Przerwa w pracy

Z wielkim zadziwieniem przyjąłem decyzję marszałek Witek o tym, aby bieżące posiedzenie Sejmu przerwać i dokończyć je…po wyborach. To tak, jakby nauczyciel pod koniec roku postanowił zakończyć lekcję przed czasem i wrócić do niej po wakacjach. W tej samej klasie, mimo że część uczniów nie zdała, a na ich miejsce doszli nowi. I to wszystko wyłącznie dla ich dobra.

Marszałek Elżbieta Witek argumentuje swoją decyzję o skróceniu posiedzenia Sejmu prośbami. Jakimi? Licznymi. I to nie tylko od swoich kolegów z prawa, ale też od tych z bardziej lewego prawa, czyli od PO. Prośby te uzasadniane były ponoć krótką kampanią wyborczą. Miesiąc, który pozostał do nowych wyborów, to podług słów marszałek Witek, bardzo mało, żeby skutecznie pracować w Sejmie i jednocześnie móc spotykać się z elektoratem. W związku z tym zarządza się posłom przymusowy płatny urlop, aby mogli skupić się tylko na kampanii, a pracę dla kraju skończą po wyborach. Z jednej strony to zrozumiałe: wiadomo przecież, że jak się człowiek nadmiernie czymś przejmuje i stresuje, to nie ma siły na to, żeby mógł się skupić na robocie. Pracuje wtedy mniej wydajnie, robi po łebkach, bo cały czas ciąży mu niezałatwiona sprawa, która wysysa z niego siły i życiodajny tlen. Dobrze więc robi pani marszałek, że wychodzi naprzeciw tym ludzkim ułomnościom. Większość posłów bieżącej kadencji zamierza bowiem startować również w najbliższych wyborach, więc jej decyzja powinna być każdemu na rękę. Z drugiej strony, wiadomo jednak, że jak się przerywa pracę, to po przerwie, nawet krótkiej, ciężko się wraca do starych obowiązków. Dajmy na to ja; kiedy gram z kolegami całodniową próbę, a w okolicach obiadu ściśnie głód, wiem, że po obiedzie nic wartościowego już nie wymyślę. Koledzy zresztą też. Tak mamy; jak się robotę przerwie, to się człek rozleniwi i potem tylko symuluje, że coś robi, a tak naprawdę myśli, kiedy będzie można pójść do domu. Złośliwi parlamentarzyści, oczywiście, głównie ci z opozycji, twierdzą, że PiS robi taki zwishenruf po to, żeby odwrócić uwagę opinii publicznej od ważnych dla kraju spraw tuż przed wyborami i powrócić do nich po wyborach, w starym składzie, żeby nie strzelać sobie w stopę kolejną kontrowersją. Może oczywiście tak być, choć o taki makiawelizm posłów PiS bym nie podejrzewał. Ot, zwyczajnie, zasiedziałe w Sejmie towarzystwo, które w większości potrafi tylko siedzieć w Izbie i brać za to pieniądze, boi się, że jak się nie przyłoży do kampanii i nie powtyka w kieszenie ludu odpowiedniej liczby ulotek, może się w przyszłym parlamencie już nie znaleźć. Trzeba będzie wtedy wziąć się za uczciwą robotę, a jak wiadomo powszechnie, do luksusu człowiek przywyka szybciej niż od niego odwyka. Idzie więc o to, że brać pieniądze za nic, a w tym czasie pracować przy swojej własnej kampanii. Wyborczej, buraczanej, wszystko jedno jakiej. Swojej.
Dyrektor zakładu zatrudnia w państwowej firmie sprzątaczkę, która w godzinach pracy sprząta u niego w domu. Robotnicy z państwowego przedsiębiorstwa za państwowe pieniądze stawiają płot na prywatnej posesji kierownika odcinka. Komuna mentalna w czystej postaci. Choć nie tylko, bo za kapitalizmu, zwłaszcza u nas, podobne praktyki również się spotyka. Czym zatem różnią się te dwie sytuacje przytoczone powyżej, od tej, z którą mamy do czynienia dzisiaj w Sejmie? Kompletnie niczym. Na państwowym folwarku zarządca, za zgodą pana, daje chłopstwu wolniznę na czas sianokosów na swoich morgach, ale po żniwach chłopstwo ma wrócić na pole dziedzica i uporządkować ściernisko, które po sobie zostawiło. Na miły Bóg, jak w cywilizowanym państwie, w środku Europy, władza może się aż tak szarogęsić? Okazuje się jednak, że można, i zrób Pan nam coś. Opozycja, tu akurat słusznie, atakuje rząd i wzywa do kontynuowania pracy. Robi to nie tyle z troski o Państwo, co z bojaźni o swój własny byt, bo im więcej PiS-u w kampanii w terenie kosztem czasu w Sejmie, tym mniej ich. Niby czas dla każdego jest taki sam, ale nie każdy może ściągnąć do siebie do gminy czy powiatu premiera czy ministra, żeby na jego tle pokazać się tłuszczy, jakiż to z niego dobry gospodarz i wymarzony kandydat, w przeciwieństwie do tamtego gołodupca, który tylko obiecuje gruszki na wierzbie. Poza tym, niech opozycja dzisiejsza nie zapomina, jak ongiś marszałek Borusewicz rozpuścił do domu senatorów przed końcem posiedzenia, bo nie było nad czym procedować. I wtedy dobrze było?
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Co dalej, ósma klaso? Ważny tunajt

Jechaliśmy w czwartek autem, ż żona i córką, daleko i długo-z Tomaszowa Lubelskiego do Istebnej. Gdzieś w okolicach Tarnowa włączyło się, o pełnej godzinie, „Radio kierowców”. Tak jakoś mam w tym aucie, że ustawień fabrycznych od dwóch lat nie tykam. Nadawali akuratnie informacje o stanie negocjacji w sprawie obsady brukselskich stanowisk. Żona zapytała mnie wtedy, usłyszawszy, że Donald Tusk straci swój fotel: „A co teraz z nim będzie?”. No właśnie. Co z nim będzie… Przypomniał mi się wówczas film, chyba z Krzysztofem Majchrzakiem w roli głównej, tytułu nie pomnę. Rzecz dzieje się w zaborze rosyjskim, po, albo w trakcie powstania styczniowego. Krzysztof Majchrzak, powstaniec, pojmany przez sołdatów, stoi w głębokim dole, do którego za chwilę będą wlewane ekskrementy. Taka finezyjna kara śmierci. Nad dołem, na koniu, siedzi ruski generał i pyta Majchrzaka: „I co teraz będzie?”, a Majchrzak, chyba to jednak był on, z rozbrajającą szczerością i nonszalancją w głosie odpowiada: „Gówno będzie”. Żonie bym tak nie śmiał odpowiedzieć, zwłaszcza własnej, ale w sumie, do tej krótkiej scenki cała sprawa z Tuskiem się sprowadza. Gówno będzie. Do Polski Tusk raczej nie wróci. Z tego co można wyczytać ze źródeł zbliżonych do samego byłego premiera, jest tak, że po prezydenckiej porażce w 2005 roku z Lechem Kaczyńskim, Donald Tusk nie angażuje się w sprawy, które mają choć cień niepowodzenia, a za rok, bój o prezydenturę z Andrzejem Dudą jest przegrany bardziej niż na pewno, i odszczekam te słowa, jak znajdzie się śmiałek, który stanie z nim w konkury i na dodatek wygra, choć, jako „frankowicz”, mam prawo nie lubić prezydenta Dudy bardziej niż bardzo, z czego oczywiście korzystam. Nie wystartuje Donald Tusk, po pierwsze dlatego, że Duda w trakcie kampanii będzie wieziony na dojnej krowie o nazwie „PiS plus”, czyli wszystkich tych fruktach, które PiS ludziom dało, a o których wcześniej mówiono, że nie można dać, bo się nam budżet rozleci, a, patrzcie Państwo, jakoś się nie rozleciał. W tym starciu Tusk szans nie ma najmniejszych, bo przecież to on, a nie kto inny, rozszczelnił VAT-owską dziurę, którą teraz PiS załatał, i z której są pieniądze na wszystkie polskie dzieci. Tak przynajmniej przebiegać będzie oś narracji w trakcie potencjalnej kampanii, i nie trzeba być szczególnie politycznie wyrobionym, żeby to przewidzieć. Druga sprawa, że Donald Tusk, mówiąc oględnie, nie jest tytanem pracy. To z kolei plotki, które po Warszawie krążą od lat. Piłka, mecze w telewizji, ostre spory w świetle kamer, ale nie praca organiczna – od wsi do wsi, od powiatu do powiatu. Od tego, w czasach Platformy, Tusk miał Schetynę i Grasia. Dziś ostał mu się jeno ten drugi, a to trochę mało. Schetyna nigdy wprost tego nie powie, ale jak wyłączą mikrofony, to z właściwą sobie gracją, w żołnierskich słowach, usłyszycie Państwo od niego, gdzie Tuska ma i co dla niego może zrobić. Mniej więcej to samo, co zaborcy dla Majchrzaka. Kasy partyjnej w błoto nie wyrzuci, bo inwestycja w Tuska jest mocno niepewna. Owszem, środowisko „Wyborczej” i KOD-u zrobi Tuskowi kampanię, albo raczej, zrobiłoby, ale to też nie wystarczy. Żeby zostać prezydentem w tym kraju, albo wygrać jakiekolwiek wybory, trzeba do siebie przekonać prowincję i wieś, a tego Tusk nie zrobi. Kiedyś, w złotych latach PO, nimb europejskości i załatwione autostrady starczyły, ale jedynie na pół kadencji. Od czasu wyprowadzki Tuska z Polski, Platforma nieustannie traci i nie ma pomysłu na to, co Polakom zaproponować prócz tego, że Jarosław Kaczyński jest mały i brzydki i dlatego nie warto na niego głosować. Inna rzecz, że gdyby doszło do ewentualnego starcia Tuska z resztą Polski, wyciągnięte na wierzch zostaną demony, o których wiedzę ma dawne środowisko KLD, a o których pisali m.in. Sulmiński i Budzyński. Inna rzecz, jak to robili, i że oprócz domniemań i poszlak dowodów twardych nie ma, ale choćby z ich publikacji wprost wynika, że Tusk i jego ekipa, to niemiecka agentura, umocowana u nas jeszcze za czasów schyłkowej Stasi. Naturalnie, gdy rzecz wyjdzie dalej niż klub „Ronina” i środowisko „Gazety Polskiej”, a wyjdzie na pewno, już się Jacek Kurski o to postara, trzeba będzie na zarzuty odpowiedzieć. I to akurat bardzo by było dobre, godne i sprawiedliwe, gdyby Tusk zaczął się tłumaczyć, skąd była kasa na KLD, jak to było z tymi powiązaniami z biznesem, choćby przez wzgląd na historyczną prawdę, której tacy jak ja, poszukują po państwowych archiwach, a która drzemie raczej nie tam, a w ścianach barów i pokojów w „Mariocie”. Z tych choćby prozaicznych powodów, kierunku polskiego Donald Tusk nie obierze. Za dużo mielizn, za słaby połów i za dużo piratów na akwenach. To może zagranica? Może. Jeśli jakaś, to nie nazbyt eksponowana. Angela Merkel nie będzie za niego umierać, sama powoli myśli, co dalej zrobić z samą sobą i swoją spuścizną. Po fatalnych dla Tuska notowaniach przy okazji negocjacji z UK w sprawie Brexitu, do NATO nikt też go raczej nie zaprosi. Może jakaś agenda ONZ? Może w przyszłości szefostwo? Może, choć Trump na pewno się postawi. Na razie więc przeczekanie i flauta. Oczywiście, usłyszycie Państwo od niego samego, że teraz musi się wyciszyć, zdystansować, nabrać sił po ciężkim epizodzie brukselskim, ale to ściema. Nie bardzo jest dokąd uciec, więc ucieczka w sen też jest jakimś rozwiązaniem. Na ten moment, najlepszym z możliwych.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Po co nam/wam wolność? Ważny tunajt

Ja opowiadam się za miłością. I za wolnością. Nigdy nie lubiłem i nie lubię, kiedy ktoś mi coś każe albo mnie za coś karze, gdy rozkazu nie posłucham. Czupurny jestem i najeżony. Jeśli już się do czegoś przekonam, to to musi potrwać. Uleżeć się. Wtedy potrafię powiedzieć-nie miałem racji. Ale żeby cokolwiek coś na rozkaz albo od pod rygorem, to nie ze mną.

Cały ranek, kiedy tak leżałem sobie w łóżku bez celu, rozmyślałem o wolności na kanwie przypadków drukarza z Łodzi i kasjera z Ikei. Czy to dobrze, że TK uznał za niekonstytucyjne karanie kogoś za odmowę druku plakatów LGBT, albo czy właściwym jest bojkot szwedzkich mebli za wywalanie człowieka z pracy za to, że nie chce być częścią tęczowej społeczności, a na dodatek ma czelność cytować Pismo Święte w internecie. I doszedłem do wniosku, że to dobrze i właściwe. Bo ja opowiadam się za wolnością. A ona ani lewicowa ani prawicowa nie jest. Ona po prostu jest. Albo jej nie ma.
Sam wspieram działania na rzecz społeczności LGBT, bo uważam, że to potrzebne. Godne i sprawiedliwe. Ale nie będę się zgadzał w ciemno na wszystko, co mi ta czy inna społeczność chce narzucić jako moje, bo dużo bardziej sobie cenie własne zdanie. M.in. dlatego nigdy nie zapisałem się i nie zapiszę do żadnej partii, bo nie mógłbym bronić tez z którymi się nie zgadzam, tylko dlatego, że to tezy partyjne i jeden czy drugi starszy pan w krawacie mówi, że to dobre, choć ja czuję, że jest zupełnie odwrotnie. Dlatego uważam, że jeśli się szacunku i tolerancji chce dla siebie, to winno się ją mieć i dla innych. I nie narzucać swojego zdania przymusem – czy to firmowym czy państwowym – tylko przekonywać argumentem. Nie chcesz nosić tęczowej koszulki w naszej firmie? Hmmm, niby masz do tego prawo, ale tak naprawdę to nie masz. Won na bruk za seksizm. Jak w „Rejsie”: „Przepraszam, czy można? Można. Tzn. nie można.” Nie chcesz wydrukować plakatów dla homoseksualistów? Won na bruk. I to ma być wolność?
W świetle tych dwóch spraw toczy się w mediach dyskusja głównie na niwie światopoglądowej. Media prawe spychają ją do narożnika lewackiej propagandy versus klauzuli sumienia, a media lewe do równości i tolerancji. Ale ja w tym widzę doskonały fundament do dyskusji o wolności właśnie, na którym jak dotąd nikt jeszcze nie zaczął nic stawiać, więc może ja pierwszy zacznę.
Jak ktoś jest właścicielem interesu, za przeproszeniem małego, albo działającego na wielką skalę, to może z nim robić co chce, w ramach obowiązującego prawa. Rozprzedać, zbankrutować, zarabiać na nim, rozwijać etc. Jestem sobie drukarzem. Mam firmę, zatrudniam ludzi, płacę podatki. Nie chcę drukować plakatów dla ONR-u. Uważam, że przykładam rękę do złej sprawy, a pieniędzy od nich mi nie potrzeba. Odmawiam. I chcę mieć prawo odmówić. Tak jak tamten ma mieć prawo odmówić druku dla LGBT. I to jest wolność. Bo jak jednym wolno odmawiać, a drugim już nie, to to jest wolność Kalego.
Jest duża firma. Zatrudnia ludzi na 5 kontynentach. W swoim regulaminie ma wpisane poszanowanie dla inności we wszystkich językach świata. Najmując się doń do pracy nie podpisywałem lojalki, że będę musiał swoim strojem, zachowaniem czy osobą, uczestniczyć w promowaniu wartości szarych, burych czy pstrokatych, tylko dlatego, że kierownik mi tak każe, pod groźbą nagany lub utraty stanowiska. A tak się właśnie dzieje. Najmuję się do firmy z czystą kartą światopoglądową, a wychodzi na to, że muszę podbijać na zakładzie kartę tęczową, a na to się nie umawiałem. I firma wyrzuca mnie za to z roboty. To, Szanowni Państwo, jest już ch.j, a nie wolność.
Ja opowiadam się za wolnością taką, żeby człowiek nie był przez pracownika zmuszany do robienia rzeczy, których nie chce. I to również w aptece. Jeśli nie chcesz czegoś robić, bo kłuci się to z twoim sumieniem, poproś kolegę, żeby wydał pigułki dzień bo, jeśli z jego się akurat nie kłóci. Masz prywatną aptekę, za którą zapłaciłeś swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi i nie chcesz sprzedawać prezerwatyw? Twoja sprawa. Nie sprzedawaj, a Państwu nic do tego. I to jest wolność właśnie. Bo dziś wolności żadnymi krzyżami się już nie mierzy, tylko twoja albo moją wolną wolą. A tą możesz oczywiście powiesić na krzyżu, ale wcale nie musisz.
W jednym wypadku wolność, czy to sumienia czy wyboru, musi być schowana do kieszeni. Kiedy coś jest państwowe, albo na państwowym się zasadza. Tu wszystko musi być dla wszystkich. Nikomu nie wolno odmawiać ani traktować lepiej czy gorzej. Egalitaryzm pełen. A jak masz swoje, nie łamiesz prawa, nie krzywdzisz innych, nie przymuszasz wbrew woli, to wara urzędom i urzędnikom od tego, jak swoje pożytkujesz. I tyle. Bo ja jestem za wolnością.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Wieść gminna Ważny tunajt

Kiedy nie gram, albo nie jestem na próbie, piszę pracę doktorską na temat lokalnych tygodników i historii ich powstania. Niezwykle mnie ten temat zajmuje. W zasadzie nie wiem skąd u mnie ta fascynacja, może za krótko byłem w wojsku, albo z jakiegoś innego powodu. Grunt, że bardzo mi się ta robota podoba. Bo lokalna prasa i to co w niej czytam, podobała mi się od zawsze dużo bardziej, niż to, co czytam w gazetach warszawskich. Z małymi wyjątkami.

Z uwagą pochyliłem się nad niusem dotyczącym Anny Wilk, dziennikarki „Gazety Powiatowej”, która od lat opisuje sytuację we wronieckiej spółce Amica, tej od kuchenek i pralek i dawniej, od drużyny piłkarskiej. Sąd w Poznaniu skazał panią Annę w pierwszej instancji na 3 lata banicji zawodowej oraz kary grzywny na łączną sumę 7 tys. PLN, za pomówienia względem firmy od lodówek. Proces trwał od 2017 r. Pani Anna w jednym ze swoich artykułów napisała, że w otoczeniu firmy na A. „nie brak bandziorów” i że zamiast spółką akcyjną Amika powinna się nazywać raczej „przestępczą grupą zorganizowaną”. I z te właśnie słowa poznański sąd wymierzył karę. Pani redaktor będzie się odwoływać. Tłumaczy, że sąd nie wziął pod uwagę wielu przedstawianych przez nią dowodów, jak również odmówił jej składania wyjaśnień. I rzeczywiście-zakazywanie pracy w mediach, zwłaszcza komuś, kto patrzy na ręce prywaciarzowi i pisze o przewinach dużych wobec małych, to w mojej ocenie zbyt daleko idąca penalizacja. Ale to, że dziennikarka z wieloletnim stażem pozwala sobie na wypisywanie takich a nie innych słów o spółce, to mnie co najmniej zastanawia. Bo, choćby przez wzgląd na gen samozachowawczy, pisanie czegoś podobnego o kimkolwiek lub czymkolwiek, jest wysoce ryzykowne, jeśli się nie ma mocnych dowodów w ręku na działalność mafijną i przestępczą. Nazywanie kogoś bandziorem, lub usadawianie w jego otoczeniu bandytów, jest bardzo ryzykownym zabiegiem, chyba że obliczonym na medialny szum, możliwy do okupienia grzywną finansowaną z nadsprzedaży numeru. Tego raczej nie zakładam, bo wiem jak się sprzedają gazety, zwłaszcza lokalne i ile na tym można zarobić. Dlatego też nie okażę zawodowej solidarności z panią redaktor do końca, bo, wychodząc z pryncypialnych pobudek, uważam że nazywanie kogoś publicznie złodziejem, bandytą, mafiosem albo nawet idiotą jest po prostu słabe, i nawet jeśli ma się na to mocne kwity, można to zrobić z klasą i z fasonem a nie walić obuchem między oczy, bo to ten nieszczęsny dyskurs publiczny nad stanem którego załamujemy ręce, przez takie a nie inne operowanie słowem, popada w jeszcze większy dołek. To właśnie takie pisanie, na granicy obrażania, lub tę granicę przekraczające, każe powątpiewać w jakość dziennikarstwa lokalnego i regionalnego, a szkoda, bo ludzie wszędzie potrzebują rzetelnej informacji. To ważne, zwłaszcza wobec planów które otwartym tekstem głosił swego czasu Paweł Kukiz i jego ludzie, a które tyczyły się zakazu finansowania lokalnych gazet przez samorządy. Gdyby tylko zapytali kukizowcy medioznawców albo choćby mnie, czy rzeczywiście tak jest, że lokalna prasa, finansowana bezpośrednio z samorządu, to dobrze czy kiepsko, usłyszeliby, że w dużej mierze jest tak jak sądzą, że te gazety to słupy ogłoszeniowe władzy, ale choćby dla tych parunastu procent wydawców z towarzystw regionalnych ziemi i powiatu czy z domów kultury, nie warto tych tytułów utrącać, bo częstokroć są one, lokalne gazety, jedynym źródłem informacji o regionie i to właśnie one budują małe ojczyznę i coś, co się nazywa społeczeństwo obywatelskie, a chyba o to nam wszystkim idzie. Inna rzecz, że przy okazji rozprawy z gazetami samorządowymi, chciał Kukiz zakazać finansowania bilbordów z pieniędzy podatników, na okoliczność dzielenia się burmistrza czy wójta z ludem podziękowaniami za udane dożynki albo pozyskane inwestycje. I to było dobre. Ale że wrzucone do jednego wora, umarło jako projekt pozbawiony szansy powodzenia, bo która partia pozwoliłaby sobie na obcięcie dotacji na darmową reklamę?
Liczę na to, że sąd drugiej instancji przywróci panią redaktor Wilk możliwość pracy w zawodzie i że jej teksty będą nie raz jeszcze dawać ludziom nadzieję, że w starciu z firmą i jej prawnikami nie są pozostawieni sami sobie. A ci bandyci i grupa przestępcza to tylko chwilowe semantyczne nadużycie.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Szansa Ważny Tunajt

Rozmawiałem dziś z kolegą, który od wielu lat mieszka i pracuje w Hiszpanii, na Teneryfie. Pytał mnie, co słychać w starym kraju. Opowiedziałem mu o powyborczej gorączce i o tym, jak jedni się cieszą i wieszczą rychły koniec drugich, a drudzy bagatelizują porażkę, którą próbują sprzedać jako mały wypadek przy pracy.

Znajomy z Hiszpanii nie głosował. Nawet nie wie, gdzie był najbliższy punkt wyborczy. Pewnie w konsulacie w Sewilli, ale kto by tam jechał na jeden raz. Lud pracujący na Wyspie zajmuje się meczami a po seansach-kolacjami w tawernach, żeby następnego dnia pójść do roboty. O polityce, zwłaszcza tej wielkiej, mało kto mówi. Bo i po co? Trzeba orać, żeby przeżyć, a politycy niech lepiej nie przeszkadzają, zwykł mawiać nigeryjski kolega mojego znajomego z Teneryfy, który razem z nim kładzie gładzie i podwiesza sufity w apartamentach.
Mój inny kolega, muzyk, zapytał mnie dziś, czemu nie załamuję rąk i nie krzyczę, że wygrał kto wygrał-przecież, my, ludzie kultury i artystycznego rzemiosła, powinniśmy najgłośniej protestować, że kraj nam idzie na zmarnowanie, bo jeszcze rok, dwa i urządzi nam PiS drugą Berezę Kartuską, i wszystkich na prawo od ściany powsadza na lata. Próbowałem go jakoś uspokoić, że na razie jeszcze nie wsadzają i nie zamykają. Mało tego, mówią dość otwartym tekstem, że nie zamierzają wyprowadzać Polski z UE, a cała reszta to kwestia umiejętności uprawiania miękkiej polityki dialogu i odpowiednio mocnych kadr, z czym rzeczywiście może być kłopot. A tak zupełnie po prawdzie, to my, ludzie sceny, lub szerzej, kultury i sztuki, najbardziej dostaliśmy po kieszeni od rządów Platformy i PSL-u. PiS jak dotąd głównie daje. Uwalone 50 proc. uzysku. Podwyżka VAT-u na bilety na imprezy masowe. Zgadnijcie Państwo, kto to tym pięknoduchom zafundował prawie dekadę temu?
W zwycięstwie PiS-u jest jednak cień szansy dla Polski. A przynajmniej być może. Wystarczy przyjrzeć się, nie nazbyt uważnie nawet, kto wygrał europejskie rozdanie w innych państwach. Zaznaczam od razu, to nie jest kompletnie moja polityczna bajka, ale ludzie wybrali tak a nie inaczej, i trzeba spróbować nauczyć się z tym żyć. Skoro już mamy w wielu europejskich państwach progres myśli prawicowo-konserwatywnej, której PiS jest również wyznawcą, istnieje szansa, że na poziomie europejskim, Kaczyński szybciej dogada się z sobie podobnymi w innych państwach niż z Timmermansem i Tuskiem. A z tego dogadania dla Polski mogą, choć nie muszą, wyniknąć konkretne, wymierne skutki. Najlepiej finansowe. Innymi słowy, ma dziś PiS szansę jak nigdy dotąd pokazać, jak potrafi skutecznie walczyć o pieniądze dla Polek i Polaków. I bardzo bym chciał ten wyczyn zobaczyć, a nawet więcej napiszę, bardzo towarzystwu kibicuję, żeby się im udało, choć na wódkę bym z nimi nie poszedł. Bo jak im się uda, to i mi też coś skapnie. Nowy chodnik, most, autostrada, po której będę jeździł i słuchał sobie na słuchawkach lewackich kapel i czytał Prousta.
Zawiść i żółć na wątrobie tak strasznie toczą ten kraj, że w dwugłosie polaryzacyjnym wszystkie podobne do moich opinie są kwitowane jako bajdurzenie symetrysty A mi idzie jedynie o swój własny komfort i dobrobyt, który egoistycznie łączę z dobrodziejstwem mojego kraju, urządzanego chwilowo przez PiS. I czy to się komuś podoba czy nie, tak właśnie jest, i mam wrażenie, jeszcze trochę będzie, więc oczywiście, można zżymać się dalej psując sobie nerwy, ale można też zacząć w końcu spokojnie żyć.
Wychodzę zaraz z domu i idę na rower. Bo mogę. Wam też radzę. Wy też nadal możecie.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”