Przepustka do wyższych zarobków

Znajomość języków obcych radykalnie poprawia szanse na znalezienie intratnej posady.
Mimo pandemii, na dobre perspektywy znalezienia nowej pracy niezmiennie mogą liczyć osoby władające biegle językami obcymi. To kompetencje, w które warto inwestować, co może być ważną wskazówką dla osób wybierających kierunek studiów. Jak więc w czasach „nowej normalności” wykorzystać potencjał języków obcych?
– Specjalistów ze znajomością języków obcych poszukują firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu, które w Polsce rozbudowują międzynarodowe zespoły takie jak obsługa klienta, księgowość, relacje międzyludzkie czy coraz częściej spotykane działy marketingu. Perspektywy zawodowe czekają także w rodzimych firmach, na przykład jako tłumacz lub wsparcie przy rozmowach z klientami z innego kraju – mówi ekspertka Aleksandra Topolewska, menedżer projektów rekrutacyjnych w Manpower.

Obcy ciągle ważny

Skala zmian na rynku pracy i dynamiczna sytuacja gospodarcza to dla osób planujących zmianę zawodową trudny moment. Kryzys spowodowany pandemią nie zatrzymał jednak procesów rekrutacyjnych skierowanych do osób z zaawansowaną znajomością języków obcych. Zapotrzebowanie na specjalistów z językami obcymi w Polsce jest niezmiennie bardzo duże i jest to ścieżka, którą warto podążać, gdyż daje zróżnicowane perspektywy zawodowe na przyszłość. To jednocześnie podpowiedź dla przyszłych studentów, jak mogą zwiększyć swoją atrakcyjność na rynku pracy.
Jakie języki są cenione przez pracodawców w Polsce? Oczywiście na rynku pracy najbardziej pożądane są języki europejskie, w szczególności niemiecki, francuski, hiszpański oraz włoski. Dodatkowo wiele firm poszukuje także specjalistów ze znajomością języka węgierskiego, rumuńskiego, chorwackiego czy greckiego. – Rzadziej znajdziemy oferty z wymaganą znajomością języków azjatyckich, na przykład japońskiego lub chińskiego. Oprócz jednego z nich konieczna jest jednak bardzo dobra znajomość języka angielskiego – wyjaśnia ekspertka.

Najlepiej w dużych miastach

– Najwięcej ofert pracy dla osób ze znajomością języków obcych pojawia się w dużych miastach, gdzie jednocześnie kompetencje językowe są bardziej dostępne. Obecnie wielu kandydatów jest także otwartych na relokację celem znalezienia ciekawych propozycji zawodowych, jednak nadal w kręgu ich zainteresowania pozostają duże ośrodki miejskie. Firmy decydują się na centralizację procesów w Polsce, gdyż jakość świadczonego serwisu jest na wysokim poziomie, a dostępność kandydatów posiadających pożądane kompetencje nadal jest znaczna. Perspektywy zawodowe czekają także w rodzimych firmach, na przykład jako tłumacz lub wsparcie przy rozmowach z klientami z innego kraju – wskazuje Aleksandra Topolewska.
Znajomość języków obcych to konkurencyjność na rynku pracy, za którą idzie większe wynagrodzenie. Według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń przeprowadzonego w 2019 roku osoby, które oceniły swoją znajomość języka angielskiego jako zaawansowaną zarabiały znacznie więcej niż osoby znające słabiej ten język.
– Wynagrodzenia na stanowiskach wymagających biegłej znajomości języków obcych zaczynają się od poziomu około 4500 złotych brutto, natomiast warto zaznaczyć, że od kandydatów bez doświadczenia zawodowego pracodawcy najczęściej oczekują jedynie znajomości języka, a do wykonywanego zawodu kandydat jest przyuczany. W zależności od zdobytego doświadczenia wynagrodzenia kształtują się na różnych poziomach, natomiast po kilku latach pracy i awansu można liczyć nawet na kilkanaście tysięcy złotych brutto miesięcznie – ocenia ekspertka.

Mordorowa kariera

– Kandydaci rozpoczynający swoją przygodę z rynkiem pracy są zatrudniani najczęściej na stanowisku juniorskim bądź specjalistycznym. Po około półtora roku pracy zatrudniony może rozwijać się w kierunku specjalisty lub seniora, jednak wszystko zależy od jego wyników i pracy. Najczęściej spotykaną ścieżką kariery jest awans z młodszego specjalisty na specjalistę, następnie na starszego specjalistę, z którego awansuje się na team leadera lub eksperta. Dodatkowo duże organizacje dają możliwość rotacji pomiędzy zespołami, co oznacza, że na przykład z działu obsługi klienta możemy przejść do księgowości, dalej wykorzystywać język, jednocześnie poszerzając swoje kompetencje – wyjaśnia Aleksandra Topolewska.
– Poza kompetencją językową ceniona jest umiejętność adaptacji do nowych warunków i zmiennego otoczenia. Duże firmy często wprowadzają zmiany mające na celu optymalizację procesów, dlatego nowy pracownik musi być otwarty na nowe rozwiązania i metody pracy. Dodatkowo istotna jest komunikatywność, gdyż w pracy nieodłącznym elementem jest kontakt z innymi zespołami, także z zagranicznym klientem – dodaje ekspertka.

Warunki zewnętrzne są przy okazji

– Chodziłam z koleżanką na ulicę Dolną na Mokotowie, gdzie kręcono „Kanał” i wciągnięto mnie na chwilę na plan jako statystkę.
I taki był ten mój debiut w słynnym filmie Andrzeja Wajdy – z Ewą Wiśniewską rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Debiutowała Pani nastrojową, liryczną rolą Anny w „Warszawiance” Wyspiańskiego. Czy zmyliła ich Pani uroda i nie dostrzegli w Pani kobiety ostrą jak żyletka, chirurgicznie rozcinającej problemy?
Jako bardzo młoda osoba byłam straszliwie nieśmiała i czerwieniłam się na każde słowo, które miałam wypowiedzieć. Postanowiłam to w sobie zabić, ponieważ osoba nieśmiała nie ma co robić w tym zawodzie. W szkole teatralnej, na pierwszym roku, praktykowaliśmy tzw. scenę marzeń, co polegało na tym, że każdy ze studentów opracowywał z kolegą lub koleżanką ulubioną scenę z dramatu bądź komedii. Mnie kolega wybrał do roli Wioli w „Kordianie”, a ja siebie obsadziłam w roli Balladyny, w scenie zabicia Kirkora, co zdziwiło profesora Aleksandra Bardiniego, ponieważ byłam łagodną blondynką i nie kojarzyłam się z takimi postaciami. Jednak widocznie miałam w sobie takie zarodki krwiożercze.
Kto z profesorów szkole teatralnej miał największy wpływ na Panią? Zwalczali w Pani tę nieśmiałość?
A broń Boże, nigdy w życiu! Byli wśród nich Bardini, Janina Romanówna, Jan Kreczmar, Ludwik Sempoliński, Kazimierz Rudzki. Oni nie wskazywali nam żadnej jednej recepty, nie kształtowali na jedną modłę, lecz uczyli korzystać z różnorodności. Grało się więc staruszki, osoby zakompleksione, osoby pełne życia itd. Chodziło o to, żeby młodego człowieka rozwijać w różnych kierunkach, a nie wbijać go z miejsca w sztampę i przybijać mu metkę. Niestety, teraz patrząc na niektórych młodych kolegów cierpię bardzo. Uczeni są grania jakby na jedną melodię. Poza tym są uwarunkowani tempem zdobywania przede wszystkim pieniędzy i to jest demoralizujące pod każdym względem. Z drugiej strony, trudno im się dziwić, że występują w reklamach, skoro założyli rodzinę, mają dziecko. To jest często tak, jakby świetnie zapowiadającego się pianistę zmuszać do klezmerowania na weselach, zamiast studiowania np. koncertów Chopina czy Mozarta. Mój ojciec był skrzypkiem, jednym z uczniów profesora Jarzębskiego, który zakazał im jakichkolwiek występów zarobkowych, a przecież oni też chcieli zarobić, więc ojciec w tajemnicy, wraz z Witoldem Małcużyńskim i kilkoma innymi kolegami, założył zespół kameralny. Nie grali szlagierków, lecz muzykę kameralną, zarabiając w ten sposób na wakacje. A dlaczego profesor zakazywał? Chciał, by nie ominęli kolejnych etapów uczenia się, doskonalenia dźwięku, by nie psuli sobie smaku gry, zmuszeni do natychmiastowego zabawiania publiczności. To samo jest z młodymi aktorami, którzy rzuceni od razu na głęboką wodę serialu zaczynają coś tam bałakać pod pachę albo do kieszeni, a kiedy wchodzą na scenę, nie umieją powiedzieć nośnie, już nawet nie mówię, że z dobrą dykcją, z dobrą impostacją głosu.
Z kolei Pani debiut filmowy miał miejsce w filmie „Kanał” A. Wajdy, w epizodycznej rólce dziewczyny podającej wodę powstańcom…
Boże mój, to jest jakaś paranoja, że mi się przypisuje debiut w „Kanale”! Ja wtedy byłam w szkole podstawowej, 14-letnią dziewczynką i w żaden sposób nie mogłam debiutować. Po prostu chodziłam z koleżanką na ulicę Dolną na Mokotowie, gdzie kręcono „Kanał” i wciągnięto mnie na chwilę na plan jako statystkę. I taki był ten mój debiut w słynnym filmie Andrzeja Wajdy. Podobnie było z „Zezowatym szczęściem”, gdzie wchodziłam w kapeluszu na głowie, przez bramę uniwersytetu, filmowana od tyłu. Pewnie się komuś z ekipy spodobał mój warkocz. Moim prawdziwym debiutem była rola w filmie Janusza Nasfetera, „Zbrodniarz i panna”, która zajęła mi wakacje między pierwszym a drugim rokiem studiów.
A z reżyserów i aktorów, z którymi pani współpracowała w przeszłości, kogo Pani szczególnie wspomina?
Np. dyrektora Jerzego Rakowieckiego, od którego bardzo wiele się nauczyłem jako od reżysera o wielkich umiejętnościach pedagogicznych. Z aktorów bardzo często wspominam Mariusza Dmochowskiego. Był to wspaniały artysta, ogromne „mięcho” aktorskie, ogromny mężczyzna, jak „buchaj”, który swoim ogromem i temperamentem jakby zalewał partnera i trzeba było oddać mu to ciepło. Miał wspaniałą technikę gry, a poza tym nie był kunktatorem i nie myślał, czy będzie profilem czy tyłem do widza. Bo niekoniecznie trzeba się widzowi jawić jak fresk egipski, jak medalion. Chodzi o to, by się jakoś znaleźć w tej przestrzeni.
Ma Pani bardzo zróżnicowane aktorskie emploi, od komediowo-groteskowego do głęboko dramatycznego…
Bo ja uważam, że warunki zewnętrzne są „przy okazji” i że nie jest moim zadaniem na scenie demonstrowanie jak wyglądam. W „Ogniem i mieczem” czy „Starej baśni” nie starałam się ładnie wyglądać, wręcz przeciwnie, te postacie nie były amantkami. Nie lubię oglądać na scenie aktorek, u których widać, że głównym powodem ich pobytu na scenie jest, obok powiedzenia tekstu, takie ustawienie się, żeby ładnie wyglądać.
Nie boi się Pani być na scenie i na ekranie śmieszna, groteskowa, co nieczęste u kobiet, aktorek, u których jakby częściej występuje chęć pokazania się od najlepszej strony urody. W naszej kulturze mężczyźnie wypada być groteskowym, żałosnym, co daje często świetne rezultaty artystyczne, a kobiecie mniej.
Stanowczo protestuję przeciw takiemu podziałowi ról. Kiedyś leżałam sobie w wannie, w pianie, gdy zadzwonił do mnie Krzyś Kolberger i zapytał, czy chcę zagrać krasnoludka-śpioszka w „Królewnie Śnieżce”. Od razu się zgodziłam, bo uwielbiam role charakterystyczne. Głowę zakryłam zieloną czapeczką, a twarz miałam zasypaną mąką, a na tym jeszcze piegi.
Czy skłonność do grania w rolach charakterystycznych jest odbiciem wewnętrznej charakterystyczności?
W dużym stopniu tak. Poza tym lubię grać niekiedy trochę przeciw. W rolach dramatycznych „odciążam”, w komediowych „dociążam”.
Masową popularność przyniosła Pani przed laty tytułowa rola w serialu „Doktor Ewa przyjmuje”. Nie irytuje Pani przypominanie tej roli?
A skądże. Pamiętam, jak te dziewięć odcinków zostało zgniecione krytyką przez środowisko lekarskie z powodu jakichś tam naiwności czy błędów odnoszących się do pracy lekarza, ale w tym przypadku antyreklama stała się najlepszą reklamą dla serialu. Natomiast reżyser Henryk Kluba zrobił ten film bardzo starannie pod względem filmowego rzemiosła, on nie przepuszczał byle czego. Kiedyś seriale były traktowane jako poważne realizacje, a nie jak dziś, robione w pośpiechu. Gram teraz w serialu Teresy Kotlarczyk „Egzamin z życia” i ona właśnie stara się pracować tak, jak się kiedyś pracowało.
Grała Pani liczne role kobiet kochanych i zakochanych. Wszakże nawet w takich rolach zachowywała Pani coś w rodzaju dystansu do miłości, a Pani postacie nigdy nie były w miłości oddane do samego końca. To amantki zaprawione piołunem.

I trochę pokrętne.
Manipulujące?
Nie, manipulujące – nie, bo nie lubię manipulacji, a poza tym, mężczyzna, który daje sobą manipulować, jest dla mnie kompletną dętką. Gdy w towarzystwie widzę przestraszonego mężczyznę, bijącego na wszelki wypadek ukłony przed żoną, to budzi się we mnie coś w rodzaju pogardy.
Grane przez Panią kobiece postaci wystawiają w miłości jakiś psychiczny kolec…
Bo płeć przeciwna jest wrogiem, więc nie widzę powodu, żeby ustępować pola. Oczywiście żartuję i przyznam panu, że miałabym ochotę zagrać, na zasadzie kontrastu, przełamania, rolę kobiety całkowicie oddanej, zupełnie pozbawionej tego mechanizmu obronnego wobec mężczyzny. To byłoby dla mnie ciekawe doświadczenie artystyczne.
Zagrała Pani jedną z najciekawszych ról kobiecych w historii polskiego kina, czyli Różę w „Cudzoziemce” R. Bera wg powieści M. Kuncewiczowej. Jest to postać mało przyjemna, zgorzkniała, niespełniona, trudna. Dlaczego najciekawsze polskie postacie kobiece są takie przegrane?
A dlaczego tak się dzieje, że Polak jest najczęściej ponury? Może dlatego, że u nas nie ma winorośli, może dlatego że jest mało słońca? Włosi, a we Włoszech mieszkałam przez jakiś czas, czy Hiszpanie, to narody otwarte, radosne.
Prawdziwym „kawałkiem najlepszej filmowej Ewy Wiśniewskiej” była Janka w „Prawie i pięści” Jerzego Hoffmana. Jak Pani wspomina pracę na planie tego filmu?
Przede wszystkim pamiętam ogromną tremę, bo występowałam u boku grona wybitnych koleżanek i kolegów: Gustawa Holoubka, Jerzego Przybylskiego, Ryszarda Pietruskiego, Zofii Mrozowskiej, Hanny Skarżanki. Koniec świata. Byłam więc człowieczkiem, który siedział w kącie i przyglądał się.
W jednym z wywiadów mówiła Pani, że tym co Panią najbardziej irytuje, to „głupota, brak logiki w działaniu i precyzji wypowiadaniu się”. Jednak kilka zdań dalej mówi pani, że żyje pani szybko, nawet za szybko, w pośpiechu. Jak da się połączyć takie wymagania z takim trybem życia?
Ja jestem i nie jestem zorganizowana. Jeśli wymaga tego sytuacja, jestem bardzo precyzyjna, ale prywatnie, jeśli nie muszę być taka, to z rozkoszą oddaję się absolutnemu lenistwu, psychicznemu i fizycznemu. Jestem leniwa z natury, choć rzadko mogę sobie na lenistwo pozwolić. Jestem co prawda zodiakalnym bykiem, ale to wczesny byk i jestem raczej podobna do byczka Fernando ze słynnej bajki Munro Leafa. Natomiast gdy mnie pytają, czy gram także w życiu, odpowiadam, że nie, bo wystarczy mi to, co wykonuję na scenie i nie odczuwam w tej dziedzinie niedoboru psychicznego.
Mówiła Pani, że rozwiązuje problemy chirurgicznie, więc może także w pracy na planie filmowym czy na scenie, wobec koleżanek i kolegów oraz reżyserów, działa Pani tak ostro, walcząc z nimi i z tekstem sztuki czy scenariusza?
Z tekstami nie walczę, bo wcześniej dany tekst akceptuję albo nie, a gdy wiem, że jest dobry reżyser, to mam do niego pełne zaufanie, że dobiera dobrą obsadę.
A czy nie jest Pani za surowa tym surowymi wymaganiami wobec innych, co do logiki i precyzji mówieniu i działaniu? Nie wszystkich na to stać.
Przede wszystkim jestem wymagająca wobec siebie, a poza tym nie jestem okrutna. Rozumiem, że ktoś może w różnym tempie dochodzić do roli. Jednak, gdy jakaś osoba nawet po wielu próbach nie chwyta o co chodzi, to wtedy mnie lekko wnerwia.
Została Pani nagrodzona za rolę w „Błądzeniu”, wg tekstów Gombrowicza, w Teatrze Narodowym, w reżyserii Jerzego Jarockiego…
To już moja druga rola w Gombrowiczu, po „Pornografii”.
Jak się Pani pracowało z Jerzym Jarockim, wybitnym inscenizatorem teatralnym, intelektualistą, twórcą ogromnie wymagającym we współpracy?
Przede wszystkim byłam zamienionym w słuch zwierzątkiem, ponieważ wiedza Jerzego Jarockiego, zwłaszcza na temat Gombrowicza powala na kolana. Przeżyliśmy pół roku bardzo wyczerpujących prób, więc myślałam, że wszyscy wykorkujemy, a ja nieraz mówiłam sobie: „Nigdy więcej”, ale kiedy odbyła się premiera, to efekt był olśniewający.
Dziękuję za rozmowę.

Ewa Wiśniewska – ur. 25 kwietnia 1942 roku w Warszawie. Przez wiele lat aktorka warszawskiego Teatru Ateneum. Wśród jej najlepszych ról teatralnych są także m.in. Kasia w „Nie igra się z miłością”, Roksana w „Operze za trzy grosze”, Donna Diana w „Zielonym Gilu”, Liza w „Żywym trupie”, Eleonora w „Julio, jesteś czarująca”, Antonina w „Związku otwartym”, Mlle George w „Fredericku, czyli bulwarze zbrodni”. Grała też m.in. w filmach „Życie raz jeszcze”, „Rozwód po polsku”, „Sam pośród miasta”, „Szach i mat”, „Mistrz tańca”, „Hallo szpicbródka”, „Paciorki jednego różańca”, „Dolina Issy”, „Lata dwudzieste, lata trzydzieste…”, a także w serialach „Podziemny front”, „Stawka większa niż życie”, „Lalka”, „Siedlisko”. W Teatrze Telewizji m.in. w „Drodze do Czarnolasu”, „Królu i aktorze”, „Dziewczętach z Nowolipek”, „Poletku pana Boga”, „Don Carlosie”, „Mazepie”, „Beatryks Cenci” i inne.

Szaleństwo kontrolowane – czyli (prawie) wszystko o Grażynie Barszczewskiej

„Amantka z pieprzem”, tak nazywa się ta książka, w której znakomita aktorka odpowiada na pytania Grzegorza Ćwiertniewicza.

Zazwyczaj, pewnie z przyzwyczajenia, określa się takie książki wywiadami-rzekami, ale ta mieniąca się wieloma barwami rozmowa różni się od ich typowego charakteru. To bardziej dorzecze niż rzeka, albo jeszcze lepiej: mozaika, migocąca kolorowymi okruchami jak w kalejdoskopie, która układa się w rozmaite wzory i konfiguracje.
Nie jest to więc rozmowa podzielona na duże bloki tematyczne w rodzaju: życie prywatne, kariera teatralna, obecność na ekranie, pasje i aktywność społeczna, okraszone garścią anegdot, a czasem manifestem artystycznym. Nie jest to rozmowa teatrologiczna czy filmoznawcza, opatrzona licznymi przypisami, tzw. aparatem naukowym i modnymi pojęciami z dziedziny performatyki, antropologii i myśli krytycznej Michela Foucault. Nie jest to wreszcie rozmowa o polityce i ideologii, czyli walce artysty o wolność. Nie jest tym wszystkim, choć zrazem dotyka tych wszystkich wątków, ale czyni to nienatrętnie, niejako mimochodem, bez presji i poczucia misji nauczania maluczkich i wprowadzania ich w świat prawdziwych wartości. Słowem jest to rozmowa, w której traktuje się czytelnika poważnie, ale jednocześnie w pewnej mierze uwodzi. Czy nie na tym polega zadanie aktora? Pozyskać dla siebie widza, wejść z nim sojusz, a nawet oczarować i porwać?
Oczywiście, pozyskać za pośrednictwem zawodowo skrojonych ról, a tych przecież było w życiu zawodowym aktorki bardzo wiele: w teatrze, na ekranie i w ukochanym radiu, z którym nie rozstaje się od wielu lat. Jak ogromny to dorobek przypomina Ćwiertniewicz w dołączonym do rozmowy „Kalendarium”, czyli zestawieniu wszystkich dokonań artystki w teatrze, radiu, filmie i telewizji. To zestawienie wieńczy rubryka przypominająca nagrody, odznaczenia i wyróżnienia. Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o niedawnej Nagrodzie im. Ireny Solskiej, przyznanej Grażynie Barszczewskiej przez Polską Sekcję Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT/IATC) w uznaniu osiągnięć artystycznych, ze szczególnym uwzględnieniem dokonań na deskach warszawskiego Teatru Polskiego. To z okazji tej nagrody w liście gratulacyjnym pisał do Laureatki Olgierd Łukaszewicz, ówczesny prezes ZASP: „Twoje wzorcowe posługiwanie się słowem, nacechowane wartościami artystycznymi, pięknem zarówno słowa znaczącego jak słowa brzmiącego, tudzież nieustanne pielęgnowanie zasad dykcji i wyrazistości wymowy scenicznej, czyli pieczołowitości w zakresie tradycyjnego kunsztu aktorskiego, zaowocowało przyznaniem tytułu Mistrza Mowy Polskiej.
Z radością zatem przyłączam się do grona admiratorów, serdecznie gratulując wyróżnienia, jakim jest Nagroda im. Ireny Solskiej, aktorki znanej ze swej pracowitości, artyzmu najwyższej próby i oddania sztuce, cech tak spójnych z Twoim spojrzeniem na Teatr i pracę w nim. Gratuluję zaszczytu dołączenia do tak zacnego grona artystek, którego listę  otwiera niezwykła i niezapomniana Danuta Szaflarska”.
Ten ogromny spis zasług aktorskich wspiera znakomicie warstwa ilustracyjna tej książki, mnóstwo pięknych fotosów z planów filmowych i teatralnych, także nieco zdjęć prywatnych, a także skopiowanych okładek czasopism i niepoliczonych wywiadów, które udzieliła gwiazda „Kariery Nikodema Dyzmy”. Nie można tytułu tego filmu-serialu tutaj ominąć (w książce sporo szczegółów na ten temat) – przyniósł przecież aktorce niezwykłą popularność i uznanie.
Nie byłoby możliwe sporządzenie wspomnianego spisu ról, gdyby nie pracowitość i zdolność organizowania czasu. Powiedzieć jednak o Grażynie Barszczewskiej, że jest artystką doskonale zorganizowaną, to umieścić ją w rejestrze wszystkich „pozapinanych”, z którymi tak namiętnie walczył Mrożkowski Stomil z „Tanga”. Coś jednak jest na rzeczy, bo wewnętrzne biuro porządkowania zajęć musi być w stałym pogotowiu – aktorce nigdy nie brakowało zajęć, propozycji, zaproszeń. Jeśli więc chce się traktować poważnie innych, trzeba takie „wewnętrzne biuro” prowadzić. Czyni to od lat niezawodnie – nie ma mowy o spóźnieniach, przekładaniach terminów. Precyzyjne planowanie stoi na straży spokoju aktorki i wszystkich, którzy z nią współpracują. Może ktoś ma inne doświadczenia, ale ja nigdy się na tym nie zawiodłem – co dogadane, to i spełnione. Niby nic, a jednak ważna cecha, niekoniecznie powszechna.
To przecież nie znaczy, że obce jest jej szaleństwo. Gdyby było inaczej, nie wymyślałaby dla siebie nowych zadań, nie mierzyłaby się z poprzeczkami, które sama sobie ustawia, by pokonać więcej trudności, zobaczyć coś nowego, uciec od sztampy. Dotyczy to również poszukiwania szczelin w rolach, o których wydawałoby się, wiemy już wszystko, a tymczasem Grażyna Barszczewska potrafi w nich znaleźć coś wcześniej niedostrzeżonego, jak choćby u pani Dulskiej („Dulscy” w stołecznym Teatrze Polskim, 2007), która w jej wykonaniu wcale nie była uciążliwym babsztylem, ale prącą do sukcesu bizneswoman (po latach to odkrycie powtórzy Magdalena Cielecka w telewizyjnym spektaklu Marcina Wrony, 2013).
A czy nie jest szaleństwem niezwykle przecież urodziwej kobiety pobrzydzanie się albo występowanie „sauté” jak w monodramie w Teatrze Polonia („Pani z Birmy”, 2009). Choć niekiedy przyjmuje to obrót zgoła nieprzewidywalny – postarzona w „Niezatańczonym tangu” wedle prozy Wiesława Myśliwskiego, w miarę rozwoju spektaklu – młodnieje. Albo ukrywa się za charakteryzacją tak dalece, że nawet jej własny mąż nie rozpoznaje (kilka wcieleń
w „Królowej Śniegu”).
Imponująca jest otwartość Grażyny Barszczewskiej na wiele tonacji i barw, bez mała dziecięca ciekawość, szukanie nowych doświadczeń – od jaskrawego kabaretu („Pożar w burdelu) po tragizm odchodzenia (najnowszy przykład to rzecz o Marlenie Dietrich). Ta ciekawość to całkiem niezła tarcza przed rutyną, która na pewno jej nie grozi.
To wszystko widać jak na dłoni w tej rozmowie, podzielonej inteligentnie na krótkie fragmenty, które pozwalają przerwać i rozpocząć lekturę w dowolnym momencie i miejscu, choć zaręczam, że kto rozpocznie lekturę, to w nią już wsiąknie i przerwać ją będzie niezwykle trudno. Każdy z tych fragmentów rozmowy-opowieści broni się sam, jest pewną całością, niewielkim okruchem, jak już wspominałem, często bardzo smakowitym i dowcipnym. Świadczą o tym choćby tytuły tych segmentów opowieści, dla przykładu: „Za krucha na ladacznicę”, „Nałogi mi nie smakują”, „Reguła dietetyczna”, „Zostaną… rzęsy!”, „Na wieki wieków… amantka?” „Ludożerka”. Ale dopiero razem, w pewnym napięciu i dialogu, tworzą całość, zaskakująco spójną i czytelną. Prawdopodobnie wynika to z tego, że Barszczewska należy do rozmówczyń, które nie mówią wszystkiego, co wiedzą, ale wiedzą, co mówią. I prawdopodobnie dlatego, że Grzegorz Ćwiertniewicz należy do empatycznych rozmówców, który nie kryje swego zdania, mimo deklarowanej admiracji dla swej rozmówczyni i jej imponującego dorobku.
Ale z książki wyłania nie tylko portret zawodowy aktorki, ale i prywatny, choć Grażyna Barszczewska ze swoją prywatnością się nie obnosi. Nietrudno zauważyć jak bardzo jest rodzinna, zakochana w domu, współczująca, wrażliwa na cudze cierpienie, uczynna, pełna taktu i ciepła. Wyrozumiała, a zarazem wymagająca przede wszystkim wobec siebie, ale także innych. Życzliwa dla wstępujących do tego zawodu, ale zarazem krytyczna, bez taryfy ulgowej dla pracy wykonanej byle jak. Pełna pasji i wdzięczności dla partnerów scenicznych i filmowych i przede wszystkim „robotna”. Wspaniale odsłania charakter Grażyny Barszczewskiej jej syn Jarosław Szmidt, który autorowi książki ujawnił pierwszą tajemnicę artystki: „Sama mówi, że nie znosi pustych przebiegów, i objawia się to głównie w jej chęci jak najlepszego wykorzystania czasu każdego dnia, ale też jej obniżonej cierpliwości… Zazwyczaj wpada i od progu rzuca: „To co robimy?!”. Musi czuć się aktywnie potrzebna. Zwracam się zwykle wtedy do niej słowami: „Mamo, spokojnie…”.
Ale chyba to nie pomaga. Zresztą, być może niechęć do „pustych przebiegów” to fundament pełnej sukcesów drogi artystki.

„Grażyna Barszczewska – Amantka z pieprzem w rozmowie z Grzegorzem Ćwiertniewiczem”, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2019, str. 222, ISBN 978-83-816-9074-4.

Całe życie ogon mi się pali Wywiad

STEFAN FRIEDMANN – ur. 2 września 1941 w Krakowie. W latach 1968-1974 aktor Teatru Współczesnego w Warszawie, później nie związał się na stałe z żadną sceną. Wraz z Jonaszem Koftą stworzył radiowy duet satyryczny (cykle: „Dialogi na cztery nogi”, „Fachowcy”). Występował też w radiowym magazynie 60 minut na godzinę. W duecie z Krzysztofem Jaroszyńskim występował w TV, w programie „Magazynio”. Autor książek satyrycznych („Krzywym okiem”) i płyty satyrycznej, na której znalazł się m.in. piosenki: „Cienki Bolek”, „Dziadek Prokop robi podkop”, „Jak pies w studni”, „Country, country to mój kraj”. Z jego nazwiskiem kojarzy się najlepsza rozrywka radiowa – słynny ITR oraz Ilustrowany Magazyn Autorów. Jest współautorem musicali: „Drugie wejście smoka”, „Czarna dziura”, twórcą sztuk dla dzieci i młodzieży. Pisze teksty piosenek, dialogi filmowe, opowiadania, recenzje. W filmie zadebiutował jako nastolatek w głośnym filmie Stanisława Różewicza „Miejsce na ziemi” (1959). Zagrał m.in. w „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” Stanisława Barei (1978), jako „reżyser kina akcji” w „Poranku kojota” Olafa Lubaszenko (2001). Zagrał też m.in. w serialach „Podziemny front” (1965), „Czterdziestolatek” (1974), „Lalka” (1977), „Zmiennicy” (1986), „Klan” (1997-2007), a także w filmie telewizyjnym „Pavoncello” Andrzeja Żuławskiego (1967).

 

 

Ze STEFANEM FRIEDMANNEM, aktorem i satyrykiem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Krzysztof Lubczyński: Zupełnie niedawno zobaczyłem Pana w krótkim, 10-minutowym telewizyjnym filmie „Holden” Krzysztofa Zanussiego z 1961 roku, zrealizowanym na motywie z „Buszującego w zbożu” Jerome Salingera. Nie miałem pojęcia, że jest polska – powiedzmy – „ekranizacja” tej głośnej i kultowej kiedyś amerykańskiej powieści…

Stefan Friedmann: Ja też nie miałem pojęcia, bo dopiero pan mi o tym przypomniał. Ale jeśli ekranizacja była 10-minutowa, to chyba niewiele się w niej zmieściło.

 

To była etiuda 22-letniego studenta Zanussiego wyprodukowana przez łódzką „Filmówkę”…

A, coś blado sobie przypominam. Nie pamiętam jak mnie Zanussi do tego znalazł, ale pamiętam, że wystąpiłem tam z innym studentem tej szkoły, który chyba był Indianinem i miał na imię bodaj Jezus.

 

Zgadza się, Paulo Jesus Gonsales. I ty zostaniesz Indianinem?

Ja? Nie, ale może pan.

 

Ja też nie. Dowcipnym nawiązaniem do tytułu głośnej powieści Wiktora Woroszylskiego dotknęliśmy tematu literatury dla dzieci. Postanowił Pan wejść na listę autorów lektur szkolnych dla klas młodszych? Bo swego czasu wydał Pan „Przygody podróżnika Pipsa i jego przyjaciół: papugi Terefery i psa Klipsa”.

Aż tak to nie, ale napisałem tę książeczkę w pierwszym rzędzie z myślą o moich ukochanych wnukach – dzieciach moich synów – które mieszczą się mniej więcej w tych rejestrach wiekowych. A wiadomo, że dla wnuków robi się wszystko z sercem, a skoro tak, to najlepiej jak się potrafi. Inne dzieci, te które nie są moimi wnukami i ich dziadkowie też powinni być zadowoleni. Na promocji tej książeczki ustawiła się do podpisu spora kolejka dziatek, dziadków i rodziców.

 

Ten motyw dziecięcy towarzyszy Panu od początków kariery aktorskiej, bo zaczynał Pan nie jako aktor młody, ale wręcz dziecięcy, występując na scenie teatru od dziesiątego roku życia.

Zgadza się. Miałem 10 lat i zagrałem w „Malowanym jajku” w Teatrze Nowej Warszawy, który mieścił się w Pałacu Kultury. To prawda, zdradzałem niejaki talent od maleńkości, a to że mój ojciec, Marian Friedmann był aktorem scen krakowskich a potem warszawskich, jakoś na to wpłynęło, bo wychowywałem się w domu w atmosferze teatralnej. O, i tu chyba jest odpowiedź na pytanie, jak znalazł mnie Zanussi do tej etiudy.

 

Mimo to miał Pan kłopoty z dostaniem się do szkoły teatralnej, bo dopiero w trzydziestym roku życia zdał Pan egzamin eksternistyczny…

Byłem chyba za bardzo luzacki, nonszalancki, a wtedy panowała większa sztywność obyczajów. To zresztą spotkało wielu moich kolegów, którzy dopiero po latach pracy aktorskiej uzyskiwali papierek potwierdzający ich zawodowstwo. Kłopoty z dostaniem się do szkoły teatralnej mają nietypowi. Na przykład ja na egzaminie dostałem z warunków fizycznych dwa plus, za nikczemny wzrost i haniebną urodę. Podejrzewam, że to właśnie zniechęciło do mnie czcigodną komisję egzaminacyjną. Byłem takim brzydkim kaczątkiem, a już z bajek Andersena wiemy, że takiemu jest źle.

 

Do legendy przeszła Pana reakcja na polecenie egzaminatora by zagrał Pan… mleko. Podobno zajął Pan pozycję kuczną i patrzył na komisję, a kiedy zapytali co Pan robi, odpowiedział Pan: „Zsiadłem się”. Roześmiali się?

A skąd! O ile pamiętam, dostałem reprymendę, że sobie robię jaja z czcigodnego gremium. Jednak egzamin do szkoły teatralnej oblałem przez inny żart. Profesor Jan Świderski poprosił mnie o powiedzenie czegoś wesołego, na co powiedziałem: „Wesołego Alleluja!”. Odebrano to jako oczywisty przejaw braku szacunku dla komisji egzaminacyjnej. Nie mieściłem się w powszechnie uznawanych konwencjach, schematach. One wtedy mocno obowiązywały, choć nie wiem jak jest teraz. Dlatego szkołę kończyło przeważnie kilku Łapickich, Holoubków, Łomnickich i jeden nietypowy, jak n.p. Fronczewski… Ciężko jest być nietypowym, już Andersen pisał o tym w „Brzydkim kaczątku”…

 

Mimo tych perypetii przez wiele lat pracował Pan w Teatrze Współczesnym, jednej z najlepszych scen Warszawy, a może i w Polsce, pod dyrekcją Erwina Axera…

To jest moja perła w koronie zawodowej, bo grałem tam razem z najwspanialszymi mistrzami, z powodzeniem. Zawsze byłem wykorzystywany aktorsko i czułem się potrzebny. Zagrałem m.in. w głośnych spektaklach, w zrobionej przez Ionesco parodii Szekspira, sztuce „Macbett” (przez dwa „t”), w „Samej słodyczy” Iredyńskiego, „Panu Jowialskim” Fredry, „Przebudzeniu wiosny” Wedekinda, „Matce” Witkacego, „Lirze” Bonda.

 

Do Teatru Współczesnego chodzili głównie smakosze wielkiej sztuki, ale popularność masową przyniosła Panu radiowa rola Gienka w sławnym słuchowisku „Matysiakowie”.

Gienkiem Matysiakiem byłem od szesnastego roku życia, razem z nim wzrastałem, dojrzewałem i przez ćwierć wieku zdążyłem zżyć się z nim, nieomal utożsamić. Mankamentem tej sytuacji było to, że postać ta na długo odebrała mi własne nazwisko, styl, aktorską osobowość. Dla co najmniej dwóch pokoleń radiosłuchaczy zostałem zaszufladkowany jako Gienek Matysiak i pewnie taki mój wizerunek pozostanie już u ludzi, szczególnie starszych.

 

Niech Pan nie przesadza, wielu widzom kojarzy się Pan z rozmaitymi rolami. Wielu młodszych widzów i słuchaczy kojarzy Pana na przykład z Majstrem z „Dialogów na cztery nogi” albo z wieloma rolami filmowymi, choćby z detektywem Bednarskim serialu „Na kłopoty, Bednarski”…

Moją cechą rozpoznawczą jest chyba jednak brak szufladki. Korzystam z bieżących ofert, cieszę się, bawię. Zwykłem mawiać, że całe życie ogon mi się pali, jak kotu z Disneya. On się ogląda, szarpie, a ogon wciąż się kopci.

 

Jest Pan wesołym człowiekiem?

Bywam wesoły, choć wiadomo, że komicy prywatnie bywają ponurakami. I ja mam wiele powodów do ponurych myśli. Boli mnie to, że doprowadzono do obniżenia aspiracji artystycznych i intelektualnych publiczności. Oczekiwania odbiorcy obniżone zostały do poziomu konsumenta kotleta mielonego w lichej knajpie. To się podoba, jest akceptowane, bo nie zmusza do pracy myślowej. Społeczeństwo kupuje tę miernotę. Teraz programy kabaretowe robione są najczęściej – poza wyjątkami – po najmniejszej linii oporu. Z lenistwa.

 

A w innych dziedzinach życia i kultury?

Kiepsko jest. Ludzie nie czytają, bo nie stać ich na kupno książek, nie można dostać się do lekarza, kwitnie korupcja, cwaniactwo, kolesiostwo, ludzie masowo wyjeżdżają za chlebem, pracującego ciężko człowieka nie stać na mieszkanie itd. itd. Czy w naszym kraju w ogóle cokolwiek dobrze funkcjonuje?

 

Polska Pana drażni?

A jak ma nie drażnić? To szermowanie nieustannie historią, przeszłością, grobami. Gombrowicz napisał w „Dziennikach”– czym my się chwalimy? Wciąż tylko Chopin, Kopernik, Kościuszko. Jak długo można opierać się na tym, czego ktoś kiedyś dokonał ?

 

Jaki wpływ miał na Pana ojciec?

Był wspaniałym człowiekiem – bezinteresowny, uczciwy, pracowity, systematyczny, szlachetny. Malował, pisał, naprawiał stare zegary. Widziałem, jak trudno mu żyć. Nie przebił się w zawodzie na szczyty, choć był aktorem wybitnym. Był za dobry, za łagodny. Los ojca spowodował we mnie agresję życiową. Uznałem że skoro był taki zdolny i nic mu w życiu nie wyszło, to ja spróbuję te odziedziczone po nim cechy zmienić, aby zaistnieć i nie dać się zdeptać. Gdybym był taki, jak mój, zadeptali by mnie, stłamsili. Był szalenie dowcipnym człowiekiem, po nim to odziedziczyłem. Kiedyś ojciec mówi do mnie, a byłem wtedy dzieckiem: „Stefan, jak będziesz grzeczny, to zabiorę cię w niedzielę do kawiarni i zobaczysz, jak ludzie jedzą lody”.

 

Dziękuję za rozmowę.

Same suki

Zawsze mnie zastanawiało, czy wszyscy oburzeni koniecznością płacenia alimentów tatusiowie (tak, ten tekst jest o mężczyznach), mówiąc „nie dam nic tej suce”, „nic ze mnie kurew jedna nie wyciągnie”, „jeszcze pokażę tej dziwce”, zdają sobie sprawę, do kogo tak naprawdę mówią. Takie komunikaty tatusiowie ci formułują nagminnie, ale ich mimowolnymi adresatami stają się dzieci.
Bo to na ich utrzymanie, nie na swoje byłe żony czy dziewczyny panowie mają obowiązek sądowy łożyć.
Wczoraj była żona Piotra „Glacy”, lidera Sweet Noise i My Riot, napisała pełen żalu post o tym, jak wraz z córką obserwuje ukrywanie przez muzyka majątku z pomocą jego nowej partnerki.
„Nie myślcie, że jestem ofiarą” – napisała Sylwia Lato. – „Ofiarą w każdym przypadku jest dziecko”. Poskarżyła się, że czuje bezsilność, gdy widzi, jak jej były mąż zatrudnia przy swojej solowej płycie kosztownego specjalistę, który pracował m.in. z Marilynem Mansonem czy Depeche Mode. W sądzie natomiast wniósł o zmniejszenie alimentów. „Bo to nie alimenty, tylko zemsta”.
Była partnerka znanego artysty dołączyła też screen z Instagrama, na którym Glaca pisał o niej między innymi „Możesz nasyłać na mnie wszystkie pały świata, suko”, „dziś jesteś dla mnie tylko zwykłą kurwą”, „uważaj, bo nadejdzie dzień”; „#reallife”. Ten jakże wzruszający apel miał wystosować do niej muzyk po kolejnej interwencji komornika i policji.
Wokół posta zrobiła się awantura po tym, jak upubliczniła go na swojej tablicy redaktor Karolina Korwin Piotrowska. Dziennikarka zresztą szybko dostała od muzyka wiadomość z żądaniem przeprosin. Nie przeprosiła. Zamiast tego ogłosiła, że zanim udostępniła posta, w zamierzeniu dedykowanego tylko znajomym, zapoznała się ze stosownymi dokumentami i jest pewna racji kobiety.
Cóż, ja żadnych dokumentów nie widziałam. Nie znam ani pana Glacy, ani jego byłej żony. Nie znam układów między nimi. Nie mam tu zamiaru bawić się w wydawanie żadnych wyroków. Tylko czasem czytam Facebooka pani Karoliny (jej wpis udostępniło zresztą już koło 150 osób). I mam kilka ogólnych refleksji.
Na przykład taką, że w przestrzeni publicznej podobne oskarżenie śmiga co i raz – chciała go zniszczyć z zawiści, złamać karierę mu chciała, napisała w momencie, gdy wydawał, występował, w trasę ruszał, film kręcił, awans dostawał.
Była żona Mateusza Kijowskiego też w pewnym momencie została ochrzczona suką, która zamierzała pociągnąć w dół męża stanu. Akurat, kiedy był na wznoszącej, zaczął być rozpoznawalny, został twarzą oddolnej opozycji.
Mnie interesuje nieco inny aspekt tej sprawy. Czy nikt nie pomyślał, że wśród tysięcy kobiet, szarpiących się o alimenty, też są niedoszłe wizjonerki, artystki, naukowczynie, polityczki? Czy ktoś pomyślał o setkach złamanych lub nigdy nie zrealizowanych karier muzycznych, filmowych?
O nigdy nie odkrytych potencjałach, bo po 16.00 trzeba odebrać z przedszkola, a z mało rozwijającej pracy trudno się zwolnić, bo ojciec się nie poczuwa, a mały co kilka miesięcy wyrasta z butów, potrzebuje pojechać z klasa na wycieczkę i co roku musi mieć nowe podręczniki? Fani muzyka Glacy piszą do Korwin Piotrowskiej, że czują się osobiście dotknięci. To nie fair. Nikt nie myśli o tym, że może „mama” też mogła mieć jakichś fanów. Mogła jeździć w trasy koncertowe, właśnie odbierać Nike albo Złotego Lwa. Też mogła dorobić się armii wypisującej na Facebooku komentarze w stylu „odczepcie się, ona wielką poetką jest”.
To smutne, że mężczyźni wciąż lubią powtarzać ten krzywdzący mit o kobietach dorabiających się na rozwodzie i „ustawionych do końca życia”.
Takie przypadki pewnie też można spotkać gdzieś w przyrodzie. Statystyki mówią jednak twardo o milionie dzieci, czekających w Polsce na pieniądze od swoich ojców (najczęściej ojców). Czy one też zawierają się w tym zbiorze chciwych suk i kurew?
Te, którym państwo płaci z Funduszu Alimentacyjnego to około 10 procent – wymagany dochód to ciągle 725 zł na osobę. Kobiety, które zarabiają więcej, zostają ze ściganiem dzielnych tatusiów same.
Komornicy mają różną skuteczność (średnia ściągalność dryfuje mniej więcej na poziomie 19 procent), zwłaszcza, kiedy formalnie mężczyzna nie wykazuje dochodów, ale za to wstawia na Facebooka zdjęcia z egzotycznych wojaży, zakłada nową rodzinę albo pracuje na najniższej krajowej u partnerki obracającej tłustymi sumami.
Na miejscu takiej kobiety pewnie też napisałabym w mediach społecznościowych posta kipiącego od bezsilności.
Według Krajowej Rady Komorniczej długi alimentacyjne to 10,5 miliarda złotych. Dzięki sankcjom Ziobry spadły z 11,3. Nadal jednak alimenciarze „niefunduszowi” mogą bezkarnie raz na jakiś czas rzucić dziecku ochłap. I wrócić do swoich karier, samochodów, lewych faktur. Dlatego trudno mi uwierzyć, że za każdym razem to te złe suki się sprzysięgają, by łamać najpierw serca, a potem kariery. Wierzcie mi, jestem dzieckiem alimenciarza.

Achillesowa pięta PiS

Żeby rozpętać największą aferę polityczno-erotyczną na prawicy od czasów agenta Tomka, po prostu trzeba być złotoustym. A Stanisław Pięta z bycia złotoustym mógłby już spokojnie bronić doktorat.

 

„Chciałbym przekazać dziecku te wartości, które rodzice mnie wpoili. Żeby dziecko było wychowane w duchu tradycji i szacunku do kultury. Żeby było przywiązane do świętej wiary rzymskokatolickiej, by starało się pomagać innym ludziom. Chciałbym, żeby moja córka doceniała za jakiś czas znaczenie, jakie niesie ze sobą wspólnota w każdym jej wymiarze. Kulturowa, narodowa, rodzina. To chcę żeby jakoś w niej zostało” – mówił z przekonaniem o swojej 8-letniej córce człowiek, który przed tygodniem został bohaterem romansowego skandalu.
Stanisław Pięta zwierzył się też Telewizji Republika, jak stara się wychować swoją Zosię na małą patriotkę: „Gdy idziemy na Wszystkich Świętych na groby, w Bielsku-Białej jest cmentarz przy ul. Grunwaldzkiej, gdzie jest Pomnik Legionistów Piłsudskiego, więc poza grobami rodziny idziemy też tam. Wtedy jest czas i miejsce na opowieści. Dziecko samo pyta kto to był, czy ktoś dobry czy nie. Moje dziecko wie już, że komuniści byli niedobrzy”.
Ciekawe, czy Zosia wie już, że panowie, którzy zdradzają swoje żony, są jeszcze gorsi.

 

„Rozumiem Cię, Ty o nic nie martw się”

Romansem posła Pięty, aktywnego członka PiS od 2001 roku, żyją wszystkie media – od brukowych po opiniotwórcze. Meandrów znajomości z Izabelą Pek przytaczać na łamach Strajku.eu nie będziemy, dość powiedzieć, że konserwatywno-katolicka hipokryzja w szeregach partii rządzącej wylała się ze środka partii uszami (czy raczej piętami) i dotarła do samego prezesa, nadal przebywającego w szpitalu na Szaserów. To on podjął decyzję o zawieszeniu Pięty. Cios w samo serce zadała z drugiej strony oszukana kochanka, publikując fragmenty ich korespondencji – ujawniając przy okazji niezmierzone pokłady złotoustego potencjału.
Poseł Pięta miał bowiem nie tylko wyznawać miłość (bynajmniej nie bezwarunkową – agentka PO, FSB lub sekty kanibali-satanistów nie mogłaby zdobyć jego serca), ale też dzielił się ze swoją przyjaciółką „planem usunięcia zagrożenia terrorystycznego w Europie”.
Czy miłość i terroryzm idą razem w parze? Najwyraźniej, bo poseł w tym temacie złapał wiatr w żagle. Nie podejrzewał, że rozżalona Izabela podzieli się ze światem jego szeroko zakrojonymi strategiami. „Czy widzisz jakieś słabości mojego planu?” – prężył dumnie pierś w rozmowie z ukochaną. Tymczasem jego plan ratunkowy dla Europy i świata wyśmiał nawet na swoich łamach „Fakt”. Cóż poradzić, że cała koncepcja brzmi jakby była inspirowana kultową amerykańską kreskówką o Animaniakach, gdzie głównymi bohaterami są laboratoryjne myszki – Pinky i Mózg, które codziennie próbują znaleźć nowe sposoby, by przejąć władzę nad światem.
To wszystko – prawdopodobnie zupełnie na trzeźwo – pisał parlamentarzysta zasiadający w sejmowej komisji ds. służb specjalnych.

 

Miłe złego początki

A wszystko zaczęło się od tego, że poseł Pięta sprzedawał kiedyś „Wyborczą”. Przed 4 czerwca 1989 mocno agitował po stronie „Solidarności” – wystawał na ulicach rodzimego miasta – Bielska-Białej z naręczami „GW”. Ale szybko mu przeszło, zapragnął bowiem krwi komunistów. Zapisał się więc do Konfederacji Polski Niepodległej.
Z wykształcenia jest prawnikiem – studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Dziś odżegnuje się od medium Michnika: – Lewactwo z „Gazetą Wyborczą” na czele jest trwale skompromitowane, bez ducha, bez koncepcji politycznej. Nie musimy z nim walczyć, wystarczy, że śmiejemy się z niego. Cały projekt liberalno-lewicowej Europy drastycznie się kompromituje.
Ale wbrew buńczucznym deklaracjom na tym kryształowym życiorysie zaangażowanego bojownika widoczne są rysy… i to całkiem spore. Kiedy w 2016 podczas finału bielskich Debat Oksfordzkich, na których dyskutują uczniowie szkół średnich oraz studenci z Podbeskidzia, zaczął perorować o patriotyzmie i praworządności, jeden z uczniów LO im. Żeromskiego w Bielsku-Białej zastrzelił go pytaniem: „Czy według pana taki człowiek może być autorytetem moralnym i może mówić o obronie polskiego interesu i Polaków?” – i odczytał policyjną notatkę:
„W/wym. w dniu 6 czerwca 1988 r. z samochodu zaparkowanego m-ki Fiat 126p ukradł portmonetkę z zawartością 5500 złotych gotówki, dwie karty żywnościowe oraz kartę paliwową”.
Zgadnijcie, kogo dotyczyło zgłoszenie. Dodam tylko, że w internetowych komentarzach znaleźć można stwierdzenia, iż bohater notki przejawiał jeszcze wielokrotnie słabość do odbiorników radiowych pozostawianych w autach.
Ale to oczywiście wpisuje się w walkę z systemem. Walkę „prawie zbrojną”.
– Założyliśmy grupę, której nie podobał się ówczesny ustrój. Może to było naiwne i niemądre, ale postanowiliśmy przygotować się do jakiegoś zbrojnego powstania – wytłumaczył wścibskiemu licealiście poseł Pięta. I dodał, że wiele razy włamywali się z kolegami do zaparkowanych aut. Po co?
Ostrzegamy – plan ów zdaje się równie misterny, jak ten, który miał za zadanie wyeliminować terroryzm na świecie. Otóż za ukradzione podczas włamań pieniądze niedoszli powstańcy kupowali piwo. Następnie oddawali je żołnierzom. Ci w podzięce dawali chłopcom amunicję. Tylko cud boski sprawił, że przy takim poziomie mobilizacji Jaruzelski uniknął wprowadzenia stanu wojennego po raz drugi.

 

Pięty teoria wszystkiego

Pięta jest zwolennikiem gnata w każdym domu. W rodzinnym Bielsku-Białej tłumaczył nastolatkom, że mają prawo nosić broń, oraz że każdy Polak powinien nauczyć się strzelać, by umieć obronić swoją rodzinę w razie zalewu „islamską falą”. Podobne spotkanie z podobnym przekazem i udziałem Pięty zorganizowano w Łodygowicach koło Żywca (tydzień wcześniej w pobliskiej szkole muzycznej odmówiono wynajęcia sali na spotkanie z Henryką Krzywonos. Natomiast samorządowcy nie mieli nic przeciwko temu, by poseł PiS firmował sobą naukę strzelania).
Co ciekawe, dziennikarzom „SuperExpressu” utyskiwał w ubiegłym roku, że żona hetera nie pozwala mu kupić broni na własny użytek, ale łaskawy pan uznał, że mimo wszystko „rozwodu z tego nie będzie”.
Najwyraźniej, podobnie jak pan poseł – włodarze regionu też czują już na plecach oddech islamistów. Bo Stanisław Pięta, naczelny strateg IV RP, ma również w zanadrzu kolejny gotowy plan zwalczenia „islamskiej inwazji”:
– Jedyna droga to twarda reakcja karno-prawna, masowe deportacje muzułmanów do Afryki, wyburzenie meczetów i wzmocnienie służb specjalnych państw Europy Zachodniej. Europejczycy na Zachodzie muszą sobie uświadomić, że ideały, na których chcieli budować zjednoczoną Europę okazały się całkowitym niewypałem. Za promowanie tych idei, owych pseudowartości, życiem zapłacili niewinni ludzie w Paryżu, Brukseli, Nicei – także Polacy – przekonywał w rozmowie z Frondą.
– Rząd nie powinien ulegać żadnym szantażom. Nie powinien pod żadnym warunkiem godzić się na przyjęcie cudzoziemców wyznających islam. Natomiast powinien wzmocnić ABW i Straż Graniczną, celem przeciwdziałania penetracji Polski przez islamistów z Niemiec, Austrii oraz rzekomych uchodźców wysyłanych do Polski przez rosyjską FSB – twierdził, domagając się zburzenia wszystkich meczetów na terenie Polski.
Miał też gotową teorię na temat tego, dlaczego większość kościelnych hierarchów opowiada się za udzielaniem pomocy uchodźcom. Otóż dzieje się tak dlatego, że hierarchowie ci są wyborcami PO.
– Choćby nie wiem co powiedział ks. kardynał Nycz, nie wiem jak apelował arcybiskup Skworc czy ks. prymas Polak to wydaje mi się, że ich wpływ na decyzje rządu jest bardziej niż umiarkowany. Tak się akurat składa, że są to hierarchowie znani z ciepłego stosunku do Platformy Obywatelskiej, więc bądźmy szczerzy – czy wezwanie do przyjmowania imigrantów płynie z ust działaczy Nowoczesnej, Partii Razem, Platformy Obywatelskiej czy niektórych księży biskupów – rząd nie będzie brał tego rodzaju głosów pod uwagę – zapewniał, również w rozmowie z „Frondą”. – Musimy odrzucać idee neomarksizmu, chronić tradycję, nasze chrześcijańskie korzenie i troszczyć się o budowę mocnej wspólnoty narodowej i państwowej.
Nie tylko uchodźców i marksistów poseł Pięta nie lubi. Podobną niechęcią darzy również homoseksualistów. Kiedy w Ugandzie za stosunki homoseksualne zaczęło grozić dożywocie, napisał na Twitterze:
„Niby dzicy ludzie, a wiedzą, że nie należy obrażać praw natury. Byle tylko skazanych nie trzymali w celach wieloosobowych;)”
Do kolejnego grona osób zwalczanych przez złotoustego zaliczyć można także wszelkie grupy społeczne, którym przyjdzie na myśl protestować i domagać się czegokolwiek od władz IV RP.
Weźmy takich lekarzy rezydentów („Jeżeli uczciwie głodują, to schudną”).
Po przeanalizowaniu ostatnich wypowiedzi posła Piety, nie dziwi fakt, że prawicowe media doszukują się udziału niemieckich służb specjalnych w zainicjowaniu jego miesięcznicowego romansu z Izabelą Pek. Poseł Pięta przyzwyczaił nas już, że teorie spiskowe z udziałem wrażych państw (lub będącej na ich usługach opozycji) widzi absolutnie wszędzie.

 

Spiętalaj!

To on w 2015 zaraz po wyborczym zwycięstwie PiS straszył policjantów, strażaków i wojskowych zwolnieniami, jeśli wezmą udział w imprezie Owsiaka:
„Jeżeli funkcjonariusz publiczny zaangażuje się w hecę WOŚP, niech nazajutrz składa raport o zwolnienie ze służby” – pisał na TT.
Swoją wypowiedzią zrobił jednak Owsiakowi reklamę tak skuteczną, że fundacja postanowiła przyznać mu nagrodę:
– Spytaliśmy naszych przyjaciół, jaką nagrodę możemy panu dać, bo to pan jeszcze bardziej rozsławił w tym roku Orkiestrę, polaryzując Polaków – ogłosił wdzięczny Owsiak na konferencji prasowej. – Oto pumeks. Bardzo piękny, zrobiony ręką artysty. Przekazuję go panu z uwagą, że także dla pana grała Orkiestra. O każdej porze dnia i nocy może pan liczyć na WOŚP, tylko niech pan nie straszy ludzi.
Ale niektóre akcje wyszły mu nawet nieźle. W zamierzchłych, pokrytych kurzem latach 90. Pięta zdołał wbić się na jedno z zamkniętych spotkań z Aleksandrem Kwaśniewskim, aby rozrzucić po sali ulotki z napisem „magister”.
Za to zupełnie nie po linii swojej partii wypowiadał się o exprezydencie USA. Nieżyjący już Artur Górski na mównicy sejmowej powoływał się na stanowisko kolegi Pięty, który rzekomo miał ogłosić: „Obama to nadchodząca katastrofa. To koniec cywilizacji białego człowieka!”.

 

Wolność kocham i rozumiem

Tak. Poseł Pięta to znany liberał obyczajowy i zwolennik niezaglądania bliźnim pod kołdrę. Nie od dziś. Naprawdę!
Kiedy w 2017 była żona innego rozmodlonego posła PiS Mariusza Kamińskiego (zostawił ją dla Ilony Klejnowskiej – pamiętnego Aniołka Kaczyńskiego…) ogłosiła obywatelski projekt „Ustawy wprowadzającej zaostrzony reżim moralny w parlamencie” – Pięta nie tylko nie był zainteresowany, ale wręcz głośno wyrażał swoją dezaprobatę. – Mam wątpliwości, czy to ma polityczny sens – mówił, dodając, że w parlamencie decydujące są kompetencje polityczne.

***

Całe szczęście, że rządzą nami ludzie tak wyrozumiali i pozbawieni uprzedzeń, a jednocześnie obdarzeni mocnym kręgosłupem moralnym. Nie jacyś prawicowi hipokryci.