Polskie bezdroża i wybory

Ta nasza historia, najnowsza, lata okupacji niemieckiej i tuż po wojnie obfituje w dramatyczne mocowanie się Polaków z wieloma narodowymi problemami na naszych drogach wyboru i decyzji w wymiarze społecznym i osobistym. Atakowały nas przecież ogromne cienie bezdroży, które musieliśmy pokonywać, by żyć i pracować. Musieliśmy najczęściej sami się boksować z wieloma przeciwnościami zaistniałymi w nowej rzeczywistości społeczno-politycznej, która była przecież dla większości Polaków zaskoczeniem i czymś jeszcze nieznanym. To, co się tworzyło po pięcioletniej, jakże okrutnej i zbrodniczej okupacji niemieckiej, nie mogło być dla nas obojętne, chociaż byli i tacy wśród nas. To oni przegrywali, przyjmując taki sposób na życie i swoją przyszłość.

Większość z nas myślała, zastanawiała się, co robić i podejmowała decyzje osobistego zaangażowania się w to powstające nowe, nieznane jeszcze, bo doprawdy było to nowe, a dotyczyło wszystkich Polaków. Oczywiście, że wielu z nas błądziło po tych polskich drogach i bezdrożach. Te nasze rodowe siedziby, miasta i wsie to jakże ubogie, dalekie były od ówczesnej cywilizacji Zachodu. Wielokrotnie musieliśmy wnosić korekty do swoich zachowań wobec tego, co się tworzyło na naszych oczach.
Duże zaskoczenie
Błądziliśmy, bo wszystko niemal było nowe, niespotykane na naszych drogach dotychczasowego życia i pracy. Rozwój sytuacji, życia społecznego, był niekiedy dużym zaskoczeniem. To również było w moim życiorysie. Przymierzałem się przecież do kilku zawodów, zanim wybrałem i przetrwałem w nim czterdzieści lat aż do przejścia na emeryturę, a następnie na rentę.
Nie byłem wyjątkiem, także moi koledzy kilkakrotnie dokonywali wyboru życia i pracy, wiążąc swoje losy z określonymi podmiotami państwa i działalności społeczno-politycznej. To właśnie ta tworząca się nowa rzeczywistość, ogarniająca nas młodych Polaków, dzieci wojny, motywowała do takiego postępowania. Było to trudne. Nie wszystko, co się tworzyło, powstawało, było zrozumiałe, oczywiste. Błądziliśmy, przeżywając różne osobiste rozterki i niekiedy brak przekonania do tego, co robiliśmy.
Jednak nasza intuicja wskazywała nam słuszne wybory i zachowania, które potwierdzone zostały w czasach dorosłego życia. Te wnoszone korekty w naszych zachowaniach były niekiedy spóźnione. Były też negatywne skutki, które trzeba było przezwyciężać w kolejnych latach. Bo do tego zmuszał nas młodzieńczy rozsądek, a później już nasze doświadczenia, nasza dorosłość. Wielu z nas, bardzo wielu, błądziło po tych naszych bezdrożach.
Myślami, zachowaniem, czuli się źle, coś uwierało. Ich myśli sięgały po inną Polskę, w II RP czuli się źle. Po latach mieli uczucie niespełnienia się, nie będąc w młodości w głównym nurcie dokonujących się zmian. Niestety, ich zachowania w ważnym okresie życia, tu i teraz, nie sprzyjały sięganiu po pewny sukces. Nie mieli poczucia sukcesu życiowego. Los sprawił, że pozostali na obrzeżach dokonań w dotychczasowych środowiskach. Ale wielu, bardzo wielu, dokonało właściwego wyboru. Ja też, czując się spełnionym we wszystkich wymiarach, zawodowym, społecznym i rodzinnym, nade wszystko rodzinnym. Byli to ludzie w większości z nizin społecznych, biedoty miejskiej i wiejskiej, a takimi przecież w II RP była większość Polaków. I to oni dziś mówią, że czują się spełnieni.
Pasałby krowy
Mieczysław Rakowski mówił, że gdyby nie było Polski Ludowej, pasałby krowy. Ja też. Nie wszyscy się do takiego życiorysy przyznają. Są tacy, którzy swoim zachowaniem urągają pamięci, kim by byli, gdyby nie warunki, jakie im stworzono na drodze awansu społecznego do uzyskania stopni naukowych i innych awansów, jakie były ich udziałem właśnie w Polsce Ludowej.
No cóż, tacy już jesteśmy, poprawiając i zmieniając swoje życiorysy, by podobać się nowym włodarzom Polski. Już nie pierwszym sekretarzom, a prezesowi. Można i tak. Człowiek, istota myśląca, ale wciąż się zmieniająca. Bo, jak wielu mówi, nie jesteśmy doskonałymi, lecz nieustannie się doskonalimy. Tylko jak to się ma do naszych wartości moralnych, po prostu, do bycia właśnie człowiekiem, sobą. Są nas miliony czujących się spełnionymi we wszystkich możliwych wymiarach.
Tyle tytułem wstępu do tego, co chcę napisać, co się tworzyło i powstawało, kiedy nastała jakże nowa rzeczywistość powojenna; o naszych zachowaniach, postawach i dokonywanych wyborach, których celem była nasza przyszłość.
Nowa rzeczywistość
Jest rok 1944. Lato. Początki sierpnia. Przeloty radzieckich bombowców przerywały nasz sen i burzyły pogodę ducha, bo przypominały nam naloty i bombardowania naszego miasta przez armię niemiecką i radziecką, bo na obrzeżach naszych domostw były zgrupowania wojsk niemieckich wycofujących się przed naporem oddziałów Armii Czerwonej.
W tej sytuacji na wschodnich krańcach Polski i nieco później niemal w całej Europie powstała nowa rzeczywistość, jakże odmienna od tej, jaka była przed wybuchem II wojny światowej we wrześniu 1939 roku i tuż po jej zakończeniu. Już wówczas my, Polacy, byliśmy podzieleni na różne orientacje i poglądy polityczne. Niemal każde polityczne ugrupowanie tworzyło struktury wojskowo-polityczne, oddziały zbrojne: AK, GL, AL, BCh i NSZ i jeszcze inne mniejsze formacje zbrojne.
Powstały też nowe partie polityczne, oprócz istniejących już przed wojną PPS i PSL. Taką nową partią była Polska Partia Robotnicza utworzona przez polskich komunistów podczas okupacji. Jej sekretarzem m.in. jeszcze w czasach wojny i krótko po jej zakończeniu był Władysław Gomułka. Istniała też Krajowa Rada Narodowa powołana w noc sylwestrową 1943/1944. Ogłosiła ona swój program przemian demokratycznych po wyzwoleniu. Miała to być Polska demokratyczna, ludowa.
Zapowiadała radykalne reformy społeczne, ziemię dla chłopów, fabryki dla robotników. Po kapitulacji Niemiec i zakończeniu wojny podziały i różnice programowe między tymi ugrupowaniami wojskowo-politycznymi jeszcze bardziej się zaostrzyły, objęły niemal wszystkich Polaków, skutkując czasami walkami bratobójczymi Polaków z Polakami. Nawet w rodzinach nie było jedności. Znałem dwóch braci. Jeden był w podziemiu, a drugi komendantem posterunku Milicji Obywatelskiej w jednej z gmin. Niemców już nie było, ale byli przeciwnicy polityczni dążący do przejęcia władzy. Jedni chcieli reaktywować II RP z kosmetycznymi zmianami programowymi.
Terror
Lewica też dążyła do przejęcia władzy, zapowiadając radykalne reformy demokratyczne, jak uspołecznienie przemysłu, przeprowadzenie reformy rolnej. Jej główne hasła to: fabryki dla robotników, ziemia dla chłopów, władza ludu, powszechna, bezpłatna oświata, odbudowa kraju ze zniszczeń. Ale jeszcze nic nie mówiono o socjalizmie. Te hasła głosiła PPS, która powstała w końcu lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. Istniał terror. Ginęli Polacy w obronie nowej ludowej władzy i ci, którzy chcieli powrotu władzy z czasów II RP. Stroną atakującą był oddziały zbrojne partii prawicowych i konserwatywnych.
Władze odpowiadały działaniami odwetowymi, na terror też odpowiadano terrorem. Ginęli Polacy, nasi sąsiedzi też. Widziałem to jako dziecko wojny. Miałem wówczas czternaście lat. Ginęli również ci, którzy nie byli w żadnej organizacji politycznej czy zbrojnej. Byli oni daleko od sporów politycznych. Tak np. zginął m.in. przyjaciel naszej rodziny Wacław Bujalski pasąc krowy w lesie w pobliżu swoich zabudowań. Zabito go tylko dlatego, że w tym czasie ścigano zbrojny oddział prowadzący walkę z istniejącą już władzą liczący na powrót rządu z Londynu.
Zginął wdowiec, ojciec trojga dzieci. Był to dramat rodzinny. Moja rodzina często jeździła z nimi do lasu, zbierać grzyby, jagody i owoce. Pana Bujalskiego znaleziono po kilku dniach w lesie. Był przykryty gałęziami i liśćmi. Prowadzący obławę potraktowali go jak jednego z tych z lasu, którzy odmówili ujawnienia się po ogłoszonej amnestii. Takich ofiar było więcej na tych naszych polskich bezdrożach, ofiar ostrej walki między Polakami. Bój toczono o władzę dla polityków, natomiast ofiary ponosił niemal cały naród.
Kiereszowanie historii
Co było przyczyną, siłą sprawczą dokonywanych wyborów w czasie tuż po zakończeniu wojny i naszych ówczesnych dążeń? Pytanie oczywiście jakże historyczne, ale warto chyba w dzisiejszych czasach odpowiedzieć, posiłkując się autopsją.
Opisuję to, co widziałem i słyszałem, byłem świadkiem wielu sytuacji, w tym jakże dramatycznych śmierci ojców moich kolegów. Jest potrzeba przeciwstawiać się totalnym kiereszowaniom naszej polskiej historii, jej przeinaczaniu, niedomówieniom, po prostu zakłamywaniu. Przecież jeszcze żyje wiele osób, które są świadkami tego, co się działo w ówczesnej Polsce.
Największym kłamstwem jest twierdzenie przez polityków dobrej zmiany, partii konserwatywnej, że po okupacji niemieckiej była przez czterdzieści lat okupacja sowiecka. Jaka to analiza porównawcza upoważnia ich do takich pokracznych ocen niezwykle ważnego dla Polaków problemu narodowego. Przecież to kłamstwo. Nagłaśnia się je w książkach, filmach, środkach masowego przekazu opanowanych przez partię sprawującą władzę. To dobrze, że ukazuje się trochę prywatnych wydawnictw oraz rozgłośni radiowych i telewizyjnych, które polemizują z tymi kłamliwymi ocenami.
Jest faktem i trzeba to uznać, że wyzwolenie Polski przez armię wschodniego sąsiada, Armię Czerwoną, sprzyjało zasadniczym zmianom, do których dążyła ówczesna lewica i ugrupowania demokratyczne programowo z nią związane. To prawda, że te nowe władze w Polsce mogły liczyć na silne wsparcie, na konkretną pomoc w umocnieniu swoich wpływów w społeczeństwie.
Kto popierał?
Dziś wielu nie pamięta, albo celowo przemilcza, komu Polacy zawdzięczają dzisiejszy kształt Polski. Kto popierał włączenie do Polski Wrocławia, Szczecina i szerokiego dostępu do Morza Bałtyckiego. Tak się stało na wyraźne żądanie państwa radzieckiego, a nie państw zachodnich, a nawet rządu polskiego na emigracji. To państwo radzieckie, bolszewickie, zdecydowało, że mamy dziś korzystne ukształtowanie terytorium Polski, jego jakże korzystną demografię obywateli naszego państwa.
Wspomniałem już wyżej, że fakt wkroczenia do Polski oddziałów Armii Czerwonej był nader ważnym czynnikiem przejęcia władzy przez lewicę. Ale to byłoby niewystarczające, gdyby lewica była słaba, nie miała wsparcia, akceptacji liczącej się części Polaków, ich społecznego zaangażowania po stronie powstałej władzy o orientacji lewicowo-demokratycznej. Przecież np. Austria też była wyzwolona przez Armię Czerwoną. Jej wojska stacjonowały tam przez dziesięć lat. I co, wycofała się w 1955 roku. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, gdyż zabrakło tego czynnika wewnętrznego, wsparcia, ze względu na słabość lewicy. To samo mogłoby zaistnieć i w innych państwach, w Polsce, Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii. W naszym kraju lewicę poparli ludzie miast i wsi, którzy w czasach II RP żyli w nędzy i ubóstwie. Oj pamiętam, pamiętam te lata zimna, mrozu i braku kromki chleba. Tak było w wielu, bardzo wielu rodzinach mojego miasta. Jeszcze gorzej było na wsiach, w tych siedzibach, które miały nędzne, małe gospodarstwa.
Urojone sukcesy
Obecnie nasi polityczni włodarze to negują, mówiąc o urojonych sukcesach II RP. Jaki zachwyt wyrażają o wybudowanym jednym Centralnym Okręgu Przemysłowym. A była to kropla w morzu naszych potrzeb. Ekonomiści udowadniali że aby poprawić los Polaków była potrzeba wybudowania 50 takich okręgów przemysłowych. Właśnie prawie tyle wybudowano w Polsce Ludowej, tej niechcianej, wysiłkiem ogromnym całego narodu, nie tylko komunistów.
To był gigantyczny marsz nowoczesnego przemysłu, który prawica, po przemianach w 1989 roku, zniszczyła, oddała niemal darmo obcym. Może kiedyś stanie się zadość sprawiedliwości i ci, którzy się do tego przyczynili, zniszczyli polski przemysł, odpowiedzą przed Trybunałem Stanu. Jako pierwszy powinien odpowiadać przed tym najwyższym trybunałem Leszek Balcerowicz, inni także.
W latach 1944-45 lewica zapowiadała szeroki i radykalny program reform społecznych, który był zgodny z oczekiwaniem znacznej części Polaków. Wychodził naprzeciw naszym dążeniom i aspiracjom. Chociaż jeszcze nie wiedzieliśmy, czego właściwie chcemy. Wiedzieliśmy natomiast, że chcemy się przede wszystkim uczyć i później pracować w wyuczonych zawodach, jakoś się urządzić, by nie wegetować w biedzie jak nasze rodziny, pokolenia robotników i małorolnych chłopów.
Widzieliśmy po prostu szansę w tej nowej tworzącej się rzeczywistości społeczno-politycznej. Organizowano i odtwarzano powszechne szkolnictwo, brutalni zniszczone i zakazane przez okupanta niemieckiego. Zapowiedziano i stworzono w moim mieście nowe szkoły zawodowe z różnorodnymi specjalnościami i licea. Takich szkół dotychczas w ogóle nie było. Były w Siedlcach odległych od naszego miasta o trzydzieści kilometrów. Mój starszy brat Józef był uczniem tej szkoły tylko pół roku. Były to czasy II RP. Rodzice nie mogli opłacać jego nauki.
Rzemieślnicy, w tym kuśnierze, masarze i inni również żądali zapłaty od rodziców za naukę zawodu. Tak było w moim przypadku jeszcze dwa lata po wojnie. Nauka w szkole publicznej, zgodnie z programem władz była bezpłatna. Prowadzono też masowy werbunek do różnych szkół zawodowych organizowanych w całym kraju. Pamiętam, jak koledzy z naszej ulicy kończyli takie szkoły w różnych miejscowościach i po ich ukończeniu byli kierowani do pracy w różnych zawodach.
Byli zakwaterowani w internatach zakładowych. Powstający przemysł oraz różne resorty miały swoje szkoły zawodowe. Były też szkoły przyzakładowe. Młodzi ludzie przyjeżdżający do rodzin na urlopy chwalili się tym, że pracują i zarabiają w wyuczonych zawodach przez kilka miesięcy.
Paradowali przez miasto w nowych garniturach, których dotychczas nigdy nie mieli. Niektórzy już z żonami odwiedzali swoich rodziców. Zapoznali je właśnie w szkole. Powstająca niemal z gruzów i zgliszcz nowa Polska potrzebowała wykwalifikowanych pracowników. Wielu podejmowało dalszą edukację w systemie wieczorowym i zaocznym.
Matura w rok
Ten system oświaty był zorganizowany niemal w każdym większym mieście. Nawet w moim było liceum dla dorosłych i szkoła wieczorowa dla tych, którzy nie ukończyli siedmiu klas. Ja do takiej szkoły uczęszczałem przez rok. Dlatego mogłem być przyjęty do pierwszej klasy szkoły zawodowej. A na wyższych uczelniach istniały roczniki zerowe. W ciągu roku uzupełniało się średnie wykształcenie, stając się studentami pierwszego roku.
Werbunkiem kandydatów do szkół zawodowych zajmowały się też komendy powiatowe Służby Polsce. Kto dzisiaj wspomina, że swoją edukację zawdzięcza tej powszechnej organizacji? Niewielu. My, młodzi odbywaliśmy służbę w SP, pracując i szkoląc się. Ja np. pracowałem w czasie wakacji szkolnych w lipcu 1949 roku w 39. Brygadzie SP w Pasłęku.
Budowaliśmy wały przeciwpowodziowe obok pól rolników. Brygada nasza liczyła ponad tysiąc uczniów szkół z całego kraju, w tym z Warszawy i Gdańska. Pracowaliśmy osiem godzin dziennie. Na polach rolników także, w soboty i niedziele. Robiliśmy to ochotniczo. Pamiętam, że w namiotach nie pozostawał nikt. Wszyscy maszerowali na pola rolników. Obok namiotów były kuchnie polowe i sanitariaty oraz ujęcia wody.
Rolnicy częstowali nas mlekiem i owocami. Wielu posiadaczy tych gospodarstw rolnych było tułaczami ze wschodu, a m.in. z Ukrainy. Piliśmy kwaśne mleko w upalne dni. Tego się nie zapomina. Takie właśnie były nasze życiorysy. Te piękne karty zachowań i patriotycznych postaw powojennego pokolenia są, niestety, zapomniane przez obecne władze, które nieustannie gardłują tylko o czasach zniewolenia pod „okupacją bolszewicką”. Dlatego tak się zachowują, bo ich zdaniem była to Polska zła, ludowa, a nie kapitalistyczna. Jakie to prymitywne i prostackie. Przecież to moje pokolenie budowało nie tylko fundamenty, ale i pierwsze piętra tego, co dzisiaj nasz kraj sobą reprezentuje.
Pięciu komunistów
To przecież moje pokolenie likwidowało skutki niemieckiej niewoli i tworzyło nowoczesne oblicze Polski. A kto zlikwidował żałosne zjawisko analfabetyzmu z czasów II RP? Szwadrony kosmitów? Nie, zrobiła to Polska Ludowa. A w moim mieście można było komunistów policzyć na palcach jednej ręki. Było ich pięciu, gdy powstawała Polska Ludowa. Znam ich wszystkich. Szewc, zamiatacz ulic, piekarz i jeden pracownik samorządu miejskiego. Po wojnie wciąż pracowali w swoich zawodach, nie zmieniając poglądów. Jeden z nich był aresztowany i zesłany do obozu; udało się go rodzinie wykupić. A inny, Ostaszewski, w butach, które naprawiał, dostarczał do odpowiednich osób ulotki podziemia. Wszyscy oni nie wykazywali większej aktywności aż do końca swojego życia.
Werbunek, czy samodzielne wybory drogi do awansu społecznego? Tak, to wszystko było w określonym zakresie i skali. Temu nie można zaprzeczyć. Było i jedno, i drugie. Np. robotnik, brygadzista budowlany, był wyznaczany na dyrektora przedsiębiorstwa powiatowego. Taka była konieczność. Był przecież brak inżynierów budowlanych. Trzeba ich było kształcić parę lat na wyższych uczelniach. W wojsku przez wiele lat po wojnie realizowano hasło programowe werbunku do szkół oficerskich. „Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera” – mawiano.

Mnie też przyjęto do szkoły oficerskiej, mimo że nie miałem wówczas ukończonego średniego wykształcenia. Po wojnie jeszcze przez parę lat nie można było warunkować przyjęcia do szkół oficerskich posiadaniem matury. Bo po prostu tych maturzystów nie było, a tych, którzy posiadali maturę, przyjmowano na uczelnie cywilne. Tak było w moim przypadku.
Bezpartyjny
Ale wojsko stopniowo stawiało wyższe wymogi, tworząc jednocześnie warunki doskonalenia kwalifikacji i powszechnego dokształcania w systemie zaocznym i wieczorowym. Wojsko edukowało właśnie mnie niestacjonarnie przez czternaście lat, łącznie z uzyskaniem stopnia naukowego doktora, co zawdzięczam Polsce Ludowej i wojsku. Oczywiście, była też nomenklatura w polityce kadrowej jako jej zasadniczy kanon. Dobry fachowiec, ale bezpartyjny.
Tak. Ale po latach to się zmieniło. Prowadzono racjonalną politykę kadrową. Już nie egzekutywy partyjne decydowały o awansach, wyznaczaniu swoich partyjnych towarzyszy na kierownicze stanowiska. A teraz kto decyduje o wyznaczaniu na kierownicze funkcje w państwie i intratnych spółkach skarbu państwa? W sądownictwie i kulturze? Już nie pierwszy sekretarz KC lub KW, a prezes partii, która ma większość w sejmie. Niepokornych odwołuje się, a na ich miejsce są wyznaczane osoby o nijakich kwalifikacjach i doświadczeniu, ale uległe i pokorne wobec prezesa.
Mówi się dziś często o tym, jak to werbowano i zmuszano do wstępowania do PZPR jako warunku awansu społecznego. Na pewno były takie przypadki, ale byli i tacy, których nikt nie werbował i nie polecił im wstępowania do partii.
Tak było w moim przypadku i w przypadku mojego brata Józefa. Żyją jeszcze świadkowie tych naszych wyborów. Mając osiemnaście lat, udałem się do KP PZPR i powiedziałem, że chcę wstąpić do partii. Sekretarz spojrzał na mnie i powiedział, że chyba jestem jeszcze za młody, by się ubiegać o wstąpienie do partii. Pokazałem mu legitymację szkolną. Spojrzał na nią i polecił mi w sekretariacie wypełnić deklarację.
Po roku kandydowania zostałem przyjęty na członka. I taka była moja droga do partii i społecznego zaangażowania. Przez całe moje życie byłem człowiekiem o przekonaniach lewicowych. Będę nim już do końca. Teraz niektórzy politycy wielokrotnie zmieniają partyjne barwy, idąc tam, gdzie upatrują szansę na awanse i stanowiska. Po prostu robią to nie z potrzeb ideowych, ale z potencjalnych szans na korzyści materialne. Taka była droga wielu liderów partii władzy. To zjawisko występuje niemal we wszystkich partiach. Był działaczem PSL, a teraz jest funkcjonariuszem PiS, SLD. Lewicowiec działa teraz w PO. Takich, którzy zmieniali orientacje polityczne z myślą załapania się na posła, senatora czy ministra jest wielu w dzisiejszych partiach.
Kontakt z lewicą
W moim mieście takich jak ja, szukających kontaktów z lewicą, było wielu, nie byłem wyjątkiem. Nie mówiliśmy wówczas o komunizmie czy bolszewizmie. Takie pojęcia nie były w obiegu społecznym.
Dyskutowaliśmy, sprzeczając się o Polskę demokratyczną, o tym, co nam się oferuje, co ta nowa władza może nam dać i zmienić w naszym życiu. Jeszcze dodam, że kilku moich kolegów, wstępując do PZPR z własnej inicjatywy, pracowało później w KP PZPR w Sokołowie Podlaskim i Węgrowie, sąsiednim mieście powiatowym. Byli oni członkami tej partii aż do jej rozwiązania. Nie byłem więc w tych swoich wyborach i zachowaniach wyjątkiem w środowisku sokołowskim.
Warto chyba jeszcze wspomnieć, że w czasach powojennych powstało kilka organizacji młodzieżowych, które na kongresie zjednoczeniowym we Wrocławiu w 1948 roku utworzyły ZMP. W 1949 roku zostałem wybrany na przewodniczącego tej organizacji w Zasadniczej Szkole Metalowej.
Nikt nas nie werbował do wstępowania. Paru z nas poinformowało dyrektora szkoły, bezpartyjnego pana Stanisława Lesiaka, profesora fizyki i chemii, że chcemy utworzyć w szkole ZMP. Spojrzał na nas zamyślony i powiedział: ja wam nie będę przeszkadzał, tylko liczę na dobrą współpracę szkoły i uczniów. Odpowiedzieliśmy, że liczymy właśnie na dobrą współpracę z panem dyrektorem. Przychodził na niektóre nasze zebrania, radził i pomagał w wielu uczniowskich sprawach. Po tym uzgodnieniu z dyrektorem szkoły udaliśmy się do przewodniczącego ZP ZMP kolegi Rudasia. Był na naszym pierwszym zebraniu organizacyjnym, informując nas o celach programowych ZMP. Ogłosiliśmy, że kto chce wstąpić do organizacji, wypełnia deklarację, a kto nie chce, może opuścić salę. Niektórzy wyszli, nikt z nas ich nie zatrzymywał. Pamiętam, że większość z obecnych wypełniła deklarację, podpisując ją. Nikt nikogo nie namawiał do wstąpienia do powstającej organizacji młodzieżowej.
Dyscyplina uczniów
Na naszych zebraniach i spotkaniach omawialiśmy przeważnie sprawy warunków życia, wyniki nauczania, dyscyplinę uczniów, ich zachowań i działalność kulturalną. Nawet zorganizowano zespół artystyczny. Pamiętam, że prezentowaliśmy jednoaktówkę o partyzantach pt. „Wzgórze 703”. Prezentowaliśmy ją w kilku wsiach naszego powiatu. Upominaliśmy się też o zapomogi finansowe dla niektórych kolegów i koleżanek, którzy byli w trudnej sytuacji.
Pamiętam nawet, że nasza pani profesor Kołodziejczyk, zwróciła się do mnie z propozycją wytypowania osób spośród uczniów szkoły, które mogą po kilkudniowym kursie, pełnić w lipcu i sierpniu funkcję wychowawców na koloniach wakacyjnych dla młodzieży szkół podstawowych. W tych latach Powiatowy Inspektorat Oświaty miał trudności kadrowe z zaangażowaniem odpowiedniej liczby nauczycieli. Dlatego zatrudniano nas, uczniów szkoły zawodowej. Też byłem wychowawcą na koloniach i obozach młodzieżowych. M.in. w miejscowości Sabnie, gminie naszego powiatu, pełniłem funkcję wychowawcy grupy młodzieży, której rodzice zginęli w powstaniu warszawskim. Była to młodzież, która przebywała w domu sierot we wsi Wirowo. Rzeczywiście była to młodzież trudna, którą skrzywdziła wojna. Sieroty. Nie mieli rodziców. Ale odwołałem się do starszych uczniów, prosząc o pomoc i proponując im współpracę.
Kolektywne kierowanie
Pomogli. Było kolektywne kierowanie grupą moich podopiecznych. Nawet stworzyliśmy zespół artystyczny. Śpiewano patriotyczne piosenki i recytowano wiersze. Także o tematyce wojennej. Zespół występował w pobliskich wsiach. Kto chciał, mógł pomagać w żniwach rolnikom indywidualnym. Czy ktoś pamiętam o tym? Np. nasze wyjazdy i powroty na przyczepach traktorów, ocalałych i wysłużonych.
To także jedna z kart historii naszej młodzieży.
Dziś jakże przewrotna i fałszywa jest narracja, jaką prezentują niektórzy politycy oraz konserwatywni i liberalni pseudożurnaliści oraz niby uczeni. Usiłują oni nam przekazać tylko czarny obraz tych powojennych czasów. Nawet tym, którzy znają to z autopsji.
Otóż wedle tych wszystkowiedzących najlepiej, a nawet tych, którzy mieli szczęście, że nie byli dziećmi wojny, były to czasy dramatyczne dla tych żołnierzy niezłomnych, wyklętych, prawdziwych bohaterów Polski. Że to oni zmagali się i ponosili ofiary działań komunistów i bolszewików. Innych nie było, tylko oni i komuniści. A przecież większość to ani ci, ani tamci.
Naszej przeszłości nie możemy opisywać tylko w kolorach czarno-białych, bo takie oceny byłyby niesprawiedliwe i odbiegające daleko od prawdy historycznej. Przecież ta rzeczywistość powojenna, jak i późniejsze lata, miały różne barwy i cienie, a także kręte bezdroża. Nie tylko przeciwnicy tzw. komuny walczyli o naszą niepodległość, nie tylko oni są patriotami i prawdziwymi Polakami, jak to nieustannie wmawiają niektórzy politycy.
Ich przeciwnicy to komuniście, agenci Moskwy, sojusznicy bolszewików. A gdzie były miliony Polaków, którzy zawdzięczają urojonemu okupantowi radzieckiemu dzisiejsze korzystne granice i kształt terytorialny kraju. To dzięki nim zasiedliliśmy odzyskane ziemie na zachodzie i północy oraz duży pas wybrzeża morskiego.
Pierwsze kondygnacje
Nawet nie wspomną, komu zawdzięczamy, że Wrocław, Szczecin i inne miasta są dziś polskie. To nie niezłomni i wyklęci likwidowali odwieczne zacofanie i analfabetyzm. Nie oni odbudowali i zbudowali setki miast. Nie oni stworzyli fundamenty oraz pierwsze kondygnacje wielkich budowli, które pozwoliły nam zbliżyć się do zachodniej cywilizacji. Ci fałszywi bohaterowie ukrywali się w lasach i różnych melinach oraz strzelali nie tylko do państwowych funkcjonariuszy powstającej Polski Ludowej, lecz także do robotników odbudowujących polski przemysł i chłopów biorących ziemię z reformy rolnej, która umożliwiła im przetrwanie trudnego okresu w ich życiu. Zostaw chamie, to nie twoje, to pańskie. Kto to mówił?
Wielu z tych, którzy mają swoje ulice, place i pomniki. A kto wybudował mieszkania dla 14 milionów urodzonych rodaków w Polsce Ludowej? Szwadrony kosmitów, czy cały naród w czasach Polski właśnie Ludowej? W tych mieszkaniach już było światło, gaz i inne urządzenia sanitarne. To była gigantyczna praca, tworzono coś wielkiego na morzu gruzów i zniszczeń. Kto te wielkie zakłady pracy w moim, niegdyś zapomnianym mieście wybudował?
To właśnie dzięki tym zakładom, w tym mięsnym, nie ma już tych drewnianych domków, krytych gontem i papą, z oknami sięgającymi niemal do ziemi, bez elektryczności i wody przy mojej ulicy Lipowej. A powszechna akcja elektryfikacji wsi, w których diabeł mówił dobranoc? Jak bardzo było niemoralne, nieuczciwe zagubienie lat 1944-1989 w obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości. Lata mozolnej pracy, wysiłku, a nieraz niedojadania, lata wielkiego patriotyzmu milionów Polaków.
Godność i honor milionów
Ta ogromna praca tworzyła nasz potencjał materialny i duchowy, który wielce przyczynił się do zbliżenia nas do cywilizacji zachodniej Europy i naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Teraz nie tylko się przemilcza ten ogromny zryw aktywności narodowej, ale co więcej, kiereszuje się te lata, godność i honor milionów. Jest to działanie nad wyraz niegodziwe, wyraźnie zakłamane. Dzisiejsza Polska to dzieło wielu pokoleń Polaków, a nie jednej partii, która dziś sprawuje rządy w naszym kraju. Jak długo jeszcze? Czas pokaże! Zegary sprawiedliwości społecznej już pracują na niekorzyść tych naszych włodarzy.
I jeszcze o postawach i zachowaniach młodych mieszkańców miasta i wsi. Z naszymi rodzicami różnie bywało. Mieli swoje małe gospodarstwa rolne, warsztaty pracy, prowadzili różne interesy, by jakoś żyć, bo wszystkiego brakowało. Były to często postawy zachowawcze w trosce o wyżywienie rodziny, jej ubranie, bo też chodziło się w kamaszach wielokrotnie naprawianych i łatanych. My, młodzi, trochę odbieraliśmy to, co się tworzyło na naszych oczach inaczej niż nasi rodzice. Chcieliśmy zaistnieć, być obecnymi w tym ważnym okresie życia. Dlatego rozglądaliśmy się za różnymi możliwościami, aby coś robić i załapać się, by trochę pomóc rodzinie.
W wielu naszych domach prowadzono różne nielegalne interesy, np. pędzono bimber jako towar wymienny, m.in. z żołnierzami Czerwonej Armii. Kwitł także tajny ubój zwierząt, a nawet produkowano wędliny, które sprzedawano sąsiadom pracującym w różnych urzędach publicznych. My, młodzi, tym się nie zajmowaliśmy. Nasze zainteresowania były inne. Myśleliśmy o tym, co robić, jak się zachować, by zmienić losy naszych rodziców. Sami najczęściej podejmowaliśmy decyzje, które zaważyły na naszej przyszłości, nie pytając nawet rodziców, jakie jest ich zdanie o tym, co zamierzamy zrobić robić w najbliższych latach. Tak było w moim przypadku.
Nie wegetować
Intuicja i przykre doświadczenia z czasów II RP i okupacji niemieckiej podpowiadały nam, co robić, by się dobrze urządzić i nie wegetować, a pracować, uczyć się i żyć lepiej niż nasi rodzice, którzy niewiele mogli nam dać, bo taka była ich sytuacja. Dlatego podejmowaliśmy różne decyzje, rozglądając się na różne strony, szukając kontaktów z tymi, którzy coś znaczyli w mieście.
Młodzież chętnie angażowała się w czyny społeczne masowo podejmowane w latach powojennych. Dziś oczywiście też krytykowanych przez „dobrą zmianę”. Uczniowie mojej szkoły zawodowej brali m.in. udział w wywożeniu gruzów po spalonych budynkach. Z pozyskanej cegły wybudowano m.in. dla szkoły kuźnię, której nie było, a była ona potrzebna w naszej edukacji zawodowej. Pracowaliśmy przy spalonym budynku straży pożarnej, który był usytuowany niemal w środku miasta oraz przy dużym budynku wybudowanym tuż przed wybuchem wojny. W czasach okupacji był on siedzibą starosty naszego miasta, Niemca Ernsta Gramssa.
Ten budynek od naszego domu przy ul. Lipowej dzieliły tylko posesje Ukasiewiczów i Wójcików. Wszystkie jego kondygnacje były spalone, a część zburzona przez podłożone środki wybuchowe. Palił się w biały dzień, gdy Niemców już nie było. Drewniany dom Ukasiewiczów dorośli mieszkańcy tej ulicy polewali wodą noszoną we wiadrach, a sąsiadka Toczycka stała obok z krzyżem i żegnała ogromne płomienie ognia. Wyglądało to groźnie, ale ogień nie sięgnął domu wybudowanego z grubych, dębowych bali.
Akcja umacniania więzi
Braliśmy też udział w niedzielnych akcjach umacniania więzi miasta ze wsią. Tak się to wówczas mówiło. Wyjeżdżaliśmy do okolicznych wsi w naszym powiecie. Były to działania mało skuteczne w realizowaniu stawianych zadań przed tymi brygadami robotniczo-młodzieżowymi. Przykładem może być agitowanie rolników, by tworzyli zespołowe gospodarstwa, które miały być bardziej wydajne i zasobne w maszyny rolnicze, a w tych było wówczas mało.
W niektórych wsiach powstało kilka skolektywizowanych gospodarstw rolnych w formie spółdzielni produkcyjnych. Rolnicy zdecydowanie bronili swoich gospodarstw rodzinnych, które posiadali z dziada i pradziada, przed kolektywizacją. Od programu powszechnej kolektywizacji rolnictwa odstąpiono po październiku 1957 roku. Władysław Gomułka, wybrany po Ochabie na I sekretarza KC PZPR ogłosił, że nie będzie dalszej kolektywizacji polskiej wsi.
Obchody pierwszomajowe
Z istniejących około 10 tysięcy spółdzielni produkcyjnych większość została rozwiązana. Zostało ich niewiele. Od tego czasu rolników już zostawiono w spokoju. Ogłoszono program umacniania i pomocy dla gospodarstw indywidualnych, rodzinnych.
Zachęcano też nas, uczniów szkół, do udziału w manifestacjach 22 lipca i pochodach pierwszomajowych. Wywierano też nacisk na wszystkich pracujących w urzędach i gospodarce narodowej oraz firmach państwowo-społecznych. By ło trochę z tym kłopotów.
Czasami wzywano mnie jako przewodniczącego zarządu szkolnego ZMP do ZP ZMP i KP PZPR. Nie braliśmy jednak udziału w tych manifestacjach i pochodach jako szkoła w szyku zwartym. Nasz dyrektor szkoły, wspaniały wychowawca trudnej młodzieży, szanowany przez uczniów, rozumiał nas. Większość uczniów stanowili chłopcy i dziewczęta ze wsi. W niedziele i inne święta najchętniej wyjeżdżali do rodzin.
Było trochę z tego powodu zamieszania. Władze polityczno-administracyjne krytykowały dyrektora za to, że źle wychowuje młodzież, bowiem kierowana przez niego szkoła nie wystawiała zwartych grup uczniów i nauczycieli maszerujących z transparentami popularyzującymi jedyną tego typu szkołę w powiecie. My, miastowi, wprawdzie uczestniczyliśmy w tych manifestacjach, były to jednak nasze decyzje indywidualne. Ja stałem na chodniku blisko trybuny, na której stały władze polityczno-administracyjne miasta, bowiem byłoby mi trudno przebywać w tym czasie w innym miejscu.
Oglądałem maszerujące kolumny pracowników i młodzieży szkół. Grała orkiestra strażacka. Nieco później byłem jednym z jej muzyków grającym na dużym instrumencie nazywanym basem bejnym. Nosiłem go na ramionach, gdyż był to największy instrument całej orkiestry. Że grałem na nim, zdecydował kapelmistrz z uwagi na to, że byłem dość wysoki. Podczas tego mojego grania coś tam brzdąkałem jako wsparcie dla pozostałych instrumentów, w które była wyposażona nasza amatorska orkiestra strażacka. Profesjonalistą był tylko jeden muzyk, który uczył nas grać z nut. Po obchodach w godzinach wieczornych graliśmy na tzw. majówce na stadionie miejskim tuż przy naszej ulicy Lipowej. W latach późniejszych już nie organizowano pochodów pierwszomajowych, ale różne imprezy z udziałem naszego zespołu artystycznego i z niektórych sokołowskich zakładów pracy. Naszym zespołem kierował pan Kołodziejczyk.
Śpiewano i recytowano wiersze. Pomagała nam niezapomniana polonistka. Przypominam sobie jej wspaniałe lekcje nauki poprawnego języka. Dużo jej zawdzięczałem, ja oraz wielu moich kolegów i koleżanek. Jej mąż był kierownikiem szkoły podstawowej, w budynku której były dla nas organizowane lekcje. Zajęcia odbywały się nie tylko z teorii naszego przyszłego zawodu, lecz także z przedmiotów ogólnokształcących, jak matematyka, fizyka, chemia i inne.
Z dystansu dekad
I tyle o moich wspomnieniach z czasów bezdroży i dokonywanych wyborów. Jest potrzeba pisania i wspominania nie tylko o tych latach powojennych, ale i o całym okresie Polski Ludowej, której historia jest napisana przez pokolenia czterech dekad. Szczególnie teraz, gdy w dzisiejszej Polsce totalnie fałszuje się i zakłamuje lata heroicznego wysiłku wielu pokoleń Polaków.
I już na koniec tych moich wspomnień trochę refleksji. Nie mogę sobie odmówić wyrażenia tych najważniejszych, już jakże historycznych, doznań, spostrzeżeń. Czułem bowiem potrzebę głośnego wykrzyczenia, by przestano kłamać i przeinaczać historię, by zaniechano znieważania oraz odzierania nas z honoru i godności, by szanowano nasze ogólnonarodowe dobro, Ojczyznę odbudowaną od fundamentów oraz nadzieje na lepsze życie Polaków mojego pokolenia, ale także pokolenia naszych rodziców. Byliśmy motywowani nadzieją na lepszą przyszłość.
Atmosfera wolności
Zapowiadano przecież Polskę o innej rzeczywistości, bez głodu i zatroskania o zwykłe potrzeby rodaków. Ogarniała nas wówczas atmosfera wolności i pokoju, spełnienia największych pragnień każdego człowieka. Przeżywaliśmy wielki entuzjazm oraz niezapomniane chwile i dni. Byłem jednym z tych, którzy od pierwszych dni wolnej Polski opowiedzieli się za Polską sprawiedliwą dla wszystkich jej obywateli. Tych dni i lat życia oraz pracy właśnie w Polsce Ludowej nie można wymazać z naszej pamięci.
Czy wszyscy zachowają taką pamięć o minionych latach, o naszym powojennym czterdziestoleciu? Nie wiem. Ale bardzo bym pragnął, by tak było. My, dzieci wojny, zdecydowanie tak. To, co przeżyliśmy nie pozwoli na niepamięć naszej narodowej przeszłości, mimo że było w niej niemało różnych rozterek, wątpliwości, zagrożeń oraz trudnych sytuacji.
Wybory dokonywane przez Polaków, zwłaszcza młodych, były w tych trudnych powojennych latach różne. Przemyślane, rozważne, racjonalne, ale i niekiedy bez głębszej świadomości, że tak trzeba się zachować. Czasami podejmowane emocjonalnie i bez głębszej analizy istniejącej rzeczywistości.
Wielu z nas po prostu błądziło, powodując nawet dramaty osobiste i rodzinne. Później, po latach doświadczeń, gdy dorastaliśmy wiekowo, trzeba było wiele zmieniać w naszych zachowaniach. Nowe, różne problemy niekiedy przerastały nasze możliwości. W dodatku byliśmy wciąż skłóconym ze sobą pokoleniem. Wciąż istniały stare, zadawnione podziały, niekiedy tworzyły się też nowe. Nasze kłótnie i walka o racje to charakter naszej obecnej rzeczywistości, którą interesują się nasi sąsiedzi.
Wybory tych czasów
Ci z bliska i z daleka, z Europy i z Ameryki. Ale też wielu z nas, i to znaczny procent Polaków, potwierdza swoje dokonania i wybory w czasach powojennych, swoją pracą i działalnością społeczną. Eksponują oni swój gorący patriotyzm, mimo że część z nich uważana jest przez polityków prawicy, szczególnie konserwatywnej, za Polaków gorszego sortu. Jestem jednym z tych Polaków, którzy swój wybór dokonany w latach 1944-1945 wciąż potwierdzają jako właściwy. I tak będzie do końca mojego żywota. Innym nie mogę już być. Jednocześnie byliśmy i jesteśmy otwarci na nowe, inne czasy, bardziej cywilizowane i współczesne. Tych wartości nikt i nigdy nam nie odbierze. Pamiętamy, że niezależnie od różnych barw dzisiejszej polskiej sceny politycznej istnieją barwy, które na zawsze pozostaną w sercach wszystkich Polaków. Są to barwy biało-czerwone.
Barwy, które zawsze powinny nas łączyć, a nie dzielić. Bo taki podział prowadziłby nas, ludzi dumnych, z dużym honorem, zamieszkałych między Odrą i Bugiem, Morzem Bałtyckim i pięknymi górami na południu jej granic, donikąd.

Werblan raz jeszcze

O „Polsce Ludowej. Postscriptum” Andrzeja Werblana w rozmowie Robertem Walenciakiem pisał już w grudniu na łamach „Dziennika Trybuna” prof. Jerzy J. Wiatr. Rzecz jest kontynuacją „Polski Ludowej” sprzed dwóch lata, zapisu rozmów między Werblanem a Karolem Modzelewskim dokonanego przez Roberta Walenciaka.
Niewiele mogę dodać do omówienia profesora Wiatra, ale że lektura tej książki potwierdziła w moim odbiorze jej wysokie walory, zatem nigdy za wiele zachęty do sięgnięcia po ten tytuł. Przede wszystkim Werblan jest bardzo interesującym, inteligentnym i przenikliwym narratorem.
To nieczęsty w tym stopniu walor także wśród ważnych protagonistów zdarzeń historycznych. Zapewne nietrudno byłoby wskazać takich, którzy mieliby wiele do opowiadania, ale opowiadać nie umieją, trzeba im wspomnienia i oceny „wyrywać z gardła”.
Są być może i tacy, także w niegdysiejszym otoczeniu politycznym Andrzeja Werblana z czasów jego czynnej działalności partyjno-państwowej. Tymczasem Werblan wydaje się być dla Roberta Walenciaka rozmówcą w tym sensie „łatwym”, że wystarczy mu podsunąć jakąś kwestię, zadać pytanie, i otrzymuje się pełen treści, zwarty, logiczny, a jednocześnie interesujący, nieszablonowy wywód, opis czy ocenę. Werblan jest uczonym, jest intelektualistą, zatem jego narracja (co już uwypuklił w swoim tekście prof. Jerzy J. Wiatr) stanowi jednocześnie tok myślenia. Po drugie Werblan imponuje nie tylko znakomitą pamięcią (wielu od niego młodszych mogłoby mu jej pozazdrościć), ale także umiejętnością dokonania zdystansowanej oceny zdarzeń, zjawisk, w których czynnie uczestniczył lub obserwował. Nie przyjął on sztywnej pozycji „obrońcy swoich racji”, lecz na chłodno analizuje zdarzenia w których brał udział i które obserwował, nie korzystając przy tym z okazji do dokonywania autoidealizacji. Starał się też, na co sam zwraca uwagę, oceniać zdarzenia sprzed dziesięcioleci bez filtru współczesnego, przez pryzmat ówczesny, bez ich aktualizowania, bez tzw. prezentyzmu, którego uniknięcie zawsze jest bardzo trudne, jako że utrudniają to nawarstwienia zdarzeń późniejszych. Przyznam, że nie przeczytałem dotąd wielu takich publikacji poświęconych historii PRL, w szczególności historii obozu władzy, które podobnie klarownie przedstawiałyby jej mechanizmy, bez mitologizacji, bez kolorowania, bez megalomanii, ale z budzącą zaufanie rzeczowością. Poza narracją ukazującą bieg życia i działalności Werblana od dzieciństwa do czasu obecnego ,otrzymujemy także ciekawe uwagi o powojennej roli PPS do wymuszonego zjednoczenia z PPR w 1948 roku, a także portrety kilku najważniejszych postaci lat 1945-1989, Bolesława Bieruta, Józefa Cyrankiewicza, Władysława Gomułki, Franciszka Szlachcica, Piotra Jaroszewicza (tu odkrywczą i zaskakującą dla mnie ciekawostką jest fakt żywienia przez niego swoistego kultu Józefa Piłsudskiego i dawania temu wyrazu również w okresie, gdy był premierem w latach1970-1980), Edwarda Gierka i Wojciecha Jaruzelskiego.
Kto czytał wspomnianą na wstępie „Polskę Ludową” powinien sięgnąć po tę niejako uzupełniającą lekturę. Tego, kogo wciągnęła problematyka „postscriptum”, a nie czytał „Polski Ludowej”, na pewno znajdzie impuls, by po nią sięgnąć.
Andrzej Werblan – „Polska Ludowa postscriptum”, „Iskry”, Warszawa 2019, str. 423, ISBN 978-83-244-1053-8

Refleksje „pożytecznego idioty”

Niektórzy, a może nawet większość uważa ten znany od wielu lat zwrot jako nieprzychylny osobie, która sama tak się określa. Zwrot ten robi karierę wtedy, gdy ktoś z obywateli – piszę w kontekście naszej Polski – popiera jakąś myśl polityczną i nie tylko. Zawsze można też tak nazwać osobę, która ma odmienne poglądy od adwersarza.

Piszę ten artykuł w odpowiedzi na zachęty Redaktora Piotra Gadzinowskiego , który skrzętnie wykorzystuje takie teksty w coraz lepiej redagowanej gazecie „Dziennik Trybuna”.

Pora się więc przedstawić – nazywam się Bogdan Płusa , jestem rodowitym łodzianinem drugiego pokolenia. Pochodzę z rodziny robotniczej i jestem typowym przedstawicielem umiejętnego wykorzystania szansy awansu społecznego , pierwszym z mej rodziny , który wieczorowo ukończył studia wyższe na Wydziale Prawai Administracji Uniwersytetu Łódzkiego z tytułem magistra administracji. Z zawodu jestem zegarmistrzem , całą swą drogę zawodową realizowałem w Łódzkiej Fabryce Zegarów. a podwyższając swe kwalifikacje zawodowe osiągnąłem tytuł mistrza mechanika precyzyjnego .

Co się stało , że podwyższenie swych kwalifikacji osiągnąłem w późniejszym wieku ? Otóż jak każdy zdrowy , młody człowiek przez 15 lat byłem czynnym sportowcem – piłkarzem , lekkoatletą o kolarzem. Wspólnie ze znakomitymi kolarzami – mistrzami Polski Józefem Staroniem , Wojciechem Kowalskim, Władysławem Kierczyńskim zostaliśmy w 1968 r Wicemistrzami Łodzi (lata 60 i 70 to dominacja łódzkich kolarzy w Polsce)w najcięższej konkurencji kolarskiej– wyścigu drużynowym na 100 km.
W międzyczasie moja droga życiowa – polityczna – była typową dla ówczesnego modelu awansu społecznego. Działalność w ZHP w szkołach , działalność w KMW w wojsku , działalność w ZMS w zakładzie pracy. Oczywiście całość mej kariery była śledzona przez wielu działaczy , co wiązało się ze wstąpieniem w 1969 r do PZPR.Czy tego typu drogę życiową można uznać za idiotyczną pożyteczność?

Ten krótki zarys życiorysu był potrzebny celem uzasadnienia dalszych wywodów.

Jestem pod wrażeniem wielu artykułów, jakie ukazują się w „Dzienniku Trybuna” i o nich chcę podzielić się refleksjami.

Redaktorowi Gadzinowskiemu chce się stworzyć zespół redaktorski na wysokim poziomie intelektualnym. Trzeba uznać jego niesamowitą wolę i za to mu chwała . Czy ten wysiłek intelektualny można uznać za pożyteczny idiotyzm?

Są ludzie o określonych życiorysach , dzielą się swoimi refleksjami na łamach „Dziennika Trybuna”. Są one związane z życiem w urządzonej na nowo polskiej rzeczywistości po 1945 roku , po niesamowitej rewolucji społeczno- politycznej , po klęsce II Rzeczpospolitej we wrześniu 1939 r. Miliony niepiśmiennych , bezrobotnych, biednych , bez dachu nad głową uwierzyło że Polska może być lepsza.

Czy ci , którzy nie patrzyli ,że ledwie wyszli z niewoli Niemiec Hitlerowskich a już wg innych zostali zniewoleni , tylko chwycili za łopaty i najpierw odgruzowywali zniszczone miasta i wioski polskie a potem je pieczołowicie odrestaurowali – to też pożyteczni idioci ? A co z tymi , którzy od podstaw stworzyli polski przemysł stoczniowy , polski przemysł motoryzacyjny , stanęli przy krosnach i przędzarkach , tworząc przemysł włókienniczy. Też byli pożytecznymi idiotami ?

Niedawno przy Rektoracie mojej uczelni odsłonięto popiersie Profesora Tadeusza Kotarbińskiego , pierwszego Rektora i organizatora Łódzkiej Uczelni , nie patrzącego, kto jest przy władzy Czy jego też można nazwać pożytecznym tdiotą ? Hańba temu, kto by śmiał tak go nazwać!
Co tu dalej przytaczać, jak ci, co tak nazywają miliony bezimiennych twórców Polski Ludowej , dziś w swoim Tygodniku „Gazeta Polska”(9/2020) piórem Tomasza Sakiewicza pozwalają sobie zaapelować następującymi słowami: ”Przypomnę, jaka jest skala zasięgu naszego środowiska . Ostatnie numery „GP” kupowało około 25 tys. osób, numery „Codziennej” kilkanaście tysięcy , .Portal Niezależna .pl czyta stale około 2,5miliona osób , portal Telewizji Republika – około miliona stałych użytkowników , samą Telewizję codziennie ogląda od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu tysięcy widzów. W skali miesiąca nawet półtora mln osób włącza TV Republika. Media społecznościowe związane z naszym środowiskiem czyta kilka milionów ludzi . Dla przykładumoje konto na Twitterze obserwuje około 90 tys. osób(zachęcam , by było ich więcej)……W Polsce i na świecie działa prawie 500 klubów „Gazety Polskiej”……I dzisiaj musimy apelować , by ludzie poszli głosować. By się zaangażowali…..(koniec cytatu).
Nie pokuszę się o to, aby wymienionych zaliczyć do pożytecznych idiotów.
A teraz parę uwag do artykułów zamieszczonych w „Dzienniku Trybuna”. Jako pierwszy – pozwolę sobie skomentować artykuł Krzysztofa Janika „Lewica Kaczyńskiego”.

Panie Krzysztofie – to nie jest brednia. Pójdę dalej w ocenie. To jest zwycięstwo dyktatury proletariatu , to jest zwycięstwo klasy robotniczej , która tak walczyła , że aż się wyzwoliła od pracy.NSZZ ”SOLIDARNOŚĆ” urosła do symbolu przewodniej siły narodu , organizatora życia publicznego i twórcy dobrobytu. Jak by Pan , panie Krzysztofie posłuchał , jakie z tego tytułu brednie wypowiada się na ryneczkach łódzkich , jak ludzie chwalą sobie , że teraz wszystkiego jest pełno , jak nasza PZPR nie potrafiła zaspokoić podstawowych potrzeb codziennego używania, a ten kapitalizm to zapewnił , a nasi prpminentni działacze szybko się przesiedli na stanowiska kapitalistów, to pewnie nic z nieba nie spadło. Cały czas tłumaczyliśmy społeczeństwu, co to są nasze wartości lewicowe, a nasz naród tego nie słuchał. A tu Kaczyński raptem zaczął te wartości wprowadzać w życie i naród to przyjął.

To czemu my tego nie zrobiliśmy? Czy znów wraca jak mantra powiedzonko „pożyteczni idioci”? Zawsze mieliśmy jakieś pokrętne wytłumaczenia – a Kaczyński nie tłumaczy , tylko wdraża. Czemu on się nie boi o budżet? On po prostu realizuje to , co się należy społeczeństwu. Nie jest to z mojego punktu widzenia gloryfikacja rządów PIS , bardzo daleki jestem od tego.

Tłumaczenie całości polityki socjalnej i jej niedostatków było wieczną przywarą każdej ekipy władz PRL. Pan do nich należał. Przechowuję w swej bibliotece jak jakąś relikwię NOWE DROGI Sprawozdanie z prac Komisji KC PZPR powołanej dla wyjaśnienia przyczyn i przebiegu konfliktów społecznych w dziejach Polski Ludowej.

Każda władza lewicowa powinna być przepytana ze znajomości przyczyn naszych niepowodzeń przed wpisaniem na listy kandydatów do władz partyjnych Lewicy Polskiej a potem do władz państwowych , do Sejmu , do Senatu, na radnych , prezydentów , burmistrzów , wójtów i dyrektorów oraz prezesów spółek państwowych. Nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków z kryzysów , które sami powodowaliśmy. A naród był cierpliwy do sierpnia 1980 r. i pokazał nam „czerwoną kartkę”, nakazał zejść z murawy boiska.
Nasi działacze ekonomiczni , piszący w „Dzienniku Trybuna” pięknie punktują prof. Leszka Balcerowicza za szok 1989 r.

Jednym z nich jest niedoceniany prof. Grzegorz Kołodko. Wiele artykułów w „Dzienniku Trybuna” ma swe odniesienie do instrumentów ekonomicznych , używanych przez niego w trakcie jego wpływu na rządzenie krajem.
Mamy tylu mądrych ludzi , którzy nie zasługują na negatywne oceny i potwarz ‘pożytecznego idioty” Zacznijmy wykorzystywać łamy „Dziennika Trybuna” do dawania odporu takim osądom. Wzorem słów Jacka Kuronia „nie palmy komitetów , tylko je twórzmy.”

Jestem jednym z założycieli Łódzkiego Klubu Miłośników Prasy Lewicowej. Niech to będzie nasz wkład w informowanie Polaków o prawdziwości naszych działań społecznych tworzących historię . Jest tyle wspaniałych życiorysów działaczy polskiej lewicy , że tylko je upowszechniać. Za ulotki i gazetki wsadzano do więzienia , dziś się dostaje medale za walkę z komuną. My w swych ulotkach upowszechniajmy naszych cichych bohaterów. Oni nie potrzebują medali. Dobre słowo i upowszechnienie dobroci działania jest największym podziękowaniem.

Do Pań

Z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet przytaczam moje wspomnienia z pracy w Polsce Ludowej.

Pracowałam w latach 1977 – 1983 w centrali handlu zagranicznego „Remex” w Warszawie. Byłam kierowniczką działu, liczącego 19 osób, większość pracowników to były kobiety. Dwie panie urodziły wówczas dzieci.

Jedna z pań otrzymała po urodzeniu swego dziecka zgodę kierownictwa firmy na wychodzenie z biura na jedną godzinę dziennie, aby móc nakarmić dziecko piersią, bez konieczności odpracowywania tego czasu a historię drugiej mojej koleżanki biurowej opiszę poniżej, bo była bardziej skomplikowana.

To była kobieta, około czterdziestu lat i żle znosiła okres ciążowy. Miała takie niepisane przyzwolenie, aby do pracy przychodzić póżniej. My zaczynaliśmy pracę o 7 30 a ona przychodziła około godziny dziewiątej.
Pewnego dnia, zaraz po przyjściu, oznajmiła mi, że o godzinie dwunastej musi wyjść do dentysty. Zwróciłam jej wtedy uwagę, że rozumiem, że z powodu trudnej ciąży regularnie się spóżnia, ale przecież do stomatologa może pójść po pracy.

Wpadła w histerię. Zaczęła strasznie płakać i poszła do sekretarza partii na skargę na mnie. Sekretarzem podstawowej organizacji PZPR była kobieta.
Pani sekretarz zorganizowała w tej sprawie naradę. Był dyrektor naczelny, dyrektor biura, przewodnicząca branżowych związków zawodowych, i my obydwie. Wzięto pod uwagę rację i jej i moją. Ona mogła przychodzić do pracy, tak, jak pozwalało jej na to samopoczucie i pracować w zwolnionym tempie a mnie przydzielono dodatkowego pracownika, aby dział mógł wykonać w terminie swoje zobowiązania.

Szanowne Panie Feministki!

Nie afiszujcie się z hasłami „martwa nie urodzę”, bo to wygląda jak skamlenie o litość rządzących i biskupów.

Zapoznajcie się z prawami, jakie kobietom nadała Polska Rzeczpospolita Ludowa i domagajcie się takich samych praw.

PZPR wykazywała szczególną troskę o bezpieczeństwo kobiet, które oczekiwały potomstwa, państwo zapewniało bardzo szerokie przywileje dla rodzin wielodzietnych, w tym bezpłatne mieszkania w pierwszej kolejności i liczne świadczenia na rzecz edukacji i rozwoju dzieci i młodzieży szkolnej. Wszystkie bezpłatne. Wymienię kilka, jak: świetlice z gorącymi posiłkami, kolonie letnie, obozy zimowe, obozy sportowe i harcerskie, kółka zainteresowań, ogniska muzyczne, gabinety lekarskie i stomatologiczne.
Dla socjalistycznej Polski szczęście i bezpieczeństwo dziecka było najwyższym priorytetem.

Symbolem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej były roześmiane dzieci.
Fundamentem obecnej Rzeczypospolitej są rozmodleni szaleńcy i bandyci, którzy oczekiwali kolejnej wojny.

Byłam członkinią Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i jestem z tego dumna.

Wstydziłabym się dzisiaj, gdybym należała do „Solidarności”.

Premier „spełnionych oczekiwań”

„Pragnę zapewnić Wysoki Sejm, że nadal czuję się przede wszystkim żołnierzem i oddam się do dyspozycji w każdej chwili, a zwłaszcza gdy rząd pod moim kierownictwem, nie spełni oczekiwań”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Miesiąc luty w „politycznym życiorysie” gen. Wojciecha Jaruzelskiego zapisał wybór na urząd Premiera Rządu, wówczas PRL. Sejm wybrał Generała 10 lutego 1981 r., prawie 40 lat temu. Generał tej propozycji stanowczo odmawiał od lata 1980 r. Miał mocne argumenty: „od zawsze był żołnierzem”. Dotychczasowy zakres obowiązków nie obejmował spraw społeczno-gospodarczych i politycznych, które teraz stałyby się domeną jego działalności. Do tego kryzys społeczno-gospodarczy wchodził w kolejną fazę. Obejmowanie stanowiska w tej sytuacji zakrawało na „samobójstwo”. W powojennej historii Polski, takiej funkcji nie pełnił żołnierz zawodowy. Stanisław Kania, inicjator zmian w rządzie i nominacji Generała, swoje racje przedstawiał kilka razy. Fakt, przez kilkanaście lat Generał pełnił kierownicze funkcje w Wojsku sprawił, że cieszy się ono nie kwestionowanym autorytetem w społeczeństwie. W Układzie Warszawskim jest najwyżej oceniane za wyszkolenie bojowe i polityczne; stan moralny, dyscyplinę; sprawność działania, prężność dowodzenia. Te ważkie atuty, w złożonej sytuacji Polski wiele znaczyły. Głównie – autorytet Wojska w naszym społeczeństwie, poza granicami Polski – na Zachodzie także!
Premier – Generał
Nasilające się od kilku miesięcy żądania socjalne, wymuszane przez Solidarność głównie strajkami, idące z tym w parze rozprężenie społeczne i gospodarcze, szerzący się chaos, mogły wpłynąć na autorytet munduru i osobiście Generała, a także zahamować proces wprowadzania reformy gospodarczej. Argumenty te 7 lutego 1981 r. w osobistej rozmowie ze Stanisławem Kanią podzielił ówczesny Prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński. Z ufnością odniósł się do osoby kandydata na nowego premiera i wyraził nadzieję na zażegnanie napięć społecznych. Wiedział, m.in. od bp Kazimierza Majdańskiego, że Generał jako dowódca 12 Dywizji Zmechanizowanej w Szczecinie, przyczynił się do odbudowy miejscowej katedry (Papież podniósł ją do godności bazyliki mniejszej w 1987 r.), wiele uczynił dla odbudowy miasta i zagospodarowania Ziem Odzyskanych. Kardynał znał pozytywne opinie o Generale – od Dziekana Generalnego WP – jako szef GZP WP nadzorował służbę wojskową alumnów. Niektórzy „znawcy” piszący ks. Jerzym Popiełuszce próbują, na razie ostrożnie – przemilczać je lub lekceważyć. Mógł więc liczyć na poprawę w stosunkach państwo – Kościół, podobnie jak Episkopat i Papież-Polak (Generał poznał te opinie po latach).
Konsultacje z członkami BP KC PZPR, szefami stronnictw politycznych – ZSL i SD oraz przewodniczącymi klubów i kół poselskich, przyniosły deklaracje poparcia dla zmian w składzie rządu.
Mając wciąż wiele wątpliwości, Generał uległ racjom ratowania państwa przed gromadzącymi się zagrożeniami wewnętrznymi. Godząc się tymczasowo objąć stanowisko, zastrzegł sobie zachowanie funkcji Ministra Obrony Narodowej. Stąd określenie Premier-Generał, szybko stało się nowym pojęciem, uzyskało wymowę społeczną i polityczną. Nie bez znaczenia – w owym czasie – była wymowa zewnętrzna, głównie wobec sąsiadów, coraz wyraźniej akcentujących zniecierpliwienie „solidarnościową awanturą”. To wielu historyków, ubiera w patriotyczno – wolnościowy kostium i polityków bagatelizuje, m.in. jako „karnawał Solidarności”. Komu i z czego było wtedy radośnie, wesoło – przypomnijcie sobie Państwo!
10 – punktowy pakiet Rządu
„Pragnę zapewnić Wysoki Sejm, że nadal czuję się przede wszystkim żołnierzem i oddam się do dyspozycji w każdej chwili, a zwłaszcza gdy rząd pod moim kierownictwem, nie spełni oczekiwań”, jasno podkreślił w expose. Wygłosił je w Sejmie12 lutego. Wywołało – jak mówił Stanisław Kania – „wyraźny przypływ nadziei na opanowanie kryzysu”. Była ku temu istotna podstawa – 10. punktowy program rządu. Premier mówił, że „Rząd skoncentruje swą bieżącą działalność na sprawach, które przedstawiam Wysokiej Izbie w dziesięciopunktowym pakiecie.

Zaopatrzenie ludności w podstawowe artykuły, przede wszystkim żywność; zapewnienie sprawiedliwego, poddanego społecznej kontroli podziału deficytowych dóbr konsumpcyjnych.

Zaostrzenie kontroli cen detalicznych towarów i usług, nasilenie walki ze spekulacją.

Złagodzenie najbardziej nabrzmiałych problemów ochrony zdrowia… zaopatrzenia w leki… walki z patologią społeczną, alkoholizmem.

Zapewnienie warunków wykonania budownictwa mieszkaniowego.

Urzeczywistnienie zasad socjalistycznej sprawiedliwości w kształtowaniu płac i innych dochodów ludności, w polityce świadczeń społecznych… Otoczenie szczególną troską ludzi starych i zniedołężniałych.

Zahamowanie tendencji spadkowych w produkcji rolnej

Utrzymanie zaopatrzenia materiałowo – technicznego gospodarki; uzyskanie postępu w oszczędnym zużyciu surowców, paliw i energii oraz poszukiwanie – wspólnie z górnikami, rozwiązań organizacyjno – technicznych zmierzających do wzrostu wydobycia węgla.

Porządkowanie frontu inwestycyjnego. Wstrzymanie realizacji części z nich oraz utrzymanie ostrych ograniczeń w rozpoczynaniu nowych…

Wykonanie planowych zadań eksportowych. Takie kształtowanie importu, aby zaspokoić elementarne potrzeby ludności oraz gospodarki.

Podniesienie dyscypliny pracy, poprawę jej organizacji i wzrost wydajności. Przekwalifikowanie i przemieszczenie pracowników zgodnie ze zmieniającymi się potrzebami gospodarki”.
Apel o 90 spokojnych dni
Generał w expose deklarował, że „w zamierzeniach rządu w sferze gospodarczej, żywa będzie troska o cele społeczne. Musimy określać je w sposób realistyczny, z poczuciem odpowiedzialności za urzeczywistnienie każdej zapowiedzi. W obecnych warunkach nie stać nas na wiele. Nigdy nie będziemy łudzić kogokolwiek obietnicami nie możliwymi do spełnienia”. Jednocześnie ostrzegał, że „bieżący rok będzie krytyczny, brzemienny w drastyczne niedobory”. Stąd też zwracał się… do związków zawodowych, do wszystkich ludzi pracy z apelem, z wezwaniem do zaniechania wszelkich akcji strajkowych… o trzy pracowite miesiące – 90 spokojnych dni”. Uzasadniał, że „czas ten pragniemy wykorzystać dla porządkowania najbardziej elementarnych spraw naszej gospodarki, dla dokonania remanentu >pozytywów i negatywów<, podjęcia najpilniejszych problemów socjalnych, nakreślenia i zapoczątkowania realizacji stabilizacji gospodarki kraju oraz dalekosiężnej reformy gospodarczej”.
Gratulacje i nadzieje
Generał otrzymał wiele gratulacyjnych pism i telefonów. Niemal każdy oczekiwał „uspokojenia” sytuacji, życzył powodzenia, dodawał otuchy. Także w kierownictwie nowego Związku, jak po latach napisał Jacek Kuroń (książka „Gwiezdne wojny”) wybór przyjęto z aprobatą i nadzieją. Karol Modzelewski, wtedy rzecznik Solidarności, 16 lutego w wywiadzie „Życia Warszawy” zauważył, że „Skład personalny i zasady polityki rządowej sformułowane w expose premiera Jaruzelskiego stwarzają realną szansę odwrócenia niebezpiecznego biegu wydarzeń” oraz zasugerował zaniechanie akcji strajkowych. Zwróćcie Państwo uwagę na tę sugestię. Wtedy dawała nadzieję na ostrożny optymizm.
Spośród zachodnich gazet, oceniających premiera i expose wspomnę, iż niemiecka prasa wręcz zgodnie pisała, że „Polska potrzebuje nie tylko towarów, surowców i dewiz. Potrzebuje przede wszystkim nadziei, aby ludzie odzyskali ponownie wiarę w sens pracy”. Generał jako przesłanie nadziei – jak to rozumieć dziś, po prawie 40 latach? Krótko mówiąc – nadzieja miała dwa główne aspekty, wymiary – skład rządu i pierwsze jego decyzje. Były to:
Pierwszy aspekt, wymiar – skład rządu:
– I wicepremier, koordynator gospodarki – Mieczysław Jagielski. Wymowne wówczas było jego podpisanie porozumień sierpniowych, jako „personalny gest” wobec Solidarności;
– wicepremier Mieczysław Rakowski, Redaktor Naczelny„Polityki” znany z wielu krytycznych publikacji władz, partii i życia wewnętrznego (artykuł „Szanować partnera”), stąd „źle” widziany w KC PZPR, na Kremlu. Jako Przewodniczący Komitetu Rady Ministrów ds. Współpracy ze Związkami Zawodowymi wraz z Ministrem Stanisławem Cioskiem, wielce oddanym sprawie porozumienia związków na niwie gospodarczej i społecznej, zdobył duże uznanie i szacunek Czy udało się spełnić pokładane nadzieje? Warto, by Państwo ocenili z dystansu czasu co było możliwe do osiągnięcia, a co pozostało przykrym doświadczeniem dla następców;
– wicepremier Roman Malinowski, człowiek „dobrej woli i cierpliwości”, wykazanej we współpracy z ZSZZ Solidarności Rolników Indywidualnych. Jednocześnie szef sztabu kryzysowego ds. rolnictwa;
– wicepremier Edward Kowalczyk, b. minister łączności. Teraz odpowiadał za sektor prywatny, który miał uzyskać dość szerokie pole rozwoju, co akcentowała Solidarność i było jednym z ważnych składników przygotowywanej reformy gospodarczej;
– Jerzy Ozdowski, ekonomista, związany z Kościołem, odpowiedzialny za politykę społeczną, a przez to i współpracę, porozumienie ze związkami zawodowymi.
Dziś, z dystansu prawie 40 lat warto zapytać pamiętających tamten czas Polaków – nie tylko byłych żołnierzy zawodowych – jak Solidarność praktycznie odniosła się do Apelu Premiera-Generała, co konkretnego w tym względzie uczyniła Zachęcam Państwa do namysłu do refleksji. Zachęcam do sięgnięcia po treść expose. Warto też postawić sobie pytanie – czy czas sprawowania funkcji premiera przez Generała był dla Polaków czasem straconym, czy jednak czasem „spełnionych oczekiwań”, mimo ogromnych trudności – kto chce je pamiętać? Tamten czas niebawem skrótowo przypomnę w kolejnych publikacjach.
Ponadto, w składzie rządu objęli ministerialne stanowiska wojskowi, co wówczas – nie zapominając o wielu krytycznych ocenach „lepiej wiedzących”, było przyjęte z zaufaniem do żołnierskiego munduru, tak w społeczeństwie, jak i wśród sąsiadów. Byli to: szef MSW, gen. Czesław Kiszczak; szef NIK, gen. Tadeusz Hupałowski; minister górnictwa, gen. Czesław Piotrowski; minister administracji, gen. Włodzimierz Oliwa oraz kilku wojewodów.
Drugi aspekt, wymiar – pierwsze decyzje nowego rządu:
– 17 lutego zarejestrowano Niezależny Związek Studentów, NZS, gasząc ogniska sporu i strajki studenckie w Łodzi, wychodząc naprzeciw krytycznym głosom o kierowniczej roli partii i wolności słowa;
– 19 lutego, podpisanie porozumień w Ustrzykach Dolnych wygaszających rolnicze strajki w Bieszczadach i Rzeszowie;
20 lutego, powołanie wspomnianego Komitetu pod przewodnictwem Mieczysława Rakowskiego;
6 marca, Sejm powołał uchwałą Komisję Nadzwyczajną ds. Kontroli Realizacji Porozumień z Gdańska, Szczecina i Jastrzębia Zdroju, przewodniczył prof. Jan Szczepański.
Refleksje z dystansu czasu
Dziś, z dystansu prawie 40 lat warto zapytać pamiętających tamten czas Polaków – czy pakiet został zrealizowany, kiedy i jakim kosztem. Zwracam uwagę, zachęcam Państwa do odświeżenia pamięci. Niektórzy mogą zapytać – po co, to już przeszłość. Czyżby Czytelnicy nie wiedzieli, że za kilka miesięcy niektórzy będą osobiście lub medialnie uczestniczyć w obchodach 40-lecia porozumień sierpniowych? Czy wiadomi propagandyści uznają za celowe pamiętanie określenie-a „porozumienia”, czy będzie zgodne z od lat prowadzoną „polityką historyczną” – jesteście Państwo tego pewni? Właśnie wiedza, pamięć i trzeźwe myślenie będzie bardzo potrzebne, by nikt Państwu, dzieciom i wnukom nie opowiadał głupstw właśnie nie „okłamywał historycznie”, nie traktował nas jak „bezmyślną masę” – już nie potrzebną, będzie po wyborach prezydenckich.
Jeśli ktoś – z rodziców i seniorów, ma wątpliwości, zachęcam do podręcznika historii dla szkół średnich, pt. „Zrozumieć przeszłość”, dzieje najnowsze po 1939 roku. Wydany w 2015 r., czyli „czasowo świeży”, autorstwa Jarosława Kłaczkowa i Agnieszki Zielińskiej. Na temat 5-letniego okresu rządu Premiera-Generała, dosłownie nie przeczytacie słowa. Jedynie tzw. zdanie wtrącone, że Stanisław Kania – cytuję – „ został zastąpiony na tym stanowisku (I sekretarza KC PZPR – moje, GZ) przez ówczesnego premiera i ministra obrony narodowej Wojciecha Jaruzelskiego, który dzięki tej nominacji skupił w swoim ręku najważniejsze urzędy w kraju”. „Szybko myślący” Czytelnik może zapytać – po co?
Następne zdanie brzmi – „W tym czasie dało się zaobserwować w całej Polsce wzmożoną działalność wojska”. Nie będę tego komentował. Że skłania to do głębokiego namysłu – powtarzam – czego szkoła uczy naszych dzieci i wnuki, przekonywać nie trzeba. Można się zadumać, czy po takiej „porcji” wiedzy wchodzące w dorosłość młode pokolenie „zrozumie przeszłość”, jej uwarunkowania i złożoności, by jako następcy – decydenci unikali błędów, nie prowadzili kraju na manowce.
Na zakończenie – wybaczcie Państwo Czytelnicy moje „publicystyczne milczenie”. Niektórzy dopytywali o powody, pojawiły się różne domysły. Nie spodziewane i trudne do przewidzenia osobiste okoliczności czasowo mnie „wyłączyły”.
Dziękuję serdecznie Redakcji Trybuny za okazaną wyrozumiałość i życzliwość. Czasu, który minął nie sposób „dogonić”, czego przykładem ta publikacja. Nie mówiąc o innych, godnych przypomnienia choćby „jak to było z wyzwoleniem(niektóre historyczne pluje stawiają znak zapytania lub piszą o drugiej okupacji) Warszawy”. Ale walki o wyzwolenie Pomorza przypomnę niebawem.
Spełniam też prośbę niektórych z Państwa, by przypomnieć sentencję Stanisława Cat-Mackiewicza – „Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nielubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego…
Ponieważ mówili to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do nich zaufanie jako do wielkich polityków. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie”.

Przygoda w ZMS

Z magazynu pamięci, którym zarządzam, dobywam uśpione zbiory. Mozolnie próbuję porządkować ich zasób wedle umownej wagi znaczenia, jakie wywierały na me życie, także – chociaż z chronologią mam nieustający kłopot – wedle znaków czasu: lat, miesięcy, dni, niekiedy pory dnia.

Większość nie utraciła pierwotnej świeżości, inne, z jakiś powodów mniej ważne, rozrzedzają się pośród zakamarków pamięci; pozostają mgłą, poza którą snują się rozedrgane kontury. Te bliskie sercu – wyraźne – wiernie opierają się presji czwartego wymiaru. Nieuległe pływom politycznych zmienności – pokusom priorytetów, werdyktom medialnych sądów oraz kaprysom intelektualnej mody znaczonej wyniosłością komentatorów, opierają się czarno-białym narracjom. Z zakamarków mego składu ze wspomnieniami łowię echo muzyki epok: dekad oraz lat – nadziei, zwycięstw, przesileń i przełomów. Foniczny ślad komponowany przez akordy spraw i wydarzeń doniosłych splata się z tymi ważnymi dla nas osobiście, jednako bez znaczenia dla historii. Nasze decyzje i wybory, podążające za nimi zwycięstwa i porażki nie zasługujące na odnotowanie przez bieg dziejów, jakkolwiek na różny sposób w nie wpisane, bilansują się nieustannie. Intymny monolit pamięci własnej próbujemy rozbijać na atomy, wartościować, intuicyjnie kreśląc własny rachunek strat i zysków.
Mroki tamtej odsłony
We wspomnieniach, które ożywiamy w sobie w jesieni życia, odnajdujemy dawne obrazy: osoby nam najbliższe z rodzinnego kręgu, także przyjaciół, z którymi związaliśmy się poprzez rozmaite postaci młodej wspólnoty. Całość wpisujemy zazwyczaj w historyczne okoliczności czasów, w których grali swe role. Wczesno powojenne pokolenie, do którego należę, pozostawało uwikłane w historię. Jakkolwiek oceniać zakłócenia i mroki tamtej odsłony naszych dziejów, ta, przypisana mej (naszej) młodości w Polsce Ludowej nie była wcale tak dramatyczna, jak dzisiaj próbuje się ją nachalnie i bezrozumnie przedstawiać. Poza strefami cienia charakteryzowały ją liczne blaski, które współcześnie podlegają rytualnym przemilczeniom. Pozostawiła w nas trwały, wieloznaczny ślad. Przynależność do związków młodzieży, zwłaszcza do Związku Młodzieży Socjalistycznej, nie była niczym nadzwyczajnym w latach naszego dorastania. Należała do rytmu życia środowisk. Była przy tym miarą i znakiem patriotyzmu, co uznawaliśmy wtedy i uznajemy nadal za uprawnione.
Najpierw było harcerstwo, do którego wstąpiłem w podstawówce w 1957 roku. ZHP uczył nas patriotyzmu, wpajał wiedzę o historii harcerstwa – jego skautowskich korzeniach. Dowiedziałem się, kim był Baden Powell i Andrzej Nałkowski. Przy ognisku i w marszu śpiewaliśmy te same harcerskie piosenki, które nuciła przed wojną harcerska, skautowska brać. Harcerstwo oraz szkoła zaszczepiały nam szacunek do „Szarych Szeregów” – konspiracyjnego harcerstwa czasów hitlerowskiej okupacji. Brawurowe bohaterstwo batalionów „Zośka” i „Parasol” wyrosło na przedmiot naszej młodzieńczej adoracji. Nie gdzie indziej, jak w szkole podstawowej w drugiej połowie lat pięćdziesiątych nauczyłem się na lekcjach śpiewu piosenek powstańczych: „Pałacyk Michla”, „Warszawskie dzieci pójdziemy w bój” oraz „Marsz Mokotowa”. „Dywizjon 303” Fiedlera. „Kamienie na szaniec” Kamińskiego stanowiły obowiązkową lekturą w szkole średniej. „Rudy”, „Zośka” i „Alek” pozostawali dla nas bohaterami, których byliśmy gotowi naśladować, gdy będzie trzeba. Coś z tego wychowania nadal we mnie pozostało. Rządzącym wtedy, mitycznym dziś polskim komunistom, nie przeszkadzało, że autor tekstu piosenki „Pałacyk Michla”, poległy w Powstaniu Warszawskim 22-letni świetnie zapowiadający się poeta Józef Szczepański – „Ziutek” z batalionu „Parasol” – był autorem wstrząsająco oskarżycielskiego pod adresem radzieckich wyzwolicieli wiersza: „Czerwona zaraza”. Wiersza wtedy nie znałem. Dzisiaj nie uważam, aby ten znakomicie i drapieżnie napisany utwór oddawał myślenie oraz nastroje ogółu ludności topionej w morzu krwi powstańczej Warszawie.
Wszystko to jakoś dziwnie nie kłóciło się z przekazywaniem nam w szkole i harcerstwie rozmaitych, w tym artystycznych postaci mało zresztą przez nas rozumianych treści lewicowych i rewolucyjnych. Szkoła podstawowa i średnia sławiły oczywiście socjalizm, z drugiej jednak strony nie stroniono od odwoływania się do tradycji akowskiej – Powstania Warszawskiego i czynu żołnierskiego Polaków na Zachodzie. Bzdurą i ordynarną ściemą jest głoszenie, że w PRL nie pielęgnowano pamięci żołnierzy II Korpusu, bitwy Monte Cassino, Archen oraz pod Falais. Pamięć ta – także w odniesieniu do Armii Krajowej (AK) – jakkolwiek odcedzana przez władzę z niewygodnych fragmentów o podtekstach politycznych, była kultywowana oficjalnie i otwarcie. Dbano, rzecz jasna, o tzw. ideowe pryncypia, co kreowało, przynajmniej z założenia, pożądane proporcje w wychowaniu. Nie czyniono tego jednak w sposób nachalny i prostacki, jak to miało miejsce we wcześniejszym okresie. Przekazywane nam przez nauczycieli treści wychowawcze dalekie też były od naiwnego radykalizmu. Nasycano je wartościami narodowymi – patriotycznymi. Polityczne i społeczne echa II RP w sposób mało znaczący wypełniały nurt programu wychowawczego młodego pokolenia. Nie jest prawdą, co dzisiaj niektórzy z durnym wyrachowaniem głoszą, a media po stokroć mnożą w ramach tzw. misji, że w Polsce Ludowej – tej, którą zapamiętałem – nie odwoływano się do tamtego fragmentu naszej historii, a jeśli już to wyłącznie krytycznie.
Ostrość barwy
To bzdura, a w każdym razie gruba przesada. Jakkolwiek przedwojenna Polska pozostawała w ogniu pryncypialnej krytyki głównie za bezrobocie i cywilizacyjne zacofanie (zjawiska te były prawdą), które skutecznie zredukowała dopiero władza ludowa, zauważano i podkreślano wysiłki przedwojennych władz zmierzające do poprawy bytu Polaków: budowa Gdyni, COP (Centralny Okręg Przemysłowy). Z wielu powodów trudno było chwalić polityczną linię oraz praktykę rządów Sanacji. Ta również współcześnie pozostaje pod pręgieżem krytyki rozsądnych historyków.
Szalę mych wydarzeń osobistych roku 1963 przeważa objęcie „stanowiska” przewodniczącego Zarządy Szkolnego ZMS w poznańskim Technikum Poligraficzno – Księgarskim, do którego wtedy uczęszczałem. Obrazy z tym związane nie uległy zatarciu. Zachowały świeżą ostrość barwy i delikatność półcieni. Oto znowu jestem na szkolnym korytarzu, na którym, po jednej z lekcji historii nauczyciel przedmiotu przywołał mnie do siebie – jeszcze nie wiedziałem, że jest opiekunem organizacji – i bez zbędnych ceregieli zaproponował objęcie dobrze brzmiącej funkcji przewodniczącego szkolnego zarządu ZMS. Sprawująca ją dotąd koleżanka gotowała się do matury. Nieuchronność pojawienia się pustki w społecznym rytmie życia szkoły zapewne poruszyła mną głęboko. Zaskoczony, po rytualnym namyśle, podjąłem wyzwanie. Ciąg do historii i niedojrzałą inklinację do polityki łączyłem z nieodpartą chęcią zabierania głosu przy różnych szkolnych okazjach. Nie zawsze wypowiadałem się mądrze, co w tym wieku nie było niczym zaskakującym. Motywy popychające mnie ku szeregom Organizacji były pozapolityczne. Z pewnością miały niewiele wspólnego – wtedy i potem – z wyniosłą ideologią zadekretowaną w ważnych zapisach i statutach, których znaczeniem nikt w moim wieku się nie katował. Zapewne z jednym w szkolnym gronie wyjątkiem w osobie Janusza Pałubickiego, mego kolegi z obocznej klasy, dojrzewającego do czynu przyszłego bohatera „Solidarności”, prominentnej postaci we władzach Państwa po 1989 roku. Wyczuwałem intuicyjnie, że za mną nie przepada. Jego kamienna, wiecznie pozbawiona uśmiechu twarz – takim Go zapamiętałem – nie budziła mej sympatii. Wydawała się być maską, za którą skrywał się jakiś żar.
Kalkulacja niedojrzałości
Mą decyzja o przystąpieniu do ZMS nie zarządzała żadna kalkulacja, co dziś można odczytywać jako objaw niedojrzałości. Podobnie jak wielu w mym wieku, pragnąłem potrudzić się społecznie na rzecz szkoły – koleżanek i kolegów. Oznaczało to danie z siebie cokolwiek więcej ponad należną naukę. Nie miałem wątpliwości, że oto nabyłem prawo do posiadania patriotycznej legitymacji. Po latach ugruntowałem w sobie niewyraźne przeświadczenie, że o tym, czym jest patriotyzm decydują okoliczności (historyczne), a także ci, którzy dzierżą władze – to nie żaden cynizm. Nie ma zasadniczo, jak uważam, trwałej uniwersalności, która by ów byt niezmiennie wartościowała. Na co dzień – w świecie mało dramatycznym – pozostaje zbiór uwznioślonych pojęć i haseł karmiących się potrzebą bieżącej polityki. Podczas jednej z uczniowskich dyskusji próbowaliśmy rozsupłać, czym jest „patriotyzm”. Jak zapamiętałem, mówiło się o Polsce umiejscowionej zasadniczo w historycznej tradycji, również tej akowskiej i warszawsko – powstańczej. „Katyń”, w tamtym czasie temat tabu, spoczywał poza nieprzeniknioną mgłą.
Odniesienia do socjalistycznej realności, na które nienachalnie próbowali nas nakierować nauczyciele, miały charakter drugorzędny. Nijak nie mogę sobie przypomnieć, aby w gwarze młodej, niekiedy naiwnej dyskusji padały zwroty typu: komunizm, Lenin, PZPR, Gomułka i liczne im pochodne. Słowem najczęściej wypowiadanym była „Polska”. Miły ten zwrot krążył między nami w całej gamie gramatycznych konfiguracji ojczystej mowy, uświęcony historią, po równi tą spod Lenino i Monte Cassino oraz innych pól chwały bitewnych zmagań Polaków. Nasze uniesienie było pozaideologiczne. Niedojrzałą, podbudowaną uczniowską wiedzą estymą darzyliśmy, w sposób równoważny, generałów i bohaterów obu frontów minionej wojny – tych ze wschodu i zachodu.
Kakofonia codzienności
To co partyjne, opite wyniosłościami panującej ideologii, dla wielu mało zrozumiałe, egzystowało zasadniczo – zapewne z marnie rozumianymi wyjątkami – poza uczniowską świadomością; nienachalnie, jak dziś zauważam, obciążało programy szkolnej edukacji. Całość dziwnie komponowała się z ideologiczną kakofonią codzienności, płynącej, z ubogiego, w relacji do tych współczesnych, zestawu mediów. Ich polityczna zawartość zaledwie śladowo przenikała do życia ZMS w miejscu, gdzie pobierałem nauki i spełniałem się społecznie w roli przewodniczącego Organizacji. Pulsem działania szkolnego koła ZMS nie zdołał specjalnie wstrząsnąć list biskupów polskich skierowany roku 1964 do „Braci” w Niemczech Zachodnich. Został przez naszego, wspomnianego wcześniej nauczyciela historii skwitowany ewangeliczną uwagą, którą dziwnie literalnie zapamiętałem – pewnie diabeł ich opętał – mając na myśli purpuratów, wcale nie poruszone kościelną uzurpacją Biuro Polityczne. Uczniowski świat odczytywał polityczne znaki jako nieskomplikowane: był Wschód i Zachód, trwał w wyścig zbrojeń, my zaś pozostawaliśmy przyspawani politycznie do Wschodu. Mało kto w moim wieku – zapewne poza wspomnianym, przyszłym bohaterem Solidarności – zastanawiał się nad bilansem strat i zysków wypływających z owej oczywistości. Ten rodzaj zamyślenia ożywał u większości z wiekiem: towarzyszył dorastaniu; stawał się z wolna pogłębionym i refleksyjnym.
Kiedy w 1968 roku polskie wojsko przyłączyło się do wiadomej „pomocy bratniej Czechosłowacji:, co jest dziś dramatycznie przywoływane, byłem już przewodniczącym koła ZMS w Poznańskich Zakładach Przemysłu Muzycznego. Koło poddało sprawę pod żarliwą dyskusję, z której niewiele wynikało. Wiedzieliśmy o niej tyle, co pisano w gazetach i pokazywano w telewizji oraz pośród szumów i trzasków przemycało się z Radia Wolna Europa. Były głosy za, także przeciw, chociaż te pozostawały w mniejszości. Ostateczna ocena „bratniej interwencji” zawisła w pozbawionym dramaturgii zawieszeniu. Uczyliśmy się.
Wieszczenie modernizacji
Przewodniczącym Zarządu Zakładowego ZMS w Swarzędzkich Fabrykach Mebli zostałem wybrany w 1971 roku. Przejąłem stanowisko po mym starszym koledze z biura. W ten sposób odnalazłem się zawodowo i społecznie na obszarze powiatu okalającego Poznań. „Dowodziłem” największą na tym obszarze zakładową organizacją ZMS.
Propozycję objęcia funkcji przewodniczącego Zarządu Powiatowego ZMS w Poznaniu przedstawiono mi wiosną 1972 roku. Wpisywała się w czas, kiedy polityka Edwarda Gierka, jak się powszechnie wydawało, wieszczyła modernizację kraju, budziła nadzieje Polaków. „Posadę” objąłem po koledze, który odchodził do innej pracy. Pośród wzlotów i mało znaczących potknięć sprawowałem ją do roku 1975 – do czasu, kiedy gierkowska reforma zniosła powiaty z administracyjnej mapy kraju. Już na linii startu – wspomnianą wiosną roku 1972 – zostałem włączony w nurt patronatu ZMS nad porządkowaniem terenu po wybuchu oddziału dekstryny w Wielkopolskich Przedsiębiorstwie Przemysłu Ziemniaczanego w Luboniu. Sfatygowana „Nyska” dowoziła codziennie grupę naszych młodych kolegów na miejsce katastrofy, gdzie w pośpiechu usuwano materialne pozostałości po wybuchu. Pośród różnorodności postaci i form pracy Zarządu Powiatowego energicznie zabiegaliśmy o ubogacenie oferty działań kół i zarządów zakładowych, upatrując w tym szansę na przyciągnięcie większej liczby młodzieży do Organizacji, co nam się do pewnego stopnia udało.
Intuicyjnie poniekąd wyczuwaliśmy, że związek winien zasadniczo zająć się poszukiwaniem w mikroskali – na poziomie zakładów przemysłowych w naszym powiecie – dróg i sposobów naznaczenia i wywyższenia miejsca młodego człowieka w procesie produkcji – pobudzenia innowacyjności.
Taką mieliśmy wizję, i była ona dla nas ważna. Ideologia, do której byliśmy przypawani mocą zadekretowanego w statucie ideowego kierownictwa PZPR, nie wywierała większej presji. Jej przejawy miały charakter epizodyczny i na pokaz. Wzięciem cieszył się Turniej Młodych Mistrzów Techniki oraz konkurs na Najlepszego Mistrza, Nauczyciela I Wychowawcę Młodzieży.
Wielu naszych członków i działaczy korzystało z ZMS-owskiej oferty spędzania wolnego czasu. Jakkolwiek dziś rozumieć i oceniać tamte działania, miały one wtedy jakiś sens, nie doradzam ich dramatycznie się czepiać. Nie byliśmy jednak, jakby się niektórym wydawało, bezideowi. Z pewnością pokładaliśmy wiarę w socjalizm realizowany wedle polskiej wersji, różniącej się w wielu ważnych aspektach od praktyk wschodniego hegemona. Obce było nam skażenie jakąkolwiek postacią ideowego fanatyzmu. Działając w środowiskach pracy i nauki staraliśmy się podążać ścieżkami racjonalnymi.
Mieliśmy w Powiecie Poznańskim zetemesowskich leaderów w najliczniejszych ośrodkach administracyjnych Powiatu – w Swarzędzu oraz Luboniu. Zawsze było można na nich polegać. W podpoznańskim Luboniu szczyciliśmy się najliczniejszą reprezentację ZMS w lokalnych władzach administracyjnych. ZMS Wielkopolskich Zakładów Przemysłu Ziemniaczanego objął w owym okresie – co dzisiaj pobrzmiewa anachronicznie i ma prawo budzić uśmiech – osobliwy rodzaj patronatu (opieki) nad organizacją życia w zakładowym hotelu robotniczym.
Anioły hoteli robotniczych
Nie odkryję Ameryki jeśli zauważę i podkreślę, że instytucja robotniczych hoteli nigdy nie budziła sympatycznych skojarzeń. Tych z reguły zapyziałych obiektów nie zaludniali aniołowie. Na przekór utwardzonym wzorcom kulturowego bezguścia i pewnego marginesu ludzkiej beznadziei, które nią znaczyły – patrz np. pisanie Marka Hłaski – udało się naszym kolegom opanować sytuację, stworzyć ciepły i przyjazny klimat tego miejsca poprzez dbałość o materialne zasoby oraz oferowanie sposobów i form kulturowego ożywienia.
Czy był to rodzaj mało znaczącego wyjątku potwierdzającego regułę? Działały w powiecie poznańskim także koła mniej liczne, gdyż zakłady były na ogół niewielkie. Funkcjonowały w Mosinie, Stęszewie, Czerwonaku, Puszczykowie i okolicach, także w Poznańskiej Spółdzielni Mleczarskiej, oraz w Powiatowej Radzie Narodowej w Poznaniu.
Mieliśmy lepsze i gorsze chwile, ale nigdy nie daliśmy się zawładnąć poczuciem rezygnacji. Nie stawaliśmy potem – po latach – na drodze przemianom przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, nie tylko za przyczyną braku potencjału oraz ochoty. Rozumieliśmy nieuchronność odmiany. Rozum oraz intuicja podpowiadały nam, w mało czytelny wtedy sposób, że leżą one w interesie kraju. Nie było w nas cienia buntu – przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo – przeciwko demokratycznej Polsce bez socjalizmu, o który, w latach świetności ZMS zabiegaliśmy w najlepszej wierze. Nie zamierzaliśmy spiskować przeciwko zmianom.
Czujemy się, przynajmniej w większości, ich beneficjentami. Mamy w sobie dostateczną dozę rozumu, aby szanować zasługi demokratycznej opozycji o nie walczącej. Różnice, które nas dzielą, dotyczą oceny tamtej Polski oraz wszystkiego tego, co wspierało jej istnienie i rozwój – także nas samych.
Postrzegamy ją dramatycznie inaczej od tego, co oficjalnie sączy się z mediów i programów nauczania. Nie damy sobie wmówić, że całe dobro, którym Polacy sycili się po ustaniu koszmaru wojny, objawiło się dopiero po 1989 roku wyłącznie dzięki zabiegom politycznej opozycji, a nowa, demokratyczna Polska była budowana na jakiś mitycznych ruinach po rzekomej komunie. Z przymrużeniem oka traktujemy ponawianą przez niektórych tezę o rzekomej nostalgii części Polaków za PRL: warto zauważyć, że nikt dobrze nie wspomina Generalne Guberni czy Kraju Warty (Warthegau), wielu za to dobrze wspomina Polskę Ludową, co wymyka się spod obowiązujących schematów czarno-białej sztancy jej sączonego od lat, przez rządową propagandę, „reżimowego” wartościowania i opisu.
Wciskaną nam tezę o rzekomo nabytej w „komunie” mentalności (homo sovieticus) mogą sobie autorzy i klakierzy takich udziwnień włożyć między bajki. Brzmi wyniośle, tyle tylko, że niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Jest wyrazem chciejstwa, zarozumiałości i pseudointelektualnej pychy części „zwycięskich” po 1989 roku środowisk. Tego, pozaczasowego wątku mego wspominania, współczesnego wartościowania w tzw. oficjalnym obiegu jego minionej roli i znaczenia – nie pisałem w gniewie, raczej w zatroskaniu.
Nietrudno zauważyć, że stanowi jedną z mnogich pochodnych świadomie zniekształcanych przez historyczną politykę postsolidarnościowych władz – rządzące aktualnie Prawo i Sprawiedliwość uczyniło z tej polityki karykaturę. Jej uwierający ślad nieustająco i bezrozumnie tłucze się po drogach naszej historii. Mamy odwieczny kłopot z racjonalnym spojrzeniem na własną przeszłość i czytaniem jej zbioru z należytym dystansem i pełnym zrozumieniem.
Być może środowisko, którego żywy fragment stanowię, będzie musiało energiczniej zadbać, aby wspólna nam przeszłość w organizacjach młodzieżowych tamtego okresu – w ZMS i innych – nie uległa finalnie presji wykoślawień i pomówień dyktowanych zapiekłym, ahistorycznym chciejstwem rządzących; zapobiec pogrzebaniu pod jakimś marnym murem cmentarza historii.
Jeśli chodzi o nas samych, warto – jak niezmiennie uważam – krzepić się wiarą, że ten, młodzieżowo organizacyjny kawałek życia każdego z nas w dobie Polski Ludowej, nie należał do zmarnowanych.
Swoje głębokie przekonanie, że takim właśnie było i takim powinno pozostać, potwierdzam niniejszym tekstem. Mego skromnego zapisu nie polecam osobom oraz środowiskom, które widzą w peerelowskich związkach młodzieży wyłącznie dyspozycyjne i uległe młodzieżówki reżimowej partii.
I tak niczego nie zrozumieją.

Ostatnie słowo skazanych

Aby zrozumieć fenomen i sens dzisiejszego bezprzykładnego ataku PiS na sądy, trzeba cofnąć się do grudnia 2016 r. Wtedy właśnie PiS przegłosował w sejmie RP jedną z najbardziej niekonstytucyjnych i podłych ustaw represyjnych, nazywaną „dezubekizacyjną”.

Od trzech lat trwa w Polsce niezwykły atak PiS-owskiej władzy wykonawczej (rządu i prezydenta) oraz ustawodawczej (sejmu) wymierzony w polskie sadownictwo. Partia Jarosława Kaczyńskiego z całych sił pragnie podporządkować sobie wymiar sprawiedliwości, więc sięga po najbardziej brudne chwyty propagandowe, nie cofa się przed kłamstwami i oszczerstwami, także represjami, zwłaszcza wobec sędziów próbujących zachować minimum niezależności. Wciąż niezadowalające efekty wywieranego nacisku sprawiły, że PiS zdecydował się na uchwalenie kolejnej ustawy, zwanej „kagańcową”. Akt ten całkiem jawnie łamie elementarne zasady trójpodziału władzy oraz Konstytucję RP, ale w zamyśle jego autorów ma ostatecznie spacyfikować polskie sądownictwo.
Unia Europejska z najwyższym niepokojem obserwuje te zabiegi i jest wręcz zaszokowana, że jedno z tworzących ją państw staje się stopniowo obszarem faktycznego bezprawia, gdzie wyroki sądowe będą zależały wyłącznie od widzimisię rządzących polityków. Tocząca się batalia nie jest jeszcze rozstrzygnięta, ale już teraz ma interesujące efekty uboczne. Najważniejszym z nich jest ten, że dzisiaj PiS otwarcie zademonstrował całemu światu swe totalitarne zapędy oraz cynizm i pogardę dla cywilizowanych reguł prawa. Warto zadać pytanie, dlaczego to ugrupowanie rozpoczęło swoją walkę, po co mu taka awantura i koszty międzynarodowe, gdy w praktyce i tak może rządzić Polską bez żadnych ograniczeń?

Fenomen i sens bezpardonowego uderzenia w sądy stanie się jaśniejszy, gdy cofniemy się do grudnia 2016 r. To wtedy PiS przegłosował ustawę represyjną, manipulacyjnie i propagandowo nazwaną „dezubekizacyjną”. Zdecydowała ona, że bez konieczności sformułowania jakichkolwiek aktów oskarżenia, bez procesów sądowych, bez prawa do obrony, bez zasady domniemania niewinności, kilkadziesiąt tysięcy byłych funkcjonariuszy PRL zostało z automatu uznanych za zbrodniarzy.

Bez sądu i śledztwa

Prawicowi politycy w ustawie nie tylko przyjęli haniebną zasadę odpowiedzialności zbiorowej, ale i jednocześnie sami wymierzyli karę osobom nią objętym. Grupie tej, ludziom z reguły w bardzo podeszłym wieku, obniżyli wypracowane przez nich renty i emerytury do głodowego minimum. Całkowicie zlekceważono przy tym m. in. fakt, iż bardzo wielu z nich zostało w 1990 r. pozytywnie zweryfikowanych i później z oddaniem, niekiedy z narażeniem zdrowia i życia służyło III RP. Bo sensem ich życia była, jak i wcześniej, służba Polsce takiej, jaka istniała.

Ale przez prawie trzydzieści lat prawica polska włożyła mnóstwo wysiłku w przekonanie społeczeństwa, iż funkcjonariusze PRL dopuszczali się wszelakich możliwych zbrodni i przestępstw i w zasadzie nie robili nic poza tym. Aby zdobyć na to „potwierdzenie”, skierowano do IPN znaczną liczbę dyspozycyjnych pracowników, z zadaniem wykrycia, opisania i postawienia przed sądami tysięcy rzekomych komunistycznych zbrodniarzy.
Efekty pracy pionu prokuratorskiego IPN okazały się żałośnie nikłe wobec potrzeb i oczekiwań – poza sprawami sięgającymi lat stalinowskich oraz kilkoma bardzo mało spektakularnymi przypadkami z późniejszych okresów, nie było kogo i o co oskarżać. Podtrzymanie mitu o permanentnej i masowej zbrodniczości systemu, o nieustannym poddawaniu obywateli wyszukanym prześladowaniom, wymagało więc zastosowania nadzwyczajnych rozwiązań. Właśnie dlatego została stworzona wspomniana ustawa.

Złośliwcy mogą powiedzieć, że my, ludzie którzy odbudowywaliśmy, pracowaliśmy i służyli Polsce Ludowej, sami jesteśmy sobie winni. Nie chodzi oczywiście o to, że naprawdę byliśmy zbrodniarzami, jakimi się nas maluje, ale o to, że od czasu upadku PRL z pokorą wysłuchiwaliśmy pogardliwych ocen tamtej rzeczywistości, sfałszowanych danych, oszczerczych i karykaturalnych opisów, w tym także mitów o funkcjonowaniu w niej struktur bezpieczeństwa. Nigdy nie spróbowaliśmy zaprotestować przeciwko zmyśleniom na nasz temat, w milczeniu przyjmowaliśmy kalumnie i kłamstwa o naszej pracy i służbie.

Historia nie jest czarno-biała

Ta nasza postawa wynikała w ogromnej mierze z faktu, że wiedzieliśmy doskonale, iż PRL-owski realny socjalizm to nie był dobry ustrój. Rozumieliśmy i bez propagandowych czytanek z IPN, że był to ustrój narzucony, obarczony szeregiem błędów oraz ludzkich krzywd i chociaż później, na różnych etapach przez większą część społeczeństwa akceptowany, to jednak ustrój marny. Marny, może nawet zły, ale od 1956 r. z pewnością nie zbrodniczy. Ponadto był to system polityczny, który dla wielu aspektów życia społecznego miał też jasne strony.

Temat wymagałby znacznie szerszego opracowania, więc jedynie kilka bardzo ogólnych uwag. Do ogromnego awansu cywilizacyjnego Polski po 1990 r przyczyniła się nie tylko zmiana ustrojowa, ale też fakt, że III RP odziedziczyła po Polsce Ludowej zaskakująco wysoki poziom powszechnego wykształcenia Polaków, dobrze rozwinięte życie kulturalne, brak istotnych obszarów bezrobocia, bezdomności i biedy, niską przestępczość, ponadprzeciętny w skali europejskiej poziom zdrowotny i fizyczny społeczeństwa, zachowaną w bardzo korzystnym stanie polską przyrodę, zasoby naturalne, zabytki itd. Oczywiście pozytywy te nie mogły rekompensować ogromnych słabości poprzedniego systemu, jego niedostatków gospodarczych, marnotrawstwa wysiłku społecznego, braku innowacyjności, rozwojowego zastoju, a zwłaszcza ograniczeń w demokracji i swobodach obywatelskich.

Z tego też powodu upadek realnego socjalizmu w 1989 r. również nasze środowisko przyjęło z wielkimi nadziejami.

Stracone złudzenia

Wierzyliśmy, że nowa Polska będzie lepsza, bardziej sprawiedliwa, praworządna, demokratyczna … Taki nasz stosunek do przemian wynikał ponadto z faktu, że jako pracownicy instytucji PRL, poza absolutnymi wyjątkami, nigdy nie łamaliśmy prawa, nie popełnialiśmy przestępstw, nie krzywdziliśmy ludzi. Sądzę, że mogę powiedzieć, że byliśmy in gremio ludźmi uczciwymi i przyzwoitymi. Czy inaczej ta kilkuset tysięczna grupa pracowników resortów siłowych przyjęłaby zmianę ustrojową tak spokojnie?

Dzisiaj oskarża się nas, że „mamy krew na rękach”, że biliśmy, mordowaliśmy, torturowaliśmy, zrywaliśmy paznokcie, kopaliśmy ciężarne kobiety – to tylko niewielki zestaw potwarzy jakie można usłyszeć i przeczytać. Płyną one nie tylko ze strony PiS i skrajnej prawicy – powtarzają je także naiwni dziennikarze, uważający się za ludzi przyzwoitych. Wszystkim tak twierdzącym – politykom, dziennikarzom, publicystom, zwykłym ludziom – należy zadać jedno pytanie:

Dlaczego nie stajemy jako oskarżeni przed sądami?

Dlaczego nieustannie słyszymy tylko ogólnikowe ataki na całą grupę ludzi i zapewnienia, że odebranie im emerytur było sprawiedliwe i potrzebne? Dlaczego od trzydziestu lat nie odbywają się w Polsce żadne procesy sądowe, w których konkretni ludzie, na podstawie konkretnych dowodów byliby oskarżani o konkretne czyny przestępcze? W świetle tego co mówią przedstawiciele PiS o naszych „rękach unurzanych we krwi”, to takich procesów powinny być setki, może tysiące. Dlaczego okazuje się, że w praktyce nie ma ich wcale?

Sami żądamy sformułowania aktów oskarżenia i postawienia nas przed sądami. Żądamy ukarania nas za nasze zbrodnie, jeżeli jakiekolwiek były, ale ukarania przez niezawisłe sądy, w uczciwych procesach, z prawem do obrony i ostatniego głosu. Przecież w ogromnej większości jeszcze żyjemy, tak jak i nasze rzekome ofiary. Niech one też przyjdą do sądów, wypowiedzą swoje stanowisko, zostaną wysłuchane. Trzeba przy tym pamiętać, że Służba Bezpieczeństwa i pokrewne jej instytucje były na wskroś zbiurokratyzowane, żadne działanie nie było podjęte bez wcześniejszego napisania analizy, oceny sytuacji, planu wykonawczego, podsumowania, itp. IPN ma całą tę dokumentację i każde z naszych przedsięwzięć jest tam opisane w najdrobniejszych szczegółach.
Oni to wszystko mają, ale do sądów nie idą – nikogo to nie zastanawia?
W zasadzie pytanie jest retoryczne. Mimo to odpowiemy, także z myślą o tych wszystkich, którzy, słuchając od lat historii o czarnej legendzie PRL zaczęli w nią wierzyć.

Po prostu nie ma kogo i o co oskarżać!

Kilka tego typu spraw, jakie toczyły się przed sądami po 1990 roku wykazało ich żałośnie małą przydatność propagandową dla prawicy, ich miałkość, nikłość. Na kilkadziesiąt tysięcy funkcjonariuszy służb specjalnych oraz na stan wzburzenia i rozemocjonowania jaki trwał w Polsce od roku 1980, jest to fakt, za który należy raczej podziwiać ówczesne władze, a nie je potępiać. Statystyka mówi, że jakieś pojedyncze przypadki, na pewno nie wynikające z systemowej praktyki, mogły się zdarzyć, ale one zdarzały się też po stronie ówczesnej opozycji. Można przytoczyć przykłady.
PiS i środowiska prawicowe praktycznie wszystkie oskarżenia formułują na poziomie ogólników, półprawd, niedomówień oraz cynicznych fałszerstw historii. Gdy propaganda się chwilowo „sypie”, ale wtedy zawsze można sięgnąć do okresu stalinowskiego i podrzucić kilka prawdziwych zbrodni. Potem było tak samo – sugerują propagandyści. Tyle, że z jednej strony okrucieństwu okresu stalinowskiego nikt nie zaprzecza, a z drugiej – to nie są sprawy, które bezpośrednio dotyczą „dezubekizowanych”! Prawie nikogo z nas, którzy dzisiaj tracimy świadczenia i jesteśmy poddawani stygmatyzacji, nie było wówczas na świecie. To jednak nie ma dla PiS znaczenia.

Powtórzmy zatem: jest propaganda, ale nie ma prawdziwych procesów, bo uczciwe, niezależne sądy wykazałyby nasza niewinność. A nie o to prawicy przecież chodzi.

Prawda nikomu nie jest potrzebna

Trzeba bowiem niestety dodać, że w zasadzie prawie wszystkim w Polsce bardzo odpowiada przedstawianie nas jako oprawców i to im straszniejszych – tym lepiej.

Dawnej Solidarnościowej opozycji, bo stanowi dowód jak wielkimi byli bohaterami – walczyli z tak okropnym, zbrodniczym systemem i jego funkcjonariuszami, więc teraz należą im się stanowiska, nagrody, ordery i odszkodowania. Ogromnej części, zwłaszcza starszego społeczeństwa, też to pasuje. Jest dobrym usprawiedliwieniem, dlaczego nie zdobyli wykształcenia, nie zrobili karier, nie „dorobili się”, nie osiągnęli sukcesów – przecież tkwili w w tak strasznym systemie. A jeszcze wielu byłych aktywnych pracowników i uczestników tamtego szeroko pojętego systemu władzy, także dziennikarzy, „celebrytów”, intelektualistów, usilnie stara się zasłużyć nowej władzy. Im gorzej mówią o poprzednim reżymie i o „zbrodniarzach z SB”, tym bardziej sami są niewinni i czyści.

Interesującym przykładem dla całego problemu może być sprawa tzw. „lustracji”. Dzisiaj temat ten wygasa, ale miał swoje znaczące zasługi w tworzeniu czarnej legendy służb specjalnych PRL. Chodzi o to, w jakiej sytuacji postawiono wcale nie małą rzeszę ludzi niegdyś niejawnie lub oficjalnie współpracujących z funkcjonariuszami ówczesnych służb. Prowadzony nacisk propagandowy sprawił, że współpraca taka stała się rzekomo hańbiąca, wstydliwa, godna potępienia. Co prawda tych ludzi (jak i samych funkcjonariuszy) nie było za co karać sądownie, więc wytworzono formułę „kłamstwa lustracyjnego”.

Cynicznie zafałszowany obraz spowodował, że nikt nie odważał się przyznać, iż głównymi motywami współpracy setek tysięcy tajnych informatorów z organami władzy PRL były względy patriotyczne, chęć zwalczania przestępstw, przeciwdziałanie łamaniu prawa, poczucie odpowiedzialności za dobro kraju, czasami też chęć przeżycia przygody. Teraz można to interpretować bardzo ironicznie, ale tak właśnie było – w absolutnie przeważającej większości powody zgody na tajną współpracę były godne szacunku. I taki szacunek i uznanie tym ludziom się należą, a nie infamia, potępienie, ostracyzm. Odium, które wytworzono sprawiło, że wielu poddawanych lustracji rozpaczliwie się broniło i twierdziło, że byli zmuszeni, szantażowani, wręcz torturowani. Można ich teraz zrozumieć, chociaż takie argumenty to desperackie kłamstwa. W SB i pokrewnych służbach, jak w każdej tego typu instytucji na świecie, panowała żelazna zasada: „z niewolnika nie ma robotnika”. Jak można przemocą zmusić kogoś do tajnej współpracy, jeżeli później musisz tej osobie całkowicie ufać, powierzać jej istotne dane, korzystać z jej informacji? Szantażowanie, aby zrobić z kogoś osobę zaufaną. jest absurdem. Jednak tragiczny przekaz ludzi rozpaczliwie broniących się przed sądami lustracyjnymi szedł w przestrzeń publiczną, a czarnymi charakterami oczywiście byli funkcjonariusze służb PRL.

Czarna legenda autorstwa premiera

Jak ważna dla polskiej prawicy jest czarna legenda SB dowodzi fakt, że w jej podtrzymaniu czynnie uczestniczy nawet aktualny premier Polski. W dniu 16 grudnia 2019 r. Mateusz Morawiecki, podobnie jak to zrobił kilka miesięcy wcześniej podczas wizyty w Brukseli, kolejny raz publicznie powiedział o „bestialskim mordowaniu ludzi przez Służbę Bezpieczeństwa”. Tym razem uczynił to w kontekście nieukarania przez polskie sądy sprawców tych przestępstw.

Pan premier nie sprecyzował o jakie morderstwa chodzi, więc ani byli funkcjonariusze SB ani też sędziowie nie mogą się bronić, bo nie wiedzą ani kto konkretnie, ani o co jest obwiniony. Natomiast jako wytrawny propagandzista pan premier Morawiecki wygłosił swe oskarżenie tak dobitnie, że wszyscy zrozumieli, iż ma on niepodważalną wiedzę o tych morderstwach i wie, kto ich dokonał. Sytuacja powyższa rodzi ciekawe problemy prawne. Posiadanie informacji o niewykrytych i nieukaranych przestępstwach oraz o ich sprawcach powinno skutkować natychmiastowym przekazaniem tej wiedzy polskiej prokuraturze. Dotyczy to zwłaszcza t zw. zbrodni komunistycznych, które nie ulegają przedawnieniu. O ile pan premier dotychczas tego nie uczynił, to sam łamie prawo i może zostać uznany za wspólnika zbrodniarzy.

Czy doczekamy sprawiedliwości?

Uczciwe, niezależne sądy – to właśnie z uwagi na te przymiotniki rządzący wypowiedzieli wojnę środowisku sędziowskiemu. PiS nie może pozwolić, aby w naszych procesach zaczęły zapadać uczciwe wyroki, bo wówczas cała narracja o zbrodniczym PRL i o swych zasługach w jego obaleniu, ległaby w gruzach. Z tego też powodu przez ponad dwa lata od wejścia w życie ustawy „dezubekizacyjnej” funkcjonariusze PiS w Ministerstwie Sprawiedliwości oraz w Trybunale Konstytucyjnym wszelkimi sposobami nie dopuszczali, aby jakiekolwiek sądy zaczęły rozpatrywać nasze skargi. Nie da się jednak odwlekać tego w nieskończoność, więc ostatnio rzetelni i odważni sędziowie zaczęli wreszcie wydawać sprawiedliwe, korzystne dla nas wyroki. To właśnie dlatego władza musiała radykalnie przyspieszyć pacyfikowanie środowiska sędziowskiego. Nie wszyscy ludzie w togach mają wystarczająco dużo sił, aby przeciwstawić się naciskom, znieść groźby, represje, szykany materialne. Zachowanie niezawisłości w tych warunkach będzie wymagało wielkiej odwagi, więc z pewnością pojawią się wkrótce także wyroki nas krzywdzące, tak bardzo oczekiwane przez PiS.
Niewątpliwie kiedyś trybunały międzynarodowe, prawdziwie niezależne oraz kierujące się autentycznym prawem i sprawiedliwością, wydadzą uczciwe wyroki w naszych sprawach, tylko kto z nas, starych, schorowanych, zestresowanych ludzi, tego doczeka? Niektórych ustawa represyjna już zabiła. Dosłownie.

Czy ktoś się zastanawia, jak może bronić się człowiek niewinny, który nigdy niczego złego nie zrobił i nawet nie wie o co jest oskarżony? Kto by pomyślał, że w XXI wieku na własne oczy zobaczymy rzeczywistość nie tylko z dzieł Orwella, ale także Kafki!

Ostrzegam

Urodziłem się w 1950 roku. W Polsce Ludowej. W tej Polsce się wychowałem i dorastałem. Polsce Ludowej zawdzięczam wykształcenie, zawdzięczam możliwość zetknięcia się z ideologią i ideami lewicy polskiej i międzynarodowej. Jestem i pozostanę człowiekiem lewicy. Polsce Ludowej, mojemu państwu, podobnie jak miliony innych Polaków – służyć chciałem jak najlepiej.

Zasługi Polski Ludowej dla polskiego narodu, dla polskiego państwa są ogromne i niezaprzeczalne. Pierwsza w historii próba zmaterializowania odwiecznych socjalistycznych idei państwa i społeczeństwa wyzwolonych z dyktatu kapitału w postaci państw realnego socjalizmu ujawniła z całą brutalnością nie tylko zalety nowego ustroju, ale również pułapki i niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą taka transformacja. Przez dziesięciolecia społeczeństwo nie kwestionowało nowego ustroju. Przypomnę po raz n-ty, że słynne porozumienia sierpniowe w Szczecinie czy Gdańsku (tu przez krótki moment) podpisywane były pod transparentami „Socjalizm tak – wypaczenia nie!”. Przypomnę, że społeczny i gospodarczy program „Solidarności” były na wskroś socjalistyczne. Ale to poparcie prysło ostatecznie jak mydlana bańka w 1989 r., kiedy to, w pierwszych demokratycznych wyborach władza otrzymała od społeczeństwa czerwoną kartkę.

Podstawową lekcją z okresu Polski Ludowej jest ta, że żaden ustrój autorytarny, choćby kierował się najszczytniejszymi ideami, nie jest w stanie trwale się utrzymać, że tylko model społeczeństwa obywatelskiego, a więc poczuwającego się do współodpowiedzialności za państwo może dać nadzieję na stabilny rozwój. Dlatego ostatnia dekada Polski Ludowej była między innymi okresem burzliwych, głębokich dyskusji o kierunkach reform. Ostatecznie zwyciężyła opcja demokratyczna. Okres transformacji zakończył się 30 lat temu stworzeniem ram prawnych dla gospodarki wolnorynkowej, a później rozwiązaniem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i powołaniem nowej lewicowej partii, o zdecydowanie prodemokratycznym charakterze: Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Miałem zaszczyt i honor być uczestnikiem tych przemian. 30 lat temu powiedzieliśmy: po pierwsze demokracja. Demokracja, a więc wolne wybory, państwo prawa, trójpodział władzy, niezależne sądy i media. My, aktywni, zaangażowani obywatele Polski Ludowej opowiedzieliśmy się za demokracją i dzisiaj przyszło nam być jej obrońcami wobec śmiertelnych dla niej zagrożeń.

Demokracja obywatelska miała w nowej Polsce żywot krótki – wnet po 1989 r. rozpoczął się proces jej deformacji, który w ostatnich 6 latach przybrał dramatyczną formę: odwrotu od idei i zasad demokracji obywatelskiej i zwrócenia się ponownie ku autorytaryzmowi, wykorzystującego jedynie procedury demokratyczne do zdobycia władzy. Wyraźnie już jednak widać, że przestrzeganie formalnych zasad państwa demokratycznego nie służy utrzymaniu tej władzy. Stąd nowe elity rządzące Polską brną coraz dalej i głębiej, z coraz większą determinacją w bezprawie, w kłamstwa. Uciekają się do coraz bardziej haniebnych metod politycznych prześladowań osób wyznających odmienne od władzy wartości.

Ze zgrozą oglądam w mediach młodych, zdarza się, że tylko ze średnim wykształceniem hunwejbinów, którzy z żarem w oku, podniesionym głosem do kąta starają się stawiać polskie i międzynarodowe autorytety prawnicze, całe organizacje specjalizujące się tworzeniu i przestrzeganiu standardów państwa demokratycznego. Ze zgrozą i wstydem patrzę na osobę pełniącą urząd Prezydenta mojego kraju, która sanuje bezprawie, łamanie i naginanie ustaw, łamanie Konstytucji.

My, pokolenie 1950, urodziliśmy się w państwie, które wyłoniło się z wojennej pożogi, w państwie o demokracji ułomnej, daleko niepełnej. Ale ONI tworzą w tempie przyspieszonym nowy ustrój autorytarny, nową, o wiele groźniejszą dyktaturę nie z powodów sytuacji geopolitycznej, nie w warunkach powojennej hekatomby i gospodarczej katastrofy. Dążą do nowej dyktatury inspirowani pieniackim zacietrzewieniem osób, które przez lata, na siłę, udowodnić chcą przed wszystkim sądami, że śmierć ich bliskiego nastąpiła z winy lekarzy, inspirowani smoleńskim kłamstwem, cynicznym wykorzystywaniem śmierci bliskiej osoby do zdobycia i utrzymania niekontrolowanej władzy przez jednego, schorowanego starca. W swoim rewolucyjnym żarze umacniani są misjami nowej chrystianizacji Europy i świata. Wbrew wszystkiemu i wszystkim.

Historia i doświadczenia moje i mojego pokolenia uprawniają mnie do powiedzenia głośno i dobitnie: OSTRZEGAM! Ostrzegam przed kontynuacją tego szaleństwa, tego działania wbrew całemu światu, wbrew prawdzie, wbrew zasadom demokracji. ONI – elity nowej władzy, władzy mającej często charakter organizacji mafijnej, zabrnęli za daleko, zabrnęli do miejsca, z którego nie mają już odwrotu. Muszą dalej, z jeszcze większym rewolucyjnym zapałem kreować wewnętrznych i zewnętrznych wrogów, muszą dalej siać niezgodę, jątrzyć, kłamać, łamać prawo. Ale cenę za ich błędy płaci cała Polska. Płaci jako naród i jako państwo.

Nie mam złudzeń, że ONI zawrócą z obranej drogi, że osoby, które publicznie zadeklarowały się po stronie kłamstwa, oszczerstwa, niegodziwości i cynizmu, którzy z nową władzą związali swoje kariery polityczne i zawodowe nagle zmienią poglądy. ONI są już straceni. Ich osądzi historia i, mam nadzieję, niezależne sądy.

Co, jako zwykły obywatel, mogę zrobić w dniu, w którym Prezydent RP podpisał ustawę „kagańcową”, w którym wszczęto dyscyplinarne i prokuratorskie postępowania wobec sędziego, który chciał stosować w wykonywaniu swych funkcji orzeczniczych prawo unijne i prawo krajowe? Mogę oczywiście brać udział w rożnych protestach, ale mogę też zwrócić się do tych moich znajomych i do tych członków mojej rodziny, którzy kiedyś być może dali się zwieść obietnicom, szlachetnym, ale w gruncie nieszczerym intencjom nowych autokratów, dali wiarę ich kłamstwom: zreflektujcie się! Jest jeszcze czas. Przyjmijcie swoją współodpowiedzialność za przyszłość Polski i ODMÓWCIE OBECNEJ WŁADZY DALSZEGO POPARCIA!

Wycofać się z błędu – to dowód odwagi i dojrzałości. Tkwienie w nim to dowód czegoś wręcz przeciwnego.

Do Lewicy i nauki polskiej

Społeczna gospodarka rynkowa ukształtuje demokratyczne stosunki wzajemne pracowników, właścicieli, władzy i konsumentów w sposób zmierzający do ich twórczej współpracy.

W niniejszym liście chciałbym zwrócić się do Lewicy i Nauki polskiej oraz do zainteresowanych Obywateli i Młodzieży. Polska Lewica zorganizowała opracowanie i przyjęcie w referendum polskiej Konstytucji, a w tym, zgodnie z Art. 20, wprowadzenie społecznej gospodarki rynkowej.
Społeczna gospodarka rynkowa ukształtuje demokratyczne stosunki wzajemne pracowników, właścicieli, władzy i konsumentów w sposób zmierzający do ich twórczej współpracy dla dobra własnego i wszystkich Obywateli polskich oraz do unikania wyniszczających walk między sobą. Zapewni coraz lepsze zaspakajanie potrzeb społecznych oraz eliminację plag społecznych, takich jak: dyskryminacja, wyzysk, bezrobocie, nędza i bezdomność.

Jednym z najważniejszych osiągnięć lewicowej władzy w Polsce Ludowej było wprowadzenie demokracji i planowania w organizacjach gospodarczych. Było to rozwiązanie wartościowe, pożyteczne i godne jego kontynuacji. Można je potraktować jako sprawdzony element współczesnego socjalizmu, którego określenie i wprowadzenie powinno być głównym zadaniem Lewicy. Współczesny polski socjalizm to społeczna gospodarka rynkowa, zgodnie z art. 20 Konstytucji.

Przykładem polskiego doświadczenia w zakresie społecznej gospodarki w organizacji gospodarczej, może być opis działania społeczno-gospodarczego przedsiębiorstwa polskiego, szeroko współpracującego z Nauką, intensywnie doskonalonego i rozwijanego, od małego warsztatu do największej i najnowocześniejszej fabryki sprzętu medycznego w Polsce. Ten tekst mojego autorstwa jest on dostępny przez Internet, w Bibliotece Cyfrowej Politechniki Warszawskiej, po wpisaniu do wyszukiwarki tytułu: Rozwój produkcji sprzętu medycznego w Polsce, w latach 1940-1989 : na przykładzie Fabryki Narzędzi Chirurgicznych i Dentystycznych w Milanówku, lub autora: Władysław Bujwid. Treść tej publikacji wyświetlono ponad 6000 razy. Opinia Polskiego Towarzystwa Historii Techniki o tym opracowaniu jest ostatnim jego załącznikiem.
Wejście Lewicy do Parlamentu może ułatwić przygotowanie i wprowadzenie w Polsce społecznej gospodarki rynkowej. Potrzebne jest połączenie polskiego doświadczenia w zakresie społecznej gospodarki w organizacji gospodarczej w PRL oraz doświadczenia w zakresie gospodarki rynkowej po przemianach w 1989 roku, z wiedzą polskiej Nauki na ten temat.

Przykładem takiej wiedzy może być książka „Społeczna Gospodarka Rynkowa: Polska i integracja europejska” opracowana pod redakcją naukową Pani prof. Elżbiety Mączyńskiej, Przewodniczącej PTE i prof. Piotra Pysz. Książka jest wspólnym dziełem uczestników seminarium pod takim samym tytułem. Zachęca ona do wprowadzenia Społecznej Gospodarki Rynkowej, lecz nie proponuje, jak to można zrealizować. Ten element z kolei zawarty jest w projekcie Planu działania Lewicy po wyborach 2019, w celu uzyskania większej zdolności do realizacji swojej polityki po następnych wyborach, zawiera propozycje działań zmierzających do przygotowania i wprowadzenia w Polsce społecznej gospodarki rynkowej oraz współpracy Lewicy i Nauki w tym zakresie. Podaję adres internetowy: http://klubwmpg.pomorskie.pl/dokumenty/bujwidpl.pdf. Myśli zawarte w tym tekście rozwija opracowanie zatytułowane: Doskonalenie Systemu Społeczno Gospodarczego zawiera wizję udoskonalonego systemu społeczno gospodarczego – polskiej społecznej gospodarki rynkowej, zgodnej z art. 20 konstytucji, oraz sposoby jej przygotowania i wprowadzenia przez Lewicę, w celu coraz lepszego zaspakajania ważnych potrzeb społeczeństwa i eliminacji plag społecznych, takich jak: dyskryminacja, wyzysk, bezrobocie, nędza i bezdomność. Adres internetowy opracowania: http://klubwmpg.pomorskie.pl/dokumenty/bujwidds.pdf

Opracowanie to jest oparte o polskie i międzynarodowe doświadczenia i dotyczy różnych dziedzin wiedzy, jest interdyscyplinarne, ponieważ taki jest system społeczno gospodarczy. Może być traktowane, jako poradnik dla kierownictw partii lewicowych, premiera, prezydenta, władz oraz dla kierownictw organizacji państwowych, samorządowych i gospodarczych, a także dla organizacji naukowych, kształcących i szkolących w tym zakresie, na terenie całego kraju, wymienionych działaczy i kandydatów na te stanowiska. Potrzebnym do tego zakresem wiedzy i potencjału dysponują Uniwersytety, które zachęcam do zorganizowania takiego kształcenia i szkolenia. Np. nowego kierunku studiów: Zarządzanie rozwojem społeczno gospodarczym, na szczeblu państwa, samorządu i organizacji gospodarczej.
Lewicę i Naukę zachęcam do twórczej współpracy w celu wspólnego przygotowania i wprowadzenia polskiej społecznej gospodarki rynkowej.
Powszechne, nieodpłatne korzystanie z opracowań umożliwił Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku, udostępniając je na swojej stronie internetowej, w zakładce Co piszą inni, za co Mu serdecznie dziękuję.

PS.
Pisząc powyższe opracowanie korzystałem z wiedzy i doświadczeń polskich oraz międzynarodowych, które obserwowałem i w których uczestniczyłem w okresie II RP, wojny, Demokracji Ludowej, III RP i obecnie.
Wiedzę zdobywałem w czasie nauki w liceum ogólnokształcącym, w Wieczorowej Szkole Inżynierskiej, na Politechnice, na kursie Magisterskim o kierunku planowanie, organizacja i ekonomika przedsiębiorstw przemysłu maszynowego, na rocznym Studium ekonomii politycznej zarządzania organizacjami gospodarczymi, na wielu kursach i szkoleniach oraz przez samokształcenie.

Mam również doświadczenie w działaniu i zarządzaniu różnymi organizacjami. Byłem rzemieślnikiem, rolnikiem, harcerzem, zastępowym, przybocznym drużynowego i komendantem obozu drużyny, a także przewodniczącym samorządu klasowego w liceum. Byłem pilotem szybowcowym, instruktorem i prezesem Aeroklubu. Pracowałem jako robotnik w różnych organizacjach oraz byłem przewodniczącym organizacji młodzieżowej i II sekretarzem organizacji partyjnej w fabryce. Byłem pracownikiem technicznym w różnych fabrykach. Przez 37 lat kierowałem działaniem, doskonaleniem i rozwojem przedsiębiorstwa państwowo społecznego, byłem Przewodniczącym Rady Zrzeszenia Przedsiębiorstw, radnym i Przewodniczącym Komisji Przemysłu i Zatrudnienia Wojewódzkiej Rady Narodowej, członkiem Zespołu Doradców Pełnomocnika ds. Reformy prof. Baki i zastępcy prof. Sadowskiego. W latach 90. byłem intensywnie przeszkolony przez polskie i międzynarodowe organizacje jakości, w zakresie systemów zarządzania jakością według Norm międzynarodowych rodziny ISO 9000, oraz systemów certyfikacji i akredytacji w Unii Europejskiej. Przez 10 lat byłem wykładowcą, konsultantem i audytorem oraz kierownikiem szkoleń w tym zakresie dla najwyższego kierownictwa różnych organizacji, w różnych częściach Polski. Uczestniczyłem w działaniach Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową.

Kłopoty z historią

– Mało kto wie, że nowa władza zatrudniła po 1945 roku ponad dwudziestu funkcjonariuszy przedwojennych służb, jako bardzo przydatnych fachowców, w tym do inwigilowania swoich byłych kolegów, choć nie tylko. Sytuacji paradoksalnych było wiele – mówi prof. Andrzej Paczkowski w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Czy można jeszcze spodziewać się, że polska biografistyka historyczna objawi nam jeszcze jakieś nieodkryte postacie rangi generała „Nila” Fieldorfa, rotmistrza Witolda Pileckiego, Boleslawa Kontryma „Żmudzina”, albo jakieś  inne, dotąd nieodkryte tajemnice historii najnowszej?

Jakichś wielkich rewelacji czy sensacji trudno się już dziś, po tylu latach, spodziewać. Poza wspomnianymi przez pana, inne kluczowe postacie mają już swoje biografie, a jeśli nawet nie są to odrębne biografie, to wiedza o nich rozsiana jest po licznych źródłach. Jeśli znalazła by się jakaś postać zupełnie nie znana, to była by to prawdziwa sensacja.

Biografistyka historyczna obejmuje zarówno postacie na ogól uznane za świetlane, jak i kontrowersyjne, względnie nawet zdecydowanie negatywne. Z jednej strony „Nil czy Pilecki, z drugiej mający na koncie zbrodnie  czasu stalinowskiego Józef Światło, Józef Różański czy Mieczysław Moczar, ale też zaliczani do „żołnierzy wyklętych” Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Henryk Dekutowski „Zapora”, czy Romuald Rajs „Bury”, na których ciążą oskarżenia o zbrodnie na ludności cywilnej. Jak pisać biografie, by nie popaść w hagiografizm, idealizację w rodzaju kultu „żołnierzy wyklętych” i by, z drugiej strony, niektórych postaci nie demonizować ponad miarę?

Z tymi postaciami jednoznacznie pozytywnymi jest pewien kłopot, bo one nie zawsze są stuprocentowo świetlane, w każdym razie nie dla wszystkich. Tacy ludzie jak Szendzielarz „Łupaszka”, Dekutowski „Zapora” czy „Ogień” Kuraś mieli swoje wspaniałe strony, ale mają też w swoich biografiach cienie i to widziane nie tylko z pozycji przeciwnych im ideowo.

Napisał Pan książkę o Józefie Światło, „Trzy twarze Józefa Światło”. Skąd wybór tej akurat postaci?

Nie z sympatii rzecz jasna. To postać jednoznacznie ponura, zbrodnicza. Pierwotnie zamierzałem napisać książkę o X Departamencie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ale pomyślałem że będzie to nudna piła, której nie da się czytać. Enumeracja sprawozdawcza, pisanie, że tu działała komórka taka, a tu inna, że były takie czy inne wydziały, szczegółowe referowanie struktur rzadko nadaje się do czytanie. Uznałem, że lepiej i atrakcyjniej pokażę losy X Departamentu poprzez los Światły, los jednego człowieka. Biografistyka jest ciekawsza niż opracowania ogólne.

Biografistyka może być ciekawa także dlatego, że można przez nią pokazać powikłania ludzkich biografii, ich niejednoznaczność, powikłanie, zmienność…

Klasycznym przykładem jest tu biografia Bolesława Piaseckiego, przed wojną jednego z liderów młodego ruchu narodowego, założyciela i wodza Obozu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, po wojnie szefa Stowarzyszenia „Pax”, który za rządów Edwarda Gierka został członkiem Rady Państwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, będącej, przynajmniej teoretycznie, na antypodach ideowych nurtu reprezentowanego przez Piaseckiego. Takie powikłane biografie dotyczyły także postaci praktycznie anonimowych, np. oficerów przedwojennej dwójki, czyli wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. Mało kto wie na przykład, że nowa władz zatrudniła po 1945 roku ponad dwudziestu funkcjonariuszy przedwojennych służb, jako bardzo przydatnych fachowców, w tym do inwigilowania swoich byłych kolegów, choć nie tylko. Bezpieka śledziła ludzi dawnej „defy”, dawnych prokuratorów, sędziów i mając na nich te haki przymuszała ich często do współpracy. Do 1951 ponad połowę sądów wojskowych tworzyli przedwojenni sędziowie i byli mobilizowani. Generał Komar, przesłuchiwany po aresztowaniu i pytany o to odpowiedział, że zatrudnił ich jako fachowców. Na samego ministra MBP Stanisława Radkiewicza bezpieka i Informacja Wojskowa miała „hak” w postaci lojalki podpisanej przez niego przed wojną na policji.

Do tej pory nikt nie opisał losów komisarza Pogorzelskiego, w II Rzeczypospolitej szefa antykomunistycznego kontrwywiadu w warszawskiej policji, który urzędował przy Daniłowiczowskiej. Fascynował się on przedmiotem swoich działań, komunizmem, na ścianach gabinetu miał portrety Marska i Engelsa, a na półkach ich dzieła i toczył debaty z młodymi komunistami, których przesłuchiwał. Istnieje legenda, że schwytany po wojnie, był przesłuchiwany przez dyrektorkę X Departamentu MBP Lunę Brystygierową, którą sam przesłuchiwał przed wojną…

Nie zapoznałem się bliżej z losami tej postaci, ale jeśli było tak jak pan przytacza, to dobrze by się to fabularyzowało dla potrzeb filmu czy telewizyjnego widowiska. To jednak tylko hipotezy, natomiast podobnych, ale stwierdzonych sytuacji paradoksalnych było wiele. Np. znany swego czasu działacz partyjny na froncie marca 1968 i walki z syjonizmem, redaktor naczelny moczarowskiego de facto organu prasowego „Za Wolność i Lud”, Kazimierz Kąkol był żołnierzem Armii Krajowej, zasłużonym szczególnie w akcji „Wawer”. Z kolei jeden z najbardziej krwiożerczych architektów represji w latach pięćdziesiątych, Naczelny Prokurator Wojskowy Stanisław Zarako-Zarakowski, nawiasem mówiąc absolwent prawa Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, był przed wojną endekiem, podobnie zresztą jak komunistyczny pisarz i działacz Jerzy Putrament. Z kolei Zdzisław Żygulski, socjolog kultury, minister kultury w okresie stanu wojennego, był za okupacji sędzią sądu podziemnego Armii Krajowej.

Która z postaci z tego kręgu historycznego wydaje się Panu najbardziej paradoksalnym przykładem tej dwoistości?

Major Bolesław Kontrym, „Żmudzin”. Jego losy, to niesamowita historia człowieka, który z jednego z najbardziej bojowych dowódców bolszewickich Czerwonej Gwardii na północy Rosji, uczestnika wojny 1920 roku po stronie radzieckiej, zasłużonego i awansowanego, przeobraził się, po ucieczce do Polski, II Rzeczypospolitej, w oficera Korpusu Ochrony Pogranicza i policji politycznej ścigającego komunistów. A później żołnierzem AK i powstańcem warszawskim, który zginął z rąk komuny, jako ofiara stalinowskiej bezpieki i sądownictwa. 

Skąd ta dwoistość postawy Kontryma?

Ta tajemnica nie do końca została wyjaśniona. Może do bolszewików pociągnął go rewolucyjny patos, może awanturnicza młodość? Wątpię, by stały za tym jakieś głębokie motywacje ideowe, bo inaczej zostałby w ZSRR. Myślę, że był raczej ideowym patriotą polskim, choć zginął właściwie za nic, bo nie prowadził żadnej działalności przeciwko tzw. władzy ludowej. To jest podobne do przypadku generała „Nila” – Fieldorfa, a kompletnie odmienne niż w przypadku rotmistrza Pileckiego.

Był Pan konsultantem telewizyjnego widowiska o Kontrymie…

Głównie konsultowałem wizerunek osoby Józefa Światło, ale poproszono mnie także o sprawdzenie wiarygodności innych postaci, w końcu związanych ze sprawą i historycznych. Pytano mnie na przykład, czy pułkownik Józef Różański może mieć bródkę albo w jakim garniturze może występować Bolesław Bierut.

I jaki był Pana werdykt?

Że co prawda wedle znanych fotografii, Różański bródki ani wąsów nie nosił, był zupełnie ogolony, ale nie ma istotnego przeciwwskazania, żeby grający go aktor bródkę nosił. Co do garnituru Bieruta, to był to zwykły garnitur o fasonie wtedy noszonym, ani szczególnie elegancki, ani szczególnie byle jaki. Ot, nosił się jak większość urzędników. Uznałem, że to ostatecznie widowisko artystyczne rządzące się swoimi prawami, oparte na faktach, ale sfabularyzowane. Przekazałem te swoje uwagi, a potem zostałem zaproszony na kolaudację przedstawienia.

I jakie wrażenia wyniósł Pan wrażenia z oglądania „Kontryma”?

Niezłe. Widowisko ma dobre tempo, jest sugestywne, wciągające. Pewne zastrzeżenia miałem co do czytelności niektórych wątków dla widza nie wprowadzonego dobrze w losy postaci tytułowej. W widowisku pojawia się kilkakrotnie biegnący i krzyczący „Kontrym”, w czapce z czerwoną gwiazdą i z pistoletem. Przekonano mnie jednak, że prawa rządzące dziełem artystycznym, fabularyzowanym zakładają, że i widz musi mieć coś do pomyślenia i do pokojarzenia. Że nie wszystko powinno być wyłożone jak na talerzu, jak zazwyczaj w filmie dokumentalnym.

Odniósł Pan wrażenie prawdy?

Prawdy epoki tak, w mniejszym stopniu prawdy materialnej. W widowisku są sceny brutalnego przesłuchiwania „Kontryma” przez Światłę. W rzeczywistości, raczej rzadko go przesłuchiwał, bo to nie należało do jego obowiązków, jako funkcjonariusza operacyjnego a nie śledczego. Ze spektaklu można natomiast wywnioskować, że Światło zajmował się tylko „Kontrymem”. Poza tym przesłuchiwali na ogół oficerowie niższego stopnia. Jednak dla widowiska nie ma to jednak istotnego zdarzenia. Z czystej inwencji twórców wyrósł wątek znamienia na plecach żony „Kontryma”, o którym Światło miał wiedzieć i sugerować mu, że z nią spał. W celu wyprowadzenia przesłuchiwanego z równowagi. Nie zgłosiłem jednak zastrzeżeń, bo mieściło się to w granicach szeroko rozumianego prawdopodobieństwa.

A sama postać Światły zagranego przez Redbada Klynstrę?

Zagrana została bardzo dobrze, choć bez zachowania fizycznego podobieństwa twarzy. Wprowadzono też kilkakrotnie powtarzaną  scenę operacji plastycznej Światły w USA, operacji, którą być może wcale się nie odbyła. W każdym razie widziałem zdjęcie Światły na kilka lat przed śmiercią i nie zaobserwowałem śladów takiej operacji. Był na zdjęciu w czapce bejsbolówce, na leżaku, w scenerii chyba Florydy.

Czy śledczy wiedzieli o bolszewickim epizodzie życia „Kontryma” lub on im o tym mówił?

Tego nie wiadomo, ale nawet jeśli wiedzieli, to nie uratowało by go to. Nie miałoby to dla jego oprawców żadnego znaczenia. Traktowali wszystkich bez wyjątku czysto instrumentalnie i bezwzględnie, wedle procesowych potrzeb. Stalin kazał rozstrzeliwał bolszewików, z którymi latami współpracował i z którymi był na ty, a w Polsce marszałka Michała Rolę-Żymierskiego nie uratowało przed aresztowaniem nawet to, że  był wieloletnim agentem wywiadu sowieckiego. To był niezwykle brutalny system, nie liczący się z nikim i niczym.

Jako autor książek debiutował Pan w 1968 roku przewodnikiem „Zakopane i okolice”. Ten krąg zainteresowań ciągle jest Panu bliski?

Teoretycznie tak, ale z racji wieku już ani alpinizmu, ani taternictwa nie uprawiam.

Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Paczkowski – ur. 1 października 1938 w Krasnymstawie – historyk, w okresie PRL działacz opozycji, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej dwóch kadencji (1999-2009), od 2011 roku przewodniczący Rady IPN. W latach 1974–1995 prezes Polskiego Związku Alpinizmu. Początkowo jego zainteresowania naukowe były związane z historią prasy polskiej. W latach 80. był wydawcą wielu materiałów źródłowych związanych z działalnością „Solidarności” w latach 1980–1981, a w 1986 wydał niedostępne wówczas dokumenty KC PZPR w zbiorze „Gomułka i inni. Dokumenty z archiwum KC 1948–1982”. Od września 1980. Był ekspertem Ośrodka Prac Społeczno-Zawodowych przy Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność” Jesienią 1981 uczestniczył w formułowaniu programu Klubów Rzeczypospolitej Samorządnej „Wolność-Sprawiedliwość-Niepodległość”. Prowadził wykłady i publikował w prasie związkowej artykuły dotyczące najnowszej historii Polski. Po ogłoszeniu stanu wojennego pisał w drugoobiegowym „Tygodniku Wojennym”, współpracował z „Tygodnikiem Mazowsze”. W 1983 był jednym z założycieli „Archiwum Solidarności, w ramach którego do 1989 wydano 24 tomy relacji i dokumentów. Autor wielu monografii poświęconych najnowszej historii Polski, w tym aparatowi represji PRL i przygotowaniom oraz przebiegowi stanu wojennego, a także wydawcą źródeł do najnowszej historii Polski. Napisał poświęcony Polsce rozdział „Czarnej księgi komunizmu” (wyd. 1997 Paryż, wyd. polskie 1999). W latach 90. był ekspertem komisji sejmowych badających kwestię legalności stanu wojennego. Niektóre publikacje, to: „Zakopane i okolice” (1968), „Prasa polska w latach 1918–1939” (1980), „Historia polityczna Polski 1944–1948” (1985), „Pół wieku dziejów Polski 1939–1989” (1998), „Od sfałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski: szkice do portretu PRL” (1999), „Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII 1981 – 22 VII 1983” (2006), „Trzy twarze Józefa Światło” (2009), „Fakty, pogłoski, nastroje. Dziennik czasu wojennego (14 XII 1981 – 13 VIII 1982)” ( 2019).