Obiektywizm prezydenta

Wszyscy prezydenci III RP w czasie kampanii wyborczych podkreślali, że będą „prezydentami wszystkich Polaków”. Potem szybko się okazywało, że jednak czują się bardziej związani z ugrupowaniami politycznymi, z których się wywodzą.

To wobec tych ugrupowań byli mniej krytyczni. Rzadko im się zdarzało nie podpisać czegoś, na czym tym ugrupowaniom specjalnie zależało.
Z moich nieudolnych obserwacji wynika, że największy obiektywizm wykazywał Aleksander Kwaśniewski. Starał się to robić Lech Kaczyński, chociaż w w okresie, kiedy premierem był jego brat – bliźniak, niezależność prezydenta w ogóle nie była widoczna.

Prezydent dobry, czyli spolegliwy

Apogeum uzależnienia decyzji prezydenta od życzeń „partii i rządu” osiągnęliśmy jednak dopiero w czasie ostatnich czterech lat. Prezydent Andrzej Duda grzeszy wobec suwerena nie tylko łatwością podpisywania niedostatecznie przemyślanych ustaw. Jeszcze bardziej – moim zdaniem – grzeszy nienaturalną aktywnością w popieraniu rządowych koncepcji, pełnieniem roli agitatora w ich obronie przed krytyką opozycji i wątpliwościami obywateli, podsycanymi przez „ulicę i zagranicę”. Szczytem rozbieżności między deklaracjami pełnienia roli „prezydenta wszystkich Polaków” i politycznym zaangażowaniem w sankcjonowanie wątpliwych pomysłów władzy wykonawczej i ustawodawczej, jest trwająca od kilku miesięcy akcja walki z sądami i sędziami.

Atak na szeroko rozumiany wymiar sprawiedliwości ma charakter kompleksowy. Zaczął się od lekceważenia wyroków Trybunału Konstytucyjnego i opanowaniu go przez „swoich”, czyli uległych wobec rządzącej partii i jej rządu. Potem przyszła kolej na Sąd Najwyższy. Tu bitwa nie była w pełni wygrana, bastiony trzech izb pozostały niezdobyte i budząca u Prezydenta odruchy wstydu i zniecierpliwienia Pierwsza Prezes SN też pozostała na swojej barykadzie. Ale udało się stworzyć nową, wewnętrzną fortecę, której zadaniem ma być pilnowanie porządku, wyłapywanie niepokornych sędziów i ich przykładne karanie. A Pierwszej Prezes kończy się kadencja, więc postanowiono poczekać i potem doprowadzić do powołania „swojego człowieka”. Kandydaci już stoją w kolejce.

Teraz zostało zadanie najbardziej szerokie i tym samym najtrudniejsze. Podporządkować jedynie słusznej władzy i jej niesprecyzowanym ideom sądy powszechne, czyli te, które mają bezpośredni i codzienny wpływ na życie suwerena.

Sędziowie – wrogowie

Teoretyczne podstawy tych dokonanych i planowanych zmian były by śmieszne, gdyby traktowano je jako ćwiczenie akademickie z teorii zarządzania. Ale – niestety – nie są teorią, mają w realu zrewolucjonizować nasze sądownictwo. Aby zyskać przychylność obywateli, wymyślono cały pakiet argumentów, wyjaśniających nieodpartą potrzebę tej rewolucji.

Po pierwsze – wygraliśmy pierwsze i drugie wybory, bo 80 proc. społeczeństwa chciało, aby usprawnić działanie wymiaru sprawiedliwości. I to właśnie – mimo oporów ze strony „kasty” – robimy, chociaż efekty nie są na razie widoczne.Po drugie – musimy zmienić większość kadry sędziowskiej bo nie chce dobrej zmiany i nie potrafi jej wprowadzić. Pamiętajmy, że – cześć tej kadry została powołana jeszcze za czasów PRL i jest splamiona współpracą z komunistycznymi służbami i wydawaniem niesprawiedliwych wyroków na działaczy demokratycznego podziemia;
– są wśród nich ludzie nieuczciwi, korzystający z każdej okazji aby ukraść kawałek kiełbasy, kilkadziesiąt złotych albo część do jakiegoś urządzenia;
– wielu z nich wydaje wyroki zaniżone, stosując tylko prawo i nie biorąc pod uwagę społecznych nastrojów;
– uważają władzę sądowniczą za niezależną, utrudniając tworzenie ustroju, w którym życie kraju jest bezbłędnie sterowane z jednego miejsca. To miejsce jest na razie na skromnej ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie, ale dożyjemy czasów, kiedy będzie górować nad miastem w ogromnym wieżowcu. Może nawet dwuwieżowym.
Po trzecie – musimy zapewnić niezawisłość i swobodę działania nowej Krajowej Rady Sądowniczej – z trudem utworzonego organu, którego skład składa się z ludzi rozumiejących potrzebę i stosowane metody zmian. Nie możemy jednak ujawniać, kto popierał ich wybór, bo złośliwi ludzie drugiego sortu mogliby mieć do nich pretensje.
I po czwarte – nie możemy dopuścić do tego, aby totalna opozycja wykorzystywała swoje znajomości i przenosiła wewnętrzny spór za granicę – zwłaszcza do Unii Europejskiej. Jak słusznie wykrzyczał pan Prezydent Duda – „nikt nam nie będzie dyktował w obcych językach, jak mamy organizować nasz wymiar sprawiedliwości”.

Na progu kampanii wyborczej

Analizując ten bardzo uproszczony zestaw argumentów, uzasadniających partyjno – rządową koncepcję uzdrowienia systemu wymierzania sprawiedliwości, nie znalazłem żadnych znaczących sugestii poprawy jego organizacji. A – moim zdaniem – właśnie w organizacji sądownictwa i prokuratury „der Hund ist begraben”. Wprawdzie tow. Lenin mówił, że „kadry decydują o wszystkim” i tow. Stalin to powtarzał, jednak samymi zmianami kadrowymi można wprawdzie ułatwić życie ludziom sprawującym władzę, ale nie skróci się procesów sądowych, nie zmniejszy skali niesprawiedliwych wyroków i nie ograniczy biurokracji.
Pan prezydent tak bardzo przejął się zadaniem poprawy wymiaru sprawiedliwości, że w ostatnich tygodniach mówi o tym przy każdej okazji. Mam wrażenie, że z dnia na dzień pogarsza mu się ocena sytuacji w sądownictwie i traci resztki sympatii dla sędziów. Jego krzykliwe przemówienia na ten temat wywołują wrażenie, że nie jest prezydentem, tylko przedstawicielem rządu odpowiedzialnym za wprowadzenie konkretnej ustawy. Nie porównuje głosów „za” i „przeciw”, udaje, że nie widzi protestujących autorytetów w kraju i zagranicą, nie rozważa celowości i konsekwencji proponowanych ograniczeń niezawisłości sędziów. Nie zastanawia się nad innymi koncepcjami, zwłaszcza sugerowanymi „w obcych językach”. Świadomie lub podświadomie umacnia podział społeczeństwa, zwracając się przede wszystkim do tych, którzy nie lubią „obcych”, wierzą, że jesteśmy bezgrzesznym narodem wybranym, mają pretensje do wszystkich sąsiadów.

Na piwnej imprezie w Katowicach pan prezydent zwrócił się do górników i hutników o pomoc w przekonaniu społeczeństwa, że trzeba nałożyć sędziom kagańce, uniemożliwiające okazywanie nieufności wobec poglądów i życzeń nieomylnej władzy. Nie poprosił o pomoc prawników, ubolewając przy okazji, nad niezrozumieniem prawa przez profesorów, zajmujących się tą dziedziną. Współczuję. To musi być bolesne uczucie, jak dochodzi się do wniosku, że dobrzy prawnicy już odeszli do lepszego świata, albo kierują tylko odnowionym Trybunałem Konstytucyjnym.
Przez kilka takich wypowiedzi pan prezydent dał nam do zrozumienia, że już nie jest „prezydentem wszystkich Polaków”, że przystępując do bitwy o drugą kadencję, postanowił być przedstawicielem jednej, zwycięskiej partii politycznej i jej wielbicieli. Sądzę, że nie mamy co liczyć na obiektywizm i pojednawczo – rozjemcze działania Prezydenta Andrzeja Dudy, także w innych kontrowersyjnych sprawach, które na pewno pojawią się na naszym nerwowym politycznym rynku. A to oznacza, że przed wrzuceniem kartki w majowych wyborach prezydenckich, trzeba bardzo wnikliwie rozważyć zalety i wady kandydujących pań i panów. Kilku moich przyjaciół jeszcze nie wie, na kogo zagłosują. Ale już wiedzą, że na pewno nie będzie to obecny prezydent.

Jedyny postępowy kandydat

Polska potrzebuje prezydenta odważnego, który rozumie współczesny świat i nie boi się nowoczesności. Robert Biedroń na konwencji w Słupsku 19 stycznia pokazał, że może być takim prezydentem.

Inaugurację kampanii Roberta Biedronia w Słupsku należy zaliczyć do udanych. Wydarzenie było pełne energii, świeże i nowoczesne. Za lewicowym kandydatem stoi dziś silny lewicowyprogram. Także za sprawą Adriana Zandberga i Włodzimierza Czarzastego poruszonych zostało wiele kluczowych dla Polski tematów, a dzięki Monice Fiugajskiej głos otrzymało też młode pokolenie.

Robert Biedroń to bez wątpienia jedyny postępowy kandydat z tych, którzy stanęli do wyborów. O swojej progresywności mówił zresztą wiele, słusznie zwracając uwagę na stojące przed Polską wyzwania związane z zagrożeniem klimatycznym, ale też wiele czasu poświęcając kwestii mieszkalnictwa, dostępu do darmowej i efektywnej służby zdrowia, tanich leków, czy zrównoważonego rozwoju.

Wyjść poza metropolie

Lewica potrzebuje silnego przekazu, który dotarłby również do mieszkańców mniejszych miast i wsi. Do tej pory był to bastion konserwatyzmu i PiS-u, który pozorując walkę z neoliberalizmem udawał rzecznika tych regionów. Kampania Biedronia na takich obszarach może więc przynieść ogromne korzyści – także w perspektywie kolejnych wyborów.

Za Robertem Biedroniem bez wątpienia stoi też cały program zjednoczonej Lewicy i jest to bardzo mocny punkt całej jego kandydatury. Zacytujmy główne tematy: to 7,2 proc. PKB na służbę zdrowia, budowa mieszkań na wynajem, gwarantowana emerytura w wysokości 1600 zł, przywrócenie niezależności sądów, nowoczesna gospodarka, zrównoważony rozwój całego kraju, przywrócenie znaczenia Polski za granicą. Starsze, niezbyt trafione postulaty Wiosny, sugerujące raczej wspieranie prywatnej służby zdrowia czy akcentujące troskę o przedsiębiorców (którymi akurat w Polsce opiekuje się niemal każdy polityk) zniknęły. Jest solidny, realistyczny pakiet socjaldemokratyczny.

Projekt prezydentury Biedronia to przede wszystkim wizja prezydentury bardzo aktywnej, to przeniesienie jego doświadczeń z samorządności na prezydencki pałac. Biedroń przekonywał, że będzie głową państwa, która poważnie traktuje dialog społeczny, pomaga rozwiązać konflikty, zaprasza do stołu strony o rozbieżnych interesach. Właśnie takiej prezydentury potrzeba nam teraz w kraju, gdzie urząd ten został sprowadzony do roli długopisu dla Jarosława Kaczyńskiego.

Kandydat z ludu

Robert Biedroń bardzo dużo mówił na konwencji o sobie. O swoich małomiasteczkowych korzeniach, o wczesnych i trudnych doświadczeniach zawodowych, czy o doświadczeniach emigracyjnych. To podkreślanie ludowego i pracowniczego pochodzenia na pewno odróżnia go od innych kandydatów, którzy prześcigają się w szukaniu powiązań z elitami i szlachtą. Odcięcie się od wyścigu na słynnych przodków i skupienie na doświadczeniach zbiorowych, robotniczych to bardzo dobra decyzja, która może przynieść mu dużo poparcia wśród niezadowolonych z narastających w Polsce nierówności. Lewicowy kandydat sam zresztą mówił o potrzebie stworzenia w Polsce równych szans i walce ze społecznym wykluczeniem. Brakowało tylko wątku podatkowego: byłoby wspaniale, gdyby Biedroń rozwinął kwestię równych szans i wytłumaczył, że progresja podatkowa to pomysł na to, by walczyć o równość w praktyce.

Zdecydowanie wybrzmiał też silnie proeuropejski wymiar kandydatury Biedronia, choć jego zachwyt nad tym, co zobaczył na emigracji był – zbyt słabo – tonowany odniesieniem do polskiego poczucia godności i narodowego patriotyzmu.

Słuszny euroentuzjazm…

Teraz czas na więcej Roberta Biedronia w roli polskiego męża stanu. Bo takiego, będącego trochę „ojcem narodu”, prezydenta chce dziś polskie społeczeństwo. I dlatego niezbyt to dobrze, że fragmenty poświęcone polityce zagranicznej wypadły gorzej.

Robert Biedroń jest bez wątpienia zwolennikiem europejskiej integracji i umocnienia europejskiej obronności w porozumieniu z Unią Europejską, jako naszym głównym sojusznikiem. To świetna wiadomość i to zwłaszcza w kontekście szans na uniezależnienie się Polski (i Europy) od niebezpiecznej, awanturniczej polityki Stanów Zjednoczonych. Sojusz z USA pośrednio krytykował też sam kandydat, kiedy zwracał uwagę na fakt, że o działaniach Stanów Zjednoczonych i Donalda Trumpa PiS-owski rząd dowiaduje się dopiero z mediów. Były to potrzebne i mocne słowa, choć zabrakło tu na pewno sprzeciwu wobec obecności amerykańskich baz wojskowych na polskim terytorium.

… i zbędna rusofobia

Całkowicie zbędne wydaje się jednak dołączenie do politycznego wyścigu na rusofobię. Sceptycyzm wobec działań Kremla i krytyka tamtejszych, przecież nie lewicowych rządów są oczywiście bardzo potrzebne, ale ton, w którym kandydat na prezydenta przedstawiał Putina w roli jedynego złego był przesadny i niepotrzebny. To niepotrzebna kalka z liberałów, którzy własną niemoc w opisywaniu świata rekompensują budowaniem wizji wszechmogącego prezydenta Rosji.

Ale polską biedaszabelką nie należy też machać w kierunku ukraińskim – Ukraina i inne państwa regionu, jeśli tylko zechcą o to zawalczyć, mogą być wolne same z siebie. Nie potrzebują do tego polskiego neokolonializmu w duchu Giedroycia.

Lewicowy kandydat na prezydenta Polski powinien więc tworzyć warunki do współpracy ze wszystkimi sąsiadami i starać się o przyjaźń ze wszystkimi. Polska nie jest potęgą, ani krajem zdolnym do wypowiadania wojen światowym mocarstwom, a polscy politycy muszą też rozumieć przyczyny, dla których kremlowska narracja uległa nagłemu zaostrzeniu.

Lepiej poznać historię

Nieszczęśliwy był też dobór historycznych bohaterów. Giedroyć, Kuroń czy Piłsudski to nie są lewicowi bohaterowie! Jacek Kuroń aktywnie wspierał neoliberalne reformy Balcerowicza i tłumił związkowy opór – o czym możemy przeczytać m.in. w „Dekadzie przełomu” Michała Siermińskiego i co jest już raczej na lewicy wiedzą dość powszechną. Piłsudski to architekt zamachu stanu, dyktator i twórca politycznych więzień dla lewicowej opozycji (niedawno przypadała rocznica procesu brzeskiego!). Dlaczego nie odwołać się do Róży Luksemburg, Ignacego Daszyńskiego, Oskara Lange, Ludwika Krzywickiego czy Juliana Marchlewskiego? Lewica naprawdę musi ostatecznie zerwać z szukaniem swoich bohaterów na łamach „Gazety Wyborczej”! I dobrze, że podczas konwencji przemówił Włodzimierz Czarzasty, który stanowczo bronił dorobku PRL i zapowiedział, że nikt nie będzie polskim socjaldemokratom narzucał interpretacji przeszłości.

Charyzmatyczny i prospołeczny

A jednak mimo tych niedoróbek – Robert Biedroń jest lewicowym kandydatem. Dowodzi tego jego przywiązanie do spraw społecznych, do spraw ludzi pracy. Jako charyzmatyczny polityk daje też nadzieję, że do lewicowych spraw i recept przekonają się kolejni wyborcy. Wyrazista walka o świeckie państwo, o równość i tolerancję czy o ocalenie nas przed skutkami klimatycznej katastrofy są punktami, których nie poruszy nikt inny. Robert Biedroń może mówić o nich w sposób, który do jego kandydatury przekona nowy elektorat. Ten, który jest już zmęczony ciągłą hegemonią Jarosława Kaczyńskiego, a widzi, że Platforma Obywatelska przez lata w opozycji niczego się nie nauczyła i pozostała jedynie pustą partią władzy.

Będzie druga tura?

Czy Biedroń ma szanse na drugą turę? Z pewnością potrzebna mu jest i intensywna kampania wyborcza, i jeszcze bardziej radykalne hasła, które pozwoliłyby Robertowi Biedroniowi koncentrować na sobie uwagę mediów i opinii publicznej. Kampanię Lewica robić potrafi nieźle, co zobaczyliśmy w ubiegłym roku przed wyborami parlamentarnymi, gdy politycy z lewej strony sprawnie poruszali się po całym kraju i wrzucali kolejne tematy z programu do debaty. Do tego Biedroń ma niewątpliwy talent w robieniu na ludziach dobrego wrażenia, szybkim łapaniu kontaktu.

A naprawdę jest o co walczyć – nigdy wcześniej nikt w kampanii prezydenckiej nie mówił tak otwarcie o sytuacji głodujących emerytów i rencistów, o braku mieszkań i życiu w ścisku, czy o kolejkach do lekarzy i o lekach tak drogich, że ludzie biedni nie są już w stanie się leczyć. Taki prezydent byłby w Polsce zmianą o 180 stopni. Byłby trzęsieniem ziemi dla wszystkich neoliberalnych hegemonów, prawicowych klerykałów i rozmaitych rzeczników najbogatszych. I o takiego prezydenta warto się starać.

Biedroń rusza do walki

– Możemy mieć Polskę, w której funkcjonuje sprawna opieka zdrowotna, w której mieszkanie jest takim samym prawem, jak prawo głosu w wyborach, w której zarabiamy godnie, a na starość otrzymujemy godne emerytury – mówił na konwencji w Słupsku Robert Biedroń, już oficjalny kandydat SLD, Wiosny i Lewicy Razem.

Zachodnim zwyczajem polityk opowiedział zebranym w słupskiej hali historię swojego życia. Było o trudnej sytuacji rodziny w podkarpackim Krośnie, o konieczności emigracji zarobkowej, o działalności w organizacjach społecznych i wejściu do polityki. Padła też jasna deklaracja, że program Biedronia-prezydenta będzie kontynuacją idei zawartych w programie Lewicy na ostatnie wybory parlamentarne. Mówił o lepszej służbie zdrowia, budowaniu mieszkań, zagwarantowaniu wyższych emerytur. Zapewniał także, że będzie prezydentem otwartym i pozostającym w stałym kontakcie z wyborcami.

– Działania prezydenta powinny być poddawane społecznej kontroli. Jako prezydent będę spowiadał się ze swojej polityki przed parlamentarzystami i obywatelami – obiecał Biedroń. Deklarował, że będzie prezydentem dialogu społecznego: – Gdy rząd nie potrafi porozumieć się z różnymi grupami takimi jak nauczyciele, sędziowie, lekarze, prezydent powinien wchodzić do dyskusji, a nie jeździć na narty.

Wspólnego kandydata Lewicy mocnymi przemówieniami wsparli liderzy SLD oraz Razem.

– Polska potrzebuje prezydenta odważnego, który ma własne zdanie, rozumie współczesny świat i potrafi budować wspólnotę, a nie jak obecnie urzędujący sączy jad nienawiści. Takim prezydentem będzie Robert Biedroń – zapewniał Adrian Zandberg.

Lider SLD z jednej strony apelował o szacunek dla osiągnięć lewicy z przeszłości, w tym dla osiągnięć Polski Ludowej, z drugiej zaś z energią kreślił ambitne zadania na bliską przyszłość.

– Teraz mamy dwa zadania, wchodzimy do drugiej tury i roznosimy Dudę, a za 3,5 roku będziemy rządzili – mówił ku entuzjazmowi zgromadzonych.

Rok wyboru prezydenta

Przed nami rok 2020. Kolejny, ale też ostatni rok „wyborczego trójskoku”.

Bilans tegorocznych kampanii wyborczych jest dla lewicy korzystny. Dobrze wynegocjowane porozumienie SLD z partnerami Koalicji Europejskiej oraz dobry wynik Wiosny utrwaliły obecność polskiej lewicy w Parlamencie Europejskim.

Dodatkowo, nawet surowi polityczni krytycy, nie mogą zarzucić lewicowym europarlamentarzystom brak parlamentarnych kompetencji, a także doświadczenia politycznego. To nie lewicowi euro deputowani kompromitują Polskę w Parlamencie Europejskim. Prym wiodą w tym reprezentanci „Prawa i Sprawiedliwości”.

Sukcesem zakończyły się też wybory parlamentarne. Lewica nie tylko wróciła do Sejmu i Senatu. Została tam trzecią siłą polityczną. Symbolem wzrostu jej znaczenia są jej wicemarszałkowie obu izb.

Teraz czas na wybory prezydenckie. W styczniu 2020 lewica powinna wystawić osobę, która maksymalnie wykorzysta kampanię wyborczą do prezentowania i upowszechniania lewicowego programu. Demokratycznego, socjalnego państwa dobrobytu.

Oczywiście każdy z kandydatów na prezydenta zakłada, że to on wygra wybory. Albo przynajmniej wejdzie do drugiej ich tury. Nie zwalnia to jednak komentatorów i analityków z realistycznej oceny celów prezydenckiej kampanii.

Dlatego nie wykluczając, ewentualnego fantastycznego wyniku lewicowego kandydata/kandydatki przyjmijmy dzisiaj plan minimum. Każdy wynik powyżej 12 procent uzyskany przez lewicową kandydaturę będzie można uznać za znaczący. Nieporażkę. Zwłaszcza, że przedstawiciel lewicy powinien prowadzić nie konfrontacyjną kampanię wobec innych kandydatów demokratycznej, proeuropejskiej opozycji. Podobnej kampanii oczekuję też od demokratycznych i pro europejskich kandydatów.

Wielce prawdopodobne jest, że dojdzie do drugiej tury wyborczej. Zapewne będzie to starcie prezydenta Andrzeja Dudy i najbardziej popularnego kandydata demokratycznej i proeuropejskiej opozycji. Wówczas pozostali kandydaci opozycji powinni zaapelować do swych wyborców aby zagłosowali oni na wspólnego, demokratycznego, proeuropejskiego kandydata. Nawet jeśli będzie osobą o bardziej liberalnych gospodarczo poglądach niż lewicowe programy.

Nawet jeśli będzie osobą o bardziej konserwatywnych obyczajowo poglądach niż lewicowe standardy. Alternatywą może być konserwatywny, klerykalny „Adrian”. Czy chcecie spędzić kolejne pięć lat z panem prezydentem Andrzejem Dudą?

Witajcie na wojnie

Wojna to kontynuacja polityki innymi środkami. Carl von Clausewitz nie odkrył tej prawidłowości, a jedynie zgrabnie ubrał ją w słowa. Prezes Kaczyński Clausewitza odkrył już dawno temu, a stosuje się do tej zasady już od 1989 roku, z różnym skutkiem, najlepszym od 2015 r.

Pora chyba, żeby z Clausewitzem zapoznali się posłowie i posłanki opozycji. Wygląda na to, że z uchwalania ustaw nocami w Sali kolumnowej Sejmu nie wyciągnęli żadnych wniosków. Ani z wyjazdów wakacyjnych w czasie, gdy Sejm może obradować, czyli stale. Kadencja jest nowa, duża część posłów i posłanek też, ale wszystkie stare problemy pozostały. Wojna ma chwile wytchnienia ale nie ma przerw. Zwłaszcza gdy przeciwnik przestrzega reguł gry tylko wtedy, gdy uznaje to za użyteczne.

To bardzo frustrująca sytuacja. Obie strony ponoszą straty, ale frustracja zawsze będzie większa po stronie opozycji. Nawet małe zwycięstwa niczego nie zmienią, a każda porażka, zawiniona lub nie, będzie bardzo bolesna. Demonstracje nie zmienią władzy. Większym problemem dla PiS wydaje się być prezes NIK, zamieniający swój urząd w oblężoną twierdzę. Choć prędzej czy później PiS zmusi któregoś prokuratora do wystawienia nakazu i wyprowadzenia go w kajdankach.

Wojna będzie toczyć się dalej, opozycja będzie ponosić kolejne porażki, a czasem nic nie znaczące sukcesiki. Z jednej strony posłowie powinni stawiać opór, z drugiej walczyć o przekonanie opinii publicznej, że wiedzą, jak lepiej można rozwiązywać problemy. Bo z jednej strony mówi się: Sejm uchwalił, Rząd rządzi, Trybunał wydał wyrok. Z drugiej, nie dostrzega się absurdalności sytuacji, która ani z demokracją ani realizacją dobra wspólnego nie ma nic wspólnego. Dobrze jest wtedy, gdy jest dobrze dla PiS.

Anarchistka Emma Goldman stwierdziła, że gdyby wybory mogły coś zmienić zostałyby zakazane. Podobnego zdania jest Jarosław Kaczyński, z tym że rozciągnął tę zasadę na wszystkie możliwe głosowania. Tylko dlatego, że Senat tak naprawdę nie jest szczególnie ważny, uznał swoją porażkę w wyborach do Senatu. To zresztą rodzi pytanie: czy Senat jest nam w ogóle potrzebny.
Prezydent, na razie, jest, szczególnie Kaczyńskiemu. Dlatego wybory prezydenckie są takie ważne. Kandydat PiS musi zwyciężyć, aby jego ugrupowania nie rozdziałaby kruki, wrony i wróble. Kandydatka PO ma odnieść moralne zwycięstwo, czyli przegrać w drugiej turze. Kandydat Hołownia ma napisać jeszcze nowszy testament oraz autobiografię – pierwszy po bogu. Bo biografię boga już napisał.

Kandydat PSL walczy o życie. Swoje i swojego ugrupowania. Najwięcej do wygrania ma, niewyraźnie majaczący się we mgle, kandydat(ka) Lewicy. Ma rozwijać elektorat i promować zasady na jakich będzie się opierał odbudowa państwa z ruin. Nową umowę społeczną, której nigdy po roku 1989 nie zawarto ze społeczeństwem. I oczywiście należy wprowadzić sprawiedliwe podatki i wypowiedzieć konkordat. Tak nam dopomóżcie Wyborcy aktualni i przyszli.

Wybory prezydenckie (cz. I)

Wybory prezydenckie coraz bliżej. W przyszłym roku, tak jak działo się to co pięć lat, wystartują wybitni, znani politycy, mniej wybitni politycy oraz osoby do tej pory wyborcom kompletnie nieznane, najczęściej bez żadnego doświadczenia politycznego i społecznego.

Nazwiska tych ostatnich przeminą szybko, u niektórych z nas czasem tylko pozostanie pamięć o tym, że jeden z pretendentów był producentem wkładek do butów, a inny zjeżdżalni montowanych w „aqua-parkach”. Zapamiętujemy zwycięzców, bo byli naszymi prezydentami, ale zapewne już nie wszyscy wymienimy bezbłędnie, po kolei, przegranych w drugiej turze. Na pewno bardzo niewielu wymieni tych, którzy zajęli trzecie i czwarte miejsce. Dodatkową komplikacją może być fakt, że we wstępnej fazie, zanim jeszcze zarejestrowane zostaną komitety wyborcze poszczególnych kandydatów, a następnie zanim uda się tym komitetom zebrać wymagane sto tysięcy podpisów, do wyborców dociera ze strony partii politycznych, politologów i samych zainteresowanych bardzo szeroka lista nazwisk potencjalnych kandydatów, którzy nimi ostatecznie nie zostają.

Pierwsze „parlamentarne”

Z perspektywy czasu zaciera się kto tylko zgłaszał swą gotowość, a kto ostatecznie znalazł się na karcie do głosowania. Warto więc przypomnieć jak to z wyborami prezydenta RP w III Rzeczpospolitej bywało. Analizie poddaję tylko wybory powszechne, pomijając pierwsze z 1989, gdyż dokonywał ich, podobnie jak w II RP, nie suweren a Zgromadzenie Narodowe.
Na marginesie zauważę, że dla prezesa PiS suwerenem, na którego się on powołuje jest jego wierny elektorat, dla mnie zaś, zgodnie z nauką wyniesioną z tego samego co prezes wydziału, suwerenem jest ogół wyborców, a więc też ci którzy głosują na opozycję lub niestety nie głosują wcale.

Pierwsze powszechne

W 1990 roku wolę startu w wyborach deklarowało 16 kandydatów, wśród nich osoby, o których Polacy usłyszeli po raz pierwszy (ale i ostatni) jak Jan Bratoszewski, Edward Mizikowski, Józef Onoszko, czy Waldemar Trajdos. Wyjątkiem Stanisław Tymiński, pamiętany do dziś, bo sporo namieszał, więc dał się zapamiętać, tym bardziej że raz jeszcze po 15 latach próbował politycznie zaistnieć.
Tylko siedem komitetów zebrało wymagane 100 tysięcy podpisów, lecz Kornelowi Morawieckiemu części z nich nie nie uznano, więc nie został zarejestrowany. Ostatecznie więc wystartowało sześciu kandydatów: Roman Bartoszcze, Włodzimierz Cimoszewicz, Tadeusz Mazowiecki, Leszek Moczulski, Stanisław Tymiński i Lech Wałęsa. Wybory różnić się będą od następnych, między innymi tym że w kolejnych lista kandydatów była zawsze dłuższa, czasem nawet znacznie. Ponadto do finału, ku zaskoczeniu wszystkich, dostał się Stanisław Tymiński kandydat „znikąd” pokonując faworyta Mazowieckiego, którego wielu komentatorów, jeszcze przed wyborami, widziało już w fotelu prezydenckim. Lech Wałęsa zdobył 6 569 889 głosów, czyli 39,96 proc. , Tadeusz Mazowiecki, urzędujący i bardzo popularny premier, zaledwie 2 973 364 głosów, czyli 18,08 proc. , a wyprzedził go Stanisław Tymiński osiągając aż 23,10 proc. poparcia od 3 797 605 wyborców. Czwarte miejsce przypadło Włodzimierzowi Cimoszewiczowi (9,21 proc. – 1 514 025 głosów), co kandydata lewicy, w tamtym czasie, winno słusznie napawać satysfakcją. Najsłabszy wynik uzyskał Leszek Moczulski bo tylko 411 526 głosów, co dało mu 2,50 proc. , jednak porównując to z późniejszymi wyborami, trzeba przyznać że cała stawka była dość równa, a ten ostatni wynik, choć niski, nie był dezawuujący kandydata, jak to będzie się zdarzać w kolejnych wyborach.
W II turze wygrał zdecydowanie Lech Wałęsa uzyskując aż 74,25 proc. poparcia od 10 662 696 wyborców. Jego konkurenta Stanisława Tymińskiego poparło 3 683 098 wyborców, a więc o 115 tysięcy mniej niż w pierwszej turze, dało mu to 25,75 proc. . Nigdy później zwycięstwo nie było tak przytłaczające, nigdy też żaden z wygranych nie zdobył ponad 10 milionów głosów wyborców. Warto dodać, że weteran prezydenckich kampanii wyborczych Janusz Korwin Mikke w tych wyborach swój komitet zarejestrował, nie zebrał jednak wymaganej ilości głosów, by stanąć w szranki.

Iść spać z Wałęsą, budzić się z…

W roku 1995 aż 18 komitetów przekazało do Państwowej Komisji Wyborczej zebrane podpisy poparcia dla kandydatów, jednemu tylko z nich, Bronisławowi Tejkowskiemu, wykazano że zebrał mniej niż wymagana ilość 100 tysięcy. Zarejestrowano wiec 17 kandydatów, w tym satyryka Jana Pietrzaka i producenta wkładek do butów Kazimierza Piotrowicza. Czterech kandydatów, jeszcze przed drukiem kart do głosowania ze startu zrezygnowało, ostatecznie więc w pierwszej turze wybieraliśmy spośród 13 pretendentów. Nadal jest to najdłuższa lista wyborcza jak do tej pory. Ostatnie trzynaste miejsce zajął kandydat noszący nazwisko Bubel zdobywając poparcie 0,04 proc. głosujących, to jest zaledwie 6 825 wyborców. To najgorszy z dotychczasowych wyników. Niewątpliwie zaskoczeniem dla wielu był świetny wynik Aleksandra Kwaśniewskiego, który zdobył ponad 358 tysięcy głosów więcej od Wałęsy (więcej o 2 proc. ) i słaby Jacka Kuronia; zajął on trzecie co prawda miejsce, ale zdobywając tylko 9,22 proc. , na co złożyło się 1 646 946 głosów.
W pierwszej turze Aleksander Kwaśniewski zdobył 6 275 670 głosów, czyli 35,11 proc. , zaś Lech Wałęsa 5 917 328 głosami osiągnął 33,11 proc. . Janusz Korwin Mikke, który od roku 1995 startował już zawsze w wyborach prezydenckich zajął miejsce ósme uzyskując 428 969 głosów (2,40 proc. ). Po raz pierwszy pojawiło się w kontekście wyborów prezydenckich nazwisko Lecha Kaczyńskiego, po zarejestrowaniu zrezygnował on jednak ze startu przekazując symbolicznie swe głosy (nieotrzymane przecież) na Jana Olszewskiego, który osiągnął czwarte miejsce ze stosunkowo słabym wynikiem.
W drugiej turze zwyciężył Aleksander Kwaśniewski zdobywając 9 704 439 głosów – 51,72 proc. , Lech Wałęsa uzyskał 9 058 176 głosów – 48,28 proc. .
Najwyższa była, jak dotąd, frekwencja wyborcza (w pierwszej turze 64,70, a w drugiej 68,23 proc. ).

Marian nie wypala

Pięć lat później, w 2000 roku zarejestrowano 13 kandydatów, tuż przed wyborami zrezygnował Jan Olszewski apelując o głosowanie na Mariana Krzaklewskiego, szefa Solidarności. Krzaklewski zajął trzecie miejsce, z obiektywnie nie najgorszym jak na to miejsce wynikiem 15,57 proc. otrzymując prawie 2 740 tys głosów, jednak przy wielości podmiotów go popierających był to wynik słaby, o ponad 300 tys więcej głosów zdobył Andrzej Olechowski zajmując miejsce drugie. Aż pięciu kandydatów osiągnęło wynik poniżej 1,0 proc. , najmniej bo 0,10 proc. Bogdan Pawłowski (17 164 głosy). Zaskakująco niski, wręcz kompromitujący wynik, przyjmowany przez komentatorów z niedowierzaniem, bo zaledwie 1,01 proc. i siódme miejsce zdobył Lech Wałęsa zyskując poparcie 178 590 wyborców. Wyprzedził go nawet Janusz Korwin Mikke Korwin zdobywając 252 499 głosów (1,43 proc. ).
Po raz pierwszy, dotąd jedyny, nie było drugiej tury wyborów.
Urzędujący prezydent Aleksander Kwaśniewski znokautował i zdeklasował rywali osiągając już w I turze wygraną wynikiem 53,90 proc. zdobywając 9 485 224 głosów. Drugiego na liście Andrzeja Olechowskiego poparło 17,30 proc. wyborców (3 0 44 141 głosów).
Nigdy później żaden ze zwycięzców, tak jak Aleksander Kwaśniewski, nie zdobył w dodatku dwukrotnie, ponad dziewięciu milionów głosów poparcia. Nigdy też później pod sztabem kandydata (był to Hotel Dom Chłopa w Warszawie) nie zgromadziła się taka masa wiwatujących jego zwolenników.

Dziadek z Wehrmachtu

Rok 2005 zaskoczył ilością chętnych do startu w wyborach. Zarejestrowano 16 kandydatów (wcześniej zarejestrowano aż 27 komitetów). Ostatecznie o fotel prezydenta walczyło 12 kandydatów gdyż wycofali się Włodzimierz Cimoszewicz, Maciej Giertych (ojciec Romana) i Zbigniew Religa, a jeden z kandydatów (Daniel Podrzycki) zmarł. Rezygnacja Cimoszewicza wiązała się z rozpętaną przeciwko niemu nagonką i tak zwanym czarnym PR (sprawa Jaruckiej) co w drugiej turze dotknęło Donalda Tuska („dziadek z Wehrmachtu”). O ile autor pomówienia wobec Tuska jest od początku znany (Jacek Kurski), to na pytanie kto stał za „sprawą” Anny Jaruckiej, skazanej za swe przewiny prawomocnym wyrokiem na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu, wciąż nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Nota bene Jacek Kurski za swe słowa został (ale tylko na kilka miesięcy) wykluczony z PiS. Czym się zajmuje dziś i za jakie apanaże – wiadomo.
Pierwszą turę wygrał Donald Tusk (36,33 proc. ) zdobywając 5 429 666 głosów. Drugi był Lech Kaczyński (33,10 proc. ) gromadząc poparcie 4 947 927 wyborców. Trzecie miejsce zajął Andrzej Lepper ze stosunkowo dobrym wynikiem (15,11 proc. ) co zawdzięcza głosom 2 259 094 zwolenników. Warto odnotować wynik czwarty. Marek Borowski zdobył 1 544 642 głosów (10,33 proc.). To, obok Włodzimierza Cimoszewicza z roku 1990, drugi dobry wynik na miejscu czwartym nawiązujący kontakt z czołówką. Aż pięciu kandydatów odnotowało poparcie poniżej 1,0 proc. , na ostatnim miejscu znalazł się Adam Słomka (0,06 proc. ) otrzymując zaledwie 8 895 głosów. To drugi tak słaby, obok Leszka Bubla w 1995, wynik w historii wyborów prezydenckich. Tenże Bubel startował i tym razem zdobywając 18 828 (0,13 proc. ) głosów.
Druga tura odwróciła kolejność jaką kandydaci zajmowali po pierwszej. Lech Kaczyński wygrał z poparciem 54,04 proc. wyborców, gromadząc 8 257 468 głosów, na Donalda Tuska oddało swe głosy 45,96 proc. obywateli (7 022 319 osób).
Prezes na nervosolu
Katastrofa smoleńska zweryfikowała wiele deklaracji gotowości startu w wyborach 2010 roku. Do 9 kwietnia było już piętnaście takich deklaracji, co istotne, składanych w kontekście bardzo niskich notowań kończącego swą kadencję Lecha Kaczyńskiego. 1 marca 2010 ogłoszono, że poparcie dla niego wynosi 18,7 proc. , gdy Bronisława Komorowskiego popierało ponad dwa razy więcej bo 39 proc. sondowanych. Poza Lechem Kaczyńskim w katastrofie zginął wskazany już przez SLD jako kandydat na urząd prezydenta – Jerzy Szmajdziński. Katastrofa i nastroje przez nią wywołane były podawane jako powód rezygnacji ze startu przez Ludwika Dorna i Tomasza Nałęcza.
Katastrofa (w związku z „opróżnieniem urzędu prezydenta RP”) wymusiła przyspieszenie kalendarza wyborczego. Ostatecznie termin I tury wyznaczono na 20 maja (wcześniej przewidywano że odbędzie się ona dopiero 3 października). Zarejestrowano 17 komitetów wyborczych, z których jednak tylko 10 dostarczyło niezakwestionowane komplety po 100 tys. podpisów.
W pierwszej turze prowadzenie objął Bronisław Komorowski, na którego oddano 6 981 319 głosów co stanowiło 41,54 proc. , Jarosław Kaczyński zdobył 6 128 255 głosów (36,46 proc. ). Dobry wynik, jak na trzecie miejsce, osiągnął Grzegorz Napieralski otrzymując poparcie od 2 299 870 osób (13,68 proc. ). Dwóch kandydatów otrzymało poniżej 1 proc. głosów, w tym najmniej Kornel Morawiecki 21 596 głosów (0,13 proc. poparcia).
W II turze Bronisław Komorowski nie oddał prowadzenia uzyskując wynik 53,01 proc. na co złożyło się 8 933 887 głosów, zaś Jarosława Kaczyńskiego poparło 7 919 134 wyborców (46,99 proc. ).

Z czwartego szeregu

W 2015 roku zarejestrowano 23 komitety wyborcze, w tym aż czterech kobiet: Anny Grodzkiej, Wandy Nowickiej, Magdaleny Ogórek i Iwony Piątek. Jednak tylko 11 komitetów przedstawiło listy poparcie ze stoma tysiącami podpisów (w tym z kobiet tylko Magdalena Ogórek jako kandydatka SLD).
Pierwszą turę wygrał, ku zaskoczeniu wszystkich, w tym obozu PiS, Andrzej Duda. Poparło go 5 179 092 głosujących (34,76 proc. ). Wedle zgodnych opinii miał on walczyć o drugie miejsce, wszak notowania Komorowskiego nie dawały szans żadnemu kontrkandydatowi. (W lutym na Komorowskiego zamierzało oddać swe głosy aż 63 proc. ankietowanych – co przekładało się na zwycięstwo w pierwszej turze – na Dudę zaledwie 15 proc. .)
Wynik Komorowskiego był minimalnie niższy, oddało na niego swe głosy 5 031 060 wyborców czyli 33,77 proc. , o 148 032 mniej niż na rywala. Znakomity, jak na trzecie miejsce był wynik Pawła Kukiza – 3 099 079 głosów (20,80 proc. ). To w historii wyborów najlepszy wynik osiągnięty na tym miejscu. Poniżej 1,0 proc. głosów otrzymali czterej kandydaci, a spośród nich najmniej uzyskał Paweł Tanajno 29 785 (0,20 proc. ).
W drugiej turze ponownie na pierwszym miejscu był Andrzej Duda, którego poparło 8 630 627 obywateli (51,55 proc. ). Na Bronisława Komorowskiego oddało swe głosy 8 112 311 wyborców (48,45 proc. ). Różnica 518 316 głosów jest najmniejszą jaka w drugiej turze dzieliła zwycięzcę i pokonanego
Powoli zapominamy, że kandydatura Andrzeja Dudy była typową zapchajdziurą, miała być rodzajem manifestacji prezesa PiS jego stosunku do urzędu prezydenta zbezczeszczonego, w jego mniemaniu, przez niegodnego pamięci brata następcę, obdarzonego jednak sporym wsparciem społecznym. Wobec tych zaskakująco dobrych notowań Komorowskiego Andrzej Duda miał za zadanie tylko walczyć o fotel i zdobyć w miarę dobry wynik. Wejść do drugiej tury, utrudnić zwycięstwo, ale żeby zwyciężył, o tym ani prezes, ani sam kandydat chyba nie myśleli. Szansa pojawiła się nagle, po ogłoszeniu wyników pierwszej tury. A znacznie więcej kandydatowi PiS przysłużyli się nieskoordynowani, popełniający błąd za błędem, uśpieni i uspokojeni sondażami, sztabowcy Komorowskiego, niż zapracowana i przejęta „Polską w ruinie” Beata Szydło.
Nie sposób, ze wstydem, nie odnotować przypadku Magdaleny Ogórek. Ogłoszona została kandydatką niespodziewanie, w dodatku w bardzo nieodpowiednim dniu i momencie (śmierć Józefa Oleksego), niczym królik wyjęty z kapelusza. Bez najmniejszego doświadczenia jakie mogło ją predestynować do tej roli.
Wśród działaczy SLD nie brakowało przecież bardziej stosownych kandydatur. Zastanawiam się czy przewodniczący Leszek Miller nie chciał tą kandydaturą dać do zrozumienia jak mało szanuje urząd prezydenta RP? Może jednak dopisuję mu intencje, których nie miał. Kandydatura Ogórek odbija się lewicy czkawką do dziś i to coraz bardziej z powodu jej obecnej postawy, głoszonych poglądów, pokładów hipokryzji i zakłamania prezentowanych w prowadzonych przez nią programach telewizji rządowej. Nie da się jednak zapomnieć, że kandydatką SLD była, że uzyskała aprobatę wszystkich właściwych gremiów, a pewien dystans do niej, u części działaczy partii, zaczął się rodzić dopiero pod sam koniec kampanii.

Białe tango

Skoro o kobiecie była mowa, warto podać kiedy w wyborach startowały panie i jak poradziły sobie. Pierwszą kobietą, która stanęła do wyborów była w 1995 roku Hanna Gronkiewicz-Waltz. Sprawowała wtedy urząd prezeski Narodowego Banku Polskiego i uzyskała wsparcie wielu organizacji o profilu katolickim, choć co ciekawe nie otrzymała go od Radia Maryja, mając je wręcz przeciwko sobie. Gronkiewicz zajęła siódme miejsce z wynikiem 2,76 proc. (492 630 głosów), a z całej jej kampanii najbardziej pamiętane są słowa kandydatki o jej niemal stałej relacji z Duchem Świętym, co jak się okazało w tych wyborach nie pomogło. Dziesięć lat później, w 2005 roku, w szranki ruszyła minister przemysłu i handlu z roku 1991, działaczka organizacji gospodarczych Henryka Bochniarz. Podobnie jak Gronkiewicz zajęła siódme miejsce, ale ze znacznie słabszym wynikiem 1,26 proc. (188 600 głosów). W tym samym roku zarejestrowany był także komitet wyborczy prof. Marii Szyszkowskiej, kończącej swą jednorazową misję członkini senatu i byłej już wtedy członkini SLD. Nie zebrano jednak wystarczającej ilości podpisów by kandydatkę tę zarejestrować. W roku 2015 poza wspomnianą już Magdaleną Ogórek (piąte miejsce, 2,38 proc. , 353 883 głosów), wolę startu ogłosiły jeszcze trzy komitety, wymienionych wcześniej pań, jednak nie udało się zebrać dla żadnej z nich wymaganej ilości podpisów. Wynik Hanny Gronkiewicz jest więc jak dotąd najlepszym spośród kandydujących kobiet. W żadnej mierze powyższa analiza nie dezawuuje żadnej z potencjalnych kandydatek ani w wyborach 2010 ani w kolejnych. Tak po prostu do tej pory było, a przyznam, że nie miałbym nic przeciwko polskiej Pani Prezydent w nowej kadencji.
Warto też zauważyć, że z jednym wyjątkiem, zawsze w wyborach startował Janusz Korwin Mikke. Nie ma go na liście kandydatów tylko w 1990, nie zebrał wówczas bowiem wymaganej ilości stu tysięcy podpisów. Startował pięć razy, trzykrotnie jako reprezentant Unii Polityki Realnej, następnie z partii Wolność i Praworządność a w 2015 pod flagą Kongresu Nowej Prawicy. Byłoby dziwne gdyby w przyszłym roku nie wystartował, choć jak dotychczas sukcesem było zajęcie czwartego miejsca w 2010 i 2015 roku z najlepszym wynikiem w poprzednich wyborach 486 084 głosów (3,26 proc. ). Kolejni weterani prezydenckich potyczek to Andrzej Lepper (1995, 2000, 2005, 2010) i Lech Wałęsa (1990, 1995, 2000), co omawiane było powyżej. Dwa razy startował Aleksander Kwaśniewski (1995, 2000), z tym że za każdym razem zwyciężał, oraz Stanisław Tymiński (1990, 2005), Leszek Bubel (1995, 2005), Waldemar Pawlak (1995, 2010), Bogdan Pawłowski (1995, 2000), Andrzej Olechowski (2000, 2010), Jarosław Kalinowski (2000, 2005) i Bronisław Komorowski (2010, 2015). Pozostałych jednorazowa przegrana zniechęciła do kolejnych starań o prezydenturę.

Ciąg dalszy w następnym numerze

Prezydent in spe Ważny tunajt

Chyba od zawsze się nad tym zastanawiam; jak to jest, że młodzi ludzie głosują na prawicę. I to nie tę skrajną, spod znaku celtyckich krzyży-to jeszcze potrafię jakoś zrozumieć. Ci skrajni dają skrajne i jaskrawe odpowiedzi oraz takąż wizję świata, która dla młodego człowieka na jego etapie rozwoju psychicznego jest atrakcyjna i wystarczająca. Czarni, biali, dobrzy, źli. Bardziej mi idzie o to, jak to jest, że pokolenie dwudziestoparolatków wybiera w wyborach z własnej woli PiS i Andrzeja Dudę?

Głosowanie na Andrzeja Dudę, to jak kupowanie budyniu w sklepie; można kupić czekoladowy, wiśniowy, z cukrem, wersję light. W zależności od dnia. Nie zmienia to jednak tego, że to ciągle będzie budyń. Mało konkretna, bezkształtna i mdła legumina, która zyskuje, kiedy potraktować ją jako uzupełnienie ciast i innych deserów. Podobnie jest z głosowanie na PiS; to tak, jakby mieć pod domem sklep z garmażerką z całego świata, i spośród udźców prosciutto, plastrów szynki parmeńskiej czy nowojorskiego pastrami, wybierać co dzień kiełbasę zwyczajną i chleb ze smalcem. Oczywiście można, ale szkoda życia na taką dietę.

Wybory prezydenckie za pasem. Kampanii na ulicy nie widać. Nie widać nawet kandydatów. Coraz głośniej po opozycyjnej stronie mówi się o wystawieniu przez Platformę, lub szerzej, przez Koalicję Obywatelską, nowego marszałka Senatu, Tomasza Grodzkiego. Profesora Tomasza Grodzkiego, jak co i rusz podkreślają jego ludzie i ludziska. Gdyby sensownie sprawę rozegrać, a orędzie profesora Grodzkiego jest udanym tegoż rozgrywania początkiem, to ta kandydatura mogłaby być całkiem sensowna i w starciu z Andrzejem Dudą niepozbawiona szans. Nazwisko niezgrane, do tego z przedrostkiem naukowym, a to sporo robi. Kandydat szerokiej, opozycyjnej ławy, dążący do zgody, z koncyliacyjnym przesłaniem i ręką wyciągniętą do zgody. Jeśli nie da się złapać na jakimś wykroku, nie wytkną mu łapownictwa etc. to na tak krótkim dystansie w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego, profesor Grodzki, może zafiniszować skuteczniej niż dotychczasowy Pałacu lokator. Pytanie tylko, czy w drugiej turze, o ile do niej dojdzie, a zakładam, że tak, Grodzki przekona do siebie lewicowców, czy po raz kolejny ci pójdą głosować przeciw komuś. a nie za kimś.
Kogo wystawi w wyborach prezydenckich lewica, i dlaczego nie powinien to być ani Biedroń ani Zandberg? Po pierwsze dlatego, że jeden i drugi jest liderem partii politycznej, która stanowi część większej, koncepcyjnej całości. Jakby się nie starały ich sztaby i sami kandydaci, nie odkleją się od swoich macierzystych organizacji. Po drugie, ma to też wymiar praktyczny. Niezależnie który z nich zostałby kandydatem, pracować w kampanii nań będą bardziej jedni a drudzy mniej; tak to już po prostu jest; na swojego się zrzucimy, ale na, było nie było, obcego, to już mniej chętnie. I po trzecie wreszcie, zarówno Biedroń jak i Zandberg to nazwiska, które już zaznaczyły się w wyścigu do prezydentury-tej czy innej. Nazwiska i osobowości z ambicjami. Wybranie jednego a utrącenie drugiego uderza w ich osobiste ambicje i ego. Albo więc należy pozwolić startować jednemu i drugiemu, na zasadzie, macie chłopcy piłkę, tylko się nie pobijcie, albo…pomyśleć o kimś trzecim. Na tym etapie, kiedy koncept lewicy ponad podziałami dopiero zaczyna się w Polsce tworzyć, należałoby raczej skupić się na szukaniu kandydata, który połączyłby trzy lewicowe bloki i utemperował ambicje prezydentów in spe. Kiedy sobie nad tym dumałem, szukając w głowie, czy jest ktoś taki, którego nazwisko byłoby na tyle mocne, a osobowość dość silna, żeby udźwignąć wyzwanie, a w finale mu sprostać, przed oczyma stawała mi postać Karola Modzelewskiego. Niestety, z zaświatów ciężko być prezydentem. Szukałem więc dalej w pamięci. Ktoś z kartą opozycyjną, ale jednocześnie bez styropianu na marynarce albo dżinsowej koszuli. Z otwartą głową, to bezsprzecznie. Z tytułem naukowym? Czemu nie, nie zaszkodziłoby. W rywalizacji z Tomaszem Grodzkim to mogłoby zapunktować.

Raczej nikt twardo stąpający po polskiej, umęczonej ziemi nie ma specjalnych złudzeń, że kandydat lewicy na prezydenta zostanie prezydentem. Mało kto też wierzy, że wejdzie do drugiej tury, o ile ta się ziści. Ale całkiem realne już jest, że dzięki dobrej pracy w kampanii, osiągnie niezły wynik dla całej polskiej lewicy, co będzie niebagatelnym wkładem w jej mozolne odbudowywanie po latach błędów i wypaczeń. Także panowie kandydaci, ambicje do kieszeni, a rękawy do zakasania. Sporo jest jeszcze do zrobienia na gospodarstwie…

Bo jak nie my to kto

Po decyzji Donalda Tuska wszyscy komentatorzy prężą swoje intelekty, fali komentarzy nie ma końca. Zresztą i bardzo słusznie bo to niekonwencjonalna decyzja zwłaszcza dla obozu władzy i Prezydenta Andrzeja Dudy, który był zdeterminowany walczyć z Tuskiem o drugą kadencję mobilizując w pełni swój elektorat i elektorat antyplaformerski.

Dla Prawa i Sprawiedliwości i obozu prezydenta ta decyzja stanowi duże wyzwanie.Już naoliwione i pachnące prochem armaty wytoczone wobec Tuska mogą być zupełnie nieskuteczne wobec innych kandydatów, a tych będzie całkiem sporo w grze. Donald Tusk nosi w sobie gen kandydata obciążonego negatywnie polityką polską. To oczywiście scheda z czasów, kiedy był premierem. Z wielką satysfakcją, wręcz euforią PiS w trakcie kampanii wyborczej wyciągnąłby nagrania, z których wynika, że Tusk jest zwolennikiem podniesienia wieku emerytalnego, który PiS obniżył. Pięknym paliwem byłoby tez przypominanie Tuska mówiącego że nie ma pieniędzy na 500 plus Ach jaka szkoda, że nie będzie komu przywalić…

W moim głębokim przekonaniu nadchodzące wybory mogą być pierwszymi wygranymi dla opozycji od wielu elekcji i to niekoniecznie musi być super trudne. Niekonwencjonalnych kandydatów, niezużytych politycznie będzie cała masa. W Platformie Obywatelskiej Grzegorz Schetyna próbuje ocalić swoją skórę i jedyną szansą na jej ocalenie wydaje się zbliżająca kampania wyborcza. Właśnie w jej przededniu Grzegorz Schetyna zapewne powie: moment, to nie jest czas na rozliczenia w Platformie, czeka nas kolejna walka – zresztą najprawdopodobniej przegrana dla samego Schetyny, sam przecież w niej nie wystartuje. Wiedział to doskonale już dużo wcześniej, w związku z tym wysunięcie na pierwszy plan Małgorzaty Kidawy-Błońskiej zdaje się mieć swoje reperkusje także w kontekście zbliżającej się kampanii. To ona najprawdopodobniej będzie kandydatką Koalicji Obywatelskiej. Rafał Trzaskowski, pewnie wytłumaczy się, że absolutnie nie chce zostawić Warszawy, że będzie wspierał etc.Walka buldogów pod dywanem będzie jednak trwała do ostatniej chwili, frakcje w PO z nieukrywaną satysfakcją będą próbowały połączyć ogień z wodą z jednej strony nie szkodząc kandydatce w wyborach, a z drugiej przywalić Schetynie.

Absolutnie ciekawa sytuacja ma miejsce nie tylko w środowisku PO ale także po skrajnie prawej stronie polskiego parlamentu. Konfederacja, narodowcy zdobywając 13 mandatów udowodnili skuteczność, a ostatnie decyzje Prezydenta Andrzeja Dudy powołujące Marszałka Seniora Antoniego Macierewicza zdają się mobilizować twardy elektorat PiS i jednocześnie demobilizować elektorat satelitarny wokół partii rządzącej; w tym także Konfederacji, której działacze widząc co się dzieje zacierając ręce i pójdą z pewnością za ciosem wystawiając swojego kandydata.
Ciekawie jest nie tylko po prawej stronie sceny politycznej, ale także centrum i na lewicy.

Wiedząc wcześniej o decyzji Tuska (zanim oczywiście dowiedział się Schetyna) i widząc co się dzieje; wiatru w żagle próbuje nabrać Władysław Kosiniak-Kamysz, który ku zaskoczeniu wszystkich i samego PSL zdobył z Kukizem blisko 10 proc.

Pan Władysław zupełnie przypadkiem nagle leci do Brukseli na zupełnie przypadkowe spotkanie z Donaldem Tuskiem, po którym oznajmia i wymownie macha chorągwią już nie tylko zieloną ale biało-czerwoną… jestem gotowy do startu w wyborach prezydenckich i to ja będę oswobodzicielem narodu…Nie Grzegorz Schetyna, przecież nie jest on absolutnie już szefem opozycji o czym Władysław Kosiniak-Kamysz raczył już wspominać wielokrotnie.

A teraz lewicowo – tu także z wrażenia można… ano właśnie oceńcie Państwo sami. Oto na naszych oczach tworzy się właśnie lewicowy konglomerat – trzech formacji, które dopiero siadają do rozmów… Kto tak naprawdę ostatecznie będzie kandydatem lewicy w wyborach prezydenckich. Choć jeden z potencjalnych kandydatów krzyczy na twitterze „Yes we can” i wprowadza wielką nerwowość u pozostałych graczy.

Czeka nas bardzo ciekawa batalio-kampania na różne modele Polski. Owa batalia rozpoczęła się 11 listopada 2019 w którym to dniu Andrzej Duda będzie prężył muskuły i pokazywał jak zasobna i mocna w świecie jest Polska za jego prezydentury.

Dla Polaków mam nadzieję nie tylko PR, wirtualna zasobność, ale i obrona Konstytucji ma na szczęście coraz większe znaczenie. I to będzie prawdziwe wyzwanie dla nowej Pani Prezydent lub nowego Pana Prezydenta.

Zatem obserwujmy, notujmy i zaopatrzmy się dużą ilość popcornu bo czeka nas niesamowita epopeja trwająca z górą 6 miesięcy. Bo jak nie my to kto to mądrze zrecenzuje i wybierze wizję Polski na kolejne 5 lat. Bardzo chcę, aby była demokratyczna i proeuropejska – czego i Państwu życzę!

Czy kobieta będzie prezydentem Polski?

W ostatnich latach ogromnie rośnie znaczenie płci pięknej w polityce niemal na całym świecie. Może z wyjątkiem Chin,ale już nie np. Indii (por. choćby historyczną rolę Indiry Gandhi), Korei Płd.,czy Pakistanu. Szkoda, że prezydentem USA nie została wybrana Hillary Clinton, choć 3 lata temu w wyborach oddano na nią 3 mln więcej głosów niż na Donalda Trumpa.

Kto wie zresztą, czy swoiście nie pomści jej w przyszłym roku sen. Elisabeth Warren z Massachusetts, która ostatnio wysunęła się w sondażach na czoło grona kandydatów z ramienia Partii Demokratycznej.
Wracając na nasze podwórko, to tytułowe pytanie wydaje się bardzo aktualne, gdyż w końcu kwietnia lub w maju 2020r. czekają Polaków właśnie wybory głowy państwa.
Wydaje się wielce prawdopodobne, iż duże w nich szanse może mieć Małgorzata Kidawa-Błońska, posłanka od 2005r.,była wicemarszałek oraz (przez 5 miesięcy) Marszałek Sejmu. W ostatnich wyborach parlamentarnych z ramienia Koalicji Obywatelskiej występowała też jako kandydatka na premiera i uzyskała w Warszawie najlepszy wynik w skali całej Polski (416 tys. głosów), bijąc m.in. na głowę Jarosława Kaczyńskiego.
Prowadziła kampanię w duchu pojednania i nader kulturalnie, co w sumie sprawia,iż ma dość mały (zwłaszcza w porównaniu z innymi potencjalnymi kandydatami,np. Donaldem Tuskiem) elektorat negatywny.
Przykład Słowacji nie jest może on najlepszy,bo to niewielkie państwo (nieco ponad 5 mln. ludności), a przy tym u naszego południowego sąsiada miały miejscy wyjątkowe wydarzenia,które doprowadziły do niespodziewanego wyboru młodej (46l.) oraz mało znanej polityk Zuzany Czaputowej, która w br. w II turze pokonała Marosa Sefkovica – byłego dyplomatę, a także słowackiego komisarza i następnie wiceszefa Komisji Europejskiej.
Punktem zapalnym stało się brutalne zabójstwo młodego dziennikarza śledczego Jana Kuciaka (i jego partnerki), który m.in. ujawniał powiązania polityków z biznesmenami,a nawet osobami ze świata przestępczego. W rezultacie masowych protestów podali się do dymisji socjalistyczny premier Robert Fico (pełnił tę funkcję w sumie przez 10 lat), a także kilku innych czołowych polityków.
Co więcej – dotychczasowy prezydent Andrej Kiska nie ubiegał się o reelekcję i poparł w trakcie kampanii panią Caputową, która m.in. silnie akcentowała wagę wyzwań ekologicznych nabierających – analogicznie jak w Polsce – coraz większego znaczenia.
Warto zawsze przywoływać plastyczne powiedzenie niemieckie:”Alle Gleichnisse hinken” („wszelkie analogie zawodzą”)- tym bardziej, iż nad Wisłą nie wystąpiły tak dramatyczne wydarzenia, jak nad słowacką częścią Dunaju. Ale pewne „bliźniacze” tendencje warte są uwzględniania.

W drugiej turze

To tylko wyniki nieoficjalne wyborów prezydenckich w Tunezji, lecz jeśli się potwierdzą, oznaczać to będzie, że wyborcy kraju, który był pionierem tzw. arabskiej wiosny z 2011 r., wymietli całą powstałą po tamtej rewolucji klasę polityczną.

Do drugiej tury, do której dojdzie dopiero za ponad miesiąc, zakwalifikowali się „antysystemowcy” Jeśli wierzyć sondażom wśród głosujących, pierwszą turę wygrał Kais Saied z wynikiem 19 proc. Jego konkurentem w drugiej turze będzie przebywający w więzieniu, podejrzany o oszustwa podatkowe biznesmen Nabil Karoui – 15 proc. Kandydat rządzących z partii religijnej Ennahda Abdelfattah Mourou jest dopiero trzeci – ok. 12 proc. Premier Youssef Chahed zdobył zaledwie ok. 7 proc. Frekwencja nie była wysoka – nieco ponad 45 proc.
po zamknięciu lokali wyborczych, na ulice Tunisu wyszli wyborcy uwięzionego biznesmena, manifestując wielką radość. Jego żona odczytała list więźnia, w którym mowa o „wyjątkowym dniu dla demokracji i historii kraju”. Jeśli jego wynik się potwierdzi, będzie to jednak sytuacja bezprecedensowa w dziejach świata: jeszcze nigdy do drugiej tury wyborów prezydenckich nie weszła osoba siedząca w więzieniu. 56-letni Nabil Karoui został aresztowany 23 sierpnia, co jego wyborcy uznają za „atak polityczny”. To znany w całym kraju właściciel kanału telewizyjnego Nessma, który podbił serca Tunezyjczyków z najbiedniejszych regionów kraju, gdzie prowadził głośne akcje charytatywne.
Zwycięzca wyborów – 61-letni „Robocop” Kais Saied, nazywany tak ze względu na mało ekspresyjną twarz – to też postać telewizyjna: od rewolucji 2011 r. komentował tunezyjską scenę polityczną. Nie ma żadnej partii i nigdy wcześniej nie prowadził kampanii wyborczej, ale jego krytyka rządzących zdobyła mu rzesze wyborców. Młodzież, głęboko rozczarowana miejscową demokracją z powodu dużego bezrobocia, na ogół nie poszła do urn. Tunezja pozostaje pod kroplówką Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który tradycyjnie zlikwidował i tak niewielkie wydatki socjalne państwa.