Niech powrócą wspomnienia (10)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty.
Dzisiaj przypominamy kapitana „Latającego Holendra” – Bohdana Sienkiewicza.

Pierwszy raz zobaczyłem go na srebrnym ekranie. Prowadził „Latającego Holendra”. Lubiłem ten program, nawet rozwiązywałem zadania, ale tak dla siebie, z ciekawości czy dam radę. Dawałem, choć nigdy formalnie nie zostałem członkiem załogi. Redaktora Sienkiewicza poznałem kilka miesięcy później w Jacht Klubie Morskim „Stal” w Gdyni. Miał przerwę w nagrywaniu reportażu, a ja dość odwagi, by podejść i poprosić o autograf.
Po latach, gdy skończyłem studia dziennikarskie i podjąłem pracę w Gdańskim Ośrodku TV, został moim starszym kolegą. W 2009 roku dla stacji Planete + zrealizowałem film o „Latającym Holendrze”.
Bohdan Sienkiewicz: „Kiedy pokazałeś mi swój dokument o „Latającym Holendrze”, zacząłem dociekać skąd się we mnie wzięło, to wielkie parcie na morze? Nieustająca chęć odkrywania tajemnic drugiego brzegu? Teraz wiem, że mam to w genach. Mówią o tym dokumenty, które właśnie dostałem z Rosyjskiego Państwowego Archiwum Historycznego Marynarki Wojennej w St. Petersburgu.
Wynika z nich, że mój ojciec, syn szlachetki spod Lidy, ukończył za Mikołaja II słynny Morski Korpus Jego Cesarskiej Wysokości Następcy Tronu w Kronsztadzie. Studiował z późniejszym kontradmirałem Adamem Mohuczym, organizatorem i dowódcą Polskiej Marynarki Wojennej. Przyjaźnił się z wiceadmirałem Kazimierzem Porębskim, Mamertem Stankiewiczem – tytułowym bohaterem książki Karola Olgierda Borchardta „Znaczy kapitan” i Konstantym Maciejewiczem „Macajem” – kapitanem kapitanów”.
Bohdan urodził się na Polesiu, nad rzeką Horyń. Dzieciństwo spędził w Pińsku. Dorastał pod urokiem tamtejszej flotylli. Być może dlatego już w drugiej klasie gimnazjum wiedział co chce w przyszłości robić. Postanowił pójść do Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni.
Po studiach dostał bardzo dobry przydział do Centralnego Zarządu Polskiej Marynarki Handlowej. Pojechał do Gdyni na 10-go Lutego.
„Wchodzę do gabinetu dyrektora. – Dzień dobry, Bohdan Sienkiewicz, przyszedłem z nakazem pracy.
Kazał mi usiąść.
– Czy pan czyta gazety?
– Oczywiście panie dyrektorze, na uczelni każdego dnia była
prasówka.
– Dziwne, bo my już od pół roku nie działamy. Teraz jestem syndykiem masy upadłościowej. Gdzie pański nakaz?
Bohdan podał dokument, a dyrektor podarł go na strzępy.
– Witam wolnego człowieka.
Owszem, byłem wolnym człowiekiem – w głosie Bohdana daje się wyczuć gorzką ironię – ale bez pracy i środków do życia. Musiałem szybko znaleźć jakieś zajęcie. Na szczęście zadzwonił do mnie Włodek Starzecki:
– Słyszałem, że w czasie studiów latałeś z mikrofonem. Chciałbyś zostać dziennikarzem?
– Mogę być dziennikarzem, czemu nie?
– Jestem dyrektorem Oddziału Morskiego Polskiej Izby Handlu Zagranicznego. Wydajemy na zagranicę „Polish Maritime News”. To biuletyn, powiem szczerze niezbyt wysokich lotów, bo redaktor jakiś taki… Nie chciałbyś do nas przyjść?
Od razu dał mi sekretarza redakcji”.
Szybko awansował na zastępcę naczelnego, a wkrótce został naczelnym. Zajął się wydaniem polskiego numeru „Fair Play”. Zebrał artykuły, przetłumaczył na angielski i pojechał do londyńskiego agenta Centromoru na Fleet Street.
„Dopiero tam zobaczyłem, że działalność takich wydawnictw polega na przygotowywaniu dla branżowej prasy morskiej codziennych serwisów złożonych z krótkich informacji. Strona maszynopisu i dwa zdjęcia”.
Gdy jego kariera zaczynała nabierać rumieńców, a on coraz częściej wyjeżdżał za granicę na targi, wystawy i branżowe konferencje, spotkał Władysława Snarskiego, który zaczynał organizować w Gdańsku telewizję. Tak opowiada o spotkaniu z nim:
„– Sokorski podesłał mi parę etatów. Bierzesz?
– Biorę – odpowiedział bez namysłu zwłaszcza, że już u niego dorabiał. – A jaki masz dla mnie etacik?
– Poważny. Zastępcy naczelnego.
– Czy będę miał obowiązkową wierszówkę?
– Nie, będziesz z wierszówki zwolniony.
– Biorę jeszcze szybciej”.
I tak w 1965 roku Bohdan Sienkiewicz przeszedł do telewizji. Wkrótce przekonał się jak wielkie daje możliwości.
„Osz, kurcze – pomyślałem – muszę to wykorzystać”.
W „Morzu” redaktorem naczelnym był Jerzy Miciński. Wydawał również „Żeglarza”, który w ramach Szkoły Jungów, przygotowywał młodych ludzi do pracy na statkach. To było to, co chciał robić. Poszedł więc do redakcji:
„– Dzisiaj każdy za punkt honoru obiera posiadanie telewizora – oznajmił. A ja chcę zrobić program o morzu, by każdy mógł go dotknąć chociaż przez ekran”.
Przytaknęli. Trzeba było jeszcze wymyślić nazwę audycji.
– Latający Holender – wypalił bez namysłu Jurek Miciński.
– Dlaczego Latający Holender? – stanął zaskoczony.
– Bo to dziwny statek o którym wszyscy słyszeli, ale nikt go nie widział. Wszystko też na tej zaczarowanej łajbie może się zdarzyć.
I tak narodził się „Latający Holender”.
Sienkiewicz szybko napisał założenia programu, scenariusze kilku pierwszych odcinków i pojechał do Warszawy. Przyjął go Maciej Zimiński.
„Przeczytał, odłożył kartki i spojrzał mi w oczy” – wspomina.
„– Trafiłeś w dziesiątkę. Ale pamiętaj, nie możesz widowni nabrać lub pójść na łatwiznę. Jeżeli raz puścisz knota od razu się zorientują. Wtedy po tobie”.
Po roku dostał doroczną nagrodę prezesa Komitetu ds. Radia i Telewizji.
„– Od tego czasu nie musiałem dbać o miejsce w ramówce, bo miałem to zaklepane. Dyrektor programowy zawsze dzwonił do mnie z wyprzedzeniem:
– To co, bierzemy „Holendra” w tym roku?
– Jasne, że bierzemy.
– Coś nowego będzie.
– Będzie.
– Wystarczy te pół godziny czy chcesz więcej?
– Wystarczy.
– Zostawiamy godzinę emisji czy chcesz inną?
– Zostawiamy.
Gdy w pierwszym wydaniu podyktowano zadania listonosz ledwo wniósł do redakcji dwa worki z odpowiedziami:
– Ależ tego jest. Ciężkie jak cholera – wysapał.
– A będzie jeszcze więcej – odpowiedział Sienkiewicz szczęśliwy z odzewu młodzieży.
– Taaak…? – zasępił się listonosz. To ja zmieniam rejon.
I zmienił.

A co było dalej? O tym w książce „Telewizja Dziewcząt i Chłopców – historia niczym baśń z innego świata”.