Gorąca jesień

Wakacje PE dobiegają końca, pora wracać do pracy. Najważniejszym zadaniem będzie przyjęcie ram finansowych na lata 2021-2027. Za sprawą koronawirusa planowany budżet UE musi zmierzyć się ze stratami, które Unia już poniosła, a jednocześnie sprostać wyzwaniom, które pandemia wyzwoliła. Z tych powodów będzie to największy budżet Unii Europejskiej w historii, wynoszący 1,82 biliona euro, a jego częścią będzie wynoszący 750 mld. euro tzw. Fundusz Odbudowy przeznaczony bezpośrednio na likwidowanie skutków pandemii.

Jak być może Państwo pamiętają, projekt budżetu i sposób jego podziału został przyjęty na nadzwyczajnym, lipcowym szczycie Rady Europejskiej. Po 90 godzinach obrad szefowie państw UE osiągnęli porozumienie. Premier Morawiecki ogłosił wówczas, że „porozumienie daje Polsce ponad 124 mld euro w bezpośrednich dotacjach, a razem z uprzywilejowanymi pożyczkami to 160 mld euro w cenach bieżących dla naszego kraju”. Zapewnił też, że w porozumieniu nie ma zapisu o warunkowym powiązaniu pieniędzy z budżetu Unii i Funduszu Odbudowy z praworządnością.
Jak już wiemy w obu przypadkach pan premier oszczędnie gospodarował prawdą. Przede wszystkim nic nie jest jeszcze postanowione, gdyż budżet musi być zatwierdzony przez Parlament Europejski, a ten od początku jasno przedstawiał swoje priorytety. Przewodniczący PE, David Sassoli, powiedział szefom państw i rządów UE, że Parlament jest gotowy odrzucić porozumienie, jeśli nie zapewni ono Unii środków do pokonania wyzwań, które przed Unią stanęły.
Chodzi przede wszystkim o Zielny Ład, czyli o to, by Europa do roku 2050 była pierwszym, neutralnym pod względem emisji dwutlenku węgla kontynentem, co wymaga olbrzymich środków, by pomóc państwom członkowskim w tej transformacji. Europa musi także inwestować w badania i postęp naukowo-techniczny, żeby nie musiała polegać na importowaniu nowych technologii oraz w sferę społeczną.
Rada Europejska z niewiadomych powodów nie potraktowała tego ostrzeżenia z należytą uwagą. Na przykład szalenie istotny Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, mający łagodzić negatywne skutki transformacji energetycznej, został zmniejszony o 20 mld euro – z łącznych 37,5 mld do 17,5 mld euro! To jednak nie koniec. W tych dniach pojawiało się na przykład oświadczenie Krajowych Konferencji Rektorów europejskich uniwersytetów i wyższych uczelni, dość drastycznie obnażające rozdźwięk między zapowiedziami, a planowanymi konkretami. Okazuje się, że wbrew zapowiedziom i oczekiwaniom, w budżecie na najbliższe siedem lat fundusze na szkolnictwo wyższe, badania naukowe i innowacje nie zostały nawet utrzymane na dotychczasowym poziomie, ale wręcz zmniejszone! Program Horizon Europe (badania i rozwój) z 13,5 mld. do 5 mld. euro; program EU4Health (cyfryzacja europejskiego systemu ochrony zdrowia) z 9,4 mld do 1,6 mld euro. Zwłaszcza ta oszczędność jest charakterystyczna – stawia bowiem pod znakiem zapytania gotowość państw członkowskich do budowania zintegrowanego systemu ochrony zdrowia w sytuacji, gdy wraz z wybuchem pandemii Unia była zajadle krytykowana za brak należytej i szybkiej reakcji obronnej. Wynikało to właśnie z braku uprawnień i narzędzi, którymi dysponowały instytucje unijne. Tymczasem mimo, że ta słabość została brutalnie obnażona w praktyce, będzie nadal podtrzymywana! Nawet w obliczu takiego kryzysu, jak Covid-19, który jednoznacznie wskazuje na znaczenie wspólnych działań, badań i procedur w dziedzinie zdrowia publicznego…
Podobna obserwacja dotyczy programu Erasmus+. Rektorzy zwracają uwagą, że zmniejszenie go o planowane 15 proc. ograniczy młodzieży możliwości nauki i doświadczania europejskich wartości i europejskiej różnorodności. Krajowe Konferencje Rektorów apelują więc do PE, współustawodawcy wszystkich programów europejskich, o pomoc i obronę odpowiadającego realnym potrzebom poziomu finansowania rozwoju nauki, badań i innowacyjności. Jest oczywiste, że PE, który uznał te dziedziny za priorytetowe dla przyszłości Unii nie pozostanie wobec apelu europejskich rektorów obojętny.
Swoje stanowisko wyraził zresztą zdecydowanie i jednoznacznie w specjalnej rezolucji. Zapowiedział, że zawetuje cały projekt, jeżeli Rada Europejska nie potraktuje poważnie jego zastrzeżeń. Pozostał w tej kwestii nieugięty mimo, że zarówno szefowa Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen jak i przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel, zapewniając, że zdają sobie sprawę, iż „trudne i bolesne decyzje dotyczące wielu programów” nie spodobają się eurodeputowanym, to jednak prosili o zrozumienie w obliczu ścierających się interesów.
Odpowiedź była jednoznaczna: PE nie zaakceptuje złego porozumienia. Jest gotowy do konstruktywnego dialogu, ale ram finansowych na lata 2021-2027 w kształcie przedstawionym przez RE nie przyjmie.
W tym całym galimatiasie jedno wydaje się przesądzone: mimo zapewnień premiera rządu PiS, kwestia praworządności, określana w skrócie: pieniądze za praworządność, została przesądzona. Potwierdziła to zarówno pani von der Leyen, jak i Charles Michel.
Jak pamiętamy premier Morawiecki zapewniał, że ostateczna decyzja w tych sprawach będzie należała do Rady Europejskiej, gdzie wymagana jest jednomyślność. Pomylił jednak Radę Europejską z Radą Unii Europejskiej, gdzie w rzeczywistości będą takie decyzje zapadały – większością głosów. Potwierdził to Charles Michel: „Po raz pierwszy w historii nasz budżet będzie bezpośrednio powiązany z praworządnością. Wierzę głęboko, że Europa jest w stanie działać”. Szef Rady Europejskiej dodał, że głowy państw członkowskich będą jeszcze dyskutować na ten temat, ale sam kształt mechanizmu nie zakłada jej udziału w procedurze zawieszania środków za naruszanie zasady praworządności. Zaznaczył też, że cieszy się, że przedstawia Parlamentowi „związek, warunkowość pomiędzy kwestiami finansowymi a kwestiami praworządności”.
W sprawie podziału środków budżetowych rząd PiS wakacyjnie milczy. Powraca natomiast kwestia praworządności. Pojawiają się głosy, że gdyby rzeczywiście do tego doszło (już nie mówi się, że na pewno nie dojdzie), to byłoby to „naruszenie polskiej suwerenności”. Jest to teza czysto propagandowa, bo poważne naruszenia praworządności miały i mają miejsce w Polsce, co potwierdziły nie tylko liczne opinie prawników, ale także wyroki TSUE. Z góry także obarcza się „odpowiedzialnością” ze ewentualne utrudnienia w przepływie środków unijnych opozycję, która „donosi na swój kraj za granicą”. To przygotowanie propagandowe zdaje się potwierdzać, że rząd wie, że przyjdzie mu zetrzeć się ze stanowczym unijnym żądaniem przestrzegania standardów obowiązujących wszystkich członków UE.
Na razie – ze względu na dyskryminację osób nieheteronormatywnych dofinansowanie wstrzymano sześciu miastom, które ogłosiły się strefą „wolną od LGBT”. „Straty” tym miastom „wyrównuje” minister Ziobro, przekonując przy okazji, że rząd nie pozwoli na „dyskryminację Polski” ze względu na nasze prawa, standardy i wartości.
Gdyby jednak rząd chciał w ten sposób wyrównywać także przyszłe „straty”, to może mieć kłopot, a my razem z nim, niestety. Przypomnę, że premier Morawiecki pochwalił się, że osiągnął porozumienie, które daje Polsce „ponad 124 mld euro w bezpośrednich dotacjach, a razem z uprzywilejowanymi pożyczkami to 160 mld euro w cenach bieżących”. Obawiam się, że nasz budżet, który wyraźnie popada w kłopoty, mógłby nie wytrzymać wyrównywania „Polkom i Polakom” takich strat. Choćby nawet maszyny Wytwórni Papierów Wartościowych pracowały non stop.
Jakby więc proszę państwa nie patrzeć, już z pobieżnego tylko przeglądu problemów, wynika, że jesień w Europie i w Polsce będziemy mieli gorącą.