Prezydenckie zawołanie

Słuchałem i nie wierzyłem: on naprawdę tak powiedział. Tzn. On, prezydent mego kraju. Że potanieje musztarda. Jak Gomółka, kiedy mówił o taniejących lokomotywach. I kiedy myślałem, że nic już mnie z ust Andrzeja Dudy w tej kampanii nie zaskoczy, zobaczyłem to…

Rzecz miała miejsce chyba w Nowej Soli. Stoi prezydent, gestykuluje, widać że buzują emocje, nakręca się z każdym słowem. I nagle bam: mówi, jakby nigdy nic, zapętlony w słowotoku, że „podpaski higieniczne”, że „tampony higieniczne”, że kto ma kobiety w domu to wie ile, na to idzie, czy jakoś tak. Oniemiałem. Potem posłuchałem jeszcze raz. I jeszcze raz. Do dziś nie bardzo wiem, jak nazwać pierwszą myśl, która przyszła mi do głowy, kiedy słuchałem prezydenckich wynurzeń o podpaskach. I nie tyle sama treść mnie uwiodła, bo w tej od razu wyczułem ogromny potencjał wiralowy i socialmediowy, ale forma. Lub bardziej-forma samego mówcy.

Skrosowałem sobie od razu w pamięci przemówienie prezydenta z Nowej Soli z przemówieniem innego prezydenta w Białogardzie. Ongiś, Aleksander Kwaśniewski, na wiecu Lewicy i Demokratów, wzywał Ludwika Dorna i Sabę do porzucenia obranej przezeń drogi. Wówczas również forma zawołania prezydenckiego wzbudziła w słuchaczach i komentatorach pewne wątpliwości, co do prezydenckiego stanu. Zawołałem przed ekran moich kolegów, z którymi biesiadowałem tego wieczora, kiedy Andrzej Duda mówił o tanich podpaskach, aby rozwiali lub potwierdzili moje wątpliwości. Co należy zaznaczyć, koledzy, jak i ja, byliśmy wówczas jeszcze zupełnie trzeźwi. Wiele bowiem razy bywaliśmy w odmiennych stanach świadomości. Doskonale wiemy więc, jak zachowuje się ciało, poddane na działanie środków. W jaki sposób zmienia się mimika twarzy, gesty, a co najważniejsze, jak zachowuje się zmysł mowy. Wszyscy koledzy przyznali, że w prezydenckim przemówieniu z Nowej Soli, odnajdują bliźniacze podobieństwo do szoł Aleksandra Kwaśniewskiego z Białogardu. Czyli się nie pomyliłem, coś było rzeczy jest.

Nie jest żadną tajemnicą, że człowiek przemęczony, permanentnie niewyspany i odarty z wypoczynku, zachowuje się dla postronnych tak, jakby mógłby być pod wpływem. Miesza mu się w głowie, nie wie co mówi, a co równie ważne, nie wie też, jak mówi. Może więc niepotrzebnie podnosić głos, blekotać, mamrotać coś pod nosem. Ludziom wydaje się wtedy, że jest po spożyciu, a on sam, trzeźwy jak dziecko, jest po prostu wykończony. Sam tak mam dzisiaj, kiedy piszę ten tekst. Wczoraj przejechałem autem z Warmii do Warszawy. Przespałem się 8 godzin, żeby po śniadaniu wsiąść za kółko i prowadzić dalej, z Warszawy w Beskidy. Nikomu nie polecam. Rozumiem więc doskonale, że będąc w ciągłej trasie można być daleko od OK z własną psychofizycznością. Ba, sam też, w erze przed covidem, bywałem w trasach. Koncertowych. Wiem z samego bywania, że na trasie jest ciężko. Ale, i tu złota rada dla pana prezydenta, co było na trasie, zostaje na trasie. Po przekroczeniu progu busa, człowiek przywdziewa właściwą swojej profesji maskę. W busie można, choćby dla zabicia czasu, napić się czegoś dobrego na frasunek; bo daleko od domu, bo rozłąka z żoną, albo ze szczęścia, że w końcu z dala od niej, ale gdy się z puszki wychodzi, trzeba grać swoje. Najlepiej jak się umie. A po robocie, wiadomo, można sobie dać lejce na reset. A nawet trzeba.

Szczerze mówiąc, to mam to gdzieś, czy prezydent był w Nowej Soli po trzy przed. Więcej napiszę, gdyby wyszedł w kampanii do ludzi i spotkał się na piwie z kim innym, niż z premierem, tylko z prostym człowiekiem, zyskał by dużo więcej w oczach swoich współbraci w wierze w sukces. Bo nie w moich. Jak facet pije piwo z sokiem, to już nie ma dla niego ratunku.

Deliberacje pana D.

Stary i młody, biedny i bogaty, wszyscy dziś oni czekają debaty. A prezydent Andrzej, z sobie znaną gracją, chce się debatować, tylko z jedną stacją.

Z tymi debatami to tak było: najpierw można było tylko w TVP, bo tylko TVP się liczyła. Później doprosili się do żłoba prywaciarze, bo jak jest debata prezydencka, to nawet „M jak coś tam” nie wytrzyma z nią starcia. Reklamowego, ma się rozumieć, bo to o to w tej zabawie chodzi. Żeby ściągnąć w jedno miejsce cały reklamowy tort i nie dzielić się ani okruszynką z konkurencją. Po jakimś czasie okazało się, że prywaciarze chcą rozdawać karty po swojemu, bo czemu by nie zbić jeszcze więcej kasy, organizując co najmniej trzy różne debaty – każdą u kogo innego, albo jeszcze lepiej, kilka debat na różne tematy – a to pan A z panią B, pani B z panem D itd. Debatę o zdrowiu, o ekonomii, o polityce jądrowej. Przecież nie da się skomasować tylu ważnych problemów palących Polskę i Polaków w kilkudziesięciu minutach, to jakaś niedorzeczność. Należy więc debat namnożyć oporowo, żeby naród siedział przed telewizorem i najlepiej, aby nawet na moment sprzed niego nie odchodził. Reklamodawcy będą się zabijać o czas antenowy, zarządy będą przyznawać sobie premie za wzrastającą oglądalność, a naród będzie głupiał dalej, ku swojej własnej uciesze; bo przecież to takie profesjonalne, jak nas ci politycy serio traktują; że pozwalają się nam oceniać z różnych punktów widzenia na wiele spraw. Zabasuje w te same tony jeden czy dwóch znanych dziennikarzy z chodliwymi nazwiskami; że to wszak najwyższy wymiar demokratycznego poddania się próbie. I że dobrze, że tych debat dużo. Bo to wszystko o jakość demokratycznych procedur i ich wykuwania na polskiej glebie się rozchodzi. A ja, jak tak słucham tych bzdur, powiem Państwu, że jestem za tym, żeby zrobić debatę jedną, a porządnie. Czyli tak jak chce prezydent Andrzej, ale raczej nie na jego zasadach.

Nie kłamcie nam w żywe oczy, że chcecie nam wszystko wyłuszczyć i wyjaśnić. Im dłużej naród żre się o to, który kandydat będzie lepszy, tym mniej ma czasu, żeby od polityki i polityków odpocząć, a zająć się swoimi sprawami. Niechaj więc politycy zabawią nas w debacie jednej, pokazanej wszędzie naraz, we wszystkich stacjach telewizyjnych i w sieci. Wprzódy niech się dogadają między sobą, kto pytania zadaje, po ile, czy z sali, czy wcześniej zgłoszone. To przecież nic trudnego. I dopiero po ustaleniu tych danych, zróbmy jedną, dużą debatę, a nie 3 czy 4 mniejsze. Czyli mniej więcej tak, jak mówi prezydent. Obawiam się jednak, że za jego intencjami co do ilości debat, kryje się coś jeszcze.

Przed pierwszym debatowym starciem, organizacje monitorujące wolność słowa przestrzegały, że na antenie TVP, urzędujący prezydent może dostać fory, tj. zjeść rosół przed wszystkimi, poznając pytania wcześniej. Może więc być tak, że dlatego Duda nie chce iść do TVN-u teraz, bo czuje, że tam nikt go ulgowo nie potraktuje i że w zderzeniu wyników obu debat-TVN versus TVP, o ile do dwóch by doszło, porażka w TVN-ie mogłaby być nie do odrobienia na antenie TVP. I że lepiej grać na zwłokę, uderzając w słuszny, skąd inąd, ton, że po co mnożyć byty, kiedy wystarczy się dogadać. Bo zgoda buduje.
Chciałbym wierzyć że tak właśnie jest. Że prezydentowi zależy na czasie Polaków, którego nie chce im zabierać ponad to, co musi. Czyli niezbędne, debatowe minimum. Ale wierzyć mi się nie chce. Kiedy ktoś przez pięć lat nauczony jest tylko wygrywać i to podług reguł ustanowionych pod niego, ciężko mu zaakceptować nawet cień porażki. Do tego ostry.

Sanacja sanacji

Wy już wiecie, a ja nie, jak rozmawiać trzeba z lu-dem. Żeby się rymowało. Ja wiem, że trzeba staroświecko, że mocno, że prostolinijnie i zachowawczo. A Wy, że nowocześnie, progresywnie; żeby pytać i czekać na odpowiedź, żeby nie wiecować, tylko zarażać ideami i programem. Owoż, jeszcze nie dziś, Panie i Panowie, nie w tej Polsce. Albo raczej, nie z tym, co trzeba.

Kiedy będziecie czytać ten tekst jako pierwsi, ja będę prawdopodobnie biegał z samego rana po bezdrożach Warmii i słuchał za pomocą bezprzewodowych słuchawek punk-rocka albo ska. Ja też, podobnie jak i Wy, będę już znał wyniki wyborów. W pierwszej turze. Bo, pisząc te słowa, wiem jak tu siedzę, że druga tura będzie. I wejdzie do niej Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski. Robert Biedroń nie wejdzie.

Gdyby nie covid, wszystko było by inaczej, powie jeden. A ja Wam powiem, że, czy z covidem czy bez, Duda wygrałby 10 maja i tak, w regulaminowym czasie gry, bez dogrywki. Tak by było. Jako ktoś pamiętać nie chce, albo ma krótką pamięć, niech sięgnie do internetów i przypomni sobie, jak się sprawy miały w sondażach i w badaniu nastrojów społecznych przed marcem 2020. Oprócz Dudy liczył się Kosiniak-Kamysz, może Hołownia. Reszta, łącznie z Małgorzatą Kidawą-Błońską, była kwiatkiem do kożucha. Statystami. Czy się to komu podoba czy nie, tak właśnie było. I w przypadku lewicy, tak pozostało. Wykonana została wielka praca z której zebrano mizerny plon. I w życiu nie uwierzę, tak jak Dudzie, że w przyszłości to biedroniowe poparcie zamieni się w realne głosy za wspólną sprawę w następnych elekcjach. Bo źleśmy uczynili, stawiając na Biedronia.

Nie lubię pisać ani mówić: „a nie mówiłem”, ale w tym przypadku będę zrzędliwym starcem, który właśnie Wam tak powie. Pamiętam jak dziś, jak prorokowałem w końcówce października albo na początku listopada, że wystawianie na kandydata na prezydenta jednego z trójki spośród liderów świeżej lewicy parlamentarnej, tj, Biedroń-Zandberg-ktoś z SLD, no bo nie Czarzasty, nie jest dobrym pomysłem. Mało tego, pisałem; jest to pomysł nad wyraz zły. Bo nawet, przy całej sympatii dla kandydata oraz przy maksymalnym zaangażowaniu wewnętrznym frakcji, będzie On cały czas postrzegany jako lider jednego ze skrzydeł, a nie lider całej formacji. Nie przeskoczymy tych podziałów w głowach, że ludzie z Razem nie będą oddawać pełni swoich sił w walkę za człowieka Wiosny/SLD i odwrotnie. Że trzeba nam, ludziom lewicy, człowieka spoza naszych partii i organizacji. Człowieka oddanego sprawie, ale jednocześnie na tyle rozpoznawalnego i cenionego w Polsce, który całym sobą i swoim życiorysem, wsparłby myśl lewicową na kolejne miesiące i lata. Bo po październiku 2019, było szansownie. Lewica miała wtedy wiatr w żaglach. Przypomnieć można choćby słynne wystąpienie Adriana Zandberga przed głosowaniem nad wotum zaufania dla rządu Morawieckiego. To naprawdę było coś. I to coś należało złapać i wycisnąć zeń esencję; iskrę czerwoną, która by, puszczona na wyschnięte ściernisko idei w Polsce, rozpaliła serca i umysły. Sięgnięto tymczasem po zabieg znany i do trzewi sprawdzony w postaci lidera formacji, który zgłosił akces. Nic bardziej przewidywalnego. A od lewicy w Polsce, w tym czasi i tej przestrzeni, oczekiwano czegoś ponad przewidywalność i przeciętność.

Czy zapytał ktoś wyborców lewicy, kogo chcą jako kandydata na prezydenta? Czy, wbrew temu co robi prawica na nasiadówkach na Nowogrodzkiej, ktoś wyszedł do ludzi i rozpoczął dyskusję, na wskroś ideową, kto powinien być lewicowym kandydatem na prezydenta? Niestety. Nic podobnego się nie zadziało. Czekaliśmy tygodnie, żeby usłyszeć to, co w kuluarach było wiadome od dawna; że to Robert Biedroń. Bo Robert Biedroń jest Robertem Biedroniem i przez wysługę lat oraz przymioty osobiste zasłużył na nominację, a Wam, maluczcy, nic do tego. Centrala zdecydowała. A jak zdecydowała, to widocznie wiedzieć musiała. Amen.
Była jeszcze trzecia droga. Była. Ten obcy, jak z lektury dla klas szóstych. Człowiek spoza partyjnej nomenklatury. Z dorobkiem. Z nazwiskiem. Ze spuścizną. Bez zarzutów. Choćby nepotyzmu, albo braku wywiązywania się obietnic wyborczych. Zdecydowano inaczej. Tzn. ktoś zdecydował. Kto? Idę o zakład, że można dojść, kto. Kto był personalnie odpowiedzialny za wystawienie tej, a nie innej kandydatury. A jeśli idzie taką odpowiedzialność ustalić, po wyborach, przy rozliczaniu kampanii, należałoby się rozliczyć i z pomysłodawcą. Choćby był to sam zainteresowany. Trzeba. Dla czystości sytuacji. Da nowego otwarcia. Bez znaczenia z kim pod żyrandolem.

Marianna a’la PiS

Idą, Duda z Trzaskowskim, na zwarcie. I dobrze. Przynajmniej jest jakieś życie na osiedlu. I szansa, że się lokator Pałacu niebawem zmieni. Rację ma jednak Hanna Gronkiewicz-Waltz wieszcząc, że PiS, w razie niekorzystnego wyniku po drugiej turze, łatwo skóry nie sprzeda i zrobi wszystko, żeby wynik podważyć lub wręcz unieważnić. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy ma w ręku wszystkie sądy i trybunały. Tylko głupi by nie skorzystał.

Naprawdę, wydaje się Wam, że PiS pogodzi się z ewentualną porażka i zaakceptuje wyborczy wynik, jeśli będzie nie po ich myśli? Przecież po drugiej turze, przy takim układzie kart, towarzystwo rzuci na szalę wszystkie swoje siły. Poza tym nie od dziś wiadomo, że nieważne kto głosuje, ale kto liczy głosy. Dziwię się więc odrobinę Platformie i reszcie peletonu, od trzeciego miejsca w dół, że nie podnoszą publicznie argumentów, aby przekonać swoich ludzi do baczniejszego patrzenia na ręce pisowskiemu towarzystwu w komisjach. Owszem, to bardzo szlachetne i wzniosłe, że się ma bezgraniczne zaufanie do demokracji i współbrata, który siedzi ramię w ramię przy urnie, ale czasami można się na nadmiernej ufności przejechać, a miła, starsza pani w swetrze, może okazać się bezwzględnym manipulantem. Warto więc kontrolować, nawet kosztem atmosfery, bo gra idzie o wysoką stawkę. To właśnie tłumaczyłbym swoim ludziom w obwodowych komisjach wyborczych, mężom zaufania, żonom donoszącym obiady w przerwach od wydawania kart. PiS i jego ludzie wiedzą i widzą, że pewne jeszcze dwa miesiące temu zwycięstwo Andrzeja Dudy, wymyka się im z rąk. Kampania grzęźnie. Wysyła się więc prezydenta Andrzeja do Ameryki, żeby się wyciskał z Trumpem w Waszyngtonie, wierząc, że jak się pokaże na zdjęciu z amerykańskim prezydentem, to na pewno mu skoczy w sondażach. Bo od lockoutu pandemicznego, Trump nikogo u siebie nie gościł, ale dla Dudy zrobi wyjątek. Takich mamy kumpli. Ciekaw jestem, ile ta randka tak naprawdę kosztowała PiS i Polskę. Bo głosy Polonii amerykańskiej Trump w wyborach na prezydenta USA niebawem i tak by zebrał, bez potrzeby angażowania pana Andrzeja. Jakby mało było Państwu dowodów na to, że PiS nie cofnie się przed niczym, żeby wynieść na stolec Dudę ponownie, odsyłam do najnowszej propozycji tarczy antykryzysowaej i zapisów nowelizujących słynny artykuł 37a Kk. Przepis dokładnie w tym samym brzmieniu Andrzej Duda odesłał do TK 13 czerwca ub.r. Przepis ów uelastycznia kwestię wymierzania kary więzienia m.in. za pomoc przy usuwaniu ciąży, zniewagę prezydenta, nieumyślny błąd medyczny prowadzący do śmieci pacjenta albo nieumyślne spowodowanie śmierci jako takiej. Środowisko lekarzy bije na alarm. Prawnicy nie pozostawiają na zapisach suchej nitki, krytykując sposób i formę proponowanych zmian. Nie szło przepchnąć przepisu w zeszłym roku, to dopchniemy go w pakiecie tarczowym. Jak nie kijem, to pałką. Widać więc, że PiS nie odpuszcza. Nie zapomina. Jak dojdzie do człowieka na długość ręki, rzuca się do gardła jak pit bull i nie puszcza. Macie jeszcze jakieś wątpliwości, że odpuści walkę po przegranej Dudy? Prędzej zagryzie ten naród, zaszczuje na siebie, ale nie odpuści za nic. Ani o krok. Co do tego, jestem bardziej niż pewien.

Oglądałem w łykend konferencję Rafała Trzaskowskiego w Sorkwitach. Stoją strażacy z OSP, stoi Trzaskowski i jakiś człowiek, najpierw pyta po polsku kandydata na prezydenta, czy może zadać pytanie po francusku, a kiedy kandydat, po francusku, łaskawie się godzi, pytający, po francusku, zadaje pytanie. Kandydat, po francusku, odpowiada. Strażacy stoją i patrzą. Słuchają, co tam mądre państwo ze sobą parlewu. I nic nie kumają. Tak jak ja. Jeśli to była prowokacja, to marna, bo to żadna tajemnica, że Trzaskowski mówi po francusku. Jeśli ustawka, to nad wyraz marna, bo mogli chociaż podstawić kogoś, kto podałby się za dziennikarza z francuskiej redakcji, choć to już nie takie proste. Inna rzecz, że dziennikarze obcojęzyczni, wiedząc, że nie wszyscy ich koledzy po fachu znają po 5 języków, zadają zazwyczaj pytania po angielsku, bo akurat ten język każdy z nich, mores, zna. A polityk aspirujący do funkcji prezydenta kraju powinien. Po co więc człowiek najpierw pyta po polsku, czy może po francusku, skoro zna polski, tego nie wiem. Tzn. wiem. Żeby mógł Rafał Trzaskowski zabłysnąć znajomością. Jeśli był to jednak jakiś prowok przez nikogo nieinstruowany ani nieopłacony, powinien otrzymać odpowiedź, że skoro zna język polski bo się nim posługuje, niech nie struga wariata, że chce się na wsi pod Olsztynem posługiwać francuszczyzną, bo to dopiero nie konweniuje. Chcesz Pan pogadać po francusku, zapraszam na bok po konferencji. I wszystko byłoby zgodnie z protokołem dyplomatycznym. Edward Gierek rozmawiał bez tłumacza z dwoma francuskimi prezydentami, a przed ludem mówił po naszymu, i każdy jeden rozumiał.

Jak wójt z ministrem

Wczoraj byłem w sklepie na zakupach. Stałem przed półką z alkoholami, gdyż spodziewałem się nie byle jakich gości. Z przykrością skonstatowałem, że moje ulubione trunki bardzo podrożały, podobnie jak wszystko wokół. Zamiast tego co zawsze, wziąłem tańszy zamiennik. Ale za to więcej.

M.in. dlatego nie nadawałbym się na polityka. Bo patrzę na ceny i wiem, że jak wydam za dużo, to będę miał mniej. Bo to moje. Nie kradzione. Pod moją kuratelę powierzone. Wiem też, ile trzeba się natrudzić, żeby na chleb i oliwki zarobić. I ile każda złotówka waży. Jacek Sasin chyba tego nie wie. 70 mln puścił jak cudze. Podobnie jak Bronisław Komorowski, 5 lat temu, na referendum, które było żenującą próbą umizgu w stronę wyborców Pawła Kukiza. Na to poszło nawet jeszcze więcej. I nikomu nawet włos z głowy nie spadł, o wizycie w prokuraturze nie wspominając. A to przecież zwykły kryminał, kiedy szastasz publicznym groszem byle jak i byle gdzie. Nie tak znowu dawno temu, w Islandii, za przekręty finansowe, posadzono do więzienia ministra finansów. I nikt po nim nie zapłakał. U nas sama próba mówienia o tym, że za wałki księgowe można pójść siedzieć, kończy się nakrywaniem mówiącego czapką, bo przecież to nie po europejsku wsadzać do więźnia. To takie prostackie i demode. A ja bym wsadzał. I to z grypserką pod celę.

Niedawno znajomy mecenas opowiadał mi, jak zadzwonił do niego wójt pewnej miejscowości. Niedużej. Za to prężnej. Zadzwonił, i mówi doń w te słowy: słuchaj, dzwoniła do mnie Jadwiga Emilewicz, i powiedziała mi, że mamy spory kłopot. Minister Emilewicz i wójt są z jednej partii gowinowskiej. To taka kanapowa organizacja tych wszystkich, dla których obciachem jest wstąpienie do PiS-u, ale już z PiS-em rządzenie i klepanie PiS-u po ramieniu to odpowiedzialność za losy narodu. Tak czy inszej, pani Emilewicz powiedziała panu wójtu, że narobiło się zamieszanie, bo kiedy w pośpiechu pisali przepisy w sprawie tarczy antykryzysowej, przeszło im przed oczami małe niedopatrzenie, które dziś może wywrócić do góry nogami i tak niesztymujący się już budżet. Uchwalono w majestacie prawa, że o zwolnienie ze składek na ZUS czy na coś tam, mogą ubiegać się podmioty zatrudniające od 1 do 49 pracowników. I tyle. Nikt nie napisał, że mogą to być wyłącznie podmioty prywatne. Długo więc nie trzeba było czekać, żeby z wnioskami poczęły się zgłaszać urzędy gmin, miasta i starostwa, które łapią się w widełkach. A nie ma ich znowu aż tak mało, bo Polska powiatowa długa i szeroka. Dzięki temu rządowemu prezentowi, skarb państwa był do tyłu na dzień dobry na bardzo dużą kasę. Państwową kasę, ma się rozumieć. Znaczy się niczyją. Wójt dzwonił do mecenasa, żeby poprosić o opinię prawną, którą, jako strona samorządowa, miał przedstawić gdzie trzeba, żeby była podkładka pod to, że samorządy nie wiedzą jak nowe prawo interpretować, a że są legalistami, wolą pierwej zapytać u źródła, czy Polskę, naszą matkę, wydoić z pieniędzy bezprawnie czy prawnie się samoograniczyć. Mecenas opinię sporządził. Wziął za nią pieniądze. Państwowe ma się rozumieć. Wystawił rachunek. Co się dalej z tym kukułczym jajem działo nie wiem, bo do tego momentu opowieści i tak miałem już dość dobrej zabawy i dość w kieliszku. Wiem natomiast na pewno, że nikt za to nie beknął; nie utracił stanowiska ani nawet premii rocznej. Ot, po prostu, taki wypadek przy pracy.

Kiedy stykam się z podobnymi historiami, myślę sobie, czy nie byłoby lepiej, gdyby to całe Państwo sprywatyzować w cholerę. Oddać pod nadzór firmie zewnętrznej, najlepiej nie polskiej, która wystawiałaby za usługi fakturę w euro albo w funtach. Pozwalniać wszystkich darmozjadów i niech krajem zarządzają zdalnie z Londynu czy Szanghaju ludzie, którzy potrafią liczyć pieniądze i dla których zysk i dywidenda byłyby wprost proporcjonalne do wytworzonego przezeń PKB. Wtedy by im zależało. Bo jak widzisz, że twoja praca daje ci na chleb, potem na bułki, a później na foie gras do bułek, to wiesz, że to ma sens. A jak za rażące niedbalstwo nikt ci nie może nic zrobić, to na cholerę starać się starać. Można robić najlepsze numery świata a i tak nic się nie stanie. Może jakiś dziennikarzyna coś tam napisze, ale jego pisanina będzie miała wartość papieru, i to bynajmniej nie gazetowego, ale tego z ustępu. Mniej więcej, tak jak ta.

Szczurze gniazdo

Nie oglądałem wczorajszej debaty wyborczej, bo miałem akurat próbę z kapelą. Gdybym był w domu, to i tak bym jej nie oglądał. Nie mam złudzeń co do posiadanej przez klasę polityczną klasy. Z niewielkimi wyjątkami. Ale co do misji TVP, wątpliwości nie mam jeszcze większych. Ich misja to emisja.

Jakby komuś było mało, Rada Etyki Mediów, o ile media mogą mieć w tym kraju jeszcze jakąś etykę, wydała ostrzeżenie, że debata prezydencka w TVP może nie być bezstronna. Choćby z tego powodu, że istnieje poważne domniemanie, że jeden z kandydatów może znać wcześniej pytania, którymi pozostali będą zaskakiwani. Jak się doda do tego ostatnie dane telemetryczne za maj, podług których w telewizyjnej jedynce, dwójce, lokalnej trójce i TVP Info, politycy PiS wypełniali antenę przez 86 godzin, a prezydent Andrzej przez 20 godzin bez 40 sekund, w czasie gdy Platforma dostała godzin 25 a jej ówczesna kandydatka MK-B, godzinę i pół, obrazek zaczyna być dość klarowny. TVP to już nie telewizja narodowa. Nawet nie rządowa. To już klasyczna telewizja partyjna.

86 godzin samego PiS-u plus 20 godzin Andrzeja Dudy daje łącznie w maju ponad 106 godzin jadu i żółci na ekranie. 106 godzin to prawie 4 i pół dnia z nocą. Przez 4 dni w miesiącu, telewizje państwowe pokazywały tylko PiS i prezydenta Andrzeja. Platformę przez jeden dzień. Gdyby się przyjrzeć wydźwiękowi i komentarzom byłoby jeszcze ciekawiej. O innych partiach i kandydatach przez szacunek nie warto w ogóle wspominać. Może więc rację ma Rafał Trzaskowski mówiąc, że trzeba rozwiązać tę całą instytucję w cholerę. Budynki sprzedać na komercyjne biura, majątek zlicytować i rozdać biednym. Pierwsza myśl, która przychodzi do głowy, gdy się ma w pamięci liczby czasu pracy pisowskiej telewizji na pisowskim pasku, każe się z Trzaskowskim zgodzić. Ta instytucja jest do cna przeniknięta przez geniusz Jarosława. W większości jednak ludzie tam pracujący, ci, których znamy z ekranu, to oportuniści, którzy, w razie wygranej Trzaskowskiego i porażki PiS-u, zaczną zmieniać front, lub przesiądą się z państwowej do prywatnej szalupy. Ostatnie personalne połowy Polsatu dość jasno pokazują, w która stronę masztu wieje wiatr od Ostrobramskiej. Zygmunt Solorz wyraźnie daje do zrozumienia, że z władzą chce żyć w zgodzie, zwłaszcza jak się ma kulę u nogi w postaci elektrowni na węgiel brunatny w Koninie, z którego to węgla świat rozumny rezygnuje. Tak czy inaczej, kto odpowie, co z tym szczurzym gniazdem zrobić, jak już będzie można się doń dobrać, a że będzie można, sondaże najnowsze nie pozostawiają wątpliwości.

Rozpieprzyć w drybizgi można zawsze. Istnieje jednak obawa, że jak będzie się lać do urynału cały zepsuty zacier, trochę dobrego z samego dna się zmarnuje i będzie szkoda. Jeśli więc nie likwidować, to zachować. Tylko na jakich zasadach i po co? Ongiś pracowałem w pewnej studenckiej stacji radiowej notowanej w ogólnopolskich listach i pomiarach słuchalności. Pracowałem to złe słowo, bo za pracę otrzymuje się wynagrodzenie. Na etacie zatrudniony był redaktor naczelny, żona redaktora naczelnego i pracownik techniczny. Być może ktoś z sekretariatu dostawał jeszcze jakieś pieniądze, ale tego nie wiem. Wiem natomiast, że nikt z autorów programów i prowadzących pieniędzy nie otrzymywał, bo taka była zasada. Że w studenckim radiu pracują studenci, którzy chcą nauczyć się zawodu. Ja studentem nie byłem już ani jeszcze. Kiedy program mi hulał, zapraszałem doń gwiazdy szołbiznesu i nauki, poszedłem do naczelnego i powiedziałem, że dobrze by było, gdybym dostawał za swój czas jakieś wynagrodzenie, choćby minimalne, na zwroty za benzynę. Ten uśmiechnął się wówczas ciepło i wskazał na drzwi. Można by więc, przy zachowaniu odpowiedniej proporcji, potraktować część majątku ruchomego i nieruchomego TVP, jako szkołę dla robienia telewizji i dziennikarstwa dla tych wszystkich, którzy chcą się tego podjąć. Próby na dobrym sprzęcie, za państwowe, dużo mniejsze niż dziś, pieniądze. Całą resztę, która do czegokolwiek się jeszcze nada, należałoby odkurzyć ze złogów kaczyzmu i zacząć nań robić prawdziwą telewizję państwową dla obywatela; z ambitnym kinem, ambitną muzyką, teatrem, koncertami, poważnymi debatami, wysublimowaną rozrywką; słowem-tym wszystkim, czego nie ma dziś w żadnej telewizji, ni komercyjnej ni państwowej. Bo oprócz nazw i nomenklatur, zarówno telewizja prywatna jak i państwowa są u nas jak najbardziej komercyjne. TVP ściga się z resztą na przychód reklamowy etc. choć nie daje widzowi niczego więcej, niż konkurenci, dla których sensem działania, z natury rzeczy, jest maksymalizacja zysków. Klasyczna, podręcznikowa zasada konwergencji, gdy gospodarki krajów socjalistycznych upodabniały się do gospodarek kapitalistycznych. Po co więc pozwalać na te sztuczne różnice, skoro czy coś jest państwowej czy prywatne, działa dokładnie tak samo. Kiedy się więc podzieli TVP na pion szkoleniowo-warsztatowy i pion merytoryczno-programowy, resztę majątku winno się wyprzedać i przeznaczyć na działalność bieżącą. A jak się kasa z tegoż skończy, zawsze można wrócić do tego co było. Albo zlikwidować, tak jak chce Trzaskowski.

Nasz wibrator jest lepszy niż wasz

Cenię dystans do ludzi i świata, a najbardziej cenię dystans do samego siebie; robi się jednak śmieszno-strasznie, kiedy dystans przybiera rozmiary groteski, na którą politycy patrzą jak na coś zupełnie normalnego, choć czasy są nienormalne.

Mój kolega z zawodu jest zegarmistrzem. Opowiadał mi, jak to pewnego razu dostał od pani do naprawy…wibrator. Kolega jest dobrym zegarmistrzem, więc uszkodzenie zlokalizował i wyeliminował. Wibrator zawibrował, pani była zadowolona. Najwidoczniej, bo z reklamacją się nie zgłosiła.

Rząd polski do spółki z prezydentem wydali zaostrzenia ogromnej wagi, mające uchronić Polaków przed śmiercią na covid. Nie wychodzić bez potrzeby z domu. Unikać tłumów. Tam, gdzie jest więcej ludzi, chodzić w maseczkach, dezynfekować dłonie etc. Włączam w długi łykend telewizor. Widzę rozentuzjazmowanego prezydenta Polski na wiecu wyborczym na Opolszczyźnie. Prezydent gani gejów za to, że są gejami. Tłum, wypełniający szczelnie miejski plac, wiwatuje i wznosi okrzyki. Bez maseczek, bez odstępów, bez tego wszystkiego co nakazuje, nawet nie rekomenduje, ale nakazuje rząd, którego woli prezydent jest potulnym wykonawcą. A skoro prezydent może mieć swoich pretorian przy sobie na wiecu, to czemu nie opozycja? Ich tłum nie jest gorszy niż ich. W tym samym czasie biskup białostocki wzywa wiernych do licznego stawienia się na procesji Bożego Ciała. Nie straszne nam są odległości i wirusy, bo idziemy w imię boże, mówi biskup. A ludzie słuchają. I idą.

Czemu idą? Na mszę, na wiec, na miasto. Po pierwsze: bo zawsze tak robili. Po drugie: bo jest ciepło i dosyć mają siedzenia w domu. Po trzecie; bo ich nie stać, żeby pojechać w góry czy na Mazury, a przynajmniej nie wszystkich. Idą więc tam, gdzie coś się dzieje, gdzie jest za darmo i może będzie można spotkać kogoś znajomego, sobie podobnego. Dziwić więc ludziom się nie należy, ale politykom już bardzo. Tak sobie myślę, że to jest trochę tak, jak z tym wibratorem u zegarmistrza: można niby zanieść do naprawy, ale to zawsze trochę śmiesznie i…niesmacznie. Tak, to niesmaczny widok po prostu, jak na wiecu prezydenta kraju w pandemii, prezydent opowiada dyrdymały otoczony wianuszkiem emerytów z grupy ryzyka.

Mi nie pozwala się grać koncertów i zarabiać, a politykom można gromadzić tłumy na swoich wiecach. Ich tłum jest jednak lepszy niż mój, bo im wolno, a mi nie. Oni na tym zyskują, a ja tracę. Ich zysk jest lepszy niż moja strata. Jakaż więc to równość wobec prawa i obywatela, kiedy robi się na porządku dziennym takie obywatela wobec prawa dymanie. I żeby jeszcze robił to wójt z sołtysem, to pal go sześć. Robi to urzędujący prezydent na oczach całej Polski. Jeździ po kraju i staje pośród ludzi, plotąc androny. A ja nie mogę stanąć i zagrać, jak to robiłem drzewiej i muszę zaciskać pasa. Prezydent nie musi, a ja muszę.

Jeśli byłoby tak rzeczywiście, że politykom zależałoby na ludziach, powinni ustanawiać równe reguły dla każdego, na czele z samymi sobą. Albo nie możemy gromadzić tłumów pod swoją egidą wszyscy, albo róbmy to, jak najlepiej umiemy. Tymczasem jest tak, że polityk może i to robi, udając, że nic się nie dzieje, a muzyk na scenie już nie. Aktor w teatrze też już nie, choć on może akurat trochę więcej. Przynoszenie do zegarmistrza zepsutego wibratora jest ciut na bakier z higieną osobistą, ale jak ja przyniosę to nie narażę się na śmieszność, ale jak Pan, to już trzaskanie wioski.

Wiecie, kiedy ta nierówność się skończy? I to szybciej, niż myślimy? Kiedy na jakimiś wiecu jeden czy drugi prowok zarazi się covidem, czego oczywiście nikomu nie życzę. Albo kiedy spłyną za parę tygodni dane, jaki to mamy szaleńczy przyrost zachorowań, a mapa przyrostu będzie się pokrywać z mapą peregrynacji wyborczych tego czy owego, na spotkania których ciągnęły tłumy. A nawet jeśli to nie pomoże, skończy się rzecz 12 lipca. Nagle okaże się, że trzeba zaostrzyć rygory, albo jeszcze lepiej; kiedy druga tura będzie pod znakiem zapytania, naczelnik zaciągnie ręczny hamulec o nazwie stan nadzwyczajny, bo przecież dobro obywateli jest najważniejsze. Tymczasem trwał będzie w najlepsze festiwalik pokazywania środkowego palca myślącej części polskiej tłuszczy, bo przecież mój tłum jest lepszy niż wasz, tak jak mój wibrator, którym robię tłumowi dobrze…

Dwa tygodnie radości

Kraj mój aż tak bardzo mnie nie zajmuje, jak myślenie o swoim własnym mikrokosmosie. Czy wygra Duda czy Trzaskowski, niewiele się dla mnie zmieni. Zmienić by się mogło, gdybyśmy inaczej pogrywali sobie z pandemią i podchodzili do tego szaleństwa zdroworozsądkowo. Ale zdrowy rozsądek u nas w kraju to towar mocno deficytowy.

Polak znowu truchleje, że zaraza nie odpuszcza. W miniony łykend wywalczyliśmy puchar przechodni lidera zachorowań na skalę europejską. Dziwuje się wiara, jak to możliwe, że skorośmy wprowadzili radykalne środki ostrożności na początku marca, choróbsko miast opadać, co rusz to narasta. Minister rozkłada ręce, premier też, a ja Wam mówię, dobrzy ludzie, że jest to prosta matematyka dla klas ósmych. Było bowiem z covidem na świecie tak, że kiedy we Włoszech czy w Hiszpanii zaczęto notować wypadki masowych zachorowań, nie zabetonowano kraju od razu, tylko pozwolono, żeby przez pierwszy miesiąc zaraza sobie poszalała. W myśl zasady, kto się ma zarazić, ten się zarazi, a co uratujemy w ten czas z gospodarki, to nasze. Dopiero, mniej więcej po miesiącu, zaczęto na Zachodzie wprowadzać lockouty, kiedy rzeczywiście brakowało respiratorów w szpitalach. Nie wszędzie na szczęście, ale bywały i takie wypadki. U nas rząd pochwalił się, że zadziałał mądrzej niż pazerny Zachód, bo zamknął wszystko chwilę po tym, jak ujawnił się pacjent zero, żeby zdusić chorobę w zarodku. Jak się okazuje, nic nie zdusił, bo to, co na Zachodzie wykluło się na początku roku i teraz opada, u nas wykluwa się dwa tydnie po popuszczenia izolacyjnego pasa, znaczy się teraz. Trzymaliśmy się twardo na zakazach, siedzieliśmy pod kluczem, co nie znaczy, że choroba sobie poszła, jakby tego chciał ten czy ów. Wyszli ludzie, wyszedł i wirus. Lepiej więc było zrobić jak nieczuły na ból i cierpienia Zachód albo bezbożny Szwed. Tymczasem będzie się u nas wirus ciągle namnażał, po 100 po 200 sztuk do końca wakacji, a we wrześniu, razem z sezonem grypowym, dokopie Polaczkom jak Wermacht blitzkriegiem.
Wiem, że całe to wielkie otwarcie, to wcale nie z myślą o zdrowiu psychicznym Polaków, tylko w strachu przed wyborami. Jakby nie było wyborów w czerwcu, to dalej wychodzilibyśmy z wchodzenia do lasu, jak to było na początku przygody, kiedy elekcję miał załatwić Sasin z listonoszem. Przypuszczam również, bo akurat tego nie wiem, że gdy Duda w lipcu wybory wygra, a sądzę, że jednak tak to się właśnie skończy i przed drugą turą machina pisowska będzie robić już taki młyn, że się Trzaskowski będzie kojarzył z całym złem tego świata, wszystkie luzowanie zniknie, krok po kroczku, żeby przygotować naród na przyjście drugiej fali covidu, i skończy się złota wolność obywatelska. Tym razem na dłużej.

Czytam właśnie z przerażeniem, że policja dozbraja siły prewencji i kupuje nowe zabawki za 30 milionów; głównie armatki wodne i wozy opancerzone plus miotacze gazu, kaski i inne narzędzi przymusu bezpośredniego, na wypadek, gdyby naród tak ochoczo nie chciał się podporządkować zakazom na nowo. Już przecież niewiele sobie z tego robi i wyłazi na ulice, żeby manifestować swoje niezadowolenie, a władza przeca robi tylko to, co do niej należy, w trosce o dobro obywatela. Bo jak go nie zakazem, to…pałką.
Smutno mi się robi, kiedy sobie myślę o kościołach. Ależ będzie za dwa tygodnie dramat. I nie trzeba do tego magicznej kuli ni objawionych prawd, żeby przewidzieć, że za 2 tygodnie tj. po czasie, w którym zaraza się w człowieku wykluwa, pomrze w Polsze dużo ludzi. Starych ludzi. Schorowanych. Religijnych. Tych wszystkich, którzy są w grupie ryzyka, a którzy pójdą gremialnie do świątyni, bo duch, tak jak ciało, również potrzebuje strawy, a rząd to wie i docenia. Szkoda, że będzie to ostatni duchowy posiłek w ich życiu, bo gdzie jak gdzie, ale w kościołach w Polsce, odsetek seniorów dla których covid jest groźny i zabójczy, to nie jest statystyczny błąd. Dowiemy się więc za 2 tygodnie, że znowu rekordowo nam przyrosło. I że żniwo czarne wielkie i, o la Boga, trzeba zapędzić ludzi na powrót do mysiej dziury, bo nieumiejętnie korzystają z wolności. A można by jednak zrobić rzecz dużo prościej. Wyłożyć łopatą ludowi, że starzy i chorzy zostają w domach, a młodzi i zdrowi niech pracują i nową/starą Polskę budują. Tak jak budowali drzewiej. Kto ma starego i chorego w rodzinie, niechaj go nie odwiedza. A ten niech nie pałęta się po kościołach i przychodniach, jak nie musi. Po kościołach to już na pewno. Ale komu ja to mówię i kiedy. Przed wyborami, to my w Łomży ze szwagrem nie takie numery…

O magii liczb

Byłem wczoraj z dzieckiem w parku rozrywki niedaleko Puław. Śladu koronawirusa nie stwierdziłem. Lud i dziatwa bawili się w najlepsze. Wyjechałem z Warszawy drogą na południe. Tankowałem auto w Kozienicach. Dowiedziałem się wieczorem, że w Polsce stwierdzono tego dnia największą jak dotąd liczbę zachorowań na covid. I zgony. M.in. w Puławach i Kozienicach.

Ja w każdym razie żyję i mam się dobrze. Ufam, że przy jako takim prowadzeniu się, unikając nieszczęśliwych wypadków, o ile można ich uniknąć, oraz ryzykownych zachowań, doszlusuję powolutku do mety. Średnia życia mężczyzn w Polsce to 74 lata. W rodzinie nie stwierdzono przesadnej długowieczności, także wszystko jest na dobrej drodze.
Dzień przed wyjazdem do parku rozrywki pod Puławami, spotkaliśmy się za pomocą łączy internetowych z kolegami z grupy na K., żeby przedyskutować propozycje kierownictwa odnośnie powrotu do grania w formie internetowej. Na 9 członków kapeli 2 nie zajęło stanowiska, 6 było przeciw a jeden był za. Zgadnijcie kto?

Większość moich kolegów z kapeli jest po pięćdziesiątce a przed sześćdziesiątką. Jeden jest zadeklarowanym hipochondrykiem. Drugi antysystemowcem. Trzeci pali papierosy. Niektórzy mają też starych rodziców, o których się boją. Wszyscy oni nie chcą grać koncertów w internecie, bo uważają, że to słabe występować do pustej sali i udawać, że jest fajnie, a ja uważam że to wyzwanie i nowa, uświadomiona konieczność. Poza tym sądzę, że przez najbliższy rok nie będzie innej możliwości grania dla ludzi, jak tylko przez net. Tak jak kiedyś, kiedy runęły wieże WTC i świat zaczął wprowadzać nowe obostrzenia na lotniskach, wszyscy czekali dnia, aż bramki znikną i nie trzeba będzie zrzucać butów ani wyrzucać picia przed kontrolą. Ale te czasy nie minęły niczym senna mara. Zostały z nami i zostaną na zawsze. Tak jak nowy wirus. On tu też zostanie. Trzeba więc grać, tak jak przeciwnik pozwala i nie czekać zmiłowania, bo ono nie nadejdzie. Ja to wiem. Koledzy kiwali głowami, żeby niby też wiedzą, ale jednak są przeciw. Poza tym dwóch nadal boi się narażać na kontakt z obcą materią ludzką. Ja jestem jeden. I mam jeden głos. Ich jest ośmiu. Ośmiu na jednego. Dlatego koncertu w sieci nie zagramy.

Formalnie nie można się grupować ani bandować, bo wciąż żyjemy w stanie zagrożenia epidemicznego. Tymczasem trwa kampania wyborcza i można zobaczyć w mediach, jak ciżba ludzka otacza wianuszkiem swoich kandydatów. W największych miastach i kurortach, najwięksi gracze grają przy wiwacie publiczności. W Warszawie tysięczny tłum maszeruje ulicami i też nikt nic z tym nie robi. I dobrze, że nie robi, bo i po co wkurwiać ludzi. Jednakowoż, do teatru, kina czy sali koncertowej wszystkich chętnych wpuścić nie można, za to do kościołów już tak. Na wiecu politycznym każdy jego uczestnik też ma tylko jeden głos. Za to jaki cenny. Dlatego gra się dla niego na jego melodię.

Sytuacja z którą mamy do czynienia, przywodzi mi na myśl czasy z Hiszpanii, kiedy próbowano zabronić Hiszpanom palić w restauracjach. Na początku towarzystwo kombinowało jak tylko mogło. Specjalne kurtyny, przepierzenia, wydzielone części tylko dla palaczy. Później, stopniowo, proces „udawania” zanikał, aż w końcu wszyscy restauratorzy i knajpiarze położyli na to laskę, bo państwo i prawo było kompletnie bezsilne, żeby egzekwować nieuchronność kary. Palić zaczęto jak kiedyś, bez krępacji. Coś jak u nas z abonamentem RTV. Straszą, grożą, nachodzą, a i tak nikt rozumny go nie płaci, bo niby i za co i na co?

Ufam, że podobnie rzeczy będą się miały z imprezami masowymi. Musi pójść tylko sygnał. Najpierw jeden, potem drugi i trzeci. Że, oczywiście, że 120 osób, ale jak każdy zacznie wpuszczać 200, 300, to potem już poleci i prawo i państwo ugnie się pod społeczny naporem, bo samo z siebie pasa ludziom przecież nie popuści. Gorzej będzie, jeśli to ludzie, bez pistoletu przy głowie, przestaną korzystać z dóbr kultury i stadnego życia w obawie. Tak jak dwóch moich kolegów, z ośmiu pozostałych, którzy nie chcą grać koncertów w sieci. A ja jeden chcę. Wtedy sczeźniemy jak dinozaury. Najpierw jeden, potem dwóch, potem całe stada.

Koledzy są najważniejsi!

Polski rząd zdecydował, że do końca roku szkolnego uczniowie nie powrócą do szkół. Czemu? Tego za bardzo nie wiem, bo przecież młodzież i dzieci nie są z covidowej grupy ryzyka. Jednakowoż, wbrew temu, co mówią moi uczeni w pismach znajomi, nie widzę w rządowym obligu niczego złego. Młodzieży chowanie w tym kraju od dawna było po prostu żadne. Dodatkowa laba niczego nie zmieni. Na pewno nie na gorsze.

Dzieciaki i młodzież powinny chodzić do szkół i pobierać nauki im właściwe. Inne kraje, te bardziej roztropne, np. Dania, wpuściły dzieci między ławki już dawno. Tam jednak system edukacyjny jest stabilny od lat, a dzieci są tymi najszczęśliwszymi na Ziemi. U nas do szczęśliwości daleko. Trudno ją zresztą osiągnąć, kiedy zmienia się zasady kształcenia maluczkich raz na dekadę, z powodów ciężkich do zdefiniowania nawet dla samych zmieniających. Gimnazja zlikwidowano w zasadzie nie wiadomo dlaczego; kanony lektur zmienia się pod polityczny klucz, historii uczy się pod ipeenowskie wytyczne. Dobrze, że chociaż nauki ścisłe mogą się oprzeć wiatrom odnowy, choć i z tymi różnie bywa. Tak czy inaczej, kiedy zacząłem dumać nad zatrzymaniu dzieciaków w domach, naszła mnie refleksja, że w sumie dobrze się stało, że zostaną. Dobrze i źle.

Po co, w pierwszej kolejności, dziecko idzie do szkoły, zapytał ongiś znany amerykański metodyk i pedagog, John Dewey. Nie po wiedzę, po splendor, po receptę jak żyć, po piątki i szóstki. Dziecko chce iść do szkoły, żeby spotkać się z kolegami. To jest jego pierwszy impuls. Dlatego źle się stało, że dzieci do szkół w Polsce nie wróciły. Zabrano im ich podstawową motywacyjną premię; nie mogą zacieśniać koleżeńskich więzi, bawić się i rozrabiać, plotkować, socjalizować się. Zostaną w domach i zdziczeją. Nie do końca co prawda, ale im mniejsze dziecko, tym większe będą wyrwy w jego psyche i nawet najbardziej opiekuńczy i progresywny w swoim myśleniu i zachowaniu rodzic nie będzie w stanie tego przeskoczyć. A co dopiero rodzic zapracowany albo patologiczny. Dzieci najuważniej słuchają drugich dzieci. Nie pani ani pana zza biurka albo z telewizora. Rówieśnika. Nie podejrzewam, że w obecnym resorcie edukacji w Polsce, znajdzie się ktoś, kogo szkoła deweyowska zainteresuje, bo to przecież typ który spotykał się ongiś z Trockim w Meksyku. Może więc warto wsłuchać się w słowa pewnego Żyda z Nazaretu, który prosił, aby pozwolić dzieciom do niego przychodzić, bo kto nie będzie ufny jak dziecko, nie dostąpi zbawienia. Tego autorytetu nikt w ministerstwie raczej nie zakwestionuje. To jest ta zła strona medalu.

Dobra jest taka, że dzieciaki polskie unikną traumy, z którą zmagam się do dziś dnia. Kompletnie nie potrafię niczym wytłumaczyć ani w żaden sposób usprawiedliwić krzywdy, jaką uczniowi polskiemu wyrządził system, przez lata szkoły podstawowej i średniej, w postaci nikomu niepotrzebnej wiedzy bezużytecznej, tłoczonej do głów przez tępych profesorów. Ileż to nikomu niepotrzebnych rzeczy musieliśmy się uczyć, tylko dlatego, że ktoś na górze przewidział, że lekcje chemii i fizyki muszą odbywać się w takim to a takim wymiarze godzin tygodniowo, przez dwa semestry, od 5 do 8 klasy i później od pierwszej do czwartej w ogólniaku. I czymś tę lukę trzeba było wypełnić. Ładowano więc nam nahajem do głów wzory, reakcje, rozmnażanie okrytonasiennych, podziały plechy, jakieś cuda na kiju, żeby wybrukować program nauczania zupełnie nieprzydatną wiedzą, która zajmowała nasz czas i energię. Pomijam stres, towarzyszący każdej takiej lekcji, na której nauczyciel odpytywał pod tablicą z cyklu rozmnażania krowy albo z wzoru na odwrócony kwadrat pierwiastka. Kiedy sobie dziś o tym myślę, to wzbiera we mnie wściekłość, jak można było fundować przez te wszystkie lata młodym ludziom taki koszmar. Przecież istniało tyle ciekawszych rzeczy, niż nauka o gametach albo rozszczepianie atomu. Mój kolega w ósmej klasie przed matematyką łykał nerwosol, bo stres który towarzyszył każdej lekcji, był dla niego nie do przerobienia. Ja uciekałem z matematyki, bo bałem się nauczycielki i tego, jak może zgnoić przy innych za to, że się nie kuma ni w ząb, o co w tej matematyce chodzi.

Przeglądałem swoje stare zeszyty. Kurwa mać, to, czego uczyliśmy się w późnej podstawówce z biologii albo z matmy, to był jakiś absurd absurdów Oczywiście niczego z tego nie pamiętam, ani nic z tej wiedzy mi się nie przydało. Zajęło mi tylko czas i zszargało nerwy. Ale za to mogłem spotkać się z kumplami.