Cisza!

Tak jak zasadą rządu despotycznego jest lęk, tak celem jego spokój:, ale to nie jest pokój, to cisza owych miast, w których mury już wkracza nieprzyjaciel.
Monteskiusz ” O duchu praw…”

Pan premier ogłosił stan epidemii. Zaostrza to rygory przestrzegania nakazy ministra zdrowia. Ograniczenie naszych praw obywatelskich w świetle zagrożenia zdrowia jest konieczne, dotyczy nas wszystkich.

Życie w ciszy

Syndromem walki z epidemią jest cisza. Puste ulice, zamknięte kina teatry, restauracje kawiarnie i bary. Tej ciszy nie zakłócają rozmowy na ulicach, w sklepach czy urzędach. Unikamy zbliżania się do siebie.

Oczywiście działają media: Internet radio czy telewizja. Przekazują informacje i komunikaty. Możemy w publikatorach napisać, co nam w duszy gra, ale to także cisza tylko w innym formacie.

Nasze społeczeństwo, jak to zwykle u nas bywa, w warunkach kryzysu, wykazuje się zdyscyplinowaniem i odpowiedzialnością. Dla wspólnego dobra godzimy się na życie w ciszy.

Tak się nie da wybierać

Czy można w takich warunkach przygotować się do dokonania wyboru Prezydenta RP? Czy tak dokonany wybór odzwierciedli wolę społeczeństwa?

Decyzja wyborcza musi opierać się o świadomą decyzję wynikającą z wiedzy o walorach kandydatów. Taka wiedza nie rodzi się w ciszy. Potrzebuje gwaru debaty społecznej, politycznego sporu na argumenty i wymiany myśli. Pamiętajmy o tym, że nasz wybór nie będzie tylko na czas epidemii, kiedyś się ona skończy. Będziemy potrzebowali polityków z wizją, co dalej, jak walczyć ze zbliżającym się kryzysem gospodarczym, a żadna „tarcza” tu nie pomoże.. Czy jest to właściwy moment na wybory?
Zjednoczona prawica zasłania się przed przesunięciem wyborów Konstytucją, brakiem przesłanek do ogłoszenia stanu klęski itp. Politycy PIS i jej partii sojuszniczych tworzą różne karkołomne figury retoryczne, a demiurg z Żoliborza mówi o konieczności przeprowadzenia wyborów w maju bez żadnych ogródek. Dziwi taka argumentacja w ustach środowiska, które w minionym okresie nie przejmowało się konstytucją. Prawo tworzą ludzie i ludzie je zmieniają. Decyzja o zmianie terminu zależy jedynie od woli Sejmu najwyższej władzy ustawodawczej.

Co to za kampania?

Kampania wyborcza się toczy, ale kandydaci opozycji utracili narzędzia. Zostali zepchnięci do sfery ciszy. Wyjątkiem jest pan kandydat Duda. Ma własną telewizję, pod pozorem obowiązków prezydenta dokonuje „wizyt gospodarskich”, promuje się w różnych miejscach z koronawirusem w tle, wygłasza orędzia i prezentuje rządowe programy, które nie są nawet jego prerogatywą.

Chyba zbyt niefrasobliwie zgodziliśmy się na ustawę epidemiczna. W dobrej wierze udzieliliśmy rządowi praw do ograniczenia naszych praw obywatelskich a jest to wykorzystywane do blokowania ogłoszenia stanu klęski.

Politycy Zjednoczonej Prawicy nie kryją już nawet powodu. Uważają, że wygrana Dudy to ciągłość władzy, że to najlepsze, co Polaków spotkać może. Cytując Monteskiusza, czy otaczająca nas cisza nie jest zwiastunem wdzierającego się do Polski autorytaryzmu?

Tukidydes w „Wojnie peloponeskiej” napisał, że w chwili zagrożenia ujawniają się dwie postawy ludzi. Jedni wałczą z zagrożeniem, ci najczęściej giną, i są tacy, którzy próbują na nieszczęściu skorzystać.
Kto jest kim? Musicie sobie sami odpowiedzieć!

Wiarygodność i poszkodowanie

Andrzej Duda jeździ po kraju mimo panującej epidemii, a nawet pandemii. Silne osobowości są odporne na każdy rodzaj wirusa, więc A.D. podróżuje, zakładając coraz to inne stroje.

Wraz z nim wędrują po Polsce ekipy Służby Ochrony Państwa, wyżsi i niżsi urzędnicy kancelarii prezydenta, dziennikarze… Oczywiście każda taka wizyta uruchamia różnego rodzaju i różnych wielkości ekipy po stronie gospodarzy… Można się spodziewać, iż wprowadzony 20 marca stan epidemii w całym kraju podróże te zintensyfikuje, bo przecież ktoś taki jak on potrzebny jest w każdym zakątku kraju, bo jeśli nawet sam bezpośrednio nie pomoże, to mądrze doradzi, wskazówek udzieli… albo zadzwoni do prezydenta Chin, którego jak podkreśla zna osobiście (a można znać kogoś nieosobiście?) i poprosi o pomoc. Na razie 7 milionów maseczek i 200 tysięcy testów z Chin wylądowało w Pradze. Ach ci Chińczycy, Pragi im się pomyliły?

W ramach podróży po kraju Andrzej Duda odwiedził zakład Orlen Oil produkujący płyn do spryskiwaczy. Polskę obiegły zdjęcia A.D. w białym kasku i żółtej kamizelce. Relacji towarzyszyła informacja, iż zakład (wskutek wizyty oczywiście) przestawił się na produkcję płynu do dezynfekcji rąk, który dostępny będzie na stacjach Orlen. Wizytator palcem wskazującym udzielał porad jak lać płyn do pojemników. Rządowa telewizja nie mogła wyjść z podziwu. Podziwu dla dobrego gospodarza, tego w kraju i tego w Orlenie.

Cztery dni później, w sobotę, jechałem z Warszawy na sądecką wieś by tu spędzić czas przymusowej izolacji. 400 kilometrów. Zatrzymywałem się na mijanych stacjach Orlenu, chcąc kupić obiecany mi i całemu narodowi płyn i wszędzie zamiast płynu wisiały karteczki, iż będzie on dostępny w późniejszym terminie. Gdy to piszę konstatuję, iż nie złości mnie tak jak powinien brak wiarygodności oficjalnych komunikatów o dostępności płynów dezynfekcyjnych. Przyzwyczaiłem się? Do braku wiarygodności władzy? Tej władzy? Niedobrze.

Podczas tej niespiesznej podróży widziałem, że jedyne otwarte punkty sprzedaży to w zasadzie stacje benzynowe i niewielkie sklepy spożywcze. Zamknięte gospody, restauracje, kawiarnie … niewiele było też aut na zwykle mocno zatłoczonej trasie. A poza tym nie funkcjonują przecież kina, teatry, filharmonie, odwoływane są festiwale, targi książki, nawet wesela, czyli wszystkie imprezy podczas których może dojść do większych zgromadzeń. Jednak poseł Jarosław nie widzi potrzeby rozważania przesunięcia terminu majowych wyborów. Powołuje się przy tym na konstytucję, tak tę którą tyle razy krytykował i łamał lub łamania nie dostrzegał lub łamiących usprawiedliwiał. Jednocześnie ubolewał, iż najbardziej poszkodowanym kandydatem jest …. Andrzej Duda. Nikt, powiada równocześnie poseł prezes, nie ma tak doskonałego kontaktu z ludźmi, nikt nie jest tak świetnym mówca jak obecny prezydent. Sądzę, że nagrania ze spotkania ze studentami w Rzeszowie („ja się cały czas czegoś uczę”) czy z konferencji w Davos („this is, eee this is, yyy and, and, very, very, eee”) są tego niezbitym dowodem.

Przypomniałem sobie, że w mojej młodości na lekcjach wf-u była zasada dawania forów słabszym uczniom. Mogli na przykład zaczynać bieg kilka sekund wcześniej, albo ileś metrów bliżej mety. Ale czy słabszy to określenie jednoznaczne z poszkodowany? Jeśli tak to może powinniśmy przyznać już teraz temu świetnemu mówcy ileś procent głosów „tak”, z góry, zanim rozpoczną się wybory? Skoro taki poszkodowany to trzeba mu to wynagrodzić… Bo na pewno nie można babci denerwować. Kto pamięta tę piosenkę Młynarskiego? Kto pamięta kim w zamyśle autora była babcia?
Prezes Jarosław, jednego dnia powołując się na prawo nie widzi podstaw do przesunięcia terminu wyborów, a dzień, dwa później nie zważając na prawo proponuje docierać do chorych wyborców z urną. Ja bym tę propozycję uściślił: z urną tylko do wyborców PiS. To pomoże poszkodowanemu kandydatowi.

Mój starszy syn wpadł jednak na lepszy pomysł. Otóż profetycznie, żartując oczywiście, napisał do mnie iż „Z uwagi na sytuację w kraju i dobro obywateli prezes podjął decyzję by wybory prezydenckie odbyły się … bez udziału wyborców.”

Póki co widzimy wszyscy, że „najbardziej poszkodowany kandydat” wykorzystuje każdą okazję by pokazać siebie i swoją ofiarność w walce z wirusem, by co kilka dni wygłaszać kolejne orędzia i komunikaty, które powinien przekazywać nam minister zdrowia, główny inspektor sanitarny lub rzecznik prasowy.

A co na to wszystko suweren, na którego tak chętnie powołują się ludzie z Nowogrodzkiej? Siedemdziesiąt procent pytanych opowiada się za przesunięciem wyborów z majowego terminu. Czyżby tym razem suweren nie miał racji?

Na koniec uwaga jednego ze znajomych, który zestawił dane dotyczące wirusa w Polsce i w Republice Czeskiej. Ilość wykonanych testów w przybliżeniu jest taka sama (ponad 17 tys.) ale pamiętać trzeba o znaczącej różnicy w liczbie ludności (Polska 38 mln., Czechy 10,6 mln.). Ilość osób zainfekowanych w Czechach jest dwukrotnie większa niż w Polsce (blisko 1200), ilość zgonów w Czechach – 1 (słownie jeden).

Przełożyć wybory!

Prezentujemy stanowisko Porozumienia Socjalistów dotyczące sytuacji społecznej w Polsce w związku z wyborami prezydenckimi w maju 2020 oraz ogłoszoną pandemią koronawirusa.

Porozumienie Socjalistów z niepokojem obserwuje rozwój sytuacji społecznej w Polsce. Uważamy, że w wyniku trwającej walki politycznej, związanej m.in. z przygotowaniami do wyborów prezydenckich w maju 2020 roku dochodzi do przekroczenia zasad zaufania publicznego.
Ugrupowania rządzące nadużywają swojej uprzywilejowanej pozycji i próbują wykorzystać zagrożenia rodzące się na fali emocji i niepokojów związanych z koronawirusem, do zdobycia przewagi w wyścigu wyborczym.

Działania takie są sprzeczne z ordynacją wyborczą i stoją w kolizji z podstawowymi normami państwa prawa. Powodują nieuzasadnione wsparcie urzędującego prezydenta. Stawiają innych kandydatów popieranych przez ugrupowania opozycyjne w niekorzystnej sytuacji, co przeczy konstytucyjnym zasadom równości i demokracji.
Porozumienie Socjalistów stoi na stanowisku, że wybory prezydenckie zaplanowane na miesiąc maj 2020 roku należy przełożyć do czasu uporania się ze skutkami zdrowotnymi, społecznymi i gospodarczymi, jakie rodzą się pod wpływem zagrożeń wynikających z ogłoszonej pandemii.
Organizacja w tych warunkach jakichkolwiek wyborów, wymagających dopełnienia zapisów Konstytucji, nie jest możliwa.

Dlaczego Dudę chce zastąpić 40 Polaków, a Bońka tylko jeden?

Polska to dziwny kraj i dziwi w nim wiele rzeczy. Na przykład to, że o posadę prezydenta, wartą obecnie 20 138 złotych brutto miesięcznie, ubiega się aż 40 kandydatów, bo tyle komitetów wyborczych do 16 marca zarejestrowało się w Państwowej Komisji Wyborczej, natomiast do zdobycia co najmniej czterokrotnie lepiej płatnej posady prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jak na razie jest tylko jeden chętny.

W hierarchii społecznej urząd prezydenta rzecz jasna stoi wiele szczebli wyżej od posady prezesa związku sportowego, nieporównana jest też skala ich realnej władzy. Ale w najmniejszym stopniu nie przekłada się to na oficjalne zarobki. Pod tym względem głowa naszego państwa jest mocno ograniczona ustawowymi regulacjami.
Ile zarabia prezydent RP?
Pensję prezydenta Polski można wyliczyć na podstawie ustawy z dnia 31 lipca 1981 roku o wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe (Dz.U. 1981 nr 20 poz. 101). W art. 2a. pkt 1. tego dokumentu czytamy, że „wynagrodzenie Prezydenta Polski składa się z wynagrodzenia zasadniczego odpowiadającego siedmiokrotności kwoty bazowej oraz dodatku funkcyjnego odpowiadającego trzykrotności kwoty bazowej, której wysokość ustaloną według odrębnych zasad określa ustawa budżetowa”. Co prawda wysokość pensji prezydenta RP zmienia się co roku, ale nie są to duże wahania – zależą one m.in. od wskaźnika inflacji. Poza tym wysokość zarobków prezydenta ustala Sejm w trakcie głosowania nad ustawą budżetową. Obecny lokator Pałacu Prezydenckiego, Andrzej Duda, oficjalnie zarabia miesięcznie 20 138 złotych brutto, czyli niewiele ponad 14 tys. złotych netto.
Rzecz jasna trzeba do tego doliczyć jeszcze kilka „drobiazgów” finansowanych z budżetu państwa: prezydent RP ma do dyspozycji w Warszawie Pałac Prezydencki na Krakowskim Przedmieściu i apartamenty w Belwederze oraz prezydenckie wille w Wiśle, na Helu i w Ciechocinku. Nie musi się również martwić o bieżące życiowe sprawy, bo spora grupa dobrze opłacanych osób dba o jego wyżywienie, garderobę, także dla żony. Nie płaci też za transport, ma bowiem do dyspozycji limuzyny, samolot i helikopter. W sumie ubogo nie jest, ale po zakończeniu kadencji w portfelu zostaje mu tylko pensja. Rocznie jest tego mniej więcej 170 tysięcy złotych na rękę, jedna pięcioletnia kadencja to niewiele ponad 850 tysięcy złotych, a dwie pełne dają zarobek na poziomie 1,7 mln złotych, plus trzymiesięczna odprawa oraz dożywotnia „renta prezydencka” wynosząca obecnie ok. 6 tys. zł brutto, a do tego 12 tys. złotych miesięcznie na utrzymanie biura i do dyspozycji limuzyna SOP z ochroną. A zatem jest się o co bić, co tłumaczy tak liczną grupę chętnych do wyborczej rywalizacji.
Ile zarabia prezes PZPN?
Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej aż tak dobrze nie ma, co nie znaczy, że ma gorzej. W porównaniu z prezydentem RP nie dysponuje na wyłączność samolotem i helikopterem, nie ma wystawnej siedziby ani kilku willi do dyspozycji, nie chronią go też zastępy uzbrojonych ochroniarzy. Ale poza tym niczego mu nie brakuje.
Co ciekawe, chociaż PZPN jest stowarzyszeniem, w kwestiach finansowych jest transparentne jedynie w ogólnym wymiarze, gdy publikuje w materiałach na zjazdy sprawozdawcze i wyborcze składowe swojego oficjalnego budżetu. W kwestiach płacowych wszystko w tej organizacji jest tajne łamane przez poufne, co wprowadził i żelazną ręką od ośmiu lat egzekwuje jej wszechwładny szef, Zbigniew Boniek. Dlatego oprócz niego oraz być może głównej księgowej, nikt więcej nie wie, ile obecny prezes naszego piłkarskiego związku zarabia.
Możemy więc w tej kwestii jedynie spekulować na bazie trzech punktów odniesienia. Pierwszy, to pensja sekretarza generalnego PZPN Macieja Sawickiego, której wysokość osiem lat temu jakimś cudem wyciekła do mediów. Dzisiaj pewnie jest wyższa, ale wtedy bylo to 30 tysięcy złotych brutto. Poprzednik Bońka na fotelu prezesa, Grzegorz Lato, nie potrafił ukryć swoich zarobków, więc wiemy, że pod koniec swojej kadencji zarabiał brutto 50 tys. złotych miesięcznie.
Boniek przejmując jego stołek pół żartem, pół serio stwierdził, że jest trzy razy lepszym prezesem niż Lato, zatem powinien też zarabiać trzy razy więcej. Dla jasności, dla PZPN posiadającego na koncie regularnie grubo ponad 220 mln złotych, te 150 tys. złotych dla szefa nie byłoby problemem. Sęk w tym, że mniej więcej tyle to zarabiają selekcjonerzy reprezentacji (mówimy tu o czystej gaży, bez premii za sukcesy), a jak świat światem, nigdy prezes zarządu związku nie kasował więcej od trenera kadry.
Dlatego stawiamy, że oficjalnie szef naszej futbolowej centrali pobiera wynagrodzenie na poziomie mniej więcej 80 tys. złotych miesięcznie, a do tego związek pokrywa mu koszty wynajmu apartamentu w Warszawie, utrzymania, transportu, także lotów do Rzymu, gdzie na co dzień mieszka, służbowych kart kredytowych, telefonu i co tam jeszcze można. Takie koszty można wyśrubować na dowolną wysokość, ale zakładamy, że sternicy polskiego futbolu przestrzegają nie tylko przepisy, ale też zachowują jakiś umiar.
Zarobki na poziomie piłkarzy
Nie jest jednak łatwo samemu się ograniczać, jeśli wysokość pensji uchwala jedynie zarząd związku. A wiadomo, że od ośmiu lat PZPN ma kolektywny zarząd jedynie w statutowym zapisie, bo de facto związkiem jednoosobowo rządzi prezes, który jak wieść niesie, skupił w swoim ręku wszystkie najważniejsze narzędzia sprawowania władzy i z dużą sprawnością się nimi posługuje. Nie musi, jak prezydent RP, liczyć się ze zdaniem prezesa, bo przecież sam jest prezesem. A skoro tak, to byłby frajerem, gdyby nie podyktował kilkunastu całkowicie zależnym od jego woli członkom zarządu, jakich potrzebuje środków finansowych do godnego sprawowania swojej władzy. Zważywszy na jakiej stopie żyje zakładamy, że generowane przez niego koszty to kwota co najmniej tej samej wielkości co wynagrodzenie, a zatem per saldo pan prezes jakoś do tych 150 tysięcy złotych mógł dobić. I to jak najbardziej legalnie oraz bez działania na szkodę spółki. Wszystkie finansowe sprawozdania publikowane przez PZPN jasno przecież pokazuj, że pod rządami byłego piłkarza Widzewa, Juvetusu i AS Roma nasz piłkarski związek wręcz rzyga forsą i stać go na płacenie swojemu szefowi ile tylko zechce.
Można nawet zaoszczędzić
Zbigniew Boniek w tym roku zakończy drugą czteroletnią kadencję. Przez osiem lat lekko licząc był w stanie legalnie zarobić (co nie znaczy, że zarobił, bo przecież tylko spekulujemy z braku oficjalnych danych) mniej więcej 8,5 mln złotych, czyli ponad pięciokrotnie więcej niż prezydent RP. Dlatego aż dziw bierze, że chęć przejęcia sterów w PZPN jak na razie zgłosił jedynie Marek Koźmiński, aktualnie wiceprezes ds. szkoleniowych, ponoć biznesmen w branży nieruchomości, ale zapewne także nie harujący w piłkarskim związku społecznie, jak to drzewiej bywało (zgodnie z korporacyjną logiką, jego zarobki muszą być wyższe niż sekretarza generalnego, ale niższe niż szefa, szacujemy zatem je na mniej więcej 50-60 tys. złotych brutto miesięcznie plus bonusy typu komórka, karta kredytowa, darmowe podróże itp. Koźmiński już zapowiedział, że będzie kontynuował dzieło Bońka, którego rzecz jasna widzi we władzach nowego zarządu, na stanowisku… wiceprezesa. Jeśli swój plan zrealizują, Koźmiński i Boniek zamienią się tylko miejscami, a w kwestiach finansów zrobią, co zechcą, bo przecież nikt w związku nie odważy się zaoponować.
Naprawdę, aż trudno pojąć, jakim cudem takie możliwości, taka absolutna władza, nie przyciągnęły jeszcze tłumu chętnych. Zwłaszcza, że aby zdobyć posadę prezesa PZPN, nie trzeba miesiącami jeździć po Polsce na spotkania z wyborcami i mamić ich obietnicami. Szefa piłkarskiego związku wybiera walne zgromadzenie delegatów składające się ze 118 osób. Prezesem może zostać każdy z obecnych na zjeździe delegatów, musi jednak przedstawić na piśmie zgłoszenie potwierdzone deklaracjami poparcia co najmniej 15 członków PZPN. Do zdobycia tej intratnej posady wystarczy uzyskanie poparcia 60 elektorów. Patrząc z boku wydaje się, że to łatwizna, ale ten jeden kandydat na scenie daje wiele do myślenia. I wiele wyjaśnia…

Dudzie spadnie? Przełożą wybory

– Dużo większa część niż wcześniej myśleliśmy, kampanii wyborczej będzie wirtualna, co jest poważną zmianą tego, co zaplanowały sztaby – mówi prof. Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Justyna Koć: Mamy kampanię wyborczą w czasach zarazy. Co to oznacza?

Marek Migalski: to rzeczywiście unikalna sytuacja. Jestem w stanie zaryzykować nawet stwierdzenie, że to będzie pierwsza wirtualna kampania XXI wieku. Z taką sytuacją nie mieliśmy nigdy do czynienia, były np. powodzie na części terytorium w 1997 roku czy lokalne zawirowania, ale nie mieliśmy nigdy do czynienia z sytuacją, że kraj przestaje normalnie funkcjonować, a jednocześnie toczy się kampania wyborcza. To także unikalne zdarzenie w skali świata.

Prezydent Duda jest na lepszej pozycji? Nie mówię tylko o 2 mld na media, ale też o możliwości wygłoszenia orędzia.

Ten scenariusz by się sprawdził, gdyby rzeczywiście w ciągu dwóch miesięcy ludzie by widzieli, że wszystko działa sprawnie i nic im nie grozi. Tyle tylko, że wiemy, że tak nie będzie.

W najbliższych sondażach zaobserwujemy gromadzenie się ludzi wokół władzy, niczym oddanie się we władanie rządzących ze szczególnym uwzględnieniem Andrzeja Dudy. Tylko że w dłuższym terminie efekt będzie odwrotny. Nie trzeba być wirusologiem, aby wiedzieć, że jesteśmy na początku epidemii. To oznacza, że w najbliższych dniach, po tym jak zostaną zamknięte szkoły, uczelnie, kina, muzea i teatry, liczba chorych gwałtownie będzie wzrastać.

To znaczy, że w świadomości ludzi utrwali się obraz władzy nieskutecznej. Skoro zamknęła państwo na klucz i zachęca, aby zostawać w domach, a mimo tego liczba zachorowań wzrasta i nie daj bóg pojawią się pierwsze zgony, to będzie to dowód na to, że Andrzej Fuda, obóz rządzący, premier Morawiecki przedsięwzięli działania, które nie zapobiegły epidemii.
Po drugie, to zacznie też być uciążliwie. Na razie wszyscy będą traktować to jako coś nowego i ciekawego, ale za 2-3 tygodnie miliony rodzin będą musiały dalej kombinować, z kim zostawić dzieci w domach, nie będzie można pójść do kina, na basen, być może sklepy będą zamykane, zacznie się jeszcze większa panika i to zacznie działać przeciw obozowi władzy.
Po trzecie, poprzez przeniesienie kampanii wyborczej do internetu i mediów społecznościowych przewaga dużych, bogatych graczy, czyli Kidawy-Błońskiej i Dudy, będzie się spłaszczać, bo tylko oni mieli możliwość organizowania dużych eventów “na bogato”. Teraz szanse się wyrównują, a pieniądze inwestowane w internecie nie od razu przekładają się na głosy. Tam liczy się pomysł, zaskoczenie, viralność, zaangażowanie zwolenników i jeśli mam rację, to jest to duża szansa dla Bosaka, którego zwolennicy są raczej młodsi, aby zmniejszyć dystans do Dudy na prawej stronie.
Zwiększa się również szansa po stronie opozycyjnej na zmniejszenie dystansu między Hołownią i Biedroniem a Kidawą-Błońską. To od pomysłowości sztabów i tego, jak szybko przełożą swoje myślenie z kampanii tradycyjnej na internetową, będzie wiele zależało.

Czy zmiana terminu wyborów to realny scenariusz?

W marcu Andrzej Duda zaliczy zwyżkę w sondażach, ale jeśli w kwietniu sondaże spadną, to sądzę, że władza może zagrać w odsunięcie wyborów, gdyby okazało się, że Duda ma większe prawdopodobieństwo na przegraną. Nie mam wątpliwości, że nie zawahają się użyć wszelkich sposobów, aby nie przegrać wyborów.

Wybory nigdy jeszcze nie odbywały się w takich warunkach, co oznacza, że są nieprzewidywalne, to z kolei oznacza, że jeden gest, jedna wypowiedź, działanie może poważnie wywrócić dotychczasową dynamikę kampanii wyborczej.

Opozycja poparła specustawę, ale jednocześnie Małgorzata Kidawa-Błońska wprost krytykuje rządzących i oskarża, że ich działania są spóźnione, że nie zabezpieczyli nas przed epidemią póki był na to czas. To dobry pomysł?

Najlepszy z możliwych. Z jednej strony są deklaracje współpracy i to jest oczywiste. Gdyby opozycja nagle stanęła i zapowiedziała, że nie współpracuje z rządem, to byłby to gwóźdź do ich trumny. Z drugiej strony punktuje rząd, ale jeśli jest tak, że wykrytych mamy niecałe 30 przypadków, a w podobnej liczbowo Hiszpanii jest 1700, to oznacza, że zarażeni są jeszcze niewykryci. Jeżeli w krajach zachodnich przebadano dziesiątki tysięcy ludzi, a u nas 2000, to musi oznaczać, że wielu jeszcze nie wykryto, a jeśli tak jest, to znaczy, że te osoby dalej zarażają następne. To z kolei oznacza, że w najbliższych dniach dojdzie do gwałtownego wzrostu zarażonych, co pokaże, że rząd pewne rzeczy zaniedbał.

Rolą opozycji jest oczywiście współpraca z rządem w kryzysowych sytuacjach, ale jednocześnie punktowanie i rozliczanie rządu z tego, na ile działania podjęte przez władzę zmniejszyły lub nie liczbę zachorowań.

Pewne jest, że czeka nas test, jak funkcjonuje nasze państwo. Czy to będzie scenariusz włoski czy niemiecki?

Gdybym miał przed epidemią powiedzieć, które państwo bardziej przypomina Polskę w sposobie i mentalności rządzących, mentalności ludzi, sprawności instytucji, to oczywiście powiedziałbym, że to są raczej Włochy, niż bardzo dobrze zorganizowane i zdyscyplinowane Niemcy. To zły prognostyk.

Konflikt prezydent-prezes TVP z 2 mld w tle to dowód na to, że Jarosław Kaczyński coraz mniej panuje nad walkami buldogów pod dywanem?

Uważam, że wręcz odwrotnie. Duda postawił żądanie, Kaczyński musiał się na to zgodzić, bo zależało mu na tej ustawie – zresztą uważam, że Kaczyński błędnie założył, że telewizja Jacka Kurskiego była narzędziem do wygrania wyborów.

Bardzo szybko okazało się, że wiele musiało się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu. Jacka Kurskiego, dzień po tym, jak przestał być prezesem, zobaczyliśmy uśmiechniętego w roli doradcy zarządu TVP, a Marzena Paczuska, która była człowiekiem dudy w zarządzie, została zawieszona. Tę wojenkę z Kaczyńskim Duda ewidentnie przegrał, a to oznacza, że Kaczyński nie stracił panowania nad swoimi buldogami, tylko musiał na chwilę się wycofać, żeby potem ośmieszyć tych, którzy stanęli mu na drodze.

Dla mnie wnioskiem najważniejszym z tego starcia jest to, że potwierdzają się moje opinie sprzed roku, kiedy twierdziłem, że Jarosław Kaczyński nie chce dudy na prezydenta, ponieważ uważa go za zbyt samodzielnego. Moim błędem było to, że uważałem, że go nie wystawi. Dzisiaj Kaczyński przyjął koncepcję sprytniejszą – wystawił Dudę, ale robi wiele, aby nie wygrał. Ten konflikt, który się zarysował, jest konfliktem absolutnie realnym, a emocje między politykami są szczerze bardzo złe. Duda Kaczyńskiego nienawidzi, Kaczyński Dudą gardzi.

Nawet jeśli Andrzej Duda zostanie wybrany, to relacje między politykami będą bardzo kiepskie, a ponieważ Duda nie będzie mógł być tak szantażowany przez PiS, jak przez ostatnie 5 lat, to możemy oczekiwać, że wojna wybuchnie na nowo. Wtedy teza, że Kaczyński stracił panowanie nad buldogami, będzie prawdziwa. Zresztą jak Duda przegra, to wojna też zostanie wywołana, tylko oczywiście nie przez niego.

Kampania Dudy bez pomysłu

– Włączenie do strategii wyborczej kwestii koronawirusa może okazać się pułapką. Jeśli za 4-5 tygodni to zagrożenie zostanie opanowane, wtedy z czym zostaną politycy? Jeśli natomiast rozwinie się ono w niespotykaną w swoich konsekwencjach epidemię, to rząd zmuszony będzie przyznać się do niemożności ochrony obywateli, ale też i opozycja zmuszona będzie do wspierania działań rządu – mówi dr Robert Sobiech, dyrektor Instytutu Polityk Publicznych Collegium Civitas, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Jeszcze w piątek premier Morawiecki i minister zdrowia zapewniali, że wszystko jest gotowe na wypadek zarażenia koronawirusem. Tymczasem w niedzielę późnym wieczorem do Sejmu trafił projekt specustawy dotyczącej koronawirusa. Co się nagle stało?

ROBERT SOBIECH: Sądzę, że mamy tu do czynienia z dwoma scenariuszami, które się wzajemnie nie wykluczają. Pierwszy to rutynowa reakcja rządu na nowe zagrożenie, podobna do reakcji rządów w innych państwach. Do tego nie jest potrzebne nagłe posiedzenie parlamentu. Nie słyszałem, żeby rządy innych państw w trybie nagłym uchwalały nowe regulacje prawne. Działają one zapewne w ramach przyjętych rozwiązań reagowania na podobne zagrożenia. Czy tylko w Polsce odkryto dziury w procedurach zarządzania kryzysowego? Znam jedynie omówienia projektu ustawy, z których wynika, że część nowych przepisów odnosi się wyłącznie do koronawirusa. Czy zatem w przypadku kolejnego wirusa potrzebne będą kolejne ustawy? Stąd też prawdopodobny jest drugi scenariusz.

Mamy zaledwie 10 tygodni do wyborów prezydenckich i silną pokusę wykorzystania rzeczywistego zagrożenia do zwiększenia społecznego poparcia. Posiedzenie sejmu zwołano na żądanie prezydenta Dudy. Czy tylko dlatego, że stratedzy prezydenta chcieli pokazać go jako przywódcą, który chroni Polaków przed poważnymi konsekwencjami wirusa? W takim scenariuszu nie wystarcza zwykła relacja rządu z podejmowanych działań. Okazuje się, że niezbędna jest nowa ustawa. Ale kto mieczem wojuje… Właśnie obejrzałem poniedziałkowe wydanie „Wiadomości” TVP. Rozpoczęła je obszerna relacja z Sejmu pokazująca, jak premier i ministrowie przeciwdziałają epidemii. O prezydencie jako inicjatorze tego nadzwyczajnego posiedzenia było tylko kilka zdań na koniec materiału.

Jak koronawirus może wpłynąć na kampanię wyborczą?

Na pewno ma znaczenie, bo to są sprawy, które wiążą się z odpowiedzialnością polityków. Między innymi po to wybieramy rząd, aby chronić nas przed takimi zagrożeniami. Ale koronawirus to problem globalny, zagrożenie, z którym nie potrafią poradzić sobie rządy znacznie silniejszych państw niż Polska. Stąd też nie będzie wiarygodna ani strategia rządu twierdzącego, że uchroni Polaków przed zagrożeniami, ani strategia opozycji oparta na przypisywaniu odpowiedzialności za kryzys rządzącym.

Światowe doświadczenia pokazują, że w wypadkach kryzysu ludzie grupują się przy władzy. Czy tak to zagrożenie zadziała u nas?

Odwołuje się pani do pewnej prawidłowości, która od dawna jest opisywana w naukach społecznych. Mamy wiele przykładów potwierdzających, że rządzący wykorzystują (a nie niekiedy sami kreują) zagrożenia w celu umocnienia swojej władzy. Przekaz: „tylko my możemy ochronić obywateli” często prowadzi do zwiększenia społecznego poparcia.
Z drugiej strony przykłady wielu kryzysów pokazują, że prowadzą one do wycofania poparcia dla rządzących. Przykładem jest tu światowy kryzys ekonomiczny z 2008 roku. To nie rządy wielu państw europejskich były odpowiedzialne, ale konsekwencje ponosili rządzący zmuszeni do prowadzenia polityki wyrzeczeń i oszczędności. Trudno więc powiedzieć, jak zareaguje większość Polaków.

Wiadomo, że żaden kraj sam nie sprosta zagrożeniu. W Europie wirus rozprzestrzenia się we Włoszech, Francji, jest już ponad 100 przypadków w Niemczech. Dlaczego Polska ma być wyjątkiem?

Opozycja podejrzewa, że rząd nie informuje w pełni o wirusie, z kolei władza zarzuca opozycji, że ta gra koronawirusem. Jak pan na to patrzy?

Wolałbym, aby w tej sprawie wypowiadali się eksperci od przeciwdziałania epidemii, a nie politycy, którzy są w środku kampanii wyborczej. Nie jest tak, że mamy taki supersilny i sprawny rząd, który poradzi sobie z wirusem lepiej, niż reszta świata, ani nie jest zapewne tak, jak chciałaby mówić opozycja, że jesteśmy zupełnie bezbronni.

Włączenie do strategii wyborczej kwestii koronawirusa może okazać się pułapką. Jeśli za 4-5 tygodni to zagrożenie zostanie opanowane, wtedy z czym zostaną politycy? Jeśli natomiast rozwinie się ono w niespotykaną w swoich konsekwencjach epidemię, to rząd zmuszony będzie przyznać się do niemożności ochrony obywateli, ale też i opozycja zmuszona będzie do wspierania działań rządu.

Proszę zwrócić uwagę, że na konwencji Małgorzaty Kidawy-Błońskiej o koronawirusie nie było ani słowa. Nie dlatego, że stratedzy opozycji uważają, że dziś nie jest to ważny i nośny temat.

Jak ocenia pan konwencję Małgorzaty Kidawy-Błońskiej?

Na pewno zobaczyliśmy inną Małgorzatę Kidawę-Błońską, niż jeszcze parę miesięcy temu. To było spójne, dobrze przemyślane wystąpienie kandydatki, która pokazała, że może być energicznym, silnym politykiem, trafnie odczytującym ludzkie problemy, że może bardzo trafnie punktować rząd, a przede wszystkim prezydenta. Była to też dobra próba „odbrązowienia”, pokazania Małgorzaty Kidawy-Błońskiej nie w kontekście genów przodków predestynujących ją do bycia prezydentem, ale pokazania (opowieścią jej męża), że doświadczała ono takich samych problemów jak większość Polaków.

To była dobra konwencja, ale jej efekty nie zależą tylko od pomysłów strategów. Konwencja trwa kilka godzin, a media wyciągają z niej i eksponują jedynie wybrane fragmenty, wybrane przekazy. Jedynie one mają szansę stać się elementem świadomości społecznej.

Do takich przekazów należeć zapewne będą słowa kierowcy z Oświęcimia, który opowiadając o kolejnych zmianach prokuratorów w banalnej niby sprawie kolizji drogowej powiedział, że zderzył się nie z autem Beaty Szydło, ale „zderzył się z władzą”. Takie stwierdzenia na długo zapadają w pamięć i pokazują w praktyce, na czym może polegać arogancja władzy, ale też polityczna kontrola wymiaru sprawiedliwości.

Co się stało z kampanią Andrzeja Dudy?

Nie jest jasne, na czym ma ona polegać. Z jednej strony finał konwencji wyborczej Andrzeja Dudy pokazywał go jako silnego, samodzielnego polityka. Tymczasem już kilka dni później pojawiło się zdjęcie z narady PiS-u, gdzie prezydent przedstawiany jest jako jeden z wielu liderów rządzącej partii. W poniedziałek w Sejmie mielibyśmy zapewne być świadkami kolejnego etapu kampanii, kiedy to rząd na polecenie silnego, niezależnego prezydenta miał informować, jak chroni obywateli przed wirusem. Wspomniana wcześniej poniedziałkowa relacja w „Wiadomościach” TVP sugeruje, że nawet rządowa telewizja nie zrealizowała takiego planu. To z jednej strony efekt wewnętrznych tarć, ale przede wszystkim efekt braku jasnej koncepcji kampanii prezydenckiej.

Wskazuje to na swoiste wypalenie całego rządu po pierwszej kadencji. Tak jak cały rząd nie ma planu pójścia do przodu, jak jeszcze pokazywał nam 4 lata temu, tak i Andrzej Duda nie ma takiego planu. Hasło, że będziemy robić wszystko, żeby Polacy byli coraz bardziej bogaci, nie wystarcza.

Przypomina „ciepłą wodę w kranie” Tuska?

Trochę tak, ale poczekajmy na sondaże, które do tej pory w zasadzie nie ulegały większym zmianom, wskazując na ponad 40-proc. poparcie dla Andrzeja Dudy.Czy przekazy z konwencji Kidawy-Błońskiej, Kosiniaka-Kamysza czy Biedronia spowodują zmianę notowań? Jeżeli pojawiłby się spadek notowań obecnego prezydenta, to tylko w części byłby on efektem kampanii kandydatów opozycji. W dużym stopniu byłby konsekwencją mającego miejsce od dłuższego czasu spadku nastrojów społecznych.
Proszę zwrócić uwagę, że właściwie od wyborów parlamentarnych oceny sytuacji kraju, własnej sytuacji finansowej, ale także notowania rządu czy premiera, nastroje społeczne systematycznie spadają. To w dużej mierze efekt obaw związanych ze wzrostem cen i kosztów utrzymania. Jeżeli prezydent Duda miałby stracić poparcie części z ponad 8 mln wyborców popierających go w sondażach, to przede wszystkim ze względu na bagatelizowanie tych obaw. Wypowiedź o tym, że „w ogromnym stopniu potaniał olej” ma już miliony odsłon w sieci i może mieć większą siłę oddziaływania, niż najlepiej przygotowane konwencje.

Jaką rolę pełni pierwsza dama? Od konwencji głośno o tym, a oliwy do ognia dolał rzecznik prezydenta, który stwierdził, że pierwsza dama powinna milczeć.

Czasami lepiej, jak milczy rzecznik. Myślę, że duża część społecznego poparcia dla wszystkich polskich prezydentów wynikała z obecności ich żon w sferze publicznej. Dla wielu Polaków to jest trudne do zrozumienia, dlaczego żona obecnego prezydenta pozostaje osobą prywatną. Bardziej istotnym pytaniem jest, czy większość wyborców jest skłonna po raz pierwszy głosować na prezydenta kobietę. Jeśli prezydentem może zostać „kobieta z Ursusa”, to społeczna rola „pierwszej damy” przybierze zupełnie inny wymiar, w tym konieczność poszerzenia języka polskiego o nowe słowo.

Flaczki tygodnia

„Polityka PiS: rok 2015 – wystarczy nie kraść, rok 2016 – my nie kradniemy, nam się to po prostu należy, rok 2017 – inni też kradli, rok 2018 – inni kradli więcej, rok 2019 – kradniemy ale zgodnie ze stanowionym przez nas prawem, rok 2020 – kradniemy, i co nam zrobicie?”. Taką wyliczankę znalazłem w Internecie.
Czy należy do niej dodać „Rok 2023 – rozkradliśmy co mogliśmy. Schowaliśmy ukradzione gdzie tylko mogliśmy. Teraz możemy oddać władzę”.

Pan poseł PiS i wiceminister klimatu Ireneusz Zyska od końca stycznia jest także pełnomocnikiem rządu ds. odnawialnych źródeł energii. Na to stanowisko powołał go premier Mateusz Morawiecki.
No i niech teraz ktoś z wrażej opozycji powie, że rząd nie zajmuje się tym, jakże ważnym problemem.
Warto dodać, że nominacja pana posła i wiceministera w jednym Ireneuszu Zysce wydłużył listę pełnomocników rządu i prezesa Rady Ministrów. Obecnie jest ich już czterdziestu czterech.
Pełnomocnicy rządu i pana premiera mają różne kompetencje. Są pełnomocnicy od prawa człowieka, od rozwoju gospodarczego, czyli problemów fundamentalnych, nigdy w pełni nie rozwiązywalnych. Jest też pełnomocnik ds. przygotowania Światowego Forum Miejskiego w Katowicach.
Rządowi pełnomocnicy mnożą się, bo pan premier Morawiecki przyjął bardzo wygodną taktykę. Kiedy tylko pojawia się jakiś problem, kiedy zyskuje on rozgłos w mediach, to pan premier od razu powołuje specjalnego pełnomocnika ds. rozwiązania owego problemu. W randze wiceministra, żeby nadać mu i problemowi odpowiednio wysoką rangę. No i niech teraz ktoś zarzuci panu premierowi, że nie pracuje, nie rozwiązuje trapiących naród problemów.
Oczywiście każdy z tych 44 pełnomocników dostaje nie tylko stosowne do wagi problemu uposażenie z budżetu państwa. Każdy ma też grono opłacanych z budżetu współpracowników, czyli dodatkowych klientów politycznych związanych z PiS. Bo to co ich podnieca, to się nazywa kasa.

Oprócz wspomnianych 44 pełnomocników w randze wiceministrów aktualnie rząd pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego składa się z: jednego pana premiera Morawieckiego + 23 ministrów + 78 wiceministrów + 44 pełnomocników w randze wiece ministrów.
Jest to niewątpliwie największy rząd w trzydziestoletniej historii III i IV Rzeczpospolitej.
Liczebnie rzecz jasna.

Znana z notorycznego łamania prawa szefowa Kancelarii Sejmu RP pani minister Agnieszka Kaczmarska otrzymała w ubiegłym roku z budżetu państwa polskiego nagrody w łącznej wysokości ponad 45 tysiące złotych. Dwukrotnie nagrody przyznawał jej były marszałek Sejmu RP pan Marek Kuchciński, a raz obecna pani marszałek Elżbieta Witek.
Kiedy dziennikarze zapytali o powody tak szczodrych nagród, usłyszeli ,że „Zajmowanie stanowiska Szefa Kancelarii Sejmu wymaga wykorzystania zdolności organizacyjnych, doświadczenia, a także pełnego zaangażowania. Wiąże się to z koniecznością posiadania rozległej wiedzy związanej z parlamentaryzmem, poważnym ograniczeniem czasu prywatnego, koniecznością stałej gotowości do realizacji nowych zadań, brakiem możliwości ograniczenia czasu pracy do przyjętych norm”.
Przekładając to na polski, można rzec, że pani minister Kaczmarska tak silnie zaangażowała się w łamanie prawa dla realizowania interesów elit PiS, że te nędzne 45 tysięcy zwyczajnie się jej należały.

Rozkręcają się prezydenckie kampanie wyborcze. A ponieważ w IV Rzeczpospolitej mediokracja dominuje nad demokracją, to coraz częściej mamy w kampaniach przerosty form nad treściami.

„Przyszedł czas, by prezydentem Polski została kobieta z Ursusa; kocham Polskę i dlatego chcę być prezydentem Polski; prawdziwą prezydent”,
oświadczyła kandydatka Komitetów Obywatelskich Małgorzata Kidawa-Błońska.
„Chodź tygrysie, scena jest twoja”, tak zapowiedziała wystąpienie swojego męża w czasie konwencji PSL w Jasionce pani Paulina Kosiniak – Kamysz. Wcześniej pokazała, że na scenie, w błysku fleszy i przekazie kamer, wypada znakomicie.

Podczas obu sobotnich konwencji kandydaci posiłkowali się już nie tylko swoimi głowami, lecz przede wszystkim zaprzęgniętymi do kampanii wyborczej bliskimi.
Kidawa – Błońska pokazała Wyborcom swego męża reżysera filmowego, nadal przystojnego i w pełni sił twórczych, potem politycznych dziadków i pradziadków, już nieobecnych na tym łez padole, oraz kilka osób znanych z mediów, i poszkodowanych przez PiS.
Kandydat PSL, mąż pani Pauliny Kosiniak- Kamysz, zwany przez nią „Tygrysem”, dzielnie asystował swej, znakomicie wypadającej w medialnych przekazach Małżonce. I wspaniale odnalazł się w roli maskotki „Tygrysa” przebojowej pani Pauliny.
Nic zatem dziwnego, że telewizyjne przekazy obu konwencji od pewnego momentu przestawały być prezentacjami programów kandydatów na urząd prezydenta RP, a stawały się rankingami urody i elokwencji ich partnerów życiowych.
Teraz „Flaczki” czekają na medialne wybory najpiękniejszej kandydatury na Pierwszą Damę i Pierwszego Męża. Ekscytują się; czy poseł Krzysztof Śmiszek partner „chłopaka z Krosna” uzyska wyższe słupki poparcia od reżysera Kidawy- Błońskiego, małżonka „kobiety z Ursusa”? Czy obaj nawiążą równoległą walkę z pogromczynią „Tygrysa z Krakowa”?

Kampanie prezydenckie zaczynają coraz bardziej przypominać telewizyjne tańce z gwiazdami, bo kandydaci tak wiele Wyborcom obiecują, iż merytoryczna debata przestaje mieć sens. Suweren wie, że w Polsce prezydent nie rządzi, może on tylko rządy rządu blokować lub mu je ułatwiać. Zatem niech wygra najpiękniejsza Pierwsza Dama. Będzie przynajmniej przez na co w telewizorze popatrzeć przez najbliższe 5 lat.

PS. W zeszłą sobotę powstał w Olsztynie kolejny Klub Przyjaciół Mediów Lewicowych. Poczęto go w księgarni, podczas debaty olsztyńskiej Lewicy, czyli Wiosny, Razem i SLD, z twórczym udziałem redaktora naczelnego „Trybuny” Piotra Gadzinowskiego, wieloletniego parlamentarzysty SLD. Wspólne dziecko świecko pobłogosławił olsztyński poseł SLD Marcin Kulasek. Twórczego, długiego życia, życzą „Flaczki” olsztyńskiemu noworodkowi.

Następny prezydent durniem nie będzie

Kampania prezydencka się rozkręca. Powoli i ospale. Kandydaci oraz kandydatka na urząd Prezydenta RP jeżdżą po kraju.

Najchętniej wpadają do małych miast i miasteczek, bo tam na ogół ludzie przyjmują ich chętnie. Jak mawia pani Krawczykowa (Beata, mieszkanka Złotowa) – „Zawsze to jakaś atrakcja, a za co bardziej znanym kandydatem to i telewizja dojedzie i można potem w telewizji obejrzeć. Siebie. Bo kandydatów oraz kandydatkę to w telewizji można obejrzeć co dzień i nic z tego nie wynika. A siebie zobaczyć, to zawsze jakaś nowość. A jak kandydat (lub kandydatka) coś głupiego powie, to i w „Szkle” prosty człowiek w tle siebie zobaczy, a to już wyższa półka. Poza tym z tych kampanii dla ludzi coraz mniej wynika. Kiedyś to festyny były jakieś i coś za darmo rozdawali. Teraz to tylko te kolorowe śmieci rozwieszają i gadają, gadają, gadają. Żeby chociaż coś nowego opowiedzieli. Albo, żeby tak z nimi pogadać. Ale to niestety mało kiedy można”.

Może to i prawda, jednak ludzie swoje wiedzą i jak chcą coś kandydatowi powiedzieć, to powiedzą. Jak ten obywatel Mirosław (lat 65). Z Łowicza. Sławny się zrobił, choć sławy takiej nie pragnął chyba. Chciał tylko urzędującemu Prezydentowi oraz nam wszystkim poniekąd rzecz ważną powiedzieć. A że niespecjalnie pana Prezydenta przez te cztery z okładem lata polubił, to wiedział, że z rozmowy nici. Więc skrótem myślowym i cytatem na transparencie się posługując wykrzyczał – „Mamy durnia za prezydenta”. Pod spodem inicjały LW, bo to przecież były prezydent Wałęsa tak mówił o wówczas urzędującym prezydencie Lechu Kaczyńskim. Obywatel Łowicza podzielający zapewne pragnienie innych obywatelek i obywateli umieszczone na kolejnym, dzielnie w górze, mimo wysiłków łowickiej policji trzymanym transparencie „WyPAD2020” (PAD to skrót od zwrotu „prezydent Andrzej Duda” oraz solidaryzujący się z refleksją wyrażoną w słowach „Pan Duda chce być prezydentem. Dziwne. Przez 5 lat miał okazję. Ani razu nie skorzystał”, był absolutnie przekonany, że to co napisał nie jest niczym innym, jak prostym stwierdzeniem faktu.

Na dodatek – przecież Lech Wałęsa za określenie „dureń” (odnosiło się do kompromitującej prezydenta Kaczyńskiego tzw. afery z ujawnieniem raportu WSI) ukarany nie został. Trwające wtedy 2 lata postępowanie w sprawie zostało prawomocnie umorzone. Skoro tak, to i mnie wolno – pomyślał, napisał i poszedł z Prezydentem RP się przywitać. Zresztą, jak wynika ze słów pana Mirosława słowa „durny” nie uważa on za „obraźliwe”. „Myślę, że określa człowieka, który sam nie potrafi decydować o wszystkim i ulega wpływom, dlatego uznałem, że to będzie dobre słowo” – mówił dziennikarzom (i zapewne prokuratorowi). Bo jak wszyscy już wiemy, w Polsce i za granicami kraju, pan Mirosław został zatrzymany przez policję. I jako „zakłócający przebieg zgromadzenia” oraz mający „obraźliwy napis” przewieziony do Komendy Policji, gdzie go dokładnie wylegitymowano, sprawdzono skąd pochodzi i dokąd zmierza, przesłuchano wnikliwie i ku jego i naszemu zdumieniu jeszcze tego samego dnia usłyszał zarzut publicznego znieważenia Prezydenta RP. Zgodnie z Kodeksem karnym za „znieważenie” grozi kara do trzech lat pozbawienia wolności.

Nasze i pana Mirosława Zdziwienie wciąż budzi zarówno trafność polskiego przysłowia „uderz w stół…” – na transparencie nie widniało wszak nazwisko Andrzeja Dudy, a prezydentów jest ci u nas dostatek, każde miasto trochę od Łowicza większe ma swego, jak i błyskawiczne działanie organów ścigania w innych sprawach działających dużo wolniej.
Morał – co wolno było o prezydencie Lechu Kaczyńskim prezydentowi Wałęsie powiedzieć, to już panu Mirosławowi z Łowicza o prezydencie Andrzeju Dudzie powiedzieć nie wolno.

Pytanie – a dlaczego tak proszę zadawać prokuraturze w Łowiczu albo Ministrowi Sprawiedliwości, jeśli ktoś ma ochotę z nimi gadać.

Moja rada – następnym razem na transparencie napisać dużymi literami „Następny Prezydent durniem nie będzie”. I głosować 10 maja na kogoś, kto jest w stanie sprostać choćby i tym minimalnym standardom.

Z jednego do jednego

Prezydent Duda zainaugurował kampanię w wielkim stylu. Uczynił to w stołecznej Hali Expo. Tej samej, w której swoją kampanię przed drugą elekcją rozpoczynał Bronisław Komorowski. Wszystko wyglądało dość podobnie, czyli nudno. Konfetti, gra świateł, sztampowe przemówienia, obrazki ze wspierającą żoną. Pozostaje tylko pytanie, jak skończy ten, kto tak samo zaczyna.

W przeddzień otwarcia kampanijnego maratonu przez prezydenta Dudę, byłem u kolegi Nizinkiewicza z konkurencyjnego medium, gdzie udzielałem wywiadu na tematy okołopolityczno-muzyczne. Zapytany o to, czy wybieram się na wybory prezydenckie odpowiedziałem, że zapewne tak, choć kandydat na którego w pierwszej turze oddam głos, nie jest do końca z mojej bajki, czemu dawałem na tych łamach wyraz nie raz, nie dwa razy. Tym samym wieszczę drugą turę, w której to znowu najpewniej postawion będę przed przykrą dychotomią: PiS vs. PO, co jest wyborem nie tyle nawet mniejszego zła, co wyborem zupełnie pozornym. Wybierać można z dwóch jedno, a z jednego trudno wybrać. Powiedziałem też przy okazji tych rozważań, że w drugiej turze najpewniej oddam pusty głos, jeśli, a wszystko wskazuje na to, że tak właśnie będzie, staną w niej naprzeciw siebie urzędujący prezydent i MK-B. Na odchodne dorzuciłem, że uważam nawet, że wybór MK-B na prezydenta spowoduje w kraju jeszcze większy pierdolnik, od tego, który jest w nim dzisiaj. No i się zaczęło. Na raz zostałem przez część opinii publicznej oraz jej wyznawców zaszufladkowany jako pretorianin Andrzeja Dudy, choć wcześniej życzyłem mu publicznie, aby nie dawał się ponownie wmanewrowywać w prezydenturę, bo to robota nie dla niego. Na nic się to jednak zdało, przy słowach o bałaganie, po ewentualnym zwycięstwie pani marszałek. Sam jednak jestem sobie winien. Wypowiedziałem publicznie sąd, a nie dałem argumentacji. Bo słów oczywiście nie cofam, gdyż zawsze biorę za nie pełną odpowiedzialność. Jaki więc bałagan autor miał na myśli?

Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby MK-B udało się w drugiej turze Andrzeja Dudę pokonać, co wszak nie jest takie znowu nierealne. Radość w sztabie zwyciężczyni-bo to normalne. Wściekłość i smutek w obozie przegranego, bo to jeszcze bardziej normalne. Ale prócz tego, na prawicy pisowskiej zagości coś jeszcze. Żal po porażce ustąpi miejsca poczuciu zagrożenia i próbie wytłumaczenia przed samymi sobą porażki, jako wyniku działania czegoś innego, niż demokratyczny wybór Polaków. Zadział bowiem spisek. Układ podniósł łeb, namieszał i wybory sfałszował, a w najlepszym wypadku, omamił ludzi. I nawet jeśli prezydent urząd zwolni i pozwoli MK-B wejść pod żyrandol, w rządowych ławach zacznie się piekło, które rozleje się na cały kraj. Zapanuje niewyobrażalny bałagan i zaszczucie-jednych na drugich. Jedni będą mieli za sobą sukces wyborczy, a drudzy potężną machinę propagandy, na którą przeznaczono przed wyborami potężny grosz, nie po to, żeby z niej nie skorzystać. Wybuchnie totalny konflikt wewnętrzny, który zatruje i tak do trzewi zatrute społeczeństwo na kolejne dekady. Co więc zrobić? Pozwolić Andrzejowi Dudzie wygrać bez walki? Na pewno nie. Próbować trzeba. Ja jednak nie zamierzam już więcej wybierać mniejszego zła. Nie przyłożę ręki do sukcesu ani do porażki.

Co tu kryć, opozycja przespała swoją szansę, nie wyłaniając kandydata szerokiego frontu od Lewicy, przez PSL, do PO. Żeby ten plan miał szansę powodzenia, kandydatem na prezydenta nie mógł zostać żaden lider partyjny, ani osoba jaskrawie kojarzona z jedną opcją. Po raz kolejny zwyciężyły jednak partykularyzmy i funduje się nam, prostym ludziom, nowe 5 lat polskiego piekiełka, spychając cały wybór pod ścianę z napisem PiS albo PO. Zyskuje na tym PiS, nie traci PO. Reszta czeka na rozwój wypadków. A najbardziej w kość dostają Polska i Polacy. Ci bezpartyjni. Z orzełkiem w koronie.

Polska godności, nie Polska pogardy

Kraj, w którym nikt nie będzie czuł się wykluczony, władze będą przestrzegały konstytucji i innych przepisów prawa, a pieniądze publiczne zamiast na zbrojenia pójdą na program budowy tanich mieszkań – taką wizję Polski nakreślił wczoraj na spotkaniu z warszawskimi sympatykami Robert Biedroń, kandydat Lewicy na prezydenta.

Przekonywał przy tym, że nie należy zrażać się sondażami, które na razie dają mu małe szanse nie tylko na prezydenturę, ale nawet na drugą turę. Przypomniał, że ubiegając się o stanowisko prezydenta Słupska też zaczynał od kilku procent, by ostatecznie zwyciężyć. Również Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, mówił Biedroń, nie dawano szans na prezydenturę. Tymczasem on stanął do wyścigu, wygrał i jest dziś wspominany jako najlepszy prezydent w historii III RP.

Prezydent, nie marionetka

Kwaśniewskiego Biedroń chwalił także za umiejętność rozmowy ze wszystkimi stronami sceny politycznej, prowadzenia dialogu ponad podziałami. – To lewica dała Polsce obecną konstytucję – oznajmił. Postawę ówczesnego prezydenta porównał ze stylem sprawowania urzędu przez Andrzeja Dudę i nie znalazł dla niego wiele ciepłych słów. Podkreślał, że Polsce jest potrzebna głowa państwa, a nie polityk sterowany przez szefa partii, która wyniosła go do władzy. Taki, który tak bardzo nie chce słuchać krytyki, że rozmawia tylko z tejże partii przedstawicielami.
Biedroń celnie zauważył, że wiele tematów w tej kampanii poruszy tylko on. Inni kandydaci bowiem za bardzo obawiają się spadku w sondażach, by mówić o świeckości państwa, prawach kobiet czy odchodzeniu od węgla.

Koniec z węglem

Temat węgla okazał się zresztą jednym z wiodących podczas spotkania. Na sali pojawili się przedstawiciele organizacji Greenpreace, którzy apelowali do Roberta Biedronia o jeszcze ambitniejsze działania w sprawach czystego powietrza i gospodarki opartej na  źródłach odnawialnych. Wskazywali, że gospodarcza transformacja musi dokonać się nawet pięć lat wcześniej niż do 2035 r.

Nadspodziewanie mało mówiono natomiast o sprawach typowo socjalnych, które przecież w programie kandydata – jak i w programie wspierającej go Lewicy – są fundamentalne. Robert Biedroń oznajmił jedynie, że zamiast kupować drogie amerykańskie samoloty bojowe, należałoby przeznaczyć te miliony złotych na program mieszkaniowy. Być może jednak o sprawach edukacji, transportu czy wreszcie wynagrodzeń i podatków jeszcze usłyszymy. Biedroń zaznaczył wszak, że jest politykiem z wizją, a takich, którzy od wizjonerstwa się odżegnują, raczej się boi. Doprecyzował też, że jego wizja to nowoczesne państwo dobrobytu.

Dobry prezydent, czyli kto?

Przez część spotkania kandydat krążył między rzędami zebranych, pytając: jaki powinien być dobry prezydent? Co w konstytucji jest dla was najważniejsze? Padały odpowiedzi: że głowa państwa powinna reprezentować całe społeczeństwo, a nie wprowadzać podziały. Mówili, że ważna jest dla nich prawda i otaczanie się przez głowę państwa kompetentnymi doradcami, a także, że chcieliby prezydenta, który jest szanowany i traktowany poważnie przez innych przywódców państw, nie zaś „obija się od ściany do ściany”.

Nie mogło zabraknąć przypomnienia o sukcesach Lewicy, które już miały miejsce. Biedroń przypomniał, że tę formację niemalże spisano już na straty. Tymczasem zjednoczenie SLD z jego strukturami, Razem z jego odważnym programem i Wiosny, wnoszącej nową energię, pozwoliło wprowadzić do Sejmu reprezentację, która merytorycznie i konkretnie punktuje rząd w debatach. Biedroń wyraził nawet nadzieję, że przyszłym premierem Polski będzie Włodzimierz Czarzasty lub Adrian Zandberg.
Ostatnie sondaże dają Robertowi Biedroniowi poparcie w granicach 11 proc. To lepiej, niż na starcie kampanii, gdy polityk nie przekraczał 10 proc., ale nadal wyraźnie niżej od Andrzeja Dudy i Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Na obecną głowę państwa, według badania zamówionego przez Polska Press Group, chce głosować 41,3 proc. uprawnionych. Na kandydatkę KO – 24 proc.