Tadeusz Hołówko – socjalista zapomniany

W dniach 29-30 sierpnia 2021 roku, w Truskawcu, z inicjatywy strony ukraińskiej po raz pierwszy w historii współczesnej Ukrainy odbyły się wydarzenia ku czci Tadeusza Hołówki (15.09.1889-29.08.1931). Minęło właśnie 90 lat od zamordowania tego znanego przed wojną polskiego polityka, działacza PPS i redaktora naczelnego „Trybuny”, działacza państwowego II Rzeczypospolitej, współtowarzysza broni Piłsudskiego i Petlury. Wreszcie: wybitnego rzecznika polsko-ukraińskiego porozumienia.

Tadeusz Hołówko zginął w Truskawcu 29 sierpnia 1931 r. o 19:30 zabity sześcioma strzałami w głowę, których hałas został zagłuszony przez szalejącą wówczas nad kurortem burzę i błyskawice. Tadeusz Hołówko odpoczywał bezpiecznie w pokoju numer 5 pensjonatu Sióstr Służebniczek Bazylianek przy ulicy Stebnyckiej 11 i spokojnie czytał list od żony i książkę, leżąc w łóżku.
Hołówko nigdy nie zamykał drzwi do swojego pokoju w pensjonacie, uważając swój pobyt w Truskawcu za wyjątkowo bezpieczny.
Według lekarza-koronera, każdy z sześciu strzałów oddanych przez zabójcę (ów) był śmiertelny, a ostatni padł wtedy, gdy zabójca przyłożył broń bezpośrednio do policzka Tadeusza Hołówko.
Pensjonat ukraińskich Sióstr Bazylianek Tadeusz Hołówko postanowił wybrać między innymi dlatego, żeby podkreślić jego życzliwy i pełen zaufania stosunek do społeczności ukraińskiej w Polsce ( w tym czasie prowadził w imieniu rządu negocjacje z politycznymi przedstawicielami mniejszości ukraińskiej) i był niezmiernie zadowolony z poziom traktowania go przez ukraińskie Siostry Służebniczki. Na prośbę przełożonej Sióstr Bazylianek, Augustyny napisał o tym w księdze do pamiątkowej, w ostatnim pisemnym zapisie swojego życia, który, jak na ironię, datował następnym dniem, kiedy miał wyjechać do Warszawy – 30 sierpnia 1931 roku. Hołówko napisał:
„Pobyt w pensjonacie zachowam w miłej pamięci. Jestem bardzo wdzięczny za opiekę, troskliwość i życzliwość, której tyle dowodów ze strony siostry przełożonej i całego zgromadzenia.”
W książkach i Internecie
Oto jak działalność Tadeusza Hołówki w ostatnich latach jego życia i okoliczności jego śmierci opisuje Encyklopedia Historii Ukrainy ( Instytut Historii Ukrainy, Narodowa Akademia Nauk, autor Rublow O., 2004 rok):
Od grudnia 1925 kierował Instytutem Badań Spraw Narodowościowych w Warszawie. Od marca 1927 był szefem Departamentu Wschodniego MSZ. Wybrany do Sejmu w 1930 r., zrezygnował z pełnienia funkcji w MSZ. Aktywny uczestnik kształtowania polityki Polski wobec mniejszości narodowych, opowiadał się za utworzeniem niepodległej Ukrainy (z wyłączeniem Galicji Wschodniej) na zasadach federacji z Polską. Ideolog ruchu na rzecz przyznania Ukraińcom autonomii terytorialnej w ramach państwa polskiego. Brał aktywny udział w negocjacjach z przedstawicielami mniejszości narodowych, przede wszystkim z Ukraińcami. Zabity w Truskawcu. Prawdziwych zabójców Hołówko nie było znaleziono . Atak terrorystyczny przypisano bojownikom Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów W. Biłasowi i D. Danyłyszynowi. Według najnowszych danych (Ju. Kyryczuk) zamachu dokonał R. Szuchewycz.
OUN rzekomo obwiniała Hołówko za duchowe rozbrojenie społeczeństwa ukraińskiego i szerzenie nastrojów ugodowych. Istnieją i inne wersje, na przykład: morderstwa dokonała „jakaś polska klika szowinistyczna” przy pomocy agentury polskiej policji w OUN (I. Kedrin).
Bardziej prawdopodobny jest punkt widzenia W. Bonchkowskiego, że Hołówkę zamordowała „sowiecka agentura” w OUN, podobnie jak ta sama zainteresowana strona usunęła S. Petlurę. Według W. Bonchkovskiego „z krwi Hołówki” powstał „Biuletyn Polsko-Ukraiński”.
Podobny pogląd do W. Bochkovskiego ma znany współczesny historyk amerykański Timothy Snyder, który specjalizuje się w tematyce historii naszej części Europy. Oto, co napisał na ten temat w swojej książce „Tajna wojna. Henryk Józewski i polsko-sowiecka rozgrywka o Ukrainę”: Sądzeni za tę zbrodnię ukraińscy nacjonaliści twierdzili, że o obecności Hołówki w okolicy dowiedzieli się przypadkiem, a ponieważ uważali go za ciemiężyciela Ukraińców, pod wpływem nagłego impulsu postanowili go zabić. Ta historyjka była fałszywa po części, lub w całości.
Jeśli pominąć Józewskiego, Hołówko był najważniejszym orędownikiem zbliżenia z Ukraińcami w Polsce. Jeżeli za morderstwem istotnie stali ukraińscy nacjonaliści, ich motywem było usunięcie kłopotliwego człowieka, którego polityka osłabiała ukraiński sprzeciw wobec polskich rządów.
Istnieją jednak powody, by wątpić, czy kierownictwo OUN zamierzało zabić Hołówkę. Przywódcy emigracyjni byli zaskoczeni wieścią o jego śmierci i przypuszczali wręcz, że zamachu dokonano z inspiracji Sowietów. Moment zabójstwa wybrano wyjątkowo niefortunnie: tuż przed konferencją Ligi Narodów, która miała rozpatrzyć skargi Ukraińców dotyczące pacyfikacji przeprowadzonych przez Polskę w Galicji.
Ukraińscy nacjonaliści poświęcili sporo czasu i pieniędzy na międzynarodową kampanię przedstawiającą ich jako niewinne ofiary polskiej agresji. Zabicie dążącej do porozumienia i znanej w Europie postaci bezpośrednio przed rozpatrzeniem protestów w ogóle nie miało sensu.
Potajemnie wspierające OUN Niemcy także nie miały w tym interesu. Celem dyplomacji niemieckiej było przedstawienie Polski jako państwa nieodpowiedzialnego, które stara się zaradzić brakowi stabilności wewnętrznej brutalnie gwałcąc prawa człowieka.
Zabójstwo odpowiedzialnego urzędnika potwierdzało jedynie stanowisko Polski, że pacyfikacje były usprawiedliwione. Śledztwo Oddziału II zakończyło się wnioskiem, że najbardziej prawdopodobnymi sprawcami byli Sowieci. Dobrze poinformowani obserwatorzy mówili o obecności sowieckich agentów w OUN. Prometejczycy uznali zaś za pewnik, że zabójstwo Hołówki, który był przywódcą ruchu, miało uderzyć w ich przedsięwzięcie.
Rosja w tle
Wracając do teraźniejszości, należy zauważyć, że obecny poziom i strategiczny charakter dobrosąsiedzkich i partnerskich stosunków Ukrainy z Polską po raz kolejny skłania nas do zwrócenia szczególnej uwagi na kwestie drażliwe dla stosunków dwustronnych, także na historię.
Wiemy, że na pojednaniu polsko – ukraińskim nie zależy „stronie trzeciej”, która dzięki różnym instrumentom rozdmuchuje płomienie wzajemnych krzywd i pretensji, które historycznie powstały między naszymi bratnimi narodami. To zjawisko ostatnio nasiliło się, jest elementem wojny hybrydowej i polityki imperialnej prowadzonej przez współczesną Federację Rosyjską po aneksji Krymu w 2014 roku oraz od początku działań wojennych na Wschodzie Ukrainy.
Dlatego szczególną uwagę i troskliwość należy poświęcić uczczeniu pamięci tych postaci historycznych, które za życia opowiadały się za porozumieniem, pojednaniem i partnerstwem polsko-ukraińskim, oraz aktywnie sprzeciwiały się ekspansji i imperialnej polityce Rosji.
Niewątpliwie jedną z tak znaczących postaci historycznych po polskiej stronie jest wybitny rzecznik polsko-ukraińskiego porozumienia Tadeusz Hołówko. Niestety, ta nie jest dziś dobrze znana na Ukrainie, co widać między innymi po niewielkiej liczbie istotnych publikacji i informacji w języku ukraińskim, badań naukowych ukraińskich historyków. Informacje o życiu i poglądach Tadeusza Hołówki, jego stosunku do narodu ukraińskiego i losów niepodległej Ukrainy, polityki imperialistycznej Rosji Sowieckiej ,o okolicznościach i rzeczywistych beneficjentach jego tragicznej śmierci były celowo ukrywane, zniekształcane, zresztą jest tak nadal. Na przykład w Internecie rozpowszechnionych jest kilka wersji ukraińskojęzycznych informacji biograficznych o Tadeuszu Hołówce, a w niektórych kwestiach, podejściach i ocenach, w szczególności dotyczących okoliczności jego śmierci, informacje te są radykalnie odmienne.
Uroczystości w Truskawcu
Ale wróćmy do współczesnego Truskawca… Wydarzenia ku pamięci Tadeusza Hołówki, ewangelika-reformowanego (kalwinisty), rozpoczęły się 30 sierpnia 2021 rokuo godz. 9.00 uroczystą liturgią ku pamięci Tadeusza Hołówki w miejscowym Kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Liturgia odbyła się w języku ukraińskim i polskim.
W liturgii i następnych wydarzeniach , wraz z przedstawicielami społeczności lokalnej, gośćmi z innych miast Ukrainy, w szczególności Kijowa i Iwano-Frankiwska, uczestniczyła Konsul Generalny RP we Lwowie Eliza Dzwonkiewicz. Władze miasta Truskawiec reprezentował zastępca burmistrza Truskawca Ołeksandr Tkachenko.
Po zakończeniu liturgii w kościele jej uczestnicy przemaszerowali przez centralną część miasta z pamiątkowym portretem Tadeusza Hołówko na ul. Stebnycką 11-13, gdzie za życzliwym pozwoleniem Sióstr Służebnic, na terenie ich klasztoru, uhonorowano pamięć Tadeusza Hołówki bezpośrednio na miejscu jego morderstwa.
Jak już wcześniej informowaliśmy, dawne pomieszczenia pensjonatu Sióstr Bazylianek przy ul. Stebnyckiej 11, gdzie Tadeusz Hołówko zginął na parterze w pokoju numer 5, już nie istnieje. Pozostały tylko resztki fundamentów domu, na których uczestnicy ceremonii złożyli kwiaty i zapalili znicze. Następnie, na zaproszenie przełożonej Sióstr Służebniczek, Siostry Emanuily uczestnicy uroczystości modlili się wspólnie w Kaplicy Klasztornej Sióstr Służebnic w Truskawcu.
Nieco później, w kameralnym miejscu i w specjalnie wyposażonej sali Hotelu „ Dworyk Lewa”, który znajduje się tuz obok ulicy Stebnyckiej 11-13, rozpoczął się Ogólnoukraiński Okrągły Stół w formie webinarium poświęcony pamięci o Tadeuszu Hołówki. Tematem dyskusji była: „Życiowa droga і społeczno-polityczna spuścizna Tadeusza Hołówki. Ich szczególne lekcje і znaczenie w obecnych warunkach rozwoju Ukrainy, współpracy gospodarczej Polski i Ukrainy, wspólnego przeciwdziałania agresji oraz imperialnej polityce Federacji Rosyjskiej”. Część prelegentów była obecna na miejscu, a inni włączali się do rozmowy on-line. Wypowiedziało się 14 osób – historycy, politolodzy, biznesmeni, osoby publiczne, przedstawiciele lokalnych organów samorządowych (OTG) i ich stowarzyszeń z różnych regionów Ukrainy. Organizatorzy obchodów 90. rocznicy śmierci Tadeusza Hołówki w pełni podzielają opinię wyrażoną w zamieszczonym w mediach społecznościowych komentarzu polskiego dyplomaty Jarosław Drozda o tym że: „Tadeusz Hołówko mimo dramatyzmu jego śmierci to piękna inspiracja dla polsko-ukraińskiego pojednania”. Dlatego odpowiednie działania na Ukrainie promujące poglądy i życiowy dorobek Tadeusza Hołówka będą aktywnie kontynuowane.
Autor jest wiceprezesem Polsko – Ukraińskiej Izby Gospodarczej i Funduszu Polsko-Ukraińskiego Partnerstwa

Rurociągi i rakiety

Po roku 1989 sam fakt istnienia rurociągu Przyjaźń był często traktowany jako symbol uzależnienia Polski od ZSRR. Następny rurociąg byłby traktowany jako kolejne uzależnienie. Nic też dziwnego, że w wyniku współdziałania rosyjsko-niemieckiego powstał gazociąg Nord Stream dostarczający rosyjski gaz przez Bałtyk, a więc z pominięciem Ukrainy i Polski. Stało się to przedmiotem krytyki. Wspomniane pominięcie uznano za przejaw dyskryminacji państw tranzytowych.

Krytyka ta przypominała rozdwojenie jaźni jakie demonstrowali politycy w sprawie naszej przynależności do NATO. Już po podjęciu decyzji w tej sprawie polscy politycy i dyplomaci z uporem dzięcioła wypytywali swoich rosyjskich partnerów, co sądzą o polskiej obecności w NATO. Rosjanie odpowiadali, że nie uważają tego za dobry pomysł. Polska reakcja:Jesteśmy suwerenni, chcemy wejść do NATO i wejdziemy. Chyba ostatnia tego rodzaju dyskusja miała miejsce z udziałem ministra Bronisława Geremka i premiera Jurija Primakowa. Geremek zapytał – co sądzicie o naszym wstąpieniu do NATO? Primakow odpowiedział „Jesteście suwerenni. Jak będziecie chcieli to wstąpicie. Tylko nie zmuszajcie nas, abyśmy się z tego powodu cieszyli.”
Sprawa rurociągu gazowego stała się przedmiotem ostrej krytyki po podjęciu decyzji o budowie Nord Stream 2. Krytyka ta nie była jednak na tyle istotna, aby miała spowodować zahamowanie budowy. W końcowej fazie budowy głośne stało się żądanie rezygnacji z tego projektu zgłaszane przez władze polskie, a także przez rządy innych państw regionu. Jak pamiętamy – w wyniku rozmów kanclerz Merkel i prezydenta Bidena-uznano, że gazociąg powinien być zakończony i oddany do użytku. Rozstrzygnięcie to jest zrozumiałe. W budowę Nord Stream 2 zainwestowane zostały ogromne środki. Rezygnacja z gazociągu oznaczałaby jego demontaż, który mógłby być równie kosztowny jak jego budowa. Kto miałby za to zapłacić? Za budowę zapłacą w nadchodzących latach miliony użytkowników rosyjskiego gazu w kilku krajach zachodnioeuropejskich.
Przeciwnicy Nord Stream 2 widzą w nim potencjalny instrument nacisku rosyjskiego na państwa-odbiorców. Warto zauważyć jednak, że Rosja – eksporter surowców – jest prawdopodobnie jeszcze bardziej zainteresowana stałym funkcjonowaniem gazociągu aniżeli odbiorcy. Proponowane utrącenie Nord Stream 2 miało służyć zapobieganiu wojnie ekonomicznej. Jednakże to utrącenie byłoby aktem rozpoczynającym tego rodzaju wojnę.
Wrogość Trumpa wobec Nord Stream 2 wynikała z chęci pozbycia się konkurenta. Prezydent Trump uczestnicząc w Warszawie w uroczystościach dotyczących wydarzeń z czasów wojny i okupacji oświadczył, że jest gotów za pół godziny podpisć umowę na dostawy amerykańskiego gazu skroplonego.
Norwegia – odkąd stała się północnym odpowiednikiem Kuwejtu – jest konkurentem Rosji jako eksportera surowców energetycznych. Transport gazu norweskiego do Polski i Danii ułatwi rozpoczęty niedawno gazociąg Baltic Pipe Project, który ma być ukończony w roku 2022.
Szkodliwa bariera
Jest rzeczą godną zastanowienia, jak to się stało, że Rosja dysponująca nowoczesnym przemysłem kosmicznym była i jest głównie eksporterem surowców, a nie nowoczesnych produktów naukochłonnych. Przyczyna jest prosta. W Związku Radzieckim istniała – wywodząca się z przesadnej troski o tajemnice państwowe – bariera pomiędzy sektorem rakietowo-kosmicznym, a cywilnymi sektorami gospodarki. Dyfuzja innowacji była możliwa jedynie w odniesieniu do sektora zbrojeniowego, co sprawiło, że Rosja jest obecnie ważnym eksporterem nowoczesnego uzbrojenia. Według oficjalnych informacji podanych przez kanał telewizyjny Rossija 24 (24 sierpnia 2021 r. ) rosyjski przemysł zbrojeniowy jest obłożony zamówieniami do roku 2028 na łączną kwotę ponad 51 miliardów dolarów. Natomiast pozycja Rosji na międzynarodowych rynkach cywilnych produktów nowoczesnych jest raczej skromna.
Etapy wyścigu
Wyścig kosmiczny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a ZSRR wyznaczają daty pierwszego sputnika (4 października 1957), lotu Gagarina (12 kwietnia 1961) i pierwszego amerykańskiego lądowania na Księżycu (21 lipca 1969).
Po locie Gagarina Ameryka doznała szoku. Sądzono, że lot ten jest świadectwem radzieckiej przewagi naukowo-technicznej, której źródła należy zbadać. Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) opublikowała raport zawierający analizę porównawczą systemów edukacyjnych ZSRR i USA. Analicy CIA interesowali się jakim zasobem słownictwa posługują się mały Iwan (Wania) i mały John (Johny) i jak biegli są oni w matematyce na poszczególnych poziomach nauczania.
Kiedy w przestrzeni okołoziemskiej pojawili się amerykańscy astronauci niektórzy inżynierowie doszli do wniosku, że strona radziecka dysponuje lepszym paliwem rakietowym. Zastanowienie budził fakt, iż radzieccy kosmonauci wracając ze swych wypraw lądowali na twardym gruncie, natomiast kapsuły w których byli ich amerykańscy koledzy- na powierzchni morza. Wymagało to – rzecz oczywista – specjalnej ochrony ze strony U. S. Navy.
W gorączkowej dyskusji, w roku 1961 zabrał głos prezydent John F. Kennedy zapowiadając, że pierwszym człowiekiem, który znajdzie się na powierzchni Księżyca będzie Amerykanin. Prezydent zginął tragicznie w roku 1963. Jego zapowiedź została spełniona w roku 1969.
Uczestnictwo Stanów Zjednoczonych w wyścigu kosmicznym stało się potężnym impulsem wprowadzenia na rynek amerykański i globalny tysięcy nowoczesnych wyrobów. Program Apollo doprowadził nie tylko do lądowania na Księżycu, lecz również do uzyskania około 15 tysięcy opatentowanych wynalazków, które znalazły zastosowanie nieomal we wszystkich gałęziach produkcji.
Przed amerykańskim lądowaniem
W trakcie realizacji programu Apollo obserwujący uważnie radziecką rzeczywistość amerykańscy sowietolodzy i politycy zdali sobie sprawę, że amerykańskie przodownictwo w wyścigu na Księżyc będzie dla Związku Radzieckiego szokiem, który mógłby sprzyjać zachowaniom irracjonalnym. Postanowili ten szok – chociażby trochę – złagodzić. Do Moskwy przyleciał astronauta Frank Borman z żoną. Nazajutrz po przylocie zjawił się z wieńcem na Placu Czerwonym, przed mauzoleum Lenina. Jego żona spotkała się z małżonkami radzieckich kosmonautów. Wyznała, że gdyby coś się stało jej mężowi, to miałaby pretensję do Rosjan „bo wy żeście to wszystko zapoczątkowali”.
Zachwyt silniejszy niż strach
22 lipca 1969 roku w dniu święta narodowego PRL na przyjęciu w Ambasadzie w Moskwie zjawił się premier Aleksiej Kosygin i liczne grono radzieckich znakomitości. Był wśród nich sympatyczny, piegowaty mężczyzna średniego wzrostu – kosmonauta Aleksiej Leonow – pierwszy człowiek w otwartej przestrzeni kosmicznej. Zapytałem go jak silna była jego obawa, kiedy znalazł się na zewnątrz statku kosmicznego. Odpowiedział, że niezwykły i budzący zachwyt był widok gwiazd oglądanych bez pośrednictwa atmosfery. Ten zachwyt był silniejszy niż strach.
Wiadomość o amerykańskim lądowaniu na Księżycu była na pierwszej stronie dziennika Prawda jako trzecia z kolei informacja. Prawie cały numer wypełniony był tekstami na temat Polski Ludowej i jej święta.
Nieprzypadkowa zbieżność dat
W okresie zimnej wojny w państwach zachodnich i w krajach bloku wschodniego występowała skłonność do pomniejszania znaczenia nauki radzieckiej. W pewnym stopniu była to reakcja na naiwną, radziecką kampanię propagandową prowadzoną pod hasłem „ Rosjanie wszystko odkryli i wynaleźli pierwsi”. Kampania ta nie przekonywała, lecz stwarzała inspirację do licznych dowcipów.
Tymczasem osiągnięcia radzieckich fizyków były rewelacyjne. W roku 1958, a więc w rok po sputniku w gronie noblistów znaleźli się P. Czerenkow, M. Frank i I. Tamm. W rok po locie Gagarina nagrodę Nobla otrzymał Lew D. Landau. W roku 1964 noblistami zostali N. Basow i A. Prochorow.
Zaskakująca propozycja
W roku 1986 w Nowym Jorku odbywała się dwutygodniowa sesja ONZ-owskiego Międzyrządowego Komitetu Nauki i Techniki. Byłem jednym z dwóch sprawozdawców (rapporteurs) sesji zobowiązanych do przygotowania raportu końcowego. Funkcja ta wymagała ciągłych kontaktów z szefami delegacji państw uczestniczących z których najważniejsze były wówczas USA i ZSRR. Pewnego razu szefowie delegacji obu supermocarstw-posiadający rangę ambasadorów- poinformowali mnie, że następnego dnia nie będzie obrad plenarnych, lecz poufne spotkanie dwustronne amerykańsko-radzieckie. Zaproponowali mi pełnienie funkcji tłumacza, gdyż dobrze radziłem sobie z terminologią naukowo-techniczną. W obszernym zakresie terminologię angielską przyswoiłem sobie w Sheffield i Minneapolis, a rosyjską w Moskwie, o czym moi rozmówcy wiedzieli. Wyraziłem zgodę na pełnienie obowiązków tłumacza.
Inicjator spotkania – ambasdor amerykański – szczerze wyznał, iż strona amerykańska wie, że uczeni radzieccy – w obrębie kilkudziesięciu specjalności, w badaniach podstawowych w dziedzinie fizyki i chemii – wyprzedzili uczonych amerykańskich. Ponieważ badania te są czasochłonne władze amerykańskie chciałyby mieć dostęp do ich wyników. Oczywiście nie za darmo.
Chodziło o badania podstawowe, które nie miały bezpośrednich zastosowań, lecz mogły stanowić punkt wyjścia do badań stosowanych prowadzących do wynalazków. Zaskoczony tą propozycją ambasador radziecki oświadczył, że nie może podjąć decyzji w kwestii jej przyjęcia, gdyż konieczne jest przedstawienie tej sprawy władzom w Moskwie. Dyskusja dotyczyła głównie posunięć organizacyjnych, jakie byłyby konieczne w przypadku przyjęcia propozycji. Naturalnie nie padło pytanie skąd pochodzą informacje o stanie zaawansowania radzieckich badań. Delegacja amerykańska nie podawała przykładów, które mogłyby być pomocne w ewentualnym zidentyfikowaniu źródeł i metod uzyskania informacji. Ponieważ spotkanie było ściśle poufne nie zostało ono uwzględnione w jakimkolwiek dokumencie ONZ. Nie było też żadnej wzmianki w amerykańskich mediach. Jako tłumacz byłem zobowiązany do dyskrecji. Oznaczało to m. in. brak możliwości interesowania się losami amerykańskiej inicjatywy.
x x x
W stosunkach pomiędzy wielkimi mocarstwami występują równolegle przejawy współpracy, konkurencji i konfrontacji. W interesie pokoju światowego jest rozszerzanie współpracy, ograniczanie konfrontacji i nadawanie konkurencji cywilizowanego charakteru. Omawiana powyżej propozycja amerykańska była czynnikiem obliczonym na rozszerzanie pola współpracy. Obecnie, w obliczu zagrożeń globalnych-zmian klimatycznych, epidemii i masowych ruchów migracyjnych międzynarodowa współpraca pomiędzy uczonymi oraz praktyczne wykorzystanie rezultatów ich badań są jeszcze ważniejsze, aniżeli w latach zimnej wojny.

Ani kropli krwi wiecej…

Jeśli o tajnej operacji wiedzą dwie osoby to jest przynajmniej o jedną osobę za dużo.
(Stara, ironiczna maksyma wywiadowcza)

W Polsce stanu wojennego w 1983 roku narastały niepokojące procesy, których wagi nie można było lekceważyć. Już w lutym 1982 roku w warszawskim tramwaju, przy próbie rozbrojenia przez członka „Związku zbrojnego z Grójca“, któremu duchowo przewodził ks. Zych, został śmierelnie postrzelony starszy sierżant Milicji Obywatelskiej – Zdzisław Karos i ranny jeden z pasażerów. Zabity miał 32 lata, żonaty, dwoje dzieci. Zrabowana broń, dowód zabójstwa, ukrył w swojej parafii wspomniany kapłan.
Na przełomie maja i czerwca 1982 roku Kornel Morawiecki, działacz podzięmnej „Solidarności“ powołał do życia Solidarność Walczącą, której manifest programowy, odrzucał ugodę z urzędującymi władzami i reformę systemu, deklarował natomiast walkę podjazdową „na wszystkich poziomach i różnymi metodami“. Te sformułowania, będące implicite wezwaniem do przemocy, kosztowały Kornela Morawieckiego brak wsparcia Amnesty International po jego aresztowaniu w 1987 roku. Organizacja ta nie wciągnęła go na listę więźniów sumienia, stwierdzając, że musi wyjaśnić czy nie był związany z terroryzmem.
(Tytułem dygresji dodać należy, że z wiekiem założyciel Solidarności Walczącej wykazywał rozsądek i znaczny pragmatyzm polityczny jak choćby mówiąc w wywiadzie dla rosyjskiej agencji RIA, że „Polska postępuje źle, angażując się w jałowe spory z Rosją“, czy w wywiadzie, cytowanym przez Newsweek z 30 lipca 2018 roku „Rosja nie prowadzi agresywnej polityki“ albo w Wyborczej.pl, 7 sierpnia 2018 „W Polsce większość mediów nastawia społeczeństwo przeciw Rosji. Czy to jest dobre? Nie, to powinno się zmienić“.)
W 1983 roku jednak groźny cień wschodniego sąsiada gęstniał nad Polską. Krew przelana w dniach wprowadzania stanu wojennego w 1981 roku była już dostateczną, tragiczną daniną na rzecz rozwiązania polskich problemów polskimi rękoma, bez „sojuszniczej pomocy“ i biorąc pod uwagę skalę operacji, mogła być znacznie większa.
Tymczasem pojawiały się coraz liczniejsze symptomy nadchodzącej fali potencjalnych aktów przemocy ze strony podziemia opozycyjnego, związanych nawet z przelewem krwi. Trzeba pamiętać, że Polska była wówczas traktowana przez zachodnie służby specjalne instrumentalnie, jako „gwóźdź wbijany w łapę rosyjskiego niedźwiedzia“, natomiast opozycyjny program suwerennościowy dla kraju był daleko, w trzeciorzędnym tle tych działań. ( W jakimś wymiarze i dzisiejsza sytuacja wykazuje pewne podobieństwa z przeszłością. Uwaga służb polskich skoncentrowana na kierunku wschodnim jest przyczyną kardynalnego w przypadku wywiadu i kontrwywiadu błędu. Skoro patrzysz w jednym kierunku, nie zauważasz, że obok buszują bezkarnie inni, nie mniej groźni i efektywni przeciwnicy. Może wynika to po części stąd, że szefowi Agencji Wywiadu doradza grupa osób, które apogeum profesjonalne przeżyła koło 2010 roku, będąc w jej kierownictwie. Mówi się, że jakoby są wśród nich i tacy, którzy mieli „szczęście“ zacząć pracę w I Departamencie MSW tuż przed zmianą systemu a więc, potencjalnie objęci ustawą represyjną, dla dezinformacji zwaną dezubekizacyjną. Następnie, po skrzętnym wyczyszczeniu dokumentacji ich dotyczącej, z „odzyskanym dziwictwem“, wstąpili do AW i teraz gorliwie odrabiają grzechy młodości płynąc w nurcie politycznym aktualnej władzy i nie tyle wbijają gwóźdź w łapę rosyjskiego niedźwiedzia lecz raczej „łaskoczą go słomką po nosie“, bo jak dotąd jest w klatce.)
Wracając do głownego wątku naszego tekstu, należy wspomnieć, że w owym czasie pojawił się w kręgu niszowego wydawnictwa emigracyjnego w Paryżu, mającego jednak przełożenie na nielegalną opozycję w kraju niejaki Rafał Gan-Ganowicz. Jako młody chłopak, po II wojnie światowej, działał już w konspiracji rozrzucając ulotki antykomunistyczne. Gdy UB wpada na jego trop, ucieka do Berlina Zachodniego. Służy w amerykańskich kompaniach wartowniczych. Później przenosi się do Francji, odbywa szkolenie wojskowe przygotowujące do ewentualnych akcji sabotażowych na terenie Państw Układu Warszawskiego, w tym kurs spadochroniarski. Stopień podporucznika uzyskuje w 1959 roku, kiedy trwa już odwilż w relacjach Wschód-Zachód a widmo III wojny światowej znika. Zostaje więc najemnikiem, cynglem do wynajęcia. Bierze udział w wojnie secesyjnej w 1965 roku w Kongu w wojskach Czombego, potem w 1967 roku w Jemenie z rebeliantami wspieranymi przes ZSRR. Ma zresztą w tym procederze precedensy rodzinne. Jego ojciec był żołnieżem Francuskiej Legii Cudzoziemskiej, która jak wiadomo nie jest Armią Zbawienia. Wraca do Francji, jest miejscowym korespondentem Radia Wolna Europa. W latach 80-tych we Francji był też przedstawicielem „Solidarności Walczącej“.
Jego związek ze wspomnianym wydawnictwem wywoływał w kręgach krajowych służb uzasadnione obawy, że kanałami tej instytucji mogą dotrzeć do Polski instrukcje i sprzęt służące dokonywaniu aktów przemocy, tym bardziej, że Gan-Ganowicz był niewątpliwie związany ze służbami zachodnimi, o których roli wspominałem wcześniej, a konkretnie z DST (kontrwywiadem) i DGSE (wywiadem) francuskim.
(Gdyby ktoś chciał pogłębić swą wiedzę w tym zakresie, to polecam książkę byłego funkcjonariusza CIA, Setha G. Jonesa, którego trudno podejrzewać o sympatię do ówczesnych władź polskich, pt. A covert action. Reagan, the CIA and the Cold War struggle in Poland, wyd. New York-London, 2018, W.W. Norton & company, independent publishers since 1925; a szczególnie jej fragmenty poświęcone finansowaniu polskiej opozycji w Paryżu, zakamuflowane jak sądzę świadomie, na tyle „nieudolnie“, że łatwo zorientować się o kogo chodzi.)
Tak więc powstawała w Polsce masa krytyczna grożąca wybuchem przemocy. Jej eksplozja mogła zostać potraktowana przez ościenne państwa Układu Warszawskiego jako dowód na to, że władze polskie nie kontrolują sytuacji i wykorzystana w roli pretekstu do interwencji. A wisiała ona na włosku już w 1981 roku, wbrew temu, co po zmianach systemowych głosilli polscy mędrcy i przedstawiciele b. Radzieckiej generalicji na seminariach w Jachrance k. Warszawy.
Również w 1983 roku była ona możliwa i nie przeszkadzałoby jej uwikłanie Mokwy w wojnę afgańską. Pierwszoliniowe zgrupowania bojowe ZSRR nadal były w pełnej gotowości w Północnej Grupie Wojsk w Legnicy i, znacznie liczniejsze, w NRD. NRD-owska armia Ericha Honeckera z przyjemnością złożyłaby wizytę w Polsce a Czechosłowacy Gustawa Husaka przebierali nogami, w nadzei wyrównania porachunków z Polską za interwencję w 1968 roku, przy tłumieniu Wiosny Praskiej. Natomiast ZSRR ciągle był (i jak dotąd, w wymiarze historycznym, pozostaje) jedynym państwem na świecie, mogącym jednym rzutem lotniczym przemieścić całą dywizję powietrzno-desentową wraz ze sprzętem bojowym i pomocniczym na obszarze całej Europy.
Trzeba więc było działać, uspokajać nastroje w opozycji, schładzać „gorące głowy“ tych, którzy dążyli do siłowej konfrontacji z władzą, nie zdając sobie zapewne sprawy z tego, że może się ona zakończyć krwawą łaźnią, zafundowaną przez interwentów zewnętrznych.
Centrala Wywiadu w kraju podjęła decyzję, że realizacja akcji uspokajania nastrojów i rozładowania sytuacji szczególnie napiętej wśród nowych opozycjonistów w Trójmieście na równi z Wrocławiem, spadnie na moje barki. Wybór był teleż słuszny co ryzywkowny. Byłem wówczas we Francji, pracując w jezuickim Centrum Kultury i języka rosyjskiego Meudon p. Paryżem, gdzie szkolili się m.in. oficerowie z elitarnej akademii wojskowej Saint Cyr czy też studenci z Georgetown z USA zasilający później szeregi dyplomacji amerykańskiej. Działając z pozycji nielegała, z legendą kleryka zakonnego-jezuity mogłem bez trudu, jako profiler, typować do werbunku tych spośród nich, którzy wykazywali się zbiorem charakterologicznych predysponujących ich do pracy agenturalnej. To było moją podstawową misją. Pozostałe działania wywiadowcze, bo i takie były, stanowiły zadania drugorzędne. To z jednej strony.
Z drugiej-rozkaz realizacji grożącej dekonspiracją operacji na terenie kraju, obfitował wprawdzie w szereg niewiadomych ale w razie sukcesu, wydatnie ograniczał perspektywę rozwoju wydarzeń prowadzących do tragicznych w skutkach następstw w Polsce. I to zarówno w wymiarze jednostkowym, ludźkim jak i państwowym, grożącym jego destrukcją. Ze względu na posiadaną legendę byłem też „kandydatem z wyboru“ do realizacji tego zadania. Posiadałem bowiem dokumenty, ustanawiające mnie łącznikiem paryskiego centrum koordynacyjnego pomocy charytatywnej dla kraju, kierowanym przez ks. Zyberka-Platera, a Episkopatem Polski, w tym konkretnie z jego analogiczną komisją. Ksiądż Plater miał dobre konktakty z RMP (Ruchem Młodej Polski), któremu w Gdańsku przewodniczył Aleksander Hall, mający z kolei bliskie relacje z Bogdanem Lisem, działającym w podziemnym Komitecie Korrdynacyjnym Solidarności i o to właśnie chodziło bowiem cieszył się on wielkim autorytetem wśród młodych opozycjonistów. W oczach przywódcy RMP ja z kolei byłem godnym zaufania kurierem, polecanym przez paryski Komitet Solidarności, mającym dobre wejścia w Watykanie na najwyższym szczeblu.
(Nb., żeby lepiej zalegendować i uzasadnić krajową operację, udałem się wcześniej do Rzymu, gdzie na spotkaniu z sekretarzem Jana Pawła II, monsignorem Stanisławem Dziwiszem, rozmawiałem o konieczności uspokojenia wrzenia polskiej podziemnej opozycji, tak aby uniknąć nieobliczalnych następstw potencjalnych aktów przemocy. Papież zresztą podzielał ten pogląd.
Poźniej-lot do Polski, z finansami dla RMP i z nadzieją, że uda się nawiązać kontakt z Bogdanem Lisem. Zatrzymuje się u mojej ciotki mieszkającej w pobliżu Dworca Centralnego w Warszawie. Stamtąd, zmieniając parę razy samochody, żeby zgubić ewentualne „ogony“, do Magdalenki. W ośrodku wywiadu następują ostatnie ustalenia.
W celu zapewnienia pełnej szczelności informacyjnej i uniknięcia dekonspiracji, tudzież zabezpieczenia moich rozmówców z „Solidarności“ przed zatrzymaniem, bo chodziło przecież o to by dalej działali moderując nastroje najbardziej radykalnych grup podziemnej opozycji, postanowiono nie wtajemniczać w sprawę Służby Bezpieczeństwa i realizować zadanie wyłącznie siłami wywiadu.
Z takim wynegocjowanymi warunkami, powróciłem do mieszkania rodziny w Warszawie, by następnego dnia udać się pociągiem do Gdańska. Na odcinku do Malborka towarzyszyła mi obserwacja, niewiedziałem czy była to kontr obserwacja I Departamentu czy też ogony z SB, mogące mnie przejąć na dworcu, po telefonach do rodziców w Zagłębiu, które wykonałem z telefonu ciotki. Na pewno był na podsłuchu, bo przecież miała rodzinę na Zachodzie, z którą sie komunikowała, ale cały ten teatr potrzebny był po to, by nadać mojemu przybyciu do kraju poory powszedniości, autentyczności (sprawy rodzinne, urlop i.t.p.) a nie – sytuacji nadzwyczajnej. Ot takie „aktorstwo życiowe“, niezbędne w wywiadowczym rzemiośle.
Żeby upewnić się co do roli „towarzyszy podróży“ celowo wychodziłem z przedziału, głośno zasuwjąc drzwi. Wówczas natychmiast jeden z mężczyzn wychodził z przedziału przede mną, idąc z przodu, zgodnie z kierunkiem mego ruchu. Po chwili dostrzegałem kątem oka, w odbiciu w szybach korytarza, sylwetkę drugiego, idącego za mną i trzymającego dystans. Było ewidentne, że biorą mnie w „dwa ognie“ tak, żeby cały czas mieć mnie pod kontrolą. Wysiedli w Malborku. Pomyślalem, że pewnie na stacji w Gdańsku będzie czekał na mnie „komitet powitalny“. W końcu mogli mnie zapamiętać z faktu, że byłem w najbliższym otoczeniu Jana Pawła II , jako sprawozdawca Radia Watykan, podczas jego pierwszej wizyty w Polsce.
Ale nie stresowłem się zbytnio. Nawet gdybym został zatrzymany przez SB, moje związki z wywiadem nie wyszłyby na jaw, nie byłoby dekonspiracji, tyle że nie wykonałbym zadania. A moje dobre umocowanie w Watykanie powstrzymałoby ew. przesłuchujących przed twardymi metodami, bo narażania na szwank relacji ze Stolicą Apostolską nie wybaczyłoby im i ich szefom kierownictwo polityczne państwa.
W Gdańsku włóczyłem się po mieście, robiąc długą trasę sprawdzeniową na wszelki wypadek. Nikt za mną nie szedł. Pod wieczór zapukałem do drzwi klasztoru Dominikanów, prosząc o kontakt z przełożonym. Gdy pojawia się na furcie, mówię kim jestem. Nie zadaje pytań, odpowiada tylko, że wie od kogo. Idę coś zjeść do refektarza, później do celi zakonnej, zapadam w głęboki sen.
Po dwóch dniach oczekiwnia zgłasza się do klasztoru człowiek z podziemnej „Solidarności“. Nie ma wymiany nazwisk, on po prostu wie tylko, co ma ze mną robić. Sprawdzamy, czy nie ciągniemy za soba „ogona“, trafiamy na gdańskie blokowisko, wchodzimy do mieszkania. Spotyka nas przedstawiciel RMP, krótka rozmowa. Proszę o możliwość zorganizowania spotkania z Aleksandrem Hallem i ewentualnie Bogdanem Lisem. Zauważam pewną rezerwę ze strony gospodarza. Przekazuję mu kopertę z dolarami od ks.Platera. Gdy wręczyłem ten pakiet,lody topnieją, zaufanie wzrasta. Po rozmowach w bloku, kontrolując się, wracam sam do klasztoru. Następnego dnia komunikują mi, że będzie kontakt i zawita do mnie ktoś, kto wszystko zorganizuje.
Nazajutrz pojawia się na furcie łącznik. Jeździmy z nim „maluchem“ po ulicach, wygląda na to, że żadna obserwacja nas nie prowadzi. Dojeżdżamy na obrzeża Gdańska, później do willowej dzielnicy w Gdyni-Orłowie. Wjeżdzamy do garażu, malucha parkujemy obok dużego Mercedesa. Z garażu przechodzimy prosto do mieszkania. Wita nas Aleksander Hall, są też dwaj mężczyźni, skanujący częstotliwości SB i milicji na zachodnich odbiornikach radiowych. Intensywność sygnałów na tych częstotliwościach zaczęła rosnąć. Równocześnie dostajemy wiadomość, że Lis nie przybędzie, bowiem wszystko wskazuje na to, że jesteśmy pod obserwacją. Przez okno zauważyłem, że krótka willowa uliczka została z jednej strony zablokowana przez „Nysę“, z drugiej-przez „Poloneza“. W nysce nie widać pasażerów, pewnie przeszkolony kierowca i pasażerowie położyli się, aby nie dało się ich dostrzec. Ta krzycząca nieobecność była dla mnie jak stwierdzenie: „już was mamy“. Poinformowałem o tym Halla. Zbladł i powiedział: „To koniec“. Wtedy odezwała się we mnie żyłka wywiadowcza, w czym wsparł mnie właściciel willi, którego personalia poznałem wiele lat później. Jeden z „nasłuchu“, wsiada ze mną do malucha i pryskamy w prawo. Pan Aleksander Hall chwilę później wsiada do bagażnika Mercedesa z drugim (właścicielem willi-panem Jerzym Godlewskim) i jedzie w lewo. Tak, jak przewidywałem, w obstawie zaczął się bałagan. Nie wiadomo za kim jechać, kto zostaje, wreszcie-ktoś z dowódźtwa musi podjąć decyzję, to też zabiera cenny czas. Ostatecznie pojechali za maluchem, za mną. W dwa wozy. Najpierw „Nysa“ z tyłu, potem wyprzedził nas „Polonez“. Nie zablokowali nas, zgodnie z zasadami sztuki, licząc na to, że gdzieś ich doprowadzimy. A poza tym w maluchu były dwie osoby widoczne, a w Mercedesie tylko jedna.
Dziwiło mnie tylko, że tak precyzyjnie się nas trzymają. W pewnym momencie, gdy mijaliśmy taksówkę, zdecydowałem, że zbliżymy się do niej a ja przesiądę się-a raczej przeskoczę do niej. Mój towarzysz zdążył krzyknąć: „Niech pan jedzie do kliniki Akademii Medycznej i prosi o kontakt z szefową w imieniu podziemnej „Solidarności“. Jestem w taksówce. Taryfiarz szuka radiem po częstotliwościach i słyszymy, że „maluch pojechał dalej ale prowadzimy tego drugiego“. Taksówkarz do mnie: „Niech pan nawet nie szuka pieniędzy, jedziemy pod klinikę“. Odpowiadam: „Może pan mieć kłopoty“. On na to: „Nie ważne, wyrzucam pana po drodze w razie czego“. Widzę, że obstawa zwalnia więc pewnie za chwilę nas zablokują. Dojeżdżamy pod skarpę. Kierowca wskazując w prawo: „tam na szczycie, jest mur kliniki“. Dziękuję, prosząc: „Hamujemy ostro!“ i wyskakuję. Pojechał dalej a tamci już mu odpuścili, zajęli się mną.
Pada deszcz, jest ślisko, ślizgam się ale biegnę pod górę. Chyba nigdy w życiu tak szybko nie biegłem. Dwóch facetów z „nyski“ podąża za mną. Odsadziłem ich na jakieś sto metrów. Mój rekord życiowy. Biegli z reklamówkami w rękach, jak już zbliżałem się do muru, wyjęli z nich radiotelefony i zaczęli coś do nich wykrzykiwać. Docieram do muru, wdrapuję się, przeskakuje na drugą stronę. Wchodzę do portierni. „Jestem taki a taki, potrzebuje pomocy“. Natychmiast pojawia się pani profesor. Decyzję błyskawiczne. Karta choroby, piżama, fałszywe dane personalne, izolatka. Zakaźny. Krzywa gorączki z paru dni. Byłem pod wrażeniem. Pytam panią profesor: „Co dalej?“ Ona mnie uspokaja: „Niech się pan nie martwi“. Leżę więc i myślę jak to się stało, że obserwacja nas wykryła a potem trzymała się, jak rzep psiego ogona. Po latach dopiero dowiedziałem się, że łącznikiem, który doprowadził mnie na spotkanie z Aleksandrem Hallem i niedoszłe z Bogdanem Lisem był Zdzisław Pietkun, pseudo „Irmina“, informator SB. O zmierzchu moje rozmyślania przerywa przybycie jakichś ludzi. Zapakowali mnie na nosze, w całości przykryli, wsunęli do karetki. Jedziemy „na sygnale“, do wypadku. Nikt nas nie zatrzymuje. Po kilkuset metrach sanitariusze wyłączają syrenę i koguta. Krążymy trochę po ulicach, po czym wysadzają mnie w okolicach klasztoru. I znowu ukrywam się u Dominikanów. Raz wyszedłem, zrobiłem trasę sprawdzeniową ale nikt za mną nie dreptał. Uspokoiłem się. Następnego dnia, przybyła kobieta – łącznik. Zrobiła ze mną bardzo profesjonalną trasę sprawdzeniową, napewno była z solidarnościowej kontrobserwacji. Idziemy do Domu Marynarza i tam przekazuje mnie w ręce innej łączniczki. Znowu chodzimy po mieście.
Dochodzimy do dzielnicy zabudowanej willami. Wchodzimy do jednej z nich, do salonu a następnie, schodami, do sutereny. Zapala się światło. Człowieka stojącego naprzeciw mnie identyfikuję jako Bogdana Lisa. Ileż jego zdjęć widziałem…
Przegadaliśmy dobrą część nocy, to był trudny rozmówca. Zasugerowałem, że struktury watykańskie mogą udzielić wsparcia, dać środki na działalność samokształceniową, poligraficzną, ba , nawet pirotechniczną (wyrzutnie do ulotek). Wszystko to dla młodzieży, byle tylko odciągnąć ją od pomysłów akcji zbrojnych. Rozmówca się ze mna zgadza, sądzi, że przemoc może być tragiczna w skutkach dla całej opozycji i dla kraju, lecz równocześnie uważa, że coraz trudniej jest kontrolować bojowe nastroje młodych. Oświadczył jednak, że będzie robił co w jego mocy, aby do aktów przemocy nie doszło. Rozmowa trwała prawie do świtu. Po jej zakończeniu przejęła mnie lączniczka, wyprowadziła do miasta, po czym stwierdziła : „ Teraz to już sobie pan trafi“.
Potem wzystko działo się szybko, jak zmieniające się obrazy w kalejdoskopie. Dziękuję Dominikanom za gościnę, jadę taksówką na lotnisko, gdzie natychmiast zauważa mnie pułkownik Sylwester Flak z XIV Wydziału (wywiad nielegalny, pozaplacówkowy) I Departamentu MSW. Nie kontaktujemy się bezpośrednio. Piję kawę w barze. Przede mną robi to pułkownik, który cały czas czuwał w Trójmieście. Zostawia „przypadkiem“ bilet lotniczy na kontuarze. Wystawiony na mnie. Typowe BPM (błyskawiczne przekazanie materiałów). Wracamy do Warszawy osobno, ale w kontakcie wzrokowym. Po lądowaniu docieram do mojej ciotki, potem składam wizytę u Jezuitów na Rakowieckiej, stamtąd samochodami do Magdalenki.
Piszę raport. Idzie na bardzo wąski, najwyższy rozdzielnik. W SB nawet o nim nie wiedzą. Umowy zostają dotrzymane, pacta sunt servanda. Nikt z uczestników tej akcji nie zostaje represjonowany czy aresztowany. Bogdan Lis wpada dopiero w czerwcu 1984 roku, po czym szybko jest zwolniony na mocy amnestii, a Aleksandra Halla w ogóle nie zatrzymano. Trzeba przyznać, że przez cały czas po naszym spotkaniu Bogdan Lis staral się mitygować, kontrolować wojownicze zapędy młodzieży solidarnościowej i to, że nie doszło do tragedii, jest w znacznej mierze jego zasługą.
Zachodzę tylko w głowę, nie mogąc zrozumieć, dlaczego twierdził, (w odróżnieniu do Aleksandra Halla,który nie odżegnywał się od swojego wówczas ze mną spotkania) że nigdy nie doszło do naszej, wyżej opisanej, dyskusji. Pewnie nie ma już nawet śladu po rozdzielniku i dokumentach, nielicznych zresztą, sprawy chyba, że zawieruszyły się gdzieś w przepastnych archiwach IPN.
No i dodam, że przebieg tej niewątpliwie historycznej rozmowy zarejestrowałem w przeciągu sześciu godzin na minimagnetofonie Nagra SNST Recorder, firmy Kudelskiego, które to nagranie dołączono do raportu. Może przynajmniej ono ocalało przed czystkami i zgubnym działaniem upływu lat ?.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz …tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Michaiła Gorbaczowa rola w historii Rosji i świata

Ostatni przywódca Związku Radzieckiego kończy 2 marca dziewięćdziesiąt lat. Ta data to dobry pretekst, by zastanowić się nad rolą, jaką odegrał w historii własnej ojczyzny i całego świata. Ten wielki przywódca, jeden z najważniejszych polityków drugiej połowy ubiegłego wieku, nie potrzebuje urodzinowych laurek. W pełni zasługuje na poważną refleksję nad jego osiągnięciami a także nad przyczynami jego przegranej.

W długim, niemal trzydziestoletnim, okresie od rozwiązania Związku Radzieckiego i tym samym końca roli Michaiła Gorbaczowa jako ostatniego przywódcy tego supermocarstwa, wyraźnie ukształtowały się dwie, diametralnie różne, oceny jego roli w historii najnowszej. W jego własnej ojczyźnie Gorbaczow jest najczęściej oceniany negatywnie. Jedni mają do niego pretensję, że swymi reformami doprowadził do upadku ZSRR, co prezydent Władimir Putin nazwał kiedyś „największą katastrofą geopolityczną dwudziestego wieku”, a także o to, że doprowadził do antysocjalistycznej „kontrrewolucji”. Inni winią go o to, że nie był dostatecznie radykalny w swych reformach, że usiłował ocalić wielonarodowe państwo (w zasadniczo zmienionej postaci) i reformować, a nie demontować system socjalistyczny. Wśród krytyków polityki Gorbaczowa znaleźli się także jego dawni bliscy współpracownicy Aleksander Jakowlew (1923-2005) i Walentin Falin (1926-2018), którzy w swoich książkach przedstawili jego politykę w czarnych barwach. Wprawdzie rozmaite kierunki krytyki wyraźnie różnią się doborem formułowanych zarzutów, ale łączy je wysoce negatywna ocena polityki Gorbaczowa. Stosunkowo nieliczne są oceny pozytywne, pochodzące zwłaszcza od dawnych współpracowników Gorbaczowa, którzy pozostali mu wierni, jak Andriej Graczow (Gorbaczew, Moskwa 2001) i Wadim Miedwiediew (W komandie Gorbaczewa: wzgląd izwnutri, Moskwa 1994). Obaj ci autorzy dają ciekawy, nie pozbawiony akcentów krytycznych, obraz tego niezwykłego polityka i osąd jego działań. W Rosji są oni jednak raczej odosobnieni.
Poza Rosją dominuje natomiast radykalnie inna narracja. Poważni historycy i politolodzy podnoszą zasługi Gorbaczowa dla świata, widzą w nim tego polityka, który uruchomił proces zakończenia zimnej wojny i w pełni zasłużył na przyznaną mu w 1991 roku Pokojową Nagrodę Nobla. „Gorbaczow – pisał wybitny brytyjski historyk Archie Brown – ma silny tytuł do uznania go za jednego z największych reformatorów w historii Rosji i tego, kto wywarł największy wpływ na historię świata w drugiej połowie dwudziestego wieku” ( The Gorbachev Factor, Oxford 1996, s. 317). Ofiarowując mi swoją świeżo wydaną książkę autor ten powiedział mi o swoim wielkim uznaniu dla radzieckiego polityka, którego stawiał nieporównanie wyżej niż ówczesnego prezydenta Rosji Borysa Jelcyna.
Zarówno osiągnięcia, jak i porażki Gorbaczowa możemy lepiej zrozumieć teraz – gdy jesteśmy uzbrojeni w doświadczenie następnych trzydziestu lat. Zasługują one na poważną refleksję – bez laurkowego zachwytu, ale także bez jednostronnej krytyki. Wielcy ludzie, których działania zmieniają bieg historii, nie są pozbawieni ludzkich słabości i błędów. To nie one jednak decydują o tym, jak zostają zapamiętani, lecz to, co udało im się zdziałać dla zmienienia biegu dziejów. Dotyczy to także dzisiejszego jubilata. Ma rację Grzegorz Kołodko nazywając Gorbaczowa „Kolumbem transformacji” („Kołumb transformacji: wielikaja oszibka M. Gorbaczewa”, Mir Pieremien, 2020, nr.4, s. 73-77). Dotarł nie tam, gdzie zamierzał, ale zmienił losy świata.
Moja ocena historycznej roli Gorbaczowa nie jest całkowicie bezstronna. Nie jest taka z dwóch powodów. Po pierwsze: jako obywatel państwa, które w wielkiej mierze dzięki polityce Gorbaczowa uwolniło się od narzuconej mu w wyniku powojennego podziału Europy hegemonii radzieckiej, a także jako ktoś, kto od wielu lat angażował się w próby reformowania skostniałego systemu, mam powody do uznania i wdzięczności wobec polityka, którego działania uczyniły możliwym to, co dla tak wielu z nas wydawało się nieosiągalną utopią. Po drugie: poznałem Gorbaczowa osobiście (w 1994, gdy już nie był u władzy) a potem miałem z nim interesujący kontakt (w sprawach związanych z sejmowym postępowaniem w sprawie stanu wojennego, a następnie w czasie redagowania księgi pamiątkowej dla uczczenia dziewięćdziesięciolecia Wojciecha Jaruzelskiego). Wyniosłem z tych kontaktów dla niego wielki szacunek i nieco lepiej zrozumiałem dylematy, przed jakimi stał, gdy sprawował władzę.
Oceniając historyczną rolę Gorbaczowa zależy oddzielić dwa jej główne aspekty: międzynarodowy i krajowy. Nagrodę Nobla radziecki prezydent otrzymał za wkład w radykalną zmianę sytuacji podzielonego świata, a zwłaszcza za to, że swą polityka położył ostateczny kres ponurej – ale przez wiele lat traktowanej jako bardzo realna – perspektywie nowej wojny światowej, która musiałaby stać się nuklearną zagładą. „Nikt – pisze wybitny amerykański historyk Melvyn P. Leffler – nie jest bardziej odpowiedzialny za zakończenie Zimnej Wojny niż radziecki przywódca. Reagan był bardzo ważny, ale to Gorbaczow był niezbędnym sprawcą zmiany…Użył on swej władzy, by wycofać potęgę radziecką w sposób, który dla jego poprzedników był nie do pomyślenia” (For the Soul of Mankind: The United States, the Soviet Union, and the Cold War, New York 2007, s. 466). Wielu historyków tego okresu podziela tę opinię – moim zdaniem, słusznie.
By zrozumieć rolę Gorbaczowa w zakończeniu Zimnej Wojny, trzeba pamiętać o jej genezie. Nie była ona po prostu konsekwencją podziału Europy na strefy wpływu wielkich zwycięzców. Sam ten podział nie oznaczał nieuchronnego konfliktu. Wprost przeciwnie! U korzeni porozumień zawartych w Jałcie i w Poczdamie w 1945 roku leżała zgoda USA i Wielkiej Brytanii na to, ze nasza część Europy znajdzie się na dziesięciolecia pod hegemonią ZSRR. Zgoda ta wynikała z przekonania amerykańskich polityków, że tą drogą zapewniają światu trwały pokój. W Polsce było to przez bardzo wielu odbierane jako zdradzenie nas przez zachodnich sojuszników, co między innymi otwarcie przyznał pierwszy ambasador USA w powojennej Polsce Arthur Bliss-Lane (I Saw Poland Betrayed, Indianapolis 1948).
Zimna Wojna wynikła z przyjęcia przez stalinowski ZSRR strategii konfrontacyjnej w stosunku do Zachodu i w odpowiedzi na to – sformułowania przez Stany Zjednoczone doktryny „powstrzymywania” (containment), której istotą była gotowość udzielenia zbrojnej pomocy każdemu państwu zagrożonemu radziecką agresją. Rezultatem był wyścig zbrojeń – kosztowny dla obu stron, ale zabójczy dla słabszej gospodarki ZSRR i jego sojuszników. Rezultatem był także klimat trwale grożącej zagłady, co znalazło wyraz w licznych utworach literackich i filmach z tego okresu (jak choćby w sławnym „Ostatnim brzegu” Stanleya Kramera z 1959 roku). Rezultatem także były kolejne wojny lokalne – od koreańskiej (1950-1953) i wietnamskiej (1954-1975) po radziecką interwencję w Afganistanie (1979-1988).
Gorbaczow był jedynym przywódcą radzieckim, który nie tylko zrozumiał zgubne skutki Zimnej Wojny dla społeczeństwa radzieckiego, ale także miał odwagę dokonać zasadniczej rewizji radzieckiej doktryny stosunków międzynarodowych. Odrzucił komunistyczny dogmat o nieuchronnym konflikcie między państwami socjalistycznymi i światem kapitalistycznym, a także – co szło jeszcze dalej – o istocie stosunków międzynarodowych jako części walki klasowej w skali światowej. W jego miejsce sformułował koncepcję „wspólnego europejskiego domu” i stosunków międzynarodowych opartych na wspólnych wartościach humanistycznych. Nawiązywał tu do idei inspirujących helsińską konferencję na temat bezpieczeństwa w Europie (1975), ale to on – a nie jego poprzednicy – potraktował te idee z całą powagą. Ortodoksyjni komuniści nie bez powodu uznali to za frontalne odejście od marksizmu-leninizmu. Tyle, że było to odejście w kierunku dla ludzkości zbawiennym.
Nie były to tylko słowa. Gorbaczow zakończył interwencję w Afganistanie i wycofał tak zwaną „doktrynę Breżniewa” ideologicznie uzasadniającą radziecką interwencję zbrojną w „bratnich” państwach socjalistycznych, a tym samym stworzył warunki dla uruchomienia przemian demokratycznych – najpierw w Polsce, a następnie w innych państwach socjalistycznych w Europie (a poza Europą także w Mongolii). Bez zmiany polityki radzieckiej nie byłoby polskiego „okrągłego stołu”, wyborów czerwcowych i rządu Tadeusza Mazowieckiego. Podkreślał to wielokrotnie w rozmowach ze mną Wojciech Jaruzelski. Grzegorz Kołodko, sam głęboko zaangażowany w polski proces przemian, trafnie zauważył (i to nie w Polsce a na konferencji w Moskwie), że „gdyby nie ten gorbaczowowski epizod pierestrojki i głasnosti, to nie byłoby polskiego Okrągłego Stołu i nie tak przebiegałyby procesy polskich przemian” (Droga do Teraz, Warszawa 2014, s. 262-263). Nie byłoby także zjednoczenia Niemiec. Były to zmiany fundamentalne, o wręcz rewolucyjnym charakterze dla powstania nowego ładu międzynarodowego. Świat zawdzięcza Gorbaczowowi to, ze od ponad trzydziestu lat nie wisi nad nami groźba katastrofy nuklearnej. Gdy dziś prezydent Biden podejmuje wysiłek na rzecz powrotu do porozumień amerykańsko-rosyjskich o ograniczeniu broni strategicznych, można w tym widzieć echo tej polityki, którą starał się realizować Michaił Gorbaczow.
Nie spełniło się jednak marzenie Gorbaczowa o nowej erze światowej współpracy. Pojawiły się nowe zagrożenia i wyzwania: amerykański hegemonizm z jednej, a światowy terroryzm z drugiej strony. Regionalne mocarstwa, do których należy także dzisiejsza Rosja, nadal starają się wykorzystywać swą przewagę w stosunkach ze słabszymi sąsiadami. Nie żyjemy w świecie, który on sobie wymarzył, ale mimo wszystko – w świecie znacznie bezpieczniejszym niż ten, który Gorbaczow zastał, gdy obejmował władzę na Kremlu. W tej historycznej zmianie jego rola jest bezsporna. Na pokojowego Nobla zasłużył, jak mało kto.
Bardziej skomplikowana jest sprawa jego roli w przekształceniu systemu radzieckiego – czyli, mówiąc wprost – w zakończeniu wielkiego eksperymentu historycznego, jakim była władza partii bolszewickiej na obszarze dawnego państwa rosyjskich carów. Gorbaczow zainicjował proces przekształcania radzieckiego systemu politycznego – jednopartyjnej dyktatury z wciąż silnymi pozostałościami stalinowskiego totalitaryzmu – w demokratyczne państwo prawa. Efektem jego polityki było nie tylko radykalne zerwanie z polityką politycznych represji, ale także zaakceptowanie pluralizmu politycznego, zwłaszcza w postaci frontów narodowych (z których najgłośniejszym był litewski Sajudis) i coraz liczniejszych stowarzyszeń i organizacji obywatelskich. Wybory do ogólnozwiązkowego Zjazdu Deputowanych w 1989 roku, a zwłaszcza wybory do rad najwyższych republik związkowych w 1990 roku były jedynymi demokratycznymi wyborami, jakie państwo to znało od 1917 roku. Jeśli jednym z podstawowych warunków istnienia demokracji jest to, że rządzący mogą przegrać wybory i po ich przegraniu wynik taki akceptują, to w 1990 roku ZSRR test taki przeszedł. W sześciu republikach (na 15) partia komunistyczna wybory przegrała na rzecz frontów narodowych. Były to Armenia, Gruzja, Estonia, Litwa, Łotwa i Mołdowa. Co więcej, w wyborach do Rady Najwyższej Rosji wygrał, kierowany przez Borysa Jelcyna, blok radykalnych reformatorów (w większości jeszcze wtedy należących do KPZR),a on sam został wybrany przewodniczącym tej rady pokonując kandydata popieranego przez Gorbaczowa i kierownictwo partii komunistycznej. Mimo coraz silniejszego oporu skrzydła konserwatywnego, KPZR pod kierownictwem Gorbaczowa stopniowo zmierzała w kierunku przekształcenia się w partię typu socjaldemokratycznego, lub – co wydawało się bardziej realne – w kierunku rozłamu. Planowano dokonać tego w listopadzie 1991 roku – na kolejnym kongresie KPZR. Czasu na to nie starczyło. Ten kierunek demokratyzacji został przerwany puczem sierpniowym (1991 roku), pokonanym dzięki odważnemu oporowi mieszkańców Moskwy i Leningradu, a także stanowisku części sił zbrojnych. Historycy tego okresu wskazują na to, ze odmowa legitymizowania puczu przez prezydenta Gorbaczowa (uwięzionego w jego rezydencji na Krymie) walnie przyczyniła się do sparaliżowania przewrotu i do jego fiaska. Pucz sierpniowy przyniósł jednak załamanie stopniowej reformy realizowanej przez Gorbaczowa, delegalizacje partii komunistycznej i początek tego, co jest często uważane za dwudziestowieczny odpowiednik okresu wielkiej „smuty” – chaotyczne, łączące elementy autokracji i anarchii rządy Borysa Jelcyna. Z perspektywy trzydziestu lat krótki okres rządów Gorbaczowa jawi się jako najbardziej demokratyczny epizod w historii Rosji co najmniej od 1917 roku, gdyż tylko w tym krótkim okresie opozycja była w stanie wygrywać wybory.
Niepowodzeniem skończyły się próby zreformowania gospodarki radzieckiej. W reformatorskiej polityce Gorbaczowa gospodarka zajmowała wyraźnie dalsze miejsce w porównaniu ze zmianami politycznymi, czym jego reformy zasadniczo różniły się od – realizowanych owocnie już od 1978 roku – reform chińskich. Wycofanie się Gorbaczowa, pod naciskiem sił konserwatywnych, z reformatorskiego (ale zawierającego liczne błędy) programu „pięciuset dni” autorstwa zespołu Grigorija Jawlinskiego było prawdopodobnie błędem, gdyż nie przedstawiono realistycznej alternatywy reform. Nie zmienia tej oceny fakt, że radykalnie wolnorynkowa „szokowa terapia” zastosowana przez członka tego zespołu Jegora Gajdara – gdy został on premierem u boku prezydenta Jelcyna – przyniosła Rosji chaos i masowe zubożenie ludności. Brak poprawy sytuacji gospodarczej stał się jednym z powodów słabnięcia poparcia dla Gorbaczowa a tym samym zagrożeniem dla jego polityki reform.
Uważam jednak, że znaczna część winy spada na ówczesne rządy zamożnych państw zachodnich, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Zakończenie Zimnej Wojny stwarzało unikatową szansę pozyskania w zreformowanym Związku Radzieckim cennego sojusznika na nadchodzące dziesięciolecia. Wymagało to jednak poparcia polityki Gorbaczowa nie tylko słownymi deklaracjami (tych nie brakowało) lecz także potężnym zastrzykiem pomocy finansowej, jak to po wojnie zrobiono wobec pokonanych Niemiec. Nigdy nie dowiemy się, jak potoczyłaby się historia, gdyby Gorbaczowowi pomożono w przekształceniu ZSRR w demokratyczne i gospodarczo stabilne, a wobec Zachodu przyjazne, mocarstwom regionalne.
Ostatecznie jednak o przegranej radzieckiego przywódcy zdecydowała kwestia narodowa. Gorbaczow początkowo nie doceniał jej znaczenia, o czym dobitnie świadczy poświęcony problemowi narodowemu niewielki fragment jego podstawowej publikacji pod tytułem „Pierestrojka”, gdzie pisze on nawet, iż w ZSRR problem narodowy został rozwiązany dzięki kierowaniu się leninowskimi zasadami. Już wkrótce po ukazaniu się tej pracy konflikty na tle narodowym w Kazachstanie i Azerbejdżanie pokazały, że rzeczywistość daleko odbiega od tak optymistycznej oceny.
Problem narodowy w dawnym ZSRR był odziedziczony po carskiej Rosji, nie bez racji nazywanej „więzieniem narodów”. Bolszewicy tego problemu nie stworzyli, ale go też nie rozwiązali. Sloganom o internacjonalizmie i o powstaniu jednego „narodu radzieckiego” towarzyszyła w czasach rządów Stalina brutalna polityka rusyfikacji i prześladowania tak zwanych „nacjonalizmów” w łonie partii komunistycznej. Po śmierci Stalina najbardziej brutalne elementy tej polityki zostały zarzucone, ale wciąż daleko było do zaspokojenia aspiracji narodowych narodów nierosyjskich.
Sytuację komplikowały dwie okoliczności. Cztery republiki (Estonia, Litwa, Łotwa, Mołdowa) zostały wcielone do ZSRR w 1940 roku, w czasie współpracy z hitlerowskimi Niemcami, w wyniku brutalnego dyktatu i wbrew woli zainteresowanych narodów. Nie było przypadkiem, że właśnie tam najsilniej i najwcześniej do głosu doszły żądania niepodległościowe, na które Gorbaczow nie był przygotowany i którym początkowo usiłował zapobiegać. Drugą okolicznością komplikującą proces wychodzenia z dotychczasowego systemu było istnienie znacznych mniejszości rosyjskich w kilku nierosyjskich republikach. Etniczni Rosjanie stanowili 37.8 proc. ludności Kazachstanu, 34 proc. ludności Łotwy, 30.3 proc. ludności Estonii, 22.1 proc. ludności Ukrainy, 16,7 proc. proc. ludności Kirgistanu, 13 proc. ludności Mołdowy, 9.4 proc. ludności Litwy. Oderwanie tych republik od Rosji musiało budzić opory także z tego powodu.
Nigdzie zresztą demontaż wielonarodowego imperium nie odbywał się gładko, by chociażby przypomnieć losy kolonialnego imperium Francji, którego likwidacja przyniosła wiele lat wojen w Indochinach (1945-1954) i Algierii (1954-1962), a także wojskowy zamach stanu w maju 1958 roku i wieloletnią terrorystyczną kampanię konspiracyjnej organizacji nacjonalistycznej OAS. W porównaniu tym demontaż imperium radzieckiego wygląda na stosunkowo łagodny.
Był on jednak przekreśleniem ciekawego planu Gorbaczowa przekształcenia dawnego państwa radzieckiego w swego rodzaju konfederację dziewięciu „suwerennych republik”, przy zaakceptowaniu odejścia sześciu małych republik wyraźnie niezainteresowanych pozostaniem we wspólnocie – nawet bardzo zreformowanej. Porozumienie o utworzeniu „Związku Suwerennych Republik Radzieckich” miało być podpisane 21 sierpnia 1991. Przeszkodził temu pucz sierpniowy, a wkrótce potem rozwiązanie ZSRR. Nigdy już nie dowiemy się, czy realizacja planu Gorbaczowa wyszłaby dawnym republikom radzieckim na korzyść. Dla niego samego oznaczało to przedwczesny koniec sprawowania władzy.
Tracąc ją Gorbaczow miał uzasadnione poczucie krzywdy wyrządzonej mu przez mściwego rywala (Jelcyna) i zdradzieckich byłych współpracowników. Nie składał broni. Początkowo próbował – bezskutecznie – stworzyć w Rosji nowoczesną partię socjaldemokratyczną. Pozostał czynny na arenie międzynarodowej – już nie jako głowa państwa, ale jako wielki, szanowany w świecie autorytet. Podzielam opinię Adama Daniela Rotfelda (z jego wstępu do polskiego wydania wspomnianej wyżej książki Graczowa), że „nawet to, co – w jego rozumieniu – było niepowodzeniem, okazało się sukcesem”. Sukcesem nie dla niego osobiście, ale dla świata. Ten świat dzięki Gorbaczowowi stał się mniej niebezpieczny i nieco lepszy w wielkiej mierze dlatego, że radziecki prezydent miał odwagę podjąć się zadania przerastającego siły nawet tak wybitnego, jak on, polityka. Za to należy mu się wdzięczność następnych pokoleń.
Ad multos annos, Panie Prezydencie.

Andriej Konczałowski i jego wizje

Reżyser, pisarz, myśliciel. Syn autora hymnu ZSRR i hymnu Rosji – pisarza Sergieja Michałkowa i poetki Natalii Konczałowskiej. Wnuk wybitnego artysty Piotra Konczałowskiego. Prawnuk innego wielkiego rosyjskiego artysty Wasilija Surikowa. Brat kultowego reżysera i aktora Nikity Michałkowa. Krótko: Andriej Konczałowski.

Do śmierci matki Andriej nosił podwójne nazwisko: Michałkow-Konczałowski. Kiedy odeszła, odciął pierwszą część nazwiska i stał się Konczałowskim. Woli też, by nazywano go tak jak w domu – nie Andriejem, lecz Andronem. Ma 83 lata, ale młodości, energii, zamiłowania do życia może pozazdrości mu 30-latek. O Konczałowskim żartują: jeśliby do jego serca i układu nerwowego podłączyć elektrownię, mogłaby ona przez całą dobę oświetlać niejedno europejskie miasto. Mimo ogromnego zapracowania potrafi znaleźć czas na spotkania z młodzieżą. Prowadzi wykłady dla studentów. Bez obłudy odpowiada na wszystkie dociekliwe pytania.
Zachęcony przez redakcję „Faktów po Mitach”, skorzystałem z zaproszenia na kameralne z nim spotkanie.
„Odrębna droga” – droga donikąd
Ma swój oryginalny pogląd na świat. Na Rosję, szczególnie. „Co zrobić z ogromnym krajem, w którym za Uralem przypada 2 ludzi na kilometr kwadratowy i obydwaj są pijani?” – stawia pytanie. I dodaje: „W Chinach na kilometr kwadratowy przypada 135 osób, a w Japonii 335. W Rosji mamy bogate ziemie, na których leży dwóch pijaków…”.
– My, Rosjanie, musimy zdecydować, kim jesteśmy. Czy jesteśmy przedstawicielami kultury chrześcijańskiej, czy niechrześcijańskiej? – tłumaczy Konczałowski. – Jeśli jesteśmy przedstawicielami kultury chrześcijańskiej, to o jakiej trzeciej drodze rozwoju mówimy? Albo jesteśmy Europejczykami, albo pracujemy dla Chińczyków. Jeśli jesteśmy Europejczykami, to Europejczykom nie wolno oddawać Chinom kolosalnej części kontynentu. Co robić? Ameryka, Europa, Rosja powinny działać razem… Jest to konwergencja, o której mówił akademik Sacharow. To nieuniknione. Trzecia droga – to chimera, która tylko podtrzymuje obecną władzę. Zatem jaka „odrębna droga”? Na razie to „odrębna droga” do piekła…”.
Konczałowski jest przekonany, że dopóki Rosja będzie opierać swoją filozofię na tym, że wszyscy wokół, a zwłaszcza Zachód, to wrogowie, dopóty problemy kraju będą nierozwiązywalne. Rosyjski Prawosławny Patriarchat Moskiewski najbardziej bał się „łacinników” – podkreśla Konczałowski. Miejscem walki między Zachodem i Wschodem, między Moskiewskim Patriarchatem i łacinnikami stała się Ukraina. Walka ta toczy się do tej pory. Dlatego Ukraińska Cerkiew Prawosławna – według reżysera – jest bliższa Greckiej Cerkwii Prawosławnej niż Moskiewskiemu Patriarchatowi. Ukraina nie jest Rosją, bo Rosja to Wielkie Księstwo Moskiewskie. Dlatego też Ukraińcy mówią „moskale”. Nawet Kozacy mówią: „Nie jestem Rosjaninem, jestem Kozakiem”.
– To jest to, o czym my, moskale, powinniśmy pomyśleć: jak mimo wszystko możemy zostać Europejczykami? – mówi pół żartem, pół serio Konczałowski.
Wzorzec Piotra I
– Czy można powiedzieć, że Rosja czeka na człowieka o burżuazyjnej, dworskiej świadomości? – zapytano reżysera podczas spotkania. Konczałowski potraktował je poważnie:
– Nie sądzę, że dworska świadomość jest niezbędna. albo: Nie sądzę, by dworska świadomość była niezbędna. albo: Nie twierdzę, że dworska świadomość jest niezbędna. Wśród dworzan było mnóstwo idiotów. Było i jest. Sposobów na wyjście z impasu jest niewiele. Tak długo jak jest ropa i ma swoją cenę, wszystko będzie tak, jak jest. Dlatego, że zawsze można nakarmić 40 proc. populacji Rosji, która w ogóle nie wyłącza telewizora – twierdzi.
Ubolewa, że w Rosji grupa „myślących po europejsku” jest zbyt mała.
– Elity rządzące powinny zrozumieć, że to ich koniec i pilnie zastosować jakieś inne formy rządów. Wtedy pojawi się problem geopolityczny: „co robić z tym krajem”, dlatego, że on może zacząć się rozpadać.
Konczałowski wypowiedział, pozornie paradoksalną, myśl. Reżyser jest przekonany, że Rosja potrzebuje 15-letniej… dyktatury prawdziwego wizjonera – swego rodzaju analityka, stratega w stylu Piotra Wielkiego, który będzie reprezentantem swojej klasy.
– Potrzebujemy osoby – mówi – która zrozumie, że biała cywilizacja może przetrwać w zderzeniu z wielką cywilizacją muzułmańską, z wielką cywilizacją chińską tylko poprzez zjednoczenie.
Reżyser wymienił czterech dyktatorów, którzy – jego zdaniem – wyciągnęli swoje kraje z „bagna”: założyciel Singapuru Lee Kuan Yew; ojciec współczesnej Turcji Mustafa Kemal Atatürk; chilijski Pinochet i jugosłowiański bohater narodowy Broz Tito, którego nienawidził „dyktator dyktatorów” Stalin. „Osoba autorytarna niekoniecznie jest złoczyńcą” – uważa Konczałowski.
Złoty środek
– Kiedy mówimy o demokracji, chcę zrozumieć, co to takiego. Wolnym człowiekiem jest ten, który potrafi siebie ograniczać. Osoba, która nie potrafi się ograniczać, nigdy nie może być wolna. Wolność to ogromna odpowiedzialność – przekonuje.
Wolność nigdy nie rodziła się tak po prostu. Reżyser podziela przemyślenia modnego angielskiego filozofa Johna Graya, który wyśmiewa pozytywizm, utrzymując, że myślenie o sile rozumu jest ateistyczną kontynuacją chrześcijaństwa. Gray nie wierzy w postęp jako taki. Twierdzi, że jedną z największych iluzji jest iluzja postępu. Człowiek jak był zwierzęciem, usilnie próbującym stać się człowiekiem, tak i zwierzęciem pozostał. Grey uważa, że każda cywilizacja może upaść w ciągu jednego pokolenia.
Żywym potwierdzeniem tego i lekcją dla świata jest przykład nazistowskich Niemiec. Cywilizowany człowiek, który znał Schillera, Nietzschego, Wagnera, w okamgnieniu stał się barbarzyńcą. Człowiek w każdej chwili może zamienić się w zwierzę; wszystko zależy od warunków. Ta myśl jest ważna, by zrozumieć nasze realne miejsce na Ziemi jako istot myślących – wyjaśnia reżyser.
Konczałowski wspomniał przywołał poglądy starożytnych filozofów o naturze człowieka. Istnieją jej trzy „warstwy”. Na krańcach są anioł i diabeł, a pośrodku – człowiek „właściwy”, jest on więc polem walki między Bogiem a diabłem. Czechow powiedział, że Rosjanin zna tylko dwie skrajności – jest Bóg albo Boga nie ma. Środek go nie interesuje. Według Konczałowskiego, właśnie ta „środkowa część” nie mogła się rozwijać w Rosji, ponieważ nie rozwinęła się burżuazja. Wartości burżuazyjne są tym, co trzymało i podtrzymuje Europę w chwili katastrof – twierdzi.
Na odwieczne pytanie: czy Bóg istnieje, czy nie istnieje? Andron Konczałowski odpowiedział słowami Schopenhauera: „Jedynym dowodem na istnienie Boga jest sztuka”.
– Największą tajemnicą wszechświata jest życie. Największą tajemnicą życia jest człowiek. Największą tajemnicą człowieka jest kreatywność. Jest to najbardziej istotne, gdy mówimy o duchowości. Stosunek do dzieci jest ważniejszy niż stosunek do Boga. Jeśli człowiek ma obowiązki, są to przede wszystkim obowiązki względem własnych dzieci. Jeśli zaś człowiek nie pamięta o swoich dzieciach, a sam idzie do kościoła – mówi Konczałowski – to w ogóle mnie nie interesuje, czy wierzy w Boga, czy nie.
Z poglądami rosyjskiego filozofa można się zgadzać lub nie. Ale warto zastanowić się nad sensem i wagą jego słów.

Przełożyła Marta Hofman

Wyprowadzenie wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich

Wyprowadzenie wojsk radzieckich z Polski, zjednoczonych Niemiec i innych krajów byłego obozu socjalistycznego stanowiło jedną z podstawowych przesłanek odzyskania przez te kraje pełnej suwerenności. Proces ten przebiegał w różnym tempie i z różnymi problemami w poszczególnych krajach.

30 lat temu rozpoczęło się wyprowadzenie wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich. Na początku w polu zainteresowania Przedstawicielstwa Ambasady Polskiej w Berlinie (taki status otrzymała nasza placówka po zjednoczeniu Niemiec – Ambasada była w Kolonii) pozostawała kwestia wyprowadzenia wojsk radzieckich z terytorium byłego NRD. W miarę rozwoju tego procesu korzystaliśmy z doświadczeń niemieckich przy wyprowadzaniu wojsk radzieckich z Polski.
Sądzę, że kiedy kierownik Przedstawicielstwa Ambasador Wojciech Wieczorek poprosił mnie o zajmowanie się tym tematem, kierował się przy tym moimi dobrymi kontaktami zarówno z kształtującymi się kompetentnymi władzami niemieckimi, jak i w korpusie dyplomatycznym.
12 października 1990 r., tuż po zjednoczeniu Niemiec, podpisano w Bonn umowę pomiędzy ZSRR a RFN o warunkach czasowego pobytu i planowego wycofywania wojsk radzieckich z terytorium RFN. W chwili rozpoczęcia wycofywania w Zachodniej Grupie Wojsk znajdowało się: 337 800 żołnierzy, 208 400 pracowników cywilnych i ich rodzin oraz cały nagromadzony sprzęt bojowy. Na szefa Niemieckiej Grupy Kontaktowej ds. Radzieckich Sił Zbrojnych w Niemczech (praktycznie szefa Grupy Wycofywania) został wyznaczony gen. Mjr Hartmut Förtsch, z którym udało mi się nawiązać bezpośrednie kontakty, bardzo cenne i pomocne w zajmowaniu się przeze mnie tą problematyką.
Na przełomie lat 1990/1991 znacznie zaostrzyły się problemy związane ze stacjonowaniem wojsk radzieckich w Niemczech. Z jednej strony, w coraz większym stopniu było manifestowane niezadowolenie miejscowej ludności z powodu ich dalszego pobytu. Nasiliły się nastroje antyradzieckie. Z drugiej coraz gorsza sytuacja panowała w samej armii, upadało jej morale, mnożyły się przypadki łamania dyscypliny wojskowej, co wyrażało się m.in. w nasilającej się dezercji zarówno wśród żołnierzy jak i oficerów, sprzedaży radzieckiej broni i umundurowania, dużej liczbie przypadków śmiertelnych. Nastroje w armii pogarszała kryzysowa sytuacja w ZSRR, brak perspektyw i obawy o przyszłość powracających żołnierzy (ok. 60 proc. przebywających w RFN radzieckich oficerów i podchorążych nie posiadało w Związku Radzieckim własnych mieszkań). Na tym tle perspektywa powrotu wywoływała niezadowolenie w rodzinach wojskowych, zwłaszcza u kobiet przyzwyczajonych do innego poziomu życia. Zgodnie z zawartym układem wojska radzieckie miały zostać wyprowadzone z Niemiec do końca 1994 r. i rozmieszczone na terenie ZSRR (w pierwszych trzech latach po 30% stanu, w ostatnim roku 10 proc.). Jednakże w trakcie realizacji proces wycofywania okazał się znacznie bardziej skomplikowany niż pierwotnie zakładano. W naszych, czyli placówki w Berlinie, obserwacjach i ocenie tego procesu niezmiernie cenną okazała się informacja, jaką uzyskałem w końcu 1990 r. w rozmowie z dyplomatą z Przedstawicielstwa Ambasady ZSRR, dotyczącą tego, skąd wzięła się kwota 15 mld marek zachodnioniemieckich kosztów wycofywania Zachodniej Grupy Wojsk z Niemiec, mająca w konsekwencji istotny wpływ na przebieg tego procesu. Według radzieckiego dyplomaty stało się to w trakcie wizyty H. Kohla na Kaukazie w dniach 15–16 lipca 1990 r., podczas której władze ZSRR wyraziły zgodę na zjednoczenie Niemiec oraz obaj przywódcy H. Kohl i M. Gorbaczow dobili targu, gdzie Moskwa zgodziła się po wielu miesiącach protestów, aby zjednoczone Niemcy wstąpiły do NATO. Według mojego rozmówcy, po zakończeniu oficjalnych rozmów dotyczących jedności niemieckiej obaj przywódcy udali się na często pokazywany w mediach spacer nad rzeką, podczas którego M. Gorbaczow miał powiedzieć: „no to temat zjednoczenia mamy załatwiony”, na co Helmut Kohl zareagował „ale pozostaje jeszcze kwestia wyprowadzenia wojsk radzieckich”. M. Gorbaczow odpowiedział: „ale to będzie kosztowało”, Kohl zapytał: „ile?”. W związku z tym kompletnie nieprzygotowany Gorbaczow rzucił kwotę 15 mld DM, na którą natychmiast zgodził się Kohl.
Według mojego radzieckiego kolegi , wyrażającego pogląd, z którym można było się później spotkać dość powszechnie w Przedstawicielstwie ZSRR , kanclerz RFN był wówczas skłonny zapłacić znacznie więcej, aniżeli rzucona przez Gorbaczowa kwota 15 mld marek zachodnioniemieckich: „i 75, i 100, i 150 mld DM. Tymczasem nieprzygotowana decyzja zapadła i powstały problemy”.
Kiedy po jakimś czasie, będąc zaproszony na obiad przez kolegę- amerykańskiego dyplomatę J. Beermana- powiedziałem mu (w języku dyplomatycznym nazywało się to – „sprzedałem” informację) skąd wzięła się kwota 15 mld DM, okazałem się tak niezmiernie interesującym rozmówcą, że Josef dzwonił do mnie przez kilka tygodni z propozycją kolejnego zaproszenia na obiad. Ale od niego także na początku 1991 r. dowiedziałem się, że Stany Zjednoczone zweryfikowały dotychczasowe oceny w kwestii ostatecznego terminu wycofania wojsk radzieckich z Niemiec (do tej pory uważały, że nastąpi to wcześniej niż przewidywał układ – do 1992 r.), a „obecnie sądzą, że operacja ta potrwa dłużej i zakończy się dopiero w 1994 r.”
Na tym tle władze bońskie obawiały się dalszego rozwoju sytuacji wewnętrznej w ZSRR. Zdawały sobie bowiem sprawę z tego, że w radzieckich kręgach, głównie wojskowych, oskarża się Gorbaczowa i Szewardnadze o to, iż „zbyt tanio sprzedali jedność niemiecką”. Głosy te dały bardzo silnie o sobie znać w trakcie zebrania Komisji Obrony i Bezpieczeństwa Narodowego przed posiedzeniem Rady Najwyższej ZSRR, na którym ratyfikowano Układ „2+4” (poruszano tam kwestie kosztów niemieckiej jedności i odszkodowań dla obywateli radzieckich zarówno w aspekcie moralnym, jak i finansowym). Usunięciu napięć powstałych na tym tle w stosunkach niemiecko-radzieckich służyła niezapowiedziana wcześniej wizyta H.D. Genschera w Moskwie.
Z uzgodnionej kwoty kosztów wycofywania 15 mld DM, 7,8 mld DM miało być przeznaczonych na wybudowanie mieszkań dla powracających żołnierzy. Zgodnie z podpisanym 13 grudnia 1990 r. w Federalnym Ministerstwie Gospodarki protokołem miały w tym uczestniczyć przedsiębiorstwa z pięciu nowych landów RFN. Pierwotnie władze niemieckie, w tym kanclerz H. Kohl, nie wykluczały, że wycofanie wojsk radzieckich nastąpi wcześniej, aniżeli to było przewidziane w układzie, wycofywanie rozpoczęto już w 1990 r. W końcu listopada 1990 r. odbyło się pierwsze posiedzenie wspólnej niemiecko- -radzieckiej komisji ds. wycofywania wojsk, powołano pięć grup roboczych (m.in. ds. transportu i ekologii), zaś współpraca w realizacji tego przedsięwzięcia miała służyć jako podstawa dalszego kształtowania stosunków niemiecko-radzieckich, zwłaszcza w sferze gospodarczej.
12 grudnia 1990 r. nastąpiła zmiana głównodowodzącego zachodnią grupą wojsk – 65-letniego generała armii B. Snetkowa zastąpił generał M. Burłakow, dotychczasowy dowódca wojsk radzieckich na Węgrzech. Wymieniało się dwie przyczyny tej zmiany: rozluźnienie dyscypliny wśród stacjonujących wojsk oraz duże doświadczenie negocjacyjne i organizacyjne w sprawach związanych z wycofywaniem wojsk nabyte przez Burłakowa na Węgrzech (w 1990 r. wycofano z terytorium tego kraju znaczną część wojsk radzieckich i uzbrojenia).
Tymczasem już w styczniu 1991r. przebywający w RFN z delegacją deputowanych do Rady Najwyższej zastępca przewodniczącego Komisji Obrony i Bezpieczeństwa Państwowego L. Szarin podkreślił na konferencji prasowej, że „proces wycofywania okazuje się znacznie bardziej skomplikowany niż pierwotnie zakładano. Nie było żadnej przerwy czasowej, aby spokojnie przygotować wyprowadzenie wojsk. To oznacza, że problemy będą znacznie większe niż przy ich wycofywaniu z Węgier i Czechosłowacji. Wycofywanie wojsk musi się częściowo odbywać do miejsc, gdzie absolutnie żadne mieszkania nie stoją do dyspozycji”. Podkreślił przy tym, że „podpisane układy przewidują pomoc strony niemieckiej przy tej operacji. Jednakże do tej pory nie doszło do konkretnej współpracy, co może okazać się poważną przeszkodą do utrzymania planowanych terminów”. Chodziło tu głównie o pomoc przy budowie mieszkań dla powracających.
Choć plan wycofywania na 1991 r. został zrealizowany i proces wycofywania odbywał się terminowo, towarzyszył mu ciągle szereg trudności. Pierwsza grupa problemów dotyczyła realizacji programu budownictwa mieszkaniowego dla powracających oficerów i podoficerów. Zgodnie z pierwotnymi założeniami miało to wystarczyć na wybudowanie ok. 36 tysięcy mieszkań, głównie w europejskiej części b. Związku Radzieckiego, tj. w Rosji, na Białorusi i Ukrainie. Jednakże budowę mieszkań rozpoczęto z opóźnieniem, dopiero na przełomie sierpnia i września. Do końca 1991 r. miało zostać zbudowanych 2 tysiące mieszkań, zgodnie z terminem zbudowano zaledwie 725 mieszkań w Borysowie k. Mińska. Do końca 1992 r. miało powstać 9 tysięcy mieszkań – stanowczo za mało w stosunku do potrzeb.
W związku z rozpadem ZSRR występowały problemy z lokalizacją pozostałych 27 tysięcy mieszkań (w tej sprawie strona niemiecka musiała szukać porozumienia z byłymi republikami – obecnie państwami). Na Ukrainie został zastopowany program budownictwa mieszkaniowego dla powracających Jednostek Armii Radzieckiej (JAR).
Tymczasem 25 listopada 1991 r. sekretarz Niemiecko-Radzieckiej Komisji Mieszanej ds. Wyprowadzenia Wojsk Radzieckich płk. Strelnikow, na spotkaniu w Berlinie organizowanym przez „Deutsches Komitee für Europäische Sicherheit und Zusammenarbeit”, w którym uczestniczyłem, stwierdził, że „otrzymane od rządu bońskiego 7,8 mld DM wystarczy na zbudowanie 36 tysięcy mieszkań. Tymczasem 55 tysięcy powracających żołnierzy nie ma w ZSRR żadnego mieszkania – nadal brakuje więc środków na wybudowanie 20 tysięcy mieszkań”.
Kolejna grupa problemów dotyczyła rozliczeń majątkowo-finansowych. Strona radziecka oszacowała pozostawione nieruchomości na 10,5 mld DM i różnicę wynikającą z pomniejszenia tej kwoty o koszty usuwania szkód ekologicznych chciała dodatkowo przeznaczyć na realizację programu budownictwa mieszkaniowego. Strona niemiecka określiła tę wycenę jako „naiwną”.
Jeszcze większe zdziwienie strony niemieckiej wywołał list wystosowany w czerwcu 1990 r. przez M. Gorbaczowa do H. Kohla, w którym prezydent ZSRR pisał, że 10,5 mld DM jest jedynie oceną szacunkową, ponieważ właściwa wartość tych obiektów wynosi 20-25 mld DM. Niemcy zadawali wówczas retoryczne pytanie, „kto doradza w sprawach wojskowych Gorbaczowowi?”
Jedną z rozważanych możliwości, jak mi powiedział dr Helmut Domke – wówczas pełnomocnik premiera rządu Brandenburgii ds. wyprowadzenia wojsk radzieckich i konwersji – było włączenie tych obiektów do wspólnych radziecko-niemieckich przedsiębiorstw.
Kontrowersje budziła również kwestia usuwania szkód ekologicznych ocenianych przez stronę radziecką na 2 mld DM. Dla ich właściwego oszacowania strona niemiecka zaproponowała włączenie do współpracy z JAR specjalistów i firmy niemieckie. Kontrowersje były związane z obawami dowódców jednostek radzieckich o odpowiedzialność za poczynione szkody. Rozwiązania wymagało również usunięcie ogromnych ilości złomu i amunicji. Mając na uwadze główny cel tej operacji – możliwe szybkie, terminowe wyprowadzenie – strona niemiecka, w tym m.in. dr H. Domke opowiadał się za politycznym rozwiązaniem kwestii roszczeń i zobowiązań wynikających z pobytu i wycofywania wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich. Jednym z możliwych, praktycznych rozwiązań tego problemu, za którym optował, było przyjęcie „opcji zerowej plus” – „plus” oznaczał wyjście naprzeciw żądaniom strony radzieckiej.
Czwarta grupa problemów była związana z bieżącymi wydarzeniami w ZSRR i jego rozpadem. Z tego powodu nieaktualne stały się plany rozmieszczenia powracających jednostek w republikach bałtyckich i na Ukrainie. Musiały one zostać skorygowane i wycofywanie odbywało się głównie do Rosji.
Piąta grupa problemów dotyczyła napięć między miejscową ludnością a stacjonującymi wojskami, wzrost agresywnych zachowań wobec radzieckich żołnierzy.
Tranzyt wojsk radzieckich odbywał się drogą morską, lotniczą oraz koleją (przez terytorium Polski i Czechosłowacji). Strona czechosłowacka zaproponowała o jedną czwartą korzystniejsze (0,55 CHF) warunki tranzytu, aniżeli strona polska. Ponieważ towarzyszyłem delegacji PKP w rozmowach w Niemczech na temat tranzytu, występowały problemy z terminowym realizowaniem przez stronę rosyjską należności za tranzyt. Poza tym strona rosyjska (m.in. płk Strelnikow) reprezentowała w Berlinie opinię, że „Polska na początku grudnia 1990 r. tak skomplikowała ogólną sytuację dotyczącą wyprowadzenia wojsk radzieckich z Niemiec, że musieli przeorientować tranzyt z kolejowego na morski”.
Problemy związane z wycofywaniem wojsk radzieckich/rosyjskich z Niemiec Wschodnich były sukcesywnie rozwiązywane i proces wycofywania posuwał się do przodu. Kiedy 15 listopada 1992 r. kończyłem pracę w Przedstawicielstwie Ambasady RP w Berlinie, zakładany na 1992 r. plan wycofania kolejnych 30 proc. stanu radzieckich/ rosyjskich wojsk został praktycznie zrealizowany.
Ostatecznie żądanie zapłacenia 10,5 mld DM za mienie wybudowane i pozostawione w Niemczech zostało rozliczone na drodze dyplomatycznej i zaliczone w poczet odszkodowań za szkody wyrządzone przez wojska radzieckie w  środowisku naturalnym na byłym terenie NRD.
Zgodnie z podpisanym układem 31 sierpnia 1994 r. Zachodnia Grupa Wojsk została rozformowana, co ostatecznie zakończyło proces wycofywania wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich.

Adam Zaborowski – I Sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992. Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Po drugiej stronie medalu (operacje wywiadu PRL na terenie ZSRR)

Kiedy po studiach i po szkoleniu, bardzo wszechstronnym i intensywnym – języki, techniki kryptograficzne, łączność, orientacja w terenie (obserwacja – kontr obserwacja), znajomość służb specjalnych NATO, zajęcia sprawnościowe, analiza operacji wywiadowczych (źródła sukcesów i porażek), treningi psychologiczne- trwającym dwa lata, rozpocząłem służbę, robiłem to ze świadomością, że wstępuję do wywiadu państwa polskiego. Państwa nie w pełni suwerennego ale ku suwerenności, wedle mej oceny, zdążającego, państwa autorytarnego, którego autorytaryzm nie był jednak monolityczny i wyraźnie widać było szczeliny w systemie, przez które docierały, niekoniecznie prześladowane przez władze, idee inne niż oficjalnie głoszone. Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Kiedy po studiach i po szkoleniu, bardzo wszechstronnym i intensywnym – języki, techniki kryptograficzne, łączność, orientacja w terenie (obserwacja – kontr obserwacja), znajomość służb specjalnych NATO, zajęcia sprawnościowe, analiza operacji wywiadowczych (źródła sukcesów i porażek), treningi psychologiczne- trwającym dwa lata, rozpocząłem służbę, robiłem to ze świadomością, że wstępuję do wywiadu państwa polskiego. Państwa nie w pełni suwerennego ale ku suwerenności, wedle mej oceny, zdążającego, państwa autorytarnego, którego autorytaryzm nie był jednak monolityczny i wyraźnie widać było szczeliny w systemie, przez które docierały, niekoniecznie prześladowane przez władze, idee inne niż oficjalnie głoszone. Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Kompetencje Wywiadu (czyli I D epartamentu ów czes nego M S W) i Służby Bezpieczeństwa (czyli Departamentu III) były wyraźnie rozdzielone, potwierdzała to również struktura Ministerstwa. Wystarczy sobie przypomnieć, że np. szefem Wywiadu a zarazem wiceministrem był gen.Pożoga a równolegle inny wiceminister, gen.Ciastoń, był szefem SB. Nawet dokumenty identyfikacyjne się różniły. Funkcjonariusze wywiadu posługiwali się wprawdzie takim samym formatem legitymacji ale pozycja „Służba Bezpieczeństwa” była w nich przekreślona pieczątką z symbolem 33.(Ja oczywiście, jako oficer – nielegał nigdy legitymacji, która mogłaby stać się elementem dekonspirującym, nie posiadałem. Trudno wyobrazić sobie, że np., w wypadku aresztowania przez obcy kontrwywiad wyjmowałbym legitymację z komentarzem, iż jestem oficerem polskiego wywiadu. Z kolei polskie służby też nie mogły wiedzieć o moim statusie, z przyczyn, jak wyżej. Tak więc działanie w pionie „N” miało swoisty urok – nigdy nie wiedziałeś, czy będziesz ścigany przez przeciwnika czy przez swoich.) Pozwalało to wejść do części gmachu na Rakowieckiej, wydzielonej dla Wywiadu, która nie komunikowała z częścią zajmowaną przez SB. W ogóle nie jest mi znany statut MSW z owych czasów, który oficjalnie stwierdzałby,że Wywiad stanowi integralną część SB. (I w żadnym razie w tym co mówię nie chodzi o dezawuowanie istotnej roli pracowników Służby Bezpieczeństwa dla funkcjonowania aparatu państwa.Po prostu zakresy obowiązków obu tych polskich służb specjalnych były odrębnie określone i specyficzne dla każdej z nich. Wywód mój służy wyłącznie przekazaniu prawdy historycznej o ich usytuowaniu w strukturze formalno-prawnej PRL.) Słyszałem o jakimś dokumencie wewnątrz resortowym, dotyczącym tej kwestii, sformułowanym na poziomie ministerialnym, którego zresztą żadnemu oficerowi nie okazywano a już na pewno – nie nielegałom, „kadrze N’.Powstał on w 1989 roku i na jego mocy Wywiad przez ok. 3 miesiące, przed ostatecznymi zmianami systemowymi w Polsce, został połączony ze strukturami SB. Nie odnosi się to na pewno do czasu,kiedy zaczynałem pracę w polskim wywiadzie, a więc do roku 1973. Krótko rzecz ujmując każda z tych służb państwowych miała swój obszar działania. Cała wspólnota I Departamentu tamtego okresu identyfikowała się specyficznie z Wywiadem i jej członkowie do Wywiadu właśnie wstępowali i nie byli,również w przypadku nielegałów, „agentami Wydziału XIV Departamentu I SB MSW”. (Oczywiście,to przekonanie może nie mieć pełnego odzwierciedlenia w stronie formalno-prawnej odnośnie I Departamentu, który od 27 listopada 1956 był przeniesiony do MSW z „dobrodziejstwem inwentarza”, a więc można by z tego wywodzić, że był częścią SB. Jednak nawet przewodniczący Rady IPN prof.Andrzej Paczkowski twierdzi, że w 1981 roku, via facti, wydzielono z SB piony wywiadu i kontrwywiadu a de iure zostało to ujęte w lipcu 1983 w „Statucie Organizacyjnym MSW” i taki stan rzeczy trwał,z kilkumiesięczną przerwą,do 1989 roku włącznie.)
Może to co piszę, to truizmy ale bez ich przypomnienia trudno będzie zrozumieć ten najbardziej chyba tajny aspekt działania Wywiadu MSW, a w szczególności XIV Wydziału (nielegalnego) jego I Departamentu, o którym praktycznie, poza aluzjami np. w książce Zbigniewa Siemiątkowskiego, się nie wspomina. A i dokumenty na ten temat w archiwach się nie zachowały, bowiem dotyczyły materii tak delikatnej, że zaraz po zapoznaniu się z nimi uprawnionych przedstawicieli władz, miały być niszczone.
Chodzi o akcje prowadzone przez wywiad polski w ZSRR w latach 1986-89.
W Polsce, w kręgach władzy, która czuła presję rosnącej w siłę opozycji, mimo stopniowo likwidowanych niedogodności stanu wojennego, rodziło się nie bez rozdźwięków, przekonanie, że po pierwsze: trzeba podjąć z opozycją dialog, po drugie – że nie będzie możliwe wyprowadzenie kraju z kryzysu bez poważnych reform systemowych. Na tę wewnętrzną dyskusję w ramach ówczesnego establishmentu nakładały się wpływy czynników zewnętrznych a przede wszystkim postępujące zmiany w ZSRR, zapoczątkowane przez Michaiła Gorbaczowa, I sekretarza KC KPZR w celu reanimacji komunizmu w Rosji. „Pierestrojka” i „głasnost`”, bo o nie chodzi, doprowadziły w końcu do efektów przeciwnych od zamierzonych, ale w 1986 r. nikt jeszcze o tym nie wiedział.
Natomiast polskie władze musiały orientować się, jakie tendencje są w kierownictwie partyjnym Rosji dominujące, musiały wiedzieć, jak dalece mogą posunąć się w dialogu i ewentualnych ustępstwach na rzecz opozycji. Oczywiście nie mogły liczyć, że tę wiedzę zapewni im radziecki sojusznik, który traktował je z dużą dozą podejrzliwości, wbrew pobrzmiewającym w komunikatach z oficjalnych rozmów bilateralnych sformułowaniom o ich przebiegu w duchu „braterskiej szczerości i otwartości”.
Pozyskanie niezbędnych informacji inną drogą stało się koniecznością.
Stąd zrodził się pomysł wykorzystania do tego zadania Wywiadu. Ale wprowadzając w zagadnienie minimalną, niezbędną ilość oficerów i to jedynie tych, co do których istniała pewność, że ich personalia nie są znane drugiej stronie. I tu wracamy do tego, zdawałoby się niezbyt istotnego określenia z początku tekstu „państwo nie w pełni suwerenne”, którym po 1956 r. według doktryny Breżniewa była Polska, w odróżnieniu od państwa w pełni niesuwerennego, którym była przed tą cezurą czasową. Otóż w tym państwie, w ramach takiej struktury jak Wywiad, istniały wyspy niezależności. Taką oazą był XIV wydział I Departamentu MSW – „nielegalny”. Wbrew temu, co się teraz często opowiada strona rosyjska nie wiedziała absolutnie nic o tożsamości oficerów kadry „N”. Wprawdzie oficjalni rezydenci rosyjskiego wywiadu w PRL, jak choćby często cytowany gen. Pawłow, z trudem to akceptowali, ale ulegali perswazji polskiej strony, że wyciek personaliów nasilałby ryzyko dekonspiracji. Lepiej więc było nie znając personaliów oficerów móc, w ramach wymiany informacji(na ogół zresztą odsprzedawanej drugiej stronie za tak potrzebne dewizy) korzystać choćby częściowo z ich dorobku niż narazić się na ich stratę. Nigdy noga rosyjskiego rezydenta nie stanęła też na terenie obiektu, zwanego w polskim slangu wywiadowczym „Piaski”, który wbrew tej nazwie nie znajdował się na Żoliborzu, jakby sugerowała to nazwa, lecz w willi na warszawskim Służewie, gdzie mieściła się siedziba najpierw Wydziału II Departamentu I, a następnie wydziału XIV tegoż, czyli wywiadu nielegalnego. Wielu warszawiaków pewnie przypomina sobie budynek koło ul.Puławskiej od strony ul.Wałbrzyskiej z wysoką anteną radiową obok.
Otrzymałem więc zadanie pogłębienia i rozszerzenia informacji o opiniach i stosunku władz radzieckich do wydarzeń w naszym kraju – jak dalece możemy posunąć się w realizacji reform społeczno-gospodarczych, na ile będą one „strawne” dla kierownictwa ZSRR, jakie mogą być jego reakcje i skutki tych reakcji dla Polski. Zaproponowano mi tę misję, i nie tylko mnie, chociaż mogłem odmówić. Byłem oficerem „N”, wiedziałem jakie ryzyko jest związane z tą operacją, wiedziałem też, że jeśli powinie mi się noga, to konsekwencje mogą być ostateczne. Rozumiałem jednak, jak kardynalną wagę mogą mieć informacje, które zdobyłbym, dla przemian w Polsce, więc przeważył we mnie instynkt państwowy, tak jak zresztą u większości kadry „N”, służącej państwu, a nie określonej ideologii, która w danym momencie historycznym była siłą w tym państwie decydującą. Zgodziłem się.
Wykonanie tej misji wymagało jednak skomplikowanych przygotowań. Chociaż sprawa była pilna, pośpiech mógł tu oznacza katastrofę już na początku jej realizacji.
Żeby dobrze naświetlić tło , muszę cofnąć się do przełomu roku 1968/69, kiedy jako działacz Związku Młodzieży Socjalistycznej, jeszcze przed rozstaniem się z uczelnianą organizacją i uczelnią w wyniku wydarzeń marcowych 1968 r., jako wiceprzewodniczący Zarządu Uczelnianego ZMS UJ w Krakowie, pojechałem z grupą studenckich aktywistów do „strojotriadu” – międzynarodowego młodzieżowego obozu budowlanego, zorganizowanego przez Komsomoł na terenie Litwy, w Druskiennikach. Była tam młodzież z Polski, ZSRR, NRD. Nasza praca polegała na zakładaniu infrastruktury telekomunikacyjnej, łączącej nowo wznoszone sanatorium w tej miejscowości a prozaicznie rzecz ujmując – na kopaniu rowów pod instalację nowych kabli telefonicznych. Przyświecała temu przedsięwzięciu idea integracji aktywistów FDJ, ZMS i Komsomołu. W trakcie prac oraz późniejszego programu turystycznego poznałem wielu kolegów, dobieranych zresztą z ówczesnej elity radzieckiej – byli wśród nich tacy ludzie jak syn wiceprzewodniczącego Rady Państwa Litewskiej Republiki Radzieckiej, jak Jewgienij Tiażelnikow, I sekretarz Komsomołu,w przyszłości członek KC KPZR i ambasador w Rumunii, jak wielu innych, którzy później zrobili karierę w Rosji, obejmując istotne stanowiska w aparacie propagandy i w mediach. Przez pewien czas prowadziłem z nimi korespondencję, nawiązały się przyjaźnie…
Gdy w październiku 1985 roku wróciłem do Polski, stwierdziłem, że mam znajomych w moskiewskiej elicie politycznej i były to w większości znajomości zawarte w Druskiennikach. Żeby je odnowić należało zbudować odpowiednią legendę, to jest stworzyć moją nową, budzącą jak najmniej podejrzeń (bo całkowicie wyeliminować ich się nie dało) tożsamość. Wracałem przecież z Paryża, gdzie wcieliłem się w rolę kleryka jezuickiego, byłbym więc całkowicie niewiarygodny dla ewentualnych rosyjskich rozmówców.
Tutaj z pomocą przyszedł mi po części przypadek. Mój stary kolega, z lat 70., gdy jeszcze publikowałem swoje teksty w warszawskim miesięczniku „Chrześcijanin w świecie” okazał się być teraz działaczem Stronnictwa Demokratycznego i publicystą prasy SD.
Zrozumiałem, że nadarza się okazja wejścia w środowisko dziennikarskie SD, a stamtąd dopiero, pod tą właśnie flagą, jak powiedzieliby funkcjonariusze operacyjni wywiadu, działanie na kierunku ZSRR. Tu pozwolę sobie na dygresję – do SD nie wstąpiłem aby „inwigilować” tę partię. W kontekście tego, że SD było stronnictwem sojuszniczym PZPR brzmiałoby to co najmniej humorystycznie. Oczywiście, powstawały wśród członków tej organizacji ciekawe idee, toczyły się interesujące dyskusje, ale były one dobrze znane w gmachu KC i wsłuchiwanie się w nie nie stanowiło mojego zadania, nawet jeśli stałem się publicystą „Tygodnika Demokratycznego” od marca 1986 r., a później, od 1988 roku członkiem zespołu redakcyjnego miesięcznika „Myśl Demokratyczna”, które były pismami wydawnictwa „Epoka”, należącego do Centralnego Komitetu SD. Pisałem tam pod nazwiskiem lub pod pseudonimami TR, TTT czy Aleksander Bożyk. Stąd już była stosunkowo prosta droga do odnowienia relacji z radzieckimi kolegami po piórze i działaczami poznanymi kiedyś przy okazji pracy w „strojotriadzie” oraz nowymi poznawanymi w ramach nawiązywania relacji między prasą SD i agencjami prasowymi na wschodzie, w Moskwie…
Rozumiem, że czytelnik pragnąłby poznać teraz trochę szczegółów. Ze szczegółami jest nieco trudniej. Wprawdzie gryf tajności z operacji Wywiadu sprzed końca 1989 roku został zdjęty, ale istnieją inne, czysto ludzkie względy, które obligują mnie w tym przypadku do daleko idącej dyskrecji. Wielu ludzi, którzy często przypadkowo udzielali mi istotnych dla polskiej strony informacji nadal żyje, żyją ich bliscy.
Byli też oczywiście i tacy, u których, szczególnie w końcu lat 80., informację po prostu się kupowało.
Pamiętam jak za 2 tys. USD uzyskałem protokoły posiedzenia jednej z komisji KC KPZR, których tematem była ocena sytuacji wewnętrznej w Polsce, a biorąc pod uwagę wartość polityczną tych informacji, cena była śmiesznie niska. Pierwszą tego typu operację na terenie ZSRR przeprowadziłem we wrześniu 1986 roku. Przebywałem wówczas w Moskwie stosunkowo krótko, mieszkając naprzemiennie to w hotelu „Pekin”, to w willach znajomych mi osób z tamtejszej elity polityczno-intelektualnej w miejscowościach o „ograniczonym dostępie” w owych czasach – Pieriediełkino i Srebrny Bór .
Nie przeceniając wagi tych materiałów trzeba powiedzieć, że były to sygnały istotne. Dotyczyły problemu sojuszniczej lojalności Polski w ramach Układu Warszawskiego, dyskusji na temat jej systemu politycznego, gdzie jawiły się wizje wielopartyjności, pod egidą wszakże przewodniej PZPR, która miałaby coś w rodzaju „złotej akcji politycznej” na podobieństwo „złotej akcji skarbu państwa, pozwalającej na decydujący głos w spółce”. Myślano o finlandyzacji Polski, ale były też silne naciski ideologicznego betonu partyjnego, wskazujące na konieczność „dyscyplinowania” krnąbrnego sąsiada. Wystarczy wymienić Susłowa. Warto tu wspomnieć, na kanwie ciągle nierozstrzygniętego sporu o stan wojenny, polegającego na nieretorycznych wcale pytaniach „weszliby czy by nie weszli”, że ówczesna Rosja miała wiele środków nacisku na Polskę, niekoniecznie militarnych, również w II połowie lat 80. Sądzę, że wystarczyłoby przerwanie dostaw rudy do huty Katowice, połączone z przykręceniem kurka do rafinerii Płockiej i gazociągu, aby w Polsce doszło oprócz katastrofy gospodarczej, do wielkich wstrząsów społecznych, wywołanych przez tysiące pozbawionych pracy ludzi. Najłatwiej być prorokiem post factum i twierdzić dzisiaj „nic by nam nie zrobili”. Otóż mogliby zrobić, a co do tego żeby nie zrobili – nie było wówczas żadnych gwarancji. Dlatego ważenie różnych decyzji wewnątrz państwa polskiego, takiego jakie wówczas realnie istniało, obudowanego systemem uznania międzynarodowo-prawnego, traktatowego, i dysponującego ułomną, ale jednak suwerennością, musiało być oparte na wiarygodnym materiale informacyjnym, szczególnie jeśli te decyzje powodowały interferencje na linii Warszawa-Moskwa, interferencje, których skutki mogły być zarówno dla władzy, jak i dla opozycji, opłakane.
Ale wróćmy do „szczegółów”, tych, które jak sądzę, nikomu już nie wyrządzą krzywdy. Wśród incydentalnych, ale bardzo cennych informatorów, nie zdających sobie zresztą sprawy z tego z kim realnie rozmawiali był m.in. wspomniany już Jewgienij Tiażelnikow, był także dyrektor agencji „Novosti”, byli też członkowie ekipy kierowniczej agencji ITAR-TASS, osoby w większości dziś na emeryturach, bądź zmarłe. O tych, którzy sprzedawali informacje, też zresztą już będących poza obiegiem społeczno-politycznym, wspominać nie będę.
A jeśli chodzi o konkretne akcje, przy których, gdzieś jak to mówią Rosjanie, „z tyłu głowy” ciągle czaiła się świadomość niebezpieczeństwa tej gry, chciałbym podać przykład jednej, łączącej aspekty komiczne z potencjalnie dramatycznymi.
W lipcu 1989 roku, a więc już po wyborach w Polsce, w których zwyciężyła „Solidarność”, ale jeszcze przed decyzjami komisji weryfikacyjnej MSW, która decydowała kto pozostanie w wywiadzie polskim, a kto go będzie musiał opuścić, realizowałem ostatnie zadanie w ZSRR, kończące misję zdobywania informacji na temat politycznych ocen Moskwy co do wydarzeń rozgrywających się za jej zachodnią granicą. Oficjalnie w ramach dwuosobowej delegacji „Myśli Demokratycznej” przebywałem w Moskwie na zaproszenie tygodnika „Literaturnaja Gazieta”. Ale równocześnie zdobyłem, z innych źródeł, poważną radziecką analizę przemian w Polsce, wraz z wnioskami, które gremia rządzące w ZSRR z tej analizy wyciągały. Nie miałem technicznej możliwości przetworzenia tego maszynopisu tak, aby go skutecznie zakamuflować. Przecież nie mogłem oprzeć się o struktury ambasady polskiej w Moskwie. Wobec tego zdecydowałem się na dość ryzykowny krok. Byłem delegowany z prasy SD, które miało wtedy, po części przeze mnie wypracowaną dla umocnienia legendy, dobrą passę w swej polityce wschodniej. Świadczyły o tym – życzenia KC KPZR dla delegatów XIV Kongresu SD z kwietnia 1989 r., czy wywiad udzielony przez przewodniczącego CK SD Jerzego Jóźwiaka „Moskowskim Nowostiam”, w maju 1989 r., pt. „Jaka powinna być Polska”. Byłem więc w miarę wiarygodny dla strony rosyjskiej, a także, jak miałem nadzieję przy tamtejszym obiegu informacji, dla podlegających KGB służb celno-granicznych, bowiem wracaliśmy do Warszawy samolotem.
Tu wspomnę o pewnych cechach charakterologicznych, którymi musi dysponować oficer wywiadu, a szczególnie – oficer pionu „N”. Jedną z nich jest tzw. aktorstwo życiowe. Sprowadza się ono do tego, aby w każdym środowisku, a także sytuacji zareagować tak, jak tego dane środowisko w określonej sytuacji od ciebie oczekuje.
Wiedząc, że polscy turyści przewozili wówczas z Rosji „kontrabandę” często w postaci m.in. czarnego kawioru, a czasem, aby zapewnić sobie środki na przyszłe transakcje wywozili ruble (obie operacje były niedozwolone) zrobiłem co następuje. Do walizki w dolnej jej części, pod odklejonym obiciem, które przykryłem ubraniami, umieściłem wspomniany dokument. W środku, między ubraniami ułożyłem dwie 100 gramowe puszki kawioru. Do portfela schowałem sporą kwotę rubli. Kolegę, który towarzyszył mi na delegacji nie mając pojęcia o celu mojej misji poprosiłem, by w razie jakichś moich kłopotów na granicy, kontynuował podróż powrotną do kraju i zawiadomił o ew. komplikacjach sekretarza CK SD ds. prasy i propagandy, sprawującego pieczę nad środowiskiem dziennikarskim stronnictwa-Mieczysława Leśniaka. Byłem nieco spięty, ale tego chyba właśnie celnicy od przemytnika-amatora oczekiwali. Na lotnisku wszystko odbyło się zgodnie ze scenariuszem – przy kontroli bagażu ręka celnika natrafiła na puszki z kawiorem. To go usatysfakcjonowało i nie szukał już dalej. Więcej nawet, ponieważ tłumaczyłem mu, zresztą zgodnie z prawdą, że wiozę ten kawior, przecież małą ilość, dla mego wiekowego ojca, który chciał sobie przypomnieć jego smak, celnik oddał mi jedną puszkę, ale za to „zafundował mi” kontrolę osobistą, przy której w portfelu odnalazł ruble. Był już w pełni zadowolony. Sporządził protokół, przyjął ruble w depozyt, z którego teoretycznie mogłem je pobrać przy kolejnym przylocie do Moskwy i poprawił swoją statystykę wykrywalności wykroczeń.
Po wejściu do samolotu kolega – dziennikarz powiedział „denerwowałeś się w zauważalny sposób, gdybyś się lepiej kontrolował, nie znalazłby tego kawioru”. Gdybyż on wiedział, czego dzięki puszkom kawioru ten celnik nie znalazł, pewnie byłby zaskoczony.
A swoją drogą, gdyby celnik kontynuował dokładną kontrolę mojego bagażu (ale po co miałby to zrobić, skoro to co znalazł odpowiadało dokładnie profilowi wykroczeń turysty znad Wisły) to pewnie nie mielibyście państwo okazji czytać tego tekstu…
Potem był koniec roku 1989, zapadły decyzje komisji weryfikacyjnej stanowiące kto służbę opuści a kto w niej zostanie, następnie rok 1990, który zamykał funkcjonowanie struktur Wywiadu PRL. Stanowił cezurę czasową od której zaczął działanie Urząd Ochrony Państwa a po nim Agencja Wywiadu,których zadania zabezpieczał gryf tajemnicy pańswowej, powodując to, co z wywiadowczego punktu widzenia oddaje określenie „reszta jest milczeniem”.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Dom na krwi

Słynny dom na skarpie Bersieniewskiej w Moskwie stał się symbolem czasów radzieckich.

Przekraczasz próg i znajdujesz się w innym wymiarze – po drugiej stronie lustra historii. Nie ma na świecie drugiego takiego muzeum, tak jak nie było i nie ma drugiego takiego domu, którego dzieje, istnienie, oddychanie chroni muzeum „Domu na nabrzeżu”.
W dwóch ciasnych pokojach i korytarzu byłego mieszkania dozorcy udało się zawrzeć „epokę”. Pierwsze wrażenie – jego „mieszkańcy” albo dopiero się wprowadzili i jeszcze nie zdążyli przemyśleć wszystkich zawiłości domowego wnętrza, albo przygotowują się do przeprowadzki. Przyglądając się bliżej, widać jednak, że bałagan jest nie tylko nieunikniony ze względu na nadmiar rzeczy i mebli nagromadzonych na jednym metrze, lecz również jest nieprzypadkowy. „Nieporządek” wywołuje niepokojące uczucie ulotności życia tych, którym te przedmioty służyły. Służbowe były tu nie tylko ponumerowane szafy, fotele, łóżka, stoły, krzesła, lecz również życie ich użytkowników. Wszystko należało do partii, partia zaś była wszystkim…
Dla większej wyrazistości, w najbardziej widocznym miejscu sali muzealnej leży świeżusieńka, szyta na zamówienie czapka enkawudzisty – jadowicie niebieska korona, krwawo jasnoczerwony obwód czapki, ostry, jak krawędź saperskiej łopaty daszek…
Całości dopełnia lista ofiar stalinowskich represji – od sufitu do podłogi i niesamowita instalacja – dziesiątki zdjęć więźniów za drutem kolczastym Gułagu – losy rozwieszone na śmiertelnych hakach reżimu.
Wrota piekła
Z około 800 mieszkańców domu na Nadbrzeżnej 304 osoby zostały rozstrzelane. Ich żony i krewni (ci, którzy nie składali donosów na swoich bliskich) trafiali do łagrów na 5-8 lat. Sieroty wywożono do Daniłowskiego obozu przejściowego dla dzieci. Zbierano odciski palców, zmieniano im imiona i nazwiska, żeby na zawsze oddzielić ich od rodzin – „wrogów narodu”.
Kaci i ofiary często mieszkali w jednym budynku, obok siebie. Również w muzeum (w ciasnocie, bez obrazy) sąsiadują ze sobą, na przykład, biurko sekretarza Stalina, złowrogiego Iwana Towstucha i rzadki w tamtych czasach „telefunken” dwukrotnego bohatera Związku Radzieckiego Jakowa Smuszkiewicza (generała Douglasa), rozstrzelanego za „zdradę ojczyzny”, gdy leżał na noszach pod Samarą w październiku 1941 r. Jego żonę i córkę zesłano do łagru.
W kolejnej gablocie znajduje się martyrologia mieszkańców domu, którzy zginęli na froncie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Wielu z nich nie miało nawet 20 lat, a niektórzy nawet 18. Synowie lotnika Babuszkina – Michaił i Oleg, Bohater Związku Radzieckiego Ruben Ibarruri, przyjaciel z dzieciństwa Jury Trifonowa Lew Fiedotow…
Każdy przedmiot jest metaforą czasu. Filiżanka do kawy z napisem „Sprawa Lenina żyje i zwycięża”. Talerz obiadowy z ideologicznym wezwaniem, które może zadziwić pokolenie fast foodu: „Społeczne odżywianie – pod obstrzałem samokrytyki robotników”. Porcelanowy kubek, z napisem: „Sprawa Lenina przeżyje wieki”, który pociemniał z biegiem czasu od mocnej herbaty…
Brzydki metalowy wieszak wykonany z mocnej stali podarowany Stalinowi przez jego córkę Swietłanę. Na drugim wieszaku wiszą w przeźroczystych pokrowcach dwa generalskie kitle. Należały one do pilota polarnego, jednego z pierwszych Bohaterów Związku Radzieckiego Ilji Mazuruka i syna autora Hymnu Związku Radzieckiego oraz nieśmiertelnej ballady „Wstawaj, kraju ogromny”, twórcy słynnego zespołu pieśni i tańca Armii Czerwonej Aleksandra Aleksandrowa – Borysa (Borys Aleksandrowicz przez długi czas kierował tym zespołem).
„Lista abonentów automatycznej centrali telefonicznej Kremla”. Otwarta na stronie pod literą „S”. „3402 Stalin W.I. kab. WWS KA. 3087 Stalin W.I. kw.”.
Syn „wodza wszystkich narodów” Wasyl również żył w tym domu. Przed W. Stalinem niejaki Spirpin S.A., a po Stalinie – Starowski W.N., kierownik Głównego Urzędu Statystycznego (CSU), doktor nauk, Bohater Pracy Socjalistycznej.
Powstanie muzeum
Muzeum narodziło się 12 listopada 1989 r. Początkowo było ono – w ścisłym znaczeniu tego słowa – społeczne. Jego pomysłodawcą i organizatorem była Tamara Ter-Jegiazarian – siostra wybitnego działacza komsomołu „towarzysza Tera”.
Tamara Andriejewna miała 80 lat, lecz fantastycznej energii i witalności mogły jej pozazdrościć prawnuki. Ter-Jegiazarian z pomocą słynnego pilota, jednego z pierwszych Bohaterów Związku Radzieckiego Mikołaja Kamanina (który był sekretarzem partii tego domu) załatwiła dla muzeum mieszkanie dozorcy i dodatkowo dołączyła do niego 20 metrów kwadratowych.
Z biegiem czasu muzeum stało się miejskie, a następnie państwowe. Wszystkie eksponaty – to dary dzieci, wnuków i prawnuków lub… znaleziska z lokalnych wysypisk. Zdarzało się, że potomkowie kremlowskich mieszkańców wyrzucali nie tylko urzędowe wyposażenie, lecz również unikalne archiwa, albumy fotograficzne, książki, rękopisy, dokumenty mające wartość historyczną. To mówi samo za siebie – na skrzyżowaniu dwóch epok wielu demonstracyjnie wypierało się przeszłości swoich bliskich.
Mowa przedmiotów
Portret Stalina pędzla Pantelejmona Lepieszyńskiego, współpracownika Lenina, przez wiele lat był schowany przez autora za kanapą. Teraz wisi w muzeum nad urzędową sofą ze smutną lalką w rogu. Stalin jest na nim karykaturalny. Namalowany w pozycji stojącej. W prawym górnym rogu płótna przylepiony (wielkości kartki pocztowej) Włodzimierz Ilicz w głupiej chorobliwej pozie; z dzikim spojrzeniem z tamtego świata. Co to znaczy? Gdyby portret pojawił się w tamtych czasach, los Lepieszyńskiego byłby przesądzony…
Unikalnym eksponatem jest amerykańskie radio podłogowe z wieloma szufladami na płyty. Jest to jeden z dwóch odbiorników podarowanych Stalinowi przez Roosevelta.
Radioodbiorników w muzeum jest kilka, lecz jeden z nich jest wyjątkowy. Został zrobiony przez więźniów politycznych w jednej z fabryk w Gułagu i stał się startowym modelem do masowej produkcji.
Szwajcarski zegarek wyprodukowany w 1940 r. przez firmę Longines. Został on podarowany muzeum przez krewnych „czerwonego dyktatora” Sergieja Bałachina. Niewielką partię takich zegarków na przełomie września i października 1941 r. wysłał do Moskwy prezydent USA Roosevelt w nagrodę dla obrońców Moskwy.
Najbardziej wzruszającym eksponatem muzeum jest wypchany pingwin. Też ma swoją historię. Podczas jednej z ekspedycji dostał się on do samolotu pilota Mazuruka i dotarł na gapę do Moskwy. Przez jakiś czas mieszkał z pilotem, ale na stare lata trafił do ZOO. Potem został straszydłem, które ze smutnym uśmiechem wita gości muzeum.
Ilja Mazuruk był Białorusinem. W lipcu obchodzono 110. rocznicę jego urodzin. Urodził się w Brześciu. Był synem robotnika, a od 14. roku życia sam był najpierw robotnikiem na kolei, a potem uczniem i pomocnikiem maszynisty. Stał się wielkim lotnikiem. Podczas wojny Mazuruk razem z drugim asem przestworzy Michaiłem Wodopianowym transportował z Alaski przez całą Syberię na nasz front amerykańskie samoloty. Latali bez nawigacji i świateł, co samo w sobie było zawodowym wyczynem.
18 marca 1957 r. lotnik Mazuruk w samolocie An-2 jako pierwszy na świecie wylądował na szczycie góry lodowej na Antarktydzie. Łącznie 254 razy lądował na dryfującym lodzie. Dom na skarpie Bersieniewskiej Mazuruk nazywał „prawdziwym rezerwatem myśli”. W muzeum „Domu na nabrzeżu”, oprócz generalskiego munduru lotnika, zachowane jest jego gipsowe popiersie z młodą kobietą. Oboje zarażają szczęściem…

Przełożyła M. Hofman

Polska w Układzie Warszawskim

„W sytuacji równowagi bezpieczeństwa stron, a w istocie równowagi strachu – polski komponent, w szczególności nasze centralne położenie, potencjał ludnościowy, gospodarczy, militarny – stanowił jeden z kluczowych czynników tej równowagi”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Miesiąc temu minęła tzw. okrągła, bo 65 rocznica powstania Układu Warszawskiego (UW), nie miałem zamiaru pisać okolicznościowego tekstu. Skłoniły mnie ku temu pytania części Czytelników, wskazując, że temat „politycznie martwy”, jest interesujący dla części osób zajmujących się przeszłością Polski. Były głosy mające znamiona przestrogi. Nie pamiętanie o rocznicy będzie odczytane przez prawoskrętne piśmiennictwo, że ukrywany jest „wstydliwy fakt” z okresu PRL. Rzeczywiście, to przekonujące argumenty – oczekiwanie wiedzy i podejrzenie o „skrywanie”, świadome pomijanie i dawanie asumptu do krytyki.
Drugim, nie mniej ważnym powodem jest dość szeroki odzew na ostrzegawczy tekst Pana Andrzeja Ziemskiego pt. „Broń jądrowa w Polsce?” (25-26 maja 2020). Wprawdzie na ten tekst „odpowiedziałem” publikacją -„Plan Rapackiego” ( 29-31 maja), sygnalnie odnosząc się do kwestii UW. Nie mniej inspirujące myśli z logicznie motywowanych argumentów Pana Andrzeja i Państwa Czytelników są istotnym czynnikiem, by szerzej przedstawić miejsce, rolę Polski w UW, ówczesne uwarunkowania i dokonać ich oceny z dystansu ponad półwiecza.
„Inspiratorzy” Układu
Być może niektórzy przyjmą z niedowierzaniem stwierdzenie, iż Zachód, konkretnie USA i W. Brytanię uznaję „inspiratorami” utworzenia Układu Warszawskiego. A czynnikiem tym nie było utworzenie NATO, pisałem we wspomnianym tekście „Plan Rapackiego”. Ze strony ZSRR nie było faktycznego powodu do jego utworzenia, jako zbiorowego „środka obrony” przed „agresją” ze Wschodu. Mówiąc wyżej cytowanymi słowami Generała, nie było „sytuacji równowagi strachu” dla Zachodu. Nikt trzeźwo myślący nie uzna „propagandowych argumentów” rzeczywistymi dowodami polityczno- militarnych decyzji, wiedząc, kto je „produkował” i rozpowszechniał, o czym pisałem. Proszę, by Państwo uważnie „wczytali” się w tę ocenę-„Atlantycki blok militarny… tworzono nakładem ogromnych kosztów i środków materialnych, w imię rzekomej obrony „ideałów zachodniego świata”, przed „grożącą ze wschodu agresją”. Pokojowa polityka Związku Radzieckiego i krajów socjalistycznych obaliła od podstaw te absurdalne mity, dowiodła w całej rozciągłości, że ostatecznym rezultatem obrony owych ‘ideałów’ stało się przekształcenie państw NATO w posłusznych satelitów USA, bez reszty wciągniętych w nurt niebezpiecznej polityki Waszyngtonu”. Napisał to w 1970 r., w książce„Kowboje i rakiety”- Leszek Moczulski. Tak, ten szef KPN! Jeśli Ktoś w 2020 r. chce wyśmiać tę ocenę- proszę bardzo o niepodważalne, „twarde” fakty.
Jak łatwo zauważyć, utworzenie UW nie było „odpowiedzią” na powstanie NATO. Francja- członek NATO, dokonała w1954 r., udanej próby nuklearnej. Od 1954 r. USA rozpoczęły składowanie broni jądrowej na terenie NRF i Wielkiej Brytanii (tu silosy z rakietami były montowane wspólnie z angielskimi). Przygotowania takie trwały w Belgii, Holandii, Grecji i Turcji. Przypomnę, iż w chwili tworzenia NATO (październik 1949) USA dysponowały 235 bombami jądrowymi, zaś ZSRR był po pierwszej (29 sierpnia 1949) doświadczalnej próbie eksplozji bomby nuklearnej. Część publikacji po 1989 r., bagatelizuje fakty zagrożenia dla ZSRR, tłumacząc postępowanie USA rolą w polityce światowej, a europejskiej w szczególności. Proszę, odpowiedzcie na pytanie- czy „rola USA” dla każdego kraju na świecie, a ZSRR głównie- miała oznaczać bezwzględne posłuszeństwo, respekt dla decyzji płynących z Waszyngtonu? Dla wielu Czytelników jest oczywiste, że państwa NATO, a głównie dysponujące bronią jądrową i pracujące nad nią, były uważnie i dosłownie wnikliwie obserwowane przez służby wywiadowcze ZSRR. Miał więc informacje w miarę aktualne i dostrzegał rzeczywistą przewagę Zachodu w tej broni, lotnictwie i marynarce.
Proces „tworzenia” Układu
Należy zatem postawić pytanie-co przesądziło o utworzeniu UW? Oczywiście decyzja władz ZSRR. Czym spowodowana- takimi faktami! 5 maja 1955 r. Bundeswehra została oficjalnym członkiem NATO, co Zachód uznaje za formalność. Zapomina, że włączenie wojsk NRF do podległości militarnej, wojskowej Dowództwu NATO, oznaczało gotowość do różnych zadań w pełni bojowych, po prostu groziło konfliktem zbrojnym w Europie. Trwały też „ściśle tajne” prace nad porozumieniem między NRF a USA o wzajemnej pomocy obronnej (weszło w życie 27 grudnia 1955 r.). To w praktyce uznanie remilitaryzacji Niemiec za oficjalny fakt (niektórzy nazywają to dalszym dozbrajaniem, gdyż rozpoczętym w 1954 r. na mocy traktatów paryskich). Tu istotny szczegół. Podpisanie tych traktatów wywołało dość szybką reakcję Kremla. Przywódcy państw socjalistycznych zostali zaproszeni na pilną naradę(przełom listopada i grudnia1954r.) do Moskwy. Opublikowany komunikat zapowiadał – „w przypadku ratyfikacji układów paryskich zdecydowani są przedsięwziąć wspólne środki w dziedzinie organizacji sił zbrojnych i ich dowództw, jak również inne środki, niezbędne do umocnienia ich zdolności obronnej”. Oczywiście- nikt na Zachodzie nie „przejął się” takim ostrzeżeniem, traktaty zostały ratyfikowane. Wielu poważnych analityków ten fakt uważa za dosłownie ostrzegawczą zapowiedź powołania przez ZSRR „organizacji zbrojnej” bloku. Zaś dyplomacja ZSRR na przełomie 1954/ 1955 r. podjęła szereg kroków zapobiegających ich ratyfikacji. Zachód akcentował kwestie gospodarcze, powołanie Unii Zachodnioeuropejskiej, a o „stronie wojskowej” milczał, udawał głuchego i ślepego. ZSRR zgłosił nowe koncepcje pokojowe i odprężeniowe w Europie. Jedną z nich była propozycja zjednoczenia Niemiec, jako konfederacja NRF i NRD, przy realizacji porozumień poczdamskich -właśnie militarna neutralizacja, wolne wybory do władz skonfederowanych obu krajów i zawarcie odnośnego traktatu pokojowego. Proszę – zwróćcie Państwo uwagę. Gdyby wtedy USA wyraziły zgodę, biorąc przy tym -jako warunek-sugestie kanclerza Adenauera, że Niemcy istnieją w granicach z 1937 r. Jak zachowałby się ZSRR- oddałby nasze Ziemie Odzyskane, czy nie? Pamiętajmy-mocą Traktatu Poczdamskiego, Polska otrzymała je w „czasowe administrowanie”. ZSRR na tym zyskałby „wgląd i wpływ” na politykę i gospodarkę Niemiec jako jeden z „politycznych nadzorców”, obok USA, Anglii i Francji. Zaś straciłby „urzędową sympatię” Polaków, którą dobrze znał! Co w takiej sytuacji mogłyby uczynić ówczesne władze Polski- możliwości były trzy: pogodzić się z tym faktem; błagać o oddanie nam Kresów Wschodnich; wszcząć bunt, „powstanie narodowe”, zapewne krwawo stłumione i zostać 17 republiką, trzymaną „twardą ręką”. Także z pokojem w Europie mogło być różnie. Dlaczego- Zachód zapewne znalazłby sposoby by pozbyć się ZSRR, a na pewno zminimalizować jego wpływ w obszarze Niemiec. Pomyślcie Państwo nad przeszłością! Że wtedy bylibyśmy osamotnieni, pisać nie trzeba.
Wracam do głównego wątku. Kanclerz Konrad Adenauer, wprawdzie poufnie – wypowiadał się za wyposażeniem Bundeswehry w broń jądrową, co 1 kwietnia 1957 r. stało się oficjalne. I taki argument- w 1955 r., posiadany potencjał jądrowy USA i WB pozwalał na zniszczenie ZSRR. Jak Państwo myślicie- czy Kreml mający w chwili powstania UW 200 bomb jądrowych, zaś NATO- 3067 ładunków jądrowych (arytmetyczna przewaga 15 razy, w mocy mniejsza), powinien być obojętny, „spać spokojnie”?
Analizując proces powstania Układu, można zauważyć dwa jego niejako równoległe uwarunkowania, płaszczyzny. Pierwsza, to skrótowo wspomniana polityczno-militarna. Zaś druga- wewnętrzna jest nie mniej istotna. To zmiany w ZSRR. „Otworzyła” je 5 marca 1953 r. śmierć Stalina. Nastąpiły czystki kadrowe w KPZR, znane „rozliczenia z kultem jednostki”. Swoistym tego „szczytem” jest tajny referat Nikity Chruszczowa na XX Zjeździe KPZR, oczywiście szybko rozpowszechniony jako rzeczywista sensacja-może o to chodziło?, przynajmniej niektórym. Czy mogło to doprowadzić do destabilizacji politycznej w bloku wschodnim? Proszę zwrócić uwagę, że NRD niezbyt „cieszyło się” z radzieckiego nadzoru, np. sprawa Berlina w 1953 r., odpowiednio „dowartościowana” przez Zachód, jako „troska” o demokrację. A Polska?- nie zapominajmy o stalinizacji i „zbrojnych bandach”. Lata 1944- 1955 przyniosły kilka tysięcy ofiar, wiele krzywd, ludzkiego bólu i cierpienia. Czy mogło dojść do walk bratobójczych, na szeroką skalę(to oddzielny temat)?
Obecna polityka historyczna i „lepiej wiedzący”, uznają za rzeczywistą przyczynę powstania UW utrzymanie hegemonii (czytaj „posłuszeństwa”) nad krajami bloku przez ZSRR. Nie rozumieją, że do „ideologicznego posłuszeństwa” wystarczyły inne argumenty, np. „twardogłowi partyjni” czy NKWD (patrz Polska), naciski gospodarcze poprzez RWPG . Proszę zauważyć, że Układ nie był potrzebny ZSRR, by realizować tzw. doktrynę Breżniewa.
Podstawowe ustalenia
Art. 4. Jest kluczowym dla Układu. Stanowi -„W przypadku napaści zbrojnej w Europie na jedno lub kilka Państw Stron Układu, dokonanej przez jakiekolwiek państwo lub grupę państw, każde Państwo Strona Układu, realizując prawo do samoobrony indywidualnej lub zbiorowej, zgodnie z artykułem 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli państwu lub państwom, na które dokonana została taka napaść, natychmiastowej pomocy, indywidualnie i w porozumieniu z innymi Państwami Stronami Układu, wszelkimi środkami, jakie będzie uważało za niezbędne, włączając zastosowanie siły zbrojnej. Państwa Strony Układu będą niezwłocznie konsultować się w sprawie wspólnych kroków, które należy podjąć w celu przywrócenia i utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa”. .
Postanowiono także, że o podjętych krokach, „zawiadomiona będzie Rada Bezpieczeństwa” oraz „zostaną wstrzymane, gdy Rada Bezpieczeństwa podejmie środki, niezbędne dla przywrócenia i utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa”.
Dla NATO, podobny w treści jest art. 5. Może to wskazywać, że wzorowali się na nim autorzy UW. Są istotne różnice i podobieństwa:

  • państwa UW miały się wspólnie bronić przed „zbrojną napaścią w Europie”- tylko! A ZSRR zajmował część kontynentu azjatyckiego, którą ten Układ nie obejmował. Natomiast NATO obejmowało Amerykę Północną, gdyż Kanada była członkiem. Dla porównania, proszę zauważyć, że art. 6 NATO zasięgiem terytorialnym obejmuje terytorium którejkolwiek ze stron w Europie lub Ameryce Północnej, algierskie departamenty Francji, terytorium Turcji oraz wyspy pod jurysdykcją którejkolwiek ze stron na obszarze północnoatlantyckim na północ od zwrotnika Raka. Zobowiązania traktatu obowiązują także w razie ataku na siły zbrojne, okręty lub samoloty którejkolwiek ze stron znajdujące się na tych terytoriach lub nad nimi albo na jakimkolwiek innym obszarze w Europie, na którym w dniu wejścia w życie traktatu stacjonowały wojska okupacyjne którejkolwiek ze stron, lub na Morzu Śródziemnym czy obszarze północnoatlantyckim na północ od zwrotnika Raka. Powtarzam- ZSRR jednak nie przewidywał użycia sił Układu poza terytorium;
  • państwa UW ustalały „niezwłocznie konsultować się w sprawie wspólnych kroków”. Tego nie zawiera art.5 NATO;
  • identyczne są zapisy odnośnie „reakcji na postanowienia Rady Bezpieczeństwa” ONZ.
    Art. 7, zabraniał uczestnictwa w koalicjach, jeśli cele będą sprzeczne z celami UW.
    Art. 9 Układ jest otwarty dla „miłujących pokój państw, bez względu na ich ustrój”.
    Art. 10- czynił Polskę depozytariuszem dokumentów Układu. 
    Art. 11 Układu deklarował jego rozwiązanie „w przypadku utworzenia w Europie systemu bezpieczeństwa zbiorowego i zawarcia w tym celu „Ogólnoeuropejskiego Układu o bezpieczeństwie zbiorowym, do czego wytrwale dążyć będą Układające się Strony”. Na tym polu, głównie z inicjatywy Polski, przy aktywnym zaangażowaniu szefa MSZ udało się – po 10 latach starań doprowadzić do KBWE w Helsinkach, 1975 r. (wymaga oddzielnego opisu). W myśl tego artykułu, Układ miał obowiązywać przez 30 lat. 26 kwietnia 1985 roku jego ważność przedłużono o następne 20 lat, z możliwością przedłużenia o dalsze 10 lat w razie nie wypowiedzenia. Istniał do 1 lipca 1991 roku.
    Główne organy
    Struktura organizacyjna UW obejmowała organy cywilno- wojskowe:
  • Doradczy Komitet Polityczny(DKP),najwyższy organ polityczno-wojskowy. Jego skład stanowili: premierzy rządów, ministrowie spraw zagranicznych i ministrowie obrony oraz przywódcy partii. Komitet wypracowywał wspólne poglądy na zasadnicze kwestie w zakresie strategii wobec zagrożeń polityczno-militarnych. Przywódcy państw Układu od początku stawiali za cel swojej polityki dążenie do rozwiązywania wszelkiego rodzaju konfliktów na drodze pokojowej i dyplomatycznej. Obok deklaracji zgłaszano konkretne „Plany”, np. wspomniany Pan Rapackiego czy Plan Jaruzelskiego, maj 1987. Na posiedzeniu DKP w Berlinie 28-29 maja przyjęto dokument pt. „O doktrynie wojennej państw-stron Układu Warszawskiego”. Członkowie DKP poparli Plan Jaruzelskiego. Był to ewidentny sukces Generała i naszej dyplomacji. Końcowy jego frag­ment brzmi: „Państwa-uczestnicy Układu Warszawskiego proponują państwom-członkom So­juszu Północnoatlantyckiego przeprowadzenie konsultacji w celu skonfrontowania doktryn wo­jennych obydwu sojuszy, analizy ich charakteru, wspólnego rozpatrzenia kierunków ich dalszej ewolucji, mając na względzie usunięcie nagromadzonych przez lata podejrzliwości i nieufno­ści, osiągnięcie lepszego wzajemnego zrozumienia zamierzeń, zapewnienie, aby koncepcje i doktryny bloków wojskowych i ich uczestników bazowały na zasadach obronnych. Przed­miotem konsultacji mogłyby stać się także niezbilansowanie i asymetria w poszczególnych ro­dzajach uzbrojenia i sił zbrojnych oraz poszukiwanie dróg ich usunięcia na zasadzie ograni­czenia tego, kto uzyskał wyprzedzenie, w takim rozumieniu, że takie ograniczenia doprowadzą do ustalenia jeszcze niższych poziomów. Państwa-uczestnicy Układu Warszawskiego proponu­ją takie konsultacje na autorytatywnym eksperckim poziomie, z udziałem wojskowych specjalistów obydwu stron. Są oni gotowi do przeprowadzenia takich konsultacji już w 1987 roku”.
    Sygnatariusze tego dokumentu zwracali się do wszystkich państw NATO o przeprowadzenie konsultacji celem porównania treści swoich doktryn, przedłożenia zamiarów oparcia ich na zasadach „ściśle obronnych”. W świetle dokumentu DKP, polska propozycja była dobrą podstawą, swoistą „rozgrzewką” przed jego pełnym wcieleniem w życie. Pierwsze w historii polsko – niemieckie konsultacje w sprawie bezpieczeństwa militarnego i doktryn wojennych z udziałem przedstawicieli MON i Sztabu Generalnego WP odbyły się w Ebenhausen (RFN) w czerwcu 1989 r. Zachodnioniemiecki ekspert ds. rozbrojenia Egon Bahr, członek SPD i bliski współpracownik Kanclerza RFN Willy Brandta – ogłoszenie Planu Jaruzelskiego usłyszał na posiedzeniu Forum Polska – RFN, które odbywało się w Kilonii w dniach 8-10 maja. Plan ten „na gorąco” powitał słowami: „Polska wraca do Europy inicjatywą w polityce międzynarodowej, całkiem w stylu Rapackiego i zarówno treść, jak i moment całkowicie odpowiada zapotrzebowaniu” Plan Jaruzelskiego, to osobny temat)..
  • Komitet Ministrów Obrony najwyższy organ wojskowy Układu, członkami byli Ministrowie Obrony. Zajmował się ustalaniem wspólnych przedsięwzięć wojskowych, a zwłaszcza: ćwiczeń i manewrów sojuszniczych oraz gier wojennych i ćwiczeń dowódczo-sztabowych; współpracy w zakresie szkolenia sztabów i wojsk, wprowadzenia nowych wzorów uzbrojenia, zabezpieczenia logistycznego wojsk itp. ujednolicenia regulaminów i instrukcji, przepisów wojskowych;
  • Komitet Techniczny, jego domeną było unowocześnianie uzbrojenia i wyposażenia wojsk Układu, jego standaryzacja ułatwiająca współdziałanie na polu walki i zabezpieczenie techniczne. Komitet wskazywał i koordynował specjalizację produkcji sprzętu wojskowego przez poszczególne państwa;

-Zjednoczone Dowództwo Sił Zbrojnych, najwyższy organ dowodzenia Układu. Na czele stał Naczelny Dowódca ZSZ (pierwszym był marsz. ZSRR, Iwan Koniew), któremu podlegał mu Sztab ZSZ, składający się przedstawicieli narodowych armii. Ogółem Sztab ZSZ liczył 523 pracowników merytorycznych, w tym 173 z krajów członkowskich, gdzie Polacy mieli 43 stanowiska w różnych ogniwach. Proszę o zwrócenie uwagi, iż Sztab ZSZ utworzono w 1969 r., czyli 14 lat po utworzeniu Układu. Świadczy to, że nie spieszno się z „agresją” na Zachód, ZSRR nie „chwytał silną ręką” państw i armii członkowskich(proszę nie odczytać tego jako moją złośliwość). Wbrew różnym insynuacjom, trwały uzgodnienia, m.in. odnośnie wydzielanych wojsk, ich wyposażenia i dowodzenia na czas wojny. Nikt z członków nie ukrywał, swojej wrażliwości na tle zwierzchnictwa ZSRR Dowództwo nad wydzielonym wojskami każdego z państw sprawowali ministrowie obrony tych państw. Od 1969 przy dowództwie ZSZ funkcjonowała Rada Wojskowa, w skład której wchodzili zastępcy Naczelnego Dowódcy ZSZ oraz szef sztabu ZSZ.

  • Zjednoczone Siły Zbrojne, stanowiły kontyngenty jednostek operacyjnych, każdego kraju, stosownie do jego możliwości narodowych, położenia i przewidywanych kierunków zagrożenia oraz koalicyjnego użycia w Europie. Były one uzgadniane w formie dwustronnych porozumień z ZSRR, na okres 5-letni, tak na czas pokoju jak i wojny. Wytypowane jednostki cechowały się wysokim poziomem gotowości bojowej. Polska, w myśl porozumienia z 17–19 października 1955 r., wydzieliła Front, w składzie trzech armii ogólnowojskowych i armii lotniczej. Pierwszym dowódcą był szef Inspektoratu Szkolenia, wiceminister ON, gen. broni Zygmunt Duszyński, ostatnim- gen. broni Eugeniusz Molczyk
    Front Polski miał prowadzić operację w drugim rzucie strategicznym ZSZ UW, zależnie od skali zagrożenia i przewidywanego rozwoju sytuacji strategicznej, jako:
  • strategiczną operację obronną na linii Odry w drugim rzucie wojsk Układu;
  • strategiczną operację zaczepno- obronną na nadmorskim kierunku operacyjnym (o charakterze pomocniczym), osłaniając prawe skrzydło głównego zgrupowania uderzeniowego Armii Radzieckiej. Celem operacji było zamknięcie cieśnin duńskich (zajęcie wysp Zelandia i Fionia, niedopuszczenie sił morskich NATO na Morze Bałtyckie (zabezpieczenie wybrzeża Polski, NRD i ZSRR przed desantami morskimi). Jak widać- plany operacyjne przewidywały więc prowadzenie działań obronno- zaczepnych.
    Tu ciekawostka. Radosław Sikorski przejawił „dekomunizacyjną inicjatywę” przez ujawnienie planów operacyjnych Wojska Polskiego w ramach UW. Kto z Państwa nie pamięta związanych z tym sensacji w latach 2005-2006. Okrzyknięto Polskę„agresorem”- mieliśmy zdobywać duńskie wyspy. Pojawiły się ujawnione mapy tej operacji, na różne sposoby spekulacje domorosłych polityków i strategów. Nikt nie brał pod uwagę ówczesnej rzeczywistości i współzależności do ew. działań NATO. Wręcz odwrotnie te dokumenty były dowodami na pokojową politykę Zachodu, a miliony Polaków dało temu wiarę – zaprzeczycie Państwo? Proszę sobie zanucić- „Jak Czarniecki do Poznania, po szwedzkim zaborze, dla Ojczyzny ratowania wrócił się przez morze” i opowiedzieć dzieciom i wnukom, gdzie i z kim nasz hetman wojował, że „wracał przez morze”.
    Skrótowo i dość ogólnie przedstawiona „część wojskowa” Układu wprowadziła tylko w niezbędny zakres tej problematyki. Być może, pojawią się okoliczności skłaniające do jej szerszego zaprezentowania. Wówczas warto będzie scharakteryzować Układowe ćwiczenia strategiczno-operacyjne, np. Burza Październikowa. Wszystkie rozpoczynały się od uderzenia wojsk NATO (konwencjonalnego, następnie rakietowo-jądrowego), sięgającego za Odrę. Po operacji obronnej na terenie NRD i Polski wojska Układu przechodziły do operacji zaczepnej. Raz tylko w historii Układu, prowadzono ćwiczenie ze wschodu na terytorium Polski, Zapad- 81 (wrzesień 1981), by dać nam do zrozumienia, że doktryna Breżniewa, zastosowana wobec CSRS w 1968 r., jest wciąż aktualna. Uchronił nas stan wojenny. Będzie i okazja, by omówić kwestie związane z bronią jądrową w Układzie.
    Dlaczego „Warszawski”?
    Układ Warszawski – „Układ o Przyjaźni, Współpracy i Pomocy Wzajemnej”, oficjalna nazwa. Z polityczno- militarnego punktu widzenia, był realizacją bukaresztańskiej deklaracji, którą ZSRR, Polska, Węgry, CSRS podjęły po utworzeniu NATO. Czekały 5 lat z jej realizacją. Dla rozsądnie myślących- jest świadectwem unikania konfrontacji polityczno- militarnej. Jak skrótowo wyżej podałem, zostały „przymuszone” postępowaniem Zachodu. Tu taki szczegół – podczas XX Zjazdu Chruszczow jako pierwszy użył określenie -„pokojowe współistnienie”. Było deklaracją wobec NATO i polityczną zapowiedzią Układu.
    Uznanie miejsca podpisania „Układu”, ma nie tyle wymiar formalny, co praktyczny. Warszawa, pałac Rady Ministrów, 14 maja 1955 r., podpis premiera Józefa Cyrankiewicza. Polska stała się- zgodnie z art. 10 depozytariuszem tego dokumentu, podpisanego w 4 językach: polskim, rosyjskim, czeskim i niemieckim. Wszedł w życie 4 czerwca 1955 roku, gdy dokumenty ratyfikacyjne zostały złożone Rządowi PRL, przez wszystkich sygnatariuszy: ZSRR, CSRS, NRD, Albania, Bułgarię, Rumunię, Węgry. Sejm PRL ratyfikował Układ uchwałą z dnia 19 maja 1955 roku. Zarejestrowany przez Sekretariat ONZ 10 października 1955 r., na podstawie dokumentów złożonych przez Polskę.
    Praktyczne interesy Polski.
    Samą nazwą Układ podkreślał czołową rolę kraju jego powstania, czyli Polski (rola wiodąca należała do ZSRR). To Polska „administrowała”, zgodnie z decyzją Poczdamu – Ziemiami Odzyskanymi, o które NRF dobitnie się upominała. Ziomkostwa niemieckie coraz głośniej przypominały „rodzinne strony”, na wschód od Odry, kwestionując granicę. Zapytam, czy docierające różnymi kanałami, w tym przez RWE takie głosy nie wywoływały obaw u naszych przesiedleńców, nie stawiały po ludzku pytań- po co się osiedlać, jeśli to „nie będzie nasze”, co zostawimy swoim dzieciom, jeśli Niemcy niedługo nam to zabiorą? Jeśli ktoś wątpi w sens tych obaw z lat 50. przypomnę słowa abp Kazimierza Majdańskiego z 1990 r.-„Słowiańszczyzna Zachodnia sięgała daleko na zachód, teraz sięga do Odry. A jak będzie dalej? Zapewnienia się mnożą. Widocznie są potrzebne. Czy będą trwałe? Na jakim są budowane fundamencie? Na jakim fundamencie jest zbudowane nasze trwanie: kraju tylekroć krzywdzonego?” Obawy wyrażało wielu biskupów. Dość wspomnieć list do niemieckich biskupów, postawę Kardynała Stefana Wyszyńskiego, bp. wrocławskiego Bolesława Kominka, jego następcę kard. Henryka Gulbinowicza. Jak zdaniem Państwa Czytelników na „drażniące zachowania” Niemców reagował Zachód? Wyrozumiale milczał! Na Ziemiach Zachodnich żaden kraj NATO nie miał swojej placówki dyplomatycznej. Kto pamięta, że reżyser filmu „Konsul”, umieścił we Wrocławiu konsulat Austrii. We wrześniu 1967 r. gen. Charles de Gaulle w Zabrzu wypowiedział pamiętne słowa-„Niech żyje Zabrze, najbardziej śląskie ze śląskich miast, najbardziej polskie z polskich miast”- jedyny przedstawiciel Zachodu w całym 45. leciu PRL na tych ziemiach.
    Polska w ramach UW jednoznacznie stawiała w strategii obronnej sprawę militarnej obrony zachodniej granicy. Znajdowało to odzwierciedlenie w „planach Układu”, w tym jako dokumenty operacyjne. Jedynie sprzeciw wobec ew. użycia swoich wojsk wyrażała Rumunia. Z tego punktu widzenia należy patrzeć na wejście do CSRS jednostek Wojska Polskiego w 1968 r. Władysław Gomułka ową decyzję polityczną tłumaczył dziennikarzom 21 sierpnia jako „nie dopuszczenie do oderwania Czechosłowacji od obozu socjalistycznego,… osłabienia Układu Warszawskiego do zmiany układu sił w Europie, gdyż to wszystko godzi w nasze żywotne interesy. I my musimy widzieć i patrzeć nie tylko na dzień dzisiejszy, … nie tylko czekać na to, czy jutro, nawet może za parę miesięcy nic nam nie będzie groziło, żadna wojna, czy jeszcze nam nie zabrano Ziem Odzyskanych”. Podkreślał, iż „zmiana układu sił stworzyłaby niebezpieczeństwo dla pokoju w Europie, a pierwszymi ofiarami mogłyby stać się NRD i Polska”. Macie Państwo „mocne dowody” by ośmieszyć te poglądy? Na posiedzeniu DKP w Moskwie, 4 grudnia 1989 r. Michaił Gorbaczow zgłosił wniosek- „jest okazja dla ogłoszenia wspólnego oświadczenia w sprawie 1968 r. Mamy tu projekt”. Po jego przeczytaniu Ceausescu mówi- „nie przyłączam się do tego oświadczenia. Jeśli mielibyście być konsekwentni, to trzeba byłoby wyprowadzić wojska radzieckie z Czechosłowacji”. Polska, ustami MSZ Krzysztofa Skubiszewskiego, zgłosiła poprawkę by dopisać zdanie wykluczające interwencję wojsk Układu w przyszłości, ponieważ nie odpowiada ona zasadom. Zgadnijcie Państwo, kto zaprotestował – NRD, CSRS.
    Generał Wojciech Jaruzelski, witając 25 stycznia 1990 r. Prezydenta Czech, Waclava Havla, w Sejmie min. powiedział: „Dziś również jestem winien Panu, jako najwyższemu reprezentantowi swego kraju słowa zadośćuczynienia w związku z wydarzeniem bliższym nam w czasie…Sierpniowy dramat sześćdziesiątego ósmego roku stanowi >zadrę moralną<- bez względu na nasze ówczesne poglądy i pełnione funkcje. Wciąż wraca więc pytanie o istotę tamtych wydarzeń. Ówczesne uwarunkowania zewnętrzne i wewnętrzne, atmosfera podejrzliwości i wrogości między Wschodem i Zachodem, jej doktrynalna, nierzadko wsparta dezinformacją wykładnia zrobiły swoje”. Możecie Państwo dziś, w 2020 r. powiedzieć, że wtedy była „wrogość” tylko ZSRR, a Zachód na falach eteru niósł „szczerą prawdę” niczym oliwną gałązkę. Że Prezydent RP nie miał racji?
    Za rodzaj podsumowania tej części tekstu, niech Państwu posłużą dwie oceny naszego ówczesnego położenia, prof. Zbigniewa Brzezińskiego, doradcy kilku prezydentów USA:
  • pierwsza, „Wrodzy wobec komunizmu i Rosji Polacy nie powinni zapominać, co znaczyłaby Polska w ramach przymierza zachodniego. Zajmowałaby w skali świata miejsce po Ameryce, Niemczech, Francji, Italii i wielu innych państwach. Z uwagi na podstawowe znaczenie Niemców dla Ameryki, byłaby przegrana w jakimkolwiek konflikcie polsko-niemieckim. W obozie socjalistycznym proporcje są odwrotne. Polska jest największą demokracją ludową, trzecią po Związku Radzieckim i Chinach, a drugą w Europie” (książka „Jedność i konflikty” Londyn, 1964r.). Zwracam uwagę -„wrodzy…wobec Rosji Polacy”, czy nie wiedziano tego w ZSRR, co tam o nas myślano i jaki miało to wpływ, proszę pomyśleć!
  • druga, „Polska jest krajem osiowym. Panowanie nad Polską jest dla Sowietów kluczem do kontrolowania Europy wschodniej… geostrategiczne położenie Polski wykracza poza fakt, że leży ona na drodze do Niemiec. Moskwie potrzebne jest panowanie nad Polską również dlatego, że ułatwia kontrolę nad Czechosłowacją i Węgrami oraz izoluje od zachodnich wpływów nierosyjskie narody Związku Radzieckiego. Bardziej autonomiczna Polska poderwałaby kontrolę nad Litwą i Ukrainą … 38 – milionowa Polska jest największym krajem Europy wschodniej pod panowaniem sowieckim, a jej Siły Zbrojne stanowią największą nie sowiecką armię Układu Warszawskiego. Ta pozycja kosztuje Moskwę dużo, ale jeszcze kosztowniejsze byłoby jej poniechanie” (książka „Plan gry”, 1987 r.).
    Wypowiedzi prof. Brzezińskiego są u nas przywoływane i cytowane w głębokim ukłonie, niekiedy na kolanach. Proszę wyciągnąć wnioski na „wczoraj, dziś i jutro”.
    Geografia i bezpieczeństwo Polski
    Nasze położenie geograficzne miało też wpływ na naszą polityczno- militarną pozycję w UW. Proszę spojrzeć „oczami Kremla”. Dla ZSRR- NRD i Polska były terytorialnym buforem przed ew. uderzeniami wojsk lądowych, co ewidentnie wynikało ze strategii USA. Miało decydujący wpływ na strukturę organizacyjną Wojska Polskiego i organizację całego systemu obronnego państwa. Skrótowo Powiem, że: całe lotnictwo myśliwskie i rakietowy system obrony tworzył Wojska Obrony Powietrznej Kraju, przeznaczone do obrony własnego terytorium systemem strefowym, np. wzdłuż zachodniej granicy i wybrzeża morskiego oraz obiektowym, np. Warszawa, aglomeracja śląska, Trójmiasto. Lądowo- morska obrona całego w wybrzeża; terytorium Państwa- wojska wewnętrzne i wojska OTK; system obrony cywilnej (OC), nawiasem mówiąc skopiowany z rozwiązań szwajcarskich pod koniec lat 60-tych. Proszę sięgnąć po tekst b. wicepremiera Józefa Tejchmy, opisującego budowę Nowej Huty, gdzie w budynkach mieszkalnych montowano schrony przeciwatomowe,(Przegląd nr 12 z 2020),podobnie było np. w Warszawie i wielu innych miastach, są do dziś, o czym świadczą?
    Dla Polski członkostwo w UW oznaczało rozwój przemysłu obronnego, produkcję uzbrojenia na radzieckich licencjach, np. czołgów, śmigłowców. Kto na te „wspomnienia” dziś patrzy z uśmiechem, niech wybierze się do Bumar- Łabędy czy Świdnika, porozmawia z pracownikami, dziś emerytami. Wbrew niektórym „stanowczo krytycznym” ocenom naszego członkostwa stwierdzę, że korzystając z radzieckich licencji, rozwijaliśmy własny potencjał naukowy, choćby produkcja stacji radiolokacyjnych, systemów rozpoznania naziemnego i powietrznego, przenośnych rakietowych środków przeciwlotniczych. Kto pamięta, że Polska produkowała samoloty odrzutowe, np. Lim-5, że radzieccy nam jednak zaufali udostępniając konstrukcyjne i techniczne możliwości produkcji. Że wtedy – dziś może śmieszne- po okresie stalinizacji zaufano mjr pilotowi Stanisławowi Skalskiemu (oskarżonemu o szpiegostwo), by odbył przeszkolenie na radzieckich samolotach odrzutowych!
    Rozwój naszego przemysłu obronnego przynosił nam „układową” renomę, byliśmy nie tylko cennym partnerem ale i eksporterem broni, co równoważyło nasze wydatki obronne. Był znaczącym impulsem dla naukowych badań. Dość wspomnieć WAT, wynaleziony przez zespół naukowy prof. Zbigniewa Puzewicza laser, służy nie tylko polskiej medycynie. Także budowa Instytutu Jądrowego w Świerku z radzieckimi reaktorami i osiągnięciami naukowymi zespołu gen. Sylwestra Kaliskiego rozsławiały polską naukę służą nadal medycynie, będąc też inspiracją dla rozwoju cywilnych placówek naukowych. Nasz Wojskowy Komitet Techniczny jako organ koordynacji technicznej w ramach Układu, i nieformalnie w kraju, ma ogromne zasługi dla rozwoju tzw. supertechniki wojskowej i procesu naukowo- badawczego. Spośród niewielu już żyjących oficerów, wspomnieć należy gen. Stanisława Świtalskiego, kierując do „kadry technicznej” WAT, Wojska słowa wdzięczności i serdecznej pamięci. Zachęcam do sięgnięcia po książkę gen. Franciszka Puchały- „Budowa potencjału bojowego Wojska Polskiego 1945-1990”, Warszawa 2013 oraz po „Sztab Generalny WP” napisaną przez zespół pod kierownictwem tego Autora. Dziękuję, za cenne pozycje.
    Rozwój polskiego szkolnictwa wojskowego w ramach Układu widoczny jest m.in. na przykładzie studiów w ASG WP, WAT, WAM oficerów armii sojuszniczych z ZSRR, NRD, CSRS, Węgier. Także nasi oficerowie studiowali w ich akademiach, że w ZSRR to wiadomo. Wzajemne otwarcie uczelni dla sojuszniczych oficerów rozpoczęło się po 1970 r.
    Wszyscy, którzy mają kwaśne miny, po przeczytaniu tego skrótowego opisu, niech zechcą się zastanowić i odpowiedzieć sobie na pytanie – czy oficerowie NATO studiują w Polsce, co uzyskaliśmy dla naszego przemysłu obronnego jako członek NATO?
    Drażniące pytania
    Proszę, by Państwo odpowiedzieli sobie na trzy pytania – kiedy rozpoczął się wyścig zbrojeń? Czy już w 1945 r., od zrzucenia przez USA dwóch bomb atomowych o mocy 20 KT każda, na Hiroszimę i Nagasaki? A może od powstania NATO, a może UW, proszę spojrzeć na cytowane dane porównawcze. Drugie pytanie – komu ten „wyścig” był potrzebny, ZSRR czy USA, Zachodowi. Tu nie oczekuję politycznie „poprawnej” odpowiedzi od Państwa, czyli tzw. wybielania ZSRR. Ale proszę o trzeźwe, obiektywne spojrzenie. Fakt, nauka kieruje się swoimi prawami. Rozpoczęte badania, wynikami wciągają do dalszych poszukiwań. Należy pamiętać – wojsko jest pierwszym wykorzystującym osiągnięcia naukowe, tak jest na całym świecie. Tu ciekawostka. Po zrzuceniu wspomnianych 2 bomb, uczeni USA pracujący nad nimi wystosowali 17 sierpnia 1945 r., apel do polityków i uczonych świata o porozumienie, które zapobiegłoby globalnej wojnie jądrowej! Proszę o zastanowienie- wstyd komentować ten apel! Przecież uczeni apelują do siebie! Wystarczyło natychmiast zaprzestać dalszych badań, Dlaczego tego nie uczyniono? Bo wyścig zbrojeń był potrzebny USA do prowadzenia światowej polityki z pozycji siły, głównie militarnej i gospodarczej. Ktoś może zapytać-dlaczego gospodarczej? ZSRR, zamiast szybciej odbudowywać się po zniszczeniach wojennych, zmuszono finansować kosztowne badania naukowe, na cele właśnie militarne, by „doganiać” USA, Zachód. Zachęcam do odświeżenia pamięci. Po co był potrzebny program „gwiezdnych wojen” USA, prezydentowi Ronaldowi Reaganowi? Kto zna odpowiedź- ZSRR nie wytrzymał tego wyścigu z USA i padł, powstała Federacja Rosyjska. Kto w Polsce, wtedy – końcowe lata 80-te nie cieszył się z tego faktu? Kto wtedy zadumał się, że „gwiezdne wojny” mogły unicestwić życie na Ziemi? Za co Polska wystawiła prezydentowi USA pomnik w Warszawie?- proszę przypomnieć sobie tekst na uroczyste odsłonięcie, jaki wygłosił Lech Wałęsa. Zachęcam Państwa do refleksji!
    I taka ciekawostka. Pamiętacie Państwo Sputnik 2, rakietę, która na pokładzie miała pasażera- psa Łajkę, padła w Kosmosie 3 listopada 1957 r. Trzy lata później, Sputnik 5 wyniósł w Kosmos dwa psy- Biełkę i Striełkę, wróciły szczęśliwie 19 sierpnia 1960 r. ZSRR tak rozpoczął „pokojowy podbój” Kosmosu. Tu też USA zdominowały ZSRR, wysłaniem pierwszego człowieka na Księżyc.
    Trzecie pytanie- wyścig zbrojeń prowadził – do „sytuacji równowagi bezpieczeństwa stron, w istocie równowagi strachu”, jak pisze w cytowanej sentencji Generał, czy opóźniania społeczno-gospodarczego rozwoju, głównie krajów bloku wschodniego? Do kogo należałoby w pierwszej kolejności kierować słowa uznania i wdzięczności, że kosztem tych opóźnień udało się zachować pokój w Europie na świecie? Proszę nie czynić zarzutu, że podtekstem swoiście podpowiadam „właściwą” odpowiedź.
    Nasza suwerenność.
    To zagadnienie wyjątkowo przypada do gustu wszelkim tzw. piaskowym krytykom. By wykazać jaką to podłością darzył członków , jak trzymał ich za gardło Wielki Brat i „szef” Układu, popuszczają wodze fantazji. Prawdą jest, że „ręka Kremla nie była skłonna do głaskania, do pieszczot”, jak obrazowo oceniał Generał. Rozmowy z sojusznikami prowadził twardym, konkretnym językiem, bez upiększeń, co wielu przyjmowało jako dowód wyższości i posłuszeństwa „bez dyskusji”, jako poniżanie, upokarzanie czy ograniczanie suwerenności. Fakt, na tle suwerenności wszyscy byli uczuleni. Polska doświadczyła tego wielokrotnie, dość wyraźnie. Sprowadzało się to najczęściej do „propozycji” obsady stanowisk tak wojskowych jak i partyjnych i rządowych, są tego znane przykłady. Udział przedstawicieli Sił Zbrojnych ZSRR „przy Kierownictwie MON” był oczywisty, inne przy dowództwach różnych szczebli ze strony Polski spotykały się ze stanowczą odmową i były respektowane. Potwierdzi to wielu ówczesnych wojskowych, pełniących służbę w Układzie. Należy wyraźnie podkreślić, iż w zasadniczych kwestiach strategiczno-operacyjnych nasza suwerenność- jak mówił Generał- miała charakter „dostosowawczy” wobec ówczesnych uwarunkowań. Możliwie obiektywną ocenę strat i zysków, kosztów i osiągnięć Polski Ludowej- członka Układu Warszawskiego, znajdą Państwo we wspomnianych publikacjach. Inne obszary, np. polityki zagranicznej czy gospodarczej, były naszymi suwerennymi decyzjami. Tak! Przykładem Edward Gierek. Po 10 latach „otwarcia” na Zachód, zadłużył Polskę na 20-22 mld $. Warto się zastanowić przy kawie. Skoro Zachód chciał „rozsadzać” blok wschodni „od środka”, to dlaczego nam nie udostępniał licencji po tzw. kosztach zerowych a kredytów bez oprocentowania? Wtedy bylibyśmy faktycznie zachęcającym przykładem dla CSRS, NRD, Węgier i innych. Myślicie Państwo, że Zachód „kochał Polskę bezgraniczną miłością”, a ja jestem aż tak naiwny?

Katyń – refleksje z dystansu

Zatajona przeszłość, ciąży na teraźniejszości, podczas gdy ujawniona ma wpływ już tylko na historię.

gen. Wojciech Jaruzelski

13 i 14 kwietnia 1990 r. – ważne dni w kalendarzu pamięci o Katyniu – choć od wielu lat, skazane na historyczne, polityczne zapomnienie. Okazjonalnie pojawiają się żądania przeproszenia Polaków za tę zbrodnię.
Kto popełnił tam mord, wiedziano już w latach 1943-1944, z nagłośnienia niemieckiej propagandy. Znane były wyniki badań Komisji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża oraz relacje naocznych świadków, w tym uratowanych Polaków. Materiały i informacje z lat 70.i 80 kolportowane w tzw. drugim obiegu, wskazywały na stronę radziecką, choć „oficjalna wiedza” była inna.
Komisja Historyków
Szansa ujawnienia prawdy pojawiła się w kwietniu 1985 r. Kilka tygodni po objęciu funkcji sekretarza generalnego KC KPZR, Michaił Gorbaczow przyjechał do Warszawy na posiedzenie Politycznego Komitetu Doradczego Państw Układu Warszawskiego. Wtedy gen. Wojciech Jaruzelski odbył pierwszą, długą rozmowę. Omawiając stosunki polsko-radzieckie, w kontekście tzw. białych plam, o zbrodni katyńskiej Generał wypowiedział pamiętne słowa: „zatajona przeszłość, ciąży na teraźniejszości, podczas gdy ujawniona ma wpływ już tylko na historię”. Tu uwaga – przeczytajcie Państwo raz jeszcze tę myśl Generała, zastanówcie się i odpowiedzcie sobie na pytanie – czy po 35 latach (1985-2020)„zatajona przeszłość” nadal nie „ciąży” na stosunkach polsko-rosyjskich, kto za ten stan ponosi odpowiedzialność?
Generał zaproponował powołanie wspólnej, polsko-radzieckiej „Komisji Historyków”. Michaił Gorbaczow przyjął propozycję. Robocze ustalenia trwały blisko dwa lata. Polacy podnosili kwestie doboru zespołu naukowców, zakres badań archiwalnych – mieli na uwadze nie tylko „Katyń” główny cel poszukiwań dokumentów, inne tzw. białe plamy – wysiedlenia Polaków z Ukrainy, deportacje do Kazachstanu, zesłania na Sybir, pakt Ribbentrop – Mołotow. W kwietniu 1987 r. na Kremlu podpisano Deklarację o współpracy w sprawie wyjaśnienia „białych plam” bez sprecyzowania tematów, wcześniej „wydyskutowanych”. Powołano Komisję – z Polski przewodniczył prof. Jarema Maciszewski. Jej członkowie: M. Leczyk, Cz. Łuczak M. Madajczyk, R. Nazarewicz, E. Kozłowski, W.T. Kowalski, B. Syzdek, M. Tanty, M. Kuczyński, T. Walichnowski, M. Wojciechowski. Był to pierwszy impuls.
Cała istota, „filozofia” pracy tej Komisji polegała na skłonieniu strony radzieckiej do odszukania dokumentów, przechowywanych w swoich archiwach. Ujawnienie ich przez radzieckich historyków, z merytoryczną pomocą i udziałem naszych historyków, służyć miało pokazaniu radzieckiemu społeczeństwu i władzom, „ich dokumentów”. Że to „ich organy bezpieczeństwa” dopuściły się zbrodni. Było oczywiste, że praca historyków otworzy dyskusję wokół „sprawy katyńskiej”. Pozwoli przekazać „nową wiedzę” radzieckiemu społeczeństwu, spowoduje „inne spojrzenie” na niedaleką przeszłość i podjąć merytoryczną krytykę uzasadnień, na jakich opierało się oficjalne stanowisko radzieckie. Pamiętajmy – społeczeństwo radzieckie od wojny było przekonywane o niemieckim autorstwie zbrodni. O niuansach, perypetiach i efektach pracy tej Komisji, pisze prof. Jarema Maciszewski w książce pt. „Wydrzeć prawdę” (Wyd. BGW, 1993). Na szczególną uwagę zasługują też książki pt.: „Zbrodnia chroniona tajemnicą państwową” autorzy: Innessa Jaźborowska, Anatolij Jabłokow, Jurij Zoria (Wyd. „Książka i Wiedza”, 1998); „Katinskij sindrom – w polsko-rosyjskich i rosyjsko-polskich otnoszeniach” (Wyd. Politiczeskaja Encikłopedija” 2000); oraz „Katyń-dokumenty” (Wyd. Mieżdunarodnij Front – Demokratija – 1997. Wydana też w Polsce w 4 tomach, w latach 1995-2005).
Powołanie Komisji okazało się nie tylko trafne, ale przede wszystkim skuteczne, gdyż pozwoliło krok po kroku „wydzierać” przyznanie prawdy. Zaś zebrane przez nią dokumenty i materiały archiwalne okazały się kluczem do ustalenia, kto był sprawcą zbrodni, przesądzały o odpowiedzialności NKWD.
Społeczna dyskusja
Dotychczasowe publikacje, wciąż pojawiające się w tzw. drugim obiegu uzyskały prawo „wyjścia na światło dzienne”, także na łamach prasy i podczas środowiskowych dyskusji. Profesor Jarema Maciszewski w książce zamieszcza takie wyznanie – „Dla ogromnej większości ludzi ideowo związanych z socjalizmem, milczenie wokół tej tragedii (Katynia – moje, GZ) było jednym z najcięższych serwitutów, wręcz garbów, które musieli dźwigać na sobie ponad 40 lat”. Przypomnijcie sobie Państwo atmosferę tych rozmów i wspomnień.
Sprawę Katynia dyskutowali członkowie Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa. Sugerowano Generałowi by „oczywiste fakty” przedstawić publicznie, nie oglądając się na stronę radziecką. Generał tak wspomina: „Rozumiałem powodujące motywy. Zdawałem sobie przy tym sprawę z tego, że wewnątrz kraju taki krok uzyskałby gorącą aprobatę, umacniając tym samym pozycje władzy w społeczeństwie. Tak postąpić jednak nie mogłem… Nie mogliśmy – byłem i jestem co do tego całkowicie przekonany – wytwarzać w imię historycznych sądów napięcia w aktualnych stosunkach z ZSRR. A nasze jednostronne enuncjacje, takie napięcie wywołałyby niewątpliwie. Mogłyby tym samym negatywnie zaważyć i na dotarciu do prawdy i na innych dziedzinach naszej współpracy. Co więcej – nie moglibyśmy wówczas liczyć nawet na zrozumienie ze strony rządów zachodnich. Gorbaczow cieszył się w świecie jak najlepszą opinią, i to zasłużenie”. Zwróćcie Państwo uwagę – Generał liczył się z opinią Zachodu o Gorbaczowie! „Poświęcił” tym szanse na „umacnianie pozycji władzy”, podkreślę „swojej władzy” – jeśli ktoś nie dostrzegł tego niuansu. Nie zrezygnował z myśli o dotarciu do historycznej prawdy! Mądrze wspomniał o niej 11 lipca 1988 w Sejmie, witając Gorbaczowa, słowami – „Lata 1939-1941 to trudny, tragiczny rozdział. Pozostawiły po sobie na radzieckiej ziemi znane i nie znane polskie mogiły. Wiemy, że nie tylko polskie. Są one … miejscem wspólnej żałoby naszych narodów (w Katyniu rozstrzelano też wieku ludzi radzieckich-moje, GZ)…Ci, którzy po klęsce wrześniowej znaleźli się na terytorium Związku Radzieckiego, przeżyli wiele. Wraz z setkami tysięcy moich rodaków i ja przeszedłem tę drogę…Oczywiście, każda zbrodnia, każde ludzkie cierpienie ma wymiar moralny. Przekreślić ich się nie da, przemilczać – nie wolno. Trwają wspólne prace historyków polskich i radzieckich. Liczymy, że pozwolą one lepiej poznać tło, przebieg i charakter różnych, dramatycznych wydarzeń”. Nadal szukano właściwych metod – bez chwilowego rozgłosu i efektownego poklasku. Oto mądrość Generała i uczonych w wyborze drogi do celu!
Premier Tadeusz Mazowiecki, 24 listopada 1989 r. ok. 2 godz. rozmawiał z Michaiłem Gorbaczowem w Moskwie, od którego usłyszał zapewnienie – „Uznajemy prawo każdego narodu do samodzielnego decydowania o własnym losie…Nasz dobry stosunek do Polski, bynajmniej nie jest manewrem politycznym. Polska jest w jakimś sensie naszym losem”. Premier zapewnił o woli utrzymania dobrych stosunków z ZSRR, przestrzeganiu zobowiązań w ramach UW i RWPG, a także włączenia PZPR do szerokiej koalicji rządzącej. O wynikach pracy Komisji Historyków nie było mowy. Dwa dni później złożył wieniec w Katyniu.
13 kwietnia w Moskwie
Podczas przygotowywania oficjalnej wizyty w Związku Radzieckim, wiosną 1990 roku, Generał postawił kategoryczny warunek, iż złoży ją, jeśli zostaną ujawnieni sprawcy zbrodni katyńskiej. Drogą dyplomatyczną strona polska otrzymała potwierdzenie spełnienia tego warunku. Ówczesny Prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow, w obecności delegacji polskiej na czele z Prezydentem RP, m.in. w składzie: premier Zbigniew Messner, Szef MON, Janusz Onyszkiewicz, prof. Jarema Maciszewski, gen. Franciszek Puchała, Ambasador Polski w ZSRR Stanisław Ciosek – 13 kwietnia przyznał publicznie, że zbrodnię popełniło NKWD. Wyraził ubolewanie narodowi polskiemu za to morderstwo. Generałowi przekazał 2 teczki z nazwiskami blisko 10 tys. zamordowanych oraz inne dokumenty. Rodzina Katyńska uzyskała bezpośredni dostęp do list osób bliskich – ofiar zbrodni. Opublikowano stosowny komunikat agencji TASS. Generał w krótkiej wypowiedzi, m.in. wskazał – „To był punkt przełomowy. Wszelkie przemilczenia od tego momentu i uniki w radzieckim społeczeństwie, a także na forum międzynarodowym, straciły grunt. Szczególnie ważne i moralnie cenne dla naszego narodu jest to oświadczenie strony radzieckiej. Otworzyło ono drogę do poznania prawdy o tragicznym losie polskich oficerów i funkcjonariuszy, internowanych w 1939 r. To była niezwykle bolesna dla nas sprawa. Jednakże żaden rozumny Polak nie powinien obciążać narodów radzieckich, które stały się przecież pierwszą ofiarą stalinowskich represji – odpowiedzialnością za Katyń i Kuropaty, za Łubiankę i Kołymę”.
14 kwietnia w Katyniu
Prezydent RP 14 kwietnia przybył do lasu katyńskiego. Dziekan Generalny WP ks. płk Florian Klewiado z duchownymi innych wyznań, w obecności rodzin pomordowanych i Kompanii Honorowej Wojska Polskiego odmówił modlitwę za zmarłych. Generał złożył hołd pomordowanym. Profesor Jarema Maciszewski, który w Katyniu stracił dwie bliskie osoby, tak opisuje tę żałobną uroczystość i panujący tam nastrój. Że śpiewały ptaki, wiosenny las szumiał wokół małego cmentarza; tak samo musiało to wyglądać pół wieku temu, w kwietniu 1940 roku, kiedy w tym samym miejscu padały z rąk oprawców NKWD strzały w tył głowy ludzi, których jedyną „winą” było, że należeli do „polskiej warstwy przywódczej”. „Generał oddał honory wojskowe ofiarom kaźni – a sposób, w jaki to uczynił, był zgodny z przedwojennym regulaminem, który właśnie przywrócił w naszym Wojsku. Pochylił głowę, a kiedy trębacz, w polskim mundurze wykonał >sygnał Wojska Polskiego<, uklęknął przed mogiłami. W tym geście, w Osobie Prezydenta RP uklęknęła Polska, pochyliła czoło nad tragizmem, nad majestatem męczeńskiej śmierci”. Jarema Maciszewski pisze, że celowo zapomina się o tej, wzruszającej ceremonii. „Dziwnym trafem” zaginęły zdjęcia i kasety z taśmami dokumentującymi tę uroczystość. Trudno pojąć, kto i dlaczego ocenzurował te zdjęcia. Profesor w swej książce pisze: „telewizja Polska nie pokazała n a r o d o w i wstrząsającego Apelu Poległych przy mogiłach katyńskich… z wydarzeń dnia 14 kwietnia 1990 roku przedstawiła tylko migawki… po dziś dzień za to okrojenie czy ocenzurowanie reportażu z Lasu Katyńskiego mam wielki żal do ludzi, którzy takie decyzje podejmowali. Cóż, bieżące rozgrywki polityczne okazały się ważniejsze niż wielki, o ogromnej sile moralnej niepowtarzalny akt historyczny. A szło im wszystkim przecież o to, by nie eksponować Wojciecha Jaruzelskiego i decydującej roli, jaką odegrał on w doprowadzeniu do ogłoszenia przez ZSRR prawdy o dokonanej przed 50 laty przez organa tego państwa zbrodni”. Mimo takiego „wytłumaczenia”, trudno oprzeć się pytaniu – w imię jakiej prawdy i jakich celów czyni się to nadal. Ale z ujawnienia przez Borysa Jelcyna w 1993 r. decyzji Stalina, tego potwornego dokumentu, niektórzy politycy i historycy czynią klucz do „tajemnicy zbrodni”. Oczywiste, że zbrodnia mogła być dokonana za zgodą najwyższych władz! Przy tym świadomie tworzy się wrażenie z jednej strony – jakoby ten dokument był celowo ukrywany przez prezydenta Gorbaczowa. Z drugiej zaś, że Jelcyn „wspaniałomyślnie odkrył” go przed Wałęsą. A przecież odnalezienie tej decyzji było „dalszym ciągiem” archiwalnych poszukiwań historyków, skutkiem inicjatywy Generała. Co przeszkadza by o tym uczciwie, rzetelnie pisać? Dla nas powinno mieć szczególne znaczenie, że o prawdę katyńską rozsądnie, mądrze zabiegał z gronem polskich historyków i osiągnął zamierzony cel ówczesny Prezydent RP Zwierzchnik Sił Zbrojnych. Uczynił to w imieniu i dla dobrego imienia wszystkich Polaków, żołnierzy wszystkich pokoleń. Czyżby miało to „obniżać zasługi” Lecha Wałęsy i Borysa Jelcyna ? Podczas wizyty w Polsce (1993 r.), będąc w „Dolince katyńskiej” na Powązkach, zwrócił się do obecnych tu przedstawicieli władz państwowych, członków Rodziny Katyńskiej i zaproszonych osób ze słowami „Prastitie kak możetie” – wybaczcie, jeśli możecie. Sam Borys Jelcyn w liście do Generała (fotokopia w książce pt. „Katyń wydrzeć prawdę”) m.in. napisał: „Wiem dobrze, że i Pan, Panie Jaruzelski uczynił wiele dla ukazania całej prawdy o Katyniu, ustawicznie wysuwając tę problematykę wobec byłych przywódców radzieckich”. Przypomnę, że w latach 70.Generał, jako Minister Obrony Narodowej zwrócił się do władz radzieckicho możliwość składania wiązanki kwiatów w lasku katyńskim przez naszego attache wojskowego w Moskwie. Taką zgodę uzyskał na dzień Wojska Polskiego, tj. 12 października. Był to właściwy krok. Odtąd regularnie składano już hołd pamięci pomordowanym polskim oficerom, funkcjonariuszom i obywatelom. Wspomnianą książkę Profesora, uzupełniono, w 70. rocznicę, zbrodni wydała w 2010 Akademia Humanistyczna w Pułtusku. Profesor Adam Koseski, Rektor AH, w posłowiu m.in. napisał – „Katyń jest miejscem kaźni polskich jeńców, lecz również grobem tysięcy ofiar bolszewickich represji, terroru i czystek, w tym żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej. Spoczywają tutaj także w zbiorowych mogiłach wzięci do niewoli i rozstrzelani przez Niemców czerwonoarmiści. Groby ofiar stalinizmu i hitleryzmu: Polaków, Rosjan, Ukraińców, Żydów, mogą i powinny od dawna łączyć, a nie dzielić. Pamiętając o przeszłości, trzeba myśleć o teraźniejszości i przyszłości”. Kiedy – Panie Profesorze, ta światła myśl zdobędzie w Polsce trwałe obywatelstwo – chciałoby się zapytać. Dziękuję za mądre słowa. Odrażający fałsz Niektórzy „uczeni” i politycy w swej „polityce historycznej” głoszą karkołomną tezę, iż zbrodnia katyńska jest „kłamstwem założycielskim PRL”. Odrażający fałsz historyczny, adresowany jest głównie do młodzieży, manipuluje prawdą. Obchody „katyńskiej rocznicy” po 1990 r. są okazją do utrwalania „białych plam”. Pamięta się o radzieckim oświadczeniu Agencji TASS, dlaczego – aż tylko tyle. Kto z Państwa objaśni to logicznie naszej młodzieży? Co media powiedzą w 2020 r., proszę Czytelników o uwagę. Dotąd zapomina się, że: – Michaił Gorbaczow: W książce „Sam ze wspomnieniami” (Wyd. Świat książki, Warszawa 2014) pisze – „13 kwietnia 1990 roku podczas wizyty prezydenta Polski Wojciecha Jaruzelskiego w Moskwie, publicznie poinformowałem o znalezionych przez radzieckich historyków wykazach oraz innych materiałach archiwalnych Głównego Zarządu NKWD ds. Jeńców Wojennych i Internowanych, w których znajdowały się nazwiska polskich obywateli przetrzymywanych w łagrach NKWD w latach 1939-1940 w Kozielsku, Ostaszkowie, Starobielsku. W oficjalnym komunikacie TASS z 13 kwietnia 1990 roku strona radziecka, wyrażając głęboki żal z powodu tragedii katyńskiej, oświadczyła, że > tragedia katyńska jest jedną z najcięższych zbrodni stalinizmu<. Wówczas również została wszczęta sprawa karna, którą Główna Prokuratura Wojskowa przyjęła do rozpatrzenia pod numerem 159”. Z jego inicjatywy na cmentarzu w Bijsku stanęły dwa pomniki – jeden dla Ojca Generała, drugi z taką inskrypcją-„Pamięci Polaków – zesłańców i ofiar represji stalinowskich, których prochy spoczywają na Ałtaju”. Generał odwiedził Bijsk i cmentarz w 2005 roku, w 60. rocznicę zwycięstwa nad hitleryzmem. Spotkał się z miejscowymi Sybirakami, proboszczem polskiej parafii, księdzem Andrzejem Obuchowskim, opiekującym się potomkami polskich zesłańców. Z ich inicjatywy sfinansował uzupełnienie tej tablicy o słowa – „Gdzie są ich prochy Polsko! Gdzie ich nie ma! Ty wiesz najlepiej i Bóg wie na niebie”.
– Rodzina Katyńska też nie pamięta o przekazanych dokumentach, z których poznała cząstkę losów swoich bliskich! Czy na pytanie-dlaczego, by nie eksponować Wojciecha Jaruzelskiego, przecież Sybiraka! Skąd więc taki ostracyzm, tego nie mogę zrozumieć, w tym przypadku szczególnie! Uzyskane wtedy i później dokumenty, pozwoliły ustalić służbowe przydziały osób. Aktualnie dysponuję takim zestawieniem liczby zamordowanych:
– Katyń: 4411 oficerów;
– Starobielsk: 3820 oficerów;
– Ostaszków: 6311 oficerów i funkcjonariuszy Policji i Straży Granicznej (KOP).
Łącznie 14 542 zamordowanych, z ogólnej liczby 21857 osób. Wśród nich jest:
-12 generałów WP: gen. Bronisław Bohaterewicz (Bohatyrewicz), Leon Billewicz, Stanisław Haller, Władysław Jędrzejewski, Aleksander Kowalewski, Kazimierz Orlik – Łukoski, Henryk Minkiewicz – Odrowąż, Konstanty Plisowski, Franciszek Sikorski, Leonard Skierski, Piotr Skuratowicz, Mieczysław Smorawiński;
– jedna kobieta pilot Janina, córka gen. Józefa Dowbora – Muśnickiego, Dowódcy 1 Korpusu Polskiego w Rosji, współorganizatora i Naczelnego Dowódcy Armii Wielkopolskiej (1919) wspierającej Powstanie Wielkopolskie. Pierwsza kobieta, która na spadochronie skoczyła z wys. 5 tys. m. Wyszła za mąż za pilota Lewandowskiego z Krakowa. Zginęła w kwietniu 1940 w Katyniu, lat 32;
– ok. 2500 oficerów pochodzenia żydowskiego;
– 31 duchownych. Wśród nich: 25 katolickich; 3 prawosławnych; 2 ewangelickich, 1 rabin. Nadal poszukiwane jest miejsce spoczynku 3870 Polaków z tzw. listy białoruskiej (na podstawie Książki Patryka Pleskota, „Księża z Katynia”, Wyd. Znak 2020).
Godzi się z szacunkiem i wdzięcznością przypomnieć i zachęcić do zobaczenia tzw. ściany katyńskiej w Katedrze Polowej WP. Chwała kapelanom wojskowym.
-władze ZSRR już w 1943 r. powołały specjalną komisję pod kierunkiem akademika Burdenki, w której skład wchodzili m.in. metropolita Mikołaj i pisarz Aleksy Tołstoj, co miało wskazywać na wiarygodność badań. Oni przynajmniej nie musieli kłamać. We wstępie do cytowanej książki, Generał pisze: „przeświadczenie o winie niemieckiej za mord katyński przeważało wówczas w naszej świadomości nad wątpliwościami. Do tego dochodziła taka okoliczność, że nie wszyscy polscy oficerowie internowani czy też aresztowani w ZSRR zginęli. Żyli przecież tak znani dowódcy jak Władysław Anders, Mieczysław Boruta Spiechowicz czy Michał Karaszewicz – Tokarzewski i inni. Wielu z nich opuściło ZSRR, a niektórzy, jak Zygmunt Berling, pozostali. Jeśli więc miałaby to być zbrodnia radziecka to – jak podpowiadała logika – zginęliby ci najważniejsi, ci dla ZSRR najbardziej niebezpieczni”. Wśród 448 wyselekcjonowanych i uratowanych oficerów, którzy przeszli przez obóz w Pawliszczewym Borze i Griazowcu, te nazwiska widnieją. Na stacji kolejowej w Griazowcu został późniejszy prof. Jan Swianiewicz, nie zapędzony do „dołów śmierci”. Przeżył też prof. Remigiusz Bierzanek (jest na niemieckiej liście zamordowanych-moje, GZ). Czy o tym nie wiedzą naukowcy prawicy? Wiedzą, cóż szkodzi „emocjonalnie kłamać”, antyrosyjskie nastroje podsycać, za które ponoszą odpowiedzialność inni;
– Zachód, gdy dowiedział się o zbrodni z doniesień goebbelsowskiej propagandy, nie potępił ZSRR np. w Teheranie (1943), przemilczał ten fakt. Niektórzy historycy piszą wprost o „naiwnej wierze” Roosvelta w dowody ZSRR. Dla niego ważniejsze było zwycięstwo nad hitleryzmem z decydującym udziałem ZSRR. Na tym froncie, statystycznie na 10 Niemców, 8 straciło życie. Nagłaśnianie zbrodni, być może nie zerwałoby porozumienia Wielkiej Trójki, a Stalinowi dałoby do myślenia. Na Zachodzie, głównie w USA, istniała obawa, że Stalin z tego powodu mógłby zerwać układ i zawrzeć pokój z Niemcami (swoisty powrót do paktu Ribbentrop – Mołotow). Czy przeciw Zachodowi, czy tylko pozostawienia mu samodzielnego prowadzenia wojny z Niemcami – tej hipotezy nie podobna zweryfikować. Churchill gen. Sikorskiemu mówił – „Wiemy, że bolszewicy są zdolni do okrucieństwa. Ale martwcie się o żyjących, a nie o martwych”. Na procesie norymberskim, radzieccy próbowali „sprawę Katynia” włączyć do aktu oskarżenia. Ale ten fakt pominięto w sentencji wyroku. Gdy „powstawała” PRL (1944 – 1945), Zachód nic jeszcze nie mówił o zbrodni. Inaczej mówiąc-ważyła polityka. Inną sprawą jest zachowanie podczas „zimnej wojny”. Wtedy na odwrót-wszystko, co mogło szkodzić stosunkom ZSRR z Polską, było wiele razy nagłaśniane. W USA eksponowano działalność tzw. komisji katyńskiej Kongresu, nawet postawiono pomnik pomordowanym, ale dopiero w 1952 r. Chciałoby się wierzyć, że teraz tylko szczere, szlachetne, ludzkie intencje przyświecały;
– III RP w stosunkach z Rosją „gra historyczną kartą”. Profesor Bronisław Łagowski (Przegląd, nr 16 z 2015) pisze: „Obóz rządzący Polską prowadzi wojnę propagandową z Rosją, od początku swojego panowania…Katyń, to jest sztandar i godło tej wojny”, czym emocjonuje polskie społeczeństwo. Stąd mamy np. dotkliwy spadek, perturbacje w wymianie handlowej. Niemcy w czasie ostatniej wojny zadali Rosjanom ogromne straty w ludziach (ok. 27 milionów), dopuścili się niezliczonych bestialstw, okrucieństw i zbrodni. Od kilkunastu lat rozwijają dobre stosunki-nie tylko gospodarcze – ponad głowami Polaków. Rosja i Niemcy zbudowały Gazociąg Północny pod dnem Bałtyku, czym „ominęły” Polskę. Władminir Putin 6 września 2011r., podczas jego otwarcia m.in. mówił: „Stopniowo wychodzimy spod dyktatu państw tranzytowych”. Temu służy budowa szerokotorowej linii kolejowej z Dalekiego Wchodu do państw Zachodu, UE, „omijająca” Polskę. Zapomnieliśmy, że „życie nie stoi w miejscu”. Czym innym jest wieczna cześć i pamięć o zamordowanych, a czym innym – dla Polski wyjątkowo, skrajnie niekorzystnym – przenoszenie tamtej tragedii na obecne czasy.
Wspólne upamiętnienie
Na początku lutego 2010 r., ówczesny premier Rosji Władminir Putin zaprosił premiera Donalda Tuska do Katynia na wspólne upamiętnienie 70. rocznicy stalinowskiej zbrodni. Tragedia lotnicza pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010, zapisała najczarniejszą kartę w pamięci Polaków – bez względu na polityczne przekonania i wyznawane wartości, także religijne. Generał wysłał list kondolencyjny do brata tragicznie zmarłego Prezydenta RP. 20 kwietnia na dziedzińcu MON oddał hołd wszystkim 96 tragicznie zmarłym osobom, na ręce Szefa Gabinetu MON, gen. Artura Kłosowskiego złożył kondolencje rodzinom. Do księgi kondolencyjnej wpisał słowa – „Siły Zbrojne RP dotknął bolesny cios, dzielę żołnierski smutek i żal. Ufam, iż pamięć o poległych Towarzyszach Broni będzie wyrażała się w dalszym rozwoju Wojska i obronności Polski”.
Na koniec, pod rozwagę, nie tylko uczonym – „historia jest cenna nie tyle przez swe pamiątki, co przez doświadczenia i nauki”, mówił Generał.