Nie miał „pięknej karty opozycyjnej”…

„W naszym narodzie jest takie myślenie, że kto głośniej krzyczy – jestem patriota, ten daje sobie alibi, znajduje się pod kloszem, pod ochroną. Tak, że nie sposób go już atakować. Tymczasem patriotyzm, to nie radykalizm! Bywa, że ktoś, kto jest ostrożny i powściągliwy, jest największym patriotą. Bo na przykład myśli o narodzie, nie rzuca jego losu na stos. Mówi się- miał piękną kartę opozycyjną. I to już rozgrzesza, jest przepustką do historii. Tymczasem Wojciech Jaruzelski nie miał pięknej karty opozycyjnej, a Jego zasługi w odzyskaniu niepodległości w 1989 roku są fundamentalne”
prof. Andrzej Romanowski

Generał Wojciech Jaruzelski 6 lipca 2020 skończyłby 97 lat godnego i pracowitego życia.
Przyszły Generał, syn pierworodny Władysława i Wandy Jaruzelskich, urodził się 6 lipca 1923 r. w Kurowie. Kościelny zapis metrykalny podaje, o godz. 9 wieczorem. Na chrzcie w kościele parafialnym, 7 października nadano dziecku imiona: Wojciech, Witold. Rodzice chrzestni – Hipolit Zaremba, ojciec Matki i Zofia Mokrzyńska, siostra Ojca dziecka.
Ród Jaruzelskich
Korzenie szlacheckiej rodziny Jaruzelskich sięgają XIV wieku. Na włościach Jerusele w powiecie drohiczyńskim, osiadła rodzina przybyła ze wsi Ślepowrony. Stąd w późniejszych latach i wiekach postało nazwisko Jeruzelscy v. Jaruzelscy herbu Ślepowron. Pielęgnowali tradycje rodowe, zajmując różne urzędy ziemskie, wśród nich stolnika, podczaszego, chorążego ziemskiego, cześnika, łowczego. Wielu było rycerzami (żołnierzami), pełniąc funkcje towarzyszy i chorążych kohort pancernych.
Pradziadek Generała, Antoni-Józef był dziedzicem dóbr Rusi Starej, Sokołów i części miasteczka Sokoły. Miał pięciu synów. Jednym z nich był Wojciech, dziadek Generała, po którym wnukowi nadano to imię. Za udział w powstaniu styczniowym zesłany na 12 lat do Szadryńska (Syberia). Część drogi przebył pieszo, mimo przysługującej mu z racji szlachectwa tzw. kibitki. Wiele razy wspominał o strasznym głodzie, jaki cierpieli skazańcy. Wrócił po 8 latach, w wyniku amnestii.
Osiadł w pomniejszonym konfiskatą majątku, w powiecie łomżyńskim. Ożenił się z Heleną Filipkowską, córką dziedzica dóbr Zaremby Kościelne, Niemiry i Dmochy. Miał czterech synów, jednym z nich był Władysław – Mieczysław, Ojciec Generała, ur. w 1899 r. w Rusi Starej.
Prapradziadek ze strony Matki, Leonard Jodko-Narkiewicz służył w Legionach gen. Jana Henryka Dąbrowskiego; w Wojsku Księstwa Warszawskiego, a następnie Królestwa Polskiego. Dosłużył się stopnia podpułkownika, licznych orderów, w tym Legii Honorowej. Jego syn Konstanty był kapitanem w Korpusie Inżynieryjnym gen. Ignacego Prądzyńskiego oraz konstruktorem śluzy na Kanale Augustowskim.
Rodzice Generała
Ojciec Generała. Władysław, początkowo uczęszczał do gimnazjum rosyjskiego w Łomży. Gdy po 1905 r. (rewolucja lutowa), zaczęły powstawać polskie szkoły, przeniósł się do Warszawy i ukończył gimnazjum Wojciecha Górskiego (kilka lat później ukończył je Stefan Wyszyński, przyszły Prymas Polski). Nie zwalniało ono z odbycia służby w armii carskiej. Chcąc jej uniknąć, nielegalnie przedostał się do rodziny w Galicji (brata Ojca, Józefa- Benedykta, właściciela majątku Kniaże w Małopolsce Wschodniej), a stąd na studia do Akademii Rolniczej w Taborze (Czechy).
Po ukończeniu wyższych studiów wrócił do Polski. Jako ochotnik walczył w wojnie polsko-radzieckiej 1920 r., w oddziale słynnego „zagończyka” Feliksa Jaworskiego, którego czyny bojowe opisuje Zofia Kossak – Szczucka w książce „Pożoga”. Następnie podjął pracę administratora w majątkach: Leśnictwo, Moszenki, Pliszczyn, Kurów. Okazał się świetnym fachowcem, o czym świadczą listy polecające wszystkich pracodawców. We wrześniu 1922 r. ożenił się z Wandą Zaremba, córką Hipolita i Zofii, właścicieli majątku ziemskiego w Trzecinach (powiat Wysokie Mazowieckie).
Matka Generała, ukończyła pensję Leonii Rudzkiej w Warszawie, a następnie Szkołę Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach.
Państwo Jaruzelscy, w styczniu 1925 roku, z półtorarocznym synem Wojciechem, opuścili Kurów i przenieśli się do majątku Trzeciny, którego właścicielami byli rodzice Matki.
Rodzice Generała mieszkali w małym dworze, w dużym – dziadkowie. Ojciec Generała kierował pracami rolnymi, Matka prowadziła hodowlę zarodową (mleko wysyłano pociągiem do Warszawy). Zajmowali się pracą społeczną. Ojciec w kółku rolniczym udzielał fachowych porad okolicznym gospodarzom w zakresie hodowli i uprawy roli. Matka wspomagała finansowo szkołę powszechną, którą jeszcze jako elementarną, w czasach carskich – zajmowała się jej matka Zofia. Obie w Katolickim Stowarzyszeniu Kobiet, organizowały kursy szycia i gotowania dla młodzieży wiejskiej, prowadziły spotkania oświatowe dla rodzin chłopskich i akcje pomocy dla kilku studentów, rekrutowanych przez Sodalicję Mariańską i Bratnią Pomoc. Niektórzy z nich np. Grzegorz Leszczyński, otrzymywali pomoc finansową i paczki żywnościowe. Po wojnie, pomógł on Teresie, siostrze Generała podjąć naukę i studia w Lublinie na KUL (Wydział Polonistyki).
Dzieciństwo i młodość
Pierwsze lata życia, upłynęły Generałowi w Trzecinach, z dziadkami, rodzicami i młodszą siostrą Teresą (ur. w 1928 r.).
Początkowo nauczaniem chłopca zajmowała się w domu Matka. Uczniem miejscowej szkoły powszechnej był jeden dzień. Później uczył go w domu nauczyciel, Jan Kurkiewicz. Gdy ukończył 10 lat, rodzice skierowali syna na naukę do gimnazjum, wówczas nazywane kolegium. Prowadzili je Księża Marianie na Bielanach w Warszawie. Wojciecha zapisano w roku szkolnym 1933/34 do klasy o programie V- oddziałowej szkoły powszechnej. Czesne było wysokie, miesięcznie 176 zł, z tego 54 zł za naukę i 122 zł za internat. Dwa lata później, już ok. 200 zł.
Gimnazjum należało do grona szkół elitarnych. Znane było z wychowywania młodzieży w duchu polskiej tradycji i na zasadach katolickich. Wyróżniało się samorządem uczniowskim, zwanym „Uczniowską Rzeczypospolitą Bielańską”, której działanie regulowała uczniowska konstytucja. Generał, odpowiadając na list byłego wychowawcy z Bielan, ks. Jana Przybysza, przebywającego na emigracji w Londynie – nawiązał do tego faktu w liście z 9.11.1989 r. pisząc: „Choć minęło już ponad pół wieku od tamtych dziecięco – młodzieńczych lat, mnie również wspomnienia Rzeczypospolitej Bielańskiej nie opuściły. Chyba niewielu poprzednim pokoleniom przychodziło przeżywać aż tyle przemian, w ciągu jednego, ludzkiego życia”. W gimnazjum znajdowało się muzeum. Gromadziło m.in. dokumenty od czasów Jana Kazimierza, pisma ulotne z okresu Sejmu Wielkiego, sporo pism Staszica, Rządu Narodowego Powstania Styczniowego, w tym dział poświęcony Romualdowi Trauguttowi. Muzeum patronował ksiądz Józef Jarzębowski. Istniała też biblioteka, w 1939 r. liczyła ok. 30 tys. tomów. Wojciech Jaruzelski od 1935 r. był harcerzem i członkiem Sodalicji Mariańskiej.
Wychowawcami w gimnazjum byli księża marianie, ale większość nauczycieli stanowiły osoby świeckie. Roman Kadziński, nauczyciel języka polskiego dobrze pamiętał najlepszych uczniów tego przedmiotu – Wojciecha Jaruzelskiego i Tadeusza Gajcego, późniejszego poetę, który zginął w Powstaniu Warszawskim. Po ukończeniu IV klasy gimnazjum i uzyskaniu małej matury, przyszły Generał przyjechał na wakacje do domu w Trzecinach. Wkrótce okazało się, że wojna drastycznie przerywa dalszą naukę i wiejskie życie rodziny Jaruzelskich.
Wybuch wojny i pierwsze lata
Wybuch wojny 1939 r. zmienił życie każdej polskiej rodziny. Pierwsze dni minęły rodzinie Jaruzelskich względnie spokojnie. Jednakże wciąż zbliżały się wojska niemieckie. Wanda i Władysław Jaruzelscy z dziećmi, 10 września zdecydowali się na wyjazd bryczką i trzema furmankami z woźnicami. Dołączyli do masy uchodźców, przemieszanych z żołnierzami z rozbitych oddziałów Wojska Polskiego. Udali się na Wschód licząc, że wojna nie potrwa długo i wkrótce wrócą. Opuścili Trzeciny – jak się okazało – na zawsze.
Jechali głównie nocami, w dzień Niemcy bombardowali zatłoczone drogi. Tydzień po wyjeździe dotarli do majątku Jagnieszczyce (woj. nowogródzkie). Tu dowiedzieli się, iż rano Armia Czerwona przekroczyła granice Polski. Ze strony miejscowej ludności pojawiały się wyrazy nienawiści. Uchodźcom wygrażano, mówiono „wy polskie pany”. Zdecydowali się na powrót, ale nie do domu, a na Litwę, gdzie – jak sądzono – zamieszkuje rodzina Ojca. Jadąc tam, pod Grodnem oczekiwali na prom przez Niemen. Wówczas nadjechały radzieckie czołgi. Doszło do walki z polskim oddziałem, którą obserwowali ukryci w dołach małego zagajnika. Po przeprawie przez Niemen, zdecydowano kontynuować podróż na Litwę.
Litwa, deportacja na Syberię
W Kopciowie, przekroczono granicę. Na Litwie nikogo z rodziny nie znaleziono. Z pomocą przyszła im Polonia Litewska. Rodzina Jaruzelskich znalazła schronienie w majątku państwa Hawryłkiewiczów w Winksznupiach, z którymi los połączył ich aż na Syberię.
Latem 1940 roku, po przyłączeniu Litwy do ZSRR, pojawiły się obawy Polaków o deportację w głąb Związku Radzieckiego. Litwini zachęcali do starań o obywatelstwo. Polscy uchodźcy, w tym Władysław Jaruzelski liczyli, iż pozwoli to uniknąć deportacji. Doszło jednak do niej 14 czerwca 1941 r. Z pobliskiego miasta Wiłkowyszki wyruszył transport kolejowy, załadowany polskimi, a zwłaszcza litewskimi rodzinami.
Władysława Jaruzelskiego z innymi mężczyznami, umieszczono w oddzielnym wagonie na końcu transportu. Odłączono go od składu w Nowej Wilejce i skierowano do łagru -7 łagpunkt Reszoty (Krasnojarski Kraj). Podróż rodziny (bez męża i ojca), w bydlęcych wagonach, z zakratowanymi okienkami i zaryglowanymi drzwiami, trwała prawie miesiąc. Zesłańcy przez Jarosław, Wołogdę, Kirow, Świerdłowsk, Omsk, Nowosybirsk, Barnauł, dotarli do Bijska (Ałtajski Kraj), końcowej stacji kolejowej, nad rzeką Biją. Stąd skierowano ich do leśnej osady Turaczak, ok. 300 km od Bijska. Umieszczono ich w prymitywnej chacie, nie ogrzewanej, bez światła i wody, z dwiema rodzinami Polaków z Litwy: Hawryłkiewiczów i Wasilewskich. Syn otrzymał pracę drwala w tajdze, „na parę” z Ludwikiem Wasilewskim. Przybywających zesłańców spotykała życzliwość mieszkających tu prostych ludzi, zwłaszcza Sybiraków. Okres ten, na podstawie wspomnień siostry Generała – Teresy Starnawskiej, opisuje Peter Raina w książce pt. „Jaruzelski młode lata” (Wyd. Książka Polska, Warszawa 1994).
NKWD w październiku 1941. wezwało Wojciecha Jaruzelskiego wraz z Edwardem Hawryłkiewiczem, który biegle mówił po rosyjsku i powiadomiło, że porozumienie zawarte między polskim rządem emigracyjnym w Londynie, a rządem radzieckim zmienia ich status. Rodziny mogły przenieść się do maleńkich izb, też bez wody i światła elektrycznego. Był jednak piec, a więc ogrzewanie, gdy już nastały mrozy. Matka z córką mogły spać na skleconej pryczy, syn – na słomie, na podłodze.
Wojciech dostał pracę „pod dachem”, pomocnika magazyniera. Wtedy nadeszła wiadomość, że Ojciec po wyjściu z łagru szuka ich w Bijsku, sugerując, że syn jest powołany do armii. Wojciech w styczniu 1942 roku zdecydował o ucieczce z Turaczaka. Korzystając z okazji, że miejscowi wozacy udawali się do Bijska, po zamarzniętej rzece Biji, saniami przewieźli Matkę z córką i synem. Rodzina znów była razem. Wszystkim doskwierał głód. Syn podjął pracę drwala w lesie, „na parę” z Dominikiem Niwińskim. Ojciec po wyjściu z łagru był bardzo wycieńczony. Został wozakiem w gospodarstwie rybnym. Zachorował na krwawą dezynterię. Zmarł 4 czerwca 1942 roku. Pochowany na miejscowym cmentarzu, w grobie obłożonym darnią, z brzozowym krzyżem.
Michaił Gorbaczow, gdy dowiedział się o syberyjskich losach rodziny Generała, polecił wykonanie pomnika na grobie Ojca Generała i obok drugiego z inskrypcją: „Polakom zmarłym na Syberii w 1939-1945 roku”. Generał odwiedził Bijsk i cmentarz w 2005 roku, w 60. rocznicę zwycięstwa nad hitleryzmem. Sfinansował tablicę w języku polskim. Spotkał się z miejscowymi Sybirakami, proboszczem polskiej parafii, księdzem Andrzejem Obuchowskim, opiekującym się potomkami polskich zesłańców.
Syberyjski epizod ma nieoczekiwane, wręcz niesamowite dopełnienie. Na mocy ustawy z 17 października 2003 r. wszystkim Sybirakom przysługuje pamiątkowy Krzyż Zesłańców Sybiru, nadawany przez Prezydenta RP, na wniosek organizacji kombatanckich. Generał taki Krzyż otrzymał.
Okazało się, że „nie słusznie”. Odpowiedzialność spadła na kilku pracowników Kancelarii. 30 marca 2006 roku zwrócił Krzyż (do tego czasu uhonorowano nim kilka tysięcy zesłańców), pisząc w liście otwartym do Prezydenta RP: „Jako porucznik na przedpolach Berlina w kwietniu 1945 roku i jako generał armii na najwyższych urzędach czuję się – w stosownym oczywiście zakresie – odpowiedzialnym za wszystko, co działo się w Polsce takiej, jaką w realiach podzielonego świata ona była. Za to, co było dobre – i za to, co było złe. O tym pierwszym myślę i mówię z satysfakcją.
O tym drugim przypomnę, że w kilku napisanych przeze mnie książkach, chyba już w setkach artykułów, wywiadów, wypowiedzi (w tym w oficjalnych oświadczeniach) często pojawiają się słowa: żałuję, ubolewam, przepraszam. Odnosi się to szczególnie do tych wszystkich okoliczności i faktów, jakie niosły ze sobą jakąś ludzką krzywdę i ból. Jeśli przyczyniłem się do nich w sposób bezpośredni, czy pośredni, widzę to tym ostrzej”.
Kilka refleksji – pod rozwagę
Uczestnicząc w walkach I Armii Wojska Polskiego o wyzwolenie Polski- od jej rubieży wschodnich, przez Warszawę, przełamanie Wału Pomorskiego, walki nad Bałtykiem i Odrą, aż po Łabę, był dwukrotnie ranny. Zasłużył na Srebrny Krzyż Orderu Wojennego Virtuti Militari, dwukrotnie na Krzyż Walecznych, trzykrotnie na Medal Zasłużony na Polu Chwały. Odwagę wojskową łączył z odwagą cywilną. Wykazał to, służąc na różnych stanowiskach wojskowych, państwowych i politycznych – do najwyższych. Wiele razy stawał w obliczu konieczności podejmowania trudnych decyzji, brzemiennych w długofalowe skutki. W takich sytuacjach kierował się zawsze najlepiej rozumianą polską racją stanu, polskimi interesami narodowymi. Każdy z dorosłych Państwa Czytelników ma własną ocenę tego, „co było dobre – i co było złe”. Na ile podejmowane decyzje były racjonalne, realistyczne, głęboko przemyślane, mądre.
Zachęcam do namysłu nad cytowaną wypowiedzią prof. Andrzeja Romanowskiego oraz kilku, spośród tysięcy znanych i wybitnych Polaków.
Prezydent Aleksander Kwaśniewski w dniu 90 rocznicy Urodzin Generała, m.in. mówił – „Kiedy myślę o Twoim życiu, Twej służbie dla Polski, zawsze odczuwam podziw i szacunek. Droga życiowa przez burzliwy XX wiek, którą przeszedłeś, jest nie tylko zapisem polskich losów i dramatów – nie tylko zapisem historii Polski, a w zasadzie trzech polskich państw, trzech epok. Jest także świadectwem twojego głębokiego patriotyzmu i poczucia obowiązku pracy dla Polski, jakakolwiek i gdziekolwiek by była. A także zapisem politycznych wyborów męża stanu”.
Abp Józef Kowalczyk – „Jan Paweł II widział w generale Jaruzelskim jakiegoś ducha patriotyzmu, ducha dobra i wolę obrony Polski”
Profesor Bronisław Łagowski – „Jaruzelski jest spośród żyjących, człowiekiem najbardziej zasłużonym dla Polski. Przyjdzie czas, gdy stanie się to oczywistością i nastąpi symboliczne wynagrodzenie małodusznych, mściwych szykan, jakie Go spotykają. Proszę, żeby to zostało wpisane do protokołu” (Przegląd nr 27 z 2013).
Ks. Eugeniusz Makulski, 6.10. 1990 w Licheniu, witał Generała z gośćmi słowami- „Przez wieki wspominamy zwycięstwa: pod Grunwaldem, pod Wiedniem, pod Warszawą. Ale te zwycięstwa i chwała okupione były tysiącami poległych rycerzy, wojowników i żołnierzy. W dziejach świata nikomu nie udało się odnieść pełnego zwycięstwa, armię całą zachować i życie swoich żołnierzy ocalić. Śmiem twierdzić, że takie zwycięstwo odniósł w naszej historii tylko jeden generał, tylko jeden wódz, przed którym dziś chylimy swoje czoła. Do takiego zwycięstwa i do pełnej wolności doprowadziłeś nasz naród Ty, Panie Prezydencie”
Profesor Jan Karski – w liście do Generała z 2 lutego 1998, m.in. pisze: „Historia oceni działalność Pana inaczej, niż współczesne Mu, podzielone politycznie i emocjonalnie reagujące, pokolenia. Tak było w historii Polski z księciem Adamem Czartoryskim, Tadeuszem Kościuszką, margrabią Wielopolskim, marszałkiem Piłsudskim, generałem Sikorskim, Mikołajczykiem, Witosem, Ciołkoszem i tylu innymi”…
Profesor Marian Dobrosielski- „Miałem zaszczyt kilkakrotnie spotkać się z Generałem w Jego biurze. Jestem od lat pod silnym wrażeniem Jego niezwykłej, w naszych czasach, wysokiej kultury osobistej i politycznej. Generał wobec różnych swoich oskarżycieli nie żywi nienawiści, żądzy odwetu czy zemsty. Jestem pełen podziwu dla Jego cierpliwości, godności z jaką znosił i znosi haniebne, oszczercze, pełne jadu i nienawiści oskarżenia skrajnie prawicowych oszołomów”.
Profesor, organizując konferencję naukową z okazji 50-lecia Planu Rapackiego i 20 – lecia Planu Jaruzelskiego (2007), zaprosił Generała i opisał Jego wystąpienie. „Głos zabrał, owacyjnie witany przez uczestników Generał. Przedstawił syntetycznie założenia polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Polski Ludowej, koncepcję swego planu z 1987 roku, ocenę ówczesnej sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej w Polsce przełomu lat 70/80. Powiedział m.in. Wprowadzenie stanu wojennego było dramatycznie trudną decyzją – wiedzieliśmy, iż jej ciężar będziemy dźwigać do końca życia. Zwyciężyło jednak poczucie odpowiedzialności za los Polski i Polaków, za pokój w Europie. Przy tym towarzyszyła nam świadomość, iż uczyniliśmy wszystko co możliwe, aby doprowadzić do porozumienia (z „Solidarnością” i Kościołem -M.D). Sądzę, że te trzy zdania stanowią kwintesencję racjonalnej, patriotycznej, moralnej, ludzkiej postawy generała Wojciecha Jaruzelskiego”.

Moim żywiołem jest lżejsza z Muz

– W drugiej części mojej drogi zawodowej przestawiłam się na role w sztukach lżejszego autoramentu, w farsach itd. bo znacznie lepiej czuję się w tego typu repertuarze niż w dramatycznym – z JOLANTĄ WOŁŁEJKO rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pani ojciec, Czesław Wołłejko był sławnym aktorem, aktorką była Pani Mama, Halina Czengery, aktorką jest siostra Magdalena, aktorem był Pani mąż Tadeusz Pluciński. Czy to rodzinna atmosfera w domu rodzinnym popchnęła Panią
do tego zawodu?

Ani trochę. W klasie maturalnej miałam sto pomysłów na minutę, dotyczących mojego przyszłego zawodu., nie wiem jak by się to skończyło, gdyby nie przypadek. Towarzysząc mojej przyjaciółce, poszłam na ulicę Miodową do szkoły teatralnej, do tzw. „poradni”. Koleżanka bardzo chciała być aktorką. Pomyślałam „a dlaczego nie ja” i weszłam na salę. Pani dziekan Rena Tomaszewska po wysłuchaniu mojej „produkcji” (był to jakiś wiersz i proza), powiedziała: „Złóż dziecko papiery i przyjdź na egzamin”. I tak to się zaczęło. Lata 1960-1964 spędziłam w PWST na Miodowej. Miałam wspaniałych profesorów. Opiekunem roku był profesor Marian Wyrzykowski, mąż niezapomnianej Elżbiety Barszczewskiej. Profesorami: Halina Mikołajska, Zofia Mrozowska, Ryszarda Hanin, Stanisława Perzanowska, Ludwik Sempoliński, Sławomir Lindner, – same wielkie nazwiska. Dzięki tym ludziom pozbyłam się kompleksów, nieśmiałości, niewiary we własne możliwości. Ojciec nie był zadowolony z mojego wyboru. Nie miałam z jego strony żadnego wsparcia.

Kto ze znanych później aktorów był z Panią na roku?

Dudek Damięcki, Irenka Karel, Maniek Opania, Andrzejek Zaorski, Janek Englert, Basia Sołtysik.
Urodziła się Pani w czasie II wojny światowej w Grodnie na kresach, na dzisiejszej Białorusi. Pamięta coś Pani z tego najwcześniejszego dzieciństwa?
Było dużo kobiet i dzieci. Tylko jeden moment – wnętrze piwnicy wypełnione zapalonymi świecami. Po latach mama opowiedziała mi, że było to w czasie nalotu bombowego. Z Grodna, po ataku Niemiec na ZSRR moja rodzina przedostała się do Białegostoku przez tzw. zieloną granicę, gdzie ojciec grał w teatrze, potem do Poznania, do Łodzi. Zanim w 1947 roku znaleźliśmy się w Warszawie wędrowaliśmy z miasta do miasta. To były czasach powojennych „wędrówek ludów”. Moje dzieciństwo warszawskie to najpierw Praga, potem ulica Nowogrodzka. Na Pradze mieszkaliśmy przy ulicy Wileńskiej, w kamienicy zamieszkałej głównie przez aktorów. Mieszkała tu m.in. Nina Andrycz, którą odwiedzał tu jej przyszły mąż premier Józef Cyrankiewicz. Mieszkała tu też legendarna aktorka Maria Dulęba, która występowała na scenie jeszcze przed I wojną światową, grała w teatrze, ale i w niemych filmach, np. w „Meirze Ezofowiczu” z 1911 roku! Pamiętam, jak kiedyś przyszła do naszego mieszkania, żeby zobaczyć „dziecko Wołłejki” czyli mnie.

Po studiach i dyplomie dostała Pani angaż do Teatru Polskiego, uważanego za teatr „mandarynów”, starych renomowanych aktorów. Jak się Pani czuła w tym gronie?

Bardzo dobrze. Zagrałam tam sporo ról, m.in. Ficię w „Onych” Witkacego, Lulu w „Urodzinach Stanleya” Pintera, tytułową „Lillę Wenedę” Słowackiego, Trojankę w „Trojankach” Eurypidesa, Reginę Engstrand w „Upiorach” Ibsena, Hankę w „Moralności pani Dulskiej, także tytułowe Okapi” w sztuce Stanisława Grochowiaka. W „Balladynie”, gdzie zagrałam Skierkę, grał też Tadek Pluciński, Kostryna. Tadek wspominał z uśmiechem, że patrzył namiętnie na Skierkę, choć przecież Skierka był stworkiem raczej płci męskiej. Zaiskrzyło wtedy i skończyło się latami pięknego związku. Za swoją najważniejszą rolę uważam Małgorzatę w „Fauście” Goethego w reżyserii Augusta Kowalczyka, w 1971 roku, u boku Bronisława Pawlika. To była taka wisienka na torcie. W 1983 roku, po zmianie dyrekcji, pożegnałam się z Teatrem Polskim, poszłam do Rozmaitości, potem do Komedii, do pani Olgi Lipińskiej. W drugiej części mojej drogi zawodowej przestawiłam się na role w sztukach lżejszego autoramentu, w farsach itd. bo znacznie lepiej czuję się w tego typu repertuarze niż w dramatycznym. W kilku takich rolach, m.in. w reżyserii Tomka Grochoczyńskiego, zagrałam w Teatrach Komedia u Olgi Lipińskiej i Kwadrat u Wojtka Pokory. Nawet jak grałam w tzw. poważnym repertuarze w Teatrze Polskim, w dramatach Słowackiego, to wolałam grać Skierkę w „Balladynie” niż tytułową „Lilię Wenedę”. Zanim ją zagrałam w 1968 roku, musiałam poprosić o zgodę panią Elżbietę Barszczewską, która ją grała na otwarcie Polskiego, 22 lata wcześniej, w 1946 roku. Takie były wtedy obyczaje, dziś nie do pomyślenia. Tomek Grochoczyński zaangażował mnie w teatrze Na Woli do sympatycznego przedstawienia według „Trzech muszkieterów” Dumasa, w roli demonicznej Milady de Winter.

Zagrała Pani szereg ciekawych ról w Teatrze Telewizji, n.p. w „Fircyku w zalotach” Zabłockiego w 1968 roku, w słynnym „Mieszczanienie szlachcicem” Jerzego Gruzy w 1969 roku, w „W małym dworku” Witkacego w 1970 roku w reżyserii Zygmunta Hűbnera, czy w „Szkole żon” Moliera w reżyserii Gruzy w 1971…

Było tych ról sporo, choćby w „Ondynie” Giraudoux, w „Trzech siostrach” Czechowa w reżyserii Jerzego Antczaka, w „Kollokacji” Korzeniowskiego, w „Zemście sieroty” Henri Rousseau, w „Weselu” w reżyserii Lidii Zamkow, w „Szczęściu Frania” Perzyńskiego, w „Mądremu biada” Gribojedowa czy „Pan inspektor przyszedł” Prietsleya. Bardzo lubiłam formę teatru telewizyjnego, bo dawała aktorowi równocześnie możliwości typu filmowego i teatralnego. Za jedną ze swoich najlepszych ról w Teatrze Telewizji uważam Adelę w „Domu Bernardy Alba” Lorki w reżyserii świetnej pani Krystyny Meissner. Dzięki Teatrowi Telewizji zetknęłam się też z wielkim Konradem Swinarskim w „Kartotece” Różewicza.

Zagrała Pani też w licznych serialach, od „Stawki większej niż życie” do popularnych seriali współczesnych takich jak „M jak miłość”, „Klan”, czy „Na dobre i na złe”.

Tych ostatnich bym nie wspominała, bo to pojedyncze epizody. Udział w „Stawce”, w odcinku „Cafe Rosé”, gdzie zagrałam turecką tancerkę-agentkę.

W filmie zadebiutowała Pani w 1962 roku w „L’amour a vingt ans”…

To był film o miłości, składający się z nowel reżyserowanych przez reżyserów z różnych krajów. Polską nowelę nakręcił Andrzej Wajda, ale pomijał ją w swojej filmografii. Wspominam też rolę w „Bandzie” i „Nowym”, „Długiej nocy”, „Tajemnicy Enigmy” no i w słynnej komedii „Poszukiwany, poszukiwana” Barei z Wojtkiem Pokorą.

Jest Pani nadal czynna w zawodzie, pojawia się Pani w nowych serialach…

To są małe rólki, okazjonalne epizody, ale chętnie przyjmuję te propozycje, bo to pozwala mi czuć się potrzebną, istnieć w moim zawodzie, który lubię mimo jego mankamentów. Chciałabym też wspomnieć o ważnych dla mnie latach pracy w dubbingu, z którym nieprzerwanie współpracuję od 1964 roku. Moim debiutem w tej dziedzinie było dubbingowanie Claudii Cardinale w filmie „Jego dziewczyna”. W dubbingu miałam bardzo wiele ciekawych ról, m.in. we współpracy z Zofią Dybowską-Aleksandrowicz, która powierzyła mi rolę jednej z żon królewskich w znanym angielskim serialu „Sześć żon Henryka VIII”, w duecie z Mariuszem Dmochowskim.

Przyniosła Pani na nasze spotkanie książkę, wywiad-rzekę z Pani byłym mężem, zmarłym niedawno znakomitym aktorze Tadeuszu Plucińskim. Jest niej rozdział „Jola i wszystko co kocham”, w którym wypowiedział się o Pani z wielką czułością. Nieczęsto w ten sposób „exowie” piszą o byłych partnerach…

Moje lata z Tadeuszem, mężczyzną nie tylko zabójczo przystojnym, ale i zjawiskowo czarującym, a przy tym dużej klasy jako człowiek, były najpiękniejszym okresem mojego życia, pełnym ciepła i miłości, okresem który zaowocował narodzinami synów, pełnym ciekawego życia towarzyskiego, podróży itd. I mimo, że rozstaliśmy się, pozostaliśmy przyjaciółmi. Ja także wspominam go z sentymentem i czułością.

Dziękuję za rozmowę.

Jolanta Wołłejko – ur. 15.09.1942 r. w Grodnie. Absolwentka warszawskiej PWST (1964). Aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna. W latach 1965-1982 w Teatrze Polski, później w Teatrze Rozmaitości, Teatrze Komedia i gościnnie w Teatrze na Woli i Kwadracie.

Krystyny Jandy skoki z wysokości

Od samego początku swojej artystycznej drogi Krystyna Janda zawarła przymierze z widzami.
Zawsze wiedziała, do kogo, po co i dlaczego mówi.

 

Przy czym przymierze to miało swój awers i rewers, ton serio i buffo, niczym w walce karnawału z postem. Toteż nigdy nie dziwiło sąsiedztwo takich premier jak „Pomoc domowa” i „Zapiski z wygnania”. To przymierze pozostało fundamentalną zasadą jej twórczej pracy, sprzyjało licznym osiągnięciom, mierzonym otrzymywanymi nagrodami na rozmaitych festiwalach, w konkursach i plebiscytach czytelników czy widzów. Strona e-teatru, rejestrująca nagrody odnotowuje ich 75, tyle otrzymała do tej pory artystka – tak więc Nagroda im. Tadeusza Żeleńskiego-Boya, która właśnie otrzymała, nosi numer kolejny „76”.
Jeśli by szukać jakiegoś mianownika artystycznych dokonań Laureatki, na pierwszym miejscu trzeba by wymienić odwagę w podejmowaniu nowych wyzwań. Właściwie to sama artystka podsuwa ten mianownik tytułem jednego ze swych spektakli solistycznych, które przygotowała w Teatrze Polonia – mam na myśli „Skok z wysokości” Leslie Ayvasian.
To było bardzo zabawne spotkanie – Krystyna Janda w kąpielowym szlafroku, uśmiechnięta, przyjmowała swoich widzów-gości w Teatrze Polonia (na scence w foyer, „Fioletowe pończochy”), zapraszając do wspólnej zabawy. Jej współpracownice rozdawały ponad 20 „ról”, niektóre bardzo malutkie, ale dwie, ho ho, to rola męża i syna. Widzowie się nie opierali, przygotowani na tę „niespodziankę” przez poprzedzający premierę rozgłos. Tylko recenzentka „Naszego Dziennika” odmówiła, zapewne dlatego, aby zachować odpowiedni dystans, tak potrzebny krytykowi. Widzowie użyci jako domniemani partnerzy mieli wypowiadać rozdane kwestie, najlepiej „na biało”, czyli bez przesadnej interpretacji, aktorka robiła resztę: oto kobieta, która ma lęk wysokości, a właśnie obiecała synowi, że skoczy z wieży do basenu.
Może to tylko figura stylistyczna, ale odnoszę wrażenie, że aktorska ścieżka Krystyny Jandy rozpoczęła się od „skoku z wysokości”. Mam na myśli jej szalony debiut w telewizyjnej inscenizacji „Trzech sióstr” Antoniego Czechowa – było to w roku 1974. Wtedy Aleksander Bardini postanowił zaangażować do głównych ról utalentowane studentki warszawskiej PWST: Krystynę Jandę, Joannę Szczepkowską i Ewę Ziętek. Jeszcze przed realizacją spektaklu sam zamysł obsady spotkał się z frontalną krytyką, ale Bardini, wytrawny reżyser i niedościgły pedagog, nie dał sobie pomysłu wyperswadować. I wygrał.
To, co nastąpiło po spektaklu, trudno sobie dzisiaj nawet wyobrazić. Teatr telewizji miał wówczas rangę pierwszego Teatru Rzeczpospolitej. Spektakle oglądała cała Polska. Przed początkującą aktorką otworzyły się wszystkie drzwi, mogła przebierać w propozycjach. Wybrała Ateneum. Tradycyjny teatr aktorski, słynący gwiazdorskim zespołem. To był już drugi skok z wysokości – grać u boku samej Aleksandry Śląskiej stanowiło nie lada wyzwanie, a tak się przecież stało już w debiucie teatralnym, na początek zagrała Anielę w „Ślubach panieńskich” reżyserowanych przez Jana Świderskiego – Aleksandra Śląska grała wtedy panią Dobrójską, ale wkrótce znowu dostała rolę z teki Czechowa – tym razem Niny Zariecznej w „Mewie”, także u boku Śląskiej w roli Arkadiny (1977).
Tak więc Czechow niezmiennie jej towarzyszy – najpierw to dzieło w pewnym sensie przypadku, ale potem świadomych decyzji, na pierwszy jubileusz wszak wybierze „Mewę” w Teatrze Studio – tym razem wystąpi w roli Arkadiny (2003), także na dużej scenie Polonii będzie współreżyserować z Natashą Parry „Trzy siostry”, a Teatrze Telewizji z ducha czechowowskie „Rosyjskie konfitury” wg Ludmiły Ulickiej (2011) – sama zagra też jedną z głównych ról.
Wróćmy jednak do roku 1977, który zaważył na gwałtownym przyspieszeniu kariery artystki: poza wspomnianą rolą Maszy zadebiutowała wtedy na ekranie w filmie Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru” (film nakręcono w roku 1976, ale premiera odbyła się 25 lutego 1977), a na opolskim festiwalu dynamicznym wykonaniem piosenki „Guma do żucia” Marka Grechuty. Kto widział i słyszał, nie zapomni tej szalonej chrypki, tych gorączkowo wyrzucanych słów i gumowo-wężowego ruchu wykonawczyni. Występ w Opolu zakończył się bisem, stając się początkiem trwającego do dzisiaj związku artystki z piosenką – dość powiedzieć, że płyta „Guma do żucia” to prawdziwe cymelium, prawie nie do zdobycia na Allegro, a przecież aktorka wątpiła w swoje możliwości wokalne i pełna obaw wstępowała na tę drogę. To były kolejne skoki na głęboką wodę, które wynosiły aktorkę na sam szczyt. Lekko neurotyczna początkująca dziennikarka Agnieszka z filmu Wajdy wniosła nowy powiew na ekran, stała się postacią symbolizującą buntowniczo nastrojone pokolenie, które nie da się zbyć byle czym, które żąda prawdy. To było mocne wejście, paradoksalnie wzmocnione niechęcią władz do tego filmu, ledwie rozpowszechnianego i obrzucanego pisanymi na propagandowe zamówienie paszkwilami.
To, co wydarzyło się 40 lat temu, w roku 1977, stanowiło kapitał założycielski artystki, a dla niejednej zapewne aktorki byłoby to dość, aby odcinać kupony od sukcesów. Udała się jej bowiem rzecz arcyrzadka – stała się nie tylko rozpoznawalna, ale stworzyła postać, kreację, którą można było długo eksploatować. Wyczuli to wówczas nieomylnie jurorzy Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego wyróżniając ją tą nagrodą za błyskotliwy debiut. Tak bowiem, jak przed laty Cybulski w roli Maćka Chełmickiego stał się idolem pokolenia końca lat 50., tak teraz Agnieszka Jandy uchodziła za ucieleśnienie gorączkowej energii młodego pokolenia końca lat 70.
A jednak Krystyna Janda nie zatrzymała się na powtarzaniu czy kopiowaniu już odniesionego sukcesu, ale wciąż stawiała sobie nowe cele. Już statystycznie wygląda to imponująco, świadczy o jej gigantycznej wręcz pracowitości. Nasza Laureatka bowiem ma za sobą: ponad 70 ról teatralnych, 65 ról telewizyjnych, ponad 50 ról filmowych, 31 reżyserii teatralnych,14 reżyserii teatrów telewizji i 1 serialu (Męskie-żeńskie), 4 scenariusze spektakli tv i 2 adaptacje, role w 9 serialach telewizyjnych.
W tym wykazie brakuje (a trzeba by przecież dodać) licznych ról radiowych, koncertów i rozmaitych okazjonalnych występów. Można by tym bogactwem obdzielić co najmniej kilka wcale poważnych biografii artystycznych. A jeśli do tego dodać opublikowane książki, prowadzony blog, pracę w Fundacji, kierowanie teatrami i w końcu pełnienie funkcji Bardzo Ważnej Instytucji – uznawanego autorytetu, wypada tylko z podziwem się pokłonić.
Rzecz nie w rozległości obowiązków, godnej uznania aktywności – wciąż pozostaje aktualny przywołany na początku mianownik jej poszukiwań, ponawiane nagminnie skoki z wysokości. Wspomnę już tylko o kilku, bo o wszystkich mówić tu nie sposób. Ale nie można pominąć niezwykle odważnego wejścia Krystyny Jandy na terytorium wielkiej klasyki, a zwłaszcza tragedii – docenił to zachwycony Maciej Nowak, który po premierze „Medei” (1988, w reżyserii Zygmunta Hübnera na scenie Teatru Powszechnego, to była jego ostatnia praca reżyserska) tak pisał:
„Aktorka w pełni podporządkowała się wymogom klasycznego tekstu, co znowu nie znaczy, że zrezygnowała z nadania mitycznej boha­terce indywidualnego rysu. Jest to Medea bliska poprzednim wcieleniom Jandy poprzez swoją wybuchowość, nieopanowanie graniczące momentami z histerią, nerwowość gestów i zachowań, ale też – odległa, gdyż bogatsza od nich o umiejętność nadawania swym namiętnościom wymiaru monumentalnego”.
Innym przejawem nieustannego podejmowania nowych wyzwań, było wejście aktorki na grząski teren monodramu. Ten kolejny debiut, wspomagany reżysersko przez Magdę Umer, odbyła aktorka „Białą bluzką” Agnieszki Osieckiej, spektaklem na tyle wyrazistym i znaczącym, że po jego wznowieniu po latach na deskach Och-teatru znowu wybrzmiał niezwykle mocno, choć inaczej, bo nie była to powtórka. Wciąż poszukiwała nowych tonów. Jednym z najbardziej odważnych „skoków z wysokości” stał się jej monodram Mała Steinberg Lee Hall, początkowo trudny do zaakceptowania, aktora bowiem grała 10-letnią, cierpiąca na autyzm dziewczynkę. Ale w miarę upływu minut „widz się poddaje – pisałem. – Cisza na widowni przytłacza, coraz trudniej oddychać, coś ściska za gardło, chce się uciekać i chce się nadal słuchać tej wstrząsającej opowieści o świecie pełnym obezwładniającej samotności, szczerości aż do bólu, ale i radości życia”.
To samo uczucie towarzyszyło mi niedawno, kiedy oglądałem najnowszy spektakl jednoosobowy Krystyny Jandy (choć z towarzyszeniem grupy muzyków), „Zapiski z wygnania”. I tym razem rzecz opracowała reżysersko Magda Umer, a wiem, że impuls do podjęcia tego nowego wyzwania dała Gołda Tencer. Marzena Dobosz swoją wnikliwą recenzję tego spektaklu-wydarzenia rozpoczęła bardzo emocjonalnie: „W głuchej ciszy widzowie wpatrują się w czarno-białą twarz Krystyny Jandy widoczną na półprzezroczystym ekranie rozpostartym niczym kurtyna przed sceną. Wstrzymują oddech podczas monologu aktorki, by ze ściśniętych gardeł nie wyrwał się szloch. nadaremnie jednak, pod koniec spektaklu nikt już nie ukrywa łez…”. Tak prawdziwie opowiadała Krystyna Janda o wygnańcach z Polski po marcu 1968 roku.
Fałszywy jednak byłby wniosek, że życie się słało Krystynie Jandzie u stóp. Było różnie, bywała nękana srogimi zarzutami, jak teraz fake’ami za jej postawę społeczną, krytykowana tak bardzo, że kiedyś nie wytrzymał nawet mistrz Wajda, chwycił za pióro i stanął w obronie artystki przeciw harcownikom-recenzentom. Nie trzeba tak daleko szukać, także najnowsza jej premiera w Polonii spotkała się z połajankami, że za dużo brzydkich słów, że banalna literatura, że żaden to teatr. Mam na myśli „Mój pierwszy raz, spektakl, w którym opowiada za pośrednictwem zapisów internetowych o pierwszych doświadczeniach seksualnych. Byłbym ostrożny z tymi połajankami, bo pewnie znowu okaże się, że artystka miała rację, wkładając kij w mrowisko, nie uciekając od tematu tabu. W końcu nie na darmo zawarła przymierze z widzami. Robi to, co zwykle – znowu skacze z wysokości.

 

fot. Zbigniew Kresowaty/Wikimedia Commons