Całe życie ogon mi się pali

5 gru 2018

STEFAN FRIEDMANN – ur. 2 września 1941 w Krakowie. W latach 1968-1974 aktor Teatru Współczesnego w Warszawie, później nie związał się na stałe z żadną sceną. Wraz z Jonaszem Koftą stworzył radiowy duet satyryczny (cykle: „Dialogi na cztery nogi”, „Fachowcy”). Występował też w radiowym magazynie 60 minut na godzinę. W duecie z Krzysztofem Jaroszyńskim występował w TV, w programie „Magazynio”. Autor książek satyrycznych („Krzywym okiem”) i płyty satyrycznej, na której znalazł się m.in. piosenki: „Cienki Bolek”, „Dziadek Prokop robi podkop”, „Jak pies w studni”, „Country, country to mój kraj”. Z jego nazwiskiem kojarzy się najlepsza rozrywka radiowa – słynny ITR oraz Ilustrowany Magazyn Autorów. Jest współautorem musicali: „Drugie wejście smoka”, „Czarna dziura”, twórcą sztuk dla dzieci i młodzieży. Pisze teksty piosenek, dialogi filmowe, opowiadania, recenzje. W filmie zadebiutował jako nastolatek w głośnym filmie Stanisława Różewicza „Miejsce na ziemi” (1959). Zagrał m.in. w „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” Stanisława Barei (1978), jako „reżyser kina akcji” w „Poranku kojota” Olafa Lubaszenko (2001). Zagrał też m.in. w serialach „Podziemny front” (1965), „Czterdziestolatek” (1974), „Lalka” (1977), „Zmiennicy” (1986), „Klan” (1997-2007), a także w filmie telewizyjnym „Pavoncello” Andrzeja Żuławskiego (1967).

 

 

Ze STEFANEM FRIEDMANNEM, aktorem i satyrykiem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Krzysztof Lubczyński: Zupełnie niedawno zobaczyłem Pana w krótkim, 10-minutowym telewizyjnym filmie „Holden” Krzysztofa Zanussiego z 1961 roku, zrealizowanym na motywie z „Buszującego w zbożu” Jerome Salingera. Nie miałem pojęcia, że jest polska – powiedzmy – „ekranizacja” tej głośnej i kultowej kiedyś amerykańskiej powieści…

Stefan Friedmann: Ja też nie miałem pojęcia, bo dopiero pan mi o tym przypomniał. Ale jeśli ekranizacja była 10-minutowa, to chyba niewiele się w niej zmieściło.

 

To była etiuda 22-letniego studenta Zanussiego wyprodukowana przez łódzką „Filmówkę”…

A, coś blado sobie przypominam. Nie pamiętam jak mnie Zanussi do tego znalazł, ale pamiętam, że wystąpiłem tam z innym studentem tej szkoły, który chyba był Indianinem i miał na imię bodaj Jezus.

 

Zgadza się, Paulo Jesus Gonsales. I ty zostaniesz Indianinem?

Ja? Nie, ale może pan.

 

Ja też nie. Dowcipnym nawiązaniem do tytułu głośnej powieści Wiktora Woroszylskiego dotknęliśmy tematu literatury dla dzieci. Postanowił Pan wejść na listę autorów lektur szkolnych dla klas młodszych? Bo swego czasu wydał Pan „Przygody podróżnika Pipsa i jego przyjaciół: papugi Terefery i psa Klipsa”.

Aż tak to nie, ale napisałem tę książeczkę w pierwszym rzędzie z myślą o moich ukochanych wnukach – dzieciach moich synów – które mieszczą się mniej więcej w tych rejestrach wiekowych. A wiadomo, że dla wnuków robi się wszystko z sercem, a skoro tak, to najlepiej jak się potrafi. Inne dzieci, te które nie są moimi wnukami i ich dziadkowie też powinni być zadowoleni. Na promocji tej książeczki ustawiła się do podpisu spora kolejka dziatek, dziadków i rodziców.

 

Ten motyw dziecięcy towarzyszy Panu od początków kariery aktorskiej, bo zaczynał Pan nie jako aktor młody, ale wręcz dziecięcy, występując na scenie teatru od dziesiątego roku życia.

Zgadza się. Miałem 10 lat i zagrałem w „Malowanym jajku” w Teatrze Nowej Warszawy, który mieścił się w Pałacu Kultury. To prawda, zdradzałem niejaki talent od maleńkości, a to że mój ojciec, Marian Friedmann był aktorem scen krakowskich a potem warszawskich, jakoś na to wpłynęło, bo wychowywałem się w domu w atmosferze teatralnej. O, i tu chyba jest odpowiedź na pytanie, jak znalazł mnie Zanussi do tej etiudy.

 

Mimo to miał Pan kłopoty z dostaniem się do szkoły teatralnej, bo dopiero w trzydziestym roku życia zdał Pan egzamin eksternistyczny…

Byłem chyba za bardzo luzacki, nonszalancki, a wtedy panowała większa sztywność obyczajów. To zresztą spotkało wielu moich kolegów, którzy dopiero po latach pracy aktorskiej uzyskiwali papierek potwierdzający ich zawodowstwo. Kłopoty z dostaniem się do szkoły teatralnej mają nietypowi. Na przykład ja na egzaminie dostałem z warunków fizycznych dwa plus, za nikczemny wzrost i haniebną urodę. Podejrzewam, że to właśnie zniechęciło do mnie czcigodną komisję egzaminacyjną. Byłem takim brzydkim kaczątkiem, a już z bajek Andersena wiemy, że takiemu jest źle.

 

Do legendy przeszła Pana reakcja na polecenie egzaminatora by zagrał Pan… mleko. Podobno zajął Pan pozycję kuczną i patrzył na komisję, a kiedy zapytali co Pan robi, odpowiedział Pan: „Zsiadłem się”. Roześmiali się?

A skąd! O ile pamiętam, dostałem reprymendę, że sobie robię jaja z czcigodnego gremium. Jednak egzamin do szkoły teatralnej oblałem przez inny żart. Profesor Jan Świderski poprosił mnie o powiedzenie czegoś wesołego, na co powiedziałem: „Wesołego Alleluja!”. Odebrano to jako oczywisty przejaw braku szacunku dla komisji egzaminacyjnej. Nie mieściłem się w powszechnie uznawanych konwencjach, schematach. One wtedy mocno obowiązywały, choć nie wiem jak jest teraz. Dlatego szkołę kończyło przeważnie kilku Łapickich, Holoubków, Łomnickich i jeden nietypowy, jak n.p. Fronczewski… Ciężko jest być nietypowym, już Andersen pisał o tym w „Brzydkim kaczątku”…

 

Mimo tych perypetii przez wiele lat pracował Pan w Teatrze Współczesnym, jednej z najlepszych scen Warszawy, a może i w Polsce, pod dyrekcją Erwina Axera…

To jest moja perła w koronie zawodowej, bo grałem tam razem z najwspanialszymi mistrzami, z powodzeniem. Zawsze byłem wykorzystywany aktorsko i czułem się potrzebny. Zagrałem m.in. w głośnych spektaklach, w zrobionej przez Ionesco parodii Szekspira, sztuce „Macbett” (przez dwa „t”), w „Samej słodyczy” Iredyńskiego, „Panu Jowialskim” Fredry, „Przebudzeniu wiosny” Wedekinda, „Matce” Witkacego, „Lirze” Bonda.

 

Do Teatru Współczesnego chodzili głównie smakosze wielkiej sztuki, ale popularność masową przyniosła Panu radiowa rola Gienka w sławnym słuchowisku „Matysiakowie”.

Gienkiem Matysiakiem byłem od szesnastego roku życia, razem z nim wzrastałem, dojrzewałem i przez ćwierć wieku zdążyłem zżyć się z nim, nieomal utożsamić. Mankamentem tej sytuacji było to, że postać ta na długo odebrała mi własne nazwisko, styl, aktorską osobowość. Dla co najmniej dwóch pokoleń radiosłuchaczy zostałem zaszufladkowany jako Gienek Matysiak i pewnie taki mój wizerunek pozostanie już u ludzi, szczególnie starszych.

 

Niech Pan nie przesadza, wielu widzom kojarzy się Pan z rozmaitymi rolami. Wielu młodszych widzów i słuchaczy kojarzy Pana na przykład z Majstrem z „Dialogów na cztery nogi” albo z wieloma rolami filmowymi, choćby z detektywem Bednarskim serialu „Na kłopoty, Bednarski”…

Moją cechą rozpoznawczą jest chyba jednak brak szufladki. Korzystam z bieżących ofert, cieszę się, bawię. Zwykłem mawiać, że całe życie ogon mi się pali, jak kotu z Disneya. On się ogląda, szarpie, a ogon wciąż się kopci.

 

Jest Pan wesołym człowiekiem?

Bywam wesoły, choć wiadomo, że komicy prywatnie bywają ponurakami. I ja mam wiele powodów do ponurych myśli. Boli mnie to, że doprowadzono do obniżenia aspiracji artystycznych i intelektualnych publiczności. Oczekiwania odbiorcy obniżone zostały do poziomu konsumenta kotleta mielonego w lichej knajpie. To się podoba, jest akceptowane, bo nie zmusza do pracy myślowej. Społeczeństwo kupuje tę miernotę. Teraz programy kabaretowe robione są najczęściej – poza wyjątkami – po najmniejszej linii oporu. Z lenistwa.

 

A w innych dziedzinach życia i kultury?

Kiepsko jest. Ludzie nie czytają, bo nie stać ich na kupno książek, nie można dostać się do lekarza, kwitnie korupcja, cwaniactwo, kolesiostwo, ludzie masowo wyjeżdżają za chlebem, pracującego ciężko człowieka nie stać na mieszkanie itd. itd. Czy w naszym kraju w ogóle cokolwiek dobrze funkcjonuje?

 

Polska Pana drażni?

A jak ma nie drażnić? To szermowanie nieustannie historią, przeszłością, grobami. Gombrowicz napisał w „Dziennikach”– czym my się chwalimy? Wciąż tylko Chopin, Kopernik, Kościuszko. Jak długo można opierać się na tym, czego ktoś kiedyś dokonał ?

 

Jaki wpływ miał na Pana ojciec?

Był wspaniałym człowiekiem – bezinteresowny, uczciwy, pracowity, systematyczny, szlachetny. Malował, pisał, naprawiał stare zegary. Widziałem, jak trudno mu żyć. Nie przebił się w zawodzie na szczyty, choć był aktorem wybitnym. Był za dobry, za łagodny. Los ojca spowodował we mnie agresję życiową. Uznałem że skoro był taki zdolny i nic mu w życiu nie wyszło, to ja spróbuję te odziedziczone po nim cechy zmienić, aby zaistnieć i nie dać się zdeptać. Gdybym był taki, jak mój, zadeptali by mnie, stłamsili. Był szalenie dowcipnym człowiekiem, po nim to odziedziczyłem. Kiedyś ojciec mówi do mnie, a byłem wtedy dzieckiem: „Stefan, jak będziesz grzeczny, to zabiorę cię w niedzielę do kawiarni i zobaczysz, jak ludzie jedzą lody”.

 

Dziękuję za rozmowę.

Najnowsze

Mistrzostwa Trumpa

Mistrzostwa Trumpa

Human Rights Watch ostrzega, że mundial 2026 w Stanach Zjednoczonych, Meksyku i Kanadzie wystartuje w „klimacie...

Cena niemieckiej hipokryzji

Cena niemieckiej hipokryzji

Niemcy po raz pierwszy przegrały walkę o niestałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Głosowanie odbyło się 3 czerwca...

Sztuka dyplomacji

Sztuka dyplomacji

Szczęki z wrażenia poopadały zebranym w warszawskiej Filharmonii podczas uroczystości z Dnia Republiki. Święta...

Sprawdź również

Jak system podtrzymuje w nas poczucie winy za brak zatrudnienia?

Jak system podtrzymuje w nas poczucie winy za brak zatrudnienia?

Mój cykl pt. „Jak się czujesz, gdy nie możesz znaleźć pracy?” spotkał się z zainteresowaniem czytelników portalu Dziennik Trybuna. Postanowiłam więc kontynuować temat psychologicznych i społecznych aspektów bezrobocia, choć przyznaję, że nie jest to jedyny powód....

Czy woda wykończy gastronomię?

Czy woda wykończy gastronomię?

Zapachniało PRL-em, Bareją, a być może, nie bójmy się mocnych słów, gułagiem. Otóż od sierpnia restauratorzy będą musieli podawać kranówkę za darmo. To koniec, branża się nie podniesie. Już fakt konieczności płacenia pracownikom jest ledwo do udźwignięcia, a teraz...

Posttrumpizm. Skończmy ze wzrostem gospodarczym

Posttrumpizm. Skończmy ze wzrostem gospodarczym

Los ludzkości spoczywa w dziś rękach tytanów kapitału w rodzaju Jeffa Bezosa czy Elona Muska. To ich pasje i fobie – a nie publiczna debata i decyzja – przesądzają o zakresie prywatności, o pracy dla wszystkich bądź bezrobociu, o jakości życia ludzi i ich relacji z...

Sztuka dyplomacji

Sztuka dyplomacji

Szczęki z wrażenia poopadały zebranym w warszawskiej Filharmonii podczas uroczystości z Dnia Republiki. Święta Azerbejdżanu upamiętniającego powstanie pierwszego, nowoczesnego państwa azerskiego. Demokratycznej Republiki Azerbejdżanu. Szczęki opadały kilka razy, bo...

Grzech ubóstwa

Grzech ubóstwa

Jest w części naszego społeczeństwa skłonność do obwiniania przegrywających o ich porażkę. Po prostu łatwiej zwalać winę za krzywdy na pokrzywdzonych niż przyznać, że żyjemy w niesprawiedliwym systemie. Ta postawa uśmierza lęki, bo pozwala wierzyć, że jeżeli będziemy...

Orzeł Biały kontra Michał Archanioł czy tryzub?

Orzeł Biały kontra Michał Archanioł czy tryzub?

Zełenski oczywiście popełnił błąd nadając jednostce wojskowej miano bohaterów UPA, a z polskiego punktu widzenia nawet zniewagę pamięci polskich ofiar Ukraińskiej Powstańczej Armii. Powinniśmy jako państwo domagać się naprawienia tego błędu. Zdecydowanie. Pewnie...

Wszystkim wszystko

Wszystkim wszystko

Konfederacja wznosi się na fali internetowych awantur. Okazuje się, że nagle stali się obrońcami „klasy pracującej” przed „drapieżnymi artystami”, którzy walczą o minimalne emerytury w wysokości 1900 zł brutto (nie dotyczy to gwiazd, bo te nie załapią się na dopłatę...

Życie po życiu

Życie po życiu

To trzecia część tekstu Małgorzaty Kulczyk. Pierwszą część można przeczytać tutaj: Neoliberalna nowomowa w poradnictwie internetowym. Drugą część można przeczytać tutaj: Casting na pracownika, czyli uśmiechnij się promiennie, nawet gdy masz żółte zęby. Poniższa część...