Berling won

Pomnik generała Zygmunta Berlinga na Saskiej Kępie znalazł się nieprzypadkowo: stanął przy rozjazdach koło Trasy Łazienkowskiej, ponieważ dokładnie stamtąd wysłał podczas powstania warszawskiego desant na słabnący Czerniaków. Aby ratować powstańców, życie oddało w całej stolicy w sumie około 3,5 tysiąca berlingowców.
Generał stanął na Pradze Południe w 1985 roku – czyli w roku mojego urodzenia, a także w dzielnicy, w której przyszłam na świat.
Teraz okazuje się, że musi zniknąć ze swojego miejsca, skąd patrzył na Wisłę .
Rzecznik dzielnicy Praga Południe twierdzi, że generał nie opuści jednak stolicy – przeprowadzi się jednak przymusowo na Żoliborz, do Muzeum Historii Polski, które obiecało go przygarnąć – tak jak wcześniej Feliksa Dzierżyńskiego oraz „czterech śpiących” z Dworca Wileńskiego.
W ciągu ostatnich lat biedny Berling wciąż padał ofiarą wandali – kilkukrotnie został oblany czerwoną farbą i okrzyknięty zdrajcą.
Generał należał do PZPR, współpracował z radzieckimi służbami specjalnymi.
Jego przenosiny do muzeum będą kosztowały miasto około 50 tysięcy złotych. To kosmiczna suma, dlatego dekomunizację odłożono do końca roku, ponieważ, jak łatwo się domyślić, miasto ma inne, priorytetowe wydatki w okolicy.
Rzecznik urzędu dzielnicy zapowiada, że w miejscu „po Berlingu” powstanie skwer. Zbiera już od mieszkańców pomysły na jego zagospodarowanie. Nie ukrywa, że zgłosiło się do urzędu kilku mieszkańców, stanowczo domagających się, aby Berling mógł pozostać w swojej dotychczasowej lokalizacji. Ale na dekomunizację nie ma rady.

Wieczna warta Generała

24 maja, w przeddzień mijającej 5 rocznicy nieodżałowanego odejścia na wieczną wartę gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

Żegnając Zmarłego w Katedrze Polowej WP, bp Józef Guzdek m.in. mówił: – „Historia jeszcze długo będzie oceniać Jego słowa, podejmowane decyzje i czyny. Będą to czynić następne pokolenia. Jest jednak różnica pomiędzy oceną a sądem… Pogrzeb gen. Wojciecha Jaruzelskiego jest czasem próby dla wierzących. Jak z tej próby wyjdziemy? Czy zdamy egzamin z naszego człowieczeństwa i chrześcijaństwa? Czy pozostaniemy wierni ewangelicznemu przesłaniu?”…
Prezydent RP, Aleksander Kwaśniewski, przy urnie z prochami Zmarłego na Cmentarzu Powązkowskim m.in. mówił: „Nic mu nie zostało oszczędzone. Stracony dom rodzinny, Syberia i katorżnicza praca, front, krew i łzy, polityczna odpowiedzialność i ryzyko porażki, niewdzięczność, ataki, procesy, choroby i cierpienia, i nawet dziś te krzyki wydobywające się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach.
Niech, Drogi Wojciechu, za to wszystko zadośćuczynieniem będzie świadomość, że Polska jest niepodległa, bezpieczna, że dobrze się rozwija, że byłeś współarchitektem tego dzieła, które dziś czcimy na XXV-lecie polskiej transformacji, że miliony ludzi wyrażają wobec Ciebie szacunek i wdzięczność, że nie da się wykreślić Twojego nazwiska z polskiej historii”…
Wszystkie osoby, czujące osobistą potrzebę złożenia wyrazów hołdu i uszanowania przy grobie Zmarłego na Cmentarzu Powązkowskim, zapraszamy w dniu 24 maja (piątek) br. na godz. 14.00. Spotkanie przy bramie głównej Cmentarza o godz. 13.45.

Prawda w końcu się przebije

Z płk. dr. ANDRZEJEM CZECHOWICZEM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Domyślam się, że swojej dwutomowej książce „Straceniec. Przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, niektórych istotnych faktów Pan nie zamieścił, że niektóre zachował Pan w tajemnicy. Czy tak było?

Są takie fakty, których nie zamieściłem, a do ich ujawnienia upoważniłem moją córkę po mojej śmierci.

Musiał Pan czy chciał je Pan zataić?

I chciałem i nie bardzo mogłem ich ujawnić, z różnych względów, po części zawodowych, po części osobistych.

Spotkał się już Pan z reakcjami na Pana wspomnienia?

Z wieloma, zwłaszcza w internecie i jest ich coraz więcej. Także coraz więcej jest chętnych do zakupu mojej książki.

Co czytelników najbardziej w niej interesuje? Wątki sensacyjne, wywiadowcze, polityczne, personalne?

Sensacyjne jak najbardziej – a jest ich naprawdę dużo – jako że często noszą znamiona prawie kryminałów, zaś gatunek ten od niepamiętnych czasów cieszy się dużą popularnością. Aspekty polityczne oczywiście także. Zauważyłem, że wielu moich czytelników, to ludzie PRL, którzy mają uzasadnione poczucie niezasłużonej krzywdy z powodu potraktowania ich ryczałtem jak zwykłych przestępców. Stosując wobec nich sprzeczną z prawem polskim, europejskim i w ogóle międzynarodowym zasadę odpowiedzialności zbiorowej z pominięciem drogi sądowej. A przecież to nie oni sprawili, że Zachód sprzedał Polskę Stalinowi już w Teheranie w 1943 roku, a potem w Jałcie i Poczdamie. Jeśli zaś chodzi o PRL, to powstała ona z łaski Stalina i w ogóle mogła istnieć tylko i wyłącznie w takiej formie ustrojowej i w takich granicach, gwarantowanych zresztą przez ZSRR. To właśnie dzięki temu, że powstała PRL, a nie 17 republika radziecka, można było chronić i rozwijać polską tożsamość, kulturę i naukę, które notabene rozwijały się wtedy wręcz wspaniale w każdej dziedzinie. Mimo ograniczonej suwerenności, zwłaszcza w polityce zagranicznej, posiadaliśmy duży zakres samodzielności i liberalizmu w polityce wewnętrznej, szczególnie po przełomie październikowym w 1956 roku. Istniał niezależny Kościół, prywatne rolnictwo, rzemiosło , drobny przemysł i handel, otworzyliśmy się na Zachód, cenzura była łagodna, a wolność słowa mówionego duża. Tego zaś mogli nam tylko pozazdrościć i bardzo zazdrościli obywatele pozostałych demoludów, nie mówiąc już o ZSRR, dla którego elit staliśmy się wzorem do naśladowania, n.p. przez czytanie naszych czasopism. Chyba jednak najbardziej interesująca dla czytelników jest zawarta w książce dokumentacja, przede wszystkim zaś sposoby jej zdobywania, jak również moja praca operacyjna. Największym moim osiągnięciem było, po pierwsze, rozszyfrowanie systemu organizacyjnego i sposobu działania Wydziału Badań i Analiz Europy Wschodniej czyli Pionu Wywiadowczego RWE w naszej nomenklaturze, w którego polskiej sekcji pracowałem przez 6 lat. A więc systematyczne zdobywanie tajnych raportów, zwłaszcza I i II stopnia tajności oraz najbardziej tajnych i najpilniej strzeżonych kart osobowych informatorów RWE, szczególnie tych pochodzących z samej góry władz partyjno-państwowych, rozgrywających rękami RWE swoje sprzeczne interesy w walce o utrzymanie lub przejęcie władzy, w znanym szeroko konflikcie „Chamy” kontra „Żydy”, czyli „Partyzanci” kontra „Puławianie”. Po drugie, naprowadzenie przeze mnie Centrali na ślad redaktora Sekcji Polskiej, czyli Pionu Propagandowego RWE, którego nazywam w książce „x-em”, posiadającego w jednym z banków szwajcarskich w skrytce na hasło, dokumenty dotyczące Nowaka-Jeziorańskiego, kompromitujące go jako hitlerowskiego kolaboranta, zatrudnionego przez SS na stanowisku Nadkomisarza Zarządu Komisarycznego Zabezpieczonych Nieruchomości (ZKZN) w Warszawie w latach 1940-1942. Poza tym znał on osobiście, mieszkającego w Warszawie SS-mana Johanna Kassnera, „kolegę” z pracy Nowaka w tej instytucji, zarządzającej zrabowanym mieniem żydowskim. W wyniku cierpliwej, misternej i wręcz koronkowej robocie naszych oficerów w Centrali i „za płotem” czyli za granicą oraz wielu współpracujących z nami polskich emigrantów w Anglii, USA i RFN, udało się nam nakłonić Kassnera przez jego byłą żonę Barbarę Szubską, która specjalnie przyleciała w tym celu z Florydy do Monachium, do złożenia w 1970 roku notarialnego oświadczenia z mocą przysięgi, iż znał Nowaka jako zatrudnionego z nim razem nadkomisarza w ZKZN w Warszawie w latach 1940-1942. Kserokopię tego oświadczenia podarowała ona swojemu przyjacielowi Alexowi Ostoi-Starzewskiemu z prośbą o przekazanie jej „rozmnożonych” kserokopii – w ramach jego współpracy z kierownictwem Partii Republikańskiej – senatorom tej partii, Cliffordowi Case’owi i Jamesowi Buckley’owi. Ci zaś zwrócili się do Komitetu Wolnej Europy i dyrekcji amerykańskiej RWE o wyjaśnienie tej sprawy. Nasi ludzie z kolei dotarli w tym czasie do Ostoi-Starzewskiego z propozycją udostępnienia im (po odmowie Szubskiej) posiadanych przez niego kserokopii oświadczenia Kassnera, występując wobec niego (podobnie jak wobec Szubskiej) pod flagą rzekomych wysłanników pewnych kręgów rządu londyńskiego, pragnących usunięcia Nowaka ze stanowiska dyrektora RWE, nie tylko z uwagi na jego „cackanie się” z komunistami w kraju, lecz wręcz zachwalania zalet tzw. demokratycznego socjalizmu w programach RWE. Ostoja-Starzewski, domyślając się prawdopodobnie kim są owi „wysłannicy”, powiedział: „Dokumentu wam nie dam, ale zamieszczę go w majowym (1972) wydaniu mojego pisma „Ruch Odrodzenia Narodowego”, a wy zrobicie z tym, co zechcecie”. Tu dodam, że Szubska, córka rosyjskiego arystokraty, Wasilija Koczubieja, dyrektora personalnego w ZKZN (ona sama prowadziła tam biuro meldunkowe) i agenta brytyjskiego w jednej osobie, pałała do Nowaka żądzą zemsty za doznane z jego strony upokorzenie. Otóż w 1950 roku, będąc jeszcze w Niemczech, poprosiła go o zatrudnienie w RWE. Przerażony Nowak, widząc przed sobą niebezpiecznego świadka swego nadkomisarzowania, zelżył ją i wyrzucił za drzwi, każąc ochroniarzowi wyprowadzić ja za kołnierz z budynku radia. Kserokopia oświadczenia Kassnera, wzięta z gazetki Ostoi-Starzewskiego, ukazała się dopiero w drugim wydaniu mojej książki „Siedem trudnych lat” w 1974 roku, a nie w pierwszym z 1973 roku, ponieważ sekretarz KC PZPR Jerzy Łukaszewicz, odpowiedzialny za propagandę, nie wyraził na to zgody z obawy o zablokowanie przyznanych nam przez Amerykanów kredytów. Niestety, wielu ludzi z partyjnej góry miało kiepskie wyobrażenie o Zachodzie, zwłaszcza w porównaniu z nami, ludźmi służb na tym Zachodzie działających. Gdy się o tym dowiedział ówczesny szef MSW, generał Franciszek Szlachcic, nakazał jego natychmiastowe zamieszczenie w drugim, przyspieszonym wydaniu mojej książki w 1974 roku. W oparciu o jej tekst w „Rheinischer Merkur” z 20 września 1974 roku ukazał się artykuł znanego niemieckiego dziennikarza i pisarza Joachima Gőrlicha, który nazwał Nowaka hitlerowskim treuhanderem (powiernikiem) pożydowskiej cegielni w Radzyminie. Otóż Nowak, starając się jak najlepiej urządzić pod okupacją niemiecką, zwrócił się do swego stryja Stanisława Jeziorańskiego, pełniącego od 15 lipca 1940 roku funkcję burmistrza Radzymina, o przydzielenie mu w zarząd najlepszej wówczas cegielni w Radzyminie, noszącej nazwę „Nowa Cegielnia w Radzyminie”, skonfiskowanej Żydowi Arie Harderowi. Stryj jednak nie będąc władnym zadośćuczynić jego prośbie, gdyż wszystkie cegielnie w okupowanej Polsce podlegały SS, polecił mu złożenie odpowiedniego podania do dowódcy SS i Selbstchutzu powiatu warszawskiego, obersturmfűhrera Friedricha Wawrzoka (zniemczonego Ślązaka). Ten z kolei poparł to podanie w swoim piśmie z 8 sierpnia 1940 roku do odpowiadającego za takie sprawy powiatowego szefa Wydział Rolnictwa i Wyżywienia. Ponieważ jednak cegielnia ta została już uprzednio ustnie przyrzeczona volksdeutschowi o nazwisku Zontara przez szefa Dystryktu Warschau, Wawrzok załatwił Nowakowi intratną fuchę w postaci posady Nadkomisarza ZKZN w Warszawie. Był to zdumiewający awans dwudziestosiedmioletniego zaledwie wówczas Nowaka, gdyż takie kierownicze stanowiska mogli zajmować – zgodnie z zarządzeniem Generalnego Gubernatora Hansa Franka – tylko „wyjątkowo godni zaufania tubylcy”, czyli Polacy i to dopiero po złożeniu przez nich przysięgi na wierność Trzeciej Rzeszy. Względnie tacy, co już uprzednio byli niemieckimi agentami, członkami piątej kolumny, czy też w taki czy inny sposób czymś się Niemcom zasłużyli. Zamieszczenie w 1974 roku w mojej książce kserokopii oświadczenia Kassnera wziętego z „Ruchu Odrodzenia Narodowego” spowodowało w RWE i wśród emigracji wielką konsternację. Ponieważ Nowak od razu nazwał je „fałszywką bezpieki”, rozesłaliśmy do jego wrogów w RWE, jego dyrekcji amerykańskiej, gazet niemieckich i emigracyjnych polskich owe pismo obersturmfűhrera SS Wawrzoka z 8 sierpnia 1940 roku. Mimo iż i ten dokument nazwał Nowak fałszywką bezpieki, skutek był natychmiastowy, gdyż został on w ten sposób zmuszony do wytoczenia procesu „Rheinisher Merkur” i Gőrlichowi o zniesławienie. Przegrał go z kretesem w Sądzie Krajowym w Kőln (Kolonii), który w swym wyroku z 2 lipca 1975 roku (sygn. Akt. 78099/75) uznał, że Gőrlick miał prawo nazwać go „hitlerowskim treuhanderem”, a następnie dodał: „Zatem więc powód (t.j. Nowak) pracował wówczas – czemu nie przeczy – w Zarządzie Komisarycznym Zabezpieczenia Nieruchomości jako urzędnik hitlerowskiej władzy okupacyjnej, czyli urzędzie, który zajmował się administracją nieruchomości, które należały względnie należałyby do żydowskich właścicieli i które zostały przez władze okupacyjne co najmniej zarekwirowane. Znaczenie czynności powoda podkreśla i uwydatnia określenie jej jako oficjalnie i urzędowo zatwierdzonego nadkomisarza hitlerowskiego Zarządu Komisarycznego”. Należy tu podkreślić, iż Nowak aż do śmierci twierdził, że także ten wyrok był fałszywką bezpieki. W tej sytuacji Amerykanie zostali zmuszeni do jego prawie natychmiastowego usunięcia z RWE już w połowie 1975 roku, oficjalnie zaś z dniem 1 stycznia 1976, nie czekając nawet na rozprawę apelacyjną, która również zakończyła się zresztą jego kolejną katastrofą, przypieczętowaną wyrokiem Wyższego Sądu Krajowego w Kőln z 6 lipca 1976 r, sygn. Akt. 228/75 i 99/75.

Ma Pan jakąś hipotezę na ten temat tych filiacji niemieckich Nowaka?

Mam. Niemcy przed napaścią na Polskę bardzo rozwinęli wymierzoną w nią działalność szpiegowską, werbując nie tylko mieszkających w niej Niemców, ale także Polaków, najchętniej urodzonych w Niemczech, mających tam jakieś powiązania rodzinne, sympatyzujących z Hitlerem czy państwowością niemiecką, dobrze wykształconych, a więc przyszłościowych itd. Nowak, jako urodzony w Berlinie, a nie w Warszawie, a przy tym doktorant Uniwersytetu w Poznaniu, był wręcz idealnym kandydatem do takiego werbunku. Tak twierdzili niektórzy jego wrogowie na emigracji. Inni utrzymywali, że został zwerbowany w ZKZN i stamtąd skierowany do podziemia, do jego rozpracowywania, jak przypuszczał n.p. redaktor RWE Stefan Wysocki. Jeszcze inni przypuszczali, że początkowo rzeczywiście pracował dla Niemców, ale po ich napaści na ZSRR zerwał z nimi i wiernie służył Polsce. Byli też tacy, którzy uważali go za podwójnego agenta, a osławiony rewizjonista Herbert Czaja nazwał go w niemieckiej gazecie najpierw podwójnym agentem, potem zaś wyłącznie niemieckim agentem, za co Nowak nie ośmielił się wytoczyć mu procesu. Jego opisy podróży kurierskich w książce „Kurier z Warszawy” są wielce niewiarygodne, pełne sprzeczności, niedorzeczności i kłamstw w świetle znanych dokumentów, sprawdzonych faktów i opinii. Najłagodniejsza ocena jego wrogów mówi o tym, że odbywał je za cichą zgodą Niemców, którzy mieli w tym swój interes. Najcięższa zaś sprowadza się do stwierdzenia, że był agentem Abwehry lub Sicherheitsdienst (SD/SS). Podejrzewał go o to m.in. major wywiadu brytyjskiego, osobisty przyjaciel Winstona Churchilla i jego doradca ds. wywiadu, Desmond Morton. To on cały czas intrygował przeciwko Nowakowi podczas jego pobytów w Londynie, starał się nie dopuścić do złożenia wizyty Churchillowi, a w końcu spowodował, że ambasada USA odmówiła mu wizy wjazdowej do tego kraju. Ostatecznie pogrążyło go przerzucenie z jego poparcia zaprzyjaźnionego z nim byłego jeńca brytyjskiego i porucznika AK Rolanda Jeffreya, który wbrew zakazowi jeszcze generała Grota-Roweckiego podejmowania jakichkolwiek kontaktów z „białymi” Rosjanami, nawiązał współpracę z pułkownikiem Borysem Smysłowskim, szefem sztabu Rossijskoj Oswoboditielnoj Armi (ROA) i agentem SS. Za jego namową podjął wyprawę do Anglii przez Danię i Norwegię w mundurze Sonderfűhrera SS, a następnie w cywilu został przerzucony do Szwecji, skąd odleciał do Anglii. Wszakże po wnikliwych przesłuchaniach go przez wywiad brytyjski, w tym osobiście Desmonda Mortona i zaczerpnięciu przez tegoż odpowiednich informacji z KG AK, Anglicy uznali go za podwójnego agenta zwerbowanego przez Smysłowskiego, figurującego przy tym na jego liście płac agentów gestapo działających głównie w ZSRR i Polsce. W rezultacie Jeffrey został aresztowany, zdegradowany do stopnia szeregowego i przez dłuższy czas czyścił latryny w jakiejś karnej jednostce. Morton zaś – obok polskich wrogów Nowaka – stał się w Londynie głównym źródłem pogłosek o jego kolaboracji z wywiadem SS.

Dziś mamy jednak taką sytuację, że Pana narracja, bogato udokumentowana i godna co najmniej zainteresowania, analizy i dyskusji, jest w niszy, właściwie przemilczana, a wygrała narracja mówiąca o Nowaku Jeziorańskim jako o niewątpliwym polskim bohaterze narodowym, czego wyrazem jest niedawna premiera hagiograficznego filmu „Kurier”. Wierzy Pan, że to co Pan ma do powiedzenia wyjdzie na szersze tory? Bo zwyciężyło polskie pragnienie pięknego mitu, cenionego wyżej niż prawda…

W tej chwili tak. Moja książka na razie jeszcze nie dotarła do szerszych kręgów, ale myślę, że do tego dojdzie. Nowak to był gangster polityczny, człowiek, któremu nie można jednak odmówić silnego charakteru, inteligencji i przebiegłości oraz charyzmy, zdolności aktorskich i predyspozycji przywódczych. Dążył do tego, za każdą cenę, wręcz na siłę, żeby zrobić z siebie postać pomnikową, wielkiego patrioty, katolika, antykomunisty i rusofoba. Już samo tylko takie postępowanie rodzi jak najgorsze podejrzenia. Kto bowiem, będąc prawdziwym patriotą, ma potrzebę robić sobie taką autoreklamę? Prawdziwi patrioci, jak n.p. Jan Karski, są ludźmi skromnymi, nie obnoszącymi się nachalnie i wszędzie ze swoimi zasługami. Ponieważ zależy mi na tym, żeby to o czym mówię, dotarło jak najszerzej, wysyłam książkę do różnych prominentnych osób z kręgu nauki i dziennikarstwa, do różnych redakcji. Myślę, że to w końcu przyniesie skutek i prawda się przebije.

Czy bez problemów znalazł Pan wydawcę swojej książki?

Ależ skąd! Aż siedem wydawnictw odmówiło mi, ze strachu przed narażaniem się. Jeden z wydawców, dawny pracownik naszych służb powiedział mi wprost: „Skurwysyny mnie zniszczą” inny powiedział, że moja książka wywoła zbyt duży szok wśród opinii publicznej, karmionej dotychczas uwielbieniem dla Nowaka, uważanego za świętość narodową. Musiałem więc wydać ją prywatnie, co udało mi się w Olsztynie. Wynika z tego gorzka refleksja. Tak się ludzie boją w wolnej Polsce, choć niby nie ma cenzury i jakiejkolwiek opresji. Jednak ludzie się obudzą, bo to co robi PiS jest zabójcze dla kraju. Jeśli wskutek także ich działań Unia Europejska się rozpadnie, to zostaniemy sami między Niemcami a Rosją, w postaci wyznaniowego skansenu. Trzeba więc współpracować ze wszystkimi a nie ze wszystkimi walczyć. Nie podporządkowywać partii sądów i całego wymiaru sprawiedliwości. Niestety opozycji ciągle brak przywódcy z jajami. Jestem obywatelem o takim temperamencie, że nie potrafię na dłuższą metę milczeć. Napisałem więc do Kaczyńskiego list z wezwaniem, by zaprzestał bezsensownej i zgubnej dla kraju walki z Unią Europejską, opozycją i siłami postępowymi, by zerwał z perfidną, destrukcyjną polityką skłócania i dzielenia narodu. Żeby zwołał nowy okrągły stół, by pogodzić ze sobą Polaków, w ogólnonarodowym interesie, bo w przeciwnym razie odejdzie w hańbie.

A co Pan myśli o lewicy?

Niestety, lewica nie może się podnieść z drugiego szeregu. Mam do niej pretensje, mam na myśli SLD, że za bardzo wchodzili w dupę Kościołowi i wszelkiego rodzaju kołtunerii, a przecież Kościół nigdy nie poprze lewicy, bo jest jego naturalnym wrogiem. Ustępstwa przed referendum w sprawie Unii nic na dłuższą metę nie dały. A to co dziś wyprawiają biskupi, to jest straszne, haniebne i źle się dla niego skończy. Nie słuchają oni bowiem nawet Franciszka, który chce ten Kościół ratować. Myślę jednak, że to końcówka jego prosperity, przynajmniej w takiej formie jak dziś, dlatego chcą forsy i nic innego, posługując się m.in. stosowaniem opresji religijnej. Mnie pośrednicy do Pana Boga za pieniądze są niepotrzebni, bo to jak dawny handel odpustami, który w XVI wieku doprowadził do rozbicia Kościoła katolickiego. Niestety od tego czasu lud niewystarczająco zmądrzał. Na prowincji wielu modli się do księży jak do bożków. Tam wpływ Kościoła ciągle jest ogromny, choć i tam coraz częściej ludzie sarkają na mieszanie się kleru do polityki i na jego pazerność.

Wróćmy do Pana książki. Podobne jak Pan, problemy z szerszym dotarciem do opinii z wynikami swoich dociekań ma Tomasz Piątek, autor książek o tajemniczej roli Antoniego Macierewicza. To także robi wrażenie zmowy milczenia…

Macierewicz rozwalił Wojskowe Służby Informacyjne i wystawił wielu naszych agentów. Jednym z tych, którzy się uratowali ucieczką był zdolny oficer Aleksander Makowski. Za to Macierewicz powinien stanąć przed sądem. Prawdopodobieństwo, że mógł on być zwerbowany przez służby radzieckie, a potem podtrzymywany przez rosyjskie, jest duże. Przecież oni werbowali ludzi głównie z ówczesnej solidarnościowej opozycji, bo skąd mieli werbować? Sądzę, że wielu z nich zajmuje w dzisiejszej Polsce wysokie stanowiska, rozpoznawać ich zaś należy po tym, czy to co mówią, robią, piszą, jak postępują i działają, służy w jakikolwiek sposób Putinowi. Myślę, że sporo ich zwerbowano także spośród dziennikarzy. Jakkolwiek jednak jest, i Macierewicz i Kaczyński obiektywnie działają na rękę Rosji. Ludzie z tzw. Konfederacji, gdzie są pospołu Korwin, Winnicki, Braun, Liroy nawet specjalnie nie kryją swoich prorosyjskich sympatii, ale to stara tradycja endecka, a oni są postendekami. Jednak stawianie na konia rosyjskiego nie ma przyszłości. Putin marzy o nowej Jałcie ale to nierealne przy ich potencjale, to odlot. Ogromna terytorialnie Rosja ma potencjał ekonomiczny o rozmiarach małej Holandii albo Hiszpanii. Do tego dochodzi tragiczny stan demograficzny Rosji, nadumieralność mężczyzn, masowy alkoholizm. Mało kto dożywa tam emerytury po podniesieniu wieku emerytalnego do 65 roku życia. Tymczasem Chiny już ich kolonizują, zwłaszcza na Syberii. Przy proporcji1,5 miliarda Chińczyków do 15 milionów rosyjskich mieszkańców wyludniającej się Syberii, Chińczycy skolonizują ją bez jednego wystrzału. Nawet ropa im nie pomoże, bo Chińczycy będą mieli własną ropę z Morza Południowego. Należy przy tym pamiętać, że jako stary, doświadczony naród, kierujący się teraz także filozofią konfucjańską, planują swoją przyszłość i działania z wyprzedzeniem na dziesiątki czy nawet setki lat. Wydaje się więc, że najlepszym wyjściem dla Rosji i dla nas wszystkich byłoby przyłączenie się jej do wspólnoty euro-atlantyckiej, a więc do wszystkich ludów wywodzących swe korzenie z kultury europejskiej i chrześcijaństwa.

Dziękuję za rozmowę.

Informacje o możliwości nabycia książki Andrzeja Czechowicza można znaleźć pod adresami: www.swiatksiazki.pl, www. motyleksiazkowe.pl, a także pod numerem telefonu: 668 255 863.

Okrągły, lecz pusty

W Polsce Ludowej władza płaciła strajkującym za czas ich strajków.

Głodem i nienawiścią rząd pana prezesa Kaczyńskiego chce zgasić strajk polskich nauczycieli.
Na razie udało się administracji rządowej obejść strajkujących prawnym fortelem i przeprowadzić egzaminy gimnazjalne. Ten łamistrajkowy obowiązek rząd zrzucił na kuratorów i dyrektorów szkół. Ci skutecznie znaleźli zamienników do komisji egzaminacyjnych, zwykle spośród emerytowanych nauczycieli i kadry urzędniczej. Wśród osób znajomych, zaprzyjaźnionych, z poczuciem lojalności wobec swych przełożony. I choć wielu z zamienników zgadza się z postulatami strajkujących, to nie chcieli przełożonym odmówić. Nawet za cenę przyszłego bojkotu towarzyskiego ze strony strajkujących przyjaciół i znajomych.
Rząd wygrał ze strajkującymi egzaminacyjną rundę, ale za cenę dodatkowych podziałów w środowisku nauczycielskim. Temu rządowi to w graj, bo władza PiS opiera się na antagonizowaniu jednych środowisk z drugimi. Na kreowaniu wrogów Narodu. Poza tym, to nie ten rząd będzie niwelował rozgrzane nienawiści społeczne. Za koszty skonfliktowania swego środowiska zapłacą nauczyciele. Zapłacą kolejne pokolenia dzieci i ich rodziców.
Strajkujący nauczyciele przegrali pierwszą rundę, ale do powalenia ich na deski jeszcze daleko. Teraz pan premier Morawiecki będzie brał strajkujących głodem. Szantażem zmuszał ich do przerwania strajku. Grożąc, że ta władza nie wypłaci pensji strajkującym za ich godziny przestojów w pracy.
Ta sama władza od lat prowadzi politykę historyczną zohydzającą okres Polski Ludowej. Dziś można różnie oceniać władze Polski Ludowej, ich stosunek do „nieuzasadnionych przerw w pracy”. Tak często tamta władza nazywała ówczesne strajki. Nielegalne w świetle obowiązującego wtedy prawa. Jednak tamta władza za „nieuzasadnione przerwy w pracy” zawsze strajkującym płaciła.

„Okrągły Stół” z perspektywy 30 lat

Trzydziesta rocznica zakończenia polskiego „Okrągłego Stołu” skłania do zastanowienia się nad tym, co spowodowało, że po latach bardzo ostrego konfliktu Polacy zdołali – jako pierwsi w naszej części Europy – siąść do stołu rokowań i uzgodnić warunki, na których rozpoczęła się transformacja ustrojowa.

Jest zresztą oczywiste, że bez porozumienia „okrągłego stołu” nie byłoby wyborów czerwcowych, a wydarzenia potoczyłyby się inaczej – zapewne znacznie mniej dla Polski korzystnie.
Jeszcze parę lat wcześniej porozumienie między władzami i opozycją wydawało się niemożliwe. Dominował pesymizm co do przyszłości – nie tylko najbliższej. Uważano dość powszechnie, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie zmieni się sytuacja geopolityczna Polski. W wydanej w 1986 roku książce („The Game Plan”) Zbigniew Brzeziński przewidywał, że układ międzynarodowy oparty na rywalizacji i dominacji dwóch supermocarstw – USA i ZSRR – trwać będzie przez dziesięciolecia. W Polsce stan wojenny zamroził sytuację polityczną – zdawać się mogło, że na bardzo długo. W jego wyniku wprowadzenia zdołaliśmy uniknąć krwawej konfrontacji i, moim zdaniem w tych warunkach nieuchronnej, zbrojnej interwencji radzieckiej, ale zarazem zahamowano proces zmian demokratycznych. Nie udała się, prowadzona połowicznie, reforma gospodarcza. Ludzie ówczesnej opozycji szczerze przyznają, że sądzili wówczas, iż szansa istotnych zmian odsunęła się na wiele lat – może na dziesięciolecia. W środowisku partyjnych reformatorów dominowało przekonanie, że należy bronić tego, co jeszcze zostało ze zmian „posierpniowych” a ewentualne głębsze zmiany muszą czekać na bardziej sprzyjające warunki międzynarodowe i wewnętrzne, co nam także wydawało się odległą przyszłością. Już wtedy pojawiały się jednak w obozie rządzącym inicjatywy zmierzające do zahamowania konfrontacji i utrzymania jakichś form dialogu z udziałem umiarkowanego skrzydła „solidarnościowej” opozycji. Wtedy, w czasie trwania stanu wojennego, takie inicjatywy partyjnych reformatorów nie mogły znacząco wpływać na bieg wydarzeń, ale stanowiły dowód, że reformatorskie skrzydło PZPR nawet wtedy nie porzuciło nadziei na dialog i porozumienie. Wszystko to zmieniło się pod koniec lat osiemdziesiątych. Splot wydarzeń międzynarodowych i wewnętrznych stworzył warunki dla podjęcia wyzwania, które jeszcze niedawno graniczyło z cudem.
To polskie zwycięstwo jest obecnie atakowane przez polityków Prawa i Sprawiedliwości, przy czym niektórzy z nich (np. Andrzej Zybertowicz) posuwają się nawet do imputowania, że „Okrągły Stół” był porozumieniem komunistycznej władzy z jej agentami. W tych atakach kryje się wrogi stosunek do porozumienia ponad politycznymi podziałami, dążenie do polaryzowania sceny politycznej i do totalnego dyskredytowania opozycji. Tym ważniejsze jest, by przypominać o tym, co stało się trzydzieści lat temu i co stanowi fundament polskiej demokracji.
Drogę do Okrągłego Stołu otworzyły dwie podstawowe okoliczności. Pierwszą był impas, w jakim znalazła się polityka polska siedem lat po wprowadzeniu stanu wojennego. Wbrew obawom jednych, a oczekiwaniom innych, stan wojenny udał się w tym sensie, że przy minimalnych stratach spacyfikował sytuację i dał ówczesnej władzy niezbędny oddech. Nie doszło do strajku generalnego, czy też do wybuchu rewolucyjnego. Władzom udało się opanować sytuację, ale nie udało się wyeliminować opozycji „solidarnościowej”, która – choć poważnie osłabiona – zachowała niemałe wpływy i potrafiła zbudować sprawne struktury podziemne. W następnych latach następowała stopniowa liberalizacja systemu, ograniczane były represje, pojawiały się większe możliwości dialogu. Gospodarka znajdowała się w jednak stanie przewlekłego kryzysu.
Początkowa poprawa gospodarcza okazała się nietrwała a pod koniec lat osiemdziesiątych ponownie nastąpiło jej pogorszenie. Szybko rosło zadłużenie zagraniczne Polski, przy czym stosunkowo niskie wpływy z eksportu nie pozwalały nawet na regularną spłatę odsetek. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych oczywiste już było, że stabilizacja polityczna ani nie usuwa wyzwania, jakie dla władzy stanowiła wywodząca się z „Solidarności” opozycja, ani nie przywraca tej władzy takiego poparcia społecznego, jakie miała w pierwszej połowie poprzedniego dziesięciolecia. Przeprowadzone w listopadzie 1987 roku referendum w sprawie reform politycznych i gospodarczych nie dało władzom takiego mandatu, na jaki liczono, a bardzo niska frekwencja w wyborach do rad narodowych – zbojkotowanych przez „solidarnościową” opozycję – w czerwcu 1988 roku (55.19 proc.) sygnalizowała zmniejszanie się poparcia dla obozu rządzącego. W tych warunkach ponownie pojawiały się w tym obozie głosy na rzecz bardziej zdecydowanych zmian. Obok publicystyki i prac studyjnych (w tym grupy roboczej powołanej w ramach PRON, w której dane mi było pracować) reformatorskie poglądy coraz częściej pojawiały się w wystąpieniach osób zajmujących wysokie stanowiska polityczne. Powołanie w 1987 roku do Biura Politycznego Mieczysława F. Rakowskiego i powierzenie mu we wrześniu 1988 roku stanowiska premiera było – z uwagi na znane od dawna reformatorskie poglądy tego polityka – symptomem dojrzewających zmian. Nie było jednak jasności co do tego, w jakim kierunku zmiany miałyby iść. Rząd Mieczysława Rakowskiego miał ambicję stania się inicjatorem skutecznych zmian, których powodzenie przywróciłoby utracone zaufanie do istniejącego systemu i w tym sensie stanowiłoby alternatywny w stosunku do rokowań z opozycją scenariusz polityczny. Szybko jednak okazało się, że na taki manewr było po prostu za późno, a rządowi Rakowskiego zaszkodziła decyzja o postawieniu w stan likwidacji stoczni gdańskiej, co – niezależnie od racji ekonomicznych przywoływanych w obronie tej decyzji – było poważnym błędem politycznym, gdyż sugerowało wrogi stosunek rządu do „Solidarności”.
Po stronie opozycji dojrzewała także świadomość, że konfrontacja nie jest w stanie doprowadzić do upadku władzy. Obecnie głoszone poglądy, jakoby również bez porozumienia możliwe było odsunięcie PZPR od władzy, kontrastują bardzo wyraźnie ze stanowiskiem, jakie pod koniec lat osiemdziesiątych wyrażali intelektualiści i przywódcy demokratycznej opozycji, zwłaszcza Bronisław Geremek i Adam Michnik. W połowie lat osiemdziesiątych Michnik opublikował (w Londynie) książkę, w której otwarcie pisał o możliwości porozumienia między władzą i opozycją na zasadzie legalizacji „Solidarności” i zrezygnowania przez nią z walki o władzę. Geremek w wywiadzie udzielonym wydawanemu w podziemiu „Tygodnikowi Mazowsze” (8.X.1986) sygnalizował możliwość wznowienia dialogu między władzą i opozycją „bez zmuszania żadnej ze stron do rezygnacji”. W 1987 roku, wykorzystując sytuację, powstałą w wyniku tego, że władze ograniczyły zasięg represji wobec działaczy opozycji, Lech Wałęsa przystąpił do tworzenia Komitetu Obywatelskiego, który stał się sprawnym i bardzo zwartym ośrodkiem kierowniczym. Inicjatywa powołania tego ciała wyszła od Geremka, ale decyzja należała do Wałęsy. Po trwających ponad rok przygotowaniach komitet ukonstytuował się 18 grudnia 1988 stając się ośrodkiem kierowniczym demokratycznej opozycji. Powołanie Komitetu Obywatelskiego miało kluczowe znaczenie, gdyż wokół tego ośrodka skupiły się główne siły opozycji demokratycznej pozostawiając na marginesie ugrupowania radykalne (Konfederację Polski Niepodległej, Solidarność Walczącą). Już wcześniej w opozycji demokratycznej krystalizował się nurt umiarkowany, intelektualnie nawiązujący do idei realizmu politycznego, zachęcający do dialogu z władzami. W czerwcu 1987 grupa realistów skupiona wokół Marcina Króla zaczęła wydawać legalnie miesięcznik „Res Publica” – pismo od 1982 roku ukazujące się w podziemiu. O potrzebie i możliwości dialogu z władzą mówił w wywiadzie dla pisma „Konfrontacje” Bronisław Geremek. Oznaczało to rozszerzanie pola dialogu i przygotowywało dalej idące inicjatywy. Umiarkowanej linii przyjętej przez główny nurt opozycji sprzyjało kierownictwo Kościoła Katolickiego, inspirowane w wielkiej mierze przez stanowisko papieża Jana Pawła Drugiego, który nawiązanie stosunków dyplomatycznych między Polską i Watykanem uzależniał od pozytywnej ewolucji stosunków politycznych w Polsce.
Te procesy wewnętrzne tworzyły warunki niezbędne, ale niewystarczające, dla wejścia na drogę dialogu i porozumienia. Konieczne było pojawienie się drugiej okoliczności – zmiany sytuacji międzynarodowej. W przeszłości nacisk radziecki stanowił nieprzezwyciężalną barierę, o którą rozbijały się bardziej radykalne programy reformatorskie. Przez długie lata kierownictwo PZPR znajdowało się pod presją radziecką, by ograniczać zasięg zmian. Stopniowo zmieniało się to, gdy na czele KPZR stanął Michaił Gorbaczow. Nowy przywódca radziecki podjął szereg inicjatyw prowadzących do zmiany klimatu międzynarodowego i wygaszania „zimnej wojny”. W lipcu 1988 roku w czasie wizyty w Warszawie publicznie unieważnił on tak zwaną „doktrynę Breżniewa” – ogłoszoną dwadzieścia lat wcześniej i uzasadniająca „prawo” ZSRR do interweniowania w „obronie socjalizmu” w innych państwach . Wojciech Jaruzelski powiedział mi po latach, że dopiero około roku 1987 stało się dla niego jasne, iż ze strony ZSRR nie grozi Polsce w razie wprowadzenia bardziej radykalnych reform demokratycznych los Czechosłowacji czy Węgier. Dla ludzi zdolnych do politycznego myślenia było oczywiste, że bez takiego stanowiska Moskwy reformy demokratyczne skazane są na klęskę. Podzielam więc zdanie brytyjskiego historyka Archie Browna, który widzi w polityce Gorbaczowa niezbędny warunek zmian demokratycznych w ówczesnym bloku radzieckim („The Gorbachev Factor”, Oxford 1996).
Okoliczności te stworzyły warunki niezbędne, by mogło dojść do tego, że przedstawiciele dwóch stron polskiego konfliktu zasiedli do wspólnego stołu i doszli do porozumienia. Nie przesądzało to jednak o tym, że tak się stanie. Konieczna była wola polityczna. Doświadczenie historyczne wielu krajów wskazuje na to, że nie zawsze w kluczowych momentach pojawia się wola polityczna niezbędna, by można było wykorzystać pojawiające się szanse lub uniknąć pojawiających się zagrożeń. Zależy to nie tylko od kompetencji intelektualnych przywódców, czyli od tego, czy i jak dalece rozumieją oni sytuację, lecz także od ich cech charakterologicznych, w tym zwłaszcza odwagi podejmowania nowych wyzwań. Polska miała szczęście, gdyż ludziom stojącym wtedy na czele obu obozów politycznych nie zabrakło tych cech.
W tym kontekście podkreślić warto rolę przywódców. Chociaż na sukces „Okrągłego Stołu” pracowało wiele osób, decydująca była rola dwóch ludzi: Wojciecha Jaruzelskiego i Lecha Wałęsy. Obaj mieli w tym momencie pozycję niekwestionowanych przywódców swoich obozów politycznych. Wbrew nim, czy bez nich, do porozumienia nie doszłoby. To jedna z tych sytuacji politycznych, w których szczególnie wiele zależy od przywódców politycznych. Polska miała tym razem szczęście, którego brakowało jej w wielu wcześniejszych momentach decydujących o jej losach. Miała przywódców na miarę wielkich wyzwań i szans stworzonych przez układ sił wewnętrznych i międzynarodowych.
Politolodzy badający procesy demokratycznej transformacji zwracają uwagę na to, że tak zwana „negocjowana reforma” zrealizowana w Hiszpanii po śmierci generała Franco czy w Polsce przy okrągłym stole wymaga, by po obu stronach zwolennicy reform zdołali zmarginalizować ich przeciwników: konserwatywnych zwolenników starego ładu w obozie władzy i niecierpliwych radykałów po stronie opozycji. W Polsce proces ten dokonał się jednak nierównomiernie: znacznie bardziej konsekwentnie w opozycji niż w obozie władzy. W opozycji bowiem dokonał się wyraźny podział. Radykałowie oderwali się od głównego nurtu, którego przywódcą był Lech Wałęsa wspierany przez szerokie grono czołowych działaczy i doradców dawnej „Solidarności”. Z Biura Politycznego PZPR usunięci zostali (na lub po odbytym w 1986 roku X zjeździe) niemal wszyscy przeciwnicy porozumienia, ale wielu z nich pozostało w składzie Komitetu Centralnego i w wielu komitetach wojewódzkich. Niejasne pozostawało stanowisko sporej części prasy partyjnej, w tym centralnego organu partii – „Trybuny Ludu”.
W szeregach opozycji decydujące było to, że przy braku lub słabości zorganizowanych struktur decydujący był głos przywódców – zwłaszcza najważniejszego, którym był Lech Wałęsa. W przededniu okrągłego stołu otoczył się on ludźmi o umiarkowanych poglądach, zdolnych do rozumienia konieczności kompromisu i lojalnie dążących do wcielenia go w życie. Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Adam Michnik odegrali wielką rolę w budowaniu porozumienia, ale nie mogliby odegrać tej roli, gdyby stojący na czele demokratycznej opozycji Lech Wałęsa nie zdecydował się na udzielenie im pełnego poparcia i na odsunięcie radykałów. Po latach będzie zresztą za to płacił wysoką cenę, gdyż radykałowie nigdy mu tego nie wybaczyli. Krytycy zawartego przy okrągłym stole kompromisu twierdzą, że można było uzyskać więcej, że nie trzeba było iść na ustępstwa wobec ówczesnej władzy. To jest myślenie ahistoryczne. Z tego, co nastąpiło później – w dużej mierze w wyniku okrągłego stołu – nie da się racjonalnie wnioskować o szansach alternatywnego scenariusza. Faktem jednak jest, że taka spóźniona krytyka zawartego w 1989 roku kompromisu sprzyja dezawuowaniu ówczesnych przywódców demokratycznej opozycji a tym samym pomaga legitymizować zwrot w kierunku nowego autorytaryzmu. „Wynaturzona, pisana na nowo historia największe polskie osiągnięcie po roku 1918, jakim był Okrągły Stół, traktuje niemal jak zdradę” – pisze trafnie Jan Widacki („Przegląd” 4-10 lutego 2019).
W obozie władzy sytuacja była znacznie mniej klarowna. PZPR przystępowała do okrągłego stołu bez należytego przygotowania programowego. W referacie przedstawionym na posiedzeniu KC PZPR 13 czerwca 1988 roku Wojciech Jaruzelski sygnalizował plan odbycia rozmów „Okrągłego Stołu” na temat koniecznej reformy państwa, ale jeszcze w tej fazie wykluczał legalizację „Solidarności” („Trybuna Ludu” 14.VI. 1988). W następnych miesiącach kierownictwo obozu rządzącego przesuwało się na coraz bardziej reformatorskie pozycje. Nie bez znaczenia było pojawienie się w 1988 ponownej fali strajków, które wprawdzie nie przybrały tak masowego charakteru, jak strajki z lat 1980-81, ale sygnalizowały narastanie społecznego zniecierpliwienia. Moim zdaniem była to okoliczność ważna, ale nie decydująca. Decydujące było stwierdzenie, że nowa polityka radziecka otworzyła możliwości zmian idących znacznie dalej, niż kiedykolwiek sądzono. Nowa sytuacja polityczna wymagała – przynajmniej częściowo – odnowienia kierownictwa obozu rządzącego. W przededniu rozmów do Biura Politycznego PZPR wybrany został (nie będący poprzednio nawet członkiem Komitetu Centralnego) wybitny uczony o jednoznacznie reformatorskich przekonaniach Janusz Reykowski. W centralnym aparacie partyjnym pojawili się młodzi zwolennicy zmian. Szybko rosło znaczenie Aleksandra Kwaśniewskiego, który w rządzie Rakowskiego kierował komitetem politycznym i odegrał bardzo znaczącą rolę w przygotowaniu i przeprowadzeniu rozmów z opozycją. Równocześnie jednak w Komitecie Centralnym utrzymywała się znaczna (być może stanowiąca nawet większość) grupa ludzi niechętnie lub wrogo nastawionych do tego, co postrzegali jako „kapitulację”. Postawy takie występowały zwłaszcza wśród działaczy PZPR średniego szczebla – ludzi silnie osadzonych w istniejącym systemie a zarazem na ogół pozbawionych szerszych horyzontów intelektualnych i niezbędnej wiedzy. Janusz Reykowski wspomina, że wiosną 1989 roku na jego zlecenie przeprowadzono badania sondażowe wśród członków PZPR, które pokazały, ze średni szczebel aktywu partyjnego – w odróżnieniu od szeregowych członków PZPR – był wyraźnie niechętny porozumieniu „Okrągłego Stołu”. Odzwierciedleniem poglądów tego środowiska było zachowanie członków Komitetu Centralnego PZPR, wyraźnie niechętnych porozumieniu z „Solidarnością” a zwłaszcza jej legalizacji. Tylko groźba podania się do dymisji przez generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka i Siwickiego oraz przez premiera Rakowskiego spowodowała, że Komitet Centralny (w styczniu 1989 roku) wyraził zgodę na legalizację „Solidarności”, przy czym nie była to decyzja jednomyślna. Za uchwałą sankcjonującą tę politykę głosowało 143 osób, przeciw było 32, a wstrzymało się 14 członków KC. Niechętnie do kompromisu odnosiły się wpływowa centrala OPZZ i wiele komitetów wojewódzkich partii. Retrospektywnie powiedzieć można, że kierownictwo PZPR popełniło błąd przystępując do rozmów z opozycją bez wcześniejszego uporządkowania własnych szeregów. W czasie prac „Okrągłego Stołu” wyrażało się to w kontestowaniu kompromisu przez nielicznych, ale głośnych ortodoksów partyjnych, czego przykładem był list wystosowany 17 lutego 1989 przez należącego do zespołu politycznego „Okrągłego Stołu” prominentnego działacza PZPR a zarazem członka Polskiej Akademii Nauk. Autor otwarcie atakował linię porozumienia i domagał się usztywnienia stanowiska a w ostateczności zerwania rozmów. Obecność w zespole przygotowującym projekt zmian politycznych działacza otwarcie kwestionującego sens porozumienia było konsekwencją tego, że kierownictwo PZPR usiłowało utrzymać jedność partii w sytuacji, gdy jedność ta – jak pokazały późniejsze wydarzenia – była już nie do utrzymania.
Ostatecznie jednak porozumienie okazało się możliwe. W jego tle była ciekawa ewolucja poglądów – tak po stronie władzy, jak i w kręgach demokratycznej opozycji.
Po stronie PZPR kluczowe znaczenie miała ewolucja poglądów Wojciecha Jaruzelskiego. Z moich kontaktów z nim w pierwszych dniach stanu wojennego pamiętam, że już wtedy był on zdecydowanym przeciwnikiem eskalowania represji wobec ludzi związanych z opozycją. Przez długi czas liczył jednak na to, że możliwe będzie przeprowadzenie reform z inicjatywy władz i bez negocjacji z opozycją. Byłby to wariant wydarzeń podobny do dokonującej się wtedy brazylijskiej polityki „otwarcia” („abertura”). Stopniowo jednak docierała do niego świadomość, że w Polsce taki wariant nie ma szans powodzenia i że konieczne są odważne, daleko idące zmiany.
Również po stronie opozycji zmieniał się stosunek do „drugiej strony”. Jacek Kuroń snując refleksje o rozmowach „Okrągłego Stołu” przypomniał, że w zespole politycznym spotkał swoich „dawnych szefów” z ZMP – Janusza Reykowskiego i mnie. W politycznym zespole „Okrągłego Stołu” spotkała się czwórka dawnych kolegów z warszawskiego Żoliborza : Geremek, Kuroń, Reykowski i ja. „Najcenniejszą nauką z tego spotkania – pisał Jacek – było dla mniej jedno spostrzeżenie. Otóż ludzie, którzy zasiedli z nami do pertraktacji, nie tylko nie byli stalinistami, ale nawet ideowymi komunistami. To byli pragmatycy, realiści, rozumiejący, że ład centralnego sterowania zawalił się, a teraz trzeba jak najszybciej i jak najlepiej przejść do nowego. Oni mieli nam za złe, że jesteśmy zbyt awanturniczy, zbyt gwałtowni, co może zniszczyć to spokojne przejście. Jedno jest pewne – chcieli się porozumieć. W tym świetle strona moralna całej tej sprawy zaczyna wyglądać całkiem inaczej. Oni mają prawo powiedzieć: dokonaliśmy zmian w komunizmie. A my możemy powiedzieć: zmienił się pod naszym naciskiem. Jedni i drudzy będą mieli rację, z tym, że komunizm zawalił się głownie pod własnym ciężarem” (Kuroń „Spoko! Czyli kwadratura koła”, 1992:78-79).
Ze swej strony dodałbym, że owo zawalenie się starego systemu mogło mieć bardzo rozmaite formy i że o polskiej, negocjowanej, drodze przekształceń zdecydowali ludzie zdolni do przejścia do porządku nad doświadczeniami i podziałami z niedawnej przeszłości.
Wypracowany przy „Okrągłym Stole” kompromis miał znaczenie historycznego precedensu. Nigdy w historii rządząca partia komunistyczna nie wynegocjowała ze swymi politycznymi przeciwnikami zmian, których sensem miała być rezygnacja z monopolu władzy (choć jeszcze nie z samej władzy) i otwarcie drogi do parlamentarnej demokracji w niezbyt odległej przyszłości. „Kontraktualna” ordynacja wyborcza do Sejmu miała – zgodnie z zawartym porozumieniem – obowiązywać tylko w wyborach 1989 roku. Potem miała zostać zastąpiona ordynacją w pełni demokratyczną. Stabilizatorem systemu miał być wyposażony w szerokie kompetencje prezydent, przy czym opozycja zdecydowała się powstrzymać przed kontestowaniem wyborów na to stanowisko. Ten mechanizm funkcjonował znacznie krócej niż przewidywaliśmy, gdyż druzgoczący dla obozu rządzącego wynik wyborów czerwcowych a następnie lawinowy upadek starego systemu w innych państwach Europy środkowo wschodniej, stworzyły presję na przyśpieszenie zmian w Polsce. Irlandzka dziennikarka Jacqueline Hayden, która po latach przeprowadziła serię wywiadów z głównymi uczestnikami rozmów okrągłego stołu, uważa, że na wynik rokowań istotny wpływ miała obustronna mylna percepcja własnych wpływów: strona rządowa przeceniała a strona opozycyjna nie doceniała, jej zdaniem, własną siłę, co skłaniało obie strony do zawarcia takiego, jak uzgodniony, kompromisu w sprawie wyborów (Hayden „The Collapse of Communist Power in Poland” 2006). Podobny obraz nastrojów po obu stronach wynika z przeprowadzonej po latach rozmowy Karola Modzelewskiego i Andrzeja Werblana z Robertem Walenciakiem na temat przebiegu i wyników „Okrągłego Stołu” (Modzelewski, Werblan, Walenciak „Polska Ludowa” Warszawa 2017: 518-519). Jest to bardzo interesujący punkt widzenia, ale należy uwzględniać i to, że w miarę rozwoju wydarzeń relacje tych sił się zmieniały. Nie można wykluczyć, że początkowo – to jest w czasie, gdy zawierano porozumienie „Okrągłego Stołu”, obie strony dysponowały w przybliżeniu podobnym poparciem, ale poparcie dla obozu rządzącego spadało w miarę, jak coraz wyraźniejsze stawało się, że istnieje alternatywa polityczna. Procesowi temu sprzyjało niepotrzebne, moim zdaniem, przewlekanie procesu negocjacyjnego.
Ostateczny wynik przesądzony został przez wynik wyborów czerwcowych, które tak dalece osłabiły obóz rządzący, że niemożliwe stało się trwałe realizowanie wynegocjowanego kompromisu. Wynik ten był w części konsekwencją przyjęcia takiej ordynacji wyborczej do Senatu, która przekształciła mniej więcej 70-procentowy wynik „Solidarności” w sukces mierzony 99 mandatami (na sto). Przyjęcie takiej ordynacji (i odrzucenie propozycji ordynacji proporcjonalnej, co sugerował Andrzej Werblan) prowadziło do klęski obozu rządzącego. Podobnie działało wprowadzenie w wyborach do Sejmu listy krajowej, co temu segmentowi wyborów nadało charakter plebiscytu, w którym spektakularnie przegrała strona rządząca – mimo uzyskania ponad czterdziestu procentów głosów. W konsekwencji rozmowy „Okrągłego Stołu” stały się punktem wyjścia dla radykalnych zmian, dokonanych pokojowymi metodami i z zachowaniem ciągłości ładu konstytucyjnego. Zmiany te były bardziej radykalne, a zwłaszcza szybsze, niż przewidywały porozumienia okrągłego stołu, ale kierunek zmian określony został we wcześniej zawartym porozumieniu. W tym sensie „Okrągły Stół” zapoczątkował rewolucyjne – ale realizowane pokojowo i na gruncie prawa – zmiany systemu politycznego i ekonomicznego.
Czy bez polskiego okrągłego stołu nastąpiłby upadek systemu w całym naszym regionie? Tego nie da się rozstrzygnąć, gdyż historia nie zna experimentum crucis. Pamiętam jednak swoją wizytę w Budapeszcie w marcu 1989 roku, gdy wygłaszałem odczyty o procesie negocjacji w Polsce i rozmawiałem z wpływowymi członkami rządzącej tam partii. Śledzili oni z wielką uwagą proces negocjacji w Polsce i mówili mi otwarcie, że od sukcesu tego procesu uzależniają swoją strategię zmian. Sądzę, że gdyby w Polsce proces negocjacyjny załamał się, zahamowałoby to pokojowe zmiany nie tylko na Węgrzech, ale także w innych państwach naszego regionu, w tym w Czechosłowacji i w NRD. Klocki ówczesnego domina mogło padać w innym kierunku. Podzielam zdanie Aleksandra Kwaśniewskiego, który oceniając bilans „Okrągłego Stołu” z perspektywy trzech dziesięcioleci mówił, że „daliśmy innym wspaniały przykład. Naszą drogą poszli Niemcy, Węgrzy, w jakimś sensie Czechosłowacja, a nawet odległa Republika Południowej Afryki. Nasz koncept promieniał i ma zasługi przed światem” („Gazeta Wyborcza” 4 lutego 2019). Mam osobiste doświadczenie potwierdzające tę opinię. W 1995 roku brałem udział (wraz z Hanną Suchocką i Jerzym Osiatyńskim) w międzynarodowej konferencji w Belfaście poświęconej doświadczeniom porozumień kończących wieloletnie konflikty. Byliśmy jedynymi uczestnikami z dawnego państwa socjalistycznego, gdyż właśnie doświadczenie polskiego „Okrągłego Stołu” potraktowano tam jako cenną lekcję także dla innych krajów. Były na tej konferencji dwie osoby z RPA, reprezentujące obie strony dopiero niedawno wygaszonego konfliktu rasowego. Otwarcie mówili o tym, jak ważne było dla nich polskie doświadczenie negocjowanego porozumienia.
Z tych względów sądzę, że polski „Okrągły Stół” należy do najcenniejszych doświadczeń politycznych naszego narodu. Pokazaliśmy wtedy, że potrafimy się porozumieć i potrafimy maksymalnie wykorzystać szansę, która pojawiła się przed nami. Warto tę lekcję dobrze przemyśleć, gdyż może być ona pomocna w kształtowaniu narodowej przyszłości. ”Okrągły Stół” pokazał, że nawet z bardzo ostrego konfliktu można wyjść pokojowo, w drodze uzgodnionego kompromisu, bez krwi i ofiar. Wynik ten nie unieważnił różnic politycznych dzielących strony zawieranego porozumienia, ale ich dalszym relacjom nadał cywilizowany, wolny od niszczącej nienawiści, charakter.
Doświadczenie „Okrągłego Stołu” to nie tylko historia. W obliczu tego, co Janusz Reykowski trafnie nazywa „autorytarną kontrrewolucją”, doświadczenie porozumienia opartego na dialogu i negocjacjach nabiera szczególnego znaczenia. Jeśli po tegorocznych wyborach powstaną warunki dla odbudowywania państwa prawa i demokracji, to doświadczenie historyczne może okazać się szczególnie ważne.

Złe PGR-y

Onet opublikował wczoraj „infografikę” z „największymi grzechami PGR-ów”, te grzechy to „ogromne straty”, „pochłanianie połowy wydatków na rolnictwo”, czy „koncentracja na produkcji zwierzęcej”.

Ta sama infografika chwilę potem płynnie przechodzi do ubolewania nad ogromnym bezrobociem, które na terenach popegeerowskich sięgało później momentami 40%, a obecnie ma charakter długotrwały, czy wręcz pokoleniowy i dziedziczny…
W takich kalkulacjach jak zwykle istnieje tylko jedna perspektywa. Na ludzi i ich los patrzy się z perspektywy inwestującego w „kapitał ludzki” abstrakcyjnego właściciela.
Koszty pomocy socjalnej, koszty bezrobocia, koszty biedy, koszty społeczne degradacji i regresu… To zupełnie bez znaczenia, bo nie dotyczy już rynku tylko ludzi, którzy nie znajdują się w jego planach. Miliony ludzi, które utrzymywały się dzięki PGR-om nie stanowią żadnej wartości.
To dla właścicieli sam koszt i czysty irracjonalizm, coś co nie mieści się w głowie homo balcerowiczusów i ich ideologicznych spadkobierców.
Jeśli ludzie nie przynoszą wymiernych zysków – tym gorzej dla nich.
Państwo, organizacje społeczne, zakłady pracy, przedsiębiorstwa rolne, a nawet szkoły i uniwersytety…
To wszystko jest zupełnie zbędne, jeśli na końcu nie ma akcjonariuszy i kapitalistów, którzy czerpią z tego zysk.
Kapitał bez mrugnięcia okiem może skazać na zagładę.
I to całe miliony.
Nie jesteś przydatny najbogatszym? Tym gorzej dla Ciebie.
W ramach gestu współczucia być może potem pochylą się nad tobą i ze smutkiem zrobią jakąś kolorową „infografikę”, gdzie przy okazji obsmarują też każdą możliwą alternatywę. Nie żeby wykluczeni przez tę neoliberalną katastrofę mieli tu cokolwiek do powiedzenia, albo chociaż mieli jak się bronić.

Podróże kształcą (II) Z PKF przez Polskę i świat

Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL – wyprawa na „Lechistanie II”: przez Morze Śródziemne.

Późnym wieczorem 9 kwietnia zbliżamy się do Malty. Na horyzoncie zaczynają migotać światła La Valetty. Na redzie portu dostrzegamy potężną sylwetkę amerykańskiego lotniskowca. W samym porcie stoją zakotwiczone krążowniki, rakietowce i wszystko, co można nazwać okrętem. Po raz pierwszy żałuję, że pułkownik Poździk usunął mnie po kilku zajęciach ze studium wojskowego jako inwalidę wojennego. O uzbrojeniu nie wiem absolutnie nic, a tym bardziej o marynarce wojennej.

Malta z lotniskowcami w tle

Rano wychodzimy z Ryszardem na pokład i obserwujemy u nabrzeży stalowe kolosy. Pytam kapitana, czy te potwory można sfilmować.
– Jeśli ma pan dziesięć dolarów, to nic nie stoi na przeszkodzie – odpowiada kapitan.
– Jak to, tak bez zezwolenia?
– Możecie filmować na moją odpowiedzialność.
Potwierdzam, że mam dziesięć dolarów. Kapitan wkłada dwa palce do ust i gwiżdże. Nie wiadomo skąd pojawiają się przy burcie naszego statku pięknie rzeźbione łodzie. Wybieramy jedną i płyniemy. Ryszard filmuje z rozkoszą. Będzie miał niecodzienne zdjęcia. Płyniemy w kierunku morza. Właściciel łodzi wiosłuje wolno i operator jest zadowolony, że tak szybko wioślarz pojął, iż nie powinno huśtać zbyt mocno.
Zauważyli nas amerykańscy marynarze, czyli – jak ich tu nazywają – marines. Gdy wracamy, zapraszają na pokład. Pytam Rysia, czy wchodzimy? Dostrzegam na jego twarzy moment wahania, odpowiadam więc – dziękujemy, może wrócimy tu jutro, wówczas z przyjemnością skorzystamy z zaproszenia. Sympatycznych amerykańskich chłopców z VI Floty spotkaliśmy następnego dnia w samym sercu La Valetty. Tak wówczas odnotowałem spotkanie z marynarzami US Navy na łamach „Nowej Wsi.”:
„Niemiecki dziennikarz lubujący się w dosadnych porównaniach nazwał Maltę „kurtyzaną na Morzu Śródziemnym.” Chłopcy z VI Floty nie muszą czytać niemieckich gazet, ani znać historii wyspy, ich rodzinom i narzeczonym w Minneapolis, Houston i Kansas City wystarczą pamiątkowe zdjęcia. Nad rolą, jaką spełniają w tym rejonie świata, niech się zastanawiają inni. Są przecież młodzi, bardzo młodzi, aż wierzyć się nie chce, że przed kilkunastoma minutami – nim zeszli z pokładów – mieli na sobie mundury US Navy.
Tłumnie wysiadają na brzeg, śpiesząc na zwiedzanie miasta. Nie spotkałem ich jednak w zabytkowej Katedrze św. Jana, ani na dziedzińcu Pałacu Wielkich Mistrzów. Najchętniej przebywają na Strait Street. O tej uliczce nie pisze się w turystycznych przewodnikach, nie polecają jej swoim klientom żadne biura podróży katolickiej wyspy. Nicolas Borg z La Valetty powie o Strait Street: powinna nazywać się „American Street,” a niemiecki dziennikarz nazwie ją „uliczką Wielkiej Swobody.”
Strait Street jest wąska i ciasna. Dwa i pół metra, miejscami nieco więcej szeroka, zabudowana trzypiętrowymi domami, ciemna, niemal przez cały dzień pozbawiona słońca, wyróżnia się spośród innych podobnych uliczek La Valetty swoistym charakterem. W godzinach największego nasilenia ruchu u wejścia i wylotu uliczki dyżurują patrole angielskiej i amerykańskiej żandarmerii morskiej w towarzystwie czarno ubranych policjantów maltańskich. Fotografowanie nie jest tu mile widziane…”
Nam pomógł właściciel kafejki, posadził przy jednym z dwóch stolików stojących przed lokalem, a patrolowi powiedział: to są moi goście, na mojej ziemi i mogą robić, co im się podoba. Dziwiliśmy się, że nie zabroniono filmować okrętów, a jedynie marynarzy i w dodatku w cywilnych ubraniach. „Amerykańscy chłopcy z lotniskowca oznaczonego numerem 42 i towarzyszących mu okrętów biorą Strait Street w niepodzielne władanie. Od wczesnych godzin popołudniowych do późnej nocy pełno ich we wszystkich lokalach: alkohol, tańce, hazard, dziewczęta… Oto na środku uliczki odbywa się prawdziwe misterium gry w trzy karty. Siedzący na bruku Maltańczyk przegrywa beznadziejnie do swojego kolegi. To przynęta na Yankee Boys. Przynęta skuteczna, bo marines szybko przystępują do gry. Niejeden zostawił tu już cały żołd. Chłopcy z VI Floty nie mogą w żaden sposób pojąć, że jakiś tam Maltańczyk może być lepszy od nich. Pragną za wszelką cenę okazać swoją wyższość i popełniają błąd. W tej grze nie mają szans żadnych.
Przed „Tico-Tico Bar,” „New Life Bar,” „White Star,” „Colorado Spring” stoją w mini spódniczkach, obcisłych szortach maltańskie „dziewczyny do towarzystwa.” – Hello, Johnny, w naszym lokalu spędzisz najpiękniejszy wieczór. I Johnny pije drinka za drinkiem, dziewczyny go bawią, a kiedy jest „spłukany” usuwają się dyskretnie, aby zapolować na kolejnego amatora spędzenia „najpiękniejszego wieczoru.” Do „Splendid Bar,” co chwila zachodzą mali chłopcy – sprzedawcy różnych drobiazgów. Trzynastoletni Tony usiłuje sprzedać marynarzom gumę do żucia. Chodzi od stolika do stolika, wyciąga z małego tekturowego pudełka różnokolorowe prostokąciki, zachwala, w najlepszej, jaką zna angielszczyźnie. Tony musi dziś coś zarobić. Odpoczynek floty stwarza szansę. A gdy okaże się, że American Boys dziś wieczór nie będą poruszać szczękami, Tony poprosi filigranową Vicy do tańca. W takt ludowej melodii maltańskiej Tony tańczy z wyższą od siebie o głowę Vicy; tańczy w skupieniu, z poważną miną. Tylko Vicy przez cały czas go kokietuje. Właściwie to nie Tonyego. Ta kokieteria ma rozgrzać krew chłopcom z Oklahomy. Oglądają takie występy z dużą przyjemnością. Po kilku kieliszkach Old Scotch Whisky z widzów stają się sami aktorami. Wcielają się w bohaterów westernów, powtarzają ich ruchy, odgrywają całe sekwencje ze znanych filmów kowbojskich. I płacą, płacą, płacą…
McGimis z Buffalo doszedł w tej zabawie do perfekcji. Jeżeli go nie utłuką w jakiejś bójce w jednym z portów Morza Śródziemnego, po powrocie do Stanów zrobi chyba karierę filmową. McGimis prezentuje się znakomicie, gdy nogą otwiera drzwi. A drzwi są rzeczywiście jak w saloonie z Hollywood. Pomysłowi właściciele barów zrobili wszystko, żeby podziałać na amerykańską wyobraźnię. Tu każdy może się czuć jak prawdziwy kowboj. Więc McGimis kołyszącym się krokiem wchodzi po schodach do „Splendid Bar.” Ręce w czujnym wyczekiwaniu. Nagle przyklęka na schodach, wyciąga przed siebie obie ręce z wyprostowanymi palcami wskazującymi i „wypala” w kolegów, którzy usiłowali wstać od stolika na jego widok. McGimis jest szybki. Przeciwnicy nie zdążyli się nawet podnieść. McGimis może się równać nawet z Johnem Wayne’m. Dziewczęta biją brawa. McGimis to porządny chłop, zna się na zabawie. Przez kołyszące się drzwi salonu zaglądają dwie małe, może dziewięcio-, a może dziesięcioletnie dziewczynki. Wykrzykują coś po maltańsku do marynarzy. McGimis przyjmuje to jako zaproszenie do zabawy. Chwyta smarkule, sadza przy stoliku i zamawia dla nich dwie butelki coca-coli. Ale przedtem dziewczynki muszą wypalić papierosa, taki jest układ, warunek gry. Smarkule krztuszą się dymem, kaszlą głośno, z oczu lecą im łzy. McGimis i jego koledzy pokładają się ze śmiechu. – W porządku – mówi McGimis – klawa zabawa. Daje dziewczynkom po kilka centów. O’key! Na Strait Street – uliczce wielkiej swobody, można się tanio i dobrze zabawić.
A kiedy żołd się wyczerpie, można także zaproponować kolegom: – Do diabła chłopcy, za pięć dolarów zdemoluję dla was ten cholerny lokal!”

Malta z „Wolną Europą” w tle

Kapitan ma dla nas wiadomości. Złożył mu wizytę profesor – Polak, który jest wykładowcą uniwersytetu w La Valetcie, i na jego ręce, podczas naszej nieobecności, zostawił dla nas zaproszenie na obiad. Przyjedzie po nas jutro o czternastej. Pytam kapitana, czy jedzie z nami?
– Byłem tam wczoraj, w drugie święto wielkanocne.
– Czy redaktor Kur też został zaproszony?
– Oczywiście, profesor zaprosił go osobiście. Czeka was miła niespodzianka.
Profesor mieszka w kremowej willi, w zamożnej dzielnicy La Valetty. Kiedy za samochodem zamyka się brama, przed dom wychodzi żona profesora i wita nas serdecznie.
– Jestem szczęśliwa, że mogę spotkać kolegów dziennikarzy, tym bardziej że sama jestem dziennikarką.
– My też się cieszymy – odpowiadam – że na tej cudownej wyspie spotykamy koleżankę.
– Czy panowie czytali mój artykuł w „Przekroju?” To moja pierwsza publikacja w prasie krajowej. Na stałe jestem zakotwiczona w rozgłośni „Radia Wolna Europa”.
Tadeusz Kur, odwraca się raptownie, jakby chciał stąd uciec. Przytrzymuję go za połę marynarki i powstrzymuję przed rejteradą. Wchodzimy do wnętrza, gdzie w salonie czeka już zastawiony stół, na którym pośrodku króluje nasza oj-czysta „Wyborowa”, gdyby nie oszronienie, można by rzec: prosto z Pewexu.
Ten stół przykryty białym obrusem, i suto zastawiony miejscowymi potrawami, wśród których dostrzegam polską szynkę i jajka pomalowane jak na łowickiej wsi, ten polski stół wpływa kojąco na redaktora Kura. Państwo Kozłowscy sprawiają wrażenie wyraźnie uradowanych spotkaniem. Profesor wznosi pierwszy toast za gości z kraju. Odwzajemniamy się toastem i atmosfera staje się niemal rodzinna. Tadeusz Kur proponuje przeprowadzenie wywiadu z panią domu i obiecuje opublikować go w „Prawie i Życiu”, dodając, że chętnie na zasadzie wzajemności udzieli osobiście wywiadu przedstawicielce „Wolnej Europy”. Pani domu próbuje wyjaśnić gościowi, że zbojkotowałaby ją prasa emigracyjna, a i rozgłośnia mogłaby mieć pretensje. Redaktor Kur twierdzi, że my nie mielibyśmy kłopotów. Zabieram głos i przypominam, że dziś jest trzynasty, a ja jestem przesądny, i obawiam się, że mój szef mógłby wywiadu z koleżanką nie opublikować.
Wznoszę toast za panią domu, która przyjmuje nas z iście polską gościnnością. Przestajemy spierać się politycznie, przez pewien czas słuchamy opowieści profesora i ani się spostrzegliśmy, a już czas wracać na statek. Profesor odwozi nas do portu, z którego odpłynęły okręty amerykańskiej VI Floty.
Rano Ryszard przypomniał sobie, że musi w mieście zrobić jeszcze kilka dokrętek. Przy okazji zajrzeliśmy na Strait Street, opustoszałą i cichą jak porzucona kochanka. W drodze do Grecji spotkaliśmy eskadrę amerykańskich okrętów na pełnym morzu. Z lotniskowca zapytano: – What ship?”
Radiooficer odpowiedział: – Jestem „Lechistan II. Kapitan wydał rozkaz zmiany kursu. Z prawej strony zbliżały się do statku dwa olbrzymie okręty wojenne.
Chłopcy, których poznaliśmy na Strait Street, przestali być zabawni. Przyznaję, poczułem się nieswojo. Ryszard zachował zimną krew i filmował to spotkanie.
Nie wiadomo, jak długo trwałaby ta zabawa, gdyby kapitan „Lechistanu II” nie miał dość zmieniania kursu. Przedstawił się i stanowczo zapytał, czy dowódca VI Floty zna wszystkie konwencje obowiązujące marynarkę wojenną na wodach międzynarodowych w czasie pokoju? – Sorry – odpowiedziano z lotniskowca – nie denerwuj się, to tylko zabawa.

W kraju pułkowników

Płynęliśmy w kierunku wybrzeży Grecji, konkretnie do Scaramanki. W nocy złapała nas burza morska, rzadko spotykana na Morzu Śródziemnym. Statkiem rzucało niemiłosiernie, niesamowicie ogromne fale zalewały pokład, chwilami nie było go widać. Bryzy wody rozbijały się o szyby mostku kapitańskiego. Kiedy uderzała ogromna fala, wydawało się, że dziób unosi się w górę i statek staje dęba, żeby po chwili raptownie opaść w dół i przyjąć następne uderzenie żywiołu. Przetrwałem ten sztorm bez większych sensacji, ale współpasażerowie, ba, niektórzy marynarze, rano wyglądali szaro i byli potwornie zmęczeni. Na redzie Scaramanki, portu wówczas nieistniejącego na mapie, zaczęło się rozładowywanie statku. Za pomocą dźwigu przenoszono na barki kwadratowe paki. Mogliśmy się tylko domyślać, iż jest to jakiś niebezpieczny ładunek. Trwało to kilka godzin, potem, przed wejściem do portu, zabrano nam kamerę i aparaty fotograficzne.
W Grecji rządzili wówczas „Czarni pułkownicy”, grupa oficerów, którzy 21 kwietnia 1967 roku dokonali zamachu stanu i przejęli władzę. Przed opuszczeniem Scaramanki oddano nam kamerę i aparaty fotograficzne. „Lechistan II” skierował się w stronę Pireusu. Nie wpłynęliśmy do portu, bo nie zgodziła się na to załoga, która straciłaby wolny dzień w kraju, gdyby „Lechistan II” zamiast na redzie cumował przy nabrzeżu portowym. Przez dwa dni dochodziły nas odgłosy Pireusu, miasta obchodzącego grekokatolicką Wielkanoc. Nasze interesy kłóciły się z interesami załogi, której większość nie wykazywała zainteresowań kulturalnych, historycznych, czy turystycznych. Wielu marynarzy w ciągu dwumiesięcznego rejsu zeszło na ląd tylko raz, by zrobić zakupy. Akropol, Partenon to nazwy, które nie funkcjonowały w tym środowisku, nie pobudzały wyobraźni. W poniedziałek, w drugim dniu świąt, dopłynął do statku przedstawiciel PLO. Jak już wspomniałem, armator zobowiązał się pomóc kronice i zapewnić w każdym porcie transport. Gdy pan Adamski dowiedział się, że nie mamy wiz greckich , wystraszył się na dobre. Opowiedział nam, że nie tak dawno policja grecka aresztowała filmowca, spędził on w areszcie kilka tygodni zanim go stamtąd wyciągnięto. Ale obiecał przysłać samochód, gdy tylko statek wejdzie do portu. Zastanawialiśmy się z Ryszardem nad ostrzeżeniem pana Adamskiego. Po długim namyśle postanowiliśmy zaryzykować. W greckiej ambasadzie w Warszawie powiedziano bowiem, że będziemy mogli wychodzić do miasta na takich samych zasadach, jak członkowie załogi.
We wtorek o świcie „Lechistan II” wpłynął do portu. Po śniadaniu wyruszyliśmy do miasta. Dokerzy przyglądali się nam z zaciekawieniem, Ryszard niósł kamerę na ramieniu, a ja dwa aparaty fotograficzne. Ponieważ szliśmy podczas przerwy śniadaniowej, robotnicy poczęstowali nas czarnymi oliwkami, ich smaku nigdy nie zapomnę. Miejską komunikacją dojechaliśmy do placu Omonia, skąd dochodziły dźwięki wojskowej orkiestry.
Wzdłuż jednej z głównych ulic prowadzącej do placu zobaczyliśmy tłumy ludzi stojące na chodnikach. Zamierzaliśmy się wycofać, gdy usłyszeliśmy gwizdek policjanta, który dawał nam znak ręką byśmy do niego podeszli. Pomyślałem: to koniec, przypominałem sobie opowieść pana Adamskiego. Rysiek – jak się później okazało – pomyślał to samo.
Tymczasem policjant kazał nam iść za sobą, co wzmogło jeszcze nasze obawy. Podprowadził nas kilka kroków, odsunął ludzi i ustawił naprzeciw trybuny, na której pułkownicy przyjmowali defiladę wojska. Spojrzeliśmy na siebie bez słowa i Ryszard zaczął filmować. Defilada odbywała się w czwartą rocznicę dojścia pułkowników do władzy.
Podekscytowani wracaliśmy na statek, Ryszard zapytał: – Czy u nas moglibyśmy filmować defiladę i trybunę z dostojnikami bez zezwolenia?
–Trafiłeś w sedno drogi Ryszardzie – odpowiedziałem – czymś się przecież musi różnić dyktatura proletariatu od dyktatury „czarnych pułkowników”.
Najważniejsze, że ustąpiły wszelkie obawy. W realizacji naszych planów nieocenioną pomoc okazał nam Krzysztof, syn pana Adamskiego. Przyjeżdżał samochodem i czekał na nas przed bramą portową, w ten sposób nie traciliśmy cennego czasu. Straż portowa i celnicy przestali kontrolować, a dokerzy traktowali jak przyjaciół, częstowali nie tylko smakowitymi oliwkami, ale także „retsine” złotym winem o zapachu sosny.

Atrakcje Stambułu

Z żalem opuszczaliśmy Ateny, Pireus i piękną Helladę. „Lechistan II” wszedł na kurs do Turcji. Bez przesady mogę napisać, że załoga na dźwięk słowa Stambuł bardzo się ożywiła. Miasto już wtedy cieszyło się uznaniem marynarzy, jako centrum atrakcyjnych i tanich zakupów. Ledwo „Lechistan II” opuścił kotwicę na redzie Stambułu, do statku zbliżyło się kilkanaście łodzi. Najpierw na pokład weszli celnicy, którzy zakupili od marynarzy: papierosy, alkohol i „świerszczyki”. Po celnikach na statek wtargnęli zwykli handlarze, ich gusty niczym się nie różniły od upodobań celników. Kiedy łodzie oddaliły się od burt statku, weszliśmy do portu i zarzuciliśmy cumy przy nabrzeżu po azjatyckiej stronie miasta . A gdy ucichł gwar na pokładzie, do kabiny przybyli dwaj marynarze, którzy zwrócili nam dolary z dużymi odsetkami. Mogliśmy wyruszyć na sławny „Wielki Bazar” w Istambule po prezenty dla najbliższych.
Na szczęście marynarze uprzedzili nas, że tu w Turcji należy obowiązkowo targować się ze sprzedającym. Klient (Amerykanie, Niemcy), który płaci bez targowania, nie wzbudza uznania sprzedającego. Jeśli targujesz się znaczy to, że towar ci się podoba i kupienie go sprawi ci radość. Takiemu klientowi warto opuścić parę groszy. Jeśli kupujesz bez targowania, nie możesz poznać wartości towaru i umiejętności zaprezentowania jego zalet. Targując się, tym samym wchodzisz w bliskie związki uczuciowe ze sprzedającym, nawiązujesz z nim głębszą znajomość. I masz większą satysfakcję z transakcji.
Wielkie wrażenie wywarły na nas stragany z wyrobami ze złota. Łańcuszki, medaliki, znaki zodiaku, krzyżyki, pierścionki i obrączki we wszystkich rozmiarach i kształtach. Na każdym wyrobie próba. Upewniliśmy się, że można kupować bez obawy, nie ma tu żadnych podróbek z tombaku. Oszustwo na wyrobach ze złota jest nie do pomyślenia, wysokość kary odstrasza. W eleganckich sklepach w centrum miasta handel przebiega zupełnie inaczej. Sadzają klienta w wygodnych fotelach, częstują aromatyczną kawą, schłodzoną coca-colą, herbatą… Oczywiście, targowanie jest tu również dobrze widziane i cenione. Gdy opuszczasz sklep, wręczają ci obowiązkowo garść wizytówek. Rozdaj je w swoim kraju znajomym i przyjaciołom – mówią. Nie szkodzi, że z Polski nie ma jeszcze zbyt wielu turystów. Prędzej czy później pojawią się i wyjadą stąd zadowoleni.
Bardziej od zakupów pociąga nas historia miasta, noszącego w przeszłości miano Nowego Rzymu, Bizancjum, Konstantynopola… Oto osławiona Hagia Sophia – bizantyńska świątynia zamieniona przez Mustafę Kemala Paszę Atatürka na muzeum, gdy jego współbracia zaczęli się spierać o to, jak wykorzystać wiekową budowlę, co w niej urządzić – meczet czy kościół? Z Hagia Sophią rywalizuje meczet olśniewającej piękności, wzniesiony przez Sulejmana Wspaniałego, aby przyćmić wielkość świątyni Hagia Sophia. Czy przyćmił? Obie budowle, symbole różnych epok i kultur, zachwycają dziś oryginalnością rozwiązań architektonicznych i cudownymi freskami. Wieża Galaty, w której ponoć imć pan Onufry Zagłoba, herbu Wczele, w niewoli przez Turczyna był osadzon, góruje nad Zatoką Złotego Rogu. Śladów sławnego przodka nie znaleźliśmy, ale legenda jest wiecznie żywa. I jeszcze tylko Topkapi Sarayi, przepyszna rezydencja sułtanów, położona na wysokim cyplu i opiewany przez poetów harem. Kiedy opuściliśmy Istambuł i pokonaliśmy cieśniny, kapitan wydał rozkaz: kurs – Lattakia. Znaleźliśmy się na pełnym morzu, spokojnym i monotonnym. I gdy wydawało się, że nic nie zakłóci błogiego nastroju kapitan ogłosił alarm szalupowy.
Szybko założyliśmy kamizelki ratunkowe i wsiedliśmy do łodzi. Najtrudniej miał Ryszard, bo nie dość, że musiał założyć kamizelkę, to w dodatku musiał jeszcze zrobić dobre zdjęcia. W związku z tym trzy razy opuszczano łódź na wodę i dwa razy powtarzano akcję: człowiek za burtą! Alarm udał się nadzwyczajnie Ryszard nie krył zadowolenia, bo zrobił dobre ujęcia, kontent był kapitan, bo nikt nie utonął, uradowani byli pasażerowie, bo przerwano monotonię rejsu. Cieszyliśmy się, że za dwa dni zobaczymy brzegi Syrii.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Przygody Andrzeja Czechowicza

Przygody! łatwo napisać.

A przecież kapitan, dziś pułkownik Andrzej Czechowicz zapewne niejeden raz w swojej działalności stawiał własne życie na szali. Dziś nie jest postacią powszechnie znaną, można by nawet zaryzykować opinię, że na ogół zapomnianą. Jednak większość tych, którzy pamiętają marzec roku 1971 i choć trochę wtedy interesowali się tym, co pokazywała ówczesna telewizja, co nadawało radio i co publikowała prasa, na pewno zapamiętali dzień, gdy władze PRL ujawniły działalność Czechowicza. „Kapitan Andrzej Czechowicz wykonał zadanie” – krzyczały PRL-owskie media, a telewizja i radio nadały relację z publicznej konferencji prasowej z udziałem oficera wywiadu PRL, który przez siedem lat, zakamuflowany jako pracownik, infiltrował rozgłośnię polską Radia Wolna Europa w Monachium. Dla mnie, wtedy 14-latka była to ekscytująca sensacja w telewizji, od której w jej paśmie publicystyczno-propagandowej na ogół wiało drętwotą i nudą. Pamiętam też, że telewizja nadała wtedy także rozmowę, którą z Czechowiczem przeprowadził Jan Kolczyński z KC. Kapitan odbył szereg podróży po kraju spotykając się z różnymi środowiskami. W szybkim tempie, w MON-owskiej serii „Ideologia-Polityka-Obronność”, pod tytułem „Kapitan Czechowicz wykonał zadanie”, ukazał się wtedy zbiór jego relacji dla prasy, radia i telewizji PRL. Nieco później ukazała się jego książka „Siedem trudnych lat”.
Jednak dopiero niedawno, 47 lat po swoim sławnym coming out z RWE, opublikował dwa tomy swoich pamiętników zatytułowanych „Straceniec, czyli przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, obejmujących bez mała całe jego życie, dziś już prawie 82-letnie, niezwykle burzliwe, trudne, ale i barwne. Obejmują one jego przebogaty życiorys, którym mógłby obdzielić co najmniej kilku doświadczonych rówieśników. Co ciekawe, choć Czechowicz został oficerem wywiadu PRL, jego genealogia bynajmniej nie była „komunistyczna”. Wywodził się z kresowej, wileńskiej szlachty o tradycjach patriotycznych (Lachowicze-Czechowicze herbu Ostoja), a jeden z jego pradziadków był powstańcem styczniowym. Ani nie jestem w stanie, ani nie zamierzam streszczać tu bogactwa treści tych blisko 800 stron, które składają się na te wspomnienia. Nie opowiada się bowiem „kryminałów”, nie opowiada się takich pasjonujących opowieści, bo byłaby to nielojalność w stosunku do przyszłych czytelników. W kolejnych rozdziałach opowiada Czechowicz o swoim wojennym i syberyjskim dzieciństwie, o swoim powrocie z rodziną do Polski na zachód od linii Bugu, tej części Polski, która była dla niego, de facto, nieznaną krainą. Mogę jednak uspokoić przyszłych czytelników, którzy mogą się obawiać lektury w typie niezliczonych, nudnych, rodowych wspomnień kresowych, rozplenionych w piśmiennictwie od dziesięcioleci, a podobnych do siebie jak dwie krople wody. Już we wspomnianiach obejmujących dzieciństwo i młodość na Górnym Śląsku, gdzie powojenny los rzucił go z rodziną i studencką w PRL, odzywa się w autorze żyłka „łotrzykowska”, a niektóre wspomnienia z lat liceum w Grójcu i studiów na Uniwersytecie Warszawskim (germanistyka) jako żywo przywodzą na myśl dzikie brewerie studentów z „Lalki” Bolesława Prusa. Szybko też pojawiają się charakterystyczne dla tych wspomnień wątki licznych i intensywnych, okresami nadmiernie, doświadczeń erotycznych Andrzeja Czechowicza, objawia się jego nieprzeciętna wrażliwość na wdzięki kobiece, fascynacja kobietami i kobiecością, z uwzględnieniem nawet takiego aspektu jak odpowiadający mu kobiecy „typ”, fizyczny i psychiczny. Bardzo szybko pojawia się też inny walor tych wspomnień: trafne, obrazowe, soczyście, w niektórych przypadkach nieco „plotkarsko” ujmowane personalia, w tym także personalia i mini-portrety poznanych przez Czechowicza postaci, później znanych w istotnych dokonań, jak n.p. Janusz Rolicki, Ewa Wipszycka, Izabela Małowist, czy znani później aktorzy Jan Kociniak i Andrzej Szajewski, jak również przyszły wybitny historyk Tomasz Szarota, z którymi Czechowicz służył w Studium Wojskowym. Dalsze losy autora to decyzja o emigracji, opuszczenie kraju, uzyskanie azylu w NRF i pierwsze, dojmujące rozczarowanie Zachodem, kapitalizmem, z jego zimnem i bezdusznością oraz skomercjalizowaniem relacji międzyludzkich, połączone z falą trudnej do zniesienia nostalgii za krajem, nostalgii, która sprawiała, że szara gomułkowska Polska w jego wyobraźni nabrała niemal cech idylli. Otrzymanie pracy w rozgłośni polskiej RWE w Monachium pozwoliło Czechowiczowi poznać ten sławny zespół dziennikarski, którego głosom i audycjom przez kilka dziesięcioleci dawały ucha przy odbiornikach radiowych liczne setki tysięcy, może nawet miliony Polaków w kraju. Nie jest to obraz pochlebny. Środowisko polskich dziennikarzy RWE, z dyrektorem Janem Nowakiem-Jeziorańskim okazało się prawdziwym „kłębowiskiem żmij”, pełnym wzajemnych intryg i wrogości, a także podziałów ideologicznych. Opisał je Czechowicz barwnie, sugestywnie, obrazowo, z prawdziwym talentem narracyjnym i spostrzegawczością psychologiczną. Podjęcie współpracy z Centralą Wywiadu MSW PRL, która zaczęła się już po podjęciu pracy w Monachium stanowiło najistotniejszą cezurę w życiu Czechowicza.
Od tej pory nie był już tylko emigrantem, stał się utajonym „człowiekiem systemu” w innym, wrogim systemie. O podjęciu tej działalności zadecydował zapewne m.in. ryzykancki, pchający go do życiowego hazardu rys jego osobowości. Nowa rola Czechowicza nie zmieniła prywatnego aspektu jego życia, więc opisom jego działań o charakterze operacyjnym i obszernym komentarzom do sytuacji politycznej w kraju i na emigracji towarzyszą opisy kolejnych romansów, zazwyczaj z Niemkami, niektóre nie bez akcentów humorystycznych, jak przypadek Gerdy, która histerycznymi „scenami” zepsuła obojgu „romantyczną” wyprawę turystyczną do Hiszpanii i Portugalii. Takimi epizodami obyczajowymi wspomnienia te są naszpikowane, pozwalając czytelnikowi co jakiś czas odprężyć się po uważnym śledzeniu działalności wywiadowczej narratora. Jeden z najważniejszych i najobszerniej opisanych wątków tych wspomnień dotyczy szefa Czechowicza, dyrektora rozgłośni polskiej RWE Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tej czczonej w Polsce niczym bohater narodowy postaci, Czechowicz, zresztą nie tylko on, wystawia jak najgorsze świadectwo. I bynajmniej nie tylko z powodu jego osobistych przywar, despotyzmu, intryganctwa, gwałtowności, bezceremonialności, chamstwa, itd. Także z powodu udowodnionej Nowakowi, i pośrednio potwierdzonej także przez niemiecki sąd niechlubnej działalności Nowaka (właściwe imię: Zdzisław) jako zarządcy, komisarza przejętego przez Niemców majątku żydowskiego w Radzyminie, czyli, mówiąc bez ogródek – kolaboranta.
W ujęciu Czechowicza fakt, że także przez ostatnie lata życia spędzone w Polsce przez byłego dyrektora, sprawa ta nie wyszła na szersze wody był wynikiem jego kolosalnych wpływów i starannie podtrzymywanego mitu bohaterskiego „kuriera z Warszawy”. Nawiasem mówiąc nawet teraz, gdy na ekrany wszedł poświęcony Nowakowi-Jeziorańskiemu hagiograficzny film „Kurier” Władysława Pasikowskiego, sprawa ta nie została podjęta. Niejaka czasowa zbieżność ukazania się wspomnień Czechowicza i premiery filmu nadaje całej sytuacji dodatkowej „pikanterii”. Obszerną cześć tekstu poświęcił Czechowicz swoim losom zarówno po powrocie do PRL, jak i w III RP, po 1989 roku. Według jego świadectwa, władze PRL, po początkowym propagandowym wykorzystaniu jego misji, potraktowały go raczej po macoszemu, natomiast wiele lat po 1989 roku upłynęło mu na walce, także przed sądami, o dobre imię, a także na próbach dotarcia do szerszej publiczności ze sprawą kolaboracji Nowaka-Jeziorańskiego. Nie podjął jej oczywiście także IPN. Przy tej okazji niepochlebnie jawi się z jego punktu widzenia obraz środowiska „Tygodnika Powszechnego”, owianego idealistyczną legendą szlachetności i czystości moralnej, a także wysokich standardów w działaniu. Czechowicz demaskuje ten obraz jako fałszywy, za którym kryła się nielojalność, małość, poczucie wyższości, a nawet skłonność do pogardy w stosunku do „profanów” rozmaitego autoramentu. Kończąc tę z konieczności niewielką – wobec ogromu tematów, kwestii, zdarzeń, personaliów – porcję uwag i wrażeń z lektury tych pasjonujących pamiętników, nie sposób raz jeszcze nie podkreślić jej czytelniczych, narracyjnych walorów, dobrej, klarownej polszczyzny, dynamiki opisu, dużej erudycji humanistycznej i politycznej. Ze swojego życia człowieka „urodzonego w niewłaściwym czasie” uczynił jednak Andrzej Czechowicz pasjonującą, przebogatą przygodę, która, gdyby urodził się w jakimś hipotetycznym innym czasie, „czasie właściwym”, być może nigdy by się nie wydarzyła.

Andrzej Czechowicz – „Straceniec, czyli przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, wyd. Andrzej Czechowicz, Warszawa 2018, tom I (str. 486, ISBN 978-83-941652-0-8), tom II (str. 341, ISBN 978-83-941652-1-5).

Przegrana dezubekizacja

Przed Sądem Okręgowym w Warszawie zapadł precedensowy wyrok: zdecydowano o cofnięciu zmniejszenia emerytury w ramach tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Orzeczenie dotyczy mężczyzny, któremu MSWiA obniżyło świadczenie, chociaż był idealnym przykładem przewidzianego w ustawie wyjątku.

Orzeczenie dotyczy Augustyna Skitka – byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, który w latach 80. w Gorzowie Wielkopolskim współpracował z „Solidarnością”, przekazywał opozycjonistom informacje o planowanych działaniach SB, których celem byli przeciwnicy rządu oraz aktywni w opozycji duchowni. W 1990 r. mężczyzna został zweryfikowany pozytywnie i przez kolejne 15 lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa. Po wprowadzeniu pierwszej tzw. ustawy dezubekizacyjnej przez rząd PO-PSL sąd potwierdził, że jego emerytura nie podlegnie zmniejszeniu. Mężczyzna spełniał wskazany w ustawie warunek – „podjął bez wiedzy i zgody przełożonych współpracę i czynnie wspierał osoby i organizacje działające na rzecz niepodległości Państwa Polskiego”.
Gdy PiS ogłosił drugą, radykalniejszą ustawę zmniejszającą świadczenia dawnych funkcjonariuszy, Augustyn Skitek również stracił emeryturę. Chociaż ponownie spełniał warunki, by zrobiono dla niego wyjątek. MSWiA nie zagłębiło się jednak w szczegóły jego sprawy, pozostało głuche na interwencję gorzowskiej „Solidarności” oraz rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara. Skitek poszedł do sądu.
Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, na niejawnym posiedzeniu Sądu Okręgowego Wydziału Ubezpieczeń Społecznych w Warszawie sędzia Jolanta Lewandowska ogłosiła uchylenie decyzji Zakładu Emerytalnego MSWiA o zmniejszeniu emerytury, nakazała przywrócić pełne świadczenie i wypłacić wyrównanie za ostatnie 18 miesięcy – ok. 22 tys. złotych.
Obniżka emerytur na mocy ustawy przeforsowanej przez PiS dotyczy blisko 40 tys. osób. Większość złożyła odwołania, ale Zakład Emerytalny MSWiA uwzględnił je tylko w stosunku do kilkunastu sportowców, których milicyjne etaty były czystą fikcją. W tej sytuacji 27 tys. osób zwróciło się do sądu. Jeden z sędziów rozpatrujących taką skargę zadał w tej sprawie pytanie Trybunałowi Konstytucyjnemu.
– Teraz inni sędziowie zawieszają postępowanie w podobnych sprawach, tłumacząc się, że czekają właśnie na wyrok TK. Ale tak nie musi być. Sędziowie, jeśli uznają to za zasadne, mogą wydać wyrok bez czekania na Trybunał – tłumaczy „GW” Tomasz Oklejak, naczelnik Wydziału Spraw Żołnierzy w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.
Na razie jednak orzekać bez czekania na opinię TK zdecydowała się jedynie sędzia Lewandowska z warszawskiego Sądu Okręgowego. – To może być przełom, który spowoduje, że inni sędziowie też zaczną wydawać podobne orzeczenia – skomentował dla „GW” Zdzisław Czarnecki, szef Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP.

Precz z komuną!

Chociaż troszkę – czyli uliczny PO-PiS.

Prezydent Warszawy zapowiedział, że wprowadzi swoją, autorską wersję dekomunizacji stołecznych ulic. Rafał Trzaskowski nie spał po nocach, siedział i koncypował – aż wykoncypował: już wie, jak to zrobić, żeby nie wyszło, że popiera PiS, a jednocześnie, żeby nikt mu nie zarzucił, że kuma się z przebrzydłymi komuchami. Wybrał starą dobrą metodę Platformy: najbardziej skomplikowane, najbardziej upierdliwe i zadowalające najmniej osób rozwiązanie.
Z 47 warszawskich ulic, którym sąd kazał odkurzyć i przywrócić stare tabliczki, na razie decyzją NSA wróciło 44. Wśród nich: Związku Walki Młodych, Duracza, Małego Franka, Rzymowskiego, Modzelewskiego, Kulczyńskiego, 17 stycznia, Armii Ludowej, Pstrowskiego, Jędrzejowskiego, 1 Praskiego Pułku, Parola, Szałka, Balcerzaka, Kokoszków, Fondamińskiego…Ale tak nie zostanie.
Prezydent Warszawy uznał, że podpisanie karty LGBT było gestem wystarczającym, by dowieść swojego zamiłowania do pluralizmu i tolerancji. Lewicowi i lewicujący wyborcy, którzy zaufali mu w wyborach samorządowych na zasadzie mniejszego zła powinni być wdzięczni i nie zadawać dalszych pytań. Teraz czas zagwarantować, by wielbiciele Lecha Kaczyńskiego i Wyklętych dostali swoją działkę.
– Warszawiacy, zwłaszcza mieszkańcy ulic, które były przedmiotem decyzji rządzących, w olbrzymiej większości są przeciwni zmianom nazw ulic. Tych protestów były bardzo, bardzo dużo. miany, które zostały wprowadzone przez rządzących, zostały wprowadzone z pogwałceniem prawa. To zostało potwierdzone przez niezawisły sąd. Naszym obowiązkiem jest przywrócić nazwy ulic do stanu poprzedniego – tę część przemowy wygłosił jeszcze Rafał Trzaskowski – znany antypisowiec. Ale za chwilę do gry włączył się Mr Hyde, programowy antykomunista: – Zadrżałaby mi ręka, gdyby Teodor Duracz miał dalej w Warszawie swoją ulicę! Zwłaszcza, że Zbigniew Romaszewski był osobą, którą zdecydowanie ceniłem! Także bohaterowie, którzy poświęcili życie dla naszej ojczyzny, powinni dostać ulice. Dokładnie pamiętam jak nazywały się warszawskie ulice za czasów komuny i przez te lata wykonaliśmy wiele pracy, by usunąć patronów z poprzedniej epoki. Tu trzeba powiedzieć, że były to postacie skandaliczne.
Z inicjatywy Trzaskowskiego w Warszawie pozostać ma Danuta Siedzikówna „Inka” zamiast Małego Franka, KOR zamiast 17 stycznia, Stanisław Pyjas zamiast Franciszka Bartoszka, Bohaterowie Kopalni „Wujek” zamiast Wincentego Pstrowskiego, Zbigniew Romaszewski zamiast Teodora Duracza i Grzegorz Przemyk zamiast Sylwestra Bartosika.

Poświęcił życie? I co z tego?

Powtórzmy: bohaterowie, którzy poświęcili życie dla naszej ojczyzny, powinni dostać ulice. To piękny banał. Wniosek z bardziej starannego przeglądu krótkiej listy jest prosty: niektórzy mogą sobie to życie poświęcić, a w oczach prawicy, dowolnej maści, i tak będą nie do przyjęcia.
Franciszek Zubrzycki, dowódca jednego z pierwszych oddziałów Gwardii Ludowej, zginął w walce z Niemcami, ale dla prawicy został czarnym charakterem, przywoływanym przy różnych okazjach jako przykład zbrodniarza zabierającego ulicę polskiemu patriocie.
– Wedle ustaleń IPN-u największą, popełnioną przez Zubrzyckiego zbrodnią, jest … kradzież dubeltówki z leśniczówki pod Piotrkowem w czerwcu 1942. Rzeczywiście, to świetny przykład „zbrodniarza” – piszą aktywiści redagujący profil Przywróćmy pamięć o patronach wyklętych, opisujący niechcianych w wolnej Polsce działaczy lewicowych, a zarazem niepodległościowych, antyfaszystowskich.
Franciszek Bartoszek zginął 14 maja 1943 r. podczas akcji zbrojnej. Wcześniej brał udział w podobnych. 17 stycznia 1943 r. osobiście dokonał zamachu w restauracji Mitropa na warszawskim Dworcu Głównym, lokalu tylko dla Niemców. Walczył z okupantem, ale nie tak, jak trzeba, bo w szeregach Gwardii Ludowej. Nie należy się nawet słabo widoczna uliczka osiedlowa w okolicach Mostu Siekierkowskiego.
Tym bardziej nie należy się Sylwestrowi Bartosikowi. Walczył z Niemcami, ale jako członek lewicowego Związku Walki Wyzwoleńczej, który ostatecznie wszedł w całości do PPR. Co gorsza, przed wojną, we wspaniałej II Rzeczypospolitej, należał do Komunistycznej Partii Polski. Takich win nie zmyje aresztowanie przez Niemców, brutalne śledztwo na Pawiaku i wreszcie śmierć na szubienicy.
Co znamienne, lepiej „powiodło się” innemu działaczowi o niemal bliźniaczym życiorysie – Antoni Dobiszewski, też przedwojenny komunista, też działacz PPR i też ofiara tej samej publicznej egzekucji, ulicę, po sądowych peregrynacjach, zachowa. Bo zaproponowany na jego miejsce Adam Bień zasiadał we władzach Polskiego Państwa Podziemnego, ale to „tylko” ludowiec, nie ważny symbol narodowokatolickiej prawicy.
Symbolem, tyle że znienawidzonym, jest za to data 17 stycznia: dla Warszawy skończył się koszmar nazistowskiej okupacji. Przez poprzednie blisko pięć lat każdemu mieszkańcowi i mieszkance miasta, Polakom i Żydom, nieustannie groziła śmierć. Teraz ocaleni mogli przystąpić do odbudowy normalnego życia, dźwigania miasta z gruzów, nauki, pracy.
– Nie wiedziałem, że Warszawa jest wyzwolona. Byłem od pół roku w całkowitej samotności, ukryty w ruinach. Kiedy 20 stycznia usłyszałem jakieś dźwięki na ulicy i zobaczyłem ludzi, rozpłakałem się. Byłem wolny – wspominał kompozytor Władysław Szpilman.
– Z jednej strony radość z wyzwolenia, z odmiany, radość, że będziemy budowali normalnie, w warunkach pokojowych swoje życie. A z drugiej strony się okazywało, że nie są to warunki normalne i pokojowe, że ludzie wpychani są do lasu – komentował kilka lat temu prof. Tomasz Strzembosz. Dziś taka ocena sytuacji, pokazująca, że historia nie jest czarno-biała, okazuje się nie do zaakceptowania.

Niejednoznaczni

A jeśli w słowach Trzaskowskiego pobrzmiewało przyznanie, że mogą być w historii postacie niejednoznaczne, to wypadało to raczej słabo. Gołym okiem było widać, iż AL-owcy znaleźli się w kategorii „niejednoznaczni” głównie dlatego, że kandydatem do zastąpienia ich na tabliczce z nazwą ulicy był Lech Kaczyński. Oddać mu arterię w centrum miasta? O to na Trzaskowskiego pogniewaliby się nie tylko jacyś tam lewacy, ale i twardy, broniący demokracji elektorat.
A jednak gospodarz Placu Bankowego usiłował wejść w polityczny tyłek gospodarza Nowogrodzkiej – zapowiedzią, iż „Lech Kaczyński zasługuje na upamiętnienie”. Tu jednak ochłonął i zdążył przełączyć się na tryb Doktora Jekylla. – Nie chcę podejmować decyzji w świetle kampanii wyborczej. Przeprowadziłem dziesiątki rozmów na ten temat i to budzi emocje, zgłoszę swoją propozycję, ale po wyborach parlamentarnych. Mam nadzieję, że jak opadną emocje po wyborach, będziemy mogli spokojnie rozmawiać, jaka ulica należy się prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu – oznajmił.
Za, a nawet przeciw
Platforma Obywatelska co do zasady „nie jest przeciwna ustawie dekomunizacyjnej”. Chętnie wykorzystuje okazje, aby stawiać na cokoły i tabliczki „swoich” patronów: Bartoszewskiego, Mazowieckiego… Kogoś innego weźmie w obronę, gdy w przekonaniu lokalnych działaczy taka będzie skuteczna strategia walki z PiS na danym odcinku.
– Za chwilę mieszkańcy ulicy Dąbrowszczaków mogą mieszkać przy ulicy Ofiar Katastrofy Smoleńskiej lub Żołnierzy Wyklętych – powiedział w Radiu Opole radny Zbigniew Kubalańca. I faktycznie, PO Dąbrowszczaków w tym akurat miejscu broniła. Samorządowcy tej formacji sprzeciwiali się również zmianom w Bydgoszczy i Olsztynie. W tym ostatnim mieście rada miejska zaskarżyła do sądu administracyjnego zarządzenia zastępcze wojewody zmieniające nazwy trzech ulic: Dąbrowszczaków na Kruka, Poznańskiego na Jutrzenki-Trzebiatowskiego i Pstrowskiego na 5 Wileńskiej Brygady AK.
W Łodzi PO przybiła piątkę SLD w obronie placu Zwycięstwa przed zakusami wojewody Zbigniewa Rau, który wymyślił w to miejsce Lecha Kaczyńskiego – na zasadzie „ma Warszawa, to możemy i my”. Z tym, że obrona placu, który upamiętnia pokonanie faszystów przez armię radziecką i walczące u jej boku polskie formacje, już nie przeszła przez gardło. Prawdziwe zwycięstwo, proszę łodzian, to było w bitwie warszawskiej. Kilkunastu innych nazw ulic, z których wygumkowano lewicowe działaczki i bohaterów dawnej robotniczej Łodzi, liberałowie oczywiście bronić nie mieli zamiaru.
– PO próbuje na siłę pokazać, iż akceptuje narzucaną przez PiS wizję historii. W Warszawie, powstają nowe ulice, którym można nadawać imiona, jakie prezydent Trzaskowski chce. On jednak wybiera rozwiązanie, które niszczy pamięć historyczną – mówi Piotr Ciszewski, koordynator kampanii Historia Czerwona. – Nie widzę powodu, aby Danuta Siedzikówna „Inka” musiała mieć ulicę akurat w Warszawie. Nie była w żaden sposób związana z tym miastem, w odróżnieniu od zamordowanych działaczy robotniczych, którzy działali w Warszawie i którym Trzaskowski ulice chce zabrać – podsumowuje.

PiS obłaskawiony? Oczywiście nie

Co na to wszystko wojewoda z PiS, Zbigniew Sipiera? W pierwszej chwili ucieszył się („To potwierdza, że moje decyzje w sprawie zmian nazw ulic były potrzebne. Każdy ruch w tym kierunku jest dobry”), ale przy następnym pytaniu o to, czy będzie współpracować z warszawskim ratuszem, nabrał już wody w usta („muszę zapoznać się ze szczegółami”). Wojewoda oraz IPN muszą zaopiniować projekt zmian, zanim zajmą się nimi radni miejscy.
Także prawicowi politycy i publicyści nie dali się obłaskawić Trzaskowskiemu-antykomuniście. Nie przeproszą za oblanie go pomyjami w grudniu, gdy po wyroku NSA warszawscy drogowcy na nowo instalowali znienawidzone nazwy, a prezydent, z braku lepszych kandydatów, został naczelnym stołecznym komuchem. Portal Wpolityce triumfuje.
– Trzaskowski, wstydź się! – grzmi Niezależna. I oddawaj Aleję Kaczyńskiego, sugeruje niedwuznacznie. To akurat było do przewidzenia. Gorzej, że nawet gdyby Trzaskowski tak w końcu zrobił, i tak wszystko zostanie po staremu. PiS na polu historii będzie robił swoje. PO czasem mu się nieznacznie sprzeciwi, przekonując lewicowych wyborców, że muszą na nią głosować, bo przecież nie lubią IPN i nachalnej polityki historycznej. A część lewicy da się przekonać…