Droga socjalistycznego realisty

Autobiograficzny wywiad Werblana przypomina raz jeszcze, jak ważne jest utrwalenie pamięci pokolenia, które Polskę Ludową budowało.

Dwa lata po ukazaniu się rewelacyjnego zapisu rozmów Roberta Walenciaka z Karolem Modzelewskim i Andrzejem Werblanem („Polska Ludowa” ISKRY 2017) to wielce zasłużone wydawnictwo obdarowało nas autobiograficznym wywiadem-rzeką przeprowadzonym przez tego samego rozmówcę z Andrzejem Werblanem („Polska Ludowa. Postsciptum”, ISKRY 2019). Po tym jak w 2013 roku ISKRY wydały autobiografię Karola Modzelewskiego („Zajeździmy kobyłę historii”, ISKRY 2013) otrzymaliśmy więc trzecią część tryptyku znakomicie przedstawiającego powikłane losy dwóch nurtów lewicy w powojennej Polsce. W czasach, gdy oficjalna propaganda i wysługujący się jej historycy spod znaku IPN prześcigają się w prymitywnym potępianiu całego dorobku Polski Ludowej, takie inicjatywy wydawnicze są szczególnie cenne.

Autobiograficzny wywiad Werblana przypomina raz jeszcze, jak ważne jest utrwalenie pamięci pokolenia, które Polskę Ludową budowało. Jego książka ukazała się niemal dokładnie na 95. urodziny autora – ostatniego żyjącego członka historycznego Komitetu Centralnego PZPR z października 1956 roku. Socjologowie od dawna podkreślają znaczenie tak zwanej „historii oralnej” odczytywanej nie tyle z dokumentów, co z relacji uczestników i świadków wydarzeń. Wiedza tego typu nie może zastąpić kwerendy archiwalnej, ale jest jej bardzo ważnym uzupełnieniem.

Bezcenne relacje

Jest tak z dwóch powodów – obu bardzo wyraźnie zarysowanych w książce Werblana. Po pierwsze: relacje uczestników dostarczają wiedzy o faktach, których śladu nie znajdziemy w archiwach. Werblan opowiada Walenciakowi o ważnych rozmowach, które nigdy nie znalazły odzwierciedlenia w dokumentach. W żadnym dokumencie nie ma na przykład śladu tego, że to reprymenda otrzymana bezpośrednio od Breżniewa w 1976 roku spowodowała, iż Edward Gierek porzucił myśl o ponownej podwyżce cen, zarzuconej w wyniku protestu robotniczego w czerwcu 1976 roku. Takich informacji jest w tej książce mnóstwo.

Drugim powodem, dla którego relacje osobiste są tak cenne, jest to, że pozwalają one uchwycić sposób myślenia autorów wydarzeń. Pod tym względem książka Werblana jest wprost bezcenna, gdyż bardzo uczciwie i wnikliwie przedstawia racje, dla których on i wielu ludzi bliskich mu ideowo zaangażowało się po stronie Polski Ludowej i nie zmieniło swego stanowiska mimo, że wichry historii wystawiały ich na ciężkie próby.

Zatrzymam się na tym aspekcie, gdyż wydaje mi się on w książce najważniejszy. Odpowiadając na pytanie Roberta Walenciaka autor tak podsumowuje swoją drogę życiową: „Mam poczucie – mówi – że służyłem dobrej sprawie. Polska Ludowa okazała się jedynym realnie możliwym dostosowaniem polskiego bytu państwowego do skutków największej z wojen. Wygrać jej nie mogła, mogła w niej zginąć lub zaadaptować do wyniku, w sumie korzystnego. …Historia naukowa jest z natury sprawiedliwa, zatem wcześniej czy później również w kwestii oceny PRL wszystko postawi na właściwe miejsce” (s. 380).

Zwycięstwo realistów

Jest to klucz do zrozumienia drogi życiowej nie tylko Andrzeja Werblana, lecz także bardzo wielu ludzi z jego i, jak w moim wypadku, nieco młodszego) pokolenia, których wybór polityczny nie dokonał się w wyniku olśnienia ideologicznego wizją komunistycznej Arkadii, lecz w konsekwencji trzeźwego namysłu nad sytuacją, w jakiej jako naród znaleźliśmy się po II wojnie światowej. Politolodzy i historycy od dawna wskazują na znaczenie, jakie w historii Polski (od czasu Wielkiej Wojny Północnej (1700-1721) odgrywał podział na „realistów” i „idealistów”, by przypomnieć ważną dla tej problematyki książkę Adama Bromke (1928-2008) wydaną jeszcze w emigracyjnym okresie jego twórczości (w 1967 roku). Pierwsi kierowali się trzeźwą kalkulacją sił i możliwości, drudzy wiarą, że „chcieć to móc”. Historia Polski tego okresu to historia powtarzających się klęsk, u podstaw których leżała przegrana realistów starciu z idealistami, których hasła lepiej trafiały do emocji Polaków, ale w konsekwencji prowadziły do kolejnych katastrof: od konfederacji barskiej i spowodowanego przez nią pierwszego rozbioru aż po powstanie warszawskie.
Werblan opowiada – barwnie i z wielką znajomością zagadnienia – losy pierwszego pokolenia polskich realistów, któremu udało się tak pokierować losami Polski, że z bardzo trudnej sytuacji powojennej doszła ona do pełnej suwerenności w dobrych i bezpiecznych granicach. Tego sukcesu nie byłoby bez pokolenia, którego bardzo ciekawym przedstawicielem jest autor tej autobiografii.

Polska, socjalizm, kompromisy

Urodzony w inteligenckiej rodzinie na przedwojennych „kresach wschodnich”, w Tarnopolu, w czasie wojny zesłaniec syberyjski, potem żołnierz wojska, które szło do Polski u boku Armii Czerwonej, po wojnie działacz socjalistyczny, a następnie – aż do 1982 roku – działacz PZPR, kierownik wydziału, potem sekretarz KC. a krótko (w 1980 roku) nawet członek Biura Politycznego jest Werblan przykładem człowieka, którego do zaangażowania socjalistycznego skłoniła przed wszystkim trzeźwa ocena sytuacji, w jakiej jako naród znaleźliśmy się po wojnie. Mówiąc o swojej drodze powołuje się parokrotnie na Juliana Hochfelda (1911-1966) i na jego książkę „My socjaliści”(1946) noszącą znamienny podtytuł „ze stanowiska socjalistycznego realizmu”. Był to mój mistrz uniwersytecki i człowiek, któremu najwięcej zawdzięczam, gdy idzie o uformowanie się moich poglądów politycznych, więc te fragmenty książki czytałem ze szczególnym wzruszeniem. Tu bowiem widzę związek miedzy własną drogą polityczną a wzorami stworzonymi przez socjalistów z pierwszych lat Polski Ludowej.

Socjaliści – tacy jak Józef Cyrankiewicz, Oskar Lange, Stanisław Szwalbe, Julian Hochfeld, Jan Strzelecki – nie idealizowali powojennej sytuacji, ale dążyli do tego, by w takich warunkach, jakie istniały, realizować polską rację stanu, a zarazem wcielać w życie socjalistyczne ideały – na tyle, ile to było możliwe. Wymagało to kompromisów, często bardzo bolesnych. Relacja Werblana jest bezcenna dla zrozumienia tej postawy. Pozwala także zrozumieć, dlaczego ci „socjalistyczni realiści” okazali się znacznie bardziej odporni na kryzysy sumienia niż dawniejsi komuniści, dla których nierzadko odrzucenie stalinizmu powodowało utratę politycznej wiary.

Barwna narracja, trzeźwa ocena

Werblan do generacji przedwojennych komunistów ma stosunek raczej chłodny, gdyż dostrzega ich fanatyzm i serwilizm w stosunku do stalinowskiego ZSRR. Jest tu jednak bardzo ważny wyjątek – Władysław Gomułka. Werblan był bliskim współpracownikiem Gomułki, jego konsekwentnym zwolennikiem. a potem biografem. Boleśnie świadom dokonującej się autodestrukcji tego wybitnego przywódcy i krytycznie oceniający jego politykę w latach 1967-70 pozostał jednak obrońcą najważniejszych elementów linii politycznej Gomułki: zwiększania polskiej autonomii w ramach bloku socjalistycznego i stosunkowo liberalnej polityki wewnętrznej. Drugim przywódcą, którego autor wysoko ocenia, jest Wojciech Jaruzelski. Werblan broni decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego, choć krytycznie ocenia późniejszą politykę PRL jako marnującą szansę stworzoną przez decyzję z 13 grudnia.

Książkę czyta się świetnie, gdyż barwna narracja połączona jest ze zdumiewającym wręcz bogactwem faktów. Werblan, o ile wiem, nie prowadzi dziennika, ale z przyzwyczajenia zawodowego historyka starannie gromadzi dokumenty, a przede wszystkim dysponuje imponującą pamięcią. Zaś Robert Walenciak potrafi mądrze pokierować rozmową tak, by z tego bogactwa wiedzy historycznej wydobyć jak najwięcej. Tak więc powstała książka, której nikt poważnie interesujący się dziejami Polski Ludowej nie będzie mógł pominąć.

PS. Ta bardzo starannie opracowana książka nie uchroniła się jednak przed drobnymi błędami. W indeksie nazwisk Mieczysław Moczar figuruje jako Kazimierz, a Helena Wolińska staje się „Wolicką”.

 

Konkurs na wspomnienia z okresu PRL

W 2019 roku mija 75. rocznica opublikowania podstawowego dokumentu historycznego zapowiadającego kierunki rozwoju państwa polskiego po II Wojnie Światowej.

Dokument, nazwany manifestem PKWN, opublikowany w lipcu 1944 roku jest do dnia dzisiejszego wyraźnym programem socjalistycznego rozwoju Polski przełomu XX wieku, a tym samym zapowiadającym spełnienie żywotnych interesów upośledzonych i odrzuconych warstw narodu i państwa polskiego, które szczególnie na przełomie wieku XIX i XX dążyły do likwidacji wyzysku, poprawy warunków życia, dostępu do oświaty i postępu naukowego i technicznego, do powstania państwa sprawiedliwości społecznej. O takie państwo walczyli obywatele naszej Ojczyzny w okresie II Rzeczypospolitej, a socjaliści wnieśli do tego rozwoju znaczący wkład.
Zrealizowały się, spełniły się marzenia pozytywistów i romantyków
Kościuszki i A. Mickiewicza,L. Waryńskiego i R. Luksemburg, B. Limanowskiego, M.Kasprzaka, S. Okrzei, I. Daszyńskiego i wielu, wielu bojowników. Powstała szansa na praktyczną realizację idei, postulatów, żądań, na spełnienie marzeń. Tę szansę nazwano Polska Rzeczpospolita Ludowa. Jak nigdy dotąd, po strasznej wojnie i okupacji, stanęli obywatele PRL do odbudowy państwowości i budowy nowej rzeczywistości. Pomimo uwarunkowanych sytuacją międzynarodową wypaczeń, przez prawie pół wieku robotniczo-chłopska władza dawała nadzieję na spokojne życie, możliwości pracy i nauki, odbudowy i tworzenia nowych, nieznanych dotąd form życia społecznego i politycznego. Na rozwój, wzrost liczby ludności i potencjału gospodarczego, doskonalenie każdej dziedziny życia obywateli.
Założenia manifestu PKWN zostały w znacznym stopniu zrealizowane. Jak potoczyły się losy PRL widzą wszyscy, a coraz mniej wiedzą o tym najmłodsi, urodzeni po solidarnościowej rewolucji. Chcemy by młode pokolenie Polaków miało szansę poznać prawdę, naszą prawdę. Prawdę każdego beneficjenta Polski Ludowej. Naturalną koleją rzeczy świadków tamtych czasów jest coraz mniej.
Dlatego, by czas nie zatarł pamięci, by pozostały wspomnienia, a „poprawiacze historii” nie wypaczyli jej do końca, Społeczny Komitet Obchodów 75 Rocznicy powstania Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ogłasza konkurs na „Pamiętniki 45-lecia”.
Celem Konkursu jest zebranie zapisów losów Polaków w okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej oraz wydanie ich w formie książki jako autentycznego świadectwa epoki.
Podmiotem realizującym Konkurs pod patronatem Przeglądu Socjalistycznego jest Kujawsko-Pomorska Rada Wojewódzka Polskiej Partii Socjalistycznej z siedzibą przy ul. Garbary 24/1, 85-229 Bydgoszcz, zwana dalej Organizatorem.
Prace konkursowe powinny mieć formę dziennika, pamiętnika lub wspomnień. Ich tematyka powinna dotyczyć okresu 1944-1989.
Przesłane na Konkurs dzienniki, pamiętniki lub wspomnienia, zwane dalej Pracami konkursowymi, muszą być dziełami indywidualnymi, nigdy niepublikowanymi w całości.
Prace konkursowe należy nadesłać do dnia 20 stycznia 2020 r. (decyduje data stempla pocztowego) na adres Organizatora z dopiskiem „Konkurs na wspomnienia”.
Zgłoszone prace mogą mieć formę rękopisu lub maszynopisu (tradycyjnego lub komputerowego). Do prac pisanych za pomocą komputera należy dołączyć elektroniczną wersję tekstu utrwaloną na CD/DVD/pamięci USB lub przesłać na adres e-mail: jerzy.k@onet.pl.

O Mirosławie Dzielskim

Działaczu opozycji w PRL,

dzisiaj zapomnianym, warto wiedzieć i pamiętać, bo w swoich poglądach i działaniach prezentował odmienną, acz realną drogę polskich przemian.
Na łamach lewicowych pism rzadko pojawiają się postacie opozycjonistów, o których wyrażane są pozytywne opinie. Jedną z niewielu był Karol Modzelewski, głównie za sprawą jego odważnej krytyki polskiej transformacji oraz skutków działań postsolidarnościowych rządów, ale również za otwartość prezentowanych poglądów idącą w parze z chłodną oceną historyka. Wielką estymą cieszył się Aleksander Małachowski, także Jan Strzelecki ze swoim PPS-owskim rodowodem, czasem ktoś z Klubu Krzywego Koła i Jacek Kuroń, który swe ideały zmieścić musiał w ministerialnej posadzie, połączonej z charytatywnymi akcjami.

Do tych postaci

Bronisław Łagowski dołączył ostatnio Mirosława Dzielskiego („Przegląd”, 4.11.2019) pisząc m. in. „Programem Dzielskiego było skierowanie zainteresowań opozycji na zagadnienia ekonomiczne, co dawało nadzieje na zepchnięcie nurtu rewolucyjnego [w „Solidarności” i politycznej opozycji – S.T.] na dalszy plan….Przewagę zdobyli ludzie o mentalności bolszewickiej, jak ich z małą przesadą określano, których celem było (i jest) karanie i poniżanie ludzi biorących udział w odbudowie Polski, w jej uprzemysłowieniu, w rozszerzeniu edukacji na całe społeczeństwo… Na ugrupowania „opozycji demokratycznej” patrzył pod tym kątem: które z nich będzie czysto polskim bolszewizmem, a które chce walczyć o prawo i wolność.” I jeszcze bardzo ważne: „Uważał on, że przeciwnik komunizmu może wchodzić w porozumienia z ludźmi aparatu władzy, ale zdradą jest czynienie ustępstw ideologii komunistycznej.”
Przywołuję słowa Profesora gdyż jako ówczesny redaktor naczelny partyjnej „Gazety Krakowskiej”, a więc ten z aparatu władzy, miałem okazję spotykać się z dr Dzielskim kilkukrotnie. Zbędne jest, z oczywistych powodów, potwierdzanie słów Łagowskiego, a to co poniżej stanowi jedynie ich dokumentację.
„Gazeta Krakowska” o problemach ekonomicznych i gospodarczych, tych w skali makro i mikro, dotykających często bardzo boleśnie każdego dnia i każdego jej czytelnika, pisała wiele i równie krytycznie. Jesienią 1987 toczyła się w Polsce, a więc i na łamach „GK” ożywiona dyskusja, spory i dywagacje na temat planowanego II etapu reformy gospodarczej. W ostatnich dniach października bądź pierwszych listopada spotkałem się w redakcji z Mirosławem Dzielskim, który zaproponował druk na naszych łamach opinii Krakowskiego Towarzystwa Przemysłowego na temat programu realizacyjnego II etapu reformy gospodarczej. Była to dla nas sytuacja niewątpliwie wyjątkowa, ze względu na inicjatywę spotkania i publikację głosu właśnie tego stowarzyszenia, bowiem tworzyła zaczyn do dalszych kontaktów i kolejnych, otwartych, ważnych tekstów. Wiedziałem, że Dzielskiego zaliczano do kręgów opozycyjnych ale byłem także przekonany, że sukces reformowania gospodarki nie może się udać bez jak najszerszego udziału, poparcia, a najlepiej współpracy wszystkich możliwych sił i środowisk w kraju. Wychodząc z takich właśnie przesłanek przyjąłem tekst obiecując, że po zapoznaniu się z nim dam odpowiedź. Nie byłem oczywiście jedynym w redakcji jego czytelnikiem, a w zgodnej ocenie kierownictwa gazety „Opinia KTP” niewątpliwie zasługiwała na druk.
Pojawiły się jednak problemy, na razie tylko o charakterze technicznym; tekst był bardzo obszerny i nie mieścił się żadną miarą w skromnym sześciokolumnowym środowym wydaniu, a w zamyśle autora powinien zostać opublikowany jak najszybciej. Zadzwoniłem do Dzielskiego i poprosiłem o skrócenie materiału, a w odpowiedzi usłyszałem: „To proszę, niech pan redaktor go przytnie”. Na to nie mogłem przystać obawiając się, w tym szczególnym przypadku, możliwych niezręczności, negatywnych opinii i przeróżnych komentarzy. Dokonał tego w redakcji współautor tekstu.

4 listopada pisaliśmy:

„Zamieszczane streszczenie (uzgodnione z Zarządem KTP) opinii towarzystwa traktujemy jako artykuł dyskusyjny i nie we wszystkim podzielamy opinie Autorów. Tekst publikujemy, gdyż w naszym przekonaniu podejmuje on wiele ważkich problemów i niewątpliwie przyczynia się do dalszej edukacji ekonomicznej nas wszystkich.”
Oto jego skromny fragment: „Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe z satysfakcją wita przedłożony przez rząd Program Realizacyjny Drugiego Etapu Reformy Gospodarczej. Program ten, podobnie jak przemówienie sejmowe premiera Messnera z dnia 12 października z 1987 roku, dowodzi, że władze polityczne zmierzają do osiągnięcia dalszego postępu w kierunku wprowadzenia w Polsce gospodarki rynkowej […] Na szczerość intencji władz wskazuje umożliwienie przez cenzurę otwartej, publicznej debaty gospodarczej na łamach prasy, w radiu i telewizji…”.
Publikacja nie wywołała uwag czujnej na ogół cenzury, żadnych zastrzeżeń nie zgłosił Wydział Propagandy KC PZPR, ale miejscowi obrońcy „świętego ognia” i owszem. Padły liczne pretensje o druk i krytyczne komentarze ze strony pionu ekonomicznego Komitetu Krakowskiego PZPR. Moją odpowiedzią była propozycja zamieszczenia tekstu polemicznego, ale nigdy go nie opublikowaliśmy, bo takowy nie powstał. Nie była to jedyna wypowiedź Mirosława Dzielskiego w „Gazecie”, a 27 listopada ukazał się w niej artykuł Zbyszka Satały i Edka Wąsika „Reforma to ostatnia szansa dla Polski”, którego tytuł, jak okazało się za niecałe dwa lata, należał do samospełniających się przepowiedni.

Później bieg historii przyspieszył,

kolejne spotkania stron rządowej i opozycyjnej, po nieudolnej i nieudanej próbie reformowania polskiej gospodarki, nie dotyczyły wspólnego rozwiązania tej kwestii, a udziału w politycznej władzy. Sytuacja oczywiście była w tym czasie już inna, co nie zmienia faktu, że zaprzepaszczona została przez obie zantagonizowane strony szansa na polsko-polskie porozumienie. Niemałą w tym zasługę, a może jeszcze większą, miały ugrupowania „opozycji demokratycznej” z czysto polskim bolszewizmem, czyli solidarnościowi fundamentaliści, którzy uznawali, że żaden układ z ówczesną władzą jest dla nich nie do przyjęcia.
Dramatyczny apel autorów z ówczesnej „Gazety Krakowskiej” o reformie gospodarczej jako o ostatniej szansie dla Polski wydaje się dziś tylko propagandowym zawołaniem. Przecież jest nadal Polska, i to w wielu sferach lepsza od tej poprzedniej, która musiała odejść wyczerpawszy swoje rozwojowe możliwości w zakreślonych ideologicznie granicach i byt polityczny w nowym układzie sił na świecie. Ale także tracąc szansę na wzrost w kontekście globalnego postępu technologicznego oraz legitymizację wobec obywateli stanem spraw materialnych i publicznych. Ten proces był nieunikniony ale jego przebieg i koszty mogłyby być inne, a więc i nasza współczesność odmienna.
Rzecz dotyczyła bowiem (i nadal jest aktualna) elementarnej dla każdego narodu zasady, jak uważał Dzielski „prawa i wolności”, co w konsekwencji oznacza demokrację z jej naturalnym poszukiwaniem w miarę bezkonfliktowych społecznie rozwiązań, niosących w sobie nie walkę a szacunek dla innych, ku dobru wspólnemu. I te nauki filozofa, działacza opozycji demokratycznej z czasów PRL są aktualne nadal w naszej dzisiejszej rzeczywistości.
Z Dzielskim, po raz ostatni widziałem się 7 sierpnia 1988 roku w Domu Polonii w Krakowie podczas poufnego spotkania Józefa Czyrka z grupą krakowskich opozycjonistów.

W styczniu 1989 roku

Mirosław Dzielski wyjechał na stypendium do Stanów Zjednoczonych, z powodu choroby pozostał tam na leczeniu. Zmarł 15 października 1989 roku w Bethesda. Dziś w Krakowie upamiętniają Go dwie tablice, jest też ulica jego imienia ale, jak pisał Bronisław Łagowski, „pozostawił wielu przyjaciół, ale niewielu kontynuatorów swojego sposobu myślenia.”

 

To jest nie do opisania

– Najważniejsze polskie filmy mówią o pragnieniu wolności – z reżyserem JANUSZEM ZAORSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Kiedy zaczęła się Pana przygoda reżyserska?

Kiedyś mówiło się „mały debiut” i „duży debiut”. „Mały” debiut czyli film półgodzinny dawał dobre wyobrażenie o zdolnościach debiutanta. Film godzinny można było łatwiej wypełnić watą, muzyczką, jazdą samochodem itp. Moim opiekunem na ostatnich latach studiów był Janusz Morgenstern i kiedy kręcił serial „Kolumbowie” zapytał, czy ktoś się zgłasza do współpracy. Zgłosiliśmy się ja i Andrzej Titkow, który jednak poszedł do „Krajobrazu po bitwie” Wajdy jako II reżyser, skąd go szybko wyrzucono, bo zatrudnił Michnika jako statystę i SB się o tym dowiedziała. Miałem poczucie współtworzenia „Kolumbów”, bo otrzymywaliśmy zadanie, żeby każdy przygotowywał tydzień zdjęć, łącznie z rekwizytami itd. Dzięki temu nie byłem popychadłem od przynoszenia krzeseł. Tak się złożyło, że na mój tydzień do realizacji przypadła choroba Morgensterna i ja, student szkoły filmowej zostałem na ten okres regularnym reżyserem. Było to trudne, bo musiałem pracować niejako „pod Morgensterna”, pod jego styl. I muszę powiedzieć, że mnie później pochwalił, czyli zostałem pasowany na reżysera. Faktycznie zatem jako reżyser zadebiutowałem w „Kolumbach”.

A formalnie?

W „Uciec jak najbliżej”. Scenariusz, dla zespołu ”Tor” napisaliśmy wspólnie z moim bratem Andrzejem, znanym aktorem i – tez aktorem -Włodzimierzem Pressem. Z taką propozycją zwrócił się do mnie Tadeusz Konwicki, wiceszef nowo powstałego, po marcu 1968 roku, zespołu filmowego „Kraj”. Szefem był Andrzej Walatek, wcześniej wiceszef Radiokomitetu. Spadł z tego stanowiska w przenośni i dosłownie po tym, jak pijany spadł pod nogi Breżniewa podczas rautu z okazji rewolucji październikowej. Wtedy wpadła mi w ręce nowela Zygmunta Lecha o młodym szarpiącym się człowieku. Moimi asystentami byli Marek Koterski i Janusz Dymek. Pracowaliśmy nad tym filmem wspólnie z Edwardem Kłosińskim. Był pewien problem, bo aktor do głównej roli, Jerzy Góralczyk, w którym Edward Żebrowski i Antoni Krauze zobaczyli wtedy następcę Zbyszka Cybulskiego, poznał we Wrocławiu dziewczynę, zakochał się z wzajemnością i w trakcie zdjęć mało się pracą interesował, a czasie ich trwania wzięli ślub. Spowodowało to, że nie dało się z nim pracować szerzej, poza bezpośrednią pracą na planie. Surowe zdjęcia spodobały się Tadeuszowi Konwickiemu i Stanisławowi Lenartowiczowi. W związku z tymi legendarnymi postaciami przypomina mi się kilka zdarzeń anegdotycznych. Poszedłem z nimi i z Walatkiem do klubu Stronnictwa Demokratycznego we Wrocławiu, gdzie były tanie i dobre obiady , ale trzeba było mieć kartę wejściową. Gdy za pierwszym razem zapytali mnie w progu i czy jestem członkiem SD. „Nie, ale jestem sympatykiem” – powiedziałem i od tej pory jadałem tam obiady, a ponadto co rusz przyprowadzałem tam kolejnych sympatyków stronnictwa. Przy obiedzie z wódką Walatek się rozrzewnił i zaczął wspominać wjazd do Wrocławia w 1945 roku, że ruiny, że zgliszcza. Na co Konwicki: „Nie pierdol Andrzej, i tak wiemy, że zostałeś tu wniesiony na ruskich bagnetach”.

Trudno było Panu dojść do tego debiutu?

Stanisław Różewicz, Stanisław Lenartowicz, Janusz Morgenstern i Tadeusz Konwicki, to ludzie, którym zawdzięczam możliwość debiutu. Oczywiście nie wiem, jak by to wyglądało, gdyby mój ojciec nie był wiceministrem kultury i sztuki i szefem kinematografii do marca 1968 roku. Po tych wydarzeniach dostał kopa w dupę za tzw. filosemityzm i na jego miejsce przyszedł Czesław Wiśniewski. Jednak w momencie, gdy robiłem swoje pierwsze filmy, mój ojciec już nie zawiadywał kinematografią. Pierwszym filmem, który ojciec kolaudował, był „Popiół i diament” i pamiętam, że w dwudziestolecie tej kolaudacji, w roku 1978, Andrzej Wajda zaprosił go na przyjęcie z tej okazji, na które przyszli też aktorzy „Popiołu”, a także autor wspaniałych zdjęć Jerzy Wójcik. Świadczy to, moim zdaniem, o tym, jakiej miary gospodarzem kinematografii był mój ojciec, skoro po tylu latach chciano się do niego przyznawać. Ojciec bronił filmu, podczas gdy Ford i reszta zobaczyła w Wajdzie groźnego konkurenta. Pojawił się młody, utalentowany człowiek? Uziemić. Chcieli film bardzo ciąć, ale ojciec nie pozwolił. Ford namawiał Wajdę, żeby nie kręcił swoich najlepszych scen. Szczęśliwie w czasie kolaudacji filmu Ford gdzieś wyjechał, co ułatwiło obronę filmu. Na marginesie powiem, że poza Kawalerowiczem i początkowo Czesławem Petelskim, którego „Baza ludzi umarłych” i „Ogniomistrz Kaleń” naprawdę były świetne, tak się składało, że reszta twórców partyjnych była niezdolna. Potem niestety Petelski robił jakieś nadęte, patetyczne, barokowe filmy, te „Kazimierzem Wielkie”, „Koperniki”. Tym „Kazimierzem Wielkim” Petelski składał hołd Gierkowi. Dawali też robić filmy Waśkowskiemu i innym, którzy byli bierni, mierni, ale wierni.

W tym czasie ważną figurą w kinematografii był Janusz Wilhelmi. Co Pan sądzi o tej postaci?

Chciał zlikwidować kinematografię i zrobić z niej dział telewizji. Doprowadził do tego, że Zbigniew Sołuba, naczelny „Ekspresu Wieczornego” został szefem kinematografii w randze generalnego dyrektora. Po raz pierwszy odpowiedzialny za kinematografię nie był wiceministrem. Odczuliśmy to jako degradację branży i przesunięcie nas w okolice Koła Gospodyń Wiejskich. I dlatego w Gdańsku, na zjeździe w NOT doszło wtedy do nieprawdopodobnego zjednoczenia naszego widowiska. Ramię w ramię szli Poręba z Wajdą, Petelski z Kieślowskim, Kijowski z Waśkowskim. Partyjni z bezpartyjnymi. Wszyscy się przeciw niemu zjednoczyli, bo zrozumieli, że to jest demiurg zła, który traktuje środowisko jak wasali, spośród których najbardziej posłusznym będzie dawał worki z pieniędzmi na realizację filmów, a reszcie, jak się nie ukorzy, zrobi kuku. Wtedy nawet ówczesne skrępowane media napisały przeciw Wilhelmiemu. Pobiegł więc z tym do Jerzego Łukaszewicza, ważnej figury w partii, choć się nie lubili. Łukaszewicz był dość prymitywnym człowiekiem z Woli wyniesionym do władzy przez aparat, a Wilhelmi, zgodnie z tytułem jego książki „Mój gust wiktoriański” szczycił się, słusznie zresztą inteligencją i nie byle jaką, choć jako urzędnik walił na odlew. Te jego subtelności, cienie, półtony, ćwierćtony były zasłoną dymną. Poza tym po „Człowieku z marmuru” , „Barwach ochronnych”, „Wodzireju” , „Pokoju z widokiem na morze” wielu decydentów było skłonnych przejść na jego pozycję, bo zorientowali się, że filmowcy za bardzo zaczynają podskakiwać. Te filmy nie głaskały bowiem ustroju, tylko stawiały diagnozę, że tu się już prawie nie da żyć i tylko wejść na ostatnie piętro i rzucić się w dół albo dawać łapówki. No i kombinować na wszystkie strony, żeby do czegoś dojść, jak bohater „Wodzireja” Falka. I oto jak grom z jasnego nieba przyszła wiadomość, że Wilhelmi zginął w katastrofie lotniczej. Różnie o tym mówiono, że to były manewry NATO, czy manewry bułgarskie, że jakaś rakieta trafiła przypadkowo w samolot. Podobno, bo mnie tam nie było, twórcy zeszli się do SPATiF-u i zrobili stypę z radości i pili na umór. Było to dość upiorne.

W tym czasie zrobił Pan kolejny film, „Pokój z widokiem na morze”…

Ten film powstał tylko dlatego, że cenzura nakazała mi, żeby akcja nie działa się Warszawie. Pierwszy tytuł brzmiał bowiem: „Widok z ostatniego piętra Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina w Warszawie”. Kolaudacja przebiegła bardzo źle, dano mi trzecią kategorię. Przypomnę, że to film o tym, jak młody człowiek stoi na gzymsie i szereg osób próbuje go odwieść od samobójczego skoku, przy czym jedna z nich, grana przez Piotra Fronczewskiego, chce ściągnąć go na siłę, a druga, uosabiana przez Gustawa Holoubka, to zwolennik negocjacji. Ten film pokazano we wrześniu 1980 w Stoczni Gdańskiej, jako dowód na to, że antycypowałem negocjacje i zwycięstwo opcji pokojowego rozwiązania konfliktu. Słusznie mówiła mi moja babcia: „Januszku, rób filmy a krytycy dorobią ci do nich ideologię”. Wszakże, rzeczywiście najważniejsze polskie filmy mówią o pragnieniu wolności. Nomen omen, tę epokę kończy w 1990 roku „Ucieczka z kina „Wolność” Wojtka Marczewskiego.

Potem był „Awans”…

Przy tej okazji zaprzyjaźniłem się z Edkiem Redlińskim, autorem pierwowzoru literackiego. Mieliśmy nawet pomysł zrobienia czegoś w rodzaju „Awansu” po latach. Jego książka „Transformejszen” jest przeróbką scenariusza, który dla mnie napisał, ale przyznam, że nie byłem z niego zadowolony. Myślę, że „Awans” stał się w pewnym sensie proroczy, gdy mówił o cepeliadzie, o tym, że gramy role zamiast być naturalni i że chętnie odcinamy kupony od historii. Brzmi to bardzo aktualnie. Mam tylko do siebie pretensje, że robiąc ten film za bardzo się spiąłem i myślę, że gdybym zrobił go parę lat później, to wyszło by bardziej lekko, bardziej komediowo.

W 1987, niespodziewanie, pojawiła się na ekranach „Matka Królów”, film zrealizowany w latach 1981-1982 i odstawiony na półki…

To miał być kiedyś mój debiut na wysokie „C”, w 1971 roku. Przyszedłem z tym pomysłem do Tadeusza Konwickiego, który go pochwalił. Od początku wiedziałem, że ma to być ostatni film polskiej szkoły filmowej, czarno-biały, szerokie obiektywy, duża głębia ostrości. Był to sam początek czasów Gierka, ale nie miałem większych złudzeń, bo dowiedziałem się od ojca, że Gierek to facet, który kulturę ma w „dużym poważaniu”. Za jego rządów w Katowicach nawet „Tanga” Mrożka nie można było grać. Gierek uważał, że górnik potrzebuje halby piwa i lekkiego kina. Wprawdzie początkowo na to czy owo pozwalali, ale ta gierkowska odwilż przetrwała pół roku. Mój pomysł więc odrzucono, ale scenariusz jednak powstał. Spotkałem się z autorem literackiego pierwowzoru, Kazimierzem Brandysem, który powiedział mi, żebym sam go napisał. Po wielu latach, w latach 90. przyznał mi się, że nie wierzył, żeby taki film mógł kiedykolwiek powstać. Powiedział mi, że widział w moich oczach taki entuzjazm, że nie chciał ze mną pisać, by mnie nie dołować. Scenariusz ten składałem kilkakrotnie, także sympatycznemu skądinąd Eugeniuszowi Mielcarkowi, ale wszyscy go odrzucali. Liczyłem po prostu, że może przypadkiem zdarzy się cud. Udało się dopiero za pierwszej „Solidarności”, ale wtedy okazało się, że w zespole „X” nie ma pieniędzy, a ja bałem się, że ten karnawał może długo nie potrwać i mogę nie zdążyć. Wtedy powstał jednak zespół Wojciecha Hasa „Rondo” i on dołożył „X”-owi połowę pieniędzy. Kręciłem ten film głównie w stanie wojennym. Nie widziałem jaką scenę będę kręcił danego dnia, bo telefony nie działały, a przecież aktorzy dojeżdżali z całej Polski: Bista z Gdańska, Trela z Krakowa, Zapasiewicz i Magda Teresa Wójcik z Warszawy, a kręciłem w Łodzi. Kręciłem więc w zależności od tego, kto przyjechał, bo byłem do tego filmu dobrze przygotowany. Wszystko było przemyślane do czwartego planu włącznie. Była wtedy godzina milicyjna i nie można było wyjść z hotelu, więc nocami robiłem próby. Poza tym przez pewien czas był zakaz robienia zdjęć na ulicach i zgromadzeń, więc nie mogłem kręcić cen pochodów. To wydłużyło czas kręcenia z lutego do czerwca 1982. Mieliśmy kłopot ze sceną, w której Niemiec wyciąga broń, a tu przecież stan wojenny. Jakoś w końcu tę broń wydobyliśmy. Pamiętam też, że konsultowałem się u starych komunistów, którzy siedzieli przed wojną w więzieniu. Opowiadali mi o tym, jak im obiady przynoszono z restauracji i mogli korzystać z bogatej biblioteki. Losy i książki Brandysa i tego filmu, to frapująca ilustracja powikłanych losów Polski. Stanisław Stefański, wiceminister kultury, dogmatyk, chciał mi wyciąć ważną scenę w „Matce”. Odmówiłem. Powiedziałem mu, że znam losy filmu „Miasto nieujarzmione” czyli „Robinsona warszawskiego” i nie chcę ich powtórzyć. Podziękowałem, ukłoniłem się i wyszedłem. W 1993 pokazałem ten film w Moskwie, w stolicy „imperium zła” i w taki symboliczny zamknął się pewien okres historii. W 1987 roku natomiast, kiedy film zszedł z półek, koledzy do mnie zadzwonili z informacją, że tłumy walą do kin, a koniki sprzedają bilety. Byłem świadkiem, jak ludzie wychodząc z kina zaśpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”, więc się poryczałem. Nic piękniejszego nie mogło mnie spotkać.

Fakt, że był Pan synem szefa kinematografii wywoływał najpierw komentarze, że był Pan „bananowym opozycjonistą”, a po latach uwagi, że odcina Pan kupony od niegdysiejszego uprzywilejowania…

Tak się złożyło, że prawie każdy mój kolejny film wywoływał opory u władz. Trochę niezamierzenie stałem się opozycjonistą w świecie polskiego kina tamtych lat. Po prostu uważałem, że mam prawo mówić to, co mówiłem w moich filmach. A przecież mój ojciec był wiceministrem kultury i sztuki, miałem dostęp do różnych dóbr, do sklepów za żółtymi firankami, jeździłem do domów wypoczynkowych, gdzie spotykałem tzw. bananową młodzież. Myślę, że miałem prawo kontestować, tym bardziej, że mi się dobrze powodziło i nie robiłem tego z frustracji materialne. Widziałem bowiem naocznie, jakie to było iluzoryczne i niesprawiedliwe. W tym podobno bezklasowym społeczeństwie były potworne podziały kastowe i klasowe. Kiedy przyszedł stan wojenny i miałem na półkach „Dziecinne pytania” i „Matkę Królów”, zgłosiłem się ze scenariuszem „Jeziora Bodeńskiego” wg Stanisława Dygata. Wtedy usłyszałem: „No co pan! Akcja dzieje się w obozie dla internowanych, już my wiemy co pan wykombinuje”. Wtedy szef kinematografii, Jerzy Bajdor powiedział mi: „Panie Januszu, po tym jak ma pan zaszarganą opinię u władz, pan nie może teraz wyjść z „Jeziorem Bodeńskim”. Jak będzie afera, to pan się całkiem utopi. Musi pan zrobić lżejszy film, bez polityki”. I wtedy zrobiłem film „Baryton”, choć tam trochę polityki też jest, aczkolwiek nie polskiej. Tłem był czas dojścia Hitlera do władzy, echa faszyzmu włoskiego, kwestie silnej władzy. Nota bene Bajdora uważam za jednego z inteligentniejszych kierowników kinematografii, który tyle ile mógł dobrego zrobić, to zrobił, podczas gdy niektórzy inni, choć też mogli, to nie zrobili.

Jest Pan autorem bardzo dowcipnej i barwnej książki wspomnieniowo-anegdotycznej, która jako wywiad Stanisława Zawiślińskiego z Panem, ukazała się pod tytułem „Jaja, serce, łeb”. Jest Pan kopalnią wiedzy o środowisku filmowym i podał ją Pan momentami w stylu niemal „opowieści łotrzykowskiej”…

Cóż, jestem w tym środowisku od dziesięcioleci, a mam dar obserwacji i dobrą pamięć. Miałem potrzebę z humorem opisać mój światek filmowy. Dowcipnie, ostro, podśmiewując się z innych, ale i z siebie. Oczywiście to, co znalazło się w książce, to tylko niewielka dawka z magazynu mojej pamięci, z tego co byłoby się do opisania. A to jest nie do opisania.
Dziękuję za rozmowę.

Janusz Zaorski – ur. 19 IX 1947 w Warszawie, reżyser, scenarzysta i producent filmowy. Były szef instytucji medialnych. Zrealizował m.in. „Uciec jak najbliżej” (1971), „Kaprysy Łazarza” (1972), „Palec boży” (1972) – o dojrzewaniu młodego człowieka, „Awans” (1975) – satyrę na pęd oświecania i cywilizowania wsi, „Partitę na instrument drewniany” (1975) – wojenny dramat wyboru, „Pokój z widokiem na morze” (1977) – dramat psychologiczny, „Dziecinne pytania” (1981), „Jezioro Bodeńskie” (1985), dramat postaw polskich na obczyźnie, „Matkę Królów” (1982/prem. 1987) – rozrachunkowy dramat polityczny, „Baryton” – o roli artysty na stylowym tle epoki lat 20. (1985), „Piłkarski poker” – komediodramat społeczny o degeneracji świata sportu (1988), „Szczęśliwego Nowego Jorku” (1997) – emigracji polskiej w USA, „Syberiadę polską” (2011) – epos o polskich losach na Wschodzie, a także serial „Panny i wdowy” (1991). Autor osnutych wokół światka filmowego, dowcipnej książki wspomnieniowej „Jaja, serce, łeb” (2014), które ukazały się w formie wywiadu Stanisława Zawiślińskiego.

Jan Paweł II a „czerwona zaraza”

Naród polski żywi stałą wdzięczność dla tych, którzy wówczas byli rzecznikami jego niepodległego bytu na Zachodzie i na Wschodzie.
Papież Jan Paweł II, Belweder
Na drodze pielgrzymowania Waszej Świątobliwości znajdują się jak wieczne memento, niezliczone żołnierskie mogiły. Wiele z nich kryje również prochy – mówiąc słowami poety – „przyjaciół Moskali”. Tysiące ich, setki tysięcy oddało swe młode życie, niosąc nam ocalenie.
gen. Wojciech Jaruzelski, Belweder

Cytowane słowa pochodzą z oficjalnych przemówień powitalnych w Belwederze, 17 czerwca 1983 r. Pytam Państwa Czytelników o skalę błędu, gdy pod pojęciem „rzecznika…na Wschodzie”, Papież mógł mieć na uwadze rząd radziecki, który 29 sierpnia 1918 r. anulował traktaty o rozbiorach Polski, zawarte przez Rosję carską z Prusami i Austrią. Oznaczało to wyrzeczenie się przez nią wszelkich praw do obszaru Polski (pisałem w tekście „17 Września”), u nas „zapomniano” podczas obchodów 100-lecia odzyskania Niepodległości, że to Stalin w Poczdamie stanowczo optował za przyznaniem Polsce Ziem Zachodnich, gdy Harry Truman, jeszcze niezbyt „biegły” w niuansach polityczno-militarnych Europy, na wniosek Stalina –tak! – zaprosił polską delegację do Poczdamu (na czele z Bolesławem Bierutem liczyła 11 osób wśród nich Władysław Gomułka, marsz. Michał Rola-Żymierski). Winston Churchill zaś przestrzegał, by „nie napychać polskiej gęsi, bo padnie z niestrawności”. To właśnie nasi zachodni sojusznicy nie mogli się zdecydować czy Szczecin ma był polski, czy wolnym miastem. To Stalin na wniosek rządu Edwarda Osóbki-Morawskiego zdecydował o przebiegu części naszej zachodniej granicy „bezpośrednio na zachód od Świnoujścia i Szczecina”, który został przekazany Polsce w czerwcu 1945 r. (pisałem kilka razy).
Czy pod słowami Papieża o „stałej wdzięczności” nie kryje się hołd „przyjaciołom Moskalom”, znanego ze szkolnych lat wadowickiego liceum, a przed chwilą wspomnianego przez Generała? A czy nie można rozumieć Związku Patriotów Polskich (ZPP), z inicjatywy którego zaczęto tworzyć 1 Dywizję im. T. Kościuszki i kolejne jednostki składające się na 1 i 2 AWP (co by złego nie mówić o „służalczości” ZPP, w czym lubują się piaskowi historycy), gdzie posługę duszpasterską pełnili kapelanie? Proszę przypomnieć sobie zdjęcie z przysięgi 1 DP w dniu 15 lipca 1943 r. i zwrócić uwagę na ks. Franciszka Kubsza na trybunie. Nie tylko do tego zdjęcia ale i Dziekanatu Generalnego WP, który początkowo tworzyło 38 kapelanów „ze Wschodu” oględnie odnoszą się biskupi i księża: „Blisko 30 proc duszpasterzy legitymowało się służbą w WP przed 1939 rokiem, byli kapelanami rezerwy lub weteranami z 1920 r.(wśród nich ks. płk Stanisław Warchałowski, Dziekan Generalny WP, 1945-1947). Dowodzi to, że przeszłość taka nie stanowiła przeszkody w przyjęciu do szeregów Wojska Polskiego walczącego u boku Armii Czerwonej” – czytam w książce Dziekanat Generalny WP, Wyd. AON 2006. Nikogo na szczęście – „nauka” krakowskiej homilii jeszcze nie zdążyła zarazić, by sięgnąć poziomu idiotyzmu i domyślać się, czy ci kapelani też nieśli „czerwoną zarazę”.
Początki z „czerwoną zarazą”
Do chwili konsekrowania 25 września 1958 r. na biskupa w Bazylice Wawelskiej, ks. Karol Wojtyła miał – u wiadomych służb – sporą listę „wykroczeń”, polegających na głoszeniu kazań i organizowaniu konferencji środowiskowych, np. dla lekarzy i prawników dot. aborcji, co władze uznawały jako „nielegalne”. Ich kontynuacja – już jako sufragana archidiecezji – była „źle” widziana. W proteście-memoriale, wysłanym do władz centralnych odnośnie likwidacji placówek zakonnych oraz upaństwowienia przedszkoli „Caritas”, zarzucał władzom łamanie praworządności. Informował o tym rodziców i młodzież w orędziu odczytanym z ambon 2 września 1962 r. Wojewódzki Wydział ds. Wyznań skierował do Metropolity ostrzeżenie, gdzie żądał położenia kresu takim praktykom. Jedna z okresowych opinii zawierała ocenę: „Ogólnie oceniając postawę i działalność ks. bp. Wojtyły, stwierdzamy, że jest negatywnie ustosunkowany zarówno do władz, jak i ustroju PRL oraz postawą swą reprezentuje zdecydowanie księdza rzymskiego”. Zauważono, że „Wśród miejscowego duchowieństwa ks. bp Wojtyła oceniany jest jako człowiek niezwykle dobrego serca, który nigdy nic nie ma, gdyż zupełnie nie zabiega o względy materialne, a wszystko rozdaje biednym”.
Postawa i rozległa działalność duszpasterska – od 1963 r. już Metropolity – nie stała na przeszkodzie w osobistych kontaktach z władzami, np. sekretarzem KW PZPR w Krakowie (Lucjan Motyka, późniejszy Minister Kultury), w kilku spotkaniach z Zenonem Kliszko na szlakach wędrówek po Tatrach, co zapamiętali Stanisław Stomma i pisarz Jerzy Zawiejski. Z tych rozmów, Zenon Kliszko – odpowiedzialny w Partii za stosunki Państwo-Kościół – odniósł wrażenie, że bp Karol Wojtyła byłby właściwym następcą Prymasa Wyszyńskiego.
Dziś mało kto wie, że nominacja abp Karola Wojtyły na metropolitę krakowskiego w 1963 r. miała „delikatne sugestie” Zenona Kliszki, za pośrednictwem Koła Poselskiego „Znak” i otoczenia Prymasa Tysiąclecia. Dlaczego? – ktoś zapyta. Biskup pomocniczy Karol Wojtyła był znany jako wybitnie inteligentny. Był poważnym i trudnym rozmówcą na tematy społeczne, polityczne, pozycji i miejsca Kościoła jako „instytucji” w tamtym ustroju. Rozumiejącym ówczesne uwarunkowania – te „wschodnie”, jak byśmy dziś powiedzieli – i te wewnętrzne, ideologiczne, partyjne – jak kto chce! Nie znaczy, że był dla władz „łatwym rozmówcą”, np. w kwestii budowy kościoła w Nowej Hucie, Mistrzejowicach. Zenon Kliszko po latach żartował w bliskim sobie kręgu, że ma „swojego człowieka” w Rzymie.
Pierwsza rozmowa.
Krótko przed godz. 10.00, 17 czerwca Generał i prof. Henryk Jabłoński oczekują na Gościa przed Belwederem. Jeszcze po wielu latach pamiętał Generał pierwszy uścisk dłoni Papieża, pierwsze wrażenie, grzecznościowe wyrazy uszanowania. Po wspomnianych wyżej przemówieniach powitalnych, Papież i Generał z abp Józefem Glempem i prof. Henrykiem Jabłońskim udali się na rozmowę, która rozpoczęła się od słów Papieża: „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą” – wspomina Generał. Jak słowa – „uzależniony”, „patriota”, „stan wojenny” – w czasie jego zawieszenia wypowiedziane, tłumaczyć w kontekście „czerwonej zarazy” – już doprawdy nie wiem? To dobrze, „patriotycznie” czy nie – że „zaraza” ten stan wprowadziła? Kilka razy je cytowałem w różnych odniesieniach. Dlaczego Kościół – nie tylko „krakowski” o nich nie chce pamiętać i rozumieć je w duchu właśnie ochrony polskiej krwi, także katolickiej, chrześcijańskiej; w duchu współpracy Państwo-Kościół, a wciąż jątrzy słowami i fałszywym eksponowaniem „ciemiężenia” – za „komuny”! Wtedy, w latach PRL, za rządów „czerwonej zarazy”, wspólnie zrobiono wiele i dla rzeczywistego dobra materialnego Polski i Kościoła. To „doczernianie przeszłości” – mówią Czytelnicy przynosi odwrotny skutek. Ludzie modlą się w domu, nie kryjąc, że też do św. Jana Pawła II, niż mają słuchać homilii, po czym bluźnić, że ksiądz bredniami, „robi ze mnie głupka”. Szkoda tylko młodzieży – coraz więcej to widzi!
Wspomnę, iż 4 lata wcześniej, w 1979 r. Papież – też w Belwederze – rozmawiał z Edwardem Gierkiem, jak później Generał – I Sekretarzem KC PZPR. Nie będzie błędnym stwierdzenie, że Jan Paweł II jest jedynym Papieżem na świecie, który wielokrotnie i to z własnej woli rozmawiał z osobami „czerwonej zarazy”, najwyższej w hierarchii kilku partii politycznych?
Druga rozmowa
Gdy Papież pielgrzymował po kraju – mówi Generał – „my, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację… Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady… czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków… Nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację”. Dostrzegacie tu Państwo wzajemne rozumienie Generała i Papieża splotu oczekiwań? Obawy, niepokoje i prośbę o rozmowę, Generał przedstawił na piśmie, które wysłannicy doręczyli w Częstochowie. Jeden z nich, prof. Adam Łopatka w słownym uzasadnieniu celu przybycia, kard. Macharskiemu powiedział: „Odgłosy prasy tragiczne. Od Brazylii po Oslo nie pisze się nic pozytywnego” (o tej pielgrzymce, moje – GZ). Tu zapytam Czytelników – co myślicie, czego Zachód oczekiwał? Jeśli po 36 latach powiem, że rozlewu bratobójczej krwi, ofiar, sensacji – będę w błędzie? Proszę nie zapominać, 2 lata wcześniej, w maju 1981 r. był zamach w Rzymie…
Papież zaproponował spotkanie w Krakowie. Odbyło się ono 22 czerwca wieczorem na Wawelu, trwało ponad 2,5 godziny. Wspomina Generał: „Już na początku poinformowałem Papieża, że przewidujemy zniesienie stanu wojennego… Odniosłem się również do samej pielgrzymki, że występuje nadmierna emocjonalność pewnych grup o zabarwieniu politycznym… że po wyjeździe emocje mogą wzrosnąć i zakłócić proces normalizacji… Papież słuchał bardzo uważnie, mówił o Lechu Wałęsie, że w klapie nosi Matkę Boską, o Solidarności”.
Generał oceniając sytuację, wyraził pogląd, że „musimy zrobić wszystko, aby pozycja Polski w tym sojuszu była jak najsilniejsza i żeby tożsamość, ograniczona, ale jednak swoboda, jaką mamy w bloku nie uległa zagrożeniu”. Wskazał na akcenty antyradzieckie w kościołach, pojawiające się z różnym nasileniem, które szkodzą w stosunkach z ZSRR, a jest on gwarantem granicy zachodniej. Papież nawiązał do wizyty w Oświęcimiu: „Kiedy byłem w Auschwitz, zatrzymałem się dłużej przy dwóch płytach nagrobkowych: żydowskiej i rosyjskiej. Chciałem dać wyraz szacunku zarówno dla narodu żydowskiego, jak i rosyjskiego, dla jego bohaterskiej walki z hitleryzmem” – to nawiązanie do „przyjaciół Moskali”, ku pamięci niektórym biskupom. Generał podzielił się refleksjami z Syberii i walk na froncie, o co Papież pytał w kontekście duchowym, dziś można powiedzieć-religijnym.
Mówiąc o stosunkach państwo-Kościół, Papież zauważył, że w Polsce układają się najlepiej z całego bloku – też ku pamięci niektórym biskupom, akcent na „czerwoną zarazę”, że było to za jej czasów. W dyskusji o roli politycznych trendów, związków zawodowych, sprawiedliwości społecznej – Papież opisując biedę w Meksyku skonstatował: „Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą”. Tu wstyd pytać o „komunę”, byłaby obrazą mądrości Papieża, który ustrój akceptował w „krystalicznej formie”, wytykał wykoślawienia. Papież i Generał otwarcie, szczerze, wyrazili swe troski i ustalili kierunki przyszłego współdziałania. „Ta rozmowa przekonała mnie ostatecznie, że stan wojenny można już znieść, że Kościół będzie sprzyjał procesowi umiarkowanych zmian” – mówił Generał. „Serdeczne spotkanie” zakończyło się „bardzo konstruktywnie” – ocenia Generał. Skutkiem tej rozmowy była obfita korespondencja w latach 1983-1986, spotkanie w Watykanie, działania Papieża na arenie międzynarodowej.
Generał pytany przez dziennikarzy przy okazji różnych wywiadów mówił: „Pamiętam, iż Papież w ponad dwugodzinnej rozmowie ze mną w czerwcu 1983 roku w Krakowie powiedział: Ja wiem, iż socjalizm jest realnością, chodzi jednak o to, aby był on z ludzką twarzą. Wizyta Papieża, Jego apele, w tych zamiarach nas umacniały. Papież, Kościół liczył więc na dłuższy, ale bezpieczny marsz. I tak się stało”. Dobrze pamięta i przyznaje, iż „13 grudnia Papież-Polak odczuł z wielkim bólem, tym bardziej, że nie mógł wówczas znać wszystkich, poprzedzających go okoliczności, faktów, zagrożeń. Potrafił jednak zrozumieć intencje oraz uwarunkowania, w jakich przyszło nam żyć i działać. Jako człowiek stanu wojennego odczułem to bardzo osobiście”. Łamigłówka dla Państwa – proszę, wskażcie biskupa, który głębokie, wieloaspektowe myśli i przewidywania tak Papieża jaki Generała zechce zrozumieć w kontekście dobra Polski.
Wizyta w Watykanie.
Po blisko czterech latach od pielgrzymki w 1983 r., Generał 13 stycznia 1987 r. złożył wizytę w Watykanie. Omawiając uwarunkowania zewnętrzne mające związek z ideą głasnosti i pierestrojki, jak mówił Generał, Papież „dociekliwie wypytywał o Michaiła Gorbaczowa. Uważał go za postać innego wymiaru niż stara kadra radzieckich decydentów. Twierdził, że Gorbaczow może dużo zmienić w swoim kraju, co będzie miało przełożenie na Polskę i świat”. Powiedział wprost – „Opatrzność dała nam Gorbaczowa, oby tylko nie ukręcili mu głowy”. Niech Państwo jeszcze raz przeczytają to zdanie, zastanowią się – „Opatrzność” i „Gorbaczow”. Ach ten nasz Papież – musiał mieć „duże znajomości” z Panem Bogiem!
Kończąc spotkanie z delegacją – Papież życzył „wszystkim, a w szczególności Przewodniczącemu Rady Państwa, Panu Generałowi, życzę tego, aby ta wizyta wydała tak bardzo upragnione owoce dla Polski i dla Europy”.
Prasa światowa pisała: „Jedno z najdłuższych spotkań Papieża, ze świeckim politykiem” (Reuter, Associated Press), „Najdłuższe, jak pamięć ludzka sięga, spotkanie Papieża z przywódcą politycznym” (New York Times), dlaczego nie pisali, że z „komunistą”? Tu taka ciekawostka – Kroniki watykańskie odnotowały kilka osobliwości tej wizyty: czas jej trwania – 70 minut. Z żadnym politykiem Papież tak długo nie rozmawiał. Czas pobytu Generała w Watykanie – 3 godzimy i 45 minut, rekordowo długi. Obejmował – obok oficjalnego spotkania, zwiedzanie bazyliki, w tym grobu św. Piotra, muzeum i ogrodów watykańskich (poprzedni rekord czasowy, należał do króla Hiszpanii Alfonsa XIII, w 1912 r. Papież Pius X specjalnie go podejmował przez 3 godz. 12 min.). I znów macie Państwo nad czym się zadumać – długa rozmowa, „czerwony” (poza Córką) skład delegacji, zwiedzanie bazyliki, grobu św. Piotra…
13 grudnia 1989 r. Papież Jan Paweł II przyjął na audiencji prywatnej prof. Bohdana Suchodolskiego (przewodniczący Narodowej Rady Kultury). W tej wizycie, towarzyszący Profesorowi Rafał Skąpski (przyjaciel Profesora i sekretarz Rady), zapamiętał taki fakt: „Z sali, w której toczyła się rozmowa, po pożegnaniu się z nami, pierwszy wychodził Papież. W drzwiach odwrócił się do nas, uśmiechnął się, uniósł dłoń i głośno powiedział: A nie zapomnijcie pozdrowić Pana Generała” (Zdanie, nr 1-2 z 2014). Strach się bać, w sensie „krakowskiej homilii”, ale jest usprawiedliwienie, dla Papieża – oczywiście! Wtedy, w 1987 r. nie było znane pojęcie-„czerwona zaraza”.
III pielgrzymka – 1987
Generał powitał Gościa na Okęciu, wraz z przedstawicielami najwyższych władz państwowych. Wśród nich, byli członkowie Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Pady Państwa. Uroczyste powitanie odbyło się na Zamku Królewskim, co poczta polska upamiętniła specjalnym znaczkiem. Zwróćcie Państwo uwagę – znaczek pocztowy, dziś chyba nie do pomyślenia! – po „krakowskiej homilii”.
Podczas mszy św. na Zaspie (Gdańsk, 1987), Papież przypomniał słowa z listu św. Pawła: „Jeden drugiego brzemiona noście. To zwięzłe zdanie apostoła jest inspiracją dla międzyludzkiej i społecznej solidarności. Solidarność to znaczy jeden i drugi, a skoro brzemię, to niesione razem, we wspólnocie, a więc nigdy jeden przeciw drugiemu. Jedni przeciw drugim. I nigdy brzemię dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich. Nie może być walka silniejsza od solidarności”. Tu proszę – nie oczekujcie Drodzy Państwo Czytelnicy mojego komentarza, w kontekście homilii krakowskiego metropolity.
I dalej – wiernym, wznoszącym okrzyki zwrócił uwagę – „pozwólcie wypowiedzieć się Papieżowi, skoro chce mówić o was, a także w pewnym sensie za was”. Krzyczącym, co łatwo zauważyć, szło o Solidarność jako pracowniczy związek. A Papieżowi – o wszystkich ludzi! Czy wśród obecnych na tej mszy nie było funkcjonariuszy MO, ZOMO, SB, członków PZPR, czyli słowami Arcybiskupa – „czerwonej zarazy”? Czy o nich Papież nie wiedział? – głupie pytanie, przecież ich widział nie tylko w tym miejscu, podczas tej i poprzednich pielgrzymek!
Zaś w Warszawie modlił się przy grobie ks. Jerzego Popiełuszki, w milczeniu, nie powiedział słowa do wiernych, rozmawiał tylko z Rodzicami Księdza (napiszę o tym później). A gdyby to był kto inny, nie Jan Paweł II – wyobraźcie sobie Państwo co mogłoby się dziać. Bez względu na różne „chciejstwa” purpuratów – Papież i Generał są naszą, Polaków Chlubą!
Zegrze Pomorskie, 1991
Podczas pierwszego spotkania z Wojskiem Polskim 2 czerwca 1991 r. Papież wyraził refleksję „Jako Polak wiem, co na przestrzeni całych dziejów, a także na przestrzeni mojego własnego życia zawdzięczam tym, którzy w sposób często heroiczny uważali siebie za sługi bezpieczeństwa i wolności Ojczyzny”. Zwracam uwagę – „na przestrzeni mojego własnego życia”, czyli w okresie Polski Ludowej, PRL – proszę sięgnijcie Czytelnicy pamięcią do tego okresu, głównie stan wojenny, choć nie u żył tego określenia!
Biskup Polowy gen. Leszek Sławoj Głódź, witał Papieża słowami: „Stajemy przed Tobą Ojcze Święty, w szyku zwartym: żołnierze, oficerowie, chorążowie, podoficerowie, szeregowcy… przedstawiciele okręgów wojskowych sił zbrojnych, żołnierze wojsk lądowych, lotnictwa i marynarki wojennej”. Przecież wśród tych, do których w Zegrzu Pomorskim zwracał się Jan Paweł II, o których mówił Biskup Polowy WP, było kilkanaście tysięcy (spośród 40 tys. obecnych żołnierzy, członków ich rodzin i pracowników cywilnych wojska), którzy 2-4 lata wcześniej, czerwone legitymacje odłożyli na „półkę przeszłości”. Ale przecież nie wykreślili ze swoich życiorysów, ze swoich serc (jak chcą uduchowieni) członkostwa w partii, wiadomo jakiej. Gdybym postawił pytanie – czy Papież, Biskup Polowy nie wiedzieli – byłbym po prostu durniem. Później były przypadki demonstrowania swojego „nawrócenia” (nazwiska kilku znanych generałów i pułkowników pominę). Ale wyraźnie należy powiedzieć Metropolicie, że ze słów Papieża nie wynikał najmniejszy ślad afrontu, najmniejszy gest, ruch wstrętu, nie mówiąc o pogardzie wobec osób wojskowych, z „czerwonej zarazy”, wstyd mi pisać dziś w 2019 roku.
Papież i wielu biskupów wtedy, w 1991 r., nie tylko w Zegrzu Pomorskim, wiedziało, pamiętało i na swój sposób doświadczało, że szczególnie żołnierze – od szeregowca do generała – „służyli Polsce takiej, jaką wówczas była i być mogła” – to słowa gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Podkreślam – służyli Polsce, nie partii, której kilkaset tysięcy nosiło legitymacje a której – jak głosiła tamta propaganda byli „awangardą” czy „wysoko niesionym sztandarem”. Także i dziś, pełniący służbę żołnierze zawodowi WP (poborowych nie ma) „służą Polsce”, nie partii czy partiom, jakie po 1989 r. sprawowały w Polsce władzę i będą ją sprawować po najbliższych wyborach! To także pod rozwagę, nie tylko krakowskiemu Metropolicie!
Osobliwości
Kończąc VII pielgrzymkę w 1999 r. Papież podczas pożegnania na krakowskich Balicach – niespodziewanie zaprosił do papamobile Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z Małżonką i razem podjechał do trybuny honorowej. Pokażcie Państwo podobny przykład na świecie – ten Prezydent RP też był członkiem PZPR, częściowo „wychowankiem” Generała!
Papież żegnając Rodaków m.in. apelował, by Polska „wchodziła w trzecie tysiąclecie nie tylko jako państwo stabilne politycznie i gospodarczo zasobne, ale również umocnione duchem miłości wzajemnej i społecznej”. 18 maja 2020 r. minie 100 lat od Urodzin Jana Pawła II. Może te słowa Papieża – z inicjatywy i kosztem „prostych ludzi” – wyryć na budynku krakowskiej metropolii, przy Franciszkańskiej 3.
Generał i Aleksander Kwaśniewski są świadkami świętości Papieża, zaznając przed Trybunałem Rogatoryjnym, zapisani w Watykanie. Biskupom-metropolitom, pod rozwagę.
Na zakończenie
Szacunek do osoby duchownej, „wyssany z mlekiem matki” w czasach „czerwonej zarazy” zaleca „milczący komentarz”. Zaś szacunek dla naszych ojców i dziadków, dla ich znoju i potu, także krwi przelanej na wielu frontach Wschodu i Zachodu, często w „zasięgu wzroku” kapelana, wymaga upomnienia się o prawdę. Głośnego powiedzenia – nikt, także biskup, metropolita nie ma prawa udomowiać nienawiści i pogardy na polskiej ziemi, żadnym słowem, pod żadną postacią! Biskupi – NON POSSUMUS!

Polska tygrysem Europy?

Książka Marcina Piątkowskiego „Europejski lider wzrostu. Polska droga od ekonomicznych peryferii do gospodarki sukcesu” może wywołać dysonans poznawczy u osób różnych przekonań i opcji politycznych. Autor dowodzi w niej, że polska transformacja gospodarcza jest sukcesem, jeśli mierzyć ją wzrostem PKB na głowę mieszkańca czy też parytetem siły nabywczej. Jednocześnie jednak twierdzi, że sukces ten nie byłby możliwy, gdyby nie PRL, który złamał odziedziczone po II RP struktury gospodarki feudalnej i oligarchicznej. Co więcej, nie jest pewne, czy gdyby po II wojnie światowej Polska była krajem kapitalistycznym, wzrost gospodarczy byłby szybszy niż w okresie PRL-u.

Książka dra hab. Marcina Piątkowskiego „Europejski lider wzrostu. Polska droga od ekonomicznych peryferii do gospodarki sukcesu” może wywołać dysonans poznawczy u osób różnych przekonań i opcji politycznych. Autor dowodzi w niej, że polska transformacja gospodarcza jest sukcesem, jeśli mierzyć ją wzrostem PKB na głowę mieszkańca czy też parytetem siły nabywczej. Jednocześnie jednak twierdzi, że sukces ten nie byłby możliwy, gdyby nie PRL, który złamał odziedziczone po II RP struktury gospodarki feudalnej i oligarchicznej. Co więcej, nie jest pewne, czy gdyby po II wojnie światowej Polska była krajem kapitalistycznym, wzrost gospodarczy byłby szybszy niż w okresie PRL-u.
Po okresie balcerowiczowskiego wstrząsu w gospodarce, od 1992 roku, Polska wkroczyła na ścieżkę nieprzerwanego wzrostu – podkreśla Piątkowski. W latach 1995-2019 rozwijaliśmy się szybciej niż „wszystkie azjatyckie tygrysy, w tym Korea i Singapur, szybciej niż Malezja (…) a także szybciej niż „celtycki tygrys” Irlandia” – pisze autor. W latach 1995-2015 średni roczny wzrost dochodu per capita wynosił 4,2 proc. Lepsze wyniki w kategorii podnoszenia PKB osiągnęły w Europie jedynie Litwa, Łotwa i Estonia. Z kraju o dochodach średnio wysokich – wedle klasyfikacji Banku Światowego – staliśmy się krajem o dochodach wysokich. Udział rolnictwa w zatrudnieniu spadł z 30 proc. w 1990 r. do około 11 proc. w 2016 roku. Wydajność pracy na roboczogodzinę wzrosła w latach 1995-2015 o 113 proc. Autor nie ukrywa jednak, że owoce wzrostu można było podzielić lepiej. Od 1989 roku najbogatsze 10 proc. obywateli zwiększyło swe dochody o 135 proc., a 10 proc. najbiedniejszych zaledwie o 40 proc. Nie to jest jednak w książce najcenniejsze, a próba przedstawienia historii gospodarczej Polski ostatnich 500 lat.
Autor rozprawia się z mitem, jakoby XVI wiek był polskim złotym wiekiem. Jak zauważa, już wtedy przeciętny poziom dochodów, wydajność rolnictwa, poziom urbanizacji, gęstość zaludnienia były znacznie niższe niż na Zachodzie, a Polska eksportowała głównie produkty takie jak pszenica i drewno. Byliśmy może nie republiką bananową, ale, pisze Piątkowski, „republiką pszeniczną”, przy czym – wbrew legendom – polski eksport pszenicy zaspokajał jedynie 1-2 proc. zapotrzebowania Europy Zachodniej i mniej niż 5 proc. konsumpcji indywidualnej.
Nie byliśmy więc spichlerzem Europy. Co więcej handel zagraniczny był w rękach kupców holenderskich, a krajowy w rękach niemieckich.
Nie działał wymiar sprawiedliwości, a mobilność społeczna była bardzo niska, nawet w obrębie szlachty. Przede wszystkim jednak nie istniały sprawne instytucje państwowe, gdyż nie było ich z czego sfinansować. Jak pisze Piątkowski „ Aż do rozbiorów (…) Polska osiągała zdecydowanie najniższe dochody podatkowe w Europie. Co uderzające w 1700 roku dochody skarbu królewskiego stanowiły zaledwie 3,2 proc. dochodów podatkowych Francji”. Sprawny aparat poboru podatków zbudowali na ziemiach polskich dopiero zaborcy.
Rozwojowi gospodarczemu nie sprzyjały też w I Rzeczpospolitej rozpowszechnione wartości kulturowe – niechęć szlachty wobec działalności gospodarczej, antyintelektualizm, izolacjonizm, niechęć w stosunku do miast i burżuazji, pogarda dla edukacji, praworządności i przedkładanie interesu klasowego nad interes państwa. Jak podsumowuje ironicznie autor: elity sprzed 1795 roku urzeczywistniły w Polsce libertariański sen rodem z amerykańskiej Tea Party.
„Stworzyły raj bez podatków, administracji publicznej i bez żadnych ograniczeń wolności dla warstwy uprzywilejowanej, w którym najsilniejsi rządzili, a najsłabsi byli skazani na wyginięcie.(…) Paradoksalnie to zaborcy (…) narzucili Polsce instytucje o istotnym znaczeniu dla wzrostu: sprawną administrację publiczną, podstawową edukację, rządy prawa i stabilność polityczną”. Jak pisze dalej: „W efekcie terytorium Polski zaczęło się rozwijać w okresie zaborów: PKB per capita jako odsetek zachodniego wzrósł z poziomu około 40 proc. w 1820 roku do 56 proc. w 1910 roku, najwyższy poziom od wieków.”
Tempo odrabiania zaległości spadło, gdy Polska odzyskała niepodległość. Jak zauważa Piątkowski, w 1938 roku dochody Polski w porównaniu z Zachodem były niższe niż w 1913 roku. Po 1918 roku powszechnie spodziewano się, że nowa Rzeczpospolita pozbędzie się starych struktur oligarchicznych i stworzy społeczeństwo równych szans. Niestety nadzieje te zostały zawiedzione. Klasa posiadaczy ziemskich blokowała wszelkie próby reform mogące podkopać jej pozycję. W latach 1926-1939 rozparcelowano w ramach reformy rolnej jedynie 7 proc. latyfundiów. W 1939 roku większość (ponad 60 proc.) społeczeństwa żyła na wsi w wielkiej, szokującej dla obserwatorów z zagranicy biedzie. Gospodarka była skartelizowana i poddana monopolom. Jak pisze Piątkowski „Trudno w to uwierzyć, ale kartele i monopole odpowiadały za dwie trzecie produkcji przemysłowej – był to jeden z najwyższych wskaźników w Europie”. Fatalnie niedorozwinięte była też szkolnictwo – w 1937 roku do szkół średnich uczęszczało 3,2 proc. dzieci w wieku 10-19 lat, a studia dostępne były dla jednego procenta młodych ludzi. Szalała korupcja, rządy prawa dotyczyły tylko bogatych, a chłopi zostali pozbawieni w II RP możliwości awansu społecznego.
Komunizm, jak nazywa Piątkowski ustrój realnego socjalizmu, miał, jego zdaniem wiele zalet. Przede wszystkim był społeczeństwem inkluzywnym, włączającym: „W Polsce po 1945 roku komunizm zastąpił stare, przedwojenne elity, nowymi, często rekrutującymi się spośród uciskanych chłopów i robotników. Wartości normy społeczne i zasady starych elit zostały zastąpione nowymi.(…) Społeczeństwo otworzyło się jak nigdy dotąd, dzięki zmianie stosunków własnościowych, wprowadzeniu oświaty i gwałtownemu zwiększeniu mobilności społecznej”.
W wyniku komunistycznej industrializacji miliony polskich chłopów przeniosły się do miast. Zatrudnienie w rolnictwie spadło z 57 proc. do 30 proc. całkowitego zatrudnienia. Jednocześnie gwałtownie wzrósł odsetek studiujących z 1,2 proc. w 1935 r. do 7 proc. w 1960 r. i 14 proc. w 1970 roku.
Liczba pracowników umysłowych wzrosła z 800 tysięcy w 1939 roku do 2,1 miliona w 1956 roku: „Liczba inżynierów wzrosła z 7000 w 1946 roku do 110 tysięcy w 1970 roku liczba lekarzy z 7000 w 1946 roku do 43 tysięcy w 1967 roku, a liczba nauczycieli z 97 tysięcy w 1946 roku do 320 tysięcy w 1967 roku.”. Jak pisze z uznaniem Piątkowski „Nigdy wcześniej nie dochodziło do tak fundamentalnych zmian w strukturze społeczeństwa.”
Jak wskazuje: „komunistyczna Polska cechowała się większą mobilnością społeczną niż kraje zachodnie (Anglia Francja, RFN i Szwecja) (…).” Nierówności dochodów były na poziomie dzisiejszych krajów skandynawskich, nierówności majątkowe były niższe niż w dzisiejszej Skandynawii. W 1939 roku 1 proc. najbogatszych Polaków kontrolował 16 proc. całkowitego PKB, w 1950 zaś jedynie 5 proc. . Taki egalitaryzm był niespotykany we wcześniejszych okresach polskiej historii. Autor podkreśla również, że „komunizm zmusił też Zachód do budowania bardziej inkluzywnych, lepiej prosperujących i bardziej ludzkich społeczeństw.” Konsekwentnie, gdy ZSRR padł, Zachód stał się mniej inkluzywny, bardziej populistyczny i wolniej się rozwija.
Co by było, gdyby Polska pozostała po 1945 r. kapitalistyczna? Autor stara się dać odpowiedź na tak postawione pytanie z gatunku modnej ostatnio historii alternatywnej. Podkreśla, że nie jest pewne, czy gdyby Polska po II wojnie światowej była rządzona przez ugrupowania, które stworzyły ostatecznie rząd w Londynie, czy byłyby w stanie i chciały przeprowadzić forsowną, ale konieczną industrializację. Zarówno ludowcy, jak i konserwatyści byli jej przeciwni. Nawet jeśli jednak udałoby się wypracować konsensus, to co z pieniędzmi? „Historia Polski międzywojennej uczy, że nawet w autokratycznym reżimie marszałka Józefa Piłsudskiego i jego pułkowników trudno było sfinansować uprzemysłowienie. W hipotetycznej powojennej demokracji byłoby to jeszcze trudniejsze” – argumentuje Piątkowski. Nie można byłoby bowiem wtedy odgórnie ograniczać konsumpcji w celu sfinansowania inwestycji przemysłowych. Z Planu Marshalla zaś otrzymalibyśmy zaledwie kilka procent – w przeliczeniu na dzisiejsze kwoty kilka miliardów dolarów. Polska granicząca ze Związkiem Radzieckim i tkwiąca „w europejskiej szarej strefie bezpieczeństwa” ze względu na ryzyko geopolityczne nie byłaby w stanie przyciągać zachodnich inwestycji. Jak podsumowuje Piątkowski, prawdopodobnie tkwiłaby więc w starej hamującej wzrost oligarchicznej pułapce. O reformie rolnej i upowszechnieniu oświaty również trudno byłoby marzyć. Autor nie jest jednak piewcą systemu realnego socjalizmu.
Podkreśla, że był to system oligarchiczny politycznie i mało
innowacyjny.
Co więcej, Polska była „maruderem w obozie komunistycznym” pod względem tempa wzrostu PKB, wynoszącego w latach 1950-1989 2,2 proc. rocznie, czyli mniej niż we wszystkich innych państwach bloku. Polska Ludowa „inwestowała w gospodarkę dużo mniej niż inne kraje komunistyczne znajdujące się na tym samym poziomie rozwoju”. Było to paradoksalnie, jak twierdzi Piątkowski, wynikiem mniejszej niż gdzie indziej represyjności systemu. „Polscy komuniści w odpowiedzi na żądania społeczeństwa pozwalali na wyższą konsumpcję prywatną niż w innych krajach, co wpływało negatywnie na wartość oszczędności dostępnych do inwestowania. Nieco większa przychylność wobec społeczeństwa niż w innych krajach komunistycznych (lub wśród azjatyckich tygrysów) nie opłaciła się ekonomicznie” – twierdzi. Po drugie, niższy poziom wzrostu był wynikiem straconej dekady lat 80. Jak należy przypomnieć, PRL był jedynym państwem bloku, które zbankrutowało, ogłaszając w 1982 roku wstrzymanie obsługi zadłużenia zagranicznego.
A jednak „komunizm nie był samym złem”, argumentuje autor. Wprawdzie PRL rozwijała się pod względem wzrostu PKB wolniej „ niż Europa Zachodnia i Południowa oraz inne kraje komunistyczne, ale (…) skumulowany wzrost w latach 1950-1990 nie odbiegał zbytnio od tego, który odnotowały w tym okresie peryferyjne kraje kapitalistyczne. Meksyk, Brazylia, Jugosławia, Indie, a nawet Korea Południowa (do 1980 roku) nie radziły sobie wyraźnie lepiej niż Polska (…) gospodarka centralnie planowana, nawet w polskim nieefektywnym wydaniu, była zdolna do rozwoju w tempie dorównującym jej światowym odpowiednikom.” Piątkowski przypomina również, że wzrost PKB to nie wszystko, a w takich obszarach jak możliwość awansu społecznego, uczestnictwo w kulturze, dostęp do edukacji, poziom nierówności czy wskaźnik przestępczości Polska do 1990 r. osiągnęła wyższy poziom niż np. Turcja, Brazylia czy Portugalia.
Transformacja mogła być inna! Można było ją przeprowadzić łagodniej – przekonuje Piątkowski, tym bardziej, że w jej początkowych latach odnotowano wyjątkowo negatywne skutki. W latach 1990-91 PKB skurczył się o 18 proc. , a realne płace spadły o 25 proc. , bezrobocie zaś wzrosło od zera do 12 proc. w 1991 r. i 14 proc. w 1992 roku. Jak przyznawał w 1992 roku sam Międzynarodowy Fundusz Walutowy, „w niektórych krajach europejskich (takich jak Polska) na początku procesu przeprowadzania reform istniały znaczne nadwyżki budżetowe i operacyjne, co z perspektywy czasu każe przypuszczać, że polityka makroekonomiczna mogła być mniej restrykcyjna”.
Autor stara się jednak przekonywać, że wydatki socjalne, wyższe niż w innych krajach regionu, stanowiły pewien amortyzator dla bolesnych przemian. W latach 1990-1995 liczba rencistów wzrosła w Polsce o pół miliona, a emerytów o 1,5 miliona. W rezultacie wydatki na emerytury wzrosły z 13,4 proc. PKB do 14,4 proc. PKB w 1996 roku: „Polska była jednym z nielicznych krajów postkomunistycznych, w których one wzrosły; w wielu innych krajach doszło do ich obniżenia, często bardzo znacznego (na przykład w Bułgarii wydatki na emerytury spadły z poziomu 14,1 proc. do 9,5 proc. PKB).” W latach 1990-1995 Polska przeznaczała na cele społeczne 22 proc. PKB czyli więcej niż średnia dla krajów OECD. Żadna to jednak zasługa Balcerowicza, który, jak zauważa Piątkowski, po prostu przegapił implikacje podjętej przez Ministerstwo Pracy decyzji o umożliwieniu ludziom przechodzenia na wcześniejsze emerytury i łatwego uzyskiwania rent.
Polską politykę gospodarczą nazywa autor „ciągłą i pragmatyczną”, wskazuje, że polski rząd słusznie zareagował na kryzys z 2009 roku pozwalając na zwiększenie deficytu budżetowego z 3,6 proc. PKB do 7.3 proc. w 2009 roku i 7,5 proc. w roku następnym. Dowodem na istniejący ponadpartyjny konsensus w sprawie gospodarki jest też np. to, że w 1996 roku wicepremier i minister finansów Grzegorz Kołodko poparł pomysł Leszka Balcerowicza, by w Konstytucji ustalić górną granicę zadłużenia na poziomie 60 proc. PKB. Jednocześnie autor krytykuje Leszka Balcerowicza, który zalecał NBP podwyższenie stóp procentowych. W 2000 roku stopę procentową podniesiono do 19 proc. mimo inflacji wynoszącej jedynie 8,5 proc. . Poskutkowało to obniżeniem wzrostu PKB z 4 proc. w 2000 roku do 1 proc. w 2001. W rezultacie bezrobocie osiągnęło niemal 20 proc. .
Zaskakująco niewiele miejsca autor poświęca jednak minusom polskiej transformacji. Przyznaje, że w 2016 roku 2,4 miliona Polaków pracowało za granicą, chociaż – mało przekonująco – sugeruje, że ludzie ci jeszcze wrócą. Bardziej rozwinięty został wątek niskich płac, którymi okupiona została konkurencyjność gospodarki: „Przez większą część okresu transformacji wynagrodzenia rosły wolniej niż wydajność pracy. Od 2000 roku [do 2016 – przyp. TMS] ta druga wzrosła o połowę, podczas gdy płace tylko o jedną trzecią.” Polska była też w 2014 roku niechlubnym liderem UE jeśli chodzi o odsetek osób zatrudnionych na umowach śmieciowych, ustępując w OECD pod tym względem tylko Chile. Nie docenia natomiast Piątkowski kwestii nierówności dochodowych w Polsce.
Autor proponuje „konsensus warszawski” w miejsce „konsensusu waszyngtońskiego”. Miałby on polegać na docenieniu roli instytucji w rozwoju gospodarczym, zwiększaniu oszczędności krajowych, zwiększeniu stopy zatrudnienia, urbanizacji, inkluzywnym wzroście, otwarciu się na imigrację, silnym nadzorze nad sektorem bankowym i dbałości o dobrostan, a nie tylko wzrost gospodarczy. Poleca też rozbudowę usług publicznych, by skończyć z „faktycznym apartheidem” w dostępie do nich. Jak podkreśla, trzeba dbać o społeczeństwo równych szans, utrzymywać nierówności na niskim poziomie i zapobiec powrotowi elitaryzmu cechującego np. II RP. – Świat musi zacząć iść w stronę różnych odmian gwarantowanego dochodu podstawowego. Ludzie nie rozleniwią się od tego, lecz uzyskają pewną stabilizację oraz możliwość robienia tego co potrafią najlepiej z korzyścią dla innych członków społeczeństwa – podsumowuje. To jednak recepta daleko niepełna.
Oprócz dbałości o tempo wzrostu gospodarczego powinniśmy też zadbać o szerzej rozumiany dobrostan i nie uciekać od kwestii nierównomiernego podziału dochodów oraz zreformować niesprawiedliwy, regresywny system podatkowy. Piątkowski o niesprawiedliwym podziale obciążeń podatkowych po prostu milczy.
To i inne wskazane wyżej mankamenty sprawiają, że książkę Piątkowskiego należy ocenić jako nadmiernie optymistyczną. Jednak
w warstwie historycznej zawiera ona wiele cennych uwag i refleksji. Miejmy nadzieję, że podobne książki staną się nowym głosem środka, przesuwającym polską refleksję o gospodarce i historii odrobinę na lewo.

Marcin Piątkowski „Europejski lider wzrostu. Polska od ekonomicznych peryferii do gospodarki sukcesu”, wyd. Poltext, Warszawa, 2019., str. 444, ISBN 978-83-7561-999-7

PRL w obiektywie „kryminału”

Nie czytałem tego studium całkiem „na chłodno”, choć jest ono dość chłodno napisane, jak na pracę naukową przystało.

Czytając je przypominałem sobie lata telewizyjnej młodości (obejmującej właśnie lata tytułowe – 1965-1989), kiedy w Telewizji Polskiej co rusz pokazywano nowy polski film kryminalny, sensacyjny czy tzw. szpiegowski. I co trzeba wyraźnie podkreślić – film telewizyjny, t.j. wyprodukowany przez telewizję i do emisji telewizyjnej (prawie) wyłącznie przeznaczony.
Studium Dudzińskiego przyświeca cel pokazania jednego z segmentów kultury masowej okresu PRL. Jednak we wstępie autor wyjaśnia, że nurtu filmów sensacyjno-kryminalnych, które wziął pod swoje badawcze oko, nie potraktował wyłącznie jako twórczości ludycznej czyli służącej rozrywce, lecz zajął się nim przede wszystkim dlatego, że „stanowią (mniej czy bardziej konwencjonalną) reprezentację kontrowersyjnych aspektów rzeczywistości pozafilmowej – zbrodni, przemocy, marginesu społecznego i aparatu władzy. To sprawia, że produkcje kryminalno – w PRL sensacyjne były przestrzenią, w której spotykały się i ścierały sprzeczne dyskursy i socjokulturowe zjawiska o bardzo zróżnicowanym charakterze. Aby je właściwie odczytać i zrozumieć, należy uruchomić szereg – nie tylko ściśle filmowych – kontekstów”. I właśnie te konteksty Dudziński uruchamia, wykorzystując zasoby innych dyscyplin naukowych, m.in. historii, kulturoznawstwa, literaturoznawstwa, socjologii, etc, przywołując równocześnie dotychczasowy, nader już bogaty zakres badań przedmiotu.
Dudziński zaczyna swoje studium od próby zdefiniowania filmu gatunkowego w PRL i jedną z konkluzji tego wstępnego rozdziału jest konstatacja, że polski film-kryminalno sensacyjny nie spełniał, z różnych powodów, artystycznych i pozaartystycznych, także ustrojowych, kryterium klasycznego filmu gatunkowego uprawianego w USA i Europie Zachodniej. Autor koryguje jednak dość powszechny błąd polegający na traktowaniu filmu sensacyjno-kryminalnego PRL jako prostego narzędzia propagandowego, „maszyny ideologicznej”. Cytując inną autorkę, Dudziński zwraca uwagę, że „ten gatunek, czy może hybryda gatunkowa, jawi się jako pełen wewnętrznych napięć i antagonizmów”. Chodzi o to, że twórcy tych filmów niejednokrotnie, mimo działania cenzury, przemycali treści, z domeny kulturowej, obyczajowej, a czasem nawet (tu w sposób najbardziej zawoalowany, ukryty, n.p. w warstwie dowcipu i wieloznaczności) ideowej czy politycznej nie zawsze dokładnie pokrywające się z linią polityczną władze PRL, czasem nawet w stosunku do nich przekorne, a czasem nawet delikatnie polemiczne czy nawet z lekka kontestatorskie.
Obraz spektrum tytułowej produkcji Dudziński przedstawił w formie analiz punktowych i punkt pierwszy („PRL odrealniony”) poświęca pierwszemu sensacyjno-kryminalnemu serialowi telewizyjnemu czyli „Kapitanowi Sowie na tropie” (1965), który drobiazgowo analizuje jako casus zastosowania poetyki odrealnienia, pełnej konwencjonalności stylu, przebiegu akcji i postaci. Jako inne przykłady poetyki odrealnionej, konwencjonalnej przywołuje autor filmy „Kocie ślady” i „Skarb trzech łotrów”. Inny rozdział poświęca Dudziński różnym koncepcjom realizmu w obrębie omawianego nurtu, m.in. filmowi milicyjnych procedur (tu przywołuje popularny niegdyś serial „Przygody psa Cywila”) czy kryminałowi problemowemu („Złote Koło”). Zwraca też uwagę na pojawienie się w połowie lat 60-tych, w obrębie „gatunku”, nowej, do tej pory raczej nie poruszanej, a jeśli to nie w sposób otwarty, tematyki przestępczości seksualnej (głównie gwałtów).
Wykonawszy przeskok do lat 70-tych Dudziński podejmuje zjawisko, które wtedy zaistniało, zjawisko „westernizacji” tematyki i stylistyki filmu sensacyjno-kryminalnego („PRL zwesternizowany”). Jako egzemplifikacje posłużyły autorowi seriale „07 zgłoś się”, przykład polskiej odmiany gatunku „policyjnego” czy „Życie na gorąco” jako przykład (mało udolnego realizacyjnie, na granicy śmieszności) zastosowania schematu bondowskiego (Leszek Teleszyński jako socjalistyczny James Bond). Przy czym, wraz z upływem lat i kolejnych edycji serialu „07 zgłoś się” (również aluzyjne nawiązanie do „Bonda”) ta westernizacja postępowała i dość jeszcze „socjalistyczny” w latach siedemdziesiątych oficer Milicji Obywatelskiej grany przez Ryszarda Cieślaka, przeobrażał się w „samotnego wilka” kontrastującego z siermiężnym otoczeniem milicyjnej służby i momentami wygłaszał nawet kąśliwe (oczywiście w ramach rozsądku) uwagi pod adresem niektórych aspektów ustroju i rzeczywistości PRL.
To wyraźne poluzowanie cenzury w pewnych kwestiach tematycznych (n.p. także domenie erotyki, stosunku do bogactwa czy rezygnacji z bałwochwalczego odnoszenia się do aparatu władzy i tzw. „pryncypiów ustroju”) w latach po stanie wojennym, było swoistym paradoksem, wartym nota bene osobnego studium. I właśnie erotyce, jej wizerunkowi i kontekstom w filmie kryminalnym (i nie tylko) poświęcony jest przedostatni rozdział pracy.
Choć swoją pracę Dudziński poświęcił głównie i przede wszystkim tytułowym produkcjom sensacyjno-kryminalnym, to w trybie dygresji porusza też kilka zagadnień spoza ścisłego tematu, m.in. kwestii pozycji kobiety w świecie męskim na przykładzie szpiegowskiego filmu „Cześć, kapitanie”, a także wykorzystywaniu schematu sensacyjno-kryminalnego wyłącznie jako „opakowania”, dla podejmowanie innej tematyki, społecznej, psychologicznej, etc. Kilka dygresji poświęcił autor także „gatunkowi”, jakim był polski film muzyczny, niby-musical (dowcipnie przez jednego z autorów nazwany „muzykolem”).
Zwraca też autor uwagę na brzmiącą dla współczesnych uszu paradoksalnie konstatację, że władze PRL dość późno doszły do wniosku, że także telewizja, a nie tylko radio i prasa, może być bardzo poręcznym źródłem propagandy politycznej. Do roku 1968 była w tym celu wykorzystywana w stopniu minimalnym („Dziennik Telewizyjny”) i dopiero od wydarzeń Marca 1968 zaczęła się historia telewizyjnej propagandowej publicystyki politycznej. Już na wstępie autor studium zaznaczył, że poza obszarem jego analiz znalazła się, jako odrębny gatunek, produkcja teatru telewizyjnego, skoncentrowana w ramach dwóch scen: „Teatru Kobra” (tematyka przestępczości cywilnej) i „Teatru Sensacji” (tematyka szpiegowska, konkretnie walki PRL-owskiego kontrwywiadu z zachodnim wywiadem, ale także produkcje o tematyce „historyczne” typu „Stawki większej niż życie”). Pominięcie to, zważywszy także i fakt natury praktycznej, że produkcja w tym zakresie była najobfitsza – setki przedstawień), jest oczywiście racjonalne.
Teraz jednak będę wypatrywał studium poświęconego właśnie produkcjom kryminalno-sensacyjnym w ramach teatru telewizyjnego. Także dlatego, że właśnie tam, zwłaszcza poprzez realizację tekstów autorów zachodnich (angielskich, amerykańskich, z rzadka francuskich), znalazła wyraz forma klasycznego kryminału gatunkowego.

Robert Dudziński – „Produkcje sensacyjno-kryminalne Telewizji Polskiej 1965-1989. Konwencje-motywy-konteksty”, wyd. Katedra Wydawnictwo Naukowe, Gdańsk 2017, str. 271, ISBN 978-83-65155-74-0

Inaczej oświetlony

Władysław Gomułka

„Najnudniejszy człowiek świata. Taki zawsze wydawał mi się Władysław Gomułka” – z tym zdaniem otwierającym opowieść Piotra Lipińskiego nie zgadzam się w całej rozciągłości.
Mnie Gomułka, którego, jako człowiek równo o dekadę starszy od autora, pamiętam (pamięcią niedorostka, ale ta jest bardzo chłonna) w przeciwieństwie do niego bezpośrednio, z pierwszych stron gazet, z telewizyjnych i radiowych przekazów oraz z przemówień, wydawał się figurą niezwykle fascynującą, trochę jak gnom, ponury krasnolud czy złośliwy troll z makabrycznej bajki. Jego kostyczny sposób bycia, specyficzna, plebejska, pobrzmiewająca wschodnim akcentem intonacja (połączona skądinąd z bardzo dobrą dykcją), towarzyszące mu jakby stałe rozdrażnienie, apodyktyczność jego przygarbienie, łysina, siwizna i siermiężny garnitur czyniły go dla mnie groźnym, fascynującym, strasznym dziaduniem ze złego snu.
Był rówieśnikiem moich dziadków i wyobrażałem sobie, że takiego dziadka bym się bał. Gdy w ciepły i słoneczny (pamiętam jak dziś!) dzień 1 września 1964 roku przeżywałem (ciężko!) mój pierwszy w życiu początek roku szkolnego, mijała 25 rocznica wybuchu II wojny światowej i Gomułka wtedy okazjonalnie przemawiał, więc ten dzień kojarzą i z jego postacią. I to było fascynujące! Ale Gomułka jako kwintesencja nudy? Nigdy w życiu! To była postać jak z powieści Stephena Kinga czy opowiadań Edgara Allana Poe.
Piotra Lipińskiego rzecz o Władysławie Gomułce nie jest ani naukową ani publicystyczną biografią przywódcy PRL w latach 1956-1970. Takie zresztą już powstały m.in. autorstwa Jana Ptasińskiego czy Andrzeja Werblana). Nie jest też powieścią ani klasyczną opowieścią o nim, czego z kolei jeszcze nikt nie próbował. Jest udaną próbą zmieszczenia się ze swoją narracją między tymi biegunami. Z jednej strony, dzięki pokazaniu Gomułki nie przez pryzmat twardego, zdyscyplinowanego, oschłego przekazu naukowego czy publicystycznego, wyłącznie jako działacza, polityka i doktrynera, lecz przez zmiękczenie, jakie daje osobista, autorska opowieść, ta trudna i w zasadzie raczej zewnętrznie mało ciepła i sympatyczna postać nabrała jakby nowych barw, bardziej osobistych i może fragmentami nawet cieplejszych.
Z drugiej strony, są w opowieści Lipińskiego inkrustacje prozatorskie w postaci okruchów typowego powieściowego dialogu, motywy wyobrażone, jakby dopowiedziane i do pewnego stopnia sfikcjonowane. Uprzedzam: w opowieści Lipińskiego nie ma żadnych nowo ustalonych faktów, niczego, czego historycy czy miłośnicy tematu nie znali lub nie mogli wcześniej poznać z literatury przedmiotu. Lipiński Gomułki na nowo nie odkrywa, w porządku faktów rekapituluje to, co można znaleźć w innych, powszechnie dostępnych publikacjach, ale opowiada o nim w sposób nowy, rzucając na niego inaczej ustawione światło. Polecam z przekonaniem tę lekturę.

Piotr Lipiński – „Gomułka. Władzy nie oddamy”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, str. 395, ISBN 978-83-8049-898-3

Ci, którzy nas uczyli

W czasach Polski Ludowej na kilka pokoleń studentów i pracowników akademickich oddziaływali wielcy nauczyciele. Oddziaływali poprzez wykłady, książki i artykuły oraz wystąpienia publiczne. Poprzez swą mądrość, wiedzę oraz postawę społeczną.

Obrońcy autonomii instytucji naukowych

Szczególną rolę odegrali Tadeusz Kotarbiński i Władysław Markiewicz – uczeni i przywódcy wspólnoty akademickiej. Obydwaj byli obrońcami autonomii tej wspólnoty. Obydwaj byli atakowani i zniesławiani.
Prof. Kotarbiński w okupowanej Warszawie zajmował się niebezpieczną działalnością-tajnym nauczaniem. Po wojnie, przez kilka lat pracował równolegle w Warszawie i Łodzi. W latach 1945-49 był rektorem Uniwersytetu Łódzkiego.
W roku 1952 ukazał się artykuł Bronisława Baczki O poglądach filozoficznych i społeczno-politycznych Tadeusza Kotarbińskiego ( „Myśl Filozoficzna”, nr 1-2, 1952) stanowiący przysłowiowe poszukiwanie dziury w całym. Kotarbiński był filozofem-materialistą i ateistą. Nie był marksistą. Baczko twierdził, że głoszony przez Kotarbińskiego kierunek filozoficzny to „burżuazyjny reizm” i starał się wykazać, że Kotarbiński był przeciwnikiem przemian ustrojowych zachodzących w Polsce po roku 1945.W odpowiedzi na ten atak prof. Kotarbiński punkt po punkcie wykazywał, że „krytyk mógłby uważnego interlokutora chyba tylko nastraszyć a nie przekonać… nie jest to rzeczowa, naukowa, filozoficzna argumentacja”. Kotarbiński został odsunięty na przedwczesną emeryturę.
Po wielu latach przebywający poza Polską Bronisław Baczko – który w międzyczasie radykalnie zmienił poglądy-przepraszał za książkę, której fragmentem był powyżej wspomniany artykuł. Jest to godne odnotowania. Nie zmienia to jednak faktu, że w roku 1952 wymienione publikacje Baczki były szkodliwe i haniebne.
Po przełomie październikowym 1956 roku prof. Tadeusz Kotarbiński powrócił do aktywnej pracy naukowo-dydaktycznej a w latach 1957-62 był prezesem Polskiej Akademii Nauk. Propagowane przez niego hasło dobrej roboty zostało podjęte i realizowane przez Naczelną Organizację Techniczną i stowarzyszenia inżynierskie. Jego Traktat o dobrej robocie został przetłumaczony m. in. na język japoński. Warto przypomnieć, że w tamtym okresie Japonia była międzynarodowym promotorem wiedzy o zapewnianiu jakości produkcji.
Prof. Kotarbiński inicjował dyskusje dotyczące zarówno prakseologii jak i prób jej stosowania w praktyce. Monitorował liczne publikacje nawet jeżeli pochodziły one od nieznanych autorów. Wśród tych ostatnich był autor niniejszych rozważań, którego spotkał zaszczyt, gdyż prof. Kotarbiński zacytował jego skromny artykuł o organizacji badań naukowych w USA.
W końcowym okresie prezesury Tadeusza Kotarbińskiego w PAN zapadła decyzja KC PZPR o utworzeniu Komitetu Nauki i Techniki (KNiT). Prof. Kotarbiński oświadczył publicznie, że decyzja ta nie była z nim konsultowana. Przewodniczącym KNiT został polityk, wicepremier Eugeniusz Szyr. Komitet, którego pierwowzór pochodził z Moskwy był swoistym superministerstwem wymagającym od placówek naukowych ciągłego opracowywania planów i sprawozdań z ich realizacji. Było to bardzo pracochłonne i mocno redukowało czas potrzebny na same badania. Przy tworzeniu KNiT znakomity socjolog prof. Jan Szczepański złożył żartobliwą propozycję utworzenia Komitetu Nauki i Muzyki. Żeby wszystko grało…
W roku 1947 dwudziestosiedmioletni Władysław Markiewicz powrócił z Wielkiej Brytanii do Polski. Miał ze sobą świadectwo maturalne, które uzyskał w Italii w szkole dla żołnierzy armii gen. Andersa w której służył. Wrócił jako bardzo oczytany poliglota. Będąc synem polskiego górnika we Francji już w szkole podstawowej stał się frankofonem. Niemieckiego nauczył się w więzieniach i obozach koncentracyjnych, w których-za działalność patriotyczną- spędził prawie cztery lata. Język włoski opanował w trakcie pobytu w Italii, a angielski-oczywiście w Anglii.
W Uniwersytecie Poznańskim studiował Markiewicz socjologię. Uwagę znakomitych profesorów-Kazimierza Ajdukiewicza, Józefa Burszty, a zwłaszcza Tadeusza Szczurkiewicza zwróciły jego umiejętności językowe i erudycja. Jego opublikowane prace-doktorska i habilitacyjna -zwróciły uwagę wielu czytelników. Dotyczyły one odpowiednio przemian w świadomości narodowej reemigrantów z Francji oraz społecznych procesów uprzemysłowienia. Z czasem Markiewicz został profesorem Uniwersytetu Poznańskiego i dyrektorem uczelnianego Instytutu Socjologii. Jego wiedza niemcoznawcza sprawiła, że został również dyrektorem Instytutu Zachodniego w Poznaniu.
Władysław Markiewicz aktywnie uczestniczył w wydarzeniach, które miały miejsce w Poznaniu w okresie październikowego przełomu w 1956 roku. Pełnił ważne funkcje w Komitecie Wojewódzkim PZPR. Gdy jednak nastąpił odwrót od października zrezygnował z działalności politycznej. Jako dyrektor Instytutu Zachodniego skutecznie bronił tą placówkę przed ingerencją Służby Bezpieczeństwa. Podobne działania podejmował również na stanowisku sekretarza Wydziału I Polskiej Akademii Nauk a później-wiceprezesa PAN. Przez 12 lat prof. Markiewicz był współprzewodniczącym polsko-niemieckiej komisji podręcznikowej identyfikującej fałsze, manipulacje i stereotypy, które przekazywano uczniom niemieckim i polskim. Ta działalność na rzecz polski-niemieckiego porozumienia prowadzona przez byłego więźnia hitlerowskich obozów koncentracyjnych budziła podziw i uznanie w wielu krajach.
Władysław Markiewicz-socjolog i obywatel -z troską i niepokojem obserwował narastanie w Polsce wielkiego kryzysu w latach 1970-tych. Jego ostrzegawcze wystąpienia były przyjmowane z niechęcią, a czasami-z wrogością. Zwolennicy” propagandy sukcesu” zarzucali mu „czarnowidztwo”, a także „uleganie wrogim podszeptom”.
Przyjaciel Markiewicza -Józef Tejchma, wicepremier i minister Kultury i Sztuki w dniu 28 stycznia 1978 roku zanotował w swym dzienniku: „Polityka” publikuje dobry wywiad z W. Markiewiczem pt. ”Dylematy władzy”. Autor postuluje daleko idącą autonomię nauki w jej stosunkach z polityką, tylko niewasalna wobec niej nauka może dobrze służyć polityce.” Później 19 marca 1979 roku napisał: „ Z RFN wrócił Markiewicz. Pilnie zwróciła się do niego organizacja partyjna UW, aby wygłosił odczyt na temat kultury politycznej. Obydwaj oceniliśmy to jako stworzenie okazji do zebrania dodatkowych materiałów przeciwko Markiewiczowi znanemu z niekonformistycznych ocen, ale bez awanturnictwa. Radziłem Władkowi, by rozważania o Polsce wyniósł na szczebel procesu historycznego, bez przyłączania się do bieżących nastrojów skrajnego krytycyzmu i bez apologetyki. (J.Tejchma, W kręgu nadziei i rozczarowań, Warszawa 2002 s.11 i 49)
Obawy Tejchmy nie były bezpodstawne. Zastrzeżenia i podejrzenia wobec Markiewicza sprawiły, że został on pozbawiony funkcji Przewodniczącego Komitetu Polska 2000 przy Prezydium PAN. Wbrew intrygom i atakom autorytet naukowy i aktywność międzynarodowa prof. Władysława Markiewicza pomagały środowiskom naukowym zajmującym się naukami społecznymi w rozwijaniu współpracy z uniwersytetami i instytucjami badawczymi w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych, a także w Chinach i Japonii.

Ze Stanów Zjednoczonych do Polski

Wybitny fizykochemik prof. Wojciech Świętosławski okres wojny spędził w Stanach Zjednoczonych prowadząc badania i wykładając w Pittsburgu. W 1946 roku za zaoszczędzone 10 000 dolarów zakupił i przywiózł do Warszawy bibliotekę naukową z której przez wiele lat korzystali jego współpracownicy i studenci. W latach 1946-60 był profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, a w latach 1946-51 również Politechniki Warszawskiej. Zainicjował utworzenie Instytutu Chemii Fizycznej PAN i był jego pierwszym dyrektorem.
W oczach podejrzliwych politycznych nadgorliwców prof. Świętosławski był przede wszystkim „sanacyjnym dygnitarzem”, gdyż w latach 1935-39 sprawował funkcję ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Na szczęście wspomniani nadgorliwcy nie byli w stanie mu zaszkodzić.
Prof. Świętosławski prowadził badania w dziedzinie termochemii i przyczynił się do skonstruowania precyzyjnych przyrządów pomiarowych. Był twórcą polskiej szkoły fizykochemicznej, której osiągnięcia badawcze miały znaczenie międzynarodowe. W roku 1951 został laureatem nagrody państwowej I stopnia. Z podręczników i monografii prof. Świętosławskiego publikowanych w Polsce i USA przez wiele lat korzystali liczni studenci i pracownicy nauki.

Wielkie osiągnięcia i wielki błąd

Prof. Oskar Lange – wybitny uczony i znany socjalista- w latach 1938-45 był profesorem ekonomii politycznej prestiżowego uniwersytetu w Chicago. Zdecydował się na powrót do Polski w nadziei, że będzie uczestniczyć w urzeczywistnianiu swych socjalistycznych ideałów. Zrezygnował z amerykańskiego obywatelstwa. Był ambasadorem Polski w Waszyngtonie i przedstawicielem w ONZ. W trudnym okresie 1952-55 będąc rektorem Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (obecna Szkoła Główna Handlowa) zajął się teorią statystyki. Po przełomie październikowym 1956 roku powrócił do ekonomii politycznej. Zamierzał napisać czterotomową monografię tego przedmiotu. Przedwczesna śmierć sprawiła, że pozostawił tylko dwa tomy. Zajmował się też ekonometrią, cybernetyką ekonomiczną i teorią informacji. Jego książki tłumaczone były na wiele języków. Pisma i myśli Langego wywierały wpływ na poszukiwania naukowe w różnych częściach świata. I tak np. w ubiegłym stuleciu w Japonii istniało znane w skali międzynarodowej ugrupowanie neolangistów. Oskar Lange był również aktywny w życiu polityczno-dyplomatycznym.
W roku 1957 został zastępcą Przewodniczącego Rady Państwa. W tym charakterze w roku 1959 witał na lotnisku Okęcie ówczesnego wiceprezydenta USA Richarda Nixona.
Prof. Lange przez całe życie ulegał złudzeniom dotyczącym możliwości eliminowania mechanizmu rynkowego. Jak pisał Andrzej Werblan „Oskar Lange jeszcze w 1965r. bronił poglądu,że mechanizm rynkowy może być zastąpiony przez maszyny liczące i rachunek ekonometryczny z rezultatami lepszymi społecznie i ekonomicznie”. (A. Werblan, Stalinizm w Polsce, Warszawa 2009, s.27). W dorobku Oskara Langego,podobnie jak i innych wybitnych uczonych są treści, które warto przyswoić i stosować. Są również omyłki i błędy Zasługują one na krytyczną refleksję.

Powrót współpracownika Einsteina

W 1950 roku powrócił do Warszawy wybitny fizyk-teoretyk Leopold Infeld, profesor uniwersytetu w Toronto. Przed przyjazdem do Kanady przez kilka lat przebywał on w Instytucie Zaawansowanych Badań w Princeton, gdzie współpracował z Albertem Einsteinem. W 1938 roku ukazała się książka Einsteina i Infelda Ewolucja fizyki,która stała się bestsellerem na światowym rynku literatury popularnonaukowej. Książka ta w sposób przystępny przedstawia świat w kategoriach mechaniki klasycznej, a następnie ukazuje zmiany, które spowodowały – teoria pola, teoria względności oraz pojęcie kwantów.
Leopold Infeld- profesor Uniwersytetu Warszawskiego był również aktywny jako publicysta i pisarz. Był autorem znakomitej powieści Wybrańcy bogów.
Kiedy w przetłumaczonym na polski rosyjskim słowniku filozoficznym podano, że autorem równania E=mc2 był Sergiusz Wawiłow prof. Infeld uznał tą publikację za haniebną. Miał rację.
Leopold Infeld był wysoko ceniony przez Bertranda Russella. Stał się jednym z wczesnych uczestników zainicjowanego przez Russella elitarnego ruchu Pugwash skupiającego uczonych wypowiadających się za zakazem prób z bronią jądrową. Troskę i niepokój Infelda budziła nietolerancja. W autobiograficznym eseju Religia i ja pisał:”Pragnę,aby w okresie kiedy nietolerancja religijna się zwiększa moje stanowisko ateistyczne było tolerowane. Wiem, że nietolerancja jest sprawą milionów ciemnych ludzi. Wiem,że moje słowa dotrą zaledwie do kilku tysięcy. Z tych potrafię przekonać tylko kilku. Dla tych kilku napisałem te słowa”.(T. Kotarbiński, L. Infeld ,B. Russell, Religia i ja, Warszawa 1962, s.44-45).

x x x

Tadeusz Kotarbiński-gdyby chciał-mógłby wykładać w jednym z renomowanych uniwersytetów francuskich. Władysław Markiewicz mógłby studiować w Wielkiej Brytanii i tam pracować naukowo.
Wojciech Świętosławski, Oskar Lange i Leopold Infeld zrezygnowali z prestiżowych stanowisk oraz wygodnego życia i powrócili do Polski, aby nas uczyć. Wszyscy wiedzieli doskonale o warunkach panujących w powojennej Polsce i ograniczeniach wynikających z przynależności naszego kraju do tzw. bloku wschodniego.
Sądzę, że jesteśmy im winni wdzięczną pamięć. A także- w wielu przypadkach – powrót do ich myśli i książek.

Stan wojenny a rola kościoła

Replika w związku z przemówieniem bpa Antoniego Pacyfika Dydycza

Przed kilkunastoma dniami pisałem na moim profilu (Facebook) o jednej z najświętszych zasad prawa, a mianowicie, zasadzie wywodzącej się jeszcze z czasów starorzymskich, a mianowicie: „lex retro non agit” (Prawo nie działa wstecz). Temat wówczas poruszony dotyczył nielegalnej ustawy PiS odbierającą część świadczeń emerytalnych byłym funkcjonariuszom władzy ludowej. Jak wspomniałem, ustawa ta (tzw. ustawa dezubekizacyjna) była nielegalna już w swoim zarodku, gdyż w sposób oczywisty gwałciła wyżej wyartykułowaną zasadę: prawo nie działa wstecz. Zasada ta jest tak doniosła, że nie może – zgodnie z utrwaloną linią orzeczniczą – ulec zachwianiu nawet w sytuacji zagrożenia bytu państwa. Dlatego też nazwałem ją „świętą”. Teraz czytam wypowiedź jednego z biskupów na temat nielegalności stanu wojennego. Biskup grzmiał wprost z kart gazety, że stan wojenny był bezprawiem, gdyż dekret Rady Państwa działał z mocą wsteczną. Po pierwsze to, że dekret zawierał przepisy działające retroaktywnie (wstecz), nie oznacza samo w sobie, że stan wojenny był nielegalny. Biskup myli te płaszczyzny, ale to możemy mu wybaczyć, gdyż nie ma on głębszego pojęcia o prawie. To nie jest jego zadanie życiowe. Stan wojenny nie był nielegalny dlatego, że zawierał unormowania (karne zwłaszcza), które miały skutkować (i skutkowały) wstecz, ale dlatego, że dekret Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. został wydany w okresie trwającej sesji Sejmu, co naruszało art. 31 ust. 1 konstytucji PRL, wedle którego dekrety z mocą ustawy zwykłej mogą być wydawane jedynie w okresie między sesjami Sejmu. Rada Państwa zaproponowała, aby dekrety z 12 grudnia 1981 r. były zatwierdzone ustawą, co nie było zgodne z postanowieniami regulaminu Sejmu. Izba przyjęła ten tryb procedowania, odstępując od rozwiązań regulaminowych. Czy to naruszało konstytucję PRL? Tak sądziła prof. Zakrzewska, ale prof. Andrzej Gwiżdż, znawca problematyki legislacyjnej, uważał, że „Przyjęcie przez Sejm dla zatwierdzenia ww. dekretów procedury odmiennej od określonej regulaminowo, aczkolwiek oczywiście nieprawidłowe, nie powinno jednak nasuwać wątpliwości co do legalności, a zatem i skuteczności prawnej takiego postąpienia”. Ale najważniejsze były skutki prawne zatwierdzenia dekretów z 12 grudnia 1981 r. Ustawa z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego miała – tak jak same dekrety – charakter retroaktywny i rozciągała swą moc prawną od 12 grudnia 1981 r. Czy w ten sposób dokonany został akt walidacji dekretów? Innymi słowy, czy doszło do tego, że stały się one skuteczne, ważne w sensie prawnym? Prof. Jerzy Stembrowicz jeszcze w latach 80. argumentował, że skoro „Sejm zatwierdził wymienione dekrety, lecz nie uchwałą, jak to normalnie zawsze dotąd czynił, ale ustawą z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego”, to „Ta ostatnia okoliczność pozwala na wniosek, że Sejm chciał w ten sposób uznać ex tunc postanowienia dekretów (a nie dekrety jako takie) za swoje i nadać im za pośrednictwem ustawy charakter legalny (inaczej wyrażając się – je walidować)”. Już po upadku PRL podtrzymał to stanowisko Andrzej Gwiżdż: „Uchwalenie przez Sejm ustawy z 25 I 1982 r. miało niewątpliwie charakter legalizacji dekretów z 12 XII 1981 r. Zostały one zatwierdzone przez Sejm, i to zatwierdzone w całości, łącznie z tymi przepisami, które nadawały im moc obowiązującą „od dnia uchwalenia” (przez Radę Państwa)”. Stanowisko polskiej doktryny prawa konstytucyjnego, z którym całkowicie się zgadzam, nie jest tu niczym odosobnionym. Warto przypomnieć, że również wielu przedstawicieli nauki europejskiej (szczególnie niemieckiej i francuskiej XIX i XX w.) opowiadało się za walidacją aktów prawnych stanowionych z naruszeniem prawa w okresie stanu nadzwyczajnego. Ale za prof. Stembrowiczem, najwybitniejszym polskim znawcą problematyki stanu nadzwyczajnego, mogę stwierdzić jeszcze coś więcej, a mianowicie, że „od czasu owej ratyfikacji-walidacji należałoby, ściśle rzecz biorąc, mówić nie o dekretach z 12 grudnia 1981 r., których treść przejęła ustawa z 25 stycznia 1982 r., lecz tylko o tej ustawie, która weszła w miejsce dekretowych postanowień”. I nie powinno nam to umykać w ustrojowych analizach wydarzeń grudniowej nocy. Biskup Dydycz, bo o nim mowa, nie ma moralnego tytułu do pouczania kogokolwiek o „barbarzyństwie” wprowadzenia stanu wojennego, nie ma on prawa do nazywania zdrajcami wszystkich, którzy do zaprowadzenia stanu wojennego się przyczynili. Nie ma takiego prawa, gdyż Kościół katolicki, za sprawą swoich hierarchów – o czym mało kto wie – sam przyłożył w sposób zasadniczy rękę do wprowadzenia owego stanu nadzwyczajnego. Jak to się stało? Poza złamaniem — wspomnianego powyżej przeze mnie — zakazu retroakcji doszło jeszcze do nieformalnej zmiany dekretu o stanie wojennym, dokonanej przed jego publikacją w Dzienniku Ustaw. Pod koniec lat 90. bp Alojzy Orszulik ujawnił, iż czynniki kościelne miały swój udział w uzgodnieniu ostatecznego kształtu dekretu o stanie wojennym. Otóż wieczorem 13 grudnia 1981 r. doszło do spotkania między nim, bp. Bronisławem Dąbrowskim i prof. Andrzejem Stelmachowskim a Kazimierzem Barcikowskim i min. Jerzym Kuberskim, którzy poprosili o naniesienie poprawek do projektu dekretu o stanie wojennym (Orszulik mówił, że Barcikowski dał im „projekt dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego z lat 60”.). W rzeczywistości chodziło o ledwo co uchwalony przez Radę Państwa, a jeszcze nieogłoszony w Dzienniku Ustaw (a zatem nieobowiązujący), dekret o stanie wojennym. Orszulik wspominał: „Nanieśliśmy poprawki, czyli wykreśliliśmy z projektu niektóre przepisy restrykcyjne wobec Kościoła. […] Był tam przepis z okresu stalinowskiego, z dekretu z 1953 r., że władze państwowe mają wpływ na obsadę stanowisk kościelnych i zwalnianie duchownych”. Na pytanie dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, jak to było możliwe, żeby „nanosić te poprawki”, biskup odpowiedział: „Mówili, że można je nanosić, bo się jeszcze nie ukazał Dziennik Ustaw”. W ten sposób strona kościelna stała się współautorem ostatecznej wersji dekretu o stanie wojennym – chociaż nastąpiło to z całkowitym pogwałceniem konstytucji PRL. Czy biskup Dydycz zapomniał o tym fakcie? Ostatecznie ustawa z 25 stycznia 1982 r. walidowała (uważniała), poczynając od 12 grudnia 1981 r., i te naruszenia prawa. A wśród tych naruszeń – które Kościół zaakceptował – były rozmaite represje sądowe wobec szeregowych obywateli, godzące w nich jeszcze wtedy, gdy stan wojenny nie obowiązywał. Do ostatecznego druku Dziennika Ustaw doszło w dniach 17-18 grudnia 1981 roku. Jego kolportaż, głównie do władz wszystkich województw, rozpoczął się poprzedniego dnia. Mimo iż tekst dekretu został wydrukowany w dniach 17-18 grudnia, to na dacie jego wydania widnieje 14 grudnia 1981 roku. Do organów sprawiedliwości Dziennik trafił w dniach 19-23 grudnia. Oznacza to, że w dniach 13-19 grudnia osoby oskarżone były sądzone według prawa, które wówczas nie obowiązywało, co łamie rzymską zasadę: „Lex retro non agit”. 12 grudnia 1981 roku ruszyły zatrzymania działaczy opozycji, których bardzo często wyciągano siłą z domów i kierowano do ośrodków internowania. Internowania odbywały się bez jakichkolwiek wyroków. Cały wymiar sprawiedliwości był wówczas całkowicie podporządkowany woli rządzących. Świadczy o tym pewna anegdota o aplikancie, który przyszedł do wieloletniego sędziego Sądu Najwyższego z zapytaniem: „Co jest najwyższym źródłem prawa w PRL?”. Miał usłyszeć odpowiedź: „Dla sędziego orzekającego najwyższym źródłem prawa jest telefon…”.
Nie możemy zapomnieć, że do tego wszystkiego znaczący swój wkład wniósł Kościół katolicki. O tym zaś fakcie prawie się dziś nie wspomina. Czy stan wojenny był zatem legalny? Nie, aż do 25 stycznia 1982 roku, kiedy to Sejm PRL przegłosował zatwierdzenie dekretu i innych dokumentów z nim związanych. Niechaj nas więc ekscelencja nie poucza i niech nie wypowiada się w patetycznym moralizatorskim tonie, gdyż współpracownikami bezpośrednimi władzy, o której dziś Dydycz wyraża się w najostrzejszych słowach, byli także jego koledzy po fachu. Mieli oni zasadniczy, a świadomy, udział w działaniach niekonstytucyjnych i w skutkach stanu wojennego, którymi to skutkami była niejednokrotnie śmierć praworządnych Polaków (dokładnie 40. osób).