Polska wśród „ochotników pokoju”…

Idea Narodów Zjednoczonych powstała w toku śmiertelnych zmagań z faszyzmem. Byłem wówczas żołnierzem na froncie… Karta Narodów Zjednoczonych dała początek uniwersalnej organizacji międzynarodowej, która z zachowania pokoju, z postępu, z zasady równości w różnorodności uczyniła swój kamień węgielny.
gen. Wojciech Jaruzelski

Tymi słowami, 35 lat temu, 27 września 1985 roku, gen. Wojciech Jaruzelski -wówczas premier rządu, rozpoczął swoje wystąpienie na 40 Sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (ONZ). Warto więc przypomnieć w kilku słowach jej historię.
Idea ONZ
Jej idea, myśl przewodnia wypływała z tzw. Czterech Wolności: słowa, wyznania, wolności od ubóstwa oraz wolności od strachu, które w styczniu 1941 r. prezydent USA Franklin Delano Roosevelt proklamował jako podstawowe cele Ameryki. Pół roku później, w sierpniu 1941 roku na okręcie wojennym w pobliżu Nowej Funlandii (na Atlantyku) Rooseveelt i Churchill podpisali dokument, w którym te „Wolności” stały się myślą przewodnią przyszłych stosunków międzynarodowych. Dokument nazwano Kartą Atlantycką (od miejsca podpisania). Politycy „przetłumaczyli” je jako prawa państw i narodów, jako podstawy stosunków międzynarodowych do: samostanowienia narodów; wyrzeczenia się użycia siły; potępienia zaborów terytorialnych; rozbrojenia i pokojowej współpracy. Powszechnie nazywane są zasadami Karty Narodów Zjednoczonych (KNZ).
Wstępna konferencja odbyła się w Waszyngtonie, w styczniu 1942 r. Uczestniczyło w niej 26 państw, w tym przedstawiciel Polski, którzy podpisali dokument nazwany Deklaracją Narodów Zjednoczonych. Stąd „Karta” i „Deklaracja” są założycielskimi dokumentami ONZ. Dokumenty te były podstawą, ale nie wykluczały dalszej, merytorycznej pracy nad ich wizją, możliwą do zastosowania w powojennym świecie. Opracowano m.in. preambułę, inaczej mówiąc „wstęp” do KNZ, zawierając ideę pokojowego współżycia.
Akcenty polskie
Konferencję założycielską ONZ zorganizowano w sali opery w San Francisco, gdzie 26 czerwca 1945 r. przyjęto „dopracowaną” Kartę. Składała się z preambuły (czyli wstępu) i 111 artykułów, ujętych w 19 rozdziałach (weszła w życie 24 października 1945 r.). Tu Państwa proszę o uwagę na akcenty polskie – 26 czerwca, wojna w Europie zakończona, jest kilka dni przed Poczdamem. Na koncercie uświetniającym otwarcie konferencji polski pianista Artur Rubinstein, grał muzykę Chopina, zakończył odegraniem Mazurka Dąbrowskiego. Na krześle dla przedstawiciela Polski leżała wiązanka biało- czerwonych kwiatów. Dlaczego nie był obecny? Rząd londyński był jeszcze uznawany przez kilka państw. W Polsce funkcjonował tzw. rząd lubelski utworzony przez PKWN, akceptowany przez ZSRR. Ten rząd nazywany Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej został oficjalnie uznany 28 czerwca, jednym z pierwszych państw była Francja i on w imieniu Polski jako 51 państwa założycielskiego ONZ podpisał tę Kartę, ale w październiku 1945 r. (wtedy na świecie było 77 państw, obecnie jest ponad 190). ONZ jest od zakończenia wojny jedyną organizacją międzynarodową, odpowiedzialną za światowy pokój. Rola i miejsce Polski w ONZ zasługuje na szerszy opis w stosownym czasie.
Istota wojny i pokoju.
„Nikt nie ma wyłączności na pragnienie pokoju. Są jednak narody, którym dramatyczna historia daje szczególne moralne prawo oraz nakłada niezbywalny obowiązek, aby przypominać, ostrzegać, wzywać do opamiętania. Naród nasz jest jednym z nich… Kraj nasz był zawsze w pierwszym szeregu ochotników pokoju”. W tym miejscu Generał poinformował zebranych, że zwrócił się do naszego społeczeństwa z prośbą o opinię, jakie problemy delegacja powinna podnieść na forum ONZ- kto z Państwa to pamięta? Wśród wielu listów, przypominających o naszych ofiarach poniesionych podczas II wojny światowej, był od kobiety, która napisała: „Niech pan powie wszystkim – wojna w swej istocie oznacza to, że syn jednej matki, zabija syna innej matki”. Wzmocnił ten akcent takim faktem- „Sam urzęduję w gmachu, w którego podziemiach hitlerowcy spalili zwłoki prawie trzech tysięcy rozstrzelanych mieszkańców naszej Stolicy”. Kopie listów i zestawienie zgłoszonych propozycji i podnoszonej w nich problematyki ekologicznej, nasza delegacja przekazała Sekretariatowi ONZ.
Zagrożenia pokoju, polskie inicjatywy
„Czterdzieści lat temu ludzkość wkroczyła w erę nuklearną. dziś staje w obliczu groźby przeniesienia wyścigu zbrojeń w Kosmos”- mówił Generał. Przypomniał. że „Polska kilkakrotnie proponowała na tym forum odwołanie się do wiedzy i sumienia uczonych”, przywołując trzy polskie inicjatywy: „na 17 Sesji w 1962 r. Zgromadzenie Ogólne (ZO) poleciło sporządzić raport o ekonomicznych i społecznych skutkach rozbrojenia. Na 21 Sesji w 1966 roku, Polska była inicjatorem raportu o skutkach użycia broni jądrowej, a na 23 Sesji w roku1968-raportu o skutkach użycia broni chemicznej i bakteriologicznej”. Obecnie, sugerował – „byłoby celowe …sporządzenie studium…o wielorakich następstwach militaryzacji przestrzeni kosmicznej”. Tu wspomniał o udziale polskich uczonych w badaniach Kosmosu dla „celów pokojowych i dobra człowieka, w ramach programu „Interkosmos”. Wskazał na potrzebę opracowania raportu o wielorakich następstwach militaryzacji przestrzeni kosmicznej i przyjęcia zasady swobodnego przepływu doświadczeń, licencji i technologii służących ochronie środowiska naturalnego.
Z uwagi na powagę naszych inicjatyw, wspomnę Państwu, że już na 1 Sesji ONZ w 1946 r. wnioskowaliśmy o wyeliminowanie broni atomowej i innych środków masowej zagłady oraz wykorzystania energii atomowej w celach pokojowych. A na 3 Sesji w 1948 r., zgłosiliśmy rezolucję dot. redukcji zbrojeń przez zmniejszenie o 1/3 w ciągu roku SZ, zakazu użycia broni jądrowej oraz powołania światowego organu kontrolnego. Natomiast na 7 Sesji w 1952 r., przedłożyliśmy rezolucję „O zapobieżeniu groźbie nowej wojny światowej, o utrwaleniu pokoju i przyjaznej współpracy między narodami”. Trwała nad nią burzliwa dyskusja na Sesji, w kuluarach i w wielu państwach, ale wtedy akceptacji członków ONZ nie uzyskała. Nawiązał do niej 8 lat później Władysław Gomułka, na 15 Sesji – 23 października 1960 r. Polska wystąpiła z ideą przeprowadzenia ogólnoświatowego plebiscytu w sprawie broni jądrowej i innych broni masowej zagłady oraz powszechnego i całkowitego rozbrojenia. Stosowna rezolucja dot. opracowania raportu o skutkach rozwoju zbrojeń jądrowych została opracowana przez organy ONZ i przyjęta 17 lutego 1962. Ponadto, Władysław Gomułka wystąpił z rezolucją w sprawie stworzenia warunków osiągnięcia porozumienia o powszechnym i całkowitym rozbrojeniu. Była to jego osobista inicjatywa. Zyskała ogólny aplauz, nie znalazła jednak potwierdzenia na piśmie, w postaci stanowiska ONZ. Nie oznaczało to daremności inicjatywy. Wywołana nią dyskusja międzynarodowa przyniosła pozytywny efekt 4 lata później. Minister Adam Rapacki, na 19 Sesji w 1964 r., złożył propozycję zwołania konferencji wszystkich państw Europy, ZSRR oraz USA i Kanady celem rozpatrzenia całokształtu zagadnień bezpieczeństwa. Staraniem Polski została sfinalizowana jako Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie-Helsinki 1975 (pisałem w tekście „Ożywić idee sprzed 45 lat”, 31 lipca- 2 sierpnia 2020).
Strefa bezatomowa
Generał przypomniał kolejną inicjatywę mówiąc- „Koncepcja stref bezatomowych, przekształcona już w rzeczywistość w rejonie Ameryki Łacińskiej, zamiar utworzenia strefy bezatomowej południowego Pacyfiku oraz projekty podobnych rozwiązań w innych regionach- oto przykłady, że istnieje pole do konstruktywnych poszukiwań i działań… każdego kraju, nie zależnie od jego ustroju czy przynależności do ugrupowań militarnych”. Można dziś zapytać- czy idea strefy bezatomowej w Europie to już tylko historia? Właśnie, że nie, jest wciąż aktualna, zważywszy na zamysł Niemiec, by usunąć ze swego terytorium składy i urządzenia służące do użycia broni jądrowej. Gdzie miałyby być przeniesione- kto z Państwa pamięta? Oczywiście, że do Polski! Wywołane taką wiadomością poruszenie, zostało szybko wyciszone. Sprawę tę na łamach Trybuny podniósł Redaktor Andrzej Ziemski, ja zaś przypomniałem Plan Rapackiego- na łamach 1-2 czerwca 2020. Pragnę tu wyraźnie podkreślić, że stanowczy sprzeciw wobec takich pomysłów niektórych piaskowych strategów, w żaden sposób nie godzi w nasze bezpieczeństwo. To także temat na osobną publikację w najbliższym czasie.
Nawiązując do Planu Rapackiego, Generał zadeklarował, że „Polska … gotowa będzie w stosownym momencie wystąpić z propozycjami odpowiadającymi pokojowym interesom narodów Europy”. Dziś wiemy, że była to zapowiedź planu znanego w świecie od 1987 r. z imienia Generała (napiszę szerzej, przy innej okazji). Jednocześnie podkreślił odpowiedzialność polityków za problemy bezpieczeństwa, wyrażając nadzieję, iż zapowiedziane spotkanie Ronalda Reagana i Michaiła Gorbaczowa „przyniesie szanse zahamowania wyścigu zbrojeń”, zwłaszcza na „wszelkie eksplozje nuklearne oraz projekty międzynarodowej współpracy w pokojowym zagospodarowaniu przestrzeni kosmicznej”. Dziś wiemy, że to spotkanie zapoczątkowało proces dyskusji o międzynarodowym odprężeniu na linii USA-ZSRR, a szczególnie o redukcji zbrojeń. Dwa lata później, te kraje 8 grudnia 1987 r. podpisały w Waszyngtonie układ o likwidacji rakiet jądrowych średniego i krótszego zasięgu. W depeszy gratulacyjnej do obu przywódców, Generał m.in. napisał- „Uczyniony został pierwszy doniosły krok za drodze wiodącej do świata wolnego od broni nuklearnej. Zawarcie układu potwierdza dobitnie, że obniżenie poziomu zbrojeń, przy zachowaniu równowagi bezpieczeństwa stron jest w pełni realne. Witamy również z nadzieją perspektywę nowych porozumień, zwłaszcza dotyczących zasadniczej redukcji strategicznych broni jądrowych obu mocarstw. W tych, pamiętnych dniach, przywódcom Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych towarzyszą serdeczne myśli i poparcie naszego narodu”.
Krzywda wyrządzona Polakom
„Narodowi polskiemu, każdej polskiej rodzinie wyrządzona została krzywda. Zerwane umowy, bezprawne restrykcje pogłębiły gospodarcze trudności, przyniosły nam ogromne szkody, równoważne ponad połowie ogólnej wysokości zadłużenia kraju”. Z dyplomatyczną elegancją nie wspomniał Generał jakie państwa ma na myśli, nie musiał wszyscy obecni wiedzieli, że USA, Wielką Brytanię i Francję w szczególności, a koszty tego bezprawia wobec Polaków sięgnęły 15 mld $. A tym krajom dobitnie powiedział, że „ostracyzm, któremu poddano Polskę w pewnych stolicach, to jedna z owych wielkich pomyłek, które przewijają się przez historię i kładą na jej kartach głębokim cieniem. Prawo do sądzenia uzurpują sobie zazwyczaj ci, którzy we własnym kraju chcieliby mieć spokój i porządek, a w Polsce liczą na anarchię i zamęt”. Wspomnę, że 3 lata później Margaret Thatcher w swoim domu i w wąskim gronie skierowała słowa-„Przyznaję, że Zachód nie zawsze trafnie odczytywał Pańskie intencje i wypowiedzi”. A 5 lat później Ronald Reagan w Belwederze, składając wyrazy uznania dla konsekwencji działań Generała, powiedział wprost -„Myliliśmy się w ocenie pańskiej osoby”. Prezydent Francji Francois Mitterand za… „obronę pokoju w Europie” 7 lat później odznaczył Generała Krzyżem Wielkim Orderu Legii Honorowej. Kto z naszych polityków i historyków chce pamiętać i przypominać tę – przecież nie wymuszoną prawdę- Polakom i uczyć młodzież?
Wiele delegacji państw, słuchających w zadumie, Generał zaskoczył stwierdzeniem- „Nie przyjechałem tu, aby upiększać nasze rozwiązania. Polskę współczesną zrozumieć mogą tylko ci, którzy zechcieli poznać rzetelnie jej historię, jej wyjątkowo złożone losy…Nie zabiegamy o pochwały. Nie zamierzamy obciążać nikogo odpowiedzialnością za nasze błędy. Nie ukrywamy trudności- ani przed własną, ani przed międzynarodową społecznością. Ale odrzucamy instrumentalne traktowanie Polski”.
Udział w misjach pokojowych
Mówiąc o porozumieniu i współpracy, o pokojowym rozwiązywaniu sporów i konfliktów, Generał przypomniał, że „wielokrotnie powierzano Polsce międzynarodowy mandat zaufania. Ponad 17 tysięcy Polaków lojalnie i skutecznie służyło Narodom Zjednoczonym w różnych pokojowych misjach. Również i w tej chwili żołnierze polscy pod flagą ONZ pełnią na Bliskim Wschodzie swą zaszczytną służbę”. Ta służba-w misjach pokojowych zasługuje na odrębny opis. Tu wspomnę tylko, że pierwszym zadaniem Polski, CSRS, Szwajcarii i Szwecji był nadzór nad przestrzeganiem rozejmu w Korei.
Polska grupa nadzorująca rozejm została utworzona na mocy uchwały Rządu PRL 12 września 1953 r. Stanowili ją oficerowie Wojska Polskiego oraz przedstawiciele Ministerstwa Spraw Zagranicznych (MSZ) i innych ministerstw. Na początku operacji (1953/1954 r.) pierwsza polska zmiana liczyła 391 osób personelu, w tym 171 oficerów. Łącznie personel reprezentujący Polskę w Komisji od roku 1953 do roku 2001 liczył 1 065 osób. Była to pierwsza misja powołana do przywrócenia pokoju, w której wzięli udział Polacy. Wybór ten świadczył o docenieniu przez państwa członkowskie ONZ wkładu Polski w walce o narodowe wyzwolenie podczas II wojny światowej uznaniu dla inicjatyw składanych od rozpoczęcia działalności ONZ. Z punktu widzenia prawa i stosunków międzynarodowych, to pierwszy przypadek na tak dużą skalę. Dotychczas żołnierz był postrzegany jako „wojownik”, walczący z bronią w ręku. Tu żołnierz ma walczyć, diametralnie inną bronią – powagą munduru, bezstronnością postępowania. Obiektywizmem ocen i opinii – ma budować zaufanie miejscowych władz i ludności. Korea w tym względzie okazała się wielkim międzynarodowym eksperymentem, który się powiódł. Żołnierz nie tylko umocnił swój autorytet, ale przede wszystkim dowiódł swej przydatności i wartości w swoistej „służbie dyplomacji”, służbie dla pokoju i spokoju.
Sprawa zadłużenia
Generał zwrócił uwagę, że„światowe zadłużenie wymaga wzmożonych działań ze strony ONZ. Zdaniem rządu polskiego, byłoby celowe, utworzenie pod egidą Sekretarza Generalnego ONZ, Międzynarodowego Centrum Badania Długu i Rozwoju. W jego pracach, obok wybitnych ekspertów, powinni uczestniczyć przedstawiciele bezpośrednio zainteresowanych państw”. Zaproponował, by „spotkanie organizacyjne Centrum mogło odbyć się w dawnej stolicy Polski, Krakowie”. Faktycznie, takie się odbyło i uzyskało uznanie zainteresowanych. Później, po 1989 r. rolę tę przejęło Davos w Szwajcarii. W innej formie, jako spotkania ekonomistów, od kilku lat odbywane są w Krynicy lub innych miastach.
Wychowanie dla pokoju.
Generał poinformował, że w ramach obchodów Międzynarodowego Roku Pokoju (1986), w Warszawie odbędzie się Kongres Intelektualistów w Obronie Pokojowej Przyszłości Świata, na który serdecznie zaprosił zainteresowanych. Pragnę zwrócić Państwa uwagę, iż Polska na forum ONZ była inicjatorem: koncepcji wychowania społeczeństw w duchu pokoju. Zgłosił ją Edward Gierek w 1974 r., została przyjęta; Deklaracji praw dziecka (1959); Konwencji praw dziecka (1990); Międzynarodowego Roku Rodziny (1994).
Co zweryfikował czas?
Patrząc na wystąpienie Generała z dystansu 35 lat, warto zastanowić się jakie zagadnienia podniesione na tej Sesji uległy dezaktualizacji, straciły rację bytu. Odpowiedź zapewne ucieszy wielu zdeklarowanych krytyków Generała. Oto mają dowód w takich ocenach. „Kto próbuje dziś poprawiać historię, kto podważa nierozdzielne postanowienia z Teheranu, Jałty i Poczdamu- ten zmierza do przekreślenia dorobku San Francisco, nadweręża tkankę międzynarodowego zaufania… Polska Rzeczpospolita Ludowa uważa niezmienność powojennego porządku europejskiego za fundamentalny warunek pokoju. Odnawianie roszczeń terytorialnych, odwoływanie się do definitywnie zamkniętych rozdziałów przeszłości- to droga donikąd. Droga bezcelowa, a przede wszystkim niebezpieczna”.
Proszę raz jeszcze o przeczytanie tych ocen, o zastanowienie się co uległo zmianie, jaki ma w nich udział Generał. Po pierwsze- nikt na świecie nie potrafił przewidzieć pokojowych zmian w skali światowej. Oczywiście, cała polityka Zachodu była nastawiona na osłabianie bloku wschodniego, na jego upadek. To było pragnienie i życzenie zarazem, realizowane na wielu płaszczyznach – politycznej, gospodarczej, militarnej, społecznej, religijnej, propagandowej, „walki w eterze”, jak wówczas mówiono. Po drugie- od 30 lat wiemy, że ten demontaż we wzajemnej rywalizacji następował z udziałem polityków ZSRR, głównie Michaiła Gorbaczowa i Georga Busha, prezydenta USA, który umiejętnie budował zaufanie władz radzieckich, dyplomatycznie wspieranych przez Papieża-Polaka. W Europie Środkowo-Wschodniej gen. Wojciech Jaruzelski, który potrafił drogą użycia siły i porozumienia doprowadzić do uspokojenia sytuacji i do zmiany ustroju. Ktoś może tu nie wytrzymać emocjonalnie i głośno żądać uznania dla „wiekopomnej roli” Solidarności. Niestety, ale wobec tego Związku jestem bardzo krytyczny. Wielu nie tylko z tym się nie zgodzi, ale i uzna za krzywdzące. Proszę sięgnąć do dwóch moich poprzednich tekstów- „Protokół” oraz „Czterdzieści lat minęło” i przywołanych tam publikacji. Jest tam odpowiedź – zamiast odpowiedzialności za ludzi, naród i państwo, do czego wzywali Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński i Papież, Solidarność uznała ówczesną władzę za wroga. Jeśli ktoś nie chce się z tym zgodzić – ma prawo! Tylko niech zważy na groźbę bratobójczej walki domowej i wojskowej pomocy sąsiadów. By niecierpliwych skłonić do namysłu, powiem im wprost – Solidarność uratował stan wojenny, a personalnie- Breżniew i Generał! Zachęcam do szukania argumentów na obalenie tej tezy i do głębokiej „burzy mózgów”. Napiszę niebawem.
Po trzecie-rozważna polityka Gorbaczowa i Generała doprowadziła do uznania status quo terytorialnego- nienaruszalności zachodniej granicy Polski i zjednoczenia Niemiec, przy czym pozbawiono ich prawnych podstaw to roszczeń terytorialnych. Dzięki temu mamy dobre z nimi stosunki sąsiedzkie. Ci politycy, z udziałem prezydenta USA i Francji doprowadzili do pewnej formy „traktatu pokojowego”, jaki Poczdam nie był w stanie (nie chciał) zawrzeć. Z tego tytułu rację bytu straciły ustalenia z Teheranu i Jałty. I co szczególnie ważne-nie został „przekreślony dorobek San Francisco”, czego obawiał się Generał. A odwrotnie- z wydatnym udziałem Generała jako Prezydenta Polski, członków i ekspertów rządu Tadeusza Mazowieckiego oraz światowych polityków udało się „poprawić historię”. Wszystko to dokonało się pokojową drogą, bez rozlewu krwi. A Okrągły Stół wciąż jest zachęcającym przykładem dla porozumienia w każdej sprawie, mimo trwałego zaślepienia niektórych krytyków.
Interesujące spotkania.
Wizyta Generała w ONZ, jednocześnie pozwoliła na kilka znaczących politycznie oraz intelektualnie spotkań. Na bieżąco informowała o nich prasa. Kilka razy pisał – w stosownej konwencji-Pan prof. Longin Pastusiak, także na łamach Trybuny i Przeglądu, któremu wyrażam serdeczne podziękowanie i uznanie.
Będąc w siedzibie ONZ, Generał spotkał się w naszym przedstawicielstwie z liczną grupą środowisk polonijnych. Jak pisze Profesor -„Wśród obecnych znajdowali się profesorowie wyższych uczelni, przemysłowcy, handlowcy, dziennikarze, prawnicy, reprezentanci zarówno starszego pokolenia jak i młodej generacji. Zwracając się do zebranych, wyraził im szczere zadowolenie z możliwości spotkania się z przedstawicielami Polonii Amerykańskiej i przekazał jej serdeczne pozdrowienia z Warszawy i z Polski. Stwierdził, że w najważniejszych dla Ojczyzny sprawach serca Polaków biją wspólnym rytmem, odczuwają jednakowo jej sukcesy i trudności. Przytoczył znane hasło Związku Polaków w Niemczech, że Polska jest Matką naszą – o Matce nie można mówić źle. Podziękował za wsparcie Polonii okazywane dla Ojczyzny. Przypomniał wkład Polonii w odbudowę Zamku Królewskiego, który jest symbolem polskiej państwowości. Mówiąc o obecnych problemach kraju, wskazywał na postęp i konsekwencję w ich rozwiązywaniu”. Z relacji w ówczesnej Trybunie Ludu wynika, że przedstawiciele Polonii zapewniali Generała o swoim serdecznym związku z Polską i pragnieniu działania dla dobra ich przodków, a także o tradycjach i perspektywach obustronnie pożytecznej współpracy między Polską a USA. Prywatne spotkanie Generała z kard. Johnem Królem miało znaczącą wymowę wśród naszej Polonii, pamiętającej patriotyczne spotkanie z Papieżem-Polakiem, w czasie wizyty w USA (1983).
Także serdeczność i szacunek był wyraźnie widoczny podczas spotkania z Dawidem Rockefellerem w siedzibie jego firmy. Wśród zaproszonych gości był prof. Zbigniew Brzeziński, który został mile zaskoczony informacją o rodzinnych dokumentach, jakie przywiózł Generał, a doradca Wiesław Górnicki przekazał je przez nasze przedstawicielstwo. Po latach, Profesor wspominał, że był zaskoczony ciepłym przyjęciem Generała przez superbogacza Rockefellera. „Powiedziałem generałowi- mówił, że jestem tym głęboko wzruszony, prawdziwie to doceniam i że przypomina mi to wcześniejsze spotkanie z premierem Beginem, który także przywiózł mi dokumenty dotyczące działalności mojego ojca w obronie Żydów w Polsce”.
Zbigniew Brzeziński, otrzymując 12.05.06 od „Gazety Wyborczej” tytuł „Człowieka Roku”, pytany o wykorzystanie przez Polskę obecnie „optymalnej sytuacji międzynarodowej” -odpowiedział: „Polska nie jest na Księżycu, ale między Odrą, Nysą i Bugiem. Polska jest, ale bez przesady, do pewnego stopnia, sojusznikiem Ameryki, ale nie jest jej sąsiadem”. Kto z Państwa zechce wskazać przykłady, że obecne władze pamiętają o płynących z tej myśli praktycznych wnioskach.
U niektórych z Państwa może pojawić się pytanie o spotkanie Generała z prezydentem USA. Doradca premiera Wiesław Górnicki tłumaczył dziennikarzom, że wizyta była składana w ONZ, a nie w USA, co wyjaśnia brak spotkań z politykami amerykańskimi Gdy 5 lat później Ronald Reagan prywatnie spotkał się w Belwederze z Generałem, na swój sposób wyraził żal, że nie było okazji do wcześniejszego spotkania. To także jeden z uroków „rozumienia okazji”.

Żołnierskie życiorysy milionów Polaków

W latach 1945-1989 służbę wojskową pełniło 11 milionów obywateli naszego kraju.

Służba wojskowa w latach 1945-1989 to także jedna z kart historii 100-lecia odzyskania niepodległości. W moich wspomnieniach o jednym z milionów byłych żołnierzy Wojska Polskiego, o zdarzeniach autentycznych, chcę wyrazić symboliczny hołd i uznanie za ich służbę i pracę dla ojczyzny, Polski.
Ale także przypomnieć, zwłaszcza młodzieży, młodym pokoleniom, jak dla ich poprzedników ważna była służba wojskowa, dla ich rozwoju i życia po wojsku. Co oni temu ludowemu wojsku zawdzięczają.
Służyli Moskalom
Dziś są oskarżani przez polityków obozu zjednoczonej prawicy, że nie Polsce służyli, a obcym, moskalom. Są to oceny wielce krzywdzące. Moje wspomnienia ukazują fakty realne. Wojsko, to zrodzone w czasie wojny z niemieckim okupantem, stworzyło warunki do awansu społecznego m.in. młodym Polakom z nizin społecznych. Służyli oni dwa i trzy lata, a wywodzili się z biedoty wiejskiej, małych miast. Wielu z nich, wstępując do wojska, było analfabetami, a kończyli służbę wykształceni, później uzyskiwali różne tytuły, w tym inżyniera rolnika, jak mój bohater. Ten Franek, o którym piszę, wywodził się z biednej rodziny rolnika, którego dom i zabudowania gospodarcze kryte były słomą. W 1949 roku, gdy był powołany do służby wojskowej, nie umiał czytać i pisać. Po latach wrócił do rodzinnej wsi i był właścicielem dochodowego gospodarstwa rolnego.
Oto moja mini, jednostkowa niejako egzemplifikacja jednego z milionów Polaków, którzy w latach 1945-1989 służyli w ludowym Wojsku Polskim, odbywając obowiązkową służbę. Myślę, że warto i należy w te nasze doniosłe 100-lecie przypomnieć tę jedną z kart naszej powojennej historii. Traktuję te moje wspomnienia jako swój skromny udział w dokumentowaniu ważnego okresu rozwoju cywilizacyjnego. Bo przecież wojsko nasze ma swój wkład, spełniało także poważną rolę w rozwoju gospodarczym naszego kraju, w likwidacji ogromnej przepaści, jaka dzieliła nas od państw zachodnich. We wspomnianych latach wojsko, jego liczne roczniki, nie tylko brało udział w odbudowie kraju, w jego rozwoju gospodarczym, lecz także stworzyło warunki kształcenia, a w tym także likwidacji negatywnego zjawiska społecznego, jakim był analfabetyzm. Został zlikwidowany właśnie w tej Polsce, tak dziś krytykowanej, a nie w II RP.
To, co napisałem niżej, jest rzeczywistą miniopowieścią, zarysem epopei o jednym z milionów życiorysów tych, którzy wojsku zawdzięczają, kim byli i jakimi byli obywatelami Polski po odbyciu zasadniczej służby żołnierskiej.
Miasto Sokołów Podlaski
Wieś na Podlasiu, tuż za nią rzeka Bug; w powiecie sokołowskim. Miasto Sokołów Podlaski, dziś to już nie to z czasów starszych generacji jego mieszkańców. I tu już utorowała sobie drogę cywilizacja europejska. Tylko nazwy ulic przypominają jego przeszłość. No, nie wszystkie, niektóre zmieniono, ale powstały nowe, gdzie były dawniej pola uprawne rolników. Na miejsce drewnianej zabudowy wkroczyła nowoczesna architektura. Trzeba było kilkadziesiąt lat ogromnej pracy kilku pokoleń, by ten region zmienił się, a życie jego mieszkańców było bogatsze i łatwiejsze. Stało się to za sprawą mieszkających tam ludzi. Opowieść o losach Franka Sitarskiego i jego rodziny jest jednostkową egzemplifikacją przemian, jakie wciąż się dokonują na obrzeżach Polski wschodniej. Wieś rodzinna głównej postaci była biedna jak setki innych na ścianie wschodniej. Niewielka. Kilkadziesiąt numerów wraz z tymi, które wybudowano w pobliżu wsi. Zabudowania drewniane. Kryte słomą lub papą, niektóre gontem. Nie było ani jednego domu murowanego z cegły lub innych materiałów budowlanych, bardziej trwałych od drewna. Siedziba Sitarskich, dom, stodoła i obora nie była okazała. O niewielkim metrażu.
Rodzina Franka z dziada i pradziada miała gospodarstwo rolne. Ziemi też było niewiele. Parę mórg. Ziemia słabej klasy. Praca w polu wypełniała jednak dni od świtu do zmierzchu. Ich budynki, przekazane przez dziadka ojcu Franka, były położone na skraju wsi. Za sobą mieli już tylko dwóch sąsiadów. Też klepali biedę, a szczególnie na przednówku. Były to jeszcze mniejsze gospodarstwa od Sitarskich.
Pomagali sobie, jak mogli. Wspierali się chlebem pieczonym we własnym piecu. Świętowali jednak szczególnie, gdy było świniobicie w dobrych czasach. Zabudowania skromne. Ale panował tam zawsze porządek. Zieleń, wokół domu kwiaty różnych kolorów. malwy, piwonie, georginie, azalie. Warzywnik w pobliżu stodoły. Wystarczyło warzyw na cały rok. To królestwo pani Michaliny Sitarskiej. Lubiła pracować przy kwiatach i warzywach. Była jeszcze w pełni sił. Nie wiedziała co to bóle krzyża. Ich zagroda była grodzona żerdziami pochodzącymi z przecinki lasu. Ojciec Franka wynajmował się do pracy z koniem w lasach państwowych. Ogrodzenie to zapłata za jego pracę. Dom i obejścia pochłaniały sporo czasu.
Franek miał jeszcze młodszą siostrę Teresę. Dotychczas jego życie było ograniczone do rodzinnej wsi. Wyjątki były. Czasami ojciec zabierał go ze sobą do miasta, kiedy odbywał się targ. Niezbyt często. Szkoda było tracić czas. Czekała praca w polu i obejściu domu. Pieklił się wówczas na ojca. Był zły. Ale co miał robić. Decyzje i słowa ojca były ostateczne. Wychowywany był karnie. Ojciec nie znosił sprzeciwu syna. Wiedział o tym.
Pracował w gospodarstwie bez wykazywania swojego niezadowolenia. Po co mu to, by oberwać od ojca, gdy go zdenerwuje. Wolał milczeć i pokornie robić to, co mu kazano. Jego rodzina żyła z tego co ziemia dała z siebie. Ale ona też wiele wymagała od nich. Szczególnych potrzeb nie mieli. Trochę jadła było. Książek zaś nie było. Po co? Kto miał je czytać? Franek nie nauczył się czytać. Ojciec i matka ledwo, ledwo.
Czasami do gminy przyjechało kino objazdowe. To dopiero była frajda. Ale też kłopot. Trzeba było pokonać parę kilometrów do gminnej świetlicy. Gazety? Jakie gazety? Nie czuli potrzeby ich czytania. Czasami jak pan Sitarski był na targu, to kupił taką, jaka była w kiosku. Sam czytał tylko tytuły artykułów pisane dużym drukiem. Franek przeglądał zdjęcia, a zwłaszcza dziewczyny w ubraniach roboczych przy różnych maszynach i prowadzące traktory na polach PGR. Już wówczas coś w nim kiełkowało. Dopadały go od czasu do czasu przygnębiające myśli. Jaka jest jego przyszłość na tej wsi, gdzie diabeł mówi dobranoc. Wieś ich nie była jeszcze objęta planem elektryfikacji. Nie było więc mowy o „kołchoźniku”, z którego można było wysłuchać muzyki i wiadomości z kraju i ze świata. To miało być dopiero za parę lat. Żyli pracą na gospodarce, uprawą ziemi.
Z tą gospodarką trudno było się uporać, Bywało, że brakowało nie tylko chleba, ale i paszy dla trzody chlewnej oraz drobiu. Żyli spokojnie, nie biadolili, że jest im ciężko. Po co te zwierzenia wobec obcych, co to da? – Nic. Tak uważał główny gospodarz, ojciec Franka. By kupić nowe ubranie czy buty, kiedy już nie było co reperować, musieli coś sprzedać ze zwierzaków hodowlanych. Oj, drapali się wtedy mocno po głowach. Gdy dzieci były małe, dodatkowy kłopot. Praca w polu, buraki, kartofle, żniwa. No cóż, trzeba było dzieci zabierać ze sobą i mieć na nich ciągłe baczenie.
Wezwanie z wojska
Druga połowa sierpnia 1949 roku. Tego dnia pani Sitarska nie pojechała na pole, jak to potocznie się mówiło. Miała trochę pracy w domu. Była bardzo zajęta. Nie zwracała uwagi, gdy drogą przed ich domem ktoś przechodził. Niewielu mieszkańców o tej porze było w domach. Większość z nich pracowała na gospodarstwach. Wyjrzała przez okno.
– Listonosz? – zdziwiła się, ale i zaniepokoiła. – Co to może być, jaka wiadomość – rozmyślała z lekką obawą. Nie pamiętała, kiedy był ostatnio. Listonosz wchodząc na podwórko, zapytał głośno – czy ktoś jest w domu?! Pani Michalina wyszła przed dom nieco zdenerwowana przyjazdem niespodziewanego przybysza.
– Dzień dobry, pani Sitarska. – A, to pan, co sprowadza do nas? – spytała.
– Jakie nowości pan przynosi? Oby dobre.
– No, nie najlepsze – odpowiedział grzebiąc w torbie i szukając koperty z pismem. – O, jest – podał jej kopertę.
– Co to może być? – zapytała. Listonosz po chwili z wyraźną niechęcią odpowiedział.
– Wydaje mi się, że wezwanie z wojska dla pani syna.
– O Jezu, tylko nie to! Kto nam będzie pomagał w gospodarce?
– E, poradzicie sobie – odpowiedział na jej lamenty, dodając po chwili – pani mąż i pani jesteście jeszcze młodzi.
– Panie, jacy my młodzi! – wykrzyknęła.
– Inni są starsi od was i też ich synów powołują. Wojsko dobrze mu zrobi, czegoś się tam nauczy – mówiąc te słowa wsiadł na rower i odjechał.
– Mądrala, niech sam idzie, a nie na rowerze listy rozwozi.
Listonosz tych słów chyba już nie słyszał. Wciąż stała w miejscu jak słup, nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie mogła stać. Siadła na ławce pod oknem domu.
– Co teraz będzie? Mój Franuś do wojska? – rozmyślała, nie otwierając koperty.
– A może to coś innego, nowy podatek czy inny czort? – wciąż nie miała odwagi zobaczyć, jakie pismo kryje koperta.
– A może to jakieś domiary? Ale za co, my tu nic takiego nie uprawiamy na tych naszych paru morgach? – pytała sama siebie.
– Ale wola boska – dodała i otworzyła kopertę.
Czytać umiała. Parę klas podstawówki ukończyła. Czytała powoli. Z pisma wyraźnie wynikało, że Franek w październiku ma stawić się do wojska w celu odbycia służby wojskowej.
– No, nawet niedaleko od nas – zauważyła – do jednostki w Wesołej koło Warszawy.
– Chociaż to – zaczęły ją, jak to matkę, nachodzić różne myśli. Jak jej Franuś sobie poradzi. On przecież nie nauczył się pisać i czytać. To nasza wina, moja i ojca, nie dopilnowaliśmy. W wiosce szkoły nie było, tylko w gminie. Nie było komu go prowadzić, stale praca w polu, a zimą brak odpowiedniej odzieży – sama siebie usprawiedliwiała. Myśli o losach syna nie dawały jej spokoju. Jak sobie poradzi. Dotychczas z wioski nigdzie nie wyjeżdżał. Zagubi się biedaczysko. Popadła w zły nastrój. Było jej smutno. Co powie staremu. Jak on przyjmie wiadomość o wezwaniu syna do wojska.
W chwilach zadumy Franek Sitarski rozmyślał, tkwiąc emocjonalnie w otaczającym go pejzażu. Czuł się tu dobrze, swojsko, zwłaszcza wiosną i latem. Wszak tu były jego rodzinne korzenie od pradziadka. Szumiące łany zbóż, łąki dotykające brzegu Bugu, przedstawiające sobą obrazy kwitnących do późnej jesieni różnokolorowych kwiatów polnych. Już w wieku dojrzałym, kiedy będzie zamożnym rolnikiem, bliskim znajomym będzie tłumaczył powody powrotu z miasta do rodzinnej wsi. Chyba miał to po matce. Czuł się dobrze w tej krainie nad Bugiem. Ale póki co, jego zainteresowania będą się nieco modyfikować w miarę upływu czasu, a nade wszystko z uwagi na zmiany społeczne kraju, jego rozwój cywilizacyjny. Główne jego myśli były jednak blisko uprawy ziemi, posiadania gospodarstwa rolnego. Gdyby to było możliwe, mieć jej więcej – rozmyślał.
Niewiele zostało po dziadku, który podzielił swoją ojcowiznę na troje potomków, dwóch synów i córkę. Tego, co jego ojciec posiadał już nie można było dzielić. Nie ma mowy o kolejnym podziale na dwa gospodarstwa. Przecież Tereska kiedyś wyjdzie za mąż, a on się ożeni. – No, zobaczymy, jak to nasze przyszłe życie się ułoży – westchnął. Już wiedział, mimo młodego wieku, i był o tym przekonany, że on i Tereska nie mogą razem gospodarzyć na tych poletkach po ojcu. Jedno z nich musi odejść, gdzieś się zakotwiczyć.
– Tylko gdzie, jak to zrobić? – zastanawiał się.
To pytanie będzie coraz częściej nawiedzać jego rozmyślania o przyszłości. Pięknie tu, ale ziemia nie najlepsza. Ale można sobie życie ułożyć. Tak, tylko trzeba tę ziemię jeszcze mieć. A jaki bogaty rolnik zgodzi się na ożenek z jego córką? Przecież on nic nie dostanie od rodziców. To, co oni mają, przejmie jego siostra. Miał już tego świadomość, że tak się stanie. Często takie właśnie myśli go nawiedzały.
Gdy wracali z ojcem z pola, jak to się potocznie mówiło wśród mieszkańców wsi, było już ciemno, szarówka. Utrudzeni po całodziennej pracy. Wjechali na podwórko. Koniem zajął się Franek. Lubił obsługiwać Karego. Napoił i nasypał jadła do żłobu. Sitarski wchodząc do mieszkania, zauważył, że jego żona ma jakiś inny wyraz twarzy. Był przyzwyczajony do bardziej pogodnego jej zachowania, gdy wracał po całodziennej nieobecności. Zazwyczaj uśmiechała się i miała pogodne spojrzenie. W tym dniu zachowanie żony było inne, chłodne i smutne. Nie wiedział jeszcze, co jest powodem widocznego jej zafrasowania, wręcz smutku.
Mężczyźni byli zadowoleni z podanego jadła. Zgłodniali. Zjedli z apetytem, a potem zapadła cisza. Żona Sitarskiego przy jedzeniu zawsze coś mówiła. Tym razem jakby ją zatkało. Mąż zauważył jej zapłakane oczy.
– Co z tobą, żono – zapytał, widząc jej smutny wyraz twarzy. Nie odpowiedziała od razu. Sięgnęła po kopertę, którą z rozmysłem położyła wysoko na szafce, nie chcąc, by dowiedzieli się przed kolacją.
– Niech się najedzą, to im dopiero powie o urzędowym piśmie – zadecydowała. – Masz, przeczytaj – podała mężowi kopertę – dawno nie czytałeś.
Powoli otwierał kopertę. Wyjął z niej tajemnicze pismo. Biegły w czytaniu nie był. Dawno ukończył trzy klasy. Był prawie wtórnym analfabetą. Wcale się z tym nie krył, ale chwalić się też nie było czym. Były różne przyczyny, że nie ukończył szkoły podstawowej. Trochę zawinił sam, ale rodzice jego też nie byli bez winy. Miał przejąć po rodzicach część gospodarki. I tak stało się zgodnie z wolą ojca. To on przysposabiał synów do pracy na roli. Długo się przyglądał powiadomieniu o powołaniu syna do wojska. Przekazał żonie pismo.
– Masz, ty lepiej czytasz – powiedział. Przeczytała głośno, by Franek też się dowiedział co i jak. Zapanowała cisza i smutek na twarzach rodziny. Wszyscy opierali się rękami o stół, przy którym przed chwilą zjedli kolację. Głowa rodziny Michał Sitarski miał ponury wyraz twarzy. Oczy jego skierowane były w dół. Wciąż milczał. Nie padło z jego ust ani jedno zdanie. Franek był zagłębiony w myślach. Coś trawił. Zastanawiał się, co ma powiedzieć rodzicom. Przecież to jego dotyczy ta cała sprawa, to on ma przywdziać mundur żołnierski na dwa, a może i trzy lata. Nie wiadomo jeszcze.
Pani Sitarska przerwała ciszę.
– Trzeba napisać odwołanie i wysłać gdzie trzeba, najlepiej do powiatu. Niech odroczą powołanie – powiedziała zdecydowanym głosem.
– A u lekarza załatwić, że ojciec chory i nie może pracować w polu, na gospodarce – dodała. Franek rozważał słowa matki. Ale nic nie mówił. Ojciec poruszył się i po chwili zawyrokował.
– Tak, trzeba pisać odwołanie, muszą Franka odroczyć. To chyba da się załatwić z lekarzem. No, będzie kosztowało świadectwo o moim stanie zdrowia, ale trochę grosza mamy – zakończył swoją decyzję. I w tym momencie Franek, ten cichy wiejski chłopak, niemal wybuchnął krzykiem.
– Nie! Nie będzie żadnego odwołania i świadectwa o chorobie ojca! Co powiedzą sąsiedzi, których powołają? Wiedzą, że ojciec jest zdrowy jak rydz. Nie ma sensu kłamać. Pójdę do wojska – powiedział zdecydowanie.
Potem wstał i wyszedł na podwórko. Siadł na ławce. Rozmyślał. Trochę się bał tego wojska. Tyle już się nasłuchał opowiadań od tych, którzy już odbyli służbę, o wybrykach kaprali i żołnierzy drugiego rocznika wobec młodszych o rok, pogardliwie nazywanych kotami, zmuszanych do różnych nieregulaminowych czynności na rzecz tzw. „rezerwy”.
– Będę musiał sobie jakoś poradzić. Zobaczymy. Oni przeżyli, to ja też dam sobie radę – rozmyślał.
– Może się nauczę jakiegoś zawodu. A gospodarka? Wielka mi gospodarka. Siostra Tereska dostanie ją jako posag. Może lepiej wyjdzie za mąż za kogoś ze wsi. Ja mogę pracować w mieście.
Rozmyślał też o Hance, córce bogatego rolnika, z którą często rozmawiał. Zdarzało się, że razem z Hanką pasał krowy, prowadził je do rzeki, by je napoić. Krowy piły wodę, odganiając ogonami atakujące owady, które im dokuczały, szukając na ich grzbietach pożywienia, a on brał do garści zimną wodę i kropił nią Hankę. Niby wtedy uciekała, ale tak naprawdę lubiła te igraszki Franka, bo zawsze były umiarkowane i delikatne. Na jego zaczepki reagowała najczęściej wybuchem śmiechu.
Wrócił do mieszkania w dobrym nastroju, ale i z postanowieniem, że nie będzie robić odwołania, a służbę wojskową odbędzie. Czuł się już lepiej. Rodzice to zauważyli.
– I co? – zapytał ojciec.
– A no nic, idę do woja – odpowiedział. Ojciec się zamyślił.
– Chyba masz rację Franuś. My z matką jakoś sobie poradzimy z tą naszą gospodarką – powiedział to zdecydowanie. I na tym stanęło. Nie było odwołania.
Tego wieczora leżał długo, zanim sen przyszedł. Ten wieczór był dla niego wielkim przeżyciem. Franek pojedzie do wojska za parę tygodni.
Zbliżał się dzień pożegnania. Pierwsze dni października 1949 roku. Pani Michalina czyniła odpowiednie przygotowania do wyjazdu syna. Dzień rozstania z rodziną. Smutek i łzy w oczach matki i młodszej siostry. Przyszły wojak prosił, by do WKR-u nikt z nim nie jechał.
– Tak będzie lepiej dla was i dla mnie. Pojadę autobusem do miejsca zbiórki – oznajmił. Tak się też stało. Zgodnie z jego wolą. Po przyjeździe do miejsca stawiennictwa sprawdzono tożsamość poborowych. Ustawiono ich w czwórki i udali się na dworzec kolejowy. Mieli zarezerwowane wagony drugiej klasy. Podróż trwała parę godzin. Poborowi zachowywali się względnie poprawnie. Zadbali o to opiekunowie w mundurach.


Dotychczas tak daleko jeszcze nie jeździł
Podczas podróży rozmyślał, jak tam ta jego służba będzie przebiegać. Męczyła go obawa, czy da sobie radę. Nie umie czytać i pisać. Litery zna, ale to za mało, by opanować niezbędną wiedzę w specjalności, do której go przydzielą. Kompania piechoty, strzelec. Taki otrzymał przydział. Przyjechali do pułku bez przygód. Wyciszeni, spokojni, ale i nieco wystraszeni. Była to pierwsza podróż Franka. Dotychczas tak daleko jeszcze nie jeździł.
Nic dziwnego, że jego oczy były rozbiegane, a wyraz twarzy zdradzał niepewność i zakłopotanie. Szybko ich umundurowano i przydzielono sale żołnierskie. Niestety, wieloosobowe. W jego sali było dwanaście łóżek.
I zaczęła się tzw. unitarka, czyli podstawowe szkolenie żołnierzy. Baczność! Padnij! Powstań! – powtarzano aż do znudzenia. I te nieustanne zbiórki oraz rozejścia. Było mu trudno się do tego wdrożyć. Nie przywykł do ciągłego dyrygowania nim. Ojciec czy matka raz powiedzieli i wystarczyło. A tu? Chociaż pobudki o szóstej rano specjalnie go nie irytowały. W domu, zwłaszcza w porze letniej, też musiał rano wstawać, bywało że nawet wcześniej. Tego wymagało gospodarstwo rolne. Męczył się bardzo, gdy musiał coś przeczytać. Z początku nie przyznawał się, że jest prawie analfabetą. Zdążył już się dowiedzieć, że takich jak on jest wielu w jego kompanii.
Wszystko się jednak wydało, gdy do kompanii przyszła młoda nauczycielka i przeprowadziła sprawdzian z wykształcenia ogólnego. Do tablicy kolejno wzywała żołnierzy. Kazała im napisać np.: Kochani rodzice, donoszę wam, że jestem zdrowy, czego i wam życzę. Ale były i inne treści tego dyktanda. W ich kompanii co trzeci żołnierz został zaliczony do dodatkowego szkolenia. Pozostali z trudem, ale czytali i pisali. Na podstawie tych sprawdzianów sporządzono imienny wykaz tych, którzy objęci zostali dokształcaniem na poziomie szkoły podstawowej. Podzielono ich na klasy i rozpoczęła się intensywna nauka pisania, czytania i rachunków. W rozkazie dziennym wyznaczono dni i godziny z poleceniem zwalniania żołnierzy na lekcje dokształcające.
Nauka Frankowi szła nieźle. Był zadowolony, że może się uczyć. Każdą sposobność wykorzystywał, by nadrabiać zaległości. Starał się. Pani polonistka i matematyk nawet kilka razy już go chwalili za postępy. Nikt nie musiał Franka zmuszać do odrobienia zadanych zadań domowych. Rozumiał już, że trudno jest żyć bez minimum wykształcenia, a szczególnie umiejętności czytania i pisania. Raz w tygodniu oglądali film, a napisy po polsku były na dole ekranu. Denerwował się, gdyż miał jeszcze spore kłopoty z czytaniem. Tekst szybko uciekał z ekranu.
Mijały pierwsze miesiące służby żołnierskiej i nauki. Jeszcze listu do rodziców nie napisał. Nie odważył się ze swoją umiejętnością pisania. Nauczyciele zachęcali do nauki. Pierwsze sprawdziany i klasówki. Starał się, by wypaść w nich jak najlepiej. Ale bywało różnie. Nie zrażał się, wielokrotnie czytał popełnione błędy. Przełożeni zachęcali, przekonywali o celowości szkolenia w zakresie podstawowym. Szczególnie oficer Stanisław Pogorzelski. – Czytanie i pisanie to okno na świat – przekonywał. – Nie nauczycie się czytać, to nie zdobędziecie żadnego zawodu – tłumaczył młodym żołnierzom. A Franek tak bardzo pragnął nauczyć się jakiegoś zawodu, by nie wegetować na tych paru morgach ziemi. Niech Tereska zabiera tę gospodarkę. Marzył o zawodzie kierowcy, chociażby traktorzysty.
– Nie musi to być od razu samochód – rozmyślał wielokrotnie nad swoją przyszłością.
Minęło parę miesięcy służby wojskowej i nauki. Pani nauczycielka Leokadia Sierocka pewnego dnia zapowiedziała klasówkę z polskiego, której tematem było napisanie listu do rodziców. Rozdała kartki papieru i powoli zaczęła dyktować treść listu zaczynającego się od słów: Kochani Rodzice, donoszę Wam, że czuję się dobrze, jestem zdrów, czego i wam z całego serca życzę. Mamy dużo zajęć, bo oprócz wojska chodzę do szkoły, uczę się pisać i czytać…
W czasie pisania tego swoistego dyktanda nauczycielka podpowiadała, jak napisać poprawnie trudne słowa. Podchodziła do każdego ucznia, żołnierza i dyktowała, a piszący sami nanosili poprawki wedle wskazań nauczycielki. Niby to klasówka, ale jakże inna od tych pisanych w szkole. Po zakończeniu pisania podała żołnierzom koperty i pomogła je zaadresować, by doszły pod właściwy adres. Zebrała je i przekazała na pocztę wojskową. Listy powędrowały do rodziców.
Nasz syn nauczył się czytać i pisać w wojsku
Pani Michalina, ojciec także, tęsknili za swoim Frankiem. Dotychczas jeszcze nie mogli razem wybrać się do niego. Zawsze coś stało na przeszkodzie. Parę tygodni temu odwiedził go ojciec. Jego relacje z pobytu u Franka poprawiły trochę przygasły nastrój, jaki zapanował w rodzinie z powodu nieobecności syna. A plotki, jak zwykle o wojsku, wylatywały wróblem, a wracały wołem. Bo przecież Franek nie pisał, jak mu się tam powodzi. Wiedzieli, dlaczego nie pisał. Rodzice często wypominali sobie, czyja jest większa wina, że ich Franuś nie nauczył się pisać. Nadeszła wiosna 1950 roku. I znów przyjechał do Sitarskich ten sam listonosz, który doręczał pismo o powołaniu ich syna do wojska. Nie wchodząc na podwórko, podał list ojcu Franka.
– A od kogo to? – Niech pan przeczyta, na odwrocie jest adres nadawcy, chyba od syna – poinformował.
– Jak to syna? – ale złapał się za język, bo nie chciał powiedzieć, że ich Franek jest niepiśmienny. Gdy pani Michalina otworzyła kopertę i zaczęła na głos czytać, własnym oczom nie dowierzała, że to syn pisał do nich. W jej oczach pojawiły się łzy radości.
– Franuś, nasz syn nauczył się czytać i pisać w wojsku. Jak to dobrze, będzie mu tam lepiej się teraz żyło – powiedziała, ale zaraz pomyślała: Oby tylko chciał wrócić na gospodarkę i ożenić się z dziewczyną ze wsi.
Na drugi dzień pani Michalina Sitarska obnosiła się z dumą wobec sąsiadów, że jej syn przysłał list przez niego napisany. Wojsko go nauczyło pisać i czytać. Już niemal wszyscy mieszkańcy wiedzieli o tym. Stało się to za sprawą rodziców Franka. Pierwszy w życiu list napisany przez ich syna. Radość zapanowała w całej rodzinie. A Franek, by wzmocnić wiarygodność powiadomienia o swoich umiejętnościach dopisał na zakończenie listu: jak przyjadę, to przeczytam wam wojskową gazetę, w której napisali, że się dobrze sprawuję i uczę w szkole naszej jednostki wojskowej. Ojciec był dumny z Franka. – A nie mówiłem, niech idzie do wojska, może się czegoś nauczy – przypisywał sobie zasługi powodzenia syna w wojsku.
Wkroczyła mechanizacja, nowoczesność sposobów uprawy ziemi, a nawet w pewnym stopniu specjalizacja upraw rolnych. On, Franek z małej wsi, mówiło się zapadłej, korzystając z obecności w jednostce przedstawicieli kilku firm państwowych, tuż przed zwolnieniem, zatrudnił się jako kierowca. Bo w drugim roku służby za dobre wyniki w nauce i szkoleniu wojskowym został skierowany na kurs kierowców, a potem woził żołnierzy na ćwiczenia.
Franek po zakończeniu służby zamieszkał w dużym mieście. Do rodzinnej wsi przyjeżdżał rzadko, ale urlopy spędzał u rodziców. Pomagał przy żniwach, a sąsiedzi mówili do Sitarskiej, że jej syn to już takie panisko, bo nie zwraca uwagi na wiejskie dziewczyny. Wówczas odpowiadała im: A co ma tu robić. Ziemi niewiele. Wojsko go wykształciło, to znalazł pracę i urządził się w mieście.
Kolejny przyjazd Franka Sitarskiego do rodzinnej wsi. Założył nowy garnitur, który kupił gdzieś okazyjnie. W 1953 roku nie było to takie proste. Wiadomo, wszystkiego brakowało. Czasy tuż po wojnie i wieloletniej okupacji niemieckiej, ale od czasu do czasu coś rzucili do sklepów, także odzieżowych. Idąc ulicą, a tylko jedna była w tej wsi, zachowywał się jak zawsze skromnie, pozdrawiając mijające go osoby. Zauważył, że niektórzy mieszkańcy znający go od dziecka nie rozpoznają go. Dopiero gdy na chwilę się zatrzymał i parę słów powiedział.
– O, Franuś, to ty, ja cię nie poznałam – odpowiedziała jedna z sąsiadek na jego ukłony. Rzeczywiście odróżniał się wśród zapracowanych mieszkańców wioski wyglądem, prezencją i pogodnym wyrazem twarzy. Wojsko wywarło na niego określony wpływ, a m.in. starał się chodzić w pozycji wyprostowanej. Ileż to razy dowódca drużyny i plutonu zwracali mu uwagę: Sitarski, wyprostujcie się. Praca w polu i na gospodarce nieco pochyliła jego sylwetkę.
I już był w domu rodzinnym.
– O Boże! – krzyknęła matka na widok syna. Była w tym czasie w warzywniku. Powitała go bardzo serdecznie. Jej pupilek przyjechał. Podziwiała jego wygląd.
– Wyrosłeś, jaki z ciebie już mężczyzna – cieszyła się, gdy Franek wręczył jej prezenty, coś z kobiecej garderoby. O ojcu i siostrze też pamiętał. Odpowiadał na jej pytania. Pozostałych członków rodziny nie było w domu. Byli w polu.
– Trochę wam pomogę.
– O, to ojciec się ucieszy.
– Mam dwa tygodnie urlopu.
– Jak to dobrze – odpowiedziała. Była to pora obiadowa.
– Gdybym wiedziała, że dzisiaj przyjedziesz, to bym zrobiła rosół z koguta, twoje ulubione jadło.
– Dziękuję, zjem to, co mama ugotowała. Tam, niby u siebie, w stołówce zakładowej nie jadam frykasów. Najczęściej kotlet mielony i zupa jarzynowa lub krupnik.
Nazajutrz wstali wczesnym rankiem. Zjedli śniadanie i pojechali na swoje gospodarstwo kosić trawę na paszę. Tereska została w domu z obowiązkiem karmienia trzody chlewnej. Dzień słoneczny sprzyjał koszeniu łąki. Chociaż lepiej się kosi trawę, gdy jest mokra, rano, po rosie. Pracowali na zmianę z ojcem. Franek umiał też robić właściwy użytek z kosy, tradycyjnego narzędzia rolników. Jeden z nich kosił, a drugi rozrzucał trawę, by szybciej i dobrze zamieniała się w siano nadające się do przechowania. Dzień minął szybko. Gdy wracali z pola, już się ściemniało.
Wojsko go dobrze przygotowało
Po urlopie wracał do zakładu. Stawił się punktualnie w nakazanym terminie. I znów wojaże i praca w warsztacie samochodowym. Lubił to, co robił. Technika samochodowa go interesowała. Wojsko go dobrze przygotowało do obsługi samochodów. Nie było mowy o odstawianiu fuszerki. Zadbał o to sierżant Bronisław Strygalski. Fajny chłop, nauczył Franka sporo. Wspominał go mile, mimo że często podnosił głos. Technika to jego słabość. Ale były wojak miał ambicje sięgające nieco wyżej od jego samochodu ciężarowego. Wiedział, by to się mogło stać realne, musi się jeszcze dużo uczyć, a on nie miał nawet matury. Trzeba podjąć próbę jej osiągnięcia – rozmyślał. Tak się też stało.
Postanowił, że będzie się uczył. Teraz popołudnia i wieczory miał zajęte. Dlatego było mniej spotkań z Olą. Uczył się w wieczorowym liceum dla dorosłych. Miał kłopoty z fizyką i matematyką. Zwrócił się z prośbą o pomoc do jednego z uczniów starszego wiekiem. Pomagał. Czasami dziękując mu drobnymi prezentami. Ola, oczywiście była niezadowolona, że nie ma dla niej czasu. Nie zamartwiał się z tego powodu. Chłopski uparciuch. Po pracy brał się za książki. Z determinacją je wertował. Dalej na urlopy jeździł do rodziców. Zabierał całą stertę podręczników. Tu już nie liczył na pomoc od nikogo.
W jego wiosce nie było jeszcze mieszkańca z maturą. Będą dopiero po latach, a nawet z wyższym wykształceniem, a w tym inżynierowie rolnictwa. Rodzice nie przeszkadzali. Niech Franuś się uczy, przed nim przyszłość. Były wiejski analfabeta, któremu wojsko podało rękę, stworzyło warunki do nauki i osobistego rozwoju, chciał być kimś, coś osiągnąć, co by się liczyło w jego środowisku. Po czterech latach nauki kończy maturę. Ma już średnie wykształcenie. Zauważono to w jego zakładzie. Otrzymał nagrodę od dyrektora huty. Stawiany jest za wzór robotnika, kierowcy, który się dokształca. Jego zdjęcie z opisem zamieszczono na tablicy wyróżniających się pracowników. Proponowano mu wstąpienie do PZPR, lecz odmówił. Powiedział sekretarzowi, że ideologia i polityka go nie interesują.
Gomułka wrócił
Zbliżały się lata tzw. odwilży politycznej, zrywania ze stalinizmem, którego ideologia niewiele miała wspólnego z demokracją. Przeżywał wydarzenia czerwcowe 1956 roku w Poznaniu. Kiedy Władysław Gomułka wrócił do polityki, Franek pierwszy raz w życiu wystąpił na zebraniu załogi, mówiąc z trybuny przez mikrofon. Był to wiec poparcia dla nowych władz. Powie później, że jak przemawiał, to miał wielką tremę, nogi drżały, nie panował nad nimi. Dopiero po paru zdaniach trochę się opanował. Gdy skończył, zerwała się burza oklasków. Był mile zaskoczony taką owacją. Syn rolnika z małej wioski mimo młodego wieku został zauważony przez środowisko robotnicze, bo mówił po ich myśli, rozsądnie. Ten fakt miał duże znaczenie w jego dalszym rozwoju. Uwierzył we własne siły, że może więcej. On, były analfabeta, jest słuchany przez setki ludzi. Był to dla niego bardzo istotny impuls do dalszego samodoskonalenia. Nie wiedział jeszcze, że jest dopiero na początku drogi do sukcesu. Przełamywał w sobie poczucie niewiary, że stać go na więcej.
Nasz bohater podjął studia w wyższej szkole rolniczej na wydziale mechanizacji rolnictwa. Było mu ciężko. Pracował i uczył się, by nie być ciężarem dla rodziców. Ale z uporem chłopskim zaliczał kolejne lata nauki.
Był już ważnym inżynierem
Gdy kończył studia, zbliżał się już do trzydziestki. Inni, także koledzy, w tym wieku już dawno się ożenili i założyli rodziny. Mieli dzieci. On nie. Może dlatego, że chciał coś osiągnąć. Zmienił pracę. Był już ważnym inżynierem w instytucji pracującej na rzecz rolnictwa, jego mechanizacji i unowocześniania sposobów upraw rolnych. Z Olą już dawno mu się nie układało. Rozluźnił z nią kontakty. A nieco później przestali się spotykać. Powiedziała mu, że jest dziwakiem, z którym trudno się dogadać. Nie wiedział do czego ona zmierzała. Po tej sprzeczce przestali się spotykać. Jeździł do rodziny na wieś. Spotykał się z Hanką. Jedynaczka, córka bogatego rolnika, nieźle gospodarującego, miała wielu zalotników. Ale myślała o Franku. Rodzice byli źli na nią.
– Zostaniesz starą panną, jak będziesz tak grymasić, żaden ci się nie podoba – strofowali córkę. A ona wyrosła już na pannę na sto dwa, jak to mówiono we wsi o Hance. Gospodarna, ale i garnęła się do książek. Pożyczała je z biblioteki gminnej, dziś na pewno zlikwidowanej, bo nie ma pieniędzy na upowszechnianie czytelnictwa. Hanka, czytając książki i czasopisma, jakby coś przeczuwała, że całe życie będzie z człowiekiem wykształconym i światłym o zainteresowaniach nie tylko technicznych, lecz także humanistycznych.
Praca Franka w instytucji państwowej, niby rolniczej, nie dawała mu satysfakcji i zadowolenia.
– Ta biurokracja. Komu to jest potrzebne? – często wypowiadał się krytycznie o ich instytucji. Jego stosunek do tego, co robił, nie mógł się podobać jego przełożonym. A on chciał czegoś innego. Marzyła mu się praca bezpośrednia w produkcji rolnej. Dość często przyjazdy do rodzinnej wsi nie pozostały bez wpływu na jego wybór charakteru pracy. Z Hanką coraz bardziej zbliżali się do siebie. Mieli wspólne zainteresowania. Podobała mu się. Była ładną dziewczyną, a w dodatku oczytaną. Konkurencja była duża. Wiedział, że o jej rękę zabiega kilku rolników. Ona jednak nie mogła się zdecydować. Myślała o jednym, o Franku.
Liczyła na to, że może się wreszcie zdecyduje. Imponował jej nie tylko jako mężczyzna, ale również podejściem do życia i pracy. Ojciec jej też miał słabość do Franka, mimo że wiedział, iż nie ma nic, bo ich gospodarstwo obejmie jego siostra. Ale ten dojrzały już chłopak wzbudzał w nim duże zaufanie. Widział w nim dobrą przyszłość dla swego gospodarstwa. Rolnik inżynier. Jeszcze tego nie było w historii całej gminy. Nic dziwnego, że myślał o przyszłości córki, jedynaczki, ale także o dobrym spadkobiercy, który dalej poprowadzi dobrze jego ojcowiznę, a nie tak, jak ci z końca wsi.
Stało się po jego myśli. Młodzi spacerowali w niedzielę po wyjściu z kościoła. Prowadzili dialog. Wracali drogą polną na przełaj do domów. Mocno ją ściskał za rękę. Będąc blisko przy niej, tulił ją delikatnie, oglądając się, czy ktoś nie idzie przez pola. Raptownie zatrzymał się. Stał przed nią. Bardzo blisko. Dotykali się. Wolno twarz skierował do ust Hanki, całując ją delikatnie, powoli. Później w szyję. Nic nie mówili. I odważył się.
– Haniu, nie wiem, jak mnie potraktują twoi rodzice, ale chcę się z tobą ożenić. A jak wiesz, ja nie mam nawet morgi ziemi – wydusił. Chwila przerwy, potem kolejne pocałunki i pytanie, czy chce zostać jego żoną. Spojrzał jej głęboko w oczy. Hanka westchnęła. Widział jej oczy, które żarzyły się ciepłym blaskiem. I w tym momencie już był pewny, że ona powie tak. Ale nie nalegał. Czekał. Jej usta i piersi poruszyły się i odpowiedziała głosem zdecydowanym.
– Tak. A następnie dodała, że jej rodzice są mu przychylni i zgodzą się na małżeństwo z nim. Ale nie powiedziała, że ojciec marzył o takim zięciu jak on. Powie mu, kiedy już będą małżeństwem. Po tych słowach stali dłuższy czas, obejmując się. Pocałunkom nie było końca. Gdy już się nasycili, ruszyli w dalszą drogę. Postanowili, że pójdą do jej rodziców i Franek poprosi o jej rękę.
Kiedy przyjechał kolejny raz do rodzinnej wsi, udali się z Hanką w niedzielę na dłuższy spacer wzdłuż ich rzeki. Tak ją nazywali, Bug, nasza rzeka. Z Sokołowa Podlaskiego, jak zwykle w każdą niedzielę, przyjechało sporo osób. Woda zachęcała do kąpieli, a była czysta jak w studniach wiejskich. Żyło w niej bogactwo różnych ryb. Oj, niejednego rolnika ratowały one przed głodem, kiedy na polach jeszcze wszystko dopiero kiełkowało. A w porze letniej to dopiero jest tam gwarno. Na wypoczynek ściągają tu liczne rodziny z miast i małych miejscowości, by baraszkować w czystej wodzie. Tak jest niemal w całym dorzeczu Narwi, łącznie z Bugiem.
Ale teraz, wiele lat po wojnie, pejzaż tego regionu ma już inny koloryt. Wybudowano tu różne siedliska, domy letniskowe, hotele i pensjonaty. Wcześniej, w latach młodości Hanki i Franka, organizowane były zbiorowe wyjazdy chętnych nad wodę. Kto miał samochód? Prawie nikt. Przewożono wycieczkowiczów samochodami ciężarowymi i nielicznymi jeszcze autobusami firm państwowych i prywatnych, m.in. Jacha, mieszkańca Sokołowa Podlaskiego.
Po latach Franek Sitarski przywoła Hance, już swojej żonie, słowa wypowiedziane na ich spacerze. I rzeczywiście, region ten stopniowo zmienia się, chociaż miejscami w konflikcie z przyrodą, z jej naturą i urodą, oczywiście właściwą sobie specyfiką regionalną. Warto chyba w tym miejscu wspomnieć, że nie tylko do medycyny odnosi się zasada „przede wszystkim nie szkodzić”. Te mądre słowa mają też odniesienie do otaczającej nas przyrody, jej krajobrazów.
Hanka z uwagą słuchała słów Franka, zgadzała się z nim, ale powiedziała, że czuje się jednak najlepiej w swoim domu i wśród życzliwych sąsiadów ich wioski. Podobała mu się jej wypowiedź. – No pewnie, w tym twoim ogrodzie kwiatowym nie można źle się czuć – powiedział, uśmiechając się do swojej wybranki.
– A czy wiesz, kiedy posadziłam te róże, które rosną i zdobią nasz dom od drogi? – spytała.
– Nie, nie wiem – odpowiedział Franek. Wzięła głębszy oddech i nieśmiało powiedziała: Posadziłam je wkrótce po tym, kiedy wręczyłeś mamie piękne kwiaty. Był to bukiet z siedmiu pięknych czerwonych róż. To wówczas postanowiłam, że ja również muszę mieć w ogródku te kwiaty. Franek słowa Hanki przyjął z nieukrywanym wzruszeniem.
Gospodarstwo się powiększało
Po ślubie z Hanką Franek na stałe przeniósł się na wieś. Był już gospodarzem pełną gębą. Teść widząc jego zapał i dobre pomysły, by racjonalnie uprawiać ziemię, dał mu dużo swobody w prowadzeniu gospodarstwa. Nie przeszkadzał, widząc dobre i nowoczesne pomysły swojego zięcia. A zięć był w swoim żywiole, inicjatywa i energia pchały go do sukcesów w plonach i hodowli, którą znacznie rozbudował. Żyli zgodnie. Gospodarstwo się powiększało.
Kupili już sporo ziemi od spadkobierców upadłych gospodarstw. Przybyło maszyn. Był już traktor. Myśleli o kombajnie do zbioru zasiewów. Nie musiał już Borkowski drałować za pługiem, bo Franek siedział na traktorze, orząc wspólnie z teściem ziemię. Chociaż teść już wielokrotnie mówił, jedząc posiłek w polu, że to wszystko jest młodych, tylko trzeba to formalnie załatwić.
– Ojcze, nie tak szybko, trzeba jeszcze trochę pogospodarzyć – odpowiadał Franek.
Te jego słowa w myślach przyjmował z zadowoleniem, bo czuł się potrzebny zięciowi i córce. Praca młodego rolnika paliła się w rękach i pochłaniała go bez reszty. Żyli zasobnie. Dużo sprzedawali zboża i żywca. Mleko odstawiali do mleczarni. Hanka urodziła już dwoje dzieci, córkę i syna. Babcia zajmowała się nimi. Jedna albo druga. Wnuki były kochane przez obie. Maszyny do upraw odciążyły ich ręce od pracy w polu. Dojenie krów też odbywało się przez elektryczne dojarki. Wieś już była zelektryfikowana.
Hanka, rozmawiając z mężem i słuchając planów rozwoju ich gospodarstwa, planów jego powiększenia, powiedziała, że czasami nachodzą ją takie różne myśli, że chce on być dziedzicem całej wsi, jej właścicielem.
– No i co w tym złego – wtrącił się jej ojciec do tej rozmowy. – Ziemia powinna dawać plony, a nie zarastać chwastami. Nie widzisz tego wokół nas? Przecież spadkobiercy chcą sprzedać kilka gospodarstw, które już od kilku lat są nie uprawiane, ziemia jałowieje. Naturą ziemi jest rodzić żywność, dawać plony.
A Sitarski rzeczywiście sporo już wykupił ziemi od młodych spadkobierców uprawiających różne zawody w miastach. – Ale z wykupem całej ich wsi to była gruba przesada, przecież mąż mojej siostry, Stanisław Grzelak, całkiem nieźle gospodarzy – dodał Franek.
– Jego gospodarstwo się rozwija, ma już kilka nowych maszyn rolniczych, planuje też kupno ciągnika.
– To prawda, nasze gospodarstwa rolnicze wciąż są rozdrobnione, małe, niedochodowe – powiedział teść Franka, popierając jego plany rozwojowe dotyczące gospodarstwa.
– Mamy nową, dużą oborę, zwiększymy trzodę chlewną i liczbę krów, będzie trzeba więcej paszy dla zwierząt. Można wziąć pożyczkę z banku na te dwa hektary, które graniczą z naszą ziemią i nie są uprawiane już od kilku lat. Spadkobiercy chcą je sprzedać.
– Popieram propozycję mojego teścia – odpowiedział Franek.
Gospodarstwo się wciąż powiększało o kolejne hektary ziemi. Bank udzielił kredytów. Byli wypłacalni. Było to gospodarstwo rolne liczące już kilkadziesiąt hektarów ziemi. Pan Stanisław Borkowski dumny chodził na spotkania rolników. – To wszystko, co mamy, to praca i starania mojego zięcia, Franka, nie moja, ja mu tylko trochę doradzam – często mówił, gdy go chwalono za dobre gospodarowanie. Frankowi dobijała już pięćdziesiątka.
Trudne, dramatyczne lata
Przyszły lata osiemdziesiąte. Trudne, wręcz dramatyczne. Oczywiście Sitarski interesował się tym, co dzieje się w kraju. Dramatyzm życia Polaków bardzo go uczuciowo dotykał. Nie był obojętny. Oglądał telewizję i czytał gazety, ale był na uboczu wielkiej polityki. Nawet podziały w ruchu ludowym specjalnie go nie zajmowały. Na wsi też było paru krzykaczy. Nie przyłączył się do nich. Robił swoje, a im też radził, by myśleli lepiej o swoich gospodarstwach, a mniej zajmowali się polityką. On produkował żywność i sprzedawał ją także firmom prywatnym. Ale najlepsze interesy były z firmami państwowymi.
Wszystko kupowano na pniu, zabierając nawet swoim transportem. Później za parę lat, kiedy już będzie starszy, to wszystko weźmie w łeb. Produkcja stanie się nieopłacalna. Będą nawet kłopoty ze zbytem produkcji rolnej. Z żalem patrzył na plantację czarnej porzeczki sąsiadów. Dawniej przyjeżdżali i kupowali wszystko po dobrych, opłacalnych cenach. Teraz nawet nie opłaca się zrywać, bo ceny są poniżej kosztów produkcji. On jednak sobie radzi. Zmienia od czasu do czasu rodzaj upraw i wychodzi na swoje. Nie dał się zdusić przez wolny rynek dostosowując się do nowych jego reguł.
Dziś po latach jedno zdarzenie chętnie wspomina. Do ich gminy przybyła wojskowa grupa operacyjna. Zajmowała się stopniem realizacji zadań przez administrację gminną, a zwłaszcza dotyczących spraw rolnych. Chodziło m.in. o mechanizację rolnictwa, działalność kółek rolniczych, zaopatrzenie w nawozy i środki ochrony roślin. Ppłk S. Pogorzelski wizytował wsie gminy. Przejeżdżał m.in. przez wieś, w której mieszkał Franek Sitarski. Jego gospodarstwo wyróżniało się szczególnie, zadbane, porządek i sporo maszyn pod wiatą. Towarzyszył mu przedstawiciel administracji gminnej. Jadąc, przypatrywał się zabudowaniom. Wzrok skierował na zabudowania rodziny Franka, w tym dużą oborę dla bydła i trzody chlewnej.
– O, to jakiś dobry gospodarz, nowoczesny rolnik, jaki tu porządek – powiedział. – Proponuję się zatrzymać, właściciel zabudowań, Sitarski jest na podwórku – oficer chętnie odniósł się do propozycji towarzyszącej mu osoby.
Oczywiście w tym momencie nazwisko Sitarski nic mu nie mówiło. Służył na wielu stanowiskach dowódczych, były setki, a może i tysiące jego podwładnych żołnierzy. Zatrzymali się przed domem. Wyszedł do nich mężczyzna w sile wieku. Jeszcze młody , ale dotykał go już szósty krzyżyk. Przywitali się. Oficer wypowiedział kilka pochlebnych słów o zabudowaniach, wyróżniających się na tle innych. Franek podziękował za słowa uznania. Ale zachował się trochę jakoś sztywno i na chwilę zamyślił się. Przyglądał się bacznie gościowi, przybyłemu oficerowi. Jednak rozpoznał go. Nie mylił się. To jego dowódca plutonu z wojska ppor. S. Pogorzelski. Wymienił jego nazwisko, oczekując potwierdzenia.
– Tak, to moje nazwisko. Pan mnie zna? – zapytał.
– O tak, o panu to ja nigdy nie zapomnę. – Pan inżynier Sitarski – przedstawił go urzędnik gminy, najlepszy rolnik w całej gminie.
– A skąd pan mnie zna?
– Można by długo o tym mówić. Ale powiem krótko: To pan opiekował się grupą żołnierzy analfabetów w jednostce w Wesołej w 1949 roku? To dzięki panu jestem kimś. Nie umiałem czytać i pisać. To pańskie słowa wywarły na mnie pozytywny wpływ.
Oficer był wyraźnie wzruszony słowami inżyniera Sitarskiego. Jakże miłe były one dla niego. Ale nie pozostał mu dłużny.
– To pańska praca nad sobą, ambicje bycia kimś w życiu spowodowały, że jest pan dziś rolnikiem z wyższym wykształceniem odnoszącym sukcesy. To, co było podczas służby wojskowej, to tylko początek tej długiej drogi do dzisiejszych osiągnięć. Wojsko otworzyło panu tylko okno na otaczający nas świat i rzeczywistość życia człowieka w tym świecie – oznajmił.
Zaprosił oficera i towarzyszącą mu osobę do mieszkania. Odbyła się mała biesiada przy stole. Serdecznie częstował gości tym. co było w dobrze zaopatrzonej lodówce. Był kieliszek wódki. Wspominali młode lata, bo przecież ppłk Pogorzelski był od niego starszy tylko o trzy lata. Było bardzo serdeczne pożegnanie. Zapraszał na kolejną wizytę prywatną. Oficer wsiadł do samochodu i trawił słowa Sitarskiego: No widzi pan, potrzeba było tak niewiele, by pomóc człowiekowi rozwinąć skrzydła do lotu po wiedzę, która pozwoliła dojść do czegoś.
Opowieść o Franku Sitarskim to tylko jednostkowy symboliczny przykład przemian, które dokonały się na polskiej wsi, tu, na wschodnich obrzeżach w latach Polski Ludowej.

Obiad Jasia z Premierem

Nie tak dawno, bo jakieś niespełna parę lat temu, cała władza miasta i powiatu sokołowskiego została ,,postawiona na baczność”. Sam wicepremier i Minister Kultury i Sztuki w jednym, czyli Józef Tejchma, przyjeżdża! Tak Dostojnego Gościa Sokołów na oczy nie widział. Niezapowiadane „gospodarskie wizyty” także nie były jeszcze w modzie. Poruszenie ogromne. Sztaby pracują – co robić? Jak robić? Narada goniła naradę. Pisano i zmieniano scenariusze pobytu. Rozdzielano zadania i zaproszenia do wspólnego stołu z gościem…

Skąd ten honor dla miasta? Trudno dziś uwierzyć, ale chodziło tylko i wyłącznie o … kulturę! Konkretnie o „sokołowski eksperyment”. Gazety i tygodniki rozpisywały się o nowym modelu funkcjonowania placówek kultury, zjeżdżali goście z całego kraju, bo Ministerstwo Kultury i Sztuki – nie bez oporów – zezwoliło na przełamanie stereotypu zarządzania i finansowania kultury w mieście i powiecie.
Pomysł był prosty – zintegrować pod wspólnym kierownictwem Powiatowy Dom Kultury, bibliotekę, kino, ogniska artystyczne oraz zapewnić im wszystkim jedno źródło finansowania, jeden budżet w miejsce wielorakości środków państwowych, lokalnych, społecznych. Słowem – ułatwić współdziałanie, zespolić inicjatywy, zaoszczędzić pieniądze, których zawsze brakowało, lepiej i sensowniej wykorzystać kadrę pracowników, lokale. A więc – nie każdy sobie i na swoim, a wszyscy razem na rzecz rozwoju życia kulturalnego w mieście i powiecie.
Ten nowy model działania placówek kultury opracowano i wprowadzono w życie nie gdzie indziej a właśnie w Sokołowie. Jako eksperymentalny i jedyny w kraju! Po roku eksperymentowania ,,sokołowski model” miał być upowszechniany w innych regionach Polski. Premier Tejchma chciał więc na własne oczy zobaczyć, jak „to to” funkcjonuje, jak się sprawdza w działaniu i przekonać się, czy warto takie rozwiązania popierać.
Mnie – promotorowi ,,eksperymentu” – moim koleżankom i kolegom w Powiatowego Ośrodka Kultury ogromnie zależało na dobrej ocenie naszej pracy. Stawaliśmy na głowie, by wszystko wypadło jak najlepiej. A z nami – oczywiście – działał nasz równie niezawodny, co nieprzewidywalny ,,najlepszy kierowca świata” Janek Godlewski. Był podniecony stosownie do rangi wydarzenia, a nawet bardziej. Pogadałem więc z nim w cztery oczy, by utemperować emocje i wykluczyć ewentualne ,,genialne” pomysły, z których był znany.
Wszystko szło jak z płatka. Nasz Gość zwiedził Powiatowy Ośrodek Kultury i wszystkie znajdujące się w nim placówki: kino, bibliotekę, studio nagrań, pracownię filmową i fotograficzną, ogniska artystyczne, radio-klub, pracownię usług plastycznych, kawiarnię…. Wszędzie oczywiście tętniło życie, więc wszędzie z wszystkimi wdawał się w rozmowy, ,,drążąc” temat i nabierając przekonania, że ,,eksperyment sokołowski” ma się dobrze, sprawdza się w działaniu.
Wizytowanie trochę się przeciągnęło, ale obiad też przygotowaliśmy u siebie, więc niespodzianek być nie powinno. O dobry stół i miłą obsługę zadbała restauracja PSS „Podlasianka”, a Jaś Godlewski pomagał w dowożeniu wszystkiego z jej kuchni i kredensu do naszej specjalnie urządzonej „sali biesiadnej”. Idziemy więc na obiad zadowoleni zadowoleniem Gościa, otwieramy drzwi, zapraszamy na poczęstunek, a tu… na honorowym miejscu za stołem siedzi sobie nasz nieoceniony Janek i pałaszuje kanapki. Konsternacja, zamieszanie.

  • Co on tu robi? Skąd się wziął? Kelnerki pobladły, co niektórzy zesztywnieli, a premier jakby nigdy nic wita się z niespodziewanym gościem i pyta, które kanapki lepsze, ze śledziem czy z szynką? Zaprasza do stołu… Zasiadł więc Jasiu przy premierze i nawet nie czekając na zakończenie przemówienia I sekretarza KP PZPR wypalił: ,,Panie Premierze, czy Panu nie wstyd, że ja, kurna, nasze zespoły muszę wozić po kraju i za granicę takim ,,rzęchem?” Miejscowymi władzami zatrzęsło z oburzenia, a towarzysz Premier na to: „Ja się nie wstydzę, ale pan przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej mógłby się zawstydzić, jeżeli jest tak, jak mówicie”. A Jasiu dalej: – Pan przewodniczący już dawno, kura, kupiłby mi „Autosana”, ale nie może, kura, bo nie ma limitu, kura, na zakupy inwestycyjne i asygnaty na autokar, kura.
  • No to jesteśmy w domu – mówi wyraźnie rozbawiony Premier. – Ja załatwię asygnatę i dam połowę środków. Jeśli pan przewodniczący dołoży resztę — bierzcie autokar i… w drogę!
    Nie minął miesiąc, a Jaś z fasonem podjechał pod Ośrodek Kultury nowiusieńkim ,,Autosanem”, a jego szelmowski uśmiech mógł oznaczać tylko jedno – Widzicie? Tak się załatwia sprawy! Miał farta, ale… trafił na wicepremiera i Ministra Kultury Józefa Tejchmę. Ot, co!

Kacperek

Jak każdy dziadek lubię rozmowy z wnukiem. Kacper jest uczniem 6 klasy mojej byłej szkoły w „ruskich dołach „Gadamy najczęściej o piłkarzach, o zmarnowanych okazjach naszych napastników o błędach sędziowskich.

Kacper rośnie na dobrego piłkarza i już imponuję mi opanowaniem piłki oraz dryblingiem ,za moich piłkarskich czasów rzadko spotykanych na sokołowskim stadionie. Ostatnio jego uwagę zawładnął okolicznościowy artykuł o wyzwoleniu Sokołowa przez Armię Czerwoną 8 sierpnia 1944 roku, jaki pisałem dla gazety . Ze sportu nasza dyskusja przeszła na sprawy wojny, hitlerowskiej okupacji i moich dziecięcych przygód. naznaczonych strachem, śmiercią ojca, obserwowanych przez dzieci morderstw Żydów i egzekucji polskich patriotów pod tzw. zgórkiem u zbiegu ulic Długiej ,Siedleckiej i Repkowskiej.
Kiedy na pytanie „ Lepiej powiedz dziadku ilu zabiłeś Niemców? Odpowiedziałem że ani jednego bo miałem mniej lat jak Ty dzisiaj , zauważyłem wielkie rozczarowanie w oczach mojego wnuka. A kiedy opowiedziałem ,że jeden z żołnierzy niemieckich pilnujących bramy getta dał mi prawdziwą czekoladę za to że przyniosłem z domu kubek wody- nazwał mnie kolaborantem. Poprawiłem troszkę swoją reputację opowieścią jak ze Zdziśkiem Bałkowcem rzucaliśmy przez płot do naszych kolegów Żydów jabłka i marchewki z podwórka gdzie mieszkał . na ulicy Siedleckiej 4 lub 6 . Ale fakt że przez 5 lat okupacji nie zabiłem żadnego Niemca i nie uratowałem żadnego żydowskiego kolegi wystarczył małemu patriocie na rozczarowanie Zastanawiam się skąd u dzieci ,dziesiątki lat po wojnie ,biorą się takie bojowe postawy. Czy szkoła uczy jak zabijać Niemców ,Ruskich i Ukraińców czy ,co w moim przekonaniu powinna uczyć , jak z nimi budować, mimo trudnej przeszłości dobrą sąsiedzką wspólpracę.
Pamiętam ze swoich szczenięcych lat jak prof. Paweł Kamiński uczył nas strzelania i musztry na lekcjach Przysposobienia Wojskowego, jak zdobywaliśmy odznaki ” Bądź sprawny w pracy i obronie” Jak biliśmy rekordy Szkoły w rzucie granatem. albo w biegu na 3 km. Wielu kolegów zaraz po 9 klasie poszło do szkól oficerskich uznając że nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. I trzeba przyznać ,że zostali oficerami po ukończeniu wojskowych matur i studiów wyższych. Jak Stasiek Stolarczuk, Rysiek Saczuk czy Mietek Harasim.
Taki kurs na wojsko był w latach pięćdziesiątych wymuszony na programach szkolnych przez okres tzw. ” zimnej wojny „ dwóch wrogich wobec siebie systemów politycznych kapitalistycznego i socjalistycznego. Straszono nas imperialistami i zdrajcą Tito. Wpajano wrogość do Mikołajczyka i Andersa. Kazano zbierać podpisy o ułaskawienie skazanych w USA za szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego małżonków Rosenbergów. Takie kanony edukacyjno- wychowawcze obowiązywały w mojej szkole w latach 1951-1955 A poza szkołą w mieszkaniu Bolka Bałkowca, który nigdy nie chciał wstąpić do szkolnego koła ZMP i wsławił się dorysowaniem na Gazetce Sciennej sarmackich wąsów Stalinowi, słuchaliśmy z wypiekami na twarzach rewalacji pułkownika J. Swiatły o Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego którego był wysokiej rangi funkcjonariuszem. zanim spylił na Zachód. Bolek miał radio marki Pionier z dobrym odbiorem fal krótkich na których nadawało Radio Wolna Europa.
Z tych audycji dowiedzieliśmy się o zbrodni w Katyniu. To były nasze bezpłatne ale znaczące korepetycje do lekcji historii. I chociaż pobieraliśmy je kosztem rozwiązywania reguł matematycznych z czego nie był zadowolony nasz wspaniały wychowawca i matematyk prof. Henryk „Listek” Wiśniewolski to jednak doprowadził nas do matury.
Teraz ja staram się mojemu wnukowi zrozumieć naszą historię a że moja narracja często różni się od szkolnej nie tylko tworzy zamęt w jego głowie ale też zmusza do myślenia i dalszych poszukiwań. Na szczęście ma gdzie szukać mając jeszcze nieograniczony dostęp do Internetu.
Ostatnio zadziwił mnie informacją, że Borman- sekretarz NSDAP nie zginał w oblężonym Berlinie uciekając z bunkra Hitlera lecz dożył swoich dni w Związku Radzieckim. Teraz ja buszuje w Internecie by sprawdzić jakie naprawdę były losy z najbliższego współpracownikiem Hitlera. Historia jest fascynującą dyscypliną naukową i chociaż każda zmiana polityczna stara się ją interpretować dla siebie pozostają matki i ojcowie, babcie i dziadkowie , którzy powiedzą swoim następcom jak naprawdę było.
Warto ich słuchać o czym przekonałem się na spotkaniu koleżanek i kolegów Kacpra z 6 klasy mojej dawnej szkoły w której gdyby nie przewodnik bym zabłądził . Tak się rozbudowała. Tylko kancelaria jest tam gdzie była i gdzie nasza pani -Maria Wolańska pozostawiała swojego jamnika Bumsa pod opieką koleżanek, zanim Tadek Lipski odprowadzi go do jej domu. Taki przywilej miał w naszej klasie tylko Tadek i dlatego zazdrośni koledzy dali mu ksywkę Bums.

Dzieci wojny i rzeczywistość. Pokolenia czasów Polski Ludowej

Moje pokolenie osiemdziesięciolatków i więcej, ma swój znaczący udział w tym, co powstawało i tworzyło się już w drugiej połowie roku 1944 w moim kraju. Przecież powstawała nowa, nieznana dotychczas rzeczywistość. To właśnie już wówczas rozpoczął się proces jakże radykalnych zmian oblicza kraju nad Wisłą i Odrą. Zmian bardziej przyjaznych dla milionów Polaków z nizin społecznych żyjących dotychczas w ubóstwie i nędzy. Był to początek reform we wszystkich niemal wymiarach naszego życia i rozwoju, a szczególnie tych, którzy byli zatroskani, czym nakarmić gromadkę dzieci łaknących chleba. A były ich miliony.

Też się do nich zaliczałem. Powstawało coś dotychczas nieznanego, co w istocie było tworzeniem dla milionów ludzi warunków lepszego życia. To nawet dla nas młodych było jakże widoczne, po prostu wyraziste. Przecież wiemy, jak nasi ojcowie za czasów II RP zabiegali o przetrwanie swoich rodzin, znamy ich codzienne zatroskanie, by był chleb na naszych stołach, ale w wielu domach tego upragnionego jadła nie było. Przecież to prawda.
Na gruzach i zgliszczach
Zapowiadano możliwość awansu społecznego oraz to, że powstanie nowa Polska na gruzach i zgliszczach. Że nasza gospodarka zostanie odbudowana tylko dzięki pracy rąk nas, Polaków, a nowa władza podejmie trud odbudowy i rozwoju cywilizacyjnego. Młode pokolenie podejmowało wówczas trud gigantycznych zadań odbudowy kraju i tworzenia wszystkiego niemal od podstaw, od fundamentów i pierwszych kondygnacji.
Ten gigantyczny wysiłek, wielka determinacja, by zmienić oblicze całej Polski dla siebie i następnych pokoleń nie może być zagubiony w pamięci o naszej przeszłości, jak to uczynili politycy obozu władzy w obchodach setnej rocznicy niepodległości naszej ojczyzny. Zagubili oni po prostu lata 1944-1989. Jest to ogromnie niesprawiedliwe.
Było to poniżej naszej godności i honoru znacznej części Polaków. Jest to przykład, jak się zakłamuje i kiereszuje to, co tworzyliśmy przez ponad czterdzieści lat. Dla prawicy nieważne jest, że ta Polska Ludowa była uznawana i była partnerem państw niemal całego świata, Ameryki, Azji i Afryki. Moje pokolenie musi do końca domagać się, wręcz walczyć słowem i postawą o dobrą pamięć, nie godzić się na deformowanie świadomości historycznej kolejnych pokoleń Polaków.
Moje pokolenie przeżywało różne okresy czterdziestoletniej historii i różne procesy polityczno-gospodarcze. To wszystko, co się dokonało, co stworzono w latach 1944-1989, nie było dla wielu milionów naszych obywateli obojętne, nie staliśmy na uboczu zagrożeń i bezdroży, na których trzeba było pokonywać rozliczne przeszkody, niemal barykady, zwłaszcza gospodarcze.
Dla siebie i dla kraju
Cechowały nas entuzjazm i zaangażowanie, wiara, że coś dobrego robimy dla siebie i ojczystego kraju. To przekonanie, że tworzymy coś dobrego, tkwił w naszej młodzieżowej świadomości.
Tak, różniliśmy się w poglądach, zachowaniach, lecz dobro ogólne naszego kraju było najważniejszym imperatywem. Nie żałowano wysiłku i potu, znosząc zimno i niedostatek naszego ówczesnego życia. Te trudy życia towarzyszyły nam przez wiele młodzieńczych lat. Przecież ojczyzna nasza była zburzona, spalona przez niemieckich barbarzyńców. Warszawa jest jakże dramatycznym symbolem tego, co Niemcy dokonali niemal w całej Polsce.
Tworząca się nowa rzeczywistość powodowała także zasadnicze zmiany charakteru stosunków społecznych, co było zapowiedzią, że Polska będzie miała inny kształt, różniąc się zasadniczo od II RP. Warto chyba sobie przypomnieć, jaką byliśmy młodzieżą. Totalna krytyka naszych zachowań to wierutne kłamstwo. Ci krytycy mieli szczęście urodzić się w innych latach, już po wojnie. W tym opracowaniu chcę przypomnieć nie tylko warstwę faktograficzną dotyczącą młodzieży w czasach Polski Ludowej, lecz także osobiste doznania i refleksje.
Front ideologiczny
Zderzyć je niejako merytorycznie z tym, co mówią i piszą pseudożurnaliści i historycy o tych czasach. Stworzono obecnie całe szwadrony etatowych pracowników frontu ideologicznego do walki politycznej o zawłaszczenie naszej historii. W tym celu obóz zjednoczonej prawicy przejął w swe posiadanie media publiczne.
Opanowali niemal wszystkie instrumenty i środki kształtujące świadomość Polaków na modłę ideologii liberalno-konserwatywnej. Mówi się nawet, że chcą zrobić w Polsce to, co z Węgier uczynił Orban. To, co niżej piszę, może być jednym z przyczynków dokumentowania udziału młodego pokolenia w budowie powojennej Polski.
Jest konieczność opracowania Wielkiej Księgi Pamięci Narodowej. Oczywiście, to co niżej piszę, może być fragmentem dokumentowania historii dokonań w latach 1945-1989. My, młodzi tego okresu, mamy swój znaczny udział w tych dokonaniach.
Ten wielki trud budowania nowej Polski podjęli ludzie, dla których w II RP nie było chleba i pracy, ani możliwości nauki i kształcenia się. W tym miejscu przytoczę jeden fakt z życia mojej rodziny. Mój najstarszy brat Józef, a było nas pięciu, ukończył z wyróżnieniem szkołę podstawową. Był bardzo zdolny.
Przedłożone do akceptacji
Nauczyciele zachęcali go, by dalej się uczył. Najbliższa szkoła średnia była w Siedlcach odległych o około trzydzieści kilometrów od naszego miasta. Tam rozpoczął naukę w technikum mechanicznym. Jego edukacja na poziomie średnim trwała tylko trzy miesiące. Niestety, rodziców nie było stać na opłacanie kosztów nauki.
Kiedy byłem przewodniczącym samorządu szkolnego w Zasadniczej Szkole Metalowej w Sokołowie Podlaskim, dyrektor szkoły p. Stanisław Lesiak powiadomił mnie, że mam zabrać głos na uroczystościach rozpoczęcia roku szkolnego w imieniu uczniów. Byłem w tarapatach, nie wiedziałem, co mam mówić, a zwłaszcza, że ma to być napisane i przedłożone do akceptacji dyrektora. Było to chyba pierwsze moje wystąpienie przed dużą publicznością, bo przecież miały być też obecne rodziny uczniów.
Mój brat Józef pracował już w PPB, będąc przewodniczącym rady związków zawodowych nie z nadania partii, a w wyniku tajnych wyborów załogi przedsiębiorstwa budowlanego zatrudniającego liczną załogę. Głowiąc się, co mam napisać, zwierzyłem się bratu. Wziął kilka kartek papieru zeszytowego i rozpoczął pisanie, pytając mnie, jaki jest program naszej uroczystości.
To jego pisanie mego pierwszego publicznego wystąpienia przed tak liczną widownią trwało niecałą godzinę. Wręczając je, powiedział mi, że mam to sprawnie przeczytać, albo nauczyć się mówić z pamięci. Na drugi dzień, w przededniu uroczystości rozpoczęcia nowego roku dyrektor szkoły zapytał mnie, czy mam napisane przemówienie. Odpowiedziałem, że mam i podałem mu kartki wypełnione bardzo czytelnym pismem.
Przeczytał z dużą uwagą. Od razu poznał, że to nie ja pisałem. Przyznałem się, że pisał to mój starszy brat. Zapytał więc, kim on jest, stwierdzając jednocześnie, że to bardzo inteligentny człowiek. Braci Józefa i Mieczysława edukowała już na wyższym poziomie Polska Ludowa. Takich szans nie mieli w II RP.
Opozycja polityczna i zbrojna
A teraz wracam do zasadniczego wątku moich wspomnień dokumentowania czynów i zachowań młodego pokolenia Polaków. Na początek trochę o latach szczególnych, czyli 1944-1945. Nowa rzeczywistość. Władzę przejmuje lewica Polska Partia Robotnicza (PPR) w sojuszu z innymi partiami, socjalistami i ludowcami. Prawicowa opozycja polityczna i zbrojna traktowała nową władzę jako twór Moskwy, a szczególnie Stalina. A przecież to nie hasła i sowiecka ideologia motywowały angażowanie się znacznej części Polaków, w tym młodzieży, w to wszystko, co się dokonywało w tym czasie w życiu, pracy i ogólnej edukacji młodych ludzi, których lata wojny tak bardzo skrzywdziły i kiereszowały ich świadomość i wartości moralne.
Atrakcyjna oferta porywała nas, była jakże moralnym zapłonem do czynnego włączania się w dokonywane przemiany oblicza Polski jakże przyjaznej dla tych, którzy wywodzili się z nizin społecznych, dla których nie było żadnych szans w byłej Polsce, w minionym dwudziestoleciu niepodległości.
Hasła odbudowy kraju, tworzenia gospodarki narodowej, bezpłatnego szkolnictwa wyższego i średniego, w tym zawodowego, ziemia dla chłopów, fabryki dla robotników były dla nas, młodych, jakże ważnym motywem postaw, ogromną szansą na lepsze życie.
Perspektywa odejścia
Ta dotychczasowa Polska nie dawała nam perspektyw odejścia od życia w nędzy i ubóstwie. Nie gwarantowała żadnego programu dla dojrzałych i młodzieży. Powstająca nowa Polska dostrzegała młode pokolenie, kierując do nas program zasadniczych zmian zawodowo-edukacyjnych gwarantujących nam lepsze cywilizowane życie.
Ówczesne władze polityczne i administracyjne dostrzegały ogromny entuzjazm pokolenia, które doświadczyło skutków wojny, w angażowaniu się nie tylko w różne akcje społeczne na rzecz odbudowy kraju, lecz także w planowane wielkie inwestycje. Miały one przecież powstawać na morzu gruzów, które nam pozostawili niemieccy zbrodniarze.
Przykładem heroizmu młodych może być m.in. wezwanie, że cały naród odbudowuje Warszawę, a właściwie buduje nową. Z ogromnych cmentarzysk gruzów wydobywano cegły, ładowano je na platformy kolejowe i kierowano do stolicy. Kto to robił? Szczególnie młodzież, która osiedlała się na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Pracowały młodzieżowe brygady Związku Walki Młodych (ZWM).
Była to m.in. młodzież ze Wschodu, ale także z Zachodu, wracająca z Rzeszy Niemieckiej, gdzie była zatrudniona przymusowo w czasie wojny. Także z Francji, Belgii. Niemieccy rolnicy walczyli z Armią Czerwoną, a na ich gospodarstwach pracowali przymusowo Polacy, w tym mój cioteczny brat. A tzw. młodzieżowe patronaty pozwoliły zbudować Nową Hutę, stutysięczne miasto na nieużytkach rolnych byłej wioski Mogiła pod Krakowem.
Pracując w brygadzie młodzieżowej
Te nasze patronaty obejmowały setki różnych inwestycji przemysłowych, których od 1939 roku nie było w naszym kraju. A drogi i szosy? W tym ogromnym wysiłku młodzieży miała znaczący udział organizacja „Służba Polsce” (SP). Tę ogromną pracę dziś ocenia się jako komunistyczną propagandę. Miałem okazję być przez kilkanaście dni w Warszawie, pracując w brygadzie młodzieżowej, a także wśród budowniczych Nowej Huty.
Był to autentyczny wysiłek mojego pokolenia. Jakie są losy tej wielkiej budowy, to widać. Nowa władza po 1989 roku swoimi niby reformami po prostu zlikwidowała polski przemysł, oddając go za marne pieniądze w obce ręce. Szydzi się dziś także ze społecznej mobilizacji, zapału i entuzjazmu pokolenia Polski Ludowej. A przecież są oni faktycznymi bohaterami tego okresu. Dziś nimi są nie oni, a tylko ci, którzy strzelali z ukrycia do tych, którzy odbudowywali kraj i wznosili fabryki i liczne zakłady zatrudniające tysiące, a potem i miliony obywateli naszego kraju. I trochę tu przykładów nie wymyślonych dla celów politycznych lecz faktycznych.
W pierwszych latach Polski Ludowej znaczącym zainteresowaniem mojego pokolenia cieszył się młodzieżowy ruch przodownictwa pracy. Wielu z nas biło rekordy ustalonych norm pracy. Trzeba się zgodzić z poglądem, że było trochę przesady w tym współzawodnictwie.
Pilonując przed szabrownikami
Ale w istocie miało ono autentyczny charakter, my młodzi chcieliśmy imponować pierwszeństwem w pracy, w tym, co każdy z nas robił. Pisano o nas w gazetach, byliśmy na afiszach, tablicach, na których prezentowano najlepszych w pracy. To przecież musiało nam imponować. Po latach pogardy i licznych zagrożeń, nawet życia w czasach niemieckiej okupacji.
Poległo wówczas wielu, w tym i moi rówieśnicy, koledzy z mojej ulicy, jak Zdzisław Suchta, który miał czternaście lat. Pisząc pracę na studium doktoranckim o młodzieży w latach 1945-1949, zapoznawałem się z dokumentami akt nowych w centralnym i wrocławskim archiwum. Zderzałem się z tym, co moje oczy widziały, a uszy słyszały. Ocena tego, co w tych dokumentach się pisze, co jest w teczkach archiwalnych, jest obiektywna.
Młodzież była w pierwszych szeregach ruchu wielkiej aktywności dla Polski, dla nas. A studenckie brygady na wyższych uczelniach, np. Straż Studencka Ziem Odzyskanych? Przecież studenci z niedobitkami polskich profesorów zabezpieczali to, co zostało, pilnując przed szabrownikami. Bo byli i tacy. Wojna deprawuje charaktery, człowieczeństwo młodych. Opiekowano się tymi młodymi, którzy chcieli się uczyć, a nie mieli ukończonej matury, tworząc rok zerowy, w którym kończyli średnie wykształcenie.
Podobnie było w mojej szkole zawodowej. Zorganizowano klasę wstępną dla tych, którzy nie ukończyli szkoły podstawowej. Tuż po wojnie śpiewaliśmy przez kilka lat piosenkę. Jej słowa brzmiały: „ZMP i SP, służby Polsce dwie” (ZMP – Związek Młodzieży Polskiej. Jej treścią była współpraca tych organizacji młodzieżowych, a obejmowała ona m.in. organizowanie pomocy w kształceniu i szkoleniu młodzieży.
Istotnym wsparciem indywidualnym młodych, także zjawiskiem kulturotwórczym, była poezja, proza, utwory muzyczne, piosenki o młodzieży, jej pracy i nauce, a także zadaniach, które podejmowaliśmy z własnej inicjatywy. Moje pokolenie do dziś zna i pamięta te słowa i melodie. Radio „Pogoda”, warszawska rozgłośnia, codziennie bardzo często je przypomina.
Uwzględnia je także Robert Janowski w swoich programach. Dzięki Ci za to, Panie Robercie. Bardzo one nas wzruszają, pozwalają pamiętać o niedawnej przeszłości. Przypominają bowiem naszą młodość. Śpiewaliśmy je na placach budowy i w szkołach. „O Nowej to Hucie piosenka, […], a taka jest prosta i piękna […] jak Huta jest Nowa”. A gdy powstawały pierwsze Państwowe Ośrodki Maszynowe i pojawiły się pierwsze ursusy z młodymi traktorzystami śpiewano: „Hej, wy konie, rumaki stalowe, hej, na pola prowadźcieże nas”.
Niedawno z dużym wzruszeniem słuchałem w Radio „Pogoda”: „na prawo most, na lewo most, a dołem Wisła płynie, tu rośnie dom, tam rośnie dom z godziny na godzinę” w wykonaniu Marii Koterbskiej. Nasi twórcy kultury z owych lat, też najczęściej młodzi, swoimi utworami wspierali i pobudzali nasz entuzjazm i zapał w pracy i nauce.
Będąc junakiem w 39. Brygadzie SP w sierpniu 1949 roku w Pasłęku na północy kraju, maszerując w kolumnach do pracy przy naprawianiu wałów przeciwpowodziowych, śpiewaliśmy wspomniane piosenki, zagrzewając się do bicia rekordów wykonywania 100 proc. i 200 proc. normy. Wymieniano nasze nazwiska w czasie obiadu w rozgłośni obozowej. Rozpierała nas duma i radość. A do rodzin komenda brygady wysyłała listy pochwalne o naszej pracy.

Junacy SP
No, chodziliśmy dumni. Będąc wychowawcą na koloniach letnich i obozach młodzieżowych w latach 1949-1951 tworzyliśmy zespoły artystyczne, w których śpiewano piosenki i recytowano wiersze traktujące o pracy i nauce młodzieży, dokonaniach młodego pokolenia. Dziś wielu prawicowych polityków krytykuje nasze zachowania w czasach Polski Ludowej. Tak np. Służba Polsce na podstawie odpowiedniego zarządzenia ówczesnych władz była obowiązkowa w całej Polsce, na wielu ważnych budowach i przy odgruzowywaniu zniszczeń wojennych.
Pracowali junacy SP wśród budowniczych Nowej Huty, przy odgruzowywaniu i budowie Warszawy oraz wielu innych miast. Ale kto nie stawiał się do odbycia miesięcznej Służby Polsce, nie był karany żadną karą administracyjną czy sądową. Ówczesne prawo tego nie przewidywało.
Przykładem mogę być ja. W lipcu 1950 roku otrzymałem powiadomienie, że mam się zgłosić do odbycia miesięcznej służby. Nie pojechałem, bo przyjąłem ofertę Powiatowego Inspektoratu Oświaty pracy z młodzieżą na tzw. kolonii letniej. Nawet z Komendy Powiatowej SP przyjechał po mnie na motorze instruktor, bo chciałem być wychowawcą przez miesiąc. Taka funkcja zaimponowała mi. Za ten młodzieńczy sprzeciw nie poniosłem żadnej kary.
Braliśmy masowy udział z własnej woli w różnych akcjach i czynach społecznych. Nie tylko w pracach gospodarczych, lecz także w społeczno-edukacyjnym zachęcaniu młodzieży do podejmowania nauki w szkołach zawodowych w całej Polsce. Młodzież masowo podejmowała naukę. Były to szkoły z kilkumiesięcznymi programami.
Obiad w stołówce zakładowej
Taka była potrzeba naszej nowej rzeczywistości, która nas pochłaniała wizją lepszej przyszłości, wyrwania się z biedy. Nasi rodzice z uwagi na ich sytuację bytową, niewiele mogli nam dać poza zachętą do pozytywnych zachowań.
Jeszcze wspomnę, że kiedy ukończyłem miesięczną pracę w Służbie Polsce w lipcu 1949 w 39. Brygadzie SP zorganizowano spotkanie z przedstawicielami dużych zakładów pracy, które oferowały nam zatrudnienie w internacie zakładowym z możliwością ukończenia szkoły zawodowej i korzystania obiadów w stołówce zakładowej.
Wielu z nas wyraziło chęć podjęcia oferowanej pracy i nauki zawodu. Ja wróciłem do rodzinnego Sokołowa Podlaskiego z postanowieniem, że będę się ubiegał o przyjęcie do nowo powstałej Zasadniczej Szkoły Metalowej, by uczyć się zawodu mechanika ślusarza. I tak się stało. A po jej ukończeniu planowałem podjąć pracę i dalej się edukować w systemie wieczorowym. Ta moja edukacja wieczorowa trwała w sumie czternaście lat. Z tych czternastu pięć lat trwały studia doktoranckie na Uniwersytecie Wrocławskim, kiedy jednocześnie pracowałem i utrzymywałem pięcioosobową rodzinę.
Żona nie pracowała, ale dobrze wychowywała nasze dzieci. Cała trójka jest dobrze wykształcona i nie potrzebuje materialnego wsparcia ojca. Często ojcu oferują pomoc, opiekę i wsparcie finansowe. Czytelnik zechce mi wybaczyć ten bardzo osobisty wątek moich rozważań. Wracam do głównego problemu wspomnień, do postaw młodzieży w nowej polskiej rzeczywistości. Oferta programowa dla młodych była atrakcyjna.
Trzyletni plan odbudowy, a później plan sześcioletni uwzględniający tworzenie przemysłu, którego dotychczas w Polsce nie było. Już wówczas zaczęliśmy się wpisywać do grup cywilizacyjnych krajów Europy. Pierwsze traktory, samochody i różne urządzenia oraz maszyny, których w II RP nie było i nie produkowano. Te gigantyczne inwestycje tworzyły warunki do kształcenia specjalistów. W moim mieście powiatowym jedynym większym zakładem była cukrownia. Niemcy wszystkie maszyny i urządzenia do produkowania cukru wywieźli do Rzeszy. Zostały tylko budynki, w których były magazyny wojskowe. Pracowałem tam jako nieletni zmuszony przez administrację niemiecką.
Pierwsze lata po wojnie były trudne, był wielki niedostatek podstawowych artykułów, ale nie żądaliśmy już chleba i pracy, jak w czasach sanacji. Praca już była, chleb też był, chociaż skromny. Ale nie musiałem już wstawać o piątej rano, by zająć kolejkę po bochenek chleba, jak to było w latach okupacji niemieckiej.
Szansa wybrania drogi życia
Była też szansa wybrania drogi życia, pracy i nauki w różnych zawodach. Miliony z nas dokonywały właściwego wyboru naszej przyszłości. Mieliśmy świadomość, że gdy odbudujemy zniszczony kraj, to rozpocznie się marsz do rozwoju polskiej cywilizacji. Byliśmy dumni, że nowa władza nas doceniała, szanowała i dostrzegała entuzjazm, zapał do pracy i nauki. Wybierano nas młodych do władz samorządowych.
Gdy powiatowe rady narodowe na swych sesjach rozpatrywały i uchwalały plany gospodarcze dla miasta i powiatu, zapraszano przedstawicieli ZMP, proszono o wypowiedzenie się w sprawie projektów uchwał rady. Tak było w całej Polsce. Pisała o tym prasa i mówiono w rozgłośniach radiowych. Gdy działo się coś ważnego i podejmowano różne akcje społeczne, zawsze zapraszano nas młodych do udziału w nich, rozmawiano z zarządami powiatowymi i gminnymi. Też brałem w nich udział niekiedy jako przedstawiciel Zarządu Powiatowego ZMP.
Pamiętam wieś Brzozów, w której było wielu aktywnych członków ZMP. Miałem sposobność rozmawiać z przedstawicielami tej wsi, którzy już pracowali na gospodarstwach otrzymanych z reformy rolnej. Oczywiście jeździłem na własnym rowerze złożonym z kilku znalezionych na złomowisku.
O nowym mogłem tylko marzyć. Pierwsza ich produkcja była rozprowadzana tylko na talony. Jeździli nimi pracownicy urzędów administracji. Ale później miałem już nowy z przydziału. Cieszyłem się tym cackiem ogromnie. Takie to były czasy. Ale nie było narzekań. Cieszyliśmy się z tego, co można było osiągnąć. Wówczas ten pojazd jednośladowy był moim marzeniem.
Otrzymywali je również junacy SP za dobrą pracę i przekraczanie norm. A ci, którzy je otrzymali paradowali na nich po chodnikach naszego miasta. Zazdroszczono im tego sukcesu. Pojawiły się też pierwsze motocykle, chyba Junaki. Były one tylko dla wybrańców, którzy pracowali w różnych urzędach i firmach uspołecznionych. Niewielu mogło sobie pozwolić na kupno takiego cacka. Kolega Eugeniusz Kraska jeździł na motocyklu. Boże, jak mu zazdrościłem. Nawet raz pozwolił mi się nim przejechać.
Rzeczywistość dzieci wojny
Dopiero w 1958 roku, będąc żołnierzem zawodowym, kupiłem starego grata w Lesznie. Po roku pozbyłem się tego poniemieckiego wehikułu. I znów siadłem na rower kupiony na talon, który dostałem jako formę wyróżnienia. Mój pułk otrzymał wówczas cztery czy pięć takich środków komunikacji. Oczywiście koledzy mi zazdrościli. Sprzedałem go chyba po roku koledze za niższą cenę. Chcę dodać, że rower wówczas kosztował tyle, ile wynosiła moja miesięczna pensja. Niestety, taka była nasza rzeczywistość, rzeczywistość dzieci wojny i starszych pokoleń Polaków.
Mogę jednak powiedzieć dziś, po latach naszej młodości, że większość z nas miała świadomość, iż tylko czynny udział młodych w tym wszystkim, co się dokonywało na naszych oczach w całym kraju, stworzy nam możliwość zmiany dotychczasowego życia.
W tym miejscu muszę się pochwalić, że moja pamięć dobrze została zarejestrowana w komputerze biologicznym. Doskonale pamiętam, a miałem wtedy już czterdzieści lat, jak rozpłakałem się, gdy zabłądziłem w mieście i nie potrafiłem dotrzeć do własnego mieszkania. Nigdy też nie zapomnę, jak podczas grzybobrania kleszcz wpił mi się w intymne miejsce, a ja wpadłem niemal w panikę. Podejmuję ten jakże osobisty wątek tych wspomnień, by nie być posądzonym, że fantazjuję. Nie, po prostu tak było. Dobrze pamiętam codzienne jadło, o czym wyżej wspomniałem. Pamiętam też codzienne życie moich kolegów z ulicy Lipowej, Krzywej i Kosowskiej.
Mogę do dziś wymieniać ich nazwiska. Nie czynię tego, bo być może niektórzy szlifowali swoje życiorysy, jak jedna z moich rówieśniczek opowiadająca, jak im się wspaniale żyło, a przecież widziałem ich codzienną nędzę. Nawet byłem złośliwy i powiedziałem jej w czasie wspominek, co ich matka gotowała na posiłki. Zazwyczaj były to ziemniaki z wody, a luksusem był sos lub zupa grzybowa. I teraz przed nimi pojawiła się nowa rzeczywistość, ogromna szansa na radykalną zmianę ich bytowania.
Kiereszowanie naszych życiorysów
Był chleb, możliwości kształcenia się i pracy. Widząc to, co się dokonuje wokół nas, jak się zmienia ta nasza codzienna szarość, angażowaliśmy się z przekonaniem, iż to, co robimy, zmienia nasze miejsce w społeczności. To nie komunizm, bolszewizm, marksizm i leninizm były motywem naszego entuzjazmu w budowie Polski Ludowej. Myślę, że również te 14 milionów naszych obywateli, którzy w latach Polski Ludowej otrzymali mieszkania w nowych blokach nie zapomniało o tym, że ich sytuacja zmieniła się zasadniczo właśnie w czasach władzy ludowej. Przecież tego nie da się wykreślić z naszej najnowszej historii. Myślę, że żadne kiereszowanie naszych życiorysów nie wymaże ze świadomości społecznej prawdy tamtych lat. Lat dzieci wojny.
Jakże ważną rolę w całym okresie Polski Ludowej spełniała największa organizacja młodzieżowa tych lat. ZMP był masową organizacją wspieraną przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą (PZPR), był on jej zapleczem społecznym i politycznym, także kadrowym. Z jego szeregów wywodzili się działacze partyjni. W ZMP zdobywali oni doświadczenie i umiejętności pracy społeczno-politycznej. Wyróżniający się działacze ZMP zajmowali różne stanowiska na wszystkich szczeblach struktury państwa.
Tak było w całym kraju. Może kilka przykładów. Przewodniczący ZG ZMP Zdzisław Kurowski został wybrany na jednego z sekretarzy KC PZPR. Zdzisław Grudzień, działacz młodzieżowy w pierwszych latach po wojnie w Katowicach, został pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR, a później członkiem Biura Politycznego. Był najbliższym współpracownikiem Edwarda Gierka. A we Wrocławiu działacz młodzieżowy był pierwszym sekretarzem KW PZPR i posłem na sejm. Młodzieżowi działacze byli wyznaczani do pracy w komitetach miejskich i wojewódzkich na sekretarzy i kierowników wydziałów. Partie PPR i PZPR, przeprowadzając liczne akcje polityczne i gospodarcze w różnych sprawach kraju, mogły zawsze liczyć na udział w nich młodzieży zrzeszonej w ZMP.
My, młodzi, podejmowaliśmy pracę i naukę, korzystając z bogatej oferty kierowanej do nas także w warunkach ostrej walki politycznej, a przez kilka lat po wojnie walki z podziemiem zbrojnym przeciwników tworzącej się nowej rzeczywistości polityczno-ustrojowej. Przeciwnicy nowej władzy ludowej dążyli do reaktywowania II RP, proponując niewielkie zmiany. Spośród moich znajomych pamiętam dobrze tylko jedną osobę, która walczyła kilka lat w podziemiu.
W oddziałach rzekomo niepodległościowych
Ale jego brat był w tym czasie komendantem Milicji Obywatelskiej w jednym z miasteczek naszego powiatu. Nie będę wymieniał jego nazwiska. Różne były bowiem nasze zachowania i wybory osobiste. W tych oddziałach, rzekomo niepodległościowych, było wielu takich, którym dobrze się powodziło do roku 1939, gdyż nie wywodzili się z nizin społecznych, ale z rodzin dobrze sytuowanych. Nie pragnęli oni chleba i pracy, bo mieli i jedno, i drugie. Nie znam tego zjawiska w skali kraju, mam więc na uwadze sytuację w moim mieście i powiecie, a także w sąsiednich powiatach, w Siedlcach i Węgrowie. Kwerenda po archiwach i czytanie tomów dokumentów już nie na moje lata.
Dziś wielu polityków, a szczególnie z obozu zjednoczonej prawicy o skrajnych konserwatywnych poglądach, często obarcza za wszelkie nieprawości tego okresu niemal całe moje pokolenie, a więc wszystkie dzieci wojny. Jest to wielce niesprawiedliwe i odbiegające od prawdy. Co ciekawe, że im młodszy konserwatywny polityk, tym częściej formułuje wobec nas zarzuty. Według nich w Polsce Ludowej byli tylko źli komuniści i nieskazitelni żołnierze wyklęci, prawdziwi Polacy i bohaterowie, którym stawia się pomniki, montuje tablice pamiątkowe i ich imiona nadaje się szkołom, ulicom i instytucjom państwowym oraz samorządowym.
Gdyby zechcieli oni przeczytać chociaż jedną pozycję naukową o systemach polityczno-ustrojowych, to myślę, że zdobyliby się na refleksję i tak często nie wymienialiby pojęć politycznych. Na studium doktoranckim musiałem z tego zakresu wiedzy przeczytać wiele pozycji książkowych, w tym m.in. prof. Franciszka Ryszki, znanego uczonego znawcy doktryn polityczno-ustrojowych. W Polsce, ale nawet w Związku Radzieckim nie było prawdziwego ustroju komunistycznego. Taki zarzut czynią tylko ludzie niedouczeni z zakresu nauk politycznych.
Feudalna monarchia
Były i są jeszcze systemy totalitarne, systemy władzy dyktatur określonych grup i osób. Jeśli ktoś mówi o komunizmie np. w Korei, to Marks w grobie się przewraca ze złości. W Korei Północnej panuje system totalitarny, dyktatura jednostek podobna do systemów cesarsko-feudalnych. Przywódcami tego państwa byli i są ojciec, syn i wnuk, i pewnie będzie jeszcze prawnuk. Oni nie są komunistami.
System ich rządów to istna feudalna monarchia. Nie ma tam żadnej demokracji, dyktator w swoich działaniach opiera się na posłusznym wojsku i policji. Nie ma mowy o sprzeciwie, jakikolwiek opór kończy się tragicznie nawet dla członków najbliższej rodziny. To, co ich przywódca powie, jest święte i musi być wykonane. A mówienie o komunizmie w naszym kraju jest śmieszne. Sam Stalin powiedział, że w Polsce komunizm to „siodło na wole”.
Nawet tuż po wojnie, już w naszej nowej rzeczywistości słowo socjalizm nie było w publicznym obiegu, bo garstka polskich komunistów, których Stalin nie rozstrzelał w latach trzydziestych, wiedziała, jak Polacy traktują ustroje komunistyczne. W swoich działaniach brali pod uwagę poglądy Polaków. Chcieli więc Polski sprawiedliwej i demokratycznej. Dziś wciąż się upowszechnia pogląd, że całe pokolenie czasów Polski Ludowej jest skażone ideologią komunistyczną.
To kłamstwo historyczne upowszechniane przez skrajną prawicę. Szczególnie w tej kwestii wyróżniają się konserwatyści. Już w październiku 1956 roku ma miejsce rezygnacja i odrzucenie tego wszystkiego, co było wzorowane na totalitarnym systemie bolszewickim. Przykładem była rezygnacja z planów kolektywizacji polskiej wsi. Początki odejścia od doświadczeń radzieckich to okres Władysława Gomułki, a radykalna zmiana nastąpiła w dekadzie Edwarda Gierka. Prawicowi politycy nawet nie wspomną o tym ważnym okresie historii Polski. Przecież to były etapy dochodzenia do Polski demokratycznej i suwerennej.
Niebywały rozkwit sztuki i kultury
I na zakończenie jeszcze jeden fakt historyczny, o którym wielu polityków i pseudohistoryków nawet nie wspomina. Mam na uwadze krzywdzące oceny ludzi kultury. A przecież w tych niezwykle trudnych warunkach, tuż na starcie rozwoju nowoczesności, młodzi artyści tworzyli wspaniałe dzieła sztuki, które wzbogacały polską kulturę nowymi wartościami.
Właśnie w czasach Polski Ludowej, tuż po wojnie, miał miejsce niebywały rozkwit dzieł sztuki i kultury we wszystkich jej formach i obszarach. Zaświadcza o tym jakże bogaty dorobek, który omija się szerokim łukiem, bo jego autorami byli przedstawiciele pokolenia innej Polski, nie ich. Wówczas młodzi twórcy kultury stworzyli niezapomniane dzieła, jak choćby filmy, literaturę piękną, rzeźbę, architekturę i utwory muzyczne. To właśnie w czasach mojej młodości powstało wiele dzieł sztuki, jak choćby komedia „Skarb” z Danutą Szaflarską i Marianem Duszyńskim w rolach głównych oraz filmy Andrzej Wajdy.
Władze łożyły odpowiednie środki na rozwój kultury. Ta twórczość była rozpowszechniana przez różne formy, jak festiwale, przeglądy, konkursy. Ujawniały się twórcze talenty, które państwo nagradzało i upowszechniało we wszystkich środkach masowego przekazu. Organizacje młodzieżowe też miały swoje pisma, które organizowały przeróżne festyny, festiwale i konkursy. I tu osobisty, może mało skromny przykład. W 1973 roku byłem współautorem książki o młodzieży Dolnego Śląska, jej udziale w zagospodarowaniu i rozwoju regionu w latach powojennych.
Książka ta zdobyła tytuł książki roku, a ja otrzymałem dość wysoką nagrodę pieniężną. O przyznaniu tego tytułu zdecydowali czytelnicy z ówczesnego województwa wrocławskiego. Dziś ten wkład młodzieży w rozwój kultury narodowej jest totalnie krytykowany przez obóz zjednoczonej prawicy, a zwłaszcza jego konserwatywne skrzydło. Nie kryteria artystyczne decydują o ocenie ich wartości, a autorzy, bo sprzyjali rzekomym komunistom. A serial „Stawka większa niż życie” setki razy powtarzany w telewizji, ale nie publicznej. Podobne filmy i sztuki teatru telewizyjnego wciąż mają dużą oglądalność, mimo upływu wielu lat od ich powstania. To właśnie ich walory artystyczne oraz sposób prezentowania życia Polaków (są one nie tylko o wysokich wartościach intelektualnych, ale są nasze, polskie) decydują o ich nieustającej popularności.
Nie można więc tej pięknej karty kulturotwórczych dokonań zapominać, bowiem one są i będą częścią naszej narodowej skarbnicy. To wartości narodowe będą trwać i nie zniszczy ich żaden propagandowy jazgot prawicowej ideologii. Nie wymażą ich z naszej pamięci.
To tyle moich wspomnień o dzieciach wojny i ich zachowaniach, o ich postawach i zachowaniach w nowej rzeczywistości, w której żyli, pracowali i uczyli się. Wspomnienia te obejmują tylko niektóre wybrane problemy i zdarzenia z lat mojej młodości. Czy są subiektywne? Nie zaprzeczam, takie mogą być w części refleksyjnej, oceniającej. Ale to, co widziałem, czego doznałem jest w moim przekonaniu obiektywne. Żyłem przecież w tej epoce, uczyłem się i pracowałem. I co ważne, po latach czuję się całkowicie spełniony we wszystkich możliwych wymiarach. Będzie to może trochę nieskromne, ale powiem szczerze, że czuję się człowiekiem osobistego sukcesu. A wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam Polsce Ludowej. W innej rzeczywistości nie miałbym na to szans. Takich jak ja były miliony. Oczywiście, ten awans społeczny był możliwy w wyniku wyboru oraz akceptacji nowej rzeczywistości społeczno-politycznej. Ja takiego wyboru dokonałem i dlatego czuję się nader spełniony. Wielu, bardzo wielu moich przyjaciół i kolegów uczyniło podobnie.
I jeszcze jedna końcowa refleksja. Mamy moralny obowiązek czynić wszystko, by pokazać rzeczywistą, obiektywną prawdę o naszej przeszłości, o ludziach, którzy wielce się zasłużyli Polsce. Nie możemy pozwolić, by ich dorobek i udział w rozwoju kraju został zapomniany. Mam tu na uwadze m.in. twórców kultury w różnych dziedzinach. Mieliśmy przecież wśród naszego pokolenia tysiące postaci, które wielce się zasłużyły ojczyźnie, a stworzone przez nich dzieła i wartości na trwale pozostaną w dziedzictwie polskiej kultury. Dzięki nim nasza ojczyzna, Polska, umacniała swoją pozycję wśród narodów świata. Byli oni dumą i wizytówką naszego kraju. Takie nazwiska, jak m.in. Stanisław Mikulski, Emil Karewicz, Wojciech Żukrowski, Danuta Szaflarska, Zbigniew Załuski, Janusz Przymanowski powodowały, że nasz kraj był rozpoznawalny i znajdował się na ustach niemal całego świata. Nie godzi się o nich zapominać.

Robiąc w „siedleckiej kulturze”

Niedawno Tygodnik Siedlecki poprosił mnie bym opowiedział o mojej pracy w siedleckiej kulturze w latach 1976 – 1990. Opowiedziałem – bo było o czym. Czytam teraz ten wywiad i nie mogę się nadziwić, dlaczego odarto go z nazwisk, które przytoczyłem w prawdziwym korzystnym kontekście.

Te nazwiska to Mieczysław Rakowski- Premier reformator Zofia Grzebisz – Nowicka Wojewoda Siedlecka , Wacław Janas –WICEMINISTER Kultury i Sztuki , Stanisław Lewocik –Przwodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej Leopold Grzegorek – przewodniczący Komisji Kultury WRN , Zbigniew Wiedeński –dyrektor Wydziału Finansowego Urzędu Wojewódzkiego w Siedlcach.
To dzięki ich zrozumieniu , inspiracji i konkretnej pomocy mogłem przez 17 lat aktywnie działać w Siedlcach w likwidacji wieloletnich zaniedbań i opóźnień w cywilizacyjnym i kulturowym rozwoju miast i wsi Podlasia i Wschodniego Mazowsza .Reformy gospodarcze premiera Rakowskiego ujęte w haśle„ Co nie jest zabronione – Jest dozwolone „ pozwoliły na utworzenie Zakładu Remontowo – Budowlanego Obiektów Kultury przy Wydziale Kultury i Sztuki UW. Rozwiązany został problem wykonawstwa i budowy czynami społecznymi Gminnych Ośrodków Kultury i remontów zabytkowych dworów i pałaców na siedziby placówek kultury.
Przywołuję te nazwiska by im podziękować i ocalić od zapomnienia ludzi i ich pracę w czasach PRL –u. Ostatnio opisuję zdjęcia z archiwum Sokołowskiego Ośrodka Kultury zawierającego 7 000 zdjęć ze wszystkiego co się ruszało w mieście i powiecie sokołowskim od 1964 do 1976 roku Od gospodarczych wizyt Edwarda Gierka w Sterdyni i Józefa Tejchmy w Powiatowym Ośrodku Kultury po dewizowy odłów zajęcy, otwarcie szpitala powiatowego , różne akademie i imprezy.
To archiwum jest dowodem, że tylko w chorych zaślepionych nienawiścią głowach może się rodzić przekonanie , że PRL był czarną dziurą w naszej najnowszej historii. Ale przede wszystkim chciałem dziś podziękować moim koleżankom i kolegom z Wydziału Kultury i Sztuki którzy ochraniali mnie i wspierali we wszystkich ryzykownych działaniach.
Dziękuję Wiesi Wadasowej, kierującej moim biurem i przepraszam za to, że tyle razy musiała tłumaczyć Szefom moją nieobecność w biurze oraz szukać mnie w rozległym województwie bym zdążył na pilną naradę u wojewody lub w komitecie. Dziękuję pracowitym i skrupulatnym księgowym Teresie Drzewieckiej i Jasi Grabowskiej pilnujących bym nie popełnił więcej błędów niż popełniałem Dziękuję Eli Kieliszkowej, łączącej urodę z przebojowością i talentem. Wszystkim moim współpracownikom dziękuję i dzielę się z nimi swoim sukcesem, wreszcie dostrzeżonym, bo wspólnie osiągniętym.
Byliśmy, jesteśmy i będziemy jedną drużyną co potwierdzają spotkania animatorów kultury w Domu Pracy Twórczej „Reymontółwka „w Chlewiskach. Nie znam środowiska zawodowego, które jak my ludzie kultury byliby tak zintegrowani. Wzajemnie życzliwi i wspierający się.
Gdyby tak było w innych grupach zawodowych, wśród nowych i starych pracowników różnych instytucji nasze życie byłoby o wiele przyjemniejsze. Nie umiem wymazać z pamięci żalu jaki miał śp. Zygmunt Błachnio do swojego następcy Prezesa Spółdzielni Mleczarskiej w Sokołowie, który nie zaprosił go na jubileusz tej zasłużonej dla miasta i rolników instytucji. Szkoda, bo może skorzystałby z wiedzy i doświadczenia swojego kolegi i nie doprowadził firmy do upadku.
Nie byłbym sobą gdybym nie wspomniał o powodach mojego odwołania. Czytam artykuły z gazet, protokoły różnych nasyłanych komisji analizuję je i dochodzę do wniosku , że w mechanizmach niszczenia ludzi aktywnych nic się nie zmieniło..Wystarczy narazić się jakiemuś bonzie. O n uruchomi pismaków.
Wyślę komisje z zadaniem znalezienia jakiś .uchybień i jesteś ugotowany. Nikt nie zada sobie trudu obiektywnej oceny twojej pracy, nikt Ci nie pomoże i nikt Cię nie wysłucha W moim przypadku, bolszewicy z „Solidarności pracowników kultury z bolszewikami z ” białego domu” porozumieli się bo pierwsi chcieli mieć dostęp do dużych pieniędzy które pozyskiwałem dla kultury siedleckiej i dysponować tymi pieniędzmi, bez stosownej wiedzy, pozostawiając mnie odpowiedzialność za nie swoje decyzje.
Tym drugim wydawało się, że jak poświęcą popularnego i nagradzanego dyrektora oddalą od siebie wyroki rewolucji ustrojowej i zachowają swoje wpływy i przywileje. Myślę, że pora o tym rozrachunku z przeszłością pisać co też planuję skoro spotykają mnie tak miłe gesty jak’ Złoty Jacek”wręczony z a byłe zasługi dla Siedlec i województwa siedleckiego.
Piszę teraz do lokalnych gazet felietony pod tytułem „TAK BYŁO” w których w lekkiej satyrycznej formie ukazuje absurdy pracy i życia w Polsce Ludowej. Czasami mi zamieszczają ale obwąchują z każdej strony by nie narazić się ukrytym wydawcom. Zapomnieli o przykazaniu Wielkiego Polaka że ”prawda Was wyzwoli”. Tak więc mam już pokaźny zbiorek takich felietoników i teraz odkładam z emerytury na ich wydanie.
Marzy mi się też poważniejsza książka opisująca dziesięciolecie kultury siedleckiej z lat 1976-1986.Tu potrzebne jest jednak większe zaangażowanie byłych pracowników instytucji i placówek kultury byłego województwa siedleckiego.
Będę o to prosił moje koleżanki i moich kolegów i wierzę , że mi nie odmówią. Tymi książkami podziękuję kapitule Złotego Jacka kierowanej przez profesora Piotra Matusaka za tę sympatyczną nagrodę .

Kapsułki pamięci

Szanujmy wspomnienia

Genialny literacko i pieprzny erotycznie (jak na owe czasy) „Dekameron” Giovanniego Boccaccio zbudowany jest na pomyśle zamknięcia, w czasie zarazy czyli epidemii wywołanej przez „morowe powietrze”, grona postaci, młodych pań i panów, w azylu i powierzenia im ról opowiadaczy, gawędziarzy, czy jak powiedzielibyśmy dziś – narratorów. Opowiadaczy z tzw. nudów, wywołanych przymusową izolacją. Pomieścił więc Boccaccio swoje panie i panów w kościele Santa Maria Novella we Florencji i kazał im snuć zajmujące historie. Ubrał to w barwną, intrygującą, zajmującą, dowcipną, a nade wszystkim pikantną formę, dając przy okazji rodzajową, do pewnego stopnia realistyczną panoramę życia XIV-wiecznej Italii. Oczywiście nawet nie próbuję łapać za nogi mistrza Boccaccio, ale zawsze uważałem, że mistrzów należy (oczywiście w granicach rozsądku i porządku konstytucyjnego) próbować naśladować. A że nasz czas obecny wymusił także na mnie (dobrowolną – spokojnie, to nie kwarantanna!) samoizolację w zaciszu domowym, a pierwsze cyfry mojego peselu to 57, więc jest co opowiadać. Ponadto od przeszło trzydziestu lat jestem dziennikarzem i publicystą zajmującym się życiem politycznym za pomocą opisu i komentarza (w „Trybunie”, ale m.in. także przez lata w nieistniejącym już miesięczniku „Dziś”). A że nasza gazeta jest tytułem z przyrodzenia politycznym, więc te wspominki będą osnute wokół wątków i postaci politycznych z przyległościami. Nie będą to żadne epopeje pamiętnikarskie, ale krótkie, lekkie wspominki, jak przy ognisku, obrazki, kapsułki pamięci właśnie, momentami nie pozbawione akcentów humorystycznych, a przy tym całkowicie bezpretensjonalne, uwzględniające moją świadomość miary rzeczy. Tym bardziej, że najczęściej byłem skromnym obserwatorem, a z rzadka tylko jeszcze skromniejszym uczestnikiem. „Szanujmy wspomnienia” – śpiewali „Skaldowie”. Tym bardziej, że wspomnienia mamy jak w banku (chyba, że pamięć zawiedzie), a perspektywy na przyszłość są, z różnych powodów, mgliste.
A teraz już ad rem. Pierwsza kapsułka. Był lipiec 1969 roku, a ja miałem 12 lat i mieszkałem w moim rodzinnym Lublinie, gdy po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłem, polityka, ba, postać historyczną. Tą postacią był Józef Cyrankiewicz, ówczesny premier rządu PRL. Pewnego dnia ojciec wziął mnie za oszewkę, zabierając na uroczystości 25 rocznicy wyzwolenia hitlerowskiego obozu koncentracyjnego na Majdanku. Znalazł się wśród zaproszonych jako były więzień, co prawda nie Majdanka, ale KL Buchenwald na terenie III Rzeszy, a przy tym jako członek ZBOWiD (w którym nota bene, jako były akowiec i syn legionisty oraz żołnierza POW, znalazł się w moim odczuciu jako skryty, choć nieprzesadnie groźny, reakcjonista). Uroczystości się rozpoczęły, dzień był pochmurny, deszczowy, pokaźny tłum przybyłych, kombatanci, rodziny, oficjele, goście poboczni, dziennikarze, fotoreporterzy orkiestra wojskowa, hymn i te rzeczy. Sami rozumiecie, że jako normalny, 12-letni szczeniak nie byłem zachwycony tą atrakcją. Jednak z perspektywy dziesięcioleci uważam, że trafiło mi się, jak ślepej kurze ziarno, ciekawe wspomnienie. Oto zaraz po otwarciu uroczystości ogłoszono, że „głos zabierze teraz Prezes Rady Ministrów, premier Józef Cyrankiewicz” (tak to dokładnie brzmiało). Stałem obok ojca, wśród szpaleru gości, odgrodzonych sznurem od centrum celebry. Cyrankiewicz, dotąd słabo widzialny, podniósł się z krzesła w honorowym rzędzie i przemówił do mikrofonu. Dzieliło nas od niego kilkanaście metrów. I oto, po przemówieniu, skierował się w naszą stronę i przeszedł wzdłuż naszego szpaleru, w odległości 2-3 metrów. Był ubrany w elegancki czarny płaszcz typu „dyplomatka”, cały czas z gołą głową. Uderzyła mnie jego płomieniście czerwona cera i lśniąca łysina, którą ocierał z potu kraciastą chustką. Uroczystość skończyła się, opuściliśmy teren byłego obozu i aleją Męczenników Majdanka ruszyliśmy w dół ku centrum miasta. W pewnej chwili, będąc w dużej już odległości od Majdanka, usłyszałem za plecami powtarzany głośno komunikat: „Proszę odsunąć się z drogi, bo jedzie premier” (dokładnie tak). Zobaczyłem radiowóz Milicji Obywatelskiej, szarą „warszawę” i wychylonego przez otwartą szybę milicjanta z megafonem, z paskiem czapki pod brodą. Po chwili pojawiła się elegancka, czarna limuzyna, która szybko i bezszelestnie „bzyknęła” mi przed oczami. W ułamku sekundy zobaczyłem raz jeszcze łysinę Józefa Cyrankiewicza.

W autobusie

Był schyłek czerwca 1989 roku, czyli niedługo po sławetnych wyborach parlamentarnych, które zakończyły rządy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i trwanie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Tego dnia wybrałem się na wycieczkę do stolicy. We wczesne, upalne popołudnie wskoczyłem, na przystanku nieopodal Belwederu, do huczącego jak traktor autobusu komunikacji miejskiej marki jelcz. Wskoczywszy zobaczyłem, że schodkami wejściowymi wspina się za mną, niezbornie, z wysiłkiem, trzymając się poręczy drżącymi rękami, jakiś mocno starszy, siwy, przygarbiony pan o haczykowatym nosie, w porządnym garniturze stalowego koloru. Mimo, że w autobusie było sporo pasażerów, nikt nie pospieszył mu z pomocą, choć ustąpiono mu miejsca. Ja też nie wyciągnąłem do niego pomocnej ręki, bo na jego widok cokolwiek oniemiałem. Poznałem bowiem, że jest to dobrze mi znany z fotografii w gazetach, książkach, z dawnej telewizji i z filmowych kronik dokumentalnych sam Zenon Kliszko, niegdyś druga, po Władysławie Gomułce, osoba w partii i państwie, uważany za głównego ideologa PZPR, a przy tym miłośnik twórczości Norwida. Na następnym przystanku, tuż przy Parku Ujazdowskim, Kliszko wysiadł, z podobną zresztą trudnością jak wsiadał i tyle go widziałem. Przez ułamek sekundy przeszła mi przez głowę myśl, by wysiąść za nim i zagadnąć go. Nie odważyłem się jednak, tym bardziej, że nieraz czytałem o jego porywczym charakterze, więc bałem się niechętnej i nieufnej reakcji. Kilka miesięcy później, 4 września 1989 roku, czyli w pierwszych dniach działania rządu Tadeusza Mazowieckiego, Zenon Kliszko zmarł.

Egzamin

Edwarda Gierka nigdy nie zobaczyłem na własne oczy, co wypomniał mi w formie przygany pułkownik K., oficer polityczny Studium Wojskowego w Lublinie, po wojnie żołnierz KBW. Było to podczas egzaminu z „wojska”, w czerwcu 1980 roku, który to egzamin oblałem z powodu kompletnej, durnie nonszalanckiej, szwejkowskiej ignorancji. Pułkownik K, szef komisji egzaminacyjnej, znajdował się, podobnie jak siedzący za stołem przykrytym zielonym suknem mundurowi, w stanie wskazującym na spożycie, co było zresztą tradycją, w której my, studenci, pokładaliśmy duże nadzieje. Zdemaskowawszy otchłań mojej ignorancji po zadaniu pytań praktycznych, pułkownik K. rzucił mi, być może prowokacyjne, być może ratunkowe, pytanie polityczne. Zapytał mnie mianowicie, czy pamiętam, co powiedział „przywódca naszego narodu, towarzysz Edward Gierek na spotkaniu z młodzieżą akademicką miasta Lublina we wrześniu 1979 roku?”. Moja odpowiedź była debilnie nonszalancka i bezczelna: „Niestety nie wiem, bo byłem wtedy na wakacjach”. Na to pułkownik K. zareagował stanowczym, wojskowym tonem: „Szkoda, że studenta nie było. Bo towarzysz Edward Gierek powiedział wtedy, cytuję: Młodzieży akademicka, ucz się, szanuj swoich nauczycieli i zdobywaj wiedzę dla dobra narodu, dla pomyślności i rozkwitu naszej ojczyzny, Polski Ludowej”. „Dziękuję studentowi” – dodał K na „pożegnanie z bronią”. Pomimo to wyszedłem z sali w doskonałym nastroju, z idiotycznym, optymistycznym przeświadczeniem, że mimo wszystko zdałem egzamin, uporczywie nazywany przez mnie „formalnością”. Po chwili jednak usłyszałem od porucznika K., życzliwego dowódcy mojej kompanii, bezlitosny wojskowy komunikat: „Panie Lubczyński, padł pan”. Egzamin poprawkowy zdałem pomyślnie w wakacje. To było moje jedyne i – trzeba przyznać – bardzo pośrednie spotkanie z Edwardem Gierkiem. Z własnej mojej winy.

Jak poznałem Cezarego Barykę

W „Karafce La Fontaine’a” Melchior Wańkowicz poświęcił prześmiewczy rozdział pisarzowi i publicyście Stanisławowi Strumph-Wojtkiewiczowi. Ten, jako młody dziennikarz obracał się wokół ważnych figur z kręgów polskiej wojennej emigracji politycznej i wojskowej na Zachodzie, m.in. przy generale Sikorskim. Wańkowicz obśmiał Strumpha jako mitomana, który w swoich książkach w sposób zupełnie fantazyjny miał podnosić swoją rangę jako protagonisty ważnych zdarzeń i patrona ważnych polityków oraz wojskowych w ważnych historycznie momentach. Wańkowicz nazwał go nawet „polskim baronem Műnchausenem”. Jednym z detali przywołanych przez Wańkowicza jest ten, w którym Wojtkiewicz napisał gdzieś, iż w postaci Cezarego Baryki z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego, którego poznał jako młody dziennikarz przy okazji wywiadu, rozpoznał później samego siebie. Uznał więc, że jest pierwowzorem głównego bohatera „Przedwiośnia”. Tak się złożyło, że gdy miałem dwanaście lat (1969), ojciec zabrał mnie, a był to maj, na jakiś kiermasz książki, w ramach Dni Oświaty Książki i Prasy, w niewielkim miasteczku na Lubelszczyźnie. Na kiermaszu tym Stanisław Strumph-Wojtkiewicz podpisywał swoją książkę „Gry wojenne”, o polskim udziale we francuskim Ruchu Oporu. Pamiętam, że podeszliśmy do stolika, przy którym siedział pisarz i ojciec poprosił go o dedykację imienną dla mnie. Została wpisana po pytaniu: „Jak masz na imię?”. Co prawda Wańkowicz drwił z Wojtkiewicza jako mitomana (nie mam pewności czy słusznie), który nałogowo i notorycznie podwyższał rangę swoich bezpośrednich kontaktów z wielkimi postaciami historycznymi (Mussolini, Rydz-Śmigły, Władysław Sikorski), to jednak postanowiłem trzymać się w cichości ducha korzystnej dla pisarza wersji. Jeśli bowiem istnieje choć ułamek promila, iż mogłem osobiście poznać człowieka, który był pierwowzorem Cezarego Baryki, to czemu tego nie uznać? W końcu człowiek nie na co dzień spotyka Cezarego Barykę. A poza tym, komu to może przeszkadzać?

Generał Jaruzelski i USA

Wojciech Jaruzelski jako generał i polityk wielokrotnie wypowiadał się na temat polityki Stanów Zjednoczonych i stosunków polsko-amerykańskich. M.in. 30 października 1967 r. ambasador USA w Polsce John Gronouski w rozmowie z wiceministrem spraw zagranicznych Marianem Naszkowskim wyraził niepokój z powodu wypowiedzi ówczesnego wiceministra obrony narodowej Wojciecha Jaruzelskiego, który rzekomo porównał działania amerykańskie w Wietnamie do działań wojsk Hitlera podczas II wojny światowej. To oznaczało oskarżenie USA o ludobójstwo.

Ambasador, który uczestniczył w II wojnie światowej, tym boleśniej odczuwał takie porównanie. Świadczy to – zdaniem ambasadora – że nasze rozbieżności przybierają inny charakter niż w przeszłości. Porównywanie Stanów Zjednoczonych z hitlerowskimi Niemcami jest poważną sprawą i Amerykanie odczuwają ją boleśnie. Ambasador Gronouski podkreślił, że rozumiał dotychczasową polską krytykę polityki amerykańskiej w Wietnamie i nie protestował, choć nie podobała mu się ta krytyka, natomiast kojarzenie tej polityki z polityką Hitlera wywołuje zaniepokojenie strony amerykańskiej.
Naszkowski odpowiedział, że nie porównujemy systemu amerykańskiego z systemem, jaki stworzył Hitler w Niemczech. „Natomiast okrucieństwo wojny prowadzonej przez USA , metody i skutki te wojny przypominają nam postępowanie hitlerowców wobec Polski. Trudno by takie analogie się nie narzucały, kiedy bombarduje się dzielnice mieszkaniowe Hanoi i zrzuca się bomby kulkowe przeznaczone do zabijania ludzi”.
Depesza od Reagana
W lutym 1981 roku z okazji objęcia przez Wojciecha Jaruzelskiego funkcji premiera prezydent Reagan przesłał depeszę gratulacyjną. Życzył „powodzenia w wysiłkach dla spokojnego rozwiązana problemów stojących obecnie przed narodem polskim. Odnosimy się do tych wysiłków z sympatią, zgodnie z duchem przyjaźni i wzajemnego poszanowania, który charakteryzuje nasze stosunki. Liczę na współpracę z Panem dla dalszego konstruktywnego rozwoju tych stosunków”.
Na zakończenie posiedzenia Krajowej Rady Bezpieczeństwa, 26 marca 1981 roku, sekretarz prasowy prezydenta złożył oświadczenie sugerujące, że liczy się z możliwością siłowego rozwiązania wewnętrznych problemów Polski. Prezydent Reagan powiedział wówczas: „Stany Zjednoczone z rosnącym niepokojem obserwowały objawy tego, że władze polskie mogą przygotowywać się do użycia siły dla rozwiązania przeciągających się sporów w ich kraju między władzami a związkami zawodowymi. Oświadczenie złożone zostało w okresie napięć wewnętrznych spowodowanych zajściami w Bydgoszczy.
Prezydent Reagan stwarzał nadzieję na udzielenie Polsce pomocy gospodarczej, ale dawał do zrozumienia, że będzie to zależało od postawy rządu polskiego wobec opozycji.
20 października premier W. Jaruzelski przyjął delegację 47 prezesów i dyrektorów największych koncernów amerykańskich. Premier wyraził zadowolenie z powodu przyjazdu do Polski wybitnych przedstawicieli świata gospodarczego Stanów Zjednoczonych, co służyć powinno lepszemu wzajemnemu zrozumieniu oraz pożytecznej i przyjaznej współpracy. Premier przedstawił również charakter trudności przeżywanych przez kraj i sposoby ich przezwyciężenia, wskazał, że Polska jest krajem zasobnym w surowce, dysponującym liczną i wykszatłconą kadra inżynierów, techników i robotników, a także rozwiniętym potencjałem produkcyjnym. Ma więc wszelkie dane po temu, aby po pokonaniu ostrego kryzysu a przede wszystkim ustabilizowaniu sytuacji w kraju, stać się znów pełnowartościowym partnerem w międzynarodowej współpracy gospodarczej.
Dziękując za gościnę w Polsce, Sol Linovitz przekazał wyrazy sympatii dla społeczeństwa i rządu polskiego, a także słowa zrozumienia dla trudności jakie przeżywa nasz kraj. Podjął wyrażoną przez premiera Wojciecha Jaruzelskiego myśl, że Polska podźwignie się z obecnych trudności, które mają jego zdaniem charakter przejściowy.
22 grudnia 1981 roku ambasador USA w Warszawie Francis Meehan złożył wizytę ministrowi spraw zagranicznych Józefowi Czyrkowi. Wręczył mu list prezydenta Reagana adresowany do premiera Wojciecha Jaruzelskiego, w którym informował rząd polski o zawieszeniu amerykańskiej pomocy ekonomicznej dla polski.
Reagan zaniepokojony
23 grudnia prezydent Reagan skierował list do premiera Jaruzelskiego, w którym wyraził „zaniepokojenie” z powodu wprowadzenia stanu wojennego. „Celem tego listu – pisał prezydent nie jest kwestionowanie charakteru systemu politycznego Polski, czy też sojuszy militarnych. Jednak rząd Stanów Zjednoczonych nie może pozostać biernym i zignorować powszechnych pogwałceń praw człowieka występujących w Polsce”. Następnie Reagan wylicza sankcje jakie zastosował wobec Polski. List kończył się apelem do Jaruzelskiego o „podjęcie kroków dla skierowania Polski ku polityce prawdziwego kompromisu i negocjacji”. Reagan wyraził gotowość odwołania sankcji „z chwilą, gdy przekonamy się, że rząd Pański podjął konkretne kroki dl położenia kresu represjom”.
W odpowiedzi na sankcje amerykańskie W. Jaruzelski jako premier wystosował list do prezydenta USA R. Reagana będący odpowiedzią na jego pismo z 23 grudnia 1981 roku. List zawierał wyjaśnienia przyczyn, dla których wprowadzono stan wojenny w Polsce z podkreśleniem, iż decyzja ta stanowiła „wewnętrzną, suwerenną sprawę państwa polskiego”, a także – protest przeciwko kampanii propagandowej prowadzonej przez Głos Ameryki i Wolną Europę w stosunku do Polski. W. Jaruzelski wyraził również ubolewanie z powodu ogłoszenia amerykańskich sankcji gospodarczych, stwierdzając, że decyzja ta jest sprzeczna z tradycjami przyjaźni polsko-amerykańskiej.
W przemówieniu w Jastrzębiu premier Jaruzelski stwierdził m.in. iż jeśli administracja amerykańska kontynuować będzie antypolską kampanię rząd PRL ograniczy płaszczyznę współpracy z USA. Przede wszystkim polskie instytucje i placówki zerwą kontakty z Agencją Informacyjną Stanów Zjednoczonych.
Sankcje w ostatecznym wyniku – mówił premier Wojciech Jaruzelski – godzą w naród polski, w każdego Polaka. „Cel sankcji jest jasny: sparaliżować gospodarkę polską, uniemożliwić wyjście z kryzysu, wziąć głodem, sprowokować do wewnętrznego konfliktu. Oto miara rzekomego humanitaryzmu. Oto lekcja, której musimy nauczyć się na pamięć. Polaków pragnie się ukarać za to, że nie dopuścili do zbudowania w sercu Europy ofiarnego stosu, na którym spłonąć mogło ich państwo za to, że chociaż raz okazali się mądrzy przed szkodą.
Nie istnieją granice obłudy. Rząd, który od lat torpeduje zastosowanie sankcji wobec wielkiego obozu koncentracyjnego, jakim jest Republika Południowej Afryki, nie doznaje żadnych wahań, stosując sankcje wobec Polski”.
„Polski nacjonalista”
28 grudnia 1981 r. nie zidentyfikowany z nazwiska „wysoki przedstawiciel” Departamentu Stanu w udzielonym wywiadzie dla prasy europejskiej przyznał, że odnośnie do postawy gen. Jaruzelskiego są wyrażane różne opinie. Jedni uważają go za „polskiego nacjonalistę”, który uratował Polskę przed interwencją radziecką, drudzy podejrzewają, że jest on narzędziem polityki radzieckiej. „Nie wyślemy do polski żadnej pomocy humanitarnej ani jakiejkolwiek innej, jeżeli nie będziemy pewni, że trafi ona do rąk tych, dla których jest przeznaczona” – powiedział. Nie wszyscy Amerykanie popierali konfrontacyjną polityką Waszyngtonu wobec Polski. Richard Spielman proponował, aby zrezygnować z „nieskutecznych sankcji”, ponieważ taka polityka „zmniejsza szanse na kompromis w Polsce”. „Jaruzelski – pisał on – nie jest radziecką marionetką. Ma on ograniczoną, ale autentyczną autonomię działania w sytuacji kryzysowej”.
W wywiadzie dla japońskiego dziennika „Nikon Keizai Shimbun” W. Jaruzelski powiedział, że „rząd Stanów Zjednoczonych a pod jego naciskiem i niektóre inne rządy zachodnie jednostronnie zerwały wiele zawartych z nami umów, zastosowały bezwzględne restrykcje. Ośmielono się stawiać Polsce warunki, co jest nie do pogodzenia z naszą suwerennością, z naszą duma narodową. Kroki te wykazały, że gospodarka polska była pod wieloma względami nadmiernie uzależniona od importu z krajów niesocjalistycznych”.
Generał Jaruzelski jako I sekretarz KC PZPR wielokrotnie wypowiadał się w pierwszej połowie 1983 r. na temat stosunków polsko-amerykańskich. Tak np. w przemówieniu na wojewódzkiej konferencji sprawozdawczo-programowej w Katowicach 21 lutego 1983 r. gen Jaruzelski zwrócił uwagę, że Stany Zjednoczone są główną lokomotywą próbującą przedstawić stosunki krajów kapitalistycznych z socjalistycznymi na tory konfrontacji. „Antypolską politykę Stanów Zjednoczonych scharakteryzowałem w grudniu ubiegłego roku w Jastrzębiu. Potwierdzam, że przyszłość stosunków polsko-amerykańskich zależy przede wszystkim od tego, czy rząd USA powróci do przestrzegania powszechnie obowiązujących norm i porozumień międzynarodowych”.
W wystąpieniu na warszawskiej konferencji PZPR w dniu 26 lutego 1983 roku gen. W. Jaruzelski powiedział m.in.: „Polska znajduje się nadal na pierwszej linii ataku skrajnych sił imperializmu. Eksploatacja tematu polskiego jest wygodnym pretekstem dla podgrzewania międzynarodowej nieufności, pobudzania wyścigu zbrojeń, ataku na Związek Radziecki, na socjalistyczną wspólnotę. Przeciwnik chce nas zepchnąć w zaułek niemocy, beznadziejności, wiecznego przygnębienia. Jeśli nie udał się gwałtowny wybuch bratobójczy, to niech przynajmniej się tli, to może się uda długotrwałe zatruwanie i nadwyrężenie społeczno-gospodarczych struktur socjalistycznej Polski.
To się oczywiście też udać nie może, ale koszty wydłużającego się kryzysu, straty ponoszone w sferze świadomości gospodarki mogą być duże. Partia powinna pokazywać społeczeństwu ten haniebny, brutalny mechanizm. Uderza on we wszystkich Polaków, niezależnie od ich światopoglądu i przekonań. Uderza w ich byt materialny, w perspektywę normalizacji. Już raz – 13 grudnia 1981 roku okazaliśmy się mądrzy przed szkodą. Rozumiejąc istotę tej antypolskiej gry musimy okazać się mądrzy i dziś”.
Na krajowej naradzie aktywu robotniczego w końcu marca 1983 roku gen. Jaruzelski powiedział: „Są na Zachodzie potężne i wpływowe siły, którym z oczywistych powodów zależy na tym, aby Polska była „chorym człowiekiem Europy”, państwem, którego granice można kwestionować. Są siły zainteresowane w tym, aby przezwyciężenie naszego kryzysu trwało jak najdłużej. Im ludziom w Polsce żyje się gorzej – tym lepiej dla Waszyngtonu. Są tacy, którzy dla swych własnych imperialistycznych celów gotowi są „wojować do ostatniego Polaka”.
Kto się z tymi siłami dobrowolnie lub z bezmyślności sprzymierza, kto daje posłuch obcej propagandzie uprawianej dla obcych celów, za obce pieniądze, przez obcych obywateli – ten nie ma moralnego prawa, aby rozprawiać o Polsce. Siłę kraju wyznacza nie tylko jego potencjał militarny, system sojuszów obronnych, poziom cywilizacyjny i stan gospodarczy, lecz w tej samej mierze określa ją stan umysłów, poczucie narodowej wspólnoty interesów i dążeń. Jątrzenie, skłócanie i dzielenie narodu, podsycanie nieufności i nienawiści, żadnym polskim interesom służyć nie mogą”.
Koła imperialistyczne
W przemówieniu 1-majowym w Warszawie gen. W. Jaruzelski powiedział: „Koła imperialistyczne wciąż jeszcze liczą, że kraj nasz stanie się areną, na której Polacy – nie rozumiejąc, kto i w jakim celu ich do tego podżega – będą się ze sobą zderzać w imię cudzych, obcych nam interesów.
Wyróżnia się w tym rząd Stanów Zjednoczonych. Stosując i inspirując bezprawne restrykcje, bezprzykładną agresję propagandową, próbuje wtrącać się w nasze sprawy. W tym świetle musimy spojrzeć ostrzej i na zamiar rozmieszczenia nowych rakiet, wycelowanych również w nasze miasta. Polska krew jest nisko notowana w waszyngtońskiej giełdzie.
Jest sprawa rozumu, honoru, patriotyzmu klasy robotniczej, wszystkich ludzi pracy, aby te cyniczne, antypolskiej rachuby skończyły się jak najrychlej tam, gdzie się skończyć powinny – na złomowisku historii ” .
Na I Kongresie PRON-u gen. Jaruzelski, przemawiając 7 maja 1983 roku powiedział” „Nie my proklamowaliśmy „polsko-amerykańska zimną wojnę”. Nie nam jest ona potrzebna. Wysuwanie warunków pod adresem Polski na nic się nie zda. Nie ma co liczyć na naszą kapitulację. Stany Zjednoczone musiały się ze wstydem wycofać z Wietnamu. Wcześniej czy później wycofają się i z niesławnej kampanii przeciwko Polsce”.
Przemawiając na skończenie obrad XII Plenum PZPR na początku czerwca 1983 roku, gen. Jaruzelski podkreślił, że „w interesach zwłaszcza amerykańskiego imperializmu leży przedłużenie polskiego kryzysu, wywoływanie w naszym kraju wstrząsów wykorzystywanych jako tworzywo do zimnowojennej antysocjalistycznej krucjaty. Jest to więc brudna wojna ekonomiczna i polityczno-psychologiczna prowadzona przeciwko żywotnym interesom Polski. Jakże żałosny jest w tym koncercie między innymi głos władz pewnego zachodniego kraju, które z protestów w polskich sprawach chcą uczynić listek figowy dla własnych groźnych wydarzeń i kłopotów.
Dowiedliśmy, że nie ulegniemy ani groźbom, ani naciskom. Zachód musi to zapamiętać raz na zawsze. Ale też nigdy nie wyrzekliśmy się gotowości do równoprawnej, służącej pokojowi normalizacji stosunków z każdym państwem, które ze swej strony wykaże dążność w tym kierunku. Eliminując możliwość rozgrywania karty polskiej w zimnowojennych celach, nastawiamy się na stopniową odbudowę polskiej aktywności w ramach skoordynowanych państw socjalistycznych, na inicjatywy i działania nawiązujące do bogatych tradycji polskiej polityki zagranicznej całego okresu powojennego”.
Na zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL gen. Jaruzelski powiedział, że „pokój społeczny, porozumienie Polaków – to najgorszy możliwy bieg wydarzeń z punktu widzenia obecnych strategów Waszyngtonu. Polska słaba – to karta do gry. Polska mocna, zakotwiczona w socjalistycznej wspólnocie, pewna własnych sił i ufna w moc sojuszów – to porażka dla tych, którzy planują „demontaż komunizmu”. Dlatego linia postępowania wobec naszego kraju jest czytelna i logiczna: grozić i stawiać warunki, jątrzyć i izolować, podżegać i wygłupiać…
Za oceanem mówi się kilka razy na tydzień, że rząd Stanów Zjednoczonych nie ma wprost żadnych innych pragnień jak wolność, szczęście i dobrobyt narodu polskiego. Tylko bezgranicznie naiwni mogliby w to uwierzyć.
Soldateska i rasistowski reżim
Naród amerykański, który wniósł znaczący wkład w walkę z hitlerowskim faszyzmem, nie szczędził wysiłków dla rozgromienia japońskiego militaryzmu, naród wybitnych twórców nauki i techniki – cieszy się od dawna sympatią Polaków. Lecz przecież są w tym samym narodzie siły, które dopuściły się ludobójstwa w Wietnamie. Ustanowiły system nieludzkiego wyzysku w wielu krajach Ameryki Łacińskiej. Osłaniają każdą zbrodnię izraelskiej soldateski. Wspierają rasistowski reżim w Republice Południowej Afryki. Dla tych sił Polska jest pionkiem na szachownicy – i niczym więcej.
Niechaj Stany Zjednoczone oraz ich sojusznicy w Pakcie Atlantyckim oficjalnie, publicznie, bez żadnych niejasności, potwierdzą nasze niezbywalne prawo do Wrocławia i Szczecina, nienaruszalność granic polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, które znów, mimo wszystkich zobowiązań zawartych w Akcie Końcowym Konferencji Bezpieczeństwa Współpracy w Europie, podważa się i atakuje nad Renem. Niech rząd USA i inne rządy zachodnie przestaną wykorzystywać dywersyjne rozgłośnienie do ingerowania w wewnętrzne sprawy naszego kraju. Jest to nieodłączna część ich polityki państwowej wobec Polski. Niech wreszcie cofną wymierzone w nasz kraj restrykcje. Ich bezpośrednie i pośrednie koszty – idą już w miliardy dolarów. Ponosi je naród polski. Przyjdzie czas, że wrócimy do tej sprawy.
Los narodu i terytorium polskiego jest Stanom Zjednoczonym i Paktowi Atlantyckiemu w rzeczywistości obojętny. Potwierdzony ponownie zamiar zainstalowania na zachód od Łaby amerykańskich rakiet nowej generacji jest decyzją o nieobliczalnych następstwach. Będą one wymierzone również w nasz kraj, w polskie miasta, ośrodki przemysłowe, szlaki komunikacyjne”14.
Przytoczyłem fragmenty przemówień W. Jaruzelskiego z pierwszej połowy 1983 roku, ponieważ ilustrują one ówczesną retorykę polityczną w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych i reakcję władz polskich na twardą politykę administracji Reagana.
20 lipca 1983 r. Rada Państwa zniosła z dniem 22 lipca stan wojenny w Polsce. Następnego dnia, 21 lipca 1983 roku gen W. Jaruzelski udzielił wywiadu znanej i popularnej w USA dziennikarce ABC, Barbarze Walters.
Przykre doświadczenie
Na pytanie: „Co Pan myśli o prezydencie Reaganie?” gen. Jaruzelski stwierdził, że z uwagi na należny szacunek dla głowy państwa wolałby nie rozwijać tego tematu. Podkreślił jednak, że „dla nas, Polaków i dla mnie osobiście te stosunki, które się obecnie ukształtowały między Polską a Stanami Zjednoczonymi są bardzo przykrym doświadczeniem. Nasze narody łączy długa, tradycyjna przyjaźń. Szanujemy wielki naród amerykański, jego wspaniały dorobek cywilizacyjny. Ja, jako młody oficer, na początku maja 1945 roku nad rzeką Łabą, w środku Europy uścisnąłem dłoń amerykańskiemu oficerowi. Spotkaliśmy się tam na gruzach faszyzmu hitlerowskiego. Jest to niezwykle smutne, że te stosunki właśnie tak się ułożyły. Nie z naszej winy”.
W wygłoszonym na posiedzeniu Sejmu przemówieniu Jaruzelski stwierdził, że „w antypolskich posunięciach przoduje rząd Stanów Zjednoczonych. Dwustronne stosunki polsko-amerykańskie są złe, są gorsze niż kiedykolwiek były. Niemal co tydzień formułuje się kolejne warianty swoistego ultimatum. Obcy dyktat nie wpływa i nie będzie wpływać na nasze wewnętrzne sprawy, na politykę rządu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”.
Przemawiając 4 grudnia 1983 roku na centralnej akademii w Zabrzu z okazji Dnia Górniaka premier W. Jaruzelski powiedział m.in.: „Prezydent Reagan w ciągu dwóch lat zdołał zburzyć to, co w stosunkach polsko-amerykańskich powstało przez długie dziesięciolecia”.
W wywiadzie dla dziennikarzy zagranicznych Wojciech Jaruzelski powołując się na polskich ekonomistów oszacował koszty bezpośrednie i pośrednie sankcji amerykańskich dla Polski na ok. 15 miliardów dolarów. „Nikt, kto jest naiwny, nie może powiedzieć, iż takie skutki nie obciążają narodu, społeczeństwa, każdej polskiej rodziny. Jest to więc nie tylko akt nieprzyjazny wobec rządu, ale również akt antyhumanitarny wobec narodu polskiego”.
Wojciech Jaruzelski wielokrotnie deklarował gotowość do pełnej normalizacji dwustronnych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi ale podkreślił, że powinien temu „towarzyszyć powrót do elementarnego realizmu politycznego i zaniechanie praktyk przynoszących szkody naszemu narodowi”.

Premier W. Jaruzelski, który przebywał w Nowym Jorku we wrześniu 1985 na sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, spotkał się z różnymi politykami, ale nie amerykańskimi. Spotkał się natomiast w siedzibie Stałego Przedstawicielstwa PRL przy ONZ z liczną grupą środowisk polonijnych. „Wśród obecnych znajdowali się profesorowie wyższych uczelni, przemysłowcy, handlowcy, dziennikarze, prawnicy, reprezentanci zarówno starszego pokolenia jak i młodej generacji.
O Matce nie można mówić źle
Zwracając się do zebranych prezes Rady Ministrów wyraził szczere zadowolenie z możliwości spotkania się z przedstawicielami Polonii amerykańskiej i przekazał jej serdeczne pozdrowienia z Warszawy i z Polski. Stwierdził, że w najważniejszych dla Ojczyzny sprawach serca Polaków biją wspólnym rytmem, odczuwają jednakowo jej sukcesy i trudności. Przytoczył znane hasło Związku Polaków w Niemczech, że „Polska jest Matka naszą – o Matce nie można mówić źle”.
Wyraził podziękowanie za okazywane przez Polonię patriotyczne dla Ojczyzny wsparcie. Przypomniał wkład Polonii w odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie, który jest symbolem polskiej państwowości. Mówiąc o obecnych problemach kraju, wskazywał na postęp i konsekwencję w ich rozwiązywaniu”.
W bezpośrednich rozmowach przedstawiciele Polonii zapewniali premiera o swoim serdecznym związku z polską i pragnieniu działania dla dobra ich przodków, a także o tradycjach i perspektywach obustronnie pożytecznej współpracy między Polską a USA – pisała „Trybuna Ludu”.
Doradca premiera Wiesław Górnicki tłumaczył dziennikarzom, że Jaruzelski składał wizytę w ONZ, a nie w USA tłumacząc tym samym brak spotkań z politykami amerykańskimi. Faktem jest, że Waszyngton nie wykazał żadnego życzenia spotkania się z W. Jaruzelskim. Jaruzelski spotkał się natomiast z Davidem Rockefellerem oraz z kardynałem Johnem Królem.
Mimo krytycznej oceny polityki generała Jaruzelskiego, Reagan pogratulował mu w listopadzie 1985 roku wyboru na stanowisko przewodniczącego Rady Państwa. Przekazał „najlepsze życzenia konstruktywnej kadencji, w czasie której Polska osiągnie cel narodowego pojednania, o którym Pan często się wypowiadał, co pozwoli na to, aby rozwój naszych dwustronnych stosunków przyjął kierunek wzajemnie bardziej korzystny”.
Mimo gotowości ze strony rządu polskiego do poprawy stosunków polsko-amerykańskich, Wojciech Jaruzelski w lutym 1986 r. wyraził pogląd, że nie uległy one poprawie. „Pragniemy – powiedział on, żeby poprawa nastąpiła, dajemy tego wielokrotnie dowody. Ale oczywiście może ona nastąpić na gruncie wzajemnego poszanowania, poszanowania naszej suwerenności, nieingerowania w nasze sprawy wewnętrzne”.
Nasilenie zarzutów
W referacie wygłoszonym 29 czerwca 1986 roku na X Zjeździe PZPR I Sekretarz KC PZPR W. Jaruzelski nazwał Waszyngton „inspiratorem i głównym realizatorem szkodzących Polsce decyzji i poczynań”. Równocześnie odnotował „drobne pozytywne gesty i kroki”. Jednakże – powiedział – „w polityce liczą się przede wszystkim fakty. Ich bilans jest wciąż bardzo niekorzystny”. W referacie nie było ostrych ataków na Stany Zjednoczone, które zwykle przy takich okazjach miały miejsce w przeszłości. Zwrócił na to uwagę korespondent „Associated Press” Matthew Vita, który na konferencji prasowej 4 lipca zadał W. Jaruzelskiemu następujące pytanie: „W kampanii przedzjazdowej, w artykułach prasowych obserwowaliśmy pewne nasilenie zarzutów pod adresem USA. Natomiast w pana przemówieniu na X Zjeździe akcentów takich nie było. Czy zdaniem pana generała możemy oczekiwać poprawy stosunków polsko-amerykańskich jeszcze za czasów rządów prezydenta Reagana? Czy Polska jest gotowa do jakiegoś gestu pojednawczego w stronę Stanów Zjednoczonych, co mogłoby korzystnie przyspieszyć poprawę tych stosunków?”.
Jaruzelski powiedział, że artykuły czy przemówienia przedzjazdowe były reakcją na nieprzyjazne posunięcia i wypowiedzi amerykańskie. Zjazdowy referat – powiedział Jaruzelski – „zasygnalizował gotowość – zresztą po raz kolejny – poprawy tych stosunków. Ale poprawa ta może się dokonać tylko na zasadzie uznania naszych suwerennych praw i poszanowania naszych wewnętrznych problemów.
Nie może być mowy o wspomnianym przez pana „jakimś geście”, który miałby, że tak powiem „udobruchać” Stany Zjednoczone. To, co robimy i jak postępujemy jest najlepszym uwiarygodnieniem naszych intencji. To, co podejmujemy dla poprawy sytuacji w kraju, co czynimy dla odprężenia międzynarodowego i umocnieni pokoju, co czynimy w zakresie współpracy i stosunków międzynarodowych z innymi krajami przemawia za nami”. Jaruzelski przy tym podkreślał, że „Polsce nie chodzi o stosunki specjalne, lecz o stosunki normalne”.
Generał W. Jaruzelski 1 grudnia 1986 r. podczas konferencji prasowej z udziałem uczestników międzynarodowego spotkania dziennikarzy „Jabłonna VI”, nawiązując do polsko-amerykańskich rozmów w Wiedniu powiedział m.in.: „Chcemy po prostu, aby nasze stosunki opierały się na normalnych zasadach, powszechnie przyjętych przez społeczność międzynarodową. Jest rzeczą zrozumiałą, że wymaga to odejścia od polityki restrykcji oraz stworzenia niedyskryminujących warunków rozwoju stosunków gospodarczych, handlowych, ekonomiczno-finansowych. Sądzę, że wzajemnie korzystna współpraca będzie możliwa, że leży ona również w interesie Stanów Zjednoczonych”.
Wojciech Jaruzelski po raz pierwszy od dwóch lat udzielił wywiadu dziennikarzowi amerykańskiemu. Był to wywiad, który 30 lipca 1987 roku opublikował „Wall Street Journal”. W wywiadzie tym Jaruzelski podkreślił, że przeszkodę na drodze do sukcesu w Polsce stanowi polityka Stanów Zjednoczonych, które odmawiają odbudowy bliskich stosunków gospodarczych sprzed roku 1981. Polska potrzebuje otwarcia zachodnich rynków zbytu, aby przyspieszyć wzrost gospodarczy kraju i wypełnić zobowiązania płatnicze.
W dniach 26-29 września 1987r. w Polsce przebywał z oficjalną wizytą wiceprezydent George H.W. Bush. W pierwszym dniu pobytu w Polsce złożył on kurtuazyjną wizytę przewodniczącemu Rady Państwa Wojciechowi Jaruzelskiemu. Jak głosił oficjalny komunikat PAP „spotkanie przebiegało w rzeczowej, konstruktywnej atmosferze”. Następnego dnia obaj politycy spotkali się w zabytkowym pałacu w Nieborowie, gdzie rozmawiali przez prawie trzy godziny, o ponad 40 minut dłużej niż przewidywał program. Tematem Rozmów były m.in. polsko-amerykańskie stosunki dwustronne, ze szczególnym uwzględnieniem problematyki ekonomicznej.
Pozytywny sygnał
W rozmowie z dziennikarzem „Washington Post” Jimem Hoaglandem Jaruzelski powiedział, że wizyta była „pozytywnym sygnałem”, że stosunki polsko-amerykańskie ulegają zasadniczej poprawie. Jaruzelski zwrócił się o poparcie Waszyngtonu w sprawie pożyczki Banku Światowego i MFW oraz w sprawie obniżenia odsetek od kredytów rządowych. „Pan Bush obiecał, że będzie naszym rzecznikiem w rozmowach paryskich w sprawie restrukturyzacji zadłużenia i dotrzymał danej obietnicy. Nie był to wielki krok” – oświadczył Jaruzelski.
Po powrocie do Stanów Zjednoczonych wiceprezydent Bush powiedział, że generał
W. Jaruzelski zapewnił go o reformach w Polsce „Choć reformy nie idą tak daleko jak byśmy sobie tego życzyli, w uznaniu niezależnych związków zawodowych są to kroki we właściwym kierunku” – powiedział Bush.
11 listopada 1988 roku z okazji 70. rocznicy odzyskania niepodległości prezydent Reagan przesłał depeszę do przewodniczącego Rady Państwa W. Jaruzelskiego. Przypomniał z dumą 14 punktów prezydenta Woodrowa Wilsona i fakt, że Stany Zjednoczone popierały sprawę niepodległości Polski. „Naród amerykański i ja osobiście nadal życzymy pomyślności narodowi polskiemu w jego wysiłkach zmierzających do zapewnienia zachowania dobrodziejstw wolności i dobrobytu”.
Kiedy Bush wygrał wybory prezydenckie w listopadzie 1988 r. przewodniczący Rady Państwa W. Jaruzelski pogratulował mu zwycięstwa, wyrażając przy tym przekonanie, że „dzięki Pan zaangażowaniu, któremu dał Pan wyraz podczas swej wielce znaczącej wizyty w Polsce, stosunki między naszymi państwami będą rozwijając się w duchu historycznych tradycji łączących narody polski i amerykański”.
W liście skierowanym do W. Jaruzelskiego 2 maja Bush pozytywnie ocenił rozwój sytuacji w Polsce. Jeszcze raz z uznaniem przyjął wyniki rozmów „okrągłego stołu”. Przyjął również zaproszenie do złożenia oficjalnej wizyty w Polsce. Kilka dni później 6 maja poddano publicznie do wiadomości, że w pierwszej połowie lipca George Bush przybędzie do Polski na zaproszenie przewodniczącego Rady Państwa Wojciecha Jaruzelskiego.
USA nie poprą
W połowie czerwca 1989 r. pojawiły się pogłoski, że Stany Zjednoczone nie poprą kandydatury W. Jaruzelskiego na prezydenta. Ambasador J. Davis 16 czerwca depeszował do sekretarza stanu, że „członek Biura Politycznego Józef Czyrek złożył krótką wizytę zastępcy ambasadora, aby „wspólnie pomartwić się” pogłoskami na temat amerykańskiego poparcia dla ekstremalnych poglądów opozycji. Powiedział, że krążą plotki wskazujące na to, iż Stany Zjednoczone są przeciwne wyborowi Jaruzelskiego na prezydenta i ostrzegł, że z kwestii tej może wyniknąć „wojna”. „Pewne działania” utrudniły wybór Jaruzelskiego i wedle pogłosek Stany Zjednoczone wsparły te działania. Jeśli sytuacja się nie zmieni, a wybory prezydenta nie przebiegną tak, jak się spodziewano, może to odbić się negatywnie na wizycie prezydenta Busha. Zastępca ambasadora zaprzeczył jakoby Stany Zjednoczone miały jakikolwiek interes w nie dopuszczeniu do wyboru Jaruzelskiego i podkreślił, że USA opowiadają się za stałym postępem procesu demokratyzacji. Wszelkie interpretacje tej niezwykłej rozmowy z Czyrkiem wskazują na ogromne obawy kierownictwa rządu dotyczące najbliższej przyszłości” – pisał ambasador Davis.
Prezydent Bush w liście do gen. Jaruzelskiego 2 maja 1989 r. pisał m.in.: „Wierzę, że podpisując porozumienia okrągłego stołu Polska zrobiła krok w kierunku wolności i demokracji, krok który przyczynia się do budowy takiej Europy do jakiej ja i moje państwo dążymy. Porozumienia okrągłego stołu mogą stworzyć Polsce najlepsza okazję od dziesięcioleci, aby zacząć trudną i wielką drogę wnoszącą się w kierunku prawdziwej wolności i pomyślności”.
Ambasador USA w Polsce John R. Davis 22 czerwca 1989 r. spotkał się z grupą czołowych parlamentarzystów „Solidarności” i wyjaśnił im jak doprowadzić do niezbędnego kworum, by wybrać gen. Jaruzelskiego na prezydenta Polski.
List z zaproszeniem
W styczniu 1989 r. gen Jaruzelski skierował list do nowo wybranego prezydenta USA George’a H.W. Busha z zaproszeniem do złożenia wizyty w Polsce. Przed przyjazdem do Polski prezydent Bush na spotkaniu z polskimi dziennikarzami w Białym Domu ciepło mówił o generale Jaruzelskim. „Serdecznie wspominam jego serdeczność w stosunku do mnie” – powiedział Bush.
Wizyta prezydenta George’a H.W. Busha w Polsce trwała 3 dni, od 9 do 11 lipca 1989 r.
W niedzielę 9 lipca wieczorem, tuż po godzinie 20.00 na warszawskim Okęciu wylądował samolot „Air Force One”. Prezydenta Busha, jego małżonkę i osoby towarzyszące powitał przewodniczący Rady Państwa Wojciech Jaruzelski.
W przemówieniu powitalnym George Bushe powiedział: „Jest rzeczą wspaniała być tutaj znowu w tak fascynującym momencie. Historia, która tak często spiskowała z geografią, odmówiła narodowi polskiemu swobody, wolności, teraz oferuje Polsce nową, jaśniejszą przyszłość.
Słuchałem uważnie Pańskich (generała W. Jaruzelskiego – przyp. L.P.) słów powitania – rzeczywiście Polska wkroczyła na drogę demokratycznych przemian. Wspinaczka jest fascynująca, choć nie zawsze łatwa i będzie wymagała dalszych poświeceń. Jeśli jednak będzie się za nią podążać, prowadzić ona będzie do renesansu tego szczególnego narodu, narodu polskiego.
Są to wielkie dni dla Polski. „Solidarność” jest ponownie organizacją legalną. Są zaczątki wolnej prasy. Zebrał się nowy parlament. Polski. Senat został przywrócony w drodze wolnych i uczciwych wyborów. Polska tworzy swoją własna historię! Ameryka i świat bacznie przypatrują się temu.
Rząd polski i Pan, Panie Przewodniczący, wykazaliście mądrość i odwagę, wkraczając na drogę porozumień „okrągłego stołu”. To, co dzieje się tutaj, jest natchnieniem dla świata”.
Mimo późnej pory, wzdłuż trasy przejazdu prezydenta z lotniska do jego rezydencji przy ulicy Parkowej zebrało się sporo warszawiaków, którzy pozdrawiali gości.
Poniedziałek 10 lipca był dla prezydenta Busha najbardziej pracowitym dniem. O godz. 8:45 przed Grobem Nieznanego Żołnierza złożył wieniec. Następnie udał się na Umschlagplatz, przy ul. Stawki, miejsce upamiętniające męczeństwo i walkę Żydów w latach 1940-1943. Po złożeniu wieńca przywitał się z przedstawicielami społeczności żydowskiej.
O godz. 9:30 przybył do Belwederu na spotkanie z przewodniczącym Rady Państwa Wojciechem Jaruzelskim. Po serdecznym powitaniu, które rejestrowały dziesiątki kamer stacji telewizyjnych i aparaty licznie przybyłych fotoreporterów, obaj politycy przyszli do Sali Pompejańskiej na rozmowy „w cztery oczy”. Bushowi towarzyszył Brent Scowcroft, doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego, Jaruzelskiemu zaś Kazimierz Duchowski, dyrektor departamentu amerykańskiego w MSZ.
Namawianie
Obaj politycy musieli rozmawiać o poważnych sprawach i to szczegółowo, ponieważ rozmowa trwała blisko 2,5 godziny. Ponad dwugodzinną rozmowę Busha z Jaruzelskim w cztery oczy odczytano jako poparcie dla generała i jego kandydatury na stanowisko prezydenta. Potwierdził to sam Bush w książce opublikowanej w 1998 roku, pisząc: „Powiedziałem mu
(W. Jaruzelskiemu – L.P.), że jego odmowa ubiegania się (o wybór na prezydenta) będzie prowadziła w sposób nieunikniony do destabilizacji i nalegałem, żeby rozważył swoją decyzję ponownie. Powstała sytuacja paradoksalna: prezydent USA usiłuje przekonać wyższego przywódcę komunistycznego, aby ubiegał się o urząd prezydenta kraju.
Ale sądziłem, że doświadczenie Jaruzelskiego stwarzało najlepsze warunki dla łagodnej transformacji systemu w Polsce .
To, że Bush nakłaniał Jaruzelskiego do kandydowania na prezydenta RP, potwierdzał. także generał Czesław Kiszczak. W wywiadzie z Adamem Michnikiem, Agnieszką Kubik i Moniką Olejnik, Kiszczak po latach tak wspominał ten fakt: „Zdarzyła się wtedy śmieszna historia. Jemy obiad na Krakowskim Przedmieściu. Jaruzelski siedzi z Bushem za stołem prezydialnym, ja obok z doradcą prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego. Siedzimy i gadamy o tym o owym – on generał, ja generał… W pewnym momencie on się nachyla w moją stronę i mówi: – Panie generale, jeśli generał Jaruzelski zaproponuje panu stanowisko premiera czy pan się zgodzi? I zaczął mnie gorąco namawiać, żebym ja się zgodził zostać premierem polskiego rządu! Deklarował pełne poparcie rządu Stanów Zjednoczonych dla mnie jako przyszłego premiera. Okazuje się, że Amerykanie głęboko rozpoznali naszą sytuację.
Bush zgłupiał
Wtedy ja podszedłem do Busha. Jaruzelski przedstawił mnie jako kandydata na prezydenta. A ja się zwróciłem do Busha: – panie prezydencie, ja mam do pana prośbę. Widzę, że pan ma duży wpływ na mojego przyjaciela, pana generała Jaruzelskiego. Niech pan mu wyklaruje, wytłumaczy, żeby on kandydował, bo on jest jedynym, najlepszym kandydatem na prezydenta.
Bush zupełnie zgłupiał. Zaczął przekonywać Jaruzelskiego – i generał w końcu się złamał. Ja wtedy złożyłem publiczne oświadczenie, że popieram kandydaturę Jaruzelskiego”.
W południe ambasador USA w Warszawie, John R. Davis wydał w swej rezydencji lunch z okazji wizyty w Polsce prezydenta Busha. Zaproszono czołowych polityków polskich a także kilkudziesięciu przedstawicieli różnych sił politycznych i środowisk – w sumie około 80 osób.
Gości powitał prezydent Bush, który nawiązują do wcześniejszych rozmów w Belwederze z Wojciechem Jaruzelskim stwierdził, że jego kraj i świat czerpią natchnienie z sukcesu Polski przy „okrągłym stole” i z wprowadzenia w życie jego postanowień.
„Wzniósłbym kielich, gdybym go znalazł” – powiedział prezydent. Goście się roześmiali, ambasador Davis szybko podsunął prezydentowi kieliszek. „Wznoszę toast z głębokim szacunkiem dla Pana, panie Przewodniczący i Pana kolegów, dla „Solidarności”, dla procesu „okrągłego stołu” i dla wszystkich obecnych tutaj gości, którzy umożliwili ten proces, za społeczeństwo polskie.
Stany Zjednoczone – powiedział Bush – będą z Polską, będziemy popierać waszą pełną nadziei i bezprecedensową w waszej historii misję”.
Rodzi się nowa Polska
Wojciech Jaruzelski w swoim toaście stwierdził, że przedpołudniowa rozmowa umożliwiła lepsze poznanie się i wzajemne zrozumienie. Powiedział min.: „Pańska wizyta na wspólnym posiedzeniu Sejmu i Senatu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ma szczególną wymowę. Symbolizuje ona nową jakość w stosunkach między naszymi krajami, lecz zarazem i ciągłość, ponieważ dzień dzisiejszy ma swe źródło we wczorajszym dniu…
Rodzi się nowa Polska. Wspólnym wysiłkiem całego narodu otwieramy dziś nieznany rozdział w księdze polskich przeznaczeń.
Wkraczając na tę trudna drogę, o której mówił Pan na lotnisku warszawskim, mamy pełną świadomość, że najwięcej zależy od nas samych.
Ale nie chcemy być sami. Mamy wielu przyjaciół. Wierzę, iż stosunki polsko-amerykańskie, że nasza współpraca będą również tego potwierdzeniem”.
Następnie George Bush wygłosił obszerne przemówienie. Przypomniał w nim historyczne związki łączące Stany Zjednoczone i Polskę. „Decyzja Polski – powiedział Bush – przeprowadzenia reform politycznych i ruch na Węgrzech zmierzający w tym samym kierunku – mają wielka wagę, której znaczenie wybiega poza ich granice, stwarzając polityczne struktury uprawomocnione wolą ludu. Przez to Wasze reformy mogą stanowić podstawę stabilności, bezpieczeństwa i dobrobytu – nie tylko tu ale w całej Europie. Obecnie i w przyszłym stuleciu”.
Odchodząc od napisanego tekstu przemówienia prezydent Bush dodał, że osoba generała Jaruzelskiego była w USA kontrowersyjna. Teraz wszystko się zmieniło, bo w bardzo trudnej sytuacji potrafił pójść w kierunku otwartości i reform. Bardzo chciał poprowadzić kraj w erę zmian. Dlatego prezydent Bush w swoim przemówieniu w Sejmie dodał do przygotowanego tekstu słowa pochwały pod adresem generała W. Jaruzelskiego.
Wieczorem o godz. 20:00 przewodniczący Rady Państwa z małżonką podejmowali prezydenta George’a Busha i jego żonę Barbarę oficjalnym obiadem w pałacu Rady Ministrów na Krakowskim Przedmieściu.
Wojciech Jaruzelski w swoim przemówieniu podkreślał m.in., że George Bush jest w Polsce znany i szanowany. Wyraził przekonanie, że „wizyta w naszym kraju stanie się doniosłym historycznym wydarzeniem w rozwoju stosunków polsko-amerykańskich”.
George Bush z kolei powiedział, że jego wizyta „nie jest zwyczajna, ponieważ czasy w Polsce nie są zwyczajne.
11 lipca prezydent Bush poleciał do Gdańska, gdzie spotkał się z Lechem Wałęsą a o godz. 15-ej przybył na Westerplatte, gdzie oczekiwał na niego Wojciech Jaruzelski. Obaj złożyli pod pomnikiem wińce i uczcili minutą ciszy pamięć żołnierzy poległych na frontach drugiej wojny światowej.
Uroczystość pożegnania prezydenta na lotnisku w Rębiechowie odbyła się o godz. 16.30. Wojciech Jaruzelski żegnając gościa określił wizytę jako „niezwykle ważny, doniosły rozdział w historii stosunków polsko-amerykańskich. Jest Pan – powiedział – doświadczonym dalekowzrocznym, budzącym sympatię politykiem. Chcę podziękować Panu, Panie Prezydencie za zrozumienie złożoności naszych obecnych problemów”.
Szczególna wizyta w kraju wyjątkowym
George Bush powiedział, że „była to szczególna wizyta w kraju wyjątkowym i wśród ludzi, którzy budzą w nas natchnienie”. Podkreślił, że najbardziej z tej wizyty utkwiły mu w pamięci „ogromne możliwości, które w tej chwili stoją przed narodem polskim”. Na zakończenie powiedział: „Stany Zjednoczone przyjdą z pomocą w zapewnieniu konkretnych posunięć, które pozwolą Polsce na przebycie drogi, która przed nią stoi – ku lepszemu startowi życia gospodarczego. Rozpoczyna się nowa droga wymiany gospodarczej z całym światem.

Chciałbym podziękować generałowi Jaruzelskiemu za otwartość i szczerość naszych wszystkich dyskusji. Dodaję swój głos do głosu tych wszystkich, którzy w przeszłości doceniali ogrom osiągnąć Polski i są w pełni oddani sprawie dopomożenia jej na nowej drodze. Wola i zdecydowanie Polaków wystawione zostały na trudną próbę ale tylko one są czynnikami, które zdecydują o sukcesie. Świat spogląda na Polskę pewien, że podejmie tę próbę”.
Powrót Polski do polityki Waszyngtonu
11 lipca 1989 roku, o godzinie 17.00 samolot prezydenta odleciał z Gdańska, biorąc kurs na Budapeszt; George Bush przebywał w Polsce 43 godziny.
Wizyta prezydenta Busha miała wymiar polityczny i ekonomiczny. Moim zdaniem, ten pierwszy był bardziej pomocny, aniżeli drugi. Bushowi przede wszystkim zależało na poparciu zmian systemowych w Polsce. W sferze politycznej wizyta ta oznaczała powrót Waszyngtonu do aktywnej polityki wobec Polski, do dialogu i konsultacji, współpracy międzyparlamentarnej, do normalnych stosunków z rządem polskim, jakikolwiek rząd zostanie wyłoniony w wyniku wyborów parlamentarnych.
W czasie lotu do Paryża prezydent Bush podzielił się z dziennikarzami wrażeniami z pobytu w Polsce i na Węgrzech. Powiedział m.in., że gen. Jaruzelski początkowo nie cieszył się dobra opinią w Stanach Zjednoczonych, obecnie jednak jest „według mnie w czołówce reformatorów tak w swym kraju jak i w Europie Wschodniej. Moja rozmowa z nim była ciepła i serdeczna. Mówiliśmy o rozbieżnościach lecz również i o tym co nas łączy. Wyraźne było, że Jaruzelski robi wszystko, aby podejmować nas z pełną gościnnością”.
Troskliwe gratulacje
W lipcu 1989 roku Wojciech Jaruzelski został wybrany prezydentem PRL. W związku z tym sekretarz prasowy Białego Domu M. Fitzwater przekazał w imieniu prezydenta Busha następujące oświadczenie: „Gratulujemy generałowi Jaruzelskiemu wyboru na urząd prezydenta Polski. Wybór przywódcy jest wewnętrzną sprawa narodu polskiego. Naszą jedyną troską jest to, aby proces reform polityczno-gospodarczych postępował naprzód. Prezydent podkreślał to wielokrotnie podczas swej podróży. Prezydenta szczególnie uderzyło ogromne pragnienie narodu polskiego, by wspólnie działać dla zbudowania pomyślnej przyszłości. Jednym z celów podróży prezydenta było wrażenie nadziei, że wszystkie strony będą działać wspólnie dla dobra narodu polskiego”.
Po wizycie w Polsce przywódca mniejszości republikańskiej w Senacie Robert Dole ogłosił 7 września raport, w którym podkreślił, że „spotkaliśmy się z prezydentem Jaruzelskim, komunistycznym szefem państwa i odbyliśmy z nim szczerą, daleko (poza bieżące sprawy) wybiegającą rozmowę. Z rozmowy tej wyszliśmy przekonani, że prezydent Jaruzelski choć może być oddanym komunistą jest jeszcze w większym stopniu patriotycznym Polakiem. Uważam, że stara się on czynić to, co jest najlepsze dla Polski, że rozumie iż sukces „Solidarności” jest obecnie spleciony z sukcesem Polski”.
Szacunek dla wszystkich
4 października 1989 r. Biały Dom opublikował oświadczenie prezydenta Busha, w którym jeszcze raz wyraził on „szacunek dla premiera Mazowieckiego, prezydenta Jaruzelskiego, przywódcy „Solidarności” Lecha Wałęsy i wielu innych wybitnych polskich przywódców za ich odwagę” w doprowadzeniu do zmian w Polsce. Bush zaprosił prezydenta Jaruzelskiego i premiera Mazowieckiego do złożenia wizyty w Stanach Zjednoczonych „w dogodnym dla nich czasie”.
Na konferencji prasowej, w dniu 24 stycznia Zygmunt Broniarek zadał prezydentowi Bushowi następujące pytanie: „Prezydent Jaruzelski sugerował ostatnio, aby cztery wielkie mocarstwa potwierdziły nienaruszalność powojennych granic Polski bez względu na to, co się stanie w przyszłości, to znaczy również w razie zjednoczenia Niemiec. Czy Stany Zjednoczone przyłączyłyby się do takiego potwierdzenia?”.
Prezydent Bush: „W ramach Aktu Helsińskiego uznaliśmy istniejące granice i nie ma dla mnie żadnego problemu, by potwierdzić je. Natomiast nie mam osądu co do tego, czy wymaga to jakiegoś rodzaju akcji
międzynarodowej”.
Orędownik dalszego rozwoju
Na początku sierpnia 1990 roku PAP podała wiadomość, że prezydent W. Jaruzelski złoży wizytę w USA na zaproszenie prezydenta G. Busha. Tymczasem 28 września w prasie ukazał się tekst listu Jaruzelskiego do George’a Busha, w którym rezygnuje on z wizyty w USA. Formalnym powodem tej decyzji był wniosek W. Jaruzelskiego do Sejmu o skrócenie jego kadencji prezydenckiej. W zakończeniu listu Wojciech Jaruzelski życzył prezydentowi Bushowi dalszych sukcesów w umacnianiu bezpieczeństwa i pokoju, w budowie nowego ładu międzynarodowego oraz wyraził przekonanie, że prezydent USA będzie orędownikiem dalszego rozwoju przyjaznych stosunków polsko-amerykańskich.
Kultura polityczna
W. Jaruzelski wystąpił z wnioskiem o skrócenie kadencji w związku z niewybrednymi atakami jego przeciwników politycznych, dążących do przyspieszenia wyborów zarówno prezydenckich jak i parlamentarnych.
Ambasador USA w Warszawie Thomas Simons, 28 września złożył wizytę.
W. Jaruzelskiemu i podziękował w imieniu prezydenta Busha za list. Przekazał także wyrazy pełnego zrozumienia dla decyzji odwołania oficjalnej wizyty w Stanach Zjednoczonych oraz złożył najlepsze życzenia. Powiedział, że prezydent Stanów Zjednoczonych z wielką przyjemnością wspomina obie wizyty w Polsce i uważa, że w przyszłości będzie miał okazję spotkania się z nim i odbycia intersującej rozmowy.
O wysokiej kulturze politycznej i osobistej George’a Busha świadczy również komunikat Białego Domu, w którym prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził, że decyzja Wojciecha Jaruzelskiego harmonizuje z wkładem prezydenta Jaruzelskiego w proces demokratycznych przemian w Polsce od czasu historycznego porozumienia zawartego przy „okrągłym stole”. „Prezydent Jaruzelski zasługuje na wielki szacunek za rolę, jaką odegrał wraz z rządem premiera Mazowieckiego w działaniach na rzecz umocnienia gospodarki i umocnienia demokracji”.
Reagan w Warszawie
14 września 1990r. do Warszawy przybył były prezydent USA Ronald Reagan. W Belwederze spotkał się z prezydentem Wojciechem Jaruzelskim. Obaj rozmówcy wymienili się poglądami o sytuacji w Polsce, w Europie i w świecie. Po rozmowie Ronald Reagan powiedział: „Podczas ośmiu lat sprawowania przeze mnie urzędu nie doszło do naszego spotkania, nie było takiej okazji. Była to bardzo dobra rozmowa. Omawialiśmy zachodzące obecnie przemiany polityczne i ekonomiczne. Wydaje się, że posuwają się one we właściwym kierunku”. Komentując spotkanie z Ronaldem Reaganem, Wojciech Jaruzelski mówił: „Przede wszystkim chcę podkreślić wielką satysfakcję z możliwości tego spotkania. Przeszliśmy długą drogę. To, że dziś tu w Belwederze, mogliśmy się spotkać, jest w pewnym sensie symbolem czasu w jakim żyjemy”. Prezydent Jaruzelski dodał, że rozmowa była pożyteczna i przebiegała w miłej atmosferze.
Zawsze pytał o Jaruzelskiego
Ilekroć polscy politycy odwiedzali Biały Dom, prezydent Bush zawsze pytał o generała Jaruzelskiego i za ich pośrednictwem przekazywał pozdrowienia dla niego.
W czerwcu 1997 roku Bush po raz piąty odwiedził Polskę. W dniu 29 czerwca państwo Bush spotkali się z prezydentem Kwaśniewskim i jego małżonką w pałacu prezydenckim. Polski prezydent podjął gościa lunchem. Po lunchu do pałacu przejechał generał Jaruzelski, który odbył półgodzinną rozmowę z Georgem Bushem. Do spotkania tego doszło na życzenie Busha.
Po powrocie do USA George Bush przesłał generałowi Jaruzelskiemu list datowany
4 lipca, w dniu święta narodowego Stanów Zjednoczonych. W liście tym Bush pisał m.in.: „Drogi Generale Jaruzelski, drogi Przyjacielu. Było mi bardzo miło spotkać się z Panem w Warszawie. Najpierw byłem zaniepokojony Pańską operacją oka, ale kiedy powiedział mi Pan, że wszystko się dobrze rozwija, poczułem się w związku z tym dużo lepiej”. Dalej Bush, zawiadamiając Jaruzelskiego o planowanym otwarciu Biblioteki Prezydenckiej, pisze: „Jeżeli miałby Pan jakeś osobiste dokumenty odnoszące się do wydarzeń w czasie mojej prezydentury i wiceprezydentury, albo do moich wizyt w Polsce, to byłbym Panu bardzo wdzięczny za przesłanie mi ich, jako dokumentów historycznych, które umieściłbym w bibliotece”.
Wreszcie Bush stwierdza: „ Gdy tylko biblioteka i szkoła zaczną działać, skontaktuje się z Panem w sprawie ewentualnej Pańskiej wizyty w Teksasie. Chciałbym, żeby Pan spędził tu kilka dni na wspólnych spotkaniach ze studentami i na zwiedzaniu przynajmniej części Teksasu”.
Zygmunt Broniarek, który opublikował powyższy list, skomentował go następująco: „Bush zawsze był i dalej jest człowiekiem, który pamięta o swoich przyjaciołach”.
Elektryk, który zapalił lampę wolności
11 listopada 1999 roku George Bush po raz szósty odwiedził Polskę, tym razem na zaproszenie wicepremiera Leszka Balcerowicza. Był gościem honorowym obchodów Święta Niepodległości. Prezydent Kwaśniewski podziękował mu za „osobisty wkład w budowę demokratycznego świata, za wsparcie dla Polski i dla Polaków. Pamiętamy i dziękujemy” – powiedział Kwaśniewski. „Te uroczystości mnie, który jestem weteranem II wojny światowej, szczególnie głęboko zapadły w serce” – powiedział Bush.
Nawiązując do swoich poprzednich pobytów w Polsce, szczególnie w lipcu 1989 roku, Bush ciepło i serdecznie wspominał generała Wojciecha Jaruzelskiego. „Wiem – mówił – że w Polsce jest postacią wciąż kontrowersyjną, ale jest to człowiek, który postawił interes kraju ponad wszystko”. Bush dobrze też wspominał Lecha Wałęsę, „elektryka, który zapalił lampę wolności”.

Przed rozmową z wnukami

Krąży w sieci fragment nagrania z próby przeprowadzenia wywiadu z panią minister rodziny i czegoś tam jeszcze. Dziennikarz znanej stacji radiowej (nierządowej) nie był w stanie przerwać lawiny słów wypowiadanych przez panią minister, a chciał zadać pytanie.

Ale pani minister miała przygotowane tezy, które musiała i powinna wygłosić, niezależnie od tego w jakiej sprawie została zaproszona i co z pomocą dziennikarza chciałyby usłyszeć osoby przy odbiornikach. Bardzo taktowny redaktor próbował się dowiedzieć, czy pani minister go w ogóle słyszy. W końcu otrzymał potwierdzenie, ale zadać pytania nie zdążył, bo pani minister zerkając na kartkę wróciła błyskawicznie do swej zaplanowanej przemowy. Z monologu tego wychwyciłem, iż „naszą rolą jest pokazanie prawdziwego obrazu działań rządu” oraz, uwaga „odpowiadam na te pytania które pan chce zadać”.

Pani minister odpowiedzialna za polskie rodziny i za coś jeszcze nie jest wyjątkiem. Tak „odpowiadają” na pytania dziennikarzy wszyscy politycy PiS. Zapewne korzystają z otrzymywanych szablonów, tzw. „przekazów dnia”, gdyż w danym dniu wyjątkowo spójnie brzmią ich odpowiedzi.
Przypomniał mi się żart obrazujący, jak w takim stylu wypowiedzi doskonale poruszała się Beata Szydło. To ją w dowcipie sprzedawca hamburgerów czy hot dogów pyta, z jakim sosem ma podać jedzenie. Odpowiedź pani premier miała brzmieć mniej więcej tak: „Dziękuję bardzo za to pytanie, jest ono bardzo ważne, bo przez minione osiem lat Polki i Polacy nie mogli uzyskać na nie odpowiedzi.” „Ale z jakim sosem?” „Jechałam tu wiele kilometrów przez zniszczony kraj, przez Polskę w runie, by móc wreszcie szczerze porozmawiać, by móc powiedzieć prawdę o stanie Państwa” „Ale z jakim sosem?” „Dopiero dzięki naszej dobrej zmianie każdy może decydować o swoim sosie, to znaczy o swoim losie…” itd. Itp. Oczywiście głos pani Beaty był omdlewający, a ona sama bliska zasłabnięcia. Bo tylko gdy mówiła o nagrodach, to głos miała mocny i pewny, bo „te pieniądze przecież po prostu się należały…”.

Ale mam też i inną refleksję związaną z przytoczonym tu „wywiadem”. Przed laty jeden z moich wnuków usłyszał, jak ktoś zwraca się do mnie per „panie ministrze”. Gdy byłem wiceministrem, wnuków jeszcze na świecie nie było, miał prawo więc o funkcji mojej nie wiedzieć i po cichu z pewną dozą niedowierzania połączonego z dumą zapytał: „dziadku to ty byłeś ministrem?” Opowiedziałem w skrócie i do tematu nie wracaliśmy. Teraz wnuk jest już młodzieńcem, mającym własną ocenę sceny politycznej i chyba przez grzeczność nie wraca do tematu „dziadek-minister”. Przez grzeczność, bo każdemu byłemu ministrowi czy wiceministrowi wstyd jest być utożsamianym z dzisiejszymi członkami rządu. Będę musiał wytłumaczyć wnukom, jak wiele różni ministrów obecnych od tych, którzy sprawowali urząd dwadzieścia lat temu i więcej. Udzielałem przecież także wówczas wielu wywiadów, odpowiadałem na liczne pytania, występowałem w Sejmie, ale nie przypominam sobie bym poruszał tematy inne niż obszar mojej resortowej odpowiedzialności, ale też bym otrzymywał pytania poza ten obręb wykraczające. Odpowiedzi moje były tylko moimi, nikt mi nie dyktował co, jak i gdzie mam mówić. Dziś politycy wypowiadają się chętnie i bez oporów na każdy temat. Treść wypowiedzi nie wskazuje czy mówi do nas rzecznik partii czy rządu, minister sprawiedliwości czy pracy, a objęcie odpowiedzialności za przebieg wyborów przez dawny resort skarbu to swoiste kuriozum.

Wnukowie moi wiedzą, że mam dyplom prawnika. Niestety znają też zapewne wypowiedzi panów z ministerstwa sprawiedliwości na temat sądownictwa, na temat profesorów prawa, czy byłych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Będę więc wytłumaczyć że nie każdy dyplom prawnika jest przepustką do mądrości czy gwarancją bycia prawym i uczciwym, że podporządkowanie bieżącej dyrektywie politycznego ośrodka nadzoru potrafi zdusić i stłamsić to, czego uczono na pierwszym roku, a co jest kanonem zasad prawa, jego stanowienia i wykonywania.

Czeka mnie jeszcze rozmowa z wnukami o mojej młodości, o studiach, o pracy w czasie, gdy Polska była Ludową. Zbyt często słyszę nieuprawnione porównania rządów PiS z okresem PRL. Wnukowie wiedzą że po II wojnie państwo polskie powstało jako element powojennego ładu z aprobatą Wielkiej Trójki, że los Polski od pewnego momentu był na tyle obojętny Churchillowi, Rooseveltovi i ich następcom, że skala wpływów Stalina w Polsce nie była przedmiotem ich troski. Pytanie, kiedy nastąpił u nich ten moment obojętności: już w 1939 czy dopiero 1945? Ale chciałbym by wnukowie wiedzieli, iż przy wszystkich trudach życia w państwie odbudowywanym po tragicznych skutkach wojny, w państwie nie w pełni suwerennym, swoje dorosłe życie spędziłem nie będąc straszonym zagrożeniem wojną, czując opiekę państwa wyrażaną choćby gabinetami lekarskimi w szkołach, nowoczesnych budynkach powstałych w ramach akcji 1000 szkół na 1000 lecie. Wspomnieć im muszę o spółdzielczości mieszkaniowej, o dostępności kultury i poziomie w niej uczestnictwa, o programach radiowych i telewizyjnych bez reklam, o poziomie zaufania i szacunku do zawodu nauczyciela, o roli artysty, o bogactwie kultury studenckiej, o tym że słowo kabaret kojarzy mi się z finezją i literackością…

Polskie bezdroża i wybory

Ta nasza historia, najnowsza, lata okupacji niemieckiej i tuż po wojnie obfituje w dramatyczne mocowanie się Polaków z wieloma narodowymi problemami na naszych drogach wyboru i decyzji w wymiarze społecznym i osobistym. Atakowały nas przecież ogromne cienie bezdroży, które musieliśmy pokonywać, by żyć i pracować. Musieliśmy najczęściej sami się boksować z wieloma przeciwnościami zaistniałymi w nowej rzeczywistości społeczno-politycznej, która była przecież dla większości Polaków zaskoczeniem i czymś jeszcze nieznanym. To, co się tworzyło po pięcioletniej, jakże okrutnej i zbrodniczej okupacji niemieckiej, nie mogło być dla nas obojętne, chociaż byli i tacy wśród nas. To oni przegrywali, przyjmując taki sposób na życie i swoją przyszłość.

Większość z nas myślała, zastanawiała się, co robić i podejmowała decyzje osobistego zaangażowania się w to powstające nowe, nieznane jeszcze, bo doprawdy było to nowe, a dotyczyło wszystkich Polaków. Oczywiście, że wielu z nas błądziło po tych polskich drogach i bezdrożach. Te nasze rodowe siedziby, miasta i wsie to jakże ubogie, dalekie były od ówczesnej cywilizacji Zachodu. Wielokrotnie musieliśmy wnosić korekty do swoich zachowań wobec tego, co się tworzyło na naszych oczach.
Duże zaskoczenie
Błądziliśmy, bo wszystko niemal było nowe, niespotykane na naszych drogach dotychczasowego życia i pracy. Rozwój sytuacji, życia społecznego, był niekiedy dużym zaskoczeniem. To również było w moim życiorysie. Przymierzałem się przecież do kilku zawodów, zanim wybrałem i przetrwałem w nim czterdzieści lat aż do przejścia na emeryturę, a następnie na rentę.
Nie byłem wyjątkiem, także moi koledzy kilkakrotnie dokonywali wyboru życia i pracy, wiążąc swoje losy z określonymi podmiotami państwa i działalności społeczno-politycznej. To właśnie ta tworząca się nowa rzeczywistość, ogarniająca nas młodych Polaków, dzieci wojny, motywowała do takiego postępowania. Było to trudne. Nie wszystko, co się tworzyło, powstawało, było zrozumiałe, oczywiste. Błądziliśmy, przeżywając różne osobiste rozterki i niekiedy brak przekonania do tego, co robiliśmy.
Jednak nasza intuicja wskazywała nam słuszne wybory i zachowania, które potwierdzone zostały w czasach dorosłego życia. Te wnoszone korekty w naszych zachowaniach były niekiedy spóźnione. Były też negatywne skutki, które trzeba było przezwyciężać w kolejnych latach. Bo do tego zmuszał nas młodzieńczy rozsądek, a później już nasze doświadczenia, nasza dorosłość. Wielu z nas, bardzo wielu, błądziło po tych naszych bezdrożach.
Myślami, zachowaniem, czuli się źle, coś uwierało. Ich myśli sięgały po inną Polskę, w II RP czuli się źle. Po latach mieli uczucie niespełnienia się, nie będąc w młodości w głównym nurcie dokonujących się zmian. Niestety, ich zachowania w ważnym okresie życia, tu i teraz, nie sprzyjały sięganiu po pewny sukces. Nie mieli poczucia sukcesu życiowego. Los sprawił, że pozostali na obrzeżach dokonań w dotychczasowych środowiskach. Ale wielu, bardzo wielu, dokonało właściwego wyboru. Ja też, czując się spełnionym we wszystkich wymiarach, zawodowym, społecznym i rodzinnym, nade wszystko rodzinnym. Byli to ludzie w większości z nizin społecznych, biedoty miejskiej i wiejskiej, a takimi przecież w II RP była większość Polaków. I to oni dziś mówią, że czują się spełnieni.
Pasałby krowy
Mieczysław Rakowski mówił, że gdyby nie było Polski Ludowej, pasałby krowy. Ja też. Nie wszyscy się do takiego życiorysy przyznają. Są tacy, którzy swoim zachowaniem urągają pamięci, kim by byli, gdyby nie warunki, jakie im stworzono na drodze awansu społecznego do uzyskania stopni naukowych i innych awansów, jakie były ich udziałem właśnie w Polsce Ludowej.
No cóż, tacy już jesteśmy, poprawiając i zmieniając swoje życiorysy, by podobać się nowym włodarzom Polski. Już nie pierwszym sekretarzom, a prezesowi. Można i tak. Człowiek, istota myśląca, ale wciąż się zmieniająca. Bo, jak wielu mówi, nie jesteśmy doskonałymi, lecz nieustannie się doskonalimy. Tylko jak to się ma do naszych wartości moralnych, po prostu, do bycia właśnie człowiekiem, sobą. Są nas miliony czujących się spełnionymi we wszystkich możliwych wymiarach.
Tyle tytułem wstępu do tego, co chcę napisać, co się tworzyło i powstawało, kiedy nastała jakże nowa rzeczywistość powojenna; o naszych zachowaniach, postawach i dokonywanych wyborach, których celem była nasza przyszłość.
Nowa rzeczywistość
Jest rok 1944. Lato. Początki sierpnia. Przeloty radzieckich bombowców przerywały nasz sen i burzyły pogodę ducha, bo przypominały nam naloty i bombardowania naszego miasta przez armię niemiecką i radziecką, bo na obrzeżach naszych domostw były zgrupowania wojsk niemieckich wycofujących się przed naporem oddziałów Armii Czerwonej.
W tej sytuacji na wschodnich krańcach Polski i nieco później niemal w całej Europie powstała nowa rzeczywistość, jakże odmienna od tej, jaka była przed wybuchem II wojny światowej we wrześniu 1939 roku i tuż po jej zakończeniu. Już wówczas my, Polacy, byliśmy podzieleni na różne orientacje i poglądy polityczne. Niemal każde polityczne ugrupowanie tworzyło struktury wojskowo-polityczne, oddziały zbrojne: AK, GL, AL, BCh i NSZ i jeszcze inne mniejsze formacje zbrojne.
Powstały też nowe partie polityczne, oprócz istniejących już przed wojną PPS i PSL. Taką nową partią była Polska Partia Robotnicza utworzona przez polskich komunistów podczas okupacji. Jej sekretarzem m.in. jeszcze w czasach wojny i krótko po jej zakończeniu był Władysław Gomułka. Istniała też Krajowa Rada Narodowa powołana w noc sylwestrową 1943/1944. Ogłosiła ona swój program przemian demokratycznych po wyzwoleniu. Miała to być Polska demokratyczna, ludowa.
Zapowiadała radykalne reformy społeczne, ziemię dla chłopów, fabryki dla robotników. Po kapitulacji Niemiec i zakończeniu wojny podziały i różnice programowe między tymi ugrupowaniami wojskowo-politycznymi jeszcze bardziej się zaostrzyły, objęły niemal wszystkich Polaków, skutkując czasami walkami bratobójczymi Polaków z Polakami. Nawet w rodzinach nie było jedności. Znałem dwóch braci. Jeden był w podziemiu, a drugi komendantem posterunku Milicji Obywatelskiej w jednej z gmin. Niemców już nie było, ale byli przeciwnicy polityczni dążący do przejęcia władzy. Jedni chcieli reaktywować II RP z kosmetycznymi zmianami programowymi.
Terror
Lewica też dążyła do przejęcia władzy, zapowiadając radykalne reformy demokratyczne, jak uspołecznienie przemysłu, przeprowadzenie reformy rolnej. Jej główne hasła to: fabryki dla robotników, ziemia dla chłopów, władza ludu, powszechna, bezpłatna oświata, odbudowa kraju ze zniszczeń. Ale jeszcze nic nie mówiono o socjalizmie. Te hasła głosiła PPS, która powstała w końcu lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. Istniał terror. Ginęli Polacy w obronie nowej ludowej władzy i ci, którzy chcieli powrotu władzy z czasów II RP. Stroną atakującą był oddziały zbrojne partii prawicowych i konserwatywnych.
Władze odpowiadały działaniami odwetowymi, na terror też odpowiadano terrorem. Ginęli Polacy, nasi sąsiedzi też. Widziałem to jako dziecko wojny. Miałem wówczas czternaście lat. Ginęli również ci, którzy nie byli w żadnej organizacji politycznej czy zbrojnej. Byli oni daleko od sporów politycznych. Tak np. zginął m.in. przyjaciel naszej rodziny Wacław Bujalski pasąc krowy w lesie w pobliżu swoich zabudowań. Zabito go tylko dlatego, że w tym czasie ścigano zbrojny oddział prowadzący walkę z istniejącą już władzą liczący na powrót rządu z Londynu.
Zginął wdowiec, ojciec trojga dzieci. Był to dramat rodzinny. Moja rodzina często jeździła z nimi do lasu, zbierać grzyby, jagody i owoce. Pana Bujalskiego znaleziono po kilku dniach w lesie. Był przykryty gałęziami i liśćmi. Prowadzący obławę potraktowali go jak jednego z tych z lasu, którzy odmówili ujawnienia się po ogłoszonej amnestii. Takich ofiar było więcej na tych naszych polskich bezdrożach, ofiar ostrej walki między Polakami. Bój toczono o władzę dla polityków, natomiast ofiary ponosił niemal cały naród.
Kiereszowanie historii
Co było przyczyną, siłą sprawczą dokonywanych wyborów w czasie tuż po zakończeniu wojny i naszych ówczesnych dążeń? Pytanie oczywiście jakże historyczne, ale warto chyba w dzisiejszych czasach odpowiedzieć, posiłkując się autopsją.
Opisuję to, co widziałem i słyszałem, byłem świadkiem wielu sytuacji, w tym jakże dramatycznych śmierci ojców moich kolegów. Jest potrzeba przeciwstawiać się totalnym kiereszowaniom naszej polskiej historii, jej przeinaczaniu, niedomówieniom, po prostu zakłamywaniu. Przecież jeszcze żyje wiele osób, które są świadkami tego, co się działo w ówczesnej Polsce.
Największym kłamstwem jest twierdzenie przez polityków dobrej zmiany, partii konserwatywnej, że po okupacji niemieckiej była przez czterdzieści lat okupacja sowiecka. Jaka to analiza porównawcza upoważnia ich do takich pokracznych ocen niezwykle ważnego dla Polaków problemu narodowego. Przecież to kłamstwo. Nagłaśnia się je w książkach, filmach, środkach masowego przekazu opanowanych przez partię sprawującą władzę. To dobrze, że ukazuje się trochę prywatnych wydawnictw oraz rozgłośni radiowych i telewizyjnych, które polemizują z tymi kłamliwymi ocenami.
Jest faktem i trzeba to uznać, że wyzwolenie Polski przez armię wschodniego sąsiada, Armię Czerwoną, sprzyjało zasadniczym zmianom, do których dążyła ówczesna lewica i ugrupowania demokratyczne programowo z nią związane. To prawda, że te nowe władze w Polsce mogły liczyć na silne wsparcie, na konkretną pomoc w umocnieniu swoich wpływów w społeczeństwie.
Kto popierał?
Dziś wielu nie pamięta, albo celowo przemilcza, komu Polacy zawdzięczają dzisiejszy kształt Polski. Kto popierał włączenie do Polski Wrocławia, Szczecina i szerokiego dostępu do Morza Bałtyckiego. Tak się stało na wyraźne żądanie państwa radzieckiego, a nie państw zachodnich, a nawet rządu polskiego na emigracji. To państwo radzieckie, bolszewickie, zdecydowało, że mamy dziś korzystne ukształtowanie terytorium Polski, jego jakże korzystną demografię obywateli naszego państwa.
Wspomniałem już wyżej, że fakt wkroczenia do Polski oddziałów Armii Czerwonej był nader ważnym czynnikiem przejęcia władzy przez lewicę. Ale to byłoby niewystarczające, gdyby lewica była słaba, nie miała wsparcia, akceptacji liczącej się części Polaków, ich społecznego zaangażowania po stronie powstałej władzy o orientacji lewicowo-demokratycznej. Przecież np. Austria też była wyzwolona przez Armię Czerwoną. Jej wojska stacjonowały tam przez dziesięć lat. I co, wycofała się w 1955 roku. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, gdyż zabrakło tego czynnika wewnętrznego, wsparcia, ze względu na słabość lewicy. To samo mogłoby zaistnieć i w innych państwach, w Polsce, Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii. W naszym kraju lewicę poparli ludzie miast i wsi, którzy w czasach II RP żyli w nędzy i ubóstwie. Oj pamiętam, pamiętam te lata zimna, mrozu i braku kromki chleba. Tak było w wielu, bardzo wielu rodzinach mojego miasta. Jeszcze gorzej było na wsiach, w tych siedzibach, które miały nędzne, małe gospodarstwa.
Urojone sukcesy
Obecnie nasi polityczni włodarze to negują, mówiąc o urojonych sukcesach II RP. Jaki zachwyt wyrażają o wybudowanym jednym Centralnym Okręgu Przemysłowym. A była to kropla w morzu naszych potrzeb. Ekonomiści udowadniali że aby poprawić los Polaków była potrzeba wybudowania 50 takich okręgów przemysłowych. Właśnie prawie tyle wybudowano w Polsce Ludowej, tej niechcianej, wysiłkiem ogromnym całego narodu, nie tylko komunistów.
To był gigantyczny marsz nowoczesnego przemysłu, który prawica, po przemianach w 1989 roku, zniszczyła, oddała niemal darmo obcym. Może kiedyś stanie się zadość sprawiedliwości i ci, którzy się do tego przyczynili, zniszczyli polski przemysł, odpowiedzą przed Trybunałem Stanu. Jako pierwszy powinien odpowiadać przed tym najwyższym trybunałem Leszek Balcerowicz, inni także.
W latach 1944-45 lewica zapowiadała szeroki i radykalny program reform społecznych, który był zgodny z oczekiwaniem znacznej części Polaków. Wychodził naprzeciw naszym dążeniom i aspiracjom. Chociaż jeszcze nie wiedzieliśmy, czego właściwie chcemy. Wiedzieliśmy natomiast, że chcemy się przede wszystkim uczyć i później pracować w wyuczonych zawodach, jakoś się urządzić, by nie wegetować w biedzie jak nasze rodziny, pokolenia robotników i małorolnych chłopów.
Widzieliśmy po prostu szansę w tej nowej tworzącej się rzeczywistości społeczno-politycznej. Organizowano i odtwarzano powszechne szkolnictwo, brutalni zniszczone i zakazane przez okupanta niemieckiego. Zapowiedziano i stworzono w moim mieście nowe szkoły zawodowe z różnorodnymi specjalnościami i licea. Takich szkół dotychczas w ogóle nie było. Były w Siedlcach odległych od naszego miasta o trzydzieści kilometrów. Mój starszy brat Józef był uczniem tej szkoły tylko pół roku. Były to czasy II RP. Rodzice nie mogli opłacać jego nauki.
Rzemieślnicy, w tym kuśnierze, masarze i inni również żądali zapłaty od rodziców za naukę zawodu. Tak było w moim przypadku jeszcze dwa lata po wojnie. Nauka w szkole publicznej, zgodnie z programem władz była bezpłatna. Prowadzono też masowy werbunek do różnych szkół zawodowych organizowanych w całym kraju. Pamiętam, jak koledzy z naszej ulicy kończyli takie szkoły w różnych miejscowościach i po ich ukończeniu byli kierowani do pracy w różnych zawodach.
Byli zakwaterowani w internatach zakładowych. Powstający przemysł oraz różne resorty miały swoje szkoły zawodowe. Były też szkoły przyzakładowe. Młodzi ludzie przyjeżdżający do rodzin na urlopy chwalili się tym, że pracują i zarabiają w wyuczonych zawodach przez kilka miesięcy.
Paradowali przez miasto w nowych garniturach, których dotychczas nigdy nie mieli. Niektórzy już z żonami odwiedzali swoich rodziców. Zapoznali je właśnie w szkole. Powstająca niemal z gruzów i zgliszcz nowa Polska potrzebowała wykwalifikowanych pracowników. Wielu podejmowało dalszą edukację w systemie wieczorowym i zaocznym.
Matura w rok
Ten system oświaty był zorganizowany niemal w każdym większym mieście. Nawet w moim było liceum dla dorosłych i szkoła wieczorowa dla tych, którzy nie ukończyli siedmiu klas. Ja do takiej szkoły uczęszczałem przez rok. Dlatego mogłem być przyjęty do pierwszej klasy szkoły zawodowej. A na wyższych uczelniach istniały roczniki zerowe. W ciągu roku uzupełniało się średnie wykształcenie, stając się studentami pierwszego roku.
Werbunkiem kandydatów do szkół zawodowych zajmowały się też komendy powiatowe Służby Polsce. Kto dzisiaj wspomina, że swoją edukację zawdzięcza tej powszechnej organizacji? Niewielu. My, młodzi odbywaliśmy służbę w SP, pracując i szkoląc się. Ja np. pracowałem w czasie wakacji szkolnych w lipcu 1949 roku w 39. Brygadzie SP w Pasłęku.
Budowaliśmy wały przeciwpowodziowe obok pól rolników. Brygada nasza liczyła ponad tysiąc uczniów szkół z całego kraju, w tym z Warszawy i Gdańska. Pracowaliśmy osiem godzin dziennie. Na polach rolników także, w soboty i niedziele. Robiliśmy to ochotniczo. Pamiętam, że w namiotach nie pozostawał nikt. Wszyscy maszerowali na pola rolników. Obok namiotów były kuchnie polowe i sanitariaty oraz ujęcia wody.
Rolnicy częstowali nas mlekiem i owocami. Wielu posiadaczy tych gospodarstw rolnych było tułaczami ze wschodu, a m.in. z Ukrainy. Piliśmy kwaśne mleko w upalne dni. Tego się nie zapomina. Takie właśnie były nasze życiorysy. Te piękne karty zachowań i patriotycznych postaw powojennego pokolenia są, niestety, zapomniane przez obecne władze, które nieustannie gardłują tylko o czasach zniewolenia pod „okupacją bolszewicką”. Dlatego tak się zachowują, bo ich zdaniem była to Polska zła, ludowa, a nie kapitalistyczna. Jakie to prymitywne i prostackie. Przecież to moje pokolenie budowało nie tylko fundamenty, ale i pierwsze piętra tego, co dzisiaj nasz kraj sobą reprezentuje.
Pięciu komunistów
To przecież moje pokolenie likwidowało skutki niemieckiej niewoli i tworzyło nowoczesne oblicze Polski. A kto zlikwidował żałosne zjawisko analfabetyzmu z czasów II RP? Szwadrony kosmitów? Nie, zrobiła to Polska Ludowa. A w moim mieście można było komunistów policzyć na palcach jednej ręki. Było ich pięciu, gdy powstawała Polska Ludowa. Znam ich wszystkich. Szewc, zamiatacz ulic, piekarz i jeden pracownik samorządu miejskiego. Po wojnie wciąż pracowali w swoich zawodach, nie zmieniając poglądów. Jeden z nich był aresztowany i zesłany do obozu; udało się go rodzinie wykupić. A inny, Ostaszewski, w butach, które naprawiał, dostarczał do odpowiednich osób ulotki podziemia. Wszyscy oni nie wykazywali większej aktywności aż do końca swojego życia.
Werbunek, czy samodzielne wybory drogi do awansu społecznego? Tak, to wszystko było w określonym zakresie i skali. Temu nie można zaprzeczyć. Było i jedno, i drugie. Np. robotnik, brygadzista budowlany, był wyznaczany na dyrektora przedsiębiorstwa powiatowego. Taka była konieczność. Był przecież brak inżynierów budowlanych. Trzeba ich było kształcić parę lat na wyższych uczelniach. W wojsku przez wiele lat po wojnie realizowano hasło programowe werbunku do szkół oficerskich. „Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera” – mawiano.

Mnie też przyjęto do szkoły oficerskiej, mimo że nie miałem wówczas ukończonego średniego wykształcenia. Po wojnie jeszcze przez parę lat nie można było warunkować przyjęcia do szkół oficerskich posiadaniem matury. Bo po prostu tych maturzystów nie było, a tych, którzy posiadali maturę, przyjmowano na uczelnie cywilne. Tak było w moim przypadku.
Bezpartyjny
Ale wojsko stopniowo stawiało wyższe wymogi, tworząc jednocześnie warunki doskonalenia kwalifikacji i powszechnego dokształcania w systemie zaocznym i wieczorowym. Wojsko edukowało właśnie mnie niestacjonarnie przez czternaście lat, łącznie z uzyskaniem stopnia naukowego doktora, co zawdzięczam Polsce Ludowej i wojsku. Oczywiście, była też nomenklatura w polityce kadrowej jako jej zasadniczy kanon. Dobry fachowiec, ale bezpartyjny.
Tak. Ale po latach to się zmieniło. Prowadzono racjonalną politykę kadrową. Już nie egzekutywy partyjne decydowały o awansach, wyznaczaniu swoich partyjnych towarzyszy na kierownicze stanowiska. A teraz kto decyduje o wyznaczaniu na kierownicze funkcje w państwie i intratnych spółkach skarbu państwa? W sądownictwie i kulturze? Już nie pierwszy sekretarz KC lub KW, a prezes partii, która ma większość w sejmie. Niepokornych odwołuje się, a na ich miejsce są wyznaczane osoby o nijakich kwalifikacjach i doświadczeniu, ale uległe i pokorne wobec prezesa.
Mówi się dziś często o tym, jak to werbowano i zmuszano do wstępowania do PZPR jako warunku awansu społecznego. Na pewno były takie przypadki, ale byli i tacy, których nikt nie werbował i nie polecił im wstępowania do partii.
Tak było w moim przypadku i w przypadku mojego brata Józefa. Żyją jeszcze świadkowie tych naszych wyborów. Mając osiemnaście lat, udałem się do KP PZPR i powiedziałem, że chcę wstąpić do partii. Sekretarz spojrzał na mnie i powiedział, że chyba jestem jeszcze za młody, by się ubiegać o wstąpienie do partii. Pokazałem mu legitymację szkolną. Spojrzał na nią i polecił mi w sekretariacie wypełnić deklarację.
Po roku kandydowania zostałem przyjęty na członka. I taka była moja droga do partii i społecznego zaangażowania. Przez całe moje życie byłem człowiekiem o przekonaniach lewicowych. Będę nim już do końca. Teraz niektórzy politycy wielokrotnie zmieniają partyjne barwy, idąc tam, gdzie upatrują szansę na awanse i stanowiska. Po prostu robią to nie z potrzeb ideowych, ale z potencjalnych szans na korzyści materialne. Taka była droga wielu liderów partii władzy. To zjawisko występuje niemal we wszystkich partiach. Był działaczem PSL, a teraz jest funkcjonariuszem PiS, SLD. Lewicowiec działa teraz w PO. Takich, którzy zmieniali orientacje polityczne z myślą załapania się na posła, senatora czy ministra jest wielu w dzisiejszych partiach.
Kontakt z lewicą
W moim mieście takich jak ja, szukających kontaktów z lewicą, było wielu, nie byłem wyjątkiem. Nie mówiliśmy wówczas o komunizmie czy bolszewizmie. Takie pojęcia nie były w obiegu społecznym.
Dyskutowaliśmy, sprzeczając się o Polskę demokratyczną, o tym, co nam się oferuje, co ta nowa władza może nam dać i zmienić w naszym życiu. Jeszcze dodam, że kilku moich kolegów, wstępując do PZPR z własnej inicjatywy, pracowało później w KP PZPR w Sokołowie Podlaskim i Węgrowie, sąsiednim mieście powiatowym. Byli oni członkami tej partii aż do jej rozwiązania. Nie byłem więc w tych swoich wyborach i zachowaniach wyjątkiem w środowisku sokołowskim.
Warto chyba jeszcze wspomnieć, że w czasach powojennych powstało kilka organizacji młodzieżowych, które na kongresie zjednoczeniowym we Wrocławiu w 1948 roku utworzyły ZMP. W 1949 roku zostałem wybrany na przewodniczącego tej organizacji w Zasadniczej Szkole Metalowej.
Nikt nas nie werbował do wstępowania. Paru z nas poinformowało dyrektora szkoły, bezpartyjnego pana Stanisława Lesiaka, profesora fizyki i chemii, że chcemy utworzyć w szkole ZMP. Spojrzał na nas zamyślony i powiedział: ja wam nie będę przeszkadzał, tylko liczę na dobrą współpracę szkoły i uczniów. Odpowiedzieliśmy, że liczymy właśnie na dobrą współpracę z panem dyrektorem. Przychodził na niektóre nasze zebrania, radził i pomagał w wielu uczniowskich sprawach. Po tym uzgodnieniu z dyrektorem szkoły udaliśmy się do przewodniczącego ZP ZMP kolegi Rudasia. Był na naszym pierwszym zebraniu organizacyjnym, informując nas o celach programowych ZMP. Ogłosiliśmy, że kto chce wstąpić do organizacji, wypełnia deklarację, a kto nie chce, może opuścić salę. Niektórzy wyszli, nikt z nas ich nie zatrzymywał. Pamiętam, że większość z obecnych wypełniła deklarację, podpisując ją. Nikt nikogo nie namawiał do wstąpienia do powstającej organizacji młodzieżowej.
Dyscyplina uczniów
Na naszych zebraniach i spotkaniach omawialiśmy przeważnie sprawy warunków życia, wyniki nauczania, dyscyplinę uczniów, ich zachowań i działalność kulturalną. Nawet zorganizowano zespół artystyczny. Pamiętam, że prezentowaliśmy jednoaktówkę o partyzantach pt. „Wzgórze 703”. Prezentowaliśmy ją w kilku wsiach naszego powiatu. Upominaliśmy się też o zapomogi finansowe dla niektórych kolegów i koleżanek, którzy byli w trudnej sytuacji.
Pamiętam nawet, że nasza pani profesor Kołodziejczyk, zwróciła się do mnie z propozycją wytypowania osób spośród uczniów szkoły, które mogą po kilkudniowym kursie, pełnić w lipcu i sierpniu funkcję wychowawców na koloniach wakacyjnych dla młodzieży szkół podstawowych. W tych latach Powiatowy Inspektorat Oświaty miał trudności kadrowe z zaangażowaniem odpowiedniej liczby nauczycieli. Dlatego zatrudniano nas, uczniów szkoły zawodowej. Też byłem wychowawcą na koloniach i obozach młodzieżowych. M.in. w miejscowości Sabnie, gminie naszego powiatu, pełniłem funkcję wychowawcy grupy młodzieży, której rodzice zginęli w powstaniu warszawskim. Była to młodzież, która przebywała w domu sierot we wsi Wirowo. Rzeczywiście była to młodzież trudna, którą skrzywdziła wojna. Sieroty. Nie mieli rodziców. Ale odwołałem się do starszych uczniów, prosząc o pomoc i proponując im współpracę.
Kolektywne kierowanie
Pomogli. Było kolektywne kierowanie grupą moich podopiecznych. Nawet stworzyliśmy zespół artystyczny. Śpiewano patriotyczne piosenki i recytowano wiersze. Także o tematyce wojennej. Zespół występował w pobliskich wsiach. Kto chciał, mógł pomagać w żniwach rolnikom indywidualnym. Czy ktoś pamiętam o tym? Np. nasze wyjazdy i powroty na przyczepach traktorów, ocalałych i wysłużonych.
To także jedna z kart historii naszej młodzieży.
Dziś jakże przewrotna i fałszywa jest narracja, jaką prezentują niektórzy politycy oraz konserwatywni i liberalni pseudożurnaliści oraz niby uczeni. Usiłują oni nam przekazać tylko czarny obraz tych powojennych czasów. Nawet tym, którzy znają to z autopsji.
Otóż wedle tych wszystkowiedzących najlepiej, a nawet tych, którzy mieli szczęście, że nie byli dziećmi wojny, były to czasy dramatyczne dla tych żołnierzy niezłomnych, wyklętych, prawdziwych bohaterów Polski. Że to oni zmagali się i ponosili ofiary działań komunistów i bolszewików. Innych nie było, tylko oni i komuniści. A przecież większość to ani ci, ani tamci.
Naszej przeszłości nie możemy opisywać tylko w kolorach czarno-białych, bo takie oceny byłyby niesprawiedliwe i odbiegające daleko od prawdy historycznej. Przecież ta rzeczywistość powojenna, jak i późniejsze lata, miały różne barwy i cienie, a także kręte bezdroża. Nie tylko przeciwnicy tzw. komuny walczyli o naszą niepodległość, nie tylko oni są patriotami i prawdziwymi Polakami, jak to nieustannie wmawiają niektórzy politycy.
Ich przeciwnicy to komuniście, agenci Moskwy, sojusznicy bolszewików. A gdzie były miliony Polaków, którzy zawdzięczają urojonemu okupantowi radzieckiemu dzisiejsze korzystne granice i kształt terytorialny kraju. To dzięki nim zasiedliliśmy odzyskane ziemie na zachodzie i północy oraz duży pas wybrzeża morskiego.
Pierwsze kondygnacje
Nawet nie wspomną, komu zawdzięczamy, że Wrocław, Szczecin i inne miasta są dziś polskie. To nie niezłomni i wyklęci likwidowali odwieczne zacofanie i analfabetyzm. Nie oni odbudowali i zbudowali setki miast. Nie oni stworzyli fundamenty oraz pierwsze kondygnacje wielkich budowli, które pozwoliły nam zbliżyć się do zachodniej cywilizacji. Ci fałszywi bohaterowie ukrywali się w lasach i różnych melinach oraz strzelali nie tylko do państwowych funkcjonariuszy powstającej Polski Ludowej, lecz także do robotników odbudowujących polski przemysł i chłopów biorących ziemię z reformy rolnej, która umożliwiła im przetrwanie trudnego okresu w ich życiu. Zostaw chamie, to nie twoje, to pańskie. Kto to mówił?
Wielu z tych, którzy mają swoje ulice, place i pomniki. A kto wybudował mieszkania dla 14 milionów urodzonych rodaków w Polsce Ludowej? Szwadrony kosmitów, czy cały naród w czasach Polski właśnie Ludowej? W tych mieszkaniach już było światło, gaz i inne urządzenia sanitarne. To była gigantyczna praca, tworzono coś wielkiego na morzu gruzów i zniszczeń. Kto te wielkie zakłady pracy w moim, niegdyś zapomnianym mieście wybudował?
To właśnie dzięki tym zakładom, w tym mięsnym, nie ma już tych drewnianych domków, krytych gontem i papą, z oknami sięgającymi niemal do ziemi, bez elektryczności i wody przy mojej ulicy Lipowej. A powszechna akcja elektryfikacji wsi, w których diabeł mówił dobranoc? Jak bardzo było niemoralne, nieuczciwe zagubienie lat 1944-1989 w obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości. Lata mozolnej pracy, wysiłku, a nieraz niedojadania, lata wielkiego patriotyzmu milionów Polaków.
Godność i honor milionów
Ta ogromna praca tworzyła nasz potencjał materialny i duchowy, który wielce przyczynił się do zbliżenia nas do cywilizacji zachodniej Europy i naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Teraz nie tylko się przemilcza ten ogromny zryw aktywności narodowej, ale co więcej, kiereszuje się te lata, godność i honor milionów. Jest to działanie nad wyraz niegodziwe, wyraźnie zakłamane. Dzisiejsza Polska to dzieło wielu pokoleń Polaków, a nie jednej partii, która dziś sprawuje rządy w naszym kraju. Jak długo jeszcze? Czas pokaże! Zegary sprawiedliwości społecznej już pracują na niekorzyść tych naszych włodarzy.
I jeszcze o postawach i zachowaniach młodych mieszkańców miasta i wsi. Z naszymi rodzicami różnie bywało. Mieli swoje małe gospodarstwa rolne, warsztaty pracy, prowadzili różne interesy, by jakoś żyć, bo wszystkiego brakowało. Były to często postawy zachowawcze w trosce o wyżywienie rodziny, jej ubranie, bo też chodziło się w kamaszach wielokrotnie naprawianych i łatanych. My, młodzi, trochę odbieraliśmy to, co się tworzyło na naszych oczach inaczej niż nasi rodzice. Chcieliśmy zaistnieć, być obecnymi w tym ważnym okresie życia. Dlatego rozglądaliśmy się za różnymi możliwościami, aby coś robić i załapać się, by trochę pomóc rodzinie.
W wielu naszych domach prowadzono różne nielegalne interesy, np. pędzono bimber jako towar wymienny, m.in. z żołnierzami Czerwonej Armii. Kwitł także tajny ubój zwierząt, a nawet produkowano wędliny, które sprzedawano sąsiadom pracującym w różnych urzędach publicznych. My, młodzi, tym się nie zajmowaliśmy. Nasze zainteresowania były inne. Myśleliśmy o tym, co robić, jak się zachować, by zmienić losy naszych rodziców. Sami najczęściej podejmowaliśmy decyzje, które zaważyły na naszej przyszłości, nie pytając nawet rodziców, jakie jest ich zdanie o tym, co zamierzamy zrobić robić w najbliższych latach. Tak było w moim przypadku.
Nie wegetować
Intuicja i przykre doświadczenia z czasów II RP i okupacji niemieckiej podpowiadały nam, co robić, by się dobrze urządzić i nie wegetować, a pracować, uczyć się i żyć lepiej niż nasi rodzice, którzy niewiele mogli nam dać, bo taka była ich sytuacja. Dlatego podejmowaliśmy różne decyzje, rozglądając się na różne strony, szukając kontaktów z tymi, którzy coś znaczyli w mieście.
Młodzież chętnie angażowała się w czyny społeczne masowo podejmowane w latach powojennych. Dziś oczywiście też krytykowanych przez „dobrą zmianę”. Uczniowie mojej szkoły zawodowej brali m.in. udział w wywożeniu gruzów po spalonych budynkach. Z pozyskanej cegły wybudowano m.in. dla szkoły kuźnię, której nie było, a była ona potrzebna w naszej edukacji zawodowej. Pracowaliśmy przy spalonym budynku straży pożarnej, który był usytuowany niemal w środku miasta oraz przy dużym budynku wybudowanym tuż przed wybuchem wojny. W czasach okupacji był on siedzibą starosty naszego miasta, Niemca Ernsta Gramssa.
Ten budynek od naszego domu przy ul. Lipowej dzieliły tylko posesje Ukasiewiczów i Wójcików. Wszystkie jego kondygnacje były spalone, a część zburzona przez podłożone środki wybuchowe. Palił się w biały dzień, gdy Niemców już nie było. Drewniany dom Ukasiewiczów dorośli mieszkańcy tej ulicy polewali wodą noszoną we wiadrach, a sąsiadka Toczycka stała obok z krzyżem i żegnała ogromne płomienie ognia. Wyglądało to groźnie, ale ogień nie sięgnął domu wybudowanego z grubych, dębowych bali.
Akcja umacniania więzi
Braliśmy też udział w niedzielnych akcjach umacniania więzi miasta ze wsią. Tak się to wówczas mówiło. Wyjeżdżaliśmy do okolicznych wsi w naszym powiecie. Były to działania mało skuteczne w realizowaniu stawianych zadań przed tymi brygadami robotniczo-młodzieżowymi. Przykładem może być agitowanie rolników, by tworzyli zespołowe gospodarstwa, które miały być bardziej wydajne i zasobne w maszyny rolnicze, a w tych było wówczas mało.
W niektórych wsiach powstało kilka skolektywizowanych gospodarstw rolnych w formie spółdzielni produkcyjnych. Rolnicy zdecydowanie bronili swoich gospodarstw rodzinnych, które posiadali z dziada i pradziada, przed kolektywizacją. Od programu powszechnej kolektywizacji rolnictwa odstąpiono po październiku 1957 roku. Władysław Gomułka, wybrany po Ochabie na I sekretarza KC PZPR ogłosił, że nie będzie dalszej kolektywizacji polskiej wsi.
Obchody pierwszomajowe
Z istniejących około 10 tysięcy spółdzielni produkcyjnych większość została rozwiązana. Zostało ich niewiele. Od tego czasu rolników już zostawiono w spokoju. Ogłoszono program umacniania i pomocy dla gospodarstw indywidualnych, rodzinnych.
Zachęcano też nas, uczniów szkół, do udziału w manifestacjach 22 lipca i pochodach pierwszomajowych. Wywierano też nacisk na wszystkich pracujących w urzędach i gospodarce narodowej oraz firmach państwowo-społecznych. By ło trochę z tym kłopotów.
Czasami wzywano mnie jako przewodniczącego zarządu szkolnego ZMP do ZP ZMP i KP PZPR. Nie braliśmy jednak udziału w tych manifestacjach i pochodach jako szkoła w szyku zwartym. Nasz dyrektor szkoły, wspaniały wychowawca trudnej młodzieży, szanowany przez uczniów, rozumiał nas. Większość uczniów stanowili chłopcy i dziewczęta ze wsi. W niedziele i inne święta najchętniej wyjeżdżali do rodzin.
Było trochę z tego powodu zamieszania. Władze polityczno-administracyjne krytykowały dyrektora za to, że źle wychowuje młodzież, bowiem kierowana przez niego szkoła nie wystawiała zwartych grup uczniów i nauczycieli maszerujących z transparentami popularyzującymi jedyną tego typu szkołę w powiecie. My, miastowi, wprawdzie uczestniczyliśmy w tych manifestacjach, były to jednak nasze decyzje indywidualne. Ja stałem na chodniku blisko trybuny, na której stały władze polityczno-administracyjne miasta, bowiem byłoby mi trudno przebywać w tym czasie w innym miejscu.
Oglądałem maszerujące kolumny pracowników i młodzieży szkół. Grała orkiestra strażacka. Nieco później byłem jednym z jej muzyków grającym na dużym instrumencie nazywanym basem bejnym. Nosiłem go na ramionach, gdyż był to największy instrument całej orkiestry. Że grałem na nim, zdecydował kapelmistrz z uwagi na to, że byłem dość wysoki. Podczas tego mojego grania coś tam brzdąkałem jako wsparcie dla pozostałych instrumentów, w które była wyposażona nasza amatorska orkiestra strażacka. Profesjonalistą był tylko jeden muzyk, który uczył nas grać z nut. Po obchodach w godzinach wieczornych graliśmy na tzw. majówce na stadionie miejskim tuż przy naszej ulicy Lipowej. W latach późniejszych już nie organizowano pochodów pierwszomajowych, ale różne imprezy z udziałem naszego zespołu artystycznego i z niektórych sokołowskich zakładów pracy. Naszym zespołem kierował pan Kołodziejczyk.
Śpiewano i recytowano wiersze. Pomagała nam niezapomniana polonistka. Przypominam sobie jej wspaniałe lekcje nauki poprawnego języka. Dużo jej zawdzięczałem, ja oraz wielu moich kolegów i koleżanek. Jej mąż był kierownikiem szkoły podstawowej, w budynku której były dla nas organizowane lekcje. Zajęcia odbywały się nie tylko z teorii naszego przyszłego zawodu, lecz także z przedmiotów ogólnokształcących, jak matematyka, fizyka, chemia i inne.
Z dystansu dekad
I tyle o moich wspomnieniach z czasów bezdroży i dokonywanych wyborów. Jest potrzeba pisania i wspominania nie tylko o tych latach powojennych, ale i o całym okresie Polski Ludowej, której historia jest napisana przez pokolenia czterech dekad. Szczególnie teraz, gdy w dzisiejszej Polsce totalnie fałszuje się i zakłamuje lata heroicznego wysiłku wielu pokoleń Polaków.
I już na koniec tych moich wspomnień trochę refleksji. Nie mogę sobie odmówić wyrażenia tych najważniejszych, już jakże historycznych, doznań, spostrzeżeń. Czułem bowiem potrzebę głośnego wykrzyczenia, by przestano kłamać i przeinaczać historię, by zaniechano znieważania oraz odzierania nas z honoru i godności, by szanowano nasze ogólnonarodowe dobro, Ojczyznę odbudowaną od fundamentów oraz nadzieje na lepsze życie Polaków mojego pokolenia, ale także pokolenia naszych rodziców. Byliśmy motywowani nadzieją na lepszą przyszłość.
Atmosfera wolności
Zapowiadano przecież Polskę o innej rzeczywistości, bez głodu i zatroskania o zwykłe potrzeby rodaków. Ogarniała nas wówczas atmosfera wolności i pokoju, spełnienia największych pragnień każdego człowieka. Przeżywaliśmy wielki entuzjazm oraz niezapomniane chwile i dni. Byłem jednym z tych, którzy od pierwszych dni wolnej Polski opowiedzieli się za Polską sprawiedliwą dla wszystkich jej obywateli. Tych dni i lat życia oraz pracy właśnie w Polsce Ludowej nie można wymazać z naszej pamięci.
Czy wszyscy zachowają taką pamięć o minionych latach, o naszym powojennym czterdziestoleciu? Nie wiem. Ale bardzo bym pragnął, by tak było. My, dzieci wojny, zdecydowanie tak. To, co przeżyliśmy nie pozwoli na niepamięć naszej narodowej przeszłości, mimo że było w niej niemało różnych rozterek, wątpliwości, zagrożeń oraz trudnych sytuacji.
Wybory dokonywane przez Polaków, zwłaszcza młodych, były w tych trudnych powojennych latach różne. Przemyślane, rozważne, racjonalne, ale i niekiedy bez głębszej świadomości, że tak trzeba się zachować. Czasami podejmowane emocjonalnie i bez głębszej analizy istniejącej rzeczywistości.
Wielu z nas po prostu błądziło, powodując nawet dramaty osobiste i rodzinne. Później, po latach doświadczeń, gdy dorastaliśmy wiekowo, trzeba było wiele zmieniać w naszych zachowaniach. Nowe, różne problemy niekiedy przerastały nasze możliwości. W dodatku byliśmy wciąż skłóconym ze sobą pokoleniem. Wciąż istniały stare, zadawnione podziały, niekiedy tworzyły się też nowe. Nasze kłótnie i walka o racje to charakter naszej obecnej rzeczywistości, którą interesują się nasi sąsiedzi.
Wybory tych czasów
Ci z bliska i z daleka, z Europy i z Ameryki. Ale też wielu z nas, i to znaczny procent Polaków, potwierdza swoje dokonania i wybory w czasach powojennych, swoją pracą i działalnością społeczną. Eksponują oni swój gorący patriotyzm, mimo że część z nich uważana jest przez polityków prawicy, szczególnie konserwatywnej, za Polaków gorszego sortu. Jestem jednym z tych Polaków, którzy swój wybór dokonany w latach 1944-1945 wciąż potwierdzają jako właściwy. I tak będzie do końca mojego żywota. Innym nie mogę już być. Jednocześnie byliśmy i jesteśmy otwarci na nowe, inne czasy, bardziej cywilizowane i współczesne. Tych wartości nikt i nigdy nam nie odbierze. Pamiętamy, że niezależnie od różnych barw dzisiejszej polskiej sceny politycznej istnieją barwy, które na zawsze pozostaną w sercach wszystkich Polaków. Są to barwy biało-czerwone.
Barwy, które zawsze powinny nas łączyć, a nie dzielić. Bo taki podział prowadziłby nas, ludzi dumnych, z dużym honorem, zamieszkałych między Odrą i Bugiem, Morzem Bałtyckim i pięknymi górami na południu jej granic, donikąd.