Polska bez sojuszników

Prawdziwy sojusznik powinien być wiarygodny i niezawodny – na dobre i na złe. Polska nie ma takich sojuszników.

Od niepamiętnych czasów, strategia i praktyka sojuszów stanowiła o jakości i o efektywności polityki zagranicznej danego państwa i o sile (lub o słabości) jego pozycji na arenie międzynarodowej. Podobnie rzecz się ma w naszych czasach. I choć strategia tego rodzaju jest anachronizmem i wytworem z przeszłości, powstałym w warunkach zupełnie odmiennych jakościowo od współczesnych, to jednak utrzymywana jest ona nadal – z braku odpowiednich substytutów. Co więcej, instytucja partykularnych sojuszów różnego rodzaju (politycznych, ekonomicznych, militarnych i innych), stanowiąca zaprzeczenie zdrowego uniwersalizmu i regionalizmu, umacnia i rozszerza się w naszych czasach. Przykład licznych wielostronnych ugrupowań gospodarczych i NATO jest tego wymownym świadectwem.
Po prostu, w warunkach rosnącego zagrożenia oraz braku solidnych gwarancji pokoju, rozwoju i bezpieczeństwa na świecie, poszczególne państwa i narody są coraz bardziej niepewne, jeśli chodzi o ich przyszłość i dlatego poszukują powiązań sojuszniczych oraz pomocy od innych. Jest to, o ironio, wyrazem atawistycznych zachowań stadnych, występujących szczególnie wśród zwierząt, ptaków i ryb. Można oczekiwać, iż odwieczna strategia sojuszów, praktykowana nadal, ulgnie zmianie lub likwidacji po ustanowieniu nowego sprawiedliwego, demokratycznego i wielobiegunowego ładu międzynarodowego.
Polska ma przebogate i raczej przykre doświadczenia sojusznicze (szczególnie z sąsiadami) w swej burzliwej ponad tysiącletniej historii. W większości przypadków, są to jednak doświadczenia negatywne, za które nasz kraj zapłacił ogromną cenę. Przykładów nie trzeba szukać daleko: właśnie poprzez własną nieudolność oraz poronione i nietrafione sojusze, Polska utraciła status mocarstwa europejskiego i stała się państwem peryferyjnym; potem zniknęła na długo z mapy Europy (rozbiory), aby – po powrocie na tę mapę w swym bardzo okrojonym kształcie – paść ofiarą dwóch wojen światowych. Po zakończeniu tej drugiej, tzw. „sojusznicy” zachodni lekką ręką przekazali Polskę do radzieckiej (stalinowskiej) strefy wpływów (zmowa teherańsko – jałtańsko – poczdamska). Była to największa zdrada sojusznicza w całej historii Polski. Gdy sowietyzm upadł, wahadełko polskie znów zostało przesunięte na Zachód, a największy niegdysiejszy „przyjaciel i sojusznik” (Rosja Radziecka) stał się, irracjonalnie, największym „przeciwnikiem” (Rosja putinowska). Ciekawe, jak dalej ułożą się stosunki z nowymi „sojusznikami”, zwłaszcza, że złowieszcze czarne chmury pojawiają się również nad tym horyzontem.
Tytuł opracowania jest jak najbardziej zasadny nie tylko z uwzględnieniem naszych doświadczeń historycznych, lecz również najnowszych wydarzeń w zakresie rzekomych powiązań sojuszniczych z Zachodem oraz – ostatnio – poważnych i niepotrzebnych perturbacji polsko – amerykańsko – izraelsko – żydowskich. Są to perturbacje absolutnie irracjonalne, gdyż spory dotyczą (poza finansami) zaszłości historycznych, których nikt i nic już nie zmieni. Prawda jest jedna. Tymczasem racjonalizm i realizm nakazywałby sensowne wyciągnięcie wniosków z historii i zgodne budowanie wspólnej lepszej przyszłości bez popełniania starych błędów. Brak jednak chętnych do realizacji tego zadania. Ale i w tym przypadku: „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Bowiem, ww. perturbacje i spory działają jak papierek lakmusowy i katalizator, dzięki którym strony ukazują swe prawdziwe oblicza, oceny i zamiary. Jest to jednocześnie miernik jakości i wartości powiązań „sojuszniczych”. Polska powinna być traktowana przez kolejnych „starszych braci” partnersko i równoprawnie, a nie jako sługa i poddany. Bowiem takie „przyjaźnie” i takie „sojusze’ nie są warte ani funta kłaków.
I tu dochodzimy do sedna sprawy: otóż, „przyjaciele i sojusznicy zachodni” oraz starsi bracia w wierze popełniają dokładnie ten sam błąd makro w odniesieniu do Polski, (a Polska w stosunku do nich), jaki poczynili nie tak dawno temu ”przyjaciele i sojusznicy radzieccy”. Chodzi, mianowicie, o to, że w jednym i w drugim przypadku, owa „przyjaźń i sojusz” stanowiły raczej kategorie pseudo – propagandowe i surrealistyczne, a nie rzeczywiste i realistyczne. Bowiem, gdyby było inaczej, to przyjaźń i sojusz wytrzymałyby ciężką próbę współczesności i przetrwałyby po wsze czasy. I druga konkluzja z tego wynikająca: Polska, borykająca się pomiędzy rozmaitymi i niepewnymi „przyjaciółmi i sojusznikami”, znów została osamotniona na geopolitycznej mapie Europy i świata, pozbawiona autentycznych przyjaciół i sojuszników oraz jest torturowana nie tylko przez starszych braci w wierze, ale również przez antypolskich biurokratów unijnych, niektórych Niemców, Rosjan, Ukraińców i in. Jest to wyrazem totalnej klęski RP w jej dziwacznej i poronionej polityce zagranicznej oraz w nieudolnej strategii sojuszów. Nie należy szukać „sojuszników” daleko, a „przeciwników” blisko. Długofalowe konsekwencje tego stanu rzeczy mogą być bardzo groźne nie tylko dla naszego kraju, ale również dla Europy i dla całego świata. Niejednokrotnie już ostrzegałem przed niebezpieczeństwem „powtórki z historii”, tym razem w znacznie zwielokrotnionym wymiarze, a teraz znów ostrzegam jak tylko mogę najdonośniej.
Potrzeba reform:
jak wybrnąć z tej trudnej sytuacji? Starymi metodami nie rozwiąże się nawet starych problemów, nie mówiąc już o nowych. Niezbędne są dogłębne zmiany w teorii i w praktyce, w myśleniu i w działaniu oraz gruntowne, innowacyjne reformy w polityce zagranicznej i w strategii sojuszów. Prawda, to może potrwać latami, ale innego wyjścia nie ma. Rzecz oczywista, iż strategia sojuszów jest pochodną polityki zagranicznej każdego państwa. Problem jednak w tym, iż współczesna polityka zagraniczna i sojusznicza RP realizowana jest w oderwaniu od realiów geopolitycznych i systemowych – regionalnych, kontynentalnych (Euroazja) i globalnych; ponadto, jest ona zbyt (jednostronnie i tendencyjnie) proamerykańska. Polityka tego rodzaju nie uwzględnia obecnych gruntownych przemian dokonujących się w układzie sił na świecie (Azja – Pacyfik, Afryka Północna, Bliski Wschód, Europa Środkowo – Wschodnia i in.). Epokowym świadectwem tych przemian jest, np., powstanie i rozwój BRICS (Brazil – Russia – India – China – South Africa). Znamionuje to zaczątki wielobiegunowego układu sił i tzw. świata postamerykańskiego oraz kreowania zrównoważonego rozwoju (Sustainable Development) i humanizacji świata.
Dlatego też, zasadnicze zmiany na lepsze i zreformowanie polskiej polityki zagranicznej i strategii sojuszów będzie możliwe tylko przy spełnieniu kardynalnego warunku, jakim jest obalenie obecnego anachronicznego rządu i ustroju (systemu) neoliberalnego w RP oraz zastąpienie go innym – nowoczesnym i efektywnym (autentyczna demokracja parlamentarna, np. w stylu szwajcarsko – skandynawskim, z uwzględnieniem specyfiki polskiej, zamiast rządów kolesiów, koterii i grup interesów, unowocześniona społeczna gospodarka rynkowa, zagwarantowanie Polsce godnego miejsca w świecie wielobiegunowym – z zapewnieniem humanizacji i zrównoważonego rozwoju itp.). Po 1989 r. – żaden z dotychczasowych rządów polskich, centro – lewicowy czy też centro – prawicowy, nie zdobył się na taki przełom jakościowy!
Kluczowym warunkiem skuteczności polityki zagranicznej i strategii sojuszów każdego kraju jest ich kompleksowość. Z uwzględnieniem nadrzędnych interesów państwa i społeczeństwa – powinny one obejmować wszystkie (lub prawie wszystkie) jego zagraniczne priorytety (tzn. inne państwa, regiony, kontynenty, organizacje międzynarodowe i globalne merytoryczne problemy współczesności). Tymczasem, polityka zagraniczna i strategia sojuszów obecnych władz RP są nierealistyczne i fragmentaryczne oraz nie spełniają ww. warunku. Co więcej, nie ma w nich zwartego i jednorodnego systemu i programu oraz mechanizmów ich elastycznej modyfikacji i wyprzedzania (prognozowania) wydarzeń międzynarodowych o ważnym znaczeniu dla przyszłości RP. Nie brakuje za to przypadkowości, improwizacji i „radosnej twórczości”. Jest to więc polityka i strategia niezwykle pasywna (głównie – reakcja na wydarzenia) a nie aktywna i kreatywna (przewidywanie i wyprzedzanie wydarzeń oraz tworzenie przyszłych sytuacji i rozwiązań sprzyjających RP).
Po roku 1989 można wyodrębnić trzy wyraźne etapy w rozwoju RP i – w konsekwencji – jej polityki zagranicznej i strategii sojuszów : 1. fascynacja Ameryką – słabnąca teraz coraz wyraźniej i grożąca rozczarowaniem. Towarzyszy temu poszukiwanie polskiego miejsca w NATO i w tzw. układzie atlantyckim. 2. Zaambarasowanie Unią Europejską, przystąpienie do UE oraz mozolne dostosowywanie się do twardych realiów unijnych i nasilających się poczynań antypolskich – w kontekście pogarszającej się sytuacji międzynarodowej (pandemia kryzys, terroryzm, uchodźcy, nowe zagrożenia itp.). 3. Swoista bezradność i błądzenie po omacku w obecnej niebezpiecznej fazie przejściowej między systemami: minionym – jednobiegunowym (USA) i przyszłym – wielobiegunowym (BRICS, New Emerging Powers, organizacje kontynentalne i in.).
Neoliberalne władze RP, przywiązane ślepo do klamki mocodawców z USA i z Niemiec, nie są w stanie albo też nie chcą pojąć intelektualnie obecnych epokowych przemian w światowym układzie sił i wyciągnąć stąd właściwych wniosków dla RP oraz dla jej polityki i strategii. Dalsze utrzymywanie tego stanu rzeczy groziłoby bardzo poważnymi długofalowymi konsekwencjami i stratami dla państwa i dla narodu polskiego oraz dla jego miejsca w tworzącym się nowym ładzie globalnym. Słowem – władze RP prowadzą politykę zagraniczną i strategię sojuszów adekwatną raczej do realiów międzynarodowych z 19. i z 20. wieku, podczas gdy nasz kraj potrzebuje polityki i strategii na miarę problemów, potrzeb i możliwości 21. i 22. wieku. Niedopuszczalnym wyrazem fragmentaryczności takich poczynań RP na arenie międzynarodowej jest fakt, iż opierają się one tylko na dwóch „filarach” (US i UE), a powinny – przynajmniej na trzech najważniejszych (Azja – Pacyfik, BRICS, ASEAN, Chiny i in.).
Podobnie jak w polityce wewnętrznej, również w sferze stosunków z zagranicą, obecne władze RP wyolbrzymiają rolę czynników medialnych i manipulacyjnych wobec społeczeństwa oraz uprawiają nieznośną „propagandę sukcesów”, których, z reguły, nie ma. Faktem jest, iż przywódcy polscy podróżują dużo i daleko po świecie, ale tylko niewiele konkretnych korzyści wynika dla Polski z tych podróży. Bowiem, sumarycznie, w obiektywnej i w mojej subiektywnej ocenie – coraz bardziej słabnie rola i pozycja Polski na arenie międzynarodowej i to we wszystkich możliwych kontekstach: regionalnym, kontynentalnym (euroazjatyckim) i globalnym oraz politycznym, strategicznym (militarnym), ekonomicznym i kulturalnym, a także w odniesieniu do wielkich mocarstw, najważniejszych organizacji międzynarodowych i in. RP jest nadal niezbyt pożądanym partnerem do współpracy, jako kraj niewystarczająco konkurencyjny i innowacyjny. Ponadto, Polskę postrzega się, głównie, jako krainę wiecznie skłóconych polityków – niedoinwestowaną, nienowoczesną, średniowieczną (ideologicznie), rozhisteryzowaną (historycznie) – ale mającą wielkie pretensje i ambicje mesjanistyczne, mocarstwowe i globalne („mierzyć siły na zamiary…”). Takie odbieranie Polski w świecie jest również wynikiem braku jej odpowiedniej promocji na arenie międzynarodowej, co powinno być jednym z głównych zadań nowoczesnej polityki zagranicznej i strategii sojuszów naszego kraju. Ale nie jest.
Marni „sojusznicy”:
dla uzyskania realistycznego obrazu naszych najważniejszych „powiązań sojuszniczych”, dokonajmy syntetycznego przeglądu i oceny sytuacji w tej mierze, aby określić, co jest, a czego nie ma i co być powinno, żeby strategia sojuszów była efektywną instytucją z prawdziwego znaczenia i żeby dobrze służyła rozwojowi i bezpieczeństwu Polski. W tym celu zastosujemy podejście zasadniczo różniące się od dotychczasowego, a mianowicie, będziemy poszukiwać sojuszników blisko, a ewentualnych przeciwników daleko od naszego kraju.
Polska a Rosja: poronione i anachroniczne podejście władz RP wobec Rosji – to drugi po Chinach, pod względem skali i znaczenia, dramat i kardynalny błąd w ich polityce zagranicznej i sojuszniczej. W wyniku tego, marnowane są wielkie szanse i możliwości współpracy i rozwoju, co powoduje ogromne straty – i to na długie lata. Radykalne odwrócenie tej sytuacji jest też fundamentalnym warunkiem powodzenia w nowej polityce zagranicznej i sojuszniczej RP. Rosja bez Polski da sobie radę; ale Polska bez Rosji – nie! Małpowanie nie tak dawno temu w Polsce amerykańskiego „reset’u” wobec Rosji skończyło się raczej na słowach i na gestach, za którymi nie poszły konkretne dokonania oraz na pogarszaniu stosunków wzajemnych. Uwikłanie wielu polityków w cierpiętnictwo historyczne czy w tragedię smoleńską odbiera im rozum i trzeźwe spojrzenie ku przyszłości. Dlaczego, no dlaczego Polska nie może czy nie chce naśladować Niemiec (Angeli Merkel, Gerharda Schroeder’a i in.) w stosunkach z Rosją? Wniosek ogólny: Rosja – to dla Polski sztuczny przeciwnik (historycznie) i jeden z najważniejszych sojuszników (perspektywicznie); państwa sąsiadujące: przeanalizujmy teraz, pokrótce, inne najważniejsze z ww. kontekstów obecnej polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP – zaczynając od północnych sąsiadów, czyli od państw nordyckich i bałtyckich. Ogólna ocena: marazm, stagnacja i rutyna. A jeszcze nie tak dawno współpraca państw basenu Morza Bałtyckiego zapowiadała się w miarę pomyślnie. Demokratyczne i społeczno – gospodarcze wzorce skandynawskie, z poprawką na specyfikę polską, mogą z łatwością być dostosowane do naszych warunków. W regionie, już nawet Litwa „nie boi się” Polski. Spaliły na panewce aspiracje i podpowiedzi „demokratyzacyjne” władz warszawskich wobec Ukrainy, Gruzji i innych państw z naszego regionu. Teraz na tapecie oficjalnej Warszawy jest Białoruś – ale konsekwencje „starań” ze strony niektórych polityków polskich mogą być takie same j.w. albo jeszcze gorsze. (W tym kontekście – na tragikomiczną ironię zakrawały umizgi i pouczenia proamerykańskiego Wałęsy i Sikorskiego wobec Tunezji czy Libii, bowiem tamtejsze rewolucje islamskie miały, w większości, antyamerykański charakter i przeganiały precz ludzi Ameryki – Mubarak, Ben Ali, Saleh i in.).
Ponadto, koncepcja „partnerstwa wschodniego” jest dobra w kategoriach teoretycznych, ale w praktyce jawi się ona jako fata morgana. Nie da się zrealizować takiej koncepcji z pominięciem Rosji. Co więcej, ambicje niektórych polityków polskich do „liderowania” w regionie są nie do przyjęcia dla innych państw. Nie wolno narzucać im polskich niezbyt udanych wzorców i rozwiązań. Brakuje tu skromności i realizmu. Jeśli „Trójkąt Królewiecki” (Niemcy – Rosja – Polska) miałby być powtórką Trójkąta Weimarskiego, to lepiej – w ogóle – nie należałoby powoływać go do życia.
Dalej, na południe:

Słowacja i Czechy – to „normalka” bez rewelacji i bez nowości, a szkoda! No, i Węgry – to chyba jedyny na świecie taki przypadek pozytywnego stosunku i poparcia sojuszniczego wobec Polski. Trzeba to cenić i szanować. Nie da się wszakże zapomnieć o tym, iż niektórzy ówcześni przywódcy węgierscy skierowali wojska tego kraju do udziału… w bitwie stalingradzkiej (to symbol) po stronie hitlerowskiego Wehrmachtu. Generalnie jednak, węgierskie poparcie dla Polski, np. na forum Grupy Wyszehradzkiej i UE ma przyjacielski, ale raczej deklaratywny charakter, gdyż, praktycznie, Węgry za wiele nie mogą zdziałać w obecnej niezwykle skomplikowanej sytuacji w Europie i na świecie. Wniosek ogólny: niewykorzystane optymalnie sojusze z sąsiadami (do generalnego remontu);problem ukraiński – to specjalny casus w analizowanym kontekście. Trzeba pamiętać, iż „pierwszy majdan”, zafundowany naszym narodom i państwom przez „przyjaciół i sojuszników” amerykańskich, miał na imię: Stocznia Gdańska im. Wł. Lenina. Tam zapoczątkowano sławetne transformacje w naszym regionie i dopiero parę lat później pojawiły się kolejne majdany w Kijowie – ze znanymi konsekwencjami. Ukraina krwawi nadal i popada w coraz większą anarchię. Polskie wzorce nie znalazły tam zastosowania. Niektórzy decydenci polscy starali się być „ambasadorami” Ukrainy na różnych forach i bardzo liczyli na umocnienie sojuszu polsko-ukraińskiego, kiedy do władzy w Kijowie doszli bardzo proamerykańscy przywódcy. Nic dobrego z tego nie wyszło. Na Ukrainie górę wzięły silne i drzemiące tam tendencje nacjonalistyczne i antypolskie (banderowcy itp.), a mit o przyjaźni i o sojuszu polsko-ukraińskim staje się coraz bardziej niepewną fata morganą. Nie trzeba jednak tracić nadziei, że sytuacja może ulec poprawie przy odrobinie dobrej woli i zdrowego rozsądku z obydwu stron. Wniosek ogólny: zakończyć szarpaninę historyczną, zacząć współpracę od nowa – z myślą o przyszłych pokoleniach, nie skażonych piętnem przeszłości. Jednocześnie, fatalna polityka RP w świetle kryzysu ukraińskiego sprawia, iż Polska znalazła się niebezpiecznie na 1. linii frontu w konfrontacji globalnej między USA/NATO a Rosją!
Kontekst unijny: chyba mogłoby być z tym dużo gorzej niż jest, ale to zaledwie początek polskiej wyboistej drogi ku integrującej (a może już dezintegrującej) się w bólach Europie (Brexit itp.). Czeka nas jeszcze wiele trudności i niespodzianek nie zawsze przyjemnych (np. upadłość niektórych państw członkowskich UE i jej implikacje dla wszystkich, ewentualny krach „strefy euro”, „dwubiegowa” UE – z pomniejszeniem roli Polski i innych krajów „nowej Europy” czy wręcz upadek UE lub jej zredukowanie do pierwotnych rozmiarów, nasilone niemieckie komenderowanie Unią itp.). Jest dylemat: czy przystąpienie RP do UE to – przeważająco – „zasługa” polska czy też unijna? Obie strony wniosły zapewne swój wkład do tego dzieła. Jednak Unia bardziej potrzebowała rozszerzenia o inne kraje, także o Polskę – bowiem dusiła się już we własnym ciasnym gorsecie (starzenie się społeczeństw europejskich, za mały rynek zbytu, spadek konkurencyjności itp.). Dlatego też nowe rynki zbytu, większe możliwości lokat kapitałowych i zdolności produkcyjnych oraz powiększenie UE do rozmiarów, z którymi liczą się inne supermocarstwa, było bardzo potrzebne Europie Zachodniej, szczególnie rozkojarzonym merkelowskim Niemcom.
Nie należy więc przeceniać „zasług” polskich w tym względzie. Zresztą, gruntownego zastanowienia i rzetelnej oceny wymaga jeszcze dylemat: dla kogo owa (częstokroć fasadowa) przynależność jest bardziej opłacalna? Dla Polski, czy dla UE? Obawiam się, że bardziej dla UE. A to np. z powodu znacznych korzyści uzyskiwanych przez przedsiębiorstwa, banki i inne podmioty niemieckie i unijne na dość dużym i chłonnym rynku polskim (por.: wielkie hurtownie francuskie, niemieckie czy nawet portugalska „Biedronka” drenują ten rynek i kieszenie polskich konsumentów), wpływy z prywatyzacji, równoznacznej nierzadko z wyprzedażą za pół ceny polskiego majątku narodowego, dywidendy od kapitałów zachodnich ulokowanych w Polsce, obsługa polskiego zadłużenia zagranicznego, eksport polskiej siły roboczej i wiele innych).
RP jest więc raczej słabowitym partnerem dla innych krajów członkowskich UE, które spychają nas do gorszej (drugiej) kategorii tych krajów. Nie spełniły się prognozy dotyczące zaliczenia RP do czołowej „szóstki” unijnej – obok Niemiec, Francji, b. W. Brytanii, Włoch i Hiszpanii. Bowiem zadłużająca się po uszy i mało wiarygodna jest nie tylko Polska – lecz również Hiszpania, Włochy a nawet Francja. Obecny kryzys w eurolandzie oznacza jednocześnie kompromitację i znaczny uszczerbek dla wiarygodności UE. Bowiem nie sprawdziły się i nie zadziałały w praktyce mechanizmy ostrzegawcze przed załamaniem finansowym, np. w Grecji, w Irlandii, w Islandii, w Portugalii i w innych krajach. Polska, poprzez swe rosnące i już monstrualne sumaryczne zadłużenie i uzależnienie od partnerów zachodnich, jest na prostej drodze do „Grecji bis”. Obowiązkiem biurokratów z Brukseli było niedopuszczenie do tych kryzysów. A może komuś zależało na tym, żeby, np., Grecja splajtowała i została wyprzedana za bezcen!? Wniosek ogólny: zreformowanie i unowocześnienie Unii wydaje się tak trudne, że aż niemożliwe; plus alternatywa – albo biurokracja unijna zacznie traktować Polskę poważnie i równoprawnie, albo też Polska powinna rozważyć wystąpienie z UE; (nota bene: znaczna część uwag dotyczących stosunków RP – UE może być również odniesiona do relacji RP – NATO. Nie ma bowiem stuprocentowych gwarancji ze strony Sojuszu, że zapewni on bezpieczeństwo Polski (i innych państw członkowskich) na wypadek poważniejszej zawieruchy międzynarodowej, czy agresji na dużą skalę. Bowiem, w takich bezprecedensowych sytuacjach, fizyczne możliwości realizacji przez NATO zobowiązań sojuszniczych byłyby relatywnie ograniczone i zapewne niezbyt efektywne. Trzeba być realistą: w przypadku poważniejszej regionalnej czy globalnej konfrontacji militarnej, każda z armii natowskich bronić będzie, przede wszystkim, własnego kraju. Mało prawdopodobne, aby, np., Bundeswehra przyszła z pomocą Wojsku Polskiemu, czy Wojsko Polskie wspierało wtedy Bundeswehrę. Przecież NATO nie posiada własnych wspólnych, jednolitych i jednorodnych sił zbrojnych zdolnych do obrony wszystkich 29 państw członkowskich jednocześnie. Pozostaje wtedy błagać o wsparcie US Army, Navy i Air Force. I tu napotykamy na kolejny wielki dylemat, bowiem o takie wsparcie może zwrócić się do USA prawie 200 zagrożonych państw świata. Jednak pomoc amerykańską mogłoby uzyskać tylko kilka z nich: Kanada, Meksyk, W. Brytania, Arabia Saudyjska, Izrael, Japonia i (ewentualnie) Polska. Wniosek ogólny: również Sojusz NATO wymaga generalnych reform, modernizacji i adaptacji do obecnych i do przyszłych realiów kontynentalnych i globalnych, albo – po prostu – likwidacji, jako mało przydatny obecnie przeżytek zimnowojenny;
Niemcy, Francja, W. Brytania: swoistą ironią ponad tysiącletniej historii – ale i pewnym dokonaniem obydwu stron (polskiej i niemieckiej) – jest fakt, iż – wśród sąsiadów – Polsce współpracuje się stosunkowo najlepiej ze swym niegdysiejszym największym wrogiem. Metodami pokojowymi, współczesna RFN usiłuje uzyskać analogiczne wyniki (nowe rynki zbytu, źródła surowców, tania siła robocza itp.), które hitlerowska III Rzesza starała się osiągnąć na drodze wojny i zbrodni. Nie trudno wyobrazić sobie, jak wyglądałaby dziś gospodarka polska bez tak znacznych możliwości eksportu na pobliski rynek niemiecki?! Nie jest to jednak współpraca (dwustronna i wielostronna) całkowicie partnerska i równoprawna, a to z uwagi na miażdżącą przewagę RFN nad RP w wielu kluczowych dziedzinach (np. PKB, PKB per capita, siły zbrojne czy infrastruktura – nie przymierzając). Nie jest to również współpraca wolna od dających do myślenia stereotypów i podtekstów (Erika Steinbach, Ruch Autonomii Śląskiej, przyjaźń i współpraca niemiecko – rosyjska, drzemiąca, ale coraz aktywniejsza skrajna prawica i in.). Sprawa jest dość prosta: same Niemcy (czy Francja) – to za mały partner dla supermocarstw (Chiny, Indie, Rosja, USA, ASEAN, BRICS, Unia Afrykańska i in.); ale Niemcy (czy Francja) w składzie UE oraz UE – jako taka – to już poważny partner dla ww. supermocarstw.
Francja:

odwieczna miłość Polski do Francji jeszcze nigdy nie była tak nieodwzajemniona przez niewdzięczną Francję, jak w ostatnich latach. Z nostalgią można wspominać wizytę Generała Charles de Gaulle w pojałtańskiej Polsce i jego pamiętne zawołanie: „niech żyje Zabrze, najbardziej polskie z polskich miast”. A były to czasy ostrej walki o integralność terytorialną Polski i o uznanie granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Jeszcze Prezydent Valery Giscard d’Estaing spotykał się w podwarszawskim Wilanowie z Leonidem Breżniewem i z Edwardem Gierkiem w okresie sławetnego odprężenia w Europie i KBWE; ale później było już tylko coraz gorzej z każdym kolejnym Prezydentem francuskim. I tak to dotarliśmy do wymiany złośliwości z obydwu stron i do konfliktu caracalowego i in.! Ten stan rzeczy w stosunkach dwustronnych stanowi dla mnie, frankofona i frankofila, bardzo dużą przykrość i nieprzyjemną niespodziankę. Trzeba przerwać tę spiralę nonsensu – dla dobra obydwu stron i całej Europy.
W. Brytania: niektórzy polscy decydenci, rozczarowani niską jakością, a nawet antypolskością, preferowanych „sojuszników”, starają się, trochę z przymusu i na siłę, poszukiwać przyjaźni i powiązań sojuszniczych z W. Brytanią i trochę w trosce o interesy licznej Polonii w W. Brytanii. Nie ma w tym nic złego. Starania te napotykają jednak na poważną przeszkodę i niewiadomą w postaci konsekwencji Brexitu, czego doświadczenia mogą stanowić pewien prawzór dla ew. Polexitu. Gdyby okazało się, że Zjednoczone Królestwo, któremu przecież grozi dezintegracja (Szkocja), rzeczywiście pragnie zostać czołowym i autentycznym sojusznikiem RP w Europie Zachodniej, to OK?! Ale, gdyby UK znów starało się wykorzystywać atut polski instrumentalnie w swych rozgrywkach z Niemcami i z Francją, to nie OK.
Nie wracając do niektórych mrocznych kart historii polsko-brytyjskiej, trudno wszakże zapomnieć o tym, że Winston Churchill był jednym z tych, którzy sprzedali powojenną Polskę Stalinowi i że określone siły brytyjskie kryją się za zabójstwem gen. Wł. Sikorskiego, czego dokumentów Londyn nie chce ujawnić do tej pory. Zapewne Polska pojałtańska wyglądałaby już dawno inaczej (korzystniej), gdyby generał żył i działał dla kraju. Biorąc wszakże pod uwagę plusy i minusy współpracy i sojuszu polsko-brytyjskiego, na przyszłość życzę mu jednak jak najlepiej. Let us wait and see. Wniosek ogólny: trzy główne mocarstwa „starej Europy” nadal traktują (w sumie) Polskę jako państwo i społeczeństwo gorszej kategorii („ubogi krewny”), jako intratny rynek zbytu, źródło siły roboczej i poważnych dochodów (dywidendy, wpływy podatkowe, „odsypy” z niemałych funduszów unijnych przekazywanych Polsce itp.).
Stany Zjednoczone: międzynarodowa pozycja największego „sojusznika” RP słabnie coraz bardziej w konfrontacji z New Emerging Powers, ale USA starają się jednak trzymać nasz kraj jak najdłużej – krótko na swej smyczy. Ludzie Ameryki w Polsce pomagają im w tym wytrwale i beznadziejnie. Stanom zależy na tym, aby RP nie stała się wyłączną domeną UE i nie zbliżała się do Rosji i do Chin. Tworzy się sytuacja, w której Polska staje się pionkiem czy też kartą przetargową w grze supermocarstwowej (szczególnie w czworoboku: UE – USA – Chiny – Rosja). Bardzo źle to wróży naszemu krajowi na przyszłość. W tej sytuacji, wręcz rewolucyjnych przemian i odwrócenia obecnej sytuacji wymgają stosunki między RP i USA. W okresie transformacji rozwijają się one pod dyktando Waszyngtonu – na poniżającej zasadzie: „pan każe, sługa musi”. Nawet w czasach radzieckich, Polska dysponowała większą dozą elastycznego manewru wobec „starszego brata” niż w czasach amerykańskich. De facto, USA przekształciły RP w swoją półkolonię – pod każdym względem. W piorunującym tempie dokonuje się nadal amerykanizacja kluczowych aspektów życia politycznego, społecznego, kulturalnego, językowego i gospodarczego oraz polityki zagranicznej RP. Negatywne skutki tego dla Polski ujawnią się w pełni dopiero po pewnym czasie, kiedy wykształci się nowy układ sił światowych, w którym miejsce USA będzie dużo słabsze niż obecnie. Także w przypadku amerykańskim mamy do czynienia z żałosnymi manipulacjami dotyczącymi kwestii budżetu federalnego i uregulowania olbrzymiego zadłużenia publicznego (i innego – razem ponad 160 bln USD).
System amerykański i „American Dream” nie jest już wzorcem dla nikogo. Nawet w Stanach trwają gorączkowe prace nad znalezieniem nowego systemu i lepszego modelu rozwoju (nota bene: rozwiązania chińskie są tam bardzo atrakcyjne, szczególnie dla przedsiębiorców). Gdyby to nie nastąpiło, będziemy świadkami dekompozycji USA i upadku kolejnego „imperium”. Nie ma więc merytorycznych powodów, aby dalej kurczowo trzymać się amerykańskiego „starszego brata”. Rozumieją to już prawie wszyscy ludzie na świecie – z wyjątkiem fanatycznych urzędników proamerykańskich i neoliberałów w RP (vide: casus fort Trump i in.).
Nasz kraj i nasz naród zapłacił już ogromną cenę, także w kategoriach finansowych, za łaskawe przygarnięcie nas pod „skrzydełka amerykańskie”. Polska potrzebować będzie chyba ze 100 lat, żeby – ewentualnie – wyplątać się z ogromnego zadłużenia łącznego (ok. 10 bln zł), w jakie wpędził nas neoliberalizm amerykański i polski. Oto skutki małpowania amerykańskiego „życia na kredyt” w biednym kraju, którego na to nie stać.
Generalnie – sytuację można ocenić tak: pokojowe i relatywnie po niewielkich kosztach przeciągnięcie RP do amerykańskiej strefy wpływów było, jak do tej pory, znacznie bardziej korzystne dla USA i dużo mniej korzystne dla Polski. Wszyscy znają konkretne i bardzo liczne przykłady uzasadniające tę tezę. Owe korzyści amerykańskie idą w dziesiątki, ba – być może – nawet w setki miliardów dolarów – poczynając od planu Sachsa/Balcerowicza – do tej pory. Tego nie da się dokładnie wyliczyć. Jednakże sytuacja Polski wobec USA też ulega dramatycznym przewartościowaniom. Kiedyś, w czasach systemu dwubiegunowego, Polska była cennym nabytkiem dla Stanów Zjednoczonych w walce ze Związkiem Radzieckim. Teraz już nie ma takiej potrzeby. Efekt – mimo wszystko i coraz bardziej RP staje się „kulą u nogi” USA. Może ona liczyć jeszcze na pewną tolerancję i na pobłażliwość słabnącego i potrzebującego pomocy „starszego brata” – ale nie na konkretne korzyści z jego strony.
Słowem, sojusz polsko – amerykański traktowany jest bardzo instrumentalnie przez USA i – coraz wyraźniej – na zasadzie: „Murzyn (polski) zrobił swoje, Murzyn powinien odejść…”. Analogia między kolejnymi „starszymi braćmi” narzuca się sama przez się: konający Związek Radziecki nie był w stanie pomóc (ani też zaszkodzić) Polsce. Podobnie – słabnące Stany Zjednoczone coraz mniej potrzebują Polski i nie chcą jej pomagać, zwłaszcza że mają one znacznie więcej takich wymagających „klientów” na świecie. W konsekwencji, w polskiej polityce zagranicznej i w strategii sojuszów pojawia się coraz bardziej wyrazista próżnia postamerykańska, której nieoliberałowie nie zdołają i nie potrafią wypełnić. Zrobią to za nich inni – a jeśli nie, to próżnia w polityce i w strategii wypełni się samoczynnie.
Co gorsza, z punktu widzenia wymagań i zagrożeń dla bezpieczeństwa kraju, sytuacja strategiczna Polski nie jest bynajmniej tak dobra i komfortowa – jak prezentuje to oficjalna propaganda rządowa. Np. nasila się dwoisty kryzys (pandemia, ekonomia), zagrożenie terrorystyczne, ekologiczne, klimatyczne, imigracyjne, epidemiologiczne, internetowe, kosmiczne itp. Nawet umiłowanie USA, przynależność RP do UE i do NATO (w obecnym kształcie) nie zapewnia nam odpowiednich gwarancji bezpieczeństwa. Nasz kraj nie ma niezawodnego sojusznika „na śmierć i na życie”. Są to raczej sojusznicy koniukturalni i teoretyczni. W praktyce – historia z „pomocą” zachodnią tuż przed II wojną światową i w jej trakcie może się powtórzyć. W większości przypadków, rzeczywiste gwarancje bezpieczeństwa (np. militarnego) zastępowane są złudną grą pozorów i mylącym słowotokiem propagandowym.
W kontekście amerykańskim, słów kilka o pogorszeniu stosunków polsko – izraelsko – żydowskich. To niedobre zjawisko. Jest w Polsce niemało decydentów i zwolenników traktowania Państwa Izrael i diaspory żydowskiej, szczególnie w USA, jako jednych z głównych sojuszników RP. Można i tak. I oto nagle, w lutym 2018 r., ludzi tych spotkała niemiła niespodzianka i zimny prysznic, który jeszcze nie oznacza ich otrzeźwienia i wkroczenia na ścieżkę realizmu. Wybuchła bombka z opóźnionym zapłonem pod pretekstem sprzeciwu izraelsko – żydowskiego wobec modyfikacji ustawy o IPN oraz w wyniku odmiennego podejścia stron do kwestii antysemityzmu, antypolonizmu, holocaustu, „polskich obozów śmierci”, polskiego nacjonalizmu i in. Okazało się ponownie, iż do tanga sojuszniczego potrzeba dwojga – zgodnie z powiedzeniem: w tym to cały jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz, a także wzajemnego zrozumienia i poszanowania.
Tymczasem, starsi bracia w wierze niezmiennie traktują Polskę (nierzadko z obrzydzeniem i z pogardą) w kategoriach koniunkturalnych i instrumentalnych – jako wygodne narzędzie dla podsycania straszaka antysemityzmu w świecie oraz dla kultywowania nadziei na korzyści materialne. Taką drogą daleko nie zajdziemy i, co gorsza, nie rozwiążemy istniejących problemów. Racjonalnym wyjściem z sytuacji, nie tylko w tym przypadku, jest porzucenie obsesji i animozji historycznych oraz poważne zajęcie się rozwiązywaniem problemów współczesności i przyszłości – z jednoczesnym unikaniem wszelkimi siłami „powtórki z historii”. Wniosek ogólny: dotychczasowy kierunek, metody i treści polsko – amerykańsko – izraelsko – żydowskich stosunków wzajemnych, także „sojuszniczych”, prowadzą donikąd. Ich dalsze utrzymywanie może spowodować poważne straty lub, wręcz, totalną porażkę wszystkich zainteresowanych stron. Potrzeba reform i renesansu w tej mierze jest ewidentna.
Chiny – Polska:

w analizowanym globalnym kontekście „sojuszniczym”, wielkie i coraz większe chińskie mocarstwo rozwijające się jawi się jako najpoważniejszy i perspektywiczny partner oraz autentyczny sojusznik Polski i wielu innych krajów. Prawda ta dociera powoli, ale coraz wyraźniej do mózgów wielu decydentów. Do tej pory, niewybaczalnym błędem politycznym, strategicznym i gospodarczym było i jest lekceważenie czynnika chińskiego w polityce zagranicznej i w strategii sojuszniczej wcześniejszych i obecnych władz RP. Prezentują one, w odniesieniu do ChRL, podejście bazujące na surrealistycznych kryteriach ideologicznych i nadal „walczą z komunizmem” w Chinach (nota bene: w praktyce chińskiej, po 1949 r., nigdy nie było, nie ma i nie będzie komunizmu – pozostaje on jedynie kategorią teoretyczną). Eksport polski do Chin tak ma się nadal do chińskiego eksportu do Polski, jak 1 : 15! Oficjalna Warszawa postępuje więc dokładnie odwrotnie niż Bruksela, Berlin i inne stolice europejskie oraz prawie wszystkie państwa świata. Plasujemy się około 80-tego miejsca w globalnym rankingu największych partnerów zagranicznych ChRL.
Rzecz jednak w tym, iż – wskutek lekceważenia Chin i zaniechania optymalnej współpracy politycznej, społecznej i gospodarczej z nimi po 1989 r. – Polska poniosła ogromne straty finansowe idące (orientacyjnie) w setki miliardów euro (niewystarczające obroty handlowe i nakłady inwestycje itp.), nie licząc innych raczej niewymiernych strat polityczno – społecznych. Dlatego też kardynalnym warunkiem zwiększenia efektywności analizowanej nowej polityki zagranicznej i strategii sojuszów jest odstąpienie od poronionego i wielce szkodliwego podejścia władz RP do ChRL, do BRICS, do G17+1 i do rozszerzania współpracy z całą strefą Azji i Pacyfiku (to 3. niezbędny i rozwojowy „filar” polityki zagranicznej – przy jednoczesnym zachowaniu i optymalizacji pozostałych dwóch tradycyjnych i słabnących „filarów” atlantyckich: UE i US).
Powstaje sytuacja raczej niekorzystna dla RP: oto, bowiem, nie tylko USA i Niemcy, ale również Chiny umacniają zdecydowanie swoją obecność polityczną, strategiczną i gospodarczą w państwach sąsiadujących z Polską, szczególnie w Rosji, nawet na Ukrainie, na Węgrzech, na Bałkanach i in. Na tym tle RP staje się swoistą „białą plamą” w kręgu ww. państw współpracujacych efektywnie z Chinami. Ale krąg ów zaciska się coraz mocniej wokół Polski, która, wcześniej czy później, zostanie do niego włączona – nawet wbrew woli niektórych antychińskich decydentów w RP. Po prostu, nolens volens, Polska zostanie niejako wciągnięta automatycznie do wspólnych przedsięwzięć unijno – chińskich, euroazjatyckich i in., np., w infrastrukturze (drogi, koleje, transport morski i lotniczy), kooperacja przemysłowa i rolna, turystyka, energetyka, ochrona środowiska, bezpieczeństwo międzynarodowe i wiele innych. Wniosek ogólny: nie marnować poważnych szans rozwojowych, jakie zapewnia Polsce wszechstronna współpraca z Chinami, nasz udział w wielkich przedsięwzięciach chińskich (Nowy Szlak Jedwabny, budowanie wspólnej przyszłości całego świata, G17+1 i wiele innych).
Reszta świata:

jak stwierdziłem powyżej, wielkim błędem o negatywnych konsekwencjach strategicznych i długofalowych jest ograniczona i nierealistyczna „dwufilarowość” obecnej polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP: amerykocentryzm i eurocentryzm. W epoce nowej globalizacji, polityka zagraniczna i strategia sojuszów RP jest daleka od globalnego rozmachu, odpowiedniej dynamiki i szerokiego zasięgu. W wyniku tego, władze RP koncentrują się irracjonalnie na przeważającej mniejszości potencjału światowego (np., USA + UE – to zaledwie około 10% ludności, czyli konsumentów, planety Ziemia). Bez wątpienia, szczególnie USA dysponują nadal liczacą się hard power (siły zbrojne, potencjał kosmiczny, nowe technologie, agresywna nowa doktryna militarna i in.). Ale znaczenie tych ich atutów w polityce globalnej będzie się zmniejszało – w miarę zmiany układu sił w świecie oraz przesuwania się centrum rozwoju naszej cywilizacji ze strefy Północnego Atlantyku do Azji i Pacyfiku. Słowem, mieć potencjał hard power – to jedno, ale móc go wykorzystać praktycznie we własnych egoistycznych celach – to dziś zupełnie coś innego. Przy obecnym podejściu władz RP do sytuacji globalnej, reszta świata jest niezwykle niedowartościowana. Tymczasem właśnie na innych kontynentach (tzw. 4A = Azja/Pacyfik, Afryka, Ameryka Łacińska i Australia) dokonują się radykalne przeobrażenia zmieniające oblicze Ziemi i układ sił globalnych dotychczas istniejący. Polska nie uczestniczy w tych procesach w sposób adekwatny do swych potrzeb i możliwości (np. nieobecność w G-20 czy bezczynność na innych ważnych forach globalnych). Dekoracyjny fotel niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ – to za mało. Wniosek ogólny: pilna potrzeba innowacyjnej globalizacji polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP.
Organizacje międzynarodowe:
Powyższe uwagi dotyczące kulejącej polskiej „geopolityki” i braku odpowiedniej reakcji na zmiany następujące szybko w układzie sił światowych odnoszą się także do niewystarczającej aktywności RP na forum organizacji międzynarodowych różnego rodzaju. Jest ich coraz więcej (już około 70.000) – rządowych i pozarządowych, globalnych, kontynentalnych i regionalnych, wielobranżowych i jednobranżowych, jawnych i niejawnych, cywilnych i wojskowych, wyznaniowych, etnicznych itp. Nie ma już chyba takiej takiej dziedziny życia i działalności ludzkiej, która nie byłaby przedmiotem zainteresowania odpowiednich organizacji międzynarodowych? W tej dziedzinie, nasza cywilizacja doszła już dość dawno temu do górnej granicy wytrzymałości i absurdu. Paradoks sytuacyjny polega na tym, iż – kiedy organizacji międzynarodowych przybywa – to coraz bardziej dramatycznych problemów cywilizacyjnych powinno ubywać – m.in. w wyniku szlachetnej działalności tychże organizacji. Tymczasem jest wręcz odwrotnie (vide: niewymowne dramaty dzieci afrykańskich, syryjskich i in.).
Mnogość organizacji, ich mało realistyczne programy działania, zbiurokratyzowanie i „dublowanie” działalności, plaga stereotypów i starych nawyków, pożeranie pieniędzy na (jakże często) mało efektywne poczynania – to tylko niektóre grzechy zagęszczającej się sieci organizacji międzynarodowych. Permanentny już kryzys i coraz większa niewydolność ONZ oraz tzw. United Nations’ Family (np. w przypadku wojny syryjskiej), biurokratyczna ociężałość UE oraz demoralizacja na szczytach władzy, np., w MFW, są tego szokującymi przykładami. Wyczyszczenie augiaszowych stajni organizacji międyznarodowych jest wielkim wyzwaniem, potrzebą chwili i zadaniem graniczącym wręcz z niemożnością (wściekły „opór materiii”).
Kulejący pseudosystem organizacji międzynarodowych wymaga radykalnych cięć i reform. Jego dalsze utrzymywanie nie ma sensu oraz uzasadnienia merytorycznego, formalnego, finansowego i logistycznego. Zmniejszenie o połowę obecnej liczby organizacji międzynarodowych byłoby bardzo pomocne dla społeczności globalnej i zwiększyłoby znacznie sprężystość, jakość i efektywność działania tych organizacji, które pozostaną. Obecny układ organizacji międzynarodowych sięga swymi korzeniami czasów bezpośrednio postjałtańskich i zimnowojennych. Teraz jednak kontekst ogólny i szczególny ich działalności jest diametralnie odmienny niż kiedyś. Stosunkowo najbardziej radykalna komasacja przydałaby się, np., w zakresie niezliczonych organizacji społecznych, humanitarnych, związkowych itp. Chyba najlepiej widać to też przez pryzmat impotencji organizacji międzynarodowych w dziedzinie tzw. nowych zagrożeń (terroryzm – także internetowy, klęski żywiołowe, niszczenie środowiska naturalnego, zmiany klimatyczne, zagrożenia kosmiczne, migracje ludnościowe, nowe choroby, Covid-19 i inne i epidemie, analfabetyzm, klęska głodu i braku wody pitnej, degradacja i demoralizacja społeczna, nie tylko narkomania czy pornografia itp. itd.).
Nie ma chyba takiej organizacji międzynarodowej, która, w większym czy w mniejszym stopniu oraz z uwzględnieniem swej specyfiki, nie zajmowałaby się problematyką nowych zagrożeń?! Skutek tego stanu rzeczy jest taki, iż wszyscy lub prawie wszyscy interesują się ww. problemami fragmentarycznie, a nikt nie rozwiązuje ich kompleksowo i całościowo (np. w kwestii uchodźców, pomocy humanitarnej, służby zdrowia i in.). Nic przeto dziwnego, iż nowych zagrożeń stale przybywa, zaś ostrość tych, które już występują, zwiększa się z każdym dniem. Dlatego też imperatywem najwyższej rangi jest utworzenie specjalistycznej organizacji globalnej, która rozwiązywałaby całościowo problemy nowych zagrożeń i porozumienie się odnośnie do rezygnacji przeróżnych organizacji nieprofesjonalnych z takiej działalności. Analogiczna specjalistyczna organizacja globalna powinna powstać ds. humanizacji i optymalizacji rozwoju społeczno-gospodarczego ludzkości, zastępując dotychczasowych impotentów w tej mierze. Ww. reformy powinny stać się integralną częścią budowania nowego wielobiegunowego ładu światowego, zaś Polska (w której także przybywa organizacji międzynarodowych i ich oddziałów) powinna odgrywać czołową rolę w procesie reform i restrukturyzacji. Tymczasem jednak w poczynaniach RP na forum organizacji międzynarodowych przeważa rutyna, konserwatyzm i bezczynność – w wielu wypadkach. Trudno oczekiwać, aby każdy kraj funkcjonował aktywnie na forum wszystkich czy prawie organizacji międzynarodowych. Trzeba wybierać tylko najważniejsze, najsprawniejsze i najbardziej pomocne.
Natomiast władze polskie koncentrują się tylko na kilku wybranych organizacjach, jak np.: NATO, UE, ONZ i OECD (w mniejszym stopniu) oraz na niektórych regionalnych (np. Trójkąt Weimarski i Grupa Wyszehradzka). Te ostatnie są mało efektywne i przypominają raczej wysłużone dekoracje teatralne. To zdecydowanie za mało. Również w polskim przypadku należy zlikwidować lub wycofać się z około połowy organizacji międzynarodowych mających znamiona postjałtańskie i zimnowojenne. Wyjściem z sytuacji jest wyselekcjonowanie organizacji najefektywniejszych i najbardziej potrzebnych Polsce w obecnej sytuacji wewnętrznej, regionalnej, euroazjatyckiej i globalnej; a to w następujących dziedzinach: politycznej, społecznej, strategicznej, ekonomiczno-finasowej, naukowo-technicznej, innowacyjnej, kulturalnej i międzynarodowej. Należy też nawiązać nowatorską współpracę z nowymi liczącymi się organizacjami międzynarodowymi, jak np.: G20 czy BRICS, ASEAN, Unia Afrykańska, Organizacje państw z obydwu Ameryk i in.
Formalnie, MSZ odpowiada za inspirowanie, kreowanie i realizację polityki zagranicznej i strategii sojuszów. Ono też powinno być jej głównym organizatorem i koordynatorem. Ale nie jest. Bowiem, w istocie rzeczy, w warunkach totalnej i – skądinąd – wskazanej decentralizacji współpracy podmiotów polskich z zagranicą, jest tyle „polityk zagranicznych mikro”, ile podmiotów utrzymuje takie kontakty. Przy czym jeden nie wie, co robi drugi? Mało kto koordynuje te poczynania z partnerami krajowymi, co – w atmosferze zawiści, podejrzliwości i niezdrowej rywalizacji, doprowadziło do bezprecedensowego poziomu anarchizacji i bałaganu w sferze kontaktów Polski z zagranicą. Na szczeblu centralnym jest kilka głównych ośrodków usiłujących uprawiać własną „politykę zagraniczną makro i mikro”: Kancelaria Prezydenta, Kancelaria Premiera, Sejm RP, Senat RP, MSZ (naturalnie) i tzw. resorty siłowe (obrona, sprawy wewnętrzne). Analogiczne ambicje dyplomatyczne mają także wszystkie pozostałe ministerstwa i instytucje centralne oraz niezliczone podmioty terenowe. Dramatyczną ilustracją braku koordynacji poczynań między nimi jest, np., doprowadzenie do katastrofy i do zbrodni smoleńskiej. Wniosek ogólny: aktywnie dążyć do optymalizacji i do uzdrowienia globalnego systemu organizacji międzynarodowych oraz lepiej wykorzystywać ów system dla umacniania powiązań sojuszniczych RP z tymi organizacjami i z innymi państwami w ramach dyplomacji wielostronnej.
Polskie słabości sojusznicze:
RP może realizować skuteczną strategię sojuszniczą i odnosić odpowiednie korzyści z tego tytułu jedynie pod warunkiem, że będzie miała coś atrakcyjnego i cennego do zaoferowania obecnym i potencjalnym partnerom. Tymczasem, w tej sprawie nasza sytuacja nie prezentuje się bynajmniej w różowych kolorach. I tak, w sferze politycznej – nie jest prawdą, iż w wyniku transformacji i realizacji określonej polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP od 1989 r., umocniła się polityczna i sojusznicza pozycja Polski na arenie międzynarodowej. Wręcz przeciwnie, wbrew pozorom i sloganom propagandowym, jest ona nadspodziewanie słaba. Najnowsze perturbacje Polski w odniesieniu do UE, US, Rosji, Niemiec, Francji, Ukrainy, Izraela i diaspory żydowskiej są tego wymownym przykładem. Sytuacja w tej mierze nie ulega poprawie od dłuższego już czasu. Trudno wskazać choćby jedno państwo, czy grupę państw, która prezentowałaby się jako absolutnie niezawodny sojusznik polityczny Polski na arenie międzynarodowej.
Nasza pozycja geopolityczna jest relatywnie stabilna w czasach pokoju i spokoju społecznego, ale nie ma pewności, co może stać się z Polską, np., podczas gwałtownego zaostrzenia sytuacji wewnętrznej czy międzynarodowej, wzrostu napięcia w stosunkach regionalnych, zmasowanych ataków terrorystycznych czy wielkich klęsk żywiołowych? Obok mało efektywnej polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP, jest wiele innych przyczyn tego niekorzystnego stanu rzeczy. Jedną z najważniejszych jest fakt, iż nieustabilizowana, niespójna, zaściankowa i rozkojarzona sytuacja w polityce wewnętrznej RP rzutuje bardzo negatywnie na jej ww. słabowitą pozycję na arenie międzynarodowej i utrudnia (a czasem wręcz uniemożliwia) prowadzenie nowatorskiej i efektywnej polityki zagranicznej oraz realizowanie efektywnej strategii sojuszów. Fatalne wrażenie na partnerach zagranicznych robi ogromna skala korupcji i złodziejstwa w neoliberalnej Polsce. Poza wszystkim, rzutuje to negatywnie na wiarygodność decydentów polskich na arenie międzynarodowej. Jednak najważniejszą przyczyną tego stanu rzeczy są polskie słabości i nijakość systemowa. Na dobrą sprawę, i obywatele RP i partnerzy zagraniczni nie wiedzą, jaki ustrój panuje w Polsce i kto sprawuje najwyższą władzą decyzyjną? Jedni mówią, że panuje tu nadal neoliberalizm, a inni – że społeczna gospodarka rynkowa. Dlatego też, obok konieczności obalenia skompromitowanego i kryzysogennego ustroju neoliberalnego w RP, drugim kardynalnym warunkiem wypracowania i prowadzenia nowej polityki zagranicznej i strategii sojuszniczej RP jest znormalizowanie i modernizacja jej polityki wewnętrznej pod każdym ważnym względem.
Problematyka strategiczna :

„osiągnięcia” w tej mierze na arenie międzynarodowej są skrzętnie wyolbrzymiane przez władze RP, szczególnie w kontekście udziału żołnierza polskiego w amerykańskich działaniach bojowych i szkoleniowych w Iraku i w Afganistanie, czy też na innych teatrach działań wojskowych poza granicami kraju. W pewnym sensie, nasz żołnierz stał się, w takich przypadkach, mało pomocnym adiutantem niegdysiejszych „żandarmów światowych” (USA i NATO). W tej mierze pojawiają się jednak u władz RP pewne przebłyski otrzeźwienia i zastanowienia, jak, np., w kwestii odmowy udziału Wojska Polskiego w awanturze libijskiej. Realizm nakazuje spojrzenie na delikatne zagadnienia strategiczne przez pryzmat analizy i interpretacji autentycznej, zgodnej z faktami. Już dziś bowiem można stwierdzić, iż przyłączenie się Wojska Polskiego do ww. operacji i bezkrytyczne małpowanie US Army i NATO w zakresie „wars on terror” czy „preemptive strikes” przynosi Polsce same dotkliwe straty i nie daje żadnych wymiernych korzyści. To wielki błąd strategiczny (i polityczny – w znacznej mierze), za który przyjdzie nam dużo i długo jeszcze płacić (zwiększające się prawdopodobieństwo odwetowych ataków terrorystycznych przeciwko Polsce itp.). Niektórzy decydenci odeszli od chlubnej tradycji polskiej („o waszą wolność i naszą…” itp.) oraz dali się wciągnąć do amerykańsko – natowskiej „strategii silniejszego” – przy pomocy prawa pięści i polityki kanonierek w nowej odmianie – w dodatku za pieniądze podatników z naszego kraju.
Neoliberałowie polscy, ze swą obsesyjną i nieludzką ideologią pięniądza, doprowadzili do bezprecedensowego kryzysu w siłach zbrojnych RP – w kategoriach materialnych i potencjału obronnego. Towarzyszy temu degeneracja moralna i wykorzystywanie wojska w celach sprzecznych z jego przeznaczeniem (obsługiwanie uroczystości religijnych, sczepień ochronnych itp.). Dotkliwy jest także brak nowoczesnej doktryny wojskowej, adekwatnej do obecnych warunków szczególnych (RP i WP – w NATO) i ogólnych (utrzymywanie się wysokiego stanu napięcia w stosunkach globalnych, nowy wyścig zbrojeń, konflikty regionalne itp.). W sposób wypaczony i z premedytacją wyolbrzymia się wiodącą rolę USA i NATO – jako głównych gwarantów bezpieczeństwa Polski w aspekcie militarnym (fetyszyzowanie art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego itp.). To jest tylko mniejsza część prawdy. Większa część prawdy polega bowiem na tym, jak wspomniano powyżej, iż – w przypadku wybuchu kilku regionalnych konfliktów militarnych czy jednego globalnego oraz zaangażowania sił zbrojnych USA i NATO na różnych teatrach działań bojowych jednocześnie, siły te nie będą miały ani czasu, ani możliwości ani nawet chęci pomagania Polsce. Powiedzą, jak mawiają neoliberałowie: radźcie sobie sami. Żałosne perypetie związane z urządzeniem tu tarczy antyrakietowej czy ze stacjonowaniem jednostek US Army na terytorium RP są tego wymownym przykładem – nawet w czasach względnego wzrostu napięcia regionalnego. Słowem, władze RP nie mają wystarczającej woli politycznej, rozeznania futurologicznego, odpowiednich elementów i instrumentów natury strategicznej i militarnej celem wspierania nimi poczynań w polityce zagranicznej i w strategii sojuszniczej.
Aspekty gospodarcze:

w normalnej sytuacji jest tak, iż potencjał gospodarczy danego kraju (szczególnie – produkcja towarów i usług, wartość PKB i PKB per capita, inwestycje, wolumen eksportu, rezerwy walutowe, stopa wzrostu gospodarczego itp.) powinien być najpoważniejszym czynnikiem i atutem materialnym wspierającym politykę zagraniczną i strategię sojuszniczą tegoż kraju. I na odwrót – polityka zagraniczna i strategia sojusznicza powinny stymulować rozwój gospodarczo – społeczny i stwarzać dlań jak najlepsze warunki zewnętrzne. Klasycznym i wybitnym przykładem takiego właśnie kojarzenia tych funkcji i instytucji są Chiny (np. dual circulation, podwójny obieg, krajowy i zagraniczny, w życiu gospodarczym), Niemcy, Francja, (kiedyś) Japonia i wiele innych krajów. Tymczasem, we współczesnej Polsce brak jest odpowiedniej korelacji między rozwojem gospodarczym a polityką zagraniczną i sojuszniczą. Kontakty ze światem zewnętrznym, podejmowane w ramach tej ostatniej, rzadko kiedy przynoszą konkretny pożytek gospodarce polskiej. Zaś gospodarka nie wspiera polityki zagranicznej i sojuszniczej w niezbędnej i optymalnej skali.
Przyczyn tego niekorzystnego stanu rzeczy jest wiele – np. tradycyjna i pokutująca nadal polska niechęć do wykorzystywania instrumentów ekonomicznych w polityce zagranicznej i sojuszniczej („minister, ambasador, dyplomata nie może być komiwojażerem…”), co obecnie jest bardzo szkodliwym absurdem. Po drugie, a to jest uboczny rezultat transformacji na zasadach ekstremalnego neoliberalizmu a l’americaine: czym i jak może gospodarka polska wspierać polską dyplomację, skoro ponad 80% majątku narodowego RP jest już w obcych rękach!? Tzw. gospodarka polska została już sprowadzona, w znacznej mierze, do roli podwykonawców. Tego nie da się wytłumaczyć tylko przy pomocy „fenomenu globalizacji”. Sytuacja taka nie występuje w żadnym z pięciu największych krajów UE. Po prostu, decydenci RP nie mogą już dysponować „sprywatyzowanym” majątkiem narodowym – a ta jego część, która jeszcze pozostaje w polskich rękach jest zbyt mizernym atutem, przy pomocy którego można by efektywnie wspierać politykę zagraniczną i sojuszniczą RP. Polscy pracownicy trudzą się, głównie, dla pracodawców zagranicznych, pomnażając ich dochody i zyski, które są wypompowywane z polskiego organizmu gospodarczego. To wielki dramat naszego kraju, który doprowadzi w konsekwencji do jego pauperyzacji i rzutuje negatywnie na słabowitą pozycję RP na arenie międzynarodowej.
Kwestie społeczne:

nie można stwierdzić, iż większość społeczeństwa polskiego jest już beneficjentem owoców transformacji systemowej i – związanej z nią – polityki zagranicznej i sojuszniczej RP. Udział „milczącej większości” społeczeństwa w procesie reform i w sferze współpracy z zagranicą jest przerażająco niewielki. Rzuca się w oczy indyferentyzm, zniechęcenie do udziału w życiu politycznym (w wyborach uczestniczy, z reguły, nie tylko mniejszość ogółu społeczeństwa – ale mniejszość wyborców uprawnionych do głosowania). Obywatele, umęczeni walką o byt (bezrobocie, bieda, życie na kredyt, zadłużenie, terroryzm biurokratyczno-finansowy i in.) oraz silnie uwikłani w codzienne kłopoty przez system i rząd neoliberalny, nie mają czasu i siły na interesowanie się oraz na zajmowanie się polityką i strategią, również w jej wersji zagranicznej. Rządzący wykorzystują skrzętnie i – wręcz – podsycają indyferentyzm oraz stronniczość polityczną coraz silniej manipulowanych medialnie obywateli i uznają, iż – nawet mniejszościowe głosowania – dają im legitymację do sprawowania władzy w imieniu „ogółu społeczeństwa”. W całej historii państwa i prawa w Polsce mało jest przykładów analogicznie cynicznego i beceremonialnego traktowania „ciemnej i głupiej masy” społecznej. To się zemści na takiej i jej podobnej władzy oraz zaszkodzi społeczeństwu.
Indyferentyzm przytłaczającej większości obywateli jest najbardziej widoczny w sferze polityki zagranicznej i sojuszniczej RP. Powoduje to sprowadzenie praktycznie „do zera” skali kontroli społecznej (i parlamentarnej) nad tą polityką i znaczne ograniczenie możliwości wpływania na nią nawet przez opozycyjne partie polityczne (np. parodie sejmowych czy senackich debat nt. polityki zagranicznej). W efekcie tego – rządzący neoliberałowie i grupy interesów poczynają sobie samowolnie w tej sferze i czują się raczej bezkarni – nie musząc poważnie liczyć się z nikim i z niczym w swoich poczynaniach. W tym rozumieniu, obecna polityka zagraniczna i sojusznicza RP prowadzona jest, w większości, w interesie rządzących – a nie dla dobra całego państwa i społeczeństwa polskiego. Np. większość społeczeństwa polskiego nie jest usposobiona antyrosyjsko czy antychińsko – w odróżnieniu od wściekłej rusofobii czy sinofobii niektórych decydentów. Ilustruje to jeszcze inny przykład: w RP istnieje multum pożytecznych organizacji pozarządowych i społecznych działających w sferze międzynarodowej. Ale nie mają one (inaczej niż w innych krajach) większego wpływu na kreowanie i na realizację polityki zagranicznej i sojuszniczej RP, zaś rządzący – nie mają zwyczaju i nie czują potrzeby konsultowania się z tymi organizacjami – dla dobra ogólnego.
Propozycje programowe:
z powyższej analizy sytuacji w omawianej dziedzinie wynika, iż pilna potrzeba gruntownych reform w polityce zagranicznej i sojuszniczej RP oraz wypracowania i wdrożenia jej nowego modelu staje się oczywista i nie ulega kwestii. W okresie transformacji „zreformowano” już niejednokrotnie wiele dziedzin życia i rozwoju kraju, pozostawiając politykę zagraniczną i strategię sojuszniczą całkowicie na uboczu (swoiste „państwo w państwie”) – z widocznymi już dobrze opłakanymi tego skutkami. Zaniedbania, dysproporcje i zaległości w tej mierze są przeogromne. W kontekście obecnych realiów krajowych, regionalnych, kontynentalnych i globalnych oraz głębokich zmian następujących w układzie sił na arenie międzynarodowej, należy rozpatrywać dwa główne podejścia do tego epokowego zadania: – opracowanie i urzeczywistnienie reformatorskiego programu mini – na okres trwania systemu i rządu neoliberalnego; – wypracowanie i wdrożenie reformatorskiego długofalowego programu maxi – NOWEJ POLITYKI ZAGRANICZNEJ I STRATEGII SOJUSZNICZEJ RP – na całą dającą przewidzieć się perspektywę. Program maxi nie byłby sztywny, nietykalny i dany raz na zawsze; wręcz przeciwnie – powinien on być podmiotem systematycznych, elastycznych i nieustannych modyfikacji, uzupełnień i poprawek – w zależności od ewolucji sytuacji międzynarodowej (z wyprzedzaniem wydarzeń) oraz zgodnie z przyszłą nową Konstytucją RP.
Jednocześnie, biorąc pod uwagę obecne powiązania i zobowiązania międzynarodowe RP, w przypadku każego z rozwiązań programowych (mini i maxi), konieczne będzie uzgadnianie polskich reform w polityce zagranicznej z dotychczasowymi sojusznikami: z UE, szczególnie w kwestiach politycznych, ekonomicznych i międzynarodowych oraz z NATO, zwłaszcza w zakresie problematyki strategiczno – obronnej i międzynarodowej. Bez wątpienia, proces konsultacji i uzgadniania przedsięwzięć reformatorskich w pracach nad obydwoma programami, poważnie utrudni i opóźni realizację tych zadań. Bądźmy realistami. Jeszcze ważniejsze będzie uzyskanie konsensusu – zgody politycznej (wszystkie partie legalnie istniejące w RP) oraz społecznej (najważniejsze organizacje pozarządowe i społeczne – na 1. etapie prac). A następnie, przeprowadzenie ogólnonarodowego referendum w tej materii. Natomiast debata krajowa, także z udziałem Polaków z zagranicy (Polonia, emigracja sezonowa i in.), na temat nowej polityki zagranicznej i strategii sojuszniczej RP powinna rozpocząć się od zaraz.
Postulaty merytoryczne:

jest jasne, że neoliberałowie nie przeprowadzą analizowanych reform – chyba że zmuszą ich do tego, np., dyrektywy unijne czy nieubłagana logika i charakter rozwoju życia międzynarodowego. Najogólniej rzecz biorąc, istotą zabiegów reformatorskich powinno być dostosowanie polityki zagranicznej i strategii sojuszniczej RP do obecnych i prognozowanych realiów międzynarodowych – celem wyciągnięcia stąd maksymalnych korzyści dla kraju. Zakłada to częściowe odejście od dotychczasowych anachronicznych i monopolistycznych sojuszów, od rozgrzebywania historii i grobów na cmentarzach oraz poszukiwanie nowych sojuszników i partnerów na świecie. Przykładowo wymienić należy: Rosję, Chiny, Indie, Brazylię, BRICS, ASEAN, czołowe państwa południowo-amerykańskie, islamskie i in. Nadrzędnym wymaganiem jest efektywne wmontowanie Polski do tworzącego się systemu świata wielobiegunowego (multilateralizm), poprzez dodanie, do już istniejących, nowych solidnych „filarów” polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP. Zadanie to nie jest bynajmniej ani pionierskie ani też specjalnie odkrywcze, gdyż inne państwa, np. Niemcy, postępują tak już od dawna, utrzymując owocne stosunki partnerskie i sojusznicze z USA, z Rosją, z Chinami, z Indiami, z Arabią Saudyjską, z Afryką Południową i z in. Problem polega wszakże na tym, iż Polska chyba nigdy nie osiągnie statusu i pozycji Niemiec w łonie UE, NATO czy też na arenie eurazjatyckiej i globalnej?!
Konsekwencją twórczego podejścia do urealnienia i do wielobiegunowości („wielofilarowości”, pardonnez-moi le mot) polityki zagranicznej RP powinna być dogłębna rewizja dotychczasowych dogmatów, kanonów, przyjaźni i fobii obowiązujących w neoliberalnej polityce zagranicznej: amatorszczyzna, nadmierna proamerykańskość, eurocentryzm, polonocentryzm czy, wręcz, nastroje nacjonalistyczne w niektórych kręgach politycznych RP, antyrosyjskość, antychińskość, trudno kamuflowane nastawienie antyislamskie, niedostateczna doza globalizmu, mesjanizm, historycyzm czy przymykanie oczu na problemy makro i na przyszłość naszej cywilizacji. Wymagane jest, przeto, wychowywanie społeczeństwa w nowym duchu oraz prawie całkowite odwrócenie polskiego mechanizmu i sposobu myślenia, a także mylnych wyobrażeń o współczesnym i o przyszłym świecie oraz o naszym miejscu w nim; chodzi także o zredukowanie do minimum polskiego postjałtańskiego niewolnictwa w sferze polityki zagranicznej i strategii sojuszów. Kategoria „ograniczonej suwerenności” w tej mierze odnosi się bowiem także (a może – przede wszystkim) do okresu transformacji.
Propozycje organizacyjne:

największą trudnością organizacyjno – logistyczną w procesie reformowania będzie optymalne pogodzenie i skojarzenie dwu pozornych sprzeczności: – potrzeby utworzenia silnego centralnego ośrodka inspiracji, kreowania, realizacji, koordynacji i rozliczania nowej polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP (MSZ – z prawdziwego zdarzenia), z jednoczesnym precyzyjnym określeniem zadań i funkcji centralnych instytucji państwowych w tym zakresie (podział praw i obowiązków), – postępującej decentralizacji w sferze kontaktów przeróżnych podmiotów krajowych z partnerami zagranicznymi. Należy niezwłocznie położyć kres stanowi absolutnego żywiołu, anarchii i bałaganu, jaki istnieje w tej dziedzinie pod rządami neoliberałów. To degraduje Polskę – jako poważnego partnera – w oczach społecznosci światowej. Dlatego też obie części składowe nowej, nie dającej się sprywatyzować, polityki zagranicznej i sojuszniczej RP: centralizacja i decentralizacja powinny współgrać i współdziałać harmonijnie między sobą – we wspólnym interesie państwowym i społecznym a także unijnym i globalnym.
Konkluzje:

z powyższego wynika, iż obiektywna, spokojna, wyważona acz krytyczna, w niezbędnym stopniu, analiza i ocena polityki zagranicznej i strategii sojuszów poprzednich i obecnych władz RP ujawnia jej diametralnie odmienny i daleki od „oficjalnej prawdy” wizerunek niż ten, który jest prezentowany w propagandzie rządowej. Szkoda wszakże, iż wizerunek ów dociera, m.in., do nieświadomych i łatwowiernych obywateli, do niektórych partnerów zagranicznych oraz wypacza obraz polityki zagranicznej i strategii sojuszów RP w odbiorze społecznym i zagranicznym. Po części, trudno mieć pretensje o to, że polska polityka zagraniczna i sojusznicza jest taka, jaka jest. Bowiem – w całym okresie postjałtańskim, szczególnie po roku 1989 – nigdy nie była ona suwerenna, samodzielna i niezależna. Nie można tego traktować jednak jako usprawiedliwienia dla mało efektywnej, anachronicznej i kunktatorskiej (bez wyobraźni) polityki i strategii w tej mierze. Podczas tzw. transformacji, została ona podporządkowana, w szczególności, wymaganiom realizacji supermocarstwowej polityki globalnej USA – zwłaszcza w odniesieniu do Rosji, do Chin i do całego naszego regionu. Także obecnie, Stany Zjednoczone, poważnie osłabione w wyniku pandemii i kryzysu globalnego , który same sobie (i światu) sprokurowały, czynią wiele, aby utrzymać Polskę w swej „strefie wpływów”. Dziś jest to jednak dla nich zadanie o niebo trudniejsze – z uwagi na szybką zmianę układu sił regionalnych i globalnych – na niekorzyść USA. Drugim kardynalnym czynnikiem znacznie ograniczającym swobodę RP w polityce zagranicznej jest przynależność do UE i związane z tym wymaganie podporządkowania się nadrzędnym potrzebom, nakazom i interesom wspólnotowym (unijnym).
Szczerze mówiąc, słuszny i niezbędny postulat oraz pilna konieczność wypracowania i wdrożenia nowej polityki zagranicznej i sojuszniczej RP jest obecnie niezwykle trudna do realizacji – głównie z uwagi na ww. neoliberalne bariery systemowo – rządowe oraz na krępujące ograniczniki – głównie ze strony US i UE. Nie jest to jednak zadanie z rodzaju niemożliwych do wykonania – „mission impossible”. Główne polskie ograniczniki reformatorskie: US i UE – same poszukują gwałtownie nowych rozwiązań w polityce i w strategii globalnej, stosownie do radykalnych przemian dokonujących się w świecie i do zmiany międzynarodowego układu sił. Nie jest więc wykluczone, iż, szczególnie, USA i NATO będą odchodzić stopniowo od elementów „hard power” i mentalności wielkiej wojny (siły zbrojne, metody przemocy itp.) w polityce zagranicznej na rzecz stosowania „soft power” (dyplomacja, negocjacje i in.). Mało mówi się u nas o tym, że skutki pandemii i kryzysu globalnego dotyczą także, w przemożny sposób, polityki zagranicznej i współpracy międzynarodowej szczególnie tych, którzy ten kryzys spowodowali. Jest więc już teraz coraz bardziej dogodna możliwość i sposobność przystąpienia w RP do realizacji ww. zadania – z uwzględnieniem wszystkich nowych realiów oraz potrzeb i możliwości narodu i państwa polskiego w całym współczesnym kontekście ewolucji i rewolucji w łonie społeczności międzynarodowej.

Ukraina jest dla Polski najważniejsza w Europie

Polska jest jedynym krajem na świecie, gdzie świętem narodowym jest celebrowanie nieaktualnej konstytucji. Celem ustanowienia tego święta było przyćmienie obchodów 1 Maja wyraźnie niewygodnych dla sanacyjnej RP.

Nie wnikając bliżej w rodowód trzeciomajowego święta warto zauważyć, że można je obchodzić na różne sposoby. Prezydent Andrzej Duda postanowił uczynić zeń fetę na skalę międzynarodową, co prawda w mikroskali, ale zawszeć. Z tej okazji sprosił do Warszawy prezydentów Estonii, Litwy i Łotwy tj. krajów przynależnych do tego samego bloku militarnego oraz Ukrainy, która do tegoż bloku usilnie się dobija i jakoś dobić się nie może.
Duda najwyraźniej uznał, że spośród wszystkich krajów europejskich dla Polski najważniejsza jest Ukraina i dlatego wśród tych czterech głów państw wyróżnił Wołodymira Zełenskiego. Odbył z nim osobne spotkanie po którym obaj wystąpili na wspólnym briefingu zastępującym konferencję prasową podczas której musieliby odpowiadać na pytania dziennikarzy, a te mogłyby być różne. Znacznie bezpieczniej jest wygłosić kilka sloganów i do widzenia. Jak zauważa szewc Fabisiak, tego rodzaju praktyka staje się już polską normą w kontaktach z mediami, co można zauważyć na podstawie kilku ostatnich występów polskich polityków.

Przy okazji szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że honorując tylko jednego z równoprawnych pod względem swojego statusu zaproszonych osób polski prezydent popełnił gafę dyplomatyczną. To trochę tak jak gdyby zapraszając gości na imieniny gospodarz jednego z nich odciągnął od wspólnego stołu i wypił z nim dodatkową wódkę poza kolejką. Być może pan prezydent po raz kolejny chciał okazać swoje bezbrzeżne poparcie dla Ukrainy, mógłby to jednak uczynić w bardziej kulturalny sposób zapraszając na rocznicowe uroczystości samego tylko Zełenskiego.

Ucierpiała by jednak na tym polska wielkopańska duma narodowa jako że o rocznicowym spotkaniu mówiłyby tylko ukraińskie media a tak to o Polsce będą zmuszone napomknąć także środki przekazu w krajach nadbałtyckich. Samo spotkanie szefów państw miało wyłącznie wydźwięk propagandowy. Podpisana przez nich wspólna deklaracja nie wnosi bowiem niczego nowego a stanowi jedynie potwierdzenie dotychczasowej linii politycznej tych państw. Deklaracja ta pełna jest górnolotnych frazesów o poparciu dla fundamentalnych zasad demokracji, dumie z dotychczasowych osiągnięć wzajemnej współpracy, co pozwala na to by z nadzieją patrzeć w przyszłość. Jednakże w dokumencie tym brak jest jakichkolwiek odniesień co do tej przyszłości i planów odnośnie wspólnego działania. Widocznie takich planów i zamierzeń prezydenci nie wypracowali, co nie jest specjalnie dziwne skoro wypracowanie jakiejś długofalowej strategii wymaga większego wysiłku umysłowego niźli reagowanie na polityczną bieżączkę – uważa szewc Fabisiak. Wygląda zatem na to, że owa deklaracja służy przede wszystkim utwierdzeniu się w samozadowoleniu tych pięciu krajów. Co ciekawsze, dokument ten nie wspomina ani słowem o Rosji – mimo tego, że wszystkie te kraje łączy antyrosyjski kurs polityki zagranicznej – a jedynie mówi o solidarności wobec współczesnych zagrożeniach dla wspólnego bezpieczeństwa, która to solidarność jest kamieniem węgielnym m. in. pokoju, stabilności i rozwoju. Nie mówi się też wprost o Ukrainie wspominając tylko o integralności terytorialnej w kontekście jednej z wartości europejskich. Wartości tych – jak przypomina szewc Fabisiak – jakoś dziwnym trafem nie przestrzegano gdy na części rozpadał się Związek Radziecki na następnie Jugosławia i Czechosłowacja. Poparcie dla ukraińskiej integralności wyrażali natomiast w swoich przemówieniach poszczególni mówcy. I tak litewski prezydent Gitanas Nausėda nie omieszkał podkreślić, iż Litwa „nigdy nie uzna nielegalnej aneksji Krymu i będzie działać w kierunku zakończenia faktycznej okupacji wschodniej części Ukrainy”. Jak zadziała Litwa tego nie sprecyzował, bowiem – uważa szewc Fabisiak – w polityce takich państw jak np. Litwa ważne są deklaracje a nie konkrety. Nausėda oświadczył też, że wierzy w przyszłość Ukrainy jako członka Unii Europejskiej. Jednak biorąc pod uwagę realia szewc Fabisiak uważa, że wiara ta jest na tyle głęboka, że zapewne przetrwa całą prezydencką kadencję pana Nausėdy.

Ukraina ma zamiar nie tylko wstąpić do Unii ale też do NATO. Jednakże Wołodymir Zełenskyj uskarża się na nie dość wyraźne poparcie dla ukraińskich aspiracji ze strony innych państw bloku. Utyskiwał, że podczas spotkania z prezydentem Francji i niemiecką kanclerz jedynie ze strony Macrona wyczuł poparcie dla włączenia Ukrainy do natowskiego Planu Działań na rzecz Członkostwa (MAP) na który już się załapała choćby Bośnia i Hercegowina a Ukraina wciąż wyczekuje. Ujawnił też, że Polska jest dopiero drugim krajem wspierającym Ukrainę w tej materii. A przecież, jak twierdzi Zełenskyj, członkostwo Ukrainy w NATO będzie sprzyjać zakończeniu wojny w Donbasie. Szewc Fabisiak ma w tym temacie zdanie odrębne. Nie trzeba bowiem być wnikliwym analitykiem aby dojść do wniosku, że włączenie się NATO do tego konfliktu mogłoby jedynie przyczynić do jego zaognienia. Rosja mogła przełknąć rozszerzenie NATO o dawnych sojuszników z Układu Warszawskiego a nawet dawne nadbałtyckie części składowe ZSRR jednak wciągnięcia Ukrainy zwłaszcza w obecnej sytuacji już by nie zdzierżyła. Wydaje się, że rozumie to także administracja amerykańska zdając sobie sprawę z tego do czego doprowadziłaby bezpośrednia konfrontacja zbrojna między NATO a Rosją, której obie strony unikają jak nomen omen ognia. Dla Waszyngtonu jest zatem znacznie wygodniejsze wspomaganie militarne Ukrainy niż wikłanie się w tak groźny konflikt. Póki co USA zdecydowały się przeznaczyć kwotę 125 milionów dolarów na wsparcie ukraińskich sił zbrojnych. W ofercie tej mieści się oprócz różnego typu uzbrojenia także dostarczenie broni śmiercionośnej, która – jak twierdzi Pentagon – „ma umożliwić Ukrainie bardziej skuteczną obronę przed rosyjską agresją”. A mówiąc wprost: ma służyć zabijaniu swoich rodaków walczących po przeciwnej stronie ukraińskiej wojny.

Sushi con carne

Relacje niektórych państw NATO i Rosji, weszły w fazę fizjologiczną. Sprowadzają się bowiem do wydalania.

Zaczęło się wbrew pozorom wcale nie od deklaracji Bidena, że pogoni kota 10 rosyjskim dyplomatom. Jeszcze w marcu Włochy wydaliły dwóch rosyjskich dyplomatów. Służby włoskie wyśledziły jak kapitan włoskiej marynarki wojennej przekazywał im, za pieniądze, tajne dokumenty zawierające informacje z zakresu bezpieczeństwa państwa. W odpowiedzi Rosjanie wydalili z Moskwy tylko jednego włoskiego dyplomatę.

Bułgarzy, 22 marca wyrzucili z kraju 2 członków rosyjskiego korpusu dyplomatycznego. Oczywiście po oskarżeniu ich o działalność kontrwywiadowczą. Rosja odczekała niemal miesiąc i 20 kwietnia wydaliła ze swojego terytorium dwóch bułgarskich dyplomatów. Bułgarski ślad dyplomacji rosyjskiej nie wziął się znikąd i miał zaowocować posunięciem czeskim. Bułgarzy mieli bowiem dowody co do tego, kto stał za wysadzeniem kilka lat temu, należącego do obywateli ich kraju magazynu z materiałami wybuchowymi w Czechach.

Na osi czasu dopiero teraz pojawia się Joe Biden. W połowie kwietnia amerykański prezydent w przemowie stwierdza, że wprowadza sankcje personalne wobec 32 osób zamieszanych w próby ingerowania w amerykańskie wybory w 2020 r. Oprócz tego, USA wydalają 10 osób z rosyjskiej misji dyplomatycznej w Waszyngtonie, wśród których – jakże by inaczej – są przedstawiciele rosyjskich służb wywiadowczych.

Parę godzin później odzywają się polskie nożyce. Żeby zamazać wtopę z nielubieniem Bidena polski MSZ przypomina sobie, że są u nas Rosjanie. Wezwano więc rosyjskiego ambasadora w naszym kraju i wręczono mu notę dyplomatyczną o uznaniu za persona non grata trzech pracowników ambasady Rosji w Warszawie. „Podstawą takiej decyzji było naruszenie przez wskazane osoby warunków statusu dyplomatycznego oraz prowadzenie działań na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej” – podało najpierw polskie MSZ ciesząc się z usuniecia ruskich szpionów, by chwilę potem w kolejnym oświadczeniu napisać prawdę. Czyli wykazać, że nie tyle chodzi o Ruskich co o Amerykę.
„Polska w pełni solidaryzuje się z decyzjami podjętymi w dniu 15 kwietnia 2021 r. przez Stany Zjednoczone dotyczącymi polityki wobec Rosji. Wspólnie podejmowane uzgodnione decyzje sojusznicze to najbardziej właściwa odpowiedź na nieprzyjazne działania Federacji Rosyjskiej” – napisano nie troszcząc się, że tym samym poddano w wątpliwość działania kontrwywiadu.
Do postanowień sojuszu polsko-amerykańskiego Rosja podeszła ze zrozumieniem. I skoro Polacy wydalili 3 Rosjan, to Moskwa wywala 5 naszych. Ale za to Amerykańskich dyplomatów wydala dokładnie tylu co Biden wydalił ze Stanów.

Dwa dni po Polakach czeska dyplomacja idzie na całość. Wydala Rosjan hurtem – w liczbie 18 dyplomatów Rosji. Z powodu podejrzeń, że rosyjscy agenci wywiadu stali za wybuchem w składzie amunicji w 2014 roku, w którym zginęło dwóch obywateli Czech. W odpowiedzi Rosja nakazała wyjazd 20 dyplomatom czeskim. Na ten akt Praga reaguje żądaniem, by Rosja do końca maja zrównała liczbę swych przedstawicieli w ambasadzie w Pradze z liczbą pracowników przedstawicielstwa Czech w Moskwie. Po rosyjskim wydaleniu okazało się bowiem, że w stolicy Rosji jest pięciu czeskich dyplomatów, w tym ambasador, oraz 19 pracowników administracyjno-technicznych, zaś w Pradze jest 27 rosyjskich dyplomatów i 67 pracowników placówki.
Szczytem wszystkiego była jednak wypowiedź premiera Babisza, że rosyjskie wysadzenie magazynu nie jest przejawem rosyjskiego terroryzmu państwowego, bo było skierowane na prywatną własność Bułgarską na terenie Czech. Komentatorzy używali sobie potem na czeskim premierze, że w takim razie,11 września 2001 r. nie zaatakowano Stanów Zjednoczonych, a jedynie dwa prywatne budynki w Nowym Jorku.
Od tej pory ruskich dyplomatów wywalili Litwa, Łotwa, Estonia, Słowacja i Rumunia. Oczywiście zawsze z powodu szpiegostwa. Rosjanie też wywalili przedstawicieli tych krajów tyle, że więcej.
Uzasadnienie, że wydalani dyplomaci to szpiedzy to totalna bzdura. Szpiegowanie, czyli zbieranie informacji o kraju, w którym się jest dyplomato, to psi obowiązek każdego przedstawiciela służb zagranicznych.
Istotne jest natomiast to, że Amerykanie i Rosjanie w cieniu tych gier i zabaw toczą rozmowy i dogadują się ponad głowami zafascynowanych nieistotnymi ruchami walczących o względy hegemona sojuszników Waszyngtonu.

Przyjaciel Kaczyńskiego Victor Orban oczywiście nie wydala. Putin ludzi Orbana też nie.

Syndrom suwalski, sankcje i geopolityka

Z końcem lutego dowódca stacjonującego w Turcji, w Izmirze, Połączonego Dowództwa Wojsk Lądowych NATO (LANDCOM) generał broni Roger L.Cloutier odwiedził, wśród jednostek i terenów państw bałtyckich, także i Polskę.

Przeprowadził m.in. rekonesans tzw. przesmyku suwalskiego. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, to rzecz idzie o odcinku połaci terenu Pojezierza Suwalskiego graniczącego z Okręgiem Kaliningradzkim Federacji Rosyjskiej. Stamtąd, wedle koncepcji naszych strategów, mogło by wyjść uderzenie potencjalnego agresora.
W związku z tym należy bacznie ten obszar obserwować, umacniać i czynić go jaknajmniej zachęcającym taktycznie dla ewentualnego najeźdźcy. Zresztą dzielni zagończycy z WOT (Wojsk Obrony Terytorialnej) na pewno by go powstrzymali, używając amunicji krążącej, dronów, granatników, broni strzeleckiej, przeciwlotniczych „Piorunów“ i dobijając grzęznące w mokradłach czołgi wroga przeciwpancernymi pociskami kierowanymi.
Wszystko pięknie tyle, że słowa, poza tymi biblijnymi, mają ograniczoną moc sprawczą i od ich ciągłego powtarzania rzeczywistość materialna nie ulega zmianie. A od czasu, gdy ukuto ten miły sercu naszych sztabowców i dobrze sprzedający się medialnie termin, uległa zmianie, i to radykalnej, sytuacja militarna na naszych wschodnich rubieżach.
Nie ujmując niczego prodemokratycznym i suwerennościowym dążeniom społeczeństwa białoruskiego, trzeba chłodno i bez emocji stwierdzić, że w związku z ubiegłorocznymi wyborami prezydenckimi na Białorusi ćwiczono wariant kolorowej rewolucji, która udała sie na Ukrainie. Różne siły były tu czynne ale do Majdanu w Mińsku nie doszło.
Łukaszenka, „baćka“, solidnie się okopał i trwał na stanowisku mimo protestów , demonstracji, twierdzeń opozycj tudzież Unii Europejskiej i USA o zwycięstwie Cichanouskiej. Należało więc tego niepokornego człowieka, z którym wcześniej Zachód wiódł dworski taniec w stylu menueta (krok do przodu, dwa do tyłu i na odwrót) z nadzieją „wyłuskania“ go z orbity wpływów Moskwy , obłożyć sankcjami. Jego, jego otoczenie i całe instytucje białoruskie.
Lecz sankcje i eksterioryzacja prawa państwowego, w czym do dużej perfekcji doszły Stany Zjednoczone, są bronią obosieczną. I nie chodzi tu wcale o „lustrzaną odpowiedź“ obłożonych nimi podmiotów. Raczej o to, że mogą dać rezultaty wręcz przeciwne od oczekiwanych.
Osaczony Łukaszenka, jego pretorianie i zwolennicy ( bo i tacy się ostali) zwrócili się zdecydowanie ku Rosji. To, co do niedawna wydawało się nie do osiągnięcia w ramach działań integracyjnych Państwa Związkowego Białorusi i Federacji Rosyjskiej nagle nabrało intensywności. I to nie tylko w sferze gospodarczej ale, i tu – szczególnie, współpracy wojskowej. Na nic apele słane z Litwy przez ( mającą ponoć nie tylko białoruskie obywatelstwo, co by tłumaczyło jej relatywnie delikatne traktowanie przez „baćkę“) Cichanouską, którą Wilno uznało za prawowitego prezydenta – elekta. Należy przyznać, że to, co zostało z dobrej i efektywnej kiedyś polskiej dyplomacji, uniknęło popełnienia podobnego faux pas.
W dialogu z Władimirem Putinem Aleksander Łukaszenka rozwija twórczo stosowane przez Zachód działania na wschodniej flance NATO.
W Polsce szkolą się stacjonujące u nas jednostki Wielonarodowej Dywizji Północny – Wschód ? Proszę bardzo. Powstaną wspólne centra szkoleniowe armii białoruskiej i rosyjskiej, w tym jedno we włościach „baćki“. Pakt Północnoatlantycki prowadzi „air policing“ w przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii? Teraz patrole białoruskiego lotnictwa wzmocnią ich sojusznicy rosyjscy na myśliwcach generacji 4++. Zresztą dodać należy, że oba kraje mają zintegrowany system obrony przeciwlotniczej i antyrakietowej.
A po rozmowach obu przywódców w Soczi wiewiórki znad Morza Czarnego donoszą, że może strategiczne bombowce rosyjskie będą stacjonowały na lidzkim lotnisku, tak jak amerykańskie w Norwegii. No i ponoć nie będzie ciągłej obecności armii rosyjskiej na Białorusi, tylko stała obecność rotacyjna wojsk wschodniego jej sąsiada.
To zapewni Łukaszence alibi suwerennościowe wobec własnego społeczeństwa. Przecież zawsze twierdził on, że nie wyrazi zgody na ciągłą obecność armii ze wschodu na terytorium państwa. No i dotrzymuje słowa. Bo przecież obecność nie będzie ciągła lecz rotacyjna. A przy rotacji „na zakładkę“, pokaźna.
Dzięki tym subtelnym grom werbalnym Łukaszenka może nawet oświadczyć: „zawsze dotrzymuję słowa“. Niezły chwyt propagandowy.
Czy to czegoś nie przypomina? Był to eufemizm, stosowany przez naszych transatlantyckich partnerów dla zachowania umów bilateralnych zawartych swego czasu między rozpadającym się ZSRR a USA, w których uzgodniono, że nie będzie amerykańskich baz wojskowych na obszarach państw bezpośrednio graniczących z Federacją Rosyjską, powstałą w wyniku rozpadu radzieckiego kolosa, a wcześniej znajdujących się w strefie jego wpływów.
Tak więc w najlepsze trwa i nic nie wskazuje, aby się kończył, proces znacznego wzmocnienia sił rosyjskich wraz z przesunięciem ich o kilkaset kilometrów ku granicy z Polską.
Oto owoce sankcji i pomyłek w działaniach geopolitycznych. Cóż, jak Kuba – Bogu, tak Bóg – Kubie. Przepraszam, jak Zachód – Mińskowi, tak Mińsk – Zachodowi.
Nasi stratedzy wciąż przesmyk i przesmyk, aż do znudzenia. A dlaczego nie (spójrzcie Państwo na mapę) „wyrostek brzesko – siemiatycki“. W końcu bliżej stamtąd do Warszawy i warunki terenowe lepsze. Nową nazwę odstępuję naszym sztabowcom za darmo.
Bo jeśli nie wyzwolimy się z syndromu przesmykowego, to może ( oczywiście w ramach political fiction) powtórzyć się sytuacja z II Wojny Światowej. Po hitlerowskim ataku na Polskę, Francja wypowiedziała wojnę Niemcom 3 września 1939 roku. Tak zaczęła się „ drôle de guerre“, dziwna wojna. Francuskie wojsko w kazamatach Linii Maginota biernie czekało na frontalny atak Wehrmachtu. I jakimż było zdziwienie dowódców, gdy nagle stwierdzili jego obecność na swych tyłach. Naziści przeszli ofensywą prtzez Holandię,Luksemburg i Belgię, zawitali na ziemi Franków i szybko dotarli do Paryża, pozostawiając Linię Maginota w nienaruszonym stanie . Oczywiście to co opisałem to supozycje i gdybania. Oczywiście sytuacja geostrategiczna uległa od tego czasu zasadniczej zmianie. Oczywiście warunki sieciocentrycznego pola walki są inne niż ówczesne. Środki i siły – również.
Lecz najwyraźniej inercja myśli jest wśród tych zmiennych elementem najbardziej stabilnym. I obym się mylił.

PS. A może źródła „syndromu“ są zupełnie inne niż tylko potrzeba zagwarantowania bezpiecznego korytarza łączącego północny wschód RP z Litwą i pozostałymi państwami bałtyckimi? Nie należy zapominać o złożach metali rzadkich. W okolicach Suwałk, także Augustowa, lecz Suwałk w szczególności zasoby te szacowane są na 1,5 miliarda ton. Tylko drugi kraj na świecie – Chiny – posiadają porównywalne rezerwy metali ziem rzadkich, niezastąpionych we wszystkich technologiach przemysłowych – od klasycznych, lotniczych do futurystycznych, w elektronice. Złoża polimetaliczne powinny skutkować koordynacją działań Polski i Chin, w celu zapobieżenia przejęcia nad nimi kontroli i eksploatacji przez konkurentów –m.in z USA (posiadających swój personel militarny na tych obszarach), RFN czy innych hegemonów ościennych, tak aby służyły one budowie suwerenności naszego państwa.

Może być gorzej

Pana prezydenta Dudę trzeba pocieszyć. Choć prezydent Biden nie zadzwonił jeszcze do niego, co może wywołać stany depresyjne, ryzyko wypadku narciarskiego i ponowne zamknięcia stoku, to innym głowom lekko też nie jest.
Weźmy pierwszą z brzegu. Wołodymyr Zełenski. Też prezydent, też przystojny i też czeka na połączenie. Jemu, w przeciwieństwie do pana prezydenta Dudy, trochę się do tej rozmowy śpieszy. Prezydent Ukrainy zaprosił bowiem amerykańskiego kolegę na uroczystość 30 rocznicy niepodległości Ukrainy. Biały Dom potwierdził zaproszenie, ale nie uczestnictwa najważniejszego tam lokatora jeszcze nie.
Cóż z tego, że przy okazji potwierdzono też wsparcie Kijowa dla odzyskania Krymu i Donbasu. Tradycyjną przyjaźń i partnerstwo. Skoro na razie amerykański prezydent więcej mówił o Ukrainie z prezydentem Rosji niż Ukrainy. Dlatego bez obecności głowy amerykańskiego państwa uroczystość ku czci ukraińskiej suwerenności może być niekompletna.
Czemu prezydent Biden jest tak powściągliwy z telefonicznych kontaktach z prezydentem Zełenskim ? Plotki przypominają ujawnione w Ukrainie podsłuchy wcześniejszych rozmów między amerykańskimi i ukraińskimi prezydentami. Chodziło o działalność Huntera Bidena, syna prezydenta USA, w radzie ukraińskiej firmy Burisma. Jej właściciel jest podejrzewany o korupcję, o co w Ukrainie nietrudno.
W lipcu 2019 prezydent Trump zadzwonił do prezydenta Zeleńskiego nalegając by wszczęto dochodzenie w sprawie syna jego ówczesnego konkurenta. A w zeszłym roku wyciekły wcześniej nagrane poufne rozmowy wiceprezydenta Bidena z poprzednim ukraińskim prezydentem Poroszenką. Może pp takich doświadczeniach prezydent Biden dostaje bezwarunkowego szczękościsku już na dźwięk „Prezydent Ukrainy”.
Szczęście ma pan prezydent Duda, że jego córka pracowała w jedynie w Londynie. I nie musi spieszyć się z zapraszaniem prezydenta Bidena do Warszawy.
I gadać, też nie ma o czym. Wojska USA już w Polsce są, „fortu Trump” nie zbudowano na szczęscie, a prezydent Biden propagujący teraz prawa LGBTI nie przez obecnego władze pilnie w Warszawie widziany.
NATO i co na to
Inaczej jest w przypadku prezydenta Zełenskiego. Ma pierwszą kadencję, drugi rok prezydentury, musi pracować. W kampanii obiecywał zbliżenie do Unii Europejskiej i NATO. Miał także poparcie amerykańskiego prezydenta i przywódców państw Unii Europejskiej.
Z Unią do zbliżenia doszło. Otworzyła się na ukraińskich pracowników, zwłaszcza tych tanich, a Ukraina obiecała lepsze warunki dla jej firm. Ale przyszła pandemia i państwa UE pozamykały się.
W międzyczasie władze ukraińskie kolejny raz skonfliktowały się z mniejszością węgierską, arbitralnie zamknęły rosyjskojęzyczne kanały telewizyjne, co było niezgodne z normami Unii Europejskiej. Ale ukraińskie elit polityczne doskonale wiedzą, że perspektywa akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej to zadanie za kolejne 30 lat. Bardziej realna jest pozycja podobna sąsiedniej Turcji. Silna integracja gospodarcza bez przyjmowania politycznych i obyczajowych norm UE.
Realniej wydaje się bliższa kooperacja z NATO. Zaproszenie Ukrainy do Planu Działań na rzecz Członkostwa. Klucz do bram NATO ma prezydent USA.
Na razie nie ułatwia on Ukraińcom wędrówki do wspólnoty Północnoatlantyckiej. Znany ukraiński oligarcha Ihor Kołomojski, uważany za protektora prezydenta Zełenskiego, dostał zakaz wjazdu do USA. Nałożone przez Departament Stanu USA sankcje uzasadnione są aferami korupcyjnymi i niszczeniem demokratycznych instytucji przez oligarchę. Przy okazji sankcje spadły na jego żonę, dzieci i licznych współpracowników. Psuje to wizerunek Ukrainy w USA.
Chiński koncern Skyrizon chciał kupić kontrolowany przez państwo ukraińskie koncern Motor Sicz. Produkujący silniki rakietowe i samolotowe, także do słynnego An -225. Transakcję finalizowano, ale zablokował ją ukraiński rząd. Dodatkowo prezydent Zełenski nałożył sankcje na Skyrizon, jego prezesa i trzy inne chińskie firmy.
Wcześniej, bo w sierpniu 2020 ówczesny sekretarz stanu USA, Mike Pompeo wyraził zaniepokojenie „szkodliwymi chińskimi inwestycjami na Ukrainie” i wskazał przejęcie Motor Siczy przez Skyrizon.
W styczniu ukraińskie służby bezpieczeństwa SBU przerwały spotkanie akcjonariuszy Motor Siczy z Chińczykami blokując zmiany w zarządzie firmy. Teraz Chińczycy domagają odszkodowania w wysokości 3,5 mld dolarów. Mają wsparcie swego rządu. Wojna z nimi będzie kosztowna. Chiny są największym rynkiem eksportowym Ukrainy. W razie bojkotu, UE strat tych nie zrekompensuje.
Zbliżenie Ukrainy z NATO od lat blokują Węgry, oskarżając ją o represje wobec mniejszości węgierskiej. Krzywym okiem patrzy Turcja, bo prawosławna Ukraina może wspierać wrogą wobec niej Grecję. Za to Ukraina wojująca z Rosją przyda się Turcji w rywalizacjach z Kremlem. Wzmocnionej tak Turcji nie chce Francja, skonfliktowana z nią w Libii, i USA na Bliskim Wschodzie. Niemcy chętnie pohandlują z Ukrainą i z Rosją. Ukrainie obiecają bezpieczeństwo, a Rosji szlaban dla Ukrainy w NATO. Im więcej Ukrainy w NATO, tym mniejsza atrakcyjność w pakcie Rumunii. I Polski też. Nowe kłopoty.
Na razie Kijów oczekuje pomocy USA w modernizacji armii, kolejnej transzy kredytów Międzynarodowego Funduszu Walutowego i chińskiego rynku na swój eksport. Pomocy w rozwiązaniu problemów Donbasu i Krymu też. Prezydent Biden nie dzwoni.
A szczęściarz Duda śmiga na nartach.

Moja wojna bałkańska

Jechaliśmy cichą, majową nocą, autostradą od Nowego Sadu, kolumną samochodów z zaciemnionymi reflektorami. Wjeżdżając do Belgradu przejechaliśmy most na Sawie. Wtedy coś tam z tyłu huknęło i błysnęło. Na zdrowie!, zakrzyknąłem. Ciesząc się, bo szczęśliwie docieraliśmy do celu.

Do Belgradu pojechaliśmy czwórką ówczesnych parlamentarzystów SLD. Izabella Sierakowska, Piotr Ikonowicz, Wit Majewski i ja. Reprezentując parlamentarna grupę polsko- jugosłowiańską. Aby zaprotestować przeciwko „bombowej” polityce NATO przy rozwiązywania konfliktów narodowościowych. I wesprzeć propagandowo Serbów, którzy zostali okrzyknięci przez zjednoczony front północnoatlantyckiej propagandy sprawcami całego zła na Bałkanach. Zwłaszcza masowych mordów, elegancko zwanych „czystkami etnicznymi”. Pojechaliśmy bez błogosławieństwa kierownictwa SLD, sprzeciwie rządzącej koalicji AWS- UW. I krytyce czołowych liberalnych mediów. Okrzyknięto nas sługusami prezydenta Slobodana Miloszevicza, choć jego politykę też krytykowaliśmy.
Pewnie dlatego mieliśmy wsparcie opozycyjnych wobec Miloszevica elit politycznych. Postrzegających ówczesną Federacyjną Republikę Jugosławii jako państwo związane z Unią Europejską. Reprezentował ich wiceminister spraw zagranicznych Zoran Novakovicz, późniejszy ambasador Serbii i Czarnogóry w Polsce.
Wbrew prognozom polskich mediów nie spotkaliśmy się z prezydentem Miloszeviczem, bo nie zabiegaliśmy o to. Nasi gospodarze zadbali o liczne spotkania z reprezentantami serbskiej opinii publicznej. Hierarchami kościołów prawosławnego i katolickiego, parlamentarzystami wszystkich ugrupowań, politologami i publicystami. Dodatkowo zorganizowaliśmy spotkania z polskimi dyplomatami, dziennikarzami i belgradzkimi Polakami. Nocami buszowaliśmy z Piotrkiem Ikonowiczem po piwnych ogródkach wsłuchując się w głos ludu.
Widzieliśmy wojnę z niewidzialną armią. Zbombardowaną rafinerię w Panczewie, rozwalone bombami grafitowymi sieci energetyczne, rozbite szpitale, lokalne mosty i drogi. Bombardowania NATO miały być „punktowe” i „inteligentne”. Trafiać jedynie w cele wojskowe i siedziby ugrupowań oskarżanych o ludobójstwo.
Nie pokazano nam zaatakowanych obiektów wojskowych, to oczywiste, widzieliśmy zrujnowane gmachy ministerstw obrony i ministerstwa spraw wewnętrznych. Państwowej telewizji. No i hotelu „Jugosławia”, gdzie była siedziba sztabu „Arkana”, wodza militarnych bojówek oskarżanych o ludobójstwo kosowkich Albańczyków. Widzieliśmy też sporo trafionych obiektów cywilnych, bo były w sąsiedztwie celów wojskowych i politycznych. Ofiary pomyłek „inteligentnych” rakiet – podróżnych cywilnego pociągu, kolumny jadących na targ samochodów.
Najbardziej zagadkowym był atak na ambasadę Chin. Byliśmy tam dwa dni po. Nie zapomnę widoku wypalonego gmachu i chrzęstu dywanu z rozbitych porcelanowych naczyń. Mówiono, że to odwet za ukryte w gmachu instalacje wojskowe pomagające Serbom. Zginęło trzech chińskich dyplomatów. Jeden znany mi, młody polonista i slawista, został pośmiertnie uhonorowany ulicą w rodzinnym miasteczku. Amerykanie szybko wypłacili rodzinom zabitych sute odszkodowania i wyciszyli „pomyłkowy” atak. Belgradzka ulica pokochała Chiny. Widziałem demonstracje solidarności z Chińczykami.
Ambasada polska nie ucierpiała. Miejscowi grafficiarze pokryli ją jedynie swastykami, napisami „Sługusy NATO” i „Mordercy”. Ale szyb nie wybili. Wyleciały te z okien na parterze. Od podmuchów, kiedy samoloty NATO rozwaliły pobliski gmach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
W czasie dnia wojny nie było widać na belgradzkich ulicach. Sklepy zawalone żywnością. Pełne kawiarniane ogródki, nocami piwiarnie. Spacerujące dziewczyny przecudnej urody i starsi panowie. Młodych niewielu. Mobilizacja. Z knajp słychać było „sevdalinki” i pieśni o serbskiej duszy która została na Kosowie. Ulica dudniła, gadała z serbskim wigorem. Ameryka to kurwa, NATO to kurwa, a Rosja kurwa największa. Sprzedała się Ameryce, zamiast pomóc prawosławnym braciom. Jelcyn to kurac, i Clinton też kurac. „Monika stisni zube”. Tak zachęcano pannę Lewinski do spotkania z prezydentem Clintonem. Serbia nie podda się, będzie walczyć nawet sama, jak to nieraz w jej historii bywało.
Samoloty NATO nadlatywały zawsze w nocy. Bo to czas kurew i złodziei, usłyszałem. Dlatego wieczorami na głównych belgradzkich mostach mieszkańcy tworzyli żywe tarcze. I balangowali do świtu. ”Obriste nam dupe, NATO trupe” skandowali. „Billi, mislim na tebe. Gavrilo Princp”, słali przekaz Clintonowi. Jednej nocy przechodziliśmy z Piotrkiem Ikonowiczem, na skróty, przez most kolejowy. Nagle, jak na ćwiczeniach w wojsku. Błysk z prawej, huk z lewej. Na szczęście mieliśmy puste żołądki.
Rok później zaproszono nas do Belgradu na rocznicę wygranej wojny z NATO. Wtedy pomimo ogłoszonego zwycięstwa na ulicach narastała beznadzieja i marazm. Jugosławia wygrała wojnę, ale zaczęła przegrywać pokój. Straciła Kosowo, potem rozpadła się na Serbię i Czarnogórę. Zmarniała ekonomicznie, cywilizacyjnie, politycznie. Czeka dalej na akcesję do Unii Europejskiej.
Prezydent Miloszevicz stracił władzę w 2000roku, zmarł w 2006 roku w więzieniu w Hadze oskarżony o ludobójstwo. Jego albańscy przeciwnicy z Kosowa, najpierw dowodzący anty serbską partyzantka UCK, a potem byli „premierzy rządu Kosowa”, Ramush Haradinaj i Hashim Thaci, też zostali oskarżeni przez haski Trybunał. O ludobójstwo Serbów. Rozmawiałem z nimi, jako delegat Rady Europy, w roku 2002, podczas wyborów samorządowych w Kosowie. „Państwie” nadal nieuznawanych przez wszystkie państwa Unii Europejskiej. Takim „Naddniestrzem” NATO na Bałkanach.
Zorana Novakovicza ostatni raz widziałem w 2006 roku w szpitalu. Byłem obserwatorem Rady Europy serbskiego referendum konstytucyjnego. Zoran wiedział, że umiera. Kiedy wspominaliśmy naszą „wojnę”, rzekł mi, to czego wtedy nie mógł, nie odważył się.
Otóż podczas naszego wjazdu w 1999 roku, przez most na Sawie, dopadła nas wystrzelona nieba rakieta. Trafiła w wał ziemny chroniący most za który wtedy wjechaliśmy. Albo była niecelna albo wyrafinowanie inteligentna.
Gdyby nas dopadła – bylibyśmy pierwszymi polskimi ofiarami NATO po wstąpieniu naszego państwa do Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Ofiary bombardowań NATO chcą odszkodowań

22 lata po natowskim bombardowaniu Serbii, ofiary wciąż pamiętają i domagają się sprawiedliwości. Prawnicy zajmujący się prawami człowieka złożyli pozwy przeciwko sojuszowi NATO w związku z użyciem zakazanych rodzajów broni w trakcie nalotów na Serbię w 1999 roku. Prawnicy reprezentują rodziny zabitych a także tych, którzy cierpią z powodu powikłań na skutek kontaktu ze zubożonym uranem, obecnym w użytej przez NATO amunicji. Prawnicy domagają się odszkodowań w wysokości co najmniej 300 tysięcy euro dla każdej z ofiar. Władze Serbii od dłuższego czasu zwracają uwagę na problemy zdrowotne wielu osób, które miały kontakt z miejscami bombardowanymi przez NATO i oskarżają sojusz o stosowanie amunicji ze zubożonym uranem.

Duża część z ofiar to dawni policjanci i żołnierze, którzy pracowali w 1999 roku w Kosowie, wówczas części Serbii i Federacyjnej Republiki Jugosławii. Prawnicy powołują się na podobny przykład żołnierzy włoskich, którzy stacjonowali na Bałkanach. Po powrocie do kraju, 366 z nich zmarło a co najmniej 7,5 tysiąca doświadczyło skutków zatrucia zubożonym uranem. Prawnik, który reprezentował włoskich żołnierzy i któremu udało się już wywalczyć rekompensaty w 181 przypadkach, będzie teraz wspierał serbski zespół prawników. Jego zdaniem obydwie sprawy dotyczą tych samych, zakazanych rodzajów broni. Srdjan Aleksić, szef serbskiej grupy prawników mówi, że zespół zgromadził ponad 3 tysiące stron dokumentów, w tym werdykty, opinie ekspertów i materiały specjalnej, włoskiej komisji rządowej.
Sama armia USA przyznaje, że użyła około 40 tysięcy takich pocisków w czasie konfliktów w Bośni i Kosowie. Zubożonego uranu, który sam w sobie nie jest silnie radioaktywny, używa się do powlekania czubków pocisków, dzięki czemu łatwiej nimi przebić materiały opancerzone, na przykład w czołgach lub w bunkrach. Ale po eksplozji pocisku pozostaje radioaktywny lub toksyczny pył. To ten pył powoduje długotrwałe skutki zdrowotne u osób narażonych na kontakt z nim. Wojska zajmujące się likwidowaniem śladów po działaniach wojennych bywają ofiarami zakażenia tym pyłem. Takie problemy zgłaszały armie kilku państw europejskich, których żołnierze byli na misjach na Bałkanach. Taka sytuacja dotyczy właśnie żołnierzy włoskich, którzy pracowali przy oczyszczaniu Kosowa po działaniach wojennych. Pociski ze zubożonym uranem były masowo używane przez armię USA w Iraku i Afganistanie. W obu tych krajach, w miejscach gdzie dochodziło do amerykańskich ostrzałów, odnotowuje się ponadprzeciętny wskaźnik zachorowań na nowotwory i upośledzenia u narodzonych dzieci. Według rządu Serbii i prawników, ofiarą zubożonego uranu mogą być też żołnierze i policjanci serbscy.
Agresja NATO na Jugosławię, nazywana przez NATO „wojną o prawa człowieka w Kosowie” rozpoczęła się w marcu 1999 roku bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. NATO złamało wówczas nawet swój własny statut pozwalający na interwencje wyłącznie na terytorium państw członkowskich sojuszu. Pod sztandarem „obrony praw człowieka” bombardowania doprowadziły do śmierci co najmniej 2 tysięcy osób (według rządu Serbii ponad 5 tysięcy), z czego blisko połowa to przypadkowi cywile. Rannych zostało co najmniej 12 tysięcy osób. W ruinę obrócono wiele zakładów produkcyjnych, linii komunikacyjnych, mostów, dworców, lotnisk, instalacji przemysłowych i tuneli a także blisko 25 tysięcy domów i 69 szkół. Wiele z nich oddalonych było o setki kilometrów od Kosowa. Szkody na skutek nalotów szacuje się na dziesiątki miliardów dolarów.
Choć dowódcy NATO deklarowali, że zamierzają prowadzić ataki w taki sposób, by zminimalizować straty wśród ludności cywilnej, to według Human Rights Watch, odsetek pocisków „precyzyjnych” czy „inteligentnych”, czyli takich, które rzekomo minimalizują straty cywilne, wynosił zaledwie 30% użytej amunicji a w niektórych momentach kampanii spadał do 10-20%. Piloci NATO są także odpowiedzialni za ataki na konwoje i zgromadzenia ludzi podczas których zginęli cywile. Do ataków dochodziło w ciągu dnia czyli wtedy gdy z bombardowanych dróg, mostów czy tuneli korzystali cywile i ich śmierć była do przewidzenia. Zaskakującym zbiegiem okoliczności było też wystrzelenie pocisku w kierunku konsulatu Chin. Zginęło tam trzech chińskich dziennikarzy a dwadzieścia osób zostało rannych. NATO skomentowało to jako „pomyłkę”. W trakcie całej kampanii wojennej, jedynymi stratami wojskowymi NATO była śmierć dwóch pilotów helikoptera w trakcie wypadku podczas lotu treningowego w Albanii.
Nie oznacza to, że w Kosowie nie dochodziło do konfliktów etnicznych i łamania praw człowieka. Kosowo od lat było miejscem napięć między Albańczykami a Serbami a część Serbów nie chciała uznać autonomicznych aspiracji mniejszości albańskiej. Albańskie bojówki nacjonalistyczne z tak zwanej Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK, jak już dzisiaj wiemy, wspieranej wtedy i finansowanej przez USA i przez rząd Albanii) atakowały policję, armię i samych Serbów. Korzenie samej UÇK sięgają początku lat 80-tych i powstawania na emigracji anty-jugosłowiańskich, maoistowskich grup, wspieranych przez Tiranę a następnie grup kosowskich emigrantów współpracujących z albańską mafią na Zachodzie. Zajmowały się one gromadzeniem funduszy na działalność bojówek w Kosowie i były odpowiedzialne za ataki na przedstawicieli Jugosławii za granicą, między innymi w Brukseli. W tym też czasie bojówki w samym Kosowie dokonały co najmniej dziewięciu zamachów bombowych w Prisztinie. Władze odpowiedziały masowymi aresztowaniami. Atmosfera napięcia, protestów, starć i sporadycznych incydentów zbrojnych trwała aż do lat 90-tych. Terroryści z UÇK w 1996 roku dokonali serii pięciu ataków na obozy serbskich uchodźców z Kajiny a celem innych ataków zbrojnych i bombowych stawały się komisariaty, urzędy i serbscy cywile. Policja odpowiadała siłą i przenosiła na cywilnych Albańczyków część odpowiedzialności za ataki bojówkarzy, co prowadziło do narastania frustracji i dalszego zaostrzania się konfliktu. W starciach ginęło coraz więcej ludzi i choć liczba zabitych jest przedmiotem manipulacji z obu stron, to szacuje się, że w ciągu paru lat napięć w drugiej połowie lat 90-tych w Kosowie zginęło nawet parę tysięcy osób obydwu narodowości. Powód do troski faktycznie istniał, ale można go było rozwiązać drogą dyplomatyczną, gdyby Zachód faktycznie miał taką wolę. Zamiast tego, USA od paru lat aktywnie wspierały zbrojne bojówki a w 1998 roku utworzyły nawet na terenie Kosowa podległą sobie milicję, która jednak nigdy nie odgrywała takiej roli jak UÇK. Napięcia te nie były więc prawdziwym powodem agresji NATO lecz jedynie pretekstem do agresji. Chodziło o rozgrywkę geopolityczną a konflikt w Kosowie był dobrym pretekstem do ataku. W rezultacie nalotów, rząd Jugosławii zmuszony został do wycofania policji i wojska z Kosowa a na ich miejsce weszły „siły pokojowe” złożone z żołnierzy NATO a w roli nowej armii narodowej Kosowa pojawili się uzbrojeni przez USA bojówkarze UÇK. Kosowo stało się od teraz bazą wojskową USA na Bałkanach a niedługo potem, pod presją Zachodu, od Jugosławii oderwała się Czarnogóra. Zachodowi chodziło o pozbycie się niepokornego rywala na Bałkanach, szczególnie, że Serbia naturalnie ciążyła ku Rosji w stosunkach międzynarodowych.
Warto spróbować zrozumieć kontekst w jakim międzynarodowa opinia publiczna oceniała te wydarzenia, szczególnie na Zachodzie. Nie zagoiły się jeszcze rany po największej rzezi etnicznej jaką widziała Europa od czasu drugiej wojny światowej, czyli wojny domowej z początku lat 90-tych w byłej Jugosławii i wojny domowej w Bośni, Europę zalała fala uchodźców z Bałkanów a opinię publiczną szokowały kolejne doniesienia o okrucieństwach do jakich dochodziło w czasie niedawno zakończonej wojny. Słyszeliśmy o zbrodniach w Sarajewie czy ludobójstwie w Srebrenicy a rządy zachodnie były przez obrońców praw człowieka i opinię publiczną krytykowane za brak działań i za brak zainteresowania losem masakrowanych cywilów. Główni sprawcy masakr i zbrodni wojennych wciąż byli na wolności, powstawały szokujące filmy dokumentalne o bezradności międzynarodowych sił pokojowych w Bośni, świat nie chciał powtórki z historii.
Konflikt wokół Kosowa nie miał takiej samej dynamiki jak wcześniejsze konflikty w byłej Jugosławii, ani rząd nie był odpowiedzialny za zbrodnie przeciw ludzkości. Ale większość mieszkańców Zachodu nie śledzi sytuacji na Bałkanach zbyt szczegółowo, za to często szczerze współczuje cywilnym ofiarom konfliktów. Te nastroje wśród opinii publicznej wykorzystali przywódcy państw Zachodu. Trwającej blisko trzy miesiące kampanii bombardowań, towarzyszyła bezprecedensowa kampania dezinformacji i propagandy w głównych mediach na Zachodzie. Kłamstwa tworzono w taki sposób, żeby przypominały obrazy znane z przekazów o niedawno zakończonej wojnie na Bałkanach. Przedstawiano zniekształcony i fałszywy obraz sytuacji w Kosowie a opinię publiczną informowano, że wojska jugosłowiańskie dokonują tam czystek etnicznych na masową skalę. Każdego dnia media prześcigały się w podawaniu coraz wyższej liczby rzekomych ofiar i uchodźców. Większość z tych informacji okazała się wkrótce tym, co dzisiaj nazywamy fake newsami i służyła wyłącznie zmanipulowaniu opinii publicznej. W przeddzień ataku, politycy związani z NATO twierdzili też, że celem „społeczności międzynarodowej” jest doprowadzenie do wolnych wyborów w Jugosławii, choć zaledwie kilka miesięcy wcześniej, we wrześniu, w Jugosławii odbyły się wybory, które OBWE oceniła jako przeprowadzone uczciwie. Kampanię bombardowań przywódcy NATO nazwali „wojną w imię praw człowieka”. Jeśli faktycznie ktoś w to wierzył, to bilans tych działań musiał być rozczarowujący. W następstwie przejęcia kontroli nad Kosowem przez NATO i UÇK, prowincję musiało opuścić ponad 200 tysięcy uchodźców, głównie Serbów, ale także Romów i innych nie-albańskich narodowości. Serbia stała się domem dla największej grupy uchodźców w Europie od lat. Ci, którzy zdecydowali się pozostać w Kosowie a nie byli etnicznymi Albańczykami, spotykali się z szykanami, represjami i przemocą.
Agresja na Jugosławię w 1999 roku była też pierwszą operacją NATO z udziałem Polski jako nowego członka. Rządząca w kraju koalicja AWS-UW (odpowiednik dzisiejszej PiS-PO) chętnie przyłączyła się do agresji, bezkrytycznie powtarzając propagandę zasłyszaną u zachodnich sojuszników. Jedynymi politykami z Polski, którzy chcieli spojrzeć na sprawę obiektywnie, była czteroosobowa delegacja posłów lewicy, która wybrała się do Belgradu w trakcie bombardowań, odwiedzając przy okazji obozy uchodźców. Media, które w czasie bombardowań chętnie mówiły o losie albańskich uchodźców w Kosowie, nie interesowały się w ogóle losem serbskich cywilów, którzy ginęli od natowskich bomb. Ludwik Stomma na łamach ‚Polityki’ pisał wtedy: „Wydaje się jakby w kraju, który ma tak tragiczną przeszłość jak nasz, nikt nie pamiętał już, że gdzie spadają bomby, tam giną ludzie. Starcy, kobiety, dzieci. I nikogo to nie przeraża? Nikt nie podrywa się do protestu? Nikogo nie obchodzą serbskie ofiary?”. Niestety, ich głos został w kraju zakrzyczany przez wojenną propagandę, tak samo jak parę lat później, wojenna propaganda zagłuszyła przeciwników wojny w Afganistanie i Iraku.
Nie jest jasne, czy zgromadzone dokumenty w sprawie odszkodowań dla ofiar bombardowań zostaną uznane przez państwa NATO i przez trybunały. Jeśli pozew się powiedzie, otworzy to być może drogę do odszkodowań za wielomiliardowe zniszczenia wojenne. Miejmy jednak przede wszystkim nadzieję, że nagłośni to prawdę o ciemnej stronie nielegalnej agresji i sprawi, że w przyszłości opinia publiczna będzie uważnie i krytycznie przyglądać się temu co głoszą rządy, gdy prą do wojny. Wojna zawsze oznacza śmierć i tragedię zwykłych ludzi.

Pucz w Mali i natowska destabilizacja Sahelu

Zawirowania w zachodnioafrykańskim Mali pogłębiły się po tym, jak grupa żołnierzy i młodszych oficerów stacjonujących w stolicy Bamako zatrzymała prezydenta Ibrahima Boubacara Keitę, premiera Boubou Cissé i innych wysoko postawionych urzędników państwowych, a następnie zmusiła ich do rezygnacji. Towarzyszyły temu kolejne tygodnie masowych protestów i demonstracji przeciwko rządowi Keity. Dziesiątki tysięcy protestujących wyszły na ulice, by świętować po tym, jak wiadomość o aresztowaniu Keity została podana do wiadomości publicznej.

W Bamako miały miejsce sceny dzikiej radości, podczas których protestujący i żołnierze strzelali ostrą amunicją w powietrze, aby uczcić usunięcie znienawidzonego rządu wspieranego przez Francuzów. Następnie, około północy, Keita pojawił się w telewizji, aby ogłosić swoją rezygnację i rozwiązanie parlamentu.
Dopiero pucz zwrócił uwagę światowej opinii publicznej na sytuację w Mali. Tymczasem wcześniej również działo się sporo: w marcu rząd uparł się organizować wybory parlamentarne pomimo niebezpieczeństw związanych z pandemią COVID-19. W nieuczciwy sposób partia Keity ostatecznie zdobyła dodatkowe 10 miejsc. W tym samym czasie główny lider opozycji, Soumaila Cissé, został porwany przez nieznanych sprawców. Od tej pory ślad po nim zaginął. Efektem były masowe protesty, które zmusiły Trybunał Konstytucyjny do unieważnienia wyników wyborów. Ale ta decyzja nie uspokoiła masowego ruchu. Zamiast tego, jeszcze bardziej ośmieliła demonstrantów, by naciskać na całkowite usunięcie rządu. Erupcja tego gniewu nastąpiła w czerwcu, kiedy setki tysięcy protestujących wyszły na ulice Bamako, aby zaprotestować przeciwko załamaniu się gospodarki, niewłaściwemu zarządzaniu przez rząd pandemią COVID-19 oraz pogłębiającemu się kryzysowi w północnych i centralnych regionach kraju, gdzie poważna islamistyczna rebelia całkowicie zdestabilizowała region Sahelu.
Początkowo Keita odmówił rezygnacji. Jednak następnie cały jego gabinet podał się do dymisji w związku z nasileniem wojny domowej, która szaleje od 2012 roku. Pod koniec lipca prezydent utworzył nowy gabinet, próbując wyjść z kryzysu. Pokazało to jednak, jak nikłe jest jego rzeczywiste poparcie.
Reżim próbował skierować ruch w ramienia opozycyjnej koalicji znanej jako Ruch 5 czerwca (M5-RFP), kierowanej przez duchownego Mahmuda Dicko. Celem było uratowanie reżimu przed obaleniem. Jednak koalicji „lojalnych” liderów opozycji nie udało się spacyfikować ruchu. Każde małe żądanie, jakie stawiali Keicie, pobudzało masy, zmuszając je z kolei do wysuwania dodatkowych żądań. Sytuacja rządu stawała się powoli coraz bardziej dramatyczna.Gdy stało się jasne, że skorumpowany rząd Keity nie jest w stanie pójść na żadne ustępstwa, wkroczyła ostatnia linia obrony reżimu: wojsko. Poświęcono prezydenta, by zachować system.
To drugi zamach stanu w Mali w ciągu ośmiu lat. W 2012 roku bunt miał miejsce w tej samej bazie wojskowej, kiedy to były prezydent Amadou Toumani został obalony po katastrofalnej reakcji na powstanie Tuaregów na północy kraju. Rebelia została uzbrojona w broń płynącą z pobliskiej Libii w następstwie interwencji NATO mającej na celu usunięcie Kaddafiego w 2011 roku. Interwencja ta doprowadziła do całkowitej destabilizacji sytuacji: bojówki islamskie dosłownie zalały kraj, dopuszczając się okrucieństw na szeroką skalę, takich jak porwania, masakry, zamachy bombowe i rozpoczęcie kwitnącego biznesu – handlu niewolnikami. Taka była cena, jaką Libia zapłaciła za swoje popierane przez Zachód „wyzwolenie”.
Ten chaos rozlał się na Afrykę Zachodnią i region Sahelu, destabilizując szczególnie Niger, Burkina Faso i Mali. Bojownicy z ludu Tuaregów, którzy walczyli jako najemnicy dla Kaddafiego, wrócili do Mali, podsycając pełnowymiarową rebelię na północy kraju. Napływ ciężkiej broni do tego regionu podsycał również powstanie Boko Haram w Nigerii, Kamerunie i Nigrze.
Keita doszedł do władzy w 2013 roku. W 2015 roku podpisano porozumienie z niektórymi grupami rebeliantów, przyznające słabo zaludnionej północy większą autonomię. Należą do nich islamskie grupy ekstremistów związane z Al-Kaidą i państwem islamskim, które wykorzystały trwającą od dawna rebelię Tuaregów do przeprowadzenia własnych ataków. Keita utrzymał się u władzy w 2018 r. po sfałszowanych wyborach, ale jego ustępstwa nie powstrzymały powstania. Sytuacja większości społeczeństwa pogorszyła się i wywołała głęboki resentyment w wojsku.
Po zdestabilizowaniu Libii siły imperialistyczne podążyły następnie za grupami dżihadystów do Sahelu, rozmieszczając w regionie ponad 20 000 międzynarodowych i lokalnych żołnierzy. Było to 4 500 żołnierzy francuskich, 13 000 żołnierzy ONZ i około 5 000 żołnierzy związanych z finansowanymi przez Francję rządami „G5 Sahel”, w tym Burkina Faso, Czadu, Mali, Mauretanii i Nigru. Ta „wojna z terroryzmem” doprowadziła jedynie do dalszej destabilizacji Sahelu. Dżihadyści działając w regionie za pośrednictwem swojej filii, Państwa Islamskiego na Większej Saharze (ISGS), przyspieszyło swoje działania w Mali, Burkina Faso, a obecnie w Nigrze.
Reakcja tak zwanej społeczności międzynarodowej jest skrajnie obłudna. Moussa Faki Mahamat, przewodniczący komisji Unii Afrykańskiej, powiedział, że potępił „wszelkie próby zmian antykonstytucyjnych” i wezwał buntowników „do zaprzestania uciekania się do przemocy”.
Afrykańska Karta UA „Demokracja, wybory i rządy” zakazuje wszelkich zmian lub rewizji konstytucji, które stanowią „naruszenie zasad demokratycznej zmiany rządu”. Jednak UA nigdy nie powołała się na ten przepis i milczała po niedawnych falach „niekonstytucyjnych” przejęć władzy na całym kontynencie afrykańskim. W tym roku prezydent Alpha Conde miał opuścić Gwineę, ale zaaranżował przewrót konstytucyjny, który pozwoliłby mu pozostać na czwartą kadencję. Dyktator Abd al-Fattah as-Sisi rządzi w najlepsze w Egipcie. Nie lepsi są jego koledzy po fachu Ugandzie, na Komorach, w Republice Konga, Kamerunie, Czadzie, Dżibuti, Wybrzeżu Kości Słoniowej, Rwandzie i Togo.
W sprawę uwikłane są również imperialistyczne potęgi, które również potępiły zamach stanu. Jednak to one są bezpośrednio odpowiedzialni za ten kryzys. Protestujący w Bamako słusznie sprzeciwili się obecności obcych sił, wzywając do opuszczenia kraju przez siły francuskie, które są ściśle związane ze skorumpowanymi lokalnymi przywódcami.
Sahel jest jednym z najbiedniejszych regionów na świecie. Wielkie bogactwa mineralne tego regionu nie przyniosły korzyści mieszkającym tam ludziom. Obce wojska i grupy dżihadystów przyczyniają się do długiego cierpienia miejscowej ludności. Ale protesty w Mali wyraźnie pokazują, że masy społeczne są tą sytuacją zmęczone. To samo dzieje się w Burkina Faso, gdzie protestujący domagają się, aby państwo dostarczyło im broń do walki z terroryzującymi ich grupami zbrojnymi. Różnica między tym zamachem a zamachem z 2012 roku polega na roli ruchu masowego w tym procesie. Armia interweniuje, aby przełamać rewolucyjny gniew protestujących. W Burkina Faso byliśmy świadkami rozwoju sytuacji rewolucyjnej na pełną skalę w 2014 roku, kiedy to obalono Blaise’a Compaoré. Później obalono również kontrrewolucyjny zamach stanu. Pokazuje to rewolucyjny potencjał mas pracujących. Aby masy malijskie odniosły sukces, nie mogą mieć złudzeń co do oficerów wojskowych ani opozycji klerykalnej Mahmuda Dicko. Tylko opierając się na własnych siłach i łącząc się z masami w Burkina Faso i Nigrze, mogą oni odnieść sukces w usunięciu z tego regionu swoich zgniłych reżimów, grup terrorystycznych i imperialistycznych mocarstw.

Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu). Tekst oryginalny ukazał się na portalu marxist.com.

Pożegnanie z Mądrością Bożą

Można być w Rzymie i nie zobaczyć papieża. Nie sposób było być w Stambule i nie ujrzeć świątyni Haga Sophia. Symbolu tego miasta i żelaznego punktu programu każdej wycieczki po nim.
Tak było do 10 lipca. Tego dnia turecki Najwyższy Sąd Administracyjny unieważnił prezydencki dekret z 1934 rok nadający świątyni status muzeum. Następnego dnia prezydent Turcji Recep Erdogan nadał temu słynnemu zabytkowi bizantyjskiej kultury status meczetu. A to oznacza też liczne rygory i utrudnienia w jego zwiedzaniu przez następne miliony turystów. I nie tylko.
Zaproszenie do wojny
Haga Sophia, czyli świątynia Mądrości Bożej od zawsze była centralnym punktem naszego świata. Olbrzymia, wspaniała architektonicznie budowla, wyświęcona w 537 roku w obecności cesarza Justyniana Wielkiego, szybko stała się centrum duchowym chrześcijaństwa. I centrum Konstantynopola – miasta pretendującego do roli centrum chrześcijańskiej cywilizacji. Zwłaszcza, że dawny cesarski, łaciński Rzym był wtedy upadłą, drugorzędną metropolią.
Świątynia przetrwała wiele wojen i łupieżczych najazdów. Nawet ten najbardziej barbarzyński, dokonany przez katolickich krzyżowców w latach 1202 – 1204, urządzony przy okazji IV krucjaty. Te dwa lata złodziejskich rządów „łacinników” przypominały szwedzki „Potop” w Polsce. Pomimo prób późniejszej odbudowy cesarstwo i Konstantynopol nie wróciły już do dawnej świetności.
W 1453 roku resztki cesarstwa bizantyjskiego wraz z Konstantynopolem zdobyli Turcy władani przez sułtana Mehmeda II Zdobywcę. Ten rozpoczął odbudowę miasta, nadal mu nową świetność. Ale też zmienił jego nazwę na Istambuł, a chrześcijańską Hagę Sophię w meczet. Mehmed nie był jednak religijnym fanatykiem. Reprezentował „pragmatyczny islam”.
Swój Stambuł widział jako kontynuację kosmopolitycznej, wielo religijnej, mulit kulturalnej metropolii. Czerpiącej z dorobku greckiej kultury, bizantyjskiego chrześcijaństwa, wzbogaconych o słowiańskie, normandzkie i żydowskie wpływy. W jego imperium administracja i wojsko miało być islamskie i sturczone, ale gospodarka mogła być wielo religijna i wielo narodowa. Dzięki tej pragmatyce Turcja stała się światowym imperium.
Kryzys nadszedł wraz z wzmocnieniem się twardego, obskuranckiego islamu. Wtedy kiedy imperium zamykało się przed europejskim oświeceniem i rewolucją naukowo-techniczną. Przeróżne próby modernizacji kończyły się zawsze konserwatywnymi kontrrewolucjami.
Przegrane wojny bałkańskie i I wojna światowa rozbiły ostatecznie to imperium. Turcji groziła nawet utrata Istambułu. Wtedy władzę przejęli „młodoturcy” dowodzeni przez generała Mustafę Kemala Ataturka. Zlikwidowali system sułtanatu i religijny kalifat. Alfabet arabski utożsamiany ze szkołami koranicznymi zastąpiono łacińskim. Przyznano większe prawa kobietom, przymusowo wprowadzono europejski e ubiory. Turcja stała się świecka republiką wzorowaną na Francji.
Ostatnim akordem odgórnej laicyzacji stało się przekształcenie meczetu Haga Sophia w muzeum. Centrum światowej kultury.
Teraz Turcja rządzona przez prezydenta Erdogana wraca do czasów sułtanatu. Symbolicznie na razie. Prezydencka decyzja pogrzała stary na Bałkanach konflikt islam- chrześcijaństwo. Cerkwie prawosławne zaprotestowały, ale ich głos nie przebił się do świata zajętego walką z pandemią. Przy tej okazji ujawniły się też słabości autokefalicznych , czyli niezależnych, narodowych prawosławnych kościołów.
Ubiegłoroczna decyzja Bartłomieja I, tytularnego ”Arcybiskupa Konstantynopola – Nowego Rzymu i Patriarchy Ekumenicznego” stworzenia odrębnego ukraińskiego kościoła prawosławnego dodatkowo podzieliła prawosławnych na świecie. To też sprawiło, że stracił on poparcie najsilniejszej moskiewskiej cerkwi. To polityczne rozbicie świata prawosławnego cynicznie wykorzystał prezydent Erdogan kreując w swoich mediach „pokojowo nastawionego” patriarchę Konstantynopola jako swego politycznego poplecznika. Klienta nowego sułtanatu.
Wraca stare
Znacznie bardziej niebezpieczny może okazać się odradzający się konflikt polityczny „sułtańsko – islamska” Turcja kontra prawosławna Grecja. Wzmocniona poparciem prawosławnych państw bałkańskich. Sułtanizacja i islamizacja Turcji przez ekipę Erdogana oznacza nie tylko pożegnanie dawnej Turcji aspirującej do członkostwa w Unii Europejskiej. Bo oczywistym jest, że ta nowa- stara Turcja nie przystaje do laickiej, opartej na demokracji parlamentarno – gabinetowej, trójpodziale władz Unii Europejskiej. Ale to także aktualne teraz pytanie:
Czy taka anty chrześcijańska i antydemokratyczna Turcja mieści się w kanonie demokratycznych wartości deklarowanych przez Pakt Północnoatlantycki?
Czy antydemokratyczna, antyzachodnia erdoganowska Turcja może być dalej członkiem politycznej wspólnoty NATO?
Tu warto przypomnieć, że tureckie członkostwo nie byle jakim jest. Turcja jest najważniejszą południową flanką Sojuszu Północnoatlantyckiego. Uprzywilejowaną przez dziesiątki minionych lat, bo w czasach „zimnej wojny” była państwem sąsiadującym z ZSRR i państwami Układu Warszawskiego. I sprawnie zarabiała na tym.
Teraz nadal sąsiaduje z Rosją, ale też ze skonfliktowanymi z nią kulturowo i historycznie państwami NATO. Prawosławną Grecją, prawosławną Bułgarią i prawosławną Rumunią sąsiadem przez Morze Czarne. Sąsiaduje też politycznie z prawosławną Macedonią Północną, prawosławną Czarnogórą i wielo religijną Albanią. Warto też pamiętać o Cyprze. Podzielonym, zamieszkałym przez cypryjskich Greków i cypryjskich Turków. Z zamrożonym tam konfliktem etnicznym i religijnym, który islamizacja Turcji może podgrzać.
Czy przyszłe NATO będzie aż tak politycznie pojemne, że pomieści tureckie państwo, to niedemokratyczne i radykalizujące się teraz religijne?
Milczący światowy obrońca chrześcijaństwa
Elity PiS wielokrotnie deklarowały się jako „obrońca kultury chrześcijańskiej”. Zwłaszcza chrześcijańskich wartości. Wiele razy przestrzegały, straszyły nawet swych wyborców, ofensywą islamu. Islamizacją Europu. Zwykle wydumaną i kreowaną. Ale kiedy mamy do czynienia z faktyczną islamizacją Europy, faktyczną walką z dziedzictwem chrześcijańskiej kultury, to wszyscy zawodowi obrońcy chrześcijaństwa z PiS milczą jak trusie.
Ani słowa krytyki wobec polityki prezydenta Edogana z ich strony nie słychać. Przeciwnie odnoszę wrażenie, że elity PiS po cichu sympatyzują z tureckim prezydentem. Bo on jawnie odbudowuje państwo religijne, tłumi opozycję, pluje na Unię Europejską. Robi to o czym elity PiS marzą, tylko jeszcze boją się to uczynić.
A tymczasem na początku sierpnia prezes Ali Erbas kierujący Diyanetem, czyli instytucją powołaną w 1924 roku jako Urząd ds. wyznań, czyli pilnowania świeckości państwa tureckiego, a pod panowaniem prezydenta- sułtana Erdogana przekształcony w instytucję ds. islamizacji Turcji, zapowiedział powstanie w zamienionej w meczet Haga Sophii medresy, czyli szkoły koranicznej.
Kolejnego symbolu ponownej, państwowej islamizacji kraju.
Co będzie dalej?
Ustanowienie kalifatu w Turcji?

Państwo nieatomowe

Zapowiedziane przez prezydenta Trumpa wycofanie części wojsk amerykańskich z Niemiec spowodowało spekulacje dotyczące m. in. przeniesienia do Polski rakiet i głowic nuklearnych.

Tego rodzaju przeniesienie oznaczałoby pogorszenie bezpieczeństwa naszego państwa i byłoby sprzeczne z polską racją stanu. W tym kontekście warto przyjrzeć się doświadczeniom Norwegii będącej ważnym uczestnikiem stosunków międzynarodowych. Jak wiadomo- pierwszym Sekretarzem Generalnym był Norweg Trygve Lie. Obecny Sekretarz Generalny NATO to Norweg Jens Stoltenberg.
Po roku 1945 politycy norwescy zastanawiali się nad miejscem ich ojczyzny na geopolitycznej mapie Europy. Rozważano opcję neutralności i sojusz państw skandynawskich. Stalinowski ekspansjonizm spowodował wybór miejsca w zwartym sojuszu zachodnim. Szczególne znaczenie miały wydarzenia w roku 1948-polityczny przewrót w Czechosłowacji i tragiczna śmierć ministra Jana Masaryka oraz radziecko-fiński układ dwustronny ograniczający swobodę działania Finlandii na forum międzynarodowym. Kiedy w 1949 roku powstał sojusz NATO Norwegia stała się jego członkiem. Władze norweskie zdecydowały się na członkostwo o charakterze specyficznym-bez możliwości stacjonowania w Norwegii obcych wojsk. W 1957 roku wprowadzono też zakaz składowania na terytorium Norwegii broni atomowej w czasie pokoju. Norweski socjolog Trond Andreassen podkreśla, że zasadność tego zakazu potwierdziła blokada Kuby, kiedy to ludzkość znalazła się na krawędzi III Wojny Światowej. Prezydent John F. Kennedy i amerykańscy generałowie zastanawiali się wówczas nad możliwością zbombardowania radzieckich wyrzutni rakietowych znajdujących się na Kubie. Liczyli się też z możliwością radzieckich działań retorsyjnych w postaci zniszczenia amerykańskich wyrzutni rakietowych Jupiter, które były wówczas na terytorium Turcji, w pobliżu granicy z ZSRR. Było prawdopodobne, że pierwszymi ofiarami globalnego konfliktu stałyby się Kuba i Turcja.
Kryzys kubański zakończył się usunięciem rakiet i głowic przez ZSRR w zamian za rezygnację rządu USA z następnej inwazji na Kubę. Radziecki premier Nikita Chruszczow obwieścił światu że rakiety i głowice usunął w odpowiedzi na apel filozofa Bertranda Russella.
Kilka miesięcy potem amerykańskie rakiety Jupiter zostały zabrane z Turcji. Oficjalnie nie było iunctim pomiędzy tym posunięciem a sytuacją na Kubie. W opublikowanych oświadczeniach -przyczyną decyzji rządu amerykańskiego było to, że-rakiety były przestarzałe.
W sztabach wielkich mocarstw stratedzy i planiści wojskowi wymyślają makabryczne scenariusze, ponieważ sądzą, że są od tego, aby myśleć o tym co jest nie do pomyślenia. O scenariuszach z czasów zimnej wojny wiadomo, że przewidywały one-w przypadku III Wojny Światowej zniszczenie nieprzyjacielskich baz z bronią atomową znajdujących się w pobliżu granic. Zniszczenia byłyby olbrzymie. Być może spowodowałyby one decyzję o zawieszeniu broni. Całe szczęście, że „zimna” wojna nie przekształciła się w „gorącą”.
Pułkownik Ryszard Kukliński przekazując Centralnej Agencji Wywiadowczej 35 tysięcy stron dokumentów dotyczących m. in. rozmieszczenia na terenie Polski baz radzieckich zwiększał prawdopodobieństwo uderzenia prewencyjnego. Jako doświadczony oficer zdawał sobie sprawę z takiej możliwości.
29 grudnia 1940 roku prezydent Roosevelt w przemówieniu radiowym podkreślił: ”Nasza polityka narodowa nie jest nakierowana na wojnę. Jej jedynym celem jest utrzymanie wojny daleko od naszego kraju i naszego narodu”. Przyjmując nominację na kandydowanie- po raz czwarty- w dniu 20 lipca 1944 roku prezydent stwierdził: ”Dzisiaj obrona Oklahomy i Kalifornii ma miejsce w Normandii i na Saipanie . Tam muszą one być bronione, gdyż to co się dzieje w Normandii i na Saipanie ma wpływ na bezpieczeństwo i pomyślność Oklahomy i Kalifornii.
Obecnie prezydent Donald Trump ciągle powtarza „najpierw Ameryka”. Oznacza to – sojusznicy później. Jeżeli w ogóle…
Norwegia jest państwem aktywnym w polityce światowej. Jej przedstawiciele odgrywali i odgrywają ważną rolę w organizacjach międzynarodowych. Należy tu wymienić Gro Harlem Brundtland- dwukrotnie zajmującą stanowisko premiera, a w latach 1998-2003-dyrektora generalnego Światowej Organizacji Zdrowia.
Norweski minister spraw zagranicznych J. Holst pośredniczył w nawiązaniu tajnych rozmów pomiędzy Organizacją Wyzwolenia Palestyny a Izraelem. Rozmowy te nie doprowadziły do rozwiązania izraelsko-palestyńskiego węzła gordyjskiego. Skuteczne natomiast było norweskie pośrednictwo w konflikcie pomiędzy Tamilami i Syngalezami, który to konflikt przez wiele lat niszczył Sri Lankę. Polityka zagraniczna Norwegii służy pokojowi, bezpieczeństwu i rozwojowi gospodarczemu. Nie jest instrumentem osiągania korzyści strategicznych, takich jak zakładanie baz, lub politycznych-jak uzależnianie innych państw, jak to ma miejsce w przypadku wielkich mocarstw. Dlatego też – jak sądzę – zasługuje ona na nasze szczególne zainteresowanie.