Ostrzegam

Urodziłem się w 1950 roku. W Polsce Ludowej. W tej Polsce się wychowałem i dorastałem. Polsce Ludowej zawdzięczam wykształcenie, zawdzięczam możliwość zetknięcia się z ideologią i ideami lewicy polskiej i międzynarodowej. Jestem i pozostanę człowiekiem lewicy. Polsce Ludowej, mojemu państwu, podobnie jak miliony innych Polaków – służyć chciałem jak najlepiej.

Zasługi Polski Ludowej dla polskiego narodu, dla polskiego państwa są ogromne i niezaprzeczalne. Pierwsza w historii próba zmaterializowania odwiecznych socjalistycznych idei państwa i społeczeństwa wyzwolonych z dyktatu kapitału w postaci państw realnego socjalizmu ujawniła z całą brutalnością nie tylko zalety nowego ustroju, ale również pułapki i niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą taka transformacja. Przez dziesięciolecia społeczeństwo nie kwestionowało nowego ustroju. Przypomnę po raz n-ty, że słynne porozumienia sierpniowe w Szczecinie czy Gdańsku (tu przez krótki moment) podpisywane były pod transparentami „Socjalizm tak – wypaczenia nie!”. Przypomnę, że społeczny i gospodarczy program „Solidarności” były na wskroś socjalistyczne. Ale to poparcie prysło ostatecznie jak mydlana bańka w 1989 r., kiedy to, w pierwszych demokratycznych wyborach władza otrzymała od społeczeństwa czerwoną kartkę.

Podstawową lekcją z okresu Polski Ludowej jest ta, że żaden ustrój autorytarny, choćby kierował się najszczytniejszymi ideami, nie jest w stanie trwale się utrzymać, że tylko model społeczeństwa obywatelskiego, a więc poczuwającego się do współodpowiedzialności za państwo może dać nadzieję na stabilny rozwój. Dlatego ostatnia dekada Polski Ludowej była między innymi okresem burzliwych, głębokich dyskusji o kierunkach reform. Ostatecznie zwyciężyła opcja demokratyczna. Okres transformacji zakończył się 30 lat temu stworzeniem ram prawnych dla gospodarki wolnorynkowej, a później rozwiązaniem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i powołaniem nowej lewicowej partii, o zdecydowanie prodemokratycznym charakterze: Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Miałem zaszczyt i honor być uczestnikiem tych przemian. 30 lat temu powiedzieliśmy: po pierwsze demokracja. Demokracja, a więc wolne wybory, państwo prawa, trójpodział władzy, niezależne sądy i media. My, aktywni, zaangażowani obywatele Polski Ludowej opowiedzieliśmy się za demokracją i dzisiaj przyszło nam być jej obrońcami wobec śmiertelnych dla niej zagrożeń.

Demokracja obywatelska miała w nowej Polsce żywot krótki – wnet po 1989 r. rozpoczął się proces jej deformacji, który w ostatnich 6 latach przybrał dramatyczną formę: odwrotu od idei i zasad demokracji obywatelskiej i zwrócenia się ponownie ku autorytaryzmowi, wykorzystującego jedynie procedury demokratyczne do zdobycia władzy. Wyraźnie już jednak widać, że przestrzeganie formalnych zasad państwa demokratycznego nie służy utrzymaniu tej władzy. Stąd nowe elity rządzące Polską brną coraz dalej i głębiej, z coraz większą determinacją w bezprawie, w kłamstwa. Uciekają się do coraz bardziej haniebnych metod politycznych prześladowań osób wyznających odmienne od władzy wartości.

Ze zgrozą oglądam w mediach młodych, zdarza się, że tylko ze średnim wykształceniem hunwejbinów, którzy z żarem w oku, podniesionym głosem do kąta starają się stawiać polskie i międzynarodowe autorytety prawnicze, całe organizacje specjalizujące się tworzeniu i przestrzeganiu standardów państwa demokratycznego. Ze zgrozą i wstydem patrzę na osobę pełniącą urząd Prezydenta mojego kraju, która sanuje bezprawie, łamanie i naginanie ustaw, łamanie Konstytucji.

My, pokolenie 1950, urodziliśmy się w państwie, które wyłoniło się z wojennej pożogi, w państwie o demokracji ułomnej, daleko niepełnej. Ale ONI tworzą w tempie przyspieszonym nowy ustrój autorytarny, nową, o wiele groźniejszą dyktaturę nie z powodów sytuacji geopolitycznej, nie w warunkach powojennej hekatomby i gospodarczej katastrofy. Dążą do nowej dyktatury inspirowani pieniackim zacietrzewieniem osób, które przez lata, na siłę, udowodnić chcą przed wszystkim sądami, że śmierć ich bliskiego nastąpiła z winy lekarzy, inspirowani smoleńskim kłamstwem, cynicznym wykorzystywaniem śmierci bliskiej osoby do zdobycia i utrzymania niekontrolowanej władzy przez jednego, schorowanego starca. W swoim rewolucyjnym żarze umacniani są misjami nowej chrystianizacji Europy i świata. Wbrew wszystkiemu i wszystkim.

Historia i doświadczenia moje i mojego pokolenia uprawniają mnie do powiedzenia głośno i dobitnie: OSTRZEGAM! Ostrzegam przed kontynuacją tego szaleństwa, tego działania wbrew całemu światu, wbrew prawdzie, wbrew zasadom demokracji. ONI – elity nowej władzy, władzy mającej często charakter organizacji mafijnej, zabrnęli za daleko, zabrnęli do miejsca, z którego nie mają już odwrotu. Muszą dalej, z jeszcze większym rewolucyjnym zapałem kreować wewnętrznych i zewnętrznych wrogów, muszą dalej siać niezgodę, jątrzyć, kłamać, łamać prawo. Ale cenę za ich błędy płaci cała Polska. Płaci jako naród i jako państwo.

Nie mam złudzeń, że ONI zawrócą z obranej drogi, że osoby, które publicznie zadeklarowały się po stronie kłamstwa, oszczerstwa, niegodziwości i cynizmu, którzy z nową władzą związali swoje kariery polityczne i zawodowe nagle zmienią poglądy. ONI są już straceni. Ich osądzi historia i, mam nadzieję, niezależne sądy.

Co, jako zwykły obywatel, mogę zrobić w dniu, w którym Prezydent RP podpisał ustawę „kagańcową”, w którym wszczęto dyscyplinarne i prokuratorskie postępowania wobec sędziego, który chciał stosować w wykonywaniu swych funkcji orzeczniczych prawo unijne i prawo krajowe? Mogę oczywiście brać udział w rożnych protestach, ale mogę też zwrócić się do tych moich znajomych i do tych członków mojej rodziny, którzy kiedyś być może dali się zwieść obietnicom, szlachetnym, ale w gruncie nieszczerym intencjom nowych autokratów, dali wiarę ich kłamstwom: zreflektujcie się! Jest jeszcze czas. Przyjmijcie swoją współodpowiedzialność za przyszłość Polski i ODMÓWCIE OBECNEJ WŁADZY DALSZEGO POPARCIA!

Wycofać się z błędu – to dowód odwagi i dojrzałości. Tkwienie w nim to dowód czegoś wręcz przeciwnego.

Do Lewicy i nauki polskiej

Społeczna gospodarka rynkowa ukształtuje demokratyczne stosunki wzajemne pracowników, właścicieli, władzy i konsumentów w sposób zmierzający do ich twórczej współpracy.

W niniejszym liście chciałbym zwrócić się do Lewicy i Nauki polskiej oraz do zainteresowanych Obywateli i Młodzieży. Polska Lewica zorganizowała opracowanie i przyjęcie w referendum polskiej Konstytucji, a w tym, zgodnie z Art. 20, wprowadzenie społecznej gospodarki rynkowej.
Społeczna gospodarka rynkowa ukształtuje demokratyczne stosunki wzajemne pracowników, właścicieli, władzy i konsumentów w sposób zmierzający do ich twórczej współpracy dla dobra własnego i wszystkich Obywateli polskich oraz do unikania wyniszczających walk między sobą. Zapewni coraz lepsze zaspakajanie potrzeb społecznych oraz eliminację plag społecznych, takich jak: dyskryminacja, wyzysk, bezrobocie, nędza i bezdomność.

Jednym z najważniejszych osiągnięć lewicowej władzy w Polsce Ludowej było wprowadzenie demokracji i planowania w organizacjach gospodarczych. Było to rozwiązanie wartościowe, pożyteczne i godne jego kontynuacji. Można je potraktować jako sprawdzony element współczesnego socjalizmu, którego określenie i wprowadzenie powinno być głównym zadaniem Lewicy. Współczesny polski socjalizm to społeczna gospodarka rynkowa, zgodnie z art. 20 Konstytucji.

Przykładem polskiego doświadczenia w zakresie społecznej gospodarki w organizacji gospodarczej, może być opis działania społeczno-gospodarczego przedsiębiorstwa polskiego, szeroko współpracującego z Nauką, intensywnie doskonalonego i rozwijanego, od małego warsztatu do największej i najnowocześniejszej fabryki sprzętu medycznego w Polsce. Ten tekst mojego autorstwa jest on dostępny przez Internet, w Bibliotece Cyfrowej Politechniki Warszawskiej, po wpisaniu do wyszukiwarki tytułu: Rozwój produkcji sprzętu medycznego w Polsce, w latach 1940-1989 : na przykładzie Fabryki Narzędzi Chirurgicznych i Dentystycznych w Milanówku, lub autora: Władysław Bujwid. Treść tej publikacji wyświetlono ponad 6000 razy. Opinia Polskiego Towarzystwa Historii Techniki o tym opracowaniu jest ostatnim jego załącznikiem.
Wejście Lewicy do Parlamentu może ułatwić przygotowanie i wprowadzenie w Polsce społecznej gospodarki rynkowej. Potrzebne jest połączenie polskiego doświadczenia w zakresie społecznej gospodarki w organizacji gospodarczej w PRL oraz doświadczenia w zakresie gospodarki rynkowej po przemianach w 1989 roku, z wiedzą polskiej Nauki na ten temat.

Przykładem takiej wiedzy może być książka „Społeczna Gospodarka Rynkowa: Polska i integracja europejska” opracowana pod redakcją naukową Pani prof. Elżbiety Mączyńskiej, Przewodniczącej PTE i prof. Piotra Pysz. Książka jest wspólnym dziełem uczestników seminarium pod takim samym tytułem. Zachęca ona do wprowadzenia Społecznej Gospodarki Rynkowej, lecz nie proponuje, jak to można zrealizować. Ten element z kolei zawarty jest w projekcie Planu działania Lewicy po wyborach 2019, w celu uzyskania większej zdolności do realizacji swojej polityki po następnych wyborach, zawiera propozycje działań zmierzających do przygotowania i wprowadzenia w Polsce społecznej gospodarki rynkowej oraz współpracy Lewicy i Nauki w tym zakresie. Podaję adres internetowy: http://klubwmpg.pomorskie.pl/dokumenty/bujwidpl.pdf. Myśli zawarte w tym tekście rozwija opracowanie zatytułowane: Doskonalenie Systemu Społeczno Gospodarczego zawiera wizję udoskonalonego systemu społeczno gospodarczego – polskiej społecznej gospodarki rynkowej, zgodnej z art. 20 konstytucji, oraz sposoby jej przygotowania i wprowadzenia przez Lewicę, w celu coraz lepszego zaspakajania ważnych potrzeb społeczeństwa i eliminacji plag społecznych, takich jak: dyskryminacja, wyzysk, bezrobocie, nędza i bezdomność. Adres internetowy opracowania: http://klubwmpg.pomorskie.pl/dokumenty/bujwidds.pdf

Opracowanie to jest oparte o polskie i międzynarodowe doświadczenia i dotyczy różnych dziedzin wiedzy, jest interdyscyplinarne, ponieważ taki jest system społeczno gospodarczy. Może być traktowane, jako poradnik dla kierownictw partii lewicowych, premiera, prezydenta, władz oraz dla kierownictw organizacji państwowych, samorządowych i gospodarczych, a także dla organizacji naukowych, kształcących i szkolących w tym zakresie, na terenie całego kraju, wymienionych działaczy i kandydatów na te stanowiska. Potrzebnym do tego zakresem wiedzy i potencjału dysponują Uniwersytety, które zachęcam do zorganizowania takiego kształcenia i szkolenia. Np. nowego kierunku studiów: Zarządzanie rozwojem społeczno gospodarczym, na szczeblu państwa, samorządu i organizacji gospodarczej.
Lewicę i Naukę zachęcam do twórczej współpracy w celu wspólnego przygotowania i wprowadzenia polskiej społecznej gospodarki rynkowej.
Powszechne, nieodpłatne korzystanie z opracowań umożliwił Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku, udostępniając je na swojej stronie internetowej, w zakładce Co piszą inni, za co Mu serdecznie dziękuję.

PS.
Pisząc powyższe opracowanie korzystałem z wiedzy i doświadczeń polskich oraz międzynarodowych, które obserwowałem i w których uczestniczyłem w okresie II RP, wojny, Demokracji Ludowej, III RP i obecnie.
Wiedzę zdobywałem w czasie nauki w liceum ogólnokształcącym, w Wieczorowej Szkole Inżynierskiej, na Politechnice, na kursie Magisterskim o kierunku planowanie, organizacja i ekonomika przedsiębiorstw przemysłu maszynowego, na rocznym Studium ekonomii politycznej zarządzania organizacjami gospodarczymi, na wielu kursach i szkoleniach oraz przez samokształcenie.

Mam również doświadczenie w działaniu i zarządzaniu różnymi organizacjami. Byłem rzemieślnikiem, rolnikiem, harcerzem, zastępowym, przybocznym drużynowego i komendantem obozu drużyny, a także przewodniczącym samorządu klasowego w liceum. Byłem pilotem szybowcowym, instruktorem i prezesem Aeroklubu. Pracowałem jako robotnik w różnych organizacjach oraz byłem przewodniczącym organizacji młodzieżowej i II sekretarzem organizacji partyjnej w fabryce. Byłem pracownikiem technicznym w różnych fabrykach. Przez 37 lat kierowałem działaniem, doskonaleniem i rozwojem przedsiębiorstwa państwowo społecznego, byłem Przewodniczącym Rady Zrzeszenia Przedsiębiorstw, radnym i Przewodniczącym Komisji Przemysłu i Zatrudnienia Wojewódzkiej Rady Narodowej, członkiem Zespołu Doradców Pełnomocnika ds. Reformy prof. Baki i zastępcy prof. Sadowskiego. W latach 90. byłem intensywnie przeszkolony przez polskie i międzynarodowe organizacje jakości, w zakresie systemów zarządzania jakością według Norm międzynarodowych rodziny ISO 9000, oraz systemów certyfikacji i akredytacji w Unii Europejskiej. Przez 10 lat byłem wykładowcą, konsultantem i audytorem oraz kierownikiem szkoleń w tym zakresie dla najwyższego kierownictwa różnych organizacji, w różnych częściach Polski. Uczestniczyłem w działaniach Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową.

Kłopoty z historią

– Mało kto wie, że nowa władza zatrudniła po 1945 roku ponad dwudziestu funkcjonariuszy przedwojennych służb, jako bardzo przydatnych fachowców, w tym do inwigilowania swoich byłych kolegów, choć nie tylko. Sytuacji paradoksalnych było wiele – mówi prof. Andrzej Paczkowski w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Czy można jeszcze spodziewać się, że polska biografistyka historyczna objawi nam jeszcze jakieś nieodkryte postacie rangi generała „Nila” Fieldorfa, rotmistrza Witolda Pileckiego, Boleslawa Kontryma „Żmudzina”, albo jakieś  inne, dotąd nieodkryte tajemnice historii najnowszej?

Jakichś wielkich rewelacji czy sensacji trudno się już dziś, po tylu latach, spodziewać. Poza wspomnianymi przez pana, inne kluczowe postacie mają już swoje biografie, a jeśli nawet nie są to odrębne biografie, to wiedza o nich rozsiana jest po licznych źródłach. Jeśli znalazła by się jakaś postać zupełnie nie znana, to była by to prawdziwa sensacja.

Biografistyka historyczna obejmuje zarówno postacie na ogól uznane za świetlane, jak i kontrowersyjne, względnie nawet zdecydowanie negatywne. Z jednej strony „Nil czy Pilecki, z drugiej mający na koncie zbrodnie  czasu stalinowskiego Józef Światło, Józef Różański czy Mieczysław Moczar, ale też zaliczani do „żołnierzy wyklętych” Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Henryk Dekutowski „Zapora”, czy Romuald Rajs „Bury”, na których ciążą oskarżenia o zbrodnie na ludności cywilnej. Jak pisać biografie, by nie popaść w hagiografizm, idealizację w rodzaju kultu „żołnierzy wyklętych” i by, z drugiej strony, niektórych postaci nie demonizować ponad miarę?

Z tymi postaciami jednoznacznie pozytywnymi jest pewien kłopot, bo one nie zawsze są stuprocentowo świetlane, w każdym razie nie dla wszystkich. Tacy ludzie jak Szendzielarz „Łupaszka”, Dekutowski „Zapora” czy „Ogień” Kuraś mieli swoje wspaniałe strony, ale mają też w swoich biografiach cienie i to widziane nie tylko z pozycji przeciwnych im ideowo.

Napisał Pan książkę o Józefie Światło, „Trzy twarze Józefa Światło”. Skąd wybór tej akurat postaci?

Nie z sympatii rzecz jasna. To postać jednoznacznie ponura, zbrodnicza. Pierwotnie zamierzałem napisać książkę o X Departamencie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ale pomyślałem że będzie to nudna piła, której nie da się czytać. Enumeracja sprawozdawcza, pisanie, że tu działała komórka taka, a tu inna, że były takie czy inne wydziały, szczegółowe referowanie struktur rzadko nadaje się do czytanie. Uznałem, że lepiej i atrakcyjniej pokażę losy X Departamentu poprzez los Światły, los jednego człowieka. Biografistyka jest ciekawsza niż opracowania ogólne.

Biografistyka może być ciekawa także dlatego, że można przez nią pokazać powikłania ludzkich biografii, ich niejednoznaczność, powikłanie, zmienność…

Klasycznym przykładem jest tu biografia Bolesława Piaseckiego, przed wojną jednego z liderów młodego ruchu narodowego, założyciela i wodza Obozu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, po wojnie szefa Stowarzyszenia „Pax”, który za rządów Edwarda Gierka został członkiem Rady Państwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, będącej, przynajmniej teoretycznie, na antypodach ideowych nurtu reprezentowanego przez Piaseckiego. Takie powikłane biografie dotyczyły także postaci praktycznie anonimowych, np. oficerów przedwojennej dwójki, czyli wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. Mało kto wie na przykład, że nowa władz zatrudniła po 1945 roku ponad dwudziestu funkcjonariuszy przedwojennych służb, jako bardzo przydatnych fachowców, w tym do inwigilowania swoich byłych kolegów, choć nie tylko. Bezpieka śledziła ludzi dawnej „defy”, dawnych prokuratorów, sędziów i mając na nich te haki przymuszała ich często do współpracy. Do 1951 ponad połowę sądów wojskowych tworzyli przedwojenni sędziowie i byli mobilizowani. Generał Komar, przesłuchiwany po aresztowaniu i pytany o to odpowiedział, że zatrudnił ich jako fachowców. Na samego ministra MBP Stanisława Radkiewicza bezpieka i Informacja Wojskowa miała „hak” w postaci lojalki podpisanej przez niego przed wojną na policji.

Do tej pory nikt nie opisał losów komisarza Pogorzelskiego, w II Rzeczypospolitej szefa antykomunistycznego kontrwywiadu w warszawskiej policji, który urzędował przy Daniłowiczowskiej. Fascynował się on przedmiotem swoich działań, komunizmem, na ścianach gabinetu miał portrety Marska i Engelsa, a na półkach ich dzieła i toczył debaty z młodymi komunistami, których przesłuchiwał. Istnieje legenda, że schwytany po wojnie, był przesłuchiwany przez dyrektorkę X Departamentu MBP Lunę Brystygierową, którą sam przesłuchiwał przed wojną…

Nie zapoznałem się bliżej z losami tej postaci, ale jeśli było tak jak pan przytacza, to dobrze by się to fabularyzowało dla potrzeb filmu czy telewizyjnego widowiska. To jednak tylko hipotezy, natomiast podobnych, ale stwierdzonych sytuacji paradoksalnych było wiele. Np. znany swego czasu działacz partyjny na froncie marca 1968 i walki z syjonizmem, redaktor naczelny moczarowskiego de facto organu prasowego „Za Wolność i Lud”, Kazimierz Kąkol był żołnierzem Armii Krajowej, zasłużonym szczególnie w akcji „Wawer”. Z kolei jeden z najbardziej krwiożerczych architektów represji w latach pięćdziesiątych, Naczelny Prokurator Wojskowy Stanisław Zarako-Zarakowski, nawiasem mówiąc absolwent prawa Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, był przed wojną endekiem, podobnie zresztą jak komunistyczny pisarz i działacz Jerzy Putrament. Z kolei Zdzisław Żygulski, socjolog kultury, minister kultury w okresie stanu wojennego, był za okupacji sędzią sądu podziemnego Armii Krajowej.

Która z postaci z tego kręgu historycznego wydaje się Panu najbardziej paradoksalnym przykładem tej dwoistości?

Major Bolesław Kontrym, „Żmudzin”. Jego losy, to niesamowita historia człowieka, który z jednego z najbardziej bojowych dowódców bolszewickich Czerwonej Gwardii na północy Rosji, uczestnika wojny 1920 roku po stronie radzieckiej, zasłużonego i awansowanego, przeobraził się, po ucieczce do Polski, II Rzeczypospolitej, w oficera Korpusu Ochrony Pogranicza i policji politycznej ścigającego komunistów. A później żołnierzem AK i powstańcem warszawskim, który zginął z rąk komuny, jako ofiara stalinowskiej bezpieki i sądownictwa. 

Skąd ta dwoistość postawy Kontryma?

Ta tajemnica nie do końca została wyjaśniona. Może do bolszewików pociągnął go rewolucyjny patos, może awanturnicza młodość? Wątpię, by stały za tym jakieś głębokie motywacje ideowe, bo inaczej zostałby w ZSRR. Myślę, że był raczej ideowym patriotą polskim, choć zginął właściwie za nic, bo nie prowadził żadnej działalności przeciwko tzw. władzy ludowej. To jest podobne do przypadku generała „Nila” – Fieldorfa, a kompletnie odmienne niż w przypadku rotmistrza Pileckiego.

Był Pan konsultantem telewizyjnego widowiska o Kontrymie…

Głównie konsultowałem wizerunek osoby Józefa Światło, ale poproszono mnie także o sprawdzenie wiarygodności innych postaci, w końcu związanych ze sprawą i historycznych. Pytano mnie na przykład, czy pułkownik Józef Różański może mieć bródkę albo w jakim garniturze może występować Bolesław Bierut.

I jaki był Pana werdykt?

Że co prawda wedle znanych fotografii, Różański bródki ani wąsów nie nosił, był zupełnie ogolony, ale nie ma istotnego przeciwwskazania, żeby grający go aktor bródkę nosił. Co do garnituru Bieruta, to był to zwykły garnitur o fasonie wtedy noszonym, ani szczególnie elegancki, ani szczególnie byle jaki. Ot, nosił się jak większość urzędników. Uznałem, że to ostatecznie widowisko artystyczne rządzące się swoimi prawami, oparte na faktach, ale sfabularyzowane. Przekazałem te swoje uwagi, a potem zostałem zaproszony na kolaudację przedstawienia.

I jakie wrażenia wyniósł Pan wrażenia z oglądania „Kontryma”?

Niezłe. Widowisko ma dobre tempo, jest sugestywne, wciągające. Pewne zastrzeżenia miałem co do czytelności niektórych wątków dla widza nie wprowadzonego dobrze w losy postaci tytułowej. W widowisku pojawia się kilkakrotnie biegnący i krzyczący „Kontrym”, w czapce z czerwoną gwiazdą i z pistoletem. Przekonano mnie jednak, że prawa rządzące dziełem artystycznym, fabularyzowanym zakładają, że i widz musi mieć coś do pomyślenia i do pokojarzenia. Że nie wszystko powinno być wyłożone jak na talerzu, jak zazwyczaj w filmie dokumentalnym.

Odniósł Pan wrażenie prawdy?

Prawdy epoki tak, w mniejszym stopniu prawdy materialnej. W widowisku są sceny brutalnego przesłuchiwania „Kontryma” przez Światłę. W rzeczywistości, raczej rzadko go przesłuchiwał, bo to nie należało do jego obowiązków, jako funkcjonariusza operacyjnego a nie śledczego. Ze spektaklu można natomiast wywnioskować, że Światło zajmował się tylko „Kontrymem”. Poza tym przesłuchiwali na ogół oficerowie niższego stopnia. Jednak dla widowiska nie ma to jednak istotnego zdarzenia. Z czystej inwencji twórców wyrósł wątek znamienia na plecach żony „Kontryma”, o którym Światło miał wiedzieć i sugerować mu, że z nią spał. W celu wyprowadzenia przesłuchiwanego z równowagi. Nie zgłosiłem jednak zastrzeżeń, bo mieściło się to w granicach szeroko rozumianego prawdopodobieństwa.

A sama postać Światły zagranego przez Redbada Klynstrę?

Zagrana została bardzo dobrze, choć bez zachowania fizycznego podobieństwa twarzy. Wprowadzono też kilkakrotnie powtarzaną  scenę operacji plastycznej Światły w USA, operacji, którą być może wcale się nie odbyła. W każdym razie widziałem zdjęcie Światły na kilka lat przed śmiercią i nie zaobserwowałem śladów takiej operacji. Był na zdjęciu w czapce bejsbolówce, na leżaku, w scenerii chyba Florydy.

Czy śledczy wiedzieli o bolszewickim epizodzie życia „Kontryma” lub on im o tym mówił?

Tego nie wiadomo, ale nawet jeśli wiedzieli, to nie uratowało by go to. Nie miałoby to dla jego oprawców żadnego znaczenia. Traktowali wszystkich bez wyjątku czysto instrumentalnie i bezwzględnie, wedle procesowych potrzeb. Stalin kazał rozstrzeliwał bolszewików, z którymi latami współpracował i z którymi był na ty, a w Polsce marszałka Michała Rolę-Żymierskiego nie uratowało przed aresztowaniem nawet to, że  był wieloletnim agentem wywiadu sowieckiego. To był niezwykle brutalny system, nie liczący się z nikim i niczym.

Jako autor książek debiutował Pan w 1968 roku przewodnikiem „Zakopane i okolice”. Ten krąg zainteresowań ciągle jest Panu bliski?

Teoretycznie tak, ale z racji wieku już ani alpinizmu, ani taternictwa nie uprawiam.

Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Paczkowski – ur. 1 października 1938 w Krasnymstawie – historyk, w okresie PRL działacz opozycji, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej dwóch kadencji (1999-2009), od 2011 roku przewodniczący Rady IPN. W latach 1974–1995 prezes Polskiego Związku Alpinizmu. Początkowo jego zainteresowania naukowe były związane z historią prasy polskiej. W latach 80. był wydawcą wielu materiałów źródłowych związanych z działalnością „Solidarności” w latach 1980–1981, a w 1986 wydał niedostępne wówczas dokumenty KC PZPR w zbiorze „Gomułka i inni. Dokumenty z archiwum KC 1948–1982”. Od września 1980. Był ekspertem Ośrodka Prac Społeczno-Zawodowych przy Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność” Jesienią 1981 uczestniczył w formułowaniu programu Klubów Rzeczypospolitej Samorządnej „Wolność-Sprawiedliwość-Niepodległość”. Prowadził wykłady i publikował w prasie związkowej artykuły dotyczące najnowszej historii Polski. Po ogłoszeniu stanu wojennego pisał w drugoobiegowym „Tygodniku Wojennym”, współpracował z „Tygodnikiem Mazowsze”. W 1983 był jednym z założycieli „Archiwum Solidarności, w ramach którego do 1989 wydano 24 tomy relacji i dokumentów. Autor wielu monografii poświęconych najnowszej historii Polski, w tym aparatowi represji PRL i przygotowaniom oraz przebiegowi stanu wojennego, a także wydawcą źródeł do najnowszej historii Polski. Napisał poświęcony Polsce rozdział „Czarnej księgi komunizmu” (wyd. 1997 Paryż, wyd. polskie 1999). W latach 90. był ekspertem komisji sejmowych badających kwestię legalności stanu wojennego. Niektóre publikacje, to: „Zakopane i okolice” (1968), „Prasa polska w latach 1918–1939” (1980), „Historia polityczna Polski 1944–1948” (1985), „Pół wieku dziejów Polski 1939–1989” (1998), „Od sfałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski: szkice do portretu PRL” (1999), „Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII 1981 – 22 VII 1983” (2006), „Trzy twarze Józefa Światło” (2009), „Fakty, pogłoski, nastroje. Dziennik czasu wojennego (14 XII 1981 – 13 VIII 1982)” ( 2019).

Apoteoza XXX-lecia według Gadomskiego

Na przekór licznym krytycznym opiniom o latach III RP, nie tylko zresztą na lewicy, autor snuje opowieść pełną zaklęć, osobistych wzruszeń i poprawnych politycznie pouczeń.

To wszystko pod tytułem „Tego możecie nam zazdrościć” i dopełnieniem: „Boomer do milenialsów. Młodzi ludzie, którzy weszli w dorosłe życie w III RP, mogą zazdrościć boomersom. Tyle że nie rzekomych korzyści wyniesionych z PRL, lecz czegoś całkiem innego” („Gazeta Wyborcza”, 7.01.2020). Dla wyjaśnienia: wszyscy urodzeni podczas wyżów demograficznych w latach1951-53 to boomersi, milenialsi są z lat 80. lub 90. XX wieku, zaś apoteozą nazywa się patetyczny utwór pochwalny, w którym ukazanie postaci, idei lub wydarzenia ma miejsce w sposób wyidealizowany.

Preludium

stanowi oburzenie Gadomskiego na Jana Śpiewaka, który „oskarżył pokolenie boomersów, że skorzystało na polityce socjalnej PRL, a teraz zarzuca roszczeniowość młodszym, niemającym dostępu do tych przywilejów. Śpiewaka poparł Adrian Zandberg, co świadczy o tym, że jego walory polityczne są mocno przereklamowane. Budowanie poparcia przez wywoływanie sztucznego konfliktu pokoleniowego to marny pomysł na polityczny sukces.” W ten oto niezwykle prosty sposób mający inne zdanie zostali zdyskwalifikowani, ten drugi jeszcze oceniony negatywnie jako, że odmienne widzenie świata jest dla Gadomskiego jedynie polityczną grą.

Akt I – a rebours,

w którym autor na opak próbuje przedstawiać politykę socjalną z czasów Polski Ludowej. Na pierwszy, i jedyny zresztą, ogień poszły kwestie mieszkaniowe, o których Gadomskiemu – ekonomicznemu publicyście – więcej „mówią filmy Barei”. Jednak przyznaje z niechęcią, że „faktycznie wiele osób doczekało się swojego M3”, lecz brak mu odwagi, aby zamienić to „wiele” na miliony, gdyż obecnie około 50 proc. Polaków mieszka w domach zbudowanych w okresie PRL.

Mieszkania nie otrzymywało się za darmo – to dalej Gadomski – „warunkiem wstępnym było gromadzenie przez lata oszczędności na książeczkach mieszkaniowych, na których oprocentowanie było realnie ujemne.”. Nadto były w budynkach z wielkiej płyty, kiepskiej jakości. Ten dziegć – ówczesne wpłaty na książeczki, w porównaniu do dzisiejszych cen mieszkań mają się tak jak prawda do słów Gadomskiego, czas oczekiwania można porównać do obecnej, trwającej dziesięciolecia spłaty kredytów hipotecznych, ówczesną przeciętną powierzchnię około 62 m² do obecnej 58,2 m², a domy z wielkiej płyty stoją i mają się dobrze.

Zapewne nie celowo, a z pośpiechu lub przez roztargnienie, zapomniał autor „rozprawić się” jeszcze z powszechną bezpłatną edukacją, żłobkami, przedszkolami i służbą zdrowia, z tanią książką, otwartym dostępem do dóbr kultury, i szeregiem innych socjalnych dobrodziejstw, których dziś także, poza mieszkaniami, brakuje milenialsom, a w które opływali boomersi. Szkoda zresztą, że przy okazji nie zastanowił się dlaczego wspomniane wyże demograficzne miały miejsce właśnie w czasach PRL, a dziś podobnych jak na lekarstwo.

Konkluzja autora jest prosta: „Młodzi ludzie, którzy weszli w dorosłe życie w III RP, nie mają powodów, by zazdrościć boomersom korzyści, jakie wynieśli z PRL.” Nie i już, taka wielce mądra argumentacja. PRL nie był zapewne wymarzonym czasem dla wielu, ale nie oznacza to, aby kłamać bądź podważać jego niewątpliwie liczne, także fundamentalne, zasługi.

Akt II – Glorious Revolution

Milenialsi „mogą nam natomiast zazdrościć, że byliśmy świadkami, a czasami uczestnikami wspaniałej historii Polski końca XX wieku” czyli chwalebnej rewolucji. „Pierwsza bibuła – książki i pisma drukowane na prymitywnym sprzęcie – smakowała o niebo lepiej niż dziś najlepszy serial na Netfliksie. O takiej rozkoszy milenialsi mogą tylko marzyć. Wreszcie fala strajków sierpniowych i w telewizorze sylwetka wąsatego robotnika z wielkim długopisem którym podpisywał porozumienie otwierające nowe, nieokreślone możliwości. 16 miesięcy karnawału „Solidarności” nie zamieniłbym na 16 lat karnawału w Rio lub w Wenecji. Było jak na wielkiej huśtawce. Każdy dzień przynosił nadzieję lub rozczarowanie…. Wojna z czerwonym była zabawą w porównaniu z prawdziwą wojną czterdzieści lat wcześniej. Modne stało się picie bimbru, jak za okupacji, pseudonimy, zielone kurtki, trochę udające ubiór partyzantów…. ZSRR i komunizm się załamały, co przewidywałem w swoich tekstach pisanych w podziemnym miesięczniku, ale tak naprawdę w to nie wierzyłem.”

Ten obszerny cytat był nieodzowny, gdyż nikt by mi nie uwierzył na słowo, że bardzo już dorosły Witold Gadomski wspomina tę swoją rewolucję godności jak dziecięcą, harcerską przygodę, zabawy w podchody, nocne zbiórki i zdobywanie kolejnych sprawności. I takiego biegania w krótkich spodenkach, z głową pełną romantyczno-historyczno-literackich skojarzeń mają mu zazdrościć następne pokolenia na początku XXI wielu? No cóż, starość jak starość, też ma swoje prawa do wybranych, szczególnych wspomnień.

Akt III – karuzela

wydarzeń 1989 roku zakręciła głową Gadomskiego do tego stopnia, że i dziś nadal w euforii gloryfikuje tamten czas: „Karuzela kręciła się coraz szybciej. Gdy Leszek Balcerowicz przedstawiał w październiku 1989 roku swój plan zreformowania Polski, nie wierzyłem, że się uda… urzędnicy z MFW, którzy prawie nie wyjeżdżali z Polski. Ich asysta była konieczna, by Polska mogła dostać kredyty niezbędne do rozpoczęcia reform…1 stycznia 1990 roku, zloty stał się wymienialny…Dla nas, boomersów, to był cud, który otworzył bramę do innych cudów. Na ulicach pojawiły się stragany, a na nich towary, o których można było wcześniej tylko marzyć. To nic, że często kiepskiej jakości, ale były bez kolejki, bez zapisów.”

A jeszcze wcześniej „i wreszcie mieliśmy Polskę, za którą sami mogliśmy wziąć odpowiedzialność”, i jakoś nie chce Gadomski przyznać, że ta asysta MFW z ideą neoliberalnego konsensusu waszyngtońskiego, a wraz z nią słynne „brygady Marriotta”, wymieniły naszą odpowiedzialność na swoje decyzje, a nadto wspomniany shopping zasłonił mu rzeczywisty obraz transformacji. Na przekór zachwytom Gadomskiego w „Rzeczpospolitej” ukazał się niedawno obszerny tekst Grzegorza Kołodki „Od szoku do skutecznej terapii”, który dowodzi, że spora część poniesionych podczas „szokowej terapii” kosztów społecznych, finansowych i rzeczowych była do uniknięcia.

Epilog,

jak przystało na tego rodzaju patetyczny utwór, kończy się wzniośle przywołaniem wejścia Polski do NATO i Unii Europejskiej i resume: „Polska po czterech wiekach rozejścia się z Europą, po wiekach klęsk powróciła do zachodniej cywilizacji. My, boomersi, byliśmy tego świadkami i uczestnikami.”

Ale to nie wszystko, bo jak na spełnionego, godnie zasłużonego, a nadto nieco zmęczonego kombatanta autor dodaje: „A teraz milenialsi, pokolenie X i Y radźcie sobie sami.” Zapomniał powtórzyć o tej zazdrości.

Rodzi się pytanie

dlaczego powstał ten panegiryk i czy trafi, i to z takimi argumentami, do młodych adresatów? Nie była to przecież jedynie czkawka wytrawnego publicysty z lat młodości, chyba że nie miał innych przekonujących pomysłów.

Rzecz idzie o powszechny, rodzący się w młodych pokoleniach niepokój o swoje obecne położenie i o przyszłość. Z takich rozważań już niedaleko do krytycznego osądu rzeczywistości i do poszukiwania przyczyny tego stanu. Wtedy okazuje się, że elementarne wartości: sprawiedliwość społeczna, prawo i wolność jednostki, które w myśl Konstytucji mają być przez instytucje państwowe przestrzegane, kultywowane i organizowane, już od zarania III Rzeczpospolitej, a nie tylko za poprzednich rządów PO i obecnych PiS, były nieprzestrzegane, łamane, omijane. Krytyczne głosy młodych i coraz śmielsze polityczne poczynania lewicy stają się, i stawać się będą coraz większym problemem dla podobnych apologetów. Wspomnieniowe opowieści nie tylko już nie wzruszają, a raczej wzbudzają zażenowanie i uśmieszek politowania.

Nadto ten zwrot „radźcie sobie sami” z aktualnymi polskimi problemami, bo my boomersi przeżyliśmy i dokonaliśmy rzeczy wielkich, wywołuje najzwyklejsze oburzenie. Pomimo bardzo licznych, niedyskusyjnych osiągnięć po 1989 roku zostawiliście jednak stajnię Augiasza i jeszcze nadto udajecie, że tego gnoju nie ma, przykrywając go swoimi zasługami z dalekiej dla młodych, a dziś niewiele znaczącej przeszłości.

Odpowiada Gadomskiemu

Bartosz Lech w tekście „Wytłumaczę wam, dlaczego jestem ekologistą” („Gazeta Wyborcza”, 8.01.2020) – „Nie neguję znaczenia przełomu 1989 r., ale to nie jest doświadczenie mi współczesne. I odmawiam udziału w sporze, czy 30 lat temu Balcerowicz miał rację. Ta dyskusja nie otwiera przed nami przyszłości.” I dalej m. im. : „Dorastałem w latach 90., na rynek pracy wszedłem w recesji, a ostatnie lata to twarde doświadczenie tego, że czerwcowe wybory 1989 nie „wprowadziły demokracji”, lecz tylko rozpoczęły jej budowę, która okazała się pełna usterek. Brak regulacji rynku finansowego tworzy rzeczywistość typową dla republik bananowych, w których PKB rośnie, a jednocześnie rośnie bieda. Pomimo że Polski wzrost gospodarczy plasuje nasz kraj w rankingach jako 21. państwo świata pod względem bogactwa, aż 14,5 proc. ludzi w naszym kraju żyje w ubóstwie.”

Niedługo przeczytacie więcej w innych wypowiedziach, na transparentach pełnych protestów i żądań, także podczas wyborów, bo przyszłość, jak zawsze, do młodych należy i urządzą ją według swoich oczekiwań, po prostu lepszą.

Kino jest najważniejszą ze sztuk

– Podział środowiska na „prorządowe” i „antyrządowe” byłby bardzo szkodliwy dla polskiej sztuki filmowej, szczególnie w czasie, w którym kino polskie idzie w górę. „wylatuje ponad poziomy”, staje się coraz ciekawsze, podejmując tematykę współczesną – z Mieczysławem Wojtczakiem, w latach 1973-1977 pierwszym wiceministrem Kultury i Sztuki, szefem polskiej Kinematografii, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Co Pan pomyślał, kiedy usłyszał Pan o konflikcie między środowiskiem filmowców a władzą na tegorocznym Festiwalu Filmów Polskich w Gdyni wokół filmu Jacka Bromskiego? Skojarzyło się to z czasami PRL, z konfliktem o „Człowieka z marmuru”? A może jednak uznał Pan, że żadnych podobieństw tu nie ma?

Skojarzenie, jeśli miałem, to bardzo dalekie, bardzo naskórkowe, bo żyjemy jednak w diametralnie innych czasach. Kiedy wspominam przeszłość z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, nie tylko kontrowersje, związane z filmami Andrzeja Wajdy, Jerzego Skolimowskiego, Grzegorza Królikiewicza, Krzysztofa Zanussiego, Krzysztofa Kieślowskiego czy Marka Piwowskiego, to przypomina mi się zrodzona wtedy idea Forum Dyskusyjnego, bo w gronie decydentów od kultury i twórców doszliśmy do wniosku, że polskie filmy trzeba nie tylko kręcić, ale i o nich dyskutować szeroko i głęboko. Podjąłem więc decyzję o powołaniu Forum, które przetrwało jeszcze do dziś, dokonując konfrontacji myśli twórców z udziałem ich samych, krytyków i opinii społecznej. Te dyskusje wpływały wtedy nie tylko na konkretną twórczość, ale i na postawy innych środowisk twórczych. Pamiętam, jak Krzysztof Teodor Toeplitz nawiązał do zatrzymania na półce w 1967 roku filmu Skolimowskiego „Ręce do góry” i stwierdził, że zatrzymanie tego filmu „złamało kręgosłup polskiej kinematografii”. Głos zabrał też Wajda, który stwierdził, że on także nie może zrobić szczerego filmu o tematyce współczesnej. Replikowano mu, że zrobił właśnie „Ziemię Obiecaną”, ale propozycji zrobienia filmu współczesnego nie próbował złożyć, a przecież z uwagi na prestiż jego nazwiska taka propozycja na pewno nie byłaby odrzucona. Wkrótce potem Wajda z Bolesławem Michałkiem przynieśli scenariusz „Człowieka z marmuru”, którego inicjatorem był Aleksander Ścibor-Rylski, a rok później w 1976, nie bez obaw, ale bez poprawek skierowałem ten film do produkcji. No i okazało się, że film jest dla części aparatu władzy „niecenzuralny”, a ponadto nie zyskał wsparcia także ze strony części krytyki i środowisk artystycznych. By „Człowieka z marmuru” nie nagrodzić na festiwalu, sięgnięto nawet po nowy film Krzysztofa Zanussiego „Barwy ochronne”, który też zawierał aluzyjne akcenty antysocjalistyczne, choć zawoalowane, podczas gdy „Człowiek z marmuru” był otwarcie filmem politycznym. Ta zamiana była pomysłem Janusza Wilhelmiego, który wystąpił z konceptem przekupienia twórców, nie finansowego, ale prestiżowego, personalnego. Mając silne oparcie we władzach partii, prowadził swoją grę, atakował również ostro film Zanussiego, ale uznał, że w zestawieniu z „Człowiekiem z marmuru” jest on bardziej politycznie strawny, a poza tym odnosi się do węższych środowisk inteligenckich. Filmowcy to jednak ludzie inteligentni, a Zanussi tym bardziej, więc dowiedziawszy się o nagrodzie dla „Barw ochronnych”, celowo opóźnił swój przyjazd z Krakowa na wręczenie nagród, co było gestem solidarności wobec Wajdy, któremu filmowcy wręczyli w dowód uznania jako nagrodę „cegłę”. Mieliśmy okazję przekonać się, że walka o swobody twórcze i nastrój tego festiwalu był przedsmakiem nastrojów, które miały wyrazić się trzy lata później w wydarzeniach sierpnia 1980 roku, traf chciał, że szczególnie w Gdańsku. W rezultacie tamtych zdarzeń zostałem odwołany za „wypaczenie ideologiczne w polityce kulturalnej i utratę zaufania kierownictwa partii”, ale nie miałem do nikogo o to pretensji. Gdy obejmowałem swoje stanowisko, zastrzegłem sobie u premiera Piotra Jaroszewicza oraz w KC PZPR większą samodzielność w podejmowaniu decyzji i nie ingerowaniu w nie, także w zakresie stopniowego poszerzania swobody pracy zespołów filmowych, czy w zakresie finansowania produkcji oraz rozpowszechniania filmów fabularnych i dokumentalnych. Podjąłem to ryzyko i poniosłem za to konsekwencje. Jednym z dowodów na charakter ówczesnej polityki były niebywale burzliwe dyskusje podczas kolaudacji. Twórcy dążyli do zwiększania swobód twórczych oraz roli zespołów filmowych, odgrywających podstawową rolę w polskiej kinematografii, a także do realizacji ostrych społecznie i politycznie utworów. Takich utworów domagano się ode mnie również na posiedzeniach Biura Politycznego – były to jednak różne wyobrażenia o współczesności. Nie powinniśmy też zapominać o nurcie rozliczeniowym ze stalinizmem, szczególnie w końcu lat 70-tych i 80-tych, kiedy powstały takie dzieła jak „Matka Królów” Janusza Zaorskiego czy „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. Chociaż na ekranach znalazły się z dużym opóźnieniem, to ich zaistnienie wpłynęło na klimat twórczy. Nie można oczywiście pomijać wspierania produkcji tak ważnych dzieł, jak oskarowe: „Potop” Jerzego Hoffmana, „Ziemia Obiecana” Andrzeja Wajdy czy „Noce i dnie” Jerzego Antczaka.

Po tej krótkiej wycieczce w odległą dość przeszłość powróćmy do teraźniejszości. Jak Pan odczytał źródło nastrojów panujących tego roku w Gdyni?

Tegoroczna Gdynia pokazała, że objawiła się już w pełni wśród twórców kina, w postaci poszerzającej się fali, nowa grupa pokoleniowa. Pojawiła się oskarowa „Ida” Pawła Pawlikowskiego, a w zeszłym roku mieliśmy „Kler” Wojciecha Smarzowskiego, teraz „Boże Ciało” młodego reżysera Jana Komasy, „Politykę Patryka Vegi czy „Ukrytą grę” Łukasza Kośmickiego – filmy podejmujące ważne tematy społeczne i polityczne, otwierające drogę twórczości odważnej, znajdującej wsparcie widzów i krytyki. Niedawno krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski przyznał wartość produkcjom filmowym z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, które obecnie określa się jako „kino nowej fali”. Zauważył, że obecnie pojawiło się nowe kino, które „podjęło wielki problem Kościoła Katolickiego w życiu społecznym, a na scenie pojawiła się postać księdza, tak jak w latach siedemdziesiątych pojawiła się postać robotnika”. Kwestie funkcjonowania Kościoła były dotychczas tematem tabu i te filmy owo tabu naruszyły, a podejrzewam, że przed nami kolejne naruszenia politycznych i społecznych tematów tabu, co wywołano na tym festiwalu. Dlaczego wiążę to z wejściem nowego pokolenia, bo tylko ono jest z racji metryki wolne od samoograniczeń, które tkwią zazwyczaj w świadomości pokolenia starszego.

Awantura wokół wycofania przez TVP, współproducenta, filmu Jacka Bromskiego „Solid Gold” pokazała, że film jest niezmiennie, w każdym ustroju, filmem politycznym…

Reżyserzy już na planie zdjęciowym kręcili różne ujęcia, aby dopiero w montażu dokonywać wyboru. Tak, kino było i będzie sztuką, którą politycy się interesują szczególnie z dwóch powodów. Po pierwsze, bo ma najszerszy zasięg spośród wszystkich sztuk; po drugie, bo jest sztuką kosztowną, też nieporównywalnie z innymi sztukami. W końcu, mówiąc trochę żartobliwie, ale i zgodnie z prawdą, pisarz, żeby napisać powieść, potrzebuje ryzy papieru, a reżyser – wielu milionów. Co do filmu Bromskiego, to jako twórca miał prawo kształtować film według własnego uznania. Z drugiej jednak strony TVP, współproducent, też ma coś do powiedzenia, więc sprawę trudno jednoznacznie rozstrzygnąć. Doradzam skonfliktowanym stronom jedno – elastyczność i dialog, a nie pouczanie twórców, żeby robili filmy a nie uprawiali polityki. Tego bowiem nie robiono nawet w zupełnie innych warunkach politycznych w PRL.

Wygląda na to, że wykpiwane przez przeciwników ideologicznych i szyderców sławne hasło Lenina: „Kino jest najważniejszą ze sztuk” jest trafne w swoim najbardziej podstawowym sensie…

A żeby Pan wiedział. Fakt, że wypowiedział je nielubiany przez wielu Lenin, ani trochę nie umniejsza jego sensu. W pierwszych latach po wojnie, jeszcze przed zapanowaniem mrozu stalinowskiego, ukazało się wiele książek bynajmniej nie po linii nowego, rodzącego się ustroju, ale nie zawsze wszczynano wokół tego jakichś awantur. Jako przykład podam powieść Jerzego Andrzejewskiego „Popiół i diament”, według której powstał słynny film Wajdy. A już pierwszy powojenny film „Zakazane piosenki” z 1947 roku wzbudziły burzliwą dyskusję polityczno-ideową. Twórcy filmowi, chcąc nie chcąc staja się lub potencjalnie mogą stać się także politykami, co potwierdził reżyser Andrzej Jakimowicz, prezes Gildii Reżyserów, stwierdzając, że twórcy nie dążą do bojkotu, ale do uwolnienia festiwalu od kontekstów politycznych i atmosfery Gdyni od wszelkich nacisków, nie tylko politycznych. Z kolei na festiwalu wiceminister Jarosław Sellin, zapewnił o woli uczestnictwa władz państwowych w otwartej dyskusji na kolejnej edycji festiwalu gdyńskiego. Wiceminister zapewnił też, że widzi szansę na to, by festiwal gdyński nadal był świętem polskiego kina, co potwierdza fakt, że na tegorocznym 44 Festiwalu 19 filmów zostało wytypowanych przez twórców do konkursu głównego, a 18 otrzymało dofinansowanie w ramach mecenatu państwa.

Przed chwilą wspomniał Pan o dialogu, ale niedługo po konflikcie gdyńskim Minister Kultury podjął decyzje o likwidacji zespołów filmowych i połączeniu ich zasobów, sił i środków w jedno wielkie studio filmowe. Twórcy, z Krzysztofem Zanussim na czele, zaprotestowali. Posypały się podszyte drwiną oskarżenia, że resort kultury buduje coś na kształt „Mosfilmu”…

Tu jestem krytyczny wobec takich decyzji, bo uważam, że dorobek zespołów przez kilkadziesiąt lat ich istnienia jest bardzo cenny i nie należy go przekreślać. Mam też nadzieję, że twórcy krytycznie usposobieni do obecnej władzy, nie spełnią swojej groźby i nie zbojkotują przyszłorocznego festiwalu w Gdyni, organizując własny festiwal. Skonfliktowane strony powinny natomiast dążyć do dialog, po którym powinny być ustępstwa z obu stron. Może jednak martwić to, że podjęto tę decyzję bez dyskusji ze środowiskiem filmowym, ze Stowarzyszeniem Filmowców Polskich, z Gildią Reżyserów. Taki podział środowiska na „prorządowe” i „antyrządowe” byłby bardzo szkodliwy dla polskiej sztuki filmowej, szczególnie w czasie, w którym kino polskie idzie w górę. „wylatuje ponad poziomy”, staje się coraz ciekawsze, podejmując tematykę współczesną. Strona rządowa nie jest już jedynym „płatnikiem”, jedynym dysponentem finansów kina, jak było to w moich czasach oraz nie ma powrotu do stanu pełnej, państwowej kontroli nad kinematografią. Z drugiej strony twórcy powinni pamiętać, że samymi środkami prywatnymi wszystkiego nie zwojują i że potrzebne są im też dotacje państwowe. Obie strony powinny i muszą się dogadać, choć obawiam się, że w warunkach obecnych napięć może to być trudne. Proszę zauważyć, że bardziej realistycznie od władzy zachowuje się Kościół Katolicki. Przeciw „Matce Joannie od aniołów” w 1961 roku Episkopat protestował listem do władz państwowych, bo wiedział, że one są dysponentem losu filmu. Przeciw „Klerowi” oficjalnego protestu nie było, bo Kościół wie, że byłoby to bezprzedmiotowe, bo władza nie ma już takich prerogatyw. Przywołam tu wypowiedź Agnieszki Holland, która stwierdziła, że tamta władza (w PRL – M.W.) bała się sztuki, bo ją szanowała, a obecna boi się mniej. „Spotkałam się z Lechem Kaczyńskim, rozmawialiśmy, zabiegał o to, bym go zrozumiała, ja prosiłam, by i on rozumiał mnie” – mówiła w artykule Pauliny Reiter – „Ale nowi politycy mają artystów w dupie”. Powiedziała też, że obecnie filmowcy mają kłopoty, bo ich produkcje nie znajdują dystrybucji. „Robienie dziś filmu politycznego, dokumentalnego czy serialu jest szalenie trudne”. Podobnie przed laty Krzysztof Kieślowski, artysta o ugruntowanej już wtedy pozycji w kraju i na świecie głosił, że „cenzura ekonomiczna”, wprowadzona po 1989 roku ma większą moc niszczącą niż cenzura polityczna w PRL.

Jakie powinno i może być polskie kino? Jeśli nie drugim Hollywood , bo nie może, to jakim? Może powinno iść śladem dawnych sukcesów polskiej szkoły filmowej czy kina moralnego niepokoju, kina społecznego?

Proponuję, by nie zamykać się w żadnej formule. Jestem za różnorodnością tematyczną w polskim kinie, tym bardziej, że krytycy zaczynają dziś, po czasie, doceniać walory „szkoły polskiej” oraz kina lat siedemdziesiątych. Polskie kino dawało zawsze szerokie spektrum tematyczne, od kina poważnych zagadnień społecznych, po dobre kino rozrywkowe. Tak bardzo ostro krytykowano i ośmieszano Bareję za „bareizm”, a dziś jego komedie są bardzo chętnie oglądane i traktowane jako „obraz PRL”. Komedie Sylwestra Chęcińskiego o Pawlakach i Kargulach przyciągały miliony widzów. Potrafiliśmy też robić wielkie widowiska kostiumowe jak „Krzyżacy” Aleksandra Forda czy „Trylogia” Jerzego Hoffmana oraz filmy muzyczne, choć nie zawsze doskonałe. Ale przecież zawsze można zrobić coś lepszego i w tym gatunku. Mówi się często, że dobre kino rozrywkowe to nie polska specjalność, a zupełnie niedawno obejrzałem świetny film Janusza Majewskiego „Czarny mercedes”.
Nie trzeba zadawać polskim filmowcom tematów na wypracowanie, ale dać swobodę ich inwencji. Nie możemy tkwić w dalekiej przeszłości i mówić, że jeśli polskie kino przedwojenne, te wszystkie „Antosie w Warszawie”, „Wacusie” i „Ułani księcia Józefa” były tandetne i że tzw. kryminały milicyjne w PRL były często nieporadne, to zawsze tak musi być. Świat się zmienia, przychodzą do kina nowe generacje i nie jest powiedziane, że Polska nie może stać się czempionem w dziedzinie komedii czy innych odmian kina rozrywkowego, byle zakorzenionego w polskim kontekście. Kino polskie powinno być użyteczne i różnorodne, pokazywać wszystkie okresy historii kraju i rozmaite problemy – piękne, patriotyczne karty naszej historii, ale też te ciemnie, ponure, haniebne, a przy tym powinna w nim być warstwa wysoce artystyczna. Do różnorodności gatunkowej kina jestem przywiązany od dzieciństwa na łódzkich Bałutach, bo w tamtejszym kinie wyświetlano repertuar bardzo zróżnicowany, od przygód Toma Mixa po radzieckie filmy socrealistyczne.

Co skłoniło Pana do stanięcia w obronie „Człowieka z marmuru” i innych krytycznych filmów, zważywszy, że postawa ta naraziła Pana na przykrości, a następnie spowodowała wyrzucenie Pana ze stanowiska?

Bo aprobowałem scenariusze i kierowałem je do produkcji, a „Człowiek z marmuru” wyrażał prawdę, opowiadając także o czasach młodości, całym pokoleniu, a także mojej rodzinie, moich przyjaciołach i znajomych. Przyznam, że oglądając go po raz pierwszy miałem łzy w oczach, choć wiedziałem, że film ten spotka się z oporem nie tylko ze strony władzy i krytyki prasowej, ale i części ludzi pracy, którzy uważali, że deformuje on obraz tamtych lat, szczególnie jeśli chodzi o ukazanie współzawodnictwa pracy. Myślę, że jeśli Polska Ludowa była taka, jaka była, jak mówiono „najweselszym barakiem obozu”, co znajdowało także potwierdzenie w potężnym ruchu satyryczno-kabaretowym, bez pomników Stalina i kołchozów, ze swoim większym zakresem wolności niż w innych „demoludach”. A nawet „oknem na świat zachodni”, z większym poszanowaniem dla prywatnej własności, dla tradycji patriotycznych, co znajdowało odzwierciedlenie w programach nauczania historii i języka polskiego w szkołach, to zawdzięczaliśmy to m. in. formacji patriotycznej młodego pokolenia lewicy, które już wtedy coraz odważniej prezentowało czynnie swoje stanowisko, w latach po przełomie październikowym. Proszę zważyć na symboliczną wymowę faktu, że Władysław Gomułka i kardynał Stefan Wyszyński, zdecydowani przeciwnicy polityczni, ale obaj wybitni Polacy i patrioci, zostali aresztowani i poddani represjom stalinowskim w tym samym okresie, a uwolniony w wyniku wydarzeń 1956 r. Gomułka natychmiast po dojściu do władzy spowodował uwolnienie z internowania kardynała Wyszyńskiego. Warto w tym kontekście spojrzeć na fakt, że Gomułka został odsunięty i uwięziony z tzw. odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne. Dla dobra Polski i narodu nie należy pomijać 45 lat Polski Ludowej pomimo jej „czarnych plam” i deprecjonować osiągnięć, nie tylko w odbudowie narodowej gospodarki, ale także od podstaw polskiej kinematografii.

Dziękuję za rozmowę.

Mieczysław Wojtczak – ur. 1933 roku w Ozorkowie, działacz powojennego jeszcze skautingowego harcerstwa, drużynowy 2 Łódzkiej Drużyny Harcerzy im. Waleriana Łukasińskiego, założonej w 1912 r. w Łodzi. W 1949 roku w czasie reorganizacji i podporządkowywania ZHP celom politycznym harcerze przedwojenni, jak również nie będący uczniami szkół podstawowych, przestawali być harcerzami.
M. Wojtczak, opuszczając na stałe Izbę Harcerską (Szkoła Podstawowa nr 25 im. Bolesława Chrobrego) potajemnie wyniósł Sztandar Drużyny z wizerunkiem W. Łukasińskiego i Orłem w koronie, później poszukiwany przez władze. Dopiero w 1957 roku po przewrocie październikowym „matka druha M. Wojtczaka przechowując sztandar przez 8 lat – wręczyła go ponownie Drużynie” (2 Łódzka Drużyna Harcerzy im. Waleriana Łukasińskiego – Tomasz Kajkowski, 1970 r.). Działacz społeczny i polityczny, absolwent wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, dziennikarz i publicysta, przez jedenaście lat szef oddziału warszawskiego Polskiej Agencji Prasowej. W latach 1973-77 pierwszy Wiceminister Kultury i Sztuki, szef Kinematografii, współzałożyciel Fundacji Kultury Polskiej. Autor m.in. ”Kroniki nie tylko filmowej” (2004), „Zdobywanie Moskwy” (2006), „O kinie moralnego niepokoju i nie tylko” ​(2009), „Wielką i mniejszą literą. Literatura i polityka w pierwszym ćwierćwieczu PRL” (2014), a ostatnio dwutomowej pracy „Przeminęło… jednak pozostało. Od „Zakazanych piosenek” do „moralnego niepokoju” (2019) – cenionych książek dokumentujących społeczną i polityczną rolę polskiej kultury, w tym szczególnie filmu (wszystkie wydane przez Studio Emka). Nagrodzony w 1975 roku przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich okolicznościową nagrodą „za wybitny wkład w rozwój polskiej kinematografii”. Odznaczony też medalem Zasłużonego Kulturze „Gloria Artis” i nagrodą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Złotą Odznaką Zasłużonego dla Warszawy.

Ach, jak pięknie żyliśmy!

Każde dziecko wie, że Polska Ludowa była „najweselszym barakiem” w „obozie socjalistycznym”. Bo chociaż Polska Ludowa była państwem, które zaczynało jako autorytarne, z totalitarnymi aspiracjami, to z biegiem lat, z każdą następną dekadą, demokratyzowało się. I skończyło jako przedpokój do demokracji. W przypadku III RP mamy proces odwrotny.

W przyszłym roku będziemy obchodzili 70-lecie powstania Zrzeszenia Studentów Polskich. A także 60-lecie powstania pisma tegoż Zrzeszenia – tygodnika „itd.” Warto przy tej okazji przypomnieć prawdziwe realia Polski Ludowej. Odkłamywać wizję historii sączonej nam teraz przez elity PiS i zakłamane media marodowo – katolickie.Dzisiaj nie mieści się w PiS – owskich głowach, że wtedy działała masowa organizacja studencka do której należeli tak różni ludzie jak abp. Henryk Hoser, Jacek Santorski, Józef Oleksy, Zbigniew Ćwiąkalski, senator Ryszard Bender, a z młodszych obecny euro poseł PiS Karol Karski i lewicowy wicemarszałek Włodzimierz Czarzasty.

Trudno im uwierzyć, że wtedy w Zrzeszeniu Studentów Polskich wybory do władz dobywały się wedle demokratycznych reguł. Aż do poziomu Rad Okręgowych. Dopiero wybory na szczeblu Rady Naczelnej, czyli krajowym były kontrolowane przez rządzącą PZPR.Ale w działalności artystycznej, czy turystycznej Zrzeszania, albo spółdzielni pracy studenckich interwencje ówczesnej Partii były zwykle powierzchowne i miękkie. Dlatego trudno jest dzisiaj młodym prawicowcom zrozumieć, że ich dzisiejszy idol Przemek Gintrowski był kilkakrotnym laureatem Krakowskiego Festiwalu Piosenki Studenckiej sponsorowanego przez „komunistyczny reżim”.A za swe zasługi dla ówczesnej „kultury studenckiej” został odznaczony, wraz z Jackiem Kaczmarskim, „Złotą odznaką SZSP”. Obaj przyjęli to wyróżnienie, jak pamiętam, z dużym zdziwieniem zabarwionym silną nutą autoironiczną.

O fenomenie ówczesnej kultury alternatywnej możecie dzisiaj przeczytać w zredagowanej przez Sławomira Rogowskiego i Michała Rauszera monografii „Kultura studencka okresu PRL. Media i działalność artystyczna”. Zbioru zapisów z dyskusji i autorskich esejów.

Polecamy ją młodym aby dowiedzieli się szczegółach życia w tym „najweselszym z baraków”. Aby lepiej zrozumieli twórczą i kolorową młodość swych rodziców w czasach gospodarki chronicznego niedoboru. Poznali ich kulturowe korzenie. Polecamy ją starszym, aby przypomnieli sobie swą młodość chmurną i wcale nie durną. I odnaleźli się na licznych, zamieszczonych tam zdjęciach.
Zachwalamy ją, bo wśród dyskutantów i autorów znajdziecie tam dwójkę naszych stałych autorów Piotra Gadzinowskiego i Jarosława Ważnego. A na zdjęciach prezentujących ówczesne redakcje „itd.” I „Studenta” pracujących tam wtedy Piotra Gadzinowskiego i Tadeusza Jasińskiego.

Znajdziecie tam też wypowiedzi znanych dzisiaj twórców polskiej kultury; Jarosława Gugały, Tomasza Lipińskiego, Macieja Parowskiego, Sławomira Rogowskiego, Lecha Śliwonika, Władysława Władyki, Jana Wołka, Piotra Wasilewskiego, Konrada J. Zarębskiego, Stanisława Zawiślińskiego i wielu innych. Kupcie tę monografię, jest jeszcze dostępna. Przeczytajcie ją, umili wam święta.

Droga socjalistycznego realisty

Autobiograficzny wywiad Werblana przypomina raz jeszcze, jak ważne jest utrwalenie pamięci pokolenia, które Polskę Ludową budowało.

Dwa lata po ukazaniu się rewelacyjnego zapisu rozmów Roberta Walenciaka z Karolem Modzelewskim i Andrzejem Werblanem („Polska Ludowa” ISKRY 2017) to wielce zasłużone wydawnictwo obdarowało nas autobiograficznym wywiadem-rzeką przeprowadzonym przez tego samego rozmówcę z Andrzejem Werblanem („Polska Ludowa. Postsciptum”, ISKRY 2019). Po tym jak w 2013 roku ISKRY wydały autobiografię Karola Modzelewskiego („Zajeździmy kobyłę historii”, ISKRY 2013) otrzymaliśmy więc trzecią część tryptyku znakomicie przedstawiającego powikłane losy dwóch nurtów lewicy w powojennej Polsce. W czasach, gdy oficjalna propaganda i wysługujący się jej historycy spod znaku IPN prześcigają się w prymitywnym potępianiu całego dorobku Polski Ludowej, takie inicjatywy wydawnicze są szczególnie cenne.

Autobiograficzny wywiad Werblana przypomina raz jeszcze, jak ważne jest utrwalenie pamięci pokolenia, które Polskę Ludową budowało. Jego książka ukazała się niemal dokładnie na 95. urodziny autora – ostatniego żyjącego członka historycznego Komitetu Centralnego PZPR z października 1956 roku. Socjologowie od dawna podkreślają znaczenie tak zwanej „historii oralnej” odczytywanej nie tyle z dokumentów, co z relacji uczestników i świadków wydarzeń. Wiedza tego typu nie może zastąpić kwerendy archiwalnej, ale jest jej bardzo ważnym uzupełnieniem.

Bezcenne relacje

Jest tak z dwóch powodów – obu bardzo wyraźnie zarysowanych w książce Werblana. Po pierwsze: relacje uczestników dostarczają wiedzy o faktach, których śladu nie znajdziemy w archiwach. Werblan opowiada Walenciakowi o ważnych rozmowach, które nigdy nie znalazły odzwierciedlenia w dokumentach. W żadnym dokumencie nie ma na przykład śladu tego, że to reprymenda otrzymana bezpośrednio od Breżniewa w 1976 roku spowodowała, iż Edward Gierek porzucił myśl o ponownej podwyżce cen, zarzuconej w wyniku protestu robotniczego w czerwcu 1976 roku. Takich informacji jest w tej książce mnóstwo.

Drugim powodem, dla którego relacje osobiste są tak cenne, jest to, że pozwalają one uchwycić sposób myślenia autorów wydarzeń. Pod tym względem książka Werblana jest wprost bezcenna, gdyż bardzo uczciwie i wnikliwie przedstawia racje, dla których on i wielu ludzi bliskich mu ideowo zaangażowało się po stronie Polski Ludowej i nie zmieniło swego stanowiska mimo, że wichry historii wystawiały ich na ciężkie próby.

Zatrzymam się na tym aspekcie, gdyż wydaje mi się on w książce najważniejszy. Odpowiadając na pytanie Roberta Walenciaka autor tak podsumowuje swoją drogę życiową: „Mam poczucie – mówi – że służyłem dobrej sprawie. Polska Ludowa okazała się jedynym realnie możliwym dostosowaniem polskiego bytu państwowego do skutków największej z wojen. Wygrać jej nie mogła, mogła w niej zginąć lub zaadaptować do wyniku, w sumie korzystnego. …Historia naukowa jest z natury sprawiedliwa, zatem wcześniej czy później również w kwestii oceny PRL wszystko postawi na właściwe miejsce” (s. 380).

Zwycięstwo realistów

Jest to klucz do zrozumienia drogi życiowej nie tylko Andrzeja Werblana, lecz także bardzo wielu ludzi z jego i, jak w moim wypadku, nieco młodszego) pokolenia, których wybór polityczny nie dokonał się w wyniku olśnienia ideologicznego wizją komunistycznej Arkadii, lecz w konsekwencji trzeźwego namysłu nad sytuacją, w jakiej jako naród znaleźliśmy się po II wojnie światowej. Politolodzy i historycy od dawna wskazują na znaczenie, jakie w historii Polski (od czasu Wielkiej Wojny Północnej (1700-1721) odgrywał podział na „realistów” i „idealistów”, by przypomnieć ważną dla tej problematyki książkę Adama Bromke (1928-2008) wydaną jeszcze w emigracyjnym okresie jego twórczości (w 1967 roku). Pierwsi kierowali się trzeźwą kalkulacją sił i możliwości, drudzy wiarą, że „chcieć to móc”. Historia Polski tego okresu to historia powtarzających się klęsk, u podstaw których leżała przegrana realistów starciu z idealistami, których hasła lepiej trafiały do emocji Polaków, ale w konsekwencji prowadziły do kolejnych katastrof: od konfederacji barskiej i spowodowanego przez nią pierwszego rozbioru aż po powstanie warszawskie.
Werblan opowiada – barwnie i z wielką znajomością zagadnienia – losy pierwszego pokolenia polskich realistów, któremu udało się tak pokierować losami Polski, że z bardzo trudnej sytuacji powojennej doszła ona do pełnej suwerenności w dobrych i bezpiecznych granicach. Tego sukcesu nie byłoby bez pokolenia, którego bardzo ciekawym przedstawicielem jest autor tej autobiografii.

Polska, socjalizm, kompromisy

Urodzony w inteligenckiej rodzinie na przedwojennych „kresach wschodnich”, w Tarnopolu, w czasie wojny zesłaniec syberyjski, potem żołnierz wojska, które szło do Polski u boku Armii Czerwonej, po wojnie działacz socjalistyczny, a następnie – aż do 1982 roku – działacz PZPR, kierownik wydziału, potem sekretarz KC. a krótko (w 1980 roku) nawet członek Biura Politycznego jest Werblan przykładem człowieka, którego do zaangażowania socjalistycznego skłoniła przed wszystkim trzeźwa ocena sytuacji, w jakiej jako naród znaleźliśmy się po wojnie. Mówiąc o swojej drodze powołuje się parokrotnie na Juliana Hochfelda (1911-1966) i na jego książkę „My socjaliści”(1946) noszącą znamienny podtytuł „ze stanowiska socjalistycznego realizmu”. Był to mój mistrz uniwersytecki i człowiek, któremu najwięcej zawdzięczam, gdy idzie o uformowanie się moich poglądów politycznych, więc te fragmenty książki czytałem ze szczególnym wzruszeniem. Tu bowiem widzę związek miedzy własną drogą polityczną a wzorami stworzonymi przez socjalistów z pierwszych lat Polski Ludowej.

Socjaliści – tacy jak Józef Cyrankiewicz, Oskar Lange, Stanisław Szwalbe, Julian Hochfeld, Jan Strzelecki – nie idealizowali powojennej sytuacji, ale dążyli do tego, by w takich warunkach, jakie istniały, realizować polską rację stanu, a zarazem wcielać w życie socjalistyczne ideały – na tyle, ile to było możliwe. Wymagało to kompromisów, często bardzo bolesnych. Relacja Werblana jest bezcenna dla zrozumienia tej postawy. Pozwala także zrozumieć, dlaczego ci „socjalistyczni realiści” okazali się znacznie bardziej odporni na kryzysy sumienia niż dawniejsi komuniści, dla których nierzadko odrzucenie stalinizmu powodowało utratę politycznej wiary.

Barwna narracja, trzeźwa ocena

Werblan do generacji przedwojennych komunistów ma stosunek raczej chłodny, gdyż dostrzega ich fanatyzm i serwilizm w stosunku do stalinowskiego ZSRR. Jest tu jednak bardzo ważny wyjątek – Władysław Gomułka. Werblan był bliskim współpracownikiem Gomułki, jego konsekwentnym zwolennikiem. a potem biografem. Boleśnie świadom dokonującej się autodestrukcji tego wybitnego przywódcy i krytycznie oceniający jego politykę w latach 1967-70 pozostał jednak obrońcą najważniejszych elementów linii politycznej Gomułki: zwiększania polskiej autonomii w ramach bloku socjalistycznego i stosunkowo liberalnej polityki wewnętrznej. Drugim przywódcą, którego autor wysoko ocenia, jest Wojciech Jaruzelski. Werblan broni decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego, choć krytycznie ocenia późniejszą politykę PRL jako marnującą szansę stworzoną przez decyzję z 13 grudnia.

Książkę czyta się świetnie, gdyż barwna narracja połączona jest ze zdumiewającym wręcz bogactwem faktów. Werblan, o ile wiem, nie prowadzi dziennika, ale z przyzwyczajenia zawodowego historyka starannie gromadzi dokumenty, a przede wszystkim dysponuje imponującą pamięcią. Zaś Robert Walenciak potrafi mądrze pokierować rozmową tak, by z tego bogactwa wiedzy historycznej wydobyć jak najwięcej. Tak więc powstała książka, której nikt poważnie interesujący się dziejami Polski Ludowej nie będzie mógł pominąć.

PS. Ta bardzo starannie opracowana książka nie uchroniła się jednak przed drobnymi błędami. W indeksie nazwisk Mieczysław Moczar figuruje jako Kazimierz, a Helena Wolińska staje się „Wolicką”.

 

Konkurs na wspomnienia z okresu PRL

W 2019 roku mija 75. rocznica opublikowania podstawowego dokumentu historycznego zapowiadającego kierunki rozwoju państwa polskiego po II Wojnie Światowej.

Dokument, nazwany manifestem PKWN, opublikowany w lipcu 1944 roku jest do dnia dzisiejszego wyraźnym programem socjalistycznego rozwoju Polski przełomu XX wieku, a tym samym zapowiadającym spełnienie żywotnych interesów upośledzonych i odrzuconych warstw narodu i państwa polskiego, które szczególnie na przełomie wieku XIX i XX dążyły do likwidacji wyzysku, poprawy warunków życia, dostępu do oświaty i postępu naukowego i technicznego, do powstania państwa sprawiedliwości społecznej. O takie państwo walczyli obywatele naszej Ojczyzny w okresie II Rzeczypospolitej, a socjaliści wnieśli do tego rozwoju znaczący wkład.
Zrealizowały się, spełniły się marzenia pozytywistów i romantyków
Kościuszki i A. Mickiewicza,L. Waryńskiego i R. Luksemburg, B. Limanowskiego, M.Kasprzaka, S. Okrzei, I. Daszyńskiego i wielu, wielu bojowników. Powstała szansa na praktyczną realizację idei, postulatów, żądań, na spełnienie marzeń. Tę szansę nazwano Polska Rzeczpospolita Ludowa. Jak nigdy dotąd, po strasznej wojnie i okupacji, stanęli obywatele PRL do odbudowy państwowości i budowy nowej rzeczywistości. Pomimo uwarunkowanych sytuacją międzynarodową wypaczeń, przez prawie pół wieku robotniczo-chłopska władza dawała nadzieję na spokojne życie, możliwości pracy i nauki, odbudowy i tworzenia nowych, nieznanych dotąd form życia społecznego i politycznego. Na rozwój, wzrost liczby ludności i potencjału gospodarczego, doskonalenie każdej dziedziny życia obywateli.
Założenia manifestu PKWN zostały w znacznym stopniu zrealizowane. Jak potoczyły się losy PRL widzą wszyscy, a coraz mniej wiedzą o tym najmłodsi, urodzeni po solidarnościowej rewolucji. Chcemy by młode pokolenie Polaków miało szansę poznać prawdę, naszą prawdę. Prawdę każdego beneficjenta Polski Ludowej. Naturalną koleją rzeczy świadków tamtych czasów jest coraz mniej.
Dlatego, by czas nie zatarł pamięci, by pozostały wspomnienia, a „poprawiacze historii” nie wypaczyli jej do końca, Społeczny Komitet Obchodów 75 Rocznicy powstania Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ogłasza konkurs na „Pamiętniki 45-lecia”.
Celem Konkursu jest zebranie zapisów losów Polaków w okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej oraz wydanie ich w formie książki jako autentycznego świadectwa epoki.
Podmiotem realizującym Konkurs pod patronatem Przeglądu Socjalistycznego jest Kujawsko-Pomorska Rada Wojewódzka Polskiej Partii Socjalistycznej z siedzibą przy ul. Garbary 24/1, 85-229 Bydgoszcz, zwana dalej Organizatorem.
Prace konkursowe powinny mieć formę dziennika, pamiętnika lub wspomnień. Ich tematyka powinna dotyczyć okresu 1944-1989.
Przesłane na Konkurs dzienniki, pamiętniki lub wspomnienia, zwane dalej Pracami konkursowymi, muszą być dziełami indywidualnymi, nigdy niepublikowanymi w całości.
Prace konkursowe należy nadesłać do dnia 20 stycznia 2020 r. (decyduje data stempla pocztowego) na adres Organizatora z dopiskiem „Konkurs na wspomnienia”.
Zgłoszone prace mogą mieć formę rękopisu lub maszynopisu (tradycyjnego lub komputerowego). Do prac pisanych za pomocą komputera należy dołączyć elektroniczną wersję tekstu utrwaloną na CD/DVD/pamięci USB lub przesłać na adres e-mail: jerzy.k@onet.pl.

O Mirosławie Dzielskim

Działaczu opozycji w PRL,

dzisiaj zapomnianym, warto wiedzieć i pamiętać, bo w swoich poglądach i działaniach prezentował odmienną, acz realną drogę polskich przemian.
Na łamach lewicowych pism rzadko pojawiają się postacie opozycjonistów, o których wyrażane są pozytywne opinie. Jedną z niewielu był Karol Modzelewski, głównie za sprawą jego odważnej krytyki polskiej transformacji oraz skutków działań postsolidarnościowych rządów, ale również za otwartość prezentowanych poglądów idącą w parze z chłodną oceną historyka. Wielką estymą cieszył się Aleksander Małachowski, także Jan Strzelecki ze swoim PPS-owskim rodowodem, czasem ktoś z Klubu Krzywego Koła i Jacek Kuroń, który swe ideały zmieścić musiał w ministerialnej posadzie, połączonej z charytatywnymi akcjami.

Do tych postaci

Bronisław Łagowski dołączył ostatnio Mirosława Dzielskiego („Przegląd”, 4.11.2019) pisząc m. in. „Programem Dzielskiego było skierowanie zainteresowań opozycji na zagadnienia ekonomiczne, co dawało nadzieje na zepchnięcie nurtu rewolucyjnego [w „Solidarności” i politycznej opozycji – S.T.] na dalszy plan….Przewagę zdobyli ludzie o mentalności bolszewickiej, jak ich z małą przesadą określano, których celem było (i jest) karanie i poniżanie ludzi biorących udział w odbudowie Polski, w jej uprzemysłowieniu, w rozszerzeniu edukacji na całe społeczeństwo… Na ugrupowania „opozycji demokratycznej” patrzył pod tym kątem: które z nich będzie czysto polskim bolszewizmem, a które chce walczyć o prawo i wolność.” I jeszcze bardzo ważne: „Uważał on, że przeciwnik komunizmu może wchodzić w porozumienia z ludźmi aparatu władzy, ale zdradą jest czynienie ustępstw ideologii komunistycznej.”
Przywołuję słowa Profesora gdyż jako ówczesny redaktor naczelny partyjnej „Gazety Krakowskiej”, a więc ten z aparatu władzy, miałem okazję spotykać się z dr Dzielskim kilkukrotnie. Zbędne jest, z oczywistych powodów, potwierdzanie słów Łagowskiego, a to co poniżej stanowi jedynie ich dokumentację.
„Gazeta Krakowska” o problemach ekonomicznych i gospodarczych, tych w skali makro i mikro, dotykających często bardzo boleśnie każdego dnia i każdego jej czytelnika, pisała wiele i równie krytycznie. Jesienią 1987 toczyła się w Polsce, a więc i na łamach „GK” ożywiona dyskusja, spory i dywagacje na temat planowanego II etapu reformy gospodarczej. W ostatnich dniach października bądź pierwszych listopada spotkałem się w redakcji z Mirosławem Dzielskim, który zaproponował druk na naszych łamach opinii Krakowskiego Towarzystwa Przemysłowego na temat programu realizacyjnego II etapu reformy gospodarczej. Była to dla nas sytuacja niewątpliwie wyjątkowa, ze względu na inicjatywę spotkania i publikację głosu właśnie tego stowarzyszenia, bowiem tworzyła zaczyn do dalszych kontaktów i kolejnych, otwartych, ważnych tekstów. Wiedziałem, że Dzielskiego zaliczano do kręgów opozycyjnych ale byłem także przekonany, że sukces reformowania gospodarki nie może się udać bez jak najszerszego udziału, poparcia, a najlepiej współpracy wszystkich możliwych sił i środowisk w kraju. Wychodząc z takich właśnie przesłanek przyjąłem tekst obiecując, że po zapoznaniu się z nim dam odpowiedź. Nie byłem oczywiście jedynym w redakcji jego czytelnikiem, a w zgodnej ocenie kierownictwa gazety „Opinia KTP” niewątpliwie zasługiwała na druk.
Pojawiły się jednak problemy, na razie tylko o charakterze technicznym; tekst był bardzo obszerny i nie mieścił się żadną miarą w skromnym sześciokolumnowym środowym wydaniu, a w zamyśle autora powinien zostać opublikowany jak najszybciej. Zadzwoniłem do Dzielskiego i poprosiłem o skrócenie materiału, a w odpowiedzi usłyszałem: „To proszę, niech pan redaktor go przytnie”. Na to nie mogłem przystać obawiając się, w tym szczególnym przypadku, możliwych niezręczności, negatywnych opinii i przeróżnych komentarzy. Dokonał tego w redakcji współautor tekstu.

4 listopada pisaliśmy:

„Zamieszczane streszczenie (uzgodnione z Zarządem KTP) opinii towarzystwa traktujemy jako artykuł dyskusyjny i nie we wszystkim podzielamy opinie Autorów. Tekst publikujemy, gdyż w naszym przekonaniu podejmuje on wiele ważkich problemów i niewątpliwie przyczynia się do dalszej edukacji ekonomicznej nas wszystkich.”
Oto jego skromny fragment: „Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe z satysfakcją wita przedłożony przez rząd Program Realizacyjny Drugiego Etapu Reformy Gospodarczej. Program ten, podobnie jak przemówienie sejmowe premiera Messnera z dnia 12 października z 1987 roku, dowodzi, że władze polityczne zmierzają do osiągnięcia dalszego postępu w kierunku wprowadzenia w Polsce gospodarki rynkowej […] Na szczerość intencji władz wskazuje umożliwienie przez cenzurę otwartej, publicznej debaty gospodarczej na łamach prasy, w radiu i telewizji…”.
Publikacja nie wywołała uwag czujnej na ogół cenzury, żadnych zastrzeżeń nie zgłosił Wydział Propagandy KC PZPR, ale miejscowi obrońcy „świętego ognia” i owszem. Padły liczne pretensje o druk i krytyczne komentarze ze strony pionu ekonomicznego Komitetu Krakowskiego PZPR. Moją odpowiedzią była propozycja zamieszczenia tekstu polemicznego, ale nigdy go nie opublikowaliśmy, bo takowy nie powstał. Nie była to jedyna wypowiedź Mirosława Dzielskiego w „Gazecie”, a 27 listopada ukazał się w niej artykuł Zbyszka Satały i Edka Wąsika „Reforma to ostatnia szansa dla Polski”, którego tytuł, jak okazało się za niecałe dwa lata, należał do samospełniających się przepowiedni.

Później bieg historii przyspieszył,

kolejne spotkania stron rządowej i opozycyjnej, po nieudolnej i nieudanej próbie reformowania polskiej gospodarki, nie dotyczyły wspólnego rozwiązania tej kwestii, a udziału w politycznej władzy. Sytuacja oczywiście była w tym czasie już inna, co nie zmienia faktu, że zaprzepaszczona została przez obie zantagonizowane strony szansa na polsko-polskie porozumienie. Niemałą w tym zasługę, a może jeszcze większą, miały ugrupowania „opozycji demokratycznej” z czysto polskim bolszewizmem, czyli solidarnościowi fundamentaliści, którzy uznawali, że żaden układ z ówczesną władzą jest dla nich nie do przyjęcia.
Dramatyczny apel autorów z ówczesnej „Gazety Krakowskiej” o reformie gospodarczej jako o ostatniej szansie dla Polski wydaje się dziś tylko propagandowym zawołaniem. Przecież jest nadal Polska, i to w wielu sferach lepsza od tej poprzedniej, która musiała odejść wyczerpawszy swoje rozwojowe możliwości w zakreślonych ideologicznie granicach i byt polityczny w nowym układzie sił na świecie. Ale także tracąc szansę na wzrost w kontekście globalnego postępu technologicznego oraz legitymizację wobec obywateli stanem spraw materialnych i publicznych. Ten proces był nieunikniony ale jego przebieg i koszty mogłyby być inne, a więc i nasza współczesność odmienna.
Rzecz dotyczyła bowiem (i nadal jest aktualna) elementarnej dla każdego narodu zasady, jak uważał Dzielski „prawa i wolności”, co w konsekwencji oznacza demokrację z jej naturalnym poszukiwaniem w miarę bezkonfliktowych społecznie rozwiązań, niosących w sobie nie walkę a szacunek dla innych, ku dobru wspólnemu. I te nauki filozofa, działacza opozycji demokratycznej z czasów PRL są aktualne nadal w naszej dzisiejszej rzeczywistości.
Z Dzielskim, po raz ostatni widziałem się 7 sierpnia 1988 roku w Domu Polonii w Krakowie podczas poufnego spotkania Józefa Czyrka z grupą krakowskich opozycjonistów.

W styczniu 1989 roku

Mirosław Dzielski wyjechał na stypendium do Stanów Zjednoczonych, z powodu choroby pozostał tam na leczeniu. Zmarł 15 października 1989 roku w Bethesda. Dziś w Krakowie upamiętniają Go dwie tablice, jest też ulica jego imienia ale, jak pisał Bronisław Łagowski, „pozostawił wielu przyjaciół, ale niewielu kontynuatorów swojego sposobu myślenia.”

 

To jest nie do opisania

– Najważniejsze polskie filmy mówią o pragnieniu wolności – z reżyserem JANUSZEM ZAORSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Kiedy zaczęła się Pana przygoda reżyserska?

Kiedyś mówiło się „mały debiut” i „duży debiut”. „Mały” debiut czyli film półgodzinny dawał dobre wyobrażenie o zdolnościach debiutanta. Film godzinny można było łatwiej wypełnić watą, muzyczką, jazdą samochodem itp. Moim opiekunem na ostatnich latach studiów był Janusz Morgenstern i kiedy kręcił serial „Kolumbowie” zapytał, czy ktoś się zgłasza do współpracy. Zgłosiliśmy się ja i Andrzej Titkow, który jednak poszedł do „Krajobrazu po bitwie” Wajdy jako II reżyser, skąd go szybko wyrzucono, bo zatrudnił Michnika jako statystę i SB się o tym dowiedziała. Miałem poczucie współtworzenia „Kolumbów”, bo otrzymywaliśmy zadanie, żeby każdy przygotowywał tydzień zdjęć, łącznie z rekwizytami itd. Dzięki temu nie byłem popychadłem od przynoszenia krzeseł. Tak się złożyło, że na mój tydzień do realizacji przypadła choroba Morgensterna i ja, student szkoły filmowej zostałem na ten okres regularnym reżyserem. Było to trudne, bo musiałem pracować niejako „pod Morgensterna”, pod jego styl. I muszę powiedzieć, że mnie później pochwalił, czyli zostałem pasowany na reżysera. Faktycznie zatem jako reżyser zadebiutowałem w „Kolumbach”.

A formalnie?

W „Uciec jak najbliżej”. Scenariusz, dla zespołu ”Tor” napisaliśmy wspólnie z moim bratem Andrzejem, znanym aktorem i – tez aktorem -Włodzimierzem Pressem. Z taką propozycją zwrócił się do mnie Tadeusz Konwicki, wiceszef nowo powstałego, po marcu 1968 roku, zespołu filmowego „Kraj”. Szefem był Andrzej Walatek, wcześniej wiceszef Radiokomitetu. Spadł z tego stanowiska w przenośni i dosłownie po tym, jak pijany spadł pod nogi Breżniewa podczas rautu z okazji rewolucji październikowej. Wtedy wpadła mi w ręce nowela Zygmunta Lecha o młodym szarpiącym się człowieku. Moimi asystentami byli Marek Koterski i Janusz Dymek. Pracowaliśmy nad tym filmem wspólnie z Edwardem Kłosińskim. Był pewien problem, bo aktor do głównej roli, Jerzy Góralczyk, w którym Edward Żebrowski i Antoni Krauze zobaczyli wtedy następcę Zbyszka Cybulskiego, poznał we Wrocławiu dziewczynę, zakochał się z wzajemnością i w trakcie zdjęć mało się pracą interesował, a czasie ich trwania wzięli ślub. Spowodowało to, że nie dało się z nim pracować szerzej, poza bezpośrednią pracą na planie. Surowe zdjęcia spodobały się Tadeuszowi Konwickiemu i Stanisławowi Lenartowiczowi. W związku z tymi legendarnymi postaciami przypomina mi się kilka zdarzeń anegdotycznych. Poszedłem z nimi i z Walatkiem do klubu Stronnictwa Demokratycznego we Wrocławiu, gdzie były tanie i dobre obiady , ale trzeba było mieć kartę wejściową. Gdy za pierwszym razem zapytali mnie w progu i czy jestem członkiem SD. „Nie, ale jestem sympatykiem” – powiedziałem i od tej pory jadałem tam obiady, a ponadto co rusz przyprowadzałem tam kolejnych sympatyków stronnictwa. Przy obiedzie z wódką Walatek się rozrzewnił i zaczął wspominać wjazd do Wrocławia w 1945 roku, że ruiny, że zgliszcza. Na co Konwicki: „Nie pierdol Andrzej, i tak wiemy, że zostałeś tu wniesiony na ruskich bagnetach”.

Trudno było Panu dojść do tego debiutu?

Stanisław Różewicz, Stanisław Lenartowicz, Janusz Morgenstern i Tadeusz Konwicki, to ludzie, którym zawdzięczam możliwość debiutu. Oczywiście nie wiem, jak by to wyglądało, gdyby mój ojciec nie był wiceministrem kultury i sztuki i szefem kinematografii do marca 1968 roku. Po tych wydarzeniach dostał kopa w dupę za tzw. filosemityzm i na jego miejsce przyszedł Czesław Wiśniewski. Jednak w momencie, gdy robiłem swoje pierwsze filmy, mój ojciec już nie zawiadywał kinematografią. Pierwszym filmem, który ojciec kolaudował, był „Popiół i diament” i pamiętam, że w dwudziestolecie tej kolaudacji, w roku 1978, Andrzej Wajda zaprosił go na przyjęcie z tej okazji, na które przyszli też aktorzy „Popiołu”, a także autor wspaniałych zdjęć Jerzy Wójcik. Świadczy to, moim zdaniem, o tym, jakiej miary gospodarzem kinematografii był mój ojciec, skoro po tylu latach chciano się do niego przyznawać. Ojciec bronił filmu, podczas gdy Ford i reszta zobaczyła w Wajdzie groźnego konkurenta. Pojawił się młody, utalentowany człowiek? Uziemić. Chcieli film bardzo ciąć, ale ojciec nie pozwolił. Ford namawiał Wajdę, żeby nie kręcił swoich najlepszych scen. Szczęśliwie w czasie kolaudacji filmu Ford gdzieś wyjechał, co ułatwiło obronę filmu. Na marginesie powiem, że poza Kawalerowiczem i początkowo Czesławem Petelskim, którego „Baza ludzi umarłych” i „Ogniomistrz Kaleń” naprawdę były świetne, tak się składało, że reszta twórców partyjnych była niezdolna. Potem niestety Petelski robił jakieś nadęte, patetyczne, barokowe filmy, te „Kazimierzem Wielkie”, „Koperniki”. Tym „Kazimierzem Wielkim” Petelski składał hołd Gierkowi. Dawali też robić filmy Waśkowskiemu i innym, którzy byli bierni, mierni, ale wierni.

W tym czasie ważną figurą w kinematografii był Janusz Wilhelmi. Co Pan sądzi o tej postaci?

Chciał zlikwidować kinematografię i zrobić z niej dział telewizji. Doprowadził do tego, że Zbigniew Sołuba, naczelny „Ekspresu Wieczornego” został szefem kinematografii w randze generalnego dyrektora. Po raz pierwszy odpowiedzialny za kinematografię nie był wiceministrem. Odczuliśmy to jako degradację branży i przesunięcie nas w okolice Koła Gospodyń Wiejskich. I dlatego w Gdańsku, na zjeździe w NOT doszło wtedy do nieprawdopodobnego zjednoczenia naszego widowiska. Ramię w ramię szli Poręba z Wajdą, Petelski z Kieślowskim, Kijowski z Waśkowskim. Partyjni z bezpartyjnymi. Wszyscy się przeciw niemu zjednoczyli, bo zrozumieli, że to jest demiurg zła, który traktuje środowisko jak wasali, spośród których najbardziej posłusznym będzie dawał worki z pieniędzmi na realizację filmów, a reszcie, jak się nie ukorzy, zrobi kuku. Wtedy nawet ówczesne skrępowane media napisały przeciw Wilhelmiemu. Pobiegł więc z tym do Jerzego Łukaszewicza, ważnej figury w partii, choć się nie lubili. Łukaszewicz był dość prymitywnym człowiekiem z Woli wyniesionym do władzy przez aparat, a Wilhelmi, zgodnie z tytułem jego książki „Mój gust wiktoriański” szczycił się, słusznie zresztą inteligencją i nie byle jaką, choć jako urzędnik walił na odlew. Te jego subtelności, cienie, półtony, ćwierćtony były zasłoną dymną. Poza tym po „Człowieku z marmuru” , „Barwach ochronnych”, „Wodzireju” , „Pokoju z widokiem na morze” wielu decydentów było skłonnych przejść na jego pozycję, bo zorientowali się, że filmowcy za bardzo zaczynają podskakiwać. Te filmy nie głaskały bowiem ustroju, tylko stawiały diagnozę, że tu się już prawie nie da żyć i tylko wejść na ostatnie piętro i rzucić się w dół albo dawać łapówki. No i kombinować na wszystkie strony, żeby do czegoś dojść, jak bohater „Wodzireja” Falka. I oto jak grom z jasnego nieba przyszła wiadomość, że Wilhelmi zginął w katastrofie lotniczej. Różnie o tym mówiono, że to były manewry NATO, czy manewry bułgarskie, że jakaś rakieta trafiła przypadkowo w samolot. Podobno, bo mnie tam nie było, twórcy zeszli się do SPATiF-u i zrobili stypę z radości i pili na umór. Było to dość upiorne.

W tym czasie zrobił Pan kolejny film, „Pokój z widokiem na morze”…

Ten film powstał tylko dlatego, że cenzura nakazała mi, żeby akcja nie działa się Warszawie. Pierwszy tytuł brzmiał bowiem: „Widok z ostatniego piętra Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina w Warszawie”. Kolaudacja przebiegła bardzo źle, dano mi trzecią kategorię. Przypomnę, że to film o tym, jak młody człowiek stoi na gzymsie i szereg osób próbuje go odwieść od samobójczego skoku, przy czym jedna z nich, grana przez Piotra Fronczewskiego, chce ściągnąć go na siłę, a druga, uosabiana przez Gustawa Holoubka, to zwolennik negocjacji. Ten film pokazano we wrześniu 1980 w Stoczni Gdańskiej, jako dowód na to, że antycypowałem negocjacje i zwycięstwo opcji pokojowego rozwiązania konfliktu. Słusznie mówiła mi moja babcia: „Januszku, rób filmy a krytycy dorobią ci do nich ideologię”. Wszakże, rzeczywiście najważniejsze polskie filmy mówią o pragnieniu wolności. Nomen omen, tę epokę kończy w 1990 roku „Ucieczka z kina „Wolność” Wojtka Marczewskiego.

Potem był „Awans”…

Przy tej okazji zaprzyjaźniłem się z Edkiem Redlińskim, autorem pierwowzoru literackiego. Mieliśmy nawet pomysł zrobienia czegoś w rodzaju „Awansu” po latach. Jego książka „Transformejszen” jest przeróbką scenariusza, który dla mnie napisał, ale przyznam, że nie byłem z niego zadowolony. Myślę, że „Awans” stał się w pewnym sensie proroczy, gdy mówił o cepeliadzie, o tym, że gramy role zamiast być naturalni i że chętnie odcinamy kupony od historii. Brzmi to bardzo aktualnie. Mam tylko do siebie pretensje, że robiąc ten film za bardzo się spiąłem i myślę, że gdybym zrobił go parę lat później, to wyszło by bardziej lekko, bardziej komediowo.

W 1987, niespodziewanie, pojawiła się na ekranach „Matka Królów”, film zrealizowany w latach 1981-1982 i odstawiony na półki…

To miał być kiedyś mój debiut na wysokie „C”, w 1971 roku. Przyszedłem z tym pomysłem do Tadeusza Konwickiego, który go pochwalił. Od początku wiedziałem, że ma to być ostatni film polskiej szkoły filmowej, czarno-biały, szerokie obiektywy, duża głębia ostrości. Był to sam początek czasów Gierka, ale nie miałem większych złudzeń, bo dowiedziałem się od ojca, że Gierek to facet, który kulturę ma w „dużym poważaniu”. Za jego rządów w Katowicach nawet „Tanga” Mrożka nie można było grać. Gierek uważał, że górnik potrzebuje halby piwa i lekkiego kina. Wprawdzie początkowo na to czy owo pozwalali, ale ta gierkowska odwilż przetrwała pół roku. Mój pomysł więc odrzucono, ale scenariusz jednak powstał. Spotkałem się z autorem literackiego pierwowzoru, Kazimierzem Brandysem, który powiedział mi, żebym sam go napisał. Po wielu latach, w latach 90. przyznał mi się, że nie wierzył, żeby taki film mógł kiedykolwiek powstać. Powiedział mi, że widział w moich oczach taki entuzjazm, że nie chciał ze mną pisać, by mnie nie dołować. Scenariusz ten składałem kilkakrotnie, także sympatycznemu skądinąd Eugeniuszowi Mielcarkowi, ale wszyscy go odrzucali. Liczyłem po prostu, że może przypadkiem zdarzy się cud. Udało się dopiero za pierwszej „Solidarności”, ale wtedy okazało się, że w zespole „X” nie ma pieniędzy, a ja bałem się, że ten karnawał może długo nie potrwać i mogę nie zdążyć. Wtedy powstał jednak zespół Wojciecha Hasa „Rondo” i on dołożył „X”-owi połowę pieniędzy. Kręciłem ten film głównie w stanie wojennym. Nie widziałem jaką scenę będę kręcił danego dnia, bo telefony nie działały, a przecież aktorzy dojeżdżali z całej Polski: Bista z Gdańska, Trela z Krakowa, Zapasiewicz i Magda Teresa Wójcik z Warszawy, a kręciłem w Łodzi. Kręciłem więc w zależności od tego, kto przyjechał, bo byłem do tego filmu dobrze przygotowany. Wszystko było przemyślane do czwartego planu włącznie. Była wtedy godzina milicyjna i nie można było wyjść z hotelu, więc nocami robiłem próby. Poza tym przez pewien czas był zakaz robienia zdjęć na ulicach i zgromadzeń, więc nie mogłem kręcić cen pochodów. To wydłużyło czas kręcenia z lutego do czerwca 1982. Mieliśmy kłopot ze sceną, w której Niemiec wyciąga broń, a tu przecież stan wojenny. Jakoś w końcu tę broń wydobyliśmy. Pamiętam też, że konsultowałem się u starych komunistów, którzy siedzieli przed wojną w więzieniu. Opowiadali mi o tym, jak im obiady przynoszono z restauracji i mogli korzystać z bogatej biblioteki. Losy i książki Brandysa i tego filmu, to frapująca ilustracja powikłanych losów Polski. Stanisław Stefański, wiceminister kultury, dogmatyk, chciał mi wyciąć ważną scenę w „Matce”. Odmówiłem. Powiedziałem mu, że znam losy filmu „Miasto nieujarzmione” czyli „Robinsona warszawskiego” i nie chcę ich powtórzyć. Podziękowałem, ukłoniłem się i wyszedłem. W 1993 pokazałem ten film w Moskwie, w stolicy „imperium zła” i w taki symboliczny zamknął się pewien okres historii. W 1987 roku natomiast, kiedy film zszedł z półek, koledzy do mnie zadzwonili z informacją, że tłumy walą do kin, a koniki sprzedają bilety. Byłem świadkiem, jak ludzie wychodząc z kina zaśpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”, więc się poryczałem. Nic piękniejszego nie mogło mnie spotkać.

Fakt, że był Pan synem szefa kinematografii wywoływał najpierw komentarze, że był Pan „bananowym opozycjonistą”, a po latach uwagi, że odcina Pan kupony od niegdysiejszego uprzywilejowania…

Tak się złożyło, że prawie każdy mój kolejny film wywoływał opory u władz. Trochę niezamierzenie stałem się opozycjonistą w świecie polskiego kina tamtych lat. Po prostu uważałem, że mam prawo mówić to, co mówiłem w moich filmach. A przecież mój ojciec był wiceministrem kultury i sztuki, miałem dostęp do różnych dóbr, do sklepów za żółtymi firankami, jeździłem do domów wypoczynkowych, gdzie spotykałem tzw. bananową młodzież. Myślę, że miałem prawo kontestować, tym bardziej, że mi się dobrze powodziło i nie robiłem tego z frustracji materialne. Widziałem bowiem naocznie, jakie to było iluzoryczne i niesprawiedliwe. W tym podobno bezklasowym społeczeństwie były potworne podziały kastowe i klasowe. Kiedy przyszedł stan wojenny i miałem na półkach „Dziecinne pytania” i „Matkę Królów”, zgłosiłem się ze scenariuszem „Jeziora Bodeńskiego” wg Stanisława Dygata. Wtedy usłyszałem: „No co pan! Akcja dzieje się w obozie dla internowanych, już my wiemy co pan wykombinuje”. Wtedy szef kinematografii, Jerzy Bajdor powiedział mi: „Panie Januszu, po tym jak ma pan zaszarganą opinię u władz, pan nie może teraz wyjść z „Jeziorem Bodeńskim”. Jak będzie afera, to pan się całkiem utopi. Musi pan zrobić lżejszy film, bez polityki”. I wtedy zrobiłem film „Baryton”, choć tam trochę polityki też jest, aczkolwiek nie polskiej. Tłem był czas dojścia Hitlera do władzy, echa faszyzmu włoskiego, kwestie silnej władzy. Nota bene Bajdora uważam za jednego z inteligentniejszych kierowników kinematografii, który tyle ile mógł dobrego zrobić, to zrobił, podczas gdy niektórzy inni, choć też mogli, to nie zrobili.

Jest Pan autorem bardzo dowcipnej i barwnej książki wspomnieniowo-anegdotycznej, która jako wywiad Stanisława Zawiślińskiego z Panem, ukazała się pod tytułem „Jaja, serce, łeb”. Jest Pan kopalnią wiedzy o środowisku filmowym i podał ją Pan momentami w stylu niemal „opowieści łotrzykowskiej”…

Cóż, jestem w tym środowisku od dziesięcioleci, a mam dar obserwacji i dobrą pamięć. Miałem potrzebę z humorem opisać mój światek filmowy. Dowcipnie, ostro, podśmiewując się z innych, ale i z siebie. Oczywiście to, co znalazło się w książce, to tylko niewielka dawka z magazynu mojej pamięci, z tego co byłoby się do opisania. A to jest nie do opisania.
Dziękuję za rozmowę.

Janusz Zaorski – ur. 19 IX 1947 w Warszawie, reżyser, scenarzysta i producent filmowy. Były szef instytucji medialnych. Zrealizował m.in. „Uciec jak najbliżej” (1971), „Kaprysy Łazarza” (1972), „Palec boży” (1972) – o dojrzewaniu młodego człowieka, „Awans” (1975) – satyrę na pęd oświecania i cywilizowania wsi, „Partitę na instrument drewniany” (1975) – wojenny dramat wyboru, „Pokój z widokiem na morze” (1977) – dramat psychologiczny, „Dziecinne pytania” (1981), „Jezioro Bodeńskie” (1985), dramat postaw polskich na obczyźnie, „Matkę Królów” (1982/prem. 1987) – rozrachunkowy dramat polityczny, „Baryton” – o roli artysty na stylowym tle epoki lat 20. (1985), „Piłkarski poker” – komediodramat społeczny o degeneracji świata sportu (1988), „Szczęśliwego Nowego Jorku” (1997) – emigracji polskiej w USA, „Syberiadę polską” (2011) – epos o polskich losach na Wschodzie, a także serial „Panny i wdowy” (1991). Autor osnutych wokół światka filmowego, dowcipnej książki wspomnieniowej „Jaja, serce, łeb” (2014), które ukazały się w formie wywiadu Stanisława Zawiślińskiego.