Całe życie ogon mi się pali Wywiad

STEFAN FRIEDMANN – ur. 2 września 1941 w Krakowie. W latach 1968-1974 aktor Teatru Współczesnego w Warszawie, później nie związał się na stałe z żadną sceną. Wraz z Jonaszem Koftą stworzył radiowy duet satyryczny (cykle: „Dialogi na cztery nogi”, „Fachowcy”). Występował też w radiowym magazynie 60 minut na godzinę. W duecie z Krzysztofem Jaroszyńskim występował w TV, w programie „Magazynio”. Autor książek satyrycznych („Krzywym okiem”) i płyty satyrycznej, na której znalazł się m.in. piosenki: „Cienki Bolek”, „Dziadek Prokop robi podkop”, „Jak pies w studni”, „Country, country to mój kraj”. Z jego nazwiskiem kojarzy się najlepsza rozrywka radiowa – słynny ITR oraz Ilustrowany Magazyn Autorów. Jest współautorem musicali: „Drugie wejście smoka”, „Czarna dziura”, twórcą sztuk dla dzieci i młodzieży. Pisze teksty piosenek, dialogi filmowe, opowiadania, recenzje. W filmie zadebiutował jako nastolatek w głośnym filmie Stanisława Różewicza „Miejsce na ziemi” (1959). Zagrał m.in. w „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” Stanisława Barei (1978), jako „reżyser kina akcji” w „Poranku kojota” Olafa Lubaszenko (2001). Zagrał też m.in. w serialach „Podziemny front” (1965), „Czterdziestolatek” (1974), „Lalka” (1977), „Zmiennicy” (1986), „Klan” (1997-2007), a także w filmie telewizyjnym „Pavoncello” Andrzeja Żuławskiego (1967).

 

 

Ze STEFANEM FRIEDMANNEM, aktorem i satyrykiem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Krzysztof Lubczyński: Zupełnie niedawno zobaczyłem Pana w krótkim, 10-minutowym telewizyjnym filmie „Holden” Krzysztofa Zanussiego z 1961 roku, zrealizowanym na motywie z „Buszującego w zbożu” Jerome Salingera. Nie miałem pojęcia, że jest polska – powiedzmy – „ekranizacja” tej głośnej i kultowej kiedyś amerykańskiej powieści…

Stefan Friedmann: Ja też nie miałem pojęcia, bo dopiero pan mi o tym przypomniał. Ale jeśli ekranizacja była 10-minutowa, to chyba niewiele się w niej zmieściło.

 

To była etiuda 22-letniego studenta Zanussiego wyprodukowana przez łódzką „Filmówkę”…

A, coś blado sobie przypominam. Nie pamiętam jak mnie Zanussi do tego znalazł, ale pamiętam, że wystąpiłem tam z innym studentem tej szkoły, który chyba był Indianinem i miał na imię bodaj Jezus.

 

Zgadza się, Paulo Jesus Gonsales. I ty zostaniesz Indianinem?

Ja? Nie, ale może pan.

 

Ja też nie. Dowcipnym nawiązaniem do tytułu głośnej powieści Wiktora Woroszylskiego dotknęliśmy tematu literatury dla dzieci. Postanowił Pan wejść na listę autorów lektur szkolnych dla klas młodszych? Bo swego czasu wydał Pan „Przygody podróżnika Pipsa i jego przyjaciół: papugi Terefery i psa Klipsa”.

Aż tak to nie, ale napisałem tę książeczkę w pierwszym rzędzie z myślą o moich ukochanych wnukach – dzieciach moich synów – które mieszczą się mniej więcej w tych rejestrach wiekowych. A wiadomo, że dla wnuków robi się wszystko z sercem, a skoro tak, to najlepiej jak się potrafi. Inne dzieci, te które nie są moimi wnukami i ich dziadkowie też powinni być zadowoleni. Na promocji tej książeczki ustawiła się do podpisu spora kolejka dziatek, dziadków i rodziców.

 

Ten motyw dziecięcy towarzyszy Panu od początków kariery aktorskiej, bo zaczynał Pan nie jako aktor młody, ale wręcz dziecięcy, występując na scenie teatru od dziesiątego roku życia.

Zgadza się. Miałem 10 lat i zagrałem w „Malowanym jajku” w Teatrze Nowej Warszawy, który mieścił się w Pałacu Kultury. To prawda, zdradzałem niejaki talent od maleńkości, a to że mój ojciec, Marian Friedmann był aktorem scen krakowskich a potem warszawskich, jakoś na to wpłynęło, bo wychowywałem się w domu w atmosferze teatralnej. O, i tu chyba jest odpowiedź na pytanie, jak znalazł mnie Zanussi do tej etiudy.

 

Mimo to miał Pan kłopoty z dostaniem się do szkoły teatralnej, bo dopiero w trzydziestym roku życia zdał Pan egzamin eksternistyczny…

Byłem chyba za bardzo luzacki, nonszalancki, a wtedy panowała większa sztywność obyczajów. To zresztą spotkało wielu moich kolegów, którzy dopiero po latach pracy aktorskiej uzyskiwali papierek potwierdzający ich zawodowstwo. Kłopoty z dostaniem się do szkoły teatralnej mają nietypowi. Na przykład ja na egzaminie dostałem z warunków fizycznych dwa plus, za nikczemny wzrost i haniebną urodę. Podejrzewam, że to właśnie zniechęciło do mnie czcigodną komisję egzaminacyjną. Byłem takim brzydkim kaczątkiem, a już z bajek Andersena wiemy, że takiemu jest źle.

 

Do legendy przeszła Pana reakcja na polecenie egzaminatora by zagrał Pan… mleko. Podobno zajął Pan pozycję kuczną i patrzył na komisję, a kiedy zapytali co Pan robi, odpowiedział Pan: „Zsiadłem się”. Roześmiali się?

A skąd! O ile pamiętam, dostałem reprymendę, że sobie robię jaja z czcigodnego gremium. Jednak egzamin do szkoły teatralnej oblałem przez inny żart. Profesor Jan Świderski poprosił mnie o powiedzenie czegoś wesołego, na co powiedziałem: „Wesołego Alleluja!”. Odebrano to jako oczywisty przejaw braku szacunku dla komisji egzaminacyjnej. Nie mieściłem się w powszechnie uznawanych konwencjach, schematach. One wtedy mocno obowiązywały, choć nie wiem jak jest teraz. Dlatego szkołę kończyło przeważnie kilku Łapickich, Holoubków, Łomnickich i jeden nietypowy, jak n.p. Fronczewski… Ciężko jest być nietypowym, już Andersen pisał o tym w „Brzydkim kaczątku”…

 

Mimo tych perypetii przez wiele lat pracował Pan w Teatrze Współczesnym, jednej z najlepszych scen Warszawy, a może i w Polsce, pod dyrekcją Erwina Axera…

To jest moja perła w koronie zawodowej, bo grałem tam razem z najwspanialszymi mistrzami, z powodzeniem. Zawsze byłem wykorzystywany aktorsko i czułem się potrzebny. Zagrałem m.in. w głośnych spektaklach, w zrobionej przez Ionesco parodii Szekspira, sztuce „Macbett” (przez dwa „t”), w „Samej słodyczy” Iredyńskiego, „Panu Jowialskim” Fredry, „Przebudzeniu wiosny” Wedekinda, „Matce” Witkacego, „Lirze” Bonda.

 

Do Teatru Współczesnego chodzili głównie smakosze wielkiej sztuki, ale popularność masową przyniosła Panu radiowa rola Gienka w sławnym słuchowisku „Matysiakowie”.

Gienkiem Matysiakiem byłem od szesnastego roku życia, razem z nim wzrastałem, dojrzewałem i przez ćwierć wieku zdążyłem zżyć się z nim, nieomal utożsamić. Mankamentem tej sytuacji było to, że postać ta na długo odebrała mi własne nazwisko, styl, aktorską osobowość. Dla co najmniej dwóch pokoleń radiosłuchaczy zostałem zaszufladkowany jako Gienek Matysiak i pewnie taki mój wizerunek pozostanie już u ludzi, szczególnie starszych.

 

Niech Pan nie przesadza, wielu widzom kojarzy się Pan z rozmaitymi rolami. Wielu młodszych widzów i słuchaczy kojarzy Pana na przykład z Majstrem z „Dialogów na cztery nogi” albo z wieloma rolami filmowymi, choćby z detektywem Bednarskim serialu „Na kłopoty, Bednarski”…

Moją cechą rozpoznawczą jest chyba jednak brak szufladki. Korzystam z bieżących ofert, cieszę się, bawię. Zwykłem mawiać, że całe życie ogon mi się pali, jak kotu z Disneya. On się ogląda, szarpie, a ogon wciąż się kopci.

 

Jest Pan wesołym człowiekiem?

Bywam wesoły, choć wiadomo, że komicy prywatnie bywają ponurakami. I ja mam wiele powodów do ponurych myśli. Boli mnie to, że doprowadzono do obniżenia aspiracji artystycznych i intelektualnych publiczności. Oczekiwania odbiorcy obniżone zostały do poziomu konsumenta kotleta mielonego w lichej knajpie. To się podoba, jest akceptowane, bo nie zmusza do pracy myślowej. Społeczeństwo kupuje tę miernotę. Teraz programy kabaretowe robione są najczęściej – poza wyjątkami – po najmniejszej linii oporu. Z lenistwa.

 

A w innych dziedzinach życia i kultury?

Kiepsko jest. Ludzie nie czytają, bo nie stać ich na kupno książek, nie można dostać się do lekarza, kwitnie korupcja, cwaniactwo, kolesiostwo, ludzie masowo wyjeżdżają za chlebem, pracującego ciężko człowieka nie stać na mieszkanie itd. itd. Czy w naszym kraju w ogóle cokolwiek dobrze funkcjonuje?

 

Polska Pana drażni?

A jak ma nie drażnić? To szermowanie nieustannie historią, przeszłością, grobami. Gombrowicz napisał w „Dziennikach”– czym my się chwalimy? Wciąż tylko Chopin, Kopernik, Kościuszko. Jak długo można opierać się na tym, czego ktoś kiedyś dokonał ?

 

Jaki wpływ miał na Pana ojciec?

Był wspaniałym człowiekiem – bezinteresowny, uczciwy, pracowity, systematyczny, szlachetny. Malował, pisał, naprawiał stare zegary. Widziałem, jak trudno mu żyć. Nie przebił się w zawodzie na szczyty, choć był aktorem wybitnym. Był za dobry, za łagodny. Los ojca spowodował we mnie agresję życiową. Uznałem że skoro był taki zdolny i nic mu w życiu nie wyszło, to ja spróbuję te odziedziczone po nim cechy zmienić, aby zaistnieć i nie dać się zdeptać. Gdybym był taki, jak mój, zadeptali by mnie, stłamsili. Był szalenie dowcipnym człowiekiem, po nim to odziedziczyłem. Kiedyś ojciec mówi do mnie, a byłem wtedy dzieckiem: „Stefan, jak będziesz grzeczny, to zabiorę cię w niedzielę do kawiarni i zobaczysz, jak ludzie jedzą lody”.

 

Dziękuję za rozmowę.

Potomek królewskiego malarza Wywiad

Ryszard Bacciarelli – ur. 8 stycznia 1928 r. w Młock-Kopacze, absolwent warszawskiej PWST (1953), aktor Teatru Polskiego w Szczecinie (1953-1956), Teatru im. S. Jaracza w Łodzi (1956-1961), oraz warszawskich: Ludowego (1961-1974) oraz Nowego (1974-1993). Wśród ról teatralnych zagrał m.in. hrabiego Almaviva w „Cyruliku Sewilskim” Beaumarchais (1955), Jacka w „Operze żebraczej” J. Gaya (1957), Poetę w „Weselu” St. Wyspiańskiego (1958), Andrzeja w „Wojnie i pokoju” L. Tołstoja (1959), Wacława w „Zemście” A. Fredry (1960), Boreńskiego w „Karykaturach” J.A. Kisielewskiego (1961), Botwella w „Marii Stuart” F. Schillera (1962), por. Lukasza w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” wg J. Haska (1962), Skrzyneckiego w „Warszawiance” St. Wyspiańskiego (1964), Oberona w „Śnie nocy letniej” W. Szekspira (1964), hrabiego de Guiche w „Cyrano de Bergerac” E. Rostanda (1967), Prezesa w „Kordianie” J. Słowackiego (1986) i wiele innych. W Teatrze Telewizji m.in. w spektaklach „Kobry”: „Jak błyskawica” (1972), „Harry Brent” (1972), „Melissa” (1973), Flake w „Karierze Artura Ui” B. Brechta w reż. J. Gruzy, Stanisław August w „Królu i aktorze” R. Brandsteattera w reż. I. Gogolewskiego (1974) oraz role w „Idei i mieczu” i „O coś więcej niż przetrwanie” (1981) w reż. G. Królikiewicza. W filmie m.in. w „Bliźnie” K. Kieślowskiego (1976), „Granicy” J. Rybkowskiego (1977), „Akcji pod Arsenałem” J. Łomnickiego (1977), „Zamachu stanu” R. Filipskiego (1980), „Klejnocie wolnego sumienia” G. Królikiewicza (1981), „Popiełuszko. Wolność jest w nas” R. Wieczyńskiego (2009).

 

 

 

Z RYSZARDEM BACCIARELLIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Zacznę od pytania, które narzuca się od razu. Czy jest Pan potomkiem Marcelego Bacciarellego, pochodzącego z Włoch słynnego malarza-portrecisty ostatniego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego?

Jestem jego prapraprawnukiem. Nie wiem czy dobrze policzyłem te „pra” – pierwszy, malarz Marceli, dalej jego syn Franciszek, jego wnuk Józef, prawnuk Jan, praprawnuk Czesław i prapraprawnuk – ja. 260 lat w pięciu pokoleniach. Gdy urodziła mi się pierwsza córka, ochrzciłem ją w warszawskiej katedrze św. Jana, gdzie był pochowany malarz Bacciarelli, choć później były trudności ze zidentyfikowaniem jego trumny i nie ma pewności czy ta która tam jest, to jest właśnie ta. Ale jak pan widzi, na ścianie nie mam nie tylko ani jednego obrazu Bacciarellego, ale nawet żadnej jego reprodukcji. Zdobią natomiast prestiżowe polskie muzea, w tym galerię w Pałacu na Wodzie w warszawskich Łazienkach. Rodzina Bacciarellich z czasem stała się ziemiańska, dzięki donacji króla w uznaniu zasług malarza, którego cenił i darzył przyjaźnią, ale po zaborze pruskim jej majątek został skonfiskowany, a jej członkowie z właścicieli stali się pracownikami majątków. Byliśmy więc ziemiaństwem szybko awansowanym i wcześnie zdeklasowanym. Dobiła nas okupacja niemiecka. Mieszkaliśmy w strasznych warunkach mieszkaniowych. Ja w każdym razie z wojny wyszedłem z jedną walizeczką. W rodzinie nie było żadnych filiacji artystycznych.

 

Kto Pana zachęcił do wybrania zawodu aktorskiego?

Szkoła, nauczyciele z liceum im. Stanisława Wyspiańskiego w Mławie, w tym wspaniała nauczycielka historii, pani Miecznik, która nowocześnie jak na owe czasy uczyła historii, bo problemowo, szeroko, a nie przez dominujące wtedy wkuwanie dat i pojęć. Wpływ na moją decyzję miała też polonistka, pani Witwicka Myślę, że moją wyobraźnię obudziło także intensywne czytanie w młodości. Chodziłem najpierw do gimnazjum w Ciechanowie, potem w Mławie, także do liceum. W międzyczasie przez nieco ponad rok uczyłem się w gimnazjum w miejscowości Strzegowo. W szkole ciechanowskiej panował zaraz po wojnie kult nieoficjalnego patrona, Zygmunta Krasińskiego, właściciela pobliskiej Opinogóry. Podejrzewam, że w okresie rozwiniętego stalinizmu ukrócono to, jako że Krasiński nie był mile widziany jako reakcjonista, konserwatysta, arystokrata. Po maturze pojechałem na egzaminy do warszawskiej szkoły aktorskiej. Decydując się na wybór szkoły aktorskiej niewiele wiedziałem o teatrze i bardzo rzadko w nim bywałem, właściwie jedynie ze szkolnymi wycieczkami do Warszawy.

 

Kogo Pan spotkał w komisji egzaminacyjnej?

Aleksandra Zelwerowicza, Mariana Wyrzykowskiego, Jana Kreczmara, chyba Jacka Woszczerowicza. Powiedziałem wiersz Władysława Broniewskiego „Bagnet na broń”. Później byli moimi pedagogami, także Janina Romanówna. Pamiętam, że moje włoskie nazwisko budziło zaciekawienie i może trochę pomogło mi w dostaniu się do szkoły. Byli tacy, w których budziło podejrzenie jako obce, ale szybko zrozumieli, że nie moja rodzina, to nie żadna reakcja czy ziemiaństwo, tylko zdeklasowana inteligencja pracująca. Kwestia pochodzenia społecznego, to była w tamtym czasie sprawa kluczowa i dominująca. To wszystkich zaprzątało. Wpisywało się też je w osławionych ankietach personalnych. Jeszcze wtedy szkoła mieściła się przy Kopernika, w dawnych salach „Reduty” Osterwy i dopiero po jakimś czasie przenieśliśmy się na Miodową. Jeden raz trafił mnie zaszczyt wystąpienia na scenie u boku Zelwerowicza na akademii potępiającej wojnę w Korei. Takie były czasy. Był moim ważnym profesorem. Miał potężny tubalny głos. Uczył nas tego, żeby być słyszalnym z każdego miejsca widowni, nawet jak się jest od niej odwróconym. Do dziś to potrafię, i dzięki niemu i dzięki naturze, która obdarzyła mnie mocnym, nośnym głosem.

 

Gdzie Pana los skierował po zakończeniu studiów i dyplomie?

Dyplom zrobiłem w roli Oberona w „Śnie nocy letniej” u Jana Kreczmara. Następnie, z gronem kolegów z roku, m.in. Janiną Traczykówną, Lucyną Winnicką i Romanem Kłosowskim, w ramach nakazu pracy pojechaliśmy do Teatru Polskiego w Szczecinie. Spędziłem tam kilka lat w dobrych warunkach mieszkaniowych, luksusowych zwłaszcza po nędzy mieszkaniowej za czasów okupacji, po wojnie i na studiach Kierował nim Emil Chaberski, przedwojenny człowiek teatru, który później zabrał mnie ze sobą do Łodzi do Teatru im. Jaracza. Z tamtego czasu bardzo dobrze wspominam pierwszą rolę, mój debiut w 1953 roku – Jana w „Fantazym”, a także Cara w „Kordianie” Słowackiego. Jeździliśmy też na objazdy po Pomorzu, np. do Koszalina i Słupska, gdzie jeszcze nie było teatrów. Szczecin był wtedy dość miłym miastem, bo było tam sporo ludzi z Kresów wschodnich, głównie z Grodna. Byliśmy przyjmowani przez widownię entuzjastycznie, bo był wtedy głód literackiego, poetyckiego słowa. Przecież nie było telewizji, kin niewiele i z ubogim repertuarem, a mało kto miał już radio. Dużo też występowałem z recytacjami poezji w ramach Estrady Poetyckiej. I wtedy zacząłem współpracować z radiem, z którym przez cały okres aktywności zawodowej występowałem bardzo często. Potem były ciekawe lata łódzkie, kiedy to Kazimierz Dejmek odchodził od tematyki socjalistycznego realizmu i zaczął realizować swoje pasyjne i biblijne widowiska oparte na tekstach średniowiecznych. Wreszcie Warszawa i Praski Teatr Ludowy przy Jagiellońskiej, z których to czasów najbardziej sobie cenię tytułową rolę w „Sułkowskim” Żeromskiego.

 

Po odejściu z Praskiego Ludowego, już do emerytury zaangażował się Pan do Teatru Nowego pod dyrekcją Adama Hanuszkiewicza. Jak Pan wspomina ten okres?

Szanowałem Hanuszkiewicza jako artystę, ale nie czułem się dobrze we współpracy z nim. Był skoncentrowanym na sobie narcyzem, a poza tym miał sposób reżyserowania dla mnie nie do przyjęcia. Musztrował, młodych zwłaszcza aktorów, zniewalał ich i domagał się grania według jego dokładnych instrukcji. Kazał siebie naśladować, kopiować. Nawet Bogusławski dwieście lat temu tak nie reżyserował amatorów. Mnie ten sposób pracy nie odpowiadał, ale na szczęście ze mną trochę Hanuszkiewicz się jednak liczył, choć był człowiekiem nieprzewidywalnym, także w sprawach kadrowych. Nie miałem jednak do końca radości ze współpracy z nim. Nie akceptowałem też jego bezceremonialnych ingerencji w teksty klasyczne, dopisywania treści, np. w widowisku na motywach „Lalki” Prusa, zatytułowanym „Panna Izabela”, w którym zagrałem Tomasza Łęckiego, mieszania Słowackiego z Norwidem i każdego z każdym. Hanuszkiewicz przez lata był człowiekiem dość mocno izolowanym w środowisku dlatego, że zdecydował się objąć dyrekcję Teatru Narodowego w Warszawie po wyrzuceniu Dejmka w rezultacie afery z „Dziadami”. Potem odzyskał częściowo zaufanie środowiska. Jednak Narodowy dość długo świecił pustkami na początku jego dyrekcji – dopóki nie wpadł na pomysł przyciągnięcia młodej publiczności słynnymi hondami w „Balladynie”. Ciekawie mi się natomiast współpracowało z dyrektorem i reżyserem Bogdanem Cybulskim, bardzo ciekawym człowiekiem, o dużej wiedzy i wyobraźni, których jednak nie potrafił przekuć na rzeczywistość sceniczną.

 

W filmie zadebiutował Pan w „Eroice” Andrzeja Munka, w noweli „Con bravura”…

…która nie weszła do upowszechnianej wersji i jest bardzo mało znana. Grałem epizod gestapowca, razem z młodziutkim wtedy Romanem Polańskim, który odznaczał się niezwykłą ruchliwością, hałaśliwością, dezynwolturą, pewnością siebie i brakiem kompleksów w stosunku do starszych artystów. Jednak w filmach nie grałem wiele, bo teatr i radio mnie bardzo wciągnęły. Bardzo często występowałem też z programami poetycko-prozatorskimi w ramach Estrady Poetyckiej w szkołach całego kraju, od gór po wybrzeże, od wschodu do zachodu, prezentując wielką literaturę narodową. Zacząłem tę działalność już w Szczecinie i kontynuowałem przez wiele lat. Były to liczne spotkania, koncerty, tematyczne, historyczne, poświęcone rocznicom zdarzeń czy osób. Była to, co się zowie, misja pedagogiczna teatru, praca u podstaw. Można też było przemycić sporo utworów, których nie było w programie nauczania. Poza szkołami spotkania te organizowane były także w klubach „Ruchu”

 

W tym roku obchodzi Pan 65-lecie pracy scenicznej. Obchodził Pan lub będzie Pan obchodził oficjalny jubileusz?

A skąd! Kto dziś o tym pamięta, poza wyjątkami dotyczącymi bardzo popularnych aktorów, do tego takich którzy mają wsparcie ze strony czynnika koleżeńskiego. Nie ma już kindersztuby, dbałości o tradycję, szacunku dla weteranów zawodu. Kiedy kilka lat temu zmarła wybitna i słynna kiedyś aktorka Lucyna Winnicka, na jej pogrzeb na Powązkach nie przyszedł nikt z ministerstwa kultury, ani ZASP. Nikt nie zadbał o wygłoszenie paru zdań nad grobem, więc brnąc w błocie, zaimprowizowałem na poczekaniu takie wystąpienie dla kilkudziesięciu osób.

 

Kogo z ludzi, których napotkał Pan na swojej drodze zawodowej ceni Pan najbardziej?

Wspomnianego Emila Chaberskiego, Jerzego Rakowieckiego, Inka Gogolewskiego, Mariusza Dmochowskiego, lojalnego kolegę, świetnego aktora i oddanego działacza kultury.

 

Dziękuję za rozmowę.