Irytuj się z IPN

Pranie przez Instytut Pamięci Narodowej mózgów dzieci wynika z braku wiedzy policjantów historycznych, czy z cynizmu?

Dorobek IPN polega na wykazywaniu, że od 1945 do 1989 r w Polsce rządził totalitarny terror, abo nic się nie działo. Oraz to, że od zawsze Polska miała jednego wroga – Rosję. Nie licząc drobnego w sumie epizodu hitlerowskiego. I nie ma co pisać o lustracji, o wykopywaniu zwłok sprzed dziesięcioleci, wystawiania świadectw moralności byłym agentom SB, którzy stoją po stronie PiS. A nawet o tym, że prokuratorzy z IPN wciąż piszą akty oskarżające Goeringa, czy Himmlera. To wszystko jeszcze nic. Bo IPN to prawdziwe imperium od wydawania puzzli oraz gier planszowych. I to nawet z wersjami internetowymi.
Na coś takiego nie wpadli nawet propagandyści PRL. Nie robili gier o „zaplutych karłach”, nie kazali rzucać kostką ku chwale Armii Czerwonej. Ani dobierać kart, aby skutecznie sforsować Odrę, czy przełamać Wał Pomorski. Nic z tych rzeczy. „Za komuny” rządziła gra w Chińczyka, ze znaną wszystkim maksymą „Człowieku nie irytuj się”.
Nikt nie wie dlaczego IPN wybrał akurat taki sposób wtłaczania swojej narracji historycznej. Dla Instytutu widać nieważne, że „planszówki” dziś to nisza, dla wąskiej grupki fanów. Nieistotne jest też, że w większości wydawane przez nich gry są po prostu nudne. Niuansem jest i to, że ojcem większości gier jest etatowy IPN-owiec, magister teologii po KUL Karol Madaj, którego praca magisterska dotyczyła interpretacji liczby 153 w Ewangelii św. Jana.
O wiele ciekawiej jest spojrzeć na produkty, mieniące się edukacyjnymi, z punktu widzenia nauczyciela historii. I dojdzie się do wniosku, że wyłaniający się z IPN-owskich „planszówek” obraz powojennego 45 lecia, to kartki, bieda i głupota. Nawet jak robią grę o sporcie, to kończą na 1945 roku. Bo nie daj Bóg okazałoby się, że przedwojenne i dzisiejsze sukcesy lekko i ciężkoatletów, nie mogą się z czasami sukcesów Szewińskiej, Sidły, czy Kuleja równać?
Tak puzzle jak i gry IPN, w wielu przypadkach nie trafiają nawet do sklepów, ale bezpośrednio do szkół i – a co! – przedszkoli. Bo każdy młody Polak ma wiedzieć że myśmy są cacy, a Ruskie, czasem Niemcy, no i przede wszystkim komuniści, są źli.
Debiut IPN w roli wydawcy gier z 2009 r. nazywał się „Awans – Zostań marszałkiem Polski”. Jak się w to zagra, to zdobędzie się nader cenną historycznie wiedzę o tym, jakie stopnie wojskowe obowiązywały w Wojsku Polskim w 1939 roku. Fani „planszówek” znęcali się nad produktem, recenzując, że „proste zasady i szybkość rozgrywki czyniłyby z produkcji IPN świetną grę imprezową, gdyby nie fakt, że jest ona przeznaczona tylko dla dwóch osób”. No i na to, że po paru minutach rozgrywki się usypia.
Chwilę później IPN wydał jeszcze bardziej nasenną produkcję. „Pamięć ’39” się nazywała i dobijała graczy 24 archiwalnymi pokolorowanymi fotkami z kampanii wrześniowej. Bo zdaniem twórców, czarno-białe zdjęcie nic młodemu człowiekowi nie powie. A ponieważ całą rozgrywkę robi się w ciągu 10 minut, to choćby ośmiolatkowie na fotach mieli niewiadomo co, to i tak nie zrozumieliby o co chodzi. Oczywiście z wyjątkiem ruskiego sołdata.
Ponieważ rok 2010 nie był dla polskiego lotnictwa wojskowego najlepszy, IPN postanowił pokazać, że drzewiej bywało inaczej. No to rzuca się kostkami i lata nad Londynem. I jak się jest Luftwaffe to trzeba bombardować, a jak naszym, czy Anglikiem, to zestrzeliwać. I nie wiadomo co by się robiło, to zawsze Niemiec przegrywa. Skądinąd słusznie.
A jakby komuś było mało, to może sobie poukładać historycznie 100 elementowe puzzle. Też zresztą pod nazwą „303”.
Musiał minąć kolejny rok, aby doszło do tego, czym IPN będzie się mógł chwalić po wsze czasy. Wydano grę „Kolejka”. Taką, która sprzedała się w 100 tys egzemplarzy. A chodziło w niej o to, że jest komuna i trzeba pięcioosobową rodzinę wysłać na zakupy.
No i gracze ustawiają swoje pionki w kolejkach, nie wiedząc nawet do którego sklepu zostanie rzucony towar. A jak rzucą, to dostaną go tylko ci, co mają kartki z napisami „Matka z dzieckiem na ręku”, „Pan tu nie stał” czy „Towar spod lady”. Poza tym grozi im „Remanent”, „Pomyłka w dostawie” . No i spekulanci .
Nabywać zaś można buty „Relaks”, wodę toaletową „Przemysławka”, czy herbatę „Popularną”. A jak nie, to jest bazar.
Ponieważ gra chwyciła, IPN szybko wydał dodatek do niej o nazwie „Ogonek”. Teraz gracze wzbogacają się o karty Trybuny Ludu i 8 kart wódki. Dzięki czemu mogą dokonywać handlu wymiennego. A ponieważ do gry w „Ogonek” niezbędne było posiadanie „Kolejki”, to biznes IPN kwitł.
Po kolejnych 3 latach, do sklepów z grami trafiła „Reglamentacja”. Czyli też kolejki, kartki i kombinowanie. Tym razem w zestawie są kartki na 7 towarów, 6 drewnianych figurek, 5 drewnianych domków, a nawet drewniany bączek do odmierzania czasu gry. Fabuła też ciekawsza, bo taka choćby karta „zjazd rodzinny” sprawia, że symbole kieliszków oraz talerzy są punktowane podwójnie.
Ale przecież IPN nie chodzi o rozrywkę, ale o misję. „Gra, tak jak wszystkie wcześniejsze publikacje IPN, ma także zadania edukacyjne – przypomina o jednym z najbardziej wymownych symboli upadku peerelowskiej gospodarki. Do gry dołączone jest bogato ilustrowane opracowanie historyczne dr. Andrzeja Zawistowskiego, przybliżające dzieje reglamentacji kartkowej” – reklamują zatem swoją produkcję urzędnicy Instytutu.
Jest jednak coś , co powoduje, że gra „Reglamentacja”, to kłamstwo. Rozgrywka trwa bowiem 30 minut. A za PRL, półgodzinn stanie w ogonku nie było uważane za kolejkę.
W 2012 roku rusza ipeenowska seria gier. Jej wyróżnikiem jest „Znajznak”. Najpierw było „ZnajZnak – Historia Polski opowiedziana symbolami”, która 133 wzmiankowanymi symbolami miała opowiadać historię Polski od 1918 do 1989 roku. Gracz musiał jak najszybciej znaleźć wspólny symbol na dwóch leżących na stole kartach i podać jego nazwę. Jeżeli mu się udało, swoją kartę oddawał przeciwnikowi. Jeżeli jednak nie znał nazwy znaku, odwracał kartę, odczytywał definicję symbolu, a na stół wykładał nową kartę i gra toczyła się dalej. Wygrywa ten, kto pierwszy pozbędzie się wszystkich kart z ręki. Prawda, że pasjonujące?
W „ZnajZnak – Monte Cassino”, tak samo. I też 133 znaki na 63 kartach. Bo zdaniem IPN „W trakcie rozgrywki gracze uczą się rozpoznawać między innymi wybranych żołnierzy, oznaki jednostek biorących udział w bitwie, uzbrojenie oraz najważniejsze daty”. I to wszystko w ciągu 15 minut, bo tyle trwa gra.
Innowacyjnością wykazali się twórcy „ZnajZnak – Pamięć”, ale tylko dlatego, że kart jest ledwie 32. Ale już w „ZnajZnak – Sport” znów było ich 63. Co stanowi i tak zadziwiającą ilość, biorąc pod uwagę, że symbole dotyczą sukcesów polskiego sportu w latach 1918-45.
Kogo, poza politykami PiS, może zainteresować planszówka reklamowana jako pierwsza gra polsko-węgierska – „ZnajZnak — Felismered?”
Grę o tym, że na „wzajemną przyjaźń i wsparcie Polacy i Węgrzy mogli liczyć także w obliczu zagrożenia ze strony największych totalitaryzmów tamtych czasów – nazizmu i komunizmu”. Ale o ile poznański Czerwiec i węgierski październik’56 r. jeszcze daczą się jakoś połączyć, to co zrobić z sojusznikiem Hitlera admirałem Horthym? IPN staje jednak na wysokości zadania, w związku z czym sprawę Węgier po stronie państw Osi rozwiązuje kostka Rubika i autobus marki Ikarus.
Najnowsza produkcja z tego cyklu jest sprzed miesiąca i nosi tytuł „ZnajZnak – Kresy. Kolejny raz udowadnia, że dla IPN nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko jak poprzednio, ale… Do gry dołączona jest ilustrowana broszurka, „która łączy obecne w grze znaki w jedną opowieść rozpoczynającą się w średniowieczu a kończącą na związkach Kresów z „Solidarnością””.
Od października 2015 r. ZnajZnak można bezpłatnie pobrać na tablety i smartfony. Ale ponieważ nie jest to na razie obowiązkowe, to liczby pobrań – żeby nie pogrążać jej twórców – nie podamy.
Gra „111. Alarm dla Warszawy” to prawie „303”. Prawie, bo tytułowa liczba to numer eskadry myśliwskiej, która broniła Warszawy w 1939 roku. A ponieważ gracze mają do dyspozycji planszę wzorowaną na polskiej mapie sztabowej, żetony z samolotami, artylerią przeciwlotniczą i nawet żetony maskujące. A poza tym „kości strzału”, wskaźnik zużycia paliwa i znaczniki strzału, to polska eskadra może pokonać Luftwaffe. Co świadczy o tym, że według IPN, historia wcale nie musi mieć czegoś wspólnego z faktami.
Ale za to w grze „Polak Mały”, nikt z nikim nie walczy. Bo IPN, dzięki puzzlom i obrazkom, produkuje pełnowartościowego patriotę już w wieku przedszkolnym.
W roku 2016 IPN postanowił wykorzystać swoją własną serię komiksową o ciemiężonym przez najeźdźców Antku Srebrnym i zrobić z tego grę planszową. I zrobiono. Wsadzono do pakietu 2 komiksy o walce Srebrnego z Sowietami i dla równowagi, dwa gdzie strzela do Niemców. Dodano grę planszową, gdzie trzeba uciec z łagru, przepłynąć do Palestyny, a potem Włoch. Do tego dołożono dwustronne puzzle, naklejki na ubrania takie jak na mundurach wojska Andersa i replikę orzełka spod Tobruku i Monte Cassino. Wystawiono też cenę – 112 zł.
Jednak to dopiero poprzedni, jubileuszowy 2018 rok ujawnił, czym gry planszowe są dla IPN. A muszą być czymś nader istotnym, skoro wydał ich w ciągu 12 miesięcy aż 5. No i niedostępne w sklepie internetowym IPN 600-elementowe puzzle z portretem marszałka Józefa Piłsudskiego też wydał.
Sztandarową ubiegłoroczną produkcją jest gra „Niepodległa”. Bo jak się w niej przegra czy to na frontach I Wojny Światowej, czy podczas Konferencji Wersalskiej, albo w wojnie polsko-bolszewickiej, to Polski nie będzie.
Gdy w czasie korzystania z produktu IPN o nazwie „Twórcy Niepodległości” ktoś się pomyli, to dostanie jedynkę. Gra polega na tym, że odsłania się karty po dwie. Tak, żeby znaleźć parę postać–wydarzenie. I jak się znajdzie, to trzeba powiedzieć co łączyło gen. Tadeusza Rozwadowskiego z Bitwą Warszawską. „Pała” zaś grozi dlatego, że gra nie powędrowała do sklepów, tylko do szkół, żeby dzieci miały się na czym uczyć historii.
Tak samo jak „Polskie drogi do niepodległości 1914-1918”. Czyli planszówka – pomoc naukowa do szkół. I to taka, w której grają sześcioosobowe grupy, akurat w czasie jednej lekcji.
Za pieniądze można za to sobie pograć w trzymającą w napięciu grę „W obronie Lwowa”. Trzeba tak manewrować 7. Eskadrą Myśliwską, żeby wybić bolszewicką 1. Armię Konną, usiłującą najechać Lwów. Co jest proste gdy ma się do dyspozycji 10 żetonów bolszewickiej kawalerii, 3 żetony polskich samolotów, 1 kość strzału, 1 drewniany wskaźnik upływu czasu i 1 żeton sowieckiego komisarza. A jak się komuś wydaje, że zasady są takie same jak w grach „303” abo „111”, to oczywiście ma rację, bo po co IPN ma wydawać kasę, jak można splagować własne pomysły.
Zdziwi kogoś, że większa część gry „Miś Wojtek” toczy się w Związku Radzieckim? Bo się toczy. Wszak „we wrześniu 1939 r., kiedy Polskę zaatakowały Niemcy i Związek Sowiecki. Z ziem okupowanych przez ZSRS tysiące polskich rodzin wywieziono wówczas pociągami w głąb Rosji”. I trzeba było stamtąd wyjść z Andersem. I misiem Wojtkiem.
Dlatego instrukcja gry mówi:
„Przygotujcie świeże owoce dla misiów. Możecie się poczęstować.
1.Rozłóżcie na stole planszę do gry tak, by wszyscy gracze mieli do niej łatwy dostęp.
2.Połóżcie na wyznaczonym miejscu planszy stos 6 kart miast.
3.Przetasujcie talię kart misia. Wylosujcie z niej 7 kart i rozłóżcie je odkryte (awersem do góry) na planszy, na siedmiu kolorowych polach.
4.Stos z pozostałymi kartami misia połóżcie zakryty (rewersem do góry) na wyznaczonym miejscu.
5.Przetasujcie talię kart podróżowania i rozdajcie każdemu z graczy po 5 kart.
6.Stos z pozostałymi kartami podróżowania połóżcie zakryty (rewersem do góry) na wyznaczonym miejscu obok pola Polska.
7.Zbudźcie misie. Każdy gracz wybiera sobie misia w ulubionym kolorze i ustawia go na polu Polska.
8.Misie, które nie znalazły opiekunów, idą spać do pudełka.
9.Rozpoczyna gracz, który niedawno tulił misia”.
Każdą grę IPN opatruje stwierdzeniem, że jak się zaczyna grać, to nic nie trzeba wiedzieć.
Czyli dokładnie tak jak wtedy, gdy się jakąś „planszówkę” w IPN zaczyna wymyślać.

Na Dżerbie po polsku

– Na francuskiego namiestnika Tunezji okupanci z Paryża wyznaczyli młodego adwokata z zamożnej tunezyjskiej rodziny. Absolwenta francuskiej uczelni, żonatego z Francuską. Burgiba dużo mówił o niepodległości. Został prezydentem, ale naród tunezyjski nie akceptował go. Kreował się na bojownika o niepodległość, ale w jego życiorysie brakuje realnej konfrontacji z władzą francuską. Posiedział kilka miesięcy w więzieniu i potem hop! Oto 20 marca 1956 roku przybył do Tunezji. Na statku francuskim z Marsylii. Jako bohater, wyzwoliciel kraju. To śmieszne jest i smutne – z Houssinem Ben Doukhanem, absolwentem Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, starym tunezyjskim znajomym, rozmawia Piotr Gadzinowski.

Kiedy pierwszy raz przyjechałeś do Polski?
W połowie października 1976, pociągiem z czeskiej Pragi. Najpierw trafiłem do Łodzi, gdzie do czerwca 1977 uczyłem się w studium języka polskiego. Byłem w grupie z dwoma północnymi Koreańczykami, dwoma Palestyńczykami i Azerbejdżaninem. Wszyscy oni uczyli się już dwa tygodnie. Wydawało się, że dobrze mówią po polsku. A ja nic. Chciałem nawet wracać do domu, ale nasza nauczycielka uśmiechała się do mnie i powtarzała: „Poczekaj trochę, będziesz najlepszy”.
I faktycznie po miesiącu już byłem.
Polskiego uczyłem się cały czas. W zajęciach w studium i po lekcjach. Zwłaszcza z polskimi dziewczynami. Napisałem sobie na karteczce „Kocham Cię”. I tak podrywałem dziewczyny w Łodzi.
W studium zostałem też działaczem studenckim. Byłem marksistą, ale polski socjalizm nie podobał mi się.
Dlaczego?
Miałem 22 lata i byłem radykalnym marksistą. Z byłej francuskiej kolonii. Przyjechałem do socjalistycznego państwa i zobaczyłem burżuazję, podobną do naszej. W rządzie i w PZPR.
Denerwował mnie brak rzeczywistego poparcia dla ruchów ludowych w takich krajach jak mój. Zauważyłem, że Polska, podobnie jak inne europejskie kraje socjalistyczne, przede wszystkim dba o poprawne stosunki ekonomiczne i polityczne z państwami rządzonymi przez burżuazję.
W Tunezji uważaliśmy Polskę za kraj popierający antykolonialne rewolucje. W Polsce zauważyłem obojętność wobec cierpień narodów uciskanych w Afryce i w Azji. Nie podobał mi się też w Polsce brak poparcia dla Palestyńczyków, dla stworzenia ich państwa. Widziałem poparcie wieku Polaków dla Izraela, dla okupacji ziem palestyńskich.
Zapewne wielu Izraelczyków zdziwiłoby się słysząc o powszechnej miłości Polaków do Izraela. Ale pamiętam jak strasznie byłeś czuły na objawy każdego poparcia dla Izraela. Czasem, żeby cię zdenerwować, pobudzić do sporów w naszych dyskusjach stawaliśmy się adwokatami izraelskiego państwa. Ale przypomnij jak to się stało, że trafiłeś właśnie do Polski.
Przypadkowo. Przed przyjazdem wiedziałem, że Polska to kraj socjalistyczny, należy do Paktu Warszawskiego. Warszawa to jej stolica. I niewiele więcej.
Pochodzę z bardzo biednej rodziny. Mój ojciec nigdy nie chodził do szkoły. Był robotnikiem rolnym. Pracował za dniówkę u wiejskich bogaczy.
Byliśmy trzypokoleniową rodziną. Dziadek, mama, tata i ośmioro dzieci. Dwie dziewczyny, sześciu chłopaków. Mieszkaliśmy w drewnianym, jednoizbowym domku. Wszyscy spaliśmy na ziemi, łóżek nie było. Nie mieliśmy też elektryczności ani bieżącej wody.
Ale uczyliśmy się i jednocześnie pracowaliśmy. Zacząłem jako pomocniki na budowie, kiedy miałem 11 lat. Dostawałem pół dinara za dniówkę. Starczało na zeszyty. W szkole byłem bardzo dobrym uczniem.
Chciałem studiować medycynę, ale ojciec namówił mnie na liceum o kierunku nauczycielskim. Bo tam był bezpłatny internat i zaraz po jego ukończeniu mogłeś pójść do pracy. Wtedy brakowało nauczycieli w obowiązkowych dla wszystkich szkołach podstawowych. Nauczycielem zostałem w 1973 roku, podobnie jak wcześniej mój brat.
To był dla mnie niesłychany awans życiowy. Miałem 57 dinarów miesięcznej pensji. Wspólnie z bratem kupiliśmy kawałek ziemi w mieście Bengarden i zaczęliśmy budować dom dla całej rodziny. Już murowany.
Niestety dziadek nie doczekał domu, ani czasów kiedy jego wnuki pracują na państwowych posadach. Mają stałe, gwarantowane pensje. Taki „gwóźdź w murze”, jak się u nas mówi.
Na rządowej posadzie przepracowałem tylko dwa lata. Od piętnastego roku życia byłem buntownikiem. Miałem antyrządowe poglądy. Działałem w dyskusyjnym klubie filmowym. Pokazywaliśmy filmy i potem długo dyskutowaliśmy. O filmach i o wszystkim. Zauważyłem, że wolę dyskutować ze starszymi, niż uczyć dzieci podstawowej, podręcznikowej wiedzy.
Jakie filmy pokazywaliście, które wtedy budziły największe emocje?
Sam je wybierałem. Miałem listę dostępnych filmów. Francuskich, rosyjskich, latynoamerykańskich. Nie kierowałem się względami artystycznymi, film miał być jedynie pretekstem do dyskusji. O sytuacji ekonomicznej i politycznej naszego kraju.
Klub szybko stał się popularny, tajna policja zawsze była obecna podczas dyskusji. Czasem wzywano nas na posterunek policji na przesłuchanie.
Byłem wtedy nauczycielem. Wyprowadziłem się z domu, mieszkałem kolegami w innym mieście, z dala od szkoły. Miałem stary rower, którym dojeżdżałem do pracy. Zarabiałem 57 dinarów. Za 15 dinarów mieszkałem, 25 dinarów wysyłałem rodzinie, a za resztę żyłem.
Dlaczego zdecydowałeś się wyjechać z kraju?
Skończyłem 21 lat i wyrobiłem sobie paszport. Chciałem wyjechać. Ojciec był przeciwny temu, ale już nie mógł mnie zatrzymać. Wziąłem ostatnią pensję i pojechałem do sąsiedniej Libii. Popracowałem dwa miesiące w mleczarni i we wrześniu 1975 roku ruszyłem do Egiptu. W Kairze byłem 10 dni. Tam po raz pierwszy piłem alkohol. Piwo i whisky.
Stamtąd poleciałem samolotem do Syrii. Z Damaszku autobusem do Iraku. W Bagdadzie chciałem się zapisać na uniwersytet. Czekałem, czekałem. Przez 3 miesięcy. Byłem już bez grosza. W końcu wyrzucili mnie, bo miałem zbyt lewicowe poglądy. Ale nie byłem już sam. Trzymaliśmy się w grupie, trzydziestu Tunezyjczyków. Razem wróciliśmy do Syrii. Tam zapisałem się na studia, na filozofię. Ale w czerwcu, krótko przed egzaminami, znów wyrzucono mnie.
Czemu wyrzucili cię z obu tych państw? Oba przecież budowały wtedy „socjalizm arabski”. Bliski chyba twoim ówczesnym poglądom? Poza tym pamiętam cię jako człowieka spokojnego, uprzejmego, i zawsze chętnego do współpracy.
Z Iraku wyrzucili mnie za krytykę partii Bass i moich rodaków, którzy do niej należeli. W Syrii było podobnie. Tam też rządziła partia Bass, ale wtedy te dwie, kiedyś siostrzane partie, miały już wrogie relacje. Kiedy byłem w Syrii, wybuchła wojna w Libanie skierowana przeciwko Palestyńczykom mieszkającym tam w obozach dla uchodźców. Popierałem Front Wyzwolenia Palestyny, chciałem jechać do Libanu i walczyć tam po stronie palestyńskiej. Mówiłem głośno o tym i pewnie dlatego, zamiast dopuścić mnie do egzaminów, kazano mi wyjechać z Syrii.
Skąd pomysł by jechać do Europy i skąd pieniądze na podróż?
Koledzy z Palestyny zebrali dla mnie pieniądze i poradzili bym pojechał do Czechosłowacji. Bo tam była siedziba Międzynarodowego Związku Studenckiego, który dysponował stypendiami w krajach socjalistycznych. Przez Turcję, Bułgarię, Rumunię dotarłem do Pragi. Znowu czekałem na decyzję, znowu nie miałem za co żyć. Studenci zagraniczni pozwolili mi spać w ich akademiku. Chodziłem na stołówkę politechniki praskiej, tam mogłem bezpłatnie jeść zupy. Bardzo smaczne, pamiętam do dzisiaj. Wreszcie, po trzech miesiącach dostałem bilet kolejowy do Łodzi i zgodę na studia w Polsce.
Pamiętam siedzibę MZS w Pradze. Była na ulicy Paryskiej. Luksusowy wtedy wieżowiec. Siedziba działaczy studenckich z całego świata. Przyszłych dyplomatów i polityków. I pracowników służb wywiadowczych też. Miałeś kontakty z politykami lub służbami wywiadu?
Byłem inny, niestety. Nie miałem kontaktów z politykami ani z wywiadami. Tam i w Polsce też. Trochę było mi smutno kiedy moi koledzy z Afryki po studiach w Polsce robili kariery. Wracali do krajów ojczystych, zostawali dyrektorami, nawet ministrami. Na mnie nikt nie czekał, nie składał ofert pracy. Może dlatego, że studiowałem budzące podejrzenia dziennikarstwo na uniwersytecie, a nie na Akademii Wychowania Fizycznego,jak reszta Tunezyjczyków korzystających z rządowych stypendiów. Może dlatego, że pochodzę z biednej rodziny, mieszkałem na biednym południu kraju, a nie w bogatej stolicy. Może dlatego, że byłem utopistą i krytykiem tunezyjskich rządów.
Pamiętam, że wtedy byłeś bardzo krytyczny wobec rządów Habiba Burgiby. Nie utrzymywałeś też kontaktów z ambasadą swego kraju, jak wielu innych, zagranicznych studentów. Te ciągłe krytyki rządów prezydenta Burgiby dziwiły naszych kolegów, zwłaszcza koleżanki. Przecież to Burgiba wprowadził powszechną bezpłatną oświatę, dbał o prawa kobiet, unowocześnił Tunezję. Jak go teraz oceniasz?
Tunezja była okupowana przez prawie 80 lat przez Francję. Okradali nasz kraj. Wywozili wszystko co miało jakąkolwiek wartość. Stal, fosfaty, marmury, daktyle i oliwę. Aby łatwiej było im kraść budowali linie kolejowe i porty. Wprowadzili swój język, narzucali nam swoją kulturę, zwalczali naszą religię. Kiedy po II wojnie światowej powstała ONZ, kiedy zaczęto mówić o wolności i niepodległości dla skolonizowanych narodów, to Francja i Wielka Brytania zaczęły szukać sposobów jak dalej korzystać ze swych kolonii, ale bez wojska, bez siły militarnej.
I tak Francuzi znaleźli w Senegalu Leopolda Sedar Senghora. Człowieka o czarnej karnacji, ale kulturowo Francuza. Na francuskiego namiestnika Tunezji wyznaczyli młodego adwokata z zamożnej tunezyjskiej rodziny. Absolwenta francuskiej uczelni, żonatego z Francuską. Burgiba dużo mówił o niepodległości. Został prezydentem, ale naród tunezyjski nie akceptował go. Kreował się na bojownika o niepodległość, ale w jego życiorysie brakuje realnej konfrontacji z władzą francuską. Posiedział kilka miesięcy w więzieniu i potem hop! Oto 20 marca 1956 roku przybył do Tunezji. Na statku francuskim z Marsylii. Jako bohater, wyzwoliciel kraju. To śmieszne jest i smutne.
20 marzec 1956 rok nie jest dniem odzyskania naszej niepodległości, bo wojsko francuskie był w Tunezji do 1963 roku. Nikt nie widział też aktu uzyskania niepodległości podpisanego przez Tunezję i Francję.
Jesteśmy formalnie niepodlegli, ale nasze surowce naturalne dalej są rabowane przez Francuzów. Dalej urzędowym językiem jest francuski a nie nasz narodowy arabski.
Wspomniałeś o powszechnej szkole wprowadzonej za jego rządów. Te szkoły, ich nauczanie były po to aby umocnić władzę Burguiby i interesy francuskie. Burgiba był dozorcą francuskich interesów przez prawie 30 lat niestety. Zdrajcą i dyktatorem.
Podczas mojego pobytu w Tunezji spotkałem wielu ludzi, którzy uważają prezydenta Burgibę za ojca niepodległości i reformatora. Ale wróćmy do ciebie. Od jesieni 1977 roku studiowałeś na prestiżowym Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Mieszkaliśmy w akademiku przy ulicy Żwirki i Wigury. Jak ci się wtedy żyło?
Miałem polskie stypendium, pamiętam 1600 złotych. A podczas letnich wakacji jeździłem do Paryża. Pracowałem tam w restauracjach, albo na budowach. Zarobione franki wymieniałem po czarnorynkowym kursie. Dzięki temu na studia i życie starczało mi.
Co cię najbardziej w Polsce zaskoczyło, zdziwiło?
Najbardziej dziwiło mnie, że studenci polscy zupełnie nie śpieszyli się żeby studia skończyć. Traktowali studia jako czas dobrej zabawy, czasy przyjemnego życia.
Co w Polsce ci najbardziej wtedy smakowało?
Setka w „ludowym” barze, do tego „na zagrychę” jajko z majonezem, i szyneczka. Tego u siebie nie miałem.
Wszystkie potrawy mi w Polsce smakowały, oprócz kaszanki. Nie lubiłem też zup owocowych. Za to lubiłem bardzo barszcz czerwony, pierogi, nawet kapustę kiszoną polubiłem.
A co lubiłeś robić w wolnych chwilach?
Siedzieć w kawiarniach i czytać gazety. Bardzo ciekawe były, choć wy stale narzekaliście, że nie piszą o wszystkim. I nie ma co czytać.
Co cię najbardziej w Polsce denerwowało?
Reakcje Polaków, ich zazdrość, kiedy szedłem po ulicy z ładną dziewczyną.
Czy myślałeś o pozostaniu w Polsce? Miałeś wielu znajomych w akademiku. Byłeś lubiany, zwłaszcza przez dziewczęta.
Jak wszyscy młodzi, zagraniczni studenci mieliśmy w Polsce liczne koleżanki. Nie ukrywam, że budziłem w Polsce zainteresowanie. Cudzoziemiec, egzotyczna karnacja, ale dobrze mówi po polsku. Nie byłem bogaty, ale zawsze potrafiłem rozweselić przyjaciół i znajomych. Przed ukończeniem studiów zakochałem się w koleżance z akademika. Studia skończyłem w 1981 roku i musiałem opuścić Polskę. Miesiąc po powrocie do kraju poczułem, że nie mogę żyć daleko od niej. Przyjechałem do Polski znowu. Potem był ślub. Zaraz po weselu pojechałem pracować do Libii jako tłumacz w polskiej firmie Dromex. Pracowałem w Libii przez cztery lata. Dobrze zarabiałem, ale w Polsce bywałem rzadko. Nie rozumiałem, że przez takie życie mogę wszystko stracić. W 1985 roku skończyłem pracę w Libii. Przyjechałem do Warszawy, ale moje małżeństwo rozpadło się.
Wróciłem do Tunezji. Zacząłem nowe życie. Ożeniłem się, mam tu trójkę dzieci. Zamieszkałem na wyspie Dżerbie.
Wróciłem do pracy w szkolnictwie. Zostałem nauczycielem języka francuskiego w liceum. Teraz jestem już na emeryturze. Nauczycielskiej, czyli niewielkiej.
Utrzymywałeś wtedy kontakty z Polską?
Nie miałem wielu. W Tunisie jest towarzystwo przyjaźni polsko – tunezyjskiej. Napisałem do nich, nie dostałem odpowiedzi. Z innymi polskimi i propolskimi instytucjami też kontaktów nie mam. Wszystkie są w stolicy, a ja mieszkam na prowincji. Do Tunisu mam tak daleko jak z Świnoujścia do Warszawy.
Jeszcze w latach osiemdziesiątych miałem kartę uprawniającą do stałego pobytu W Polsce. Ale potem w polskiej ambasadzie w Tunisie odebrano mi ją, obiecano nową, ale nie dostałem jej. Zawsze byłem wdzięczy Polsce, że mogłem skończyć tam studia. Mój kraj mi tego nie dał. Ale czasem czułem się przez Polskę zapomniany, nie wykorzystany.
Kilka lat temu znowu usłyszałem polską mowę. Dżerbę, gdzie mieszkam, zaczęli odwiedzać polscy turyści. Zacząłem z nimi rozmawiać, choć nie używałem polskiego przez ponad 20 lat, i tak odnowiłem kontakty z Polską. W czasie sezonu turystycznego jestem przewodnikiem wycieczek organizowanych przez polskie biuro turystyczne ITAKA.
Wielu Polaków zaskakuje moja dobra znajomość języka polskiego. Polskich zwyczajów, życia po polsku. Kiedy opowiadam im polskie kawały.
Czasem żałuję, że wcześniej nie zatrudniłem się w jakiejś polskiej firmie lub współpracującej z Polską. Ale nadal czuję się młodo i chętnie bym popracował jako swatka tunezyjsko-polska.
Tęsknię za Polską. Nie byłem tam od 30 lat. Wiem, że Polska bardzo zmieniła się od tego czasu. Słyszałem, że moje koleżanki i koledzy ze studiów zrobili kariery. Niektórzy zostali ważnymi ludźmi w Polsce.
Chętnie bym ich znowu zobaczył. Na pewno, tak jak to Polacy, dalej są tacy fajni i gościnni.
Zbliża się sezon turystyczny. Zapraszam do Tunezji, zwłaszcza na Dżerbę. Przyjeżdżajcie do nas tłumnie. Piękne zabytki, piękne plaże, bardzo dobre jedzenie. Specjalnie dla Polaków mamy dobre wino, no i nasz regionalny produkt nazywający się „Bucha”.
Radość po nim bucha, często aż do rana.

Strzały na Placu Św. Piotra

Wśród wielu dat tragicznych wydarzeń o znacznych reperkusjach krajowych i międzynarodowych zbliża się w maju dwudziesta rocznica zamachu na Jana Pawła II, wówczas absolutnego władcy jednego z najmniejszych, acz o wielkich wpływach w skali światowej, państw – Watykanu.

W pojęciu „Watykan“ zawarte są dwa znaczenia. „Stolica Święta“ symbolizuje jego wymiar duchowy, religijny, „sacrum“. „Miasto – Państwo Watykan“ – wymiar świecki „profanum“ obarczony błędami, konfliktami i powszednim złem w końcu, jak każde inne państwo na tej Ziemi. Tą właśnie sferą „profanum“ zainteresowane były zawsze, są i będą wywiady wszystkich krajów. Bowiem, dzięki swej globalnej obecności, instytucje watykańskie dysponują przeogromną ilością informacji politycznych, socjalnych, ekonomicznych a nawet militarnych ze wszystkich zakątków globu. Trudno się więc dziwić, że każda szanująca się służba specjalna stara się tam uplasować swoją agenturę (jak to jest aktualnie w przypadku Polski, trudno powiedzieć, biorąc pod uwagę stopień klerykalizacji naszego życia publicznego).
W 1978 roku, 16 października, w chwili wyboru kardynała krakowskiego na papieża, już od trzech lat przebywałem we Włoszech. Będąc wtedy młodym oficerem polskiego wywiadu nielegalnego (XIV Wydział I Departamentu MSW), wcieliłem się w rolę kleryka – jezuity, co przyszło mi tym łatwiej, że dysponowałem listami polecającymi Wojtyły do bp. Rubina i Wesołego, zajmujących się emigracją polska w Italii. Znałem kard.Wojtyłę z czasów studenckich w Krakowie. Byłem wówczas działaczem Związku Młodzieży Socjalistycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim i wątpiącym agnostykiem. Kardynała zawsze interesował ten typ ludzi co, oprócz innych okoliczności, zaowocowało właśnie wspomnianymi listami.
Wywiad skierował mnie do środowiska zakonnego w Rzymie z zadaniem przeniknięcia do NATO, w związku z powiązaniami instytucjonalnymi i personalnymi jezuitów ze strukturami tego sojuszu wojskowego na terenie Włoch. Jezuici pełnią tam często rolę kapelanów wśród włoskich karabinierów i w strukturach wywiadowczych.
Fakt wyboru Polaka na papieża zmienił zakres moich działań – miałem, nie porzucając pierwotnego kierunku, zająć sie polityką zagraniczną Watykanu i starać się czuwać nad zagwarantowaniem maksymalnego bezpieczeństwa nowej głowie państwa watykańskiego.
Ktoś mógłby sceptycznie stwierdzić: akurat, mamy wierzyć, że władzom PRL tak zależało na papieskiej nietykalności! Otóż zależało i to bardzo. Wobec narastającego napięcia społeczno-politycznego wewnątrz kraju i konsolidacji opozycji, szczególnie po pierwszej wizycie Jana Pawla II w ojczyźnie w okresie 2 – 10 czerwca 1979, w której towarzyszyłem mu jako sprawozdawca Radia Watykan władze Polski (Edward Gierek, Stanisław Kania i inni) obawiały się, że w przypadku jakiegokolwiek zdarzenia , godzącego w bezpieczeństwo papieskie, staną się jednymi z głównych podejrzanych. To z kolei mogło spowodować wybuch masowych zamieszek, trudnych, lub wręcz niemożliwych do opanowania własnymi siłami i katastrofalną destabilizację obozu rządzącego. Uwzględniając ówczesną sytuację międzynarodową, obawy wschodniego sąsiada co do rozwoju wydarzeń w Polsce w obliczu jej chwiejnej sytuacji wewnętrznej, także ekonomicznej, co radykalizowało społeczeństwo, .łatwo zrozumieć tę postawę sprawujących władzę wobec papieża. Jego zdrowie i życie było dla nich rzeczywiści priorytetem. Stąd wypływały, w pełni logicznie, rozkazy które otrzymałem.
W tym kontekście nie można zapominać, że już wówczas działały liczne organizacje terrorystyczne , od włoskich Czerwonych Brygad po islamistyczne Szare Wilki w Turcji, biorące często na cel ludzi związanych z Kościołem katolickim.
Warszawska Centrala poleciła mi też, abym wszelkie dane dotyczące zagrożeń i luk w ochronie Jana Pawła II przekazywał bezpośrednio osobom odpowiedzialnym za jego bezpieczeństwo w Watykanie. Miało to umożliwić szybkie działanie zabezpieczające chronionej osoby.
Widywałem się wtedy często z Janem Pawłem II w ramach swych obowiązków jako pracownik Radia Watykańskiego, biorąc udział w audiencjach, byłem zapraszany na słynne śniadania papieskie z udziałem wybranych gości.
Dawało to okazje do zobserwowania skandalicznych zaniedbań w ochronie papieża. Poczynając od prymitywnych, prostych do usunięcia blokad wind prowadzących do jego apartamentów, szczątkową straż strzegącą dojść do tych wind, zbyt rozproszoną i odległą od papamobile ekipę ochroniarzy podczas audiencji środowych, ich nieobecność w bezpośredniej bliskości papieża w tym pojeździe itd.
Tylko jak plon tych obserwacji przekazać, bez budzenia podejrzeń, że ten kleryk jezucki zbyt dobrze porusza się w materii służb specjalnych, komuś odpowiedzialnemu za sprawy asekuracji papieża?
W końcu znalazłem prosty, „niewinny“ sposób. Ponieważ, studiując na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim filozofię, pracowałem równolegle w wtykańskim radiu, mogłem jeść posiłki w refektarzu, gdzie spożywali je inni radiowcy a także często – dyrektor rozgłośni Roberto Tucci, później kardynał Mediolanu a wtedy osoba , której powierzono misję zabezpieczenia pielgrzymek papieża.
Podczas obiadów siadałem więc możliwie blisko Tucciego i głośno komentowałem, w zaaranżowanych rozmowach z sąsiadami przy stole, swe spostrzeżenia na temat luk w zabezpieczeniach głowy Miasta-Państwa. Zauważyłem, że dyrektor bardzo uważnie przysłuchuje się moim wypowiedziom.
A że je docenił, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, dowodzi fakt, że po pewnym czasie niespodziewanie zaprosił mnie do swego gabinetu i wręczył mi nagrodę finansową, podkreślając, że dobrze wykonuję swe obowiązki wobec Pontifeksa, jak przystało na jezuitę.
Nie omieszkałem się też pochwalić przed Centralą efektami mych starań, o czym świadczyło wzmocnienie komisariatu włoskiej policji bezpieczeństwa przy Watykanie o siedemnastu funkcjonariuszy, których część stanowili antyterroryści z DIGOS ( vide – złączona kopia notatki informacyjnej z 15 kwietnia 1980 roku).
Póżniej zakon skierował mnie na dalsze studia do Paryża, dokąd przybyłem 1 listopada 1980 roku. I tam własnie, w Centre Sevres, gdzie mieszkali studenci teologii, dotarła do mnie wieść o zamachu.
Po wykładach wróciłem do domu zakonnego. Był normalny 13 maja 1981 roku, przygotowywałem się do sesji egzaminacyjnej. Dla relaksu poszedłem do sali telewizyjnej. Było tam kilku kolegów – jezuitów. Wydawało się, że dziwnie na mnie patrzą. Zaczęły sie popołudniowe wiadomości francuskiej TV 1. Już w pierwszych kadrach – migawki z Placu św.Piotra. Zwijający się z bólu papież, wyciągnięta z tłumu ręka z czymś przypominającym pistolet…Zrozumiałem czemu koledzy dziwnie na mnie patrzyli – usłyszeli o sprawie wcześniej niż ja. W większości byli to Francuzi, był też Niemiec- Fritz Schweiger, Czech – Petr Kolarz ale jedynym Polakiem byłem ja.
Spełniły się najgorsze obawy. Nie wiadomo jeszcze było, czy ofiara zamachu przeżyje.
Była to też w pewnym sensie moja osobista porażka – ostrzeżenia nie na wiele się zdały. Póżniej były liczne dziennikarskie dywagacje w TV – kto za tym stał? Najróżniejsze. Czy terroryści islamistyczni, czy mafiozi, zirytowani stratami przy okazji afery współdziałającego z Watykanem Banku Ambrozjańskiego , czy ktoś z bloku wschodniego … Ale to już zupełnie inna sprawa.
Wtedy, w pierwszym odruchu, jak przystało na agnostyka, poszedłem do domowej kaplicy i skupiłem najlepsze myśli na rannym w tym wstrząsającym zamachu.
I to by było na tyle, w ramach refleksji przy wielkanocnej, pandemicznej biesiadzie na temat ulotności ludzkiego istnienia, daremności rozmaitych działań ale i potrzeby codziennej nadziei i mimo wszystko- radości, nadającej sens naszemu życiu.
Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz… tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Ani kropli krwi wiecej…

Jeśli o tajnej operacji wiedzą dwie osoby to jest przynajmniej o jedną osobę za dużo.
(Stara, ironiczna maksyma wywiadowcza)

W Polsce stanu wojennego w 1983 roku narastały niepokojące procesy, których wagi nie można było lekceważyć. Już w lutym 1982 roku w warszawskim tramwaju, przy próbie rozbrojenia przez członka „Związku zbrojnego z Grójca“, któremu duchowo przewodził ks. Zych, został śmierelnie postrzelony starszy sierżant Milicji Obywatelskiej – Zdzisław Karos i ranny jeden z pasażerów. Zabity miał 32 lata, żonaty, dwoje dzieci. Zrabowana broń, dowód zabójstwa, ukrył w swojej parafii wspomniany kapłan.
Na przełomie maja i czerwca 1982 roku Kornel Morawiecki, działacz podzięmnej „Solidarności“ powołał do życia Solidarność Walczącą, której manifest programowy, odrzucał ugodę z urzędującymi władzami i reformę systemu, deklarował natomiast walkę podjazdową „na wszystkich poziomach i różnymi metodami“. Te sformułowania, będące implicite wezwaniem do przemocy, kosztowały Kornela Morawieckiego brak wsparcia Amnesty International po jego aresztowaniu w 1987 roku. Organizacja ta nie wciągnęła go na listę więźniów sumienia, stwierdzając, że musi wyjaśnić czy nie był związany z terroryzmem.
(Tytułem dygresji dodać należy, że z wiekiem założyciel Solidarności Walczącej wykazywał rozsądek i znaczny pragmatyzm polityczny jak choćby mówiąc w wywiadzie dla rosyjskiej agencji RIA, że „Polska postępuje źle, angażując się w jałowe spory z Rosją“, czy w wywiadzie, cytowanym przez Newsweek z 30 lipca 2018 roku „Rosja nie prowadzi agresywnej polityki“ albo w Wyborczej.pl, 7 sierpnia 2018 „W Polsce większość mediów nastawia społeczeństwo przeciw Rosji. Czy to jest dobre? Nie, to powinno się zmienić“.)
W 1983 roku jednak groźny cień wschodniego sąsiada gęstniał nad Polską. Krew przelana w dniach wprowadzania stanu wojennego w 1981 roku była już dostateczną, tragiczną daniną na rzecz rozwiązania polskich problemów polskimi rękoma, bez „sojuszniczej pomocy“ i biorąc pod uwagę skalę operacji, mogła być znacznie większa.
Tymczasem pojawiały się coraz liczniejsze symptomy nadchodzącej fali potencjalnych aktów przemocy ze strony podziemia opozycyjnego, związanych nawet z przelewem krwi. Trzeba pamiętać, że Polska była wówczas traktowana przez zachodnie służby specjalne instrumentalnie, jako „gwóźdź wbijany w łapę rosyjskiego niedźwiedzia“, natomiast opozycyjny program suwerennościowy dla kraju był daleko, w trzeciorzędnym tle tych działań. ( W jakimś wymiarze i dzisiejsza sytuacja wykazuje pewne podobieństwa z przeszłością. Uwaga służb polskich skoncentrowana na kierunku wschodnim jest przyczyną kardynalnego w przypadku wywiadu i kontrwywiadu błędu. Skoro patrzysz w jednym kierunku, nie zauważasz, że obok buszują bezkarnie inni, nie mniej groźni i efektywni przeciwnicy. Może wynika to po części stąd, że szefowi Agencji Wywiadu doradza grupa osób, które apogeum profesjonalne przeżyła koło 2010 roku, będąc w jej kierownictwie. Mówi się, że jakoby są wśród nich i tacy, którzy mieli „szczęście“ zacząć pracę w I Departamencie MSW tuż przed zmianą systemu a więc, potencjalnie objęci ustawą represyjną, dla dezinformacji zwaną dezubekizacyjną. Następnie, po skrzętnym wyczyszczeniu dokumentacji ich dotyczącej, z „odzyskanym dziwictwem“, wstąpili do AW i teraz gorliwie odrabiają grzechy młodości płynąc w nurcie politycznym aktualnej władzy i nie tyle wbijają gwóźdź w łapę rosyjskiego niedźwiedzia lecz raczej „łaskoczą go słomką po nosie“, bo jak dotąd jest w klatce.)
Wracając do głownego wątku naszego tekstu, należy wspomnieć, że w owym czasie pojawił się w kręgu niszowego wydawnictwa emigracyjnego w Paryżu, mającego jednak przełożenie na nielegalną opozycję w kraju niejaki Rafał Gan-Ganowicz. Jako młody chłopak, po II wojnie światowej, działał już w konspiracji rozrzucając ulotki antykomunistyczne. Gdy UB wpada na jego trop, ucieka do Berlina Zachodniego. Służy w amerykańskich kompaniach wartowniczych. Później przenosi się do Francji, odbywa szkolenie wojskowe przygotowujące do ewentualnych akcji sabotażowych na terenie Państw Układu Warszawskiego, w tym kurs spadochroniarski. Stopień podporucznika uzyskuje w 1959 roku, kiedy trwa już odwilż w relacjach Wschód-Zachód a widmo III wojny światowej znika. Zostaje więc najemnikiem, cynglem do wynajęcia. Bierze udział w wojnie secesyjnej w 1965 roku w Kongu w wojskach Czombego, potem w 1967 roku w Jemenie z rebeliantami wspieranymi przes ZSRR. Ma zresztą w tym procederze precedensy rodzinne. Jego ojciec był żołnieżem Francuskiej Legii Cudzoziemskiej, która jak wiadomo nie jest Armią Zbawienia. Wraca do Francji, jest miejscowym korespondentem Radia Wolna Europa. W latach 80-tych we Francji był też przedstawicielem „Solidarności Walczącej“.
Jego związek ze wspomnianym wydawnictwem wywoływał w kręgach krajowych służb uzasadnione obawy, że kanałami tej instytucji mogą dotrzeć do Polski instrukcje i sprzęt służące dokonywaniu aktów przemocy, tym bardziej, że Gan-Ganowicz był niewątpliwie związany ze służbami zachodnimi, o których roli wspominałem wcześniej, a konkretnie z DST (kontrwywiadem) i DGSE (wywiadem) francuskim.
(Gdyby ktoś chciał pogłębić swą wiedzę w tym zakresie, to polecam książkę byłego funkcjonariusza CIA, Setha G. Jonesa, którego trudno podejrzewać o sympatię do ówczesnych władź polskich, pt. A covert action. Reagan, the CIA and the Cold War struggle in Poland, wyd. New York-London, 2018, W.W. Norton & company, independent publishers since 1925; a szczególnie jej fragmenty poświęcone finansowaniu polskiej opozycji w Paryżu, zakamuflowane jak sądzę świadomie, na tyle „nieudolnie“, że łatwo zorientować się o kogo chodzi.)
Tak więc powstawała w Polsce masa krytyczna grożąca wybuchem przemocy. Jej eksplozja mogła zostać potraktowana przez ościenne państwa Układu Warszawskiego jako dowód na to, że władze polskie nie kontrolują sytuacji i wykorzystana w roli pretekstu do interwencji. A wisiała ona na włosku już w 1981 roku, wbrew temu, co po zmianach systemowych głosilli polscy mędrcy i przedstawiciele b. Radzieckiej generalicji na seminariach w Jachrance k. Warszawy.
Również w 1983 roku była ona możliwa i nie przeszkadzałoby jej uwikłanie Mokwy w wojnę afgańską. Pierwszoliniowe zgrupowania bojowe ZSRR nadal były w pełnej gotowości w Północnej Grupie Wojsk w Legnicy i, znacznie liczniejsze, w NRD. NRD-owska armia Ericha Honeckera z przyjemnością złożyłaby wizytę w Polsce a Czechosłowacy Gustawa Husaka przebierali nogami, w nadzei wyrównania porachunków z Polską za interwencję w 1968 roku, przy tłumieniu Wiosny Praskiej. Natomiast ZSRR ciągle był (i jak dotąd, w wymiarze historycznym, pozostaje) jedynym państwem na świecie, mogącym jednym rzutem lotniczym przemieścić całą dywizję powietrzno-desentową wraz ze sprzętem bojowym i pomocniczym na obszarze całej Europy.
Trzeba więc było działać, uspokajać nastroje w opozycji, schładzać „gorące głowy“ tych, którzy dążyli do siłowej konfrontacji z władzą, nie zdając sobie zapewne sprawy z tego, że może się ona zakończyć krwawą łaźnią, zafundowaną przez interwentów zewnętrznych.
Centrala Wywiadu w kraju podjęła decyzję, że realizacja akcji uspokajania nastrojów i rozładowania sytuacji szczególnie napiętej wśród nowych opozycjonistów w Trójmieście na równi z Wrocławiem, spadnie na moje barki. Wybór był teleż słuszny co ryzywkowny. Byłem wówczas we Francji, pracując w jezuickim Centrum Kultury i języka rosyjskiego Meudon p. Paryżem, gdzie szkolili się m.in. oficerowie z elitarnej akademii wojskowej Saint Cyr czy też studenci z Georgetown z USA zasilający później szeregi dyplomacji amerykańskiej. Działając z pozycji nielegała, z legendą kleryka zakonnego-jezuity mogłem bez trudu, jako profiler, typować do werbunku tych spośród nich, którzy wykazywali się zbiorem charakterologicznych predysponujących ich do pracy agenturalnej. To było moją podstawową misją. Pozostałe działania wywiadowcze, bo i takie były, stanowiły zadania drugorzędne. To z jednej strony.
Z drugiej-rozkaz realizacji grożącej dekonspiracją operacji na terenie kraju, obfitował wprawdzie w szereg niewiadomych ale w razie sukcesu, wydatnie ograniczał perspektywę rozwoju wydarzeń prowadzących do tragicznych w skutkach następstw w Polsce. I to zarówno w wymiarze jednostkowym, ludźkim jak i państwowym, grożącym jego destrukcją. Ze względu na posiadaną legendę byłem też „kandydatem z wyboru“ do realizacji tego zadania. Posiadałem bowiem dokumenty, ustanawiające mnie łącznikiem paryskiego centrum koordynacyjnego pomocy charytatywnej dla kraju, kierowanym przez ks. Zyberka-Platera, a Episkopatem Polski, w tym konkretnie z jego analogiczną komisją. Ksiądż Plater miał dobre konktakty z RMP (Ruchem Młodej Polski), któremu w Gdańsku przewodniczył Aleksander Hall, mający z kolei bliskie relacje z Bogdanem Lisem, działającym w podziemnym Komitecie Korrdynacyjnym Solidarności i o to właśnie chodziło bowiem cieszył się on wielkim autorytetem wśród młodych opozycjonistów. W oczach przywódcy RMP ja z kolei byłem godnym zaufania kurierem, polecanym przez paryski Komitet Solidarności, mającym dobre wejścia w Watykanie na najwyższym szczeblu.
(Nb., żeby lepiej zalegendować i uzasadnić krajową operację, udałem się wcześniej do Rzymu, gdzie na spotkaniu z sekretarzem Jana Pawła II, monsignorem Stanisławem Dziwiszem, rozmawiałem o konieczności uspokojenia wrzenia polskiej podziemnej opozycji, tak aby uniknąć nieobliczalnych następstw potencjalnych aktów przemocy. Papież zresztą podzielał ten pogląd.
Poźniej-lot do Polski, z finansami dla RMP i z nadzieją, że uda się nawiązać kontakt z Bogdanem Lisem. Zatrzymuje się u mojej ciotki mieszkającej w pobliżu Dworca Centralnego w Warszawie. Stamtąd, zmieniając parę razy samochody, żeby zgubić ewentualne „ogony“, do Magdalenki. W ośrodku wywiadu następują ostatnie ustalenia.
W celu zapewnienia pełnej szczelności informacyjnej i uniknięcia dekonspiracji, tudzież zabezpieczenia moich rozmówców z „Solidarności“ przed zatrzymaniem, bo chodziło przecież o to by dalej działali moderując nastroje najbardziej radykalnych grup podziemnej opozycji, postanowiono nie wtajemniczać w sprawę Służby Bezpieczeństwa i realizować zadanie wyłącznie siłami wywiadu.
Z takim wynegocjowanymi warunkami, powróciłem do mieszkania rodziny w Warszawie, by następnego dnia udać się pociągiem do Gdańska. Na odcinku do Malborka towarzyszyła mi obserwacja, niewiedziałem czy była to kontr obserwacja I Departamentu czy też ogony z SB, mogące mnie przejąć na dworcu, po telefonach do rodziców w Zagłębiu, które wykonałem z telefonu ciotki. Na pewno był na podsłuchu, bo przecież miała rodzinę na Zachodzie, z którą sie komunikowała, ale cały ten teatr potrzebny był po to, by nadać mojemu przybyciu do kraju poory powszedniości, autentyczności (sprawy rodzinne, urlop i.t.p.) a nie – sytuacji nadzwyczajnej. Ot takie „aktorstwo życiowe“, niezbędne w wywiadowczym rzemiośle.
Żeby upewnić się co do roli „towarzyszy podróży“ celowo wychodziłem z przedziału, głośno zasuwjąc drzwi. Wówczas natychmiast jeden z mężczyzn wychodził z przedziału przede mną, idąc z przodu, zgodnie z kierunkiem mego ruchu. Po chwili dostrzegałem kątem oka, w odbiciu w szybach korytarza, sylwetkę drugiego, idącego za mną i trzymającego dystans. Było ewidentne, że biorą mnie w „dwa ognie“ tak, żeby cały czas mieć mnie pod kontrolą. Wysiedli w Malborku. Pomyślalem, że pewnie na stacji w Gdańsku będzie czekał na mnie „komitet powitalny“. W końcu mogli mnie zapamiętać z faktu, że byłem w najbliższym otoczeniu Jana Pawła II , jako sprawozdawca Radia Watykan, podczas jego pierwszej wizyty w Polsce.
Ale nie stresowłem się zbytnio. Nawet gdybym został zatrzymany przez SB, moje związki z wywiadem nie wyszłyby na jaw, nie byłoby dekonspiracji, tyle że nie wykonałbym zadania. A moje dobre umocowanie w Watykanie powstrzymałoby ew. przesłuchujących przed twardymi metodami, bo narażania na szwank relacji ze Stolicą Apostolską nie wybaczyłoby im i ich szefom kierownictwo polityczne państwa.
W Gdańsku włóczyłem się po mieście, robiąc długą trasę sprawdzeniową na wszelki wypadek. Nikt za mną nie szedł. Pod wieczór zapukałem do drzwi klasztoru Dominikanów, prosząc o kontakt z przełożonym. Gdy pojawia się na furcie, mówię kim jestem. Nie zadaje pytań, odpowiada tylko, że wie od kogo. Idę coś zjeść do refektarza, później do celi zakonnej, zapadam w głęboki sen.
Po dwóch dniach oczekiwnia zgłasza się do klasztoru człowiek z podziemnej „Solidarności“. Nie ma wymiany nazwisk, on po prostu wie tylko, co ma ze mną robić. Sprawdzamy, czy nie ciągniemy za soba „ogona“, trafiamy na gdańskie blokowisko, wchodzimy do mieszkania. Spotyka nas przedstawiciel RMP, krótka rozmowa. Proszę o możliwość zorganizowania spotkania z Aleksandrem Hallem i ewentualnie Bogdanem Lisem. Zauważam pewną rezerwę ze strony gospodarza. Przekazuję mu kopertę z dolarami od ks.Platera. Gdy wręczyłem ten pakiet,lody topnieją, zaufanie wzrasta. Po rozmowach w bloku, kontrolując się, wracam sam do klasztoru. Następnego dnia komunikują mi, że będzie kontakt i zawita do mnie ktoś, kto wszystko zorganizuje.
Nazajutrz pojawia się na furcie łącznik. Jeździmy z nim „maluchem“ po ulicach, wygląda na to, że żadna obserwacja nas nie prowadzi. Dojeżdżamy na obrzeża Gdańska, później do willowej dzielnicy w Gdyni-Orłowie. Wjeżdzamy do garażu, malucha parkujemy obok dużego Mercedesa. Z garażu przechodzimy prosto do mieszkania. Wita nas Aleksander Hall, są też dwaj mężczyźni, skanujący częstotliwości SB i milicji na zachodnich odbiornikach radiowych. Intensywność sygnałów na tych częstotliwościach zaczęła rosnąć. Równocześnie dostajemy wiadomość, że Lis nie przybędzie, bowiem wszystko wskazuje na to, że jesteśmy pod obserwacją. Przez okno zauważyłem, że krótka willowa uliczka została z jednej strony zablokowana przez „Nysę“, z drugiej-przez „Poloneza“. W nysce nie widać pasażerów, pewnie przeszkolony kierowca i pasażerowie położyli się, aby nie dało się ich dostrzec. Ta krzycząca nieobecność była dla mnie jak stwierdzenie: „już was mamy“. Poinformowałem o tym Halla. Zbladł i powiedział: „To koniec“. Wtedy odezwała się we mnie żyłka wywiadowcza, w czym wsparł mnie właściciel willi, którego personalia poznałem wiele lat później. Jeden z „nasłuchu“, wsiada ze mną do malucha i pryskamy w prawo. Pan Aleksander Hall chwilę później wsiada do bagażnika Mercedesa z drugim (właścicielem willi-panem Jerzym Godlewskim) i jedzie w lewo. Tak, jak przewidywałem, w obstawie zaczął się bałagan. Nie wiadomo za kim jechać, kto zostaje, wreszcie-ktoś z dowódźtwa musi podjąć decyzję, to też zabiera cenny czas. Ostatecznie pojechali za maluchem, za mną. W dwa wozy. Najpierw „Nysa“ z tyłu, potem wyprzedził nas „Polonez“. Nie zablokowali nas, zgodnie z zasadami sztuki, licząc na to, że gdzieś ich doprowadzimy. A poza tym w maluchu były dwie osoby widoczne, a w Mercedesie tylko jedna.
Dziwiło mnie tylko, że tak precyzyjnie się nas trzymają. W pewnym momencie, gdy mijaliśmy taksówkę, zdecydowałem, że zbliżymy się do niej a ja przesiądę się-a raczej przeskoczę do niej. Mój towarzysz zdążył krzyknąć: „Niech pan jedzie do kliniki Akademii Medycznej i prosi o kontakt z szefową w imieniu podziemnej „Solidarności“. Jestem w taksówce. Taryfiarz szuka radiem po częstotliwościach i słyszymy, że „maluch pojechał dalej ale prowadzimy tego drugiego“. Taksówkarz do mnie: „Niech pan nawet nie szuka pieniędzy, jedziemy pod klinikę“. Odpowiadam: „Może pan mieć kłopoty“. On na to: „Nie ważne, wyrzucam pana po drodze w razie czego“. Widzę, że obstawa zwalnia więc pewnie za chwilę nas zablokują. Dojeżdżamy pod skarpę. Kierowca wskazując w prawo: „tam na szczycie, jest mur kliniki“. Dziękuję, prosząc: „Hamujemy ostro!“ i wyskakuję. Pojechał dalej a tamci już mu odpuścili, zajęli się mną.
Pada deszcz, jest ślisko, ślizgam się ale biegnę pod górę. Chyba nigdy w życiu tak szybko nie biegłem. Dwóch facetów z „nyski“ podąża za mną. Odsadziłem ich na jakieś sto metrów. Mój rekord życiowy. Biegli z reklamówkami w rękach, jak już zbliżałem się do muru, wyjęli z nich radiotelefony i zaczęli coś do nich wykrzykiwać. Docieram do muru, wdrapuję się, przeskakuje na drugą stronę. Wchodzę do portierni. „Jestem taki a taki, potrzebuje pomocy“. Natychmiast pojawia się pani profesor. Decyzję błyskawiczne. Karta choroby, piżama, fałszywe dane personalne, izolatka. Zakaźny. Krzywa gorączki z paru dni. Byłem pod wrażeniem. Pytam panią profesor: „Co dalej?“ Ona mnie uspokaja: „Niech się pan nie martwi“. Leżę więc i myślę jak to się stało, że obserwacja nas wykryła a potem trzymała się, jak rzep psiego ogona. Po latach dopiero dowiedziałem się, że łącznikiem, który doprowadził mnie na spotkanie z Aleksandrem Hallem i niedoszłe z Bogdanem Lisem był Zdzisław Pietkun, pseudo „Irmina“, informator SB. O zmierzchu moje rozmyślania przerywa przybycie jakichś ludzi. Zapakowali mnie na nosze, w całości przykryli, wsunęli do karetki. Jedziemy „na sygnale“, do wypadku. Nikt nas nie zatrzymuje. Po kilkuset metrach sanitariusze wyłączają syrenę i koguta. Krążymy trochę po ulicach, po czym wysadzają mnie w okolicach klasztoru. I znowu ukrywam się u Dominikanów. Raz wyszedłem, zrobiłem trasę sprawdzeniową ale nikt za mną nie dreptał. Uspokoiłem się. Następnego dnia, przybyła kobieta – łącznik. Zrobiła ze mną bardzo profesjonalną trasę sprawdzeniową, napewno była z solidarnościowej kontrobserwacji. Idziemy do Domu Marynarza i tam przekazuje mnie w ręce innej łączniczki. Znowu chodzimy po mieście.
Dochodzimy do dzielnicy zabudowanej willami. Wchodzimy do jednej z nich, do salonu a następnie, schodami, do sutereny. Zapala się światło. Człowieka stojącego naprzeciw mnie identyfikuję jako Bogdana Lisa. Ileż jego zdjęć widziałem…
Przegadaliśmy dobrą część nocy, to był trudny rozmówca. Zasugerowałem, że struktury watykańskie mogą udzielić wsparcia, dać środki na działalność samokształceniową, poligraficzną, ba , nawet pirotechniczną (wyrzutnie do ulotek). Wszystko to dla młodzieży, byle tylko odciągnąć ją od pomysłów akcji zbrojnych. Rozmówca się ze mna zgadza, sądzi, że przemoc może być tragiczna w skutkach dla całej opozycji i dla kraju, lecz równocześnie uważa, że coraz trudniej jest kontrolować bojowe nastroje młodych. Oświadczył jednak, że będzie robił co w jego mocy, aby do aktów przemocy nie doszło. Rozmowa trwała prawie do świtu. Po jej zakończeniu przejęła mnie lączniczka, wyprowadziła do miasta, po czym stwierdziła : „ Teraz to już sobie pan trafi“.
Potem wzystko działo się szybko, jak zmieniające się obrazy w kalejdoskopie. Dziękuję Dominikanom za gościnę, jadę taksówką na lotnisko, gdzie natychmiast zauważa mnie pułkownik Sylwester Flak z XIV Wydziału (wywiad nielegalny, pozaplacówkowy) I Departamentu MSW. Nie kontaktujemy się bezpośrednio. Piję kawę w barze. Przede mną robi to pułkownik, który cały czas czuwał w Trójmieście. Zostawia „przypadkiem“ bilet lotniczy na kontuarze. Wystawiony na mnie. Typowe BPM (błyskawiczne przekazanie materiałów). Wracamy do Warszawy osobno, ale w kontakcie wzrokowym. Po lądowaniu docieram do mojej ciotki, potem składam wizytę u Jezuitów na Rakowieckiej, stamtąd samochodami do Magdalenki.
Piszę raport. Idzie na bardzo wąski, najwyższy rozdzielnik. W SB nawet o nim nie wiedzą. Umowy zostają dotrzymane, pacta sunt servanda. Nikt z uczestników tej akcji nie zostaje represjonowany czy aresztowany. Bogdan Lis wpada dopiero w czerwcu 1984 roku, po czym szybko jest zwolniony na mocy amnestii, a Aleksandra Halla w ogóle nie zatrzymano. Trzeba przyznać, że przez cały czas po naszym spotkaniu Bogdan Lis staral się mitygować, kontrolować wojownicze zapędy młodzieży solidarnościowej i to, że nie doszło do tragedii, jest w znacznej mierze jego zasługą.
Zachodzę tylko w głowę, nie mogąc zrozumieć, dlaczego twierdził, (w odróżnieniu do Aleksandra Halla,który nie odżegnywał się od swojego wówczas ze mną spotkania) że nigdy nie doszło do naszej, wyżej opisanej, dyskusji. Pewnie nie ma już nawet śladu po rozdzielniku i dokumentach, nielicznych zresztą, sprawy chyba, że zawieruszyły się gdzieś w przepastnych archiwach IPN.
No i dodam, że przebieg tej niewątpliwie historycznej rozmowy zarejestrowałem w przeciągu sześciu godzin na minimagnetofonie Nagra SNST Recorder, firmy Kudelskiego, które to nagranie dołączono do raportu. Może przynajmniej ono ocalało przed czystkami i zgubnym działaniem upływu lat ?.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz …tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Dwadzieścia jeden salw (Operacja „Transatlantyk“)

Tym, dla których pojęcie służba państwu nie jet sloganem, lecz sensem istnienia.

Helikopter wiozący VIP-a, wysokiego gościa z małżonką, wylądował na placu przed Białym Domem. Po chwili druga maszyna dowiozła resztę delegacji państwowej – w tym wicepremiera oraz ministra spraw zagranicznych. W ogrodzie, od strony południowej budynku, przed reprezentacyjnym wejściem czekał już prezydent Gerald Ford w towarzystwie m.in. sekretarza stanu Henry Kissingera i szefa sztabu armii USA – gen. Frederica Weyanda. Odegrano hymny obu państw, przetoczył się nad zebranymi grzmot dwudziestu jeden salw armatnich, pododdziały honorowe armii amerykańskiej stanęły do przeglądu. Po tej części uroczystości, zarezerwowanej w protokole wyłączne dla głów państw, prezydent Ford a następnie jego gość wygłosili krótkie premówienia, następnie z tarasu Białego Domu pozdrowili zgromadzonych witających i udali się do rezydencji prezydenta Stanów Zjednoczonych na oficjalne rozmowy. Najpierw – obu przywódców a później – plenarne, z udziałem najwyższych urzędników państwowych obu stron.
Tak 8 października 1974 roku, lądowaniem o godzinie 10,28 czasu miejscowego w Waszyngtonie rozpoczęła się najważniejsza część wizyty przywódcy PRL, pierwszego sekretarza PZPR, szeregowego posła na Sejm, w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Wizyta była dla obu stron ważna. Dla Edwarda Gierka był to szczyt sukcesów w pierwwszej części jego przerwanej później dekady. Nie miał zamiaru jednak poprzestawać na tym, co osiągnął. Rozmowy w USA, szczególnie te gospodarcze, były bardzo istotne. Powołano wspólny Fundusz im. Marii Skłodowskiej Curie jako narzędzie współpracy naukowo – technicznej obu krajów. Założono zwiększenie obrotów handlowych do 1 mld USD w 1976 roku (jeden miliard wówczas to jego wielokrotność dzisiaj). Podjęto decyzję o rozbudowie siatki regularnych połączeń lotniczych między Polską a USA. Zawarto umowy licencyjne, wśród innych także na zakup i produkcję kolorowych kineskopów, będących produktami podwójnego zastosowania.
Strona amerykańska była zaskoczona świetnym przygotowaniem merytorycznym polskich negocjatorów. Dawała temu wyraz. Zresztą trwał czas „detente“, odprężenia w relacjach Wschód – Zachód i Ameryce zależało na jego pogłębieniu, choćby po to, by wyraźniejsze stały się rysy na „monolicie“ Paktu Warszawskiego. Kto mógł przypuszczać, że już niebawem wybuchnie kryzys finansowo – gospodarczy obejmujący Europę Zachodnią i USA, grzebiąc pod odłamkami tej katastrofy nadzieje Gierka na wzrost eksportu na Zachód licencyjnej produkcji i dalszy dynamiczny rozwój kraju.
Tymczasem jednak trawał czas niewątpliwych sukcesów . Inwestycje – powszechna motoryzacja społeczeństwa dzięki produkcji w FSM w Bielsku-Białej Fiata 126p , budowa huty Katowice oraz Portu Północnego, Centralnej Magistrali Kolejowej, trasy szybkiego ruchu Warszawa-Katowice, dworca kolejowego Warszawa Centralna, Trasy Łazienkowskiej w Warszawie, potęgujących możliwości logistyczne kraju. Rafinerii Gdańskiej i Elektrowni Bełchatów wzmacniających polski sektor energetyczny, produkcji traktorów Fergusson w zakładach Ursus dla sektora rolniczego, autobusów Berliet na licencji francuskiej, masowego budownictwa mieszkaniowego z prefabrykatów „wielkiej płyty“ dla ogółu obywateli i wiele innych.
Owszem, linie kredytowe wówczas zaciągnięte obciążały Polskę przez wiele lat ale i tak były znacznie mniejsze, niż zaciągnięte przez aktualne władze z ich widocznym, lub raczej – niewidocznym tymczasem efektem, który w perspektywie „ulży“ kieszeniom obywateli.
Te działania Gierka, człowieka odmiennego od pozostałych szefów partii w obozie realnego socjalizmu, bowiem wychowanego w społeczeństwie zachodnim, we Francji i Belgii, budziły irytację i obawy sojuszników. Nagłaśniali je szefowie partii NRD – Erich Honecker i Czechosłowacji –Gustaw Husak. Jednak najważniejsze było stanowisko Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego wobec poczynań Gierka.
Piotr Kostikow,nadzorujący sprawy polskie w ramach Komitetu Centralnego partii ZSRR wyrażał się krytycznie o „fascynacji Gierka Zachodem i USA“, podobnie widział to też zastępca członka Biura Politycznego KPZR, jej sekretarz, odpowiedzialny za stosunki międzynarodowe , BorysPonomariow.
Gierek rozumiał, że postawił nogę na „czerwonej linii“ zbliżenia z Zachodem, którą nakreślił potężny wschodni sąsiad, jako nieprzekraczalną. Mimo to dokonał tego kroku. Mógł to zrobić także dzięki świetnemu merytorycznie i efektywnemu przygotowaniu wizyty w USA, której pozytywnych wyników dla „gospodarki socjalistycznej“ przywódcy ościennych państw nie mogli kontestować.
XXX
Kilka dni wcześniej, przed wizytą Gierka w USA pod warszawski budynek u zbiegu ul.Pięknej i Al. Ujazdowskich podjeżdża ciężarówka firmy przeprowadzkowej.
Czterech mężczyzn, z trudem wciąga na pasach szafę na jedno z pięter kamienicy.
Nikogo to nie dziwi, bo lokal jest podnajmowany i często zmieniają się zamieszkujące go osoby. W rzeczywistości był to stały punkt obserwacyjny polskich służb, skierowany na budynki ambasady USA po przeciwnej stronie ulicy.
Podobnie było od strony Al. Ujazdowskich, tam z kolei stały punkt był usytuowany w wysokim budynku pod numerem 8, dawniej z restauracją „Ambasador“ na parterze.
Gdy w kamienicy przy ul.Pięknej 1B zatrzaśnięto drzwi mieszkania, które opuścili już tragarze, i otworzono drzwi szafy, dla dwóch lokatorów stało sie jasne, czemu ten mebel był tak ciężki. Wewnątrz znajdowało się urządzenie złożone z kilku bloków – zasilania , sterowania i emisora impulsów, czegoś w rodzaju rury o stosunkowo dużej średnicy, wydłużonej na kształt obciętej lufy armatniej, zawierającej elementy opto – elektroniczne i instalacje generujące impulsy.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku Polska była pionierem i liderem światowym w dziedzinie techniki laserowej. W Instytucie Elektroniki Kwantowej Wojskowej Akademii Technicznej powstawały w połowie tych lat lasery impulsowe dużych mocy a jeszcze wcześniej – w 1966 roku przekazano Zakładom Produkcji Doświadczalnej WAT laser molekularny na dwutlenku węgla o dużej mocy do zastosowania w przemyśle przy cięciu i spawaniu różnych materiałów. Teraz produkt myśli technicznej polskich naukowców miał się sprawdzić w zupełnie nowej roli…
XXX
Józef Osek, dyrektor Departamentu I MSW od listopada 1971 roku, a więc szef wywiadu, zarywał kolejną noc. Tak było juz od paru tygodni ale złożoność operacji, którą przygotowywał mogła kogokolwiek przyprawić o bezsenność. Zgodnie z zasadami sztuki wywiadowczej każdy znał fragment większej całości, jemu należny. Wszystkie nici zbiegały się w gabinecie szefa i tylko on wiedział, co się naprawdę szykuje. Oczywiście formalnie był powiadomiony o sprawie minister spraw wewnętrznych Stanisław Kowalczyk ale gdyby Oskowi powinęła się noga, to
jego przłożony z wyprzedzeniem poinformował go, że zrzuci to na karb braku subordynaci podwładnego. Ludzie z Wydziału III, z ochrony kontrwywiadowczej, czuwali w stałych punktach obserwacyjnch, specjaliści wydziału IX przygotowywali środki techniki operacyjnej, od prozaicznych amperomierzy począwszy do specjalnych zestawów wytrychowych, koledzy z sekcji fotograficznej gromadzili materiały światłoczułe i aparaty do precyzyjnej dokumentacji zdjęciowej . VII Zarząd (Wywiad Naukowo-Techniczny) a właściwie jego wydział I organizował unikalne urządzenia, niezbędne do wykonania zadania.
Dyrektor Osek czekał jeszcze na sygnał od źródła w rozpracowywanym obiekcie. Wreszcie sygnał nadszedł…
Ponieważ budynek, który grupa operacyjna miała nocą spenetrować z zewnątrz był chroniony przez kamery telewizji przemysłowej , a wewnątrz podzielony na liczne strefy, zamknięte analogowymi, numerycznymi zamkami elektrycznymi, (były wporawdzie i zamki klasyczne, ale ich otwarcie zajmowało jednemu z członków grupy tyle czasu ile dyletantowi w tej pracy przekręcenie w nich klucza) opracowano system kombinacji cyfr, pozwalający na ich szybkie odblokowanie. Pomocny okazał się tu pracujący w MSW pierwszy polski pecet K-202 projektu genialnego inżyniera Jacka Karpińskiego, na układach scalonych, z pamięcią operacyjną do 8 MB (dla porównania – amerykański PC IBM z owej epoki dysponował 64 kilobajtami). Grupy cyfr trzeba było jakoś zachować, aby użyć ich w miejscu przeznaczenia, rozkodowując natychmiast algorytmy zastosowane w zamkach. Tu przydał się zaadaptowany „akumulator cyfr“ do szyfrogramów, używany w błyskawicznej radiołączności. Ten prekursor pendriv’a „gwizdka“ USB, był w stanie pomieścic 1000 grup 5-cio cyfrowych tzw. gamy szyfrowej, które później, w ułamku sekundy, można było wyemitować poprzez przenośną mini – radiostację. Radiopelengatory obcych służb rejestrowały jedynie pisk, trwający ułamki sekundy, i nie dający szans na lokalizację źródła transmisji. Takim sprzętem dysponowali już wówczas operatorzy polskiego wywiadu w terenie, którzy mogli wykorzystywać go, po uprzednim zapisaniu szyfrogramu np. podczas jazdy samochodem, używając zakamuflowanego pod radio nadajnika i nie rzucającej się w oczy anteny samochodowej (kiedyś takie, jak długie, giętkie bicze, były wręcz modne). Co prawda ten solidny prostopadłościan, po odpowiednich modyfikacjach, ważył około kilograma i był w stanie zachować zgromadzone w nim informacje jedynie przez około pół godziny, ale był to czas wystarczjący dla operatorów w trakcie wykonywania zadania w budynku. Ćwiczyli zresztą przebieg akcji wielokrotnie na symulowanych trasach i zabezpieczeniach, ze stoperem w ręku. Wychodziło im – plus, minus – pół godziny.
XXX
Do szefa polskiego wywiadu dotarły, oprócz oczekiwanego sygnału, dodatkowe szczegóły. W ambasadzie USA w Warszawie powstał dokument, określający główne tematy rozmów i sugerowaną taktykę w trakcie spotkania prezydenta Geralda Forda z Edwardem Gierkiem. Precyzował kierunki zainteresowań, dezyderaty i nadzieje polskiego rozmówcy, widziane przez dysponujących też polskimi źródłami osobowymi funkcjonariuszy CIA, pracujących na dyplomatycznym przykryciu. Dokument miał trafić via Langley do rąk Henry Kissingera a stamtąd do prezydenta Stanów. Tymczasem, jeszcze przed zaszyfrowaniem, złożono całość dokumentacji w sejfie, w pomiesczeniu przylegającym do gabinetu ambasadora Richarda Townsenda Daviesa, zresztą zawodowego wojskowego, który miał nazajutrz podpisać materiał i wydać polecenie jego wyekspediowania. Miał dotrzeć do USA, dla pewności, dwiema drogami. Jako niezaszyfrowany maszynopis walizką dyplomatyczną i jako obszerny szyfrogram via radio. Nie można było dłużej zwlekać.
Szef wywiadu wydał rozkaz, z pełną świadomością, że w razie „wpadki“ może dojść nawet do odwołania wizyty, przy czym kwestia jego dyrektorskiego fotela była niczym. Ale wiedział też, że pozyskanie tych dokumentów dawało fory polityczne jego przełożonemu – Stanisławowi Kowalczykowi a przede wszystkim – Edwardowi Gierkowi w rozmowach z Geraldem Fordem i szanse na wynegocjowanie najkorzystniejszej dla Polski wersji umów międzypaństwowych.
XXX
Grupa pięciu ludzi w czarnych kombinezonach i kominiarkach zdecydowała się forsować ogrodzenie ambasady USA od strony Pałacu Lilpopów z bujnie zadrzewionym ogrodem, pod numerem 33/35 Al. Ujazdowskich . Roślinność i noc stanowiły naturalną, acz marną osłonę, bo mimo iż były to tyły kompleksu budynków ambasady to i one miały ochronę w postaci reflektorów z monitorami ruchu i kamer telewizji przemysłowej.
Dowódca zespołu operacyjnego dał sygnał przez walkie-talkie ekipie ze stałego punktu obserwacyjnego przy ul Pięknej. Chwilę po tym silny impuls lasera poszedł w stronę wartowni, w której pełnili służbę marines. Miał oślepić kamerę bocznego skrzydła ambasady. Udało się dopiero za drugim podejściem. Efektem pierwszego był idealnie okrągły otwór w szybie wartowni, nie powodujący jej rozbicia, nad czym długo później głowili się amerykańscy spece. Oślepiona drugim, słabszym impulsem, kamera zaowocowała ciemnym polem na monitorze kontrolnym perymetru ambasady i ściągnięciem dodatkowych sił do jej pomieszczen od strony ul.Pięknej tudzież dekoncentracją żołnierza piechoty morskiej, śledzącego szereg migających naprzemiennie monitorów. To wystarczyło. Po nieco wiecej niż minucie cała piątka była już na terenie placówki dyplomatycznej. Otwieranie kolejnych drzwi w śluzach szło bez przeszkód. Aktorzy tego teatru cieni, momentami wspomagani wąskimi snopami czerwonego światła i s,przętem zbliżali sie nieuchronnie do tylnego wejścia ambasadorskiego gabinetu, skąd mieli bliżej do sejfu. Elektronik zespołu rozkodował ostatni zamek i staneli „oko w oko“ ze swym obiektem pożądania.
Sejf wyglądał solidnie i głowice zamków szyfrowych na nim – również. W zespole był arcymistrz ich otwierania. Żaden trezor bankowy nie byłby w stanie mu się oprzeć. Ale wymagałoby to zabawy ze stetoskopem, na co nie było czasu. Ale i to przewidziano. Jeden z członków ekipy wyjął kasetę z arkuszem kliszy światłoczuej, drugi – otworzył niesiony przezeń pojemnik z talem 204 tl ( ten sztuczny radionukleid, transuranowiec był radioizotopem dostarczonym z IBN w Świerku, gdzie funkcjonowały reaktory zbudowane w Polsce – „Agata“ i „Ewa“ /Eksperymentalny,Wodny,Atomowy/). Kierując otwór pojemnika pod określonymm kątem na boczną ścanę sejfu, dał czas partnerowi na przyłożenie kliszy do drzwi pancernych. „Kasiarz“ zobaczył zarys systemu zapadek. To mu wystarczyło. Po trzech minutach sejf stanął otworem. Kolejny oficer-operator szybko sfotografował materiał. Uporządkowano maszynopis, zamknięto z powrotem sejf. Grupa ludzi, którzy mieli świadomość następstw promieniowania i konsekwencji choroby popromiennej, miała już opuścić pomieszczenie sejfowe, gdy ich uszu dobiegł cichy szelest. Zamarli. Po chwili człowiek z VII zarządu otworzył skrytkę w ścianie. Był w niej magnetofon, uruchamiany automatycznie jakimikolwiek sygnałami dźwiękowymi, jeśli do takowych, w pomieszczeniu po jego zamknięciu, dochodziło. Delikatnie, w lateksowych rękawiczkach, które nie ograniczały jego ruchów, wyjął magnetofon. Był to profesjonalny Kudelski. Na szczęście wcześniej założyciel tej sławnej na Zachodzie firmy, emigrant z Polski, podarował swej ojczyźnie, widząc niezaprzeczalne symptomy jej rozwoju w latach 70-tych, licencję na produkcję tego sprzętu.
Nie miał więc on dla oficera VII zarządu żadnych tajemnic. Wycofał taśmę, skasował zapis, i ostrożnie, już po wyjściu kolegów z pomieszcenia, umieścił go z powrotem w skrytce. Pięciu ludzi, jakl pięć duchów, szybko pokonało całą trasę, tyle, że w odwrotnej kolejności, skrupulatnie zamykając za sobą zamki śluz. Po około siedmiu minutach byli już z powrotem w ogrodzie pałacu Lilpopów, nie pozostawiając żadnych śladów swej tajnej operacji. Od startu do końca trwała w sumie nieco mniej niż pół godziny.
XXX
Na kilka dni przed tym, nim helikopter wiozący Edwarda Gierka wylądował na placu przed Białym Domem, na biurku pierwszego sekretarza PZPR „wylądował“ ściśle tajny dokument specjalnego znaczenia. Zawierał pełną informację o tym, jaka będzie taktyka i główne akcenty w polsko – amerykańskich rozmowach bilateralnych, forsowane przez gospodarzy…
Później dziwnym zbiegiem okoliczności Minister Spraw Wewnętrznych – Stanisław Kowalczyk w październiku 1974 roku został wypromowany na generała brygady MO a następnie – zastępcę członka i w końcu – członka Biura Politycznego partii.
Pułkownik Józef Osek, później – generał brygady, szefował wywiadowi do listopada 1974 po czym, w 1975 roku został powołany na spokojniejszą i bardziej lukratywną funkcję wiceprezesa Głównego Urzędu Ceł.
A co z pozostałymi bohaterami, bez żadnych cudzysłowów, naszej historii? Jeden z nich zmarł szybko w wyniku ostrej choroby popromiennej z anemią plastyczną i białaczką. U drugiego choroba ta przybrała formę przewlekłą ale przez to nie mniej śmiertelną. Kolejnych trzech los oszczędził. Wspomniany wirtuoz precyzyjnego odblokowywania zamków szyfrowych, który mógłby zbijać kokosy w podziemiu kryminalnym dzięki swym umiejętnościom „kasiarza“, były funkcjonariusz IX wydziału I Departamentu wegetuje na szczątkowej emeryturze,, którą mu załatwili aktualnie rządzący ustawą represyjną, surrealistycznie zwaną dezubekizacyjną, chociaż dotkniętych nią pracowników UB ze świecą szukać, bowiem zadziałały tu bezwzględne prawa biologii i ludzie ci odeszli w bezpowrotną przeszłość. Elektronik, w podobnej sytuacji, dorabia naprawianiem komputerów do w miarę godnej materialnie starości. Dowódca zespołu zapodział się gdzieś z upływem lat, nie można wykluczyć, że już zmarł. Tyle tylko można powiedzieć o jednej z najefektowniejszych operacji polskiego wywiadu po IIwojnie światowej. „Tylko“, bowiem są zasady pracy wywiadowczej, które każą milczeć w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa Państwa bez względu na szafowanie przez polityków „odtajnianiem“ i „zwalnianiem z tajemnicy“, ze szkodą, jaką nawet dzisiaj może wyrządzić taka ich działałność Polsce.
Od autora: Operacja opisywana rzeczywiście miała miejsce. Sfabularyzowana forma niniejszego tekstu wynika z tego właśnie, co ująłem w ostatnich dwóch zdaniach artykułui. Szanujące się służby w państwach, gdzie rządzący realizują instynkt państwowotwórczy zamiast o nim mówić, chronią swe źródła i szczegóły operacji znacznie dłużej , niż rutynowe 50 lat. Wystarczy przytoczyć „sukcesy“w dopraszaniu się strony polskiej w MI6 o dokumentację katastrofy gibraltarskiej, w której zginął Naczelny Wódz i premier – generał Władysław Sikorski, że nie wspomnę o wywiadach używających nieco pompatycznej w brzmieniu pieczęci na dokumentach : „Zachować w tajemnicy po wieczne czasy“.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz …tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Fałsze polityki historycznej

„Nieszczęściem Polski jest to, że jej historia jest zakłamana jak nigdzie na świecie” – stwierdził kiedyś Jerzy Giedroyć, a Bronisław Łagowski zauważył: „Nad Polakami ciąży dziś najbardziej nie ta historia, która była, lecz ta, której nie było”. Te dwie wypowiedzi posłużyły autorowi za motto wprowadzające do książki. Bohdan Piętka zajął się zjawiskiem zakłamywania najnowszej polskiej historii i swoją narrację zaczął od przybliżenia kwestii polityki historycznej, która w dzisiejszej Polsce zdecydowanie góruje nad prawdziwą historią jako dziedziną nauki.

W praktyce władzy mamy do czynienia wyłącznie z polityką historyczną, czyli nadawaniem wydarzeniom przeszłości ideologicznego piętna.
Im bliższa naszym czasom jest historyczna przeszłość, tym – paradoksalnie – silniejszym naciskom politycznym podlega. Bohdan Piętka zajął się kłamstwami o historii II wojny światowej i PRL. Prowadzoną politykę historyczną określił jako peryferyjną, jako że prowadzona jest przez kraj peryferyjny.
Zacytował też dobitne zdanie Tomasza Merty, że „polityka historyczna jest przeciwieństwem prawdy historycznej”. Przywołany Longin Pastusiak stwierdził, że zwolennicy polityki historycznej w Polsce dążą do „zawładnięcia pamięcią historyczną Polaków, narzucenia własnej interpretacji przeszłości historycznej i wybiórczego traktowania faktów historycznych”.
Dodajmy – w duchu prawicowo-nacjonalistycznym z dodatkiem sosu katolicyzmu. Także prawicowy historyk Piotr Zychowicz tak opisał polską prawicową politykę historyczną: „Napuszeni, nastroszeni, pilnują ściśle własnych rodaków, aby – w odpowiednim momencie – założyć im na twarz biało-czerwony cenzorski kaganiec i postawić do narodowego pionu.
A potem pogrążają się w samozadowoleniu z dobrze spełnionego patriotycznego i obywatelskiego obowiązku. Niestety, towarzystwo to w ostatnim okresie uznało się za „obrońców honoru” Żołnierzy Wyklętych, co szalenie utrudnia spokojną merytoryczną debatę na temat powojennego podziemia(…)
Mamy do czynienia z ludźmi o mentalności sekciarskiej, których „religia” sprowadza się do czterech podstawowych dogmatów;

1 Stosujemy inne kryteria wobec Polaków, a inne wobec cudzoziemców.

2 Wszyscy polscy przywódcy polityczni i wojskowi byli nieomylni.

3 Polak w historii zawsze odgrywał tylko dwie role: bohatera lub ofiary.

4 Jeśli masz inne zdanie, zniszczymy cię i wdepczemy w ziemię”. W tak ujętej formule liczył się tylko upust krwi motywowany nacjonalistycznie, a wszelka historyczna tradycja lewicowa uważana jest za tradycję antynarodową, a w najlepszym razie obojętną wobec wartości narodowych, na co zwraca uwagę inny krytyk prawicowej polityki historycznej, Andrzej Romanowski.
Wyposażony w takie uwagi ogólne czytelnik książki może przystąpić do lektury rozdziałów poświęconych poszczególnym tematom. Tematów podejmuje Piętka wiele, ale warto zwrócić uwagę tylko na niektóre z nich.
Zajmuje się więc m.in. deprecjonowaniem dorobku PRL, groteskową gloryfikacją II Rzeczypospolitej, czczeniem Brygady Świętokrzyskiej, mitologią „żołnierzy wyklętych”, szaleństwem dekomunizacji, zniesławianiem Armii Ludowej, radykalną rusofobią, deprecjonowaniem generała Zygmunta Berlinga, którego warszawski pomnik został zniszczony za ogólnym przyzwoleniem, znieważaniem „Platerówek”, „dekomunizacją” Ireny Sendlerowej, a także zniesławianiem Józefa Cyrankiewicza przez przypisywanie mu tych win, których akurat nie popełnił.
Poza szczegółowymi tematami pasjonujące są także konkluzje ogólne, jak n.p. ta którą zawiera zacytowane sformułowanie Lecha Mażewskiego, który zauważył, że „kluczowym problemem polskiej polityki historycznej jest szantaż moralny”.
Bardzo ciekawa jest końcowa konkluzja książki Bohdana Piętki, którą autor formułuje w zakończeniu: „W latach 1956-1989 Polska Zjednoczona Partia Robotnicza przeszła ewolucję od autorytaryzmu do demokracji, natomiast większość polskiej prawicy przebyła po 1989 roku ewolucję w kierunku odwrotnym”.
I właśnie to, co jest tematem książki Bohdana Piętki, zakłamywanie historii PRL i gloryfikacja prawicowej wizji historii, jest egzemplifikacją przywołanej konkluzji. Znakomita książka.

Bohdan Piętka – „Kłamstwa o historii. PRL, Berling, Cyrankiewicz, żołnierze wyklęci”, seria „Historia bez IPN”, Biblioteka „Przeglądu”, Fundacja Oratio Recta, str. 323, ISBN 978-83-64407-70-3

Po drugiej stronie medalu (operacje wywiadu PRL na terenie ZSRR)

Kiedy po studiach i po szkoleniu, bardzo wszechstronnym i intensywnym – języki, techniki kryptograficzne, łączność, orientacja w terenie (obserwacja – kontr obserwacja), znajomość służb specjalnych NATO, zajęcia sprawnościowe, analiza operacji wywiadowczych (źródła sukcesów i porażek), treningi psychologiczne- trwającym dwa lata, rozpocząłem służbę, robiłem to ze świadomością, że wstępuję do wywiadu państwa polskiego. Państwa nie w pełni suwerennego ale ku suwerenności, wedle mej oceny, zdążającego, państwa autorytarnego, którego autorytaryzm nie był jednak monolityczny i wyraźnie widać było szczeliny w systemie, przez które docierały, niekoniecznie prześladowane przez władze, idee inne niż oficjalnie głoszone. Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Kiedy po studiach i po szkoleniu, bardzo wszechstronnym i intensywnym – języki, techniki kryptograficzne, łączność, orientacja w terenie (obserwacja – kontr obserwacja), znajomość służb specjalnych NATO, zajęcia sprawnościowe, analiza operacji wywiadowczych (źródła sukcesów i porażek), treningi psychologiczne- trwającym dwa lata, rozpocząłem służbę, robiłem to ze świadomością, że wstępuję do wywiadu państwa polskiego. Państwa nie w pełni suwerennego ale ku suwerenności, wedle mej oceny, zdążającego, państwa autorytarnego, którego autorytaryzm nie był jednak monolityczny i wyraźnie widać było szczeliny w systemie, przez które docierały, niekoniecznie prześladowane przez władze, idee inne niż oficjalnie głoszone. Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Kompetencje Wywiadu (czyli I D epartamentu ów czes nego M S W) i Służby Bezpieczeństwa (czyli Departamentu III) były wyraźnie rozdzielone, potwierdzała to również struktura Ministerstwa. Wystarczy sobie przypomnieć, że np. szefem Wywiadu a zarazem wiceministrem był gen.Pożoga a równolegle inny wiceminister, gen.Ciastoń, był szefem SB. Nawet dokumenty identyfikacyjne się różniły. Funkcjonariusze wywiadu posługiwali się wprawdzie takim samym formatem legitymacji ale pozycja „Służba Bezpieczeństwa” była w nich przekreślona pieczątką z symbolem 33.(Ja oczywiście, jako oficer – nielegał nigdy legitymacji, która mogłaby stać się elementem dekonspirującym, nie posiadałem. Trudno wyobrazić sobie, że np., w wypadku aresztowania przez obcy kontrwywiad wyjmowałbym legitymację z komentarzem, iż jestem oficerem polskiego wywiadu. Z kolei polskie służby też nie mogły wiedzieć o moim statusie, z przyczyn, jak wyżej. Tak więc działanie w pionie „N” miało swoisty urok – nigdy nie wiedziałeś, czy będziesz ścigany przez przeciwnika czy przez swoich.) Pozwalało to wejść do części gmachu na Rakowieckiej, wydzielonej dla Wywiadu, która nie komunikowała z częścią zajmowaną przez SB. W ogóle nie jest mi znany statut MSW z owych czasów, który oficjalnie stwierdzałby,że Wywiad stanowi integralną część SB. (I w żadnym razie w tym co mówię nie chodzi o dezawuowanie istotnej roli pracowników Służby Bezpieczeństwa dla funkcjonowania aparatu państwa.Po prostu zakresy obowiązków obu tych polskich służb specjalnych były odrębnie określone i specyficzne dla każdej z nich. Wywód mój służy wyłącznie przekazaniu prawdy historycznej o ich usytuowaniu w strukturze formalno-prawnej PRL.) Słyszałem o jakimś dokumencie wewnątrz resortowym, dotyczącym tej kwestii, sformułowanym na poziomie ministerialnym, którego zresztą żadnemu oficerowi nie okazywano a już na pewno – nie nielegałom, „kadrze N’.Powstał on w 1989 roku i na jego mocy Wywiad przez ok. 3 miesiące, przed ostatecznymi zmianami systemowymi w Polsce, został połączony ze strukturami SB. Nie odnosi się to na pewno do czasu,kiedy zaczynałem pracę w polskim wywiadzie, a więc do roku 1973. Krótko rzecz ujmując każda z tych służb państwowych miała swój obszar działania. Cała wspólnota I Departamentu tamtego okresu identyfikowała się specyficznie z Wywiadem i jej członkowie do Wywiadu właśnie wstępowali i nie byli,również w przypadku nielegałów, „agentami Wydziału XIV Departamentu I SB MSW”. (Oczywiście,to przekonanie może nie mieć pełnego odzwierciedlenia w stronie formalno-prawnej odnośnie I Departamentu, który od 27 listopada 1956 był przeniesiony do MSW z „dobrodziejstwem inwentarza”, a więc można by z tego wywodzić, że był częścią SB. Jednak nawet przewodniczący Rady IPN prof.Andrzej Paczkowski twierdzi, że w 1981 roku, via facti, wydzielono z SB piony wywiadu i kontrwywiadu a de iure zostało to ujęte w lipcu 1983 w „Statucie Organizacyjnym MSW” i taki stan rzeczy trwał,z kilkumiesięczną przerwą,do 1989 roku włącznie.)
Może to co piszę, to truizmy ale bez ich przypomnienia trudno będzie zrozumieć ten najbardziej chyba tajny aspekt działania Wywiadu MSW, a w szczególności XIV Wydziału (nielegalnego) jego I Departamentu, o którym praktycznie, poza aluzjami np. w książce Zbigniewa Siemiątkowskiego, się nie wspomina. A i dokumenty na ten temat w archiwach się nie zachowały, bowiem dotyczyły materii tak delikatnej, że zaraz po zapoznaniu się z nimi uprawnionych przedstawicieli władz, miały być niszczone.
Chodzi o akcje prowadzone przez wywiad polski w ZSRR w latach 1986-89.
W Polsce, w kręgach władzy, która czuła presję rosnącej w siłę opozycji, mimo stopniowo likwidowanych niedogodności stanu wojennego, rodziło się nie bez rozdźwięków, przekonanie, że po pierwsze: trzeba podjąć z opozycją dialog, po drugie – że nie będzie możliwe wyprowadzenie kraju z kryzysu bez poważnych reform systemowych. Na tę wewnętrzną dyskusję w ramach ówczesnego establishmentu nakładały się wpływy czynników zewnętrznych a przede wszystkim postępujące zmiany w ZSRR, zapoczątkowane przez Michaiła Gorbaczowa, I sekretarza KC KPZR w celu reanimacji komunizmu w Rosji. „Pierestrojka” i „głasnost`”, bo o nie chodzi, doprowadziły w końcu do efektów przeciwnych od zamierzonych, ale w 1986 r. nikt jeszcze o tym nie wiedział.
Natomiast polskie władze musiały orientować się, jakie tendencje są w kierownictwie partyjnym Rosji dominujące, musiały wiedzieć, jak dalece mogą posunąć się w dialogu i ewentualnych ustępstwach na rzecz opozycji. Oczywiście nie mogły liczyć, że tę wiedzę zapewni im radziecki sojusznik, który traktował je z dużą dozą podejrzliwości, wbrew pobrzmiewającym w komunikatach z oficjalnych rozmów bilateralnych sformułowaniom o ich przebiegu w duchu „braterskiej szczerości i otwartości”.
Pozyskanie niezbędnych informacji inną drogą stało się koniecznością.
Stąd zrodził się pomysł wykorzystania do tego zadania Wywiadu. Ale wprowadzając w zagadnienie minimalną, niezbędną ilość oficerów i to jedynie tych, co do których istniała pewność, że ich personalia nie są znane drugiej stronie. I tu wracamy do tego, zdawałoby się niezbyt istotnego określenia z początku tekstu „państwo nie w pełni suwerenne”, którym po 1956 r. według doktryny Breżniewa była Polska, w odróżnieniu od państwa w pełni niesuwerennego, którym była przed tą cezurą czasową. Otóż w tym państwie, w ramach takiej struktury jak Wywiad, istniały wyspy niezależności. Taką oazą był XIV wydział I Departamentu MSW – „nielegalny”. Wbrew temu, co się teraz często opowiada strona rosyjska nie wiedziała absolutnie nic o tożsamości oficerów kadry „N”. Wprawdzie oficjalni rezydenci rosyjskiego wywiadu w PRL, jak choćby często cytowany gen. Pawłow, z trudem to akceptowali, ale ulegali perswazji polskiej strony, że wyciek personaliów nasilałby ryzyko dekonspiracji. Lepiej więc było nie znając personaliów oficerów móc, w ramach wymiany informacji(na ogół zresztą odsprzedawanej drugiej stronie za tak potrzebne dewizy) korzystać choćby częściowo z ich dorobku niż narazić się na ich stratę. Nigdy noga rosyjskiego rezydenta nie stanęła też na terenie obiektu, zwanego w polskim slangu wywiadowczym „Piaski”, który wbrew tej nazwie nie znajdował się na Żoliborzu, jakby sugerowała to nazwa, lecz w willi na warszawskim Służewie, gdzie mieściła się siedziba najpierw Wydziału II Departamentu I, a następnie wydziału XIV tegoż, czyli wywiadu nielegalnego. Wielu warszawiaków pewnie przypomina sobie budynek koło ul.Puławskiej od strony ul.Wałbrzyskiej z wysoką anteną radiową obok.
Otrzymałem więc zadanie pogłębienia i rozszerzenia informacji o opiniach i stosunku władz radzieckich do wydarzeń w naszym kraju – jak dalece możemy posunąć się w realizacji reform społeczno-gospodarczych, na ile będą one „strawne” dla kierownictwa ZSRR, jakie mogą być jego reakcje i skutki tych reakcji dla Polski. Zaproponowano mi tę misję, i nie tylko mnie, chociaż mogłem odmówić. Byłem oficerem „N”, wiedziałem jakie ryzyko jest związane z tą operacją, wiedziałem też, że jeśli powinie mi się noga, to konsekwencje mogą być ostateczne. Rozumiałem jednak, jak kardynalną wagę mogą mieć informacje, które zdobyłbym, dla przemian w Polsce, więc przeważył we mnie instynkt państwowy, tak jak zresztą u większości kadry „N”, służącej państwu, a nie określonej ideologii, która w danym momencie historycznym była siłą w tym państwie decydującą. Zgodziłem się.
Wykonanie tej misji wymagało jednak skomplikowanych przygotowań. Chociaż sprawa była pilna, pośpiech mógł tu oznacza katastrofę już na początku jej realizacji.
Żeby dobrze naświetlić tło , muszę cofnąć się do przełomu roku 1968/69, kiedy jako działacz Związku Młodzieży Socjalistycznej, jeszcze przed rozstaniem się z uczelnianą organizacją i uczelnią w wyniku wydarzeń marcowych 1968 r., jako wiceprzewodniczący Zarządu Uczelnianego ZMS UJ w Krakowie, pojechałem z grupą studenckich aktywistów do „strojotriadu” – międzynarodowego młodzieżowego obozu budowlanego, zorganizowanego przez Komsomoł na terenie Litwy, w Druskiennikach. Była tam młodzież z Polski, ZSRR, NRD. Nasza praca polegała na zakładaniu infrastruktury telekomunikacyjnej, łączącej nowo wznoszone sanatorium w tej miejscowości a prozaicznie rzecz ujmując – na kopaniu rowów pod instalację nowych kabli telefonicznych. Przyświecała temu przedsięwzięciu idea integracji aktywistów FDJ, ZMS i Komsomołu. W trakcie prac oraz późniejszego programu turystycznego poznałem wielu kolegów, dobieranych zresztą z ówczesnej elity radzieckiej – byli wśród nich tacy ludzie jak syn wiceprzewodniczącego Rady Państwa Litewskiej Republiki Radzieckiej, jak Jewgienij Tiażelnikow, I sekretarz Komsomołu,w przyszłości członek KC KPZR i ambasador w Rumunii, jak wielu innych, którzy później zrobili karierę w Rosji, obejmując istotne stanowiska w aparacie propagandy i w mediach. Przez pewien czas prowadziłem z nimi korespondencję, nawiązały się przyjaźnie…
Gdy w październiku 1985 roku wróciłem do Polski, stwierdziłem, że mam znajomych w moskiewskiej elicie politycznej i były to w większości znajomości zawarte w Druskiennikach. Żeby je odnowić należało zbudować odpowiednią legendę, to jest stworzyć moją nową, budzącą jak najmniej podejrzeń (bo całkowicie wyeliminować ich się nie dało) tożsamość. Wracałem przecież z Paryża, gdzie wcieliłem się w rolę kleryka jezuickiego, byłbym więc całkowicie niewiarygodny dla ewentualnych rosyjskich rozmówców.
Tutaj z pomocą przyszedł mi po części przypadek. Mój stary kolega, z lat 70., gdy jeszcze publikowałem swoje teksty w warszawskim miesięczniku „Chrześcijanin w świecie” okazał się być teraz działaczem Stronnictwa Demokratycznego i publicystą prasy SD.
Zrozumiałem, że nadarza się okazja wejścia w środowisko dziennikarskie SD, a stamtąd dopiero, pod tą właśnie flagą, jak powiedzieliby funkcjonariusze operacyjni wywiadu, działanie na kierunku ZSRR. Tu pozwolę sobie na dygresję – do SD nie wstąpiłem aby „inwigilować” tę partię. W kontekście tego, że SD było stronnictwem sojuszniczym PZPR brzmiałoby to co najmniej humorystycznie. Oczywiście, powstawały wśród członków tej organizacji ciekawe idee, toczyły się interesujące dyskusje, ale były one dobrze znane w gmachu KC i wsłuchiwanie się w nie nie stanowiło mojego zadania, nawet jeśli stałem się publicystą „Tygodnika Demokratycznego” od marca 1986 r., a później, od 1988 roku członkiem zespołu redakcyjnego miesięcznika „Myśl Demokratyczna”, które były pismami wydawnictwa „Epoka”, należącego do Centralnego Komitetu SD. Pisałem tam pod nazwiskiem lub pod pseudonimami TR, TTT czy Aleksander Bożyk. Stąd już była stosunkowo prosta droga do odnowienia relacji z radzieckimi kolegami po piórze i działaczami poznanymi kiedyś przy okazji pracy w „strojotriadzie” oraz nowymi poznawanymi w ramach nawiązywania relacji między prasą SD i agencjami prasowymi na wschodzie, w Moskwie…
Rozumiem, że czytelnik pragnąłby poznać teraz trochę szczegółów. Ze szczegółami jest nieco trudniej. Wprawdzie gryf tajności z operacji Wywiadu sprzed końca 1989 roku został zdjęty, ale istnieją inne, czysto ludzkie względy, które obligują mnie w tym przypadku do daleko idącej dyskrecji. Wielu ludzi, którzy często przypadkowo udzielali mi istotnych dla polskiej strony informacji nadal żyje, żyją ich bliscy.
Byli też oczywiście i tacy, u których, szczególnie w końcu lat 80., informację po prostu się kupowało.
Pamiętam jak za 2 tys. USD uzyskałem protokoły posiedzenia jednej z komisji KC KPZR, których tematem była ocena sytuacji wewnętrznej w Polsce, a biorąc pod uwagę wartość polityczną tych informacji, cena była śmiesznie niska. Pierwszą tego typu operację na terenie ZSRR przeprowadziłem we wrześniu 1986 roku. Przebywałem wówczas w Moskwie stosunkowo krótko, mieszkając naprzemiennie to w hotelu „Pekin”, to w willach znajomych mi osób z tamtejszej elity polityczno-intelektualnej w miejscowościach o „ograniczonym dostępie” w owych czasach – Pieriediełkino i Srebrny Bór .
Nie przeceniając wagi tych materiałów trzeba powiedzieć, że były to sygnały istotne. Dotyczyły problemu sojuszniczej lojalności Polski w ramach Układu Warszawskiego, dyskusji na temat jej systemu politycznego, gdzie jawiły się wizje wielopartyjności, pod egidą wszakże przewodniej PZPR, która miałaby coś w rodzaju „złotej akcji politycznej” na podobieństwo „złotej akcji skarbu państwa, pozwalającej na decydujący głos w spółce”. Myślano o finlandyzacji Polski, ale były też silne naciski ideologicznego betonu partyjnego, wskazujące na konieczność „dyscyplinowania” krnąbrnego sąsiada. Wystarczy wymienić Susłowa. Warto tu wspomnieć, na kanwie ciągle nierozstrzygniętego sporu o stan wojenny, polegającego na nieretorycznych wcale pytaniach „weszliby czy by nie weszli”, że ówczesna Rosja miała wiele środków nacisku na Polskę, niekoniecznie militarnych, również w II połowie lat 80. Sądzę, że wystarczyłoby przerwanie dostaw rudy do huty Katowice, połączone z przykręceniem kurka do rafinerii Płockiej i gazociągu, aby w Polsce doszło oprócz katastrofy gospodarczej, do wielkich wstrząsów społecznych, wywołanych przez tysiące pozbawionych pracy ludzi. Najłatwiej być prorokiem post factum i twierdzić dzisiaj „nic by nam nie zrobili”. Otóż mogliby zrobić, a co do tego żeby nie zrobili – nie było wówczas żadnych gwarancji. Dlatego ważenie różnych decyzji wewnątrz państwa polskiego, takiego jakie wówczas realnie istniało, obudowanego systemem uznania międzynarodowo-prawnego, traktatowego, i dysponującego ułomną, ale jednak suwerennością, musiało być oparte na wiarygodnym materiale informacyjnym, szczególnie jeśli te decyzje powodowały interferencje na linii Warszawa-Moskwa, interferencje, których skutki mogły być zarówno dla władzy, jak i dla opozycji, opłakane.
Ale wróćmy do „szczegółów”, tych, które jak sądzę, nikomu już nie wyrządzą krzywdy. Wśród incydentalnych, ale bardzo cennych informatorów, nie zdających sobie zresztą sprawy z tego z kim realnie rozmawiali był m.in. wspomniany już Jewgienij Tiażelnikow, był także dyrektor agencji „Novosti”, byli też członkowie ekipy kierowniczej agencji ITAR-TASS, osoby w większości dziś na emeryturach, bądź zmarłe. O tych, którzy sprzedawali informacje, też zresztą już będących poza obiegiem społeczno-politycznym, wspominać nie będę.
A jeśli chodzi o konkretne akcje, przy których, gdzieś jak to mówią Rosjanie, „z tyłu głowy” ciągle czaiła się świadomość niebezpieczeństwa tej gry, chciałbym podać przykład jednej, łączącej aspekty komiczne z potencjalnie dramatycznymi.
W lipcu 1989 roku, a więc już po wyborach w Polsce, w których zwyciężyła „Solidarność”, ale jeszcze przed decyzjami komisji weryfikacyjnej MSW, która decydowała kto pozostanie w wywiadzie polskim, a kto go będzie musiał opuścić, realizowałem ostatnie zadanie w ZSRR, kończące misję zdobywania informacji na temat politycznych ocen Moskwy co do wydarzeń rozgrywających się za jej zachodnią granicą. Oficjalnie w ramach dwuosobowej delegacji „Myśli Demokratycznej” przebywałem w Moskwie na zaproszenie tygodnika „Literaturnaja Gazieta”. Ale równocześnie zdobyłem, z innych źródeł, poważną radziecką analizę przemian w Polsce, wraz z wnioskami, które gremia rządzące w ZSRR z tej analizy wyciągały. Nie miałem technicznej możliwości przetworzenia tego maszynopisu tak, aby go skutecznie zakamuflować. Przecież nie mogłem oprzeć się o struktury ambasady polskiej w Moskwie. Wobec tego zdecydowałem się na dość ryzykowny krok. Byłem delegowany z prasy SD, które miało wtedy, po części przeze mnie wypracowaną dla umocnienia legendy, dobrą passę w swej polityce wschodniej. Świadczyły o tym – życzenia KC KPZR dla delegatów XIV Kongresu SD z kwietnia 1989 r., czy wywiad udzielony przez przewodniczącego CK SD Jerzego Jóźwiaka „Moskowskim Nowostiam”, w maju 1989 r., pt. „Jaka powinna być Polska”. Byłem więc w miarę wiarygodny dla strony rosyjskiej, a także, jak miałem nadzieję przy tamtejszym obiegu informacji, dla podlegających KGB służb celno-granicznych, bowiem wracaliśmy do Warszawy samolotem.
Tu wspomnę o pewnych cechach charakterologicznych, którymi musi dysponować oficer wywiadu, a szczególnie – oficer pionu „N”. Jedną z nich jest tzw. aktorstwo życiowe. Sprowadza się ono do tego, aby w każdym środowisku, a także sytuacji zareagować tak, jak tego dane środowisko w określonej sytuacji od ciebie oczekuje.
Wiedząc, że polscy turyści przewozili wówczas z Rosji „kontrabandę” często w postaci m.in. czarnego kawioru, a czasem, aby zapewnić sobie środki na przyszłe transakcje wywozili ruble (obie operacje były niedozwolone) zrobiłem co następuje. Do walizki w dolnej jej części, pod odklejonym obiciem, które przykryłem ubraniami, umieściłem wspomniany dokument. W środku, między ubraniami ułożyłem dwie 100 gramowe puszki kawioru. Do portfela schowałem sporą kwotę rubli. Kolegę, który towarzyszył mi na delegacji nie mając pojęcia o celu mojej misji poprosiłem, by w razie jakichś moich kłopotów na granicy, kontynuował podróż powrotną do kraju i zawiadomił o ew. komplikacjach sekretarza CK SD ds. prasy i propagandy, sprawującego pieczę nad środowiskiem dziennikarskim stronnictwa-Mieczysława Leśniaka. Byłem nieco spięty, ale tego chyba właśnie celnicy od przemytnika-amatora oczekiwali. Na lotnisku wszystko odbyło się zgodnie ze scenariuszem – przy kontroli bagażu ręka celnika natrafiła na puszki z kawiorem. To go usatysfakcjonowało i nie szukał już dalej. Więcej nawet, ponieważ tłumaczyłem mu, zresztą zgodnie z prawdą, że wiozę ten kawior, przecież małą ilość, dla mego wiekowego ojca, który chciał sobie przypomnieć jego smak, celnik oddał mi jedną puszkę, ale za to „zafundował mi” kontrolę osobistą, przy której w portfelu odnalazł ruble. Był już w pełni zadowolony. Sporządził protokół, przyjął ruble w depozyt, z którego teoretycznie mogłem je pobrać przy kolejnym przylocie do Moskwy i poprawił swoją statystykę wykrywalności wykroczeń.
Po wejściu do samolotu kolega – dziennikarz powiedział „denerwowałeś się w zauważalny sposób, gdybyś się lepiej kontrolował, nie znalazłby tego kawioru”. Gdybyż on wiedział, czego dzięki puszkom kawioru ten celnik nie znalazł, pewnie byłby zaskoczony.
A swoją drogą, gdyby celnik kontynuował dokładną kontrolę mojego bagażu (ale po co miałby to zrobić, skoro to co znalazł odpowiadało dokładnie profilowi wykroczeń turysty znad Wisły) to pewnie nie mielibyście państwo okazji czytać tego tekstu…
Potem był koniec roku 1989, zapadły decyzje komisji weryfikacyjnej stanowiące kto służbę opuści a kto w niej zostanie, następnie rok 1990, który zamykał funkcjonowanie struktur Wywiadu PRL. Stanowił cezurę czasową od której zaczął działanie Urząd Ochrony Państwa a po nim Agencja Wywiadu,których zadania zabezpieczał gryf tajemnicy pańswowej, powodując to, co z wywiadowczego punktu widzenia oddaje określenie „reszta jest milczeniem”.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Kapsułki Pamięci

Ciotka od Paula Bourget
Owa ciotka Maria – popularnie nazywana w rodzinie „Myszką”, jakby dla kontrastu z jej nieco surowym obejściem wymagającej nauczycielki – z domu Urbańska, poślubiła Mieczysław Bielińskiego – brata rodzonego mojej babki. Aliści zacznijmy od początku, jak mawiał Jerzy Waldorff. Ciotka urodziła się w 1910 roku w Moskwie, gdzie jej ojciec pracował jako lekarz. Po wielu latach dowiedziałem się, że po powrocie do kraju stał się w swoim powiecie bychawskim na Lubelszczyźnie kimś w rodzaju ofiarnego doktora Judyma rodem z „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego i leczył za darmo ubogą ludność okoliczną. W dzieciństwie zasłyszałem mimochodem, że ciotka podobno zapamiętała, jako siedmiolatka, krwawe rewolucyjne sceny roku 1917 w Rosji, gdzie – jak zasłyszałem własne jej słowa – „krew płynęła rynsztokami”. Nie wiem ile w tym prawdy, bo jak wiadomo pamięć ludzka, zwłaszcza pamięć dziecka, rządzi się osobliwymi i tajemniczymi regułami, o czym przecież sam zaświadczam w „kapsułkach”, ale taką wersję zasłyszałem. W 1936 roku ciotka, wtedy 26-letnia, ukończyła studia romanistyczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jednym z jej profesorów i promotorem jej pracy był Stanisław Stroński, wybitny profesor romanistyki, ale bardziej znany jako radykalnie prawicowy polityk, poseł na Sejm i jeden ideologów endecji, osobisty wróg Józefa Piłsudskiego, którego ten, w swoim słynnym przemówieniu w roku 1923, na bankiecie w Sali Malinowej warszawskiego hotelu „Bristol”, nazwał „zaplutym karłem”, którą to frazę, po latach, wykorzystała propaganda stalinowska nazywając AK „zaplutym karłem reakcji”. W moim dzieciństwie, gdy ciotka była już panią w średnim wieku, kontakt mój z nią był rzadki i powierzchowny. Nie przepadałem za nią i trochę się jej bałem, bo, choć była dobrym człowiekiem, na zewnątrz sprawiała wrażenie osoby nieco szorstkiej i zasadniczej. Wiedziałem, że uczyła języka francuskiego w liceum ogólnokształcącym w Bychawie, ale nic to dla mnie wtedy, chłopaczka, nie znaczyło. Dopiero po wielu latach, kiedy byłem już za pan brat z tematami parysko-francuskimi, dowiedziałem się dość przypadkowo, że tematem dyplomowej pracy ciotki na KUL w 1936 roku była twórczość literacka Paula Bourget (1852 – 1935), reprezentanta nurtu konserwatywno-katolickiego w prozie francuskiej. Bourget nie należał do pisarzy, którymi się szczególnie interesowałem, ale oczywiście znałem jego postać z różnych tekstów dotyczących literatury francuskiej. Wtedy też wyobraziłem sobie kilkuletnią ciotkę „Myszkę” w Moskwie, w mieszkaniu, w którym być może francuska guwernantka (było takich w Rosji wiele) uczyła ją języka francuskiego i gry na fortepianie, jak to bywało w zwyczaju zamożnych rodzinach. O ile się nie mylę, ciotka nigdy nie była w Paryżu ani we Francji, a życie spędzone w powiecie bychawskim miała niełatwe, pracowite, a przy tym, po ojcu, społecznikowskie, w typie żeromszczyzny. Nikt też nie próbował jej podsunąć mnie w dzieciństwie jako ucznia języka francuskiego. W moim kręgu rodzinnym nie było takich imperatywów, a poza tym ja miałem swój świat i taki eksperyment by się wtedy nie udał. W młodości jednak zaprzyjaźniłem się z Paryżem, historią Francji, jej kulturą, długo nie wiedząc, że wpisałem się poniekąd, nieświadomie, w krąg dziedzictwa „ciotki od Paula Bourget”.
Filip z konopi
Bodaj w 1991 roku pojawił się w Polsce, po ponad pół wieku emigracji, którą przeżył w Neapolu, legendarny Gustaw Herling-Grudziński, więzień radzieckiego Archipelagu Gułag, sławny autor m.in. „Innego świata”. Jego przyjazd, pobyty w różnych miejscach i spotkania były medialną sensacją, jako że należał do głównych ideologicznych guru powojennej politycznej emigracji polskiej na Zachodzie. Dotarł też i do Lublina, gdzie w auli Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej miano mu wręczyć doktorat honoris causa. Tłum zebrał się gęsty, jako że wtedy takie spotkania budziły jeszcze zainteresowanie, elektryzowały. Po uroczystej laudacji i wręczeniu doktoratu G H-G zabrał głos, a później odpowiadał na pytania, zadawane mu w tonie pełnym uniżonego szacunku, niemal hołdowniczym. Na sali zapanowała atmosfera patosu. Gdy spotkanie się skończyło, a publiczność zaczęła się rozchodzić, podszedłem do G H-G otoczonego wianuszkiem osób i zadałem mu tylko jedno pytanie: czy to prawda, że Dino Grandi, jeden z paladynów Mussoliniego, który przyczynił się do jego dymisji 25 lipca 1943 roku dożył 1985 roku i zmarł w Rzymie? Postawiona kwestia najwyraźniej zaskoczyła G H-G i popatrzył na mnie ze zdziwieniem, jak na zielonego kota, a co najmniej jak na Filipa z konopi i mruknął, że nie wie. Jednak G H-G, czcigodny nestor emigracji politycznej i twórca legendarnego „Innego świata”, mniej mnie interesował niż to, czy będąc w po raz pierwszy w Rzymie w 1984 roku mogłem teoretycznie otrzeć się o Dino Grandiego. Ja tak mam. Nie ma to jak dociekliwość miłośnika historii i jej paradoksów. Każdego może wprowadzić w konfuzję.
Jeszcze o zagadkach i omyłkach
W poprzednich „kapsułkach” pisałem o dziwnych epizodach, ciekawych zbiegach okoliczności, jakie mi się przydarzały w różnych, w tym cmentarnych okolicznościach, m.in. o poszukiwaniu przedmiotów po francuskich rewolucjonistach Maracie i Couthonie, o poszukiwaniu grobu Aleksandra Gierymskiego, błędnie zarejestrowanym w biurze rzymskiej nekropolii, o zaskakującym z uwagi na kontekst, przypadkowym natknięciu się na grób francuskiego pisarza Raymonda Roussel. Jestem dość zakamieniałym ateistą i materialistą, ale nie ukrywam, że niektóre przydarzające mi się sytuacje wywoływały we mnie osobliwe uczucie dziwności, jakby COŚ niewidzialnego pojawiło mi się za plecami i jakby to COŚ inspirowało te sytuacje. Poprzestawałem jednak na skwitowaniu tego żartem, że to przejawy działania duchów zmarłych, którym poświęcam swoje zainteresowanie i to nie tylko ich życiem, ale także sferą śmierci oraz miejscem ich spoczynku. Inna sprawa, że Kościół katolicki bardzo nie lubi i tępi wszelkie zapędy spirytystyczne, wywoływanie duchów, wirujące talerzyki, wróżbiarstwo i tym podobne sprawy, więc z religią nie ma to nic wspólnego. Wspomnę o jeszcze dwóch takich, cokolwiek dziwnych zdarzeniach. Podczas jednego z licznych pobytów na cmentarzu Pére Lachaise natknąłem się na nagrobek Jean Lamberta Tallien, jednego z termidorian 1794 roku, tych którzy obalili Robespierre’a. Tallien zmarł w biedzie w 1820 roku, ale jego grób usytuowany jest w strefie grobów z przełomu XVIII i XIX wieku, które mają kształt klasycystyczny, monumentalny, pompierski, nawiązujący do antycznych świątyń. Tymczasem nagrobek Talliena sprawia wrażenie zaprojektowanego w latach 20-tych czy 30-tych XX wieku, a nawet później, jest bez ozdobników, ornamentów, ma minimalistyczną formę geometryczną dwóch prostokątów ustawionych wzajemnie w kształt litery L. Albo więc został postawiony wiele dziesięcioleci po śmierci Talliena, albo autor projektu z czasów Talliena miał prekursorską koncepcję plastyczną i radykalnie wykroczył poza estetykę swojej epoki. To tyle co do formy. Grób Talliena, mimo że wydał mi się nowy i w niezłym stanie, był mocno zaniedbany, pokryty mchem i pleśnią. Odczyściłem go, a podczas kolejnych pobytów na cmentarzu odwiedzałem go i w miarę potrzeby dokonywałem drobnych porządków. Jako miłośnik historii Wielkiej Rewolucji Francuskiej uznałem to za swoisty sposób zbliżenia się do niej. Bo w końcu można powiedzieć, że ktoś, kto zaopiekował się grobem jednej z jej sławnych postaci, zbliżył się, choćby na metr, do jej dziejów. Kilka lat wcześniej, w 1987 roku, podczas wakacji we Florencji, wybrałem się na położony za miastem cmentarz Trespiano, celem odwiedzenia grobu Stanisława Brzozowskiego, którego myśl zacząłem wtedy poznawać i byłem świeżo pod wrażeniem lektury „Legendy Młodej Polski”. Ponieważ nie wiedziałem, w którym miejscu cmentarza grób się znajduje, udałem się do niewielkiego budyneczku administracji. Urzędnik szybko odnalazł nazwisko w księdze rejestrowej, po czym wyjął niewielką kartkę i widziałem, jak wpisał w rubrykę nazwisko i imię (Stanislao) „lokatora” grobu, numer rzędu i kwatery, po czym zapytał mnie, w jakim charakterze odwiedzam grób. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, że jako turysta, zdążył zapytać – famiglia? To moje trwające ułamek sekundy zawahanie wzięło się z obawy, że jeśli zaprzeczę, iż należę do rodziny zmarłego, to urzędnik odmówi mi informacji. Obawa była zapewne nieuzasadniona, a nawet absurdalna, ale stało się, jak się stało – machinalnie skinąłem twierdząco głową i powiedziałem – „si”, a urzędnik odfajkował formalność, wpisując mnie jako „famiglię” nieboszczyka. Kartkę co prawda mi wręczył (zachowałem ją do dziś, czym mogę zaświadczyć, że nic nie bujam, tak jak nie bujam nawet na milimetr w żadnej z kapsułek), ale te same dane pomieścił w księdze rejestrowej. Tym sposobem zostałem w biurze cmentarnym Trespiano odnotowany jako „famiglia” czyli członek rodziny Stanisława Brzozowskiego. Niewykluczone, że jeśliby kiedyś jakiś badacz jego biografii i dzieła pojawił się na Trespiano i zajrzał do tej księgi, może mieć niejaką zagwozdkę typu – jakiż to członek rodziny Brzozowskiego odwiedził jego grób w 1987 roku? Co do mnie, to wiem tylko, że urodzona w 1903 roku córka Brzozowskiego zmarła bezpotomnie w Krakowie pod koniec lat sześćdziesiątych. W razie czego komunikuję, aby zaoszczędzić komuś ewentualnych, jałowych kwerend, że to byłem ja, turysta z Polski, a nie żadna rodzina wybitnego myśliciela. I jeszcze na sam koniec wątków grobowych. W Gujanie, wtedy francuskiej kolonii, przebywali, deportowani tam karnie w 1795 roku przez Dyrektoriat, jako terroryści, dwaj byli członkowie Komitetu Ocalenia Publicznego, termidorianie Billaud-Varenne i Collot d’Herbois. Collot zmarł w Gujanie (Alejo Carpentier opisał jego kres w „Eksplozji w katedrze” jako makabryczną – ciało zmarłego w pijanym widzie Collota miały pożreć dzikie świnie). Dostojny i pryncypialny Billaud, któremu Carpentier poświęcił w tej powieści szereg stronic, przeżył Collota i jak mówią źródła, zmarł w 1819 w Port-au-Prince na Haiti. Jednak raczej nie wybiorę się w te strony, bo jestem już za stary na kolejne grobowe qui pro quo i to na
krańcu świata.

Polska wśród „ochotników pokoju”…

Idea Narodów Zjednoczonych powstała w toku śmiertelnych zmagań z faszyzmem. Byłem wówczas żołnierzem na froncie… Karta Narodów Zjednoczonych dała początek uniwersalnej organizacji międzynarodowej, która z zachowania pokoju, z postępu, z zasady równości w różnorodności uczyniła swój kamień węgielny.
gen. Wojciech Jaruzelski

Tymi słowami, 35 lat temu, 27 września 1985 roku, gen. Wojciech Jaruzelski -wówczas premier rządu, rozpoczął swoje wystąpienie na 40 Sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (ONZ). Warto więc przypomnieć w kilku słowach jej historię.
Idea ONZ
Jej idea, myśl przewodnia wypływała z tzw. Czterech Wolności: słowa, wyznania, wolności od ubóstwa oraz wolności od strachu, które w styczniu 1941 r. prezydent USA Franklin Delano Roosevelt proklamował jako podstawowe cele Ameryki. Pół roku później, w sierpniu 1941 roku na okręcie wojennym w pobliżu Nowej Funlandii (na Atlantyku) Rooseveelt i Churchill podpisali dokument, w którym te „Wolności” stały się myślą przewodnią przyszłych stosunków międzynarodowych. Dokument nazwano Kartą Atlantycką (od miejsca podpisania). Politycy „przetłumaczyli” je jako prawa państw i narodów, jako podstawy stosunków międzynarodowych do: samostanowienia narodów; wyrzeczenia się użycia siły; potępienia zaborów terytorialnych; rozbrojenia i pokojowej współpracy. Powszechnie nazywane są zasadami Karty Narodów Zjednoczonych (KNZ).
Wstępna konferencja odbyła się w Waszyngtonie, w styczniu 1942 r. Uczestniczyło w niej 26 państw, w tym przedstawiciel Polski, którzy podpisali dokument nazwany Deklaracją Narodów Zjednoczonych. Stąd „Karta” i „Deklaracja” są założycielskimi dokumentami ONZ. Dokumenty te były podstawą, ale nie wykluczały dalszej, merytorycznej pracy nad ich wizją, możliwą do zastosowania w powojennym świecie. Opracowano m.in. preambułę, inaczej mówiąc „wstęp” do KNZ, zawierając ideę pokojowego współżycia.
Akcenty polskie
Konferencję założycielską ONZ zorganizowano w sali opery w San Francisco, gdzie 26 czerwca 1945 r. przyjęto „dopracowaną” Kartę. Składała się z preambuły (czyli wstępu) i 111 artykułów, ujętych w 19 rozdziałach (weszła w życie 24 października 1945 r.). Tu Państwa proszę o uwagę na akcenty polskie – 26 czerwca, wojna w Europie zakończona, jest kilka dni przed Poczdamem. Na koncercie uświetniającym otwarcie konferencji polski pianista Artur Rubinstein, grał muzykę Chopina, zakończył odegraniem Mazurka Dąbrowskiego. Na krześle dla przedstawiciela Polski leżała wiązanka biało- czerwonych kwiatów. Dlaczego nie był obecny? Rząd londyński był jeszcze uznawany przez kilka państw. W Polsce funkcjonował tzw. rząd lubelski utworzony przez PKWN, akceptowany przez ZSRR. Ten rząd nazywany Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej został oficjalnie uznany 28 czerwca, jednym z pierwszych państw była Francja i on w imieniu Polski jako 51 państwa założycielskiego ONZ podpisał tę Kartę, ale w październiku 1945 r. (wtedy na świecie było 77 państw, obecnie jest ponad 190). ONZ jest od zakończenia wojny jedyną organizacją międzynarodową, odpowiedzialną za światowy pokój. Rola i miejsce Polski w ONZ zasługuje na szerszy opis w stosownym czasie.
Istota wojny i pokoju.
„Nikt nie ma wyłączności na pragnienie pokoju. Są jednak narody, którym dramatyczna historia daje szczególne moralne prawo oraz nakłada niezbywalny obowiązek, aby przypominać, ostrzegać, wzywać do opamiętania. Naród nasz jest jednym z nich… Kraj nasz był zawsze w pierwszym szeregu ochotników pokoju”. W tym miejscu Generał poinformował zebranych, że zwrócił się do naszego społeczeństwa z prośbą o opinię, jakie problemy delegacja powinna podnieść na forum ONZ- kto z Państwa to pamięta? Wśród wielu listów, przypominających o naszych ofiarach poniesionych podczas II wojny światowej, był od kobiety, która napisała: „Niech pan powie wszystkim – wojna w swej istocie oznacza to, że syn jednej matki, zabija syna innej matki”. Wzmocnił ten akcent takim faktem- „Sam urzęduję w gmachu, w którego podziemiach hitlerowcy spalili zwłoki prawie trzech tysięcy rozstrzelanych mieszkańców naszej Stolicy”. Kopie listów i zestawienie zgłoszonych propozycji i podnoszonej w nich problematyki ekologicznej, nasza delegacja przekazała Sekretariatowi ONZ.
Zagrożenia pokoju, polskie inicjatywy
„Czterdzieści lat temu ludzkość wkroczyła w erę nuklearną. dziś staje w obliczu groźby przeniesienia wyścigu zbrojeń w Kosmos”- mówił Generał. Przypomniał. że „Polska kilkakrotnie proponowała na tym forum odwołanie się do wiedzy i sumienia uczonych”, przywołując trzy polskie inicjatywy: „na 17 Sesji w 1962 r. Zgromadzenie Ogólne (ZO) poleciło sporządzić raport o ekonomicznych i społecznych skutkach rozbrojenia. Na 21 Sesji w 1966 roku, Polska była inicjatorem raportu o skutkach użycia broni jądrowej, a na 23 Sesji w roku1968-raportu o skutkach użycia broni chemicznej i bakteriologicznej”. Obecnie, sugerował – „byłoby celowe …sporządzenie studium…o wielorakich następstwach militaryzacji przestrzeni kosmicznej”. Tu wspomniał o udziale polskich uczonych w badaniach Kosmosu dla „celów pokojowych i dobra człowieka, w ramach programu „Interkosmos”. Wskazał na potrzebę opracowania raportu o wielorakich następstwach militaryzacji przestrzeni kosmicznej i przyjęcia zasady swobodnego przepływu doświadczeń, licencji i technologii służących ochronie środowiska naturalnego.
Z uwagi na powagę naszych inicjatyw, wspomnę Państwu, że już na 1 Sesji ONZ w 1946 r. wnioskowaliśmy o wyeliminowanie broni atomowej i innych środków masowej zagłady oraz wykorzystania energii atomowej w celach pokojowych. A na 3 Sesji w 1948 r., zgłosiliśmy rezolucję dot. redukcji zbrojeń przez zmniejszenie o 1/3 w ciągu roku SZ, zakazu użycia broni jądrowej oraz powołania światowego organu kontrolnego. Natomiast na 7 Sesji w 1952 r., przedłożyliśmy rezolucję „O zapobieżeniu groźbie nowej wojny światowej, o utrwaleniu pokoju i przyjaznej współpracy między narodami”. Trwała nad nią burzliwa dyskusja na Sesji, w kuluarach i w wielu państwach, ale wtedy akceptacji członków ONZ nie uzyskała. Nawiązał do niej 8 lat później Władysław Gomułka, na 15 Sesji – 23 października 1960 r. Polska wystąpiła z ideą przeprowadzenia ogólnoświatowego plebiscytu w sprawie broni jądrowej i innych broni masowej zagłady oraz powszechnego i całkowitego rozbrojenia. Stosowna rezolucja dot. opracowania raportu o skutkach rozwoju zbrojeń jądrowych została opracowana przez organy ONZ i przyjęta 17 lutego 1962. Ponadto, Władysław Gomułka wystąpił z rezolucją w sprawie stworzenia warunków osiągnięcia porozumienia o powszechnym i całkowitym rozbrojeniu. Była to jego osobista inicjatywa. Zyskała ogólny aplauz, nie znalazła jednak potwierdzenia na piśmie, w postaci stanowiska ONZ. Nie oznaczało to daremności inicjatywy. Wywołana nią dyskusja międzynarodowa przyniosła pozytywny efekt 4 lata później. Minister Adam Rapacki, na 19 Sesji w 1964 r., złożył propozycję zwołania konferencji wszystkich państw Europy, ZSRR oraz USA i Kanady celem rozpatrzenia całokształtu zagadnień bezpieczeństwa. Staraniem Polski została sfinalizowana jako Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie-Helsinki 1975 (pisałem w tekście „Ożywić idee sprzed 45 lat”, 31 lipca- 2 sierpnia 2020).
Strefa bezatomowa
Generał przypomniał kolejną inicjatywę mówiąc- „Koncepcja stref bezatomowych, przekształcona już w rzeczywistość w rejonie Ameryki Łacińskiej, zamiar utworzenia strefy bezatomowej południowego Pacyfiku oraz projekty podobnych rozwiązań w innych regionach- oto przykłady, że istnieje pole do konstruktywnych poszukiwań i działań… każdego kraju, nie zależnie od jego ustroju czy przynależności do ugrupowań militarnych”. Można dziś zapytać- czy idea strefy bezatomowej w Europie to już tylko historia? Właśnie, że nie, jest wciąż aktualna, zważywszy na zamysł Niemiec, by usunąć ze swego terytorium składy i urządzenia służące do użycia broni jądrowej. Gdzie miałyby być przeniesione- kto z Państwa pamięta? Oczywiście, że do Polski! Wywołane taką wiadomością poruszenie, zostało szybko wyciszone. Sprawę tę na łamach Trybuny podniósł Redaktor Andrzej Ziemski, ja zaś przypomniałem Plan Rapackiego- na łamach 1-2 czerwca 2020. Pragnę tu wyraźnie podkreślić, że stanowczy sprzeciw wobec takich pomysłów niektórych piaskowych strategów, w żaden sposób nie godzi w nasze bezpieczeństwo. To także temat na osobną publikację w najbliższym czasie.
Nawiązując do Planu Rapackiego, Generał zadeklarował, że „Polska … gotowa będzie w stosownym momencie wystąpić z propozycjami odpowiadającymi pokojowym interesom narodów Europy”. Dziś wiemy, że była to zapowiedź planu znanego w świecie od 1987 r. z imienia Generała (napiszę szerzej, przy innej okazji). Jednocześnie podkreślił odpowiedzialność polityków za problemy bezpieczeństwa, wyrażając nadzieję, iż zapowiedziane spotkanie Ronalda Reagana i Michaiła Gorbaczowa „przyniesie szanse zahamowania wyścigu zbrojeń”, zwłaszcza na „wszelkie eksplozje nuklearne oraz projekty międzynarodowej współpracy w pokojowym zagospodarowaniu przestrzeni kosmicznej”. Dziś wiemy, że to spotkanie zapoczątkowało proces dyskusji o międzynarodowym odprężeniu na linii USA-ZSRR, a szczególnie o redukcji zbrojeń. Dwa lata później, te kraje 8 grudnia 1987 r. podpisały w Waszyngtonie układ o likwidacji rakiet jądrowych średniego i krótszego zasięgu. W depeszy gratulacyjnej do obu przywódców, Generał m.in. napisał- „Uczyniony został pierwszy doniosły krok za drodze wiodącej do świata wolnego od broni nuklearnej. Zawarcie układu potwierdza dobitnie, że obniżenie poziomu zbrojeń, przy zachowaniu równowagi bezpieczeństwa stron jest w pełni realne. Witamy również z nadzieją perspektywę nowych porozumień, zwłaszcza dotyczących zasadniczej redukcji strategicznych broni jądrowych obu mocarstw. W tych, pamiętnych dniach, przywódcom Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych towarzyszą serdeczne myśli i poparcie naszego narodu”.
Krzywda wyrządzona Polakom
„Narodowi polskiemu, każdej polskiej rodzinie wyrządzona została krzywda. Zerwane umowy, bezprawne restrykcje pogłębiły gospodarcze trudności, przyniosły nam ogromne szkody, równoważne ponad połowie ogólnej wysokości zadłużenia kraju”. Z dyplomatyczną elegancją nie wspomniał Generał jakie państwa ma na myśli, nie musiał wszyscy obecni wiedzieli, że USA, Wielką Brytanię i Francję w szczególności, a koszty tego bezprawia wobec Polaków sięgnęły 15 mld $. A tym krajom dobitnie powiedział, że „ostracyzm, któremu poddano Polskę w pewnych stolicach, to jedna z owych wielkich pomyłek, które przewijają się przez historię i kładą na jej kartach głębokim cieniem. Prawo do sądzenia uzurpują sobie zazwyczaj ci, którzy we własnym kraju chcieliby mieć spokój i porządek, a w Polsce liczą na anarchię i zamęt”. Wspomnę, że 3 lata później Margaret Thatcher w swoim domu i w wąskim gronie skierowała słowa-„Przyznaję, że Zachód nie zawsze trafnie odczytywał Pańskie intencje i wypowiedzi”. A 5 lat później Ronald Reagan w Belwederze, składając wyrazy uznania dla konsekwencji działań Generała, powiedział wprost -„Myliliśmy się w ocenie pańskiej osoby”. Prezydent Francji Francois Mitterand za… „obronę pokoju w Europie” 7 lat później odznaczył Generała Krzyżem Wielkim Orderu Legii Honorowej. Kto z naszych polityków i historyków chce pamiętać i przypominać tę – przecież nie wymuszoną prawdę- Polakom i uczyć młodzież?
Wiele delegacji państw, słuchających w zadumie, Generał zaskoczył stwierdzeniem- „Nie przyjechałem tu, aby upiększać nasze rozwiązania. Polskę współczesną zrozumieć mogą tylko ci, którzy zechcieli poznać rzetelnie jej historię, jej wyjątkowo złożone losy…Nie zabiegamy o pochwały. Nie zamierzamy obciążać nikogo odpowiedzialnością za nasze błędy. Nie ukrywamy trudności- ani przed własną, ani przed międzynarodową społecznością. Ale odrzucamy instrumentalne traktowanie Polski”.
Udział w misjach pokojowych
Mówiąc o porozumieniu i współpracy, o pokojowym rozwiązywaniu sporów i konfliktów, Generał przypomniał, że „wielokrotnie powierzano Polsce międzynarodowy mandat zaufania. Ponad 17 tysięcy Polaków lojalnie i skutecznie służyło Narodom Zjednoczonym w różnych pokojowych misjach. Również i w tej chwili żołnierze polscy pod flagą ONZ pełnią na Bliskim Wschodzie swą zaszczytną służbę”. Ta służba-w misjach pokojowych zasługuje na odrębny opis. Tu wspomnę tylko, że pierwszym zadaniem Polski, CSRS, Szwajcarii i Szwecji był nadzór nad przestrzeganiem rozejmu w Korei.
Polska grupa nadzorująca rozejm została utworzona na mocy uchwały Rządu PRL 12 września 1953 r. Stanowili ją oficerowie Wojska Polskiego oraz przedstawiciele Ministerstwa Spraw Zagranicznych (MSZ) i innych ministerstw. Na początku operacji (1953/1954 r.) pierwsza polska zmiana liczyła 391 osób personelu, w tym 171 oficerów. Łącznie personel reprezentujący Polskę w Komisji od roku 1953 do roku 2001 liczył 1 065 osób. Była to pierwsza misja powołana do przywrócenia pokoju, w której wzięli udział Polacy. Wybór ten świadczył o docenieniu przez państwa członkowskie ONZ wkładu Polski w walce o narodowe wyzwolenie podczas II wojny światowej uznaniu dla inicjatyw składanych od rozpoczęcia działalności ONZ. Z punktu widzenia prawa i stosunków międzynarodowych, to pierwszy przypadek na tak dużą skalę. Dotychczas żołnierz był postrzegany jako „wojownik”, walczący z bronią w ręku. Tu żołnierz ma walczyć, diametralnie inną bronią – powagą munduru, bezstronnością postępowania. Obiektywizmem ocen i opinii – ma budować zaufanie miejscowych władz i ludności. Korea w tym względzie okazała się wielkim międzynarodowym eksperymentem, który się powiódł. Żołnierz nie tylko umocnił swój autorytet, ale przede wszystkim dowiódł swej przydatności i wartości w swoistej „służbie dyplomacji”, służbie dla pokoju i spokoju.
Sprawa zadłużenia
Generał zwrócił uwagę, że„światowe zadłużenie wymaga wzmożonych działań ze strony ONZ. Zdaniem rządu polskiego, byłoby celowe, utworzenie pod egidą Sekretarza Generalnego ONZ, Międzynarodowego Centrum Badania Długu i Rozwoju. W jego pracach, obok wybitnych ekspertów, powinni uczestniczyć przedstawiciele bezpośrednio zainteresowanych państw”. Zaproponował, by „spotkanie organizacyjne Centrum mogło odbyć się w dawnej stolicy Polski, Krakowie”. Faktycznie, takie się odbyło i uzyskało uznanie zainteresowanych. Później, po 1989 r. rolę tę przejęło Davos w Szwajcarii. W innej formie, jako spotkania ekonomistów, od kilku lat odbywane są w Krynicy lub innych miastach.
Wychowanie dla pokoju.
Generał poinformował, że w ramach obchodów Międzynarodowego Roku Pokoju (1986), w Warszawie odbędzie się Kongres Intelektualistów w Obronie Pokojowej Przyszłości Świata, na który serdecznie zaprosił zainteresowanych. Pragnę zwrócić Państwa uwagę, iż Polska na forum ONZ była inicjatorem: koncepcji wychowania społeczeństw w duchu pokoju. Zgłosił ją Edward Gierek w 1974 r., została przyjęta; Deklaracji praw dziecka (1959); Konwencji praw dziecka (1990); Międzynarodowego Roku Rodziny (1994).
Co zweryfikował czas?
Patrząc na wystąpienie Generała z dystansu 35 lat, warto zastanowić się jakie zagadnienia podniesione na tej Sesji uległy dezaktualizacji, straciły rację bytu. Odpowiedź zapewne ucieszy wielu zdeklarowanych krytyków Generała. Oto mają dowód w takich ocenach. „Kto próbuje dziś poprawiać historię, kto podważa nierozdzielne postanowienia z Teheranu, Jałty i Poczdamu- ten zmierza do przekreślenia dorobku San Francisco, nadweręża tkankę międzynarodowego zaufania… Polska Rzeczpospolita Ludowa uważa niezmienność powojennego porządku europejskiego za fundamentalny warunek pokoju. Odnawianie roszczeń terytorialnych, odwoływanie się do definitywnie zamkniętych rozdziałów przeszłości- to droga donikąd. Droga bezcelowa, a przede wszystkim niebezpieczna”.
Proszę raz jeszcze o przeczytanie tych ocen, o zastanowienie się co uległo zmianie, jaki ma w nich udział Generał. Po pierwsze- nikt na świecie nie potrafił przewidzieć pokojowych zmian w skali światowej. Oczywiście, cała polityka Zachodu była nastawiona na osłabianie bloku wschodniego, na jego upadek. To było pragnienie i życzenie zarazem, realizowane na wielu płaszczyznach – politycznej, gospodarczej, militarnej, społecznej, religijnej, propagandowej, „walki w eterze”, jak wówczas mówiono. Po drugie- od 30 lat wiemy, że ten demontaż we wzajemnej rywalizacji następował z udziałem polityków ZSRR, głównie Michaiła Gorbaczowa i Georga Busha, prezydenta USA, który umiejętnie budował zaufanie władz radzieckich, dyplomatycznie wspieranych przez Papieża-Polaka. W Europie Środkowo-Wschodniej gen. Wojciech Jaruzelski, który potrafił drogą użycia siły i porozumienia doprowadzić do uspokojenia sytuacji i do zmiany ustroju. Ktoś może tu nie wytrzymać emocjonalnie i głośno żądać uznania dla „wiekopomnej roli” Solidarności. Niestety, ale wobec tego Związku jestem bardzo krytyczny. Wielu nie tylko z tym się nie zgodzi, ale i uzna za krzywdzące. Proszę sięgnąć do dwóch moich poprzednich tekstów- „Protokół” oraz „Czterdzieści lat minęło” i przywołanych tam publikacji. Jest tam odpowiedź – zamiast odpowiedzialności za ludzi, naród i państwo, do czego wzywali Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński i Papież, Solidarność uznała ówczesną władzę za wroga. Jeśli ktoś nie chce się z tym zgodzić – ma prawo! Tylko niech zważy na groźbę bratobójczej walki domowej i wojskowej pomocy sąsiadów. By niecierpliwych skłonić do namysłu, powiem im wprost – Solidarność uratował stan wojenny, a personalnie- Breżniew i Generał! Zachęcam do szukania argumentów na obalenie tej tezy i do głębokiej „burzy mózgów”. Napiszę niebawem.
Po trzecie-rozważna polityka Gorbaczowa i Generała doprowadziła do uznania status quo terytorialnego- nienaruszalności zachodniej granicy Polski i zjednoczenia Niemiec, przy czym pozbawiono ich prawnych podstaw to roszczeń terytorialnych. Dzięki temu mamy dobre z nimi stosunki sąsiedzkie. Ci politycy, z udziałem prezydenta USA i Francji doprowadzili do pewnej formy „traktatu pokojowego”, jaki Poczdam nie był w stanie (nie chciał) zawrzeć. Z tego tytułu rację bytu straciły ustalenia z Teheranu i Jałty. I co szczególnie ważne-nie został „przekreślony dorobek San Francisco”, czego obawiał się Generał. A odwrotnie- z wydatnym udziałem Generała jako Prezydenta Polski, członków i ekspertów rządu Tadeusza Mazowieckiego oraz światowych polityków udało się „poprawić historię”. Wszystko to dokonało się pokojową drogą, bez rozlewu krwi. A Okrągły Stół wciąż jest zachęcającym przykładem dla porozumienia w każdej sprawie, mimo trwałego zaślepienia niektórych krytyków.
Interesujące spotkania.
Wizyta Generała w ONZ, jednocześnie pozwoliła na kilka znaczących politycznie oraz intelektualnie spotkań. Na bieżąco informowała o nich prasa. Kilka razy pisał – w stosownej konwencji-Pan prof. Longin Pastusiak, także na łamach Trybuny i Przeglądu, któremu wyrażam serdeczne podziękowanie i uznanie.
Będąc w siedzibie ONZ, Generał spotkał się w naszym przedstawicielstwie z liczną grupą środowisk polonijnych. Jak pisze Profesor -„Wśród obecnych znajdowali się profesorowie wyższych uczelni, przemysłowcy, handlowcy, dziennikarze, prawnicy, reprezentanci zarówno starszego pokolenia jak i młodej generacji. Zwracając się do zebranych, wyraził im szczere zadowolenie z możliwości spotkania się z przedstawicielami Polonii Amerykańskiej i przekazał jej serdeczne pozdrowienia z Warszawy i z Polski. Stwierdził, że w najważniejszych dla Ojczyzny sprawach serca Polaków biją wspólnym rytmem, odczuwają jednakowo jej sukcesy i trudności. Przytoczył znane hasło Związku Polaków w Niemczech, że Polska jest Matką naszą – o Matce nie można mówić źle. Podziękował za wsparcie Polonii okazywane dla Ojczyzny. Przypomniał wkład Polonii w odbudowę Zamku Królewskiego, który jest symbolem polskiej państwowości. Mówiąc o obecnych problemach kraju, wskazywał na postęp i konsekwencję w ich rozwiązywaniu”. Z relacji w ówczesnej Trybunie Ludu wynika, że przedstawiciele Polonii zapewniali Generała o swoim serdecznym związku z Polską i pragnieniu działania dla dobra ich przodków, a także o tradycjach i perspektywach obustronnie pożytecznej współpracy między Polską a USA. Prywatne spotkanie Generała z kard. Johnem Królem miało znaczącą wymowę wśród naszej Polonii, pamiętającej patriotyczne spotkanie z Papieżem-Polakiem, w czasie wizyty w USA (1983).
Także serdeczność i szacunek był wyraźnie widoczny podczas spotkania z Dawidem Rockefellerem w siedzibie jego firmy. Wśród zaproszonych gości był prof. Zbigniew Brzeziński, który został mile zaskoczony informacją o rodzinnych dokumentach, jakie przywiózł Generał, a doradca Wiesław Górnicki przekazał je przez nasze przedstawicielstwo. Po latach, Profesor wspominał, że był zaskoczony ciepłym przyjęciem Generała przez superbogacza Rockefellera. „Powiedziałem generałowi- mówił, że jestem tym głęboko wzruszony, prawdziwie to doceniam i że przypomina mi to wcześniejsze spotkanie z premierem Beginem, który także przywiózł mi dokumenty dotyczące działalności mojego ojca w obronie Żydów w Polsce”.
Zbigniew Brzeziński, otrzymując 12.05.06 od „Gazety Wyborczej” tytuł „Człowieka Roku”, pytany o wykorzystanie przez Polskę obecnie „optymalnej sytuacji międzynarodowej” -odpowiedział: „Polska nie jest na Księżycu, ale między Odrą, Nysą i Bugiem. Polska jest, ale bez przesady, do pewnego stopnia, sojusznikiem Ameryki, ale nie jest jej sąsiadem”. Kto z Państwa zechce wskazać przykłady, że obecne władze pamiętają o płynących z tej myśli praktycznych wnioskach.
U niektórych z Państwa może pojawić się pytanie o spotkanie Generała z prezydentem USA. Doradca premiera Wiesław Górnicki tłumaczył dziennikarzom, że wizyta była składana w ONZ, a nie w USA, co wyjaśnia brak spotkań z politykami amerykańskimi Gdy 5 lat później Ronald Reagan prywatnie spotkał się w Belwederze z Generałem, na swój sposób wyraził żal, że nie było okazji do wcześniejszego spotkania. To także jeden z uroków „rozumienia okazji”.

Żołnierskie życiorysy milionów Polaków

W latach 1945-1989 służbę wojskową pełniło 11 milionów obywateli naszego kraju.

Służba wojskowa w latach 1945-1989 to także jedna z kart historii 100-lecia odzyskania niepodległości. W moich wspomnieniach o jednym z milionów byłych żołnierzy Wojska Polskiego, o zdarzeniach autentycznych, chcę wyrazić symboliczny hołd i uznanie za ich służbę i pracę dla ojczyzny, Polski.
Ale także przypomnieć, zwłaszcza młodzieży, młodym pokoleniom, jak dla ich poprzedników ważna była służba wojskowa, dla ich rozwoju i życia po wojsku. Co oni temu ludowemu wojsku zawdzięczają.
Służyli Moskalom
Dziś są oskarżani przez polityków obozu zjednoczonej prawicy, że nie Polsce służyli, a obcym, moskalom. Są to oceny wielce krzywdzące. Moje wspomnienia ukazują fakty realne. Wojsko, to zrodzone w czasie wojny z niemieckim okupantem, stworzyło warunki do awansu społecznego m.in. młodym Polakom z nizin społecznych. Służyli oni dwa i trzy lata, a wywodzili się z biedoty wiejskiej, małych miast. Wielu z nich, wstępując do wojska, było analfabetami, a kończyli służbę wykształceni, później uzyskiwali różne tytuły, w tym inżyniera rolnika, jak mój bohater. Ten Franek, o którym piszę, wywodził się z biednej rodziny rolnika, którego dom i zabudowania gospodarcze kryte były słomą. W 1949 roku, gdy był powołany do służby wojskowej, nie umiał czytać i pisać. Po latach wrócił do rodzinnej wsi i był właścicielem dochodowego gospodarstwa rolnego.
Oto moja mini, jednostkowa niejako egzemplifikacja jednego z milionów Polaków, którzy w latach 1945-1989 służyli w ludowym Wojsku Polskim, odbywając obowiązkową służbę. Myślę, że warto i należy w te nasze doniosłe 100-lecie przypomnieć tę jedną z kart naszej powojennej historii. Traktuję te moje wspomnienia jako swój skromny udział w dokumentowaniu ważnego okresu rozwoju cywilizacyjnego. Bo przecież wojsko nasze ma swój wkład, spełniało także poważną rolę w rozwoju gospodarczym naszego kraju, w likwidacji ogromnej przepaści, jaka dzieliła nas od państw zachodnich. We wspomnianych latach wojsko, jego liczne roczniki, nie tylko brało udział w odbudowie kraju, w jego rozwoju gospodarczym, lecz także stworzyło warunki kształcenia, a w tym także likwidacji negatywnego zjawiska społecznego, jakim był analfabetyzm. Został zlikwidowany właśnie w tej Polsce, tak dziś krytykowanej, a nie w II RP.
To, co napisałem niżej, jest rzeczywistą miniopowieścią, zarysem epopei o jednym z milionów życiorysów tych, którzy wojsku zawdzięczają, kim byli i jakimi byli obywatelami Polski po odbyciu zasadniczej służby żołnierskiej.
Miasto Sokołów Podlaski
Wieś na Podlasiu, tuż za nią rzeka Bug; w powiecie sokołowskim. Miasto Sokołów Podlaski, dziś to już nie to z czasów starszych generacji jego mieszkańców. I tu już utorowała sobie drogę cywilizacja europejska. Tylko nazwy ulic przypominają jego przeszłość. No, nie wszystkie, niektóre zmieniono, ale powstały nowe, gdzie były dawniej pola uprawne rolników. Na miejsce drewnianej zabudowy wkroczyła nowoczesna architektura. Trzeba było kilkadziesiąt lat ogromnej pracy kilku pokoleń, by ten region zmienił się, a życie jego mieszkańców było bogatsze i łatwiejsze. Stało się to za sprawą mieszkających tam ludzi. Opowieść o losach Franka Sitarskiego i jego rodziny jest jednostkową egzemplifikacją przemian, jakie wciąż się dokonują na obrzeżach Polski wschodniej. Wieś rodzinna głównej postaci była biedna jak setki innych na ścianie wschodniej. Niewielka. Kilkadziesiąt numerów wraz z tymi, które wybudowano w pobliżu wsi. Zabudowania drewniane. Kryte słomą lub papą, niektóre gontem. Nie było ani jednego domu murowanego z cegły lub innych materiałów budowlanych, bardziej trwałych od drewna. Siedziba Sitarskich, dom, stodoła i obora nie była okazała. O niewielkim metrażu.
Rodzina Franka z dziada i pradziada miała gospodarstwo rolne. Ziemi też było niewiele. Parę mórg. Ziemia słabej klasy. Praca w polu wypełniała jednak dni od świtu do zmierzchu. Ich budynki, przekazane przez dziadka ojcu Franka, były położone na skraju wsi. Za sobą mieli już tylko dwóch sąsiadów. Też klepali biedę, a szczególnie na przednówku. Były to jeszcze mniejsze gospodarstwa od Sitarskich.
Pomagali sobie, jak mogli. Wspierali się chlebem pieczonym we własnym piecu. Świętowali jednak szczególnie, gdy było świniobicie w dobrych czasach. Zabudowania skromne. Ale panował tam zawsze porządek. Zieleń, wokół domu kwiaty różnych kolorów. malwy, piwonie, georginie, azalie. Warzywnik w pobliżu stodoły. Wystarczyło warzyw na cały rok. To królestwo pani Michaliny Sitarskiej. Lubiła pracować przy kwiatach i warzywach. Była jeszcze w pełni sił. Nie wiedziała co to bóle krzyża. Ich zagroda była grodzona żerdziami pochodzącymi z przecinki lasu. Ojciec Franka wynajmował się do pracy z koniem w lasach państwowych. Ogrodzenie to zapłata za jego pracę. Dom i obejścia pochłaniały sporo czasu.
Franek miał jeszcze młodszą siostrę Teresę. Dotychczas jego życie było ograniczone do rodzinnej wsi. Wyjątki były. Czasami ojciec zabierał go ze sobą do miasta, kiedy odbywał się targ. Niezbyt często. Szkoda było tracić czas. Czekała praca w polu i obejściu domu. Pieklił się wówczas na ojca. Był zły. Ale co miał robić. Decyzje i słowa ojca były ostateczne. Wychowywany był karnie. Ojciec nie znosił sprzeciwu syna. Wiedział o tym.
Pracował w gospodarstwie bez wykazywania swojego niezadowolenia. Po co mu to, by oberwać od ojca, gdy go zdenerwuje. Wolał milczeć i pokornie robić to, co mu kazano. Jego rodzina żyła z tego co ziemia dała z siebie. Ale ona też wiele wymagała od nich. Szczególnych potrzeb nie mieli. Trochę jadła było. Książek zaś nie było. Po co? Kto miał je czytać? Franek nie nauczył się czytać. Ojciec i matka ledwo, ledwo.
Czasami do gminy przyjechało kino objazdowe. To dopiero była frajda. Ale też kłopot. Trzeba było pokonać parę kilometrów do gminnej świetlicy. Gazety? Jakie gazety? Nie czuli potrzeby ich czytania. Czasami jak pan Sitarski był na targu, to kupił taką, jaka była w kiosku. Sam czytał tylko tytuły artykułów pisane dużym drukiem. Franek przeglądał zdjęcia, a zwłaszcza dziewczyny w ubraniach roboczych przy różnych maszynach i prowadzące traktory na polach PGR. Już wówczas coś w nim kiełkowało. Dopadały go od czasu do czasu przygnębiające myśli. Jaka jest jego przyszłość na tej wsi, gdzie diabeł mówi dobranoc. Wieś ich nie była jeszcze objęta planem elektryfikacji. Nie było więc mowy o „kołchoźniku”, z którego można było wysłuchać muzyki i wiadomości z kraju i ze świata. To miało być dopiero za parę lat. Żyli pracą na gospodarce, uprawą ziemi.
Z tą gospodarką trudno było się uporać, Bywało, że brakowało nie tylko chleba, ale i paszy dla trzody chlewnej oraz drobiu. Żyli spokojnie, nie biadolili, że jest im ciężko. Po co te zwierzenia wobec obcych, co to da? – Nic. Tak uważał główny gospodarz, ojciec Franka. By kupić nowe ubranie czy buty, kiedy już nie było co reperować, musieli coś sprzedać ze zwierzaków hodowlanych. Oj, drapali się wtedy mocno po głowach. Gdy dzieci były małe, dodatkowy kłopot. Praca w polu, buraki, kartofle, żniwa. No cóż, trzeba było dzieci zabierać ze sobą i mieć na nich ciągłe baczenie.
Wezwanie z wojska
Druga połowa sierpnia 1949 roku. Tego dnia pani Sitarska nie pojechała na pole, jak to potocznie się mówiło. Miała trochę pracy w domu. Była bardzo zajęta. Nie zwracała uwagi, gdy drogą przed ich domem ktoś przechodził. Niewielu mieszkańców o tej porze było w domach. Większość z nich pracowała na gospodarstwach. Wyjrzała przez okno.
– Listonosz? – zdziwiła się, ale i zaniepokoiła. – Co to może być, jaka wiadomość – rozmyślała z lekką obawą. Nie pamiętała, kiedy był ostatnio. Listonosz wchodząc na podwórko, zapytał głośno – czy ktoś jest w domu?! Pani Michalina wyszła przed dom nieco zdenerwowana przyjazdem niespodziewanego przybysza.
– Dzień dobry, pani Sitarska. – A, to pan, co sprowadza do nas? – spytała.
– Jakie nowości pan przynosi? Oby dobre.
– No, nie najlepsze – odpowiedział grzebiąc w torbie i szukając koperty z pismem. – O, jest – podał jej kopertę.
– Co to może być? – zapytała. Listonosz po chwili z wyraźną niechęcią odpowiedział.
– Wydaje mi się, że wezwanie z wojska dla pani syna.
– O Jezu, tylko nie to! Kto nam będzie pomagał w gospodarce?
– E, poradzicie sobie – odpowiedział na jej lamenty, dodając po chwili – pani mąż i pani jesteście jeszcze młodzi.
– Panie, jacy my młodzi! – wykrzyknęła.
– Inni są starsi od was i też ich synów powołują. Wojsko dobrze mu zrobi, czegoś się tam nauczy – mówiąc te słowa wsiadł na rower i odjechał.
– Mądrala, niech sam idzie, a nie na rowerze listy rozwozi.
Listonosz tych słów chyba już nie słyszał. Wciąż stała w miejscu jak słup, nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie mogła stać. Siadła na ławce pod oknem domu.
– Co teraz będzie? Mój Franuś do wojska? – rozmyślała, nie otwierając koperty.
– A może to coś innego, nowy podatek czy inny czort? – wciąż nie miała odwagi zobaczyć, jakie pismo kryje koperta.
– A może to jakieś domiary? Ale za co, my tu nic takiego nie uprawiamy na tych naszych paru morgach? – pytała sama siebie.
– Ale wola boska – dodała i otworzyła kopertę.
Czytać umiała. Parę klas podstawówki ukończyła. Czytała powoli. Z pisma wyraźnie wynikało, że Franek w październiku ma stawić się do wojska w celu odbycia służby wojskowej.
– No, nawet niedaleko od nas – zauważyła – do jednostki w Wesołej koło Warszawy.
– Chociaż to – zaczęły ją, jak to matkę, nachodzić różne myśli. Jak jej Franuś sobie poradzi. On przecież nie nauczył się pisać i czytać. To nasza wina, moja i ojca, nie dopilnowaliśmy. W wiosce szkoły nie było, tylko w gminie. Nie było komu go prowadzić, stale praca w polu, a zimą brak odpowiedniej odzieży – sama siebie usprawiedliwiała. Myśli o losach syna nie dawały jej spokoju. Jak sobie poradzi. Dotychczas z wioski nigdzie nie wyjeżdżał. Zagubi się biedaczysko. Popadła w zły nastrój. Było jej smutno. Co powie staremu. Jak on przyjmie wiadomość o wezwaniu syna do wojska.
W chwilach zadumy Franek Sitarski rozmyślał, tkwiąc emocjonalnie w otaczającym go pejzażu. Czuł się tu dobrze, swojsko, zwłaszcza wiosną i latem. Wszak tu były jego rodzinne korzenie od pradziadka. Szumiące łany zbóż, łąki dotykające brzegu Bugu, przedstawiające sobą obrazy kwitnących do późnej jesieni różnokolorowych kwiatów polnych. Już w wieku dojrzałym, kiedy będzie zamożnym rolnikiem, bliskim znajomym będzie tłumaczył powody powrotu z miasta do rodzinnej wsi. Chyba miał to po matce. Czuł się dobrze w tej krainie nad Bugiem. Ale póki co, jego zainteresowania będą się nieco modyfikować w miarę upływu czasu, a nade wszystko z uwagi na zmiany społeczne kraju, jego rozwój cywilizacyjny. Główne jego myśli były jednak blisko uprawy ziemi, posiadania gospodarstwa rolnego. Gdyby to było możliwe, mieć jej więcej – rozmyślał.
Niewiele zostało po dziadku, który podzielił swoją ojcowiznę na troje potomków, dwóch synów i córkę. Tego, co jego ojciec posiadał już nie można było dzielić. Nie ma mowy o kolejnym podziale na dwa gospodarstwa. Przecież Tereska kiedyś wyjdzie za mąż, a on się ożeni. – No, zobaczymy, jak to nasze przyszłe życie się ułoży – westchnął. Już wiedział, mimo młodego wieku, i był o tym przekonany, że on i Tereska nie mogą razem gospodarzyć na tych poletkach po ojcu. Jedno z nich musi odejść, gdzieś się zakotwiczyć.
– Tylko gdzie, jak to zrobić? – zastanawiał się.
To pytanie będzie coraz częściej nawiedzać jego rozmyślania o przyszłości. Pięknie tu, ale ziemia nie najlepsza. Ale można sobie życie ułożyć. Tak, tylko trzeba tę ziemię jeszcze mieć. A jaki bogaty rolnik zgodzi się na ożenek z jego córką? Przecież on nic nie dostanie od rodziców. To, co oni mają, przejmie jego siostra. Miał już tego świadomość, że tak się stanie. Często takie właśnie myśli go nawiedzały.
Gdy wracali z ojcem z pola, jak to się potocznie mówiło wśród mieszkańców wsi, było już ciemno, szarówka. Utrudzeni po całodziennej pracy. Wjechali na podwórko. Koniem zajął się Franek. Lubił obsługiwać Karego. Napoił i nasypał jadła do żłobu. Sitarski wchodząc do mieszkania, zauważył, że jego żona ma jakiś inny wyraz twarzy. Był przyzwyczajony do bardziej pogodnego jej zachowania, gdy wracał po całodziennej nieobecności. Zazwyczaj uśmiechała się i miała pogodne spojrzenie. W tym dniu zachowanie żony było inne, chłodne i smutne. Nie wiedział jeszcze, co jest powodem widocznego jej zafrasowania, wręcz smutku.
Mężczyźni byli zadowoleni z podanego jadła. Zgłodniali. Zjedli z apetytem, a potem zapadła cisza. Żona Sitarskiego przy jedzeniu zawsze coś mówiła. Tym razem jakby ją zatkało. Mąż zauważył jej zapłakane oczy.
– Co z tobą, żono – zapytał, widząc jej smutny wyraz twarzy. Nie odpowiedziała od razu. Sięgnęła po kopertę, którą z rozmysłem położyła wysoko na szafce, nie chcąc, by dowiedzieli się przed kolacją.
– Niech się najedzą, to im dopiero powie o urzędowym piśmie – zadecydowała. – Masz, przeczytaj – podała mężowi kopertę – dawno nie czytałeś.
Powoli otwierał kopertę. Wyjął z niej tajemnicze pismo. Biegły w czytaniu nie był. Dawno ukończył trzy klasy. Był prawie wtórnym analfabetą. Wcale się z tym nie krył, ale chwalić się też nie było czym. Były różne przyczyny, że nie ukończył szkoły podstawowej. Trochę zawinił sam, ale rodzice jego też nie byli bez winy. Miał przejąć po rodzicach część gospodarki. I tak stało się zgodnie z wolą ojca. To on przysposabiał synów do pracy na roli. Długo się przyglądał powiadomieniu o powołaniu syna do wojska. Przekazał żonie pismo.
– Masz, ty lepiej czytasz – powiedział. Przeczytała głośno, by Franek też się dowiedział co i jak. Zapanowała cisza i smutek na twarzach rodziny. Wszyscy opierali się rękami o stół, przy którym przed chwilą zjedli kolację. Głowa rodziny Michał Sitarski miał ponury wyraz twarzy. Oczy jego skierowane były w dół. Wciąż milczał. Nie padło z jego ust ani jedno zdanie. Franek był zagłębiony w myślach. Coś trawił. Zastanawiał się, co ma powiedzieć rodzicom. Przecież to jego dotyczy ta cała sprawa, to on ma przywdziać mundur żołnierski na dwa, a może i trzy lata. Nie wiadomo jeszcze.
Pani Sitarska przerwała ciszę.
– Trzeba napisać odwołanie i wysłać gdzie trzeba, najlepiej do powiatu. Niech odroczą powołanie – powiedziała zdecydowanym głosem.
– A u lekarza załatwić, że ojciec chory i nie może pracować w polu, na gospodarce – dodała. Franek rozważał słowa matki. Ale nic nie mówił. Ojciec poruszył się i po chwili zawyrokował.
– Tak, trzeba pisać odwołanie, muszą Franka odroczyć. To chyba da się załatwić z lekarzem. No, będzie kosztowało świadectwo o moim stanie zdrowia, ale trochę grosza mamy – zakończył swoją decyzję. I w tym momencie Franek, ten cichy wiejski chłopak, niemal wybuchnął krzykiem.
– Nie! Nie będzie żadnego odwołania i świadectwa o chorobie ojca! Co powiedzą sąsiedzi, których powołają? Wiedzą, że ojciec jest zdrowy jak rydz. Nie ma sensu kłamać. Pójdę do wojska – powiedział zdecydowanie.
Potem wstał i wyszedł na podwórko. Siadł na ławce. Rozmyślał. Trochę się bał tego wojska. Tyle już się nasłuchał opowiadań od tych, którzy już odbyli służbę, o wybrykach kaprali i żołnierzy drugiego rocznika wobec młodszych o rok, pogardliwie nazywanych kotami, zmuszanych do różnych nieregulaminowych czynności na rzecz tzw. „rezerwy”.
– Będę musiał sobie jakoś poradzić. Zobaczymy. Oni przeżyli, to ja też dam sobie radę – rozmyślał.
– Może się nauczę jakiegoś zawodu. A gospodarka? Wielka mi gospodarka. Siostra Tereska dostanie ją jako posag. Może lepiej wyjdzie za mąż za kogoś ze wsi. Ja mogę pracować w mieście.
Rozmyślał też o Hance, córce bogatego rolnika, z którą często rozmawiał. Zdarzało się, że razem z Hanką pasał krowy, prowadził je do rzeki, by je napoić. Krowy piły wodę, odganiając ogonami atakujące owady, które im dokuczały, szukając na ich grzbietach pożywienia, a on brał do garści zimną wodę i kropił nią Hankę. Niby wtedy uciekała, ale tak naprawdę lubiła te igraszki Franka, bo zawsze były umiarkowane i delikatne. Na jego zaczepki reagowała najczęściej wybuchem śmiechu.
Wrócił do mieszkania w dobrym nastroju, ale i z postanowieniem, że nie będzie robić odwołania, a służbę wojskową odbędzie. Czuł się już lepiej. Rodzice to zauważyli.
– I co? – zapytał ojciec.
– A no nic, idę do woja – odpowiedział. Ojciec się zamyślił.
– Chyba masz rację Franuś. My z matką jakoś sobie poradzimy z tą naszą gospodarką – powiedział to zdecydowanie. I na tym stanęło. Nie było odwołania.
Tego wieczora leżał długo, zanim sen przyszedł. Ten wieczór był dla niego wielkim przeżyciem. Franek pojedzie do wojska za parę tygodni.
Zbliżał się dzień pożegnania. Pierwsze dni października 1949 roku. Pani Michalina czyniła odpowiednie przygotowania do wyjazdu syna. Dzień rozstania z rodziną. Smutek i łzy w oczach matki i młodszej siostry. Przyszły wojak prosił, by do WKR-u nikt z nim nie jechał.
– Tak będzie lepiej dla was i dla mnie. Pojadę autobusem do miejsca zbiórki – oznajmił. Tak się też stało. Zgodnie z jego wolą. Po przyjeździe do miejsca stawiennictwa sprawdzono tożsamość poborowych. Ustawiono ich w czwórki i udali się na dworzec kolejowy. Mieli zarezerwowane wagony drugiej klasy. Podróż trwała parę godzin. Poborowi zachowywali się względnie poprawnie. Zadbali o to opiekunowie w mundurach.


Dotychczas tak daleko jeszcze nie jeździł
Podczas podróży rozmyślał, jak tam ta jego służba będzie przebiegać. Męczyła go obawa, czy da sobie radę. Nie umie czytać i pisać. Litery zna, ale to za mało, by opanować niezbędną wiedzę w specjalności, do której go przydzielą. Kompania piechoty, strzelec. Taki otrzymał przydział. Przyjechali do pułku bez przygód. Wyciszeni, spokojni, ale i nieco wystraszeni. Była to pierwsza podróż Franka. Dotychczas tak daleko jeszcze nie jeździł.
Nic dziwnego, że jego oczy były rozbiegane, a wyraz twarzy zdradzał niepewność i zakłopotanie. Szybko ich umundurowano i przydzielono sale żołnierskie. Niestety, wieloosobowe. W jego sali było dwanaście łóżek.
I zaczęła się tzw. unitarka, czyli podstawowe szkolenie żołnierzy. Baczność! Padnij! Powstań! – powtarzano aż do znudzenia. I te nieustanne zbiórki oraz rozejścia. Było mu trudno się do tego wdrożyć. Nie przywykł do ciągłego dyrygowania nim. Ojciec czy matka raz powiedzieli i wystarczyło. A tu? Chociaż pobudki o szóstej rano specjalnie go nie irytowały. W domu, zwłaszcza w porze letniej, też musiał rano wstawać, bywało że nawet wcześniej. Tego wymagało gospodarstwo rolne. Męczył się bardzo, gdy musiał coś przeczytać. Z początku nie przyznawał się, że jest prawie analfabetą. Zdążył już się dowiedzieć, że takich jak on jest wielu w jego kompanii.
Wszystko się jednak wydało, gdy do kompanii przyszła młoda nauczycielka i przeprowadziła sprawdzian z wykształcenia ogólnego. Do tablicy kolejno wzywała żołnierzy. Kazała im napisać np.: Kochani rodzice, donoszę wam, że jestem zdrowy, czego i wam życzę. Ale były i inne treści tego dyktanda. W ich kompanii co trzeci żołnierz został zaliczony do dodatkowego szkolenia. Pozostali z trudem, ale czytali i pisali. Na podstawie tych sprawdzianów sporządzono imienny wykaz tych, którzy objęci zostali dokształcaniem na poziomie szkoły podstawowej. Podzielono ich na klasy i rozpoczęła się intensywna nauka pisania, czytania i rachunków. W rozkazie dziennym wyznaczono dni i godziny z poleceniem zwalniania żołnierzy na lekcje dokształcające.
Nauka Frankowi szła nieźle. Był zadowolony, że może się uczyć. Każdą sposobność wykorzystywał, by nadrabiać zaległości. Starał się. Pani polonistka i matematyk nawet kilka razy już go chwalili za postępy. Nikt nie musiał Franka zmuszać do odrobienia zadanych zadań domowych. Rozumiał już, że trudno jest żyć bez minimum wykształcenia, a szczególnie umiejętności czytania i pisania. Raz w tygodniu oglądali film, a napisy po polsku były na dole ekranu. Denerwował się, gdyż miał jeszcze spore kłopoty z czytaniem. Tekst szybko uciekał z ekranu.
Mijały pierwsze miesiące służby żołnierskiej i nauki. Jeszcze listu do rodziców nie napisał. Nie odważył się ze swoją umiejętnością pisania. Nauczyciele zachęcali do nauki. Pierwsze sprawdziany i klasówki. Starał się, by wypaść w nich jak najlepiej. Ale bywało różnie. Nie zrażał się, wielokrotnie czytał popełnione błędy. Przełożeni zachęcali, przekonywali o celowości szkolenia w zakresie podstawowym. Szczególnie oficer Stanisław Pogorzelski. – Czytanie i pisanie to okno na świat – przekonywał. – Nie nauczycie się czytać, to nie zdobędziecie żadnego zawodu – tłumaczył młodym żołnierzom. A Franek tak bardzo pragnął nauczyć się jakiegoś zawodu, by nie wegetować na tych paru morgach ziemi. Niech Tereska zabiera tę gospodarkę. Marzył o zawodzie kierowcy, chociażby traktorzysty.
– Nie musi to być od razu samochód – rozmyślał wielokrotnie nad swoją przyszłością.
Minęło parę miesięcy służby wojskowej i nauki. Pani nauczycielka Leokadia Sierocka pewnego dnia zapowiedziała klasówkę z polskiego, której tematem było napisanie listu do rodziców. Rozdała kartki papieru i powoli zaczęła dyktować treść listu zaczynającego się od słów: Kochani Rodzice, donoszę Wam, że czuję się dobrze, jestem zdrów, czego i wam z całego serca życzę. Mamy dużo zajęć, bo oprócz wojska chodzę do szkoły, uczę się pisać i czytać…
W czasie pisania tego swoistego dyktanda nauczycielka podpowiadała, jak napisać poprawnie trudne słowa. Podchodziła do każdego ucznia, żołnierza i dyktowała, a piszący sami nanosili poprawki wedle wskazań nauczycielki. Niby to klasówka, ale jakże inna od tych pisanych w szkole. Po zakończeniu pisania podała żołnierzom koperty i pomogła je zaadresować, by doszły pod właściwy adres. Zebrała je i przekazała na pocztę wojskową. Listy powędrowały do rodziców.
Nasz syn nauczył się czytać i pisać w wojsku
Pani Michalina, ojciec także, tęsknili za swoim Frankiem. Dotychczas jeszcze nie mogli razem wybrać się do niego. Zawsze coś stało na przeszkodzie. Parę tygodni temu odwiedził go ojciec. Jego relacje z pobytu u Franka poprawiły trochę przygasły nastrój, jaki zapanował w rodzinie z powodu nieobecności syna. A plotki, jak zwykle o wojsku, wylatywały wróblem, a wracały wołem. Bo przecież Franek nie pisał, jak mu się tam powodzi. Wiedzieli, dlaczego nie pisał. Rodzice często wypominali sobie, czyja jest większa wina, że ich Franuś nie nauczył się pisać. Nadeszła wiosna 1950 roku. I znów przyjechał do Sitarskich ten sam listonosz, który doręczał pismo o powołaniu ich syna do wojska. Nie wchodząc na podwórko, podał list ojcu Franka.
– A od kogo to? – Niech pan przeczyta, na odwrocie jest adres nadawcy, chyba od syna – poinformował.
– Jak to syna? – ale złapał się za język, bo nie chciał powiedzieć, że ich Franek jest niepiśmienny. Gdy pani Michalina otworzyła kopertę i zaczęła na głos czytać, własnym oczom nie dowierzała, że to syn pisał do nich. W jej oczach pojawiły się łzy radości.
– Franuś, nasz syn nauczył się czytać i pisać w wojsku. Jak to dobrze, będzie mu tam lepiej się teraz żyło – powiedziała, ale zaraz pomyślała: Oby tylko chciał wrócić na gospodarkę i ożenić się z dziewczyną ze wsi.
Na drugi dzień pani Michalina Sitarska obnosiła się z dumą wobec sąsiadów, że jej syn przysłał list przez niego napisany. Wojsko go nauczyło pisać i czytać. Już niemal wszyscy mieszkańcy wiedzieli o tym. Stało się to za sprawą rodziców Franka. Pierwszy w życiu list napisany przez ich syna. Radość zapanowała w całej rodzinie. A Franek, by wzmocnić wiarygodność powiadomienia o swoich umiejętnościach dopisał na zakończenie listu: jak przyjadę, to przeczytam wam wojskową gazetę, w której napisali, że się dobrze sprawuję i uczę w szkole naszej jednostki wojskowej. Ojciec był dumny z Franka. – A nie mówiłem, niech idzie do wojska, może się czegoś nauczy – przypisywał sobie zasługi powodzenia syna w wojsku.
Wkroczyła mechanizacja, nowoczesność sposobów uprawy ziemi, a nawet w pewnym stopniu specjalizacja upraw rolnych. On, Franek z małej wsi, mówiło się zapadłej, korzystając z obecności w jednostce przedstawicieli kilku firm państwowych, tuż przed zwolnieniem, zatrudnił się jako kierowca. Bo w drugim roku służby za dobre wyniki w nauce i szkoleniu wojskowym został skierowany na kurs kierowców, a potem woził żołnierzy na ćwiczenia.
Franek po zakończeniu służby zamieszkał w dużym mieście. Do rodzinnej wsi przyjeżdżał rzadko, ale urlopy spędzał u rodziców. Pomagał przy żniwach, a sąsiedzi mówili do Sitarskiej, że jej syn to już takie panisko, bo nie zwraca uwagi na wiejskie dziewczyny. Wówczas odpowiadała im: A co ma tu robić. Ziemi niewiele. Wojsko go wykształciło, to znalazł pracę i urządził się w mieście.
Kolejny przyjazd Franka Sitarskiego do rodzinnej wsi. Założył nowy garnitur, który kupił gdzieś okazyjnie. W 1953 roku nie było to takie proste. Wiadomo, wszystkiego brakowało. Czasy tuż po wojnie i wieloletniej okupacji niemieckiej, ale od czasu do czasu coś rzucili do sklepów, także odzieżowych. Idąc ulicą, a tylko jedna była w tej wsi, zachowywał się jak zawsze skromnie, pozdrawiając mijające go osoby. Zauważył, że niektórzy mieszkańcy znający go od dziecka nie rozpoznają go. Dopiero gdy na chwilę się zatrzymał i parę słów powiedział.
– O, Franuś, to ty, ja cię nie poznałam – odpowiedziała jedna z sąsiadek na jego ukłony. Rzeczywiście odróżniał się wśród zapracowanych mieszkańców wioski wyglądem, prezencją i pogodnym wyrazem twarzy. Wojsko wywarło na niego określony wpływ, a m.in. starał się chodzić w pozycji wyprostowanej. Ileż to razy dowódca drużyny i plutonu zwracali mu uwagę: Sitarski, wyprostujcie się. Praca w polu i na gospodarce nieco pochyliła jego sylwetkę.
I już był w domu rodzinnym.
– O Boże! – krzyknęła matka na widok syna. Była w tym czasie w warzywniku. Powitała go bardzo serdecznie. Jej pupilek przyjechał. Podziwiała jego wygląd.
– Wyrosłeś, jaki z ciebie już mężczyzna – cieszyła się, gdy Franek wręczył jej prezenty, coś z kobiecej garderoby. O ojcu i siostrze też pamiętał. Odpowiadał na jej pytania. Pozostałych członków rodziny nie było w domu. Byli w polu.
– Trochę wam pomogę.
– O, to ojciec się ucieszy.
– Mam dwa tygodnie urlopu.
– Jak to dobrze – odpowiedziała. Była to pora obiadowa.
– Gdybym wiedziała, że dzisiaj przyjedziesz, to bym zrobiła rosół z koguta, twoje ulubione jadło.
– Dziękuję, zjem to, co mama ugotowała. Tam, niby u siebie, w stołówce zakładowej nie jadam frykasów. Najczęściej kotlet mielony i zupa jarzynowa lub krupnik.
Nazajutrz wstali wczesnym rankiem. Zjedli śniadanie i pojechali na swoje gospodarstwo kosić trawę na paszę. Tereska została w domu z obowiązkiem karmienia trzody chlewnej. Dzień słoneczny sprzyjał koszeniu łąki. Chociaż lepiej się kosi trawę, gdy jest mokra, rano, po rosie. Pracowali na zmianę z ojcem. Franek umiał też robić właściwy użytek z kosy, tradycyjnego narzędzia rolników. Jeden z nich kosił, a drugi rozrzucał trawę, by szybciej i dobrze zamieniała się w siano nadające się do przechowania. Dzień minął szybko. Gdy wracali z pola, już się ściemniało.
Wojsko go dobrze przygotowało
Po urlopie wracał do zakładu. Stawił się punktualnie w nakazanym terminie. I znów wojaże i praca w warsztacie samochodowym. Lubił to, co robił. Technika samochodowa go interesowała. Wojsko go dobrze przygotowało do obsługi samochodów. Nie było mowy o odstawianiu fuszerki. Zadbał o to sierżant Bronisław Strygalski. Fajny chłop, nauczył Franka sporo. Wspominał go mile, mimo że często podnosił głos. Technika to jego słabość. Ale były wojak miał ambicje sięgające nieco wyżej od jego samochodu ciężarowego. Wiedział, by to się mogło stać realne, musi się jeszcze dużo uczyć, a on nie miał nawet matury. Trzeba podjąć próbę jej osiągnięcia – rozmyślał. Tak się też stało.
Postanowił, że będzie się uczył. Teraz popołudnia i wieczory miał zajęte. Dlatego było mniej spotkań z Olą. Uczył się w wieczorowym liceum dla dorosłych. Miał kłopoty z fizyką i matematyką. Zwrócił się z prośbą o pomoc do jednego z uczniów starszego wiekiem. Pomagał. Czasami dziękując mu drobnymi prezentami. Ola, oczywiście była niezadowolona, że nie ma dla niej czasu. Nie zamartwiał się z tego powodu. Chłopski uparciuch. Po pracy brał się za książki. Z determinacją je wertował. Dalej na urlopy jeździł do rodziców. Zabierał całą stertę podręczników. Tu już nie liczył na pomoc od nikogo.
W jego wiosce nie było jeszcze mieszkańca z maturą. Będą dopiero po latach, a nawet z wyższym wykształceniem, a w tym inżynierowie rolnictwa. Rodzice nie przeszkadzali. Niech Franuś się uczy, przed nim przyszłość. Były wiejski analfabeta, któremu wojsko podało rękę, stworzyło warunki do nauki i osobistego rozwoju, chciał być kimś, coś osiągnąć, co by się liczyło w jego środowisku. Po czterech latach nauki kończy maturę. Ma już średnie wykształcenie. Zauważono to w jego zakładzie. Otrzymał nagrodę od dyrektora huty. Stawiany jest za wzór robotnika, kierowcy, który się dokształca. Jego zdjęcie z opisem zamieszczono na tablicy wyróżniających się pracowników. Proponowano mu wstąpienie do PZPR, lecz odmówił. Powiedział sekretarzowi, że ideologia i polityka go nie interesują.
Gomułka wrócił
Zbliżały się lata tzw. odwilży politycznej, zrywania ze stalinizmem, którego ideologia niewiele miała wspólnego z demokracją. Przeżywał wydarzenia czerwcowe 1956 roku w Poznaniu. Kiedy Władysław Gomułka wrócił do polityki, Franek pierwszy raz w życiu wystąpił na zebraniu załogi, mówiąc z trybuny przez mikrofon. Był to wiec poparcia dla nowych władz. Powie później, że jak przemawiał, to miał wielką tremę, nogi drżały, nie panował nad nimi. Dopiero po paru zdaniach trochę się opanował. Gdy skończył, zerwała się burza oklasków. Był mile zaskoczony taką owacją. Syn rolnika z małej wioski mimo młodego wieku został zauważony przez środowisko robotnicze, bo mówił po ich myśli, rozsądnie. Ten fakt miał duże znaczenie w jego dalszym rozwoju. Uwierzył we własne siły, że może więcej. On, były analfabeta, jest słuchany przez setki ludzi. Był to dla niego bardzo istotny impuls do dalszego samodoskonalenia. Nie wiedział jeszcze, że jest dopiero na początku drogi do sukcesu. Przełamywał w sobie poczucie niewiary, że stać go na więcej.
Nasz bohater podjął studia w wyższej szkole rolniczej na wydziale mechanizacji rolnictwa. Było mu ciężko. Pracował i uczył się, by nie być ciężarem dla rodziców. Ale z uporem chłopskim zaliczał kolejne lata nauki.
Był już ważnym inżynierem
Gdy kończył studia, zbliżał się już do trzydziestki. Inni, także koledzy, w tym wieku już dawno się ożenili i założyli rodziny. Mieli dzieci. On nie. Może dlatego, że chciał coś osiągnąć. Zmienił pracę. Był już ważnym inżynierem w instytucji pracującej na rzecz rolnictwa, jego mechanizacji i unowocześniania sposobów upraw rolnych. Z Olą już dawno mu się nie układało. Rozluźnił z nią kontakty. A nieco później przestali się spotykać. Powiedziała mu, że jest dziwakiem, z którym trudno się dogadać. Nie wiedział do czego ona zmierzała. Po tej sprzeczce przestali się spotykać. Jeździł do rodziny na wieś. Spotykał się z Hanką. Jedynaczka, córka bogatego rolnika, nieźle gospodarującego, miała wielu zalotników. Ale myślała o Franku. Rodzice byli źli na nią.
– Zostaniesz starą panną, jak będziesz tak grymasić, żaden ci się nie podoba – strofowali córkę. A ona wyrosła już na pannę na sto dwa, jak to mówiono we wsi o Hance. Gospodarna, ale i garnęła się do książek. Pożyczała je z biblioteki gminnej, dziś na pewno zlikwidowanej, bo nie ma pieniędzy na upowszechnianie czytelnictwa. Hanka, czytając książki i czasopisma, jakby coś przeczuwała, że całe życie będzie z człowiekiem wykształconym i światłym o zainteresowaniach nie tylko technicznych, lecz także humanistycznych.
Praca Franka w instytucji państwowej, niby rolniczej, nie dawała mu satysfakcji i zadowolenia.
– Ta biurokracja. Komu to jest potrzebne? – często wypowiadał się krytycznie o ich instytucji. Jego stosunek do tego, co robił, nie mógł się podobać jego przełożonym. A on chciał czegoś innego. Marzyła mu się praca bezpośrednia w produkcji rolnej. Dość często przyjazdy do rodzinnej wsi nie pozostały bez wpływu na jego wybór charakteru pracy. Z Hanką coraz bardziej zbliżali się do siebie. Mieli wspólne zainteresowania. Podobała mu się. Była ładną dziewczyną, a w dodatku oczytaną. Konkurencja była duża. Wiedział, że o jej rękę zabiega kilku rolników. Ona jednak nie mogła się zdecydować. Myślała o jednym, o Franku.
Liczyła na to, że może się wreszcie zdecyduje. Imponował jej nie tylko jako mężczyzna, ale również podejściem do życia i pracy. Ojciec jej też miał słabość do Franka, mimo że wiedział, iż nie ma nic, bo ich gospodarstwo obejmie jego siostra. Ale ten dojrzały już chłopak wzbudzał w nim duże zaufanie. Widział w nim dobrą przyszłość dla swego gospodarstwa. Rolnik inżynier. Jeszcze tego nie było w historii całej gminy. Nic dziwnego, że myślał o przyszłości córki, jedynaczki, ale także o dobrym spadkobiercy, który dalej poprowadzi dobrze jego ojcowiznę, a nie tak, jak ci z końca wsi.
Stało się po jego myśli. Młodzi spacerowali w niedzielę po wyjściu z kościoła. Prowadzili dialog. Wracali drogą polną na przełaj do domów. Mocno ją ściskał za rękę. Będąc blisko przy niej, tulił ją delikatnie, oglądając się, czy ktoś nie idzie przez pola. Raptownie zatrzymał się. Stał przed nią. Bardzo blisko. Dotykali się. Wolno twarz skierował do ust Hanki, całując ją delikatnie, powoli. Później w szyję. Nic nie mówili. I odważył się.
– Haniu, nie wiem, jak mnie potraktują twoi rodzice, ale chcę się z tobą ożenić. A jak wiesz, ja nie mam nawet morgi ziemi – wydusił. Chwila przerwy, potem kolejne pocałunki i pytanie, czy chce zostać jego żoną. Spojrzał jej głęboko w oczy. Hanka westchnęła. Widział jej oczy, które żarzyły się ciepłym blaskiem. I w tym momencie już był pewny, że ona powie tak. Ale nie nalegał. Czekał. Jej usta i piersi poruszyły się i odpowiedziała głosem zdecydowanym.
– Tak. A następnie dodała, że jej rodzice są mu przychylni i zgodzą się na małżeństwo z nim. Ale nie powiedziała, że ojciec marzył o takim zięciu jak on. Powie mu, kiedy już będą małżeństwem. Po tych słowach stali dłuższy czas, obejmując się. Pocałunkom nie było końca. Gdy już się nasycili, ruszyli w dalszą drogę. Postanowili, że pójdą do jej rodziców i Franek poprosi o jej rękę.
Kiedy przyjechał kolejny raz do rodzinnej wsi, udali się z Hanką w niedzielę na dłuższy spacer wzdłuż ich rzeki. Tak ją nazywali, Bug, nasza rzeka. Z Sokołowa Podlaskiego, jak zwykle w każdą niedzielę, przyjechało sporo osób. Woda zachęcała do kąpieli, a była czysta jak w studniach wiejskich. Żyło w niej bogactwo różnych ryb. Oj, niejednego rolnika ratowały one przed głodem, kiedy na polach jeszcze wszystko dopiero kiełkowało. A w porze letniej to dopiero jest tam gwarno. Na wypoczynek ściągają tu liczne rodziny z miast i małych miejscowości, by baraszkować w czystej wodzie. Tak jest niemal w całym dorzeczu Narwi, łącznie z Bugiem.
Ale teraz, wiele lat po wojnie, pejzaż tego regionu ma już inny koloryt. Wybudowano tu różne siedliska, domy letniskowe, hotele i pensjonaty. Wcześniej, w latach młodości Hanki i Franka, organizowane były zbiorowe wyjazdy chętnych nad wodę. Kto miał samochód? Prawie nikt. Przewożono wycieczkowiczów samochodami ciężarowymi i nielicznymi jeszcze autobusami firm państwowych i prywatnych, m.in. Jacha, mieszkańca Sokołowa Podlaskiego.
Po latach Franek Sitarski przywoła Hance, już swojej żonie, słowa wypowiedziane na ich spacerze. I rzeczywiście, region ten stopniowo zmienia się, chociaż miejscami w konflikcie z przyrodą, z jej naturą i urodą, oczywiście właściwą sobie specyfiką regionalną. Warto chyba w tym miejscu wspomnieć, że nie tylko do medycyny odnosi się zasada „przede wszystkim nie szkodzić”. Te mądre słowa mają też odniesienie do otaczającej nas przyrody, jej krajobrazów.
Hanka z uwagą słuchała słów Franka, zgadzała się z nim, ale powiedziała, że czuje się jednak najlepiej w swoim domu i wśród życzliwych sąsiadów ich wioski. Podobała mu się jej wypowiedź. – No pewnie, w tym twoim ogrodzie kwiatowym nie można źle się czuć – powiedział, uśmiechając się do swojej wybranki.
– A czy wiesz, kiedy posadziłam te róże, które rosną i zdobią nasz dom od drogi? – spytała.
– Nie, nie wiem – odpowiedział Franek. Wzięła głębszy oddech i nieśmiało powiedziała: Posadziłam je wkrótce po tym, kiedy wręczyłeś mamie piękne kwiaty. Był to bukiet z siedmiu pięknych czerwonych róż. To wówczas postanowiłam, że ja również muszę mieć w ogródku te kwiaty. Franek słowa Hanki przyjął z nieukrywanym wzruszeniem.
Gospodarstwo się powiększało
Po ślubie z Hanką Franek na stałe przeniósł się na wieś. Był już gospodarzem pełną gębą. Teść widząc jego zapał i dobre pomysły, by racjonalnie uprawiać ziemię, dał mu dużo swobody w prowadzeniu gospodarstwa. Nie przeszkadzał, widząc dobre i nowoczesne pomysły swojego zięcia. A zięć był w swoim żywiole, inicjatywa i energia pchały go do sukcesów w plonach i hodowli, którą znacznie rozbudował. Żyli zgodnie. Gospodarstwo się powiększało.
Kupili już sporo ziemi od spadkobierców upadłych gospodarstw. Przybyło maszyn. Był już traktor. Myśleli o kombajnie do zbioru zasiewów. Nie musiał już Borkowski drałować za pługiem, bo Franek siedział na traktorze, orząc wspólnie z teściem ziemię. Chociaż teść już wielokrotnie mówił, jedząc posiłek w polu, że to wszystko jest młodych, tylko trzeba to formalnie załatwić.
– Ojcze, nie tak szybko, trzeba jeszcze trochę pogospodarzyć – odpowiadał Franek.
Te jego słowa w myślach przyjmował z zadowoleniem, bo czuł się potrzebny zięciowi i córce. Praca młodego rolnika paliła się w rękach i pochłaniała go bez reszty. Żyli zasobnie. Dużo sprzedawali zboża i żywca. Mleko odstawiali do mleczarni. Hanka urodziła już dwoje dzieci, córkę i syna. Babcia zajmowała się nimi. Jedna albo druga. Wnuki były kochane przez obie. Maszyny do upraw odciążyły ich ręce od pracy w polu. Dojenie krów też odbywało się przez elektryczne dojarki. Wieś już była zelektryfikowana.
Hanka, rozmawiając z mężem i słuchając planów rozwoju ich gospodarstwa, planów jego powiększenia, powiedziała, że czasami nachodzą ją takie różne myśli, że chce on być dziedzicem całej wsi, jej właścicielem.
– No i co w tym złego – wtrącił się jej ojciec do tej rozmowy. – Ziemia powinna dawać plony, a nie zarastać chwastami. Nie widzisz tego wokół nas? Przecież spadkobiercy chcą sprzedać kilka gospodarstw, które już od kilku lat są nie uprawiane, ziemia jałowieje. Naturą ziemi jest rodzić żywność, dawać plony.
A Sitarski rzeczywiście sporo już wykupił ziemi od młodych spadkobierców uprawiających różne zawody w miastach. – Ale z wykupem całej ich wsi to była gruba przesada, przecież mąż mojej siostry, Stanisław Grzelak, całkiem nieźle gospodarzy – dodał Franek.
– Jego gospodarstwo się rozwija, ma już kilka nowych maszyn rolniczych, planuje też kupno ciągnika.
– To prawda, nasze gospodarstwa rolnicze wciąż są rozdrobnione, małe, niedochodowe – powiedział teść Franka, popierając jego plany rozwojowe dotyczące gospodarstwa.
– Mamy nową, dużą oborę, zwiększymy trzodę chlewną i liczbę krów, będzie trzeba więcej paszy dla zwierząt. Można wziąć pożyczkę z banku na te dwa hektary, które graniczą z naszą ziemią i nie są uprawiane już od kilku lat. Spadkobiercy chcą je sprzedać.
– Popieram propozycję mojego teścia – odpowiedział Franek.
Gospodarstwo się wciąż powiększało o kolejne hektary ziemi. Bank udzielił kredytów. Byli wypłacalni. Było to gospodarstwo rolne liczące już kilkadziesiąt hektarów ziemi. Pan Stanisław Borkowski dumny chodził na spotkania rolników. – To wszystko, co mamy, to praca i starania mojego zięcia, Franka, nie moja, ja mu tylko trochę doradzam – często mówił, gdy go chwalono za dobre gospodarowanie. Frankowi dobijała już pięćdziesiątka.
Trudne, dramatyczne lata
Przyszły lata osiemdziesiąte. Trudne, wręcz dramatyczne. Oczywiście Sitarski interesował się tym, co dzieje się w kraju. Dramatyzm życia Polaków bardzo go uczuciowo dotykał. Nie był obojętny. Oglądał telewizję i czytał gazety, ale był na uboczu wielkiej polityki. Nawet podziały w ruchu ludowym specjalnie go nie zajmowały. Na wsi też było paru krzykaczy. Nie przyłączył się do nich. Robił swoje, a im też radził, by myśleli lepiej o swoich gospodarstwach, a mniej zajmowali się polityką. On produkował żywność i sprzedawał ją także firmom prywatnym. Ale najlepsze interesy były z firmami państwowymi.
Wszystko kupowano na pniu, zabierając nawet swoim transportem. Później za parę lat, kiedy już będzie starszy, to wszystko weźmie w łeb. Produkcja stanie się nieopłacalna. Będą nawet kłopoty ze zbytem produkcji rolnej. Z żalem patrzył na plantację czarnej porzeczki sąsiadów. Dawniej przyjeżdżali i kupowali wszystko po dobrych, opłacalnych cenach. Teraz nawet nie opłaca się zrywać, bo ceny są poniżej kosztów produkcji. On jednak sobie radzi. Zmienia od czasu do czasu rodzaj upraw i wychodzi na swoje. Nie dał się zdusić przez wolny rynek dostosowując się do nowych jego reguł.
Dziś po latach jedno zdarzenie chętnie wspomina. Do ich gminy przybyła wojskowa grupa operacyjna. Zajmowała się stopniem realizacji zadań przez administrację gminną, a zwłaszcza dotyczących spraw rolnych. Chodziło m.in. o mechanizację rolnictwa, działalność kółek rolniczych, zaopatrzenie w nawozy i środki ochrony roślin. Ppłk S. Pogorzelski wizytował wsie gminy. Przejeżdżał m.in. przez wieś, w której mieszkał Franek Sitarski. Jego gospodarstwo wyróżniało się szczególnie, zadbane, porządek i sporo maszyn pod wiatą. Towarzyszył mu przedstawiciel administracji gminnej. Jadąc, przypatrywał się zabudowaniom. Wzrok skierował na zabudowania rodziny Franka, w tym dużą oborę dla bydła i trzody chlewnej.
– O, to jakiś dobry gospodarz, nowoczesny rolnik, jaki tu porządek – powiedział. – Proponuję się zatrzymać, właściciel zabudowań, Sitarski jest na podwórku – oficer chętnie odniósł się do propozycji towarzyszącej mu osoby.
Oczywiście w tym momencie nazwisko Sitarski nic mu nie mówiło. Służył na wielu stanowiskach dowódczych, były setki, a może i tysiące jego podwładnych żołnierzy. Zatrzymali się przed domem. Wyszedł do nich mężczyzna w sile wieku. Jeszcze młody , ale dotykał go już szósty krzyżyk. Przywitali się. Oficer wypowiedział kilka pochlebnych słów o zabudowaniach, wyróżniających się na tle innych. Franek podziękował za słowa uznania. Ale zachował się trochę jakoś sztywno i na chwilę zamyślił się. Przyglądał się bacznie gościowi, przybyłemu oficerowi. Jednak rozpoznał go. Nie mylił się. To jego dowódca plutonu z wojska ppor. S. Pogorzelski. Wymienił jego nazwisko, oczekując potwierdzenia.
– Tak, to moje nazwisko. Pan mnie zna? – zapytał.
– O tak, o panu to ja nigdy nie zapomnę. – Pan inżynier Sitarski – przedstawił go urzędnik gminy, najlepszy rolnik w całej gminie.
– A skąd pan mnie zna?
– Można by długo o tym mówić. Ale powiem krótko: To pan opiekował się grupą żołnierzy analfabetów w jednostce w Wesołej w 1949 roku? To dzięki panu jestem kimś. Nie umiałem czytać i pisać. To pańskie słowa wywarły na mnie pozytywny wpływ.
Oficer był wyraźnie wzruszony słowami inżyniera Sitarskiego. Jakże miłe były one dla niego. Ale nie pozostał mu dłużny.
– To pańska praca nad sobą, ambicje bycia kimś w życiu spowodowały, że jest pan dziś rolnikiem z wyższym wykształceniem odnoszącym sukcesy. To, co było podczas służby wojskowej, to tylko początek tej długiej drogi do dzisiejszych osiągnięć. Wojsko otworzyło panu tylko okno na otaczający nas świat i rzeczywistość życia człowieka w tym świecie – oznajmił.
Zaprosił oficera i towarzyszącą mu osobę do mieszkania. Odbyła się mała biesiada przy stole. Serdecznie częstował gości tym. co było w dobrze zaopatrzonej lodówce. Był kieliszek wódki. Wspominali młode lata, bo przecież ppłk Pogorzelski był od niego starszy tylko o trzy lata. Było bardzo serdeczne pożegnanie. Zapraszał na kolejną wizytę prywatną. Oficer wsiadł do samochodu i trawił słowa Sitarskiego: No widzi pan, potrzeba było tak niewiele, by pomóc człowiekowi rozwinąć skrzydła do lotu po wiedzę, która pozwoliła dojść do czegoś.
Opowieść o Franku Sitarskim to tylko jednostkowy symboliczny przykład przemian, które dokonały się na polskiej wsi, tu, na wschodnich obrzeżach w latach Polski Ludowej.