Czym NATO nas zarazi?

Codziennie słyszymy ostrzeżenia ministerstwa zdrowia i lekarskich autorytetów abyśmy dochowali rygorów kwarantanny, bo szczyt zachorowań dopiero przed nami.
Media piętnują obywateli przyłapanych na zbiorowych piknikach, sprawdzają centra handlowe i kościoły. Jednocześnie uwadze ich umyka kilkudziesięciotysięczna grupa mężczyzn, która w Polsce zasad kwarantanny nie przestrzega. I może być potencjalnym środkiem przenoszenia istnych bomb wirusowych.
Od 28 lutego trwają na terytorium Polski wielkie manewry wojskowe NATO „Defender Europe 2020”. Zaplanowano w nich udział ponad 37 tysięcy żołnierzy z osiemnastu państw Paktu Północnoatlantyckiego. Najwięcej z USA.
Od stycznia tego roku wojska lądowe Stanów Zjednoczonych przerzuciły około 6 tysięcy żołnierzy z USA do Europy, wliczając w to dowództwo dywizji i pancerną brygadową grupę bojową.
To był początek wielkiej migracji młodych mężczyzn, bo ćwiczenia „Defender- Europe 2020” zaplanowano jako największy od ponad 25 lat przerzut amerykańskich wojsk do Europy. Z USA miało przybyć do nas ponad 20 tysięcy żołnierzy, do których dołączyć miało 9 tysięcy amerykańskich wojskowych stacjonujących w Europie. Przemarsze kolumn wojsk po europie zaplanowano na czas od stycznia do kwietnia 2020 roku.
Jeszcze w lutym zaczęła się operacja ich przerzutu do Polski. Najpierw do Szczecina, gdzie stacjonuje 12 Brygada Zmechanizowana, trafili amerykańscy żołnierze i ciężki sprzęt. Stamtąd mają być przerzucani na poligon w Drawsku Pomorskim. Tam też koncentrowany jest sprzęt i żołnierze z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Chorwacji i Rumunii.
Współpracują oni z 15 Brygadą Zmechanizowaną z Giżycka. Wojsko polskie miało wysłać na poligony około 3 tysięcy żołnierzy wyposażonych w ciężki sprzęt. Aby przećwiczyć współdziałanie z armiami sojuszniczymi.
Wirus manewrowy
Przygotowania do tak wielkich ćwiczeń zwykle trwają przynajmniej dwa lata. Kiedy planowano manewry „Defender Europe 2020”, nikt nie spodziewał się, że w 2020 roku cały świat będzie walczył przede wszystkim z pandemią koronawirusa. Jeszcze niedawno pan minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak informował, że rozmawiał o wirusowym zagrożeniu z szefem Pentagonu Markiem Esperem.
„Organizatorzy i uczestnicy ćwiczeń będą dążyć, aby koronawirus miał jak najmniejszy wpływ na jego przebieg. „Defender” pozostaje priorytetem naszej współpracy, a Polska będzie dalej silnie zaangażowana w ćwiczenia”, uspokajało wtedy biuro prasowe MON. Jednak zaraza rozwijała się coraz szybciej, objęła już całą Europę. Czy zatem nie byłoby bezpieczniej odwołać, albo przynajmniej przełożyć manewry „Defender- Europe 2020”?
Na to pytanie nie udzielono jeszcze jednoznacznie dobrej odpowiedzi. Ćwiczenia przerwano w Norwegii. Amerykanie lakonicznie poinformowali o ewentualnych ograniczeniach w manewrach.
„Wiem, jak wielką operacją logistyczną byłoby w tej chwili wycofanie tysięcy wojska i sprzętu. Być może stopniowe ograniczenie rozmiaru ćwiczeń i jednocześnie położenie nacisku na osłonę epidemiologiczną wojska ma większy sens, informował media prof. Krzysztof Chomiczewski, krajowy konsultant ds. obronności w dziedzinie epidemiologii, były komendant Wojskowego Instytutu Medycznego Higieny i Epidemiologii.
Koronawirus dodał nowego elementu do trwających manewrów. Początkowo planowano je jako pokaz sprawności wojsk NATO gotowych odstraszyć armię rosyjską. Teraz do agresywnego Rusa doszedł podstępny WiRus.
„Być może NATO będzie chciało przećwiczyć nowy element, czyli przemieszczanie się wojska w warunkach pandemii, zauważył Janusz Zemke, były wiceminister obrony narodowej.
Podobnie uważa gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych i były wiceminister obrony. Twierdzi on, że wojsko nie zatrzyma ćwiczeń, tylko je ograniczy. Armia musi respektować stan zagrożenia epidemicznego, ale wojska epidemia nie ominie, bo przez swoje kontakty międzynarodowe jest bardziej wrażliwe na koronawirusa niż środowisko cywilne.Musi więc podjąć kroki, które ograniczą bezpośrednie kontakty w większych grupach, zmienić ich scenariusz. Jednocześnie wojskowi powinni wykorzystać nadarzającą się okazję, aby przećwiczyć prowadzenie sojuszniczych działań bojowych w warunkach pandemii.
Inaczej widzi to Mieczysław Gocuł, były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Uważa, że choć szkolenie wojska zawsze jest ważne, to dziś mamy sytuację nadzwyczajną. Skoro każde większe zgromadzenie jest obecnie w Polsce zakazane, to warto się zastanowić, czy takie skupiska ludzkie, jak żołnierze na poligonach szykujący się do ćwiczeń, sprzyjają hamowaniu wirusa, czy przeciwnie. A może lepiej byłoby wykorzystać potencjał wojska do niesienia pomocy społeczeństwu, bo n pewno będzie potrzebowało wsparcia?
Głowy z wirusem
Co o walce z wirusem sądzi aktualne dowództwo wojska polskiego nadal nie wiemy. Nie mamy jednoznacznego komunikatu, bo jednym z pierwszych zarażonych kononawirusem w Polsce był dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych generał Jarosław Mika.
Złapał go podczas konferencji dowódców zaangażowanych w „Defender Europe 2020”. Bo jego kolega, generał Salvatore Farina, szef sztabu armii włoskiej, był wtedy nosicielem wirusa. Teraz generał
Mika przebywa na kwarantannie w warszawskim szpitalu przy ul. Szaserów. I wszyscy, którzy mieli kontakt z zarażonym wirusem dowódcą, również zostali objęci taką kwarantanną.
W związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa pan prezydent Andrzej Duda przełożył na inny termin corocznie odbywającą się odprawę kierowniczej kadry Ministerstwa Obrony Narodowej oraz Sił Zbrojnych RP. Ta najważniejsza odprawa prezydenta RP, czyli zwierzchnika sił zbrojnych, służy podsumowaniu poprzedniego roku i określeniu priorytetów działania wojska na następny rok.
Niezależnie od tego jakim kosztem armie NATO wygrają z koronowiusem podczas „Defender Europe 2020”, to już widać jak bardzo bezpieczeństwo Polski projektowane przez elity PiS i ich międzynarodowych sojuszników, odbiega od nowej rzeczywistości.Jak wielce kosztowne manewry wojskowe, które miały odstraszać „agresywnego Rusa”, cofają się przed nowym wirusem. Jak jesteśmy bezradni wobec nowego zagrożenia.
Czas zatem zastanowić się nad nowymi sposobami zapewnienia Polsce bezpieczeństwa. Innymi niż bajkowy „Fort Trump”, albo wielce kosztowne, mało dla nas użyteczne samoloty F-35.
Czas na międzynarodowy dialog i regionalne odprężenie. Powrót do negocjacji, tworzenia nowego systemu bezpieczeństwa w Europie. Tworzenia nowego porozumienia ograniczającego wyścig zbrojeń, zwłaszcza w kategorii rakiet średniego zasięgu.
Czas zmiany priorytetów w wydatkach na obronę i bezpieczeństwo państwa. Ograniczanie finansowania sprzętu stosowanego przez generałów w „minionych wojnach”, a wzmocnienia powszechnej służby zdrowia, bezpieczeństwa informatycznego naszego państwa.
Czas na poważną, pozbawioną historycznych fobii i uprzedzeń debatę o bezpieczeństwie Polski w XXI wieku.

Al-Kaida znowu zła?

Al-Kaida przyznała, że to ona zorganizowała grudniowy atak w amerykańskiej bazie lotnicznej Pensacola na Florydzie, w której zginęło trzech amerykańskich żołnierzy a ośmiu zostało rannych. Miała to być zemsta za odwrócenie się USA i NATO od syryjskiej Al-Kaidy, dotąd zbrojonej i finansowanej w celu obalenia rządu syryjskiego. Organizacja dżihadystów uważa też, że została zdradzona przez inny kraj Sojuszu Północnoatlantyckiego Turcję.

Ataku sprzed dwóch miesięcy dokonał saudyjski oficer przebywający w USA na szkoleniu. W styczniu Stany Zjednoczone odesłały do swego saudyjskiego sojusznika 21 oficerów podejrzanych o związki z dżihadystami. Syryjska Al-Kaida była tworem saudyjskim, lecz szkolonym, finansowanym i zbrojonym przez kraje NATO: USA, Francję i Wielką Brytanię, z wydatną pomocą Izraela, który leczył w swoich szpitalach rannych dżihadystów, by ich zbroić i na nowo wysyłać do walki przeciw laickiemu rządowi Syrii.
NATO graniczy z Syrią poprzez Turcję, która przez kilka lat wspomagała Państwo Islamskie zgodnie z ówczesną linią polityczną Stanów Zjednoczonych, a teraz służyła za łącznik z dżihadystami skupionymi w Idlibie – syryjskiej prowincji na północnym zachodzie kraju, gdzie panuje Al-Kaida (pod nazwą Hajat Tahrir asz-Szam). Od wielu miesięcy Syryjczycy i Rosjanie próbują wyzwolić Idlib spod okupacji dżihadystów, do tej pory wspomaganych przez NATO przez granicę turecką. Al-Kaida i inne organizacje dżihadystowskie regularnie tracą teren (zostało im ok. 55 proc. prowincji) i mają pretensje, że zostały „zdradzone przez Zachód”.
Jeszcze w zeszłym miesiącu Al-Kaida liczyła, że Turcja będzie interweniować zbrojnie, by ją ochronić. Turcja ma kilkanaście posterunków wojskowych w Idlibie, kilka z nich zostało zniszczonych przez syryjskie wojsko, lecz reakcji brak. Stany Zjednoczone zadowalają się zaborem syryjskich pól naftowych dla swych koncernów i nie wspomagają już dżihadu w Syrii, podobnie reszta NATO. Turcja zbroi jeszcze Idlib, wysłała nawet trochę czołgów, lecz zwycięstwo przechyla się wyraźnie na stronę Syrii.
Pod turecką granicą w Idlibie manifestują cywilni uchodźcy, którzy chcą przejść granicę i udać się do Europy, ale Turcy ich nie wpuszczają. W Europie ich nie chcą, gdyż zachodzi obawa, że będą wśród nich wspierani przedtem dżihadyści. Dziś w strefie frontowej zginęło dziewięciu cywilów, w tym dwoje dzieci. Według Syryjskiego Ośrodka Praw Człowieka z Wielkiej Brytanii, to ofiary ostrzału artyleryjskiego lub bombardowania lotniczego ze strony sił rządowych. Ofensywa syryjska mierzy w stolicę regionu, walki nie ustają.

Wyzwanie

Zawsze jestem o krok za pędzącym światem. Czasami nawet o parę długości. Nie nadążam z przyswajaniem tej ilości informacji, którą co dzień produkują media, a co dopiero z ich komentowaniem. Ale ma to też swoje plusy. Nikt mnie nie pogania w redakcji, żebym pisał coś szybko, bo wymaga tego cykl wydawniczy i powaga chwili. Mogę sobie siedzieć, przemyśliwać, a potem pisać. Tak jak dziś.

Z uwagą przeczytałem komentarze światowej prasy, po natowskim szczycie w Londynie, który w obliczu dzisiejszych wydarzeń z tu i teraz, zdaje się już być prehistorią. Mimo wszystko, chciałbym dziś o nim dwa słowa. Do sukcesów tegorocznego szczytu, prasa światowa, głównie niemiecka, zalicza ustalenie wspólnego stanowiska w stosunku do Chin. Napisano bowiem w końcowym dokumencie, że ChRL stanowi da NATO „wyzwanie”. Zdziwiłem się bardzo, kiedy zobaczyłem to określenie. Cóż to takiego znaczy, to „wyzwanie”. Może to tylko błąd w tłumaczeniu?

Sięgnąłem do oryginalnego tekstu. Nic z tych rzeczy. Stoi jak wół: Chiny to wyzwanie. Jak rozumieć taką deklarację? W dyplomacji określenie czegoś lub kogoś mianem wyzwania, to trochę mniej od nazwania kogoś lub czegoś wrogiem lub przeciwnikiem. Jakimż dla mnie, Polaka z Warszawy, „wyzwaniem”, pozostaje Chińczyk z Pekinu? Albo szerzej; cóż to znowu za „wyzwanie” stanowią dla mnie Ludowe Chiny? No chyba tylko takie, że kiedyś obiecywałem sobie że tam pojadę, i daj Boże, może się i ziści. Jakież „wyzwania” Chiny stawiają przed Belgiem, Francuzem czy Rumunem, którzy, czy tego chcą, czy nie, chronieni są przez parasol NATO. Dumam nad tym drugą minutę i dalej nic nie mogę wymyślić. Wiem natomiast, dla kogo Chiny mogą stanowić wyzwanie. I nie jest to na pewno ani Polska en masse, ani Francja, ani Włochy ani nawet putinowska Rosja, bo globalna polityka, Szanowni Państwo, rozgrywa się dziś w basenie Morza Południowochińskiego, gdzie trwa permanentna walka o strefy kontroli nad cieśninami i przepływami, a w gospodarce, o dominację nad światem.

Chiny mają jednego przeciwnika. Albo raczej to USA na własne życzenie, począwszy od czasów Nixona i Deng Xiaopinga, przez swoją politykę, ufundowało sobie zmartwienie, które dziś może wywrócić do góry nogami światowy porządek. Tak, Szanowni Państwo, dokładnie tak uważam. Panuje w globalnej polityce straszny klincz, który, boję się nawet o tym myśleć, może się skończyć kolapsem i to na dużą skalę.

Po raz pierwszy od 1945 roku, Amerykanom zajrzała w oczy wizja zmiany dotychczasowego układu i wypchnięcia ich z roli tych, którzy na świecie rozdają karty. Bardzo realna wizja. Te wszystkie cła na aluminium, złom itd. które Trump narzuca na Chiny, nie biorą się z niczego. To tylko jeden z najbardziej widocznych symptomów napięcia, które w regionie Morza Południowochińskiego narasta. Chińczycy zbroją się tam na potęgę. Amerykanie wysyłają swoje lotniskowce. Odpuszczają Syrię i Bliski Wschód, bo wszędzie być nie mogą. Jednocześnie wywierają presję na NATO, żeby ich doktryna została oficjalną doktryną Sojuszu. Prą do zbrojeń i podobnych, wiernopoddańczych gestów, żądają od swoich partnerów. Widzi to Macron, który nazywa NATO wprost, żywym trupem, bo nie ważne co powie Sojusz na jednym czy drugim szczycie. Decyzje i tak zapadają w Białym Domu. Widzą to Niemcy, którzy na razie wyczekują i nie robią żadnych ruchów. Widzi to wrzeszczcie Rosja, która czeka na sygnał od Zachodu. W przypadku ewentualnej agresji na kraje bałtyckie, w których nie ma żadnych amerykańskich baz, a które to wspierają Polskę w zabieganiu o postawienie takowej na swojej ziemi, jak sądzicie, kto będzie musiał najpierw rzucić na pomoc swoje siły? Niemcy? Trochę daleko jak na Blitzkrieg.

Tylko my, czy to z ław rządowych czy platformianych, jakoś nie bardzo chcemy, ani nawet próbujemy, mówić swoim głosem. Tym samym, którym mówi np. Australia. Że w dzisiejszym świecie, progres Chin jest nie do zatrzymania. I głupi ten, kto myśli, że można wrócić do dawnych, fabrycznych ustawień, kiedy za Oceanem był raj, dziś stojący przed nami otworem na oścież, bo przecież łaskawie zniesiono wizy. A podatek na Google’a, Amazona czy Facebooka? Przecież kapitał nie ma narodowości…

Pokojowy Nobel dla NATO?

Po szczycie NATO w Londynie norweski deputowany prawicy Erlend Wiborg ogłosił oficjalne zgłoszenie Sojuszu Północnoatlantyckiego do Pokojowej Nagrody Nobla w związku z 70. rocznicą jego powstania. Do tej pory nie było jeszcze zbrojnej interwencji NATO, która nie przyniosłaby masy nieszczęść, lecz zdaniem wnioskodawców Nobel „należy się” organizacji za „niedopuszczenie do wojny w Europie”.

Co prawda NATO napadało już w Europie, by na zlecenie Stanów Zjednoczonych utworzyć drugie państwo albańskie (Kosowo), w celu założenia tam wielkiej amerykańskiej bazy wojskowej „strzegącej” Bałkany, ale zgłaszający Norwegowie uważają, że ogólny bilans paktu jest pozytywny. Nie jest jasne, którą konkretnie z wojen NATO norweska prawica uważa za pozytywną, gdyż napad na Afganistan i okupacja tego kraju kończy się zupełną klęską: talibowie, którzy mieli zostać odsunięci od władzy, przejmują po kolei kolejne prowincje i nawet Amerykanie są pewni ich ostatecznego zwycięstwa (podjęli negocjacje). Wszystko to, mimo dokonania licznych zbrodni i podjęcia olbrzymich acz nieskutecznych środków. Afganistan pozostaje odtąd rekordzistą świata w inwalidztwie dzieci i dorosłych.
Natowski napad na Libię, oprócz stworzenia tam bezprecedensowego chaosu i zniszczenia kraju, doprowadził do wielkiego kryzysu imigracyjnego w Europie i w konsekwencji wyborczych zwycięstw skrajnej prawicy, a rozpętanie wojny w Syrii do powstania Państwa Islamskiego i licznych zamachów terrorystycznych na naszym kontynencie.
W swoim testamencie fundator Nagrody Alfred Nobel zaznaczył, że należy nagradzać „osobistość, która działała na rzecz pokojowego zbliżenia narodów, redukcji zbrojeń i propagowania pacyfizmu”.

Gdzie ten sukces prezydencie Duda?

Przed przypadającym w 70 rocznicę utworzenia NATO, szczytem szefów państw Sojuszu, prezydent drugiej co do wielkości armii Paktu Atlantyckiego ogłosił, że jedzie do Londynu na spotkanie, aby załatwić swoje interesy. I to kosztem wszystkich innych.

– Turcja sprzeciwi się natowskiemu planowi obrony dla państw bałtyckich, jeśli sojusznicy z NATO nie uznają ugrupowań, z którymi walczymy, za terrorystów – zagroził prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan .
W ten sposób Ankara odmówiła poparcia planu obrony przez NATO krajów bałtyckich i Polski, dopóki nie uzyska wsparcia sojuszu w walce z milicją YPG, którą uważa za organizację terrorystyczną z powodu jej powiązań z separatystyczną i zdelegalizowaną w Turcji Partią Pracujących Kurdystanu (PKK). Ta z kolei przez Turcję, Stany Zjednoczone i Unię Europejską uważana jest za organizację terrorystyczną. Tymczasem milicja YPG to trzon Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF), które de facto pokonały Państwo Islamskie. Skądinąd walcząc ramię w ramię z US Army.
Po tej enuncjacji do Erdogana zadzwonił Andrzej Duda. I uzgodnił, że panowie pogadają w Londynie.
Spotkano się i poinformowano, że doszło do kompromisu. Oficjalny komunikat głosił, że „w czasie szczytu doszło do spotkania prezydentów Polski, Litwy i Łotwy czyli Andrzeja Dudy, Gitanasa Nauseda i Egilsa Levitsa z prezydentem Turcji Recepem Erdoganem. W rozmowach uczestniczyli też też premier Estonii Jurim Ratasem i sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg.
– Dzisiaj uzgodniliśmy aktualizację planów dla Polski i państw bałtyckich. Jestem z tego zadowolony – rzekł ten ostatni na konferencji prasowej.
W komunikacie po zakończeniu szczytu poinformowano, że prezydent Turcji Recep Erdogan zgodził się przyjąć plan obronności dla Polski i państw bałtyckich., czyli, że wycofał się z wcześniejszego stanowiska.
Potwierdził to minister obrony Mariusz Błaszczak. Powiedział, że Turcja zgodziła się na przyjęcie planu, dzięki osobistej rozmowie Andrzeja Dudy z Recepem Erdoganem.
– To jest kolejny sukces Andrzeja Dudy. Widać, że pan prezydent jest bardzo skutecznym politykiem. To jest kolejna sprawa jeżeli chodzi o nasze bezpieczeństwo w ramach NATO, że pan prezydent okazuje się być politykiem bardzo liczącym się i skutecznym. To że udało się pan prezydentowi przekonać Turcję, żeby jednak teraz nie wygrywać sprawy syryjskich, sprawy bezpieczeństwa Turcji tak jak ją definiuje prezydent Erdodogan, tylko, żeby to bezpieczeństwo państw tej części Europy co Polska, było na pierwszym planie tej agendy, to jest bardzo duży sukces, ponieważ mamy poczucie że jesteśmy państwem bezpiecznym i obecność NATO nie będzie iluzorycznym. Bez względu na podziały polityczne musimy być zgodni, że to bardzo ważne dla Polski – perorowała potem w TV Republika posłanka Prawa i Sprawiedliwości Joanna Lichocka.
Ten niebywały sukces Andrzeja Dudy utrzymał się ledwie dzień.
„Turcja zablokuje ostateczną zgodę na plan NATO dotyczący obrony Polski i państw bałtyckich do czasu, aż sojusznicy zgodzą się uznać działające w Syrii kurdyjskie Ludowe Jednostki Samoobrony za terrorystów” – doniósł Reuters dzień po zakończeniu szczytu cytując szefa tureckiego MSZ Mevlut Cavusoglu.
– Plan NATO nie zostanie opublikowany, dopóki turecki plan również nie zostanie opublikowany – rzekł szef tureckiej dyplomacji. – Nie byłoby uczciwe, gdyby niektóre kraje nie zaakceptowały naszego planu, a jednocześnie poparły plan dla innych. Nie ma mowy o kompromisie.
Wypowiedź ta, dyskredytujące peany na cześć Dudy, została dziwnie pominięta przez prorządowe polskie media. Nie wspominając o tym, że nie doniósł się do nich ani apologeta prezydenckich działań Krzysztof Szczerski, ani nawet szef MON Błaszczak.

Kto zagraża pokojowi?

Społeczne Forum Wymiany Myśli – Wrocław rozpoczyna sezon debat 2019-20.

Na najbliższym spotkanie zajmiemy się kwestią zagrożenia dla pokoju w Europie ale też i na świecie. Chcemy przedyskutować problem militaryzacji, nowego wyścigu zbrojeń, klimatu nieufności i agresji, podżegania do napięcia międzynarodowego, siania wrogości między społecznościami itd. Stary Kontynent tak naznaczony wojnami, konfliktami, ludobójstwem, po doświadczeniach dwóch wojen, które przetoczyły się przez tereny Europy niczym walec przeżył 45 lat w efekcie Jałty i Poczdamu – mimo koślawości i współczesnych narzekań na owe umowy Wielkich Mocarstw – w pokoju i stabilności. A nie ma niczego ważniejszego niż pokój: mówili na ten temat tacy giganci, admirowani również przez polski mainstream, ostatnich dekad jak Albert Einstein, Martin Luther King, Nelson Mandela czy Jan Paweł II. Postaramy się odpowiedzieć kto, dlaczego z jakich pobudek zagraża pokojowi w Europie i na świecie.
Chcemy znaleźć, choć częściowe, odpowiedzi na pytania:
1/ czy Polska musi być promotorem militaryzmu i napięcia w Europie?
2/ czy musimy wydawać taką część budżetu na zbrojenia (bo tak życzy sobie światowy hegemon i ponoć nasz najlepszy sojusznik)?
3/ czy nasza obecność w agresywnym aliansie jakim jest  NATO  (jest to agresywny alians od przeszło 3 dekad absolutnie nie będący – wedle wcześniejszych uzgodnień – paktem obronnym) jest niezbędna dla stabilizacji sytuacji w Europie?
4/ czy Polski nie stać na powtórzenie na międzynarodowej arenie inicjatywy znanej i cenionej swego czasu jako „plan Rapackiego” co niewątpliwie by przełożyło się na spadek napięcia międzynarodowego?
5/ dlaczego społeczeństwo Polskie tak pokornie zgadza się na to aby tereny Polski były poligonem doświadczalnym dla NATO?

Dylematy Sojuszu Atlantyckiego

Minęło siedemdziesiąt już lat od powstania Paktu Północno-Atlantyckiego i dwadzieścia od przyjęcia w jego skład pierwszych trzech państw posocjalistycznych: Polski, Czech i Węgier.

Sojusz Atlantycki przetrwał zakończenie zimnej wojny, której był produktem i jest obecnie najsilniejszą międzynarodową strukturą polityczno-wojskową współczesnego świata. Decyzja o rozszerzeniu go na państwa, które w latach 1989/90 dokonywały zmiany systemu, okazała się – wbrew obawom żywionych wówczas przez część polityków, tak na Zachodzie, jak w Polsce – istotnym wkładem w budowanie nowego ładu międzynarodowego.
Byłem zdecydowanym zwolennikiem przystąpienia Polski do NATO. W tygodniach poprzedzających powstanie pierwszego rządu SLD i PSL z inicjatywy Aleksandra Kwaśniewskiego zostałem współprzewodniczącym międzypartyjnego zespołu SLD, PSL i Unii Pracy, którego zadaniem było sformułowanie założeń polityki zagranicznej i obronnej przyszłego gabinetu premiera Pawlaka. Współprzewodniczącymi byli – już nieżyjący – Andrzej Micewski (bezpartyjny poseł z klubu PSL ) i Aleksander Małachowski z ramienia Unii Pracy. Gdy kończyliśmy pracę i ogłaszaliśmy jej wyniki, najważniejszą sensacją dnia była informacja, że nowa koalicja rządowa (wtedy jeszcze, jak chcieliśmy, z udziałem Unii Pracy) zamierza kontynuować starania o wprowadzenie Polski do NATO, zainicjowane przez poprzednie gabinety Jana Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej. O dojrzałości ówczesnej klasy politycznej dobrze świadczy to, że w tej sprawie potrafiliśmy iść wspólnie, ponad partyjnymi podziałami.
Rozważa się często kwestię, czy Polsce obecnie zagraża niebezpieczeństwo ze strony Federacji Rosyjskiej. Podstawowym argumentem przemawiającym za optymistycznym wariantem odpowiedzi na to pytanie, jest nasza obecność w NATO. Nawet gdyby, co bynajmniej nie jest nieuchronne, jakaś (hipotetyczna) ekipa kierownicza Federacji Rosyjskiej żywiła wobec Polski agresywne zamiary, sam fakt naszego członkostwa w NATO musiałby działać na nią otrzeźwiająco. Potęga militarna Sojuszu i sławny artykuł piąty Traktatu Waszyngtońskiego oznaczają pełne bezpieczeństwo Polski, atak na którą musiałby być równoznaczny z wydaniem wojny całemu Sojuszowi, ta zaś nieuchronnie skończyłaby się klęską agresora. Nigdy w swej historii Polska nie była w tak bezpiecznej sytuacji geopolitycznej.
Członkostwo w NATO (a tak ze w Unii Europejskiej) oznacza także zasadniczą zmianę w stosunkach polsko-niemieckich. Po stuleciach konfliktów jesteśmy dziś sojusznikami. Nie znaczy to jednak, by członkostwo w NATO nie wiązało się z poważnymi problemami. Jeden zwłaszcza problem nabrał w tym stuleciu poważnego charakteru. Jest to rola Stanów Zjednoczonych i wpływ tego mocarstwa na sytuację państw sojuszniczych.
Nikogo zapewne nie trzeba przekonywać, że potęga militarna Stanów Zjednoczonych stanowi najsilniejszy atut całego Sojuszu Atlantyckiego. Tak było w 1949 roku i tak jest obecnie. Problem polega jednak na tym, jaką politykę prowadzi to mocarstwo i jak ta polityka wpływa na bezpieczeństwo całej wspólnoty transatlantyckiej. W latach zimnej wojny przywódcza rola USA w Sojuszu Atlantyckim realizowana była w sposób odpowiedzialny, liczący się z realiami ówczesnego świata. Niezależnie od tego, przedstawiciel której partii zasiadał w Białym Domu. Stanu Zjednoczone kierowały się doktryną „powstrzymywania”, której istotą było założenie, że respektowane będą realia powojennego, podzielonego świata, ale Stany Zjednoczone i ich sojusznicy nie dopuszczą do opartej na sile ekspansji przeciwnego obozu. Intelektualnym ojcem tej doktryny był George F. Kennan (1904-2005), który – nawiasem mówiąc – pod koniec życia był bardzo surowym krytykiem polityki prowadzonej przez USA po zakończeniu zimnej wojny. Doktryna powstrzymania oznaczała między innymi stworzenie „mostu powietrznego” w czasie blokady Berlina Zachodniego (1948-49) i konfrontację zbrojną w czasie wojny koreańskiej (1950-53), ale nie wykluczała okresów odprężenia i współpracy – zwłaszcza po śmierci Stalina i wysunięciu przez nowe kierownictwo radzieckie programu „pokojowego współistnienia”. Ta ostrożna polityka USA i ich sojuszników rodziła rozczarowanie wśród najbardziej radykalnych antykomunistów, którym marzyło się zbrojne „wyzwolenie” Europy środkowo-wschodniej. Realizm polityczny po obu tronach „żelaznej kurtyny” uchronił świat przed trzecią wojną światową, która – z uwagi na rozwój broni masowej zagłady – stanowiła egzystencjalną groźbę dla ludzkości.
W nowych realiach po zakończeniu zimnej wojny Sojusz Atlantycki stał się jedyną tak potężną i terytorialnie rozległą strukturą polityczno-wojskową. Rozwiązanie Układu Warszawskiego i rozpad ZSRR stworzyły nową sytuację geopolityczną, w której podstawową rolą NATO stało się umacnianie stabilizacji międzynarodowej opartej na poszanowaniu prawa i na gotowości do rozwiązywania konfliktów na drodze pokojowej. Pierwszym testem dla nowej roli NATO były wojny etniczne na terenie byłej Jugosławii: zwłaszcza w Chorwacji, Bośni i Hercegowinie oraz w należącym do Serbii Kosowie. Państwa wchodzące w skład NATO nie były jednomyślne w początkowej fazie tych konfliktów, ale ostatecznie poparły Stany Zjednoczone, które – po okresie wahań – zdecydowały się użyć siły zbrojnej dla wymuszenia pokoju w Bośni i Hercegowinie a parę lat później w Kosowie. Zwłaszcza w tej drugiej kwestii interwencja NATO (realizowana głownie przez siły powietrzne USA i Wielkiej Brytanii) rodziła dość liczne protesty, także wśród części polityków polskiej lewicy. W zasadzie jednak linia postępowania NATO pozostawała zgodna z deklarowanymi celami, jakimi było utrzymanie lub przywrócenie pokoju i zapobieganie zbrodniom wojennym, szczególnie dramatycznym w czasie wojny etnicznej w Bośni i Hercegowinie. Ówczesną politykę NATO uzasadniano argumentem o dopuszczalności takiej interwencji — ale tylko wtedy, gdy ma ona miejsce dla zapobieżenia masowym zbrodniom w stosunku do ludności cywilnej. Sytuacja zmieniła się radykalnie po zamachach terrorystycznych 11 września 2001 roku. Postawiły one Stany Zjednoczone, a pośrednio cały Sojusz Atlantycki, przed wyzwaniem, jakiego nie znaliśmy od zakończenia zimnej wojny. Fatalnym zbiegiem okoliczności miało to miejsce w pierwszym roku prezydentury George’a W. Busha – określonej jako „katastrofalna” przez Zbigniewa Brzezińskiego („Druga szansa”, 2007). Ten wybitny politolog i były doradca do spraw bezpieczeństwa prezydenta Cartera wielokrotnie wyrażał bardzo surową krytykę polityki G.W. Busha, w której widział zaprzepaszczanie szans na odpowiedzialne sprawowanie przez USA przywództwa w Sojuszu Atlantyckim. Istotą krytyki Brzezińskiego był zarzut, że G.W. Bush podporządkował politykę zagraniczną USA ideologicznemu doktrynerstwu i że tym samym pozbawił USA roli mądrego i odpowiedzialnego przywódcy demokratycznego świata. Brzeziński nie był w tej krytyce odosobniony, a z biegiem czasu szeregi obrońców polityki Busha topniały. Historycznym błędem polityki USA w tym okresie było uderzenie zbrojne na Irak – sprzeczne z prawem międzynarodowym i prowadzące do przewlekłego konfliktu, którego efektem jest osłabienie pozycji Zachodu w krajach islamskich. Było to do przewidzenia. We wrześniu 2002 roku pisałem o fatalnych skutkach, jakie ta wojna pociągnie za sobą („Konieczna wojna?”, Przegląd 22 września 2002). Przeciw wojnie irackiej opowiedzieli się liczni sojusznicy USA, między innymi Francja i Niemcy, a z upływem czasu topniały szeregi państw, które – jak niestety także Polska – przyłączyły się do amerykańskiej agresji. Pozycję USA osłabiło dodatkowo ujawnienie, że oficjalny powód uderzenia na Irak (rzekome gromadzenie broni masowej zagłady) okazał się kłamstwem. Pakt Atlantycki przeżył to doświadczenie, ale była to dla niego poważna próba . Dziś dość powszechne jest przekonanie, że to właśnie wojna iracka pociągnęła za sobą osłabienie pozycji USA w świecie i przekreśliła nadzieje na trwałą współpracę międzynarodową.
Czy była to tylko sprawa nieodpowiedzialnego i fanatycznego prezydenta? Odpowiedzialność G.W. Busha za irackie fiasko jest dziś dość powszechnie uznawana, także przez komentatorów amerykańskich, ale trzeba pamiętać, że w 2003 roku do nielicznych wyjątków należeli w USA politycy przeciwstawiający się jego decyzji o uderzeniu na Irak. Czy tylko dlatego, że uwierzyli w – jak się okazało kłamliwy – argument o rzekomym gromadzeniu przez Irak broni masowej zagłady? W jakiej mierze ta agresywna postawa amerykańskiej elity była wyrazem zafascynowania własną siłą i ulegania iluzji, że siłą uda się wprowadzić amerykańską hegemonię w skali światowej?
Potem przyszło otrzeźwienie, czego przejawem było podwójne zwycięstwo wyborcze Baracka Obamy (2008 i 2012). Ta prezydentura ożywiła nadzieje na to, że możliwy jest inny kierunek polityki amerykańskiej. Prezydentowi Obamie nie udało się jednak wyplątać USA z pułapki irackiej, a wybuch tak zwanej „arabskiej wiosny” (2011) stworzył nowe problemy, w tym wojny domowe w kilku państwach (Libia, Jemen, Syria). Pogorszenie relacji z Rosją, widoczne już pod koniec administracji Busha, pogłębiło się w wyniku rosyjskiej polityki wobec Ukrainy.
Wybory prezydenckie 2016 roku oddały ster polityki amerykańskiej w ręce Donalda Trumpa – polityka nieodpowiedzialnego i skłonnego do agresywnych posunięć. Pod jego rządami USA znacząco pogorszyły swe relacje z Chinami, zerwały porozumienie z Rosją o ograniczeniu rakiet średniego zasięgu, próbują doprowadzić do obalenia radykalnego rządu w Wenezueli (jak dotąd nieskutecznie), a ostatnio zaczęły grozić wojną Iranowi. Chociaż do nowych wyborów jest ponad rok, to jednak już teraz można stwierdzić, że Trump ma bardzo silną pozycję w Partii Republikańskiej i jego ponowny wybór nie jest wykluczony. Jest tak dlatego, że agresywna polityka obecnego prezydenta trafia w nastroje znacznej części społeczeństwa amerykańskiego – tak, jak w swoim czasie trafia w nie polityka G.W. Busha. Obaj ci prezydenci zawdzięczają swą pozycję temu, ze sukces Zachodu w zimnej wojnie obudził takie tendencje polityczne, które musiały pozostawać w cieniu w warunkach równowagi sił militarnych z czasów zimnej wojny. Iluzja własnej wszechpotęgi jest zawsze złym doradcą. Dotyczy to nie tylko polityków, ale i kierowanych przez nich społeczeństw.
Dla sojuszników USA oznacza to poważny dylemat. Nie mamy i mieć nie będziemy lepszego sojuszu niż ten, którego najpotężniejszym członkiem są Stany Zjednoczone. Czy więc musimy godzić się na to, że wspólnie ponosić będziemy konsekwencje błędnej polityki USA? Myślę, że jedyną strategią, która nam – sojusznikom USA – pozostała to umacnianie więzi europejskich i wspólne oddziaływanie na kierunek polityki amerykańskiej tak, by w miarę możliwości korygować jej kierunek.
Polityka obecnego rządu polskiego idzie innymi drogami. Osłabianiu solidarności europejskiej towarzyszy ostentacyjne ubieganie się o poparcie USA, w którym widzi się dowód na rzecz trafności obranego kierunku politycznego. To podwójna iluzja. Po pierwsze: dla USA samotna Polska nie stanowi i nigdy stanowić nie będzie partnera liczącego się w podejmowanych decyzjach. Po drugie zaś: polityka ta może okazać się żałosnym fiaskiem, jeśli w Stanach Zjednoczonych ponownie dojdzie do głosu inny, bardziej odpowiedzialny kierunek myślenia o ich roli w dzisiejszym świecie.

Polska zapłaci

Biznesy z Andrzejem Dudą to musi być czysta przyjemność dla jego kontrahentów. Polski prezydent podpisał deklarację, z której wynika, że do kraju sprowadzonych zostanie 1 tys. albo więcej amerykańskich wojskowych, a Stany Zjednoczone nie poniosą żadnych kosztów.

„Polska planuje zapewnić i utrzymywać wspólnie uzgodnioną infrastrukturę przeznaczoną dla wstępnego pakietu dodatkowych projektów wymienionych poniżej, bez kosztów dla Stanów Zjednoczonych i z uwzględnieniem planowanego poziomu jej wykorzystania przez Siły Zbrojne USA” – czytamy w dokumencie sygnowanym przez Dudę i Trumpa. Na tym gorliwość polskiej strony się nie kończy: „Polska planuje również zapewnić dodatkowe wsparcie Siłom Zbrojnym USA, wykraczające poza obowiązujący w NATO standard wsparcia przez państwo-gospodarza”.
Według doniesień mediów chodzi m.in. o utworzenie Wysuniętego Dowództwa Dywizyjnego USA w Polsce oraz utworzenie i wspólne wykorzystywanie przez Siły Zbrojne USA i Siły Zbrojne RP Centrum Szkolenia Bojowego w Drawsku Pomorskim i docelowo w kilku innych lokalizacjach.
„Stany Zjednoczone zamierzają kontynuować wsparcie dla Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w utworzeniu CSB przez zapewnienie obecności amerykańskich doradców” – stwierdza się w deklaracji.
Dokument zapowiada także utworzenie w Polsce eskadry amerykańskich dronów zwiadowczych MQ-9. Jednak w dokumencie uczyniono specjalne zastrzeżenie, z którego jasno wynika, że Polska nie będzie miała dostępu do danych gromadzonych przez te urządzenia; ewentualnie będzie to dostęp bardzo ograniczony, „stosownie do okoliczności”. „Stany Zjednoczone zamierzają udostępniać Polsce, stosownie do okoliczności, informacje uzyskane w wyniku działań tej eskadry w celu wspierania naszych założeń obronnych” – głosi deklaracja.
W dokumencie wskazano także chęć stworzenia infrastruktury wspierającej obecność w Polsce amerykańskiej pancernej brygadowej grupy bojowej, lotniczej brygady bojowej i batalionu wsparcia logistycznego.
Podpisanie deklaracji miało miejsce w czasie rozpoczętej 12 czerwca wizyty polskiego prezydenta w Waszyngtonie.
Deklarację to jednak nie wszystko – choć umowy w tej sprawie nie podpisano, potwierdziły się zapowiedzi o intencji Polski zakupu myśliwców V generacji F-35 „Lightning II”)– ma być ich 32, czyli tyle, ile zamierzała zakupić Turcja, zanim transakcja nie została zablokowana przez Pentagon w ramach restrykcji za zakup rosyjskich systemów przeciwlotniczych S-400. Jaki będzie koszt tej transakcji – oficjalnie podany i rzeczywisty – można tylko spekulować.
Podpisanie deklaracji jako pierwszy pochwalił sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Europa natomiast milczy – co nie dziwi, bo po raz kolejny Polska dokonała wyłomu w stosunku do stanowiska większości europejskich członków NATO, godząc się na ponadstandardowe w stosunku do Amerykanów warunki zapewniane przez gospodarza i biorąc na siebie gros kosztów – czyli czyniąc to, przeciwko czemu zdecydowanie opierają się Niemcy.
Dodać trzeba, że obok wymiaru militarnego wizyty prezydenta Dudy, pojawiały w jej czasie także wątki energetyczne. Tuż przed wizytą podpisany został kontrakt między PGNiG a amerykańską firmą Venture Global powiększający import gazu do 3,5 mln ton rocznie. Będzie nas to kosztować 8 mld dolarów. Podpisane zostało także porozumienie o współpracy w dziedzinie energii nuklearnej – jedno i drugie pod hasłem uniezależniania się od importu surowców energetycznych od Rosji, co działa jak wytrych, jeśli Polsce chce się coś sprzedać. W rezultacie zatem, ile zapłacimy za wizytę Andrzeja Dudy w – dopiero się okaże.

Jeszcze wiele do zrobienia

O kwestie ważne dla przyszłości Polski w Europie, „Dziennik Trybuna” pyta eurodeputowanego Janusza Zemke.

Czy eurodeputowany powinien być przede wszystkim reprezentantem Polski, czy reprezentantem swojej opcji politycznej. A może jest to opozycja pozorna?
Poseł do PE powinien być reprezentantem Polski i swojej opcji politycznej. w PE funkcjonuje się we frakcjach politycznych, a nie grupach narodowych. Oczywiście są sprawy (np. stosunek do Pakietu mobilności, które łączą Polaków niezależnie od przynależności do frakcji politycznej.

Polska stoi z boku dyskusji o dalszej ewolucji europejskiego systemu. Wpisany w traktaty stan równowagi pomiędzy Unią jako związkiem państw członkowskich i Unią jako wspólnotą jej obywateli wydaje się ulegać zachwianiu. Jak byśmy go chcieli widzieć? Czy poprzez większą centralizację, jako superpaństwo? Czy europejskie instytucje powinny mieć większy wpływ, bardziej bezpośredni na nasze życie?
Tak. Opowiadam się za zwiększeniem wpływu instytucji europejskich na nasze życie. Wstąpiliśmy do UE dobrowolnie i w naszym interesie jest, by Unia i jej instytucje były skuteczne.

Pojawiają się cały czas koncepcje reformy UE w duchu albo „Europy dwóch prędkości”, albo takie jak plan Macrona. Dzielące Unię ja jej centrum i peryferie. Czy  to nie regres europejskiej idei? Z drugiej strony nawet największe gospodarki unijne zdają sobie sprawę, że samotnie nie mają szans w rywalizacji z Chinami, Stanami Zjednoczonymi, a może nawet i z Rosją. Którędy zatem wiedzie droga do przekształcenia UE w jeden organizm, który w stosunku do zewnętrznych partnerów będzie mówił jednym głosem?
Droga jest jedna. Twarda realizacja przez wszystkie państwa zasad i wartości Unii. Pomysły, by Unia miała różne prędkości są z punktu Polski niekorzystne, gdyż spychają nas na margines UE. Niestety, obecnie Polska, przez konflikt o praworządność, konflikt z instytucjami europejskimi, konflikt z największymi państwami w Unii, sama spycha się na margines wspólnoty.

Unia Europejska to także unia regionów. Jakie najważniejsze potrzeby mają wyborcy pańskiego regionu wyborczego. Jak będzie pan, jako euro deputowany, pomóc im?
Głównym problemem są opóźnienia w realizacji inwestycji infrastrukturalnych, np. drogi S-5 w moim województwie. Moja rola tutaj może polegać na nacisku na Komisję Europejską, by egzekwowała od polskiego rządu ustalenia podjęte z Unią w tym obszarze.

UE stworzyła wspólną przestrzeń gospodarczą. Ale – nazwijmy to tak – głębokość tej przestrzeni jest taka, że jej beneficjentami są przedsiębiorcy. Pracownicy w mniejszym stopniu – o ile nie wybiorą emigracji do bardziej rozwiniętych krajów UE. Co europejska lewica chciałaby zrobić, aby Europa stała się również przestrzenią wspólnych standardów socjalnych i standardów zatrudnienia.
Europejska lewica walczy o europejskie standardy w zakresie ochrony praw pracowniczych, czy obowiązkowych minimalnych płac i świadczeń. Wiele jest jeszcze w tym obszarze do zrobienia.

Czy europejska płaca minimalna jest na to rozwiązaniem? Jak powinna być konstruowana – czy jako konkretna kwota, czy też dla różnych krajów, a może i regionów ważona w oparciu o ceny koszyka podstawowych artykułów?
Uważam, że dobrym pomysłem jest budowa płacy minimalnej w powiązaniu z realnymi w danym państwie kosztami utrzymania. Płaca minimalna w poszczególnych państwach powinna wynosić, co najmniej 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia.

Wspólne, europejskie instytucje obronne. W tym zakresie integracja europejska jest dość słaba. Czego by nie mówić, UE nie jest systemem zbiorowego bezpieczeństwa. Ten projekt to uzupełnienie czy alternatywa dla NATO? Czy Europa może taki system zbiorowego bezpieczeństwa zbudować, bez Stanów Zjednoczonych?
Działania UE w obszarze bezpieczeństwa powinny wzmacniać NATO, a nie prowadzić do konfliktu z Sojuszem. Unia ma tutaj wiele niewykorzystanych możliwości. Powinna zwiększać mobilność wojskową w Europie, wspierać badania i wdrożenia z zakresu obronności, prowadzić własne rozpoznanie wywiadowcze zagrożeń. Unia kładzie nacisk na tzw. instrumenty miękkie, jak pomoc w kształceniu kadr, pomoc humanitarna, różne rodzaje nacisków na strony konfliktów zbrojnych. Te metody są niejednokrotnie skuteczniejsze od siłowych sposobów rozwiązywania konfliktów.

Wiadomo, że praca europarlamentarzysty wymaga specjalizacji. W jakich dziedzinach widziała/by Pani/Pan swoją rolę? W jakich komisjach. Wokół jakich spraw obracają się pani/pana główne zainteresowania związane z Unią?
Zamierzam pracować nadal w dwóch komisjach, tj.: Transportu i Turystyki (TRAN) oraz Bezpieczeństwa i Obrony (SEDE). W komisji TRAN za najważniejsze uważam: tworzenie europejskich korytarzy transportowych, ograniczanie negatywnego wpływu transportu na środowisko, poprawę praw pasażerów. W komisji SEDE – poprawę mobilności wojskowej w Europie, zwiększenie rzeczywistych możliwości działania Frontexu, wspieranie przez Unię Europejską badań i wdrożeń w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony, gdyż europejskie technologie, coraz bardziej odstają od światowego poziomu.

Parlament Europejski jest ważną, ciężko pracującą instytucją. Zatrudniająca wielu pracowników, posiadającą fundusze na promocje. Ale w Europie, a zwłaszcza w Polsce, postrzegany jest jedynie jak dom spokojnej, politycznej starości, rozgadane niewiele znaczące ciało. Czemu grono tak znakomitych, doświadczonych ludzi zgromadzonych w PE akceptuje tak kiepską politykę informacyjną?
Tak, rzeczywiście instytucje europejskie w tym PE są za mało ofensywne i skuteczne w promowaniu Unii. Eurodeputowany, poseł do PE ma wpływ na przydzielanie środków na cele promocji, gdyż PE co roku zatwierdza swój budżet. Powinien bardziej krytycznie oceniać sposób wydawania owych niemałych środków na promocję.

Niezrozumiała defilada

Tej parady w planach finansowych na 2019 rok nie było i warto zadać pytanie, z jakich szkoleń lub zakupów
trzeba będzie zrezygnować? – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) generał Mirosław Różański,
były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych.

JUSTYNA KOĆ: 3 maja w Warszawie odbędzie się wielka defilada wojskowa „Silni w Sojuszach” z okazji 20-lecia wejścia Polski do NATO i 15-lecia do UE. To dobry pomysł?
GEN. MIROSŁAW RÓŻAŃSKI: Trzeba zadać sobie pytanie, czy racjonalne jest, aby w ciągu roku organizować taką liczbę pokazów i defilad. Do tej pory raz w roku, 15 sierpnia, w Święto Wojska Polskiego organizowana była wielka defilada, która dedykowana była społeczeństwu; aby przybliżyć, kim jesteśmy, jaki mamy potencjał, sprzęt. Zawsze w pełni popierałem te przedsięwzięcie. Dzisiejsze inicjatywy związane z datą 3 maja są moim zdaniem odwróceniem uwagi od faktu permanentnego łamania ustawy zasadniczej, bo o konstytucji powinno się dyskutować w trakcie „jej święta”; ciekawe, co będzie motywem przewodnim defilady 15 sierpnia? Po wtóre, myślę, że dotychczas żołnierze, którzy pełnili służbę w różnych częściach świata w ramach misji i kontyngentów z naszymi koalicjantami, żołnierzami Sojuszu Północnoatlantyckiego, udowodnili, że jesteśmy wiarygodnym partnerem. To należy podkreślać i to powinno być głównym motywem obchodów związanych z rocznicą naszego członkostwa w NATO. Sam niejednokrotnie spotykałem się ze słowami uznania dla naszych żołnierzy i ten szacunek im się rzeczywiście należy.

Czy rzeczywiście mamy się czym pochwalić, jeśli chodzi o sprzęt wojskowy?
Gdybyśmy się odnieśli do kwestii, czy mamy się czym chwalić, to chciałbym przywołać słowa naszych kolegów z Gdyni, gdzie jeszcze niedawno stały przecież okręty NATO. Mamy tu sytuację paradoksalną, gdzie nasi sojusznicy wskazują na znaczenie Bałtyku i potrzebę posiadania określonego potencjału w tej części Europy, a my w tym czasie robimy zupełnie coś odwrotnego – zamykamy programy związane z modernizacją Marynarki Wojennej. Oczywiście 3 maja nie będzie sprzętu MW, bo na Wisłostradzie niewiele mogliby zaprezentować. Sprzęt, który będzie w Warszawie, po pierwsze był już prezentowany i dziś możemy pozwolić sobie na retrospekcję i ocenę tego, co się stało w 2015 roku. Przypomnę, że wówczas opinia publiczna mogła wielokrotnie usłyszeć, jaki to straszny stan sił zbrojnych został zastany przez obecny rząd. Słuchaliśmy przez następne miesiące przewodniczącego sejmowej Komisji Obrony Narodowej, pana majora rezerwy Jacha, który przekonywał, że w ciągu kilku miesięcy zrobiono więcej, niż w ciągu 8 lat poprzedni rząd. Dziś, po niespełna 4 latach, nic nie wskazuje na to, aby w zakresie modernizacji technicznej zostały wprowadzone nowe systemy uzbrojenia. Oczywiście oglądane armatohaubice KRAB są powodem do dumy, tylko chciałbym przypomnieć, że decyzja o kupnie licencyjnym podwozi do tych armatohaubic jest ówczesnego wiceministra obrony narodowej Mroczka. Niektórzy mówią wręcz, że na szczęście obecny rząd nie zdążył zatrzymać tego programu. Mamy moździerze RAK, które są także powodem do satysfakcji i dumy, ale to również nie ten rząd i jego decyzje spowodowały, że ten sprzęt jest na wyposażeniu. Nie jest jednak istotą, aby się licytować, kto rozpoczął te programy zbrojeniowe, bo to są procesy, które są mierzone latami, w horyzoncie dekady od określenia potrzeb operacyjnych. Gdyby tę dewizę minister Macierewicz, a potem minister Błaszczak stosowali, to moim zdaniem w roku 2015 mieliśmy niezłą wyjściową pozycję, żeby wiele zmienić w polskiej armii i naszym systemie bezpieczeństwa. Dziś wiele rozwiązań, związanych z wojskami lądowymi i specjalnymi, w tym wielozadaniowe śmigłowce, mogłyby być podziwiane nie tylko podczas defilady, ale byłby to sprzęt, który już wszedłby na wyposażenie i byłby operacyjny. Tak zobaczymy tylko śmigłowce, które kupiła policja i wojska specjalne, zresztą w szczątkowych ilościach. Dla mnie ta defilada jest gestem politycznym i niezrozumiałym z praktycznego punktu widzenia. Pomijam już, że koszty są niebagatelne, to kwoty dużo większe, niż setki tysięcy złotych. Tej parady w planach finansowych na 2019 rok nie było, warto zadać pytanie, z jakich szkoleń lub zakupów trzeba będzie zrezygnować.
Obecna władza zamiast wydatkować środki przewidziane dla MON na modernizację armii wydaje je na grające ławki z okazji odzyskania niepodległości, a teraz funduje społeczeństwu kolejna defiladę; myślę, że to nie jest najlepszy kierunek.
To pudrowanie rzeczywistości, w myśl igrzyska zamiast chleba? Nie mamy co prawda Caracali, ale za to piękną defiladę.
Na to wygląda. Oglądałem ostatnio po raz kolejny jeden z moich ulubionych filmów – „Gladiator”, gdzie właśnie Cezar fundował ludziom Igrzyska. Nieważne, że był niedostatek i głód, społeczeństwo było karmione teatrem, który budził emocje. Jestem przekonany, że 3 maja w większości społeczeństwa defilada wzbudzi pozytywne emocje, bo wojsko cieszy się popularnością. Ludzie zawsze chętnie oglądają sprzęt wojskowy, tym bardziej, że na co dzień jest on niedostępny. Tylko z punktu widzenia premiera, prezydenta, szefa MON – czy powinniśmy zabiegać tylko o dobre wrażenie i odczucie estetyczne oglądających defiladę Polaków, czy ci panowie powinni kierować się troską o bezpieczeństwo naszego kraju i rozwój sił zbrojnych?

Widział pan filmik MON promujący defiladę?
Tak i czasem się zastanawiam, kto doradza ministrowi. Znam wszystkich generałów, którzy w nim występują, poza panią, która składa meldunek za jednostki niewojskowe. Podejrzewam, że dostali oni rozkaz, że trzeba uczestniczyć w takim filmie. Według mnie oni powinni zdawać sobie sprawę, że z okazji rocznicy Sojuszu powinniśmy pokazać to, co najlepsze. Zresztą każdy, gdy przyjmuje gości, to chce ich zaprowadzić do najlepszego salonu, pochwalić się, jak dom jest urządzony. Proszę sobie wyobrazić, że my mamy wprowadzony nowoczesny sprzęt. To są moduły stanowiska dowodzenia, mamy naprawdę imponujące centra operacyjne, z których można kierować wojskami. A tutaj wygląda to tak, jakby miało się promować grupę rekonstrukcyjną: wzór starego namiotu z ubiegłego wieku, ta komiczna sytuacja, kiedy dowódcy szczebla operacyjnego składają meldunek o ilości sprzętu…
Tymi sprawami u mnie zajmowali się oficerowie w stopniu pułkownika i podpułkownika, a generał nadzorował proces przygotowania defilady. Ja tylko przedstawiałem zarys ministrowi, bardziej, aby zapewnić przełożonych, że defilada będzie zabezpieczona, również pod względem komfortu stolicy. Tutaj widzimy teatr z ministrem w roli głównej, który wciela się w rolę dowódcy, który zadaje pytania, na końcu jeszcze dyrektywnie stwierdza, że realizuje zadanie. Czy tym powinien zajmować się minister? Jeżeli taki jest poziom wiedzy i kompetencji osób, które dziś mają dbać o nasze bezpieczeństwo, to powiem, że fajnie jest się zabawić w dowódcę drużyny, pewnie jakiś wspomnienie z harcerstwa wśród polityków ma tu znaczenie, ale ktoś tym panom powinien powiedzieć, że minister zajmuje się zupełnie czymś innym. Z ubolewaniem muszę też powiedzieć, że podobną niekompetencję dostrzegam w zachowaniu żołnierzy zawodowych, którzy dziś mniej zabiegają o kwestie podnoszenia swojej wiedzy, a nade wszystko chcą przypodobać się politykom. Jestem aktywnym dyskutantem w mediach społecznościowych i widzę wpisy jednego z dowódców szczebla taktycznego, który każdy komunikat, który jest zamieszczony przez premiera czy ministra, nawet niezwiązany z kwestią wojska, lajkuje. Zatem albo ten oficer zajmuje się tylko obserwowaniem mediów, także w godzinach służbowych – na co wskazują godziny jego aktywności – albo ta forma aktywności jest dla niego ścieżką do robienia kariery zawodowej, co jest niepokojące.

Wróćmy do rocznicy naszego członkostwa w NATO. Pawie każdy, gdy mówi Sojusz Północnoatlantycki, to myśli przede wszystkim Ameryka, ale czy obecny rząd nie zatracił się w tej miłości do USA? Przypomnę konferencję bliskowschodnią czy „Fort Trump”. Czy to nie osłabia jednak naszego strategicznego bezpieczeństwa?
Relacje międzynarodowe mają kilka płaszczyzn. Jesteśmy członkiem NATO i UE, ale nie wyklucza to naszych bilateralnych relacji z państwami czy zawiązywania koalicji. Przypomnę, że nasz pobyt w Iraku był pobytem koalicyjnym w ramach „Iraqi Freedom”.
Jeżeli my ponad miarę deklarujemy naszą sympatię i atencję do jednego z członków NATO, czyli USA, i niejednokrotnie składamy deklaracje, które nie są uzgodnione w ramach sojuszu, to jest tu coś nie w porządku.
NATO opiera się na kolektywnym podejmowaniu decyzji. Rekomendowałbym premierowi, prezydentowi i ministrowi obrony narodowej, aby zapoznali się z procesem decyzyjnym, jaki obowiązuje w Sojuszu. Deklaracje naszych polityków, które są skierowane w zasadzie tylko do naszych kolegów z USA, przy jednoczesnym deprecjonowaniu naszych partnerów europejskich, przypomnę tylko uwagi szefostwa MON o Francuzach, są to niepokojące praktyki. Tym bardziej, że dzisiejsza administracja prezydenta Trumpa mocno odbiega od poprzednich. Przypomnę innego prezydenta, który także wywodził się z konserwatystów, Ronalda Reagana, i jego wpływ na odzyskanie niepodległości przez Polskę i rolę jaką odegrał w zimnej wojnie. Musimy zdać sobie sprawę, że Stany Zjednoczone są graczem globalnym i dla nich Polska nie jest centralnym graczem, jeśli chodzi o politykę zagraniczną. Natomiast jeżeli ktoś daje się zwieść okrągłym słowom, które w dyplomacji są stosowane, a niewiele znaczą, to nie świadczy to dobrze ani o politykach, ani o naszym bezpieczeństwie. Jeżeli zastanowimy się nad konsekwencjami określenia „Fort Trump”, to po pierwsze zaskoczyliśmy naszych partnerów z NATO, po drugie ta determinacja polskich polityków, którzy zadeklarowali nawet 2 miliardy dolarów na przygotowanie infrastruktury, tak naprawdę postawiła nas w sprzeczności z koncepcjami dotyczącymi aktywności wojsk amerykańskich w Europie, które ja poznałem do 2016 roku. Nie sądzę, żeby przez te trzy lata coś się diametralnie zmieniło. Znam narrację amerykańskich wojskowych dotyczącą rozmieszczenia wojsk w Europie, a tu się okazuje, że nasi politycy sami kreują wojskową rzeczywistość.
Przypomnę, że prezydent Duda, który pierwszy użył określenia „Fort Trump” podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych, sam wycofał się z tego i traktuje tę nazwę jako umowną. To pokazuje, jak dużą niewiedzę mają nasi politycy w kwestiach strategicznych rozwiązań NATO.

Pachnie tragedią…
Powiem szczerze, że niepokoi mnie takie zobojętnienie na ten stan rzeczy. Pytała pani, czy nasz rząd nie zatracił się w uwielbieniu dla USA. Moim zdaniem tak, ale niewiele jest osób, które merytorycznie zajmują się kwestiami bezpieczeństwa czy sił zbrojnych, które ten temat by podejmowały. Tych zdarzeń jest już tak wiele – łamania procedur, przepisów, dokonywania zakupów z pominięciem prawa zamówień publicznych – że chyba trochę żeśmy zobojętnieli, co jest bardzo niepokojące. Nie ma racjonalnych i trzeźwych ocen, hasłami i defiladami chce się wypełnić tę wyrwę, która moim zdaniem od 4 lat jest dokonywana w naszym systemie bezpieczeństwa.