Andriej Konczałowski i jego wizje

Reżyser, pisarz, myśliciel. Syn autora hymnu ZSRR i hymnu Rosji – pisarza Sergieja Michałkowa i poetki Natalii Konczałowskiej. Wnuk wybitnego artysty Piotra Konczałowskiego. Prawnuk innego wielkiego rosyjskiego artysty Wasilija Surikowa. Brat kultowego reżysera i aktora Nikity Michałkowa. Krótko: Andriej Konczałowski.

Do śmierci matki Andriej nosił podwójne nazwisko: Michałkow-Konczałowski. Kiedy odeszła, odciął pierwszą część nazwiska i stał się Konczałowskim. Woli też, by nazywano go tak jak w domu – nie Andriejem, lecz Andronem. Ma 83 lata, ale młodości, energii, zamiłowania do życia może pozazdrości mu 30-latek. O Konczałowskim żartują: jeśliby do jego serca i układu nerwowego podłączyć elektrownię, mogłaby ona przez całą dobę oświetlać niejedno europejskie miasto. Mimo ogromnego zapracowania potrafi znaleźć czas na spotkania z młodzieżą. Prowadzi wykłady dla studentów. Bez obłudy odpowiada na wszystkie dociekliwe pytania.
Zachęcony przez redakcję „Faktów po Mitach”, skorzystałem z zaproszenia na kameralne z nim spotkanie.
„Odrębna droga” – droga donikąd
Ma swój oryginalny pogląd na świat. Na Rosję, szczególnie. „Co zrobić z ogromnym krajem, w którym za Uralem przypada 2 ludzi na kilometr kwadratowy i obydwaj są pijani?” – stawia pytanie. I dodaje: „W Chinach na kilometr kwadratowy przypada 135 osób, a w Japonii 335. W Rosji mamy bogate ziemie, na których leży dwóch pijaków…”.
– My, Rosjanie, musimy zdecydować, kim jesteśmy. Czy jesteśmy przedstawicielami kultury chrześcijańskiej, czy niechrześcijańskiej? – tłumaczy Konczałowski. – Jeśli jesteśmy przedstawicielami kultury chrześcijańskiej, to o jakiej trzeciej drodze rozwoju mówimy? Albo jesteśmy Europejczykami, albo pracujemy dla Chińczyków. Jeśli jesteśmy Europejczykami, to Europejczykom nie wolno oddawać Chinom kolosalnej części kontynentu. Co robić? Ameryka, Europa, Rosja powinny działać razem… Jest to konwergencja, o której mówił akademik Sacharow. To nieuniknione. Trzecia droga – to chimera, która tylko podtrzymuje obecną władzę. Zatem jaka „odrębna droga”? Na razie to „odrębna droga” do piekła…”.
Konczałowski jest przekonany, że dopóki Rosja będzie opierać swoją filozofię na tym, że wszyscy wokół, a zwłaszcza Zachód, to wrogowie, dopóty problemy kraju będą nierozwiązywalne. Rosyjski Prawosławny Patriarchat Moskiewski najbardziej bał się „łacinników” – podkreśla Konczałowski. Miejscem walki między Zachodem i Wschodem, między Moskiewskim Patriarchatem i łacinnikami stała się Ukraina. Walka ta toczy się do tej pory. Dlatego Ukraińska Cerkiew Prawosławna – według reżysera – jest bliższa Greckiej Cerkwii Prawosławnej niż Moskiewskiemu Patriarchatowi. Ukraina nie jest Rosją, bo Rosja to Wielkie Księstwo Moskiewskie. Dlatego też Ukraińcy mówią „moskale”. Nawet Kozacy mówią: „Nie jestem Rosjaninem, jestem Kozakiem”.
– To jest to, o czym my, moskale, powinniśmy pomyśleć: jak mimo wszystko możemy zostać Europejczykami? – mówi pół żartem, pół serio Konczałowski.
Wzorzec Piotra I
– Czy można powiedzieć, że Rosja czeka na człowieka o burżuazyjnej, dworskiej świadomości? – zapytano reżysera podczas spotkania. Konczałowski potraktował je poważnie:
– Nie sądzę, że dworska świadomość jest niezbędna. albo: Nie sądzę, by dworska świadomość była niezbędna. albo: Nie twierdzę, że dworska świadomość jest niezbędna. Wśród dworzan było mnóstwo idiotów. Było i jest. Sposobów na wyjście z impasu jest niewiele. Tak długo jak jest ropa i ma swoją cenę, wszystko będzie tak, jak jest. Dlatego, że zawsze można nakarmić 40 proc. populacji Rosji, która w ogóle nie wyłącza telewizora – twierdzi.
Ubolewa, że w Rosji grupa „myślących po europejsku” jest zbyt mała.
– Elity rządzące powinny zrozumieć, że to ich koniec i pilnie zastosować jakieś inne formy rządów. Wtedy pojawi się problem geopolityczny: „co robić z tym krajem”, dlatego, że on może zacząć się rozpadać.
Konczałowski wypowiedział, pozornie paradoksalną, myśl. Reżyser jest przekonany, że Rosja potrzebuje 15-letniej… dyktatury prawdziwego wizjonera – swego rodzaju analityka, stratega w stylu Piotra Wielkiego, który będzie reprezentantem swojej klasy.
– Potrzebujemy osoby – mówi – która zrozumie, że biała cywilizacja może przetrwać w zderzeniu z wielką cywilizacją muzułmańską, z wielką cywilizacją chińską tylko poprzez zjednoczenie.
Reżyser wymienił czterech dyktatorów, którzy – jego zdaniem – wyciągnęli swoje kraje z „bagna”: założyciel Singapuru Lee Kuan Yew; ojciec współczesnej Turcji Mustafa Kemal Atatürk; chilijski Pinochet i jugosłowiański bohater narodowy Broz Tito, którego nienawidził „dyktator dyktatorów” Stalin. „Osoba autorytarna niekoniecznie jest złoczyńcą” – uważa Konczałowski.
Złoty środek
– Kiedy mówimy o demokracji, chcę zrozumieć, co to takiego. Wolnym człowiekiem jest ten, który potrafi siebie ograniczać. Osoba, która nie potrafi się ograniczać, nigdy nie może być wolna. Wolność to ogromna odpowiedzialność – przekonuje.
Wolność nigdy nie rodziła się tak po prostu. Reżyser podziela przemyślenia modnego angielskiego filozofa Johna Graya, który wyśmiewa pozytywizm, utrzymując, że myślenie o sile rozumu jest ateistyczną kontynuacją chrześcijaństwa. Gray nie wierzy w postęp jako taki. Twierdzi, że jedną z największych iluzji jest iluzja postępu. Człowiek jak był zwierzęciem, usilnie próbującym stać się człowiekiem, tak i zwierzęciem pozostał. Grey uważa, że każda cywilizacja może upaść w ciągu jednego pokolenia.
Żywym potwierdzeniem tego i lekcją dla świata jest przykład nazistowskich Niemiec. Cywilizowany człowiek, który znał Schillera, Nietzschego, Wagnera, w okamgnieniu stał się barbarzyńcą. Człowiek w każdej chwili może zamienić się w zwierzę; wszystko zależy od warunków. Ta myśl jest ważna, by zrozumieć nasze realne miejsce na Ziemi jako istot myślących – wyjaśnia reżyser.
Konczałowski wspomniał przywołał poglądy starożytnych filozofów o naturze człowieka. Istnieją jej trzy „warstwy”. Na krańcach są anioł i diabeł, a pośrodku – człowiek „właściwy”, jest on więc polem walki między Bogiem a diabłem. Czechow powiedział, że Rosjanin zna tylko dwie skrajności – jest Bóg albo Boga nie ma. Środek go nie interesuje. Według Konczałowskiego, właśnie ta „środkowa część” nie mogła się rozwijać w Rosji, ponieważ nie rozwinęła się burżuazja. Wartości burżuazyjne są tym, co trzymało i podtrzymuje Europę w chwili katastrof – twierdzi.
Na odwieczne pytanie: czy Bóg istnieje, czy nie istnieje? Andron Konczałowski odpowiedział słowami Schopenhauera: „Jedynym dowodem na istnienie Boga jest sztuka”.
– Największą tajemnicą wszechświata jest życie. Największą tajemnicą życia jest człowiek. Największą tajemnicą człowieka jest kreatywność. Jest to najbardziej istotne, gdy mówimy o duchowości. Stosunek do dzieci jest ważniejszy niż stosunek do Boga. Jeśli człowiek ma obowiązki, są to przede wszystkim obowiązki względem własnych dzieci. Jeśli zaś człowiek nie pamięta o swoich dzieciach, a sam idzie do kościoła – mówi Konczałowski – to w ogóle mnie nie interesuje, czy wierzy w Boga, czy nie.
Z poglądami rosyjskiego filozofa można się zgadzać lub nie. Ale warto zastanowić się nad sensem i wagą jego słów.

Przełożyła Marta Hofman

Wyprowadzenie wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich

Wyprowadzenie wojsk radzieckich z Polski, zjednoczonych Niemiec i innych krajów byłego obozu socjalistycznego stanowiło jedną z podstawowych przesłanek odzyskania przez te kraje pełnej suwerenności. Proces ten przebiegał w różnym tempie i z różnymi problemami w poszczególnych krajach.

30 lat temu rozpoczęło się wyprowadzenie wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich. Na początku w polu zainteresowania Przedstawicielstwa Ambasady Polskiej w Berlinie (taki status otrzymała nasza placówka po zjednoczeniu Niemiec – Ambasada była w Kolonii) pozostawała kwestia wyprowadzenia wojsk radzieckich z terytorium byłego NRD. W miarę rozwoju tego procesu korzystaliśmy z doświadczeń niemieckich przy wyprowadzaniu wojsk radzieckich z Polski.
Sądzę, że kiedy kierownik Przedstawicielstwa Ambasador Wojciech Wieczorek poprosił mnie o zajmowanie się tym tematem, kierował się przy tym moimi dobrymi kontaktami zarówno z kształtującymi się kompetentnymi władzami niemieckimi, jak i w korpusie dyplomatycznym.
12 października 1990 r., tuż po zjednoczeniu Niemiec, podpisano w Bonn umowę pomiędzy ZSRR a RFN o warunkach czasowego pobytu i planowego wycofywania wojsk radzieckich z terytorium RFN. W chwili rozpoczęcia wycofywania w Zachodniej Grupie Wojsk znajdowało się: 337 800 żołnierzy, 208 400 pracowników cywilnych i ich rodzin oraz cały nagromadzony sprzęt bojowy. Na szefa Niemieckiej Grupy Kontaktowej ds. Radzieckich Sił Zbrojnych w Niemczech (praktycznie szefa Grupy Wycofywania) został wyznaczony gen. Mjr Hartmut Förtsch, z którym udało mi się nawiązać bezpośrednie kontakty, bardzo cenne i pomocne w zajmowaniu się przeze mnie tą problematyką.
Na przełomie lat 1990/1991 znacznie zaostrzyły się problemy związane ze stacjonowaniem wojsk radzieckich w Niemczech. Z jednej strony, w coraz większym stopniu było manifestowane niezadowolenie miejscowej ludności z powodu ich dalszego pobytu. Nasiliły się nastroje antyradzieckie. Z drugiej coraz gorsza sytuacja panowała w samej armii, upadało jej morale, mnożyły się przypadki łamania dyscypliny wojskowej, co wyrażało się m.in. w nasilającej się dezercji zarówno wśród żołnierzy jak i oficerów, sprzedaży radzieckiej broni i umundurowania, dużej liczbie przypadków śmiertelnych. Nastroje w armii pogarszała kryzysowa sytuacja w ZSRR, brak perspektyw i obawy o przyszłość powracających żołnierzy (ok. 60 proc. przebywających w RFN radzieckich oficerów i podchorążych nie posiadało w Związku Radzieckim własnych mieszkań). Na tym tle perspektywa powrotu wywoływała niezadowolenie w rodzinach wojskowych, zwłaszcza u kobiet przyzwyczajonych do innego poziomu życia. Zgodnie z zawartym układem wojska radzieckie miały zostać wyprowadzone z Niemiec do końca 1994 r. i rozmieszczone na terenie ZSRR (w pierwszych trzech latach po 30% stanu, w ostatnim roku 10 proc.). Jednakże w trakcie realizacji proces wycofywania okazał się znacznie bardziej skomplikowany niż pierwotnie zakładano. W naszych, czyli placówki w Berlinie, obserwacjach i ocenie tego procesu niezmiernie cenną okazała się informacja, jaką uzyskałem w końcu 1990 r. w rozmowie z dyplomatą z Przedstawicielstwa Ambasady ZSRR, dotyczącą tego, skąd wzięła się kwota 15 mld marek zachodnioniemieckich kosztów wycofywania Zachodniej Grupy Wojsk z Niemiec, mająca w konsekwencji istotny wpływ na przebieg tego procesu. Według radzieckiego dyplomaty stało się to w trakcie wizyty H. Kohla na Kaukazie w dniach 15–16 lipca 1990 r., podczas której władze ZSRR wyraziły zgodę na zjednoczenie Niemiec oraz obaj przywódcy H. Kohl i M. Gorbaczow dobili targu, gdzie Moskwa zgodziła się po wielu miesiącach protestów, aby zjednoczone Niemcy wstąpiły do NATO. Według mojego rozmówcy, po zakończeniu oficjalnych rozmów dotyczących jedności niemieckiej obaj przywódcy udali się na często pokazywany w mediach spacer nad rzeką, podczas którego M. Gorbaczow miał powiedzieć: „no to temat zjednoczenia mamy załatwiony”, na co Helmut Kohl zareagował „ale pozostaje jeszcze kwestia wyprowadzenia wojsk radzieckich”. M. Gorbaczow odpowiedział: „ale to będzie kosztowało”, Kohl zapytał: „ile?”. W związku z tym kompletnie nieprzygotowany Gorbaczow rzucił kwotę 15 mld DM, na którą natychmiast zgodził się Kohl.
Według mojego radzieckiego kolegi , wyrażającego pogląd, z którym można było się później spotkać dość powszechnie w Przedstawicielstwie ZSRR , kanclerz RFN był wówczas skłonny zapłacić znacznie więcej, aniżeli rzucona przez Gorbaczowa kwota 15 mld marek zachodnioniemieckich: „i 75, i 100, i 150 mld DM. Tymczasem nieprzygotowana decyzja zapadła i powstały problemy”.
Kiedy po jakimś czasie, będąc zaproszony na obiad przez kolegę- amerykańskiego dyplomatę J. Beermana- powiedziałem mu (w języku dyplomatycznym nazywało się to – „sprzedałem” informację) skąd wzięła się kwota 15 mld DM, okazałem się tak niezmiernie interesującym rozmówcą, że Josef dzwonił do mnie przez kilka tygodni z propozycją kolejnego zaproszenia na obiad. Ale od niego także na początku 1991 r. dowiedziałem się, że Stany Zjednoczone zweryfikowały dotychczasowe oceny w kwestii ostatecznego terminu wycofania wojsk radzieckich z Niemiec (do tej pory uważały, że nastąpi to wcześniej niż przewidywał układ – do 1992 r.), a „obecnie sądzą, że operacja ta potrwa dłużej i zakończy się dopiero w 1994 r.”
Na tym tle władze bońskie obawiały się dalszego rozwoju sytuacji wewnętrznej w ZSRR. Zdawały sobie bowiem sprawę z tego, że w radzieckich kręgach, głównie wojskowych, oskarża się Gorbaczowa i Szewardnadze o to, iż „zbyt tanio sprzedali jedność niemiecką”. Głosy te dały bardzo silnie o sobie znać w trakcie zebrania Komisji Obrony i Bezpieczeństwa Narodowego przed posiedzeniem Rady Najwyższej ZSRR, na którym ratyfikowano Układ „2+4” (poruszano tam kwestie kosztów niemieckiej jedności i odszkodowań dla obywateli radzieckich zarówno w aspekcie moralnym, jak i finansowym). Usunięciu napięć powstałych na tym tle w stosunkach niemiecko-radzieckich służyła niezapowiedziana wcześniej wizyta H.D. Genschera w Moskwie.
Z uzgodnionej kwoty kosztów wycofywania 15 mld DM, 7,8 mld DM miało być przeznaczonych na wybudowanie mieszkań dla powracających żołnierzy. Zgodnie z podpisanym 13 grudnia 1990 r. w Federalnym Ministerstwie Gospodarki protokołem miały w tym uczestniczyć przedsiębiorstwa z pięciu nowych landów RFN. Pierwotnie władze niemieckie, w tym kanclerz H. Kohl, nie wykluczały, że wycofanie wojsk radzieckich nastąpi wcześniej, aniżeli to było przewidziane w układzie, wycofywanie rozpoczęto już w 1990 r. W końcu listopada 1990 r. odbyło się pierwsze posiedzenie wspólnej niemiecko- -radzieckiej komisji ds. wycofywania wojsk, powołano pięć grup roboczych (m.in. ds. transportu i ekologii), zaś współpraca w realizacji tego przedsięwzięcia miała służyć jako podstawa dalszego kształtowania stosunków niemiecko-radzieckich, zwłaszcza w sferze gospodarczej.
12 grudnia 1990 r. nastąpiła zmiana głównodowodzącego zachodnią grupą wojsk – 65-letniego generała armii B. Snetkowa zastąpił generał M. Burłakow, dotychczasowy dowódca wojsk radzieckich na Węgrzech. Wymieniało się dwie przyczyny tej zmiany: rozluźnienie dyscypliny wśród stacjonujących wojsk oraz duże doświadczenie negocjacyjne i organizacyjne w sprawach związanych z wycofywaniem wojsk nabyte przez Burłakowa na Węgrzech (w 1990 r. wycofano z terytorium tego kraju znaczną część wojsk radzieckich i uzbrojenia).
Tymczasem już w styczniu 1991r. przebywający w RFN z delegacją deputowanych do Rady Najwyższej zastępca przewodniczącego Komisji Obrony i Bezpieczeństwa Państwowego L. Szarin podkreślił na konferencji prasowej, że „proces wycofywania okazuje się znacznie bardziej skomplikowany niż pierwotnie zakładano. Nie było żadnej przerwy czasowej, aby spokojnie przygotować wyprowadzenie wojsk. To oznacza, że problemy będą znacznie większe niż przy ich wycofywaniu z Węgier i Czechosłowacji. Wycofywanie wojsk musi się częściowo odbywać do miejsc, gdzie absolutnie żadne mieszkania nie stoją do dyspozycji”. Podkreślił przy tym, że „podpisane układy przewidują pomoc strony niemieckiej przy tej operacji. Jednakże do tej pory nie doszło do konkretnej współpracy, co może okazać się poważną przeszkodą do utrzymania planowanych terminów”. Chodziło tu głównie o pomoc przy budowie mieszkań dla powracających.
Choć plan wycofywania na 1991 r. został zrealizowany i proces wycofywania odbywał się terminowo, towarzyszył mu ciągle szereg trudności. Pierwsza grupa problemów dotyczyła realizacji programu budownictwa mieszkaniowego dla powracających oficerów i podoficerów. Zgodnie z pierwotnymi założeniami miało to wystarczyć na wybudowanie ok. 36 tysięcy mieszkań, głównie w europejskiej części b. Związku Radzieckiego, tj. w Rosji, na Białorusi i Ukrainie. Jednakże budowę mieszkań rozpoczęto z opóźnieniem, dopiero na przełomie sierpnia i września. Do końca 1991 r. miało zostać zbudowanych 2 tysiące mieszkań, zgodnie z terminem zbudowano zaledwie 725 mieszkań w Borysowie k. Mińska. Do końca 1992 r. miało powstać 9 tysięcy mieszkań – stanowczo za mało w stosunku do potrzeb.
W związku z rozpadem ZSRR występowały problemy z lokalizacją pozostałych 27 tysięcy mieszkań (w tej sprawie strona niemiecka musiała szukać porozumienia z byłymi republikami – obecnie państwami). Na Ukrainie został zastopowany program budownictwa mieszkaniowego dla powracających Jednostek Armii Radzieckiej (JAR).
Tymczasem 25 listopada 1991 r. sekretarz Niemiecko-Radzieckiej Komisji Mieszanej ds. Wyprowadzenia Wojsk Radzieckich płk. Strelnikow, na spotkaniu w Berlinie organizowanym przez „Deutsches Komitee für Europäische Sicherheit und Zusammenarbeit”, w którym uczestniczyłem, stwierdził, że „otrzymane od rządu bońskiego 7,8 mld DM wystarczy na zbudowanie 36 tysięcy mieszkań. Tymczasem 55 tysięcy powracających żołnierzy nie ma w ZSRR żadnego mieszkania – nadal brakuje więc środków na wybudowanie 20 tysięcy mieszkań”.
Kolejna grupa problemów dotyczyła rozliczeń majątkowo-finansowych. Strona radziecka oszacowała pozostawione nieruchomości na 10,5 mld DM i różnicę wynikającą z pomniejszenia tej kwoty o koszty usuwania szkód ekologicznych chciała dodatkowo przeznaczyć na realizację programu budownictwa mieszkaniowego. Strona niemiecka określiła tę wycenę jako „naiwną”.
Jeszcze większe zdziwienie strony niemieckiej wywołał list wystosowany w czerwcu 1990 r. przez M. Gorbaczowa do H. Kohla, w którym prezydent ZSRR pisał, że 10,5 mld DM jest jedynie oceną szacunkową, ponieważ właściwa wartość tych obiektów wynosi 20-25 mld DM. Niemcy zadawali wówczas retoryczne pytanie, „kto doradza w sprawach wojskowych Gorbaczowowi?”
Jedną z rozważanych możliwości, jak mi powiedział dr Helmut Domke – wówczas pełnomocnik premiera rządu Brandenburgii ds. wyprowadzenia wojsk radzieckich i konwersji – było włączenie tych obiektów do wspólnych radziecko-niemieckich przedsiębiorstw.
Kontrowersje budziła również kwestia usuwania szkód ekologicznych ocenianych przez stronę radziecką na 2 mld DM. Dla ich właściwego oszacowania strona niemiecka zaproponowała włączenie do współpracy z JAR specjalistów i firmy niemieckie. Kontrowersje były związane z obawami dowódców jednostek radzieckich o odpowiedzialność za poczynione szkody. Rozwiązania wymagało również usunięcie ogromnych ilości złomu i amunicji. Mając na uwadze główny cel tej operacji – możliwe szybkie, terminowe wyprowadzenie – strona niemiecka, w tym m.in. dr H. Domke opowiadał się za politycznym rozwiązaniem kwestii roszczeń i zobowiązań wynikających z pobytu i wycofywania wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich. Jednym z możliwych, praktycznych rozwiązań tego problemu, za którym optował, było przyjęcie „opcji zerowej plus” – „plus” oznaczał wyjście naprzeciw żądaniom strony radzieckiej.
Czwarta grupa problemów była związana z bieżącymi wydarzeniami w ZSRR i jego rozpadem. Z tego powodu nieaktualne stały się plany rozmieszczenia powracających jednostek w republikach bałtyckich i na Ukrainie. Musiały one zostać skorygowane i wycofywanie odbywało się głównie do Rosji.
Piąta grupa problemów dotyczyła napięć między miejscową ludnością a stacjonującymi wojskami, wzrost agresywnych zachowań wobec radzieckich żołnierzy.
Tranzyt wojsk radzieckich odbywał się drogą morską, lotniczą oraz koleją (przez terytorium Polski i Czechosłowacji). Strona czechosłowacka zaproponowała o jedną czwartą korzystniejsze (0,55 CHF) warunki tranzytu, aniżeli strona polska. Ponieważ towarzyszyłem delegacji PKP w rozmowach w Niemczech na temat tranzytu, występowały problemy z terminowym realizowaniem przez stronę rosyjską należności za tranzyt. Poza tym strona rosyjska (m.in. płk Strelnikow) reprezentowała w Berlinie opinię, że „Polska na początku grudnia 1990 r. tak skomplikowała ogólną sytuację dotyczącą wyprowadzenia wojsk radzieckich z Niemiec, że musieli przeorientować tranzyt z kolejowego na morski”.
Problemy związane z wycofywaniem wojsk radzieckich/rosyjskich z Niemiec Wschodnich były sukcesywnie rozwiązywane i proces wycofywania posuwał się do przodu. Kiedy 15 listopada 1992 r. kończyłem pracę w Przedstawicielstwie Ambasady RP w Berlinie, zakładany na 1992 r. plan wycofania kolejnych 30 proc. stanu radzieckich/ rosyjskich wojsk został praktycznie zrealizowany.
Ostatecznie żądanie zapłacenia 10,5 mld DM za mienie wybudowane i pozostawione w Niemczech zostało rozliczone na drodze dyplomatycznej i zaliczone w poczet odszkodowań za szkody wyrządzone przez wojska radzieckie w  środowisku naturalnym na byłym terenie NRD.
Zgodnie z podpisanym układem 31 sierpnia 1994 r. Zachodnia Grupa Wojsk została rozformowana, co ostatecznie zakończyło proces wycofywania wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich.

Adam Zaborowski – I Sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992. Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Po drugiej stronie medalu (operacje wywiadu PRL na terenie ZSRR)

Kiedy po studiach i po szkoleniu, bardzo wszechstronnym i intensywnym – języki, techniki kryptograficzne, łączność, orientacja w terenie (obserwacja – kontr obserwacja), znajomość służb specjalnych NATO, zajęcia sprawnościowe, analiza operacji wywiadowczych (źródła sukcesów i porażek), treningi psychologiczne- trwającym dwa lata, rozpocząłem służbę, robiłem to ze świadomością, że wstępuję do wywiadu państwa polskiego. Państwa nie w pełni suwerennego ale ku suwerenności, wedle mej oceny, zdążającego, państwa autorytarnego, którego autorytaryzm nie był jednak monolityczny i wyraźnie widać było szczeliny w systemie, przez które docierały, niekoniecznie prześladowane przez władze, idee inne niż oficjalnie głoszone. Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Kiedy po studiach i po szkoleniu, bardzo wszechstronnym i intensywnym – języki, techniki kryptograficzne, łączność, orientacja w terenie (obserwacja – kontr obserwacja), znajomość służb specjalnych NATO, zajęcia sprawnościowe, analiza operacji wywiadowczych (źródła sukcesów i porażek), treningi psychologiczne- trwającym dwa lata, rozpocząłem służbę, robiłem to ze świadomością, że wstępuję do wywiadu państwa polskiego. Państwa nie w pełni suwerennego ale ku suwerenności, wedle mej oceny, zdążającego, państwa autorytarnego, którego autorytaryzm nie był jednak monolityczny i wyraźnie widać było szczeliny w systemie, przez które docierały, niekoniecznie prześladowane przez władze, idee inne niż oficjalnie głoszone. Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Kompetencje Wywiadu (czyli I D epartamentu ów czes nego M S W) i Służby Bezpieczeństwa (czyli Departamentu III) były wyraźnie rozdzielone, potwierdzała to również struktura Ministerstwa. Wystarczy sobie przypomnieć, że np. szefem Wywiadu a zarazem wiceministrem był gen.Pożoga a równolegle inny wiceminister, gen.Ciastoń, był szefem SB. Nawet dokumenty identyfikacyjne się różniły. Funkcjonariusze wywiadu posługiwali się wprawdzie takim samym formatem legitymacji ale pozycja „Służba Bezpieczeństwa” była w nich przekreślona pieczątką z symbolem 33.(Ja oczywiście, jako oficer – nielegał nigdy legitymacji, która mogłaby stać się elementem dekonspirującym, nie posiadałem. Trudno wyobrazić sobie, że np., w wypadku aresztowania przez obcy kontrwywiad wyjmowałbym legitymację z komentarzem, iż jestem oficerem polskiego wywiadu. Z kolei polskie służby też nie mogły wiedzieć o moim statusie, z przyczyn, jak wyżej. Tak więc działanie w pionie „N” miało swoisty urok – nigdy nie wiedziałeś, czy będziesz ścigany przez przeciwnika czy przez swoich.) Pozwalało to wejść do części gmachu na Rakowieckiej, wydzielonej dla Wywiadu, która nie komunikowała z częścią zajmowaną przez SB. W ogóle nie jest mi znany statut MSW z owych czasów, który oficjalnie stwierdzałby,że Wywiad stanowi integralną część SB. (I w żadnym razie w tym co mówię nie chodzi o dezawuowanie istotnej roli pracowników Służby Bezpieczeństwa dla funkcjonowania aparatu państwa.Po prostu zakresy obowiązków obu tych polskich służb specjalnych były odrębnie określone i specyficzne dla każdej z nich. Wywód mój służy wyłącznie przekazaniu prawdy historycznej o ich usytuowaniu w strukturze formalno-prawnej PRL.) Słyszałem o jakimś dokumencie wewnątrz resortowym, dotyczącym tej kwestii, sformułowanym na poziomie ministerialnym, którego zresztą żadnemu oficerowi nie okazywano a już na pewno – nie nielegałom, „kadrze N’.Powstał on w 1989 roku i na jego mocy Wywiad przez ok. 3 miesiące, przed ostatecznymi zmianami systemowymi w Polsce, został połączony ze strukturami SB. Nie odnosi się to na pewno do czasu,kiedy zaczynałem pracę w polskim wywiadzie, a więc do roku 1973. Krótko rzecz ujmując każda z tych służb państwowych miała swój obszar działania. Cała wspólnota I Departamentu tamtego okresu identyfikowała się specyficznie z Wywiadem i jej członkowie do Wywiadu właśnie wstępowali i nie byli,również w przypadku nielegałów, „agentami Wydziału XIV Departamentu I SB MSW”. (Oczywiście,to przekonanie może nie mieć pełnego odzwierciedlenia w stronie formalno-prawnej odnośnie I Departamentu, który od 27 listopada 1956 był przeniesiony do MSW z „dobrodziejstwem inwentarza”, a więc można by z tego wywodzić, że był częścią SB. Jednak nawet przewodniczący Rady IPN prof.Andrzej Paczkowski twierdzi, że w 1981 roku, via facti, wydzielono z SB piony wywiadu i kontrwywiadu a de iure zostało to ujęte w lipcu 1983 w „Statucie Organizacyjnym MSW” i taki stan rzeczy trwał,z kilkumiesięczną przerwą,do 1989 roku włącznie.)
Może to co piszę, to truizmy ale bez ich przypomnienia trudno będzie zrozumieć ten najbardziej chyba tajny aspekt działania Wywiadu MSW, a w szczególności XIV Wydziału (nielegalnego) jego I Departamentu, o którym praktycznie, poza aluzjami np. w książce Zbigniewa Siemiątkowskiego, się nie wspomina. A i dokumenty na ten temat w archiwach się nie zachowały, bowiem dotyczyły materii tak delikatnej, że zaraz po zapoznaniu się z nimi uprawnionych przedstawicieli władz, miały być niszczone.
Chodzi o akcje prowadzone przez wywiad polski w ZSRR w latach 1986-89.
W Polsce, w kręgach władzy, która czuła presję rosnącej w siłę opozycji, mimo stopniowo likwidowanych niedogodności stanu wojennego, rodziło się nie bez rozdźwięków, przekonanie, że po pierwsze: trzeba podjąć z opozycją dialog, po drugie – że nie będzie możliwe wyprowadzenie kraju z kryzysu bez poważnych reform systemowych. Na tę wewnętrzną dyskusję w ramach ówczesnego establishmentu nakładały się wpływy czynników zewnętrznych a przede wszystkim postępujące zmiany w ZSRR, zapoczątkowane przez Michaiła Gorbaczowa, I sekretarza KC KPZR w celu reanimacji komunizmu w Rosji. „Pierestrojka” i „głasnost`”, bo o nie chodzi, doprowadziły w końcu do efektów przeciwnych od zamierzonych, ale w 1986 r. nikt jeszcze o tym nie wiedział.
Natomiast polskie władze musiały orientować się, jakie tendencje są w kierownictwie partyjnym Rosji dominujące, musiały wiedzieć, jak dalece mogą posunąć się w dialogu i ewentualnych ustępstwach na rzecz opozycji. Oczywiście nie mogły liczyć, że tę wiedzę zapewni im radziecki sojusznik, który traktował je z dużą dozą podejrzliwości, wbrew pobrzmiewającym w komunikatach z oficjalnych rozmów bilateralnych sformułowaniom o ich przebiegu w duchu „braterskiej szczerości i otwartości”.
Pozyskanie niezbędnych informacji inną drogą stało się koniecznością.
Stąd zrodził się pomysł wykorzystania do tego zadania Wywiadu. Ale wprowadzając w zagadnienie minimalną, niezbędną ilość oficerów i to jedynie tych, co do których istniała pewność, że ich personalia nie są znane drugiej stronie. I tu wracamy do tego, zdawałoby się niezbyt istotnego określenia z początku tekstu „państwo nie w pełni suwerenne”, którym po 1956 r. według doktryny Breżniewa była Polska, w odróżnieniu od państwa w pełni niesuwerennego, którym była przed tą cezurą czasową. Otóż w tym państwie, w ramach takiej struktury jak Wywiad, istniały wyspy niezależności. Taką oazą był XIV wydział I Departamentu MSW – „nielegalny”. Wbrew temu, co się teraz często opowiada strona rosyjska nie wiedziała absolutnie nic o tożsamości oficerów kadry „N”. Wprawdzie oficjalni rezydenci rosyjskiego wywiadu w PRL, jak choćby często cytowany gen. Pawłow, z trudem to akceptowali, ale ulegali perswazji polskiej strony, że wyciek personaliów nasilałby ryzyko dekonspiracji. Lepiej więc było nie znając personaliów oficerów móc, w ramach wymiany informacji(na ogół zresztą odsprzedawanej drugiej stronie za tak potrzebne dewizy) korzystać choćby częściowo z ich dorobku niż narazić się na ich stratę. Nigdy noga rosyjskiego rezydenta nie stanęła też na terenie obiektu, zwanego w polskim slangu wywiadowczym „Piaski”, który wbrew tej nazwie nie znajdował się na Żoliborzu, jakby sugerowała to nazwa, lecz w willi na warszawskim Służewie, gdzie mieściła się siedziba najpierw Wydziału II Departamentu I, a następnie wydziału XIV tegoż, czyli wywiadu nielegalnego. Wielu warszawiaków pewnie przypomina sobie budynek koło ul.Puławskiej od strony ul.Wałbrzyskiej z wysoką anteną radiową obok.
Otrzymałem więc zadanie pogłębienia i rozszerzenia informacji o opiniach i stosunku władz radzieckich do wydarzeń w naszym kraju – jak dalece możemy posunąć się w realizacji reform społeczno-gospodarczych, na ile będą one „strawne” dla kierownictwa ZSRR, jakie mogą być jego reakcje i skutki tych reakcji dla Polski. Zaproponowano mi tę misję, i nie tylko mnie, chociaż mogłem odmówić. Byłem oficerem „N”, wiedziałem jakie ryzyko jest związane z tą operacją, wiedziałem też, że jeśli powinie mi się noga, to konsekwencje mogą być ostateczne. Rozumiałem jednak, jak kardynalną wagę mogą mieć informacje, które zdobyłbym, dla przemian w Polsce, więc przeważył we mnie instynkt państwowy, tak jak zresztą u większości kadry „N”, służącej państwu, a nie określonej ideologii, która w danym momencie historycznym była siłą w tym państwie decydującą. Zgodziłem się.
Wykonanie tej misji wymagało jednak skomplikowanych przygotowań. Chociaż sprawa była pilna, pośpiech mógł tu oznacza katastrofę już na początku jej realizacji.
Żeby dobrze naświetlić tło , muszę cofnąć się do przełomu roku 1968/69, kiedy jako działacz Związku Młodzieży Socjalistycznej, jeszcze przed rozstaniem się z uczelnianą organizacją i uczelnią w wyniku wydarzeń marcowych 1968 r., jako wiceprzewodniczący Zarządu Uczelnianego ZMS UJ w Krakowie, pojechałem z grupą studenckich aktywistów do „strojotriadu” – międzynarodowego młodzieżowego obozu budowlanego, zorganizowanego przez Komsomoł na terenie Litwy, w Druskiennikach. Była tam młodzież z Polski, ZSRR, NRD. Nasza praca polegała na zakładaniu infrastruktury telekomunikacyjnej, łączącej nowo wznoszone sanatorium w tej miejscowości a prozaicznie rzecz ujmując – na kopaniu rowów pod instalację nowych kabli telefonicznych. Przyświecała temu przedsięwzięciu idea integracji aktywistów FDJ, ZMS i Komsomołu. W trakcie prac oraz późniejszego programu turystycznego poznałem wielu kolegów, dobieranych zresztą z ówczesnej elity radzieckiej – byli wśród nich tacy ludzie jak syn wiceprzewodniczącego Rady Państwa Litewskiej Republiki Radzieckiej, jak Jewgienij Tiażelnikow, I sekretarz Komsomołu,w przyszłości członek KC KPZR i ambasador w Rumunii, jak wielu innych, którzy później zrobili karierę w Rosji, obejmując istotne stanowiska w aparacie propagandy i w mediach. Przez pewien czas prowadziłem z nimi korespondencję, nawiązały się przyjaźnie…
Gdy w październiku 1985 roku wróciłem do Polski, stwierdziłem, że mam znajomych w moskiewskiej elicie politycznej i były to w większości znajomości zawarte w Druskiennikach. Żeby je odnowić należało zbudować odpowiednią legendę, to jest stworzyć moją nową, budzącą jak najmniej podejrzeń (bo całkowicie wyeliminować ich się nie dało) tożsamość. Wracałem przecież z Paryża, gdzie wcieliłem się w rolę kleryka jezuickiego, byłbym więc całkowicie niewiarygodny dla ewentualnych rosyjskich rozmówców.
Tutaj z pomocą przyszedł mi po części przypadek. Mój stary kolega, z lat 70., gdy jeszcze publikowałem swoje teksty w warszawskim miesięczniku „Chrześcijanin w świecie” okazał się być teraz działaczem Stronnictwa Demokratycznego i publicystą prasy SD.
Zrozumiałem, że nadarza się okazja wejścia w środowisko dziennikarskie SD, a stamtąd dopiero, pod tą właśnie flagą, jak powiedzieliby funkcjonariusze operacyjni wywiadu, działanie na kierunku ZSRR. Tu pozwolę sobie na dygresję – do SD nie wstąpiłem aby „inwigilować” tę partię. W kontekście tego, że SD było stronnictwem sojuszniczym PZPR brzmiałoby to co najmniej humorystycznie. Oczywiście, powstawały wśród członków tej organizacji ciekawe idee, toczyły się interesujące dyskusje, ale były one dobrze znane w gmachu KC i wsłuchiwanie się w nie nie stanowiło mojego zadania, nawet jeśli stałem się publicystą „Tygodnika Demokratycznego” od marca 1986 r., a później, od 1988 roku członkiem zespołu redakcyjnego miesięcznika „Myśl Demokratyczna”, które były pismami wydawnictwa „Epoka”, należącego do Centralnego Komitetu SD. Pisałem tam pod nazwiskiem lub pod pseudonimami TR, TTT czy Aleksander Bożyk. Stąd już była stosunkowo prosta droga do odnowienia relacji z radzieckimi kolegami po piórze i działaczami poznanymi kiedyś przy okazji pracy w „strojotriadzie” oraz nowymi poznawanymi w ramach nawiązywania relacji między prasą SD i agencjami prasowymi na wschodzie, w Moskwie…
Rozumiem, że czytelnik pragnąłby poznać teraz trochę szczegółów. Ze szczegółami jest nieco trudniej. Wprawdzie gryf tajności z operacji Wywiadu sprzed końca 1989 roku został zdjęty, ale istnieją inne, czysto ludzkie względy, które obligują mnie w tym przypadku do daleko idącej dyskrecji. Wielu ludzi, którzy często przypadkowo udzielali mi istotnych dla polskiej strony informacji nadal żyje, żyją ich bliscy.
Byli też oczywiście i tacy, u których, szczególnie w końcu lat 80., informację po prostu się kupowało.
Pamiętam jak za 2 tys. USD uzyskałem protokoły posiedzenia jednej z komisji KC KPZR, których tematem była ocena sytuacji wewnętrznej w Polsce, a biorąc pod uwagę wartość polityczną tych informacji, cena była śmiesznie niska. Pierwszą tego typu operację na terenie ZSRR przeprowadziłem we wrześniu 1986 roku. Przebywałem wówczas w Moskwie stosunkowo krótko, mieszkając naprzemiennie to w hotelu „Pekin”, to w willach znajomych mi osób z tamtejszej elity polityczno-intelektualnej w miejscowościach o „ograniczonym dostępie” w owych czasach – Pieriediełkino i Srebrny Bór .
Nie przeceniając wagi tych materiałów trzeba powiedzieć, że były to sygnały istotne. Dotyczyły problemu sojuszniczej lojalności Polski w ramach Układu Warszawskiego, dyskusji na temat jej systemu politycznego, gdzie jawiły się wizje wielopartyjności, pod egidą wszakże przewodniej PZPR, która miałaby coś w rodzaju „złotej akcji politycznej” na podobieństwo „złotej akcji skarbu państwa, pozwalającej na decydujący głos w spółce”. Myślano o finlandyzacji Polski, ale były też silne naciski ideologicznego betonu partyjnego, wskazujące na konieczność „dyscyplinowania” krnąbrnego sąsiada. Wystarczy wymienić Susłowa. Warto tu wspomnieć, na kanwie ciągle nierozstrzygniętego sporu o stan wojenny, polegającego na nieretorycznych wcale pytaniach „weszliby czy by nie weszli”, że ówczesna Rosja miała wiele środków nacisku na Polskę, niekoniecznie militarnych, również w II połowie lat 80. Sądzę, że wystarczyłoby przerwanie dostaw rudy do huty Katowice, połączone z przykręceniem kurka do rafinerii Płockiej i gazociągu, aby w Polsce doszło oprócz katastrofy gospodarczej, do wielkich wstrząsów społecznych, wywołanych przez tysiące pozbawionych pracy ludzi. Najłatwiej być prorokiem post factum i twierdzić dzisiaj „nic by nam nie zrobili”. Otóż mogliby zrobić, a co do tego żeby nie zrobili – nie było wówczas żadnych gwarancji. Dlatego ważenie różnych decyzji wewnątrz państwa polskiego, takiego jakie wówczas realnie istniało, obudowanego systemem uznania międzynarodowo-prawnego, traktatowego, i dysponującego ułomną, ale jednak suwerennością, musiało być oparte na wiarygodnym materiale informacyjnym, szczególnie jeśli te decyzje powodowały interferencje na linii Warszawa-Moskwa, interferencje, których skutki mogły być zarówno dla władzy, jak i dla opozycji, opłakane.
Ale wróćmy do „szczegółów”, tych, które jak sądzę, nikomu już nie wyrządzą krzywdy. Wśród incydentalnych, ale bardzo cennych informatorów, nie zdających sobie zresztą sprawy z tego z kim realnie rozmawiali był m.in. wspomniany już Jewgienij Tiażelnikow, był także dyrektor agencji „Novosti”, byli też członkowie ekipy kierowniczej agencji ITAR-TASS, osoby w większości dziś na emeryturach, bądź zmarłe. O tych, którzy sprzedawali informacje, też zresztą już będących poza obiegiem społeczno-politycznym, wspominać nie będę.
A jeśli chodzi o konkretne akcje, przy których, gdzieś jak to mówią Rosjanie, „z tyłu głowy” ciągle czaiła się świadomość niebezpieczeństwa tej gry, chciałbym podać przykład jednej, łączącej aspekty komiczne z potencjalnie dramatycznymi.
W lipcu 1989 roku, a więc już po wyborach w Polsce, w których zwyciężyła „Solidarność”, ale jeszcze przed decyzjami komisji weryfikacyjnej MSW, która decydowała kto pozostanie w wywiadzie polskim, a kto go będzie musiał opuścić, realizowałem ostatnie zadanie w ZSRR, kończące misję zdobywania informacji na temat politycznych ocen Moskwy co do wydarzeń rozgrywających się za jej zachodnią granicą. Oficjalnie w ramach dwuosobowej delegacji „Myśli Demokratycznej” przebywałem w Moskwie na zaproszenie tygodnika „Literaturnaja Gazieta”. Ale równocześnie zdobyłem, z innych źródeł, poważną radziecką analizę przemian w Polsce, wraz z wnioskami, które gremia rządzące w ZSRR z tej analizy wyciągały. Nie miałem technicznej możliwości przetworzenia tego maszynopisu tak, aby go skutecznie zakamuflować. Przecież nie mogłem oprzeć się o struktury ambasady polskiej w Moskwie. Wobec tego zdecydowałem się na dość ryzykowny krok. Byłem delegowany z prasy SD, które miało wtedy, po części przeze mnie wypracowaną dla umocnienia legendy, dobrą passę w swej polityce wschodniej. Świadczyły o tym – życzenia KC KPZR dla delegatów XIV Kongresu SD z kwietnia 1989 r., czy wywiad udzielony przez przewodniczącego CK SD Jerzego Jóźwiaka „Moskowskim Nowostiam”, w maju 1989 r., pt. „Jaka powinna być Polska”. Byłem więc w miarę wiarygodny dla strony rosyjskiej, a także, jak miałem nadzieję przy tamtejszym obiegu informacji, dla podlegających KGB służb celno-granicznych, bowiem wracaliśmy do Warszawy samolotem.
Tu wspomnę o pewnych cechach charakterologicznych, którymi musi dysponować oficer wywiadu, a szczególnie – oficer pionu „N”. Jedną z nich jest tzw. aktorstwo życiowe. Sprowadza się ono do tego, aby w każdym środowisku, a także sytuacji zareagować tak, jak tego dane środowisko w określonej sytuacji od ciebie oczekuje.
Wiedząc, że polscy turyści przewozili wówczas z Rosji „kontrabandę” często w postaci m.in. czarnego kawioru, a czasem, aby zapewnić sobie środki na przyszłe transakcje wywozili ruble (obie operacje były niedozwolone) zrobiłem co następuje. Do walizki w dolnej jej części, pod odklejonym obiciem, które przykryłem ubraniami, umieściłem wspomniany dokument. W środku, między ubraniami ułożyłem dwie 100 gramowe puszki kawioru. Do portfela schowałem sporą kwotę rubli. Kolegę, który towarzyszył mi na delegacji nie mając pojęcia o celu mojej misji poprosiłem, by w razie jakichś moich kłopotów na granicy, kontynuował podróż powrotną do kraju i zawiadomił o ew. komplikacjach sekretarza CK SD ds. prasy i propagandy, sprawującego pieczę nad środowiskiem dziennikarskim stronnictwa-Mieczysława Leśniaka. Byłem nieco spięty, ale tego chyba właśnie celnicy od przemytnika-amatora oczekiwali. Na lotnisku wszystko odbyło się zgodnie ze scenariuszem – przy kontroli bagażu ręka celnika natrafiła na puszki z kawiorem. To go usatysfakcjonowało i nie szukał już dalej. Więcej nawet, ponieważ tłumaczyłem mu, zresztą zgodnie z prawdą, że wiozę ten kawior, przecież małą ilość, dla mego wiekowego ojca, który chciał sobie przypomnieć jego smak, celnik oddał mi jedną puszkę, ale za to „zafundował mi” kontrolę osobistą, przy której w portfelu odnalazł ruble. Był już w pełni zadowolony. Sporządził protokół, przyjął ruble w depozyt, z którego teoretycznie mogłem je pobrać przy kolejnym przylocie do Moskwy i poprawił swoją statystykę wykrywalności wykroczeń.
Po wejściu do samolotu kolega – dziennikarz powiedział „denerwowałeś się w zauważalny sposób, gdybyś się lepiej kontrolował, nie znalazłby tego kawioru”. Gdybyż on wiedział, czego dzięki puszkom kawioru ten celnik nie znalazł, pewnie byłby zaskoczony.
A swoją drogą, gdyby celnik kontynuował dokładną kontrolę mojego bagażu (ale po co miałby to zrobić, skoro to co znalazł odpowiadało dokładnie profilowi wykroczeń turysty znad Wisły) to pewnie nie mielibyście państwo okazji czytać tego tekstu…
Potem był koniec roku 1989, zapadły decyzje komisji weryfikacyjnej stanowiące kto służbę opuści a kto w niej zostanie, następnie rok 1990, który zamykał funkcjonowanie struktur Wywiadu PRL. Stanowił cezurę czasową od której zaczął działanie Urząd Ochrony Państwa a po nim Agencja Wywiadu,których zadania zabezpieczał gryf tajemnicy pańswowej, powodując to, co z wywiadowczego punktu widzenia oddaje określenie „reszta jest milczeniem”.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Dom na krwi

Słynny dom na skarpie Bersieniewskiej w Moskwie stał się symbolem czasów radzieckich.

Przekraczasz próg i znajdujesz się w innym wymiarze – po drugiej stronie lustra historii. Nie ma na świecie drugiego takiego muzeum, tak jak nie było i nie ma drugiego takiego domu, którego dzieje, istnienie, oddychanie chroni muzeum „Domu na nabrzeżu”.
W dwóch ciasnych pokojach i korytarzu byłego mieszkania dozorcy udało się zawrzeć „epokę”. Pierwsze wrażenie – jego „mieszkańcy” albo dopiero się wprowadzili i jeszcze nie zdążyli przemyśleć wszystkich zawiłości domowego wnętrza, albo przygotowują się do przeprowadzki. Przyglądając się bliżej, widać jednak, że bałagan jest nie tylko nieunikniony ze względu na nadmiar rzeczy i mebli nagromadzonych na jednym metrze, lecz również jest nieprzypadkowy. „Nieporządek” wywołuje niepokojące uczucie ulotności życia tych, którym te przedmioty służyły. Służbowe były tu nie tylko ponumerowane szafy, fotele, łóżka, stoły, krzesła, lecz również życie ich użytkowników. Wszystko należało do partii, partia zaś była wszystkim…
Dla większej wyrazistości, w najbardziej widocznym miejscu sali muzealnej leży świeżusieńka, szyta na zamówienie czapka enkawudzisty – jadowicie niebieska korona, krwawo jasnoczerwony obwód czapki, ostry, jak krawędź saperskiej łopaty daszek…
Całości dopełnia lista ofiar stalinowskich represji – od sufitu do podłogi i niesamowita instalacja – dziesiątki zdjęć więźniów za drutem kolczastym Gułagu – losy rozwieszone na śmiertelnych hakach reżimu.
Wrota piekła
Z około 800 mieszkańców domu na Nadbrzeżnej 304 osoby zostały rozstrzelane. Ich żony i krewni (ci, którzy nie składali donosów na swoich bliskich) trafiali do łagrów na 5-8 lat. Sieroty wywożono do Daniłowskiego obozu przejściowego dla dzieci. Zbierano odciski palców, zmieniano im imiona i nazwiska, żeby na zawsze oddzielić ich od rodzin – „wrogów narodu”.
Kaci i ofiary często mieszkali w jednym budynku, obok siebie. Również w muzeum (w ciasnocie, bez obrazy) sąsiadują ze sobą, na przykład, biurko sekretarza Stalina, złowrogiego Iwana Towstucha i rzadki w tamtych czasach „telefunken” dwukrotnego bohatera Związku Radzieckiego Jakowa Smuszkiewicza (generała Douglasa), rozstrzelanego za „zdradę ojczyzny”, gdy leżał na noszach pod Samarą w październiku 1941 r. Jego żonę i córkę zesłano do łagru.
W kolejnej gablocie znajduje się martyrologia mieszkańców domu, którzy zginęli na froncie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Wielu z nich nie miało nawet 20 lat, a niektórzy nawet 18. Synowie lotnika Babuszkina – Michaił i Oleg, Bohater Związku Radzieckiego Ruben Ibarruri, przyjaciel z dzieciństwa Jury Trifonowa Lew Fiedotow…
Każdy przedmiot jest metaforą czasu. Filiżanka do kawy z napisem „Sprawa Lenina żyje i zwycięża”. Talerz obiadowy z ideologicznym wezwaniem, które może zadziwić pokolenie fast foodu: „Społeczne odżywianie – pod obstrzałem samokrytyki robotników”. Porcelanowy kubek, z napisem: „Sprawa Lenina przeżyje wieki”, który pociemniał z biegiem czasu od mocnej herbaty…
Brzydki metalowy wieszak wykonany z mocnej stali podarowany Stalinowi przez jego córkę Swietłanę. Na drugim wieszaku wiszą w przeźroczystych pokrowcach dwa generalskie kitle. Należały one do pilota polarnego, jednego z pierwszych Bohaterów Związku Radzieckiego Ilji Mazuruka i syna autora Hymnu Związku Radzieckiego oraz nieśmiertelnej ballady „Wstawaj, kraju ogromny”, twórcy słynnego zespołu pieśni i tańca Armii Czerwonej Aleksandra Aleksandrowa – Borysa (Borys Aleksandrowicz przez długi czas kierował tym zespołem).
„Lista abonentów automatycznej centrali telefonicznej Kremla”. Otwarta na stronie pod literą „S”. „3402 Stalin W.I. kab. WWS KA. 3087 Stalin W.I. kw.”.
Syn „wodza wszystkich narodów” Wasyl również żył w tym domu. Przed W. Stalinem niejaki Spirpin S.A., a po Stalinie – Starowski W.N., kierownik Głównego Urzędu Statystycznego (CSU), doktor nauk, Bohater Pracy Socjalistycznej.
Powstanie muzeum
Muzeum narodziło się 12 listopada 1989 r. Początkowo było ono – w ścisłym znaczeniu tego słowa – społeczne. Jego pomysłodawcą i organizatorem była Tamara Ter-Jegiazarian – siostra wybitnego działacza komsomołu „towarzysza Tera”.
Tamara Andriejewna miała 80 lat, lecz fantastycznej energii i witalności mogły jej pozazdrościć prawnuki. Ter-Jegiazarian z pomocą słynnego pilota, jednego z pierwszych Bohaterów Związku Radzieckiego Mikołaja Kamanina (który był sekretarzem partii tego domu) załatwiła dla muzeum mieszkanie dozorcy i dodatkowo dołączyła do niego 20 metrów kwadratowych.
Z biegiem czasu muzeum stało się miejskie, a następnie państwowe. Wszystkie eksponaty – to dary dzieci, wnuków i prawnuków lub… znaleziska z lokalnych wysypisk. Zdarzało się, że potomkowie kremlowskich mieszkańców wyrzucali nie tylko urzędowe wyposażenie, lecz również unikalne archiwa, albumy fotograficzne, książki, rękopisy, dokumenty mające wartość historyczną. To mówi samo za siebie – na skrzyżowaniu dwóch epok wielu demonstracyjnie wypierało się przeszłości swoich bliskich.
Mowa przedmiotów
Portret Stalina pędzla Pantelejmona Lepieszyńskiego, współpracownika Lenina, przez wiele lat był schowany przez autora za kanapą. Teraz wisi w muzeum nad urzędową sofą ze smutną lalką w rogu. Stalin jest na nim karykaturalny. Namalowany w pozycji stojącej. W prawym górnym rogu płótna przylepiony (wielkości kartki pocztowej) Włodzimierz Ilicz w głupiej chorobliwej pozie; z dzikim spojrzeniem z tamtego świata. Co to znaczy? Gdyby portret pojawił się w tamtych czasach, los Lepieszyńskiego byłby przesądzony…
Unikalnym eksponatem jest amerykańskie radio podłogowe z wieloma szufladami na płyty. Jest to jeden z dwóch odbiorników podarowanych Stalinowi przez Roosevelta.
Radioodbiorników w muzeum jest kilka, lecz jeden z nich jest wyjątkowy. Został zrobiony przez więźniów politycznych w jednej z fabryk w Gułagu i stał się startowym modelem do masowej produkcji.
Szwajcarski zegarek wyprodukowany w 1940 r. przez firmę Longines. Został on podarowany muzeum przez krewnych „czerwonego dyktatora” Sergieja Bałachina. Niewielką partię takich zegarków na przełomie września i października 1941 r. wysłał do Moskwy prezydent USA Roosevelt w nagrodę dla obrońców Moskwy.
Najbardziej wzruszającym eksponatem muzeum jest wypchany pingwin. Też ma swoją historię. Podczas jednej z ekspedycji dostał się on do samolotu pilota Mazuruka i dotarł na gapę do Moskwy. Przez jakiś czas mieszkał z pilotem, ale na stare lata trafił do ZOO. Potem został straszydłem, które ze smutnym uśmiechem wita gości muzeum.
Ilja Mazuruk był Białorusinem. W lipcu obchodzono 110. rocznicę jego urodzin. Urodził się w Brześciu. Był synem robotnika, a od 14. roku życia sam był najpierw robotnikiem na kolei, a potem uczniem i pomocnikiem maszynisty. Stał się wielkim lotnikiem. Podczas wojny Mazuruk razem z drugim asem przestworzy Michaiłem Wodopianowym transportował z Alaski przez całą Syberię na nasz front amerykańskie samoloty. Latali bez nawigacji i świateł, co samo w sobie było zawodowym wyczynem.
18 marca 1957 r. lotnik Mazuruk w samolocie An-2 jako pierwszy na świecie wylądował na szczycie góry lodowej na Antarktydzie. Łącznie 254 razy lądował na dryfującym lodzie. Dom na skarpie Bersieniewskiej Mazuruk nazywał „prawdziwym rezerwatem myśli”. W muzeum „Domu na nabrzeżu”, oprócz generalskiego munduru lotnika, zachowane jest jego gipsowe popiersie z młodą kobietą. Oboje zarażają szczęściem…

Przełożyła M. Hofman

Polska w Układzie Warszawskim

„W sytuacji równowagi bezpieczeństwa stron, a w istocie równowagi strachu – polski komponent, w szczególności nasze centralne położenie, potencjał ludnościowy, gospodarczy, militarny – stanowił jeden z kluczowych czynników tej równowagi”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Miesiąc temu minęła tzw. okrągła, bo 65 rocznica powstania Układu Warszawskiego (UW), nie miałem zamiaru pisać okolicznościowego tekstu. Skłoniły mnie ku temu pytania części Czytelników, wskazując, że temat „politycznie martwy”, jest interesujący dla części osób zajmujących się przeszłością Polski. Były głosy mające znamiona przestrogi. Nie pamiętanie o rocznicy będzie odczytane przez prawoskrętne piśmiennictwo, że ukrywany jest „wstydliwy fakt” z okresu PRL. Rzeczywiście, to przekonujące argumenty – oczekiwanie wiedzy i podejrzenie o „skrywanie”, świadome pomijanie i dawanie asumptu do krytyki.
Drugim, nie mniej ważnym powodem jest dość szeroki odzew na ostrzegawczy tekst Pana Andrzeja Ziemskiego pt. „Broń jądrowa w Polsce?” (25-26 maja 2020). Wprawdzie na ten tekst „odpowiedziałem” publikacją -„Plan Rapackiego” ( 29-31 maja), sygnalnie odnosząc się do kwestii UW. Nie mniej inspirujące myśli z logicznie motywowanych argumentów Pana Andrzeja i Państwa Czytelników są istotnym czynnikiem, by szerzej przedstawić miejsce, rolę Polski w UW, ówczesne uwarunkowania i dokonać ich oceny z dystansu ponad półwiecza.
„Inspiratorzy” Układu
Być może niektórzy przyjmą z niedowierzaniem stwierdzenie, iż Zachód, konkretnie USA i W. Brytanię uznaję „inspiratorami” utworzenia Układu Warszawskiego. A czynnikiem tym nie było utworzenie NATO, pisałem we wspomnianym tekście „Plan Rapackiego”. Ze strony ZSRR nie było faktycznego powodu do jego utworzenia, jako zbiorowego „środka obrony” przed „agresją” ze Wschodu. Mówiąc wyżej cytowanymi słowami Generała, nie było „sytuacji równowagi strachu” dla Zachodu. Nikt trzeźwo myślący nie uzna „propagandowych argumentów” rzeczywistymi dowodami polityczno- militarnych decyzji, wiedząc, kto je „produkował” i rozpowszechniał, o czym pisałem. Proszę, by Państwo uważnie „wczytali” się w tę ocenę-„Atlantycki blok militarny… tworzono nakładem ogromnych kosztów i środków materialnych, w imię rzekomej obrony „ideałów zachodniego świata”, przed „grożącą ze wschodu agresją”. Pokojowa polityka Związku Radzieckiego i krajów socjalistycznych obaliła od podstaw te absurdalne mity, dowiodła w całej rozciągłości, że ostatecznym rezultatem obrony owych ‘ideałów’ stało się przekształcenie państw NATO w posłusznych satelitów USA, bez reszty wciągniętych w nurt niebezpiecznej polityki Waszyngtonu”. Napisał to w 1970 r., w książce„Kowboje i rakiety”- Leszek Moczulski. Tak, ten szef KPN! Jeśli Ktoś w 2020 r. chce wyśmiać tę ocenę- proszę bardzo o niepodważalne, „twarde” fakty.
Jak łatwo zauważyć, utworzenie UW nie było „odpowiedzią” na powstanie NATO. Francja- członek NATO, dokonała w1954 r., udanej próby nuklearnej. Od 1954 r. USA rozpoczęły składowanie broni jądrowej na terenie NRF i Wielkiej Brytanii (tu silosy z rakietami były montowane wspólnie z angielskimi). Przygotowania takie trwały w Belgii, Holandii, Grecji i Turcji. Przypomnę, iż w chwili tworzenia NATO (październik 1949) USA dysponowały 235 bombami jądrowymi, zaś ZSRR był po pierwszej (29 sierpnia 1949) doświadczalnej próbie eksplozji bomby nuklearnej. Część publikacji po 1989 r., bagatelizuje fakty zagrożenia dla ZSRR, tłumacząc postępowanie USA rolą w polityce światowej, a europejskiej w szczególności. Proszę, odpowiedzcie na pytanie- czy „rola USA” dla każdego kraju na świecie, a ZSRR głównie- miała oznaczać bezwzględne posłuszeństwo, respekt dla decyzji płynących z Waszyngtonu? Dla wielu Czytelników jest oczywiste, że państwa NATO, a głównie dysponujące bronią jądrową i pracujące nad nią, były uważnie i dosłownie wnikliwie obserwowane przez służby wywiadowcze ZSRR. Miał więc informacje w miarę aktualne i dostrzegał rzeczywistą przewagę Zachodu w tej broni, lotnictwie i marynarce.
Proces „tworzenia” Układu
Należy zatem postawić pytanie-co przesądziło o utworzeniu UW? Oczywiście decyzja władz ZSRR. Czym spowodowana- takimi faktami! 5 maja 1955 r. Bundeswehra została oficjalnym członkiem NATO, co Zachód uznaje za formalność. Zapomina, że włączenie wojsk NRF do podległości militarnej, wojskowej Dowództwu NATO, oznaczało gotowość do różnych zadań w pełni bojowych, po prostu groziło konfliktem zbrojnym w Europie. Trwały też „ściśle tajne” prace nad porozumieniem między NRF a USA o wzajemnej pomocy obronnej (weszło w życie 27 grudnia 1955 r.). To w praktyce uznanie remilitaryzacji Niemiec za oficjalny fakt (niektórzy nazywają to dalszym dozbrajaniem, gdyż rozpoczętym w 1954 r. na mocy traktatów paryskich). Tu istotny szczegół. Podpisanie tych traktatów wywołało dość szybką reakcję Kremla. Przywódcy państw socjalistycznych zostali zaproszeni na pilną naradę(przełom listopada i grudnia1954r.) do Moskwy. Opublikowany komunikat zapowiadał – „w przypadku ratyfikacji układów paryskich zdecydowani są przedsięwziąć wspólne środki w dziedzinie organizacji sił zbrojnych i ich dowództw, jak również inne środki, niezbędne do umocnienia ich zdolności obronnej”. Oczywiście- nikt na Zachodzie nie „przejął się” takim ostrzeżeniem, traktaty zostały ratyfikowane. Wielu poważnych analityków ten fakt uważa za dosłownie ostrzegawczą zapowiedź powołania przez ZSRR „organizacji zbrojnej” bloku. Zaś dyplomacja ZSRR na przełomie 1954/ 1955 r. podjęła szereg kroków zapobiegających ich ratyfikacji. Zachód akcentował kwestie gospodarcze, powołanie Unii Zachodnioeuropejskiej, a o „stronie wojskowej” milczał, udawał głuchego i ślepego. ZSRR zgłosił nowe koncepcje pokojowe i odprężeniowe w Europie. Jedną z nich była propozycja zjednoczenia Niemiec, jako konfederacja NRF i NRD, przy realizacji porozumień poczdamskich -właśnie militarna neutralizacja, wolne wybory do władz skonfederowanych obu krajów i zawarcie odnośnego traktatu pokojowego. Proszę – zwróćcie Państwo uwagę. Gdyby wtedy USA wyraziły zgodę, biorąc przy tym -jako warunek-sugestie kanclerza Adenauera, że Niemcy istnieją w granicach z 1937 r. Jak zachowałby się ZSRR- oddałby nasze Ziemie Odzyskane, czy nie? Pamiętajmy-mocą Traktatu Poczdamskiego, Polska otrzymała je w „czasowe administrowanie”. ZSRR na tym zyskałby „wgląd i wpływ” na politykę i gospodarkę Niemiec jako jeden z „politycznych nadzorców”, obok USA, Anglii i Francji. Zaś straciłby „urzędową sympatię” Polaków, którą dobrze znał! Co w takiej sytuacji mogłyby uczynić ówczesne władze Polski- możliwości były trzy: pogodzić się z tym faktem; błagać o oddanie nam Kresów Wschodnich; wszcząć bunt, „powstanie narodowe”, zapewne krwawo stłumione i zostać 17 republiką, trzymaną „twardą ręką”. Także z pokojem w Europie mogło być różnie. Dlaczego- Zachód zapewne znalazłby sposoby by pozbyć się ZSRR, a na pewno zminimalizować jego wpływ w obszarze Niemiec. Pomyślcie Państwo nad przeszłością! Że wtedy bylibyśmy osamotnieni, pisać nie trzeba.
Wracam do głównego wątku. Kanclerz Konrad Adenauer, wprawdzie poufnie – wypowiadał się za wyposażeniem Bundeswehry w broń jądrową, co 1 kwietnia 1957 r. stało się oficjalne. I taki argument- w 1955 r., posiadany potencjał jądrowy USA i WB pozwalał na zniszczenie ZSRR. Jak Państwo myślicie- czy Kreml mający w chwili powstania UW 200 bomb jądrowych, zaś NATO- 3067 ładunków jądrowych (arytmetyczna przewaga 15 razy, w mocy mniejsza), powinien być obojętny, „spać spokojnie”?
Analizując proces powstania Układu, można zauważyć dwa jego niejako równoległe uwarunkowania, płaszczyzny. Pierwsza, to skrótowo wspomniana polityczno-militarna. Zaś druga- wewnętrzna jest nie mniej istotna. To zmiany w ZSRR. „Otworzyła” je 5 marca 1953 r. śmierć Stalina. Nastąpiły czystki kadrowe w KPZR, znane „rozliczenia z kultem jednostki”. Swoistym tego „szczytem” jest tajny referat Nikity Chruszczowa na XX Zjeździe KPZR, oczywiście szybko rozpowszechniony jako rzeczywista sensacja-może o to chodziło?, przynajmniej niektórym. Czy mogło to doprowadzić do destabilizacji politycznej w bloku wschodnim? Proszę zwrócić uwagę, że NRD niezbyt „cieszyło się” z radzieckiego nadzoru, np. sprawa Berlina w 1953 r., odpowiednio „dowartościowana” przez Zachód, jako „troska” o demokrację. A Polska?- nie zapominajmy o stalinizacji i „zbrojnych bandach”. Lata 1944- 1955 przyniosły kilka tysięcy ofiar, wiele krzywd, ludzkiego bólu i cierpienia. Czy mogło dojść do walk bratobójczych, na szeroką skalę(to oddzielny temat)?
Obecna polityka historyczna i „lepiej wiedzący”, uznają za rzeczywistą przyczynę powstania UW utrzymanie hegemonii (czytaj „posłuszeństwa”) nad krajami bloku przez ZSRR. Nie rozumieją, że do „ideologicznego posłuszeństwa” wystarczyły inne argumenty, np. „twardogłowi partyjni” czy NKWD (patrz Polska), naciski gospodarcze poprzez RWPG . Proszę zauważyć, że Układ nie był potrzebny ZSRR, by realizować tzw. doktrynę Breżniewa.
Podstawowe ustalenia
Art. 4. Jest kluczowym dla Układu. Stanowi -„W przypadku napaści zbrojnej w Europie na jedno lub kilka Państw Stron Układu, dokonanej przez jakiekolwiek państwo lub grupę państw, każde Państwo Strona Układu, realizując prawo do samoobrony indywidualnej lub zbiorowej, zgodnie z artykułem 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli państwu lub państwom, na które dokonana została taka napaść, natychmiastowej pomocy, indywidualnie i w porozumieniu z innymi Państwami Stronami Układu, wszelkimi środkami, jakie będzie uważało za niezbędne, włączając zastosowanie siły zbrojnej. Państwa Strony Układu będą niezwłocznie konsultować się w sprawie wspólnych kroków, które należy podjąć w celu przywrócenia i utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa”. .
Postanowiono także, że o podjętych krokach, „zawiadomiona będzie Rada Bezpieczeństwa” oraz „zostaną wstrzymane, gdy Rada Bezpieczeństwa podejmie środki, niezbędne dla przywrócenia i utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa”.
Dla NATO, podobny w treści jest art. 5. Może to wskazywać, że wzorowali się na nim autorzy UW. Są istotne różnice i podobieństwa:

  • państwa UW miały się wspólnie bronić przed „zbrojną napaścią w Europie”- tylko! A ZSRR zajmował część kontynentu azjatyckiego, którą ten Układ nie obejmował. Natomiast NATO obejmowało Amerykę Północną, gdyż Kanada była członkiem. Dla porównania, proszę zauważyć, że art. 6 NATO zasięgiem terytorialnym obejmuje terytorium którejkolwiek ze stron w Europie lub Ameryce Północnej, algierskie departamenty Francji, terytorium Turcji oraz wyspy pod jurysdykcją którejkolwiek ze stron na obszarze północnoatlantyckim na północ od zwrotnika Raka. Zobowiązania traktatu obowiązują także w razie ataku na siły zbrojne, okręty lub samoloty którejkolwiek ze stron znajdujące się na tych terytoriach lub nad nimi albo na jakimkolwiek innym obszarze w Europie, na którym w dniu wejścia w życie traktatu stacjonowały wojska okupacyjne którejkolwiek ze stron, lub na Morzu Śródziemnym czy obszarze północnoatlantyckim na północ od zwrotnika Raka. Powtarzam- ZSRR jednak nie przewidywał użycia sił Układu poza terytorium;
  • państwa UW ustalały „niezwłocznie konsultować się w sprawie wspólnych kroków”. Tego nie zawiera art.5 NATO;
  • identyczne są zapisy odnośnie „reakcji na postanowienia Rady Bezpieczeństwa” ONZ.
    Art. 7, zabraniał uczestnictwa w koalicjach, jeśli cele będą sprzeczne z celami UW.
    Art. 9 Układ jest otwarty dla „miłujących pokój państw, bez względu na ich ustrój”.
    Art. 10- czynił Polskę depozytariuszem dokumentów Układu. 
    Art. 11 Układu deklarował jego rozwiązanie „w przypadku utworzenia w Europie systemu bezpieczeństwa zbiorowego i zawarcia w tym celu „Ogólnoeuropejskiego Układu o bezpieczeństwie zbiorowym, do czego wytrwale dążyć będą Układające się Strony”. Na tym polu, głównie z inicjatywy Polski, przy aktywnym zaangażowaniu szefa MSZ udało się – po 10 latach starań doprowadzić do KBWE w Helsinkach, 1975 r. (wymaga oddzielnego opisu). W myśl tego artykułu, Układ miał obowiązywać przez 30 lat. 26 kwietnia 1985 roku jego ważność przedłużono o następne 20 lat, z możliwością przedłużenia o dalsze 10 lat w razie nie wypowiedzenia. Istniał do 1 lipca 1991 roku.
    Główne organy
    Struktura organizacyjna UW obejmowała organy cywilno- wojskowe:
  • Doradczy Komitet Polityczny(DKP),najwyższy organ polityczno-wojskowy. Jego skład stanowili: premierzy rządów, ministrowie spraw zagranicznych i ministrowie obrony oraz przywódcy partii. Komitet wypracowywał wspólne poglądy na zasadnicze kwestie w zakresie strategii wobec zagrożeń polityczno-militarnych. Przywódcy państw Układu od początku stawiali za cel swojej polityki dążenie do rozwiązywania wszelkiego rodzaju konfliktów na drodze pokojowej i dyplomatycznej. Obok deklaracji zgłaszano konkretne „Plany”, np. wspomniany Pan Rapackiego czy Plan Jaruzelskiego, maj 1987. Na posiedzeniu DKP w Berlinie 28-29 maja przyjęto dokument pt. „O doktrynie wojennej państw-stron Układu Warszawskiego”. Członkowie DKP poparli Plan Jaruzelskiego. Był to ewidentny sukces Generała i naszej dyplomacji. Końcowy jego frag­ment brzmi: „Państwa-uczestnicy Układu Warszawskiego proponują państwom-członkom So­juszu Północnoatlantyckiego przeprowadzenie konsultacji w celu skonfrontowania doktryn wo­jennych obydwu sojuszy, analizy ich charakteru, wspólnego rozpatrzenia kierunków ich dalszej ewolucji, mając na względzie usunięcie nagromadzonych przez lata podejrzliwości i nieufno­ści, osiągnięcie lepszego wzajemnego zrozumienia zamierzeń, zapewnienie, aby koncepcje i doktryny bloków wojskowych i ich uczestników bazowały na zasadach obronnych. Przed­miotem konsultacji mogłyby stać się także niezbilansowanie i asymetria w poszczególnych ro­dzajach uzbrojenia i sił zbrojnych oraz poszukiwanie dróg ich usunięcia na zasadzie ograni­czenia tego, kto uzyskał wyprzedzenie, w takim rozumieniu, że takie ograniczenia doprowadzą do ustalenia jeszcze niższych poziomów. Państwa-uczestnicy Układu Warszawskiego proponu­ją takie konsultacje na autorytatywnym eksperckim poziomie, z udziałem wojskowych specjalistów obydwu stron. Są oni gotowi do przeprowadzenia takich konsultacji już w 1987 roku”.
    Sygnatariusze tego dokumentu zwracali się do wszystkich państw NATO o przeprowadzenie konsultacji celem porównania treści swoich doktryn, przedłożenia zamiarów oparcia ich na zasadach „ściśle obronnych”. W świetle dokumentu DKP, polska propozycja była dobrą podstawą, swoistą „rozgrzewką” przed jego pełnym wcieleniem w życie. Pierwsze w historii polsko – niemieckie konsultacje w sprawie bezpieczeństwa militarnego i doktryn wojennych z udziałem przedstawicieli MON i Sztabu Generalnego WP odbyły się w Ebenhausen (RFN) w czerwcu 1989 r. Zachodnioniemiecki ekspert ds. rozbrojenia Egon Bahr, członek SPD i bliski współpracownik Kanclerza RFN Willy Brandta – ogłoszenie Planu Jaruzelskiego usłyszał na posiedzeniu Forum Polska – RFN, które odbywało się w Kilonii w dniach 8-10 maja. Plan ten „na gorąco” powitał słowami: „Polska wraca do Europy inicjatywą w polityce międzynarodowej, całkiem w stylu Rapackiego i zarówno treść, jak i moment całkowicie odpowiada zapotrzebowaniu” Plan Jaruzelskiego, to osobny temat)..
  • Komitet Ministrów Obrony najwyższy organ wojskowy Układu, członkami byli Ministrowie Obrony. Zajmował się ustalaniem wspólnych przedsięwzięć wojskowych, a zwłaszcza: ćwiczeń i manewrów sojuszniczych oraz gier wojennych i ćwiczeń dowódczo-sztabowych; współpracy w zakresie szkolenia sztabów i wojsk, wprowadzenia nowych wzorów uzbrojenia, zabezpieczenia logistycznego wojsk itp. ujednolicenia regulaminów i instrukcji, przepisów wojskowych;
  • Komitet Techniczny, jego domeną było unowocześnianie uzbrojenia i wyposażenia wojsk Układu, jego standaryzacja ułatwiająca współdziałanie na polu walki i zabezpieczenie techniczne. Komitet wskazywał i koordynował specjalizację produkcji sprzętu wojskowego przez poszczególne państwa;

-Zjednoczone Dowództwo Sił Zbrojnych, najwyższy organ dowodzenia Układu. Na czele stał Naczelny Dowódca ZSZ (pierwszym był marsz. ZSRR, Iwan Koniew), któremu podlegał mu Sztab ZSZ, składający się przedstawicieli narodowych armii. Ogółem Sztab ZSZ liczył 523 pracowników merytorycznych, w tym 173 z krajów członkowskich, gdzie Polacy mieli 43 stanowiska w różnych ogniwach. Proszę o zwrócenie uwagi, iż Sztab ZSZ utworzono w 1969 r., czyli 14 lat po utworzeniu Układu. Świadczy to, że nie spieszno się z „agresją” na Zachód, ZSRR nie „chwytał silną ręką” państw i armii członkowskich(proszę nie odczytać tego jako moją złośliwość). Wbrew różnym insynuacjom, trwały uzgodnienia, m.in. odnośnie wydzielanych wojsk, ich wyposażenia i dowodzenia na czas wojny. Nikt z członków nie ukrywał, swojej wrażliwości na tle zwierzchnictwa ZSRR Dowództwo nad wydzielonym wojskami każdego z państw sprawowali ministrowie obrony tych państw. Od 1969 przy dowództwie ZSZ funkcjonowała Rada Wojskowa, w skład której wchodzili zastępcy Naczelnego Dowódcy ZSZ oraz szef sztabu ZSZ.

  • Zjednoczone Siły Zbrojne, stanowiły kontyngenty jednostek operacyjnych, każdego kraju, stosownie do jego możliwości narodowych, położenia i przewidywanych kierunków zagrożenia oraz koalicyjnego użycia w Europie. Były one uzgadniane w formie dwustronnych porozumień z ZSRR, na okres 5-letni, tak na czas pokoju jak i wojny. Wytypowane jednostki cechowały się wysokim poziomem gotowości bojowej. Polska, w myśl porozumienia z 17–19 października 1955 r., wydzieliła Front, w składzie trzech armii ogólnowojskowych i armii lotniczej. Pierwszym dowódcą był szef Inspektoratu Szkolenia, wiceminister ON, gen. broni Zygmunt Duszyński, ostatnim- gen. broni Eugeniusz Molczyk
    Front Polski miał prowadzić operację w drugim rzucie strategicznym ZSZ UW, zależnie od skali zagrożenia i przewidywanego rozwoju sytuacji strategicznej, jako:
  • strategiczną operację obronną na linii Odry w drugim rzucie wojsk Układu;
  • strategiczną operację zaczepno- obronną na nadmorskim kierunku operacyjnym (o charakterze pomocniczym), osłaniając prawe skrzydło głównego zgrupowania uderzeniowego Armii Radzieckiej. Celem operacji było zamknięcie cieśnin duńskich (zajęcie wysp Zelandia i Fionia, niedopuszczenie sił morskich NATO na Morze Bałtyckie (zabezpieczenie wybrzeża Polski, NRD i ZSRR przed desantami morskimi). Jak widać- plany operacyjne przewidywały więc prowadzenie działań obronno- zaczepnych.
    Tu ciekawostka. Radosław Sikorski przejawił „dekomunizacyjną inicjatywę” przez ujawnienie planów operacyjnych Wojska Polskiego w ramach UW. Kto z Państwa nie pamięta związanych z tym sensacji w latach 2005-2006. Okrzyknięto Polskę„agresorem”- mieliśmy zdobywać duńskie wyspy. Pojawiły się ujawnione mapy tej operacji, na różne sposoby spekulacje domorosłych polityków i strategów. Nikt nie brał pod uwagę ówczesnej rzeczywistości i współzależności do ew. działań NATO. Wręcz odwrotnie te dokumenty były dowodami na pokojową politykę Zachodu, a miliony Polaków dało temu wiarę – zaprzeczycie Państwo? Proszę sobie zanucić- „Jak Czarniecki do Poznania, po szwedzkim zaborze, dla Ojczyzny ratowania wrócił się przez morze” i opowiedzieć dzieciom i wnukom, gdzie i z kim nasz hetman wojował, że „wracał przez morze”.
    Skrótowo i dość ogólnie przedstawiona „część wojskowa” Układu wprowadziła tylko w niezbędny zakres tej problematyki. Być może, pojawią się okoliczności skłaniające do jej szerszego zaprezentowania. Wówczas warto będzie scharakteryzować Układowe ćwiczenia strategiczno-operacyjne, np. Burza Październikowa. Wszystkie rozpoczynały się od uderzenia wojsk NATO (konwencjonalnego, następnie rakietowo-jądrowego), sięgającego za Odrę. Po operacji obronnej na terenie NRD i Polski wojska Układu przechodziły do operacji zaczepnej. Raz tylko w historii Układu, prowadzono ćwiczenie ze wschodu na terytorium Polski, Zapad- 81 (wrzesień 1981), by dać nam do zrozumienia, że doktryna Breżniewa, zastosowana wobec CSRS w 1968 r., jest wciąż aktualna. Uchronił nas stan wojenny. Będzie i okazja, by omówić kwestie związane z bronią jądrową w Układzie.
    Dlaczego „Warszawski”?
    Układ Warszawski – „Układ o Przyjaźni, Współpracy i Pomocy Wzajemnej”, oficjalna nazwa. Z polityczno- militarnego punktu widzenia, był realizacją bukaresztańskiej deklaracji, którą ZSRR, Polska, Węgry, CSRS podjęły po utworzeniu NATO. Czekały 5 lat z jej realizacją. Dla rozsądnie myślących- jest świadectwem unikania konfrontacji polityczno- militarnej. Jak skrótowo wyżej podałem, zostały „przymuszone” postępowaniem Zachodu. Tu taki szczegół – podczas XX Zjazdu Chruszczow jako pierwszy użył określenie -„pokojowe współistnienie”. Było deklaracją wobec NATO i polityczną zapowiedzią Układu.
    Uznanie miejsca podpisania „Układu”, ma nie tyle wymiar formalny, co praktyczny. Warszawa, pałac Rady Ministrów, 14 maja 1955 r., podpis premiera Józefa Cyrankiewicza. Polska stała się- zgodnie z art. 10 depozytariuszem tego dokumentu, podpisanego w 4 językach: polskim, rosyjskim, czeskim i niemieckim. Wszedł w życie 4 czerwca 1955 roku, gdy dokumenty ratyfikacyjne zostały złożone Rządowi PRL, przez wszystkich sygnatariuszy: ZSRR, CSRS, NRD, Albania, Bułgarię, Rumunię, Węgry. Sejm PRL ratyfikował Układ uchwałą z dnia 19 maja 1955 roku. Zarejestrowany przez Sekretariat ONZ 10 października 1955 r., na podstawie dokumentów złożonych przez Polskę.
    Praktyczne interesy Polski.
    Samą nazwą Układ podkreślał czołową rolę kraju jego powstania, czyli Polski (rola wiodąca należała do ZSRR). To Polska „administrowała”, zgodnie z decyzją Poczdamu – Ziemiami Odzyskanymi, o które NRF dobitnie się upominała. Ziomkostwa niemieckie coraz głośniej przypominały „rodzinne strony”, na wschód od Odry, kwestionując granicę. Zapytam, czy docierające różnymi kanałami, w tym przez RWE takie głosy nie wywoływały obaw u naszych przesiedleńców, nie stawiały po ludzku pytań- po co się osiedlać, jeśli to „nie będzie nasze”, co zostawimy swoim dzieciom, jeśli Niemcy niedługo nam to zabiorą? Jeśli ktoś wątpi w sens tych obaw z lat 50. przypomnę słowa abp Kazimierza Majdańskiego z 1990 r.-„Słowiańszczyzna Zachodnia sięgała daleko na zachód, teraz sięga do Odry. A jak będzie dalej? Zapewnienia się mnożą. Widocznie są potrzebne. Czy będą trwałe? Na jakim są budowane fundamencie? Na jakim fundamencie jest zbudowane nasze trwanie: kraju tylekroć krzywdzonego?” Obawy wyrażało wielu biskupów. Dość wspomnieć list do niemieckich biskupów, postawę Kardynała Stefana Wyszyńskiego, bp. wrocławskiego Bolesława Kominka, jego następcę kard. Henryka Gulbinowicza. Jak zdaniem Państwa Czytelników na „drażniące zachowania” Niemców reagował Zachód? Wyrozumiale milczał! Na Ziemiach Zachodnich żaden kraj NATO nie miał swojej placówki dyplomatycznej. Kto pamięta, że reżyser filmu „Konsul”, umieścił we Wrocławiu konsulat Austrii. We wrześniu 1967 r. gen. Charles de Gaulle w Zabrzu wypowiedział pamiętne słowa-„Niech żyje Zabrze, najbardziej śląskie ze śląskich miast, najbardziej polskie z polskich miast”- jedyny przedstawiciel Zachodu w całym 45. leciu PRL na tych ziemiach.
    Polska w ramach UW jednoznacznie stawiała w strategii obronnej sprawę militarnej obrony zachodniej granicy. Znajdowało to odzwierciedlenie w „planach Układu”, w tym jako dokumenty operacyjne. Jedynie sprzeciw wobec ew. użycia swoich wojsk wyrażała Rumunia. Z tego punktu widzenia należy patrzeć na wejście do CSRS jednostek Wojska Polskiego w 1968 r. Władysław Gomułka ową decyzję polityczną tłumaczył dziennikarzom 21 sierpnia jako „nie dopuszczenie do oderwania Czechosłowacji od obozu socjalistycznego,… osłabienia Układu Warszawskiego do zmiany układu sił w Europie, gdyż to wszystko godzi w nasze żywotne interesy. I my musimy widzieć i patrzeć nie tylko na dzień dzisiejszy, … nie tylko czekać na to, czy jutro, nawet może za parę miesięcy nic nam nie będzie groziło, żadna wojna, czy jeszcze nam nie zabrano Ziem Odzyskanych”. Podkreślał, iż „zmiana układu sił stworzyłaby niebezpieczeństwo dla pokoju w Europie, a pierwszymi ofiarami mogłyby stać się NRD i Polska”. Macie Państwo „mocne dowody” by ośmieszyć te poglądy? Na posiedzeniu DKP w Moskwie, 4 grudnia 1989 r. Michaił Gorbaczow zgłosił wniosek- „jest okazja dla ogłoszenia wspólnego oświadczenia w sprawie 1968 r. Mamy tu projekt”. Po jego przeczytaniu Ceausescu mówi- „nie przyłączam się do tego oświadczenia. Jeśli mielibyście być konsekwentni, to trzeba byłoby wyprowadzić wojska radzieckie z Czechosłowacji”. Polska, ustami MSZ Krzysztofa Skubiszewskiego, zgłosiła poprawkę by dopisać zdanie wykluczające interwencję wojsk Układu w przyszłości, ponieważ nie odpowiada ona zasadom. Zgadnijcie Państwo, kto zaprotestował – NRD, CSRS.
    Generał Wojciech Jaruzelski, witając 25 stycznia 1990 r. Prezydenta Czech, Waclava Havla, w Sejmie min. powiedział: „Dziś również jestem winien Panu, jako najwyższemu reprezentantowi swego kraju słowa zadośćuczynienia w związku z wydarzeniem bliższym nam w czasie…Sierpniowy dramat sześćdziesiątego ósmego roku stanowi >zadrę moralną<- bez względu na nasze ówczesne poglądy i pełnione funkcje. Wciąż wraca więc pytanie o istotę tamtych wydarzeń. Ówczesne uwarunkowania zewnętrzne i wewnętrzne, atmosfera podejrzliwości i wrogości między Wschodem i Zachodem, jej doktrynalna, nierzadko wsparta dezinformacją wykładnia zrobiły swoje”. Możecie Państwo dziś, w 2020 r. powiedzieć, że wtedy była „wrogość” tylko ZSRR, a Zachód na falach eteru niósł „szczerą prawdę” niczym oliwną gałązkę. Że Prezydent RP nie miał racji?
    Za rodzaj podsumowania tej części tekstu, niech Państwu posłużą dwie oceny naszego ówczesnego położenia, prof. Zbigniewa Brzezińskiego, doradcy kilku prezydentów USA:
  • pierwsza, „Wrodzy wobec komunizmu i Rosji Polacy nie powinni zapominać, co znaczyłaby Polska w ramach przymierza zachodniego. Zajmowałaby w skali świata miejsce po Ameryce, Niemczech, Francji, Italii i wielu innych państwach. Z uwagi na podstawowe znaczenie Niemców dla Ameryki, byłaby przegrana w jakimkolwiek konflikcie polsko-niemieckim. W obozie socjalistycznym proporcje są odwrotne. Polska jest największą demokracją ludową, trzecią po Związku Radzieckim i Chinach, a drugą w Europie” (książka „Jedność i konflikty” Londyn, 1964r.). Zwracam uwagę -„wrodzy…wobec Rosji Polacy”, czy nie wiedziano tego w ZSRR, co tam o nas myślano i jaki miało to wpływ, proszę pomyśleć!
  • druga, „Polska jest krajem osiowym. Panowanie nad Polską jest dla Sowietów kluczem do kontrolowania Europy wschodniej… geostrategiczne położenie Polski wykracza poza fakt, że leży ona na drodze do Niemiec. Moskwie potrzebne jest panowanie nad Polską również dlatego, że ułatwia kontrolę nad Czechosłowacją i Węgrami oraz izoluje od zachodnich wpływów nierosyjskie narody Związku Radzieckiego. Bardziej autonomiczna Polska poderwałaby kontrolę nad Litwą i Ukrainą … 38 – milionowa Polska jest największym krajem Europy wschodniej pod panowaniem sowieckim, a jej Siły Zbrojne stanowią największą nie sowiecką armię Układu Warszawskiego. Ta pozycja kosztuje Moskwę dużo, ale jeszcze kosztowniejsze byłoby jej poniechanie” (książka „Plan gry”, 1987 r.).
    Wypowiedzi prof. Brzezińskiego są u nas przywoływane i cytowane w głębokim ukłonie, niekiedy na kolanach. Proszę wyciągnąć wnioski na „wczoraj, dziś i jutro”.
    Geografia i bezpieczeństwo Polski
    Nasze położenie geograficzne miało też wpływ na naszą polityczno- militarną pozycję w UW. Proszę spojrzeć „oczami Kremla”. Dla ZSRR- NRD i Polska były terytorialnym buforem przed ew. uderzeniami wojsk lądowych, co ewidentnie wynikało ze strategii USA. Miało decydujący wpływ na strukturę organizacyjną Wojska Polskiego i organizację całego systemu obronnego państwa. Skrótowo Powiem, że: całe lotnictwo myśliwskie i rakietowy system obrony tworzył Wojska Obrony Powietrznej Kraju, przeznaczone do obrony własnego terytorium systemem strefowym, np. wzdłuż zachodniej granicy i wybrzeża morskiego oraz obiektowym, np. Warszawa, aglomeracja śląska, Trójmiasto. Lądowo- morska obrona całego w wybrzeża; terytorium Państwa- wojska wewnętrzne i wojska OTK; system obrony cywilnej (OC), nawiasem mówiąc skopiowany z rozwiązań szwajcarskich pod koniec lat 60-tych. Proszę sięgnąć po tekst b. wicepremiera Józefa Tejchmy, opisującego budowę Nowej Huty, gdzie w budynkach mieszkalnych montowano schrony przeciwatomowe,(Przegląd nr 12 z 2020),podobnie było np. w Warszawie i wielu innych miastach, są do dziś, o czym świadczą?
    Dla Polski członkostwo w UW oznaczało rozwój przemysłu obronnego, produkcję uzbrojenia na radzieckich licencjach, np. czołgów, śmigłowców. Kto na te „wspomnienia” dziś patrzy z uśmiechem, niech wybierze się do Bumar- Łabędy czy Świdnika, porozmawia z pracownikami, dziś emerytami. Wbrew niektórym „stanowczo krytycznym” ocenom naszego członkostwa stwierdzę, że korzystając z radzieckich licencji, rozwijaliśmy własny potencjał naukowy, choćby produkcja stacji radiolokacyjnych, systemów rozpoznania naziemnego i powietrznego, przenośnych rakietowych środków przeciwlotniczych. Kto pamięta, że Polska produkowała samoloty odrzutowe, np. Lim-5, że radzieccy nam jednak zaufali udostępniając konstrukcyjne i techniczne możliwości produkcji. Że wtedy – dziś może śmieszne- po okresie stalinizacji zaufano mjr pilotowi Stanisławowi Skalskiemu (oskarżonemu o szpiegostwo), by odbył przeszkolenie na radzieckich samolotach odrzutowych!
    Rozwój naszego przemysłu obronnego przynosił nam „układową” renomę, byliśmy nie tylko cennym partnerem ale i eksporterem broni, co równoważyło nasze wydatki obronne. Był znaczącym impulsem dla naukowych badań. Dość wspomnieć WAT, wynaleziony przez zespół naukowy prof. Zbigniewa Puzewicza laser, służy nie tylko polskiej medycynie. Także budowa Instytutu Jądrowego w Świerku z radzieckimi reaktorami i osiągnięciami naukowymi zespołu gen. Sylwestra Kaliskiego rozsławiały polską naukę służą nadal medycynie, będąc też inspiracją dla rozwoju cywilnych placówek naukowych. Nasz Wojskowy Komitet Techniczny jako organ koordynacji technicznej w ramach Układu, i nieformalnie w kraju, ma ogromne zasługi dla rozwoju tzw. supertechniki wojskowej i procesu naukowo- badawczego. Spośród niewielu już żyjących oficerów, wspomnieć należy gen. Stanisława Świtalskiego, kierując do „kadry technicznej” WAT, Wojska słowa wdzięczności i serdecznej pamięci. Zachęcam do sięgnięcia po książkę gen. Franciszka Puchały- „Budowa potencjału bojowego Wojska Polskiego 1945-1990”, Warszawa 2013 oraz po „Sztab Generalny WP” napisaną przez zespół pod kierownictwem tego Autora. Dziękuję, za cenne pozycje.
    Rozwój polskiego szkolnictwa wojskowego w ramach Układu widoczny jest m.in. na przykładzie studiów w ASG WP, WAT, WAM oficerów armii sojuszniczych z ZSRR, NRD, CSRS, Węgier. Także nasi oficerowie studiowali w ich akademiach, że w ZSRR to wiadomo. Wzajemne otwarcie uczelni dla sojuszniczych oficerów rozpoczęło się po 1970 r.
    Wszyscy, którzy mają kwaśne miny, po przeczytaniu tego skrótowego opisu, niech zechcą się zastanowić i odpowiedzieć sobie na pytanie – czy oficerowie NATO studiują w Polsce, co uzyskaliśmy dla naszego przemysłu obronnego jako członek NATO?
    Drażniące pytania
    Proszę, by Państwo odpowiedzieli sobie na trzy pytania – kiedy rozpoczął się wyścig zbrojeń? Czy już w 1945 r., od zrzucenia przez USA dwóch bomb atomowych o mocy 20 KT każda, na Hiroszimę i Nagasaki? A może od powstania NATO, a może UW, proszę spojrzeć na cytowane dane porównawcze. Drugie pytanie – komu ten „wyścig” był potrzebny, ZSRR czy USA, Zachodowi. Tu nie oczekuję politycznie „poprawnej” odpowiedzi od Państwa, czyli tzw. wybielania ZSRR. Ale proszę o trzeźwe, obiektywne spojrzenie. Fakt, nauka kieruje się swoimi prawami. Rozpoczęte badania, wynikami wciągają do dalszych poszukiwań. Należy pamiętać – wojsko jest pierwszym wykorzystującym osiągnięcia naukowe, tak jest na całym świecie. Tu ciekawostka. Po zrzuceniu wspomnianych 2 bomb, uczeni USA pracujący nad nimi wystosowali 17 sierpnia 1945 r., apel do polityków i uczonych świata o porozumienie, które zapobiegłoby globalnej wojnie jądrowej! Proszę o zastanowienie- wstyd komentować ten apel! Przecież uczeni apelują do siebie! Wystarczyło natychmiast zaprzestać dalszych badań, Dlaczego tego nie uczyniono? Bo wyścig zbrojeń był potrzebny USA do prowadzenia światowej polityki z pozycji siły, głównie militarnej i gospodarczej. Ktoś może zapytać-dlaczego gospodarczej? ZSRR, zamiast szybciej odbudowywać się po zniszczeniach wojennych, zmuszono finansować kosztowne badania naukowe, na cele właśnie militarne, by „doganiać” USA, Zachód. Zachęcam do odświeżenia pamięci. Po co był potrzebny program „gwiezdnych wojen” USA, prezydentowi Ronaldowi Reaganowi? Kto zna odpowiedź- ZSRR nie wytrzymał tego wyścigu z USA i padł, powstała Federacja Rosyjska. Kto w Polsce, wtedy – końcowe lata 80-te nie cieszył się z tego faktu? Kto wtedy zadumał się, że „gwiezdne wojny” mogły unicestwić życie na Ziemi? Za co Polska wystawiła prezydentowi USA pomnik w Warszawie?- proszę przypomnieć sobie tekst na uroczyste odsłonięcie, jaki wygłosił Lech Wałęsa. Zachęcam Państwa do refleksji!
    I taka ciekawostka. Pamiętacie Państwo Sputnik 2, rakietę, która na pokładzie miała pasażera- psa Łajkę, padła w Kosmosie 3 listopada 1957 r. Trzy lata później, Sputnik 5 wyniósł w Kosmos dwa psy- Biełkę i Striełkę, wróciły szczęśliwie 19 sierpnia 1960 r. ZSRR tak rozpoczął „pokojowy podbój” Kosmosu. Tu też USA zdominowały ZSRR, wysłaniem pierwszego człowieka na Księżyc.
    Trzecie pytanie- wyścig zbrojeń prowadził – do „sytuacji równowagi bezpieczeństwa stron, w istocie równowagi strachu”, jak pisze w cytowanej sentencji Generał, czy opóźniania społeczno-gospodarczego rozwoju, głównie krajów bloku wschodniego? Do kogo należałoby w pierwszej kolejności kierować słowa uznania i wdzięczności, że kosztem tych opóźnień udało się zachować pokój w Europie na świecie? Proszę nie czynić zarzutu, że podtekstem swoiście podpowiadam „właściwą” odpowiedź.
    Nasza suwerenność.
    To zagadnienie wyjątkowo przypada do gustu wszelkim tzw. piaskowym krytykom. By wykazać jaką to podłością darzył członków , jak trzymał ich za gardło Wielki Brat i „szef” Układu, popuszczają wodze fantazji. Prawdą jest, że „ręka Kremla nie była skłonna do głaskania, do pieszczot”, jak obrazowo oceniał Generał. Rozmowy z sojusznikami prowadził twardym, konkretnym językiem, bez upiększeń, co wielu przyjmowało jako dowód wyższości i posłuszeństwa „bez dyskusji”, jako poniżanie, upokarzanie czy ograniczanie suwerenności. Fakt, na tle suwerenności wszyscy byli uczuleni. Polska doświadczyła tego wielokrotnie, dość wyraźnie. Sprowadzało się to najczęściej do „propozycji” obsady stanowisk tak wojskowych jak i partyjnych i rządowych, są tego znane przykłady. Udział przedstawicieli Sił Zbrojnych ZSRR „przy Kierownictwie MON” był oczywisty, inne przy dowództwach różnych szczebli ze strony Polski spotykały się ze stanowczą odmową i były respektowane. Potwierdzi to wielu ówczesnych wojskowych, pełniących służbę w Układzie. Należy wyraźnie podkreślić, iż w zasadniczych kwestiach strategiczno-operacyjnych nasza suwerenność- jak mówił Generał- miała charakter „dostosowawczy” wobec ówczesnych uwarunkowań. Możliwie obiektywną ocenę strat i zysków, kosztów i osiągnięć Polski Ludowej- członka Układu Warszawskiego, znajdą Państwo we wspomnianych publikacjach. Inne obszary, np. polityki zagranicznej czy gospodarczej, były naszymi suwerennymi decyzjami. Tak! Przykładem Edward Gierek. Po 10 latach „otwarcia” na Zachód, zadłużył Polskę na 20-22 mld $. Warto się zastanowić przy kawie. Skoro Zachód chciał „rozsadzać” blok wschodni „od środka”, to dlaczego nam nie udostępniał licencji po tzw. kosztach zerowych a kredytów bez oprocentowania? Wtedy bylibyśmy faktycznie zachęcającym przykładem dla CSRS, NRD, Węgier i innych. Myślicie Państwo, że Zachód „kochał Polskę bezgraniczną miłością”, a ja jestem aż tak naiwny?

Katyń – refleksje z dystansu

Zatajona przeszłość, ciąży na teraźniejszości, podczas gdy ujawniona ma wpływ już tylko na historię.

gen. Wojciech Jaruzelski

13 i 14 kwietnia 1990 r. – ważne dni w kalendarzu pamięci o Katyniu – choć od wielu lat, skazane na historyczne, polityczne zapomnienie. Okazjonalnie pojawiają się żądania przeproszenia Polaków za tę zbrodnię.
Kto popełnił tam mord, wiedziano już w latach 1943-1944, z nagłośnienia niemieckiej propagandy. Znane były wyniki badań Komisji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża oraz relacje naocznych świadków, w tym uratowanych Polaków. Materiały i informacje z lat 70.i 80 kolportowane w tzw. drugim obiegu, wskazywały na stronę radziecką, choć „oficjalna wiedza” była inna.
Komisja Historyków
Szansa ujawnienia prawdy pojawiła się w kwietniu 1985 r. Kilka tygodni po objęciu funkcji sekretarza generalnego KC KPZR, Michaił Gorbaczow przyjechał do Warszawy na posiedzenie Politycznego Komitetu Doradczego Państw Układu Warszawskiego. Wtedy gen. Wojciech Jaruzelski odbył pierwszą, długą rozmowę. Omawiając stosunki polsko-radzieckie, w kontekście tzw. białych plam, o zbrodni katyńskiej Generał wypowiedział pamiętne słowa: „zatajona przeszłość, ciąży na teraźniejszości, podczas gdy ujawniona ma wpływ już tylko na historię”. Tu uwaga – przeczytajcie Państwo raz jeszcze tę myśl Generała, zastanówcie się i odpowiedzcie sobie na pytanie – czy po 35 latach (1985-2020)„zatajona przeszłość” nadal nie „ciąży” na stosunkach polsko-rosyjskich, kto za ten stan ponosi odpowiedzialność?
Generał zaproponował powołanie wspólnej, polsko-radzieckiej „Komisji Historyków”. Michaił Gorbaczow przyjął propozycję. Robocze ustalenia trwały blisko dwa lata. Polacy podnosili kwestie doboru zespołu naukowców, zakres badań archiwalnych – mieli na uwadze nie tylko „Katyń” główny cel poszukiwań dokumentów, inne tzw. białe plamy – wysiedlenia Polaków z Ukrainy, deportacje do Kazachstanu, zesłania na Sybir, pakt Ribbentrop – Mołotow. W kwietniu 1987 r. na Kremlu podpisano Deklarację o współpracy w sprawie wyjaśnienia „białych plam” bez sprecyzowania tematów, wcześniej „wydyskutowanych”. Powołano Komisję – z Polski przewodniczył prof. Jarema Maciszewski. Jej członkowie: M. Leczyk, Cz. Łuczak M. Madajczyk, R. Nazarewicz, E. Kozłowski, W.T. Kowalski, B. Syzdek, M. Tanty, M. Kuczyński, T. Walichnowski, M. Wojciechowski. Był to pierwszy impuls.
Cała istota, „filozofia” pracy tej Komisji polegała na skłonieniu strony radzieckiej do odszukania dokumentów, przechowywanych w swoich archiwach. Ujawnienie ich przez radzieckich historyków, z merytoryczną pomocą i udziałem naszych historyków, służyć miało pokazaniu radzieckiemu społeczeństwu i władzom, „ich dokumentów”. Że to „ich organy bezpieczeństwa” dopuściły się zbrodni. Było oczywiste, że praca historyków otworzy dyskusję wokół „sprawy katyńskiej”. Pozwoli przekazać „nową wiedzę” radzieckiemu społeczeństwu, spowoduje „inne spojrzenie” na niedaleką przeszłość i podjąć merytoryczną krytykę uzasadnień, na jakich opierało się oficjalne stanowisko radzieckie. Pamiętajmy – społeczeństwo radzieckie od wojny było przekonywane o niemieckim autorstwie zbrodni. O niuansach, perypetiach i efektach pracy tej Komisji, pisze prof. Jarema Maciszewski w książce pt. „Wydrzeć prawdę” (Wyd. BGW, 1993). Na szczególną uwagę zasługują też książki pt.: „Zbrodnia chroniona tajemnicą państwową” autorzy: Innessa Jaźborowska, Anatolij Jabłokow, Jurij Zoria (Wyd. „Książka i Wiedza”, 1998); „Katinskij sindrom – w polsko-rosyjskich i rosyjsko-polskich otnoszeniach” (Wyd. Politiczeskaja Encikłopedija” 2000); oraz „Katyń-dokumenty” (Wyd. Mieżdunarodnij Front – Demokratija – 1997. Wydana też w Polsce w 4 tomach, w latach 1995-2005).
Powołanie Komisji okazało się nie tylko trafne, ale przede wszystkim skuteczne, gdyż pozwoliło krok po kroku „wydzierać” przyznanie prawdy. Zaś zebrane przez nią dokumenty i materiały archiwalne okazały się kluczem do ustalenia, kto był sprawcą zbrodni, przesądzały o odpowiedzialności NKWD.
Społeczna dyskusja
Dotychczasowe publikacje, wciąż pojawiające się w tzw. drugim obiegu uzyskały prawo „wyjścia na światło dzienne”, także na łamach prasy i podczas środowiskowych dyskusji. Profesor Jarema Maciszewski w książce zamieszcza takie wyznanie – „Dla ogromnej większości ludzi ideowo związanych z socjalizmem, milczenie wokół tej tragedii (Katynia – moje, GZ) było jednym z najcięższych serwitutów, wręcz garbów, które musieli dźwigać na sobie ponad 40 lat”. Przypomnijcie sobie Państwo atmosferę tych rozmów i wspomnień.
Sprawę Katynia dyskutowali członkowie Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa. Sugerowano Generałowi by „oczywiste fakty” przedstawić publicznie, nie oglądając się na stronę radziecką. Generał tak wspomina: „Rozumiałem powodujące motywy. Zdawałem sobie przy tym sprawę z tego, że wewnątrz kraju taki krok uzyskałby gorącą aprobatę, umacniając tym samym pozycje władzy w społeczeństwie. Tak postąpić jednak nie mogłem… Nie mogliśmy – byłem i jestem co do tego całkowicie przekonany – wytwarzać w imię historycznych sądów napięcia w aktualnych stosunkach z ZSRR. A nasze jednostronne enuncjacje, takie napięcie wywołałyby niewątpliwie. Mogłyby tym samym negatywnie zaważyć i na dotarciu do prawdy i na innych dziedzinach naszej współpracy. Co więcej – nie moglibyśmy wówczas liczyć nawet na zrozumienie ze strony rządów zachodnich. Gorbaczow cieszył się w świecie jak najlepszą opinią, i to zasłużenie”. Zwróćcie Państwo uwagę – Generał liczył się z opinią Zachodu o Gorbaczowie! „Poświęcił” tym szanse na „umacnianie pozycji władzy”, podkreślę „swojej władzy” – jeśli ktoś nie dostrzegł tego niuansu. Nie zrezygnował z myśli o dotarciu do historycznej prawdy! Mądrze wspomniał o niej 11 lipca 1988 w Sejmie, witając Gorbaczowa, słowami – „Lata 1939-1941 to trudny, tragiczny rozdział. Pozostawiły po sobie na radzieckiej ziemi znane i nie znane polskie mogiły. Wiemy, że nie tylko polskie. Są one … miejscem wspólnej żałoby naszych narodów (w Katyniu rozstrzelano też wieku ludzi radzieckich-moje, GZ)…Ci, którzy po klęsce wrześniowej znaleźli się na terytorium Związku Radzieckiego, przeżyli wiele. Wraz z setkami tysięcy moich rodaków i ja przeszedłem tę drogę…Oczywiście, każda zbrodnia, każde ludzkie cierpienie ma wymiar moralny. Przekreślić ich się nie da, przemilczać – nie wolno. Trwają wspólne prace historyków polskich i radzieckich. Liczymy, że pozwolą one lepiej poznać tło, przebieg i charakter różnych, dramatycznych wydarzeń”. Nadal szukano właściwych metod – bez chwilowego rozgłosu i efektownego poklasku. Oto mądrość Generała i uczonych w wyborze drogi do celu!
Premier Tadeusz Mazowiecki, 24 listopada 1989 r. ok. 2 godz. rozmawiał z Michaiłem Gorbaczowem w Moskwie, od którego usłyszał zapewnienie – „Uznajemy prawo każdego narodu do samodzielnego decydowania o własnym losie…Nasz dobry stosunek do Polski, bynajmniej nie jest manewrem politycznym. Polska jest w jakimś sensie naszym losem”. Premier zapewnił o woli utrzymania dobrych stosunków z ZSRR, przestrzeganiu zobowiązań w ramach UW i RWPG, a także włączenia PZPR do szerokiej koalicji rządzącej. O wynikach pracy Komisji Historyków nie było mowy. Dwa dni później złożył wieniec w Katyniu.
13 kwietnia w Moskwie
Podczas przygotowywania oficjalnej wizyty w Związku Radzieckim, wiosną 1990 roku, Generał postawił kategoryczny warunek, iż złoży ją, jeśli zostaną ujawnieni sprawcy zbrodni katyńskiej. Drogą dyplomatyczną strona polska otrzymała potwierdzenie spełnienia tego warunku. Ówczesny Prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow, w obecności delegacji polskiej na czele z Prezydentem RP, m.in. w składzie: premier Zbigniew Messner, Szef MON, Janusz Onyszkiewicz, prof. Jarema Maciszewski, gen. Franciszek Puchała, Ambasador Polski w ZSRR Stanisław Ciosek – 13 kwietnia przyznał publicznie, że zbrodnię popełniło NKWD. Wyraził ubolewanie narodowi polskiemu za to morderstwo. Generałowi przekazał 2 teczki z nazwiskami blisko 10 tys. zamordowanych oraz inne dokumenty. Rodzina Katyńska uzyskała bezpośredni dostęp do list osób bliskich – ofiar zbrodni. Opublikowano stosowny komunikat agencji TASS. Generał w krótkiej wypowiedzi, m.in. wskazał – „To był punkt przełomowy. Wszelkie przemilczenia od tego momentu i uniki w radzieckim społeczeństwie, a także na forum międzynarodowym, straciły grunt. Szczególnie ważne i moralnie cenne dla naszego narodu jest to oświadczenie strony radzieckiej. Otworzyło ono drogę do poznania prawdy o tragicznym losie polskich oficerów i funkcjonariuszy, internowanych w 1939 r. To była niezwykle bolesna dla nas sprawa. Jednakże żaden rozumny Polak nie powinien obciążać narodów radzieckich, które stały się przecież pierwszą ofiarą stalinowskich represji – odpowiedzialnością za Katyń i Kuropaty, za Łubiankę i Kołymę”.
14 kwietnia w Katyniu
Prezydent RP 14 kwietnia przybył do lasu katyńskiego. Dziekan Generalny WP ks. płk Florian Klewiado z duchownymi innych wyznań, w obecności rodzin pomordowanych i Kompanii Honorowej Wojska Polskiego odmówił modlitwę za zmarłych. Generał złożył hołd pomordowanym. Profesor Jarema Maciszewski, który w Katyniu stracił dwie bliskie osoby, tak opisuje tę żałobną uroczystość i panujący tam nastrój. Że śpiewały ptaki, wiosenny las szumiał wokół małego cmentarza; tak samo musiało to wyglądać pół wieku temu, w kwietniu 1940 roku, kiedy w tym samym miejscu padały z rąk oprawców NKWD strzały w tył głowy ludzi, których jedyną „winą” było, że należeli do „polskiej warstwy przywódczej”. „Generał oddał honory wojskowe ofiarom kaźni – a sposób, w jaki to uczynił, był zgodny z przedwojennym regulaminem, który właśnie przywrócił w naszym Wojsku. Pochylił głowę, a kiedy trębacz, w polskim mundurze wykonał >sygnał Wojska Polskiego<, uklęknął przed mogiłami. W tym geście, w Osobie Prezydenta RP uklęknęła Polska, pochyliła czoło nad tragizmem, nad majestatem męczeńskiej śmierci”. Jarema Maciszewski pisze, że celowo zapomina się o tej, wzruszającej ceremonii. „Dziwnym trafem” zaginęły zdjęcia i kasety z taśmami dokumentującymi tę uroczystość. Trudno pojąć, kto i dlaczego ocenzurował te zdjęcia. Profesor w swej książce pisze: „telewizja Polska nie pokazała n a r o d o w i wstrząsającego Apelu Poległych przy mogiłach katyńskich… z wydarzeń dnia 14 kwietnia 1990 roku przedstawiła tylko migawki… po dziś dzień za to okrojenie czy ocenzurowanie reportażu z Lasu Katyńskiego mam wielki żal do ludzi, którzy takie decyzje podejmowali. Cóż, bieżące rozgrywki polityczne okazały się ważniejsze niż wielki, o ogromnej sile moralnej niepowtarzalny akt historyczny. A szło im wszystkim przecież o to, by nie eksponować Wojciecha Jaruzelskiego i decydującej roli, jaką odegrał on w doprowadzeniu do ogłoszenia przez ZSRR prawdy o dokonanej przed 50 laty przez organa tego państwa zbrodni”. Mimo takiego „wytłumaczenia”, trudno oprzeć się pytaniu – w imię jakiej prawdy i jakich celów czyni się to nadal. Ale z ujawnienia przez Borysa Jelcyna w 1993 r. decyzji Stalina, tego potwornego dokumentu, niektórzy politycy i historycy czynią klucz do „tajemnicy zbrodni”. Oczywiste, że zbrodnia mogła być dokonana za zgodą najwyższych władz! Przy tym świadomie tworzy się wrażenie z jednej strony – jakoby ten dokument był celowo ukrywany przez prezydenta Gorbaczowa. Z drugiej zaś, że Jelcyn „wspaniałomyślnie odkrył” go przed Wałęsą. A przecież odnalezienie tej decyzji było „dalszym ciągiem” archiwalnych poszukiwań historyków, skutkiem inicjatywy Generała. Co przeszkadza by o tym uczciwie, rzetelnie pisać? Dla nas powinno mieć szczególne znaczenie, że o prawdę katyńską rozsądnie, mądrze zabiegał z gronem polskich historyków i osiągnął zamierzony cel ówczesny Prezydent RP Zwierzchnik Sił Zbrojnych. Uczynił to w imieniu i dla dobrego imienia wszystkich Polaków, żołnierzy wszystkich pokoleń. Czyżby miało to „obniżać zasługi” Lecha Wałęsy i Borysa Jelcyna ? Podczas wizyty w Polsce (1993 r.), będąc w „Dolince katyńskiej” na Powązkach, zwrócił się do obecnych tu przedstawicieli władz państwowych, członków Rodziny Katyńskiej i zaproszonych osób ze słowami „Prastitie kak możetie” – wybaczcie, jeśli możecie. Sam Borys Jelcyn w liście do Generała (fotokopia w książce pt. „Katyń wydrzeć prawdę”) m.in. napisał: „Wiem dobrze, że i Pan, Panie Jaruzelski uczynił wiele dla ukazania całej prawdy o Katyniu, ustawicznie wysuwając tę problematykę wobec byłych przywódców radzieckich”. Przypomnę, że w latach 70.Generał, jako Minister Obrony Narodowej zwrócił się do władz radzieckicho możliwość składania wiązanki kwiatów w lasku katyńskim przez naszego attache wojskowego w Moskwie. Taką zgodę uzyskał na dzień Wojska Polskiego, tj. 12 października. Był to właściwy krok. Odtąd regularnie składano już hołd pamięci pomordowanym polskim oficerom, funkcjonariuszom i obywatelom. Wspomnianą książkę Profesora, uzupełniono, w 70. rocznicę, zbrodni wydała w 2010 Akademia Humanistyczna w Pułtusku. Profesor Adam Koseski, Rektor AH, w posłowiu m.in. napisał – „Katyń jest miejscem kaźni polskich jeńców, lecz również grobem tysięcy ofiar bolszewickich represji, terroru i czystek, w tym żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej. Spoczywają tutaj także w zbiorowych mogiłach wzięci do niewoli i rozstrzelani przez Niemców czerwonoarmiści. Groby ofiar stalinizmu i hitleryzmu: Polaków, Rosjan, Ukraińców, Żydów, mogą i powinny od dawna łączyć, a nie dzielić. Pamiętając o przeszłości, trzeba myśleć o teraźniejszości i przyszłości”. Kiedy – Panie Profesorze, ta światła myśl zdobędzie w Polsce trwałe obywatelstwo – chciałoby się zapytać. Dziękuję za mądre słowa. Odrażający fałsz Niektórzy „uczeni” i politycy w swej „polityce historycznej” głoszą karkołomną tezę, iż zbrodnia katyńska jest „kłamstwem założycielskim PRL”. Odrażający fałsz historyczny, adresowany jest głównie do młodzieży, manipuluje prawdą. Obchody „katyńskiej rocznicy” po 1990 r. są okazją do utrwalania „białych plam”. Pamięta się o radzieckim oświadczeniu Agencji TASS, dlaczego – aż tylko tyle. Kto z Państwa objaśni to logicznie naszej młodzieży? Co media powiedzą w 2020 r., proszę Czytelników o uwagę. Dotąd zapomina się, że: – Michaił Gorbaczow: W książce „Sam ze wspomnieniami” (Wyd. Świat książki, Warszawa 2014) pisze – „13 kwietnia 1990 roku podczas wizyty prezydenta Polski Wojciecha Jaruzelskiego w Moskwie, publicznie poinformowałem o znalezionych przez radzieckich historyków wykazach oraz innych materiałach archiwalnych Głównego Zarządu NKWD ds. Jeńców Wojennych i Internowanych, w których znajdowały się nazwiska polskich obywateli przetrzymywanych w łagrach NKWD w latach 1939-1940 w Kozielsku, Ostaszkowie, Starobielsku. W oficjalnym komunikacie TASS z 13 kwietnia 1990 roku strona radziecka, wyrażając głęboki żal z powodu tragedii katyńskiej, oświadczyła, że > tragedia katyńska jest jedną z najcięższych zbrodni stalinizmu<. Wówczas również została wszczęta sprawa karna, którą Główna Prokuratura Wojskowa przyjęła do rozpatrzenia pod numerem 159”. Z jego inicjatywy na cmentarzu w Bijsku stanęły dwa pomniki – jeden dla Ojca Generała, drugi z taką inskrypcją-„Pamięci Polaków – zesłańców i ofiar represji stalinowskich, których prochy spoczywają na Ałtaju”. Generał odwiedził Bijsk i cmentarz w 2005 roku, w 60. rocznicę zwycięstwa nad hitleryzmem. Spotkał się z miejscowymi Sybirakami, proboszczem polskiej parafii, księdzem Andrzejem Obuchowskim, opiekującym się potomkami polskich zesłańców. Z ich inicjatywy sfinansował uzupełnienie tej tablicy o słowa – „Gdzie są ich prochy Polsko! Gdzie ich nie ma! Ty wiesz najlepiej i Bóg wie na niebie”.
– Rodzina Katyńska też nie pamięta o przekazanych dokumentach, z których poznała cząstkę losów swoich bliskich! Czy na pytanie-dlaczego, by nie eksponować Wojciecha Jaruzelskiego, przecież Sybiraka! Skąd więc taki ostracyzm, tego nie mogę zrozumieć, w tym przypadku szczególnie! Uzyskane wtedy i później dokumenty, pozwoliły ustalić służbowe przydziały osób. Aktualnie dysponuję takim zestawieniem liczby zamordowanych:
– Katyń: 4411 oficerów;
– Starobielsk: 3820 oficerów;
– Ostaszków: 6311 oficerów i funkcjonariuszy Policji i Straży Granicznej (KOP).
Łącznie 14 542 zamordowanych, z ogólnej liczby 21857 osób. Wśród nich jest:
-12 generałów WP: gen. Bronisław Bohaterewicz (Bohatyrewicz), Leon Billewicz, Stanisław Haller, Władysław Jędrzejewski, Aleksander Kowalewski, Kazimierz Orlik – Łukoski, Henryk Minkiewicz – Odrowąż, Konstanty Plisowski, Franciszek Sikorski, Leonard Skierski, Piotr Skuratowicz, Mieczysław Smorawiński;
– jedna kobieta pilot Janina, córka gen. Józefa Dowbora – Muśnickiego, Dowódcy 1 Korpusu Polskiego w Rosji, współorganizatora i Naczelnego Dowódcy Armii Wielkopolskiej (1919) wspierającej Powstanie Wielkopolskie. Pierwsza kobieta, która na spadochronie skoczyła z wys. 5 tys. m. Wyszła za mąż za pilota Lewandowskiego z Krakowa. Zginęła w kwietniu 1940 w Katyniu, lat 32;
– ok. 2500 oficerów pochodzenia żydowskiego;
– 31 duchownych. Wśród nich: 25 katolickich; 3 prawosławnych; 2 ewangelickich, 1 rabin. Nadal poszukiwane jest miejsce spoczynku 3870 Polaków z tzw. listy białoruskiej (na podstawie Książki Patryka Pleskota, „Księża z Katynia”, Wyd. Znak 2020).
Godzi się z szacunkiem i wdzięcznością przypomnieć i zachęcić do zobaczenia tzw. ściany katyńskiej w Katedrze Polowej WP. Chwała kapelanom wojskowym.
-władze ZSRR już w 1943 r. powołały specjalną komisję pod kierunkiem akademika Burdenki, w której skład wchodzili m.in. metropolita Mikołaj i pisarz Aleksy Tołstoj, co miało wskazywać na wiarygodność badań. Oni przynajmniej nie musieli kłamać. We wstępie do cytowanej książki, Generał pisze: „przeświadczenie o winie niemieckiej za mord katyński przeważało wówczas w naszej świadomości nad wątpliwościami. Do tego dochodziła taka okoliczność, że nie wszyscy polscy oficerowie internowani czy też aresztowani w ZSRR zginęli. Żyli przecież tak znani dowódcy jak Władysław Anders, Mieczysław Boruta Spiechowicz czy Michał Karaszewicz – Tokarzewski i inni. Wielu z nich opuściło ZSRR, a niektórzy, jak Zygmunt Berling, pozostali. Jeśli więc miałaby to być zbrodnia radziecka to – jak podpowiadała logika – zginęliby ci najważniejsi, ci dla ZSRR najbardziej niebezpieczni”. Wśród 448 wyselekcjonowanych i uratowanych oficerów, którzy przeszli przez obóz w Pawliszczewym Borze i Griazowcu, te nazwiska widnieją. Na stacji kolejowej w Griazowcu został późniejszy prof. Jan Swianiewicz, nie zapędzony do „dołów śmierci”. Przeżył też prof. Remigiusz Bierzanek (jest na niemieckiej liście zamordowanych-moje, GZ). Czy o tym nie wiedzą naukowcy prawicy? Wiedzą, cóż szkodzi „emocjonalnie kłamać”, antyrosyjskie nastroje podsycać, za które ponoszą odpowiedzialność inni;
– Zachód, gdy dowiedział się o zbrodni z doniesień goebbelsowskiej propagandy, nie potępił ZSRR np. w Teheranie (1943), przemilczał ten fakt. Niektórzy historycy piszą wprost o „naiwnej wierze” Roosvelta w dowody ZSRR. Dla niego ważniejsze było zwycięstwo nad hitleryzmem z decydującym udziałem ZSRR. Na tym froncie, statystycznie na 10 Niemców, 8 straciło życie. Nagłaśnianie zbrodni, być może nie zerwałoby porozumienia Wielkiej Trójki, a Stalinowi dałoby do myślenia. Na Zachodzie, głównie w USA, istniała obawa, że Stalin z tego powodu mógłby zerwać układ i zawrzeć pokój z Niemcami (swoisty powrót do paktu Ribbentrop – Mołotow). Czy przeciw Zachodowi, czy tylko pozostawienia mu samodzielnego prowadzenia wojny z Niemcami – tej hipotezy nie podobna zweryfikować. Churchill gen. Sikorskiemu mówił – „Wiemy, że bolszewicy są zdolni do okrucieństwa. Ale martwcie się o żyjących, a nie o martwych”. Na procesie norymberskim, radzieccy próbowali „sprawę Katynia” włączyć do aktu oskarżenia. Ale ten fakt pominięto w sentencji wyroku. Gdy „powstawała” PRL (1944 – 1945), Zachód nic jeszcze nie mówił o zbrodni. Inaczej mówiąc-ważyła polityka. Inną sprawą jest zachowanie podczas „zimnej wojny”. Wtedy na odwrót-wszystko, co mogło szkodzić stosunkom ZSRR z Polską, było wiele razy nagłaśniane. W USA eksponowano działalność tzw. komisji katyńskiej Kongresu, nawet postawiono pomnik pomordowanym, ale dopiero w 1952 r. Chciałoby się wierzyć, że teraz tylko szczere, szlachetne, ludzkie intencje przyświecały;
– III RP w stosunkach z Rosją „gra historyczną kartą”. Profesor Bronisław Łagowski (Przegląd, nr 16 z 2015) pisze: „Obóz rządzący Polską prowadzi wojnę propagandową z Rosją, od początku swojego panowania…Katyń, to jest sztandar i godło tej wojny”, czym emocjonuje polskie społeczeństwo. Stąd mamy np. dotkliwy spadek, perturbacje w wymianie handlowej. Niemcy w czasie ostatniej wojny zadali Rosjanom ogromne straty w ludziach (ok. 27 milionów), dopuścili się niezliczonych bestialstw, okrucieństw i zbrodni. Od kilkunastu lat rozwijają dobre stosunki-nie tylko gospodarcze – ponad głowami Polaków. Rosja i Niemcy zbudowały Gazociąg Północny pod dnem Bałtyku, czym „ominęły” Polskę. Władminir Putin 6 września 2011r., podczas jego otwarcia m.in. mówił: „Stopniowo wychodzimy spod dyktatu państw tranzytowych”. Temu służy budowa szerokotorowej linii kolejowej z Dalekiego Wchodu do państw Zachodu, UE, „omijająca” Polskę. Zapomnieliśmy, że „życie nie stoi w miejscu”. Czym innym jest wieczna cześć i pamięć o zamordowanych, a czym innym – dla Polski wyjątkowo, skrajnie niekorzystnym – przenoszenie tamtej tragedii na obecne czasy.
Wspólne upamiętnienie
Na początku lutego 2010 r., ówczesny premier Rosji Władminir Putin zaprosił premiera Donalda Tuska do Katynia na wspólne upamiętnienie 70. rocznicy stalinowskiej zbrodni. Tragedia lotnicza pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010, zapisała najczarniejszą kartę w pamięci Polaków – bez względu na polityczne przekonania i wyznawane wartości, także religijne. Generał wysłał list kondolencyjny do brata tragicznie zmarłego Prezydenta RP. 20 kwietnia na dziedzińcu MON oddał hołd wszystkim 96 tragicznie zmarłym osobom, na ręce Szefa Gabinetu MON, gen. Artura Kłosowskiego złożył kondolencje rodzinom. Do księgi kondolencyjnej wpisał słowa – „Siły Zbrojne RP dotknął bolesny cios, dzielę żołnierski smutek i żal. Ufam, iż pamięć o poległych Towarzyszach Broni będzie wyrażała się w dalszym rozwoju Wojska i obronności Polski”.
Na koniec, pod rozwagę, nie tylko uczonym – „historia jest cenna nie tyle przez swe pamiątki, co przez doświadczenia i nauki”, mówił Generał.

Cuda i dziwy…

…przynosi kolejny dzień, ale nie te z kolęd lub z wierszyka mistrza Tuwima, choć i o śnieżkach latem jest też w nim mowa.

Utrzymując się w świątecznej konwencji, należy życzyć Polakom na Nowy 2020 Rok przede wszystkim zdrowego rozsądku, a wtedy okaże się, że ogłaszane nie tylko w pasie i Internecie cuda i dziwy – czyli z pozoru rzeczy nowe i odkrywcze – od dawna istnieją i tylko z różnych racji były nie dostrzegane, bądź w swej materii niezrozumiałe albo są nadal opacznie rozumiane.’

Przedziwne jest twierdzenie

rezolucji Parlamentu Europejskiego, że podpisany 80. lat temu pakt Ribbentrop-Mołotow „doprowadził do wybuchu II wojny światowej”. W dokumencie tylko obocznie napisano o kapitulanckim monachijskim porozumieniu, które zaakceptowały Francja i Wielka Brytania otwierając Hitlerowi drogę do dalszych podbojów, natomiast nie wspomniano o kwestii podstawowej, jaką były agresywne działania III Rzeszy. Dziwnym trafem, wśród wielu słów, zapomniano w nim także dodać o zdradzie zachodnich sojuszników Polski, którzy nie przyszli nam z pomocą w godzinie największej próby. Nie ma wątpliwości, że niemiecko-radziecki pakt (najazd ZSRR na Polskę, później i na inne kraje) miał poważny, acz nie decydujący wpływ, na przebieg wydarzeń na naszych ziemiach we wrześniu 1939 roku, ale od tego stwierdzenia do sprawczej jego roli na wybuch światowej wojny jest droga daleka.
Cat-Mackiewicz, konserwatywny publicysta i były premier rządu londyńskiego, w swoim czasie napisał: „Stalin, nasz wróg najniebezpieczniejszy, jest jednocześnie największym geniuszem taktyki politycznej XX wieku”. Po 1 września 1939 roku, zamiast wkroczyć w granice Rzeczpospolitej, czekał cierpliwie na reakcję zachodnich sojuszników Polski, co oznacza, że niekoniecznie dotrzymałby zobowiązań tajnego protokołu do omawianego paktu. Gdyby ówczesna sytuacja miała inny przebieg, jego reakcja mogłaby być także odmienna. Nie zmienia to oczywiście imperialnych zamiarów ZSRR, ale jednocześnie obala tezę, w której, wspólnie z Niemcami doprowadził do wybuchu II wojny światowej.
Ani we wspomnianym dokumencie, ani też w licznych głosach i polemikach, które wywołał, łącznie z oświadczeniem pani ambasador USA Georgette Mosbacher brak jest dowodu na takie przedstawiane sprawczego znaczenia paktu, natomiast samo stwierdzenie dla rzeczywistego, i zresztą bardzo skomplikowanego obrazu tamtego czasu, to stanowczo za mało.
Parlamentowi Europejskiemu w tym dokumencie nie chodziło zresztą o historyczną prawdę, podobnie jak polskiemu MSZ, a potem IPN, zapominającym do kogo należały bomby spadające 1 września 1939 roku (oficjalna data rozpoczęcia II wojny światowej) na Wieluń, a zaraz po tym na Warszawę.
To przede wszystkim propagandowy ruch PE powstały z inicjatywy Polski i Litwy – każdą przecież przypadającą rocznicę można przekuć na aktualne cele – wykorzystany do bieżącej polityki: stałego piętnowania byłego ZSRR i straszenia obecną Federacją Rosyjską, która jakoby kontynuuje politykę swojego poprzednika.
Odczytać z niego można także niejako symetryczne potępienie hitlerowskich i stalinowskich zbrodni, ale te pierwsze, mimo wszystko, bledną jednak wobec tych drugich. Nadto dokonuje się w nim krytyka powojennego podziału Europy zaakceptowana zresztą przez zachodnie mocarstwa w Teheranie i Jałcie oraz – świadomie bądź nie – dewaluacja zbrojnego wysiłku Związku Radzieckiego, z amerykańską pomocą sprzętowo-materiałową i z aliancką wojskową współpracą, w pokonaniu III Rzeszy.
Warto nie tylko pani ambasador uzmysłowić, że czy chcemy tego czy też nie, polityka chodzi pokrętnymi drogami, bo nie tak długo po wspomnianym pakcie, ZSRR stał się cennym członkiem koalicji antyhitlerowskiej, a Józefa Stalina nikt nie uważał za współwinnego wybuchowi wojny, ale za przykładem prezydenta USA Roosevelta, zachodni świat zaczął go powszechnie i sympatycznie nazywać Wujaszkiem Joe.
Przy tej okazji rodzi się frapujące pytanie: jak przebiegać będą uroczystości 75 rocznicy zakończenia II wojny światowej i czy z tych obchodów, na podstawie kolejnych sankcji, zostanie wykluczona Rosja.
Ma to już zresztą miejsce poprzez skandaliczne posuniecie polskich władz państwowych, które nie zaprosiły prezydenta Putina na przypadającą w styczniu 2020 roku rocznicę wyzwolenia Oświęcimia przez Armię Czerwoną. Takie małostkowe, ale i nieodpowiedzialne posuniecie polskiego rządu odbije się Polsce sporą czkawką na całym świecie, zapewne również poprzez fragment wystąpienia prezydenta Federacji Rosyjskiej, który w tym czasie, w Izraelu weźmie udział w obchodach 75. rocznicy wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz i w odsłonięciu pomnika ofiar blokady Leningradu. Nadto w Izraelu, ze składek Żydów z całego świata, powstaje pomnik ku czci Armii Czerwonej i jej zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami. A w Polsce…wiadomo, a jak do tego dodać afront z brakiem zaproszenia i wspomnianą treść rezolucji to mamy rzeczywiste, a nie urojone, przyczyny rosyjskiej, tzw. adekwatnej reakcji.

Cudami z logiką dołączył do tej narracji

znany historyk prof. Norman Davies, który na Wirtualnej Polsce nie podzielił twierdzenia Włodzimierza Czarzastego, że radzieccy żołnierze wyzwalali Polskę. „Żołnierze Armii Czerwonej – twierdził Davies – sami nie byli wolnymi; nie wiedzieli co wolność znaczy, i nie byli w stanie przekazać wolności nikomu. Oni wszyscy, od marszałków do najniższych rang, byli niewolnikami NKWD”.
Profesor zapomniał najwyraźniej, że słowo wolność może być rozumiane w różnym, na przykład takim, kontekście: „mieć wolność” i „dać komuś wolność”. W opisywanej sytuacji radzieccy żołnierze rzeczywiście „nie przekazywali wolności, której sami nie mieli”, ale przynieśli nam wolność oswobadzając spod hitlerowskiego jarzma. I aby wszystko w tej kwestii wyjaśnić, to fakt, że celem głównym Armii Czerwonej było zwycięstwo nad Niemcami, nie zaprzecza wyzwoleniu Polski w drodze na Berlin.
I dalej: „w tamtych okropnych walkach zginęło do 700.000 sołdatów sowieckich [jakie to sympatyczne rusycyzmy !!! – Z.T.] i prawdopodobnie do połowy tylu Niemców. Tylko że te straszne straty nic wspólnego nie miały z wyzwoleniem Polski. Proszę zobaczyć, jak to „wyzwolenie” wyglądało w praktyce. Jednego dnia, w styczniu 1945, 1. Ukraiński Front sowiecki zdobył hitlerowski obóz Auschwitz-Birkenau, ci więźniowie, którzy przeżyli, wyszli na wolność.”
Czyli zostali wyzwoleni, podobnie zresztą jak pozostałe miliony Polaków wyzwolonych przez tych czerwonoarmistów, bo ta wolność sama nie spadła z nieba na wzór betlejemskiej gwiazdki.
Profesor kontynuował: „Równocześnie po cichu i bez kamer, były obóz hitlerowski Majdanek w Lublinie, gdzie już działał komunistyczny PKWN, był używany przez NKWD do trzymania tysięcy Polaków z Armii Krajowej”.
To też prawda, co w żadnym stopniu nie zaprzecza tej pierwszej, a tylko dowodzi próby żonglowania słowami i faktami w propagandowym zadęciu historyka, któremu – jak sam apeluje – „potrzebna jest kropla rozsądku”.

Jakimś cudem bogaty Zachód Europy

dostaje więcej ze Wschodu niż wpłaca do unijnej kasy na jego wsparcie – donosi portal POLITICO – wbrew obiegowemu przekonaniu, większość pieniędzy w Unii płynie ze Wschodu na Zachód, a nie odwrotnie. „Kiedy kraje Europy Wschodniej zaczęły wchodzić do Unii Europejskiej…zgodziły się znieść bariery handlowe, tak by zachodnie firmy zyskały dostęp do ogromnych rzesz konsumentów… W zamian za to zachodnie rządy obiecały transferować unijne pieniądze na wschód, tak by były blok sowiecki mógł zbudować pilnie potrzebną mu infrastrukturę….Byłe państwowe monopole były wykupywane za grosze, a zachodnie firmy na dobre rozgościły się w każdym sektorze wschodniej gospodarki… Odpływ środków ze Wschodu na Zachód widać również po drenażu mózgów, którego doświadcza region.” (Onet)
No proszę, wielu pisało, a prawie wszyscy zapewne myśleli, że ten Zachód taki dobry dla nas i solidarny z naszymi kłopotami. A oni na różne sposoby trzepią na nas kasę. Kto jednak miał odrobinę rozsądku, to wiedział, że we współczesnym świecie, przesiąkniętym do cna pogonią za zyskiem, cuda się nie zdarzają.
Zapewne po 1989 roku, i w latach późniejszych, nie było dla Polski lepszego rozwiązania niż wstąpienie do Unii Europejskiej, które przyniosło także dużo korzyści, i to może więcej w szeroko rozumianej sferze kulturowej, niż w budowie autostrad. Ale swoje wiedzieć należy i obstawać przy tym twardo, a nie występować ciągle w roli ubogiego krewnego, bowiem „W rzeczywistości pieniądze, które kraje zachodnie przekazały Europie Wschodniej za pośrednictwem unijnego budżetu bledną przy zyskach, jakie zachodnim korporacjom przyniosły inwestycje na wschodzie.” No i przy tej okazji dowiadujemy się także dlaczego z szybkością żółwia doganiamy Zachód.

Dziwy jakieś głosi niemiecki rząd

wyrażając ubolewanie z powodu przyjętych przez USA sankcji wymierzonych w firmy budujące gazociąg Nord Stream 2. Berlin traktuje je jako mieszanie się w wewnętrzne sprawy kraju. „Rząd federalny odrzuca tego rodzaju eksterytorialne sankcje. Dotykają one niemieckie i europejskie firmy oraz stanowią mieszanie się w nasze wewnętrzne sprawy” – oświadczyła rzeczniczka kanclerz Niemiec Angeli Merkel.
Nawet to nie zwykłe, a wielkie dziwy, tym bardziej, że sekretarz obrony USA Mark Esper „nazwał Chiny i Rosję „rewizjonistycznymi siłami dzisiejszych czasów”. Oskarżył Pekin i Moskwę o torpedowanie decyzji mniejszych państw w kwestiach gospodarczych i polityki bezpieczeństwa” (portal Defence24).
Nic z tego wszystkiego zrozumieć nie można, albo na odwrót – wszystko. Niemcy są mniejszym krajem ? Kto i co torpeduje ? Tak rozumianymi rewizjonistami są obok Rosji i Chin, także Stany Zjednoczone?
Przecież USA nigdy nie mieszały się do cudzych spraw, jedynie niosły stabilizację, bezpieczeństwo, demokrację i wolność, i tylko za ekonomiczno-polityczny monopol. Podobnie ma się sprawa z tymi, nie wiedzieć czemu rozdzierającymi szaty, Niemcami.
Dopełnia te myśl o dziwach Eugeniusz Smolar
pisząc na łamach „Gazety Wyborczej” (21-22.12.2019): „Byliśmy w szoku, kiedy odkryliśmy, czytając np. Strategię Bezpieczeństwa Narodowego z 2017 r., że USA prezydenta Trumpa wpisały się na listę państw prowadzących otwartą politykę mocarstwową. Także wobec nas. Wcześniej rzadko nam przeszkadzało, że taką politykę Ameryka prowadziła wobec innych, tym bardziej że ich, np. ZSRR, uznawaliśmy za zagrożenie.
Europejczycy zdawali sobie sprawę, że istnienie gęstej sieci wzajemnych powiązań i wspólnych instytucji utworzonych po II wojnie światowej (od Karty atlantyckiej i MFW po NATO) wzmacniało nasze bezpieczeństwo i broniło nas przed agresją sowiecką. A zarazem dobrze służyło USA, pokojowi, rozwojowi gospodarczemu i możliwości tworzenia ładu międzynarodowego zgodnie z naszymi wspólnymi interesami i wartościami”.
Wybaczy mi autor, którego miałem okazję poznać i dobrze odnotować w pamięci z czasów gdy kierował Sekcją Polską BBC, ale ja żadnego szoku nie przeżyłem. W zakończonym dwubiegunowym świecie Stany Zjednoczone przypominały dziecko z zawiązanymi oczami i z zapałkami, nadto na stacji benzynowej. I zapałek tych niestety używały, bo jak pisze Smolar : „amerykańska opinia jest zmęczona zaangażowaniem USA na świecie i niekończącymi się wojnami, które są bardzo kosztowne (nie wspominając o stratach w ludziach) – wszak pieniądze można by skierować na rozwój gospodarki, szczególnie z dala od wielkich miast, i na modernizację dróg, mostów, transportu czy szkół.”
Rzecz nie idzie jedynie o aktualny, chwilowy przecież czas nieprzewidywalnej prezydentury Donalda Trupa, a o ponowną konieczność zdefiniowania roli i pozycji Stanów Zjednoczonych w już nie dwu, a w wielobiegunowym świecie. I ta niełatwa do odrobienia lekcja stoi przed USA.

Cudu odwagi dokonali radni Przemyśla

znosząc nazwę ulicy na cześć biskupa greckokatolickiego Jozafata Kocyłowskiego i podnosząc tym samym rękę „na dobre imię Błogosławionego, na decyzję kościoła katolickiego i Św. Jana Pawła II, który beatyfikował Biskupa Jozafata w roku 2001.” Ambasada Ukrainy w Polsce napisała jeszcze: „Manipulacja autorów uchwały argumentami wyrwanymi z kontekstu, niechęć wysłuchania obywateli RP narodowości ukraińskiej – równoprawnych mieszkańców Przemyśla, tym razem niestety zwyciężyły.”
Te wyrwane z kontekstu argumenty to, wg. Wikipedii : „Po ataku III Rzeszy na ZSRR, 10 lipca 1941 wziął udział w powitaniu Wehrmachtu, który zajął Przemyśl 27 czerwca 1941. 4 lipca 1943 roku w Przemyślu w obecności ks. Wasyla Hrynyka odprawił mszę św. dla ochotników wstępujących do 14 Dywizji Grenadierów SS.” Chyba wystarczy.
Nie należy do tej listy cudów i dziwów
otrzymana internetową drogą archiwalna fotografia z 1948 roku, z Chicago, która w odróżnieniu od wcześniejszych przykładów, mną wstrząsnęła. Przedstawia dziewczynki siedzące na schodach, stającą za nimi matkę z ukrytą twarzą i tablicę z ogłoszeniem „4 CHILDREN FOR SALE” – czworo dzieci na sprzedaż. Ten proceder trwa niestety do dziś na świecie, a przy nim, nawet z naszym zdrowym rozsądkiem, stajemy bezbronni i bezradni.

Duma uczelni Łazarskiego

Włodzimierz Czarzasty zapewne nie spodziewał się, że kiedy mówił w telewizji publicznej o tym, że żołnierze Armii Radzieckiej wyzwolili Polskę, wywoła taki ból prawicowych odwłoków.

PiS rzucił do boju wszystkie najmimordy, które starają się zatrzeć to fatalne wrażenie, że jakiś wreszcie wyrazisty lewicowy polityk podważył dotychczas nienaruszalną prawicową narrację historyczną, opartą na dwóch głównych filarach: antykomunizmie i rusofobii.

Nawet telewizja nominalnie publiczna w jednym ze swych wiodących narzędzi propagandy „Strefa starcia” poświęciła słowom Czarzastego nieco czasu. Pomijam jednego z dyskutantów, z SLD, który był uprzejmy powiedzieć, że Armia Radziecka „pomagała wyzwolić Polskę”. Nie dodał, komu pomagała, i słusznie, bo musiałby się skompromitować do końca.

Ważniejsze jest to, że na pytanie, co by było w Polsce po 1945 roku, gdyby Polski nie wyzwolili radzieccy żołnierze, odpowiedział dr Artur Wróblewski z warszawskiej uczelni Łazarskiego. Pan doktor był uprzejmy podzielić się z widzami i uczestnikami programu swą wiedzą, twierdząc, że „bylibyśmy wyzwoleni w 1945 roku, może trochę później, przez armię George’a Pattona”.

W pierwszym odruchu pomyślałem sobie, że to kompletnie niepoważne komentować wypowiedź faceta, którego umiejętności kojarzenia faktów i wyciągania z nich wniosków każą zadać pytanie, czy nie nazbyt pochopnie w Polsce rozdawano matury. To, sądziłem, uwłaczające wobec Autorów i Autorek, których teksty znacząco różnią się na plus od tego, co wypowiedział Wróblewski, delikatnie mówiąc. Jednak, po przemyśleniu uznałem, że nie zniżając się do polemiki z tym gościem (bo o jakiej merytorycznej dyskusji może być mowa?!), warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy.
Pierwsza to ta, że Wróblewski, zgodnie ze stosowanym od 30 lat przez prawicę pakietem argumentów, nie ma pojęcia (lub nie chce mieć) o istocie niemieckiej okupacji i o planach, jakie Niemcy mieli wobec narodu polskiego. Doprawdy, nie trzeba było czekać nawet tego „trochę później”, by Wróblewski wypowiadał się wyłącznie w języku niemieckim, gdyby oczywiście jego szlachetni rodzice byliby w stanie udowodnić swą aryjskość i dzięki temu w ogóle przeżyć.

Druga zaś jest taka, że wszyscy podobni Wróblewskiemu naukowcy, którzy oddali się na służbę rządzącej Polską prawicy, zaczynają opowieść o II wojnie światowej od 1944 roku. Nie przyjmują do wiadomości tego, co Niemcy czynili od 1939 roku na podbitych przez siebie ziemiach, jakich strasznych mordów i na jak wielką skalę się ich dopuszczali, zamykają swoje mózgi na morza przelanej przez Niemców ludzkiej krwi i niesłychanych okrucieństw, którym poddana była ludność cywilna na ziemiach pod niemiecką okupacją.

Przecież to nie przypadek, nie nieuctwo. To celowy zabieg, cyniczna manipulacja, która ma na celu napisanie na nowo historii, odrzucenie oczywistych faktów i wdrukowanie ludziom nowych, napisanych na zamówienie władzy. To nie nowość w historii świata i Polski. Za każdym razem jednak budząca odruch wymiotny.

Podróże do ZSRR Z PKF przez Polskę i Świat - opowieść o o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL

– czyli o tym, czego widzowie Polskiej Kroniki Filmowej nie widzieli

Przed setną rocznicą urodzin Włodzimierza Iljicza Lenina zakłady pracy w Polsce noszące jego imię (Huta im. Lenina, Kopalnia im. Lenina i Stocznia im. Lenina) postanowiły uczcić to doniosłe wydarzenie i wysłały do Uljanowska, (do 1924 r. Symbirsk, od 1992 r. znowu Symbirsk) delegacje załóg, aby pobrały z tego „świętego” miejsca ziemię i przywiozły ją do Polski. Ponieważ owe zakłady zwróciły się do redakcji z prośbą, aby delegacjom towarzyszyła ekipa PKF, Michał Gardowski wysłał tam mnie i Ryszarda Golca.
W mieście trwały ostatnie prace przed ogólnoradzieckimi przygotowaniami do uczczenia rocznicy. W Leninskom Centrie, czyli dopiero w co wybudowanym gmachu, Muzeum Lenina, myto szyby w oknach, a na wysoki cokół pomnika wodza rewolucji wciągano za pomocą dźwigu zawieszoną na stalowej linie głowę Iljicza. Ryszard właśnie filmował ten historyczny moment, gdy podeszło do nas dwóch milicjantów i przerwali pracę, zabrali kamerę i zaprowadzili do komisariatu, tu zostaliśmy przesłuchani, a nasze zeznania zapisane. Potem pozostawiono nas w pokoju, gdzie czekaliśmy około pół godziny. Gdy pojawił się znowu milicjant, zażądałem rozmowy z komendantem. Nie jestem w stu procentach pewny, czy przyjął mnie wtedy komendant, w każdym bądź razie zaprowadzono mnie do kogoś ważnego. Poprosiłem go, by zadzwonił do sekretarza komitetu partyjnego, podałem jego nazwisko, znałem je, bo dnia poprzedniego podejmował delegację zakładów z Polski kawą i koniakiem. Milicjant zadzwonił i w oka mgnieniu zmienił się nastrój. Nie tylko nas wypuścili z kozy, ale odwieźli do hotelu czarną wołgą.
Robiliśmy zdjęcia w drewnianym domu-muzeum – w którym urodził się Lenin. Tu też o mało nas nie zamknięto. Do wnętrza muzeum weszliśmy bez przeszkód, obejrzeliśmy eksponaty, ustaliliśmy z Ryszardem, co sfilmujemy, znaleźliśmy kontakt, podłączyliśmy lampy i zapaliliśmy światło. W tym momencie rzucili się na nas strażacy. Szamotanina trwała kilkanaście sekund, w końcu porozumieliśmy się z nimi i Ryszard zrobił zdjęcia. Strażacy obawiali się, że włączenie lampy spowoduje spięcie i drewniany dom może się zapalić. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze dla nas i strażaków, pożaru nie wywołaliśmy. Wróciliśmy do hotelu, gdzie trwało już pożegnalne przyjęcie!
W kilka dni po naszym powrocie Michał Gardowski musiał się tłumaczyć z tego, że wysłał do Wielkiego Brata ekipę, pomijając oficjalną drogę.
Taszkient – Samarkanda.
Następny mój wyjazd był już zaplanowany. Razem z Januszem Kreczmańskim udawaliśmy się do republik południowych Związku Radzieckiego. W Moskwie czekaliśmy kilka dni na wylot do Taszkientu, więc poznawaliśmy, stolicę imperium jako turyści, bo filmować nie mogliśmy, ponieważ nie przysłaliśmy planu, które obiekty nas interesują, nie został ten plan zatwierdzony, a propozycja, że chcemy pojechać do miasta i sfilmować po prostu życie ludzi, ciekawostki, pomniki, szachistów w parkach i młodych poetów deklamujących wiersze pod pomnikiem Puszkina nie znalazła zrozumienia. Wałęsaliśmy się przeto po Moskwie jak turyści indywidualni-bez przewodnika i opiekuna, miało to tę zaletę, że w księgarni na ulicy Gorkiego kupiliśmy kilka ilustrowanych broszurek o miastach, w których zamierzaliśmy robić zdjęcia.
Po trzech dniach, tak spędzonych w Moskwie w towarzystwie dwóch miłych opiekunów, odlecieliśmy do stolicy Uzbekistanu, Taszkientu, gdzie po wylądowaniu przeżyliśmy pierwszą niespodziankę. Kreczmańskiego powitał na lotnisku bardzo serdecznie Uzbek – operator, który studiował z Januszem w Łódzkiej Szkole Filmowej. Opiekunów poinformował, że zabiera nas na resztę dnia do własnego domu, aby przedstawić polskich przyjaciół własnej rodzinie.
Prosto z hotelu pojechaliśmy do meczetu wypełnionego po brzegi modlącymi się muzułmanami. Pokazał nam także mniej oficjalne dzielnice Taszkientu i zachęcał do robienia zdjęć: „Takiego Taszkientu wasi opiekunowie nie pozwolą filmować. Tu zobaczycie, jak naprawdę żyją Uzbecy”.
Z Taszkientu mieliśmy lecieć do Samarkandy, ale nasi opiekunowie napotkali na trudności z kupieniem biletów na samolot. Pojechaliśmy więc do wytwórni filmów dokumentalnych, sądząc, że dyrektor załatwi bilety. Zastaliśmy zastępcę dyrektora – Uzbeka, bo dyrektor-Rosjanin bawił właśnie w Moskwie. Sympatyczny Uzbek nie chciał słyszeć o żadnym samolocie! „Skoro nasi polscy przyjaciele przylecieli aż tak daleko, by filmować Uzbekistan, to pojadą jutro rano samochodem, będą mogli po drodze robić zdjęcia naszej ojczyzny”.
Na to Rusłan, jeden z opiekunów, oświadczył, że podróż samochodem nie wchodzi w rachubę, nie ma jej w planie i nie została zatwierdzona. „Zapominasz – usłyszał od dyrektora – że tu jest Republika Uzbekistanu, a nie Republika Rosyjska, i o tym, czym pojadą nasi polscy goście decydujemy w Taszkiencie”.
Podróż zajęła nam cały dzień, po drodze bowiem filmowaliśmy krajobrazy, zbiór bawełny i co ciekawsze miejscowości. Nasi opiekunowie nie byli tym zachwyceni, ale nie mogli nic zrobić, bo kierownikiem wyprawy okazał się uzbecki kierowca i to jemu mówiliśmy, gdzie, się zatrzymać.
Po pracowitym dniu znaleźliśmy się w Samarkandzie – mieście muzeum, którego początki sięgają czwartego wieku p.n.e. W wiekach średnich była to stolica państwa Tamerlana. Nazywanego także Timurem, potężnego wodza i krwawego wojownika. Pod jego rządami Samarkanda stała się ośrodkiem nauki i kultury promieniującym na całą Azję Centralną. Miasto nas urzekło, gdy następnego ranka zobaczyliśmy baśniowe budowle w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. To właśnie tu od miejscowej przewodniczki, komsomołki Zoji, usłyszeliśmy legendę o żonie Tamerlana, która na jego cześć zapragnęła zbudować meczet nazywany „Bibi Chanum.”
Gdy Tamerlan wyruszył na podbój Indii, rychło do Samarkandy dotarły wieści o jego zwycięstwach. Piękna i kochająca żona postanowiła uczcić jego powrót wspaniałym meczetem. Wezwała na dwór najsławniejszych architektów, przedstawiła im ideę budowy świątyni, ale po jej wystąpieniu w komnacie zapanowało milczenie. Najsławniejszy i najstarszy zarazem architekt poprosił, aby najjaśniejsza pani dała zebranym choćby tylko trzy dni do namysłu, zadanie jest tak ogromne, że muszą połączyć siły, bo jeden człowiek nie zdoła podjąć się realizacji tak wielkiego dzieła, w tak krótkim czasie. Po trzech dniach piękna małżonka usłyszała, że zadanie przerasta siły wszystkich architektów. Wtedy zjawił się młody i odważny architekt i oświadczył, że on podejmuje się zbudować meczet, pod jednym wszakże warunkiem, że piękna monarchini pozwoli mu się po ukończeniu dzieła pocałować. Kochał bowiem piękną żonę Tamerlana tak mocno, że wierzył, iż myśl o nagrodzie ustokrotni jego siły.
Jak wiadomo, piękne kobiety znają tysiące sposobów, by danego słowa nie dotrzymać. Przepiękna Bibi Chanum miała nadzieję, że zdoła odwieść zuchwałego architekta od spełnienia obietnicy. Kiedy budowa meczetu zbliżała się do końca, a Tamerlan do granic swojego państwa, zaprosiła architekta na śniadanie i postanowiła odwieść go od spełnienia obietnicy. Na stole w srebrnej misie podała zuchwałemu śmiałkowi tylko jajka pomalowane na różne kolory i poprosiła, aby spróbował je zjeść. Kiedy architekt zjadł już kilka jajek, zapytała, czy dostrzegł jakąś różnice w smaku między jajkami o różnych kolorach. „Nie, najjaśniejsza pani, mimo różnych kolorów jajka smakują jednakowo”. „Podobnie jest z kobietami – odrzekła – wyglądają różnie, a smakują tak samo”.
Niezbity z tropu zuchwały architekt wezwał swojego sługę i polecił mu przynieść dwa dzbanki wypełnione jednobarwnym płynem. Nalał do kieliszków i poprosił, aby władczyni wypiła płyn z pierwszego kieliszka napełnionego źródlaną wodą, a potem z drugiego, w którym był alkohol i zapytał, czy dostrzegła różnice w smaku.
„Napój z pierwszego kieliszka schłodził moje wnętrze, a z drugiego rozgrzał” – odpowiedziała władczyni. (Zatrudnieni w głośnym instytucie dwaj agenci, przebrani za historyków twierdzą, że w teczkach jest zapisane, iż płyn rozgrzewający, przypominający kolorem wodę, to nic innego jak aqua vita pochodząca z Lechistanu). „To dowodzi, że podobnie jest z niewiastami – odrzekł architekt – jedna schładza zmysły, a druga je rozgrzewa. Nie ma bowiem pod słońcem dwóch jednakowych kobiet”.
Władczyni uległa argumentacji architekta i pozwoliła pocałować się jedynie w policzek.
Architekt pałał do swej władczyni tak żarliwą miłością, że na jej policzku pozostał ślad pocałunku. Srogi i zazdrosny Tamerlan osadził żonę w wieży meczetu zbudowanego na jego cześć, gdzie dokończyła swojego żywota.
Nasza przewodniczka Zoja była urodziwą komsomołką, studentką drugiego roku historii i żarliwą wyznawczynią Lenina, musiałem łagodzić spory, jakie wybuchały między nią a Januszem, który drażniąc się zgłaszał wątpliwości, co do niektórych myśli i poczynań wodza rewolucji. Zoja twierdziła, że tu, w Samarkandzie, wszyscy kochają Włodzimierza Iljicza, a jej babcia zamiast ikony ma na stoliku jego podobiznę, przybraną kwiatami i do niego się modli. Nie wnikałem, czy opowieści Zoji są udawane, na pokaz, czy rzeczywiste. Zadziwiała mnie jej żarliwość, raziły natomiast – zęby, wszystkie w górnej szczęce ze złota. Zadawałem sobie pytanie, czy w owym czasie wśród tutejszej młodzieży panowała taka właśnie moda, czy był to relikt przeszłości?
Samarkanda nie szczędziła nam różnorakich zaskoczeń. Wybraliśmy się oto z Januszem na kolację do hotelowej restauracji, gdzie spotkaliśmy grupę francuskich turystów-komunistów. Jak to ludzie z zachodu zachowywali się swobodnie i dobrze się bawili. Panie miały nadzwyczajne powodzenie, nie schodziły z parkietu. Dwaj młodzi Rosjanie po kilku tańcach, mimo protestu kelnera, opuścili swój stolik i przysiedli się do stołu zaproszeni przez Francuzów, ściślej mówiąc, piękniejszą część delegacji. Zwłaszcza jeden z młodzieńców tańczył z przepiękną Francuzką tak wspaniale, że dostali od całej sali spontaniczne brawa! W pewnym momencie młodzieniec ów opuścił salę, by po kilku minutach powrócić z bukietem czerwonych goździków. Wręczył kwiaty swojej partnerce, co spotkało się z pełnym aplauzem biesiadników. Francuska wspięła się na palce, objęła rękami szyję młodzieńca i nagrodziła go pocałunkiem. Wtedy Rosjanin przywołał kelnera powiedział mu coś niezbyt głośno, a po chwili poprosił Francuzkę do tańca. Orkiestra zagrała „Oczi cziornyje”, młodzi przytuleni do siebie, samotnie, bo inne pary nie pojawiły się na parkiecie, przenieśli się w świat romantycznych marzeń. Ledwo tylko orkiestra przestała grać, trzech kelnerów ze srebrnymi wiaderkami i butelkami szampana wkroczyło na salę i całą zawartość postawili na stole francuskich turystów. Zaczynał się szampański wieczór. Janusz zaczął się zastanawiać, czy nie pójść po kamerę, ale odwiodłem go od tego zamiaru, bo przecież musielibyśmy uzyskać zgodę, co najmniej kierownika Sali, na filmowanie, a może nawet straży pożarnej i jeszcze jakichś innych czynników, nie mówiąc już o naszym opiekunie, który nie wiadomo gdzie w tej chwili przebywał, bo gdy schodziliśmy na kolację nie było go w pokoju. Piszę w liczbie pojedynczej, bo Rusłan (jeden z opiekunów) odleciał do Moskwy. Aby złagodzić cierpienia mojego przyjaciela, zamówiłem butelkę wina, Janusz nie przepadał za alkoholem, ale wiedziałem, że mi nie odmówi i wypije choćby tylko jeden symboliczny kieliszek. W taki wieczór w Samarkandzie…
Tymczasem w lokalu narastała braterska atmosfera, gdy orkiestra przestawała grać Francuzi, śpiewali swoje pieśni, potem Rosjanie i Uzbecy się rewanżowali, zsunęli nawet kilka stolików, aby stworzyć chór. Kelnerzy przynosili nowe butelki. Po jakimś tańcu, gdy opisana tu para francuskorosyjska wracała do stolika, Rosjanin poślizgnął się albo o coś zahaczył nogą, a upadając zbił łokciem szybę w drzwiach. Natychmiast obstąpiło go kilku pracowników restauracji i zaczęła się dość głośna wymiana zdań. Francuzka nie opuszczała swojego partnera, ale nie rozumiejąc, o czym rozmawiają miała dość żałosną minę. W pewnym momencie Rosjanin wyciągnął portfel z kieszeni i usiłował za stłuczoną szybę zapłacić, ale nikt nie chciał przyjąć od niego pieniędzy. W tej patowej sytuacji do sali wkroczyło dwóch milicjantów, którzy usiłowali wyprowadzić chłopaka. Wtedy ruszyli z pomocą Francuzi, poderwali się od stołu i wzięli Rosjanina w obronę. Wyjaśniali milicjantom, że są grupą francuskich komunistów, jeden z nich wyciągnął nawet legitymację FPK. Tłumaczyli, że chłopak nie jest winien, że usiłuje za szybę zapłacić, ale nikt nie chce od niego przyjąć pieniędzy. Milicjanci wycofali się, ale atmosfera sprzed incydentu już nie powróciła. Francuzka i Rosjanin zaczęli nawet tańczyć, w ich ruchach nie było już radości i fascynacji. Poprosiłem kelnera o rachunek i zaproponowałem Januszowi powrót do hotelu.
„Nie możemy wracać – powiedział Janusz – musisz zobaczyć finał. Założę się z tobą o wszystkie pieniądze, jakie mam przy sobie, że po zamknięciu lokalu chłopak zostanie zatrzymany”. Zakładu nie przyjąłem, Janusz znał doskonale Związek Radziecki, nie zamierzałem ryzykować. Kiedy Francuzi wstali od stołu i udali się do windy, wyszliśmy przed hotel. W parę minut później pojawił się Rosjanin w towarzystwie kolegi. Natychmiast otoczyli ich milicjanci, którzy na naszych oczach założyli chłopakowi kajdanki i wepchnęli do gazika. Aby się nie guzdrał, pomogli mu pałką. Przypomniałem sobie wtedy słowa Lenina, który mawiał, że państwo to „dubinka.”
W Samarkandzie zastała nas rocznica Wielkiej Rewolucji Październikowej, sfilmowaliśmy uroczystości, a ponieważ pochód zapowiadał się na dwie godziny, wróciliśmy do hotelu, wjechaliśmy windą na najwyższe piętro, wyszliśmy na taras, z którego Janusz zrobił kilka ogólnych ujęć pochodu i miasta. Jeszcze nie skończył filmować, gdy na tarasie pojawiło się dwóch panów, podeszli do Janusza i urzędowym głosem zapytali, kto nas tu wpuścił i co tu robimy?
Na to Janusz stanowczym głosem powiedział im coś, czego nie dosłyszałem. Dwaj mężczyźni stanęli jakby skamienieli. Przeprosili, poczekali aż Janusz skończy filmować, pomogli znieść statyw i kamerę do windy, grzecznie się pożegnali i zniknęli bezszelestnie w przepastnym korytarzu.
„Co ty im powiedziałeś” – zapytałem po powrocie do pokoju.
„Użyłem magicznych słów, których nauczyłem się na Syberii, od milicjanta przebranego za kierowcę. Nie da się tej lekcji opowiedzieć w dwóch zdaniach, więc jeśli chcesz poznać całą prawdę musisz uzbroić się w cierpliwość”.
„Realizowaliśmy zdjęcia w Nowosybirsku – zaczął Janusz swoją opowieść – ustawiłem statyw, założyłem kamerę i skierowałem obiektyw na drewniany dom ozdobiony ludowymi motywami i miniaturowymi rzeźbami. Już miałem uruchomić kamerę, gdy ktoś, później się okazało, że radziecki patriota, dotknął mojego ramienia, a gdy na niego spojrzałem, wskazał mi nowy blok i kazał go filmować. Odpowiedziałem, że blok z wielkiej płyty mnie nie interesuje, bo jest brzydki, natomiast dom drewniany jest piękny i będę go filmował. Wtedy Rosjanin popchnął statyw, całe szczęście, że kamera upadła w zaspę śniegu i nic się nie stało. Nie zdążyłem jeszcze wyciągnąć jej z zaspy, gdy rozległ się głośny huk i radziecki patriota zwalił się na ziemię obok statywu. Kierowca widząc co się dzieje, wyskoczył z samochodu i zwyczajną pałką milicyjną tak uderzył człowieka, że ten zwalił się w śnieg. A po incydencie udzielił mi rady: jeśli ktokolwiek, babuszka, zwykły przechodzeń czy generał nawet będzie ci przeszkadzał w robieniu zdjęć nie wdawaj się w dyskusję, powiedz tylko stanowczym głosem – „uchadi w pizdu, job twoju mać, nie mieszaj w rabotie” To wystarczy, każdy obywatel Związku Radzieckiego doskonale rozumie te słowa. Wypróbowałem je na Syberii kilkakrotnie, za każdym razem poskutkowały. W Samarkandzie też wiedzą, co one znaczą, przekonałeś się o tym osobiście, obserwując zachowanie tych dwóch osiłków.
Zdarzyło się to 7 listopada 1972 roku. Ten dzień miał się jednak zakończyć dopiero późnym wieczorem. Wziąłem prysznic i zamierzałem położyć się do łóżka, gdy usłyszałem, że ktoś wkłada klucz do zamka i otwiera drzwi do mojego pokoju. Nie zdążyłem nawet wyjść do przedpokoju, gdy przede mną stanęła w groźnej postawie „dyżurna po etażu” i wrzasnęła: „ zobacz, jak ten Poliaczek się spił i leży jak świnia”. Nie mogłem uwierzyć, po kolacji Janusz poszedł do swojego pokoju trzeźwy jak skowronek! A od tego czasu nie upłynęło więcej niż dwadzieścia minut. Szybko się jednak wyjaśniło, że to nie Janusz, a nasz opiekun spił się do tego stopnia, że idąc do toalety przewrócił się w przedpokoju, zrobił siusiu i leżał, nie mogąc się podnieść. Pobiegłem po Janusza, wspólnie wciągnęliśmy Aloszę do łóżka, które zastawiliśmy dwoma fotelami i stolikiem. Dyżurnej po etażu wytłumaczyłem, że to nie Poliak, a prawdziwy radziecki „grażdanin.”
Na drugi dzień rano poprosiłem Aloszę do pokoju i zapytałem, czy mam dzwonić do Moskwy, aby przysłali innego opiekuna? Przerażony Alosza zaczął przepraszać, obiecał nawet, że w sprawozdaniu napisze o nas same dobre rzeczy! I to mnie zirytowało. Zażądałem, aby natychmiast powiedział nam prosto w oczy, co w czasie naszej podróży zrobiliśmy nagannego, upiliśmy się może tak jak ty? Zaczął się chaotycznie tłumaczyć, a z tej mowy wynikało, że przez cały czas jesteśmy niezadowoleni. I tu wpadł w pułapkę. „Nie jesteśmy niezadowoleni z pobytu w Wielkim Związku Radzieckim, a z twojej pracy, bo nam ciągle mówisz: „niet, niet, niet,” Tego nie wolno filmować! Są to słowa, które wypowiadasz najczęściej, utrudniasz nam w ten sposób pokazanie wielkiego dorobku ZSRR i jego piękna!”
Alosza przyrzekł, że jeśli nie zadzwonię do Moskwy, będziemy mogli wszystko filmować, a on nam w tym pomoże. „Udowodnij to” – powiedziałem.
Opuściliśmy Samarkandę, dzięki Aloszy, straż na rogatkach miasta przepuściła samochód, którym udaliśmy się do najbliższego kołchozu. Wiedzieliśmy, że zdjęć nie opublikujemy w kraju, przedstawiały bowiem kołchoz biedny, wieś zaniedbaną, ale w ten sposób Alosza udowodnił, że ma wielką władzę. Wykorzystywaliśmy jego uprzejmość przez dalszy czas pobytu.
Ałma-Ata
Ałma-Ata (po kazachsku znaczy: ojciec jabłek) powitała nas złocistą jesienną pogodą, a koledzy w wytwórni filmowej dokumentem o schwytaniu tygrysa i kumysem. Film urzekł nas cudownymi krajobrazami i myśliwymi, którzy pojmali groźnego zwierza, założyli mu miniaturowy aparat wysyłający sygnały i zwrócili wolność. A następnego dnia wywieźli w góry i pokazali miejsca, gdzie film realizowano. Było oczywiście ognisko, pieczony baran-kazachska specjalność – kumys, wino i koniak. Doprawdy Kazachowie są nadzwyczaj gościnni, przekonaliśmy się o tym na wysokości 2400 metrów i przez cały czas pobytu. Wracaliśmy z gór tuż przed zachodem słońca, naszym oczom ukazała się ówczesna stolica republiki w całej gamie barw, otoczona aż po horyzont żółto-różowymi pasmami. Zapytaliśmy kolegów, czy to jesienne kwiaty? Za pół godziny przekonacie się, co to jest w rzeczywistości, teraz możemy powiedzieć, że nie są to kwiaty. Rychło się okazało, że miasto jest otoczone sadami, a te żółto-różowe plamy to jabłka opadłe na ziemię, których tu nikt nie zbiera. I to, jakie jabłka! Przywiozłem jedno do Warszawy ważące 1,15 kg (słownie: kilogram i piętnaście dekagramów!). Gdy wokół Ałma-Aty jabłka gniły na ziemi, w Moskwie kilogram marnych jabłek kosztował ponad dwa ruble. Tajników socjalistycznej ekonomii nie zgłębialiśmy na szczęście, ale kolorystykę zanotowaliśmy na taśmie.
Restauracja hotelowa w Ałma-Acie nie różniła się niczym od restauracji w Moskwie czy w stolicach innych republik radzieckich. Różnica polegała jedynie na tym, że spotkaliśmy tu bardzo miłą kelnerkę, która przyznawała się do swojego polskiego pochodzenia. Językiem dziadków mówiła słabo, ale jej życzliwość nie znała granic. Zapytaliśmy, czy są w tym mieście jakieś restauracje, w których można poznać prawdziwe życie i miejscowy folklor? Poradziła jeden lokal słynący z oryginalności, ale natychmiast dodała, że nie może z nami pójść, ponieważ zbierają się w nim wyłącznie mężczyźni. Wybraliśmy się tam następnego wieczoru. Nie żałowaliśmy. Mężczyźni, wszyscy w czarnych oryginalnych kaukaskich strojach, siedzieli przy stolikach, pili wino i śpiewali pieśni. A gdy zagrała orkiestra, tańczyli z kaukaskimi nożami w zębach, z szeroko rozłożonymi, jak skrzydła ptaków w locie, ramionami. Wtedy przypomniałem sobie, że w przedwojennej prasie rysowano bolszewików właśnie z nożami w zębach, bałem się tych rysunków straszliwie i może, dlatego tak długo gnieździły się w mojej pamięci. Janusz był niepocieszony, kierownik nie zgodził się na filmowanie.
W ówczesnej stolicy Kazachstanu spotkaliśmy kilku Polaków, jeden z nich pracujący w zakładach porcelany zapytał, czy możemy jego mamie mieszkającej w Warszawie zawieźć pieniądze. Rozmawialiśmy w miejscu jego pracy, więc umówiliśmy się, że następnego dnia o siódmej rano przywiezie pieniądze do hotelu. Minęło pół godziny, a on się nie pojawił. Czekał na nas w holu. Na pytanie, dlaczego nie przyszedł do pokoju odpowiedział, że go nie chcieli wpuścić.
W czwartek rano koledzy z wytwórni zapytali, czy chcielibyśmy wziąć udział w kazachskiej biesiadzie? Zgodziliśmy się natychmiast, pytając czy będziemy mogli robić zdjęcia i kto nas zaprasza? Odpowiedzieli, że pewien rosyjski pisarz, który mieszka w Ałma-Acie.
W piątek po południu wyruszyliśmy na biesiadę. Przyjechaliśmy punktualnie o godzinie piętnastej. Przed bramą olbrzymiej, drewnianej daczy czekał już gospodarz, po powitaniu przeprosił, że nie może nas teraz gościć, bo przed chwilą złożyli mu wizytę przedstawiciele z KGB i właśnie ich podejmuje, nas zaprasza na osiemnastą i ma nadzieję, że się nie obraziliśmy. Zastanawialiśmy się z Januszem, co to znaczy i czy powinniśmy przyjeżdżać później? Koledzy z wytwórni wytłumaczyli, że w Kazachstanie to normalne, ci z KGB też lubią pobiesiadować, wpadli więc na chwilę, a uprzejmy gospodarz nie chciał ich nie ugościć. Janusz, który na Syberii spędził ponad rok, uznał, że w przełożeniu terminu wizyty nie kryje się nic nadzwyczajnego, więc o osiemnastej stanęliśmy ponownie przed daczą. Bez Aloszy, którego kazachscy koledzy z wytwórni nie zaprosili.
Tym razem już bez kłopotów rozgościliśmy się, nie wiedząc, że aż na trzy noce i dwa dni! Gospodarz nie zwlekając nalał po szklanicy wina i wzniósł toast za gości z dalekiej Polski! Tu, w Kazachstanie, toasty wznoszono krótko, ale za to często. W obawie, że do wieczora nie utrzymamy się na nogach zapytaliśmy gospodarza, czy możemy zrobić zdjęcia?
„Nie ma żadnych przeszkód – odparł – ale właściwa biesiada zacznie się dopiero po teatralnych spektaklach, teraz za stołem jest zaledwie garstka ludzi. Sami literaci i kilku malarzy, nie przyszły jeszcze ich muzy, tancerki i modelki. Zjawią się po spektaklach”. Przy okazji zapytał, czy przypadkiem nie przeszkadzają nam dwa portrety na ścianie, czy będziecie mogli w Polsce pokazać Indirę Gandhi i Stalina?
Po dwudziestej drugiej, czyli po spektaklach, zaroiło się od gości. Kogo tam nie było: sławne aktorki i aktorzy, muzycy, baletnice i tancerze i najwspanialsze głosy Kazachskiej Republiki Radzieckiej, zasłużeni artyści i najpiękniejsze primabaleriny. Zabawa trwała do sobotniego poranka, potem salon opustoszał, położono nas do łóżek i wczesnym popołudniem przywrócono do życia.
Jadłem tam szaszłyki i baranie oczy, piłem kumys, wino i nalewki na spirytusie. Tylu artystek i artystów w jednym pomieszczeniu nie widziałem nigdy dotąd i nigdy później. Pewne fragmenty biesiady znalazły się w filmie „Słoneczne Stolice” wyświetlanym na ekranach kin w Polsce.
Kiedy w poniedziałek rano, opuszczając gościnny dom, dziękując gospodarzowi za cudowne trzy noce i dwa dni, poprosiłem go o nazwisko odpowiedział mi pytaniem: „Powiedz Mirosław, czy dobrze się wśród nas czułeś? Mówisz, że znakomicie, to po co ci moje nazwisko? Żegnaj polski przyjacielu, zachowaj nas we wspomnieniach jak najdłużej… Daliśmy ci nasze serca, nazwisko jest bez znaczenia”.
Tbilisi
Głos kapitana samolotu wyrwał nas z drzemki, zostaliśmy właśnie poinformowani, że przekroczyliśmy granicę Gruzińskiej Republiki Socjalistycznej. Była to nowość, nie informowano nas, gdy przekraczaliśmy granice innych republik.
Spotkanie z gruzińskimi kronikarzami zaczęliśmy dość niefortunnie, zwróciliśmy się z prośbą do kolegów w wytwórni, aby pożyczyli nam 200 metrów taśmy, bowiem przywieziona z Polski właśnie się kończy.
„Dwieście metrów na Gruzję? Drodzy polscy przyjaciele chyba się pomyliliście, dwieście metrów nie wystarczy wam nawet na naszą piękną stolicę! Jesteście naszymi gośćmi – oświadczył dyrektor – pragniemy, abyście czuli się w Gruzji jak u siebie w domu i każdego dnia pobierali tyle taśmy, ile wam potrzeba. Kolega, który będzie się wami opiekował, wie doskonale jak się u nas taśmę pobiera, zapewniam, że nie napotkacie na żadne trudności!”
Dyrektor wytwórni życzył nam miłego i owocnego pobytu w Gruzji i oddał pod opiekę reżysera, a ten poprosił Aloszę, aby swój pobyt w Tbilisi potraktował wypoczynkowo, nie martwił się o polskich przyjaciół, obiecując mu, że odlecimy do Moskwy cali i zdrowi.

„Skoro sprawy protokolarne załatwiliśmy szybko i sprawnie – podsumował reżyser, gruziński opiekun – proponuję, abyście zapoznali się z naszą twórczością, pokażę wam tylko jeden film, nasz najnowszy, który właśnie wczoraj wszedł na ekrany stołecznych kin. Film nosił tytuł „Balkony”, przedstawiał w sposób dość przekonujący i dowcipny historię Gruzji od czasów starożytnych, aż po czasy, gdy Gruzja stała się republiką socjalistyczną, co spowodowało oczywiście, że cały naród jest z tego powodu szczęśliwy. „Balkony” to historia podbojów Gruzji przez różnych najeźdźców, bliższych i dalszych sąsiadów. Ani razu na ekranie nie pokazano żołnierza, karabinu, armaty, czołgu. W zależności od napastnika zmieniał się wygląd balkonów i osoby na nich przebywające. Morał płynął stąd taki, że zmieniają się tylko najeźdźcy, a „Matka Gruzja” jest wciąż ta sama. Powszechna szczęśliwość Gruzinów w socjalizmie pokazana na końcu filmu jest jedynie zabiegiem formalnym, albo jak wolisz kwiatkiem przy kożuchu, bo w to szczęście mało, kto wierzy. Nie wierzyłem, że film jest wyświetlany w kinach. Jego wymowa antyrosyjska aż biła w oczy. Publiczność przyjmowała „Balkony” oklaskami, przekonałem się o tym osobiście. Gruziński opiekun rozumiał moje wątpliwości, poczuł się zobowiązany wyjaśnić mi, że film jest wyświetlany tylko w Gruzji, a nie w ZSRR. Gruzini wszak mają prawo przedstawiać zgodnie z prawdą swoją historię.
Zbliżała się pora obiadu, gruziński przyjaciel zaproponował więc przerwę w robieniu zdjęć i zaprosił nas na obiad do baru najniższej kategorii, gdzie posiłki jada się tylko na stojąco, a potrawy nie są wyszukane, przychodzą tu bowiem ludzie najbiedniejsi. „Mamy przed sobą siedem dni, więc każdego dnia poznacie inną restaurację” – oświadczył.
Gruzini przywiązują bardzo dużą wagę do jedzenia. Biesiady trwają u nas długo, każdej przewodzi „tabada”, mistrz ceremonii, on wznosi toasty i udziela głosu biesiadnikom.
Toasty gruzińskie są minipoematami, w zależności od sytuacji dowcipnymi, wywołującymi śmiech, romantycznymi, wzbudzającymi wyższe uczucia, są też ludowymi i ludzkimi przypowieściami kończącymi się morałami. Każdy Gruzin jest w jakimś sensie poetą, a już na pewno każdy potrafi wznieść toast. A wszyscy uwielbiają wino i zabawę.
Rano reżyser powitał nas słowami: „Wczoraj poznaliście bar, w którym jadają najbiedniejsi Gruzini, ludzie, którzy są fundamentem naszej ojczyzny, dziś, jeśli zaakceptujecie moją propozycję, pojedziemy do źródeł, do pierwszej stolicy naszego państwa, Mcchety”.
Początki miasta sięgają III wieku p.n.e. Oddalona od współczesnej stolicy o dziesięć kilometrów, leży u ujścia Aragwi do Mtkwali (Kury) przy Wojennej Gruzińskiej Drodze, łączącej miasta znad Morza Czarnego z miastami położonymi nad Morzem Kaspijskim. Mccheta to miasto-muzeum, pełne zabytków zniszczonych nie tylko przez czas. Nasz przewodnik pokazywał te zniszczenia i sprawców, Rosjan.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w zajeździe, swoim stylem przypominającym podobne lokale w Prowansji, z okien zajazdu widzieliśmy wzgórze z klasztorem Dżwari z VI wieku. Jeszcze nie zdążyliśmy złożyć zamówienia, a już kelnerka postawiła na stole dzbanek z winem i trzy kieliszki. Gdy gospodarz je napełnił, Janusz Kreczmański głosem stanowczym, niedopuszczającym sprzeciwu, oświadczył, że ma zamiar jeszcze filmować i nie wypije nawet kropelki.
„Gruzja – zaczął nasz przyjaciel – uchodzi za ojczyznę wina, uczeni odkryli tu najstarsze urządzenia do tłoczenia tego napoju, który od niepamiętnych czasów wprawia ludzi w dobry nastrój, łagodzi smutek i cierpienie, pobudza wyobraźnię i rozwesela serce”.
„Wypijmy za to, abyście z Gruzji wywieźli nie tylko smak tego trunku, ale uczucia, jakimi was darzymy” – powiedział reżyser.
Janusz nie mógł nie spełnić
toastu…
Ledwo opróżniliśmy kieliszki, gospodarz napełnił je ponownie. Tym razem Janusz niemal przysiągł, że ani kropli więcej… Pogoda była wspaniała, świeciło słońce, na wysokim wzgórzu w błękit bezchmurnego nieba wpisywała się sylwetka klasztoru Dżwari. Widok urzekał swoim pięknem i majestatem trwania. W pewnej chwili Janusz powiedział: „Spójrzcie tylko na tę budowlę, podziwiam architekta i jego poczucie piękna!”
Chyba na tę chwilę czekał gospodarz. Podniósł kieliszek i rzekł: „Podzielam twój podziw, przyjacielu. Ten budowniczy miał takie wyczucie piękna, bo był Gruzinem, kochał Matkę Gruzję i ta miłość dodała mu sił i odwagi. Minęło już czternaście wieków od wzniesienia klasztoru, przez nasze ziemie przechodziły hordy różnych najeźdźców, a klasztor stoi na chwałę Matki Gruzji. Wypijmy za synów Polski i Gruzji, którzy kochają swoje ojczyzny”. I Janusz wypił.
O tej porze dnia lokal był jeszcze pusty, barman czyścił kieliszki, trzy kelnerki prowadziły ściszonymi głosami rozmowę, a zdun za pomocą jakiegoś metalowego narzędzia nadawał ostateczny kształt ozdobom pieca.
Reżyser przez chwilę przyglądał się w zamyśleniu zdunowi, a potem zwracając się do Janusza powiedział: „Popatrz na tego człowieka, nie jest on takim wielkim artystą jak budowniczy Dżwari, ale wygładza te płaskorzeźby przy piecu z gorliwością i skrupulatnością, bo pragnie, by ludziom zatrzymującym się tu w chłodne i słotne dni było nie tylko ciepło, ale i przyjemnie. Gdyby nie było zdunów, czyż mogliby istnieć wielcy artyści? Wypijmy za zdrowie gruzińskiego zduna!”
Toast po toaście, kieliszek po kieliszku i ani się spostrzegliśmy jak przy stole pojawiła się kelnerka z nowym dzbankiem wina. W tym momencie reżyser zapytał o imiona naszych matek. I dodał, że może w tej chwili myślą one o nas właśnie. Wzniósł toast za ich zdrowie. Czas płynął coraz wolniej, zjedliśmy obiad, wypiliśmy jeszcze kilka kieliszków, a kiedy słońce skryło się za wysoką górę wyruszyliśmy do Tbilisi. Janusz Kreczmański nie zrobił już ani jednego ujęcia, ale wrócił szczęśliwy.
Od Ikony Gubernatorskiej Janusz zaczął zdjęcia w muzeum w Tbilisi. Nazwa wzięła się stąd, że ikona wisiała w pałacu carskiego gubernatora, a ten, gdy się upił, odrywał po małym kawałku złotej koszulki i rozdawał (taki szczodry) swoim gościom. Kiedy czasy gubernatorów odeszły w niepamięć, Gruzini przenieśli ikonę do muzeum i stała się ona dowodem tego, jak carscy urzędnicy niszczyli gruzińską kulturę. Przysłuchiwałem się przewodniczce oprowadzającej szkolną wycieczkę, która otwartym tekstem opowiadała o niszczonej przez Rosjan gruzińskiej kulturze. Zapytałem reżysera czy taka otwarta krytyka Rosji jest u nich dozwolona?
„Pamiętasz pobyt w Mcchecie? Przez cały czas pokazywałem wam spustoszenia poczynione przez Rosjan w naszych zabytkach. Miałem na myśli czasy caratu, to oczywiste. U was Rosji carskiej krytykować nie wolno?”
Wizyta w pracowni Oczauriego – zasłużonego artysty ZSSR, który miał licencję na portrety Lenina, nie każdy artysta mógł tworzyć wedle własnego uznania podobizny wodza rewolucji – przerodziła się w wieczór przyjaźni, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Oczauri, artysta – czekańszczyk, rzeźbił nie dłutem a młotkiem w blasze ze specjalnego stopu. Czekanka cieszy się w Gruzji wielkim uznaniem, jest niezmiernie popularna we wszystkich warstwach społecznych. Gdy Janusz zakończył zdjęcia, zaczęło się przyjęcie, ze sławnymi toastami i pieśniami gruzińskimi. Nie wiadomo kiedy pracownia wypełniła się przyjaciółmi. Po latach z mojej pamięci uleciały toasty. Jeden wszakże w zakamarkach pozostał: przez wiele dni osioł pokonywał dzielnie szlak pustyni. Ale i on się zmęczył, na szczęście dotarł do oazy, gdzie stały dwie konwie wypełnione płynem, w pierwszej była woda, w drugiej wino. Spragniony osioł zaczął chciwie pić. Jak sądzicie, z którego naczynia? Wypełnionego wodą, oczywiście!
Nie naśladujmy osłów, napijmy się wina
Świtało, gdy opuszczaliśmy dom artysty, był to nasz ostatni dzień w Tbilisi. Wieczór spędziliśmy w najlepszej restauracji miasta. Do dwudziestej drugiej kolacja miała charakter oficjalny, po zamknięciu lokalu zaczęło się spotkanie przyjaciół. Na stole pojawiły się butelki wina bez etykiet, bo nie ważne, jaka jest butelka, ważne, z jakiej pochodzi winnicy, a najważniejsze, z kim się wino pije.
Do dziś słyszę melodie gruzińskich pieśni śpiewanych na pożegnalnym wieczorze. Nie obeszło się bez „Suliko”. W końcu nadszedł najtrudniejszy moment. Poproszono nas o zaśpiewanie polskiej piosenki. Naradzaliśmy się z Januszem przez dłuższą chwilę, jaką piosenkę zaśpiewać. Kłopot polegał na tym, że natura nie obdarzyła żadnego z nas dobrym słuchem. W końcu zaśpiewaliśmy „Legiony to żołnierska nuta”. Po wykonaniu dwóch zwrotek zakończyliśmy występ. Nie usłyszeliśmy żadnych gratulacji, ani grzecznościowych oklasków. Mieliśmy wszyscy mocno w czubie, więc zapytałem: nie podobało się?
„Prosiliśmy o polską piosenkę, a wy zaśpiewaliście rosyjską” – padła odpowiedź… Po Powrocie do Warszawy, Marta Broczkowska oświeciła nas, że melodia jest zapożyczona od Rosjan.
Następnego dnia, żegnani przez gruzińskich przyjaciół, odlecieliśmy do Moskwy. Po kilkunastu minutach lotu, kapitan samolotu poinformował pasażerów, że opuszczamy granice Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.
W Moskwie, Alosza zostawił nas w hotelu „Ukraina”, zapewniając, że za kilka minut otrzymamy pokój. Po godzinie oczekiwania, Janusz, zapytał recepcjonistkę, czy pokój już gotowy? Po upływie pół godziny ponowił pytanie. I znowu: „Nie bespakojtie, padażditie”.
W końcu wyciągnął legitymację dziennikarską, pokazał w recepcji, pytając: czy wolą „Prawdę” czy „Izwiestię”, bo jemu wszystko jedno gdzie zadzwonić. Pokój znalazł się natychmiast. Pomogli nam nawet wnieść bagaże.
Nie wspominam o pobycie w Aszchabadzie, gdzie również parę dni spędziliśmy. We wszystkich wytwórniach oglądaliśmy republikańskie kroniki filmowe, które bardzo nam się podobały. Gdy zostałem redaktorem naczelnym PKF usiłowałem zorganizować wymianę z wytwórniami w Taszkiencie, Ałma-Acie i Tbilisi, jeśli już nie całych kronik, to przynajmniej tematów. Moskwa się jednak nie zgodziła.

17 Września – tragizm i pamięć

Kiedy byłem marszałkiem Senatu, rozważano bardzo trudny problem, jak doprowadzić do wyjścia wojsk radzieckich z Polski. Z natury rzeczy nie można było ominąć osoby generała Jaruzelskiego Wtedy zdarzyła się rzecz dziwna. Kiedy prosiłem o audiencję-Generał powiedział: „Pan pozwoli, że ja do Pana przyjdę na rozmowę w cztery oczy…” Była to rozmowa bardzo dziwna. Widać było, że on sam dąży do tego, by wojska radzieckie wyszły z Polski. Walczył sam z sobą, jak można to zrobić…
Andrzej Stelmachowski

Historycy w analizach przyczyn i wnioskach z Września 1939 r., szerzej – wybuchu II-ej wojny światowej, kładą akcent na agresywną politykę Hitlera, mocarstwowe koncepcje oparte m.in. na teorii aryjskiej rasy, zdolnej do panowania nad światem, itp. co wcześniej czy później miało doprowadzić do wojny w Europie. Nie ma podstaw by temu zaprzeczyć. Ale warto zastanowić się nad oceną zachodnich ustępstw wobec wodza III Rzeszy. Można z nich odnieść wrażenie, że Zachód, a konkretnie Wielka Brytania i Francja były na swój sposób przymuszane przez Hitlera do ustępstw politycznych – patrz zajęcie Austrii, Monachium i zajęcie Sudetów Czeskich, krótko potem Czechosłowacji (z hańbiącym Polskę udziałem). Trudno temu poglądowi odmówić w części racji. Należy tu postawić zasadnicze pytanie – jak te dwa państwa rozumiały pojęcie pokoju w Europie? Choć można napisać obszerną rozprawę – skrótowa odpowiedź prowadzi do stwierdzenia – przez pokój rozumiano bezpieczeństwo, eliminację, usunięcie agresji militarnej (czytaj wojny) Hitlera na kraje zachodniej Europy. Oto istota! Natomiast – w domyśle – dopuszczały taką agresję, czyli wojnę w Europie Środkowej i Wschodniej. Wielu z Państwa Czytelników może poczuć się zaskoczonymi taką tezą i zapytać o podstawy. Proszę bardzo. Wielka Brytania i Francja, słusznie uważające się za gwarantów europejskiego ładu po I-ej wojnie światowej, w 1925 r. do zawarły w Locarno układ z Niemcami. Przywracał im równoprawny status w Europie, co niektórzy historycy określają faktycznym traktatem pokojowym kończącym I wojnę światową. Proszę, sięgnijcie Państwo pamięcią, kiedy podobny traktat zawarto z Niemcami po II-ej wojnie światowej i powstała NRF? Czy nie skłania do dopatrywania się analogii, a raczej „historycznej ciągłości” rozumienia pokoju w Europie przez siebie, czyli Zachód? A czy dopuszczał takie pojęcie przez ZSRR-jak myślicie? Temat na odrębną publikację, z akcentem na wnioski dla Polski.
Zachodnie gwarancje dla Polski
Wracam do głównego wątku – układ z Locarno gwarantował Niemcom nienaruszalność granic, ale wyłącznie zachodnich! Tu jest sedno sprawy! Jak to rozumieć w języku polityki? Że oba te kraje nie będą stanowiły zagrożenia dla Niemiec, ale i odwrotnie, „wy też nam nie zagrażajcie”! A co z pozostałymi granicami Niemiec? – to wasza sprawa, mówiąc językiem prostym, zrozumiałym dla każdego. Możecie politykę „rasy panów” realizować w Europie Środkowej i dalej na Wschód. Spodziewam się, że wielu Czytelników przyjęło ten wywód z rezerwą, jako wątpliwy, mając na uwadze choćby traktaty podpisane z Polską. Oto one:
– Francja: konwencję wojskową z Polską podpisała w 1921 r. Odnowiła 19 maja 1939 r. Protokół nadający jej ważność podpisała 4 września 1939 r., proszę przetrzeć oczy;
– Anglicy 31 marca 1939 (po zajęciu Czechosłowacji), udzielili Polsce jednostronnych gwarancji niepodległości (uwaga, nie dotyczyła nienaruszalności terytorium); 6 kwietnia w Londynie Beck i lord Halifax podpisali porozumienie o gwarancjach polsko-brytyjskich. Na zawarcie formalnego sojuszu Anglia zdecydowała się 25 sierpnia, gdyż obawiała się ew. ustępstw Polski wobec ZSRR, po pakcie Ribbentrop-Mołotow. Także proszę przetrzeć oczy.
Oba te państwa już na początku maja 1939 r. wykluczyły możliwość udzielenia nam pomocy wojskowej na wypadek agresji III Rzeszy (po znanej wypowiedzi Becka w Sejmie). Co Państwo o tym myślicie? Cóż z tego, że na początku września wypowiedziały Hitlerowi wojnę. „Francuzi nie będą umierać za Gdańsk” – kto tego nie zna z lat szkolnych w PRL? Za te słowa gen. Charles de Gaulle, Prezydent Francji przeprosił Polaków w 1967 r. Walcząc z nawałą hitlerowską Wojsko Polskie oczekiwało, że po 7-12 dniach, gdy zachodni sojusznicy zmobilizują swoje armie i uderzą na Niemcy, sytuacja militarna ulegnie radykalnej zmianie, na naszą korzyść. Niestety, ulotki zrzucane nad Niemcami i „ruchawki” przygraniczne nie przyniosły Polsce i Polakom żadnej korzyści. Tu ciekawostka-w połowie sierpnia saperzy zaminowali most kolejowy na Wiśle w Tczewie. Miał być wysadzony w momencie wybuchu wojny. U marszałka Rydza natychmiast zjawił się ambasador brytyjski Howard Kennard, z żądaniem odwołania rozkazu, argumentując, że „Gdyby przez przypadek most ten wyleciał w powietrze, razem z nim wyleciałby w powietrze pokój Europy”. Jasne?
Oczywiście, wspomniany Józef Beck rozważał różne opcje sojuszy wojskowych, także z Niemcami. Maria Dąbrowska np. mówiła o nim – „kanaliowaty Beck” (1934), „hitlerowski fagas Beck” (1936). Generałowie Sikorski i Józef Haller oraz Wincenty Witos – „Niemiecki agent Beck”. Sam szef MSZ, podczas jednej z debat stwierdził : „Może pokonalibyśmy z Hitlerem Sowiety, ale za parę lat paślibyśmy dla niego krowy za Uralem”.
Pierwszy tragizm Września
Że zawiedli sojusznicy we Wrześniu nikt nie ma wątpliwości. To upokarzające, tak z ludzkiego i politycznego poczucia wartości i szacunku. Gdzie, jeśli nie do Francji a potem do Wielkiej Brytanii udawał się przedwojenny rząd? Czy to nie upokorzenie? Kto, jeśli nie ci sojusznicy decydowali o przyjęciu (nie chcieli wpuścić), o składzie rządu gen. Sikorskiego – podkreślam – „składzie”, oczywiście personalnym i politycznym. Tę pigułkę też przełknięto z „godnością”. Sięgnijcie Państwo pamięcią, kto i jak wyrażał się o składach naszych rządów po 1945 r., ile było w tym prawdy, bo „lepiej wiedzący” eksponowali wpływ „wiadomego kierunku”, od początku, od 1944 r. A do kiedy – to ciekawostka, za chwilę. Ale oczywiście wyrozumiale pomijali „szacunek” jakim Zachód darzył rząd londyński, proszę sięgnąć do poprzednich tekstów, choćby „Sprawa zachodniej granicy” czy „Hołd bohaterom”.
Żołnierz polski, walczył w obronie Ojczyzny, obficie płacąc krwią i życiem, liczył na sojuszniczą pomoc. Nie doczekał się. Nie tylko waleczni czołgiści płk Stanisława Maczka, ale i lotnicy i marynarze z konieczności musieli obrać kierunek zachodni. To nie upokorzenie, udawać się do „takiego” sojusznika z wiarą, że teraz będą razem walczyć – o Polskę. Walczyli, jak mówił Churchill o polskich pilotach, że wiele zawdzięczają tak niewielu. W Poczdamie, że „nie należy napychać polskiej gęsi, bo padnie z niestrawności”(to o Ziemiach Zachodnich). A na defiladzie zwycięstwa w Londynie zabrakło dla nich miejsca, potem także – generałowie i oficerowie stali się robotnikami (nie mówiąc o żołnierzach), za co „sojusznikom” nie było wstyd. Ale tu wkroczyła wszechmocna propaganda i polityka, osobny i nie mniej refleksyjny, pouczający temat.
17 Września, drugi tragizm.
Pakt Ribbentrop – Mołotow: o wzajemnej nieagresji, podpisany w Moskwie 23 sierpnia 1939 r. Jego treść była znana rządowi USA już 24 sierpnia (czyli dzień później). Wkrótce poznał ją Paryż i Londyn, ale nikt nie poinformował Warszawy! Dlaczego? Jak Pakt ten rozumieć? – jako obawę Hitlera, że ZSRR, mimo zaszłości historycznych udzieli Polsce pomocy? Nie o pomoc wojskową szło, potencjał Niemiec wystarczał do pokonania Polski, wspierany przez Słowaków. Chciał wciągnąć ZSRR w podbój Polski, jeszcze ostrzej zaognić nienawiść Polaków. Hitler znał już stanowisko Francji i Anglii – nie udzielą Polsce pomocy.
Być może „prawoskrętni uczeni”, w 80. rocznicę 17 Września upowszechnią tezę o „przeniesieniu rewolucji” na Zachód, wzorem koncepcji Lenina. To bzdura. Na Zachód to dokąd – chyba do granicy z Niemcami. Zmienił się geopolityczny układ, to nie czas i sytuacja z 1918 roku. Może do krajów nadbałtyckich, czy do tego potrzebny Stalinowi ten pakt? Ku czemu więc się skłaniać? W ZSRR znane były teorie narodowego socjalizmu, a poczynania Zachodu wobec Niemiec odczytywano na ogół trafnie. Szło ZSRR o zyskanie na czasie do starcia z Hitlerem, choć ten moment był zaskoczeniem. Warto też zapytać o ocenę ZSRR, jaką mieli nasi wojskowi po podpisaniu paktu o nieagresji tym krajem w 1932 r. Otóż, w kwietniu 1934 r., marsz. Józef Piłsudski na naradzie w GISZ postawił zebranym tu 15 generałom i 4 pułkownikom pytanie-który sąsiad jest najbardziej niebezpieczny dla Polski – ZSRR czy Niemcy? Po miesiącu były takie odpowiedzi: 3, w tym marsz. Rydz-Śmigły, wskazało na ZSRR; 4 nie miało zdania; 13 wskazało na Niemcy. Wiemy, że dopiero wiosną 1939 r. rozpoczęto planowanie wojny obronnej z Niemcami. O wiele lat za późno.
Władze Polski od traktatu ryskiego nie zmieniły zdania i Rosję (ZSRR) uważały za głównego wroga, tak też opracowywane były plany wojny. Zapomniano, że Rewolucja Październikowa przyczyniła się do odzyskania niepodległości Polski w 1918 r. Rząd radziecki 29 sierpnia 1918 r. anulował traktaty o rozbiorach Polski, zawarte przez Rosję carską z Prusami i Austrią. Oznaczało to wyrzeczenie się przez nią wszelkich praw do obszaru Polski. Nie uczyniły tego ani Austria, ani Prusy, czy mamy im za złe? I cóż z tego – to formalność, bez znaczenia politycznego jak i wojskowego, ktoś powie. Może i formalność, a może nie. Jeśli Józef Piłsudski w 1918 r. podjąłby kroki dyplomatyczne celem „wdrożenia” tych decyzji radzieckich, czy byłaby potrzebna wtedy wojna polsko – radziecka? Jak wyliczył Pobóg-Malinowski („Najnowsza historia Polski”, Londyn, 1967) „od listopada 1918 do końca 1920 r., liczba poległych polskich żołnierzy wyniosła 16 139, zmarłych wskutek ran i chorób – 29 353, zaginionych – 50 700. Razem zginęło więc 96 201, rannych naliczono 110 210. Ofiarami wojny byli przede wszystkim bezbronni. Co najmocniej uderzyło – rzezie jeńców i wyrzynanie osad, kolonii, miasteczek”. Czy doszłoby do tragicznego 17 września?
I znów ciekawostka. Po napaści ZSRR na Polskę 17 września 1939 r., rządy sojuszniczej Anglii i Francji nie nazwały tego nawet agresją. Długo myślano nad treścią not dyplomatycznych, by przypadkiem nie naruszyć swoich dobrych stosunków z ZSRR. Najwcześniej, bo 19 września rząd brytyjski odrzucił tezę Stalina, jakoby państwo polskie już nie istniało. Zaś Francja oczekiwała tylko wyjaśnienia tego zdarzenia. Marszałek Śmigły – Rydz wydał krótki rozkaz: „Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony oraz prób rozbrajania”. Podczas krótkich starć, zginęło ok. 7 tys. naszych żołnierzy, ponad 10 tys. było rannych. Do niewoli trafiło285 tys., w tym ok. 15 tys. oficerów. Armia Czerwona straciła ok. 13 tys. żołnierzy, w tym ok. 3 tys. zabitych, ok. 150 czołgów i ok. 20 samolotów. Przypomnę, że inwazją 17 września ZSRR złamał aż 4 umowy międzynarodowe: traktat ryski z 1921 r. o wspólnej granicy; protokół Litwinowa z 1929 r. o wyrzeczeniu się wojny jako środka rozwiązywania sporów; pakt o nieagresji z 1932 r. oraz konwencję londyńską z 1933 r. dot. definicji agresora, dla których Zachód nie domagał się żadnego respektu. Po prostu – wyrozumiale o nich zapomniał! Nie reagował też na zdarzenia, jakie miały miejsce, np. wywózki na Sybir i inne akty wręcz ludobójstwa na Polakach. Wiele scen opisał prof. Czesław Grzelak w książce „Kresy w ogniu”. Nie wątpię, iż media pokażą tajny załącznik o podziale Polski, załączam więc mapkę. Polska w 1939 r. liczyła 389,7 tys. km2. Niemcy zajęli 188,7 km2. Profesor Natalia Lebiediewa obliczyła, że w ciągu 12 dni działań bojowych, Armia Czerwona zajęła 201 tys. km2, 50,4%, tj. terytorium Polski, zamieszkanych przez ok. 13 mln. Polaków. Z tego do Białorusi włączono 103 tys. km2, do Ukrainy 89,7 tys. km2 oraz do Litwy – 8,3 tys. km2. Beria do Stalina pisał 12 grudnia 1940 r., że od września 1939 do 1 grudnia 1940 r. NKWD aresztowało 407 tys. osób, a wywieziono do Kazachstanu i na północ 275 784 osoby.
Od pewnego czasu w „przestrzeni historycznej” funkcjonuje pojęcie „czwartego rozbioru” (zaboru) w odniesieniu do 17 Września i oczywiście agresji ZSRR, piszę dalej. Proszę zwrócić uwagę przy okazji 80 rocznicy – czy to pojęcie odnosi także do Niemiec?
17 września 1993 – „pamięć wojskowa”
Na ten dzień, ówczesny Prezydent Polski zarządził niezwykłą uroczystość polityczno-wojskową. Na dziedzińcu Belwederu zgromadzili się najwyżsi przedstawiciele władz Polski, dyplomaci i specjalni goście. Ostatni dowódca Północnej Grupy Armii Radzieckiej (PGAR) gen. Leonid Kowalow zameldował Lechowi Wałęsie, wtedy prezydentowi RP – 17 września 1993 r., czyli 54 lata później od pamiętnej daty – o zakończeniu operacji opuszczania Polski (może ktoś pamięta medialne doniesienia i zdjęcia z tej ceremonii przed Belwederem – warto raz jeszcze w zadumie i skupieniu je zobaczyć). PGAR w 1991 r. liczyła 53 tys. żołnierzy, 7,5 tys. pracowników cywilnych i ok. 40 tys. członków ich rodzin. Stacjonowała od 1945 r. w 59 garnizonach, w 21 województwach. Radzieccy, do dyspozycji mieli 13 lotnisk, bazę morską Świnoujście i 6 poligonów. Pierwszy transport z Bornego Sulinowa wyjechał 8 kwietnia 1991 r. Gdyby ktoś z Państwa skojarzył Świnoujście z jeszcze pamiętaną „debatą” o reparacjach wojennych, „poważnie rozważaną” korektą granicy zachodniej-czy oddanie Niemcom tej „wrażej bazy”, nie należałoby uznać za zadośćuczynienie sąsiadowi, ale i oczyszczenie szlachetnej, tak patriotycznej polskiej duszy z takiego „skażenia”, wiadomo czym!
Głównym garnizonem radzieckim w Polsce była Legnica. Pamiętacie ją Państwo Czytelnicy z filmu „Mała Moskwa”, gdzie reż. Waldemar Krzystek wymownie, momentami przejmująco obrazuje życie i losy jego bohaterów, w tym polsko-radzieckie, wojskowe i ludzkie stosunki z mieszkańcami. Lidia Siejrgiejewna Nowikowa spoczywa na cmentarzu, jedyny grób z białego marmuru, palą się znicze, leżą kwiaty. Posprzątany, zadbany cmentarz odwiedzają Rosjanie, Białorusini. Na tym cmentarzu, przy ul. Wrocławskiej 124 spoczywa 2800 Rosjan poległych w walkach. Później chowano tu zmarłych. Wcześniej Żydów i Niemców, 6 listopada1972 r. postawiono pomnik żołnierzom radzieckim.
Legnica została wyzwolona 11 lutego 1945 r. przez wojska 3 A Panc. Gwardii gen. płk Pawła Rybałki. Walki trwały 9-11 lutego. Zniszczenia niewielkie: dworzec kolejowy, zamek ok. 120 budynków, poważnie uszkodzenia 848 obiektów. Są tu duże koszary, budynki mieszkalne – 360 oraz 928 obiektów; lotnisko, węzeł kolejowy. W latach 1945-1947 polscy i radzieccy saperzy rozminowali 11 tys. km dróg, 2,5 tys. km linii kolejowych, 778 mostów, 102 zakłady przemysłowe i inne obiekty na Dolnym Śląsku. „Kwadrat”, zamknięta dzielnica wojskowa w Legnicy. Stacjonował Sztab PGWAR. Przedostatni dowódca gen. Wiktor Dubynin, dom oficera z salą balową i kinem przekazał Kościołowi (metropolita Henryk Gulbinowicz) teraz seminarium duchowne i poradnia małżeńska, przed budynkiem pomnik Henryka Pobożnego, zginął w 1241 r. W willi, gdzie mieszkał marsz. K. Rokossowski mieści się hotel Rezydencja. Gmach b. dowództwa zajmuje ZUS. dawne koszary – to mieszkania, Wyższa Szkoła Zawodowa. Ostatni dowódca, gen. Leonid Kowaliow.
Zanim doszło do tego opuszczenia Polski, krajów b. bloku przez wojska radzieckie – warto przypomnieć kilka faktów. Układ Warszawski rozwiązano 1 lipca 1991 r. w Pradze, podczas ostatniego posiedzenia Doradczego Komitetu Politycznego. Jak wiemy, pół roku później, rozpadł się ZSRR, powstała Federacja Rosyjska. Wcześniej, bo 22 maja1991 r. Lech Wałęsa podpisał w Moskwie umowę o wycofaniu wojsk Armii Radzieckiej z Polski. Andrzej Stelmachowski, Marszałek Senatu wspominał – cytowałem wyżej – w Księdze Pamiątkowej, wydanej na 80. urodzin bp Alojzego Orszulika, Łowicz 2009, rozmowę z Generałem, który na jego zapytanie powiedział – Proszę Pana, tu tylko trzeba zaryzykować. Nigdy nikt nie powie, gdzie jest ściana, gdzie już dalej poruszyć się nie można. To jest trochę tak, jakby się na bagnie skakało z kępy na kępę i w pewnym momencie można wpaść i utonąć. Czasem, to bagno udaje się przejść. Takie rzeczy można sprawdzić tylko w praktyce, tylko w działaniu;. „Muszę powiedzieć – wspomina Marszałek – że generał Jaruzelski, odczuł stan wojenny jako osobisty dramat, był już niezdolny do powtórzenia czegoś podobnego”. W moim odczuciu, to dowód, jeden z wielu, jak stan wojenny wrył się w pamięć i poczucie odpowiedzialności Generała za Polskę. Co Państwo myślicie?
Proces wycofywania wojsk radzieckich z Europy rozpoczął się już w 1989 r. od NRD, zakończył dopiero 29 sierpnia 1994 r., jako ostatni. Wojska radzieckie w NRD (marsz. Burłakow) liczyły (1989 r.) 337 tys. żołnierzy, wraz z rodzinami i pracownikami cywilnymi, ok. 540 tys., wyposażone w najnowocześniejszą broń i technikę. Rozmieszczone były w 1026 kompleksach, o łącznej powierzchni ok. 2430 km2. Było w nich 777 miasteczek wojskowych z ponad 36 tys. obiektów mieszkalnych i innych. Niemcy na zorganizowanie ich powrotu do Rosji, przeznaczyli 12 mld marek, w tym 8 mld na budowę domów dla prawie 60 tys. rodzin kadry, 3 mld na wyżywienie 1 mld na koszty transportu. Na terenie Ukrainy, Białorusi i Rosji, zbudowano dla nich ok. 45 tys. mieszkań oraz sfinansowano zdobycie cywilnych zawodów dla 13 tys. kadry. Może nadal dziwicie się Państwo dlaczego obserwujecie taki stosunek tego państwa do Rosji, np. budowa gazociągu przez Bałtyk, „oględne” stosowanie restrykcji czy taktowny udział w obchodach różnych rocznic. Zechciejcie wyciągnąć wnioski.
17 września – historyczna „pamięć duchowa”
Gości zwiedzających Warszawę, a także i wieloletnich mieszkańców Stolicy może zainteresować tablica umieszczona na wejściowej ścianie do Sanktuarium Matki Boskiej Zwycięskiej na Pradze – Kamionku (naprzeciw dworca kolejowego Warszawa-Wschodnia), tej treści – Na pamiątkę wyjścia z Polski wojsk rosyjskich, od przeszło dwustu lat mordujących Polaków, tłumiących powstania narodowe 1768-1794-1831-1863. Wojska te, usiłujące odebrać nam niepodległość, zostały pobite u bram Stolicy w 1920 roku. Niestety, okupowały one Ojczyznę po czwartym rozbiorze 1939-1993, szerząc zbrodnie komuny. W dwusetną rocznicę rzezi Pragi, tablicę tę kładzie bp Zbigniew Józef Kraszewski 4 listopada 1994.
Zastanawiam się, co to za powstanie wybuchło w 1768 r. oraz w 1831 r. i jakie noszą nazwy. A może, jak podaje inskrypcja, okres 1768-1863, to pasmo, ciąg 95 lat nieprzerwanie trwających powstań? Czy tak należy rozumieć? Od kiedy wojna obronna 1939 r., po której Polska straciła niepodległość uznana jest za czwarty rozbiór Polski, kto autorytatywnie ustalił Jeśli był to rozbiór Polski, to pojawiają się pytania: – na jakiej podstawie ustalono, że trwał do 1993 r., jaki fakt, wydarzenie uznano, że został zakończony? Czy czas trwania tego rozbioru do 1993 r., oznacza, że: – po pierwsze – nie było państwa polskiego (członka ONZ), np. PRL, ani III RP od 1989 r. Czyli było to „terytorium zaborcze” – jak nazwać, pomóżcie Czytelnicy! Po drugie-że prezydenci PRL i RP: Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa są namiestnikami Moskwy; że premierzy rządu III RP: Tadeusz Mazowiecki, Jan Olszewski, Jan Krzysztof Bielecki, byli mianowani przez władze zaborcze, oczywiście w Moskwie. Co na to Lech Wałęsa. Czy tu też „wyznaczano” posłów i senatorów? Po trzecie – dlaczego IPN, zgodnie z ustawą z 18 grudnia 1998 r., znowelizowaną w 2016 ma badać zbrodnie komunistyczne, organów ZSRR do 31 lipca 1990 r., a nie do 17 września 1993 r. Czy ww. prezydenci i premierzy nie powinni ponosić za te „zbrodnie” współodpowiedzialności? Jak to się stało, że pod „zaborem” tak wrażym „urodziła się i przeżyła” Solidarność!
Rezolutny uczeń szkoły średniej – po przeczytaniu tej inskrypcji – może stwierdzić – to Mazowiecki i Wałęsa byli namiestnikami „Ruskich” i słuchali okupantów, zaborców! Proszę, postawcie się Państwo w roli nauczyciela i pomyślcie – co odpowiedzieć takiemu uczniowi? Możecie zastanawiać się, dlaczego uczeń nie zapytał o Jaruzelskiego? Odpowiedź jest prosta, przecież nazwisko – mocą „polityki historycznej”, której czytelną ocenę na łamach Przeglądu prezentuje prof. Longin Pastusiak, serdecznie dziękuję – jest wymazywane z naszej pamięci, ludzi dorosłych i nauczania młodzieży. A może my „dojrzałe pokolenie” mieliśmy słabych nauczycieli historii i religii, sam nie wiem, pogubiłem się.
Proszę mi wybaczyć brak taktu, „wyczucia delikatności”, jeśli zauważę, iż wybierając się do zwiedzenia, warto zabrać znicze i kwiaty, gdyż cmentarz przy Sanktuarium to od kilku wieków miejsce wiecznego spoczynku m.in. gen. Jakuba Jasińskiego, obrońcy Pragi w Powstaniu Kościuszkowskim, rzezi mieszkańców po upadku; Polaków, Szwedów, Niemców, Tatarów, Rosjan, Żydów i innych.
Na zakończenie.
Bez cienia obrazy milionów trzeźwo myślących Polaków warto przypomnieć, jak często na spotkaniach obrazowo przedstawiał lata PRL Generał – „W tym bloku byliśmy, można powiedzieć, byliśmy na szczególnych prawach, byliśmy swego rodzaju heretycką wyspą. Polskę cechowało wiele odrębnych rozwiązań, szerszy niż w innych państwach bloku zakres różnych swobód, zwłaszcza w obszarze kultury i sztuki… Bezprecedensowa pozycja Kościoła, dominująca indywidualna własność chłopska. Mimo nieustających zewnętrznych nacisków nie zeszliśmy z tej drogi”. (proszę zauważyć akcent na Kościół).
I takie refleksje, od pewnego czasu niemal na klęczkach, zasłużenie cytowanego Zbigniewa Brzezińskiego. Otrzymując 12.05.06 od „Gazety Wyborczej” tytuł „Człowieka Roku”, pytany o wykorzystanie przez Polskę obecnie „optymalnej sytuacji międzynarodowej” – odpowiedział: „Polska nie jest na Księżycu, ale między Odrą, Nysą i Bugiem. Polska jest, ale bez przesady, do pewnego stopnia, sojusznikiem Ameryki, ale nie jest jej sąsiadem” Wystarczy? Natomiast w wywiadzie dla „Polityki” z sierpnia 2006-„Polska nie łapie się nawet na trzeciorzędnego sojusznika USA, a nasz interes polityczny, to jak najlepsze stosunki z Niemcami i Rosją”.
Proszę Szanownych Państwa Czytelników o chwilę namysłu, refleksji. Jesteśmy przed wyborami parlamentarnymi. Która partia – poza SLD, PPS i Lewicą – rozumiejąc położenie geograficzne i „naukę” Historii, wyciąga stąd wnioski, silnie akcentuje ułożenie naszych stosunków z sąsiadami-także z Niemcami (coraz głośniej mówi się o naprawie), z UE oraz ze Wschodem. Takie myślenie przed i przy urnie wyborczej, to w pierwszej kolejności myślenie o nas samych, o naszej, naszych dzieci i wnuków przyszłości. dziś taką rękojmię okazują nam te trzy wyżej wskazane partie. Pamiętajmy 13 października.