Jeszcze wiele do zrobienia

O kwestie ważne dla przyszłości Polski w Europie, „Dziennik Trybuna” pyta eurodeputowanego Janusza Zemke.

Czy eurodeputowany powinien być przede wszystkim reprezentantem Polski, czy reprezentantem swojej opcji politycznej. A może jest to opozycja pozorna?
Poseł do PE powinien być reprezentantem Polski i swojej opcji politycznej. w PE funkcjonuje się we frakcjach politycznych, a nie grupach narodowych. Oczywiście są sprawy (np. stosunek do Pakietu mobilności, które łączą Polaków niezależnie od przynależności do frakcji politycznej.

Polska stoi z boku dyskusji o dalszej ewolucji europejskiego systemu. Wpisany w traktaty stan równowagi pomiędzy Unią jako związkiem państw członkowskich i Unią jako wspólnotą jej obywateli wydaje się ulegać zachwianiu. Jak byśmy go chcieli widzieć? Czy poprzez większą centralizację, jako superpaństwo? Czy europejskie instytucje powinny mieć większy wpływ, bardziej bezpośredni na nasze życie?
Tak. Opowiadam się za zwiększeniem wpływu instytucji europejskich na nasze życie. Wstąpiliśmy do UE dobrowolnie i w naszym interesie jest, by Unia i jej instytucje były skuteczne.

Pojawiają się cały czas koncepcje reformy UE w duchu albo „Europy dwóch prędkości”, albo takie jak plan Macrona. Dzielące Unię ja jej centrum i peryferie. Czy  to nie regres europejskiej idei? Z drugiej strony nawet największe gospodarki unijne zdają sobie sprawę, że samotnie nie mają szans w rywalizacji z Chinami, Stanami Zjednoczonymi, a może nawet i z Rosją. Którędy zatem wiedzie droga do przekształcenia UE w jeden organizm, który w stosunku do zewnętrznych partnerów będzie mówił jednym głosem?
Droga jest jedna. Twarda realizacja przez wszystkie państwa zasad i wartości Unii. Pomysły, by Unia miała różne prędkości są z punktu Polski niekorzystne, gdyż spychają nas na margines UE. Niestety, obecnie Polska, przez konflikt o praworządność, konflikt z instytucjami europejskimi, konflikt z największymi państwami w Unii, sama spycha się na margines wspólnoty.

Unia Europejska to także unia regionów. Jakie najważniejsze potrzeby mają wyborcy pańskiego regionu wyborczego. Jak będzie pan, jako euro deputowany, pomóc im?
Głównym problemem są opóźnienia w realizacji inwestycji infrastrukturalnych, np. drogi S-5 w moim województwie. Moja rola tutaj może polegać na nacisku na Komisję Europejską, by egzekwowała od polskiego rządu ustalenia podjęte z Unią w tym obszarze.

UE stworzyła wspólną przestrzeń gospodarczą. Ale – nazwijmy to tak – głębokość tej przestrzeni jest taka, że jej beneficjentami są przedsiębiorcy. Pracownicy w mniejszym stopniu – o ile nie wybiorą emigracji do bardziej rozwiniętych krajów UE. Co europejska lewica chciałaby zrobić, aby Europa stała się również przestrzenią wspólnych standardów socjalnych i standardów zatrudnienia.
Europejska lewica walczy o europejskie standardy w zakresie ochrony praw pracowniczych, czy obowiązkowych minimalnych płac i świadczeń. Wiele jest jeszcze w tym obszarze do zrobienia.

Czy europejska płaca minimalna jest na to rozwiązaniem? Jak powinna być konstruowana – czy jako konkretna kwota, czy też dla różnych krajów, a może i regionów ważona w oparciu o ceny koszyka podstawowych artykułów?
Uważam, że dobrym pomysłem jest budowa płacy minimalnej w powiązaniu z realnymi w danym państwie kosztami utrzymania. Płaca minimalna w poszczególnych państwach powinna wynosić, co najmniej 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia.

Wspólne, europejskie instytucje obronne. W tym zakresie integracja europejska jest dość słaba. Czego by nie mówić, UE nie jest systemem zbiorowego bezpieczeństwa. Ten projekt to uzupełnienie czy alternatywa dla NATO? Czy Europa może taki system zbiorowego bezpieczeństwa zbudować, bez Stanów Zjednoczonych?
Działania UE w obszarze bezpieczeństwa powinny wzmacniać NATO, a nie prowadzić do konfliktu z Sojuszem. Unia ma tutaj wiele niewykorzystanych możliwości. Powinna zwiększać mobilność wojskową w Europie, wspierać badania i wdrożenia z zakresu obronności, prowadzić własne rozpoznanie wywiadowcze zagrożeń. Unia kładzie nacisk na tzw. instrumenty miękkie, jak pomoc w kształceniu kadr, pomoc humanitarna, różne rodzaje nacisków na strony konfliktów zbrojnych. Te metody są niejednokrotnie skuteczniejsze od siłowych sposobów rozwiązywania konfliktów.

Wiadomo, że praca europarlamentarzysty wymaga specjalizacji. W jakich dziedzinach widziała/by Pani/Pan swoją rolę? W jakich komisjach. Wokół jakich spraw obracają się pani/pana główne zainteresowania związane z Unią?
Zamierzam pracować nadal w dwóch komisjach, tj.: Transportu i Turystyki (TRAN) oraz Bezpieczeństwa i Obrony (SEDE). W komisji TRAN za najważniejsze uważam: tworzenie europejskich korytarzy transportowych, ograniczanie negatywnego wpływu transportu na środowisko, poprawę praw pasażerów. W komisji SEDE – poprawę mobilności wojskowej w Europie, zwiększenie rzeczywistych możliwości działania Frontexu, wspieranie przez Unię Europejską badań i wdrożeń w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony, gdyż europejskie technologie, coraz bardziej odstają od światowego poziomu.

Parlament Europejski jest ważną, ciężko pracującą instytucją. Zatrudniająca wielu pracowników, posiadającą fundusze na promocje. Ale w Europie, a zwłaszcza w Polsce, postrzegany jest jedynie jak dom spokojnej, politycznej starości, rozgadane niewiele znaczące ciało. Czemu grono tak znakomitych, doświadczonych ludzi zgromadzonych w PE akceptuje tak kiepską politykę informacyjną?
Tak, rzeczywiście instytucje europejskie w tym PE są za mało ofensywne i skuteczne w promowaniu Unii. Eurodeputowany, poseł do PE ma wpływ na przydzielanie środków na cele promocji, gdyż PE co roku zatwierdza swój budżet. Powinien bardziej krytycznie oceniać sposób wydawania owych niemałych środków na promocję.

Niezrozumiała defilada

Tej parady w planach finansowych na 2019 rok nie było i warto zadać pytanie, z jakich szkoleń lub zakupów
trzeba będzie zrezygnować? – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) generał Mirosław Różański,
były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych.

JUSTYNA KOĆ: 3 maja w Warszawie odbędzie się wielka defilada wojskowa „Silni w Sojuszach” z okazji 20-lecia wejścia Polski do NATO i 15-lecia do UE. To dobry pomysł?
GEN. MIROSŁAW RÓŻAŃSKI: Trzeba zadać sobie pytanie, czy racjonalne jest, aby w ciągu roku organizować taką liczbę pokazów i defilad. Do tej pory raz w roku, 15 sierpnia, w Święto Wojska Polskiego organizowana była wielka defilada, która dedykowana była społeczeństwu; aby przybliżyć, kim jesteśmy, jaki mamy potencjał, sprzęt. Zawsze w pełni popierałem te przedsięwzięcie. Dzisiejsze inicjatywy związane z datą 3 maja są moim zdaniem odwróceniem uwagi od faktu permanentnego łamania ustawy zasadniczej, bo o konstytucji powinno się dyskutować w trakcie „jej święta”; ciekawe, co będzie motywem przewodnim defilady 15 sierpnia? Po wtóre, myślę, że dotychczas żołnierze, którzy pełnili służbę w różnych częściach świata w ramach misji i kontyngentów z naszymi koalicjantami, żołnierzami Sojuszu Północnoatlantyckiego, udowodnili, że jesteśmy wiarygodnym partnerem. To należy podkreślać i to powinno być głównym motywem obchodów związanych z rocznicą naszego członkostwa w NATO. Sam niejednokrotnie spotykałem się ze słowami uznania dla naszych żołnierzy i ten szacunek im się rzeczywiście należy.

Czy rzeczywiście mamy się czym pochwalić, jeśli chodzi o sprzęt wojskowy?
Gdybyśmy się odnieśli do kwestii, czy mamy się czym chwalić, to chciałbym przywołać słowa naszych kolegów z Gdyni, gdzie jeszcze niedawno stały przecież okręty NATO. Mamy tu sytuację paradoksalną, gdzie nasi sojusznicy wskazują na znaczenie Bałtyku i potrzebę posiadania określonego potencjału w tej części Europy, a my w tym czasie robimy zupełnie coś odwrotnego – zamykamy programy związane z modernizacją Marynarki Wojennej. Oczywiście 3 maja nie będzie sprzętu MW, bo na Wisłostradzie niewiele mogliby zaprezentować. Sprzęt, który będzie w Warszawie, po pierwsze był już prezentowany i dziś możemy pozwolić sobie na retrospekcję i ocenę tego, co się stało w 2015 roku. Przypomnę, że wówczas opinia publiczna mogła wielokrotnie usłyszeć, jaki to straszny stan sił zbrojnych został zastany przez obecny rząd. Słuchaliśmy przez następne miesiące przewodniczącego sejmowej Komisji Obrony Narodowej, pana majora rezerwy Jacha, który przekonywał, że w ciągu kilku miesięcy zrobiono więcej, niż w ciągu 8 lat poprzedni rząd. Dziś, po niespełna 4 latach, nic nie wskazuje na to, aby w zakresie modernizacji technicznej zostały wprowadzone nowe systemy uzbrojenia. Oczywiście oglądane armatohaubice KRAB są powodem do dumy, tylko chciałbym przypomnieć, że decyzja o kupnie licencyjnym podwozi do tych armatohaubic jest ówczesnego wiceministra obrony narodowej Mroczka. Niektórzy mówią wręcz, że na szczęście obecny rząd nie zdążył zatrzymać tego programu. Mamy moździerze RAK, które są także powodem do satysfakcji i dumy, ale to również nie ten rząd i jego decyzje spowodowały, że ten sprzęt jest na wyposażeniu. Nie jest jednak istotą, aby się licytować, kto rozpoczął te programy zbrojeniowe, bo to są procesy, które są mierzone latami, w horyzoncie dekady od określenia potrzeb operacyjnych. Gdyby tę dewizę minister Macierewicz, a potem minister Błaszczak stosowali, to moim zdaniem w roku 2015 mieliśmy niezłą wyjściową pozycję, żeby wiele zmienić w polskiej armii i naszym systemie bezpieczeństwa. Dziś wiele rozwiązań, związanych z wojskami lądowymi i specjalnymi, w tym wielozadaniowe śmigłowce, mogłyby być podziwiane nie tylko podczas defilady, ale byłby to sprzęt, który już wszedłby na wyposażenie i byłby operacyjny. Tak zobaczymy tylko śmigłowce, które kupiła policja i wojska specjalne, zresztą w szczątkowych ilościach. Dla mnie ta defilada jest gestem politycznym i niezrozumiałym z praktycznego punktu widzenia. Pomijam już, że koszty są niebagatelne, to kwoty dużo większe, niż setki tysięcy złotych. Tej parady w planach finansowych na 2019 rok nie było, warto zadać pytanie, z jakich szkoleń lub zakupów trzeba będzie zrezygnować.
Obecna władza zamiast wydatkować środki przewidziane dla MON na modernizację armii wydaje je na grające ławki z okazji odzyskania niepodległości, a teraz funduje społeczeństwu kolejna defiladę; myślę, że to nie jest najlepszy kierunek.
To pudrowanie rzeczywistości, w myśl igrzyska zamiast chleba? Nie mamy co prawda Caracali, ale za to piękną defiladę.
Na to wygląda. Oglądałem ostatnio po raz kolejny jeden z moich ulubionych filmów – „Gladiator”, gdzie właśnie Cezar fundował ludziom Igrzyska. Nieważne, że był niedostatek i głód, społeczeństwo było karmione teatrem, który budził emocje. Jestem przekonany, że 3 maja w większości społeczeństwa defilada wzbudzi pozytywne emocje, bo wojsko cieszy się popularnością. Ludzie zawsze chętnie oglądają sprzęt wojskowy, tym bardziej, że na co dzień jest on niedostępny. Tylko z punktu widzenia premiera, prezydenta, szefa MON – czy powinniśmy zabiegać tylko o dobre wrażenie i odczucie estetyczne oglądających defiladę Polaków, czy ci panowie powinni kierować się troską o bezpieczeństwo naszego kraju i rozwój sił zbrojnych?

Widział pan filmik MON promujący defiladę?
Tak i czasem się zastanawiam, kto doradza ministrowi. Znam wszystkich generałów, którzy w nim występują, poza panią, która składa meldunek za jednostki niewojskowe. Podejrzewam, że dostali oni rozkaz, że trzeba uczestniczyć w takim filmie. Według mnie oni powinni zdawać sobie sprawę, że z okazji rocznicy Sojuszu powinniśmy pokazać to, co najlepsze. Zresztą każdy, gdy przyjmuje gości, to chce ich zaprowadzić do najlepszego salonu, pochwalić się, jak dom jest urządzony. Proszę sobie wyobrazić, że my mamy wprowadzony nowoczesny sprzęt. To są moduły stanowiska dowodzenia, mamy naprawdę imponujące centra operacyjne, z których można kierować wojskami. A tutaj wygląda to tak, jakby miało się promować grupę rekonstrukcyjną: wzór starego namiotu z ubiegłego wieku, ta komiczna sytuacja, kiedy dowódcy szczebla operacyjnego składają meldunek o ilości sprzętu…
Tymi sprawami u mnie zajmowali się oficerowie w stopniu pułkownika i podpułkownika, a generał nadzorował proces przygotowania defilady. Ja tylko przedstawiałem zarys ministrowi, bardziej, aby zapewnić przełożonych, że defilada będzie zabezpieczona, również pod względem komfortu stolicy. Tutaj widzimy teatr z ministrem w roli głównej, który wciela się w rolę dowódcy, który zadaje pytania, na końcu jeszcze dyrektywnie stwierdza, że realizuje zadanie. Czy tym powinien zajmować się minister? Jeżeli taki jest poziom wiedzy i kompetencji osób, które dziś mają dbać o nasze bezpieczeństwo, to powiem, że fajnie jest się zabawić w dowódcę drużyny, pewnie jakiś wspomnienie z harcerstwa wśród polityków ma tu znaczenie, ale ktoś tym panom powinien powiedzieć, że minister zajmuje się zupełnie czymś innym. Z ubolewaniem muszę też powiedzieć, że podobną niekompetencję dostrzegam w zachowaniu żołnierzy zawodowych, którzy dziś mniej zabiegają o kwestie podnoszenia swojej wiedzy, a nade wszystko chcą przypodobać się politykom. Jestem aktywnym dyskutantem w mediach społecznościowych i widzę wpisy jednego z dowódców szczebla taktycznego, który każdy komunikat, który jest zamieszczony przez premiera czy ministra, nawet niezwiązany z kwestią wojska, lajkuje. Zatem albo ten oficer zajmuje się tylko obserwowaniem mediów, także w godzinach służbowych – na co wskazują godziny jego aktywności – albo ta forma aktywności jest dla niego ścieżką do robienia kariery zawodowej, co jest niepokojące.

Wróćmy do rocznicy naszego członkostwa w NATO. Pawie każdy, gdy mówi Sojusz Północnoatlantycki, to myśli przede wszystkim Ameryka, ale czy obecny rząd nie zatracił się w tej miłości do USA? Przypomnę konferencję bliskowschodnią czy „Fort Trump”. Czy to nie osłabia jednak naszego strategicznego bezpieczeństwa?
Relacje międzynarodowe mają kilka płaszczyzn. Jesteśmy członkiem NATO i UE, ale nie wyklucza to naszych bilateralnych relacji z państwami czy zawiązywania koalicji. Przypomnę, że nasz pobyt w Iraku był pobytem koalicyjnym w ramach „Iraqi Freedom”.
Jeżeli my ponad miarę deklarujemy naszą sympatię i atencję do jednego z członków NATO, czyli USA, i niejednokrotnie składamy deklaracje, które nie są uzgodnione w ramach sojuszu, to jest tu coś nie w porządku.
NATO opiera się na kolektywnym podejmowaniu decyzji. Rekomendowałbym premierowi, prezydentowi i ministrowi obrony narodowej, aby zapoznali się z procesem decyzyjnym, jaki obowiązuje w Sojuszu. Deklaracje naszych polityków, które są skierowane w zasadzie tylko do naszych kolegów z USA, przy jednoczesnym deprecjonowaniu naszych partnerów europejskich, przypomnę tylko uwagi szefostwa MON o Francuzach, są to niepokojące praktyki. Tym bardziej, że dzisiejsza administracja prezydenta Trumpa mocno odbiega od poprzednich. Przypomnę innego prezydenta, który także wywodził się z konserwatystów, Ronalda Reagana, i jego wpływ na odzyskanie niepodległości przez Polskę i rolę jaką odegrał w zimnej wojnie. Musimy zdać sobie sprawę, że Stany Zjednoczone są graczem globalnym i dla nich Polska nie jest centralnym graczem, jeśli chodzi o politykę zagraniczną. Natomiast jeżeli ktoś daje się zwieść okrągłym słowom, które w dyplomacji są stosowane, a niewiele znaczą, to nie świadczy to dobrze ani o politykach, ani o naszym bezpieczeństwie. Jeżeli zastanowimy się nad konsekwencjami określenia „Fort Trump”, to po pierwsze zaskoczyliśmy naszych partnerów z NATO, po drugie ta determinacja polskich polityków, którzy zadeklarowali nawet 2 miliardy dolarów na przygotowanie infrastruktury, tak naprawdę postawiła nas w sprzeczności z koncepcjami dotyczącymi aktywności wojsk amerykańskich w Europie, które ja poznałem do 2016 roku. Nie sądzę, żeby przez te trzy lata coś się diametralnie zmieniło. Znam narrację amerykańskich wojskowych dotyczącą rozmieszczenia wojsk w Europie, a tu się okazuje, że nasi politycy sami kreują wojskową rzeczywistość.
Przypomnę, że prezydent Duda, który pierwszy użył określenia „Fort Trump” podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych, sam wycofał się z tego i traktuje tę nazwę jako umowną. To pokazuje, jak dużą niewiedzę mają nasi politycy w kwestiach strategicznych rozwiązań NATO.

Pachnie tragedią…
Powiem szczerze, że niepokoi mnie takie zobojętnienie na ten stan rzeczy. Pytała pani, czy nasz rząd nie zatracił się w uwielbieniu dla USA. Moim zdaniem tak, ale niewiele jest osób, które merytorycznie zajmują się kwestiami bezpieczeństwa czy sił zbrojnych, które ten temat by podejmowały. Tych zdarzeń jest już tak wiele – łamania procedur, przepisów, dokonywania zakupów z pominięciem prawa zamówień publicznych – że chyba trochę żeśmy zobojętnieli, co jest bardzo niepokojące. Nie ma racjonalnych i trzeźwych ocen, hasłami i defiladami chce się wypełnić tę wyrwę, która moim zdaniem od 4 lat jest dokonywana w naszym systemie bezpieczeństwa.

Flaczki tygodnia

Tusk przemówił, ale zapowiadany Mesjasz nie przyszedł.

Tusk przemówił, a prominenci PiS odetchnęli. Wbrew ich strachom ogłaszany od miesięcy event nie zaiskrzył antykaczyńskim płomieniem. I choć lud inteligenckiej Warszawy długo i gromko oklaskiwał słowa Tuska, to nie ruszył potem na Nowogrodzką, ani na Woronicza. Aby zdobyć kaczystowski Wersal lub kurską Bastylię. Obalić tyrana albo chociaż uwolnić misję mediów publicznych.

Tusk przemówił, lecz efektu papieża JP2 nie osiągnął. Nie zmienił po przyjściu swoim oblicza tej ziemi.
Bo wzniósł się ponad bieżące krajowe spory i poszybował ku poważnym zagrożeniom Unii Europejskiej. Bo przyjął zbyt globalną, jak na polską chatę skraja, perspektywę.
Zresztą to nie uniwersyteckiego wykładu oczekiwano od niego, tylko jawnego wezwania do rozprawy z kaczystowskim reżimem.

Tusk mówił, a sławę zyskał Leszek Jażdżewski.

Za krótką wypowiedź przed tuskowym wykładem. Jażdżewski to rzadki w Polsce przypadek antyklerykała, ale nie lewicowca. Groźny dla prawicowych mediów, bo nie da się z liberała Jażdżewskiego zrobić wstrętnego „komucha”. By tak zdyskredytować go w kraju rojącym się od wyznawców zdziecinniałego antykomunizmu. Zwłaszcza w najpopularniejszych mediach.

„Kto podnosi rękę na Kościół, go chce zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę” – ogłosił pan prezes Jarosław Kaczyński podczas patriotycznego pikniku w Pułtusku.
Nie dodał, że każdą tak podniesioną rękę, narodowo-katolicka władza sprawnie obetnie, bo pewnie uznał, że to oczywiste.
Zadeklarował, że jest „człowiekiem wierzącym, praktykującym katolikiem” oraz, że „Kościoła trzeba bronić. To także obowiązek patriotyczny”.

Od tej pory każdy krytykujący polskich kościelnych pedofilów, albo księżowskie przekręty finansowe, automatycznie zostanie wykluczone przez elity PiS z polskiej, patriotycznej wspólnoty. Będzie obłożony patriotyczną klątwą.

Leszka Jażdżewskiego, głoszącego już oczywistą prawdę, że polski kościół kat. nie ma prawa pouczać nas moralnie, błyskawicznie skrytykował Episkopat, czyli Zarząd tej firmy. Tym razem nie milczał tak długo, jak w sprawie swych pedofilii i przekrętów finansowych.

Za słowa Leszka Jażdżewskiego oberwał też Senat Uniwersytetu Warszawskiego od pana wicepremiera Jarosława Gowina. Za to, że Senat dopuścił Jażdżewskiego do głosu. Tak to pan premier Gowin zmusza Senat UW do stosowania cenzury prewencyjnej. Zabronionej w Polsce, czyli do łamania prawa.

Tusk przemówił, ale wszyscy usłyszeli Jażdżewskiego.

Aż dwa tysiące żołnierzy, osiemset obiektów latających i liczne pojazdy mechaniczne wezwała władza PiS na 3 maja do Warszawy.
Aby demonstrowały w czasie zapowiadanego wcześniej wykładu Tuska. Aby prorządowa defilada propagandowo przykryła w mediach wystąpienie potencjalnego lidera opozycji. Aby obecność służb mundurowych uniemożliwiła ewentualny zryw, pucz opozycyjnych inteligentów niezadowolonych z autorytarnej władzy pana prezesa Kaczyńskiego.

Tak było, choć brzmi to kuriozalnie, śmiesznie nawet. Ale ta władza, ten pan prezes, te narodowo-katolickie media mają swoje, liczne obsesję. Zwłaszcza na punkcie przygotowywanego przez „totalną opozycję” „puczu”. I ciągle je wykrywają.
W tym roku puczem miał zakończyć się strajk nauczycieli inspirowany i opłacany przez tajemniczego Bartosza Kramka. O nim niedawno, przez kilka dni bez przerwy, informowała TVP info. Kolejny pucz, tym razem trzeciomajowy, miał rozpocząć się od triumfalnego przyjazdu – powrotu Tuska do Warszawy.

Dlatego, aby zademonstrować swą siłę, władza PiS ściągnęła na organizowaną, po raz pierwszy w święto Konstytucji, nie tylko posiłki z NATO. Do defilujących żołnierzy dodano jeszcze inne, podległe jej mundurowe oddziały. Policjantów, strażaków, służby ochrony kolei, służby ochrony państwa, czyli dawny BOR, służby więziennictwa, ochrony lasów państwowych, krajowej administracji skarbowej, a nawet straży marszałkowskiej.
Tych ostatnich pan marszałek Kuchciński postanowił wyposażyć w szable, aby skuteczniej mogli bronić parlamentarzystów PiS przed podstępnymi atakami nieletnich prostytutek.
Do kompletu defilujących służb zabrakło tylko konduktorów, kontrolerów biletów i szkolnych woźnych.

„To jest nasza półkula. Rosja nie powinna tam ingerować” – powiedział amerykański doradca ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton. Tak skomentował sytuację w Wenezueli, gdzie Rosjanie pokrzyżowali amerykańskie plany obalenia prezydenta Maduro.
Tym jednym zdaniem najbliższy współpracownik prezydenta Trumpa przekreślił wysiłki polskiej dyplomacji i podważył nasze bezpieczeństwo. Polska dyplomacja na każdym forum deklaruje poparcie dla ładu międzynarodowego opartego o prawo i zasady, a nie strefy wpływów i koncert mocarstw. Mówił o tym niedawno, podczas Zgromadzenia Ogólnego ONZ pan prezydent Andrzej Duda. Uznał to za priorytet polskiego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa.
A teraz Wielki Brat z Waszyngtonu przyznał, że jednak uznaje prawo mocarstw do posiadania swoich stref wpływów. Czyli uznaje prawo Rosji do posiadania swojej strefy wpływów też.

Niedawno Wielki Brat wykręcił Polsce inny, również podważający nasze bezpieczeństwo numer. Wypowiedział traktat INF ograniczający posiadanie rakiet średniego zasięgu. Dając tym Rosji pole do nieograniczonych zbrojeń w tym zakresie. Zbrojeń nie zagrażających bezpośrednio USA, ale Polsce i Europie jak najbardziej.
Na osłodę władza PiS dostanie od administracji prezydenta Trumpa prawo do utrzymywania i finansowania amerykańskich magazynów na terenie Polski oraz szkolącego się u nas amerykańskiego wojska.

W majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego o mandaty ubiega się 115 obecnych posłanek i posłów. Jeśli zostaną wybrani, to na niecałe 5 miesięcy zastąpią ich nowi parlamentarzyści. Ci nowi nie zdążą wiele napracować się przed jesiennymi wyborami, za to zdążą pobrać po kilkadziesiąt tysięcy złotych należnych im odpraw.
„Flaczki” proponują, aby każdy z tych sejmowych wybrańców do Parlamentu Europejskiego publicznie zobowiązał się do zapłacenia tych odpraw ze swych przyszłych euro poborów.

Kraina chaosu

Słowo „chaos” tak zrosło się z obrazem Libii po siłowej likwidacji tamtejszego państwa przez NATO w 2011 r., że występuje w każdym komunikacie politycznym, który jej dotyczy. Wszyscy – ONZ i rozliczne państwa, zainteresowane tym krajem lub jego ropą, deklarują od lat walkę z chaosem, również te, które doń doprowadziły. To samo mówią podzieleni politycy libijscy, zdani na grę sił zagranicznych. Najnowsza inicjatywa „walki z chaosem” podjęta przez marszałka Haftara miała być rozstrzygającym blitzkriegiem, ale chaos nie ustępuje ani trochę. Dlaczego?

Spójrzmy na tę schematyczną mapę Libii – z momentu rozpoczęcia ofensywy Narodowej Armii Libijskiej (ANL) dowodzonej przez Chalifę Haftara. Cel marszałka to spowodowanie, by to, co tu jest na niebiesko, czyli terytorium zarządzane przez uznany przez ONZ i Zachód rząd Libii premiera Fajiza as-Sarradża (GNA) w Trypolisie, stało się różowe, jak reszta kraju, tj., by znalazło się pod jego władzą. Czerwona linia dzieląca południe kraju oznacza, że władza Haftara poniżej niej jest jedynie teoretyczna. To ziemie ludów saharyjskich, Tubu i Tuaregów, bombardowane od czasu do czasu przez francuskie lotnictwo, gdyż Tubu walczą z krwawą dyktaturą w sąsiednim Czadzie, który pozostaje francuską pół-kolonią.
Prawdę powiedziawszy, sytuacja w różowej części Libii nie wygląda ani różowo, ani jednolicie. Schematyzm mapy skrywa wielość lokalnych ośrodków władzy na tym terytorium i wielość różnych grup zbrojnych, od formacji zwykłej samoobrony przeciw bandytom, po różne zgrupowania parapolityczne, plemienne i klanowe, oraz skrajnie islamskie i kryminalne. Większość z nich zawarła sojusz z ANL Haftara, choć bywa, że są sobie wrogie. Trzeba pamiętać, że Libia powyżej czerwonej linii ma dwa rządy, dwa parlamenty, dwa banki centralne itd. Haftar reprezentuje rząd w Cyrenajce, wschodni, z siedzibą w Benghazi (parlament wschodni znajduje się w Tobruku) i bez tych (niezbyt mocnych na razie) sojuszy mapa nie mogłaby być w większości różowa.
Tak jak bezpośrednie rządy Haftara ograniczają się w zasadzie do wschodu kraju, tak samo niebieska część tylko schematycznie należy do rządu zachodniego z Trypolisu, który właściwie rządzi jedynie kilkoma skrzyżowaniami w tym mieście. Najsilniejszym „niebieskim” miastem jest Misrata, zupełnie niezależna od rządu w Trypolisie, posiadająca nawet własne lotnictwo. Dziś uczestniczy w obronie rządu zachodniego, gdyż jest on tak słaby, że pozwala na tę autonomię. Podobnie jest z innym miastami zachodu, jak Zintan i Zawija – mają własne siły zbrojne i nie chcą władzy marszałka Haftara. Kontyngent amerykański, który miał chronić Trypolis, został błyskawicznie ewakuowany na wieść o ofensywie ANL „ze względów bezpieczeństwa”. Biją się więc teraz sami Libijczycy.

„Na Trypolis!”

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres i marszałek Chalifa Haftar, Benghazi, 5 kwietnia. voa
Marszałek Chalifa Haftar dając tydzień temu rozkaz zdobycia Trypolisu złamał wszystkie umowy i dyplomatyczne próby pojednania obu rządów ze strony ONZ, Włoch, czy Francji (te dwa kraje rywalizują ze sobą w Libii). Wiele razy przed kamerami podawał rękę swemu zachodniemu odpowiednikowi, premierowi as-Sarradżowi, ale najwyraźniej zdecydował przewrócić stół sądząc, że jego blitzkrieg wszystko załatwi. Jego siły są jednak na razie stosunkowo słabe, więc ten blef utknął na dalekich przedmieściach stolicy.
Zabitych liczy się póki co w dziesiątkach, rannych w setkach, a uchodźców w tysiącach, jednak wszyscy wiedzą, że wkrótce może być dużo gorzej. Według zachodnich źródeł dyplomatycznych, około połowa mieszkańców Trypolisu, zmęczona nieustannym napięciem, byłoby skłonnych poddać się władzy Haftara, jeśli miałoby to oznaczać pokój i koniec chaosu w zjednoczonym kraju. Równocześnie jednak większość mieszkańców zachodu kraju nie uważa, by był to „drugi Kaddafi”, za którego czasami prawie wszyscy dziś tęsknią.
Haftar chce „oczyścić kraj z terrorystów i najemników”: to uzasadnienie ofensywy ANL wywołało na zachodzie „operację Wulkan Gniewu”, czyli zbrojne zjednoczenie klanów i miast w obronie GNA, oraz w ambitnym w celu „oczyszczenia kraju z bandytów Haftara”. Można się niestety spodziewać krwawego remisu, jeśli nadzieja marszałka, że w stolicy dojdzie do powstania lub przewrotu spełznie na niczym. Marszałek dysponuje kilkoma starymi radzieckimi i francuskimi samolotami, lecz sama Misrata ma tego więcej. Jego armia ma wozy pancerne dostarczone przez Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), setki Toyot z działkami lotniczymi i trochę rosyjskiej artylerii, a jego żołnierze wyglądają bardzo podobnie do wrogich zachodnio-libijskich grup zbrojnych: są tu świetnie umundurowani i wyposażeni byli kaddafiści, ale i jakby obłąkani faceci w szortach i klapkach, targający ciężkie karabiny maszynowe.

Haftar – „drugi Kaddafi”?

Chalifa Haftar ma 75 lat i bogatą historię za sobą. Razem z pułkownikiem Muammarem Kaddafim uczestniczył w obaleniu libijskiej monarchii w 1969 r. Dowodził libijskim wojskiem na krótkiej wojnie z Czadem w 1987 r., którą przegrał z kretesem. Gdy dostał się do niewoli, zdradził swój kraj i przeszedł na służbę Stanów Zjednoczonych, które zleciły mu obalenie Kaddafiego, co też mu się nie udało. Musiał uciekać do Stanów, gdzie przez 20 lat pracował dla CIA. Wrócił po rozbiciu Libii przez NATO jako „człowiek Amerykanów”, ale tylko na kilka miesięcy, bo nikt go nie chciał.
Wrócił drugi raz pięć lat temu, by służyć parlamentowi powstałemu w Tobruku. W 2016 r. założył swoją armię i rok później, z francuską i egipską pomocą wyrzucił z Benghazi Państwo Islamskie (PI), które zainstalowało się tam dzięki interwencji NATO. PI przeniosło się do Syrty, a Haftar mianował się marszałkiem, chociaż właściwie nigdy nie wygrał żadnej wojny. Zdobył jednak prawie całość libijskich pół naftowych, które znajdują się na wschodzie kraju, co zapewniło mu szeroką, choć dyskretną pomoc międzynarodową.
Niektóre kraje ujrzały w nim „drugiego Kaddafiego”, zdolnego do zjednoczenia kraju i skończenia z ponatowskim chaosem. Oficjalnie cały Zachód, podobnie jak ONZ, wspierał rząd GNA as-Sarradża, ale tak naprawdę po jego stronie były tylko Włochy, Katar i Turcja. Francuzi, którzy byli głównymi pomysłodawcami obalenia Kaddafiego, uznali po cichu, że Haftar będzie jego posłusznym odpowiednikiem, więc nie tylko zbroili go, ale i wysyłali swe siły specjalne, by mu pomagać w walce z islamistami, których (niechcący) sprowadzili do Libii. Francja prowadziła politykę wzmacniania Haftara z początku głównie ze względu na zaangażowanie po jego stronie ZEA, które są wielkim kupcem francuskiej broni (na bombardowania Jemenu) i uzależniały dalsze zakupy od francuskiej aktywności w Libii, podobnie jak Egipt i Arabia Saudyjska. Do niemal jawnych sojuszników Haftara – ZEA, Egiptu marszałka as-Sisiego, Arabii i Francji dołączyła wkrótce Rosja.

Hipokryzja na zamówienie

Dziś oczywiście Francja i Rosja wzywają do pokoju, ale to właśnie te państwa, między innymi, poniekąd przygotowały ofensywę Haftara, życząc jednocześnie „legalnemu” rządowi z Trypolisu wszystkiego najlepszego. We Francji przez jakiś czas nazywano marszałka „człowiekiem Macrona” – w Rosji nazywa się go dzisiaj (niezbyt głośno) „człowiekiem Putina”. Równie dobrze można by go nazwać „człowiekiem Trumpa”, bo w końcu Amerykanie porzucili rząd GNA, choć go niby popierają. Libia jest bożym igrzyskiem, gdzie różne interesy mocarstw i stronnictw międzynarodowych ścierają się za pomocą Libijczyków. Problem w tym, że niemal każdy kraj, który popiera Haftara lub as-Sarradża ma inny cel polityczny lub gospodarczy. Część z nich dla pewności osiągnięcia tych celów wspiera obie strony konfliktu. Stąd trudność doprowadzenia do pojednania, nad którym pracowała ONZ.
Weźmy Turcję, bardzo aktywną w pomocy dla Trypolisu. Sprzymierzyła się ona w tej sprawie z Katarem, gdyż łączy ich głęboki antagonizm wobec ZEA, Arabii i Egiptu, oskarżających Turcję o chęć panowania w świecie sunnickim poprzez wspieranie Braci Muzułmanów, aktywnych w zachodniej Libii i znienawidzonych przez dyktatora Egiptu as-Sisiego i króla Arabii Salmana Sauda. Katar, obecnie w konflikcie z Arabią Saudyjską, nie widzi w Braciach niczego złego i na dodatek współpracuje z Iranem, oskarżonym przez Saudów i ZEA o wspieranie bombardowanego przez nich Jemenu. Haftar mówi o walce przeciw islamistom, ale wraz z wejściem Arabii do gry, przyjął do swego wojska wahhabickich, prosaudyjskich fundamentalistów, znanych z licznych okrucieństw.

Wielki wygrany

Na kilka dni przed swą ofensywą marszałek pojechał do Rijadu, by porozmawiać z królem Salmanem. Teraz te kraje, które zechcą zbroić Haftara, mogą zacierać ręce, bo Arabia (wraz z ZEA) będzie szczodrze płacić. Widzenie Haftara jako „drugiego Kaddafiego” popularne na wschodzie Libii, w Rosji, czy Francji może być złudzeniem, choćby ze względu na jego wiek. Prawie cały styczeń spędził w paryskim szpitalu, gdzie ratowano mu zdrowie. Jest on teraz w trakcie ofensywy swego życia, która zdecyduje o przyszłości jego zmordowanego kraju. Do pomocy mu szykuje się lotnictwo Egiptu, ZEA już przeniosła część swych maszyn do Benghazi.
Na południe i południowy wschód od Trypolisu trwają gwałtowne walki. Libijski Czerwony Półksiężyc mówi o „katastrofie humanitarnej”, która dotyka kraj nawet bez tej wojny. Odezwało się też NATO, które oficjalnie wzięło udział w festiwalu hipokryzji wyrażając „głęboką troskę” o pokój w Libii: szef Paktu, Jens Stoltenberg wezwał do „rozwiązania politycznego”. UNICEF ostrzega, że życie pół miliona dzieci z „niebieskiej” części kraju jest „bezpośrednio zagrożone”. Zdaniem analityków wojskowych Trypolis może paść tylko wtedy, gdy obrońcy przejdą na stronę Haftara, co się na razie nie zapowiada. Jedynym zwycięzcą pozostaje chaos.

Terroryzm nie jedno ma imię

Skończyło się doroczne świętowanie „żołnierzy wyklętych”, przed nami kolejna rocznica. Też mało chwalebna. 20 marca minie szesnaście lat od dnia, w którym Polska wzięła udział w napaści na Irak.

Najazd był to haniebny. Dla tamtejszych społeczności, więcej, dla całego świata islamu, zajęcie Bagdadu i faktyczne zniszczenie państwa nad Eufratem i Tygrysem przez wojska interwencyjne, będzie postrzegane i komentowane latami. Będzie traktowane podobnie jak zdobycie Bagdadu przez Mongołów pod wodzą Hulagu-chana w r. 1258, które doprowadziło do upadku kalifatu Abbasydów i końca rozkwitu tzw. cywilizacji arabskiej. Ocena reżimu Saddama Husajna, bez wątpienia krwawego dyktatora, nie ma tutaj wielkiego znaczenia. Już dziś w wielu środowiskach świata muzułmańskiego jest on postrzegany jako „nowy Saladyn”, symbol oporu i walki z kolonizatorskimi zapędami Zachodu. Symbolika i fantazmat chodzą różnymi drogami niźli racje rozumu i historyczna prawda.
Nasz krajowy mainstream – od lewej do ultraprawej strony – zachłystywał się polskim udziałem w tej niegodziwej ekspedycji. Walczący z okupacją Irakijczycy nazywani byli terrorystami, bandytami, pospolitymi rzezimieszkami dybiącymi na życie i mienie zwykłych ludzi. Obojętnie, czy byli to dawni członkowie partii Baas, byli wojskowi i policjanci Saddama, ludzie związani z funkcjonowaniem dawnego reżimu – ale jednocześnie państwa irackiego, postawieni przez okupantów poza nawiasem społeczeństwa, czy ochotnicy międzynarodówki terrorystycznej (nie brakło zresztą przypadków, gdy pierwsi stawali się drugimi). Ci zaś przybyli nad Tygrys i Eufrat, by realizować dżihad w wojnie z niewiernymi krzyżowcami, a jako że walczyli przeciwko okupantowi – ochotników nie brakowało. Ludzie ci mieli różne motywacje, ideały, cele. Ale Zachód, czyli my, twierdziliśmy, że nasze działania były na wskroś szlachetne, miały przynieść Irakijczykom wolność. Po co mielibyśmy rozumieć tamtych, ich wartości i dążenia?
Czy „Łupaszka” i setki im podobnych tragicznych postaci, rozgrzeszanych z popełnionych zbrodni tylko dzięki temu, że walczyli z „komunizmem”, nie mają czegoś wspólnego z członkami Armii Mahdiego Muktady as-Sadra, z az-Zarkawim i jego ludźmi? Mimo wszystkich różnic w kontekście społecznym i cywilizacyjnym? Kto jest terrorystą i bandytą, a kto bojownikiem o wolność i nieugiętym wrogiem okupantów? Jaką miarą to mierzyć i wedle jakich kryteriów to klasyfikować?
Tak postawione pytanie niezmiennie przerasta i polski mainstream liberalny, i jego segment konserwatywny. A smutnym epilogiem może być tylko przypomnienie, że posłowie lewicowego (ponoć?) Sojuszu Lewicy Demokratycznej poparli w lwiej części i gloryfikowanie 1 marca wątpliwej jakości bohaterów, i udział w interwencji w Iraku. Dziś za tę pierwszą decyzję przeprasza, drugą specjalnie się nie chwali. Nie ma to jednak większego znaczenia, szkody zostały wyrządzone. Prawica nawet nie przeprasza. Po dawnemu nadużywa argumentacji etyczno-moralnej, uzasadniając tym samym aprioryzm swoich tez, postaw, decyzji. Szykując kolejne nieszczęścia.

 

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz – w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen – w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny, świadomi, że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli – kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii, RFN, Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS). Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich była dla polityków francuskich nie do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach, przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw – to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on – w trudnej sytuacji bojowej – podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN. „Przecież sojusznika nie można dyskryminować” – twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem – jego zdaniem – RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni – Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt – promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było – „Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury. Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji. Antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka – zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony – nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne.
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.

Wyskok ku spirali zbrojeń

…i wyskok Czaputowicza.

Świat wydaje na zbrojenia (oficjalnie-na „cele obronne”) prawie 2 bln dol. rocznie To ogromna suma,która w dużej mierze jest marnowana,a mogłaby być przeznaczana na rozwiązanie głównych problemów globalnych (głód i niedożywienie,brak stałego dostępu do zdrowej wody pitnej, wyzwania klimatyczne oraz migracyjno-uchodźcze itd.). Największy udział mają w tym niezmiennie Stany Zjednoczone-ponad 700 mld dol. w obecnym budżecie, co oznacza więcej niż pozostałe państwa z pierwszej dziesiątki razem wzięte- Chiny, Rosja, Arabia Saudyjska, Francja, Indie, Wielka Brytania, Japonia, Niemcy i Korea Płd.
Równocześnie słynny, symboliczny „Zegar Zagłady” pokazujący zwłaszcza stopień zagrożenia nuklearnego, wymyślony w 1947 r. przez naukowców z Uniwersytetu Chicagowskiego, wskazuje obecnie dwie minuty do północy, która oznacza zagładę ludzkości. Tak blisko wskazówki zegara były dotąd jedynie w 1953 r.
Obecnie tylko 9 państw dysponuje bronią atomową – USA, Rosja, Chiny, Francja,Wielka Brytania, Indie, Pakistan, Izrael i – od pewnego czasu – Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Jednakże tylko dwa pierwsze mocarstwa mają możliwość tzw. drugiego uderzenia nuklearnego. Dlatego też rzeczą kluczową dla wyeliminowania tych największych zagrożeń są porozumienia o ograniczeniu, kontroli i redukcji zbrojeń strategicznych między Moskwą a Waszyngtonem..Było ich do tej pory sporo, m.in. SALT I (1972 r.), SALT II (1979 r.), START I (1991 r.) i START II (1993 r.). Nie bez znaczenia był również układ INF z 1987 r.,podpisany w Waszyngtonie przez Reagana i Gorbaczowa dotyczący produkcji,przechowywania oraz likwidacji pocisków rakietowych pośredniego i średniego zasięgu, tzn. od 500 do 5500 km.
Przez szereg lat nie było zastrzeżeń odnośnie do wykonywania jego zapisów,ale administracja Trumpa zarzuciła władzom na Kremlu,iż Rosja weszła w posiadanie nowych pocisków manewrujących SSC-8, co narusza porozumienie INF. Mimo rozmów dwustronnych na szczeblu wiceministrów spraw zagranicznych,prowadzonych m.in.-co ciekawe- w Pekinie, nie udało się wyjaśnić tej kwestii,a w rezultacie 2 lutego USA i Rosja zawiesiły na 6 miesięcy jego stosowanie. Grozi to niewątpliwie m.in. nowym wyścigiem zbrojeń w i tak napiętej sytuacji międzynarodowej.
W tej materii pojawił się niestety przykry wątek polski. Otóż szef naszego MSZ-u Jacek Czaputowicz, który w ciągu roku swego urzędowania, miał szereg wypowiedzi kontrowersyjnych,a czasem wprost nieodpowiedzialnych (np. nazwanie Francji „krajem upadłym”,czy uznanie Tuska za reprezentanta niemieckich interesów w Radzie Europejskiej), posunął się o krok dalej. W wywiadzie dla „Der Spiegel” opowiedział się za rozmieszczeniem broni nuklearnej na terytorium naszego kraju. To co najmniej WYSKOK dyplomatyczny-szkodliwy i bez wyobraźni. Tak postępują POLITYCZNI HUNWEJBINI, bez konsultacji wewnętrznych oraz międzynarodowych..To by przecież musiało oznaczać duży wzrost zagrożenia dla Polski, biorąc m.in. pod uwagę spodziewaną reakcję Moskwy.
Na szczęście sekretarz generalny NATO Stoltenberg zaprzeczył, iż istnieją plany rozmieszczenia nowych głowic nuklearnych w Europie. Co więcej- sekretarz stanu USA Mike Pompeo zadeklarował, iż Stany Zjednoczone są gotowe do negocjacji z Rosją w sprawie kontroli zbrojeń. Istnieją zatem realne szanse na to,że Układ INF będzie- po pewnych modyfikacjach- dalej obowiązywał!

Płacz nad rozlanym mlekiem

Wielkie larum podniosło się w polskich mediach po rezygnacji gen. Mattisa ze stanowiska sekretarza obrony i decyzjach prezydenta Trumpa o wycofaniu wojsk amerykańskich z Syrii.

 

Tuż przed tymi wydarzeniami ukazała się w „Trybunie” obszerna wypowiedź Longina Pastusiaka „Trump = zagrożenie”, której tytuł odpowiada przede wszystkim poczynaniom prezydenta USA w sprawie paryskiego układu klimatycznego.

Pozostałe elementy amerykańskiej polityki autor tak tłumaczy: „Hasło wyborcze Trumpa „America First” („Ameryka Przede wszystkim”) powtarzane również i dziś było i jest wieloznaczne. Może oznaczać priorytet amerykańskich interesów w świecie, jak również zwrot ku sprawom wewnętrznym, kosztem obrony interesów globalnych… Trump jest drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych [po B. Obamie – Z.T.], który próbuje dostosować politykę zagraniczną USA do realnej tzn. relatywnie słabnącej pozycji Stanów Zjednoczonych w świecie… Donald Trump będzie odważniejszy w tej sprawie. Może go to doprowadzić do konfliktu z częścią establishmentu amerykańskiego, który chciałby utrzymać silną pozycję, prymat Stanów Zjednoczonych w globalnym układzie sił.”

Powyższa argumentacja interesów USA nie pozbawiona jest przecież logiki, ale jej konsekwencje wywołały alarmistyczne teksty w „Gazecie Wyborczej”: „Trump opuszcza Syrię”, „Nawet generał Marines porzuca Biały Dom”, Trump zabiera armię z Afganistanu”.

 

Warto jednak pamiętać,

że obecność już pierwszych pięćdziesięciu amerykańskich żołnierzy na terenie Syrii w 2015 roku budziła sporo kontrowersji, gdyż USA nie posiadały zgody na wysłanie wojsk od syryjskich władz (w odróżnieniu od Rosjan). W kolejnych latach, niewielki stosunkowo amerykański udział w likwidacji ISIS różnił się zasadniczo od zmasowanych NATO-wskich bombardowań Syrii i zwalczania, różnymi sposobami, rządów Baszara Al-Asada. Obecnie Trump odpuścił, mając w tej części świata liczących się sojuszników.

Do podobnej konkluzji zaczyna dochodzić w sprawie Afganistanu po kiepskich doświadczeniach od 2001 roku, nie wspominając już o dawnych radzieckich. Wydaje się, że będzie dążył do resetu z Rosją, co mu dotychczas różnymi sposobami, i z rozlicznych powodów, uniemożliwiano.

 

Natomiast nie jest prawdą,

jak przedstawia Onet klawiaturą Grzegorza Węglarczyka, że „Odejście Mattisa to koszmarnie zła wiadomość dla NATO, a więc i dla Polski… problem Trumpa może się okazać problemem nas wszystkich.” I dalej: „Nadchodzi sztorm. Pozostaje nam mieć nadzieję, że Ameryka nadal w tym sztormie będzie bezpiecznym portem, nie mamy bowiem innego wyboru i innego portu nie widać nigdzie na horyzoncie”.

Jaki sztorm panie Węglarczyk?

Gdzie pan go widzi, skoro nawet ważny generał Włodzimierz Pacek, kreśląc różne scenariusze, nie spodziewa się regularnej wojny, bo Rosja nie ma żadnego interesu, żeby zajmować terytorium Polski. „W dzisiejszej Europie nie ma powodu, żeby bać się wojny, która czyha na nasze życie. Jeżeli dzisiaj mówimy o zagrożeniach wojennych, to jest to raczej Azja, region Morza Południowochińskiego. Ale i Europa nie może być zupełnie spokojna… Krym jest z punktu widzenia interesów rosyjskich kluczowy ze względu na strategiczne miejsce. To coś zupełnie innego.

Polska nie jest z punktu widzenia Rosji takim strategicznym miejscem. Jest nim Białoruś”.

Aby jednak utrzymać się w obowiązującej antyrosyjskiej narracji generał dodaje: „Obawiam się, że gdzieś tam w Rosji chodzi po głowach taki scenariusz wojny zastępczej na terytorium Europy wikłający także Stany Zjednoczone. Myślę, że i Amerykanie zdają sobie sprawę z tego, bo dzielą swoje wysiłki i swój potencjał i na Europę, i na Azję.”

 

Pewne jest natomiast jedno,

że aktualnie w głowach, nie tylko polskich, polityków i publicystów dokonał się kopernikański przewrót oglądu politycznego świata. Poprzednio obowiązywał zero-jedynkowy, w konsekwencji dobro bądź zło, a więc USA – Rosja, dalej: nieprzerwanie dobry prezydent Stanów Zjednoczonych i zawsze zły Putin. I jeszcze więcej: Ameryka zapewniająca światu bezpieczeństwo i Rosja stanowiąca nieustanne zagrożenie. A obecnie dotychczasowe „albo-albo” zastąpiono krytyczną oceną polityki tak Trumpa, jak i Putina, niosących podobno równie poważne zagrożenia. Longin Pastusiak dodaje: „Charakterystyczne, że Trump w swojej polityce zagranicznej nie podnosił kwestii praw człowieka, co było zawsze standardowym hasłem w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych”.

 

Ta, tak pięknie brzmiąca, kwestia

w nadzwyczaj selektywny sposób była realizowana, oszczędzając przychylnych USA dyktatorów, którym jeden włos z głowy nigdy nie spadł za dziesiątki tysięcy zamordowanych politycznych przeciwników. Służyła także wnoszeniu demokracji do licznych krajów, ale metodami zbrojnymi. Natomiast w stosunku do byłych krajów socjalistycznych i ZSRR – skądinąd odpowiadając prawdzie – spełniała przede wszystkim rolę pokojowego środka walki politycznej. Jeszcze innym hasłem, służącym, w założeniu, obronie demokracji, był słynny „Pax Americana” do którego pragnie powrócić pewna część wpływowych amerykańskich elit, bowiem zapewniał dominującą pozycję Stanów Zjednoczonych w sferze militarnej i ekonomicznej. Skutkowało to także w konsekwencji oglądem USA jako żandarma świata.

 

Świat jednak się zmienił,

nie ma już ZSRR z jego ideologiczno-imperialną doktryną, jest Rosja zajęta wieloma swoimi problemami i troską o własne bezpieczeństwo, Chiny kreują się na ekonomicznego hegemona świata, a tuż za nimi podążają Indie, Japonia i Brazylia. Wg. rankingu Banku Światowego na dwadzieścia krajów o największym PKB, zaledwie osiem pochodzi z Europy (a tak na marginesie, w czasach PRL nie zajmowaliśmy co prawda propagandowego, dziesiątego miejsca na świecie, a tylko siedemnaste, ale od naszej transformacji wypadliśmy na stałe poza tę grupę). Trump, bez względu co się o nim mówi, to rozumie, i w nowy sposób kreuje politykę zagraniczną, ekonomiczną oraz cele militarne USA. Uważa, trawersując słowa Henry Temple, że „Stany Zjednoczone nie mają wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Stanów Zjednoczonych”.

 

A u nas prawie bez zmian,

bo jak inaczej nazwać spreparowaną przez Onet informację o wywiadzie Lecha Wałęsy dla rosyjskiej państwowej agencji prasowej RIA Nowosti. Przypomina jota w jotę – pogratulować – najgorsze praktyki peerelowskiej propagandy, która uniemożliwiając czytelnikowi zapoznanie się z „nieprawomyślnym tekstem” atakowała go bez umiaru. Tak się stało i teraz, bowiem Onet nie przedstawił ani całego wywiadu, ani też obszerniejszych fragmentów. Z obawy, że Wałęsa powiedział coś, o czym internauci nie powinni wiedzieć, bo im się jeszcze na temat Rosji coś pomiesza w głowach?

Dowiedzieliśmy się tylko tyle, że chwalił Putina i krytykował sojusz Polski z USA, a to zupełnie wystarczające powody do onetowskiej autocenzury. Ale na tym nie koniec, portal jeszcze i poucza, i ostrzega: „polscy politycy nie tylko mają prawo, ale wręcz powinni udzielać wywiadów rosyjskim mediom. Każde słowo rozsądnej krytyki postępowania rosyjskich władz, które uda się przemycić do Rosjan, jest na wagę złota….Udzielając wywiadów rosyjskim mediom państwowym należy jednak mieć pełną świadomość, że to zawsze pułapka”.

Kontynuuje tę światłą myśl, że o Rosji należy mówić tylko krytycznie, również na Onecie, Sławomir Sierakowski opowiada o Nord Stream 2: „Rura, która ma być położona na dnie Bałtyku jest dokładnie tak zaprojektowana i po to budowana, żeby wyeliminować Polskę i Ukrainę i umożliwić Rosji sprzedaż jeszcze większej ilości gazu do Niemiec i Unii Europejskiej”. Pan Sierakowski nie jest jednak tak młodym człowiekiem, aby nie pamiętał zdwojonych wysiłków władz państwowych III RP, wspieranych przez liczne media, na czele z „Gazetą Wyborczą”, zmierzających do uniemożliwienia Rosjanom położenia drugiej nitki rurociągu „Przyjaźń”, którym surowiec płynąć miał przez Polskę na zachód Europy. Ile się to wtedy wszyscy natrudzili, opowiadając nawet istne bajki o montowanym, wzdłuż rurociągu, światłowodzie będącym szpiegowskim narzędziem, zagrażającym bezpieczeństwu naszego ukochanego kraju. No i sukces został osiągnięty: Rosjanie nakładem wielokrotnie wyższych kosztów obeszli polskie terytorium kładąc Nord Stream na dnie morza, a my obeszliśmy się brakiem zysków za prawo do tranzytu surowca. Nauczeni naszą wyjątkową życzliwością powtarzają ten manewr raz jeszcze. Największy paradoks polega jednak na tym, że jak sam Sierakowski przyznaje, „Merkel popiera ten projekt, bo jest bardzo opłacalny dla niemieckiego biznesu”, nie wiadomo zresztą dlaczego, bo nam się opłaca sprowadzać gaz zza oceanu. Naszą politykę ekonomiczną wyznacza nienawiść do Rosji, która w tym wypadku przypomina znane powiedzenie, że zrobię mamie na złość i odmrożę sobie uszy.

 

Jednak coś się pomału zmienia,

bo naczelny rusofob „GW” Wacław Radziwinowicz nadzwyczaj rzadko daje głos, a ostatnio był on nawet, w związku z obchodami 100-lecia urodzin Aleksandra Sołżenicyna, pozytywny dla Putina i Miedwiediewa. Ale jeszcze większe wrażenie zrobił skrót z raportu Fundacji Batorego „Polska wobec Rosji. Radykalizm bez polityki” autorstwa Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Tytuł artykułu Kremlowi jak zawsze przywala (do tytułu ma prawo redakcja, a w „GW” jest ono często nadużywane), ale można odnaleźć w nim szereg opinii, propozycji i zaleceń, które stwarzają szansę na pewną zmianę naszej polityki zagranicznej na tym kierunku. Dla wyjaśnienia, nie tylko obecnych rządów PiS, czy byłych PO, ale prawie wszystkich od 1990 roku. Czy tak się stanie, to tylko Bóg raczy wiedzieć.

 

Dla wyjaśnienia

dodać należy, że w polskiej polityce zagranicznej sami to przysłowiowe mleko rozlewamy, później o te czyny obwiniamy innych, a gdy jeszcze kolejni mówią, abyśmy sami posprzątali, to stać nas jedynie na płacz i żebranie o pomoc.

Armia suwerenności czy nowego konfliktu?

Kosowo ma armię wbrew NATO, ONZ, UE i Serbii

 

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Parlament Republiki Kosowa w piątek, 14 bm., przyjął ustawy w sprawie sił bezpieczeństwa KSF (alb. Forca e Sigurisë së Kosovës FSK, Kosovo Security Force ), nadając dotychczas istniejącym lekko uzbrojonym oddziałom porządkowym atrybuty armii. Zostały one uchwalone bez udziału posłów popieranej przez Belgrad „Srpskiej Listy”, którzy zbojkotowali sesję, nie biorąc w niej udziału.

 

Armia legalna czy nie?

Uchwalając ustawy o zmianie uprawnień KSF, parlament zlekceważył obowiązujące przepisy konstytucyjne – twierdzą niektórzy kosowscy prawnicy – które wymagały uzyskania dwóch trzecich głosów ze 120, w tym dwóch trzecich od 20 parlamentarzystów pochodzących z mniejszości narodowych, nie-Albańczyków. Na podstawie tych przepisów Serbowie, mający 10 miejsc przeznaczonych dla mniejszości narodowych, dotychczas skutecznie blokowali takie inicjatywy ustawodawcze.

Parlamentarzyści z „Srpskiej Listy” zapowiedzieli zaskarżenie tych ustaw do Trybunału Konstytucyjnego Kosowa.

Kadri Veseli, przewodniczący kosowskiego parlamentu, zaraz po glosowaniach oświadczył, że „ Od tego momentu oficjalnie mamy armię Kosowa” . Obecny podczas sesji prezydent Kosowa Hashim Thaci wyraził zadowolenie i następnie w mundurze wziął udział w wojskowym capstrzyku. Albańscy mieszkańcy Kosowa byli zachwyceni powołaniem regularnej armii twierdząc, że „teraz możemy powiedzieć, że jesteśmy państwem, bo nie ma państwa bez armii” .

Innego zdania są Serbowie zamieszkujący Kosowo, którzy obawiają się, że głównym celem tego ruchu jest przeprowadzenie czystki etnicznej w zdominowanej przez nich północnej części kraju. W ramach protestu w Mitrowicy i okolicznych miejscowościach masowo wywieszono serbskie flagi. Z kolei Prisztina i inne kosowskie miasta zostały udekorowane amerykańskimi flagami na znak wdzięczności dla Stanów Zjednoczonych, popierających nie tylko niepodległość Kosowa, ale również utworzenie przez nie armii.

Serbski prezydent Aleksandar Vućić powiedział na konferencji prasowej w piątek wieczorem, że Armia Kosowa jest nielegalna. Według niego takie posunięcie zagraża pokojowi i bezpieczeństwu. Dodał również, że „dziś stało się jasne, że USA, Wielka Brytania i Niemcy, jeśli chodzi o armię Kosowa, stoją za kosowskimi Albańczykami. Nie jesteśmy tym zaskoczeni” .

 

Możliwa destabilizacja Bałkanów?

W telewizyjnym przemówieniu do Serbów, Vućić stwierdził, że powołanie armii jest sprzeczne zarówno z prawem międzynarodowym (rezolucją 1244 Rady Bezpieczeństwa ONZ, która nie dopuszcza istnienia armii w tym kraju) jak i konstytucją Kosowa”. W związku z tym Serbia żąda natychmiastowego zwołania nadzwyczajnej sesji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Vućić ogłosił, że Belgrad nie będzie brał udziału w dialogu z Prisztiną, dopóki nie wycofa się ona z wszystkich swoich wcześniejszych decyzji, w tym o nałożeniu 100 procentowych ceł na towary z Serbii.
Międzynarodowi obserwatorzy podkreślają, że dialog pomiędzy Prisztiną a Belgradem – zapoczątkowany w 2011 roku – ustał, gdy we wrześniu około stu członków sił specjalnych ROSU (Regionalna Jednostka Wsparcia Operacyjnego, odpowiednik amerykańskiego SWAT) zajęło serbską elektrownię wodną w Gazivodzie. Potem Serbia lobbowała skutecznie przeciwko członkostwu Kosowa w Interpolu, na co Kosowo odpowiedziało retorsyjnym obłożeniem serbskich i bośniackich towarów 100 procentowym cłem.

Wszystko to dzieje się w dziewięć dni po oświadczeniu premier Serbii Any Brnabić, która ostrzegła, że powołanie armii w Kosowie może spowodować „interwencję militarną Belgradu”. Później stanowisko to nieco złagodzono, wyjaśniając, że Serbia stanowczo sprzeciwia się temu posunięciu, ale jednocześnie ostrzega, że może to zdestabilizować sytuację na Bałkanach. Jest to odczytywane i rozumiane jednoznacznie jako przeszkoda w normalizacji serbsko-kosowskich relacji. Zapewnienia ze strony przedstawicieli rządu Kosowa, że armia ta ma być jedynie siłami pokojowymi, które nigdy nie zostaną skierowane przeciwko jakiemukolwiek narodowi na niewiele się zdają. Zwłaszcza, że wypowiada je premier Kosowa, Ramush Haradinaj, przeciwko któremu w Serbii wydano nakaz aresztowania pod zarzutem popełnienia zbrodni wojennych. Wobec tych faktów prezydent Vućić zapowiedział, że będzie kontrolował serbskie wojska stacjonujące wzdłuż granicy z Kosowem w ciągu najbliższych trzech dni.

Analitycy z Bałkanów twierdzą, że jakiekolwiek działania armii Serbii liczącej 28 000 żołnierzy przeciwko Kosowu są wysoce nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę aspiracje Belgradu do członkostwa w UE. Kosowo utworzy ministerstwo obrony, a przyszła armia ma składać się z 5 000 zawodowych żołnierzy i 3000 rezerwistów. Przedstawiciele rządu w Prisztinie zapewniają, że proces tworzenia armii potrwa co najmniej 10 lat. Dowodzona przez NATO międzynarodowa, wojskowa misja pokojowa KFOR – odpowiedzialna za utrzymanie bezpieczeństwa i spokoju – w Kosowie liczy około 4000 żołnierzy.

 

Kto za, kto przeciw?

Proces przekształcenia sił bezpieczeństwa w Kosowie w regularną armię był i jest wspierany przez USA. Ambasador Philip S. Kosnett w Prisztinie powiedział, że naturalnym rozwiązaniem dla Kosowa, jako suwerennego, niezależnego państwa jest posiadanie zdolności do obrony. „Pamiętajmy, że bezpieczeństwo kraju zależy od jakości jego relacji z NATO – i pokojowych, obopólnie korzystnych stosunków z sąsiadami – tak samo jak od siły i profesjonalizmu sił zbrojnych” – napisał w piątek na Twitterze.

Włoska agencja prasowa ANSA, powołując się na własne źródła, podaje, że decyzja parlamentu kosowskiego została poparta przez Stany Zjednoczone, Wielka Brytanię i Niemcy. Jednak fakt ten może opóźnić akcesję zarówno Kosowa jak i Serbii do UE.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji wezwało Misję ONZ w Kosowie do podjęcia prób demilitaryzacji i likwidacji wszelkich formacji zbrojnych. Utworzenie w Prisztinie pełnoprawnej armii stanowi rażące naruszenie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ten krok ma na celu poważne zaostrzenie sytuacji na Bałkanach – informuje rosyjska agencja TASS.

Sekretarz Generalny NATO, Jens Stoltenberg wyraził ubolewanie z powodu powołania armii przez władze Kosowa. „Choć przemiana sił bezpieczeństwa w Kosowie jest z zasady kwestią, o której decyduje Kosowo, jasno stwierdziliśmy, że posunięcie to nastąpiło w niewłaściwym momencie” – napisał sekretarz NATO w pisemnym oświadczeniu. Wezwał wszystkie strony do zadbania o to, aby decyzja parlamentu kosowskiego „nie zwiększała napięć w regionie”. Stoltenberg podkreślił, że Rada Północnoatlantycka w ramach swojego międzynarodowego mandatu będzie musiała ponownie zbadać stopień zaangażowania paktu w KSF. Zapewnił przy tym, że KFOR dalej będzie gwarantował bezpieczeństwo Kosowa, a stanowisko władz amerykańskich „poważnie zastanawia” .
Unia Europejska ostrzegła również Kosowo, by wywiązywało się ze swoich zobowiązań wynikających z pierwszego porozumienia zawartego w Brukseli w kwietniu 2013 r. dotyczących uzgodnień w zakresie bezpieczeństwa. Podobnie jak NATO, Unia Europejska nadal podziela pogląd, że „mandat KSF powinien zostać zmieniony jedynie poprzez wspólny i stopniowy proces ustaleń zgodnych z konstytucją Kosowa” – czytamy w piątkowym w oświadczeniu UE.

Specjalny przedstawiciel Sekretarza Generalnego ONZ i szef UNMIK (Misja Tymczasowej Administracji Organizacji Narodów Zjednoczonych w Kosowie ), Zahir Tanin odniósł się w piątek do rezolucji 1244 RB ONZ, która powierzyła społeczności międzynarodowej za pośrednictwem pokojowych sił KFOR odpowiedzialność za bezpieczeństwo w Kosowie. Powiedział on, że ONZ „zachęca wszystkie strony do powstrzymania się od działań, które mogłyby zaostrzyć napięcia a wszystkie problemy należy rozwiązywać poprzez dialog polityczny”.

Sekretarz generalny ONZ, Portugalczyk Antonio Guterres wyraził również zaniepokojenie powołaniem armii przez władze najmłodszej republiki w Europie.

I tak oto w 20 lat po powstaniu kosowskich Albańczyków przeciwko Serbom i dekadzie od uzyskania niepodległości, inicjatywa Kosowa, została uznana za „historyczne wydarzenie”, które albo wzmocni suwerenność tego młodego, malutkiego kraju, albo rozsadzi wciąż bardzo gorący bałkański kocioł.

Krajobraz po bitwie warszawskiej

Bitwa polsko-bolszewicka pogrążyła republiki radzieckie w długotrwałym izolacjonizmie. To zdeterminowało charakter utworzonego w 1922 r. Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

 

Za wypaczenia socjalizmu w ZSRR nie można winić tylko jednej konkretnej postaci. Przecenianie roli jednostki byłoby niezgodne z materializmem historycznym. Autorytarny charakter ZSRR był więc przede wszystkim konsekwencją izolacjonizmu. W podobny izolacjonizm popadła również Polska i to głównie ona ucierpiała na awanturniczej polityce zagranicznej Józefa Piłsudskiego.
I wojna światowa była eksplozją szowinizmu i imperializmu. Jedynie międzynarodowy ruch robotniczy mógł przeciwstawić się nacjonalistycznej burżuazji i jej wojennym tendencjom. Ruch socjalistyczny ostatecznie zawiódł. Opcja bolszewicka była jedną z nielicznych, które skutecznie przeciwstawiły się imperialistycznej wojnie. Od samego początku bolszewicy prowadzili agitację antywojenną. W lutym 1917 roku obalono skompromitowany carat. Burżuazyjno-demokratyczny zryw nie zakończył jednak bezsensownych działań wojennych prowadzonych przez Imperium Rosyjskie. Rząd Tymczasowy pod wodzą Kiereńskiego dążył do rządów bonapartystycznych, został jednak obalony przez bolszewików. To był też początek końca pierwszej wojny światowej.
Młode państwo radzieckie wycofało się z wojny, jednak w latach 1918-1921 trwała w Rosji radzieckiej wojna domowa. Przeciwko bolszewickiej Rosji wystąpiły siły monarchistyczne („biali”) i związane z Rządem Tymczasowym, wspierane przez zagraniczną burżuazję. Lew Trocki w pracy „Terroryzm i komunizm” pisał: „Kautsky przedstawia radzieckich robotników a i całą w ogóle rosyjską klasę robotniczą jako zbiorowisko egoistów, nierobów i samolubów. Ani słowem nie mówi o niebywałym w historii – z punktu widzenia rozmachu podłości – zachowaniu rosyjskiej bur­żuazji, o jej narodowych zdradach: o wydaniu Rygi Niemcom w celach «pedagogicznych»; o przygotowaniu takiego samego wydania Petersburga; o jej 129 odezwie do obcych armii, cze­chosłowackiej, niemieckiej, rumuńskiej, angielskiej, japońskiej, francuskiej, arabskiej i mu­rzyńskiej, przeciwko rosyjskim robotnikom i chłopom; o jej spiskach i zabójstwach za pienią­dze Ententy; o wykorzystaniu jej blokady nie tylko śmiertelnego wyczerpania naszych dzieci, lecz także systematycznego, niezmordowanego, wytrwałego rozprzestrzeniania w całym świecie niesłychanego łgarstwa i oszczerstw”. Rosyjscy komuniści byli w tej walce osamotnieni.
Gdy na byłym terytorium Imperium Rosyjskiego trwała wojna domowa, w Europie trwała walka robotnicza. Powstały Bawarska Republika Rad i Węgierska Republika Rad. 7 listopada 1918 r. utworzono w Polsce Rząd Ludowy pod wodzą Ignacego Daszyńskiego obiecujący m. in. nacjonalizację przemysłu, 8 godzinny dzień pracy i reformę rolną. Istniał on jednak tylko do 19 listopada 1918 r. Robotniczy entuzjazm trwał krótko. Jednostki Freikorpsu, paramilitarne formacje do których wstępowali zarówno monarchiści jak i socjaldemokraci, stłumiły Bawarską Republikę Rad. Do podobnego stłumienia rewolucji doszło na Węgrzech. Węgierska Republika Rad powołana w 1919 r., rządzona przez Bélę Kuna została obalona przez wojska Mikołaja Horthy de Nagybanya, który zaprowadził pierwszą po I wojnie światowej prawicową dyktaturę w Europie. Polscy socjaliści zachowywali się podobnie jak socjaldemokraci niemieccy – spacyfikowali polski ruch robotniczy, w tym utworzoną 6 listopada 1918 r. Republikę Tarnobrzeską. Młode państwo polskie pragnęło również realizować swoje imperialne ambicje tocząc batalie o wschodnie granice. Polska chcąc wykorzystać słabość państwa radzieckiego i mas rosyjskich wyniszczonych przez wojnę domową dążyła do wojny polsko-bolszewickiej.
Wojna polsko-bolszewicka stworzyła mit jakoby bolszewizm był w swojej istocie antypolski. To stworzona przez rzekomego zwycięzcę bzdura. Nie byłoby niepodległości Polski bez Rewolucji Październikowej. To rząd bolszewicki, nie Rząd Tymczasowy pod wodzą Kiereńskiego, zwrócił Polsce ziemię zanim zrobiła to reszta zaborców. Kluczowa była w tym rola Feliksa Dzierżyńskiego w anulowaniu samych zaborów.
Polska miała zdecydowanie lepsze warunki by zostać państwem socjalistycznym niż Rosja i republiki sąsiednie. Zabory pozostawiły Polsce bardziej uprzemysłowione tereny, m. in. ziemie polskie były najbardziej uprzemysłowionym obszarem na terenie Imperium Rosyjskiego. Niepodległa Polska nie wykorzystała jednak swojego materialnego potencjału. Historia w dosadny sposób przyznała rację Róży Luksemburg i jej teorii organicznego wcielenia. Protekcjonistyczny kapitalizm rosyjski przyczynił się do rozwoju przemysłu na terenie Królestwa Polskiego o czym pisała działaczka SDKPIL w swojej pracy doktorskiej „Rozwój przemysłu w Polsce”.
Róża Luksemburg twierdziła, że niepodległość Polski może przyczynić się do zerwania zależności gospodarczych, tym samym do upadku przemysłu. Tak też się stało w niepodległej burżuazyjnej Polsce – doszło do dezindustrializacji, choć wcale nie musiało. W tym miejscu należy odróżnić wolność polityczną od zależności gospodarczych, na co wskazywał chociażby Lenin w polemice z Różą Luksemburg broniąc postulatu niepodległości Polski. Dezindustrializacja wynikała z konfliktu polsko-radzieckiego. II RP nie odzyskała poziomu uprzemysłowienia sprzed I wojny światowej.
Uprzemysłowienie w II RP szło opornie, COP i Gdynia były wyjątkami. Wówczas gospodarka radziecka, odporna na kryzys światowy 1929 roku, rozwijała się błyskawicznie. Polska dopiero po II wojnie światowej, wraz z rozwijaniem przemysłu przez rządy Polski Ludowej przezwyciężała swą nędzę. Jak głoszą rozmaici historycy – w 1920 roku „uratowano Europę przed bolszewizmem”. Dodajmy jednak, że od tego czasu prym w Europie wiodły prawicowe dyktatury. Od Węgier począwszy, przez Włochy, gdzie ruch robotniczy nie zdołał zatrzymać faszystów, po Hiszpanię generała Franco.
Lenin przewidział, że następna wojna światowa będzie jeszcze bardziej okrutna. Pokój okresu międzywojennego nawet nie próbował zachować pozorów długotrwałości, gospodarki poszczególnych krajów były zorientowane na wojnę i zbrojenia. W Europie panował też wszechobecny autorytaryzm. W Polsce w 1926 r. doszło do zamachu majowego w którym wojska Piłsudskiego obaliły rządy parlamentarne. Pucz poparła lwia część ruchu robotniczego, w tym Komunistyczna Partia Polski i Polska Partia Socjalistyczna, mając nadzieje na rewolucję socjalną. Zamiast tego Piłsudski postawił na sojusz z ziemiaństwem, zaś tych, którzy wcześniej go popierali zamykał do politycznego więzienia – Berezy Kartuskiej.
Rusofobia i antykomunizm Piłsudskiego uczyniły go ślepym na interes Polski. Były socjalista skazał Polskę na peryferyjny kapitalizm z elementami feudalizmu. Wykorzystał on ruch robotniczy by oprzeć swoją dyktatorską władzę na zgniłym „porozumieniu narodowym”, a w gruncie rzeczy na czystej ideologii władzy i zgniłej polityce rzekomej równowagi między sąsiadami. W 1933 r. władzę w Niemczech objęło NSDAP wspierane przez niemieckich i zagranicznych przemysłowców. Niemcy zaczęły się zbroić w błyskawicznym tempie. Skutki były łatwe do przewidzenia.
W 1935 roku Józef Stalin zdobył władzę absolutną. W tym samym roku zmarł Józef Piłsudski. Po jego śmierci jego brunatni następcy mieli bardziej proniemieckie sympatie. Sanacyjne elity chadzały nawet na polowania z Hermanem Goeringiem. Stalin coraz bardziej uderzał w narodowe tony, co wiązało się także z zagrożeniem zewnętrznym. Owocem coraz bardziej patriotycznej propagandy były filmy historyczne takie jak „Aleksander Newski” Sergieja Eisensteina z 1938, czy „Minin i Pożarski” Wsiewołoda Pudowkina z 1939, które powstały jako odpowiedź na wrogość ze strony Polski i Niemiec.
Druga połowa lat 30-tych to również czas krwawych czystek w ZSRR. Zginęło również wielu działaczy Komunistycznej Partii Polski. KPP była także intensywnie infiltrowana przez sanacyjny wywiad. W tamtym okresie zamordowanych zostało także wielu doświadczonych wojskowych, w tym Michaił Tuchaczewski, który w 1920 roku wiódł Armię Czerwoną na Warszawę. Stalin nie wysłuchał wtedy jego rozkazu by udać się na Warszawę i sam wyruszył na Ukrainę. Tuchaczewski chciał wówczas dla niego kary śmierci za niesubordynację. Chwile przed swoją śmiercią Tuchaczewski dążył do porozumienia z Niemcami.
Czy nadużyciem jest obarczać odpowiedzialnością za czystki i za grzechy izolacjonizmu burżuazję? Z pewnością należy ją obarczyć za powszechną faszyzację Europy. 15 sierpnia uratowano zachodnią burżuazję kosztem m.in. Polski. Polska straciła swe szanse na rozwój na długie lata. Częściowo nieświadomie pogrążyła też w izolacjonizmie młode państwo radzieckie, a przede wszystkim siebie i to po to by zachodnie mieszczaństwo czuło się bezpieczniejsze. Burżuazja broni swojego panowania na różne sposoby – raz przekupując Matką Boską, raz faszystów czy nazistów. Gdyby socjalizm rozprzestrzenił się po całej Europie jego charakter byłby prawdopodobnie zupełnie inny.
Krótkowzroczność sanacyjnych elit miała swój wpływ także na pakt Ribbentrop-Mołotow i okupację Polski w 1939 r. Dla Stalina oznaczało to „jedno faszystowskie państwo mniej”, a właściwie pozbycie się jednego z bardziej wrogich dla ZSRR państw. Sanacyjni politycy nie chcąc zachować resztek godności, na czele z Rydzem-Śmigłym uciekli do Rumunii. Nikt rządzących w II RP wojskowych za to nie zdegradował, jak dziś degraduje się Jaruzelskiego za to, że wziął na siebie odpowiedzialność za swoje poczynania. Sanacyjne elity nie cieszyły się też powszechnym poparciem narodu. Podkreślał to m. in. przeciwny sanacji Władysław Sikorski.
Sanacyjni politycy mają swoich niegodziwych następców w politykach III RP, szczególnie w partii obecnie rządzącej. Po upadku Polski Ludowej po raz kolejny doszło do dezindustrializacji tym razem za sprawą terapii szokowej i neoliberalnych recept. Teoria organicznego wcielenia Róży Luksemburg ma już tu mniejsze zastosowanie, wszak przemysł na wskutek jeszcze brutalniejszej terapii szokowej upadał również Rosji. Jednak skłócenie Polski w Rosją w czasach III RP również znacznie hamuje polską gospodarkę. Sankcje gospodarcze nałożone przez UE na Rosję po tzw. „Euromajdanie” szkodzą głównie polskim rolnikom i sadownikom. Najgorsza jest jednak nieustannie nakręcana prowojenna atmosfera tym razem już nie przeciwko państwu rewolucyjnemu tylko konserwatywnej Rosji. Rząd PIS-u interesuje głównie interes amerykańskich firm zbrojeniowych.
Warto też porównać stosunek polskich polityków do ukraińskiego ruchu narodowego z okresu wojny polsko-bolszewickiej i czasów współczesnych. Ukraińcy pod wodzą Szymona Petruli sprzymierzyli się z wojskami Piłsudskiego przeciwko bolszewikom. Ludzie Petruli jednak przegrali swoją sprawę, Piłsudski potraktował ich bardzo instrumentalnie. Część z nich utworzyło później podwaliny dla ukraińskiego szowinizmu, zdecydowanie antypolskiego – OUN i UPA. Obecnie rządzący rząd na Ukrainie w swojej polityce historycznej odwołuje się raczej do UPA i OUN niż do Szymona Petruli. To nie przeszkadza władzom Polski popierać tamtejszego rządu.
Dzisiejsza Polska nie jest, tak jak II RP, odizolowana od świata, choć PIS dąży do skłócenia nas ze wszystkimi sąsiadami. Jednak tak samo jak w II RP obecni polscy politycy realizują interesy państw zachodnich kosztem interesu Polski, deklarując hurrapatriotyzm. PIS pod tym względem bije wszystkich poprzedników na głowę. Nikt dotąd nie był tak nienawistny wobec Rosji, nikt nie kochał bardziej Polski i nikt bardziej nie kochał NATO.
Samo NATO nie daje zaś Polsce żadnych realnych gwarancji bezpieczeństwa, także ze względu na nasze położenie geograficzne. Polska jak najszybciej powinna opuścić Pakt Północno-Atlantycki przestać służyć za poligon dla obcych sił, kosztem obywateli Polski i polskich podatników skupujących złom z USA. Obecność Polski w NATO to nieustanne prowokacje i nakręcanie atmosfery zagrożenia w interesie światowej finansjery. Kto wie, czy obecna polityka zagraniczna neosanacji nie jest nawet bardziej samobójcza niż ta elit sanacyjnych z lat 30 ubiegłego wieku.