego nie byłoby Okrągłego Stołu”. Publikacje, m.in. autorstwa prof. Longina Pastusiaka, Jerzego Wiatra, Krzysztofa Janika i innych na łamach „Trybuny”, a także wywiady Roberta Walenciaka i teksty w „Przeglądzie”, czytelnie wskazują, iż „dojście” do Okrągłego Stołu było ze strony władzy procesem dość złożonym, by nie powiedzieć żmudnym.
Kierownictwo „Solidarności” przez kilka lat po stanie wojennym nie wykazywało chęci porozumienia z władzą. Dostrzegła to i dobitnie oceniała Margaret Thatcher: „Spotkałam się z przywódcami Solidarności i wielokrotnie radziłam im, aby dążyli do dialogu z rządem i nie ograniczali się do konfrontacji”. Podobne rady udzielał George Bush, przedstawiciele innych państw, w tym Watykanu i Kościoła w Polsce. Te sugestie wciąż okrywa całun milczenia, co widoczne było dość wyraziście podczas obchodów 30 rocznicy Okrągłego Stołu, a szczególnie wyborów 4 czerwca. Tu górowały zachwyty – właśnie nad zwycięstwem „Solidarności”, dość skutecznie zagłuszając pojawiające się głosy o umiar, rozsądek w postrzeganiu i ocenie ówczesnej rzeczywistości. Słuchając „zachwytów”, płynących z mediów – ponownie stawiam tytułowe pytanie.

Kontekst pytania…

Nie trzeba zbyt wielkiej wyobraźni, by zauważyć, że pytanie o „uratowanie”, zawiera w sobie kontekst zagrożenia – podkreślę – właśnie zagrożenia. Przez kogo, przez co? Zaskoczę Państwa – przez „Solidarność”, przez samą siebie! Może ta odpowiedź rozśmieszy Państwa lub też boleśnie dotknie osoby szczerze, autentycznie, życiowo związane z „Solidarnością” – tych bardzo serdecznie przepraszam! I przypominam, zachęcam do namysłu – co mogło się stać:
Lech Wałęsa w wywiadzie opublikowanym w „Sztandarze Młodych” z 1-3 maja 1981 roku mówi: „Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi, to jest największe niebezpieczeństwo – nie interwencja. Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie. I tego się boję”. Czy zaprzeczycie Państwo, że ocena jest i sugestywna, i celna. Z jednym wyjątkiem. Nie byłoby „wybawienia”, ale wręcz niewyobrażalna – wychodząca poza wewnętrzny konflikt – katastrofa. Zwróćcie uwagę – początek maja 1981 r.
Profesor Karol Modzelewski: „Miałem świadomość, którą mieli też doradcy, że jesteśmy w sytuacji śmiertelnego ryzyka, bo porozumienie sierpniowe i rozlewający się na całą Polskę ruch strajkowy doprowadziły do takiej sytuacji, którą dobrze by było zamrozić… które udałoby się zmieścić w Układzie Warszawskim – cytowałem w tekście „Zwycięstwo”. Kto – bez zbędnej pokory autorskiej zapytam – doprowadził do „śmiertelnego ryzyka”, jeśli nie „Solidarność” samą siebie, może nawet naród polski i nasze państwo? Czy „Solidarność” chciała się „zmieścić w Układzie Warszawskim” w 1981 r., co w tej mierze uczyniła, kto zna dowody – proszę o udostępnienie, nie tylko ja czekam na taką „wiarygodną wiedzę”. Odpowiem – stało się to możliwe dzięki Okrągłemu Stołowi. Ale wtedy, w 1989 r. i „Układ” i Solidarność były już inne, także i władza!. Ta, tak bezmyślnie przez wiadome kręgi „Solidarno ści” opluwana, wyszydzana i pomijana władza. Wyraźnie i elegancko mówili o tej postawie panny „S” m.in. Prezydent Aleksander Kwaśniewski, profesorowie, np. Danuta Waniek, Longin Pastusiak, Jerzy Wiatr, podczas konferencji w 30. lecie Okrągłego Stołu.
„Robotnik” nr. 78 z 27 sierpnia 1981 roku opublikował fragmenty dyskusji, zorganizowanej przez redakcję. Mówią m.in.:
– Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. „Solidarność” ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm KPN-owski. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”;
– Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”;
– Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych (…) Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”;
Jarosław Kaczyński (rozmowa zamieszczona w książce „My”, jaką przeprowadziła z nim Teresa Torańska) m.in. mówi: „Nieporęczna w istocie od początku była „Solidarność”. Ty możesz mi wierzyć lub nie, ale już w 1981 roku dobrze o tym wiedziałem. Żartowałem wtedy, że gdybym nawet nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiał tutaj rządzić, to bym z „Solidarnością” jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało, ponieważ ten monstrualny ruch ze względu na swój charakter i konstrukcję, także organizacyjną do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów. Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu oraz był z samego założenia, w swoich intencjach ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek pluralizm. Poza tym, reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie nie przystający do gospodarki rynkowej (…) Trzeba było coś z nim zrobić, jakoś go podzielić, uporządkować. Bo zapewniam Cię, gdyby „Solidarność” z 1989 roku miała siłę z 1981 roku, to w ogóle żadnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”. Nie sądzę, by Państwu potrzebny był komentarz!

Refleksje z „Archiwum”…

Podejmując analizę cytowanego na wstępie fragmentu, pochodzącego z „Archiwum Mitrochina” (Wyd. Muza, Warszawa 2001), poczynię kilka istotnych uwag.
Jest czerwiec 1981 r. Dnia 5, radzieckie władze, a konkretnie KC KPZR kieruje do KC PZPR „list otwarty”. Dlaczego nie imiennie do Stanisława Kani, wówczas I Sekretarza, tylko do całego KC – proszę, domyślcie się Państwo. A taki fragment „Listu”: „Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski zgadzali się w rozmowach z naszym zdaniem, lecz wszystko pozostaje po staremu, bo nie podejmuje się walki z kontrrewolucją. W tej sytuacji ton kampanii przedzjazdowej nadają siły wrogie socjalizmowi. Nie można wykluczyć, że na IX Zjeździe dojdzie do porażki marksistowsko-leninowskich sił w partii, a nawet jej likwidacji”. Dodam, „list” ten pojawia się na półtora miesiąca przed IX Zjazdem PZPR (14-20 lipca 1981 r.) oraz na 4 dni przed XI Plenum KC PZPR (9-10 czerwca). I pojawia się inicjatywa 9 generałów. Czy ten zbieg zdarzeń i okoliczności nie daje do myślenia? Ich analiza przekonała mnie, iż latem 1981 r. zagrożenie dla „Solidarności” „wisiało na włosku”!
To wymienieni Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski, szerzej – reformatorskie skrzydło w Partii (PZPR), także trzeźwo myślący działacze partyjni i państwowi w Moskwie, na Kremlu – uratowali „Solidarność” przed Sybirem, przed krwawym unicestwieniem.
Podkreślam – krwawe unicestwienie. Mam świadomość, iż niektórzy porywczy w czynach i słowach Czytelnicy mogą tu zapisać mnie do „partii Putina”, opluwać, wyszydzać umiejętność analitycznego myślenia. Gdy przejdzie im fala nienawiści niech odetchną i zastanowią się ile tysięcy Polaków wtedy zginęłoby w „niewyjaśnionych okolicznościach”, co stałoby się wtedy, latem 1981 r. z Polską, z naszym państwem, czy byłby możliwy Okrągły Stół, kiedy i z kim, jak wyglądałaby nasza Ojczyzna dziś, w 2019 r., a czy Europa też byłaby taka jak dziś? Jeśli te pytania kogoś nużą, rozumiem to, ale nie dam sobie wmówić „poprawnej narracji”. Krótko mówiąc, nie zgadzam się na żadne kłamstwo, obraża po prostu zwykłego Człowieka – Polaka. Państwo, w tym miejscu macie wybór, albo czytać tekst, albo odłożyć, przyznając rację historykom i politykom z poziomu piaskownicy. Dla cierpliwych i chętnych poznania mojego wywodu, kolejno:
– 9 generałów: czy nie przypomina to Państwu podobnej sytuacji z CSRS w 1968 r.? Tam także grupa wojskowych, o których mówił Breżniew, zamierzała dokonać zamachu stanu, ale ich kroki uprzedziła znana decyzja polityczno-wojskowa, pisałem w tekście „Operacja Dunaj” (20-23 sierpnia 2018). Ta inicjatywa jest świadectwem, iż radzieccy wśród kadry WP prowadzili „rozeznanie” autorytetu i powiedzmy wprost – posłuszeństwa kadry kierowniczej wobec Generała. Że tak było, są dowody. Przedstawiciel radzieckiego lotnictwa przy Wojsku Polskim gen. Ilicz Katricz, powiedział wprost do gen. Tadusza Krepskiego, Dowódcy Wojsk Lotniczych: „wy już nie dowodzicie” (fakt ten potwierdził gen. Jerzy Zych, jako świadek na procesie sądowym Generała). Incydent ten zakończył się natychmiastowym odwołaniem gen. Katricza.
Pewne sygnały dochodziły ze Śląskiego Okręgu Wojskowego, gdzie radzieccy oficerowie rozpytywali naszych o ocenę Generała, czy wykonają rozkazy, jeśli wyda je kto inny. Meldował o tym płk Leszek Kołodziej (jego raport jest w książce pt. „Wielogłos” (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2002). Fakt ten świadczy i o tym, że w WP znaleźli się oficerowie skrajnie krytyczni wobec Generała i ówczesnej sytuacji w kraju i Partii, podatni na radzieckie argumenty i oceny, które w ich wyobraźni były „ratunkiem” dla Polski przed jeszcze większą katastrofą, niż możliwa była – w ich ocenie – podkreślam.
Generał – pytany o ten fakt – mówił, iż „wieści” takie docierały, ale przyjmował je jako sprawdzian swojego autorytetu, sygnał, że wobec radzieckich trzeba mówić gorzką – oczywiście dla Polaka prawdę o sytuacji w kraju, bo pozwoli, że „oni” zechcą słuchać, choć niekoniecznie zgadzać się z polskim rozmówcą, a wtedy znaczyło „bardzo dużo”, akcentował Generał, dawało czas i nadzieję na porozumienie z Solidarnością… co z tego wyszło – wiemy;
– stan wojenny. Niechęć jego wprowadzenia, to wtedy główna wina Generała. Mogą Państwo Czytelnicy zapytać, czy wcześniej była mowa z radzieckimi o jego wprowadzeniu? Oczywiście, pisze o tym gen. Franciszek Puchała w książce „Kulisy stanu wojennego” (Wyd. Bellona, Warszawa 2016), zachęcam do przeczytania. To pozycja specjalisty wojskowego, który ma niekwestionowany wkład, że stan wojenny był „operacją łagodną i pomyślną” dla całego społeczeństwa, na czele z kierowniczymi gremiami „Solidarności” oraz jej członkami, którzy wobec tej operacji, a Generała w szczególności wykazywali i wykazują zrozumienie.
O drodze do stanu wojennego napiszę w grudniu br, tu tylko taki przykład. Podczas „spotkania” Generała i Stanisława Kani w Brześciu nad Bugiem, na zakończenie rozmowy Andropow powiedział: „No, niech będzie. Nie wprowadzajcie stanu wojennego, ale też nie spóźnijcie się z decyzją. To też kosztuje”. Co Państwo myślicie? Generał pisze o tej rozmowie w książce „Stan wojenny. Dlaczego”, rozdział „Lot i lądowanie”;
– aresztowanie rządu, przejęcie władzy. Oczywiste, gdyby inicjatywa 9 generałów uzyskała akceptację Moskwy. Okoliczności „za” były czytelne – uległość wobec poczynań Kierownictwa „Solidarności”, także omotanego „zgubną ideą” całego Związku, „szeregowych” członków, którzy uwierzyli i na szczęście – dzięki władzy – nie zapłacili krwią za tę „wiarę”. Do tego wspomniany „list” krytykujący i potępiający Kierownictwo PZPR, Stanisława Kanię i gen. Wojciecha Jaruzelskiego, XI Plenum i IX Zjazd, jako sprzyjająca sytuacja do wymiany tego „nieporadnego” w zmaganiu z „Solidarnością” Kierownictwa.
Byli imiennie wybrani – w ocenie Moskwy – „dobrzy towarzysze” i „wsparcie” 9 generałów, ale zapewne i części Wojska. Tak oceniając i realnie myśląc, byłaby to rozgrywka wewnątrz partii i władzy, czytelnie skierowana przeciwko „Solidarności. To ona, „Solidarność” jako „kontrrewolucja” byłaby celem, głównym obiektem uderzenia. Zaś wymiana rządu i części Kierownictwa PZPR – faktycznie usunięciem „narzędzia” przeszkadzającego w osiągnięciu tak pojmowanego celu. Gdyby, z różnych powodów, ZSRR musiał wspomagać zbrojnie „dobre siły”, byłaby to „interwencja na zaproszenie”! Berlin i Praga były krytyczne wobec Polski i chętne do pomocy ZSRR (Czesi jako rewanż za 1968 r.). Dlaczego do tego nie doszło? Zarówno mój wywód jak i to pytanie skłania do różnych dywagacji. Moja odpowiedź jest taka:
W Moskwie, mimo jednoznacznie krytycznego stosunku do „Solidarności”, którą tu jednoznacznie nazywano „kontrrewolucją”, istniała grupa polityków i działaczy partyjnych, którzy wieloaspektowo oceniając sytuację prezentowaną przez duet Kania-Jaruzelski, widzieli szanse rozwiązania tego kryzysu przez samą władzę, jeszcze bez jej zmiany. Co więcej – Breżniew potrafił zrozumieć i czasowo przyjąć ich racje jako jeszcze realne, a argumenty „moskiewskich twardogłowych”, jeszcze jako przedwczesne. Co by o nim nie mówić złego – chwała mu za to!
Jakie to mogły być racje racjonalnie myślących w Moskwie – możemy się tylko domyślać, niekiedy „wyczytać między wierszami” z różnych archiwów. Zakładam, że takie – zarówno Kania jak i Jaruzelski radzieckim prezentowali realną ocenę sytuacji – mimo krytyki, mieli znaczący autorytet, tak wśród członków Partii, a Generał ponadto w Wojsku. Kładę silny akcent na ten autorytet. Wtedy, latem 1981 był on jeszcze wysoki, nie był wartością „daną raz na zawsze”, ale ważnym, powiem – czynnikiem rozstrzygającym! Jeśli nie autorytet, jako „kapitał” i umiejętność rozmowy z przeciwnikami politycznymi, to co? Z historii wiemy, że radzieccy nie kierowali się „uczuciem miłości”. Pisząc autorytet, mam na uwadze reformatorskie skrzydło w Partii i wśród stronnictw politycznych, które inspiratorsko odpowiedziało na apel Generała o 90 spokojnych dni, było promotorem, służyło wsparciem w podejmowanej reformie gospodarczej, na co także Moskwa zwróciła uwagę. Zapewne na Kremlu liczono się z ewentualnym rozłamem w Wojsku, gdyby tych 9 generałów przejęło władzę. Piszę „rozłam”. Sięgnijcie Państwo pamięcią – maj 1926, żołnierz strzelał do żołnierza, 215 żołnierzy i oficerów zginęło w bratobójczej walce oraz 164 osoby cywilne. Pomyślcie o żołnierzach służby zasadniczej lat 1981-82, dziś szanowanych mężów, ojców i dziadków. Ilu z nich zginęłoby? To byłaby przecież polska krew, nie ich Rosjan – jeśli, to jako ostateczność.
Właśnie ta „ostateczność” jako zbrojna interwencja mogła być rozważana jako zbyt wysoki koszt za usunięcie z Polski „kontrrewolucji”, jeszcze nie teraz, latem 1981 r. Co nie oznacza, że taką wizję całkowicie odrzucano. Nie zapominajmy, że Kreml naciskał na stan wojenny – cytowałem Andropowa – ale jako „zabieg” realizowany wspólnym wysiłkiem Partii, Wojska i sił MSW. Podkreślam – wspólnym. Jako „operacja” wewnętrzna w Polsce, polskimi rękoma, stawiająca za cel uniknięcie walki bratobójczej. I został osiągnięty, dzięki zwartości Wojska, mądremu kierownictwu, rozwadze „szeregowych” członków „Solidarności”. Zapamiętajmy to!
Być może wielu z Państwa czeka na ocenę znaczenia Zachodu dla powstrzymania zbrojnej „akcji w Polsce”. Zniecierpliwionym odpowiadam – znikome w sensie praktycznym, ale głośne w wydźwięku etyczno-moralnym. Żaden dokument zachodni nawet śladowo nie podaje, iż USA, NATO z uwagi na „wojnę w Polsce” podjęłyby militarną akcję. Owszem, byłaby „akcja” propagandowa, gospodarcza wobec ZSRR. Sankcje te Moskwa brała pod uwagę, gdyby „Solidarność” zdobyła posłuch i wsparcie ludności, klasy robotniczej w ZSRR, CSRS czy NRD. Tego nie było. Inne tłumaczenie postawy Zachodu jest mąceniem w głowach naszej młodzieży, ludziom bezwolnie traktującym „ideały” „Solidarności” jako świętość.
– „kontrrewolucja”: wiele napisałem wyżej. Marszałek Wiktor Kulikow, podczas konferencji naukowej w Jachrance (1997), m.in. mówił: „w Związku Radzieckim, a tym bardziej w Komitecie Centralnym, wszyscy oceniali „Solidarność” jako kontrrewolucję, jako ruch skierowany przeciwko władzy, któremu trzeba podjąć odpowiednie kroki. Dlatego nie ma co kręcić i mówić inaczej” („Wejdą – nie wejdą”, Wyd. ANEKS 1999 rok). Przypomnę tu cytowaną wcześniej ocenę prof. Ryszarda Reiffa, wypowiedzianą podczas SKOK w 1995 r. (14 lat po stanie wojennym), że trzeba byłoby wywieźć 2-3 miliony
na 2-3 lata.

* * *

Jest okres wakacji, dla aktywnie wypoczywających pewnego rodzaju okazja podjęcia refleksji i dla własnej ciekawości wskazania, kto spośród sugerowanych przez 9 generałów 3000 „kontrrewolucjonistów” „Solidarności” mógłby „zwiedzać” bezkresne przestrzenie piękna Syberii, ilu i kiedy wróciłoby „do rodzinnych stron”. Ale warto też – być może nie zgadzając się z moimi przemyśleniami – poszukać argumentów, by nam samym, a szczególnie naszej młodzieży nie pozwalać na niszczenie resztek rozsądnego spojrzenia na niezwykle złożoną, polską powojenną przeszłość. Nie pozwalać na jej karłowacenie „polityką historyczną”.
Wybaczcie mi Państwo rozumienie „rozsądnego spojrzenia” górnolotnie. To dobro, które zawsze jest samotne, bo wydaje się mniej interesujące! Zapytam, czy dziś, na 3 miesiące przed parlamentarnymi wyborami, takie spojrzenie byłoby wstydliwe? Co, jak nie rozsądek jest wręcz niezbywalny? To on – po pierwsze – nakazuje poznać nazwiska i programy osób, które wybieramy. Po drugie – pójść na spotkania z kandydatami. Tu zachęcam posłuchać osoby z SLD, PPS, szeroko rozumianej Lewicy, także z Koalicji Europejskiej. Może ktoś zapytać – dlaczego SLD, PPS? To ich poprzednicy w PZPR, a także wśród nich pewna część wtedy, w 1981 r. w dekadzie lat 80-tych ponosiła odpowiedzialność za Ojczyznę i wyprowadzała ją z kryzysu (na którego powstanie nie miała bezpośredniego wpływu), doprowadziła do Okrągłego Stołu i przemian bez rozlewu krwi. Ktoś kąśliwie zechce zapytać – czy mamy im dziękować wybraniem do Sejmu? Mamy w pierwszej kolejności myśleć o swojej przyszłości, o naszych dzieciach i wnukach – wybierając osoby, które dowiodły zaufania odpowiedzialnością w bliskiej nam przeszłości, rozumnie, rozważnie postępujące w momentach kryzysu i przełomu, jakim był rok 1989. Po nim nastąpiła sprzedaż za bezcen, uwłaszczenie na „gospodarce komuny”, a od kilku miesięcy festiwal rozdawnictwa i nagród „słusznie należnych”. Zwróćcie Państwo uwagę, ale i wyjaśnijcie istotę tego polskiego fenomenu młodym, by zapamiętali jak długo będą płacić za ślepo przyjmowane i oczywiście tak w mediach ubóstwiane obietnice. Pamiętajcie Państwo, łatwiej jest ogłupiać ludzi, niż przekonać, że zostali ogłupieni (Mark Twain).

Na zakończenie

Wracam do tytułowego pytania i podkreślam: to mądrość, rozwaga w postępowaniu, realizm w ocenie rzeczywistości, umiejętność perspektywicznego jej widzenia i możliwości sprostania wyzwaniu. Jak mawiał Mieczysław Rakowski – szanowanie partnera. Takie cechy charakteru, sposobu postępowania mieli Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski, reformatorzy. Dostrzegali je rozmówcy w Moskwie, wtedy szczególnie Breżniew, w Pradze i Berlinie, u Generała także w Watykanie i wielu stolicach Europy oraz Waszyngtonu, Pekinu i Tokio. One w krytycznym momencie przeważyły szalę na korzyść „Solidarności” w pierwszej kolejności, następnie „Bogu ducha winnych” milionów Polaków, naszego bytu państwowego.
Niejako uparcie nasuwa się tu pytanie – czy jeszcze były podobne, krytyczne sytuacje, jak w czerwcu, latem 1981 roku? Za taki moment uważam „Posłanie do narodów Europy Wschodniej”, wydane przez I Zjazd „Solidarności” we wrześniu 1981, o czym napiszę później. Inne – choćby znana „awantura w Bydgoszczy” – spowodowały tylko „pogrożenie palcem” przez wydłużenie ćwiczenia „Sojuz-81”.
Kończąc tekst, pragnę zadośćuczynić rozmówcom przy grobie Generała w 5 rocznicę odejścia. Wspominając niektóre, szczególnie ciężkie doświadczenia i decyzje Zmarłego, ktoś wtrącił, iż zasłużył na pomnik, ktoś zapytał o inicjatora. Ku mojemu zdumieniu usłyszałem, że to „Solidarność” powinna zdobyć się na wdzięczność za uratowanie jej jako formacji, a także jej kierowniczych gremiów, zmazać hańbę za próbę degradacji. A pomnik… ktoś wskazał na płytę czołową grobu, stylizowaną na kształt terytorialny Polski.

Dramat socjalisty: Jan Strzelecki 1919-1988

Urodził się w pierwszym roku istnienia niepodległej Rzeczypospolitej – 4 lipca 1919 roku. Syn i bratanek znanych ekonomistów związanych z lewicą socjalistyczną. Wychowany w szczególnym klimacie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, będącej ciekawą i odważną próbą realizacji idei „szklanych domów”. Od wczesnej młodości czynny w ruchu socjalistycznym, w czasie okupacji redaktor lewicowo –socjalistycznego pisma „Płomienie” i uczestnik ruchu oporu. Powstaniec warszawski. W pierwszych latach powojennych przywódca młodzieży socjalistycznej i członek Rady Naczelnej PPS. A także twórca idei „humanistycznego socjalizmu”, za którą był ostro krytykowany przez komunistycznych ortodoksów.

Życiorys Jana Strzeleckiego

nie pasuje do utartych schematów – zwłaszcza do czarno-białej legendy szerzonej przez obecny obóz władzy i jego tubę propagandową, jaką stał się Instytut Pamięci Narodowej. Był gorącym patriotą, czemu dał dowody w najtrudniejszych latach okupacji, zarazem zaś z obrzydzeniem odrzucał nacjonalistyczne hasła o „Polsce dla Polaków”, potępiał antysemityzm i wszelkie postacie ksenofobii. Był socjalistycznym humanistą, który domagał się, by w walce o lepsze jutro ludzkości dbać o konkretnego człowieka.
Widział w Polskiej Partii Socjalistycznej szansę na realizowanie w Polsce innej, lepszej wersji socjalizmu.
Należał do tego skrzydła partii, które starało się utrzymać jej samodzielny byt, ale po wymuszonym zjednoczeniu wszedł do PZPR i pozostał w niej trzydzieści lat – aż do usunięcia go z tej partii za odmowę wycofania się ze współpracy z Towarzystwem Kursów Naukowych. Działał w „Solidarności” i po wprowadzeniu stanu wojennego był (zresztą krótko) internowany, a zarazem opowiadał się za dialogiem z ówczesnym obozem rządzącym i przeciwstawiał się radykałom, w których widział zagrożenie dla pokojowego procesu reform.

Był człowiekiem dialogu – także dialogu z katolikami.

Fascynował Go personalizm katolicki, zwłaszcza prace Emmanuela Mouniera. Sam niewierzący, miał ogromny szacunek dla chrześcijańskiej idei miłości bliźniego widząc w niej rdzeń tej religii – godny szacunku i stanowiący pomost do współdziałania ludzi o różnych światopoglądach. Regularnie bywał w podwarszawskich Laskach – sławnym ośrodku, gdzie spotykali się wybitni ludzie Kościoła i niezależni intelektualiści.
W postawie politycznej Jana Strzeleckiego centralne miejsce zajmowało bardzo szczególne połączenie realizmu i romantyzmu.
Wojna nauczyła Go, ze nie jest prawdą górnolotny frazes, iż „chcieć to móc”. Jego – także moje – pokolenie naocznie przekonało się, do jakich tragedii prowadzi lekceważenie twardych realiów politycznych. Ten rys postawy politycznej Jana Strzeleckiego tłumaczy jego rolę w polityce polskiej pierwszych lat powojennych, a także trwanie w PZPR przez lata, w których wiele z Jego nadziei zmieniało się w rozczarowanie. Zarazem jednak pozostawał romantykiem wierzącym w idee humanizmu i braterstwa – także w czasach, gdy idee te mogły wydawać się naiwnym marzeniem utopisty. Było w tej postawie moralne piękno, ale było też rozdarcie, powodujące, że nie był nigdy do końca rzecznikiem jedynej „prawdy”. Znakomicie oddała tę Jego cechę Magdalena Grochowska – autorka świetnej biografii Strzeleckiego („Strzelecki – śladem nadziei”, Warszawa 2014). Kolejne części tej wartościowej książki noszą tytuły „Ikar”, „Syzyf”, „Hamlet”, co oddaje skomplikowaną osobowość bohatera.

Jan był moim przyjacielem.

Poznałem go dość późno, na początku lat pięćdziesiątych za sprawą naszego wspólnego mistrza Juliana Hochfelda (1911-1966) – socjalisty i socjologa, w tym czasie profesora Uniwersytetu Warszawskiego. Była między nami spora różnica wieku (12 lat), co w tamtych czasach oznaczało niemal przepaść przeżytych doświadczeń. Zanim Go poznałem czytałem polemiki związane z Jego ideą humanistycznego socjalizmu, co nie znaczy, że rozumiałem w pełni znaczenie tego sporu.

Nasza przyjaźń przetrwała wszystkie zawirowania historii.

Gdy w 1982 roku jako dyrektor Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu zainicjowałem spotkanie na temat perspektyw reform politycznych, Jan był jednym z (niezbyt licznych) intelektualistów „Solidarności”, którzy wzięli w nim udział i wyrazili gotowość dalszych dyskusji. Niestety inicjatywa ta została zablokowana na kilka następnych lat. Ostatnią rozmowę odbyliśmy w czerwcu 1988 roku, w mieszkaniu Jana na warszawskim Żoliborzu . Dotyczyła szans na porozumienie narodowe i roli, jaką intelektualiści z obu stron mogą odegrać w torowaniu do niego drogi.

Jan zmarł 11 lipca 1988,

pobity kilkanaście dni wcześniej na śmierć przez pospolitych przestępców. Wokół Jego śmierci krążyły w środowisku ówczesnej opozycji sugestie, że była to kolejna zbrodnia Służby Bezpieczeństwa. Grochowska w przekonujący i oparty na starannie zanalizowanych danych sposób udowodniła, że była to śmierć przypadkowa, a mordercy nawet nie wiedzieli, kim była ich ofiara. Ta przypadkowość śmierci kogoś tak wybitnego przypomina jak niewytłumaczalne bywają koleje historii.

Nieraz zastanawiam się, jaką rolę odegrałby Jan, gdyby nie ta tragedia.

Oczyma wyobraźni widziałem Go przy Okrągłym Stole będącym realizacją także Jego marzenia o porozumieniu ponad głębokimi podziałami. Gdy po zmianie systemu odradzała się lewica, bardzo nam brakowało Jego gotowości do dialogu, zdolności rozumienia racji innych niż własne, a także siły przekonania, że dla lepszego jutra warto podejmować nawet najtrudniejsze wyzwania i szukać partnerów także ponad podziałami. Swoim życiem i swoimi przemyśleniami wyznaczał bardzo wysokie standardy lewicowości. Pamięć o Janie Strzeleckim powinna stanowić zachętę do tego, by nie rezygnować z wielkich ideałów, by im dochować wierności – mimo wszystko.

Zapaść postkomunistyczna

Pan premier Morawiecki, w krótkiej wypowiedzi dla mediów, określił minioną epokę – jak mniemam do 1989 do 2016 roku- okresem zapaści postkomunistycznej. Czyli wszystko co się w tej epoce działo prawie zepchnęło kraj do przepaści. Jak wiadomo wg PiS tamte czasy były epoką grabieży majątku narodowego, uwłaszczania się nomenklatury i liberałów, którzy za nic mieli dobro ludu.
Idąc tym tokiem myślenia to premier Morawiecki jest jednym z największych beneficjentów tamtej epoki. Kościół w tamtych czasach bardzo wydatnie przyczynił się do owej grabieży. Za darmo od skarbu państwa otrzymał kilkaset tysięcy hektarów ziemi i tysiące obiektów. Ziemi kościół błyskawicznie się pozbywał. Sprzedawał ją po niewysokich cenach, bo wtedy niepotrzebna była zgoda Watykanu, a i proboszczowie jak wiadomo mają pojemne kieszenie w sutannach i nie tylko duchem świętym żyją. Korzystali na tym rożni spekulanci. Dokumentacja po takich transakcjach jest bardzo skromna i często gdzieś tam zaginęła. Na takiej państwowej, a chwilowo kościelnej ziemi, wzbogacił się premier Morawiecki. Teraz za nic nie chce pokazać ile ta ziemia jest warta i co tam jeszcze dodatkowo na małżonkę przepisał. Wcześniej małżeństwo dokonało rozdzielenia majątku, co w katolickim kraju pachnie libertynizmem.
I dalej. Według PiS zagraniczni kapitaliści to krwiopijcy wyprowadzający zysk za granicę i pozostawiający Polakom ochłapy. W epoce zapaści postkomunistycznej premier Morawiecki w pełnym oddaniem służył owym zagranicznym krwiopijcom. Był prezesem zagranicznego banku. Za ową jurgieltniczą służbę otrzymał bardzo sowite wynagrodzenie. Według opinii PiS można uznać te pieniądze za współczesne srebrniki. Rocznie zarabiał miliony złotych gdy lud musiał zadowalać się skromnymi tysiącami lub szukać szczęścia za granicą. Zgromadził za tą służbę wiele milionów złotych. Po dwakroć więc jest premier superbeneficjentem tamtej postkomunistycznej zapaści. Jeżeli więc uważa, że był to okres grabieży i łupienia Polski to jest on (premier) jednym z liderów owego łupienia.
Przypuszczam, że premier chlapnął taką głupotę nim pomyślał.

Rafał, musisz!

Zwycięstwo wyborcze Platformy Obywatelskiej w Warszawie w 2018 było druzgocące. Mieszkańcy stolicy pozwolili partii Trzaskowskiego rządzić stolicą samodzielnie, a nowego prezydenta wybrali w pierwszej turze. Piszę dziś ten tekst, adresując go do prezydenta Warszawy – choć nie było mi dane na niego głosować.

W ostatnich wyborach samorządowych poparłem Pawła Śpiewaka, licząc na możliwość zagłosowania na Trzaskowskiego w drugiej turze. Po pół roku prezydentury, Trzaskowski pokazał jednak, że jest pierwszoligowym politykiem, którego charyzma i otwartość zjednają sobie niejednego wyborcę. Potrafił też zaprezentować inną twarz PO: zamiast rozbieganego wzroku Grzegorza Schetyny, szef warszawskiego magistratu jawi się jako polityk o nadzwyczajnych zdolnościach. O otwartości Trzaskowskiego można było się przekonać gdy dzień po wygranych wyborach rozdawał kawę w warszawskim metrze, czy obecności na Marszu Równości.
Mocna przewaga Platformy nad PiS-em w wyborach parlamentarnych w 2007, a później także w 2011, wynikała w znacznej mierze z osobistych talentów Donalda Tuska. Polska jest krajem, w którym multipolarne ośrodki władzy wewnątrz partii występują rzadko; ze względu na relatywną młodość polskiej sceny partyjnej dominują u nas partie wodzowskie, skoncentrowane wokół osób o wybitnej charyzmie oraz zdolnościach przywódczych i organizacyjnych. Tak było, gdy Aleksander Kwaśniewski, stojąc na czele Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego prowadził do władzy SLD, a siebie samego – do prezydentury. Tak było w przypadku późniejszego przywództwa Leszka Millera, zwycięstwa braci Kaczyńskich w 2005, czy wreszcie w kontekście sukcesów wyborczych PO PO. Wodzowski charakter naszej sceny partyjnej jeszcze lepiej widać wśród tzw. partii kanapowych. Na poziomie politycznego planktonu przykładów nie trzeba szukać daleko, skoro już w nazwach partii występuje nazwisko lidera: Wiosna Biedronia, Kukiz ‚15, Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro, a jeśliby sięgnąć pamięcią dalej – także Ruch Palikota, czy Nowoczesna Ryszarda Petru, albo choćby nawet egzotyczna Platforma Janusza Korwin-Mikkego.
Tusk potrafił doskonale wyczuwać nastroje Polaków i manipulować percepcją zjawisk społecznych w taki sposób, który pozwolił mu na osiągnięcie najważniejszego, celu bycia w polityce – tj. zdobył i utrzymał władzę przez dwie kadencje, co jak dotąd w Polsce nie udało się nikomu innemu. I choć nigdy nie miał styczności z akademią i nie posiada tytułów naukowych – a jedynie tytuł magistra historii – w okresie przywództwa opozycji, a następnie także koalicji, wykazał się niebywałymi zdolnościami intelektualnymi. W latach 2007-2015 zwykło się mówić, że Tusk jest teflonowy – nic bowiem się do niego nie jest w stanie przykleić. Dopiero ujawnienie afery taśmowej w 2015 spowodowało drastyczne pogorszenie się notowań ówczesnego rządu.
Niestety, charakterystyka polskiej sceny partyjnej zmusiła Tuska do pozbywania się z Platformy Obywatelskiej potencjalnych konkurentów. Od powstania partię zdążyli opuścić najważniejsi i najzdolniejsi politycy tego ugrupowania, którzy mogliby aspirować do pozycji lidera – Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski, Paweł Śpiewak, Jan Rokita, Paweł Piskorski czy Janusz Palikot. Poziom merytoryczny kadr Platformy Obywatelskiej przez lata ulegał obniżeniu – brak w partii było miejsca na demokratyczną dyskusję, a próba łączenia skrajności od Gowina do Cimoszewicza skończyła się niepowodzeniem. W pewnym momencie działacze PO zorientowali się jednak, że partie polityczne nie są takim samym produktem, jak papier toaletowy, i nie da się stworzyć marki, która będzie adresowana do wszystkich. Mam jednak wrażenie, że do znacznej części działaczy największej obecnie partii opozycyjnej, wciąż nie dotarło przesłanie z wyborów na przewodniczącego PO, w których Jarosław Gowin atakował Donalda Tuska za politykę tzw. ciepłej wody w kranie. Brak holistycznej wizji Polski po kolejnym zwycięstwie wyborczym, brak spójnej narracji głoszonej przez Platformę Obywatelską – to czynnik, którego rola w procesie zwycięstwa wyborczego PiS jest nie do przecenienia.

W poszukiwaniu źródeł tożsamości

W początkowym okresie istnienia partii, politycy PO określali się jako konserwatywni liberałowie, co zresztą może być uzasadniane szeroką obecnością byłych działaczy Unii Polityki Realnej (partia założona w 1990 przez m.in. Korwin-Mikkego), takich jak Julia Pitera czy Sławomir Nitras i nawiązywania do mitów Ronalda Reagana i Margaret Tatcher. Z czasem jednak partia zaczęła podbierać dawny elektorat SLD – średniomiejską klasę średnią i relatywnie liberalnych wyborców z wielkich miast. Sprzeczności, które wyrosły wskutek polityki catch all party, okazały się nie do utrzymania na dłuższą metę. W 2010 szefem NBP został były szef SLD-owskiego rządu, Marek Belka. PO poparła kandydaturę Marka Borowskiego i Włodzimierza Cimoszewicza do Senatu. Podobnie było z byłym szefem Sojuszu, Grzegorzem Napieralskim, który w wyborach prezydenckich w 2010 uzyskał wynik, o którym dzisiejsze SLD mogłoby tylko pomarzyć (ponad 2 mln głosów), a który wskutek konfliktu z Millerem musiał odejść z partii. Z list PO do Sejmu dostał się Bartosz Arłukowicz, a potem również Tomasz Cimoszewicz. Współpracę z Platformą rozpoczęło wielu byłych postkomunistów – Dariusz Rosati czy Witold Gintowt-Dziewałtowski.
Czy trzydzieści lat po 4. czerwca 1989 scena polityczna powinna wciąż być determinowana tym, co kto robił w latach 80-tych? Nie sądzę, by było to mądre – w świecie nastąpiło wiele przemian, również ideologicznych. Upadł europejski neoliberalizm, jednoznacznie składając do grobu Konsensus Waszyngtoński – zestaw rekomendacji polityk fiskalnych i gospodarczych, na podstawie którego opracowano m.in. program transformacji gospodarczej Polski po 1989. Kryzys finansowy w 2008 pokazał, że rynki dostały zbyt wiele wolności. W Polsce skręt w lewo był wyraźnie zauważalny podczas pierwszego etapu likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych, gdzie politycy PO – m.in. Jan Vincent Rostowski – jawnie występowali przeciwko Leszkowi Balcerowiczowi. Z drugiej jednak strony, PO w okresie swoich rządów kompletnie pominęło troskę walki o prawa najsłabszych. Płaca minimalna rosła wolniej, niż mogłaby – na co PiS odpowiedział postulatem minimalnej stawki godzinowej. Transfery socjalne nie były adekwatne do tempa rozwoju gospodarczego – na co PiS odpowiedział programem 500+. Przez wiele lat rządów, PO utrzymywała niezwykle drogie przywileje podatkowe dla milionerów, takie jak np. degresywne składki do ZUS, w wyniku czego osoby zarabiające średnią krajową pensje oddawały fiskusowi niemal dwukrotnie większą część swojego dochodu, niż osoby zarabiające najlepiej.

PO potrzebuje nowej twarzy

Historia transformacji ustrojowej w Polsce pokazuje, że choć agresywny kapitalizm może generować wysoki wzrost gospodarczy, nie sprawdza się w zakresie dystrybuowania owoców tego wzrostu i przekuwania wzrostu w rozwój społeczno-gospodarczy. Szansę tę wyczuło PiS, które trafnie zdiagnozowało potrzeby i oczekiwania Polaków. A pomysł PO? Cytując Grzegorza Schetynę: „gdzieś jest, tylko trzeba go znaleźć i wiedzieć z kim go szukać”. Platforma potrzebuje nowych twarzy: młodych polityków, którzy lata 80. i Stan Wojenny pamiętają co najwyżej z dzieciństwa. Dzisiejsi trzydziestolatkowie nie pamiętają PRL, a to oni w znacznej mierze decydują o tym, kto w Polsce będzie sprawował władzę. Platforma takich polityków ma, co pokazały ostatnie wybory samorządowe. Trzaskowski w Warszawie, Jaśkowiak w Poznaniu czy Dulkiewicz w Gdańsku, to tylko kilka nazwisk osób, które swoimi kompetencjami, pewnością siebie, wizją Polski, spójnością biją na głowę polityków, których brak zdolności medialnych wyraźnie szkodzi obozowi opozycyjnemu. PO powinno się uczyć od Kaczyńskiego, i tak jak na czas wyborów Kaczyński chował Macierewicza, Pawłowicz czy Sobecką, tak PO na czas wyborów powinno schować Komorowskiego czy Ewę Kopacz, którzy zresztą przegrali już dla PO jedne wybory – te w 2015.
Schetyna lubi określać Platformę mianem partii chadeckiej. Panie Marszałku, niechże zrobi Pan z PO chadecję! W Niemczech koalicja CDU/CSU nie walczy ze związkami zawodowymi, nie ma problemu z płacą minimalną, nie zgłasza postulatów likwidacji progresji podatkowej, mało tego, nie ma problemu z zaakceptowaniem pełnej równości małżeńskiej par jedno- i dwupłciowych. Pytanie tylko, czy Schetyna sprostałby temu zadaniu. Osobiście mam przekonanie, że nie. Potrzebna jest nowa twarz Platformy.
Wnioski, które wypływają z dwóch ostatnich kampanii, są bardzo proste. Po pierwsze, politycy PO w wielu miejscach zlekceważyli kampanię. Wygrali ci, którzy wyszli do ludzi, tak jak Trzaskowski w wyborach samorządowych, albo Sikorski i Arłukowicz w wyborach do Parlamentu Europejskiego. To właśnie targowiska, bazary i miejskie rynki są miejscami, gdzie nie tylko przekonuje się wyborców do swojej wizji Polski, ale przede wszystkim – gdzie wizja ta powinna się wykuwać. Po drugie, Platforma Obywatelska potrzebuje lidera z prawdziwego zdarzenia. Przywódcy z krwi i kości, który potrafił będzie stworzyć spójną wizję, a potem wcielić ją w życie. W mojej ocenie, oprócz Rafała Trzaskowskiego i Bartosza Arłukowicza nie ma w tej chwili w PO osobowości, która byłaby w stanie zdobyć miłość Polaków bardziej, niż robi to Jarosław Kaczyński. A ten ostatni, mimo gigantycznego elektoratu negatywnego, nie przestaje być piekielnie skuteczny.

Wizyty państwowe Z PKF PRZEZ POLSKĘ I ŚWIAT – OPOWIEŚĆ O PRACY W POLSKIEJ KRONICE FILMOWEJ I ŻYCIU W PRL

W czasie trzynastu lat pracy wielokrotnie wyjeżdżałem z oficjalnymi delegacjami państwowymi za granicę. Nie zamierzam opisywać wszystkich, bo miały one mniej więcej jednakowy przebieg. Wspomnę o kilku, moim zdaniem ciekawszych. Najczęściej wyjeżdżałem z Edwardem Gierkiem.

W 1977 roku obsługiwałem wizytę I Sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej we Włoszech i w Watykanie. Odwiedził on wtedy, jako pierwszy przywódca Polski Ludowej, cmentarz na Monte Casino, gdzie złożył wieniec i oddał hołd poległym tu polskim żołnierzom.
W Watykanie, na dziedzińcu San Damaso, gdzie odbywało się oficjalne powitanie, na gościa z Polski oczekiwała gwardia papieska, zwana także szwajcarską i najmniejszą armią świata, w barwnych strojach z halabardami, dostojnicy kurii rzymskiej i oczywiście obsługa prasowa. Watykańscy specjaliści od protokołu dyplomatycznego ustawili nas w określonym miejscu i stanowczo nakazali, by zachowywać się odpowiednio do miejsca, w którym się znajdujemy. Znaczyło to ni mniej ni więcej tyle, że nikt nie powinien ruszyć się z przydzielonego mu miejsca. Golcowi, operatorowi PKF, przypadło miejsce, z którego nie był zadowolony. Bardzo ubolewał, że nie może stanąć metr czy dwa dalej, aby zrobić najlepsze ujęcie. Wpadł jednak na pomysł, że można o pół metra przesunąć w prawo gwardzistę z halabardą, a on zrobi wtedy najlepsze ujęcie w swoim życiu. Zaczął mocno na mnie nalegać, bym zajął się rozwiązaniem tej kwestii. Zwróciłem się z tym problemem do przedstawiciela naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, prosząc o pomoc. Dyplomata Kronice gotów był nieba przychylić, a zwłaszcza Ryśkowi, którego wszyscy lubili i cenili.
Udaliśmy się do jakiegoś monsignore z watykańskiego protokołu, którego nasz dyplomata poprosił o przesunięcie człowieka z halabardą o pół metra w prawo. Ten spojrzał na nas z wyrozumiałą dezaprobatą i spokojnie odpowiedział: „Nie mogę tego uczynić szanowny kolego, przecież gwardzista stoi w tym miejscu od ponad czterystu lat…” Przyjęliśmy werdykt z właściwą pokorą.
Między Polską Kroniką Filmową a telewizją istniała ciągła rywalizacja, przeradzająca się często w jawną niechęć. Wspominam tu o tym nie bez kozery. W Rzymie ekipa PKF składała się tylko z dwóch osób, natomiast ekipa telewizji liczyła trzech operatorów. Nie pamiętam już dokładnie, ilu redaktorów, dźwiękowców i specjalistów z innych dziedzin towarzyszyło prezesowi, Maciejowi Szczepańskiemu. Złośliwi komentowali, że jest to odrębna delegacja wizytująca Italię.
Po oficjalnej wizycie w Watykanie, późnym popołudniem, w dniu odlotu Edward Gierek wydał koktajl, w którym uczestniczyli kardynał Agostino Casaroli, twórca nowej polityki Watykanu wobec krajów Europy Wschodniej, i kardynał Stefan Wyszyński, liczni biskupi, a także szefowie włoskich partii politycznych, wśród nich Enrico Berlinguer, sekretarz generalny Włoskiej Partii Komunistycznej, jeden z twórców eurokomunizmu, nurtu polityczno-ideowego nieuznającego dyktatury, a co zatem idzie – leninizmu. Już samo zestawienie nazwisk świadczyło, że nie było to spotkanie banalne.
Stałem w pobliżu, gdy Edward Gierek podszedł do Stefana Wyszyńskiego. „Słyszałem – powiedział do kardynała – że pan chorował”. „To prawda, panie pierwszy sekretarzu – odpowiedział kardynał – ale dzięki Bogu, już się czuję dobrze”. Kardynał o coś poprosił pierwszego sekretarza. Ten odpowiedział, że nie może spełnić jego prośby. „Nic nie szkodzi – pocieszył kardynał pierwszego sekretarza – załatwię to z pana małżonką”. Oddaliłem się w tym momencie od rozmawiających, nie wypadało przysłuchiwać się prywatnej rozmowie.
Operatorzy filmowi i telewizyjni na tego rodzaju spotkania wpuszczani są tylko na chwilę. Dostaliśmy znak, że możemy filmować. Ryszard Golc wykorzystał dany nam czas, co do sekundy. Polska Kronika Filmowa, była jedyną ekipą filmującą opisane spotkanie. Zdziwiła mnie nieobecność wyjątkowo licznej ekipy telewizji. W koktajlu nie uczestniczył także Maciej Szczepański. Później okazało się, że cała ekipa Telewizji Polskiej wyruszyła w tym czasie na zakupy!
W samolocie otrzymałem polecenie: po wywołaniu taśmy, udostępnić natychmiast materiał telewizji. Zsiniałem ze złości! To przecież nie było w porządku. Musiałem ustąpić przed potęgą Macieja Szczepańskiego. Przeżywałem jednak w duszy cichą satysfakcję, że Polska Kronika Filmowa okazała się lepsza i solidniejsza. Nie pierwszy i nie ostatni raz!
Wizyta w Szwecji też była pełna niespodzianek. Rząd szwedzki nie ma specjalnej kolumny samochodowej, wynajmuje eleganckie limuzyny w firmie prywatnej. Samochodów nie prowadzą oficerowie z biura ochrony rządu, bo taka jednostka nie istnieje. Nic więc dziwnego, że w czasie wizyty kawalkada samochodów wioząca polską delegację, wracającą do rezydencji w Sztokholmie, pomyliła drogę i musiała się zatrzymać, aby zapytać, jak dojechać do Pałacu Haga. Na szczęście, przez ryneczek przechodziła pani niosąca w koszu bieliznę do pralni. Wskazała drogę, a na pożegnanie zapytała, czy to polska delegacja? A kiedy usłyszała potwierdzenie, rzekła: – Bardzo mi miło, dziś wieczorem spotkamy się na kolacji. Panią okazała się żona premiera Szwecji, Lisabet Palme. No cóż, co kraj to obyczaj!
4 czerwca 1975 roku Edward Gierek odleciał helikopterem do Harpsund, letniej rezydencji premiera Palme, położonej nad jeziorem w malowniczej okolicy. W przerwie między rozmowami obaj panowie wyszli na spacer, podeszli do dziennikarzy, przywitali się z nami i po krótkiej rozmowie udali się w stronę jeziora, oddalonego od rezydencji około sto metrów. Olof Palme zaproponował gościowi przejażdżkę po jeziorze. Wsiedli do łódki, premier Szwecji przy wiosłach, pierwszy sekretarz jako pasażer. Łódka wolno zaczęła oddalać się od brzegu. Wtedy zauważyliśmy, że adiutant Edwarda Gierka, płk. Zdzisław Chełmiński, zaczyna nerwowo biegać w tę i z powrotem przy brzegu jeziora. Tymczasem łódź z premierem i pierwszym sekretarzem oddalała się coraz dalej od brzegu. Płk. Chełmiński nerwowo próbował odczepić z uwięzi jakąś łódkę, a gdy mu się to udało, wskoczył do niej i z determinacją zaczął z całych sił wiosłować, by doścignąć łódkę obu panów. Zbliżył się do niej na odległość dziesięciu-piętnastu metrów i już nie odstąpił. Dziennikarze szwedzcy patrzyli na wyczyny pułkownika ze zdumieniem i chyba podziwem, bo po powrocie na brzeg zasypali dzielnego adiutanta pytaniami. Następnego dnia poświęcono temu zdarzeniu sporo miejsca na czołówkach gazet. Pułkownik miał swoje pięć minut.
W programie wizyty przewidziano pobyt w Göteborgu, a w nim zwiedzanie zakładów Volvo, wizytę w ratuszu i śniadanie w salonach recepcyjnych. Z ratusza delegacja przeszła pieszo, około 500 metrów, do przystani, skąd statkiem ratownictwa morskiego popłynęliśmy do stoczni Götaverken. Statki budowano tu w wielkich halach, co chroniło stoczniowców przed deszczem i chłodem w jesienne i zimowe miesiące, bo hale były ogrzewane. W zakładach Volvo wielkie wrażenie wywarł na zwiedzających pokaz bezpieczeństwa samochodu. Demonstracja polegała na tym, że samochód umieszczony na szynach z dwoma manekinami, przypiętymi pasami, nabiera szybkości i uderza w betonową zaporę. Przód pojazdu ulega zniszczeniu, ale nie w takim stopniu, by zagrozić życiu pasażerów, ponieważ samochody produkowane przez zakłady Volvo mają zainstalowane specjalne amortyzatory, które zmniejszają siłę uderzenia. Rysiek Golc jeszcze w samolocie nie ochłonął z wrażenia. „Zniszczyć taki doskonały samochód”
– powtarzał.
W ostatnim dniu wizyty Rada Szwedzkich Eksporterów podejmowała Edwarda Gierka śniadaniem w restauracji Stallmästagarden. U wejścia do lokalu powitał polskiego gościa prezydent koncernu Alfa Laval, Hans Stahle.
W zakładach Alfa Laval robiliśmy z Januszem Kuźniarskim reportaż, bo są one znane nad Wisłą jeszcze sprzed wojny. Naszą uwagę zwróciła w fabryce nie tyle nowoczesna produkcja, co stołówka pracownicza. Wystrój tej stołówki nie ustępował renomowanej restauracji, w czasie obiadu występowały znane zespoły rozrywkowe – wokalne i orkiestrowe. Poinformowano nas w czasie obiadu, że personel kierowniczy jada posiłki w odrębnej stołówce. W naszej wyobraźni natychmiast zrodziło się pytanie: skoro stołówka robotnicza jest na tak wysokim poziomie, to jak wygląda ta dla dyrekcji? Przekonaliśmy się, o tym następnego dnia. Dania w karcie te same, co w stołówce pracowniczej. Różnica polegała tylko na tym, że wystrój sali dla personelu kierowniczego był bardzo skromny, nie przygrywała orkiestra i posiłku nie umilały występy piosenkarek. To, po co ta odrębność? Ano po to, by nie tracić cennego czasu. W czasie obiadu można przecież rozmawiać o sprawach zakładu czy wymieniać poglądy na tematy zawodowe! Nie mieliśmy więcej pytań.
Imponujący przebieg miała wizyta Edwarda Gierka we Francji. Gazety na pierwszych stronach przypomniały, że Paryż wita po królewsku człowieka, którego w przeszłości wydalono z Francji. Ceremonia powitania z salwą armatnią odbyła się nie na lotnisku, a na Placu Inwalidów. Edward Gierek leciał helikopterem, a my, dziennikarze, jechaliśmy samochodem. Musieliśmy dotrzeć na miejsce przed Edwardem Gierkiem. Nigdy nie zapomnę tej jazdy. Naszego citroena eskortowali policjanci na motocyklach. Samochód cały czas pędził z włączoną syreną. To wprost niewiarygodne, na zakrętach pisk opon zagłuszał syrenę, pędziliśmy z zawrotną szybkością. Policjanci w okutych blachą butach torowali nam przejazd. Na karoseriach aut, które ociągały się ze zjechaniem na bok pozostawały ślady tych butów. To niesamowite, pewne odcinki ulic pokonywaliśmy pod prąd. Gdy minął pierwszy szok zacząłem obserwować kierowcę, który mógł pochodzić z Malezji bądź z Indonezji, siedziałem obok niego na przednim fotelu. Nie dostrzegłem na jego twarzy żadnego napięcia
Najbardziej lubiłem podróże z profesorem, Henrykiem Jabłońskim, przewodniczącym Rady Państwa. Chociaż obowiązywał ten sam protokół dyplomatyczny, nie wyczuwało się żadnej oficjalnej sztywności, Henryk Jabłoński był po prostu sobą – bardziej profesorem niż dostojnikiem.
Z pierwszego wyjazdu do Iraku zapadł mi w pamięci pobyt w Mosulu i w owianej sławą starożytnej Niniwie, położonej na lewym brzegu Tygrysu. Badacze historii odnotowują początki osadnictwa już w VI wieku p.n.e. Trzy wieki później władca, Sanherib, ustanowił Niniwę stolicą Asyrii. Za panowania Sanheriba i Aszurbanipala wybudowano tu imponujące pałace. Miasto, do którego prowadziło piętnaście bram, osiągnęło największy rozkwit w jego historii. Zniszczone przez Babilończyków, Medów i Persów w 612 roku p.n.e., już nigdy nie podźwignęło się z upadku. Mury obronne Niniwy i wykopaliska do dziś poruszają wyobraźnię współczesnych. W naszej świadomości Niniwa istnieje dzięki przekazom biblijnym.
W październiku 1975 roku prezydentem Iraku był Al-Bakr, ale już wtedy mówiło się nad Tygrysem o trzydziestoośmioletnim zastępcy przewodniczącego Rady Dowództwa Rewolucji, Saddamie Husajnie, jako o człowieku, którego czas szybko nadejdzie. Przyjął go na audiencji, po rozmowie w cztery oczy z prezydentem Al-Bakrem, przewodniczący Rady Państwa. Na taśmie utrwalił wizytę operator kroniki, Karol Szczeciński.
Cztery urocze dni spędziliśmy z Januszem Kreczmańskim obsługując oficjalną wizytę prof. Henryka Jabłońskiego w Austrii. Do dziś pamiętam pobyt w Operze Wiedeńskiej. Dawano „Eugeniusza Oniegina” Czajkowskiego, z udziałem Teresy Żylis-Gary w roli Tatiany.
Po raz trzeci miałem szczęście uczestniczyć w ekipie dziennikarskiej obsługującej oficjalną wizytę przewodniczącego Rady Państwa, prof. Henryka Jabłońskiego, w Meksyku i w Kostaryce. Była to podróż niesłychanie długa. Trzydzieści siedem i pół godziny przebywaliśmy w powietrzu, z międzylądowaniami w Santa Maria na Azorach i w Nassau na Bahamach, a w drodze powrotnej w Hawanie. Samolotem Ił-62M pokonaliśmy – bagatela – dwadzieścia sześć tysięcy sześćset dwadzieścia pięć kilometrów.
Wylądowaliśmy w Meridzie, stolicy stanu Jukatan, gdzie delegację polską powitali przedstawiciel prezydenta Meksyku i władze lokalne. Późnym popołudniem zwiedziliśmy Uxmal, dawne miasto-państwo Majów, które istniało „zaledwie” 450 lat (987-1441). Wielkie wrażenie wywarły na zwiedzających zabytki architektoniczne w Uxmal: Pałac Gubernatora, Dom Mniszek, Świątynia Czarownika, Wielka Piramida i Dom Żółwia oraz liczne płaskorzeźby i mozaiki zdobiące fasady zachowanych budynków. Wieczorem za sprawą światła i dźwięku przenieśliśmy się wśród tych ruin i ocalałych zabytków w świat duchów, dawnych mieszkańców miasta Majów, oglądając widowisko przygotowane dla turystów. Najmniej zadowolony był Sławek Sławkowski, operator kroniki – ciemności panujące w czasie spektaklu ograniczyły mu możliwości filmowania.
W stolicy – Ciudad de Mexico – profesora Jabłońskiego i jego małżonkę, powitał prezydent Meksyku, José López Portillo z małżonką. Od pierwszego dnia wizyty prof. Henryk Jabłoński zwrócił na siebie uwagę prasy meksykańskiej znajomością historii Meksyku. Andrzej Świecki z „Życia Warszawy”, który doskonale znał profesora, uchylił mi rąbka tajemnicy. Otóż, już rok przed wizytą, przewodniczący Rady Państwa sprowadził książki o Meksyku z biblioteki uniwersytetu w Oxfordzie i intensywnie je studiował. W Meksykańskiej Akademii Historii profesor Henryk Jabłoński wygłosił wykład (tekst, przetłumaczony na język hiszpański, rozdano przed pojawieniem się autora na mównicy) na temat „Tradycje i współczesność”. Został on bardzo dobrze przyjęty przez słuchaczy i był obszernie komentowany w prasie.
Teotihuacan ma wiele znaczeń: nazywane jest miastem bogów, miejscem, w którym ludzie poznali drogę bogów, miejscem, gdzie ludzie stają się bogami, miejscem, gdzie narodzili się bogowie. Jest z pewnością zabytkiem tajemniczym i magicznym. Początki miasta sięgają II wieku p.n.e. Teotihuacan z wieku na wiek stawało się centrum religijnym i administracyjnym ówczesnych ludów. Swoje ślady pozostawili tu Toltekowie i Aztekowie. Rozkwit Teotihuacan nastąpił w IV-VII wieku. Widok, jaki jawi się naszym oczom, gdy patrzymy na centralną arterię miasta, jest świadectwem wielkiej wyobraźni budowniczych, racjonalności i precyzji. Zbudowali oni Teotihuacan na planie prostokątnie przecinających się ulic, pomyśleli o zbiornikach wody deszczowej, tak cennej w tym klimacie, o targowiskach, teatrach, świątyniach. Imponują swoimi rozmiarami Piramidy Słońca i Księżyca. Aleja Umarłych prowadzi do placu piętnastu świątyń. Zadziwia świątynia Quetzalcoatla – Pierzastego Węża. Współcześni muszą zadać sobie pytanie, jakie siły sprawiły, że to potężne i piękne miasto upadło i zostało zapomniane. Czyżby opuścił mieszkańców Tlaloca – bóg deszczów? A może Tlatocatecutli, który trwał siedem razy po pięćdziesiąt dwa lata, bóg piekieł, wyludnił miasto i skazał je na zapomnienie? Na wiele pytań uczeni nie znajdują jeszcze odpowiedzi. Ważne, że Teotihuacan skłania do zadawania pytań i refleksji nad przemijaniem i dolą człowieczą.
Niezapomnianą atrakcją dla uczestników polskiej delegacji pozostanie zwiedzanie rozległej strefy archeologicznej w Teotihuacan.
Z Meksyku polecieliśmy do Kostaryki. Kostarykę odkrył w 1502 roku Krzysztof Kolumb podczas czwartej i ostatniej wyprawy. Sądził, że odkrył legendarną krainę złota, więc nazwał ją „bogatym wybrzeżem” – Costa Rica. Wylądowaliśmy w stolicy kraju, San José. Miasto, położone na wysokości 1272 m. nad poziomem morza, liczy około 400.000 mieszkańców i jest największym w Kostaryce.
Delegacja przeprowadziła oficjalne rozmowy. Podpisano umowę o współpracy kulturalnej i naukowej. Koncert muzyki chopinowskiej, podobnie jak w Meksyku, dał Piotr Paleczny. Delegacja polska zwiedziła plantację kawy.
1 listopada odlecieliśmy do Hawany, gdzie powitał przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego prezydent Kuby, Fidel Castro. Profesor wręczył Comandante ptasie mleczko, sądząc, że Fidelowi Castro tylko tego brakuje. A ja, z Romkiem Dobrzyńskim, dziennikarzem z TVP, wypiliśmy koktajl „Cuba Libre”, żałując, że wizyta w Hawanie trwała zbyt krótko. Odlecieliśmy, po ośmiu dniach tułaczki, do ojczyzny.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.