Największa słabość PiS

Bezpieczeństwo to kluczowe pojęcie w gramatyce politycznej Prawa i Sprawiedliwości.

W 2015 roku Kaczyński i spółka zapewniali, że w przeciwieństwie do nieodpowiedzialnych aferałów z Platformy Obywatelskiej i nieznających życia lekkoduchów z lewicy, oni są w stanie zapewnić bezpieczną egzystencję w stabilnym kraju. Paliwem w tym temacie był przede wszystkim temat uchodźców, którym PiS zamierzał zatrząsnąć drzwi przed nosem. Ale ponowne rządy prezesa miały oznaczać również koniec afer w instytucjach publicznych i niekompetentnego zarządzania zasobami państwowymi. Platfomerskich „kolesi” zastąpić mieli nieprzekupni patrioci z twardymi zasadami etycznymi. Część wyborców oddała głos na PiS, bo oczekiwała sanacji życia publicznego. To oczywiście naiwna postawa, ale z drugiej strony – trudno dziwić się ludziom, że chcą żyć w uczciwym i bezpiecznym kraju.
Jeśli jest pole, na którym PiS rozczarował kompletnie tych, którzy na niego postawili, to jest to właśnie polityka bezpieczeństwa. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że zarządcy spółki Cenzin, strategicznego podmiotu skarbu państwa wchodzącego w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowe, przez pół roku nie mieli pojęcia, komu przelewają pieniądze. W czasach szeryfa Ziobry i control freaka Brudzińskiego do orżnięcia państwowej firmy handlującej bronią wystarczy wysłanie jednego e-maila, którego nadawca podał się za czeskiego dostawcę broni, informując o zmianie numeru konta. Zgodnie z wyjaśnieniami złożonymi przez biuro prasowe spółki, adres nie wzbudził żadnych podejrzeń, a więc pracownik działu finansowego dokonał korekty w systemie. W efekcie przez kolejne miesiące przelewy na łączną kwotę 4 mln złotych nie trafiały do czeskiego partnera, a…no właśnie, państwo PiS nadal nie ma pojęcia gdzie. Ale próbuje się dowiedzieć. Podobno sprawą zajęła się już Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Spółka poinformowała również, że został rozpoczęty audyt, który ma na celu ustalenie, jakie systemy zabezpieczeń będą potrzebne, aby zapobiec podobnym przykrościom w przyszłości. Ktoś zwrócił uwagę, że casus Cenzinu znajdzie się w prezentacjach i podręcznikach dla początkujących menedżerów podmiotów prywatnych i publicznych na temat niewiarygodnych, ale prawdziwych zaniedbań w zarządzaniu bezpieczeństwem.
W 2018 roku ofiarami „phishingu” padały głównie osoby starsze czy z jakichś powodów słabo zorientowane w świecie sieciowym. Teraz okazuje się, że w określonych warunkach politycznych, problem ten może dotyczyć również spółek skarbu państwa.
Najgorszą wiadomością dla PiS jest moment, w którym afera Cenzinu ujrzała światło dzienne. Partia, dotychczas dysponująca psychologiczną przewagą siły i pewności nad przeciwnikami, w ciągu ostatnich trzech miesięcy została mocno poturbowana. Mam tu na myśli zarówno gdańską tragedię, jak i kolejne afery: KNF, Taśmy Kaczyńskiego, KGHM, a także, co ma ogromne znacznie w kontekście pękającego mitu formacji zdolnej do zapewnienia bezpieczeństwa – aferę Misiewicza. Trochę o tym zapomnieliśmy, bo stało się to niemal w przed dzień publikacji nagrań z udziałem prezesa. Ale to właśnie sprawa aptekarza z Łomianek, który w arcypodejrzanych okolicznościach został szefem gabinetu politycznego ministra obrony narodowej, faceta o aparycji bywalca klubu Ekwador w Manieczkach, którego wyraźnie jarało, kiedy żołnierze Siły Zbrojnych stawali przed nim na baczność i który rozbijał się służbowymi furami po warszawskich dzielnicach rozpusty, to właśnie ta afera w zestawieniu z kuriozum w spółce Cenzin może stanowić najbardziej bolesny cios dla ugrupowania Kaczyńskiego w roku wyborczym.
PiS pokazał słabość na obszarze, po którym jego elektorat, szczególnie ten „twardy”, oczekiwał najwięcej. To może prezesa sporo kosztować, jeśli nie utratę władzy, to może brak możliwości samodzielnych rządów w przyszłym parlamencie.