Wołodja mocny i Andrzej twardy

Oglądam jednak olimpiadę; głównie z rana. W zasadzie to tylko z rana, żeby nie jeść śniadania w samotności. Kiedyś oglądałem „Ukrytą prawdę” albo „Malanowskiego”, ale kiedy grają nasz hymn, to ciągle jeszcze mi staje. I staję wtedy ja, na baczność, choć przy tegorocznych, olimpijskich zmaganiach mam po temu niewiele okazji. Nawet San Marino nas wyprzedziło w strefie medalowej.

Prawdę rzekł parę dni temu Łukasz Kadziewicz, były reprezentant Polski w siatkówce: świat nam uciekł. Sportowy świat. Ale jak tak dalej pójdzie, ucieknie nam i każdy inny. Kiedy igrzyska się zakończą, olimpijski ogień zgaśnie, zacznie się u nas stawianie stosów i palenie żywcem winnych najgorszego występu Polaków w historii olimpijskich startów. Naturalnie, pierwszym do spłonięcia, przynajmniej ze wstydu, winien być minister, odpowiedzialny za sport. Kiedyś był od tego osobny „fachowiec”, a dziś jego kompetencje przejął, zdaje się, Gliński. Ten, jak wiadomo, ogniowi się nie kłania i nawet choćby płonął jak pochodnia, krzyczał będzie, że Nowy Ład jednak się kręci. Prędzej wyjdą mu na licach plamy opadowe niźli płowe rumieńce wstydu. Bo gdyby Pan minister mógł, to by przed sobą klękał. O ile jeszcze tego nie robi. Co się zaś tyczy wstydu, uczucia nieznanego w polityce polskiej, mistrzami jego deficytu, prócz Glińskiego, zostają na najbliższe dni dwaj z pozoru różni, ale mentalnie tożsami politycy: Duda Andrzej i Czarzasty Wołodja.

Pierwszy podpisał ostatnio kwity, dzięki którym posłowie i senatorowie oraz inna, polityczna menażeria, dostaną z naszych podatków podwyżki pensji. Kiedy inflacja przekracza nienotowane od 20 lat pułapy, banda darmozjadów przyznaje sobie dodatkowe apanaże. Trzyma się to, w sumie, kupy, bo jak w kraju drożyzna, trzeba zarobić więcej, żeby rachunki w budżecie domowym się spięły. Dodaj do tego, człowieku prosty, wyrzucone na bruk rodziny i krewnych ze spółek skarbu państwa i obrazek masz jak malowanie. Nie wszyscy jednak uwierzyli w tragiczną sytuację naszych polityków, i zaczęli utyskiwać, że to niemoralne, żeby w chwilach trudnych, gdy ludziom żyje się coraz gorzej i muszą się natrudzić dwa razy tyle, żeby zarobić na chleb i oliwki, państwo senatorstwo przyznawało sobie podwyżki, a prezydent łaskawie się na to godził. Andrzej Duda szybko uciął tę dyskusję. Zupełnie inaczej, niż zwykł nas do tego ostatnio przyzwyczajać, bo z życzeniami gratulacyjnymi dla jedynych, jak do dziś, medalistek z Tokio, zeszło mu parę dni. Tym razem prezydent Duda nie kazał na siebie czekać, i podpis pod podwyżkami złożył od razu, argumentując to w sobie znanym stylu, że liczy się co prawda z protestami opinii społecznej, ale całe odium tego występku bierze na siebie. I to właśnie on, a nie kto inny, będzie musiał z tym żyć. W myśl zasady, że jeśli chcesz być prezydentem, to musisz być twardy; bo taki prezydent, to nie byle co; to bezwzględny, twardy profesjonalista, który nie może okazać grama słabości; a jak okaże, to znaczy, że się do tej roboty nie nadaje. Chyba tylko grafen albo diament może być w naszym kraju twardszy. Tak właśnie: Andrzej Duda, grafen i damasceńska stal. Gdyby MKOl dołożył do rywalizacji w Tokio dyscyplinę twardości, mamy kandydata jak się patrzy. Szkoda tylko, że już wyjechał, bo może byłoby zeń więcej pożytku, gdyby sobie w Japonii jeszcze trochę posiedział. Przynajmniej by niczego nie podpisał. To akurat prezydent też dobrze potrafi.

Ongiś, jeden z polityków SLD starszego pokolenia powiedział mi na ucho, że gdy ważyły się losy przywództwa w partii, Włodzimierz Czarzasty miał się początkowo wstrzymywać z kandydowaniem, tłumacząc się, że wątroba już nie ta. Jak się okazało, było to jeno zwykłe hamletyzowanie miłośnika żółtych swetrów, do których ja też się zaliczam. Wziął Czarzasty SLD jak Bronek ślepą Kaśkę, i nikt złego słowa nie powiedział. Ani Zandberg, ani Biedroń, ani Zawisza, ani Dziemianowicz-Bąk. Wszyscy pospuszczali oczy poniżej depresji i przyklepali czarzastową rabację w biały dzień, a trzeba być naprawdę pełnym złej woli, żeby nie widzieć nahaja w ręku oprawcy, którym poprzetrącał młodzieży kręgosłupy. Takiej, Szanowne Posłanki i Posłowie (z podwyżkami) lewicy chcecie, na której można łamać statut, terleckizować regulamin i witkować głosowania do skutku, aż wyjdzie na nasze? Ludzie to widzą i widzą Was, jak skundliliście pod butem hegemona. Jeśli chcecie dołączyć do zacnego grona bezwstydników, którzy cynizmem wypełniają półeczki na honor i własne zdanie a sejmową pengą portfel, to jesteście na bardzo dobrej ścieżce i kursie i nic nie zmieniajcie. Tyle macie w sobie buntu i woli walki z niesprawiedliwością co na ajpadach i ajfonach. Jak PiS zeszmaca ludzi to zamach na demokrację, ale jak szef ugrupowania opozycyjnego łamie demokratyczne reguły gry i pozbywa się przeciwników za pomocą cepa, to już skuteczność, ceniona bardziej nad styl. Poważnie? Adrian!

Żoli- state of mind

Na Żoliborzu lepiej uważać co się mówi, robi i co się zbiera. Przekonał się o tym ostatnio mój były redakcyjny kolega, którego policja wyciągnęła z auta, a Cezary „Trotyl” Gmyz z lubością spostponował, jakoby miał zamiar odjechać pijany, uprzednio bijąc i lżąc interweniujących stróżów prawa. Zanim cała sprawa oparła się o sąd, macierzysta redakcja kolegi wyrzuciła go z roboty. Niby to za porozumieniem stron. A jabłka w Sadach Żoliborskich, jak gniły, tak gniją. Wiem, bo dzisiaj sam widziałem.

Leszek Miller mawiał ongiś, że po tym się poznaje prawdziwych przyjaciół, kiedy w chwilach trudnych, nie zostawiają kolegów samych na polu boju. Zaiste, Miller miał rację. Ja sam również doświadczyłem takiej przyjaźni na sobie parę lat temu. Dzięki temu już wiem, kto swój, a kto…

Radosław Gruca szedł do redakcji Oko.press jak do siebie. Redakcja zapewniała, że będzie stała za nim murem, a gdy nagle ruszyła hejsterska nagonka, towarzystwo nie czekał ani na sąd, ani na prokuratora, tylko odcięło się od człowieka, jak od zadżumionego, żeby czasem trąd nie przedostał się na ich zdrową tkankę. Jak tak mają wyglądać obywatelskie media, to ja już wolę być w tych komunistycznych, razem z Gadzinowskim i Tabkowskim.

Na Żoliborzu są Sady Żoliborskie. To taki niewielki park, założony siłami mieszkańców, na początku lat 90. Rosną w nim niskopienne drzewka owocowe, głównie jabłonie i mirabele. Ostatnio grupa mieszkańców postanowiła pozbierać spady, bo do tej pory jedynie gniły przez lato i wabiły osy, a że w społeczeństwie świadomość ekologiczna rośnie, towarzystwo przeszło od słów do czynów. Te nienadające się do spożycia, przegnite albo robaczywe śliwki i jabłka wydano stołecznemu ogrodowi zoologicznemu na paszę dla zwierząt, a co lepsze zabrano na przetwory. Umówmy się, owoce z Sadów Żoliborskich nie prezentują jakiejś wielkiej wartości, tak odżywczej jak i smakowej. To klasyczne, kwaśne i małe psiary, ale jak się kto uprze, to kompot z nich zrobi. Niestety, ta obywatelska samowolka nie spodobała się Urzędowi Dzielnicy. Na początku Urząd stanowczo zaprotestował. Że nie wolno zrywać jabłek z drzew samemu, bo drzewa są własnością miasta. Jeśli już ktoś może to zrobić, to musi to być wyspecjalizowana firma. Inaczej, jak komuś jabłko wybije oko, albo lebiega spadnie z drzewa, to kto będzie płacił? Rozpętało się minipiekiełko, no bo jakże to tak; lepiej, żeby owoce zgniły, niźli ludzie mogli je sobie wyzbierać? To tak jak w sieciówkach fastfoodowych. Lepiej wyrzucić niesprzedane hamburgery, niż je wydać głodnym albo pracownikom, bo jak się ktoś zatruje, to kary będą ogromne. Mój kumpel za taką akcję wyleciał z Maca z roboty; bo zjadł po kryjomu cheesa, ale szef go przdybał i wywalił na zbity pysk. Kiedy zaczęto podnosić na Żoli takie i podobne argumenty, telewizje jęły nagłaśniać temat, Urząd jakby spuścił z tonu. Ustami swej rzeczniczki zapowiedział, że mieszkańcy mogą zbierać spady, ale…powinni pierwej zgłosić swoje zamiary do Urzędu, żeby ten mógł wydać właściwe zgody. Co by się nie działo, urzędnik w Polsce cały czas wie lepiej.

Biegałem dziś z rana po parku Sady. Zmiażdżyłem swymi stopami kilka mirabelek, których ktoś nie wyzbierał na czas. Nie widziałem żadnych zbieraczy. Na szczęście drzewka nie pogrodzone pastuchami elektrycznymi, wciąż rosną sobie wolne i cieszą oko człowiecze, oraz dzioby szpaków i wron.

Na Żoliborzu, niedaleko Sadów Żoliborskich, mieszka naczelnik Polski. Na Żoliborzu, niedaleko domu naczelnika, co dzień spotykam wzmożone patrole policji, kiedy jadę z córką rowerami na basen na Potockiej. Jeździmy chodnikiem, bo nie ma tam ścieżki rowerowej. Policjanci nas mijają i nie interweniują. Mają więc cień rozsądku skryty pod furażerkami, bo mogliby wlepić mi mandat i zabrać dziecko na przechowanie do bidula, a jednak dają przejechać nie niepokojąc. Gdy tak na to spojrzeć, to życie na Żoliborzu to jedna z bezpieczniejszych form przetrwalnikowych ludzkiej, podłej egzystencji. Policja dba o nas jak ojciec najlepszy. Maluczkim ustępuje z drogi, a pijakom wyrywa kluczyki z ręki, kiedy ci ledwie zbliżą się do auta. Nawet dozwala zrywać owoce z drzewa poznania złego i jeszcze gorszego. Żyć i umierać, byle młodo. Ech, gdyby tylko nie to sąsiedztwo…

Olimpiada PRL bis

Kiedyś, czekałem na Olimpiadę jak na zbawienie i odliczałem godziny do rozpoczęcia igrzysk. Teraz igrzyska przemknęły mi koło nosa i nawet nie zadaję sobie trudu, żeby sprawdzić co aktualnie transmitują. Niby to Olimpiada, ale jakaś taka…nieolimpijska. Wszystko postawione do góry nogami. Świat udaje, że się cieszy, a sportowcy-że o takie igrzyska im szło.

Kiedy w Tokio trwała walka o olimpijski laur, hen, gdzieś w stratosferze, Bezos, najbogatszy człowiek świata, fruwał sobie po kosmosie, bo taką miał zachciankę. A kiedy już szczęśliwie powrócił na Ziemię, oświadczył, że poleciał tam za swoje, a zarobili na to wszyscy jego pracownicy; to trochę tak, jakby oni tam polecieli zamiast niego, a że firma duża, to wydelegowali prezesa i wszyscy, solidarnie, zrzucili się, po parę groszy ze swoich wypłat, na bilet dla niego, brata i załogi. Jak to mawiano w PRL-u, lud pije szampana ustami swoich przedstawicieli.

Kiedy Bezos leciał sobie w podróż kosmiczną, na ziemskich lotniskach tysiące ludzi mniej zamożnych od niego przeżywało i przeżywa nadal istne piekło, które zgotowały im rządy w ramach polityki covidowej. Już nie wystarczy hydrze babilońskiej, że wie o nas wszystko za pomocą Pegasusa i algorytmów w komórkach. Teraz, zupełnie na legalu, aby dostać się do innego kraju, należy wypełnić elektroniczną Kartę Lokalizacji Podróżnego. Formalnie, żeby móc zostać w porę ostrzeżonym, jeśliby kto w samolocie zachorował na covid i należałoby człowieka skierować na kwarantannę. A nieoficjalnie, żeby mieć każdego na widelcu i ograbić go z resztek wolności. Dokąd poleciał, gdzie się zatrzymał, kolejny wykwit komuny-wypisz, wymaluj-obowiązek meldunkowy. Ale wróćmy do Olimpiady…choć, może, za moment…

Michael Platini miał sen; chciał zorganizować Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w wielu krajach, a nie w jednym czy dwóch, jak do tej pory bywało. W jego śnie, piłkarska Europa była jedną, wielką ojczyzną futbolu, a kibice walczących ze sobą drużyn-braćmi i siostrami. Zaiste, piękna rzecz. Byłaby jeszcze piękniejsza, gdyby nie covid. Ale przecież, to, że jakaś tam zaraz opanował świat, nie może stanąć na drodze do szczęścia światowym koncernom, które łożą grube miliony na piłkę i piłkarzy. Taki, dajmy na to Messi czy Ronaldo, jest jak piłkarski Bezos, właściciel Amazona. To, że dostaje milionowe kontrakty za reklamę czipsów czy napojów, jest zasługą wszystkich malutkich rączek, które w fabrykach rozsianych po całym świecie myją, tną i smażoną kartofelki na złote talarki; pakują je potem do worków i sprzedają na tony każdego dnia. To właśnie te małe rączki zarabiają na wille Messiego czy Lewandowskiego. Światły przedsiębiorca mógłby np. nie sponsorować konkretnych sportowców z imienia i nazwiska, jeno ich gaże przeznaczyć na pensje dla pracowników w tym czy innym zakątku globu, np. najbiedniejszym. Ale przecież nie oto chodzi w tym interesie. Ludożerka ma oglądać piłkę, żreć chrupki i zapijać słodzonym napojem, a do tego cieszyć się, że takie same czipsy jak ona, żre półboski piłkarz, bożyszcze dam. W świetle tych ustaleń dziwić nie powinno, że wbrew logice i zasadom covidowy, sen Platiniego się ziścił. Piłkarze latali z kraju do kraju (może oprócz Anglików), razem z nimi kibice. 60 tysięcy na meczu? Proszę bardzo. W Londynie, w Budapeszcie. Doprawdy, nie było chyba bardziej przegiętej akcji niż ostatnie mistrzostwa w piłkę kopaną. Kiedy Polska przygotowuje się od tygodni na 4 falę covidu, w Hiszpanii nadciągnęła już 5. Miesiąc wcześniej jednak nikt o tym nie słyszał, bo gwizd wuwuzel na stadionach i wystrzały korków od szampana w biurach dyrekcji korporacji skutecznie wszystko zagłuszyły. Lud miał się bawić i nie martwić covidem. Na meczach covid nie obowiązywał, piłka stop. Skończyły się mistrzostwa-piłka start. Od nowa…Polska Ludowa.
Jak tak patrzę jednym okiem na tokijską Olimpiadę, bo jednak to czynię, to nie wiem już sam, co gorsze. Czy to, że zorganizowano w Europie Euro na rympał, wbrew zdrowemu rozsądkowi i w poprzek logiki, czy jednak fakt, że Igrzyska Olimpijskie w Japonii przypominają parodię sportu dla mas. Kontrole co godzina, wioska olimpijska niczym więzienie, którego opuścić nie wolno pod karą grzywny, co i rusz wykluczanie zawodników, bo siódma próbka dała wreszcie pozytywny wynik. Wreszcie, wypaczenie sensu rywalizacji, kiedy w szranki stają przetrzebione składy i reprezentacje. Jeśli cała ta zabawa ma przypominać igraszkę ślepego kota z głuchą myszą, to chyba już wolę, żeby nie odbywała się wcale, bo żal na to wszystko patrzeć. Jeśli są jeszcze tacy, którzy chcą to czynić. No, ale z drugiej strony, hajs musi się zgadzać, a ktoś te wszystkie czipsy musi zjeść, tak jak i wyszczepić się trzecią i kolejną dawką. Magazyny rezerw materiałowych mają swoją pojemność, a lek nie będzie tam stał wiecznie. Kupiliśmy raptem 300 milionów dawek.

Jakoś to będzie

Ostatnio w moim bloku dwie osoby z rzędu nie wpuściły mnie do windy. Znakiem tego, propaganda działa. Licznik wciąż bije, a ludzie się lękają. Nie wszyscy, ale im więcej propagandy procovidowej, tym naród bardziej pod butem. Co zatem robić? Nie słuchać i nie czytać. Żeby nie zwariować.

Co rano budzę się i patrzam w portale informacyjne głównego nurtu. A tam co i rusz na czerwono, żeby nie przegapić: ilu zachorowało, ilu wyzdrowiało, ilu umarło. Raz spadnie, raz wzrośnie, a ostatnio najczęściej constans. Co i rano poczynam zastanawiać się wówczas: po co to wszystko? Po co te wszystkie informacje, które robią ludziom wodę z mózgu; mieszają im w głowach; straszą ponad miarę. Kto na tym wygrywa. Bo na pewno nie czytelnicy, którzy chłoną te alarmistyczne treści i zatruwają sobie żywot zgryzotami. I klikają w niusy, w piloty telewizorów, a gdzieś tam, po drugiej stronie światłowodu siedzą możni panowie i nobliwe panie i liczą zysk z kasy reklamodawców.

Nie wiem jak Państwa, ale mnie strasznie to rozsierdza; licznik zgonów i zachorowań; ozdrowieńców i zaszczepionych. Tłucze się ludziom do głów, że wróg u bram i trzeba mieć się na baczności. Pamiętam ongiś, jak w latach 90. w Nowym Jorku, na dworcu autobusowym, wystawiony był ogromny telebim, na którym prezentowano liczbę zabójstw, napadów z bronią w ręku, kradzieży i rozbojów na daną godzinę. Czemu i komu miało to służyć, nie bardzo wiem. Bo na pewno nie miastu i jego mieszkańcom. O tym, że mieszkają w niebezpiecznej metropolii wiedzieli i bez tego. Jeszcze przed Giulianim ktoś poszedł po rozum do głowy i zdjął licznik morderstw, żeby nie irytować mieszkańców miasta ponad stan.

Dokładnie tak samo patrzę na liczniki statystyk na naszych portalach; irytują ludzi a niektórych straszą i robią więcej szkody niż pożytku. Zresztą, tego ostatniego nie ma z nich za grosz. Kiedy liczniki nie pokazują wrażych danych, zrazu znajdzie się jakiś czarnosecinny artykuł o tym, jak to lada moment będzie strasznie i żeby się przygotować na najgorsze. A rzeczy ostatnie już poczynają się dziać na naszych oczach, na razie po cichutku, ale już czuć morowy wiatr z Zachodu. Rozmawiałem niedawno z jednym z pisowskich samorządowców wojewódzkiego szczebla; człowiek ów powiedział mi, że na dniach poszła z rządu w teren bumaga, aby odwoływać imprezy masowe finansowane z budżetów gmin, a kasę mrozić na zapomogi i tarcze pomocowe na czwartą falę.

Na głównych antenach telewizji prywatnych i komercyjnych, zaraz po dziennikach, w najlepsze funkcjonują covido-wiadomości i covido-poradniki. Nie wiem na jakiej podstawie szefostwo kanałów ustala, że nadal będzie emitować ten specyficzny rodzaj rozrywki, ale gdyby nie szły za tym pieniądze warunkowane wysoką oglądalnością, zapewne ramówkę wypełniłoby coś innego. Znakiem tego, Polacy lubią horrory; chcą się bać na zapas; kochają, kiedy mówi im się, że jest źle, a może być jeszcze gorzej…czy aby na pewno? Kiedy patrzę na moich współbraci w polskiej niedoli, odnoszę zupełnie inne wrażenie. Lubimy raczej, kiedy się nam mówi, że będzie dobrze, że „jakoś to będzie”; lepiej, gorzej, ale jakoś. Że podołamy, że nie będzie tak źle, nie będzie bolało; żeby się nie martwić na zapas, bo jest chujowo, ale stabilnie. I na nas to działa. Na przeoranych pracą, wódką i stresem, ziemistych twarzach pojawia się w okolicach kącików ust mały półksiężyc, który z czasem przechodzi w uśmiech; wargi pęcznieją od krwi, usta czerwienieją, oczodoły nabierają błysku. Jak się chce, to można nas rozbawić. Byleby było czym; Benny Hillem, „Samymi swoimi”, czymkolwiek. Ale na pewno nie paskami z liczbą zachorowań i zgonów. Kiedy się na to spojrzy na zaraz po otwarciu oczu i komputera, dzień nie może być udany. I zwykle nie jest. Po co więc to wszystko; za jakie grzechy maltretują nas tą wiedzą, do nieszczęścia głębokiego koniecznie potrzebną. Wiadomo, dla kasy. Ale żeby aż tak człowiekowi zatruwać życie; że też nie wystarczy im codzienny kociokwik o Gowinie, Żydach, tefałenie; toż to samo w sobie już wystarczająco mdłe i niestrawne. Jesień jednak szykuje nam się złota. Przynajmniej dla wydawców.

O polskich mediach na nowy tydzień

Jeden poseł mnie pyta, co ja sądzę o lex TVN, a ja mu na to, że zasadniczo to się nawet trochę cieszę, bo zawsze mnie o cieszy, kiedy się jakiś mały grajek próbuje się postawić Amerykanom, tylko nie bardzo wiem co ma z tego wynikać, kiedy kupujemy w tym samym czasie amerykańskie czołgi. Ale pomysł sam w sobie nie głupi, bo jakby się przyjrzeć regulacjom medialnym w państwach zachodu, to okazuje się, że nie za taki pluralizm Wałęsa skakał przez płot.

W Niemczech ongiś próbowała wejść na rynek stacja RTL, nadająca z Luksemburga. Pobyła, pobyła, ale się zmyła. Od tego czasu w Reichu istnieją tylko niemieccy nadawcy. O innej, niż brytyjskiej własności względem mediów pisanych i elektronicznych, na Wyspach nikt nawet nie śni. Podobnie w Szwecji czy Norwegii. Nie jest bowiem tak, jak wmawiał nam przez lata naczelny ekonom, że kapitał nie ma narodowości. Każdy, średnio rozgarnięty obywatel już dziś wie, choćby przez empirię, że jest zupełnie odwrotnie. W mediach tak samo. Media ponadto są na tyle specyficznym biznesem, że prócz rozrywki, dostarczają też informacji, a te odpowiednio pozycjonują i komentują. I nikt mi nie powie, że własność nie ma tu nic do gadania. Zresztą, wystarczy popatrzeć i porównać przekazy tych i owych. Bezstronności nigdy w mediach nie uświadczymy, ale przynajmniej można by się do niej zbliżać. Z tego punktu widzenia, działania nasz czy węgierskie, oczywiście, mogą być obśmiane, jako konsekwentne kroczenie w stronę putinowskiej Rosji, jeno niech pierwej każdy jeden krytykant spojrzy obiektywnym okiem na Zachód. Tam żadne, szanujące się społeczeństwo i rząd nawet nie śni o tym, żeby tak ważny odcinek jak media, oddać na pastwę wolnego rynku, gdzie może go sobie zakupić kto chce; jak chce, kształtować dyskurs i manipulować opinią. A w każdym, państwowym działaniu idzie wszak o to, żeby działać zgodnie z narodowym interesem. Żeby ludziom przychylić nieba, lub przynajmniej, oddalić odeń piekielny krąg. Swoim ludziom, nie cudzym. I choćby nie wiem jak Zachód był proludzki, empatyczny i otwarty, to każde państwo starej Unii gra na siebie. Jeśli oczywiście ma mądrych przywódców, a większość ma. Po co jest Nord Stream? Żeby podkurwić Kaczyńskiego i Amerykę? Nie, jest po to, żeby Niemcy płacili taniej za gaz, a reszta Europy niech się buja. Gdybym był Niemcami, robiłbym dokładnie tak samo.

Z drugiej strony, co podnoszą krytykanci repolonizacji mediów, i po części mają rację, istnieje groźba, że przejmując kontrolę nad prasą, radiem i telewizją, uczyni się z nich pas transmisyjny władzy względem obywateli, jak to było za komuny. Wszyscy będą tłuc to samo, jak dziś TVP, której na trzeźwo oglądać nie sposób. Rzeczywiście, jest taka szansa. Dziś już czyści się na potęgę redakcje lokalnych gazet przejętych przez Orlen, zastępując dziennikarzy z doświadczeniem, swoimi. Niektórzy ubiegają gilotynę i rzucają papierami sami z siebie. Czego by jednak nie mówić o prasie drukowanej, siła jej rażenia jest dziś cokolwiek średnia. I będzie coraz mniejsza, czy tego chcemy, czy nie. Naturalnie, dla demokracji i walki o prawdę to zła wiadomość, ale z punktu widzenia mocy propagandowych, nie oszukujmy się, kilka odkupionych od Niemca gazet, PiS-owi wyborów nie wygra. O telewizję jednak należy się bić, bo pogłoski o jej rychłej śmierci, są, jak na razie, mocno przesadzone. Zakładając, że PiS-owi uda się obłaskawić amerykańskich panów i dopchną kolanem deal z przejęciem TVN-u, zastanawiam się, jak powinna wyglądać dalsza rozgrywka i polityka względem stacji. Wywalić wszystkich niepokornych i zastąpić ich narybkiem od Rydzyka, to trochę, nawet jak na PiS, zbyt łopatologiczne. Istnieje ryzyko, że naród się w tym połapie. Gdybym dowierzał, że w partii rządzącej są ludzie, którzy potrafią manewrować na styku biznesu i miękkiej dyplomacji bez nahaja przy pasie, postawiłbym parę groszy na to, że od paru miesięcy trwają zaawansowane rozmowy z kierownictwem stacji, w jaki sposób przeprowadzić na antenach aksamitną rewolucję przekazu, tak, żeby w oczach człowieka który ogląda „Szkło kontaktowe” i ceni za rzetelność Monikę Olejnik, trochę zyskać. A to jest do zrobieni. Wymaga czasu i pieniędzy, ale idzie to uczynić, oczywiście pod warunkiem, że biorą się za to profesjonaliści, a nie Marek Suski z Jackiem Sasinem. Wystarczy spojrzeć na przykład Polsatu, który przeszedł na pozycje bardzo umiarkowane, zmieniając, w zasadzie z miesiąc na miesiąc, ostry, antyrządowy kurs.

Kończąc wątek polskich mediów, które winne polskimi zostać, pragnę jedynie na koniec złożyć serdeczne kondolencje zarządowi Nowej Lewicy i Włodzimierzowi Czarzastemu, za to, że na naszych oczach grzebie dorobek tych kilkunastu procent z ostatnich wyborów. Usuwanie niewygodnych rywali za pomocą podpisu na glejcie? Donald Tusk by się nie powstydził. Ja się jednak wstydzę. Za to co widzę. Dobrze, że żadna telewizja tego nie pokaże…

Młodzieży chowanie, czyli rzecz o zamojskiej Akademii

Po przeszło miesiącu od zdjęcia przez marszałek Sejmu projektu w sprawie powołania Akademii Zamojskiej sygnowanego przez zamojskiego posła PiS, Sławomira Zawiślaka, 8 lipca Sejm przegłosował nowy, poprawiony projekt. Za ustawą głosowało 233 posłów, przeciw 204, a dwóch wstrzymało się od głosu. Teraz ustawa trafi do Senatu. I od nowa, Polska Ludowa.

Po nieudanym dla PiS głosowaniu w sprawie Akademii, los projektu sanacji zamojskiej Alma Mater stanął pod znakiem zapytania. Pisząc i komentując sejmową ofensywę sprzed kilku miesięcy w sprawie AZ, większość mediów skupiła się na krytyce szaleńczego tempa prac oraz niedoróbek legislacyjnych, składanego do laski marszałkowskiej projektu. Ambicją wnioskodawców było i jest powołanie Akademii już we wrześniu, oraz utworzenie nań kierunku lekarskiego. Negatywne, a wręcz miażdżące opinie o projekcie wydały wówczas Polska Akademia Nauki, Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego i Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Nie było zresztą specjalnie innego wyjścia, bo projekt powołania Akademii warunkowany jest likwidacją już istniejącej w Zamościu, Uczelni Państwowej im. Szymona Szymonowica, dawniej znanej jako PWSZ. W projekcie założono bowiem, że wraz z wejściem w życie nowej ustawy o powołaniu AZ, dotychczasowi pracownicy Szymonowica tracą zatrudnienie. Nie można zatem dziwić się władzom Uczelni Państwowej z Zamościa, że nie są zainteresowane podobnym rozwiązaniem i w odwołaniu, choćby do marszałek Sejmu Elżbiety Witek, wskazują na pogwałcenie praworządności i zasad demokracji. Senat Uczelni im. Szymonowica podnosił ponadto, że nie konsultowano z nim zmian na żadnym z etapów, bez możliwości ustosunkowania się do projektu.

W nowym projekcie udało się jednak przegłosować te rozwiązania. Ustawa przewiduje utworzenie z dniem 1 września 2021 r. Akademii Zamojskiej z siedzibą w Zamościu w oparciu o istniejącą Uczelnię Państwową im. Szymona Szymonowica. Zgodnie z ustawą mienie uczelni stanie się mieniem akademii. „Skutkiem prawnym projektowanej regulacji, w odniesieniu do praw i obowiązków uczelni jest mechanizm sukcesji generalnej tj. przejęcia wszelkich praw i obowiązków Uczelni przez akademię” – wskazano w uzasadnieniu. Nadzór nad Akademią sprawować będzie minister właściwy do spraw szkolnictwa wyższego i nauki. Z ustawy wynika, że pierwszego rektora akademii powoła minister właściwy do spraw szkolnictwa wyższego. W czasie głosowania przepadła poprawka Lewicy, która uchylała takie rozwiązanie.

Pracownicy zatrudnieni w uczelni staną się pracownikami akademii, jednak – jak wynika z ustawy – stosunki pracy z tymi pracownikami wygasną po upływie 3 miesięcy od dnia wejścia w życie ustawy, jeżeli przed upływem tego terminu nie zostaną im zaproponowane nowe warunki pracy i płacy. W czasie głosowania przepadły poprawki opozycji (KO i Lewicy), które zakładały, że pracownicy uczelni staną się pracownikami akademii i ich umowy nie będą rozwiązane po upływie 3 miesięcy od wejścia ustawy w życie.

Skąd to całe zamieszanie nad zamojską Akademią i kto to wszystko wymyślił? Przecież projektu powołania nowej, państwowej uczelni, nawiązującej do wielowiekowych tradycji rodu Zamoyskich, nie wyciąga się w pięć minut z rękawa. Czyj ruch wywołał to wielkie poruszenie? Prawdą jest, że poseł Zawiślak i minister Czarnek znają się od lat. Gdy Zawiślak został posłem w 2005 roku, Czarnek pomagał pisać mu interpelacje, przygotowywał opinie prawne i stanowiska. Nie dziwi zatem ich wzajemne współdziałanie. Skąd jednak pomysł u Zawiślaka (albo Czarnka), żeby wskrzesić Akademię Zamojską? Wbrew pozorom nie oni pierwsi na to wpadli, a cała sprawa ma dużo dłuższą historię. I zupełnie innego ojca, niż tandem Zawiślak-Czarnek.

Jan Świtka pochodzi z Majdanu Górnego, wsi położonej w powiecie tomaszowskim. Wywodzi się z chłopskiej rodziny, jak większość mieszkańców tego regionu. Nie przeszkodziło mu to jednak zostać profesorem. Świtka ukończył w 1962 r. studia na Wydziale Filozoficznym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Uzyskał stopień naukowy doktora filozofii, po czym obronił habilitację. Pełnił funkcję dziekana Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Zdał również egzamin sędziowski. Zajmował stanowisko profesora KUL, kierownika Katedry Kryminologii i Psychologii Kryminalnej KUL, kuratora Katedry Prawa Karnego i Postępowania Karnego KUL. Został dziekanem seniorem Wydziału Zamiejscowego Nauk Prawnych i Ekonomicznych KUL w Tomaszowie Lubelskim. Zajął się także prowadzeniem wykładów w Wyższej Szkole Prawa i Administracji w Przemyślu. Prócz kariery naukowej, prof. Świtka działał czynnie w polityce. W 1960 r. wstąpił do Stronnictwa Demokratycznego, w latach 1981–1988 był członkiem Centralnego Komitetu SD i przewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu SD w Rzeszowie. W latach 1989–1993 z ramienia SD sprawował mandat posła na Sejm kontraktowy, następnie na Sejm I kadencji, w którym był jedynym przedstawicielem SD. W wyborach w 1993 r. bez powodzenia ubiegał się o reelekcję z ramienia Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform.

Do szkoły średniej Jan Świtka uczęszczał na tomaszowską „górkę”, do słynnego ongiś Liceum im. Bartosza Głowackiego, tego samego, przed którym Jacek Sasin chce dziś stawiać łuk tryumfalny. W podobnym czasie co Świtka, tomaszowski ogólniak kończyli m.in. oo. Wacław Oszajca, poeta w habicie jezuity, czy prof. Paweł Bożyk, doradca ekonomiczny Edwarda Gierka. Właśnie w tej szkole młody Jan Świtka po raz pierwszy dowiedział się o Akademii Zamojskiej i jej losach od ówczesnego nauczyciela historii, żołnierza AK, prof. Piotrowskiego. Tomaszowskiego liceum nie ukończył. Relegowano go zeń, na wniosek UB, z wilczym biletem, za antystalinowską postawę, przejawiającą się m.in. w publicznym krytykowaniu obowiązkowych dostaw narzucanych rolnikom przez władzę.

Jan Świtka ma w sobie jednak to, z czym w świat wyprawiła go jego ziemia; chłopski upór i zawziętość, a przy tym hardy kark, nawykły do życia w trudnych warunkach. M.in. te przymioty pozwoliły mu ukończyć naukę w liceum poza Tomaszowem i dostać się na studia, na KUL. Jak sam wspomina, działając w studenckim kole Młodych Demokratów, cały czas chodziła mu po głowie kwestia Akademii Zamojskiej i jej dziedzictwa, którą już wówczas, starał się ocalić od zapomnienia. Nic więc dziwnego, że gdy w wolnej Polsce nadarzyła się sposobność, a Świtka został posłem na Sejm, podjął pierwsze rozmowy na najwyższym szczeblu. Po raz pierwszy o sprawie reaktywacji Akademii Zamojskiej Świtka rozmawiał w 1990 r. z prof. Henrykiem Samsonowiczem, ówczesnym ministrem edukacji. Dostał od niego zielone światło i żadnego, formalnego wparcia, prócz słowa honoru historyka, którego do idei nie trzeba było specjalnie zachęcać. Jeszcze w tym samym roku prof. Świtka, zachęcony wsparciem Samsonowicza, złożył wizytę wicewojewodzie zamojskiemu, Stanisławowi Biniędzie, podczas której zaraził go pomysłem odbudowy Akademii. Niemniej, już po wstępnym rekonesansie, wojewoda informował prof. Świtkę, że na początku „nowej Polski” projekt pod nazwą Akademia Zamojska może mieć spore kłopoty z realizacją. Po pierwsze dlatego, że dawny budynek Akademii znajdował się w opłakanym stanie, po drugie w mieście nie było wystarczającej kadry naukowej, a po trzecie, nawet jeśli udałoby się ją pozyskać, np. z Lublina, miasto nie miało gdzie i za co ulokować profesorów, bo brakowało mieszkań. I na tym rozmowy zakończono. Świtka jednak nie porzucił pomysłu, i przez całe lata 90. i dwutysięczne wracał do rozmów. Znalazł też dla swoich działań życzliwego patrona w zamojskiej Radzie Miasta, w osobie, zmarłej nie dawno, Marii Gmyz, architektki i entuzjastki przywrócenia Zamościowi jej dawnej uczelni. M.in. te i inne, formalne i nieformalne zabiegi prof. Świtki, doprowadziły do powstania Komitetu Społecznego na rzecz wskrzeszenia Akademii Zamojskiej.

Zanim jednak miasto formalnie upomniało się o swoją spuściznę, Jan Świtka próbował zainteresować pomysłem wszystkich włodarzy Zamościa, angażując w swój pomysł władze KUL-u, na którym wykładał i dla którego to tworzył w tym samym czasie Wydział Zamiejscowy Nauk Prawnych i Ekonomicznych w Tomaszowie Lub. Już w 2000 r. prof. Świtka został jednogłośnie powołany przez Senat Akademicki KUL na koordynatora, delegata Senatu, do podjęcia rozmów z władzami Zamościa w sprawie wskrzeszenia AZ. Jako koordynator, prof. Świtka zapraszał do rozmów prezydentów miasta: Marka Grzelaczyka, później Marcina Zamoyskiego, wreszcie Andrzeja Wnuka. Jak sam przyznaje, od żadnego z nich nie uzyskał pomocy w swoim dziele, a z niektórymi niedane mu było nawet porozmawiać.

Mijały kolejne lata, między urzędami i kancelariami krążyły kolejne pisma, a sprawa nie posuwała się do przodu ani o krok. Aktywnie, na miarę swoich możliwości, działał Marek Splewiński, przewodniczący Społecznego Komitetu na rzecz reaktywacji. W 2017 r. zapytywał w piśmie prezydenta Wnuka, co dalej z Akademią. Akurat w tym samym czasie trwały w Sejmie prace nad zmianą ustawy o szkolnictwie wyższym, czyli tzw. „ustawą Gowina”. Być może dlatego minister Gowin nie znalazł czasu żeby pochylić się nad pismem od władz Zamościa, z prośbą o stworzenie możliwości reaktywowania Akademii. Prof. Świtka wspomina, że na inauguracji roku akademickiego na KUL-u dane mu było porozmawiać z ministrem Gowinem, który obiecał przyjrzeć się sprawie, ale niestety, nie zdążył.
W zeszłym roku na funkcję ministra edukacji i nauki premier powołał Przemysława Czarnka, byłego wojewodę lubelskiego. Kiedy minister okrzepł nieco na urzędzie, sprawę Akademii zaczął forsować poseł Zawiślak. Z posłem Zawiślakiem, Świtka rozmawiał w swoim życiu jeden raz. Czemu akurat on, a nie sam minister? Tego nie wiemy. Jan Świtka przyznaje, że dla powołania uczelni o takiej randze dużo sensowniejsza i bardziej zasadna wydawałaby się inicjatywa ministerialna, a nie poselska. Zarówno Ministerstwo Edukacji jak i poseł Zawiślak nie odnieśli się do pytań, m.in. o to, skąd zrodził się w nich pomysł powołania do życia Akademii Zamojskiej i dlaczego nie wyszedł bezpośrednio z MEiN.
Pod projektem podpisali się wszyscy, lokalni posłowie PiS. Wsparcie zadeklarowała też Konfederacja. Co o projekcie i pomyśle sądzą i sądzili inni? Wielkim admiratorem walki o Akademię Zamojską jest poseł Jarosław Sachajko z Kukiz’15. W kuluarach można usłyszeć informację, że dr Sachajko ma chęć na posadę kanclerza przyszłej uczelni, czego sam zainteresowany nie potwierdza. Projekt autorstwa posła Zawiślaka do końca mu się nie podobał, ale po poprawkach poparł go bez zastrzeżeń, choć, jak dodaje, w Senacie wiele się jeszcze może zdarzyć. Co ważne, poseł Sachajko podkreśla, że przy obecnej dostępności do kadry naukowej jak i bazy w postaci dawnego budynku Akademii, remontowanego dziś przez miasto, nic nie stoi na przeszkodzie, aby prócz nauk społecznych czy humanistycznych powołać przy Akademii wydział lekarski. Potrzeba tylko zastrzyku gotówki, którą nowy minister zapewne by znalazł. Najpierw jednak należałoby rozwiązać problem z Uczelnią im. Szymonowica. Wskazuje, że Uczelnia im. Szymonowica to, wedle statystyk, jedna z gorszych uczelni zawodowych w kraju. Rzeczywiście, w ostatnim rankingu magazynu „Perspektywy”, zamojska uczelnia zajęła ostatnie, 34 miejsce. Warto jednak cofnąć się trochę w czasie i wrócić do pierwocin pomysłu prof. Świtki. Okazuje się bowiem, że rozwiązanie dotyczące ufundowania Akademii na fundamencie PWSZ-tu nie jest ideą tyleż nową, co autorską duetu Zawiślak-Czarnek. Prof. Świtka przyznaje, że z podobną koncepcją wyszedł przed laty…Marcin Zamoyski. Podczas jednej z rozmów, prezydent poinformował profesora o zamiarze powołania wyższej szkoły zawodowej, która miałaby być bazą dla wskrzeszenia Akademii. Szkoła Zawodowa była bowiem w tym czasie łatwiejsza do „ogarnięcia” niźli pełnoprawna i pełnowymiarowa Akademia. Ponadto wymagała od miasta, jako jej fundatora, niewspółmiernie mniejszego zaangażowania finansowego i materialnego. W tymże tonie jest także utrzymana wzmiankowana uchwały Rady Miasta z 2004 r. w sprawie poparcia starań dla utworzenia Akademii Zamojskiej. W punkcie 5 informacji dołączonej do pisma przewodniego wyczytać można, że „Akademię będzie można wskrzesić na bazie Wyższej Szkoły Zawodowej w Zamościu i w Chełmie”. PWSZ w Zamościu powstaje niecały rok później, po przyjęciu uchwały przez Radę Miasta. Do tego samego rozwiązania sięgnęli zamojscy rajcy 15 lat później. W uchwale w sprawie poparcia starań Komitetu Społecznego na rzecz powołania Akademii Zamojskiej a dotyczących reaktywacji Akademii Zamojskiej można przeczytać, że Rada Miasta stoi na stanowisku, że warunkiem powstania PWSZ w Zamościu było to, iż na jej bazie zostanie powołana Akademia Zamojska. W kolejnym punkcie Rada Miasta zwraca się do rektora i Senatu PWSZ w Zamościu, aby przygotować pod względem organizacyjnym warunki, których wymaga Ustawa o szkolnictwie wyższym, do reaktywowania na jej bazie Akademii Zamojskiej. Tyle w wersji pierwotnej. W wersji właściwej obydwa punkty zniknęły. Dlaczego? Nikt nie potrafi tego wyjaśnić. Ani prof. Świtka, ani rektor Uczelni Państwowej im. Szymonowica, który nie odpowiedział do dziś, czy zna oba projekty Rady Miasta, z 2004 i 2019 r. oraz pomysły Marcina Zamoyskiego w sprawie AZ.
Kiedy w Sejmie trwał gorączkowy spór w sprawie losów Akademii, na ulicach Zamościa, w budynkach Akademii trwał remont. Trwał. Bo od jakiegoś czasu nikt zabytkowego budynku już nie remontuje. Wykonawca porzucił prace i domaga się unieważnienia kontraktu. Tego samego, na który miasto pozyskało unijne środki. W czasie remontu natrafiono bowiem na cenne malowidła ukryte pod tynkami. To znacząco wpłynęło na czas prac i najpewniej na koszta. Jak na razie, żadna ze stron, wykonawca ani miasto, nie zamierzają odpuścić i spór znajdzie zapewne swój finał w sądzie.

Prezydentem Zamościa, od dwóch kadencji pozostaje Andrzej Wnuk. Zanim objął fotel włodarza miasta, pełnił funkcję redaktora naczelnego „Kroniki Tygodnia”, jednego z dwóch lokalnych tygodników, wydawanych na terenie miasta, a dystrybuowanych w całym, byłym województwie zamojskim. Obydwie elekcje Wnuk wygrał pod sztandarem PiS-u, choć formalnie do partii nie należy. Nie jest w mieście tajemnicą, że prezydent Wnuk nie przepada za posłem Zawiślakiem, czego nie kryje. Pytany o projekt i wzajemne relacje ze Sławomirem Zawiślakiem, nie owija w bawełnę. – Bardzo wysoko oceniam kompetencje organizacyjne ministra Czarnka i gdyby był to projekt ministerialny, to byłbym od początku spokojny o jego przyszłość. Niestety, ponieważ jest to projekt poselski, za którym stał poseł Zawiślak, to jest jak jest. Ogólnie dość nisko oceniam talenty organizatorskie pana posła. W sprawie ustawy o powołaniu Akademii Zamojskiej poruszał się z gracją słonia w składzie porcelany. Dość powiedzieć, że po wpłynięciu pierwszej wersji projektu do Sejmu, to do mnie dzwonili posłowie Zjednoczonej Prawicy czy też opozycji z pytaniem, jak mają traktować tak słabo przygotowany projekt. Andrzej Wnuk dodaje, że doskonale zna dokonania prof. Świtki i jednego, czego brakowało jego pomysłom, to brak wsparcia władz centralnych, bez których Akademia nie ma prawa powstać. Sam zaś wskazuje, że miasto angażuje się w sprawę jak może; chce mediować między Uczelnią im. Szymonowica a Komitetem Społecznym, żeby uspokoić nieco nastroje. Pytany o to, czy miasto takie jak Zamość spełnia swoje ambicje akademickie siłami uczelni im. Szymonowica, czy raczej winno być reprezentowane przez jednostkę o wyższym poziomie naukowym, odpowiada, że Zamość powinien mieć uczelnię o większym potencjale. Akademia to minimum. Podobnie uważa Jacek Czerniak, lubelski szef SLD. Lewica na Zamojszczyźnie miała do niedawna swoją przedstawicielkę, Monikę Pawłowską. Ta kilka miesięcy temu zmieniła barwy i weszła do Porozumienia J. Gowina. Nie odniosła się do pytań w sprawie AZ. Czerniak, podobnie jak A. Wnuk, zapewnia, że jest całym sercem i rozumem za Akademią. Oczywiście po poprawkach, bo projekt posła Zawiślaka, zdaniem Jacka Czerniaka, był niedopracowany. Można byłoby go naprawić choćby w ramach prac w Lubelskim Zespole Parlamentarnym, i przedstawić jako projekt ponadpolityczny, co byłoby, zdaniem Czerniaka, najlepszym rozwiązaniem. Gdyby tylko dostał zaproszenie do prac przy projekcie, chętnie wziąłby w nim udział choć, jak sam podkreśla, nie ma specjalnych nadziei na to, że politycy PiS-u zgłoszą się do kogoś spoza własnego środowiska po radę.

W Senacie przewagę ma opozycja. Najprawdopodobniej będzie próbować przywrócić poprawki które przepadły w Sejmie, ale później ustawa znowu trafi do izby niższej Parlamentu, gdzie może utknąć na dłużej. Szansę na nowy rok akademicki z Akademią Zamojską wciąż są realne, choć z każdym dniem jest ich coraz mniej. Studia wyższe na szczęście nie są dyscypliną olimpijską ani grą na czas. Powstanie nowej, wyższej uczelni w Zamościu to także realne wpływy do budżetu miasta, województwa czy ministerstwa. Ich wielkość będzie zależała z kolei od współpracy tych trzech składowych zamojskiej układanki: miasta, województwa i ministra. Szczególnie ten ostatni, ma akademikom coś do udowodnienia, o ile los nadal pozwoli mu pozostać w ministerialnym gabinecie. Jan Świtka rozmawiał telefonicznie z Przemysławem Czarnkiem. Ten zapewnił go o swoim poparciu. Obiecał, że pomoże. I pomógł. Czego by nie mówić o obecnym ministrze edukacji i jak nie patrzeć na jego politykę, to właśnie on, a nie kto inny, wprowadził sprawę Akademii Zamojskiej na salę plenarną Sejmu. Od czasów prof. Samsonowicza, żaden minister III RP się na to nie zdobył. Kiedy więc Przemysław Czarnek będzie mówił o swoim sukcesie w sprawie AZ, będzie mówił prawdę. – Rzeczywiście, podkreśla prof. Świtka. Trzeba było czekać ponad 200 lat, żeby ktoś przypomniał sobie o Zamościu jako mieście akademickim z tradycjami. I tylko trzydzieści kilka w demokratycznej Polsce.

Nie prawo ani lewo myślny

Rada Warszawy w zeszłym tygodniu przyjęła uchwałę, zakazującą poruszania się po mieście furgonetek „pro-life” oraz anty-LGBT. Tzn. w uchwale mowa jest o pojazdach prezentujących na oklejonych pakach „drastyczne treści”, ale wszyscy wiedzą o co chodzi. I dobrze, powie Lewica. Ale czy na pewno do końca?

Stołeczna uchwała wzbudziła wiele kontrowersji i pytań o wolność przekonań i poglądów. Część komentatorów zarzuciło warszawskim radnym chęć ograniczania wolności debaty oraz cenzurę i dyskryminację organizacji pro-life. I, co tu kryć, ta część ma rację.

Ongiś, czkawką po Polsce odbijała się sprawa miesięcznika „Zły”. Kierowany przez żonę Jerzego Urbana, Małgorzatę Daniszewską, magazyn, szokował treścią jak i formą. Opisywano weń straszliwe zbrodnie, wynaturzenia i historie, opatrzone zdjęciami rozczłonkowanych ciał, genitaliów, dekapitacji itp. jako ilustracji do artykułów. Miesięcznik od początku wzbudzał kontrowersje, choć formalnie prawa nie naruszał. Medioznawcy i etycy mieli jednak gazecie za, nomen omen, złe, że tak drastyczne materiały leżą na półkach w kioskach czy salonach prasowych, więc każdy, nawet najmłodszy, może swobodnie do nich zajrzeć. Presja na magazyn ze strony opinii publicznej była tak duża, że w 2000 r. „Ruch” (dziś to byłoby zupełnie naturalne), odmówił kolportowania miesięcznika „Zły”. Wydawca zarzucił kierownictwu firmy chęć zniszczenia „Złego” i stosowanie praktyk cenzorskich, czego dowodem miało być wycofanie pisma z kiosków, mimo że, jeśli wierzyć zapewnieniom Daniszewskiej, kolporter miał przez dwa lata dystrybucji „Złego”, zarobić na nim 850 tys. zł. Rok później „Zły” zapłacił 20 tysięcy złotych odszkodowania matce chłopca, którego pośmiertne zdjęcie zostało opublikowano w czasopiśmie, mimo że czasopismo już się nie ukazywało, gdyż wypowiedzenie umowy przez „Ruch” zaskutkowało…śmiercią tytułu. Przyznacie Państwo, ci którzy znali „Złego”, że nie było to coś, co należałoby podsyłać nastolatkom jako lekturę do poduszki. Mimo wszystko, było ogólnodostępne, w czasie gdy magazyny pornograficzne, wyłożone na stojakach w dziale z prasą, były pod folią, czy to się komuś podobało, czy nie.

To, że ciężarówki antyaborcyjne mają „na sobie” zdjęcia martwych płodów i porozrywanych, zabortowanych istotek, może co najwyżej zniesmaczyć. Nie chce mi się tłumaczyć dziecku, co to jest i o co w tym chodzi, więc bardzo dobrze, że zakazano takich akcji, gdyż godzi to w moje poczucie estetyki. Kogoś zniesmacza penis na krzyżu i ma do tego prawo, ale żeby go ujrzeć, pierwej musi iść do galerii, kupić bilet i napawać się widokiem, żeby wydać osąd. Mnie zdjęcia martwych płodów atakują bez biletu i to nawet na przystanku, więc dobrze, że ich nie będzie. Gorzej jednak, że za jednym zamachem ruguje się z przestrzeni publicznej nie tylko obraz ale i treść. A do własnej treści, nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi, każdy ma prawo. Kiedyś, dawno temu, jeździła po warszawie platforma, która zachwalała restaurację „śpiewających kelnerów”. Z głośników jął dobiegać jakiś szlagwort, a człowiek w gablocie krzyczał do szczekaczki, że codziennie nowe menu i nowy repertuar. Idąc tym tropem fałszywie pojętej politycznej poprawności rajców warszawskich, kelnerzy nieśpiewający mogliby się poczuć urażeni nachalnością przekazu i mieliby wówczas prawo żądać zaprzestania podobnych praktyk przez tych śpiewających. Albo: nie palę, ale codziennie wchodzę do sklepu, a tam, zza lady, dzień w dzień, gdy stoją z bułkami do kasy, atakują mnie zdjęcia zgubnych skutków nałogu, nadrukowane na paczkach papierosów; zgniłe dziąsła, przeżarte rakiem płuca, etc. Te jednak mogą być w przestrzeni publicznej żeby szokować, a abortowane płody już nie. To gdzie tu różnica? Czemu nikt nie zawalczy z koncernami tytoniowymi o moją wolność?

Widzicie Państwo, nie jest z tą uchwałą wcale tak prosto. Osobiście się cieszę, że nie będę musiał „tego” już oglądać, ale wcale nie jestem taki cały w skowronkach na myśl o tym, że zamiast walczyć z formą, walczy się prawem także z treścią. Ta ma mieć prawo wylać się na ulice jak chce. I mam nadzieję, że jednak każda myśl, nawet najbardziej krytyczna, znajdzie u nas obrońcę, bo nie staję dziś po stronie prawicowej hałastry ale wolności. Wolności do bycia niepoprawnym i nie prawo ani lewo myślnym.

Czemu cieniu powracasz?

Powroty bywają męczące. Coś o tym wiem. Ostatnio wracałem do domu z Rzeszowa i do tej pory dochodzę do siebie. Kiedyś jedna z grup młodzieżowych wracała z Łowicza do Warszawy przez 18 godzin. A całkiem niedawno premier Tusk wrócił na łono partii. Dumam sobie od dni paru, czy coś z tego będzie.

Żeby Donald Tusk nie miał za łatwo na nowej-starej drodze życia, PiS odpowiednio się o to zatroszczył na początku tygodnia. Sławomir Nowak dostał nowe-stare zarzuty łapówkarskie. Na konferencji prasowej, prokurator, punkt po punkcie odnosił się do każdego, wykazując dowody w postaci pochowanych po szafach pieniędzy. Nazbierało się tego 4 mln złotych. Inna rzecz, że zarzuty ukraińskiej strony mówią o dużo większych defraudacjach. Sprawa z Nowakiem jest rozwojowa. Zakończy się zapewne skazaniem, chyba że Nowak da PiS-owi na tacy głowę samego Tuska, w co raczej nie wierzę. Chociaż, z drugiej strony, Nowaka sypnęli ponoć jego współpracownicy, dociśnięci w śledztwie, więc kto wie. Napisałem nawet w tej sprawie wiadomość do jednego z byłych, wpływowych polityków PO, że wobec tego co się zadziało i czego dowiedziała się opinia publiczna, skazanie Sławomira N. jest bardziej niż pewne. Nic nie odpisał.
Sondaże po powrocie Donalda Tuska do polskiej polityki dalekie są od hurraoptymizmu. Mimo że całkiem dobre, to nie rewelacyjne. Stara gwardia przybocznych w PO wierzy w charyzmę szefa, ale nowi, młodsi, zdążyli już się oswoić z Trzaskowskim jako liderem. Borysa Budki, oprócz najbliższych partyjnych współpracowników i najbliższej rodziny nikt specjalnie nie uważał, a może i szkoda, bo to postać w polskiej polityce nietuzinowa. Tak czy inaczej, dostało mu się od Tuska i Trzaskowskiego, po informacji, że Budka kluczył w sprawie wspólnego spotkania w sześcioro oczu, które miał zaproponować Tusk, nie chcąc dopraszać nań prezydenta Warszawy. Po tej akcji nikt przez dłuższy czas nie spojrzy nań przychylnie, choć, oczywiście, mozolną pracą może się znowu wspiąć wyżej niż jest, tak jak ongiś Nowak.

Czy wobec takiego obrotu spraw i zwrotnej informacji, że sama osoba Donalda Tuska i jej powrót wcale nie gwarantują Platformie i opozycji sukcesu w walce z PiS-em, może coś z tego być? Odpowiedź tkwi w samym Donaldzie Tusku, który przez lata brukselskiej banicji wewnętrznie się przepoczwarzył, lub przynajmniej, sprawiał takie wrażenie. Znacznie bardziej energiczny, jeszcze bardziej pewny siebie, umocniony i obyty światowiec. W porównaniu do prezesa Kaczyńskiego to niebo i ziemia. Ale cały czas gotów do intryg i szczucia jednych na drugich, jak to polityk. W książkach na temat samego Tuska i jego kariery można wyczytać, że do perfekcji opanował on przez lata umiejętność podkupywania sobie atencji i wdzięczności jednych kosztem drugich. Potrafił np. spotykać się z osobą A. której nadawał na osobę B. żeby za chwilę spotkać się z B. i odwrócić sytuację. A kiedy pragnął wyeliminować kogoś ze swoich politycznych ścieżek, najczęściej sięgał po zauszników i przeprowadzał swoje dintojry w białych rękawiczkach. Pytanie, które wyborcy, przyszli i niedoszli, Donalda Tuska winni sobie dziś zadawać, winno brzmieć: czy szef PO nadal to potrafi, czy może już się tego wyzbył i potrafi grać czysto? Jeśli pobyt brukselski zmienił go na tyle, że pozbył się balastu „wilczych oczu” to już dobrze, bo jakżeż tu ufać komuś, kto potrafi drugiego utopić w łyżce wody za krzywy uśmiech czy damski członek. Po prostu nie godzi się. Ze zwykłej przyzwoitości.

Z drugiej jednak strony, jeśli Tusk postradał swój przyrodzony zmysł łowcy, bo ktoś spiłował mu kły na obczyźnie, może to niezbyt dobrze wróżyć na przyszłość w zbliżającej się walce z Kaczyńskim o kolejną kadencję w Sejmie. Ważną składową wpływu Tuska na Platformę i polską politykę jako taką będzie również dobór najbliższego, politycznego otoczenia. Jeśli bowiem zostanie przekonany do tego, żeby postawić na nowe twarze, poprzyklejane od Petru czy Nowackiej, charaktery mogą nie zagrać i niewiele się uda. Nie wiadomo też, czy wewnętrzna opozycja pozwoli mu na sięgnięcie po starych znajomych z pola boju, bo ten ruch pewnikiem odbije się n paskach TVP. Bo na pewno nie TVN-u, którego niebawem może nie być, choć osobiście nie wierzę w taki scenariusz. Kaczyński po raz kolejny wypuszcza próbny balon, żeby ten rozgonił czarne chmury. Choćby tą, wartą ponad 250 mln. Za respiratory od handlarza bronią z Lublina. Ale przecież cóż to niby za afera? Nie było respiratorów, nie było kasy to i równie dobrze może nie być śledztwa.

Prawo do prywatności kaprysem pięknoduchów

Kiedy wszyscy święci naokoło zajęci są walka z pandemią i globalnym ociepleniem, na naszych oczach, lub bardziej, poza naszą wiedzą i świadomością, państwo polskie, szumnie nazywane przez rządzących, demokratycznym, testuje na obywatelu wytrzymałość jego kręgosłupa wystawionego na działanie buta aparatu represji. 

Zaczynamy, Szanowni Państwo, żyć w kraju, w którym prawo nie znaczy już nic. Przynajmmniej w praktyce. Parę dni temu UODO wydało komunikat, że organizatorzy imprez nie mogą domagać się od gości okazania dowodu na bycie zaszczepionym. UODO, czyli Urząd Ochrony Danych Osobowych to agenda rządowa. Rzeczony UODO zadekretował, że ewentualne okazywanie dowodów potwierdzających fakt zaszczepienia może się odbywać z inicjatywy samej osoby zainteresowanej. UODO tłumaczy, że informacje o zaszczepieniu są danymi dotyczącymi zdrowia i stanowią one szczególną kategorię danych osobowych, o której mowa w art. 9 ust.1 RODO. Urząd i wskazał, że covidowe rozporządzenia rządu „nie regulują możliwości żądania od osób uczestniczących w takim wydarzeniu udostępnienia informacji na temat ich szczepienia”.Dlatego nie można uznać ich za podstawę uprawniającą podmioty zobowiązane do przestrzegania określonego tymi przepisami limitu osób do pozyskiwania od uczestników takiego wydarzenia informacji o odbyciu przez nich szczepienia ochronnego. Tym samym nie mają one prawa żądać podania od nich takich danych, a osoba, której dane dotyczą, nie ma obowiązku ich podania” wyjaśnił UODO. Co na to rząd? Nic. Milczy, bo nie bardzo wie co powiedzieć. To, że państwowy urząd po raz enty wskazuje, że prawo w Polsce piszą dyletanci i amatorzy, to nasza szara codzienność. Gorzej jednak, kiedy w obiegu informacji publicznej funkcjonują wzajemnie wykluczające się przepisy. Organizatorzy imprez, bojący się rządowych i sanepidowych kar, nakazują ludziom na bramkach przed koncertami okazywać covidowe paszporty. W aquaparkach i na basenach tworzy się oddzielne kolejki dla szczepionych i nieszepionych. Rząd to oczywiście popiera. A przynajmniej nie mówi głośno, że ktoś w majestacie rządowego, kulawego rozporządzenia, narusza prawa obywatelskie, bo coś takiego dla rządzących to kompletnie nieistotny abstrakt. 

Jakby tego było mało, zaalarmowali mnie niedawno znajomi medycy, że szykuje się kolejny skandal. Na razie towarzystwo dopiero szykuje się do ataku, ale werble pomalutku już zaczęły łomotać. W naszym systemie opieki zdrowotnej funkcjonuje od jakiegoś czasu platforma P1. Dla zwykłego pacjenta to skrót raczej nieznany. Platforma P1 znana jest szerzej jako ezdrowie.gov.pl. Tam, jeśli już odpowiednio się zalogujemy, możemy korzystać z dobrodziejstw sieci przy umawianiu się do lekarzy czy pobieraniu recept, co jest miłym udogodnieniem i znakiem czasu. Tymczasem, na platformie P1 są również pootwierane inne „pokoje”, do których wgląd mają tylko wybrani: lekarze, aptekarze, przedstawiciele NFZ-tu etc. W środowisku medycznym trwają właśnie prace nad tym, aby na platformie P1 zamieszczać epikryzy pacjentów. Epikryzy, czyli wypisy lekarskie po hospitalizacji czy też jednorazowej wizycie. Nie ma chyba na świecie danych bardziej wrażliwych niż te; na co się kto leczył, czym był leczony, co ma wycięte a co zostawione. Mało kto z nas chciałby z własnej woli ujawniać to innym. Tymczasem rządzący planują, że każda taka epikryza ma się na platformie P1 znaleźć. Po co? Oficjalnie, żeby usprawnić przepływ informacji. Kiedy pacjent przychodzi do lekarza, ten ma pełen wgląd w jego kartę choroby, włącznie z wdrożonym leczeniem. Nie ma jednak w projekcie zamieszczania epikryz na platformie P1 informacji kto, oprócz lekarzy, będzie miał doń dostęp, lub raczej, czy będą mogli z tego korzystać wyłącznie medycy. A skoro nie ma, to istnieje prawdopodobieństwo, że do naszych informacji o przebytych chorobach będzie mógł zajrzeć urzędnik, policjant czy polityk. A to już granda i hucpa w biały dzień. Na razie oczywiście jeszcze nikt głośno o tym nie mówi, bo wszystko jest w fazie projektu, ale jeśli UODO potrafi wskazać na jawne łamanie przez rządzących prawa do poszanowania prywatności, a ci nic sobie z tego nie robią, nietrudno o wniosek, że i w przypadku platformy P1 niewiele będzie ich obchodzić obywatel i jego prawo do poszanowania prywatności. Ale do tego, jak pisałem, zdołaliśmy przywyknąć. I prędko nie odwykniemy. 

Złota myśl Andrzeja Ważnego

Chciałem o powrocie Tuska, ale to jeszcze nic pewnego; pewnym jest za to, przynajmniej na tym etapie legislacji, że zgodnie z postanowieniem TK sprzed sześciu lat, Sejm znowelizował właśnie, głosami od lewa do prawa, bez Platformy, kodeks postępowania administracyjnego. I zaczęła się dyplomatyczna bryndza, albo bunc. 

Mój ojciec, człowiek prosty i porywczej natury, ma w swoim sztambuchu zasuszonych kilka złotych myśli, którymi otwiera sobie drzwi do zrozumienia świata. Na przykład, kiedy kogoś coś boli, albo na coś nie domaga, zwykle idzie do doktora. Tam, może się zdarzyć, że usłyszy bardzo złowrogą diagnozę, po której zapada się pod nim ziemia. Zgryzota i choroba toczą go wówczas w zdwojonym tempie, w efekcie czego człek schodzi przedwcześnie. – A mógł sobie jeszcze pożyć-wspomni nad trumną ten. – Ech, szkoda chłopa-doda ów. Mój ojciec w takich wypadkach zwykł był jednak mawiać: trzeba było nie ruszać. 

No i rzeczywiście, coś w tym jest. Gdyby nieboszczyk nazbyt nie zatroszczył się o pieprzyk pod łopatką albo zgrubienie na nodze, może by i dożył drugiej albo i trzeciej wiosny, a tak zabrał się na św. Marcin, bo zaczął szukać w sobie choroby. Ta oczywiście w nim siedziała, ale gdyby nie zaglądać za bardzo do środka, to może by się dało jakąś z nią żyć. Przynajmniej dłużej. A tak-jest jak jest. Wiadomo: trzeba było nie ruszać. 

Z nowelizacją kpa, jest trochę jak z Andrzejem Ważnym i jego złotymi myślami. Trzeba było nie ruszać, albo, trawestując nieco andrzejowy bon mot, można było nie próbować. My, jako Polska i jej posłowie, którzy podnieśli ręce za nowelizacją, jesteśmy kryci, bo wszak musieliśmy wykonać prawomocny wyrok. Wara więc wam, droga, izraelska młodzieży, co możemy sobie robić w swoim domku, i to akurat święta prawda. Forma, którą obrał szef izraelskiego MSZ-tu, była cokolwiek nie na miejscu. Lub może właśnie była dokładnie taka, jaką być powinna, żeby sprowokować zagraniczną reakcję, co się jej oczywiście udało. Nie od dziś wiadomo, że kto by tego nie czynił i jakich narzędzi by nie używał, gdy rzecz tyczy się Holocaustu i żydowskiego mienia, pewnym może być, że po reakcji Izraela zareaguje też administracja prezydencka w USA, bez względu na stronę polityczną, którą reprezentuje amerykański przywódca. To pewien światowy aksjomat polityczno-dyplomatyczny, o którym wie nawet mój tata. Jeśli więc ktoś próbuje otwarcie postawić sprawę i nazwać rzeczy po imieniu, pewnym może być, że Ameryka i Izrael tupną nóżką. Naturalnie, można wówczas wyrażać oburzenie, że jakże to tak, w wewnętrzne interesy kraju na P. wtrąca się kraj na I., jeno niewiele to w tym wszystkim zmieni. 

Zanim się zacznie płakać nad swoim podłym losem pariasa, należałoby się jednak uzbroić na arenie międzynarodowej w mocną, miękką dyplomację i zyskać poparcie kręgów: biznesowych, politycznych, rodowych, słowem-establishmentu, który, czy się nam to podoba czy nie, oplata swoimi kanałami strefy wpływów. A gdy się już posiądzie ten stan wtajemniczenia masońskiej loży, można by Wielkiemu Kreatorowi wygrażać i próbować robić politykę po swojemu. Do tego momentu jednak, winna działać doktryna Andrzeja Ważnego: nie ruszać. Przeczekać. Zaczekać. Zostawić. Żeby nie śmierdziało. Jak się zacznie tykać palcem wrzodu, ten się rozleje i będzie brzydko. 

My postąpiliśmy jak zwykle. Czepiliśmy się ropnia, umiejscowionego na dodatek w bardzo przykrym miejscu, i wydusiliśmy go na oczach świata, tłumacząc to niezbędną koniecznością, zaordynowaną przez starego doktora. A co by się stało, gdybyśmy tak przetrzymali jeszcze trochę ten stan, do momentu, gdy organizm napasałby się na salonach i utył w oczach możnych. Grubemu i bogatemu wiele można: tak wybaczyć jak i uczynić. Np. wycisnąć śmierdzący pryszcz na salonie, tłumacząc to stanem wyższej konieczności. Wtedy to idzie jakoś przetrzymać. Kiedy jednak czyni to biedak bez szkoły i poparcia, jest li tylko zwykłym chamem i wichrzycielem, który chce się wzbogacić na krwawicy ofiar, jak chłopy z Jedwabnego, co spaliły stodołę. 

Co dalej? Może być niebanalnie. Przypomina mi się historia Szwajcarów, którzy swego czasu przyznali się, że mają w swoich bankach parę groszy żydowskiej gotówki i złota, pozostałych po ofiarach Nazistów. Wyliczyli to na kilkaset milionów dolarów. Ale izraelskie lobby miało zupełnie inne wyliczenia, idące w miliardy USD. Kiedy Szwajcarzy raczyli się nie zgodzić co do sumy, w Ameryce rozpętała się kampania sekowania szwajcarskich produktów i Szwajcarii jako takiej, która ostatecznie pogrzebała szwajcarski sen o sprawiedliwym kasjerze, chodzącym jak szwajcarski zegarek. Zastanawiam się, czym moglibyśmy zubożyć Amerykę, gdyby przestano nas tam na nowo lubić. Brakiem wódki i szynki konserwowej w Wallmarcie? A może Papieża Polaka i Wałęsy na pocztówkach? Chyba możemy sobie jeszcze pozwolić na taki scenariusz.