Prezydenckie zawołanie

Słuchałem i nie wierzyłem: on naprawdę tak powiedział. Tzn. On, prezydent mego kraju. Że potanieje musztarda. Jak Gomółka, kiedy mówił o taniejących lokomotywach. I kiedy myślałem, że nic już mnie z ust Andrzeja Dudy w tej kampanii nie zaskoczy, zobaczyłem to…

Rzecz miała miejsce chyba w Nowej Soli. Stoi prezydent, gestykuluje, widać że buzują emocje, nakręca się z każdym słowem. I nagle bam: mówi, jakby nigdy nic, zapętlony w słowotoku, że „podpaski higieniczne”, że „tampony higieniczne”, że kto ma kobiety w domu to wie ile, na to idzie, czy jakoś tak. Oniemiałem. Potem posłuchałem jeszcze raz. I jeszcze raz. Do dziś nie bardzo wiem, jak nazwać pierwszą myśl, która przyszła mi do głowy, kiedy słuchałem prezydenckich wynurzeń o podpaskach. I nie tyle sama treść mnie uwiodła, bo w tej od razu wyczułem ogromny potencjał wiralowy i socialmediowy, ale forma. Lub bardziej-forma samego mówcy.

Skrosowałem sobie od razu w pamięci przemówienie prezydenta z Nowej Soli z przemówieniem innego prezydenta w Białogardzie. Ongiś, Aleksander Kwaśniewski, na wiecu Lewicy i Demokratów, wzywał Ludwika Dorna i Sabę do porzucenia obranej przezeń drogi. Wówczas również forma zawołania prezydenckiego wzbudziła w słuchaczach i komentatorach pewne wątpliwości, co do prezydenckiego stanu. Zawołałem przed ekran moich kolegów, z którymi biesiadowałem tego wieczora, kiedy Andrzej Duda mówił o tanich podpaskach, aby rozwiali lub potwierdzili moje wątpliwości. Co należy zaznaczyć, koledzy, jak i ja, byliśmy wówczas jeszcze zupełnie trzeźwi. Wiele bowiem razy bywaliśmy w odmiennych stanach świadomości. Doskonale wiemy więc, jak zachowuje się ciało, poddane na działanie środków. W jaki sposób zmienia się mimika twarzy, gesty, a co najważniejsze, jak zachowuje się zmysł mowy. Wszyscy koledzy przyznali, że w prezydenckim przemówieniu z Nowej Soli, odnajdują bliźniacze podobieństwo do szoł Aleksandra Kwaśniewskiego z Białogardu. Czyli się nie pomyliłem, coś było rzeczy jest.

Nie jest żadną tajemnicą, że człowiek przemęczony, permanentnie niewyspany i odarty z wypoczynku, zachowuje się dla postronnych tak, jakby mógłby być pod wpływem. Miesza mu się w głowie, nie wie co mówi, a co równie ważne, nie wie też, jak mówi. Może więc niepotrzebnie podnosić głos, blekotać, mamrotać coś pod nosem. Ludziom wydaje się wtedy, że jest po spożyciu, a on sam, trzeźwy jak dziecko, jest po prostu wykończony. Sam tak mam dzisiaj, kiedy piszę ten tekst. Wczoraj przejechałem autem z Warmii do Warszawy. Przespałem się 8 godzin, żeby po śniadaniu wsiąść za kółko i prowadzić dalej, z Warszawy w Beskidy. Nikomu nie polecam. Rozumiem więc doskonale, że będąc w ciągłej trasie można być daleko od OK z własną psychofizycznością. Ba, sam też, w erze przed covidem, bywałem w trasach. Koncertowych. Wiem z samego bywania, że na trasie jest ciężko. Ale, i tu złota rada dla pana prezydenta, co było na trasie, zostaje na trasie. Po przekroczeniu progu busa, człowiek przywdziewa właściwą swojej profesji maskę. W busie można, choćby dla zabicia czasu, napić się czegoś dobrego na frasunek; bo daleko od domu, bo rozłąka z żoną, albo ze szczęścia, że w końcu z dala od niej, ale gdy się z puszki wychodzi, trzeba grać swoje. Najlepiej jak się umie. A po robocie, wiadomo, można sobie dać lejce na reset. A nawet trzeba.

Szczerze mówiąc, to mam to gdzieś, czy prezydent był w Nowej Soli po trzy przed. Więcej napiszę, gdyby wyszedł w kampanii do ludzi i spotkał się na piwie z kim innym, niż z premierem, tylko z prostym człowiekiem, zyskał by dużo więcej w oczach swoich współbraci w wierze w sukces. Bo nie w moich. Jak facet pije piwo z sokiem, to już nie ma dla niego ratunku.

Każdy głos będzie się liczył

Druga tura wyborów prezydenckich nie ma faworyta. W praktycznie wszystkich sondażach przeprowadzanych w ostatnich dniach jeden z kandydatów wygrywa z rywalem o włos.

Nowy sondaż pracowni Kantar, opublikowany 3 lipca, daje 47 proc. wskazań Rafałowi Trzaskowskiemu i 46 proc. – Andrzejowi Dudzie. Pozostała grupa ankietowanych nadal nie podjęła decyzji. Co znaczące, w porównaniu z poprzednim sondażem wzrosły notowania polityka KO, który zdobył dodatkowe 2,3 punktu procentowego. Dla porównania urzędujących prezydent dodał do swojej puli tylko 0.6 nowych zwolenników.

Sondaż IPSOS opublikowany na łamach oko.press również daje większe szanse Rafałowi Trzaskowskiemu. W badaniu tej pracowni 49 proc. głosów padło na kandydata Koalicji Obywatelskiej. Andrzeja Dudę wskazało minimalnie mniej, bo 48 proc.

Z kolei w sondażu IBRiS dla Onetu, opublikowanym 2 lipca, to Andrzej Duda zbliża się do granicy 50 proc. – odnotował 49 proc. wskazań. Rafał Trzaskowski ma w tym badaniu poparcie 46,4 proc. 4,6 proc. wyborców jeszcze się zastanawia, do kogo z kandydatów im bliżej.

Według badania IBRiS Rafał Trzaskowski przejmie 75 proc. osób, które w I turze poparły kandydata Lewicy Roberta Biedronia. Podobnie 3/4 wyborców Władysława Kosiniaka-Kamysza zamierza opowiedzieć się za zmian urzędującego prezydenta. Jeszcze bardziej stanowczy jest elektorat Szymona Hołowni – tu na Andrzeja Dudę zamierza głosować jedynie 10 proc. jego wyborców. Nieco wyraźniej podzieleni zdają się tylko sympatycy Krzysztofa Bosaka. 67 proc. z nich chce głosować na Andrzeja Dudę, a 27 proc. – na Trzaskowskiego.

Pracownia Indicator w opublikowanym 4 lipca sondażu minimalnie wskazuje na Dudę. Walczący o reelekcję polityk według tych szacunków uzyska 50,7 proc. głosów, wyprzedzając prezydenta Warszawy o mniej niż dwa punkty procentowe.

Najwyższą przewagę Dudzie daje sondaż opublikowany 1 lipca przez pracownię Social Changes i przygotowany na zlecenie prawicowego portalu wpolityce.pl. W tym badaniu, przeprowadzonym jeszcze przed ogłoszeniem wyników I tury, urzędujący prezydent zyskał 53 proc. wskazań. Równocześnie zamiar głosowania w wyborach potwierdziło 64 proc. ankietowanych.

Obydwaj kandydaci kontynuują swoje kampanie, podróżując po Polsce i dużo obiecując. Od jednego i drugiego polityka usłyszeliśmy już np. sprzeciw wobec podnoszenia podatków.

Mocne karty Dudy, ale rozgrywa opozycja

W polskich realiach zdecydowany lider sondaży prawie zawsze uzyskuje w wyborach wynik znacząco słabszy od średniej notowań sondażowych, jednak w pierwszej turze wyborów prezydenckich tej zależności nie zaobserwowano.

Co więcej, ośrodki sondażowe z reguły zawyżały notowania słabszych kandydatów i zaniżały notowania kandydatów mocniejszych. Przeprowadzone w ostatnich kilkunastu dniach sondaże dotyczące drugiej tury wyborów prezydenckich nie wskazują jednoznacznie ani na zwycięstwo Andrzeja Dudy, ani na zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego. Jednakże sondaże dotyczące pierwszej tury w nieco większym stopniu zaniżały notowania Dudy, ponadto zabrakło mu zaledwie 6,50 punktu procentowego do zwycięstwa, a kandydaci szeroko rozumianej antypisowskiej opozycji nie uzyskali w sumie bezwzględnej większości głosów.

Bardzo duże znaczenie może mieć oddziaływanie przegranych w pierwszej turze kandydatów na swoje elektoraty. Wszystko wskazuje na to, że Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz i Robert Biedroń (18,45 proc. głosów, podczas gdy przewaga Dudy nad Trzaskowskim wyniosła 13,04 proc. głosów) udzielą poparcia Rafałowi Trzaskowskiemu, zaś Krzysztof Bosak zaapeluje do swych wyborców (których znaczna część sympatyzuje z Trzaskowskim, a inna część nie zamierza pójść na drugą turę wyborów prezydenckich), aby zagłosowali w drugiej turze zgodnie z własnymi przekonaniami.

Zastanawiające jest to, czy Koalicja Obywatelska rozważa rozwiązanie alternatywne. W sondażach dotyczących drugiej tury wyborów prezydenckich Szymon Hołownia uzyskiwał zdecydowanie większe poparcie od Andrzeja Dudy. Jeżeli tuż przed 12 lipca notowania sondażowe nie dadzą Rafałowi Trzaskowskiemu znaczącej przewagi, będzie najlepiej dla Polski, gdy Trzaskowski zrezygnuje z kandydowania. Zgodnie z zasadami wynikającymi z polskiego prawa wyborczego, druga tura zostanie wtedy przesunięta na 26. lipca, a wystartują w niej Hołownia i Duda.
Może być bardzo różnie. W najgorszym razie, antypisowska opozycja odegra się za trzy lata, podczas wyborów samorządowych oraz parlamentarnych.

Konstytucja według Dudy

Głosowanie nad projektem zmiany Konstytucji zakładającym zakaz adopcji dzieci przez pary jednopłciowe zapowiedział Andrzej Duda. Prezydent zaznaczył też, że jest pewny poparcia sejmowej większości, w liczbie umożliwiającej zamieszczenie takiego zapisu w ustawie zasadniczej.

Andrzej Duda kontynuuje ofensywę wyborczą. Na spotkaniu z wyborcami w Szczawnie-Zdroju obiecał, ze 6 lipca w Sejmie odbędzie się głosowanie nad projektem zmiany Konstytucji. Prezydent chce, aby znalazł się w niej zapis uniemożliwiający osobom LGBT starania się o adopcję dzieci.
Duda kilka tygodni temu dla podbicia swoich wyborczych słupków posunął się do stwierdzenia, że LGBT to nie ludzie. Wtórować mu natychmiast ruszyli inni politycy PiS.

Przed II, decydującą turą, prezydent jeszcze podkręcił stawkę. Teraz zapowiada, że jego celem jest wprowadzenie dyskryminacji osób LGBT na poziomie najwyższego aktu prawnego. Prezydent po raz kolejny posłużył się kłamstwem, jakoby prawidłowy rozwój dzieci adoptowanych przez pary jednopłciowe był zagrożony. Badania naukowe wykazują dokładnie coś innego.

Ataki na osoby LGBT są w kampanii Andrzeja Dudy główną nutą,
dzięki której sztab prezydenta chce osiągnąć pożądaną mobilizację wyborców o homofobicznym nastawieniu, przekonując ich, że heteroseksualne związki i rodziny są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nagonka to nakręcana odgórnie. Badania sondażowe przeprowadzane w ubiegłym roku pokazywały bowiem, że nawet dla wyborców PiS głównym atutem tej partii bynajmniej nie jest atakowanie mniejszości seksualnych.
„O ile w naszym prawie małżeństwo w naszym prawie jest związkiem kobiety i mężczyzny, są możliwe inne przypadki. Dlatego uważam, że w polskiej konstytucji powinien się znaleźć zapis, że wykluczone jest przysposobienie lub adopcja dziecka przez osobę pozostającą w związku jednopłciowym. Dla bezpieczeństwa dziecka, dla jego prawidłowego wychowania” – powiedział do swoich zwolenników polski prezydent.

Następnie Duda wywołał do tablicy swojego rywala, zaznaczając, że oczekuje poparcia jego klubu parlamentarnego dla projektu stosownej ustawy. W ten sposób chce postawić Trzaskowskiego w niezręcznej sytuacji, mając na uwagę, że jego elektorat składa się zarówno z obywateli wyrażających poparcie dla praw LGBT, z samych przedstawicieli tej atakowanej społeczności, jak i bardziej konserwatywnych segmentów elektoratu KO, sceptycznych wobec co bardziej postępowych rozwiązań.
I to raczej ci ostatni mogą być zadowoleni z odpowiedzi Rafała Trzaskowskiego, który nie poszedł na konfrontację.

– Jestem przeciw adopcji dzieci przez pary jednopłciowe i wydaje mi się, że takie jest stanowisko większości partii politycznych – odpowiedział prezydent Warszawy, a propozycję Dudy nazwał „tematem zastępczym”.
Po raz kolejny okazało się, że słaba pozycja przetargowa lewicy po I turze przekłada się na obranie przez Trzaskowskiego kursu w prawo. Polityk KO wierzy, że głosy lewicowców ma w kieszeni, bo ludzie ci są zdeterminowani podważyć pisowski monopol władzy. Jednoznaczność odpowiedzi może jednak sprawić, że część z nich podczas decydującego starcia zostanie w domu lub odda głos nieważny, co też jest celem działań sztabu obecnego prezydenta.

Deliberacje pana D.

Stary i młody, biedny i bogaty, wszyscy dziś oni czekają debaty. A prezydent Andrzej, z sobie znaną gracją, chce się debatować, tylko z jedną stacją.

Z tymi debatami to tak było: najpierw można było tylko w TVP, bo tylko TVP się liczyła. Później doprosili się do żłoba prywaciarze, bo jak jest debata prezydencka, to nawet „M jak coś tam” nie wytrzyma z nią starcia. Reklamowego, ma się rozumieć, bo to o to w tej zabawie chodzi. Żeby ściągnąć w jedno miejsce cały reklamowy tort i nie dzielić się ani okruszynką z konkurencją. Po jakimś czasie okazało się, że prywaciarze chcą rozdawać karty po swojemu, bo czemu by nie zbić jeszcze więcej kasy, organizując co najmniej trzy różne debaty – każdą u kogo innego, albo jeszcze lepiej, kilka debat na różne tematy – a to pan A z panią B, pani B z panem D itd. Debatę o zdrowiu, o ekonomii, o polityce jądrowej. Przecież nie da się skomasować tylu ważnych problemów palących Polskę i Polaków w kilkudziesięciu minutach, to jakaś niedorzeczność. Należy więc debat namnożyć oporowo, żeby naród siedział przed telewizorem i najlepiej, aby nawet na moment sprzed niego nie odchodził. Reklamodawcy będą się zabijać o czas antenowy, zarządy będą przyznawać sobie premie za wzrastającą oglądalność, a naród będzie głupiał dalej, ku swojej własnej uciesze; bo przecież to takie profesjonalne, jak nas ci politycy serio traktują; że pozwalają się nam oceniać z różnych punktów widzenia na wiele spraw. Zabasuje w te same tony jeden czy dwóch znanych dziennikarzy z chodliwymi nazwiskami; że to wszak najwyższy wymiar demokratycznego poddania się próbie. I że dobrze, że tych debat dużo. Bo to wszystko o jakość demokratycznych procedur i ich wykuwania na polskiej glebie się rozchodzi. A ja, jak tak słucham tych bzdur, powiem Państwu, że jestem za tym, żeby zrobić debatę jedną, a porządnie. Czyli tak jak chce prezydent Andrzej, ale raczej nie na jego zasadach.

Nie kłamcie nam w żywe oczy, że chcecie nam wszystko wyłuszczyć i wyjaśnić. Im dłużej naród żre się o to, który kandydat będzie lepszy, tym mniej ma czasu, żeby od polityki i polityków odpocząć, a zająć się swoimi sprawami. Niechaj więc politycy zabawią nas w debacie jednej, pokazanej wszędzie naraz, we wszystkich stacjach telewizyjnych i w sieci. Wprzódy niech się dogadają między sobą, kto pytania zadaje, po ile, czy z sali, czy wcześniej zgłoszone. To przecież nic trudnego. I dopiero po ustaleniu tych danych, zróbmy jedną, dużą debatę, a nie 3 czy 4 mniejsze. Czyli mniej więcej tak, jak mówi prezydent. Obawiam się jednak, że za jego intencjami co do ilości debat, kryje się coś jeszcze.

Przed pierwszym debatowym starciem, organizacje monitorujące wolność słowa przestrzegały, że na antenie TVP, urzędujący prezydent może dostać fory, tj. zjeść rosół przed wszystkimi, poznając pytania wcześniej. Może więc być tak, że dlatego Duda nie chce iść do TVN-u teraz, bo czuje, że tam nikt go ulgowo nie potraktuje i że w zderzeniu wyników obu debat-TVN versus TVP, o ile do dwóch by doszło, porażka w TVN-ie mogłaby być nie do odrobienia na antenie TVP. I że lepiej grać na zwłokę, uderzając w słuszny, skąd inąd, ton, że po co mnożyć byty, kiedy wystarczy się dogadać. Bo zgoda buduje.
Chciałbym wierzyć że tak właśnie jest. Że prezydentowi zależy na czasie Polaków, którego nie chce im zabierać ponad to, co musi. Czyli niezbędne, debatowe minimum. Ale wierzyć mi się nie chce. Kiedy ktoś przez pięć lat nauczony jest tylko wygrywać i to podług reguł ustanowionych pod niego, ciężko mu zaakceptować nawet cień porażki. Do tego ostry.

Pokampanijne refleksje

Każdy wynik wyborczy zasługuje na pogłębioną analizę i refleksję. Przede wszystkim ten, który jest poniżej oczekiwań. Wynik wyborczy Roberta Biedronia jest poniżej oczekiwań członkiń i członków SLD, ludzi lewicy, a na końcu poniżej oczekiwań moich i samego Roberta Biedronia.

Wiele osób uważa, że skoro po wyborach Lewica niezbyt chętnie komentuje wyniki I tury wyborów prezydenckich to znaczy, że niewiele ma do powiedzenia, albo jest ślepa na ich wyniki. Nie jest tak, że nie ma żadnych krytycznych refleksji, po wyborach, po pierwszej turze. Owszem są, i to całkiem sporo, a z czasem na pewno zostaną one pogłębione. Pomimo, że na profesjonalne analizy i opinie jeszcze przyjdzie czas, to o kilku sprawach powiem już teraz.

Po pierwsze: zwłoka

Po pierwsze, zaczęliśmy źle. Zbyt długo zwlekaliśmy zarówno z podjęciem jak i poinformowaniem opinii publicznej o decyzji, kto będzie startował na Prezydenta. Trzeba z tego wyciągać wnioski na przyszłość – np. jeśli Rafał Trzaskowski zostanie Prezydentem RP, to trzeba będzie szybko i sprawnie przeprowadzić proces decyzyjny, co do kandydata Lewicy na Prezydenta Warszawy.

Po drugie, odnoszę też wrażenie, że Lewica parlamentarna, w momencie, kiedy weszła do Sejmu, podświadomie uznała, albo niektórzy z jej przedstawicieli uznali, że właściwie najważniejsze się stało – wróciliśmy do Sejmu. Wyczuwalne było przekonanie, że wybory Prezydenckie są na pewno ważne, ale generalnie rzecz biorąc, wiele osób z nas nie czuło, że są najważniejsze. . Najważniejsze, to wrócić do Sejmu, a to się stało. Myślę, że w głowach wielu z nas było to błędne założenie. Przecież w polityce trzeba potwierdzać swoją wartość przy każdej okazji. Przecież, w polityce każde wybory są ważne, a najważniejsze te, które były ostatnie.

Polaryzacja, sezonowa nowość i Konfederacja

Pojawiła się teza, że wynik wyborczy Roberta Biedronia, ale również Władysława Kosiniaka-Kamysza, jest efektem polaryzacji sceny politycznej. Nie jest to w pełni prawdziwa teza, gdyż w ostatnich wyborach zawsze pojawiały się dwa czynniki: polaryzacji i nowości na scenie politycznej. Polaryzacja PiS-PO i elektorat, który szuka miejsca dla siebie: nowości, niezależności, chce głosować na te osoby, których jeszcze nie było w polityce. To był w pewnej chwili elektorat Palikota, Petru, później Kukiza, a także w początkowej fazie Wiosny.

Jednak, ta analiza nie wyjaśnia wszystkiego, bo przecież był Krzysztof Bosak. Kandydat skrajnej prawicy wybronił swoje 6 %. Czyli on jako kandydat i jego struktury potrafiły „przytrzymać” elektorat, ten, który swego czasu głosował na Konfederację.

Premia za jedność

Pamiętajmy, że gdy startowaliśmy w wyborach parlamentarnych, to realia były takie, że był ogromny głód lewicy. Głód zupełnie różnych, ale jednoznacznie lewicowych haseł. Były więc 3 partie lewicowe i 3 tenorów. To pokazało synergię Lewicy. Wyborca SLD mógł pomyśleć, że nie pasuje mu Biedroń, ale jednak program jest spójny więc zagłosuję na Lewicę. I tak samo wyborca Razem, myślał: mogę nie lubić Czarzastego, ale jednak jest tam Zandberg, który w jego oczach był gwarantem lewicowych społecznie haseł. A w tych wyborach siłą rzeczy był wyłącznie jeden kandydat. To nie do końca przekonało naszych wyborców, tzn. ludzi, którzy w 2019 roku zagłosowali na Lewicę i na lewicową wizję Polski, której gwarantem są właśnie zarówno Biedroń, jak i Zandberg czy Czarzasty.

Dużo osób do mnie dzwoni i pisze przekonując, że Robert w tych wyborach, był nie do końca sobą. A Lewica była nie do końca prawdziwą Lewicą – starała się być fajniejszą wersją Platformy Obywatelskiej – a przecież PO to jest inna partia, inni ludzie, inne wartości. Trzeba to wziąć pod uwagę. Musimy pamiętać, że Lewica, to jest system wartości socjalnych, wolnościowych, związanych z państwem świeckim, prawami kobiet, ale także patriotycznych – związanych z prawdziwą, niezakłamaną historią naszego kraju. Myślę, że chwilami ludzie mogli odnieść wrażenie, że nasz program, program Roberta, nie przedstawiał wszystkich tych wartości, że zapomnieliśmy o tych wartościach, a co za tym idzie nasz przekaz był niewystarczająco lewicowy. Nie podzielam w pełni tego wniosku. Program wyborczy Roberta zawierał w sobie lewicowe postulaty zarówno SLD jak i partii RAZEM i WIOSNA. Aby to sprawdzić, wystarczy wejść na stronę Roberta i jego konferencje z propozycjami wyborczymi. Z pewnością powinniśmy jednak wyciągnąć z tego wnioski, aby w przyszłości lepiej wyważyć akcenty stawiane w kampanii wyborczej, aby nie było wrażenia, że nie interesuje nas gospodarka czy rolnictwo, a jedynie sprawy światopoglądowe.

Ewidentnie chwilą załamania tej kampanii był moment ogłoszenia pandemii, kiedy koronawirus zaczął być postrzegany jako realne zagrożenie. Są sztaby i partie, które poradziły sobie lepiej i były takie, które poradziły sobie gorzej. Na pewno też przeanalizuje kwestie związane z funkcjonowaniem sztabu, aby w przyszłości wystrzec się popełnionych błędów. Niestety w trakcie pandemii kampania Biedronia nie potrafiła dotrzeć do elektoratu z przekonującym przekazem. Brutalnie mówiąc wykorzystać tego momentu, tak jak inne partie by dotrzeć do ludzi. Przypominam, że to był czas kiedy Lewica i jej kandydat miały 12%.

Gdzie poszli nasi wyborcy?

Po pierwsze 1 mln wyborców Lewicy zagłosowało na Rafała Trzaskowskiego. Ja analizuję to w sposób prosty, chociaż, dokonamy w tej sprawie oczywiście głębszej analizy na podstawie zleconych badań. Mianowicie mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem, które nazywam syndromem Andrzeja Rozenka, z czasów kiedy startował w wyborach na Prezydenta Warszawy. Andrzej dostał wtedy, jako kandydat do Rady Miasta, z okręgu śródmieście 5000 głosów, natomiast z tego samego okręgu, na niego, jako na kandydata na Prezydenta miasta, zagłosowało jedynie 1300 osób. Czyli wyborca postanowił poprzeć Rozenka do Rady Miasta, ale jednocześnie w wyborach prezydenckich zagłosował na Trzaskowskiego, przerażony wizją prezydenta Jakiego. W tym roku sytuacja się powtórzyła.
Pół miliona naszego elektoratu, poszło do Szymona Hołowni. Czyli do tego, który nigdy nie rządził, który mógł obiecać wszystko, tego który zbierał ten antyestablishmentowy elektorat i mówił „jak przyjdę ja, to wreszcie będzie dobrze”. Z tym elektoratem, oczywiście go w pełni szanując, jest tak, jak z cieniem wiatru, przylatuje, odlatuje. Zmienia zdanie, szuka swojego miejsca i szuka swojego miejsca przy osobach, które w danym momencie najbardziej są dla tego elektoratu wiarygodne. Tak jest z Hołownią. Nie chcę się zajmować jego przyszłością, ale znamy los wszystkich partii, które się na takim antypartyjnym przekonaniu budowały.

Biedroń to nie Ogórek

W jednej kwestii muszę przyznać, że jestem zadziwiony. Zadziwiony głosami porównującymi Roberta Biedronia i Magdalenę Ogórek. Niezależnie od wyników procentowych jest to bardzo mocno krzywdzące i dla Lewicy i dla Roberta. Abstrahując od drogi życiowej i politycznej, Robert jest człowiekiem, który był posłem, jest europosłem, był prezydentem Słupska, od kilkunastu lat był i jest działaczem o prawa mniejszości, w tym osób LGBT. Ma swoją historię. Ma bardzo precyzyjny zarówno życiorys jak i poglądy. Jest człowiekiem Lewicy. Jest człowiekiem bardzo wartościowym. Dlatego bardzo nieuczciwe jest porównywanie tych dwóch postaci. Ale tym, którzy jednak je porównują, powiem taką rzecz: miejcie w sobie trochę refleksji. Za Roberta nie będziemy się wstydzić i się nie wstydzimy, za Roberta nie będziemy nigdy przepraszać. Bo jest człowiekiem takim samym, jeśli chodzi o wartości, o lewicowość jak my. Nie spodziewam się, że Robert zmieni poglądy i zacznie pracować w jednym albo drugim medium.
A za Panią Ogórek przepraszaliśmy i się wstydzimy do dziś. Druga zasadnicza spawa jest taka, że po tej haniebnej bzdurze, którą zrobiliśmy z Magdaleną Ogórek, wypadliśmy z Sejmu. Bo jedną z głównych konsekwencji wystawienia Magdaleny Ogórek było właśnie to, że wypadliśmy z Sejmu. Przypomnę wszystkim tym, którzy bardzo łatwo o tym zapomnieli, że m.in. dzięki Biedroniowi, do tego Sejmu pół roku temu wróciliśmy.

Przepraszam i dziękuję

Kto jest za to wszystko odpowiedzialny? Takie pytanie będą, a w zasadzie już się pojawiają.

Jak ja to widzę? Każdy musi ocenić swoją rolę. Ja jestem za to odpowiedzialny. Dlatego, że jestem politykiem doświadczonym, dlatego że mogłem podejmować inne decyzje. Mogłem zwracać uwagę na to, czego widocznie nie zauważyłem, a jeżeli nie zauważyłem, to jest to wynik mojego braku oceny sytuacji. Nie będę szukał gdziekolwiek indziej odpowiedzialności.

Przy całej analizie dlaczego tak mało osób zagłosowało na Roberta, nie chciałbym zapomnieć o podziękowaniach dla tych, którzy na niego zagłosowali – bardzo Wam dziękujemy jako cała Lewica i mamy nadzieję, że zostaniecie z nami do kolejnych wyborów.

Przepraszamy tych, którzy na nas nie zagłosowali, bo coś zrobiliśmy źle sprawiając, że odwrócili się od nas w tych wyborach. Nie szukam winnych. Uważam, że bardzo dużą część odpowiedzialności powinienem wziąć na siebie – więc to robię, w sposób jasny i precyzyjny.
Na koniec podsumowania kampanii, chciałem tylko dodać, żeby wszyscy hejterzy i niedowiarki włożyli między bajki tezę, że gdyby nie Biedroń, a inna osoba kandydowała, to wynik byłby inny, lepszy. Nie wiem, czy byłoby lepiej czy gorzej. Najważniejsze jest to, że była osoba, która chciała kandydować, która reprezentowała te wszystkie wartości, w które wierzymy na Lewicy i której chcieliśmy pomagać.

Kongres Lewicy

Pytanie jest co dalej. Dalej będzie walka polityczna, normalna walka polityczna. W życiu zanotowałem wiele sukcesów i wiele upadków. Upadki bolą, z sukcesów się cieszyłem. Jesteśmy sumą naszych doświadczeń dlatego mogę o tym mówić ze spokojem. Miałem czas, aby to przemyśleć, i wiem, że Biedroń jest dla nas ważny. Tak samo jak wszyscy liderzy na Lewicy. Biedroń pokazuje system wartości i przesuwa granice dyskursu politycznego w Polsce. Nikt już się w Polsce nie będzie dziwił, że gej był kandydatem na prezydenta. Nikt w Polsce już się nie będzie dziwił, że zostały złożone w trakcie tej kampanii projekty ustaw dotyczące równości małżeńskiej. Nikt już nie będzie się dziwił, że Lewica to nie tylko sprawy socjalne, ale także sprawy związane z systemem wartości, z przestrzeganiem Konstytucji i praworządności. I to mamy dzięki niemu i za to mu dziękuję.

Podkreślę jeszcze raz, Biedroń, Zandberg i Czarzasty są tak samo ważni dla Lewicy. Razem tworzymy jej spójną wizję.

Teraz przyszłość. Na jesieni zwołamy Kongres Lewicy, który pokaże jak wygląda świat i Polska po pandemii. W trakcie pandemii ludzie najmniej zabezpieczeni ekonomicznie najbardziej odczuli jej skutki i my chcemy przeanalizować i pokazać, co zrobić, aby to się nie powtórzyło. Odbędziemy dyskusje na temat lewicowej wizji państwa, które, nie wtrąca się w życie obywateli, ale pomaga im, gdy jest taka potrzeba.

Na jesieni odbędzie się także Kongres zjednoczeniowy SLD i Wiosny. Pandemia z przyczyn formalnych przesunęła nasz kalendarz polityczny. Jest to dla nas niezmiennie istotne, ponieważ wiele nas łączy a przede wszystkim mamy wspólna wizje Polski.

Co dalej z wyborami prezydenckimi?

Nikt nie będzie szantażował ludzi lewicy, co maja z wyborami zrobić i na kogo zagłosować. My sami potrafimy dokonać wyboru i podejmować decyzje. Tak jak zawsze mówiłem, nigdy nie zagłosuję na PiS i Dudę – uważam ich za władzę łamiącą Konstytucję, która powinna zostać postawiona przed Trybunałem Stanu. Rafał Trzaskowski, niestety nie reprezentuje moich poglądów: ani nie będzie dbał o prawa mniejszości, ani nie zliberalizuje ustawy o przerywaniu ciąży, ani nie zrobi porządku z przywilejami kleru, ani nie zadba o najuboższych. Ale zagłosuję na Trzaskowskiego, bo w walce o przyszłość Polski jego wizja daje szansę na normalność. Wierzę, że jego prezydentura przyczyni się do dekonstrukcji złej władzy PiS-u.

Szanuję uwagi krytyczne. Jednocześnie wiem, że w czasach przesileń politycznych z jam wychodzą mali ludzie, którzy są specjalistami od wielkich wizji. Zwykle zapominają o tym, że Lewica jest w Sejmie – bo się z tego nigdy nie cieszyli. I wiem, że po dwóch tygodniach do jam wracają. A my musimy iść do przodu. Aby zakończyć jednak pozytywnym akcentem najnowsze badania poparcia dla partii politycznych pokazują, że nie ma przełożenia między wynikiem Biedronia a poparcie dla Lewicy.

Lewica była, jest i będzie. Jesteśmy i będziemy w Waszych miastach i powiatach. Jesteśmy i będziemy w Sejmie. Będzie reprezentować Wasze wartości. Będziemy bronić Waszych interesów. Dostaliśmy lekcję, ale wyciągniemy z niej wnioski. Mamy twardą skórę. Nie cofniemy się w walce o lepszą Polskę.

Nie wszystko stracone

Zanim napiszesz na Fejsbuniu, że wszystko przepadło, a Lewica powinna się samorozwiązać, bo oto faszyści już prawie doszli do władzy, pomyśl, lewicowy wyborco – nie jesteś jedynym wkurzonym i rozczarowanym. Sytuacja, która właśnie się wydarzyła nie powinna być dla ciebie zaskoczeniem, a co więcej – nie jest też niczym szczególnie strasznym.

Wynik Roberta Biedronia jest oczywiście beznadziejny. Kampania, początkowo rachityczna, na końcowym etapie zrobiła się całkiem niezła. Ale nawet gdyby Biedroń był tym fajnopolackim Biedroniem sprzed półtora roku, nową nadzieją, a nie politykiem przede wszystkim zmęczonym i z nadszarpniętą reputacją, nawet gdyby jego kampania, pod dowództwem Dziemianowicz-Bąk, przy stałym wsparciu Zandberga przepełniona byłaby prospołecznymi akcentami, przybijaniem piąteczek z górnikami i przemowami w stylu Luthera Kinga, Biedroń i tak by te wybory przerżnął z kretesem.

28 czerwca porażki, mniej lub bardziej dotkliwe, ponieśli wszyscy kandydaci poza dwójką reprezentantów hegemonicznych partii. Czy ktoś jeszcze pamięta, że jeszcze kilka miesięcy temu Władysław Kosiniak-Kamysz, nazwany przez żonę „tygrysem” szykował się do skoku na drugą turę, gdzie, jak wskazywały sondaże, miał rozszarpać Andrzeja Dudę? Wyborcy PSL widzieli w nim lidera, pierwszego od czasów Pawlaka polityka ludowców, który będzie sprawował najwyższe urzędy w państwie. I co zrobili wyborcy PSL? Uznali, że ważniejsze od rozwoju ich partii jest dodanie otuchy facetowi z dużego miasta, który w sondażach był numerem dwa, najsilniejszym nie-Dudą. Mimo oczywistej klęski, nie sądzę by ktokolwiek z PSL domagał się dymisji Kosiniaka-Kamysza, ani histerycznie wzywał do drastycznych zmian. Oni po prostu wiedzieli, że ich kandydat nie miał szans.

Katolicki showman Hołownia, który po kompromitacji Kidawy-Błońskiej ostrzył sobie zęby na drugą turę, również już kilka tygodni temu dał sobie spokój z walką, wiedząc, ze miejsce na podium i dwucyfrowy wynik ma w kieszeni. Dziś mówi, że to dopiero początek jego historii. Nie panikuje też Bosak, który mimo milionów wpompowanych w budowanie wizerunku i sprawnie przeprowadzonej kampanii opartej na nienawiści i teoriach spiskowych, zdołał jedynie powtórzyć wynik Konfederacji z wyborów parlamentarnych. Ale pewnie i on liczył się z takim rozstrzygnięciem.

Błędem jest postrzeganie pierwszej tury wyborów prezydenckich jako plebiscytu sympatii dla formacji politycznych. Tu zadziałały zupełnie inne emocje, niestety – po raz kolejny te same, Głównym determinantem postaw przy urnach był wybór pomiędzy poparciem dla faworyta obozu władzy a jego głównym konkurentem. Trzaskowski wszedł do gry w idealnym momencie – kiedy społeczeństwo dochodziło do siebie po pandemii. Wykorzystał to dobrze – nie zdążył znudzić sobą elektoratu, zbłaźnić się jak Kidawa, wyborcy KO nie musieli się go wstydzić. Rafałowi Trzaskowskiemu jako jedynemu ze kandydatów udało nie tylko skonsolidować elektorat swojej partii (zrobił to też Duda) ale również przekonać do siebie wyborców innych opozycyjnych ugrupowań.

Robert Biedroń wyglądał na wieczorze wyborczym na zdruzgotanego. Niby się jak zwykle uśmiechał, ale miał łzy w oczach. No cóż, emocje rzecz ludzka, ale czy naprawdę spodziewał się innego rezultatu? Czy na więcej liczył jego sztab? Czy wystawienie Biedronia nie było przypadkiem zagraniem na alibi – rzuciliśmy do boju najbardziej rozpoznawalnego, cóż mogliśmy zrobić więcej? Dlaczego tak długo szukano kandydata? Może nikt nie chciał być tym, który poniesie spodziewaną klęskę? Wreszcie – lewicy wyraźnie brakowało kasy na rozniecenie wyborczego ognia. Brakowało nawet bilboardów.

Za szkodliwe i głupie uważam wygłaszanie apokaliptycznych sądów o śmierci lewicy w Polsce. Socjaldemokraci są w Sejmie, przynajmniej kilkoro posłów błyszczy na tle ponurego politycznego bagna. I nic nie wskazuje na to, by miało nastąpić załamanie jej notowań. Skąd więc ta erupcja autoagresji? Wyborcy lewicy, a tym bardziej jej zaangażowani sympatycy to bardzo specyficzna grupa. Tacy już są – idealistycznie uroczy, żyjący marzeniami najbardziej odległymi, ale też najbardziej krytyczni wobec swoich reprezentantów. Ich kandydat miał najlepszy program i merytoryczną kampanię. To jednak nie była potyczka, w której można było skutecznie powalczyć o realizację tych naszych marzeń. Na to jeszcze będziemy musieli poczekać. Mam pewność co do jednego – nie przybliży ich samobiczowanie.

Refleksje okołowyborcze

Już za nami pierwsza tura wyborów prezydenta Rzeczypospolitej. Rozmaite mądre głowy wieszczą, że to chwila o decydującym znaczeniu dla Polski. Ja mam co do tego wątpliwość.

Nieważne, kto wygra za dwa tygodnie. Jeżeli nawet kandydat
antyPiSu uzyska większość, a PiS nie zdoła zapobiec (a wiadomo, że
determinacja w tej kwestii jest bardzo wielka) objęciu urzędu przez
osobę krytycznie nastawioną do metod wprowadzania porządku tzw. IV
Rzeczypospolitej, to nastąpi okres bezwzględnej walki dwu władz, walki
która może okazać się bardziej niszcząca morale i intelekt
społeczeństwa niż czynią to rządy PiSu. Nic więc nie ulegnie zmianie,
moralny i cywilizacyjny regres społeczeństwa będzie postępował. A
nawet, jeżeli zbliżające się wybory jakimś cudem spowodują odsunięcie
PiSu od władzy, to jedynym rezultatem będzie odtworzenie stanu sprzed
2016 roku, czyli powrót tego, co skłoniło społeczeństwo do buntu
przeciw zakłamanej semidemokracji, jak to nazwał Mirosław Matyja.
Słusznie Adrian Zandberg zauważył, że ten nawrót do starych błędów
może spowodować, iż zdesperowane społeczeństwo ponowi swoją niezgodę
na kłamstwa, tyle że dopuści do władzy takich ludzi, iż zatęsknimy za
PiSem. Stanowczo twierdzę, że istotnej zmiany nie będzie.

Twierdzę zarazem, że jedyną możliwość rozpoczęcia naprawy stosunków w
naszym kraju da powstanie ośrodka demokracji uczestniczącej. Chodzi o
grupę praktykujących i propagujących uznanie podmiotowości każdej
osoby, co w praktyce sprowadza się do radykalnie pojmowanej jawności
oraz do zastąpienia kazań i pouczeń dialogiem.

Grupa taka nie będzie miała łatwego zadania. Z jednej strony bierność
zniechęconego politykierstwem społeczeństwa, z drugiej zaś sprzeciw
klik oraz koteryj zarządzających partiami i redakcjami mediów
utrudniają powstanie i rozwój myśli niezależnej, ukierunkowanej na
dobro wspólne, a nie na doraźną korzyść jakiejś grupy. Potrzebny jest
zarówno obywatelski sprzeciw wobec panującego zakłamania ośrodków
opiniotwórczych głoszących wbrew rzeczywistości swoją jedność ze
społeczeństwem (np. Gazeta Wyborcza, Kultura Polityczna, Krytyka
Polityczna, TVN, Kongres Obywatelski i tp.), jak i żądanie dialogu
zamiast kazań i pouczeń. Niech to na początek będzie np. jawna i
niecenzurowana dyskusja nad wydaną niedawno książką Mirosława Matei
„Polska semidemokracja”. Jestem przekonany, że taka pierwocina dialogu
społecznego stworzy warunki do powstania ośrodka będącego zaczynem
demokracji uczestniczącej w Polsce. Tak widzę naprawę fatalnego stanu
moralnego i intelektualnego naszej społeczności.

Sanacja sanacji

Wy już wiecie, a ja nie, jak rozmawiać trzeba z lu-dem. Żeby się rymowało. Ja wiem, że trzeba staroświecko, że mocno, że prostolinijnie i zachowawczo. A Wy, że nowocześnie, progresywnie; żeby pytać i czekać na odpowiedź, żeby nie wiecować, tylko zarażać ideami i programem. Owoż, jeszcze nie dziś, Panie i Panowie, nie w tej Polsce. Albo raczej, nie z tym, co trzeba.

Kiedy będziecie czytać ten tekst jako pierwsi, ja będę prawdopodobnie biegał z samego rana po bezdrożach Warmii i słuchał za pomocą bezprzewodowych słuchawek punk-rocka albo ska. Ja też, podobnie jak i Wy, będę już znał wyniki wyborów. W pierwszej turze. Bo, pisząc te słowa, wiem jak tu siedzę, że druga tura będzie. I wejdzie do niej Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski. Robert Biedroń nie wejdzie.

Gdyby nie covid, wszystko było by inaczej, powie jeden. A ja Wam powiem, że, czy z covidem czy bez, Duda wygrałby 10 maja i tak, w regulaminowym czasie gry, bez dogrywki. Tak by było. Jako ktoś pamiętać nie chce, albo ma krótką pamięć, niech sięgnie do internetów i przypomni sobie, jak się sprawy miały w sondażach i w badaniu nastrojów społecznych przed marcem 2020. Oprócz Dudy liczył się Kosiniak-Kamysz, może Hołownia. Reszta, łącznie z Małgorzatą Kidawą-Błońską, była kwiatkiem do kożucha. Statystami. Czy się to komu podoba czy nie, tak właśnie było. I w przypadku lewicy, tak pozostało. Wykonana została wielka praca z której zebrano mizerny plon. I w życiu nie uwierzę, tak jak Dudzie, że w przyszłości to biedroniowe poparcie zamieni się w realne głosy za wspólną sprawę w następnych elekcjach. Bo źleśmy uczynili, stawiając na Biedronia.

Nie lubię pisać ani mówić: „a nie mówiłem”, ale w tym przypadku będę zrzędliwym starcem, który właśnie Wam tak powie. Pamiętam jak dziś, jak prorokowałem w końcówce października albo na początku listopada, że wystawianie na kandydata na prezydenta jednego z trójki spośród liderów świeżej lewicy parlamentarnej, tj, Biedroń-Zandberg-ktoś z SLD, no bo nie Czarzasty, nie jest dobrym pomysłem. Mało tego, pisałem; jest to pomysł nad wyraz zły. Bo nawet, przy całej sympatii dla kandydata oraz przy maksymalnym zaangażowaniu wewnętrznym frakcji, będzie On cały czas postrzegany jako lider jednego ze skrzydeł, a nie lider całej formacji. Nie przeskoczymy tych podziałów w głowach, że ludzie z Razem nie będą oddawać pełni swoich sił w walkę za człowieka Wiosny/SLD i odwrotnie. Że trzeba nam, ludziom lewicy, człowieka spoza naszych partii i organizacji. Człowieka oddanego sprawie, ale jednocześnie na tyle rozpoznawalnego i cenionego w Polsce, który całym sobą i swoim życiorysem, wsparłby myśl lewicową na kolejne miesiące i lata. Bo po październiku 2019, było szansownie. Lewica miała wtedy wiatr w żaglach. Przypomnieć można choćby słynne wystąpienie Adriana Zandberga przed głosowaniem nad wotum zaufania dla rządu Morawieckiego. To naprawdę było coś. I to coś należało złapać i wycisnąć zeń esencję; iskrę czerwoną, która by, puszczona na wyschnięte ściernisko idei w Polsce, rozpaliła serca i umysły. Sięgnięto tymczasem po zabieg znany i do trzewi sprawdzony w postaci lidera formacji, który zgłosił akces. Nic bardziej przewidywalnego. A od lewicy w Polsce, w tym czasi i tej przestrzeni, oczekiwano czegoś ponad przewidywalność i przeciętność.

Czy zapytał ktoś wyborców lewicy, kogo chcą jako kandydata na prezydenta? Czy, wbrew temu co robi prawica na nasiadówkach na Nowogrodzkiej, ktoś wyszedł do ludzi i rozpoczął dyskusję, na wskroś ideową, kto powinien być lewicowym kandydatem na prezydenta? Niestety. Nic podobnego się nie zadziało. Czekaliśmy tygodnie, żeby usłyszeć to, co w kuluarach było wiadome od dawna; że to Robert Biedroń. Bo Robert Biedroń jest Robertem Biedroniem i przez wysługę lat oraz przymioty osobiste zasłużył na nominację, a Wam, maluczcy, nic do tego. Centrala zdecydowała. A jak zdecydowała, to widocznie wiedzieć musiała. Amen.
Była jeszcze trzecia droga. Była. Ten obcy, jak z lektury dla klas szóstych. Człowiek spoza partyjnej nomenklatury. Z dorobkiem. Z nazwiskiem. Ze spuścizną. Bez zarzutów. Choćby nepotyzmu, albo braku wywiązywania się obietnic wyborczych. Zdecydowano inaczej. Tzn. ktoś zdecydował. Kto? Idę o zakład, że można dojść, kto. Kto był personalnie odpowiedzialny za wystawienie tej, a nie innej kandydatury. A jeśli idzie taką odpowiedzialność ustalić, po wyborach, przy rozliczaniu kampanii, należałoby się rozliczyć i z pomysłodawcą. Choćby był to sam zainteresowany. Trzeba. Dla czystości sytuacji. Da nowego otwarcia. Bez znaczenia z kim pod żyrandolem.

Na lewo patrz

Szewc Fabisiak ma serce po lewej stronie nie tylko z anatomicznego punktu widzenia. Dlatego też w wyborach prezydenckich poparł lewicowego kandydata.

Wyborcy z sercem po lewej stronie długo nie mieli z tym problemu. Jedynym lewicowym kandydatem był bowiem Robert Biedroń. Natomiast niemal w ostatniej chwili do grona pretendentów dołączył przewodniczący Unii Pracy Waldemar Witkowski. Szewc Fabisiak nie widzi w tym nic zdrożnego uważając, że pluralizmu – także po lewej stronie – nigdy nie za dużo. Szewc Fabisiak jest bowiem zdania, że siła tkwi nie tylko w jedności, ale i w różnorodności, a im więcej wybrzmiało w kampanii lewicowego przekazu, tym lepiej.

Porównując zapowiedzi programowe poszczególnych uczestników wyścigu prezydenckiego szewc Fabisiak doszedł do wniosku, że najbardziej nośne społecznie treści prezentują obydwaj kandydaci lewicowi i do pewnego stopnia Władysław Kosiniak-Kamysz. Przy czym ich oferty odnosząc się do kwestii społecznych równocześnie mieszczą się w szeroko pojętym katalogu lewicowych wartości. A przy tym wyrażały się odwagą w podejmowaniu tematów, które inni ze względów ideowych bądź koniunkturalnych starają się unikać. To właśnie Robert Biedroń w sposób otwarty i jednoznaczny stawia relacje między państwem a Kościołem wskazał na jego nadmierne uprzywilejowanie oraz ciągnięcie środków z państwowej kasy, podczas gdy inni, poza prokościelną i konserwatywną prawica, usiłowali się migać nie chcąc sobie zrazić katolików i sutannowej hierarchii chyba też. To Waldemar Witkowski jako jedyny opowiadał się za możliwością adopcji dzieci przez pary homoseksualne wskazując nie bez racji, że dla dzieci pozbawionych rodziców lepsze jest dorastanie w środowisku kochających się ludzi niż w Domu Dziecka. Szewc Fabisiak rozwija tę myśl, pytając retorycznie dlaczego możliwe jest przykładowo wychowywanie dziecka przez dwie kobiety, z których jedna jest dla niego matką a druga córką a wychowaniem przez dwie kobiety nie powiązane układami rodzinnymi.
Biedroń przebił wszystkich konkurentów postulatem przekazania 7, 2 proc. PKB na służbę zdrowia. Wiadomo, że to nie prezydent o tym decyduje. Jednak może on zgłosić stosowną inicjatywę ustawodawczą pod obrady Sejmu. I wówczas – jak zauważa szewc Fabisiak – sejmowa większość miałaby nielichą myślówę. Przyjąć nie wypada, gdyż oznaczałoby to poparcie dla prezydenta z wrażej opcji a poza tym wpłynęłoby negatywnie na wizerunek formacji rządzącej, która sama na taki pomysł nie potrafiła wpaść. Odrzucić też nie bardzo można skoro nieustannie gardłuje się w temacie socjalnej troski o obywatela i jego rodzinę. Niezręcznie byłby też tłumaczyć się brakiem pieniędzy w budżecie, kiedy prezes NBP mówi o niezliczonej ilości gotówki, gospodarka kwitnie i się dynamicznie rozwija a państwo nie szczędzi kasy na kolejne programy plus o telewizji zwanej publiczną nie wspominając. Podobna sytuacja dotyczyłaby i innych prezydenckich inicjatyw. Dlatego też pisowskiemu blokowi tak zależy na tzw. harmonijnej współpracy między rządem a prezydentem czyli wspólnej i bezkonfliktowej realizacji dyrektyw prezesa. W planach Biedronia znalazł się również rozwój budownictwa mieszkaniowego, co ma na celu nie tylko zapewnienie ludziom, zwłaszcza młodym dopiero rozpoczynającym życie zawodowe, godziwego miejsca na ziemi, lecz także uruchomienie całej machiny innych rodzajów wytwórczości. Szewc Fabisiak przypomina, że przed ponad 20 laty właśnie poprzez wprowadzenie masowego programu mieszkalnictwa Hiszpania wydobyła się z głębokiej zapaści ekonomicznej i radykalnie zmniejszyła poziom bezrobocia.

Z kolei w programie Witkowskiego szewc Fabisiak zwrócił uwagę na trzy elementy. Pierwszy to postulat siedmiogodzinnego dnia pracy. Drugi – rozwój a właściwie odbudowa spółdzielczości. Trzeci – przeorientowanie z USA na Europę. Szewc Fabisiak pamięta, że w czasach tzw. komuny działała prężnie spółdzielczość pracy. Pamięta, że to z całego niemal świata przyjeżdżano do Polski aby zapoznawać się z naszymi doświadczeniami. Dotyczyło to także spółdzielczości studenckiej i uczniowskiej co było ewenementem na skalę światową. W ramach prywatyzacyjnego amoku udupiono spółdzielczość argumentując, iż idea ta zawędrowała do nas ze wschodu, co już w samym swoim założeniu miało ją dyskwalifikować. Tymczasem pierwszą na świecie spółdzielnię założyli brytyjscy tkacze. Komuś najwyraźniej popieprzyły się kierunki geograficzne. Jako zdeklarowany pacyfista i humanista szewc Fabisiak popiera opinię Waldemara Witkowskiego wyrażoną w wywiadzie dla tygodnika PRZEGLĄD o bezsensowności ładowania miliardów dolarów w zakup amerykańskich samolotów F-35, które – jego zdaniem – już wkrótce staną się po prostu bezużyteczne.

Pierwsza tura wyborów prezydenckich pokazała, jak wielu z nas chce większych nakładów na służbę zdrowia, nowych mieszkań dla swoich dzieci, pracować przez siedem godzin czy też nie wyrażać zgody na finansowanie z naszych podatków amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego, a ilu dało się wmanipulować w PO-PiSowe salonowe rozgrywki.