Moim żywiołem jest lżejsza z Muz

– W drugiej części mojej drogi zawodowej przestawiłam się na role w sztukach lżejszego autoramentu, w farsach itd. bo znacznie lepiej czuję się w tego typu repertuarze niż w dramatycznym – z JOLANTĄ WOŁŁEJKO rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pani ojciec, Czesław Wołłejko był sławnym aktorem, aktorką była Pani Mama, Halina Czengery, aktorką jest siostra Magdalena, aktorem był Pani mąż Tadeusz Pluciński. Czy to rodzinna atmosfera w domu rodzinnym popchnęła Panią
do tego zawodu?

Ani trochę. W klasie maturalnej miałam sto pomysłów na minutę, dotyczących mojego przyszłego zawodu., nie wiem jak by się to skończyło, gdyby nie przypadek. Towarzysząc mojej przyjaciółce, poszłam na ulicę Miodową do szkoły teatralnej, do tzw. „poradni”. Koleżanka bardzo chciała być aktorką. Pomyślałam „a dlaczego nie ja” i weszłam na salę. Pani dziekan Rena Tomaszewska po wysłuchaniu mojej „produkcji” (był to jakiś wiersz i proza), powiedziała: „Złóż dziecko papiery i przyjdź na egzamin”. I tak to się zaczęło. Lata 1960-1964 spędziłam w PWST na Miodowej. Miałam wspaniałych profesorów. Opiekunem roku był profesor Marian Wyrzykowski, mąż niezapomnianej Elżbiety Barszczewskiej. Profesorami: Halina Mikołajska, Zofia Mrozowska, Ryszarda Hanin, Stanisława Perzanowska, Ludwik Sempoliński, Sławomir Lindner, – same wielkie nazwiska. Dzięki tym ludziom pozbyłam się kompleksów, nieśmiałości, niewiary we własne możliwości. Ojciec nie był zadowolony z mojego wyboru. Nie miałam z jego strony żadnego wsparcia.

Kto ze znanych później aktorów był z Panią na roku?

Dudek Damięcki, Irenka Karel, Maniek Opania, Andrzejek Zaorski, Janek Englert, Basia Sołtysik.
Urodziła się Pani w czasie II wojny światowej w Grodnie na kresach, na dzisiejszej Białorusi. Pamięta coś Pani z tego najwcześniejszego dzieciństwa?
Było dużo kobiet i dzieci. Tylko jeden moment – wnętrze piwnicy wypełnione zapalonymi świecami. Po latach mama opowiedziała mi, że było to w czasie nalotu bombowego. Z Grodna, po ataku Niemiec na ZSRR moja rodzina przedostała się do Białegostoku przez tzw. zieloną granicę, gdzie ojciec grał w teatrze, potem do Poznania, do Łodzi. Zanim w 1947 roku znaleźliśmy się w Warszawie wędrowaliśmy z miasta do miasta. To były czasach powojennych „wędrówek ludów”. Moje dzieciństwo warszawskie to najpierw Praga, potem ulica Nowogrodzka. Na Pradze mieszkaliśmy przy ulicy Wileńskiej, w kamienicy zamieszkałej głównie przez aktorów. Mieszkała tu m.in. Nina Andrycz, którą odwiedzał tu jej przyszły mąż premier Józef Cyrankiewicz. Mieszkała tu też legendarna aktorka Maria Dulęba, która występowała na scenie jeszcze przed I wojną światową, grała w teatrze, ale i w niemych filmach, np. w „Meirze Ezofowiczu” z 1911 roku! Pamiętam, jak kiedyś przyszła do naszego mieszkania, żeby zobaczyć „dziecko Wołłejki” czyli mnie.

Po studiach i dyplomie dostała Pani angaż do Teatru Polskiego, uważanego za teatr „mandarynów”, starych renomowanych aktorów. Jak się Pani czuła w tym gronie?

Bardzo dobrze. Zagrałam tam sporo ról, m.in. Ficię w „Onych” Witkacego, Lulu w „Urodzinach Stanleya” Pintera, tytułową „Lillę Wenedę” Słowackiego, Trojankę w „Trojankach” Eurypidesa, Reginę Engstrand w „Upiorach” Ibsena, Hankę w „Moralności pani Dulskiej, także tytułowe Okapi” w sztuce Stanisława Grochowiaka. W „Balladynie”, gdzie zagrałam Skierkę, grał też Tadek Pluciński, Kostryna. Tadek wspominał z uśmiechem, że patrzył namiętnie na Skierkę, choć przecież Skierka był stworkiem raczej płci męskiej. Zaiskrzyło wtedy i skończyło się latami pięknego związku. Za swoją najważniejszą rolę uważam Małgorzatę w „Fauście” Goethego w reżyserii Augusta Kowalczyka, w 1971 roku, u boku Bronisława Pawlika. To była taka wisienka na torcie. W 1983 roku, po zmianie dyrekcji, pożegnałam się z Teatrem Polskim, poszłam do Rozmaitości, potem do Komedii, do pani Olgi Lipińskiej. W drugiej części mojej drogi zawodowej przestawiłam się na role w sztukach lżejszego autoramentu, w farsach itd. bo znacznie lepiej czuję się w tego typu repertuarze niż w dramatycznym. W kilku takich rolach, m.in. w reżyserii Tomka Grochoczyńskiego, zagrałam w Teatrach Komedia u Olgi Lipińskiej i Kwadrat u Wojtka Pokory. Nawet jak grałam w tzw. poważnym repertuarze w Teatrze Polskim, w dramatach Słowackiego, to wolałam grać Skierkę w „Balladynie” niż tytułową „Lilię Wenedę”. Zanim ją zagrałam w 1968 roku, musiałam poprosić o zgodę panią Elżbietę Barszczewską, która ją grała na otwarcie Polskiego, 22 lata wcześniej, w 1946 roku. Takie były wtedy obyczaje, dziś nie do pomyślenia. Tomek Grochoczyński zaangażował mnie w teatrze Na Woli do sympatycznego przedstawienia według „Trzech muszkieterów” Dumasa, w roli demonicznej Milady de Winter.

Zagrała Pani szereg ciekawych ról w Teatrze Telewizji, n.p. w „Fircyku w zalotach” Zabłockiego w 1968 roku, w słynnym „Mieszczanienie szlachcicem” Jerzego Gruzy w 1969 roku, w „W małym dworku” Witkacego w 1970 roku w reżyserii Zygmunta Hűbnera, czy w „Szkole żon” Moliera w reżyserii Gruzy w 1971…

Było tych ról sporo, choćby w „Ondynie” Giraudoux, w „Trzech siostrach” Czechowa w reżyserii Jerzego Antczaka, w „Kollokacji” Korzeniowskiego, w „Zemście sieroty” Henri Rousseau, w „Weselu” w reżyserii Lidii Zamkow, w „Szczęściu Frania” Perzyńskiego, w „Mądremu biada” Gribojedowa czy „Pan inspektor przyszedł” Prietsleya. Bardzo lubiłam formę teatru telewizyjnego, bo dawała aktorowi równocześnie możliwości typu filmowego i teatralnego. Za jedną ze swoich najlepszych ról w Teatrze Telewizji uważam Adelę w „Domu Bernardy Alba” Lorki w reżyserii świetnej pani Krystyny Meissner. Dzięki Teatrowi Telewizji zetknęłam się też z wielkim Konradem Swinarskim w „Kartotece” Różewicza.

Zagrała Pani też w licznych serialach, od „Stawki większej niż życie” do popularnych seriali współczesnych takich jak „M jak miłość”, „Klan”, czy „Na dobre i na złe”.

Tych ostatnich bym nie wspominała, bo to pojedyncze epizody. Udział w „Stawce”, w odcinku „Cafe Rosé”, gdzie zagrałam turecką tancerkę-agentkę.

W filmie zadebiutowała Pani w 1962 roku w „L’amour a vingt ans”…

To był film o miłości, składający się z nowel reżyserowanych przez reżyserów z różnych krajów. Polską nowelę nakręcił Andrzej Wajda, ale pomijał ją w swojej filmografii. Wspominam też rolę w „Bandzie” i „Nowym”, „Długiej nocy”, „Tajemnicy Enigmy” no i w słynnej komedii „Poszukiwany, poszukiwana” Barei z Wojtkiem Pokorą.

Jest Pani nadal czynna w zawodzie, pojawia się Pani w nowych serialach…

To są małe rólki, okazjonalne epizody, ale chętnie przyjmuję te propozycje, bo to pozwala mi czuć się potrzebną, istnieć w moim zawodzie, który lubię mimo jego mankamentów. Chciałabym też wspomnieć o ważnych dla mnie latach pracy w dubbingu, z którym nieprzerwanie współpracuję od 1964 roku. Moim debiutem w tej dziedzinie było dubbingowanie Claudii Cardinale w filmie „Jego dziewczyna”. W dubbingu miałam bardzo wiele ciekawych ról, m.in. we współpracy z Zofią Dybowską-Aleksandrowicz, która powierzyła mi rolę jednej z żon królewskich w znanym angielskim serialu „Sześć żon Henryka VIII”, w duecie z Mariuszem Dmochowskim.

Przyniosła Pani na nasze spotkanie książkę, wywiad-rzekę z Pani byłym mężem, zmarłym niedawno znakomitym aktorze Tadeuszu Plucińskim. Jest niej rozdział „Jola i wszystko co kocham”, w którym wypowiedział się o Pani z wielką czułością. Nieczęsto w ten sposób „exowie” piszą o byłych partnerach…

Moje lata z Tadeuszem, mężczyzną nie tylko zabójczo przystojnym, ale i zjawiskowo czarującym, a przy tym dużej klasy jako człowiek, były najpiękniejszym okresem mojego życia, pełnym ciepła i miłości, okresem który zaowocował narodzinami synów, pełnym ciekawego życia towarzyskiego, podróży itd. I mimo, że rozstaliśmy się, pozostaliśmy przyjaciółmi. Ja także wspominam go z sentymentem i czułością.

Dziękuję za rozmowę.

Jolanta Wołłejko – ur. 15.09.1942 r. w Grodnie. Absolwentka warszawskiej PWST (1964). Aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna. W latach 1965-1982 w Teatrze Polski, później w Teatrze Rozmaitości, Teatrze Komedia i gościnnie w Teatrze na Woli i Kwadracie.

Krystyny Jandy skoki z wysokości

Od samego początku swojej artystycznej drogi Krystyna Janda zawarła przymierze z widzami.
Zawsze wiedziała, do kogo, po co i dlaczego mówi.

 

Przy czym przymierze to miało swój awers i rewers, ton serio i buffo, niczym w walce karnawału z postem. Toteż nigdy nie dziwiło sąsiedztwo takich premier jak „Pomoc domowa” i „Zapiski z wygnania”. To przymierze pozostało fundamentalną zasadą jej twórczej pracy, sprzyjało licznym osiągnięciom, mierzonym otrzymywanymi nagrodami na rozmaitych festiwalach, w konkursach i plebiscytach czytelników czy widzów. Strona e-teatru, rejestrująca nagrody odnotowuje ich 75, tyle otrzymała do tej pory artystka – tak więc Nagroda im. Tadeusza Żeleńskiego-Boya, która właśnie otrzymała, nosi numer kolejny „76”.
Jeśli by szukać jakiegoś mianownika artystycznych dokonań Laureatki, na pierwszym miejscu trzeba by wymienić odwagę w podejmowaniu nowych wyzwań. Właściwie to sama artystka podsuwa ten mianownik tytułem jednego ze swych spektakli solistycznych, które przygotowała w Teatrze Polonia – mam na myśli „Skok z wysokości” Leslie Ayvasian.
To było bardzo zabawne spotkanie – Krystyna Janda w kąpielowym szlafroku, uśmiechnięta, przyjmowała swoich widzów-gości w Teatrze Polonia (na scence w foyer, „Fioletowe pończochy”), zapraszając do wspólnej zabawy. Jej współpracownice rozdawały ponad 20 „ról”, niektóre bardzo malutkie, ale dwie, ho ho, to rola męża i syna. Widzowie się nie opierali, przygotowani na tę „niespodziankę” przez poprzedzający premierę rozgłos. Tylko recenzentka „Naszego Dziennika” odmówiła, zapewne dlatego, aby zachować odpowiedni dystans, tak potrzebny krytykowi. Widzowie użyci jako domniemani partnerzy mieli wypowiadać rozdane kwestie, najlepiej „na biało”, czyli bez przesadnej interpretacji, aktorka robiła resztę: oto kobieta, która ma lęk wysokości, a właśnie obiecała synowi, że skoczy z wieży do basenu.
Może to tylko figura stylistyczna, ale odnoszę wrażenie, że aktorska ścieżka Krystyny Jandy rozpoczęła się od „skoku z wysokości”. Mam na myśli jej szalony debiut w telewizyjnej inscenizacji „Trzech sióstr” Antoniego Czechowa – było to w roku 1974. Wtedy Aleksander Bardini postanowił zaangażować do głównych ról utalentowane studentki warszawskiej PWST: Krystynę Jandę, Joannę Szczepkowską i Ewę Ziętek. Jeszcze przed realizacją spektaklu sam zamysł obsady spotkał się z frontalną krytyką, ale Bardini, wytrawny reżyser i niedościgły pedagog, nie dał sobie pomysłu wyperswadować. I wygrał.
To, co nastąpiło po spektaklu, trudno sobie dzisiaj nawet wyobrazić. Teatr telewizji miał wówczas rangę pierwszego Teatru Rzeczpospolitej. Spektakle oglądała cała Polska. Przed początkującą aktorką otworzyły się wszystkie drzwi, mogła przebierać w propozycjach. Wybrała Ateneum. Tradycyjny teatr aktorski, słynący gwiazdorskim zespołem. To był już drugi skok z wysokości – grać u boku samej Aleksandry Śląskiej stanowiło nie lada wyzwanie, a tak się przecież stało już w debiucie teatralnym, na początek zagrała Anielę w „Ślubach panieńskich” reżyserowanych przez Jana Świderskiego – Aleksandra Śląska grała wtedy panią Dobrójską, ale wkrótce znowu dostała rolę z teki Czechowa – tym razem Niny Zariecznej w „Mewie”, także u boku Śląskiej w roli Arkadiny (1977).
Tak więc Czechow niezmiennie jej towarzyszy – najpierw to dzieło w pewnym sensie przypadku, ale potem świadomych decyzji, na pierwszy jubileusz wszak wybierze „Mewę” w Teatrze Studio – tym razem wystąpi w roli Arkadiny (2003), także na dużej scenie Polonii będzie współreżyserować z Natashą Parry „Trzy siostry”, a Teatrze Telewizji z ducha czechowowskie „Rosyjskie konfitury” wg Ludmiły Ulickiej (2011) – sama zagra też jedną z głównych ról.
Wróćmy jednak do roku 1977, który zaważył na gwałtownym przyspieszeniu kariery artystki: poza wspomnianą rolą Maszy zadebiutowała wtedy na ekranie w filmie Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru” (film nakręcono w roku 1976, ale premiera odbyła się 25 lutego 1977), a na opolskim festiwalu dynamicznym wykonaniem piosenki „Guma do żucia” Marka Grechuty. Kto widział i słyszał, nie zapomni tej szalonej chrypki, tych gorączkowo wyrzucanych słów i gumowo-wężowego ruchu wykonawczyni. Występ w Opolu zakończył się bisem, stając się początkiem trwającego do dzisiaj związku artystki z piosenką – dość powiedzieć, że płyta „Guma do żucia” to prawdziwe cymelium, prawie nie do zdobycia na Allegro, a przecież aktorka wątpiła w swoje możliwości wokalne i pełna obaw wstępowała na tę drogę. To były kolejne skoki na głęboką wodę, które wynosiły aktorkę na sam szczyt. Lekko neurotyczna początkująca dziennikarka Agnieszka z filmu Wajdy wniosła nowy powiew na ekran, stała się postacią symbolizującą buntowniczo nastrojone pokolenie, które nie da się zbyć byle czym, które żąda prawdy. To było mocne wejście, paradoksalnie wzmocnione niechęcią władz do tego filmu, ledwie rozpowszechnianego i obrzucanego pisanymi na propagandowe zamówienie paszkwilami.
To, co wydarzyło się 40 lat temu, w roku 1977, stanowiło kapitał założycielski artystki, a dla niejednej zapewne aktorki byłoby to dość, aby odcinać kupony od sukcesów. Udała się jej bowiem rzecz arcyrzadka – stała się nie tylko rozpoznawalna, ale stworzyła postać, kreację, którą można było długo eksploatować. Wyczuli to wówczas nieomylnie jurorzy Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego wyróżniając ją tą nagrodą za błyskotliwy debiut. Tak bowiem, jak przed laty Cybulski w roli Maćka Chełmickiego stał się idolem pokolenia końca lat 50., tak teraz Agnieszka Jandy uchodziła za ucieleśnienie gorączkowej energii młodego pokolenia końca lat 70.
A jednak Krystyna Janda nie zatrzymała się na powtarzaniu czy kopiowaniu już odniesionego sukcesu, ale wciąż stawiała sobie nowe cele. Już statystycznie wygląda to imponująco, świadczy o jej gigantycznej wręcz pracowitości. Nasza Laureatka bowiem ma za sobą: ponad 70 ról teatralnych, 65 ról telewizyjnych, ponad 50 ról filmowych, 31 reżyserii teatralnych,14 reżyserii teatrów telewizji i 1 serialu (Męskie-żeńskie), 4 scenariusze spektakli tv i 2 adaptacje, role w 9 serialach telewizyjnych.
W tym wykazie brakuje (a trzeba by przecież dodać) licznych ról radiowych, koncertów i rozmaitych okazjonalnych występów. Można by tym bogactwem obdzielić co najmniej kilka wcale poważnych biografii artystycznych. A jeśli do tego dodać opublikowane książki, prowadzony blog, pracę w Fundacji, kierowanie teatrami i w końcu pełnienie funkcji Bardzo Ważnej Instytucji – uznawanego autorytetu, wypada tylko z podziwem się pokłonić.
Rzecz nie w rozległości obowiązków, godnej uznania aktywności – wciąż pozostaje aktualny przywołany na początku mianownik jej poszukiwań, ponawiane nagminnie skoki z wysokości. Wspomnę już tylko o kilku, bo o wszystkich mówić tu nie sposób. Ale nie można pominąć niezwykle odważnego wejścia Krystyny Jandy na terytorium wielkiej klasyki, a zwłaszcza tragedii – docenił to zachwycony Maciej Nowak, który po premierze „Medei” (1988, w reżyserii Zygmunta Hübnera na scenie Teatru Powszechnego, to była jego ostatnia praca reżyserska) tak pisał:
„Aktorka w pełni podporządkowała się wymogom klasycznego tekstu, co znowu nie znaczy, że zrezygnowała z nadania mitycznej boha­terce indywidualnego rysu. Jest to Medea bliska poprzednim wcieleniom Jandy poprzez swoją wybuchowość, nieopanowanie graniczące momentami z histerią, nerwowość gestów i zachowań, ale też – odległa, gdyż bogatsza od nich o umiejętność nadawania swym namiętnościom wymiaru monumentalnego”.
Innym przejawem nieustannego podejmowania nowych wyzwań, było wejście aktorki na grząski teren monodramu. Ten kolejny debiut, wspomagany reżysersko przez Magdę Umer, odbyła aktorka „Białą bluzką” Agnieszki Osieckiej, spektaklem na tyle wyrazistym i znaczącym, że po jego wznowieniu po latach na deskach Och-teatru znowu wybrzmiał niezwykle mocno, choć inaczej, bo nie była to powtórka. Wciąż poszukiwała nowych tonów. Jednym z najbardziej odważnych „skoków z wysokości” stał się jej monodram Mała Steinberg Lee Hall, początkowo trudny do zaakceptowania, aktora bowiem grała 10-letnią, cierpiąca na autyzm dziewczynkę. Ale w miarę upływu minut „widz się poddaje – pisałem. – Cisza na widowni przytłacza, coraz trudniej oddychać, coś ściska za gardło, chce się uciekać i chce się nadal słuchać tej wstrząsającej opowieści o świecie pełnym obezwładniającej samotności, szczerości aż do bólu, ale i radości życia”.
To samo uczucie towarzyszyło mi niedawno, kiedy oglądałem najnowszy spektakl jednoosobowy Krystyny Jandy (choć z towarzyszeniem grupy muzyków), „Zapiski z wygnania”. I tym razem rzecz opracowała reżysersko Magda Umer, a wiem, że impuls do podjęcia tego nowego wyzwania dała Gołda Tencer. Marzena Dobosz swoją wnikliwą recenzję tego spektaklu-wydarzenia rozpoczęła bardzo emocjonalnie: „W głuchej ciszy widzowie wpatrują się w czarno-białą twarz Krystyny Jandy widoczną na półprzezroczystym ekranie rozpostartym niczym kurtyna przed sceną. Wstrzymują oddech podczas monologu aktorki, by ze ściśniętych gardeł nie wyrwał się szloch. nadaremnie jednak, pod koniec spektaklu nikt już nie ukrywa łez…”. Tak prawdziwie opowiadała Krystyna Janda o wygnańcach z Polski po marcu 1968 roku.
Fałszywy jednak byłby wniosek, że życie się słało Krystynie Jandzie u stóp. Było różnie, bywała nękana srogimi zarzutami, jak teraz fake’ami za jej postawę społeczną, krytykowana tak bardzo, że kiedyś nie wytrzymał nawet mistrz Wajda, chwycił za pióro i stanął w obronie artystki przeciw harcownikom-recenzentom. Nie trzeba tak daleko szukać, także najnowsza jej premiera w Polonii spotkała się z połajankami, że za dużo brzydkich słów, że banalna literatura, że żaden to teatr. Mam na myśli „Mój pierwszy raz, spektakl, w którym opowiada za pośrednictwem zapisów internetowych o pierwszych doświadczeniach seksualnych. Byłbym ostrożny z tymi połajankami, bo pewnie znowu okaże się, że artystka miała rację, wkładając kij w mrowisko, nie uciekając od tematu tabu. W końcu nie na darmo zawarła przymierze z widzami. Robi to, co zwykle – znowu skacze z wysokości.

 

fot. Zbigniew Kresowaty/Wikimedia Commons