Gumowe ucho Polaków

Donosicielstwem się brzydzę, prawie tak samo, jak złodziejstwem czy śmieceniem w lesie. To obrzydliwe, kiedy ktoś skarży na drugiego, żeby uprzykrzyć mu życie. Jeśli bierze za to pieniądze, to jeszcze pół biedy; ot, jest zwyczajnie chciwy i pazerny, a donosicielstwo to łatwy sposób na dorobienie do pensji; coś jak okradanie grobów albo zwłok na cmentarzu. Gorzej jednak, kiedy człowiek donosi na drugiego bez pieniędzy. Z przekonania, że czyni dobrze.

Ongiś, w szóstej albo siódmej klasie, w szkole podstawowej, nasza wychowawczyni podzieliła dzieci na grzeczne dziewczynki i niegrzecznych chłopców. Chłopakom przewodziliśmy w tryumwiracie, ja i dwóch kumpli. Dziewczyny miały duopol; dwie największe panny, które najlepiej się uczyły. Dla porządku trzeba dodać, że część dziewczyn, takich, które chuliganiły i uczyły się gorzej, trzymała z nami, także mieliśmy liczebną przewagę. Oczywiście to nie podobało się wychowawczyni. Postanowiła więc wprowadzić specjalny zeszyt, w którym dyżurny miał wpisywać uwagi oraz donosy na tego ucznia, który podczas lekcji albo przerwy źle się zachowywał. Później te donosy na godzinie wychowawczej były weryfikowane w obecności obwinionego. Normalnie, jak składanie samokrytyki za źle wykonany plan. Proceder trwał w najlepsze przez parę miesięcy. Dość powiedzieć, że w tym czasie klasa jeszcze bardziej się podzieliła, bo donosicielstwo podobało się tylko tym, którzy z lubością kapowali. Na bardziej posłusznych jednostkach wymusiło karność i pokorę, ale na tych bardziej krnąbrnych zadziałało jak płachta na byka. Wszystko ukróciło się na pierwszej, po wprowadzeniu w klasie książki skarg i wniosków, wywiadówce. Przytomna część rodziców uczniów z klasy zaprotestowała wobec takiego zachowania, podnosząc, skądinąd, słuszny argument, że podobne praktyki to uczenie donoszenia na siebie nawzajem i lepienie moralnych gnid, na co oni zgody nie dają. I tak skończyła się era kapownika, a wraz z nią nastała totalna wrogość między wychowawczynią a renegatami, do końca ich i jej dni w szkole podstawowej, czyli przez jakieś dwa, kolejne lata.

Kiedy patrzę na to, co się dzieje teraz z polskimi kościołami, przychodzą mi na myśl wspomnienia z siódmej klasy. Pod świątyniami stoją chłop i baba, licząc ludzi doń wchodzących. Robią to rzekomo z wysokich pobudek, nie wiedząc, że zachowują się jak stalinowska agentura. Nie ważne, co kto z nas sądzi o polskim kościele i klerze; prędzej czy później, raczej prędzej, księża katoliccy sami zaorają swoje zamki i spiżowe bramy, a to co zostanie, sprzedadzą za psie pieniądze Bezosowi, który urządzi w nich dyskoteki. Tymczasem jednak, donosząc na policję w sprawie ludzi w świątyniach, donosiciele wyrządzają więcej szkody niż pożytku. Po pierwsze, czynią moralną krzywdę samym sobie, przyklejając do siebie samych łatkę kapusiów, a to marne pocieszenie w walce z covidem. Choćby dlatego, że ulegają głupiej propagandzie, jeszcze głupszego rządu. Sam jestem poirytowany do granic wytrzymałości, dlaczego sale koncertowe i kinowe są zamknięte, a kościoły nie, ale sposobem na walkę z nieludzką władzą nie może być donosicielstwo, bo prawo Kalego tu nie zadziała. Jak donosi się na plebana a nie na dyrektora teatru, to nie jest się kapusiem, mówi ten i ów postępowiec. Otóż nie-jest się i to takim samym. I jeden i drugi próbują ratować swój interes, a że rząd woli facetów w sukienkach od artystów, to żadne dla donoszenia usprawiedliwienie. Ja, na ten przykład, nie chciałbym, żeby ktoś doniósł na mojego pana Stasia, u którego ćwiczę potajemnie na siłowni. Pan Stasio nie respektuje bowiem żadnych zaleceń i wpuszcza klientów po uważaniu, bo wie, że bez nich pójdzie na bruk, a klienci wiedzą, że bez pana Stasia zapuszczą się na amen. Obie strony respektują więc tajny układ, którego żadna z nich nie łamie. Nie ma między nami Judaszów, jak to ujął jeden z proboszczów parafii, na którego ktoś złożył donos. Wszelkie bowiem restrykcje, na czele z tymi, że dzieciom lekarskim i milicyjnym wolno chodzić do przedszkoli, a dzieciom sprzątaczek i kasjerek już nie, służą jedynie pogłębieniu rowu w naszym społeczeństwie, podzielonym już i tak zresztą skutecznie przez polityków, na dwa wrogie plemiona. Donosicielstwo jedynie ten stan petryfikuje, niezależnie od tego, kto donosi i na kogo.

Jezus Chrystus nawoływał swoich uczniów i wiernych, aby nie szemrali, jeno wprost wyrażali swoje sądy, bez uciekania się do kapowania. Bo to grzech. Niezależnie więc, czy ktoś słucha Jezusa, wierzy w grzech, chodzi do kościoła, bożnicy czy na piwo (choć na to ostatnie formalnie nie może), to wiedzieć powinien, że donosić jest po prostu nieprzyzwoicie. Że to wstyd. I to, że ktoś myśli, że dzięki telefonowi na policję uchroni ludzi przed wirusem, to jakaś totalna aberracja. Zrobi z siebie tylko idiotę. A covid i tak ludzisków oblecze, czy w kościele, czy bez niego.

Goły i wesoły Pan Pre

To jest jeden z moich sennych koszmarów; wychodzę na ulicę nago i nic sobie z tego nie robię. Idę do sklepu, robię zakupy, dostrzegam ludzkie uśmieszki i szydery, ale nie przeszkadza mi to, aż do pewnego momentu, kiedy panicznie próbuję uciec, schować się do mysiej dziury, żeby się obudzić.

Przeczytałem niedawno, że podobnie zachował się pewien pan na Saskiej Kępie w Warszawie. Szedł ubrany jak święty turecki, wieczorową porą, po ulicach miasta. Na widok patrolu policji zaczął uciekać, aby znaleźć schronienie w pobliskiej aptece. Tam jął się szamotać z policjantami, uprzednio atakując jednego z nich na starcie, po pytaniu, czy coś mu dolega. Istnieje duże prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że za stan golasa z Saskiej odpowiadały narkotyki/dopalacze/alkohol, lub wszystkie te na używki na raz. Jak nazwać takiego delikwenta, oczywiście zakładając, że zrobił to co zrobił zupełnie na trzeźwo, wiedziony ułańską fantazją? Niespełna rozumu, no może. Wariat, to już bardziej odpowiadające prawdzie, ale mniej grzeczne. Debil? Być może. Ale są w języku ojczystym ładniejsze określenia.

Od kiedy pamiętam, nie lubiłem pewnych słów, przez wzgląd na to, jak brzmią, lub bardziej-dlatego, że nie brzmią. Jedne były za obłe, jeszcze inne za szorstkie, kolejne zaś za ostre i kanciaste. Dlatego w mowie pisanej i potocznej starałem się unikać tych, które mi nie pasują. Bez względu na kontekst i temat. Największą irytacją darzyłem i darzę słowa właściwe desygnatom żeńskich organów płciowych; w zasadzie żadne z nich, funkcjonujące w polszczyźnie potocznej, do końca mi nie odpowiada, a te „najgrubsze” są po prostu obrzydliwe. W sytuacjach, kiedy muszę nazwać to miejsce, skąd u kobiet wychodzą dzieci, używam zwykle składni anatomicznej. Na szczęście, takich sytuacji nie ma zbyt wiele. Zupełnie odwrotnie, kiedy muszę, lub chcę, nazwać kogoś…niespełna rozumu. Wtedy arsenał słów ładuję jak pepeszę i strzelam seriami, mając świadomość, że w stosunku do mnie ktoś może używać równie ostrej amunicji. Nigdy jednak nie odważyłbym się na to, żeby publicznie określić kogoś mianem głupka, durnia czy debila. Z prostego powodu. Zwyczajnie, byłoby mi przykro, gdyby ktoś nazywał w ten sposób mnie albo mi bliskich. Bo to, co dla jednych jest debilizmem, dla drugich będzie szczytem roztropności. Jeśli więc wyjątkowo nie odnosimy się do testu IQ tego czy owego, słowo debil winno być zarezerwowane dla naszych prywatnych sądów i uszu w prywatnej przestrzeni. Niezależnie, kto byłby przez nas od debili wyzywany. Wszak każdy, prezydent także, ma swoje uczucia. Nie podzielam więc huraoptymizmu po zwiszenrufie Jakuba Żulczyka, który rozlał się po polskich internetach, bo nie za bardzo widzę powodu, żeby chwytać się słów słabych i brzydkich. Byle debilem nazwie cię pijaczek spod monopolu, kiedy nie dasz mu na piwo, i trudno mi sobie wyobrazić, żeby jego obelga miała człowieka rozumnego dotknąć. Pisarzowi zatem wypadałoby szlachetniej władać obelgami. Może nie debil, a intelektualnie ociężały? Prawda, że od razu lepiej brzmi?

Z tym, że nie należy nikogo publicznie obrażać, nikt rozsądny nie powinien dyskutować. Można z kolei i powinno się dyskutować z tym, czy wolno w naszym kraju lżyć i obrażać symbole. Takowym, bez wątpienia, jest urząd prezydenta. Ale także hymn narodowy, flaga państwowa i co tam jeszcze mamy w skarbcach pochowane. Czy namalowanie na biało-czerwonej fladze tęczowej Maryjki, tę że flagę bezcześci, a jeśli tak, to dlaczego. Czy śpiewanie obelżywych słów pod melodię Mazurka Dąbrowskiego to już przestępstwo czy artystyczny pastisz. O tym rzeczywiście powinna polska inteligencja dyskutować, skoro nie ma lepszych tematów do dyskusji. Sam zresztą w takiej dyskusji chętnie zabrałbym głos. Ten byłby równie mocny i jednoznaczny, jak moja niezgoda na obrażanie kogokolwiek w mediach i internecie. Żaden symbol nie może być wynoszony do rangi człowieka lub traktowany jako żywa, niematerialna, polska dusza, którą każdy w Polsce nosi na ramieniu. Takie stawianie sprawy, to zwykłe bałwochwalstwo. Można więc sobie robić z hymnem i flagą co się chce, pod warunkiem, że nie dewastuje się swoimi czynami i słowami publicznej przestrzeni. Flagi z tęczową Maryją jak najbardziej, ale mazanie sprejem po figurach świętych, zwłaszcza tych, zabytkowych, to już zwyczajny wandalizm, nieróżniący się niczym od namalowania członka w zwodzie na parkanie przy parku. Mam wrażenie, że ludzie myślący czują podskórnie tę różnicę. Mam też nadzieję, że czują, kiedy obrażają i kiedy są obrażani. W tym wypadku nie działa prawo Kalego. Bardziej prawo Kaźmierza Pawlaka z „Samych swoich”, o tym, że ludzie nie dzielą się na złych i dobrych, tylko na mądrych i głupich. Nie ma sensu być tym drugim. Nawet na fejsie albo instagramie. Bo jeszcze ktoś nazwie cię głupcem.

Red. Agaton prosi zmiłowania…

Być może to co napiszę, ściągnie na mnie dintojrę ziobrowskiej prokuratury, bo nie takich już ciągali po sądach za zbytnią wyrazistość w krytyce panujących, ale co mi tam, więzienie też dla ludzi. Uważam, i chciałbym, żeby Polska o tym usłyszała, że rząd PiS jest gorszy niż naziści. Ci bowiem eksterminowali obce nacje, swoją zostawiając w spokoju. Rząd PiS poszedł o krok dalej i wraz z kolejnym lokdałnem zaczął eksterminować także własnych obywateli. Bezrobociem; brakiem perspektyw na polepszenie ich losu; drakońskimi mandatami i karami; głodem i beznadzieją, a w konsekwencji, nędzą, w którą wszyscy, mniej lub bardziej, niebawem popadniemy.

Przeczytałem niedawno tekst red. Agatona Kozińskiego, z którym od dawna nie zgadzam się w niczym, ale mimo wszystko cenię go za przenikliwość i erudycję, która to jednak nie ma szans wyjść poza ciepły, dziennikarski kurwidołek głównego nurtu, gdyż, oprócz zimnej logiki i bezbłędnej polszczyzny, nie ma w jego tekstach życia. Nie ma też, co czyni je jeszcze bardziej akademickimi, człowieka, który by mówił do czytelnika żywym głosem, między szpaltami. Jest teoretyk, przekonany o swojej nieomylności. Piękna, ale martwa, natura; skorupa, odlana przez mistrza, ale nic poza tym. I o życiu, m.in. red. Koziński w owym tekście rozprawiał. Lub jego braku.

Chodziło mu o to, że łatwo jest krytykować dziś rządzących, jak, nie przymierzając, ja, ale żeby dać coś od siebie, to nie ma komu. Rząd bowiem robi to, do czego jest zobowiązany, najlepiej jak potrafi. Zresztą, wystarczy spojrzeć na inne państwa. Tam jest podobnie. U nas to i tak jeszcze pół biedy, bo nie ma godziny policyjnej. Nie wspomina red. Koziński, że na południu Europy, restauracje działają normalnie i można się do nich wybrać, a przemysł rozrywkowy otrzymuje, bezpośrednio, a nie w konkursach dla swoich, sowite postojowe. Tak czy inaczej, nic innego Morawiecki z Kaczyńskim uczynić nie mogą, bo jak by tak było, to na pewno by to zrobili. Muszą więc zadzierzgać wisielczy sznur na polskich gardłach dla ich własnego dobra. Nieważne, że lek który stosują, jest gorszy niż choroba i przyniesie, w niedalekiej przyszłości, czarne żniwo samobójstw i powikłań depresyjnych, o zmarnowanym pokoleniu „school learning” nie wspominając. Nie ma bowiem, jak twierdzi red. Koziński, alternatywy, żeby rząd mógł postąpić inaczej. A gdyby jednak było tak, że taka alternatywa istnieje? Gdyby na raz wyszedł przed Horbana i jemu podobnych, człowiek z gruntowną wiedzą, popartą doświadczeniem, który powiedziałby: mylicie się. Można robić inaczej. To co by było? Na raz, okazałoby się, że to wszystko, na czym bazuje rząd to czysta biopolityka; taki nowoczesny nazizm; im mniej gęb do wykarmienia, tym w przyszłości mniej problemów fiskalnych, bo do tego owa polityka się w zasadzie sprowadza. Funkcjonuje u nas prof. Piotr Kuna, który od dawna twierdzi, że to, w jaki sposób walczy się w Polsce z wirusem, woła o pomstę do nieba. I nie trzeba być wyrafinowanym znawcą sztuki medycznej, żeby pojąć, że jak zapełni się szpitale po dach chorymi, to system się zawali, co, przy każdej sposobności, przypomina nam dr Niedzielski. Można spróbować izolować ludzi w domach; dostarczać im tlen; monitorować ich dzięki aplikacjom. Ale gdyby tak uczynić, znaczyłoby to, że rząd przyznaje się do błędu, czego żaden polityk w Polsce nigdy nie powie. Ufa się więc tym, którzy mawiają od lat, że nasz system opieki zdrowotnej jest jak guma z majtek-rozciągnie się, ile się majtkom zechce. A lekarze i ratownicy są jak pochwa-dopasują się do każdego kształtu i każdego rozmiaru, choćby nie wiem jak bolało w trzewiach.

Wyznając taką, a nie inną filozofię, rząd zafundował Polakom przedłużającą się katatonię, której finałem będzie agonia z głodu i wycieńczenia. Długa, przykra dla oka i bolesna, zarówno dla umierającego, jak i tego, który będzie musiał na to patrzeć. Nie jest bowiem tak, jak wyznaje red. Koziński i jego koledzy z rządu, że ma związane ręce. Że tak musi być i już. Mądrzejsi od nich piszą, że takie zamykania i otwierania mogą stać się naszą codziennością, chyba że w końcu ktoś pójdzie po rozum do głowy, i odpuści ludziom, bo ludzie, sami z siebie, za bardzo u nas bojące. Nie wyjdą na ulicę. Nie zawalczą o swoje. Mądrzejsi od red. Kozińskiego, a są i tacy, piszą, że wirus mutuje na tyle przykro, że miast być bardziej zaraźliwy a mniej zjadliwy, staje się coraz bardziej śmiercionośny, więc niedługo szczepionki mogą po prostu nie wystarczać. Jest poza tym w dzisiejszym świecie tak, że biedniejsza część globu jeszcze nie zobaczyła ani jednej strzykawki z antidotum, więc nawet gdy wyszczepią się bogaci, biedota dalej będzie roznosić zarazę. I tak w koło Macieju. Może więc lepiej przeprosić się z wirusem i zacząć żyć, zamiast czekać powolnej śmierci? Ta bowiem przyjdzie, czy od wirusa, czy bez niego. Naprawdę, tak Wam, drodzy Rodacy, dobrze w kagańcu? Może lepiej boso, ale w ostrogach, hm?

Trynkiewicz a sprawa polska

Dawno już straciłem nadzieję, że to przeminie. Nie mam ochoty, żeby wyć z bezsilności. Czuję, że przekroczyłem granicę. Że za nią jest już tylko żywy bunt, wieńczony wściekłością. Chce mi się gryźć; chcę wyjść na ulicę, pozbierać kamienie z trotuaru i ciskać nimi w okna urzędów; w okna premiera i prezesa, żeby pokazać, co zrobili mi z życiem. Mi i mi podobnym. I chcę, żeby było nas wielu. Żeby był nas legion. Wściekłych i gotowych, żeby pójść się bić, bo wybiła już dla nas, pogrobowców po covidzie, godzina ostatnia.

Minął rok od kiedy trzyma się mnie i moich rodaków pod kluczem. W międzyczasie zmienił się minister zdrowia, minister finansów, prawie zmienił się koalicjant, ale w kwestii pomysłu na uwolnienie nas od zarazy, nic się nie zmieniło. Im w społeczeństwie bardziej przyrasta zachrowań, tym rząd bardziej chce obywatela więzić, przerzucając odpowiedzialność za własną inercję na prosty lud. Być może ma to swój ukryty cel, prócz bezmyślności rzecz jasna, bo tej Morawieckiemu odmówić nie sposób. Ostatnio mój znajomy, rozeznany w biznesach różnej maści, zaryzykował tezę, że te działania rządów światowych, w tym polskiego, które w konsekwencji będą skutkowały bankructwem małych i średnich przedsiębiorców, obliczone są na to, aby ostatecznie, na rynku pozostały wielkie koncerny i korporacje oraz własność państwowa, która za bezcen, wykupi prywaciarzy. A cała reszta, która splajtuje jako drobnica, od knajp z wyszynkiem po warzywniak, jest bardzo łatwa do otworzenia. Za te zwłoki zabiorą się znajomi i krewni możnych, bo rodzina polityka nie może być wszak sekowana tylko dlatego, że jest jego rodziną. Tymczasem państwowy Orlen kupił już sobie Ruch i wkładkę prasową od Niemca do kiosków, żeby móc co w kioskach sprzedawać. My, wszyscy konsumenci prasy i spirytualiów, czekamy z utęsknieniem dnia, kiedy, tak jak w Czechach, oprócz codziennej prasy będzie można w kiosku nabyć małpki z codzienną porcją wódki, w sam raz pod lekturę. Ledwie się zamknęła trumna po regionalnych dziennikach, słychać już, że do przejęcia branży fitness sposobi się PZU. Jak wiemy, i Orlen i PZU, to spółki skarbu państwa, uszyte pod wymiar politycznego dysponenta. Innymi słowy, jeśli nos do interesów mojego przyjaciela okazałby się jak zwykle niezawodny, szykuje się nam magnacki dwór, skrojony na miarę oligarchicznej Rosji, gdzie całe połacie biznesu uzależnione są od klanów, a te wiszą na pasku władzy i jej dobrego humoru. Poza tym zostało jeszcze kilka większych branż do przejęcia, jak choćby hotelarska czy eventowa. Nie zdziwiłbym się, gdyby w ramach ratowania majątku przed zatraceniem, łapę na noclegach położyło np. KGHM, a za imprezy zabrałby się Polski Cukier, którego w cukrze i tak jest tyle, co kot napłakał.

Czekam dnia; czekam nocy; czekam godziny, kiedy Narodowi przestanie to wszystko już wystarczać; te puste zapewnienia; frazesy; że walczymy, staramy się, że mamy plan. Czekam czasów, kiedy ludzie wyjdą z pochodniami na ulice i zaświecą nimi w oczy wszystkim służbom i politykom. Przecież na kilometr widać, że nie ma w działaniu naszych rządzących grama pomysłu na to, co zrobić z zarazą. Jedyne co ten rząd potrafi, to zamykać ludzi w domach. Wyłączać kolejne gałęzie handlu, usług i użyteczności publicznej, bo być może coś to da, ale żaden z mądrych nie powie ludziom na głos, że tu nikt nie wie, jak i co robić. Działa się po uważaniu i po omacku. Na co więc mi takie Państwo, które chce mnie tylko trzymać pod kluczem, jak złodzieja, chociaż nic nie zawiniłem; wolę już, żeby sczezło; żeby Parlament zapłonął żywym ogniem, bo mniejsza będzie z tej pożogi starta, niźli z darmozjadów w rządowych ławach.
Czytałem niedawno wywiad z jednym z lekarzy, takim z tytułami, który pozostaje w kontrze do Horbana i reszty, nakazującej izolację totalną. Lekarz ów, sensownie zauważa, że skoro 5 proc. społeczeństwa ma kłopot a 95 nie, to gdzie sens, równać wszystko do wspólnego, lokdałnowego mianownika. Był czas, żeby przemyśleć działania, tak jak np. Tajwan czy Korea płd. gdzie apki w telefonach namierzały chorych i izolowały ich kontakty. Dziś mają tam względny spokój, bo stosowali nowoczesność w domu i zagrodzie, a nie łopatologię i urawniłowkę. U nas oczywiście, też był na to czas, ale po raz enty okazało się, że jesteśmy Państwem Superteoretycznym. Nic u nas nie zadziała, bo wszystko opiera się na słomie wyciągniętej z onuc i braku kompetencji, zaklajstrowanej łapówkami i tzw. dobrym piarem. Teraz zostają nam już tylko sczepienia i to, co lubimy i umiemy robić najlepiej na świecie; modlitwa do Dobrego Boga o zmiłowanie, a do Matki Przenajświętszej o przebłaganie win.
Ten, kto chciał Polskę zmieniać, czy to z prawa, czy z prawej jeszcze bardziej, nie miał, od czasów wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej, ani pomysłu, ani ludzi, żeby zdobyć się na coś więcej, niż administrowanie masą upadłościową. Kiedy cywilizowany świat myślał o odnawialnych źródłach energii, inwestował w Dolinę Krzemową i start-upy albo budował koalicje z mocniejszymi od siebie, my zajmowaliśmy się tupolewem albo Przemysławem Trynkiewiczem. Tak właśnie, to tupolew i Trynkiewicz powinny być na naszym godle, a nie to umęczone ptaszysko. Spalić ich dwory, spopielić księstewka, przegonić warcholstwo, a na ich miejsce, za kasę którą im skonfiskujemy, zatrudnić Tajów i Koreańczyków. Z nas to już nic dobrego nie będzie. Oprócz nawozu.

Równać w lewo!

Dokąd równać? Do lewej ? Do prawej? A może do mądrzejszych? Tych zawsze na świecie było mniej, a swój rozum trzeba mieć. Tymczasem, Polska ma rozum idioty, wodzonego na pasku, jak cielę na rzeź. Nie od wczoraj przeca, jest u nas tak, jak jest. Ale dziś to coraz bardzie wkurwia…

Znajoma moja napisała do mnie, że mamy i tak tu super, bo w porównaniu z Austrią, gdzie mieszka, Polska jest daleko do przodu ze szczepieniami. Jesteśmy zajebiście biedni za to robotni. No changes, jak u 2Paca-a. Pani Olesia, chwilowo bawiąc u mnie na kwadracie w Warszawie, a rodem ze Lwowa, opowiadała mi niedawno, że w jej rodzinnym mieście, życie toczy się z grubsza normalnie; knajpy pootwierane, ludzie w środku, na zewnętrzu bez masek-ot, wegetowanie, na tyle, na ile można można w miarę bezboleśnie przez to przejść. Im dalej na wschód, tym normalniej.
W Rosji putinowskiej, na ten przykład, odbywają się mecze piłkarskie z udziałem publiczności, i jakoś nikt szczególnie nie notuje wzrostu zachorowań. Tzn. wzrost jest, ale nikt przytomny nie wiąże tego z publicznością. Eta normalne, myśli radziecki człowiek, że wirus idzie z powietrzem, i jak ma się przenieś z człowieka na człowieka, to prędzej czy później to zrobi. I wiecie Państwo co? Człowiek radziecki ma rację!
Ostatnio w podobnym tonie wypowiedział się u nas Andrzej Sośnierz, eksminister zdrowia, dziś poseł z kanapówki od Gowina, czy chuj wie już dzisiajod kogo. Pan doktor wspomniał, że, czy wprowadzając lokdałn na Warmii procent zachorowań był tamże constans; jedyne więc, co lokdałn zmienił, to zirytował ludzi i pozbawił ich zarobku i źródeł utrzymania. I, wyobraźcie sobie Państwo, w reszcie Polski jest od roku podobnie. Walka z wirusem, który oczywiście jest i zabija, została przez rząd przerzucona na obywatela a nie na właściwe organy. Te bowiem są impotentne, jak Kaczyński. Nie staje jemu i im. To obywatel ma się martwić, czy dożyje i za co. Państwo, co i rusz, ściąga z niego kolejne łupy, pewności nie oferując żadnej. Został Polak więc rzucony na żer hien i sępów; kto ma oszczędności, ten przetrzyma. Kto jedzie na kredyt, może już dziś iść szukać mocnego konara, żeby zarzuć nań sznur i smarować szyję masłem, żeby niej piekło. Do piekła jednak nie pójdzie, bo go nie ma, ale do komornika rodzina już może trafić, bo ten akurat jest i żyć z czegoś musi. Z nieboszczyka wyżyć ciężko.

Żona moja poszła ostatnio z koleżankami do knajpy. Zupełnie otwartej knajpy. Na pytanie żony, czy właściel nie obawia się konsekwencji w związku z tzw. ostrym stosunkiem fizycznym z prawem (czyt. pierdoleniem), tenże odparł, że to…pierdoli. Na dziś większość sądów, nawet tych „ziobrowych” uniewinnia ludzi za brak maski czy luzowanie granic działalności gospodarczej wbrew przepisom, argumentując, że same przepisy są uchwalone wbrew. Prawu, konstytucji, obywatelskiej wolności-niechaj sobie minister wybierze. Równie dobrze, do każdej z restauracji, mógłby wkroczyć wariata w koronie i wygłosić mowę, na zasadzie: „ ja, władca kraju Polan, z mocy Pana Boga, nakazuję zamknięcie tego przybytku pod groźbą przepadu majątku”. Tyle, mniej więcej, mają wspólnego z prawem i jego poszanowaniem, zakazy państwowe, wydane bez trybu i w poprzek legislacji. Aż dziw bierze, że w tak antypaństwowym państwie, jakim jest Polska, bo wszak, od lat 80. tylu ludzi czynem i słowem walczyło tu z systemem, tylu po wojnie kryło się po lasach; aż dziw bierze, że w tym kraju, gdzie bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała, tak mało który chce się przeciwstawiać i anarchicznie traktować przepisy. Wszyscy siedzą jak trusie i czekają zbawienia. Tymczasem, na Ukrainie i w Rosji…
…życie trwa. Ludzie choć, w maskach, jak i u nas, ale żyją, bo nie mają innego wyjścia. Pracują, bo Sowiety już dawno minęły i trzeba rączkami zarobić na swoje. Państwo nie da, bo kradnie. I każdy doskonale to wie. U nas, tymczasem, robimy tak, jak Zachód, jeno dwa tygodnie później. Niemcy i Czesi wprowadzili twardy lokdałn? U nas jest to samo po dwóch tygodniach. Zamykają lasy? My też. Nikt jednak nie spojrzy na wschód, nie pomyśli: chwila, skoro tam też mają covid, a żyją, to może by jednak nie robić bezdurnie jak Niemice, tylko zacząć brać przykład…z Ruskich.

Obawiam się jednak, że to nie przejdzie. Przynajmniej dopóki żyje Marszałek. On od Ruskich nigdy nic w życiu nie wziął ani nie kupił. Mam podejrzenie, że nie wie, że coś od czasów Ałły Pugaczowej się tam zmieniło. Choć, jak ostatnio oglądałem klip „Leningradu”, w który Pugaczowa robiła za publikę, to też począłem się zastanawiać, czy nie ma racji.

Pożyjemy, zobaczymy… albo i nie

Tyle się musiało zmienić, żeby się nic nie zmieniło. Jakże często widzę w moim kraju obrazki pasujące jak ulał do tej sentencji. Trudzą się uczeni w pismach, wymyślają, przekładają karteluszki z kupki na kupkę, żeby na koniec i tak zostało po staremu. Ale przynajmniej ludzie mają zajęcie. Najgorzej jest wtedy, kiedy do człowieka dociera, że nie jest nikomu do nikogo potrzebny. A tak, przynajmniej urzędnicy się nie nudzą. A jak się nie nudzą, to nie knują przeciw władzy.

Np. w Ministerstwie Zdrowia. Ktoś wpadł tam na pomysł, że w związku z brakami kadrowymi w szpitalach, należy każdego medyka który jest w Polsce dostępny, zaangażować do pracy w covidowych oddziałach. Każdy, kto ma dyplom, ma rzucić wszystko i iść ratować ludzkie życie. Szlachetnie, prawda? W związku z tym panujący minister zdrowia zarządza, że ci lekarze, którzy chcieli przystąpić na dniach do egzaminów specjalizacyjnych, do których przygotowywali się przez ostatnie miesiące, kosztem zarobków i swojego cennego czasu, biorąc wolne, angażując opiekunki i dodatkowych członków rodziny do tego, żeby móc skupić się na nauce, mają wracać do pracy, a egzaminy przesunie się im na maj. Dlaczego na maj? Tego minister akurat nie powiedział, ale w domyśle stało, że przewiduje do tego czasu koniec pandemii, a co za tym idzie, powrót lekarzy do dawnego rytmu dnia. Do tego czasu młodzi medycy nabytą wiedzą utrwalą, posługując przy łóżkach pacjentów, bo już nie od dziś wiadomo, że na ostatnią chwilę, to się człek niczego nie nauczy, jak się nie uczył systematycznie przez cały rok. Jak można było przypuszczać, środowisko podniosło alarm, że nie wszyscy są tacy chętni, aby przekładać swoje egzaminy, bo mają plany, wnioski urlopowe i przyswojony materiał, a czekanie przez miesiąc czy półtora trochę im ich ścieżkę kariery wikła miast ją prostować. Prędzej więc pójdą na L4, niż zgodzą się na ministerialny dyktat, bo za miesiąc byliby specjalistami jak się patrzy, a tak, przez ten czas resort będzie musiał sobie radzić bez nich. Medyków wsparła Naczelna Izba Lekarska, decyzję ministra nazywając skandaliczną. Kiedy więc do Niedzielskiego i jego ludzi dotarło, że swoją nadgorliwością, obliczoną zapewne na wzbudzenie w ludziach jeszcze większego stanu zagrożenia niż obecny, lub/i, pokazanie niepokornym doktorom, kto tu rozdaje karty, poczynili większe dla walki z pandemią szkody niż pożytki, powrócili do stanu sprzed reformy. Tyle więc musiało ludzi dumać nad tym, żeby wymyślić bzdurę i to do tego za państwowe, a, finalnie, kiedy ktoś im to unaocznił, cofnąć swoje idiotyczne pomysły, bez słowa przepraszam. I to wszystko oczywiście w godzinach pracy, finansowane z pieniędzy podatników. Tak jak szczepienia na covid. Wczoraj zaszczepiliśmy niecałe15 tyś. obywateli. Izrael, na ten przykład, wyszczepił już prawie wszystkich, bo płacił za szczepionkę trzy razy więcej niż Unia. Rozmawiałem niedawno z kolegą, który pracuje w jednej z firm farmaceutycznych. Zastanawialiście się Państwo kiedyś, czy, w imię przywrócenia światowego ładu i spokoju społecznego, giganci, którzy opatentowali swoje szczepionki, nie mogliby odsprzedać licencji (bo o dawaniu za darmo nie ma mowy), krajom biedniejszym niż Izrael, żeby walka z covidem nabrała tempa. Oczywiście, że byłoby to możliwe, tak technicznie jak i logistycznie. Ale nie finansowo, co to, to nie. Sprzedanie licencji, to nieporównywalnie mniejsza kasa niż samodzielna produkcja i sprzedaż. Będzie więc tak, że gdy konta firm, które dziś szczepią świat na koronawirus wreszcie się wypełnią po brzegi, rynek się wysyci, a to, wedle ostrożnych szacunków, nastąpi nieprędko, wtedy krezusi pomyślą o sprzedaży licencji. I żadne pohukiwania unijne na nic się tu zdadzą. Masz kasę, dostajesz w pierwszej kolejności. Nie masz-czekaj. Zostanie zawsze na koniec do zaszczepienia biedota w Afryce, Azji, wschodniej Europie. Kiedy więc światowe koncerny medyczne zamawiają w fabrykach w Bieruniu, gdzie pracuje pewien były eksksiądz, gumki recepturki, żeby mieć czym spinać pęgi z kasą, my, gdy już zmarnotrawimy państwowy grosz na wypłaty da niekompetentnych urzędników, wyrzucamy w błoto kolejne miliony.

W zeszłym roku w Nadarzynie, albo gdzieś pod, wybudowano za naprawdę duży hajs laboratorium o czwartym poziomie czystości i takim samym poziomie bezpieczeństwa biologicznego. Nigdzie na świecie nie ma laboratoriów o wyższym poziomie jednego i drugiego, bo nie ma wyższego poziomu. Oglądał to Pfizer, ale ostatecznie nie był zainteresowany, bo mają u siebie takie same. Zainteresowanie wyraziła za to Moderna. Wieść nadarzyńska niesie, że Amerykanie zaoferowali wydzierżawienie naszego laboratorium na zasadzie prostego dealu: 50 proc. szczepionek wyprodukowanych tamże, zostaje w Polsce po cenie rynkowej. W przybliżeniu byłoby to kilkanaście milionów dawek szczepionki miesięcznie. Ofertę złożyli w grudniu 2020 r. Minęły trzy miesiące, niebawem zacznie się czwarty, a polskie władze milczą, jak po kolaudacji taśm Obajtka. Ale kto bogatemu zabroni, prawda?

Nowy nie-Ład

Premier z naczelnikiem, zwanym przez maluczkich wicepremierem, zainaugurowali w sobotę start Nowego Ładu, wielkiego rządowo-partyjnego programu obliczonego co najmniej na dekadę, który ma pomóc Polsce i Polakom wydźwignąć się z kryzysu. Na razie obydwaj panowie jedynie powiedzieli, że mają coś takiego w planach, a co jest w środku, pokażą za tydzień, 20 marca. Konstanty Radziwiłł poleruje tymczasem swoje rodowe srebra i odlicza dni, kiedy znowu będzie mógł smagać chłopa batem. Kto wie, może jego zbolała, szlachecka dusza uraduje się szybciej, niż mu się wydaje.

Brat Konstantego, Maciej, wdał się niedawno w polemikę z tekstem Szczepana Twardocha. Łaskaw się był jaśniepan nie zgodzić z tezą, że pańszczyzna była dla chłopa czymś z gruntu złym, bo trzeba patrzeć na wszystko przez pryzmat czasu i miejsca. Innymi słowy, nic lepszego chłop pańszczyźniany nie mógł wtedy od pana dostać, prócz pańszczyzny, bo tak Bóg i historia urządziły świat i postawiły ludzi w tych, a nie innych miejscach. Tyle, z grubsza, odnośnie rozumowania Macieja Radziwiłła. Ten sam Maciej Radziwiłł mieszka dziś nie w pałacu, a na przeciwko mojego kolegi, w Warszawie. Kiedy podtopiło mu piwnicę jesienią, jął wypompowywać wodę wprost do garaży wspólnoty mieszkaniowej, okupującej pobliskie czworaki, znaczy się blok mieszkalny. Gdy ktoś z sąsiadów kolegi zwrócił mu uwagę, że to co robi jest ciut nie na miejscu, pan hrabia odparł: „A co? Ja mam mieć zalane?”. Dopiero gdy chłopstwo zagroziło policją, jaśniepan zaniechał procederu. To tak apropos tych rycerskich cnót, o których się Radziwiłł rozpisuje. Być może rozsierdziło Macieja Radziwiłła to traumatyczne dzieciństwo, w którym, jak wspomina, rodzice nie pozwalali mu okazywać, że jest lepszy od innych. To rzeczywiście, może być piętno, z którym kroczyć przez życie jest ciężko, ale co ja, prosty kmieć, podobnie jak Twardoch, możemy o tym wiedzieć…
O Nowy Ładzie PiS-u podobno już coś wiadomo. Ma on się składać z dziesięciu punktów programowych, od zielonej energii po pomoc staruszkom. Prócz tego, można gdzieniegdzie doczytać, że pieniądze na swoją politykę, PiS chce wyciągnąć od tych, od których wyciąga je od lat, znaczy się od klasy średniej, która dziś jest już cieniem samej siebie. Od tych wszystkich, którzy mają więcej niż 4 tysiące na miesiąc. Pauperyzacja społeczeństwa postępuje z roku na rok, bo tylko tak Kaczyński może utrzymać władzę, która jest dla niego celem samym w sobie; poprzez karmieniem biednych pieniędzmi ciut bogatszych. Finałem tej degustacji będzie, moim zdaniem, ale nie tylko moim, klasyczna, gomułkowska urawniłowka, gdzie wszyscy będą mieli po troszku, znaczy się niewiele.

Biedny dostanie z górki tego, który jest ciut bogatszy, dzięki temu każdy będzie byle jaki. Ma to oczywiście dla PiS-u głębszy sens. Bogaty, tzn. ten co ma więcej niż 4 tysiące na miesiąc, ale mniej niż 40, i tak nie jest PiS-em zainteresowany, ani PiS nie chce przekonywać jego do swojej polityki, ponieważ obie strony doskonale wiedzą, że ich potrzeby i wizje świata są zupełnie rozbieżne; to co dla PiS-u jest sufitem, dla klasy średniej jest podłogą. Jak się zatem zabierze średniakom do granicy przeżywalności, ci nadal będę PiS je..ć, podobnie jak robią to dziś, tylko że trochę mocniej. Jak ich nie kijem, to pałką, PiS jest w tym klinczu ciągle w pozycji win-win. Biedota za to PiS bardzo ceni, bo ten nie ciągnie jej za uszy do góry; nie daje jej zachęt do podjęcia pracy, czy zwiększania swoich kompetencji, tylko najnormalniej w świecie, ładuje w kieszenie kasę za darmo, tak jak drzewiej bywało. Ma więc za co biedniejsza część Polski, znaczy się większość, PiS kochać, bo dobry jest pan i łaskawy, kiedy nie sieje, nie orze, a kosi. Gdy więc Pan sypnie groszem jeszcze bardziej, kochać się go będzie jeszcze mocniej. To wszystko dziecinnie proste, wystarczy tylko opakować towar w jakieś mądre słówka, i sprzedać jako Nowy Ład, a potem zakasać rękawy i patrzeć, jak zboże i słupki wyborcze same PiS-owi rosną a diabeł kołysze mu dzieci poczęte; małe, duże, z wodogłowiem i bez. Będziemy mieli wtedy system bliźniaczo zbliżony do putinowskiej Rosji. Bogaci będą ci, którzy są już dziś bardzo bogaci, bo oni zawsze znajdą sposób, jak swój majątek przed PiS-em uchronić. Wytransferują go np. na Barbados i tyle ich widzieli. Drugą grupę będą stanowić nuworysze; koncesjonowani biznesmeni, napasieni na państwowych kontraktach i rządowych spółkach, coś a’la Obajtek dzisiaj, tylko na mniejszą skalę. Trzecią wreszcie stworzą sami politycy rządzącej partii, którzy już bez krępacji, będą na potęgę uprawiać nepotyzm i blatować się z biznesem. W środku tego obrazka będzie miszmasz biedoty z dawną klasa średnią, którzy będą mieć mniej więcej tyle samo. Poza ramy przebić się będzie bardzo ciężko. Łatwo za to będzie szybko trafić do środka, jeśli się podpadnie nie tym co trzeba. Majątek się znacjonalizuje, delikwenta wsadzi do karnej kolonii. Wypisz wymaluj Rosja tu i teraz. Żeby dobrze takim latyfundium zarządzać, trzeba też władzę na czymś zasadzić. Dobrze do tego nadaje się religia, która, jak za Salazara w Portugalii, w sekundę odnajdzie się idealnie w Nowym Ładzie, oraz pożeniona z nią niebieską krwią, dawna szlachta, dziś poupychana w Radach Fundacji Czartoryskich, Rotary Clubach itd. I wszystko zaczyna się pięknie zazębiać i na nowo układać, aby trwały ze sobą przez wieki, te trzy wielkie dary: złoto, mirra i dolary!

Polaku, umieraj!

W Lubartowie 80-letni dziadek odebrał z przedszkola wnuczka. Jak się miało później okazać, nieswojego. Wnuczkowi to jednak nie przeszkadzało. Zjadł pod opieką obcego dziadka zupę i mentosy, obejrzał z nim bajkę. Dziadek też był zadowolony, bo wnuczek miał apetyt i wciągnął dwa talerze ogórkowej. I komu to przeszkadzało…

W Polsce tymczasem, której częścią jest również Lubartów, NFZ, ustami ministra Niedzielskiego, obwieścił, że w związku z trzecią falą pandemii, wszystkie szpitale, oprócz onkologicznych, winny wstrzymać planowe przyjęcia do odwołania. Rząd i NFZ zdecydowali się na ten krok, ponieważ dramatycznie zaczyna brakować personelu, w związku z tym, należy go zabezpieczyć tam, gdzie to możliwe. Ot, np. taka endoproteza. Jak człowiek czeka 2 lata na wszczepienie, to co to za różnica, jeśli poczeka sobie 2,3 tygodnie dłużej, bo na tyle stan nadzwyczajny przewiduje minister Niedzielski. Skąd to wie? Zapewne z magicznej kuli, którą trzyma u szwagra pod szafą, albo z ósmej tajemnicy fatimskiej, której jest depozytariuszem. Bo na pewno nie wie tego z raportów ani strategii walki z zarazą, gdyż u nas takiej po prostu nie ma. Gdyby była, to czy naprędce zakazywano by przyjęć ludzi do szpitali, jak w Lombardii, kiedy wirus siał tam spustoszenie rok temu? Ot, widmo strachu zajrzało w oczęta panujących, więc zdecydowali się na opłakany w skutkach krok. Moim zdaniem, oprócz zwyczajnej, cynicznej ignorancji i braku empatii w stosunku do obywatela, podszyty ów krok jest czymś dużo bardziej konkretnym i łatwym do nazwania. Może nawet nie tyle podszyty, co wypchany. Pieniędzmi. I to grubo!

Za każdy zabieg specjalistyczny NFZ musi płacić. Podobnie jak za covidowe testy i całą tą pandemiczną ruchawkę, związaną z leczeniem pacjentów. Respiratory, maski, tlen w ścianie, ludzie do obsługi, covidowe dodatki-to są olbrzymie pieniądze, które właśnie się kończą. Cała ta pozorowana walka z cieniem i zarazą kosztuje i kosztować będzie. My tymczasem zapomnieliśmy, że jesteśmy biednym kuzynem bogatej Europy, mamy dużo chorych na garnuszku i wiecznie niedoinwestowaną służbę zdrowia, z najmniejszym współczynnikiem opieki pielęgniarskiej na pacjenta oraz całą rzeszą młodych medyków, których kształcimy za państwowe i wypuszczamy za półdarmo na zachód. Trzeba więc zastosować zasadę krótkiej kołdry, i naciągać stamtąd, gdzie jeszcze nie wystają nogi nieboszczyka, tylko te chrome i zaropiałe kulasy staruszków, żeby zakryć covidową dziurę w enefzetowskich kontraktach. Przecież minister nie powie, że nie mamy kasy na tymczasowe szpitale, w czasie, kiedy Polacy widzą, jak słupki zachorowań strzelają do góry. Ludzie gotowi by jeszcze wywieźć ich za to na taczkach. A tak: zastosujemy prosty, acz skuteczny manewr, który dostarczy nam kasy w dwójnasób. Po pierwsze, gdy nie wydamy na endoprotezy, to będzie na covid. A po drugie, jak nie wydamy na endoprotezy albo Bóg wie na co jeszcze; jaskry, zezy, cieśnie nadgarstka, to może się nam poszczęści, pacjent zabiegu nie doczeka ze starości albo z covidu i już parę groszy ekstra wpadnie do skarbonki. Czysty zysk!

Odnoszę wrażenie, że piosenka mojego kolegi, o ich/jego bólu, który jest lepszy niż nasz/jego, stała się mimowolnie hymnem pandemicznym dobrej zmiany, wbrew intencjom samego autora i podmiotu lirycznego. Oto już nie premier, a minister, zaczyna mówić, kogo, dosłownie, powinno boleć mniej, a kogo bardziej; czyj czas oczekiwania na planowy zabieg jest lepszy, a czyj gorszy, tym samym, czyja choroba jest warta leczenia, a czyja może poczekać, bo od roku nie można w Polsce chorować na nic innego, oprócz covidu. A jak się ktoś ośmieli mieć przypadłość inną niż covid albo rak, może sobie poczekać, bo od tego nie umrze. Tak jak w historii dziadka z Lubartowa: wrzód dwunastnicy, koklusz, podagra, wymiana panewki-jeden pies. Poczekają. Nikt się nawet nie zorientuje, kto nam zejdzie w statystykach. Grunt, że nie przez covid, bo tego wyborcy by nam nie wybaczyli.

Obchody na miarę naszych możliwości

5 marca, w Zamościu, mieście rodzinnym Róży Luksemburg, Lewica zorganizowała happening z okazji 150 rocznicy urodzin swojej, najbardziej znanej, mieszkanki. Na Rynku Wielkim, naprzeciwko kamienicy, w której Róża Luksemburg przyszła na świat.

Wszystko zaczęło się o 14, choć już na kwadrans przed, na zamojskiej starówce zaczęli pojawiać się pierwsi zainteresowani. Ostatecznie obchody zgromadziły kilkudziesięciu członków i sympatyków Lewicy z miasta. To i tak całkiem niezły wynik, zważywszy na środek dnia pracy i dojmujący chłód, potęgowany przez wiatr, który cały czas towarzyszył zebranym.
Przybyłych powitał Janusz Kupczyk, zamojski radny klubu Lewicy. W pierwszych słowach przywołał postać solenizantki. Mówił o historii ruchu robotniczego i wpływie myśli i prac Róży Luksemburg na jego kształt. Po nim głos zabrał poseł Jacek Czerniak. Wspomniał m.in. o prezentyzmie, kierunku analizy historycznej, polegającym na ocenie zdarzeń, faktów, poglądów i ocen z przeszłości ze współczesnej perspektywy. To właśnie za jego pomocą pisowska władza rozprawia się z niewygodną dla nich historią, w tym z Różą Luksemburg, a pozwala gloryfikować zbrodniarzy strzelających do bezbronnych, zwanych dumnie „żołnierzami wyklętymi”. Swoją drogą, warto w tym miejscu przypomnieć, że dzień pamięci żołnierzy wyklętych ustanowił, w trakcie trwania swojej kadencji, prezydent Bronisław Komorowski. Na koniec kilka słów do zebranych skierował, zaproszony przez organizatorów, prezes polskiej filii fundacji Róży Luksemburg, dr Holger Polit.

Po części oficjalnej działacze, radni i zaproszeni goście, rozdali mieszkańcom, którzy tego dnia przechadzali się po starówce, 150 czerwonych róż. Złożono również pamiątkowy wieniec pod domem rodzinnym Róży Luksemburg. Pamiątkowa tablica, którą odsłonięto w 1979 r, a którą trzy lata temu zdemontował prezydent miasta Andrzej Wnuk, na wniosek ówczesnego wojewody, Przemysława Czarnka, spoczywa do dziś w magazynie zamojskiego magistratu.

Czerwona róża, biała flaga

Niedawne badania stanu upolitycznienia młodzieży przyniosły zaskakujące rezultaty. Okazuje się, że polityką interesuje się najwięcej młodych ludzi ever, a poglądy lewicowe deklaruje 30 proc. z nich. Najwięcej z ogółu badanych i najwięcej od przeszło 30 lat. No i fajnie, zakrzyknie ten i ów. Ja jednak powiem: i co z tego? Bo ten wynik, to nie tyle powód do zachwytu nad nami, ludźmi lewicy, co raczej do zasromania się nad tym, jak nas oceni historia, gdy zmarnotrawimy taki potencjał. A jest okazja, żeby to koncertowo roztrwonić.

Dziś, w piątek, 5 marca 2021 r. przypada 150-ta rocznica urodzin Róży Luksemburg. Nie ma chyba w Polsce bardziej symbolicznej postaci, która winna być przez lewicę upamiętniona i o której warto by mówić. Tymczasem, w kraju gdzie młodzież chce być lewicowa, starsza młodzież robi w tym celu niewiele, lub przynajmniej mało. Bo jest covid. Owszem, to może stanowić jakąś przeszkodę. Ale odnoszę wrażenie, że gdy się człowiekowi chce, to, gdzie jak gdzie, ale na lewicy, powinien potrafić coś z siebie wykrzesać. A jak się nie chce? Cóż, ongiś mawiano na sejmowych korytarzach, że Donald Tusk dlatego wstaje każdego ranka o szóstej, żeby móc dłużej nic nie robić.

O tym, że dziś mijać będzie 150 lat od urodzin Róży Luksemburg dowiedziałem się sam stosunkowo niedawno. Jednakowoż wystarczająco, żeby tu i tam uderzyć w dzwon i zawiadomić ważniejszych ode mnie. Z nadzieją, że można będzie jakoś o tym Polakom przypomnieć. A tym 30 procentom maluczkich lewicowców opowiedzieć. Że był taki ktoś, jak Róża. I że choć biła się o każdego, komu zabierają wolność i chleb, niezależnie od języka i bandery, to urodziła się w Polsce. Że jest drugą, po Curie-Skłodowskiej, najbardziej znaną na świecie Polką. Polką z żydowskiej rodziny. Że przyszła na świat w Zamościu, kiedyś wieloetnicznym mieście byłej kongresówki, a dziś jednym ze wschodnich miast średniej wielkości, niedaleko granicy z Ukrainą. Że dorastała w Warszawie. Widziała rewolucję 1905 r. Siedziała w Cytadeli. Pisała, kolaborowała, walczyła, jako jedna z nielicznych kobiet, co samo w sobie było na ówczas aktem heroizmu. Położyła podwaliny pod światową socjaldemokrację. Że nie wsparła w walce bolszewików i Lenina, za co spotkał ją los banity. I że w końcu zginęła tragicznie, zamordowana w Berlinie. Tym samym, w którym ma swój plac. Tymczasem, trzy lata temu, w jej rodzinnym Zamościu, wojewoda lubelski Czarnek, dziś, o zgrozo, minister nauki, do spółki z prezydentem miasta, usunęli z kamieniczki w której przyszła na świat, tablicę pamiątkową, wmurowaną jeszcze za Gierka, w ramach walki ze złogami komuny. Podobnie uczyniono, rok temu, z pomnikiem Józefa Dechnika, powojennego twórcy potęgi nieodległego od Zamościa Biłgoraja, choć mieszkańcy zbierali podpisy, żeby tego nie czynić. Ex-wojewoda, a dziś minister uznał wówczas, że skoro IPN mówi, że Dechnik był zbrodniarzem, bo działał w KPP, to tak musi być i już, a on sam ma związane ręce. Zmienić nazwy ulic, szkół. Wyrugować pamięć z głów młodzieży i książek dlań. I jak chciał, tak uczynił. Lewica trochę pokrzyczała i zajęła się wyborami, bo akurat były w drodze.

Ja też zadałem sobie trochę trudu i postanowiłem pokrzyczeć. Napisałem do paru posłów z klubu Lewicy. Poinformowałem, m.in. o tym, że zamojska lewica, jak co roku, organizuje niewielki happening na Rynku, z wręczaniem róż przechodniom i przypominaniem, że to stąd wyszła w świat Róża Luksemburg. Napisałem do polskiej odnogi fundacji imienia solenizantki, z zapytaniem, czy chcą jakoś upamiętnić w Polsce ten dzień. Posłowie odpowiedzieli mi, że coś tam było czynione; że były projekty uchwały upamiętniającej, ale, cóż za niegodziwość pisowska, utknęły na komisji kultury i nigdy stamtąd dnie wyszły. Skandal. Że też PiS miał czelność tak postąpić. A jakaś konferencja, panel, coś więcej, niż fejsbukowa ruchawka? No, jakoś nikt na to nie wpadł. Podobnie jak w fundacji imienia Róży Luksemburg, która, owszem w świecie robi obchody jak trzeba, wystarczy wejść na ich stronę, ale w Polsce to tak raczej skromniej, w zasadzie niezauważalnie. Gdy widzi to wszystko Przemysław Czarnek, to musi piać z zachwytu, że nawet takiego draństwa, jak zaliczenie Róży Luksemburg w poczet komunistycznych zbrodniarzy, nikt mu głośno nie wypomina; że może w tym kraju z lewicą największe numery świata i nawet sama lewica nikomu o tym nie przypomni. Bo kto by tam pamiętał jakąś babuleńkę sprzed wieku. Może bardziej świetlówki z zakładów jej imienia, albo tranzystory w radiu. Radiu Luxemburg? Tego to nawet najstarsi górale nie pomną. A gdy już to sobie Państwo przyswoicie, przypomnijcie sobie o badaniach wpływów politycznych wśród młodzieży i 30. procentowym poparciu dla myśli lewicowej. Chcecie, żeby za dekadę było 3 procent? Nic prostszego. Wystarczy dalej czekać na czerwoną gwiazdkę z nieba, która wleci ludziom pod strzechy, a później, to już siłą rewolucji, wszystko samo się dokona. Ojcowie i matrony zmian wypną tylko dumnie piersi do orderów.

Chwała Bogu, że choć w tym jej Zamościu będzie paru śmiałków którzy wyjdą w tych niełatwych czasach na ulicę, żeby upomnieć się o…kamienicę. O pamięć o Róży Luksemburg, o pamięć o PRL-u i o lewicowych ideałach, które zawsze mają te samo podglebie. Następna taka okazja za 50 lat. Boje się, że część z nas może nie doczekać.