Ulga zamiast strategii

Po dniach gwałtownej eskalacji, w trakcie których amerykański prezydent nie wykluczał nawet użycia siły militarnej wobec terytorium należącego do Królestwa Danii, Trump wycofuje się – najpierw z gróźb wojskowych, a następnie z zapowiadanych sankcji handlowych wobec państw europejskich, które wzięły udział we wspólnych ćwiczeniach wojskowych na Grenlandii. Europa może na chwilę odetchnąć z ulgą. Jest to jednak ulga krucha, oparta nie na decyzjach instytucjonalnych, lecz na zmiennym temperamencie amerykańskiego prezydenta.

Unia Europejska pokazała – przez chwilę – pewne oznaki zdolności do twardej, solidarnej reakcji. Jednoznaczne deklaracje poparcia dla Danii, konsekwentne podkreślanie nienaruszalności jej suwerenności, wstrzymanie przez Parlament Europejski ratyfikacji umowy handlowej z USA oraz ograniczona, sojusznicza obecność wojskowa kilku państw europejskich na Grenlandii — realizowana w ramach NATO i na zaproszenie Kopenhagi — okazały się wystarczające, by Donald Trump wycofał się z najbardziej konfrontacyjnej retoryki. Na początku, przemawiając w Davos, prezydent USA powtarzał, że „nie da się bronić tego, czego się nie posiada”, sugerując, iż skuteczna obrona Arktyki wymaga bezpośredniej kontroli terytorialnej. W Europie słowa te zostały powszechnie odebrane jako polityczna zapowiedź możliwej próby przejęcia Grenlandii.

Tym większym zaskoczeniem jest późniejsza zmiana tonu. Trump ogłosił, że Grenlandii siłą zdobywać nie będzie, a zapowiadane wcześniej cła wobec ośmiu państw europejskich – tych samych, które zdecydowały się wysłać swoich żołnierzy na wspólne manewry – zostają zawieszone. Deeskalacja następiła gwałtownie i pozostaje tylko częściowo wyjaśniona.

W przestrzeni dyplomatycznej od wczoraj krążą nieoficjalne informacje, że do zmiany stanowiska Donalda Trumpa mogło dojść po intensywnych rozmowach prowadzonych z udziałem sekretarza generalnego NATO Marka Ruttego, do których doszło na marginesie Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Sam Trump publicznie mówi o osiągnięciu jakiegoś rodzaju „ramowego porozumienia” dotyczącego Arktyki, jednak nie ogłoszono żadnego formalnego dokumentu, nie wydano wspólnego komunikatu ani nie przedstawiono treści jakichkolwiek ustaleń. NATO ani państwa europejskie nie potwierdziły istnienia wiążącej umowy, która precyzowałaby, co konkretnie zostało uzgodnione w zamian za wycofanie się Waszyngtonu z gróźb militarnych i handlowych.

Z dostępnych informacji wynika jednak, że przedmiot rozmów jest znacznie bardziej konkretny, niż sugeruje oficjalna narracja o „ramowym porozumieniu”. Według zachodnich dyplomatów i przedstawicieli struktur bezpieczeństwa dyskutowane są m.in. plany istotnego wzmocnienia obecności NATO w Arktyce, rozszerzenia amerykańsko-duńskiej umowy z 1951 roku oraz nadania Stanom Zjednoczonym szczególnego statusu suwerennych obszarów bazowych na terytorium Grenlandii — na wzór brytyjskich baz wojskowych na Cyprze. Równolegle pojawia się postulat ograniczenia dostępu Rosji i Chin do grenlandzkich surowców strategicznych. Żaden z tych elementów nie został jednak zatwierdzony politycznie, nie ma zgody Danii ani władz Grenlandii, a negocjacje pozostają na wstępnym etapie. Deeskalacja nie oznacza więc rozwiązania sporu, lecz jego przesunięcie z fazy otwartej presji do fazy negocjacji strukturalnych, których stawką jest długoterminowa obecność USA w Arktyce.

W tej sytuacji narracja o „ramowym porozumieniu” funkcjonuje przede wszystkim jako element politycznego przekazu Białego Domu, pozwalający Donaldowi Trumpowi ogłosić sukces i wyjść z eskalacji bez wrażenia porażki. Choć w tle toczą się rozmowy o konkretnych rozwiązaniach dotyczących bezpieczeństwa Arktyki i obecności USA na Grenlandii, żaden z tych kierunków nie został dotąd sformalizowany ani zatwierdzony politycznie. Nie ogłoszono dokumentów, nie ma wspólnych komunikatów, nie ma zgody Danii ani władz Grenlandii. Deeskalacja ma więc charakter taktyczny: obniża napięcie tu i teraz, ale nie rozstrzyga, co faktycznie zostało obiecane, a co jedynie odłożone na później.

Rynki i strach przed wojną handlową

Dlaczego Donald Trump się wycofał? Trudno uznać, by decydującym czynnikiem był strach przed Unią Europejską jako taką. Trump wielokrotnie pokazywał, że nie obawia się politycznej konfrontacji z Europą, nawet z bliskimi sojusznikami. Znacznie większe znaczenie miały raczej czynniki wewnętrzne w Stanach Zjednoczonych, w tym bardzo ograniczone poparcie społeczne dla eskalacji konfliktu wokół Grenlandii. Według sondażu Reuters/Ipsos jedynie około 17% Amerykanów popierało działania Trumpa wobec Grenlandii w jakiejkolwiek formie, podczas gdy 47% było im przeciwnych, a pozostali nie mieli wyrobionej opinii. Co szczególnie istotne, zaledwie około 4% respondentów uznawało użycie siły militarnej za dopuszczalne rozwiązanie. Sprzeciw części republikańskich elit wobec konfliktu z sojusznikiem z NATO oraz wyraźna niechęć amerykańskiej opinii publicznej do eskalacji napięć z Europą miały więc znaczenie, ale same w sobie nie tłumaczą nagłości i skali zwrotu w polityce Białego Domu.

O tym, że Trump się cofnął przesądziła jednak przedewszystkim presja rynków finansowych i jej potencjalnymi kosztami gospodarczymi.

Już sama zapowiedź możliwej europejskiej odpowiedzi – w tym realnej perspektywy wojny handlowej – wystarczyła, by wywołać nerwowość inwestorów. Rentowności amerykańskich obligacji zaczęły rosnąć, czemu dodatkowo sprzyjała sprzedaż długu USA przez duże fundusze emerytalne z Danii i Szwecji. Sygnał był jednoznaczny: eskalacja konfliktu z Unią Europejską oznacza koszty finansowe, których rynki nie zamierzają ignorować, nawet jeśli sam prezydent USA był gotów je bagatelizować.

Nie był to pierwszy przypadek, gdy Donald Trump ustąpił pod presją rynków. Podobny mechanizm zadziałał wiosną 2025 roku, gdy jego agresywna ofensywa celna załamała się w obliczu gwałtownych spadków giełdowych oraz jednoznacznej gotowości Chin do symetrycznej odpowiedzi. Tym razem rynki reagowały nie dlatego, że interesował je los Grenlandii czy przestrzeganie prawa międzynarodowego, lecz dlatego, że Europa – po raz pierwszy od dawna – wysłała sygnał, iż w razie potrzeby może nie wycofać się automatycznie i dopuścić do eskalacji konfliktu gospodarczego.

Szczyt, który na razie niczego nie przygotowuje

I właśnie w tym momencie Unia Europejska się zatrzymała. Nadzwyczajny szczyt Rady Europejskiej, który odbył się wczoraj w Brukseli, nie przyniósł żadnej realnej decyzji wzmacniającej europejską pozycję negocjacyjną. Przywódcy państw członkowskich wybrali uspokojenie sytuacji i szybki powrót do „normalności”, unikając nawet symbolicznego sięgnięcia po najpotężniejsze narzędzie, jakim dziś dysponuje Unia Europejska – instrument antykoercyjny (Anti-Coercion Instrument, ACI), przyjęty w 2023 roku w odpowiedzi na przypadki presji gospodarczej i politycznego szantażu ze strony państw trzecich.

Mechanizm ten umożliwiałby Komisji Europejskiej przygotowanie precyzyjnych działań odwetowych wobec Stanów Zjednoczonych: od ograniczeń w dostępie do zamówień publicznych, przez sektor cyfrowy i finansowy, aż po selektywne zamykanie jednolitego rynku dla amerykańskich firm. Nie chodziło o jego natychmiastowe uruchomienie, lecz o rozpoczęcie procedury i przygotowanie pakietu środków, które w razie kolejnej eskalacji mogłyby zostać wdrożone decyzją większości kwalifikowanej. Tego jednak nie zrobiono – zabrakło woli politycznej i odpowiedniej większości.

Za tym paraliżem stały dobrze znane podziały wewnątrz Unii: między państwami skłonnymi do twardszej konfrontacji z Waszyngtonem a tymi, które za wszelką cenę chciały utrzymać dotychczasowy model relacji transatlantyckich, nawet kosztem ustępstw. To właśnie ten podział po raz kolejny okazał się skuteczniejszy niż unijna solidarność.

W zamian zapadła decyzja korzystna dla Waszyngtonu: odmrożono lipcowe porozumienie handlowe zawarte w Turnberry, które przewiduje 15-procentowe cła na europejski eksport do Stanów Zjednoczonych przy jednoczesnym zniesieniu barier dla towarów amerykańskich. Umowa, wcześniej zamrożona przez Parlament Europejski w odpowiedzi na groźby Trumpa, została przywrócona do procedowania w momencie, gdy bezpośrednia presja ze strony Waszyngtonu osłabła. Jej asymetryczny charakter polega na tym, że to Unia ponosi trwałe koszty dostępu do rynku amerykańskiego, podczas gdy Stany Zjednoczone uzyskują niemal nieograniczony dostęp do jednolitego rynku UE, bez porównywalnych zobowiązań regulacyjnych czy podatkowych – zwłaszcza w sektorach cyfrowym i usługowym.

Nieprzypadkowo niemal wszyscy przywódcy państw członkowskich, w tym przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oraz prezydent Francji, unikali po szczycie kontaktu z mediami. Oficjalna narracja sprowadziła się do utartej formuły, powtarzanej przez przewodniczącego Rady Europejskiej António Costę: Unia „dysponuje narzędziami i nie zawaha się ich użyć, jeśli zajdzie taka potrzeba”. Problem polegał na tym, że – po raz kolejny – z tych narzędzi nie skorzystano.

Deeskalacja jako alibi

Europa znów zdaje się wierzyć, że wystarczy uspokoić narcyza z Białego Domu i przeczekać. Przez ostatni rok europejscy przywódcy próbowali wszystkiego: schlebiania, dyplomatycznych gestów, łamania protokołu, symbolicznych ustępstw. Godzili się na niekorzystne warunki handlowe, akceptowali nierealistyczne zobowiązania dotyczące wydatków obronnych i przymykali oko na amerykańskie naruszenia prawa międzynarodowegego. W zamian otrzymali groźbę aneksji europejskiego terytorium.

Grenlandia powinna była stać się momentem przełomowym. I przez krótką chwilę rzeczywiście nim była, gdy w instytucjach unijnych rozpoczęła się realna debata o środkach odwetowych. Ten epizod jasno pokazał, że nawet zapowiedź twardszej postawy potrafi działać i wywoływać reakcję po drugiej stronie Atlantyku.

Zamiast jednak wyciągnąć z tego trwałe wnioski, Unia traktuje, jak zawsze, deeskalację jako alibi do powrotu do starego schematu: unikania konfrontacji, odwlekania decyzji i podtrzymywania iluzji, że relacja transatlantycka wciąż opiera się na wspólnych wartościach i przewidywalnych zasadach. Tymczasem Grenlandia nie była wyjątkiem, lecz kolejnym testem tej samej strategii Donalda Trumpa: eskalować, przestraszyć, sprawdzić reakcję i cofnąć się dopiero wtedy, gdy koszt staje się zbyt wysoki.

Trump chwilowo odpuszcza Grenlandię, ale jednocześnie zwiększa presję w innych obszarach. Forsowana przez niego koncepcja własnej „Rady Pokoju” wpisuje się w ten sam schemat działania. Inicjatywa ta, przedstawiana jako narzędzie rozwiązywania globalnych konfliktów, ma niejasny mandat, nieprecyzyjne zasady funkcjonowania i wyraźnie polityczny charakter. W praktyce oznacza próbę stworzenia alternatywnego mechanizmu wobec Organizacji Narodów Zjednoczonych – bardziej elastycznego dla USA, mniej zakorzenionego w prawie międzynarodowym i łatwiejszego do wykorzystania jako instrument nacisku.

Stanowisko Unii Europejskiej wobec tej inicjatywy pozostaje ostrożne i pełne wątpliwości. Europejscy przywódcy sygnalizują zastrzeżenia dotyczące zgodności „Rady Pokoju” z Kartą Narodów Zjednoczonych, jej zakresu kompetencji oraz ryzyka podważania istniejącego porządku instytucjonalnego. Jednocześnie brak jednoznacznej, wspólnej odpowiedzi pokazuje, że także na tym polu Unia waha się między obroną zasad a chęcią uniknięcia kolejnego konfliktu z Waszyngtonem.

Mateusz Stolarz

Poprzedni

Rada Pokoju i polska prawica

Następny

Świat wstrząśnięty i zmieszany