Kapsułki pamięci

Led Zeppelin
Teraz kapsułka innego gatunku. Ostatnimi czasy wracam sentymentalnie do muzyki mojej młodości, słuchanej w czasach licealnych na prywatkach i dyskotekach. Led Zeppelin, Deep Purple, Rolling Stones, Bob Dylan, Janis Joplin, Black Sabath i wiele innych. W tamtych czasach, a były to lata siedemdziesiąte, słuchałem jej chętnie, ale nie powiem bym był jakimś jej krańcowo fanatycznym fanem. Jednak upływ czasu i sentymenty zrobiły swoje i podniosły rangę tej muzyki w mojej emocjonalnej pamięci. Bardzo ciekawe jest swoją drogą zjawisko polegające na tym, że ta muzyka pozostała jakby muzyką dwóch generacji, urodzonych w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, że nie została ona podjęta i rozwijana przez kolejne generacje w kolejnych mutacjach. W swojej dynamicznej wspaniałości zastygła jakby piękny owad w bursztynie. Owszem, są młodzi wykonawcy, którzy ją grają i młodzi odbiorcy, którzy jej słuchają, ale to dzieje się na zasadzie imitacji, względnie fascynacji nieco archiwalnej, ciekawostki, vintage’u. Organicznie przylega ta muzyka jedynie do dzisiejszych siedemdziesięcio- i sześćdziesięciolatków, bo tylko oni przeżywali ją, gdy powstawała jako znak klimatu duchowego, psychologicznego czasów ich (czyli też mojej) młodości. Zupełnie niedawno, stojąc na czerwonych światłach przed przejściem przez jezdnię przy ulicy Puławskiej, tuż przy wejściu do parku Królikarnia, usłyszałem z wnętrza jednego z aut (szyba była opuszczona) głośne, superdynamiczne, hardrockowe dźwięki jednego z najwspanialszych dzieł tego nurtu, „Whole lotta love” grupy Led Zeppelin. Kierowca kiwał się w takt dynamiki, rytmu tego utworu, poruszał ustami i w pewnym momencie ruszył z piskiem opon, uwożąc mi „Whole lotta love” sprzed nosa. W okamgnieniu zobaczyłem, że to siwy starszy pan sześćdziesiąt plus. Jak ten czas szybko upływa. Jeszcze, wydawałoby się, tak niedawno była to tzw. muzyka młodzieżowa, słuchana przez licealistów i studentów, a tu ani się obejrzeliśmy, jak dziś jest muzyką starszych panów i pań, którzy słuchając jej zadają sobie pytanie, „gdzie się podziały tamte prywatki, niezapomniane”.
Kapsułka duża jak balon o wielobarwnym PRL
Kolega Andrzej Dryszel zainspirował mnie swoimi wspomnieniami z lat dzieciństwa i młodości, do których z kolei zainspirowała go Joanna Czartoryska swoimi „opowiadaniami nostalgicznymi” „Każdy miał swój PRL”. Roczniki urodzenia ojców naszej trójki podobne:1925-1927, ale poza tym raczej różnice sposobów życia niż podobieństwa (co dodatkowo uzasadnia sens tytułu), choć czas PRL ten sam i to samo pokolenie. Zatem pozwalam sobie dorzucić i moje trzy grosze. Moja rodzina ani żyła ani w aż tak trudnych warunkach jak Andrzeja, ani, z drugiej strony, nie korzystała z nomenklaturowych przywilejów, o jakich opowiada autorka. W moim przypadku to skromna inteligencja pracująca – lekarz i farmaceutka. Żadnych kokosów, ale poziom życia raczej godziwy, jak na PRL i jak na tamte czasy. Ani chleb z cebulą, ani z cukrem i wodą, ani nomenklaturowe, PZPR-owskie czy „służbowe” korzyści. Inna sprawa, że co do kanapek, to dostawałem do szkoły takowe z szynką lub baleronem, ale jako tzw. chroniczny niejadek zostawiałem je pod ławką lub wyrzucałem do kosza, i tak całymi latami, bo patologicznie nie lubiłem jeść. Jedzenie było zmorą mojego dzieciństwa, więc narzekania na wszelakie niedobory w tej dziedzinie zwyczajnie nie rozumiałem. Gdy jako trzynastolatek (1970) usłyszałem, że stoczniowcy w Trójmieście zbuntowali się przeciwko podwyżkom cen żywności, nie wiedziałem o co im biega. Przecież zamiast dać się za to zabić, powinni się cieszyć, że będą mogli jeść mniej (sic!). Auto prywatne, mieliśmy jako jedni z nielicznych w dzielnicy. Był to warburg 312 standard, produkcji Niemieckiej Republiki Demokratycznej (fabryka w Eisenach). Cały blok zazdrościł nam auta oraz wycieczek krajowych i zagranicznych (Bułgaria, Rumunia, a potem nawet raz Turcja, czyli kraj kapitalistyczny), a mnie kosztownych zabawek, ale dla mnie to było raczej upokarzające, bo chciałem być „równym” ferajnie z podwórka, a nie być „paniczykiem” z „dobrobytu”. Wypisz wymaluj syndrom pokazany przez Marka Twaina w powieści „Książę i żebrak”. Dlatego trochę nadrabiałem dystans chuliganieniem (plucie, palenie, wulgaryzmy, wybijanie szyb). Co do religii, to rodzina była katolicka, więc kryć się nie było powodu. Ciągali mnie co niedziela na nudną jak cholera MYSZĘ świętą i inne nabożeństwa, dzięki czemu do dziś znam na pamięć liturgię MYSZY świętej i mnóstwo religijnych pieśni. Dajcie mi ornat i kielich a odstawię wam mszę jak malowanie nawet za jedno piwo. Pod Paryżem mieszkam u przyjaciela księdza, który nie może wyjść z podziwu, że tak dobrze znam jego zawodową dziedzinę. Odpowiedź: „Katolickie wychowanie”! Ale religijności z tego nie wyniosłem, wręcz przeciwnie co powinno być przestrogą dla Czarnka i Skrzydlewskiego od „ugruntowywania cnót niewieścich”, acz do dziś pozostało mi z tego czasu, na zasadzie proustowskiej „magdalenki”, zamiłowanie do imitacyjnych form „katolickich” w seksie. Andrzej cytuje w pewnym momencie sformułowanie pani Czartoryskiej, że „ukształtował ją strach”. Domyślam się, że chodzi jej prawdopodobnie o strach, respekt przed władzą, od którego nie byli też wolni ludzie związani z partyjną nomenklaturą, ale to dopiero zrozumiałem po latach. Andrzejowi i mnie było to raczej obce, bo nasze środowiska życiowe były od władzy bardzo dalekie, a poza tym dla nas chłopaków jakaś tam władza to była abstrakcja, to był Gomułka w telewizji. Abstrakcja może poza Milicją Obywatelską z białymi pałkami, której jednak trochę się baliśmy. Większy był jednak lęk przed dostaniem „w dziób”, „w ryj” od jakiegoś silniejszego i agresywnego obywatela dzielnicy. Brało się w dziób i czasem się w dziób dawało. Kawały „polityczne” się opowiadało i słuchało. Haratało się w gumową przeważnie gałę nożną, chodziło się do kina najczęściej na westerny, filmy przygodowe, kryminalne, na francuski „płaszcz i szpadę”. Największymi atrakcjami kinowymi były mordobicie, strzelanina i całowanie się, czyli „uderzanie w ślinę”, oczywiście aktorów, a nie nas, dzieciarnianej widowni. Do tej pory potrafię ze szczegółami i na emocji opowiedzieć najlepsze sceny z „Rio Bravo”, „Siedmiu wspaniałych” czy „Vera Cruz”. W narracji Andrzeja pobrzmiewa resentyment wynikający z poczucia, że w PRLowskiej rzeczywistości jego rodzina należała nie do „równiejszych”, lecz tylko do „równych”, a równiejsza bywała, jak napisał, „tzw. inteligencja”, nie tylko partyjna nomenklatura. Coś w tym jest, bo ja wyrzucałem kanapki z szynką a mój kolega, syn samotnej sprzątaczki, jadał tylko „kartofle” z „chudą” śmietaną, stąd, jak twierdził inny mój kolega, był „gruby”, dziś wiemy że to bzdura. Posiadanie odbiornika telewizyjnego było w moim bloku częstsze niż posiadanie auta, ale ojciec mój szarpnął się nie na „zwykłego” „beryla”, „szmaragda” czy „wisłę”, ale na 19calowego „stadiona” produkcji NRD. Oglądałem w nim m.in. „Jacka i Agatkę”, „Przygody Gąski Balbinki”, seriale „Bonanza”, „Hrabia Monte Christo”, „Świętego”, „Barona”, którego mało kto dziś pamięta, a także „Konkurs pięciu milionów”, prowadzony przez redaktora Marka Grota czy „Sylwetki X Muzy” prowadzone z Poznania przez redaktora Czesława Radomińskiego, superuprzejmego uprzejmością rodem z CK Krakowa czasów Franciszka Józefa. Nawiasem mówiąc, redaktor Radomiński był byłym oficerem wywiadu Armii Krajowej, jest więc kłamstwem katolicko-solidarnościowej propagandy, że wszyscy akowcy byli prześladowani, Nawiasem mówiąc, mój nauczyciel historii w Szkole Podstawowej nr 25 w Lublinie imienia Władysława Broniewskiego w Lublinie, pan Zenon Zwolak, należał, jak się dowiedziałem po latach z filmu dokumentalnego o „wyklętych”, do oddziału „Lalka” Franczaka”, jako nieletni „syn pułku”. Skoro więc temu człowiekowi „komunistyczne” kuratorium powierzyło uczenie historii młodzieży , to co tu mówić o „totalitaryzmie”, bo przecież SB musiała znać jego przeszłość. Długo można by tak wspominać, ale na pewno widać z tego, że rzeczywiście, jak brzmi tytuł tomu opowiadań Joanny Czartoryskiej, „każdy miał swój PRL” i że był to czas wielokształtny, wielobarwny i niejednoznaczny.

Był niebywałą osobowością

Bażanci czyli bikiniarze byli przez władzę ludową i ZMP mocno tępieni, jako nosiciele kapitalistycznych obyczajów, kapitalistycznego stylu życia. Były całe kampanie propagandowe przeciwko bikiniarzom. Można to do dziś zobaczyć na archiwalnych wydaniach Polskiej Kroniki Filmowej – z Alfredem Andrysem, „Alfą”, przyjacielem Zbigniewa Cybulskiego, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Zanim będzie o Zbigniewie Cybulskim, najpierw trochę o Panu, bo Pan też ma bogatą i ciekawą biografię. Urodzony w Chorzowie, „Synek ze Starego Chorzowa”, jak o Panu napisano, niespecjalnie pieszczony przez życie, pracował Pan już jako chłopak. Potem trzy lata służby wojskowej w marynarce na Helu, praca w charakterze ślusarza, studia inżynierskie na wydziale metalurgicznym AGH w Krakowie, kłopoty z prawem powodowane przez krewki i bitny temperament, poznanie Zbyszka Cybulskiego i wielu innych osób ze świata artystycznego, statystowanie w filmie, a potem bogata działalność zawodowa, biznesowa, działalność na rzecz kultury i środowisk twórczych. To tylko pokrótce i nie wszystko, co o Panu można powiedzieć…
Rzeczywiście nie miałem nudnego życia. Jeszcze w szkole podstawowej w Chorzowie mówiłem śląską gwarą, co wzbudziło niechęć mojej polonistki. Mimo to zagrałem w szkolnych przedstawieniach teatralnych, między innymi w „Janku Muzykancie”. Także w podstawówce założyłem Związek Zjadaczy Kompotu…
To brzmi jak z powieści Edmunda Niziurskiego…
Założyłem go na znak protestu przeciwko likwidacji tradycyjnego harcerstwa skautingowego.
I co z tym kompotem?
Jedliśmy go na lekcjach rosyjskiego, w tylnych ławkach.
Po szkole podstawowej zahaczył Pan nawet o Niższe Seminarium Duchowne świętego Jacka w Katowicach. Był Pan tam ponad rok, czyli sporo. Autor wspomnienia o Panu zastanawiał się, czy to Pan zrezygnował czy z Pana zrezygnowano. Jak to było? Był Pan też bażantem, bikiniarzem…
Tak, ale to już w technikum. Chodziłem w wąskich spodniach, marynarce z samodziału, nosiłem kolorowe krawaty i skarpetki, buty na słoninie. No i plerezę na głowie, czyli specjalne, takie kogucie uczesanie. Przypomnijmy, że bażanci czyli bikiniarze byli przez władzę ludową i ZMP mocno tępieni, jako nosiciele kapitalistycznych obyczajów, kapitalistycznego stylu życia. Były całe kampanie propagandowe przeciwko bikiniarzom. Można to do dziś zobaczyć na archiwalnych wydaniach Polskiej Kroniki Filmowej. A oni w odpowiedzi na to śpiewali: „Bikiniarze, to są ludzie tacy, którzy mają w dupie dyscyplinę pracy. Boogie-woogie, boogie-woogie, boogie-woogie dżez”.”
Po ukończeniu technikum w 1955 roku dostał Pan nakaz pracy w chorzowskich Azotach jako ślusarz. I zamierzał Pan na tym poprzestać…
Tak, bo bardzo dobrze zarabiałem jako przedstawiciel arystokracji robotniczej i ani mi w głowie było studiowanie. Jednak po roku odezwała się we mnie ambicja i zdałem egzaminy na Politechnikę Gliwicką….
Z której szybko Pana wyrzucono…
Tak, bo upomniałem się o kolegę, który nie otrzymał zaliczenia. Adiunkt, do którego skierowałem swoje obiekcje opieprzył mnie i krzyknął: „Siadaj gówniarzu”, więc przywaliłem mu, kończąc tym samym karierę studencką w Gliwicach i rozpoczynając zaszczytną służbę wojskową, do której mnie rychło powołano. Bilet dostałem do marynarki wojennej i najpierw wylądowałem w Ustce, a potem na Helu, jako hydroakustyk na ścigaczach. Tam na Helu odezwał się we mnie bakcyl teatralny złapany w podstawówce. Z dyrektorką tamtejszej biblioteki założyłem więc teatr. Skombinowałem ze Śląska sztukę, produkcyjniaka, którą na Helu wyreżyserowałem i zagrałem w niej, mając już za sobą trening na planie filmowym u Janusza Kidawy. Na jednym z urlopów z wojska pojechałem z kolegą do Krakowa. Tam poznałem dziewczynę, która namawiała mnie żebym podjął studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Nazywała się Ewa Demarczyk i w przyszłości miała stać się słynną pieśniarką z Piwnicy pod Baranami. Na AGH zdałem i dostałem się. Tam ożywiła się we mnie potrzeba działania społecznego i stałem się działaczem Zrzeszenia Studentów Polskich, w którym doszedłem do dość wysokich funkcji. Podpisywałem nawet umowy w ówczesnymi ministrami, Górnictwa – Janem Mitręgą i Przemysłu – Franciszkiem Kaimem, na wypożyczanie autokarów na wycieczki zagraniczne ZSP i w ogóle prowadziłem rozległą działalność, między innymi hotelarską.
Po ukończeniu studiów, obronie dyplomu szykował się Pan do wyprowadzki do Bielska Białej i wtedy przydarzyła się Panu przygoda z „Jowitą”, filmem według powieści Stanisława Dygata, który w 1966 roku kręcił w Krakowie Janusz Morgenstern.
Tam bliżej poznałem Zbyszka Cybulskiego, którego znałem jeszcze z okresu służby na Helu, bo jeździłem na przepustki do Gdańska, gdzie wtedy działał i ze Szczecina, gdzie grał w marynistycznym filmie przygodowym „Cała naprzód” Stanisława Lenartowicza, a gdzie ja latem prowadziłem hotel studencki, konkretnie w Świnoujściu. Nasza przyjaźń rozkwitła jednak w Krakowie, w okresie kręcenia „Jowity”, w której grali m.in. właśnie Zbyszek, Basia Kwiatkowska-Lass, późniejsza zona Romana Polańskiego, Daniel Olbrychski, Kalina Jędrusik.
W „Jowicie” zagrał Pan epizod w scenie bójki z udziałem Arensa-Olbrychskiego…
I bójka, ale prawdziwa, doprowadziła mnie do tego epizodu. A było tak. Pewnej nocy wyprowadzałem z Hotelu Francuskiego przy Sławkowskiej dziewczynę kolegi. Na Rynku zatrzymał nas do wylegitymowania milicjant i nagle ni stąd ni zowąd uderzył mnie pałką. Oddałem mu aż upadł na chodnik. Skończyło się na zatrzymaniu mnie na posterunku. Nazajutrz rano, przed wyprowadzeniem mnie na przesłuchanie, major milicji mówi do mnie: „My was aktorów tak lubimy, a wy nas bijecie”. Okazało się, że na wieść o zatrzymaniu mnie, na posterunek przyjechał Zbyszek i nagadał milicji, że jestem aktorem i że jestem potrzebny na planie „Jowity”. Zbajerował ich tak, że załatwił z nimi wypuszczenie mnie warunkowo na czas zdjęć. W tej sytuacji nie pozostało Morgensternowi nic innego, jak dać mi rólkę w tym filmie. W tej scenie jesteśmy
A Pan z czasem skoncentrował się na zajęciach zawodowych i w końcu, jak to kiedyś mówiono, „poszedł Pan w dyrektory”…
Byłem dyrektorem ZREMB, potem dyrektorem generalnym i zastępcą ministra oświaty, stworzyłem program wyrównania dysproporcji edukacyjnych dla UNESCO, odwojowałem pieniądze odebrane szkolnym stołówkom. Następie kierowałem firmami zagranicznymi, byłem w prezydium Konfederacji Pracodawców Polskich, byłem dyrektorem Towarzystwa Ubezpieczeń Warta, wiceprezesem Polskiego Związku Bokserskiego. Od lat jestem też prezesem Fundacji Przyjaciół Skolimowa, gdzie jest Dom Aktora Weterana
Na jednym z portali internetowych, pod informacją poświęconą wznowieniu książki „Cybulski we wspomnieniach”, jakaś młoda osoba napisała, że wszyscy piszą, że zginął pod kołami pociągu, ale ona nie wie jak to się stało, jaki był przebieg tego zdarzenia. Pan, najbliższy przyjaciel Zbigniewa Cybulskiego, świadek tego momentu i jego uczestnik, szereg razy opowiadał i pisał o tej chwili w prasie, ale jak się okazuje, młodzi, zainteresowani ludzie mają trudności z dotarciem do tych treści. Może zatem warto wrócić do tego, co na pozór znane?
Wielokrotnie o tym opowiadałem. Moje wspomnienie można znaleźć w różnych źródłach, w tym w znanej książce wspomnieniowej „Cześć starenia. Cybulski we wspomnieniach”. Wspomnę więc tylko pokrótce. Zbyszek grał we Wrocławiu w filmie „Morderca zostawia ślad” Aleksandra Ścibora-Rylskiego. W przeddzień tragedii, wieczorem 6 stycznia 1967 byliśmy na kolacji u reżysera Stanisława Lenartowicza, u którego kilka lat wcześniej Zbyszek zagrał w świetnej komedii „Giuseppe w Warszawie” objawiając wielki talent komediowy i w „Cała naprzód”. 7 stycznia rano, gdy byliśmy wytwórni wrocławskiej, gdzie realizowano zdjęcia, Zbyszek otrzymał telefon z propozycją zagrania Kowalskiego w amerykańskim spektaklu telewizyjnym według „Tramwaju zwanego pożądaniem” Tennesee Williamsa, za honorarium w wysokości stu tysięcy dolarów. Ta perspektywa wprowadziła Zbyszka w stan euforii. Wieczorem spotkaliśmy się w klubie „U Twórców” na wrocławskim Starym Mieście. Byli także Agnieszka Osiecka, Katarzyna Gaertner, krytyk Ludwik Flaszen. Nazajutrz Zbyszek musiał jechać do Warszawy na próbę. Wczesnym rankiem znaleźliśmy się więc na wrocławskim dworcu, ale spóźnieni – pociąg do Warszawy już ruszał. Wskoczyłem do wagonu i pociągnąłem za hamulec, aby zatrzymać pociąg. Zbyszek, wskakując, zsunął się między stopień wagonu a peron i został uderzony przez schody wagonu. Kiedy go wyciągnięto na peron, powtarzał: „Alfa, nie zostawiaj mnie samego”. Kilka godzin później zmarł. Jechałem z jego trumną do Katowic, gdzie jego pogrzeb zgromadził tłumy, w tym mnóstwo artystów. Obok mnie były Iga Cembrzyńska i Kalina Jędrusik. Przemawiał nad trumną Gustaw Holoubek. W 2007 roku odsłonięto na jego grobie płaskorzeźbę.
Pan po pogrzebie znalazł w Warszawie, zaproszony do pomieszkania przez Stanisława Dygata i Kaliny Jędrusik do ich mieszkania przy ulicy Joliot Curie…
Zaopiekowali się mną, bo po śmierci Zbyszka byłem podłamany psychicznie. Udało mi się jakoś, przy pomocy zdolnej prawniczki z Krakowa Rut Buczyńskiej wybrnąć ze sprawy o pobicie milicjanta. W końcu zostałem uniewinniony, o czym dowiedziałem się na weselu Daniela Olbrychskiego i Moniki Dzienisiewicz.
Jakim człowiekiem pozostał w Pan pamięci Zbigniew Cybulski?
O tym także wielokrotnie mówiłem i pisałem. Był nie tylko niebywałą osobowością ludzką i aktorską, ale bardzo dobrym szczerym człowiekiem. Był poza tym niesłychanie skromny, pełen kompleksów, miał dość słabą konstrukcję psychiczną. Świadczy o tym między innymi takie oto zdarzenie. Kiedy dowiedział się, że Wojciech Has będzie kręcił „Lalkę”, bardzo zapragnął zagrać Wokulskiego. Ale mimo, że był sławnym aktorem, legendarnym Maćkiem z „Popiołu i diamentu” Wajdy i mimo, że w roli Alfonsa van Worden dużym stopniu uratował Hasowi „Rękopis znaleziony w Saragossie”, po nieudanym eksperymencie z aktorem francuskim, to nie miał śmiałości wprost zwrócić się do niego o tę rolę. W Krakowie, gdzie grał w „Jowicie” Morgensterna, wiedząc gdzie Has mieszka i gdzie chodzi na spacery z psem, przychodził w to miejsce codziennie, licząc na „przypadkowe” spotkanie z nim i na poruszenie nurtującej go kwestii. Do spotkania jednak nie doszło, a Zbyszek nie zdecydował się zwrócić do Hasa wprost i Wokulskiego nie zagrał.
Jaki był w kontakcie z ludźmi?
Bardzo żywiołowy, spontaniczny, szczery, czasem gwałtowny, ale i autoironiczny. Mówił bardzo ciekawie, barwnie, z pasją.
Czy razi Pana, gdy mówiący i piszący o Zbigniewie Cybulskim wyrażają się o nim per „Zbyszek”, choć zazwyczaj nie tylko nie wiedzieli go na oczy, a niejednokrotnie urodzili się po jego śmierci?
Najbardziej razi mnie inflacja pseudowspomnień jego niby-znajomych i niby-przyjaciół, którzy niejednokrotnie opowiadali niestworzone rzeczy.
Dziękuję za rozmowę.
(wywiad nieautoryzowany)

Flaczki tygodnia

Pies Szarik ugryzł Bronisława Wildsteina. Znów. Czy papież kaczystowskiej publicystyki jakoś zareaguje? Czy podkuli jedynie publicystyczny ogonek?

Niezorientowanych i młodszym Czytelnikom wyjaśniamy. W latach 2005- 2010 w Radzie Programowej TVP toczył się fundamentalny spór o dziedzictwo kulturalne Polski Ludowej. Reprezentanci polskiej prawicy twierdzili, że Polska Ludowa była państwem „zdrady narodowej”. „Czarną dziurą” w historii państwa i narodu polskiego. Był to czas hańby, degeneracji cywilizacyjnej i kulturalnej. Dlatego wszystkie osiągnięcia Polski Ludowej, zwanej pogardliwie „PeeReLem”, elity intelektualne polskiej prawicy chciały wypalić ze świadomości społecznej wszystkich obywateli III Rzeczpospolitej. Zwłaszcza ludzi młodych.

Dorobku Polski Ludowej, przede wszystkim kulturalnego, bronili nieliczni wówczas reprezentanci lewicy w ówczesnej Radzie Programowej TVP. Przede wszystkim ówczesny poseł SLD Piotr Gadzinowski, który pełnił tam, społecznie, co też trzeba przypomnieć, funkcję wiceprzewodniczącego Rady. Pełnił, bo wtedy przestrzegano jeszcze zasady, że w prezydium Rady powinien być reprezentant opozycji. Dziś kaczystowska władza ograniczyła udział opozycji w składzie Radzie Programowej TVP do ustawowego minimum.

Ówczesny spór o możliwość i celowość prezentowania kultury Polski Ludowej, a zwłaszcza emitowania programów telewizji polskiej z tamtych czasów w przejętej przez prawicę TVP SA, był wtedy w Radzie Programowej zwany „Sporem o psa Szarika”. Najbardziej gorliwym i głośnym przeciwnikiem prezentowania „komunistycznych programów” był wówczas Bronisław Wildstein. Prawicowy publicysta, dziś wielce wpływowy papież kaczystowskiej publicystyki. Walczył on z propozycjami reemisji w TVP SA serialu „Czterej pancerni i pies”. Uważał go za wyjątkowo szkodliwą dla polskiej telewizyjnej publiki, zakłamującą polską historię, „komunistyczną propagandę”. Jego adwersarzem był wiceprzewodniczący Gadzinowski. Bronił emisji tego serialu i wielu innych,oraz programów kulturalnych i rozrywkowych pochodzących z czasów Polski Ludowej przechowywanych w archiwach TVP. Przestrzegał przed traktowaniem wszystkich seriali telewizyjnych jako jedyne lekcje historii. Przestrzegał przed bezkrytycznym odbiorem odbiorem wszystkich programów telewizyjnych. Przed traktowaniem telewizyjnego przekazu jedynie jako boskiej prawdy objawionej. Jednocześnie przypominał wielki kunszt artystyczny jaki udawało się twórcom telewizyjnym w czasie Polski Ludowej osiągnąć. Dlatego dorobek kulturalny Polski Ludowej należało, i należy, we wszystkich mediach, zwłaszcza publicznych, przypominać i upowszechniać.

Gadzinowski przypominał też, że niezależnie od indywidualnych ocen Polski Ludowej, widzowie lubią i chcą oglądać serial „Czterej pancernych i pies”, bo jest to znakomicie zrealizowany telewizyjny program. Zresztą ów serial osiągnął wielką popularność też zagranicą. Na koniec każdej dyskusji Gadzinowski przewidywał, że lata miną, czas prawicowych cenzorów też, a popularność seriali z czasów Polski Ludowej pozostanie. „Czterej pancerni” i inni bohaterowie masowej wyobraźni z czasów Polski Ludowej kiedyś powrócą do TVP. I wtedy pies „Szarik” ugryzie publicystycznie nobliwego papieża Wildsteina.

Oczy ze zdumienia „Flaczki” przecierały oglądając w zeszła sobotę w TVP SA transmisję z galowego koncertu Festiwalu Piosenki w Opolu. Sztandarowej, prestiżowej imprezy urządzonej przez narodowo-katolicką telewizję pana prezesa Jacka Kurskiego. Telewizję robioną przez wyznawców i uczniów papieża Wildsteina.

Otóż najważniejszy koncert tegoż Festiwalu odwoływał się do najpopularniejszych serial telewizyjnych zrealizowanych przez TVP. A ściślej do piosenek przewodnich z tych seriali. I dlatego w sobotę widzowie narodowo-katolickiej telewizji Jacka Kurskiego mogli zobaczyć wszystkie popularne w Polsce Ludowej seriale. Ujrzeć na ekranie nie tylko psa Szarika, ale też porucznika Borewicza, budowniczego Trasy Łazienkowskiej inżyniera Karwowskiego, nomenklaturowych działaczy PZPR z serialu „Dyrektorzy” i wielu innych serialowych budowniczych Polski Ludowej.

Pokazywano ich nie jako katów „żołnierzy wyklętych”, lecz tym razem sympatycznych bohaterów wielce sympatycznych i melodyjnych piosnek. Ludzi fajnie się wtedy bawiących.

Przyzwyczailiśmy się, że elity PiS, jak i ich TVP SA, kradną. Kiedy tylko mogą. I wszystko co mogą. Kradną i kłamią. Kłamią i kradną. A TVP SA dodatkowo jeszcze banalizuje wszystko co pokazuje. Tak było w czasie tamtego koncertu. Pokazano dorobek telewizji polskiej z czasów Polski Ludowej, ale wyprano go z poważniejszych treści. Redukując wszystko do miło brzmiących melodyjek.

Oczywiście warto zapytać skąd w narodowo-katolickiej TVP SA taka miłość do resentymentów z Polski Ludowej rodem? Stratedzy PiS ostro ostatnio ruszyli w poszukiwaniu utraconych głosów wyborczych. Dla swego twardego elektoratu i patriotycznie nastawionych obywateli wykreowali, wspólnie z prezydentem Łukaszenką, wojenkę na białoruskiej granicy. Ale widać to mało. Zapewne zrobili kolejne, kosztowne badania opinii i pewnie wyszło im z nich, że mogą pozyskać wyborców grając na resentymentach związanych właśnie z Polską Ludową. Odwołać się do emerytów wspominających czas Polski Ludowej jako ten „kraj lat dziecinnych”, kraj jak „pierwsze kochanie”. Idealizujących tamte lata, jak wszyscy idealizują swe lata młodości. I jednocześnie pokazać, że my kaczyści wcale nie jesteśmy takimi antykomunistycznymi talibami, jak nas opozycja maluje. My potrafimy się bawić nawet przy melodiach „komunistycznych seriali”. Ważne by pan prezes Kurski je mocą swego urzędu zdekomunizował.

Elity PiS nie raz już pokazały, że dla lepszego wyniku wyborczego zrobią wszystko. Będą się podlizywać biskupom katolickim, kiedy mogą się ogrzać w świetle ich popularności. Będą się spotykać z europejskimi neo faszystami, kiedy to przyniesie im procencik głosów krajowych neo faszystów. Teraz, jak w ich telewizji widać, spróbują powalczyć o głosy pokoleń Polski Ludowej. Głosujących kiedyś na lewicę, zwłaszcza na SLD.

Nie jest to pierwszy flirt polityczny elit PiS z lewicowym elektoratem. W czasie wyborów parlamentarnych w 2015 roku wielu dotychczasowych wyborców SLS zagłosowało na kandydatów PiS. Bo tak partia jasno i jednoznacznie zapewniła, że po dojściu do władzy obniży wiek uprawniający do emerytury. Podwyższony przez koalicję PO-PSL. Poparty głosami niektórych parlamentarzystów SLD i lewicy Ruchu Palikota.

Teraz propagandziści PiS chcą przyciągnąć tych emerytów pokazując, że PiS da im nie tylko chleb, ale też uhonoruje ich młodość. Ich zasługi w czasach Polski Ludowej. I co gorsza, taki manewr znowu może się tym cwaniakom z PiS udać. Bo aktualna Lewica zachowuje się tak jakby w jej polu zainteresowania byli jednie ludzie młodzi. O „starych komuchach” raczy zapominać.

PRL – tak jest jak się państwu zdaje

Wspomnienia z czasów naszej młodości, gdy tzw. Polska Ludowa była jedynym ustrojem, z jakim mieliśmy do czynienia. Dla połowy Polaków to czas, który znają jedynie z książek lub z opowiadań starszych.
Zatytułowałem niniejszy tekst słowami Pirandella, bo dobrze pasują do wrażenia, jakie odniosłem po lekturze książki Jolanty Czartoryskiej „Każdy miał swój PRL. Opowiadania nostalgiczne”. Książkę przeczytałem zaś z dużym zainteresowaniem i niemal jednym tchem. Raz z powodu bliskości generacyjnej – ojciec autorki urodził się w 1927 roku, a mój w 1925 i oboje należymy do wyżu demograficznego lat 50. o którym wspomina autorka; dwa – z prostej chęci poznania tego, jak autorka widziała PRL; wreszcie trzy i chyba najważniejsze – dlatego, bo od razu zobaczyłem, że zgodnie z tytułem, moja Polska Rzeczpospolita Ludowa była nieco inna, niż PRL autorki. Mówiąc najkrócej, widziałem tam więcej ciemnych barw.
Cóż, jak zwraca uwagę sama autorka, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – a moim dziecięcym punktem siedzenia było przeludnione małe mieszkanie przy ul. Brzeskiej 13 (adres chyba wiele wyjaśnia). A także, by powiedzieć oględnie: zapamiętany niedostatek środków materialnych. Zapamiętany między innymi w dziwny, infantylny sposób: otóż na Brzeskiej moim częstym daniem śniadaniowym był chleb z cebulą, a kolacyjno-deserowym – chleb z cukrem. Przez lata potem nie znosiłem cebuli, ani posypywania pieczywa cukrem. Teraz zaś, w podeszłym wieku, z przyjemnością raczę się czasami chlebem z cebulą, zaś jako przerywnik deserowy chętnie stosuję chleb z cukrem. A z dzieciństwa zostało mi też, że podejrzliwie traktuję przedstawicieli tzw. inteligencji.
Wracając zaś do punktu siedzenia: inaczej, niż w przypadku rodziny Jolanty Czartoryskiej, nikt z mojej rodziny nigdy nie pracował w jakichkolwiek strukturach PRL-owskiej władzy ani nie miał z nią żadnych związków. Mój ojciec nie był „ważną figurą w mieście i w powiecie” (jak tata autorki), nie miał samochodu służbowego, nie mieliśmy telewizora już w 1962 roku o telefonie oczywiście nie mówiąc, nie było mowy o tak kosztownym zakupie jak pianino, nie podróżowałem, jak autorka, w liceum do ZSRR (i za żadną inną granicę) ani nie uczestniczyłem w obozach na które przyjeżdżali uczniowie z zagranicy. Moja mama inaczej niż mama autorki oczywiście musiała pracować, żeby było z czego żyć i nie mogła gospodarzyć tylko wypłatą ojca. Na studiach mym jedynym obowiązkiem nie była zaś nauka, bo dorabiałem w spółdzielni studenckiej.
Nie przeżywaliśmy także żadnych rodzinnych dylematów, czy dziadka pochować w trybie świeckim (co wybrała rodzina autorki) czy religijnym. Oczywistością było też, że w rodzinach moich rodziców brało się śluby kościelne, a dzieci chrzciło i posyłało do komunii oraz na religię, na którą naturalnie chodziłem i ja.
Mój ojciec zmarł ponad 40 lat temu, mama przed 20 laty. I oni, i ja widzieliśmy to, co widział każdy: że w PRL oczywiście są równi i równiejsi, a ci równiejsi to bynajmniej nie robotnicy i chłopi. To nie oni mieli łatwiejszy dostęp do różnych dóbr, usług, świadczeń (pamiętam, że na wczasy załapaliśmy się raptem raz) czy talonów. Nie oni pierwsi dostawali wygodne mieszkania z przydziału, nie do nich przychylniej odnosiła się każda władza, od milicjanta na ulicy po urzędników we wszelkich okienkach; nie oni byli lepiej leczeni i z większą uwagą traktowani w szpitalach. To ostatnie piszę z powodów mocno osobistych, bo gdyby moja mama była pod uważniejszą opieką w szpitalu, to moja mała siostra nie udusiłaby się w trakcie porodu – ale my byliśmy tylko mało znaczącymi ludźmi z Brzeskiej.
Różnice w widzeniu „swojego” PRL-u więc są rzeczą oczywistą, ale broń Boże nie chcę przekonywać, że za „straszliwych czasów” tzw. Polski Ludowej jakoś cierpiałem (bo trudno do tych cierpień zaliczyć przesłuchiwania przez tzw. komisję weryfikacyjną w stanie wojennym czy kilkumiesięczne zawieszenie w pracy), byłem gnębiony czy indoktrynowany. Tak nie było, co mogą zresztą powiedzieć także i obecni PiS-owscy prominenci, którzy robili kariery już w PRL. Moja rodzina, jak wspomniałem, nigdy nie miała nic wspólnego z aparatem żadnej władzy, ja nigdy nie miałem nic wspólnego z Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą. Nigdy też nie było to powodem jakichkolwiek przykrości, choć być może żyło nam się ciut trudniej.
Autorka o swoim życiu w PRL, prezentowanym szczerze i zarazem dość barwnie, pisze: „Ukształtował mnie strach /…/ Wiem, czego bał się mój tato i wiem, czego bałam się ja”.
Gdy natomiast ja sięgam w przeszłość, to uświadamiam sobie, że bałem się, że dostanę w dziób na podwórku albo w szkole – bo jak trafnie wspomina jeden z mych klasowych kolegów, było sztuką przetrwać cały dzień w naszej podstawówce i nie oberwać. Innych strachów raczej nie pamiętam, może dlatego, że moja rodzina nie za bardzo miała coś do tracenia.
Są różnice w naszym widzeniu PRL-u, ale jest też co oczywiste, sporo podobieństw. Tak jak autorka nie mogłem pojąć, od czego właściwie zaczęły się wydarzenia marcowe. Do dziś zresztą ich geneza jest tajemnicza. Pochód pierwszomajowy uznawałem raczej za atrakcję, niż za przymus. Lubiłem „Stawkę większą niż życie” i nadal chętnie ją oglądam. Podobały mi się „dobranocki” telewizyjne i „Zwierzyniec”. Też pamiętam, że na prawie każdej zamarzniętej kałuży ślizgaliśmy się na łyżwach (miałem je przykręcane do butów). Również i dla mnie egzamin do liceum był wyzwaniem. Wymieniać mogę dłużej.
Przy okazji dodam, że i ja w czasach studenckich miałem okazję poznać prof. Wiktora Zina. Wręczał mi wyróżnienie w konkursie na najlepszą pracę magisterską. I w tym momencie widzę jeszcze jedną zaletę książki Jolanty Czartoryskiej – że otwiera kolejne pudełka ze wspomnieniami.

PZPR i banany

Granice intelektualnej bezsilności i historiozoficznego absurdu.

Może to zabrzmi dziwnie ale chociaż wychowałem się w PRL a nawet ją tworzyłem, nie czuję się z tym okresem w jakiś specjalny sposób emocjonalnie związany. Dotyczy to również PPZR chociaż partią tą byłem związany nie tylko osobiście ale również rodzinnie. Upadek PRL-u przyjąłem z pewnym poczuciem wyzwolenia z coraz bardziej bezsensownego układu różnego rodzaju zależności i zobowiązań i z dużą dozą ciekawości co będzie dalej.
Swoje stanowisko wobec tego co się dzieje wypracowywałem już na długo przed 1989 w oparciu o analizę wydarzeń nakierowanych nie na konkretne lojalności, ale coś co określić można jako punkt widzenia określonych sił społecznych a konkretnie ludzi utrzymujących się z pracy własnych rąk i narażonych z tego tytułu na różne opresje.
Z tej perspektywy
PRL był niezwykłym eksperymentem,
który nie mógł się udać, ale jak wiele podobnych w historii, pomimo niepowodzenia, dostarcza ciekawego materiału do przemyśleń i wniosków na przyszłość.
Tak się jednak składa, że zamiast sensownej refleksji nad przeszłością mamy potok infantylnych bredni, które nie omijają nawet „Trybuny” i, które zmuszają do zabierania głosu na temat PRL-u w sytuacji gdy warto by dyskutować o poważniejszych rzeczach. Można powiedzieć, że recenzja książki pana Leszczyńskiego, dokonana przez pana Lubczyńskiego, którą zajmowałem się onegdaj w sumie sprawia wrażenie niewinnej igraszki wobec bredni zawartych w artykule „PiS w opuszczonych okopach PZPR” pióra podającego się za politologa pana Jacka Jaworskiego, który zagościł na łamach „Trybuny” (26-27 lipca 202. Prawdę mówiąc, to jako magistra nauk politycznych Uniwersytetu Warszawskiego bardziej obraża mnie chyba ta niczym nieuzasadniona deklaracja niż wszystkie dyrdymały dotyczące odległej już przeszłości, których znaczenie polega jedynie na wyszukiwania rzekomych racji dla obecnej impotencji programowej polskiej Lewicy, do której pan Jaworski dobudowuje absurdalne „ideolo”.
Generalnie stwierdzić należy, że pan Jaworski buduje swoje koncepcje na zupełnie oderwanej od realnej historii opozycji „społeczeństwo otwarte” – „społeczeństwo zamknięte”. Przyjmując za dogmat, że uniwersalny schemat przeciwieństwa tych rodzajów organizacji społecznej autor przyjmuje, że model społeczeństwa „zamkniętego” reprezentują społeczeństwa organizowane przez PZPR i PiS a społeczeństwo „otwarte” reprezentować ma ideologia współczesnej Lewicy.
Oczywiście Autor nie pozostaje na ogólnikowych deklaracjach ale ilustruje swoje wywody konkretnymi przykładami.
Zaczyna oczywiście od rzekomej
wrogości PPZR wobec LGBT
jako elementu konstytuującego „zamknięte” myślenie tej formacji. Jedynym konkretnym przejawem tego rodzaju postawy jest osławiona operacja Hiacynt z lat 85 -87 chociaż w PRLu nikt jej nie nagłaśniał i ja osobiście dowiedziałem się o niej już w latach dziewięćdziesiątych. Autor niestety nie poprzestaje na tym „dowodzie” ale posuwa się do żenujących insynuacji jakoby: „Stosunek władz PRL wobec kontaktów homoseksualnych był negatywny, co wiązało się ze stalinowskim podejściem do tego zjawiska, PRL-owscy i radzieccy naukowcy – kryminolodzy, psychiatrzy i prawnicy, w większości uważali homoseksualizm za patologię społeczną, uzasadniając ten pogląd argumentami podobnymi do argumentów odwołujących się do praw naturalnych.”
Byłbym panu Jaworskiemu szczerze zobowiązany za ujawnienie „stalinizmu” polskich naukowców ponieważ żyjąc w PRL-u i z racji chociażby wieku studiując ówczesne wydawnictwa dotyczące seksuologii nie spotkałem się z takim stanowiskiem jako istotnym. Polska literatura seksuologiczna prezentowała homoseksualizm jako oczywistą odrębność, nad, której naturą specjalnie nie deliberowano. Również nie przypominam sobie jakichś deklaracji przywódców PZPR na tematy homoseksualizmu, ani też jakichś debat dotyczących walki z tą „patologią”.
Chociaż, jak sądzę, dla pana politologa Jaworskiego nie jest to argument ale w niepodległej Polsce od czasów eliminacji ustawodawstwa państw zaborczych w 1932 homoseksualizm nie był traktowany jako przestępstwo, ścigany i penalizowany i nawet „najczarniejszy” stalinizm w latach pięćdziesiątych tego nie zmienił. Co więcej w roku 1948 ujednolicona została zasada 15 lat jako granicy swobodnej decyzji podejmowania życia seksualnego a w 1969 roku zniknął z systemu prawnego przepis dotyczący karania homoseksualnej prostytucji.
Homoseksualizm w polityce PRLu był sprowadzony do kwestii czysto prywatnych i nie był wykorzystywany jako argument w walce politycznej. Czy było to dużo czy mało nie zamierzam rozstrzygać ale z pewnością nie miało to nic wspólnego z tym co zaczęło się w latach dziewięćdziesiątych i zaowocowało pisowską wojną z LGBT.
W PRL wrogość wobec homoseksualizmu i jego prześladowanie były utożsamiane z przysłowiowym „chamstwem i drobnomieszczaństwem” – wartościami kultywowanymi przez nieoceniony w tym zakresie Polski Kościół Katolicki. Nawet akcja „Hiacynt” jak sądzę stała się efektem objęcia stanowiska szefa MSW przez bezideowego degenerata jaki był Czesław Kiszczak i stanowi fragment działań uwieńczonych pozostawieniem tzw. „teczki” Lecha Wałęsy jako zabezpieczenia na „czarną godzinę” własnej małżonce.
Równie rzeczowa i inteligentna jest argumentacja na rzecz opozycji Pezetpeerowsko peerlowsko – pisowska „pruderyjność” i „lewicowy luz”. Podobnie jak w przypadku LGBT nieocenionym źródłem informacji dla pana Jaworskiego są doświadczenia towarzyszy radzieckich: „W 1986 r. podczas telemostu Leningrad-Boston przedstawicielka Komitetu Kobiet Radzieckich oświadczyła: ,,Seksa u nas niet, i my kategoriczeski protiw jemu!”. Władze PRL chętnie podpisały by się pod tą cnotliwą deklaracją.”
Prawdę mówiąc o ile pod tą deklaracją być może władze PRL by się podpisały to z drobnym zastrzeżeniem, że
o ile w PRLu nie było seksu to było coś co nazywano erotyką
i to często dość śmiałą. Nie wiem czy w ZSRR zaproszono by czołowego reżysera zachodniego kina erotycznego Waldemara Borowczyka do nakręcenia tamtejszej wersji „Dziejów grzechu” udostępniając ten film w powszechnym rozpowszechnianiu. Scenę orgii z filmu „Ziemia obiecana” już po zakończeniu PRLu ocenzurował sam reżyser już w „wolnej Polsce”. Jednym z najbardziej popularnych powiedzonek owego pruderyjnego i zakłamanego PRLu było osławione pytanie dotyczące premier filmowych – „momenty były?”. Szanujący się reżyser PRL-owskiego filmu uważał wręcz za obowiązek wklejenie w film scen erotycznych. Dużą popularnością cieszyły się wystawy aktu artystycznego „Wenus” organizowanego w Krakowie. Czasopisma młodzieżowe miały specjalne rubryki dotyczące poradnictwa seksualnego. Razem z cała szkołą w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych „zaliczyłem” film „Helga” z niemiecką dosłownością tłumaczący skąd się biorą dzieci. Przykłady otwartego stosunku do erotyki i seksualności z czasów PRLu można by mnożyć w nieskończoność. Zamiast tego należałoby jednak zadać panu Jaworskiemu proste pytanie z jakiej choinki się urwał?
Nie wiem skąd pan Jaworski zaczerpnął osobliwa tezę, że: „Nietrudno wyobrazić sobie jak zażenowani i pewnie oburzeni byliby działacze partyjni PZPR gdyby pokazać im produkt artystyczny Natalii LL z lat 70. gdzie na kolejnych fotografiach dziewczyna publicznie zjada banana.” Znając wielu działaczy PZPR średniego i niższego szczebla sądzę, ze zainteresowałoby ich gdzie te banany kupiła? Bardziej bezkrytyczni uznaliby te zdjęcia za dowód sukcesu polityki Edwarda Gierka a bardziej podejrzliwi za złośliwą krytykę niedoborów na rynku warzyw i owoców. Warto też dodać, że w 1979 pojawił się znany powszechnie „Bananowy song” grupy „Vox” w którym wyraził się chyba najlepiej stosunek PZPR do bananów. (Zajął on pierwsze miejsce na festiwalu w Sopocie w 1980 roku, oraz trzecie miejsce w Bratysławie w tymże roku).
Panu Jaworskiemu, jak sądzę
chodzi o pewną wizję świata, kultury i sztuki w której wszystko na penisie się zaczyna a waginie kończy
zawierając w środku tak zwany „gender”. Trudno jednak nie zauważyć, że ta mało ambitna wizja kojarzona ze współczesną Lewicą jest intelektualnie uboga i zdecydowanie przereklamowana, a rzutowanie jej na całą dotychczasową historię staje się świadectwem deficytu intelektualnego bardzo przypominającego politykę historyczną Prawa i Sprawiedliwości.
Takiej wizji świata dotyczyć się zdaje też rozumienie cenzury, z którą autor walczy w następnej sekwencji swoich wywodów. Podzielając przekonanie pana Jaworskiego o bezsensie, szkodliwości cenzury i konieczności jej zniesienia chciałbym jednak zauważyć, że cenzura w PRL-u dotyczyła kwestii politycznych o dosyć wąskim, niezależnie od bogactwa swoich przejawów, zakresie. To w PRL pod rządami oficieli PZPR w straszliwie niemodnych garniturach zaszła jedna z największych rewolucji kulturalnych w historii Polski jaką była wielka modernizacja języka kultury i sztuki dokonująca się w Polsce lat drugiej połowy lat pięćdziesiątych i następnego dziesięciolecia. Nowa architektura, design, nowy język sztuk plastycznych, literatury, muzyki poważnej i lekkiej, filmu itd. itp. Wszystko to rozwinęło w świecie rzekomo ograniczonych aparatczyków, stalinowskich psychiatrów i jakichś indywiduów mających nienawidzić seksu, których utajone kompleksy wyzwalać miało publiczne jedzenie banana.
Studiując mądrości pana Jaworskiego odnoszę nieodparte wrażenie, że dla rozwoju kultury zagrożeniem nie jest cenzura a bezmyślność. Jak pokazuje analizowany przykład ślepa wiara w autorytet A. Michnika prowadząca do bezrefleksyjnej recepcji prymitywnych hasełek propagandowych wykuwanych w plugawych czeluściach Mordoru przy ulicy Czerskiej może lepiej wyprać mózg niż lata ciężkiej pracy cenzorów. Po co cenzorzy? Wystarczą „politolodzy”? Pan Jaworski jak sądzę nie zrozumiał przytaczanej wypowiedzi swojego guru, którego żywiołem była i jest manipulacja informacją, w której tak prymitywne mechanizmy jak cenzura są zbędne i mogą budzić tylko politowanie.
Oczywiście na wyeksponowaniu słusznych obaw Adama Michnika dotyczących powrotu cenzury obraz PiSu w postpezetpeerowskich okopach się nie kończy. Kolejnym problemem jest rzekomo wspólne dążenie PZPR i PiS do zniszczenia Kościoła Katolickiego. Jak stwierdza pan Jaworski: „Kto rękoma Dep. IV MSW zwalczał kościół, tego wyjaśniać sobie nie musimy. Po co, zastanawiam się, były te wszystkie działania operacyjne wymierzone w kościół, nie lepiej gdyby komuniści powołali już wówczas partię Prawo i Sprawiedliwość?”. Może gdyby PZPR rzeczywiście chciało zwalczać Kościół należałoby powołać PiS. Rzecz polega jednak na tym, że
uznając od 1956 roku Kościół za zło nieuniknione i nieusuwalne
komuniści (cokolwiek miałoby to znaczyć) dążyli jedynie do politycznej neutralizacji Kościoła. Działania IV departamentu miały na cel powstrzymanie upolityczniania Kościoła w Polsce. Jak w pigułce ukazuje to najgłośniejsza sprawa w stosunkach jak to określano „państwo-kościół” jaką była tragiczna katastrofa z księdzem Jerzym Popiełuszką. Historia ta odsyła nas również do rzeczywistego upolityczniacza” Kościoła w Polsce czyli Adama Michnika. To od czasu jego osobliwej publikacji „Kościół, lewica, dialog” w 1977 zaczęła się walka w upolitycznienie Kościoła a jej najważniejszym momentem nie były, ani też nie są, rządy PiS. To rządy „demokratycznej opozycji” po 1989 uczyniły z Polski dzisiejszy Klechistan. Czy pan Jaworski nie słyszał o tym, że to niesławnej pamięci minister Henryk Samsonowicz wprowadził religię do szkół. To nie PiS rozkręcił działalność osławionej komisji majątkowej, to nie on wykreował wszystkich Sławojów Leszków Głódziów. (To nie Lech ani Jarosław Kaczyńscy golili z nimi gorzałę). To nie PiS wypracował tzw. „kompromis aborcyjny”. On tylko przyszedł na gotowe i przejął na swój rachunek efekty wielu lat niestrudzonego michniczenia kolejnych rządów III Rp..
Najbardziej szokujące jest to, że podający się za politologa pan Jaworski nie dostrzegł nawet tego, że po okresie animozji „demokratycznej opozycji” i Kościoła, razem z „powrotem Tuska” powraca poprzednia polityka. Okazuje się, czego dowodzą zgodnie Donald Tusk i guru Michnik, że Kościół trzeba odzyskać dla „demokratycznej Ojczyzny”. To co pan politolog wypisuje o kole ratunkowym, które Kościołowi Katolickiemu podobno rzuca Lewica w swoim Programie, nieskończenie przerasta najlepsze skecze kabaretowe ostatniego trzydziestolecia. Kościół ma tylu „ratowników” w szeregach tzw. „opozycji demokratycznej”, że Lewica nie ma szans nie tylko na jakiś sukces, ale nawet na to, żeby ją w tym gronie zauważono. Zamiast ratować Kościół Katolicki, czy go reformować, Lewica korzystając z komfortu jaki daje odsunięcie od władzy politycznej powinna się od niego trwale i konsekwentnie odczepić. Może nie jest to gwarancja sukcesu, ale zdystansowania się od neoliberałów pokroju guru Michnika, który nie potrafi sobie wyobrazić polskiej polityki poza kruchtą i manipulowaniem Kościołem na miarę swoich głupawych pomysłów.
W swojej wędrówce przez kolejne kręgi PZPRowsko – PiSowskiego piekła Pan Jaworski nie oszczędza niczego i nikogo (nie wyłączając nawet siebie). Chociaż akurat
w kwestii „propagandy sukcesu” okresu gierkowskiego a propagandą rządu Morawieckiego można dostrzec najwyraźniejsze podobieństwo
obu sposobów realizowania swoich celów w całej omawianej problematyce autor nie potrafi oddzielić technicznej od koncepcyjnej strony polityki. Problem polega bowiem na tym, że w propagandzie sukcesu nie ma w sobie nic swoiście komunistycznego. Przykłady podobnej aktywności można zaobserwować na wszystkich możliwych szerokościach geograficznych poza Antarktydą i we wszystkich możliwych ustrojach politycznych. Równie sensowne byłoby dowodzenie, że
pokrewieństwo totalitaryzmów radzieckiego i nazistowskiego polegało na tym, że i w ZSRR i Trzeciej Rzeszy produkowano samoloty.
Nawet w czymś tak bezsensownym jak teoria totalitaryzmu z reguły argumenty osiągają wyższy poziom.
Problem jak sądzę polega na tym, że w ostatnich dziesięcioleciach Lewica w ogóle zatraciła potencjał intelektualny i techniczny pozwalający w ogóle mówić o jakiejkolwiek propagandzie, walce ideologicznej, agitacji i temu podobnych aspektach działania. Lewica nie ma jak dotychczas nawet przyzwoitego ogólnodostępnego i oczywistego internetowego portalu z prawdziwego zdarzenia. Jak sądzę, księża nauczający o pożyciu seksualnym mają większe doświadczenia praktyczne niż aktywiści Lewicy wypowiadający się na temat propagandy.
Chciałbym natomiast zaznaczyć, że gorąco popieram przytoczone przez pana Jaworskiego postulaty programowe: „Lewica stwierdza w swym programie: ,,Koniec propagandy. Zlikwidujemy Instytut Pamięci Narodowej. Zadania naukowe zostaną przeniesione do PAN i Archiwum Państwowego, a funkcje śledcze przejmie prokuratura. Odpolitycznimy instytucje kultury. Zlikwidujemy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych i Polską Fundację Narodową”.” Sądzę jednak, że formułując ten ambitny program należało by zaznaczyć, czy Lewica zamierza zrealizować te cele jeszcze w tym stuleciu, czy już w następnym a dokładniej rzecz ujmując czy przed nadciągającą katastrofą ekologiczną czy już po wyginięciu ludzkości. Być może „opozycja demokratyczna”, jeżeli kiedykolwiek jeszcze dojdzie do władzy, może coś z tego barachła kiedyś zlikwiduje, ale jak sądzę na pewno nie dojdzie do tego w skutek realizacji obecnego Programu Lewicy.
Następne zagadnienie, a więc rzekomy strach PZPR przed Zachodem i psychologia oblężonej twierdzy, której ucieleśnieniem miało być PRL, jak sądzę omówione zostało już wcześniej. Natomiast warto podkreślić, że swoim michniczym radykalizmie pan Jaworski zrównuje nawet sankcje gospodarcze rujnujące PRL po wprowadzeniu stanu wojennego z oczekiwanymi sankcjami Unii Europejskiej wobec kaczystowskiej Polski. W Przypadku PRL sama możliwość tych sankcji była pochodną otwartej polityki gospodarczej i kulturalnej, która te sankcje mogła uczynić tak bardzo dotkliwymi. Natomiast co do oczekiwanych sankcji wobec kaczyzmu to trwająca już dziesięć lat zabawa z Viktorem Orbanem świadczy o tym, że mamy do czynienia z czymś zupełnie innym niż niegdysiejsze wykańczanie PRLu.
Na pewno jednak nie zobaczymy tego co pan Jaworski ogłasza w następnym podrozdziale swoich wywodów. Mianowicie powrotu do gospodarki neoliberalnej, którą to Lewica wpisała niestety w swój Program. Jak stwierdza pan Jaworski: „W sferze gospodarczej program i założenia Lewicy w niczym nie nawiązują do zbankrutowanej gospodarki planowej. Lewica wyznaje zasadę wolności gospodarowania przy zachowaniu sprawiedliwego podziału dóbr. W przypadku PiSu obserwujemy zdumiewające resentymenty ku gospodarce planowej. To uspołecznianie procesów produkcji, nazywane dla zmylenia repolonizacją, te plany pięcio i dziesięcioletnie Morawieckiego, to utrzymywanie sieci państwowych spółek, a nawet hoteli, jest czymś absurdalnym jak na gospodarkę rynkową, nieprzystającą do współczesności i nie daje się racjonalnie usprawiedliwić jak tylko fascynacją rządzącej prawicy socjalistycznymi metodami gospodarowania.”
Nie wiem na jakim świecie żyje pan Jaworski ale w roku 2021 mówienie o neoliberalnej gospodarce rynkowej jest już „stety, czy niestety” anachronizmem wołającym o pomstę do nieba. Wolnorynkowy neoliberalizm jest już dzisiaj pieśnią przeszłości nie tylko dlatego, że doprowadził do polaryzacji dochodów, która wyzwoliła ciągle wznoszącą się falę radykalnego prawicowego i lewicowego populizmu, ale dlatego, że radykalnie zmieniła się perspektywa postrzegania nadciągającej nieuchronnie katastrofy klimatycznej. Załamanie pod wpływem ujawnienia nowych danych naukowych neoliberalnej propagandy odwlekającej walkę ze zmianami klimatycznymi na Święty Nigdy stało się podstawowym faktem naszej teraźniejszości. Radykalne plany dotyczące gruntownych zmian gospodarczych realiów nie są polską aberracją ale globalną koniecznością. Kierunek wyznaczają tutaj nie jakieś „pięciolatki Morawieckiego” ale zjawiska takie jak Plan Timmermansa.
Plan Timmermansa „Fit for 55”, niezależnie od tego co z niego wyniknie, oznacza nie tylko powrót zbankrutowanego rzekomo planowania, ale również niezbędnego do jego ewentualnej realizacji gospodarczego zamordyzmu. Z perspektywy politologicznej kto kogo weźmie za mordę jest drugorzędne, ale to, że przemoc wraca na scenę polityczną i gospodarczą ze wszystkimi swoimi konsekwencjami staje się po prostu oczywiste. Czy Morawiecki wyroluje Timmermansa czy Timmermans Morawieckiego zobaczymy już niedługo, niestety z perspektywy bezsilnego obserwatora.
Nawet najbardziej zakute neoliberalne łby zamiast odlatywać z Elonem Muskiem na Marsa, czy z Jeffem Bezosem w kosmos, mogłyby z Bilem Gatesem poczytać „Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej?”.
Niestety jeżeli ktoś tutaj ujawnia wizję gospodarki księżycowej to nie jest to pan Morawiecki, który co warto podkreślić usiłuje modyfikować na bieżąco najbardziej oczywiste absurdy pisowskiej gospodarki, ale nie dostrzegająca tego Lewica.
Co do pisowskich kadr to, żeby nie przedłużać, należy stwierdzić, że nie brakuje im dyscypliny, chamstwa i determinacji na miarę czasów. I powinny one raczej na Lewicy budzić podziw niż pogardę.
Niewątpliwie najbardziej przerażające w całej tej politologicznej analizie jest zakończenie: „I tak PiS trwa w socjalistycznych okopach, nie zamierza ich opuścić, bo w przeciwieństwie do ludzi Lewicy, nie potrafi uczyć się i wyciągać wniosków z przeszłości, choć tak uwielbia się do niej odwoływać. Ale to dla nas dobrze, niech
PiS tkwi tam i nie wychyla głowy, niech pielęgnuje swe mentalne zacofanie, kultywuje swój strach przed nowoczesnym światem, postępem, otwartością i odmiennością.
Niech w tych głębokich okopach pozostanie, a Polska w sposób nieskrępowany pójdzie drogą postępu i nowoczesności, drogą Lewicy”.
Biorąc pod uwagę obserwacje i sondaże niestety, trudno nie zauważyć, że to nie PiS stanowi w Polsce jakiś tam tkwiący w zapomnianych okopach margines, ale jest dysponującym potężnym aparatem, ruchem politycznym rządzącym krajem i nadającym ton miejscowej polityce. Czymś sprawiającym wrażenie tkwiącego w jakiś zapomnianych okopach, gdzie diabeł coraz częściej mówi „Dobranoc”, jest natomiast Lewica. Jeżeli 8 procent elektoratu pójdzie „drogą Lewicy” pozostali mogą nawet tego nie zauważyć. Ciekawe tylko gdzie pójdą? Może być to jakiś „rezerwat” albo jakieś osady „lewicowych Amiszów”. Rozwiązaniem bardziej perspektywicznym byłaby natomiast emigracja na jakieś nieliczne obszary gdzie ludzkość może przetrwać globalną katastrofę klimatyczną ,a więc Irlandia albo lepiej Nowa Zelandia. Jak na razie, dodajmy, na tych obszarach program Lewicy spotyka się z większym zrozumieniem niż Polsce.
Żeby nie być posądzonym o małpią złośliwość względem politologii pana Jaworskiego chciałbym na zakończenie wyjaśnić dość oczywiste źródło wszystkich nonsensów, które zostały przez owego Autora wypowiedziane.
Wyjaśnienie, że idee te zostały wypracowane w plugawych czeluściach Mordoru na Czerskiej zawiera tylko część prawdy albowiem guru Michnik raczej nie grzeszy ani oryginalnością ani samodzielnością myślenia.
Źródło bredni o PiSie w opuszczonych okopach PZPR tkwi w znanej niegdyś książce Francisa Fukuyamy „Koniec historii”. Fukuyama stwierdza w niej, że neoliberalizm na wszystkich swoich poziomach rozwoju jest najwyższym i nieprzekraczalnym etapem rozwoju ludzkości i wszystko to co nie uznaje tej prawdy musi być powrotem przed neoliberalizm. Z tego punktu widzenia jest oczywiste, że jeżeli
Kaczyzm nie uznaje neoliberalnych „wartości” to musi być zakorzeniony w przeszłości i trzeba mu to udowodnić na przykład wymyślając mityczne „opuszczone okopy PZPR”,
w których ma rzekomo tkwić.
Trzeba jednak pamiętać, że ci którzy hołdują tej logice znajdują się w sytuacji przysłowiowej żaby, która nogę podstawia gdy konia kują.
Megalomania Adama Michnika wykracza poza lokalny grajdołek. Tryumf fukuyamizmu w „Gazecie Wyborczej” nie rozpoczął od pokazywania postpezetpeerowskiej Lewicy gdzie jest jej miejsce. Zaczął się on od osobistej wojny Adama Michnika z Władimirem Putinem. Uznanie Rządów Putina w Rosji za krótkotrwały anachronizm rozpoczęło trwający do dzisiaj ideologiczny obłęd. Dowodzenie, że Rosja Putina nie ma prawa istnieć i już za chwilę, za moment, upadnie, jest zasadniczym źródłem ideologicznego stuporu panującego na Czerskiej i w jej okolicach.
Niedopuszczanie do siebie prostej prawdy, że rządy Putina stały się sygnałem początku końca neoliberalnej utopii stało się fundamentem nowej odsłony „Dziejów głupoty w Polsce”. Pojawianie się coraz to nowych ruchów populistycznych i kolejnych dyktatur z maniackim uporem wpisywane jest w infantylny schemat Fukuyamy.
Zignorowane zostały nie tylko fakty ale również sygnały, alternatywnego myślenia. Genialna analiza Immanuela Wallersteina „Koniec świata jaki znany” nie zainteresowała w Polsce nawet psa z kulawą nogą, „To zmienia wszystko” Nami Klein niczego w Polsce nie zmieniło. „Świt robotów” Martina Forda nie rozświetlił ciemności kryjących polską ziemię. „Cztery przyszłości” Petera Frasego (recenzowane na łamach „Trybuny” przez autora niniejszych rozważań) też okazały się psim głosem nie idącym pod niebiosy „polskiej politologii”.
Wymienianie lekcji nie odrobionych przez polską Lewicę i „polską politologię” jest zbyt żenujące żeby je kontynuować i naprawdę jest znacznie bardziej żenujące, niż oglądanie wszystkich dziewcząt jedzących banany sfotografowanych przez wszelkie możliwe Natalie LL, mające poprowadzić nas ku świetlanej przyszłości.

Irytuj się z IPN

Pranie przez Instytut Pamięci Narodowej mózgów dzieci wynika z braku wiedzy policjantów historycznych, czy z cynizmu?

Dorobek IPN polega na wykazywaniu, że od 1945 do 1989 r w Polsce rządził totalitarny terror, abo nic się nie działo. Oraz to, że od zawsze Polska miała jednego wroga – Rosję. Nie licząc drobnego w sumie epizodu hitlerowskiego. I nie ma co pisać o lustracji, o wykopywaniu zwłok sprzed dziesięcioleci, wystawiania świadectw moralności byłym agentom SB, którzy stoją po stronie PiS. A nawet o tym, że prokuratorzy z IPN wciąż piszą akty oskarżające Goeringa, czy Himmlera. To wszystko jeszcze nic. Bo IPN to prawdziwe imperium od wydawania puzzli oraz gier planszowych. I to nawet z wersjami internetowymi.
Na coś takiego nie wpadli nawet propagandyści PRL. Nie robili gier o „zaplutych karłach”, nie kazali rzucać kostką ku chwale Armii Czerwonej. Ani dobierać kart, aby skutecznie sforsować Odrę, czy przełamać Wał Pomorski. Nic z tych rzeczy. „Za komuny” rządziła gra w Chińczyka, ze znaną wszystkim maksymą „Człowieku nie irytuj się”.
Nikt nie wie dlaczego IPN wybrał akurat taki sposób wtłaczania swojej narracji historycznej. Dla Instytutu widać nieważne, że „planszówki” dziś to nisza, dla wąskiej grupki fanów. Nieistotne jest też, że w większości wydawane przez nich gry są po prostu nudne. Niuansem jest i to, że ojcem większości gier jest etatowy IPN-owiec, magister teologii po KUL Karol Madaj, którego praca magisterska dotyczyła interpretacji liczby 153 w Ewangelii św. Jana.
O wiele ciekawiej jest spojrzeć na produkty, mieniące się edukacyjnymi, z punktu widzenia nauczyciela historii. I dojdzie się do wniosku, że wyłaniający się z IPN-owskich „planszówek” obraz powojennego 45 lecia, to kartki, bieda i głupota. Nawet jak robią grę o sporcie, to kończą na 1945 roku. Bo nie daj Bóg okazałoby się, że przedwojenne i dzisiejsze sukcesy lekko i ciężkoatletów, nie mogą się z czasami sukcesów Szewińskiej, Sidły, czy Kuleja równać?
Tak puzzle jak i gry IPN, w wielu przypadkach nie trafiają nawet do sklepów, ale bezpośrednio do szkół i – a co! – przedszkoli. Bo każdy młody Polak ma wiedzieć że myśmy są cacy, a Ruskie, czasem Niemcy, no i przede wszystkim komuniści, są źli.
Debiut IPN w roli wydawcy gier z 2009 r. nazywał się „Awans – Zostań marszałkiem Polski”. Jak się w to zagra, to zdobędzie się nader cenną historycznie wiedzę o tym, jakie stopnie wojskowe obowiązywały w Wojsku Polskim w 1939 roku. Fani „planszówek” znęcali się nad produktem, recenzując, że „proste zasady i szybkość rozgrywki czyniłyby z produkcji IPN świetną grę imprezową, gdyby nie fakt, że jest ona przeznaczona tylko dla dwóch osób”. No i na to, że po paru minutach rozgrywki się usypia.
Chwilę później IPN wydał jeszcze bardziej nasenną produkcję. „Pamięć ’39” się nazywała i dobijała graczy 24 archiwalnymi pokolorowanymi fotkami z kampanii wrześniowej. Bo zdaniem twórców, czarno-białe zdjęcie nic młodemu człowiekowi nie powie. A ponieważ całą rozgrywkę robi się w ciągu 10 minut, to choćby ośmiolatkowie na fotach mieli niewiadomo co, to i tak nie zrozumieliby o co chodzi. Oczywiście z wyjątkiem ruskiego sołdata.
Ponieważ rok 2010 nie był dla polskiego lotnictwa wojskowego najlepszy, IPN postanowił pokazać, że drzewiej bywało inaczej. No to rzuca się kostkami i lata nad Londynem. I jak się jest Luftwaffe to trzeba bombardować, a jak naszym, czy Anglikiem, to zestrzeliwać. I nie wiadomo co by się robiło, to zawsze Niemiec przegrywa. Skądinąd słusznie.
A jakby komuś było mało, to może sobie poukładać historycznie 100 elementowe puzzle. Też zresztą pod nazwą „303”.
Musiał minąć kolejny rok, aby doszło do tego, czym IPN będzie się mógł chwalić po wsze czasy. Wydano grę „Kolejka”. Taką, która sprzedała się w 100 tys egzemplarzy. A chodziło w niej o to, że jest komuna i trzeba pięcioosobową rodzinę wysłać na zakupy.
No i gracze ustawiają swoje pionki w kolejkach, nie wiedząc nawet do którego sklepu zostanie rzucony towar. A jak rzucą, to dostaną go tylko ci, co mają kartki z napisami „Matka z dzieckiem na ręku”, „Pan tu nie stał” czy „Towar spod lady”. Poza tym grozi im „Remanent”, „Pomyłka w dostawie” . No i spekulanci .
Nabywać zaś można buty „Relaks”, wodę toaletową „Przemysławka”, czy herbatę „Popularną”. A jak nie, to jest bazar.
Ponieważ gra chwyciła, IPN szybko wydał dodatek do niej o nazwie „Ogonek”. Teraz gracze wzbogacają się o karty Trybuny Ludu i 8 kart wódki. Dzięki czemu mogą dokonywać handlu wymiennego. A ponieważ do gry w „Ogonek” niezbędne było posiadanie „Kolejki”, to biznes IPN kwitł.
Po kolejnych 3 latach, do sklepów z grami trafiła „Reglamentacja”. Czyli też kolejki, kartki i kombinowanie. Tym razem w zestawie są kartki na 7 towarów, 6 drewnianych figurek, 5 drewnianych domków, a nawet drewniany bączek do odmierzania czasu gry. Fabuła też ciekawsza, bo taka choćby karta „zjazd rodzinny” sprawia, że symbole kieliszków oraz talerzy są punktowane podwójnie.
Ale przecież IPN nie chodzi o rozrywkę, ale o misję. „Gra, tak jak wszystkie wcześniejsze publikacje IPN, ma także zadania edukacyjne – przypomina o jednym z najbardziej wymownych symboli upadku peerelowskiej gospodarki. Do gry dołączone jest bogato ilustrowane opracowanie historyczne dr. Andrzeja Zawistowskiego, przybliżające dzieje reglamentacji kartkowej” – reklamują zatem swoją produkcję urzędnicy Instytutu.
Jest jednak coś , co powoduje, że gra „Reglamentacja”, to kłamstwo. Rozgrywka trwa bowiem 30 minut. A za PRL, półgodzinn stanie w ogonku nie było uważane za kolejkę.
W 2012 roku rusza ipeenowska seria gier. Jej wyróżnikiem jest „Znajznak”. Najpierw było „ZnajZnak – Historia Polski opowiedziana symbolami”, która 133 wzmiankowanymi symbolami miała opowiadać historię Polski od 1918 do 1989 roku. Gracz musiał jak najszybciej znaleźć wspólny symbol na dwóch leżących na stole kartach i podać jego nazwę. Jeżeli mu się udało, swoją kartę oddawał przeciwnikowi. Jeżeli jednak nie znał nazwy znaku, odwracał kartę, odczytywał definicję symbolu, a na stół wykładał nową kartę i gra toczyła się dalej. Wygrywa ten, kto pierwszy pozbędzie się wszystkich kart z ręki. Prawda, że pasjonujące?
W „ZnajZnak – Monte Cassino”, tak samo. I też 133 znaki na 63 kartach. Bo zdaniem IPN „W trakcie rozgrywki gracze uczą się rozpoznawać między innymi wybranych żołnierzy, oznaki jednostek biorących udział w bitwie, uzbrojenie oraz najważniejsze daty”. I to wszystko w ciągu 15 minut, bo tyle trwa gra.
Innowacyjnością wykazali się twórcy „ZnajZnak – Pamięć”, ale tylko dlatego, że kart jest ledwie 32. Ale już w „ZnajZnak – Sport” znów było ich 63. Co stanowi i tak zadziwiającą ilość, biorąc pod uwagę, że symbole dotyczą sukcesów polskiego sportu w latach 1918-45.
Kogo, poza politykami PiS, może zainteresować planszówka reklamowana jako pierwsza gra polsko-węgierska – „ZnajZnak — Felismered?”
Grę o tym, że na „wzajemną przyjaźń i wsparcie Polacy i Węgrzy mogli liczyć także w obliczu zagrożenia ze strony największych totalitaryzmów tamtych czasów – nazizmu i komunizmu”. Ale o ile poznański Czerwiec i węgierski październik’56 r. jeszcze daczą się jakoś połączyć, to co zrobić z sojusznikiem Hitlera admirałem Horthym? IPN staje jednak na wysokości zadania, w związku z czym sprawę Węgier po stronie państw Osi rozwiązuje kostka Rubika i autobus marki Ikarus.
Najnowsza produkcja z tego cyklu jest sprzed miesiąca i nosi tytuł „ZnajZnak – Kresy. Kolejny raz udowadnia, że dla IPN nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko jak poprzednio, ale… Do gry dołączona jest ilustrowana broszurka, „która łączy obecne w grze znaki w jedną opowieść rozpoczynającą się w średniowieczu a kończącą na związkach Kresów z „Solidarnością””.
Od października 2015 r. ZnajZnak można bezpłatnie pobrać na tablety i smartfony. Ale ponieważ nie jest to na razie obowiązkowe, to liczby pobrań – żeby nie pogrążać jej twórców – nie podamy.
Gra „111. Alarm dla Warszawy” to prawie „303”. Prawie, bo tytułowa liczba to numer eskadry myśliwskiej, która broniła Warszawy w 1939 roku. A ponieważ gracze mają do dyspozycji planszę wzorowaną na polskiej mapie sztabowej, żetony z samolotami, artylerią przeciwlotniczą i nawet żetony maskujące. A poza tym „kości strzału”, wskaźnik zużycia paliwa i znaczniki strzału, to polska eskadra może pokonać Luftwaffe. Co świadczy o tym, że według IPN, historia wcale nie musi mieć czegoś wspólnego z faktami.
Ale za to w grze „Polak Mały”, nikt z nikim nie walczy. Bo IPN, dzięki puzzlom i obrazkom, produkuje pełnowartościowego patriotę już w wieku przedszkolnym.
W roku 2016 IPN postanowił wykorzystać swoją własną serię komiksową o ciemiężonym przez najeźdźców Antku Srebrnym i zrobić z tego grę planszową. I zrobiono. Wsadzono do pakietu 2 komiksy o walce Srebrnego z Sowietami i dla równowagi, dwa gdzie strzela do Niemców. Dodano grę planszową, gdzie trzeba uciec z łagru, przepłynąć do Palestyny, a potem Włoch. Do tego dołożono dwustronne puzzle, naklejki na ubrania takie jak na mundurach wojska Andersa i replikę orzełka spod Tobruku i Monte Cassino. Wystawiono też cenę – 112 zł.
Jednak to dopiero poprzedni, jubileuszowy 2018 rok ujawnił, czym gry planszowe są dla IPN. A muszą być czymś nader istotnym, skoro wydał ich w ciągu 12 miesięcy aż 5. No i niedostępne w sklepie internetowym IPN 600-elementowe puzzle z portretem marszałka Józefa Piłsudskiego też wydał.
Sztandarową ubiegłoroczną produkcją jest gra „Niepodległa”. Bo jak się w niej przegra czy to na frontach I Wojny Światowej, czy podczas Konferencji Wersalskiej, albo w wojnie polsko-bolszewickiej, to Polski nie będzie.
Gdy w czasie korzystania z produktu IPN o nazwie „Twórcy Niepodległości” ktoś się pomyli, to dostanie jedynkę. Gra polega na tym, że odsłania się karty po dwie. Tak, żeby znaleźć parę postać–wydarzenie. I jak się znajdzie, to trzeba powiedzieć co łączyło gen. Tadeusza Rozwadowskiego z Bitwą Warszawską. „Pała” zaś grozi dlatego, że gra nie powędrowała do sklepów, tylko do szkół, żeby dzieci miały się na czym uczyć historii.
Tak samo jak „Polskie drogi do niepodległości 1914-1918”. Czyli planszówka – pomoc naukowa do szkół. I to taka, w której grają sześcioosobowe grupy, akurat w czasie jednej lekcji.
Za pieniądze można za to sobie pograć w trzymającą w napięciu grę „W obronie Lwowa”. Trzeba tak manewrować 7. Eskadrą Myśliwską, żeby wybić bolszewicką 1. Armię Konną, usiłującą najechać Lwów. Co jest proste gdy ma się do dyspozycji 10 żetonów bolszewickiej kawalerii, 3 żetony polskich samolotów, 1 kość strzału, 1 drewniany wskaźnik upływu czasu i 1 żeton sowieckiego komisarza. A jak się komuś wydaje, że zasady są takie same jak w grach „303” abo „111”, to oczywiście ma rację, bo po co IPN ma wydawać kasę, jak można splagować własne pomysły.
Zdziwi kogoś, że większa część gry „Miś Wojtek” toczy się w Związku Radzieckim? Bo się toczy. Wszak „we wrześniu 1939 r., kiedy Polskę zaatakowały Niemcy i Związek Sowiecki. Z ziem okupowanych przez ZSRS tysiące polskich rodzin wywieziono wówczas pociągami w głąb Rosji”. I trzeba było stamtąd wyjść z Andersem. I misiem Wojtkiem.
Dlatego instrukcja gry mówi:
„Przygotujcie świeże owoce dla misiów. Możecie się poczęstować.
1.Rozłóżcie na stole planszę do gry tak, by wszyscy gracze mieli do niej łatwy dostęp.
2.Połóżcie na wyznaczonym miejscu planszy stos 6 kart miast.
3.Przetasujcie talię kart misia. Wylosujcie z niej 7 kart i rozłóżcie je odkryte (awersem do góry) na planszy, na siedmiu kolorowych polach.
4.Stos z pozostałymi kartami misia połóżcie zakryty (rewersem do góry) na wyznaczonym miejscu.
5.Przetasujcie talię kart podróżowania i rozdajcie każdemu z graczy po 5 kart.
6.Stos z pozostałymi kartami podróżowania połóżcie zakryty (rewersem do góry) na wyznaczonym miejscu obok pola Polska.
7.Zbudźcie misie. Każdy gracz wybiera sobie misia w ulubionym kolorze i ustawia go na polu Polska.
8.Misie, które nie znalazły opiekunów, idą spać do pudełka.
9.Rozpoczyna gracz, który niedawno tulił misia”.
Każdą grę IPN opatruje stwierdzeniem, że jak się zaczyna grać, to nic nie trzeba wiedzieć.
Czyli dokładnie tak jak wtedy, gdy się jakąś „planszówkę” w IPN zaczyna wymyślać.

Na Dżerbie po polsku

– Na francuskiego namiestnika Tunezji okupanci z Paryża wyznaczyli młodego adwokata z zamożnej tunezyjskiej rodziny. Absolwenta francuskiej uczelni, żonatego z Francuską. Burgiba dużo mówił o niepodległości. Został prezydentem, ale naród tunezyjski nie akceptował go. Kreował się na bojownika o niepodległość, ale w jego życiorysie brakuje realnej konfrontacji z władzą francuską. Posiedział kilka miesięcy w więzieniu i potem hop! Oto 20 marca 1956 roku przybył do Tunezji. Na statku francuskim z Marsylii. Jako bohater, wyzwoliciel kraju. To śmieszne jest i smutne – z Houssinem Ben Doukhanem, absolwentem Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, starym tunezyjskim znajomym, rozmawia Piotr Gadzinowski.

Kiedy pierwszy raz przyjechałeś do Polski?
W połowie października 1976, pociągiem z czeskiej Pragi. Najpierw trafiłem do Łodzi, gdzie do czerwca 1977 uczyłem się w studium języka polskiego. Byłem w grupie z dwoma północnymi Koreańczykami, dwoma Palestyńczykami i Azerbejdżaninem. Wszyscy oni uczyli się już dwa tygodnie. Wydawało się, że dobrze mówią po polsku. A ja nic. Chciałem nawet wracać do domu, ale nasza nauczycielka uśmiechała się do mnie i powtarzała: „Poczekaj trochę, będziesz najlepszy”.
I faktycznie po miesiącu już byłem.
Polskiego uczyłem się cały czas. W zajęciach w studium i po lekcjach. Zwłaszcza z polskimi dziewczynami. Napisałem sobie na karteczce „Kocham Cię”. I tak podrywałem dziewczyny w Łodzi.
W studium zostałem też działaczem studenckim. Byłem marksistą, ale polski socjalizm nie podobał mi się.
Dlaczego?
Miałem 22 lata i byłem radykalnym marksistą. Z byłej francuskiej kolonii. Przyjechałem do socjalistycznego państwa i zobaczyłem burżuazję, podobną do naszej. W rządzie i w PZPR.
Denerwował mnie brak rzeczywistego poparcia dla ruchów ludowych w takich krajach jak mój. Zauważyłem, że Polska, podobnie jak inne europejskie kraje socjalistyczne, przede wszystkim dba o poprawne stosunki ekonomiczne i polityczne z państwami rządzonymi przez burżuazję.
W Tunezji uważaliśmy Polskę za kraj popierający antykolonialne rewolucje. W Polsce zauważyłem obojętność wobec cierpień narodów uciskanych w Afryce i w Azji. Nie podobał mi się też w Polsce brak poparcia dla Palestyńczyków, dla stworzenia ich państwa. Widziałem poparcie wieku Polaków dla Izraela, dla okupacji ziem palestyńskich.
Zapewne wielu Izraelczyków zdziwiłoby się słysząc o powszechnej miłości Polaków do Izraela. Ale pamiętam jak strasznie byłeś czuły na objawy każdego poparcia dla Izraela. Czasem, żeby cię zdenerwować, pobudzić do sporów w naszych dyskusjach stawaliśmy się adwokatami izraelskiego państwa. Ale przypomnij jak to się stało, że trafiłeś właśnie do Polski.
Przypadkowo. Przed przyjazdem wiedziałem, że Polska to kraj socjalistyczny, należy do Paktu Warszawskiego. Warszawa to jej stolica. I niewiele więcej.
Pochodzę z bardzo biednej rodziny. Mój ojciec nigdy nie chodził do szkoły. Był robotnikiem rolnym. Pracował za dniówkę u wiejskich bogaczy.
Byliśmy trzypokoleniową rodziną. Dziadek, mama, tata i ośmioro dzieci. Dwie dziewczyny, sześciu chłopaków. Mieszkaliśmy w drewnianym, jednoizbowym domku. Wszyscy spaliśmy na ziemi, łóżek nie było. Nie mieliśmy też elektryczności ani bieżącej wody.
Ale uczyliśmy się i jednocześnie pracowaliśmy. Zacząłem jako pomocniki na budowie, kiedy miałem 11 lat. Dostawałem pół dinara za dniówkę. Starczało na zeszyty. W szkole byłem bardzo dobrym uczniem.
Chciałem studiować medycynę, ale ojciec namówił mnie na liceum o kierunku nauczycielskim. Bo tam był bezpłatny internat i zaraz po jego ukończeniu mogłeś pójść do pracy. Wtedy brakowało nauczycieli w obowiązkowych dla wszystkich szkołach podstawowych. Nauczycielem zostałem w 1973 roku, podobnie jak wcześniej mój brat.
To był dla mnie niesłychany awans życiowy. Miałem 57 dinarów miesięcznej pensji. Wspólnie z bratem kupiliśmy kawałek ziemi w mieście Bengarden i zaczęliśmy budować dom dla całej rodziny. Już murowany.
Niestety dziadek nie doczekał domu, ani czasów kiedy jego wnuki pracują na państwowych posadach. Mają stałe, gwarantowane pensje. Taki „gwóźdź w murze”, jak się u nas mówi.
Na rządowej posadzie przepracowałem tylko dwa lata. Od piętnastego roku życia byłem buntownikiem. Miałem antyrządowe poglądy. Działałem w dyskusyjnym klubie filmowym. Pokazywaliśmy filmy i potem długo dyskutowaliśmy. O filmach i o wszystkim. Zauważyłem, że wolę dyskutować ze starszymi, niż uczyć dzieci podstawowej, podręcznikowej wiedzy.
Jakie filmy pokazywaliście, które wtedy budziły największe emocje?
Sam je wybierałem. Miałem listę dostępnych filmów. Francuskich, rosyjskich, latynoamerykańskich. Nie kierowałem się względami artystycznymi, film miał być jedynie pretekstem do dyskusji. O sytuacji ekonomicznej i politycznej naszego kraju.
Klub szybko stał się popularny, tajna policja zawsze była obecna podczas dyskusji. Czasem wzywano nas na posterunek policji na przesłuchanie.
Byłem wtedy nauczycielem. Wyprowadziłem się z domu, mieszkałem kolegami w innym mieście, z dala od szkoły. Miałem stary rower, którym dojeżdżałem do pracy. Zarabiałem 57 dinarów. Za 15 dinarów mieszkałem, 25 dinarów wysyłałem rodzinie, a za resztę żyłem.
Dlaczego zdecydowałeś się wyjechać z kraju?
Skończyłem 21 lat i wyrobiłem sobie paszport. Chciałem wyjechać. Ojciec był przeciwny temu, ale już nie mógł mnie zatrzymać. Wziąłem ostatnią pensję i pojechałem do sąsiedniej Libii. Popracowałem dwa miesiące w mleczarni i we wrześniu 1975 roku ruszyłem do Egiptu. W Kairze byłem 10 dni. Tam po raz pierwszy piłem alkohol. Piwo i whisky.
Stamtąd poleciałem samolotem do Syrii. Z Damaszku autobusem do Iraku. W Bagdadzie chciałem się zapisać na uniwersytet. Czekałem, czekałem. Przez 3 miesięcy. Byłem już bez grosza. W końcu wyrzucili mnie, bo miałem zbyt lewicowe poglądy. Ale nie byłem już sam. Trzymaliśmy się w grupie, trzydziestu Tunezyjczyków. Razem wróciliśmy do Syrii. Tam zapisałem się na studia, na filozofię. Ale w czerwcu, krótko przed egzaminami, znów wyrzucono mnie.
Czemu wyrzucili cię z obu tych państw? Oba przecież budowały wtedy „socjalizm arabski”. Bliski chyba twoim ówczesnym poglądom? Poza tym pamiętam cię jako człowieka spokojnego, uprzejmego, i zawsze chętnego do współpracy.
Z Iraku wyrzucili mnie za krytykę partii Bass i moich rodaków, którzy do niej należeli. W Syrii było podobnie. Tam też rządziła partia Bass, ale wtedy te dwie, kiedyś siostrzane partie, miały już wrogie relacje. Kiedy byłem w Syrii, wybuchła wojna w Libanie skierowana przeciwko Palestyńczykom mieszkającym tam w obozach dla uchodźców. Popierałem Front Wyzwolenia Palestyny, chciałem jechać do Libanu i walczyć tam po stronie palestyńskiej. Mówiłem głośno o tym i pewnie dlatego, zamiast dopuścić mnie do egzaminów, kazano mi wyjechać z Syrii.
Skąd pomysł by jechać do Europy i skąd pieniądze na podróż?
Koledzy z Palestyny zebrali dla mnie pieniądze i poradzili bym pojechał do Czechosłowacji. Bo tam była siedziba Międzynarodowego Związku Studenckiego, który dysponował stypendiami w krajach socjalistycznych. Przez Turcję, Bułgarię, Rumunię dotarłem do Pragi. Znowu czekałem na decyzję, znowu nie miałem za co żyć. Studenci zagraniczni pozwolili mi spać w ich akademiku. Chodziłem na stołówkę politechniki praskiej, tam mogłem bezpłatnie jeść zupy. Bardzo smaczne, pamiętam do dzisiaj. Wreszcie, po trzech miesiącach dostałem bilet kolejowy do Łodzi i zgodę na studia w Polsce.
Pamiętam siedzibę MZS w Pradze. Była na ulicy Paryskiej. Luksusowy wtedy wieżowiec. Siedziba działaczy studenckich z całego świata. Przyszłych dyplomatów i polityków. I pracowników służb wywiadowczych też. Miałeś kontakty z politykami lub służbami wywiadu?
Byłem inny, niestety. Nie miałem kontaktów z politykami ani z wywiadami. Tam i w Polsce też. Trochę było mi smutno kiedy moi koledzy z Afryki po studiach w Polsce robili kariery. Wracali do krajów ojczystych, zostawali dyrektorami, nawet ministrami. Na mnie nikt nie czekał, nie składał ofert pracy. Może dlatego, że studiowałem budzące podejrzenia dziennikarstwo na uniwersytecie, a nie na Akademii Wychowania Fizycznego,jak reszta Tunezyjczyków korzystających z rządowych stypendiów. Może dlatego, że pochodzę z biednej rodziny, mieszkałem na biednym południu kraju, a nie w bogatej stolicy. Może dlatego, że byłem utopistą i krytykiem tunezyjskich rządów.
Pamiętam, że wtedy byłeś bardzo krytyczny wobec rządów Habiba Burgiby. Nie utrzymywałeś też kontaktów z ambasadą swego kraju, jak wielu innych, zagranicznych studentów. Te ciągłe krytyki rządów prezydenta Burgiby dziwiły naszych kolegów, zwłaszcza koleżanki. Przecież to Burgiba wprowadził powszechną bezpłatną oświatę, dbał o prawa kobiet, unowocześnił Tunezję. Jak go teraz oceniasz?
Tunezja była okupowana przez prawie 80 lat przez Francję. Okradali nasz kraj. Wywozili wszystko co miało jakąkolwiek wartość. Stal, fosfaty, marmury, daktyle i oliwę. Aby łatwiej było im kraść budowali linie kolejowe i porty. Wprowadzili swój język, narzucali nam swoją kulturę, zwalczali naszą religię. Kiedy po II wojnie światowej powstała ONZ, kiedy zaczęto mówić o wolności i niepodległości dla skolonizowanych narodów, to Francja i Wielka Brytania zaczęły szukać sposobów jak dalej korzystać ze swych kolonii, ale bez wojska, bez siły militarnej.
I tak Francuzi znaleźli w Senegalu Leopolda Sedar Senghora. Człowieka o czarnej karnacji, ale kulturowo Francuza. Na francuskiego namiestnika Tunezji wyznaczyli młodego adwokata z zamożnej tunezyjskiej rodziny. Absolwenta francuskiej uczelni, żonatego z Francuską. Burgiba dużo mówił o niepodległości. Został prezydentem, ale naród tunezyjski nie akceptował go. Kreował się na bojownika o niepodległość, ale w jego życiorysie brakuje realnej konfrontacji z władzą francuską. Posiedział kilka miesięcy w więzieniu i potem hop! Oto 20 marca 1956 roku przybył do Tunezji. Na statku francuskim z Marsylii. Jako bohater, wyzwoliciel kraju. To śmieszne jest i smutne.
20 marzec 1956 rok nie jest dniem odzyskania naszej niepodległości, bo wojsko francuskie był w Tunezji do 1963 roku. Nikt nie widział też aktu uzyskania niepodległości podpisanego przez Tunezję i Francję.
Jesteśmy formalnie niepodlegli, ale nasze surowce naturalne dalej są rabowane przez Francuzów. Dalej urzędowym językiem jest francuski a nie nasz narodowy arabski.
Wspomniałeś o powszechnej szkole wprowadzonej za jego rządów. Te szkoły, ich nauczanie były po to aby umocnić władzę Burguiby i interesy francuskie. Burgiba był dozorcą francuskich interesów przez prawie 30 lat niestety. Zdrajcą i dyktatorem.
Podczas mojego pobytu w Tunezji spotkałem wielu ludzi, którzy uważają prezydenta Burgibę za ojca niepodległości i reformatora. Ale wróćmy do ciebie. Od jesieni 1977 roku studiowałeś na prestiżowym Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Mieszkaliśmy w akademiku przy ulicy Żwirki i Wigury. Jak ci się wtedy żyło?
Miałem polskie stypendium, pamiętam 1600 złotych. A podczas letnich wakacji jeździłem do Paryża. Pracowałem tam w restauracjach, albo na budowach. Zarobione franki wymieniałem po czarnorynkowym kursie. Dzięki temu na studia i życie starczało mi.
Co cię najbardziej w Polsce zaskoczyło, zdziwiło?
Najbardziej dziwiło mnie, że studenci polscy zupełnie nie śpieszyli się żeby studia skończyć. Traktowali studia jako czas dobrej zabawy, czasy przyjemnego życia.
Co w Polsce ci najbardziej wtedy smakowało?
Setka w „ludowym” barze, do tego „na zagrychę” jajko z majonezem, i szyneczka. Tego u siebie nie miałem.
Wszystkie potrawy mi w Polsce smakowały, oprócz kaszanki. Nie lubiłem też zup owocowych. Za to lubiłem bardzo barszcz czerwony, pierogi, nawet kapustę kiszoną polubiłem.
A co lubiłeś robić w wolnych chwilach?
Siedzieć w kawiarniach i czytać gazety. Bardzo ciekawe były, choć wy stale narzekaliście, że nie piszą o wszystkim. I nie ma co czytać.
Co cię najbardziej w Polsce denerwowało?
Reakcje Polaków, ich zazdrość, kiedy szedłem po ulicy z ładną dziewczyną.
Czy myślałeś o pozostaniu w Polsce? Miałeś wielu znajomych w akademiku. Byłeś lubiany, zwłaszcza przez dziewczęta.
Jak wszyscy młodzi, zagraniczni studenci mieliśmy w Polsce liczne koleżanki. Nie ukrywam, że budziłem w Polsce zainteresowanie. Cudzoziemiec, egzotyczna karnacja, ale dobrze mówi po polsku. Nie byłem bogaty, ale zawsze potrafiłem rozweselić przyjaciół i znajomych. Przed ukończeniem studiów zakochałem się w koleżance z akademika. Studia skończyłem w 1981 roku i musiałem opuścić Polskę. Miesiąc po powrocie do kraju poczułem, że nie mogę żyć daleko od niej. Przyjechałem do Polski znowu. Potem był ślub. Zaraz po weselu pojechałem pracować do Libii jako tłumacz w polskiej firmie Dromex. Pracowałem w Libii przez cztery lata. Dobrze zarabiałem, ale w Polsce bywałem rzadko. Nie rozumiałem, że przez takie życie mogę wszystko stracić. W 1985 roku skończyłem pracę w Libii. Przyjechałem do Warszawy, ale moje małżeństwo rozpadło się.
Wróciłem do Tunezji. Zacząłem nowe życie. Ożeniłem się, mam tu trójkę dzieci. Zamieszkałem na wyspie Dżerbie.
Wróciłem do pracy w szkolnictwie. Zostałem nauczycielem języka francuskiego w liceum. Teraz jestem już na emeryturze. Nauczycielskiej, czyli niewielkiej.
Utrzymywałeś wtedy kontakty z Polską?
Nie miałem wielu. W Tunisie jest towarzystwo przyjaźni polsko – tunezyjskiej. Napisałem do nich, nie dostałem odpowiedzi. Z innymi polskimi i propolskimi instytucjami też kontaktów nie mam. Wszystkie są w stolicy, a ja mieszkam na prowincji. Do Tunisu mam tak daleko jak z Świnoujścia do Warszawy.
Jeszcze w latach osiemdziesiątych miałem kartę uprawniającą do stałego pobytu W Polsce. Ale potem w polskiej ambasadzie w Tunisie odebrano mi ją, obiecano nową, ale nie dostałem jej. Zawsze byłem wdzięczy Polsce, że mogłem skończyć tam studia. Mój kraj mi tego nie dał. Ale czasem czułem się przez Polskę zapomniany, nie wykorzystany.
Kilka lat temu znowu usłyszałem polską mowę. Dżerbę, gdzie mieszkam, zaczęli odwiedzać polscy turyści. Zacząłem z nimi rozmawiać, choć nie używałem polskiego przez ponad 20 lat, i tak odnowiłem kontakty z Polską. W czasie sezonu turystycznego jestem przewodnikiem wycieczek organizowanych przez polskie biuro turystyczne ITAKA.
Wielu Polaków zaskakuje moja dobra znajomość języka polskiego. Polskich zwyczajów, życia po polsku. Kiedy opowiadam im polskie kawały.
Czasem żałuję, że wcześniej nie zatrudniłem się w jakiejś polskiej firmie lub współpracującej z Polską. Ale nadal czuję się młodo i chętnie bym popracował jako swatka tunezyjsko-polska.
Tęsknię za Polską. Nie byłem tam od 30 lat. Wiem, że Polska bardzo zmieniła się od tego czasu. Słyszałem, że moje koleżanki i koledzy ze studiów zrobili kariery. Niektórzy zostali ważnymi ludźmi w Polsce.
Chętnie bym ich znowu zobaczył. Na pewno, tak jak to Polacy, dalej są tacy fajni i gościnni.
Zbliża się sezon turystyczny. Zapraszam do Tunezji, zwłaszcza na Dżerbę. Przyjeżdżajcie do nas tłumnie. Piękne zabytki, piękne plaże, bardzo dobre jedzenie. Specjalnie dla Polaków mamy dobre wino, no i nasz regionalny produkt nazywający się „Bucha”.
Radość po nim bucha, często aż do rana.

Strzały na Placu Św. Piotra

Wśród wielu dat tragicznych wydarzeń o znacznych reperkusjach krajowych i międzynarodowych zbliża się w maju dwudziesta rocznica zamachu na Jana Pawła II, wówczas absolutnego władcy jednego z najmniejszych, acz o wielkich wpływach w skali światowej, państw – Watykanu.

W pojęciu „Watykan“ zawarte są dwa znaczenia. „Stolica Święta“ symbolizuje jego wymiar duchowy, religijny, „sacrum“. „Miasto – Państwo Watykan“ – wymiar świecki „profanum“ obarczony błędami, konfliktami i powszednim złem w końcu, jak każde inne państwo na tej Ziemi. Tą właśnie sferą „profanum“ zainteresowane były zawsze, są i będą wywiady wszystkich krajów. Bowiem, dzięki swej globalnej obecności, instytucje watykańskie dysponują przeogromną ilością informacji politycznych, socjalnych, ekonomicznych a nawet militarnych ze wszystkich zakątków globu. Trudno się więc dziwić, że każda szanująca się służba specjalna stara się tam uplasować swoją agenturę (jak to jest aktualnie w przypadku Polski, trudno powiedzieć, biorąc pod uwagę stopień klerykalizacji naszego życia publicznego).
W 1978 roku, 16 października, w chwili wyboru kardynała krakowskiego na papieża, już od trzech lat przebywałem we Włoszech. Będąc wtedy młodym oficerem polskiego wywiadu nielegalnego (XIV Wydział I Departamentu MSW), wcieliłem się w rolę kleryka – jezuity, co przyszło mi tym łatwiej, że dysponowałem listami polecającymi Wojtyły do bp. Rubina i Wesołego, zajmujących się emigracją polska w Italii. Znałem kard.Wojtyłę z czasów studenckich w Krakowie. Byłem wówczas działaczem Związku Młodzieży Socjalistycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim i wątpiącym agnostykiem. Kardynała zawsze interesował ten typ ludzi co, oprócz innych okoliczności, zaowocowało właśnie wspomnianymi listami.
Wywiad skierował mnie do środowiska zakonnego w Rzymie z zadaniem przeniknięcia do NATO, w związku z powiązaniami instytucjonalnymi i personalnymi jezuitów ze strukturami tego sojuszu wojskowego na terenie Włoch. Jezuici pełnią tam często rolę kapelanów wśród włoskich karabinierów i w strukturach wywiadowczych.
Fakt wyboru Polaka na papieża zmienił zakres moich działań – miałem, nie porzucając pierwotnego kierunku, zająć sie polityką zagraniczną Watykanu i starać się czuwać nad zagwarantowaniem maksymalnego bezpieczeństwa nowej głowie państwa watykańskiego.
Ktoś mógłby sceptycznie stwierdzić: akurat, mamy wierzyć, że władzom PRL tak zależało na papieskiej nietykalności! Otóż zależało i to bardzo. Wobec narastającego napięcia społeczno-politycznego wewnątrz kraju i konsolidacji opozycji, szczególnie po pierwszej wizycie Jana Pawla II w ojczyźnie w okresie 2 – 10 czerwca 1979, w której towarzyszyłem mu jako sprawozdawca Radia Watykan władze Polski (Edward Gierek, Stanisław Kania i inni) obawiały się, że w przypadku jakiegokolwiek zdarzenia , godzącego w bezpieczeństwo papieskie, staną się jednymi z głównych podejrzanych. To z kolei mogło spowodować wybuch masowych zamieszek, trudnych, lub wręcz niemożliwych do opanowania własnymi siłami i katastrofalną destabilizację obozu rządzącego. Uwzględniając ówczesną sytuację międzynarodową, obawy wschodniego sąsiada co do rozwoju wydarzeń w Polsce w obliczu jej chwiejnej sytuacji wewnętrznej, także ekonomicznej, co radykalizowało społeczeństwo, .łatwo zrozumieć tę postawę sprawujących władzę wobec papieża. Jego zdrowie i życie było dla nich rzeczywiści priorytetem. Stąd wypływały, w pełni logicznie, rozkazy które otrzymałem.
W tym kontekście nie można zapominać, że już wówczas działały liczne organizacje terrorystyczne , od włoskich Czerwonych Brygad po islamistyczne Szare Wilki w Turcji, biorące często na cel ludzi związanych z Kościołem katolickim.
Warszawska Centrala poleciła mi też, abym wszelkie dane dotyczące zagrożeń i luk w ochronie Jana Pawła II przekazywał bezpośrednio osobom odpowiedzialnym za jego bezpieczeństwo w Watykanie. Miało to umożliwić szybkie działanie zabezpieczające chronionej osoby.
Widywałem się wtedy często z Janem Pawłem II w ramach swych obowiązków jako pracownik Radia Watykańskiego, biorąc udział w audiencjach, byłem zapraszany na słynne śniadania papieskie z udziałem wybranych gości.
Dawało to okazje do zobserwowania skandalicznych zaniedbań w ochronie papieża. Poczynając od prymitywnych, prostych do usunięcia blokad wind prowadzących do jego apartamentów, szczątkową straż strzegącą dojść do tych wind, zbyt rozproszoną i odległą od papamobile ekipę ochroniarzy podczas audiencji środowych, ich nieobecność w bezpośredniej bliskości papieża w tym pojeździe itd.
Tylko jak plon tych obserwacji przekazać, bez budzenia podejrzeń, że ten kleryk jezucki zbyt dobrze porusza się w materii służb specjalnych, komuś odpowiedzialnemu za sprawy asekuracji papieża?
W końcu znalazłem prosty, „niewinny“ sposób. Ponieważ, studiując na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim filozofię, pracowałem równolegle w wtykańskim radiu, mogłem jeść posiłki w refektarzu, gdzie spożywali je inni radiowcy a także często – dyrektor rozgłośni Roberto Tucci, później kardynał Mediolanu a wtedy osoba , której powierzono misję zabezpieczenia pielgrzymek papieża.
Podczas obiadów siadałem więc możliwie blisko Tucciego i głośno komentowałem, w zaaranżowanych rozmowach z sąsiadami przy stole, swe spostrzeżenia na temat luk w zabezpieczeniach głowy Miasta-Państwa. Zauważyłem, że dyrektor bardzo uważnie przysłuchuje się moim wypowiedziom.
A że je docenił, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, dowodzi fakt, że po pewnym czasie niespodziewanie zaprosił mnie do swego gabinetu i wręczył mi nagrodę finansową, podkreślając, że dobrze wykonuję swe obowiązki wobec Pontifeksa, jak przystało na jezuitę.
Nie omieszkałem się też pochwalić przed Centralą efektami mych starań, o czym świadczyło wzmocnienie komisariatu włoskiej policji bezpieczeństwa przy Watykanie o siedemnastu funkcjonariuszy, których część stanowili antyterroryści z DIGOS ( vide – złączona kopia notatki informacyjnej z 15 kwietnia 1980 roku).
Póżniej zakon skierował mnie na dalsze studia do Paryża, dokąd przybyłem 1 listopada 1980 roku. I tam własnie, w Centre Sevres, gdzie mieszkali studenci teologii, dotarła do mnie wieść o zamachu.
Po wykładach wróciłem do domu zakonnego. Był normalny 13 maja 1981 roku, przygotowywałem się do sesji egzaminacyjnej. Dla relaksu poszedłem do sali telewizyjnej. Było tam kilku kolegów – jezuitów. Wydawało się, że dziwnie na mnie patrzą. Zaczęły sie popołudniowe wiadomości francuskiej TV 1. Już w pierwszych kadrach – migawki z Placu św.Piotra. Zwijający się z bólu papież, wyciągnięta z tłumu ręka z czymś przypominającym pistolet…Zrozumiałem czemu koledzy dziwnie na mnie patrzyli – usłyszeli o sprawie wcześniej niż ja. W większości byli to Francuzi, był też Niemiec- Fritz Schweiger, Czech – Petr Kolarz ale jedynym Polakiem byłem ja.
Spełniły się najgorsze obawy. Nie wiadomo jeszcze było, czy ofiara zamachu przeżyje.
Była to też w pewnym sensie moja osobista porażka – ostrzeżenia nie na wiele się zdały. Póżniej były liczne dziennikarskie dywagacje w TV – kto za tym stał? Najróżniejsze. Czy terroryści islamistyczni, czy mafiozi, zirytowani stratami przy okazji afery współdziałającego z Watykanem Banku Ambrozjańskiego , czy ktoś z bloku wschodniego … Ale to już zupełnie inna sprawa.
Wtedy, w pierwszym odruchu, jak przystało na agnostyka, poszedłem do domowej kaplicy i skupiłem najlepsze myśli na rannym w tym wstrząsającym zamachu.
I to by było na tyle, w ramach refleksji przy wielkanocnej, pandemicznej biesiadzie na temat ulotności ludzkiego istnienia, daremności rozmaitych działań ale i potrzeby codziennej nadziei i mimo wszystko- radości, nadającej sens naszemu życiu.
Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz… tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Ani kropli krwi wiecej…

Jeśli o tajnej operacji wiedzą dwie osoby to jest przynajmniej o jedną osobę za dużo.
(Stara, ironiczna maksyma wywiadowcza)

W Polsce stanu wojennego w 1983 roku narastały niepokojące procesy, których wagi nie można było lekceważyć. Już w lutym 1982 roku w warszawskim tramwaju, przy próbie rozbrojenia przez członka „Związku zbrojnego z Grójca“, któremu duchowo przewodził ks. Zych, został śmierelnie postrzelony starszy sierżant Milicji Obywatelskiej – Zdzisław Karos i ranny jeden z pasażerów. Zabity miał 32 lata, żonaty, dwoje dzieci. Zrabowana broń, dowód zabójstwa, ukrył w swojej parafii wspomniany kapłan.
Na przełomie maja i czerwca 1982 roku Kornel Morawiecki, działacz podzięmnej „Solidarności“ powołał do życia Solidarność Walczącą, której manifest programowy, odrzucał ugodę z urzędującymi władzami i reformę systemu, deklarował natomiast walkę podjazdową „na wszystkich poziomach i różnymi metodami“. Te sformułowania, będące implicite wezwaniem do przemocy, kosztowały Kornela Morawieckiego brak wsparcia Amnesty International po jego aresztowaniu w 1987 roku. Organizacja ta nie wciągnęła go na listę więźniów sumienia, stwierdzając, że musi wyjaśnić czy nie był związany z terroryzmem.
(Tytułem dygresji dodać należy, że z wiekiem założyciel Solidarności Walczącej wykazywał rozsądek i znaczny pragmatyzm polityczny jak choćby mówiąc w wywiadzie dla rosyjskiej agencji RIA, że „Polska postępuje źle, angażując się w jałowe spory z Rosją“, czy w wywiadzie, cytowanym przez Newsweek z 30 lipca 2018 roku „Rosja nie prowadzi agresywnej polityki“ albo w Wyborczej.pl, 7 sierpnia 2018 „W Polsce większość mediów nastawia społeczeństwo przeciw Rosji. Czy to jest dobre? Nie, to powinno się zmienić“.)
W 1983 roku jednak groźny cień wschodniego sąsiada gęstniał nad Polską. Krew przelana w dniach wprowadzania stanu wojennego w 1981 roku była już dostateczną, tragiczną daniną na rzecz rozwiązania polskich problemów polskimi rękoma, bez „sojuszniczej pomocy“ i biorąc pod uwagę skalę operacji, mogła być znacznie większa.
Tymczasem pojawiały się coraz liczniejsze symptomy nadchodzącej fali potencjalnych aktów przemocy ze strony podziemia opozycyjnego, związanych nawet z przelewem krwi. Trzeba pamiętać, że Polska była wówczas traktowana przez zachodnie służby specjalne instrumentalnie, jako „gwóźdź wbijany w łapę rosyjskiego niedźwiedzia“, natomiast opozycyjny program suwerennościowy dla kraju był daleko, w trzeciorzędnym tle tych działań. ( W jakimś wymiarze i dzisiejsza sytuacja wykazuje pewne podobieństwa z przeszłością. Uwaga służb polskich skoncentrowana na kierunku wschodnim jest przyczyną kardynalnego w przypadku wywiadu i kontrwywiadu błędu. Skoro patrzysz w jednym kierunku, nie zauważasz, że obok buszują bezkarnie inni, nie mniej groźni i efektywni przeciwnicy. Może wynika to po części stąd, że szefowi Agencji Wywiadu doradza grupa osób, które apogeum profesjonalne przeżyła koło 2010 roku, będąc w jej kierownictwie. Mówi się, że jakoby są wśród nich i tacy, którzy mieli „szczęście“ zacząć pracę w I Departamencie MSW tuż przed zmianą systemu a więc, potencjalnie objęci ustawą represyjną, dla dezinformacji zwaną dezubekizacyjną. Następnie, po skrzętnym wyczyszczeniu dokumentacji ich dotyczącej, z „odzyskanym dziwictwem“, wstąpili do AW i teraz gorliwie odrabiają grzechy młodości płynąc w nurcie politycznym aktualnej władzy i nie tyle wbijają gwóźdź w łapę rosyjskiego niedźwiedzia lecz raczej „łaskoczą go słomką po nosie“, bo jak dotąd jest w klatce.)
Wracając do głownego wątku naszego tekstu, należy wspomnieć, że w owym czasie pojawił się w kręgu niszowego wydawnictwa emigracyjnego w Paryżu, mającego jednak przełożenie na nielegalną opozycję w kraju niejaki Rafał Gan-Ganowicz. Jako młody chłopak, po II wojnie światowej, działał już w konspiracji rozrzucając ulotki antykomunistyczne. Gdy UB wpada na jego trop, ucieka do Berlina Zachodniego. Służy w amerykańskich kompaniach wartowniczych. Później przenosi się do Francji, odbywa szkolenie wojskowe przygotowujące do ewentualnych akcji sabotażowych na terenie Państw Układu Warszawskiego, w tym kurs spadochroniarski. Stopień podporucznika uzyskuje w 1959 roku, kiedy trwa już odwilż w relacjach Wschód-Zachód a widmo III wojny światowej znika. Zostaje więc najemnikiem, cynglem do wynajęcia. Bierze udział w wojnie secesyjnej w 1965 roku w Kongu w wojskach Czombego, potem w 1967 roku w Jemenie z rebeliantami wspieranymi przes ZSRR. Ma zresztą w tym procederze precedensy rodzinne. Jego ojciec był żołnieżem Francuskiej Legii Cudzoziemskiej, która jak wiadomo nie jest Armią Zbawienia. Wraca do Francji, jest miejscowym korespondentem Radia Wolna Europa. W latach 80-tych we Francji był też przedstawicielem „Solidarności Walczącej“.
Jego związek ze wspomnianym wydawnictwem wywoływał w kręgach krajowych służb uzasadnione obawy, że kanałami tej instytucji mogą dotrzeć do Polski instrukcje i sprzęt służące dokonywaniu aktów przemocy, tym bardziej, że Gan-Ganowicz był niewątpliwie związany ze służbami zachodnimi, o których roli wspominałem wcześniej, a konkretnie z DST (kontrwywiadem) i DGSE (wywiadem) francuskim.
(Gdyby ktoś chciał pogłębić swą wiedzę w tym zakresie, to polecam książkę byłego funkcjonariusza CIA, Setha G. Jonesa, którego trudno podejrzewać o sympatię do ówczesnych władź polskich, pt. A covert action. Reagan, the CIA and the Cold War struggle in Poland, wyd. New York-London, 2018, W.W. Norton & company, independent publishers since 1925; a szczególnie jej fragmenty poświęcone finansowaniu polskiej opozycji w Paryżu, zakamuflowane jak sądzę świadomie, na tyle „nieudolnie“, że łatwo zorientować się o kogo chodzi.)
Tak więc powstawała w Polsce masa krytyczna grożąca wybuchem przemocy. Jej eksplozja mogła zostać potraktowana przez ościenne państwa Układu Warszawskiego jako dowód na to, że władze polskie nie kontrolują sytuacji i wykorzystana w roli pretekstu do interwencji. A wisiała ona na włosku już w 1981 roku, wbrew temu, co po zmianach systemowych głosilli polscy mędrcy i przedstawiciele b. Radzieckiej generalicji na seminariach w Jachrance k. Warszawy.
Również w 1983 roku była ona możliwa i nie przeszkadzałoby jej uwikłanie Mokwy w wojnę afgańską. Pierwszoliniowe zgrupowania bojowe ZSRR nadal były w pełnej gotowości w Północnej Grupie Wojsk w Legnicy i, znacznie liczniejsze, w NRD. NRD-owska armia Ericha Honeckera z przyjemnością złożyłaby wizytę w Polsce a Czechosłowacy Gustawa Husaka przebierali nogami, w nadzei wyrównania porachunków z Polską za interwencję w 1968 roku, przy tłumieniu Wiosny Praskiej. Natomiast ZSRR ciągle był (i jak dotąd, w wymiarze historycznym, pozostaje) jedynym państwem na świecie, mogącym jednym rzutem lotniczym przemieścić całą dywizję powietrzno-desentową wraz ze sprzętem bojowym i pomocniczym na obszarze całej Europy.
Trzeba więc było działać, uspokajać nastroje w opozycji, schładzać „gorące głowy“ tych, którzy dążyli do siłowej konfrontacji z władzą, nie zdając sobie zapewne sprawy z tego, że może się ona zakończyć krwawą łaźnią, zafundowaną przez interwentów zewnętrznych.
Centrala Wywiadu w kraju podjęła decyzję, że realizacja akcji uspokajania nastrojów i rozładowania sytuacji szczególnie napiętej wśród nowych opozycjonistów w Trójmieście na równi z Wrocławiem, spadnie na moje barki. Wybór był teleż słuszny co ryzywkowny. Byłem wówczas we Francji, pracując w jezuickim Centrum Kultury i języka rosyjskiego Meudon p. Paryżem, gdzie szkolili się m.in. oficerowie z elitarnej akademii wojskowej Saint Cyr czy też studenci z Georgetown z USA zasilający później szeregi dyplomacji amerykańskiej. Działając z pozycji nielegała, z legendą kleryka zakonnego-jezuity mogłem bez trudu, jako profiler, typować do werbunku tych spośród nich, którzy wykazywali się zbiorem charakterologicznych predysponujących ich do pracy agenturalnej. To było moją podstawową misją. Pozostałe działania wywiadowcze, bo i takie były, stanowiły zadania drugorzędne. To z jednej strony.
Z drugiej-rozkaz realizacji grożącej dekonspiracją operacji na terenie kraju, obfitował wprawdzie w szereg niewiadomych ale w razie sukcesu, wydatnie ograniczał perspektywę rozwoju wydarzeń prowadzących do tragicznych w skutkach następstw w Polsce. I to zarówno w wymiarze jednostkowym, ludźkim jak i państwowym, grożącym jego destrukcją. Ze względu na posiadaną legendę byłem też „kandydatem z wyboru“ do realizacji tego zadania. Posiadałem bowiem dokumenty, ustanawiające mnie łącznikiem paryskiego centrum koordynacyjnego pomocy charytatywnej dla kraju, kierowanym przez ks. Zyberka-Platera, a Episkopatem Polski, w tym konkretnie z jego analogiczną komisją. Ksiądż Plater miał dobre konktakty z RMP (Ruchem Młodej Polski), któremu w Gdańsku przewodniczył Aleksander Hall, mający z kolei bliskie relacje z Bogdanem Lisem, działającym w podziemnym Komitecie Korrdynacyjnym Solidarności i o to właśnie chodziło bowiem cieszył się on wielkim autorytetem wśród młodych opozycjonistów. W oczach przywódcy RMP ja z kolei byłem godnym zaufania kurierem, polecanym przez paryski Komitet Solidarności, mającym dobre wejścia w Watykanie na najwyższym szczeblu.
(Nb., żeby lepiej zalegendować i uzasadnić krajową operację, udałem się wcześniej do Rzymu, gdzie na spotkaniu z sekretarzem Jana Pawła II, monsignorem Stanisławem Dziwiszem, rozmawiałem o konieczności uspokojenia wrzenia polskiej podziemnej opozycji, tak aby uniknąć nieobliczalnych następstw potencjalnych aktów przemocy. Papież zresztą podzielał ten pogląd.
Poźniej-lot do Polski, z finansami dla RMP i z nadzieją, że uda się nawiązać kontakt z Bogdanem Lisem. Zatrzymuje się u mojej ciotki mieszkającej w pobliżu Dworca Centralnego w Warszawie. Stamtąd, zmieniając parę razy samochody, żeby zgubić ewentualne „ogony“, do Magdalenki. W ośrodku wywiadu następują ostatnie ustalenia.
W celu zapewnienia pełnej szczelności informacyjnej i uniknięcia dekonspiracji, tudzież zabezpieczenia moich rozmówców z „Solidarności“ przed zatrzymaniem, bo chodziło przecież o to by dalej działali moderując nastroje najbardziej radykalnych grup podziemnej opozycji, postanowiono nie wtajemniczać w sprawę Służby Bezpieczeństwa i realizować zadanie wyłącznie siłami wywiadu.
Z takim wynegocjowanymi warunkami, powróciłem do mieszkania rodziny w Warszawie, by następnego dnia udać się pociągiem do Gdańska. Na odcinku do Malborka towarzyszyła mi obserwacja, niewiedziałem czy była to kontr obserwacja I Departamentu czy też ogony z SB, mogące mnie przejąć na dworcu, po telefonach do rodziców w Zagłębiu, które wykonałem z telefonu ciotki. Na pewno był na podsłuchu, bo przecież miała rodzinę na Zachodzie, z którą sie komunikowała, ale cały ten teatr potrzebny był po to, by nadać mojemu przybyciu do kraju poory powszedniości, autentyczności (sprawy rodzinne, urlop i.t.p.) a nie – sytuacji nadzwyczajnej. Ot takie „aktorstwo życiowe“, niezbędne w wywiadowczym rzemiośle.
Żeby upewnić się co do roli „towarzyszy podróży“ celowo wychodziłem z przedziału, głośno zasuwjąc drzwi. Wówczas natychmiast jeden z mężczyzn wychodził z przedziału przede mną, idąc z przodu, zgodnie z kierunkiem mego ruchu. Po chwili dostrzegałem kątem oka, w odbiciu w szybach korytarza, sylwetkę drugiego, idącego za mną i trzymającego dystans. Było ewidentne, że biorą mnie w „dwa ognie“ tak, żeby cały czas mieć mnie pod kontrolą. Wysiedli w Malborku. Pomyślalem, że pewnie na stacji w Gdańsku będzie czekał na mnie „komitet powitalny“. W końcu mogli mnie zapamiętać z faktu, że byłem w najbliższym otoczeniu Jana Pawła II , jako sprawozdawca Radia Watykan, podczas jego pierwszej wizyty w Polsce.
Ale nie stresowłem się zbytnio. Nawet gdybym został zatrzymany przez SB, moje związki z wywiadem nie wyszłyby na jaw, nie byłoby dekonspiracji, tyle że nie wykonałbym zadania. A moje dobre umocowanie w Watykanie powstrzymałoby ew. przesłuchujących przed twardymi metodami, bo narażania na szwank relacji ze Stolicą Apostolską nie wybaczyłoby im i ich szefom kierownictwo polityczne państwa.
W Gdańsku włóczyłem się po mieście, robiąc długą trasę sprawdzeniową na wszelki wypadek. Nikt za mną nie szedł. Pod wieczór zapukałem do drzwi klasztoru Dominikanów, prosząc o kontakt z przełożonym. Gdy pojawia się na furcie, mówię kim jestem. Nie zadaje pytań, odpowiada tylko, że wie od kogo. Idę coś zjeść do refektarza, później do celi zakonnej, zapadam w głęboki sen.
Po dwóch dniach oczekiwnia zgłasza się do klasztoru człowiek z podziemnej „Solidarności“. Nie ma wymiany nazwisk, on po prostu wie tylko, co ma ze mną robić. Sprawdzamy, czy nie ciągniemy za soba „ogona“, trafiamy na gdańskie blokowisko, wchodzimy do mieszkania. Spotyka nas przedstawiciel RMP, krótka rozmowa. Proszę o możliwość zorganizowania spotkania z Aleksandrem Hallem i ewentualnie Bogdanem Lisem. Zauważam pewną rezerwę ze strony gospodarza. Przekazuję mu kopertę z dolarami od ks.Platera. Gdy wręczyłem ten pakiet,lody topnieją, zaufanie wzrasta. Po rozmowach w bloku, kontrolując się, wracam sam do klasztoru. Następnego dnia komunikują mi, że będzie kontakt i zawita do mnie ktoś, kto wszystko zorganizuje.
Nazajutrz pojawia się na furcie łącznik. Jeździmy z nim „maluchem“ po ulicach, wygląda na to, że żadna obserwacja nas nie prowadzi. Dojeżdżamy na obrzeża Gdańska, później do willowej dzielnicy w Gdyni-Orłowie. Wjeżdzamy do garażu, malucha parkujemy obok dużego Mercedesa. Z garażu przechodzimy prosto do mieszkania. Wita nas Aleksander Hall, są też dwaj mężczyźni, skanujący częstotliwości SB i milicji na zachodnich odbiornikach radiowych. Intensywność sygnałów na tych częstotliwościach zaczęła rosnąć. Równocześnie dostajemy wiadomość, że Lis nie przybędzie, bowiem wszystko wskazuje na to, że jesteśmy pod obserwacją. Przez okno zauważyłem, że krótka willowa uliczka została z jednej strony zablokowana przez „Nysę“, z drugiej-przez „Poloneza“. W nysce nie widać pasażerów, pewnie przeszkolony kierowca i pasażerowie położyli się, aby nie dało się ich dostrzec. Ta krzycząca nieobecność była dla mnie jak stwierdzenie: „już was mamy“. Poinformowałem o tym Halla. Zbladł i powiedział: „To koniec“. Wtedy odezwała się we mnie żyłka wywiadowcza, w czym wsparł mnie właściciel willi, którego personalia poznałem wiele lat później. Jeden z „nasłuchu“, wsiada ze mną do malucha i pryskamy w prawo. Pan Aleksander Hall chwilę później wsiada do bagażnika Mercedesa z drugim (właścicielem willi-panem Jerzym Godlewskim) i jedzie w lewo. Tak, jak przewidywałem, w obstawie zaczął się bałagan. Nie wiadomo za kim jechać, kto zostaje, wreszcie-ktoś z dowódźtwa musi podjąć decyzję, to też zabiera cenny czas. Ostatecznie pojechali za maluchem, za mną. W dwa wozy. Najpierw „Nysa“ z tyłu, potem wyprzedził nas „Polonez“. Nie zablokowali nas, zgodnie z zasadami sztuki, licząc na to, że gdzieś ich doprowadzimy. A poza tym w maluchu były dwie osoby widoczne, a w Mercedesie tylko jedna.
Dziwiło mnie tylko, że tak precyzyjnie się nas trzymają. W pewnym momencie, gdy mijaliśmy taksówkę, zdecydowałem, że zbliżymy się do niej a ja przesiądę się-a raczej przeskoczę do niej. Mój towarzysz zdążył krzyknąć: „Niech pan jedzie do kliniki Akademii Medycznej i prosi o kontakt z szefową w imieniu podziemnej „Solidarności“. Jestem w taksówce. Taryfiarz szuka radiem po częstotliwościach i słyszymy, że „maluch pojechał dalej ale prowadzimy tego drugiego“. Taksówkarz do mnie: „Niech pan nawet nie szuka pieniędzy, jedziemy pod klinikę“. Odpowiadam: „Może pan mieć kłopoty“. On na to: „Nie ważne, wyrzucam pana po drodze w razie czego“. Widzę, że obstawa zwalnia więc pewnie za chwilę nas zablokują. Dojeżdżamy pod skarpę. Kierowca wskazując w prawo: „tam na szczycie, jest mur kliniki“. Dziękuję, prosząc: „Hamujemy ostro!“ i wyskakuję. Pojechał dalej a tamci już mu odpuścili, zajęli się mną.
Pada deszcz, jest ślisko, ślizgam się ale biegnę pod górę. Chyba nigdy w życiu tak szybko nie biegłem. Dwóch facetów z „nyski“ podąża za mną. Odsadziłem ich na jakieś sto metrów. Mój rekord życiowy. Biegli z reklamówkami w rękach, jak już zbliżałem się do muru, wyjęli z nich radiotelefony i zaczęli coś do nich wykrzykiwać. Docieram do muru, wdrapuję się, przeskakuje na drugą stronę. Wchodzę do portierni. „Jestem taki a taki, potrzebuje pomocy“. Natychmiast pojawia się pani profesor. Decyzję błyskawiczne. Karta choroby, piżama, fałszywe dane personalne, izolatka. Zakaźny. Krzywa gorączki z paru dni. Byłem pod wrażeniem. Pytam panią profesor: „Co dalej?“ Ona mnie uspokaja: „Niech się pan nie martwi“. Leżę więc i myślę jak to się stało, że obserwacja nas wykryła a potem trzymała się, jak rzep psiego ogona. Po latach dopiero dowiedziałem się, że łącznikiem, który doprowadził mnie na spotkanie z Aleksandrem Hallem i niedoszłe z Bogdanem Lisem był Zdzisław Pietkun, pseudo „Irmina“, informator SB. O zmierzchu moje rozmyślania przerywa przybycie jakichś ludzi. Zapakowali mnie na nosze, w całości przykryli, wsunęli do karetki. Jedziemy „na sygnale“, do wypadku. Nikt nas nie zatrzymuje. Po kilkuset metrach sanitariusze wyłączają syrenę i koguta. Krążymy trochę po ulicach, po czym wysadzają mnie w okolicach klasztoru. I znowu ukrywam się u Dominikanów. Raz wyszedłem, zrobiłem trasę sprawdzeniową ale nikt za mną nie dreptał. Uspokoiłem się. Następnego dnia, przybyła kobieta – łącznik. Zrobiła ze mną bardzo profesjonalną trasę sprawdzeniową, napewno była z solidarnościowej kontrobserwacji. Idziemy do Domu Marynarza i tam przekazuje mnie w ręce innej łączniczki. Znowu chodzimy po mieście.
Dochodzimy do dzielnicy zabudowanej willami. Wchodzimy do jednej z nich, do salonu a następnie, schodami, do sutereny. Zapala się światło. Człowieka stojącego naprzeciw mnie identyfikuję jako Bogdana Lisa. Ileż jego zdjęć widziałem…
Przegadaliśmy dobrą część nocy, to był trudny rozmówca. Zasugerowałem, że struktury watykańskie mogą udzielić wsparcia, dać środki na działalność samokształceniową, poligraficzną, ba , nawet pirotechniczną (wyrzutnie do ulotek). Wszystko to dla młodzieży, byle tylko odciągnąć ją od pomysłów akcji zbrojnych. Rozmówca się ze mna zgadza, sądzi, że przemoc może być tragiczna w skutkach dla całej opozycji i dla kraju, lecz równocześnie uważa, że coraz trudniej jest kontrolować bojowe nastroje młodych. Oświadczył jednak, że będzie robił co w jego mocy, aby do aktów przemocy nie doszło. Rozmowa trwała prawie do świtu. Po jej zakończeniu przejęła mnie lączniczka, wyprowadziła do miasta, po czym stwierdziła : „ Teraz to już sobie pan trafi“.
Potem wzystko działo się szybko, jak zmieniające się obrazy w kalejdoskopie. Dziękuję Dominikanom za gościnę, jadę taksówką na lotnisko, gdzie natychmiast zauważa mnie pułkownik Sylwester Flak z XIV Wydziału (wywiad nielegalny, pozaplacówkowy) I Departamentu MSW. Nie kontaktujemy się bezpośrednio. Piję kawę w barze. Przede mną robi to pułkownik, który cały czas czuwał w Trójmieście. Zostawia „przypadkiem“ bilet lotniczy na kontuarze. Wystawiony na mnie. Typowe BPM (błyskawiczne przekazanie materiałów). Wracamy do Warszawy osobno, ale w kontakcie wzrokowym. Po lądowaniu docieram do mojej ciotki, potem składam wizytę u Jezuitów na Rakowieckiej, stamtąd samochodami do Magdalenki.
Piszę raport. Idzie na bardzo wąski, najwyższy rozdzielnik. W SB nawet o nim nie wiedzą. Umowy zostają dotrzymane, pacta sunt servanda. Nikt z uczestników tej akcji nie zostaje represjonowany czy aresztowany. Bogdan Lis wpada dopiero w czerwcu 1984 roku, po czym szybko jest zwolniony na mocy amnestii, a Aleksandra Halla w ogóle nie zatrzymano. Trzeba przyznać, że przez cały czas po naszym spotkaniu Bogdan Lis staral się mitygować, kontrolować wojownicze zapędy młodzieży solidarnościowej i to, że nie doszło do tragedii, jest w znacznej mierze jego zasługą.
Zachodzę tylko w głowę, nie mogąc zrozumieć, dlaczego twierdził, (w odróżnieniu do Aleksandra Halla,który nie odżegnywał się od swojego wówczas ze mną spotkania) że nigdy nie doszło do naszej, wyżej opisanej, dyskusji. Pewnie nie ma już nawet śladu po rozdzielniku i dokumentach, nielicznych zresztą, sprawy chyba, że zawieruszyły się gdzieś w przepastnych archiwach IPN.
No i dodam, że przebieg tej niewątpliwie historycznej rozmowy zarejestrowałem w przeciągu sześciu godzin na minimagnetofonie Nagra SNST Recorder, firmy Kudelskiego, które to nagranie dołączono do raportu. Może przynajmniej ono ocalało przed czystkami i zgubnym działaniem upływu lat ?.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz …tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Dwadzieścia jeden salw (Operacja „Transatlantyk“)

Tym, dla których pojęcie służba państwu nie jet sloganem, lecz sensem istnienia.

Helikopter wiozący VIP-a, wysokiego gościa z małżonką, wylądował na placu przed Białym Domem. Po chwili druga maszyna dowiozła resztę delegacji państwowej – w tym wicepremiera oraz ministra spraw zagranicznych. W ogrodzie, od strony południowej budynku, przed reprezentacyjnym wejściem czekał już prezydent Gerald Ford w towarzystwie m.in. sekretarza stanu Henry Kissingera i szefa sztabu armii USA – gen. Frederica Weyanda. Odegrano hymny obu państw, przetoczył się nad zebranymi grzmot dwudziestu jeden salw armatnich, pododdziały honorowe armii amerykańskiej stanęły do przeglądu. Po tej części uroczystości, zarezerwowanej w protokole wyłączne dla głów państw, prezydent Ford a następnie jego gość wygłosili krótkie premówienia, następnie z tarasu Białego Domu pozdrowili zgromadzonych witających i udali się do rezydencji prezydenta Stanów Zjednoczonych na oficjalne rozmowy. Najpierw – obu przywódców a później – plenarne, z udziałem najwyższych urzędników państwowych obu stron.
Tak 8 października 1974 roku, lądowaniem o godzinie 10,28 czasu miejscowego w Waszyngtonie rozpoczęła się najważniejsza część wizyty przywódcy PRL, pierwszego sekretarza PZPR, szeregowego posła na Sejm, w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Wizyta była dla obu stron ważna. Dla Edwarda Gierka był to szczyt sukcesów w pierwwszej części jego przerwanej później dekady. Nie miał zamiaru jednak poprzestawać na tym, co osiągnął. Rozmowy w USA, szczególnie te gospodarcze, były bardzo istotne. Powołano wspólny Fundusz im. Marii Skłodowskiej Curie jako narzędzie współpracy naukowo – technicznej obu krajów. Założono zwiększenie obrotów handlowych do 1 mld USD w 1976 roku (jeden miliard wówczas to jego wielokrotność dzisiaj). Podjęto decyzję o rozbudowie siatki regularnych połączeń lotniczych między Polską a USA. Zawarto umowy licencyjne, wśród innych także na zakup i produkcję kolorowych kineskopów, będących produktami podwójnego zastosowania.
Strona amerykańska była zaskoczona świetnym przygotowaniem merytorycznym polskich negocjatorów. Dawała temu wyraz. Zresztą trwał czas „detente“, odprężenia w relacjach Wschód – Zachód i Ameryce zależało na jego pogłębieniu, choćby po to, by wyraźniejsze stały się rysy na „monolicie“ Paktu Warszawskiego. Kto mógł przypuszczać, że już niebawem wybuchnie kryzys finansowo – gospodarczy obejmujący Europę Zachodnią i USA, grzebiąc pod odłamkami tej katastrofy nadzieje Gierka na wzrost eksportu na Zachód licencyjnej produkcji i dalszy dynamiczny rozwój kraju.
Tymczasem jednak trawał czas niewątpliwych sukcesów . Inwestycje – powszechna motoryzacja społeczeństwa dzięki produkcji w FSM w Bielsku-Białej Fiata 126p , budowa huty Katowice oraz Portu Północnego, Centralnej Magistrali Kolejowej, trasy szybkiego ruchu Warszawa-Katowice, dworca kolejowego Warszawa Centralna, Trasy Łazienkowskiej w Warszawie, potęgujących możliwości logistyczne kraju. Rafinerii Gdańskiej i Elektrowni Bełchatów wzmacniających polski sektor energetyczny, produkcji traktorów Fergusson w zakładach Ursus dla sektora rolniczego, autobusów Berliet na licencji francuskiej, masowego budownictwa mieszkaniowego z prefabrykatów „wielkiej płyty“ dla ogółu obywateli i wiele innych.
Owszem, linie kredytowe wówczas zaciągnięte obciążały Polskę przez wiele lat ale i tak były znacznie mniejsze, niż zaciągnięte przez aktualne władze z ich widocznym, lub raczej – niewidocznym tymczasem efektem, który w perspektywie „ulży“ kieszeniom obywateli.
Te działania Gierka, człowieka odmiennego od pozostałych szefów partii w obozie realnego socjalizmu, bowiem wychowanego w społeczeństwie zachodnim, we Francji i Belgii, budziły irytację i obawy sojuszników. Nagłaśniali je szefowie partii NRD – Erich Honecker i Czechosłowacji –Gustaw Husak. Jednak najważniejsze było stanowisko Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego wobec poczynań Gierka.
Piotr Kostikow,nadzorujący sprawy polskie w ramach Komitetu Centralnego partii ZSRR wyrażał się krytycznie o „fascynacji Gierka Zachodem i USA“, podobnie widział to też zastępca członka Biura Politycznego KPZR, jej sekretarz, odpowiedzialny za stosunki międzynarodowe , BorysPonomariow.
Gierek rozumiał, że postawił nogę na „czerwonej linii“ zbliżenia z Zachodem, którą nakreślił potężny wschodni sąsiad, jako nieprzekraczalną. Mimo to dokonał tego kroku. Mógł to zrobić także dzięki świetnemu merytorycznie i efektywnemu przygotowaniu wizyty w USA, której pozytywnych wyników dla „gospodarki socjalistycznej“ przywódcy ościennych państw nie mogli kontestować.
XXX
Kilka dni wcześniej, przed wizytą Gierka w USA pod warszawski budynek u zbiegu ul.Pięknej i Al. Ujazdowskich podjeżdża ciężarówka firmy przeprowadzkowej.
Czterech mężczyzn, z trudem wciąga na pasach szafę na jedno z pięter kamienicy.
Nikogo to nie dziwi, bo lokal jest podnajmowany i często zmieniają się zamieszkujące go osoby. W rzeczywistości był to stały punkt obserwacyjny polskich służb, skierowany na budynki ambasady USA po przeciwnej stronie ulicy.
Podobnie było od strony Al. Ujazdowskich, tam z kolei stały punkt był usytuowany w wysokim budynku pod numerem 8, dawniej z restauracją „Ambasador“ na parterze.
Gdy w kamienicy przy ul.Pięknej 1B zatrzaśnięto drzwi mieszkania, które opuścili już tragarze, i otworzono drzwi szafy, dla dwóch lokatorów stało sie jasne, czemu ten mebel był tak ciężki. Wewnątrz znajdowało się urządzenie złożone z kilku bloków – zasilania , sterowania i emisora impulsów, czegoś w rodzaju rury o stosunkowo dużej średnicy, wydłużonej na kształt obciętej lufy armatniej, zawierającej elementy opto – elektroniczne i instalacje generujące impulsy.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku Polska była pionierem i liderem światowym w dziedzinie techniki laserowej. W Instytucie Elektroniki Kwantowej Wojskowej Akademii Technicznej powstawały w połowie tych lat lasery impulsowe dużych mocy a jeszcze wcześniej – w 1966 roku przekazano Zakładom Produkcji Doświadczalnej WAT laser molekularny na dwutlenku węgla o dużej mocy do zastosowania w przemyśle przy cięciu i spawaniu różnych materiałów. Teraz produkt myśli technicznej polskich naukowców miał się sprawdzić w zupełnie nowej roli…
XXX
Józef Osek, dyrektor Departamentu I MSW od listopada 1971 roku, a więc szef wywiadu, zarywał kolejną noc. Tak było juz od paru tygodni ale złożoność operacji, którą przygotowywał mogła kogokolwiek przyprawić o bezsenność. Zgodnie z zasadami sztuki wywiadowczej każdy znał fragment większej całości, jemu należny. Wszystkie nici zbiegały się w gabinecie szefa i tylko on wiedział, co się naprawdę szykuje. Oczywiście formalnie był powiadomiony o sprawie minister spraw wewnętrznych Stanisław Kowalczyk ale gdyby Oskowi powinęła się noga, to
jego przłożony z wyprzedzeniem poinformował go, że zrzuci to na karb braku subordynaci podwładnego. Ludzie z Wydziału III, z ochrony kontrwywiadowczej, czuwali w stałych punktach obserwacyjnch, specjaliści wydziału IX przygotowywali środki techniki operacyjnej, od prozaicznych amperomierzy począwszy do specjalnych zestawów wytrychowych, koledzy z sekcji fotograficznej gromadzili materiały światłoczułe i aparaty do precyzyjnej dokumentacji zdjęciowej . VII Zarząd (Wywiad Naukowo-Techniczny) a właściwie jego wydział I organizował unikalne urządzenia, niezbędne do wykonania zadania.
Dyrektor Osek czekał jeszcze na sygnał od źródła w rozpracowywanym obiekcie. Wreszcie sygnał nadszedł…
Ponieważ budynek, który grupa operacyjna miała nocą spenetrować z zewnątrz był chroniony przez kamery telewizji przemysłowej , a wewnątrz podzielony na liczne strefy, zamknięte analogowymi, numerycznymi zamkami elektrycznymi, (były wporawdzie i zamki klasyczne, ale ich otwarcie zajmowało jednemu z członków grupy tyle czasu ile dyletantowi w tej pracy przekręcenie w nich klucza) opracowano system kombinacji cyfr, pozwalający na ich szybkie odblokowanie. Pomocny okazał się tu pracujący w MSW pierwszy polski pecet K-202 projektu genialnego inżyniera Jacka Karpińskiego, na układach scalonych, z pamięcią operacyjną do 8 MB (dla porównania – amerykański PC IBM z owej epoki dysponował 64 kilobajtami). Grupy cyfr trzeba było jakoś zachować, aby użyć ich w miejscu przeznaczenia, rozkodowując natychmiast algorytmy zastosowane w zamkach. Tu przydał się zaadaptowany „akumulator cyfr“ do szyfrogramów, używany w błyskawicznej radiołączności. Ten prekursor pendriv’a „gwizdka“ USB, był w stanie pomieścic 1000 grup 5-cio cyfrowych tzw. gamy szyfrowej, które później, w ułamku sekundy, można było wyemitować poprzez przenośną mini – radiostację. Radiopelengatory obcych służb rejestrowały jedynie pisk, trwający ułamki sekundy, i nie dający szans na lokalizację źródła transmisji. Takim sprzętem dysponowali już wówczas operatorzy polskiego wywiadu w terenie, którzy mogli wykorzystywać go, po uprzednim zapisaniu szyfrogramu np. podczas jazdy samochodem, używając zakamuflowanego pod radio nadajnika i nie rzucającej się w oczy anteny samochodowej (kiedyś takie, jak długie, giętkie bicze, były wręcz modne). Co prawda ten solidny prostopadłościan, po odpowiednich modyfikacjach, ważył około kilograma i był w stanie zachować zgromadzone w nim informacje jedynie przez około pół godziny, ale był to czas wystarczjący dla operatorów w trakcie wykonywania zadania w budynku. Ćwiczyli zresztą przebieg akcji wielokrotnie na symulowanych trasach i zabezpieczeniach, ze stoperem w ręku. Wychodziło im – plus, minus – pół godziny.
XXX
Do szefa polskiego wywiadu dotarły, oprócz oczekiwanego sygnału, dodatkowe szczegóły. W ambasadzie USA w Warszawie powstał dokument, określający główne tematy rozmów i sugerowaną taktykę w trakcie spotkania prezydenta Geralda Forda z Edwardem Gierkiem. Precyzował kierunki zainteresowań, dezyderaty i nadzieje polskiego rozmówcy, widziane przez dysponujących też polskimi źródłami osobowymi funkcjonariuszy CIA, pracujących na dyplomatycznym przykryciu. Dokument miał trafić via Langley do rąk Henry Kissingera a stamtąd do prezydenta Stanów. Tymczasem, jeszcze przed zaszyfrowaniem, złożono całość dokumentacji w sejfie, w pomiesczeniu przylegającym do gabinetu ambasadora Richarda Townsenda Daviesa, zresztą zawodowego wojskowego, który miał nazajutrz podpisać materiał i wydać polecenie jego wyekspediowania. Miał dotrzeć do USA, dla pewności, dwiema drogami. Jako niezaszyfrowany maszynopis walizką dyplomatyczną i jako obszerny szyfrogram via radio. Nie można było dłużej zwlekać.
Szef wywiadu wydał rozkaz, z pełną świadomością, że w razie „wpadki“ może dojść nawet do odwołania wizyty, przy czym kwestia jego dyrektorskiego fotela była niczym. Ale wiedział też, że pozyskanie tych dokumentów dawało fory polityczne jego przełożonemu – Stanisławowi Kowalczykowi a przede wszystkim – Edwardowi Gierkowi w rozmowach z Geraldem Fordem i szanse na wynegocjowanie najkorzystniejszej dla Polski wersji umów międzypaństwowych.
XXX
Grupa pięciu ludzi w czarnych kombinezonach i kominiarkach zdecydowała się forsować ogrodzenie ambasady USA od strony Pałacu Lilpopów z bujnie zadrzewionym ogrodem, pod numerem 33/35 Al. Ujazdowskich . Roślinność i noc stanowiły naturalną, acz marną osłonę, bo mimo iż były to tyły kompleksu budynków ambasady to i one miały ochronę w postaci reflektorów z monitorami ruchu i kamer telewizji przemysłowej.
Dowódca zespołu operacyjnego dał sygnał przez walkie-talkie ekipie ze stałego punktu obserwacyjnego przy ul Pięknej. Chwilę po tym silny impuls lasera poszedł w stronę wartowni, w której pełnili służbę marines. Miał oślepić kamerę bocznego skrzydła ambasady. Udało się dopiero za drugim podejściem. Efektem pierwszego był idealnie okrągły otwór w szybie wartowni, nie powodujący jej rozbicia, nad czym długo później głowili się amerykańscy spece. Oślepiona drugim, słabszym impulsem, kamera zaowocowała ciemnym polem na monitorze kontrolnym perymetru ambasady i ściągnięciem dodatkowych sił do jej pomieszczen od strony ul.Pięknej tudzież dekoncentracją żołnierza piechoty morskiej, śledzącego szereg migających naprzemiennie monitorów. To wystarczyło. Po nieco wiecej niż minucie cała piątka była już na terenie placówki dyplomatycznej. Otwieranie kolejnych drzwi w śluzach szło bez przeszkód. Aktorzy tego teatru cieni, momentami wspomagani wąskimi snopami czerwonego światła i s,przętem zbliżali sie nieuchronnie do tylnego wejścia ambasadorskiego gabinetu, skąd mieli bliżej do sejfu. Elektronik zespołu rozkodował ostatni zamek i staneli „oko w oko“ ze swym obiektem pożądania.
Sejf wyglądał solidnie i głowice zamków szyfrowych na nim – również. W zespole był arcymistrz ich otwierania. Żaden trezor bankowy nie byłby w stanie mu się oprzeć. Ale wymagałoby to zabawy ze stetoskopem, na co nie było czasu. Ale i to przewidziano. Jeden z członków ekipy wyjął kasetę z arkuszem kliszy światłoczuej, drugi – otworzył niesiony przezeń pojemnik z talem 204 tl ( ten sztuczny radionukleid, transuranowiec był radioizotopem dostarczonym z IBN w Świerku, gdzie funkcjonowały reaktory zbudowane w Polsce – „Agata“ i „Ewa“ /Eksperymentalny,Wodny,Atomowy/). Kierując otwór pojemnika pod określonymm kątem na boczną ścanę sejfu, dał czas partnerowi na przyłożenie kliszy do drzwi pancernych. „Kasiarz“ zobaczył zarys systemu zapadek. To mu wystarczyło. Po trzech minutach sejf stanął otworem. Kolejny oficer-operator szybko sfotografował materiał. Uporządkowano maszynopis, zamknięto z powrotem sejf. Grupa ludzi, którzy mieli świadomość następstw promieniowania i konsekwencji choroby popromiennej, miała już opuścić pomieszczenie sejfowe, gdy ich uszu dobiegł cichy szelest. Zamarli. Po chwili człowiek z VII zarządu otworzył skrytkę w ścianie. Był w niej magnetofon, uruchamiany automatycznie jakimikolwiek sygnałami dźwiękowymi, jeśli do takowych, w pomieszczeniu po jego zamknięciu, dochodziło. Delikatnie, w lateksowych rękawiczkach, które nie ograniczały jego ruchów, wyjął magnetofon. Był to profesjonalny Kudelski. Na szczęście wcześniej założyciel tej sławnej na Zachodzie firmy, emigrant z Polski, podarował swej ojczyźnie, widząc niezaprzeczalne symptomy jej rozwoju w latach 70-tych, licencję na produkcję tego sprzętu.
Nie miał więc on dla oficera VII zarządu żadnych tajemnic. Wycofał taśmę, skasował zapis, i ostrożnie, już po wyjściu kolegów z pomieszcenia, umieścił go z powrotem w skrytce. Pięciu ludzi, jakl pięć duchów, szybko pokonało całą trasę, tyle, że w odwrotnej kolejności, skrupulatnie zamykając za sobą zamki śluz. Po około siedmiu minutach byli już z powrotem w ogrodzie pałacu Lilpopów, nie pozostawiając żadnych śladów swej tajnej operacji. Od startu do końca trwała w sumie nieco mniej niż pół godziny.
XXX
Na kilka dni przed tym, nim helikopter wiozący Edwarda Gierka wylądował na placu przed Białym Domem, na biurku pierwszego sekretarza PZPR „wylądował“ ściśle tajny dokument specjalnego znaczenia. Zawierał pełną informację o tym, jaka będzie taktyka i główne akcenty w polsko – amerykańskich rozmowach bilateralnych, forsowane przez gospodarzy…
Później dziwnym zbiegiem okoliczności Minister Spraw Wewnętrznych – Stanisław Kowalczyk w październiku 1974 roku został wypromowany na generała brygady MO a następnie – zastępcę członka i w końcu – członka Biura Politycznego partii.
Pułkownik Józef Osek, później – generał brygady, szefował wywiadowi do listopada 1974 po czym, w 1975 roku został powołany na spokojniejszą i bardziej lukratywną funkcję wiceprezesa Głównego Urzędu Ceł.
A co z pozostałymi bohaterami, bez żadnych cudzysłowów, naszej historii? Jeden z nich zmarł szybko w wyniku ostrej choroby popromiennej z anemią plastyczną i białaczką. U drugiego choroba ta przybrała formę przewlekłą ale przez to nie mniej śmiertelną. Kolejnych trzech los oszczędził. Wspomniany wirtuoz precyzyjnego odblokowywania zamków szyfrowych, który mógłby zbijać kokosy w podziemiu kryminalnym dzięki swym umiejętnościom „kasiarza“, były funkcjonariusz IX wydziału I Departamentu wegetuje na szczątkowej emeryturze,, którą mu załatwili aktualnie rządzący ustawą represyjną, surrealistycznie zwaną dezubekizacyjną, chociaż dotkniętych nią pracowników UB ze świecą szukać, bowiem zadziałały tu bezwzględne prawa biologii i ludzie ci odeszli w bezpowrotną przeszłość. Elektronik, w podobnej sytuacji, dorabia naprawianiem komputerów do w miarę godnej materialnie starości. Dowódca zespołu zapodział się gdzieś z upływem lat, nie można wykluczyć, że już zmarł. Tyle tylko można powiedzieć o jednej z najefektowniejszych operacji polskiego wywiadu po IIwojnie światowej. „Tylko“, bowiem są zasady pracy wywiadowczej, które każą milczeć w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa Państwa bez względu na szafowanie przez polityków „odtajnianiem“ i „zwalnianiem z tajemnicy“, ze szkodą, jaką nawet dzisiaj może wyrządzić taka ich działałność Polsce.
Od autora: Operacja opisywana rzeczywiście miała miejsce. Sfabularyzowana forma niniejszego tekstu wynika z tego właśnie, co ująłem w ostatnich dwóch zdaniach artykułui. Szanujące się służby w państwach, gdzie rządzący realizują instynkt państwowotwórczy zamiast o nim mówić, chronią swe źródła i szczegóły operacji znacznie dłużej , niż rutynowe 50 lat. Wystarczy przytoczyć „sukcesy“w dopraszaniu się strony polskiej w MI6 o dokumentację katastrofy gibraltarskiej, w której zginął Naczelny Wódz i premier – generał Władysław Sikorski, że nie wspomnę o wywiadach używających nieco pompatycznej w brzmieniu pieczęci na dokumentach : „Zachować w tajemnicy po wieczne czasy“.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz …tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.