Szczepionka senioralna

Jak to mówią u nas na wsi, tak krawiec kraje, jak mu staje. Materiału. Czy jakoś tak. Rządowi polskiemu ostatnio w ogóle nie staje. Nic i niczego.

Pfizer poinformował opinię publiczną, że chwilowo wstrzymuje transport szczepionki do Europy, bo musi zmodernizować swoje linie produkcyjne zlokalizowane w Belgii. W związku z tym, moce przerobowe zostaną na 10 dni zmniejszone, żeby później ruszyć ze zdwojoną siłą. Kiedy to nastąpi, firma podgoni z produkcją. Nie dość, że nadrobi to, co straciła w czasie przestoju, to jeszcze dorzuci coś ekstra. Ile osób przez to nie doczeka sczepienia, tego nie wiemy, ale skoro biznes tak mówi, to tak musi być, bo przecież te działania są podyktowane wyłączną troską o człowieka i jego dobrostan. A nie o pieniądze.

Dumałem ostatnio nad specyfiką polskiego programu szczepień przeciw covid. Nijak nie mogę pojąć, w jaki sposób można było bardziej po łepkach przeprowadzić ten proces ponad to, co się odbywa w naszym umiłowanym kraju. Zapytany przez posłankę Lewicy minister rządowy, z rozbrajającą szczerością odpowiada, że nikt nie prowadzi statystyk zaszczepionych osób w DPS-ach, bo takie statystyki nie są nikomu do niczego potrzebne. Na informację Pfizera o zmniejszonych dostawach, minister Dworczyk bezradnie rozkłada ręce i mówi, że rząd w tej sprawie nic nie może zrobić. Wstrzymuje więc szczepienia w grupie zero, bo nie nastarcza mu preparatu dla seniorów, których szczepić już musi, gdyż ci posłuchali zaleceń, i porejestrowali się przez internet. W tym samym czasie nauczyciele protestują przeciwko powrotowi dzieci do szkół, bo szczepionki dla nich, jak nie było, tak nie ma. Cytując za klasykiem, to, że jesteśmy w dupie, to pewne, gorzej, że zaczynamy się w niej urządzać.

Kiedy tak dumałem dalej nad stanem naszego urządzenia się w dalekich zakamarkach jelita grubego, zacząłem się pochylać nad sensem wyszczepiania tych, a nie innych grup zawodowych i wiekowych. No bo tak: to, że służba zdrowia musi być zaszczepiona na wstępie, jest dość oczywiste. Jeśli poleci system ochrony, to poleci cała reszta. Moją wątpliwość budzi jednak wybór, który padł na seniorów po 70. roku życia, jako tych, których należy zaszczepić w drugiej kolejności. Z pozoru jest to zasadne: seniorzy są najbardziej narażeni z racji wieku. Jednakowoż, z pozostałych grup społecznych objętych szczepieniem, są najmniej mobilni. Mają najmniejszy kontakt z drugą osobą. Znacznie mniejszy niż nauczyciele i ekspedientki w sklepach. Rzadziej wychodzą na zewnętrze. Rzadziej spotykają się z obcymi. Oczywiście nie wszyscy, ale jednak. Dużo łatwiej jest też im znieść samoizolację, bo zimą, zwłaszcza mroźną, wychodzenie przezeń z mieszkań, nawet bez covidu, nie było dlań zalecane. Na spacerze z psem w parku, mimo wszystko, dużo trudniej złapać covid niż w sklepie, wydając resztę w gotówce, z ręki do ręki. Wciąż obowiązują godziny dla seniorów, więc kontakt z wirusem jest podwójnie ograniczany. Mimo tych wszystkich ale, zamierzamy szczepić seniorów jako drugich w kolejności, a nauczycieli i kasjerów zostawiać na kolejne tury, choć mają oni nieporównywalnie więcej możliwości ryzyka zakażenia w swoim fachu.

Gdybyśmy mieli szczepionki od metra, moglibyśmy szczepić jak leci, bez gradacji, na koniec zostawiając młodych i zdrowych. Jeśli jednak jest jak jest, a będzie jeszcze gorzej, bo fabryka wstrzymuje dostawy, być może sensowne byłoby twarde postawienie sprawy i wytłumaczenie ludziom, że najsamprzód pod nóż idą ci wszyscy, którzy mają największą styczność z ludźmi, a dopiero później zajmiemy się staruszkami. Nie jest tak, że jedno życie jest lepsze niż drugie, ale jest tak, że jeśli mamy kogoś ratować, to oddajmy sprawiedliwość tym wszystkim, którzy na co dzień najbardziej się narażają przez wzgląd na swoją profesję i ryzyko które podejmują, a nie wyłącznie przez szacunek dla siwych włosów. I tak postawioną diagnozę ja rozumiem i szanuję, choćby była do bólu szczera. W naszym grajdołku, na takie podejście jednak nikt się nie zdecyduje, bo zrazu zaszczują go i zwyzywają od eugeników i hitlerowców. Poza tym to również bardzo ryzykowne, kiedy senioralny elektorat zraża się do siebie. Bo to wiadomo, na kogo głosuje taka kasjerka z Tesco czy nauczyciel z Supraśla. A nauczyciel akademicki to już na pewno wiadomo na kogo, bo na pewni nie nas i na naszych. I z każdej strony jesteśmy kryci.

Bunt nadzieją narodu!

Nie ma większych połów ani mojszej racji, choć, jak wiadomo, ich ból potrafi być większy niż nasz. Ich prawa mogą być lepsze niż nasze. Ich stoki mogą być otwarte, a nasze nie. To wszystko sprawia, że jeśli ktoś posiadał jakieś wątpliwości co do oderwania kasty rządowo-rządzącej od szarości ludzkiej egzystencji, w tym momencie został pozbawiony złudzeń. Ich interesy stoją w sprzeczności z naszymi. Oni chcą żreć i się paść na nas. Dlatego nie powinno być dla nich miejsca. Pośród nas.

Znajomy mój uruchomił po raz drugi zbiórkę publiczną w celu ratowania swojego baru przed plajtą. Prowadzi go od kilku lat, z mniejszym lub większym powodzeniem. Poświęcił na rozkręcenie interesu bardzo dużo. Zapożyczał się, niedosypiał, harował jak wół, żeby tylko wyjść na swoje, a przez ostatnie lata, państwo polskie mu tego nie ułatwiało, dorzucając na plecy kolejne domiary i podwyżki. Jakoś jednak udawało się, z miesiąca na miesiąc, spinać bilans. To, co się straciło na przednówku, można było sobie odbić w ciepłe miesiące i interes się kręcił. Grunt, że kolega doń nie dokładał, a to już u nas sporo, jak dla małego gracza. I gdy wydawało się, że najgorsze mamy za sobą, przyszedł rok 2020. Pierwszą zbiórkę kolega uruchomił na wiosnę. Udało się zebrać parę groszy. Na wakacje ciut się odkuł, żeby teraz znowu znaleźć się pod kreską. Raz ludzie pomogli, ale czy pomogą drugi, trzeci i piąty, to raczej wątpliwe, bo skąd tu brać na innych, kiedy samemu ma się coraz mniej albo nic. A kiedy wyje cała polska gospodarka i woła zmiłowania, jej skowyt do uszu rządzących nie dociera, no bo i jakby mógł, gdy pani minister, w goglach i narciarskim kasku, szusuje po stokach, które uprzednio zamknęła. W pędzie wiatru i świście powietrza trudno się wsłuchać w coś innego, niż swoje własne, pękające ze śmiechu, ego.

Myli się jednak premier, prezydent i ministrowie, myśląc, że ludzie zatrudnieni w branżach które najbardziej dostają po dupie przez pandemię i pandemią motywowane obostrzenia, nie widzą ich cynizmu i hipokryzji. Widzą aż nadto. Widzą i wiedzą-że jeśli sami czegoś nie zrobią, ten rząd pogrzebie ich żywcem. Zagłodzi, pozbawiając środków do życia. Zniszczy dorobek ich krwawicy. I nikt po nich nie zapłacze. Jeśli więc tak ma to wszystko wyglądać, dziwnym nie jest, że naród postanawia brać sprawy w swoje ręce. Bo po rządzie i rządzących nie może spodziewać się niczego dobrego.

Pierwszy przykład dał restaurator z Cieszyna. Otworzył knajpę. Przyszli ludzie. Przyszła milicja. Nie bardzo wiedziała co ma robić, kiedy w restauracji zastała , jak za starych, dobrych lat dwutysięcznych. Wszystkich przecież nie daliby rady zamknąć. No właśnie. I tu jest klucz do sukcesu w walce z rządem, który nie wie co czyni, bo nie ma żadnego pomysłu na wyjście Polski z pandemicznego kryzysu. Pospolite ruszenie ludu przeciw panom. Jak drzewiej u nas bywało i w czym mamy doświadczenie. Zrywać plomby, łamać bzdurne zakazy i wracać do pracy. Nie czekać na jałmużnę, tylko brać sprawy w swoje ręce. Naturalnie, mieć w głowie, że widmo krąży po Europie, takoż stosować środki higieny; myć ręce, nosić maski, ale żyć, a nie wegetować. Bo właśnie na wegetację, a w konsekwencji śmierć głodową, państwo dziś skazuje ludzi. W najlepszym wypadku na samobójstwo albo depresję, a w jej konsekwencji-wisielczy sznur. Wychodzi więc na to samo. Jaka więc różnica, czy człek zejdzie na covid, z głodu, czy ze zgryzoty sam się powiesi. Nieboszczycy przeważnie mało mówią na temat powodów swego niebytu.

W ramach strajku przedsiębiorców powstała na fejsie grupa inicjatywna, która publikuje mapę, na której nanosi przedsiębiorstwa z różnych branż, które wypowiedziały posłuszeństwo Państwu. Bardzo mi się ta mapa podoba, bo coraz szczelniej się wypełnia. To z kolei jest dowodem na to, że, po pierwsze, naród jeszcze u nas potrafi się postawić bezdusznej władzy, a po drugie, dowodzi słabości tegoż Państwa, które jest nadal teoretyczne. A efekty już widać. Kiedy mapa poczęła wypełniać się covidowymi renegatami, rząd zaczął zmieniać ton i począł wysyłać znaki, że ustępstwa w obostrzeniach mogą wejść szybciej niż jesienią. Jest więc nadzieja, że jak się darmozjadów dociśnie jeszcze bardziej, to przestaną nas dusić butem do podłogi, żebyśmy zdechli jak psy. Prędzej my, ludzie, zdusimy ich. Jak na plakacie z Jolantą Brzeską-przecież wszystkich nas nie spalą, tak i tu i teraz, przecież wszystkich nas nie zamkną. Nie mają tylu milicjantów i tylu kajdanek. Co więcej mogą zrobić? Nałożyć większe mandaty? Dla kogoś, komu za chwilę padnie interes, to bez różnicy, czy dostanie 3 czy 300 tysięcy kary, bo i tak nie będzie miał z czego zapłacić. Wyślą na ludzi wojsko? Tylko jakie? Terytorialsów?

Na każdym zebraniu jest tak, że ktoś musi zacząć. Zaczął szynkarz z Cieszyna. Poszli też inni. Kibicuję im wszystkim, bo mało który widok potrafi mnie bardziej uradować, niż sytuacja, kiedy władza zaczyna się bać ludowego gniewu i szura butami pod stołem ze strachu. Słychać coraz głośniej, że kraj się burzy. Może wreszcie dotrze do ludzi, że to oni sami mogą zmieść tę czy inną bandę swoim słowem i czynem szybciej, niż raz na cztery lata. Przyszedł wreszcie czas wyrównania rachunków. Mam nadzieję.

Spytaj milicjanta

Robi się coraz ciekawiej. Prawo i Sprawiedliwość zamierza przerzucić na obywatela obowiązek udowadniania przed sądem, że nie jest wielbłądem. Bo jeśli milicjant stwierdzi, że obywatel jest, to tak musi być w majestacie prawa. I sprawiedliwości.

Idzie o nowelizację kodeksu wykroczeń. Partia rządząca wrzuciła doń zapis, który zmienia zasadniczo układ obywatel-władza milicyjna. Podług najnowszej propozycji, ten, kogo milicjant ukaże mandatem, będzie zmuszony mandat przyjąć. Czy mu się to podoba, czy nie. Jeśli obywatel uzna, że nań nie zasłużył, sam będzie musiał wziąć na siebie ciężar udowodnienia swojej niewinności, bądź niezasadności kary, przed sądem powszechnym. Do tej pory, kiedy odmawialiśmy przyjęcia mandatu, sprawa, na wniosek milicjanta, lądowała w sądzie. Jeśli nowelizacja kodeksu autorstwa PiS w Sejmie przejdzie, a nic nie wskazuje na to, żeby miała być utrącona, to na obywatelu będzie spoczywał obowiązek zawiadomienia sądu względem swojej niezgody z decyzją milicjanta. To obywatel będzie musiał złożyć wniosek, pierwej go napisać, zdeponować w odpowiednim wydziale i dopilnować ustawowego terminu przedawnienia. Innymi słowy, będzie tak, że milicjant będzie miał zawsze rację co do zasadności mandatu nałożenia i jego wysokości wyrażonej w gotówce, a obywatel nie będzie mógł na starcie się zeń nie zgodzić. Dopiero jeśli sam zechce i dopilnuje, może sobie ewentualną sprawiedliwość wydrapać.
Po co PiS to czyni? Wersja oficjalna, dla prasy kobiecej i partyjnej jest taka, że sądy są zawalone sprawami banalnymi i trywialnymi, jak, dajmy na to, brak zgody na przyjęcie mandatu od milicjanta, i to m.in. dlatego młyny sprawiedliwości w tym kraju tak wolno mielą. Przez to ci wszyscy, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, czekają do świętej Nigdy, żeby poznać choćby termin pierwszej rozprawy. Sam coś o tym wiem. Na apelację banku z którym się sądzę, czekam z terminem prawie rok. Aby temu przeciwdziałać, należy sędziów i sądy odciążyć od niepotrzebnej roboty. Na początek należy zająć się prawną fikcją, jaką są wnioski milicji w sprawie braku zgody na mandat. PiS mówi, że 80 procent takich spraw sąd rozstrzyga po myśli milicjanta. Zasadnym takoż będzie, jeśli do sądu z mandatem pójdą ci, którzy naprawdę wierzą w swoją wersję, a nie tylko chcą zagrać na nosie milicji i temidzie. Jak można wyczytać w pisowskim uzasadnieniu do zmian w kodeksie, jest zwykle tak, że obywatel decyduje się nie przyjąć mandatu pod wpływem silnego wzburzenia; nie kieruje się trzeźwym myśleniem, tylko emocjami, które przesłaniają mu prawdę faktyczną. Sensownym więc będzie, kiedy mandat przyjąć będzie musiał. Poczeka parę dni, ochłonie, przemyśli swoje postępowanie. I na drugi raz dwa razy się zastanowi, nim propozycję milicjanta odrzuci. Jak w „Rejsie” Marka Piwowskiego: proponujemy przenieść obywatela krnąbrnego do sekcji spolegliwców; nauczy się tam szacunku do munduru, rezonu wobec prawa i przede wszystkim-przestanie judzić i pogodzi się ze swoim losem. I to ma sens. Sądownictwo na raz się odblokuje, bo sędziowie nie będą musieli pochylać się nad wnioskami krzykaczy i awanturników, które na wstępie obarczone są prawną wadą. Skrócą się kolejki. Obywatele się uradują, bo ich sprawy w końcu trafią na wokandę. Minister się ucieszy, bo reforma wymiaru sprawiedliwości nabierze tempa. Same plusy.

Wersja nieoprawna, która pobrzmiewa w komentarzach wrażych mediów i lewackich publicystów, takich jak ja, ma co najmniej dwa dna. Pierwsze, najbardziej oczywiste, tyczy się kasy. Po to Ziobro robi takie chochmy, żeby golić obywateli jeszcze bardziej przy skórze, choć, być może, ktoś był pomyślał, że już bardziej się nie da. Nic bardziej mylnego. Mało Ziobrze, że w dzisiejszym, polskim sądzie, człowiek musi bulić już praktycznie za wszystko: uzasadnienia wyroków, terminy, ekspertyzy, wypisy. Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii, żeby wiedzieć, że ¾ osób, które dziś decydują się na nieprzyjęcie mandatu od milicjanta, nie pójdzie do sądu walczyć o pareset złotych, tylko machnie ręką, bo szkoda im będzie ich cennego czasu. Pójdą ci, którzy ten czas mają, albo legaliści, którzy wierzą jeszcze w sens trójpodziału władzy w tym kraju. Takich, niestety, coraz mniej, choć trudno się ludziom dziwić, bo mają oczy i widzą, co się odjaniepawla. A jak ludzie nie będą się o swoje bić, to pieniądze zostaną przy ziobrowym cycu. Szukają oszczędności, gamonie, gdzie się da. A że kieszeń obywatelska głęboka, a łapy władzy lepkie, pchają graby po same pomidory. Drugie dno ma walor, nazwijmy go, quasimoralny. Patrz milicjancie, mówi władza, możesz wlepiać mandat obywatelowi, a ten chuja ci może zrobić. Możesz wpisać w bloczek mandatowy co sobie wymyślisz, a ten przygłupi chłopek-roztropek musi to przyjąć. Jak nam ukradną furę, to muszą nam oddać samolot, mawiał w „Misiu” Stasiek Paluch. Muszą oddać. A ty, człowieku prosty? Musisz przyjąć. Po prostu. I nie ma zmiłuj. Za niepaństwowy wyraz twarzy: dwieście. Za lżenie prezydenta: pińcet. Za brzydki napis na koszulce: tysiąc. I musisz przyjąć. A jak ci nie pasuje, to idź do kahału, sądź się, jak cię stać i masz czas.

I tak trwają ze sobą, w tryumwiracie: Prawo. I sprawiedliwość. I Milicja. A największa z nich jest Partia. Bo i prawo i sprawiedliwość i milicję trzyma w garści. Albo ma je wiadomo gdzie.

Cukier krzepi kieszeń rządu

Cukier krzepi. I zabija. Podobnie jak podatki i karabiny i kokaina. Dowiesz się tego wszystkiego w szkole. Sprawdzisz sam na sobie w najbliższym spożywczym. I choć w sprawie cukrowego podatku po drodze mi z rządem, to nie wierzę im jak psom, bo intencje nasze z różnych parafii. Choć premier twierdzi co innego, prosty lud wie swoje.

Nigdy specjalnie nie ceniłem szkoły i tego, co z niej wyniosłem. Dziś, kiedy patrzę na dzieciaki pozamykane w domach i wyalienowane z życia i rodzin, dziękuję opatrzności i ministrowi edukacji, że przyszło mi żyć wśród żywych rówieśników, a nie tylko ich białkowych interfejsów. Lepsze cokolwiek, niż udawanie; niż zryta od maleńkości psychika. I to do tego przez Państwo, a nie przez starych.

W szkole nie cierpiałem przedmiotów ścisłych. Do dziś mi tak zostało. Na matematyce liczyłem sekundy do dzwonka. Może dlatego potrafię jeszcze zliczyć do tysiąca. Oczywiście pod kreską albo za pomocą kalkulatora. Wszystko ponad dziesiętne liczby, to nie na moją głowę. Zaciekawiły mnie ostatnio dane na temat wyszczepienia na covid. I to te oficjalne. Plus minus osiemnaście. Wziąłem kartkę i zacząłem rachować, najlepiej jak umiem. Zaszczepiono do dziś 140 tysięcy ludzi. Zaczęto szczepić 27 grudnia. Daje to, do dziś, 12 tysięcy na dobę. Przyjmując, że mamy do zaszczepienia 30 milionów obywateli, wyszczepienie w tym tempie, i to tylko jedną dawką, zajmie 2500 dni, czyli jakieś 6 lat. Biorąc pod uwagę mutacje wirusa, albo musimy dość ostro przyspieszyć ze szczepieniami, albo dać sobie spokój, bo w tym tempie, cały proces nie ma najmniejszego sensu. Zrazu zwolennicy rządu zapieją, że to dopiero początek, że żniwo wielkie, że robotników mało, ale już pobieżny rachunek matematycznego abnegata, takiego jak ja, pokazuje, że coś tu nie sztymuje w rachunkach i w procedurach, bo nawet ostrzejsze zabranie się do roboty rozwlecze ten proces niemożebnie. W obliczu takich danych, bałagan z celebrytami wydaje się jak najbardziej uzasadniony. Nikt na dobrą sprawę nad tym nie panuje, nie ma najmniejszej koordynacji i cały proces przypomina rzucanie salcesonu do mięsnego za późnego Jaruzelskiego. Łap się kto może.

Poszedłem wczoraj do sklepu, w moim domu, piętro niżej, żeby sprawdzić, czy faktycznie jest tak, jak mówią ludzie. Że słodzone napoje podrożały o sto procent. Ku mojemu zdziwieniu, niczego podobnego nie stwierdziłem. Mało jednak jestem w tych sprawach biegły, bo napojów słodzonych nie kupuję od dawna. Nawet soków staram się unikać, bo one też są dosładzane. Jeśli już, to kupuję te słodzone słodzikami i aspartanem, że niby zdrowsze, choć to w sumie taki sam syf jak cukier, albo niewiele zdrowszy. Cukru używam sporadycznie, kawy i herbaty nie słodzę, za łakociami nie przepadam. Nowy podatek nie będzie więc aż tak bardzo bił mnie po kieszeni. Więcej napiszę: uważam, że to krok we właściwym kierunku. Źle obmyślony i rachitycznie postawiony. Jak zwykle, chciałoby się powiedzieć. Ale w dzisiejszym społeczeństwie, konieczny.

Serce mi się krajem otwartym w kieszeni nożem, kiedy widzę, jak w sklepach ludzie, zwłaszcza młodzi, kupują naręcza słodzonych, gazowanych napojów a do tego paki czipsów i zapychają się tą paszą po kątach. Że szkolne sklepiki sprzedają oranżady z cukrem, zamiast zwykłej wody. Widzę po znajomych, co się dzieje z dzieciakami, które mają nieograniczony dostęp do cukierków i ciasteczek, z których korzystają jak ze stałych posiłków. Zapijają toto najtańszą, marketową kolą albo sokiem z dwiema czubatymi łyżkami sacharozy. Później patrzę na te same dzieciaki, roztyte i zgnuśniałe, które nie chcą ćwiczyć na wuefie, wychodzić na podwórze, które po przejściu paruset metrów łapią zadyszkę, albo które trzeba przekupywać słodyczami, żeby dały się namówić na pieszą wycieczkę do lasu. I to jest, mili Państwo, cukrowy dramat, który ufundowaliśmy przyszłym pokoleniom. Opiliśmy się cukrowanych napojów na początku popiwku i do dziś odbija nam się czkawką, bo nikt nie powiedział, że choć to dobre słodziuśkie, to pite bez umiaru, szkodzi nie gorzej niż wódka. Na wódkę mamy wysoką akcyzę. Może już najwyższa pora, żeby powiedzieć ludziom, że czasy się zmieniły i mamy nowe zagrożenia, a cukier wcale tak bardzo nie krzepi. Aby jednak to miało sens, podwyżkę podatku należałoby poprzedzić kampanią społeczną, w której rząd wyjaśniłby powody swoich decyzji. Naturalnie, nikt tego nie zrobił, bo rządowi nie tyle idzie o zdrowie obywateli, co o dodatkową kasę w dziurawym jak rzeszoto budżecie. Gdyby jednak spróbować choćby wytłumaczyć ludziom, nie mówię już o długofalowej akcji edukującej społeczeństwo, przekonującej do porzucenia złych nawyków żywieniowych, jeno o kilku spotach reklamowych, bilbordach w największych miastach, gdzie władza apeluje do Polaków, żeby żarli mniej cukru i pili wodę zamiast słodzonych napojów z gazem, dałoby to władzy jakiś moralny asumpt do podwyżek podatków na cukier. A tak, wychodzi na nasze, że rząd łże i wyciąga nam pieniądze z portfeli na swoje i na swoich. Nie moje to jednak zmartwienie, tylko rządu. Podobnie jak nie cukier, co krzepi. Mnie krzepi mała stopka i śledź. Czasem też, jak nasi wygrywają w gałę z Niemcami. Ale to zdarza się rzadko.

Bożena Ostródzka Pierwsza

Nigdy nie grałem koncertu w Sylwestra, choć zawsze chciałem. Nie dlatego, że tak bardzo kocham życie na scenie w „ten wyjątkowy dzień”. Chciałem, bo to okazja, żeby z nielubianej, uświadomionej konieczności, uczynić źródło zarobkowania. A nie grałem, bo mój pryncypał z zespołu nie pozwala grać w Sylwestra, pomny przykrych doświadczeń z przeszłości, kiedy to na jednym z bankietów „Jaś” nie doczekał dwunastej.

Było to dawno i już dziś prawie nieprawda, bo rzecz działa się w zatęchłych i odległych latach dziewięćdziesiątych, kiedy nikt nawet nie śnił o Sylwestrze z Dwójką, Trójką czy Polsatem. Grupa na K. otrzymała płatny angaż do grania do kotleta na jednym sylwestrowych balów w lokalu stołecznym. A że chłopacy mieli mocne trzewia i mniej lat, jeden z kolegów przeszarżował, błędnie oceniając swoje możliwości, w związku z czym spał pijany za wzmacniaczem, od czasu do czasu podnosząc głowę i blekocąc: „Ale chłopaki, ja chcę grać”, po czym dalej zasypiał. Od tamtego momentu grupa na K. nie zagrała żadnego koncertu sylwestrowego, mimo że można by za ten jeden taki wieczór, lub raptem, kilka piosenek, nie robić nic przez cały miesiąc. Ja, na ten przykład, Sylwestra nie lubię i nie kultywuję. Marnotrawię więc ten czas, choć mógłbym wówczas zarabiać, a nie tępo gapić się w telewizję, z jednej strony zazdroszcząc zarobków innym kolegom, z drugiej jednak dziękując losowi, że kolejny rok, uchronił mnie przed byciem częścią większej całości, która pachnie straszną naftaliną. Bo ja, jak śpiewał ongiś zespół Green Day, chcę być w mniejszości, a nie w waszej moralnej większości. Za taką większość zawsze dziękuję, choć, nie przeczę, z niejakim bólem dupy, kiedy patrzę na stan konta, ale niezależność zawsze ma swoją cenę. Zazwyczaj wyrażoną w gotówce.

Nie znam więc uczucia, jak to jest zagrać w Sylwestra dla milionów Polaków przed telewizorami. Znam uczucie, jak to jest zagrać dla miliona ludzi pod sceną, i jeśli jest to choć w marnym procencie taki sam high jak ten z graniem dla telewizji, to gratuluję wykonawcom. Znam również, pobieżnie, ale znam, stan bazy noclegowej w powiatowym mieście Ostróda. Tak się składa, że tegoroczny Sylwester odbywał się właśnie tam. Ongiś, razem z grupą na V. grałem na festiwalu ska i reggae w Ostródzie. Nie tym dużym, w lato, tylko takim pomniejszym, na początku roku, w styczniu albo lutym. Z racji tego, że imprezy nie obsługiwało TVP ani nawet lokalna odnoga z Olsztyna, tylko kilkoro zapaleńców i miłośników muzyki jamajskiej, kapele które przyjechały, rozłożono po ostródzkich hostelach i pensjonatach, żeby było taniej. Pamiętam, że gdy dotarliśmy na miejsce do jednego z takich przybytków, przywitał nas w sztok pijany recepcjonista. Dwoiło mu się w oczach, nie mógł doliczyć się miejsc, które dla kogo, kto z kim, więc po ok. 10 minutach walki z materią obrócił się przy kontuarze za siebie i donośnie zawołał: „Bożena…Bożena! Chodź tu, ja się na tym nie rozeznaję, trzeba coś tu szybko pozmieniać, bo się nam grajki nie pomieszczą!”. Ostatecznie, rzeczywiście, część z nas została przeniesiona do innego pensjonatu, parę domów dalej, ale strach by pomyśleć, co by było, gdyby zabrakło wtedy Bożeny.

Na przełomie lat 2020/21, w noc sylwestrową, podobna opowiastka mogłaby się stać udziałem samego Thomasa Andresa, Heleny Vondrackowej czy Marcina Millera. Na szczęście na straży był Jacek Kurski, który, gdy tylko dowiedział się o grożącym artystom niebezpieczeństwie, zadziałał, niczym Deus ex machina, i prawo dopasował szybciej, niż prezydent narty. Szło bowiem o to, że z powodu braku możliwości prowadzenia działalności hotelarskiej, część artystów może wylądować na mrozie. Przynajmniej oficjalnie. Wraże media tylko czekają, żeby wytknąć TVP i rządowi taką niedoróbkę. W pierwotnej noweli o „narodowej kwarantannie” zapisano bowiem wyjątek od zakazu przebywania w hotelach dla osób współpracujących z rozgłośniami radiowymi i stacjami telewizyjnymi posiadającymi koncesję na nadawanie. I niby wszystko wydawało się spoko, gdyby nie to, że złośliwi zaczęli poszczekiwać, że TVP jest nadawcą publicznym i nie ma na nadawanie żadnej koncesji. Niejeden w takim wypadku pił by do rana, rwał włosy z głowy, ale nie Jacek Kurski. On, najzwyczajniej w świecie zadzwonił do premiera, a ten w trybie ultra-ekspresowym wprowadził nowelę noweli i zmienił zapis. Od dziś obowiązuje więc prawo w którym stoi że, poprawka oprócz „nadawców posiadających koncesję” uwzględnia też „jednostki publicznej radiofonii i telewizji”, o których nie było mowy we wcześniejszej wersji. Przyznacie Państwo, genialne w swojej prostocie. Prawnicy mają jednak wątpliwości, czy to, co zapisano na chybcika w ustawie, jest już wytrychem prawnym, pogwałceniem obyczaju, zwykłą kazuistyką, czy może przykładem na to, jak w Polsce tworzy się dziś najbardziej nieudolne prawo pod konkretnego człowieka. Milczy rzecznik rządu. Milczy prezes. Milczy Jacek Kurski. Nie zamilkną za to sylwestrowi artyści. Duch i ciało potrzebują strawy. A ja sam doskonale wiem, jak ciężko w Ostródzie o pokój. Hotelowy, ma się rozumieć.

Bez pomysłu i bez fajerwerków

W Święta tegoroczne głównie spałem. Odsypiałem zaległości. Żywiłem się źle, konsumowałem mięso. Spożywałem też sporo alkoholu. Jak to Polak. Niewiele zapamiętam z tych Świąt. I dobrze, bo specjalnie nie było czego wspominać.

Do Kościoła nie zaglądałem. Na pasterkę się nie wybrałem. Nie poszedłem nawet na sanki. Dookoła syf, smród z kominów i aura przygnębienia. Żeby zdołować się bardziej niż średnio, zacząłem czytać wspominkowe artykuły o Magiku z Paktofoniki. Nic nie pomagało. Od paru dni czuję na języku posmak bimbru, którym się raczyłem przed wigilią, w trakcie i po i wcale nie jest to miłe wspomnienie. Na Sylwestra też donikąd się nie wybieram. To akurat żadna manifestacja ani strach przed władzą. Nigdy nie lubiłem sylwestrowych bali i imprez, bo i z czego tu się cieszyć; że człowiek z wiekiem coraz szybciej do trumny? Bez sensu.

Sprawa tegorocznego Sylwestra jest jednak doskonałym przykładem na to, jak Morawiecki i ekipa zarządzają covidowym bałaganem bez planu i pomyślunku. Jeszcze przed Świętami zapowiedziano narodowi, że w Sylwestra nie będzie się mógł przemieszczać, bo ma wówczas obowiązywać godzina policyjna. Zrazu uczeni w prawach i kodeksach podnieśli alarm, że zwykłym rządowym rozporządzeniem, nie można ludziom zakazać chodzenia i jeżdżenia. I że można to zrobić jedynie na drodze ustawy albo zarządzenia stanu wyjątkowego, czego rząd nie zrobił. Tak czy siak, gdy lud powoli zaczął oswajać się z myślą, że nie pójdzie na żaden bal ani na domówkę, tylko siedzieć będzie w czterech ścianach pod groźbą kary finansowej, premier rządu przemówił. Potwierdził to, o czym donosili prawnicy: godzina policyjna na Sylwestra jest nielegalna. Chcieliśmy zrobić coś na szybko, ale nam nie wyszło. Nie ma już czasu na to, żeby debatować nad ustawą a stanu wyjątkowego nie ogłosimy, więc, pozostaje nam tylko apelować do tłuszczy, żeby uwierzyła nam na słowo.

Jak Państwo myślą, ilu obywateli posłucha premiera? Karnie zostanie w domach, nie będzie strzelać petardami ani ruskim szampanem. Swoją drogą, nie byłoby to takie złe rozwiązanie. Za każdym razem, kiedy 1 stycznia zmuszony jestem słuchać kanonady na osiedlu, a nazajutrz, po parkach i skwerach szkło chrzęści pod stopami, zastanawiam się nad fenomenologią Polaka, który utyskuje na swój marny los i kiepskie zarobki, a na petardy i wódę i tak go zawsze stać. Te petardy to najgorsze. Nie dość, że nie szumi od nich w głowie i człowiekowi nie jest weselej, zwierzęta się ich boją i ciężko zasnąć przy ich huku. Puszcza się z dymem kilkadziesiąt złotych na raz, jak z korkowca na odpuście. A niby dorośli ludzie się za to biorą. To trochę tak, jak polskim rządem. Niby dorośli ludzie, a zarządzają Państwem jak kramarz jarmarcznym stołem. Mają od kuglarstwa kolegę Kurskiego, który funduje narodowi narodowe szanty w Ostródzie. Jak fajerwerki, co to się wypalą i zostanie po nich smród i puste pudełka. Zresztą, niektóre z fajerwerków u Kurskiego już na starcie są puste i wypalone, więc marna z nich wyjdzie atrakcja dla gawiedzi. Aż się prosi, żeby w tak wyjątkowym czasie, kiedy Polacy nie będą mieli specjalnie czegoś lepszego do roboty, zafundować im w telewizji rządowej coś, po co normalnie by nie sięgnęli. Jakiś dobry, oskarowy film i koncert na deser, serię wywiadów z ciekawym człowiekiem. Albo po prostu święty spokój, bez szmiry i blichtru. No ale wówczas wszyscy oglądaliby konkurencję, a tego telewizja państwowa, kierowana misją nie mogłaby znieść. I nie wypłaciłaby za to dywidendy.

Nic nie możemy Wam zrobić, dobrzy ludzie. Chcieliśmy Was trzymać pod kluczem, ale i to nas przerosło. Możemy więc tylko prosić. Odwoływać się do Waszego zdrowego rozsądku i ludowej mądrości, bo żadnej innej nie mamy. Tak jak i pomysłu, co dalej z tym fantem. Z hotelarzami, karczmarzami. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę, jakoś się to wszystko ciągle toczy…

Tylko dla wybranych

Zadzwonił do mnie ostatnio Pan z siłowni, która jest ulokowana 100 metrów od mojego domu, z zaproszeniem na bezpłatny trening pod okiem trenera personalnego. Bo to ostatni dzwonek, gdyż zaraz zamykają, więc bierz Pan szybko, jak dajemy. A dajemy wybranym!

Dobry trener personalny powinien być jak dobry barman albo dobry spowiednik. Wracasz do niego, bo masz pewność, że cię nie zawiedzie; pomoże, wysłucha, podpowie, a przy okazji-da się z nim pogadać na poziomie.

Jedni chcą usłyszeć od trenera kilka sprośnych dowcipów, jeszcze inni dowiedzieć się nowinek z zakresu suplementacji, pogadać o samochodach i gadżetach. Bo coś, prócz poleceń taki trener musi mówić i o czymś trzeba z nim rozmawiać przy powtórkach serii. Chadzałem w sowim życiu, i chadzam nadal, na przeróżne siłownie. Głównie w Polsce, ale jak nadarzy się okazja, odwiedzam też te za granicą. Widywałem tam i tu troglodytów, którzy posługiwali się monosylabami. Przegiętych homoseksualistów z bicepsem jak moje udo. Zdarzali się też kolesie biegle władający kilkoma językami i do tego z sensem.

W zeszły piątek przyszedłem na umówioną godzinę na spotkanie. Siłownia z gatunku tych bardziej fancy. Wszystko nowe, dużo miejsca, choć bez specjalnego przepychu. Czekał na mnie Pan. Pogadał ze mną rzeczowo o moich doświadczeniach, nawykach żywieniowych etc. Pan nie był ani za duży ani za mały. Dość wygadany. Nie przeklinał, a to już dużo w tym zawodzie. Standardowe dziary na przedramieniu. Sprawiał dobre wrażenie. Na treningu starał się wychwycić wszystkie moje nieprawidłowości i defekty którym w ewentualnej przyszłości mógłby zaradzić. A ja jestem człowiek usportowiony. Ruszać się lubię i robię to, jak często się da. Zapominam jednak częstokroć o odpowiedniej regeneracji po wysiłku. Zaniedbuję rozmasowywanie mięśni i rozciąganie, przez co, mimo że mogę tyrać całkiem spore ciężary, rwie mnie czasem w plecach albo łapią mnie skurcze w łydce. Tyle to wiedziałem i bez trenera. Ale dobrze jest, jak raz na jakiś czas ktoś to człowiekowi unaoczni. Jest wtedy większa motywacja do wzięcia się za swoje słabsze strony. Tak też było ze mną i Panem na piątkowym treningu. Zaczęliśmy o 13 a skończyliśmy o 14. Ludzi prócz nas i obsługi klubu nie było żadnych. Pan jakoś szczególnie mnie nie przeczołgał. Ot, wysługa lat i wrodzona hardość karku.

Po wszystkim usiedliśmy przy stoliku, gdzie Pan trener jął mi wyłuszczać zawiłości oferty od strony finansowej. Ta do najtańszych nie należała, ale na zdrowiu się nie oszczędza, więc miałem początkowo nawet chęć dać im szansę. Na koniec jednak zostawił sobie najlepsze. On wie, kto ja jestem. Bo chodzi tutaj, do nich, mój inny „kolega” z „branży” który mieszka niedaleko (to akurat prawda, widujemy się czasem w sklepie), i to właśnie on im powiedział, wiec wyszukali na fejsie, no i proponują. Bo oni tak naprawdę nie są dla wszystkich. Powinienem się w zasadzie czuć wyróżniony, że pozwalają mi wydać u nich moje ciężko zarobione pieniądze, bo nie każdy ma tyle szczęścia. Nikt z ulicy tu raczej nie wejdzie. Przychodzą artyści, dziennikarze, biznesmeni. Będę się czuł jak u siebie. Po tych słowach już wiedziałem, że nie będę się czuł jak u siebie. I że to była moja ostatnia tamże wizyta.

To chyba moje robotniczo-chłopskie pochodzenie i krew czarna jak węgiel, nigdy nie pozwalały mi dobrze się poczuć w towarzystwie dam i lordów, nawet z kupionymi tytułami. Pamiętam, jak kiedyś z grupą Kult zaproszono nas do telewizji publicznej na kręcenie scenek rodzajowych, które później wykorzystano podczas naszego koncertu na festiwalu w Opolu, parę lat temu. Najpierw poszliśmy do pań garderobianych, żeby przymierzyć stroje z epoki, a potem na makijaż. Pamiętam, że wszystko odbywało się wówczas z wielkim namaszczeniem, powoli i dostojnie, wręcz teatralnie. Zamaszyste ruchy pędzlem po twarzy, puder nakładany po milimetrze. A ludziom, znaczy nam, muzykom, się spieszyło. Wrzeszczcie któryś z naszych nie wytrzymał i zapytał: „Długo jeszcze?”. Nastała wówczas grobowa cisza, a jedna z pań mejkapistek, odparła, patrząc przed siebie, a nie na pytającego: „Widać, że za często to panowie to w telewizji nie bywacie…”. Rok czy dwa po tym wydarzeniu, zacząłem pracować w jednej telewizji. Po pięciu latach mnie zwolnili.

Święte prawo do bycia biedakiem

Święty jest Jan Paweł Drugi. Dziewczyny kolegów są święte. Święta są dwa razy do roku. Święty jest Krzyż na Łysej Górze i Święta jest lipka w Świętej Lipce. Święta jest też własność. A przynajmniej powinna. Jak ktoś uczciwie pracuje na swoje, wara innym od tego, co nie ich. Nieważne, czy to lepianka z kurzej kupy czy willa na Żoliborzu. Jak moje i za moje, to nikomu nic do tego. Amen.

Władze amerykańskiego Seatle wpadły na pomysł, jak walczyć z biedą. Ongiś, projekt ustawy na podobny temat chcieli wnieść do Sejmu, jako grupa inicjatywna, Paweł Kukiz z grupy Piersi z Jędrzejem Kodymowskim z grupy Apteka. Dziś pierwszy z nich jest posłem podupadłego ruchu, a drugi dyskdżokejem podupadłej stacji radiowej. Bieda ma się za to u nas bardzo dobrze i znowu, coraz śmielej sobie poczyna. W Ameryce, jak donosi „ New York Post”, władze Seattle właśnie rozważają wprowadzenie przepisów uniewinniających większość wykroczeń, jeśli ich sprawca umotywuje swój czyn biedą. Dodać należy, że to wszystko dzieje się tuż po tym, jak Seattle postanowiło obciąć o 18% budżet przeznaczony na policję – w roku, w którym padają od dawna nienotowane rekordy w liczbie morderstw w tym mieście. W 2020 r. odnotowano tam więcej morderstw niż przez dwa poprzednie lata razem wzięte. Anita Khandelwal, jedna z odpowiedzialnych za projekt walki z biedą, argumentuje zań w ten sposób: „W sytuacji, w której ukradłeś komuś kanapkę, bo próbowałeś zaspokoić swoje podstawowe pragnienie, jakim jest głód – my jako społeczność dostaniemy sygnał, że nie powinniśmy cię za to karać. Taki postępek jest usprawiedliwiony.” Jednakowoż, nie o kradzież kanapki czy, jak u nas, batonika, tu idzie. Proponowane przepisy można interpretować również i w taki sposób, że nawet jeśli ktoś napadnie na jubilera i ukradnie towar znacznej wartości, może zostać uniewinniony, jeśli w czasie procesu przyzna, że zamierzał spieniężyć łup i oczywiście ,,przeznaczyć go na zaspokojenie swoich podstawowych potrzeb”. Własność prywatna idzie wtedy na ulicę uprawiać wolną miłość, a tryumfuje złodziejstwo. Nie o taki anarchizm walczył Bakunin, nie za taki socjalizm bili się bojowcy z PPS-u, nie o „take Ameryke” Północ walczył z Południem.

U nas też, jak się okazuje, święte prawo własności, ma swoich obrońców. Jedni bronią prawa przed grabieżą, a drudzy urzędnika przed konsekwencjami. I co najdziwniejsze, w czasie gdy PiS gani swoich, co nie zdarza się zbyt często, Platforma pisowczyka broni, co zdarza się jeszcze rzadziej. No ale w końcu zbliżają się święta, takoż i miłosierdzie potrafi wówczas chadzać u nas bardzo krętymi ścieżkami, zwłaszcza po tradycyjnym, zakładowym śledziku. Premier Morawiecki zdymisjonował z dniem 15 grudnia wojewodę wielkopolskiego, Łukasza Mikołajczyka. Poszło o słynny pałac w Stobnicy, wybudowany pośród rezerwatu Natura 2000. Pisałem o tym w wakacje; zamczysko jak z bajki postawiono wbrew prawu, a urzędnicy zalegalizowali samowolę, jakby ktoś miast pałacu w miejscu chronionym, postawił sobie blaszany garaż na działce. Bo kto bogatemu zabroni. Pod koniec listopada wojewoda wielkopolski uznał ważność zgody na budowę tzw. zamku w Stobnicy, choć przeprowadzone postępowanie wykazało, że decyzja starosty obornickiego została wydana z naruszeniem prawa. I za to poleciał ze stanowiska. Szkoda, że dopiero teraz, bo nawet bez wyroku, sprawa była śmierdząca na kilometr, a pałacu nie stawia się w miesiąc. Po decyzji premiera, w obronę ekswojewody zaangażował się prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, jedna z czołowych postaci PO. Publicznie jął zastanawiać się, co innego mógł uczynić wojewoda, jeśli nie zalegalizować stan prawny, który zastał, a do którego doprowadziły zaniedbania poprzedników. „Co wojewoda, w sytuacji tego nieszczęśliwego „zamku”, miał teraz zrobić? Miał kazać go rozebrać?” zastanawiał się prezydent Jaśkowiak w rozmowie z dziennikarzem. Ano, panie prezydencie…tak. Miał kazać rozebrać. Waśnie tak. Miał pokazać, jako przedstawiciel władzy w terenie, że nie ma i nie może być zgody na prymat samowoli zbudowanej na grubych pieniądzach, ponad prawem. Bo nic nad nim stać nie może. Wiem, to takie niepisowskie myślenie, ale właśnie za jego brak, wojewoda pożegnał się ze stanowiskiem. Tak jak nie można złodziejstwa, nawet najmniejszego, legalizować, tak i nie można zezwalać na legalizowanie łamania prawa w biały dzień. Bo to już żaden anarchizm. Żaden syndykalizm. To normalne, legalne bezprawie i bandyterka. Nie za „take Polske” Lechu skakał przez płot.

Most na rzece RozPacz

Nigdy nie miałem wątpliwości, co do ogólnego obrazu świadomości społecznej mojego narodu oraz tegoż narodu zdrowego rozsądku i pomyślunku. Jak mawiał Zygmunt Bauman, naród/społeczeństwo, jest jak most pylonowy: tak silny/e, jak najsłabsze jego przęsło.

U nas mosty zawieszane były od dawna bardzo nisko. Na wypadek zerwania, aby uniknąć wielkich strat. Trudno winić most, że jest lichy i wątły, bo sam się nie zaprojektował i nie postawił. Od lat bowiem za architekturę biorą się u nas miernoty, których błędy konstrukcyjne powielają kolejne pokolenia wyuczone na dyletanctwie poprzedników.

W przedszkolu u mojego dziecka ogłoszono, że u jednego z rodziców z grupy Lwiątek wykryto covid. Rodzic ów poinformować miał o tym fakcie dyrekcję, tego dnia, kiedy dostał pozytywny wynik. Wyników na covid nie dostaje się od ręki; trwa to co najmniej dzień-dwa. Przez ten czas pociecha rodzica z covidem, jak gdyby nigdy nic, chodziła do grupy z innymi dziećmi. Żona moja, wierząca wciąż w ludzką przyzwoitość i wyznająca „skandynawski legalizm” zawyrokowała, że najpewniej człowiek został „wymazany” w pracy, z dnia na dzień, albo dowiedział się o tym że jest zakażony przypadkiem, np. przy przyjęciu do szpitala na planowy zabieg. W końcu nadal jeszcze działają w tym kraju inne, niż covidowe, szpitale, a w nich leczy się chorych nie tylko z covidu. Czasem może się trafić, że wraz z podagrą oblecze człowieka i koronawirus. Ja jednak legalizm w Polsce uważam za ciało obce, które nigdy na tej ziemi się nie przyjmie, bo nie ma odpowiednich warunków wzrostu. Owszem, coś tam wykiełkuje, nawet wyrośnie, ale będzie tak rachityczne i karłowate, że nigdy nie przebije się wyżej niż runo leśne i kosodrzewina. U nas udają się tylko gatunki pionierskie: szybki wzrost, ale słabe korzenie i spora łamliwość. Tak czy inaczej, od razu wiedziałem, że rodzic z covidem, to nie kwestia badania ad hoc ani wynik przesiewowy przed hospitalizacją. Człowiek miał styczność, przebadał się, a przez dwa dni funkcjonował najnormalniej w świecie razem ze swoją progeniturą. Przecież jego wolność nie może być ograniczana przez wolność byle grupki Lwiątek. Tak to się niestety kończy, kiedy od maleńkości wzrastamy w alienacji totalnej, która, w wieku rozrodczym i w środowisku zawodowym tylko się potęguje. Moje musi być na wierzchu, a reszta niech spada na bambus. Przecież nie przełożę spotkania, asap-u, tel-ko i nie zostawię dzieciaka w domu, bo zawali mi się kontrakt. Albo: jestem na tyle próżny i zwyczajnie głupi, że mam w odbytnicy zagrożenia; płacę, to wymagam. Obie opcje są możliwe i nawzajem się nie wykluczają.

Chwilę po tej akcji, dyrekcja przedszkola rozesłała alarmistyczne mejle, w których przypominała rodzicom, że jeśli decydują się na test na covid, w czasie, od jego przeprowadzenia, do otrzymania wyniku, winni nie przyprowadzać dzieci do placówki. Ongiś, Jan Maria Rokita nazywał takie truizmy „rudymentami”. Nie wkłada się kota do pralki, bo może być to dla niego traumatyczne przeżycie. Nie spuszcza się chomika z balkonu na siatce, bo to nie latawiec. Takie i podobne opowiastki krążyły w latach 90. po ludziach, jako przykłady tego, jak w Ameryce pusty lud jest instruowany przez producentów wyrobów AGD, na okoliczność procesu wytoczonego przez amatorów prania kotów w pralkach. Wtedy, wydawało się to absolutną niedorzecznością; że homo sapiens potrzebuje podobnych wskazówek, wiedząc jednocześnie, że to przerażające, że żyją wśród nas ludzie, którzy dopuścili się robienia z chomika latawca. Dziś, tu i teraz, okazuje się, że przy dobrej, organicznej pracy u podstaw polskiego zdrowego rozsądku, przez 30 lat kapitalizmu, dorobiliśmy się swoich golemów, których korporacje „fokusują” na sukces i poją zlewkami tego, co na Zachodzie jest ambrozją chłeptaną od lat. Polak jest jednak na tyle pazerny, że nasiąka nią jak gąbka, nadrabiając zaległości niczym prawdziwy prymus.

Co więc zrobić, żeby przęsła w moście były mocniejsze; jak wzmocnić konstrukcję, w które miejsca wpuścić żelbeton, jak inaczej położyć szalunki? Z jednej strony: trzeba nas wciąż edukować; tłumaczyć, w mediach zwłaszcza, w szkole, że nie tylko ja, że istnieją też inni. Słabsi, chorzy, chromi, biedni. Takie „rudymenty”. Twoje zachowania nie są tylko twoje, bo nie żyjesz w próżni, nawet, jeśli jesteś zamknięty na hołmofisie, nawet jeśli przeokrutnie cię wkurwia noszenie maseczki i przeczytałeś w necie całą serię artykułów, że to wszystko spisek, to-dla świętego spokoju innych, którzy nie są tak mądrzy jak ty i nie czytali-nie dawaj im powodów do jeszcze większego, niepotrzebnego strachu. To jednak tylko część recepty. Druga strona zawiera lek, który jest dużo trudniejszy w aplikowaniu, ma jednak znacznie szybsze działanie pożądane. Za głupotę się płaci. W tym wypadku, pieniędzmi. Bo taka lekcja najbardziej jest przyswajalna. I nie działa to tylko w przypadku covidu. Musi mieć zastosowanie do z pozoru błahych wykroczeń, bo to z tych rodzą się te wielkie. Jedziesz po drodze za szybko-oddajesz proporcjonalnie do swoich zarobków. Parkujesz na trawniku, płacisz za nowy trawnik. Wyrzucasz śmieci do lasu-sadzisz młodnik sam albo opłacasz szkółkę leśną. Bijesz żonę, nie płacisz alimentów-idziesz pracować do hospicjum na rok plus dotkliwa grzywna. Bo myślenie „legalistyczne” to nie u nas. U nas ludzie za harde i za głupie, panie Janie kochany…

Interes życia Daniela Obajtka

Bardzo lubię, kiedy mogę pisać o tym, na czym się znam. Nie zdarza się to znowu zbyt często. Po pierwsze dlatego, że zaiste, nie znam się zbyt dobrze na zbyt wielu rzeczach. Przyzwoicie, to może na kilku. Nawet kranu sam w chałupie nie zreperuję, bo się boję, że jeszcze bardziej zepsuję. Średnio znam się np. na piłce nożnej. Ale to tak, jak u nas każdy. W większości znam się na wszystkim tak sobie. A po wtóre i ostatnie, nie lubię się mądrzyć. Że wiem, kiedy nie wiem. Ale w tym wypadku akurat wiem.

Rząd, pieniędzmi Orlenu, zakupił dzienniki regionalne od Polska Presse. Formanie oczywiście rząd nie ma z tym nic wspólnego. Ot, spółka skarbu państwa chciała kupić medialną grupę z portfolio prasy regionalnej. Trafił się sprzedający. Uzgodniono cenę. Podaż spotkała się z popytem. Wolny rynek zadziałał. Przy okazji załatwiono za jednym zamachem sprawę repolonizacji mediów, zapowiadaną przez Wielkiego Stratega jeszcze przed wyborami, bo tak się szczęśliwie złożyło, że sprzedającymi byli Niemcy, więc lepiej trafić się nie dało. I cena przy okazji okazyjna, bo raptem sto milionów z ogonkiem, kiedy jeszcze parę lat temu, wyceniano wartość grupy na grubo ponad 300. Inna rzecz, że od tamtego czasu czasy się nam zmieniły. Z roku na rok spada sprzedaż prasy drukowanej. Tej regionalnej i lokalnej spada w zastraszającym tempie. Dość powiedzieć, że najlepiej sprzedający się lokalny tygodnik, ma dziś nakład rzędu niecałych 20 tysięcy, co i tak jest bardzo dobrym wynikiem. Trend ów, tj. odwrotu od papieru, jest nie do zatrzymania, niestety. Oczywiście, pogłoski o śmierci tradycyjnej prasy są na razie cokolwiek przedwczesne, ale ucieczki od cyfryzacji nie ma i być nie może. Za daleko to wszystko zaszło. Zdają sobie z tego sprawę i Niemcy z Verlagsgruppe Passau, którzy opchnęli swój deficytowy towar bez specjalnego sentymentu, bo z każdym dniem traciłby tylko na wartości, więc jak trafił się kupiec, trzeba było interes sprzedać, żeby z nim nie zostać, jak, nie przymierzając, Himilsbach z angielskim. W tym sensie umowna repolonizacja może się okazać kolejnym przykładem na to, jak polska myśl ekonomiczna góruje nad Niderlandami, które uprzednio sprzedała taniej, żeby kupić drożej. Tak czy owak, na naszym umiłowaniu ojczyzny i ojczystego języka zarobili Niemcy.

Marek Belka straszy, że nie będzie tankował na Orlenie. Stać go. Może lać na BP i to nawet tą droższą wahę. Orlen nie specjalnie też zbiednieje, kiedy 120 milionów rozejdzie mu się w budżecie rocznym. Nie specjalnie też na gazetach regionalnych zarobi, bo jako się rzekło, nawet przy inwestycjach i chodliwych tematach, sprzedaż gazet będzie się kurczyć, a rozwój serwisów internetowych z lokalną informacją jest u nas w powijakach. Zupełnie przeciwnie niż np. w Ameryce, gdzie lokalne portale informacyjne, zyskują kosztem prasy ogólnokrajowej. To jednak temat na osobny tekst, a póki co publikujemy na papierze, który…nie jest z gumy, tylko z makulatury. Po co więc kupił Orlen regionalne gazety? Oficjalnie po to, żeby była synergia z „Ruchem” i żeby rozwijać narzędzia Big Data, czyli zarządzać szczelniej danym potencjalnych klientów, ale to bujda na resorach, bo za wszystko mógł zapłacić, tak jak robił to do tej pory, wyspecjalizowanym agencjom. Kupił, bo tak kazał mu jego Pan. A kazał, ponieważ repolonizacja mediów idzie opornie. Ustawowo się nie da, bo się pokapują. Poza tym ambasadorka USA pogroziła już jakiś czas temu palcem, i nawet przy zmianie na fotelu prezydenta w Ameryce, nikt w Stanach nie zgodzi się, żeby włos z głowy spadł jego chłopcom, którzy kupili sobie u nas telewizję. Skoro nie da się na legalu, zastosowano więc znany i sprawdzony model putinowsko-orbanowski; firmy państwowe będą przejmować pojedynczo lub całymi grupami, media małe i duże, żeby te dobrze pisały i mówiły o władzy. Tylko o to w tym chodzi i nie dajcie sobie Państwo wmówić, że jest inaczej. Odbyt zawsze będzie z tyłu, choćby najtęższy umysł przekonywał Was, że jest inaczej. Inna sprawa, czy sprawdzi się pogląd, że po zakupie przez Orlen regionalnych dzienników, ucierpi radykalnie nasze dziennikarstwo i poziom wysycenia demokracją, zwłaszcza w małych, lokalnych ojczyznach i ojczyzenkach. Bo, umówmy się. Kapitał ma znaczenie i narodowość.
Nie dziwię się wcale, że dziennikarze z tytułów które przejął Orlen, nie biją na alarm, że kończy się ich niezależność, bo ktoś zakłada im kaganiec na prawdę i na o prawdzie pisanie. Żeby go nałożyć, prędzej musiałby go z nich zdjąć. A kaganiec ubierany był od lat, przez różnych, na różne sposoby. Zazwyczaj wykuty był z żywej gotówki: marek, euro, franków, złotówek. Różnie. Oczywiście, nikt pod nazwiskiem nie potwierdzi, ale to, że niezależności, zwłaszcza w dawnych wojewódzkich tytułach, a w powiatowych to już w ogóle, jest w dziennikarstwie tyle, co kot napłakał, najlepiej powie Wam burmistrz czy wójt, który ogłoszeniami magistratu decyduje o być albo nie być lokalnej redakcji. Od kiedy wszedł pod strzechy szerokopasmowy internet, a po gazety i czasopisma zaczęto sięgać coraz rzadziej, władza w interiorze pokapowała się, że żeby trzymać za ryj czwartą władzę, wystarczy odpowiednio dozować kurek z publiczną kasą. Tam, gdzie inwestor był zachodni, też specjalnie się nim nie przejmowano, zwłaszcza przy malejących w oczach nakładach, bo kto tam czyta, co napisze jeden z drugim. I tak się ten kołowrotek u nas kręci od lat. Jeszcze nie nowy i cyfrowy, ale jeszcze nie do końca spróchniały, choć mocno już wysłużony. A że posłuży jeszcze parę lat, to czemu by nie skorzystać. Przed wyborami. Zwłaszcza za takie pieniądze.