Gdzie ten sukces prezydencie Duda?

Przed przypadającym w 70 rocznicę utworzenia NATO, szczytem szefów państw Sojuszu, prezydent drugiej co do wielkości armii Paktu Atlantyckiego ogłosił, że jedzie do Londynu na spotkanie, aby załatwić swoje interesy. I to kosztem wszystkich innych.

– Turcja sprzeciwi się natowskiemu planowi obrony dla państw bałtyckich, jeśli sojusznicy z NATO nie uznają ugrupowań, z którymi walczymy, za terrorystów – zagroził prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan .
W ten sposób Ankara odmówiła poparcia planu obrony przez NATO krajów bałtyckich i Polski, dopóki nie uzyska wsparcia sojuszu w walce z milicją YPG, którą uważa za organizację terrorystyczną z powodu jej powiązań z separatystyczną i zdelegalizowaną w Turcji Partią Pracujących Kurdystanu (PKK). Ta z kolei przez Turcję, Stany Zjednoczone i Unię Europejską uważana jest za organizację terrorystyczną. Tymczasem milicja YPG to trzon Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF), które de facto pokonały Państwo Islamskie. Skądinąd walcząc ramię w ramię z US Army.
Po tej enuncjacji do Erdogana zadzwonił Andrzej Duda. I uzgodnił, że panowie pogadają w Londynie.
Spotkano się i poinformowano, że doszło do kompromisu. Oficjalny komunikat głosił, że „w czasie szczytu doszło do spotkania prezydentów Polski, Litwy i Łotwy czyli Andrzeja Dudy, Gitanasa Nauseda i Egilsa Levitsa z prezydentem Turcji Recepem Erdoganem. W rozmowach uczestniczyli też też premier Estonii Jurim Ratasem i sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg.
– Dzisiaj uzgodniliśmy aktualizację planów dla Polski i państw bałtyckich. Jestem z tego zadowolony – rzekł ten ostatni na konferencji prasowej.
W komunikacie po zakończeniu szczytu poinformowano, że prezydent Turcji Recep Erdogan zgodził się przyjąć plan obronności dla Polski i państw bałtyckich., czyli, że wycofał się z wcześniejszego stanowiska.
Potwierdził to minister obrony Mariusz Błaszczak. Powiedział, że Turcja zgodziła się na przyjęcie planu, dzięki osobistej rozmowie Andrzeja Dudy z Recepem Erdoganem.
– To jest kolejny sukces Andrzeja Dudy. Widać, że pan prezydent jest bardzo skutecznym politykiem. To jest kolejna sprawa jeżeli chodzi o nasze bezpieczeństwo w ramach NATO, że pan prezydent okazuje się być politykiem bardzo liczącym się i skutecznym. To że udało się pan prezydentowi przekonać Turcję, żeby jednak teraz nie wygrywać sprawy syryjskich, sprawy bezpieczeństwa Turcji tak jak ją definiuje prezydent Erdodogan, tylko, żeby to bezpieczeństwo państw tej części Europy co Polska, było na pierwszym planie tej agendy, to jest bardzo duży sukces, ponieważ mamy poczucie że jesteśmy państwem bezpiecznym i obecność NATO nie będzie iluzorycznym. Bez względu na podziały polityczne musimy być zgodni, że to bardzo ważne dla Polski – perorowała potem w TV Republika posłanka Prawa i Sprawiedliwości Joanna Lichocka.
Ten niebywały sukces Andrzeja Dudy utrzymał się ledwie dzień.
„Turcja zablokuje ostateczną zgodę na plan NATO dotyczący obrony Polski i państw bałtyckich do czasu, aż sojusznicy zgodzą się uznać działające w Syrii kurdyjskie Ludowe Jednostki Samoobrony za terrorystów” – doniósł Reuters dzień po zakończeniu szczytu cytując szefa tureckiego MSZ Mevlut Cavusoglu.
– Plan NATO nie zostanie opublikowany, dopóki turecki plan również nie zostanie opublikowany – rzekł szef tureckiej dyplomacji. – Nie byłoby uczciwe, gdyby niektóre kraje nie zaakceptowały naszego planu, a jednocześnie poparły plan dla innych. Nie ma mowy o kompromisie.
Wypowiedź ta, dyskredytujące peany na cześć Dudy, została dziwnie pominięta przez prorządowe polskie media. Nie wspominając o tym, że nie doniósł się do nich ani apologeta prezydenckich działań Krzysztof Szczerski, ani nawet szef MON Błaszczak.

Kto zagraża pokojowi?

Społeczne Forum Wymiany Myśli – Wrocław rozpoczyna sezon debat 2019-20.

Na najbliższym spotkanie zajmiemy się kwestią zagrożenia dla pokoju w Europie ale też i na świecie. Chcemy przedyskutować problem militaryzacji, nowego wyścigu zbrojeń, klimatu nieufności i agresji, podżegania do napięcia międzynarodowego, siania wrogości między społecznościami itd. Stary Kontynent tak naznaczony wojnami, konfliktami, ludobójstwem, po doświadczeniach dwóch wojen, które przetoczyły się przez tereny Europy niczym walec przeżył 45 lat w efekcie Jałty i Poczdamu – mimo koślawości i współczesnych narzekań na owe umowy Wielkich Mocarstw – w pokoju i stabilności. A nie ma niczego ważniejszego niż pokój: mówili na ten temat tacy giganci, admirowani również przez polski mainstream, ostatnich dekad jak Albert Einstein, Martin Luther King, Nelson Mandela czy Jan Paweł II. Postaramy się odpowiedzieć kto, dlaczego z jakich pobudek zagraża pokojowi w Europie i na świecie.
Chcemy znaleźć, choć częściowe, odpowiedzi na pytania:
1/ czy Polska musi być promotorem militaryzmu i napięcia w Europie?
2/ czy musimy wydawać taką część budżetu na zbrojenia (bo tak życzy sobie światowy hegemon i ponoć nasz najlepszy sojusznik)?
3/ czy nasza obecność w agresywnym aliansie jakim jest  NATO  (jest to agresywny alians od przeszło 3 dekad absolutnie nie będący – wedle wcześniejszych uzgodnień – paktem obronnym) jest niezbędna dla stabilizacji sytuacji w Europie?
4/ czy Polski nie stać na powtórzenie na międzynarodowej arenie inicjatywy znanej i cenionej swego czasu jako „plan Rapackiego” co niewątpliwie by przełożyło się na spadek napięcia międzynarodowego?
5/ dlaczego społeczeństwo Polskie tak pokornie zgadza się na to aby tereny Polski były poligonem doświadczalnym dla NATO?

Dylematy Sojuszu Atlantyckiego

Minęło siedemdziesiąt już lat od powstania Paktu Północno-Atlantyckiego i dwadzieścia od przyjęcia w jego skład pierwszych trzech państw posocjalistycznych: Polski, Czech i Węgier.

Sojusz Atlantycki przetrwał zakończenie zimnej wojny, której był produktem i jest obecnie najsilniejszą międzynarodową strukturą polityczno-wojskową współczesnego świata. Decyzja o rozszerzeniu go na państwa, które w latach 1989/90 dokonywały zmiany systemu, okazała się – wbrew obawom żywionych wówczas przez część polityków, tak na Zachodzie, jak w Polsce – istotnym wkładem w budowanie nowego ładu międzynarodowego.
Byłem zdecydowanym zwolennikiem przystąpienia Polski do NATO. W tygodniach poprzedzających powstanie pierwszego rządu SLD i PSL z inicjatywy Aleksandra Kwaśniewskiego zostałem współprzewodniczącym międzypartyjnego zespołu SLD, PSL i Unii Pracy, którego zadaniem było sformułowanie założeń polityki zagranicznej i obronnej przyszłego gabinetu premiera Pawlaka. Współprzewodniczącymi byli – już nieżyjący – Andrzej Micewski (bezpartyjny poseł z klubu PSL ) i Aleksander Małachowski z ramienia Unii Pracy. Gdy kończyliśmy pracę i ogłaszaliśmy jej wyniki, najważniejszą sensacją dnia była informacja, że nowa koalicja rządowa (wtedy jeszcze, jak chcieliśmy, z udziałem Unii Pracy) zamierza kontynuować starania o wprowadzenie Polski do NATO, zainicjowane przez poprzednie gabinety Jana Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej. O dojrzałości ówczesnej klasy politycznej dobrze świadczy to, że w tej sprawie potrafiliśmy iść wspólnie, ponad partyjnymi podziałami.
Rozważa się często kwestię, czy Polsce obecnie zagraża niebezpieczeństwo ze strony Federacji Rosyjskiej. Podstawowym argumentem przemawiającym za optymistycznym wariantem odpowiedzi na to pytanie, jest nasza obecność w NATO. Nawet gdyby, co bynajmniej nie jest nieuchronne, jakaś (hipotetyczna) ekipa kierownicza Federacji Rosyjskiej żywiła wobec Polski agresywne zamiary, sam fakt naszego członkostwa w NATO musiałby działać na nią otrzeźwiająco. Potęga militarna Sojuszu i sławny artykuł piąty Traktatu Waszyngtońskiego oznaczają pełne bezpieczeństwo Polski, atak na którą musiałby być równoznaczny z wydaniem wojny całemu Sojuszowi, ta zaś nieuchronnie skończyłaby się klęską agresora. Nigdy w swej historii Polska nie była w tak bezpiecznej sytuacji geopolitycznej.
Członkostwo w NATO (a tak ze w Unii Europejskiej) oznacza także zasadniczą zmianę w stosunkach polsko-niemieckich. Po stuleciach konfliktów jesteśmy dziś sojusznikami. Nie znaczy to jednak, by członkostwo w NATO nie wiązało się z poważnymi problemami. Jeden zwłaszcza problem nabrał w tym stuleciu poważnego charakteru. Jest to rola Stanów Zjednoczonych i wpływ tego mocarstwa na sytuację państw sojuszniczych.
Nikogo zapewne nie trzeba przekonywać, że potęga militarna Stanów Zjednoczonych stanowi najsilniejszy atut całego Sojuszu Atlantyckiego. Tak było w 1949 roku i tak jest obecnie. Problem polega jednak na tym, jaką politykę prowadzi to mocarstwo i jak ta polityka wpływa na bezpieczeństwo całej wspólnoty transatlantyckiej. W latach zimnej wojny przywódcza rola USA w Sojuszu Atlantyckim realizowana była w sposób odpowiedzialny, liczący się z realiami ówczesnego świata. Niezależnie od tego, przedstawiciel której partii zasiadał w Białym Domu. Stanu Zjednoczone kierowały się doktryną „powstrzymywania”, której istotą było założenie, że respektowane będą realia powojennego, podzielonego świata, ale Stany Zjednoczone i ich sojusznicy nie dopuszczą do opartej na sile ekspansji przeciwnego obozu. Intelektualnym ojcem tej doktryny był George F. Kennan (1904-2005), który – nawiasem mówiąc – pod koniec życia był bardzo surowym krytykiem polityki prowadzonej przez USA po zakończeniu zimnej wojny. Doktryna powstrzymania oznaczała między innymi stworzenie „mostu powietrznego” w czasie blokady Berlina Zachodniego (1948-49) i konfrontację zbrojną w czasie wojny koreańskiej (1950-53), ale nie wykluczała okresów odprężenia i współpracy – zwłaszcza po śmierci Stalina i wysunięciu przez nowe kierownictwo radzieckie programu „pokojowego współistnienia”. Ta ostrożna polityka USA i ich sojuszników rodziła rozczarowanie wśród najbardziej radykalnych antykomunistów, którym marzyło się zbrojne „wyzwolenie” Europy środkowo-wschodniej. Realizm polityczny po obu tronach „żelaznej kurtyny” uchronił świat przed trzecią wojną światową, która – z uwagi na rozwój broni masowej zagłady – stanowiła egzystencjalną groźbę dla ludzkości.
W nowych realiach po zakończeniu zimnej wojny Sojusz Atlantycki stał się jedyną tak potężną i terytorialnie rozległą strukturą polityczno-wojskową. Rozwiązanie Układu Warszawskiego i rozpad ZSRR stworzyły nową sytuację geopolityczną, w której podstawową rolą NATO stało się umacnianie stabilizacji międzynarodowej opartej na poszanowaniu prawa i na gotowości do rozwiązywania konfliktów na drodze pokojowej. Pierwszym testem dla nowej roli NATO były wojny etniczne na terenie byłej Jugosławii: zwłaszcza w Chorwacji, Bośni i Hercegowinie oraz w należącym do Serbii Kosowie. Państwa wchodzące w skład NATO nie były jednomyślne w początkowej fazie tych konfliktów, ale ostatecznie poparły Stany Zjednoczone, które – po okresie wahań – zdecydowały się użyć siły zbrojnej dla wymuszenia pokoju w Bośni i Hercegowinie a parę lat później w Kosowie. Zwłaszcza w tej drugiej kwestii interwencja NATO (realizowana głownie przez siły powietrzne USA i Wielkiej Brytanii) rodziła dość liczne protesty, także wśród części polityków polskiej lewicy. W zasadzie jednak linia postępowania NATO pozostawała zgodna z deklarowanymi celami, jakimi było utrzymanie lub przywrócenie pokoju i zapobieganie zbrodniom wojennym, szczególnie dramatycznym w czasie wojny etnicznej w Bośni i Hercegowinie. Ówczesną politykę NATO uzasadniano argumentem o dopuszczalności takiej interwencji — ale tylko wtedy, gdy ma ona miejsce dla zapobieżenia masowym zbrodniom w stosunku do ludności cywilnej. Sytuacja zmieniła się radykalnie po zamachach terrorystycznych 11 września 2001 roku. Postawiły one Stany Zjednoczone, a pośrednio cały Sojusz Atlantycki, przed wyzwaniem, jakiego nie znaliśmy od zakończenia zimnej wojny. Fatalnym zbiegiem okoliczności miało to miejsce w pierwszym roku prezydentury George’a W. Busha – określonej jako „katastrofalna” przez Zbigniewa Brzezińskiego („Druga szansa”, 2007). Ten wybitny politolog i były doradca do spraw bezpieczeństwa prezydenta Cartera wielokrotnie wyrażał bardzo surową krytykę polityki G.W. Busha, w której widział zaprzepaszczanie szans na odpowiedzialne sprawowanie przez USA przywództwa w Sojuszu Atlantyckim. Istotą krytyki Brzezińskiego był zarzut, że G.W. Bush podporządkował politykę zagraniczną USA ideologicznemu doktrynerstwu i że tym samym pozbawił USA roli mądrego i odpowiedzialnego przywódcy demokratycznego świata. Brzeziński nie był w tej krytyce odosobniony, a z biegiem czasu szeregi obrońców polityki Busha topniały. Historycznym błędem polityki USA w tym okresie było uderzenie zbrojne na Irak – sprzeczne z prawem międzynarodowym i prowadzące do przewlekłego konfliktu, którego efektem jest osłabienie pozycji Zachodu w krajach islamskich. Było to do przewidzenia. We wrześniu 2002 roku pisałem o fatalnych skutkach, jakie ta wojna pociągnie za sobą („Konieczna wojna?”, Przegląd 22 września 2002). Przeciw wojnie irackiej opowiedzieli się liczni sojusznicy USA, między innymi Francja i Niemcy, a z upływem czasu topniały szeregi państw, które – jak niestety także Polska – przyłączyły się do amerykańskiej agresji. Pozycję USA osłabiło dodatkowo ujawnienie, że oficjalny powód uderzenia na Irak (rzekome gromadzenie broni masowej zagłady) okazał się kłamstwem. Pakt Atlantycki przeżył to doświadczenie, ale była to dla niego poważna próba . Dziś dość powszechne jest przekonanie, że to właśnie wojna iracka pociągnęła za sobą osłabienie pozycji USA w świecie i przekreśliła nadzieje na trwałą współpracę międzynarodową.
Czy była to tylko sprawa nieodpowiedzialnego i fanatycznego prezydenta? Odpowiedzialność G.W. Busha za irackie fiasko jest dziś dość powszechnie uznawana, także przez komentatorów amerykańskich, ale trzeba pamiętać, że w 2003 roku do nielicznych wyjątków należeli w USA politycy przeciwstawiający się jego decyzji o uderzeniu na Irak. Czy tylko dlatego, że uwierzyli w – jak się okazało kłamliwy – argument o rzekomym gromadzeniu przez Irak broni masowej zagłady? W jakiej mierze ta agresywna postawa amerykańskiej elity była wyrazem zafascynowania własną siłą i ulegania iluzji, że siłą uda się wprowadzić amerykańską hegemonię w skali światowej?
Potem przyszło otrzeźwienie, czego przejawem było podwójne zwycięstwo wyborcze Baracka Obamy (2008 i 2012). Ta prezydentura ożywiła nadzieje na to, że możliwy jest inny kierunek polityki amerykańskiej. Prezydentowi Obamie nie udało się jednak wyplątać USA z pułapki irackiej, a wybuch tak zwanej „arabskiej wiosny” (2011) stworzył nowe problemy, w tym wojny domowe w kilku państwach (Libia, Jemen, Syria). Pogorszenie relacji z Rosją, widoczne już pod koniec administracji Busha, pogłębiło się w wyniku rosyjskiej polityki wobec Ukrainy.
Wybory prezydenckie 2016 roku oddały ster polityki amerykańskiej w ręce Donalda Trumpa – polityka nieodpowiedzialnego i skłonnego do agresywnych posunięć. Pod jego rządami USA znacząco pogorszyły swe relacje z Chinami, zerwały porozumienie z Rosją o ograniczeniu rakiet średniego zasięgu, próbują doprowadzić do obalenia radykalnego rządu w Wenezueli (jak dotąd nieskutecznie), a ostatnio zaczęły grozić wojną Iranowi. Chociaż do nowych wyborów jest ponad rok, to jednak już teraz można stwierdzić, że Trump ma bardzo silną pozycję w Partii Republikańskiej i jego ponowny wybór nie jest wykluczony. Jest tak dlatego, że agresywna polityka obecnego prezydenta trafia w nastroje znacznej części społeczeństwa amerykańskiego – tak, jak w swoim czasie trafia w nie polityka G.W. Busha. Obaj ci prezydenci zawdzięczają swą pozycję temu, ze sukces Zachodu w zimnej wojnie obudził takie tendencje polityczne, które musiały pozostawać w cieniu w warunkach równowagi sił militarnych z czasów zimnej wojny. Iluzja własnej wszechpotęgi jest zawsze złym doradcą. Dotyczy to nie tylko polityków, ale i kierowanych przez nich społeczeństw.
Dla sojuszników USA oznacza to poważny dylemat. Nie mamy i mieć nie będziemy lepszego sojuszu niż ten, którego najpotężniejszym członkiem są Stany Zjednoczone. Czy więc musimy godzić się na to, że wspólnie ponosić będziemy konsekwencje błędnej polityki USA? Myślę, że jedyną strategią, która nam – sojusznikom USA – pozostała to umacnianie więzi europejskich i wspólne oddziaływanie na kierunek polityki amerykańskiej tak, by w miarę możliwości korygować jej kierunek.
Polityka obecnego rządu polskiego idzie innymi drogami. Osłabianiu solidarności europejskiej towarzyszy ostentacyjne ubieganie się o poparcie USA, w którym widzi się dowód na rzecz trafności obranego kierunku politycznego. To podwójna iluzja. Po pierwsze: dla USA samotna Polska nie stanowi i nigdy stanowić nie będzie partnera liczącego się w podejmowanych decyzjach. Po drugie zaś: polityka ta może okazać się żałosnym fiaskiem, jeśli w Stanach Zjednoczonych ponownie dojdzie do głosu inny, bardziej odpowiedzialny kierunek myślenia o ich roli w dzisiejszym świecie.

Polska zapłaci

Biznesy z Andrzejem Dudą to musi być czysta przyjemność dla jego kontrahentów. Polski prezydent podpisał deklarację, z której wynika, że do kraju sprowadzonych zostanie 1 tys. albo więcej amerykańskich wojskowych, a Stany Zjednoczone nie poniosą żadnych kosztów.

„Polska planuje zapewnić i utrzymywać wspólnie uzgodnioną infrastrukturę przeznaczoną dla wstępnego pakietu dodatkowych projektów wymienionych poniżej, bez kosztów dla Stanów Zjednoczonych i z uwzględnieniem planowanego poziomu jej wykorzystania przez Siły Zbrojne USA” – czytamy w dokumencie sygnowanym przez Dudę i Trumpa. Na tym gorliwość polskiej strony się nie kończy: „Polska planuje również zapewnić dodatkowe wsparcie Siłom Zbrojnym USA, wykraczające poza obowiązujący w NATO standard wsparcia przez państwo-gospodarza”.
Według doniesień mediów chodzi m.in. o utworzenie Wysuniętego Dowództwa Dywizyjnego USA w Polsce oraz utworzenie i wspólne wykorzystywanie przez Siły Zbrojne USA i Siły Zbrojne RP Centrum Szkolenia Bojowego w Drawsku Pomorskim i docelowo w kilku innych lokalizacjach.
„Stany Zjednoczone zamierzają kontynuować wsparcie dla Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w utworzeniu CSB przez zapewnienie obecności amerykańskich doradców” – stwierdza się w deklaracji.
Dokument zapowiada także utworzenie w Polsce eskadry amerykańskich dronów zwiadowczych MQ-9. Jednak w dokumencie uczyniono specjalne zastrzeżenie, z którego jasno wynika, że Polska nie będzie miała dostępu do danych gromadzonych przez te urządzenia; ewentualnie będzie to dostęp bardzo ograniczony, „stosownie do okoliczności”. „Stany Zjednoczone zamierzają udostępniać Polsce, stosownie do okoliczności, informacje uzyskane w wyniku działań tej eskadry w celu wspierania naszych założeń obronnych” – głosi deklaracja.
W dokumencie wskazano także chęć stworzenia infrastruktury wspierającej obecność w Polsce amerykańskiej pancernej brygadowej grupy bojowej, lotniczej brygady bojowej i batalionu wsparcia logistycznego.
Podpisanie deklaracji miało miejsce w czasie rozpoczętej 12 czerwca wizyty polskiego prezydenta w Waszyngtonie.
Deklarację to jednak nie wszystko – choć umowy w tej sprawie nie podpisano, potwierdziły się zapowiedzi o intencji Polski zakupu myśliwców V generacji F-35 „Lightning II”)– ma być ich 32, czyli tyle, ile zamierzała zakupić Turcja, zanim transakcja nie została zablokowana przez Pentagon w ramach restrykcji za zakup rosyjskich systemów przeciwlotniczych S-400. Jaki będzie koszt tej transakcji – oficjalnie podany i rzeczywisty – można tylko spekulować.
Podpisanie deklaracji jako pierwszy pochwalił sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Europa natomiast milczy – co nie dziwi, bo po raz kolejny Polska dokonała wyłomu w stosunku do stanowiska większości europejskich członków NATO, godząc się na ponadstandardowe w stosunku do Amerykanów warunki zapewniane przez gospodarza i biorąc na siebie gros kosztów – czyli czyniąc to, przeciwko czemu zdecydowanie opierają się Niemcy.
Dodać trzeba, że obok wymiaru militarnego wizyty prezydenta Dudy, pojawiały w jej czasie także wątki energetyczne. Tuż przed wizytą podpisany został kontrakt między PGNiG a amerykańską firmą Venture Global powiększający import gazu do 3,5 mln ton rocznie. Będzie nas to kosztować 8 mld dolarów. Podpisane zostało także porozumienie o współpracy w dziedzinie energii nuklearnej – jedno i drugie pod hasłem uniezależniania się od importu surowców energetycznych od Rosji, co działa jak wytrych, jeśli Polsce chce się coś sprzedać. W rezultacie zatem, ile zapłacimy za wizytę Andrzeja Dudy w – dopiero się okaże.

Jeszcze wiele do zrobienia

O kwestie ważne dla przyszłości Polski w Europie, „Dziennik Trybuna” pyta eurodeputowanego Janusza Zemke.

Czy eurodeputowany powinien być przede wszystkim reprezentantem Polski, czy reprezentantem swojej opcji politycznej. A może jest to opozycja pozorna?
Poseł do PE powinien być reprezentantem Polski i swojej opcji politycznej. w PE funkcjonuje się we frakcjach politycznych, a nie grupach narodowych. Oczywiście są sprawy (np. stosunek do Pakietu mobilności, które łączą Polaków niezależnie od przynależności do frakcji politycznej.

Polska stoi z boku dyskusji o dalszej ewolucji europejskiego systemu. Wpisany w traktaty stan równowagi pomiędzy Unią jako związkiem państw członkowskich i Unią jako wspólnotą jej obywateli wydaje się ulegać zachwianiu. Jak byśmy go chcieli widzieć? Czy poprzez większą centralizację, jako superpaństwo? Czy europejskie instytucje powinny mieć większy wpływ, bardziej bezpośredni na nasze życie?
Tak. Opowiadam się za zwiększeniem wpływu instytucji europejskich na nasze życie. Wstąpiliśmy do UE dobrowolnie i w naszym interesie jest, by Unia i jej instytucje były skuteczne.

Pojawiają się cały czas koncepcje reformy UE w duchu albo „Europy dwóch prędkości”, albo takie jak plan Macrona. Dzielące Unię ja jej centrum i peryferie. Czy  to nie regres europejskiej idei? Z drugiej strony nawet największe gospodarki unijne zdają sobie sprawę, że samotnie nie mają szans w rywalizacji z Chinami, Stanami Zjednoczonymi, a może nawet i z Rosją. Którędy zatem wiedzie droga do przekształcenia UE w jeden organizm, który w stosunku do zewnętrznych partnerów będzie mówił jednym głosem?
Droga jest jedna. Twarda realizacja przez wszystkie państwa zasad i wartości Unii. Pomysły, by Unia miała różne prędkości są z punktu Polski niekorzystne, gdyż spychają nas na margines UE. Niestety, obecnie Polska, przez konflikt o praworządność, konflikt z instytucjami europejskimi, konflikt z największymi państwami w Unii, sama spycha się na margines wspólnoty.

Unia Europejska to także unia regionów. Jakie najważniejsze potrzeby mają wyborcy pańskiego regionu wyborczego. Jak będzie pan, jako euro deputowany, pomóc im?
Głównym problemem są opóźnienia w realizacji inwestycji infrastrukturalnych, np. drogi S-5 w moim województwie. Moja rola tutaj może polegać na nacisku na Komisję Europejską, by egzekwowała od polskiego rządu ustalenia podjęte z Unią w tym obszarze.

UE stworzyła wspólną przestrzeń gospodarczą. Ale – nazwijmy to tak – głębokość tej przestrzeni jest taka, że jej beneficjentami są przedsiębiorcy. Pracownicy w mniejszym stopniu – o ile nie wybiorą emigracji do bardziej rozwiniętych krajów UE. Co europejska lewica chciałaby zrobić, aby Europa stała się również przestrzenią wspólnych standardów socjalnych i standardów zatrudnienia.
Europejska lewica walczy o europejskie standardy w zakresie ochrony praw pracowniczych, czy obowiązkowych minimalnych płac i świadczeń. Wiele jest jeszcze w tym obszarze do zrobienia.

Czy europejska płaca minimalna jest na to rozwiązaniem? Jak powinna być konstruowana – czy jako konkretna kwota, czy też dla różnych krajów, a może i regionów ważona w oparciu o ceny koszyka podstawowych artykułów?
Uważam, że dobrym pomysłem jest budowa płacy minimalnej w powiązaniu z realnymi w danym państwie kosztami utrzymania. Płaca minimalna w poszczególnych państwach powinna wynosić, co najmniej 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia.

Wspólne, europejskie instytucje obronne. W tym zakresie integracja europejska jest dość słaba. Czego by nie mówić, UE nie jest systemem zbiorowego bezpieczeństwa. Ten projekt to uzupełnienie czy alternatywa dla NATO? Czy Europa może taki system zbiorowego bezpieczeństwa zbudować, bez Stanów Zjednoczonych?
Działania UE w obszarze bezpieczeństwa powinny wzmacniać NATO, a nie prowadzić do konfliktu z Sojuszem. Unia ma tutaj wiele niewykorzystanych możliwości. Powinna zwiększać mobilność wojskową w Europie, wspierać badania i wdrożenia z zakresu obronności, prowadzić własne rozpoznanie wywiadowcze zagrożeń. Unia kładzie nacisk na tzw. instrumenty miękkie, jak pomoc w kształceniu kadr, pomoc humanitarna, różne rodzaje nacisków na strony konfliktów zbrojnych. Te metody są niejednokrotnie skuteczniejsze od siłowych sposobów rozwiązywania konfliktów.

Wiadomo, że praca europarlamentarzysty wymaga specjalizacji. W jakich dziedzinach widziała/by Pani/Pan swoją rolę? W jakich komisjach. Wokół jakich spraw obracają się pani/pana główne zainteresowania związane z Unią?
Zamierzam pracować nadal w dwóch komisjach, tj.: Transportu i Turystyki (TRAN) oraz Bezpieczeństwa i Obrony (SEDE). W komisji TRAN za najważniejsze uważam: tworzenie europejskich korytarzy transportowych, ograniczanie negatywnego wpływu transportu na środowisko, poprawę praw pasażerów. W komisji SEDE – poprawę mobilności wojskowej w Europie, zwiększenie rzeczywistych możliwości działania Frontexu, wspieranie przez Unię Europejską badań i wdrożeń w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony, gdyż europejskie technologie, coraz bardziej odstają od światowego poziomu.

Parlament Europejski jest ważną, ciężko pracującą instytucją. Zatrudniająca wielu pracowników, posiadającą fundusze na promocje. Ale w Europie, a zwłaszcza w Polsce, postrzegany jest jedynie jak dom spokojnej, politycznej starości, rozgadane niewiele znaczące ciało. Czemu grono tak znakomitych, doświadczonych ludzi zgromadzonych w PE akceptuje tak kiepską politykę informacyjną?
Tak, rzeczywiście instytucje europejskie w tym PE są za mało ofensywne i skuteczne w promowaniu Unii. Eurodeputowany, poseł do PE ma wpływ na przydzielanie środków na cele promocji, gdyż PE co roku zatwierdza swój budżet. Powinien bardziej krytycznie oceniać sposób wydawania owych niemałych środków na promocję.

Niezrozumiała defilada

Tej parady w planach finansowych na 2019 rok nie było i warto zadać pytanie, z jakich szkoleń lub zakupów
trzeba będzie zrezygnować? – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) generał Mirosław Różański,
były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych.

JUSTYNA KOĆ: 3 maja w Warszawie odbędzie się wielka defilada wojskowa „Silni w Sojuszach” z okazji 20-lecia wejścia Polski do NATO i 15-lecia do UE. To dobry pomysł?
GEN. MIROSŁAW RÓŻAŃSKI: Trzeba zadać sobie pytanie, czy racjonalne jest, aby w ciągu roku organizować taką liczbę pokazów i defilad. Do tej pory raz w roku, 15 sierpnia, w Święto Wojska Polskiego organizowana była wielka defilada, która dedykowana była społeczeństwu; aby przybliżyć, kim jesteśmy, jaki mamy potencjał, sprzęt. Zawsze w pełni popierałem te przedsięwzięcie. Dzisiejsze inicjatywy związane z datą 3 maja są moim zdaniem odwróceniem uwagi od faktu permanentnego łamania ustawy zasadniczej, bo o konstytucji powinno się dyskutować w trakcie „jej święta”; ciekawe, co będzie motywem przewodnim defilady 15 sierpnia? Po wtóre, myślę, że dotychczas żołnierze, którzy pełnili służbę w różnych częściach świata w ramach misji i kontyngentów z naszymi koalicjantami, żołnierzami Sojuszu Północnoatlantyckiego, udowodnili, że jesteśmy wiarygodnym partnerem. To należy podkreślać i to powinno być głównym motywem obchodów związanych z rocznicą naszego członkostwa w NATO. Sam niejednokrotnie spotykałem się ze słowami uznania dla naszych żołnierzy i ten szacunek im się rzeczywiście należy.

Czy rzeczywiście mamy się czym pochwalić, jeśli chodzi o sprzęt wojskowy?
Gdybyśmy się odnieśli do kwestii, czy mamy się czym chwalić, to chciałbym przywołać słowa naszych kolegów z Gdyni, gdzie jeszcze niedawno stały przecież okręty NATO. Mamy tu sytuację paradoksalną, gdzie nasi sojusznicy wskazują na znaczenie Bałtyku i potrzebę posiadania określonego potencjału w tej części Europy, a my w tym czasie robimy zupełnie coś odwrotnego – zamykamy programy związane z modernizacją Marynarki Wojennej. Oczywiście 3 maja nie będzie sprzętu MW, bo na Wisłostradzie niewiele mogliby zaprezentować. Sprzęt, który będzie w Warszawie, po pierwsze był już prezentowany i dziś możemy pozwolić sobie na retrospekcję i ocenę tego, co się stało w 2015 roku. Przypomnę, że wówczas opinia publiczna mogła wielokrotnie usłyszeć, jaki to straszny stan sił zbrojnych został zastany przez obecny rząd. Słuchaliśmy przez następne miesiące przewodniczącego sejmowej Komisji Obrony Narodowej, pana majora rezerwy Jacha, który przekonywał, że w ciągu kilku miesięcy zrobiono więcej, niż w ciągu 8 lat poprzedni rząd. Dziś, po niespełna 4 latach, nic nie wskazuje na to, aby w zakresie modernizacji technicznej zostały wprowadzone nowe systemy uzbrojenia. Oczywiście oglądane armatohaubice KRAB są powodem do dumy, tylko chciałbym przypomnieć, że decyzja o kupnie licencyjnym podwozi do tych armatohaubic jest ówczesnego wiceministra obrony narodowej Mroczka. Niektórzy mówią wręcz, że na szczęście obecny rząd nie zdążył zatrzymać tego programu. Mamy moździerze RAK, które są także powodem do satysfakcji i dumy, ale to również nie ten rząd i jego decyzje spowodowały, że ten sprzęt jest na wyposażeniu. Nie jest jednak istotą, aby się licytować, kto rozpoczął te programy zbrojeniowe, bo to są procesy, które są mierzone latami, w horyzoncie dekady od określenia potrzeb operacyjnych. Gdyby tę dewizę minister Macierewicz, a potem minister Błaszczak stosowali, to moim zdaniem w roku 2015 mieliśmy niezłą wyjściową pozycję, żeby wiele zmienić w polskiej armii i naszym systemie bezpieczeństwa. Dziś wiele rozwiązań, związanych z wojskami lądowymi i specjalnymi, w tym wielozadaniowe śmigłowce, mogłyby być podziwiane nie tylko podczas defilady, ale byłby to sprzęt, który już wszedłby na wyposażenie i byłby operacyjny. Tak zobaczymy tylko śmigłowce, które kupiła policja i wojska specjalne, zresztą w szczątkowych ilościach. Dla mnie ta defilada jest gestem politycznym i niezrozumiałym z praktycznego punktu widzenia. Pomijam już, że koszty są niebagatelne, to kwoty dużo większe, niż setki tysięcy złotych. Tej parady w planach finansowych na 2019 rok nie było, warto zadać pytanie, z jakich szkoleń lub zakupów trzeba będzie zrezygnować.
Obecna władza zamiast wydatkować środki przewidziane dla MON na modernizację armii wydaje je na grające ławki z okazji odzyskania niepodległości, a teraz funduje społeczeństwu kolejna defiladę; myślę, że to nie jest najlepszy kierunek.
To pudrowanie rzeczywistości, w myśl igrzyska zamiast chleba? Nie mamy co prawda Caracali, ale za to piękną defiladę.
Na to wygląda. Oglądałem ostatnio po raz kolejny jeden z moich ulubionych filmów – „Gladiator”, gdzie właśnie Cezar fundował ludziom Igrzyska. Nieważne, że był niedostatek i głód, społeczeństwo było karmione teatrem, który budził emocje. Jestem przekonany, że 3 maja w większości społeczeństwa defilada wzbudzi pozytywne emocje, bo wojsko cieszy się popularnością. Ludzie zawsze chętnie oglądają sprzęt wojskowy, tym bardziej, że na co dzień jest on niedostępny. Tylko z punktu widzenia premiera, prezydenta, szefa MON – czy powinniśmy zabiegać tylko o dobre wrażenie i odczucie estetyczne oglądających defiladę Polaków, czy ci panowie powinni kierować się troską o bezpieczeństwo naszego kraju i rozwój sił zbrojnych?

Widział pan filmik MON promujący defiladę?
Tak i czasem się zastanawiam, kto doradza ministrowi. Znam wszystkich generałów, którzy w nim występują, poza panią, która składa meldunek za jednostki niewojskowe. Podejrzewam, że dostali oni rozkaz, że trzeba uczestniczyć w takim filmie. Według mnie oni powinni zdawać sobie sprawę, że z okazji rocznicy Sojuszu powinniśmy pokazać to, co najlepsze. Zresztą każdy, gdy przyjmuje gości, to chce ich zaprowadzić do najlepszego salonu, pochwalić się, jak dom jest urządzony. Proszę sobie wyobrazić, że my mamy wprowadzony nowoczesny sprzęt. To są moduły stanowiska dowodzenia, mamy naprawdę imponujące centra operacyjne, z których można kierować wojskami. A tutaj wygląda to tak, jakby miało się promować grupę rekonstrukcyjną: wzór starego namiotu z ubiegłego wieku, ta komiczna sytuacja, kiedy dowódcy szczebla operacyjnego składają meldunek o ilości sprzętu…
Tymi sprawami u mnie zajmowali się oficerowie w stopniu pułkownika i podpułkownika, a generał nadzorował proces przygotowania defilady. Ja tylko przedstawiałem zarys ministrowi, bardziej, aby zapewnić przełożonych, że defilada będzie zabezpieczona, również pod względem komfortu stolicy. Tutaj widzimy teatr z ministrem w roli głównej, który wciela się w rolę dowódcy, który zadaje pytania, na końcu jeszcze dyrektywnie stwierdza, że realizuje zadanie. Czy tym powinien zajmować się minister? Jeżeli taki jest poziom wiedzy i kompetencji osób, które dziś mają dbać o nasze bezpieczeństwo, to powiem, że fajnie jest się zabawić w dowódcę drużyny, pewnie jakiś wspomnienie z harcerstwa wśród polityków ma tu znaczenie, ale ktoś tym panom powinien powiedzieć, że minister zajmuje się zupełnie czymś innym. Z ubolewaniem muszę też powiedzieć, że podobną niekompetencję dostrzegam w zachowaniu żołnierzy zawodowych, którzy dziś mniej zabiegają o kwestie podnoszenia swojej wiedzy, a nade wszystko chcą przypodobać się politykom. Jestem aktywnym dyskutantem w mediach społecznościowych i widzę wpisy jednego z dowódców szczebla taktycznego, który każdy komunikat, który jest zamieszczony przez premiera czy ministra, nawet niezwiązany z kwestią wojska, lajkuje. Zatem albo ten oficer zajmuje się tylko obserwowaniem mediów, także w godzinach służbowych – na co wskazują godziny jego aktywności – albo ta forma aktywności jest dla niego ścieżką do robienia kariery zawodowej, co jest niepokojące.

Wróćmy do rocznicy naszego członkostwa w NATO. Pawie każdy, gdy mówi Sojusz Północnoatlantycki, to myśli przede wszystkim Ameryka, ale czy obecny rząd nie zatracił się w tej miłości do USA? Przypomnę konferencję bliskowschodnią czy „Fort Trump”. Czy to nie osłabia jednak naszego strategicznego bezpieczeństwa?
Relacje międzynarodowe mają kilka płaszczyzn. Jesteśmy członkiem NATO i UE, ale nie wyklucza to naszych bilateralnych relacji z państwami czy zawiązywania koalicji. Przypomnę, że nasz pobyt w Iraku był pobytem koalicyjnym w ramach „Iraqi Freedom”.
Jeżeli my ponad miarę deklarujemy naszą sympatię i atencję do jednego z członków NATO, czyli USA, i niejednokrotnie składamy deklaracje, które nie są uzgodnione w ramach sojuszu, to jest tu coś nie w porządku.
NATO opiera się na kolektywnym podejmowaniu decyzji. Rekomendowałbym premierowi, prezydentowi i ministrowi obrony narodowej, aby zapoznali się z procesem decyzyjnym, jaki obowiązuje w Sojuszu. Deklaracje naszych polityków, które są skierowane w zasadzie tylko do naszych kolegów z USA, przy jednoczesnym deprecjonowaniu naszych partnerów europejskich, przypomnę tylko uwagi szefostwa MON o Francuzach, są to niepokojące praktyki. Tym bardziej, że dzisiejsza administracja prezydenta Trumpa mocno odbiega od poprzednich. Przypomnę innego prezydenta, który także wywodził się z konserwatystów, Ronalda Reagana, i jego wpływ na odzyskanie niepodległości przez Polskę i rolę jaką odegrał w zimnej wojnie. Musimy zdać sobie sprawę, że Stany Zjednoczone są graczem globalnym i dla nich Polska nie jest centralnym graczem, jeśli chodzi o politykę zagraniczną. Natomiast jeżeli ktoś daje się zwieść okrągłym słowom, które w dyplomacji są stosowane, a niewiele znaczą, to nie świadczy to dobrze ani o politykach, ani o naszym bezpieczeństwie. Jeżeli zastanowimy się nad konsekwencjami określenia „Fort Trump”, to po pierwsze zaskoczyliśmy naszych partnerów z NATO, po drugie ta determinacja polskich polityków, którzy zadeklarowali nawet 2 miliardy dolarów na przygotowanie infrastruktury, tak naprawdę postawiła nas w sprzeczności z koncepcjami dotyczącymi aktywności wojsk amerykańskich w Europie, które ja poznałem do 2016 roku. Nie sądzę, żeby przez te trzy lata coś się diametralnie zmieniło. Znam narrację amerykańskich wojskowych dotyczącą rozmieszczenia wojsk w Europie, a tu się okazuje, że nasi politycy sami kreują wojskową rzeczywistość.
Przypomnę, że prezydent Duda, który pierwszy użył określenia „Fort Trump” podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych, sam wycofał się z tego i traktuje tę nazwę jako umowną. To pokazuje, jak dużą niewiedzę mają nasi politycy w kwestiach strategicznych rozwiązań NATO.

Pachnie tragedią…
Powiem szczerze, że niepokoi mnie takie zobojętnienie na ten stan rzeczy. Pytała pani, czy nasz rząd nie zatracił się w uwielbieniu dla USA. Moim zdaniem tak, ale niewiele jest osób, które merytorycznie zajmują się kwestiami bezpieczeństwa czy sił zbrojnych, które ten temat by podejmowały. Tych zdarzeń jest już tak wiele – łamania procedur, przepisów, dokonywania zakupów z pominięciem prawa zamówień publicznych – że chyba trochę żeśmy zobojętnieli, co jest bardzo niepokojące. Nie ma racjonalnych i trzeźwych ocen, hasłami i defiladami chce się wypełnić tę wyrwę, która moim zdaniem od 4 lat jest dokonywana w naszym systemie bezpieczeństwa.

Flaczki tygodnia

Tusk przemówił, ale zapowiadany Mesjasz nie przyszedł.

Tusk przemówił, a prominenci PiS odetchnęli. Wbrew ich strachom ogłaszany od miesięcy event nie zaiskrzył antykaczyńskim płomieniem. I choć lud inteligenckiej Warszawy długo i gromko oklaskiwał słowa Tuska, to nie ruszył potem na Nowogrodzką, ani na Woronicza. Aby zdobyć kaczystowski Wersal lub kurską Bastylię. Obalić tyrana albo chociaż uwolnić misję mediów publicznych.

Tusk przemówił, lecz efektu papieża JP2 nie osiągnął. Nie zmienił po przyjściu swoim oblicza tej ziemi.
Bo wzniósł się ponad bieżące krajowe spory i poszybował ku poważnym zagrożeniom Unii Europejskiej. Bo przyjął zbyt globalną, jak na polską chatę skraja, perspektywę.
Zresztą to nie uniwersyteckiego wykładu oczekiwano od niego, tylko jawnego wezwania do rozprawy z kaczystowskim reżimem.

Tusk mówił, a sławę zyskał Leszek Jażdżewski.

Za krótką wypowiedź przed tuskowym wykładem. Jażdżewski to rzadki w Polsce przypadek antyklerykała, ale nie lewicowca. Groźny dla prawicowych mediów, bo nie da się z liberała Jażdżewskiego zrobić wstrętnego „komucha”. By tak zdyskredytować go w kraju rojącym się od wyznawców zdziecinniałego antykomunizmu. Zwłaszcza w najpopularniejszych mediach.

„Kto podnosi rękę na Kościół, go chce zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę” – ogłosił pan prezes Jarosław Kaczyński podczas patriotycznego pikniku w Pułtusku.
Nie dodał, że każdą tak podniesioną rękę, narodowo-katolicka władza sprawnie obetnie, bo pewnie uznał, że to oczywiste.
Zadeklarował, że jest „człowiekiem wierzącym, praktykującym katolikiem” oraz, że „Kościoła trzeba bronić. To także obowiązek patriotyczny”.

Od tej pory każdy krytykujący polskich kościelnych pedofilów, albo księżowskie przekręty finansowe, automatycznie zostanie wykluczone przez elity PiS z polskiej, patriotycznej wspólnoty. Będzie obłożony patriotyczną klątwą.

Leszka Jażdżewskiego, głoszącego już oczywistą prawdę, że polski kościół kat. nie ma prawa pouczać nas moralnie, błyskawicznie skrytykował Episkopat, czyli Zarząd tej firmy. Tym razem nie milczał tak długo, jak w sprawie swych pedofilii i przekrętów finansowych.

Za słowa Leszka Jażdżewskiego oberwał też Senat Uniwersytetu Warszawskiego od pana wicepremiera Jarosława Gowina. Za to, że Senat dopuścił Jażdżewskiego do głosu. Tak to pan premier Gowin zmusza Senat UW do stosowania cenzury prewencyjnej. Zabronionej w Polsce, czyli do łamania prawa.

Tusk przemówił, ale wszyscy usłyszeli Jażdżewskiego.

Aż dwa tysiące żołnierzy, osiemset obiektów latających i liczne pojazdy mechaniczne wezwała władza PiS na 3 maja do Warszawy.
Aby demonstrowały w czasie zapowiadanego wcześniej wykładu Tuska. Aby prorządowa defilada propagandowo przykryła w mediach wystąpienie potencjalnego lidera opozycji. Aby obecność służb mundurowych uniemożliwiła ewentualny zryw, pucz opozycyjnych inteligentów niezadowolonych z autorytarnej władzy pana prezesa Kaczyńskiego.

Tak było, choć brzmi to kuriozalnie, śmiesznie nawet. Ale ta władza, ten pan prezes, te narodowo-katolickie media mają swoje, liczne obsesję. Zwłaszcza na punkcie przygotowywanego przez „totalną opozycję” „puczu”. I ciągle je wykrywają.
W tym roku puczem miał zakończyć się strajk nauczycieli inspirowany i opłacany przez tajemniczego Bartosza Kramka. O nim niedawno, przez kilka dni bez przerwy, informowała TVP info. Kolejny pucz, tym razem trzeciomajowy, miał rozpocząć się od triumfalnego przyjazdu – powrotu Tuska do Warszawy.

Dlatego, aby zademonstrować swą siłę, władza PiS ściągnęła na organizowaną, po raz pierwszy w święto Konstytucji, nie tylko posiłki z NATO. Do defilujących żołnierzy dodano jeszcze inne, podległe jej mundurowe oddziały. Policjantów, strażaków, służby ochrony kolei, służby ochrony państwa, czyli dawny BOR, służby więziennictwa, ochrony lasów państwowych, krajowej administracji skarbowej, a nawet straży marszałkowskiej.
Tych ostatnich pan marszałek Kuchciński postanowił wyposażyć w szable, aby skuteczniej mogli bronić parlamentarzystów PiS przed podstępnymi atakami nieletnich prostytutek.
Do kompletu defilujących służb zabrakło tylko konduktorów, kontrolerów biletów i szkolnych woźnych.

„To jest nasza półkula. Rosja nie powinna tam ingerować” – powiedział amerykański doradca ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton. Tak skomentował sytuację w Wenezueli, gdzie Rosjanie pokrzyżowali amerykańskie plany obalenia prezydenta Maduro.
Tym jednym zdaniem najbliższy współpracownik prezydenta Trumpa przekreślił wysiłki polskiej dyplomacji i podważył nasze bezpieczeństwo. Polska dyplomacja na każdym forum deklaruje poparcie dla ładu międzynarodowego opartego o prawo i zasady, a nie strefy wpływów i koncert mocarstw. Mówił o tym niedawno, podczas Zgromadzenia Ogólnego ONZ pan prezydent Andrzej Duda. Uznał to za priorytet polskiego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa.
A teraz Wielki Brat z Waszyngtonu przyznał, że jednak uznaje prawo mocarstw do posiadania swoich stref wpływów. Czyli uznaje prawo Rosji do posiadania swojej strefy wpływów też.

Niedawno Wielki Brat wykręcił Polsce inny, również podważający nasze bezpieczeństwo numer. Wypowiedział traktat INF ograniczający posiadanie rakiet średniego zasięgu. Dając tym Rosji pole do nieograniczonych zbrojeń w tym zakresie. Zbrojeń nie zagrażających bezpośrednio USA, ale Polsce i Europie jak najbardziej.
Na osłodę władza PiS dostanie od administracji prezydenta Trumpa prawo do utrzymywania i finansowania amerykańskich magazynów na terenie Polski oraz szkolącego się u nas amerykańskiego wojska.

W majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego o mandaty ubiega się 115 obecnych posłanek i posłów. Jeśli zostaną wybrani, to na niecałe 5 miesięcy zastąpią ich nowi parlamentarzyści. Ci nowi nie zdążą wiele napracować się przed jesiennymi wyborami, za to zdążą pobrać po kilkadziesiąt tysięcy złotych należnych im odpraw.
„Flaczki” proponują, aby każdy z tych sejmowych wybrańców do Parlamentu Europejskiego publicznie zobowiązał się do zapłacenia tych odpraw ze swych przyszłych euro poborów.

Kraina chaosu

Słowo „chaos” tak zrosło się z obrazem Libii po siłowej likwidacji tamtejszego państwa przez NATO w 2011 r., że występuje w każdym komunikacie politycznym, który jej dotyczy. Wszyscy – ONZ i rozliczne państwa, zainteresowane tym krajem lub jego ropą, deklarują od lat walkę z chaosem, również te, które doń doprowadziły. To samo mówią podzieleni politycy libijscy, zdani na grę sił zagranicznych. Najnowsza inicjatywa „walki z chaosem” podjęta przez marszałka Haftara miała być rozstrzygającym blitzkriegiem, ale chaos nie ustępuje ani trochę. Dlaczego?

Spójrzmy na tę schematyczną mapę Libii – z momentu rozpoczęcia ofensywy Narodowej Armii Libijskiej (ANL) dowodzonej przez Chalifę Haftara. Cel marszałka to spowodowanie, by to, co tu jest na niebiesko, czyli terytorium zarządzane przez uznany przez ONZ i Zachód rząd Libii premiera Fajiza as-Sarradża (GNA) w Trypolisie, stało się różowe, jak reszta kraju, tj., by znalazło się pod jego władzą. Czerwona linia dzieląca południe kraju oznacza, że władza Haftara poniżej niej jest jedynie teoretyczna. To ziemie ludów saharyjskich, Tubu i Tuaregów, bombardowane od czasu do czasu przez francuskie lotnictwo, gdyż Tubu walczą z krwawą dyktaturą w sąsiednim Czadzie, który pozostaje francuską pół-kolonią.
Prawdę powiedziawszy, sytuacja w różowej części Libii nie wygląda ani różowo, ani jednolicie. Schematyzm mapy skrywa wielość lokalnych ośrodków władzy na tym terytorium i wielość różnych grup zbrojnych, od formacji zwykłej samoobrony przeciw bandytom, po różne zgrupowania parapolityczne, plemienne i klanowe, oraz skrajnie islamskie i kryminalne. Większość z nich zawarła sojusz z ANL Haftara, choć bywa, że są sobie wrogie. Trzeba pamiętać, że Libia powyżej czerwonej linii ma dwa rządy, dwa parlamenty, dwa banki centralne itd. Haftar reprezentuje rząd w Cyrenajce, wschodni, z siedzibą w Benghazi (parlament wschodni znajduje się w Tobruku) i bez tych (niezbyt mocnych na razie) sojuszy mapa nie mogłaby być w większości różowa.
Tak jak bezpośrednie rządy Haftara ograniczają się w zasadzie do wschodu kraju, tak samo niebieska część tylko schematycznie należy do rządu zachodniego z Trypolisu, który właściwie rządzi jedynie kilkoma skrzyżowaniami w tym mieście. Najsilniejszym „niebieskim” miastem jest Misrata, zupełnie niezależna od rządu w Trypolisie, posiadająca nawet własne lotnictwo. Dziś uczestniczy w obronie rządu zachodniego, gdyż jest on tak słaby, że pozwala na tę autonomię. Podobnie jest z innym miastami zachodu, jak Zintan i Zawija – mają własne siły zbrojne i nie chcą władzy marszałka Haftara. Kontyngent amerykański, który miał chronić Trypolis, został błyskawicznie ewakuowany na wieść o ofensywie ANL „ze względów bezpieczeństwa”. Biją się więc teraz sami Libijczycy.

„Na Trypolis!”

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres i marszałek Chalifa Haftar, Benghazi, 5 kwietnia. voa
Marszałek Chalifa Haftar dając tydzień temu rozkaz zdobycia Trypolisu złamał wszystkie umowy i dyplomatyczne próby pojednania obu rządów ze strony ONZ, Włoch, czy Francji (te dwa kraje rywalizują ze sobą w Libii). Wiele razy przed kamerami podawał rękę swemu zachodniemu odpowiednikowi, premierowi as-Sarradżowi, ale najwyraźniej zdecydował przewrócić stół sądząc, że jego blitzkrieg wszystko załatwi. Jego siły są jednak na razie stosunkowo słabe, więc ten blef utknął na dalekich przedmieściach stolicy.
Zabitych liczy się póki co w dziesiątkach, rannych w setkach, a uchodźców w tysiącach, jednak wszyscy wiedzą, że wkrótce może być dużo gorzej. Według zachodnich źródeł dyplomatycznych, około połowa mieszkańców Trypolisu, zmęczona nieustannym napięciem, byłoby skłonnych poddać się władzy Haftara, jeśli miałoby to oznaczać pokój i koniec chaosu w zjednoczonym kraju. Równocześnie jednak większość mieszkańców zachodu kraju nie uważa, by był to „drugi Kaddafi”, za którego czasami prawie wszyscy dziś tęsknią.
Haftar chce „oczyścić kraj z terrorystów i najemników”: to uzasadnienie ofensywy ANL wywołało na zachodzie „operację Wulkan Gniewu”, czyli zbrojne zjednoczenie klanów i miast w obronie GNA, oraz w ambitnym w celu „oczyszczenia kraju z bandytów Haftara”. Można się niestety spodziewać krwawego remisu, jeśli nadzieja marszałka, że w stolicy dojdzie do powstania lub przewrotu spełznie na niczym. Marszałek dysponuje kilkoma starymi radzieckimi i francuskimi samolotami, lecz sama Misrata ma tego więcej. Jego armia ma wozy pancerne dostarczone przez Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), setki Toyot z działkami lotniczymi i trochę rosyjskiej artylerii, a jego żołnierze wyglądają bardzo podobnie do wrogich zachodnio-libijskich grup zbrojnych: są tu świetnie umundurowani i wyposażeni byli kaddafiści, ale i jakby obłąkani faceci w szortach i klapkach, targający ciężkie karabiny maszynowe.

Haftar – „drugi Kaddafi”?

Chalifa Haftar ma 75 lat i bogatą historię za sobą. Razem z pułkownikiem Muammarem Kaddafim uczestniczył w obaleniu libijskiej monarchii w 1969 r. Dowodził libijskim wojskiem na krótkiej wojnie z Czadem w 1987 r., którą przegrał z kretesem. Gdy dostał się do niewoli, zdradził swój kraj i przeszedł na służbę Stanów Zjednoczonych, które zleciły mu obalenie Kaddafiego, co też mu się nie udało. Musiał uciekać do Stanów, gdzie przez 20 lat pracował dla CIA. Wrócił po rozbiciu Libii przez NATO jako „człowiek Amerykanów”, ale tylko na kilka miesięcy, bo nikt go nie chciał.
Wrócił drugi raz pięć lat temu, by służyć parlamentowi powstałemu w Tobruku. W 2016 r. założył swoją armię i rok później, z francuską i egipską pomocą wyrzucił z Benghazi Państwo Islamskie (PI), które zainstalowało się tam dzięki interwencji NATO. PI przeniosło się do Syrty, a Haftar mianował się marszałkiem, chociaż właściwie nigdy nie wygrał żadnej wojny. Zdobył jednak prawie całość libijskich pół naftowych, które znajdują się na wschodzie kraju, co zapewniło mu szeroką, choć dyskretną pomoc międzynarodową.
Niektóre kraje ujrzały w nim „drugiego Kaddafiego”, zdolnego do zjednoczenia kraju i skończenia z ponatowskim chaosem. Oficjalnie cały Zachód, podobnie jak ONZ, wspierał rząd GNA as-Sarradża, ale tak naprawdę po jego stronie były tylko Włochy, Katar i Turcja. Francuzi, którzy byli głównymi pomysłodawcami obalenia Kaddafiego, uznali po cichu, że Haftar będzie jego posłusznym odpowiednikiem, więc nie tylko zbroili go, ale i wysyłali swe siły specjalne, by mu pomagać w walce z islamistami, których (niechcący) sprowadzili do Libii. Francja prowadziła politykę wzmacniania Haftara z początku głównie ze względu na zaangażowanie po jego stronie ZEA, które są wielkim kupcem francuskiej broni (na bombardowania Jemenu) i uzależniały dalsze zakupy od francuskiej aktywności w Libii, podobnie jak Egipt i Arabia Saudyjska. Do niemal jawnych sojuszników Haftara – ZEA, Egiptu marszałka as-Sisiego, Arabii i Francji dołączyła wkrótce Rosja.

Hipokryzja na zamówienie

Dziś oczywiście Francja i Rosja wzywają do pokoju, ale to właśnie te państwa, między innymi, poniekąd przygotowały ofensywę Haftara, życząc jednocześnie „legalnemu” rządowi z Trypolisu wszystkiego najlepszego. We Francji przez jakiś czas nazywano marszałka „człowiekiem Macrona” – w Rosji nazywa się go dzisiaj (niezbyt głośno) „człowiekiem Putina”. Równie dobrze można by go nazwać „człowiekiem Trumpa”, bo w końcu Amerykanie porzucili rząd GNA, choć go niby popierają. Libia jest bożym igrzyskiem, gdzie różne interesy mocarstw i stronnictw międzynarodowych ścierają się za pomocą Libijczyków. Problem w tym, że niemal każdy kraj, który popiera Haftara lub as-Sarradża ma inny cel polityczny lub gospodarczy. Część z nich dla pewności osiągnięcia tych celów wspiera obie strony konfliktu. Stąd trudność doprowadzenia do pojednania, nad którym pracowała ONZ.
Weźmy Turcję, bardzo aktywną w pomocy dla Trypolisu. Sprzymierzyła się ona w tej sprawie z Katarem, gdyż łączy ich głęboki antagonizm wobec ZEA, Arabii i Egiptu, oskarżających Turcję o chęć panowania w świecie sunnickim poprzez wspieranie Braci Muzułmanów, aktywnych w zachodniej Libii i znienawidzonych przez dyktatora Egiptu as-Sisiego i króla Arabii Salmana Sauda. Katar, obecnie w konflikcie z Arabią Saudyjską, nie widzi w Braciach niczego złego i na dodatek współpracuje z Iranem, oskarżonym przez Saudów i ZEA o wspieranie bombardowanego przez nich Jemenu. Haftar mówi o walce przeciw islamistom, ale wraz z wejściem Arabii do gry, przyjął do swego wojska wahhabickich, prosaudyjskich fundamentalistów, znanych z licznych okrucieństw.

Wielki wygrany

Na kilka dni przed swą ofensywą marszałek pojechał do Rijadu, by porozmawiać z królem Salmanem. Teraz te kraje, które zechcą zbroić Haftara, mogą zacierać ręce, bo Arabia (wraz z ZEA) będzie szczodrze płacić. Widzenie Haftara jako „drugiego Kaddafiego” popularne na wschodzie Libii, w Rosji, czy Francji może być złudzeniem, choćby ze względu na jego wiek. Prawie cały styczeń spędził w paryskim szpitalu, gdzie ratowano mu zdrowie. Jest on teraz w trakcie ofensywy swego życia, która zdecyduje o przyszłości jego zmordowanego kraju. Do pomocy mu szykuje się lotnictwo Egiptu, ZEA już przeniosła część swych maszyn do Benghazi.
Na południe i południowy wschód od Trypolisu trwają gwałtowne walki. Libijski Czerwony Półksiężyc mówi o „katastrofie humanitarnej”, która dotyka kraj nawet bez tej wojny. Odezwało się też NATO, które oficjalnie wzięło udział w festiwalu hipokryzji wyrażając „głęboką troskę” o pokój w Libii: szef Paktu, Jens Stoltenberg wezwał do „rozwiązania politycznego”. UNICEF ostrzega, że życie pół miliona dzieci z „niebieskiej” części kraju jest „bezpośrednio zagrożone”. Zdaniem analityków wojskowych Trypolis może paść tylko wtedy, gdy obrońcy przejdą na stronę Haftara, co się na razie nie zapowiada. Jedynym zwycięzcą pozostaje chaos.

Terroryzm nie jedno ma imię

Skończyło się doroczne świętowanie „żołnierzy wyklętych”, przed nami kolejna rocznica. Też mało chwalebna. 20 marca minie szesnaście lat od dnia, w którym Polska wzięła udział w napaści na Irak.

Najazd był to haniebny. Dla tamtejszych społeczności, więcej, dla całego świata islamu, zajęcie Bagdadu i faktyczne zniszczenie państwa nad Eufratem i Tygrysem przez wojska interwencyjne, będzie postrzegane i komentowane latami. Będzie traktowane podobnie jak zdobycie Bagdadu przez Mongołów pod wodzą Hulagu-chana w r. 1258, które doprowadziło do upadku kalifatu Abbasydów i końca rozkwitu tzw. cywilizacji arabskiej. Ocena reżimu Saddama Husajna, bez wątpienia krwawego dyktatora, nie ma tutaj wielkiego znaczenia. Już dziś w wielu środowiskach świata muzułmańskiego jest on postrzegany jako „nowy Saladyn”, symbol oporu i walki z kolonizatorskimi zapędami Zachodu. Symbolika i fantazmat chodzą różnymi drogami niźli racje rozumu i historyczna prawda.
Nasz krajowy mainstream – od lewej do ultraprawej strony – zachłystywał się polskim udziałem w tej niegodziwej ekspedycji. Walczący z okupacją Irakijczycy nazywani byli terrorystami, bandytami, pospolitymi rzezimieszkami dybiącymi na życie i mienie zwykłych ludzi. Obojętnie, czy byli to dawni członkowie partii Baas, byli wojskowi i policjanci Saddama, ludzie związani z funkcjonowaniem dawnego reżimu – ale jednocześnie państwa irackiego, postawieni przez okupantów poza nawiasem społeczeństwa, czy ochotnicy międzynarodówki terrorystycznej (nie brakło zresztą przypadków, gdy pierwsi stawali się drugimi). Ci zaś przybyli nad Tygrys i Eufrat, by realizować dżihad w wojnie z niewiernymi krzyżowcami, a jako że walczyli przeciwko okupantowi – ochotników nie brakowało. Ludzie ci mieli różne motywacje, ideały, cele. Ale Zachód, czyli my, twierdziliśmy, że nasze działania były na wskroś szlachetne, miały przynieść Irakijczykom wolność. Po co mielibyśmy rozumieć tamtych, ich wartości i dążenia?
Czy „Łupaszka” i setki im podobnych tragicznych postaci, rozgrzeszanych z popełnionych zbrodni tylko dzięki temu, że walczyli z „komunizmem”, nie mają czegoś wspólnego z członkami Armii Mahdiego Muktady as-Sadra, z az-Zarkawim i jego ludźmi? Mimo wszystkich różnic w kontekście społecznym i cywilizacyjnym? Kto jest terrorystą i bandytą, a kto bojownikiem o wolność i nieugiętym wrogiem okupantów? Jaką miarą to mierzyć i wedle jakich kryteriów to klasyfikować?
Tak postawione pytanie niezmiennie przerasta i polski mainstream liberalny, i jego segment konserwatywny. A smutnym epilogiem może być tylko przypomnienie, że posłowie lewicowego (ponoć?) Sojuszu Lewicy Demokratycznej poparli w lwiej części i gloryfikowanie 1 marca wątpliwej jakości bohaterów, i udział w interwencji w Iraku. Dziś za tę pierwszą decyzję przeprasza, drugą specjalnie się nie chwali. Nie ma to jednak większego znaczenia, szkody zostały wyrządzone. Prawica nawet nie przeprasza. Po dawnemu nadużywa argumentacji etyczno-moralnej, uzasadniając tym samym aprioryzm swoich tez, postaw, decyzji. Szykując kolejne nieszczęścia.

 

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz – w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen – w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny, świadomi, że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli – kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii, RFN, Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS). Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich była dla polityków francuskich nie do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach, przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw – to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on – w trudnej sytuacji bojowej – podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN. „Przecież sojusznika nie można dyskryminować” – twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem – jego zdaniem – RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni – Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt – promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było – „Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury. Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji. Antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka – zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony – nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne.
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.