Kapsułki pamięci

Szanujmy wspomnienia

Genialny literacko i pieprzny erotycznie (jak na owe czasy) „Dekameron” Giovanniego Boccaccio zbudowany jest na pomyśle zamknięcia, w czasie zarazy czyli epidemii wywołanej przez „morowe powietrze”, grona postaci, młodych pań i panów, w azylu i powierzenia im ról opowiadaczy, gawędziarzy, czy jak powiedzielibyśmy dziś – narratorów. Opowiadaczy z tzw. nudów, wywołanych przymusową izolacją. Pomieścił więc Boccaccio swoje panie i panów w kościele Santa Maria Novella we Florencji i kazał im snuć zajmujące historie. Ubrał to w barwną, intrygującą, zajmującą, dowcipną, a nade wszystkim pikantną formę, dając przy okazji rodzajową, do pewnego stopnia realistyczną panoramę życia XIV-wiecznej Italii. Oczywiście nawet nie próbuję łapać za nogi mistrza Boccaccio, ale zawsze uważałem, że mistrzów należy (oczywiście w granicach rozsądku i porządku konstytucyjnego) próbować naśladować. A że nasz czas obecny wymusił także na mnie (dobrowolną – spokojnie, to nie kwarantanna!) samoizolację w zaciszu domowym, a pierwsze cyfry mojego peselu to 57, więc jest co opowiadać. Ponadto od przeszło trzydziestu lat jestem dziennikarzem i publicystą zajmującym się życiem politycznym za pomocą opisu i komentarza (w „Trybunie”, ale m.in. także przez lata w nieistniejącym już miesięczniku „Dziś”). A że nasza gazeta jest tytułem z przyrodzenia politycznym, więc te wspominki będą osnute wokół wątków i postaci politycznych z przyległościami. Nie będą to żadne epopeje pamiętnikarskie, ale krótkie, lekkie wspominki, jak przy ognisku, obrazki, kapsułki pamięci właśnie, momentami nie pozbawione akcentów humorystycznych, a przy tym całkowicie bezpretensjonalne, uwzględniające moją świadomość miary rzeczy. Tym bardziej, że najczęściej byłem skromnym obserwatorem, a z rzadka tylko jeszcze skromniejszym uczestnikiem. „Szanujmy wspomnienia” – śpiewali „Skaldowie”. Tym bardziej, że wspomnienia mamy jak w banku (chyba, że pamięć zawiedzie), a perspektywy na przyszłość są, z różnych powodów, mgliste.
A teraz już ad rem. Pierwsza kapsułka. Był lipiec 1969 roku, a ja miałem 12 lat i mieszkałem w moim rodzinnym Lublinie, gdy po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłem, polityka, ba, postać historyczną. Tą postacią był Józef Cyrankiewicz, ówczesny premier rządu PRL. Pewnego dnia ojciec wziął mnie za oszewkę, zabierając na uroczystości 25 rocznicy wyzwolenia hitlerowskiego obozu koncentracyjnego na Majdanku. Znalazł się wśród zaproszonych jako były więzień, co prawda nie Majdanka, ale KL Buchenwald na terenie III Rzeszy, a przy tym jako członek ZBOWiD (w którym nota bene, jako były akowiec i syn legionisty oraz żołnierza POW, znalazł się w moim odczuciu jako skryty, choć nieprzesadnie groźny, reakcjonista). Uroczystości się rozpoczęły, dzień był pochmurny, deszczowy, pokaźny tłum przybyłych, kombatanci, rodziny, oficjele, goście poboczni, dziennikarze, fotoreporterzy orkiestra wojskowa, hymn i te rzeczy. Sami rozumiecie, że jako normalny, 12-letni szczeniak nie byłem zachwycony tą atrakcją. Jednak z perspektywy dziesięcioleci uważam, że trafiło mi się, jak ślepej kurze ziarno, ciekawe wspomnienie. Oto zaraz po otwarciu uroczystości ogłoszono, że „głos zabierze teraz Prezes Rady Ministrów, premier Józef Cyrankiewicz” (tak to dokładnie brzmiało). Stałem obok ojca, wśród szpaleru gości, odgrodzonych sznurem od centrum celebry. Cyrankiewicz, dotąd słabo widzialny, podniósł się z krzesła w honorowym rzędzie i przemówił do mikrofonu. Dzieliło nas od niego kilkanaście metrów. I oto, po przemówieniu, skierował się w naszą stronę i przeszedł wzdłuż naszego szpaleru, w odległości 2-3 metrów. Był ubrany w elegancki czarny płaszcz typu „dyplomatka”, cały czas z gołą głową. Uderzyła mnie jego płomieniście czerwona cera i lśniąca łysina, którą ocierał z potu kraciastą chustką. Uroczystość skończyła się, opuściliśmy teren byłego obozu i aleją Męczenników Majdanka ruszyliśmy w dół ku centrum miasta. W pewnej chwili, będąc w dużej już odległości od Majdanka, usłyszałem za plecami powtarzany głośno komunikat: „Proszę odsunąć się z drogi, bo jedzie premier” (dokładnie tak). Zobaczyłem radiowóz Milicji Obywatelskiej, szarą „warszawę” i wychylonego przez otwartą szybę milicjanta z megafonem, z paskiem czapki pod brodą. Po chwili pojawiła się elegancka, czarna limuzyna, która szybko i bezszelestnie „bzyknęła” mi przed oczami. W ułamku sekundy zobaczyłem raz jeszcze łysinę Józefa Cyrankiewicza.

W autobusie

Był schyłek czerwca 1989 roku, czyli niedługo po sławetnych wyborach parlamentarnych, które zakończyły rządy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i trwanie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Tego dnia wybrałem się na wycieczkę do stolicy. We wczesne, upalne popołudnie wskoczyłem, na przystanku nieopodal Belwederu, do huczącego jak traktor autobusu komunikacji miejskiej marki jelcz. Wskoczywszy zobaczyłem, że schodkami wejściowymi wspina się za mną, niezbornie, z wysiłkiem, trzymając się poręczy drżącymi rękami, jakiś mocno starszy, siwy, przygarbiony pan o haczykowatym nosie, w porządnym garniturze stalowego koloru. Mimo, że w autobusie było sporo pasażerów, nikt nie pospieszył mu z pomocą, choć ustąpiono mu miejsca. Ja też nie wyciągnąłem do niego pomocnej ręki, bo na jego widok cokolwiek oniemiałem. Poznałem bowiem, że jest to dobrze mi znany z fotografii w gazetach, książkach, z dawnej telewizji i z filmowych kronik dokumentalnych sam Zenon Kliszko, niegdyś druga, po Władysławie Gomułce, osoba w partii i państwie, uważany za głównego ideologa PZPR, a przy tym miłośnik twórczości Norwida. Na następnym przystanku, tuż przy Parku Ujazdowskim, Kliszko wysiadł, z podobną zresztą trudnością jak wsiadał i tyle go widziałem. Przez ułamek sekundy przeszła mi przez głowę myśl, by wysiąść za nim i zagadnąć go. Nie odważyłem się jednak, tym bardziej, że nieraz czytałem o jego porywczym charakterze, więc bałem się niechętnej i nieufnej reakcji. Kilka miesięcy później, 4 września 1989 roku, czyli w pierwszych dniach działania rządu Tadeusza Mazowieckiego, Zenon Kliszko zmarł.

Egzamin

Edwarda Gierka nigdy nie zobaczyłem na własne oczy, co wypomniał mi w formie przygany pułkownik K., oficer polityczny Studium Wojskowego w Lublinie, po wojnie żołnierz KBW. Było to podczas egzaminu z „wojska”, w czerwcu 1980 roku, który to egzamin oblałem z powodu kompletnej, durnie nonszalanckiej, szwejkowskiej ignorancji. Pułkownik K, szef komisji egzaminacyjnej, znajdował się, podobnie jak siedzący za stołem przykrytym zielonym suknem mundurowi, w stanie wskazującym na spożycie, co było zresztą tradycją, w której my, studenci, pokładaliśmy duże nadzieje. Zdemaskowawszy otchłań mojej ignorancji po zadaniu pytań praktycznych, pułkownik K. rzucił mi, być może prowokacyjne, być może ratunkowe, pytanie polityczne. Zapytał mnie mianowicie, czy pamiętam, co powiedział „przywódca naszego narodu, towarzysz Edward Gierek na spotkaniu z młodzieżą akademicką miasta Lublina we wrześniu 1979 roku?”. Moja odpowiedź była debilnie nonszalancka i bezczelna: „Niestety nie wiem, bo byłem wtedy na wakacjach”. Na to pułkownik K. zareagował stanowczym, wojskowym tonem: „Szkoda, że studenta nie było. Bo towarzysz Edward Gierek powiedział wtedy, cytuję: Młodzieży akademicka, ucz się, szanuj swoich nauczycieli i zdobywaj wiedzę dla dobra narodu, dla pomyślności i rozkwitu naszej ojczyzny, Polski Ludowej”. „Dziękuję studentowi” – dodał K na „pożegnanie z bronią”. Pomimo to wyszedłem z sali w doskonałym nastroju, z idiotycznym, optymistycznym przeświadczeniem, że mimo wszystko zdałem egzamin, uporczywie nazywany przez mnie „formalnością”. Po chwili jednak usłyszałem od porucznika K., życzliwego dowódcy mojej kompanii, bezlitosny wojskowy komunikat: „Panie Lubczyński, padł pan”. Egzamin poprawkowy zdałem pomyślnie w wakacje. To było moje jedyne i – trzeba przyznać – bardzo pośrednie spotkanie z Edwardem Gierkiem. Z własnej mojej winy.

Jak poznałem Cezarego Barykę

W „Karafce La Fontaine’a” Melchior Wańkowicz poświęcił prześmiewczy rozdział pisarzowi i publicyście Stanisławowi Strumph-Wojtkiewiczowi. Ten, jako młody dziennikarz obracał się wokół ważnych figur z kręgów polskiej wojennej emigracji politycznej i wojskowej na Zachodzie, m.in. przy generale Sikorskim. Wańkowicz obśmiał Strumpha jako mitomana, który w swoich książkach w sposób zupełnie fantazyjny miał podnosić swoją rangę jako protagonisty ważnych zdarzeń i patrona ważnych polityków oraz wojskowych w ważnych historycznie momentach. Wańkowicz nazwał go nawet „polskim baronem Műnchausenem”. Jednym z detali przywołanych przez Wańkowicza jest ten, w którym Wojtkiewicz napisał gdzieś, iż w postaci Cezarego Baryki z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego, którego poznał jako młody dziennikarz przy okazji wywiadu, rozpoznał później samego siebie. Uznał więc, że jest pierwowzorem głównego bohatera „Przedwiośnia”. Tak się złożyło, że gdy miałem dwanaście lat (1969), ojciec zabrał mnie, a był to maj, na jakiś kiermasz książki, w ramach Dni Oświaty Książki i Prasy, w niewielkim miasteczku na Lubelszczyźnie. Na kiermaszu tym Stanisław Strumph-Wojtkiewicz podpisywał swoją książkę „Gry wojenne”, o polskim udziale we francuskim Ruchu Oporu. Pamiętam, że podeszliśmy do stolika, przy którym siedział pisarz i ojciec poprosił go o dedykację imienną dla mnie. Została wpisana po pytaniu: „Jak masz na imię?”. Co prawda Wańkowicz drwił z Wojtkiewicza jako mitomana (nie mam pewności czy słusznie), który nałogowo i notorycznie podwyższał rangę swoich bezpośrednich kontaktów z wielkimi postaciami historycznymi (Mussolini, Rydz-Śmigły, Władysław Sikorski), to jednak postanowiłem trzymać się w cichości ducha korzystnej dla pisarza wersji. Jeśli bowiem istnieje choć ułamek promila, iż mogłem osobiście poznać człowieka, który był pierwowzorem Cezarego Baryki, to czemu tego nie uznać? W końcu człowiek nie na co dzień spotyka Cezarego Barykę. A poza tym, komu to może przeszkadzać?

Generał Jaruzelski i USA

Wojciech Jaruzelski jako generał i polityk wielokrotnie wypowiadał się na temat polityki Stanów Zjednoczonych i stosunków polsko-amerykańskich. M.in. 30 października 1967 r. ambasador USA w Polsce John Gronouski w rozmowie z wiceministrem spraw zagranicznych Marianem Naszkowskim wyraził niepokój z powodu wypowiedzi ówczesnego wiceministra obrony narodowej Wojciecha Jaruzelskiego, który rzekomo porównał działania amerykańskie w Wietnamie do działań wojsk Hitlera podczas II wojny światowej. To oznaczało oskarżenie USA o ludobójstwo.

Ambasador, który uczestniczył w II wojnie światowej, tym boleśniej odczuwał takie porównanie. Świadczy to – zdaniem ambasadora – że nasze rozbieżności przybierają inny charakter niż w przeszłości. Porównywanie Stanów Zjednoczonych z hitlerowskimi Niemcami jest poważną sprawą i Amerykanie odczuwają ją boleśnie. Ambasador Gronouski podkreślił, że rozumiał dotychczasową polską krytykę polityki amerykańskiej w Wietnamie i nie protestował, choć nie podobała mu się ta krytyka, natomiast kojarzenie tej polityki z polityką Hitlera wywołuje zaniepokojenie strony amerykańskiej.
Naszkowski odpowiedział, że nie porównujemy systemu amerykańskiego z systemem, jaki stworzył Hitler w Niemczech. „Natomiast okrucieństwo wojny prowadzonej przez USA , metody i skutki te wojny przypominają nam postępowanie hitlerowców wobec Polski. Trudno by takie analogie się nie narzucały, kiedy bombarduje się dzielnice mieszkaniowe Hanoi i zrzuca się bomby kulkowe przeznaczone do zabijania ludzi”.
Depesza od Reagana
W lutym 1981 roku z okazji objęcia przez Wojciecha Jaruzelskiego funkcji premiera prezydent Reagan przesłał depeszę gratulacyjną. Życzył „powodzenia w wysiłkach dla spokojnego rozwiązana problemów stojących obecnie przed narodem polskim. Odnosimy się do tych wysiłków z sympatią, zgodnie z duchem przyjaźni i wzajemnego poszanowania, który charakteryzuje nasze stosunki. Liczę na współpracę z Panem dla dalszego konstruktywnego rozwoju tych stosunków”.
Na zakończenie posiedzenia Krajowej Rady Bezpieczeństwa, 26 marca 1981 roku, sekretarz prasowy prezydenta złożył oświadczenie sugerujące, że liczy się z możliwością siłowego rozwiązania wewnętrznych problemów Polski. Prezydent Reagan powiedział wówczas: „Stany Zjednoczone z rosnącym niepokojem obserwowały objawy tego, że władze polskie mogą przygotowywać się do użycia siły dla rozwiązania przeciągających się sporów w ich kraju między władzami a związkami zawodowymi. Oświadczenie złożone zostało w okresie napięć wewnętrznych spowodowanych zajściami w Bydgoszczy.
Prezydent Reagan stwarzał nadzieję na udzielenie Polsce pomocy gospodarczej, ale dawał do zrozumienia, że będzie to zależało od postawy rządu polskiego wobec opozycji.
20 października premier W. Jaruzelski przyjął delegację 47 prezesów i dyrektorów największych koncernów amerykańskich. Premier wyraził zadowolenie z powodu przyjazdu do Polski wybitnych przedstawicieli świata gospodarczego Stanów Zjednoczonych, co służyć powinno lepszemu wzajemnemu zrozumieniu oraz pożytecznej i przyjaznej współpracy. Premier przedstawił również charakter trudności przeżywanych przez kraj i sposoby ich przezwyciężenia, wskazał, że Polska jest krajem zasobnym w surowce, dysponującym liczną i wykszatłconą kadra inżynierów, techników i robotników, a także rozwiniętym potencjałem produkcyjnym. Ma więc wszelkie dane po temu, aby po pokonaniu ostrego kryzysu a przede wszystkim ustabilizowaniu sytuacji w kraju, stać się znów pełnowartościowym partnerem w międzynarodowej współpracy gospodarczej.
Dziękując za gościnę w Polsce, Sol Linovitz przekazał wyrazy sympatii dla społeczeństwa i rządu polskiego, a także słowa zrozumienia dla trudności jakie przeżywa nasz kraj. Podjął wyrażoną przez premiera Wojciecha Jaruzelskiego myśl, że Polska podźwignie się z obecnych trudności, które mają jego zdaniem charakter przejściowy.
22 grudnia 1981 roku ambasador USA w Warszawie Francis Meehan złożył wizytę ministrowi spraw zagranicznych Józefowi Czyrkowi. Wręczył mu list prezydenta Reagana adresowany do premiera Wojciecha Jaruzelskiego, w którym informował rząd polski o zawieszeniu amerykańskiej pomocy ekonomicznej dla polski.
Reagan zaniepokojony
23 grudnia prezydent Reagan skierował list do premiera Jaruzelskiego, w którym wyraził „zaniepokojenie” z powodu wprowadzenia stanu wojennego. „Celem tego listu – pisał prezydent nie jest kwestionowanie charakteru systemu politycznego Polski, czy też sojuszy militarnych. Jednak rząd Stanów Zjednoczonych nie może pozostać biernym i zignorować powszechnych pogwałceń praw człowieka występujących w Polsce”. Następnie Reagan wylicza sankcje jakie zastosował wobec Polski. List kończył się apelem do Jaruzelskiego o „podjęcie kroków dla skierowania Polski ku polityce prawdziwego kompromisu i negocjacji”. Reagan wyraził gotowość odwołania sankcji „z chwilą, gdy przekonamy się, że rząd Pański podjął konkretne kroki dl położenia kresu represjom”.
W odpowiedzi na sankcje amerykańskie W. Jaruzelski jako premier wystosował list do prezydenta USA R. Reagana będący odpowiedzią na jego pismo z 23 grudnia 1981 roku. List zawierał wyjaśnienia przyczyn, dla których wprowadzono stan wojenny w Polsce z podkreśleniem, iż decyzja ta stanowiła „wewnętrzną, suwerenną sprawę państwa polskiego”, a także – protest przeciwko kampanii propagandowej prowadzonej przez Głos Ameryki i Wolną Europę w stosunku do Polski. W. Jaruzelski wyraził również ubolewanie z powodu ogłoszenia amerykańskich sankcji gospodarczych, stwierdzając, że decyzja ta jest sprzeczna z tradycjami przyjaźni polsko-amerykańskiej.
W przemówieniu w Jastrzębiu premier Jaruzelski stwierdził m.in. iż jeśli administracja amerykańska kontynuować będzie antypolską kampanię rząd PRL ograniczy płaszczyznę współpracy z USA. Przede wszystkim polskie instytucje i placówki zerwą kontakty z Agencją Informacyjną Stanów Zjednoczonych.
Sankcje w ostatecznym wyniku – mówił premier Wojciech Jaruzelski – godzą w naród polski, w każdego Polaka. „Cel sankcji jest jasny: sparaliżować gospodarkę polską, uniemożliwić wyjście z kryzysu, wziąć głodem, sprowokować do wewnętrznego konfliktu. Oto miara rzekomego humanitaryzmu. Oto lekcja, której musimy nauczyć się na pamięć. Polaków pragnie się ukarać za to, że nie dopuścili do zbudowania w sercu Europy ofiarnego stosu, na którym spłonąć mogło ich państwo za to, że chociaż raz okazali się mądrzy przed szkodą.
Nie istnieją granice obłudy. Rząd, który od lat torpeduje zastosowanie sankcji wobec wielkiego obozu koncentracyjnego, jakim jest Republika Południowej Afryki, nie doznaje żadnych wahań, stosując sankcje wobec Polski”.
„Polski nacjonalista”
28 grudnia 1981 r. nie zidentyfikowany z nazwiska „wysoki przedstawiciel” Departamentu Stanu w udzielonym wywiadzie dla prasy europejskiej przyznał, że odnośnie do postawy gen. Jaruzelskiego są wyrażane różne opinie. Jedni uważają go za „polskiego nacjonalistę”, który uratował Polskę przed interwencją radziecką, drudzy podejrzewają, że jest on narzędziem polityki radzieckiej. „Nie wyślemy do polski żadnej pomocy humanitarnej ani jakiejkolwiek innej, jeżeli nie będziemy pewni, że trafi ona do rąk tych, dla których jest przeznaczona” – powiedział. Nie wszyscy Amerykanie popierali konfrontacyjną polityką Waszyngtonu wobec Polski. Richard Spielman proponował, aby zrezygnować z „nieskutecznych sankcji”, ponieważ taka polityka „zmniejsza szanse na kompromis w Polsce”. „Jaruzelski – pisał on – nie jest radziecką marionetką. Ma on ograniczoną, ale autentyczną autonomię działania w sytuacji kryzysowej”.
W wywiadzie dla japońskiego dziennika „Nikon Keizai Shimbun” W. Jaruzelski powiedział, że „rząd Stanów Zjednoczonych a pod jego naciskiem i niektóre inne rządy zachodnie jednostronnie zerwały wiele zawartych z nami umów, zastosowały bezwzględne restrykcje. Ośmielono się stawiać Polsce warunki, co jest nie do pogodzenia z naszą suwerennością, z naszą duma narodową. Kroki te wykazały, że gospodarka polska była pod wieloma względami nadmiernie uzależniona od importu z krajów niesocjalistycznych”.
Generał Jaruzelski jako I sekretarz KC PZPR wielokrotnie wypowiadał się w pierwszej połowie 1983 r. na temat stosunków polsko-amerykańskich. Tak np. w przemówieniu na wojewódzkiej konferencji sprawozdawczo-programowej w Katowicach 21 lutego 1983 r. gen Jaruzelski zwrócił uwagę, że Stany Zjednoczone są główną lokomotywą próbującą przedstawić stosunki krajów kapitalistycznych z socjalistycznymi na tory konfrontacji. „Antypolską politykę Stanów Zjednoczonych scharakteryzowałem w grudniu ubiegłego roku w Jastrzębiu. Potwierdzam, że przyszłość stosunków polsko-amerykańskich zależy przede wszystkim od tego, czy rząd USA powróci do przestrzegania powszechnie obowiązujących norm i porozumień międzynarodowych”.
W wystąpieniu na warszawskiej konferencji PZPR w dniu 26 lutego 1983 roku gen. W. Jaruzelski powiedział m.in.: „Polska znajduje się nadal na pierwszej linii ataku skrajnych sił imperializmu. Eksploatacja tematu polskiego jest wygodnym pretekstem dla podgrzewania międzynarodowej nieufności, pobudzania wyścigu zbrojeń, ataku na Związek Radziecki, na socjalistyczną wspólnotę. Przeciwnik chce nas zepchnąć w zaułek niemocy, beznadziejności, wiecznego przygnębienia. Jeśli nie udał się gwałtowny wybuch bratobójczy, to niech przynajmniej się tli, to może się uda długotrwałe zatruwanie i nadwyrężenie społeczno-gospodarczych struktur socjalistycznej Polski.
To się oczywiście też udać nie może, ale koszty wydłużającego się kryzysu, straty ponoszone w sferze świadomości gospodarki mogą być duże. Partia powinna pokazywać społeczeństwu ten haniebny, brutalny mechanizm. Uderza on we wszystkich Polaków, niezależnie od ich światopoglądu i przekonań. Uderza w ich byt materialny, w perspektywę normalizacji. Już raz – 13 grudnia 1981 roku okazaliśmy się mądrzy przed szkodą. Rozumiejąc istotę tej antypolskiej gry musimy okazać się mądrzy i dziś”.
Na krajowej naradzie aktywu robotniczego w końcu marca 1983 roku gen. Jaruzelski powiedział: „Są na Zachodzie potężne i wpływowe siły, którym z oczywistych powodów zależy na tym, aby Polska była „chorym człowiekiem Europy”, państwem, którego granice można kwestionować. Są siły zainteresowane w tym, aby przezwyciężenie naszego kryzysu trwało jak najdłużej. Im ludziom w Polsce żyje się gorzej – tym lepiej dla Waszyngtonu. Są tacy, którzy dla swych własnych imperialistycznych celów gotowi są „wojować do ostatniego Polaka”.
Kto się z tymi siłami dobrowolnie lub z bezmyślności sprzymierza, kto daje posłuch obcej propagandzie uprawianej dla obcych celów, za obce pieniądze, przez obcych obywateli – ten nie ma moralnego prawa, aby rozprawiać o Polsce. Siłę kraju wyznacza nie tylko jego potencjał militarny, system sojuszów obronnych, poziom cywilizacyjny i stan gospodarczy, lecz w tej samej mierze określa ją stan umysłów, poczucie narodowej wspólnoty interesów i dążeń. Jątrzenie, skłócanie i dzielenie narodu, podsycanie nieufności i nienawiści, żadnym polskim interesom służyć nie mogą”.
Koła imperialistyczne
W przemówieniu 1-majowym w Warszawie gen. W. Jaruzelski powiedział: „Koła imperialistyczne wciąż jeszcze liczą, że kraj nasz stanie się areną, na której Polacy – nie rozumiejąc, kto i w jakim celu ich do tego podżega – będą się ze sobą zderzać w imię cudzych, obcych nam interesów.
Wyróżnia się w tym rząd Stanów Zjednoczonych. Stosując i inspirując bezprawne restrykcje, bezprzykładną agresję propagandową, próbuje wtrącać się w nasze sprawy. W tym świetle musimy spojrzeć ostrzej i na zamiar rozmieszczenia nowych rakiet, wycelowanych również w nasze miasta. Polska krew jest nisko notowana w waszyngtońskiej giełdzie.
Jest sprawa rozumu, honoru, patriotyzmu klasy robotniczej, wszystkich ludzi pracy, aby te cyniczne, antypolskiej rachuby skończyły się jak najrychlej tam, gdzie się skończyć powinny – na złomowisku historii ” .
Na I Kongresie PRON-u gen. Jaruzelski, przemawiając 7 maja 1983 roku powiedział” „Nie my proklamowaliśmy „polsko-amerykańska zimną wojnę”. Nie nam jest ona potrzebna. Wysuwanie warunków pod adresem Polski na nic się nie zda. Nie ma co liczyć na naszą kapitulację. Stany Zjednoczone musiały się ze wstydem wycofać z Wietnamu. Wcześniej czy później wycofają się i z niesławnej kampanii przeciwko Polsce”.
Przemawiając na skończenie obrad XII Plenum PZPR na początku czerwca 1983 roku, gen. Jaruzelski podkreślił, że „w interesach zwłaszcza amerykańskiego imperializmu leży przedłużenie polskiego kryzysu, wywoływanie w naszym kraju wstrząsów wykorzystywanych jako tworzywo do zimnowojennej antysocjalistycznej krucjaty. Jest to więc brudna wojna ekonomiczna i polityczno-psychologiczna prowadzona przeciwko żywotnym interesom Polski. Jakże żałosny jest w tym koncercie między innymi głos władz pewnego zachodniego kraju, które z protestów w polskich sprawach chcą uczynić listek figowy dla własnych groźnych wydarzeń i kłopotów.
Dowiedliśmy, że nie ulegniemy ani groźbom, ani naciskom. Zachód musi to zapamiętać raz na zawsze. Ale też nigdy nie wyrzekliśmy się gotowości do równoprawnej, służącej pokojowi normalizacji stosunków z każdym państwem, które ze swej strony wykaże dążność w tym kierunku. Eliminując możliwość rozgrywania karty polskiej w zimnowojennych celach, nastawiamy się na stopniową odbudowę polskiej aktywności w ramach skoordynowanych państw socjalistycznych, na inicjatywy i działania nawiązujące do bogatych tradycji polskiej polityki zagranicznej całego okresu powojennego”.
Na zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL gen. Jaruzelski powiedział, że „pokój społeczny, porozumienie Polaków – to najgorszy możliwy bieg wydarzeń z punktu widzenia obecnych strategów Waszyngtonu. Polska słaba – to karta do gry. Polska mocna, zakotwiczona w socjalistycznej wspólnocie, pewna własnych sił i ufna w moc sojuszów – to porażka dla tych, którzy planują „demontaż komunizmu”. Dlatego linia postępowania wobec naszego kraju jest czytelna i logiczna: grozić i stawiać warunki, jątrzyć i izolować, podżegać i wygłupiać…
Za oceanem mówi się kilka razy na tydzień, że rząd Stanów Zjednoczonych nie ma wprost żadnych innych pragnień jak wolność, szczęście i dobrobyt narodu polskiego. Tylko bezgranicznie naiwni mogliby w to uwierzyć.
Soldateska i rasistowski reżim
Naród amerykański, który wniósł znaczący wkład w walkę z hitlerowskim faszyzmem, nie szczędził wysiłków dla rozgromienia japońskiego militaryzmu, naród wybitnych twórców nauki i techniki – cieszy się od dawna sympatią Polaków. Lecz przecież są w tym samym narodzie siły, które dopuściły się ludobójstwa w Wietnamie. Ustanowiły system nieludzkiego wyzysku w wielu krajach Ameryki Łacińskiej. Osłaniają każdą zbrodnię izraelskiej soldateski. Wspierają rasistowski reżim w Republice Południowej Afryki. Dla tych sił Polska jest pionkiem na szachownicy – i niczym więcej.
Niechaj Stany Zjednoczone oraz ich sojusznicy w Pakcie Atlantyckim oficjalnie, publicznie, bez żadnych niejasności, potwierdzą nasze niezbywalne prawo do Wrocławia i Szczecina, nienaruszalność granic polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, które znów, mimo wszystkich zobowiązań zawartych w Akcie Końcowym Konferencji Bezpieczeństwa Współpracy w Europie, podważa się i atakuje nad Renem. Niech rząd USA i inne rządy zachodnie przestaną wykorzystywać dywersyjne rozgłośnienie do ingerowania w wewnętrzne sprawy naszego kraju. Jest to nieodłączna część ich polityki państwowej wobec Polski. Niech wreszcie cofną wymierzone w nasz kraj restrykcje. Ich bezpośrednie i pośrednie koszty – idą już w miliardy dolarów. Ponosi je naród polski. Przyjdzie czas, że wrócimy do tej sprawy.
Los narodu i terytorium polskiego jest Stanom Zjednoczonym i Paktowi Atlantyckiemu w rzeczywistości obojętny. Potwierdzony ponownie zamiar zainstalowania na zachód od Łaby amerykańskich rakiet nowej generacji jest decyzją o nieobliczalnych następstwach. Będą one wymierzone również w nasz kraj, w polskie miasta, ośrodki przemysłowe, szlaki komunikacyjne”14.
Przytoczyłem fragmenty przemówień W. Jaruzelskiego z pierwszej połowy 1983 roku, ponieważ ilustrują one ówczesną retorykę polityczną w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych i reakcję władz polskich na twardą politykę administracji Reagana.
20 lipca 1983 r. Rada Państwa zniosła z dniem 22 lipca stan wojenny w Polsce. Następnego dnia, 21 lipca 1983 roku gen W. Jaruzelski udzielił wywiadu znanej i popularnej w USA dziennikarce ABC, Barbarze Walters.
Przykre doświadczenie
Na pytanie: „Co Pan myśli o prezydencie Reaganie?” gen. Jaruzelski stwierdził, że z uwagi na należny szacunek dla głowy państwa wolałby nie rozwijać tego tematu. Podkreślił jednak, że „dla nas, Polaków i dla mnie osobiście te stosunki, które się obecnie ukształtowały między Polską a Stanami Zjednoczonymi są bardzo przykrym doświadczeniem. Nasze narody łączy długa, tradycyjna przyjaźń. Szanujemy wielki naród amerykański, jego wspaniały dorobek cywilizacyjny. Ja, jako młody oficer, na początku maja 1945 roku nad rzeką Łabą, w środku Europy uścisnąłem dłoń amerykańskiemu oficerowi. Spotkaliśmy się tam na gruzach faszyzmu hitlerowskiego. Jest to niezwykle smutne, że te stosunki właśnie tak się ułożyły. Nie z naszej winy”.
W wygłoszonym na posiedzeniu Sejmu przemówieniu Jaruzelski stwierdził, że „w antypolskich posunięciach przoduje rząd Stanów Zjednoczonych. Dwustronne stosunki polsko-amerykańskie są złe, są gorsze niż kiedykolwiek były. Niemal co tydzień formułuje się kolejne warianty swoistego ultimatum. Obcy dyktat nie wpływa i nie będzie wpływać na nasze wewnętrzne sprawy, na politykę rządu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”.
Przemawiając 4 grudnia 1983 roku na centralnej akademii w Zabrzu z okazji Dnia Górniaka premier W. Jaruzelski powiedział m.in.: „Prezydent Reagan w ciągu dwóch lat zdołał zburzyć to, co w stosunkach polsko-amerykańskich powstało przez długie dziesięciolecia”.
W wywiadzie dla dziennikarzy zagranicznych Wojciech Jaruzelski powołując się na polskich ekonomistów oszacował koszty bezpośrednie i pośrednie sankcji amerykańskich dla Polski na ok. 15 miliardów dolarów. „Nikt, kto jest naiwny, nie może powiedzieć, iż takie skutki nie obciążają narodu, społeczeństwa, każdej polskiej rodziny. Jest to więc nie tylko akt nieprzyjazny wobec rządu, ale również akt antyhumanitarny wobec narodu polskiego”.
Wojciech Jaruzelski wielokrotnie deklarował gotowość do pełnej normalizacji dwustronnych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi ale podkreślił, że powinien temu „towarzyszyć powrót do elementarnego realizmu politycznego i zaniechanie praktyk przynoszących szkody naszemu narodowi”.

Premier W. Jaruzelski, który przebywał w Nowym Jorku we wrześniu 1985 na sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, spotkał się z różnymi politykami, ale nie amerykańskimi. Spotkał się natomiast w siedzibie Stałego Przedstawicielstwa PRL przy ONZ z liczną grupą środowisk polonijnych. „Wśród obecnych znajdowali się profesorowie wyższych uczelni, przemysłowcy, handlowcy, dziennikarze, prawnicy, reprezentanci zarówno starszego pokolenia jak i młodej generacji.
O Matce nie można mówić źle
Zwracając się do zebranych prezes Rady Ministrów wyraził szczere zadowolenie z możliwości spotkania się z przedstawicielami Polonii amerykańskiej i przekazał jej serdeczne pozdrowienia z Warszawy i z Polski. Stwierdził, że w najważniejszych dla Ojczyzny sprawach serca Polaków biją wspólnym rytmem, odczuwają jednakowo jej sukcesy i trudności. Przytoczył znane hasło Związku Polaków w Niemczech, że „Polska jest Matka naszą – o Matce nie można mówić źle”.
Wyraził podziękowanie za okazywane przez Polonię patriotyczne dla Ojczyzny wsparcie. Przypomniał wkład Polonii w odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie, który jest symbolem polskiej państwowości. Mówiąc o obecnych problemach kraju, wskazywał na postęp i konsekwencję w ich rozwiązywaniu”.
W bezpośrednich rozmowach przedstawiciele Polonii zapewniali premiera o swoim serdecznym związku z polską i pragnieniu działania dla dobra ich przodków, a także o tradycjach i perspektywach obustronnie pożytecznej współpracy między Polską a USA – pisała „Trybuna Ludu”.
Doradca premiera Wiesław Górnicki tłumaczył dziennikarzom, że Jaruzelski składał wizytę w ONZ, a nie w USA tłumacząc tym samym brak spotkań z politykami amerykańskimi. Faktem jest, że Waszyngton nie wykazał żadnego życzenia spotkania się z W. Jaruzelskim. Jaruzelski spotkał się natomiast z Davidem Rockefellerem oraz z kardynałem Johnem Królem.
Mimo krytycznej oceny polityki generała Jaruzelskiego, Reagan pogratulował mu w listopadzie 1985 roku wyboru na stanowisko przewodniczącego Rady Państwa. Przekazał „najlepsze życzenia konstruktywnej kadencji, w czasie której Polska osiągnie cel narodowego pojednania, o którym Pan często się wypowiadał, co pozwoli na to, aby rozwój naszych dwustronnych stosunków przyjął kierunek wzajemnie bardziej korzystny”.
Mimo gotowości ze strony rządu polskiego do poprawy stosunków polsko-amerykańskich, Wojciech Jaruzelski w lutym 1986 r. wyraził pogląd, że nie uległy one poprawie. „Pragniemy – powiedział on, żeby poprawa nastąpiła, dajemy tego wielokrotnie dowody. Ale oczywiście może ona nastąpić na gruncie wzajemnego poszanowania, poszanowania naszej suwerenności, nieingerowania w nasze sprawy wewnętrzne”.
Nasilenie zarzutów
W referacie wygłoszonym 29 czerwca 1986 roku na X Zjeździe PZPR I Sekretarz KC PZPR W. Jaruzelski nazwał Waszyngton „inspiratorem i głównym realizatorem szkodzących Polsce decyzji i poczynań”. Równocześnie odnotował „drobne pozytywne gesty i kroki”. Jednakże – powiedział – „w polityce liczą się przede wszystkim fakty. Ich bilans jest wciąż bardzo niekorzystny”. W referacie nie było ostrych ataków na Stany Zjednoczone, które zwykle przy takich okazjach miały miejsce w przeszłości. Zwrócił na to uwagę korespondent „Associated Press” Matthew Vita, który na konferencji prasowej 4 lipca zadał W. Jaruzelskiemu następujące pytanie: „W kampanii przedzjazdowej, w artykułach prasowych obserwowaliśmy pewne nasilenie zarzutów pod adresem USA. Natomiast w pana przemówieniu na X Zjeździe akcentów takich nie było. Czy zdaniem pana generała możemy oczekiwać poprawy stosunków polsko-amerykańskich jeszcze za czasów rządów prezydenta Reagana? Czy Polska jest gotowa do jakiegoś gestu pojednawczego w stronę Stanów Zjednoczonych, co mogłoby korzystnie przyspieszyć poprawę tych stosunków?”.
Jaruzelski powiedział, że artykuły czy przemówienia przedzjazdowe były reakcją na nieprzyjazne posunięcia i wypowiedzi amerykańskie. Zjazdowy referat – powiedział Jaruzelski – „zasygnalizował gotowość – zresztą po raz kolejny – poprawy tych stosunków. Ale poprawa ta może się dokonać tylko na zasadzie uznania naszych suwerennych praw i poszanowania naszych wewnętrznych problemów.
Nie może być mowy o wspomnianym przez pana „jakimś geście”, który miałby, że tak powiem „udobruchać” Stany Zjednoczone. To, co robimy i jak postępujemy jest najlepszym uwiarygodnieniem naszych intencji. To, co podejmujemy dla poprawy sytuacji w kraju, co czynimy dla odprężenia międzynarodowego i umocnieni pokoju, co czynimy w zakresie współpracy i stosunków międzynarodowych z innymi krajami przemawia za nami”. Jaruzelski przy tym podkreślał, że „Polsce nie chodzi o stosunki specjalne, lecz o stosunki normalne”.
Generał W. Jaruzelski 1 grudnia 1986 r. podczas konferencji prasowej z udziałem uczestników międzynarodowego spotkania dziennikarzy „Jabłonna VI”, nawiązując do polsko-amerykańskich rozmów w Wiedniu powiedział m.in.: „Chcemy po prostu, aby nasze stosunki opierały się na normalnych zasadach, powszechnie przyjętych przez społeczność międzynarodową. Jest rzeczą zrozumiałą, że wymaga to odejścia od polityki restrykcji oraz stworzenia niedyskryminujących warunków rozwoju stosunków gospodarczych, handlowych, ekonomiczno-finansowych. Sądzę, że wzajemnie korzystna współpraca będzie możliwa, że leży ona również w interesie Stanów Zjednoczonych”.
Wojciech Jaruzelski po raz pierwszy od dwóch lat udzielił wywiadu dziennikarzowi amerykańskiemu. Był to wywiad, który 30 lipca 1987 roku opublikował „Wall Street Journal”. W wywiadzie tym Jaruzelski podkreślił, że przeszkodę na drodze do sukcesu w Polsce stanowi polityka Stanów Zjednoczonych, które odmawiają odbudowy bliskich stosunków gospodarczych sprzed roku 1981. Polska potrzebuje otwarcia zachodnich rynków zbytu, aby przyspieszyć wzrost gospodarczy kraju i wypełnić zobowiązania płatnicze.
W dniach 26-29 września 1987r. w Polsce przebywał z oficjalną wizytą wiceprezydent George H.W. Bush. W pierwszym dniu pobytu w Polsce złożył on kurtuazyjną wizytę przewodniczącemu Rady Państwa Wojciechowi Jaruzelskiemu. Jak głosił oficjalny komunikat PAP „spotkanie przebiegało w rzeczowej, konstruktywnej atmosferze”. Następnego dnia obaj politycy spotkali się w zabytkowym pałacu w Nieborowie, gdzie rozmawiali przez prawie trzy godziny, o ponad 40 minut dłużej niż przewidywał program. Tematem Rozmów były m.in. polsko-amerykańskie stosunki dwustronne, ze szczególnym uwzględnieniem problematyki ekonomicznej.
Pozytywny sygnał
W rozmowie z dziennikarzem „Washington Post” Jimem Hoaglandem Jaruzelski powiedział, że wizyta była „pozytywnym sygnałem”, że stosunki polsko-amerykańskie ulegają zasadniczej poprawie. Jaruzelski zwrócił się o poparcie Waszyngtonu w sprawie pożyczki Banku Światowego i MFW oraz w sprawie obniżenia odsetek od kredytów rządowych. „Pan Bush obiecał, że będzie naszym rzecznikiem w rozmowach paryskich w sprawie restrukturyzacji zadłużenia i dotrzymał danej obietnicy. Nie był to wielki krok” – oświadczył Jaruzelski.
Po powrocie do Stanów Zjednoczonych wiceprezydent Bush powiedział, że generał
W. Jaruzelski zapewnił go o reformach w Polsce „Choć reformy nie idą tak daleko jak byśmy sobie tego życzyli, w uznaniu niezależnych związków zawodowych są to kroki we właściwym kierunku” – powiedział Bush.
11 listopada 1988 roku z okazji 70. rocznicy odzyskania niepodległości prezydent Reagan przesłał depeszę do przewodniczącego Rady Państwa W. Jaruzelskiego. Przypomniał z dumą 14 punktów prezydenta Woodrowa Wilsona i fakt, że Stany Zjednoczone popierały sprawę niepodległości Polski. „Naród amerykański i ja osobiście nadal życzymy pomyślności narodowi polskiemu w jego wysiłkach zmierzających do zapewnienia zachowania dobrodziejstw wolności i dobrobytu”.
Kiedy Bush wygrał wybory prezydenckie w listopadzie 1988 r. przewodniczący Rady Państwa W. Jaruzelski pogratulował mu zwycięstwa, wyrażając przy tym przekonanie, że „dzięki Pan zaangażowaniu, któremu dał Pan wyraz podczas swej wielce znaczącej wizyty w Polsce, stosunki między naszymi państwami będą rozwijając się w duchu historycznych tradycji łączących narody polski i amerykański”.
W liście skierowanym do W. Jaruzelskiego 2 maja Bush pozytywnie ocenił rozwój sytuacji w Polsce. Jeszcze raz z uznaniem przyjął wyniki rozmów „okrągłego stołu”. Przyjął również zaproszenie do złożenia oficjalnej wizyty w Polsce. Kilka dni później 6 maja poddano publicznie do wiadomości, że w pierwszej połowie lipca George Bush przybędzie do Polski na zaproszenie przewodniczącego Rady Państwa Wojciecha Jaruzelskiego.
USA nie poprą
W połowie czerwca 1989 r. pojawiły się pogłoski, że Stany Zjednoczone nie poprą kandydatury W. Jaruzelskiego na prezydenta. Ambasador J. Davis 16 czerwca depeszował do sekretarza stanu, że „członek Biura Politycznego Józef Czyrek złożył krótką wizytę zastępcy ambasadora, aby „wspólnie pomartwić się” pogłoskami na temat amerykańskiego poparcia dla ekstremalnych poglądów opozycji. Powiedział, że krążą plotki wskazujące na to, iż Stany Zjednoczone są przeciwne wyborowi Jaruzelskiego na prezydenta i ostrzegł, że z kwestii tej może wyniknąć „wojna”. „Pewne działania” utrudniły wybór Jaruzelskiego i wedle pogłosek Stany Zjednoczone wsparły te działania. Jeśli sytuacja się nie zmieni, a wybory prezydenta nie przebiegną tak, jak się spodziewano, może to odbić się negatywnie na wizycie prezydenta Busha. Zastępca ambasadora zaprzeczył jakoby Stany Zjednoczone miały jakikolwiek interes w nie dopuszczeniu do wyboru Jaruzelskiego i podkreślił, że USA opowiadają się za stałym postępem procesu demokratyzacji. Wszelkie interpretacje tej niezwykłej rozmowy z Czyrkiem wskazują na ogromne obawy kierownictwa rządu dotyczące najbliższej przyszłości” – pisał ambasador Davis.
Prezydent Bush w liście do gen. Jaruzelskiego 2 maja 1989 r. pisał m.in.: „Wierzę, że podpisując porozumienia okrągłego stołu Polska zrobiła krok w kierunku wolności i demokracji, krok który przyczynia się do budowy takiej Europy do jakiej ja i moje państwo dążymy. Porozumienia okrągłego stołu mogą stworzyć Polsce najlepsza okazję od dziesięcioleci, aby zacząć trudną i wielką drogę wnoszącą się w kierunku prawdziwej wolności i pomyślności”.
Ambasador USA w Polsce John R. Davis 22 czerwca 1989 r. spotkał się z grupą czołowych parlamentarzystów „Solidarności” i wyjaśnił im jak doprowadzić do niezbędnego kworum, by wybrać gen. Jaruzelskiego na prezydenta Polski.
List z zaproszeniem
W styczniu 1989 r. gen Jaruzelski skierował list do nowo wybranego prezydenta USA George’a H.W. Busha z zaproszeniem do złożenia wizyty w Polsce. Przed przyjazdem do Polski prezydent Bush na spotkaniu z polskimi dziennikarzami w Białym Domu ciepło mówił o generale Jaruzelskim. „Serdecznie wspominam jego serdeczność w stosunku do mnie” – powiedział Bush.
Wizyta prezydenta George’a H.W. Busha w Polsce trwała 3 dni, od 9 do 11 lipca 1989 r.
W niedzielę 9 lipca wieczorem, tuż po godzinie 20.00 na warszawskim Okęciu wylądował samolot „Air Force One”. Prezydenta Busha, jego małżonkę i osoby towarzyszące powitał przewodniczący Rady Państwa Wojciech Jaruzelski.
W przemówieniu powitalnym George Bushe powiedział: „Jest rzeczą wspaniała być tutaj znowu w tak fascynującym momencie. Historia, która tak często spiskowała z geografią, odmówiła narodowi polskiemu swobody, wolności, teraz oferuje Polsce nową, jaśniejszą przyszłość.
Słuchałem uważnie Pańskich (generała W. Jaruzelskiego – przyp. L.P.) słów powitania – rzeczywiście Polska wkroczyła na drogę demokratycznych przemian. Wspinaczka jest fascynująca, choć nie zawsze łatwa i będzie wymagała dalszych poświeceń. Jeśli jednak będzie się za nią podążać, prowadzić ona będzie do renesansu tego szczególnego narodu, narodu polskiego.
Są to wielkie dni dla Polski. „Solidarność” jest ponownie organizacją legalną. Są zaczątki wolnej prasy. Zebrał się nowy parlament. Polski. Senat został przywrócony w drodze wolnych i uczciwych wyborów. Polska tworzy swoją własna historię! Ameryka i świat bacznie przypatrują się temu.
Rząd polski i Pan, Panie Przewodniczący, wykazaliście mądrość i odwagę, wkraczając na drogę porozumień „okrągłego stołu”. To, co dzieje się tutaj, jest natchnieniem dla świata”.
Mimo późnej pory, wzdłuż trasy przejazdu prezydenta z lotniska do jego rezydencji przy ulicy Parkowej zebrało się sporo warszawiaków, którzy pozdrawiali gości.
Poniedziałek 10 lipca był dla prezydenta Busha najbardziej pracowitym dniem. O godz. 8:45 przed Grobem Nieznanego Żołnierza złożył wieniec. Następnie udał się na Umschlagplatz, przy ul. Stawki, miejsce upamiętniające męczeństwo i walkę Żydów w latach 1940-1943. Po złożeniu wieńca przywitał się z przedstawicielami społeczności żydowskiej.
O godz. 9:30 przybył do Belwederu na spotkanie z przewodniczącym Rady Państwa Wojciechem Jaruzelskim. Po serdecznym powitaniu, które rejestrowały dziesiątki kamer stacji telewizyjnych i aparaty licznie przybyłych fotoreporterów, obaj politycy przyszli do Sali Pompejańskiej na rozmowy „w cztery oczy”. Bushowi towarzyszył Brent Scowcroft, doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego, Jaruzelskiemu zaś Kazimierz Duchowski, dyrektor departamentu amerykańskiego w MSZ.
Namawianie
Obaj politycy musieli rozmawiać o poważnych sprawach i to szczegółowo, ponieważ rozmowa trwała blisko 2,5 godziny. Ponad dwugodzinną rozmowę Busha z Jaruzelskim w cztery oczy odczytano jako poparcie dla generała i jego kandydatury na stanowisko prezydenta. Potwierdził to sam Bush w książce opublikowanej w 1998 roku, pisząc: „Powiedziałem mu
(W. Jaruzelskiemu – L.P.), że jego odmowa ubiegania się (o wybór na prezydenta) będzie prowadziła w sposób nieunikniony do destabilizacji i nalegałem, żeby rozważył swoją decyzję ponownie. Powstała sytuacja paradoksalna: prezydent USA usiłuje przekonać wyższego przywódcę komunistycznego, aby ubiegał się o urząd prezydenta kraju.
Ale sądziłem, że doświadczenie Jaruzelskiego stwarzało najlepsze warunki dla łagodnej transformacji systemu w Polsce .
To, że Bush nakłaniał Jaruzelskiego do kandydowania na prezydenta RP, potwierdzał. także generał Czesław Kiszczak. W wywiadzie z Adamem Michnikiem, Agnieszką Kubik i Moniką Olejnik, Kiszczak po latach tak wspominał ten fakt: „Zdarzyła się wtedy śmieszna historia. Jemy obiad na Krakowskim Przedmieściu. Jaruzelski siedzi z Bushem za stołem prezydialnym, ja obok z doradcą prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego. Siedzimy i gadamy o tym o owym – on generał, ja generał… W pewnym momencie on się nachyla w moją stronę i mówi: – Panie generale, jeśli generał Jaruzelski zaproponuje panu stanowisko premiera czy pan się zgodzi? I zaczął mnie gorąco namawiać, żebym ja się zgodził zostać premierem polskiego rządu! Deklarował pełne poparcie rządu Stanów Zjednoczonych dla mnie jako przyszłego premiera. Okazuje się, że Amerykanie głęboko rozpoznali naszą sytuację.
Bush zgłupiał
Wtedy ja podszedłem do Busha. Jaruzelski przedstawił mnie jako kandydata na prezydenta. A ja się zwróciłem do Busha: – panie prezydencie, ja mam do pana prośbę. Widzę, że pan ma duży wpływ na mojego przyjaciela, pana generała Jaruzelskiego. Niech pan mu wyklaruje, wytłumaczy, żeby on kandydował, bo on jest jedynym, najlepszym kandydatem na prezydenta.
Bush zupełnie zgłupiał. Zaczął przekonywać Jaruzelskiego – i generał w końcu się złamał. Ja wtedy złożyłem publiczne oświadczenie, że popieram kandydaturę Jaruzelskiego”.
W południe ambasador USA w Warszawie, John R. Davis wydał w swej rezydencji lunch z okazji wizyty w Polsce prezydenta Busha. Zaproszono czołowych polityków polskich a także kilkudziesięciu przedstawicieli różnych sił politycznych i środowisk – w sumie około 80 osób.
Gości powitał prezydent Bush, który nawiązują do wcześniejszych rozmów w Belwederze z Wojciechem Jaruzelskim stwierdził, że jego kraj i świat czerpią natchnienie z sukcesu Polski przy „okrągłym stole” i z wprowadzenia w życie jego postanowień.
„Wzniósłbym kielich, gdybym go znalazł” – powiedział prezydent. Goście się roześmiali, ambasador Davis szybko podsunął prezydentowi kieliszek. „Wznoszę toast z głębokim szacunkiem dla Pana, panie Przewodniczący i Pana kolegów, dla „Solidarności”, dla procesu „okrągłego stołu” i dla wszystkich obecnych tutaj gości, którzy umożliwili ten proces, za społeczeństwo polskie.
Stany Zjednoczone – powiedział Bush – będą z Polską, będziemy popierać waszą pełną nadziei i bezprecedensową w waszej historii misję”.
Rodzi się nowa Polska
Wojciech Jaruzelski w swoim toaście stwierdził, że przedpołudniowa rozmowa umożliwiła lepsze poznanie się i wzajemne zrozumienie. Powiedział min.: „Pańska wizyta na wspólnym posiedzeniu Sejmu i Senatu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ma szczególną wymowę. Symbolizuje ona nową jakość w stosunkach między naszymi krajami, lecz zarazem i ciągłość, ponieważ dzień dzisiejszy ma swe źródło we wczorajszym dniu…
Rodzi się nowa Polska. Wspólnym wysiłkiem całego narodu otwieramy dziś nieznany rozdział w księdze polskich przeznaczeń.
Wkraczając na tę trudna drogę, o której mówił Pan na lotnisku warszawskim, mamy pełną świadomość, że najwięcej zależy od nas samych.
Ale nie chcemy być sami. Mamy wielu przyjaciół. Wierzę, iż stosunki polsko-amerykańskie, że nasza współpraca będą również tego potwierdzeniem”.
Następnie George Bush wygłosił obszerne przemówienie. Przypomniał w nim historyczne związki łączące Stany Zjednoczone i Polskę. „Decyzja Polski – powiedział Bush – przeprowadzenia reform politycznych i ruch na Węgrzech zmierzający w tym samym kierunku – mają wielka wagę, której znaczenie wybiega poza ich granice, stwarzając polityczne struktury uprawomocnione wolą ludu. Przez to Wasze reformy mogą stanowić podstawę stabilności, bezpieczeństwa i dobrobytu – nie tylko tu ale w całej Europie. Obecnie i w przyszłym stuleciu”.
Odchodząc od napisanego tekstu przemówienia prezydent Bush dodał, że osoba generała Jaruzelskiego była w USA kontrowersyjna. Teraz wszystko się zmieniło, bo w bardzo trudnej sytuacji potrafił pójść w kierunku otwartości i reform. Bardzo chciał poprowadzić kraj w erę zmian. Dlatego prezydent Bush w swoim przemówieniu w Sejmie dodał do przygotowanego tekstu słowa pochwały pod adresem generała W. Jaruzelskiego.
Wieczorem o godz. 20:00 przewodniczący Rady Państwa z małżonką podejmowali prezydenta George’a Busha i jego żonę Barbarę oficjalnym obiadem w pałacu Rady Ministrów na Krakowskim Przedmieściu.
Wojciech Jaruzelski w swoim przemówieniu podkreślał m.in., że George Bush jest w Polsce znany i szanowany. Wyraził przekonanie, że „wizyta w naszym kraju stanie się doniosłym historycznym wydarzeniem w rozwoju stosunków polsko-amerykańskich”.
George Bush z kolei powiedział, że jego wizyta „nie jest zwyczajna, ponieważ czasy w Polsce nie są zwyczajne.
11 lipca prezydent Bush poleciał do Gdańska, gdzie spotkał się z Lechem Wałęsą a o godz. 15-ej przybył na Westerplatte, gdzie oczekiwał na niego Wojciech Jaruzelski. Obaj złożyli pod pomnikiem wińce i uczcili minutą ciszy pamięć żołnierzy poległych na frontach drugiej wojny światowej.
Uroczystość pożegnania prezydenta na lotnisku w Rębiechowie odbyła się o godz. 16.30. Wojciech Jaruzelski żegnając gościa określił wizytę jako „niezwykle ważny, doniosły rozdział w historii stosunków polsko-amerykańskich. Jest Pan – powiedział – doświadczonym dalekowzrocznym, budzącym sympatię politykiem. Chcę podziękować Panu, Panie Prezydencie za zrozumienie złożoności naszych obecnych problemów”.
Szczególna wizyta w kraju wyjątkowym
George Bush powiedział, że „była to szczególna wizyta w kraju wyjątkowym i wśród ludzi, którzy budzą w nas natchnienie”. Podkreślił, że najbardziej z tej wizyty utkwiły mu w pamięci „ogromne możliwości, które w tej chwili stoją przed narodem polskim”. Na zakończenie powiedział: „Stany Zjednoczone przyjdą z pomocą w zapewnieniu konkretnych posunięć, które pozwolą Polsce na przebycie drogi, która przed nią stoi – ku lepszemu startowi życia gospodarczego. Rozpoczyna się nowa droga wymiany gospodarczej z całym światem.

Chciałbym podziękować generałowi Jaruzelskiemu za otwartość i szczerość naszych wszystkich dyskusji. Dodaję swój głos do głosu tych wszystkich, którzy w przeszłości doceniali ogrom osiągnąć Polski i są w pełni oddani sprawie dopomożenia jej na nowej drodze. Wola i zdecydowanie Polaków wystawione zostały na trudną próbę ale tylko one są czynnikami, które zdecydują o sukcesie. Świat spogląda na Polskę pewien, że podejmie tę próbę”.
Powrót Polski do polityki Waszyngtonu
11 lipca 1989 roku, o godzinie 17.00 samolot prezydenta odleciał z Gdańska, biorąc kurs na Budapeszt; George Bush przebywał w Polsce 43 godziny.
Wizyta prezydenta Busha miała wymiar polityczny i ekonomiczny. Moim zdaniem, ten pierwszy był bardziej pomocny, aniżeli drugi. Bushowi przede wszystkim zależało na poparciu zmian systemowych w Polsce. W sferze politycznej wizyta ta oznaczała powrót Waszyngtonu do aktywnej polityki wobec Polski, do dialogu i konsultacji, współpracy międzyparlamentarnej, do normalnych stosunków z rządem polskim, jakikolwiek rząd zostanie wyłoniony w wyniku wyborów parlamentarnych.
W czasie lotu do Paryża prezydent Bush podzielił się z dziennikarzami wrażeniami z pobytu w Polsce i na Węgrzech. Powiedział m.in., że gen. Jaruzelski początkowo nie cieszył się dobra opinią w Stanach Zjednoczonych, obecnie jednak jest „według mnie w czołówce reformatorów tak w swym kraju jak i w Europie Wschodniej. Moja rozmowa z nim była ciepła i serdeczna. Mówiliśmy o rozbieżnościach lecz również i o tym co nas łączy. Wyraźne było, że Jaruzelski robi wszystko, aby podejmować nas z pełną gościnnością”.
Troskliwe gratulacje
W lipcu 1989 roku Wojciech Jaruzelski został wybrany prezydentem PRL. W związku z tym sekretarz prasowy Białego Domu M. Fitzwater przekazał w imieniu prezydenta Busha następujące oświadczenie: „Gratulujemy generałowi Jaruzelskiemu wyboru na urząd prezydenta Polski. Wybór przywódcy jest wewnętrzną sprawa narodu polskiego. Naszą jedyną troską jest to, aby proces reform polityczno-gospodarczych postępował naprzód. Prezydent podkreślał to wielokrotnie podczas swej podróży. Prezydenta szczególnie uderzyło ogromne pragnienie narodu polskiego, by wspólnie działać dla zbudowania pomyślnej przyszłości. Jednym z celów podróży prezydenta było wrażenie nadziei, że wszystkie strony będą działać wspólnie dla dobra narodu polskiego”.
Po wizycie w Polsce przywódca mniejszości republikańskiej w Senacie Robert Dole ogłosił 7 września raport, w którym podkreślił, że „spotkaliśmy się z prezydentem Jaruzelskim, komunistycznym szefem państwa i odbyliśmy z nim szczerą, daleko (poza bieżące sprawy) wybiegającą rozmowę. Z rozmowy tej wyszliśmy przekonani, że prezydent Jaruzelski choć może być oddanym komunistą jest jeszcze w większym stopniu patriotycznym Polakiem. Uważam, że stara się on czynić to, co jest najlepsze dla Polski, że rozumie iż sukces „Solidarności” jest obecnie spleciony z sukcesem Polski”.
Szacunek dla wszystkich
4 października 1989 r. Biały Dom opublikował oświadczenie prezydenta Busha, w którym jeszcze raz wyraził on „szacunek dla premiera Mazowieckiego, prezydenta Jaruzelskiego, przywódcy „Solidarności” Lecha Wałęsy i wielu innych wybitnych polskich przywódców za ich odwagę” w doprowadzeniu do zmian w Polsce. Bush zaprosił prezydenta Jaruzelskiego i premiera Mazowieckiego do złożenia wizyty w Stanach Zjednoczonych „w dogodnym dla nich czasie”.
Na konferencji prasowej, w dniu 24 stycznia Zygmunt Broniarek zadał prezydentowi Bushowi następujące pytanie: „Prezydent Jaruzelski sugerował ostatnio, aby cztery wielkie mocarstwa potwierdziły nienaruszalność powojennych granic Polski bez względu na to, co się stanie w przyszłości, to znaczy również w razie zjednoczenia Niemiec. Czy Stany Zjednoczone przyłączyłyby się do takiego potwierdzenia?”.
Prezydent Bush: „W ramach Aktu Helsińskiego uznaliśmy istniejące granice i nie ma dla mnie żadnego problemu, by potwierdzić je. Natomiast nie mam osądu co do tego, czy wymaga to jakiegoś rodzaju akcji
międzynarodowej”.
Orędownik dalszego rozwoju
Na początku sierpnia 1990 roku PAP podała wiadomość, że prezydent W. Jaruzelski złoży wizytę w USA na zaproszenie prezydenta G. Busha. Tymczasem 28 września w prasie ukazał się tekst listu Jaruzelskiego do George’a Busha, w którym rezygnuje on z wizyty w USA. Formalnym powodem tej decyzji był wniosek W. Jaruzelskiego do Sejmu o skrócenie jego kadencji prezydenckiej. W zakończeniu listu Wojciech Jaruzelski życzył prezydentowi Bushowi dalszych sukcesów w umacnianiu bezpieczeństwa i pokoju, w budowie nowego ładu międzynarodowego oraz wyraził przekonanie, że prezydent USA będzie orędownikiem dalszego rozwoju przyjaznych stosunków polsko-amerykańskich.
Kultura polityczna
W. Jaruzelski wystąpił z wnioskiem o skrócenie kadencji w związku z niewybrednymi atakami jego przeciwników politycznych, dążących do przyspieszenia wyborów zarówno prezydenckich jak i parlamentarnych.
Ambasador USA w Warszawie Thomas Simons, 28 września złożył wizytę.
W. Jaruzelskiemu i podziękował w imieniu prezydenta Busha za list. Przekazał także wyrazy pełnego zrozumienia dla decyzji odwołania oficjalnej wizyty w Stanach Zjednoczonych oraz złożył najlepsze życzenia. Powiedział, że prezydent Stanów Zjednoczonych z wielką przyjemnością wspomina obie wizyty w Polsce i uważa, że w przyszłości będzie miał okazję spotkania się z nim i odbycia intersującej rozmowy.
O wysokiej kulturze politycznej i osobistej George’a Busha świadczy również komunikat Białego Domu, w którym prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził, że decyzja Wojciecha Jaruzelskiego harmonizuje z wkładem prezydenta Jaruzelskiego w proces demokratycznych przemian w Polsce od czasu historycznego porozumienia zawartego przy „okrągłym stole”. „Prezydent Jaruzelski zasługuje na wielki szacunek za rolę, jaką odegrał wraz z rządem premiera Mazowieckiego w działaniach na rzecz umocnienia gospodarki i umocnienia demokracji”.
Reagan w Warszawie
14 września 1990r. do Warszawy przybył były prezydent USA Ronald Reagan. W Belwederze spotkał się z prezydentem Wojciechem Jaruzelskim. Obaj rozmówcy wymienili się poglądami o sytuacji w Polsce, w Europie i w świecie. Po rozmowie Ronald Reagan powiedział: „Podczas ośmiu lat sprawowania przeze mnie urzędu nie doszło do naszego spotkania, nie było takiej okazji. Była to bardzo dobra rozmowa. Omawialiśmy zachodzące obecnie przemiany polityczne i ekonomiczne. Wydaje się, że posuwają się one we właściwym kierunku”. Komentując spotkanie z Ronaldem Reaganem, Wojciech Jaruzelski mówił: „Przede wszystkim chcę podkreślić wielką satysfakcję z możliwości tego spotkania. Przeszliśmy długą drogę. To, że dziś tu w Belwederze, mogliśmy się spotkać, jest w pewnym sensie symbolem czasu w jakim żyjemy”. Prezydent Jaruzelski dodał, że rozmowa była pożyteczna i przebiegała w miłej atmosferze.
Zawsze pytał o Jaruzelskiego
Ilekroć polscy politycy odwiedzali Biały Dom, prezydent Bush zawsze pytał o generała Jaruzelskiego i za ich pośrednictwem przekazywał pozdrowienia dla niego.
W czerwcu 1997 roku Bush po raz piąty odwiedził Polskę. W dniu 29 czerwca państwo Bush spotkali się z prezydentem Kwaśniewskim i jego małżonką w pałacu prezydenckim. Polski prezydent podjął gościa lunchem. Po lunchu do pałacu przejechał generał Jaruzelski, który odbył półgodzinną rozmowę z Georgem Bushem. Do spotkania tego doszło na życzenie Busha.
Po powrocie do USA George Bush przesłał generałowi Jaruzelskiemu list datowany
4 lipca, w dniu święta narodowego Stanów Zjednoczonych. W liście tym Bush pisał m.in.: „Drogi Generale Jaruzelski, drogi Przyjacielu. Było mi bardzo miło spotkać się z Panem w Warszawie. Najpierw byłem zaniepokojony Pańską operacją oka, ale kiedy powiedział mi Pan, że wszystko się dobrze rozwija, poczułem się w związku z tym dużo lepiej”. Dalej Bush, zawiadamiając Jaruzelskiego o planowanym otwarciu Biblioteki Prezydenckiej, pisze: „Jeżeli miałby Pan jakeś osobiste dokumenty odnoszące się do wydarzeń w czasie mojej prezydentury i wiceprezydentury, albo do moich wizyt w Polsce, to byłbym Panu bardzo wdzięczny za przesłanie mi ich, jako dokumentów historycznych, które umieściłbym w bibliotece”.
Wreszcie Bush stwierdza: „ Gdy tylko biblioteka i szkoła zaczną działać, skontaktuje się z Panem w sprawie ewentualnej Pańskiej wizyty w Teksasie. Chciałbym, żeby Pan spędził tu kilka dni na wspólnych spotkaniach ze studentami i na zwiedzaniu przynajmniej części Teksasu”.
Zygmunt Broniarek, który opublikował powyższy list, skomentował go następująco: „Bush zawsze był i dalej jest człowiekiem, który pamięta o swoich przyjaciołach”.
Elektryk, który zapalił lampę wolności
11 listopada 1999 roku George Bush po raz szósty odwiedził Polskę, tym razem na zaproszenie wicepremiera Leszka Balcerowicza. Był gościem honorowym obchodów Święta Niepodległości. Prezydent Kwaśniewski podziękował mu za „osobisty wkład w budowę demokratycznego świata, za wsparcie dla Polski i dla Polaków. Pamiętamy i dziękujemy” – powiedział Kwaśniewski. „Te uroczystości mnie, który jestem weteranem II wojny światowej, szczególnie głęboko zapadły w serce” – powiedział Bush.
Nawiązując do swoich poprzednich pobytów w Polsce, szczególnie w lipcu 1989 roku, Bush ciepło i serdecznie wspominał generała Wojciecha Jaruzelskiego. „Wiem – mówił – że w Polsce jest postacią wciąż kontrowersyjną, ale jest to człowiek, który postawił interes kraju ponad wszystko”. Bush dobrze też wspominał Lecha Wałęsę, „elektryka, który zapalił lampę wolności”.

Przed rozmową z wnukami

Krąży w sieci fragment nagrania z próby przeprowadzenia wywiadu z panią minister rodziny i czegoś tam jeszcze. Dziennikarz znanej stacji radiowej (nierządowej) nie był w stanie przerwać lawiny słów wypowiadanych przez panią minister, a chciał zadać pytanie.

Ale pani minister miała przygotowane tezy, które musiała i powinna wygłosić, niezależnie od tego w jakiej sprawie została zaproszona i co z pomocą dziennikarza chciałyby usłyszeć osoby przy odbiornikach. Bardzo taktowny redaktor próbował się dowiedzieć, czy pani minister go w ogóle słyszy. W końcu otrzymał potwierdzenie, ale zadać pytania nie zdążył, bo pani minister zerkając na kartkę wróciła błyskawicznie do swej zaplanowanej przemowy. Z monologu tego wychwyciłem, iż „naszą rolą jest pokazanie prawdziwego obrazu działań rządu” oraz, uwaga „odpowiadam na te pytania które pan chce zadać”.

Pani minister odpowiedzialna za polskie rodziny i za coś jeszcze nie jest wyjątkiem. Tak „odpowiadają” na pytania dziennikarzy wszyscy politycy PiS. Zapewne korzystają z otrzymywanych szablonów, tzw. „przekazów dnia”, gdyż w danym dniu wyjątkowo spójnie brzmią ich odpowiedzi.
Przypomniał mi się żart obrazujący, jak w takim stylu wypowiedzi doskonale poruszała się Beata Szydło. To ją w dowcipie sprzedawca hamburgerów czy hot dogów pyta, z jakim sosem ma podać jedzenie. Odpowiedź pani premier miała brzmieć mniej więcej tak: „Dziękuję bardzo za to pytanie, jest ono bardzo ważne, bo przez minione osiem lat Polki i Polacy nie mogli uzyskać na nie odpowiedzi.” „Ale z jakim sosem?” „Jechałam tu wiele kilometrów przez zniszczony kraj, przez Polskę w runie, by móc wreszcie szczerze porozmawiać, by móc powiedzieć prawdę o stanie Państwa” „Ale z jakim sosem?” „Dopiero dzięki naszej dobrej zmianie każdy może decydować o swoim sosie, to znaczy o swoim losie…” itd. Itp. Oczywiście głos pani Beaty był omdlewający, a ona sama bliska zasłabnięcia. Bo tylko gdy mówiła o nagrodach, to głos miała mocny i pewny, bo „te pieniądze przecież po prostu się należały…”.

Ale mam też i inną refleksję związaną z przytoczonym tu „wywiadem”. Przed laty jeden z moich wnuków usłyszał, jak ktoś zwraca się do mnie per „panie ministrze”. Gdy byłem wiceministrem, wnuków jeszcze na świecie nie było, miał prawo więc o funkcji mojej nie wiedzieć i po cichu z pewną dozą niedowierzania połączonego z dumą zapytał: „dziadku to ty byłeś ministrem?” Opowiedziałem w skrócie i do tematu nie wracaliśmy. Teraz wnuk jest już młodzieńcem, mającym własną ocenę sceny politycznej i chyba przez grzeczność nie wraca do tematu „dziadek-minister”. Przez grzeczność, bo każdemu byłemu ministrowi czy wiceministrowi wstyd jest być utożsamianym z dzisiejszymi członkami rządu. Będę musiał wytłumaczyć wnukom, jak wiele różni ministrów obecnych od tych, którzy sprawowali urząd dwadzieścia lat temu i więcej. Udzielałem przecież także wówczas wielu wywiadów, odpowiadałem na liczne pytania, występowałem w Sejmie, ale nie przypominam sobie bym poruszał tematy inne niż obszar mojej resortowej odpowiedzialności, ale też bym otrzymywał pytania poza ten obręb wykraczające. Odpowiedzi moje były tylko moimi, nikt mi nie dyktował co, jak i gdzie mam mówić. Dziś politycy wypowiadają się chętnie i bez oporów na każdy temat. Treść wypowiedzi nie wskazuje czy mówi do nas rzecznik partii czy rządu, minister sprawiedliwości czy pracy, a objęcie odpowiedzialności za przebieg wyborów przez dawny resort skarbu to swoiste kuriozum.

Wnukowie moi wiedzą, że mam dyplom prawnika. Niestety znają też zapewne wypowiedzi panów z ministerstwa sprawiedliwości na temat sądownictwa, na temat profesorów prawa, czy byłych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Będę więc wytłumaczyć że nie każdy dyplom prawnika jest przepustką do mądrości czy gwarancją bycia prawym i uczciwym, że podporządkowanie bieżącej dyrektywie politycznego ośrodka nadzoru potrafi zdusić i stłamsić to, czego uczono na pierwszym roku, a co jest kanonem zasad prawa, jego stanowienia i wykonywania.

Czeka mnie jeszcze rozmowa z wnukami o mojej młodości, o studiach, o pracy w czasie, gdy Polska była Ludową. Zbyt często słyszę nieuprawnione porównania rządów PiS z okresem PRL. Wnukowie wiedzą że po II wojnie państwo polskie powstało jako element powojennego ładu z aprobatą Wielkiej Trójki, że los Polski od pewnego momentu był na tyle obojętny Churchillowi, Rooseveltovi i ich następcom, że skala wpływów Stalina w Polsce nie była przedmiotem ich troski. Pytanie, kiedy nastąpił u nich ten moment obojętności: już w 1939 czy dopiero 1945? Ale chciałbym by wnukowie wiedzieli, iż przy wszystkich trudach życia w państwie odbudowywanym po tragicznych skutkach wojny, w państwie nie w pełni suwerennym, swoje dorosłe życie spędziłem nie będąc straszonym zagrożeniem wojną, czując opiekę państwa wyrażaną choćby gabinetami lekarskimi w szkołach, nowoczesnych budynkach powstałych w ramach akcji 1000 szkół na 1000 lecie. Wspomnieć im muszę o spółdzielczości mieszkaniowej, o dostępności kultury i poziomie w niej uczestnictwa, o programach radiowych i telewizyjnych bez reklam, o poziomie zaufania i szacunku do zawodu nauczyciela, o roli artysty, o bogactwie kultury studenckiej, o tym że słowo kabaret kojarzy mi się z finezją i literackością…

Polskie bezdroża i wybory

Ta nasza historia, najnowsza, lata okupacji niemieckiej i tuż po wojnie obfituje w dramatyczne mocowanie się Polaków z wieloma narodowymi problemami na naszych drogach wyboru i decyzji w wymiarze społecznym i osobistym. Atakowały nas przecież ogromne cienie bezdroży, które musieliśmy pokonywać, by żyć i pracować. Musieliśmy najczęściej sami się boksować z wieloma przeciwnościami zaistniałymi w nowej rzeczywistości społeczno-politycznej, która była przecież dla większości Polaków zaskoczeniem i czymś jeszcze nieznanym. To, co się tworzyło po pięcioletniej, jakże okrutnej i zbrodniczej okupacji niemieckiej, nie mogło być dla nas obojętne, chociaż byli i tacy wśród nas. To oni przegrywali, przyjmując taki sposób na życie i swoją przyszłość.

Większość z nas myślała, zastanawiała się, co robić i podejmowała decyzje osobistego zaangażowania się w to powstające nowe, nieznane jeszcze, bo doprawdy było to nowe, a dotyczyło wszystkich Polaków. Oczywiście, że wielu z nas błądziło po tych polskich drogach i bezdrożach. Te nasze rodowe siedziby, miasta i wsie to jakże ubogie, dalekie były od ówczesnej cywilizacji Zachodu. Wielokrotnie musieliśmy wnosić korekty do swoich zachowań wobec tego, co się tworzyło na naszych oczach.
Duże zaskoczenie
Błądziliśmy, bo wszystko niemal było nowe, niespotykane na naszych drogach dotychczasowego życia i pracy. Rozwój sytuacji, życia społecznego, był niekiedy dużym zaskoczeniem. To również było w moim życiorysie. Przymierzałem się przecież do kilku zawodów, zanim wybrałem i przetrwałem w nim czterdzieści lat aż do przejścia na emeryturę, a następnie na rentę.
Nie byłem wyjątkiem, także moi koledzy kilkakrotnie dokonywali wyboru życia i pracy, wiążąc swoje losy z określonymi podmiotami państwa i działalności społeczno-politycznej. To właśnie ta tworząca się nowa rzeczywistość, ogarniająca nas młodych Polaków, dzieci wojny, motywowała do takiego postępowania. Było to trudne. Nie wszystko, co się tworzyło, powstawało, było zrozumiałe, oczywiste. Błądziliśmy, przeżywając różne osobiste rozterki i niekiedy brak przekonania do tego, co robiliśmy.
Jednak nasza intuicja wskazywała nam słuszne wybory i zachowania, które potwierdzone zostały w czasach dorosłego życia. Te wnoszone korekty w naszych zachowaniach były niekiedy spóźnione. Były też negatywne skutki, które trzeba było przezwyciężać w kolejnych latach. Bo do tego zmuszał nas młodzieńczy rozsądek, a później już nasze doświadczenia, nasza dorosłość. Wielu z nas, bardzo wielu, błądziło po tych naszych bezdrożach.
Myślami, zachowaniem, czuli się źle, coś uwierało. Ich myśli sięgały po inną Polskę, w II RP czuli się źle. Po latach mieli uczucie niespełnienia się, nie będąc w młodości w głównym nurcie dokonujących się zmian. Niestety, ich zachowania w ważnym okresie życia, tu i teraz, nie sprzyjały sięganiu po pewny sukces. Nie mieli poczucia sukcesu życiowego. Los sprawił, że pozostali na obrzeżach dokonań w dotychczasowych środowiskach. Ale wielu, bardzo wielu, dokonało właściwego wyboru. Ja też, czując się spełnionym we wszystkich wymiarach, zawodowym, społecznym i rodzinnym, nade wszystko rodzinnym. Byli to ludzie w większości z nizin społecznych, biedoty miejskiej i wiejskiej, a takimi przecież w II RP była większość Polaków. I to oni dziś mówią, że czują się spełnieni.
Pasałby krowy
Mieczysław Rakowski mówił, że gdyby nie było Polski Ludowej, pasałby krowy. Ja też. Nie wszyscy się do takiego życiorysy przyznają. Są tacy, którzy swoim zachowaniem urągają pamięci, kim by byli, gdyby nie warunki, jakie im stworzono na drodze awansu społecznego do uzyskania stopni naukowych i innych awansów, jakie były ich udziałem właśnie w Polsce Ludowej.
No cóż, tacy już jesteśmy, poprawiając i zmieniając swoje życiorysy, by podobać się nowym włodarzom Polski. Już nie pierwszym sekretarzom, a prezesowi. Można i tak. Człowiek, istota myśląca, ale wciąż się zmieniająca. Bo, jak wielu mówi, nie jesteśmy doskonałymi, lecz nieustannie się doskonalimy. Tylko jak to się ma do naszych wartości moralnych, po prostu, do bycia właśnie człowiekiem, sobą. Są nas miliony czujących się spełnionymi we wszystkich możliwych wymiarach.
Tyle tytułem wstępu do tego, co chcę napisać, co się tworzyło i powstawało, kiedy nastała jakże nowa rzeczywistość powojenna; o naszych zachowaniach, postawach i dokonywanych wyborach, których celem była nasza przyszłość.
Nowa rzeczywistość
Jest rok 1944. Lato. Początki sierpnia. Przeloty radzieckich bombowców przerywały nasz sen i burzyły pogodę ducha, bo przypominały nam naloty i bombardowania naszego miasta przez armię niemiecką i radziecką, bo na obrzeżach naszych domostw były zgrupowania wojsk niemieckich wycofujących się przed naporem oddziałów Armii Czerwonej.
W tej sytuacji na wschodnich krańcach Polski i nieco później niemal w całej Europie powstała nowa rzeczywistość, jakże odmienna od tej, jaka była przed wybuchem II wojny światowej we wrześniu 1939 roku i tuż po jej zakończeniu. Już wówczas my, Polacy, byliśmy podzieleni na różne orientacje i poglądy polityczne. Niemal każde polityczne ugrupowanie tworzyło struktury wojskowo-polityczne, oddziały zbrojne: AK, GL, AL, BCh i NSZ i jeszcze inne mniejsze formacje zbrojne.
Powstały też nowe partie polityczne, oprócz istniejących już przed wojną PPS i PSL. Taką nową partią była Polska Partia Robotnicza utworzona przez polskich komunistów podczas okupacji. Jej sekretarzem m.in. jeszcze w czasach wojny i krótko po jej zakończeniu był Władysław Gomułka. Istniała też Krajowa Rada Narodowa powołana w noc sylwestrową 1943/1944. Ogłosiła ona swój program przemian demokratycznych po wyzwoleniu. Miała to być Polska demokratyczna, ludowa.
Zapowiadała radykalne reformy społeczne, ziemię dla chłopów, fabryki dla robotników. Po kapitulacji Niemiec i zakończeniu wojny podziały i różnice programowe między tymi ugrupowaniami wojskowo-politycznymi jeszcze bardziej się zaostrzyły, objęły niemal wszystkich Polaków, skutkując czasami walkami bratobójczymi Polaków z Polakami. Nawet w rodzinach nie było jedności. Znałem dwóch braci. Jeden był w podziemiu, a drugi komendantem posterunku Milicji Obywatelskiej w jednej z gmin. Niemców już nie było, ale byli przeciwnicy polityczni dążący do przejęcia władzy. Jedni chcieli reaktywować II RP z kosmetycznymi zmianami programowymi.
Terror
Lewica też dążyła do przejęcia władzy, zapowiadając radykalne reformy demokratyczne, jak uspołecznienie przemysłu, przeprowadzenie reformy rolnej. Jej główne hasła to: fabryki dla robotników, ziemia dla chłopów, władza ludu, powszechna, bezpłatna oświata, odbudowa kraju ze zniszczeń. Ale jeszcze nic nie mówiono o socjalizmie. Te hasła głosiła PPS, która powstała w końcu lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. Istniał terror. Ginęli Polacy w obronie nowej ludowej władzy i ci, którzy chcieli powrotu władzy z czasów II RP. Stroną atakującą był oddziały zbrojne partii prawicowych i konserwatywnych.
Władze odpowiadały działaniami odwetowymi, na terror też odpowiadano terrorem. Ginęli Polacy, nasi sąsiedzi też. Widziałem to jako dziecko wojny. Miałem wówczas czternaście lat. Ginęli również ci, którzy nie byli w żadnej organizacji politycznej czy zbrojnej. Byli oni daleko od sporów politycznych. Tak np. zginął m.in. przyjaciel naszej rodziny Wacław Bujalski pasąc krowy w lesie w pobliżu swoich zabudowań. Zabito go tylko dlatego, że w tym czasie ścigano zbrojny oddział prowadzący walkę z istniejącą już władzą liczący na powrót rządu z Londynu.
Zginął wdowiec, ojciec trojga dzieci. Był to dramat rodzinny. Moja rodzina często jeździła z nimi do lasu, zbierać grzyby, jagody i owoce. Pana Bujalskiego znaleziono po kilku dniach w lesie. Był przykryty gałęziami i liśćmi. Prowadzący obławę potraktowali go jak jednego z tych z lasu, którzy odmówili ujawnienia się po ogłoszonej amnestii. Takich ofiar było więcej na tych naszych polskich bezdrożach, ofiar ostrej walki między Polakami. Bój toczono o władzę dla polityków, natomiast ofiary ponosił niemal cały naród.
Kiereszowanie historii
Co było przyczyną, siłą sprawczą dokonywanych wyborów w czasie tuż po zakończeniu wojny i naszych ówczesnych dążeń? Pytanie oczywiście jakże historyczne, ale warto chyba w dzisiejszych czasach odpowiedzieć, posiłkując się autopsją.
Opisuję to, co widziałem i słyszałem, byłem świadkiem wielu sytuacji, w tym jakże dramatycznych śmierci ojców moich kolegów. Jest potrzeba przeciwstawiać się totalnym kiereszowaniom naszej polskiej historii, jej przeinaczaniu, niedomówieniom, po prostu zakłamywaniu. Przecież jeszcze żyje wiele osób, które są świadkami tego, co się działo w ówczesnej Polsce.
Największym kłamstwem jest twierdzenie przez polityków dobrej zmiany, partii konserwatywnej, że po okupacji niemieckiej była przez czterdzieści lat okupacja sowiecka. Jaka to analiza porównawcza upoważnia ich do takich pokracznych ocen niezwykle ważnego dla Polaków problemu narodowego. Przecież to kłamstwo. Nagłaśnia się je w książkach, filmach, środkach masowego przekazu opanowanych przez partię sprawującą władzę. To dobrze, że ukazuje się trochę prywatnych wydawnictw oraz rozgłośni radiowych i telewizyjnych, które polemizują z tymi kłamliwymi ocenami.
Jest faktem i trzeba to uznać, że wyzwolenie Polski przez armię wschodniego sąsiada, Armię Czerwoną, sprzyjało zasadniczym zmianom, do których dążyła ówczesna lewica i ugrupowania demokratyczne programowo z nią związane. To prawda, że te nowe władze w Polsce mogły liczyć na silne wsparcie, na konkretną pomoc w umocnieniu swoich wpływów w społeczeństwie.
Kto popierał?
Dziś wielu nie pamięta, albo celowo przemilcza, komu Polacy zawdzięczają dzisiejszy kształt Polski. Kto popierał włączenie do Polski Wrocławia, Szczecina i szerokiego dostępu do Morza Bałtyckiego. Tak się stało na wyraźne żądanie państwa radzieckiego, a nie państw zachodnich, a nawet rządu polskiego na emigracji. To państwo radzieckie, bolszewickie, zdecydowało, że mamy dziś korzystne ukształtowanie terytorium Polski, jego jakże korzystną demografię obywateli naszego państwa.
Wspomniałem już wyżej, że fakt wkroczenia do Polski oddziałów Armii Czerwonej był nader ważnym czynnikiem przejęcia władzy przez lewicę. Ale to byłoby niewystarczające, gdyby lewica była słaba, nie miała wsparcia, akceptacji liczącej się części Polaków, ich społecznego zaangażowania po stronie powstałej władzy o orientacji lewicowo-demokratycznej. Przecież np. Austria też była wyzwolona przez Armię Czerwoną. Jej wojska stacjonowały tam przez dziesięć lat. I co, wycofała się w 1955 roku. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, gdyż zabrakło tego czynnika wewnętrznego, wsparcia, ze względu na słabość lewicy. To samo mogłoby zaistnieć i w innych państwach, w Polsce, Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii. W naszym kraju lewicę poparli ludzie miast i wsi, którzy w czasach II RP żyli w nędzy i ubóstwie. Oj pamiętam, pamiętam te lata zimna, mrozu i braku kromki chleba. Tak było w wielu, bardzo wielu rodzinach mojego miasta. Jeszcze gorzej było na wsiach, w tych siedzibach, które miały nędzne, małe gospodarstwa.
Urojone sukcesy
Obecnie nasi polityczni włodarze to negują, mówiąc o urojonych sukcesach II RP. Jaki zachwyt wyrażają o wybudowanym jednym Centralnym Okręgu Przemysłowym. A była to kropla w morzu naszych potrzeb. Ekonomiści udowadniali że aby poprawić los Polaków była potrzeba wybudowania 50 takich okręgów przemysłowych. Właśnie prawie tyle wybudowano w Polsce Ludowej, tej niechcianej, wysiłkiem ogromnym całego narodu, nie tylko komunistów.
To był gigantyczny marsz nowoczesnego przemysłu, który prawica, po przemianach w 1989 roku, zniszczyła, oddała niemal darmo obcym. Może kiedyś stanie się zadość sprawiedliwości i ci, którzy się do tego przyczynili, zniszczyli polski przemysł, odpowiedzą przed Trybunałem Stanu. Jako pierwszy powinien odpowiadać przed tym najwyższym trybunałem Leszek Balcerowicz, inni także.
W latach 1944-45 lewica zapowiadała szeroki i radykalny program reform społecznych, który był zgodny z oczekiwaniem znacznej części Polaków. Wychodził naprzeciw naszym dążeniom i aspiracjom. Chociaż jeszcze nie wiedzieliśmy, czego właściwie chcemy. Wiedzieliśmy natomiast, że chcemy się przede wszystkim uczyć i później pracować w wyuczonych zawodach, jakoś się urządzić, by nie wegetować w biedzie jak nasze rodziny, pokolenia robotników i małorolnych chłopów.
Widzieliśmy po prostu szansę w tej nowej tworzącej się rzeczywistości społeczno-politycznej. Organizowano i odtwarzano powszechne szkolnictwo, brutalni zniszczone i zakazane przez okupanta niemieckiego. Zapowiedziano i stworzono w moim mieście nowe szkoły zawodowe z różnorodnymi specjalnościami i licea. Takich szkół dotychczas w ogóle nie było. Były w Siedlcach odległych od naszego miasta o trzydzieści kilometrów. Mój starszy brat Józef był uczniem tej szkoły tylko pół roku. Były to czasy II RP. Rodzice nie mogli opłacać jego nauki.
Rzemieślnicy, w tym kuśnierze, masarze i inni również żądali zapłaty od rodziców za naukę zawodu. Tak było w moim przypadku jeszcze dwa lata po wojnie. Nauka w szkole publicznej, zgodnie z programem władz była bezpłatna. Prowadzono też masowy werbunek do różnych szkół zawodowych organizowanych w całym kraju. Pamiętam, jak koledzy z naszej ulicy kończyli takie szkoły w różnych miejscowościach i po ich ukończeniu byli kierowani do pracy w różnych zawodach.
Byli zakwaterowani w internatach zakładowych. Powstający przemysł oraz różne resorty miały swoje szkoły zawodowe. Były też szkoły przyzakładowe. Młodzi ludzie przyjeżdżający do rodzin na urlopy chwalili się tym, że pracują i zarabiają w wyuczonych zawodach przez kilka miesięcy.
Paradowali przez miasto w nowych garniturach, których dotychczas nigdy nie mieli. Niektórzy już z żonami odwiedzali swoich rodziców. Zapoznali je właśnie w szkole. Powstająca niemal z gruzów i zgliszcz nowa Polska potrzebowała wykwalifikowanych pracowników. Wielu podejmowało dalszą edukację w systemie wieczorowym i zaocznym.
Matura w rok
Ten system oświaty był zorganizowany niemal w każdym większym mieście. Nawet w moim było liceum dla dorosłych i szkoła wieczorowa dla tych, którzy nie ukończyli siedmiu klas. Ja do takiej szkoły uczęszczałem przez rok. Dlatego mogłem być przyjęty do pierwszej klasy szkoły zawodowej. A na wyższych uczelniach istniały roczniki zerowe. W ciągu roku uzupełniało się średnie wykształcenie, stając się studentami pierwszego roku.
Werbunkiem kandydatów do szkół zawodowych zajmowały się też komendy powiatowe Służby Polsce. Kto dzisiaj wspomina, że swoją edukację zawdzięcza tej powszechnej organizacji? Niewielu. My, młodzi odbywaliśmy służbę w SP, pracując i szkoląc się. Ja np. pracowałem w czasie wakacji szkolnych w lipcu 1949 roku w 39. Brygadzie SP w Pasłęku.
Budowaliśmy wały przeciwpowodziowe obok pól rolników. Brygada nasza liczyła ponad tysiąc uczniów szkół z całego kraju, w tym z Warszawy i Gdańska. Pracowaliśmy osiem godzin dziennie. Na polach rolników także, w soboty i niedziele. Robiliśmy to ochotniczo. Pamiętam, że w namiotach nie pozostawał nikt. Wszyscy maszerowali na pola rolników. Obok namiotów były kuchnie polowe i sanitariaty oraz ujęcia wody.
Rolnicy częstowali nas mlekiem i owocami. Wielu posiadaczy tych gospodarstw rolnych było tułaczami ze wschodu, a m.in. z Ukrainy. Piliśmy kwaśne mleko w upalne dni. Tego się nie zapomina. Takie właśnie były nasze życiorysy. Te piękne karty zachowań i patriotycznych postaw powojennego pokolenia są, niestety, zapomniane przez obecne władze, które nieustannie gardłują tylko o czasach zniewolenia pod „okupacją bolszewicką”. Dlatego tak się zachowują, bo ich zdaniem była to Polska zła, ludowa, a nie kapitalistyczna. Jakie to prymitywne i prostackie. Przecież to moje pokolenie budowało nie tylko fundamenty, ale i pierwsze piętra tego, co dzisiaj nasz kraj sobą reprezentuje.
Pięciu komunistów
To przecież moje pokolenie likwidowało skutki niemieckiej niewoli i tworzyło nowoczesne oblicze Polski. A kto zlikwidował żałosne zjawisko analfabetyzmu z czasów II RP? Szwadrony kosmitów? Nie, zrobiła to Polska Ludowa. A w moim mieście można było komunistów policzyć na palcach jednej ręki. Było ich pięciu, gdy powstawała Polska Ludowa. Znam ich wszystkich. Szewc, zamiatacz ulic, piekarz i jeden pracownik samorządu miejskiego. Po wojnie wciąż pracowali w swoich zawodach, nie zmieniając poglądów. Jeden z nich był aresztowany i zesłany do obozu; udało się go rodzinie wykupić. A inny, Ostaszewski, w butach, które naprawiał, dostarczał do odpowiednich osób ulotki podziemia. Wszyscy oni nie wykazywali większej aktywności aż do końca swojego życia.
Werbunek, czy samodzielne wybory drogi do awansu społecznego? Tak, to wszystko było w określonym zakresie i skali. Temu nie można zaprzeczyć. Było i jedno, i drugie. Np. robotnik, brygadzista budowlany, był wyznaczany na dyrektora przedsiębiorstwa powiatowego. Taka była konieczność. Był przecież brak inżynierów budowlanych. Trzeba ich było kształcić parę lat na wyższych uczelniach. W wojsku przez wiele lat po wojnie realizowano hasło programowe werbunku do szkół oficerskich. „Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera” – mawiano.

Mnie też przyjęto do szkoły oficerskiej, mimo że nie miałem wówczas ukończonego średniego wykształcenia. Po wojnie jeszcze przez parę lat nie można było warunkować przyjęcia do szkół oficerskich posiadaniem matury. Bo po prostu tych maturzystów nie było, a tych, którzy posiadali maturę, przyjmowano na uczelnie cywilne. Tak było w moim przypadku.
Bezpartyjny
Ale wojsko stopniowo stawiało wyższe wymogi, tworząc jednocześnie warunki doskonalenia kwalifikacji i powszechnego dokształcania w systemie zaocznym i wieczorowym. Wojsko edukowało właśnie mnie niestacjonarnie przez czternaście lat, łącznie z uzyskaniem stopnia naukowego doktora, co zawdzięczam Polsce Ludowej i wojsku. Oczywiście, była też nomenklatura w polityce kadrowej jako jej zasadniczy kanon. Dobry fachowiec, ale bezpartyjny.
Tak. Ale po latach to się zmieniło. Prowadzono racjonalną politykę kadrową. Już nie egzekutywy partyjne decydowały o awansach, wyznaczaniu swoich partyjnych towarzyszy na kierownicze stanowiska. A teraz kto decyduje o wyznaczaniu na kierownicze funkcje w państwie i intratnych spółkach skarbu państwa? W sądownictwie i kulturze? Już nie pierwszy sekretarz KC lub KW, a prezes partii, która ma większość w sejmie. Niepokornych odwołuje się, a na ich miejsce są wyznaczane osoby o nijakich kwalifikacjach i doświadczeniu, ale uległe i pokorne wobec prezesa.
Mówi się dziś często o tym, jak to werbowano i zmuszano do wstępowania do PZPR jako warunku awansu społecznego. Na pewno były takie przypadki, ale byli i tacy, których nikt nie werbował i nie polecił im wstępowania do partii.
Tak było w moim przypadku i w przypadku mojego brata Józefa. Żyją jeszcze świadkowie tych naszych wyborów. Mając osiemnaście lat, udałem się do KP PZPR i powiedziałem, że chcę wstąpić do partii. Sekretarz spojrzał na mnie i powiedział, że chyba jestem jeszcze za młody, by się ubiegać o wstąpienie do partii. Pokazałem mu legitymację szkolną. Spojrzał na nią i polecił mi w sekretariacie wypełnić deklarację.
Po roku kandydowania zostałem przyjęty na członka. I taka była moja droga do partii i społecznego zaangażowania. Przez całe moje życie byłem człowiekiem o przekonaniach lewicowych. Będę nim już do końca. Teraz niektórzy politycy wielokrotnie zmieniają partyjne barwy, idąc tam, gdzie upatrują szansę na awanse i stanowiska. Po prostu robią to nie z potrzeb ideowych, ale z potencjalnych szans na korzyści materialne. Taka była droga wielu liderów partii władzy. To zjawisko występuje niemal we wszystkich partiach. Był działaczem PSL, a teraz jest funkcjonariuszem PiS, SLD. Lewicowiec działa teraz w PO. Takich, którzy zmieniali orientacje polityczne z myślą załapania się na posła, senatora czy ministra jest wielu w dzisiejszych partiach.
Kontakt z lewicą
W moim mieście takich jak ja, szukających kontaktów z lewicą, było wielu, nie byłem wyjątkiem. Nie mówiliśmy wówczas o komunizmie czy bolszewizmie. Takie pojęcia nie były w obiegu społecznym.
Dyskutowaliśmy, sprzeczając się o Polskę demokratyczną, o tym, co nam się oferuje, co ta nowa władza może nam dać i zmienić w naszym życiu. Jeszcze dodam, że kilku moich kolegów, wstępując do PZPR z własnej inicjatywy, pracowało później w KP PZPR w Sokołowie Podlaskim i Węgrowie, sąsiednim mieście powiatowym. Byli oni członkami tej partii aż do jej rozwiązania. Nie byłem więc w tych swoich wyborach i zachowaniach wyjątkiem w środowisku sokołowskim.
Warto chyba jeszcze wspomnieć, że w czasach powojennych powstało kilka organizacji młodzieżowych, które na kongresie zjednoczeniowym we Wrocławiu w 1948 roku utworzyły ZMP. W 1949 roku zostałem wybrany na przewodniczącego tej organizacji w Zasadniczej Szkole Metalowej.
Nikt nas nie werbował do wstępowania. Paru z nas poinformowało dyrektora szkoły, bezpartyjnego pana Stanisława Lesiaka, profesora fizyki i chemii, że chcemy utworzyć w szkole ZMP. Spojrzał na nas zamyślony i powiedział: ja wam nie będę przeszkadzał, tylko liczę na dobrą współpracę szkoły i uczniów. Odpowiedzieliśmy, że liczymy właśnie na dobrą współpracę z panem dyrektorem. Przychodził na niektóre nasze zebrania, radził i pomagał w wielu uczniowskich sprawach. Po tym uzgodnieniu z dyrektorem szkoły udaliśmy się do przewodniczącego ZP ZMP kolegi Rudasia. Był na naszym pierwszym zebraniu organizacyjnym, informując nas o celach programowych ZMP. Ogłosiliśmy, że kto chce wstąpić do organizacji, wypełnia deklarację, a kto nie chce, może opuścić salę. Niektórzy wyszli, nikt z nas ich nie zatrzymywał. Pamiętam, że większość z obecnych wypełniła deklarację, podpisując ją. Nikt nikogo nie namawiał do wstąpienia do powstającej organizacji młodzieżowej.
Dyscyplina uczniów
Na naszych zebraniach i spotkaniach omawialiśmy przeważnie sprawy warunków życia, wyniki nauczania, dyscyplinę uczniów, ich zachowań i działalność kulturalną. Nawet zorganizowano zespół artystyczny. Pamiętam, że prezentowaliśmy jednoaktówkę o partyzantach pt. „Wzgórze 703”. Prezentowaliśmy ją w kilku wsiach naszego powiatu. Upominaliśmy się też o zapomogi finansowe dla niektórych kolegów i koleżanek, którzy byli w trudnej sytuacji.
Pamiętam nawet, że nasza pani profesor Kołodziejczyk, zwróciła się do mnie z propozycją wytypowania osób spośród uczniów szkoły, które mogą po kilkudniowym kursie, pełnić w lipcu i sierpniu funkcję wychowawców na koloniach wakacyjnych dla młodzieży szkół podstawowych. W tych latach Powiatowy Inspektorat Oświaty miał trudności kadrowe z zaangażowaniem odpowiedniej liczby nauczycieli. Dlatego zatrudniano nas, uczniów szkoły zawodowej. Też byłem wychowawcą na koloniach i obozach młodzieżowych. M.in. w miejscowości Sabnie, gminie naszego powiatu, pełniłem funkcję wychowawcy grupy młodzieży, której rodzice zginęli w powstaniu warszawskim. Była to młodzież, która przebywała w domu sierot we wsi Wirowo. Rzeczywiście była to młodzież trudna, którą skrzywdziła wojna. Sieroty. Nie mieli rodziców. Ale odwołałem się do starszych uczniów, prosząc o pomoc i proponując im współpracę.
Kolektywne kierowanie
Pomogli. Było kolektywne kierowanie grupą moich podopiecznych. Nawet stworzyliśmy zespół artystyczny. Śpiewano patriotyczne piosenki i recytowano wiersze. Także o tematyce wojennej. Zespół występował w pobliskich wsiach. Kto chciał, mógł pomagać w żniwach rolnikom indywidualnym. Czy ktoś pamiętam o tym? Np. nasze wyjazdy i powroty na przyczepach traktorów, ocalałych i wysłużonych.
To także jedna z kart historii naszej młodzieży.
Dziś jakże przewrotna i fałszywa jest narracja, jaką prezentują niektórzy politycy oraz konserwatywni i liberalni pseudożurnaliści oraz niby uczeni. Usiłują oni nam przekazać tylko czarny obraz tych powojennych czasów. Nawet tym, którzy znają to z autopsji.
Otóż wedle tych wszystkowiedzących najlepiej, a nawet tych, którzy mieli szczęście, że nie byli dziećmi wojny, były to czasy dramatyczne dla tych żołnierzy niezłomnych, wyklętych, prawdziwych bohaterów Polski. Że to oni zmagali się i ponosili ofiary działań komunistów i bolszewików. Innych nie było, tylko oni i komuniści. A przecież większość to ani ci, ani tamci.
Naszej przeszłości nie możemy opisywać tylko w kolorach czarno-białych, bo takie oceny byłyby niesprawiedliwe i odbiegające daleko od prawdy historycznej. Przecież ta rzeczywistość powojenna, jak i późniejsze lata, miały różne barwy i cienie, a także kręte bezdroża. Nie tylko przeciwnicy tzw. komuny walczyli o naszą niepodległość, nie tylko oni są patriotami i prawdziwymi Polakami, jak to nieustannie wmawiają niektórzy politycy.
Ich przeciwnicy to komuniście, agenci Moskwy, sojusznicy bolszewików. A gdzie były miliony Polaków, którzy zawdzięczają urojonemu okupantowi radzieckiemu dzisiejsze korzystne granice i kształt terytorialny kraju. To dzięki nim zasiedliliśmy odzyskane ziemie na zachodzie i północy oraz duży pas wybrzeża morskiego.
Pierwsze kondygnacje
Nawet nie wspomną, komu zawdzięczamy, że Wrocław, Szczecin i inne miasta są dziś polskie. To nie niezłomni i wyklęci likwidowali odwieczne zacofanie i analfabetyzm. Nie oni odbudowali i zbudowali setki miast. Nie oni stworzyli fundamenty oraz pierwsze kondygnacje wielkich budowli, które pozwoliły nam zbliżyć się do zachodniej cywilizacji. Ci fałszywi bohaterowie ukrywali się w lasach i różnych melinach oraz strzelali nie tylko do państwowych funkcjonariuszy powstającej Polski Ludowej, lecz także do robotników odbudowujących polski przemysł i chłopów biorących ziemię z reformy rolnej, która umożliwiła im przetrwanie trudnego okresu w ich życiu. Zostaw chamie, to nie twoje, to pańskie. Kto to mówił?
Wielu z tych, którzy mają swoje ulice, place i pomniki. A kto wybudował mieszkania dla 14 milionów urodzonych rodaków w Polsce Ludowej? Szwadrony kosmitów, czy cały naród w czasach Polski właśnie Ludowej? W tych mieszkaniach już było światło, gaz i inne urządzenia sanitarne. To była gigantyczna praca, tworzono coś wielkiego na morzu gruzów i zniszczeń. Kto te wielkie zakłady pracy w moim, niegdyś zapomnianym mieście wybudował?
To właśnie dzięki tym zakładom, w tym mięsnym, nie ma już tych drewnianych domków, krytych gontem i papą, z oknami sięgającymi niemal do ziemi, bez elektryczności i wody przy mojej ulicy Lipowej. A powszechna akcja elektryfikacji wsi, w których diabeł mówił dobranoc? Jak bardzo było niemoralne, nieuczciwe zagubienie lat 1944-1989 w obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości. Lata mozolnej pracy, wysiłku, a nieraz niedojadania, lata wielkiego patriotyzmu milionów Polaków.
Godność i honor milionów
Ta ogromna praca tworzyła nasz potencjał materialny i duchowy, który wielce przyczynił się do zbliżenia nas do cywilizacji zachodniej Europy i naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Teraz nie tylko się przemilcza ten ogromny zryw aktywności narodowej, ale co więcej, kiereszuje się te lata, godność i honor milionów. Jest to działanie nad wyraz niegodziwe, wyraźnie zakłamane. Dzisiejsza Polska to dzieło wielu pokoleń Polaków, a nie jednej partii, która dziś sprawuje rządy w naszym kraju. Jak długo jeszcze? Czas pokaże! Zegary sprawiedliwości społecznej już pracują na niekorzyść tych naszych włodarzy.
I jeszcze o postawach i zachowaniach młodych mieszkańców miasta i wsi. Z naszymi rodzicami różnie bywało. Mieli swoje małe gospodarstwa rolne, warsztaty pracy, prowadzili różne interesy, by jakoś żyć, bo wszystkiego brakowało. Były to często postawy zachowawcze w trosce o wyżywienie rodziny, jej ubranie, bo też chodziło się w kamaszach wielokrotnie naprawianych i łatanych. My, młodzi, trochę odbieraliśmy to, co się tworzyło na naszych oczach inaczej niż nasi rodzice. Chcieliśmy zaistnieć, być obecnymi w tym ważnym okresie życia. Dlatego rozglądaliśmy się za różnymi możliwościami, aby coś robić i załapać się, by trochę pomóc rodzinie.
W wielu naszych domach prowadzono różne nielegalne interesy, np. pędzono bimber jako towar wymienny, m.in. z żołnierzami Czerwonej Armii. Kwitł także tajny ubój zwierząt, a nawet produkowano wędliny, które sprzedawano sąsiadom pracującym w różnych urzędach publicznych. My, młodzi, tym się nie zajmowaliśmy. Nasze zainteresowania były inne. Myśleliśmy o tym, co robić, jak się zachować, by zmienić losy naszych rodziców. Sami najczęściej podejmowaliśmy decyzje, które zaważyły na naszej przyszłości, nie pytając nawet rodziców, jakie jest ich zdanie o tym, co zamierzamy zrobić robić w najbliższych latach. Tak było w moim przypadku.
Nie wegetować
Intuicja i przykre doświadczenia z czasów II RP i okupacji niemieckiej podpowiadały nam, co robić, by się dobrze urządzić i nie wegetować, a pracować, uczyć się i żyć lepiej niż nasi rodzice, którzy niewiele mogli nam dać, bo taka była ich sytuacja. Dlatego podejmowaliśmy różne decyzje, rozglądając się na różne strony, szukając kontaktów z tymi, którzy coś znaczyli w mieście.
Młodzież chętnie angażowała się w czyny społeczne masowo podejmowane w latach powojennych. Dziś oczywiście też krytykowanych przez „dobrą zmianę”. Uczniowie mojej szkoły zawodowej brali m.in. udział w wywożeniu gruzów po spalonych budynkach. Z pozyskanej cegły wybudowano m.in. dla szkoły kuźnię, której nie było, a była ona potrzebna w naszej edukacji zawodowej. Pracowaliśmy przy spalonym budynku straży pożarnej, który był usytuowany niemal w środku miasta oraz przy dużym budynku wybudowanym tuż przed wybuchem wojny. W czasach okupacji był on siedzibą starosty naszego miasta, Niemca Ernsta Gramssa.
Ten budynek od naszego domu przy ul. Lipowej dzieliły tylko posesje Ukasiewiczów i Wójcików. Wszystkie jego kondygnacje były spalone, a część zburzona przez podłożone środki wybuchowe. Palił się w biały dzień, gdy Niemców już nie było. Drewniany dom Ukasiewiczów dorośli mieszkańcy tej ulicy polewali wodą noszoną we wiadrach, a sąsiadka Toczycka stała obok z krzyżem i żegnała ogromne płomienie ognia. Wyglądało to groźnie, ale ogień nie sięgnął domu wybudowanego z grubych, dębowych bali.
Akcja umacniania więzi
Braliśmy też udział w niedzielnych akcjach umacniania więzi miasta ze wsią. Tak się to wówczas mówiło. Wyjeżdżaliśmy do okolicznych wsi w naszym powiecie. Były to działania mało skuteczne w realizowaniu stawianych zadań przed tymi brygadami robotniczo-młodzieżowymi. Przykładem może być agitowanie rolników, by tworzyli zespołowe gospodarstwa, które miały być bardziej wydajne i zasobne w maszyny rolnicze, a w tych było wówczas mało.
W niektórych wsiach powstało kilka skolektywizowanych gospodarstw rolnych w formie spółdzielni produkcyjnych. Rolnicy zdecydowanie bronili swoich gospodarstw rodzinnych, które posiadali z dziada i pradziada, przed kolektywizacją. Od programu powszechnej kolektywizacji rolnictwa odstąpiono po październiku 1957 roku. Władysław Gomułka, wybrany po Ochabie na I sekretarza KC PZPR ogłosił, że nie będzie dalszej kolektywizacji polskiej wsi.
Obchody pierwszomajowe
Z istniejących około 10 tysięcy spółdzielni produkcyjnych większość została rozwiązana. Zostało ich niewiele. Od tego czasu rolników już zostawiono w spokoju. Ogłoszono program umacniania i pomocy dla gospodarstw indywidualnych, rodzinnych.
Zachęcano też nas, uczniów szkół, do udziału w manifestacjach 22 lipca i pochodach pierwszomajowych. Wywierano też nacisk na wszystkich pracujących w urzędach i gospodarce narodowej oraz firmach państwowo-społecznych. By ło trochę z tym kłopotów.
Czasami wzywano mnie jako przewodniczącego zarządu szkolnego ZMP do ZP ZMP i KP PZPR. Nie braliśmy jednak udziału w tych manifestacjach i pochodach jako szkoła w szyku zwartym. Nasz dyrektor szkoły, wspaniały wychowawca trudnej młodzieży, szanowany przez uczniów, rozumiał nas. Większość uczniów stanowili chłopcy i dziewczęta ze wsi. W niedziele i inne święta najchętniej wyjeżdżali do rodzin.
Było trochę z tego powodu zamieszania. Władze polityczno-administracyjne krytykowały dyrektora za to, że źle wychowuje młodzież, bowiem kierowana przez niego szkoła nie wystawiała zwartych grup uczniów i nauczycieli maszerujących z transparentami popularyzującymi jedyną tego typu szkołę w powiecie. My, miastowi, wprawdzie uczestniczyliśmy w tych manifestacjach, były to jednak nasze decyzje indywidualne. Ja stałem na chodniku blisko trybuny, na której stały władze polityczno-administracyjne miasta, bowiem byłoby mi trudno przebywać w tym czasie w innym miejscu.
Oglądałem maszerujące kolumny pracowników i młodzieży szkół. Grała orkiestra strażacka. Nieco później byłem jednym z jej muzyków grającym na dużym instrumencie nazywanym basem bejnym. Nosiłem go na ramionach, gdyż był to największy instrument całej orkiestry. Że grałem na nim, zdecydował kapelmistrz z uwagi na to, że byłem dość wysoki. Podczas tego mojego grania coś tam brzdąkałem jako wsparcie dla pozostałych instrumentów, w które była wyposażona nasza amatorska orkiestra strażacka. Profesjonalistą był tylko jeden muzyk, który uczył nas grać z nut. Po obchodach w godzinach wieczornych graliśmy na tzw. majówce na stadionie miejskim tuż przy naszej ulicy Lipowej. W latach późniejszych już nie organizowano pochodów pierwszomajowych, ale różne imprezy z udziałem naszego zespołu artystycznego i z niektórych sokołowskich zakładów pracy. Naszym zespołem kierował pan Kołodziejczyk.
Śpiewano i recytowano wiersze. Pomagała nam niezapomniana polonistka. Przypominam sobie jej wspaniałe lekcje nauki poprawnego języka. Dużo jej zawdzięczałem, ja oraz wielu moich kolegów i koleżanek. Jej mąż był kierownikiem szkoły podstawowej, w budynku której były dla nas organizowane lekcje. Zajęcia odbywały się nie tylko z teorii naszego przyszłego zawodu, lecz także z przedmiotów ogólnokształcących, jak matematyka, fizyka, chemia i inne.
Z dystansu dekad
I tyle o moich wspomnieniach z czasów bezdroży i dokonywanych wyborów. Jest potrzeba pisania i wspominania nie tylko o tych latach powojennych, ale i o całym okresie Polski Ludowej, której historia jest napisana przez pokolenia czterech dekad. Szczególnie teraz, gdy w dzisiejszej Polsce totalnie fałszuje się i zakłamuje lata heroicznego wysiłku wielu pokoleń Polaków.
I już na koniec tych moich wspomnień trochę refleksji. Nie mogę sobie odmówić wyrażenia tych najważniejszych, już jakże historycznych, doznań, spostrzeżeń. Czułem bowiem potrzebę głośnego wykrzyczenia, by przestano kłamać i przeinaczać historię, by zaniechano znieważania oraz odzierania nas z honoru i godności, by szanowano nasze ogólnonarodowe dobro, Ojczyznę odbudowaną od fundamentów oraz nadzieje na lepsze życie Polaków mojego pokolenia, ale także pokolenia naszych rodziców. Byliśmy motywowani nadzieją na lepszą przyszłość.
Atmosfera wolności
Zapowiadano przecież Polskę o innej rzeczywistości, bez głodu i zatroskania o zwykłe potrzeby rodaków. Ogarniała nas wówczas atmosfera wolności i pokoju, spełnienia największych pragnień każdego człowieka. Przeżywaliśmy wielki entuzjazm oraz niezapomniane chwile i dni. Byłem jednym z tych, którzy od pierwszych dni wolnej Polski opowiedzieli się za Polską sprawiedliwą dla wszystkich jej obywateli. Tych dni i lat życia oraz pracy właśnie w Polsce Ludowej nie można wymazać z naszej pamięci.
Czy wszyscy zachowają taką pamięć o minionych latach, o naszym powojennym czterdziestoleciu? Nie wiem. Ale bardzo bym pragnął, by tak było. My, dzieci wojny, zdecydowanie tak. To, co przeżyliśmy nie pozwoli na niepamięć naszej narodowej przeszłości, mimo że było w niej niemało różnych rozterek, wątpliwości, zagrożeń oraz trudnych sytuacji.
Wybory dokonywane przez Polaków, zwłaszcza młodych, były w tych trudnych powojennych latach różne. Przemyślane, rozważne, racjonalne, ale i niekiedy bez głębszej świadomości, że tak trzeba się zachować. Czasami podejmowane emocjonalnie i bez głębszej analizy istniejącej rzeczywistości.
Wielu z nas po prostu błądziło, powodując nawet dramaty osobiste i rodzinne. Później, po latach doświadczeń, gdy dorastaliśmy wiekowo, trzeba było wiele zmieniać w naszych zachowaniach. Nowe, różne problemy niekiedy przerastały nasze możliwości. W dodatku byliśmy wciąż skłóconym ze sobą pokoleniem. Wciąż istniały stare, zadawnione podziały, niekiedy tworzyły się też nowe. Nasze kłótnie i walka o racje to charakter naszej obecnej rzeczywistości, którą interesują się nasi sąsiedzi.
Wybory tych czasów
Ci z bliska i z daleka, z Europy i z Ameryki. Ale też wielu z nas, i to znaczny procent Polaków, potwierdza swoje dokonania i wybory w czasach powojennych, swoją pracą i działalnością społeczną. Eksponują oni swój gorący patriotyzm, mimo że część z nich uważana jest przez polityków prawicy, szczególnie konserwatywnej, za Polaków gorszego sortu. Jestem jednym z tych Polaków, którzy swój wybór dokonany w latach 1944-1945 wciąż potwierdzają jako właściwy. I tak będzie do końca mojego żywota. Innym nie mogę już być. Jednocześnie byliśmy i jesteśmy otwarci na nowe, inne czasy, bardziej cywilizowane i współczesne. Tych wartości nikt i nigdy nam nie odbierze. Pamiętamy, że niezależnie od różnych barw dzisiejszej polskiej sceny politycznej istnieją barwy, które na zawsze pozostaną w sercach wszystkich Polaków. Są to barwy biało-czerwone.
Barwy, które zawsze powinny nas łączyć, a nie dzielić. Bo taki podział prowadziłby nas, ludzi dumnych, z dużym honorem, zamieszkałych między Odrą i Bugiem, Morzem Bałtyckim i pięknymi górami na południu jej granic, donikąd.

Werblan raz jeszcze

O „Polsce Ludowej. Postscriptum” Andrzeja Werblana w rozmowie Robertem Walenciakiem pisał już w grudniu na łamach „Dziennika Trybuna” prof. Jerzy J. Wiatr. Rzecz jest kontynuacją „Polski Ludowej” sprzed dwóch lata, zapisu rozmów między Werblanem a Karolem Modzelewskim dokonanego przez Roberta Walenciaka.
Niewiele mogę dodać do omówienia profesora Wiatra, ale że lektura tej książki potwierdziła w moim odbiorze jej wysokie walory, zatem nigdy za wiele zachęty do sięgnięcia po ten tytuł. Przede wszystkim Werblan jest bardzo interesującym, inteligentnym i przenikliwym narratorem.
To nieczęsty w tym stopniu walor także wśród ważnych protagonistów zdarzeń historycznych. Zapewne nietrudno byłoby wskazać takich, którzy mieliby wiele do opowiadania, ale opowiadać nie umieją, trzeba im wspomnienia i oceny „wyrywać z gardła”.
Są być może i tacy, także w niegdysiejszym otoczeniu politycznym Andrzeja Werblana z czasów jego czynnej działalności partyjno-państwowej. Tymczasem Werblan wydaje się być dla Roberta Walenciaka rozmówcą w tym sensie „łatwym”, że wystarczy mu podsunąć jakąś kwestię, zadać pytanie, i otrzymuje się pełen treści, zwarty, logiczny, a jednocześnie interesujący, nieszablonowy wywód, opis czy ocenę. Werblan jest uczonym, jest intelektualistą, zatem jego narracja (co już uwypuklił w swoim tekście prof. Jerzy J. Wiatr) stanowi jednocześnie tok myślenia. Po drugie Werblan imponuje nie tylko znakomitą pamięcią (wielu od niego młodszych mogłoby mu jej pozazdrościć), ale także umiejętnością dokonania zdystansowanej oceny zdarzeń, zjawisk, w których czynnie uczestniczył lub obserwował. Nie przyjął on sztywnej pozycji „obrońcy swoich racji”, lecz na chłodno analizuje zdarzenia w których brał udział i które obserwował, nie korzystając przy tym z okazji do dokonywania autoidealizacji. Starał się też, na co sam zwraca uwagę, oceniać zdarzenia sprzed dziesięcioleci bez filtru współczesnego, przez pryzmat ówczesny, bez ich aktualizowania, bez tzw. prezentyzmu, którego uniknięcie zawsze jest bardzo trudne, jako że utrudniają to nawarstwienia zdarzeń późniejszych. Przyznam, że nie przeczytałem dotąd wielu takich publikacji poświęconych historii PRL, w szczególności historii obozu władzy, które podobnie klarownie przedstawiałyby jej mechanizmy, bez mitologizacji, bez kolorowania, bez megalomanii, ale z budzącą zaufanie rzeczowością. Poza narracją ukazującą bieg życia i działalności Werblana od dzieciństwa do czasu obecnego ,otrzymujemy także ciekawe uwagi o powojennej roli PPS do wymuszonego zjednoczenia z PPR w 1948 roku, a także portrety kilku najważniejszych postaci lat 1945-1989, Bolesława Bieruta, Józefa Cyrankiewicza, Władysława Gomułki, Franciszka Szlachcica, Piotra Jaroszewicza (tu odkrywczą i zaskakującą dla mnie ciekawostką jest fakt żywienia przez niego swoistego kultu Józefa Piłsudskiego i dawania temu wyrazu również w okresie, gdy był premierem w latach1970-1980), Edwarda Gierka i Wojciecha Jaruzelskiego.
Kto czytał wspomnianą na wstępie „Polskę Ludową” powinien sięgnąć po tę niejako uzupełniającą lekturę. Tego, kogo wciągnęła problematyka „postscriptum”, a nie czytał „Polski Ludowej”, na pewno znajdzie impuls, by po nią sięgnąć.
Andrzej Werblan – „Polska Ludowa postscriptum”, „Iskry”, Warszawa 2019, str. 423, ISBN 978-83-244-1053-8

Refleksje „pożytecznego idioty”

Niektórzy, a może nawet większość uważa ten znany od wielu lat zwrot jako nieprzychylny osobie, która sama tak się określa. Zwrot ten robi karierę wtedy, gdy ktoś z obywateli – piszę w kontekście naszej Polski – popiera jakąś myśl polityczną i nie tylko. Zawsze można też tak nazwać osobę, która ma odmienne poglądy od adwersarza.

Piszę ten artykuł w odpowiedzi na zachęty Redaktora Piotra Gadzinowskiego , który skrzętnie wykorzystuje takie teksty w coraz lepiej redagowanej gazecie „Dziennik Trybuna”.

Pora się więc przedstawić – nazywam się Bogdan Płusa , jestem rodowitym łodzianinem drugiego pokolenia. Pochodzę z rodziny robotniczej i jestem typowym przedstawicielem umiejętnego wykorzystania szansy awansu społecznego , pierwszym z mej rodziny , który wieczorowo ukończył studia wyższe na Wydziale Prawai Administracji Uniwersytetu Łódzkiego z tytułem magistra administracji. Z zawodu jestem zegarmistrzem , całą swą drogę zawodową realizowałem w Łódzkiej Fabryce Zegarów. a podwyższając swe kwalifikacje zawodowe osiągnąłem tytuł mistrza mechanika precyzyjnego .

Co się stało , że podwyższenie swych kwalifikacji osiągnąłem w późniejszym wieku ? Otóż jak każdy zdrowy , młody człowiek przez 15 lat byłem czynnym sportowcem – piłkarzem , lekkoatletą o kolarzem. Wspólnie ze znakomitymi kolarzami – mistrzami Polski Józefem Staroniem , Wojciechem Kowalskim, Władysławem Kierczyńskim zostaliśmy w 1968 r Wicemistrzami Łodzi (lata 60 i 70 to dominacja łódzkich kolarzy w Polsce)w najcięższej konkurencji kolarskiej– wyścigu drużynowym na 100 km.
W międzyczasie moja droga życiowa – polityczna – była typową dla ówczesnego modelu awansu społecznego. Działalność w ZHP w szkołach , działalność w KMW w wojsku , działalność w ZMS w zakładzie pracy. Oczywiście całość mej kariery była śledzona przez wielu działaczy , co wiązało się ze wstąpieniem w 1969 r do PZPR.Czy tego typu drogę życiową można uznać za idiotyczną pożyteczność?

Ten krótki zarys życiorysu był potrzebny celem uzasadnienia dalszych wywodów.

Jestem pod wrażeniem wielu artykułów, jakie ukazują się w „Dzienniku Trybuna” i o nich chcę podzielić się refleksjami.

Redaktorowi Gadzinowskiemu chce się stworzyć zespół redaktorski na wysokim poziomie intelektualnym. Trzeba uznać jego niesamowitą wolę i za to mu chwała . Czy ten wysiłek intelektualny można uznać za pożyteczny idiotyzm?

Są ludzie o określonych życiorysach , dzielą się swoimi refleksjami na łamach „Dziennika Trybuna”. Są one związane z życiem w urządzonej na nowo polskiej rzeczywistości po 1945 roku , po niesamowitej rewolucji społeczno- politycznej , po klęsce II Rzeczpospolitej we wrześniu 1939 r. Miliony niepiśmiennych , bezrobotnych, biednych , bez dachu nad głową uwierzyło że Polska może być lepsza.

Czy ci , którzy nie patrzyli ,że ledwie wyszli z niewoli Niemiec Hitlerowskich a już wg innych zostali zniewoleni , tylko chwycili za łopaty i najpierw odgruzowywali zniszczone miasta i wioski polskie a potem je pieczołowicie odrestaurowali – to też pożyteczni idioci ? A co z tymi , którzy od podstaw stworzyli polski przemysł stoczniowy , polski przemysł motoryzacyjny , stanęli przy krosnach i przędzarkach , tworząc przemysł włókienniczy. Też byli pożytecznymi idiotami ?

Niedawno przy Rektoracie mojej uczelni odsłonięto popiersie Profesora Tadeusza Kotarbińskiego , pierwszego Rektora i organizatora Łódzkiej Uczelni , nie patrzącego, kto jest przy władzy Czy jego też można nazwać pożytecznym tdiotą ? Hańba temu, kto by śmiał tak go nazwać!
Co tu dalej przytaczać, jak ci, co tak nazywają miliony bezimiennych twórców Polski Ludowej , dziś w swoim Tygodniku „Gazeta Polska”(9/2020) piórem Tomasza Sakiewicza pozwalają sobie zaapelować następującymi słowami: ”Przypomnę, jaka jest skala zasięgu naszego środowiska . Ostatnie numery „GP” kupowało około 25 tys. osób, numery „Codziennej” kilkanaście tysięcy , .Portal Niezależna .pl czyta stale około 2,5miliona osób , portal Telewizji Republika – około miliona stałych użytkowników , samą Telewizję codziennie ogląda od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu tysięcy widzów. W skali miesiąca nawet półtora mln osób włącza TV Republika. Media społecznościowe związane z naszym środowiskiem czyta kilka milionów ludzi . Dla przykładumoje konto na Twitterze obserwuje około 90 tys. osób(zachęcam , by było ich więcej)……W Polsce i na świecie działa prawie 500 klubów „Gazety Polskiej”……I dzisiaj musimy apelować , by ludzie poszli głosować. By się zaangażowali…..(koniec cytatu).
Nie pokuszę się o to, aby wymienionych zaliczyć do pożytecznych idiotów.
A teraz parę uwag do artykułów zamieszczonych w „Dzienniku Trybuna”. Jako pierwszy – pozwolę sobie skomentować artykuł Krzysztofa Janika „Lewica Kaczyńskiego”.

Panie Krzysztofie – to nie jest brednia. Pójdę dalej w ocenie. To jest zwycięstwo dyktatury proletariatu , to jest zwycięstwo klasy robotniczej , która tak walczyła , że aż się wyzwoliła od pracy.NSZZ ”SOLIDARNOŚĆ” urosła do symbolu przewodniej siły narodu , organizatora życia publicznego i twórcy dobrobytu. Jak by Pan , panie Krzysztofie posłuchał , jakie z tego tytułu brednie wypowiada się na ryneczkach łódzkich , jak ludzie chwalą sobie , że teraz wszystkiego jest pełno , jak nasza PZPR nie potrafiła zaspokoić podstawowych potrzeb codziennego używania, a ten kapitalizm to zapewnił , a nasi prpminentni działacze szybko się przesiedli na stanowiska kapitalistów, to pewnie nic z nieba nie spadło. Cały czas tłumaczyliśmy społeczeństwu, co to są nasze wartości lewicowe, a nasz naród tego nie słuchał. A tu Kaczyński raptem zaczął te wartości wprowadzać w życie i naród to przyjął.

To czemu my tego nie zrobiliśmy? Czy znów wraca jak mantra powiedzonko „pożyteczni idioci”? Zawsze mieliśmy jakieś pokrętne wytłumaczenia – a Kaczyński nie tłumaczy , tylko wdraża. Czemu on się nie boi o budżet? On po prostu realizuje to , co się należy społeczeństwu. Nie jest to z mojego punktu widzenia gloryfikacja rządów PIS , bardzo daleki jestem od tego.

Tłumaczenie całości polityki socjalnej i jej niedostatków było wieczną przywarą każdej ekipy władz PRL. Pan do nich należał. Przechowuję w swej bibliotece jak jakąś relikwię NOWE DROGI Sprawozdanie z prac Komisji KC PZPR powołanej dla wyjaśnienia przyczyn i przebiegu konfliktów społecznych w dziejach Polski Ludowej.

Każda władza lewicowa powinna być przepytana ze znajomości przyczyn naszych niepowodzeń przed wpisaniem na listy kandydatów do władz partyjnych Lewicy Polskiej a potem do władz państwowych , do Sejmu , do Senatu, na radnych , prezydentów , burmistrzów , wójtów i dyrektorów oraz prezesów spółek państwowych. Nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków z kryzysów , które sami powodowaliśmy. A naród był cierpliwy do sierpnia 1980 r. i pokazał nam „czerwoną kartkę”, nakazał zejść z murawy boiska.
Nasi działacze ekonomiczni , piszący w „Dzienniku Trybuna” pięknie punktują prof. Leszka Balcerowicza za szok 1989 r.

Jednym z nich jest niedoceniany prof. Grzegorz Kołodko. Wiele artykułów w „Dzienniku Trybuna” ma swe odniesienie do instrumentów ekonomicznych , używanych przez niego w trakcie jego wpływu na rządzenie krajem.
Mamy tylu mądrych ludzi , którzy nie zasługują na negatywne oceny i potwarz ‘pożytecznego idioty” Zacznijmy wykorzystywać łamy „Dziennika Trybuna” do dawania odporu takim osądom. Wzorem słów Jacka Kuronia „nie palmy komitetów , tylko je twórzmy.”

Jestem jednym z założycieli Łódzkiego Klubu Miłośników Prasy Lewicowej. Niech to będzie nasz wkład w informowanie Polaków o prawdziwości naszych działań społecznych tworzących historię . Jest tyle wspaniałych życiorysów działaczy polskiej lewicy , że tylko je upowszechniać. Za ulotki i gazetki wsadzano do więzienia , dziś się dostaje medale za walkę z komuną. My w swych ulotkach upowszechniajmy naszych cichych bohaterów. Oni nie potrzebują medali. Dobre słowo i upowszechnienie dobroci działania jest największym podziękowaniem.

Do Pań

Z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet przytaczam moje wspomnienia z pracy w Polsce Ludowej.

Pracowałam w latach 1977 – 1983 w centrali handlu zagranicznego „Remex” w Warszawie. Byłam kierowniczką działu, liczącego 19 osób, większość pracowników to były kobiety. Dwie panie urodziły wówczas dzieci.

Jedna z pań otrzymała po urodzeniu swego dziecka zgodę kierownictwa firmy na wychodzenie z biura na jedną godzinę dziennie, aby móc nakarmić dziecko piersią, bez konieczności odpracowywania tego czasu a historię drugiej mojej koleżanki biurowej opiszę poniżej, bo była bardziej skomplikowana.

To była kobieta, około czterdziestu lat i żle znosiła okres ciążowy. Miała takie niepisane przyzwolenie, aby do pracy przychodzić póżniej. My zaczynaliśmy pracę o 7 30 a ona przychodziła około godziny dziewiątej.
Pewnego dnia, zaraz po przyjściu, oznajmiła mi, że o godzinie dwunastej musi wyjść do dentysty. Zwróciłam jej wtedy uwagę, że rozumiem, że z powodu trudnej ciąży regularnie się spóżnia, ale przecież do stomatologa może pójść po pracy.

Wpadła w histerię. Zaczęła strasznie płakać i poszła do sekretarza partii na skargę na mnie. Sekretarzem podstawowej organizacji PZPR była kobieta.
Pani sekretarz zorganizowała w tej sprawie naradę. Był dyrektor naczelny, dyrektor biura, przewodnicząca branżowych związków zawodowych, i my obydwie. Wzięto pod uwagę rację i jej i moją. Ona mogła przychodzić do pracy, tak, jak pozwalało jej na to samopoczucie i pracować w zwolnionym tempie a mnie przydzielono dodatkowego pracownika, aby dział mógł wykonać w terminie swoje zobowiązania.

Szanowne Panie Feministki!

Nie afiszujcie się z hasłami „martwa nie urodzę”, bo to wygląda jak skamlenie o litość rządzących i biskupów.

Zapoznajcie się z prawami, jakie kobietom nadała Polska Rzeczpospolita Ludowa i domagajcie się takich samych praw.

PZPR wykazywała szczególną troskę o bezpieczeństwo kobiet, które oczekiwały potomstwa, państwo zapewniało bardzo szerokie przywileje dla rodzin wielodzietnych, w tym bezpłatne mieszkania w pierwszej kolejności i liczne świadczenia na rzecz edukacji i rozwoju dzieci i młodzieży szkolnej. Wszystkie bezpłatne. Wymienię kilka, jak: świetlice z gorącymi posiłkami, kolonie letnie, obozy zimowe, obozy sportowe i harcerskie, kółka zainteresowań, ogniska muzyczne, gabinety lekarskie i stomatologiczne.
Dla socjalistycznej Polski szczęście i bezpieczeństwo dziecka było najwyższym priorytetem.

Symbolem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej były roześmiane dzieci.
Fundamentem obecnej Rzeczypospolitej są rozmodleni szaleńcy i bandyci, którzy oczekiwali kolejnej wojny.

Byłam członkinią Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i jestem z tego dumna.

Wstydziłabym się dzisiaj, gdybym należała do „Solidarności”.

Premier „spełnionych oczekiwań”

„Pragnę zapewnić Wysoki Sejm, że nadal czuję się przede wszystkim żołnierzem i oddam się do dyspozycji w każdej chwili, a zwłaszcza gdy rząd pod moim kierownictwem, nie spełni oczekiwań”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Miesiąc luty w „politycznym życiorysie” gen. Wojciecha Jaruzelskiego zapisał wybór na urząd Premiera Rządu, wówczas PRL. Sejm wybrał Generała 10 lutego 1981 r., prawie 40 lat temu. Generał tej propozycji stanowczo odmawiał od lata 1980 r. Miał mocne argumenty: „od zawsze był żołnierzem”. Dotychczasowy zakres obowiązków nie obejmował spraw społeczno-gospodarczych i politycznych, które teraz stałyby się domeną jego działalności. Do tego kryzys społeczno-gospodarczy wchodził w kolejną fazę. Obejmowanie stanowiska w tej sytuacji zakrawało na „samobójstwo”. W powojennej historii Polski, takiej funkcji nie pełnił żołnierz zawodowy. Stanisław Kania, inicjator zmian w rządzie i nominacji Generała, swoje racje przedstawiał kilka razy. Fakt, przez kilkanaście lat Generał pełnił kierownicze funkcje w Wojsku sprawił, że cieszy się ono nie kwestionowanym autorytetem w społeczeństwie. W Układzie Warszawskim jest najwyżej oceniane za wyszkolenie bojowe i polityczne; stan moralny, dyscyplinę; sprawność działania, prężność dowodzenia. Te ważkie atuty, w złożonej sytuacji Polski wiele znaczyły. Głównie – autorytet Wojska w naszym społeczeństwie, poza granicami Polski – na Zachodzie także!
Premier – Generał
Nasilające się od kilku miesięcy żądania socjalne, wymuszane przez Solidarność głównie strajkami, idące z tym w parze rozprężenie społeczne i gospodarcze, szerzący się chaos, mogły wpłynąć na autorytet munduru i osobiście Generała, a także zahamować proces wprowadzania reformy gospodarczej. Argumenty te 7 lutego 1981 r. w osobistej rozmowie ze Stanisławem Kanią podzielił ówczesny Prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński. Z ufnością odniósł się do osoby kandydata na nowego premiera i wyraził nadzieję na zażegnanie napięć społecznych. Wiedział, m.in. od bp Kazimierza Majdańskiego, że Generał jako dowódca 12 Dywizji Zmechanizowanej w Szczecinie, przyczynił się do odbudowy miejscowej katedry (Papież podniósł ją do godności bazyliki mniejszej w 1987 r.), wiele uczynił dla odbudowy miasta i zagospodarowania Ziem Odzyskanych. Kardynał znał pozytywne opinie o Generale – od Dziekana Generalnego WP – jako szef GZP WP nadzorował służbę wojskową alumnów. Niektórzy „znawcy” piszący ks. Jerzym Popiełuszce próbują, na razie ostrożnie – przemilczać je lub lekceważyć. Mógł więc liczyć na poprawę w stosunkach państwo – Kościół, podobnie jak Episkopat i Papież-Polak (Generał poznał te opinie po latach).
Konsultacje z członkami BP KC PZPR, szefami stronnictw politycznych – ZSL i SD oraz przewodniczącymi klubów i kół poselskich, przyniosły deklaracje poparcia dla zmian w składzie rządu.
Mając wciąż wiele wątpliwości, Generał uległ racjom ratowania państwa przed gromadzącymi się zagrożeniami wewnętrznymi. Godząc się tymczasowo objąć stanowisko, zastrzegł sobie zachowanie funkcji Ministra Obrony Narodowej. Stąd określenie Premier-Generał, szybko stało się nowym pojęciem, uzyskało wymowę społeczną i polityczną. Nie bez znaczenia – w owym czasie – była wymowa zewnętrzna, głównie wobec sąsiadów, coraz wyraźniej akcentujących zniecierpliwienie „solidarnościową awanturą”. To wielu historyków, ubiera w patriotyczno – wolnościowy kostium i polityków bagatelizuje, m.in. jako „karnawał Solidarności”. Komu i z czego było wtedy radośnie, wesoło – przypomnijcie sobie Państwo!
10 – punktowy pakiet Rządu
„Pragnę zapewnić Wysoki Sejm, że nadal czuję się przede wszystkim żołnierzem i oddam się do dyspozycji w każdej chwili, a zwłaszcza gdy rząd pod moim kierownictwem, nie spełni oczekiwań”, jasno podkreślił w expose. Wygłosił je w Sejmie12 lutego. Wywołało – jak mówił Stanisław Kania – „wyraźny przypływ nadziei na opanowanie kryzysu”. Była ku temu istotna podstawa – 10. punktowy program rządu. Premier mówił, że „Rząd skoncentruje swą bieżącą działalność na sprawach, które przedstawiam Wysokiej Izbie w dziesięciopunktowym pakiecie.

Zaopatrzenie ludności w podstawowe artykuły, przede wszystkim żywność; zapewnienie sprawiedliwego, poddanego społecznej kontroli podziału deficytowych dóbr konsumpcyjnych.

Zaostrzenie kontroli cen detalicznych towarów i usług, nasilenie walki ze spekulacją.

Złagodzenie najbardziej nabrzmiałych problemów ochrony zdrowia… zaopatrzenia w leki… walki z patologią społeczną, alkoholizmem.

Zapewnienie warunków wykonania budownictwa mieszkaniowego.

Urzeczywistnienie zasad socjalistycznej sprawiedliwości w kształtowaniu płac i innych dochodów ludności, w polityce świadczeń społecznych… Otoczenie szczególną troską ludzi starych i zniedołężniałych.

Zahamowanie tendencji spadkowych w produkcji rolnej

Utrzymanie zaopatrzenia materiałowo – technicznego gospodarki; uzyskanie postępu w oszczędnym zużyciu surowców, paliw i energii oraz poszukiwanie – wspólnie z górnikami, rozwiązań organizacyjno – technicznych zmierzających do wzrostu wydobycia węgla.

Porządkowanie frontu inwestycyjnego. Wstrzymanie realizacji części z nich oraz utrzymanie ostrych ograniczeń w rozpoczynaniu nowych…

Wykonanie planowych zadań eksportowych. Takie kształtowanie importu, aby zaspokoić elementarne potrzeby ludności oraz gospodarki.

Podniesienie dyscypliny pracy, poprawę jej organizacji i wzrost wydajności. Przekwalifikowanie i przemieszczenie pracowników zgodnie ze zmieniającymi się potrzebami gospodarki”.
Apel o 90 spokojnych dni
Generał w expose deklarował, że „w zamierzeniach rządu w sferze gospodarczej, żywa będzie troska o cele społeczne. Musimy określać je w sposób realistyczny, z poczuciem odpowiedzialności za urzeczywistnienie każdej zapowiedzi. W obecnych warunkach nie stać nas na wiele. Nigdy nie będziemy łudzić kogokolwiek obietnicami nie możliwymi do spełnienia”. Jednocześnie ostrzegał, że „bieżący rok będzie krytyczny, brzemienny w drastyczne niedobory”. Stąd też zwracał się… do związków zawodowych, do wszystkich ludzi pracy z apelem, z wezwaniem do zaniechania wszelkich akcji strajkowych… o trzy pracowite miesiące – 90 spokojnych dni”. Uzasadniał, że „czas ten pragniemy wykorzystać dla porządkowania najbardziej elementarnych spraw naszej gospodarki, dla dokonania remanentu >pozytywów i negatywów<, podjęcia najpilniejszych problemów socjalnych, nakreślenia i zapoczątkowania realizacji stabilizacji gospodarki kraju oraz dalekosiężnej reformy gospodarczej”.
Gratulacje i nadzieje
Generał otrzymał wiele gratulacyjnych pism i telefonów. Niemal każdy oczekiwał „uspokojenia” sytuacji, życzył powodzenia, dodawał otuchy. Także w kierownictwie nowego Związku, jak po latach napisał Jacek Kuroń (książka „Gwiezdne wojny”) wybór przyjęto z aprobatą i nadzieją. Karol Modzelewski, wtedy rzecznik Solidarności, 16 lutego w wywiadzie „Życia Warszawy” zauważył, że „Skład personalny i zasady polityki rządowej sformułowane w expose premiera Jaruzelskiego stwarzają realną szansę odwrócenia niebezpiecznego biegu wydarzeń” oraz zasugerował zaniechanie akcji strajkowych. Zwróćcie Państwo uwagę na tę sugestię. Wtedy dawała nadzieję na ostrożny optymizm.
Spośród zachodnich gazet, oceniających premiera i expose wspomnę, iż niemiecka prasa wręcz zgodnie pisała, że „Polska potrzebuje nie tylko towarów, surowców i dewiz. Potrzebuje przede wszystkim nadziei, aby ludzie odzyskali ponownie wiarę w sens pracy”. Generał jako przesłanie nadziei – jak to rozumieć dziś, po prawie 40 latach? Krótko mówiąc – nadzieja miała dwa główne aspekty, wymiary – skład rządu i pierwsze jego decyzje. Były to:
Pierwszy aspekt, wymiar – skład rządu:
– I wicepremier, koordynator gospodarki – Mieczysław Jagielski. Wymowne wówczas było jego podpisanie porozumień sierpniowych, jako „personalny gest” wobec Solidarności;
– wicepremier Mieczysław Rakowski, Redaktor Naczelny„Polityki” znany z wielu krytycznych publikacji władz, partii i życia wewnętrznego (artykuł „Szanować partnera”), stąd „źle” widziany w KC PZPR, na Kremlu. Jako Przewodniczący Komitetu Rady Ministrów ds. Współpracy ze Związkami Zawodowymi wraz z Ministrem Stanisławem Cioskiem, wielce oddanym sprawie porozumienia związków na niwie gospodarczej i społecznej, zdobył duże uznanie i szacunek Czy udało się spełnić pokładane nadzieje? Warto, by Państwo ocenili z dystansu czasu co było możliwe do osiągnięcia, a co pozostało przykrym doświadczeniem dla następców;
– wicepremier Roman Malinowski, człowiek „dobrej woli i cierpliwości”, wykazanej we współpracy z ZSZZ Solidarności Rolników Indywidualnych. Jednocześnie szef sztabu kryzysowego ds. rolnictwa;
– wicepremier Edward Kowalczyk, b. minister łączności. Teraz odpowiadał za sektor prywatny, który miał uzyskać dość szerokie pole rozwoju, co akcentowała Solidarność i było jednym z ważnych składników przygotowywanej reformy gospodarczej;
– Jerzy Ozdowski, ekonomista, związany z Kościołem, odpowiedzialny za politykę społeczną, a przez to i współpracę, porozumienie ze związkami zawodowymi.
Dziś, z dystansu prawie 40 lat warto zapytać pamiętających tamten czas Polaków – nie tylko byłych żołnierzy zawodowych – jak Solidarność praktycznie odniosła się do Apelu Premiera-Generała, co konkretnego w tym względzie uczyniła Zachęcam Państwa do namysłu do refleksji. Zachęcam do sięgnięcia po treść expose. Warto też postawić sobie pytanie – czy czas sprawowania funkcji premiera przez Generała był dla Polaków czasem straconym, czy jednak czasem „spełnionych oczekiwań”, mimo ogromnych trudności – kto chce je pamiętać? Tamten czas niebawem skrótowo przypomnę w kolejnych publikacjach.
Ponadto, w składzie rządu objęli ministerialne stanowiska wojskowi, co wówczas – nie zapominając o wielu krytycznych ocenach „lepiej wiedzących”, było przyjęte z zaufaniem do żołnierskiego munduru, tak w społeczeństwie, jak i wśród sąsiadów. Byli to: szef MSW, gen. Czesław Kiszczak; szef NIK, gen. Tadeusz Hupałowski; minister górnictwa, gen. Czesław Piotrowski; minister administracji, gen. Włodzimierz Oliwa oraz kilku wojewodów.
Drugi aspekt, wymiar – pierwsze decyzje nowego rządu:
– 17 lutego zarejestrowano Niezależny Związek Studentów, NZS, gasząc ogniska sporu i strajki studenckie w Łodzi, wychodząc naprzeciw krytycznym głosom o kierowniczej roli partii i wolności słowa;
– 19 lutego, podpisanie porozumień w Ustrzykach Dolnych wygaszających rolnicze strajki w Bieszczadach i Rzeszowie;
20 lutego, powołanie wspomnianego Komitetu pod przewodnictwem Mieczysława Rakowskiego;
6 marca, Sejm powołał uchwałą Komisję Nadzwyczajną ds. Kontroli Realizacji Porozumień z Gdańska, Szczecina i Jastrzębia Zdroju, przewodniczył prof. Jan Szczepański.
Refleksje z dystansu czasu
Dziś, z dystansu prawie 40 lat warto zapytać pamiętających tamten czas Polaków – czy pakiet został zrealizowany, kiedy i jakim kosztem. Zwracam uwagę, zachęcam Państwa do odświeżenia pamięci. Niektórzy mogą zapytać – po co, to już przeszłość. Czyżby Czytelnicy nie wiedzieli, że za kilka miesięcy niektórzy będą osobiście lub medialnie uczestniczyć w obchodach 40-lecia porozumień sierpniowych? Czy wiadomi propagandyści uznają za celowe pamiętanie określenie-a „porozumienia”, czy będzie zgodne z od lat prowadzoną „polityką historyczną” – jesteście Państwo tego pewni? Właśnie wiedza, pamięć i trzeźwe myślenie będzie bardzo potrzebne, by nikt Państwu, dzieciom i wnukom nie opowiadał głupstw właśnie nie „okłamywał historycznie”, nie traktował nas jak „bezmyślną masę” – już nie potrzebną, będzie po wyborach prezydenckich.
Jeśli ktoś – z rodziców i seniorów, ma wątpliwości, zachęcam do podręcznika historii dla szkół średnich, pt. „Zrozumieć przeszłość”, dzieje najnowsze po 1939 roku. Wydany w 2015 r., czyli „czasowo świeży”, autorstwa Jarosława Kłaczkowa i Agnieszki Zielińskiej. Na temat 5-letniego okresu rządu Premiera-Generała, dosłownie nie przeczytacie słowa. Jedynie tzw. zdanie wtrącone, że Stanisław Kania – cytuję – „ został zastąpiony na tym stanowisku (I sekretarza KC PZPR – moje, GZ) przez ówczesnego premiera i ministra obrony narodowej Wojciecha Jaruzelskiego, który dzięki tej nominacji skupił w swoim ręku najważniejsze urzędy w kraju”. „Szybko myślący” Czytelnik może zapytać – po co?
Następne zdanie brzmi – „W tym czasie dało się zaobserwować w całej Polsce wzmożoną działalność wojska”. Nie będę tego komentował. Że skłania to do głębokiego namysłu – powtarzam – czego szkoła uczy naszych dzieci i wnuki, przekonywać nie trzeba. Można się zadumać, czy po takiej „porcji” wiedzy wchodzące w dorosłość młode pokolenie „zrozumie przeszłość”, jej uwarunkowania i złożoności, by jako następcy – decydenci unikali błędów, nie prowadzili kraju na manowce.
Na zakończenie – wybaczcie Państwo Czytelnicy moje „publicystyczne milczenie”. Niektórzy dopytywali o powody, pojawiły się różne domysły. Nie spodziewane i trudne do przewidzenia osobiste okoliczności czasowo mnie „wyłączyły”.
Dziękuję serdecznie Redakcji Trybuny za okazaną wyrozumiałość i życzliwość. Czasu, który minął nie sposób „dogonić”, czego przykładem ta publikacja. Nie mówiąc o innych, godnych przypomnienia choćby „jak to było z wyzwoleniem(niektóre historyczne pluje stawiają znak zapytania lub piszą o drugiej okupacji) Warszawy”. Ale walki o wyzwolenie Pomorza przypomnę niebawem.
Spełniam też prośbę niektórych z Państwa, by przypomnieć sentencję Stanisława Cat-Mackiewicza – „Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nielubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego…
Ponieważ mówili to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do nich zaufanie jako do wielkich polityków. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie”.

Przygoda w ZMS

Z magazynu pamięci, którym zarządzam, dobywam uśpione zbiory. Mozolnie próbuję porządkować ich zasób wedle umownej wagi znaczenia, jakie wywierały na me życie, także – chociaż z chronologią mam nieustający kłopot – wedle znaków czasu: lat, miesięcy, dni, niekiedy pory dnia.

Większość nie utraciła pierwotnej świeżości, inne, z jakiś powodów mniej ważne, rozrzedzają się pośród zakamarków pamięci; pozostają mgłą, poza którą snują się rozedrgane kontury. Te bliskie sercu – wyraźne – wiernie opierają się presji czwartego wymiaru. Nieuległe pływom politycznych zmienności – pokusom priorytetów, werdyktom medialnych sądów oraz kaprysom intelektualnej mody znaczonej wyniosłością komentatorów, opierają się czarno-białym narracjom. Z zakamarków mego składu ze wspomnieniami łowię echo muzyki epok: dekad oraz lat – nadziei, zwycięstw, przesileń i przełomów. Foniczny ślad komponowany przez akordy spraw i wydarzeń doniosłych splata się z tymi ważnymi dla nas osobiście, jednako bez znaczenia dla historii. Nasze decyzje i wybory, podążające za nimi zwycięstwa i porażki nie zasługujące na odnotowanie przez bieg dziejów, jakkolwiek na różny sposób w nie wpisane, bilansują się nieustannie. Intymny monolit pamięci własnej próbujemy rozbijać na atomy, wartościować, intuicyjnie kreśląc własny rachunek strat i zysków.
Mroki tamtej odsłony
We wspomnieniach, które ożywiamy w sobie w jesieni życia, odnajdujemy dawne obrazy: osoby nam najbliższe z rodzinnego kręgu, także przyjaciół, z którymi związaliśmy się poprzez rozmaite postaci młodej wspólnoty. Całość wpisujemy zazwyczaj w historyczne okoliczności czasów, w których grali swe role. Wczesno powojenne pokolenie, do którego należę, pozostawało uwikłane w historię. Jakkolwiek oceniać zakłócenia i mroki tamtej odsłony naszych dziejów, ta, przypisana mej (naszej) młodości w Polsce Ludowej nie była wcale tak dramatyczna, jak dzisiaj próbuje się ją nachalnie i bezrozumnie przedstawiać. Poza strefami cienia charakteryzowały ją liczne blaski, które współcześnie podlegają rytualnym przemilczeniom. Pozostawiła w nas trwały, wieloznaczny ślad. Przynależność do związków młodzieży, zwłaszcza do Związku Młodzieży Socjalistycznej, nie była niczym nadzwyczajnym w latach naszego dorastania. Należała do rytmu życia środowisk. Była przy tym miarą i znakiem patriotyzmu, co uznawaliśmy wtedy i uznajemy nadal za uprawnione.
Najpierw było harcerstwo, do którego wstąpiłem w podstawówce w 1957 roku. ZHP uczył nas patriotyzmu, wpajał wiedzę o historii harcerstwa – jego skautowskich korzeniach. Dowiedziałem się, kim był Baden Powell i Andrzej Nałkowski. Przy ognisku i w marszu śpiewaliśmy te same harcerskie piosenki, które nuciła przed wojną harcerska, skautowska brać. Harcerstwo oraz szkoła zaszczepiały nam szacunek do „Szarych Szeregów” – konspiracyjnego harcerstwa czasów hitlerowskiej okupacji. Brawurowe bohaterstwo batalionów „Zośka” i „Parasol” wyrosło na przedmiot naszej młodzieńczej adoracji. Nie gdzie indziej, jak w szkole podstawowej w drugiej połowie lat pięćdziesiątych nauczyłem się na lekcjach śpiewu piosenek powstańczych: „Pałacyk Michla”, „Warszawskie dzieci pójdziemy w bój” oraz „Marsz Mokotowa”. „Dywizjon 303” Fiedlera. „Kamienie na szaniec” Kamińskiego stanowiły obowiązkową lekturą w szkole średniej. „Rudy”, „Zośka” i „Alek” pozostawali dla nas bohaterami, których byliśmy gotowi naśladować, gdy będzie trzeba. Coś z tego wychowania nadal we mnie pozostało. Rządzącym wtedy, mitycznym dziś polskim komunistom, nie przeszkadzało, że autor tekstu piosenki „Pałacyk Michla”, poległy w Powstaniu Warszawskim 22-letni świetnie zapowiadający się poeta Józef Szczepański – „Ziutek” z batalionu „Parasol” – był autorem wstrząsająco oskarżycielskiego pod adresem radzieckich wyzwolicieli wiersza: „Czerwona zaraza”. Wiersza wtedy nie znałem. Dzisiaj nie uważam, aby ten znakomicie i drapieżnie napisany utwór oddawał myślenie oraz nastroje ogółu ludności topionej w morzu krwi powstańczej Warszawie.
Wszystko to jakoś dziwnie nie kłóciło się z przekazywaniem nam w szkole i harcerstwie rozmaitych, w tym artystycznych postaci mało zresztą przez nas rozumianych treści lewicowych i rewolucyjnych. Szkoła podstawowa i średnia sławiły oczywiście socjalizm, z drugiej jednak strony nie stroniono od odwoływania się do tradycji akowskiej – Powstania Warszawskiego i czynu żołnierskiego Polaków na Zachodzie. Bzdurą i ordynarną ściemą jest głoszenie, że w PRL nie pielęgnowano pamięci żołnierzy II Korpusu, bitwy Monte Cassino, Archen oraz pod Falais. Pamięć ta – także w odniesieniu do Armii Krajowej (AK) – jakkolwiek odcedzana przez władzę z niewygodnych fragmentów o podtekstach politycznych, była kultywowana oficjalnie i otwarcie. Dbano, rzecz jasna, o tzw. ideowe pryncypia, co kreowało, przynajmniej z założenia, pożądane proporcje w wychowaniu. Nie czyniono tego jednak w sposób nachalny i prostacki, jak to miało miejsce we wcześniejszym okresie. Przekazywane nam przez nauczycieli treści wychowawcze dalekie też były od naiwnego radykalizmu. Nasycano je wartościami narodowymi – patriotycznymi. Polityczne i społeczne echa II RP w sposób mało znaczący wypełniały nurt programu wychowawczego młodego pokolenia. Nie jest prawdą, co dzisiaj niektórzy z durnym wyrachowaniem głoszą, a media po stokroć mnożą w ramach tzw. misji, że w Polsce Ludowej – tej, którą zapamiętałem – nie odwoływano się do tamtego fragmentu naszej historii, a jeśli już to wyłącznie krytycznie.
Ostrość barwy
To bzdura, a w każdym razie gruba przesada. Jakkolwiek przedwojenna Polska pozostawała w ogniu pryncypialnej krytyki głównie za bezrobocie i cywilizacyjne zacofanie (zjawiska te były prawdą), które skutecznie zredukowała dopiero władza ludowa, zauważano i podkreślano wysiłki przedwojennych władz zmierzające do poprawy bytu Polaków: budowa Gdyni, COP (Centralny Okręg Przemysłowy). Z wielu powodów trudno było chwalić polityczną linię oraz praktykę rządów Sanacji. Ta również współcześnie pozostaje pod pręgieżem krytyki rozsądnych historyków.
Szalę mych wydarzeń osobistych roku 1963 przeważa objęcie „stanowiska” przewodniczącego Zarządy Szkolnego ZMS w poznańskim Technikum Poligraficzno – Księgarskim, do którego wtedy uczęszczałem. Obrazy z tym związane nie uległy zatarciu. Zachowały świeżą ostrość barwy i delikatność półcieni. Oto znowu jestem na szkolnym korytarzu, na którym, po jednej z lekcji historii nauczyciel przedmiotu przywołał mnie do siebie – jeszcze nie wiedziałem, że jest opiekunem organizacji – i bez zbędnych ceregieli zaproponował objęcie dobrze brzmiącej funkcji przewodniczącego szkolnego zarządu ZMS. Sprawująca ją dotąd koleżanka gotowała się do matury. Nieuchronność pojawienia się pustki w społecznym rytmie życia szkoły zapewne poruszyła mną głęboko. Zaskoczony, po rytualnym namyśle, podjąłem wyzwanie. Ciąg do historii i niedojrzałą inklinację do polityki łączyłem z nieodpartą chęcią zabierania głosu przy różnych szkolnych okazjach. Nie zawsze wypowiadałem się mądrze, co w tym wieku nie było niczym zaskakującym. Motywy popychające mnie ku szeregom Organizacji były pozapolityczne. Z pewnością miały niewiele wspólnego – wtedy i potem – z wyniosłą ideologią zadekretowaną w ważnych zapisach i statutach, których znaczeniem nikt w moim wieku się nie katował. Zapewne z jednym w szkolnym gronie wyjątkiem w osobie Janusza Pałubickiego, mego kolegi z obocznej klasy, dojrzewającego do czynu przyszłego bohatera „Solidarności”, prominentnej postaci we władzach Państwa po 1989 roku. Wyczuwałem intuicyjnie, że za mną nie przepada. Jego kamienna, wiecznie pozbawiona uśmiechu twarz – takim Go zapamiętałem – nie budziła mej sympatii. Wydawała się być maską, za którą skrywał się jakiś żar.
Kalkulacja niedojrzałości
Mą decyzja o przystąpieniu do ZMS nie zarządzała żadna kalkulacja, co dziś można odczytywać jako objaw niedojrzałości. Podobnie jak wielu w mym wieku, pragnąłem potrudzić się społecznie na rzecz szkoły – koleżanek i kolegów. Oznaczało to danie z siebie cokolwiek więcej ponad należną naukę. Nie miałem wątpliwości, że oto nabyłem prawo do posiadania patriotycznej legitymacji. Po latach ugruntowałem w sobie niewyraźne przeświadczenie, że o tym, czym jest patriotyzm decydują okoliczności (historyczne), a także ci, którzy dzierżą władze – to nie żaden cynizm. Nie ma zasadniczo, jak uważam, trwałej uniwersalności, która by ów byt niezmiennie wartościowała. Na co dzień – w świecie mało dramatycznym – pozostaje zbiór uwznioślonych pojęć i haseł karmiących się potrzebą bieżącej polityki. Podczas jednej z uczniowskich dyskusji próbowaliśmy rozsupłać, czym jest „patriotyzm”. Jak zapamiętałem, mówiło się o Polsce umiejscowionej zasadniczo w historycznej tradycji, również tej akowskiej i warszawsko – powstańczej. „Katyń”, w tamtym czasie temat tabu, spoczywał poza nieprzeniknioną mgłą.
Odniesienia do socjalistycznej realności, na które nienachalnie próbowali nas nakierować nauczyciele, miały charakter drugorzędny. Nijak nie mogę sobie przypomnieć, aby w gwarze młodej, niekiedy naiwnej dyskusji padały zwroty typu: komunizm, Lenin, PZPR, Gomułka i liczne im pochodne. Słowem najczęściej wypowiadanym była „Polska”. Miły ten zwrot krążył między nami w całej gamie gramatycznych konfiguracji ojczystej mowy, uświęcony historią, po równi tą spod Lenino i Monte Cassino oraz innych pól chwały bitewnych zmagań Polaków. Nasze uniesienie było pozaideologiczne. Niedojrzałą, podbudowaną uczniowską wiedzą estymą darzyliśmy, w sposób równoważny, generałów i bohaterów obu frontów minionej wojny – tych ze wschodu i zachodu.
Kakofonia codzienności
To co partyjne, opite wyniosłościami panującej ideologii, dla wielu mało zrozumiałe, egzystowało zasadniczo – zapewne z marnie rozumianymi wyjątkami – poza uczniowską świadomością; nienachalnie, jak dziś zauważam, obciążało programy szkolnej edukacji. Całość dziwnie komponowała się z ideologiczną kakofonią codzienności, płynącej, z ubogiego, w relacji do tych współczesnych, zestawu mediów. Ich polityczna zawartość zaledwie śladowo przenikała do życia ZMS w miejscu, gdzie pobierałem nauki i spełniałem się społecznie w roli przewodniczącego Organizacji. Pulsem działania szkolnego koła ZMS nie zdołał specjalnie wstrząsnąć list biskupów polskich skierowany roku 1964 do „Braci” w Niemczech Zachodnich. Został przez naszego, wspomnianego wcześniej nauczyciela historii skwitowany ewangeliczną uwagą, którą dziwnie literalnie zapamiętałem – pewnie diabeł ich opętał – mając na myśli purpuratów, wcale nie poruszone kościelną uzurpacją Biuro Polityczne. Uczniowski świat odczytywał polityczne znaki jako nieskomplikowane: był Wschód i Zachód, trwał w wyścig zbrojeń, my zaś pozostawaliśmy przyspawani politycznie do Wschodu. Mało kto w moim wieku – zapewne poza wspomnianym, przyszłym bohaterem Solidarności – zastanawiał się nad bilansem strat i zysków wypływających z owej oczywistości. Ten rodzaj zamyślenia ożywał u większości z wiekiem: towarzyszył dorastaniu; stawał się z wolna pogłębionym i refleksyjnym.
Kiedy w 1968 roku polskie wojsko przyłączyło się do wiadomej „pomocy bratniej Czechosłowacji:, co jest dziś dramatycznie przywoływane, byłem już przewodniczącym koła ZMS w Poznańskich Zakładach Przemysłu Muzycznego. Koło poddało sprawę pod żarliwą dyskusję, z której niewiele wynikało. Wiedzieliśmy o niej tyle, co pisano w gazetach i pokazywano w telewizji oraz pośród szumów i trzasków przemycało się z Radia Wolna Europa. Były głosy za, także przeciw, chociaż te pozostawały w mniejszości. Ostateczna ocena „bratniej interwencji” zawisła w pozbawionym dramaturgii zawieszeniu. Uczyliśmy się.
Wieszczenie modernizacji
Przewodniczącym Zarządu Zakładowego ZMS w Swarzędzkich Fabrykach Mebli zostałem wybrany w 1971 roku. Przejąłem stanowisko po mym starszym koledze z biura. W ten sposób odnalazłem się zawodowo i społecznie na obszarze powiatu okalającego Poznań. „Dowodziłem” największą na tym obszarze zakładową organizacją ZMS.
Propozycję objęcia funkcji przewodniczącego Zarządu Powiatowego ZMS w Poznaniu przedstawiono mi wiosną 1972 roku. Wpisywała się w czas, kiedy polityka Edwarda Gierka, jak się powszechnie wydawało, wieszczyła modernizację kraju, budziła nadzieje Polaków. „Posadę” objąłem po koledze, który odchodził do innej pracy. Pośród wzlotów i mało znaczących potknięć sprawowałem ją do roku 1975 – do czasu, kiedy gierkowska reforma zniosła powiaty z administracyjnej mapy kraju. Już na linii startu – wspomnianą wiosną roku 1972 – zostałem włączony w nurt patronatu ZMS nad porządkowaniem terenu po wybuchu oddziału dekstryny w Wielkopolskich Przedsiębiorstwie Przemysłu Ziemniaczanego w Luboniu. Sfatygowana „Nyska” dowoziła codziennie grupę naszych młodych kolegów na miejsce katastrofy, gdzie w pośpiechu usuwano materialne pozostałości po wybuchu. Pośród różnorodności postaci i form pracy Zarządu Powiatowego energicznie zabiegaliśmy o ubogacenie oferty działań kół i zarządów zakładowych, upatrując w tym szansę na przyciągnięcie większej liczby młodzieży do Organizacji, co nam się do pewnego stopnia udało.
Intuicyjnie poniekąd wyczuwaliśmy, że związek winien zasadniczo zająć się poszukiwaniem w mikroskali – na poziomie zakładów przemysłowych w naszym powiecie – dróg i sposobów naznaczenia i wywyższenia miejsca młodego człowieka w procesie produkcji – pobudzenia innowacyjności.
Taką mieliśmy wizję, i była ona dla nas ważna. Ideologia, do której byliśmy przypawani mocą zadekretowanego w statucie ideowego kierownictwa PZPR, nie wywierała większej presji. Jej przejawy miały charakter epizodyczny i na pokaz. Wzięciem cieszył się Turniej Młodych Mistrzów Techniki oraz konkurs na Najlepszego Mistrza, Nauczyciela I Wychowawcę Młodzieży.
Wielu naszych członków i działaczy korzystało z ZMS-owskiej oferty spędzania wolnego czasu. Jakkolwiek dziś rozumieć i oceniać tamte działania, miały one wtedy jakiś sens, nie doradzam ich dramatycznie się czepiać. Nie byliśmy jednak, jakby się niektórym wydawało, bezideowi. Z pewnością pokładaliśmy wiarę w socjalizm realizowany wedle polskiej wersji, różniącej się w wielu ważnych aspektach od praktyk wschodniego hegemona. Obce było nam skażenie jakąkolwiek postacią ideowego fanatyzmu. Działając w środowiskach pracy i nauki staraliśmy się podążać ścieżkami racjonalnymi.
Mieliśmy w Powiecie Poznańskim zetemesowskich leaderów w najliczniejszych ośrodkach administracyjnych Powiatu – w Swarzędzu oraz Luboniu. Zawsze było można na nich polegać. W podpoznańskim Luboniu szczyciliśmy się najliczniejszą reprezentację ZMS w lokalnych władzach administracyjnych. ZMS Wielkopolskich Zakładów Przemysłu Ziemniaczanego objął w owym okresie – co dzisiaj pobrzmiewa anachronicznie i ma prawo budzić uśmiech – osobliwy rodzaj patronatu (opieki) nad organizacją życia w zakładowym hotelu robotniczym.
Anioły hoteli robotniczych
Nie odkryję Ameryki jeśli zauważę i podkreślę, że instytucja robotniczych hoteli nigdy nie budziła sympatycznych skojarzeń. Tych z reguły zapyziałych obiektów nie zaludniali aniołowie. Na przekór utwardzonym wzorcom kulturowego bezguścia i pewnego marginesu ludzkiej beznadziei, które nią znaczyły – patrz np. pisanie Marka Hłaski – udało się naszym kolegom opanować sytuację, stworzyć ciepły i przyjazny klimat tego miejsca poprzez dbałość o materialne zasoby oraz oferowanie sposobów i form kulturowego ożywienia.
Czy był to rodzaj mało znaczącego wyjątku potwierdzającego regułę? Działały w powiecie poznańskim także koła mniej liczne, gdyż zakłady były na ogół niewielkie. Funkcjonowały w Mosinie, Stęszewie, Czerwonaku, Puszczykowie i okolicach, także w Poznańskiej Spółdzielni Mleczarskiej, oraz w Powiatowej Radzie Narodowej w Poznaniu.
Mieliśmy lepsze i gorsze chwile, ale nigdy nie daliśmy się zawładnąć poczuciem rezygnacji. Nie stawaliśmy potem – po latach – na drodze przemianom przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, nie tylko za przyczyną braku potencjału oraz ochoty. Rozumieliśmy nieuchronność odmiany. Rozum oraz intuicja podpowiadały nam, w mało czytelny wtedy sposób, że leżą one w interesie kraju. Nie było w nas cienia buntu – przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo – przeciwko demokratycznej Polsce bez socjalizmu, o który, w latach świetności ZMS zabiegaliśmy w najlepszej wierze. Nie zamierzaliśmy spiskować przeciwko zmianom.
Czujemy się, przynajmniej w większości, ich beneficjentami. Mamy w sobie dostateczną dozę rozumu, aby szanować zasługi demokratycznej opozycji o nie walczącej. Różnice, które nas dzielą, dotyczą oceny tamtej Polski oraz wszystkiego tego, co wspierało jej istnienie i rozwój – także nas samych.
Postrzegamy ją dramatycznie inaczej od tego, co oficjalnie sączy się z mediów i programów nauczania. Nie damy sobie wmówić, że całe dobro, którym Polacy sycili się po ustaniu koszmaru wojny, objawiło się dopiero po 1989 roku wyłącznie dzięki zabiegom politycznej opozycji, a nowa, demokratyczna Polska była budowana na jakiś mitycznych ruinach po rzekomej komunie. Z przymrużeniem oka traktujemy ponawianą przez niektórych tezę o rzekomej nostalgii części Polaków za PRL: warto zauważyć, że nikt dobrze nie wspomina Generalne Guberni czy Kraju Warty (Warthegau), wielu za to dobrze wspomina Polskę Ludową, co wymyka się spod obowiązujących schematów czarno-białej sztancy jej sączonego od lat, przez rządową propagandę, „reżimowego” wartościowania i opisu.
Wciskaną nam tezę o rzekomo nabytej w „komunie” mentalności (homo sovieticus) mogą sobie autorzy i klakierzy takich udziwnień włożyć między bajki. Brzmi wyniośle, tyle tylko, że niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Jest wyrazem chciejstwa, zarozumiałości i pseudointelektualnej pychy części „zwycięskich” po 1989 roku środowisk. Tego, pozaczasowego wątku mego wspominania, współczesnego wartościowania w tzw. oficjalnym obiegu jego minionej roli i znaczenia – nie pisałem w gniewie, raczej w zatroskaniu.
Nietrudno zauważyć, że stanowi jedną z mnogich pochodnych świadomie zniekształcanych przez historyczną politykę postsolidarnościowych władz – rządzące aktualnie Prawo i Sprawiedliwość uczyniło z tej polityki karykaturę. Jej uwierający ślad nieustająco i bezrozumnie tłucze się po drogach naszej historii. Mamy odwieczny kłopot z racjonalnym spojrzeniem na własną przeszłość i czytaniem jej zbioru z należytym dystansem i pełnym zrozumieniem.
Być może środowisko, którego żywy fragment stanowię, będzie musiało energiczniej zadbać, aby wspólna nam przeszłość w organizacjach młodzieżowych tamtego okresu – w ZMS i innych – nie uległa finalnie presji wykoślawień i pomówień dyktowanych zapiekłym, ahistorycznym chciejstwem rządzących; zapobiec pogrzebaniu pod jakimś marnym murem cmentarza historii.
Jeśli chodzi o nas samych, warto – jak niezmiennie uważam – krzepić się wiarą, że ten, młodzieżowo organizacyjny kawałek życia każdego z nas w dobie Polski Ludowej, nie należał do zmarnowanych.
Swoje głębokie przekonanie, że takim właśnie było i takim powinno pozostać, potwierdzam niniejszym tekstem. Mego skromnego zapisu nie polecam osobom oraz środowiskom, które widzą w peerelowskich związkach młodzieży wyłącznie dyspozycyjne i uległe młodzieżówki reżimowej partii.
I tak niczego nie zrozumieją.

Ostatnie słowo skazanych

Aby zrozumieć fenomen i sens dzisiejszego bezprzykładnego ataku PiS na sądy, trzeba cofnąć się do grudnia 2016 r. Wtedy właśnie PiS przegłosował w sejmie RP jedną z najbardziej niekonstytucyjnych i podłych ustaw represyjnych, nazywaną „dezubekizacyjną”.

Od trzech lat trwa w Polsce niezwykły atak PiS-owskiej władzy wykonawczej (rządu i prezydenta) oraz ustawodawczej (sejmu) wymierzony w polskie sadownictwo. Partia Jarosława Kaczyńskiego z całych sił pragnie podporządkować sobie wymiar sprawiedliwości, więc sięga po najbardziej brudne chwyty propagandowe, nie cofa się przed kłamstwami i oszczerstwami, także represjami, zwłaszcza wobec sędziów próbujących zachować minimum niezależności. Wciąż niezadowalające efekty wywieranego nacisku sprawiły, że PiS zdecydował się na uchwalenie kolejnej ustawy, zwanej „kagańcową”. Akt ten całkiem jawnie łamie elementarne zasady trójpodziału władzy oraz Konstytucję RP, ale w zamyśle jego autorów ma ostatecznie spacyfikować polskie sądownictwo.
Unia Europejska z najwyższym niepokojem obserwuje te zabiegi i jest wręcz zaszokowana, że jedno z tworzących ją państw staje się stopniowo obszarem faktycznego bezprawia, gdzie wyroki sądowe będą zależały wyłącznie od widzimisię rządzących polityków. Tocząca się batalia nie jest jeszcze rozstrzygnięta, ale już teraz ma interesujące efekty uboczne. Najważniejszym z nich jest ten, że dzisiaj PiS otwarcie zademonstrował całemu światu swe totalitarne zapędy oraz cynizm i pogardę dla cywilizowanych reguł prawa. Warto zadać pytanie, dlaczego to ugrupowanie rozpoczęło swoją walkę, po co mu taka awantura i koszty międzynarodowe, gdy w praktyce i tak może rządzić Polską bez żadnych ograniczeń?

Fenomen i sens bezpardonowego uderzenia w sądy stanie się jaśniejszy, gdy cofniemy się do grudnia 2016 r. To wtedy PiS przegłosował ustawę represyjną, manipulacyjnie i propagandowo nazwaną „dezubekizacyjną”. Zdecydowała ona, że bez konieczności sformułowania jakichkolwiek aktów oskarżenia, bez procesów sądowych, bez prawa do obrony, bez zasady domniemania niewinności, kilkadziesiąt tysięcy byłych funkcjonariuszy PRL zostało z automatu uznanych za zbrodniarzy.

Bez sądu i śledztwa

Prawicowi politycy w ustawie nie tylko przyjęli haniebną zasadę odpowiedzialności zbiorowej, ale i jednocześnie sami wymierzyli karę osobom nią objętym. Grupie tej, ludziom z reguły w bardzo podeszłym wieku, obniżyli wypracowane przez nich renty i emerytury do głodowego minimum. Całkowicie zlekceważono przy tym m. in. fakt, iż bardzo wielu z nich zostało w 1990 r. pozytywnie zweryfikowanych i później z oddaniem, niekiedy z narażeniem zdrowia i życia służyło III RP. Bo sensem ich życia była, jak i wcześniej, służba Polsce takiej, jaka istniała.

Ale przez prawie trzydzieści lat prawica polska włożyła mnóstwo wysiłku w przekonanie społeczeństwa, iż funkcjonariusze PRL dopuszczali się wszelakich możliwych zbrodni i przestępstw i w zasadzie nie robili nic poza tym. Aby zdobyć na to „potwierdzenie”, skierowano do IPN znaczną liczbę dyspozycyjnych pracowników, z zadaniem wykrycia, opisania i postawienia przed sądami tysięcy rzekomych komunistycznych zbrodniarzy.
Efekty pracy pionu prokuratorskiego IPN okazały się żałośnie nikłe wobec potrzeb i oczekiwań – poza sprawami sięgającymi lat stalinowskich oraz kilkoma bardzo mało spektakularnymi przypadkami z późniejszych okresów, nie było kogo i o co oskarżać. Podtrzymanie mitu o permanentnej i masowej zbrodniczości systemu, o nieustannym poddawaniu obywateli wyszukanym prześladowaniom, wymagało więc zastosowania nadzwyczajnych rozwiązań. Właśnie dlatego została stworzona wspomniana ustawa.

Złośliwcy mogą powiedzieć, że my, ludzie którzy odbudowywaliśmy, pracowaliśmy i służyli Polsce Ludowej, sami jesteśmy sobie winni. Nie chodzi oczywiście o to, że naprawdę byliśmy zbrodniarzami, jakimi się nas maluje, ale o to, że od czasu upadku PRL z pokorą wysłuchiwaliśmy pogardliwych ocen tamtej rzeczywistości, sfałszowanych danych, oszczerczych i karykaturalnych opisów, w tym także mitów o funkcjonowaniu w niej struktur bezpieczeństwa. Nigdy nie spróbowaliśmy zaprotestować przeciwko zmyśleniom na nasz temat, w milczeniu przyjmowaliśmy kalumnie i kłamstwa o naszej pracy i służbie.

Historia nie jest czarno-biała

Ta nasza postawa wynikała w ogromnej mierze z faktu, że wiedzieliśmy doskonale, iż PRL-owski realny socjalizm to nie był dobry ustrój. Rozumieliśmy i bez propagandowych czytanek z IPN, że był to ustrój narzucony, obarczony szeregiem błędów oraz ludzkich krzywd i chociaż później, na różnych etapach przez większą część społeczeństwa akceptowany, to jednak ustrój marny. Marny, może nawet zły, ale od 1956 r. z pewnością nie zbrodniczy. Ponadto był to system polityczny, który dla wielu aspektów życia społecznego miał też jasne strony.

Temat wymagałby znacznie szerszego opracowania, więc jedynie kilka bardzo ogólnych uwag. Do ogromnego awansu cywilizacyjnego Polski po 1990 r przyczyniła się nie tylko zmiana ustrojowa, ale też fakt, że III RP odziedziczyła po Polsce Ludowej zaskakująco wysoki poziom powszechnego wykształcenia Polaków, dobrze rozwinięte życie kulturalne, brak istotnych obszarów bezrobocia, bezdomności i biedy, niską przestępczość, ponadprzeciętny w skali europejskiej poziom zdrowotny i fizyczny społeczeństwa, zachowaną w bardzo korzystnym stanie polską przyrodę, zasoby naturalne, zabytki itd. Oczywiście pozytywy te nie mogły rekompensować ogromnych słabości poprzedniego systemu, jego niedostatków gospodarczych, marnotrawstwa wysiłku społecznego, braku innowacyjności, rozwojowego zastoju, a zwłaszcza ograniczeń w demokracji i swobodach obywatelskich.

Z tego też powodu upadek realnego socjalizmu w 1989 r. również nasze środowisko przyjęło z wielkimi nadziejami.

Stracone złudzenia

Wierzyliśmy, że nowa Polska będzie lepsza, bardziej sprawiedliwa, praworządna, demokratyczna … Taki nasz stosunek do przemian wynikał ponadto z faktu, że jako pracownicy instytucji PRL, poza absolutnymi wyjątkami, nigdy nie łamaliśmy prawa, nie popełnialiśmy przestępstw, nie krzywdziliśmy ludzi. Sądzę, że mogę powiedzieć, że byliśmy in gremio ludźmi uczciwymi i przyzwoitymi. Czy inaczej ta kilkuset tysięczna grupa pracowników resortów siłowych przyjęłaby zmianę ustrojową tak spokojnie?

Dzisiaj oskarża się nas, że „mamy krew na rękach”, że biliśmy, mordowaliśmy, torturowaliśmy, zrywaliśmy paznokcie, kopaliśmy ciężarne kobiety – to tylko niewielki zestaw potwarzy jakie można usłyszeć i przeczytać. Płyną one nie tylko ze strony PiS i skrajnej prawicy – powtarzają je także naiwni dziennikarze, uważający się za ludzi przyzwoitych. Wszystkim tak twierdzącym – politykom, dziennikarzom, publicystom, zwykłym ludziom – należy zadać jedno pytanie:

Dlaczego nie stajemy jako oskarżeni przed sądami?

Dlaczego nieustannie słyszymy tylko ogólnikowe ataki na całą grupę ludzi i zapewnienia, że odebranie im emerytur było sprawiedliwe i potrzebne? Dlaczego od trzydziestu lat nie odbywają się w Polsce żadne procesy sądowe, w których konkretni ludzie, na podstawie konkretnych dowodów byliby oskarżani o konkretne czyny przestępcze? W świetle tego co mówią przedstawiciele PiS o naszych „rękach unurzanych we krwi”, to takich procesów powinny być setki, może tysiące. Dlaczego okazuje się, że w praktyce nie ma ich wcale?

Sami żądamy sformułowania aktów oskarżenia i postawienia nas przed sądami. Żądamy ukarania nas za nasze zbrodnie, jeżeli jakiekolwiek były, ale ukarania przez niezawisłe sądy, w uczciwych procesach, z prawem do obrony i ostatniego głosu. Przecież w ogromnej większości jeszcze żyjemy, tak jak i nasze rzekome ofiary. Niech one też przyjdą do sądów, wypowiedzą swoje stanowisko, zostaną wysłuchane. Trzeba przy tym pamiętać, że Służba Bezpieczeństwa i pokrewne jej instytucje były na wskroś zbiurokratyzowane, żadne działanie nie było podjęte bez wcześniejszego napisania analizy, oceny sytuacji, planu wykonawczego, podsumowania, itp. IPN ma całą tę dokumentację i każde z naszych przedsięwzięć jest tam opisane w najdrobniejszych szczegółach.
Oni to wszystko mają, ale do sądów nie idą – nikogo to nie zastanawia?
W zasadzie pytanie jest retoryczne. Mimo to odpowiemy, także z myślą o tych wszystkich, którzy, słuchając od lat historii o czarnej legendzie PRL zaczęli w nią wierzyć.

Po prostu nie ma kogo i o co oskarżać!

Kilka tego typu spraw, jakie toczyły się przed sądami po 1990 roku wykazało ich żałośnie małą przydatność propagandową dla prawicy, ich miałkość, nikłość. Na kilkadziesiąt tysięcy funkcjonariuszy służb specjalnych oraz na stan wzburzenia i rozemocjonowania jaki trwał w Polsce od roku 1980, jest to fakt, za który należy raczej podziwiać ówczesne władze, a nie je potępiać. Statystyka mówi, że jakieś pojedyncze przypadki, na pewno nie wynikające z systemowej praktyki, mogły się zdarzyć, ale one zdarzały się też po stronie ówczesnej opozycji. Można przytoczyć przykłady.
PiS i środowiska prawicowe praktycznie wszystkie oskarżenia formułują na poziomie ogólników, półprawd, niedomówień oraz cynicznych fałszerstw historii. Gdy propaganda się chwilowo „sypie”, ale wtedy zawsze można sięgnąć do okresu stalinowskiego i podrzucić kilka prawdziwych zbrodni. Potem było tak samo – sugerują propagandyści. Tyle, że z jednej strony okrucieństwu okresu stalinowskiego nikt nie zaprzecza, a z drugiej – to nie są sprawy, które bezpośrednio dotyczą „dezubekizowanych”! Prawie nikogo z nas, którzy dzisiaj tracimy świadczenia i jesteśmy poddawani stygmatyzacji, nie było wówczas na świecie. To jednak nie ma dla PiS znaczenia.

Powtórzmy zatem: jest propaganda, ale nie ma prawdziwych procesów, bo uczciwe, niezależne sądy wykazałyby nasza niewinność. A nie o to prawicy przecież chodzi.

Prawda nikomu nie jest potrzebna

Trzeba bowiem niestety dodać, że w zasadzie prawie wszystkim w Polsce bardzo odpowiada przedstawianie nas jako oprawców i to im straszniejszych – tym lepiej.

Dawnej Solidarnościowej opozycji, bo stanowi dowód jak wielkimi byli bohaterami – walczyli z tak okropnym, zbrodniczym systemem i jego funkcjonariuszami, więc teraz należą im się stanowiska, nagrody, ordery i odszkodowania. Ogromnej części, zwłaszcza starszego społeczeństwa, też to pasuje. Jest dobrym usprawiedliwieniem, dlaczego nie zdobyli wykształcenia, nie zrobili karier, nie „dorobili się”, nie osiągnęli sukcesów – przecież tkwili w w tak strasznym systemie. A jeszcze wielu byłych aktywnych pracowników i uczestników tamtego szeroko pojętego systemu władzy, także dziennikarzy, „celebrytów”, intelektualistów, usilnie stara się zasłużyć nowej władzy. Im gorzej mówią o poprzednim reżymie i o „zbrodniarzach z SB”, tym bardziej sami są niewinni i czyści.

Interesującym przykładem dla całego problemu może być sprawa tzw. „lustracji”. Dzisiaj temat ten wygasa, ale miał swoje znaczące zasługi w tworzeniu czarnej legendy służb specjalnych PRL. Chodzi o to, w jakiej sytuacji postawiono wcale nie małą rzeszę ludzi niegdyś niejawnie lub oficjalnie współpracujących z funkcjonariuszami ówczesnych służb. Prowadzony nacisk propagandowy sprawił, że współpraca taka stała się rzekomo hańbiąca, wstydliwa, godna potępienia. Co prawda tych ludzi (jak i samych funkcjonariuszy) nie było za co karać sądownie, więc wytworzono formułę „kłamstwa lustracyjnego”.

Cynicznie zafałszowany obraz spowodował, że nikt nie odważał się przyznać, iż głównymi motywami współpracy setek tysięcy tajnych informatorów z organami władzy PRL były względy patriotyczne, chęć zwalczania przestępstw, przeciwdziałanie łamaniu prawa, poczucie odpowiedzialności za dobro kraju, czasami też chęć przeżycia przygody. Teraz można to interpretować bardzo ironicznie, ale tak właśnie było – w absolutnie przeważającej większości powody zgody na tajną współpracę były godne szacunku. I taki szacunek i uznanie tym ludziom się należą, a nie infamia, potępienie, ostracyzm. Odium, które wytworzono sprawiło, że wielu poddawanych lustracji rozpaczliwie się broniło i twierdziło, że byli zmuszeni, szantażowani, wręcz torturowani. Można ich teraz zrozumieć, chociaż takie argumenty to desperackie kłamstwa. W SB i pokrewnych służbach, jak w każdej tego typu instytucji na świecie, panowała żelazna zasada: „z niewolnika nie ma robotnika”. Jak można przemocą zmusić kogoś do tajnej współpracy, jeżeli później musisz tej osobie całkowicie ufać, powierzać jej istotne dane, korzystać z jej informacji? Szantażowanie, aby zrobić z kogoś osobę zaufaną. jest absurdem. Jednak tragiczny przekaz ludzi rozpaczliwie broniących się przed sądami lustracyjnymi szedł w przestrzeń publiczną, a czarnymi charakterami oczywiście byli funkcjonariusze służb PRL.

Czarna legenda autorstwa premiera

Jak ważna dla polskiej prawicy jest czarna legenda SB dowodzi fakt, że w jej podtrzymaniu czynnie uczestniczy nawet aktualny premier Polski. W dniu 16 grudnia 2019 r. Mateusz Morawiecki, podobnie jak to zrobił kilka miesięcy wcześniej podczas wizyty w Brukseli, kolejny raz publicznie powiedział o „bestialskim mordowaniu ludzi przez Służbę Bezpieczeństwa”. Tym razem uczynił to w kontekście nieukarania przez polskie sądy sprawców tych przestępstw.

Pan premier nie sprecyzował o jakie morderstwa chodzi, więc ani byli funkcjonariusze SB ani też sędziowie nie mogą się bronić, bo nie wiedzą ani kto konkretnie, ani o co jest obwiniony. Natomiast jako wytrawny propagandzista pan premier Morawiecki wygłosił swe oskarżenie tak dobitnie, że wszyscy zrozumieli, iż ma on niepodważalną wiedzę o tych morderstwach i wie, kto ich dokonał. Sytuacja powyższa rodzi ciekawe problemy prawne. Posiadanie informacji o niewykrytych i nieukaranych przestępstwach oraz o ich sprawcach powinno skutkować natychmiastowym przekazaniem tej wiedzy polskiej prokuraturze. Dotyczy to zwłaszcza t zw. zbrodni komunistycznych, które nie ulegają przedawnieniu. O ile pan premier dotychczas tego nie uczynił, to sam łamie prawo i może zostać uznany za wspólnika zbrodniarzy.

Czy doczekamy sprawiedliwości?

Uczciwe, niezależne sądy – to właśnie z uwagi na te przymiotniki rządzący wypowiedzieli wojnę środowisku sędziowskiemu. PiS nie może pozwolić, aby w naszych procesach zaczęły zapadać uczciwe wyroki, bo wówczas cała narracja o zbrodniczym PRL i o swych zasługach w jego obaleniu, ległaby w gruzach. Z tego też powodu przez ponad dwa lata od wejścia w życie ustawy „dezubekizacyjnej” funkcjonariusze PiS w Ministerstwie Sprawiedliwości oraz w Trybunale Konstytucyjnym wszelkimi sposobami nie dopuszczali, aby jakiekolwiek sądy zaczęły rozpatrywać nasze skargi. Nie da się jednak odwlekać tego w nieskończoność, więc ostatnio rzetelni i odważni sędziowie zaczęli wreszcie wydawać sprawiedliwe, korzystne dla nas wyroki. To właśnie dlatego władza musiała radykalnie przyspieszyć pacyfikowanie środowiska sędziowskiego. Nie wszyscy ludzie w togach mają wystarczająco dużo sił, aby przeciwstawić się naciskom, znieść groźby, represje, szykany materialne. Zachowanie niezawisłości w tych warunkach będzie wymagało wielkiej odwagi, więc z pewnością pojawią się wkrótce także wyroki nas krzywdzące, tak bardzo oczekiwane przez PiS.
Niewątpliwie kiedyś trybunały międzynarodowe, prawdziwie niezależne oraz kierujące się autentycznym prawem i sprawiedliwością, wydadzą uczciwe wyroki w naszych sprawach, tylko kto z nas, starych, schorowanych, zestresowanych ludzi, tego doczeka? Niektórych ustawa represyjna już zabiła. Dosłownie.

Czy ktoś się zastanawia, jak może bronić się człowiek niewinny, który nigdy niczego złego nie zrobił i nawet nie wie o co jest oskarżony? Kto by pomyślał, że w XXI wieku na własne oczy zobaczymy rzeczywistość nie tylko z dzieł Orwella, ale także Kafki!