Syndrom suwalski, sankcje i geopolityka

Z końcem lutego dowódca stacjonującego w Turcji, w Izmirze, Połączonego Dowództwa Wojsk Lądowych NATO (LANDCOM) generał broni Roger L.Cloutier odwiedził, wśród jednostek i terenów państw bałtyckich, także i Polskę.

Przeprowadził m.in. rekonesans tzw. przesmyku suwalskiego. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, to rzecz idzie o odcinku połaci terenu Pojezierza Suwalskiego graniczącego z Okręgiem Kaliningradzkim Federacji Rosyjskiej. Stamtąd, wedle koncepcji naszych strategów, mogło by wyjść uderzenie potencjalnego agresora.
W związku z tym należy bacznie ten obszar obserwować, umacniać i czynić go jaknajmniej zachęcającym taktycznie dla ewentualnego najeźdźcy. Zresztą dzielni zagończycy z WOT (Wojsk Obrony Terytorialnej) na pewno by go powstrzymali, używając amunicji krążącej, dronów, granatników, broni strzeleckiej, przeciwlotniczych „Piorunów“ i dobijając grzęznące w mokradłach czołgi wroga przeciwpancernymi pociskami kierowanymi.
Wszystko pięknie tyle, że słowa, poza tymi biblijnymi, mają ograniczoną moc sprawczą i od ich ciągłego powtarzania rzeczywistość materialna nie ulega zmianie. A od czasu, gdy ukuto ten miły sercu naszych sztabowców i dobrze sprzedający się medialnie termin, uległa zmianie, i to radykalnej, sytuacja militarna na naszych wschodnich rubieżach.
Nie ujmując niczego prodemokratycznym i suwerennościowym dążeniom społeczeństwa białoruskiego, trzeba chłodno i bez emocji stwierdzić, że w związku z ubiegłorocznymi wyborami prezydenckimi na Białorusi ćwiczono wariant kolorowej rewolucji, która udała sie na Ukrainie. Różne siły były tu czynne ale do Majdanu w Mińsku nie doszło.
Łukaszenka, „baćka“, solidnie się okopał i trwał na stanowisku mimo protestów , demonstracji, twierdzeń opozycj tudzież Unii Europejskiej i USA o zwycięstwie Cichanouskiej. Należało więc tego niepokornego człowieka, z którym wcześniej Zachód wiódł dworski taniec w stylu menueta (krok do przodu, dwa do tyłu i na odwrót) z nadzieją „wyłuskania“ go z orbity wpływów Moskwy , obłożyć sankcjami. Jego, jego otoczenie i całe instytucje białoruskie.
Lecz sankcje i eksterioryzacja prawa państwowego, w czym do dużej perfekcji doszły Stany Zjednoczone, są bronią obosieczną. I nie chodzi tu wcale o „lustrzaną odpowiedź“ obłożonych nimi podmiotów. Raczej o to, że mogą dać rezultaty wręcz przeciwne od oczekiwanych.
Osaczony Łukaszenka, jego pretorianie i zwolennicy ( bo i tacy się ostali) zwrócili się zdecydowanie ku Rosji. To, co do niedawna wydawało się nie do osiągnięcia w ramach działań integracyjnych Państwa Związkowego Białorusi i Federacji Rosyjskiej nagle nabrało intensywności. I to nie tylko w sferze gospodarczej ale, i tu – szczególnie, współpracy wojskowej. Na nic apele słane z Litwy przez ( mającą ponoć nie tylko białoruskie obywatelstwo, co by tłumaczyło jej relatywnie delikatne traktowanie przez „baćkę“) Cichanouską, którą Wilno uznało za prawowitego prezydenta – elekta. Należy przyznać, że to, co zostało z dobrej i efektywnej kiedyś polskiej dyplomacji, uniknęło popełnienia podobnego faux pas.
W dialogu z Władimirem Putinem Aleksander Łukaszenka rozwija twórczo stosowane przez Zachód działania na wschodniej flance NATO.
W Polsce szkolą się stacjonujące u nas jednostki Wielonarodowej Dywizji Północny – Wschód ? Proszę bardzo. Powstaną wspólne centra szkoleniowe armii białoruskiej i rosyjskiej, w tym jedno we włościach „baćki“. Pakt Północnoatlantycki prowadzi „air policing“ w przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii? Teraz patrole białoruskiego lotnictwa wzmocnią ich sojusznicy rosyjscy na myśliwcach generacji 4++. Zresztą dodać należy, że oba kraje mają zintegrowany system obrony przeciwlotniczej i antyrakietowej.
A po rozmowach obu przywódców w Soczi wiewiórki znad Morza Czarnego donoszą, że może strategiczne bombowce rosyjskie będą stacjonowały na lidzkim lotnisku, tak jak amerykańskie w Norwegii. No i ponoć nie będzie ciągłej obecności armii rosyjskiej na Białorusi, tylko stała obecność rotacyjna wojsk wschodniego jej sąsiada.
To zapewni Łukaszence alibi suwerennościowe wobec własnego społeczeństwa. Przecież zawsze twierdził on, że nie wyrazi zgody na ciągłą obecność armii ze wschodu na terytorium państwa. No i dotrzymuje słowa. Bo przecież obecność nie będzie ciągła lecz rotacyjna. A przy rotacji „na zakładkę“, pokaźna.
Dzięki tym subtelnym grom werbalnym Łukaszenka może nawet oświadczyć: „zawsze dotrzymuję słowa“. Niezły chwyt propagandowy.
Czy to czegoś nie przypomina? Był to eufemizm, stosowany przez naszych transatlantyckich partnerów dla zachowania umów bilateralnych zawartych swego czasu między rozpadającym się ZSRR a USA, w których uzgodniono, że nie będzie amerykańskich baz wojskowych na obszarach państw bezpośrednio graniczących z Federacją Rosyjską, powstałą w wyniku rozpadu radzieckiego kolosa, a wcześniej znajdujących się w strefie jego wpływów.
Tak więc w najlepsze trwa i nic nie wskazuje, aby się kończył, proces znacznego wzmocnienia sił rosyjskich wraz z przesunięciem ich o kilkaset kilometrów ku granicy z Polską.
Oto owoce sankcji i pomyłek w działaniach geopolitycznych. Cóż, jak Kuba – Bogu, tak Bóg – Kubie. Przepraszam, jak Zachód – Mińskowi, tak Mińsk – Zachodowi.
Nasi stratedzy wciąż przesmyk i przesmyk, aż do znudzenia. A dlaczego nie (spójrzcie Państwo na mapę) „wyrostek brzesko – siemiatycki“. W końcu bliżej stamtąd do Warszawy i warunki terenowe lepsze. Nową nazwę odstępuję naszym sztabowcom za darmo.
Bo jeśli nie wyzwolimy się z syndromu przesmykowego, to może ( oczywiście w ramach political fiction) powtórzyć się sytuacja z II Wojny Światowej. Po hitlerowskim ataku na Polskę, Francja wypowiedziała wojnę Niemcom 3 września 1939 roku. Tak zaczęła się „ drôle de guerre“, dziwna wojna. Francuskie wojsko w kazamatach Linii Maginota biernie czekało na frontalny atak Wehrmachtu. I jakimż było zdziwienie dowódców, gdy nagle stwierdzili jego obecność na swych tyłach. Naziści przeszli ofensywą prtzez Holandię,Luksemburg i Belgię, zawitali na ziemi Franków i szybko dotarli do Paryża, pozostawiając Linię Maginota w nienaruszonym stanie . Oczywiście to co opisałem to supozycje i gdybania. Oczywiście sytuacja geostrategiczna uległa od tego czasu zasadniczej zmianie. Oczywiście warunki sieciocentrycznego pola walki są inne niż ówczesne. Środki i siły – również.
Lecz najwyraźniej inercja myśli jest wśród tych zmiennych elementem najbardziej stabilnym. I obym się mylił.

PS. A może źródła „syndromu“ są zupełnie inne niż tylko potrzeba zagwarantowania bezpiecznego korytarza łączącego północny wschód RP z Litwą i pozostałymi państwami bałtyckimi? Nie należy zapominać o złożach metali rzadkich. W okolicach Suwałk, także Augustowa, lecz Suwałk w szczególności zasoby te szacowane są na 1,5 miliarda ton. Tylko drugi kraj na świecie – Chiny – posiadają porównywalne rezerwy metali ziem rzadkich, niezastąpionych we wszystkich technologiach przemysłowych – od klasycznych, lotniczych do futurystycznych, w elektronice. Złoża polimetaliczne powinny skutkować koordynacją działań Polski i Chin, w celu zapobieżenia przejęcia nad nimi kontroli i eksploatacji przez konkurentów –m.in z USA (posiadających swój personel militarny na tych obszarach), RFN czy innych hegemonów ościennych, tak aby służyły one budowie suwerenności naszego państwa.

Może być gorzej

Pana prezydenta Dudę trzeba pocieszyć. Choć prezydent Biden nie zadzwonił jeszcze do niego, co może wywołać stany depresyjne, ryzyko wypadku narciarskiego i ponowne zamknięcia stoku, to innym głowom lekko też nie jest.
Weźmy pierwszą z brzegu. Wołodymyr Zełenski. Też prezydent, też przystojny i też czeka na połączenie. Jemu, w przeciwieństwie do pana prezydenta Dudy, trochę się do tej rozmowy śpieszy. Prezydent Ukrainy zaprosił bowiem amerykańskiego kolegę na uroczystość 30 rocznicy niepodległości Ukrainy. Biały Dom potwierdził zaproszenie, ale nie uczestnictwa najważniejszego tam lokatora jeszcze nie.
Cóż z tego, że przy okazji potwierdzono też wsparcie Kijowa dla odzyskania Krymu i Donbasu. Tradycyjną przyjaźń i partnerstwo. Skoro na razie amerykański prezydent więcej mówił o Ukrainie z prezydentem Rosji niż Ukrainy. Dlatego bez obecności głowy amerykańskiego państwa uroczystość ku czci ukraińskiej suwerenności może być niekompletna.
Czemu prezydent Biden jest tak powściągliwy z telefonicznych kontaktach z prezydentem Zełenskim ? Plotki przypominają ujawnione w Ukrainie podsłuchy wcześniejszych rozmów między amerykańskimi i ukraińskimi prezydentami. Chodziło o działalność Huntera Bidena, syna prezydenta USA, w radzie ukraińskiej firmy Burisma. Jej właściciel jest podejrzewany o korupcję, o co w Ukrainie nietrudno.
W lipcu 2019 prezydent Trump zadzwonił do prezydenta Zeleńskiego nalegając by wszczęto dochodzenie w sprawie syna jego ówczesnego konkurenta. A w zeszłym roku wyciekły wcześniej nagrane poufne rozmowy wiceprezydenta Bidena z poprzednim ukraińskim prezydentem Poroszenką. Może pp takich doświadczeniach prezydent Biden dostaje bezwarunkowego szczękościsku już na dźwięk „Prezydent Ukrainy”.
Szczęście ma pan prezydent Duda, że jego córka pracowała w jedynie w Londynie. I nie musi spieszyć się z zapraszaniem prezydenta Bidena do Warszawy.
I gadać, też nie ma o czym. Wojska USA już w Polsce są, „fortu Trump” nie zbudowano na szczęscie, a prezydent Biden propagujący teraz prawa LGBTI nie przez obecnego władze pilnie w Warszawie widziany.
NATO i co na to
Inaczej jest w przypadku prezydenta Zełenskiego. Ma pierwszą kadencję, drugi rok prezydentury, musi pracować. W kampanii obiecywał zbliżenie do Unii Europejskiej i NATO. Miał także poparcie amerykańskiego prezydenta i przywódców państw Unii Europejskiej.
Z Unią do zbliżenia doszło. Otworzyła się na ukraińskich pracowników, zwłaszcza tych tanich, a Ukraina obiecała lepsze warunki dla jej firm. Ale przyszła pandemia i państwa UE pozamykały się.
W międzyczasie władze ukraińskie kolejny raz skonfliktowały się z mniejszością węgierską, arbitralnie zamknęły rosyjskojęzyczne kanały telewizyjne, co było niezgodne z normami Unii Europejskiej. Ale ukraińskie elit polityczne doskonale wiedzą, że perspektywa akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej to zadanie za kolejne 30 lat. Bardziej realna jest pozycja podobna sąsiedniej Turcji. Silna integracja gospodarcza bez przyjmowania politycznych i obyczajowych norm UE.
Realniej wydaje się bliższa kooperacja z NATO. Zaproszenie Ukrainy do Planu Działań na rzecz Członkostwa. Klucz do bram NATO ma prezydent USA.
Na razie nie ułatwia on Ukraińcom wędrówki do wspólnoty Północnoatlantyckiej. Znany ukraiński oligarcha Ihor Kołomojski, uważany za protektora prezydenta Zełenskiego, dostał zakaz wjazdu do USA. Nałożone przez Departament Stanu USA sankcje uzasadnione są aferami korupcyjnymi i niszczeniem demokratycznych instytucji przez oligarchę. Przy okazji sankcje spadły na jego żonę, dzieci i licznych współpracowników. Psuje to wizerunek Ukrainy w USA.
Chiński koncern Skyrizon chciał kupić kontrolowany przez państwo ukraińskie koncern Motor Sicz. Produkujący silniki rakietowe i samolotowe, także do słynnego An -225. Transakcję finalizowano, ale zablokował ją ukraiński rząd. Dodatkowo prezydent Zełenski nałożył sankcje na Skyrizon, jego prezesa i trzy inne chińskie firmy.
Wcześniej, bo w sierpniu 2020 ówczesny sekretarz stanu USA, Mike Pompeo wyraził zaniepokojenie „szkodliwymi chińskimi inwestycjami na Ukrainie” i wskazał przejęcie Motor Siczy przez Skyrizon.
W styczniu ukraińskie służby bezpieczeństwa SBU przerwały spotkanie akcjonariuszy Motor Siczy z Chińczykami blokując zmiany w zarządzie firmy. Teraz Chińczycy domagają odszkodowania w wysokości 3,5 mld dolarów. Mają wsparcie swego rządu. Wojna z nimi będzie kosztowna. Chiny są największym rynkiem eksportowym Ukrainy. W razie bojkotu, UE strat tych nie zrekompensuje.
Zbliżenie Ukrainy z NATO od lat blokują Węgry, oskarżając ją o represje wobec mniejszości węgierskiej. Krzywym okiem patrzy Turcja, bo prawosławna Ukraina może wspierać wrogą wobec niej Grecję. Za to Ukraina wojująca z Rosją przyda się Turcji w rywalizacjach z Kremlem. Wzmocnionej tak Turcji nie chce Francja, skonfliktowana z nią w Libii, i USA na Bliskim Wschodzie. Niemcy chętnie pohandlują z Ukrainą i z Rosją. Ukrainie obiecają bezpieczeństwo, a Rosji szlaban dla Ukrainy w NATO. Im więcej Ukrainy w NATO, tym mniejsza atrakcyjność w pakcie Rumunii. I Polski też. Nowe kłopoty.
Na razie Kijów oczekuje pomocy USA w modernizacji armii, kolejnej transzy kredytów Międzynarodowego Funduszu Walutowego i chińskiego rynku na swój eksport. Pomocy w rozwiązaniu problemów Donbasu i Krymu też. Prezydent Biden nie dzwoni.
A szczęściarz Duda śmiga na nartach.

Moja wojna bałkańska

Jechaliśmy cichą, majową nocą, autostradą od Nowego Sadu, kolumną samochodów z zaciemnionymi reflektorami. Wjeżdżając do Belgradu przejechaliśmy most na Sawie. Wtedy coś tam z tyłu huknęło i błysnęło. Na zdrowie!, zakrzyknąłem. Ciesząc się, bo szczęśliwie docieraliśmy do celu.

Do Belgradu pojechaliśmy czwórką ówczesnych parlamentarzystów SLD. Izabella Sierakowska, Piotr Ikonowicz, Wit Majewski i ja. Reprezentując parlamentarna grupę polsko- jugosłowiańską. Aby zaprotestować przeciwko „bombowej” polityce NATO przy rozwiązywania konfliktów narodowościowych. I wesprzeć propagandowo Serbów, którzy zostali okrzyknięci przez zjednoczony front północnoatlantyckiej propagandy sprawcami całego zła na Bałkanach. Zwłaszcza masowych mordów, elegancko zwanych „czystkami etnicznymi”. Pojechaliśmy bez błogosławieństwa kierownictwa SLD, sprzeciwie rządzącej koalicji AWS- UW. I krytyce czołowych liberalnych mediów. Okrzyknięto nas sługusami prezydenta Slobodana Miloszevicza, choć jego politykę też krytykowaliśmy.
Pewnie dlatego mieliśmy wsparcie opozycyjnych wobec Miloszevica elit politycznych. Postrzegających ówczesną Federacyjną Republikę Jugosławii jako państwo związane z Unią Europejską. Reprezentował ich wiceminister spraw zagranicznych Zoran Novakovicz, późniejszy ambasador Serbii i Czarnogóry w Polsce.
Wbrew prognozom polskich mediów nie spotkaliśmy się z prezydentem Miloszeviczem, bo nie zabiegaliśmy o to. Nasi gospodarze zadbali o liczne spotkania z reprezentantami serbskiej opinii publicznej. Hierarchami kościołów prawosławnego i katolickiego, parlamentarzystami wszystkich ugrupowań, politologami i publicystami. Dodatkowo zorganizowaliśmy spotkania z polskimi dyplomatami, dziennikarzami i belgradzkimi Polakami. Nocami buszowaliśmy z Piotrkiem Ikonowiczem po piwnych ogródkach wsłuchując się w głos ludu.
Widzieliśmy wojnę z niewidzialną armią. Zbombardowaną rafinerię w Panczewie, rozwalone bombami grafitowymi sieci energetyczne, rozbite szpitale, lokalne mosty i drogi. Bombardowania NATO miały być „punktowe” i „inteligentne”. Trafiać jedynie w cele wojskowe i siedziby ugrupowań oskarżanych o ludobójstwo.
Nie pokazano nam zaatakowanych obiektów wojskowych, to oczywiste, widzieliśmy zrujnowane gmachy ministerstw obrony i ministerstwa spraw wewnętrznych. Państwowej telewizji. No i hotelu „Jugosławia”, gdzie była siedziba sztabu „Arkana”, wodza militarnych bojówek oskarżanych o ludobójstwo kosowkich Albańczyków. Widzieliśmy też sporo trafionych obiektów cywilnych, bo były w sąsiedztwie celów wojskowych i politycznych. Ofiary pomyłek „inteligentnych” rakiet – podróżnych cywilnego pociągu, kolumny jadących na targ samochodów.
Najbardziej zagadkowym był atak na ambasadę Chin. Byliśmy tam dwa dni po. Nie zapomnę widoku wypalonego gmachu i chrzęstu dywanu z rozbitych porcelanowych naczyń. Mówiono, że to odwet za ukryte w gmachu instalacje wojskowe pomagające Serbom. Zginęło trzech chińskich dyplomatów. Jeden znany mi, młody polonista i slawista, został pośmiertnie uhonorowany ulicą w rodzinnym miasteczku. Amerykanie szybko wypłacili rodzinom zabitych sute odszkodowania i wyciszyli „pomyłkowy” atak. Belgradzka ulica pokochała Chiny. Widziałem demonstracje solidarności z Chińczykami.
Ambasada polska nie ucierpiała. Miejscowi grafficiarze pokryli ją jedynie swastykami, napisami „Sługusy NATO” i „Mordercy”. Ale szyb nie wybili. Wyleciały te z okien na parterze. Od podmuchów, kiedy samoloty NATO rozwaliły pobliski gmach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
W czasie dnia wojny nie było widać na belgradzkich ulicach. Sklepy zawalone żywnością. Pełne kawiarniane ogródki, nocami piwiarnie. Spacerujące dziewczyny przecudnej urody i starsi panowie. Młodych niewielu. Mobilizacja. Z knajp słychać było „sevdalinki” i pieśni o serbskiej duszy która została na Kosowie. Ulica dudniła, gadała z serbskim wigorem. Ameryka to kurwa, NATO to kurwa, a Rosja kurwa największa. Sprzedała się Ameryce, zamiast pomóc prawosławnym braciom. Jelcyn to kurac, i Clinton też kurac. „Monika stisni zube”. Tak zachęcano pannę Lewinski do spotkania z prezydentem Clintonem. Serbia nie podda się, będzie walczyć nawet sama, jak to nieraz w jej historii bywało.
Samoloty NATO nadlatywały zawsze w nocy. Bo to czas kurew i złodziei, usłyszałem. Dlatego wieczorami na głównych belgradzkich mostach mieszkańcy tworzyli żywe tarcze. I balangowali do świtu. ”Obriste nam dupe, NATO trupe” skandowali. „Billi, mislim na tebe. Gavrilo Princp”, słali przekaz Clintonowi. Jednej nocy przechodziliśmy z Piotrkiem Ikonowiczem, na skróty, przez most kolejowy. Nagle, jak na ćwiczeniach w wojsku. Błysk z prawej, huk z lewej. Na szczęście mieliśmy puste żołądki.
Rok później zaproszono nas do Belgradu na rocznicę wygranej wojny z NATO. Wtedy pomimo ogłoszonego zwycięstwa na ulicach narastała beznadzieja i marazm. Jugosławia wygrała wojnę, ale zaczęła przegrywać pokój. Straciła Kosowo, potem rozpadła się na Serbię i Czarnogórę. Zmarniała ekonomicznie, cywilizacyjnie, politycznie. Czeka dalej na akcesję do Unii Europejskiej.
Prezydent Miloszevicz stracił władzę w 2000roku, zmarł w 2006 roku w więzieniu w Hadze oskarżony o ludobójstwo. Jego albańscy przeciwnicy z Kosowa, najpierw dowodzący anty serbską partyzantka UCK, a potem byli „premierzy rządu Kosowa”, Ramush Haradinaj i Hashim Thaci, też zostali oskarżeni przez haski Trybunał. O ludobójstwo Serbów. Rozmawiałem z nimi, jako delegat Rady Europy, w roku 2002, podczas wyborów samorządowych w Kosowie. „Państwie” nadal nieuznawanych przez wszystkie państwa Unii Europejskiej. Takim „Naddniestrzem” NATO na Bałkanach.
Zorana Novakovicza ostatni raz widziałem w 2006 roku w szpitalu. Byłem obserwatorem Rady Europy serbskiego referendum konstytucyjnego. Zoran wiedział, że umiera. Kiedy wspominaliśmy naszą „wojnę”, rzekł mi, to czego wtedy nie mógł, nie odważył się.
Otóż podczas naszego wjazdu w 1999 roku, przez most na Sawie, dopadła nas wystrzelona nieba rakieta. Trafiła w wał ziemny chroniący most za który wtedy wjechaliśmy. Albo była niecelna albo wyrafinowanie inteligentna.
Gdyby nas dopadła – bylibyśmy pierwszymi polskimi ofiarami NATO po wstąpieniu naszego państwa do Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Ofiary bombardowań NATO chcą odszkodowań

22 lata po natowskim bombardowaniu Serbii, ofiary wciąż pamiętają i domagają się sprawiedliwości. Prawnicy zajmujący się prawami człowieka złożyli pozwy przeciwko sojuszowi NATO w związku z użyciem zakazanych rodzajów broni w trakcie nalotów na Serbię w 1999 roku. Prawnicy reprezentują rodziny zabitych a także tych, którzy cierpią z powodu powikłań na skutek kontaktu ze zubożonym uranem, obecnym w użytej przez NATO amunicji. Prawnicy domagają się odszkodowań w wysokości co najmniej 300 tysięcy euro dla każdej z ofiar. Władze Serbii od dłuższego czasu zwracają uwagę na problemy zdrowotne wielu osób, które miały kontakt z miejscami bombardowanymi przez NATO i oskarżają sojusz o stosowanie amunicji ze zubożonym uranem.

Duża część z ofiar to dawni policjanci i żołnierze, którzy pracowali w 1999 roku w Kosowie, wówczas części Serbii i Federacyjnej Republiki Jugosławii. Prawnicy powołują się na podobny przykład żołnierzy włoskich, którzy stacjonowali na Bałkanach. Po powrocie do kraju, 366 z nich zmarło a co najmniej 7,5 tysiąca doświadczyło skutków zatrucia zubożonym uranem. Prawnik, który reprezentował włoskich żołnierzy i któremu udało się już wywalczyć rekompensaty w 181 przypadkach, będzie teraz wspierał serbski zespół prawników. Jego zdaniem obydwie sprawy dotyczą tych samych, zakazanych rodzajów broni. Srdjan Aleksić, szef serbskiej grupy prawników mówi, że zespół zgromadził ponad 3 tysiące stron dokumentów, w tym werdykty, opinie ekspertów i materiały specjalnej, włoskiej komisji rządowej.
Sama armia USA przyznaje, że użyła około 40 tysięcy takich pocisków w czasie konfliktów w Bośni i Kosowie. Zubożonego uranu, który sam w sobie nie jest silnie radioaktywny, używa się do powlekania czubków pocisków, dzięki czemu łatwiej nimi przebić materiały opancerzone, na przykład w czołgach lub w bunkrach. Ale po eksplozji pocisku pozostaje radioaktywny lub toksyczny pył. To ten pył powoduje długotrwałe skutki zdrowotne u osób narażonych na kontakt z nim. Wojska zajmujące się likwidowaniem śladów po działaniach wojennych bywają ofiarami zakażenia tym pyłem. Takie problemy zgłaszały armie kilku państw europejskich, których żołnierze byli na misjach na Bałkanach. Taka sytuacja dotyczy właśnie żołnierzy włoskich, którzy pracowali przy oczyszczaniu Kosowa po działaniach wojennych. Pociski ze zubożonym uranem były masowo używane przez armię USA w Iraku i Afganistanie. W obu tych krajach, w miejscach gdzie dochodziło do amerykańskich ostrzałów, odnotowuje się ponadprzeciętny wskaźnik zachorowań na nowotwory i upośledzenia u narodzonych dzieci. Według rządu Serbii i prawników, ofiarą zubożonego uranu mogą być też żołnierze i policjanci serbscy.
Agresja NATO na Jugosławię, nazywana przez NATO „wojną o prawa człowieka w Kosowie” rozpoczęła się w marcu 1999 roku bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. NATO złamało wówczas nawet swój własny statut pozwalający na interwencje wyłącznie na terytorium państw członkowskich sojuszu. Pod sztandarem „obrony praw człowieka” bombardowania doprowadziły do śmierci co najmniej 2 tysięcy osób (według rządu Serbii ponad 5 tysięcy), z czego blisko połowa to przypadkowi cywile. Rannych zostało co najmniej 12 tysięcy osób. W ruinę obrócono wiele zakładów produkcyjnych, linii komunikacyjnych, mostów, dworców, lotnisk, instalacji przemysłowych i tuneli a także blisko 25 tysięcy domów i 69 szkół. Wiele z nich oddalonych było o setki kilometrów od Kosowa. Szkody na skutek nalotów szacuje się na dziesiątki miliardów dolarów.
Choć dowódcy NATO deklarowali, że zamierzają prowadzić ataki w taki sposób, by zminimalizować straty wśród ludności cywilnej, to według Human Rights Watch, odsetek pocisków „precyzyjnych” czy „inteligentnych”, czyli takich, które rzekomo minimalizują straty cywilne, wynosił zaledwie 30% użytej amunicji a w niektórych momentach kampanii spadał do 10-20%. Piloci NATO są także odpowiedzialni za ataki na konwoje i zgromadzenia ludzi podczas których zginęli cywile. Do ataków dochodziło w ciągu dnia czyli wtedy gdy z bombardowanych dróg, mostów czy tuneli korzystali cywile i ich śmierć była do przewidzenia. Zaskakującym zbiegiem okoliczności było też wystrzelenie pocisku w kierunku konsulatu Chin. Zginęło tam trzech chińskich dziennikarzy a dwadzieścia osób zostało rannych. NATO skomentowało to jako „pomyłkę”. W trakcie całej kampanii wojennej, jedynymi stratami wojskowymi NATO była śmierć dwóch pilotów helikoptera w trakcie wypadku podczas lotu treningowego w Albanii.
Nie oznacza to, że w Kosowie nie dochodziło do konfliktów etnicznych i łamania praw człowieka. Kosowo od lat było miejscem napięć między Albańczykami a Serbami a część Serbów nie chciała uznać autonomicznych aspiracji mniejszości albańskiej. Albańskie bojówki nacjonalistyczne z tak zwanej Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK, jak już dzisiaj wiemy, wspieranej wtedy i finansowanej przez USA i przez rząd Albanii) atakowały policję, armię i samych Serbów. Korzenie samej UÇK sięgają początku lat 80-tych i powstawania na emigracji anty-jugosłowiańskich, maoistowskich grup, wspieranych przez Tiranę a następnie grup kosowskich emigrantów współpracujących z albańską mafią na Zachodzie. Zajmowały się one gromadzeniem funduszy na działalność bojówek w Kosowie i były odpowiedzialne za ataki na przedstawicieli Jugosławii za granicą, między innymi w Brukseli. W tym też czasie bojówki w samym Kosowie dokonały co najmniej dziewięciu zamachów bombowych w Prisztinie. Władze odpowiedziały masowymi aresztowaniami. Atmosfera napięcia, protestów, starć i sporadycznych incydentów zbrojnych trwała aż do lat 90-tych. Terroryści z UÇK w 1996 roku dokonali serii pięciu ataków na obozy serbskich uchodźców z Kajiny a celem innych ataków zbrojnych i bombowych stawały się komisariaty, urzędy i serbscy cywile. Policja odpowiadała siłą i przenosiła na cywilnych Albańczyków część odpowiedzialności za ataki bojówkarzy, co prowadziło do narastania frustracji i dalszego zaostrzania się konfliktu. W starciach ginęło coraz więcej ludzi i choć liczba zabitych jest przedmiotem manipulacji z obu stron, to szacuje się, że w ciągu paru lat napięć w drugiej połowie lat 90-tych w Kosowie zginęło nawet parę tysięcy osób obydwu narodowości. Powód do troski faktycznie istniał, ale można go było rozwiązać drogą dyplomatyczną, gdyby Zachód faktycznie miał taką wolę. Zamiast tego, USA od paru lat aktywnie wspierały zbrojne bojówki a w 1998 roku utworzyły nawet na terenie Kosowa podległą sobie milicję, która jednak nigdy nie odgrywała takiej roli jak UÇK. Napięcia te nie były więc prawdziwym powodem agresji NATO lecz jedynie pretekstem do agresji. Chodziło o rozgrywkę geopolityczną a konflikt w Kosowie był dobrym pretekstem do ataku. W rezultacie nalotów, rząd Jugosławii zmuszony został do wycofania policji i wojska z Kosowa a na ich miejsce weszły „siły pokojowe” złożone z żołnierzy NATO a w roli nowej armii narodowej Kosowa pojawili się uzbrojeni przez USA bojówkarze UÇK. Kosowo stało się od teraz bazą wojskową USA na Bałkanach a niedługo potem, pod presją Zachodu, od Jugosławii oderwała się Czarnogóra. Zachodowi chodziło o pozbycie się niepokornego rywala na Bałkanach, szczególnie, że Serbia naturalnie ciążyła ku Rosji w stosunkach międzynarodowych.
Warto spróbować zrozumieć kontekst w jakim międzynarodowa opinia publiczna oceniała te wydarzenia, szczególnie na Zachodzie. Nie zagoiły się jeszcze rany po największej rzezi etnicznej jaką widziała Europa od czasu drugiej wojny światowej, czyli wojny domowej z początku lat 90-tych w byłej Jugosławii i wojny domowej w Bośni, Europę zalała fala uchodźców z Bałkanów a opinię publiczną szokowały kolejne doniesienia o okrucieństwach do jakich dochodziło w czasie niedawno zakończonej wojny. Słyszeliśmy o zbrodniach w Sarajewie czy ludobójstwie w Srebrenicy a rządy zachodnie były przez obrońców praw człowieka i opinię publiczną krytykowane za brak działań i za brak zainteresowania losem masakrowanych cywilów. Główni sprawcy masakr i zbrodni wojennych wciąż byli na wolności, powstawały szokujące filmy dokumentalne o bezradności międzynarodowych sił pokojowych w Bośni, świat nie chciał powtórki z historii.
Konflikt wokół Kosowa nie miał takiej samej dynamiki jak wcześniejsze konflikty w byłej Jugosławii, ani rząd nie był odpowiedzialny za zbrodnie przeciw ludzkości. Ale większość mieszkańców Zachodu nie śledzi sytuacji na Bałkanach zbyt szczegółowo, za to często szczerze współczuje cywilnym ofiarom konfliktów. Te nastroje wśród opinii publicznej wykorzystali przywódcy państw Zachodu. Trwającej blisko trzy miesiące kampanii bombardowań, towarzyszyła bezprecedensowa kampania dezinformacji i propagandy w głównych mediach na Zachodzie. Kłamstwa tworzono w taki sposób, żeby przypominały obrazy znane z przekazów o niedawno zakończonej wojnie na Bałkanach. Przedstawiano zniekształcony i fałszywy obraz sytuacji w Kosowie a opinię publiczną informowano, że wojska jugosłowiańskie dokonują tam czystek etnicznych na masową skalę. Każdego dnia media prześcigały się w podawaniu coraz wyższej liczby rzekomych ofiar i uchodźców. Większość z tych informacji okazała się wkrótce tym, co dzisiaj nazywamy fake newsami i służyła wyłącznie zmanipulowaniu opinii publicznej. W przeddzień ataku, politycy związani z NATO twierdzili też, że celem „społeczności międzynarodowej” jest doprowadzenie do wolnych wyborów w Jugosławii, choć zaledwie kilka miesięcy wcześniej, we wrześniu, w Jugosławii odbyły się wybory, które OBWE oceniła jako przeprowadzone uczciwie. Kampanię bombardowań przywódcy NATO nazwali „wojną w imię praw człowieka”. Jeśli faktycznie ktoś w to wierzył, to bilans tych działań musiał być rozczarowujący. W następstwie przejęcia kontroli nad Kosowem przez NATO i UÇK, prowincję musiało opuścić ponad 200 tysięcy uchodźców, głównie Serbów, ale także Romów i innych nie-albańskich narodowości. Serbia stała się domem dla największej grupy uchodźców w Europie od lat. Ci, którzy zdecydowali się pozostać w Kosowie a nie byli etnicznymi Albańczykami, spotykali się z szykanami, represjami i przemocą.
Agresja na Jugosławię w 1999 roku była też pierwszą operacją NATO z udziałem Polski jako nowego członka. Rządząca w kraju koalicja AWS-UW (odpowiednik dzisiejszej PiS-PO) chętnie przyłączyła się do agresji, bezkrytycznie powtarzając propagandę zasłyszaną u zachodnich sojuszników. Jedynymi politykami z Polski, którzy chcieli spojrzeć na sprawę obiektywnie, była czteroosobowa delegacja posłów lewicy, która wybrała się do Belgradu w trakcie bombardowań, odwiedzając przy okazji obozy uchodźców. Media, które w czasie bombardowań chętnie mówiły o losie albańskich uchodźców w Kosowie, nie interesowały się w ogóle losem serbskich cywilów, którzy ginęli od natowskich bomb. Ludwik Stomma na łamach ‚Polityki’ pisał wtedy: „Wydaje się jakby w kraju, który ma tak tragiczną przeszłość jak nasz, nikt nie pamiętał już, że gdzie spadają bomby, tam giną ludzie. Starcy, kobiety, dzieci. I nikogo to nie przeraża? Nikt nie podrywa się do protestu? Nikogo nie obchodzą serbskie ofiary?”. Niestety, ich głos został w kraju zakrzyczany przez wojenną propagandę, tak samo jak parę lat później, wojenna propaganda zagłuszyła przeciwników wojny w Afganistanie i Iraku.
Nie jest jasne, czy zgromadzone dokumenty w sprawie odszkodowań dla ofiar bombardowań zostaną uznane przez państwa NATO i przez trybunały. Jeśli pozew się powiedzie, otworzy to być może drogę do odszkodowań za wielomiliardowe zniszczenia wojenne. Miejmy jednak przede wszystkim nadzieję, że nagłośni to prawdę o ciemnej stronie nielegalnej agresji i sprawi, że w przyszłości opinia publiczna będzie uważnie i krytycznie przyglądać się temu co głoszą rządy, gdy prą do wojny. Wojna zawsze oznacza śmierć i tragedię zwykłych ludzi.

Pucz w Mali i natowska destabilizacja Sahelu

Zawirowania w zachodnioafrykańskim Mali pogłębiły się po tym, jak grupa żołnierzy i młodszych oficerów stacjonujących w stolicy Bamako zatrzymała prezydenta Ibrahima Boubacara Keitę, premiera Boubou Cissé i innych wysoko postawionych urzędników państwowych, a następnie zmusiła ich do rezygnacji. Towarzyszyły temu kolejne tygodnie masowych protestów i demonstracji przeciwko rządowi Keity. Dziesiątki tysięcy protestujących wyszły na ulice, by świętować po tym, jak wiadomość o aresztowaniu Keity została podana do wiadomości publicznej.

W Bamako miały miejsce sceny dzikiej radości, podczas których protestujący i żołnierze strzelali ostrą amunicją w powietrze, aby uczcić usunięcie znienawidzonego rządu wspieranego przez Francuzów. Następnie, około północy, Keita pojawił się w telewizji, aby ogłosić swoją rezygnację i rozwiązanie parlamentu.
Dopiero pucz zwrócił uwagę światowej opinii publicznej na sytuację w Mali. Tymczasem wcześniej również działo się sporo: w marcu rząd uparł się organizować wybory parlamentarne pomimo niebezpieczeństw związanych z pandemią COVID-19. W nieuczciwy sposób partia Keity ostatecznie zdobyła dodatkowe 10 miejsc. W tym samym czasie główny lider opozycji, Soumaila Cissé, został porwany przez nieznanych sprawców. Od tej pory ślad po nim zaginął. Efektem były masowe protesty, które zmusiły Trybunał Konstytucyjny do unieważnienia wyników wyborów. Ale ta decyzja nie uspokoiła masowego ruchu. Zamiast tego, jeszcze bardziej ośmieliła demonstrantów, by naciskać na całkowite usunięcie rządu. Erupcja tego gniewu nastąpiła w czerwcu, kiedy setki tysięcy protestujących wyszły na ulice Bamako, aby zaprotestować przeciwko załamaniu się gospodarki, niewłaściwemu zarządzaniu przez rząd pandemią COVID-19 oraz pogłębiającemu się kryzysowi w północnych i centralnych regionach kraju, gdzie poważna islamistyczna rebelia całkowicie zdestabilizowała region Sahelu.
Początkowo Keita odmówił rezygnacji. Jednak następnie cały jego gabinet podał się do dymisji w związku z nasileniem wojny domowej, która szaleje od 2012 roku. Pod koniec lipca prezydent utworzył nowy gabinet, próbując wyjść z kryzysu. Pokazało to jednak, jak nikłe jest jego rzeczywiste poparcie.
Reżim próbował skierować ruch w ramienia opozycyjnej koalicji znanej jako Ruch 5 czerwca (M5-RFP), kierowanej przez duchownego Mahmuda Dicko. Celem było uratowanie reżimu przed obaleniem. Jednak koalicji „lojalnych” liderów opozycji nie udało się spacyfikować ruchu. Każde małe żądanie, jakie stawiali Keicie, pobudzało masy, zmuszając je z kolei do wysuwania dodatkowych żądań. Sytuacja rządu stawała się powoli coraz bardziej dramatyczna.Gdy stało się jasne, że skorumpowany rząd Keity nie jest w stanie pójść na żadne ustępstwa, wkroczyła ostatnia linia obrony reżimu: wojsko. Poświęcono prezydenta, by zachować system.
To drugi zamach stanu w Mali w ciągu ośmiu lat. W 2012 roku bunt miał miejsce w tej samej bazie wojskowej, kiedy to były prezydent Amadou Toumani został obalony po katastrofalnej reakcji na powstanie Tuaregów na północy kraju. Rebelia została uzbrojona w broń płynącą z pobliskiej Libii w następstwie interwencji NATO mającej na celu usunięcie Kaddafiego w 2011 roku. Interwencja ta doprowadziła do całkowitej destabilizacji sytuacji: bojówki islamskie dosłownie zalały kraj, dopuszczając się okrucieństw na szeroką skalę, takich jak porwania, masakry, zamachy bombowe i rozpoczęcie kwitnącego biznesu – handlu niewolnikami. Taka była cena, jaką Libia zapłaciła za swoje popierane przez Zachód „wyzwolenie”.
Ten chaos rozlał się na Afrykę Zachodnią i region Sahelu, destabilizując szczególnie Niger, Burkina Faso i Mali. Bojownicy z ludu Tuaregów, którzy walczyli jako najemnicy dla Kaddafiego, wrócili do Mali, podsycając pełnowymiarową rebelię na północy kraju. Napływ ciężkiej broni do tego regionu podsycał również powstanie Boko Haram w Nigerii, Kamerunie i Nigrze.
Keita doszedł do władzy w 2013 roku. W 2015 roku podpisano porozumienie z niektórymi grupami rebeliantów, przyznające słabo zaludnionej północy większą autonomię. Należą do nich islamskie grupy ekstremistów związane z Al-Kaidą i państwem islamskim, które wykorzystały trwającą od dawna rebelię Tuaregów do przeprowadzenia własnych ataków. Keita utrzymał się u władzy w 2018 r. po sfałszowanych wyborach, ale jego ustępstwa nie powstrzymały powstania. Sytuacja większości społeczeństwa pogorszyła się i wywołała głęboki resentyment w wojsku.
Po zdestabilizowaniu Libii siły imperialistyczne podążyły następnie za grupami dżihadystów do Sahelu, rozmieszczając w regionie ponad 20 000 międzynarodowych i lokalnych żołnierzy. Było to 4 500 żołnierzy francuskich, 13 000 żołnierzy ONZ i około 5 000 żołnierzy związanych z finansowanymi przez Francję rządami „G5 Sahel”, w tym Burkina Faso, Czadu, Mali, Mauretanii i Nigru. Ta „wojna z terroryzmem” doprowadziła jedynie do dalszej destabilizacji Sahelu. Dżihadyści działając w regionie za pośrednictwem swojej filii, Państwa Islamskiego na Większej Saharze (ISGS), przyspieszyło swoje działania w Mali, Burkina Faso, a obecnie w Nigrze.
Reakcja tak zwanej społeczności międzynarodowej jest skrajnie obłudna. Moussa Faki Mahamat, przewodniczący komisji Unii Afrykańskiej, powiedział, że potępił „wszelkie próby zmian antykonstytucyjnych” i wezwał buntowników „do zaprzestania uciekania się do przemocy”.
Afrykańska Karta UA „Demokracja, wybory i rządy” zakazuje wszelkich zmian lub rewizji konstytucji, które stanowią „naruszenie zasad demokratycznej zmiany rządu”. Jednak UA nigdy nie powołała się na ten przepis i milczała po niedawnych falach „niekonstytucyjnych” przejęć władzy na całym kontynencie afrykańskim. W tym roku prezydent Alpha Conde miał opuścić Gwineę, ale zaaranżował przewrót konstytucyjny, który pozwoliłby mu pozostać na czwartą kadencję. Dyktator Abd al-Fattah as-Sisi rządzi w najlepsze w Egipcie. Nie lepsi są jego koledzy po fachu Ugandzie, na Komorach, w Republice Konga, Kamerunie, Czadzie, Dżibuti, Wybrzeżu Kości Słoniowej, Rwandzie i Togo.
W sprawę uwikłane są również imperialistyczne potęgi, które również potępiły zamach stanu. Jednak to one są bezpośrednio odpowiedzialni za ten kryzys. Protestujący w Bamako słusznie sprzeciwili się obecności obcych sił, wzywając do opuszczenia kraju przez siły francuskie, które są ściśle związane ze skorumpowanymi lokalnymi przywódcami.
Sahel jest jednym z najbiedniejszych regionów na świecie. Wielkie bogactwa mineralne tego regionu nie przyniosły korzyści mieszkającym tam ludziom. Obce wojska i grupy dżihadystów przyczyniają się do długiego cierpienia miejscowej ludności. Ale protesty w Mali wyraźnie pokazują, że masy społeczne są tą sytuacją zmęczone. To samo dzieje się w Burkina Faso, gdzie protestujący domagają się, aby państwo dostarczyło im broń do walki z terroryzującymi ich grupami zbrojnymi. Różnica między tym zamachem a zamachem z 2012 roku polega na roli ruchu masowego w tym procesie. Armia interweniuje, aby przełamać rewolucyjny gniew protestujących. W Burkina Faso byliśmy świadkami rozwoju sytuacji rewolucyjnej na pełną skalę w 2014 roku, kiedy to obalono Blaise’a Compaoré. Później obalono również kontrrewolucyjny zamach stanu. Pokazuje to rewolucyjny potencjał mas pracujących. Aby masy malijskie odniosły sukces, nie mogą mieć złudzeń co do oficerów wojskowych ani opozycji klerykalnej Mahmuda Dicko. Tylko opierając się na własnych siłach i łącząc się z masami w Burkina Faso i Nigrze, mogą oni odnieść sukces w usunięciu z tego regionu swoich zgniłych reżimów, grup terrorystycznych i imperialistycznych mocarstw.

Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu). Tekst oryginalny ukazał się na portalu marxist.com.

Pożegnanie z Mądrością Bożą

Można być w Rzymie i nie zobaczyć papieża. Nie sposób było być w Stambule i nie ujrzeć świątyni Haga Sophia. Symbolu tego miasta i żelaznego punktu programu każdej wycieczki po nim.
Tak było do 10 lipca. Tego dnia turecki Najwyższy Sąd Administracyjny unieważnił prezydencki dekret z 1934 rok nadający świątyni status muzeum. Następnego dnia prezydent Turcji Recep Erdogan nadał temu słynnemu zabytkowi bizantyjskiej kultury status meczetu. A to oznacza też liczne rygory i utrudnienia w jego zwiedzaniu przez następne miliony turystów. I nie tylko.
Zaproszenie do wojny
Haga Sophia, czyli świątynia Mądrości Bożej od zawsze była centralnym punktem naszego świata. Olbrzymia, wspaniała architektonicznie budowla, wyświęcona w 537 roku w obecności cesarza Justyniana Wielkiego, szybko stała się centrum duchowym chrześcijaństwa. I centrum Konstantynopola – miasta pretendującego do roli centrum chrześcijańskiej cywilizacji. Zwłaszcza, że dawny cesarski, łaciński Rzym był wtedy upadłą, drugorzędną metropolią.
Świątynia przetrwała wiele wojen i łupieżczych najazdów. Nawet ten najbardziej barbarzyński, dokonany przez katolickich krzyżowców w latach 1202 – 1204, urządzony przy okazji IV krucjaty. Te dwa lata złodziejskich rządów „łacinników” przypominały szwedzki „Potop” w Polsce. Pomimo prób późniejszej odbudowy cesarstwo i Konstantynopol nie wróciły już do dawnej świetności.
W 1453 roku resztki cesarstwa bizantyjskiego wraz z Konstantynopolem zdobyli Turcy władani przez sułtana Mehmeda II Zdobywcę. Ten rozpoczął odbudowę miasta, nadal mu nową świetność. Ale też zmienił jego nazwę na Istambuł, a chrześcijańską Hagę Sophię w meczet. Mehmed nie był jednak religijnym fanatykiem. Reprezentował „pragmatyczny islam”.
Swój Stambuł widział jako kontynuację kosmopolitycznej, wielo religijnej, mulit kulturalnej metropolii. Czerpiącej z dorobku greckiej kultury, bizantyjskiego chrześcijaństwa, wzbogaconych o słowiańskie, normandzkie i żydowskie wpływy. W jego imperium administracja i wojsko miało być islamskie i sturczone, ale gospodarka mogła być wielo religijna i wielo narodowa. Dzięki tej pragmatyce Turcja stała się światowym imperium.
Kryzys nadszedł wraz z wzmocnieniem się twardego, obskuranckiego islamu. Wtedy kiedy imperium zamykało się przed europejskim oświeceniem i rewolucją naukowo-techniczną. Przeróżne próby modernizacji kończyły się zawsze konserwatywnymi kontrrewolucjami.
Przegrane wojny bałkańskie i I wojna światowa rozbiły ostatecznie to imperium. Turcji groziła nawet utrata Istambułu. Wtedy władzę przejęli „młodoturcy” dowodzeni przez generała Mustafę Kemala Ataturka. Zlikwidowali system sułtanatu i religijny kalifat. Alfabet arabski utożsamiany ze szkołami koranicznymi zastąpiono łacińskim. Przyznano większe prawa kobietom, przymusowo wprowadzono europejski e ubiory. Turcja stała się świecka republiką wzorowaną na Francji.
Ostatnim akordem odgórnej laicyzacji stało się przekształcenie meczetu Haga Sophia w muzeum. Centrum światowej kultury.
Teraz Turcja rządzona przez prezydenta Erdogana wraca do czasów sułtanatu. Symbolicznie na razie. Prezydencka decyzja pogrzała stary na Bałkanach konflikt islam- chrześcijaństwo. Cerkwie prawosławne zaprotestowały, ale ich głos nie przebił się do świata zajętego walką z pandemią. Przy tej okazji ujawniły się też słabości autokefalicznych , czyli niezależnych, narodowych prawosławnych kościołów.
Ubiegłoroczna decyzja Bartłomieja I, tytularnego ”Arcybiskupa Konstantynopola – Nowego Rzymu i Patriarchy Ekumenicznego” stworzenia odrębnego ukraińskiego kościoła prawosławnego dodatkowo podzieliła prawosławnych na świecie. To też sprawiło, że stracił on poparcie najsilniejszej moskiewskiej cerkwi. To polityczne rozbicie świata prawosławnego cynicznie wykorzystał prezydent Erdogan kreując w swoich mediach „pokojowo nastawionego” patriarchę Konstantynopola jako swego politycznego poplecznika. Klienta nowego sułtanatu.
Wraca stare
Znacznie bardziej niebezpieczny może okazać się odradzający się konflikt polityczny „sułtańsko – islamska” Turcja kontra prawosławna Grecja. Wzmocniona poparciem prawosławnych państw bałkańskich. Sułtanizacja i islamizacja Turcji przez ekipę Erdogana oznacza nie tylko pożegnanie dawnej Turcji aspirującej do członkostwa w Unii Europejskiej. Bo oczywistym jest, że ta nowa- stara Turcja nie przystaje do laickiej, opartej na demokracji parlamentarno – gabinetowej, trójpodziale władz Unii Europejskiej. Ale to także aktualne teraz pytanie:
Czy taka anty chrześcijańska i antydemokratyczna Turcja mieści się w kanonie demokratycznych wartości deklarowanych przez Pakt Północnoatlantycki?
Czy antydemokratyczna, antyzachodnia erdoganowska Turcja może być dalej członkiem politycznej wspólnoty NATO?
Tu warto przypomnieć, że tureckie członkostwo nie byle jakim jest. Turcja jest najważniejszą południową flanką Sojuszu Północnoatlantyckiego. Uprzywilejowaną przez dziesiątki minionych lat, bo w czasach „zimnej wojny” była państwem sąsiadującym z ZSRR i państwami Układu Warszawskiego. I sprawnie zarabiała na tym.
Teraz nadal sąsiaduje z Rosją, ale też ze skonfliktowanymi z nią kulturowo i historycznie państwami NATO. Prawosławną Grecją, prawosławną Bułgarią i prawosławną Rumunią sąsiadem przez Morze Czarne. Sąsiaduje też politycznie z prawosławną Macedonią Północną, prawosławną Czarnogórą i wielo religijną Albanią. Warto też pamiętać o Cyprze. Podzielonym, zamieszkałym przez cypryjskich Greków i cypryjskich Turków. Z zamrożonym tam konfliktem etnicznym i religijnym, który islamizacja Turcji może podgrzać.
Czy przyszłe NATO będzie aż tak politycznie pojemne, że pomieści tureckie państwo, to niedemokratyczne i radykalizujące się teraz religijne?
Milczący światowy obrońca chrześcijaństwa
Elity PiS wielokrotnie deklarowały się jako „obrońca kultury chrześcijańskiej”. Zwłaszcza chrześcijańskich wartości. Wiele razy przestrzegały, straszyły nawet swych wyborców, ofensywą islamu. Islamizacją Europu. Zwykle wydumaną i kreowaną. Ale kiedy mamy do czynienia z faktyczną islamizacją Europy, faktyczną walką z dziedzictwem chrześcijańskiej kultury, to wszyscy zawodowi obrońcy chrześcijaństwa z PiS milczą jak trusie.
Ani słowa krytyki wobec polityki prezydenta Edogana z ich strony nie słychać. Przeciwnie odnoszę wrażenie, że elity PiS po cichu sympatyzują z tureckim prezydentem. Bo on jawnie odbudowuje państwo religijne, tłumi opozycję, pluje na Unię Europejską. Robi to o czym elity PiS marzą, tylko jeszcze boją się to uczynić.
A tymczasem na początku sierpnia prezes Ali Erbas kierujący Diyanetem, czyli instytucją powołaną w 1924 roku jako Urząd ds. wyznań, czyli pilnowania świeckości państwa tureckiego, a pod panowaniem prezydenta- sułtana Erdogana przekształcony w instytucję ds. islamizacji Turcji, zapowiedział powstanie w zamienionej w meczet Haga Sophii medresy, czyli szkoły koranicznej.
Kolejnego symbolu ponownej, państwowej islamizacji kraju.
Co będzie dalej?
Ustanowienie kalifatu w Turcji?

Państwo nieatomowe

Zapowiedziane przez prezydenta Trumpa wycofanie części wojsk amerykańskich z Niemiec spowodowało spekulacje dotyczące m. in. przeniesienia do Polski rakiet i głowic nuklearnych.

Tego rodzaju przeniesienie oznaczałoby pogorszenie bezpieczeństwa naszego państwa i byłoby sprzeczne z polską racją stanu. W tym kontekście warto przyjrzeć się doświadczeniom Norwegii będącej ważnym uczestnikiem stosunków międzynarodowych. Jak wiadomo- pierwszym Sekretarzem Generalnym był Norweg Trygve Lie. Obecny Sekretarz Generalny NATO to Norweg Jens Stoltenberg.
Po roku 1945 politycy norwescy zastanawiali się nad miejscem ich ojczyzny na geopolitycznej mapie Europy. Rozważano opcję neutralności i sojusz państw skandynawskich. Stalinowski ekspansjonizm spowodował wybór miejsca w zwartym sojuszu zachodnim. Szczególne znaczenie miały wydarzenia w roku 1948-polityczny przewrót w Czechosłowacji i tragiczna śmierć ministra Jana Masaryka oraz radziecko-fiński układ dwustronny ograniczający swobodę działania Finlandii na forum międzynarodowym. Kiedy w 1949 roku powstał sojusz NATO Norwegia stała się jego członkiem. Władze norweskie zdecydowały się na członkostwo o charakterze specyficznym-bez możliwości stacjonowania w Norwegii obcych wojsk. W 1957 roku wprowadzono też zakaz składowania na terytorium Norwegii broni atomowej w czasie pokoju. Norweski socjolog Trond Andreassen podkreśla, że zasadność tego zakazu potwierdziła blokada Kuby, kiedy to ludzkość znalazła się na krawędzi III Wojny Światowej. Prezydent John F. Kennedy i amerykańscy generałowie zastanawiali się wówczas nad możliwością zbombardowania radzieckich wyrzutni rakietowych znajdujących się na Kubie. Liczyli się też z możliwością radzieckich działań retorsyjnych w postaci zniszczenia amerykańskich wyrzutni rakietowych Jupiter, które były wówczas na terytorium Turcji, w pobliżu granicy z ZSRR. Było prawdopodobne, że pierwszymi ofiarami globalnego konfliktu stałyby się Kuba i Turcja.
Kryzys kubański zakończył się usunięciem rakiet i głowic przez ZSRR w zamian za rezygnację rządu USA z następnej inwazji na Kubę. Radziecki premier Nikita Chruszczow obwieścił światu że rakiety i głowice usunął w odpowiedzi na apel filozofa Bertranda Russella.
Kilka miesięcy potem amerykańskie rakiety Jupiter zostały zabrane z Turcji. Oficjalnie nie było iunctim pomiędzy tym posunięciem a sytuacją na Kubie. W opublikowanych oświadczeniach -przyczyną decyzji rządu amerykańskiego było to, że-rakiety były przestarzałe.
W sztabach wielkich mocarstw stratedzy i planiści wojskowi wymyślają makabryczne scenariusze, ponieważ sądzą, że są od tego, aby myśleć o tym co jest nie do pomyślenia. O scenariuszach z czasów zimnej wojny wiadomo, że przewidywały one-w przypadku III Wojny Światowej zniszczenie nieprzyjacielskich baz z bronią atomową znajdujących się w pobliżu granic. Zniszczenia byłyby olbrzymie. Być może spowodowałyby one decyzję o zawieszeniu broni. Całe szczęście, że „zimna” wojna nie przekształciła się w „gorącą”.
Pułkownik Ryszard Kukliński przekazując Centralnej Agencji Wywiadowczej 35 tysięcy stron dokumentów dotyczących m. in. rozmieszczenia na terenie Polski baz radzieckich zwiększał prawdopodobieństwo uderzenia prewencyjnego. Jako doświadczony oficer zdawał sobie sprawę z takiej możliwości.
29 grudnia 1940 roku prezydent Roosevelt w przemówieniu radiowym podkreślił: ”Nasza polityka narodowa nie jest nakierowana na wojnę. Jej jedynym celem jest utrzymanie wojny daleko od naszego kraju i naszego narodu”. Przyjmując nominację na kandydowanie- po raz czwarty- w dniu 20 lipca 1944 roku prezydent stwierdził: ”Dzisiaj obrona Oklahomy i Kalifornii ma miejsce w Normandii i na Saipanie . Tam muszą one być bronione, gdyż to co się dzieje w Normandii i na Saipanie ma wpływ na bezpieczeństwo i pomyślność Oklahomy i Kalifornii.
Obecnie prezydent Donald Trump ciągle powtarza „najpierw Ameryka”. Oznacza to – sojusznicy później. Jeżeli w ogóle…
Norwegia jest państwem aktywnym w polityce światowej. Jej przedstawiciele odgrywali i odgrywają ważną rolę w organizacjach międzynarodowych. Należy tu wymienić Gro Harlem Brundtland- dwukrotnie zajmującą stanowisko premiera, a w latach 1998-2003-dyrektora generalnego Światowej Organizacji Zdrowia.
Norweski minister spraw zagranicznych J. Holst pośredniczył w nawiązaniu tajnych rozmów pomiędzy Organizacją Wyzwolenia Palestyny a Izraelem. Rozmowy te nie doprowadziły do rozwiązania izraelsko-palestyńskiego węzła gordyjskiego. Skuteczne natomiast było norweskie pośrednictwo w konflikcie pomiędzy Tamilami i Syngalezami, który to konflikt przez wiele lat niszczył Sri Lankę. Polityka zagraniczna Norwegii służy pokojowi, bezpieczeństwu i rozwojowi gospodarczemu. Nie jest instrumentem osiągania korzyści strategicznych, takich jak zakładanie baz, lub politycznych-jak uzależnianie innych państw, jak to ma miejsce w przypadku wielkich mocarstw. Dlatego też – jak sądzę – zasługuje ona na nasze szczególne zainteresowanie.

Niemcy nie wierzą Stanom

Wiara, że armia amerykańska weźmie udział w obronie jakiegoś europejskiego kraju w razie konfliktu, jest według kanclerz Angeli Merkel bezpodstawna. Jej zdaniem, Unia Europejska nie może już liczyć na zobowiązania NATO, jak kiedyś, za czasów zimnej wojny. To, co wydawało się oczywiste, należy już przeszłości.

Do francuskich narzekań na „odmóżdżone” NATO dołączyła Angela Merkel. Wczoraj na wspólnej konferencji prasowej z bawarskim premierem Markusem Söderem, którego wyraźnie wyznaczyła na swego następcę, sugerowała, że zobowiązania NATO do wspólnej obrony stały się zbyt niepewne. „Trzeba uznać, że 30 lat po zjednoczeniu Niemiec, 30 lat po zakończeniu zimnej wojny, świat widzi siebie inaczej. To, co uważaliśmy za pewnik, jak np. że USA obronią Unię Europejską nie jest już oczywiste, to się zmieniło” – mówiła.
Radą na tę sytuację miałby być „wielostronny sojusz” w ramach Unii, coś w rodzaju NATO 2, bez Stanów Zjednoczonych i Turcji, tj. bez krajów o najsilniejszych armiach lądowych. Pierwszy raz Merkel ogłosiła swe wątpliwości co do Stanów Zjednoczonych w listopadzie zeszłego roku w Bundestagu, ale wczoraj pierwszy raz zasugerowała zmianę kształtu NATO, czyli ograniczenie przyszłego sojuszu wojskowego do krajów europejskich. W tle tych przekonań pozostają napięte ostatnio stosunki niemiecko-amerykańskie.
Na początku tego miesiąca Merkel ostro skrytykowała Stany Zjednoczone za projekt jednostronnych sankcji przeciw budowie gazociągu Nord Stream 2 z Rosji do Niemiec. Wezwała do kontynuacji i zakończenia budowy, mimo amerykańskiego sprzeciwu. Na razie amerykańska ustawa jest na etapie dyskusji w Kongresie, ale wygląda na to, że zostanie przyjęta, gdyż Amerykanie woleliby, by Europa kupowała droższy gaz amerykański. Niemiecki minister gospodarki Peter Altmaier mówił, że USA działają wbrew prawu międzynarodowemu, co może wywołać „europejską ripostę” ekonomiczną.
Do tej pory NATO nie obroniło żadnego kraju. Poza przegraniem wojny w Afganistanie, odznaczyło się jedynie napadami na słabe kraje, które nie podzielały celów polityki amerykańskiej, jak b. Jugosławia, czy Libia, co przyniosło same nieszczęścia.

Nie oddamy wojsk NATO!

Po wiernopoddańczej deklaracji polskiego prezydenta i otaczających go elit, że Polska chętnie weźmie 9 tysięcy amerykańskich żołnierzy na własne ziemie i utrzymanie, okazało się, że Niemcom się to nie podoba.

Niemieckie media, a konkretnie „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, piszą, że wyprowadzenie tak dużej liczby żołnierzy z terytorium Niemiec osłabi plany zorientowane na odstraszenie Rosji oraz pogorszy elastyczność strategiczną paktu.
Niemiecka gazeta jest zdania, że decyzja Trumpa jest absolutnie nieracjonalna, zaś wszelkie próby Pentagonu, by nadać jej jakiś sens – bezcelowe. Pentagon istotnie dokonuje karkołomnych wybiegów, by udowodnić, że tak naprawdę cała zmiana tylko wzmocni NATO, podniesie jego elastyczność i bardziej odstraszy Rosję. FAZ posuwa się do sugestii, że decyzje amerykańskiego prezydenta w tej sprawie dowodzą, że racje mieli ci, którzy ostrzegali przed wyborem Trumpa na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych, zaś jego posunięcia są przejawem „antyniemieckiej gorączki i żądzy zemsty” wobec niemieckiego sojusznika. Gazeta zwraca uwagę, że w Kongresie USA wielu kongresmenów, niezależnie od partyjnego szyldu, sprzeciwia się relokacji niemieckich wojsk traktując to jako zagrożenie dla bezpieczeństwa interesów USA na świecie.
Niemiecka gazeta sugeruje na koniec, że niemieckie władze powinny wzmocnić kontakty z Kongresem USA. Trudno to inaczej odczytywać, jak wezwanie kręgów biznesowych Niemiec, którego FAZ jest wyrazicielem, do izolowania prezydenta USA w realizowaniu amerykańskiej polityki zagranicznej. To odważny ruch, ale też świadczący o kryzysie, w jakim znalazły się relacje niemiecko-amerykańskie.
Charakterystyczne, że wpływowa gazeta niemiecka, jaką jest FAZ, nawet przez chwile nie zwróciła uwagę na zdanie, interesy i bezpieczeństwo Polski w tej całej sytuacji. To pokazuje, jak niewiele Polska znaczy w Europie.

Plan Rapackiego

„W interesie bezpieczeństwa Polski i odprężenia w Europie, po uzgodnieniu swej inicjatywy z innymi członkami Układu Warszawskiego, Rząd Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej oświadcza, że w razie wyrażenia zgody przez oba państwa niemieckie na wprowadzenie w życie zakazu produkcji i magazynowania broni jądrowej na ich terytorium, Polska Rzeczpospolita Ludowa gotowa jest wprowadzić również taki sam zakaz na swoim terytorium”.
Adam Rapacki

Powyższa myśl w świecie dyplomacji i polityki jest znana jako „Plan Rapackiego w sprawie utworzenia strefy bezatomowej w Europie”. Redaktor Andrzej Ziemski przypomniał ją tekstem – „Broń jądrowa w Polsce?” (DT, 25-26 maja 2020), pisząc, „że koncepcja strefy bezatomowej była oryginalną polską inicjatywą, w której przygotowaniu Adam Rapacki, socjalista, co trzeba przypomnieć, odgrywał wiodącą rolę”. Autor pisze, że 2 października 1957 r. została ogłoszona przez ministra Adama Rapackiego podczas XII Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ”. Jej celem było „zbudowanie na terenie Europy Środkowej (Polska, Czechosłowacja, RFN, NRD) strefy wolnej od broni jądrowej”. Zaś „gwarantami jej realizacji miały być: Francja, W. Brytania, USA i ZSRR”.

Wyrażenie Autorowi słów podziękowania i uznania, byłoby w tym momencie tylko formą grzeczności. Należy wskazać na swoisty alarm, zawarty w tytułowym pytaniu- „Broń jądrowa w Polsce?” Zapewne sędziwi Polacy pamiętają – z różnych źródeł- że wzbranialiśmy się przed rozmieszczeniem tej broni na polskiej ziemi. Ówczesne władze Polski czyniły w tym względzie wiele starań i zabiegów. Sięgnijmy więc do historii Polski i Europy lat 40-50.

Ówczesna sytuacja w Europie

Po Październiku 1956 r. w Polsce nastąpiły poważne zmiany polityczne. Za sprawą ekipy Władysława Gomułki poszły w kierunku zwiększenia niezależności i samodzielności polityki zagranicznej. Polska, wychodząc ze słusznego założenia, iż kraje małe i średnie także mają swoje specyficzne możliwości rozwijania stosunków z innymi narodami – rozpoczęła „otwarcie się na Zachód” (USA, Francja, Anglia, kraje skandynawskie oraz NRF). Przy tym nie zapominajmy, iż połowa lat 50. była okresem politycznie i militarnie gorącym. 5 maja 1955 r. Bundeswehra została oficjalnym członkiem NATO. Odpowiedzią było powołanie Układu Warszawskiego (UW, 14 maja, 9 dni później. Tekst Andrzeja Ziemskiego sugeruje, by o UW napisać oddzielnie). Postępował rozwój broni masowej zagłady, w szczególności broni jądrowej, będąc jaskrawym świadectwem pogłębiającego się klimatu zimnowojennego. Od 1954 r. USA zaczęły składować broń jądrową na terenie NRF i Wielkiej Brytanii (tu silosy z rakietami montowano wspólnie z angielskimi). Przygotowania takie trwały w Belgii, Holandii, Grecji i Turcji. Udanej próby jądrowej dokonała też Francja (1954). 27 grudnia 1955 r. weszło w życie porozumienie między NRF a USA o wzajemnej pomocy obronnej- co w praktyce oznaczało dalsze dozbrajanie Niemiec. 1 kwietnia 1957 r. Kanclerz NRF- Konrad Adenauer oficjalnie wypowiedział się za wyposażeniem Bundeswehry w broń jądrową, powtarzając przy tym znane już roszczenia terytorialne i zastrzeżenia graniczne wobec Polski. Sędziwi Polacy zapewne pamiętają z podręczników historii zdjęcie Konrada Adenauera w płaszczu krzyżackim – proszę młodzież, zapytajcie Rodziców! Wobec powyższego należy postawić pytanie- Polacy mieli się czego obawiać czy nie? Przecież było to zaledwie 10-15 lat po wojnie! Jeszcze rodziny szukały swoich bliskich, wiele spalonych miast i wsi podnosiło się z gruzów i popiołów. A czy dziś, w 2020 r. tekst Pana Andrzeja Ziemskiego-budzi obawy?

Założenia „strefy”

W zasygnalizowanych okolicznościach polityczno-militarnych, funkcję Ministra Spraw Zagranicznych objął Adam Rapacki, zwolennik Władysława Gomułki. Krótko po objęciu stanowiska powołał grupę studyjną do spraw bezpieczeństwa europejskiego. Jej celem było-wspomina jedyny żyjący członek, prof. Marian Dobrosielski – „jak najściślej powiązać pracę służby zagranicznej z wewnętrznymi potrzebami rozwoju kraju, umacniać jego suwerenność, zdobywać zaufanie i autorytet na arenie międzynarodowej”. W tej grupie, kierowanej osobiście przez Ministra, powstały podstawowe założenia strefy bezatomowej w Europie. Miała obejmować terytorium czterech państw: Czechosłowacja, NRD, NRF i Polska o łącznej powierzchni 796 tys. km2, w tym po stronie NATO – 249 tys. km2, po stronie UW -547 tys. km2 oraz ogółem ok. 115 mln. mieszkańców.

Podczas obrad tej Sesji ONZ wystąpił Vaclav David, Minister Spraw Zagranicznych Czechosłowacji, który popierając polską inicjatywę deklarował przystąpienie swojego kraju. Państwa UW poparły „Plan”.
Na skutek wieloaspektowych dyskusji po ogłoszeniu „Planu”, także pod wpływem „zachodnich zarzutów”, był on dwukrotnie modyfikowany. W rok po ogłoszeniu, Autor zaproponował jego dwuetapową realizację. Pierwszy etap – „zamrożenie” zbrojeń jądrowych; drugi – rokowania w sprawie zmniejszenia zbrojeń konwencjonalnych. Drugą, ostateczną wersję Polska przedstawiła 28 marca 1962 r. na forum Komitetu Rozbrojeniowego 18 państw w Genewie.

Istota „Memorandum”

Opracowane „Memorandum Rządu PRL w sprawie utworzenia strefy bezatomowej w Europie Środkowej”, 14 lutego 1958 r. zostało wręczone przedstawicielom dyplomatycznym zainteresowanych państw. Zawierało uzasadnienie inicjatywy rozbrojeniowej oraz zasady wprowadzenia jej w życie.

Cztery państwa Francja, USA, W. Brytania i ZSRR miały się zobowiązać, że nie będą:

po pierwsze: utrzymywać, sprowadzać, zezwalać na rozmieszczenie żadnego rodzaju broni jądrowej, ani urządzeń i sprzętu do jej obsługi (to wykluczało wspomniane żądanie NRF dostępu do tej broni);

po drugie: utrzymywać broni jądrowej w uzbrojeniu swoich wojsk w obszarze państw strefy, ani jej przekazywania tym państwom (to był „drugi zakaz” dostępu NRF do tej broni).

po trzecie: stosować broni jądrowej na obszarze państw strefy;
po czwarte: także inne państwa na obszarze strefy nie miałyby posiadać broni jądrowej (chodziło o Kanadę, miała swój kontyngent w NRF).

Państwa UW pozytywnie odpowiedziały na „Memorandum”. Widziały w nim szansę na ograniczenie niebezpiecznie rozwijającego się wyścigu zbrojeń. Zaś państwa tworzące strefę i przyjmujące te zobowiązania, miałyby zawrzeć odpowiedni układ międzynarodowy.

Sprawa kontroli

Nasza propozycja przewidywała utworzenie na obszarze strefy systemu szerokiej i skutecznej kontroli, z odpowiednim aparatem kontrolnym. Pomyślcie Państwo- przecież ten „aparat” tworzyłyby cztery mocarstwa i państwa objęte strefą. Byłby też formą „sprawdzenia” rzetelności Wielkiego Brata, że u nas nie zainstalował tej broni. Nam w tym zamyśle szło przecież o własne bezpieczeństwo Polski, jako obiektu ataku jądrowego z Zachodu.

„Odpowiedź” Zachodu

Planowi Rapackiego zdecydowanie przeciwstawiły się NRF, USA i Wielka Brytania, nie podejmując nawet merytorycznej dyskusji. Uważały, że strefa bezatomowa naruszałaby równowagę sił na niekorzyść NATO. Zachód argumentował to ilościową przewagą sił konwencjonalnych państw Układu Warszawskiego. Ponadto, ewentualna akceptacja strefy podważałaby istotę amerykańskiej doktryny odstraszania, w której broń jądrowa odgrywała zasadniczą rolę oraz przekreślałaby zaawansowane już próby tworzenia tzw. wielostronnych sił nuklearnych w Europie. Tu trzeba Zachodowi przyznać rację – chodziło o niedopuszczenie do wyposażenia Bundeswehry w broń jądrową, przekreślenia, a przynajmniej zablokowania utworzenia w Europie tzw. wielostronnych sił nuklearnych. Sekretarz generalny NATO Henry Spaak określił Plan jako „pełen hipokryzji”, którego „przyjęcie byłoby szaleństwem”, gdyż pozbawiałoby Zachód obrony.

Przeczytajcie Państwo raz jeszcze powyższy fragment i pomyślcie. Kogo USA chciało swoją „doktryną odstraszać”, czy Polskę? Czyżby byli tak naiwni i wierzyli w jakiekolwiek zagrożenie z naszej strony. Fakt, ZSRR, po zakończeniu II wojny światowej posiadał swoje siły konwencjonalne w Europie: Austrii (do 1957 r.), NRD i w Polsce. Czy zakładał operację wojenną? Wielu gotowych jest krzyknąć, oczywiście! Wbiła nam to propaganda zachodnia – nie wierzycie, proszę- dowód. Profesor Henry Kissinger w książce „Dyplomacja”, w Polsce wydana się w 1996 r., pisze-„Stalin nie mógł jednocześnie odbudowywać ZSRR i ryzykować konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Tak szeroko rozgłaszana radziecka inwazja na Europę Zachodnią była fantazją”. Zapytam- kto ją rozgłaszał? Czy autor „Dyplomacji” nie ma nic sobie do zarzucenia? Rozbrajająca szczerość, za nią nie tylko Polska zapłaciła, i nie tylko politycznie. Zachęcam Państwa, głównie polityków i publicystów do sięgnięcia po tę książkę, a wielu „otworzą się oczy”. Jak to Zachód nas traktował, jaką „cenną wartością” byliśmy w strategicznych planach użycia wojsk lądowych, lotnictwa i oczywiście broni jądrowej.

Postanowienia Poczdamu

Profesor Eugeniusz Duraczyński, w książce „Stalinizm…”wydanej przez AH Pułtusk w 2012 r., a opartej na radzieckich archiwach, pisze o projekcie neutralizacji Niemiec, jaki zgłosił Stalin, wstępnie już w 1945 r., ponowił w 1946. Co proponował? Realizację przyjętej na Konferencji Wielkiej Trójki w Poczdamie wobec Niemiec koncepcji „czterech D”- demilitaryzacji, dekartelizacji, denazyfikacji i demokratyzacji. Konkretnie- poszło o pierwsze dwa D. Stalin, ze względu na straty przemysłu i rolnictwa ZSRR, chciał zniszczyć zdolność Niemiec do kolejnej wojny. Stawiał na powrót Niemiec do państwa rolniczego bez przemysłu ciężkiego. Stąd gospodarka miała zostać zredukowana do 50% zdolności z 1938, tak by zdemilitaryzowane Niemcy nie mogły powrócić do planów wojny w przyszłości. Francja tę myśl poparła, początkowo także Anglia. Jak Państwo myślicie – czy był w błędzie? Logika podpowiada, że właśnie miał rację! A praktyka?

Obserwując bieg zdarzeń na Zachodzie, Stalin zaprosił sekretarza stanu USA George’a Marshalla. Do spotkania doszło w Moskwie (kwiecień 1947 r.), kilka dni po ogłoszeniu tzw. Doktryny Trumana. Wspomniany Henry Kissinger w książce „Dyplomacja”, tak o tym pisze- cytuję:- „Stalin oświadczył Marshallowi, że we wszystkich głównych sprawach możliwy jest kompromis” oraz że „trzeba mieć dość cierpliwości i nie popadać w pesymizm”. Trudno uniknąć pytania- gdzie, kiedy i jak Zachód okazywał chęć kompromisu czy cierpliwości, pozostawiam bez komentarza.

„Zagrożony” Zachód

Szybko to zarzucono, gdyż USA miały już inną koncepcję „urządzenia świata”, także Europy. Uznały, iż światu zagraża „komunizm” – kto z Państwa nie słyszał, że ZSRR miał go „na bagnetach” zanieść na Zachód? Ówczesna propaganda tę kwestię szeroko nagłaśniała- patrz wyżej, dając za przykład Francję i Włochy, gdzie partie komunistyczne miały silne poparcie społeczne, zwyciężając w wyborach parlamentarnych. Czy ZSRR ryzykowałby nową, po dopiero zakończonej wojnie? „Czarna propaganda” w tej kwestii nie pozostawiała wątpliwości -był „agresorem”, tylko wyczekiwał właściwego momentu! Ale ta „tajemnica” dla uczonych i publiczności została „odkryta” wiele lat później, np. przez Henry Kissingera.

Zastanówmy się,

Odrzucenie tej koncepcji miało daleko idące następstwa. Jak potoczyłaby się historia Europy, gdyby Zachód nie utworzył NRF (1949). Tu takie pytania i ciekawostki:

– czy powstałaby NRD, „polityczna odpowiedź” ZSRR, a czy tylko neutralne Niemcy?

– czy byłoby potrzebne NATO, powstałe na skutek szaleńczej polityki USA w 1949 r.(wtedy miały już 235 bomb jądrowych)?;

– czy 6 lat później Układ Warszawski (wtedy ZSRR miał 200 bomb jądrowych), na skutek włączenia NRF do NATO, które wtedy miało już 3067 ładunków jądrowych?

Strefy bezatomowe na świecie

Idea strefy bezatomowej w Europie Środkowej nie została zrealizowana. Stała się jednak ideą uniwersalną. Szybko zyskała sobie obywatelstwo na świecie, u wielu rządów, pozarządowych organizacji, występujących w obronie pokoju i rozbrojenia.

Już 2 lata po ogłoszeniu Planu Rapackiego w 1959 r. został podpisany układ czyniący z Antarktyki strefę bezatomową. 10 lat od ogłoszenia „Planu”, 18 państw Ameryki Łacińskiej podpisało w Meksyku układ (Tlatelolco), ogłaszający ich terytoria strefą bezatomową.

W 1961 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ zaleciło – na wniosek Szwecji – tworzenie stref bezatomowych wszędzie, gdzie tylko możliwe. Na wniosek Brazylii i Meksyku zalecono denuklearyzację Ameryki Środkowej. 2 lata później, Finlandia złożyła wniosek o ogłoszenie całej Skandynawii strefą bezatomową.

Do 2000 r. władze ok. 4 tys. miast na świecie, ogłosiły strefami bezatomowymi. Najwięcej w Japonii, Holandii, Belgii, Irlandii, Norwegii, Australii, Portugalii, Hiszpanii, także w USA i NRF. W sumie 117 państw z ok. 2 miliardami ludności świata, ogłosiło o utworzeniu na swoich terytoriach stref bezatomowych. Warto przypomnieć, iż w 1996 r. pojawiła się myśl utworzenia strefy bezatomowej od Bałtyku do Morza Czarnego, obejmująca m.in. Białoruś, Ukrainę i Polskę. Jednakże z powodów politycznych nie doszła do skutku. Powodzeniem zakończył się zamysł utworzenia środkowo – azjatyckiej strefy bezatomowej. 8 września 2006 r. w Semipałatyńsku podpisano Układ o Strefie Wolnej od Broni Jądrowej w Azji Centralnej – obejmujący Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan i Uzbekistan ( nasze media wyrozumiale o tym nie informowały).

„Przecieki” z pola walki

Przez kilkanaście lat udawało się zachować w tajemnicy przed opinią publiczną użycie przez USA i Wielką Brytanię broni uranowej (DU, zubożony uran, produkcja lat 70.) podczas konfliktu w Zatoce Perskiej (1991) i b. Jugosławii (1999). Włoskie Ministerstwo Obrony podało, że spośród przebywających kilka miesięcy w Bośni w 2000 r.- zachorowało 1400 żołnierzy (inne źródła- 2538); zmarło – 37 (inne-160).

Badania medyczne – prof. Siegwarta Horsta Guntera wykazały:
– choroby dzieci: zwyrodnienia genetyczne, białaczka;
– dorosłych: złośliwe nowotwory, załamanie systemu immunologicznego; zaburzenia funkcji nerek, wątroby; poronienia.

Natomiast mjr dr Dougie Rokke (USA), min. stwierdza-„ Powietrze, woda i ziemia zostają przez użycie tej broni skażone. W każdym terenie, na którym używa się broni DU woda i żywność są na wieki skażone. Oddziaływanie na zdrowie rozpoczyna się 24-48 godz. po wybuchu broni DU. Pojawiają się problemy z oddychaniem, z nerkami, ze wzrokiem, problemy neurologiczne i inne. Wojen należy zaprzestać w związku z bronią, której używamy i zniszczeniami, które powodujemy przez skażenie powietrza, wody, ziemi i żywności. Nie jesteśmy w stanie zlikwidować skażenia środowiska naturalnego. Nie jesteśmy w stanie zagwarantować opieki lekarskiej. Broń DU jest zbrodnią przeciw Bogu i ludzkości”.

„Przegląd” nr 12 z 28.03.2010 poinformował, że Armia USA przyznała się do wystrzelenia w 1991 r. (I wojna w Zatoce Perskiej) ok. 300 ton amunicji uranowej. Podczas inwazji na Irak w 2003 r. wystrzelono ponad 1000 ton amunicji DU. Na skutek kontaktu z DU zmarło 109 żołnierzy włoskich.
Wezwanie Polaków do czujności”

Znany w Polsce brytyjski historyk i politolog Norman Davies (np. „Boże igrzysko”), w jednej z publikacji min. przestrzegał- „Musimy zdać sobie sprawę, że żyjemy w świecie, w którym konsekwencje naszego zachowania są o wiele większe niż kiedyś. Jesteśmy zaś tymi samymi małymi grzesznikami jak zawsze. Jednak w cywilizacji broni nuklearnej każda mała głupota może prowadzić dosłownie do końca świata. Nasza odpowiedzialność dzisiaj jest o wiele większa, gdyż skutki są większe”. Proszę, apeluję do Państwa-przeczytajcie „przecieki” i zastanówcie się, nie bądźcie obojętni. Nawet dla sędziwych Polaków musi być ważna myśl, wyobrażenie-czy i jak będą żyły nasze dzieci i wnuki. Czy na naszych mogiłach leżał będzie zwyczajny kurz, czy radioaktywny pył, choć nie będziemy tego odczuwać!

Dziennik Trybuna poinformował, że 3 września 2017 r. w debacie „kanclerskiej” Martin Schulz. zgłosił propozycję – jeśli zostanie kanclerzem, podejmie kroki by terytorium Niemiec ogłosić strefą bezatomową. Oznaczałoby to usunięcie jądrowych instalacji USA. Czy ta dyskusja i sugerowane kroki zasługują na nasze wsparcie? Po co w Polsce broń jądrowa?

Publikacja Pana Andrzeja Ziemskiego, stanowi nie tylko nawiązanie do przeszłości, wystąpienia szefa polskiego MSZ na sesji ONZ. Jest, pisze Autor – ostrzeżeniem, wezwaniem Polaków do czujności. Słusznie pisze, że powinna być pierwszoplanową w prezydenckiej kampanii. Przecież dziś nie trzeba wyjaśniać na czym polega działanie broni jądrowej, w tym promieniowania świetlnego, radioaktywnego skażenia terenu.

Wyraźnie i jednoznacznie należy podkreślić, że tekst „Broń Jądrowa w Polsce?” i jego Autor nie są przeciw „komuś”, a konkretnie: USA czy NATO. Nie ma też żadnego podtekstu pod adresem Rosji, a tym bardziej władz Polski! Jest w tej sytuacji pilne wymaganie nowej „etyki pracy”- politycznej, dyplomatycznej, organizacyjnej. Wymaganie nowoczesnej „etyki myślenia”, wyobraźni i odpowiedzialności-Polaków i Europejczyków w pierwszej kolejności. Kto w tej sytuacji chce nadal negować moją sugestię z tekstu „Powojenne szanse”, że praktyk (ekonomista, finansista) -PREZYDENT, jest nam bardzo potrzebny?

Gabriel Zmarzliński

Krótka informacja:
Zasługi Adama Rapackiego dla pokojowego współistnienia państw o odmiennych systemach politycznych, na rzecz rozbrojenia i pokoju wysoko ocenili naukowcy z Warszawy i Krakowa, wnioskując do norweskiego parlamentu w 1966 r. przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla. Dwa lata później wniosek ponowiła Polska Akademia Nauk. Spotkał się z poparciem dyplomatów – niestety, bez pozytywnego efektu. Mimo to, osiągnięcia Adama Rapackiego w dziedzinie dyplomacji i polityki zagranicznej, zasługują na wdzięczną pamięć Polaków.