Historia w maszynce myśli

Akcja „Krwi na rękach moich” Wacława Holewińskiego usytuowana jest w późnej fazie Powstania Styczniowego, a ostatni rozdział sięga 17 lutego 1865 roku, czyli czasu uważanego zazwyczaj (choć nie zawsze) za czas już popowstaniowy. Choć bowiem ten dzień jest dniem śmierci na szubienicy powstańczego naczelnika Warszawy Aleksandra Waszkowskiego oraz głównego bohatera powieści, Emanuela Szafarczyka, to częściej za kres powstania uważa się śmierć na szubienicy, 5 sierpnia 1864 roku, Romualda Traugutta i jego towarzyszy z powstańczego, konspiracyjnego Rządu Narodowego.

Główny bohater powieści to naczelnik powstańczej Straży Zbrojnej, przywódca tzw. sztyletników, którzy skrytobójczo wykonywali wyroki śmierci na wrogach powstania, zarówno urzędnikach carskich, tajnych agentach jak i na Polakach uznanych za zdrajców. Drugą istotną postacią tej powieści jest prowadzący śledztwo przeciwko Szafarczykowi i przesłuchujący go pułkownik carskiej policji Andrzej Różycki, rosyjski oficer pochodzenia polskiego. Ich poniekąd intelektualny pojedynek w czasie śledztwa należy do najważniejszych wątków tej powieści. Powieściowemu duetowi Szafarczyk-Różycki (pierwszy z nich jest postacią historyczną, drugi fikcyjną) towarzyszy szereg postaci, których losy na różne sposoby zazębiają się fabularnie z losami dwóch głównych, tworząc intrygujący, bogaty w detale, oszczędny stylistycznie, ale jednocześnie bardzo plastyczny, naoczny obraz Warszawy „epoki styczniowej”. Bo powieść Holewińskiego to także portret miasta, stolicy „Kraju Prywiślańskiego”, z jego tajemnicami, skazami, mrokami, labiryntami, miasta epicentrum powstańczej konspiracji.
Choć czas akcji powieści „Krew na rękach moich” jest chronologicznie o czterdzieści lat wcześniejszy niż czas akcji jego trzyczęściowego cyklu „Pogromów”, obejmującego lata rewolucji 1905-1907, to w wymiarze artystycznym, w wymiarze formy tej prozy można te tytuły usytuować w jednym cyklu. Cechą tego nurtu prozy Wacława Holewińskiego jest przenikliwe spojrzenie na historię i konstrukcja narracji, która jest o tej historii myśleniem. Faktura narracji jest chłodna, rzeczowa, oszczędna, ale jednocześnie plastyczna, naoczna. Trzecioosobowa narracja odznacza się pewnym podobieństwem do monologu wewnętrznego, choć z formalnego punktu widzenia nim nie jest. Jest przestrzenią myślenia o toku zdarzeń tworzących akcję. Swoją prozą Holewiński wpisuje się w ten nurt prozy o tematyce historycznej, który nie poprzestaje na warstwie opisowej i behawioralnej, lecz podąża tropami myśli. Owo myślenie przejawia się nie w postaci podejmowanych wprost, intencjonalnych spekulacji, lecz niejako mimochodem, jako warstwa równoległa do przebiegu zdarzeń. Akcja „Krwi na rękach moich” zbudowana jest na zdystansowaniu do typowej powieściowej akcji „barwnej”, na dystansie do modelu akcji o kolorycie do pewnego stopnia sensacyjnym, do konwencjonalnej akcji opartej na intensywnym zmyśleniu. Jest rozmyślnie uboga, ascetyczna, mimetyczna, nawiązująca do szarości, nieefektownosci charakterystycznej dla realnego życia. Nadaje to powieści rysy stylu fragmentami niemal dokumentalnego.
Nie tylko tematyka „styczniowa”, ale także swoisty modus pisania o historii może wywołać podczas lektury asocjacje z prozą Władysława Lecha Terleckiego (1933-1999). Jego powieści „Spisek”, „Dwie głowy ptaka” czy „Lament” również dotyczą Powstania Styczniowego i w nich również postacie historyczne współistnieją z fikcyjnymi. Kilkakrotnie wzmiankowany w powieści Holewińskiego Aleksander Waszkowski jest bohaterem „Dwóch głów ptaka” Terleckiego, a pojawiający we „Krwi” oberpolicmajster Trepow jest ważną postacią „Lamentu”. Obu autorów łączy spojrzenie na historię przez pryzmat myśli, łączy też pewne podobieństwo techniki narracyjnej. Różni ich – ton prozy. U Holewińskiego jest jaśniejszy, podszyty idealistycznym patriotyzmem i moralizmem, choć nieostentacyjnym. U Terleckiego jest mroczny, naznaczony cynizmem postaci, atmosferą braku złudzeń, optyką „rozpadu wartości”. Gdybym miał prozę obu pisarzy stawiać na szalach wagi, większy ciężar gatunkowy przypisałbym Terleckiemu, którego powieści są bardziej esencjonalne, bardziej polifoniczne, sięgające głębiej w jaźń bohaterów. Nie znaczy to oczywiście, że odmawiam wybitnych walorów prozie Holewińskiego, bardzo klarownej, mniej nasyconej „toksynami” Terleckiego. W moim odczuciu Holewiński jest ciekawym, twórczym, kontynuatorem (nieintencjonalnym, jak przypuszczam) nurtu prozy uprawianej przez Terleckiego, zarówno w warstwie tematycznej, jak i formalnej. To ciekawy i rzadki przypadek twórczej kontynuacji, przy zachowaniu artystycznej odrębności, autonomii. Gdy dwie dekady temu zmarł (raczej przedwcześnie) Terlecki, odczułem to jako osobistą stratę czytelniczą, bo należał do najbardziej cenionych przeze mnie współczesnych pisarzy. Pojawienie się młodszego o pokolenie (rocznik 1956) Holewińskiego z jego prozą o pogromach lat 1905-1907 i Powstaniu Styczniowym do pewnego stopnia wynagradza mi tę stratę.
O „niezgodzie na upodlenie”
A teraz kilka uwag na marginesie, uwag które grubą kreską wyodrębniam od merytorycznej oceny znakomitej powieści Holewińskiego. Pisarz ten sympatyzuje z rządzącym w Polsce obozem politycznym. Ma na swoim koncie także kilka publikacji poświęconych tzw. „żołnierzom wyklętym”. To temat, który wywołuje we mnie niechęć i obrzydzenie, więc te jego publikacje zaledwie pobieżnie przewertowałem. Z tego powodu bez zdziwienia przyjąłem pomieszczoną na tylnej stronie okładki rekomendację autorstwa prawicowego historyka, Andrzeja Nowaka, który o „Krwi na rękach moich” napisał tak: „Polska jest przywilejem młodości” – słowa, które padają w tej książce, brzmią jak wyzwanie dla naszej wyobraźni. Autor rzuca je śmiało, ożywiając swoim wyjątkowym talentem narracyjnym epokę powstania styczniowego, postaci dwudziestoletnich „sztyletników”, wykonujących wyroki podziemnej Polski na zdrajcach i urzędnikach okupacyjnych władz. Możemy poczuć gorączkę polskości, jaka trawiła powstańczą młodzież i nie dawała spokoju imperialnej Rosji. Możemy zobaczyć w centralnej sylwetce Emanuela Szafarczyka, naczelnika „sztyletników”, metaforę polskiego losu. Nie tylko tego z XIX wieku, ale także z pokolenia AK, „żołnierzy wyklętych”, a może z każdych czasów, w których znajdują się ludzie gotowi do niezgody na upodlenie”.
Mieli odwagę, wejść w kolizję z władzą i kierownictwem partii,
No właśnie. Wysoki to diapazon moralny. „Niezgoda na upodlenie”. Obaj autorzy, pisarz Wacław Holewiński i profesor historii Andrzej Nowak są wyznawcami sentymentalnego patriotyzmu polskiego, który jest mi z gruntu obcy. Czy ich postawa uniemożliwia im krytyczne odniesienie się do niektórych przynajmniej praktyk władzy, z którą sympatyzują? W PRL sygnatariuszami listów krytycznych w stosunku do pewnych praktyk ówczesnej władzy, bywali intelektualiści i twórcy, w tym pisarze, także partyjni. Potrafili oni, mieli odwagę, wejść w kolizję z władzą i kierownictwem własnej partii, w imię uczciwości. Andrzej Nowak napisał o „Polsce jako przywileju młodości”. Czy uważa, że rządzona przez PiS Polska, w której policja biła, poniżała i upodlała młodych demonstrantów na ulicach polskich miast, także „jest przywilejem młodości”? I czy na akceptację zasługuje władza, która z brutalnym uporem UPADLA starszą kobietę, która pokojowo protestuje przeciw niej na ulicy? Czy uważa tak samo Wacław Holewiński, którego powieść, wyżej omówiona, jest apologią ofiarnego patriotyzmu polskiego? Mają oni prawo sympatyzować z obecną władzą i popierać ją, ale nie słyszałem z ich strony ani jednej krytycznej uwagi o jej antydemokratycznych, niszczycielskich działaniach. O bezczelnym łamaniu praworządności oraz praw i wolności obywatelskich. O jej coraz bardziej policyjnym, opresyjnym charakterze. Czy taka Polska, jakiej dziś doświadczamy, jest Polską ich marzeń? Czy w tej sytuacji uczciwie jest się na te tradycje powoływać? Czyżby uważali, że to, co obserwujemy i czego doświadczamy to jest to oczekiwane dziedzictwo wysiłków polskich patriotów w XIX wieku? Ich właściwe uwieńczenie? Bo jeśli tak, to w moim przekonaniu wysiłek i ofiary dawnych patriotów można uznać za zmarnowane. Można pisać piękne, esencjonalne powieści wyrażające pochwałę patriotyzmu i polskości. Jednak odwracanie się równocześnie od współczesnego kontekstu, od faktu, że patriotyzm stał się instrumentem opresji autorytarnej władzy, pałką do bicia jej przeciwników, bardzo osłabia wymowę i sens prozy pisanej na tak wysokim diapazonie moralnym i patriotycznym. A być może w ogóle czyni takie pisanie pustym gestem?
Wacław Holewiński – „Krew na moich rękach”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.