Lewico, razem!

Lewicowy blok to najlepsze, co może nam się przydarzyć.
Nie żeby ktokolwiek miał szansę wygrać na jesieni z PiS, ale jest szansa, że właśnie odkryty został magiczny sposób na uruchomienie tej części elektoratu, która od lat nie rusza się do urn, a po raz ostatni zagłosowała w wyborach prezydenckich w 2015, z zaciśniętymi zębami, na Magdalenę Ogórek.
Moim zdaniem SLD niesłusznie obawia się 8-procentowego progu koalicji. Jeśli zaprzęgnie do pracy pozostałe lewicowe ugrupowania i satelity, ma szansę zrobić nawet wynik oscylujący wokół 10 procent i jestem w stanie się o to założyć o zimne piwo.
Ale i scenariusz z lewicowymi partiami na wspólnej liście SLD jest rozwiązaniem, które zmobilizuje tych, dla których PSL i Nowoczesna na liście Koalicji Obywatelskiej zadziałałyby normalnie jak odstraszacz.
Pytanie, czy koalicjanci w ostatniej chwili nie trzasną drzwiami i czy dogadają się w kwestii imponderabiliów wyborczych.
Od lewicowego bloku oczekiwałabym wreszcie konstruktywnej krytyki PiS i przyjęcia narracji, że pieniądz do kieszeni niekoniecznie jest kwintesencją lewicowego państwa, choć oczywiście, nigdy nie śmierdzi.
Oczekiwałabym konkretnych deklaracji dla pracowników budżetówek, dla sfeminizowanego, świeckiego elektoratu. Furda wiosna, niech rozkwitnie lato!

Wygrać wybory

Jak wygląda stan przygotowań do wyborów parlamentarnych w miesiąc po wyborach europejskich?

Wygrana reprezentacji Polski w meczu z Izraelem sprzed dwóch tygodni pokazała, że ważne jest nie tylko 90 minut gry na boisku. Wielu komentatorów sportowych jest zdania, że kluczem do wygranej była wprowadzona przez trenera Brzęczka zmiana ustawienia zespołu na grę z dwoma napastnikami: Robertem Lewandowskim i Krzysztofem Piątkiem.
W polityce tak łatwo to nie działa. Może dlatego, że „trenerów” jest więcej. W Koalicji Europejskiej było ich pięciu. Jak będzie wyglądało ustawienie opozycyjnej drużyny na wybory parlamentarne? Tego jeszcze nie wiemy. Ale spróbujmy przeanalizować wszystkie „za” i „przeciw” ewentualnych koalicji.

Nieszczęsny D’Hondt

Sceptycy twierdzą, że nieważne jak kto głosuje, najważniejsze kto liczy głosy. To akurat nie dotyczy wyniku niedawnych wyborów europejskich, bo nikt nie kwestionował rzetelności tych wyborów. A w nadchodzących wyborach do Sejmu jednym z kluczowych elementów wpływających na ostateczny wynik będzie sposób liczenia głosów.
Obowiązujący do dzisiaj sposób liczenia głosów metodą D’Hondta wprowadzili do ordynacji wyborczej posłowie i posłanki rządzącego wówczas Sojuszu Lewicy Demokratycznej. „Sądziliśmy, że będziemy rządzili wiecznie” – przyznał w przypływie szczerości szef partii mającej kiedyś 41 proc. poparcia. A system D’Hondta preferuje takie partie w sposób ewidentny. Dlatego dzisiaj ta metoda liczenia głosów sprzyja Prawu i Sprawiedliwości.

2+2=5

Jak bardzo specyficzna jest metoda D’Hondta ilustruje następujący przykład. Niektórzy politycy twierdzą, że przeciwko Prawu i Sprawiedliwości opozycja powinna wystawić dwie koalicje: centro-prawicową (PO, PSL, Nowoczesna) i centro-lewicową (SLD, Wiosna, Zieloni, Razem). Załóżmy na moment, że tak się stanie. I że PiS uzyska tyle, co w wyborach europejskich – 43 procent. Zaś obie koalicje opozycyjne razem będą miały więcej, bo aż 46 procent: 28 proc. prawicowa i 18 proc. lewicowa.
Logika podpowiada, że zwycięzcą wyborów zostanie opozycja, a obie opozycyjne koalicje będą miały większość w Sejmie. Ale nie w systemie liczenia głosów D’Hondta! W przytoczonym przykładzie PiS uzyskałby około 240 mandatów – pozwalających na samodzielne rządy w kolejnej kadencji. Natomiast podzielona na dwa bloki opozycja miałaby w Sejmie tylko nieco powyżej 200 posłów i posłanek. Przytaczam ten argument już na samym początku przedwyborczej analizy, by uzmysłowić Czytelniczkom i Czytelnikom, że o wygranej opozycji nie decydują wyłącznie lepsze lub gorsze programy poszczególnych partii.

Koalicja Polska

Szef Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz po 26 maja ogłosił zakończenie projektu Koalicji Europejskiej. I zapowiedział próbę stworzenia konserwatywnej, prawicowej Koalicji Polskiej z udziałem ludowców. Z punktu widzenia polityków PSL-u taki pomysł ma sens. Nie musieliby więcej wikłać się w takie niewygodne dla nich tematy jak świeckie państwo, aborcja czy LGBT.
Koalicja Polska miałaby być ofertą dla wyborcy centro-prawicowego. „Kto przygarnie osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy?” – pytał przed wyborami europejskimi Ludwik Dorn w artykule Gazety Wyborczej. Bo Platforma Obywatelska – skręcając w lewo – zapomniała o deklaracji Grzegorza Schetyny. „Platforma Obywatelska ogłasza powrót do ostrego konserwatyzmu i koniec rzekomych »lewicowych eksperymentów«„ – mówił szef PO w 2016 roku.
Moim zdaniem, jedną z przyczyn porażki Koalicji Europejskiej było zachowanie się owych „osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy”. Na PiS nie chcieli głosować. Na koalicję PO z „postkomunistami” – też nie. Zostali w domu. Czy wobec tego zaproponowany przez ludowców pomysł Koalicji Polskiej jest wart kontynuowania? Nie!
Grzegorz Schetyna nie zgodzi się na wejście Platformy Obywatelskiej do Koalicji Polskiej. Doskonale rozumie, że dwa bloki opozycyjne utrudnią pokonanie PiS-u. „Jestem zwolennikiem szerokiej koalicji na wybory parlamentarne” – mówił szef PO w tym tygodniu na antenie TVN24. „Trzeba iść krok po kroku w stronę zbliżania stanowisk i podstawy programowej, a także dobrych list” – dodawał. Trzeba przekonywać ludowców –dodaję ja. Bo Koalicja Polska będąca przystanią dla takich politycznych singli jak choćby Marek Jurek prowadzi donikąd. Niech przewodniczący Kosiniak-Kamysz przestudiuje przypadek Zjednoczonej Lewicy z 2015 roku.

Zjednoczona Lewica

Toczą się rozmowy. To potwierdzają czołowi politycy wszystkich ugrupowań lewicowych: Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń, Adrian Zandberg. Co łączy te partie? Niemal pewny jednocyfrowy wynik w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Może powyżej progu wyborczego? A może poniżej? Czy połączywszy siły w jednej koalicji można liczyć na zsumowanie się elektoratów SLD, Wiosny, Razem i parunastu mniejszych lewicowych ugrupowań? Niekoniecznie.
Policzmy. Kandydatki i kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej startujący w ramach Koalicji Europejskiej uzyskali w sumie 6 proc. głosów. Koalicja Lewica Razem 1,24 proc. A Wiosna Roberta Biedronia 6,06 proc. Ale na Biedronia istotna część wyborców głosowała tylko dlatego, że głosił hasło „nareszcie zmiana”. Jakaż to zmiana i nowa polityka – w odczuciu jego wyborców – wespół z SLD. Szacuję, że Biedroń startujący w ramach zjednoczonej lewicy może stracić nawet połowę swoich fanów. W sumie koalicja lewicowa mogłaby liczyć na około 10 proc. głosów. Tylko 2 punkty procentowe powyżej 8-procentowego progu dla koalicji wyborczych.
Tak jak w przypadku Koalicji Polskiej, programowo koalicja lewicowa ma sens. Pozwala uniknąć kakofonii –szczególnie w sprawach światopoglądowych. Poza tym, nareszcie cała lewica znalazłaby się na jednej liście. A nie na trzech – jak w wyborach europejskich. Wszystko to prawda. I w to wszystko święcie wierzyli Ci, którzy w 2015 roku parli do stworzenia Zjednoczonej Lewicy. Która miała bez problemu osiągnąć wynik dwucyfrowy. „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” – to moja rada. Na jesieni najważniejszym celem jest powrót lewicy do Sejmu. A najpewniejszą drogą jest start w szerokiej koalicji.

PiS bez amunicji

Siedem punktów procentowych straty do Prawa i Sprawiedliwości to sporo. Ale nie zapominajmy, że Kaczyński znaczną część amunicji już wystrzelał. Beata Szydło – 525 tys. głosów, Jadwiga Wiśniewska – 409 tys. głosów, Patryk Jaki – 258 tys. głosów, Beata Kempa – 209 tys. głosów, Adam Bielan – 207 tys. głosów, Beata Mazurek – 204 tys. głosów, Joachim Brudziński – 185 tys. głosów. Tylko ta siódemka europarlamentarzystów zebrała 2 mln głosów. Ponad dwa razy więcej niż przegrana KE z PiS. A teraz pytanie za dziesięć punktów? Jak nazywają się następcy odchodzących ministrów: Szydło, Jakiego, Brudzińskiego? Czy jeśli wystartują do Sejmu, zbiorą również setki tysięcy głosów?
Na wyczerpaniu jest też amunicja budżetowa. „Uczciwie mówimy, że budżetu nie stać na więcej” – mówił Jarosław Gowin na parę tygodni przed wyborami europejskimi. A słowa wicepremiera potwierdzają dane ministerstwa finansów. W lutym wpływy z VAT-u były o 1,6 mld zł niższe niż przed rokiem, a w marcu o 1 mld zł niższe. Gdy ruszą wypłaty 500+ na pierwsze dziecko, pewnie znowu skoczą do góry. Ale widać, że bez ekstra transferów, zyski z samego uszczelniania VAT-u najwyraźniej osiągnęły swój kres.
Wiem, że Jarosław Kaczyński, jeśli chodzi o kiełbasę wyborczą, nie jest zbyt wybredny. Obawiam się, że „amunicją” najbliższych wyborów będą znowu masturbujące się czterolatki, Żydzi żądający odszkodowań i Niemcy niepłacący reparacji wojennych.

I bez Kukiza

Ugrupowanie Pawła Kukiza miało być kołem ratunkowym dla Jarosława Kaczyńskiego, gdyby jego partia nie uzyskała wystarczającej liczby mandatów do samodzielnego rządzenia. Ale to już raczej nieaktualne. W wyborach europejskich lista KKW Kukiz`15 nie przekroczyła progu wyborczego, uzyskując 3,69 proc. głosów. Niedawny sondaż CBOS dał Kukizowi 4 proc. – również poniżej progu. Reguła partii jednosezonowych potwierdza się. Po Ruchu Palikota i Nowoczesnej również Kukiz`15 kończy swój polityczny żywot.
Być może dotychczasowi parlamentarzyści Kukiz`15 wystartują z list Prawa i Sprawiedliwości. Paweł Kukiz przyznał w „Kawie na ławę” w TVN24, że jest do tego namawiany przez prezesa Kaczyńskiego. Nie przypuszczam jednak, aby politycy i polityczki od Kukiza przyczynili się w wyraźny sposób do poprawy notowań zjednoczonej prawicy. Jego parę procent byłego elektoratu raczej ulegnie rozproszeniu.
Nie zamierzam płakać po Kukizie. Wspominam o nim, bo utrata przez PiS ewentualnego powyborczego koalicjanta to fakt wart odnotowania. I kolejny argument przemawiający za stworzeniem jednego komitetu opozycji.

Razem czy osobno

W sobotę w Sojuszu Lewicy Demokratycznej odbędzie się referendum. Wszyscy członkowie i członkinie partii będą odpowiadali na pytanie, czy SLD w wyborach do Sejmu powinno startować samodzielnie, czy w koalicji ugrupowań prodemokratycznych? Niektórych może zdziwić ogólnikowość pytania o koalicję. Nie ma w nim doprecyzowania o kształt ewentualnej koalicji. Tego, czy ma to być koalicja ugrupowań lewicowych? Czy koalicja podobna do Koalicji Europejskiej, z udziałem Platformy Obywatelskiej.
Niestety, wobec braku ostatecznych rozstrzygnięć przyszłych koalicjantów, trudno pytać w referendum o konkretny kształt koalicji. Na przykład Piotr Zgorzelski z PSL-u zapowiedział, że ludowcy o swoim starcie w wyborach parlamentarnych zadecydują dopiero 6 lipca. Nawiasem mówiąc, pomysł ogólnopartyjnego referendum pojawił się po nieudanym projekcie Zjednoczonej Lewicy. Kiedy to o zawiązaniu koalicji zadecydowały wyłącznie gremia kierownicze partii. W 2016 roku wpisano do statutu, że w każdych kolejnych wyborach o starcie SLD w koalicji z innymi ugrupowaniami powinni decydować wszyscy członkowie i członkinie partii.

Wygrać wybory

„Dobrze oceniam Koalicją Europejską. Jest wystarczająco czasu, żeby zniwelować różnicę między PiS-em i wygrać” – powiedział w ubiegłym tygodniu przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty w rozmowie z Jackiem Prusinowskim w Radiu Plus. I tego się trzymajmy. Do wyborów pozostało 100 dni z okładem…

Prawo Duvergera a sprawa polska

Jedną z konsekwencji majowych wyborów jest ożywienie dyskusji nad perspektywami polskiego systemu politycznego. Dyskusje te nie mają czysto akademickiego charakteru, gdyż idzie w nich o to, jak kształtować się ma polska scena polityczna – i to nie na jedną kadencję, a zapewne na wiele lat. Warto w tej dyskusji brać pod uwagę dorobek socjologii polityki, zwłaszcza to, co przeszło do nauki pod mianem „prawa Duvergera”.

Maurice Duverger (1917-2014) był jednym z najsławniejszych politologów i socjologów polityki, a jego klasyczne dzieło („Les parties politiques”, 1951) zawiera nadal aktualne twierdzenia dotyczące charakteru systemów partyjnych i wpływowi, jaki na te systemy wywierają ordynacje wyborcze.
Duverger jako pierwszy sformułował prawo,
zgodnie z którym większościowe ordynacje wyborcze (zwłaszcza oparte, jak w Wielkiej Brytanii czy w USA na zasadzie zwykłej większości) powodują uformowanie się dwupartyjnych systemów politycznych, w których tylko dwie główne partie mają szansę realnie rywalizować o władzę. Z czasem uzupełniono to o dwie dodatkowe obserwacje. Pierwsza było stwierdzenie, że ordynacje większościowe wymagające uzyskania przez kandydatów bezwzględnej większości (jak między innymi we Francji po 1958 roku) skutkują powstaniem nie systemów dwupartyjnych, lecz dwublokowych, gdyż skłaniają bliższe sobie partie do tworzenia stałych porozumień co do wspólnego głosowania w drugiej turze. Taki system funkcjonował przez ponad pół wieku we Francji skutkując rotacyjnym sprawowaniem władzy albo przez blok centroprawicowy, albo przez blok lewicowy. Dopiero ostatnie wybory prezydenckie i parlamentarne – wskutek pojawienia się kandydatury Macrona i sukcesu jego partii – położyły kres tej sytuacji.
Drugą obserwacja
uzupełniająca prawo Duvergera jest stwierdzenie, że w podobny sposób działać może także ordynacja proporcjonalna, jeśli zwiąże się ją z – korzystnym dla najsilniejszych list – systemem d’Hondta. Jak wiadomo, system ten bardzo osłabia małe ugrupowania i zapewnia znaczną premię najsilniejszym.
Duverger nie twierdził, że powstanie systemu dwupartyjnego (lub dwublokowego) stanowi jedyną możliwą konsekwencję korzystnych dla najsilniejszych partii ordynacji wyborczych. We wspomnianej pracy o partiach politycznych uzupełnił klasyczną typologię systemów partyjnych (wielopartyjne, dwupartyjne, jednopartyjne) o kategorię, którą nazwał „systemem partii dominującej”. System taki pojawia się, gdy jedna partia ma trwałą i zdecydowaną przewagą nad wszystkimi innymi, te zaś nie stanowią alternatywnego bloku, lecz działają w rozproszeniu. Przykładem systemu partii dominującej był Izrael w latach 1948-1977, gdy Partia Pracy nieprzerwanie wygrywała wybory marginalizując rozbitą opozycję.
Polska stoi dziś przed bardzo realną możliwością zrealizowania się prawa Duvergera.
Majowe wybory pokazały, że dwa główne ugrupowania – Zjednoczona Prawica (czyli PiS i jego satelici) oraz Koalicja Europejska – zdobyły łącznie 84 proc. ważnie oddanych głosów, a z pozostałych ugrupowań tylko „Wiosna” zdołała przekroczyć próg wyborczy, zresztą z bardzo słabym wynikiem (6 proc.).
Nie wiem, rzecz prosta, czy w październiku dojdzie do starcia dwóch wielkich bloków, czy też nastąpi rozproszenie głosów opozycji, za czym zdają się opowiadać niektórzy politycy, zwłaszcza Polskiego Stronnictwa Ludowego, a także „Wiosna” i radykalna lewica. Wiem jednak, jaka jest logika sytuacji i jakie wnioski płyną z przypomnianego tu „prawa Duvergera”.
Polska może stać się na wiele lat państwem rządzonym na zasadzie partii dominującej, przy czym partią tą nie byłaby umiarkowana partia socjaldemokratyczna (jak we wspomnianym przykładzie izraelskim), lecz autorytarna partia prawicowa. Scenariuszowi takiemu może zapobiec jedynie pojawienie się silnej przeciwwagi w postaci bloku demokratycznego, gdyż żadna partia opozycyjna nie ma – i w dającej się przewidzieć przyszłości mieć nie będzie – potencjału pozwalającego jej samodzielnie wygrać walkę z Prawem i Sprawiedliwością. Koalicja demokratyczna byłaby rozwiniętą i w pewien sposób zmodyfikowaną wersją Koalicji Europejskiej, w ramach którego jest ważne miejsce dla socjaldemokratycznej lewicy (SLD, SDPL) i dla innych ugrupowań lewicowych – feministycznych i ekologicznych. Ich rolą jest wpływanie na oblicze ideowe i na konkretne programy bloku demokratycznego tak, by w miarę istniejących możliwości były one zgodne z wartościami postępu, tolerancji i sprawiedliwości społecznej.
Przeciwnicy takiego rozwiązania
– w tym zwolennicy samodzielnego startu wyborczego lewicy – powinni czytać Duvergera.

Zawsze słucham ludzi

Z Małgorzatą Sekuła-Szmajdzińską rozmawia Wincenty Elsner.

Pamiętasz ten dzień? Pierwszego maja 2004 roku. Jak go zapamiętałaś?
Szczerze? Ja nigdy nie kłamię. Samego dnia nie pamiętam. To znaczy nie pamiętam tego momentu, o którym mielibyśmy powiedzieć, że taka jestem szczęśliwa, że wchodzimy do Unii Europejskiej. Może dlatego, że już od 1989 roku byłam święcie przekonana, że ten moment nadejdzie. Nie wiedziałam oczywiście, kiedy to nastąpi. Ale jestem dumna, że to stało się, gdy Sojusz Lewicy Demokratycznej rządził. Ba, przecież wtedy mój mąż był Ministrem Obrony Narodowej. Podpisanie Traktatu Akcesyjnego było wynikiem ciężkiej pracy wszystkich ministrów rządu Leszka Millera. Każdy z nich dołożył swoją cegiełkę. Jurek też.

A teraz premier Morawiecki twierdzi, że to on wprowadzał Polskę do Unii…
Ech, szkoda słów. To jest takie zacieranie historii, pisanie na nowo. Ale ludzie pamiętają. Ludzie też pamiętają, że w czasie rządów SLD i w czasie, kiedy Jurek był szefem MON-u, podjęto decyzję o zakupie samolotów F-16. Tylko kiedy w 2016 roku była 10. rocznica obecności F-16 na polskim niebie, to słowa nikt nie powiedział o ówczesnych osobach o tym decydujących. Choćby o Januszu Zemke, który był przewodniczącym komisji przetargowej. Nie mówiąc o moim Jurku, który zginął w katastrofie smoleńskiej. A kiedy była ta 10. rocznica, wiele mówiono o ofiarach katastrofy smoleńskiej. Pomników nie oczekuję, ale o Jurku nie powiedziano ani słowa. Powiem Ci, że… nie zdarza mi się płakać przed telewizorem. Popłakałam się.
To jest bardzo smutne, że rządzący tak instrumentalnie traktują naszą historię. Dzisiaj jest tak, że wszystko, co im jest niewygodne, wycierają gumeczką. I do widzenia.

Mamy bardzo ważny rok. Jest szansa, że za parę miesięcy powiemy do widzenia wszystkim tym, którzy od czterech lat demolują polską demokrację i fałszują historię. Teraz jednak naszym celem jest Bruksela. Kiedy pierwszy raz byłaś w Brukseli?
Do Amsterdamu i Brukseli pierwszy raz pojechałam jako studentka. Razem z koleżanką pracowałyśmy w Kreuth, w Alpach Bawarskich. Potem postanowiłyśmy pojechać autostopem do krajów Beneluxu. To były czasy, kiedy potrzebny był paszport, wizy – okres pobytu za granicą trzeba było wykorzystać.
Szczególnie utkwił mi w pamięci powrót z Brukseli. Wracałam też autostopem, sama, bo koleżanka została dłużej za granicą. Bałam się podróżować nocą. Jedną noc spędziłam na kanapie na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. I rano ruszyłam dalej – do Wrocławia.

Pewnie jeszcze nieraz przyjdzie Ci zdrzemnąć się na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. Gdy nie będzie bezpośredniego lotu z Polski do Brukseli lub Strassburga. A samoloty mają to do siebie, że się spóźniają. Tyle że zamiast plecaka będziesz miała walizkę pełną dokumentów. Nie boisz się wszechobecnej unijnej biurokracji?
Tak, biurokracja jest problemem. Słyszałam ostatnio, że organizacje pożytku publicznego mają problemy z tą okropną biurokracją w Brukseli – gdy korzystają ze środków unijnych. Niestety, w wielu przypadkach jest ona konieczna, chodzi przecież o wydawanie pieniędzy publicznych. Ale myślę, że trzeba usiąść w takim gronie, które o wielu rzeczach decyduje i powiedzieć: no zaraz, nie przesadzajmy. Niech to ma jakiś życiowy, realny wymiar, który będzie miał sens. Znajdźmy jakiś środek. Jest temat. Na pewno trzeba się tym zająć.
Ja zawsze wychodzę z założenia, że trzeba się spotykać z ludźmi i rozmawiać o ich codziennych sprawach oraz problemach. No i oczywiście słuchać też ekspertów, którzy są fachowcami. To jest dla mnie doświadczenie z okresu, kiedy byłam posłanką.

No właśnie. W Sejmie pracowałaś w bardzo ważnych i trudnych komisjach. Twoja działalność parlamentarna została oceniona bardzo wysoko. W rankingu tygodnika „Polityka” trzykrotnie znalazłaś się w dziesiątce najlepszych parlamentarzystów VII kadencji. Jak wyobrażasz sobie pracę w Parlamencie Europejskim? W Sejmie na początku pytano nas, w jakich komisjach chcemy pracować. Co odpowiesz, gdy takie pytanie padnie w Brukseli?
Odpowiedź wcale nie jest łatwa. Może wynika z faktu, że różnymi rzeczami się interesuję. Bo oczywiście to najprostsze: prawniczka, była w Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka i w Komisji Kodyfikacyjnej – to pewnie do podobnych komisji powinna trafić w Parlamencie Europejskim. Być może… Być może do tej dotyczącej praw człowieka.
Gdy jednak myślę o sprawach będących wyzwaniami dzisiejszej Unii, na przykład o wielkim marnotrawstwie żywności w sytej Europie. O tym, co powinno stać się standardem, o zamkniętym obiegu gospodarczym, czyli o recyklingu. To są tematy niesamowicie ważne i interesujące. Ja sobie to wszystko przemyślę. Też nie można tak się zachowywać… Jeszcze mnie tam nie ma, a już sobie wybrałam. Trochę skromności, drogi Kolego.

Wobec tego wracamy do Polski. Kandydatki i kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej startują w ramach Koalicji Europejskiej. Wraz z polityczkami i politykami PO, PSL, Nowoczesnej i Zielonych. Jak się odnajdujesz w tak różnorodnym towarzystwie?
Tak naprawdę każdy musi robić swoje. My właściwie spotykamy się w tym gronie tylko na konferencjach prasowych. Jest mi oczywiście bardzo miło, gdy słyszę jak koledzy i koleżanki z innych partii wyrażają się o mnie w ciepłych słowach. Ale to wynika z tego, że znają mnie z czasów wspólnej pracy parlamentarnej. Jest jednak rzeczą oczywistą, że każdy walczy o swoje.
Ta kampania ma właściwie dwa oblicza. Jedno to jest to, co my robimy wspólnie – głównie te konferencje. A pozostała robota – ta najważniejsza i najtrudniejsza – to docieranie do swojego elektoratu, bądź elektoratu niezdecydowanego. Albo elektoratu, który jest teoretycznie w naszym zasięgu. Ale trzeba go do siebie przekonać. To jest naprawdę bardzo dużo pracy, nieporównywalnie więcej niż w wyborach parlamentarnych, gdzie ma się kilkanaście powiatów. A tu są dwa województwa: cały Dolny Śląsk i Opolszczyzna. Dlatego chciałabym podziękować kolegom i koleżankom, którzy mnie bardzo wspierają i wszystko to organizują. Efekt końcowy będzie zależny od tego, do ilu osób uda nam się dotrzeć.
Powiem tak: wykonujemy co trzeba. To, co do nas należy. Śmiejemy się z sondaży, bo ciągle coś innego pokazują. Prawdziwy sondaż będzie 26 maja.

Co będzie miało decydujący wpływ na wynik tego „prawdziwego sondażu” 26 maja?
Zapewne wiele czynników. Powiem o jednym. Byłam przerażona, a właściwie nie przerażona, a zasmucona, gdy dowiedziałam się, że są gminy, gdzie w wyborach europejskich chodzi głosować 11 procent wyborców. Błagam – niech to się zmieni! Świadomość wielu naszych obywatelek i obywateli musi ulec zmianie. Jak się komuś wydaje, że ta Europa, ta Bruksela jest tak daleko… Nie – jest na wyciągnięcie ręki. I masa rzeczy związanych z rozwojem naszego kraju tam się zaczyna. Nasza pozycja i stabilizacja, przyszłość całej Europy. To jest ogromnie ważna rzecz. Więc proszę Państwa wszystkich, żebyście głosowali. A te 11 procent niech to będą tylko bajki z przeszłości.

Ostatnie pytanie. Wiemy, jaka była Europa kiedyś. Widzimy, jaka jest dzisiaj. Nie pytam Cię o Twoje marzenia w perspektywie miesiąca. Bo każdy, kto startuje w wyborach, marzy by je wygrać. Ale powiedz, jak powinna wyglądać Europa i Polska za piętnaście lat – gdy będziemy świętowali trzydziestolecie przystąpienia do Unii Europejskiej?
To jest jedno z najważniejszych zadań. Żeby standard życia w Polsce systematycznie się podnosił. Żebyśmy mogli stopniowo dorównywać tym, którzy dzisiaj są w lepszej od nas sytuacji. Żeby nasze dzieci i wnuki miały większy komfort życia we wspólnej Europie.

A szczególne zadania dla lewicy…
No to są właśnie zadania dla lewicy. Podniesienie poziomu życia – wyższe płace, szczególnie w mniej zamożnych krajach Unii – o tym lewica mówi przed wyborami europejskimi. Na przykład, jaka powinna być minimalna płaca i emerytura we wszystkich państwach Unii. To powinno być zrobione na poziomie unijnym i powinniśmy do tego dążyć. Będzie to prowadziło do wyrównania szans pracowników, w tym również ludzi młodych, w różnych krajach. By nie musieli wyjeżdżać „za chlebem” za granicę. Nigdy nie twierdziłam, że wszyscy musimy być milionerami. Ale najważniejszym jest, aby każdego stać było na godne, dostatnie i spokojne życie.

A euro…
No właśnie. Jak to jest z tą walutą euro? Wchodziliśmy w gronie 10 państw do Unii Europejskiej, a obecnie w siedmiu z nich jest już euro. Nie ma tylko u nas, nie ma na Węgrzech i nie ma w Czechach. To jest kolejny super ważny temat do dyskutowania. Przecież to jest procedura, której nie da się załatwić w 3 lata. To jest temat do dyskusji z ekspertami – ale ona musi się toczyć, bo już od dawna takiej debaty właściwie nie ma.
Wiem, że nie poruszyliśmy wielu tematów. Ale tak jak powiedziałaś, przede wszystkim mamy pracę do wykonania. Byśmy za dwa tygodnie mogli powiedzieć, że Dolny Śląsk, Opolszczyzna i Sojusz Lewicy Demokratycznej mają swoją reprezentantkę w Parlamencie Europejskim.
Proszę o Wasz Głos. Lista numer 3 Koalicji Europejskiej. Miejsce 3. Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska. Serdecznie pozdrawiam wszystkie Czytelniczki i Czytelników „Trybuny”.

Dlaczego młodzi…?

Dlaczego młodzi nie chodzą do wyborów, a jeżeli już, to głosują głównie na prawicę? Wziąłem udział z ciekawej debacie na ten temat, ale jednoznacznej odpowiedzi nie ma, bo to wiedza na kilka prac doktorskich. Dlatego zaprezentuję kilka swoich uwag.
Młodzi nie chodzą na wybory, bo ich rodzice też nie chodzą. Skąd mają brać przykład? Młodzi głosują na prawicę, bo ich rodzice też najczęściej wybierają taką opcję. I dalej. Rodzice, często nawet o lewicowych poglądach, nie potrafią przekonać swoich dzieci do swoich poglądów. W szkołach zaszczepiono młodym prawicowo – kościelne poglądy. Lewicę i PRL przedstawia się jak czarną dziurę w naszej historii. Cały aparat propagandowy PiS, wspomagany przez IPN i kościół robi wszystko, by namieszać młodzieży w głowie i ukształtować ich na swój obraz i podobieństwo. Lewica, nawet kiedy mogła, a także PO, nie przywiązywały większej wagi do obywatelskiego i postępowego wychowania młodzieży. PiS natomiast bardzo dba o to nie szczędząc przy tym publicznego grosza.
Politycy, oszukując wyborców, bagatelizując potrzeby młodych, kłócąc się, itp. zniechęcają młodych do siebie. Nie przypadkiem 2 mln młodych i do tego bardzo przedsiębiorczych, postanowiło ułożyć sobie życie poza krajem.
Oczywiście młodzi nie mają ustabilizowanych poglądów politycznych. Dowodzi tego choćby głosowanie na Korwin-Mikkego. Ma on w wyborach zawsze około pół miliona zwolenników i to głównie młodych. Ale w następnych wyborach to jest już inna grupa młodych, nie ta sama. Starsi wchodzą w dorosłe życie, dojrzewają politycznie i widzą, że Korwin – Mikke wciskał im naiwne bajki. I tak jest od kilkudziesięciu lat.
Młodzi poszukują atrakcyjnych postaci w polityce, które zafundują im atrakcyjny przekaz polityczny, na pograniczu rozrywkowego show. Teraz na topie jest Robert Biedroń. Czy wyobrażacie sobie przewodniczącego Schetynę, czy marszałka Terleckiego, w głos których wsłuchują się w zapamiętaniu i uwielbieniu młodzi? To byłoby trudne.
Nadzieją napawa fakt, że poglądy młodych ewoluują. Mija już moda na żołnierzy wyklętych. Młodzi odkryli, że to ściema. Już nie nosi patriotycznej odzieży. Wzrasta zainteresowanie lewicą. Ale tak napisać mogę o dość wąskiej grupie tzw. poszukującej młodzieży. Większości młodych polityka w polskim wydaniu nie interesuje.
I na koniec. Partie, od prawa do lewa nie mają ani pieniędzy, ani narzędzi, ani wiedzy do upowszechniania swoich programów wśród ludzi młodych. PiS natomiast zaprzągł szkoły, środki masowego przekazu, IPN, do ulepienia nowego typu Polaka: zaściankowego, nieufnego, konserwatywnego, lubiącego autorytarną władzę i oczekującego socjalu od władzy. Jeżeli ten program się powiedzie, to na długie lata staniemy się krajem, który na Zachodzie będą pokazywać palcami jako przykład fatalnego eksperymentu na ludzkich mózgach. Brońmy młodych przed tym eksperymentem.

Głos prawicy

Trochę wazelinki

– Patryk Jaki jest zwycięzcą tych wyborów, jeśli chodzi o PiS.
Uzyskał 30 procent w stolicy, a gdyby kandydaci w innych miastach mieli po 40-50 procent, można by powiedzieć, że mu się nie udało i to jest klęska – ocenił Piotr Guział, radny Warszawy, który był kandydatem na wiceprezydenta w ekipie Jakiego. Guział stwierdził również, że szans na wygraną w stolicy nie było, ponieważ od lat Prawo i Sprawiedliwość trafia tu na szklany sufit.
W poniedziałek Guział opowiedział też o tym, jakie emocje towarzyszyły osobom zgromadzonym w niedzielę wieczorem w sztabie Patryka Jakiego.
– Atmosfera była raczej radosna. Mieliśmy spotkanie z ministrem Jakim chwilę wcześniej w sztabie. Pan minister był uśmiechnięty i odprężony. Jakby zeszło z niego całe napięcie, bo jest zwycięzcą tych wyborów, jeśli chodzi o Prawo i Sprawiedliwość. To trzeba jasno powiedzieć – stwierdził kandydat na wiceprezydenta.
Zdaniem Guziała, Jaki nie miał szans na wygranie wyborów na prezydenta w stolicy, bowiem „od lat Prawo i Sprawiedliwość trafia w warszawie na szklany sufit”.
Przypomnijmy, że według danych sondażu Ipsos Patryk Jaki uzyskał 30,6 proc, głosów w pierwszej turze wyborów.
– To ogromny triumf tego polityka. Ma powody do satysfakcji, włożył w tę kampanię ogromną pracę. Rozstrzygnięcie w pierwszej turze jest niesprawiedliwe. Powinno dojść do drugiej tury, bo Jaki na nią zasłużył – ocenił Guział.
I dodał, że zwycięstwo Trzaskowskiego jest efektem słabości pozostałych 12 kandydatów (oprócz Jakiego i niego samego).
– Przecież jak się okazało ze wstępnych sondaży, to elektorat pozostałych kandydatów przepłynął do Trzaskowskiego. Wyborcy uznali, że ich sympatie trzeba włożyć w kieszeń i zagłosować pragmatycznie, bo ci mniejsi kandydaci nie gwarantują niczego, nawet tego, że wejdą do Rady Warszawy – stwierdził.
Guział ocenił też, że tegoroczna kampania samorządowa była największą i najbardziej intensywną, w jakiej brał dotąd udział. Nie szczędził też słów uznania wobec Patryka Jakiego.
– To najbardziej pracowita i najbardziej ambitna osoba, jaką poznałem w polityce. A ma zaledwie 33 lata. Pod koniec kampanii spał dwie, trzy godziny na dobę i nie mógł więcej z tego wycisnąć. Jako człowiek i młody polityk ma przed sobą ogromne perspektywy. Te wybory to kolejna podwalina pod jego sukcesy – mówił.
W rozmowie z reporterką TVN24 Guział zdradził też jakie są jego powyborcze plany. – Przede mną od lat jest przyszłość w sektorze komercyjnym. Ja się świetnie realizuję we własnym biznesie. Nie ma tam presji, nie muszę nikomu się przypodobać, nie muszę uważać na to, co mówię, bo ktoś zwolni mnie z pracy, bo to sektor publiczny albo mam pracę dzięki rekomendacji politycznej, bo tak nie jest. Sam świetnie sobie radzę – powiedział.

Info z tvn24.pl

Protest nie wygaśnie

Głosowanie nad ustawą 2.0, przeciwko której protestowali w ostatnich tygodniach studenci, doktoranci i wykładowcy, zostało przełożone na lipiec. Działaczki i działacze jedenastu lokalnych Akademickich Komitetów Protestacyjnych zawieszają swoje wystąpienia w poczuciu, że okupacja budynków uniwersyteckich okazała się skuteczna; zapowiadają także, że ruch na uczelniach nie wygaśnie.

 

Protestujący na uniwersytetach nie pozostawiali na ustawie suchej nitki. Prof. Tomasz Majewski z Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego wyliczył w rozmowie ze Strajkiem.eu cały szereg rozwiązań, które zaszkodzą polskiej Akademii: wprowadzenie instytucji Rad Uczelni złożonych w ponad połowie z osób spoza uniwersytetów (co nieuchronnie zaowocuje upolitycznieniem nauki lub podporządkowaniem jej doraźnym interesom biznesu), zmiany w klasyfikacji dyscyplin naukowych nieuwzględniajace ich specyfiki i przedmiotu badań, rozszerzenie uprawnień ministra i danie mu bezpośredniego wpływu na programy studiów.

– Uderzenie w samorządność i autonomię uniwersytetów w Polsce zagraża nam wszystkim, nawet przy korzystnym dla pewnych kręgów przekierowaniu wąskiego, niewystarczającego dla realnego rozwoju nauki strumienia finansowego. Jakkolwiek nie zgadzam się ze wszystkimi postulatami, głoszonymi przez protestujących, to jednak pewna wyrwa w murze akademickiego milczenia została zrobiona – powiedział z kolei Strajkowi.eu Piotr Kuligowski, doktorant na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, kierujący grantem Narodowego Centrum Nauki. – Co do samej reformy zaś, jej największą wadą jest brak realnej podstawy materialnej. Nie można od naukowców oczekiwać więcej, nie oferując w zamian realnego wsparcia instytucjonalnego dla ich pracy, np. w postaci mniejszego pensum dydaktycznego czy systemowego wsparcia dla zagranicznych publikacji.

Głosy krytyki były do ostatniej chwili dezawuowane przez Jarosława Gowina, który twierdził, że w protest zaangażowała się tylko garstka studentów, z których część związana jest z lewicowymi organizacjami politycznymi, co w mniemaniu konserwatywno-liberalnego ministra miało dodatkowo odbierać im wiarygodność. Mimo to w ostatniej chwili do ustawy wprowadzono prawie 200 poprawek, dostarczając je na posiedzenie sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży tak, że posłowie i posłanki opozycji nie mieli praktycznie szans się z nimi zapoznać. Niektóre uwzględniały jeden z najgłośniej artykułowanych postulatów – zmieniały koncepcję Rady Uczelni, która w nowej wersji miała już być zdominowana przez samych akademików, a nie „zewnętrznych ekspertów” i „menadżerów”.

Gowin poszukiwał również poparcia dla swojej ustawy w ławach opozycji, wiedząc, że nie może liczyć na stuprocentowe poparcie posłów PiS. Bez powodzenia – zarówno PO, jak i Nowoczesna zapowiedziały głosowanie przeciw. Obie partie opozycji skalkulowały, że w danym momencie opłaci się im stanąć po stronie protestujących, chociaż ogólnie nie są przeciwne neoliberalnym rozwiązaniom w nauce – szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer w rozmowie z oko.press podkreślała, że nadal widzi w ustawie „wartościowe i dobre zapisy”.

Dalsze prace nad ustawą zostały przełożone na lipiec. Niewykluczone, że Gowin czeka, aż do pełni zdrowia wróci Jarosław Kaczyński, podobno wielki zwolennik „konstytucji dla nauki”. Niemniej ministerstwo utrzymuje, że nic się nie stało – „nie ma mowy o żadnym wycofaniu projektu”.