Zero w Budapeszcie

FOT: X @paninaszpilkach

List gończy za Ziobrą jest dziś nieskuteczny (przynajmniej do zmiany władzy na Węgrzech). I wszyscy to wiedzą. Prokuratura też. Tyle że w tej sprawie w ogóle nie chodzi o skuteczność. Chodzi o obraz. Dla rządu – obraz byłego ministra sprawiedliwości jako zbiega i azylanta przyjaciela Putina, Viktora Orbána. Dla Ziobry i jego obozu – obraz państwa, które robi spektakl i rzekomo się ośmiesza.

List gończy wydano 6 lutego 2026 roku, dzień po decyzji sądu o trzymiesięcznym areszcie tymczasowym. Immunitet Ziobrze uchylono już wcześniej. Prokuratura otwarcie przyznaje, że list gończy sam w sobie Ziobry do Polski nie sprowadzi, bo obowiązuje wyłącznie na terytorium kraju. Kolejnym krokiem ma być europejski nakaz aresztowania. Cała reszta to teatr.

Ale teatr ten nie jest przypadkowy.

Bo rząd – KO, Lewica i reszta – gra dziś twardo obrazem. Były minister sprawiedliwości ma funkcjonować w przestrzeni publicznej nie jako polityk w sporze z prokuraturą, tylko jako zbieg. Uciekinier. Azylant u Orbána. Człowiek, który zamiast sądu w kraju Unii Europejskiej wybrał Budapeszt. Ta narracja ma przykryć wpadki, złe decyzje i chaos w innych obszarach. Ma być symbolem rozliczeń. Ma się klikać. Ma dowozić emocje.

Ale teatr potrzebny jest przede wszystkim Ziobrze.

Bo fakty są brutalne i proste. Były minister sprawiedliwości i prokurator generalny jest podejrzany o 26 czynów, w tym przekroczenie uprawnień, kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą i systemowe nadużycia w Funduszu Sprawiedliwości. Chodzi o dziesiątki milionów złotych publicznych pieniędzy, które – według śledczych – miały służyć polityce, lojalnym fundacjom, mediom i partyjnemu zapleczu. Sprawa jest na tyle poważna, że grozi mu wieloletnie więzienie. To nie jest spór interpretacyjny ani „polityczna różnica zdań”. To konkretne zarzuty karne.

Ziobro jednak nie stawia się w prokuraturze. Nie składa wyjaśnień. Nie walczy o swoje racje przed sądem. Zamiast tego wybrał Budapeszt i azyl polityczny udzielony przez rząd Orbána. Tylko tam w Unii Europejskiej mógł dziś – przynajmniej na chwilę – znaleźć bezpieczne schronienie. Orbán jest najbardziej antyunijnym przywódcą w UE, otwarcie skonfliktowanym z rządem w Warszawie, blokującym wspólne decyzje i prowadzącym politykę zbieżną z interesami Kremla. Tam już wcześniej zaparkował Marcin Romanowski, więc Ziobro nie musiał nawet szukać adresu – azylowe gołąbeczki podobno urzędują razem, pod jednym orbanowskim dachem.

Problem w tym, że nawet ten dach zaczyna przeciekać.

Na Węgrzech coraz wyraźniej rysuje się perspektywa końca ery Orbána. Najnowsze sondaże pokazują wyraźną przewagę partii TISZA Petera Magyara: około 35 procent poparcia w całej populacji i aż 53 procent wśród wyborców zdecydowanych. Fidesz spada odpowiednio do 28 i 37 procent. To nie kosmetyka, to przepaść – blisko 16 punktów różnicy wśród tych, którzy wiedzą, na kogo głosować. Jeśli ta tendencja się utrzyma, Budapeszt przestanie być bezpiecznym gniazdkiem, a azyl okaże się rozwiązaniem tymczasowym, nie strategią na lata.

W tej sytuacji dzwonienie na numer z własnego listu gończego w telewizji na żywo nie jest dowodem sprytu ani siły. To klasyczna zagrywka pod publiczkę. Próba odwrócenia ról: państwo ma wyglądać na nieudolne, a uciekinier na ofiarę systemu. Im bardziej instytucje wydają się nieporadne, tym łatwiej sprzedać narrację o „represjach” i „politycznej zemście”.

Tyle że w aktach sprawy nie ma memów. Są dokumenty, zeznania i przepływy pieniędzy.

I tu zaczyna się problem, za który odpowiedzialność ponosi już nie tylko Ziobro.

Bo cała ta operacja – list gończy, konferencje, powtarzanie nazwiska Ziobry przez wszystkich polityków rządu, triumfalne komunikaty – robi dokładnie to, czego oczekuje jego obóz. Produkuje męczennika. Wypycha podejrzanego w rolę symbolu „represji”. Zamiast ciszy, pracy procesowej i skuteczności dostaje on scenę, światło i tlen medialny. Państwo nie zamyka sprawy. Państwo ją nagłaśnia. I pomaga pisać legendę.

List gończy, o którym wszyscy wiedzą, że jest dziś w dużej mierze narzędziem symbolicznym, staje się paliwem dla tej narracji. Ziobro nie musi już odpowiadać na pytania o Fundusz Sprawiedliwości, pieniądze, świadków i dokumenty. Wystarczy, że pokazuje „nieudolne państwo”. A rząd – niestety – ten spektakl współreżyseruje.

Ta gra nie jest przypadkowa. Ona jest skrojona pod najbardziej libkowy, antypisowski elektorat, który chce symbolicznych rozliczeń i obrazków, a nie żmudnej polityki. Elektorat, którego nie interesują prawa pracownicze, który nie mobilizuje się wokół realnej reformy Państwowej Inspekcji Pracy, który milczy, gdy rząd blokuje wzmocnienie PIP, narażając Polskę na unijne kary – bo ważniejsze jest „dojechanie PiS”. Nawet wtedy, gdy oznacza to obronę Januszy biznesu przez Donalda Tuska.

Tyle że państwa nie buduje się na samym antypisie.

W tym samym czasie spada poparcie społeczne, oceny rządu i samego Tuska lecą w dół, a realne reformy grzęzną. I właśnie wtedy list gończy za Ziobrą staje się zasłoną dymną. Bo to się klika. Bo to jest proste. Bo to daje emocjonalną nagrodę tu i teraz.

Jedna strona zacznie w tej sytuacji widzieć w nim męczennika, druga symbol bezkarności dawnej władzy. Tyle, że jeśli PiS z Konfederacją dojdą do władzy, Ziobro wróci do gry. A jeśli powstanie odpowiedni klimat społeczny, prezydent Nawrocki bez większego wysiłku znajdzie polityczne uzasadnienie dla ułaskawienia.

Właśnie dlatego budowanie politycznego spektaklu wokół listu gończego jest strategicznie głupie. Bo Ziobro powinien zostać rozliczony nie jako symbol, tylko jako człowiek z konkretnymi zarzutami. Dwudziestu sześciu zarzutów karnych nie da się unieważnić memem, konferencją ani medialnym triumfalizmem. Da się je tylko osądzić, najlepiej od razu gdy wygaśnie azyl na Węgrzech.

I właśnie tu dochodzimy do najbardziej ponurej konkluzji.

Coraz bardziej obawiam się, że Zbigniew Ziobro nigdy realnie nie poniesie ewentualnej odpowiedzialności. Nie dlatego, że zabraknie dowodów, lecz dlatego, że obecny rząd – antypracowniczy, rozproszony i nieskupiony na realnych problemach społecznych – zużywa energię na polityczne igrzyska dla najtwardszego elektoratu KO, zamiast konsekwentnie realizować postulaty, które mają wysokie poparcie społeczne. Jedynym realnym hamulcem tej logiki pozostaje Lewica – działająca słusznie, choć permanentnie blokowana i marginalizowana – i dobrze, że jest, bo bez niej kurs byłby jeszcze ostrzejszy. Ale jeśli rząd nie zacznie traktować jej postulatów poważnie – od praw pracowniczych po realne wzmocnienie instytucji państwa – zamiast produkować symboliczne „rozliczenia”, to zwiastuje nie tylko porażkę w kolejnych wyborach. Zwiastuje coś znacznie gorszego: powrót Ziobry. A wtedy to nie on będzie rozliczany. To on będzie rozliczał.

Aleksander Radomski

Poprzedni

Trump zmienia zasady sprzedaży broni