Fałsze polityki historycznej

„Nieszczęściem Polski jest to, że jej historia jest zakłamana jak nigdzie na świecie” – stwierdził kiedyś Jerzy Giedroyć, a Bronisław Łagowski zauważył: „Nad Polakami ciąży dziś najbardziej nie ta historia, która była, lecz ta, której nie było”. Te dwie wypowiedzi posłużyły autorowi za motto wprowadzające do książki. Bohdan Piętka zajął się zjawiskiem zakłamywania najnowszej polskiej historii i swoją narrację zaczął od przybliżenia kwestii polityki historycznej, która w dzisiejszej Polsce zdecydowanie góruje nad prawdziwą historią jako dziedziną nauki.

W praktyce władzy mamy do czynienia wyłącznie z polityką historyczną, czyli nadawaniem wydarzeniom przeszłości ideologicznego piętna.
Im bliższa naszym czasom jest historyczna przeszłość, tym – paradoksalnie – silniejszym naciskom politycznym podlega. Bohdan Piętka zajął się kłamstwami o historii II wojny światowej i PRL. Prowadzoną politykę historyczną określił jako peryferyjną, jako że prowadzona jest przez kraj peryferyjny.
Zacytował też dobitne zdanie Tomasza Merty, że „polityka historyczna jest przeciwieństwem prawdy historycznej”. Przywołany Longin Pastusiak stwierdził, że zwolennicy polityki historycznej w Polsce dążą do „zawładnięcia pamięcią historyczną Polaków, narzucenia własnej interpretacji przeszłości historycznej i wybiórczego traktowania faktów historycznych”.
Dodajmy – w duchu prawicowo-nacjonalistycznym z dodatkiem sosu katolicyzmu. Także prawicowy historyk Piotr Zychowicz tak opisał polską prawicową politykę historyczną: „Napuszeni, nastroszeni, pilnują ściśle własnych rodaków, aby – w odpowiednim momencie – założyć im na twarz biało-czerwony cenzorski kaganiec i postawić do narodowego pionu.
A potem pogrążają się w samozadowoleniu z dobrze spełnionego patriotycznego i obywatelskiego obowiązku. Niestety, towarzystwo to w ostatnim okresie uznało się za „obrońców honoru” Żołnierzy Wyklętych, co szalenie utrudnia spokojną merytoryczną debatę na temat powojennego podziemia(…)
Mamy do czynienia z ludźmi o mentalności sekciarskiej, których „religia” sprowadza się do czterech podstawowych dogmatów;

1 Stosujemy inne kryteria wobec Polaków, a inne wobec cudzoziemców.

2 Wszyscy polscy przywódcy polityczni i wojskowi byli nieomylni.

3 Polak w historii zawsze odgrywał tylko dwie role: bohatera lub ofiary.

4 Jeśli masz inne zdanie, zniszczymy cię i wdepczemy w ziemię”. W tak ujętej formule liczył się tylko upust krwi motywowany nacjonalistycznie, a wszelka historyczna tradycja lewicowa uważana jest za tradycję antynarodową, a w najlepszym razie obojętną wobec wartości narodowych, na co zwraca uwagę inny krytyk prawicowej polityki historycznej, Andrzej Romanowski.
Wyposażony w takie uwagi ogólne czytelnik książki może przystąpić do lektury rozdziałów poświęconych poszczególnym tematom. Tematów podejmuje Piętka wiele, ale warto zwrócić uwagę tylko na niektóre z nich.
Zajmuje się więc m.in. deprecjonowaniem dorobku PRL, groteskową gloryfikacją II Rzeczypospolitej, czczeniem Brygady Świętokrzyskiej, mitologią „żołnierzy wyklętych”, szaleństwem dekomunizacji, zniesławianiem Armii Ludowej, radykalną rusofobią, deprecjonowaniem generała Zygmunta Berlinga, którego warszawski pomnik został zniszczony za ogólnym przyzwoleniem, znieważaniem „Platerówek”, „dekomunizacją” Ireny Sendlerowej, a także zniesławianiem Józefa Cyrankiewicza przez przypisywanie mu tych win, których akurat nie popełnił.
Poza szczegółowymi tematami pasjonujące są także konkluzje ogólne, jak n.p. ta którą zawiera zacytowane sformułowanie Lecha Mażewskiego, który zauważył, że „kluczowym problemem polskiej polityki historycznej jest szantaż moralny”.
Bardzo ciekawa jest końcowa konkluzja książki Bohdana Piętki, którą autor formułuje w zakończeniu: „W latach 1956-1989 Polska Zjednoczona Partia Robotnicza przeszła ewolucję od autorytaryzmu do demokracji, natomiast większość polskiej prawicy przebyła po 1989 roku ewolucję w kierunku odwrotnym”.
I właśnie to, co jest tematem książki Bohdana Piętki, zakłamywanie historii PRL i gloryfikacja prawicowej wizji historii, jest egzemplifikacją przywołanej konkluzji. Znakomita książka.

Bohdan Piętka – „Kłamstwa o historii. PRL, Berling, Cyrankiewicz, żołnierze wyklęci”, seria „Historia bez IPN”, Biblioteka „Przeglądu”, Fundacja Oratio Recta, str. 323, ISBN 978-83-64407-70-3

Po drugiej stronie medalu (operacje wywiadu PRL na terenie ZSRR)

Kiedy po studiach i po szkoleniu, bardzo wszechstronnym i intensywnym – języki, techniki kryptograficzne, łączność, orientacja w terenie (obserwacja – kontr obserwacja), znajomość służb specjalnych NATO, zajęcia sprawnościowe, analiza operacji wywiadowczych (źródła sukcesów i porażek), treningi psychologiczne- trwającym dwa lata, rozpocząłem służbę, robiłem to ze świadomością, że wstępuję do wywiadu państwa polskiego. Państwa nie w pełni suwerennego ale ku suwerenności, wedle mej oceny, zdążającego, państwa autorytarnego, którego autorytaryzm nie był jednak monolityczny i wyraźnie widać było szczeliny w systemie, przez które docierały, niekoniecznie prześladowane przez władze, idee inne niż oficjalnie głoszone. Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Kiedy po studiach i po szkoleniu, bardzo wszechstronnym i intensywnym – języki, techniki kryptograficzne, łączność, orientacja w terenie (obserwacja – kontr obserwacja), znajomość służb specjalnych NATO, zajęcia sprawnościowe, analiza operacji wywiadowczych (źródła sukcesów i porażek), treningi psychologiczne- trwającym dwa lata, rozpocząłem służbę, robiłem to ze świadomością, że wstępuję do wywiadu państwa polskiego. Państwa nie w pełni suwerennego ale ku suwerenności, wedle mej oceny, zdążającego, państwa autorytarnego, którego autorytaryzm nie był jednak monolityczny i wyraźnie widać było szczeliny w systemie, przez które docierały, niekoniecznie prześladowane przez władze, idee inne niż oficjalnie głoszone. Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Kompetencje Wywiadu (czyli I D epartamentu ów czes nego M S W) i Służby Bezpieczeństwa (czyli Departamentu III) były wyraźnie rozdzielone, potwierdzała to również struktura Ministerstwa. Wystarczy sobie przypomnieć, że np. szefem Wywiadu a zarazem wiceministrem był gen.Pożoga a równolegle inny wiceminister, gen.Ciastoń, był szefem SB. Nawet dokumenty identyfikacyjne się różniły. Funkcjonariusze wywiadu posługiwali się wprawdzie takim samym formatem legitymacji ale pozycja „Służba Bezpieczeństwa” była w nich przekreślona pieczątką z symbolem 33.(Ja oczywiście, jako oficer – nielegał nigdy legitymacji, która mogłaby stać się elementem dekonspirującym, nie posiadałem. Trudno wyobrazić sobie, że np., w wypadku aresztowania przez obcy kontrwywiad wyjmowałbym legitymację z komentarzem, iż jestem oficerem polskiego wywiadu. Z kolei polskie służby też nie mogły wiedzieć o moim statusie, z przyczyn, jak wyżej. Tak więc działanie w pionie „N” miało swoisty urok – nigdy nie wiedziałeś, czy będziesz ścigany przez przeciwnika czy przez swoich.) Pozwalało to wejść do części gmachu na Rakowieckiej, wydzielonej dla Wywiadu, która nie komunikowała z częścią zajmowaną przez SB. W ogóle nie jest mi znany statut MSW z owych czasów, który oficjalnie stwierdzałby,że Wywiad stanowi integralną część SB. (I w żadnym razie w tym co mówię nie chodzi o dezawuowanie istotnej roli pracowników Służby Bezpieczeństwa dla funkcjonowania aparatu państwa.Po prostu zakresy obowiązków obu tych polskich służb specjalnych były odrębnie określone i specyficzne dla każdej z nich. Wywód mój służy wyłącznie przekazaniu prawdy historycznej o ich usytuowaniu w strukturze formalno-prawnej PRL.) Słyszałem o jakimś dokumencie wewnątrz resortowym, dotyczącym tej kwestii, sformułowanym na poziomie ministerialnym, którego zresztą żadnemu oficerowi nie okazywano a już na pewno – nie nielegałom, „kadrze N’.Powstał on w 1989 roku i na jego mocy Wywiad przez ok. 3 miesiące, przed ostatecznymi zmianami systemowymi w Polsce, został połączony ze strukturami SB. Nie odnosi się to na pewno do czasu,kiedy zaczynałem pracę w polskim wywiadzie, a więc do roku 1973. Krótko rzecz ujmując każda z tych służb państwowych miała swój obszar działania. Cała wspólnota I Departamentu tamtego okresu identyfikowała się specyficznie z Wywiadem i jej członkowie do Wywiadu właśnie wstępowali i nie byli,również w przypadku nielegałów, „agentami Wydziału XIV Departamentu I SB MSW”. (Oczywiście,to przekonanie może nie mieć pełnego odzwierciedlenia w stronie formalno-prawnej odnośnie I Departamentu, który od 27 listopada 1956 był przeniesiony do MSW z „dobrodziejstwem inwentarza”, a więc można by z tego wywodzić, że był częścią SB. Jednak nawet przewodniczący Rady IPN prof.Andrzej Paczkowski twierdzi, że w 1981 roku, via facti, wydzielono z SB piony wywiadu i kontrwywiadu a de iure zostało to ujęte w lipcu 1983 w „Statucie Organizacyjnym MSW” i taki stan rzeczy trwał,z kilkumiesięczną przerwą,do 1989 roku włącznie.)
Może to co piszę, to truizmy ale bez ich przypomnienia trudno będzie zrozumieć ten najbardziej chyba tajny aspekt działania Wywiadu MSW, a w szczególności XIV Wydziału (nielegalnego) jego I Departamentu, o którym praktycznie, poza aluzjami np. w książce Zbigniewa Siemiątkowskiego, się nie wspomina. A i dokumenty na ten temat w archiwach się nie zachowały, bowiem dotyczyły materii tak delikatnej, że zaraz po zapoznaniu się z nimi uprawnionych przedstawicieli władz, miały być niszczone.
Chodzi o akcje prowadzone przez wywiad polski w ZSRR w latach 1986-89.
W Polsce, w kręgach władzy, która czuła presję rosnącej w siłę opozycji, mimo stopniowo likwidowanych niedogodności stanu wojennego, rodziło się nie bez rozdźwięków, przekonanie, że po pierwsze: trzeba podjąć z opozycją dialog, po drugie – że nie będzie możliwe wyprowadzenie kraju z kryzysu bez poważnych reform systemowych. Na tę wewnętrzną dyskusję w ramach ówczesnego establishmentu nakładały się wpływy czynników zewnętrznych a przede wszystkim postępujące zmiany w ZSRR, zapoczątkowane przez Michaiła Gorbaczowa, I sekretarza KC KPZR w celu reanimacji komunizmu w Rosji. „Pierestrojka” i „głasnost`”, bo o nie chodzi, doprowadziły w końcu do efektów przeciwnych od zamierzonych, ale w 1986 r. nikt jeszcze o tym nie wiedział.
Natomiast polskie władze musiały orientować się, jakie tendencje są w kierownictwie partyjnym Rosji dominujące, musiały wiedzieć, jak dalece mogą posunąć się w dialogu i ewentualnych ustępstwach na rzecz opozycji. Oczywiście nie mogły liczyć, że tę wiedzę zapewni im radziecki sojusznik, który traktował je z dużą dozą podejrzliwości, wbrew pobrzmiewającym w komunikatach z oficjalnych rozmów bilateralnych sformułowaniom o ich przebiegu w duchu „braterskiej szczerości i otwartości”.
Pozyskanie niezbędnych informacji inną drogą stało się koniecznością.
Stąd zrodził się pomysł wykorzystania do tego zadania Wywiadu. Ale wprowadzając w zagadnienie minimalną, niezbędną ilość oficerów i to jedynie tych, co do których istniała pewność, że ich personalia nie są znane drugiej stronie. I tu wracamy do tego, zdawałoby się niezbyt istotnego określenia z początku tekstu „państwo nie w pełni suwerenne”, którym po 1956 r. według doktryny Breżniewa była Polska, w odróżnieniu od państwa w pełni niesuwerennego, którym była przed tą cezurą czasową. Otóż w tym państwie, w ramach takiej struktury jak Wywiad, istniały wyspy niezależności. Taką oazą był XIV wydział I Departamentu MSW – „nielegalny”. Wbrew temu, co się teraz często opowiada strona rosyjska nie wiedziała absolutnie nic o tożsamości oficerów kadry „N”. Wprawdzie oficjalni rezydenci rosyjskiego wywiadu w PRL, jak choćby często cytowany gen. Pawłow, z trudem to akceptowali, ale ulegali perswazji polskiej strony, że wyciek personaliów nasilałby ryzyko dekonspiracji. Lepiej więc było nie znając personaliów oficerów móc, w ramach wymiany informacji(na ogół zresztą odsprzedawanej drugiej stronie za tak potrzebne dewizy) korzystać choćby częściowo z ich dorobku niż narazić się na ich stratę. Nigdy noga rosyjskiego rezydenta nie stanęła też na terenie obiektu, zwanego w polskim slangu wywiadowczym „Piaski”, który wbrew tej nazwie nie znajdował się na Żoliborzu, jakby sugerowała to nazwa, lecz w willi na warszawskim Służewie, gdzie mieściła się siedziba najpierw Wydziału II Departamentu I, a następnie wydziału XIV tegoż, czyli wywiadu nielegalnego. Wielu warszawiaków pewnie przypomina sobie budynek koło ul.Puławskiej od strony ul.Wałbrzyskiej z wysoką anteną radiową obok.
Otrzymałem więc zadanie pogłębienia i rozszerzenia informacji o opiniach i stosunku władz radzieckich do wydarzeń w naszym kraju – jak dalece możemy posunąć się w realizacji reform społeczno-gospodarczych, na ile będą one „strawne” dla kierownictwa ZSRR, jakie mogą być jego reakcje i skutki tych reakcji dla Polski. Zaproponowano mi tę misję, i nie tylko mnie, chociaż mogłem odmówić. Byłem oficerem „N”, wiedziałem jakie ryzyko jest związane z tą operacją, wiedziałem też, że jeśli powinie mi się noga, to konsekwencje mogą być ostateczne. Rozumiałem jednak, jak kardynalną wagę mogą mieć informacje, które zdobyłbym, dla przemian w Polsce, więc przeważył we mnie instynkt państwowy, tak jak zresztą u większości kadry „N”, służącej państwu, a nie określonej ideologii, która w danym momencie historycznym była siłą w tym państwie decydującą. Zgodziłem się.
Wykonanie tej misji wymagało jednak skomplikowanych przygotowań. Chociaż sprawa była pilna, pośpiech mógł tu oznacza katastrofę już na początku jej realizacji.
Żeby dobrze naświetlić tło , muszę cofnąć się do przełomu roku 1968/69, kiedy jako działacz Związku Młodzieży Socjalistycznej, jeszcze przed rozstaniem się z uczelnianą organizacją i uczelnią w wyniku wydarzeń marcowych 1968 r., jako wiceprzewodniczący Zarządu Uczelnianego ZMS UJ w Krakowie, pojechałem z grupą studenckich aktywistów do „strojotriadu” – międzynarodowego młodzieżowego obozu budowlanego, zorganizowanego przez Komsomoł na terenie Litwy, w Druskiennikach. Była tam młodzież z Polski, ZSRR, NRD. Nasza praca polegała na zakładaniu infrastruktury telekomunikacyjnej, łączącej nowo wznoszone sanatorium w tej miejscowości a prozaicznie rzecz ujmując – na kopaniu rowów pod instalację nowych kabli telefonicznych. Przyświecała temu przedsięwzięciu idea integracji aktywistów FDJ, ZMS i Komsomołu. W trakcie prac oraz późniejszego programu turystycznego poznałem wielu kolegów, dobieranych zresztą z ówczesnej elity radzieckiej – byli wśród nich tacy ludzie jak syn wiceprzewodniczącego Rady Państwa Litewskiej Republiki Radzieckiej, jak Jewgienij Tiażelnikow, I sekretarz Komsomołu,w przyszłości członek KC KPZR i ambasador w Rumunii, jak wielu innych, którzy później zrobili karierę w Rosji, obejmując istotne stanowiska w aparacie propagandy i w mediach. Przez pewien czas prowadziłem z nimi korespondencję, nawiązały się przyjaźnie…
Gdy w październiku 1985 roku wróciłem do Polski, stwierdziłem, że mam znajomych w moskiewskiej elicie politycznej i były to w większości znajomości zawarte w Druskiennikach. Żeby je odnowić należało zbudować odpowiednią legendę, to jest stworzyć moją nową, budzącą jak najmniej podejrzeń (bo całkowicie wyeliminować ich się nie dało) tożsamość. Wracałem przecież z Paryża, gdzie wcieliłem się w rolę kleryka jezuickiego, byłbym więc całkowicie niewiarygodny dla ewentualnych rosyjskich rozmówców.
Tutaj z pomocą przyszedł mi po części przypadek. Mój stary kolega, z lat 70., gdy jeszcze publikowałem swoje teksty w warszawskim miesięczniku „Chrześcijanin w świecie” okazał się być teraz działaczem Stronnictwa Demokratycznego i publicystą prasy SD.
Zrozumiałem, że nadarza się okazja wejścia w środowisko dziennikarskie SD, a stamtąd dopiero, pod tą właśnie flagą, jak powiedzieliby funkcjonariusze operacyjni wywiadu, działanie na kierunku ZSRR. Tu pozwolę sobie na dygresję – do SD nie wstąpiłem aby „inwigilować” tę partię. W kontekście tego, że SD było stronnictwem sojuszniczym PZPR brzmiałoby to co najmniej humorystycznie. Oczywiście, powstawały wśród członków tej organizacji ciekawe idee, toczyły się interesujące dyskusje, ale były one dobrze znane w gmachu KC i wsłuchiwanie się w nie nie stanowiło mojego zadania, nawet jeśli stałem się publicystą „Tygodnika Demokratycznego” od marca 1986 r., a później, od 1988 roku członkiem zespołu redakcyjnego miesięcznika „Myśl Demokratyczna”, które były pismami wydawnictwa „Epoka”, należącego do Centralnego Komitetu SD. Pisałem tam pod nazwiskiem lub pod pseudonimami TR, TTT czy Aleksander Bożyk. Stąd już była stosunkowo prosta droga do odnowienia relacji z radzieckimi kolegami po piórze i działaczami poznanymi kiedyś przy okazji pracy w „strojotriadzie” oraz nowymi poznawanymi w ramach nawiązywania relacji między prasą SD i agencjami prasowymi na wschodzie, w Moskwie…
Rozumiem, że czytelnik pragnąłby poznać teraz trochę szczegółów. Ze szczegółami jest nieco trudniej. Wprawdzie gryf tajności z operacji Wywiadu sprzed końca 1989 roku został zdjęty, ale istnieją inne, czysto ludzkie względy, które obligują mnie w tym przypadku do daleko idącej dyskrecji. Wielu ludzi, którzy często przypadkowo udzielali mi istotnych dla polskiej strony informacji nadal żyje, żyją ich bliscy.
Byli też oczywiście i tacy, u których, szczególnie w końcu lat 80., informację po prostu się kupowało.
Pamiętam jak za 2 tys. USD uzyskałem protokoły posiedzenia jednej z komisji KC KPZR, których tematem była ocena sytuacji wewnętrznej w Polsce, a biorąc pod uwagę wartość polityczną tych informacji, cena była śmiesznie niska. Pierwszą tego typu operację na terenie ZSRR przeprowadziłem we wrześniu 1986 roku. Przebywałem wówczas w Moskwie stosunkowo krótko, mieszkając naprzemiennie to w hotelu „Pekin”, to w willach znajomych mi osób z tamtejszej elity polityczno-intelektualnej w miejscowościach o „ograniczonym dostępie” w owych czasach – Pieriediełkino i Srebrny Bór .
Nie przeceniając wagi tych materiałów trzeba powiedzieć, że były to sygnały istotne. Dotyczyły problemu sojuszniczej lojalności Polski w ramach Układu Warszawskiego, dyskusji na temat jej systemu politycznego, gdzie jawiły się wizje wielopartyjności, pod egidą wszakże przewodniej PZPR, która miałaby coś w rodzaju „złotej akcji politycznej” na podobieństwo „złotej akcji skarbu państwa, pozwalającej na decydujący głos w spółce”. Myślano o finlandyzacji Polski, ale były też silne naciski ideologicznego betonu partyjnego, wskazujące na konieczność „dyscyplinowania” krnąbrnego sąsiada. Wystarczy wymienić Susłowa. Warto tu wspomnieć, na kanwie ciągle nierozstrzygniętego sporu o stan wojenny, polegającego na nieretorycznych wcale pytaniach „weszliby czy by nie weszli”, że ówczesna Rosja miała wiele środków nacisku na Polskę, niekoniecznie militarnych, również w II połowie lat 80. Sądzę, że wystarczyłoby przerwanie dostaw rudy do huty Katowice, połączone z przykręceniem kurka do rafinerii Płockiej i gazociągu, aby w Polsce doszło oprócz katastrofy gospodarczej, do wielkich wstrząsów społecznych, wywołanych przez tysiące pozbawionych pracy ludzi. Najłatwiej być prorokiem post factum i twierdzić dzisiaj „nic by nam nie zrobili”. Otóż mogliby zrobić, a co do tego żeby nie zrobili – nie było wówczas żadnych gwarancji. Dlatego ważenie różnych decyzji wewnątrz państwa polskiego, takiego jakie wówczas realnie istniało, obudowanego systemem uznania międzynarodowo-prawnego, traktatowego, i dysponującego ułomną, ale jednak suwerennością, musiało być oparte na wiarygodnym materiale informacyjnym, szczególnie jeśli te decyzje powodowały interferencje na linii Warszawa-Moskwa, interferencje, których skutki mogły być zarówno dla władzy, jak i dla opozycji, opłakane.
Ale wróćmy do „szczegółów”, tych, które jak sądzę, nikomu już nie wyrządzą krzywdy. Wśród incydentalnych, ale bardzo cennych informatorów, nie zdających sobie zresztą sprawy z tego z kim realnie rozmawiali był m.in. wspomniany już Jewgienij Tiażelnikow, był także dyrektor agencji „Novosti”, byli też członkowie ekipy kierowniczej agencji ITAR-TASS, osoby w większości dziś na emeryturach, bądź zmarłe. O tych, którzy sprzedawali informacje, też zresztą już będących poza obiegiem społeczno-politycznym, wspominać nie będę.
A jeśli chodzi o konkretne akcje, przy których, gdzieś jak to mówią Rosjanie, „z tyłu głowy” ciągle czaiła się świadomość niebezpieczeństwa tej gry, chciałbym podać przykład jednej, łączącej aspekty komiczne z potencjalnie dramatycznymi.
W lipcu 1989 roku, a więc już po wyborach w Polsce, w których zwyciężyła „Solidarność”, ale jeszcze przed decyzjami komisji weryfikacyjnej MSW, która decydowała kto pozostanie w wywiadzie polskim, a kto go będzie musiał opuścić, realizowałem ostatnie zadanie w ZSRR, kończące misję zdobywania informacji na temat politycznych ocen Moskwy co do wydarzeń rozgrywających się za jej zachodnią granicą. Oficjalnie w ramach dwuosobowej delegacji „Myśli Demokratycznej” przebywałem w Moskwie na zaproszenie tygodnika „Literaturnaja Gazieta”. Ale równocześnie zdobyłem, z innych źródeł, poważną radziecką analizę przemian w Polsce, wraz z wnioskami, które gremia rządzące w ZSRR z tej analizy wyciągały. Nie miałem technicznej możliwości przetworzenia tego maszynopisu tak, aby go skutecznie zakamuflować. Przecież nie mogłem oprzeć się o struktury ambasady polskiej w Moskwie. Wobec tego zdecydowałem się na dość ryzykowny krok. Byłem delegowany z prasy SD, które miało wtedy, po części przeze mnie wypracowaną dla umocnienia legendy, dobrą passę w swej polityce wschodniej. Świadczyły o tym – życzenia KC KPZR dla delegatów XIV Kongresu SD z kwietnia 1989 r., czy wywiad udzielony przez przewodniczącego CK SD Jerzego Jóźwiaka „Moskowskim Nowostiam”, w maju 1989 r., pt. „Jaka powinna być Polska”. Byłem więc w miarę wiarygodny dla strony rosyjskiej, a także, jak miałem nadzieję przy tamtejszym obiegu informacji, dla podlegających KGB służb celno-granicznych, bowiem wracaliśmy do Warszawy samolotem.
Tu wspomnę o pewnych cechach charakterologicznych, którymi musi dysponować oficer wywiadu, a szczególnie – oficer pionu „N”. Jedną z nich jest tzw. aktorstwo życiowe. Sprowadza się ono do tego, aby w każdym środowisku, a także sytuacji zareagować tak, jak tego dane środowisko w określonej sytuacji od ciebie oczekuje.
Wiedząc, że polscy turyści przewozili wówczas z Rosji „kontrabandę” często w postaci m.in. czarnego kawioru, a czasem, aby zapewnić sobie środki na przyszłe transakcje wywozili ruble (obie operacje były niedozwolone) zrobiłem co następuje. Do walizki w dolnej jej części, pod odklejonym obiciem, które przykryłem ubraniami, umieściłem wspomniany dokument. W środku, między ubraniami ułożyłem dwie 100 gramowe puszki kawioru. Do portfela schowałem sporą kwotę rubli. Kolegę, który towarzyszył mi na delegacji nie mając pojęcia o celu mojej misji poprosiłem, by w razie jakichś moich kłopotów na granicy, kontynuował podróż powrotną do kraju i zawiadomił o ew. komplikacjach sekretarza CK SD ds. prasy i propagandy, sprawującego pieczę nad środowiskiem dziennikarskim stronnictwa-Mieczysława Leśniaka. Byłem nieco spięty, ale tego chyba właśnie celnicy od przemytnika-amatora oczekiwali. Na lotnisku wszystko odbyło się zgodnie ze scenariuszem – przy kontroli bagażu ręka celnika natrafiła na puszki z kawiorem. To go usatysfakcjonowało i nie szukał już dalej. Więcej nawet, ponieważ tłumaczyłem mu, zresztą zgodnie z prawdą, że wiozę ten kawior, przecież małą ilość, dla mego wiekowego ojca, który chciał sobie przypomnieć jego smak, celnik oddał mi jedną puszkę, ale za to „zafundował mi” kontrolę osobistą, przy której w portfelu odnalazł ruble. Był już w pełni zadowolony. Sporządził protokół, przyjął ruble w depozyt, z którego teoretycznie mogłem je pobrać przy kolejnym przylocie do Moskwy i poprawił swoją statystykę wykrywalności wykroczeń.
Po wejściu do samolotu kolega – dziennikarz powiedział „denerwowałeś się w zauważalny sposób, gdybyś się lepiej kontrolował, nie znalazłby tego kawioru”. Gdybyż on wiedział, czego dzięki puszkom kawioru ten celnik nie znalazł, pewnie byłby zaskoczony.
A swoją drogą, gdyby celnik kontynuował dokładną kontrolę mojego bagażu (ale po co miałby to zrobić, skoro to co znalazł odpowiadało dokładnie profilowi wykroczeń turysty znad Wisły) to pewnie nie mielibyście państwo okazji czytać tego tekstu…
Potem był koniec roku 1989, zapadły decyzje komisji weryfikacyjnej stanowiące kto służbę opuści a kto w niej zostanie, następnie rok 1990, który zamykał funkcjonowanie struktur Wywiadu PRL. Stanowił cezurę czasową od której zaczął działanie Urząd Ochrony Państwa a po nim Agencja Wywiadu,których zadania zabezpieczał gryf tajemnicy pańswowej, powodując to, co z wywiadowczego punktu widzenia oddaje określenie „reszta jest milczeniem”.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Kapsułki Pamięci

Ciotka od Paula Bourget
Owa ciotka Maria – popularnie nazywana w rodzinie „Myszką”, jakby dla kontrastu z jej nieco surowym obejściem wymagającej nauczycielki – z domu Urbańska, poślubiła Mieczysław Bielińskiego – brata rodzonego mojej babki. Aliści zacznijmy od początku, jak mawiał Jerzy Waldorff. Ciotka urodziła się w 1910 roku w Moskwie, gdzie jej ojciec pracował jako lekarz. Po wielu latach dowiedziałem się, że po powrocie do kraju stał się w swoim powiecie bychawskim na Lubelszczyźnie kimś w rodzaju ofiarnego doktora Judyma rodem z „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego i leczył za darmo ubogą ludność okoliczną. W dzieciństwie zasłyszałem mimochodem, że ciotka podobno zapamiętała, jako siedmiolatka, krwawe rewolucyjne sceny roku 1917 w Rosji, gdzie – jak zasłyszałem własne jej słowa – „krew płynęła rynsztokami”. Nie wiem ile w tym prawdy, bo jak wiadomo pamięć ludzka, zwłaszcza pamięć dziecka, rządzi się osobliwymi i tajemniczymi regułami, o czym przecież sam zaświadczam w „kapsułkach”, ale taką wersję zasłyszałem. W 1936 roku ciotka, wtedy 26-letnia, ukończyła studia romanistyczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jednym z jej profesorów i promotorem jej pracy był Stanisław Stroński, wybitny profesor romanistyki, ale bardziej znany jako radykalnie prawicowy polityk, poseł na Sejm i jeden ideologów endecji, osobisty wróg Józefa Piłsudskiego, którego ten, w swoim słynnym przemówieniu w roku 1923, na bankiecie w Sali Malinowej warszawskiego hotelu „Bristol”, nazwał „zaplutym karłem”, którą to frazę, po latach, wykorzystała propaganda stalinowska nazywając AK „zaplutym karłem reakcji”. W moim dzieciństwie, gdy ciotka była już panią w średnim wieku, kontakt mój z nią był rzadki i powierzchowny. Nie przepadałem za nią i trochę się jej bałem, bo, choć była dobrym człowiekiem, na zewnątrz sprawiała wrażenie osoby nieco szorstkiej i zasadniczej. Wiedziałem, że uczyła języka francuskiego w liceum ogólnokształcącym w Bychawie, ale nic to dla mnie wtedy, chłopaczka, nie znaczyło. Dopiero po wielu latach, kiedy byłem już za pan brat z tematami parysko-francuskimi, dowiedziałem się dość przypadkowo, że tematem dyplomowej pracy ciotki na KUL w 1936 roku była twórczość literacka Paula Bourget (1852 – 1935), reprezentanta nurtu konserwatywno-katolickiego w prozie francuskiej. Bourget nie należał do pisarzy, którymi się szczególnie interesowałem, ale oczywiście znałem jego postać z różnych tekstów dotyczących literatury francuskiej. Wtedy też wyobraziłem sobie kilkuletnią ciotkę „Myszkę” w Moskwie, w mieszkaniu, w którym być może francuska guwernantka (było takich w Rosji wiele) uczyła ją języka francuskiego i gry na fortepianie, jak to bywało w zwyczaju zamożnych rodzinach. O ile się nie mylę, ciotka nigdy nie była w Paryżu ani we Francji, a życie spędzone w powiecie bychawskim miała niełatwe, pracowite, a przy tym, po ojcu, społecznikowskie, w typie żeromszczyzny. Nikt też nie próbował jej podsunąć mnie w dzieciństwie jako ucznia języka francuskiego. W moim kręgu rodzinnym nie było takich imperatywów, a poza tym ja miałem swój świat i taki eksperyment by się wtedy nie udał. W młodości jednak zaprzyjaźniłem się z Paryżem, historią Francji, jej kulturą, długo nie wiedząc, że wpisałem się poniekąd, nieświadomie, w krąg dziedzictwa „ciotki od Paula Bourget”.
Filip z konopi
Bodaj w 1991 roku pojawił się w Polsce, po ponad pół wieku emigracji, którą przeżył w Neapolu, legendarny Gustaw Herling-Grudziński, więzień radzieckiego Archipelagu Gułag, sławny autor m.in. „Innego świata”. Jego przyjazd, pobyty w różnych miejscach i spotkania były medialną sensacją, jako że należał do głównych ideologicznych guru powojennej politycznej emigracji polskiej na Zachodzie. Dotarł też i do Lublina, gdzie w auli Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej miano mu wręczyć doktorat honoris causa. Tłum zebrał się gęsty, jako że wtedy takie spotkania budziły jeszcze zainteresowanie, elektryzowały. Po uroczystej laudacji i wręczeniu doktoratu G H-G zabrał głos, a później odpowiadał na pytania, zadawane mu w tonie pełnym uniżonego szacunku, niemal hołdowniczym. Na sali zapanowała atmosfera patosu. Gdy spotkanie się skończyło, a publiczność zaczęła się rozchodzić, podszedłem do G H-G otoczonego wianuszkiem osób i zadałem mu tylko jedno pytanie: czy to prawda, że Dino Grandi, jeden z paladynów Mussoliniego, który przyczynił się do jego dymisji 25 lipca 1943 roku dożył 1985 roku i zmarł w Rzymie? Postawiona kwestia najwyraźniej zaskoczyła G H-G i popatrzył na mnie ze zdziwieniem, jak na zielonego kota, a co najmniej jak na Filipa z konopi i mruknął, że nie wie. Jednak G H-G, czcigodny nestor emigracji politycznej i twórca legendarnego „Innego świata”, mniej mnie interesował niż to, czy będąc w po raz pierwszy w Rzymie w 1984 roku mogłem teoretycznie otrzeć się o Dino Grandiego. Ja tak mam. Nie ma to jak dociekliwość miłośnika historii i jej paradoksów. Każdego może wprowadzić w konfuzję.
Jeszcze o zagadkach i omyłkach
W poprzednich „kapsułkach” pisałem o dziwnych epizodach, ciekawych zbiegach okoliczności, jakie mi się przydarzały w różnych, w tym cmentarnych okolicznościach, m.in. o poszukiwaniu przedmiotów po francuskich rewolucjonistach Maracie i Couthonie, o poszukiwaniu grobu Aleksandra Gierymskiego, błędnie zarejestrowanym w biurze rzymskiej nekropolii, o zaskakującym z uwagi na kontekst, przypadkowym natknięciu się na grób francuskiego pisarza Raymonda Roussel. Jestem dość zakamieniałym ateistą i materialistą, ale nie ukrywam, że niektóre przydarzające mi się sytuacje wywoływały we mnie osobliwe uczucie dziwności, jakby COŚ niewidzialnego pojawiło mi się za plecami i jakby to COŚ inspirowało te sytuacje. Poprzestawałem jednak na skwitowaniu tego żartem, że to przejawy działania duchów zmarłych, którym poświęcam swoje zainteresowanie i to nie tylko ich życiem, ale także sferą śmierci oraz miejscem ich spoczynku. Inna sprawa, że Kościół katolicki bardzo nie lubi i tępi wszelkie zapędy spirytystyczne, wywoływanie duchów, wirujące talerzyki, wróżbiarstwo i tym podobne sprawy, więc z religią nie ma to nic wspólnego. Wspomnę o jeszcze dwóch takich, cokolwiek dziwnych zdarzeniach. Podczas jednego z licznych pobytów na cmentarzu Pére Lachaise natknąłem się na nagrobek Jean Lamberta Tallien, jednego z termidorian 1794 roku, tych którzy obalili Robespierre’a. Tallien zmarł w biedzie w 1820 roku, ale jego grób usytuowany jest w strefie grobów z przełomu XVIII i XIX wieku, które mają kształt klasycystyczny, monumentalny, pompierski, nawiązujący do antycznych świątyń. Tymczasem nagrobek Talliena sprawia wrażenie zaprojektowanego w latach 20-tych czy 30-tych XX wieku, a nawet później, jest bez ozdobników, ornamentów, ma minimalistyczną formę geometryczną dwóch prostokątów ustawionych wzajemnie w kształt litery L. Albo więc został postawiony wiele dziesięcioleci po śmierci Talliena, albo autor projektu z czasów Talliena miał prekursorską koncepcję plastyczną i radykalnie wykroczył poza estetykę swojej epoki. To tyle co do formy. Grób Talliena, mimo że wydał mi się nowy i w niezłym stanie, był mocno zaniedbany, pokryty mchem i pleśnią. Odczyściłem go, a podczas kolejnych pobytów na cmentarzu odwiedzałem go i w miarę potrzeby dokonywałem drobnych porządków. Jako miłośnik historii Wielkiej Rewolucji Francuskiej uznałem to za swoisty sposób zbliżenia się do niej. Bo w końcu można powiedzieć, że ktoś, kto zaopiekował się grobem jednej z jej sławnych postaci, zbliżył się, choćby na metr, do jej dziejów. Kilka lat wcześniej, w 1987 roku, podczas wakacji we Florencji, wybrałem się na położony za miastem cmentarz Trespiano, celem odwiedzenia grobu Stanisława Brzozowskiego, którego myśl zacząłem wtedy poznawać i byłem świeżo pod wrażeniem lektury „Legendy Młodej Polski”. Ponieważ nie wiedziałem, w którym miejscu cmentarza grób się znajduje, udałem się do niewielkiego budyneczku administracji. Urzędnik szybko odnalazł nazwisko w księdze rejestrowej, po czym wyjął niewielką kartkę i widziałem, jak wpisał w rubrykę nazwisko i imię (Stanislao) „lokatora” grobu, numer rzędu i kwatery, po czym zapytał mnie, w jakim charakterze odwiedzam grób. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, że jako turysta, zdążył zapytać – famiglia? To moje trwające ułamek sekundy zawahanie wzięło się z obawy, że jeśli zaprzeczę, iż należę do rodziny zmarłego, to urzędnik odmówi mi informacji. Obawa była zapewne nieuzasadniona, a nawet absurdalna, ale stało się, jak się stało – machinalnie skinąłem twierdząco głową i powiedziałem – „si”, a urzędnik odfajkował formalność, wpisując mnie jako „famiglię” nieboszczyka. Kartkę co prawda mi wręczył (zachowałem ją do dziś, czym mogę zaświadczyć, że nic nie bujam, tak jak nie bujam nawet na milimetr w żadnej z kapsułek), ale te same dane pomieścił w księdze rejestrowej. Tym sposobem zostałem w biurze cmentarnym Trespiano odnotowany jako „famiglia” czyli członek rodziny Stanisława Brzozowskiego. Niewykluczone, że jeśliby kiedyś jakiś badacz jego biografii i dzieła pojawił się na Trespiano i zajrzał do tej księgi, może mieć niejaką zagwozdkę typu – jakiż to członek rodziny Brzozowskiego odwiedził jego grób w 1987 roku? Co do mnie, to wiem tylko, że urodzona w 1903 roku córka Brzozowskiego zmarła bezpotomnie w Krakowie pod koniec lat sześćdziesiątych. W razie czego komunikuję, aby zaoszczędzić komuś ewentualnych, jałowych kwerend, że to byłem ja, turysta z Polski, a nie żadna rodzina wybitnego myśliciela. I jeszcze na sam koniec wątków grobowych. W Gujanie, wtedy francuskiej kolonii, przebywali, deportowani tam karnie w 1795 roku przez Dyrektoriat, jako terroryści, dwaj byli członkowie Komitetu Ocalenia Publicznego, termidorianie Billaud-Varenne i Collot d’Herbois. Collot zmarł w Gujanie (Alejo Carpentier opisał jego kres w „Eksplozji w katedrze” jako makabryczną – ciało zmarłego w pijanym widzie Collota miały pożreć dzikie świnie). Dostojny i pryncypialny Billaud, któremu Carpentier poświęcił w tej powieści szereg stronic, przeżył Collota i jak mówią źródła, zmarł w 1819 w Port-au-Prince na Haiti. Jednak raczej nie wybiorę się w te strony, bo jestem już za stary na kolejne grobowe qui pro quo i to na
krańcu świata.

Polska wśród „ochotników pokoju”…

Idea Narodów Zjednoczonych powstała w toku śmiertelnych zmagań z faszyzmem. Byłem wówczas żołnierzem na froncie… Karta Narodów Zjednoczonych dała początek uniwersalnej organizacji międzynarodowej, która z zachowania pokoju, z postępu, z zasady równości w różnorodności uczyniła swój kamień węgielny.
gen. Wojciech Jaruzelski

Tymi słowami, 35 lat temu, 27 września 1985 roku, gen. Wojciech Jaruzelski -wówczas premier rządu, rozpoczął swoje wystąpienie na 40 Sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (ONZ). Warto więc przypomnieć w kilku słowach jej historię.
Idea ONZ
Jej idea, myśl przewodnia wypływała z tzw. Czterech Wolności: słowa, wyznania, wolności od ubóstwa oraz wolności od strachu, które w styczniu 1941 r. prezydent USA Franklin Delano Roosevelt proklamował jako podstawowe cele Ameryki. Pół roku później, w sierpniu 1941 roku na okręcie wojennym w pobliżu Nowej Funlandii (na Atlantyku) Rooseveelt i Churchill podpisali dokument, w którym te „Wolności” stały się myślą przewodnią przyszłych stosunków międzynarodowych. Dokument nazwano Kartą Atlantycką (od miejsca podpisania). Politycy „przetłumaczyli” je jako prawa państw i narodów, jako podstawy stosunków międzynarodowych do: samostanowienia narodów; wyrzeczenia się użycia siły; potępienia zaborów terytorialnych; rozbrojenia i pokojowej współpracy. Powszechnie nazywane są zasadami Karty Narodów Zjednoczonych (KNZ).
Wstępna konferencja odbyła się w Waszyngtonie, w styczniu 1942 r. Uczestniczyło w niej 26 państw, w tym przedstawiciel Polski, którzy podpisali dokument nazwany Deklaracją Narodów Zjednoczonych. Stąd „Karta” i „Deklaracja” są założycielskimi dokumentami ONZ. Dokumenty te były podstawą, ale nie wykluczały dalszej, merytorycznej pracy nad ich wizją, możliwą do zastosowania w powojennym świecie. Opracowano m.in. preambułę, inaczej mówiąc „wstęp” do KNZ, zawierając ideę pokojowego współżycia.
Akcenty polskie
Konferencję założycielską ONZ zorganizowano w sali opery w San Francisco, gdzie 26 czerwca 1945 r. przyjęto „dopracowaną” Kartę. Składała się z preambuły (czyli wstępu) i 111 artykułów, ujętych w 19 rozdziałach (weszła w życie 24 października 1945 r.). Tu Państwa proszę o uwagę na akcenty polskie – 26 czerwca, wojna w Europie zakończona, jest kilka dni przed Poczdamem. Na koncercie uświetniającym otwarcie konferencji polski pianista Artur Rubinstein, grał muzykę Chopina, zakończył odegraniem Mazurka Dąbrowskiego. Na krześle dla przedstawiciela Polski leżała wiązanka biało- czerwonych kwiatów. Dlaczego nie był obecny? Rząd londyński był jeszcze uznawany przez kilka państw. W Polsce funkcjonował tzw. rząd lubelski utworzony przez PKWN, akceptowany przez ZSRR. Ten rząd nazywany Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej został oficjalnie uznany 28 czerwca, jednym z pierwszych państw była Francja i on w imieniu Polski jako 51 państwa założycielskiego ONZ podpisał tę Kartę, ale w październiku 1945 r. (wtedy na świecie było 77 państw, obecnie jest ponad 190). ONZ jest od zakończenia wojny jedyną organizacją międzynarodową, odpowiedzialną za światowy pokój. Rola i miejsce Polski w ONZ zasługuje na szerszy opis w stosownym czasie.
Istota wojny i pokoju.
„Nikt nie ma wyłączności na pragnienie pokoju. Są jednak narody, którym dramatyczna historia daje szczególne moralne prawo oraz nakłada niezbywalny obowiązek, aby przypominać, ostrzegać, wzywać do opamiętania. Naród nasz jest jednym z nich… Kraj nasz był zawsze w pierwszym szeregu ochotników pokoju”. W tym miejscu Generał poinformował zebranych, że zwrócił się do naszego społeczeństwa z prośbą o opinię, jakie problemy delegacja powinna podnieść na forum ONZ- kto z Państwa to pamięta? Wśród wielu listów, przypominających o naszych ofiarach poniesionych podczas II wojny światowej, był od kobiety, która napisała: „Niech pan powie wszystkim – wojna w swej istocie oznacza to, że syn jednej matki, zabija syna innej matki”. Wzmocnił ten akcent takim faktem- „Sam urzęduję w gmachu, w którego podziemiach hitlerowcy spalili zwłoki prawie trzech tysięcy rozstrzelanych mieszkańców naszej Stolicy”. Kopie listów i zestawienie zgłoszonych propozycji i podnoszonej w nich problematyki ekologicznej, nasza delegacja przekazała Sekretariatowi ONZ.
Zagrożenia pokoju, polskie inicjatywy
„Czterdzieści lat temu ludzkość wkroczyła w erę nuklearną. dziś staje w obliczu groźby przeniesienia wyścigu zbrojeń w Kosmos”- mówił Generał. Przypomniał. że „Polska kilkakrotnie proponowała na tym forum odwołanie się do wiedzy i sumienia uczonych”, przywołując trzy polskie inicjatywy: „na 17 Sesji w 1962 r. Zgromadzenie Ogólne (ZO) poleciło sporządzić raport o ekonomicznych i społecznych skutkach rozbrojenia. Na 21 Sesji w 1966 roku, Polska była inicjatorem raportu o skutkach użycia broni jądrowej, a na 23 Sesji w roku1968-raportu o skutkach użycia broni chemicznej i bakteriologicznej”. Obecnie, sugerował – „byłoby celowe …sporządzenie studium…o wielorakich następstwach militaryzacji przestrzeni kosmicznej”. Tu wspomniał o udziale polskich uczonych w badaniach Kosmosu dla „celów pokojowych i dobra człowieka, w ramach programu „Interkosmos”. Wskazał na potrzebę opracowania raportu o wielorakich następstwach militaryzacji przestrzeni kosmicznej i przyjęcia zasady swobodnego przepływu doświadczeń, licencji i technologii służących ochronie środowiska naturalnego.
Z uwagi na powagę naszych inicjatyw, wspomnę Państwu, że już na 1 Sesji ONZ w 1946 r. wnioskowaliśmy o wyeliminowanie broni atomowej i innych środków masowej zagłady oraz wykorzystania energii atomowej w celach pokojowych. A na 3 Sesji w 1948 r., zgłosiliśmy rezolucję dot. redukcji zbrojeń przez zmniejszenie o 1/3 w ciągu roku SZ, zakazu użycia broni jądrowej oraz powołania światowego organu kontrolnego. Natomiast na 7 Sesji w 1952 r., przedłożyliśmy rezolucję „O zapobieżeniu groźbie nowej wojny światowej, o utrwaleniu pokoju i przyjaznej współpracy między narodami”. Trwała nad nią burzliwa dyskusja na Sesji, w kuluarach i w wielu państwach, ale wtedy akceptacji członków ONZ nie uzyskała. Nawiązał do niej 8 lat później Władysław Gomułka, na 15 Sesji – 23 października 1960 r. Polska wystąpiła z ideą przeprowadzenia ogólnoświatowego plebiscytu w sprawie broni jądrowej i innych broni masowej zagłady oraz powszechnego i całkowitego rozbrojenia. Stosowna rezolucja dot. opracowania raportu o skutkach rozwoju zbrojeń jądrowych została opracowana przez organy ONZ i przyjęta 17 lutego 1962. Ponadto, Władysław Gomułka wystąpił z rezolucją w sprawie stworzenia warunków osiągnięcia porozumienia o powszechnym i całkowitym rozbrojeniu. Była to jego osobista inicjatywa. Zyskała ogólny aplauz, nie znalazła jednak potwierdzenia na piśmie, w postaci stanowiska ONZ. Nie oznaczało to daremności inicjatywy. Wywołana nią dyskusja międzynarodowa przyniosła pozytywny efekt 4 lata później. Minister Adam Rapacki, na 19 Sesji w 1964 r., złożył propozycję zwołania konferencji wszystkich państw Europy, ZSRR oraz USA i Kanady celem rozpatrzenia całokształtu zagadnień bezpieczeństwa. Staraniem Polski została sfinalizowana jako Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie-Helsinki 1975 (pisałem w tekście „Ożywić idee sprzed 45 lat”, 31 lipca- 2 sierpnia 2020).
Strefa bezatomowa
Generał przypomniał kolejną inicjatywę mówiąc- „Koncepcja stref bezatomowych, przekształcona już w rzeczywistość w rejonie Ameryki Łacińskiej, zamiar utworzenia strefy bezatomowej południowego Pacyfiku oraz projekty podobnych rozwiązań w innych regionach- oto przykłady, że istnieje pole do konstruktywnych poszukiwań i działań… każdego kraju, nie zależnie od jego ustroju czy przynależności do ugrupowań militarnych”. Można dziś zapytać- czy idea strefy bezatomowej w Europie to już tylko historia? Właśnie, że nie, jest wciąż aktualna, zważywszy na zamysł Niemiec, by usunąć ze swego terytorium składy i urządzenia służące do użycia broni jądrowej. Gdzie miałyby być przeniesione- kto z Państwa pamięta? Oczywiście, że do Polski! Wywołane taką wiadomością poruszenie, zostało szybko wyciszone. Sprawę tę na łamach Trybuny podniósł Redaktor Andrzej Ziemski, ja zaś przypomniałem Plan Rapackiego- na łamach 1-2 czerwca 2020. Pragnę tu wyraźnie podkreślić, że stanowczy sprzeciw wobec takich pomysłów niektórych piaskowych strategów, w żaden sposób nie godzi w nasze bezpieczeństwo. To także temat na osobną publikację w najbliższym czasie.
Nawiązując do Planu Rapackiego, Generał zadeklarował, że „Polska … gotowa będzie w stosownym momencie wystąpić z propozycjami odpowiadającymi pokojowym interesom narodów Europy”. Dziś wiemy, że była to zapowiedź planu znanego w świecie od 1987 r. z imienia Generała (napiszę szerzej, przy innej okazji). Jednocześnie podkreślił odpowiedzialność polityków za problemy bezpieczeństwa, wyrażając nadzieję, iż zapowiedziane spotkanie Ronalda Reagana i Michaiła Gorbaczowa „przyniesie szanse zahamowania wyścigu zbrojeń”, zwłaszcza na „wszelkie eksplozje nuklearne oraz projekty międzynarodowej współpracy w pokojowym zagospodarowaniu przestrzeni kosmicznej”. Dziś wiemy, że to spotkanie zapoczątkowało proces dyskusji o międzynarodowym odprężeniu na linii USA-ZSRR, a szczególnie o redukcji zbrojeń. Dwa lata później, te kraje 8 grudnia 1987 r. podpisały w Waszyngtonie układ o likwidacji rakiet jądrowych średniego i krótszego zasięgu. W depeszy gratulacyjnej do obu przywódców, Generał m.in. napisał- „Uczyniony został pierwszy doniosły krok za drodze wiodącej do świata wolnego od broni nuklearnej. Zawarcie układu potwierdza dobitnie, że obniżenie poziomu zbrojeń, przy zachowaniu równowagi bezpieczeństwa stron jest w pełni realne. Witamy również z nadzieją perspektywę nowych porozumień, zwłaszcza dotyczących zasadniczej redukcji strategicznych broni jądrowych obu mocarstw. W tych, pamiętnych dniach, przywódcom Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych towarzyszą serdeczne myśli i poparcie naszego narodu”.
Krzywda wyrządzona Polakom
„Narodowi polskiemu, każdej polskiej rodzinie wyrządzona została krzywda. Zerwane umowy, bezprawne restrykcje pogłębiły gospodarcze trudności, przyniosły nam ogromne szkody, równoważne ponad połowie ogólnej wysokości zadłużenia kraju”. Z dyplomatyczną elegancją nie wspomniał Generał jakie państwa ma na myśli, nie musiał wszyscy obecni wiedzieli, że USA, Wielką Brytanię i Francję w szczególności, a koszty tego bezprawia wobec Polaków sięgnęły 15 mld $. A tym krajom dobitnie powiedział, że „ostracyzm, któremu poddano Polskę w pewnych stolicach, to jedna z owych wielkich pomyłek, które przewijają się przez historię i kładą na jej kartach głębokim cieniem. Prawo do sądzenia uzurpują sobie zazwyczaj ci, którzy we własnym kraju chcieliby mieć spokój i porządek, a w Polsce liczą na anarchię i zamęt”. Wspomnę, że 3 lata później Margaret Thatcher w swoim domu i w wąskim gronie skierowała słowa-„Przyznaję, że Zachód nie zawsze trafnie odczytywał Pańskie intencje i wypowiedzi”. A 5 lat później Ronald Reagan w Belwederze, składając wyrazy uznania dla konsekwencji działań Generała, powiedział wprost -„Myliliśmy się w ocenie pańskiej osoby”. Prezydent Francji Francois Mitterand za… „obronę pokoju w Europie” 7 lat później odznaczył Generała Krzyżem Wielkim Orderu Legii Honorowej. Kto z naszych polityków i historyków chce pamiętać i przypominać tę – przecież nie wymuszoną prawdę- Polakom i uczyć młodzież?
Wiele delegacji państw, słuchających w zadumie, Generał zaskoczył stwierdzeniem- „Nie przyjechałem tu, aby upiększać nasze rozwiązania. Polskę współczesną zrozumieć mogą tylko ci, którzy zechcieli poznać rzetelnie jej historię, jej wyjątkowo złożone losy…Nie zabiegamy o pochwały. Nie zamierzamy obciążać nikogo odpowiedzialnością za nasze błędy. Nie ukrywamy trudności- ani przed własną, ani przed międzynarodową społecznością. Ale odrzucamy instrumentalne traktowanie Polski”.
Udział w misjach pokojowych
Mówiąc o porozumieniu i współpracy, o pokojowym rozwiązywaniu sporów i konfliktów, Generał przypomniał, że „wielokrotnie powierzano Polsce międzynarodowy mandat zaufania. Ponad 17 tysięcy Polaków lojalnie i skutecznie służyło Narodom Zjednoczonym w różnych pokojowych misjach. Również i w tej chwili żołnierze polscy pod flagą ONZ pełnią na Bliskim Wschodzie swą zaszczytną służbę”. Ta służba-w misjach pokojowych zasługuje na odrębny opis. Tu wspomnę tylko, że pierwszym zadaniem Polski, CSRS, Szwajcarii i Szwecji był nadzór nad przestrzeganiem rozejmu w Korei.
Polska grupa nadzorująca rozejm została utworzona na mocy uchwały Rządu PRL 12 września 1953 r. Stanowili ją oficerowie Wojska Polskiego oraz przedstawiciele Ministerstwa Spraw Zagranicznych (MSZ) i innych ministerstw. Na początku operacji (1953/1954 r.) pierwsza polska zmiana liczyła 391 osób personelu, w tym 171 oficerów. Łącznie personel reprezentujący Polskę w Komisji od roku 1953 do roku 2001 liczył 1 065 osób. Była to pierwsza misja powołana do przywrócenia pokoju, w której wzięli udział Polacy. Wybór ten świadczył o docenieniu przez państwa członkowskie ONZ wkładu Polski w walce o narodowe wyzwolenie podczas II wojny światowej uznaniu dla inicjatyw składanych od rozpoczęcia działalności ONZ. Z punktu widzenia prawa i stosunków międzynarodowych, to pierwszy przypadek na tak dużą skalę. Dotychczas żołnierz był postrzegany jako „wojownik”, walczący z bronią w ręku. Tu żołnierz ma walczyć, diametralnie inną bronią – powagą munduru, bezstronnością postępowania. Obiektywizmem ocen i opinii – ma budować zaufanie miejscowych władz i ludności. Korea w tym względzie okazała się wielkim międzynarodowym eksperymentem, który się powiódł. Żołnierz nie tylko umocnił swój autorytet, ale przede wszystkim dowiódł swej przydatności i wartości w swoistej „służbie dyplomacji”, służbie dla pokoju i spokoju.
Sprawa zadłużenia
Generał zwrócił uwagę, że„światowe zadłużenie wymaga wzmożonych działań ze strony ONZ. Zdaniem rządu polskiego, byłoby celowe, utworzenie pod egidą Sekretarza Generalnego ONZ, Międzynarodowego Centrum Badania Długu i Rozwoju. W jego pracach, obok wybitnych ekspertów, powinni uczestniczyć przedstawiciele bezpośrednio zainteresowanych państw”. Zaproponował, by „spotkanie organizacyjne Centrum mogło odbyć się w dawnej stolicy Polski, Krakowie”. Faktycznie, takie się odbyło i uzyskało uznanie zainteresowanych. Później, po 1989 r. rolę tę przejęło Davos w Szwajcarii. W innej formie, jako spotkania ekonomistów, od kilku lat odbywane są w Krynicy lub innych miastach.
Wychowanie dla pokoju.
Generał poinformował, że w ramach obchodów Międzynarodowego Roku Pokoju (1986), w Warszawie odbędzie się Kongres Intelektualistów w Obronie Pokojowej Przyszłości Świata, na który serdecznie zaprosił zainteresowanych. Pragnę zwrócić Państwa uwagę, iż Polska na forum ONZ była inicjatorem: koncepcji wychowania społeczeństw w duchu pokoju. Zgłosił ją Edward Gierek w 1974 r., została przyjęta; Deklaracji praw dziecka (1959); Konwencji praw dziecka (1990); Międzynarodowego Roku Rodziny (1994).
Co zweryfikował czas?
Patrząc na wystąpienie Generała z dystansu 35 lat, warto zastanowić się jakie zagadnienia podniesione na tej Sesji uległy dezaktualizacji, straciły rację bytu. Odpowiedź zapewne ucieszy wielu zdeklarowanych krytyków Generała. Oto mają dowód w takich ocenach. „Kto próbuje dziś poprawiać historię, kto podważa nierozdzielne postanowienia z Teheranu, Jałty i Poczdamu- ten zmierza do przekreślenia dorobku San Francisco, nadweręża tkankę międzynarodowego zaufania… Polska Rzeczpospolita Ludowa uważa niezmienność powojennego porządku europejskiego za fundamentalny warunek pokoju. Odnawianie roszczeń terytorialnych, odwoływanie się do definitywnie zamkniętych rozdziałów przeszłości- to droga donikąd. Droga bezcelowa, a przede wszystkim niebezpieczna”.
Proszę raz jeszcze o przeczytanie tych ocen, o zastanowienie się co uległo zmianie, jaki ma w nich udział Generał. Po pierwsze- nikt na świecie nie potrafił przewidzieć pokojowych zmian w skali światowej. Oczywiście, cała polityka Zachodu była nastawiona na osłabianie bloku wschodniego, na jego upadek. To było pragnienie i życzenie zarazem, realizowane na wielu płaszczyznach – politycznej, gospodarczej, militarnej, społecznej, religijnej, propagandowej, „walki w eterze”, jak wówczas mówiono. Po drugie- od 30 lat wiemy, że ten demontaż we wzajemnej rywalizacji następował z udziałem polityków ZSRR, głównie Michaiła Gorbaczowa i Georga Busha, prezydenta USA, który umiejętnie budował zaufanie władz radzieckich, dyplomatycznie wspieranych przez Papieża-Polaka. W Europie Środkowo-Wschodniej gen. Wojciech Jaruzelski, który potrafił drogą użycia siły i porozumienia doprowadzić do uspokojenia sytuacji i do zmiany ustroju. Ktoś może tu nie wytrzymać emocjonalnie i głośno żądać uznania dla „wiekopomnej roli” Solidarności. Niestety, ale wobec tego Związku jestem bardzo krytyczny. Wielu nie tylko z tym się nie zgodzi, ale i uzna za krzywdzące. Proszę sięgnąć do dwóch moich poprzednich tekstów- „Protokół” oraz „Czterdzieści lat minęło” i przywołanych tam publikacji. Jest tam odpowiedź – zamiast odpowiedzialności za ludzi, naród i państwo, do czego wzywali Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński i Papież, Solidarność uznała ówczesną władzę za wroga. Jeśli ktoś nie chce się z tym zgodzić – ma prawo! Tylko niech zważy na groźbę bratobójczej walki domowej i wojskowej pomocy sąsiadów. By niecierpliwych skłonić do namysłu, powiem im wprost – Solidarność uratował stan wojenny, a personalnie- Breżniew i Generał! Zachęcam do szukania argumentów na obalenie tej tezy i do głębokiej „burzy mózgów”. Napiszę niebawem.
Po trzecie-rozważna polityka Gorbaczowa i Generała doprowadziła do uznania status quo terytorialnego- nienaruszalności zachodniej granicy Polski i zjednoczenia Niemiec, przy czym pozbawiono ich prawnych podstaw to roszczeń terytorialnych. Dzięki temu mamy dobre z nimi stosunki sąsiedzkie. Ci politycy, z udziałem prezydenta USA i Francji doprowadzili do pewnej formy „traktatu pokojowego”, jaki Poczdam nie był w stanie (nie chciał) zawrzeć. Z tego tytułu rację bytu straciły ustalenia z Teheranu i Jałty. I co szczególnie ważne-nie został „przekreślony dorobek San Francisco”, czego obawiał się Generał. A odwrotnie- z wydatnym udziałem Generała jako Prezydenta Polski, członków i ekspertów rządu Tadeusza Mazowieckiego oraz światowych polityków udało się „poprawić historię”. Wszystko to dokonało się pokojową drogą, bez rozlewu krwi. A Okrągły Stół wciąż jest zachęcającym przykładem dla porozumienia w każdej sprawie, mimo trwałego zaślepienia niektórych krytyków.
Interesujące spotkania.
Wizyta Generała w ONZ, jednocześnie pozwoliła na kilka znaczących politycznie oraz intelektualnie spotkań. Na bieżąco informowała o nich prasa. Kilka razy pisał – w stosownej konwencji-Pan prof. Longin Pastusiak, także na łamach Trybuny i Przeglądu, któremu wyrażam serdeczne podziękowanie i uznanie.
Będąc w siedzibie ONZ, Generał spotkał się w naszym przedstawicielstwie z liczną grupą środowisk polonijnych. Jak pisze Profesor -„Wśród obecnych znajdowali się profesorowie wyższych uczelni, przemysłowcy, handlowcy, dziennikarze, prawnicy, reprezentanci zarówno starszego pokolenia jak i młodej generacji. Zwracając się do zebranych, wyraził im szczere zadowolenie z możliwości spotkania się z przedstawicielami Polonii Amerykańskiej i przekazał jej serdeczne pozdrowienia z Warszawy i z Polski. Stwierdził, że w najważniejszych dla Ojczyzny sprawach serca Polaków biją wspólnym rytmem, odczuwają jednakowo jej sukcesy i trudności. Przytoczył znane hasło Związku Polaków w Niemczech, że Polska jest Matką naszą – o Matce nie można mówić źle. Podziękował za wsparcie Polonii okazywane dla Ojczyzny. Przypomniał wkład Polonii w odbudowę Zamku Królewskiego, który jest symbolem polskiej państwowości. Mówiąc o obecnych problemach kraju, wskazywał na postęp i konsekwencję w ich rozwiązywaniu”. Z relacji w ówczesnej Trybunie Ludu wynika, że przedstawiciele Polonii zapewniali Generała o swoim serdecznym związku z Polską i pragnieniu działania dla dobra ich przodków, a także o tradycjach i perspektywach obustronnie pożytecznej współpracy między Polską a USA. Prywatne spotkanie Generała z kard. Johnem Królem miało znaczącą wymowę wśród naszej Polonii, pamiętającej patriotyczne spotkanie z Papieżem-Polakiem, w czasie wizyty w USA (1983).
Także serdeczność i szacunek był wyraźnie widoczny podczas spotkania z Dawidem Rockefellerem w siedzibie jego firmy. Wśród zaproszonych gości był prof. Zbigniew Brzeziński, który został mile zaskoczony informacją o rodzinnych dokumentach, jakie przywiózł Generał, a doradca Wiesław Górnicki przekazał je przez nasze przedstawicielstwo. Po latach, Profesor wspominał, że był zaskoczony ciepłym przyjęciem Generała przez superbogacza Rockefellera. „Powiedziałem generałowi- mówił, że jestem tym głęboko wzruszony, prawdziwie to doceniam i że przypomina mi to wcześniejsze spotkanie z premierem Beginem, który także przywiózł mi dokumenty dotyczące działalności mojego ojca w obronie Żydów w Polsce”.
Zbigniew Brzeziński, otrzymując 12.05.06 od „Gazety Wyborczej” tytuł „Człowieka Roku”, pytany o wykorzystanie przez Polskę obecnie „optymalnej sytuacji międzynarodowej” -odpowiedział: „Polska nie jest na Księżycu, ale między Odrą, Nysą i Bugiem. Polska jest, ale bez przesady, do pewnego stopnia, sojusznikiem Ameryki, ale nie jest jej sąsiadem”. Kto z Państwa zechce wskazać przykłady, że obecne władze pamiętają o płynących z tej myśli praktycznych wnioskach.
U niektórych z Państwa może pojawić się pytanie o spotkanie Generała z prezydentem USA. Doradca premiera Wiesław Górnicki tłumaczył dziennikarzom, że wizyta była składana w ONZ, a nie w USA, co wyjaśnia brak spotkań z politykami amerykańskimi Gdy 5 lat później Ronald Reagan prywatnie spotkał się w Belwederze z Generałem, na swój sposób wyraził żal, że nie było okazji do wcześniejszego spotkania. To także jeden z uroków „rozumienia okazji”.

Żołnierskie życiorysy milionów Polaków

W latach 1945-1989 służbę wojskową pełniło 11 milionów obywateli naszego kraju.

Służba wojskowa w latach 1945-1989 to także jedna z kart historii 100-lecia odzyskania niepodległości. W moich wspomnieniach o jednym z milionów byłych żołnierzy Wojska Polskiego, o zdarzeniach autentycznych, chcę wyrazić symboliczny hołd i uznanie za ich służbę i pracę dla ojczyzny, Polski.
Ale także przypomnieć, zwłaszcza młodzieży, młodym pokoleniom, jak dla ich poprzedników ważna była służba wojskowa, dla ich rozwoju i życia po wojsku. Co oni temu ludowemu wojsku zawdzięczają.
Służyli Moskalom
Dziś są oskarżani przez polityków obozu zjednoczonej prawicy, że nie Polsce służyli, a obcym, moskalom. Są to oceny wielce krzywdzące. Moje wspomnienia ukazują fakty realne. Wojsko, to zrodzone w czasie wojny z niemieckim okupantem, stworzyło warunki do awansu społecznego m.in. młodym Polakom z nizin społecznych. Służyli oni dwa i trzy lata, a wywodzili się z biedoty wiejskiej, małych miast. Wielu z nich, wstępując do wojska, było analfabetami, a kończyli służbę wykształceni, później uzyskiwali różne tytuły, w tym inżyniera rolnika, jak mój bohater. Ten Franek, o którym piszę, wywodził się z biednej rodziny rolnika, którego dom i zabudowania gospodarcze kryte były słomą. W 1949 roku, gdy był powołany do służby wojskowej, nie umiał czytać i pisać. Po latach wrócił do rodzinnej wsi i był właścicielem dochodowego gospodarstwa rolnego.
Oto moja mini, jednostkowa niejako egzemplifikacja jednego z milionów Polaków, którzy w latach 1945-1989 służyli w ludowym Wojsku Polskim, odbywając obowiązkową służbę. Myślę, że warto i należy w te nasze doniosłe 100-lecie przypomnieć tę jedną z kart naszej powojennej historii. Traktuję te moje wspomnienia jako swój skromny udział w dokumentowaniu ważnego okresu rozwoju cywilizacyjnego. Bo przecież wojsko nasze ma swój wkład, spełniało także poważną rolę w rozwoju gospodarczym naszego kraju, w likwidacji ogromnej przepaści, jaka dzieliła nas od państw zachodnich. We wspomnianych latach wojsko, jego liczne roczniki, nie tylko brało udział w odbudowie kraju, w jego rozwoju gospodarczym, lecz także stworzyło warunki kształcenia, a w tym także likwidacji negatywnego zjawiska społecznego, jakim był analfabetyzm. Został zlikwidowany właśnie w tej Polsce, tak dziś krytykowanej, a nie w II RP.
To, co napisałem niżej, jest rzeczywistą miniopowieścią, zarysem epopei o jednym z milionów życiorysów tych, którzy wojsku zawdzięczają, kim byli i jakimi byli obywatelami Polski po odbyciu zasadniczej służby żołnierskiej.
Miasto Sokołów Podlaski
Wieś na Podlasiu, tuż za nią rzeka Bug; w powiecie sokołowskim. Miasto Sokołów Podlaski, dziś to już nie to z czasów starszych generacji jego mieszkańców. I tu już utorowała sobie drogę cywilizacja europejska. Tylko nazwy ulic przypominają jego przeszłość. No, nie wszystkie, niektóre zmieniono, ale powstały nowe, gdzie były dawniej pola uprawne rolników. Na miejsce drewnianej zabudowy wkroczyła nowoczesna architektura. Trzeba było kilkadziesiąt lat ogromnej pracy kilku pokoleń, by ten region zmienił się, a życie jego mieszkańców było bogatsze i łatwiejsze. Stało się to za sprawą mieszkających tam ludzi. Opowieść o losach Franka Sitarskiego i jego rodziny jest jednostkową egzemplifikacją przemian, jakie wciąż się dokonują na obrzeżach Polski wschodniej. Wieś rodzinna głównej postaci była biedna jak setki innych na ścianie wschodniej. Niewielka. Kilkadziesiąt numerów wraz z tymi, które wybudowano w pobliżu wsi. Zabudowania drewniane. Kryte słomą lub papą, niektóre gontem. Nie było ani jednego domu murowanego z cegły lub innych materiałów budowlanych, bardziej trwałych od drewna. Siedziba Sitarskich, dom, stodoła i obora nie była okazała. O niewielkim metrażu.
Rodzina Franka z dziada i pradziada miała gospodarstwo rolne. Ziemi też było niewiele. Parę mórg. Ziemia słabej klasy. Praca w polu wypełniała jednak dni od świtu do zmierzchu. Ich budynki, przekazane przez dziadka ojcu Franka, były położone na skraju wsi. Za sobą mieli już tylko dwóch sąsiadów. Też klepali biedę, a szczególnie na przednówku. Były to jeszcze mniejsze gospodarstwa od Sitarskich.
Pomagali sobie, jak mogli. Wspierali się chlebem pieczonym we własnym piecu. Świętowali jednak szczególnie, gdy było świniobicie w dobrych czasach. Zabudowania skromne. Ale panował tam zawsze porządek. Zieleń, wokół domu kwiaty różnych kolorów. malwy, piwonie, georginie, azalie. Warzywnik w pobliżu stodoły. Wystarczyło warzyw na cały rok. To królestwo pani Michaliny Sitarskiej. Lubiła pracować przy kwiatach i warzywach. Była jeszcze w pełni sił. Nie wiedziała co to bóle krzyża. Ich zagroda była grodzona żerdziami pochodzącymi z przecinki lasu. Ojciec Franka wynajmował się do pracy z koniem w lasach państwowych. Ogrodzenie to zapłata za jego pracę. Dom i obejścia pochłaniały sporo czasu.
Franek miał jeszcze młodszą siostrę Teresę. Dotychczas jego życie było ograniczone do rodzinnej wsi. Wyjątki były. Czasami ojciec zabierał go ze sobą do miasta, kiedy odbywał się targ. Niezbyt często. Szkoda było tracić czas. Czekała praca w polu i obejściu domu. Pieklił się wówczas na ojca. Był zły. Ale co miał robić. Decyzje i słowa ojca były ostateczne. Wychowywany był karnie. Ojciec nie znosił sprzeciwu syna. Wiedział o tym.
Pracował w gospodarstwie bez wykazywania swojego niezadowolenia. Po co mu to, by oberwać od ojca, gdy go zdenerwuje. Wolał milczeć i pokornie robić to, co mu kazano. Jego rodzina żyła z tego co ziemia dała z siebie. Ale ona też wiele wymagała od nich. Szczególnych potrzeb nie mieli. Trochę jadła było. Książek zaś nie było. Po co? Kto miał je czytać? Franek nie nauczył się czytać. Ojciec i matka ledwo, ledwo.
Czasami do gminy przyjechało kino objazdowe. To dopiero była frajda. Ale też kłopot. Trzeba było pokonać parę kilometrów do gminnej świetlicy. Gazety? Jakie gazety? Nie czuli potrzeby ich czytania. Czasami jak pan Sitarski był na targu, to kupił taką, jaka była w kiosku. Sam czytał tylko tytuły artykułów pisane dużym drukiem. Franek przeglądał zdjęcia, a zwłaszcza dziewczyny w ubraniach roboczych przy różnych maszynach i prowadzące traktory na polach PGR. Już wówczas coś w nim kiełkowało. Dopadały go od czasu do czasu przygnębiające myśli. Jaka jest jego przyszłość na tej wsi, gdzie diabeł mówi dobranoc. Wieś ich nie była jeszcze objęta planem elektryfikacji. Nie było więc mowy o „kołchoźniku”, z którego można było wysłuchać muzyki i wiadomości z kraju i ze świata. To miało być dopiero za parę lat. Żyli pracą na gospodarce, uprawą ziemi.
Z tą gospodarką trudno było się uporać, Bywało, że brakowało nie tylko chleba, ale i paszy dla trzody chlewnej oraz drobiu. Żyli spokojnie, nie biadolili, że jest im ciężko. Po co te zwierzenia wobec obcych, co to da? – Nic. Tak uważał główny gospodarz, ojciec Franka. By kupić nowe ubranie czy buty, kiedy już nie było co reperować, musieli coś sprzedać ze zwierzaków hodowlanych. Oj, drapali się wtedy mocno po głowach. Gdy dzieci były małe, dodatkowy kłopot. Praca w polu, buraki, kartofle, żniwa. No cóż, trzeba było dzieci zabierać ze sobą i mieć na nich ciągłe baczenie.
Wezwanie z wojska
Druga połowa sierpnia 1949 roku. Tego dnia pani Sitarska nie pojechała na pole, jak to potocznie się mówiło. Miała trochę pracy w domu. Była bardzo zajęta. Nie zwracała uwagi, gdy drogą przed ich domem ktoś przechodził. Niewielu mieszkańców o tej porze było w domach. Większość z nich pracowała na gospodarstwach. Wyjrzała przez okno.
– Listonosz? – zdziwiła się, ale i zaniepokoiła. – Co to może być, jaka wiadomość – rozmyślała z lekką obawą. Nie pamiętała, kiedy był ostatnio. Listonosz wchodząc na podwórko, zapytał głośno – czy ktoś jest w domu?! Pani Michalina wyszła przed dom nieco zdenerwowana przyjazdem niespodziewanego przybysza.
– Dzień dobry, pani Sitarska. – A, to pan, co sprowadza do nas? – spytała.
– Jakie nowości pan przynosi? Oby dobre.
– No, nie najlepsze – odpowiedział grzebiąc w torbie i szukając koperty z pismem. – O, jest – podał jej kopertę.
– Co to może być? – zapytała. Listonosz po chwili z wyraźną niechęcią odpowiedział.
– Wydaje mi się, że wezwanie z wojska dla pani syna.
– O Jezu, tylko nie to! Kto nam będzie pomagał w gospodarce?
– E, poradzicie sobie – odpowiedział na jej lamenty, dodając po chwili – pani mąż i pani jesteście jeszcze młodzi.
– Panie, jacy my młodzi! – wykrzyknęła.
– Inni są starsi od was i też ich synów powołują. Wojsko dobrze mu zrobi, czegoś się tam nauczy – mówiąc te słowa wsiadł na rower i odjechał.
– Mądrala, niech sam idzie, a nie na rowerze listy rozwozi.
Listonosz tych słów chyba już nie słyszał. Wciąż stała w miejscu jak słup, nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie mogła stać. Siadła na ławce pod oknem domu.
– Co teraz będzie? Mój Franuś do wojska? – rozmyślała, nie otwierając koperty.
– A może to coś innego, nowy podatek czy inny czort? – wciąż nie miała odwagi zobaczyć, jakie pismo kryje koperta.
– A może to jakieś domiary? Ale za co, my tu nic takiego nie uprawiamy na tych naszych paru morgach? – pytała sama siebie.
– Ale wola boska – dodała i otworzyła kopertę.
Czytać umiała. Parę klas podstawówki ukończyła. Czytała powoli. Z pisma wyraźnie wynikało, że Franek w październiku ma stawić się do wojska w celu odbycia służby wojskowej.
– No, nawet niedaleko od nas – zauważyła – do jednostki w Wesołej koło Warszawy.
– Chociaż to – zaczęły ją, jak to matkę, nachodzić różne myśli. Jak jej Franuś sobie poradzi. On przecież nie nauczył się pisać i czytać. To nasza wina, moja i ojca, nie dopilnowaliśmy. W wiosce szkoły nie było, tylko w gminie. Nie było komu go prowadzić, stale praca w polu, a zimą brak odpowiedniej odzieży – sama siebie usprawiedliwiała. Myśli o losach syna nie dawały jej spokoju. Jak sobie poradzi. Dotychczas z wioski nigdzie nie wyjeżdżał. Zagubi się biedaczysko. Popadła w zły nastrój. Było jej smutno. Co powie staremu. Jak on przyjmie wiadomość o wezwaniu syna do wojska.
W chwilach zadumy Franek Sitarski rozmyślał, tkwiąc emocjonalnie w otaczającym go pejzażu. Czuł się tu dobrze, swojsko, zwłaszcza wiosną i latem. Wszak tu były jego rodzinne korzenie od pradziadka. Szumiące łany zbóż, łąki dotykające brzegu Bugu, przedstawiające sobą obrazy kwitnących do późnej jesieni różnokolorowych kwiatów polnych. Już w wieku dojrzałym, kiedy będzie zamożnym rolnikiem, bliskim znajomym będzie tłumaczył powody powrotu z miasta do rodzinnej wsi. Chyba miał to po matce. Czuł się dobrze w tej krainie nad Bugiem. Ale póki co, jego zainteresowania będą się nieco modyfikować w miarę upływu czasu, a nade wszystko z uwagi na zmiany społeczne kraju, jego rozwój cywilizacyjny. Główne jego myśli były jednak blisko uprawy ziemi, posiadania gospodarstwa rolnego. Gdyby to było możliwe, mieć jej więcej – rozmyślał.
Niewiele zostało po dziadku, który podzielił swoją ojcowiznę na troje potomków, dwóch synów i córkę. Tego, co jego ojciec posiadał już nie można było dzielić. Nie ma mowy o kolejnym podziale na dwa gospodarstwa. Przecież Tereska kiedyś wyjdzie za mąż, a on się ożeni. – No, zobaczymy, jak to nasze przyszłe życie się ułoży – westchnął. Już wiedział, mimo młodego wieku, i był o tym przekonany, że on i Tereska nie mogą razem gospodarzyć na tych poletkach po ojcu. Jedno z nich musi odejść, gdzieś się zakotwiczyć.
– Tylko gdzie, jak to zrobić? – zastanawiał się.
To pytanie będzie coraz częściej nawiedzać jego rozmyślania o przyszłości. Pięknie tu, ale ziemia nie najlepsza. Ale można sobie życie ułożyć. Tak, tylko trzeba tę ziemię jeszcze mieć. A jaki bogaty rolnik zgodzi się na ożenek z jego córką? Przecież on nic nie dostanie od rodziców. To, co oni mają, przejmie jego siostra. Miał już tego świadomość, że tak się stanie. Często takie właśnie myśli go nawiedzały.
Gdy wracali z ojcem z pola, jak to się potocznie mówiło wśród mieszkańców wsi, było już ciemno, szarówka. Utrudzeni po całodziennej pracy. Wjechali na podwórko. Koniem zajął się Franek. Lubił obsługiwać Karego. Napoił i nasypał jadła do żłobu. Sitarski wchodząc do mieszkania, zauważył, że jego żona ma jakiś inny wyraz twarzy. Był przyzwyczajony do bardziej pogodnego jej zachowania, gdy wracał po całodziennej nieobecności. Zazwyczaj uśmiechała się i miała pogodne spojrzenie. W tym dniu zachowanie żony było inne, chłodne i smutne. Nie wiedział jeszcze, co jest powodem widocznego jej zafrasowania, wręcz smutku.
Mężczyźni byli zadowoleni z podanego jadła. Zgłodniali. Zjedli z apetytem, a potem zapadła cisza. Żona Sitarskiego przy jedzeniu zawsze coś mówiła. Tym razem jakby ją zatkało. Mąż zauważył jej zapłakane oczy.
– Co z tobą, żono – zapytał, widząc jej smutny wyraz twarzy. Nie odpowiedziała od razu. Sięgnęła po kopertę, którą z rozmysłem położyła wysoko na szafce, nie chcąc, by dowiedzieli się przed kolacją.
– Niech się najedzą, to im dopiero powie o urzędowym piśmie – zadecydowała. – Masz, przeczytaj – podała mężowi kopertę – dawno nie czytałeś.
Powoli otwierał kopertę. Wyjął z niej tajemnicze pismo. Biegły w czytaniu nie był. Dawno ukończył trzy klasy. Był prawie wtórnym analfabetą. Wcale się z tym nie krył, ale chwalić się też nie było czym. Były różne przyczyny, że nie ukończył szkoły podstawowej. Trochę zawinił sam, ale rodzice jego też nie byli bez winy. Miał przejąć po rodzicach część gospodarki. I tak stało się zgodnie z wolą ojca. To on przysposabiał synów do pracy na roli. Długo się przyglądał powiadomieniu o powołaniu syna do wojska. Przekazał żonie pismo.
– Masz, ty lepiej czytasz – powiedział. Przeczytała głośno, by Franek też się dowiedział co i jak. Zapanowała cisza i smutek na twarzach rodziny. Wszyscy opierali się rękami o stół, przy którym przed chwilą zjedli kolację. Głowa rodziny Michał Sitarski miał ponury wyraz twarzy. Oczy jego skierowane były w dół. Wciąż milczał. Nie padło z jego ust ani jedno zdanie. Franek był zagłębiony w myślach. Coś trawił. Zastanawiał się, co ma powiedzieć rodzicom. Przecież to jego dotyczy ta cała sprawa, to on ma przywdziać mundur żołnierski na dwa, a może i trzy lata. Nie wiadomo jeszcze.
Pani Sitarska przerwała ciszę.
– Trzeba napisać odwołanie i wysłać gdzie trzeba, najlepiej do powiatu. Niech odroczą powołanie – powiedziała zdecydowanym głosem.
– A u lekarza załatwić, że ojciec chory i nie może pracować w polu, na gospodarce – dodała. Franek rozważał słowa matki. Ale nic nie mówił. Ojciec poruszył się i po chwili zawyrokował.
– Tak, trzeba pisać odwołanie, muszą Franka odroczyć. To chyba da się załatwić z lekarzem. No, będzie kosztowało świadectwo o moim stanie zdrowia, ale trochę grosza mamy – zakończył swoją decyzję. I w tym momencie Franek, ten cichy wiejski chłopak, niemal wybuchnął krzykiem.
– Nie! Nie będzie żadnego odwołania i świadectwa o chorobie ojca! Co powiedzą sąsiedzi, których powołają? Wiedzą, że ojciec jest zdrowy jak rydz. Nie ma sensu kłamać. Pójdę do wojska – powiedział zdecydowanie.
Potem wstał i wyszedł na podwórko. Siadł na ławce. Rozmyślał. Trochę się bał tego wojska. Tyle już się nasłuchał opowiadań od tych, którzy już odbyli służbę, o wybrykach kaprali i żołnierzy drugiego rocznika wobec młodszych o rok, pogardliwie nazywanych kotami, zmuszanych do różnych nieregulaminowych czynności na rzecz tzw. „rezerwy”.
– Będę musiał sobie jakoś poradzić. Zobaczymy. Oni przeżyli, to ja też dam sobie radę – rozmyślał.
– Może się nauczę jakiegoś zawodu. A gospodarka? Wielka mi gospodarka. Siostra Tereska dostanie ją jako posag. Może lepiej wyjdzie za mąż za kogoś ze wsi. Ja mogę pracować w mieście.
Rozmyślał też o Hance, córce bogatego rolnika, z którą często rozmawiał. Zdarzało się, że razem z Hanką pasał krowy, prowadził je do rzeki, by je napoić. Krowy piły wodę, odganiając ogonami atakujące owady, które im dokuczały, szukając na ich grzbietach pożywienia, a on brał do garści zimną wodę i kropił nią Hankę. Niby wtedy uciekała, ale tak naprawdę lubiła te igraszki Franka, bo zawsze były umiarkowane i delikatne. Na jego zaczepki reagowała najczęściej wybuchem śmiechu.
Wrócił do mieszkania w dobrym nastroju, ale i z postanowieniem, że nie będzie robić odwołania, a służbę wojskową odbędzie. Czuł się już lepiej. Rodzice to zauważyli.
– I co? – zapytał ojciec.
– A no nic, idę do woja – odpowiedział. Ojciec się zamyślił.
– Chyba masz rację Franuś. My z matką jakoś sobie poradzimy z tą naszą gospodarką – powiedział to zdecydowanie. I na tym stanęło. Nie było odwołania.
Tego wieczora leżał długo, zanim sen przyszedł. Ten wieczór był dla niego wielkim przeżyciem. Franek pojedzie do wojska za parę tygodni.
Zbliżał się dzień pożegnania. Pierwsze dni października 1949 roku. Pani Michalina czyniła odpowiednie przygotowania do wyjazdu syna. Dzień rozstania z rodziną. Smutek i łzy w oczach matki i młodszej siostry. Przyszły wojak prosił, by do WKR-u nikt z nim nie jechał.
– Tak będzie lepiej dla was i dla mnie. Pojadę autobusem do miejsca zbiórki – oznajmił. Tak się też stało. Zgodnie z jego wolą. Po przyjeździe do miejsca stawiennictwa sprawdzono tożsamość poborowych. Ustawiono ich w czwórki i udali się na dworzec kolejowy. Mieli zarezerwowane wagony drugiej klasy. Podróż trwała parę godzin. Poborowi zachowywali się względnie poprawnie. Zadbali o to opiekunowie w mundurach.


Dotychczas tak daleko jeszcze nie jeździł
Podczas podróży rozmyślał, jak tam ta jego służba będzie przebiegać. Męczyła go obawa, czy da sobie radę. Nie umie czytać i pisać. Litery zna, ale to za mało, by opanować niezbędną wiedzę w specjalności, do której go przydzielą. Kompania piechoty, strzelec. Taki otrzymał przydział. Przyjechali do pułku bez przygód. Wyciszeni, spokojni, ale i nieco wystraszeni. Była to pierwsza podróż Franka. Dotychczas tak daleko jeszcze nie jeździł.
Nic dziwnego, że jego oczy były rozbiegane, a wyraz twarzy zdradzał niepewność i zakłopotanie. Szybko ich umundurowano i przydzielono sale żołnierskie. Niestety, wieloosobowe. W jego sali było dwanaście łóżek.
I zaczęła się tzw. unitarka, czyli podstawowe szkolenie żołnierzy. Baczność! Padnij! Powstań! – powtarzano aż do znudzenia. I te nieustanne zbiórki oraz rozejścia. Było mu trudno się do tego wdrożyć. Nie przywykł do ciągłego dyrygowania nim. Ojciec czy matka raz powiedzieli i wystarczyło. A tu? Chociaż pobudki o szóstej rano specjalnie go nie irytowały. W domu, zwłaszcza w porze letniej, też musiał rano wstawać, bywało że nawet wcześniej. Tego wymagało gospodarstwo rolne. Męczył się bardzo, gdy musiał coś przeczytać. Z początku nie przyznawał się, że jest prawie analfabetą. Zdążył już się dowiedzieć, że takich jak on jest wielu w jego kompanii.
Wszystko się jednak wydało, gdy do kompanii przyszła młoda nauczycielka i przeprowadziła sprawdzian z wykształcenia ogólnego. Do tablicy kolejno wzywała żołnierzy. Kazała im napisać np.: Kochani rodzice, donoszę wam, że jestem zdrowy, czego i wam życzę. Ale były i inne treści tego dyktanda. W ich kompanii co trzeci żołnierz został zaliczony do dodatkowego szkolenia. Pozostali z trudem, ale czytali i pisali. Na podstawie tych sprawdzianów sporządzono imienny wykaz tych, którzy objęci zostali dokształcaniem na poziomie szkoły podstawowej. Podzielono ich na klasy i rozpoczęła się intensywna nauka pisania, czytania i rachunków. W rozkazie dziennym wyznaczono dni i godziny z poleceniem zwalniania żołnierzy na lekcje dokształcające.
Nauka Frankowi szła nieźle. Był zadowolony, że może się uczyć. Każdą sposobność wykorzystywał, by nadrabiać zaległości. Starał się. Pani polonistka i matematyk nawet kilka razy już go chwalili za postępy. Nikt nie musiał Franka zmuszać do odrobienia zadanych zadań domowych. Rozumiał już, że trudno jest żyć bez minimum wykształcenia, a szczególnie umiejętności czytania i pisania. Raz w tygodniu oglądali film, a napisy po polsku były na dole ekranu. Denerwował się, gdyż miał jeszcze spore kłopoty z czytaniem. Tekst szybko uciekał z ekranu.
Mijały pierwsze miesiące służby żołnierskiej i nauki. Jeszcze listu do rodziców nie napisał. Nie odważył się ze swoją umiejętnością pisania. Nauczyciele zachęcali do nauki. Pierwsze sprawdziany i klasówki. Starał się, by wypaść w nich jak najlepiej. Ale bywało różnie. Nie zrażał się, wielokrotnie czytał popełnione błędy. Przełożeni zachęcali, przekonywali o celowości szkolenia w zakresie podstawowym. Szczególnie oficer Stanisław Pogorzelski. – Czytanie i pisanie to okno na świat – przekonywał. – Nie nauczycie się czytać, to nie zdobędziecie żadnego zawodu – tłumaczył młodym żołnierzom. A Franek tak bardzo pragnął nauczyć się jakiegoś zawodu, by nie wegetować na tych paru morgach ziemi. Niech Tereska zabiera tę gospodarkę. Marzył o zawodzie kierowcy, chociażby traktorzysty.
– Nie musi to być od razu samochód – rozmyślał wielokrotnie nad swoją przyszłością.
Minęło parę miesięcy służby wojskowej i nauki. Pani nauczycielka Leokadia Sierocka pewnego dnia zapowiedziała klasówkę z polskiego, której tematem było napisanie listu do rodziców. Rozdała kartki papieru i powoli zaczęła dyktować treść listu zaczynającego się od słów: Kochani Rodzice, donoszę Wam, że czuję się dobrze, jestem zdrów, czego i wam z całego serca życzę. Mamy dużo zajęć, bo oprócz wojska chodzę do szkoły, uczę się pisać i czytać…
W czasie pisania tego swoistego dyktanda nauczycielka podpowiadała, jak napisać poprawnie trudne słowa. Podchodziła do każdego ucznia, żołnierza i dyktowała, a piszący sami nanosili poprawki wedle wskazań nauczycielki. Niby to klasówka, ale jakże inna od tych pisanych w szkole. Po zakończeniu pisania podała żołnierzom koperty i pomogła je zaadresować, by doszły pod właściwy adres. Zebrała je i przekazała na pocztę wojskową. Listy powędrowały do rodziców.
Nasz syn nauczył się czytać i pisać w wojsku
Pani Michalina, ojciec także, tęsknili za swoim Frankiem. Dotychczas jeszcze nie mogli razem wybrać się do niego. Zawsze coś stało na przeszkodzie. Parę tygodni temu odwiedził go ojciec. Jego relacje z pobytu u Franka poprawiły trochę przygasły nastrój, jaki zapanował w rodzinie z powodu nieobecności syna. A plotki, jak zwykle o wojsku, wylatywały wróblem, a wracały wołem. Bo przecież Franek nie pisał, jak mu się tam powodzi. Wiedzieli, dlaczego nie pisał. Rodzice często wypominali sobie, czyja jest większa wina, że ich Franuś nie nauczył się pisać. Nadeszła wiosna 1950 roku. I znów przyjechał do Sitarskich ten sam listonosz, który doręczał pismo o powołaniu ich syna do wojska. Nie wchodząc na podwórko, podał list ojcu Franka.
– A od kogo to? – Niech pan przeczyta, na odwrocie jest adres nadawcy, chyba od syna – poinformował.
– Jak to syna? – ale złapał się za język, bo nie chciał powiedzieć, że ich Franek jest niepiśmienny. Gdy pani Michalina otworzyła kopertę i zaczęła na głos czytać, własnym oczom nie dowierzała, że to syn pisał do nich. W jej oczach pojawiły się łzy radości.
– Franuś, nasz syn nauczył się czytać i pisać w wojsku. Jak to dobrze, będzie mu tam lepiej się teraz żyło – powiedziała, ale zaraz pomyślała: Oby tylko chciał wrócić na gospodarkę i ożenić się z dziewczyną ze wsi.
Na drugi dzień pani Michalina Sitarska obnosiła się z dumą wobec sąsiadów, że jej syn przysłał list przez niego napisany. Wojsko go nauczyło pisać i czytać. Już niemal wszyscy mieszkańcy wiedzieli o tym. Stało się to za sprawą rodziców Franka. Pierwszy w życiu list napisany przez ich syna. Radość zapanowała w całej rodzinie. A Franek, by wzmocnić wiarygodność powiadomienia o swoich umiejętnościach dopisał na zakończenie listu: jak przyjadę, to przeczytam wam wojskową gazetę, w której napisali, że się dobrze sprawuję i uczę w szkole naszej jednostki wojskowej. Ojciec był dumny z Franka. – A nie mówiłem, niech idzie do wojska, może się czegoś nauczy – przypisywał sobie zasługi powodzenia syna w wojsku.
Wkroczyła mechanizacja, nowoczesność sposobów uprawy ziemi, a nawet w pewnym stopniu specjalizacja upraw rolnych. On, Franek z małej wsi, mówiło się zapadłej, korzystając z obecności w jednostce przedstawicieli kilku firm państwowych, tuż przed zwolnieniem, zatrudnił się jako kierowca. Bo w drugim roku służby za dobre wyniki w nauce i szkoleniu wojskowym został skierowany na kurs kierowców, a potem woził żołnierzy na ćwiczenia.
Franek po zakończeniu służby zamieszkał w dużym mieście. Do rodzinnej wsi przyjeżdżał rzadko, ale urlopy spędzał u rodziców. Pomagał przy żniwach, a sąsiedzi mówili do Sitarskiej, że jej syn to już takie panisko, bo nie zwraca uwagi na wiejskie dziewczyny. Wówczas odpowiadała im: A co ma tu robić. Ziemi niewiele. Wojsko go wykształciło, to znalazł pracę i urządził się w mieście.
Kolejny przyjazd Franka Sitarskiego do rodzinnej wsi. Założył nowy garnitur, który kupił gdzieś okazyjnie. W 1953 roku nie było to takie proste. Wiadomo, wszystkiego brakowało. Czasy tuż po wojnie i wieloletniej okupacji niemieckiej, ale od czasu do czasu coś rzucili do sklepów, także odzieżowych. Idąc ulicą, a tylko jedna była w tej wsi, zachowywał się jak zawsze skromnie, pozdrawiając mijające go osoby. Zauważył, że niektórzy mieszkańcy znający go od dziecka nie rozpoznają go. Dopiero gdy na chwilę się zatrzymał i parę słów powiedział.
– O, Franuś, to ty, ja cię nie poznałam – odpowiedziała jedna z sąsiadek na jego ukłony. Rzeczywiście odróżniał się wśród zapracowanych mieszkańców wioski wyglądem, prezencją i pogodnym wyrazem twarzy. Wojsko wywarło na niego określony wpływ, a m.in. starał się chodzić w pozycji wyprostowanej. Ileż to razy dowódca drużyny i plutonu zwracali mu uwagę: Sitarski, wyprostujcie się. Praca w polu i na gospodarce nieco pochyliła jego sylwetkę.
I już był w domu rodzinnym.
– O Boże! – krzyknęła matka na widok syna. Była w tym czasie w warzywniku. Powitała go bardzo serdecznie. Jej pupilek przyjechał. Podziwiała jego wygląd.
– Wyrosłeś, jaki z ciebie już mężczyzna – cieszyła się, gdy Franek wręczył jej prezenty, coś z kobiecej garderoby. O ojcu i siostrze też pamiętał. Odpowiadał na jej pytania. Pozostałych członków rodziny nie było w domu. Byli w polu.
– Trochę wam pomogę.
– O, to ojciec się ucieszy.
– Mam dwa tygodnie urlopu.
– Jak to dobrze – odpowiedziała. Była to pora obiadowa.
– Gdybym wiedziała, że dzisiaj przyjedziesz, to bym zrobiła rosół z koguta, twoje ulubione jadło.
– Dziękuję, zjem to, co mama ugotowała. Tam, niby u siebie, w stołówce zakładowej nie jadam frykasów. Najczęściej kotlet mielony i zupa jarzynowa lub krupnik.
Nazajutrz wstali wczesnym rankiem. Zjedli śniadanie i pojechali na swoje gospodarstwo kosić trawę na paszę. Tereska została w domu z obowiązkiem karmienia trzody chlewnej. Dzień słoneczny sprzyjał koszeniu łąki. Chociaż lepiej się kosi trawę, gdy jest mokra, rano, po rosie. Pracowali na zmianę z ojcem. Franek umiał też robić właściwy użytek z kosy, tradycyjnego narzędzia rolników. Jeden z nich kosił, a drugi rozrzucał trawę, by szybciej i dobrze zamieniała się w siano nadające się do przechowania. Dzień minął szybko. Gdy wracali z pola, już się ściemniało.
Wojsko go dobrze przygotowało
Po urlopie wracał do zakładu. Stawił się punktualnie w nakazanym terminie. I znów wojaże i praca w warsztacie samochodowym. Lubił to, co robił. Technika samochodowa go interesowała. Wojsko go dobrze przygotowało do obsługi samochodów. Nie było mowy o odstawianiu fuszerki. Zadbał o to sierżant Bronisław Strygalski. Fajny chłop, nauczył Franka sporo. Wspominał go mile, mimo że często podnosił głos. Technika to jego słabość. Ale były wojak miał ambicje sięgające nieco wyżej od jego samochodu ciężarowego. Wiedział, by to się mogło stać realne, musi się jeszcze dużo uczyć, a on nie miał nawet matury. Trzeba podjąć próbę jej osiągnięcia – rozmyślał. Tak się też stało.
Postanowił, że będzie się uczył. Teraz popołudnia i wieczory miał zajęte. Dlatego było mniej spotkań z Olą. Uczył się w wieczorowym liceum dla dorosłych. Miał kłopoty z fizyką i matematyką. Zwrócił się z prośbą o pomoc do jednego z uczniów starszego wiekiem. Pomagał. Czasami dziękując mu drobnymi prezentami. Ola, oczywiście była niezadowolona, że nie ma dla niej czasu. Nie zamartwiał się z tego powodu. Chłopski uparciuch. Po pracy brał się za książki. Z determinacją je wertował. Dalej na urlopy jeździł do rodziców. Zabierał całą stertę podręczników. Tu już nie liczył na pomoc od nikogo.
W jego wiosce nie było jeszcze mieszkańca z maturą. Będą dopiero po latach, a nawet z wyższym wykształceniem, a w tym inżynierowie rolnictwa. Rodzice nie przeszkadzali. Niech Franuś się uczy, przed nim przyszłość. Były wiejski analfabeta, któremu wojsko podało rękę, stworzyło warunki do nauki i osobistego rozwoju, chciał być kimś, coś osiągnąć, co by się liczyło w jego środowisku. Po czterech latach nauki kończy maturę. Ma już średnie wykształcenie. Zauważono to w jego zakładzie. Otrzymał nagrodę od dyrektora huty. Stawiany jest za wzór robotnika, kierowcy, który się dokształca. Jego zdjęcie z opisem zamieszczono na tablicy wyróżniających się pracowników. Proponowano mu wstąpienie do PZPR, lecz odmówił. Powiedział sekretarzowi, że ideologia i polityka go nie interesują.
Gomułka wrócił
Zbliżały się lata tzw. odwilży politycznej, zrywania ze stalinizmem, którego ideologia niewiele miała wspólnego z demokracją. Przeżywał wydarzenia czerwcowe 1956 roku w Poznaniu. Kiedy Władysław Gomułka wrócił do polityki, Franek pierwszy raz w życiu wystąpił na zebraniu załogi, mówiąc z trybuny przez mikrofon. Był to wiec poparcia dla nowych władz. Powie później, że jak przemawiał, to miał wielką tremę, nogi drżały, nie panował nad nimi. Dopiero po paru zdaniach trochę się opanował. Gdy skończył, zerwała się burza oklasków. Był mile zaskoczony taką owacją. Syn rolnika z małej wioski mimo młodego wieku został zauważony przez środowisko robotnicze, bo mówił po ich myśli, rozsądnie. Ten fakt miał duże znaczenie w jego dalszym rozwoju. Uwierzył we własne siły, że może więcej. On, były analfabeta, jest słuchany przez setki ludzi. Był to dla niego bardzo istotny impuls do dalszego samodoskonalenia. Nie wiedział jeszcze, że jest dopiero na początku drogi do sukcesu. Przełamywał w sobie poczucie niewiary, że stać go na więcej.
Nasz bohater podjął studia w wyższej szkole rolniczej na wydziale mechanizacji rolnictwa. Było mu ciężko. Pracował i uczył się, by nie być ciężarem dla rodziców. Ale z uporem chłopskim zaliczał kolejne lata nauki.
Był już ważnym inżynierem
Gdy kończył studia, zbliżał się już do trzydziestki. Inni, także koledzy, w tym wieku już dawno się ożenili i założyli rodziny. Mieli dzieci. On nie. Może dlatego, że chciał coś osiągnąć. Zmienił pracę. Był już ważnym inżynierem w instytucji pracującej na rzecz rolnictwa, jego mechanizacji i unowocześniania sposobów upraw rolnych. Z Olą już dawno mu się nie układało. Rozluźnił z nią kontakty. A nieco później przestali się spotykać. Powiedziała mu, że jest dziwakiem, z którym trudno się dogadać. Nie wiedział do czego ona zmierzała. Po tej sprzeczce przestali się spotykać. Jeździł do rodziny na wieś. Spotykał się z Hanką. Jedynaczka, córka bogatego rolnika, nieźle gospodarującego, miała wielu zalotników. Ale myślała o Franku. Rodzice byli źli na nią.
– Zostaniesz starą panną, jak będziesz tak grymasić, żaden ci się nie podoba – strofowali córkę. A ona wyrosła już na pannę na sto dwa, jak to mówiono we wsi o Hance. Gospodarna, ale i garnęła się do książek. Pożyczała je z biblioteki gminnej, dziś na pewno zlikwidowanej, bo nie ma pieniędzy na upowszechnianie czytelnictwa. Hanka, czytając książki i czasopisma, jakby coś przeczuwała, że całe życie będzie z człowiekiem wykształconym i światłym o zainteresowaniach nie tylko technicznych, lecz także humanistycznych.
Praca Franka w instytucji państwowej, niby rolniczej, nie dawała mu satysfakcji i zadowolenia.
– Ta biurokracja. Komu to jest potrzebne? – często wypowiadał się krytycznie o ich instytucji. Jego stosunek do tego, co robił, nie mógł się podobać jego przełożonym. A on chciał czegoś innego. Marzyła mu się praca bezpośrednia w produkcji rolnej. Dość często przyjazdy do rodzinnej wsi nie pozostały bez wpływu na jego wybór charakteru pracy. Z Hanką coraz bardziej zbliżali się do siebie. Mieli wspólne zainteresowania. Podobała mu się. Była ładną dziewczyną, a w dodatku oczytaną. Konkurencja była duża. Wiedział, że o jej rękę zabiega kilku rolników. Ona jednak nie mogła się zdecydować. Myślała o jednym, o Franku.
Liczyła na to, że może się wreszcie zdecyduje. Imponował jej nie tylko jako mężczyzna, ale również podejściem do życia i pracy. Ojciec jej też miał słabość do Franka, mimo że wiedział, iż nie ma nic, bo ich gospodarstwo obejmie jego siostra. Ale ten dojrzały już chłopak wzbudzał w nim duże zaufanie. Widział w nim dobrą przyszłość dla swego gospodarstwa. Rolnik inżynier. Jeszcze tego nie było w historii całej gminy. Nic dziwnego, że myślał o przyszłości córki, jedynaczki, ale także o dobrym spadkobiercy, który dalej poprowadzi dobrze jego ojcowiznę, a nie tak, jak ci z końca wsi.
Stało się po jego myśli. Młodzi spacerowali w niedzielę po wyjściu z kościoła. Prowadzili dialog. Wracali drogą polną na przełaj do domów. Mocno ją ściskał za rękę. Będąc blisko przy niej, tulił ją delikatnie, oglądając się, czy ktoś nie idzie przez pola. Raptownie zatrzymał się. Stał przed nią. Bardzo blisko. Dotykali się. Wolno twarz skierował do ust Hanki, całując ją delikatnie, powoli. Później w szyję. Nic nie mówili. I odważył się.
– Haniu, nie wiem, jak mnie potraktują twoi rodzice, ale chcę się z tobą ożenić. A jak wiesz, ja nie mam nawet morgi ziemi – wydusił. Chwila przerwy, potem kolejne pocałunki i pytanie, czy chce zostać jego żoną. Spojrzał jej głęboko w oczy. Hanka westchnęła. Widział jej oczy, które żarzyły się ciepłym blaskiem. I w tym momencie już był pewny, że ona powie tak. Ale nie nalegał. Czekał. Jej usta i piersi poruszyły się i odpowiedziała głosem zdecydowanym.
– Tak. A następnie dodała, że jej rodzice są mu przychylni i zgodzą się na małżeństwo z nim. Ale nie powiedziała, że ojciec marzył o takim zięciu jak on. Powie mu, kiedy już będą małżeństwem. Po tych słowach stali dłuższy czas, obejmując się. Pocałunkom nie było końca. Gdy już się nasycili, ruszyli w dalszą drogę. Postanowili, że pójdą do jej rodziców i Franek poprosi o jej rękę.
Kiedy przyjechał kolejny raz do rodzinnej wsi, udali się z Hanką w niedzielę na dłuższy spacer wzdłuż ich rzeki. Tak ją nazywali, Bug, nasza rzeka. Z Sokołowa Podlaskiego, jak zwykle w każdą niedzielę, przyjechało sporo osób. Woda zachęcała do kąpieli, a była czysta jak w studniach wiejskich. Żyło w niej bogactwo różnych ryb. Oj, niejednego rolnika ratowały one przed głodem, kiedy na polach jeszcze wszystko dopiero kiełkowało. A w porze letniej to dopiero jest tam gwarno. Na wypoczynek ściągają tu liczne rodziny z miast i małych miejscowości, by baraszkować w czystej wodzie. Tak jest niemal w całym dorzeczu Narwi, łącznie z Bugiem.
Ale teraz, wiele lat po wojnie, pejzaż tego regionu ma już inny koloryt. Wybudowano tu różne siedliska, domy letniskowe, hotele i pensjonaty. Wcześniej, w latach młodości Hanki i Franka, organizowane były zbiorowe wyjazdy chętnych nad wodę. Kto miał samochód? Prawie nikt. Przewożono wycieczkowiczów samochodami ciężarowymi i nielicznymi jeszcze autobusami firm państwowych i prywatnych, m.in. Jacha, mieszkańca Sokołowa Podlaskiego.
Po latach Franek Sitarski przywoła Hance, już swojej żonie, słowa wypowiedziane na ich spacerze. I rzeczywiście, region ten stopniowo zmienia się, chociaż miejscami w konflikcie z przyrodą, z jej naturą i urodą, oczywiście właściwą sobie specyfiką regionalną. Warto chyba w tym miejscu wspomnieć, że nie tylko do medycyny odnosi się zasada „przede wszystkim nie szkodzić”. Te mądre słowa mają też odniesienie do otaczającej nas przyrody, jej krajobrazów.
Hanka z uwagą słuchała słów Franka, zgadzała się z nim, ale powiedziała, że czuje się jednak najlepiej w swoim domu i wśród życzliwych sąsiadów ich wioski. Podobała mu się jej wypowiedź. – No pewnie, w tym twoim ogrodzie kwiatowym nie można źle się czuć – powiedział, uśmiechając się do swojej wybranki.
– A czy wiesz, kiedy posadziłam te róże, które rosną i zdobią nasz dom od drogi? – spytała.
– Nie, nie wiem – odpowiedział Franek. Wzięła głębszy oddech i nieśmiało powiedziała: Posadziłam je wkrótce po tym, kiedy wręczyłeś mamie piękne kwiaty. Był to bukiet z siedmiu pięknych czerwonych róż. To wówczas postanowiłam, że ja również muszę mieć w ogródku te kwiaty. Franek słowa Hanki przyjął z nieukrywanym wzruszeniem.
Gospodarstwo się powiększało
Po ślubie z Hanką Franek na stałe przeniósł się na wieś. Był już gospodarzem pełną gębą. Teść widząc jego zapał i dobre pomysły, by racjonalnie uprawiać ziemię, dał mu dużo swobody w prowadzeniu gospodarstwa. Nie przeszkadzał, widząc dobre i nowoczesne pomysły swojego zięcia. A zięć był w swoim żywiole, inicjatywa i energia pchały go do sukcesów w plonach i hodowli, którą znacznie rozbudował. Żyli zgodnie. Gospodarstwo się powiększało.
Kupili już sporo ziemi od spadkobierców upadłych gospodarstw. Przybyło maszyn. Był już traktor. Myśleli o kombajnie do zbioru zasiewów. Nie musiał już Borkowski drałować za pługiem, bo Franek siedział na traktorze, orząc wspólnie z teściem ziemię. Chociaż teść już wielokrotnie mówił, jedząc posiłek w polu, że to wszystko jest młodych, tylko trzeba to formalnie załatwić.
– Ojcze, nie tak szybko, trzeba jeszcze trochę pogospodarzyć – odpowiadał Franek.
Te jego słowa w myślach przyjmował z zadowoleniem, bo czuł się potrzebny zięciowi i córce. Praca młodego rolnika paliła się w rękach i pochłaniała go bez reszty. Żyli zasobnie. Dużo sprzedawali zboża i żywca. Mleko odstawiali do mleczarni. Hanka urodziła już dwoje dzieci, córkę i syna. Babcia zajmowała się nimi. Jedna albo druga. Wnuki były kochane przez obie. Maszyny do upraw odciążyły ich ręce od pracy w polu. Dojenie krów też odbywało się przez elektryczne dojarki. Wieś już była zelektryfikowana.
Hanka, rozmawiając z mężem i słuchając planów rozwoju ich gospodarstwa, planów jego powiększenia, powiedziała, że czasami nachodzą ją takie różne myśli, że chce on być dziedzicem całej wsi, jej właścicielem.
– No i co w tym złego – wtrącił się jej ojciec do tej rozmowy. – Ziemia powinna dawać plony, a nie zarastać chwastami. Nie widzisz tego wokół nas? Przecież spadkobiercy chcą sprzedać kilka gospodarstw, które już od kilku lat są nie uprawiane, ziemia jałowieje. Naturą ziemi jest rodzić żywność, dawać plony.
A Sitarski rzeczywiście sporo już wykupił ziemi od młodych spadkobierców uprawiających różne zawody w miastach. – Ale z wykupem całej ich wsi to była gruba przesada, przecież mąż mojej siostry, Stanisław Grzelak, całkiem nieźle gospodarzy – dodał Franek.
– Jego gospodarstwo się rozwija, ma już kilka nowych maszyn rolniczych, planuje też kupno ciągnika.
– To prawda, nasze gospodarstwa rolnicze wciąż są rozdrobnione, małe, niedochodowe – powiedział teść Franka, popierając jego plany rozwojowe dotyczące gospodarstwa.
– Mamy nową, dużą oborę, zwiększymy trzodę chlewną i liczbę krów, będzie trzeba więcej paszy dla zwierząt. Można wziąć pożyczkę z banku na te dwa hektary, które graniczą z naszą ziemią i nie są uprawiane już od kilku lat. Spadkobiercy chcą je sprzedać.
– Popieram propozycję mojego teścia – odpowiedział Franek.
Gospodarstwo się wciąż powiększało o kolejne hektary ziemi. Bank udzielił kredytów. Byli wypłacalni. Było to gospodarstwo rolne liczące już kilkadziesiąt hektarów ziemi. Pan Stanisław Borkowski dumny chodził na spotkania rolników. – To wszystko, co mamy, to praca i starania mojego zięcia, Franka, nie moja, ja mu tylko trochę doradzam – często mówił, gdy go chwalono za dobre gospodarowanie. Frankowi dobijała już pięćdziesiątka.
Trudne, dramatyczne lata
Przyszły lata osiemdziesiąte. Trudne, wręcz dramatyczne. Oczywiście Sitarski interesował się tym, co dzieje się w kraju. Dramatyzm życia Polaków bardzo go uczuciowo dotykał. Nie był obojętny. Oglądał telewizję i czytał gazety, ale był na uboczu wielkiej polityki. Nawet podziały w ruchu ludowym specjalnie go nie zajmowały. Na wsi też było paru krzykaczy. Nie przyłączył się do nich. Robił swoje, a im też radził, by myśleli lepiej o swoich gospodarstwach, a mniej zajmowali się polityką. On produkował żywność i sprzedawał ją także firmom prywatnym. Ale najlepsze interesy były z firmami państwowymi.
Wszystko kupowano na pniu, zabierając nawet swoim transportem. Później za parę lat, kiedy już będzie starszy, to wszystko weźmie w łeb. Produkcja stanie się nieopłacalna. Będą nawet kłopoty ze zbytem produkcji rolnej. Z żalem patrzył na plantację czarnej porzeczki sąsiadów. Dawniej przyjeżdżali i kupowali wszystko po dobrych, opłacalnych cenach. Teraz nawet nie opłaca się zrywać, bo ceny są poniżej kosztów produkcji. On jednak sobie radzi. Zmienia od czasu do czasu rodzaj upraw i wychodzi na swoje. Nie dał się zdusić przez wolny rynek dostosowując się do nowych jego reguł.
Dziś po latach jedno zdarzenie chętnie wspomina. Do ich gminy przybyła wojskowa grupa operacyjna. Zajmowała się stopniem realizacji zadań przez administrację gminną, a zwłaszcza dotyczących spraw rolnych. Chodziło m.in. o mechanizację rolnictwa, działalność kółek rolniczych, zaopatrzenie w nawozy i środki ochrony roślin. Ppłk S. Pogorzelski wizytował wsie gminy. Przejeżdżał m.in. przez wieś, w której mieszkał Franek Sitarski. Jego gospodarstwo wyróżniało się szczególnie, zadbane, porządek i sporo maszyn pod wiatą. Towarzyszył mu przedstawiciel administracji gminnej. Jadąc, przypatrywał się zabudowaniom. Wzrok skierował na zabudowania rodziny Franka, w tym dużą oborę dla bydła i trzody chlewnej.
– O, to jakiś dobry gospodarz, nowoczesny rolnik, jaki tu porządek – powiedział. – Proponuję się zatrzymać, właściciel zabudowań, Sitarski jest na podwórku – oficer chętnie odniósł się do propozycji towarzyszącej mu osoby.
Oczywiście w tym momencie nazwisko Sitarski nic mu nie mówiło. Służył na wielu stanowiskach dowódczych, były setki, a może i tysiące jego podwładnych żołnierzy. Zatrzymali się przed domem. Wyszedł do nich mężczyzna w sile wieku. Jeszcze młody , ale dotykał go już szósty krzyżyk. Przywitali się. Oficer wypowiedział kilka pochlebnych słów o zabudowaniach, wyróżniających się na tle innych. Franek podziękował za słowa uznania. Ale zachował się trochę jakoś sztywno i na chwilę zamyślił się. Przyglądał się bacznie gościowi, przybyłemu oficerowi. Jednak rozpoznał go. Nie mylił się. To jego dowódca plutonu z wojska ppor. S. Pogorzelski. Wymienił jego nazwisko, oczekując potwierdzenia.
– Tak, to moje nazwisko. Pan mnie zna? – zapytał.
– O tak, o panu to ja nigdy nie zapomnę. – Pan inżynier Sitarski – przedstawił go urzędnik gminy, najlepszy rolnik w całej gminie.
– A skąd pan mnie zna?
– Można by długo o tym mówić. Ale powiem krótko: To pan opiekował się grupą żołnierzy analfabetów w jednostce w Wesołej w 1949 roku? To dzięki panu jestem kimś. Nie umiałem czytać i pisać. To pańskie słowa wywarły na mnie pozytywny wpływ.
Oficer był wyraźnie wzruszony słowami inżyniera Sitarskiego. Jakże miłe były one dla niego. Ale nie pozostał mu dłużny.
– To pańska praca nad sobą, ambicje bycia kimś w życiu spowodowały, że jest pan dziś rolnikiem z wyższym wykształceniem odnoszącym sukcesy. To, co było podczas służby wojskowej, to tylko początek tej długiej drogi do dzisiejszych osiągnięć. Wojsko otworzyło panu tylko okno na otaczający nas świat i rzeczywistość życia człowieka w tym świecie – oznajmił.
Zaprosił oficera i towarzyszącą mu osobę do mieszkania. Odbyła się mała biesiada przy stole. Serdecznie częstował gości tym. co było w dobrze zaopatrzonej lodówce. Był kieliszek wódki. Wspominali młode lata, bo przecież ppłk Pogorzelski był od niego starszy tylko o trzy lata. Było bardzo serdeczne pożegnanie. Zapraszał na kolejną wizytę prywatną. Oficer wsiadł do samochodu i trawił słowa Sitarskiego: No widzi pan, potrzeba było tak niewiele, by pomóc człowiekowi rozwinąć skrzydła do lotu po wiedzę, która pozwoliła dojść do czegoś.
Opowieść o Franku Sitarskim to tylko jednostkowy symboliczny przykład przemian, które dokonały się na polskiej wsi, tu, na wschodnich obrzeżach w latach Polski Ludowej.

Obiad Jasia z Premierem

Nie tak dawno, bo jakieś niespełna parę lat temu, cała władza miasta i powiatu sokołowskiego została ,,postawiona na baczność”. Sam wicepremier i Minister Kultury i Sztuki w jednym, czyli Józef Tejchma, przyjeżdża! Tak Dostojnego Gościa Sokołów na oczy nie widział. Niezapowiadane „gospodarskie wizyty” także nie były jeszcze w modzie. Poruszenie ogromne. Sztaby pracują – co robić? Jak robić? Narada goniła naradę. Pisano i zmieniano scenariusze pobytu. Rozdzielano zadania i zaproszenia do wspólnego stołu z gościem…

Skąd ten honor dla miasta? Trudno dziś uwierzyć, ale chodziło tylko i wyłącznie o … kulturę! Konkretnie o „sokołowski eksperyment”. Gazety i tygodniki rozpisywały się o nowym modelu funkcjonowania placówek kultury, zjeżdżali goście z całego kraju, bo Ministerstwo Kultury i Sztuki – nie bez oporów – zezwoliło na przełamanie stereotypu zarządzania i finansowania kultury w mieście i powiecie.
Pomysł był prosty – zintegrować pod wspólnym kierownictwem Powiatowy Dom Kultury, bibliotekę, kino, ogniska artystyczne oraz zapewnić im wszystkim jedno źródło finansowania, jeden budżet w miejsce wielorakości środków państwowych, lokalnych, społecznych. Słowem – ułatwić współdziałanie, zespolić inicjatywy, zaoszczędzić pieniądze, których zawsze brakowało, lepiej i sensowniej wykorzystać kadrę pracowników, lokale. A więc – nie każdy sobie i na swoim, a wszyscy razem na rzecz rozwoju życia kulturalnego w mieście i powiecie.
Ten nowy model działania placówek kultury opracowano i wprowadzono w życie nie gdzie indziej a właśnie w Sokołowie. Jako eksperymentalny i jedyny w kraju! Po roku eksperymentowania ,,sokołowski model” miał być upowszechniany w innych regionach Polski. Premier Tejchma chciał więc na własne oczy zobaczyć, jak „to to” funkcjonuje, jak się sprawdza w działaniu i przekonać się, czy warto takie rozwiązania popierać.
Mnie – promotorowi ,,eksperymentu” – moim koleżankom i kolegom w Powiatowego Ośrodka Kultury ogromnie zależało na dobrej ocenie naszej pracy. Stawaliśmy na głowie, by wszystko wypadło jak najlepiej. A z nami – oczywiście – działał nasz równie niezawodny, co nieprzewidywalny ,,najlepszy kierowca świata” Janek Godlewski. Był podniecony stosownie do rangi wydarzenia, a nawet bardziej. Pogadałem więc z nim w cztery oczy, by utemperować emocje i wykluczyć ewentualne ,,genialne” pomysły, z których był znany.
Wszystko szło jak z płatka. Nasz Gość zwiedził Powiatowy Ośrodek Kultury i wszystkie znajdujące się w nim placówki: kino, bibliotekę, studio nagrań, pracownię filmową i fotograficzną, ogniska artystyczne, radio-klub, pracownię usług plastycznych, kawiarnię…. Wszędzie oczywiście tętniło życie, więc wszędzie z wszystkimi wdawał się w rozmowy, ,,drążąc” temat i nabierając przekonania, że ,,eksperyment sokołowski” ma się dobrze, sprawdza się w działaniu.
Wizytowanie trochę się przeciągnęło, ale obiad też przygotowaliśmy u siebie, więc niespodzianek być nie powinno. O dobry stół i miłą obsługę zadbała restauracja PSS „Podlasianka”, a Jaś Godlewski pomagał w dowożeniu wszystkiego z jej kuchni i kredensu do naszej specjalnie urządzonej „sali biesiadnej”. Idziemy więc na obiad zadowoleni zadowoleniem Gościa, otwieramy drzwi, zapraszamy na poczęstunek, a tu… na honorowym miejscu za stołem siedzi sobie nasz nieoceniony Janek i pałaszuje kanapki. Konsternacja, zamieszanie.

  • Co on tu robi? Skąd się wziął? Kelnerki pobladły, co niektórzy zesztywnieli, a premier jakby nigdy nic wita się z niespodziewanym gościem i pyta, które kanapki lepsze, ze śledziem czy z szynką? Zaprasza do stołu… Zasiadł więc Jasiu przy premierze i nawet nie czekając na zakończenie przemówienia I sekretarza KP PZPR wypalił: ,,Panie Premierze, czy Panu nie wstyd, że ja, kurna, nasze zespoły muszę wozić po kraju i za granicę takim ,,rzęchem?” Miejscowymi władzami zatrzęsło z oburzenia, a towarzysz Premier na to: „Ja się nie wstydzę, ale pan przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej mógłby się zawstydzić, jeżeli jest tak, jak mówicie”. A Jasiu dalej: – Pan przewodniczący już dawno, kura, kupiłby mi „Autosana”, ale nie może, kura, bo nie ma limitu, kura, na zakupy inwestycyjne i asygnaty na autokar, kura.
  • No to jesteśmy w domu – mówi wyraźnie rozbawiony Premier. – Ja załatwię asygnatę i dam połowę środków. Jeśli pan przewodniczący dołoży resztę — bierzcie autokar i… w drogę!
    Nie minął miesiąc, a Jaś z fasonem podjechał pod Ośrodek Kultury nowiusieńkim ,,Autosanem”, a jego szelmowski uśmiech mógł oznaczać tylko jedno – Widzicie? Tak się załatwia sprawy! Miał farta, ale… trafił na wicepremiera i Ministra Kultury Józefa Tejchmę. Ot, co!

Kacperek

Jak każdy dziadek lubię rozmowy z wnukiem. Kacper jest uczniem 6 klasy mojej byłej szkoły w „ruskich dołach „Gadamy najczęściej o piłkarzach, o zmarnowanych okazjach naszych napastników o błędach sędziowskich.

Kacper rośnie na dobrego piłkarza i już imponuję mi opanowaniem piłki oraz dryblingiem ,za moich piłkarskich czasów rzadko spotykanych na sokołowskim stadionie. Ostatnio jego uwagę zawładnął okolicznościowy artykuł o wyzwoleniu Sokołowa przez Armię Czerwoną 8 sierpnia 1944 roku, jaki pisałem dla gazety . Ze sportu nasza dyskusja przeszła na sprawy wojny, hitlerowskiej okupacji i moich dziecięcych przygód. naznaczonych strachem, śmiercią ojca, obserwowanych przez dzieci morderstw Żydów i egzekucji polskich patriotów pod tzw. zgórkiem u zbiegu ulic Długiej ,Siedleckiej i Repkowskiej.
Kiedy na pytanie „ Lepiej powiedz dziadku ilu zabiłeś Niemców? Odpowiedziałem że ani jednego bo miałem mniej lat jak Ty dzisiaj , zauważyłem wielkie rozczarowanie w oczach mojego wnuka. A kiedy opowiedziałem ,że jeden z żołnierzy niemieckich pilnujących bramy getta dał mi prawdziwą czekoladę za to że przyniosłem z domu kubek wody- nazwał mnie kolaborantem. Poprawiłem troszkę swoją reputację opowieścią jak ze Zdziśkiem Bałkowcem rzucaliśmy przez płot do naszych kolegów Żydów jabłka i marchewki z podwórka gdzie mieszkał . na ulicy Siedleckiej 4 lub 6 . Ale fakt że przez 5 lat okupacji nie zabiłem żadnego Niemca i nie uratowałem żadnego żydowskiego kolegi wystarczył małemu patriocie na rozczarowanie Zastanawiam się skąd u dzieci ,dziesiątki lat po wojnie ,biorą się takie bojowe postawy. Czy szkoła uczy jak zabijać Niemców ,Ruskich i Ukraińców czy ,co w moim przekonaniu powinna uczyć , jak z nimi budować, mimo trudnej przeszłości dobrą sąsiedzką wspólpracę.
Pamiętam ze swoich szczenięcych lat jak prof. Paweł Kamiński uczył nas strzelania i musztry na lekcjach Przysposobienia Wojskowego, jak zdobywaliśmy odznaki ” Bądź sprawny w pracy i obronie” Jak biliśmy rekordy Szkoły w rzucie granatem. albo w biegu na 3 km. Wielu kolegów zaraz po 9 klasie poszło do szkól oficerskich uznając że nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. I trzeba przyznać ,że zostali oficerami po ukończeniu wojskowych matur i studiów wyższych. Jak Stasiek Stolarczuk, Rysiek Saczuk czy Mietek Harasim.
Taki kurs na wojsko był w latach pięćdziesiątych wymuszony na programach szkolnych przez okres tzw. ” zimnej wojny „ dwóch wrogich wobec siebie systemów politycznych kapitalistycznego i socjalistycznego. Straszono nas imperialistami i zdrajcą Tito. Wpajano wrogość do Mikołajczyka i Andersa. Kazano zbierać podpisy o ułaskawienie skazanych w USA za szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego małżonków Rosenbergów. Takie kanony edukacyjno- wychowawcze obowiązywały w mojej szkole w latach 1951-1955 A poza szkołą w mieszkaniu Bolka Bałkowca, który nigdy nie chciał wstąpić do szkolnego koła ZMP i wsławił się dorysowaniem na Gazetce Sciennej sarmackich wąsów Stalinowi, słuchaliśmy z wypiekami na twarzach rewalacji pułkownika J. Swiatły o Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego którego był wysokiej rangi funkcjonariuszem. zanim spylił na Zachód. Bolek miał radio marki Pionier z dobrym odbiorem fal krótkich na których nadawało Radio Wolna Europa.
Z tych audycji dowiedzieliśmy się o zbrodni w Katyniu. To były nasze bezpłatne ale znaczące korepetycje do lekcji historii. I chociaż pobieraliśmy je kosztem rozwiązywania reguł matematycznych z czego nie był zadowolony nasz wspaniały wychowawca i matematyk prof. Henryk „Listek” Wiśniewolski to jednak doprowadził nas do matury.
Teraz ja staram się mojemu wnukowi zrozumieć naszą historię a że moja narracja często różni się od szkolnej nie tylko tworzy zamęt w jego głowie ale też zmusza do myślenia i dalszych poszukiwań. Na szczęście ma gdzie szukać mając jeszcze nieograniczony dostęp do Internetu.
Ostatnio zadziwił mnie informacją, że Borman- sekretarz NSDAP nie zginał w oblężonym Berlinie uciekając z bunkra Hitlera lecz dożył swoich dni w Związku Radzieckim. Teraz ja buszuje w Internecie by sprawdzić jakie naprawdę były losy z najbliższego współpracownikiem Hitlera. Historia jest fascynującą dyscypliną naukową i chociaż każda zmiana polityczna stara się ją interpretować dla siebie pozostają matki i ojcowie, babcie i dziadkowie , którzy powiedzą swoim następcom jak naprawdę było.
Warto ich słuchać o czym przekonałem się na spotkaniu koleżanek i kolegów Kacpra z 6 klasy mojej dawnej szkoły w której gdyby nie przewodnik bym zabłądził . Tak się rozbudowała. Tylko kancelaria jest tam gdzie była i gdzie nasza pani -Maria Wolańska pozostawiała swojego jamnika Bumsa pod opieką koleżanek, zanim Tadek Lipski odprowadzi go do jej domu. Taki przywilej miał w naszej klasie tylko Tadek i dlatego zazdrośni koledzy dali mu ksywkę Bums.

Dzieci wojny i rzeczywistość. Pokolenia czasów Polski Ludowej

Moje pokolenie osiemdziesięciolatków i więcej, ma swój znaczący udział w tym, co powstawało i tworzyło się już w drugiej połowie roku 1944 w moim kraju. Przecież powstawała nowa, nieznana dotychczas rzeczywistość. To właśnie już wówczas rozpoczął się proces jakże radykalnych zmian oblicza kraju nad Wisłą i Odrą. Zmian bardziej przyjaznych dla milionów Polaków z nizin społecznych żyjących dotychczas w ubóstwie i nędzy. Był to początek reform we wszystkich niemal wymiarach naszego życia i rozwoju, a szczególnie tych, którzy byli zatroskani, czym nakarmić gromadkę dzieci łaknących chleba. A były ich miliony.

Też się do nich zaliczałem. Powstawało coś dotychczas nieznanego, co w istocie było tworzeniem dla milionów ludzi warunków lepszego życia. To nawet dla nas młodych było jakże widoczne, po prostu wyraziste. Przecież wiemy, jak nasi ojcowie za czasów II RP zabiegali o przetrwanie swoich rodzin, znamy ich codzienne zatroskanie, by był chleb na naszych stołach, ale w wielu domach tego upragnionego jadła nie było. Przecież to prawda.
Na gruzach i zgliszczach
Zapowiadano możliwość awansu społecznego oraz to, że powstanie nowa Polska na gruzach i zgliszczach. Że nasza gospodarka zostanie odbudowana tylko dzięki pracy rąk nas, Polaków, a nowa władza podejmie trud odbudowy i rozwoju cywilizacyjnego. Młode pokolenie podejmowało wówczas trud gigantycznych zadań odbudowy kraju i tworzenia wszystkiego niemal od podstaw, od fundamentów i pierwszych kondygnacji.
Ten gigantyczny wysiłek, wielka determinacja, by zmienić oblicze całej Polski dla siebie i następnych pokoleń nie może być zagubiony w pamięci o naszej przeszłości, jak to uczynili politycy obozu władzy w obchodach setnej rocznicy niepodległości naszej ojczyzny. Zagubili oni po prostu lata 1944-1989. Jest to ogromnie niesprawiedliwe.
Było to poniżej naszej godności i honoru znacznej części Polaków. Jest to przykład, jak się zakłamuje i kiereszuje to, co tworzyliśmy przez ponad czterdzieści lat. Dla prawicy nieważne jest, że ta Polska Ludowa była uznawana i była partnerem państw niemal całego świata, Ameryki, Azji i Afryki. Moje pokolenie musi do końca domagać się, wręcz walczyć słowem i postawą o dobrą pamięć, nie godzić się na deformowanie świadomości historycznej kolejnych pokoleń Polaków.
Moje pokolenie przeżywało różne okresy czterdziestoletniej historii i różne procesy polityczno-gospodarcze. To wszystko, co się dokonało, co stworzono w latach 1944-1989, nie było dla wielu milionów naszych obywateli obojętne, nie staliśmy na uboczu zagrożeń i bezdroży, na których trzeba było pokonywać rozliczne przeszkody, niemal barykady, zwłaszcza gospodarcze.
Dla siebie i dla kraju
Cechowały nas entuzjazm i zaangażowanie, wiara, że coś dobrego robimy dla siebie i ojczystego kraju. To przekonanie, że tworzymy coś dobrego, tkwił w naszej młodzieżowej świadomości.
Tak, różniliśmy się w poglądach, zachowaniach, lecz dobro ogólne naszego kraju było najważniejszym imperatywem. Nie żałowano wysiłku i potu, znosząc zimno i niedostatek naszego ówczesnego życia. Te trudy życia towarzyszyły nam przez wiele młodzieńczych lat. Przecież ojczyzna nasza była zburzona, spalona przez niemieckich barbarzyńców. Warszawa jest jakże dramatycznym symbolem tego, co Niemcy dokonali niemal w całej Polsce.
Tworząca się nowa rzeczywistość powodowała także zasadnicze zmiany charakteru stosunków społecznych, co było zapowiedzią, że Polska będzie miała inny kształt, różniąc się zasadniczo od II RP. Warto chyba sobie przypomnieć, jaką byliśmy młodzieżą. Totalna krytyka naszych zachowań to wierutne kłamstwo. Ci krytycy mieli szczęście urodzić się w innych latach, już po wojnie. W tym opracowaniu chcę przypomnieć nie tylko warstwę faktograficzną dotyczącą młodzieży w czasach Polski Ludowej, lecz także osobiste doznania i refleksje.
Front ideologiczny
Zderzyć je niejako merytorycznie z tym, co mówią i piszą pseudożurnaliści i historycy o tych czasach. Stworzono obecnie całe szwadrony etatowych pracowników frontu ideologicznego do walki politycznej o zawłaszczenie naszej historii. W tym celu obóz zjednoczonej prawicy przejął w swe posiadanie media publiczne.
Opanowali niemal wszystkie instrumenty i środki kształtujące świadomość Polaków na modłę ideologii liberalno-konserwatywnej. Mówi się nawet, że chcą zrobić w Polsce to, co z Węgier uczynił Orban. To, co niżej piszę, może być jednym z przyczynków dokumentowania udziału młodego pokolenia w budowie powojennej Polski.
Jest konieczność opracowania Wielkiej Księgi Pamięci Narodowej. Oczywiście, to co niżej piszę, może być fragmentem dokumentowania historii dokonań w latach 1945-1989. My, młodzi tego okresu, mamy swój znaczny udział w tych dokonaniach.
Ten wielki trud budowania nowej Polski podjęli ludzie, dla których w II RP nie było chleba i pracy, ani możliwości nauki i kształcenia się. W tym miejscu przytoczę jeden fakt z życia mojej rodziny. Mój najstarszy brat Józef, a było nas pięciu, ukończył z wyróżnieniem szkołę podstawową. Był bardzo zdolny.
Przedłożone do akceptacji
Nauczyciele zachęcali go, by dalej się uczył. Najbliższa szkoła średnia była w Siedlcach odległych o około trzydzieści kilometrów od naszego miasta. Tam rozpoczął naukę w technikum mechanicznym. Jego edukacja na poziomie średnim trwała tylko trzy miesiące. Niestety, rodziców nie było stać na opłacanie kosztów nauki.
Kiedy byłem przewodniczącym samorządu szkolnego w Zasadniczej Szkole Metalowej w Sokołowie Podlaskim, dyrektor szkoły p. Stanisław Lesiak powiadomił mnie, że mam zabrać głos na uroczystościach rozpoczęcia roku szkolnego w imieniu uczniów. Byłem w tarapatach, nie wiedziałem, co mam mówić, a zwłaszcza, że ma to być napisane i przedłożone do akceptacji dyrektora. Było to chyba pierwsze moje wystąpienie przed dużą publicznością, bo przecież miały być też obecne rodziny uczniów.
Mój brat Józef pracował już w PPB, będąc przewodniczącym rady związków zawodowych nie z nadania partii, a w wyniku tajnych wyborów załogi przedsiębiorstwa budowlanego zatrudniającego liczną załogę. Głowiąc się, co mam napisać, zwierzyłem się bratu. Wziął kilka kartek papieru zeszytowego i rozpoczął pisanie, pytając mnie, jaki jest program naszej uroczystości.
To jego pisanie mego pierwszego publicznego wystąpienia przed tak liczną widownią trwało niecałą godzinę. Wręczając je, powiedział mi, że mam to sprawnie przeczytać, albo nauczyć się mówić z pamięci. Na drugi dzień, w przededniu uroczystości rozpoczęcia nowego roku dyrektor szkoły zapytał mnie, czy mam napisane przemówienie. Odpowiedziałem, że mam i podałem mu kartki wypełnione bardzo czytelnym pismem.
Przeczytał z dużą uwagą. Od razu poznał, że to nie ja pisałem. Przyznałem się, że pisał to mój starszy brat. Zapytał więc, kim on jest, stwierdzając jednocześnie, że to bardzo inteligentny człowiek. Braci Józefa i Mieczysława edukowała już na wyższym poziomie Polska Ludowa. Takich szans nie mieli w II RP.
Opozycja polityczna i zbrojna
A teraz wracam do zasadniczego wątku moich wspomnień dokumentowania czynów i zachowań młodego pokolenia Polaków. Na początek trochę o latach szczególnych, czyli 1944-1945. Nowa rzeczywistość. Władzę przejmuje lewica Polska Partia Robotnicza (PPR) w sojuszu z innymi partiami, socjalistami i ludowcami. Prawicowa opozycja polityczna i zbrojna traktowała nową władzę jako twór Moskwy, a szczególnie Stalina. A przecież to nie hasła i sowiecka ideologia motywowały angażowanie się znacznej części Polaków, w tym młodzieży, w to wszystko, co się dokonywało w tym czasie w życiu, pracy i ogólnej edukacji młodych ludzi, których lata wojny tak bardzo skrzywdziły i kiereszowały ich świadomość i wartości moralne.
Atrakcyjna oferta porywała nas, była jakże moralnym zapłonem do czynnego włączania się w dokonywane przemiany oblicza Polski jakże przyjaznej dla tych, którzy wywodzili się z nizin społecznych, dla których nie było żadnych szans w byłej Polsce, w minionym dwudziestoleciu niepodległości.
Hasła odbudowy kraju, tworzenia gospodarki narodowej, bezpłatnego szkolnictwa wyższego i średniego, w tym zawodowego, ziemia dla chłopów, fabryki dla robotników były dla nas, młodych, jakże ważnym motywem postaw, ogromną szansą na lepsze życie.
Perspektywa odejścia
Ta dotychczasowa Polska nie dawała nam perspektyw odejścia od życia w nędzy i ubóstwie. Nie gwarantowała żadnego programu dla dojrzałych i młodzieży. Powstająca nowa Polska dostrzegała młode pokolenie, kierując do nas program zasadniczych zmian zawodowo-edukacyjnych gwarantujących nam lepsze cywilizowane życie.
Ówczesne władze polityczne i administracyjne dostrzegały ogromny entuzjazm pokolenia, które doświadczyło skutków wojny, w angażowaniu się nie tylko w różne akcje społeczne na rzecz odbudowy kraju, lecz także w planowane wielkie inwestycje. Miały one przecież powstawać na morzu gruzów, które nam pozostawili niemieccy zbrodniarze.
Przykładem heroizmu młodych może być m.in. wezwanie, że cały naród odbudowuje Warszawę, a właściwie buduje nową. Z ogromnych cmentarzysk gruzów wydobywano cegły, ładowano je na platformy kolejowe i kierowano do stolicy. Kto to robił? Szczególnie młodzież, która osiedlała się na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Pracowały młodzieżowe brygady Związku Walki Młodych (ZWM).
Była to m.in. młodzież ze Wschodu, ale także z Zachodu, wracająca z Rzeszy Niemieckiej, gdzie była zatrudniona przymusowo w czasie wojny. Także z Francji, Belgii. Niemieccy rolnicy walczyli z Armią Czerwoną, a na ich gospodarstwach pracowali przymusowo Polacy, w tym mój cioteczny brat. A tzw. młodzieżowe patronaty pozwoliły zbudować Nową Hutę, stutysięczne miasto na nieużytkach rolnych byłej wioski Mogiła pod Krakowem.
Pracując w brygadzie młodzieżowej
Te nasze patronaty obejmowały setki różnych inwestycji przemysłowych, których od 1939 roku nie było w naszym kraju. A drogi i szosy? W tym ogromnym wysiłku młodzieży miała znaczący udział organizacja „Służba Polsce” (SP). Tę ogromną pracę dziś ocenia się jako komunistyczną propagandę. Miałem okazję być przez kilkanaście dni w Warszawie, pracując w brygadzie młodzieżowej, a także wśród budowniczych Nowej Huty.
Był to autentyczny wysiłek mojego pokolenia. Jakie są losy tej wielkiej budowy, to widać. Nowa władza po 1989 roku swoimi niby reformami po prostu zlikwidowała polski przemysł, oddając go za marne pieniądze w obce ręce. Szydzi się dziś także ze społecznej mobilizacji, zapału i entuzjazmu pokolenia Polski Ludowej. A przecież są oni faktycznymi bohaterami tego okresu. Dziś nimi są nie oni, a tylko ci, którzy strzelali z ukrycia do tych, którzy odbudowywali kraj i wznosili fabryki i liczne zakłady zatrudniające tysiące, a potem i miliony obywateli naszego kraju. I trochę tu przykładów nie wymyślonych dla celów politycznych lecz faktycznych.
W pierwszych latach Polski Ludowej znaczącym zainteresowaniem mojego pokolenia cieszył się młodzieżowy ruch przodownictwa pracy. Wielu z nas biło rekordy ustalonych norm pracy. Trzeba się zgodzić z poglądem, że było trochę przesady w tym współzawodnictwie.
Pilonując przed szabrownikami
Ale w istocie miało ono autentyczny charakter, my młodzi chcieliśmy imponować pierwszeństwem w pracy, w tym, co każdy z nas robił. Pisano o nas w gazetach, byliśmy na afiszach, tablicach, na których prezentowano najlepszych w pracy. To przecież musiało nam imponować. Po latach pogardy i licznych zagrożeń, nawet życia w czasach niemieckiej okupacji.
Poległo wówczas wielu, w tym i moi rówieśnicy, koledzy z mojej ulicy, jak Zdzisław Suchta, który miał czternaście lat. Pisząc pracę na studium doktoranckim o młodzieży w latach 1945-1949, zapoznawałem się z dokumentami akt nowych w centralnym i wrocławskim archiwum. Zderzałem się z tym, co moje oczy widziały, a uszy słyszały. Ocena tego, co w tych dokumentach się pisze, co jest w teczkach archiwalnych, jest obiektywna.
Młodzież była w pierwszych szeregach ruchu wielkiej aktywności dla Polski, dla nas. A studenckie brygady na wyższych uczelniach, np. Straż Studencka Ziem Odzyskanych? Przecież studenci z niedobitkami polskich profesorów zabezpieczali to, co zostało, pilnując przed szabrownikami. Bo byli i tacy. Wojna deprawuje charaktery, człowieczeństwo młodych. Opiekowano się tymi młodymi, którzy chcieli się uczyć, a nie mieli ukończonej matury, tworząc rok zerowy, w którym kończyli średnie wykształcenie.
Podobnie było w mojej szkole zawodowej. Zorganizowano klasę wstępną dla tych, którzy nie ukończyli szkoły podstawowej. Tuż po wojnie śpiewaliśmy przez kilka lat piosenkę. Jej słowa brzmiały: „ZMP i SP, służby Polsce dwie” (ZMP – Związek Młodzieży Polskiej. Jej treścią była współpraca tych organizacji młodzieżowych, a obejmowała ona m.in. organizowanie pomocy w kształceniu i szkoleniu młodzieży.
Istotnym wsparciem indywidualnym młodych, także zjawiskiem kulturotwórczym, była poezja, proza, utwory muzyczne, piosenki o młodzieży, jej pracy i nauce, a także zadaniach, które podejmowaliśmy z własnej inicjatywy. Moje pokolenie do dziś zna i pamięta te słowa i melodie. Radio „Pogoda”, warszawska rozgłośnia, codziennie bardzo często je przypomina.
Uwzględnia je także Robert Janowski w swoich programach. Dzięki Ci za to, Panie Robercie. Bardzo one nas wzruszają, pozwalają pamiętać o niedawnej przeszłości. Przypominają bowiem naszą młodość. Śpiewaliśmy je na placach budowy i w szkołach. „O Nowej to Hucie piosenka, […], a taka jest prosta i piękna […] jak Huta jest Nowa”. A gdy powstawały pierwsze Państwowe Ośrodki Maszynowe i pojawiły się pierwsze ursusy z młodymi traktorzystami śpiewano: „Hej, wy konie, rumaki stalowe, hej, na pola prowadźcieże nas”.
Niedawno z dużym wzruszeniem słuchałem w Radio „Pogoda”: „na prawo most, na lewo most, a dołem Wisła płynie, tu rośnie dom, tam rośnie dom z godziny na godzinę” w wykonaniu Marii Koterbskiej. Nasi twórcy kultury z owych lat, też najczęściej młodzi, swoimi utworami wspierali i pobudzali nasz entuzjazm i zapał w pracy i nauce.
Będąc junakiem w 39. Brygadzie SP w sierpniu 1949 roku w Pasłęku na północy kraju, maszerując w kolumnach do pracy przy naprawianiu wałów przeciwpowodziowych, śpiewaliśmy wspomniane piosenki, zagrzewając się do bicia rekordów wykonywania 100 proc. i 200 proc. normy. Wymieniano nasze nazwiska w czasie obiadu w rozgłośni obozowej. Rozpierała nas duma i radość. A do rodzin komenda brygady wysyłała listy pochwalne o naszej pracy.

Junacy SP
No, chodziliśmy dumni. Będąc wychowawcą na koloniach letnich i obozach młodzieżowych w latach 1949-1951 tworzyliśmy zespoły artystyczne, w których śpiewano piosenki i recytowano wiersze traktujące o pracy i nauce młodzieży, dokonaniach młodego pokolenia. Dziś wielu prawicowych polityków krytykuje nasze zachowania w czasach Polski Ludowej. Tak np. Służba Polsce na podstawie odpowiedniego zarządzenia ówczesnych władz była obowiązkowa w całej Polsce, na wielu ważnych budowach i przy odgruzowywaniu zniszczeń wojennych.
Pracowali junacy SP wśród budowniczych Nowej Huty, przy odgruzowywaniu i budowie Warszawy oraz wielu innych miast. Ale kto nie stawiał się do odbycia miesięcznej Służby Polsce, nie był karany żadną karą administracyjną czy sądową. Ówczesne prawo tego nie przewidywało.
Przykładem mogę być ja. W lipcu 1950 roku otrzymałem powiadomienie, że mam się zgłosić do odbycia miesięcznej służby. Nie pojechałem, bo przyjąłem ofertę Powiatowego Inspektoratu Oświaty pracy z młodzieżą na tzw. kolonii letniej. Nawet z Komendy Powiatowej SP przyjechał po mnie na motorze instruktor, bo chciałem być wychowawcą przez miesiąc. Taka funkcja zaimponowała mi. Za ten młodzieńczy sprzeciw nie poniosłem żadnej kary.
Braliśmy masowy udział z własnej woli w różnych akcjach i czynach społecznych. Nie tylko w pracach gospodarczych, lecz także w społeczno-edukacyjnym zachęcaniu młodzieży do podejmowania nauki w szkołach zawodowych w całej Polsce. Młodzież masowo podejmowała naukę. Były to szkoły z kilkumiesięcznymi programami.
Obiad w stołówce zakładowej
Taka była potrzeba naszej nowej rzeczywistości, która nas pochłaniała wizją lepszej przyszłości, wyrwania się z biedy. Nasi rodzice z uwagi na ich sytuację bytową, niewiele mogli nam dać poza zachętą do pozytywnych zachowań.
Jeszcze wspomnę, że kiedy ukończyłem miesięczną pracę w Służbie Polsce w lipcu 1949 w 39. Brygadzie SP zorganizowano spotkanie z przedstawicielami dużych zakładów pracy, które oferowały nam zatrudnienie w internacie zakładowym z możliwością ukończenia szkoły zawodowej i korzystania obiadów w stołówce zakładowej.
Wielu z nas wyraziło chęć podjęcia oferowanej pracy i nauki zawodu. Ja wróciłem do rodzinnego Sokołowa Podlaskiego z postanowieniem, że będę się ubiegał o przyjęcie do nowo powstałej Zasadniczej Szkoły Metalowej, by uczyć się zawodu mechanika ślusarza. I tak się stało. A po jej ukończeniu planowałem podjąć pracę i dalej się edukować w systemie wieczorowym. Ta moja edukacja wieczorowa trwała w sumie czternaście lat. Z tych czternastu pięć lat trwały studia doktoranckie na Uniwersytecie Wrocławskim, kiedy jednocześnie pracowałem i utrzymywałem pięcioosobową rodzinę.
Żona nie pracowała, ale dobrze wychowywała nasze dzieci. Cała trójka jest dobrze wykształcona i nie potrzebuje materialnego wsparcia ojca. Często ojcu oferują pomoc, opiekę i wsparcie finansowe. Czytelnik zechce mi wybaczyć ten bardzo osobisty wątek moich rozważań. Wracam do głównego problemu wspomnień, do postaw młodzieży w nowej polskiej rzeczywistości. Oferta programowa dla młodych była atrakcyjna.
Trzyletni plan odbudowy, a później plan sześcioletni uwzględniający tworzenie przemysłu, którego dotychczas w Polsce nie było. Już wówczas zaczęliśmy się wpisywać do grup cywilizacyjnych krajów Europy. Pierwsze traktory, samochody i różne urządzenia oraz maszyny, których w II RP nie było i nie produkowano. Te gigantyczne inwestycje tworzyły warunki do kształcenia specjalistów. W moim mieście powiatowym jedynym większym zakładem była cukrownia. Niemcy wszystkie maszyny i urządzenia do produkowania cukru wywieźli do Rzeszy. Zostały tylko budynki, w których były magazyny wojskowe. Pracowałem tam jako nieletni zmuszony przez administrację niemiecką.
Pierwsze lata po wojnie były trudne, był wielki niedostatek podstawowych artykułów, ale nie żądaliśmy już chleba i pracy, jak w czasach sanacji. Praca już była, chleb też był, chociaż skromny. Ale nie musiałem już wstawać o piątej rano, by zająć kolejkę po bochenek chleba, jak to było w latach okupacji niemieckiej.
Szansa wybrania drogi życia
Była też szansa wybrania drogi życia, pracy i nauki w różnych zawodach. Miliony z nas dokonywały właściwego wyboru naszej przyszłości. Mieliśmy świadomość, że gdy odbudujemy zniszczony kraj, to rozpocznie się marsz do rozwoju polskiej cywilizacji. Byliśmy dumni, że nowa władza nas doceniała, szanowała i dostrzegała entuzjazm, zapał do pracy i nauki. Wybierano nas młodych do władz samorządowych.
Gdy powiatowe rady narodowe na swych sesjach rozpatrywały i uchwalały plany gospodarcze dla miasta i powiatu, zapraszano przedstawicieli ZMP, proszono o wypowiedzenie się w sprawie projektów uchwał rady. Tak było w całej Polsce. Pisała o tym prasa i mówiono w rozgłośniach radiowych. Gdy działo się coś ważnego i podejmowano różne akcje społeczne, zawsze zapraszano nas młodych do udziału w nich, rozmawiano z zarządami powiatowymi i gminnymi. Też brałem w nich udział niekiedy jako przedstawiciel Zarządu Powiatowego ZMP.
Pamiętam wieś Brzozów, w której było wielu aktywnych członków ZMP. Miałem sposobność rozmawiać z przedstawicielami tej wsi, którzy już pracowali na gospodarstwach otrzymanych z reformy rolnej. Oczywiście jeździłem na własnym rowerze złożonym z kilku znalezionych na złomowisku.
O nowym mogłem tylko marzyć. Pierwsza ich produkcja była rozprowadzana tylko na talony. Jeździli nimi pracownicy urzędów administracji. Ale później miałem już nowy z przydziału. Cieszyłem się tym cackiem ogromnie. Takie to były czasy. Ale nie było narzekań. Cieszyliśmy się z tego, co można było osiągnąć. Wówczas ten pojazd jednośladowy był moim marzeniem.
Otrzymywali je również junacy SP za dobrą pracę i przekraczanie norm. A ci, którzy je otrzymali paradowali na nich po chodnikach naszego miasta. Zazdroszczono im tego sukcesu. Pojawiły się też pierwsze motocykle, chyba Junaki. Były one tylko dla wybrańców, którzy pracowali w różnych urzędach i firmach uspołecznionych. Niewielu mogło sobie pozwolić na kupno takiego cacka. Kolega Eugeniusz Kraska jeździł na motocyklu. Boże, jak mu zazdrościłem. Nawet raz pozwolił mi się nim przejechać.
Rzeczywistość dzieci wojny
Dopiero w 1958 roku, będąc żołnierzem zawodowym, kupiłem starego grata w Lesznie. Po roku pozbyłem się tego poniemieckiego wehikułu. I znów siadłem na rower kupiony na talon, który dostałem jako formę wyróżnienia. Mój pułk otrzymał wówczas cztery czy pięć takich środków komunikacji. Oczywiście koledzy mi zazdrościli. Sprzedałem go chyba po roku koledze za niższą cenę. Chcę dodać, że rower wówczas kosztował tyle, ile wynosiła moja miesięczna pensja. Niestety, taka była nasza rzeczywistość, rzeczywistość dzieci wojny i starszych pokoleń Polaków.
Mogę jednak powiedzieć dziś, po latach naszej młodości, że większość z nas miała świadomość, iż tylko czynny udział młodych w tym wszystkim, co się dokonywało na naszych oczach w całym kraju, stworzy nam możliwość zmiany dotychczasowego życia.
W tym miejscu muszę się pochwalić, że moja pamięć dobrze została zarejestrowana w komputerze biologicznym. Doskonale pamiętam, a miałem wtedy już czterdzieści lat, jak rozpłakałem się, gdy zabłądziłem w mieście i nie potrafiłem dotrzeć do własnego mieszkania. Nigdy też nie zapomnę, jak podczas grzybobrania kleszcz wpił mi się w intymne miejsce, a ja wpadłem niemal w panikę. Podejmuję ten jakże osobisty wątek tych wspomnień, by nie być posądzonym, że fantazjuję. Nie, po prostu tak było. Dobrze pamiętam codzienne jadło, o czym wyżej wspomniałem. Pamiętam też codzienne życie moich kolegów z ulicy Lipowej, Krzywej i Kosowskiej.
Mogę do dziś wymieniać ich nazwiska. Nie czynię tego, bo być może niektórzy szlifowali swoje życiorysy, jak jedna z moich rówieśniczek opowiadająca, jak im się wspaniale żyło, a przecież widziałem ich codzienną nędzę. Nawet byłem złośliwy i powiedziałem jej w czasie wspominek, co ich matka gotowała na posiłki. Zazwyczaj były to ziemniaki z wody, a luksusem był sos lub zupa grzybowa. I teraz przed nimi pojawiła się nowa rzeczywistość, ogromna szansa na radykalną zmianę ich bytowania.
Kiereszowanie naszych życiorysów
Był chleb, możliwości kształcenia się i pracy. Widząc to, co się dokonuje wokół nas, jak się zmienia ta nasza codzienna szarość, angażowaliśmy się z przekonaniem, iż to, co robimy, zmienia nasze miejsce w społeczności. To nie komunizm, bolszewizm, marksizm i leninizm były motywem naszego entuzjazmu w budowie Polski Ludowej. Myślę, że również te 14 milionów naszych obywateli, którzy w latach Polski Ludowej otrzymali mieszkania w nowych blokach nie zapomniało o tym, że ich sytuacja zmieniła się zasadniczo właśnie w czasach władzy ludowej. Przecież tego nie da się wykreślić z naszej najnowszej historii. Myślę, że żadne kiereszowanie naszych życiorysów nie wymaże ze świadomości społecznej prawdy tamtych lat. Lat dzieci wojny.
Jakże ważną rolę w całym okresie Polski Ludowej spełniała największa organizacja młodzieżowa tych lat. ZMP był masową organizacją wspieraną przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą (PZPR), był on jej zapleczem społecznym i politycznym, także kadrowym. Z jego szeregów wywodzili się działacze partyjni. W ZMP zdobywali oni doświadczenie i umiejętności pracy społeczno-politycznej. Wyróżniający się działacze ZMP zajmowali różne stanowiska na wszystkich szczeblach struktury państwa.
Tak było w całym kraju. Może kilka przykładów. Przewodniczący ZG ZMP Zdzisław Kurowski został wybrany na jednego z sekretarzy KC PZPR. Zdzisław Grudzień, działacz młodzieżowy w pierwszych latach po wojnie w Katowicach, został pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR, a później członkiem Biura Politycznego. Był najbliższym współpracownikiem Edwarda Gierka. A we Wrocławiu działacz młodzieżowy był pierwszym sekretarzem KW PZPR i posłem na sejm. Młodzieżowi działacze byli wyznaczani do pracy w komitetach miejskich i wojewódzkich na sekretarzy i kierowników wydziałów. Partie PPR i PZPR, przeprowadzając liczne akcje polityczne i gospodarcze w różnych sprawach kraju, mogły zawsze liczyć na udział w nich młodzieży zrzeszonej w ZMP.
My, młodzi, podejmowaliśmy pracę i naukę, korzystając z bogatej oferty kierowanej do nas także w warunkach ostrej walki politycznej, a przez kilka lat po wojnie walki z podziemiem zbrojnym przeciwników tworzącej się nowej rzeczywistości polityczno-ustrojowej. Przeciwnicy nowej władzy ludowej dążyli do reaktywowania II RP, proponując niewielkie zmiany. Spośród moich znajomych pamiętam dobrze tylko jedną osobę, która walczyła kilka lat w podziemiu.
W oddziałach rzekomo niepodległościowych
Ale jego brat był w tym czasie komendantem Milicji Obywatelskiej w jednym z miasteczek naszego powiatu. Nie będę wymieniał jego nazwiska. Różne były bowiem nasze zachowania i wybory osobiste. W tych oddziałach, rzekomo niepodległościowych, było wielu takich, którym dobrze się powodziło do roku 1939, gdyż nie wywodzili się z nizin społecznych, ale z rodzin dobrze sytuowanych. Nie pragnęli oni chleba i pracy, bo mieli i jedno, i drugie. Nie znam tego zjawiska w skali kraju, mam więc na uwadze sytuację w moim mieście i powiecie, a także w sąsiednich powiatach, w Siedlcach i Węgrowie. Kwerenda po archiwach i czytanie tomów dokumentów już nie na moje lata.
Dziś wielu polityków, a szczególnie z obozu zjednoczonej prawicy o skrajnych konserwatywnych poglądach, często obarcza za wszelkie nieprawości tego okresu niemal całe moje pokolenie, a więc wszystkie dzieci wojny. Jest to wielce niesprawiedliwe i odbiegające od prawdy. Co ciekawe, że im młodszy konserwatywny polityk, tym częściej formułuje wobec nas zarzuty. Według nich w Polsce Ludowej byli tylko źli komuniści i nieskazitelni żołnierze wyklęci, prawdziwi Polacy i bohaterowie, którym stawia się pomniki, montuje tablice pamiątkowe i ich imiona nadaje się szkołom, ulicom i instytucjom państwowym oraz samorządowym.
Gdyby zechcieli oni przeczytać chociaż jedną pozycję naukową o systemach polityczno-ustrojowych, to myślę, że zdobyliby się na refleksję i tak często nie wymienialiby pojęć politycznych. Na studium doktoranckim musiałem z tego zakresu wiedzy przeczytać wiele pozycji książkowych, w tym m.in. prof. Franciszka Ryszki, znanego uczonego znawcy doktryn polityczno-ustrojowych. W Polsce, ale nawet w Związku Radzieckim nie było prawdziwego ustroju komunistycznego. Taki zarzut czynią tylko ludzie niedouczeni z zakresu nauk politycznych.
Feudalna monarchia
Były i są jeszcze systemy totalitarne, systemy władzy dyktatur określonych grup i osób. Jeśli ktoś mówi o komunizmie np. w Korei, to Marks w grobie się przewraca ze złości. W Korei Północnej panuje system totalitarny, dyktatura jednostek podobna do systemów cesarsko-feudalnych. Przywódcami tego państwa byli i są ojciec, syn i wnuk, i pewnie będzie jeszcze prawnuk. Oni nie są komunistami.
System ich rządów to istna feudalna monarchia. Nie ma tam żadnej demokracji, dyktator w swoich działaniach opiera się na posłusznym wojsku i policji. Nie ma mowy o sprzeciwie, jakikolwiek opór kończy się tragicznie nawet dla członków najbliższej rodziny. To, co ich przywódca powie, jest święte i musi być wykonane. A mówienie o komunizmie w naszym kraju jest śmieszne. Sam Stalin powiedział, że w Polsce komunizm to „siodło na wole”.
Nawet tuż po wojnie, już w naszej nowej rzeczywistości słowo socjalizm nie było w publicznym obiegu, bo garstka polskich komunistów, których Stalin nie rozstrzelał w latach trzydziestych, wiedziała, jak Polacy traktują ustroje komunistyczne. W swoich działaniach brali pod uwagę poglądy Polaków. Chcieli więc Polski sprawiedliwej i demokratycznej. Dziś wciąż się upowszechnia pogląd, że całe pokolenie czasów Polski Ludowej jest skażone ideologią komunistyczną.
To kłamstwo historyczne upowszechniane przez skrajną prawicę. Szczególnie w tej kwestii wyróżniają się konserwatyści. Już w październiku 1956 roku ma miejsce rezygnacja i odrzucenie tego wszystkiego, co było wzorowane na totalitarnym systemie bolszewickim. Przykładem była rezygnacja z planów kolektywizacji polskiej wsi. Początki odejścia od doświadczeń radzieckich to okres Władysława Gomułki, a radykalna zmiana nastąpiła w dekadzie Edwarda Gierka. Prawicowi politycy nawet nie wspomną o tym ważnym okresie historii Polski. Przecież to były etapy dochodzenia do Polski demokratycznej i suwerennej.
Niebywały rozkwit sztuki i kultury
I na zakończenie jeszcze jeden fakt historyczny, o którym wielu polityków i pseudohistoryków nawet nie wspomina. Mam na uwadze krzywdzące oceny ludzi kultury. A przecież w tych niezwykle trudnych warunkach, tuż na starcie rozwoju nowoczesności, młodzi artyści tworzyli wspaniałe dzieła sztuki, które wzbogacały polską kulturę nowymi wartościami.
Właśnie w czasach Polski Ludowej, tuż po wojnie, miał miejsce niebywały rozkwit dzieł sztuki i kultury we wszystkich jej formach i obszarach. Zaświadcza o tym jakże bogaty dorobek, który omija się szerokim łukiem, bo jego autorami byli przedstawiciele pokolenia innej Polski, nie ich. Wówczas młodzi twórcy kultury stworzyli niezapomniane dzieła, jak choćby filmy, literaturę piękną, rzeźbę, architekturę i utwory muzyczne. To właśnie w czasach mojej młodości powstało wiele dzieł sztuki, jak choćby komedia „Skarb” z Danutą Szaflarską i Marianem Duszyńskim w rolach głównych oraz filmy Andrzej Wajdy.
Władze łożyły odpowiednie środki na rozwój kultury. Ta twórczość była rozpowszechniana przez różne formy, jak festiwale, przeglądy, konkursy. Ujawniały się twórcze talenty, które państwo nagradzało i upowszechniało we wszystkich środkach masowego przekazu. Organizacje młodzieżowe też miały swoje pisma, które organizowały przeróżne festyny, festiwale i konkursy. I tu osobisty, może mało skromny przykład. W 1973 roku byłem współautorem książki o młodzieży Dolnego Śląska, jej udziale w zagospodarowaniu i rozwoju regionu w latach powojennych.
Książka ta zdobyła tytuł książki roku, a ja otrzymałem dość wysoką nagrodę pieniężną. O przyznaniu tego tytułu zdecydowali czytelnicy z ówczesnego województwa wrocławskiego. Dziś ten wkład młodzieży w rozwój kultury narodowej jest totalnie krytykowany przez obóz zjednoczonej prawicy, a zwłaszcza jego konserwatywne skrzydło. Nie kryteria artystyczne decydują o ocenie ich wartości, a autorzy, bo sprzyjali rzekomym komunistom. A serial „Stawka większa niż życie” setki razy powtarzany w telewizji, ale nie publicznej. Podobne filmy i sztuki teatru telewizyjnego wciąż mają dużą oglądalność, mimo upływu wielu lat od ich powstania. To właśnie ich walory artystyczne oraz sposób prezentowania życia Polaków (są one nie tylko o wysokich wartościach intelektualnych, ale są nasze, polskie) decydują o ich nieustającej popularności.
Nie można więc tej pięknej karty kulturotwórczych dokonań zapominać, bowiem one są i będą częścią naszej narodowej skarbnicy. To wartości narodowe będą trwać i nie zniszczy ich żaden propagandowy jazgot prawicowej ideologii. Nie wymażą ich z naszej pamięci.
To tyle moich wspomnień o dzieciach wojny i ich zachowaniach, o ich postawach i zachowaniach w nowej rzeczywistości, w której żyli, pracowali i uczyli się. Wspomnienia te obejmują tylko niektóre wybrane problemy i zdarzenia z lat mojej młodości. Czy są subiektywne? Nie zaprzeczam, takie mogą być w części refleksyjnej, oceniającej. Ale to, co widziałem, czego doznałem jest w moim przekonaniu obiektywne. Żyłem przecież w tej epoce, uczyłem się i pracowałem. I co ważne, po latach czuję się całkowicie spełniony we wszystkich możliwych wymiarach. Będzie to może trochę nieskromne, ale powiem szczerze, że czuję się człowiekiem osobistego sukcesu. A wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam Polsce Ludowej. W innej rzeczywistości nie miałbym na to szans. Takich jak ja były miliony. Oczywiście, ten awans społeczny był możliwy w wyniku wyboru oraz akceptacji nowej rzeczywistości społeczno-politycznej. Ja takiego wyboru dokonałem i dlatego czuję się nader spełniony. Wielu, bardzo wielu moich przyjaciół i kolegów uczyniło podobnie.
I jeszcze jedna końcowa refleksja. Mamy moralny obowiązek czynić wszystko, by pokazać rzeczywistą, obiektywną prawdę o naszej przeszłości, o ludziach, którzy wielce się zasłużyli Polsce. Nie możemy pozwolić, by ich dorobek i udział w rozwoju kraju został zapomniany. Mam tu na uwadze m.in. twórców kultury w różnych dziedzinach. Mieliśmy przecież wśród naszego pokolenia tysiące postaci, które wielce się zasłużyły ojczyźnie, a stworzone przez nich dzieła i wartości na trwale pozostaną w dziedzictwie polskiej kultury. Dzięki nim nasza ojczyzna, Polska, umacniała swoją pozycję wśród narodów świata. Byli oni dumą i wizytówką naszego kraju. Takie nazwiska, jak m.in. Stanisław Mikulski, Emil Karewicz, Wojciech Żukrowski, Danuta Szaflarska, Zbigniew Załuski, Janusz Przymanowski powodowały, że nasz kraj był rozpoznawalny i znajdował się na ustach niemal całego świata. Nie godzi się o nich zapominać.

Robiąc w „siedleckiej kulturze”

Niedawno Tygodnik Siedlecki poprosił mnie bym opowiedział o mojej pracy w siedleckiej kulturze w latach 1976 – 1990. Opowiedziałem – bo było o czym. Czytam teraz ten wywiad i nie mogę się nadziwić, dlaczego odarto go z nazwisk, które przytoczyłem w prawdziwym korzystnym kontekście.

Te nazwiska to Mieczysław Rakowski- Premier reformator Zofia Grzebisz – Nowicka Wojewoda Siedlecka , Wacław Janas –WICEMINISTER Kultury i Sztuki , Stanisław Lewocik –Przwodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej Leopold Grzegorek – przewodniczący Komisji Kultury WRN , Zbigniew Wiedeński –dyrektor Wydziału Finansowego Urzędu Wojewódzkiego w Siedlcach.
To dzięki ich zrozumieniu , inspiracji i konkretnej pomocy mogłem przez 17 lat aktywnie działać w Siedlcach w likwidacji wieloletnich zaniedbań i opóźnień w cywilizacyjnym i kulturowym rozwoju miast i wsi Podlasia i Wschodniego Mazowsza .Reformy gospodarcze premiera Rakowskiego ujęte w haśle„ Co nie jest zabronione – Jest dozwolone „ pozwoliły na utworzenie Zakładu Remontowo – Budowlanego Obiektów Kultury przy Wydziale Kultury i Sztuki UW. Rozwiązany został problem wykonawstwa i budowy czynami społecznymi Gminnych Ośrodków Kultury i remontów zabytkowych dworów i pałaców na siedziby placówek kultury.
Przywołuję te nazwiska by im podziękować i ocalić od zapomnienia ludzi i ich pracę w czasach PRL –u. Ostatnio opisuję zdjęcia z archiwum Sokołowskiego Ośrodka Kultury zawierającego 7 000 zdjęć ze wszystkiego co się ruszało w mieście i powiecie sokołowskim od 1964 do 1976 roku Od gospodarczych wizyt Edwarda Gierka w Sterdyni i Józefa Tejchmy w Powiatowym Ośrodku Kultury po dewizowy odłów zajęcy, otwarcie szpitala powiatowego , różne akademie i imprezy.
To archiwum jest dowodem, że tylko w chorych zaślepionych nienawiścią głowach może się rodzić przekonanie , że PRL był czarną dziurą w naszej najnowszej historii. Ale przede wszystkim chciałem dziś podziękować moim koleżankom i kolegom z Wydziału Kultury i Sztuki którzy ochraniali mnie i wspierali we wszystkich ryzykownych działaniach.
Dziękuję Wiesi Wadasowej, kierującej moim biurem i przepraszam za to, że tyle razy musiała tłumaczyć Szefom moją nieobecność w biurze oraz szukać mnie w rozległym województwie bym zdążył na pilną naradę u wojewody lub w komitecie. Dziękuję pracowitym i skrupulatnym księgowym Teresie Drzewieckiej i Jasi Grabowskiej pilnujących bym nie popełnił więcej błędów niż popełniałem Dziękuję Eli Kieliszkowej, łączącej urodę z przebojowością i talentem. Wszystkim moim współpracownikom dziękuję i dzielę się z nimi swoim sukcesem, wreszcie dostrzeżonym, bo wspólnie osiągniętym.
Byliśmy, jesteśmy i będziemy jedną drużyną co potwierdzają spotkania animatorów kultury w Domu Pracy Twórczej „Reymontółwka „w Chlewiskach. Nie znam środowiska zawodowego, które jak my ludzie kultury byliby tak zintegrowani. Wzajemnie życzliwi i wspierający się.
Gdyby tak było w innych grupach zawodowych, wśród nowych i starych pracowników różnych instytucji nasze życie byłoby o wiele przyjemniejsze. Nie umiem wymazać z pamięci żalu jaki miał śp. Zygmunt Błachnio do swojego następcy Prezesa Spółdzielni Mleczarskiej w Sokołowie, który nie zaprosił go na jubileusz tej zasłużonej dla miasta i rolników instytucji. Szkoda, bo może skorzystałby z wiedzy i doświadczenia swojego kolegi i nie doprowadził firmy do upadku.
Nie byłbym sobą gdybym nie wspomniał o powodach mojego odwołania. Czytam artykuły z gazet, protokoły różnych nasyłanych komisji analizuję je i dochodzę do wniosku , że w mechanizmach niszczenia ludzi aktywnych nic się nie zmieniło..Wystarczy narazić się jakiemuś bonzie. O n uruchomi pismaków.
Wyślę komisje z zadaniem znalezienia jakiś .uchybień i jesteś ugotowany. Nikt nie zada sobie trudu obiektywnej oceny twojej pracy, nikt Ci nie pomoże i nikt Cię nie wysłucha W moim przypadku, bolszewicy z „Solidarności pracowników kultury z bolszewikami z ” białego domu” porozumieli się bo pierwsi chcieli mieć dostęp do dużych pieniędzy które pozyskiwałem dla kultury siedleckiej i dysponować tymi pieniędzmi, bez stosownej wiedzy, pozostawiając mnie odpowiedzialność za nie swoje decyzje.
Tym drugim wydawało się, że jak poświęcą popularnego i nagradzanego dyrektora oddalą od siebie wyroki rewolucji ustrojowej i zachowają swoje wpływy i przywileje. Myślę, że pora o tym rozrachunku z przeszłością pisać co też planuję skoro spotykają mnie tak miłe gesty jak’ Złoty Jacek”wręczony z a byłe zasługi dla Siedlec i województwa siedleckiego.
Piszę teraz do lokalnych gazet felietony pod tytułem „TAK BYŁO” w których w lekkiej satyrycznej formie ukazuje absurdy pracy i życia w Polsce Ludowej. Czasami mi zamieszczają ale obwąchują z każdej strony by nie narazić się ukrytym wydawcom. Zapomnieli o przykazaniu Wielkiego Polaka że ”prawda Was wyzwoli”. Tak więc mam już pokaźny zbiorek takich felietoników i teraz odkładam z emerytury na ich wydanie.
Marzy mi się też poważniejsza książka opisująca dziesięciolecie kultury siedleckiej z lat 1976-1986.Tu potrzebne jest jednak większe zaangażowanie byłych pracowników instytucji i placówek kultury byłego województwa siedleckiego.
Będę o to prosił moje koleżanki i moich kolegów i wierzę , że mi nie odmówią. Tymi książkami podziękuję kapitule Złotego Jacka kierowanej przez profesora Piotra Matusaka za tę sympatyczną nagrodę .

Kapsułki pamięci

Szanujmy wspomnienia

Genialny literacko i pieprzny erotycznie (jak na owe czasy) „Dekameron” Giovanniego Boccaccio zbudowany jest na pomyśle zamknięcia, w czasie zarazy czyli epidemii wywołanej przez „morowe powietrze”, grona postaci, młodych pań i panów, w azylu i powierzenia im ról opowiadaczy, gawędziarzy, czy jak powiedzielibyśmy dziś – narratorów. Opowiadaczy z tzw. nudów, wywołanych przymusową izolacją. Pomieścił więc Boccaccio swoje panie i panów w kościele Santa Maria Novella we Florencji i kazał im snuć zajmujące historie. Ubrał to w barwną, intrygującą, zajmującą, dowcipną, a nade wszystkim pikantną formę, dając przy okazji rodzajową, do pewnego stopnia realistyczną panoramę życia XIV-wiecznej Italii. Oczywiście nawet nie próbuję łapać za nogi mistrza Boccaccio, ale zawsze uważałem, że mistrzów należy (oczywiście w granicach rozsądku i porządku konstytucyjnego) próbować naśladować. A że nasz czas obecny wymusił także na mnie (dobrowolną – spokojnie, to nie kwarantanna!) samoizolację w zaciszu domowym, a pierwsze cyfry mojego peselu to 57, więc jest co opowiadać. Ponadto od przeszło trzydziestu lat jestem dziennikarzem i publicystą zajmującym się życiem politycznym za pomocą opisu i komentarza (w „Trybunie”, ale m.in. także przez lata w nieistniejącym już miesięczniku „Dziś”). A że nasza gazeta jest tytułem z przyrodzenia politycznym, więc te wspominki będą osnute wokół wątków i postaci politycznych z przyległościami. Nie będą to żadne epopeje pamiętnikarskie, ale krótkie, lekkie wspominki, jak przy ognisku, obrazki, kapsułki pamięci właśnie, momentami nie pozbawione akcentów humorystycznych, a przy tym całkowicie bezpretensjonalne, uwzględniające moją świadomość miary rzeczy. Tym bardziej, że najczęściej byłem skromnym obserwatorem, a z rzadka tylko jeszcze skromniejszym uczestnikiem. „Szanujmy wspomnienia” – śpiewali „Skaldowie”. Tym bardziej, że wspomnienia mamy jak w banku (chyba, że pamięć zawiedzie), a perspektywy na przyszłość są, z różnych powodów, mgliste.
A teraz już ad rem. Pierwsza kapsułka. Był lipiec 1969 roku, a ja miałem 12 lat i mieszkałem w moim rodzinnym Lublinie, gdy po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłem, polityka, ba, postać historyczną. Tą postacią był Józef Cyrankiewicz, ówczesny premier rządu PRL. Pewnego dnia ojciec wziął mnie za oszewkę, zabierając na uroczystości 25 rocznicy wyzwolenia hitlerowskiego obozu koncentracyjnego na Majdanku. Znalazł się wśród zaproszonych jako były więzień, co prawda nie Majdanka, ale KL Buchenwald na terenie III Rzeszy, a przy tym jako członek ZBOWiD (w którym nota bene, jako były akowiec i syn legionisty oraz żołnierza POW, znalazł się w moim odczuciu jako skryty, choć nieprzesadnie groźny, reakcjonista). Uroczystości się rozpoczęły, dzień był pochmurny, deszczowy, pokaźny tłum przybyłych, kombatanci, rodziny, oficjele, goście poboczni, dziennikarze, fotoreporterzy orkiestra wojskowa, hymn i te rzeczy. Sami rozumiecie, że jako normalny, 12-letni szczeniak nie byłem zachwycony tą atrakcją. Jednak z perspektywy dziesięcioleci uważam, że trafiło mi się, jak ślepej kurze ziarno, ciekawe wspomnienie. Oto zaraz po otwarciu uroczystości ogłoszono, że „głos zabierze teraz Prezes Rady Ministrów, premier Józef Cyrankiewicz” (tak to dokładnie brzmiało). Stałem obok ojca, wśród szpaleru gości, odgrodzonych sznurem od centrum celebry. Cyrankiewicz, dotąd słabo widzialny, podniósł się z krzesła w honorowym rzędzie i przemówił do mikrofonu. Dzieliło nas od niego kilkanaście metrów. I oto, po przemówieniu, skierował się w naszą stronę i przeszedł wzdłuż naszego szpaleru, w odległości 2-3 metrów. Był ubrany w elegancki czarny płaszcz typu „dyplomatka”, cały czas z gołą głową. Uderzyła mnie jego płomieniście czerwona cera i lśniąca łysina, którą ocierał z potu kraciastą chustką. Uroczystość skończyła się, opuściliśmy teren byłego obozu i aleją Męczenników Majdanka ruszyliśmy w dół ku centrum miasta. W pewnej chwili, będąc w dużej już odległości od Majdanka, usłyszałem za plecami powtarzany głośno komunikat: „Proszę odsunąć się z drogi, bo jedzie premier” (dokładnie tak). Zobaczyłem radiowóz Milicji Obywatelskiej, szarą „warszawę” i wychylonego przez otwartą szybę milicjanta z megafonem, z paskiem czapki pod brodą. Po chwili pojawiła się elegancka, czarna limuzyna, która szybko i bezszelestnie „bzyknęła” mi przed oczami. W ułamku sekundy zobaczyłem raz jeszcze łysinę Józefa Cyrankiewicza.

W autobusie

Był schyłek czerwca 1989 roku, czyli niedługo po sławetnych wyborach parlamentarnych, które zakończyły rządy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i trwanie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Tego dnia wybrałem się na wycieczkę do stolicy. We wczesne, upalne popołudnie wskoczyłem, na przystanku nieopodal Belwederu, do huczącego jak traktor autobusu komunikacji miejskiej marki jelcz. Wskoczywszy zobaczyłem, że schodkami wejściowymi wspina się za mną, niezbornie, z wysiłkiem, trzymając się poręczy drżącymi rękami, jakiś mocno starszy, siwy, przygarbiony pan o haczykowatym nosie, w porządnym garniturze stalowego koloru. Mimo, że w autobusie było sporo pasażerów, nikt nie pospieszył mu z pomocą, choć ustąpiono mu miejsca. Ja też nie wyciągnąłem do niego pomocnej ręki, bo na jego widok cokolwiek oniemiałem. Poznałem bowiem, że jest to dobrze mi znany z fotografii w gazetach, książkach, z dawnej telewizji i z filmowych kronik dokumentalnych sam Zenon Kliszko, niegdyś druga, po Władysławie Gomułce, osoba w partii i państwie, uważany za głównego ideologa PZPR, a przy tym miłośnik twórczości Norwida. Na następnym przystanku, tuż przy Parku Ujazdowskim, Kliszko wysiadł, z podobną zresztą trudnością jak wsiadał i tyle go widziałem. Przez ułamek sekundy przeszła mi przez głowę myśl, by wysiąść za nim i zagadnąć go. Nie odważyłem się jednak, tym bardziej, że nieraz czytałem o jego porywczym charakterze, więc bałem się niechętnej i nieufnej reakcji. Kilka miesięcy później, 4 września 1989 roku, czyli w pierwszych dniach działania rządu Tadeusza Mazowieckiego, Zenon Kliszko zmarł.

Egzamin

Edwarda Gierka nigdy nie zobaczyłem na własne oczy, co wypomniał mi w formie przygany pułkownik K., oficer polityczny Studium Wojskowego w Lublinie, po wojnie żołnierz KBW. Było to podczas egzaminu z „wojska”, w czerwcu 1980 roku, który to egzamin oblałem z powodu kompletnej, durnie nonszalanckiej, szwejkowskiej ignorancji. Pułkownik K, szef komisji egzaminacyjnej, znajdował się, podobnie jak siedzący za stołem przykrytym zielonym suknem mundurowi, w stanie wskazującym na spożycie, co było zresztą tradycją, w której my, studenci, pokładaliśmy duże nadzieje. Zdemaskowawszy otchłań mojej ignorancji po zadaniu pytań praktycznych, pułkownik K. rzucił mi, być może prowokacyjne, być może ratunkowe, pytanie polityczne. Zapytał mnie mianowicie, czy pamiętam, co powiedział „przywódca naszego narodu, towarzysz Edward Gierek na spotkaniu z młodzieżą akademicką miasta Lublina we wrześniu 1979 roku?”. Moja odpowiedź była debilnie nonszalancka i bezczelna: „Niestety nie wiem, bo byłem wtedy na wakacjach”. Na to pułkownik K. zareagował stanowczym, wojskowym tonem: „Szkoda, że studenta nie było. Bo towarzysz Edward Gierek powiedział wtedy, cytuję: Młodzieży akademicka, ucz się, szanuj swoich nauczycieli i zdobywaj wiedzę dla dobra narodu, dla pomyślności i rozkwitu naszej ojczyzny, Polski Ludowej”. „Dziękuję studentowi” – dodał K na „pożegnanie z bronią”. Pomimo to wyszedłem z sali w doskonałym nastroju, z idiotycznym, optymistycznym przeświadczeniem, że mimo wszystko zdałem egzamin, uporczywie nazywany przez mnie „formalnością”. Po chwili jednak usłyszałem od porucznika K., życzliwego dowódcy mojej kompanii, bezlitosny wojskowy komunikat: „Panie Lubczyński, padł pan”. Egzamin poprawkowy zdałem pomyślnie w wakacje. To było moje jedyne i – trzeba przyznać – bardzo pośrednie spotkanie z Edwardem Gierkiem. Z własnej mojej winy.

Jak poznałem Cezarego Barykę

W „Karafce La Fontaine’a” Melchior Wańkowicz poświęcił prześmiewczy rozdział pisarzowi i publicyście Stanisławowi Strumph-Wojtkiewiczowi. Ten, jako młody dziennikarz obracał się wokół ważnych figur z kręgów polskiej wojennej emigracji politycznej i wojskowej na Zachodzie, m.in. przy generale Sikorskim. Wańkowicz obśmiał Strumpha jako mitomana, który w swoich książkach w sposób zupełnie fantazyjny miał podnosić swoją rangę jako protagonisty ważnych zdarzeń i patrona ważnych polityków oraz wojskowych w ważnych historycznie momentach. Wańkowicz nazwał go nawet „polskim baronem Műnchausenem”. Jednym z detali przywołanych przez Wańkowicza jest ten, w którym Wojtkiewicz napisał gdzieś, iż w postaci Cezarego Baryki z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego, którego poznał jako młody dziennikarz przy okazji wywiadu, rozpoznał później samego siebie. Uznał więc, że jest pierwowzorem głównego bohatera „Przedwiośnia”. Tak się złożyło, że gdy miałem dwanaście lat (1969), ojciec zabrał mnie, a był to maj, na jakiś kiermasz książki, w ramach Dni Oświaty Książki i Prasy, w niewielkim miasteczku na Lubelszczyźnie. Na kiermaszu tym Stanisław Strumph-Wojtkiewicz podpisywał swoją książkę „Gry wojenne”, o polskim udziale we francuskim Ruchu Oporu. Pamiętam, że podeszliśmy do stolika, przy którym siedział pisarz i ojciec poprosił go o dedykację imienną dla mnie. Została wpisana po pytaniu: „Jak masz na imię?”. Co prawda Wańkowicz drwił z Wojtkiewicza jako mitomana (nie mam pewności czy słusznie), który nałogowo i notorycznie podwyższał rangę swoich bezpośrednich kontaktów z wielkimi postaciami historycznymi (Mussolini, Rydz-Śmigły, Władysław Sikorski), to jednak postanowiłem trzymać się w cichości ducha korzystnej dla pisarza wersji. Jeśli bowiem istnieje choć ułamek promila, iż mogłem osobiście poznać człowieka, który był pierwowzorem Cezarego Baryki, to czemu tego nie uznać? W końcu człowiek nie na co dzień spotyka Cezarego Barykę. A poza tym, komu to może przeszkadzać?