Profesor Glut radzi

Andrzej Duda powiedział niedawno, że według jego najlepszej wiedzy, przyrosty covidowe wyhamują w połowie października. Wie to od ekspertów, którzy tak właśnie mu sprawę naświetli: teraz będzie rosło, a za miesiąc opadnie. Andrzej Duda wie, co mówi. Eksperci też wiedzą, co mówią. Prezydenta chyba by nie oszukiwali.

Znajoma moja zapadła niedawno na covid. Złapała francę w szpitalu, ponieważ jest lekarzem. Zaraziła się od pacjenta. Siedzi teraz w domu, nie wiadomo jak długo, bo w sanepidzie nieogar jest kompletny. Jedna pani powiedziała jej przez telefon, że ma wydać z nazwiska wszystkie osoby, z którymi miała styczność na 10 dni przed wystąpieniem objawów. Druga, po godzinie, zażądała wydania wszystkich z 15 dni wstecz. Małżonek koleżanki, z powodu wspólnego zamieszkania, też dostał się na kwarantannę. On również nie wie, ile to potrwa, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zadzwoni telefon z sanepidu. Jemu, jako kontaktowi, nikt nie wykona testu. Przesiedzi dwa tydnie, jak będzie miał zachorować, to zachoruje. Kłopot w tym, że w robocie, w korpo, po przebytej kwarantannie wymagają od niego negatywnego, covidowego testu. Sanepid na test go nie skieruje, bo nie ma objawów, a poza tym był na kwarantannie. Pracodawca zapłacić nie chce. Wychodzi więc na to, że sam będzie musiał wybecalować 4 stówy z własnej kieszeni, żeby dowiedzieć się, czy jest chory już, jeszcze, czy dopiero będzie, jeśli chce zachować posadę u prywaciarza. To wszystko, Szanowni Państwo, nazywa się Polska. Więcej nawet, to wszystko nazywa się świat w apogeum globalnego szaleństwa.

Niedawno jeden pielęgniarz z Gniezna napisał na swoim fejsowym profilu, co sądzi o tym całym wariactwie. Napisał to, co normalny człowiek widzi i wie od dawna; że choroba jest, to prawda, ale jak choruje 1500 osób a umiera 30, i to na ogół uprzednio schorowanych na wszystko, to nie powód do narodowego strachu; że to, z czym mamy do czynienia, to jakaś ściema, na której nie wiadomo kto zarabia; że wirusy istniały od dawna i nikt z powodu grypy czy opryszczki nie mierzył ludziom masowo temperatury i nie kazał im siedzieć w domach; że przez wieki ludzie chorowali, ale nikomu nie przyszło do głowy zamykać świata na cztery spusty, niszcząc rynki i pracy i skazując ludzi na wegetację ekonomiczną, o kulturalnej nie wspominając, bo kto by tam na to zważał. Nie trzeba było długo czekać, żeby naskoczyli na chłopaka uczeni w pismach medycy i doktorzy: gówniarz, nieuk, powiela półprawdy. Jeden mądry pan na tyle się oburzył wpisem ratownika, że zażądał ścigania tego i tym podobnych opinii z mocy prawa, jako szerzenia nieprawdy, która może prowadzić naród do zguby. Jeszcze chwila, i jak ktoś będzie miał inne zdanie na temat covidu i tego czym jest dla Polski, posądzać się go będzie o oświęcimskie kłamstwo i płaskoziemstwo. Jest jedna wykładnia, której należy się trzymać, a wszystko inne jest niebezpieczną herezją, głosi rada mędrców. Co ciekawe, wtajemniczonych w arkana wykładni, jest w Polsce kilku starszych panów z tytułami, którzy z lubością straszą naród tym, do czego doprowadzi jego rozwiązły tryb życia, jeśli się nie opamięta. Jeden mądrala, profesur Glut, opowiadał niedawno, że nasze zwyżki zachorowań, to efekt przebalowania przez naród weekendu; dlatego tylu nas choruje, bo bawimy się na potęgę; pijemy, palimy, kopulujemy. A przecież w pandemię powinniśmy siedzieć przy świeczkach w czterech ścianach i czekać zmiłowania. Ludzie wychodzą i spotykają się z innymi? W pandemię? Skandal! Jak tak można!

Inny tępy mądrala dodaje: skoro nie można nas wszystkich przetestować (skądinąd nie wiem po co), Polacy nie zachowują książkowego dystansu i nie unikają imprez, należałoby znowu nałożyć pełen lockdown, bo wirus nie odpuści. A jak nie odpuści, to nas wszystkich w pień wybije, bo to, z czym mamy do czynienia teraz, to nic, w porównaniu z tym, co nam zgotuje za miesiąc, dwa. Nikt oczywiście nie wie, co to takiego będzie, ale bójcie się ludziska, bo jeśli jeszcze żyjecie, to na pewno nie za długo będzie Wam dane. Trzeci, profesur dochtór, tym razem z Wrocławia, opowiada po portalach internetowych, że to szkodnicy społeczni roznoszą nam wirusa.

Jak zdradzieckie mordy, łatwo ich rozpoznasz. Tych znajdziesz w biurze, w szkole, w szatni, na basenie. Czają się wszędzie. Nie założysz maski między zmianą obuwia, jesteś szkodnikiem. Nie włożysz maski na twarz w taksówce, myk, społecznie szkodzisz. To nic, że taksówkarz też nie ma kagańca i go to nie boli. Musisz być mądrzejszy niż on. Ostatnio, na stołówce wydziałowej, jeden mądrala w krawacie, kazał mi nakładać maskę, gdy czekałem w kolejce do lady z zamówieniem. Po złożeniu zamówienia mogłem zdjąć maseczkę i usiąść przy stoliku. Pięć metrów dalej, na tej samej sali. Chyba że umiem jeść w masce, wtedy byłoby najlepiej. Profesor Glut byłby kontent.

Taka piękna katastrofa

Jak się źle dzieje na prawicy, to nie powiem żebym jakoś szczególnie się z tego powodu smucił. Nawet w pewien sposób mnie to bawi. Może nie raduje, bo, jak śpiewał pewien kolega z Płocka, lepiej jest, „żeby ludzie się kochali a nie napierdalali”, ale wolę kiedy nasza prawica zajmuje się sobą a nie Polską. Jest wtedy dla kraju jeszcze jakaś nadzieja.

Doprawdy, nie mogę pojąć jednego; być może jestem za głupi, nie znam się na polityce (to na pewno!), może za krótko byłem w wojsku, ale pomysł z wnioskiem KO o wotum nieufności dla Ziobry po prostu mi się podoba. Oczywiście wtedy, kiedy prawica nadal skakałaby sobie do gardeł, bo byłaby szansa obejrzeć w Sejmie naprawdę porządną komedię. A wyglądałoby to miej więcej tak…

Jakimś cudem opozycji udaje się przepchnąć wniosek o wotum nieufności dla Ziobry przez marszałkowską laskę (bo marszałek Witek akurat na zwolnieniu i ktoś nie dopilnuje). Oczywiście, bardzo możliwe że posłów Koalicji wyręczy wcześniej premier Morawiecki, który zdymisjonuje Ziobrę, zanim cokolwiek z ich wnioskiem się zadzieje, ale jeśli nie, to choćby dla sportu, można by obejrzeć dyskusję nad przyszłością ministra sprawiedliwości. Bardzo jestem ciekaw, kogo PiS wystawiłby do obrony pana ministra i dlaczego nie byłby to Mateusz Morawiecki. A może jednak by był; zacisnąłby zęby i na oczach ludzi opowiadałby, jakiż to Zbigniew Ziobro jest szlachetny, prawdomówny i pryncypialny. Dla samej obłudnej gry tych ludzi chciałbym taką sejmową dyskusję ujrzeć na własne oczy i na własne uszy usłyszeć, żeby przekonać się, jak bardzo drwią sobie z nas i naszej ludzkiej przyzwoitości politycy PiS-u, kiedy obłuda cieknie im z ust gdy je otwierają. Szans na to, że PiS dopuści do głosowania przed ustaleniem losów ostatecznych Ziobry nie ma najmniejszych, bo mogłoby się okazać, że dla pisowskiego interfejsu białkowego z kartami do głosowania, jak ongiś określił szeregowych posłów jeden nieszeregowy, Zbigniew Ziobro od dawna jest skończony, ale zagłosują i tak, jak każe im ich pan, a nie sumienie, bo żeby głosować zgodnie z sumieniem, najpierw wypadałoby je mieć.

Pogodziłem się z tym, że nie obejrzę tej komedii; kiedy PiS łajałby Ziobrę, żeby finalnie za nim zagłosować, bo jednak hołd lenny Zbigniewa okazałby się być miły sercu Wielkiego Jarosława i trzeba by wszystko odkręcić. Niedosyt jednak zostaje. Tak jak po ostatnich wyborach. Niby wszyscy wiedzieli jak to się skończy, a jednak każdy liczył, że może tym razem będzie inaczej. Dlatego właśnie daję punkt dla KO za pomysł; żeby pobudzić do wysiłku szare komórki obywateli, kiedy będą sobie wyobrażać, co by było, gdyby się jednak udało i można by popatrzeć wreszcie na sejmową debatę bez odruchu wymiotnego na starcie. Że coś by się wreszcie działo, jakiś ferment, zaniepokojenie, brak własnego zdania; że odsłoniłby wreszcie PiS swoją fasadowość i bylejakość trzymaną za pysk przez prezesa za pomocą bardzo krótkiej smyczy. Ale chyba jeszcze nie tym razem. A szkoda. Mogłaby być taka piękna katastrofa.

Wije kontra Hedora

Są tacy ludzie, znam nawet kilku. Unikam ich jak ognia. Ludzie ci lubują się w upokarzaniu innych; podnieca ich sprawianie ludziom przykrości; gnojenie ich przy najbliższych; publiczne wyciąganie brudów i pranie ich na widoku. A potem upajanie się swoją władzą nad drugim człowiekiem, który musi pokornie wypełnić wolę pana i pokajać się przed nim, jak pies przed hyclem.

Znajomy mój, który miał swego czasu dobrze wydeptane ścieżki u jednego z protegowanych Zbigniewa Ziobry, został zaproszony przez protegę na urodziny. Oprócz mojego kolegi, zupełnie zawodowo niepowiązanego ani z prawem, ani z lewem, ani z palestrą, na urodziny przyszli głównie prokuratorzy i pracownicy Ministerstwa Sprawiedliwości. Pojawił się także, jako największy z nich, rangą i posturą, pewien znany prokurator, nazwijmy go…Hedora. Znajomy opowiadał, że Hedora bawił się przednio, a wokół niego co rusz pojawiał się nowy paź, który mu nadskakiwał. Ci, którzy akurat mu nie nadskakiwali, omijali Hedorę łukiem, żeby nie wpaść mu czasem w oko, bo to samo w sobie było już niebezpieczne. Kiedy towarzystwo trochę się podpiło, wywiązała się dyskusja, na temat pewnej pani prokurator z Wybrzeża, która podpadła Hedorze swoją pryncypialnością, która to, w konkretnym, omawianym przypadku, była nie do pogodzenia z wizją polityczną Hedory i jego apologetów. Kiedy Hedora jął słać w towarzystwie gromy pod jej adresem, zaprotestował nieśmiało, jeden z prokuratorów z młodszego pokolenia, słowami, że na dobrą sprawę, pani ma jednak rację, i chyba to ciut za duży kaliber z którego Hedora do niej mierzy. Hedora po tych słowach, kiedy zapadło kłopotliwe milczenie, spojrzał tylko po dyskutantach, po czym zwrócić się miał do młodziana w żołnierskich słowach, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że jeśli tak bardzo mu zależy na koleżance, to wywali z roboty jego, a nie ją. Jaki był finał tej historii nie wiem, bo mój znajomy wyszedł z pokoju w którym sytuacja miała miejsce, żeby uniknąć niezręcznej sytuacji.

Jarosław Kaczyński wywrócił parę dni temu stolik, przy którym łaskawie pozwolił przycupnąć Zbigniewowi Ziobrze i Jarosławowi Gowinowi. Za pretekst posłużyła nowelizacja ustawy o prawach zwierząt. Kto patrzy na naszą scenę polityczną od jakiegoś czasu, ten zdaje sobie sprawę, że gra idzie jednak o coś zupełnie innego; o wpływy w partii po odejściu prezesa, o spółki skarbu państwa i miejsca na listach, czyli de facto, o spółki skarbu państwa, które, jeśli dostanie się miejsce biorące, obsadzi się później swoimi ludźmi. Ziobro i Gowin doskonale wiedzą, ile tak naprawdę wynosił ciężar win i kar, który leżał na przewróconym przez Kaczyńskiego stoliku. Mylili się więc także i ci, którzy twierdzili, że Kaczyński nigdy w życiu nie ruszy Ziobry, bo ten ma szafy pełne haków na prezesa, po które sięgnie, kiedy ten zechce go zepchnąć w przepaść. Prawdopodobnie Ziobro ma co nie bądź na Kaczyńskiego, ale Kaczyński zna również sporo grzeszków Zbigniewa Z. Zna jednak, przede wszystkim, numery oraz stany kont ludzi Ziobry i Gowina, pouczepianych u cyców przy państwowych, dojnych krowach. Wie dobrze, że gdy Ziobro nie okupi się w dołach, nikt nie obroni go na górze. A nie okupi się, kiedy prezes powie, że albo PiS i spokojny żywot na państwowym, albo lojalność wobec Zbigniewa, który da wam tyle, co sam on, czyli zero. Ludzie, zwłaszcza dziś, kiedy każdy etat jest na wagę złota, potrafią liczyć. A z rachunku wyjdzie im jedno. Jaki prezes jest taki jest, ale dbający o swoich, to on jest.

Kaczyński robi więc to co robi, bo uwielbia patrzeć, jak inni wiją się przed nim jak padalce, bo wiedzą, że karty z przewróconego stolika są w jego rękach. Wszystkie. Całą talia. Wije mogą, co najwyżej, nieudolnie blefować, ale wynik rozgrywki jest z góry przesądzony. Wrócą, przeproszą, ucałują pierścień, przemyślą sprawę. Ustawa przeszła i tak, bez ich pomocy, a dopóki prezes nie wybiera się na tamten świat, lub przynajmniej na emeryturę, każdy kto chce coś na prawicy znaczyć, musi pamiętać, gdzie są klucze do kabiny i kto je trzyma w biurku na Nowogrodzkiej. Można oczywiście honorowo wyjść i wrócić do powiatu na inspektora w domu kultury, ale honorem nikt dziatwy i pięciu kochanek jeszcze nie nakarmił.

Mamy was wszystkich za nic!

Rafał Trzaskowski zatrzymał didżejski set w klubie i przez trzy dni rządowa telewizja miała używanie. I kiedy wszyscy sądzili, że nic gorszego Polski już nie spotka, PiS przypomniał o swoim istnieniu. Niestety.

Rodacy! Nadejszła wiekopomna chwila; o tym dniu Wasze dzieci i wnuczęta będą się uczyć z książek do historii, o ile oczywiście nie napisze ich pisowski historyk. 16 września dobra zmiana przeszła samą siebie w bezczelności i przez aklamację zwyciężyła w ogólnopolskim konkursie plucia ludziom w twarz. Projekt wniesiony przez posłów PiS, zakłada m.in. uzupełnienie przepisów tzw. tarczy antykryzysowej 2.0 o następujący zapis: „nie popełnia przestępstwa, kto w celu przeciwdziałania COVID-19 narusza obowiązki służbowe lub obowiązujące przepisy, jeżeli działa w interesie społecznym i bez naruszenia tych obowiązków lub przepisów podjęte działanie nie byłoby możliwe lub byłoby istotnie utrudnione”.

Różne rzeczy polski Sejm widział przez dwie ostatnie kadencje; za śp. Leppera też działy się cuda-wianki, ale takiej akcji nikt jeszcze nie miał śmiałości przeprowadzić. I do tego w biały dzień. Pod osłoną nocy towarzystwo miało już jako takie doświadczenie z łamaniem kręgosłupów i konstytucji, ale żeby tak za dnia, kiedy wszyscy widzą? Chociaż, z drugiej strony, nawet jakby po tym wszystkim opozycja za bardzo gardłowała a w sondażach dobrej zmianie tąpnęło, zawsze można głosowanie unieważnić, o czym mieliśmy już okazję się przekonać na początku kadencji i marszałkowania marszałkini Witek.

Teraz już wiem na pewno: oni naprawdę mają nas za idiotów. Jeśli ktoś chce wprowadzać podobne zapisy do polskiego prawa, robi to nie po to, żeby ułatwić urzędnikowi, który pracuje w małej gminie, uchronienie rodzinnej firmy przed bankructwem. W imię bowiem tych zapisów, i, co ma się rozumieć, odpowiedniej argumentacji przed sądem którą ten podzieli, nie popełni przestępstwa pracownik administracji, który odstąpi od czynności, żeby nie dać zdechnąć z głodu sklepikarzowi, gospodarującemu na miejskim gruncie i nie ma z czego opłacić podatku od nieruchomości. Trudno mi jednak wyobrazić sobie podobne postawy pośród kasty urzędniczej, zwłaszcza w administracji skarbowej, choć bardzo chciałbym się mylić.

Zapis cytowany wyżej, to nic innego jak prezent władzy dla ludzi władzy, konkretnie dla dwóch jej najdostojniejszych wyrośli: ministra Jacka i eksministra Łukasza. Pierwszy może beknąć i to grubo, za przewalenie 70 milionów za damski członek. Wyrok sądu administracyjnego w Warszawie dał asumpt do tego, żeby wziąć się za przewał z kopertowymi wyborami. Ale, w związku z tym, że wchodzi w życie ustawa o tarczy a wraz z nią zwalnia się urzędnika z odpowiedzialności za łamanie prawa, jeśli robi to w imię świętej racji ojczyźnianej, a tak przecież było w wypadku Sasina, to i nie ma sprawy. Podobnie z Szumowskim i jego respiratorami, których nikt do dziś nie widział. Dajmy na to, że kiedyś, kiedy nadarzy się okazja, ktoś weźmie się i za ten wałek. Głupio tak zostawić swoich chłopców bez broni na placu boju. Przyszykowano więc im szalupę ratunkową, którą mogą się bezpiecznie ewakuować do mysiej dziury, albo dokąd im się zamarzy. Choćby do Hiszpanii, jeśli tylko wznowią loty. A jak nie wznowią, to przecież nic wielkiego się nie stanie. Nawet jak się ktoś poskarży, że decyzja nie miała żadnego, merytorycznego uzasadnienia, zawsze będzie można powiedzieć, że rządowy pełnomocnik działa może i wbrew obowiązującym przepisom, ale epidemia covid-19 spowodowała, że przesunęły mu się granice trzeźwego myślenia i źle ocenił sytuację, a przy obecnym prawodawstwie ukarać go nie sposób. Genialne w swojej prostocie. Tylko pomroczność jasna może konkurować.

Olbrzym o gołębim sercu

Zrozumieć plątaninę myśli Jarosława Kaczyńskiego, to zrozumieć Polskę. Kto nie chciałby choć na chwilę wślizgnąć się pod szyszynkę prezesa i sprawdzić, jak pracują jego zwoje. Toż to marzenie niejednego i niejednej. Odkryć klucz do głowy Jarosław Kaczyńskiego i zajrzeć tam na sekundę, to jak zajrzeć w trzewia tego kraju. Powietrze tam nieświeże i nieświeży tlen.

Polska odrodzona działa od paru lata tak, jak działa Jarosław Kaczyński, a konkretnie, jak działa wolna wola Jarosława Kaczyńskiego. Każdy kaprys prezesa PiS jest natychmiast spełniany, niczym fanaberia zapłakanego infanta na dworze, nad którym pazie skaczą jak nad jajkiem. Taki też obraz prezesa można sobie odmalować z jego historii; przerośniętego dziecka, którym można sterować, jeśli tylko na chwilę wkradnie się w jego łaski, ozłoci dobrym słowem i przyklaśnie idiotyzmom, które sam wymyśli. A kiedy się już tak posiedzi w jego małym cieniu, można także posiąść tajemnice, skrywane w pamiętniczku na dnie cherlawego serduszka.
Prezes bardzo lubi zwierzęta. Ma słabość do futerkowych. Ale nie tylko. W jednej z prezesowskich, nieautoryzowanych biografii odnaleźć można historię, jak to Jarosław Kaczyński kazał sekretarce odciągać ze swojej pensji parę groszy na rzecz prywatnej osoby, która dokarmiała w stolicy bezpańskie psy i koty. Nie każdego stać na taki gest. Zwłaszcza majętnego. Wczoraj, na leśnym parkingu pod Truskawiem, młody człowiek zbierał po ludziach na benzynę. Wokoło same dobre fury. Z fur wysiadają brzuchaci, odkarmieni panowie i utyte panie. Powodzi się. Oprócz mnie, nikt nie dał chłopaczynie złotówki. Nie mam, mam kartę, albo udaję, że nie słyszę i odwracam się na pięcie. A prezes na skowyt maluczkich jest wyczulony. I ludzie to wykorzystują. I bardzo dobrze. Dla zwierząt.

Po filmie dziennikarza Onetu Schwertnera, Jarosław Kaczyński, jak wieść gminna niesie, miał być bardzo poruszony losem fretek i norek, które każdego dnia są u nas zarzynane na futra dla burżujstwa. Polska branża futrzarska chwali się, że jesteśmy największym w Europie producentem futer i skór. Jakbyśmy żyli w średniowieczu, a futra i skóry były dziś podstawowym okryciem wierzchnim człowiek przedsizalowego. Absurd absurdów. Ale w Polsce działa. Branża futrzarska ma się bardzo dobrze. Gorzej ze zwierzętami, bo te mają się źle. Zarówno przed ubojem, trzymane w klatkach, jak i po nim, oprawione ze skóry i wyrzucone do dołu z wapnem. Film Schwertnera o tym właśnie traktuje. Po jego obejrzeniu, Jarosław Kaczyński miał ponoć wydać dyspozycję, żeby zająć się pracą nad ustawą, która ukróciłaby to barbarzyństwo za pieniądze, czym narazić się miał ojcu Tadeuszu, bo ten jest za skórami i futrami. Toć to nasza wielkowiekowa, piastowska tradycja, bić zwierzynę i wyściełać sobie sobolami kołnierz. Poza tym sztuczna tapicerka w maybachu wygląda strasznie tandetnie. Nie to samo, co skórka z młodej łani albo gronostaje. Bronić branży futrzarskiej począł też Krzysztof Bosak, i cała reszta hałastry mieniącej się prawicą, która zwierzęta lubi tylko na talerzu. Jarosław Kaczyński obstaje jednak przy swoim. Los zwierząt ma na sercu i nie chce przydawać im cierpienia, przynajmniej tak deklaruje.

Przypadek ten, dowodzi dwóch rzeczy. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z klasycznym zapłakanym olbrzymem, którego wzrusza do łez ślepy kotek bez nóżki znaleziony na klatce schodowej, w przeciwieństwie do społeczeństwa, zawodzącego z bólu nad swoim marnym losem, gotowanym mu przez olbrzyma i jego ludzi. Społeczeństwo to dla olbrzyma bezkształtny motłoch, który można i należy ugniatać i formować jak ciasto. Skrawki i boki niemieszczące się do formy odcina się i wyrzuca. Olbrzym nie uroni łzy nad losem byle skrawków, tak jak rozłożysty dąb nie pyta malutkich roślinek, czy cierpią, kiedy zabiera im słońce i tlen. On po prostu rośnie. Ucieszy go kwiląca ptaszyna na gałązce i wzruszy jej trel w jego koronie, ale pastewna trawa u pnia i jej los dębu nie obchodzą.

Po drugie, przykład futrzaków i ich losu oraz reakcji nań prezesa pokazuje, jak łatwo można sobie w Polsce ułożyć prawo, jeśli tylko jeden człowiek wyda odpowiednią dyspozycję. Słowo na raz staje się ciałem. Szybciej niż w Kościele, gdzie msza wlecze się całą godzinę. Na Nowogrodzkiej załatwia się to w pięć minut. W tym konkretnym wypadku, jestem rad, że tak szybko to poszło, bo popieram zamknięcie ferm z ubojem każdej zwierzyny. Gorzej jednak będzie, kiedy ktoś na tyle skutecznie omota prezesa i jego ucho, i pokaże mu, że tak naprawdę, te futrzaki, bezpańskie koty i psy, męczą w Polsce aktywiści LGBT albo lewactwo spod znaku syndykalistów i PPS-u. A prezes na to pójdzie. Nim się obejrzymy, będzie po nas. Olbrzym jest bowiem ciężki a jego gniew srogi, ale jest też bardzo łatwo sterowalny i mało elastyczny, przez swój gatunkowy ciężar właśnie; trudno mu zawracać z drogi i zatrzymywać się na czas przed przeszkodami. Chyba że znajdzie się klucz do serca. Jeden już jest.

All about the money

Dostałem od nowego rektora Uniwersytetu Warszawskiego informację, że zajęć stacjonarnych na UW nie będzie w tym semestrze wcale albo prawie wcale. Bo covid. Wcześniej takie same decyzje podjęły senaty Uniwersytetu Śląskiego i SGH. Tymczasem minister Murdzek mówi, żeby wracać do nauki, bo nie ma przeciwskazań. A tu, masz ci Wiktor, jednak jakieś są.

Akuratnie jestem w trakcie webinarium w Lublinie. Webinarium to taka konferencja naukowa/wykład, prowadzona za pomocą internetu. Może być wyłącznie onlajnowa albo hybrydowa, tzn. trochę onlajnu i trochę stacjonarnie. Ta dzisiejsza, w Lublinie jest właśnie hybrydowa. Część prelegentów przyjechała do Lublina i mówi w czasie rzeczywistym. Przeważająca jednak część, w tym ja, wybrała wersję onlajnową. Organizatorzy udostępniają zainteresowanym stream i łączą się na czas prelekcji z mówcą; po wystąpieniu, podobnie jak drzewiej to bywało, następuje (lub nie) dyskusja. Niby wszystko odbywa się zgodnie ze sztuką i metodologią, jak Pan Bóg przykazał. Czegoś jednak brakuje.

Ci, którzy zdecydowali się przyjechać do Lublina i wziąć udział w konferencji na żywo, oprócz pamiątkowych dyplomów dostali w pakiecie przerwę kawową, w erze covidu ograniczoną do kwadransa bez kuluarowych dyskusji, oraz przerwę obiadową: zapakowane w folię i styropian lanczboxy oraz płyn dezynfekcyjny do zdezynfekowania dłoni. Konsumpcja odbywać się ma na stosowną odległość między konsumentami. Można na jej czas zrzucić maseczkę, ale jak ktoś umie spożywać bez zdejmowania, to nie musi. Tak ma wyglądać integracja środowiska akademickiego tu i teraz. Wymiana poglądów, krytyczny i kreatywny spór. Albo na odległość dwóch metrów w masce, albo przez internet. Z dwóch metrów ciężko się jednak ludziom wzajemnie odnaleźć, stuknąć kieliszkiem, wypić bruderszaft. Przez internet mało co słychać i niewiele widać, obraz i fonia zacinają się i nie można na niczym skupić uwagi. Ktoś w dyskursie naukowym zakorzeniony, może to jeszcze jakoś przecierpieć. W końcu idzie o prawdę, do ciężkiej cholery. Nie mogę sobie jednak wyobrazić, jak studenci, zwłaszcza pierwszych lat, mieli by się odnaleźć w tym przedziwnym i quasinaukowym cyberświecie. Bo z tym każdy się zgodzi, że jakość takiego kształcenia jest cokolwiek dyskusyjna, a w niektórych przypadkach/dziedzinach, po prostu żadna. Słuszność więc ma minister, że wzywa do nauki jak dawniej, przed covidem. Ma słuszność, ale nie ma pieniędzy.

Czemu trzy duże uczelnie zrezygnowały z nauki rzeczywistej kosztem zdalnej? Ano głównie dlatego, że nie mogłyby utrzymać narzuconych reżimów sanitarnych. Dodajmy, nie mogłyby za te same pieniądze, którymi muszą gospodarować na bieżąco. W oparciu o tę pulę państwowych dotacji, nie możliwym byłoby zapełnianie w odpowiednim stopniu sal seminaryjnych i wykładowych. Trzeba by zmniejszyć liczbę studentów, a tym samym zwiększyć zatrudnienie kadry. Dałoby się to uczynić, jednakże nie za darmo. Najpierw pan minister musiałby wysupłać u premiera dodatkowy grosz na extra pensum dla wykładowców i to jest cała tajemnica. Ale kto da kasę na naukę i wyższe uczelnie. Polikwidujcie deficytowe kierunki: filozofię, nauki społeczne, kulturoznawstwo, a sami zobaczycie, że oszczędności od razu się znajdą.

Gdyby jednak, jakimś cudem, pieniądze się znalazły, można by wtedy pousadzać studentów co drugi rząd. Pozmniejszać liczebność grup. Zapewniam, że nawet przed covidem, wszystkim wyszłoby to na zdrowie. Prowadzenie ćwiczeń w grupie 35 osobowej nie jest na UW, największej, polskiej uczelni, niczym nietypowym. Szłoby więc, przy odpowiedniej determinacji uczelnianych władz, to wszystko pohetać i ogarnąć; studenci wróciliby na uczelnie od października rzeczywiście a nie onlajnowo. Niestety, bez pieniędzy się nie uda. Jak ze służbą zdrowia; jeśli ma być nowoczesna i sprawna, trzeba na nią łożyć więcej niż na armię i nowe zabawki do zabijania. O tym już pan minister Murdzek nie wspomniał. Podobnie jak żaden inny minister, który wzywa do powrotu do normalnego życia jak przed covidem, ale nie mówi już, że nawet tak banalna sprawa jak życie, po covidzie, więcej ludzi kosztuje. Finansowo zwłaszcza.

Nawijałem na konferencji lubelskiej 15 minut. Raz mnie nie było widać, raz słychać. Raz jedno i drugie. Od października mam zacząć mówić młodym ludziom o tym i owym przez internet. Raz mnie nie będzie słychać, raz widać, a najczęściej młodzież po prostu wyłączy kamerę, żeby mieć święty spokój. Ja bym tak zrobił.

Ufny/naiwny jak dziecko

Nie należy wierzyć bezgranicznie temu, co się przeczyta w gazetach i czasopismach. Więcej napiszę; zwykle powinno się zachowywać daleko posuniętą rezerwę wobec tego, co można w nich znaleźć. Z całą pewnością jednak, należy prawdziwość informacji weryfikować, kiedy chce się na nie publicznie powołać.

Mój kolega z zespołu ma pewien „dar”- łatwowierność. Krążą po sali prób i po busie opowieści, jak to kiedyś jeden znajomy powiedział mu, że w NRD, w trakcie meczu bokserskiego gdy jeden z zawodników puścił bąka, był od razu dyskwalifikowany. Oczywiście uwierzył. Ten sam kolega ma jeszcze inny „dar”- dosłowność w dekodowaniu przekazu. Prawdopodobnie ma to jakąś swoją nazwę własną, ale za nic sobie nie przypomnę jaką. Byłem raz świadkiem zdarzenia, jak w dyskusji ogólnej, w której brało udział kilku dyskutantów, w tym wspomniany kolega, nastała niezręczna cisza, a po niej głos zabrał człowiek, który wcześniej nie sklecił pół zdania. Na ten fakt zareagował największy gaduła słowami: „Janek, Ty mówisz!”, co z kolei skomentował kolega z „darem” z właściwą sobie gracją: „Przecież zawsze mówił”. Co było potem, nie pamiętam, bo salwy śmiechu zagłuszały trzeźwy pomyślunek.

Przeczytałem niedawno w internetach, że Rzecznik Praw Dziecka, Mikołaj Pawlak, w jednym z programów telewizyjnych powiedział, że edukatorzy seksualni, którzy wpuszczani są do wybranych, polskich szkół, dają w nich dzieciom tabletki, dzięki którym można zmienić płeć. Oczywiście, od razu zadałem sobie trud, żeby dotrzeć do oryginalnej wypowiedzi i samemu wysłuchać słów rzecznika Pawlaka, pomny tego, co napisałem powyżej: zawsze sprawdź u źródła, a najlepiej w kilku źródłach. Niestety. Zgadzało się. Mikołaj Pawlak, RPO, naprawdę tak powiedział. Konkretnie chodziło o przypadek z Poznania. Skąd rzecznik posiadł taką wiedzę i z jakiego, sprawdzonego zapewne źródła ona pochodziła, Mikołaj Pawlak nie ujawnił. Poczekał z tym 24 godziny i żeby zadać szyku swojemu stanowisku oraz obronić resztki zdrowego rozsądku które po sobie pozostawił, zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa polegającego na „nielegalnej sprzedaży osobom małoletnim środków farmakologicznych wspomagających modyfikację płci”. Uzasadniając zawiadomienie, Mikołaj Pawlak powołał się na artykuł „Zmień sobie płeć, dzieciaku”, opublikowany w sierpniowym wydaniu „Tygodnika Solidarność”. Innymi słowy, RPO, organ konstytucyjny, powoływany prze Sejm, z definicji poważny i cieszący się estymą od lat, reprezentowany jest dziś w Polsce przez człowieka, który miota w mediach oskarżeniami bazującymi na wiedzy z prasy i przedstawia to jako fakty, których uprzednio nie weryfikuje. Dopiero gdy zdaje sobie sprawę z idiotyzmów które opowiada, zatrudnia do poszukiwania w nich prawdy prokuraturę, tj. zleca za publiczne pieniądze to, co sam powinien wcześniej sprawdzić. Celowo nie piszę tu o ciężarze gatunkowym zarzutów podnoszonych przez pana Mikołaja Pawlaka, tak jak nie piszę o sensowności dowodzenia tezy, że bąk enerdowskiego boksera na ringu skutkował dyskwalifikacją. Najzwyczajniej w świecie, w pewne rzeczy wierzą jedynie dzieci albo płaskoziemcy i nie ma sensu marnotrawić na nie czasu. Ubolewam jedynie, że jeden/jedno z nich został przez polski Parlament postawiony na tak zaszczytnej funkcji, do której najzwyczajniej nie dorósł. Miał być człowiek Rzecznikiem Praw Dziecka, a okazuje się, że sam jest dzieckiem; daje wiarę temu, co wyczyta w gazecie. Nie doprecyzuje. Nie zweryfikuje. Mało tego, nie zainteresuje się doniesieniem z urzędu od razu, bo kto wie, może i rzeczywiście artykuł z „TS” z prawdą się nie mija i coś na rzeczy jest. Tymczasem Pan rzecznik opowiada w telewizji o tabletkach na zmianę płci, a w jego doniesieniu do prokuratury mowa jest o portalach internetowych, na których można nabyć środki hormonalne i to bez wychodzenia z domu. Nie wiem czy rzecznik Pawlak i jego biuro wiedzą, ale w internecie, także w Polsce, można kupić również narkotyki, broń, a nawet niewolników do plantacji albo najemników na wojnę. Tak słyszałem od starszych chłopaków. Można też, w ciemnych internetu odmętach, handlować pedofilią i dziećmi do jej produkcji i wolałbym, żeby polski RPO skupił się na tępieniu tego, co realnie zagraża naszej dziatwie, a nie na tęczowych, diabelskich tabletkach na porost LGBT.

Jeśli chcecie dostąpić Królestwa, bądźcie ufni jako dzieci, stało w pismach; szkoda że rzecznik Pawlak tak dosłownie wziął sobie to przesłanie do serca i wypisał na sztandarach. Ale, w sumie, nie on jeden dosłownie dekoduje przekaz. To musi się jakoś nazywać, ale za nic sobie nie przypomnę jak…

Kanthaka portret własny

Kończą się wakacje, lato się kończy, a u mnie zaczyna się depra; zwykle we wrześniu miewałem zwyżki formy; grywałem ostatnie koncerty plenerowe, przygotowywałem się do corocznej, jesiennej trasy, a w tym roku wszystko to się skończyło, a ja razem z tym. Ale przynajmniej nie muszę kryć się ze swoimi popędami, tym się pocieszam…

Parę dni temu, Michał Kowalówka, działacz lewicowy, jak określają go wraże media, napisał na Twitterze, że poseł Jan Kanthak, ongiś, w klubie w Krakowie, proponował mu w niewybredny sposób stosunek oralny, na co on nie przystał. Propozycja miała być złożona w lokalu który osoby LGBT bardzo sobie upodobały. Jan Kanthak całą rzecz uznał za prowokację, opowieści Kowalówki nazwał wulgarnymi bredniami i zapowiedział dodatkowo podjęcie kroków prawnych, tj. skierowanie do prokuratury zawiadomienia o naruszeniu słynnego artykułu 212, skutkującego zniesławieniem. Nie spodziewam się, że prokuratura ustali, jaki rzeczywiście był stan faktyczny. Po pierwsze dlatego, że mamy słowo przeciwko słowu, a tu nawet ziobrystyczny sąd nie zrobi wałka, żeby uznać przewinę tylko jednej ze stron. Po drugie, właśnie dlatego nie będzie rozstrzygnięcia, bo sprawa dotyczy pupilka Zbigniewa Zero, więc trudno spodziewać się, że służby zbadają wnikliwie rzecz i prześwietlą okoliczności, zwłaszcza że minęło kilka lat od zajścia. Jeśli jednak by chciały to uczynić, w co oczywiście wątpię, mogłoby być interesująco.

Wydarzenie miało mieć rzekomo miejsce w 2011 r. Można by rozpytać na tę okoliczność posła Kanthaka, czy był tego roku i miesiąca, bo sądzę, że M. Kowalówka jest w stanie przypomnieć sobie miesiąc zajścia, a może nawet i datę dzienną, w Krakowie. Jeśli Kanthak nie jest w stanie, być może zachowały się jakieś artefakty, które uwiarygadniałyby wersję Kowalówki; zdjęcia na komórkach, wpisy na fejsie etc. Jeśli by tak było, należałoby zapytać posła Kanthaka, a zaznaczmy, że składa on zeznania pod przysięgą, czy kiedykolwiek gościł w klubie, w którym miał rzekomo składać propozycję Kowalówce. Jeśli odpowie twierdząco, w co wątpię, wyborcy Kanthaka zastanowią się zapewne, co wojujący z homoseksualizmem młody chłopiec, robił w klubie dla gejów. Jeśli Kanthak zaprzeczy, co raczej pewne, służby, jeśliby tylko chciały, mogłyby dalej prześwietlać jego wersję; sprawdzić monitoring, o ile się zachował, rozpytać właścicieli i stałych bywalców. M. Kowalówka zapewne dostarczy niezbędnych koordynatów, skoro napisał to co napisał, bo liczył się zapewne z takim obrotem spraw. Może być z cała sprawą również tak, że poseł Kanthak zaprezentuje twarde alibi na to, że wtedy, kiedy rzecz miała mieć miejsce, bawił cały miesiąc za granicą, co może udowodnić. W to też raczej wątpię Najbardziej prawdopodobny wydaje mi się scenariusz, w którym poseł Kanthak pokrzyczy w mediach, za co to nie pociągnie kolegi Kowalówki przed sądem, a ostatecznie, kiedy sprawa przycichnie, żadnego zawiadomienia do prokuratury nie skieruje. Jak to mówią, pies który szczeka, nie gryzie.
Pogrążony w jesiennej depresji, myślałem wczoraj o pośle Janie Kanthaku i jemu podobnych. Załóżmy, że jest tak, jak twierdzi M. Kowalówka, że poseł proponował, że bywał w gejowskich klubach, bo tak naprawdę jest kryptogejem, który boi się przyznać do swojej prawdziwej orientacji. Z różnych powodów; bo wychował się pod opieką permisywnych rodziców, bo tak naprawdę nie może zaakceptować samego siebie, gdyż kłóci się to z jego poglądami politycznymi, a przecież obrał drogę politycznej kariery i to w ugrupowaniu konserwatywnym. Deklaracja o byciu gejem w szeregach PiS-u to polityczne seppuku; kto wybierze geja z list PiS-u? Toć w tym rodle same najlepsze syny i córy narodu i nie ma tam miejsca na zboczeńców, podług pisowskiej nomenklatury. Trzeba więc kryć się z tym, jak ze wstydliwą chorobą. Czasami jednak, kiedy fantazja poniesie i człek się za bardzo odsłoni, zalicza głupie wpadki, które ktoś później wyciąga. Pomyślcie Państwo, jak ciężko żyć takiemu człowiekowi, zwłaszcza młodemu, który od początku swojej dorosłości musi brnąć w kłamstwie i unikach; musi chować się jak złodziej w nocy, żeby go nikt nie zauważył; przemykać jak szczur przy ścianie budynku, zaliczać kompromitujące schadzki w toaletach etc. Tylko dlatego, że boi się stracić to, na co zapracował, przez swoją „ułomność”, która na polskiej prawicy jest nie do przyjęcia. Straszne życie. I straszna, spaczona i cyniczna starość. Jak, nie przymierzając, wiadomo kogo.

Ongiś mój przyjaciel, muzyk znanej kapeli, heteroseksualista, będąc pod wpływem alkoholu, zaszedł był, zupełnie przypadkiem, do jednego z klubów w Sopocie, na gejowską imprezę. Kiedy wszedł na salę, zamroczony, przywitał go w progu…jego kolega z zespołu słowami: „Stary? Ty też?”.

Osz-czę-dno-ści!

Minister Szumowski zrezygnował. Uprzedził ruch swojego pryncypała, któremu zaczął ciążyć w rządowej ławie. Na początku pandemii miał papiery na zbawcę narodu, ale z takiego ambarasu jeszcze nikt w tym świecie nie wyszedł na ludzi. Zresztą, nie ma się co oszukiwać; w Polsce, na stanowisku ministra zdrowia można co najwyżej mało stracić, chociaż niekiedy to już też jakiś zysk.

Z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc widać było jak na dłoni, jak nam minister Szumowski niknie w oczach. Zmarnowany, podpuchnięty, nie był najlepszą wizytówką dobrej zmiany. Inna rzecz, że po tej nierównej walce z covidem, mało kto wyglądałby lepiej. Czytałem niedawno wywiad z ministrem Szumowskim; uskarżał się na chroniczne przemęczenie; po pracy nie miał już siły na nic; ani na rodzinę, ani na przyjaciół; z braku lepszego pomysłu na życie, oglądał na komórce głupawe filmiki na jutubie. Nie dziwota zatem, że zrezygnował. Co miał naprawić, naprawił. Co się udało zepsuć, naprawi albo do reszty zepsuje nowy kolega. A właśnie, premier zbyt długo nie czekał z powołaniem następcy Szumowskiego. Pierwszy raz od 16 lat mamy ministra nie-medyka. Były szef NFZ-tu, Andrzej Niedzielski, to podobno ceniony fachowiec. Chwali go lekarska profesura, nawet opozycja. Ekonomista, po SGH-u, ma reperować służbę zdrowia i uszczelniać wycieki gotówki. To akurat krok w dobrą stronę, bo grosz u nas państwowy marnuje się jak rzadko gdzie. Mnie jednak ta nominacja niepokoi. Znam co najmniej kilka przykładów, w tym i w służbie zdrowia, kiedy to na dyrektorskim stolcu zasadzono ekonomistę lub księgowego. Formalnie człowiek miał zarządzać po gospodarsku, a w praktyce zarządzanie owo sprowadzało się do szukania oszczędności i pilnowania kasy.

Ongiś były wiceminister zdrowia w jednym z rządów, z którym rozmawiałem przy kawie, napomknął mi, że konsolidacja szpitali stołecznych i ustanowienie weń tego, a nie innego dyrektora, miała służyć oszczędnościom, a ten miał za zadanie je znaleźć. Dostał człowiek prikaz, żeby ciąć. No i ciął, równo z trawą. Niedawno podobną rozmowę odbyłem z aktorką jednego z państwowych teatrów. Tam też postawiono na czele bezpartyjnego fachowca, który zajmował się wcześniej zawodowo liczeniem pieniędzy. I, między wierszami, taką właśnie wizję przedstawił zespołowi: jest ciężko, a będzie jeszcze gorzej. Trzeba zacisnąć pasa i ciągnąć tę taczkę życia jak długo się da, a jak przyjdą lata tłuste, o ile przyjdą, to się może ciut pasa popuści. Choć, z drugiej strony, nie po to podnosi się ludziom podatki, żeby je później obniżać, także widoki na to, że po latach głodowych pensji i orania człowiekiem na zakładzie cokolwiek mu się polepszy, są raczej nieciekawe. W tym kontekście, nominacja dla byłego szefa NFZ zastanawia. Czy aby bankier Morawiecki nie sięgnął po ekonomistę Niedzielskiego stosując starą, sprawdzoną zasadę: dajemy na górę człowieka od liczenia kasy, żeby bilanse zaczęły się sztymować, a jak to nominat zrobi, to już jego sprawa.

Nie powiem, takie podejście mogłoby się sprawdzić u bogatych Niemców czy Szwajcarów, którzy oszczędzali i do czegoś doszli. Ale nie u nas. Od lat środowisko medyczne w Polsce woła o to, żeby przeznaczać na system ochrony zdrowia więcej z budżetu, bo kiedy fundujemy ludziom bezpłatną opiekę zdrowotną, musi być nas na to stać. Nasi politycy wiedzą jednak lepiej. Wcale nie trzeba dosypywać do garnuszka więcej, bo żeby to zrobić, trzeba by zabrać innym, np. im samym, a to przecież niedorzeczność. Trzeba więc ludziom z lubością opowiadać o tym, jaki to nasz system jest niewydolny i przeżarty korupcją. Pieniędzy jest dość, należy jedynie lepiej gospodarować tym co jest. Jak worek jest dziurawy, to niezależnie od tego, ile się doń dosypie i tak zawsze będzie wyciekać. I Andrzej Niedzielski ma być szewcem, który te dziury załata. Część z tych zarzutów, to nawet prawda. System jest zmurszały i starodawny w wielu aspektach. Zdarza się, że dyrektorzy i lekarze biorą łapówki. Bez dwóch zdań, trzeba walczyć z takimi patologiami. Prawdą jest jednak również to, że niebawem nie będzie kto miał stać przy łózkach pacjentów, albo asystować przy operacjach, bo średnia wieku pielęgniarek zbliża się do średniej emerytalnej. A następczyń nie widać. Porozumienie lekarzy rezydentów z rządem sprzed paru lat właśnie wygasa i medycy na specjalizacjach dowiadują się z kadr swoich szpitali, że ich zarobki wracają do stanu sprzed porozumienia. Czasami, jak dyrekcja łaskawa, to i utnie mniej, no ale jak jest pandemia, to można za pomocą niej prawie wszystko wytłumaczyć. Dodatkowo, każdy lekarz zastanawia się, jak to będzie, kiedy ziobrowy kaganiec zacznie działać i zaczną ich wsadzać do cel za rzekome błędy w sztuce. Ma więc nowy pan minister nad czym myśleć. Gorzej będzie, jeśli minister Niedzielski skupi się na tym, na czym się najlepiej zna, czyli na szukaniu oszczędności. To by się nawet zgadzało. Wszyscy w tym rządzie czegoś szukają. Jedni smoleńskiej mgły, drudzy zemsty za rodzinne traumy, kompensacji swoich kompleksów, jeszcze inni szansy na lepsze życie, utraconej wiary, kobiet, większych pieniędzy. Może ktoś coś wreszcie znajdzie. Np. on.

Gen samozagłady

Mam w życiu kilka marzeń. Jednym z nich jest podróż do Australii. Wierzę, że kiedyś uda mi się je zrealizować. Tymczasem jednak muszę się zadowolić czytaniem o tym wspaniałym kontynencie i jego mieszkańcach. Czasami znajduję podobieństwa z naszym padołem.

Niektóre z australijskich rozwiązań i australijska optyka patrzenia na wiele spraw, mogą być dla nas, Europejczyków, cokolwiek dziwaczne. Dajmy na to koty. W Australii koty w buszu to szkodniki, tak jak myszy w polu u nas. Biali osadnicy zawlekli je do miast, a stamtąd koty trafiły już same na prowincję. W związku z obfitością pożywienia, kot odnalazł się w buszu doskonale. Do tego stopnia, że zaczął zagrażać rodzimym, endemicznym gatunkom, siejąc weń spustoszenie swoją żarłocznością i przebiegłością oraz szybkim przystosowaniem do życia w nowych warunkach. Traktowany jest więc jako szkodnik, którego należy tępić z pełną surowością. Małe, puchate kociątka, znajdowane przez farmerów na pustkowiu albo w polu, spotyka taki sam los jak nasze szczury albo łasice. Podobnie rzecz ma się z psami dingo. Do niedawna jeszcze powszechną praktyką było odstrzeliwanie dingo, które kręciły się zbyt blisko ludzkich zabudowań i wieszanie ich truchła na drzewach. Miejscowi wierzą i wiedzą bowiem, że martwy dingo wiszący na drzewie, skutecznie powstrzymuje żywe przed zapuszczaniem się do siedzib ludzkich. Psy dingo, choć nie potrafią szczekać, umieją odpowiednio zdekodować widzialny sygnał informujący o tym, jak kończą ich koledzy, którzy zapuścili się w niewłaściwe rejony.

Posłowie polskiego Sejmu przyznali sobie podwyżki. W czasie gdy naród liczy każdy grosz, inflacja pożera oszczędności, a w cywilizowanym świecie politycy solidaryzują się ludem, tną własne pobory. Znalazła się grupka parlamentarzystów obdarzonych zdrowym rozsądkiem, która nie podniosła ręki za skokiem na kasę, ale przeważająca większość zagrała tak, jak im to wszystko Jarosław Kaczyński rozpisał i zaintonował. Zrazu, obyci w internetach rodacy poznali twarze i nazwiska grupki, która za podwyżkami nie zagłosowała. Ja jednak kazałbym pokazywać i wieszać na drzewach plakaty z podobiznami i nazwiskami tych wszystkich, którzy na publiczny grosz się połasili. W każdym regionie, skąd zostali wybrani, na bilbordach pokazywałbym ich podobizny i informacje, z list jakiego ugrupowania zostali wybrani; żeby naród widział, jak bardzo jednacy są w swojej pazerności. Miałoby to mieć również charakter resocjalizacyjny oraz powstrzymujący innych, którzy w przyszłości zdecydowaliby się na podobny zabieg. Wiszą gęby na drzewach, które chciały podwyżek w czasie kryzysu-przypatrzcie się im, dobrze zapamiętajcie, a w kolejnych wyborach przypomnijcie je sobie, zanim oddacie głos. Takie mamy elity, bo pozwalamy sami, żeby takie nam rosły; pasły się na naszych pieniądzach.
Czytałem niedawno, że jest na świecie rasa psa myśliwskiego, wykorzystywanego w polowaniach na lisy i borsuki, który na skutek zabiegów genetycznych człowieka zatracił z biegiem lat pierwiastek samozagłady. Liczy się dla niego tylko zagonienie zwierzątka pod ścianę i przegryzienie mu grdyki. Bez względu na wszystko. Zdarza się czasami, że pies w pogoni za borsukiem, potrafi wśliznąć się do jego nory, która zbudowana jest jako plątanina tuneli, z której tylko borsuk zna drogę wyjścia. Znane są przypadki, że pies, który zagubił się w borsuczych labiryntach, zostaje pod ziemią na zawsze. Czasami udaje się go odkopać, kiedy słychać z którego miejsca pod ziemią dochodzi ujadanie i skomlenie. Pewnego razu było tak, że myśliwi odkopali na wpół żywego psa, który gdy tylko sztachnął się świeżym powietrzem, skoczył na cztery łapy i dał susa z powrotem, żeby dorwać zdobycz.

Polscy parlamentarzyści zatracili gen przyzwoitości już dawno. To co jednak zrobili tym razem, można jako żywo przyrównać do sytuacji z psem i borsukiem. Każde żywe stworzenie nie odważyłoby się założyć sobie wisielczego sznura na szyję, stojąc przy tym jedną nogą na moście, nawet gdyby ten utkany był z najszlachetniejszych materiałów. Niezbędne minimum pomyślunku i gen samozagłady wystarczą, żeby przewidzieć, z jakimi konsekwencjami może się to wiązać. Wydawałoby się, że kto jak kto, ale polityk potrafi antycypować ciut dalej, niż dwie sekundy w przód. Być może są i tacy. U nas, w Polsce, znalazło się dwudziestu kilku. Na 360 posłanek i posłów. Dno dna. Wstyd mi, że rządzą nami i stanowią w Polsce prawo ludzie, którzy mają kłopot z połączeniem kropek i wygraniem z pięciolatkiem w kółko i krzyżyk. Gdzie popełniliśmy błąd?