Duma uczelni Łazarskiego

Włodzimierz Czarzasty zapewne nie spodziewał się, że kiedy mówił w telewizji publicznej o tym, że żołnierze Armii Radzieckiej wyzwolili Polskę, wywoła taki ból prawicowych odwłoków.

PiS rzucił do boju wszystkie najmimordy, które starają się zatrzeć to fatalne wrażenie, że jakiś wreszcie wyrazisty lewicowy polityk podważył dotychczas nienaruszalną prawicową narrację historyczną, opartą na dwóch głównych filarach: antykomunizmie i rusofobii.

Nawet telewizja nominalnie publiczna w jednym ze swych wiodących narzędzi propagandy „Strefa starcia” poświęciła słowom Czarzastego nieco czasu. Pomijam jednego z dyskutantów, z SLD, który był uprzejmy powiedzieć, że Armia Radziecka „pomagała wyzwolić Polskę”. Nie dodał, komu pomagała, i słusznie, bo musiałby się skompromitować do końca.

Ważniejsze jest to, że na pytanie, co by było w Polsce po 1945 roku, gdyby Polski nie wyzwolili radzieccy żołnierze, odpowiedział dr Artur Wróblewski z warszawskiej uczelni Łazarskiego. Pan doktor był uprzejmy podzielić się z widzami i uczestnikami programu swą wiedzą, twierdząc, że „bylibyśmy wyzwoleni w 1945 roku, może trochę później, przez armię George’a Pattona”.

W pierwszym odruchu pomyślałem sobie, że to kompletnie niepoważne komentować wypowiedź faceta, którego umiejętności kojarzenia faktów i wyciągania z nich wniosków każą zadać pytanie, czy nie nazbyt pochopnie w Polsce rozdawano matury. To, sądziłem, uwłaczające wobec Autorów i Autorek, których teksty znacząco różnią się na plus od tego, co wypowiedział Wróblewski, delikatnie mówiąc. Jednak, po przemyśleniu uznałem, że nie zniżając się do polemiki z tym gościem (bo o jakiej merytorycznej dyskusji może być mowa?!), warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy.
Pierwsza to ta, że Wróblewski, zgodnie ze stosowanym od 30 lat przez prawicę pakietem argumentów, nie ma pojęcia (lub nie chce mieć) o istocie niemieckiej okupacji i o planach, jakie Niemcy mieli wobec narodu polskiego. Doprawdy, nie trzeba było czekać nawet tego „trochę później”, by Wróblewski wypowiadał się wyłącznie w języku niemieckim, gdyby oczywiście jego szlachetni rodzice byliby w stanie udowodnić swą aryjskość i dzięki temu w ogóle przeżyć.

Druga zaś jest taka, że wszyscy podobni Wróblewskiemu naukowcy, którzy oddali się na służbę rządzącej Polską prawicy, zaczynają opowieść o II wojnie światowej od 1944 roku. Nie przyjmują do wiadomości tego, co Niemcy czynili od 1939 roku na podbitych przez siebie ziemiach, jakich strasznych mordów i na jak wielką skalę się ich dopuszczali, zamykają swoje mózgi na morza przelanej przez Niemców ludzkiej krwi i niesłychanych okrucieństw, którym poddana była ludność cywilna na ziemiach pod niemiecką okupacją.

Przecież to nie przypadek, nie nieuctwo. To celowy zabieg, cyniczna manipulacja, która ma na celu napisanie na nowo historii, odrzucenie oczywistych faktów i wdrukowanie ludziom nowych, napisanych na zamówienie władzy. To nie nowość w historii świata i Polski. Za każdym razem jednak budząca odruch wymiotny.

Podróże do ZSRR Z PKF przez Polskę i Świat - opowieść o o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL

– czyli o tym, czego widzowie Polskiej Kroniki Filmowej nie widzieli

Przed setną rocznicą urodzin Włodzimierza Iljicza Lenina zakłady pracy w Polsce noszące jego imię (Huta im. Lenina, Kopalnia im. Lenina i Stocznia im. Lenina) postanowiły uczcić to doniosłe wydarzenie i wysłały do Uljanowska, (do 1924 r. Symbirsk, od 1992 r. znowu Symbirsk) delegacje załóg, aby pobrały z tego „świętego” miejsca ziemię i przywiozły ją do Polski. Ponieważ owe zakłady zwróciły się do redakcji z prośbą, aby delegacjom towarzyszyła ekipa PKF, Michał Gardowski wysłał tam mnie i Ryszarda Golca.
W mieście trwały ostatnie prace przed ogólnoradzieckimi przygotowaniami do uczczenia rocznicy. W Leninskom Centrie, czyli dopiero w co wybudowanym gmachu, Muzeum Lenina, myto szyby w oknach, a na wysoki cokół pomnika wodza rewolucji wciągano za pomocą dźwigu zawieszoną na stalowej linie głowę Iljicza. Ryszard właśnie filmował ten historyczny moment, gdy podeszło do nas dwóch milicjantów i przerwali pracę, zabrali kamerę i zaprowadzili do komisariatu, tu zostaliśmy przesłuchani, a nasze zeznania zapisane. Potem pozostawiono nas w pokoju, gdzie czekaliśmy około pół godziny. Gdy pojawił się znowu milicjant, zażądałem rozmowy z komendantem. Nie jestem w stu procentach pewny, czy przyjął mnie wtedy komendant, w każdym bądź razie zaprowadzono mnie do kogoś ważnego. Poprosiłem go, by zadzwonił do sekretarza komitetu partyjnego, podałem jego nazwisko, znałem je, bo dnia poprzedniego podejmował delegację zakładów z Polski kawą i koniakiem. Milicjant zadzwonił i w oka mgnieniu zmienił się nastrój. Nie tylko nas wypuścili z kozy, ale odwieźli do hotelu czarną wołgą.
Robiliśmy zdjęcia w drewnianym domu-muzeum – w którym urodził się Lenin. Tu też o mało nas nie zamknięto. Do wnętrza muzeum weszliśmy bez przeszkód, obejrzeliśmy eksponaty, ustaliliśmy z Ryszardem, co sfilmujemy, znaleźliśmy kontakt, podłączyliśmy lampy i zapaliliśmy światło. W tym momencie rzucili się na nas strażacy. Szamotanina trwała kilkanaście sekund, w końcu porozumieliśmy się z nimi i Ryszard zrobił zdjęcia. Strażacy obawiali się, że włączenie lampy spowoduje spięcie i drewniany dom może się zapalić. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze dla nas i strażaków, pożaru nie wywołaliśmy. Wróciliśmy do hotelu, gdzie trwało już pożegnalne przyjęcie!
W kilka dni po naszym powrocie Michał Gardowski musiał się tłumaczyć z tego, że wysłał do Wielkiego Brata ekipę, pomijając oficjalną drogę.
Taszkient – Samarkanda.
Następny mój wyjazd był już zaplanowany. Razem z Januszem Kreczmańskim udawaliśmy się do republik południowych Związku Radzieckiego. W Moskwie czekaliśmy kilka dni na wylot do Taszkientu, więc poznawaliśmy, stolicę imperium jako turyści, bo filmować nie mogliśmy, ponieważ nie przysłaliśmy planu, które obiekty nas interesują, nie został ten plan zatwierdzony, a propozycja, że chcemy pojechać do miasta i sfilmować po prostu życie ludzi, ciekawostki, pomniki, szachistów w parkach i młodych poetów deklamujących wiersze pod pomnikiem Puszkina nie znalazła zrozumienia. Wałęsaliśmy się przeto po Moskwie jak turyści indywidualni-bez przewodnika i opiekuna, miało to tę zaletę, że w księgarni na ulicy Gorkiego kupiliśmy kilka ilustrowanych broszurek o miastach, w których zamierzaliśmy robić zdjęcia.
Po trzech dniach, tak spędzonych w Moskwie w towarzystwie dwóch miłych opiekunów, odlecieliśmy do stolicy Uzbekistanu, Taszkientu, gdzie po wylądowaniu przeżyliśmy pierwszą niespodziankę. Kreczmańskiego powitał na lotnisku bardzo serdecznie Uzbek – operator, który studiował z Januszem w Łódzkiej Szkole Filmowej. Opiekunów poinformował, że zabiera nas na resztę dnia do własnego domu, aby przedstawić polskich przyjaciół własnej rodzinie.
Prosto z hotelu pojechaliśmy do meczetu wypełnionego po brzegi modlącymi się muzułmanami. Pokazał nam także mniej oficjalne dzielnice Taszkientu i zachęcał do robienia zdjęć: „Takiego Taszkientu wasi opiekunowie nie pozwolą filmować. Tu zobaczycie, jak naprawdę żyją Uzbecy”.
Z Taszkientu mieliśmy lecieć do Samarkandy, ale nasi opiekunowie napotkali na trudności z kupieniem biletów na samolot. Pojechaliśmy więc do wytwórni filmów dokumentalnych, sądząc, że dyrektor załatwi bilety. Zastaliśmy zastępcę dyrektora – Uzbeka, bo dyrektor-Rosjanin bawił właśnie w Moskwie. Sympatyczny Uzbek nie chciał słyszeć o żadnym samolocie! „Skoro nasi polscy przyjaciele przylecieli aż tak daleko, by filmować Uzbekistan, to pojadą jutro rano samochodem, będą mogli po drodze robić zdjęcia naszej ojczyzny”.
Na to Rusłan, jeden z opiekunów, oświadczył, że podróż samochodem nie wchodzi w rachubę, nie ma jej w planie i nie została zatwierdzona. „Zapominasz – usłyszał od dyrektora – że tu jest Republika Uzbekistanu, a nie Republika Rosyjska, i o tym, czym pojadą nasi polscy goście decydujemy w Taszkiencie”.
Podróż zajęła nam cały dzień, po drodze bowiem filmowaliśmy krajobrazy, zbiór bawełny i co ciekawsze miejscowości. Nasi opiekunowie nie byli tym zachwyceni, ale nie mogli nic zrobić, bo kierownikiem wyprawy okazał się uzbecki kierowca i to jemu mówiliśmy, gdzie, się zatrzymać.
Po pracowitym dniu znaleźliśmy się w Samarkandzie – mieście muzeum, którego początki sięgają czwartego wieku p.n.e. W wiekach średnich była to stolica państwa Tamerlana. Nazywanego także Timurem, potężnego wodza i krwawego wojownika. Pod jego rządami Samarkanda stała się ośrodkiem nauki i kultury promieniującym na całą Azję Centralną. Miasto nas urzekło, gdy następnego ranka zobaczyliśmy baśniowe budowle w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. To właśnie tu od miejscowej przewodniczki, komsomołki Zoji, usłyszeliśmy legendę o żonie Tamerlana, która na jego cześć zapragnęła zbudować meczet nazywany „Bibi Chanum.”
Gdy Tamerlan wyruszył na podbój Indii, rychło do Samarkandy dotarły wieści o jego zwycięstwach. Piękna i kochająca żona postanowiła uczcić jego powrót wspaniałym meczetem. Wezwała na dwór najsławniejszych architektów, przedstawiła im ideę budowy świątyni, ale po jej wystąpieniu w komnacie zapanowało milczenie. Najsławniejszy i najstarszy zarazem architekt poprosił, aby najjaśniejsza pani dała zebranym choćby tylko trzy dni do namysłu, zadanie jest tak ogromne, że muszą połączyć siły, bo jeden człowiek nie zdoła podjąć się realizacji tak wielkiego dzieła, w tak krótkim czasie. Po trzech dniach piękna małżonka usłyszała, że zadanie przerasta siły wszystkich architektów. Wtedy zjawił się młody i odważny architekt i oświadczył, że on podejmuje się zbudować meczet, pod jednym wszakże warunkiem, że piękna monarchini pozwoli mu się po ukończeniu dzieła pocałować. Kochał bowiem piękną żonę Tamerlana tak mocno, że wierzył, iż myśl o nagrodzie ustokrotni jego siły.
Jak wiadomo, piękne kobiety znają tysiące sposobów, by danego słowa nie dotrzymać. Przepiękna Bibi Chanum miała nadzieję, że zdoła odwieść zuchwałego architekta od spełnienia obietnicy. Kiedy budowa meczetu zbliżała się do końca, a Tamerlan do granic swojego państwa, zaprosiła architekta na śniadanie i postanowiła odwieść go od spełnienia obietnicy. Na stole w srebrnej misie podała zuchwałemu śmiałkowi tylko jajka pomalowane na różne kolory i poprosiła, aby spróbował je zjeść. Kiedy architekt zjadł już kilka jajek, zapytała, czy dostrzegł jakąś różnice w smaku między jajkami o różnych kolorach. „Nie, najjaśniejsza pani, mimo różnych kolorów jajka smakują jednakowo”. „Podobnie jest z kobietami – odrzekła – wyglądają różnie, a smakują tak samo”.
Niezbity z tropu zuchwały architekt wezwał swojego sługę i polecił mu przynieść dwa dzbanki wypełnione jednobarwnym płynem. Nalał do kieliszków i poprosił, aby władczyni wypiła płyn z pierwszego kieliszka napełnionego źródlaną wodą, a potem z drugiego, w którym był alkohol i zapytał, czy dostrzegła różnice w smaku.
„Napój z pierwszego kieliszka schłodził moje wnętrze, a z drugiego rozgrzał” – odpowiedziała władczyni. (Zatrudnieni w głośnym instytucie dwaj agenci, przebrani za historyków twierdzą, że w teczkach jest zapisane, iż płyn rozgrzewający, przypominający kolorem wodę, to nic innego jak aqua vita pochodząca z Lechistanu). „To dowodzi, że podobnie jest z niewiastami – odrzekł architekt – jedna schładza zmysły, a druga je rozgrzewa. Nie ma bowiem pod słońcem dwóch jednakowych kobiet”.
Władczyni uległa argumentacji architekta i pozwoliła pocałować się jedynie w policzek.
Architekt pałał do swej władczyni tak żarliwą miłością, że na jej policzku pozostał ślad pocałunku. Srogi i zazdrosny Tamerlan osadził żonę w wieży meczetu zbudowanego na jego cześć, gdzie dokończyła swojego żywota.
Nasza przewodniczka Zoja była urodziwą komsomołką, studentką drugiego roku historii i żarliwą wyznawczynią Lenina, musiałem łagodzić spory, jakie wybuchały między nią a Januszem, który drażniąc się zgłaszał wątpliwości, co do niektórych myśli i poczynań wodza rewolucji. Zoja twierdziła, że tu, w Samarkandzie, wszyscy kochają Włodzimierza Iljicza, a jej babcia zamiast ikony ma na stoliku jego podobiznę, przybraną kwiatami i do niego się modli. Nie wnikałem, czy opowieści Zoji są udawane, na pokaz, czy rzeczywiste. Zadziwiała mnie jej żarliwość, raziły natomiast – zęby, wszystkie w górnej szczęce ze złota. Zadawałem sobie pytanie, czy w owym czasie wśród tutejszej młodzieży panowała taka właśnie moda, czy był to relikt przeszłości?
Samarkanda nie szczędziła nam różnorakich zaskoczeń. Wybraliśmy się oto z Januszem na kolację do hotelowej restauracji, gdzie spotkaliśmy grupę francuskich turystów-komunistów. Jak to ludzie z zachodu zachowywali się swobodnie i dobrze się bawili. Panie miały nadzwyczajne powodzenie, nie schodziły z parkietu. Dwaj młodzi Rosjanie po kilku tańcach, mimo protestu kelnera, opuścili swój stolik i przysiedli się do stołu zaproszeni przez Francuzów, ściślej mówiąc, piękniejszą część delegacji. Zwłaszcza jeden z młodzieńców tańczył z przepiękną Francuzką tak wspaniale, że dostali od całej sali spontaniczne brawa! W pewnym momencie młodzieniec ów opuścił salę, by po kilku minutach powrócić z bukietem czerwonych goździków. Wręczył kwiaty swojej partnerce, co spotkało się z pełnym aplauzem biesiadników. Francuska wspięła się na palce, objęła rękami szyję młodzieńca i nagrodziła go pocałunkiem. Wtedy Rosjanin przywołał kelnera powiedział mu coś niezbyt głośno, a po chwili poprosił Francuzkę do tańca. Orkiestra zagrała „Oczi cziornyje”, młodzi przytuleni do siebie, samotnie, bo inne pary nie pojawiły się na parkiecie, przenieśli się w świat romantycznych marzeń. Ledwo tylko orkiestra przestała grać, trzech kelnerów ze srebrnymi wiaderkami i butelkami szampana wkroczyło na salę i całą zawartość postawili na stole francuskich turystów. Zaczynał się szampański wieczór. Janusz zaczął się zastanawiać, czy nie pójść po kamerę, ale odwiodłem go od tego zamiaru, bo przecież musielibyśmy uzyskać zgodę, co najmniej kierownika Sali, na filmowanie, a może nawet straży pożarnej i jeszcze jakichś innych czynników, nie mówiąc już o naszym opiekunie, który nie wiadomo gdzie w tej chwili przebywał, bo gdy schodziliśmy na kolację nie było go w pokoju. Piszę w liczbie pojedynczej, bo Rusłan (jeden z opiekunów) odleciał do Moskwy. Aby złagodzić cierpienia mojego przyjaciela, zamówiłem butelkę wina, Janusz nie przepadał za alkoholem, ale wiedziałem, że mi nie odmówi i wypije choćby tylko jeden symboliczny kieliszek. W taki wieczór w Samarkandzie…
Tymczasem w lokalu narastała braterska atmosfera, gdy orkiestra przestawała grać Francuzi, śpiewali swoje pieśni, potem Rosjanie i Uzbecy się rewanżowali, zsunęli nawet kilka stolików, aby stworzyć chór. Kelnerzy przynosili nowe butelki. Po jakimś tańcu, gdy opisana tu para francuskorosyjska wracała do stolika, Rosjanin poślizgnął się albo o coś zahaczył nogą, a upadając zbił łokciem szybę w drzwiach. Natychmiast obstąpiło go kilku pracowników restauracji i zaczęła się dość głośna wymiana zdań. Francuzka nie opuszczała swojego partnera, ale nie rozumiejąc, o czym rozmawiają miała dość żałosną minę. W pewnym momencie Rosjanin wyciągnął portfel z kieszeni i usiłował za stłuczoną szybę zapłacić, ale nikt nie chciał przyjąć od niego pieniędzy. W tej patowej sytuacji do sali wkroczyło dwóch milicjantów, którzy usiłowali wyprowadzić chłopaka. Wtedy ruszyli z pomocą Francuzi, poderwali się od stołu i wzięli Rosjanina w obronę. Wyjaśniali milicjantom, że są grupą francuskich komunistów, jeden z nich wyciągnął nawet legitymację FPK. Tłumaczyli, że chłopak nie jest winien, że usiłuje za szybę zapłacić, ale nikt nie chce od niego przyjąć pieniędzy. Milicjanci wycofali się, ale atmosfera sprzed incydentu już nie powróciła. Francuzka i Rosjanin zaczęli nawet tańczyć, w ich ruchach nie było już radości i fascynacji. Poprosiłem kelnera o rachunek i zaproponowałem Januszowi powrót do hotelu.
„Nie możemy wracać – powiedział Janusz – musisz zobaczyć finał. Założę się z tobą o wszystkie pieniądze, jakie mam przy sobie, że po zamknięciu lokalu chłopak zostanie zatrzymany”. Zakładu nie przyjąłem, Janusz znał doskonale Związek Radziecki, nie zamierzałem ryzykować. Kiedy Francuzi wstali od stołu i udali się do windy, wyszliśmy przed hotel. W parę minut później pojawił się Rosjanin w towarzystwie kolegi. Natychmiast otoczyli ich milicjanci, którzy na naszych oczach założyli chłopakowi kajdanki i wepchnęli do gazika. Aby się nie guzdrał, pomogli mu pałką. Przypomniałem sobie wtedy słowa Lenina, który mawiał, że państwo to „dubinka.”
W Samarkandzie zastała nas rocznica Wielkiej Rewolucji Październikowej, sfilmowaliśmy uroczystości, a ponieważ pochód zapowiadał się na dwie godziny, wróciliśmy do hotelu, wjechaliśmy windą na najwyższe piętro, wyszliśmy na taras, z którego Janusz zrobił kilka ogólnych ujęć pochodu i miasta. Jeszcze nie skończył filmować, gdy na tarasie pojawiło się dwóch panów, podeszli do Janusza i urzędowym głosem zapytali, kto nas tu wpuścił i co tu robimy?
Na to Janusz stanowczym głosem powiedział im coś, czego nie dosłyszałem. Dwaj mężczyźni stanęli jakby skamienieli. Przeprosili, poczekali aż Janusz skończy filmować, pomogli znieść statyw i kamerę do windy, grzecznie się pożegnali i zniknęli bezszelestnie w przepastnym korytarzu.
„Co ty im powiedziałeś” – zapytałem po powrocie do pokoju.
„Użyłem magicznych słów, których nauczyłem się na Syberii, od milicjanta przebranego za kierowcę. Nie da się tej lekcji opowiedzieć w dwóch zdaniach, więc jeśli chcesz poznać całą prawdę musisz uzbroić się w cierpliwość”.
„Realizowaliśmy zdjęcia w Nowosybirsku – zaczął Janusz swoją opowieść – ustawiłem statyw, założyłem kamerę i skierowałem obiektyw na drewniany dom ozdobiony ludowymi motywami i miniaturowymi rzeźbami. Już miałem uruchomić kamerę, gdy ktoś, później się okazało, że radziecki patriota, dotknął mojego ramienia, a gdy na niego spojrzałem, wskazał mi nowy blok i kazał go filmować. Odpowiedziałem, że blok z wielkiej płyty mnie nie interesuje, bo jest brzydki, natomiast dom drewniany jest piękny i będę go filmował. Wtedy Rosjanin popchnął statyw, całe szczęście, że kamera upadła w zaspę śniegu i nic się nie stało. Nie zdążyłem jeszcze wyciągnąć jej z zaspy, gdy rozległ się głośny huk i radziecki patriota zwalił się na ziemię obok statywu. Kierowca widząc co się dzieje, wyskoczył z samochodu i zwyczajną pałką milicyjną tak uderzył człowieka, że ten zwalił się w śnieg. A po incydencie udzielił mi rady: jeśli ktokolwiek, babuszka, zwykły przechodzeń czy generał nawet będzie ci przeszkadzał w robieniu zdjęć nie wdawaj się w dyskusję, powiedz tylko stanowczym głosem – „uchadi w pizdu, job twoju mać, nie mieszaj w rabotie” To wystarczy, każdy obywatel Związku Radzieckiego doskonale rozumie te słowa. Wypróbowałem je na Syberii kilkakrotnie, za każdym razem poskutkowały. W Samarkandzie też wiedzą, co one znaczą, przekonałeś się o tym osobiście, obserwując zachowanie tych dwóch osiłków.
Zdarzyło się to 7 listopada 1972 roku. Ten dzień miał się jednak zakończyć dopiero późnym wieczorem. Wziąłem prysznic i zamierzałem położyć się do łóżka, gdy usłyszałem, że ktoś wkłada klucz do zamka i otwiera drzwi do mojego pokoju. Nie zdążyłem nawet wyjść do przedpokoju, gdy przede mną stanęła w groźnej postawie „dyżurna po etażu” i wrzasnęła: „ zobacz, jak ten Poliaczek się spił i leży jak świnia”. Nie mogłem uwierzyć, po kolacji Janusz poszedł do swojego pokoju trzeźwy jak skowronek! A od tego czasu nie upłynęło więcej niż dwadzieścia minut. Szybko się jednak wyjaśniło, że to nie Janusz, a nasz opiekun spił się do tego stopnia, że idąc do toalety przewrócił się w przedpokoju, zrobił siusiu i leżał, nie mogąc się podnieść. Pobiegłem po Janusza, wspólnie wciągnęliśmy Aloszę do łóżka, które zastawiliśmy dwoma fotelami i stolikiem. Dyżurnej po etażu wytłumaczyłem, że to nie Poliak, a prawdziwy radziecki „grażdanin.”
Na drugi dzień rano poprosiłem Aloszę do pokoju i zapytałem, czy mam dzwonić do Moskwy, aby przysłali innego opiekuna? Przerażony Alosza zaczął przepraszać, obiecał nawet, że w sprawozdaniu napisze o nas same dobre rzeczy! I to mnie zirytowało. Zażądałem, aby natychmiast powiedział nam prosto w oczy, co w czasie naszej podróży zrobiliśmy nagannego, upiliśmy się może tak jak ty? Zaczął się chaotycznie tłumaczyć, a z tej mowy wynikało, że przez cały czas jesteśmy niezadowoleni. I tu wpadł w pułapkę. „Nie jesteśmy niezadowoleni z pobytu w Wielkim Związku Radzieckim, a z twojej pracy, bo nam ciągle mówisz: „niet, niet, niet,” Tego nie wolno filmować! Są to słowa, które wypowiadasz najczęściej, utrudniasz nam w ten sposób pokazanie wielkiego dorobku ZSRR i jego piękna!”
Alosza przyrzekł, że jeśli nie zadzwonię do Moskwy, będziemy mogli wszystko filmować, a on nam w tym pomoże. „Udowodnij to” – powiedziałem.
Opuściliśmy Samarkandę, dzięki Aloszy, straż na rogatkach miasta przepuściła samochód, którym udaliśmy się do najbliższego kołchozu. Wiedzieliśmy, że zdjęć nie opublikujemy w kraju, przedstawiały bowiem kołchoz biedny, wieś zaniedbaną, ale w ten sposób Alosza udowodnił, że ma wielką władzę. Wykorzystywaliśmy jego uprzejmość przez dalszy czas pobytu.
Ałma-Ata
Ałma-Ata (po kazachsku znaczy: ojciec jabłek) powitała nas złocistą jesienną pogodą, a koledzy w wytwórni filmowej dokumentem o schwytaniu tygrysa i kumysem. Film urzekł nas cudownymi krajobrazami i myśliwymi, którzy pojmali groźnego zwierza, założyli mu miniaturowy aparat wysyłający sygnały i zwrócili wolność. A następnego dnia wywieźli w góry i pokazali miejsca, gdzie film realizowano. Było oczywiście ognisko, pieczony baran-kazachska specjalność – kumys, wino i koniak. Doprawdy Kazachowie są nadzwyczaj gościnni, przekonaliśmy się o tym na wysokości 2400 metrów i przez cały czas pobytu. Wracaliśmy z gór tuż przed zachodem słońca, naszym oczom ukazała się ówczesna stolica republiki w całej gamie barw, otoczona aż po horyzont żółto-różowymi pasmami. Zapytaliśmy kolegów, czy to jesienne kwiaty? Za pół godziny przekonacie się, co to jest w rzeczywistości, teraz możemy powiedzieć, że nie są to kwiaty. Rychło się okazało, że miasto jest otoczone sadami, a te żółto-różowe plamy to jabłka opadłe na ziemię, których tu nikt nie zbiera. I to, jakie jabłka! Przywiozłem jedno do Warszawy ważące 1,15 kg (słownie: kilogram i piętnaście dekagramów!). Gdy wokół Ałma-Aty jabłka gniły na ziemi, w Moskwie kilogram marnych jabłek kosztował ponad dwa ruble. Tajników socjalistycznej ekonomii nie zgłębialiśmy na szczęście, ale kolorystykę zanotowaliśmy na taśmie.
Restauracja hotelowa w Ałma-Acie nie różniła się niczym od restauracji w Moskwie czy w stolicach innych republik radzieckich. Różnica polegała jedynie na tym, że spotkaliśmy tu bardzo miłą kelnerkę, która przyznawała się do swojego polskiego pochodzenia. Językiem dziadków mówiła słabo, ale jej życzliwość nie znała granic. Zapytaliśmy, czy są w tym mieście jakieś restauracje, w których można poznać prawdziwe życie i miejscowy folklor? Poradziła jeden lokal słynący z oryginalności, ale natychmiast dodała, że nie może z nami pójść, ponieważ zbierają się w nim wyłącznie mężczyźni. Wybraliśmy się tam następnego wieczoru. Nie żałowaliśmy. Mężczyźni, wszyscy w czarnych oryginalnych kaukaskich strojach, siedzieli przy stolikach, pili wino i śpiewali pieśni. A gdy zagrała orkiestra, tańczyli z kaukaskimi nożami w zębach, z szeroko rozłożonymi, jak skrzydła ptaków w locie, ramionami. Wtedy przypomniałem sobie, że w przedwojennej prasie rysowano bolszewików właśnie z nożami w zębach, bałem się tych rysunków straszliwie i może, dlatego tak długo gnieździły się w mojej pamięci. Janusz był niepocieszony, kierownik nie zgodził się na filmowanie.
W ówczesnej stolicy Kazachstanu spotkaliśmy kilku Polaków, jeden z nich pracujący w zakładach porcelany zapytał, czy możemy jego mamie mieszkającej w Warszawie zawieźć pieniądze. Rozmawialiśmy w miejscu jego pracy, więc umówiliśmy się, że następnego dnia o siódmej rano przywiezie pieniądze do hotelu. Minęło pół godziny, a on się nie pojawił. Czekał na nas w holu. Na pytanie, dlaczego nie przyszedł do pokoju odpowiedział, że go nie chcieli wpuścić.
W czwartek rano koledzy z wytwórni zapytali, czy chcielibyśmy wziąć udział w kazachskiej biesiadzie? Zgodziliśmy się natychmiast, pytając czy będziemy mogli robić zdjęcia i kto nas zaprasza? Odpowiedzieli, że pewien rosyjski pisarz, który mieszka w Ałma-Acie.
W piątek po południu wyruszyliśmy na biesiadę. Przyjechaliśmy punktualnie o godzinie piętnastej. Przed bramą olbrzymiej, drewnianej daczy czekał już gospodarz, po powitaniu przeprosił, że nie może nas teraz gościć, bo przed chwilą złożyli mu wizytę przedstawiciele z KGB i właśnie ich podejmuje, nas zaprasza na osiemnastą i ma nadzieję, że się nie obraziliśmy. Zastanawialiśmy się z Januszem, co to znaczy i czy powinniśmy przyjeżdżać później? Koledzy z wytwórni wytłumaczyli, że w Kazachstanie to normalne, ci z KGB też lubią pobiesiadować, wpadli więc na chwilę, a uprzejmy gospodarz nie chciał ich nie ugościć. Janusz, który na Syberii spędził ponad rok, uznał, że w przełożeniu terminu wizyty nie kryje się nic nadzwyczajnego, więc o osiemnastej stanęliśmy ponownie przed daczą. Bez Aloszy, którego kazachscy koledzy z wytwórni nie zaprosili.
Tym razem już bez kłopotów rozgościliśmy się, nie wiedząc, że aż na trzy noce i dwa dni! Gospodarz nie zwlekając nalał po szklanicy wina i wzniósł toast za gości z dalekiej Polski! Tu, w Kazachstanie, toasty wznoszono krótko, ale za to często. W obawie, że do wieczora nie utrzymamy się na nogach zapytaliśmy gospodarza, czy możemy zrobić zdjęcia?
„Nie ma żadnych przeszkód – odparł – ale właściwa biesiada zacznie się dopiero po teatralnych spektaklach, teraz za stołem jest zaledwie garstka ludzi. Sami literaci i kilku malarzy, nie przyszły jeszcze ich muzy, tancerki i modelki. Zjawią się po spektaklach”. Przy okazji zapytał, czy przypadkiem nie przeszkadzają nam dwa portrety na ścianie, czy będziecie mogli w Polsce pokazać Indirę Gandhi i Stalina?
Po dwudziestej drugiej, czyli po spektaklach, zaroiło się od gości. Kogo tam nie było: sławne aktorki i aktorzy, muzycy, baletnice i tancerze i najwspanialsze głosy Kazachskiej Republiki Radzieckiej, zasłużeni artyści i najpiękniejsze primabaleriny. Zabawa trwała do sobotniego poranka, potem salon opustoszał, położono nas do łóżek i wczesnym popołudniem przywrócono do życia.
Jadłem tam szaszłyki i baranie oczy, piłem kumys, wino i nalewki na spirytusie. Tylu artystek i artystów w jednym pomieszczeniu nie widziałem nigdy dotąd i nigdy później. Pewne fragmenty biesiady znalazły się w filmie „Słoneczne Stolice” wyświetlanym na ekranach kin w Polsce.
Kiedy w poniedziałek rano, opuszczając gościnny dom, dziękując gospodarzowi za cudowne trzy noce i dwa dni, poprosiłem go o nazwisko odpowiedział mi pytaniem: „Powiedz Mirosław, czy dobrze się wśród nas czułeś? Mówisz, że znakomicie, to po co ci moje nazwisko? Żegnaj polski przyjacielu, zachowaj nas we wspomnieniach jak najdłużej… Daliśmy ci nasze serca, nazwisko jest bez znaczenia”.
Tbilisi
Głos kapitana samolotu wyrwał nas z drzemki, zostaliśmy właśnie poinformowani, że przekroczyliśmy granicę Gruzińskiej Republiki Socjalistycznej. Była to nowość, nie informowano nas, gdy przekraczaliśmy granice innych republik.
Spotkanie z gruzińskimi kronikarzami zaczęliśmy dość niefortunnie, zwróciliśmy się z prośbą do kolegów w wytwórni, aby pożyczyli nam 200 metrów taśmy, bowiem przywieziona z Polski właśnie się kończy.
„Dwieście metrów na Gruzję? Drodzy polscy przyjaciele chyba się pomyliliście, dwieście metrów nie wystarczy wam nawet na naszą piękną stolicę! Jesteście naszymi gośćmi – oświadczył dyrektor – pragniemy, abyście czuli się w Gruzji jak u siebie w domu i każdego dnia pobierali tyle taśmy, ile wam potrzeba. Kolega, który będzie się wami opiekował, wie doskonale jak się u nas taśmę pobiera, zapewniam, że nie napotkacie na żadne trudności!”
Dyrektor wytwórni życzył nam miłego i owocnego pobytu w Gruzji i oddał pod opiekę reżysera, a ten poprosił Aloszę, aby swój pobyt w Tbilisi potraktował wypoczynkowo, nie martwił się o polskich przyjaciół, obiecując mu, że odlecimy do Moskwy cali i zdrowi.

„Skoro sprawy protokolarne załatwiliśmy szybko i sprawnie – podsumował reżyser, gruziński opiekun – proponuję, abyście zapoznali się z naszą twórczością, pokażę wam tylko jeden film, nasz najnowszy, który właśnie wczoraj wszedł na ekrany stołecznych kin. Film nosił tytuł „Balkony”, przedstawiał w sposób dość przekonujący i dowcipny historię Gruzji od czasów starożytnych, aż po czasy, gdy Gruzja stała się republiką socjalistyczną, co spowodowało oczywiście, że cały naród jest z tego powodu szczęśliwy. „Balkony” to historia podbojów Gruzji przez różnych najeźdźców, bliższych i dalszych sąsiadów. Ani razu na ekranie nie pokazano żołnierza, karabinu, armaty, czołgu. W zależności od napastnika zmieniał się wygląd balkonów i osoby na nich przebywające. Morał płynął stąd taki, że zmieniają się tylko najeźdźcy, a „Matka Gruzja” jest wciąż ta sama. Powszechna szczęśliwość Gruzinów w socjalizmie pokazana na końcu filmu jest jedynie zabiegiem formalnym, albo jak wolisz kwiatkiem przy kożuchu, bo w to szczęście mało, kto wierzy. Nie wierzyłem, że film jest wyświetlany w kinach. Jego wymowa antyrosyjska aż biła w oczy. Publiczność przyjmowała „Balkony” oklaskami, przekonałem się o tym osobiście. Gruziński opiekun rozumiał moje wątpliwości, poczuł się zobowiązany wyjaśnić mi, że film jest wyświetlany tylko w Gruzji, a nie w ZSRR. Gruzini wszak mają prawo przedstawiać zgodnie z prawdą swoją historię.
Zbliżała się pora obiadu, gruziński przyjaciel zaproponował więc przerwę w robieniu zdjęć i zaprosił nas na obiad do baru najniższej kategorii, gdzie posiłki jada się tylko na stojąco, a potrawy nie są wyszukane, przychodzą tu bowiem ludzie najbiedniejsi. „Mamy przed sobą siedem dni, więc każdego dnia poznacie inną restaurację” – oświadczył.
Gruzini przywiązują bardzo dużą wagę do jedzenia. Biesiady trwają u nas długo, każdej przewodzi „tabada”, mistrz ceremonii, on wznosi toasty i udziela głosu biesiadnikom.
Toasty gruzińskie są minipoematami, w zależności od sytuacji dowcipnymi, wywołującymi śmiech, romantycznymi, wzbudzającymi wyższe uczucia, są też ludowymi i ludzkimi przypowieściami kończącymi się morałami. Każdy Gruzin jest w jakimś sensie poetą, a już na pewno każdy potrafi wznieść toast. A wszyscy uwielbiają wino i zabawę.
Rano reżyser powitał nas słowami: „Wczoraj poznaliście bar, w którym jadają najbiedniejsi Gruzini, ludzie, którzy są fundamentem naszej ojczyzny, dziś, jeśli zaakceptujecie moją propozycję, pojedziemy do źródeł, do pierwszej stolicy naszego państwa, Mcchety”.
Początki miasta sięgają III wieku p.n.e. Oddalona od współczesnej stolicy o dziesięć kilometrów, leży u ujścia Aragwi do Mtkwali (Kury) przy Wojennej Gruzińskiej Drodze, łączącej miasta znad Morza Czarnego z miastami położonymi nad Morzem Kaspijskim. Mccheta to miasto-muzeum, pełne zabytków zniszczonych nie tylko przez czas. Nasz przewodnik pokazywał te zniszczenia i sprawców, Rosjan.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w zajeździe, swoim stylem przypominającym podobne lokale w Prowansji, z okien zajazdu widzieliśmy wzgórze z klasztorem Dżwari z VI wieku. Jeszcze nie zdążyliśmy złożyć zamówienia, a już kelnerka postawiła na stole dzbanek z winem i trzy kieliszki. Gdy gospodarz je napełnił, Janusz Kreczmański głosem stanowczym, niedopuszczającym sprzeciwu, oświadczył, że ma zamiar jeszcze filmować i nie wypije nawet kropelki.
„Gruzja – zaczął nasz przyjaciel – uchodzi za ojczyznę wina, uczeni odkryli tu najstarsze urządzenia do tłoczenia tego napoju, który od niepamiętnych czasów wprawia ludzi w dobry nastrój, łagodzi smutek i cierpienie, pobudza wyobraźnię i rozwesela serce”.
„Wypijmy za to, abyście z Gruzji wywieźli nie tylko smak tego trunku, ale uczucia, jakimi was darzymy” – powiedział reżyser.
Janusz nie mógł nie spełnić
toastu…
Ledwo opróżniliśmy kieliszki, gospodarz napełnił je ponownie. Tym razem Janusz niemal przysiągł, że ani kropli więcej… Pogoda była wspaniała, świeciło słońce, na wysokim wzgórzu w błękit bezchmurnego nieba wpisywała się sylwetka klasztoru Dżwari. Widok urzekał swoim pięknem i majestatem trwania. W pewnej chwili Janusz powiedział: „Spójrzcie tylko na tę budowlę, podziwiam architekta i jego poczucie piękna!”
Chyba na tę chwilę czekał gospodarz. Podniósł kieliszek i rzekł: „Podzielam twój podziw, przyjacielu. Ten budowniczy miał takie wyczucie piękna, bo był Gruzinem, kochał Matkę Gruzję i ta miłość dodała mu sił i odwagi. Minęło już czternaście wieków od wzniesienia klasztoru, przez nasze ziemie przechodziły hordy różnych najeźdźców, a klasztor stoi na chwałę Matki Gruzji. Wypijmy za synów Polski i Gruzji, którzy kochają swoje ojczyzny”. I Janusz wypił.
O tej porze dnia lokal był jeszcze pusty, barman czyścił kieliszki, trzy kelnerki prowadziły ściszonymi głosami rozmowę, a zdun za pomocą jakiegoś metalowego narzędzia nadawał ostateczny kształt ozdobom pieca.
Reżyser przez chwilę przyglądał się w zamyśleniu zdunowi, a potem zwracając się do Janusza powiedział: „Popatrz na tego człowieka, nie jest on takim wielkim artystą jak budowniczy Dżwari, ale wygładza te płaskorzeźby przy piecu z gorliwością i skrupulatnością, bo pragnie, by ludziom zatrzymującym się tu w chłodne i słotne dni było nie tylko ciepło, ale i przyjemnie. Gdyby nie było zdunów, czyż mogliby istnieć wielcy artyści? Wypijmy za zdrowie gruzińskiego zduna!”
Toast po toaście, kieliszek po kieliszku i ani się spostrzegliśmy jak przy stole pojawiła się kelnerka z nowym dzbankiem wina. W tym momencie reżyser zapytał o imiona naszych matek. I dodał, że może w tej chwili myślą one o nas właśnie. Wzniósł toast za ich zdrowie. Czas płynął coraz wolniej, zjedliśmy obiad, wypiliśmy jeszcze kilka kieliszków, a kiedy słońce skryło się za wysoką górę wyruszyliśmy do Tbilisi. Janusz Kreczmański nie zrobił już ani jednego ujęcia, ale wrócił szczęśliwy.
Od Ikony Gubernatorskiej Janusz zaczął zdjęcia w muzeum w Tbilisi. Nazwa wzięła się stąd, że ikona wisiała w pałacu carskiego gubernatora, a ten, gdy się upił, odrywał po małym kawałku złotej koszulki i rozdawał (taki szczodry) swoim gościom. Kiedy czasy gubernatorów odeszły w niepamięć, Gruzini przenieśli ikonę do muzeum i stała się ona dowodem tego, jak carscy urzędnicy niszczyli gruzińską kulturę. Przysłuchiwałem się przewodniczce oprowadzającej szkolną wycieczkę, która otwartym tekstem opowiadała o niszczonej przez Rosjan gruzińskiej kulturze. Zapytałem reżysera czy taka otwarta krytyka Rosji jest u nich dozwolona?
„Pamiętasz pobyt w Mcchecie? Przez cały czas pokazywałem wam spustoszenia poczynione przez Rosjan w naszych zabytkach. Miałem na myśli czasy caratu, to oczywiste. U was Rosji carskiej krytykować nie wolno?”
Wizyta w pracowni Oczauriego – zasłużonego artysty ZSSR, który miał licencję na portrety Lenina, nie każdy artysta mógł tworzyć wedle własnego uznania podobizny wodza rewolucji – przerodziła się w wieczór przyjaźni, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Oczauri, artysta – czekańszczyk, rzeźbił nie dłutem a młotkiem w blasze ze specjalnego stopu. Czekanka cieszy się w Gruzji wielkim uznaniem, jest niezmiernie popularna we wszystkich warstwach społecznych. Gdy Janusz zakończył zdjęcia, zaczęło się przyjęcie, ze sławnymi toastami i pieśniami gruzińskimi. Nie wiadomo kiedy pracownia wypełniła się przyjaciółmi. Po latach z mojej pamięci uleciały toasty. Jeden wszakże w zakamarkach pozostał: przez wiele dni osioł pokonywał dzielnie szlak pustyni. Ale i on się zmęczył, na szczęście dotarł do oazy, gdzie stały dwie konwie wypełnione płynem, w pierwszej była woda, w drugiej wino. Spragniony osioł zaczął chciwie pić. Jak sądzicie, z którego naczynia? Wypełnionego wodą, oczywiście!
Nie naśladujmy osłów, napijmy się wina
Świtało, gdy opuszczaliśmy dom artysty, był to nasz ostatni dzień w Tbilisi. Wieczór spędziliśmy w najlepszej restauracji miasta. Do dwudziestej drugiej kolacja miała charakter oficjalny, po zamknięciu lokalu zaczęło się spotkanie przyjaciół. Na stole pojawiły się butelki wina bez etykiet, bo nie ważne, jaka jest butelka, ważne, z jakiej pochodzi winnicy, a najważniejsze, z kim się wino pije.
Do dziś słyszę melodie gruzińskich pieśni śpiewanych na pożegnalnym wieczorze. Nie obeszło się bez „Suliko”. W końcu nadszedł najtrudniejszy moment. Poproszono nas o zaśpiewanie polskiej piosenki. Naradzaliśmy się z Januszem przez dłuższą chwilę, jaką piosenkę zaśpiewać. Kłopot polegał na tym, że natura nie obdarzyła żadnego z nas dobrym słuchem. W końcu zaśpiewaliśmy „Legiony to żołnierska nuta”. Po wykonaniu dwóch zwrotek zakończyliśmy występ. Nie usłyszeliśmy żadnych gratulacji, ani grzecznościowych oklasków. Mieliśmy wszyscy mocno w czubie, więc zapytałem: nie podobało się?
„Prosiliśmy o polską piosenkę, a wy zaśpiewaliście rosyjską” – padła odpowiedź… Po Powrocie do Warszawy, Marta Broczkowska oświeciła nas, że melodia jest zapożyczona od Rosjan.
Następnego dnia, żegnani przez gruzińskich przyjaciół, odlecieliśmy do Moskwy. Po kilkunastu minutach lotu, kapitan samolotu poinformował pasażerów, że opuszczamy granice Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.
W Moskwie, Alosza zostawił nas w hotelu „Ukraina”, zapewniając, że za kilka minut otrzymamy pokój. Po godzinie oczekiwania, Janusz, zapytał recepcjonistkę, czy pokój już gotowy? Po upływie pół godziny ponowił pytanie. I znowu: „Nie bespakojtie, padażditie”.
W końcu wyciągnął legitymację dziennikarską, pokazał w recepcji, pytając: czy wolą „Prawdę” czy „Izwiestię”, bo jemu wszystko jedno gdzie zadzwonić. Pokój znalazł się natychmiast. Pomogli nam nawet wnieść bagaże.
Nie wspominam o pobycie w Aszchabadzie, gdzie również parę dni spędziliśmy. We wszystkich wytwórniach oglądaliśmy republikańskie kroniki filmowe, które bardzo nam się podobały. Gdy zostałem redaktorem naczelnym PKF usiłowałem zorganizować wymianę z wytwórniami w Taszkiencie, Ałma-Acie i Tbilisi, jeśli już nie całych kronik, to przynajmniej tematów. Moskwa się jednak nie zgodziła.

17 Września – tragizm i pamięć

Kiedy byłem marszałkiem Senatu, rozważano bardzo trudny problem, jak doprowadzić do wyjścia wojsk radzieckich z Polski. Z natury rzeczy nie można było ominąć osoby generała Jaruzelskiego Wtedy zdarzyła się rzecz dziwna. Kiedy prosiłem o audiencję-Generał powiedział: „Pan pozwoli, że ja do Pana przyjdę na rozmowę w cztery oczy…” Była to rozmowa bardzo dziwna. Widać było, że on sam dąży do tego, by wojska radzieckie wyszły z Polski. Walczył sam z sobą, jak można to zrobić…
Andrzej Stelmachowski

Historycy w analizach przyczyn i wnioskach z Września 1939 r., szerzej – wybuchu II-ej wojny światowej, kładą akcent na agresywną politykę Hitlera, mocarstwowe koncepcje oparte m.in. na teorii aryjskiej rasy, zdolnej do panowania nad światem, itp. co wcześniej czy później miało doprowadzić do wojny w Europie. Nie ma podstaw by temu zaprzeczyć. Ale warto zastanowić się nad oceną zachodnich ustępstw wobec wodza III Rzeszy. Można z nich odnieść wrażenie, że Zachód, a konkretnie Wielka Brytania i Francja były na swój sposób przymuszane przez Hitlera do ustępstw politycznych – patrz zajęcie Austrii, Monachium i zajęcie Sudetów Czeskich, krótko potem Czechosłowacji (z hańbiącym Polskę udziałem). Trudno temu poglądowi odmówić w części racji. Należy tu postawić zasadnicze pytanie – jak te dwa państwa rozumiały pojęcie pokoju w Europie? Choć można napisać obszerną rozprawę – skrótowa odpowiedź prowadzi do stwierdzenia – przez pokój rozumiano bezpieczeństwo, eliminację, usunięcie agresji militarnej (czytaj wojny) Hitlera na kraje zachodniej Europy. Oto istota! Natomiast – w domyśle – dopuszczały taką agresję, czyli wojnę w Europie Środkowej i Wschodniej. Wielu z Państwa Czytelników może poczuć się zaskoczonymi taką tezą i zapytać o podstawy. Proszę bardzo. Wielka Brytania i Francja, słusznie uważające się za gwarantów europejskiego ładu po I-ej wojnie światowej, w 1925 r. do zawarły w Locarno układ z Niemcami. Przywracał im równoprawny status w Europie, co niektórzy historycy określają faktycznym traktatem pokojowym kończącym I wojnę światową. Proszę, sięgnijcie Państwo pamięcią, kiedy podobny traktat zawarto z Niemcami po II-ej wojnie światowej i powstała NRF? Czy nie skłania do dopatrywania się analogii, a raczej „historycznej ciągłości” rozumienia pokoju w Europie przez siebie, czyli Zachód? A czy dopuszczał takie pojęcie przez ZSRR-jak myślicie? Temat na odrębną publikację, z akcentem na wnioski dla Polski.
Zachodnie gwarancje dla Polski
Wracam do głównego wątku – układ z Locarno gwarantował Niemcom nienaruszalność granic, ale wyłącznie zachodnich! Tu jest sedno sprawy! Jak to rozumieć w języku polityki? Że oba te kraje nie będą stanowiły zagrożenia dla Niemiec, ale i odwrotnie, „wy też nam nie zagrażajcie”! A co z pozostałymi granicami Niemiec? – to wasza sprawa, mówiąc językiem prostym, zrozumiałym dla każdego. Możecie politykę „rasy panów” realizować w Europie Środkowej i dalej na Wschód. Spodziewam się, że wielu Czytelników przyjęło ten wywód z rezerwą, jako wątpliwy, mając na uwadze choćby traktaty podpisane z Polską. Oto one:
– Francja: konwencję wojskową z Polską podpisała w 1921 r. Odnowiła 19 maja 1939 r. Protokół nadający jej ważność podpisała 4 września 1939 r., proszę przetrzeć oczy;
– Anglicy 31 marca 1939 (po zajęciu Czechosłowacji), udzielili Polsce jednostronnych gwarancji niepodległości (uwaga, nie dotyczyła nienaruszalności terytorium); 6 kwietnia w Londynie Beck i lord Halifax podpisali porozumienie o gwarancjach polsko-brytyjskich. Na zawarcie formalnego sojuszu Anglia zdecydowała się 25 sierpnia, gdyż obawiała się ew. ustępstw Polski wobec ZSRR, po pakcie Ribbentrop-Mołotow. Także proszę przetrzeć oczy.
Oba te państwa już na początku maja 1939 r. wykluczyły możliwość udzielenia nam pomocy wojskowej na wypadek agresji III Rzeszy (po znanej wypowiedzi Becka w Sejmie). Co Państwo o tym myślicie? Cóż z tego, że na początku września wypowiedziały Hitlerowi wojnę. „Francuzi nie będą umierać za Gdańsk” – kto tego nie zna z lat szkolnych w PRL? Za te słowa gen. Charles de Gaulle, Prezydent Francji przeprosił Polaków w 1967 r. Walcząc z nawałą hitlerowską Wojsko Polskie oczekiwało, że po 7-12 dniach, gdy zachodni sojusznicy zmobilizują swoje armie i uderzą na Niemcy, sytuacja militarna ulegnie radykalnej zmianie, na naszą korzyść. Niestety, ulotki zrzucane nad Niemcami i „ruchawki” przygraniczne nie przyniosły Polsce i Polakom żadnej korzyści. Tu ciekawostka-w połowie sierpnia saperzy zaminowali most kolejowy na Wiśle w Tczewie. Miał być wysadzony w momencie wybuchu wojny. U marszałka Rydza natychmiast zjawił się ambasador brytyjski Howard Kennard, z żądaniem odwołania rozkazu, argumentując, że „Gdyby przez przypadek most ten wyleciał w powietrze, razem z nim wyleciałby w powietrze pokój Europy”. Jasne?
Oczywiście, wspomniany Józef Beck rozważał różne opcje sojuszy wojskowych, także z Niemcami. Maria Dąbrowska np. mówiła o nim – „kanaliowaty Beck” (1934), „hitlerowski fagas Beck” (1936). Generałowie Sikorski i Józef Haller oraz Wincenty Witos – „Niemiecki agent Beck”. Sam szef MSZ, podczas jednej z debat stwierdził : „Może pokonalibyśmy z Hitlerem Sowiety, ale za parę lat paślibyśmy dla niego krowy za Uralem”.
Pierwszy tragizm Września
Że zawiedli sojusznicy we Wrześniu nikt nie ma wątpliwości. To upokarzające, tak z ludzkiego i politycznego poczucia wartości i szacunku. Gdzie, jeśli nie do Francji a potem do Wielkiej Brytanii udawał się przedwojenny rząd? Czy to nie upokorzenie? Kto, jeśli nie ci sojusznicy decydowali o przyjęciu (nie chcieli wpuścić), o składzie rządu gen. Sikorskiego – podkreślam – „składzie”, oczywiście personalnym i politycznym. Tę pigułkę też przełknięto z „godnością”. Sięgnijcie Państwo pamięcią, kto i jak wyrażał się o składach naszych rządów po 1945 r., ile było w tym prawdy, bo „lepiej wiedzący” eksponowali wpływ „wiadomego kierunku”, od początku, od 1944 r. A do kiedy – to ciekawostka, za chwilę. Ale oczywiście wyrozumiale pomijali „szacunek” jakim Zachód darzył rząd londyński, proszę sięgnąć do poprzednich tekstów, choćby „Sprawa zachodniej granicy” czy „Hołd bohaterom”.
Żołnierz polski, walczył w obronie Ojczyzny, obficie płacąc krwią i życiem, liczył na sojuszniczą pomoc. Nie doczekał się. Nie tylko waleczni czołgiści płk Stanisława Maczka, ale i lotnicy i marynarze z konieczności musieli obrać kierunek zachodni. To nie upokorzenie, udawać się do „takiego” sojusznika z wiarą, że teraz będą razem walczyć – o Polskę. Walczyli, jak mówił Churchill o polskich pilotach, że wiele zawdzięczają tak niewielu. W Poczdamie, że „nie należy napychać polskiej gęsi, bo padnie z niestrawności”(to o Ziemiach Zachodnich). A na defiladzie zwycięstwa w Londynie zabrakło dla nich miejsca, potem także – generałowie i oficerowie stali się robotnikami (nie mówiąc o żołnierzach), za co „sojusznikom” nie było wstyd. Ale tu wkroczyła wszechmocna propaganda i polityka, osobny i nie mniej refleksyjny, pouczający temat.
17 Września, drugi tragizm.
Pakt Ribbentrop – Mołotow: o wzajemnej nieagresji, podpisany w Moskwie 23 sierpnia 1939 r. Jego treść była znana rządowi USA już 24 sierpnia (czyli dzień później). Wkrótce poznał ją Paryż i Londyn, ale nikt nie poinformował Warszawy! Dlaczego? Jak Pakt ten rozumieć? – jako obawę Hitlera, że ZSRR, mimo zaszłości historycznych udzieli Polsce pomocy? Nie o pomoc wojskową szło, potencjał Niemiec wystarczał do pokonania Polski, wspierany przez Słowaków. Chciał wciągnąć ZSRR w podbój Polski, jeszcze ostrzej zaognić nienawiść Polaków. Hitler znał już stanowisko Francji i Anglii – nie udzielą Polsce pomocy.
Być może „prawoskrętni uczeni”, w 80. rocznicę 17 Września upowszechnią tezę o „przeniesieniu rewolucji” na Zachód, wzorem koncepcji Lenina. To bzdura. Na Zachód to dokąd – chyba do granicy z Niemcami. Zmienił się geopolityczny układ, to nie czas i sytuacja z 1918 roku. Może do krajów nadbałtyckich, czy do tego potrzebny Stalinowi ten pakt? Ku czemu więc się skłaniać? W ZSRR znane były teorie narodowego socjalizmu, a poczynania Zachodu wobec Niemiec odczytywano na ogół trafnie. Szło ZSRR o zyskanie na czasie do starcia z Hitlerem, choć ten moment był zaskoczeniem. Warto też zapytać o ocenę ZSRR, jaką mieli nasi wojskowi po podpisaniu paktu o nieagresji tym krajem w 1932 r. Otóż, w kwietniu 1934 r., marsz. Józef Piłsudski na naradzie w GISZ postawił zebranym tu 15 generałom i 4 pułkownikom pytanie-który sąsiad jest najbardziej niebezpieczny dla Polski – ZSRR czy Niemcy? Po miesiącu były takie odpowiedzi: 3, w tym marsz. Rydz-Śmigły, wskazało na ZSRR; 4 nie miało zdania; 13 wskazało na Niemcy. Wiemy, że dopiero wiosną 1939 r. rozpoczęto planowanie wojny obronnej z Niemcami. O wiele lat za późno.
Władze Polski od traktatu ryskiego nie zmieniły zdania i Rosję (ZSRR) uważały za głównego wroga, tak też opracowywane były plany wojny. Zapomniano, że Rewolucja Październikowa przyczyniła się do odzyskania niepodległości Polski w 1918 r. Rząd radziecki 29 sierpnia 1918 r. anulował traktaty o rozbiorach Polski, zawarte przez Rosję carską z Prusami i Austrią. Oznaczało to wyrzeczenie się przez nią wszelkich praw do obszaru Polski. Nie uczyniły tego ani Austria, ani Prusy, czy mamy im za złe? I cóż z tego – to formalność, bez znaczenia politycznego jak i wojskowego, ktoś powie. Może i formalność, a może nie. Jeśli Józef Piłsudski w 1918 r. podjąłby kroki dyplomatyczne celem „wdrożenia” tych decyzji radzieckich, czy byłaby potrzebna wtedy wojna polsko – radziecka? Jak wyliczył Pobóg-Malinowski („Najnowsza historia Polski”, Londyn, 1967) „od listopada 1918 do końca 1920 r., liczba poległych polskich żołnierzy wyniosła 16 139, zmarłych wskutek ran i chorób – 29 353, zaginionych – 50 700. Razem zginęło więc 96 201, rannych naliczono 110 210. Ofiarami wojny byli przede wszystkim bezbronni. Co najmocniej uderzyło – rzezie jeńców i wyrzynanie osad, kolonii, miasteczek”. Czy doszłoby do tragicznego 17 września?
I znów ciekawostka. Po napaści ZSRR na Polskę 17 września 1939 r., rządy sojuszniczej Anglii i Francji nie nazwały tego nawet agresją. Długo myślano nad treścią not dyplomatycznych, by przypadkiem nie naruszyć swoich dobrych stosunków z ZSRR. Najwcześniej, bo 19 września rząd brytyjski odrzucił tezę Stalina, jakoby państwo polskie już nie istniało. Zaś Francja oczekiwała tylko wyjaśnienia tego zdarzenia. Marszałek Śmigły – Rydz wydał krótki rozkaz: „Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony oraz prób rozbrajania”. Podczas krótkich starć, zginęło ok. 7 tys. naszych żołnierzy, ponad 10 tys. było rannych. Do niewoli trafiło285 tys., w tym ok. 15 tys. oficerów. Armia Czerwona straciła ok. 13 tys. żołnierzy, w tym ok. 3 tys. zabitych, ok. 150 czołgów i ok. 20 samolotów. Przypomnę, że inwazją 17 września ZSRR złamał aż 4 umowy międzynarodowe: traktat ryski z 1921 r. o wspólnej granicy; protokół Litwinowa z 1929 r. o wyrzeczeniu się wojny jako środka rozwiązywania sporów; pakt o nieagresji z 1932 r. oraz konwencję londyńską z 1933 r. dot. definicji agresora, dla których Zachód nie domagał się żadnego respektu. Po prostu – wyrozumiale o nich zapomniał! Nie reagował też na zdarzenia, jakie miały miejsce, np. wywózki na Sybir i inne akty wręcz ludobójstwa na Polakach. Wiele scen opisał prof. Czesław Grzelak w książce „Kresy w ogniu”. Nie wątpię, iż media pokażą tajny załącznik o podziale Polski, załączam więc mapkę. Polska w 1939 r. liczyła 389,7 tys. km2. Niemcy zajęli 188,7 km2. Profesor Natalia Lebiediewa obliczyła, że w ciągu 12 dni działań bojowych, Armia Czerwona zajęła 201 tys. km2, 50,4%, tj. terytorium Polski, zamieszkanych przez ok. 13 mln. Polaków. Z tego do Białorusi włączono 103 tys. km2, do Ukrainy 89,7 tys. km2 oraz do Litwy – 8,3 tys. km2. Beria do Stalina pisał 12 grudnia 1940 r., że od września 1939 do 1 grudnia 1940 r. NKWD aresztowało 407 tys. osób, a wywieziono do Kazachstanu i na północ 275 784 osoby.
Od pewnego czasu w „przestrzeni historycznej” funkcjonuje pojęcie „czwartego rozbioru” (zaboru) w odniesieniu do 17 Września i oczywiście agresji ZSRR, piszę dalej. Proszę zwrócić uwagę przy okazji 80 rocznicy – czy to pojęcie odnosi także do Niemiec?
17 września 1993 – „pamięć wojskowa”
Na ten dzień, ówczesny Prezydent Polski zarządził niezwykłą uroczystość polityczno-wojskową. Na dziedzińcu Belwederu zgromadzili się najwyżsi przedstawiciele władz Polski, dyplomaci i specjalni goście. Ostatni dowódca Północnej Grupy Armii Radzieckiej (PGAR) gen. Leonid Kowalow zameldował Lechowi Wałęsie, wtedy prezydentowi RP – 17 września 1993 r., czyli 54 lata później od pamiętnej daty – o zakończeniu operacji opuszczania Polski (może ktoś pamięta medialne doniesienia i zdjęcia z tej ceremonii przed Belwederem – warto raz jeszcze w zadumie i skupieniu je zobaczyć). PGAR w 1991 r. liczyła 53 tys. żołnierzy, 7,5 tys. pracowników cywilnych i ok. 40 tys. członków ich rodzin. Stacjonowała od 1945 r. w 59 garnizonach, w 21 województwach. Radzieccy, do dyspozycji mieli 13 lotnisk, bazę morską Świnoujście i 6 poligonów. Pierwszy transport z Bornego Sulinowa wyjechał 8 kwietnia 1991 r. Gdyby ktoś z Państwa skojarzył Świnoujście z jeszcze pamiętaną „debatą” o reparacjach wojennych, „poważnie rozważaną” korektą granicy zachodniej-czy oddanie Niemcom tej „wrażej bazy”, nie należałoby uznać za zadośćuczynienie sąsiadowi, ale i oczyszczenie szlachetnej, tak patriotycznej polskiej duszy z takiego „skażenia”, wiadomo czym!
Głównym garnizonem radzieckim w Polsce była Legnica. Pamiętacie ją Państwo Czytelnicy z filmu „Mała Moskwa”, gdzie reż. Waldemar Krzystek wymownie, momentami przejmująco obrazuje życie i losy jego bohaterów, w tym polsko-radzieckie, wojskowe i ludzkie stosunki z mieszkańcami. Lidia Siejrgiejewna Nowikowa spoczywa na cmentarzu, jedyny grób z białego marmuru, palą się znicze, leżą kwiaty. Posprzątany, zadbany cmentarz odwiedzają Rosjanie, Białorusini. Na tym cmentarzu, przy ul. Wrocławskiej 124 spoczywa 2800 Rosjan poległych w walkach. Później chowano tu zmarłych. Wcześniej Żydów i Niemców, 6 listopada1972 r. postawiono pomnik żołnierzom radzieckim.
Legnica została wyzwolona 11 lutego 1945 r. przez wojska 3 A Panc. Gwardii gen. płk Pawła Rybałki. Walki trwały 9-11 lutego. Zniszczenia niewielkie: dworzec kolejowy, zamek ok. 120 budynków, poważnie uszkodzenia 848 obiektów. Są tu duże koszary, budynki mieszkalne – 360 oraz 928 obiektów; lotnisko, węzeł kolejowy. W latach 1945-1947 polscy i radzieccy saperzy rozminowali 11 tys. km dróg, 2,5 tys. km linii kolejowych, 778 mostów, 102 zakłady przemysłowe i inne obiekty na Dolnym Śląsku. „Kwadrat”, zamknięta dzielnica wojskowa w Legnicy. Stacjonował Sztab PGWAR. Przedostatni dowódca gen. Wiktor Dubynin, dom oficera z salą balową i kinem przekazał Kościołowi (metropolita Henryk Gulbinowicz) teraz seminarium duchowne i poradnia małżeńska, przed budynkiem pomnik Henryka Pobożnego, zginął w 1241 r. W willi, gdzie mieszkał marsz. K. Rokossowski mieści się hotel Rezydencja. Gmach b. dowództwa zajmuje ZUS. dawne koszary – to mieszkania, Wyższa Szkoła Zawodowa. Ostatni dowódca, gen. Leonid Kowaliow.
Zanim doszło do tego opuszczenia Polski, krajów b. bloku przez wojska radzieckie – warto przypomnieć kilka faktów. Układ Warszawski rozwiązano 1 lipca 1991 r. w Pradze, podczas ostatniego posiedzenia Doradczego Komitetu Politycznego. Jak wiemy, pół roku później, rozpadł się ZSRR, powstała Federacja Rosyjska. Wcześniej, bo 22 maja1991 r. Lech Wałęsa podpisał w Moskwie umowę o wycofaniu wojsk Armii Radzieckiej z Polski. Andrzej Stelmachowski, Marszałek Senatu wspominał – cytowałem wyżej – w Księdze Pamiątkowej, wydanej na 80. urodzin bp Alojzego Orszulika, Łowicz 2009, rozmowę z Generałem, który na jego zapytanie powiedział – Proszę Pana, tu tylko trzeba zaryzykować. Nigdy nikt nie powie, gdzie jest ściana, gdzie już dalej poruszyć się nie można. To jest trochę tak, jakby się na bagnie skakało z kępy na kępę i w pewnym momencie można wpaść i utonąć. Czasem, to bagno udaje się przejść. Takie rzeczy można sprawdzić tylko w praktyce, tylko w działaniu;. „Muszę powiedzieć – wspomina Marszałek – że generał Jaruzelski, odczuł stan wojenny jako osobisty dramat, był już niezdolny do powtórzenia czegoś podobnego”. W moim odczuciu, to dowód, jeden z wielu, jak stan wojenny wrył się w pamięć i poczucie odpowiedzialności Generała za Polskę. Co Państwo myślicie?
Proces wycofywania wojsk radzieckich z Europy rozpoczął się już w 1989 r. od NRD, zakończył dopiero 29 sierpnia 1994 r., jako ostatni. Wojska radzieckie w NRD (marsz. Burłakow) liczyły (1989 r.) 337 tys. żołnierzy, wraz z rodzinami i pracownikami cywilnymi, ok. 540 tys., wyposażone w najnowocześniejszą broń i technikę. Rozmieszczone były w 1026 kompleksach, o łącznej powierzchni ok. 2430 km2. Było w nich 777 miasteczek wojskowych z ponad 36 tys. obiektów mieszkalnych i innych. Niemcy na zorganizowanie ich powrotu do Rosji, przeznaczyli 12 mld marek, w tym 8 mld na budowę domów dla prawie 60 tys. rodzin kadry, 3 mld na wyżywienie 1 mld na koszty transportu. Na terenie Ukrainy, Białorusi i Rosji, zbudowano dla nich ok. 45 tys. mieszkań oraz sfinansowano zdobycie cywilnych zawodów dla 13 tys. kadry. Może nadal dziwicie się Państwo dlaczego obserwujecie taki stosunek tego państwa do Rosji, np. budowa gazociągu przez Bałtyk, „oględne” stosowanie restrykcji czy taktowny udział w obchodach różnych rocznic. Zechciejcie wyciągnąć wnioski.
17 września – historyczna „pamięć duchowa”
Gości zwiedzających Warszawę, a także i wieloletnich mieszkańców Stolicy może zainteresować tablica umieszczona na wejściowej ścianie do Sanktuarium Matki Boskiej Zwycięskiej na Pradze – Kamionku (naprzeciw dworca kolejowego Warszawa-Wschodnia), tej treści – Na pamiątkę wyjścia z Polski wojsk rosyjskich, od przeszło dwustu lat mordujących Polaków, tłumiących powstania narodowe 1768-1794-1831-1863. Wojska te, usiłujące odebrać nam niepodległość, zostały pobite u bram Stolicy w 1920 roku. Niestety, okupowały one Ojczyznę po czwartym rozbiorze 1939-1993, szerząc zbrodnie komuny. W dwusetną rocznicę rzezi Pragi, tablicę tę kładzie bp Zbigniew Józef Kraszewski 4 listopada 1994.
Zastanawiam się, co to za powstanie wybuchło w 1768 r. oraz w 1831 r. i jakie noszą nazwy. A może, jak podaje inskrypcja, okres 1768-1863, to pasmo, ciąg 95 lat nieprzerwanie trwających powstań? Czy tak należy rozumieć? Od kiedy wojna obronna 1939 r., po której Polska straciła niepodległość uznana jest za czwarty rozbiór Polski, kto autorytatywnie ustalił Jeśli był to rozbiór Polski, to pojawiają się pytania: – na jakiej podstawie ustalono, że trwał do 1993 r., jaki fakt, wydarzenie uznano, że został zakończony? Czy czas trwania tego rozbioru do 1993 r., oznacza, że: – po pierwsze – nie było państwa polskiego (członka ONZ), np. PRL, ani III RP od 1989 r. Czyli było to „terytorium zaborcze” – jak nazwać, pomóżcie Czytelnicy! Po drugie-że prezydenci PRL i RP: Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa są namiestnikami Moskwy; że premierzy rządu III RP: Tadeusz Mazowiecki, Jan Olszewski, Jan Krzysztof Bielecki, byli mianowani przez władze zaborcze, oczywiście w Moskwie. Co na to Lech Wałęsa. Czy tu też „wyznaczano” posłów i senatorów? Po trzecie – dlaczego IPN, zgodnie z ustawą z 18 grudnia 1998 r., znowelizowaną w 2016 ma badać zbrodnie komunistyczne, organów ZSRR do 31 lipca 1990 r., a nie do 17 września 1993 r. Czy ww. prezydenci i premierzy nie powinni ponosić za te „zbrodnie” współodpowiedzialności? Jak to się stało, że pod „zaborem” tak wrażym „urodziła się i przeżyła” Solidarność!
Rezolutny uczeń szkoły średniej – po przeczytaniu tej inskrypcji – może stwierdzić – to Mazowiecki i Wałęsa byli namiestnikami „Ruskich” i słuchali okupantów, zaborców! Proszę, postawcie się Państwo w roli nauczyciela i pomyślcie – co odpowiedzieć takiemu uczniowi? Możecie zastanawiać się, dlaczego uczeń nie zapytał o Jaruzelskiego? Odpowiedź jest prosta, przecież nazwisko – mocą „polityki historycznej”, której czytelną ocenę na łamach Przeglądu prezentuje prof. Longin Pastusiak, serdecznie dziękuję – jest wymazywane z naszej pamięci, ludzi dorosłych i nauczania młodzieży. A może my „dojrzałe pokolenie” mieliśmy słabych nauczycieli historii i religii, sam nie wiem, pogubiłem się.
Proszę mi wybaczyć brak taktu, „wyczucia delikatności”, jeśli zauważę, iż wybierając się do zwiedzenia, warto zabrać znicze i kwiaty, gdyż cmentarz przy Sanktuarium to od kilku wieków miejsce wiecznego spoczynku m.in. gen. Jakuba Jasińskiego, obrońcy Pragi w Powstaniu Kościuszkowskim, rzezi mieszkańców po upadku; Polaków, Szwedów, Niemców, Tatarów, Rosjan, Żydów i innych.
Na zakończenie.
Bez cienia obrazy milionów trzeźwo myślących Polaków warto przypomnieć, jak często na spotkaniach obrazowo przedstawiał lata PRL Generał – „W tym bloku byliśmy, można powiedzieć, byliśmy na szczególnych prawach, byliśmy swego rodzaju heretycką wyspą. Polskę cechowało wiele odrębnych rozwiązań, szerszy niż w innych państwach bloku zakres różnych swobód, zwłaszcza w obszarze kultury i sztuki… Bezprecedensowa pozycja Kościoła, dominująca indywidualna własność chłopska. Mimo nieustających zewnętrznych nacisków nie zeszliśmy z tej drogi”. (proszę zauważyć akcent na Kościół).
I takie refleksje, od pewnego czasu niemal na klęczkach, zasłużenie cytowanego Zbigniewa Brzezińskiego. Otrzymując 12.05.06 od „Gazety Wyborczej” tytuł „Człowieka Roku”, pytany o wykorzystanie przez Polskę obecnie „optymalnej sytuacji międzynarodowej” – odpowiedział: „Polska nie jest na Księżycu, ale między Odrą, Nysą i Bugiem. Polska jest, ale bez przesady, do pewnego stopnia, sojusznikiem Ameryki, ale nie jest jej sąsiadem” Wystarczy? Natomiast w wywiadzie dla „Polityki” z sierpnia 2006-„Polska nie łapie się nawet na trzeciorzędnego sojusznika USA, a nasz interes polityczny, to jak najlepsze stosunki z Niemcami i Rosją”.
Proszę Szanownych Państwa Czytelników o chwilę namysłu, refleksji. Jesteśmy przed wyborami parlamentarnymi. Która partia – poza SLD, PPS i Lewicą – rozumiejąc położenie geograficzne i „naukę” Historii, wyciąga stąd wnioski, silnie akcentuje ułożenie naszych stosunków z sąsiadami-także z Niemcami (coraz głośniej mówi się o naprawie), z UE oraz ze Wschodem. Takie myślenie przed i przy urnie wyborczej, to w pierwszej kolejności myślenie o nas samych, o naszej, naszych dzieci i wnuków przyszłości. dziś taką rękojmię okazują nam te trzy wyżej wskazane partie. Pamiętajmy 13 października.

Fetowanie zwycięstwa czy poronionej doktryny?

13 czerwca Sejm ustanowił rok 2020 Rokiem Bitwy Warszawskiej. Zaledwie jeden poseł był przeciw. Nie znam motywów jego decyzji, ale i ja byłbym przeciw. Być może z zupełnie innych, niż on, powodów.

Od czasów III RP z wielką pompą i nadzwyczaj uroczyście obchodzone jest corocznie to wydarzenie, a więc w jego stulecie spodziewać się należy potężnej erupcji ciągle powtarzanych treści o tym, że była to osiemnasta przełomowa bitwa w historii świata, że uratowaliśmy Europę przed falą bolszewizmu, która niechybnie by ją zalała, że przed agresją ze Wschodu obroniliśmy naszą, niedawno odzyskaną, niepodległość. Nadto przywoływać się będzie to zdarzenie jako „Cud nad Wisłą”, pojawi się ks. Skorupka z krzyżem, w kościołach odprawione zostaną msze dziękczynne , a TVP 1 po raz kolejny wyemituje „Rok 1920”. A przy okazji potwierdzimy nasz stosunek do Rosji, która, jak wtedy tak i dziś, stanowi dla Polski śmiertelne zagrożenie, a więc i tym samym naszą zagraniczną politykę i rosnące stale zbrojenia.
Nawet wnikliwy i często bezkompromisowy portal OKO.press komentując powyższą sejmową uchwałę zajął się jedynie kwestią uboczną, jaką było wprowadzenie do jej tekstu fragmentu dużo wcześniejszego wystąpienia prezydenta Lecha Kaczyńskiego na ten temat.

Mogło by nie być ani bitwy warszawskiej,

ani tamtej wojny bowiem prawda o przyczynach konfliktu jest inna i dużo bardziej skomplikowana niż okazjonalne sejmowe i propagandowe zawołania. Historyk prof. Andrzej Chwalba niedawno mówił: „Między Polską a Rosją sowiecką istniały obszary sporne. Wojna była nieunikniona, zaczęła się już w 1919 r., niemniej jednak pokój wiosną 1920 r. nie był wykluczony. W tym momencie Moskwa była gotowa na zawarcie pokoju nie tylko z Polską, ale także z Estonią, Litwą, Łotwą, Rumunią i Finlandią – i z tymi państwami, poza Polską, wówczas go zawarła. Bolszewicy chcieli umocnić władzę, odbudować gospodarkę, tabor kolejowy, planowali NEP.” („Przegląd”, 4-10.03.2019). I dalej dodaje, co już nie jest takie przekonywujące: „Oczywiście zawarcie pokoju nie oznaczało, że jeśli państwo radzieckie się wzmocni, to do wojny nie dojdzie. Gdyby w Europie ponownie doszło do wzmocnienia fali rewolucyjnej, co było wielce prawdopodobne Armia Czerwona by ruszyła”.
Nieprzekonywujące, bowiem do wybuchu II wojny światowej ZSRR przestrzegał podpisanych z pięcioma wymienionymi krajami układów pokojowych, a potężna fala rewolucyjna w Niemczech opadła w styczniu 1919 roku, i już nigdy do takiego poziomu się nie podniosła. Nadto, jak się niedługo okazało, siła i możliwości Armii Czerwonej były jednak poważnie ograniczone.
Paradoksem jest fakt, że to właśnie wojna polsko-bolszewicka odnowiła w Moskwie nadzieję na przeniesienie płomienia rewolucji na zachód, do centrum Europy.

Na wschodzie Polska

nie tylko zbrojnie tworzyła swój kształt terytorialny ale także, głównie z inspiracji i za wolą Józefa Piłsudskiego, wtedy Naczelnika Państwa, kreowała określoną politykę tak wobec białej jak i czerwonej Rosji. Brak poparcia z polskiej strony dla sił kontrrewolucyjnych Denikina, Judenicza i Kołczaka, popieranych i hojnie materiałowo oraz militarnie wspieranych przez Koalicję (m. in. Wielką Brytanię i Francję), wynikał z uzasadnionych obaw, że po zwycięstwie nad bolszewikami zechcą kontynuować carską politykę zaborczą wobec Polski. I dlatego 1 września 1919 roku na froncie północno-wschodnim wstrzymano działania wojenne, tym samym ułatwiając Armii Czerwonej rozprawienie się z przeciwnikiem. Natomiast rozmowy z bolszewikami, rozpoczęte 12 października w Mikaszewiczach, poza kwestiami wymiany jeńców i dążnością strony radzieckiej do przekształcenia ich w rokowania pokojowe, zakończyły się niczym 12 grudnia. „Mimo fiaska rokowań o zawarcie pokoju – pisał Olgierd Terlecki – z rozmów mikaszewickich obie strony wyniosły wspólny zysk; było nim uniemożliwienie Denikinowi rozwinięcia w wymiarze strategicznym jego początkowych sukcesów. A stanowiłoby to największe zagrożenie – tak dla Polski, jak dla radzieckiej Rosji.” I dalej: „Pomimo więc wyraźnej ze strony polskiej niechęci, Cziczerin wystosował 22 grudnia formalną notą do swego polskiego kolegi… Rząd Radziecki raz jeszcze potwierdza dane przezeń wcześniej zapewnienie o swym mocnym pragnieniu położenia końca wszelakim konfliktom z Polską. Rząd Radziecki zwraca się do Rządu Polskiego z formalną propozycją bezzwłocznego rozpoczęcia pertraktacji mających na celu zawarcie trwałego pokoju pomiędzy obu państwami…<< W Mikaszewiczach – kontynuuje Terlecki – uznanie granicy wschodniej na rubieżach według stanu posiadania z dnia 1 września miał Piłsudski właściwie w kieszeni. Lecz nie o to mu chodziło. Gdyby poprzestał na zatrzymaniu zajmowanych obecnie części Białorusi i Ukrainy, musiałby je inkorporować rezygnując z szerszego programu. Jego zamiarem politycznym zaś, jak już wiemy, było wszakże ujęcie całej Białorusi i całej Ukrainy, w każdym razie z Kijowem i ujściem Dniepru, utworzyć tam ściśle z Polską związane państwa wobec Rosji buforowe.”

Konsekwencją tej doktryny

była wspólna, wsparta tylko częściowo przez siły ukraińskie, ofensywa na Kijów w kwietniu 1920 roku, której celem było utrwalenie istnienia Ukraińskiej Republice Ludowej. Chwalba wspominał, że została ona „ uznana za inwazję na ziemie Rosji, co doprowadziło do mobilizacji Rosjan wokół partii bolszewickiej. Poprawiło się morale, zmalała dezercja, a na zachodzie Europy znów podniosły się nastroje rewolucyjne. Moskwa uwierzyła, że będzie w stanie pokonać Polskę i wtargnąć na obszary przynajmniej Europy Środkowej…W Sejmie najsilniejsza była Narodowa Demokracja, przeciwna i wyprawie na Kijów, i sojuszowi z Ukrainą. Również politycy lewicy z reguły nie chcieli wojny…” A ta wojna toczyła się ze zmiennym szczęściem: wpierw zajęliśmy Kijów, którego zresztą nie był w stanie utrzymać nasz sojusznik ataman Petlura, później bolszewickie armie zagroziły Warszawie, którą szczęśliwie obroniliśmy, wreszcie, po kontrofensywie i zwycięskiej dla strony polskiej bitwie niemeńskiej, skończyła się 12 października 1920 roku.
Zmagania wojenne zakończyły ostatecznie negocjacje i podpisanie traktatu pokojowego w Rydze w marcu 1921 roku, w czasie których kwestia wytyczenia granicy wschodniej nie stanowiła problemu; Polska natomiast musiała uznać Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką łamiąc tym samym wcześniejsze sojusznicze zobowiązania wobec Ukraińskiej Republiki Ludowej. Piłsudski nie osiągnął żadnego z planowanych wtedy politycznych celów, natomiast poważnie naraził nowo odzyskaną niepodległość, spowodował przelanie polskiej, nie tylko żołnierskiej, krwi i śmierć 60 tysięcy ofiar tej wojny, nie wspominając już o stratach materialnych.

Z przedstawionych wydarzeń

wynika jasno, że to my, zamiast zawrzeć pokój, sprowokowaliśmy tę wojnę, a bitwa warszawska, będąca istotnym jej elementem, tym razem przyniosła victorię najeźdźcy. Opisujący tamte wydarzenia często włączają wojnę polsko-bolszewicką do jednego z wysiłków zbrojnych tzw. wojny o granice Rzeczpospolitej, tym samym usprawiedliwiając naszą agresję i nieszczęsną polityczną doktrynę, co stanowi najzwyklejsze zakłamanie historii. Towarzyszy takiemu interpretowaniu ówczesnych wydarzeń i Wikipedia w haśle „Kształtowanie się granic II Rzeczypospolitej”, w którym Armia Czerwona występuje w roli agresora: „odnosiła coraz większe sukcesy w swoim marszu na Zachód i w lipcu 1920 weszła na kolejne ziemie polskie. Wojsko dotarło wkrótce do Warszawy.” Kielich niedomówień, pełen propagandowych zaklęć, przelała wspomniana uchwala sejmowa.
Jeżeli już przywoływać tamte zmagania,
to nie w tryumfalnym tonie zwycięscy, a tylko z nisko pochyloną głową nad mogiłami niepotrzebnych ofiar tamtej wojny i z największym szacunkiem dla wielkiej determinacji Polaków w obronie ojczyzny.
Lekcja z symbolicznej daty 15 sierpnia 1920 roku powinna być dla nas zawsze aktualna i pouczająca, ale niestety nie została odrobiona w latach późniejszych. Kolejny zamysł polityczny, w wyniku którego 1 sierpnia 1944 roku rozpoczęły się walki w stolicy, przyniósł ponad trzykrotnie większą liczbę ofiar i hekatombę miasta. Niepomni tych tragedii aktualni polscy politycy świętują na grobach ofiar fakt wywołania Powstania Warszawskiego i zwycięstwo w bitwie warszawskiej.

Warto przy tej okazji

przypomnieć postać przywoływanego wcześniej Olgierda Terleckiego – publicysty i pisarza historycznego, w swoim czasie niezwykle popularnego i wysoko cenionego, także w kręgach emigracyjnych za przedstawianie prawdziwego obrazu najnowszej historii Polski – z którego nadzwyczaj rzetelnej i bardzo obszernej pracy „Z dziejów Drugiej Rzeczpospolitej” pochodzą zamieszczone cytaty. Był Terlecki autorem szeregu książek dotyczących także okresu II wojny światowej i wybitnych osobistości polskiej sceny politycznej: płk. Józefa Becka, gen. Władysława Sikorskiego (pierwsza w PRL dwutomowa biografia w 100 tys. egz. i album w kilkudziesięciotysięcznym nakładzie), a zamiar dopełnienia tej trylogii o marszałka Piłsudskiego uniemożliwiła mu śmierć. Druga wojna światowa stanowiła dla Terleckiego największe nieszczęście: zaznał łagiernego losu nad Morzem Białym i u ujścia Peczory, z armią Andersa był na Bliskim Wschodzie, walczył pod Monte Cassino i pod Anconą, doświadczył doli emigranta w Wielkiej Brytanii, a w nowej Polsce dobrodziejstw UB. Na to jakże dramatyczne, ale i w wielkim stopniu spełnione życie, nałożył się ujawniony przez jego syna Ryszarda fakt współpracy Terleckiego ze Służbą Bezpieczeństwa, szczególnie przy rozpracowywaniu środowisk polskiej emigracji. Jerzy Kulczycki, księgarz i wydawca – powszechnie znana i bardzo zasłużona postać wśród londyńskiej emigracji, właściciel Orbis Books (London) LTD, po przeczytaniu informacji o agenturalnej działalności Terleckiego powiedział: „Myśmy w Londynie o tym wiedzieli. Sam Olgierd nam powiedział i nawet prosił, aby przy nim za dużo nie mówić, bo potem musi o tym wszystko napisać. Nie chcę nawet wspominać o moralnej postawie syna Olgierda”.
Ryszard Terlecki mógł o tym nie wiedzieć, ale gdyby uważnie przeczytał cytowaną książkę swego ojca, i trochę pomyślał, to być może, jako wicemarszałek Sejmu, ograniczyłby w we wspomnianej uchwale liczbę kompromitujących ją fragmentów.

Wojna, pamięć i rozwaga My, socjaliści

II wojna światowa i jej skutki coraz bardziej zacierają się w polskiej pamięci.

Żyjące dziś aktywnie już trzecie pokolenie zna tę wojnę z przekazów rodzinnych i historii szkolnej. Odbudowany, szczególnie przez drugie pokolenie kraj, wielki postęp na miarę możliwości i rozwój cywilizacyjny Polski w okresie PRL, nie stanowią świadectwa o ogromie zniszczeń i tragedii okresu 1939-1945. Oficjalna narracja historyczna przeinacza i przemilcza fakty tamtego okresu, nagina i wypacza ówczesną rzeczywistość do potrzeb bieżącej polityki, głównie globalnej, ale również wewnętrznej. Polityka ta, jak widać od dłuższego czasu, nie wynika z polskich interesów.
Za kilka miesięcy obchodzić będziemy 80 rocznicę wybuchu II wojny światowej. Czy się to komuś podoba, czy nie, wojna ta wybuchła 1 września 1939 roku napadem na Polskę. Rozpoczęła ją III Rzesza Niemiecka rządzona przez Hitlera. Sprawcami tragedii Polski i Polaków byli Niemcy i ich sojusznicy z państw tzw. Osi. Okupacja Polski przez III Rzeszę trwała do 1945 roku. Wszystko, co stało się wówczas na ziemiach polskich jest jej dziełem. Zginęło w tej wojnie z rąk niemieckich ponad 6 milionów obywateli polskich. Polska została wyzwolona w 1945 roku przez Armię Czerwoną z udziałem I i II Armii Wojska Polskiego, oraz największego w Europie ruchu oporu, w którym znaczący udział miały siły lewicy socjalistycznej. Obydwie armie – radziecka i polska doszły do Berlina. Tam zawisły dwie flagi zwycięzców – biało-czerwona i czerwona. Niezależnie, na froncie południowym i zachodnim walczyły armie innych państw koalicji antyhitlerowskiej, były na tych frontach
również oddziały polskie.

Przypomnienie tych faktów

wydaje się konieczne ze względu na panującą w Polsce od dłuższego czasu dezorientację historyczną. Dodatkowo należy przypomnieć, jak wyglądał skład państw przynależnych do obydwu walczących stron, bo o tym prawie wszyscy zapomnieli. Brutalna propaganda z kilku ośrodków krajowych i międzynarodowych kreuje sprawców tej wojny na bohaterów, a ofiary są w niezrozumiały sposób ubierane są w szaty sprawców. Aż dziwi, że na taką sytuację przystały również niektóre kręgi polityczne w Polsce.
Przypomnijmy, że w koalicji z III Rzeszą były wówczas następujące główne państwa: Włochy i Japonia, a także z Europy: Węgry, Rumunia, Słowacja, Bułgaria, Jugosławia, Finlandia, Chorwacja, Francja Vichy. Ponadto Polacy doznali cierpień i strat ze strony oddziałów SS utworzonych przez Litwinów, Łotyszy, Estończyków, Ukraińców i Rosjan (Własowa). W koalicji antyhitlerowskiej były główne państwa: ZSRR, Polska, USA, W. Brytania oraz Australia, Belgia, Chiny, Dania, Francja, Grecja, Holandia, Indie, Kanada, Luksemburg, Norwegia, Nowa Zelandia, RPA i szereg państw mniejszych.

Minione 80 lat

zmieniło europejski i globalny pejzaż sojuszy, niemniej nie do końca, a wydaje się, że historyczna rzetelność i pamięć dla ofiar wojny wymaga po prostu uczciwego spojrzenia na fakty.
Przywołując dzień 1 września 1939 roku o tych faktach należy pamiętać. Trwające dziś porównywanie agresji niemieckiej z agresją radziecką z 17 września 1939 roku budzi wątpliwości historyków, inny był bowiem jej charakter i inne motywy. Również inne konsekwencje historyczne, militarne i polityczne.
Konsekwencją wydarzeń II wojny światowej i tragicznych losów Polski i Polaków było przesunięcie Polski na zachód, na stare ziemie piastowskie i ustalenie naszej wschodniej granicy wzdłuż linii Curzona z lipca 1920 roku (propozycja ministra spraw zagranicznych W. Brytanii).
Polska przygotowuje się dziś do obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej. W przestrzeni publicznej pojawiają się informacje dotyczące charakteru tych obchodów i gości (reprezentantów państw), do których skierowane zostały zaproszenia. Dwa co najmniej problemy budzą zapytania i wątpliwości: po pierwsze, dlaczego nie skierowano takiego zaproszenia do prezydenta Federacji Rosyjskiej, która jest następcą prawnym ZSRR, jednego ze zwycięzców tej wojny oraz drugie, dlaczego Polska, najbardziej pokrzywdzony w II wojnie światowej kraj i naród, będzie świętować tę rocznicę głównie w gronie historycznych przeciwników, a nie byłych sojuszników z koalicji antyhitlerowskiej. Można odnieść wrażenie, że interesy bieżące polskich elit rządzących dość mocno rozmijają się z postrzeganiem głównych wydarzeń naszej historii przez naród.

Każda polska rodzina

ma w swej pamięci ofiary, jakie poniosła podczas wojennej pożogi lat 1939-1945. W okresie Polski Ludowej pamięć ta stanowiła o kształcie polityki państwowej w dziedzinie wychowania, edukacji i tradycji. W okresie transformacji tradycja ta zaczęła zanikać, zrozumiałe – upływ czasu, coraz mniej świadków wydarzeń i tragedii.
Ale to nie jest podstawowy powód – polityka państwowa elit posierpniowych ulega stałej degeneracji, jest efektem zgniłych kompromisów i wątpliwych sojuszy. Powinna ona być polityką kształtowaną przez wszystkie siły polityczne różnych orientacji, a nie przez jedną opcję prawicową wyrażającą kompleksy i resentymenty umarłej już tradycji postszlacheckiej.
Należę do pokolenia, które dojrzałą edukację historyczną rozpoczynało już po 1956 roku, kiedy ówczesne harcerstwo było nośnikiem tradycji patriotycznej opartej o mit Powstania Warszawskiego. Jestem dziś do tej tradycji przywiązany i każdy fałsz historyczny, a takich jest coraz więcej w polityce państwowej, razi mnie i wywołuje opór.
Uważam, że polska lewica, szczególnie jej patriotyczna część nawiązująca do tradycji PPS, powinna się temu czynnie przeciwstawić.

Krajobraz po bitwie warszawskiej

Bitwa polsko-bolszewicka pogrążyła republiki radzieckie w długotrwałym izolacjonizmie. To zdeterminowało charakter utworzonego w 1922 r. Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

 

Za wypaczenia socjalizmu w ZSRR nie można winić tylko jednej konkretnej postaci. Przecenianie roli jednostki byłoby niezgodne z materializmem historycznym. Autorytarny charakter ZSRR był więc przede wszystkim konsekwencją izolacjonizmu. W podobny izolacjonizm popadła również Polska i to głównie ona ucierpiała na awanturniczej polityce zagranicznej Józefa Piłsudskiego.
I wojna światowa była eksplozją szowinizmu i imperializmu. Jedynie międzynarodowy ruch robotniczy mógł przeciwstawić się nacjonalistycznej burżuazji i jej wojennym tendencjom. Ruch socjalistyczny ostatecznie zawiódł. Opcja bolszewicka była jedną z nielicznych, które skutecznie przeciwstawiły się imperialistycznej wojnie. Od samego początku bolszewicy prowadzili agitację antywojenną. W lutym 1917 roku obalono skompromitowany carat. Burżuazyjno-demokratyczny zryw nie zakończył jednak bezsensownych działań wojennych prowadzonych przez Imperium Rosyjskie. Rząd Tymczasowy pod wodzą Kiereńskiego dążył do rządów bonapartystycznych, został jednak obalony przez bolszewików. To był też początek końca pierwszej wojny światowej.
Młode państwo radzieckie wycofało się z wojny, jednak w latach 1918-1921 trwała w Rosji radzieckiej wojna domowa. Przeciwko bolszewickiej Rosji wystąpiły siły monarchistyczne („biali”) i związane z Rządem Tymczasowym, wspierane przez zagraniczną burżuazję. Lew Trocki w pracy „Terroryzm i komunizm” pisał: „Kautsky przedstawia radzieckich robotników a i całą w ogóle rosyjską klasę robotniczą jako zbiorowisko egoistów, nierobów i samolubów. Ani słowem nie mówi o niebywałym w historii – z punktu widzenia rozmachu podłości – zachowaniu rosyjskiej bur­żuazji, o jej narodowych zdradach: o wydaniu Rygi Niemcom w celach «pedagogicznych»; o przygotowaniu takiego samego wydania Petersburga; o jej 129 odezwie do obcych armii, cze­chosłowackiej, niemieckiej, rumuńskiej, angielskiej, japońskiej, francuskiej, arabskiej i mu­rzyńskiej, przeciwko rosyjskim robotnikom i chłopom; o jej spiskach i zabójstwach za pienią­dze Ententy; o wykorzystaniu jej blokady nie tylko śmiertelnego wyczerpania naszych dzieci, lecz także systematycznego, niezmordowanego, wytrwałego rozprzestrzeniania w całym świecie niesłychanego łgarstwa i oszczerstw”. Rosyjscy komuniści byli w tej walce osamotnieni.
Gdy na byłym terytorium Imperium Rosyjskiego trwała wojna domowa, w Europie trwała walka robotnicza. Powstały Bawarska Republika Rad i Węgierska Republika Rad. 7 listopada 1918 r. utworzono w Polsce Rząd Ludowy pod wodzą Ignacego Daszyńskiego obiecujący m. in. nacjonalizację przemysłu, 8 godzinny dzień pracy i reformę rolną. Istniał on jednak tylko do 19 listopada 1918 r. Robotniczy entuzjazm trwał krótko. Jednostki Freikorpsu, paramilitarne formacje do których wstępowali zarówno monarchiści jak i socjaldemokraci, stłumiły Bawarską Republikę Rad. Do podobnego stłumienia rewolucji doszło na Węgrzech. Węgierska Republika Rad powołana w 1919 r., rządzona przez Bélę Kuna została obalona przez wojska Mikołaja Horthy de Nagybanya, który zaprowadził pierwszą po I wojnie światowej prawicową dyktaturę w Europie. Polscy socjaliści zachowywali się podobnie jak socjaldemokraci niemieccy – spacyfikowali polski ruch robotniczy, w tym utworzoną 6 listopada 1918 r. Republikę Tarnobrzeską. Młode państwo polskie pragnęło również realizować swoje imperialne ambicje tocząc batalie o wschodnie granice. Polska chcąc wykorzystać słabość państwa radzieckiego i mas rosyjskich wyniszczonych przez wojnę domową dążyła do wojny polsko-bolszewickiej.
Wojna polsko-bolszewicka stworzyła mit jakoby bolszewizm był w swojej istocie antypolski. To stworzona przez rzekomego zwycięzcę bzdura. Nie byłoby niepodległości Polski bez Rewolucji Październikowej. To rząd bolszewicki, nie Rząd Tymczasowy pod wodzą Kiereńskiego, zwrócił Polsce ziemię zanim zrobiła to reszta zaborców. Kluczowa była w tym rola Feliksa Dzierżyńskiego w anulowaniu samych zaborów.
Polska miała zdecydowanie lepsze warunki by zostać państwem socjalistycznym niż Rosja i republiki sąsiednie. Zabory pozostawiły Polsce bardziej uprzemysłowione tereny, m. in. ziemie polskie były najbardziej uprzemysłowionym obszarem na terenie Imperium Rosyjskiego. Niepodległa Polska nie wykorzystała jednak swojego materialnego potencjału. Historia w dosadny sposób przyznała rację Róży Luksemburg i jej teorii organicznego wcielenia. Protekcjonistyczny kapitalizm rosyjski przyczynił się do rozwoju przemysłu na terenie Królestwa Polskiego o czym pisała działaczka SDKPIL w swojej pracy doktorskiej „Rozwój przemysłu w Polsce”.
Róża Luksemburg twierdziła, że niepodległość Polski może przyczynić się do zerwania zależności gospodarczych, tym samym do upadku przemysłu. Tak też się stało w niepodległej burżuazyjnej Polsce – doszło do dezindustrializacji, choć wcale nie musiało. W tym miejscu należy odróżnić wolność polityczną od zależności gospodarczych, na co wskazywał chociażby Lenin w polemice z Różą Luksemburg broniąc postulatu niepodległości Polski. Dezindustrializacja wynikała z konfliktu polsko-radzieckiego. II RP nie odzyskała poziomu uprzemysłowienia sprzed I wojny światowej.
Uprzemysłowienie w II RP szło opornie, COP i Gdynia były wyjątkami. Wówczas gospodarka radziecka, odporna na kryzys światowy 1929 roku, rozwijała się błyskawicznie. Polska dopiero po II wojnie światowej, wraz z rozwijaniem przemysłu przez rządy Polski Ludowej przezwyciężała swą nędzę. Jak głoszą rozmaici historycy – w 1920 roku „uratowano Europę przed bolszewizmem”. Dodajmy jednak, że od tego czasu prym w Europie wiodły prawicowe dyktatury. Od Węgier począwszy, przez Włochy, gdzie ruch robotniczy nie zdołał zatrzymać faszystów, po Hiszpanię generała Franco.
Lenin przewidział, że następna wojna światowa będzie jeszcze bardziej okrutna. Pokój okresu międzywojennego nawet nie próbował zachować pozorów długotrwałości, gospodarki poszczególnych krajów były zorientowane na wojnę i zbrojenia. W Europie panował też wszechobecny autorytaryzm. W Polsce w 1926 r. doszło do zamachu majowego w którym wojska Piłsudskiego obaliły rządy parlamentarne. Pucz poparła lwia część ruchu robotniczego, w tym Komunistyczna Partia Polski i Polska Partia Socjalistyczna, mając nadzieje na rewolucję socjalną. Zamiast tego Piłsudski postawił na sojusz z ziemiaństwem, zaś tych, którzy wcześniej go popierali zamykał do politycznego więzienia – Berezy Kartuskiej.
Rusofobia i antykomunizm Piłsudskiego uczyniły go ślepym na interes Polski. Były socjalista skazał Polskę na peryferyjny kapitalizm z elementami feudalizmu. Wykorzystał on ruch robotniczy by oprzeć swoją dyktatorską władzę na zgniłym „porozumieniu narodowym”, a w gruncie rzeczy na czystej ideologii władzy i zgniłej polityce rzekomej równowagi między sąsiadami. W 1933 r. władzę w Niemczech objęło NSDAP wspierane przez niemieckich i zagranicznych przemysłowców. Niemcy zaczęły się zbroić w błyskawicznym tempie. Skutki były łatwe do przewidzenia.
W 1935 roku Józef Stalin zdobył władzę absolutną. W tym samym roku zmarł Józef Piłsudski. Po jego śmierci jego brunatni następcy mieli bardziej proniemieckie sympatie. Sanacyjne elity chadzały nawet na polowania z Hermanem Goeringiem. Stalin coraz bardziej uderzał w narodowe tony, co wiązało się także z zagrożeniem zewnętrznym. Owocem coraz bardziej patriotycznej propagandy były filmy historyczne takie jak „Aleksander Newski” Sergieja Eisensteina z 1938, czy „Minin i Pożarski” Wsiewołoda Pudowkina z 1939, które powstały jako odpowiedź na wrogość ze strony Polski i Niemiec.
Druga połowa lat 30-tych to również czas krwawych czystek w ZSRR. Zginęło również wielu działaczy Komunistycznej Partii Polski. KPP była także intensywnie infiltrowana przez sanacyjny wywiad. W tamtym okresie zamordowanych zostało także wielu doświadczonych wojskowych, w tym Michaił Tuchaczewski, który w 1920 roku wiódł Armię Czerwoną na Warszawę. Stalin nie wysłuchał wtedy jego rozkazu by udać się na Warszawę i sam wyruszył na Ukrainę. Tuchaczewski chciał wówczas dla niego kary śmierci za niesubordynację. Chwile przed swoją śmiercią Tuchaczewski dążył do porozumienia z Niemcami.
Czy nadużyciem jest obarczać odpowiedzialnością za czystki i za grzechy izolacjonizmu burżuazję? Z pewnością należy ją obarczyć za powszechną faszyzację Europy. 15 sierpnia uratowano zachodnią burżuazję kosztem m.in. Polski. Polska straciła swe szanse na rozwój na długie lata. Częściowo nieświadomie pogrążyła też w izolacjonizmie młode państwo radzieckie, a przede wszystkim siebie i to po to by zachodnie mieszczaństwo czuło się bezpieczniejsze. Burżuazja broni swojego panowania na różne sposoby – raz przekupując Matką Boską, raz faszystów czy nazistów. Gdyby socjalizm rozprzestrzenił się po całej Europie jego charakter byłby prawdopodobnie zupełnie inny.
Krótkowzroczność sanacyjnych elit miała swój wpływ także na pakt Ribbentrop-Mołotow i okupację Polski w 1939 r. Dla Stalina oznaczało to „jedno faszystowskie państwo mniej”, a właściwie pozbycie się jednego z bardziej wrogich dla ZSRR państw. Sanacyjni politycy nie chcąc zachować resztek godności, na czele z Rydzem-Śmigłym uciekli do Rumunii. Nikt rządzących w II RP wojskowych za to nie zdegradował, jak dziś degraduje się Jaruzelskiego za to, że wziął na siebie odpowiedzialność za swoje poczynania. Sanacyjne elity nie cieszyły się też powszechnym poparciem narodu. Podkreślał to m. in. przeciwny sanacji Władysław Sikorski.
Sanacyjni politycy mają swoich niegodziwych następców w politykach III RP, szczególnie w partii obecnie rządzącej. Po upadku Polski Ludowej po raz kolejny doszło do dezindustrializacji tym razem za sprawą terapii szokowej i neoliberalnych recept. Teoria organicznego wcielenia Róży Luksemburg ma już tu mniejsze zastosowanie, wszak przemysł na wskutek jeszcze brutalniejszej terapii szokowej upadał również Rosji. Jednak skłócenie Polski w Rosją w czasach III RP również znacznie hamuje polską gospodarkę. Sankcje gospodarcze nałożone przez UE na Rosję po tzw. „Euromajdanie” szkodzą głównie polskim rolnikom i sadownikom. Najgorsza jest jednak nieustannie nakręcana prowojenna atmosfera tym razem już nie przeciwko państwu rewolucyjnemu tylko konserwatywnej Rosji. Rząd PIS-u interesuje głównie interes amerykańskich firm zbrojeniowych.
Warto też porównać stosunek polskich polityków do ukraińskiego ruchu narodowego z okresu wojny polsko-bolszewickiej i czasów współczesnych. Ukraińcy pod wodzą Szymona Petruli sprzymierzyli się z wojskami Piłsudskiego przeciwko bolszewikom. Ludzie Petruli jednak przegrali swoją sprawę, Piłsudski potraktował ich bardzo instrumentalnie. Część z nich utworzyło później podwaliny dla ukraińskiego szowinizmu, zdecydowanie antypolskiego – OUN i UPA. Obecnie rządzący rząd na Ukrainie w swojej polityce historycznej odwołuje się raczej do UPA i OUN niż do Szymona Petruli. To nie przeszkadza władzom Polski popierać tamtejszego rządu.
Dzisiejsza Polska nie jest, tak jak II RP, odizolowana od świata, choć PIS dąży do skłócenia nas ze wszystkimi sąsiadami. Jednak tak samo jak w II RP obecni polscy politycy realizują interesy państw zachodnich kosztem interesu Polski, deklarując hurrapatriotyzm. PIS pod tym względem bije wszystkich poprzedników na głowę. Nikt dotąd nie był tak nienawistny wobec Rosji, nikt nie kochał bardziej Polski i nikt bardziej nie kochał NATO.
Samo NATO nie daje zaś Polsce żadnych realnych gwarancji bezpieczeństwa, także ze względu na nasze położenie geograficzne. Polska jak najszybciej powinna opuścić Pakt Północno-Atlantycki przestać służyć za poligon dla obcych sił, kosztem obywateli Polski i polskich podatników skupujących złom z USA. Obecność Polski w NATO to nieustanne prowokacje i nakręcanie atmosfery zagrożenia w interesie światowej finansjery. Kto wie, czy obecna polityka zagraniczna neosanacji nie jest nawet bardziej samobójcza niż ta elit sanacyjnych z lat 30 ubiegłego wieku.

Flaczki tygodnia

Czy polska historia jest dla Polaków bogactwem czy przekleństwem? Takie pytanie słyszę co chwila w przeróżnych mediach. I zaraz potem rozpoczynają się narodowe gorzkie. Litania nieszczęść jakie to spadły na bogu ducha winnych Polaków.
Bo przecież w 1795 roku ostatecznie straciliśmy niepodległość. Popadliśmy w niewolę zaborów. Potem nasz kraj był terenem dwóch wielkich wojen światowych i kilku lokalnych. Byliśmy też przez 45 lat w „sowieckiej niewoli”, w radzieckim „obozie pracy socjalistycznej”. Ale pomimo tego zachowaliśmy swą polskość i wywalczyliśmy sobie niepodległość.

***

I dlatego za to już należy nam się wielki szacunek i respekt całego świata.

***

Problem w tym, że Polacy zwykle lubią te piosenki i te historie, które znają. A historii naszych sąsiadów i innych państw Polacy nie znają. Nie wiedzą, że utrata niepodległości, utrata własnego państwa to normalka w historii narodów. Ruś kijowska została podbita przez Mongołów w XIII wieku. Potem była podbita przez państwo litewskie, potem dostała ją polska Korona od Litwy w wianie po zaślubinach Unii Polsko-Litewskiej. Potem przeszła do imperium rosyjskiego i do ZSRR. Dopiero w 1991 roku Kijów znowu stał się stolicą niepodległego państwa ukraińskiego odwołującego się do ruskiej tradycji. Bułgarzy, Serbowie, Macedończycy, Albańczycy przez pięćset lat byli w tureckiej niewoli. I też odrodzili się w swoich narodowych państwach. Każde z tych państw też było w swoim czasie regionalnym mocarstwem. Też uciskało i było uciskane.

***

Ukochane przez PiS Węgry, regionalne mocarstwo w XIII – XV wieku, też podało w turecką niewolę. I tylko dzięki „odsieczy wiedeńskiej” Jana III Sobieskiego zmieniono Węgrom niewolę turecką na austriacką. Dzięki temu potem Węgry, jako część monarchii habsburskiej brały udział w rozbiorach Polski, a w czasie II wojny światowej walczyły po stronie Hitlera. Słowacy od X wieku byli pod okupacją węgierską, potem częściowo i czasowo polską, a swą państwowość zyskali dopiero w 1918 roku. Własne niepodległe, nowoczesne państwo zyskali dopiero po podziale Czechosłowacji w 1993 roku.

***

Czechy, skąd przyszło do Polski chrześcijaństwo, czyli cywilizacja europejska, przez wieki były państwem lepiej rozwiniętym od Polski. W XIV i XV wieku stały się centrum cywilizacji europejskiej. W 1620 roku w bitwie pod Białą Góra wojska habsburskie wyrżnęły czeską szlachtę skuteczniej niż późniejsi bolszewicy szlachtę rosyjską. Od początku XIX wieku Czechy stały się częścią, naszej wspólnej, monarchii habsburskiej. Pozbawione próżniaczej szlachty społeczeństwo czeskie zmieszczaniało i dzięki temu szybko znowocześniało. Stało się najbogatsze w słowiańskiej rodzinie.

***

Nasi skandynawscy sąsiedzi też nie mieli lekko. Finowie do XX wieku byli częścią szwedzkiego lub rosyjskiego państwa. Norwegia przez czterysta lat tkwiła w „duńskiej niewoli”. Szwecja stała się bogatą i dobrze zorganizowaną od kiedy porzuciła marzenia o lokalnym mocarstwie. I zamiast wojować zaczęła pracować. Na jej szczęście nieźle się wcześniej w czasie polskiego „Potopu” obłowiła wywożąc z terenów I Rzeczpospolitej wszystko co się dało. A szlachta polska, ta ponoć tak patriotyczna, pozwoliła im na to, oddając początkowo kraj bez walki.

***

Również porównując los Polaków w zaborach austriackim, pruskim i rosyjskim z losem Słowian w imperium tureckim czy Ukraińców w imperium rosyjskim i I Rzeczpospolitej, bez wątpienia Polakom żyło się tam lepiej. Zdecydowanie lepiej żyło się wówczas Polakom niż Irlandczykom pod brytyjskim zaborem. Nasi zaborcy nie wymordowali Polaków, tak jak Polacy wymordowali plemiona bałtyckich Prusów i Jaćwingów zabierając ich ziemie.
Austria i niemieckie Prusy budowały od XIX wieku państwa prawa. Los chłopów w tych państwach był zdecydowanie lepszy niż w I Rzeczpospolitej. W zaborze rosyjskim do czasów powstania listopadowego, czyli 1831 roku, część Polaków żyła w niesuwerennych organizacjach państwowych. Księstwie Warszawskim, Królestwie kongresowym. To w zaborach zlikwidowano feudalne struktury społeczeństwa polskiego. O czym w „szlacheckiej” historii Polski rzadko się wspomina.

***

Setna rocznica odzyskania państwa polskiego zbiegła się z rządami elit PiS. Głoszą one, wszem i wobec, przede wszystkim martyrologiczną wizję polskiej historii. Wizję wspaniałego, dzielnego, szlachetnego, prawego i sprawiedliwego narodu, który na nikogo nie napadał, nikogo nie uciskał nigdy nie przegrał z własnej winy.
Chociaż przegrywał zawsze. Ale zawsze przegrana związana była ze zmowami wrogich Polsce sił. Narodów, ideologii, no i wiarołomnych sojuszników.

***

Polacy w pisowskiej wizji historii zawsze byli zdradzani, najczęściej o świcie, chociaż Polacy zawsze wierni byli złożonej przysięgi i danemu słowu. I tylko przez te zdrady i wiarołomstwa sojuszników nie jesteśmy bogaci jak Szwajcarzy, innowacyjni technicznie jak Niemcy, potężni militarnie jak Amerykanie, liczni jak Chińczycy, przystojni jak Włosi, rozśpiewani jak Rosjanie.

***

Dlatego za te zdrady, za tamte wiarołomstwa obecne elity PiS wyciągają rękę po odszkodowania. Po reparacje wojenne. Za spaloną w efekcie Powstania Warszawskiego Warszawę. Za oddanie Polski do radzieckiej strefy wpływów przez przywódców Wielkiej Brytanii i USA. Nie żądają reparacji od Wielkiej Brytanii i USA. Nie grzmią w kierunku Rosji. Żądają reparacji od Niemiec. Pokonanych przez ZSRR, USA, Wielką Brytanię. I wiele innych państw. Ale czy Polskę?

***

Polskie wojska walczyły po stronie aliantów. Na wschodzie i na zachodzie. Ale rządzące elity PiS strącają z pomników żołnierzy LWP, którzy zdobywali niemieckie miasta, nawet Berlin. Spychają na bok żołnierzy Andersa, którzy wyzwalali Włochy, Francję, Holandię. Stawiają w pierwszym szeregu niemieckich sojuszników z NSZ i grupy „wyklętych”, którzy zdobywali głównie gorzelnie, GS – y i posterunki MO. Czy oni wygrali tamtą wojnę?

***

Reparacje wojenne zwycięskie państwa wyciskały z pokonanych okupując ich terytoria. Elity PiS okłamują Polaków miodem reparacji. O które żebrzą u Niemców. Robią z Polaków mazgajów wiecznie opłakujących swe historyczne klęski i jeszcze żebrzących o grosz dla historycznych kalek. Wrócimy jeszcze do tych tematów.

***

Teraz na postawione na wstępie pytanie o bogactwie i przekleństwie polskiej historii, odpowiadamy. Nie pierwszy raz w historii okazuje się, że bezmyślnie, źle wykorzystywane bogactwo może stać się przekleństwem.

Suplement do katyńskiego wątku

Rafał Skąpski w opublikowanym w „Trybunie” dokumentacyjnym tekście o spotkaniu Michaiła Gorbaczowa na Zamku Królewskim w Warszawie pisze także o oczekiwaniu na jasne i jednoznaczne oświadczenie gościa na temat sprawców zbrodni katyńskiej.

 

Taką nadzieję przejawiała zapewne licząca część polskiego społeczeństwa, a niewątpliwie kierownictwo Partii. W Wydziale Propagandy KC PZPR, którym w tym okresie kierowałem, sądziliśmy, że wizyta Gorbaczowa – twórcy radzieckiej pierestrojki i autora „nowego myślenia dla naszego kraju i całego świata” – będzie najlepszą i najbardziej stosowną okazją do zakończenia, trwającego prawie pięćdziesiąt lat, kłamstwa katyńskiego. Okazało się, że strona radziecka takich oczekiwań i terminu ich przedstawienia nie rozeznała, zlekceważyła je, bądź – jak się później okazało – nie była przygotowana wtedy pod żadnym względem do publicznego ujawnienia sprawców tej zbrodni.

Od pewnego czasu miał miejsce niesformalizowany zwyczaj telefonicznych wywiadów, które udzielałem Sekcji Polskiej BBC, nadawanych później na antenie tej stacji. Kolejny raz zadzwonił jej szef Eugeniusz Smolar z prośbą o komentarz w sprawie katyńskiej. Odpowiedziałem m. in., że uważam, tak jak wszyscy Polacy, kto był jej sprawcą. A więc kto – dopytywał mój rozmówca. NKWD – odpowiedziałem. Na następny dzień można było przeczytać to w specjalnym Biuletynie nasłuchów obcych radiostacji. Fakt, że dosłownie nikt z moich ówczesnych przełożonych nie zareagował negatywnie na tę wypowiedź, także na podobną wygłoszoną przez ówczesnego Rzecznika Rządu Jerzego Urbana, świadczy dowodnie o zdecydowaniu strony polskiej w kwestii katyńskiej.

Należało więc, pomimo milczenia Gorbaczowa, z determinacją uświadamiać stronie radzieckiej, że tego nie odpuścimy. Jednym z takich poczynań był mój oficjalny i demonstracyjny wyjazd 4 sierpnia 1988 roku do Katynia. Liczyłem z moim ówczesnym szefem, sekretarzem KC Mieczysławem Rakowskim, że będzie to dla strony radzieckiej kolejny sygnał polskiego dążenia do ostatecznego wskazaniu sprawców tej zbrodni. W Katyniu byłem pod wieczór, zapaliliśmy przywiezione ze sobą znicze i położyliśmy wiązanki kwiatów. Towarzyszyli nam partyjni dostojnicy ze Smoleńska. Byłem tam, poza delegacjami ambasady polskiej w Moskwie, które od pewnego czasu składały tu wieńce, pierwszym tej rangi funkcjonariuszem PZPR. Uklęknąłem przed pomnikiem pomordowanych oficerów, którzy polegli tu z innej ręki, i w innym czasie niż głoszący wtedy napis, że sprawcami zbrodni byli Niemcy. Składałem ten hołd pamięci również spoczywającemu tu mojemu krewnemu porucznikowi Waleremu Szwabowiczowi.

Wątek katyński powrócił 10 listopada 1988 roku kiedy to, z upoważnienia Wojciecha Jaruzelskiego, w rozmowie z attache prasowym ambasady ZSRR w Warszawie Koriepanowem, ostro zaprotestowałem przeciw oświadczeniu rzecznika Ministerstwa Kultury ZSRR, w myśl którego datę zbrodni katyńskiej określono na rok 1943, a jej autorami mieli być niemieccy faszyści. Charakterystyczne, że to ja, a nie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w imieniu W. Jaruzelskiego wygłaszałem ten protest.

Uznanie sprawczej roli ZSRR w zbrodni katyńskiej szło nadzwyczaj, z wielu zresztą powodów, opornie, bowiem nawet w grudniu 1988 roku opracowane przez sektor polski Wydziału Zagranicznego KC KPZR memorandum ujawniające zbrodniarzy z Katynia, po podpisaniu przez czołowych ówczesnych radzieckich reformatorów, ale przy votum separatum przewodniczącego KGB, utknęło w szufladach…do czasu wizyty prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego w Moskwie w kwietniu 1990 roku.

Ale jeszcze wcześniej, bo 1 lutego 1989 roku, po mojej kolejnej wypowiedzi dla BBC, stwierdzono w komentarzu: „Ze słów Sławomira Tabkowskiego, kierownika Wydziału Propagandy KC PZPR wynikałoby zatem, że władze jednak poczekają na oficjalne stanowisko radzieckie, i co więcej, przewidują najwyraźniej, że władze radzieckie bliskie są przyznania się do odpowiedzialności za Katyń”.

Ponownie odnalazłem się w katyńskim wątku już w III R P, pracując w prywatnej firmie wydawniczej i drukując na jej koszt, bo inni nie mieli bądź nie chcieli dać na to środków, wkładkę z dokumentacją do raportu z badań przeprowadzonych w Katyniu.

À propos tekstu R. Skąpskiego, nikt dziś nie chce pamiętać ani przypominać z jakim powszechnym zainteresowaniem, życzliwością, a nawet serdecznością witano Gorbaczowa, wszędzie gdzie się wtedy pojawił, pomimo tego, że nie zdobył się na oczekiwane oświadczenie. Towarzyszyłem jego pobytowi w Polsce przez cały czas: widziałem w Szczecińskiem plażowiczów pozdrawiających kolumnę wiozącą delegację, w Poroninie niekłamany entuzjazm górali, tłumy na Rynku Głównym w Krakowie. Właśnie tam pewna pani podała mi książkę Gorbaczowa z prośbą o autograf autora. To udało się bez większych kłopotów, ale później był poważny problem z odnalezieniem właścicielki książki. Ciekawy jestem czy ma ją do dziś?

Ni to wojna, ni to rozejm

W Korei każdy miał swój Stalingrad.

Tamtej wojny wszyscy spodziewali się od miesięcy, ale jej wybuchł wszystkich zaskoczył . Latem 1950 roku dwa istniejące już państwa koreańskie przygotowywały się do obchodów pierwszych rocznic swego istnienia. Na południu, w Republice Korei dyktatorsko rządził prezydent Ly Syng Man. Wspierała go administracja USA. Na północy w Koreańskiej Republice Ludowo – Demokratycznej rządził Kim Ir Sung, znany w Polsce jako Kim Ir Sen. Wspierał go Związek Radziecki. Rządzący północą kraju stwarzali wówczas pozory demokracji. Represjom poddano przede wszystkim związanych z niedawnymi japońskimi okupantami właścicieli ziemskich, policjantów i urzędników. Na południu tajna policja Ly Syng Mana miała za zadanie zlikwidować wszystkie osoby podejrzane o sympatie „komunistyczne”, co w praktyce przekładało się na represjonowanie wszystkich przeciwników politycznych reżimu. W roku 1945 dotknęło to ponad 300 tysięcy osób.
Po klęsce w 1949 roku wspomaganego przez USA chińskiego generalissimusa Czang Kai – Szeka, administracja USA skupiła się na wspieraniu okupowanej Japonii. No i wyspy Tajwan, gdzie schroniła się armia Czanga pobita przez czerwoną amię przewodniczącego Mao. Z perspektywy mocarstwowych USA i ZSRR podzielona na dwie strefy wpływów Korea była stanem optymalnym. Wywiad amerykański informował o wycofywaniu się wojsk radzieckich z Korei i niechęci Stalina do zmiany status quo. W odpowiedzi Amerykanie też rozpoczęli wycofywanie swych wojsk, przerzucając je do sąsiedniej Japonii. Oba mocarstwa nie doceniły ambicji trzeciego. Powstałej 1 października 1949 roku Chińskiej Republiki Ludowej.

 

Azja wstaje z kolan

Mao Zedong proklamując powstanie zjednoczonych i wolnych od obcych wpływów ludowych Chin, obiecał też Chińczykom przywrócenie im godności. Czas Chin kolonizowanych przez zachodnie mocarstwa i Japonię, Chin targanych wieloletnimi wojnami domowymi miał się zakończyć. A Chiny miały wrócić na „należne im miejsce”, czyli azjatyckiego hegemona.
Rządzący północną Koreą Kim Ir Sung również planował przywrócić Korei należne jej miejsce. Kraju zjednoczonego, związanego tradycyjnym geopolitycznym sojuszem z Chinami. Ale wewnętrznie suwerennym.
Dzięki otwartym przez Michaiła Gorbaczowa radzieckim archiwom wiemy już, że decyzję o zjednoczeniu Korei podjęli samodzielnie przywódcy Chin i północnej Korei. Stalin skupiał się wtedy na wasalizowaniu państw Europy Środkowo – Wschodniej i utrzymaniu NRD. Zapewne dlatego , pomimo wrogości i regularnych incydentów zbrojnych na granicy koreańsko – koreańskiej, atak z północy był dla południowej Korei i USA zaskoczeniem.

 

Zwroty akcji jak w serialu

Zaczęła się wczesnym rankiem 25 czerwca 1950 roku. Siedem dywizji północnokoreańskich wspartych brygadą czołgów T-34 i liczną artylerią zaatakowało wojska południowo koreańskie. Te stawiły słaby opór, szybko poszły w rozsypkę. Nie miały ciężkiego sprzętu. Nigdy nie walczyły na froncie, nie uczono ich tego. Były przede wszystkim wsparciem policji politycznej prezydenta Ly Syng Mana.
Silnego oporu nie stawiły też nieliczne wojska amerykańskie. Złożone z rekrutów, lub żołnierzy korzystających przez ostatnie lata z uroków okupowanej Japonii. Nic dziwnego, że armia północnokoreańska szybko zajęła Seul i posuwała się na południe. Największymi przeszkodami w marszu były trudne warunki geograficzne i totalny brak dróg odpowiednich dla oddziałów zmotoryzowanych.
W sierpniu 1950 roku Armia Ludowa KRL – D oponowała już całe południe z wyjątkiem regionu wokół portu Pusan. Tam broniły się skoncentrowane resztki wojsk USA i niedobitki wojsk południowokoreańskich. Wydawało się, że wojska Kim Ir Sunga zjednoczyły Koreę. Ale 15 września następuje niespodziewany desant wojsk USA w okolicach portu Inchhon i kontruderzenie z „worka Pusańskiego”. W międzyczasie Amerykanie zmienili charakter tej lokalnej wojny. Korzystając z bojkotu przedstawicieli ZSRR obrad Rady Bezpieczeństwa ONZ, zapewnili swojej interwencji patronat ONZ i pomoc wojskową licznych państw członkowskich.
W efekcie ryzykownego desantu dowodzone przez ekscentrycznego generała Douglasa Mac Arthura rozbito rozciągnięte, wyczerpane marszami wojska północno koreańskiego. Potem siły ONZ żwawo ruszyły na północ kraju. W październiku około 90 proc. terytorium Korei Północnej znalazło się pod okupacją sojuszników z ONZ . Wydawało się, że zjednoczenie Korei nastąpi, ale teraz przez siły południa.
Kiedy w listopadzie armie ONZ zbliżały się do granicy z Chinami, ze zdumieniem napotkały inaczej wyglądające oddziały wojskowe. To przewodniczący Mao Zedong rzucił na front kilkusettysięczną armię, zwaną „oddziałami ochotników ludowych”. Chodziło o to aby Chiny uczestniczyły w wojnie bez jej formalnego wypowiedzenia.

 

Jeszcze jedna atomowa?

Stalin wpadł w wściekłość, prezydent USA Truman w osłupienie, a generał Mac Arthur zaproponował odwetowe zrzucenie bomb atomowych na Chiny. Ponieważ chińscy „ochotnicy” byli weteranami niedawno zakończonej wojny domowej, a wojska pod sztandarem ONZ składały się z rekrutów, to nastąpił kolejny zwrot akcji, tej ciągnącej się jak serial, wojny.
Ochotnicy wraz z formowanymi na nowo wojskami północnokoreańskimi pomaszerowały na południe i w styczniu 1951 roku zdobyły Seul. Dalszy marsz i odwrót utrudniała wszystkim niezwykle surowa, koreańska zima. W tym czasie temperatura spada tam poniżej 20 C. Obie armie nie były do tego przygotowane. Jak wspominali weterani amerykańscy, brytyjscy, australijscy i chińscy obie walczący strony miały tam „swój Stalingrad”. W tej wojnie jwięcej żołnierzy zmarło z mrozów, głodu, chorób niż starć militarnych.
W kwietniu 1951 roku wojska chińskie i północnokoreańskie przeprowadziły kolejna wielką ofensywę, która załamała się. Od tej pory działania wojenne przyjęły postać wojny pozycyjnej przeplatanej lokalnymi starciami.
W lipcu 1951 roku rozpoczęła się pierwsza tura rokowań pokojowych. Toczyły się one powoli. Aż wybór prezydenta Eisenhowera, zmęczenie społeczeństwa amerykańskiego wojną, śmierć Stalina i walka o schedę po nim, oraz brak znaczących efektów działań militarnych, zmusiły obie strony do podpisania 27 lipca 1953 w Panmundżomie rozejmu. Ustanowiono strefę demarkacyjną wzdłuż 38. Równoleżnika.
Wrócono do stanu sprzed wojny. Rozejm podpisali dowódcy armii Korei Północnej, Chin i wojsk ONZ. Nie podpisał go reprezentant Korei Południowej, co bywa powodem podważania go przez władze KRL – D.
Straty wojenne trudne są do oszacowania, bo poza stratami wojsk walczącymi pod flagą ONZ, nie ujawniono innych precyzyjnych szacunków. Armia południowokoreańska mogła stracić ok. 0, 5 miliona żołnierzy, podobnie tyle armia z północy. Na pewno wojska ONZ straciły ponad 50 tysięcy żołnierzy, a straty chińskie szacuje się na 400 tysięcy. Straty ludności cywilnej ocenia się na ponad milion.
Dodatkowo ten przed wojną kraj został totalnie zniszczony, zwłaszcza w efekcie bombardowań lotniczych. Stolica Korei Północnej została całkowicie zburzona, Seul zrujnowany.
Długotrwały rozejm umocnił sfery wpływów w Korei i sprzyjał dyktatorskim rządom w obu krajach. Na południu wojsko obaliło znienawidzonego prezydenta Ly i korzystając z gwarancji bezpieczeństwa USA rozpoczęło w latach sześćdziesiątych budowę nowoczesnej gospodarki. Wzorowanej na japońskiej. Przemiany demokratyczne rozpoczęły się w Republice Korei dopiero w latach osiemdziesiątych XX wieku. Dzisiaj jest to gospodarcza potęga ze specyficzną, azjatycką demokracja parlamentarną.
W Koreańskiej Republice Ludowo – Demokratycznej ekipa Kim Ir Sunga najpierw zlikwidowała konkurentów do władzy. Potem lawirując między chińskimi i radzieckimi protektorami stworzyła azjatycką satrapię i autarkiczną, podporządkowaną wojsku gospodarkę. Rząd klanu rodziny Kimów i wojskowej ,generalicji. Dysponującą skuteczną polisą bezpieczeństwa – gigantyczną armią i bronią atomową.
Lata mijają, zjednoczenie Korei, ani zawarcia pokoju nadanie widać.

Atomowa krewetka

Dyktatorski reżim Kim Dzong-una jest dzieckiem USA.

 

Historia Korei to los krewetki żyjącej między dwoma wielorybami. Chińskim, tym większym oraz japońskim, mniejszym, ale czasami wyjątkowo brutalnym. Dzieje polityczne Korei to los powstających na półwyspie, ciągle kłócących się królestw. Wzmacniających się pomocą wielkich sąsiadów. Czasy przypominające polskie rozbicie dzielnicowe, krwawe rządy piastowskich książąt.
Od końca XIV wieku, w okresie zjednoczenia państwa zwanego Joseon, nastąpił tam skok cywilizacyjny. Koreańczycy przejęli od chińskich sąsiadów pismo, technologie produkcji jedwabiu i ceramiki, i przede wszystkim system konfucjański. Konfucjanizm ukształtował moralność, relację rodzinne, międzyludzkie in system polityczny.

Wszystkie zdobycze chińskiej cywilizacji Koreańczycy sprawnie zaadoptowali, ale też rozwinęli nadając im własne, charakterystyczne cechy. Stali się mistrzami w produkcji celadonu, przecudnej ceramiki. Ceniony jest koreański jedwab. Wcześniej od Gutenberga zaczęli stosować ruchome czcionki do druku książek. Pierwsi na świecie zbudowali okręt z żelaza. Aby podtrzymać narodową odrębność kultywowali lokalne zwyczaje, swoją kuchnię, charakterystyczne stroje. Rozwinęli narodowe sztuki walki. Przez lata byli bitnymi żołnierzami i najemnikami wzmacniającymi wojska państw sąsiednich.

Zgodnie z systemem konfucjańskim, traktującym społeczeństwo jako wielką rodzinę, królowie Korei byli wasalami „starszego bratniego narodu”. Nie przynosiło hańby, przeważały korzyści. W czasach pokoju chiński brat zadowalał się często symbolicznym trybutem i spokojem na granicy. Wojny cesarstwa wymuszały dodatkowe haracze i wsparcie koreańskiego wojska. Polityki zagranicznej koreańscy królowie nie prowadzili, bo była domeną „starszego brata”.

Aż do końca XIX wieku Koreańczycy byli feudalnym, wiejskim społeczeństwem. Zamieszkującym położony na peryferiach ówczesnego świata półwysep. Przełom nastąpił kiedy brat chiński zaczął być kolonizowany przez zachodnie mocarstwa, a japoński sąsiad, rozpoczął forsowną modernizację adoptując zdobycze zachodniej cywilizacji.

Do roku 1876 Koreańczycy traktowali Japonię jako równe, przyjacielskie państwo. Toczyli w XVI wieku z Japończykami wojny, ale ich odpierali. Niestety, w styczniu tego roku japońskie wojska lądują w Korei. Tokio korzysta z upadku cesarstwa chińskiego i kopiuje politykę zachodnich mocarstw wobec Chin. Zmusza Koreę do zawarcia „traktatu o przyjaźni i handlu”. Przyznającego Japończykom dostęp do koreańskich portów, rynków zbytu. Stawiającego Japończyków ponad tamtejszym prawem, nadającego japońskim firmom eksterytorialny status.

Kiedy Koreańczycy poczuli cenę japońskiej przyjaźni spróbowali szukać pomocy. Pospieszyła z nią ekspansywna Rosja, okupujące Chiny mocarstwa zachodnie, i nowy gracz w tym regionie – USA. Zmobilizowało to Japończyków. Po wielkim zwycięstwie w wojnie z Rosją, armia japońska wkroczyła w 1904 roku do Korei. Sześć lat później usunięto tam ostatniego tytularnego władcę Korei. Okupacja japońska trwała do roku 1945.

W tym czasie Japończycy dopuścili się tam licznych aktów ludobójstwa. Stosowali rabunkową gospodarkę, zwłaszcza w czasie wojny z USA, doprowadzając Koreańczyków do strukturalnej nędzy. Lata okupacji wywołały powszechną, odczuwalną do dzisiaj, nienawiść do Japończyków. Zwłaszcza, że Japonia nigdy nie przeprosiła Koreańczyków za ludobójstwo i zbrodnie wojenne ówczesnej administracji i armii.

 

Kraj pachnący inaczej

O istnieniu Korei władze USA przypomniały sobie w sierpniu 1945, roku kiedy skapitulowała Japonia. I Amerykanie rozpoczęli okupację Japonii. W tym czasie armia radziecka rozbiła w graniczącej z Koreą Mandżurii stacjonującą tam japońską Armię Kwantuńską. Zajęła też północne, najbardziej uprzemysłowione prowincje chińskie. Zdobyte terytorium i zdobyczną broń przekazała oddziałom Mao Zedonga walczącym o władzę z armią popieranego przez USA Czang Kaj – szeka.

Zgodnie z umowami zwycięskiej alianckiej trójki, czyli ZSRR, USA i Wielkiej Brytanii, pokonana Japonia miała stać się łupem Stanów Zjednoczonych. Wielka Brytania pragnęła powrotu do zajętych przez Japonię swych dawnych azjatyckich kolonii. Okupywana przez Japończyków Mandżuria i inne terytoria chińskie miały wrócić do prawowitych właścicieli reprezentowanych wtedy przez generalissimusa Czanga. O przyszłości Korei, wówczas japońskiej prowincji, administracje USA i Wielkiej Brytanii zwyczajnie zapomniały.

Generalissimus Stalin skupiał wtedy swą uwagę na zwasalizowaniu państw Europy Środkowo-Wschodniej. W Azji chciał mieć po swojemu rozumiany spokój. Idealnym dla ówczesnych stalinowskich interesów był stan przewlekłej wojny domowej w Chinach. Zakończony podziałem na dwie strefy. Amerykańską z Czang Kaj-szekiem i proradziecką z Mao Zedongiem lub innym, bardziej lojalnym wobec Kremla przywódcą chińskiej partii komunistycznej. Stalin nie ufał przewodniczącemu Mao, bał się silnych Chin. Wiedział, że na wschodzie może być tylko jedno słońce. To kremlowskie.

Granicząca z Mandżurią, sąsiadująca z ZSRR, Korea była obiektem zainteresowania Kremla. Stalin wspierał antyjapońską, komunizującą partyzantkę. Miał w zasobach kadrowych koreańskich polityków, wojskowych oraz kadry zaznajomione z kulturą i tradycjami tego kraju.
W roku 1945 takich kadr Amerykanie nie mieli. We wrześniu przysłali na południe Korei swych pierwszych wojskowych. Aby przejęli ten teren od obecnej tam administracji japońskiej. I ci od razu popełnili kolosalne błędy.

 

Słoń w składzie porcelany

Wychowani w Ameryce znali Azję przede wszystkim od japońskiej strony. Nienawidzili jej za ciężkie straty zadane im przez cesarską armię. I wielce podziwiali ją już po krótkim kontakcie z okupowanym krajem. Imponował im japoński poziom cywilizacyjny. Polubili japońskie poddaństwo, służalczość wobec zwycięzców. Bo przebiegli Japończycy szybko zauważyli, że traktując Amerykanów jak kastę nowych samurajów, a generała MacArthura jak szoguna, unikają głębszych powojennych rozliczeń i mogą skupić się na odbudowie swojego kraju.

Pierwsi amerykańscy wojskowi, którzy przybyli do Seulu przeżyli szok kulturowy. Ujrzeli biedny kraj, gdzie po wąskich kamienistych drogach podróżowano konnymi wozami. Czasami trafiał się pojazd samochodowy napędzany silnikiem opalanym węglem drzewnym.

Ale najbardziej szokował Amerykanów w Korei zapach ludzkiego gówna. Powszechnie używanego wtedy jako nawóz, zwłaszcza na karłowatych poletkach. Takie widoki i taki zapach sprawił, że Amerykanie od początku traktowali Koreańczyków jak dzikusów. Naród z którym nie warto rozmawiać.

Zresztą, nawet gdyby chcieli, to nie mogli też się z Koreańczykami porozumieć, bo przybywający jesienią 1945 roku Amerykanie nie znali języka koreańskiego ani koreańskiej kultury. A miejscowi Koreańczycy nie znali angielskiego, bo Japończycy ograniczyli ich edukację do poziomu szkół zawodowych. Wszystkich znających zachodnie języki wymordowali.

Amerykanie mieli za to kadry japońskojęzyczne, bo od 1941 roku walczyli z cesarstwem japońskim. Dlatego przejmując formalnie władzę nad południem Korei najłatwiej dogadywali się z pozostałą tam administracją japońską. Zwłaszcza, że ta prześcigała się w pokazowej lojalności wobec nowych władców.

I dla świętego spokoju Amerykanie pozostawili tych „kulturalnych”, mówiących zrozumiałym językiem administratorów. I znienawidzoną przez Koreańczyków, kolaborującą z japońskimi okupantami, miejscową policję też.

To sprawiło, że dumni ze swej kultury i odrębności narodowej Koreańczycy od razu znienawidzili Amerykanów.

Bo to przecież było tak, jakby po wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej, pozostawiono u nas „kulturalnych” zarządców obozów koncentracyjnych, gubernatora Hansa Franka i granatową policję.

Co było potem, poczytacie w następnym numerze „Trybuny”.