400.000

Dziś już wszystko jasne. Wszyscy już dziś wiedzą. Chyba że wyniki będą tak niejednoznaczne, że zacznie się powtórne przeliczanie i wiedzieć będziemy dopiero za jakiś czas. Piszę ten tekst w niedzielny poranek. Nie mam nawet siły na to, żeby prorokować kto wygra, bo to jak wróżenie z magicznej kuli. Nos mi podpowiada, że jednak Duda, ale chciałbym się miło zaskoczyć i zobaczyć inny wynik.

Nie będę się rozprawiał nad tym, ileż to błędów w kampanii lewica popełniła, bo po pierwsze, nie ma co bić piany drugi raz o tym samym, gdyż nie raz już na to utyskiwałem i kto czytał, ten wie. Po wtóre, nie śledziłem uważnie poczynań kampanijnych kandydata lewicowego, nie widziałem jego sprawozdania wyborczego, więc nie wiem, jakim budżetem dysponował. Nie będę się zatem mądrzył, że zrobiłbym to lepiej, bo pewnie by tak nie było. Po trzecie wreszcie, sprawy rozliczeniowe pozostawiam w gestii lewicowych partii i stowarzyszeń, które wzięły na siebie kampanijne trudy. Przy tym podpunkcie liczę na jako taką przejrzystość działań kierownictwa sejmowego klubu, bo ludziom w liczbie marnej, ale zawsze jakiejś, którzy wsparli Biedronia i lewicę, to się po prostu należy. Na wyborczą popłuczynę chciałby Państwu sprezentować dziś temat, który, mam wrażenie, nie wszyscy dobrze zgłębili. Chodzi o niebagatelną liczbę prawie 0,5 mln wyborców, którzy przez zaniechanie systemu, celowe bądź nie, zostali wprowadzeni w błąd i nie mogli zagłosować w wyborach w drugiej turze. Mało brakowało, żebym sam się do nich zaliczył.

Jedni piszą że 400 tysięcy, drudzy że mniej. Mowa o tych, którzy dopisali się do spisu wyborców poza swoim miejscem zamieszkania przez internet, za pomocą podpisu elektronicznego. Tak jak ja. Nie poszli do urzędu po kwit, bo im się nie chciało (tak jak mi), mieli nie po drodze, albo po prostu: jak się ma podpis kwalifikowany, który można sobie wyrobić również nie wychodząc z domu, to większość rzeczy wykonuje się przez internet. Bo Polska to nowoczesny kraj równie nowoczesnych ludzi.

W dzień pierwszej tury wiedziałem, że będę przebywał z dala od domu. Dopisałem się więc do właściwej komisji wyborczej internetowo, podobnie jak 400 tysięcy moich rodaków. We wniosku nie było mowy, że dopisujemy się na całość wyborów, jeno że na najbliższe, znaczy się, na pierwszą turę. Jakież było nasze zdziwienie, gdy z powyborczym poniedziałkiem okazało się, że aby zagłosować w drugiej turze w swoim macierzystym punkcie, należy udać się do urzędu gminy w którym głosowało się w pierwszej turze, aby pobrać zaświadczenie o prawie do głosowania w dowolnej komisji. Dopisanie się do spisu wyborców za pomocą podpisu kwalifikowanego działa bowiem na obydwie tury, bo wybory są całością i dopisek obowiązuje na całość, a nie na część. Jak już wspomniałem, w żadnym punkcie wniosku o dopisanie się do spisu wyborców żadna tego typu informacja nie figurowała.

No i klops. Bo jak człek wyjechał już poza obwód wraz z oddaniem głosu i przebywał w domu, z dala od punktu wyborczego z pierwszej tury, musiałby jechać tam jeszcze raz i osobiście, w urzędzie, pobierać kwit. Ja tak właśnie zrobiłem. Zmitrężyłem godzinę na dojazd do gminy i formalności. Mogłem sobie na to pozwolić, bo nie musiałem po pierwszej turze wracać do domu. Ale ogrom głosujących i dopisanych przez internet już nie. Bo o to wszak chodzi w tym dopisywaniu się. Że chcesz oddać głos poza domem. Państwo umożliwia dostęp do nowych technologii w służbie człowieka. Ale zastawia też pułapkę, nie informując że się w nią wpada. Gdyby Państwo nasze było skrojone pod obywatela, pozwoliłoby mu, tak jak w pierwszej turze, dopisać się do drugiej przez internet. Ale Państwo nasze jest antyobywatelskie i każe obywatelowi stawiać się osobiście przed urzędnikiem. A jak się ktoś nie stawi, to nie zagłosuje. Proste. 400 tysięcy głosów mniej.

No, może nie 400 a 395, bo paru szczęśliwcom, tak jak mi, udało się zaświadczenie uzyskać. Tak czy inaczej, przy minimalnych różnicach punktowych między kandydatami, te 400 tysięcy to jest potężny procent, który szalę mógłby przechylić. Nikt co prawda nie policzył, ilu zwolenników Dudy i Trzaskowskiego znalazło się w grupie dopisanych do spisu wyborców przez internet, ale nie trzeba być specjalnie wyrobionym w kampanijnych realiach, żeby wiedzieć, że twarde jądro PiS w wieku 60+ raczej się przez inetrent nie dopisuje. Twarde jądro nie jeździ po Polsce, zwłaszcza w niedzielę, tylko siedzi w domu. A kto się dopisuje i jeździ? Przede wszystkim młodzi, wykształceni, z dużych miast, z pieniędzmi. To też żadna tajemnica. Zwykła empiria i codzienność. 400 tysięcy głosów. Nieźle to sobie wykombinowali…