Z Wilanowa o strajku i pałacu

31 sie 2020

W tym roku mija sto lat od śmierci Stanisława Lentza (1861-1920), jednego z najważniejszych i najbardziej cenionych polskich malarzy i rysowników przełomu XIX i XX stulecia, w szczególności znakomitego portrecisty. Wykształcony w rodzinnej Warszawie (w pracowni Wojciecha Gersona), Krakowie, Monachium i Paryżu, w Warszawie też później osiadł i pozostał jej wierny aż do końca swych dni.

Jako rysownik, zwłaszcza satyryk i karykaturzysta, był przez kilkanaście lat bardzo aktywnym współpracownikiem warszawskiej prasy; dokumentował też przy tej okazji na jej łamach wiele ważnych, a dziś już w ówczesnym kształcie nieistniejących miejsc i obiektów.
Kiedy na przykład w 1891 roku nareszcie zaczęto przywracać powszechnej pamięci miejsce urodzin Chopina (co w swoim czasie opisałem w książeczce „Bałakiriew w Warszawie i Żelazowej Woli”), właśnie Lentz był tym, który po apelu rosyjskiego kompozytora udał się wraz z czołowymi warszawskimi muzykami z Zygmuntem Noskowskim na czele do zapomnianego i zaniedbanego żelazowskiego dworku i w swych wykonanych dla gazet rysunkach uwiecznił jego ówczesny wygląd i stan.
Jako malarz – a od początku XX stulecia poświęcił się przede wszystkim temu gatunkowi – hołdował realizmowi, od nowych, tak przecież wówczas głośnych kierunków i wpływów raczej stroniąc. Jak trafnie piszą autorzy „Słownika malarzy polskich” (Arkady 2001), jego płótna cechuje szeroki, energiczny modelunek, syntetyczna forma i doskonała technika oraz wyrazista, niosąca w sobie duży ładunek ekspresji charakterystyka modela.
Kolorystyka obrazów jest na ogół ciemna, przeważają tony brązowe, szare i oliwkowe, z którymi kontrastują twarze, ręce i fragmenty ubiorów.
Portretował Lentz głównie osoby ze sfer intelektualnych i artystycznych oraz bogatego mieszczaństwa; jednak jako jeden z pierwszych na naszym gruncie zainteresował się też środowiskiem rodzącego się wielkoprzemysłowego proletariatu. Już w 1885 roku pojawiło się jego płótno zatytułowane „Vierzehntag”, zwane też „Wypłatą” lub „Delegacją robotników u dyrektora fabryki” – sugestywna scena ostrej rozmowy robotników fabrycznych z ich pryncypałem.
Pod wpływem rewolucyjnych wydarzeń 1905 roku Lentz stworzył „Robotnika” i „Agitatora wiecowego” (oba obrazy z 1905 roku), a parę lat później (1908-1910) namalował słynny „Strajk” – zbiorowy portret trzech strajkujących anonimowych proletariuszy. Ten „Strajk” Lentza – to pewnie najbardziej wyrazisty oddźwięk rewolucji 1905 roku w polskiej sztuce, skądinąd jeden z nielicznych, gdy np. w naszej literaturze pięknej świadectw tego zrywu jest aż nadto, i to zarówno wybitnych – jak poruszające „Róża” i „Nagi bruk” Żeromskiego, „Ludzie podziemni” i „Dzieje jednego pocisku” Struga, „Ozimina” Berenta czy też „Córka Tuśki” Zapolskiej, jak i raczej chybionych – jak „Dzieci” Prusa czy „Wiry” Sienkiewicza.
W Polsce Ludowej znajdujący się w zbiorach warszawskiego Muzeum Narodowego „Strajk” w 1968 roku trafił nawet na znaczek pocztowy, a sam Lentz osiem lat później miał w tymże muzeum dużą wystawę monograficzną (urządzano mu zresztą takie w Warszawie i jeszcze za jego życia, i potem w międzywojniu).
*
Właśnie ku ulicy noszącej imię Stanisława Lentza zwraca się swą południową ścianą duży, o charakterystycznym schodkowym profilu blok, w którym mieszkam – jeden z ośmiu składających się na warszawskie Osiedle Wilanów II, projektowane przez Jolantę Lipińską i budowane w końcu lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, prezentujące się równie efektownie z otaczających je ulic, co z lotu ptaka (dobrze je widać ze startujących lub lądujących na Okęciu samolotów). Fasada zaś tego bloku zwrócona jest ku ulicy Jabłonowskiego.
Ale nie jest to ulica upamiętniająca osobę o tym nazwisku, którą Lentz malował aż dwukrotnie i której powstały w 1900 roku drugi w kolejności wizerunek uchodzi za bodaj najwybitniejsze dzieło portretowe jego twórcy; znany historyk Aleksander Jabłonowski (1829-1913), badacz dziejów południowo-wschodnich kresów dawnej Rzeczypospolitej, swej ulicy w Warszawie nie posiada.
Wszelako kto w rzeczy samej patronuje tej niedługiej wilanowskiej uliczce, o której teraz piszę i na którą codziennie z okien mego mieszkania spoglądam, zorientować się wcale nie jest łatwo. Bo oto u obu jej krańców widnieje informacja, że tym patronem jest Stanisław Jan Jabłonowski – a więc urodzony w roku 1634 i zmarły w roku 1702 utalentowany wódz, bliski współpracownik przyszłego króla Jana III Sobieskiego, za jego panowania hetman polny i hetman wielki koronny, pod Wiedniem dowódca prawego skrzydła wojsk polskich, potem wsławiony podczas odwrotu z Bukowiny oraz obrony Okopów Św. Trójcy przed Tatarami. Jednak w innych miejscach naszej uliczki znajdują się tablice z nazwiskiem nie Stanisława Jana, lecz Jana Stanisława Jabłonowskiego – a więc syna tego pierwszego, za Stanisława Leszczyńskiego kanclerza wielkiego koronnego, do tego pisarza politycznego i pamiętnikarza (1669-1731).
Ale jakby tego było mało, w jeszcze innym fragmencie uliczki pojawia się informacja, że nosi ona imię Jana Jabłonowskiego – i tu już całkiem nie wiadomo, o kogo idzie, bo chyba nie o Jana Kajetana (1699-1764), wnuka Stanisława Jana i syna Jana Stanisława, też czynnego w polityce i na niwie pisarskiej, lecz warchoła i grafomana i na tego rodzaju upamiętnienie stanowczo niezasługującego.
Szanowny Panie Burmistrzu Dzielnicy Wilanów Ludwiku Rakowski! W dzielnicy pod tak wieloma względami w Warszawie przodującej (średnia długość życia, aktywność wyborcza) porządek powinien panować w każdej dziedzinie. Proszę o stosowne działania!
*
Od wschodu mój blok zwraca się ku ulicy Królowej Marysieńki; jej nazwa w oczywisty sposób zachęca do odwiedzenia nieodległego (kwadrans spaceru) wspaniałego wilanowskiego pałacu Sobieskich, co też z upodobaniem od lat zwykłem regularnie czynić, w szczególności przez długie minuty kontemplując urokliwą fasadę budowli od strony pałacowego dziedzińca.
Wstęp na ten imponujący, rozległy dziedziniec był zawsze bezpłatny – i oto teraz od paru tygodni przy jego wejściowej bramie żąda się od spacerowiczów wykupienia biletu.
O co chodzi? Czy może o kłopoty finansowe pałacowego kompleksu, o których niedawno publicznie informował – skądinąd dobrze mi znany i bardzo przeze mnie ceniony – dyrektor placówki Paweł Jaskanis?
Jeśli tak, niechże tymi kłopotami skutecznie się zajmie odpowiedzialne za pałac Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, pozyskując dlań odpowiednie środki choćby poprzez rezygnację z finansowania rozlicznych firmowanych przez siebie bzdur (których katalog jest tak obszerny, ze wymagałby nie gazety, lecz książki).
A może to ministerstwo planuje stopniowe ograniczanie, a potem wręcz zamknięcie dostępu do pałacu – czyli następną próbę wprowadzania w życie nowej ministerialnej doktryny o zabytkach, powiadającej, że te niedostępne i nieużytkowane zabytkami być przestają i że można je na przykład za odpowiednią opłatą dla potrzeb jakiegoś filmu spektakularnie wysadzić?
Nie udało się (na razie) w Pilchowicach, może uda się w Wilanowie? Brzmi surrealnie?
Nie od dziś wszyscy wiemy, że po PiS-ie i PiS-owcach można się spodziewać wszystkiego…

Najnowsze

Nie ufamy sądom

Nie ufamy sądom

Dlaczego ludzie boją się sądów? Bo człowiek, którego nie stać na adwokata, jest na z góry przegranej pozycji. W...

Sprawdź również

Zakochany Ziemkiewicz

Zakochany Ziemkiewicz

Rafał Ziemkiewicz pokochał Chiny. Naprawdę ! Ten Rafał Aleksander Ziemkiewicz polski publicysta, komentator polityczny i ekonomiczny, powiązany ze środowiskami polskiej prawicy. A także pisarz fantastyczno- naukowy, zdeklarowany antykomunista, współzałożyciel...

Chiny stawiają granicę zwolnieniom przez AI

Chiny stawiają granicę zwolnieniom przez AI

Chiński sąd postawił granicę automatyzacji. Korporacja może wdrażać AI, ale nie może używać jej jako alibi dla zwolnienia człowieka. To nie algorytm wręcza wypowiedzenie. Robi to pracodawca. To ważny sygnał globalnie, także dla Polski. Rewolucja już wchodzi na rynek...

Nie ufamy sądom

Nie ufamy sądom

Dlaczego ludzie boją się sądów? Bo człowiek, którego nie stać na adwokata, jest na z góry przegranej pozycji. W dodatku sądy niechętnie przyznają pełnomocnika z urzędu, twierdząc bardzo często niesłusznie, że sprawa jest prosta. Zaczyna się od tego, że język, którym...

Pochód to moje środowisko naturalne

Pochód to moje środowisko naturalne

Urodziłem się w świętym mieście Częstochowie. Tam, kiedy tylko śniegi z Alej zeszły, roiło się od maszerujących. Płci wszystkich, zwykle pod księżowskimi przewodem. Wtedy nie było tygodnia bez przynajmniej jednej pielgrzymki. Szli górnicy i hutnicy, młodzież...