Kopertowe machinacje wyborcze

Istnieje szereg powodów, dla których planowane przez partię rządzącą głosowanie „kopertowe” to pseudowybory – zauważa Forum Obywatelskiego Rozwoju. Oto niektóre z nich.

• Wybory nie mogą odbyć się w czasie stanu nadzwyczajnego, a ten, pomimo braku formalnej decyzji rządu, został wdrożony.

• Nie ma możliwości prowadzenia normalnej kampanii wyborczej.

• Spisy wyborców są niespójne z bazą PESEL – nie wiadomo, do kogo trafią „pakiety wyborcze”.

• Wątpliwa jest tajność głosowania „kopertowego”.

• Głosowanie za granicą jest utrudnione albo nawet niemożliwe.

• Przygotowania do głosowania „kopertowego” prowadzono bez podstawy prawnej.

• Państwową Komisję Wyborczą w organizacji wyborów zastąpią (zależni od PiS) minister aktywów państwowych i Poczta Polska.

• Kto policzy „kopertowe” głosy? Komisje mają być małe, przez co jeden członek komisji będzie miał dużo więcej głosów do policzenia niż w przeszłości.

• Kto oceni ważność wyborów w razie protestów? Trzeba pamiętać o wątpliwościach co do niezależności sędziów powoływanych na wniosek nowej Krajowej Rady Sądownictwa.

Dlatego FOR rekomenduje formalne wprowadzenie przez rząd stanu klęski żywiołowej, z zastosowaniem tylko tych restrykcji, które są niezbędne do ograniczania skali epidemii – i organizację wyborów w sposób zgodny z Konstytucją RP, innymi przepisami prawa i standardami międzynarodowymi.

Tempo korporacyjne

W moim fachu muzykanta, kiedy akuratnie pracujemy nad nowym materiałem, jest kilka systemów pracy twórczej. Zazwyczaj wybieramy mix dwóch albo trzech. Rzadko kiedy decydujemy się oddać głos tylko w ręce jednego.

Można na próbę przynieść całe, skończone dzieło; rozpisane w nutach, z podziałem na części, zwrotki refreny, solówki, bridże. Piosenkarz musi jedynie dopisać tekst, bo to jego działka i później wszystko ładnie wyśpiewać. Ten system pracy występuje rzadko, aczkolwiek ma swoich wyznawców. Bez wątpienia usprawnia cały proces i najszybciej pozwala pokazać jego efekt. Drugi system, którego ja jestem zwolennikiem, polega na przyniesieniu na próbę fragmentu utworu, pomysłu, dla różnych instrumentów; na tyle obłego, że dopuszczalne są weń modyfikacje, jednak wokół ogólnie nakreślonej formy. Innymi słowy: należy pilnować, aby w procesie tworzenia z psa nie wyszła wydra. Ten sposób, moim zdaniem, jest najbardziej wydajny; wymaga od każdego z muzyków zaangażowania, jednocześnie pozwalając na eksploracje swoich własnych pokładów abstrakcji w myśleniu i komponowaniu. Jest też trzeci sposób-najmniej pożyteczny i opłacalny. Polega na siedzeniu całego hordesu razem w sali prób i dumaniu nad jednym motywem gitary albo basu, który akuratnie komuś przyszedł do głowy. Ten sposób ma również spore grono zwolenników, choć ja się do nich nie zaliczam. Częstokroć bywa tak, że po całym dniu, z pomysłu, nawet najgenialniejszego, nie pozostaje nic, bo autor nie miał w głowie kawałka w całości; nie usłyszał wewnątrz siebie, jak mają grać poszczególne sekcje, jak ma to, choćby ogólnie, wybrzmieć. Siedzi się więc wtedy, marnuje czas na jałowe próby znalezienia brakujących elementów składowych, które jak na złość, pochowały się do mysich dziur. Najgorzej jest zawsze po obiedzie. Ok. 15-16, kiedy wracamy do salki, siadamy do instrumentów,  organizm, zajęty trawieniem posiłku, ma tylko chęć na sen, a nie na granie i kreatywne myślenie.

W nocy, z 19 na 20 grudnia, sejmowa komisja sprawiedliwości i praw człowieka obradowała nad ustawą dyscyplinującą autorstwa PiS. Prace komisji rozpoczęły się o 19, a zakończyły o 5:15 rano. Przypomnijmy, że w tym czasie rozstrzygał się w sali prac komisji, kształt polskiego wymiaru sprawiedliwości. Z sobie znanych powodów, większość pisowska zapragnęła, aby nad czymś, co winno być dla ustroju państwa rzeczą rudymentarną ze wszech miar, pracować w tzw. tempie korporacyjnym; bez przerw na posiłki, po nocy, nie bacząc na to, że kiedy człowiek jest przepracowany, nie może dostatecznie skupić się nad tym, co robi, przez co jego praca, nieważne, czy to muzyka, cieśli, prawnika, czy posła, traci na wartości, ponieważ jest wykonywana pod ogromną presją i przez człowieka, który powinien wtedy spać, jeśli akurat nie ma na nocną zmianę. Sejm winien stanowić prawo dobre. A większości sejmowej powinno zależeć na tym, żeby ustawy które produkuje, były najwyższej jakości. Jaką więc jakość może mieć ustawa, tak ważna dla polskiego sądownictwa i w konsekwencji, polskiego państwa, jeśli kilkaset poprawek przegłosowuje się weń w jedną noc. Jakiej jakości prawo możemy mieć, jeśli posłowie w komisji sprawiedliwości, są dla PiS-u „białkowym interfejsem” służącym do podnoszenia rąk, kiedy sędzia Piotrowicz im każe.

Siłą Mariana Krzaklewskiego było podobno to, że potrafił bardzo długo siedzieć na zebraniach związku, a kiedy wszyscy byli już zmęczeni po całodniowych obradach, Marian wstępował na mównicę i przechodził do ofensywy. Zasypywał zebranych lawiną wolnych wniosków, nad którymi wszczynał dyskusję. Aby dać sobie święty spokój od Mariana i jego pomysłów, reszta kworum przegłosowywała to, co chciał Marian, byleby tylko wyjść na powietrze albo płożyć się spać. I tym sposobem znalazł się Marian tam gdzie chciał. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale wiem za to na pewno, że teraz już muszę skończyć, bo zbliża się pora obiadu…

Nadchodzi rok tłusty

Lewica wykonała swoje najważniejsze zadanie – wróciła do parlamentu.

Co więcej, została trzecią siłą w parlamencie. Jej polityczna ranga radykalnie wzrosła ku zdumieniu licznych polityków i komentatorów pamiętających niedawne chude lata politycznie zmarginalizowanej lewicy.
Okazało się też, że lewicowi wyborcy oczekują od swych parlamentarzystów aby od razu zachowywali się jak polityczna ekstraklasa. By jednocząca się Lewica została profesjonalną, poważna opozycją.
To początkowo udało się jej osiągnąć. Sprzyjał temu głód parlamentarnej lewicowości silnie już odczuwalny nawet w komercyjnych mediach. Dlatego kiedy reprezentacja lewicy, bardzo zróżnicowana i odmłodzona, znów pojawiła się w parlamencie, to odczuła od razu falę medialnej sympatii. Oszałamiającą zapewne.
Warto przypomnieć, że tylko dziesięcioro z 51 parlamentarzystów z sejmowo- senackiego Klubu Lewicy ma wcześniejsze doświadczenia parlamentarne. Reszta to debiutanci. Niektórzy mają doświadczenia samorządowe, wielu innych uprawiało politykę jako aktywiści partyjni, ruchów miejskich, organizacji pozarządowych.
Ale wtedy uprawiali ją na własny rachunek, lub konto należące do partii albo organizacji pozarządowej. Teraz zostali stypendystami wyborców. Sługami narodu. A w naszym kraju łaska, poparcie, miłość elektoratu na przysłowiowym pstrym koniku jeździ.

Słudzy narodu

Niestety nie każdy publicysta, aktywista, działacz partyjny, artysta czy sportowiec rozumie, że kiedy zostaje polskim parlamentarzystą to traci swą wolność. Wolność wypowiedzi, ekspresji poglądów, ubioru i stylu życia nawet.
Nie wie, że traci prawo do prywatności. Do nieskrępowanego życia rodzinnego. Do niezakłóconego wypoczynku. I do ośmiogodzinnego dnia pracy przede wszystkim.
Polski parlamentarzysta jest nie tylko wytwórcą prawa. Kontrolerem władzy wykonawczej oraz pracownikiem działu „Dyplomacja parlamentarna”.
W polskiej tradycji parlamentarzysta jest jak ksiądz. Powinien być do dyspozycji swych wyborców- parafian 26 godzin na dobę. Powinien zawsze być gotowy do poselskiej posługi. Niezależnie czy jest chory, ma chore dzieci, albo małżonka/ małżonkę w psychodole.
Polski parlamentarzysta zawsze musi być zdrowy, pogodny i uśmiechnięty. Zawsze gotowy, jak radziecki pionier.
Bo musi pocieszać strapionych, nawiedzać chorych, wzmacniać wątpiących, żegnać dobrym słowem, niczym wiatykiem, właśnie odchodzących.
Zawsze musi odbierać telefony, albo przynajmniej oddzwaniać od razu. Regularnie odpisywać na listy i emaile. Być tam gdzie go zaproszono. I zjawić się też nieproszonym. Bo nic tak w Polsce nie uświetnia imprezy jak obecność parlamentarzysty.
Każde już dziecko w Polsce wie, że mamy w naszym kraju demokrację parlamentarną, ale o silnym zabarwieniu mediokratycznym.
To media w Polsce decydują o wizerunku parlamentarzystów. Wielu parlamentarzystów z mediów powstało i niejednego z nich potem media w proch polityczny potrafią obrócić.
Wielu z parlamentarzystów szybko zostaje politycznymi celebrytami. Gwiazdorami masowej wyobraźni.
Na początku jest im niezwykle słodko. Ta skokowo narastająca rozpoznawalność. Te propozycje wspólnych słodkich fotek od napotykanych, nieznajomych przechodniów. Wiara, że można z mediami zagrać. Robić z nimi „ustawki”, czyli sprzedawać fragmenty swego prywatnego życia.
Niestety doświadczenia uczą, że z mediami komercyjnymi jest jak z kasynem. Zysk z wspólnej gry zwykle zostaje w kasynie.
Dodatkowo polscy wyborcy są niesłychanymi hipokrytami. W ankietach deklarują swe poparcie dla politycznej i ideowej wierności, a potem głosują na polityków koniunkturalnie zmieniających partyjne barwy. Ciągle narzekają, że klasa polityczna kłamie. Ale kiedy polski polityk niepopularną prawdę publicznie powie, to pieją w Internecie i innych mediach z oburzenia.

Naród hipokrytów

Tak było kiedy Jerzy Urban przypomniał, że obce sankcje są najmniej dotkliwe dla rządzących, bo „Rząd zawsze się sam wyżywi”. Podobny los spotkał posła Stefana Niesiołowskiego, kiedy powątpiewał w medialną informację, że w 2004 roku w Polsce stale głoduje 800 tysięcy dzieci. Bo on jeszcze pamiętał co oznacza prawdziwy, masowy głód, a nie niedożywienie. Zaznał takiej zbiorowej hipokryzji premier Cimoszewicz przypominający o konieczności ubezpieczania się na wypadek katastrof. A ostatnio narzekający na panującą drożyznę w Warszawie poseł Kulasek.
Dlatego pamiętajcie drodzy parlamentarzyści! Czas waszych spontanicznych, a zwłaszcza prawdziwych waszych wypowiedzi już minął. Teraz musicie mówić przede wszystkim te prawdy, które wasi wyborcy chcą usłyszeć.
Podobnego hejtu doświadczył poseł Maciej Gdula, kiedy spóźnił się na sejmowe głosowanie. Kiedy racjonalnie tłumaczył, że w praktyce jego absencja nie miała znaczenia, bo większość PiS- owska może każde, niekorzystne dla siebie głosowanie szybko powtórzyć. Zmienić na swą korzyść.
To prawda. Ale Sejm i Senat, nie tylko są wytwórniami ustaw i uchwał, czy instytucjami kontrolnymi. Są też teatrami politycznymi.
Grającymi dramaty, komedie nierzadko, ze zwykle znanymi publice zakończeniami. Z rozpisanymi rolami. Sztuki, gdzie większość w końcowym akcie wygra, a opozycja przegra. Gdzie liczy się jednak nie tylko wygrana. Czasem ważniejszy jest styl wygranej i wola walki przegranych.
W tej kadencji PiS posiada niewielką większość w Sejmie, a opozycja w Senacie. Dlatego kolejne burzliwe, prokaczyńskie projekty ustaw będą procedowane w Sejmie szybko.
Za to w Senacie będą przez cały regulaminowy miesiąc roztrząsane, analizowane, debatowane, poprawiane. Odrzucane nawet. Bo Senat ma cały miesiąc na rozpatrzenie, czyli skompromitowanie złej ustawy. Która i tak potem trafi do Sejmu i tam zostanie przyjęta. Ale już jako ustawa publicznie skrytykowana. Kolejny przykład nieprawości elit PiS.
Dlatego w przypadku ustawy represjonującej aktywnych politycznie sędziów liderzy PiS tak bardzo śpieszyli się z jej uchwaleniem. Zbliżały się święta. Wiedzieli, że Senat może się nią zająć dopiero 8 stycznia. I w tym przypadku nie będzie miał miesiąca na publiczną, kompromitującą ustawę debatę, tylko niecałe dwa tygodnie. Dlatego odłożenie sejmowej debaty, nawet o jeden dzień, miało jednak znacznie.
Byłem posłem Sejmu RP przez trzy kadencje. Nie znam parlamentarzysty, który nie popełniłby błędu. Oprócz grona totalnych nierobów, których nazwisk nikt już nie pamięta.
Wiem też, że takie błędy można naprawić tylko intensywną, efektywna parlamentarną pracą. Nie usprawiedliwieniami, nawet tymi najbardziej rzewnie brzmiącymi.

Głosować z głową

Żeby nie zmarnować w niedzielę głosu przy urnie trzeba zagłosować tylko na jedną listę kandydatów.

Najlepiej na tę z numerem 3, czyli listę Lewicy. Trzeba uważać, bo lista numer 1 to Konfederacja, zaś „dwójka” to PiS. Głosuje się stawiając na karcie do głosowania znak „x” w kratce z lewej strony obok nazwiska jednego z kandydatów z tej listy, przez co wskazuje jego pierwszeństwo do uzyskania mandatu. I jeśli będzie to ostatnie miejsce na liście, jak w przypadku Piotra Gadzinowskiego w Warszawie, czy drugie zajmowane przez Piotra Kusznieruka w Podlaskiem, to postawiony przez nas „x”, właśnie ich, a nie osoby zajmujące inne miejsca na tej liście desygnuje do Sejmu.
Głos staje się nieważny, jeżeli na karcie do głosowania postawimy „x” w kratce z lewej strony obok nazwisk dwóch lub większej liczby kandydatów z różnych list albo nie postawiono tego znaku w kratce z lewej strony obok nazwiska żadnego kandydata. Podobna sytuacja ma miejsce, jeżeli na karcie do głosowania znak „x” postawiono w kratce obok nazwiska kandydata umieszczonego na liście, której rejestracja została wcześniej unieważniona. Wtedy jest tak, że nasz głos jest nieważny, co przy naszym systemie wyborczym powoduje, że de facto głosujemy na PiS.
Nie jest jednak tak, że cała nasza aktywność wyborcza sprowadza się do jednego „iksa”. Przecież obok posłów wybieramy również ludzi do zasiadania w Senacie. A tu mamy jeszcze większą szansę ograć „Zjednoczoną Prawicę”.
W przypadku głosowania na senatorów, też „x” stawiamy przy tym, kogo chcemy wybrać. Ale na liście służącej do wyborów do izby wyższej. I nie stawiamy, przy nikim innym, bo głos będzie nieważny. A w przypadku tych wyborów, nieważny głos, to coś więcej niż błąd.

Czas fantazjowania

Okres kampanii wyborczej wszędzie I zawsze sprzyja publicznemu fantazjowaniu, deklarowaniu obietnic bez pokrycia albo bez sensu, wzajemnym oskarżaniu o zdradę ideałów i okłamywaniu potencjalnych wyborców tylko po to, aby uzyskać ich poparcie w głosowaniu.

Można przy tym zachować umiar, albo „pójść na całość” licząc na to, że – jak powiedział klasyk propagandy – „ciemny lud to kupi”.

Jesteśmy najlepsi

Nie zacząłbym pisać tego tekstu, gdybym kilkanaście godzin temu nie usłyszał fragmentu wypowiedzi Najważniejszego Szeregowego Posła. Na tle oskarżeń o zapaść w służbie zdrowia był łaskaw poinformować Suwerena, że w Polsce mamy najlepszą publiczną opiekę zdrowotną w Europie.
Pan Poseł był łaskaw tą wypowiedzią przekroczyć czerwoną granicę absurdu. Nie znam wprawdzie wiarygodnych badań stopnia zadowolenia społeczeństwa z opieki zdrowotnej, bo każde takie badanie może być tylko porównywaniem subiektywnych opinii. Chyba, że przyjmiemy wskaźnik wskaźniki ilustrujące stopień wyleczenia chorych na określone dolegliwości – np. na raka. A wszyscy wiedzą, że w tym nie wypadamy najlepiej.
Z subiektywnych opinii moich ciągle podróżujących przyjaciół i znajomych mogę wyciągnąć zupełnie inny wniosek. Za najlepszą w Europie uważana jest opieka zdrowotna w Czechach, następnie w Szwajcarii, krajach Beneluxu i Niemczech – nie wspominając o Islandii. Gorzej oceniana jest ta opieka w Anglii, Włoszech i Francji, jeszcze gorzej – Hiszpanii. Potem – o zgrozo – lokuje się Białoruś – i dopiero na kolejnych miejscach Węgry, Rosja, Polska, Bułgaria i Rumunia. Jeszcze dalej – Ukraina.
Nie będę kruszył kopii o słuszność tych opinii, bo – jak wspomniałem – są one subiektywne. Ale bracia Czesi – co dla niektórych może brzmieć jak złośliwość – są bardziej odważni. Przełamali wewnętrzne opory i już dość dawno wprowadzili symboliczną odpłatność za każdą wizytę u lekarza w publicznej służbie zdrowia i za każdy dzień pobytu w szpitalu. Pisałem o tym nieco szerzej w Trybunie z dnia 02.07.2019r. To było – oczywiście – początkowo źle odbierane przez społeczeństwo, ale dzisiaj jest oceniane jako pozytywna normalność. Rozwiązało problem kolejek i dało poważne dodatkowe środki na zwiększenie zarobków pracowników służby zdrowia. Nasze władze – poprzednie i obecne – boją się takiej decyzji, bo, przynajmniej przez pewien czas, musi to zmniejszyć społeczne poparcie.
Ale fantazjowanie przedwyborcze dotyczy nie tylko służby zdrowia. Jeszcze więcej wysiłku wkłada się w obronę prowadzonych od czterech lat z naruszaniem lub pomijaniem konstytucji, działań zmierzających do zmniejszenia niezawisłości władzy sądowniczej. To jest coraz bardziej zabawne, ale nie najgroźniejsze.

Strategie ataku

Najbardziej groźny jest fakt, że partia rządząca tak bardzo nie chce stracić władzy i ulega własnym fantazjom, że tworzy wielokierunkowe strategie ataku i obrony, których nawet częściowa realizacja może mieć opłakane skutki dla kraju i obywateli. Wydaje mi się, że PIS ustalił trzy podstawowe kierunki tych strategii i konsekwentnie je realizuje.
Pierwszy kierunek to nachalna propaganda, której głównym instrumentem jest państwowa telewizja. W jej programach informacyjnych regułą jest przeinaczanie faktów, nieustanne, atakowanie polityków opozycyjnych, przeprowadzanie wywiadów z osobami, które nie tylko popierają ekipę rządzącą, ale z niemal bezmyślnym spojrzeniem powtarzają slogany wymyślone przez sztab, a zwłaszcza Najważniejszego Szeregowego Posła. Do 40 proc. obywateli nie docierają inne kanały telewizyjne. Wobec naturalnej przewagi mediów elektronicznych i mimo znacznie wyższego poziomu wykształcenia społeczeństwa, czytelnictwo prasy informacyjnej jest (podobno) prawie o połowę mniejsze niż przed II wojną i o ok. 30 proc. mniejsze niż w czasach PRL. Nic więc dziwnego, że wielu ludzi wierzy bez zastrzeżeń w to, co widzi i słyszy w państwowej telewizji.
Drugi kierunek, to kuszenie obywateli nowymi obietnicami finansowego wspomagania przez państwo. 500+ to już historia, która jednak nadal jest fundamentem opinii o „dobrym rządzie i jeszcze lepszej partii”, które wreszcie coś konkretnego nam dają. Ale dochodzą obietnice stałych 13 emerytur, utrzymania niższego wieku przechodzenia na emeryturę, zwolnień podatkowych, wspierania młodych przedsiębiorców. Niemal każdego dnia coś nowego. Ostatnio nawet wojsko doczekało się obietnicy podniesienia żołdu. Poza tym podnosi się patriotyczne nastawienie pewnej części suwerena przez wydawanie ogromnych pieniędzy na zakupy nowoczesnego uzbrojenia – zresztą głównie z jednego kierunku.
Nie wiem, czy ktoś to wszystko uczciwie liczy. Możliwe, że przy założeniu utrzymywania się wysokiej koniunktury w światowej i europejskiej gospodarce, uda się rządzącej partii większość tych obietnic częściowo realizować. Ale to założenie może być błędne. Nawet głęboko błędne, bo sygnały oziębienia koniunktury już są. Wtedy poczujemy się jak milioner, który ma ogromne zobowiązania, a nagle zaczęły mu się zmniejszać dochody. Jeśli nagle upada najstarsze na świecie biuro podróży Thomas Cook – to wszystko jest możliwe. Także finansowy upadek kolejnego państwa.

Chwalmy się

W końcu trzeci nurt ataku to namolne chwalenie się prawdziwymi i fikcyjnymi osiągnięciami, pokazywanie perspektyw nowych wspaniałych inwestycji materializujących marzenia Polaków i porównywanie tych perspektyw na tle „pozostawionej w ruinie polskiej gospodarki przez osiem lat rządów poprzedniej ekipy”.
W moim środowisku za najbardziej zabawne uchodzą próby przekonywania, że dokonano istotnej poprawy funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, że zrujnowanie pozycji Trybunału Konstytucyjnego, ciągle prowadzone manewry wokół Sądu Najwyższego, niewykonywanie wyroku NSA dotyczącego opublikowania list poparcia członków nowej Krajowej Rady Sądownictwa, etatowo realizowany hejt w MS – to tylko drobne koszty realizacji wielkiego celu. A ten cel, to odsunięcie sędziów skazujących patriotów w zamierzchłych czasach wczesnego PRLu i takich, co kradną wiertarki albo kiełbasę. Ten ostatni motyw uzasadnienia bezsensownych działań jest tak często używany przez samego „szefa od sprawiedliwości”, że budzi uśmiech politowania nawet u osób, nieinteresujących się w ogóle polityką.
Suma tych zaczepno–obronnych działań obozu rządzącego jest jednak na tyle skuteczna, że PIS nadal – przynajmniej w badaniach ankietowych preferencji wyborczych – utrzymuje najwyższą pozycję, Nie mam wątpliwości, że decyduje o tym ta część suwerena, która nie zna lub nie rozumie zagrożeń ekonomicznych, społecznych i intelektualnych wynikających ze sposobu sprawowania władzy przez PIS, a także związanych z tym zagrożeń pozycji kraju w Europie i na świecie. To jest ta część naszej populacji, która interesuje się tylko własna sytuacją materialną i jest zadowolona z pieniędzy, które dodatkowo dostaje. Łatwiej od ostrzeżeń, docierają do niej fantazje dotyczące radosnej przyszłości, wielkich inwestycji, nowych technologii i produkcji supernowoczesnych wyrobów, które będą tanie i które będą mogli kupić nawet z tych z dodatkowych pieniędzy, które nadal będą dostawać.

Władza absolutna

Zadziwiające, że mało kto zadaje sobie pytanie, dlaczego PIS tak bezwzględnie dąży do uzyskania czegoś, co można porównywać ze średniowieczną „władzą absolutną” w niektórych krajach?. Czy jego działacze prowadzeni przez Najważniejszego Posła robią to świadomie, czy podpowiada im to instynkt ochrony własnych, rozbudowanych już interesów?
Jestem łagodny w ocenie tego zjawiska. Przypadłość dążenia do władzy absolutnej obejmuje wielu ludzi, także na niższych szczeblach i w mikroskali Znałem i znam wielu prezesów i dyrektorów dużych firm, którzy też na to chorują. Są nieustannie zapracowani, opuszczają miejsca pracy późnym wieczorem, są niedospani i nieufni. Wszystko muszą wiedzieć, o wszystkim chcą decydować. Znałem takich prezesów, a także założycieli i rektorów dużych prywatnych uczelni, którzy na odprawach kadry mówili o „delegowaniu uprawnień”. Ale po kilku dniach przychodzili do tych, którym te uprawnienia w określonych sprawach oddali, domagając się podejmowania lub odwoływania konkretnych decyzji.
Mam wrażenie, że w PIS jest wiele osób zarażonych tą chorobą. Jest nieuleczalna – wynika z charakteru i głęboko zakorzenionych upodobań. Aby łagodzić jej objawy często opowiadałem chorym przyjaciołom autentyczną historię zarządzania firmą przez pierwszego Batę – tego od butów. W pierwszym, ogromnym zakładzie produkcyjnym zjawiał się tylko raz w tygodniu – w poniedziałki. W wielkiej sali konferencyjnej zbierano wszystkich dyrektorów i kierowników działów. Nie było krzeseł – wszyscy stali. Był tylko jeden fotel dla Baty. Każdy uczestnik mógł prosić o opinię lub decyzję szefa w określonej sprawie. Miał na to trzy minuty. Odpowiedź dostawał natychmiast. Sekretarz szefa notował tylko skrót pytania i odpowiedzi, zastępując nieistniejące jeszcze komputery. Odprawa nigdy nie trwała dłużej, niż dwie godziny. Bata dziękował i odjeżdżał do swego wybudowanego w pobliżu domu.
Państwem tak się kierować nie da, chociaż dostrzegam takie tendencje. Tylko nie należy wtedy mówić o dążeniu do demokracji i „wolności”. Bo to już nie jest nawet fantazjowanie, tylko zwykłe oszustwo.

Decyduje wyborca

Walki polityków o miejsce na liście, dla wyborcy są nieistotne. Bo „jedynka”, czy „dwójka to ledwie sugestia dla wyborców.

Ordynacja wyborcza jest jednoznaczna, wybory wygrywa ta osoba z listy, która otrzymała największą liczbę ważnych głosów. Oczywiście wygrywa, ale, o tym czy wchodzi do Sejmu decyduje to, czy dana lista uzyskała w skali kraju poparcie przekraczające próg wyborczy.
Na pierwszych miejscach list komitety wyborcze umieszczają z reguły osoby, o których sądzą, że będą „lokomotywami”. To się sprawdza, ale nie zawsze.
Czasem ‚jedynki”, czy „dwójki” przegrywają z kimś z zupełnie innym numerem. Nader często zdarza się też, że wybierane są osoby z ostatniego miejsca
na listach.
Wielokrotnie z dobrym skutkiem ten zabieg przetestował Piotr Gadzinowski. I dowiódł, że można.
Nie ma się zatem co sugerować miejscem na liście, i jeśli jest na niej ktoś, kogo znamy, lubimy i uważamy, że będzie dobrym posłem, to trzeba na
niego głosować.
Taki głos nie będzie zmarnowany. I jeśli na Podlasiu, ktoś uzna, że powinien postawić „krzyżyk” przy tamtejszej „dwójce”, czyli Piotrze Kusznieruku, to niech nie martwi się, że robi coś przeciwko Lewicy. Nawet pojedyncze głosy oddane na poszczególnych kandydatów i tak się sumują. A potem skutkują tym, że w Sejmie możemy oglądać „naszych”.
Skoro jesteśmy przy temacie wyborczym, to informujemy, że zamieszczony w wydaniu środowym Program Lewicy został sfinansowany przez KW Sojusz Lewicy Demokratycznej. Dla, tych, którzy publikację przegapili pozwolimy sobie wydrukować go jeszcze raz, w wydaniu piątkowym.

Lewico, razem!

Lewicowy blok to najlepsze, co może nam się przydarzyć.
Nie żeby ktokolwiek miał szansę wygrać na jesieni z PiS, ale jest szansa, że właśnie odkryty został magiczny sposób na uruchomienie tej części elektoratu, która od lat nie rusza się do urn, a po raz ostatni zagłosowała w wyborach prezydenckich w 2015, z zaciśniętymi zębami, na Magdalenę Ogórek.
Moim zdaniem SLD niesłusznie obawia się 8-procentowego progu koalicji. Jeśli zaprzęgnie do pracy pozostałe lewicowe ugrupowania i satelity, ma szansę zrobić nawet wynik oscylujący wokół 10 procent i jestem w stanie się o to założyć o zimne piwo.
Ale i scenariusz z lewicowymi partiami na wspólnej liście SLD jest rozwiązaniem, które zmobilizuje tych, dla których PSL i Nowoczesna na liście Koalicji Obywatelskiej zadziałałyby normalnie jak odstraszacz.
Pytanie, czy koalicjanci w ostatniej chwili nie trzasną drzwiami i czy dogadają się w kwestii imponderabiliów wyborczych.
Od lewicowego bloku oczekiwałabym wreszcie konstruktywnej krytyki PiS i przyjęcia narracji, że pieniądz do kieszeni niekoniecznie jest kwintesencją lewicowego państwa, choć oczywiście, nigdy nie śmierdzi.
Oczekiwałabym konkretnych deklaracji dla pracowników budżetówek, dla sfeminizowanego, świeckiego elektoratu. Furda wiosna, niech rozkwitnie lato!

Wygrać wybory

Jak wygląda stan przygotowań do wyborów parlamentarnych w miesiąc po wyborach europejskich?

Wygrana reprezentacji Polski w meczu z Izraelem sprzed dwóch tygodni pokazała, że ważne jest nie tylko 90 minut gry na boisku. Wielu komentatorów sportowych jest zdania, że kluczem do wygranej była wprowadzona przez trenera Brzęczka zmiana ustawienia zespołu na grę z dwoma napastnikami: Robertem Lewandowskim i Krzysztofem Piątkiem.
W polityce tak łatwo to nie działa. Może dlatego, że „trenerów” jest więcej. W Koalicji Europejskiej było ich pięciu. Jak będzie wyglądało ustawienie opozycyjnej drużyny na wybory parlamentarne? Tego jeszcze nie wiemy. Ale spróbujmy przeanalizować wszystkie „za” i „przeciw” ewentualnych koalicji.

Nieszczęsny D’Hondt

Sceptycy twierdzą, że nieważne jak kto głosuje, najważniejsze kto liczy głosy. To akurat nie dotyczy wyniku niedawnych wyborów europejskich, bo nikt nie kwestionował rzetelności tych wyborów. A w nadchodzących wyborach do Sejmu jednym z kluczowych elementów wpływających na ostateczny wynik będzie sposób liczenia głosów.
Obowiązujący do dzisiaj sposób liczenia głosów metodą D’Hondta wprowadzili do ordynacji wyborczej posłowie i posłanki rządzącego wówczas Sojuszu Lewicy Demokratycznej. „Sądziliśmy, że będziemy rządzili wiecznie” – przyznał w przypływie szczerości szef partii mającej kiedyś 41 proc. poparcia. A system D’Hondta preferuje takie partie w sposób ewidentny. Dlatego dzisiaj ta metoda liczenia głosów sprzyja Prawu i Sprawiedliwości.

2+2=5

Jak bardzo specyficzna jest metoda D’Hondta ilustruje następujący przykład. Niektórzy politycy twierdzą, że przeciwko Prawu i Sprawiedliwości opozycja powinna wystawić dwie koalicje: centro-prawicową (PO, PSL, Nowoczesna) i centro-lewicową (SLD, Wiosna, Zieloni, Razem). Załóżmy na moment, że tak się stanie. I że PiS uzyska tyle, co w wyborach europejskich – 43 procent. Zaś obie koalicje opozycyjne razem będą miały więcej, bo aż 46 procent: 28 proc. prawicowa i 18 proc. lewicowa.
Logika podpowiada, że zwycięzcą wyborów zostanie opozycja, a obie opozycyjne koalicje będą miały większość w Sejmie. Ale nie w systemie liczenia głosów D’Hondta! W przytoczonym przykładzie PiS uzyskałby około 240 mandatów – pozwalających na samodzielne rządy w kolejnej kadencji. Natomiast podzielona na dwa bloki opozycja miałaby w Sejmie tylko nieco powyżej 200 posłów i posłanek. Przytaczam ten argument już na samym początku przedwyborczej analizy, by uzmysłowić Czytelniczkom i Czytelnikom, że o wygranej opozycji nie decydują wyłącznie lepsze lub gorsze programy poszczególnych partii.

Koalicja Polska

Szef Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz po 26 maja ogłosił zakończenie projektu Koalicji Europejskiej. I zapowiedział próbę stworzenia konserwatywnej, prawicowej Koalicji Polskiej z udziałem ludowców. Z punktu widzenia polityków PSL-u taki pomysł ma sens. Nie musieliby więcej wikłać się w takie niewygodne dla nich tematy jak świeckie państwo, aborcja czy LGBT.
Koalicja Polska miałaby być ofertą dla wyborcy centro-prawicowego. „Kto przygarnie osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy?” – pytał przed wyborami europejskimi Ludwik Dorn w artykule Gazety Wyborczej. Bo Platforma Obywatelska – skręcając w lewo – zapomniała o deklaracji Grzegorza Schetyny. „Platforma Obywatelska ogłasza powrót do ostrego konserwatyzmu i koniec rzekomych »lewicowych eksperymentów«„ – mówił szef PO w 2016 roku.
Moim zdaniem, jedną z przyczyn porażki Koalicji Europejskiej było zachowanie się owych „osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy”. Na PiS nie chcieli głosować. Na koalicję PO z „postkomunistami” – też nie. Zostali w domu. Czy wobec tego zaproponowany przez ludowców pomysł Koalicji Polskiej jest wart kontynuowania? Nie!
Grzegorz Schetyna nie zgodzi się na wejście Platformy Obywatelskiej do Koalicji Polskiej. Doskonale rozumie, że dwa bloki opozycyjne utrudnią pokonanie PiS-u. „Jestem zwolennikiem szerokiej koalicji na wybory parlamentarne” – mówił szef PO w tym tygodniu na antenie TVN24. „Trzeba iść krok po kroku w stronę zbliżania stanowisk i podstawy programowej, a także dobrych list” – dodawał. Trzeba przekonywać ludowców –dodaję ja. Bo Koalicja Polska będąca przystanią dla takich politycznych singli jak choćby Marek Jurek prowadzi donikąd. Niech przewodniczący Kosiniak-Kamysz przestudiuje przypadek Zjednoczonej Lewicy z 2015 roku.

Zjednoczona Lewica

Toczą się rozmowy. To potwierdzają czołowi politycy wszystkich ugrupowań lewicowych: Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń, Adrian Zandberg. Co łączy te partie? Niemal pewny jednocyfrowy wynik w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Może powyżej progu wyborczego? A może poniżej? Czy połączywszy siły w jednej koalicji można liczyć na zsumowanie się elektoratów SLD, Wiosny, Razem i parunastu mniejszych lewicowych ugrupowań? Niekoniecznie.
Policzmy. Kandydatki i kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej startujący w ramach Koalicji Europejskiej uzyskali w sumie 6 proc. głosów. Koalicja Lewica Razem 1,24 proc. A Wiosna Roberta Biedronia 6,06 proc. Ale na Biedronia istotna część wyborców głosowała tylko dlatego, że głosił hasło „nareszcie zmiana”. Jakaż to zmiana i nowa polityka – w odczuciu jego wyborców – wespół z SLD. Szacuję, że Biedroń startujący w ramach zjednoczonej lewicy może stracić nawet połowę swoich fanów. W sumie koalicja lewicowa mogłaby liczyć na około 10 proc. głosów. Tylko 2 punkty procentowe powyżej 8-procentowego progu dla koalicji wyborczych.
Tak jak w przypadku Koalicji Polskiej, programowo koalicja lewicowa ma sens. Pozwala uniknąć kakofonii –szczególnie w sprawach światopoglądowych. Poza tym, nareszcie cała lewica znalazłaby się na jednej liście. A nie na trzech – jak w wyborach europejskich. Wszystko to prawda. I w to wszystko święcie wierzyli Ci, którzy w 2015 roku parli do stworzenia Zjednoczonej Lewicy. Która miała bez problemu osiągnąć wynik dwucyfrowy. „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” – to moja rada. Na jesieni najważniejszym celem jest powrót lewicy do Sejmu. A najpewniejszą drogą jest start w szerokiej koalicji.

PiS bez amunicji

Siedem punktów procentowych straty do Prawa i Sprawiedliwości to sporo. Ale nie zapominajmy, że Kaczyński znaczną część amunicji już wystrzelał. Beata Szydło – 525 tys. głosów, Jadwiga Wiśniewska – 409 tys. głosów, Patryk Jaki – 258 tys. głosów, Beata Kempa – 209 tys. głosów, Adam Bielan – 207 tys. głosów, Beata Mazurek – 204 tys. głosów, Joachim Brudziński – 185 tys. głosów. Tylko ta siódemka europarlamentarzystów zebrała 2 mln głosów. Ponad dwa razy więcej niż przegrana KE z PiS. A teraz pytanie za dziesięć punktów? Jak nazywają się następcy odchodzących ministrów: Szydło, Jakiego, Brudzińskiego? Czy jeśli wystartują do Sejmu, zbiorą również setki tysięcy głosów?
Na wyczerpaniu jest też amunicja budżetowa. „Uczciwie mówimy, że budżetu nie stać na więcej” – mówił Jarosław Gowin na parę tygodni przed wyborami europejskimi. A słowa wicepremiera potwierdzają dane ministerstwa finansów. W lutym wpływy z VAT-u były o 1,6 mld zł niższe niż przed rokiem, a w marcu o 1 mld zł niższe. Gdy ruszą wypłaty 500+ na pierwsze dziecko, pewnie znowu skoczą do góry. Ale widać, że bez ekstra transferów, zyski z samego uszczelniania VAT-u najwyraźniej osiągnęły swój kres.
Wiem, że Jarosław Kaczyński, jeśli chodzi o kiełbasę wyborczą, nie jest zbyt wybredny. Obawiam się, że „amunicją” najbliższych wyborów będą znowu masturbujące się czterolatki, Żydzi żądający odszkodowań i Niemcy niepłacący reparacji wojennych.

I bez Kukiza

Ugrupowanie Pawła Kukiza miało być kołem ratunkowym dla Jarosława Kaczyńskiego, gdyby jego partia nie uzyskała wystarczającej liczby mandatów do samodzielnego rządzenia. Ale to już raczej nieaktualne. W wyborach europejskich lista KKW Kukiz`15 nie przekroczyła progu wyborczego, uzyskując 3,69 proc. głosów. Niedawny sondaż CBOS dał Kukizowi 4 proc. – również poniżej progu. Reguła partii jednosezonowych potwierdza się. Po Ruchu Palikota i Nowoczesnej również Kukiz`15 kończy swój polityczny żywot.
Być może dotychczasowi parlamentarzyści Kukiz`15 wystartują z list Prawa i Sprawiedliwości. Paweł Kukiz przyznał w „Kawie na ławę” w TVN24, że jest do tego namawiany przez prezesa Kaczyńskiego. Nie przypuszczam jednak, aby politycy i polityczki od Kukiza przyczynili się w wyraźny sposób do poprawy notowań zjednoczonej prawicy. Jego parę procent byłego elektoratu raczej ulegnie rozproszeniu.
Nie zamierzam płakać po Kukizie. Wspominam o nim, bo utrata przez PiS ewentualnego powyborczego koalicjanta to fakt wart odnotowania. I kolejny argument przemawiający za stworzeniem jednego komitetu opozycji.

Razem czy osobno

W sobotę w Sojuszu Lewicy Demokratycznej odbędzie się referendum. Wszyscy członkowie i członkinie partii będą odpowiadali na pytanie, czy SLD w wyborach do Sejmu powinno startować samodzielnie, czy w koalicji ugrupowań prodemokratycznych? Niektórych może zdziwić ogólnikowość pytania o koalicję. Nie ma w nim doprecyzowania o kształt ewentualnej koalicji. Tego, czy ma to być koalicja ugrupowań lewicowych? Czy koalicja podobna do Koalicji Europejskiej, z udziałem Platformy Obywatelskiej.
Niestety, wobec braku ostatecznych rozstrzygnięć przyszłych koalicjantów, trudno pytać w referendum o konkretny kształt koalicji. Na przykład Piotr Zgorzelski z PSL-u zapowiedział, że ludowcy o swoim starcie w wyborach parlamentarnych zadecydują dopiero 6 lipca. Nawiasem mówiąc, pomysł ogólnopartyjnego referendum pojawił się po nieudanym projekcie Zjednoczonej Lewicy. Kiedy to o zawiązaniu koalicji zadecydowały wyłącznie gremia kierownicze partii. W 2016 roku wpisano do statutu, że w każdych kolejnych wyborach o starcie SLD w koalicji z innymi ugrupowaniami powinni decydować wszyscy członkowie i członkinie partii.

Wygrać wybory

„Dobrze oceniam Koalicją Europejską. Jest wystarczająco czasu, żeby zniwelować różnicę między PiS-em i wygrać” – powiedział w ubiegłym tygodniu przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty w rozmowie z Jackiem Prusinowskim w Radiu Plus. I tego się trzymajmy. Do wyborów pozostało 100 dni z okładem…

Prawo Duvergera a sprawa polska

Jedną z konsekwencji majowych wyborów jest ożywienie dyskusji nad perspektywami polskiego systemu politycznego. Dyskusje te nie mają czysto akademickiego charakteru, gdyż idzie w nich o to, jak kształtować się ma polska scena polityczna – i to nie na jedną kadencję, a zapewne na wiele lat. Warto w tej dyskusji brać pod uwagę dorobek socjologii polityki, zwłaszcza to, co przeszło do nauki pod mianem „prawa Duvergera”.

Maurice Duverger (1917-2014) był jednym z najsławniejszych politologów i socjologów polityki, a jego klasyczne dzieło („Les parties politiques”, 1951) zawiera nadal aktualne twierdzenia dotyczące charakteru systemów partyjnych i wpływowi, jaki na te systemy wywierają ordynacje wyborcze.
Duverger jako pierwszy sformułował prawo,
zgodnie z którym większościowe ordynacje wyborcze (zwłaszcza oparte, jak w Wielkiej Brytanii czy w USA na zasadzie zwykłej większości) powodują uformowanie się dwupartyjnych systemów politycznych, w których tylko dwie główne partie mają szansę realnie rywalizować o władzę. Z czasem uzupełniono to o dwie dodatkowe obserwacje. Pierwsza było stwierdzenie, że ordynacje większościowe wymagające uzyskania przez kandydatów bezwzględnej większości (jak między innymi we Francji po 1958 roku) skutkują powstaniem nie systemów dwupartyjnych, lecz dwublokowych, gdyż skłaniają bliższe sobie partie do tworzenia stałych porozumień co do wspólnego głosowania w drugiej turze. Taki system funkcjonował przez ponad pół wieku we Francji skutkując rotacyjnym sprawowaniem władzy albo przez blok centroprawicowy, albo przez blok lewicowy. Dopiero ostatnie wybory prezydenckie i parlamentarne – wskutek pojawienia się kandydatury Macrona i sukcesu jego partii – położyły kres tej sytuacji.
Drugą obserwacja
uzupełniająca prawo Duvergera jest stwierdzenie, że w podobny sposób działać może także ordynacja proporcjonalna, jeśli zwiąże się ją z – korzystnym dla najsilniejszych list – systemem d’Hondta. Jak wiadomo, system ten bardzo osłabia małe ugrupowania i zapewnia znaczną premię najsilniejszym.
Duverger nie twierdził, że powstanie systemu dwupartyjnego (lub dwublokowego) stanowi jedyną możliwą konsekwencję korzystnych dla najsilniejszych partii ordynacji wyborczych. We wspomnianej pracy o partiach politycznych uzupełnił klasyczną typologię systemów partyjnych (wielopartyjne, dwupartyjne, jednopartyjne) o kategorię, którą nazwał „systemem partii dominującej”. System taki pojawia się, gdy jedna partia ma trwałą i zdecydowaną przewagą nad wszystkimi innymi, te zaś nie stanowią alternatywnego bloku, lecz działają w rozproszeniu. Przykładem systemu partii dominującej był Izrael w latach 1948-1977, gdy Partia Pracy nieprzerwanie wygrywała wybory marginalizując rozbitą opozycję.
Polska stoi dziś przed bardzo realną możliwością zrealizowania się prawa Duvergera.
Majowe wybory pokazały, że dwa główne ugrupowania – Zjednoczona Prawica (czyli PiS i jego satelici) oraz Koalicja Europejska – zdobyły łącznie 84 proc. ważnie oddanych głosów, a z pozostałych ugrupowań tylko „Wiosna” zdołała przekroczyć próg wyborczy, zresztą z bardzo słabym wynikiem (6 proc.).
Nie wiem, rzecz prosta, czy w październiku dojdzie do starcia dwóch wielkich bloków, czy też nastąpi rozproszenie głosów opozycji, za czym zdają się opowiadać niektórzy politycy, zwłaszcza Polskiego Stronnictwa Ludowego, a także „Wiosna” i radykalna lewica. Wiem jednak, jaka jest logika sytuacji i jakie wnioski płyną z przypomnianego tu „prawa Duvergera”.
Polska może stać się na wiele lat państwem rządzonym na zasadzie partii dominującej, przy czym partią tą nie byłaby umiarkowana partia socjaldemokratyczna (jak we wspomnianym przykładzie izraelskim), lecz autorytarna partia prawicowa. Scenariuszowi takiemu może zapobiec jedynie pojawienie się silnej przeciwwagi w postaci bloku demokratycznego, gdyż żadna partia opozycyjna nie ma – i w dającej się przewidzieć przyszłości mieć nie będzie – potencjału pozwalającego jej samodzielnie wygrać walkę z Prawem i Sprawiedliwością. Koalicja demokratyczna byłaby rozwiniętą i w pewien sposób zmodyfikowaną wersją Koalicji Europejskiej, w ramach którego jest ważne miejsce dla socjaldemokratycznej lewicy (SLD, SDPL) i dla innych ugrupowań lewicowych – feministycznych i ekologicznych. Ich rolą jest wpływanie na oblicze ideowe i na konkretne programy bloku demokratycznego tak, by w miarę istniejących możliwości były one zgodne z wartościami postępu, tolerancji i sprawiedliwości społecznej.
Przeciwnicy takiego rozwiązania
– w tym zwolennicy samodzielnego startu wyborczego lewicy – powinni czytać Duvergera.

Zawsze słucham ludzi

Z Małgorzatą Sekuła-Szmajdzińską rozmawia Wincenty Elsner.

Pamiętasz ten dzień? Pierwszego maja 2004 roku. Jak go zapamiętałaś?
Szczerze? Ja nigdy nie kłamię. Samego dnia nie pamiętam. To znaczy nie pamiętam tego momentu, o którym mielibyśmy powiedzieć, że taka jestem szczęśliwa, że wchodzimy do Unii Europejskiej. Może dlatego, że już od 1989 roku byłam święcie przekonana, że ten moment nadejdzie. Nie wiedziałam oczywiście, kiedy to nastąpi. Ale jestem dumna, że to stało się, gdy Sojusz Lewicy Demokratycznej rządził. Ba, przecież wtedy mój mąż był Ministrem Obrony Narodowej. Podpisanie Traktatu Akcesyjnego było wynikiem ciężkiej pracy wszystkich ministrów rządu Leszka Millera. Każdy z nich dołożył swoją cegiełkę. Jurek też.

A teraz premier Morawiecki twierdzi, że to on wprowadzał Polskę do Unii…
Ech, szkoda słów. To jest takie zacieranie historii, pisanie na nowo. Ale ludzie pamiętają. Ludzie też pamiętają, że w czasie rządów SLD i w czasie, kiedy Jurek był szefem MON-u, podjęto decyzję o zakupie samolotów F-16. Tylko kiedy w 2016 roku była 10. rocznica obecności F-16 na polskim niebie, to słowa nikt nie powiedział o ówczesnych osobach o tym decydujących. Choćby o Januszu Zemke, który był przewodniczącym komisji przetargowej. Nie mówiąc o moim Jurku, który zginął w katastrofie smoleńskiej. A kiedy była ta 10. rocznica, wiele mówiono o ofiarach katastrofy smoleńskiej. Pomników nie oczekuję, ale o Jurku nie powiedziano ani słowa. Powiem Ci, że… nie zdarza mi się płakać przed telewizorem. Popłakałam się.
To jest bardzo smutne, że rządzący tak instrumentalnie traktują naszą historię. Dzisiaj jest tak, że wszystko, co im jest niewygodne, wycierają gumeczką. I do widzenia.

Mamy bardzo ważny rok. Jest szansa, że za parę miesięcy powiemy do widzenia wszystkim tym, którzy od czterech lat demolują polską demokrację i fałszują historię. Teraz jednak naszym celem jest Bruksela. Kiedy pierwszy raz byłaś w Brukseli?
Do Amsterdamu i Brukseli pierwszy raz pojechałam jako studentka. Razem z koleżanką pracowałyśmy w Kreuth, w Alpach Bawarskich. Potem postanowiłyśmy pojechać autostopem do krajów Beneluxu. To były czasy, kiedy potrzebny był paszport, wizy – okres pobytu za granicą trzeba było wykorzystać.
Szczególnie utkwił mi w pamięci powrót z Brukseli. Wracałam też autostopem, sama, bo koleżanka została dłużej za granicą. Bałam się podróżować nocą. Jedną noc spędziłam na kanapie na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. I rano ruszyłam dalej – do Wrocławia.

Pewnie jeszcze nieraz przyjdzie Ci zdrzemnąć się na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. Gdy nie będzie bezpośredniego lotu z Polski do Brukseli lub Strassburga. A samoloty mają to do siebie, że się spóźniają. Tyle że zamiast plecaka będziesz miała walizkę pełną dokumentów. Nie boisz się wszechobecnej unijnej biurokracji?
Tak, biurokracja jest problemem. Słyszałam ostatnio, że organizacje pożytku publicznego mają problemy z tą okropną biurokracją w Brukseli – gdy korzystają ze środków unijnych. Niestety, w wielu przypadkach jest ona konieczna, chodzi przecież o wydawanie pieniędzy publicznych. Ale myślę, że trzeba usiąść w takim gronie, które o wielu rzeczach decyduje i powiedzieć: no zaraz, nie przesadzajmy. Niech to ma jakiś życiowy, realny wymiar, który będzie miał sens. Znajdźmy jakiś środek. Jest temat. Na pewno trzeba się tym zająć.
Ja zawsze wychodzę z założenia, że trzeba się spotykać z ludźmi i rozmawiać o ich codziennych sprawach oraz problemach. No i oczywiście słuchać też ekspertów, którzy są fachowcami. To jest dla mnie doświadczenie z okresu, kiedy byłam posłanką.

No właśnie. W Sejmie pracowałaś w bardzo ważnych i trudnych komisjach. Twoja działalność parlamentarna została oceniona bardzo wysoko. W rankingu tygodnika „Polityka” trzykrotnie znalazłaś się w dziesiątce najlepszych parlamentarzystów VII kadencji. Jak wyobrażasz sobie pracę w Parlamencie Europejskim? W Sejmie na początku pytano nas, w jakich komisjach chcemy pracować. Co odpowiesz, gdy takie pytanie padnie w Brukseli?
Odpowiedź wcale nie jest łatwa. Może wynika z faktu, że różnymi rzeczami się interesuję. Bo oczywiście to najprostsze: prawniczka, była w Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka i w Komisji Kodyfikacyjnej – to pewnie do podobnych komisji powinna trafić w Parlamencie Europejskim. Być może… Być może do tej dotyczącej praw człowieka.
Gdy jednak myślę o sprawach będących wyzwaniami dzisiejszej Unii, na przykład o wielkim marnotrawstwie żywności w sytej Europie. O tym, co powinno stać się standardem, o zamkniętym obiegu gospodarczym, czyli o recyklingu. To są tematy niesamowicie ważne i interesujące. Ja sobie to wszystko przemyślę. Też nie można tak się zachowywać… Jeszcze mnie tam nie ma, a już sobie wybrałam. Trochę skromności, drogi Kolego.

Wobec tego wracamy do Polski. Kandydatki i kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej startują w ramach Koalicji Europejskiej. Wraz z polityczkami i politykami PO, PSL, Nowoczesnej i Zielonych. Jak się odnajdujesz w tak różnorodnym towarzystwie?
Tak naprawdę każdy musi robić swoje. My właściwie spotykamy się w tym gronie tylko na konferencjach prasowych. Jest mi oczywiście bardzo miło, gdy słyszę jak koledzy i koleżanki z innych partii wyrażają się o mnie w ciepłych słowach. Ale to wynika z tego, że znają mnie z czasów wspólnej pracy parlamentarnej. Jest jednak rzeczą oczywistą, że każdy walczy o swoje.
Ta kampania ma właściwie dwa oblicza. Jedno to jest to, co my robimy wspólnie – głównie te konferencje. A pozostała robota – ta najważniejsza i najtrudniejsza – to docieranie do swojego elektoratu, bądź elektoratu niezdecydowanego. Albo elektoratu, który jest teoretycznie w naszym zasięgu. Ale trzeba go do siebie przekonać. To jest naprawdę bardzo dużo pracy, nieporównywalnie więcej niż w wyborach parlamentarnych, gdzie ma się kilkanaście powiatów. A tu są dwa województwa: cały Dolny Śląsk i Opolszczyzna. Dlatego chciałabym podziękować kolegom i koleżankom, którzy mnie bardzo wspierają i wszystko to organizują. Efekt końcowy będzie zależny od tego, do ilu osób uda nam się dotrzeć.
Powiem tak: wykonujemy co trzeba. To, co do nas należy. Śmiejemy się z sondaży, bo ciągle coś innego pokazują. Prawdziwy sondaż będzie 26 maja.

Co będzie miało decydujący wpływ na wynik tego „prawdziwego sondażu” 26 maja?
Zapewne wiele czynników. Powiem o jednym. Byłam przerażona, a właściwie nie przerażona, a zasmucona, gdy dowiedziałam się, że są gminy, gdzie w wyborach europejskich chodzi głosować 11 procent wyborców. Błagam – niech to się zmieni! Świadomość wielu naszych obywatelek i obywateli musi ulec zmianie. Jak się komuś wydaje, że ta Europa, ta Bruksela jest tak daleko… Nie – jest na wyciągnięcie ręki. I masa rzeczy związanych z rozwojem naszego kraju tam się zaczyna. Nasza pozycja i stabilizacja, przyszłość całej Europy. To jest ogromnie ważna rzecz. Więc proszę Państwa wszystkich, żebyście głosowali. A te 11 procent niech to będą tylko bajki z przeszłości.

Ostatnie pytanie. Wiemy, jaka była Europa kiedyś. Widzimy, jaka jest dzisiaj. Nie pytam Cię o Twoje marzenia w perspektywie miesiąca. Bo każdy, kto startuje w wyborach, marzy by je wygrać. Ale powiedz, jak powinna wyglądać Europa i Polska za piętnaście lat – gdy będziemy świętowali trzydziestolecie przystąpienia do Unii Europejskiej?
To jest jedno z najważniejszych zadań. Żeby standard życia w Polsce systematycznie się podnosił. Żebyśmy mogli stopniowo dorównywać tym, którzy dzisiaj są w lepszej od nas sytuacji. Żeby nasze dzieci i wnuki miały większy komfort życia we wspólnej Europie.

A szczególne zadania dla lewicy…
No to są właśnie zadania dla lewicy. Podniesienie poziomu życia – wyższe płace, szczególnie w mniej zamożnych krajach Unii – o tym lewica mówi przed wyborami europejskimi. Na przykład, jaka powinna być minimalna płaca i emerytura we wszystkich państwach Unii. To powinno być zrobione na poziomie unijnym i powinniśmy do tego dążyć. Będzie to prowadziło do wyrównania szans pracowników, w tym również ludzi młodych, w różnych krajach. By nie musieli wyjeżdżać „za chlebem” za granicę. Nigdy nie twierdziłam, że wszyscy musimy być milionerami. Ale najważniejszym jest, aby każdego stać było na godne, dostatnie i spokojne życie.

A euro…
No właśnie. Jak to jest z tą walutą euro? Wchodziliśmy w gronie 10 państw do Unii Europejskiej, a obecnie w siedmiu z nich jest już euro. Nie ma tylko u nas, nie ma na Węgrzech i nie ma w Czechach. To jest kolejny super ważny temat do dyskutowania. Przecież to jest procedura, której nie da się załatwić w 3 lata. To jest temat do dyskusji z ekspertami – ale ona musi się toczyć, bo już od dawna takiej debaty właściwie nie ma.
Wiem, że nie poruszyliśmy wielu tematów. Ale tak jak powiedziałaś, przede wszystkim mamy pracę do wykonania. Byśmy za dwa tygodnie mogli powiedzieć, że Dolny Śląsk, Opolszczyzna i Sojusz Lewicy Demokratycznej mają swoją reprezentantkę w Parlamencie Europejskim.
Proszę o Wasz Głos. Lista numer 3 Koalicji Europejskiej. Miejsce 3. Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska. Serdecznie pozdrawiam wszystkie Czytelniczki i Czytelników „Trybuny”.