Plan Rapackiego

„W interesie bezpieczeństwa Polski i odprężenia w Europie, po uzgodnieniu swej inicjatywy z innymi członkami Układu Warszawskiego, Rząd Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej oświadcza, że w razie wyrażenia zgody przez oba państwa niemieckie na wprowadzenie w życie zakazu produkcji i magazynowania broni jądrowej na ich terytorium, Polska Rzeczpospolita Ludowa gotowa jest wprowadzić również taki sam zakaz na swoim terytorium”.
Adam Rapacki

Powyższa myśl w świecie dyplomacji i polityki jest znana jako „Plan Rapackiego w sprawie utworzenia strefy bezatomowej w Europie”. Redaktor Andrzej Ziemski przypomniał ją tekstem – „Broń jądrowa w Polsce?” (DT, 25-26 maja 2020), pisząc, „że koncepcja strefy bezatomowej była oryginalną polską inicjatywą, w której przygotowaniu Adam Rapacki, socjalista, co trzeba przypomnieć, odgrywał wiodącą rolę”. Autor pisze, że 2 października 1957 r. została ogłoszona przez ministra Adama Rapackiego podczas XII Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ”. Jej celem było „zbudowanie na terenie Europy Środkowej (Polska, Czechosłowacja, RFN, NRD) strefy wolnej od broni jądrowej”. Zaś „gwarantami jej realizacji miały być: Francja, W. Brytania, USA i ZSRR”.

Wyrażenie Autorowi słów podziękowania i uznania, byłoby w tym momencie tylko formą grzeczności. Należy wskazać na swoisty alarm, zawarty w tytułowym pytaniu- „Broń jądrowa w Polsce?” Zapewne sędziwi Polacy pamiętają – z różnych źródeł- że wzbranialiśmy się przed rozmieszczeniem tej broni na polskiej ziemi. Ówczesne władze Polski czyniły w tym względzie wiele starań i zabiegów. Sięgnijmy więc do historii Polski i Europy lat 40-50.

Ówczesna sytuacja w Europie

Po Październiku 1956 r. w Polsce nastąpiły poważne zmiany polityczne. Za sprawą ekipy Władysława Gomułki poszły w kierunku zwiększenia niezależności i samodzielności polityki zagranicznej. Polska, wychodząc ze słusznego założenia, iż kraje małe i średnie także mają swoje specyficzne możliwości rozwijania stosunków z innymi narodami – rozpoczęła „otwarcie się na Zachód” (USA, Francja, Anglia, kraje skandynawskie oraz NRF). Przy tym nie zapominajmy, iż połowa lat 50. była okresem politycznie i militarnie gorącym. 5 maja 1955 r. Bundeswehra została oficjalnym członkiem NATO. Odpowiedzią było powołanie Układu Warszawskiego (UW, 14 maja, 9 dni później. Tekst Andrzeja Ziemskiego sugeruje, by o UW napisać oddzielnie). Postępował rozwój broni masowej zagłady, w szczególności broni jądrowej, będąc jaskrawym świadectwem pogłębiającego się klimatu zimnowojennego. Od 1954 r. USA zaczęły składować broń jądrową na terenie NRF i Wielkiej Brytanii (tu silosy z rakietami montowano wspólnie z angielskimi). Przygotowania takie trwały w Belgii, Holandii, Grecji i Turcji. Udanej próby jądrowej dokonała też Francja (1954). 27 grudnia 1955 r. weszło w życie porozumienie między NRF a USA o wzajemnej pomocy obronnej- co w praktyce oznaczało dalsze dozbrajanie Niemiec. 1 kwietnia 1957 r. Kanclerz NRF- Konrad Adenauer oficjalnie wypowiedział się za wyposażeniem Bundeswehry w broń jądrową, powtarzając przy tym znane już roszczenia terytorialne i zastrzeżenia graniczne wobec Polski. Sędziwi Polacy zapewne pamiętają z podręczników historii zdjęcie Konrada Adenauera w płaszczu krzyżackim – proszę młodzież, zapytajcie Rodziców! Wobec powyższego należy postawić pytanie- Polacy mieli się czego obawiać czy nie? Przecież było to zaledwie 10-15 lat po wojnie! Jeszcze rodziny szukały swoich bliskich, wiele spalonych miast i wsi podnosiło się z gruzów i popiołów. A czy dziś, w 2020 r. tekst Pana Andrzeja Ziemskiego-budzi obawy?

Założenia „strefy”

W zasygnalizowanych okolicznościach polityczno-militarnych, funkcję Ministra Spraw Zagranicznych objął Adam Rapacki, zwolennik Władysława Gomułki. Krótko po objęciu stanowiska powołał grupę studyjną do spraw bezpieczeństwa europejskiego. Jej celem było-wspomina jedyny żyjący członek, prof. Marian Dobrosielski – „jak najściślej powiązać pracę służby zagranicznej z wewnętrznymi potrzebami rozwoju kraju, umacniać jego suwerenność, zdobywać zaufanie i autorytet na arenie międzynarodowej”. W tej grupie, kierowanej osobiście przez Ministra, powstały podstawowe założenia strefy bezatomowej w Europie. Miała obejmować terytorium czterech państw: Czechosłowacja, NRD, NRF i Polska o łącznej powierzchni 796 tys. km2, w tym po stronie NATO – 249 tys. km2, po stronie UW -547 tys. km2 oraz ogółem ok. 115 mln. mieszkańców.

Podczas obrad tej Sesji ONZ wystąpił Vaclav David, Minister Spraw Zagranicznych Czechosłowacji, który popierając polską inicjatywę deklarował przystąpienie swojego kraju. Państwa UW poparły „Plan”.
Na skutek wieloaspektowych dyskusji po ogłoszeniu „Planu”, także pod wpływem „zachodnich zarzutów”, był on dwukrotnie modyfikowany. W rok po ogłoszeniu, Autor zaproponował jego dwuetapową realizację. Pierwszy etap – „zamrożenie” zbrojeń jądrowych; drugi – rokowania w sprawie zmniejszenia zbrojeń konwencjonalnych. Drugą, ostateczną wersję Polska przedstawiła 28 marca 1962 r. na forum Komitetu Rozbrojeniowego 18 państw w Genewie.

Istota „Memorandum”

Opracowane „Memorandum Rządu PRL w sprawie utworzenia strefy bezatomowej w Europie Środkowej”, 14 lutego 1958 r. zostało wręczone przedstawicielom dyplomatycznym zainteresowanych państw. Zawierało uzasadnienie inicjatywy rozbrojeniowej oraz zasady wprowadzenia jej w życie.

Cztery państwa Francja, USA, W. Brytania i ZSRR miały się zobowiązać, że nie będą:

po pierwsze: utrzymywać, sprowadzać, zezwalać na rozmieszczenie żadnego rodzaju broni jądrowej, ani urządzeń i sprzętu do jej obsługi (to wykluczało wspomniane żądanie NRF dostępu do tej broni);

po drugie: utrzymywać broni jądrowej w uzbrojeniu swoich wojsk w obszarze państw strefy, ani jej przekazywania tym państwom (to był „drugi zakaz” dostępu NRF do tej broni).

po trzecie: stosować broni jądrowej na obszarze państw strefy;
po czwarte: także inne państwa na obszarze strefy nie miałyby posiadać broni jądrowej (chodziło o Kanadę, miała swój kontyngent w NRF).

Państwa UW pozytywnie odpowiedziały na „Memorandum”. Widziały w nim szansę na ograniczenie niebezpiecznie rozwijającego się wyścigu zbrojeń. Zaś państwa tworzące strefę i przyjmujące te zobowiązania, miałyby zawrzeć odpowiedni układ międzynarodowy.

Sprawa kontroli

Nasza propozycja przewidywała utworzenie na obszarze strefy systemu szerokiej i skutecznej kontroli, z odpowiednim aparatem kontrolnym. Pomyślcie Państwo- przecież ten „aparat” tworzyłyby cztery mocarstwa i państwa objęte strefą. Byłby też formą „sprawdzenia” rzetelności Wielkiego Brata, że u nas nie zainstalował tej broni. Nam w tym zamyśle szło przecież o własne bezpieczeństwo Polski, jako obiektu ataku jądrowego z Zachodu.

„Odpowiedź” Zachodu

Planowi Rapackiego zdecydowanie przeciwstawiły się NRF, USA i Wielka Brytania, nie podejmując nawet merytorycznej dyskusji. Uważały, że strefa bezatomowa naruszałaby równowagę sił na niekorzyść NATO. Zachód argumentował to ilościową przewagą sił konwencjonalnych państw Układu Warszawskiego. Ponadto, ewentualna akceptacja strefy podważałaby istotę amerykańskiej doktryny odstraszania, w której broń jądrowa odgrywała zasadniczą rolę oraz przekreślałaby zaawansowane już próby tworzenia tzw. wielostronnych sił nuklearnych w Europie. Tu trzeba Zachodowi przyznać rację – chodziło o niedopuszczenie do wyposażenia Bundeswehry w broń jądrową, przekreślenia, a przynajmniej zablokowania utworzenia w Europie tzw. wielostronnych sił nuklearnych. Sekretarz generalny NATO Henry Spaak określił Plan jako „pełen hipokryzji”, którego „przyjęcie byłoby szaleństwem”, gdyż pozbawiałoby Zachód obrony.

Przeczytajcie Państwo raz jeszcze powyższy fragment i pomyślcie. Kogo USA chciało swoją „doktryną odstraszać”, czy Polskę? Czyżby byli tak naiwni i wierzyli w jakiekolwiek zagrożenie z naszej strony. Fakt, ZSRR, po zakończeniu II wojny światowej posiadał swoje siły konwencjonalne w Europie: Austrii (do 1957 r.), NRD i w Polsce. Czy zakładał operację wojenną? Wielu gotowych jest krzyknąć, oczywiście! Wbiła nam to propaganda zachodnia – nie wierzycie, proszę- dowód. Profesor Henry Kissinger w książce „Dyplomacja”, w Polsce wydana się w 1996 r., pisze-„Stalin nie mógł jednocześnie odbudowywać ZSRR i ryzykować konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Tak szeroko rozgłaszana radziecka inwazja na Europę Zachodnią była fantazją”. Zapytam- kto ją rozgłaszał? Czy autor „Dyplomacji” nie ma nic sobie do zarzucenia? Rozbrajająca szczerość, za nią nie tylko Polska zapłaciła, i nie tylko politycznie. Zachęcam Państwa, głównie polityków i publicystów do sięgnięcia po tę książkę, a wielu „otworzą się oczy”. Jak to Zachód nas traktował, jaką „cenną wartością” byliśmy w strategicznych planach użycia wojsk lądowych, lotnictwa i oczywiście broni jądrowej.

Postanowienia Poczdamu

Profesor Eugeniusz Duraczyński, w książce „Stalinizm…”wydanej przez AH Pułtusk w 2012 r., a opartej na radzieckich archiwach, pisze o projekcie neutralizacji Niemiec, jaki zgłosił Stalin, wstępnie już w 1945 r., ponowił w 1946. Co proponował? Realizację przyjętej na Konferencji Wielkiej Trójki w Poczdamie wobec Niemiec koncepcji „czterech D”- demilitaryzacji, dekartelizacji, denazyfikacji i demokratyzacji. Konkretnie- poszło o pierwsze dwa D. Stalin, ze względu na straty przemysłu i rolnictwa ZSRR, chciał zniszczyć zdolność Niemiec do kolejnej wojny. Stawiał na powrót Niemiec do państwa rolniczego bez przemysłu ciężkiego. Stąd gospodarka miała zostać zredukowana do 50% zdolności z 1938, tak by zdemilitaryzowane Niemcy nie mogły powrócić do planów wojny w przyszłości. Francja tę myśl poparła, początkowo także Anglia. Jak Państwo myślicie – czy był w błędzie? Logika podpowiada, że właśnie miał rację! A praktyka?

Obserwując bieg zdarzeń na Zachodzie, Stalin zaprosił sekretarza stanu USA George’a Marshalla. Do spotkania doszło w Moskwie (kwiecień 1947 r.), kilka dni po ogłoszeniu tzw. Doktryny Trumana. Wspomniany Henry Kissinger w książce „Dyplomacja”, tak o tym pisze- cytuję:- „Stalin oświadczył Marshallowi, że we wszystkich głównych sprawach możliwy jest kompromis” oraz że „trzeba mieć dość cierpliwości i nie popadać w pesymizm”. Trudno uniknąć pytania- gdzie, kiedy i jak Zachód okazywał chęć kompromisu czy cierpliwości, pozostawiam bez komentarza.

„Zagrożony” Zachód

Szybko to zarzucono, gdyż USA miały już inną koncepcję „urządzenia świata”, także Europy. Uznały, iż światu zagraża „komunizm” – kto z Państwa nie słyszał, że ZSRR miał go „na bagnetach” zanieść na Zachód? Ówczesna propaganda tę kwestię szeroko nagłaśniała- patrz wyżej, dając za przykład Francję i Włochy, gdzie partie komunistyczne miały silne poparcie społeczne, zwyciężając w wyborach parlamentarnych. Czy ZSRR ryzykowałby nową, po dopiero zakończonej wojnie? „Czarna propaganda” w tej kwestii nie pozostawiała wątpliwości -był „agresorem”, tylko wyczekiwał właściwego momentu! Ale ta „tajemnica” dla uczonych i publiczności została „odkryta” wiele lat później, np. przez Henry Kissingera.

Zastanówmy się,

Odrzucenie tej koncepcji miało daleko idące następstwa. Jak potoczyłaby się historia Europy, gdyby Zachód nie utworzył NRF (1949). Tu takie pytania i ciekawostki:

– czy powstałaby NRD, „polityczna odpowiedź” ZSRR, a czy tylko neutralne Niemcy?

– czy byłoby potrzebne NATO, powstałe na skutek szaleńczej polityki USA w 1949 r.(wtedy miały już 235 bomb jądrowych)?;

– czy 6 lat później Układ Warszawski (wtedy ZSRR miał 200 bomb jądrowych), na skutek włączenia NRF do NATO, które wtedy miało już 3067 ładunków jądrowych?

Strefy bezatomowe na świecie

Idea strefy bezatomowej w Europie Środkowej nie została zrealizowana. Stała się jednak ideą uniwersalną. Szybko zyskała sobie obywatelstwo na świecie, u wielu rządów, pozarządowych organizacji, występujących w obronie pokoju i rozbrojenia.

Już 2 lata po ogłoszeniu Planu Rapackiego w 1959 r. został podpisany układ czyniący z Antarktyki strefę bezatomową. 10 lat od ogłoszenia „Planu”, 18 państw Ameryki Łacińskiej podpisało w Meksyku układ (Tlatelolco), ogłaszający ich terytoria strefą bezatomową.

W 1961 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ zaleciło – na wniosek Szwecji – tworzenie stref bezatomowych wszędzie, gdzie tylko możliwe. Na wniosek Brazylii i Meksyku zalecono denuklearyzację Ameryki Środkowej. 2 lata później, Finlandia złożyła wniosek o ogłoszenie całej Skandynawii strefą bezatomową.

Do 2000 r. władze ok. 4 tys. miast na świecie, ogłosiły strefami bezatomowymi. Najwięcej w Japonii, Holandii, Belgii, Irlandii, Norwegii, Australii, Portugalii, Hiszpanii, także w USA i NRF. W sumie 117 państw z ok. 2 miliardami ludności świata, ogłosiło o utworzeniu na swoich terytoriach stref bezatomowych. Warto przypomnieć, iż w 1996 r. pojawiła się myśl utworzenia strefy bezatomowej od Bałtyku do Morza Czarnego, obejmująca m.in. Białoruś, Ukrainę i Polskę. Jednakże z powodów politycznych nie doszła do skutku. Powodzeniem zakończył się zamysł utworzenia środkowo – azjatyckiej strefy bezatomowej. 8 września 2006 r. w Semipałatyńsku podpisano Układ o Strefie Wolnej od Broni Jądrowej w Azji Centralnej – obejmujący Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan i Uzbekistan ( nasze media wyrozumiale o tym nie informowały).

„Przecieki” z pola walki

Przez kilkanaście lat udawało się zachować w tajemnicy przed opinią publiczną użycie przez USA i Wielką Brytanię broni uranowej (DU, zubożony uran, produkcja lat 70.) podczas konfliktu w Zatoce Perskiej (1991) i b. Jugosławii (1999). Włoskie Ministerstwo Obrony podało, że spośród przebywających kilka miesięcy w Bośni w 2000 r.- zachorowało 1400 żołnierzy (inne źródła- 2538); zmarło – 37 (inne-160).

Badania medyczne – prof. Siegwarta Horsta Guntera wykazały:
– choroby dzieci: zwyrodnienia genetyczne, białaczka;
– dorosłych: złośliwe nowotwory, załamanie systemu immunologicznego; zaburzenia funkcji nerek, wątroby; poronienia.

Natomiast mjr dr Dougie Rokke (USA), min. stwierdza-„ Powietrze, woda i ziemia zostają przez użycie tej broni skażone. W każdym terenie, na którym używa się broni DU woda i żywność są na wieki skażone. Oddziaływanie na zdrowie rozpoczyna się 24-48 godz. po wybuchu broni DU. Pojawiają się problemy z oddychaniem, z nerkami, ze wzrokiem, problemy neurologiczne i inne. Wojen należy zaprzestać w związku z bronią, której używamy i zniszczeniami, które powodujemy przez skażenie powietrza, wody, ziemi i żywności. Nie jesteśmy w stanie zlikwidować skażenia środowiska naturalnego. Nie jesteśmy w stanie zagwarantować opieki lekarskiej. Broń DU jest zbrodnią przeciw Bogu i ludzkości”.

„Przegląd” nr 12 z 28.03.2010 poinformował, że Armia USA przyznała się do wystrzelenia w 1991 r. (I wojna w Zatoce Perskiej) ok. 300 ton amunicji uranowej. Podczas inwazji na Irak w 2003 r. wystrzelono ponad 1000 ton amunicji DU. Na skutek kontaktu z DU zmarło 109 żołnierzy włoskich.
Wezwanie Polaków do czujności”

Znany w Polsce brytyjski historyk i politolog Norman Davies (np. „Boże igrzysko”), w jednej z publikacji min. przestrzegał- „Musimy zdać sobie sprawę, że żyjemy w świecie, w którym konsekwencje naszego zachowania są o wiele większe niż kiedyś. Jesteśmy zaś tymi samymi małymi grzesznikami jak zawsze. Jednak w cywilizacji broni nuklearnej każda mała głupota może prowadzić dosłownie do końca świata. Nasza odpowiedzialność dzisiaj jest o wiele większa, gdyż skutki są większe”. Proszę, apeluję do Państwa-przeczytajcie „przecieki” i zastanówcie się, nie bądźcie obojętni. Nawet dla sędziwych Polaków musi być ważna myśl, wyobrażenie-czy i jak będą żyły nasze dzieci i wnuki. Czy na naszych mogiłach leżał będzie zwyczajny kurz, czy radioaktywny pył, choć nie będziemy tego odczuwać!

Dziennik Trybuna poinformował, że 3 września 2017 r. w debacie „kanclerskiej” Martin Schulz. zgłosił propozycję – jeśli zostanie kanclerzem, podejmie kroki by terytorium Niemiec ogłosić strefą bezatomową. Oznaczałoby to usunięcie jądrowych instalacji USA. Czy ta dyskusja i sugerowane kroki zasługują na nasze wsparcie? Po co w Polsce broń jądrowa?

Publikacja Pana Andrzeja Ziemskiego, stanowi nie tylko nawiązanie do przeszłości, wystąpienia szefa polskiego MSZ na sesji ONZ. Jest, pisze Autor – ostrzeżeniem, wezwaniem Polaków do czujności. Słusznie pisze, że powinna być pierwszoplanową w prezydenckiej kampanii. Przecież dziś nie trzeba wyjaśniać na czym polega działanie broni jądrowej, w tym promieniowania świetlnego, radioaktywnego skażenia terenu.

Wyraźnie i jednoznacznie należy podkreślić, że tekst „Broń Jądrowa w Polsce?” i jego Autor nie są przeciw „komuś”, a konkretnie: USA czy NATO. Nie ma też żadnego podtekstu pod adresem Rosji, a tym bardziej władz Polski! Jest w tej sytuacji pilne wymaganie nowej „etyki pracy”- politycznej, dyplomatycznej, organizacyjnej. Wymaganie nowoczesnej „etyki myślenia”, wyobraźni i odpowiedzialności-Polaków i Europejczyków w pierwszej kolejności. Kto w tej sytuacji chce nadal negować moją sugestię z tekstu „Powojenne szanse”, że praktyk (ekonomista, finansista) -PREZYDENT, jest nam bardzo potrzebny?

Gabriel Zmarzliński

Krótka informacja:
Zasługi Adama Rapackiego dla pokojowego współistnienia państw o odmiennych systemach politycznych, na rzecz rozbrojenia i pokoju wysoko ocenili naukowcy z Warszawy i Krakowa, wnioskując do norweskiego parlamentu w 1966 r. przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla. Dwa lata później wniosek ponowiła Polska Akademia Nauk. Spotkał się z poparciem dyplomatów – niestety, bez pozytywnego efektu. Mimo to, osiągnięcia Adama Rapackiego w dziedzinie dyplomacji i polityki zagranicznej, zasługują na wdzięczną pamięć Polaków.

Broń jądrowa w Polsce?

W oświadczeniu Porozumienia Socjalistów z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem, znalazła się taka konkluzja dotycząca przyszłości: „Tragiczne dla narodu i państwa skutki II wojny światowej powinny owocować w polskiej myśli politycznej refleksją, że już nigdy więcej, za żadną cenę, nie powinniśmy dopuścić do sytuacji, w której ziemie polskie mogą stać się polem bitwy i konfrontacji europejskiej, czy globalnej”.

Stanowisko to, opublikowane m.in. na łamach „Dziennika Trybuna”, kończyło następujące zdanie: „Pokój i współpraca między narodami musi być podstawą rozwoju i wskazaniem na przyszłość”.

Przez okres co najmniej ostatnich 50 lat pamięć o wojnie i jej skutkach była żywa w społeczeństwie. Również szereg inicjatyw międzynarodowych wysuwanych przez kolejne rządy w Polsce Ludowej świadczyły o lekcji historii, którą odrobiliśmy po II wojnie światowej. Wbrew wątpliwościom polskich konserwatystów nicujących naszą historię XX wieku, III RP jest następcą prawnym Polski Ludowej i mimo przesunięcia Polski, jako państwa o kilkaset kilometrów na zachód w wyniku postanowień w Jałcie i Poczdamie, niewiele się zmieniło w naszym regionie. Nasze interesy, choć bliżej Zachodu, pozostały pomiędzy Wschodem i Zachodem, a nawet między USA i Rosją. Polska została umiejscowiona na pierwszej linii frontu pomiędzy nimi. To bardzo groźne.

Nasze bezpieczeństwo w burzliwym świecie,

jeśli sami o to nie zadbamy, nie interesuje specjalnie nikogo. Sojusze międzynarodowe, jak pokazała choćby nowożytna lekcja z 1939 roku są płynne i nie zawsze dotrzymywane. Nie bez powodu aktualna koalicja prawicowa zabiega od dawna o potwierdzenie przez NATO art. 5 Traktatu. Na razie są tylko miłe i puste zapewnienia i oczekiwanie od Polski większego budżetu obronnego w większości przeznaczonego na zakupy w amerykańskich koncernach zbrojeniowych. Informacje o pierwszych transzach zadatku przekazanego do USA na zakup F-35 są tego potwierdzeniem. Przestało się mówić też od pewnego czasu o rozwoju rodzimego przemysłu obronnego.

W ostatnich dniach mieliśmy na arenie międzynarodowej i w Polsce ciąg zdarzeń, które każą zastanawiać się nad budową strategii bezpieczeństwa Polski na najbliższe lata w ramach istniejących, realnych zobowiązań wynikających z uczestnictwa w NATO, jak również zobowiązań dwustronnych np. Polska-USA. Wiadomo, że NATO w aktualnej strukturze, celach i działaniach wynikających z doktryny doszło do granic swoich możliwości. Mówią o tym głośno Francuzi i Niemcy w Europie, ale i oni nie są jedyni. Europa boi się agresywnych akcentów w retoryce NATO i USA. Wynika to z wielowiekowego doświadczenia, kiedy była polem bitwy, a narody zapłaciły ogromną daninę krwi i zniszczeń materialnych.

W ostatnich tygodniach J.E. pani Georgette Mosbacher, ambasador USA w Polsce, kilkakrotnie zabierała głos na Twitterze, m.in. prowadząc polemiki z J.E. panem Liu Guangyuan’em, ambasadorem ChRL. Powinno cieszyć, że dziś Polska nie jest i nigdy nie będzie polem bitwy między mocarstwami, a jedynie polem dialogu. W ub. tygodniu pojawił się następujący tweet pani ambasador: „Jeśli Niemcy chcą zmniejszyć potencjał nuklearny i osłabić NATO, to być może Polska – która rzetelnie wywiązuje się ze swoich zobowiązań, rozumie ryzyka i leży na wschodniej flance NATO – mogłaby przyjąć ten potencjał i u siebie”. Wszyscy zwrócili na to uwagę, pojawiło się wiele komentarzy w prasie polskiej i europejskiej. Odezwali się oficjalnie Niemcy, także Rosjanie.

Komentarza MSZ i MON – brak.

Budzi to zdziwienie, wszak sprawa dotyczy spraw zasadniczych dla bezpieczeństwa Polski.

Pierwsza dyskusja na ten temat rozpoczęła się w tym roku, po ogłoszeniu w kwietniu przez szefową niemieckiego resortu obrony Annegret Kramp-Karrenbauer (CDU), zamiaru zakupu nowych samolotów zdolnych do przenoszenia amerykańskiej broni jądrowej, które mają zastąpić samoloty Tornado użytkowane w ramach Bundeswehry. Według pani minister niemieckie siły zbrojne mają otrzymać nowe myśliwce Eurofighter oraz EA-18G Growler i F/A-18E/F Super Hornet.

W maju br. prowadzona była w Niemczech dyskusja nad udziałem tego kraju w natowskim programie nuclear sharing – udostępniania broni jądrowej w ramach Sojuszu. Przewodniczący frakcji SPD w Bundestagu Rolf Mützenich opowiedział się za wycofaniem amerykańskiej broni jądrowej z Niemiec i za rezygnacją RFN z udziału w tym programie. Nie zakwestionował on idei odstraszania nuklearnego NATO, opowiedział się też za pozostaniem Niemiec z Grupie Planowania Nuklearnego Sojuszu. Stanowisko szefa frakcji poparli przywódcy SPD, przeciwni byli socjaldemokratyczni politycy odpowiedzialni w rządzie i Bundestagu za politykę zagraniczną, m.in. minister spraw zagranicznych Niemiec Heiko Maas. Rzecznik rządu federalnego potwierdził pozostanie Niemiec z programie nuclear sharing. Udział w nim został zapisany także w porozumieniu koalicyjnym z 2018 roku.

Trzeba przypomnieć, że w roku ubiegłym, również w polskiej prasie, w ślad za publikacjami amerykańskimi, były prezentowane spekulacje o przenoszeniu amerykańskich ładunków jądrowych z Turcji do Europy,
m.in. do Polski. Miało to być efektem retorsji NATO wobec Turcji za zakup rosyjskich systemów S-400. Nie są to więc pierwsze sygnały w tej sprawie. Można to zrozumieć, bowiem magazynowanie ładunków jądrowych niesie za sobą wielką odpowiedzialność i zagrożenie oraz określone konsekwencje, zarówno dla ich posiadacza, jak też kraju, w którym się znajdują, lub mają się znaleźć. Do problemu odniósł się także ambasador USA w Niemczech, który skrytykował w niemieckiej prasie stanowisko SPD. Jego zdaniem Niemcy powinni się zdecydować, czy chcą kontynuować sojusz nuklearny z USA.

Temat ten żywy jest też w USA. Steven Pifer, były dyplomata USA m.in. w Polsce i były dyrektor ds. Rosji i Ukrainy w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA, uważa że przerzucenie sił nuklearnych USA z Niemiec do Polski jest za drogie, niebezpieczne i zbyt prowokacyjne wobec Rosji. Uważa on, że paradoksalnie cała dyskusja amerykańskich dyplomatów daje dodatkowy argument zwolennikom wyprowadzenia broni nuklearnej z Niemiec. Teraz mogą po prostu powiedzieć, że można tę broń zabrać do Polski – pisze.

Rosyjski minister spraw zagranicznych, Siergiej Ławrow, który wypowiedział się na ten temat, stwierdził że przesunięcie amerykańskiej broni atomowej z Niemiec do Polski stanowiłoby bezpośrednie naruszenie porozumień Rosja-NATO. Temat rozwinęła również rzeczniczka rosyjskiego MSZ, Maria Zacharowa, która oświadczyła, że takie działanie przyczyniłoby się do pogorszenia już napiętych stosunków między Rosją a NATO. Dodała, że Stany Zjednoczone mogłyby wnieść rzeczywisty wkład we wzmocnienie bezpieczeństwa europejskiego, przenosząc amerykańskie głowice jądrowe na terytorium Stanów Zjednoczonych. Rosja zrobiła to już dawno temu, przenosząc całą swoją broń jądrową z Europy Środkowej i Wschodniej w latach 90. na swoje terytorium.

Jak można domniemywać, cała ta publiczna dyskusja ujawniona w ostatnich tygodniach ma na celu zachęcenie Niemców do pozostania w programie i zakupu odpowiednich samolotów ofensywnych w USA.

Polska w tej grze nie liczy się,

choć występuje jako ewentualne rozwiązanie alternatywne. Dobrze się stało, że sprawa została ujawniona, bowiem powinno to skłaniać wszystkie siły polityczne w Polsce, szczególnie może właśnie w trakcie kampanii prezydenckiej, do postawienia tematu bezpieczeństwa państwa na tle planów naszych sojuszników, jak mają się one do naszego interesu narodowego. Zdefiniowanie raz jeszcze naszego interesu narodowego byłoby niezwykle potrzebne szczególnie dziś, w aktualnej sytuacji rysującej się nowej globalizacji,

Warto zawsze przypominać, że Polska w okresie powojennym była inicjatorem kilku projektów pokojowych, które budowały nam uznanie i szacunek na arenie międzynarodowej.

2 października 1957 roku została ogłoszona przez ministra Adama Rapackiego podczas XII Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ koncepcja zbudowania na terenie Europy Środkowej (Polska, Czechosłowacja, RFN, NRD) strefy wolnej od broni jądrowej. Gwarantami jej realizacji miały być: Francja, W. Brytania, USA i ZSRR. Koncepcja ta, nazwana Planem Rapackiego, przeszła do historii dyplomacji i zapoczątkowała szereg wydarzeń o charakterze globalnym, które wpłynęły na usunięcie w dalszej perspektywie barier „zimnej wojny” między Wschodem i Zachodem. Efektem stało się podpisanie porozumienia KBWE w Helsinkach, porozumień SALT I i SALT II oraz rozwój pokojowej współpracy pomiędzy dwoma wielkimi mocarstwami ZSRR i USA.

Trzeba podkreślić, że

koncepcja strefy bezatomowej była oryginalną polską inicjatywą,
w której przygotowaniu Adam Rapacki, socjalista, co trzeba przypomnieć, odgrywał wiodącą rolę. Ówczesne kierownictwo państwa, mając na względzie zagrożenie narodu, jakie wynikało ze zgromadzenia na obszarze Europy Środkowej ogromnej ilości ładunków jądrowych, stanęło na rozważnym stanowisku, że inicjatywa ta może służyć stabilizacji sytuacji w naszym regionie.

Pojawia się pytanie, czy w sytuacji, jaka ukształtowała się aktualnie w świecie, powtórzenie tej inicjatywy, zmodyfikowanej do realiów XXI wieku ma sens i ma szansę na realizację? Wydaje się, że Polska, jako jeden z najbardziej poszkodowanych krajów i narodów podczas II wojny światowej ma moralne prawo i obowiązek, aby nad taką inicjatywą poważnie się zastanowić. Przerażające dla przyszłości naszego narodu i państwa jest budowanie od wielu już lat cywilizacji wojny, a nie cywilizacji pokoju.
Oczekiwałbym, że polska lewica otrząśnie się po nieudanych eksperymentach w Iraku i w Afganistanie oraz zdoła znaleźć drogę do zbudowania dobrej i pokojowej przyszłości. Stawka dla Polski w tej grze jest maksymalna, podobnie jak zagrożenie dla jej bezpieczeństwa i przyszłości. Oczekiwałbym od lewicowego kandydata na prezydenta jasnej deklaracji w tej sprawie.

Gdzie są wojska chemiczne?

Jednym z częstych widoków, jakie oglądamy na ekranach telewizorów, jest dezynfekcja i dezaktywacja skażeń wirusem przez wojska chemiczne wyposażone w specjalistyczny sprzęt, kombinezony ochronne i preparaty antywirusowe i antybakteryjne. To za granicą. A gdzie są specjalistyczne jednostki Wojsk Chemicznych Wojska Polskiego?

Codziennie śledzimy dramatyczną walkę z pandemią koronawirusa, która jest prowadzona na wszystkich kontynentach i większości państw. Wuhan w Chinach, Bergamo we Włoszech, Belgrad w Serbii czy ostatnio silnie dotknieta epidemią Moskwa. Wojska chemiczne dezynfekują szpitale, domy starców i drogi. Tymczasem w Polsce też się wojsko wykazuje, tyle ze inaczej. Wojsko pomocnicze, stworzone przez niesławnej pamięci ministra obrony Pana Antoniego, tzw. Obrona Terytorialna rozwozi posiłki osobom na kwarantannie a żandarmeria wojskowa przeganiała walecznie, wraz z policją, Polki i Polaków z parków i lasów. Dostarczać paczki z jedzeniem mogą wolontariusze i straż miejska, a polowanie na wyprowadzających psy, czy na rowerzystów w parkach to zajęcie Wojsku Polskiemu przynoszące mało chwały.

Warto pamiętać, że jako podatnicy finansujący z budżetu wydatki na armię, mamy prawo oczekiwać od niej wsparcia w walce z pandemią śmiertelnego wirusa. To ze środków budżetu państwa finansowani są wysokiej klasy specjaliści i kupowany sprzęt. Owszem, wojska mają zasadniczo służyć w czasie wojny, ale zgodnie z konkretnymi dokumentami prawnymi, również mają wykonywać zadania w czasie pokoju.

Polska dysponuje względnie licznymi jednostkami wojsk chemicznych, a pośród zadań jakie mają one wykonywać w czasie pokoju, należy zwalczanie zagrożeń epidemicznych. Aktualnie Wojsko Polskie dysponuje następującymi jednostkami chemicznymi: 4 Pułk Chemiczny w Brodnicy, 5 Pułk Chemiczny w Tarnowskich Górach, dwie kompanie chemiczne Marynarki Wojennej w Dziwnowie i Rozewiu, oraz 6 batalion chemiczny Sił Powietrznych w Śremie.

Polscy żołnierze tworzą trzon i dowództwo wielonarodowego batalionu ochrony przed bronią masowego rażenia (OPBMR). Wielonarodowy Batalion Obrony przed Bronią Masowego Rażenia (Multinational Chemical, Biological Radiological and Nuclear Defence Battalion – MN CBRN BN) to międzynarodowa jednostka wojsk chemicznych, wchodząca w skład Sił Odpowiedzi NATO.

Z dostępnych publicznie danych wynika, że batalion liczy ponad 500 żołnierzy pochodzących z dziewięciu krajów (Polska, Bułgaria, Czechy, Dania, Rumunia, Słowenia, Węgry, Wielka Brytania, Włochy), jednak to Polacy są w nim reprezentowani najliczniej. W batalionie do niedawna służyło blisko 340 polskich żołnierzy. Również zdecydowana większość sprzętu i wyposażenia batalionu pochodzi z Polski. Ogółem polska część batalionu pochodzi aż z 18 polskich jednostek i instytucji.

Gdy ogniska koronawirusa wybuchły między innymi w szpitalu w Toruniu, czy Chełmnie wojsk chemicznych nikt nie uświadczył. Poseł SLD z tego okręgu Robert Kwiatkowski złożył w tej sprawie interpelację do ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka.

Oto pytania, które zadał w swojej interpelacji ministrowi obrony narodowej poseł Robert Kwiatkowski. Upłynęło 30 ustawowych dni na odpowiedź – ta nie dotarła.

Czy żołnierze 4. Pułku Chemicznego w Brodnicy są przygotowani i udzielą pomocy specjalistycznym sprzętem i kadrą, szpitalom województwa kujawsko-pomorskiego, w szczególności szpitalowi miejskiemu w Toruniu czy szpitalowi w Grudziądzu?

Czy planowane jest rozmieszczenie przez wojsko przy szpitalach jednoimiennych przeznaczonych do hospitalizacji osób zakażonych koronawirusem SARS-CoV-2, w województwie kujawsko-pomorskim, posiadanych kontenerowych zestawów do odkażania ludzi, które Wojsko Polskie niedawno zakupiło?

Czy siły Wielonarodowego Batalionu Obrony przed Bronią Masowego Rażenia, który w większości składa się z najlepszego polskiego sprzętu i najlepiej wyszkolonych żołnierzy przewidziany jest do działań związanych z likwidacją skutków pandemii koronawirusa w Polsce, a jeśli tak, to czy uzyskano już stosowną zgodę dowództwa NATO, skoro jest to jednostka Sił Odpowiedzi NATO?

Kapitalizm nie jest prawem fizyki

Kryzys związany z pandemią Covid-19 ujawnił wszystkie patologiczne cechy systemu kapitalistycznego. Nasilił się wyzysk ludzi pracy oraz atak na ich prawa ze strony kapitału.

Podczas pandemii wielu pracowników utraciło pracę i źródło zarobków. Ogromna większość z nich nie ma prawa do zasiłków dla bezrobotnych. Służąca kapitałowi władza nie zaoferowała im nic poza pustymi obietnicami. Nie wprowadzono nawet połowicznych, reformistycznych rozwiązań takich jak minimalny dochód gwarantowany.

Nisko opłacani pracownicy nie mogą sobie pozwolić na zastosowanie się do zaleceń pozostania w domach podczas pandemii, ponieważ grozi im bezrobocie. W pracy spotyka ich obecnie jeszcze większy wyzysk. Są pozbawieni podstawowych środków ochrony, a normy bezpieczeństwa nie są zachowywane, jako zmniejszające zysk kapitalistów.

Kolejne projekty tzw. tarczy antykryzysowej są przygotowywane pod dyktando kapitału.

Służą głównie jego interesom, umożliwiając jeszcze większy wyzysk pracowników, na przykład poprzez wydłużanie godzin pracy. W niektórych branżach mogą być równoznaczne ze skoszarowaniem pracujących w miejscu zatrudnienia. Kapitaliści nalegają również aby tarcza umożliwiła im łatwiejsze zwalnianie pracowników oraz ograniczanie ich pensji. Pomimo uprawnień, jakie dała im tarcza kapitaliści nie musieli zagwarantować utrzymania zatrudnienia na dotychczasowym poziomie.
Prywatyzacja usług publicznych oraz niszczenie tych, które pozostały w gestii państwa, przyczyniły się do pogorszenia jakości publicznej służby zdrowia. Właśnie ona, a nie placówki prywatne, jest w stanie walczyć z epidemią. Pracownicy publicznej służby zdrowia, wbrew publicznym zapewnieniom ze strony władzy, że są bohaterami, pozostają nisko opłacani i przepracowani. Brakuje testów oraz środków zabezpieczenia dla personelu medycznego narażającego życie w walce z epidemią.

Podczas pandemii nie zmienił się imperialistyczny i militarystyczny charakter kapitalizmu. Polskie władze nie wycofały się z wspierania agresywnej, imperialistycznej polityki Stanów Zjednoczonych i NATO. Nadal popierają ingerencję w wewnętrzne sprawy innych krajów oraz politykę militarnego zastraszania. Pomimo braków budżetowych polski rząd podjął decyzję o zakupie amerykańskich pocisków przeciwpancernych oraz innego sprzętu wojskowego. Wydatki zbrojeniowe pozostają na wysokim poziomie 2 proc. PKB, wyższym niż fundusze zagwarantowane na służbę zdrowia czy edukację. Taki stan służy nie społeczeństwu, lecz wielkim ponadnarodowym koncernom zbrojeniowym.

Obecny kryzys nie jest spowodowany jedynie pandemią Covid-19. Jest to kryzys całego systemu kapitalistycznego. W jego obliczu kapitał zrobi wszystko aby bronić swej uprzywilejowanej pozycji, a także zdobyć nowe możliwości wyzyskiwania społeczeństwa. Dlatego konieczna jest mobilizacja, wspieranie związków zawodowych oraz włączenie się jak najszerszych grup społecznych w protesty pracownicze. Walka nie tylko w obronie praw już zdobytych, lecz również o wywalczenie nowych. Kapitalizm nie jest niezmiennym prawem fizyki, może być zmieniony i zastąpiony systemem gwarantującym społeczną sprawiedliwość oraz przezwyciężenie klasowych sprzeczności – socjalizmem.

Jesteśmy najlepsi!

Mamy taki brzydki zwyczaj, że na wszystkie sposoby oczerniamy każdego żyjącego i nieżyjącego wroga.

Jedną ze sprawdzonych metod jest jego porównywanie do innego wroga, bardziej znanego z historii, przypisywanie mu podobnych wad i chęci szkodzenia naszemu społeczeństwu.
Porównania
Czytelnik zechce zauważyć, że te porównania mają z reguły na celu wykazanie, a nawet udowodnienie, że porównywana osoba zasługuje na potępienie. Nie słyszałem, aby w znanym mi środowisku ktoś mówił – „działasz podobnie jak święty Franciszek, albo ojciec Pio!”. Wyjątkiem bywają porównania dotyczące spraw męsko – damskich. Czasem nagana może być wtedy także ukrytą formą uznania. Jeśli rozmawia kilka zaprzyjaźnionych pań, to można usłyszeć, że „ten Kowalski, to istny Casanowa”. „To prawda, ale jego przyjaciel Wiśniewski jest wprawdzie mniej sympatyczny, jednak to ma podobno jak u konia!!”.
Obserwując nasze życie polityczne doszedłem do wniosku, że w Polsce porównania tego rodzaju mogą także służyć udowadnianiu, że w określonych dziedzinach jesteśmy od kogoś lepsi, że potrafimy każdy błąd lub potknięcie przekształcić w sukces, wprowadzający w zachwyt liczącą się część naszej populacji.
Widzę dwie zazębiające się dziedziny, w których wszelkie porównania dowodzą, że pod rządami ekipy „zjednoczonej prawicy” jesteśmy najlepsi w Europie. Pierwsza to samouwielbienie i druga – to propaganda. Propaganda jest w znacznej części wykorzystywana do umacniania samouwielbienia, ale ma jednak szerszy zakres. Zdarza się, że wypowiedzi przedstawicieli władzy i ich twórcza interpretacja przez niektóre środki masowego przekazu zawierają pochwały kogoś lub czegoś, mimo, że nie wynikają z samouwielbienia. Takie nieplanowane przypadki świadczące o tym, że małe cząstki suwerena zachowują jeszcze samodzielność myślenia.
Choroba samouwielbienia
Samouwielbienie jest chorobą, która – jak epidemia koronawirusa – zdarza się we wszystkich krajach. Może przechodzić niemal bezobjawowo. Staje się szkodliwa wtedy, gdy jej objawy są zbyt wyraźne i może być groźna, jeśli zaczyna budzić wesołość poprzedzaną uśmiechem politowania. Klinicznymi przykładami samouwielbienia było słynne uznanie za zwycięstwo głosowania 27:1 przy wyborze Donalda Tuska na drugą kadencję przewodniczenia Radzie Europejskiej. Potem uznawano za sukces każde głosowanie nad votum zaufania dla kilku ministrów, które zawsze wygrywał PIS, bo zajmował w sejmie więcej foteli. Wynik głosowania był więc pewny, ale mimo to były kwiaty, gratulacje, pochwały i radosne uśmiechy.
Samouwielbienie widoczne jest w publicznych wystąpieniach wodza czołowej partii, prezydenta, premiera i bardziej ważnych wicepremierów i ministrów. Też budzą uśmiech, powtarzając niemal dosłownie to, co wódz powiedział.
Merytoryczna warstwa tych przemówień podtrzymywana jest niezmiennym przekazem podprogowym. Utrwala on u znacznej części suwerena kilka opinii. Nigdy nic nie sknociliśmy, wszystko się udaje, naród jest głęboko wdzięczny za 500+ i inne rozdawane dodatki. Naród wie, że w sporach z UE my mamy zawsze rację. Nie straszne mu nawet wyrzeczenia związane z pandemią koronawirusa, bo wierzy prawicowej władzy, uwielbia wodza i podziwia jego skromność. Wszyscy popieramy „naszego” prezydenta i gdyby przyspieszyć wybory powszechne, to także bez trudu byśmy je wygrali.
Z bólem mego chorego serca przyznaję, że informacje i fantazje wynikające z samouwielbienia władzy, znaczna część suwerena chłonie jak gąbka. Nie dziwię się. Każdy człowiek marzy o szczęśliwej przyszłości.. A my przecież wstaliśmy z kolan. Wypoczęte nogi mogą nas zanieść daleko.
Moja pamięć sięga okresu przedwojennego. Obecne osiągnięcia „samouwielbienia władzy” można w naszej historii porównać tylko z wysiłkami obozu sanacyjnego, zaostrzonymi atmosferą zbliżającego się konfliktu zbrojnego. Nie było wtedy telewizji, ale z pomocą radia i prasy władze potrafiły wmówić większości społeczeństwa, że Niemcy tylko blefują, czołgi mają z drewna, dykty i tektury, jak popularne wówczas samochody DKW. Ich samoloty nie mają żadnych szans w walce z naszymi Łosiami. Nasza, najlepsza na świecie kawaleria rozniesie w pył ich piechotę. Ich fuhrer to tylko kapral, a naszą armią dowodzi sprawdzony w boju marszałek.
Propaganda – broń zaczepna
Propaganda we wszystkich powojennych fazach naszego rozwoju też nie wytrzymuje konkurencji z obecnym jej nasileniem. Trudno się dziwić, bo jej główną bronią jest teraz telewizja, a pierwsze polskiej produkcji telewizory „Wisła” zaczęto wytwarzać dopiero w 1956 roku, czyli „za Gomułki”. Ale dopiero „za Gierka” telewizor stał się głównym, „masowym” instrumentem przekazu informacji. Wprawdzie nie opanowano jeszcze strategii i techniki przekazu podprogowego, informacje o sukcesach gospodarczych były więc względnie prawdziwe i uzupełniane prostą, pozytywną oceną. „Za Tuska” telewizja zrobiła znaczący krok w nowoczesną technikę przekazu, ale jej propagandowa siła nie była jeszcze w pełni doceniana.
Wszystko się zmieniło, jak nastały czasy „dobrej zmiany”. Telewizję państwową, czule nazywaną „reżimową” albo „publiczną”, nasycono nowymi ludźmi i nowym kierownictwem. Robią to, co robią, bo albo uwierzyli w słuszność i świetlaną przyszłość systemu autokratyczno – demokratycznego, albo są zafascynowani „trzymającym władzę” zwykłym posłem, albo po prostu są koniunkturalistami. Kanały tej telewizji stały się głównym źródłem propagandy rządzącej partii i jej rządu. Jak zawsze w takich przypadkach wykształcono równoległy nurt personalnej walki z wszystkimi, których „władza” uważa za opozycję, ukrytych wrogów lub zazdrośników, usiłujących przeszkadzać w budowie szczęśliwego społeczeństwa.
Przyznaję ze skruchą, że mój podziw dla konsekwencji tych działań stale rośnie. Propaganda sterowana przez ośrodki władzy sięga wszystkich dziedzin życia suwerena, prostuje jego poglądy złośliwie fałszowane przez ciągle totalną opozycję, umiejętnie sięga do tej jego części, która jest słabiej wykształcona, mniej czyta i jest bardziej wrażliwa na bodźce materialne.
Mam oczywiście brzydkie i niemoralne myśli, ale nasilenie i formy tej propagandy przypominają mi znowu czasy wojny i umiejętność przekonywania z natury racjonalnych Niemców, do celowości działań uwieńczonych wojną totalną i ludobójstwem. Tego poziomu jeszcze nie osiągamy, W III Rzeszy nie ukrywano prymatu propagandy, utworzono nawet specjalne ministerstwo Propagandy i Oświecenia Publicznego, kierowane przez bezgranicznie wiernego wodzowi inteligenta, z legalnie pozyskanym tytułem doktora. Znawcy tematu uważają, że jego najważniejsze osiągnięcia propagandowe widoczne były już kilka lat przed wojną i dotyczyły czterech tematów – uwielbienia wodza przez naród, czyli pierwowzoru kultu jednostki, znienawidzenia i konieczności eliminacji Żydów, uznania innych nacji a zwłaszcza Słowian za podludzi i konieczności wojny, zapewniającej przestrzeń życiową i panowanie Niemców w Europie.
Podobieństwa
To obrzydliwe, – ale porównajmy. Kult jednostki nasza propaganda intensywnie rozwija, wynosząc na piedestał sprawującego faktyczną władzę „zwykłego posła”. Ukrytych, nienawistnych wrogów zaczynamy dostrzegać w Komisji Europejskiej i unijnym Trybunale Sprawiedliwości. Ośmielają się krytykować nasze genialne rozwiązania w organizacji wymiaru sprawiedliwości. Uznajemy, że część naszych obywateli należy do „drugiego sortu” i ze wstrętem patrzymy na potencjalnych imigrantów o bardziej ciemnej skórze. Żadnej wojny jeszcze nie popieramy, ale usiłujemy być – jak przed II wojną – „silni, zwarci i gotowi”, wydając i planując wydawanie coraz większych pieniędzy na militarną technikę. Radośnie patrzymy w przyszłość, bo nasz prezydent zapewnił, że jeśli wygra wybory, to nigdy nie podpisze niczego, co zmniejszałoby 500+ albo groziło ponownym podwyższeniem wieku emerytalnego. Jak powiedział: zawsze Polska+, nigdy Polska – ! Ładne hasło, chociaż nikt go nie rozumie.
W ramach pokuty za liczne grzechy obejrzałem w czasie jednej z ostatnich niedzieli wieczorny dziennik w I programie TVP. W czasie półgodzinnego dziennika prowadzący i zaproszeni goście 14 razy poinformowali ciemnego suwerena, że w czymś „jesteśmy najlepsi”. Czegóż tam nie było!. Chwalą nas na świecie za rozwiązania zmniejszające „pole rażenia” koronawirusa i biorą z nas przykład. Wielu europosłów z innych krajów podziwia nasze rozwiązania w wymiarze sprawiedliwości. Prezydent USA rozmawiał przez telefon z naszym prezydentem aż pół godziny, a to rzadko się zdarza. Nasz premier i ministrowie witali na lotnisku maseczki, które przyleciały z Chin największym na świecie samolotem AN225 Mrija (czyli Marzenie) zaprojektowanym i wyprodukowanym przez zakłady Antonowa. Dlaczego tak szumnie wita się maseczki? Bo to właśnie piękny akcent propagandowy. Ale trzeba podziwiać samozaparcie antykomunistycznego premiera, który z zachwytem oglądał samolot wyprodukowany przez komunistów w ZSRR i dostarczył produkty wytworzone przez komunistyczne Chiny. Widocznie lubi cudzych komunistów. Tylko polscy postkomuniści mu się nie podobają.

Czym NATO nas zarazi?

Codziennie słyszymy ostrzeżenia ministerstwa zdrowia i lekarskich autorytetów abyśmy dochowali rygorów kwarantanny, bo szczyt zachorowań dopiero przed nami.
Media piętnują obywateli przyłapanych na zbiorowych piknikach, sprawdzają centra handlowe i kościoły. Jednocześnie uwadze ich umyka kilkudziesięciotysięczna grupa mężczyzn, która w Polsce zasad kwarantanny nie przestrzega. I może być potencjalnym środkiem przenoszenia istnych bomb wirusowych.
Od 28 lutego trwają na terytorium Polski wielkie manewry wojskowe NATO „Defender Europe 2020”. Zaplanowano w nich udział ponad 37 tysięcy żołnierzy z osiemnastu państw Paktu Północnoatlantyckiego. Najwięcej z USA.
Od stycznia tego roku wojska lądowe Stanów Zjednoczonych przerzuciły około 6 tysięcy żołnierzy z USA do Europy, wliczając w to dowództwo dywizji i pancerną brygadową grupę bojową.
To był początek wielkiej migracji młodych mężczyzn, bo ćwiczenia „Defender- Europe 2020” zaplanowano jako największy od ponad 25 lat przerzut amerykańskich wojsk do Europy. Z USA miało przybyć do nas ponad 20 tysięcy żołnierzy, do których dołączyć miało 9 tysięcy amerykańskich wojskowych stacjonujących w Europie. Przemarsze kolumn wojsk po europie zaplanowano na czas od stycznia do kwietnia 2020 roku.
Jeszcze w lutym zaczęła się operacja ich przerzutu do Polski. Najpierw do Szczecina, gdzie stacjonuje 12 Brygada Zmechanizowana, trafili amerykańscy żołnierze i ciężki sprzęt. Stamtąd mają być przerzucani na poligon w Drawsku Pomorskim. Tam też koncentrowany jest sprzęt i żołnierze z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Chorwacji i Rumunii.
Współpracują oni z 15 Brygadą Zmechanizowaną z Giżycka. Wojsko polskie miało wysłać na poligony około 3 tysięcy żołnierzy wyposażonych w ciężki sprzęt. Aby przećwiczyć współdziałanie z armiami sojuszniczymi.
Wirus manewrowy
Przygotowania do tak wielkich ćwiczeń zwykle trwają przynajmniej dwa lata. Kiedy planowano manewry „Defender Europe 2020”, nikt nie spodziewał się, że w 2020 roku cały świat będzie walczył przede wszystkim z pandemią koronawirusa. Jeszcze niedawno pan minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak informował, że rozmawiał o wirusowym zagrożeniu z szefem Pentagonu Markiem Esperem.
„Organizatorzy i uczestnicy ćwiczeń będą dążyć, aby koronawirus miał jak najmniejszy wpływ na jego przebieg. „Defender” pozostaje priorytetem naszej współpracy, a Polska będzie dalej silnie zaangażowana w ćwiczenia”, uspokajało wtedy biuro prasowe MON. Jednak zaraza rozwijała się coraz szybciej, objęła już całą Europę. Czy zatem nie byłoby bezpieczniej odwołać, albo przynajmniej przełożyć manewry „Defender- Europe 2020”?
Na to pytanie nie udzielono jeszcze jednoznacznie dobrej odpowiedzi. Ćwiczenia przerwano w Norwegii. Amerykanie lakonicznie poinformowali o ewentualnych ograniczeniach w manewrach.
„Wiem, jak wielką operacją logistyczną byłoby w tej chwili wycofanie tysięcy wojska i sprzętu. Być może stopniowe ograniczenie rozmiaru ćwiczeń i jednocześnie położenie nacisku na osłonę epidemiologiczną wojska ma większy sens, informował media prof. Krzysztof Chomiczewski, krajowy konsultant ds. obronności w dziedzinie epidemiologii, były komendant Wojskowego Instytutu Medycznego Higieny i Epidemiologii.
Koronawirus dodał nowego elementu do trwających manewrów. Początkowo planowano je jako pokaz sprawności wojsk NATO gotowych odstraszyć armię rosyjską. Teraz do agresywnego Rusa doszedł podstępny WiRus.
„Być może NATO będzie chciało przećwiczyć nowy element, czyli przemieszczanie się wojska w warunkach pandemii, zauważył Janusz Zemke, były wiceminister obrony narodowej.
Podobnie uważa gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych i były wiceminister obrony. Twierdzi on, że wojsko nie zatrzyma ćwiczeń, tylko je ograniczy. Armia musi respektować stan zagrożenia epidemicznego, ale wojska epidemia nie ominie, bo przez swoje kontakty międzynarodowe jest bardziej wrażliwe na koronawirusa niż środowisko cywilne.Musi więc podjąć kroki, które ograniczą bezpośrednie kontakty w większych grupach, zmienić ich scenariusz. Jednocześnie wojskowi powinni wykorzystać nadarzającą się okazję, aby przećwiczyć prowadzenie sojuszniczych działań bojowych w warunkach pandemii.
Inaczej widzi to Mieczysław Gocuł, były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Uważa, że choć szkolenie wojska zawsze jest ważne, to dziś mamy sytuację nadzwyczajną. Skoro każde większe zgromadzenie jest obecnie w Polsce zakazane, to warto się zastanowić, czy takie skupiska ludzkie, jak żołnierze na poligonach szykujący się do ćwiczeń, sprzyjają hamowaniu wirusa, czy przeciwnie. A może lepiej byłoby wykorzystać potencjał wojska do niesienia pomocy społeczeństwu, bo n pewno będzie potrzebowało wsparcia?
Głowy z wirusem
Co o walce z wirusem sądzi aktualne dowództwo wojska polskiego nadal nie wiemy. Nie mamy jednoznacznego komunikatu, bo jednym z pierwszych zarażonych kononawirusem w Polsce był dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych generał Jarosław Mika.
Złapał go podczas konferencji dowódców zaangażowanych w „Defender Europe 2020”. Bo jego kolega, generał Salvatore Farina, szef sztabu armii włoskiej, był wtedy nosicielem wirusa. Teraz generał
Mika przebywa na kwarantannie w warszawskim szpitalu przy ul. Szaserów. I wszyscy, którzy mieli kontakt z zarażonym wirusem dowódcą, również zostali objęci taką kwarantanną.
W związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa pan prezydent Andrzej Duda przełożył na inny termin corocznie odbywającą się odprawę kierowniczej kadry Ministerstwa Obrony Narodowej oraz Sił Zbrojnych RP. Ta najważniejsza odprawa prezydenta RP, czyli zwierzchnika sił zbrojnych, służy podsumowaniu poprzedniego roku i określeniu priorytetów działania wojska na następny rok.
Niezależnie od tego jakim kosztem armie NATO wygrają z koronowiusem podczas „Defender Europe 2020”, to już widać jak bardzo bezpieczeństwo Polski projektowane przez elity PiS i ich międzynarodowych sojuszników, odbiega od nowej rzeczywistości.Jak wielce kosztowne manewry wojskowe, które miały odstraszać „agresywnego Rusa”, cofają się przed nowym wirusem. Jak jesteśmy bezradni wobec nowego zagrożenia.
Czas zatem zastanowić się nad nowymi sposobami zapewnienia Polsce bezpieczeństwa. Innymi niż bajkowy „Fort Trump”, albo wielce kosztowne, mało dla nas użyteczne samoloty F-35.
Czas na międzynarodowy dialog i regionalne odprężenie. Powrót do negocjacji, tworzenia nowego systemu bezpieczeństwa w Europie. Tworzenia nowego porozumienia ograniczającego wyścig zbrojeń, zwłaszcza w kategorii rakiet średniego zasięgu.
Czas zmiany priorytetów w wydatkach na obronę i bezpieczeństwo państwa. Ograniczanie finansowania sprzętu stosowanego przez generałów w „minionych wojnach”, a wzmocnienia powszechnej służby zdrowia, bezpieczeństwa informatycznego naszego państwa.
Czas na poważną, pozbawioną historycznych fobii i uprzedzeń debatę o bezpieczeństwie Polski w XXI wieku.

Al-Kaida znowu zła?

Al-Kaida przyznała, że to ona zorganizowała grudniowy atak w amerykańskiej bazie lotnicznej Pensacola na Florydzie, w której zginęło trzech amerykańskich żołnierzy a ośmiu zostało rannych. Miała to być zemsta za odwrócenie się USA i NATO od syryjskiej Al-Kaidy, dotąd zbrojonej i finansowanej w celu obalenia rządu syryjskiego. Organizacja dżihadystów uważa też, że została zdradzona przez inny kraj Sojuszu Północnoatlantyckiego Turcję.

Ataku sprzed dwóch miesięcy dokonał saudyjski oficer przebywający w USA na szkoleniu. W styczniu Stany Zjednoczone odesłały do swego saudyjskiego sojusznika 21 oficerów podejrzanych o związki z dżihadystami. Syryjska Al-Kaida była tworem saudyjskim, lecz szkolonym, finansowanym i zbrojonym przez kraje NATO: USA, Francję i Wielką Brytanię, z wydatną pomocą Izraela, który leczył w swoich szpitalach rannych dżihadystów, by ich zbroić i na nowo wysyłać do walki przeciw laickiemu rządowi Syrii.
NATO graniczy z Syrią poprzez Turcję, która przez kilka lat wspomagała Państwo Islamskie zgodnie z ówczesną linią polityczną Stanów Zjednoczonych, a teraz służyła za łącznik z dżihadystami skupionymi w Idlibie – syryjskiej prowincji na północnym zachodzie kraju, gdzie panuje Al-Kaida (pod nazwą Hajat Tahrir asz-Szam). Od wielu miesięcy Syryjczycy i Rosjanie próbują wyzwolić Idlib spod okupacji dżihadystów, do tej pory wspomaganych przez NATO przez granicę turecką. Al-Kaida i inne organizacje dżihadystowskie regularnie tracą teren (zostało im ok. 55 proc. prowincji) i mają pretensje, że zostały „zdradzone przez Zachód”.
Jeszcze w zeszłym miesiącu Al-Kaida liczyła, że Turcja będzie interweniować zbrojnie, by ją ochronić. Turcja ma kilkanaście posterunków wojskowych w Idlibie, kilka z nich zostało zniszczonych przez syryjskie wojsko, lecz reakcji brak. Stany Zjednoczone zadowalają się zaborem syryjskich pól naftowych dla swych koncernów i nie wspomagają już dżihadu w Syrii, podobnie reszta NATO. Turcja zbroi jeszcze Idlib, wysłała nawet trochę czołgów, lecz zwycięstwo przechyla się wyraźnie na stronę Syrii.
Pod turecką granicą w Idlibie manifestują cywilni uchodźcy, którzy chcą przejść granicę i udać się do Europy, ale Turcy ich nie wpuszczają. W Europie ich nie chcą, gdyż zachodzi obawa, że będą wśród nich wspierani przedtem dżihadyści. Dziś w strefie frontowej zginęło dziewięciu cywilów, w tym dwoje dzieci. Według Syryjskiego Ośrodka Praw Człowieka z Wielkiej Brytanii, to ofiary ostrzału artyleryjskiego lub bombardowania lotniczego ze strony sił rządowych. Ofensywa syryjska mierzy w stolicę regionu, walki nie ustają.

Wyzwanie

Zawsze jestem o krok za pędzącym światem. Czasami nawet o parę długości. Nie nadążam z przyswajaniem tej ilości informacji, którą co dzień produkują media, a co dopiero z ich komentowaniem. Ale ma to też swoje plusy. Nikt mnie nie pogania w redakcji, żebym pisał coś szybko, bo wymaga tego cykl wydawniczy i powaga chwili. Mogę sobie siedzieć, przemyśliwać, a potem pisać. Tak jak dziś.

Z uwagą przeczytałem komentarze światowej prasy, po natowskim szczycie w Londynie, który w obliczu dzisiejszych wydarzeń z tu i teraz, zdaje się już być prehistorią. Mimo wszystko, chciałbym dziś o nim dwa słowa. Do sukcesów tegorocznego szczytu, prasa światowa, głównie niemiecka, zalicza ustalenie wspólnego stanowiska w stosunku do Chin. Napisano bowiem w końcowym dokumencie, że ChRL stanowi da NATO „wyzwanie”. Zdziwiłem się bardzo, kiedy zobaczyłem to określenie. Cóż to takiego znaczy, to „wyzwanie”. Może to tylko błąd w tłumaczeniu?

Sięgnąłem do oryginalnego tekstu. Nic z tych rzeczy. Stoi jak wół: Chiny to wyzwanie. Jak rozumieć taką deklarację? W dyplomacji określenie czegoś lub kogoś mianem wyzwania, to trochę mniej od nazwania kogoś lub czegoś wrogiem lub przeciwnikiem. Jakimż dla mnie, Polaka z Warszawy, „wyzwaniem”, pozostaje Chińczyk z Pekinu? Albo szerzej; cóż to znowu za „wyzwanie” stanowią dla mnie Ludowe Chiny? No chyba tylko takie, że kiedyś obiecywałem sobie że tam pojadę, i daj Boże, może się i ziści. Jakież „wyzwania” Chiny stawiają przed Belgiem, Francuzem czy Rumunem, którzy, czy tego chcą, czy nie, chronieni są przez parasol NATO. Dumam nad tym drugą minutę i dalej nic nie mogę wymyślić. Wiem natomiast, dla kogo Chiny mogą stanowić wyzwanie. I nie jest to na pewno ani Polska en masse, ani Francja, ani Włochy ani nawet putinowska Rosja, bo globalna polityka, Szanowni Państwo, rozgrywa się dziś w basenie Morza Południowochińskiego, gdzie trwa permanentna walka o strefy kontroli nad cieśninami i przepływami, a w gospodarce, o dominację nad światem.

Chiny mają jednego przeciwnika. Albo raczej to USA na własne życzenie, począwszy od czasów Nixona i Deng Xiaopinga, przez swoją politykę, ufundowało sobie zmartwienie, które dziś może wywrócić do góry nogami światowy porządek. Tak, Szanowni Państwo, dokładnie tak uważam. Panuje w globalnej polityce straszny klincz, który, boję się nawet o tym myśleć, może się skończyć kolapsem i to na dużą skalę.

Po raz pierwszy od 1945 roku, Amerykanom zajrzała w oczy wizja zmiany dotychczasowego układu i wypchnięcia ich z roli tych, którzy na świecie rozdają karty. Bardzo realna wizja. Te wszystkie cła na aluminium, złom itd. które Trump narzuca na Chiny, nie biorą się z niczego. To tylko jeden z najbardziej widocznych symptomów napięcia, które w regionie Morza Południowochińskiego narasta. Chińczycy zbroją się tam na potęgę. Amerykanie wysyłają swoje lotniskowce. Odpuszczają Syrię i Bliski Wschód, bo wszędzie być nie mogą. Jednocześnie wywierają presję na NATO, żeby ich doktryna została oficjalną doktryną Sojuszu. Prą do zbrojeń i podobnych, wiernopoddańczych gestów, żądają od swoich partnerów. Widzi to Macron, który nazywa NATO wprost, żywym trupem, bo nie ważne co powie Sojusz na jednym czy drugim szczycie. Decyzje i tak zapadają w Białym Domu. Widzą to Niemcy, którzy na razie wyczekują i nie robią żadnych ruchów. Widzi to wrzeszczcie Rosja, która czeka na sygnał od Zachodu. W przypadku ewentualnej agresji na kraje bałtyckie, w których nie ma żadnych amerykańskich baz, a które to wspierają Polskę w zabieganiu o postawienie takowej na swojej ziemi, jak sądzicie, kto będzie musiał najpierw rzucić na pomoc swoje siły? Niemcy? Trochę daleko jak na Blitzkrieg.

Tylko my, czy to z ław rządowych czy platformianych, jakoś nie bardzo chcemy, ani nawet próbujemy, mówić swoim głosem. Tym samym, którym mówi np. Australia. Że w dzisiejszym świecie, progres Chin jest nie do zatrzymania. I głupi ten, kto myśli, że można wrócić do dawnych, fabrycznych ustawień, kiedy za Oceanem był raj, dziś stojący przed nami otworem na oścież, bo przecież łaskawie zniesiono wizy. A podatek na Google’a, Amazona czy Facebooka? Przecież kapitał nie ma narodowości…

Pokojowy Nobel dla NATO?

Po szczycie NATO w Londynie norweski deputowany prawicy Erlend Wiborg ogłosił oficjalne zgłoszenie Sojuszu Północnoatlantyckiego do Pokojowej Nagrody Nobla w związku z 70. rocznicą jego powstania. Do tej pory nie było jeszcze zbrojnej interwencji NATO, która nie przyniosłaby masy nieszczęść, lecz zdaniem wnioskodawców Nobel „należy się” organizacji za „niedopuszczenie do wojny w Europie”.

Co prawda NATO napadało już w Europie, by na zlecenie Stanów Zjednoczonych utworzyć drugie państwo albańskie (Kosowo), w celu założenia tam wielkiej amerykańskiej bazy wojskowej „strzegącej” Bałkany, ale zgłaszający Norwegowie uważają, że ogólny bilans paktu jest pozytywny. Nie jest jasne, którą konkretnie z wojen NATO norweska prawica uważa za pozytywną, gdyż napad na Afganistan i okupacja tego kraju kończy się zupełną klęską: talibowie, którzy mieli zostać odsunięci od władzy, przejmują po kolei kolejne prowincje i nawet Amerykanie są pewni ich ostatecznego zwycięstwa (podjęli negocjacje). Wszystko to, mimo dokonania licznych zbrodni i podjęcia olbrzymich acz nieskutecznych środków. Afganistan pozostaje odtąd rekordzistą świata w inwalidztwie dzieci i dorosłych.
Natowski napad na Libię, oprócz stworzenia tam bezprecedensowego chaosu i zniszczenia kraju, doprowadził do wielkiego kryzysu imigracyjnego w Europie i w konsekwencji wyborczych zwycięstw skrajnej prawicy, a rozpętanie wojny w Syrii do powstania Państwa Islamskiego i licznych zamachów terrorystycznych na naszym kontynencie.
W swoim testamencie fundator Nagrody Alfred Nobel zaznaczył, że należy nagradzać „osobistość, która działała na rzecz pokojowego zbliżenia narodów, redukcji zbrojeń i propagowania pacyfizmu”.

Gdzie ten sukces prezydencie Duda?

Przed przypadającym w 70 rocznicę utworzenia NATO, szczytem szefów państw Sojuszu, prezydent drugiej co do wielkości armii Paktu Atlantyckiego ogłosił, że jedzie do Londynu na spotkanie, aby załatwić swoje interesy. I to kosztem wszystkich innych.

– Turcja sprzeciwi się natowskiemu planowi obrony dla państw bałtyckich, jeśli sojusznicy z NATO nie uznają ugrupowań, z którymi walczymy, za terrorystów – zagroził prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan .
W ten sposób Ankara odmówiła poparcia planu obrony przez NATO krajów bałtyckich i Polski, dopóki nie uzyska wsparcia sojuszu w walce z milicją YPG, którą uważa za organizację terrorystyczną z powodu jej powiązań z separatystyczną i zdelegalizowaną w Turcji Partią Pracujących Kurdystanu (PKK). Ta z kolei przez Turcję, Stany Zjednoczone i Unię Europejską uważana jest za organizację terrorystyczną. Tymczasem milicja YPG to trzon Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF), które de facto pokonały Państwo Islamskie. Skądinąd walcząc ramię w ramię z US Army.
Po tej enuncjacji do Erdogana zadzwonił Andrzej Duda. I uzgodnił, że panowie pogadają w Londynie.
Spotkano się i poinformowano, że doszło do kompromisu. Oficjalny komunikat głosił, że „w czasie szczytu doszło do spotkania prezydentów Polski, Litwy i Łotwy czyli Andrzeja Dudy, Gitanasa Nauseda i Egilsa Levitsa z prezydentem Turcji Recepem Erdoganem. W rozmowach uczestniczyli też też premier Estonii Jurim Ratasem i sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg.
– Dzisiaj uzgodniliśmy aktualizację planów dla Polski i państw bałtyckich. Jestem z tego zadowolony – rzekł ten ostatni na konferencji prasowej.
W komunikacie po zakończeniu szczytu poinformowano, że prezydent Turcji Recep Erdogan zgodził się przyjąć plan obronności dla Polski i państw bałtyckich., czyli, że wycofał się z wcześniejszego stanowiska.
Potwierdził to minister obrony Mariusz Błaszczak. Powiedział, że Turcja zgodziła się na przyjęcie planu, dzięki osobistej rozmowie Andrzeja Dudy z Recepem Erdoganem.
– To jest kolejny sukces Andrzeja Dudy. Widać, że pan prezydent jest bardzo skutecznym politykiem. To jest kolejna sprawa jeżeli chodzi o nasze bezpieczeństwo w ramach NATO, że pan prezydent okazuje się być politykiem bardzo liczącym się i skutecznym. To że udało się pan prezydentowi przekonać Turcję, żeby jednak teraz nie wygrywać sprawy syryjskich, sprawy bezpieczeństwa Turcji tak jak ją definiuje prezydent Erdodogan, tylko, żeby to bezpieczeństwo państw tej części Europy co Polska, było na pierwszym planie tej agendy, to jest bardzo duży sukces, ponieważ mamy poczucie że jesteśmy państwem bezpiecznym i obecność NATO nie będzie iluzorycznym. Bez względu na podziały polityczne musimy być zgodni, że to bardzo ważne dla Polski – perorowała potem w TV Republika posłanka Prawa i Sprawiedliwości Joanna Lichocka.
Ten niebywały sukces Andrzeja Dudy utrzymał się ledwie dzień.
„Turcja zablokuje ostateczną zgodę na plan NATO dotyczący obrony Polski i państw bałtyckich do czasu, aż sojusznicy zgodzą się uznać działające w Syrii kurdyjskie Ludowe Jednostki Samoobrony za terrorystów” – doniósł Reuters dzień po zakończeniu szczytu cytując szefa tureckiego MSZ Mevlut Cavusoglu.
– Plan NATO nie zostanie opublikowany, dopóki turecki plan również nie zostanie opublikowany – rzekł szef tureckiej dyplomacji. – Nie byłoby uczciwe, gdyby niektóre kraje nie zaakceptowały naszego planu, a jednocześnie poparły plan dla innych. Nie ma mowy o kompromisie.
Wypowiedź ta, dyskredytujące peany na cześć Dudy, została dziwnie pominięta przez prorządowe polskie media. Nie wspominając o tym, że nie doniósł się do nich ani apologeta prezydenckich działań Krzysztof Szczerski, ani nawet szef MON Błaszczak.