Całe życie ogon mi się pali Wywiad

STEFAN FRIEDMANN – ur. 2 września 1941 w Krakowie. W latach 1968-1974 aktor Teatru Współczesnego w Warszawie, później nie związał się na stałe z żadną sceną. Wraz z Jonaszem Koftą stworzył radiowy duet satyryczny (cykle: „Dialogi na cztery nogi”, „Fachowcy”). Występował też w radiowym magazynie 60 minut na godzinę. W duecie z Krzysztofem Jaroszyńskim występował w TV, w programie „Magazynio”. Autor książek satyrycznych („Krzywym okiem”) i płyty satyrycznej, na której znalazł się m.in. piosenki: „Cienki Bolek”, „Dziadek Prokop robi podkop”, „Jak pies w studni”, „Country, country to mój kraj”. Z jego nazwiskiem kojarzy się najlepsza rozrywka radiowa – słynny ITR oraz Ilustrowany Magazyn Autorów. Jest współautorem musicali: „Drugie wejście smoka”, „Czarna dziura”, twórcą sztuk dla dzieci i młodzieży. Pisze teksty piosenek, dialogi filmowe, opowiadania, recenzje. W filmie zadebiutował jako nastolatek w głośnym filmie Stanisława Różewicza „Miejsce na ziemi” (1959). Zagrał m.in. w „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” Stanisława Barei (1978), jako „reżyser kina akcji” w „Poranku kojota” Olafa Lubaszenko (2001). Zagrał też m.in. w serialach „Podziemny front” (1965), „Czterdziestolatek” (1974), „Lalka” (1977), „Zmiennicy” (1986), „Klan” (1997-2007), a także w filmie telewizyjnym „Pavoncello” Andrzeja Żuławskiego (1967).

 

 

Ze STEFANEM FRIEDMANNEM, aktorem i satyrykiem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Krzysztof Lubczyński: Zupełnie niedawno zobaczyłem Pana w krótkim, 10-minutowym telewizyjnym filmie „Holden” Krzysztofa Zanussiego z 1961 roku, zrealizowanym na motywie z „Buszującego w zbożu” Jerome Salingera. Nie miałem pojęcia, że jest polska – powiedzmy – „ekranizacja” tej głośnej i kultowej kiedyś amerykańskiej powieści…

Stefan Friedmann: Ja też nie miałem pojęcia, bo dopiero pan mi o tym przypomniał. Ale jeśli ekranizacja była 10-minutowa, to chyba niewiele się w niej zmieściło.

 

To była etiuda 22-letniego studenta Zanussiego wyprodukowana przez łódzką „Filmówkę”…

A, coś blado sobie przypominam. Nie pamiętam jak mnie Zanussi do tego znalazł, ale pamiętam, że wystąpiłem tam z innym studentem tej szkoły, który chyba był Indianinem i miał na imię bodaj Jezus.

 

Zgadza się, Paulo Jesus Gonsales. I ty zostaniesz Indianinem?

Ja? Nie, ale może pan.

 

Ja też nie. Dowcipnym nawiązaniem do tytułu głośnej powieści Wiktora Woroszylskiego dotknęliśmy tematu literatury dla dzieci. Postanowił Pan wejść na listę autorów lektur szkolnych dla klas młodszych? Bo swego czasu wydał Pan „Przygody podróżnika Pipsa i jego przyjaciół: papugi Terefery i psa Klipsa”.

Aż tak to nie, ale napisałem tę książeczkę w pierwszym rzędzie z myślą o moich ukochanych wnukach – dzieciach moich synów – które mieszczą się mniej więcej w tych rejestrach wiekowych. A wiadomo, że dla wnuków robi się wszystko z sercem, a skoro tak, to najlepiej jak się potrafi. Inne dzieci, te które nie są moimi wnukami i ich dziadkowie też powinni być zadowoleni. Na promocji tej książeczki ustawiła się do podpisu spora kolejka dziatek, dziadków i rodziców.

 

Ten motyw dziecięcy towarzyszy Panu od początków kariery aktorskiej, bo zaczynał Pan nie jako aktor młody, ale wręcz dziecięcy, występując na scenie teatru od dziesiątego roku życia.

Zgadza się. Miałem 10 lat i zagrałem w „Malowanym jajku” w Teatrze Nowej Warszawy, który mieścił się w Pałacu Kultury. To prawda, zdradzałem niejaki talent od maleńkości, a to że mój ojciec, Marian Friedmann był aktorem scen krakowskich a potem warszawskich, jakoś na to wpłynęło, bo wychowywałem się w domu w atmosferze teatralnej. O, i tu chyba jest odpowiedź na pytanie, jak znalazł mnie Zanussi do tej etiudy.

 

Mimo to miał Pan kłopoty z dostaniem się do szkoły teatralnej, bo dopiero w trzydziestym roku życia zdał Pan egzamin eksternistyczny…

Byłem chyba za bardzo luzacki, nonszalancki, a wtedy panowała większa sztywność obyczajów. To zresztą spotkało wielu moich kolegów, którzy dopiero po latach pracy aktorskiej uzyskiwali papierek potwierdzający ich zawodowstwo. Kłopoty z dostaniem się do szkoły teatralnej mają nietypowi. Na przykład ja na egzaminie dostałem z warunków fizycznych dwa plus, za nikczemny wzrost i haniebną urodę. Podejrzewam, że to właśnie zniechęciło do mnie czcigodną komisję egzaminacyjną. Byłem takim brzydkim kaczątkiem, a już z bajek Andersena wiemy, że takiemu jest źle.

 

Do legendy przeszła Pana reakcja na polecenie egzaminatora by zagrał Pan… mleko. Podobno zajął Pan pozycję kuczną i patrzył na komisję, a kiedy zapytali co Pan robi, odpowiedział Pan: „Zsiadłem się”. Roześmiali się?

A skąd! O ile pamiętam, dostałem reprymendę, że sobie robię jaja z czcigodnego gremium. Jednak egzamin do szkoły teatralnej oblałem przez inny żart. Profesor Jan Świderski poprosił mnie o powiedzenie czegoś wesołego, na co powiedziałem: „Wesołego Alleluja!”. Odebrano to jako oczywisty przejaw braku szacunku dla komisji egzaminacyjnej. Nie mieściłem się w powszechnie uznawanych konwencjach, schematach. One wtedy mocno obowiązywały, choć nie wiem jak jest teraz. Dlatego szkołę kończyło przeważnie kilku Łapickich, Holoubków, Łomnickich i jeden nietypowy, jak n.p. Fronczewski… Ciężko jest być nietypowym, już Andersen pisał o tym w „Brzydkim kaczątku”…

 

Mimo tych perypetii przez wiele lat pracował Pan w Teatrze Współczesnym, jednej z najlepszych scen Warszawy, a może i w Polsce, pod dyrekcją Erwina Axera…

To jest moja perła w koronie zawodowej, bo grałem tam razem z najwspanialszymi mistrzami, z powodzeniem. Zawsze byłem wykorzystywany aktorsko i czułem się potrzebny. Zagrałem m.in. w głośnych spektaklach, w zrobionej przez Ionesco parodii Szekspira, sztuce „Macbett” (przez dwa „t”), w „Samej słodyczy” Iredyńskiego, „Panu Jowialskim” Fredry, „Przebudzeniu wiosny” Wedekinda, „Matce” Witkacego, „Lirze” Bonda.

 

Do Teatru Współczesnego chodzili głównie smakosze wielkiej sztuki, ale popularność masową przyniosła Panu radiowa rola Gienka w sławnym słuchowisku „Matysiakowie”.

Gienkiem Matysiakiem byłem od szesnastego roku życia, razem z nim wzrastałem, dojrzewałem i przez ćwierć wieku zdążyłem zżyć się z nim, nieomal utożsamić. Mankamentem tej sytuacji było to, że postać ta na długo odebrała mi własne nazwisko, styl, aktorską osobowość. Dla co najmniej dwóch pokoleń radiosłuchaczy zostałem zaszufladkowany jako Gienek Matysiak i pewnie taki mój wizerunek pozostanie już u ludzi, szczególnie starszych.

 

Niech Pan nie przesadza, wielu widzom kojarzy się Pan z rozmaitymi rolami. Wielu młodszych widzów i słuchaczy kojarzy Pana na przykład z Majstrem z „Dialogów na cztery nogi” albo z wieloma rolami filmowymi, choćby z detektywem Bednarskim serialu „Na kłopoty, Bednarski”…

Moją cechą rozpoznawczą jest chyba jednak brak szufladki. Korzystam z bieżących ofert, cieszę się, bawię. Zwykłem mawiać, że całe życie ogon mi się pali, jak kotu z Disneya. On się ogląda, szarpie, a ogon wciąż się kopci.

 

Jest Pan wesołym człowiekiem?

Bywam wesoły, choć wiadomo, że komicy prywatnie bywają ponurakami. I ja mam wiele powodów do ponurych myśli. Boli mnie to, że doprowadzono do obniżenia aspiracji artystycznych i intelektualnych publiczności. Oczekiwania odbiorcy obniżone zostały do poziomu konsumenta kotleta mielonego w lichej knajpie. To się podoba, jest akceptowane, bo nie zmusza do pracy myślowej. Społeczeństwo kupuje tę miernotę. Teraz programy kabaretowe robione są najczęściej – poza wyjątkami – po najmniejszej linii oporu. Z lenistwa.

 

A w innych dziedzinach życia i kultury?

Kiepsko jest. Ludzie nie czytają, bo nie stać ich na kupno książek, nie można dostać się do lekarza, kwitnie korupcja, cwaniactwo, kolesiostwo, ludzie masowo wyjeżdżają za chlebem, pracującego ciężko człowieka nie stać na mieszkanie itd. itd. Czy w naszym kraju w ogóle cokolwiek dobrze funkcjonuje?

 

Polska Pana drażni?

A jak ma nie drażnić? To szermowanie nieustannie historią, przeszłością, grobami. Gombrowicz napisał w „Dziennikach”– czym my się chwalimy? Wciąż tylko Chopin, Kopernik, Kościuszko. Jak długo można opierać się na tym, czego ktoś kiedyś dokonał ?

 

Jaki wpływ miał na Pana ojciec?

Był wspaniałym człowiekiem – bezinteresowny, uczciwy, pracowity, systematyczny, szlachetny. Malował, pisał, naprawiał stare zegary. Widziałem, jak trudno mu żyć. Nie przebił się w zawodzie na szczyty, choć był aktorem wybitnym. Był za dobry, za łagodny. Los ojca spowodował we mnie agresję życiową. Uznałem że skoro był taki zdolny i nic mu w życiu nie wyszło, to ja spróbuję te odziedziczone po nim cechy zmienić, aby zaistnieć i nie dać się zdeptać. Gdybym był taki, jak mój, zadeptali by mnie, stłamsili. Był szalenie dowcipnym człowiekiem, po nim to odziedziczyłem. Kiedyś ojciec mówi do mnie, a byłem wtedy dzieckiem: „Stefan, jak będziesz grzeczny, to zabiorę cię w niedzielę do kawiarni i zobaczysz, jak ludzie jedzą lody”.

 

Dziękuję za rozmowę.

Same suki

Zawsze mnie zastanawiało, czy wszyscy oburzeni koniecznością płacenia alimentów tatusiowie (tak, ten tekst jest o mężczyznach), mówiąc „nie dam nic tej suce”, „nic ze mnie kurew jedna nie wyciągnie”, „jeszcze pokażę tej dziwce”, zdają sobie sprawę, do kogo tak naprawdę mówią. Takie komunikaty tatusiowie ci formułują nagminnie, ale ich mimowolnymi adresatami stają się dzieci.
Bo to na ich utrzymanie, nie na swoje byłe żony czy dziewczyny panowie mają obowiązek sądowy łożyć.
Wczoraj była żona Piotra „Glacy”, lidera Sweet Noise i My Riot, napisała pełen żalu post o tym, jak wraz z córką obserwuje ukrywanie przez muzyka majątku z pomocą jego nowej partnerki.
„Nie myślcie, że jestem ofiarą” – napisała Sylwia Lato. – „Ofiarą w każdym przypadku jest dziecko”. Poskarżyła się, że czuje bezsilność, gdy widzi, jak jej były mąż zatrudnia przy swojej solowej płycie kosztownego specjalistę, który pracował m.in. z Marilynem Mansonem czy Depeche Mode. W sądzie natomiast wniósł o zmniejszenie alimentów. „Bo to nie alimenty, tylko zemsta”.
Była partnerka znanego artysty dołączyła też screen z Instagrama, na którym Glaca pisał o niej między innymi „Możesz nasyłać na mnie wszystkie pały świata, suko”, „dziś jesteś dla mnie tylko zwykłą kurwą”, „uważaj, bo nadejdzie dzień”; „#reallife”. Ten jakże wzruszający apel miał wystosować do niej muzyk po kolejnej interwencji komornika i policji.
Wokół posta zrobiła się awantura po tym, jak upubliczniła go na swojej tablicy redaktor Karolina Korwin Piotrowska. Dziennikarka zresztą szybko dostała od muzyka wiadomość z żądaniem przeprosin. Nie przeprosiła. Zamiast tego ogłosiła, że zanim udostępniła posta, w zamierzeniu dedykowanego tylko znajomym, zapoznała się ze stosownymi dokumentami i jest pewna racji kobiety.
Cóż, ja żadnych dokumentów nie widziałam. Nie znam ani pana Glacy, ani jego byłej żony. Nie znam układów między nimi. Nie mam tu zamiaru bawić się w wydawanie żadnych wyroków. Tylko czasem czytam Facebooka pani Karoliny (jej wpis udostępniło zresztą już koło 150 osób). I mam kilka ogólnych refleksji.
Na przykład taką, że w przestrzeni publicznej podobne oskarżenie śmiga co i raz – chciała go zniszczyć z zawiści, złamać karierę mu chciała, napisała w momencie, gdy wydawał, występował, w trasę ruszał, film kręcił, awans dostawał.
Była żona Mateusza Kijowskiego też w pewnym momencie została ochrzczona suką, która zamierzała pociągnąć w dół męża stanu. Akurat, kiedy był na wznoszącej, zaczął być rozpoznawalny, został twarzą oddolnej opozycji.
Mnie interesuje nieco inny aspekt tej sprawy. Czy nikt nie pomyślał, że wśród tysięcy kobiet, szarpiących się o alimenty, też są niedoszłe wizjonerki, artystki, naukowczynie, polityczki? Czy ktoś pomyślał o setkach złamanych lub nigdy nie zrealizowanych karier muzycznych, filmowych?
O nigdy nie odkrytych potencjałach, bo po 16.00 trzeba odebrać z przedszkola, a z mało rozwijającej pracy trudno się zwolnić, bo ojciec się nie poczuwa, a mały co kilka miesięcy wyrasta z butów, potrzebuje pojechać z klasa na wycieczkę i co roku musi mieć nowe podręczniki? Fani muzyka Glacy piszą do Korwin Piotrowskiej, że czują się osobiście dotknięci. To nie fair. Nikt nie myśli o tym, że może „mama” też mogła mieć jakichś fanów. Mogła jeździć w trasy koncertowe, właśnie odbierać Nike albo Złotego Lwa. Też mogła dorobić się armii wypisującej na Facebooku komentarze w stylu „odczepcie się, ona wielką poetką jest”.
To smutne, że mężczyźni wciąż lubią powtarzać ten krzywdzący mit o kobietach dorabiających się na rozwodzie i „ustawionych do końca życia”.
Takie przypadki pewnie też można spotkać gdzieś w przyrodzie. Statystyki mówią jednak twardo o milionie dzieci, czekających w Polsce na pieniądze od swoich ojców (najczęściej ojców). Czy one też zawierają się w tym zbiorze chciwych suk i kurew?
Te, którym państwo płaci z Funduszu Alimentacyjnego to około 10 procent – wymagany dochód to ciągle 725 zł na osobę. Kobiety, które zarabiają więcej, zostają ze ściganiem dzielnych tatusiów same.
Komornicy mają różną skuteczność (średnia ściągalność dryfuje mniej więcej na poziomie 19 procent), zwłaszcza, kiedy formalnie mężczyzna nie wykazuje dochodów, ale za to wstawia na Facebooka zdjęcia z egzotycznych wojaży, zakłada nową rodzinę albo pracuje na najniższej krajowej u partnerki obracającej tłustymi sumami.
Na miejscu takiej kobiety pewnie też napisałabym w mediach społecznościowych posta kipiącego od bezsilności.
Według Krajowej Rady Komorniczej długi alimentacyjne to 10,5 miliarda złotych. Dzięki sankcjom Ziobry spadły z 11,3. Nadal jednak alimenciarze „niefunduszowi” mogą bezkarnie raz na jakiś czas rzucić dziecku ochłap. I wrócić do swoich karier, samochodów, lewych faktur. Dlatego trudno mi uwierzyć, że za każdym razem to te złe suki się sprzysięgają, by łamać najpierw serca, a potem kariery. Wierzcie mi, jestem dzieckiem alimenciarza.

Achillesowa pięta PiS

Żeby rozpętać największą aferę polityczno-erotyczną na prawicy od czasów agenta Tomka, po prostu trzeba być złotoustym. A Stanisław Pięta z bycia złotoustym mógłby już spokojnie bronić doktorat.

 

„Chciałbym przekazać dziecku te wartości, które rodzice mnie wpoili. Żeby dziecko było wychowane w duchu tradycji i szacunku do kultury. Żeby było przywiązane do świętej wiary rzymskokatolickiej, by starało się pomagać innym ludziom. Chciałbym, żeby moja córka doceniała za jakiś czas znaczenie, jakie niesie ze sobą wspólnota w każdym jej wymiarze. Kulturowa, narodowa, rodzina. To chcę żeby jakoś w niej zostało” – mówił z przekonaniem o swojej 8-letniej córce człowiek, który przed tygodniem został bohaterem romansowego skandalu.
Stanisław Pięta zwierzył się też Telewizji Republika, jak stara się wychować swoją Zosię na małą patriotkę: „Gdy idziemy na Wszystkich Świętych na groby, w Bielsku-Białej jest cmentarz przy ul. Grunwaldzkiej, gdzie jest Pomnik Legionistów Piłsudskiego, więc poza grobami rodziny idziemy też tam. Wtedy jest czas i miejsce na opowieści. Dziecko samo pyta kto to był, czy ktoś dobry czy nie. Moje dziecko wie już, że komuniści byli niedobrzy”.
Ciekawe, czy Zosia wie już, że panowie, którzy zdradzają swoje żony, są jeszcze gorsi.

 

„Rozumiem Cię, Ty o nic nie martw się”

Romansem posła Pięty, aktywnego członka PiS od 2001 roku, żyją wszystkie media – od brukowych po opiniotwórcze. Meandrów znajomości z Izabelą Pek przytaczać na łamach Strajku.eu nie będziemy, dość powiedzieć, że konserwatywno-katolicka hipokryzja w szeregach partii rządzącej wylała się ze środka partii uszami (czy raczej piętami) i dotarła do samego prezesa, nadal przebywającego w szpitalu na Szaserów. To on podjął decyzję o zawieszeniu Pięty. Cios w samo serce zadała z drugiej strony oszukana kochanka, publikując fragmenty ich korespondencji – ujawniając przy okazji niezmierzone pokłady złotoustego potencjału.
Poseł Pięta miał bowiem nie tylko wyznawać miłość (bynajmniej nie bezwarunkową – agentka PO, FSB lub sekty kanibali-satanistów nie mogłaby zdobyć jego serca), ale też dzielił się ze swoją przyjaciółką „planem usunięcia zagrożenia terrorystycznego w Europie”.
Czy miłość i terroryzm idą razem w parze? Najwyraźniej, bo poseł w tym temacie złapał wiatr w żagle. Nie podejrzewał, że rozżalona Izabela podzieli się ze światem jego szeroko zakrojonymi strategiami. „Czy widzisz jakieś słabości mojego planu?” – prężył dumnie pierś w rozmowie z ukochaną. Tymczasem jego plan ratunkowy dla Europy i świata wyśmiał nawet na swoich łamach „Fakt”. Cóż poradzić, że cała koncepcja brzmi jakby była inspirowana kultową amerykańską kreskówką o Animaniakach, gdzie głównymi bohaterami są laboratoryjne myszki – Pinky i Mózg, które codziennie próbują znaleźć nowe sposoby, by przejąć władzę nad światem.
To wszystko – prawdopodobnie zupełnie na trzeźwo – pisał parlamentarzysta zasiadający w sejmowej komisji ds. służb specjalnych.

 

Miłe złego początki

A wszystko zaczęło się od tego, że poseł Pięta sprzedawał kiedyś „Wyborczą”. Przed 4 czerwca 1989 mocno agitował po stronie „Solidarności” – wystawał na ulicach rodzimego miasta – Bielska-Białej z naręczami „GW”. Ale szybko mu przeszło, zapragnął bowiem krwi komunistów. Zapisał się więc do Konfederacji Polski Niepodległej.
Z wykształcenia jest prawnikiem – studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Dziś odżegnuje się od medium Michnika: – Lewactwo z „Gazetą Wyborczą” na czele jest trwale skompromitowane, bez ducha, bez koncepcji politycznej. Nie musimy z nim walczyć, wystarczy, że śmiejemy się z niego. Cały projekt liberalno-lewicowej Europy drastycznie się kompromituje.
Ale wbrew buńczucznym deklaracjom na tym kryształowym życiorysie zaangażowanego bojownika widoczne są rysy… i to całkiem spore. Kiedy w 2016 podczas finału bielskich Debat Oksfordzkich, na których dyskutują uczniowie szkół średnich oraz studenci z Podbeskidzia, zaczął perorować o patriotyzmie i praworządności, jeden z uczniów LO im. Żeromskiego w Bielsku-Białej zastrzelił go pytaniem: „Czy według pana taki człowiek może być autorytetem moralnym i może mówić o obronie polskiego interesu i Polaków?” – i odczytał policyjną notatkę:
„W/wym. w dniu 6 czerwca 1988 r. z samochodu zaparkowanego m-ki Fiat 126p ukradł portmonetkę z zawartością 5500 złotych gotówki, dwie karty żywnościowe oraz kartę paliwową”.
Zgadnijcie, kogo dotyczyło zgłoszenie. Dodam tylko, że w internetowych komentarzach znaleźć można stwierdzenia, iż bohater notki przejawiał jeszcze wielokrotnie słabość do odbiorników radiowych pozostawianych w autach.
Ale to oczywiście wpisuje się w walkę z systemem. Walkę „prawie zbrojną”.
– Założyliśmy grupę, której nie podobał się ówczesny ustrój. Może to było naiwne i niemądre, ale postanowiliśmy przygotować się do jakiegoś zbrojnego powstania – wytłumaczył wścibskiemu licealiście poseł Pięta. I dodał, że wiele razy włamywali się z kolegami do zaparkowanych aut. Po co?
Ostrzegamy – plan ów zdaje się równie misterny, jak ten, który miał za zadanie wyeliminować terroryzm na świecie. Otóż za ukradzione podczas włamań pieniądze niedoszli powstańcy kupowali piwo. Następnie oddawali je żołnierzom. Ci w podzięce dawali chłopcom amunicję. Tylko cud boski sprawił, że przy takim poziomie mobilizacji Jaruzelski uniknął wprowadzenia stanu wojennego po raz drugi.

 

Pięty teoria wszystkiego

Pięta jest zwolennikiem gnata w każdym domu. W rodzinnym Bielsku-Białej tłumaczył nastolatkom, że mają prawo nosić broń, oraz że każdy Polak powinien nauczyć się strzelać, by umieć obronić swoją rodzinę w razie zalewu „islamską falą”. Podobne spotkanie z podobnym przekazem i udziałem Pięty zorganizowano w Łodygowicach koło Żywca (tydzień wcześniej w pobliskiej szkole muzycznej odmówiono wynajęcia sali na spotkanie z Henryką Krzywonos. Natomiast samorządowcy nie mieli nic przeciwko temu, by poseł PiS firmował sobą naukę strzelania).
Co ciekawe, dziennikarzom „SuperExpressu” utyskiwał w ubiegłym roku, że żona hetera nie pozwala mu kupić broni na własny użytek, ale łaskawy pan uznał, że mimo wszystko „rozwodu z tego nie będzie”.
Najwyraźniej, podobnie jak pan poseł – włodarze regionu też czują już na plecach oddech islamistów. Bo Stanisław Pięta, naczelny strateg IV RP, ma również w zanadrzu kolejny gotowy plan zwalczenia „islamskiej inwazji”:
– Jedyna droga to twarda reakcja karno-prawna, masowe deportacje muzułmanów do Afryki, wyburzenie meczetów i wzmocnienie służb specjalnych państw Europy Zachodniej. Europejczycy na Zachodzie muszą sobie uświadomić, że ideały, na których chcieli budować zjednoczoną Europę okazały się całkowitym niewypałem. Za promowanie tych idei, owych pseudowartości, życiem zapłacili niewinni ludzie w Paryżu, Brukseli, Nicei – także Polacy – przekonywał w rozmowie z Frondą.
– Rząd nie powinien ulegać żadnym szantażom. Nie powinien pod żadnym warunkiem godzić się na przyjęcie cudzoziemców wyznających islam. Natomiast powinien wzmocnić ABW i Straż Graniczną, celem przeciwdziałania penetracji Polski przez islamistów z Niemiec, Austrii oraz rzekomych uchodźców wysyłanych do Polski przez rosyjską FSB – twierdził, domagając się zburzenia wszystkich meczetów na terenie Polski.
Miał też gotową teorię na temat tego, dlaczego większość kościelnych hierarchów opowiada się za udzielaniem pomocy uchodźcom. Otóż dzieje się tak dlatego, że hierarchowie ci są wyborcami PO.
– Choćby nie wiem co powiedział ks. kardynał Nycz, nie wiem jak apelował arcybiskup Skworc czy ks. prymas Polak to wydaje mi się, że ich wpływ na decyzje rządu jest bardziej niż umiarkowany. Tak się akurat składa, że są to hierarchowie znani z ciepłego stosunku do Platformy Obywatelskiej, więc bądźmy szczerzy – czy wezwanie do przyjmowania imigrantów płynie z ust działaczy Nowoczesnej, Partii Razem, Platformy Obywatelskiej czy niektórych księży biskupów – rząd nie będzie brał tego rodzaju głosów pod uwagę – zapewniał, również w rozmowie z „Frondą”. – Musimy odrzucać idee neomarksizmu, chronić tradycję, nasze chrześcijańskie korzenie i troszczyć się o budowę mocnej wspólnoty narodowej i państwowej.
Nie tylko uchodźców i marksistów poseł Pięta nie lubi. Podobną niechęcią darzy również homoseksualistów. Kiedy w Ugandzie za stosunki homoseksualne zaczęło grozić dożywocie, napisał na Twitterze:
„Niby dzicy ludzie, a wiedzą, że nie należy obrażać praw natury. Byle tylko skazanych nie trzymali w celach wieloosobowych;)”
Do kolejnego grona osób zwalczanych przez złotoustego zaliczyć można także wszelkie grupy społeczne, którym przyjdzie na myśl protestować i domagać się czegokolwiek od władz IV RP.
Weźmy takich lekarzy rezydentów („Jeżeli uczciwie głodują, to schudną”).
Po przeanalizowaniu ostatnich wypowiedzi posła Piety, nie dziwi fakt, że prawicowe media doszukują się udziału niemieckich służb specjalnych w zainicjowaniu jego miesięcznicowego romansu z Izabelą Pek. Poseł Pięta przyzwyczaił nas już, że teorie spiskowe z udziałem wrażych państw (lub będącej na ich usługach opozycji) widzi absolutnie wszędzie.

 

Spiętalaj!

To on w 2015 zaraz po wyborczym zwycięstwie PiS straszył policjantów, strażaków i wojskowych zwolnieniami, jeśli wezmą udział w imprezie Owsiaka:
„Jeżeli funkcjonariusz publiczny zaangażuje się w hecę WOŚP, niech nazajutrz składa raport o zwolnienie ze służby” – pisał na TT.
Swoją wypowiedzią zrobił jednak Owsiakowi reklamę tak skuteczną, że fundacja postanowiła przyznać mu nagrodę:
– Spytaliśmy naszych przyjaciół, jaką nagrodę możemy panu dać, bo to pan jeszcze bardziej rozsławił w tym roku Orkiestrę, polaryzując Polaków – ogłosił wdzięczny Owsiak na konferencji prasowej. – Oto pumeks. Bardzo piękny, zrobiony ręką artysty. Przekazuję go panu z uwagą, że także dla pana grała Orkiestra. O każdej porze dnia i nocy może pan liczyć na WOŚP, tylko niech pan nie straszy ludzi.
Ale niektóre akcje wyszły mu nawet nieźle. W zamierzchłych, pokrytych kurzem latach 90. Pięta zdołał wbić się na jedno z zamkniętych spotkań z Aleksandrem Kwaśniewskim, aby rozrzucić po sali ulotki z napisem „magister”.
Za to zupełnie nie po linii swojej partii wypowiadał się o exprezydencie USA. Nieżyjący już Artur Górski na mównicy sejmowej powoływał się na stanowisko kolegi Pięty, który rzekomo miał ogłosić: „Obama to nadchodząca katastrofa. To koniec cywilizacji białego człowieka!”.

 

Wolność kocham i rozumiem

Tak. Poseł Pięta to znany liberał obyczajowy i zwolennik niezaglądania bliźnim pod kołdrę. Nie od dziś. Naprawdę!
Kiedy w 2017 była żona innego rozmodlonego posła PiS Mariusza Kamińskiego (zostawił ją dla Ilony Klejnowskiej – pamiętnego Aniołka Kaczyńskiego…) ogłosiła obywatelski projekt „Ustawy wprowadzającej zaostrzony reżim moralny w parlamencie” – Pięta nie tylko nie był zainteresowany, ale wręcz głośno wyrażał swoją dezaprobatę. – Mam wątpliwości, czy to ma polityczny sens – mówił, dodając, że w parlamencie decydujące są kompetencje polityczne.

***

Całe szczęście, że rządzą nami ludzie tak wyrozumiali i pozbawieni uprzedzeń, a jednocześnie obdarzeni mocnym kręgosłupem moralnym. Nie jacyś prawicowi hipokryci.