Powtórka z Rolickiego, klasyka polskiego reportażu Recenzja

Decyzja Wydawnictwa Poznańskiego, by wydać archiwalne reportaże Janusza Rolickiego sprzed kilkudziesięciu lat była ze wszechmiar słuszna. Nie tylko dlatego, że Rolicki należy do klasyków polskiego reportażu, w jednym szeregu z Ryszardem Kapuścińskim, Hanną Krall, Jerzym Lovellem, Józefem Kuśmierkiem, Krzysztofem Kąkolewskim czy Kazimierzem Dziewanowskim, ale przede wszystkim dlatego, że te reportaże nadal, mimo upływu czasu i zmiany realiów, doskonale się czyta. Rolicki był bowiem w tych reportażach nie tylko ofiarnym reporterem i dociekliwym obserwatorem rzeczywistości PRL, ale także świetnym piórem, łączącym rzeczowość i prostotę narracji z finezją prawdziwie literacką, z soczystą mięsistością opisu, a także wyrafinowaną ironią, ukrytą pod warstwą bardzo oszczędnego stylu. W 23 reportażach, publikowanych na łamach tygodników „Polityka” i „Kultura” (jeden został zatrzymany przez cenzurę), Rolicki, najpierw bardzo młody, a potem dość młody człowiek, ukazał kawałki siermiężnego życia PRL w okresie od roku 1960 do pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, czyli PRL czasów Gomułki i Gierka.
Gdzie ten reporter Rolicki nie wsadzał swojego reporterskiego nosa! Debiutując jako 22-latek wykonał tzw. reportaż wcieleniowy i wszedłszy w rolę młodego robotnika wszedł w krąg budowy i budowlańców („Janek, podaj wapno”). Penetrował przepojone patologią życie PRL: życie i pracę Państwowych Gospodarstw Rolnych, polskich rybaków kutrowych, najął się też na świniopasa, aby poznać i ten aspekt życia gospodarczego PRL. Zajmował się procederem prywatnych fuch w państwowych zakładach pracy, patologią w spółdzielniach mieszkaniowych i administracjach domów mieszkalnych, grą pozorów towarzyszącą chałturowym fuchom literatów, czyli spotkaniami autorskimi, „naszymi w Wiedniu”, salonem automobilowym na Dzikiej, czyli dzikim handlem autami w czasach drastycznego niedoboru tego towaru w Polsce, systemem „waletowania” w domach studenckich, gwałcicielami, cieciami, dziwnym losem „Westerplatczyków” w PRL, polskim „buszem” pijackim czyli polską Apokalipsą tamtych czasów (silne skojarzenia z klimatem prozy Marka Hłaski), a nawet technologią pracy wróżek i tworzenia popularnego telewizyjnego programu „Turniej miast”. Jest też przejmujący, zwłaszcza dla pasażerów lotniczych, reportaż o dramatycznym, mrożącym krew w żyłach przez swój szczególnie drastyczny i krwawy przebieg, porwaniu samolotu PLL „Lot” w 1971 roku. Doskonałym pomysłem było opatrzenie każdego reportażu słowem objaśniającym od autora. Bez tego część czytelników, głównie z generacji nie pamiętających PRL lub pamiętających ją z perspektywy wczesnego dzieciństwa, mogłaby mieć trudności ze zrozumieniem części realiów oraz kontekstu społeczno-polityczno-obyczajowego tych reportaży. Także jednak dla czytelników dobrze pamiętających PRL, jak choćby piszący te słowa, te objaśnienia są bardzo przydatne, bo wiedzy nigdy za wiele, a choć żyliśmy w PRL, to nie do każdego kąta zaglądaliśmy. W słowie wstępnym do tego zbioru, reporter tygodnika „Polityka” młodszy od Rolickiego o pokolenie, Cezary Łazarewicz, słusznie napisał o nim jako o „klasyku polskiej szkoły reportażu” i trafnie porównał do klasyka niemieckiego reportażu wcieleniowego, Gűntera Walraffa i amerykańskiego – Howarda Griffina. Co do mnie, to mam dla reporterów, nie tylko wcieleniowych, nabożny podziw, bo moja wygodnicka natura wzdragałaby się przed podjęciem tak niewygodnych, pracochłonnych, męczących, nieraz odrażających a czasem nawet niebezpiecznych zadań. Cytowany już Łazarewicz napisał, że Polska z reportaży Rolickiego to „Polska sauté, bez pudru i ideologicznych upiększeń”. To prawda. Jeśli jednak nawiązać do znanej, popularnej kiedyś frazy o „absurdach życia PRL”, to mój wniosek z lektury reportaży Rolickiego jest pesymistyczny. Gdyby bowiem Janusz Rolicki odmłodniał o pięćdziesiąt lat i wrócił do swej dawnej roli reportera w naszej, dzisiejszej polskiej rzeczywistości, to miałby roboty nie mniej niż wtedy. Owszem, absurdy dzisiejsze są – na ogół – inne niż naówczas, ale obawiam się, że ich liczba stanowi constans. Słowem – absurdy polskie są te same, choć nie takie same.

 

Janusz Rolicki – „Lepsi od Pana Boga. Reportaże z Polski Ludowej”, Wydawnictwo Poznańskie 2018, str. 357, ISBN 978-83-79-76-051-0.

Potomek królewskiego malarza Wywiad

Ryszard Bacciarelli – ur. 8 stycznia 1928 r. w Młock-Kopacze, absolwent warszawskiej PWST (1953), aktor Teatru Polskiego w Szczecinie (1953-1956), Teatru im. S. Jaracza w Łodzi (1956-1961), oraz warszawskich: Ludowego (1961-1974) oraz Nowego (1974-1993). Wśród ról teatralnych zagrał m.in. hrabiego Almaviva w „Cyruliku Sewilskim” Beaumarchais (1955), Jacka w „Operze żebraczej” J. Gaya (1957), Poetę w „Weselu” St. Wyspiańskiego (1958), Andrzeja w „Wojnie i pokoju” L. Tołstoja (1959), Wacława w „Zemście” A. Fredry (1960), Boreńskiego w „Karykaturach” J.A. Kisielewskiego (1961), Botwella w „Marii Stuart” F. Schillera (1962), por. Lukasza w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” wg J. Haska (1962), Skrzyneckiego w „Warszawiance” St. Wyspiańskiego (1964), Oberona w „Śnie nocy letniej” W. Szekspira (1964), hrabiego de Guiche w „Cyrano de Bergerac” E. Rostanda (1967), Prezesa w „Kordianie” J. Słowackiego (1986) i wiele innych. W Teatrze Telewizji m.in. w spektaklach „Kobry”: „Jak błyskawica” (1972), „Harry Brent” (1972), „Melissa” (1973), Flake w „Karierze Artura Ui” B. Brechta w reż. J. Gruzy, Stanisław August w „Królu i aktorze” R. Brandsteattera w reż. I. Gogolewskiego (1974) oraz role w „Idei i mieczu” i „O coś więcej niż przetrwanie” (1981) w reż. G. Królikiewicza. W filmie m.in. w „Bliźnie” K. Kieślowskiego (1976), „Granicy” J. Rybkowskiego (1977), „Akcji pod Arsenałem” J. Łomnickiego (1977), „Zamachu stanu” R. Filipskiego (1980), „Klejnocie wolnego sumienia” G. Królikiewicza (1981), „Popiełuszko. Wolność jest w nas” R. Wieczyńskiego (2009).

 

 

 

Z RYSZARDEM BACCIARELLIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Zacznę od pytania, które narzuca się od razu. Czy jest Pan potomkiem Marcelego Bacciarellego, pochodzącego z Włoch słynnego malarza-portrecisty ostatniego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego?

Jestem jego prapraprawnukiem. Nie wiem czy dobrze policzyłem te „pra” – pierwszy, malarz Marceli, dalej jego syn Franciszek, jego wnuk Józef, prawnuk Jan, praprawnuk Czesław i prapraprawnuk – ja. 260 lat w pięciu pokoleniach. Gdy urodziła mi się pierwsza córka, ochrzciłem ją w warszawskiej katedrze św. Jana, gdzie był pochowany malarz Bacciarelli, choć później były trudności ze zidentyfikowaniem jego trumny i nie ma pewności czy ta która tam jest, to jest właśnie ta. Ale jak pan widzi, na ścianie nie mam nie tylko ani jednego obrazu Bacciarellego, ale nawet żadnej jego reprodukcji. Zdobią natomiast prestiżowe polskie muzea, w tym galerię w Pałacu na Wodzie w warszawskich Łazienkach. Rodzina Bacciarellich z czasem stała się ziemiańska, dzięki donacji króla w uznaniu zasług malarza, którego cenił i darzył przyjaźnią, ale po zaborze pruskim jej majątek został skonfiskowany, a jej członkowie z właścicieli stali się pracownikami majątków. Byliśmy więc ziemiaństwem szybko awansowanym i wcześnie zdeklasowanym. Dobiła nas okupacja niemiecka. Mieszkaliśmy w strasznych warunkach mieszkaniowych. Ja w każdym razie z wojny wyszedłem z jedną walizeczką. W rodzinie nie było żadnych filiacji artystycznych.

 

Kto Pana zachęcił do wybrania zawodu aktorskiego?

Szkoła, nauczyciele z liceum im. Stanisława Wyspiańskiego w Mławie, w tym wspaniała nauczycielka historii, pani Miecznik, która nowocześnie jak na owe czasy uczyła historii, bo problemowo, szeroko, a nie przez dominujące wtedy wkuwanie dat i pojęć. Wpływ na moją decyzję miała też polonistka, pani Witwicka Myślę, że moją wyobraźnię obudziło także intensywne czytanie w młodości. Chodziłem najpierw do gimnazjum w Ciechanowie, potem w Mławie, także do liceum. W międzyczasie przez nieco ponad rok uczyłem się w gimnazjum w miejscowości Strzegowo. W szkole ciechanowskiej panował zaraz po wojnie kult nieoficjalnego patrona, Zygmunta Krasińskiego, właściciela pobliskiej Opinogóry. Podejrzewam, że w okresie rozwiniętego stalinizmu ukrócono to, jako że Krasiński nie był mile widziany jako reakcjonista, konserwatysta, arystokrata. Po maturze pojechałem na egzaminy do warszawskiej szkoły aktorskiej. Decydując się na wybór szkoły aktorskiej niewiele wiedziałem o teatrze i bardzo rzadko w nim bywałem, właściwie jedynie ze szkolnymi wycieczkami do Warszawy.

 

Kogo Pan spotkał w komisji egzaminacyjnej?

Aleksandra Zelwerowicza, Mariana Wyrzykowskiego, Jana Kreczmara, chyba Jacka Woszczerowicza. Powiedziałem wiersz Władysława Broniewskiego „Bagnet na broń”. Później byli moimi pedagogami, także Janina Romanówna. Pamiętam, że moje włoskie nazwisko budziło zaciekawienie i może trochę pomogło mi w dostaniu się do szkoły. Byli tacy, w których budziło podejrzenie jako obce, ale szybko zrozumieli, że nie moja rodzina, to nie żadna reakcja czy ziemiaństwo, tylko zdeklasowana inteligencja pracująca. Kwestia pochodzenia społecznego, to była w tamtym czasie sprawa kluczowa i dominująca. To wszystkich zaprzątało. Wpisywało się też je w osławionych ankietach personalnych. Jeszcze wtedy szkoła mieściła się przy Kopernika, w dawnych salach „Reduty” Osterwy i dopiero po jakimś czasie przenieśliśmy się na Miodową. Jeden raz trafił mnie zaszczyt wystąpienia na scenie u boku Zelwerowicza na akademii potępiającej wojnę w Korei. Takie były czasy. Był moim ważnym profesorem. Miał potężny tubalny głos. Uczył nas tego, żeby być słyszalnym z każdego miejsca widowni, nawet jak się jest od niej odwróconym. Do dziś to potrafię, i dzięki niemu i dzięki naturze, która obdarzyła mnie mocnym, nośnym głosem.

 

Gdzie Pana los skierował po zakończeniu studiów i dyplomie?

Dyplom zrobiłem w roli Oberona w „Śnie nocy letniej” u Jana Kreczmara. Następnie, z gronem kolegów z roku, m.in. Janiną Traczykówną, Lucyną Winnicką i Romanem Kłosowskim, w ramach nakazu pracy pojechaliśmy do Teatru Polskiego w Szczecinie. Spędziłem tam kilka lat w dobrych warunkach mieszkaniowych, luksusowych zwłaszcza po nędzy mieszkaniowej za czasów okupacji, po wojnie i na studiach Kierował nim Emil Chaberski, przedwojenny człowiek teatru, który później zabrał mnie ze sobą do Łodzi do Teatru im. Jaracza. Z tamtego czasu bardzo dobrze wspominam pierwszą rolę, mój debiut w 1953 roku – Jana w „Fantazym”, a także Cara w „Kordianie” Słowackiego. Jeździliśmy też na objazdy po Pomorzu, np. do Koszalina i Słupska, gdzie jeszcze nie było teatrów. Szczecin był wtedy dość miłym miastem, bo było tam sporo ludzi z Kresów wschodnich, głównie z Grodna. Byliśmy przyjmowani przez widownię entuzjastycznie, bo był wtedy głód literackiego, poetyckiego słowa. Przecież nie było telewizji, kin niewiele i z ubogim repertuarem, a mało kto miał już radio. Dużo też występowałem z recytacjami poezji w ramach Estrady Poetyckiej. I wtedy zacząłem współpracować z radiem, z którym przez cały okres aktywności zawodowej występowałem bardzo często. Potem były ciekawe lata łódzkie, kiedy to Kazimierz Dejmek odchodził od tematyki socjalistycznego realizmu i zaczął realizować swoje pasyjne i biblijne widowiska oparte na tekstach średniowiecznych. Wreszcie Warszawa i Praski Teatr Ludowy przy Jagiellońskiej, z których to czasów najbardziej sobie cenię tytułową rolę w „Sułkowskim” Żeromskiego.

 

Po odejściu z Praskiego Ludowego, już do emerytury zaangażował się Pan do Teatru Nowego pod dyrekcją Adama Hanuszkiewicza. Jak Pan wspomina ten okres?

Szanowałem Hanuszkiewicza jako artystę, ale nie czułem się dobrze we współpracy z nim. Był skoncentrowanym na sobie narcyzem, a poza tym miał sposób reżyserowania dla mnie nie do przyjęcia. Musztrował, młodych zwłaszcza aktorów, zniewalał ich i domagał się grania według jego dokładnych instrukcji. Kazał siebie naśladować, kopiować. Nawet Bogusławski dwieście lat temu tak nie reżyserował amatorów. Mnie ten sposób pracy nie odpowiadał, ale na szczęście ze mną trochę Hanuszkiewicz się jednak liczył, choć był człowiekiem nieprzewidywalnym, także w sprawach kadrowych. Nie miałem jednak do końca radości ze współpracy z nim. Nie akceptowałem też jego bezceremonialnych ingerencji w teksty klasyczne, dopisywania treści, np. w widowisku na motywach „Lalki” Prusa, zatytułowanym „Panna Izabela”, w którym zagrałem Tomasza Łęckiego, mieszania Słowackiego z Norwidem i każdego z każdym. Hanuszkiewicz przez lata był człowiekiem dość mocno izolowanym w środowisku dlatego, że zdecydował się objąć dyrekcję Teatru Narodowego w Warszawie po wyrzuceniu Dejmka w rezultacie afery z „Dziadami”. Potem odzyskał częściowo zaufanie środowiska. Jednak Narodowy dość długo świecił pustkami na początku jego dyrekcji – dopóki nie wpadł na pomysł przyciągnięcia młodej publiczności słynnymi hondami w „Balladynie”. Ciekawie mi się natomiast współpracowało z dyrektorem i reżyserem Bogdanem Cybulskim, bardzo ciekawym człowiekiem, o dużej wiedzy i wyobraźni, których jednak nie potrafił przekuć na rzeczywistość sceniczną.

 

W filmie zadebiutował Pan w „Eroice” Andrzeja Munka, w noweli „Con bravura”…

…która nie weszła do upowszechnianej wersji i jest bardzo mało znana. Grałem epizod gestapowca, razem z młodziutkim wtedy Romanem Polańskim, który odznaczał się niezwykłą ruchliwością, hałaśliwością, dezynwolturą, pewnością siebie i brakiem kompleksów w stosunku do starszych artystów. Jednak w filmach nie grałem wiele, bo teatr i radio mnie bardzo wciągnęły. Bardzo często występowałem też z programami poetycko-prozatorskimi w ramach Estrady Poetyckiej w szkołach całego kraju, od gór po wybrzeże, od wschodu do zachodu, prezentując wielką literaturę narodową. Zacząłem tę działalność już w Szczecinie i kontynuowałem przez wiele lat. Były to liczne spotkania, koncerty, tematyczne, historyczne, poświęcone rocznicom zdarzeń czy osób. Była to, co się zowie, misja pedagogiczna teatru, praca u podstaw. Można też było przemycić sporo utworów, których nie było w programie nauczania. Poza szkołami spotkania te organizowane były także w klubach „Ruchu”

 

W tym roku obchodzi Pan 65-lecie pracy scenicznej. Obchodził Pan lub będzie Pan obchodził oficjalny jubileusz?

A skąd! Kto dziś o tym pamięta, poza wyjątkami dotyczącymi bardzo popularnych aktorów, do tego takich którzy mają wsparcie ze strony czynnika koleżeńskiego. Nie ma już kindersztuby, dbałości o tradycję, szacunku dla weteranów zawodu. Kiedy kilka lat temu zmarła wybitna i słynna kiedyś aktorka Lucyna Winnicka, na jej pogrzeb na Powązkach nie przyszedł nikt z ministerstwa kultury, ani ZASP. Nikt nie zadbał o wygłoszenie paru zdań nad grobem, więc brnąc w błocie, zaimprowizowałem na poczekaniu takie wystąpienie dla kilkudziesięciu osób.

 

Kogo z ludzi, których napotkał Pan na swojej drodze zawodowej ceni Pan najbardziej?

Wspomnianego Emila Chaberskiego, Jerzego Rakowieckiego, Inka Gogolewskiego, Mariusza Dmochowskiego, lojalnego kolegę, świetnego aktora i oddanego działacza kultury.

 

Dziękuję za rozmowę.

Stop represjom!

Nowelizacja ustawy o służbie zagranicznej jest niezgodna z Konstytucją – kategorycznie twierdzi Andrzej Rozenek.

 

Wprowadzenie odpowiedzialności zbiorowej poprzez zakaz pracy w dyplomacji dla osób, które współpracowały ze służbami w okresie przed 1990 r. – to główny zarzut w stosunku do nowelizacji ustawy o służbie zagranicznej, którą Sejm uchwalił 22 listopada 2018 r. – Nie ma naszej zgody na tego typu bezprawie – mówił Andrzej Rozenek podczas konferencji prasowej w Sejmie 23 listopada 2018 r., jednocześnie przypominając, iż po tzw. ustawie represyjnej to kolejny projekt zmierzający do pognębienia osób, które pracowały dla polskich służb specjalnych i mundurowych przed 1990 r. – Mamy już 52 ofiary śmiertelne, które wynikają z wprowadzenia tzw. ustawy represyjnej i nie mówimy o sprawach przypadkowych, ale wprost wynikających z wprowadzenia tej ustawy. Mam również do czynienia z ubożeniem tych ludzi, z powodu znacznego obniżenia im rent i emerytur ustawą z 16 grudnia 2016 r. – poinformował polityk SLD.
Andrzej Rozenek przypomniał, iż PRL była legalnym państwem uznanym na arenie międzynarodowej. – Podważenie tego faktu jest świadectwem indolencji intelektualnej. Jeżeli PRL był normalnym państwem, to zakładamy, iż w normalnym państwie były służby specjalne, które zajmowały się tym czym zajmowały się służby specjalne wszystkich innych państw.
– Narzucanie nam takiej narracji, że dyplomacja nie powinna mieć nic wspólnego ze służbami specjalnymi jest daleko idącą naiwnością, dlatego, że wszyscy wiemy, iż na całym świecie dyplomacja i służby specjalne idą ręka w rękę. W każdym państwie wygląda to dokładnie tak samo, ludzie najwybitniejsi i najlepsi w swoim fachu trafiają do dyplomacji – mówił.
Polityk lewicy ocenił, iż nowelizacja ustawy o służbie zagranicznej lekceważy przebieg kariery i dokonania na rzecz ojczyzny wielu osób, które obecnie pracują w dyplomacji. – Liczy się tylko czy przed 1990 r. współpracowali z legalnymi służbami państwa polskiego. Takie osoby zostaną ukarane za to, że służyli Polsce. Współpraca lub praca dla służb specjalnych automatycznie nie oznacza, iż taka osoba robiła komuś krzywdę lub coś złego.
– Ta ustawa niczym się nie różni od ustawy z 16 grudnia 2016 r., jest tak samo niesprawiedliwa i niezgodna z konstytucją – podkreślił Rozenek i podziękował posłankom i posłom Nowoczesnej, iż nie poparli tego projektu. – Ubolewam, iż pozostała część opozycji nie zauważyła, iż ta ustawa jest absolutnie niezgodna z konstytucją.
Polityk SLD przypomniał, iż polski wywiad gospodarczy przed 1990 r. przysporzył PRL, a następnie III RP wielu korzyści ekonomicznych. – Sztandarowym przykładem jest pozyskanie recepty na polopirynę, czyli na aspirynę. Jest to jeden z tysięcy przykładów kiedy to nasz wywiad przyczynił się do rozwoju Polski.

Cwaniakom z „Wyborczej”

…socjalizmu nie oddamy!

 

W miniony weekend Gazeta Wyborcza opublikowała wywiad z Jackiem Dubois, wnukiem słynnego Stanisława, zatytułowany „Lepsza socjalistyczna Polska”. Nagłówek to istotnie zwodniczy, choć pewnie tylko naiwniak spodziewałby się po Wyborczej określenia mianem „lepszej” (od czegokolwiek) Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Wspomniana rzecz jest faktycznie częścią zaskakującej kampanii reklamowej, jaką przedwojennemu ruchowi socjalistycznemu postanowiły zrobić media, dla których własność państwowa równa się Gułag, a robotnicy fizyczni to urodzeni faszyści.
Przeczytawszy całość, na którą składają się raczej propagandowe formułki niż historyczna refleksja, można zachodzić w głowę, co w rzeczywistości kieruje redakcją GW i ideologicznie jej pokrewnych mediów, które od niedawna hołubią Daszyńskiego i PPS. Zdecydowanie nie są to przecież socjalistyczne przekonania, bo inaczej Wyborcza nie przedstawiałby Wenezueli jako imperium zła, ani nie przyłączałaby się do nagonki na Jeremy’ego Corbyna.
Rodzajem perwersji wydaje się sam fakt, że wywiad jak najbardziej afirmatywny w stosunku do międzywojennych socjalistów prowadzi nikt inny jak Maciej Stasiński, który kiedyś regularnie porównywał Hugo Chaveza do Hitlera.
Pretekstem do tej publikacji jest oczywiście stulecie odzyskania niepodległości, dlatego tekst aż ocieka patriotycznym zadęciem. Słowo „socjalizm” zostało wyprane z jakiejkolwiek treści poza „sprawiedliwszym rozkładem bogactwa” i – a jakże! – obroną demokracji, w której PPS podobno przodował. Szkoda tylko, że poparł zamach w 1926 r., który był początkiem faszyzacji polskiego państwa, a liderów tej partii nie oszczędził proces brzeski w 1931 r. Szkoda też, że dokładnie sto lat temu PPS-owcy brali aktywny udział w tłumieniu rewolucyjnego wrzenia na polskich ziemiach, bardziej niż o socjalizm dbając o „niepodległość”, która szybko okazała się dyktatem patriotycznego knuta spadającego co i raz na robotnicze plecy. To właśnie wartości demokratyczne w wydaniu typowym dla redakcji z Czerskiej, których ani Mateusz Kijowski, ani Ryszard Petru by się nie powstydzili.
„Lepsza socjalistyczna Polska”. Serio? Dlatego w pakiecie z socjalizmem otrzymujemy tępy antykomunizm? Niespodzianki nie było: ostatecznym usankcjonowaniem socjalizmu okazała się u pana Dubois „walka z KPP”! Niech ten pan – z całym szacunkiem dla jego przodka – nie próbuje sugerować (a sugeruje), że lewicowy radykalizm był domeną PPS. Komuniści, zmuszeni nota bene do działania w podziemiu, przez cały czas, aż do 1937 r., zdolni byli mobilizować tysiące robotników w walkach klasowych i w przeciwieństwie do PPS nigdy nie kapitulowali przed burżuazją. Lecz cóż, słowo „komunizm” wypowiadane jako obelga, załatwia wszystko. Dlatego nikt z rodziny pana Dubois nie układał się z PKWN! Toż to zdrada! Tak przynajmniej nauczają IPN z Gazetą Wyborczą…
Nie powiedzą przecież, że za sanacji Barlicki, na którego powołuje się właśnie Jacek Dubois, żałował duszenia płomienia rewolucji w 1918 r. A u kresu międzywojnia PPS, który przejrzał w końcu na oczy, dwukrotnie przyjmował rezolucje postulujące dyktaturę proletariatu.
Kiedy chłonie się te się obraźliwe dla ogarniętego czytelnika wypociny, w których pod pozorem „przywracania pamięci historycznej” socjalizm zostaje sponiewierany, zeszmacony, a potem jeszcze okradziony przez dwóch „wolnościowych” cwaniaków, nie ulega wątpliwości, że stoi za tym konkretny cel polityczny.
Agorowe media potrzebują ideologicznego paliwa w walce o odzyskanie hegemonii, którą PiS zabrał im jak dziecku zabawkę. Sondują możliwości wykucia sobie nowego rynsztunku ideologicznego, którym mogliby podbić serca pogubionych Polaków, a Prezesa i S-kę odesłać do diabła. Kombinują więc: może więc jakaś taka „inna niepodległość”? Może coś z socjalizmem w nazwie, bo podobno na Zachodzie żyją jacyś socjaliści? Piłsudskiego PiS zawłaszczył, to teraz Daszyńskim w nich i PPS-em. To też Polska, całe mnóstwo Polski i walka z komuną, a jak!
Kombinujcie sobie ile chcecie, polityczni oszuści. Ciągłym nudzeniem o Polsce, „niepodległości” i „demokracji” socjalizmu nie zawłaszczycie. To hasło noszą w sercach ci, którzy wiedzą, że całe wasze antyspołeczną klikę trzeba wraz ze skompromitowanym kapitalizmem odesłać jak najprędzej w miejsce wiadome: mityczne, choć realnie i głośno o was się dopraszające. Lew Trocki dobitnie je nazwał. Tam wreszcie będziecie mogli znaleźć płaszczyznę porozumienia z Prezesem i jego zgrają.

Inicjatywy PPS, remanenty My, socjaliści

Uroczystości rocznicowe, w których również brała udział cała lewica, w tym bardzo aktywnie PPS, skłaniają do kilku refleksji. Tak się bowiem składa, że udział w procesie odzyskiwania niepodległości, szczególnie PPS i socjalistów, był od momentu powstania partii w 1892 roku ogromny i przez całe pokolenia niedoceniany.

 

Wiązało się to z endecką narracją historyczną, która do 1939 roku miała dominujący wpływ na myślenie Polaków. Odgrywała ona ogromną rolę również po wojnie, bowiem pierwiastek endecki był jednym z ważnych komponentów Polski Ludowej. Objawienie się go w ostatnich latach w polityce III RP nie jest niczym nowym. Nowym elementem jest tolerancja i uleganie władz państwowych i części opinii publicznej na argumenty polityczne i społeczne nowej endecji, co może świadczyć o słabości lub związkach ideowo-politycznych z tym nurtem.
Polska, jako kraj, naród i organizm państwowy powinna przeciwstawić się, i przynajmniej zrównoważyć wpływy endeckie, historia bowiem pokazuje, że prowadzić one mogą na manowce cywilizacji europejskiej, doświadczonej szczególnie w XX wieku ich skutkami.
Polacy, jeśli chcą przetrwać jako naród rządzony mądrze, w formule demokracji czerpiącej z tradycji greckiej i łacińskiej, powinni przeciwstawić się aktywnie endecji i jej wpływom. Powinni budować i wspomagać te nurty ideowe i polityczne, które mają na sztandarach wolność jednostki, sprawiedliwość społeczną, pokój i tolerancję.
Polska Partia Socjalistyczna z okazji 100-lecia niepodległości Polski wystąpiła z szeregiem inicjatyw o charakterze politycznym i prawnym, które mieściły się w logice obchodów tego, największego w XXI wieku wydarzenia. Trzeba przypomnieć, że PPS w marcu 2018 roku wystąpiła do prezydenta RP z inicjatywą ogłoszenia na 100-lecie niepodległości powszechnej amnestii. Ostatnia amnestia w Polsce była w 1989 roku. Ogłosił ją gen. Wojciech Jaruzelski jako ówczesny prezydent. Trzeba zauważyć, że prawicowe władze III RP od początku prowadzą restrykcyjną politykę karną, która nie przyczynia się do spadku przestępczości, a warunki odbywania kary są w Polsce najgorsze w Europie. Kilkanaście tysięcy skazanych czeka w kolejce do więzień. Więzienia, poza kilkoma pozytywnymi przypadkami, nie wychowują. W opinii publicznej przeważa wizerunek więzień w Polsce, jako szkół przestępczości. Media dodatkowo nakręcają tę atmosferę organizując festiwal kronik kryminalnych, które nie odstręczają przestępców od łamania prawa. To wszystko wymaga radykalnych zmian w polskim systemie prawnym i systemie sprawiedliwości.
Wzorem dla współczesnych systemów karnych, szczególnie w Europie jest tzw. sprawiedliwość niekarząca. Chodzi o wychowanie obywatela świadomego, akceptującego dobro człowieka a nie wartości wypływające z obłędnej konkurencji i walki o znalezienie się na szczycie za wszelką cenę, kosztem innych. Doktryna neoliberalna nie sprawdziła się współcześnie, co widać po 30 latach jej uprawiania. Ale w Polsce nadal jest na szczycie, szczególnie aktualnie rządząca ekipa uznaje ją za właściwy kierunek rozwoju również w sferze wychowania i polityki społecznej.
Partia, mimo upływu wielu miesięcy, do dziś od prezydenta odpowiedzi się nie doczekała.
Drugą ważną inicjatywą, którą podjęła PPS wspólnie z innymi ugrupowaniami lewicy, była idea budowy pomnika jednego z przywódców PPSD i PPS, premiera Rządu Ludowego, marszałka Sejmu w II RP – Ignacego Daszyńskiego. Daszyński, mimo, że jest jedną z czołowych postaci zasłużonych dla niepodległości Polski, swojego pomnika nie miał. Był pomijany, zarówno w okresie przed II wojną światową, jak i później – stanowił powiem zagrożenie dla endeckich mitów o zasługach dla niepodległości i antydemokratycznej polityki władz państwa do 1939 roku, jak i po wojnie.
Pomnik Ignacego Daszyńskiego stanął i został odsłonięty przy Trakcie Królewskim w Warszawie w dniu 11 listopada 2018 roku. Do sukcesu tego przyznaje się dziś wiele osób z różnych środowisk lewicy i prawicy. Faktem jest jednak, że to determinacja ludzi PPS i niezrzeszonych w PPS socjalistów pozwoliła na wzniesienie tego pomnika dopiero po 100 latach od zaistnienia czynów i działań składających się na niepodległość Rzeczypospolitej.
Trzecim elementem wkładu PPS w 100-lecie niepodległości jest trwająca od wielu lat działalność polityczna i edukacyjna, której celem jest opowiedzenie prawdy o wydarzeniach i ludziach ruchu socjalistycznego, którzy od 1892 roku pod sztandarem PPS walczyli o wolność narodową i społeczną Polski i Polaków. W ostatnim czasie składają się na to dwie rozległe kampanie – w roku 2017 z okazji obchodów 125-lecia Polskiej Partii Socjalistycznej i w roku 2018 z okazji 100-lecia niepodległości Polski.
Biorąc pod uwagę te doświadczenia, wydaje się, że PPS, ale również inne ugrupowania lewicy, które mieszczą się w nurcie ideowym socjalizmu niepodległościowego, demokratycznego, powinny jeszcze bardziej zadbać o swój wizerunek i pamięć historyczną. Zauważam np. niedopuszczalne zjawisko wykorzystywania przez polską prawicę i środowiska narodowe wizerunku wielu działaczy socjalistycznych m.in. Józefa Piłsudskiego do firmowania swojej działalności.
Polska lewica niepodległościowa powinna podjąć wysiłek napisania swojej historii, takiej jaka ona była. Nie mamy czego się wstydzić. Trzeba odebrać prawicy naszych bohaterów; 100-lecie odzyskania niepodległości wydaje się tutaj dobrym momentem.

Narodowe Święto Niepodległości

Dla upamiętnienia rocznicy odzyskania przez Naród Polski niepodległego bytu państwowego oraz walk pokoleń Polaków o wolność i niepodległość stanowi się, co następuje: Dzień 11 listopada jest uroczystym Narodowym Świętem Niepodległości.

Ustawa z dnia 15 lutego 1989 r.

 

Pierwsze obchody rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, zarządził marsz. Józef Piłsudski na 14 listopada 1920 r. Odbyły się w jednostkach wojskowych Tego dnia – 2 lata wcześniej, Rada Regencyjna wydała oświadczenie, iż „od tej chwili obowiązki nasze i odpowiedzialność względem narodu polskiego w Twoje ręce, Panie Naczelny Dowódco, składamy do przekazania Rządowi Narodowemu”. Po tym fakcie ogłosiła swoje rozwiązanie, jako pełniąca rolę głowy państwa, teoretycznie najwyższą władzę w Królestwie Polskim do czasu przekazania jej w ręce regenta lub króla. Było to faktyczne przekazanie Józefowi Piłsudskiemu władzy w powstającym państwie, co warto pamiętać. Z obchodami tej rocznicy wiąże się też nadanie Józefowi Piłsudskiemu buławy marszałkowskiej. Fakt ten dobrze znany w kręgach historyków, z czasem zapomniany, niekiedy sarkastycznie opisywany. Kuriozalny „proces” nadania stopnia i ówczesna interpretacja, dziś wymową zasługuje na przypomnienie.

 

Buława – przyjęta i odmówiona

Latem 1919 r. Minister Spraw Wojskowych (MSWojsk.) Józef Leśniewski – w imieniu wojska – poprosił Sejm o przyznanie Józefowi Piłsudskiemu stopnia „Pierwszego Marszałka Polski”. Sejm, oględnie mówiąc, „wyrozumiale obszedł” tę inicjatywę. Stąd zdeklarowani piłsudczycy, też postanowili swoiście „obejść” Sejm zdominowany przez prawicowych posłów. Ogólna Komisja Weryfikacyjna, zajmująca się m.in. oceną czasu służby i weryfikacją stopni kadry w armiach zaborczych, 26 lutego 1920 r. podjęła – jak się później okazało – wiekopomną decyzję. 19 marca, w dniu imienin Józefa, przedstawiciele Komisji stawili się u solenizanta, gdzie, obok życzeń złożyli prośbę o przyjęcie nominacji. Wódz nie odmówił. Kilka godzin po wizycie gości ukazał się dekret wojskowy, zawierający jedno zdanie: „Stopień Pierwszego Marszałka Polski przyjmuję i zatwierdzam”, podpisany przez „nowego” marszałka. Uroczyste wręczenie buławy marszałkowskiej przez szeregowego Jana Wężyka z 41 pułku piechoty, najmłodszego żołnierza odznaczonego Krzyżem Virtuti Militari nastąpiło 14 listopada, w dniu pierwszych obchodów święta niepodległości, zarządzonym – powtórzę – przez marszałka. Odbyły się na Placu Zamkowym, w obecności MSWojsk., wielu delegacji jednostek wojskowych i mieszkańców stolicy. Za rzeczową weryfikację i wzbogacenie mojej wiedzy, serdecznie dziękuję Panu płk prof. Tadeuszowi Paneckiemu.
Opisany wyżej fakt, przypomniał mi podobne, choć o całkowicie innym zakończeniu zdarzenie. Oto ono:
Pragnę w tym właśnie gronie złożyć następujące oświadczenie: ukazały się – zresztą niepotrzebnie wyeksponowane – informacje o społecznych inicjatywach i wnioskach, w tym również ze środowisk kombatanckich, w sprawie nadania mi stopnia marszałka Polski. Czuję się głęboko zaszczycony i wdzięczny za te dowody życzliwości, za tak wysoką ocenę mej żołnierskiej służby. Nie uważam jednak za możliwe i celowe zrealizowanie tego wniosku. Polska Rzeczpospolita Ludowa hojnie oceniła spełniony przeze mnie żołnierski obowiązek. Stopień wojskowy, który noszę, dowodzi tego wystarczająco. Dziś głównym polem mej służby jest praca partyjna i rządowa. Uważam, iż swe obecne funkcje mogę i powinienem spełniać bez dodatkowych godności i honorów. Proszę was o zrozumienie i poparcie tego stanowiska, które osobiście uważam za ostateczne.
Autorem tego refleksyjnego stanowiska, ogłoszonego na VII Kongresie Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBoWiD), w dniu 4 maja 1985 r. jest gen. Wojciech Jaruzelski (było to dwa lata po stanie wojennym). Do środowisk najbardziej społecznie zaangażowanych w tej inicjatywie należeli działacze dawnego ZSL, a wiele interesujących i wręcz nie znanych szczegółów mógłby przekazać Pan prof. Józef Kozioł, któremu serdecznie dziękuję za podzielenie się taką wiedzą.

 

Dlaczego 11 listopada?

Dopiero 6 lat później, w 1926 r. premier Józef Piłsudski (2 października 1926 – 28 czerwca 1928 r.) zmienił datę na 11 listopada. Podobnie jak pierwsze – obchodzono je w jednostkach wojskowych, głównie w formie uroczystych capstrzyków. Urzędnicy państwowi – decyzją premiera – mieli dzień wolny. Minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, w 1932 r. wprowadził dzień wolny dla młodzieży szkolnej. Sejm uczynił 11 listopada państwowym Świętem Niepodległości ustawą z 23 kwietnia 1937 r., czyli 19 lat po jej odzyskaniu. Warto więc zapytać – dlaczego 11 a nie 14 listopada ustanowiono świętem, i to „państwowym”? Wiemy, co zdarzyło się 14 listopada. Natomiast 11 listopada, wspomniana Rada Regencyjna „wobec grożącego niebezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego, dla ujednolicenia wszelkich zarządzeń wojskowych i utrzymania porządku w kraju” przekazała władzę wojskową i naczelne dowództwo podległych wojsk polskich brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu. Dzień ten został później uznany za oficjalne powstanie odrodzonego Wojska Polskiego. Było to więc przekazanie Józefowi Piłsudskiemu władzy tylko nad wojskiem, nie zaś nad całym, powstającym państwem, choć jeszcze nie miało wytyczonych wszystkich granic. Można się zżymać nad takim szczegółem. Tym bardziej, że mało kto zauważy jednak istotną różnicę – przekazanie władzy w powstającym państwie, automatycznie oznacza władzę nad jego wojskiem, administracją i innymi właściwymi państwu organami. Zaś przekazanie władzy tylko nad wojskiem, ogranicza się do tej formacji.
Czy były inne, nie mniej ważne daty? Warto zwrócić uwagę, choćby na takie:
7 października 1918 r. Rada Regencyjna ogłosiła odezwę „Do Narodu Polskiego”, w której proklamowała niepodległość Polski. Proszę zauważyć – proklamacja niepodległości Polski! Powołała się tu na 14 punktów Wilsona, w tym na 13 odnoszący się do Polski, kilka dni temu zaakceptowanych przez państwa centralne jako podstawę rokowań pokojowych;
19 października 1918 r. Rada Regencyjna, powołała rząd Królestwa Polskiego (prezes Józef Świeżyński), w którym stanowisko ministra spraw wojskowych powierzyła Józefowi Piłsudskiemu – bez jego wiedzy, gdyż wtedy był więziony w Magdeburgu;
7 listopada 1918 r. powstał w Lublinie Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej kierowany przez Ignacego Daszyńskiego;
13 listopada 1918 r. Komitet Narodowy Polski (KNP) w Paryżu, pod przewodnictwem Romana Dmowskiego został uznany przez Francję za rząd polski i włączony do grona państw zwycięskiej Ententy. Przez 2 miesiące nie uznawany przez władzę Piłsudskiego. Stało się to dopiero w styczniu 1919 r., gry premierem został Ignacy Jan Paderewski;
15 listopada 1918 r. Józef Piłsudski zarządził zmianę nazwy państwa na Polska Republika;
16 listopada 1918 r. Józef Piłsudski podpisał depeszę notyfikującą obcym państwom powstanie niepodległego Państwa Polskiego.
Były więc nie tylko te – ważne dla Polski jako państwa – daty. Historycy nie udzielają jednoznacznej odpowiedzi, wskazując na podkreślenie i zapisanie w Historii osobistej roli Józefa Piłsudskiego oraz Polskiego Wojska, jako czynnika twórczego, symbolu państwa i jego roli państwowej w przeszłości, ale także chyba z myślą o przyszłości Polski.
To zapewne piękny, chwalebny ukłon pod adresem Wojska – podkreślam – jako symbolu państwa! Trzeba jednak powiedzieć prawdę – w 1918 r. wojsko nie odegrało istotnej roli w odzyskaniu niepodległości, ze znanych przyczyn politycznych i militarnych. Świadomie zaś stawia on na drugim miejscu „państwo” – Polskę – jako cel zrywów wyzwoleńczych, jako cel i marzenie intelektualistów.

 

Okres wojny

W Polsce, pod okupacją niemiecką – z oczywistego powodu – święta nie obchodzono. Pamiętała i pisała o tym dniu tylko podziemna prasa. Natomiast rząd londyński i jego premier – gen. Władysław Sikorski – święto pomijali milczeniem. Ważył w tym względzie zapewne stosunek do piłsudczyków, kształtowany przez dwa zasadnicze czynniki. Pierwszy – to sposób sprawowania władzy w kraju, głównie po przewrocie majowym 1926 r., a szczególnie po 1935 r., pod rządami Konstytucji kwietniowej, przy tym ich odnoszenie się do oficerów przeciwnych „majowej rewolcie”, np. do generałów: Władysława Sikorskiego czy Kazimierza Sosnkowskiego. I drugi – ich odpowiedzialność za klęskę wrześniową. Nie brak przecież oczywistych dowodów! Dość wspomnieć choćby tylko płk Józefa Becka – szefa MSZ, premiera rządu gen. Felicjana Sławoja Składkowskiego, czy Naczelnego Wodza, marsz. Edwarda Rydza-Śmigłego.
Wielu spośród Państwa może zdziwić fakt, że Święto Niepodległości obchodzono w 1943 i 1944 r. oficjalnie w 1 Armii WP gen. Zygmunta Berlinga. Warto zapytać kilku jeszcze żyjących żołnierzy frontowych o msze polowe odprawiane tego dnia przez ks. mjr (ppłk) Franciszka Kubsza, uroczyste apele i capstrzyki, nie mówiąc o pogadankach wygłaszanych dla żołnierzy przez oficerów oświatowych. Wielu żołnierzy otrzymywało odznaczenia bojowe i listy z podziękowaniem za ofiarność i wojenne męstwo, podpisane przez gen. broni Michała Rolę-Żymierskiego oraz awanse Na przykład, chorąży Wojciech Jaruzelski na Pradze (Pelcowizna, tu stacjonował 5 pp) został awansowany do stopnia podporucznika 11 listopada 1944 r.
W „Polsce Lubelskiej” także był to oficjalny dzień świąteczny. W 1945 r. Krajowa Rada Narodowa (KRN), ustanawiając 22 lipca świętem państwowym, uchyliła ustawę z 1937 r. Tu proszę Czytelników o zastanowienie się – czy kategoryczne usuwanie z pamięci naszego Narodu, Państwa i Wojska śladów wyzwolenia Polski „ze Wschodu”, nie jest też usuwaniem obchodów tamtego Święta Niepodległości? Czy nie przypomina to znanego powiedzenia o wylewaniu dziecka z kąpielą? A czy tej prawdy nie powinna znać nasza młodzież, nasi spadkobiercy i następcy, przy okazji zbliżających się centralnych uroczystości 100-lecia?

 

Lata powojenne

Po Październiku 1956 r., Święto Niepodległości było upamiętniane z okazji tzw. okrągłych rocznic, na konferencjach naukowych i historycznych, również państwowych. Pierwsze obchody upamiętniały 50-lecie (1968 r.), powstania rządu Ignacego Daszyńskiego (7 listopada). Warto wspomnieć, iż ten rząd powstał bez inicjatywy i woli zaborców. Nie miał on powiązań personalnych i ideowych z komunizmem. Składał się z socjalistów i piłsudczyków (płk Edward Rydz-Śmigły był ministrem spraw wojskowych). Jubileuszową konferencję naukową z udziałem najwyższych władz państwowych zorganizowano w Lublinie. W roku 100–lecia Niepodległości PPS i SLD zorganizowały konferencję naukową właśnie w Lublinie.
Rok 1978 – święto 60-lecia odzyskania Niepodległości, Sejm VII Kadencji upamiętnił uroczystym, 20 posiedzeniem i debatą. Po spełnieniu regulaminowych procedur i powitaniu zaproszonych gości i kombatantów, marszałek Stanisław Gucwa oddał głos I Sekretarzowi KC PZPR, posłowi Edwardowi Gierkowi. Mówca w pierwszym słowie podkreślił, iż „rocznica, dla której upamiętnienia zebraliśmy się dziś, świeci szczególnym blaskiem w długiej i chlubnej historii naszego narodu, niesie ze sobą treści ideowe i moralne, które najżywiej poruszają polskie serca i umysły”. Przypomniał okoliczności powstania rządu Ignacego Daszyńskiego i tamtą sytuację polityczną, gdzie „sama wola Polaków, nawet wsparta bohaterstwem najwyższego rzędu, nie była w stanie zapewnić sprawie polskiej zwycięstwa. Warunkiem niezbędnym było powstanie sprzyjającego układu sił na arenie międzynarodowej”.
W dalszej części wystąpienia Edward Gierek powiedział: „Oddając hołd żołnierskiemu męstwu i ofierze krwi złożonej w walce o wolność (…) z szacunkiem wspominamy twórców postępowego ustawodawstwa, szlachetnych myślicieli, którzy rysowali wizję Polski wolnej i sprawiedliwej, Ojczyzny wszystkich Polaków, Polski szklanych domów i światłych ludzi”. Czy w 100–lecie nie warto zadumać się nad tymi słowami?
W końcowej części wystąpienia Edward Gierek m.in. stwierdził, że „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest matką wszystkich Polaków. Wszyscy – niezależnie od przynależności partyjnej, zawodu i pochodzenia, wykształcenia czy stosunku do religii – są jej córkami i synami, których jednakową otacza troską, którym daje prawa i nakłada obowiązki”. Pomyślcie Państwo, czy te słowa straciły w 2018 r. na znaczeniu? Które spośród nich dziś chcielibyście wykreślić, a może odwrotnie – podkreślić i głośno przypomnieć!
Zapewne wielu spośród nas już zapomniało o sprawie pokoju. Od co najmniej dwóch dekad jest o tym cisza. Edward Gierek, m.in. mówił: „Działanie na rzecz pokojowego współistnienia i pokojowej współpracy stanowi niewzruszoną zasadę polityki naszego państwa. Temu m.in. służy nasza propozycja przedłożona na forum ONZ w sprawie wychowania dla pokoju. Cieszymy się, iż idea ta spotkała się ze zrozumieniem jej znaczenia i szlachetnych intencji” (złożył ją E. Gierek w 1974 r. – moje, GZ). Czy Lewica Polska o tej najpiękniejszej i najtrudniejszej do realizacji idei ludzkości może zapomnieć – nie tylko w dniach Jubileuszu? Wystąpienie kończył takimi myślami i wskazaniami: „Nade wszystko, bierzemy ze sobą w przyszłość i pragniemy umacniać głębokie rozumienie racji państwa, patriotyczną jedność narodu (…) uczucia i wartości, które dzień dzisiejszy symbolizuje (…) niech pobudzają nas do pracy dla wspólnego dobra”. Kto z Państwa Czytelników zechciałby – może nawet na łamach „DT” – wyjaśnić nam, a zwłaszcza młodemu pokoleniu, jak obecnie rozumieć „wspólne dobro”, na czym ma polegać, w czym realnie przejawiać się niezbywalna wartość i nasza praca – właśnie dla niego.
Polska Akademia Nauk (PAN) ten Jubileusz uczciła konferencją naukową z wiodącym referatem prof. Stefana Kieniewicza. Naukowa dyskusja była hołdem dla wskrzesicieli II RP oraz prezentacją naukowego dorobku nad przyczynami zniknięcia I Rzeczypospolitej z mapy Europy i zasług dla przetrwania Narodu pod zaborami, m.in. takich twórców kultury i nauki polskiej – Mickiewicza i Słowackiego, Sienkiewicza i Żeromskiego, Matejki i Grottgera, Chopina i Moniuszki, Staszica i Lelewela, braci Śniadeckich, wielu innych uczonych i twórców. Jej dorobek jest godny przypomnienia osobną publikacją.

 

Rok 1988

Dla uczczenia 70. rocznicy odzyskania Niepodległości powołano Komitet pod przewodnictwem ówczesnego Przewodniczącego Rady Państwa PRL, gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Podobnie – jak dekadę wcześniej – Sejm IX Kadencji, pod przewodnictwem Marszałka Romana Malinowskiego, uhonorował rocznicę uroczystym 40 posiedzeniem. Profesor Henryk Jabłoński wygłosił jubileuszowy referat. Rozpoczął przypomnieniem, iż „11 listopada 1937 roku obchodzono w Polsce po raz pierwszy, jako ustawowy dzień świąteczny, Święto Niepodległości. Oznaczało to oficjalne usankcjonowanie utrwalonego już obyczaju, który (…) łączył odzyskanie niepodległości z datą podpisania rozejmu między zwycięską koalicją i pokonanymi Niemcami w 1918 r.” Przypomniał też proklamację rządu Daszyńskiego do ludu polskiego: „Jeżeli chcesz zająć należne ci miejsce w rodzinie wolnych narodów, jeżeli chcesz sam być gospodarzem na swojej własnej ziemi, to musisz w swoje ręce ująć władzę w Polsce, musisz sam budować gmach niepodległej i zjednoczonej Ludowej Rzeczypospolitej Polskiej” oraz zapowiadane reformy tego rządu i fakt, iż „PPS była jedyną partią, która za cel stawiała sobie odbudowę niepodległego państwa”.
Wiele miejsca w wystąpieniu Profesora zajęło wspomnienie działalności i osiągnięć Józefa Piłsudskiego, począwszy od „Strzelca” po powrót z Magdeburga, zamykając tę myśl frazą, iż „żadna z wojujących koalicji nie stwarzała naszemu narodowi perspektywy zjednoczenia i prawdziwej niepodległości”.
Osobne, jakże pouczające i aktualne dziś – w 2018 r. – są odniesienia do nas jako narodu i Polaków. Profesor m.in. oceniał : „Nie idealizujmy naszego narodu. Miał sporo wad, gdy stracił swą wolność. Nabył nowych, gdy żyć mu przyszło w niewoli. Ale jednej cnoty odmówić mu nie było można. (…) Ten naród nie chciał, nie umiał być niewolnikiem i przestał nim być w listopadzie 1918 roku. Polak, to już nie poddany tego czy innego, ale zawsze obcego cesarza, jeno obywatel własnego państwa. Już nie będzie w obcym mundurze, za obcą mu sprawę, za obce interesy narażał swego życia”. W tym też tonie oceniał II RP, mówiąc: „Ukształtowała się jako państwo kapitalistyczne. Ocena wielu kart jej historii zależy w znacznej mierze od postawy naszej, własnej, każdego z nas, po której stronie barykady społecznej staliśmy wówczas czy stoimy dziś. Ale jedno jest bezsporne: gdy wróg państwu polskiemu zagroził, stanęli w jego obronie Polacy, bez względu na stosunek do ustroju, do aktualnej władzy, bez względu na osobisty, dotychczasowy los”.
Sejmowe wystąpienie, kończył Profesor takim wezwaniem do posłów i Polaków: „Obowiązkiem naszym jest uczynić wszystko, co tylko uczynić możemy, aby przekazać swym następcom świadomość, jak wielkim dobrem narodu jest jego państwo, gwarant jego wolności. A nie ma prawdziwej wolności człowieka, bez wolności jego narodu. Cenić więc to dobro, umacniać, bronić, jest sprawą honoru uczciwego człowieka i obywatela”.
Spójrzcie Państwo na te myśli Profesora dzisiejszymi oczyma. Czy nie jawi się jako wizjoner III RP, gdzie okres PRL zamazują czarną farbą, idealizując zafundowany nam – nie ukrywajmy i przyznajmy – na nasze życzenie – kapitalizm. Zauważmy, ocknijmy się, że to obecne „niebo” tego „liberalnego kapitalizmu” jest upiększane, pokazywane na tle „piekła” lat PRL. Wreszcie uświadommy sobie, że to „piekło” to lata naszej pracy i myśli poświęconej Ojczyźnie, jaką „wtedy była i być mogła”. To nasz dorobek roztrwoniono dla „niebiańskiego kapitalizmu”. Bo jak inaczej rozumieć pomysły na repolonizację banków i przedsiębiorstw? Zastanówmy się, czy zgadzamy się na taką rolę piekielników, bo nie chcieliśmy tylko żądać i protestować, strajkować i „walczyć”. Bo nasi ojcowie i dziadowie, także część spośród nas, dała posłuch tym, którzy wzywali by wyjść z lasu i odbudowywać z wojennej spalenizny i gruzów ojczysty dom. Pomyślmy, co powiemy w 100-lecie o nas samych, naszym synom i wnukom. Czy nie należy im stanowczo, wręcz w tonie testamentu powiedzieć – o tę, na „niebiański kolor odmalowaną” wam Polskę, macie się troszczyć rozumem. Dowodząc swej ufności – zabiegać o przyjaciół na wszystkich granicach. Bo tu będą nasze groby i tu jest miejsce dla waszego, osobistego i rodzinnego szczęścia, jakie sobie zapewnicie, ucząc się od przedwojennego PPS i powojennej Lewicy, nie wyłączając PZPR, jeszcze od nas – póki czas, trzeźwego myślenia i perspektywicznego widzenia własnego losu (pisałem o tym wcześniej). Bo bez pamięci o dorobku 45–lecia PRL, nie może być obchodów 100–lecia Niepodległości, co wyraźnie akcentował swego czasu w „Trybunie” Redaktor Andrzej Ziemski.
Podczas debaty sejmowej, poseł Ryszard Bender m.in. uznał, iż „11 listopada nie koliduje z datą 22 lipca. Dodaje jej blasku, ukazuje, że Polska odrodzona w 1918 roku nie zginęła. Ponownie, po II wojnie światowej powstała do niepodległego bytu. Trwa i trwać będzie, bo taka jest wola narodu polskiego, a świat współczesny w tym miejscu Europy Polski potrzebuje”. Zwróćcie Państwo uwagę, co z tych słów zostało uszanowane w III RP? Kto i jak rozumie i przekonuje, że rzeczywiście Europa potrzebuje Polski, jakiej Polski! Nieco uchybiając faktom, Poseł stwierdził – „Święto 11 listopada nigdy nie zostało zniesione. Nie trzeba więc, sądzę, uchwały Izby w tej sprawie. Wnoszę więc, ażeby Rząd oświadczył, iż przywraca się dzień 11 listopada jako święto narodowe i państwowe”.
Sejm, przyjmując istotę myśli posła Ryszarda Bendera, jednak 15 lutego 1989 roku uchwalił wspomnianą na wstępie ustawę, której treść tu powtarzam:
Dla upamiętnienia rocznicy odzyskania przez Naród Polski niepodległego bytu państwowego oraz walk pokoleń Polaków o wolność i niepodległość stanowi się, co następuje:
Art. 1. Dzień 11 listopada jest uroczystym Narodowym Świętem Niepodległości.
Art. 2. Dzień 11 listopada jest dniem wolnym od pracy.
Art. 3. Ustawa wchodzi w życie z dniem ogłoszenia (Dz. U z 1989 nr 6, poz. 34).
Tak więc, wtedy jeszcze socjalistyczna Polska naprawiła błąd popełniony u jej zarania oraz pozostawiła – nie tylko Lewicy – w testamencie dowód historycznej ciągłości szacunku i wdzięczności wszystkim, których krew i życie, praca i myśl przywróciły Ojczyznę po czasie rozbiorów, by „nie zginęła, kiedy my żyjemy”.

Spełniona bajka o Kopciuszku

Z IRENĄ SANTOR, pierwszą damą polskiej piosenki, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Irena Santor – ur. 9 grudnia 1934 w Papowie Biskupim – jedna z największych legend polskiej piosenki. W latach 1951-1959 solistka zespołu „Mazowsze”. Laureatka krajowych i międzynarodowych festiwali piosenkarskich oraz wykonawczyni wielu utworów, które stały się wielkimi przebojami (np. „Tych lat nie odda nikt”, „Powrócisz tu”). W 1948 zamieszkała w Polanicy-Zdroju. Uczęszczała do Gimnazjum Zdobienia Szkła, a później do Zasadniczej Szkoły Zawodowej Przemysłu Szklarskiego w Szczytnej na Dolnym Śląsku. W grudniu 1959, po odejściu z „Mazowsza”, zadebiutowała w audycji „Zgaduj-Zgadula w Sali Kongresowej warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki. Techniki estradowego rzemiosła uczyła się u prof. Wandy Wermińskiej. Współpracowała z kabaretami „Wagabunda”, „U Kierdziołka” i „Karuzela Warszawska”. W latach 1965-1966 występowała w warszawskich Teatrach Syrena i Ateneum. Występowała na ich scenach w spektaklach: „Zróbmy coś”, „Kram z piosenkami”, „Inne czasy” i „Ćwierć za kominem”. Pojawiła się też na ekranie w filmowej komedii socrealistycznej Leonarda Buczkowskiego „Przygoda na Mariensztacie” (1955) i zagrała duży epizod komedii muzycznej Stanisława Barei „Przygoda z piosenką” (1966). W latach 1965-1966 została uznana za najpopularniejszą piosenkarkę Polonii amerykańskiej. Uczestniczyła w festiwalach zagranicznych, np. w Rio de Janeiro, na Majorce. Koncertowała w większości krajów Europy, w obu Amerykach, Azji i Australii. Dokonała licznych nagrań dla Polskiego Radia. Wystąpiła w wielu recitalach telewizyjnych. Nagrała szereg solowych albumów, np. „Halo Warszawo”, „Piosenki stare jak świat”, „Powrócisz tu”, „Zapamiętaj, że to ja”, „Moja Warszawa”. Stworzyła wiele duetów muzycznych m.in. z Mieczysławem Foggiem, Edytą Górniak, Krzysztofem Cugowskim, Magdą Umer, Andrzejem Sikorowskim, Zbigniewem Wodeckim, Katarzyną Stankiewicz, Pawłem Kukizem, Alibabkami Wojciechem Gąssowskim, Jerzym Połomskim, Anną Marią Jopek, Grzegorzem Turnauem, Grażyną Łobaszewską, Justyną Steczkowską. Współpracowała z Orkiestrą Polskiego Radia i Telewizji pod dyrekcją Stefana Rachonia. W 1991 zdecydowała się wycofać z czynnego życia artystycznego. Zapowiadała, że nie będzie dawać już koncertów na żywo z wyjątkiem imprez charytatywnych i tych promujących zdrowy tryb życia, miała jednak nadal nagrywać dla radia i współpracować z telewizją. Jednak po występach entuzjastycznie przyjętych przez publiczność, w szczególności w Sopocie w 2002 roku, odstąpiła o tych zamiarów. W latach 1994–2004 była przewodniczącą Stowarzyszenia Polskich Artystów Wykonawców Muzyki Rozrywkowej. Uczestniczyła również w pracach Rady Artystycznej Polskich Nagrań. W 1995 ukazały się wspomnienia piosenkarki i wspomnienia o niej, zatytułowane „Miło wspomnieć”, w opracowaniu Violetty Lewandowskiej. W jej repertuarze wiele miejsca zajmuje Warszawa. W 2001 powstała płyta pt. „Kolory mojej Warszawy”, zawierająca nagrania artystki z lat 1960-1980, poświęcone w całości stolicy. Laureatka trudnych do zliczenia nagród, w tym m.in. licznych nagród festiwalowych, „Bursztynowego Słowika” Sopot 2002 za całokształt twórczości, Złotych Płyt, Zasłużonego Kulturze Gloria Artis (2007), Złotego Fryderyka za całokształt twórczości (2007), Diamentowego Mikrofonu Polskiego Radia (2013) i szeregu nagród międzynarodowych. Do jej najsłynniejszych piosenek należą m.in.: „Walc embarras”, „Powrócisz tu”, „Jak przygoda to tylko w Warszawie”, „Tych lat nie odda nikt”, „Już nie ma dzikich plaż”, „Kamienne schodki”, „Małe mieszkanko na Mariensztacie”, „Pójdę na Stare Miasto”, „Maleńki znak”, „Zapamiętaj, że to ja”.

 

 

Wiadomo z not biograficznych o Pani, że bardzo ceni Pani rolę nauczycieli i mistrzów przy narodzinach Pani drogi artystycznej…

O tak. To moje nauczycielki ze szkoły w Polanicy Zdroju, zwłaszcza jedna z nich, zasugerowały mi, żebym poświęciła się śpiewowi. Pewnego dnia po polanickiego Domu Zdrojowego przyjechał Zdzisław Górzyński, ówczesny dyrygent Opery w Poznaniu. Jedna z moich nauczycielek poprosiła go o przesłuchanie swojej uczennicy. Pan Górzyński przesłuchał mnie i zrobiłam na nim dobre wrażenie, bo dał mi list polecający mnie Tadeuszowi Sygietyńskiemu, założycielowi Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”.

 

Zanim Pani o tym opowie, wspomnijmy o szkole…

Uczyłam się w Gimnazjum Zdobienia Szkła w Polanicy Zdroju. Nie był to dobry wybór, bo przedmiotem podstawowym był rysunek, który nie był i nie jest moją mocną stroną. W pierwszej klasie założyłam tam jednak dziewczęcy kwartet wokalny i naśladowaliśmy słynne wtedy w kraju „Siostry Do, Re, Mi”. Do śpiewania miałam skłonności jeszcze w okresie przedszkolnym. Wymykałam się potajemnie z domu i wchodziłam do upatrzonego sklepu, pytając sprzedawcę, czy mogę zaśpiewać. Otrzymywałam za to lizaki, lody, baloniki. Gdy fama o moich sukcesach dotarła do mamy, załamała ręce.

 

A teraz o „Mazowszu”. Jakim człowiekiem był Tadeusz Sygietyński?

Wspaniałym, opiekuńczym, choć czasem wydawał nam się groźny. Żadnemu ze swoich uczniów nie uczynił jednak krzywdy, choć czasem stosował mrożące krew w żyłach psychodramy, n.p. niby to wyrzucając kogoś z zespołu, a potem zawracając go zrozpaczonego z dworca. „Mazowsze” było dla mnie pierwszą wielką szkołą życia i muzyki. Wydaje mi się, że przyjście do tego zespołu takich dziewcząt z prowincji jak ja, to było ucieleśnienie bajki o Kopciuszku.

 

Podobno w okresie Pani śpiewania w „Mazowszu” przydarzyły się Pani występy przed Stalinem i Mao tse tungiem…

Przed Mao Tse Tungiem rzeczywiście wystąpiliśmy w Pekinie. To był rok 1953. Był to występ niezbyt przyjemny. Przewodniczący Mao siedział na sali, nieruchomo jak posąg i słuchał. Był jedynym słuchaczem na sali. Ani razu nie zareagował żadnym gestem i nie zaklaskał na koniec. Po prostu wstał i wyszedł. Co do występu przed Stalinem, to nigdy nie dowiedzieliśmy się czy był na Sali moskiewskiego Teatru Bolszoj, aczkolwiek sala była wprost przepełniona tajniakami. Mówiono – może przyjdzie, może nie. Zostaliśmy wszyscy dokumentnie przeszukani. Zakazano nam opuszczać pokoje przed wyjściem na scenę. To było straszne. Często występowaliśmy dla koronowanych głów, ale z niczym takim się nie spotkaliśmy. Ale żeby nie pozostać jedynie przy nieprzyjemnym wspomnieniu z zagranicznego wojażu, przywołam bardzo przyjemny pobyt w Rio de Janeiro, dokąd popłynęłam „Batorym”. Zaśpiewałam tam bardzo polską w nastroju, liryczną piosenkę „Tak daleko już jesteśmy”. Publiczność brazylijska przyjęła ją bez entuzjazmu, konkurs wygrała niemiecka piosenka typu umpa umpa, ale za to zakontraktowana przez wielka niemiecką firmę fonograficzną, więc nie mieliśmy najmniejszych szans. Tę gorycz osłodził mi jednak niespodziewanie jeden z jurorów konkursu, wielki kompozytor amerykański Henry Mancini, twórca muzyki filmowej, twórca słynnego, nieśmiertelnego przeboju „Moon River”, który był fragmentem muzyki do słynnego filmu „Śniadanie u Tiffany’ego” z Audrey Hepburn, a także świetnej muzyki do sławnej komedii „Wielki wyścig” z Tony Curtisem i Jackiem Lemmonem. Na wręczonym mi dyplomie honorowym znalazły się z boku dopisane słowa: „Prawdziwej zwyciężczyni. Henry Mancini”.

 

Kimś ogromnie ważnym był dla Pani Stefan Rachoń, wybitny dyrygent Orkiestry Polskiego Radia, później także Telewizji…

To był człowiek cudowny, bardzo pomocy, nigdy nie podnoszący głosu. Nigdy nie zapomnę lekcji, jakich udzielał mi w swoim mieszkaniu przy Wareckiej. Osobą bardzo mnie wspomagającą była także aktorka i reżyserka Barbara Fijewska, siostra wielkiego aktora Tadeusza Fijewskiego.

 

Nie możemy nie wspomnieć o Wandzie Wermińskiej, także bardzo ważnej dla Pani osobie…

O tak, wielkiej śpiewaczce, która udzielała mi lekcji emisji głosu w swoim pełnym antyków mieszkaniu przy ulicy Filtrowej w Warszawie. To była wielka, sarmacka dama rodem z Kresów wschodnich. Doceniała śpiewanie o charakterze popularnym, rozumiała, że nie wszyscy śpiewacy muszą być operowi.

 

Inną ważną dla Pani osobą był Władysław Szpilman, słynny pianista, kompozytor, bohater dramatycznej historii, która po dziesięcioleciach stała się kanwą filmu Romana Polańskiego „Pianista”…

Tak, był bardzo ważny, choć w innym wymiarze. Szpilman był człowiekiem dość apodyktycznym, mniej przystępnym, niezbyt ciepłym, choć w sumie życzliwym. Nazywano go „królem muzyki rozrywkowej”, nawet dyktatorem polskiej piosenki.

 

Przez wiele lat dwie główne estrady polskiej piosenki, to Opole i Sopot. Jak je Pani wspomina?

W Opolu wystąpiłam dopiero w czwartej edycji, w 1966 roku. Natomiast w Sopocie pojawiłam się już na pierwszym festiwalu, w sierpniu 1961 roku, niedługo po opuszczeniu „Mazowsza”. Mówię w Sopocie, ale przecież, zanim festiwal zainstalował się w Operze Leśnej, odbywał się w jednej z hal Stoczni Gdańskiej, tej która na całe lata pozostała halą koncertową. Źle się w niej śpiewało, bo miała bardzo złą akustykę. Widzowie siedzieli na drewnianych ławkach bez oparć, także dla wykonawców warunki były spartańskie, nie mieliśmy się nawet gdzie przebierać, robiliśmy to na korytarzu. Ale to było traktowane jak coś oczywistego, nikt nie deklarował poczucia dyskomfortu, nikt nie narzekał. Jedynie zakwaterowanie mieliśmy luksusowe, bo w sopockim Grand Hotelu. Na tym festiwalu grały orkiestry Polskiego Radia, Stefana Rachonia i Edwarda Czernego. Z wykonawców młodziutki Jurek Połomski, Lusia Jakubczak, Rena Rolska. Wykonawców z Zachodu podziwialiśmy za luz i dobrą garderobę. Koncert zapowiadali Irena Dziedzic i aktor Mieczysław Voit, popularny wtedy z roli w „Krzyżakach”, więc to oni zapowiedzieli mój występ z „Embarras”.

 

Przypomnijmy jeszcze Pani pierwsze Opole…

Moje pierwsze, a czwarte z kolei. Namówił mnie na nie Piotr Figiel, kompozytor, który wraz z Januszem Kondratowiczem stworzył piosenkę „Powrócisz tu”. I ją właśnie wykonałam. Był to festiwal na wysokim poziomie artystycznym. To wtedy odbyło się premierowe wykonanie „Na całych jeziorach ty” Adama Sławińskiego i Agnieszki Osieckiej, a przebojem sezonu stał się utwór „Nie bądź taki szybki Bill” z muzyką Jerzego Matuszkiewicza do słów Ludwika Jerzego Kerna, wykonany przez Martę Martelińską. Nie byłam jednak częstym gościem na obu tych festiwalach, na własne życzenia, ponieważ nie czuję się najlepiej w formach masowych, wolę wykonania kameralne.

 

Przydarzyła się Pani także przygoda z teatrem i filmem. Jak ją Pani wspomina?

Bardzo mile. Barbara Fijewska zaproponowała mi występ w „Kramie z piosenkami” Leona Schillera w Teatrze Ateneum. Występowałam tam przez rok, m.in. u boku Hanny Skarżanki, z którą się bardzo zaprzyjaźniłam, była cudowną kumpelką, Wandy Koczeskiej, Mirosławy Dubrawskiej, Romana Wilhelmiego, jeszcze wtedy nieopierzonego młodziana, Mariana Kociniaka. Podziwiałam tam też aktorstwo Bogumiła Kobieli. Występowałam też w kabarecie „Wagabunda” i odbywałam z zespołem wielkie trasy zagraniczne i zamorskie. Występowałam m.in. u boku Zbyszka Cybulskiego, Bobka Kobieli, Mariana Załuckiego, Kazimierza Rudzkiego, no i gwiazdy „Wagabundy”, Lidii Wysockiej. Występy z „Wagabundą” i nie tylko w USA i Kanadzie dla Polonii to odrębna, bogata historia, godna osobnej opowieści. W teatrze zagrałam jeszcze amantkę w wodewilu Stanisława Moniuszki „Loteryja”, wystawionym na żywo z Placu Powstańców Warszawy w Teatrze Telewizji. Moimi cudownymi i opiekuńczymi nauczycielami śpiewania na scenie teatralnej byli Kazimierz Rudzki i Irena Kwiatkowska. Z tą ostatnią występowałam też w Teatrze „Syrena” w „Balladach i niuansach”. W „Syrenie” występowałam dwa sezony, 1965-66. Czyli w scenie na teatralnej scenie spędziłam trzy lata. Tam podpatrywałam z kolei Hankę Bielicką Adolfa Dymszę, Tadeusza Olszę, Lopka Krukowskiego, Kazia Brusikiewicza.

 

Proszę wspomnieć o Pani przygodach filmowych…

Obie przygody miały w tytule słowo „przygoda”. Pierwszą był udział w komedii „Przygoda na Mariensztacie” Leonarda Buczkowskiego, gdzie po prostu śpiewałam w zespole ludowym, stojąc w szeregu za solistką, Hanką Ruczajówną, graną przez moją koleżankę z „Syreny”, późniejszą znaną aktorkę Lidkę Korsakówną. Druga przygoda, to „Przygoda z piosenką” Stanisława Barei. Film nie był dobrze zrobiony, ale jego walorami był scenariusz napisany przez Jerzego Jurandota, twórcę takich przedwojennych przebojów jak „Ada, to nie wypada”, „Nie kochać w taką noc, to grzech”, muzyka przez Marka Sarta. Bonusem była dla mnie możliwość spotkania m.in. z takim aktorem jak Czesław Wołłejko, który całym sobą dawał do zrozumienia jak cierpi z powodu brania udziału w takiej chale. A także z takimi aktorami jak Basia Krafftówna, Pola Raksa, Boguś Łazuka, Zdzisław Maklakiewicz, czy tancerzami jak Krystyna Mazurówna i Gerard Wilk. Bonusem były też zdjęcia, kręcone m.in. w Paryżu, gdzie na ulicy tańczyłam z Łazuką. Ja zagrałam podstarzałą divę, kończącą karierę.

 

Jeden ze znanych dziennikarzy określił Pani głos, jako „głos z dodatkiem srebra” i dodał, że tajemnica Pani głosu i popularności tkwi w polskości, a ta w intonacji, barwie, zaśpiewie, prowadzeniu frazy. Dlaczego nie zdecydowała się Pani na napisanie pamiętników, udzielenie wywiadu-rzeki czy zainspirowanie Pani książkowej biografii?

Wolałam opowiadać o innych, o ludziach, którym dużo zawdzięczam. A poza tym nie jestem pewna czy zasługuję aż na biografię.

 

Dziękuję za rozmowę.

Jestem z Polski Ludowej Wywiad

„Walczmy o Unię i myślmy o wspólnych problemach. Współpracujmy z nią na poziomie samorządowym i krajowym”. Z Maciejem Prandotą, kandydatem do Sejmiku Województwa Mazowieckiego – rozmawia Weronika Książek.

 

Co to znaczy, że jest Pan z Polski Ludowej?

To stwierdzenie rozumiem, jako test na uczciwość polityczną.
Po pierwsze: partia sprawująca władzę ciągle powtarza, że ona „grzechem komuny” nie jest obarczona a tylko jej wrogowie. Tak samo jak miliony Polaków, ja też skończyłem bezpłatne szkoły, znalazłem pracę, i żyłem spokojnie w Polsce Ludowej.
Jestem ze wsi, z „ludu”. O swój byt od młodych lat musiałem się starać sam. Od państwa nie dostałem ani mieszkania, ani samochodu. O okresie prześladowań kolegów ojca (ideowy ludowiec) tylko słyszałem – bo stalinizm skończył się zanim dorosłem. Teraz słyszę, że władza polityczna należy się tylko tym, którzy sami nazywają siebie wyzwolicielami z „niewoli bolszewickiej” – chociaż tak jak i podobni „przeciętniacy” korzystali dobrodziejstw państwa socjalistycznego. Argumentują oni, że należy im się władza na wieczne czasy. Oskarżenie o wstrętną komunę, przenoszą z okresu koszmarnej stalinowskiej nocy na cały okres państwa socjalistycznego, zarzucają wszystkim swoim poprzednikom z okresu socjalizmu zdradę narodu, zapominają, że wielkie mocarstwa nie pozostawiły wielkiej swobody politycznej naszym socjalistycznym rządzicielom. Tak jak my ludzie nie żyjemy tak jak nam się chce, a tylko jak się da. Tak i polityka jest tylko gorszą lub lepszą adaptacją do istniejących możliwości. Gdy nasz bitny naród próbował realizować swoje ambicje nie patrząc na okoliczności to kończyło się to zawsze masakrą, za błędy Królów płacił zawsze naród. Ideologia PiS zakłada, że oni stali zawsze po dobrej stronie (według tej logiki ja zapewne stałem po stronie ORMO).
Jest to ordynarne kłamstwo! Prezes Kaczyński, jak każdy przeciętny Polak, studiował za darmo i uczył się w takiej samej socjalistycznej szkole jak wszyscy z jego pokolenia, korzystał z opieki socjalnej itd., W czym jest lepszy powiedzmy od oficerów Wojska Polskiego? On i oni po prostu uczyli się i działali na innych kierunkach.
Powiedzmy sobie szczerze, to Gorbaczow rozwalił Związek Radziecki. „Solidarność” była tylko przyczynkiem. Zresztą ten ruch, tak jak każda rewolucja, dokonał też wiele złego, sami zniszczyliśmy tkankę wielkiego przemysłu. Chiny tego nie zrobiły i dziś są potęgą. Z ,,Domu Niewoli Egipskiej” wyszły jakoś wszystkie Demoludy – i wcale nie było tam Solidarności. Patrzmy, więc trzeźwo na przeszłość.

 

Pytanie, kto dziś ludem a kto elitą…?

Krótkie, ale trudne pytanie: podobnie jak nie wiemy do końca, kto jest Lewicą a kto Prawicą, tak i tożsamość elit jest dziś niejednoznaczna. Niewątpliwą elitą jest partia władzy. To oni mają pierwszeństwo dostępu do najlepiej płatnych posad. Poczucie przyzwoitości, jeśli chodzi o wysokość zarobków ich nie obowiązuje. Otwarte konkursy naboru to fikcja, zasady korpusu funkcjonariuszy państwowych nie obowiązują. Jeżeli jesteś swój, dostajesz stanowisko, jeżeli nie jesteś swój to posadę możesz stracić z dnia na dzień bez żadnego uzasadnienia.. Żeby dostać sute wynagrodzenie, wystarczy być posłusznym i wiernym. Dyplomy? Doświadczenie? To jest mile widziane, ale nie konieczne. Można z czasem douczyć się na Kościelnej Akademii Zakonnika Rydzyka, Kościół oparty jest na dogmatach, co warta taka nauka? Kiedyś „elita” oznaczała wykształcenie i zawodową niezależność. Mieli ją policjanci, wojskowi czy sędziowie. Dziś ich autorytety nie są respektowane. Minister Macierewicz mógł wyrzucić, kogo tylko chciał. Więcej, żyjemy w czasach, kiedy dorobek finansowy również nie stanowi gwarancji bezpieczeństwa: póki co nie musimy się martwić, jest dobra koniunktura, ale gdy będzie mniej pieniędzy, władza nie zawaha się sięgnąć do majątku ,,wyzyskiwaczy,, .

 

Słyszałam, że Pan jest wielkim admiratorem europejskiej wspólnoty…

To zdecydowanie za dużo powiedziane – ja się wręcz zastanawiam, czy Unia nie jest utopią polityczną oraz gospodarczą i nie stoi na krawędzi upadku… Gdy światowa potęga finansowa i płatnik netto, czyli Zjednoczone Królestwo, właśnie tę wspólnotę opuszcza to jest to właśnie częściowy rozpad. Gdy Polska mówi, że nie ma zamiaru respektować zasad unijnych, to też jest to częściowy rozpad.
Mimo wszystko chciałbym zaznaczyć, że zdecydowanie jestem za pozostaniem w Unii, plusy przeważają!

 

Jarosław Kaczyński by się z Panem nie zgodził…

Unia to jedność zasad. Polska natomiast chce być na składkowym przyjęciu, ale bezpłatnie. Tak jak się mówiło onegdaj na Pradze ,,zdrowie twoje w gardło moje”. Przynależność do UE to nie tylko skok cywilizacyjny i gospodarczy, ale również zrozumienie, tolerancja, brak szowinizmu, brak groźby wojny. To ostatnie jest dla nas najistotniejsze. Paradoksalnie, to, co buduje dobrobyt materialny UE, jest też jej przekleństwem: wysokie subwencje, gigantyczny napływ kapitału, szybkie unowocześnienie i centralizacja produkcji powoduje, że zanika zdrowa konkurencja. Już teraz możemy obserwować taki proces: po szybkiej euro modernizacji, nowoczesna gospodarka potrzebuje mało pracowników i narastają nawisy strukturalnego bezrobocia. Bezrobocie wśród młodych w Grecji to katastrofalne kilkadziesiąt %. Wielka Unia to gigantyczna planowa gospodarka. Przez nadmiar planowania zawalił się Związek Radziecki. Masowe bezrobocie, brak trwałości bytu materialnego to pożywka populizmu, a w przyszłości być może nawet wojny. Walczmy o Unię i myślmy o wspólnych problemach. Żeby nie było tak jak w przysłowiu: jesteśmy w Unii, bo „głupim w kupie raźniej”.

 

Jak można „walczyć o Unię” na poziomie samorządu?

To proste: dołożyć do tego, co jest więcej rozsądku i odpowiedzialności – a będzie dobrze. Sprawą zasadniczą są teraz wybory samorządowe. Ja startuje do wojewódzkiego Mazowsza. Należy zdać sobie sprawę, że gdy oddamy samorządy w ręce PiS, to do niezależnych dotąd organizacji samorządowych wkroczy pokraczna polityka. Za jej obecność będziemy płacić słoną cenę nawet i 20 lat później. Miejmy nadzieję, że naród nie da się do końca omamić,, jedynej słusznej sile,,.
Przyczyną upadku wielkich firm jest często nie brak nowoczesności, lecz przeinwestowanie. To samo dotyczy samorządów. Nie wolno inwestować unijnych środków w projekty prestiżowe i polityczne. Taki np. aeroport w Baranowie to czysta megalomania rządzących. Trzeba starannie przestrzegać poziomu zadłużenia, subwencje dzielić transparentnie. Powołać w każdym samorządzie stałą niezależną, multipartyjną komisję nadzoru sensowności projektów, bo postulowana przez wszystkich „innowacyjność” to często fantazja niosąca ze sobą tylko realny wzrost wydatków budżetu. Fundusze europejskie w samorządach nie mogą służyć tworzeniu politycznego dworu i karmienia tego dworu, dlatego tak potrzebna jest właśnie transparentność.

 

O Unii już wszystko wiemy – to jedźmy na południe. Co by Pan przeniósł z zawodowych doświadczeń pracy w Czarnej Afryce do Polski?

Wszystko i nic. Kolor skóry niewiele znaczy, jeżeli ktoś potrafi pracować z ludźmi to tam i tu zasady są podobne. Pan Bóg jest sprawiedliwy i ludzką głupotę rozsiewa równo po całym globie. Gdy dwadzieścia lat temu wróciłem do Polski, miałem złudzenie, że wracam do dobrze zorganizowanego państwa europejskiego. Ale na miejscu okazało się, że nastąpił wysyp dezorganizacji i ludzkiej głupoty, którego się spodziewałem. Upadła tak zwana ,,Komuna,, ale to co się pojawiło często nie było dużo ciekawsze . Przykładowo pojawiły się pisma takie jak „Wróżka”, gazety, w których twierdzi się wielkimi literami, że pod Węgorzewem znaleziono obiekty kosmitów, później małymi literami się to prostuje. Okazało się, że sądy niczego się nie boją. Że jak nie zapłacisz to się do specjalisty dostaniesz po śmierci. Ludzie dyskutują czy warto się szczepić czy nie, a to zostało już naukowo rozstrzygnięte już 150 lat temu. Powszechnie miesza się w poważnych debatach argumenty naukowe z argumentami wynikającymi z widzimisię albo powiedzmy wynikającymi z dogmatów religijnych. Przecież od tysięcy lat wiadomo, że dogmatów nie trzeba dowodzić, argumenty naukowe to prawdy udowodnione doświadczalnie. Tak zwaną komunę trzeba niestety pojmować, jako epokę światłości a współczesność w jakiejś mierze to powrót do wieków średnich.
A co widać na scenie politycznej? Masę hochsztaplerów, głupich z natury lub udających głupich by być łatwiej wybranym przez podobnych sobie. Dziś w Polsce, jeżeli zapłacisz, to szybko dostaniesz dyplom wyższej szkoły. Znana toruńska akademia, podejmuje temat „stosunków”, choć przecież sposób odbywania stosunków jest instynktem wrodzonym i nie potrzeba do tego dyplomu. Za tak zwanej komuny prasa milczała na wiele tematów, ale nigdy nie było w niej tak prymitywnych, płaskich kłamstw i manipulacji.

 

Pańskie ogólne motto na te wybory?

My zajmujmy się swoimi barankami, a oni (rządzący) nie zajmują się swoimi. ALLELUJA I DO PRZODU!

 

Dziękuję za rozmowę.

Bursa prawie wyklęty

Andrzej Bursa odszedł bardzo młodo. Jednak nie w wyniku zamachu samobójczego, jak wielu innych poetów „wyklętych”. To była śmierć naturalna.

 

Od urodzenia cierpiał na przerost aorty. Ale jego przedwczesna śmierć, zaledwie w cztery lata po debiucie, pasowała do legendy o poetach wyklętych. Zwłaszcza że Bursa słynął ze swej nieustępliwości, często padał ofiarą złośliwych komentarzy, bywał lekceważony i niedoceniany. Sporo jego utworów ukazało się dopiero po śmierci poety. Niektóre wiele lat po śmierci – tak było z „Zabiciem ciotki”, jedynej powieści Bursy, która ujrzała światło dzienne dopiero w roku 1969. Wcześniej autor czytywał jej fragmenty przyjaciołom.

„Andrzej Bursa nie zginął śmiercią samobójczą – pisał Maciej Chrzanowski w książce „Andrzej Bursa. Czas, twórczość, mit” (1986). – Ale i z tym faktem można sobie poradzić przez sugerowanie nieodwołalności jego śmierci, stałego świadomego i konsekwentnego zbliżania się do niej poety. To, że Bursa sam nie pozbawił się życia, okazuje się tylko przypadkiem, bowiem „on musiał umrzeć” – zgodnie z wybraną postawą i przede wszystkim zgodnie z obrazem powołanego do życia w jego poezji świata, miejsca w nim jednostki”.

 

Legenda wyklętego

sprzyjała podtrzymywaniu zainteresowania poetą, który dopiero zaczynał iść swoją drogą, budząc wśród bardziej uważnych czytelników i krytyków ogromne nadzieje. Jego niewielki poemat „Luiza” uchodzi za arcydzieło. Zachwycał się nim Jarosław Iwaszkiewicz. W tym onirycznym utworze poeta przeskakiwał całą epokę socrealizmu, nawiązując wprost do awangardy przedwojennej, do nadrealistów, a współcześnie do surrealistów francuskich. Poemat czytany także dzisiaj sprawia wielkie wrażenie:

Wśród mahoniowych biurek
lśniących płyt kredensów
Stąpają nosorożce i mamuty czarne
W salonie odczynionym
przez wieczór z nonsensu
Douglas chrapie w fotelu
z poderzniętym gardłem.

Mroczna tajemnica tego obrazu nasuwa skojarzenie z poetyką rozwibrowanych zmysłowo wierszy Tadeusza Micińskiego.

Za życia Bursa odniósł niekłamany sukces w kabarecie i teatrze. Wystawiał go sam Tadeusz Kantor – reżyserował „Karbunkuł – teatr okropności”. Poeta był dostawcą tekstów dla Piwnicy pod Baranami, gdzie Krzysztof Litwin i Wiesław Dymny wykonywali jego skecz „Rozmówki chłopskie, czyli socjalistyczne daleko”. Nietrudno w nim dostrzec źródło sławnych rozmówek chłopskich w „Indyku” Sławomira Mrożka (1960). Nie wszystkie teatralne teksty się zachowały, ale przyjmowane były gorąco. Poza teatrem wiodło się mu gorzej, wciąż uważano go za pisarza, który się dopiero zapowiada. Wydawnictwo Literackie odrzuciło jego tom poezji jako przedwczesny. Rzecz w tym, że Bursa nie miał czasu, choroba na niego czyhała.

 

Żył bardzo krótko

(1932-1957). Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim najpierw dziennikarstwo, potem bułgarystykę. Debiutował w „Życiu Literackim” wierszem „Głos w dyskusji o młodzieży” (1954). Dość typowym dla tego okresu. Szukał wciąż dla siebie formy, zmieniał poetyckie kostiumy, może dlatego był na bakier z krytyką.
Po śmierci nastała na Bursę moda. Posypały się wydania zbiorów o wcześniej publikowanych nowel. Przedtem odtrącany, nawet wyśmiewany stał się legenda październikowej generacji. Jego bezkompromisowa postawa, a zwłaszcza niechęć do życia byle jakiego, do konformizmu stała się emblematem pokolenia:
„Najostrzej protestował Bursa przeciw letniości i nijakości postaw prowadzących do roli bezwolnego pionka w społeczeństwie „bladych krętków”, jak np. w wierszu Kasjer czy w wierszu „Nic”, gdzie mówi wprost: a jego nie ma/ mówi/ lecz nikt go nie słyszy/ dźwięk jego głos jest nieważny dla ucha ludzkiego/ bo on jest nic/ a raczej jego nic nie ma.

Chętnie sięgał po groteskę i ciętą ironię jak w obrazoburczym wierszu „Poeta”:

Poeta cierpi za miliony
od 11 do 13.20
od 11.10 uwiera go pęcherz
wychodzi
rozpina rozporek
zapina rozporek
Wraca chrząka
i apiat
cierpi za miliony.

Pewnie dlatego młodzi czytelnicy widzieli w nim swego poetę.

Przyciągająca siła jego poezji ujawniła się dopiero po śmierci Andrzeja Bursy. W 1958 ukazał się wybór jego wierszy i prozy, teatr Atelier wystawił „Zwierzęta hrabiego Cagliostro”, a Piwnica pod Baranami skecz „Żakeria, czyli męczeństwo wiejskiego proboszcza”. Dziesięć lat później Stanisław Stanuch wydał jego „Utwory wierszem i prozą”. Od tego czasu datuje się sława Bursy – poety prawie wyklętego. Czytając Bursę albo widując jego utwory na scenie, młode pokolenie oglądało się za siebie i szukało odpowiedzi na pytanie: kim jest?

Potwierdza to

 

pośmiertna kariera

mikropowieści „Zabicie ciotki”, która doczekała się aż dwóch ekranizacji Grzegorza Królikiewicza (1984) i Mateusza Głowackiego (2013, krótki metraż), a wcześniej arcyciekawej realizacji w teatrze jednego aktora – spektakl Cezarego Nowaka na festiwalu monodramów w Toruniu okazał się wydarzeniem elektryzującym młodą widownię. Nowak przeczytał bowiem powieść Bursy przez charakterystyczne motto, którym poeta opatrzył swój utwór: Wszystkim tym, którzy stanęli kiedyś przerażeni martwą perspektywą swojej młodości. Andrzej Bursa opowiadał się zatem za prawem młodego pokolenia do własnej biografii, szydził z „ciotki rewolucji”, aktor przekazywał zaś tę przestrogę niemal ćwierć wielkiej po napisaniu powieści, choć wydawało się wtedy, że Bursa napisał te słowa dopiero wczoraj.

Jest rok 1982. Stan wojenny. Cezary Nowak skrupulatnie, z anatomiczną dokładnością zdaje relację z procederu ubijania ciotki. Czyni to w taki sposób, że słychać chrzęst piłowanych kości denatki. Wieje grozą.

Niektórzy widzowie nie kryją obrzydzenia, wzburzeni szczegółami mordu i próbami pozbycia się zwłok. Groteska Bursy przyobleka bez mała naturalistyczne szaty. Nowak tylko opowiada, ale tak sugestywnie, że uczestniczymy w akcji, w jego bezpłodnych trudach podrzucenia szczątków zamordowanej. Dopiero finałowa dedykacja uświadamia, że padliśmy ofiara szyderczej mistyfikacji, że o nie rzeczywiste sprawozdanie z mordu i nie o realne perypetie ze zmasakrowanymi włokami chodziło.

Nowak sięgnął po tekst Bursy wówczas, gdy znowu padało pytanie o kształt pokolenia, gdy prawo do własnej biografii stało się odczuwaną potrzebą. Dokonał przy tym czegoś więcej: stworzy postać z krwi i kości. Jego student Jurek to znerwicowany, choć z pozoru dobrze ułożony młodzieniec, obdarzony nadwrażliwością i intuicją, który staje wobec wyboru swojej drogi. Staje na rozdrożu i wybiera rozwiązanie szaleńcze. Jak każde szaleństwo i to ma swoje racjonalne jądro: jest opowieścią o zagubieniu, o skomplikowanych okolicznościach, o pogruchotanym systemie wartości. Trudno o bardziej trafne odczytanie sytuacji pokoleniowej.

Sukces Nowaka (zdobył wówczas Grand Prix o Nagrodę Dziennikarzy festiwalu) polegał na dwóch celnych wyborach aktora: po pierwsze, tekstu, który zachował aktualną wymowę; po drugie, stylu aktorskiego, który nie hamował wykonawcy przed sięgnięciem nawet po jaskrawe środki. Zarzucano aktorowi, że „przedobrzył” interpretację, że był zbyt prawdziwy, zbyt dosłowny, że wywiódł publiczność w pole. Czy słusznie? Zamierzone

 

zmylenie widza

wciągnięcie go w akcję kryminalną owocowało ostro wyakcentowanym finałem, szokującą, lecz trafną puentą. Okazywało się wówczas, że widz śmiał się lub drżał w innej sprawie. Nie o ciotkę tu przecież chodziło. Nowakowi udało się połączyć konkretność postaci z parabolicznym sensem pokoleniowego tekstu Bursy o utraconych złudzeniach – mordowanie „ciotki” to pozbywanie się garbu przeszłości, usuwanie nadzorców niechcianej tradycji. W finale nieukończonej (?) powieści Bursy ciotka nagle pojawia się w domu. Cała więc opowieść o jej zamordowaniu i zmaganiach z trupem wygląda na czarną fantazję młodzieńca. Chociaż i to jest wątpliwe, skoro ciotka odnajduje szczątki… ciotki w wannie i razem ze swym podopiecznym Jurkiem pracowicie je uprząta. Interpretujcie to sobie jak chcecie, ale dla mnie to wyraźny dowód, że Bursa podał w wątpliwość szansę „zabicia ciotki”, a więc wyparcia przeszłości jednym ruchem. Uważał taki rodzaj samooczyszczenia za złudzenie.

Zresztą

 

paradoksy to jego specjalność

Dość przywołać króciutkie opowiadanie „Smok” (także ulubiona lektura Iwaszkiewicza), w którym Bursa opisuje obyczaj dorocznego wydawania na pożarcie dorodnej pary młodych mieszkańców wsi Grząźle, w której zamieszkuje do niepamiętnych czasów pewien osowiały smok. Rzecz dzieje się współcześnie, a ofiary są składane niejako rutynowo i bez protestu. No tak, ugrzęźliśmy wszak w Grząźle, inaczej nie być może.

Piszę o tym wszystkim, bo właśnie nakładem Znaku ukazały się w bardzo starannej szacie plastycznej „Dzieła (prawie) wszystkie” Bursy. Tytuł zawiera pewne zastrzeżenie, redaktor Wojciech Bonowicz sugeruje, że może odkryte zostaną jakieś znaleziska (tak jak opisywane „Zabicie ciotki”), choć prawdopodobnie tym razem to już naprawdę wszystko, co zostało po Poecie, także ciekawe rysuneczki, którymi książkę ozdobiono.

W tym wydaniu, do którego doszła garść wcześniej niepublikowanych w książkach utworów, zabrakło tekstów publicystycznych, które wcześniej przypomniał w swojej edycji Stanuch. Redaktor tłumaczy to nieprzystawalnością poziomu tekstów dziennikarskich i prozy czy poezji. To dość oczywiste – publicystyka rzadko zachowuje świeżość, a jeszcze rzadziej dotrzymuje kroku literaturze (choć bywają wyjątki). A jednak żal tych dziennikarskich tekstów, choćby ich próbek. Bursa należy przecież do pewnej epoki – zadecydowały o tym daty urodzenia i śmierci, należy do historii kultury PRL. Jego biografia młodego człowieka związanego z lewicą (także członka partii) stanowi ważne tło podejmowanych przez niego ideowych i literackich wyborów, także rozczarowań, jakie dzielił z wieloma entuzjastami, witającymi z nadzieją polski Październik. Uwaga ta nie umniejsza zasługi wydawcy, który przypomina Bursę właściwie bez okazji – bez żadnej rocznicy czy innych okoliczności, ale z poczucia kulturalnego obowiązku. Przypomina nader słusznie, bo wciąż jest mnóstwo ciekawych rzeczy do znalezienia w jego tekstach.

 

Andrzej Bursa, „Dzieła (prawie) wszystkie”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, ISBN: 978-83-240-3284-6.

Czy warto bronić PRL?

Perspektywa kobieca.

 

Nie mam wątpliwości, że warto. Jednak rozstrzygając wątpliwości innych, nie można polegać wyłącznie na sentymencie. Twarde fakty również przemawiają na korzyść „poprzedniej epoki”. Bo dokładnie te same dziedziny życia społecznego, które Polska Ludowa otaczała szczególną troską, dziś leżą odłogiem. Kobiety pracujące, matki – odczuwają to szczególnie dotkliwie.

 

3 narracje

Rzetelna ocena PRL to trudne zadanie – odkłamanie PRL to jednak obowiązek lewicy, jeżeli nie chce utonąć w morzu IPN-owskich prawicowych wizji tego okresu jako sowieckiej okupacji i „totalitaryzmu”. Ta narracja dziś dominuje: swój udział ma w tym propaganda Telewizji Publicznej oraz wdrażanie ustawy dekomunizacyjnej – niejednokrotnie siłowe, zwłaszcza w mniejszych gminach.

Komponując słowo wstępu, warto podeprzeć się publikacją Piotra Szumlewicza i Jakuba Majmurka „PRL bez cenzury”. Po 1989 roku Polska Ludowa stała się negatywnym punktem odniesienia dla większości elit.

Jak twierdzą autorzy: „Poprzez jego krytykę uzasadniają one rozwarstwienie społeczne, strukturalne bezrobocie, wydłużanie tygodnia pracy czy utrzymanie płacy minimalnej na bardzo niskim poziomie. Krytyce Polski Ludowej towarzyszy zatem przedstawianie społecznych patologii jako prawidłowości rozwoju gospodarczego. W ten sposób atak na PRL pełni funkcję legitymizowania istniejącego ładu społeczno-ekonomicznego”.

Książka wyróżnia 3 główne narracje wokół Polski Ludowej: postsolidarnościowo-prawicową (PRL to ustrój totalitarny, siłą narzucony przez sowiecką okupację), sentymentalną (odpowiedź na pierwszą + podkreślenie bezpieczeństwa socjalnego), a także nostalgiczną (bazującą na anegdotach, filmach, opowieściach i mitach). My dziś w większości opowiadamy się za drugą. W przekazie medialnym dominuje dziś jednak pierwsza – dlatego zapewne dziś badania opinii publicznej nie prezentowałyby się dla zwolenników PRL-u tak korzystnie jak w pamiętnym raporcie CBOS z 2014 „PRL – doświadczenia, oceny, skojarzenia”.

Swego czasu większość mediów obnosiła zawarte w nim konkluzje ze zdziwieniem (chodzi o pamiętne „44 proc. Polaków dobrze wspomina PRL”).

 

Co ci przypomina widok znajomy ten?

Zajrzyjmy więc do raportu CBOS:

„Do wymienianych najczęściej konkretnych skojarzeń z okresem PRL należą: brak bezrobocia (19 proc., kolejki (18), puste półki w sklepach (17) oraz kartki na żywność i inne produkty (17)”. Mimo wszelkich uciążliwości, Polacy cenią sobie stabilność zatrudnienia.

„Co piąte skojarzenie z okresem PRL związane jest z ówczesną polityką na rynku pracy (łącznie 21 proc.), przy czym w niemal wszystkich przypadkach chodzi o pewność zatrudnienia i brak bezrobocia (19). Nieliczni zwracali w tym kontekście uwagę na większą dbałość o pracowników, m.in. na politykę socjalną zakładów pracy (2), albo akcentowali negatywne konsekwencje związane z obowiązkiem zatrudnienia (1).

PRL kojarzy się również „z lepszą polityką społeczną (6 proc.) lub po prostu z łatwiejszym, spokojniejszym i mniej stresującym życiem (3), z porządkiem społecznym (2) lub z większym poczuciem bezpieczeństwa (2)”.

 

Kobieta awansuje w społecznej hierarchii

Tu podpieram się pracami „Wpływ kobiet na politykę państwa na przykładzie Polski i Hiszpanii” Emilii Drewniak oraz kompendium „Wywołać z milczenia. Historia kobiet w PRL-u – kobiety w historii PRL-u” Agnieszki Mrozik

PRL przede wszystkim nie cieszy się, jak udowadnia Mrozik, szczególnym zainteresowaniem badaczek i badaczy ruchu kobiecego. Powtarzana jest mantra o fasadowości i pozorności upodmiotowienia kobiet.
Zaprzecza tej tezie cytowana przez Mrozik Małgorzata Fidelis i jej „Kobiety, komunizm i industrializacja w Polsce”: Fidelis zaprzecza tej dominującej dziś narracji. Zwraca uwagę na rolę kobiet jako AKTYWNYCH NEGOCJATOREK SWOJEJ POZYCJI W SIECI ZALEŻNOŚCI SPOŁECZNYCH – na przykładzie aktywnych zawodowo robotnic.

Fidelis rozróżnia przede wszystkim epokę stalinizmu – której absolutnie nie wybiela, oraz czas odwilży – kiedy emancypacja kobiet nagle przyhamowała, kobiety zaczęły być wypychane z rynku pracy do domów lub do słabiej płatnych zawodów. Hasłem przewodnim tej epoki było wszak „Irena, do domu!”.

Badaczka swoje wnioski wysnuwa z analizy sytuacji kobiet zatrudnionych w zakładach przemysłu bawełnianego w Zambrowie i Żyrardowie oraz kobiet pracujących w śląskich kopalniach. Udowadnia, że miały one wielki wpływ na kształtowanie rzeczywistości zawodowej i warunków pracy – przykładem fala kobiecych strajków z wczesnych lat 50. – wówczas według Fidelis narodziła się idea „kobiecego protestu”, jaką znamy dzisiaj. Robotnice (m.in., żyrardowskie tkaczki) twardo domagały się zniesienia podziału zawodów na męskie i żeńskie.

„Wykorzystywały swą nową tożsamość pracownic socjalistycznego państwa, a także tradycyjne rozumienie kobiecego honoru i różnicy płci, […] by obnażyć sprzeczności komunistycznego projektu i zrealizować swoje cele – m.in. poprawę jakości żywienia i dostaw surowców do fabryk”.

W okresie stalinizmu ścierały się dwa wzorce obyczajowo-spoleczne – PPS-owski (kobieta – matka Polka) i PPR-owski (ideał robotnicy. I ten okres właśnie był najbardziej owocny jeśli chodzi o przełamywanie stereotypów tradycyjnych ról wpłciowych z II RP (analfabetyzm, zależność ekonomiczna).

„Autorka przytacza dane, które wskazują, że wraz z przeprowadzką ze wsi do miasta, zdobywaniem wykształcenia oraz znajdowaniem pracy w zawodach tradycyjnie określanych jako męskie (górnik, hutnik, spawacz, motorniczy, taksówkarz itd.) kobiety awansowały w społecznej hierarchii, co nie pozostawało bez wpływu na ich życie seksualne, relacje z mężczyznami i rodziną. Większa niezależność finansowa przekładała się bowiem na swobodniejszy stosunek kobiet do ich tradycyjnych ról w społeczeństwie (żony i matki), większe wymagania wobec partnera czy szerzej – bardziej partnerski model związku”.

Autorka zwraca też uwagę na to, że władze PRL zrobiły sporo, aby w miarę bezboleśnie dostosować radziecki archetyp „świętej traktorzystki” do polskich realiów. Po 1953 roku ten symbol równouprawnienia został całkowicie odrzucony jako symbol obcej dominacji. Autorka udowadnia, że było to potrzebne na poziomie wspólnoty narodowej, aby odzyskać tożsamość – lecz wówczas sytuacja zawodowa kobiet uległa pogorszeniu. Nagrodą pocieszenia – według Fidelis – okazała się liberalizacja prawa aborcyjnego w 1956 roku.

Gdyż w kwestii obyczajowości stalinizm – trudno zaprzeczyć – tłamsił kobiety, czerpiąc z II RP pełnymi garściami.

Na przykład podaje Fidelis przykłady zdarzeń, w trakcie których urzędnicy partyjni, nie mogąc poradzić sobie z „rozpasaniem” seksualnym młodych robotnic (na przykład w Zambrowie), wzywali na pomoc ojców dziewcząt, by „siłą swego autorytetu” (czyli de facto przemocą) sprowadzali je na „dobrą drogę”. W tym samym czasie duchowni w czasie nabożeństw gromili „rozwiązłe” kobiety, które wolały „używać życia” zamiast realizować się jako matki i żony (tu istniał do pewnego momentu swoisty sojusz Partii i kościoła).

Seks był przy tym mocno stabuizowany. W stalinizmie seksualność kobiety miała realizować się głównie w rodzinie, mężczyzny – poza rodziną. Później nastąpił powrót do emancypacyjnych wzorców z okresu po rewolucji październikowej, kiedy wręcz padały z ust Aleksandry Kołłontaj stwierdzenia o przeżytku rodziny jako burżuazyjnego tworu.
Zresztą ustawa w początkowym swoim kształcie też była „dobrem reglamentowanym”:

„W tym kontekście liberalizacja ustawy antyaborcyjnej w 1956 roku jawi się jako swoista nagroda pocieszenia dla tracących stabilne zatrudnienie Polek, początkowo przyznawana zresztą tylko wybranym (na przykład kobietom, które już wypełniły obowiązek macierzyństwa) i w drodze silnych obostrzeń (do 1959 roku o tym, czy kobieta może przerwać ciążę, decydowali lekarze, którzy często wykorzystywali swoją władzę przeciwko pacjentkom, odmawiając im przysługującego prawa)”.

Jak dodaje jednak Małgorzata Maciejewska, „już trzy lata po wejściu w życie ustawy, tj. w roku 1959 roku, aborcja była możliwa już bez jakichkolwiek pozwoleń. Niestety jednocześnie państwo nie prowadziło działalności mającej na celu poprawę wiedzy kobiet na temat swojej płodności, nadal nie funkcjonowała edukacja seksualna – wprowadzona dopiero w 1981 roku pod nazwą

Przysposobienie do życia w rodzinie. Seksualność więc nadal była dla władz tematem tabu”.

Ale tutaj w sukurs przyszła m.in. Wisłocka i Lew-Starowicz.

 

Reprodukcja i produkcja – stalinizm

W XX wieku debata na temat regulacji prawa do aborcji dzieli się na 3 zasadnicze okresy (miedzywojnie, PRL, postkomunizm).

W międzywojniu ścierały się dwa mocne paradygmaty – tradycyjny skrajnej prawicy oraz wyzwolonej inteligencji. Tu oczywiście nie do przecenienia jest Boy – Żeleński, który razem z feministkami Ireną Krzywicką oraz dr Justyną Budzińską-Tylicką promował idee świadomego macierzyństwa. Dzięki ich staraniom w Kodeksie karnym z 1932 roku znalazły się regulacje w pełni odpowiadające naszemu dzisiejszemu „kompromisowi aborcyjnemu”. Aborcję niespełiającą tych warunków karano jednak 5 latami pozbawienia wolności.

Stalinowska polityka pronatalna, jak pisze David Hoffmann, była pod wieloma względami podobna do trendów ogólnoeuropejskich w pierwszej połowie XX w., które zmierzały do objęcia przez państwo kontroli nad organizacją reprodukcji.

 

Liberalizacja

Po 1956 roku ruszyli do boju społecznicy. Liga Kobiet oraz Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa, świadome początkowych ograniczeń w stosowaniu ustawy, promowały antykoncepcję (zwłaszcza na terenach wiejskich) i edukację seksualną, aborcję uznając za ostateczność. W latach 60. nastąpił boom na globulki antykoncepcyjne i pierwsze leki hormonalne. Wtedy również zaczęto swobodniej podchodzić do realizacji zapisów ustawy. Zwłaszcza zapis o przesłance trudnych warunków życia kobiety ciężarnej” zaczął być szerzej wykorzystywany.

Ponadto ustawa znosiła z kobiety odpowiedzialność karną za przeprowadzony zabieg, nawet jeśli nie był on dokonany legalnie. Ponosili ją natomiast dokonujący nielegalnej aborcji, również wtedy, gdy robili to za zgodą kobiety. Udzielenie jakiejkolwiek pomocy kobiecie ciężarnej w dokonaniu nieuprawnionego zabiegu było także uznawane za przestępstwo. W obu tych przypadkach zmniejszono jednak maksymalną karę przewidywaną za popełnienie czynu z 5 na 3 lata więzienia. Wprowadzono również kary za zmuszanie kobiet w jakikolwiek sposób do aborcji.

Państwo ze swej strony zapewniało więc aborcję de facto na życzenie, działacze społeczni – edukację przy cichym poparciu fasadowo pruderyjnych władz. Taki stan rzeczy miał miejsce przez większość czasu trwania PRL.

Abp Hoser stwierdził niedawno, że w PRL przeprowadzono 800 tys. aborcji. Nie było ich tak dużo. Fakt jednak, że w 1956 roku bano się katastrofy demograficznej i coraz bardziej popularnych „domowych” metod spędzania płodu.

„Fakt, że dokonuje się corocznie nielegalnie co najmniej 300 tys. zabiegów przerywania ciąży, a więc że co najmniej 600 tys. osób rocznie (lekarzy i pacjentek) formalnie popełnia przestępstwo – co jest publiczną tajemnicą – oznacza tolerowanie fikcji, jest przejawem zakłamania w życiu społecznym” – pisano w 1956 w „Trybunie Ludu”.

 

Wsparcie dla matek (i ojców)

Za publikacją Arkadiusza Durasiewicza „Historyczne unormowania polityki rodzinnej”:

Pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych XX w. rodzina stała się przedmiotem szczególnego zainteresowania państwa. Znowelizowany w 1975 roku Kodeks rodzinny przewidywał szeroko zakrojone inicjatywy wsparcia małżeństw.

„Według Rozporządzenia Ministra Pracy, Płac i Spraw Socjalnych z dnia 31 maja 1974 r. w sprawie zasiłków rodzinnych do nich uprawnieni byli pracownicy podlegający ubezpieczeniu na wypadek choroby i macierzyństwa, zatrudnieni w pełnym wymiarze czasu pracy. Ponadto przysługiwał również zasiłek rodzinny na żonę, jeżeli pełniła ona jeden z następujących warunków: wychowywała choćby jedno dziecko w wieku do lat 8 lub sprawowała opiekę nad dzieckiem niepełnosprawnym, ukończyła 50 lat bądź była inwalidą. Zasiłek rodzinny na męża przysługiwał, jeżeli ukończył 65 lat bądź był inwalidą. Zasiłki rodzinne były wypłacane w wysokości podstawowej lub podwyższonej”.

Szerokie wsparcie miały kobiety ciężarne i matki małych dzieci: „Szczególnie bogate uprawnienia przysługiwały kobietom w okresie ciąży i macierzyństwa. Ochrona pracy kobiet w okresie ciąży obejmowała między innymi zakaz zatrudniania przy pracach szkodliwych, w godzinach nadliczbowych, w porze nocnej oraz zabraniało się delegowania bez zgody zainteresowanej poza stałe miejsce pracy. Kodeks pracy zapewniał ochronę trwałości stosunku pracy w okresie macierzyństwa, a ochronę przed zwolnieniem rozciągał na cały czas ciąży Jeżeli kobieta przepracowała okres próbny) oraz na okres urlopu macierzyńskiego. Zgodnie z kodeksem pracy zakład miał obowiązek zwalniania kobiety ciężarnej na badania lekarskie, przy zachowaniu prawa do pełnego wynagrodzenia, jeżeli badania te nie mogły być przeprowadzone poza godzinami pracy. Zakład był zobowiązany również do przeniesienia kobiety ciężarnej do pracy lżejszej – dozwolonej dla kobiet w ciąży. Jeżeli przeniesienie do innej pracy powodowało obniżenie wynagrodzenia, pracownicy przysługiwał dodatek wyrównawczy do wysokości I 00 proc. zarobku”.

Urlop macierzyński regulacje z 1972 roku przedłużyły z 12 na 16 tygodni przy pierwszy dziecku i do 18 przy kolejnych. Urlop bezpłatny (z zachowaniem ciągłości pracy!) przedłużono do 3 lat.
„Rocznie z urlopów macierzyńskich skorzystało średnio około 420 tys. kobiet. W 1976 r. wprowadzono jednorazowy zasiłek porodowy, który przysługiwał pracownicom i niezatrudnionym żonom pracowników w razie urodzenia lub przyjęcia dziecka na wychowanie. Zasiłek ten wypłacany był w wysokości trzykrotnego zasiłku rodzinnego, przysługującego na to dziecko. Od maja 1978 r. wszystkie kobiety otrzymywały ponadto po urodzeniu dziecka jednorazowy zasiłek, niezależnie od źródła utrzymania (…). Wprowadzono także nową formę pomocy dla rodzin z małym dzieckiem, mianowicie tak zwany zasiłek wychowawczy, wypłacany matkom przerywającym pracę zawodową w celu sprawowania osobistej opieki nad małym dzieckiem.

W roku 1975 został wprowadzony Fundusz Alimentacyjny. Korzystali z niego rodzice (najczęściej matki), którzy nie mogli uzyskać alimentów od osób zobowiązanych do alimentacji”.

Przedszkola były w PRL najsilniejszym ogniwem opiekuńczym. Reorganizacja przedszkoli uregulowana została rozporządzeniem ministra oświaty z 1950 r. – tak aby w planie sześcioletnim dobić do wskaźnika zatrudnienia kobiet na poziomie 33,5 proc.

Rozwój sieci przedszkoli w okresie PRL z jednej strony zapewnić miał dzieciom prawidłowy, wszechstronny rozwój, z drugiej natomiast – stać na straży równouprawnienia kobiet, umożliwiając im „uwolnienie” od gospodarstw domowych i podjęcie aktywności zawodowej.

W roku szkolnym 1945/46 wg materiałów statystycznych GUS działało w Polsce ok. 2 286 przedszkoli, obejmujących opieką blisko 140 tys.

Do 1950 r. liczba przedszkoli wzrosła o ponad 270 proc. natomiast liczba wychowanków przedszkoli o ok. 210 proc. W 1955 r. było w Polsce ok. 2 640 tys. dzieci w wieku od 3 do 6 lat, co stanowiło ok. 10 proc. ogółu ludności. Później przyszło tysiąc szkół na tysiąclecie. A realnie powstało ich znacznie więcej.

Do końca 1965 roku wybudowano 1105 szkół podstawowych (432 w miastach i 673 na wsi), 54 szkół zawodowych, 28 liceów oraz 6 obiektów przeznaczonych dla szkolnictwa specjalnego. Budowę dalszych 164 obiektów szkolnych ukończono już w 1966 roku. Ponadto w ramach akcji przekazano szkolnictwu 6349 izb mieszkalnych dla nauczycieli.

 

Tekst ten stanowił kanwę wystąpienia podczas debaty „Czy warto bronić PRL?” zorganizowanej przez Społeczne Forum Wymiany Myśli oraz redakcję portalu Strajk.eu w Warszawie, 16 września 2018 roku.