Nie mamy już normalnej demokracji

Polacy są różni i zawsze tacy byli – lewica-prawica, endecja, piłsudczycy, socjaliści, ludowcy, byli ludzie bardziej otwarci na Zachód i tacy, którzy próbowali zamykać się we własnym gronie, strzec niezmienności – mówi prof. Andrzej Friszke, historyk, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Boi się pan?

ANDRZEJ FRISZKE: Boję się już od paru lat, i to kilku rzeczy. Po pierwsze narastającej nienawiści i przyznam, że nie pamiętam, aby kiedykolwiek była aż taka. Po drugie boję się, że w efekcie tego, co się dzieje, Polska przestanie być krajem demokratycznym, a to był cel naszego zaangażowania w życie publiczne od młodych lat. Po trzecie, że w rezultacie tego wypadniemy z UE i zostaniemy samotnie na rosyjskim przedpolu.

Te wybory mogą mieć aż takie znaczenie?

Trzeba powiedzieć, że istniejący stopień podziału społecznego, w zasadzie po połowie z niewielkimi przechyłami w jedną lub drugą stronę, to jest sytuacja zła. Mamy obecnie w Polsce ostry spór o fundamentalne wartości, spór, który w kraju, w którym nie odbyła się wojna, nie doszło do wielkiej katastrofy, nie powinien mieć miejsca. To jest niezrozumiałe i niewytłumaczalne w świetle naszych doświadczeń historycznych. Takie sytuacje nie zdarzały się na świecie bez doświadczenia wojny czy wielkich klęsk narodowych.

Po drugie, jeżeli odchodzimy od tych pryncypiów, o których wspominałem, czyli demokracji parlamentarnej, wolnego społeczeństwa, wolnych obywateli, mediów, wolnych samorządów i pluralizmu, dialogu i szukania kompromisu, to mamy kryzys państwa i bardzo źle to wróży na przyszłość. A żeby te pryncypia przywrócić, musi nastąpić spluralizowanie najwyższych władz państwa.

W tej chwili wszystkie władze państwa są w rękach jednej partii, a tak naprawdę jednego człowieka. To jest chory system.

Czy ten podział został zaszczepiony z premedytacją?

Oczywiście, że tak. To jest pomysł na nakręcanie spirali konfliktu i polaryzację sceny politycznej, potem postaw zwykłych ludzi, aby na tej polaryzacji dojść do władzy i w moim przekonaniu do jednoprzywództwa, za czym automatycznie stoi zakwestionowanie pluralizmu politycznego. Na to, że te zamiary udało się zrealizować, składa się wiele czynników: katastrofa smoleńska, rozwinięcie się licznych irracjonalnych przekonań, w tym uzdrowiciele, egzorcyści, antyszczepionkowcy.

To wszystko pokazuje ogromny wzrost irracjonalizmu w życiu i zakwestionowania racjonalnych reguł i zasad z wielu dziedzin. Do tego dochodzi oczywiście problem postawy wielkich grup duchowieństwa Kościoła katolickiego, który przez o. Rydzyka i Radio Maryja, teraz abp. Jędraszewskiego, za nimi innych wydał wojnę demokratycznemu państwu jako rzekomemu nośnikowi laicyzacji.

To rodzaj krucjaty przeciwko wszystkim potencjalnym, prawdziwym, mniemanym, wyobrażonym wrogom Kościoła i bardzo tradycyjnej ludowej religijności.

Kolejna jest kwestia pobudzenia w ludziach złych emocji, zawiści, przekonania, że im się więcej należy, rozbudzania wrogości prowincji wobec wielkich miast, jest to też strach przed globalizacją, widzianą jako obce firmy, obce media, a to Polacy powinni być wyłącznymi gospodarzami w kraju. Na tym bazuje też propaganda antyeuropejska, przeciwko niemieckim mediom, przeciw współczesnym prądom myślowym, także przeciw ekologii, obronie klimatu itd. Te skojarzenia i negatywne uderzenia emocjonalne nie są pozbawione potężnych konsekwencji, które mają prowadzić do tego, co powiedział kilka lat temu Jarosław Kaczyński – aby zrobić z Polski samotną wyspę. Wszystko do tego zmierza, tylko że będzie to samotna wyspa na przedpolu rosyjskiej imperialnej polityki.

Czym to grozi?

Po pierwsze rozpadem więzi narodowych, co już obserwujemy; jedna część narodu ma za wrogów drugą część i odmawia jej rozmowy, żąda podporządkowania i milczenia. To może doprowadzić do agresji fizycznej. Niestety pan Duda i TVP odmawiając rozmowy z innymi mediami ten model lansują.

Telewizja jednej partii ubrana teoretycznie w nazwę telewizji publicznej popiera tylko jedną rządzącą partię, lekceważy wszystkich innych i decyduje o tym, kto i na jakich zasadach weźmie udział w debacie publicznej. Jest to jawne zakwestionowanie praw obywatelskich, w tym prawa do pluralizmu. Oddaje jednak modelowy kształt tego, co mamy w Polsce.

Propagandę mamy w wystąpieniach i formach prac parlamentarnych, w zasadzie na każdym kroku, mamy jedną prawdę, jednego wodza, jedno przywództwo i jedną wizję polskości, w ustawach nic nie można zmienić. Inni przeszkadzają jak brzęczące muchy. To jest model autorytarny i znany oczywiście z PRL. Jasne, że można na to odpowiedzieć, że to nieprawda, bo jest TVN i TOK FM, tylko że zasięg tych środków przekazu jest daleko mniejszy, a też co chwila widzimy, jak ten pluralizm władzy bardzo przeszkadza i chcieliby mieć totalny monopol na przekazywanie informacji, prawdy, wszelkich wyobrażeń. To jest model dyktatury.

Czasem słyszę, że to demokracja nieliberalna, ale w moim przekonaniu nie ma czegoś takiego. Żeby istniała demokracja, musi istnieć fundament aksjologiczny, pojęcie obywatela i jego suwerenności we własnych przekonaniach, dokonywaniu wyboru, prawie do prezentowania osądów, swojego systemu wartości i oczywiście równość stron, która się przejawia w wolnej debacie publicznej. Jeżeli tego nie ma, to nie ma demokracji. Można oczywiście różne systemy nazywać demokracją.

Mieliśmy już demokrację ludową w latach powojennych, tylko to nie była żadna demokracja. Ostatecznie można nawet zachować wybory, przecież w Rosji też są wybory.

W PRL też były wybory.

Tak, ale tam nie można było wystawiać kontrkandydatów, a w Rosji teoretycznie można. Tylko kto się odważy, skoro nie ma tam wolnych mediów, nawet jeżeli niepożądany przez władze kandydat zdoła się zarejestrować, to nikt się nie dowie, co ma do powiedzenia. Media reżimowe przedstawią swój obraz kandydata i sprawa będzie załatwiona. W Polsce próbują tak robić z Trzaskowskim, którego głęboko nieprawdziwy obraz przedstawiany jest w mediach „narodowych”. My już nie mamy demokracji w normalnym znaczeniu.

Jak to możliwe, że społeczeństwo, które ma doświadczenia „Solidarności” i zapoczątkowało przemiany prowadzące do upadku żelaznej kurtyny, pozwoliło na to?

Niestety ta teza oddaje pewien fałsz, w którym żyjemy. Nieprawdą jest, że cały naród przeciwstawiał się systemowi PRL. „Solidarność” stworzyły zakłady przemysłowe, robotnicy i inteligenci wielkich miast, raczej Polski centralnej i zachodniej, niż wschodniej, a po rozbiciu „Solidarności” w stanie wojennym aktywność opozycyjną wykazywała niewielka grupa ludzi, kilkadziesiąt tysięcy osób. Najbardziej masowym sposobem na manifestowanie niezgody była próba bojkotowania wyborów. W roku 1984 swój sprzeciw okazało w ten sposób około 40 proc. mieszkańców wielkich miast oraz 10-20 proc. mieszkańców wsi i miasteczek.

Mówienie zatem o masowym oporze jest nieuzasadnione. Oczywiście to nie znaczy, że partii nie krytykowano i nie było negatywnych emocji, ale to rozkładało się różnie w grupach społecznych i w częściach kraju.

Tam, gdzie PiS jest dziś najsilniejszy, tam „Solidarność” była najsłabsza. Polska wschodnia, małe miasteczka, wieś albo w ogóle nie miały zorganizowanych grup „Solidarności”, albo były one bardzo słabe. W wyborach 1984 roku to tam była najwyższa frekwencja i najmniejszy bojkot. Nie było tam poczucia, że system autorytarny jest czymś niedobrym, raczej było praktyczne myślenie o tym, co władza da, czy pozwoli kupić ziemię, da na ciągnik itd.

Zupełnie jak teraz z 500 plus, 300 plus, trzynastą emeryturą itd.

Dokładnie tak. Po drugie, te ośrodki nie przeszły przez dramatyczny dla miast problem kartek. W miastach przez całe lata 80. nie można było nic kupić bez kartek, trzeba było limitować to, co mamy do jedzenia. Małe miasteczka i wieś nie miały tego problemu, bo mieli swoje środki żywnościowe. Dlatego nie wspominają tego systemu tak źle, nie mieli poczucia katastrofy gospodarczej, jaką miały duże miasta. Oczywiście liczne wielkie zakłady przemysłowe zbankrutowały po 1990 roku w wyniku reform gospodarczych, okazały się niezdolne do dostosowania do gospodarki rynkowej i konkurencji zachodniej. Powstał więc silny potencjał odrzucenia tego, co się stało po 1989 roku motywowany poczuciem krzywdy społecznej, dotyczy to także dawnego środowiska robotniczego w miastach.

To bardzo skutecznie wykorzystuje PiS budując narrację o „złodziejskiej Polsce elit”. W tej całej narracji lekceważą prawdę historyczną, czyli o tym, czym był wielki kryzys gospodarczy lat 80. w Polsce, czym była gospodarka socjalistyczna i jak bardzo była zdegradowana. Nie mówi się o zasadzie, na jakiej funkcjonowała, a mianowicie, że mogła istnieć tylko jako dodatek do radzieckiego rynku. Skoro nie mamy radzieckiego rynku, to nie możemy mieć też tych rozmaitych zakładów, które produkowały na tamten rynek po umownych, nierynkowych cenach.

Propaganda prawicy powiązała koszty reform gospodarczych z politycznym sposobem przejścia od dyktatury do demokracji przez kontrakt Okrągłego Stołu, dialog i kompromis, nazywając to „zmową elit”, w domyśle wymierzoną przeciw zwykłym Polakom.

Prezydent Duda rok temu w słynnych gdańskich wystąpieniach oskarżył tę drogę wyjścia z dyktatury jako zbyt kosztowną, a państwo budowane po 1989 jako niesprawiedliwe i właściwie nieprawomocne. Oskarżanie sędziów i atak na niezależność sądów są ciągiem dalszym tej retoryki delegitymizującej państwo.

Czy tak podzielone społeczeństwo może jakoś współegzystować, czy to zawsze oznaczać będzie konflikt?

To zależy od podmiotów na scenie politycznej. Ten konflikt nie powstał teraz, tylko tlił się praktycznie przez cały czas od roku 1989. Mieliśmy partię Tymińskiego, Samoobronę, mieliśmy w pewnych okresach gwałtowny przyrost dla SLD – można się zastanawiać, dlaczego, być może wielu ich ówczesnych wyborców szukało nadziei, że oni cofną zmiany. Mieliśmy bardzo radykalną partię Liga Polskich Rodzin, występującą przeciw wejściu Polski do Unii Europejskiej. Te siły kontestujące ład demokracji parlamentarnej, równości sił politycznych, gospodarki rynkowej oraz integracji z Europą cały czas były obecne. PiS-owi udało się zjednoczyć cały ten obóz i stworzyć ruch, który ma obalić III RP. Zresztą w zasadzie już im się to udało.

Od co najmniej 2016 roku trwa budowanie nowego systemu i nawet tego nie ukrywają. Państwo prawa i procedur zastępowane jest państwem, gdzie decyduje wola polityczna jednej partii.

Jeżeli ktoś z tego obozu, łącznie z samym Dudą, przywołują III RP, to wyłącznie w negatywnych ocenach, w ataku. Nie ma w tej narracji pozytywnych bohaterów, sukcesów, powodów do dumy, nawet „Solidarność” już przestała być czymś ważnym. Budują całkowicie nowe państwo, odcięte od polskich tradycji politycznych, także tych odległych, wojennych, jak Armia Krajowa, czy demokratycznych przedwojennych.

Te wzorce wcielane w życie muszą budzić stanowczy sprzeciw wszystkich, którzy angażowali się w budowanie wolnego państwa polskiego po 1989, którzy nie zapomnieli tradycji „Solidarności”, a także są wrażliwi na wcześniejsze demokratyczne tradycje państwowe. W całej tej tradycji była obecna silna oś przekonań – wymarzona wolna Polska powinna być demokratyczna i europejska, związana z Zachodem.

To, czy Polska będzie się staczać dalej do głębokiego i drastycznego podziału, zależy w dużej mierze od polityków. Oczywiście ci zawsze będą w jakiś sposób skonfliktowani, ale istnieje potrzeba respektowania racji stanu i rozgrywania konfliktu politycznego w pewnych granicach.

Te granice zostały przekroczone, bo jedna ze stron uważa, że tylko oni są prawdziwymi Polakami, reszta to farbowane lisy, „kompradorskie elity”, „komuniści i złodzieje”, obałamuceni, no i agenci. Jeżeli takie wykluczające z narodu określenia się przyjmuje, to w ekstremalnej sytuacji może to nawet prowadzić do wojny domowej.

Polacy są różni i zawsze tacy byli – lewica-prawica, endecja, piłsudczycy, socjaliści, ludowcy, byli ludzie bardziej otwarci na Zachód i tacy, którzy próbowali zamykać się we własnym gronie, strzec niezmienności.

A może te 30 lat sukcesów, kiedy Polska weszła do Unii, wcześniej do NATO, kiedy rozwijaliśmy się goniąc Zachód to tylko „wypadek przy pracy”? Może to nie przypadek, że przez wiele lat Polska była pod radzieckim butem, wcześniej w ogóle jej nie było…

To bardzo radykalny wniosek, pod którym bym się nie podpisał, ale prawdą jest, że Polacy sami zawinili, że w końcu XVIII wieku Rzeczpospolita przestała istnieć. Taka jest też teza historiografii. Polska przez większą część XVIII w. poniosła ogromne straty, niszcząc oświatę, zdolność modernizowania gospodarki, burząc instynkty państwowe, a wszystkiemu towarzyszyła „wiara” w sarmatyzm, doskonałość i niezmienność własnego stylu życia, wierzeń, także religijnych. Dominowało powiedzenie – za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa. Potem już z pewnego poziomu nie udało się dźwignąć państwa tak, aby wytrzymać nacisk Rosji i innych państw zaborczych.

Dlatego dziś atak na elity, na nauczycieli, lekarzy, prawników, specjalistów z wielu dziedzin jest uderzaniem w podstawę trwania narodu i jego kultury.

Nie jest jednak dla Polski stanem naturalnym, aby być podległym obcym krajom. Polskim dążeniem w XIX i XX wieku było zbudowanie państwa i uczynienie go zdolnym do współdziałania z innymi krajami Europy jako podmiot polityczny. Ludzie mądrzy i myślący wiedzieli, że aby to się stało, trzeba ograniczyć konflikty wewnętrzne, a nie je rozniecać.

Antypaństwowa postawa polega m.in. na tym, że interes partyjny albo ideologiczny dominuje nad potrzebą budowania jedności kraju i kompromisu, a bez tego nie można zbudować trwałości państwa. Państwo to powszechnie uznawane prawo, reguły współżycia i instytucje. Państwo opiera się na kompromisach, także klasowych, jednych grup społecznych z innymi, dobrze zarabiających i słabo zarabiających, bezrobotnych i przedsiębiorców, wierzących i niewierzących, kiedyś dochodzili jeszcze Żydzi, prawosławni, ewangelicy – te wszystkie grupy trzeba było harmonizować, zapewniać im niezbędne prawo do życia i istnienia, aby państwo mogło trwać. Jeżeli próbowano narzucić jedną ideologię i jedno zdanie wszystkim, musiało to wywoływać potężne ruchy odśrodkowe. Druga nauka jest taka, że państwo nie może odstawać od innych krajów europejskich i powinno za nimi podążać.

Nie może stać się żadną wyspą, bo Polska leży między Niemcami a Rosją i może być tylko uczestnikiem sojuszy międzynarodowych, które dają jej bezpieczeństwo. Jeżeli się tego nie rozumie, to nie powinno się brać za politykę.

Strach, pryncypia i poczucie wdzięczności

Te trzy wyróżniki, zdaniem szewca Fabisiaka, zadecydowały o głosach wyborców.

Szewc Fabisiak uważa, że zarządzanie strachem zaczyna wypierać lansowanie motywacji pozytywnych. Dotyczy to nie tylko ostatniej kampanii prezydenckiej, lecz także tej przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, gdy w niemal całej Unii straszono a to katastrofą klimatyczną a to masowym napływem uchodźców co przysporzyło głosów z jednej strony ugrupowaniom ekologicznym, z drugiej zaś nacjonalistycznej prawicy.
W Polsce kampanijna przepychanka, zwłaszcza w drugiej turze, szła na noże. Dlatego też niewspółmierną rolę odgrywało straszenie w stylu: co to będzie, gdy wygra konkurent, a nie nasz kandydat. Przodowało w tym głównie ugrupowanie wspierające Andrzeja Dudę, co jest zrozumiałe, gdyż ewentualna porażka wyborcza miałaby dla całe tej formacji o wiele większe konsekwencje, niż dla przegranego kontrkandydata i jego sprzymierzeńców.
Szewc Fabisiak, podobnie jak wielu innych, znalazł w skrzynce pocztowej anonimową ulotkę opatrzona jedynie logo Duda 2000. Roztaczała one perspektywy świetlanej przyszłości pod przewodem Dudy w przypadku jego ponownego wyboru. Wystarczyło jednak odwrócić kartkę, aby dowiedzieć się co nas czeka, gdyby jednak wygrał nie Duda, a Trzaskowski. Otóż niechybnie bieda, kryzys a także co, co jest domeną PiS, czyli afery, podział i konflikty. Tego typu dość prymitywna propagandówka miała zapewne przekonać ludzi rozumujących w czarno-białych, bez jakichkolwiek odcieni, kategoriach. Szewc Fabisiak uważa jednak, że jeśli ktoś kto innych uważa za idiotów, to albo sam jest idiotą albo wyrachowanym cynikiem.
Straszenie w wydaniu PiS podczas całej kampanii podlegało zresztą twórczej ewolucji. Co prawda, w odróżnieniu od innych wyborów, nie wyciągano mało już nośnego tematu uchodźców, koncentrując się najpierw na LGBT, a następnie na Niemcach, którzy za pośrednictwem obecnych w Polsce swoich mediów usiłowały wpływać na wynik wyborów. Co gorsza dyktując nam nie w obcych językach a w powszechnie znanej polszczyźnie. Nagła nagonka antyniemiecka oprócz pobudzenia historycznych reminiscencji ma również inny sens. Bliżej na ten temat szewc Fabisiak wypowie się przy okazji dywagacji na temat polityki zagranicznej.
Jako obiektywny obserwator szewc Fabisiak dostrzega również taktykę strachu w szeroko rozumianym bloku opozycyjnym obejmującym nie tylko PO ale też inne niechętne obecnej władzy ugrupowania oraz licznych komentatorów. Będącego realistą szewca Fabisiaka jakoś nie przekonują argumenty o chęci wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Za dużo płynie stamtąd kasy. Zbyt wielu posiadaczy gruntów rolnych, wliczając w to Kościół, otrzymuje dutki w ramach unijnej wspólnej polityki rolnej aby ewentualny polexit miałby się rządzącym opłacać.
PiS co prawda z jednej strony gra na dumno-narodowych emocjach, z drugiej zaś kuli ogon pod siebie, gdy Unia nakazuje wstrzymanie wycinki Puszczy Białowieskiej czy też przywrócenie na urząd pani Małgorzaty Gersdorf. Z kolei Unia może chętnie krytykować słabe kraje członkowskie jednak strategicznie jest zorientowana na rozszerzenie a nie zmniejszanie stanu członkostwa a poza tym przeżywa problemy związane z brexitem.
Z kolei argumenty, skądinąd słuszne, o zawłaszczaniu sądów mało interesują tych co z sądami nie mają do czynienia a jeżeli już to raczej w takich sprawach, gdzie ingerencja nie jest formacji rządzącej potrzebna.
Podobnie jest ze sprawą wolności mediów. Ludzie już od dawna odwykli od czytania prasy za wyjątkiem lokalnych gazetek, w które można się zaopatrzyć za darmo, a które ponadto piszą o sprawach własnej gminy czy powiatu, co wielu ludzi bardziej interesuje niż wielka polityka. Z kolei telewizor służy im głównie do oglądania ciągnących się latami seriali oraz obserwowania prognozy pogody.
Kolejne spostrzeżenie, które nasuwa się szewcowi Fabisiakowi jest takie, iż wielu wyborców przy głosowaniu kieruje się swoiście pojmowanymi zasadami. Co prawda Szymon Hołownia lansował hasło „głową i sercem”, jednak w warunkach polskich brzmi ono zbyt idealistycznie. Ta nieco połowiczna większość, która głosowała na Dudę czyniła to albo głową mając utrwalone w pamięci transfery socjalne albo czymś w rodzaju serca popierając tego kandydata, który prezentuje bliskie im kulty Polski silnej i chrześcijańskiej, rodzinności i religijności dodatkowo propagowane przez miejscowego księdza, który dla wielu jest wciąż autorytetem. Zwłaszcza, gdy osobiście nie był zaangażowany w afery pedofilskie.
Szewc Fabisiak zauważa też, że pomimo sympatii politycznych ludzie głosują nie koniecznie tak jak im sugerują władze danej partii, lecz w oparciu o własne poglądy i kalkulacje. Stąd też wynika budzące niekiedy komentatorskie zdziwienie zjawisko tzw. przepływu elektoratów.
Ostatni z trzech wymienionych na wstępie czynników to coś, co szewc Fabisiak nazywa poczuciem wdzięczności. Za kolejne pieniężne plusy, za trzynastą emeryturę itd. Skoro dali, wprawdzie nie prezydent osobiście, lecz pisowski rząd, kto jednak wchodziłby w takie detale – to wypadałoby się odwdzięczyć w postaci postawienia krzyżyka przy nazwisku kandydata utożsamianego z tą właśnie partią. I to, zdaniem szewca Fabisiaka, mogło przeważyć wyborczą szalę na korzyść Andrzeja Dudy.
Jakie bowiem powody do wdzięczności można mieć wobec Rafała Trzaskowskiego i ugrupowania opozycyjnego, które nie dysponuje środkami budżetowymi a w pamięci wyborców jej dwukadencyjne rządy bynajmniej nie u wszystkich wyborców budzą nostalgiczne wspomnienia dobrych czasów do których chciałoby się wrócić?

Czas rozstać się z iluzjami…

… i przestać powtarzać obiegowe, dające fałszywą nadzieję, dykteryjki. Uzyskane w niedzielnych wyborach 51,2 proc. to nie był „niewielki margines zwycięstwa Andrzeja Dudy”.

To był nokaut, który przypieczętował władzę PiS na okres najbliższej kadencji. Prawo i Sprawiedliwość wygrało nie tylko poprzednie i te wybory. Ono wygrało bitwę o sposób postrzegania polityki i sposób rozumienia polityki przez większość społeczeństwa.

Punkt wyjścia

W minioną niedzielę po raz kolejny zatoczyliśmy błędne koło i jesteśmy w tym samym miejscu: jesteśmy pod władzą PiS, jesteśmy peryferyjnym krajem, który własnemu społeczeństwu i otaczającemu światu może jedynie zaoferować tanią siłę roboczą, strukturalny wyzysk i ewentualne możliwości emigracji. Rozhuśtywanie nastrojów społecznych wyparło niemal wszystko, co polityczne. Udało się sprowadzić społeczeństwo do roli ofiary przemocy domowej, która wybiera tych, którzy robią mu krzywdę. I nie zadaje sobie fundamentalnych pytań. Taki jest smutny bilans 30-letniego kapitalistycznego eksperymentu, który najwyraźniej się nie powiódł, skoro ponad połowa społeczeństwa po raz kolejny daje do zrozumienia, że nie widzi potrzeby bronić takich stosunków społecznych i takiej demokracji.

Prawo i Sprawiedliwość wytworzyło skutecznie wrażenie, że jakoby było jednym reprezentantem politycznym ludzi pokrzywdzonych, biednych, wykluczonych, nie wpasują się skutecznie w ten nowoczesny ład. Wrażenie jest mocniejsze niż fakty, bo prawdziwi reprezentanci pracującej większości społeczeństwa nigdy nie upokorzyliby rodziców osób niepełnosprawnych czy strajkujących nauczycieli tak, jak zrobił to PiS. Także tarcze antykryzysowe dobitnie pokazują, że pokrzywdzonych przez transformację wspierano tylko wtedy, gdy mogło się to przełożyć na szybki polityczny zysk.

I jeżeli nie postawimy pytania teraz „co dalej”, to ta agonia będzie trwała. Nigdy nie wyemancypujemy się z tej patologii bez odpowiedzi, jaką droga możemy podążać, żeby przestać wreszcie wybierać miedzy 500 plus a prawem do aborcji. I jak zbudować społeczeństwo, w którym każdy znajdzie dla siebie miejsce, godną przyszłość i satysfakcję. Na razie po przepełnionej irracjonalną retoryką kampanii, w której obaj kandydaci licytowali się na obrzydzenie społeczeństwu rywala, zwyciężył ten, który miał za sobą silniejszą propagandę.

Kandydaci bez wizji

Mówi się, że Rafał Trzaskowski przegrał, bo nie przedstawił żadnej wizji. To oczywiście prawda. Klepaniem o Polsce przyjaznej i uśmiechniętej oraz (wątpliwej jakości) popisami znajomości mowy Woltera wyborów się nie wygrywa. Nie w czasach niepewności i kryzysu. Ale pomysłu na Polskę nie przedstawił też Andrzej Duda. Wygrał, bo przy wsparciu całego aparatu władzy i przekształceniu TVP w sztab wyborczy przekonał Polaków, że alternatywą jest “kandydat niemiecki”, który za chwilę zabierze się za przekazywanie dzieci gejom do adopcji i przymuszanie ich do masturbacji w szkołach.

U Trzaskowskiego wybrzmiewały nieznośne nuty elitarystyczne, a kandydat zachowywał się tak, jakby problemy milionów Polaków – drożyzna mieszkaniowa, katastrofa ochrony zdrowia, załamanie wzrostu wynagrodzeń – zupełnie nie istniały. Z drugiej strony Duda może i objechał wszystkie powiaty, jednak nie zaoferował społeczeństwu niczego wartościowego. Obietnica „obrony Polski plus” to żadna łaska, a raczej sygnał, że nowych programów socjalnych już nie będzie, a lud ma się cieszyć, że władza nie zabierze mu tego, co dostał. Będą za to cięcia, bo wpływy z podatków pikują, a władza na kredyt zasponsorowała prywatny biznes podczas pandemii. Zapowiedź wprowadzenie estońskiego CIT, czyli zwolnienia z podatku dochodowego kapitalistów z dochodami do 40 mld zł, pokazuje, że dobry kontakt obozu PiS, ze zwykłym człowiekiem polega na tym, że partia potrafi im dobrze wcisnąć ściemę.

Najgorszy scenariusz

PiS i PO zirracjonalizowały determinanty postaw politycznych i na wykrzywionej rzeczywistości zbijają kapitał polityczny. Jedni klasistowskie wynurzenia tłumaczą troską o demokrację, drudzy, głosząc hasła antyelitarne i obrony normalności, fundują nam wczesne stadium prawicowej dyktatury, państwa nowej elity, która w kolejnych trzech latach opanuje całkowicie sądownictwo, chwyci za mordę opozycyjne media i organizacje pozarządowe, a działaczy na rzecz praw człowieka uzna za obcych agentów lub promotorów pedofilii.

Lewica będzie dociskana do ściany przez reżimowe media, służby, prokuraturę i sądy. To będzie ciężki czas dla wszystkich, którzy mają w sercu wartości egalitarne i demokratyczne. Nie możemy jednak wykonać żadnego kroku wstecz. Nie możemy odsunąć się od tych, którym już obiecaliśmy walkę o ich prawa i sprawiedliwą społecznie Polskę. Potrzebne jest jednak większe zaangażowanie – na poziomie działalności politycznej, ale również oddolnej – w ruchach społecznych, dzielnicowych, klimatycznych, mądre działania organizacji pozarządowych oraz inwestycje w lewicowe media.

Wielka odpowiedzialność spoczywa też na sejmowej Lewicy. To ich zadaniem jest usprawnienie przekazu, który powinien być sprofilowany zarówno regionalnie, umiejętnie odpowiadający na interesy grup prześladowanych, wyzyskiwanych i obywateli, którzy chcą po prostu stabilnie żyć w sprawiedliwym państwie.. Bo Lewica, w zdemolowanym przez prawicową paranoję kraju jest jedyną nadzieją na przywrócenie normalności.

Wojna gangów

– Nawet jeśli uwierzymy, że Andrzej Duda uznał, że kampania ma swoje prawa i wymaga, aby stosować zaostrzony język, a teraz będzie już kierować się innymi wartościami, to i tak to jest straszne, bo mówi nam wiele o jego wyborcach – mówi prof. Marek Migalski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Jest pan zaskoczony wynikiem?

Nie, jeszcze przed wyborami przewidywałem właśnie taki wynik, ponieważ Rafał Trzaskowski popełnił dwa błędy. Po pierwsze nie pojechał do Końskich. Przy całym zrozumieniu, że to była ustawka Dudy i Kurskiego, to była to najlepsza okazja do pozyskania tych kilkuset tysięcy głosów. Można było przyjść i narzucić narrację od początku. W momencie, kiedy sytuacja przestawała być równoważna, mógł wyjść, zerwać debatę lub obnażyć jej wiecowy charakter. Można było przyjechać na drugi dzień do Końskich, na dwie godziny i pogadać z ludźmi na rynku.

Drugi błąd to niewykorzystanie sprawy ułaskawienia pedofila; i tu albo standardy moralne sztabu Trzaskowskiego na to nie pozwalały, albo brak zrozumienia, że to jest prawdziwa bomba. To mogło nie tyle dać nowych wyborców Trzaskowskiemu, co obniżyć mobilizację elektoratu Dudy.
Reklama

To była historia prosta, bulwersująca i do opowiedzenia w windzie przez 30 sekund. Historia stojąca w całkowitej sprzeczności z obrazem Dudy jako obrońcy polskiej tradycyjnej rodziny.

Dlatego ja już w środę, kiedy było wiadomo o jednym i o drugim, napisałem prognozę, że to się nie uda.

Prezydent złagodził wyraźnie język. Czy wierzy pan w tę zmianę i w emancypację Andrzeja Dudy? On sam powiedział, że prezydent odpowiada tylko przed Bogiem i historią. Przyznam, że ja tego nie kupuję…

Dwie uwagi – nawet jeśli uwierzymy, że Andrzej Duda uznał, że kampania ma swoje prawa i wymaga, aby stosować zaostrzony język, a teraz będzie już kierować się innymi wartościami, to i tak to jest straszne, bo mówi nam wiele o wyborcach Andrzeja Dudy. Nawet jeśli uwierzymy, że on nie myślał wcale, że to Niemcy wybierają nam prezydenta, że trzeba szczuć na osoby LGBT, na wolne media, że nie trzeba nas bronić przed roszczeniami żydowskimi, to taki język podoba się jego wyborcom. A to oznacza, że jest jeszcze gorzej. Okazuje się, że 10 mln wyborców chce tego języka, a przynajmniej im nie przeszkadza. To o wiele gorsza informacja, niż ta, że sam Andrzej Duda ma takie poglądy.

Co do języka koncyliacyjnego, to uważam, że ta zmiana jest możliwa. Być może on rzeczywiście poczuł się zwolniony z tego łańcucha, który w swym ręku dzierżył Jarosław Kaczyński.

Są dwie rzeczy, które wskazują, że ten proces emancypacyjny może się zacząć – pierwsze to, co pani wskazała, czyli że wśród tych, przed którymi będzie odpowiadał, nie ma prezesa Kaczyńskiego. Po drugie w swoim przemówieniu od razu podziękował Mastalerkowi, który wiadomo, że został wyeliminowany z polityki na osobiste polecenie Jarosława Kaczyńskiego.

Te dwa sygnały mogą wskazywać, że w drugiej kadencji będzie bardziej samodzielny, niż w pierwszej. Wierzę w to nie dlatego, że Andrzej Duda jest taki sympatyczny, tylko że to jest w jego interesie. Gdy on skończy kadencję za 5 lat, będzie miał 53 lata, zatem musi zacząć myśleć o swojej przyszłości. Sądzę, że będzie myślał o jakiejś karierze międzynarodowej, zatem musi zaistnieć w świadomości społecznej nie jako jeden ze środkowo-europejskich populistów i autorytarystów, tylko aby wejść w krwiobieg świata zachodniego, musi pokazać swoją niezależność, samodzielność i bardziej przyjazne oblicze, niż przez ostatnie 5 lat. Ja to kupuję, bo to jest w interesie Dudy, ale jednocześnie zwiastuje wojnę w obozie władzy.

Pojawiły się spekulacje, że teraz czas na zmiany w rządzie, łącznie z wymianą premiera.

Czeka nas wojna gangów lub, jak kto woli, w gangu. Jest oczywiste, że dziś tam wszyscy rzucą się sobie do gardeł, bo taki jest rachunek krzywd, które są niewyrównane, zatem czeka nas konflikt między Gowinem, Kaczyńskim, Ziobrą, Morawieckim i Dudą. Przyznam się, że to jest powód, dlaczego jutro ogłoszę swoje odejście z komentatorstwa politycznego. Aparat politologa jest nieprzydatny przy wojnie gangów. Przez najbliższe 3 lata de facto w Polsce zniknie polityka, a rozpocznie się wojna wewnątrz obozu władzy, oczywiście z jakimiś gestami w stronę opozycji.

Przewiduję, że to będzie próba zaproszenia do współrządzenia PSL albo Konfederacji, kiedy np. będzie się trzeba pozbyć Gowina, być może z jakimś umizgami do innych podmiotów. Zaczną się też rozliczenia w opozycji, w PSL, na Lewicy, jak i w samej PO.

W polityce dla politologa nie będzie wiele do roboty, a obserwowanie obozu władzy zacznie przypominać coś, co kiedyś określano jako kremlinologię. To była specjalna quasi-nauka, która polegała na tym, że ponieważ z ZSRR nie wychodziły żadne informacje, to byli specjaliści, którzy z tego, w jakiej kolejności byli prezentowani liderzy partii komunistycznej na trybunie honorowej w czasie pochodu pierwszomajowego, wnioskowali, jaki jest układ sił we władzy. To jest powód, dla którego przestaję od jutra komentować politykę na bieżąco, także w mediach społecznościowych. Jest wiele książek do przeczytania, do napisania, wiele krajów do odwiedzenia i moich studentów do nauczenia i tym będę się zajmował przez najbliższe 3 lata.

Czy pana zdaniem te wybory były równe i demokratyczne?

Jako obserwator międzynarodowy często jeździłem do Azji, Afryki i głównym przesłaniem wynikającym z naszych raportów było to, czy wybory były free and fair – wolne i uczciwe. Polskie wybory były free but not fair, czyli były wolne, ale nieuczciwe. Mam na myśli to, że każdy mógł oddać głos, ale instytucje państwa z rządem oraz mediami rządowymi na czele uczyniły te wybory nieuczciwymi.

Cały aparat państwowy, łącznie z mediami publicznymi – finansowanymi przez nas wszystkich – działały na korzyść jednego z kandydatów – Andrzeja Dudy. W tym znaczeniu panowała totalna nierównowaga w tej walce politycznej.

Zatem czy w takiej konfiguracji opozycja ma w ogóle szanse wygrać wybory?

Dlatego zaangażowałem się jako kandydat KO pół roku temu w wyborach do Senatu, bo uważałem, że wybory parlamentarne i prezydenckie są ostatnim momentem, kiedy w Polsce jest możliwe obronienie demokracji. Niestety w obu tych elekcjach opozycja przegrała, co oznacza, że wkraczamy w okres miękkiego autorytaryzmu. Stawką tych wyborów było to, czy Polacy opowiedzą się za liberalną demokracją ze wszystkimi jej wadami, czy za autorytaryzmem ze wszystkimi jego zaletami. Już dziś wiemy, że Polacy niewielka większością wybrali miękki autorytaryzm z zaletami, takimi jak transfery społeczne czy silne karanie przestępców itp. Gdybym miał być konsekwentny, to powiedziałbym, że nigdy już nie będzie w Polsce demokratycznych, wolnych wyborów, ale ironicznie dodam, że to jest Polska i tu nic nie jest na poważnie i do końca. Tu nie udała się liberalna demokracja, przed wojną tu nie udał się faszyzm, a po wojnie nie udał się komunizm. Ten miękki autorytaryzm też się nie uda.

Ta wojna gangów doprowadzi do tego, że wcześniej czy później ta władza upadnie, oczywiście nie wiem, czy za 3, czy 13 lat, ale w końcu ten miękki autorytaryzm, w którym się znaleźliśmy umrze, a politycy, którzy go tworzą, odejdą z polityki.

Czy zatem ten emancypujący się Andrzej Duda nie może temu zapobiec?

On będzie rozszczelniał ten system, który moim zdaniem wczoraj się domknął. Dziś jesteśmy pod pełną władzą obozu PiS, tylko że teraz zaczną się wojny wewnętrzne, tak jak kiedyś między puławianami a natolińczykami w PZPR. Tak jak upadł komunizm, tak i skończy się ten miękki autorytaryzm, właśnie również dzięki napięciom w obozie władzy, a jednym z autorów będzie Andrzej Duda. Jestem pewien, że ten obóz zacznie trzeszczeć.

Mamy praktycznie pół na pół: 10 mln tych, którym nie przeszkadza dyskurs antysemicki, homofobiczny, germanofobiczny, i 10 mln miłośników liberalnej demokracji. Jak dalej żyć?

Ja dodał bym do tego jeszcze jedne 10 mln – tych, którym to wszystko jest obojętne. To jest równie przerażające, że 1/3 wyborców kompletnie się nie interesuje, czy będzie żyła w demokracji, czy w autorytaryzmie, czy będzie żyła pod rządami PO, czy PiS. Mamy wobec tego też 10 mln nadwiślańskich niewolników, którym jest wszystko obojętne. To nie jest optymistyczny obraz.

Oczywiście nie wszyscy z 10 mln wyborców Dudy to antysemici, germanofobowie, osoby, którym się podobało szczucie na LGBT. Trzeba liczyć na to, że w pewnym momencie niektórzy z nich zobaczą, co sobie i innym zafundowali i odwrócą się od tego obozu, zwłaszcza gdyby był kryzys gospodarczy i władza nie miałaby już dla nich cukierków.

W jakimś sensie ten obóz wygrał dzięki transferom socjalnym i gdy one zostaną ograniczone, to może przegrać. Oczywiście zostaną tam antysemici i nacjonaliści, ale może się też okazać, że znajdą oni swoich reprezentantów w jeszcze bardziej obrzydliwej partii – Konfederacji. Muszą następować zmiany, ponieważ te 10 mln ludzi, którzy zagłosowali na Andrzeja Dudę, to nie jest jednolity elektorat. Ich można pozyskać zarówno z jednej, jak i z drugiej strony, i tym zajmie się na pewno demokratyczna opozycja, jak i ta parafaszystowska. Tu w końcu nastąpi erozja.

Czy ten podział, niemalże pół na pół, skłoni obóz rządzący do refleksji?

Pytanie, jaki wyciągną wniosek. Opozycja też musi to zrobić i odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego mimo ich starań większość społeczeństwa aktywnego politycznie jest przeciwko nim. Obóz władzy powinien wyciągnąć wnioski z tego, że połowa wyborców jest negatywnie nastawiona do tego, co robią. Jeśli chcieliby, żeby państwo było silne na arenie międzynarodowej i żeby rządzenie było akceptowalne przez większość, to muszą zrozumieć, że połowa aktywnych politycznie Polaków nie może czuć się w kraju jak w psychicznym więzieniu. Pytanie, czy są do tego zdolni.

Na pewno część polityków obozu władzy stwierdzi, że „słychać wycie – znakomicie” i trzeba robić to samo, co teraz, tylko mocniej i ostrzej.

Tam na pewno ukształtują się skrzydła jastrzębi i gołębi, dokładnie tak samo jak w PZPR.

Nieznośna lekkość głosu

Wybory jak zwykle stały się okazją do niewesołych refleksji. Nie chodzi nawet o to, że nie było kandydata, na którego można by zagłosować z pełnym przekonaniem, ani o to, że wygrał nieodpowiedni.

Piszę to w trakcie ciszy wyborczej, ale i tak wiem, że bez względu na to, czy zwycięży ten, na którego zagłosuję w drugiej turze, czy też faworyt bookmacherów, nie będę miał okazji do świętowania. Przyczyny smutku wyborów są jednak głębsze niż ich obsada. Choćbym obsadził je sam, i tak miałbym powody do narzekania. Oto niektóre z nich.

Paradoks egalitarności

Wielu nie chadza na wybory, bo prosta kalkulacja skłania ich do wniosku, że trud udania się do lokalu pójdzie na marne. Prawdopodobieństwo, że akurat jego/jej głos zaważy jest tak znikome, że bezowocność jego oddania wydaje się oczywista. Im wyższy zasięg wyborów, tym jaskrawiej jakwi się bezsens uczestniczenia. O ile na szczeblu osiedlowym czy samorządowym można się jeszcze zastanawiać, o tyle w wyborach prezydenckich odpowiedź jest jasna: chroń rozum, zostań w domu.

Z drugiej strony, jak w każdej zbiorowej aktywności, także i w tej pojedyncze zaangażowania składają się lub mogą się złożyć na pewną masę krytyczną. Na tej zasadzie podpisywane i wysyłane są petycje, posłowie zasypywani są interwencyjnymi mailami, organizowane są wielotysięczne demonstracje, które stają się przedmiotem zainteresowania mediów, zbierane są fundusze niezbędne do uruchomienia lub utrzymania wspólnie popieranych działań i tak dalej. Z efektywnością bywa różnie, lecz z pewnością rządzącym zdarza się zmieniać decyzje pod społecznym naciskiem. W wyborach skuteczność tej zbiorowej aktywności jest stuprocentowa, choć jedynie w przypadku jakiejś większości lub stosunkowo największej grupy. Im bardziej więc pozostajemy w głównym nurcie, tym większe prawdopodobieństwo, że nasz kandydat wygra. Nawiasem mówiąc, z tego powodu ci, którzy w sondażach przedwyborczych uzyskiwali bardzo małe poparcie zazwyczaj nie mogli liczyć na znaczące polepszenie wyniku. Obawa przed „zmarnowaniem głosu” sprawia, że głos przenoszony bywa z bardziej swojego na silniejszego. Zamiast wyrazić poparcie decydujemy się na kompromis w imię politycznego pragmatyzmu. Sygnalizowane wcześniej poczucie bezsensu ustępuje poczuciu sprawstwa. Tę elekcyjną moc można poczuć już w wyborczy wieczór, podczas gdy kac związany z obserwacją tego, jak wybrany polityk konsumuje swoje zwycięstwo przez najbliższe lata, jest komfortowo odroczony w czasie.

Niezależnie od tego, czy oddajemy głos, aby wybrać tego, czyje przekonania są nam najbliższe i/lub kto budzi największe zaufanie i nadzieje, czy też wybieramy kandydata, który ma realne szanse, choć głosi poglądy odleglejsze od naszych, stajemy wobec innego jeszcze odstręczającego aspektu głosowania. Jego egalitarny charakter oznacza bowiem, że – choćbyśmy nie wiem, jak bardzo się wyedukowali, zaangażowali, a nawet wyborczo hamletyzowali – głos każdego innego uprawnionego czy uprawnionej waży dokładnie tyle samo.

Demokracja dyletantów

Rządy ludu nie oznaczają rządów ludu oświeconego. Każdy ma prawo zagłosować na kogo tylko zechce lub, jak w Polsce i większości krajów świata, nie zagłosować wcale. Zarówno głos, jak i nie-głos może być wprawdzie emanacją wyznawanych wartości, wyrazem identyfikowania się z celami określonej partii czy kandydata, aktem walki o realizację własnych, zazwyczaj grupowych interesów, lecz może być także wynikiem indoktrynacji, efektem ulegnięcia medialnej propagandzie lub podpowiedzi znajomego, krewnego czy kaznodziei, wreszcie efektem zbiegu okoliczności. Jeżeli w tych sondażach opinii, w których dopuszczano taką opcję, na trzy dni przed drugą turą kilka procent indagowanych deklarowało, że dopiero podejmie decyzję, to trudno raczej sądzić, że zaważą na niej wartości, poglądy czy choćby interesy. Rolę języczka u wagi może odegrać rozmowa z kimś, niedzielne kazanie, wyraz twarzy na wyborczym banerze, ostatecznie imię kandydata, które się lepiej kojarzy czy jakiś inny nieistotny szczegół. Opisywane też były przypadki, gdy ktoś wskazywał przyprowadzonemu do lokalu obojętnemu politycznie członkowi rodziny miejsce, gdzie postawić krzyżyk, a także – znany od niepamiętnych czasów również w „starych” demokracjach – proceder sprzedawania głosów przez tych, którzy parę funtów zamienią chętnie na kilka godzin upojnego nastroju, uprzednio drobną decyzję polityczną scedowawszy na zamożniejszych.

Powyższych ograniczeń demokracji trudno jest uniknąć bez zasadniczej zmiany jej charakteru. Aby zażegnać coś, co niekiedy nazywane jest „demokracją medialną”, a więc system, w którym media decydują o tym, jakie są ramy dyskursu, o czym można publicznie mówić (np. o ułatwieniach dla przedsiębiorców), a o czym nie (np. o prawach pracowników), należałoby wyedukować przyszłych wyborców tak, aby choć częściowo byli odporni na medialną propagandę. Bardziej świadomi wyborcy zapewne częściej głosowaliby zgodnie z własnym interesem i/lub ideałami. Pracownicy popieraliby więc na przykład tych polityków, którzy zapowiadaliby walkę o prawa pracownicze i mniej prawdopodobna byłaby absurdalna sytuacja, z jaką mamy do czynienia w Polsce od trzydziestu lat. Fakt, że rządziły i rządzą w tym okresie partie przyznające kolejne koncesje biznesowi (obniżanie podatków, specjalne strefy ekonomiczne, niekorzystne dla zatrudnionych zmiany w prawie) nie miałaby miejsca bez poparcia w wyborach ze strony tych, którzy ponoszą koszty tej polityki.

Edukacja polityczna, czy ściślej mówiąc przedwyborcza musiałaby oferować wiedzę na temat tego, jakie jest znaczenie postulatów, czemu służą cele i w czyim interesie podejmowane są działania przez poszczególne siły polityczne. W ramach tej edukacji wyborcy nabywaliby umiejętność oddzielania medialnego szumu i pustosłowia od rzeczywistego znaczenia działań politycznych. Byliby wyczuleni na manipulacje, co nie znaczy, że całkowicie na nie odporni. Przede wszystkim jednak orientowaliby się w spektrum politycznych możliwości i potrafiliby odróżnić na przykład postulaty lewicowe od prawicowych, a także ich zróżnicowany charakter na wymiarach ekonomicznym i kulturowym. Wymagałoby to wysiłku umysłowego i motywacji. Siłą rzeczy nie wszyscy chcieliby ten wysiłek wydatkować i wielu by zapewne nie widziało powodu do takiego zaangażowania.

W jaki sposób zatem demokracja zostałaby zreformowana, skoro nie wszyscy chcieliby się politycznie i medialnie wyedukować? Cóż, skoro nie wszyscy chcą kierować samochodem i są gotowi zdobyć odpowiednią wiedzę i umiejętności, to dlaczego wszyscy mieliby chcieć uczestniczyć w wyborach i zdobyć niezbędne do tego kwalifikacje? Przecież konsekwencje wybrania niekorzystnych dla siebie czy swojej społeczności partii i polityków mogą być równie brzemienne w skutki, jak niebezpieczna jazda samochodem. Dopuszczenie do kierowania pojazdami osób bez kwalifikacji wydaje się absurdalne, jednak dopuszczenie do głosowania w wyborach politycznych ignorantów jest powszechnie aprobowane, a nawet mile widziane przez większość partii. W ich interesie jest korzystanie z braku orientacji ich własnego elektoratu. Widać to zresztą było także w kampanii prezydenckiej, zwłaszcza w drugiej turze. Kandydaci na przykład wielokrotnie odwoływali się lub obiecywali działania wykraczające znacznie poza ich kompetencje. Wybierali też tematy dla siebie wygodne, unikali zaś tych, w których wypadliby słabo. Prymitywna retoryka górowała nad merytoryczną dyskusją. Świadomość, że będą wybierali wyedukowani, wymagający, krytyczni obywatele wymusiłaby inny charakter kampanii.

Czy wprowadzenie kryteriów kompetencyjnych dla potencjalnych wyborców zmieniłoby system? Mogę jedynie przewidywać, że znacznie ograniczyłoby liczbę uprawnionych do głosowania. W zależności od surowości kryteriów egzaminacyjnych mielibyśmy zapewne od kilku do kilkudziesięciu procent obecnej wielkości elektoratu. Jeśli ktoś chce nazwać to formą merytokracji, to proszę bardzo. Jestem w każdym razie za tym, aby każdy kto chce, a jest przeciętnie zdolny mógł zdobyć odpowiednią wiedzę, umiejętności i kompetencje. Ustalenie szczegółowego ich zakresu musiałby być poprzedzony debatą społeczną z udziałem różnych sił politycznych. Dochodzenie do konsensusu, zarówno w zakresie treści, jak i formy weryfikacji wyborczych uprawnień, byłby, jak przypuszczam, długim i żmudnym procesem. Podstawowym warunkiem jego inicjacji musiałby być jednak powszechna wola polityczna. Wydaje się to więc obecnie postulatem z zakresu „politycznej fikcji”. Ale czy zmiana ustroju PRL pod koniec lat 1980. nie wydawała się czymś zupełnie nierealnym?

Nawet jednak zreformowanie demokracji w kierunku większej świadomości wyborców i umożliwienia im głosowania zgodnie z ideami i celami własnymi i/lub własnej społeczności nie rozwiązałoby wszystkich problemów związanych z elekcją. Niektóre z nich nie mają bowiem charakteru systemowego, a raczej psychologiczny.

Ułuda ideału

Stworzenie warunków, które należałoby spełnić, aby móc w sposób oświecony dokonać wyboru nie wyeliminowałoby ograniczeń, które tkwią w nas samych. Powiedzmy, że mam dwoje kandydatów do wyboru. Adrian jest niedościgły w komunikacji z elektoratem, przekonujący i pełen mocy, lecz zbieżność swoich poglądów z jego oceniam jako nieidealną. Nie odpowiada mi, dajmy na to, jego entuzjazm dla imperialistycznego sojuszu, amerykańskiej obecności i stadny głos w antyrosyjskiej jeremiadzie. Ewa z kolei w zasadzie wyznaje te same wartości i opowiada się za tymi samymi politycznymi rozwiązaniami, co ja, jednak jej skrajny pryncypializm i niedoskonałe umiejętności komunikacyjne sprawiają, że nie jest kandydatką bez wad. Jeżeli miałbym szukać ideału, to zapewne musiałbym odrzucić oboje. Adrian odpadłby za oportunizm w polityce zagranicznej, a Ewa za brak elastyczności i kandydackiego szlifu. Znów pozostałbym wierny swojemu rozeznaniu i zrezygnowałbym z poparcia tych, co do których mam jakieś zastrzeżenia. Inni zapewne, przy mojej elekcyjnej absencji, wybraliby kogoś znacznie bardziej odległego od mojego wyobrażenia o idealnym kandydacie czy kandydatce. Ale ja pozostałbym z czystym sumieniem, że ani nie poszedłem na kompromis z amerykańskim imperializmem, ani nie poparłem osoby bez większych szans na sukces.

Wyborcy autoidentyfikujący się jako lewicowi w pierwszej turze w zasadzie mieli wybór między Robertem Biedroniem a Waldemarem Witkowskim. Większość z nich zagłosowała na kogoś innego, o ile w ogóle poszli do wyborów. Nie znam nikogo, kto otwarcie przyznałby się do homofobicznych motywów niegłosowania na tego pierwszego. Wielu natomiast wypominało mu niedotrzymanie obietnic, zwłaszcza tej dotyczącej rezygnacji z mandatu europosła. Ten zarzut się ostaje tylko, jeśli poszukujemy ideału. Warto zapytać samych siebie, czy nam nie zdarzyło się kiedyś nie dotrzymać obietnicy, ulec materialnej czy prestiżowej pokusie lub po prostu zmienić zdanie w ważnej sprawie, pomimo tego, że wcześniej zadeklarowaliśmy coś innego. Oczywiście od naszych reprezentantów mamy prawo wymagać więcej niż od siebie, jednak korzystając z tego prawa, obawiam się, pozbywamy się tych reprezentantów. Dodać w tym kontekście warto, że także drugi, mniej znany kandydat był krytykowany choćby za niekonsekwencję w realizacji lewicowego programu, gdy – mając takie możliwości na poziomie lokalnym – nie stanął w obronie krzywdzonych pracowników. Czy kandydat powinien być eliminowany za – choćby jednorazowe – sprzeniewierzenie głoszonych ideałów? Odpowiedź, którą zaproponuję dalece wpisuje się w niedoskonałość świata, w którym żyjemy i głosujemy.

Psycholog Janusz Reykowski, jeden z głównych pomysłodawców i kluczowych uczestników Okrągłego Stołu w 1989 roku opublikował kiedyś w „Kolokwiach Psychologicznych” tekst o interesach i wartościach. Jego tezą było zestawienie tych dwóch obszarów jako pozornie sprzecznych i wykluczających się, lecz pozostających we wzajemnej interakcji. Partie i inne organizacje polityczne realizując określone wartości muszą jednocześnie, dbając o swoje funkcjonowanie i skuteczność oddziaływania, dbać o swoje interesy. Tak więc praktyka działania podmiotów politycznych nie może ograniczać się do implementacji ideałów, bo zwyczajnie stracą na znaczeniu, może nawet przestaną istnieć. Moim zdaniem, na poziomie jednostkowym, w kontekście naszej pogoni za politycznym ideałem ten przetarg między wartościami a interesami może przybrać formę łagodniejszych kryteriów akceptacji kandydata. Pewien kompromis między lewicowymi wartościami jakimi są równość i wolność a interesem, jakim jest promocja kandydata o poglądach stosunkowo najbliższych naszym, wydaje się niezbędny, jeśli jesteśmy zainteresowani zmianami w ramach istniejącego sysemu.

Antysystemowość według mnie musi oznaczać bojkotu każdej oferty systemu. Jego stopniową zmianę warto rozpocząć od przewietrzenia dyskursu publicznego. Przemówienie Zandberga w Sejmie po expose Morawieciego było dobrym przykładem wprowadzania na agendę tematów dotąd nieobecnych w mediach ani w świadomości wielu wyborców czy nawet dziennikarzy. Wprowadzenie Biedronia czy – co bardziej nierealne – Witkowskiego do drugiej tury pozwoliłoby nagłośnić tematy dotąd słabo obecne w świadomości społecznej. I nie musiałoby to wiązać się z rezygnacją ze zmiany systemu. Dążenie do socjalistycznych rozwiązań ustrojowych bynajmniej nie stoi w sprzeczności z pragmatycznym wyborem kandydata choćby trochę im życzliwszego niż oferowani przez dwie główne prawicowe partie.

Trwanie przy wartościach lewicy bez uwzględnienia jej interesów uważam za błąd. A w interesie lewicy jest przesunięcie dyskursu publicznego w stronę zgodną z lewicowymi wartościami. Dlatego też nie odmówiłem swojego głosu tym kandydatom, którzy są im choć odrobinę bliżsi, pomimo nieznośnej świadomości tego, jak niewiele ten głos waży.

Autor jest pracownikiem Instytutu Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego

400.000

Dziś już wszystko jasne. Wszyscy już dziś wiedzą. Chyba że wyniki będą tak niejednoznaczne, że zacznie się powtórne przeliczanie i wiedzieć będziemy dopiero za jakiś czas. Piszę ten tekst w niedzielny poranek. Nie mam nawet siły na to, żeby prorokować kto wygra, bo to jak wróżenie z magicznej kuli. Nos mi podpowiada, że jednak Duda, ale chciałbym się miło zaskoczyć i zobaczyć inny wynik.

Nie będę się rozprawiał nad tym, ileż to błędów w kampanii lewica popełniła, bo po pierwsze, nie ma co bić piany drugi raz o tym samym, gdyż nie raz już na to utyskiwałem i kto czytał, ten wie. Po wtóre, nie śledziłem uważnie poczynań kampanijnych kandydata lewicowego, nie widziałem jego sprawozdania wyborczego, więc nie wiem, jakim budżetem dysponował. Nie będę się zatem mądrzył, że zrobiłbym to lepiej, bo pewnie by tak nie było. Po trzecie wreszcie, sprawy rozliczeniowe pozostawiam w gestii lewicowych partii i stowarzyszeń, które wzięły na siebie kampanijne trudy. Przy tym podpunkcie liczę na jako taką przejrzystość działań kierownictwa sejmowego klubu, bo ludziom w liczbie marnej, ale zawsze jakiejś, którzy wsparli Biedronia i lewicę, to się po prostu należy. Na wyborczą popłuczynę chciałby Państwu sprezentować dziś temat, który, mam wrażenie, nie wszyscy dobrze zgłębili. Chodzi o niebagatelną liczbę prawie 0,5 mln wyborców, którzy przez zaniechanie systemu, celowe bądź nie, zostali wprowadzeni w błąd i nie mogli zagłosować w wyborach w drugiej turze. Mało brakowało, żebym sam się do nich zaliczył.

Jedni piszą że 400 tysięcy, drudzy że mniej. Mowa o tych, którzy dopisali się do spisu wyborców poza swoim miejscem zamieszkania przez internet, za pomocą podpisu elektronicznego. Tak jak ja. Nie poszli do urzędu po kwit, bo im się nie chciało (tak jak mi), mieli nie po drodze, albo po prostu: jak się ma podpis kwalifikowany, który można sobie wyrobić również nie wychodząc z domu, to większość rzeczy wykonuje się przez internet. Bo Polska to nowoczesny kraj równie nowoczesnych ludzi.

W dzień pierwszej tury wiedziałem, że będę przebywał z dala od domu. Dopisałem się więc do właściwej komisji wyborczej internetowo, podobnie jak 400 tysięcy moich rodaków. We wniosku nie było mowy, że dopisujemy się na całość wyborów, jeno że na najbliższe, znaczy się, na pierwszą turę. Jakież było nasze zdziwienie, gdy z powyborczym poniedziałkiem okazało się, że aby zagłosować w drugiej turze w swoim macierzystym punkcie, należy udać się do urzędu gminy w którym głosowało się w pierwszej turze, aby pobrać zaświadczenie o prawie do głosowania w dowolnej komisji. Dopisanie się do spisu wyborców za pomocą podpisu kwalifikowanego działa bowiem na obydwie tury, bo wybory są całością i dopisek obowiązuje na całość, a nie na część. Jak już wspomniałem, w żadnym punkcie wniosku o dopisanie się do spisu wyborców żadna tego typu informacja nie figurowała.

No i klops. Bo jak człek wyjechał już poza obwód wraz z oddaniem głosu i przebywał w domu, z dala od punktu wyborczego z pierwszej tury, musiałby jechać tam jeszcze raz i osobiście, w urzędzie, pobierać kwit. Ja tak właśnie zrobiłem. Zmitrężyłem godzinę na dojazd do gminy i formalności. Mogłem sobie na to pozwolić, bo nie musiałem po pierwszej turze wracać do domu. Ale ogrom głosujących i dopisanych przez internet już nie. Bo o to wszak chodzi w tym dopisywaniu się. Że chcesz oddać głos poza domem. Państwo umożliwia dostęp do nowych technologii w służbie człowieka. Ale zastawia też pułapkę, nie informując że się w nią wpada. Gdyby Państwo nasze było skrojone pod obywatela, pozwoliłoby mu, tak jak w pierwszej turze, dopisać się do drugiej przez internet. Ale Państwo nasze jest antyobywatelskie i każe obywatelowi stawiać się osobiście przed urzędnikiem. A jak się ktoś nie stawi, to nie zagłosuje. Proste. 400 tysięcy głosów mniej.

No, może nie 400 a 395, bo paru szczęśliwcom, tak jak mi, udało się zaświadczenie uzyskać. Tak czy inaczej, przy minimalnych różnicach punktowych między kandydatami, te 400 tysięcy to jest potężny procent, który szalę mógłby przechylić. Nikt co prawda nie policzył, ilu zwolenników Dudy i Trzaskowskiego znalazło się w grupie dopisanych do spisu wyborców przez internet, ale nie trzeba być specjalnie wyrobionym w kampanijnych realiach, żeby wiedzieć, że twarde jądro PiS w wieku 60+ raczej się przez inetrent nie dopisuje. Twarde jądro nie jeździ po Polsce, zwłaszcza w niedzielę, tylko siedzi w domu. A kto się dopisuje i jeździ? Przede wszystkim młodzi, wykształceni, z dużych miast, z pieniędzmi. To też żadna tajemnica. Zwykła empiria i codzienność. 400 tysięcy głosów. Nieźle to sobie wykombinowali…

Prezydenckie zawołanie

Słuchałem i nie wierzyłem: on naprawdę tak powiedział. Tzn. On, prezydent mego kraju. Że potanieje musztarda. Jak Gomółka, kiedy mówił o taniejących lokomotywach. I kiedy myślałem, że nic już mnie z ust Andrzeja Dudy w tej kampanii nie zaskoczy, zobaczyłem to…

Rzecz miała miejsce chyba w Nowej Soli. Stoi prezydent, gestykuluje, widać że buzują emocje, nakręca się z każdym słowem. I nagle bam: mówi, jakby nigdy nic, zapętlony w słowotoku, że „podpaski higieniczne”, że „tampony higieniczne”, że kto ma kobiety w domu to wie ile, na to idzie, czy jakoś tak. Oniemiałem. Potem posłuchałem jeszcze raz. I jeszcze raz. Do dziś nie bardzo wiem, jak nazwać pierwszą myśl, która przyszła mi do głowy, kiedy słuchałem prezydenckich wynurzeń o podpaskach. I nie tyle sama treść mnie uwiodła, bo w tej od razu wyczułem ogromny potencjał wiralowy i socialmediowy, ale forma. Lub bardziej-forma samego mówcy.

Skrosowałem sobie od razu w pamięci przemówienie prezydenta z Nowej Soli z przemówieniem innego prezydenta w Białogardzie. Ongiś, Aleksander Kwaśniewski, na wiecu Lewicy i Demokratów, wzywał Ludwika Dorna i Sabę do porzucenia obranej przezeń drogi. Wówczas również forma zawołania prezydenckiego wzbudziła w słuchaczach i komentatorach pewne wątpliwości, co do prezydenckiego stanu. Zawołałem przed ekran moich kolegów, z którymi biesiadowałem tego wieczora, kiedy Andrzej Duda mówił o tanich podpaskach, aby rozwiali lub potwierdzili moje wątpliwości. Co należy zaznaczyć, koledzy, jak i ja, byliśmy wówczas jeszcze zupełnie trzeźwi. Wiele bowiem razy bywaliśmy w odmiennych stanach świadomości. Doskonale wiemy więc, jak zachowuje się ciało, poddane na działanie środków. W jaki sposób zmienia się mimika twarzy, gesty, a co najważniejsze, jak zachowuje się zmysł mowy. Wszyscy koledzy przyznali, że w prezydenckim przemówieniu z Nowej Soli, odnajdują bliźniacze podobieństwo do szoł Aleksandra Kwaśniewskiego z Białogardu. Czyli się nie pomyliłem, coś było rzeczy jest.

Nie jest żadną tajemnicą, że człowiek przemęczony, permanentnie niewyspany i odarty z wypoczynku, zachowuje się dla postronnych tak, jakby mógłby być pod wpływem. Miesza mu się w głowie, nie wie co mówi, a co równie ważne, nie wie też, jak mówi. Może więc niepotrzebnie podnosić głos, blekotać, mamrotać coś pod nosem. Ludziom wydaje się wtedy, że jest po spożyciu, a on sam, trzeźwy jak dziecko, jest po prostu wykończony. Sam tak mam dzisiaj, kiedy piszę ten tekst. Wczoraj przejechałem autem z Warmii do Warszawy. Przespałem się 8 godzin, żeby po śniadaniu wsiąść za kółko i prowadzić dalej, z Warszawy w Beskidy. Nikomu nie polecam. Rozumiem więc doskonale, że będąc w ciągłej trasie można być daleko od OK z własną psychofizycznością. Ba, sam też, w erze przed covidem, bywałem w trasach. Koncertowych. Wiem z samego bywania, że na trasie jest ciężko. Ale, i tu złota rada dla pana prezydenta, co było na trasie, zostaje na trasie. Po przekroczeniu progu busa, człowiek przywdziewa właściwą swojej profesji maskę. W busie można, choćby dla zabicia czasu, napić się czegoś dobrego na frasunek; bo daleko od domu, bo rozłąka z żoną, albo ze szczęścia, że w końcu z dala od niej, ale gdy się z puszki wychodzi, trzeba grać swoje. Najlepiej jak się umie. A po robocie, wiadomo, można sobie dać lejce na reset. A nawet trzeba.

Szczerze mówiąc, to mam to gdzieś, czy prezydent był w Nowej Soli po trzy przed. Więcej napiszę, gdyby wyszedł w kampanii do ludzi i spotkał się na piwie z kim innym, niż z premierem, tylko z prostym człowiekiem, zyskał by dużo więcej w oczach swoich współbraci w wierze w sukces. Bo nie w moich. Jak facet pije piwo z sokiem, to już nie ma dla niego ratunku.

Każdy głos będzie się liczył

Druga tura wyborów prezydenckich nie ma faworyta. W praktycznie wszystkich sondażach przeprowadzanych w ostatnich dniach jeden z kandydatów wygrywa z rywalem o włos.

Nowy sondaż pracowni Kantar, opublikowany 3 lipca, daje 47 proc. wskazań Rafałowi Trzaskowskiemu i 46 proc. – Andrzejowi Dudzie. Pozostała grupa ankietowanych nadal nie podjęła decyzji. Co znaczące, w porównaniu z poprzednim sondażem wzrosły notowania polityka KO, który zdobył dodatkowe 2,3 punktu procentowego. Dla porównania urzędujących prezydent dodał do swojej puli tylko 0.6 nowych zwolenników.

Sondaż IPSOS opublikowany na łamach oko.press również daje większe szanse Rafałowi Trzaskowskiemu. W badaniu tej pracowni 49 proc. głosów padło na kandydata Koalicji Obywatelskiej. Andrzeja Dudę wskazało minimalnie mniej, bo 48 proc.

Z kolei w sondażu IBRiS dla Onetu, opublikowanym 2 lipca, to Andrzej Duda zbliża się do granicy 50 proc. – odnotował 49 proc. wskazań. Rafał Trzaskowski ma w tym badaniu poparcie 46,4 proc. 4,6 proc. wyborców jeszcze się zastanawia, do kogo z kandydatów im bliżej.

Według badania IBRiS Rafał Trzaskowski przejmie 75 proc. osób, które w I turze poparły kandydata Lewicy Roberta Biedronia. Podobnie 3/4 wyborców Władysława Kosiniaka-Kamysza zamierza opowiedzieć się za zmian urzędującego prezydenta. Jeszcze bardziej stanowczy jest elektorat Szymona Hołowni – tu na Andrzeja Dudę zamierza głosować jedynie 10 proc. jego wyborców. Nieco wyraźniej podzieleni zdają się tylko sympatycy Krzysztofa Bosaka. 67 proc. z nich chce głosować na Andrzeja Dudę, a 27 proc. – na Trzaskowskiego.

Pracownia Indicator w opublikowanym 4 lipca sondażu minimalnie wskazuje na Dudę. Walczący o reelekcję polityk według tych szacunków uzyska 50,7 proc. głosów, wyprzedzając prezydenta Warszawy o mniej niż dwa punkty procentowe.

Najwyższą przewagę Dudzie daje sondaż opublikowany 1 lipca przez pracownię Social Changes i przygotowany na zlecenie prawicowego portalu wpolityce.pl. W tym badaniu, przeprowadzonym jeszcze przed ogłoszeniem wyników I tury, urzędujący prezydent zyskał 53 proc. wskazań. Równocześnie zamiar głosowania w wyborach potwierdziło 64 proc. ankietowanych.

Obydwaj kandydaci kontynuują swoje kampanie, podróżując po Polsce i dużo obiecując. Od jednego i drugiego polityka usłyszeliśmy już np. sprzeciw wobec podnoszenia podatków.

Mocne karty Dudy, ale rozgrywa opozycja

W polskich realiach zdecydowany lider sondaży prawie zawsze uzyskuje w wyborach wynik znacząco słabszy od średniej notowań sondażowych, jednak w pierwszej turze wyborów prezydenckich tej zależności nie zaobserwowano.

Co więcej, ośrodki sondażowe z reguły zawyżały notowania słabszych kandydatów i zaniżały notowania kandydatów mocniejszych. Przeprowadzone w ostatnich kilkunastu dniach sondaże dotyczące drugiej tury wyborów prezydenckich nie wskazują jednoznacznie ani na zwycięstwo Andrzeja Dudy, ani na zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego. Jednakże sondaże dotyczące pierwszej tury w nieco większym stopniu zaniżały notowania Dudy, ponadto zabrakło mu zaledwie 6,50 punktu procentowego do zwycięstwa, a kandydaci szeroko rozumianej antypisowskiej opozycji nie uzyskali w sumie bezwzględnej większości głosów.

Bardzo duże znaczenie może mieć oddziaływanie przegranych w pierwszej turze kandydatów na swoje elektoraty. Wszystko wskazuje na to, że Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz i Robert Biedroń (18,45 proc. głosów, podczas gdy przewaga Dudy nad Trzaskowskim wyniosła 13,04 proc. głosów) udzielą poparcia Rafałowi Trzaskowskiemu, zaś Krzysztof Bosak zaapeluje do swych wyborców (których znaczna część sympatyzuje z Trzaskowskim, a inna część nie zamierza pójść na drugą turę wyborów prezydenckich), aby zagłosowali w drugiej turze zgodnie z własnymi przekonaniami.

Zastanawiające jest to, czy Koalicja Obywatelska rozważa rozwiązanie alternatywne. W sondażach dotyczących drugiej tury wyborów prezydenckich Szymon Hołownia uzyskiwał zdecydowanie większe poparcie od Andrzeja Dudy. Jeżeli tuż przed 12 lipca notowania sondażowe nie dadzą Rafałowi Trzaskowskiemu znaczącej przewagi, będzie najlepiej dla Polski, gdy Trzaskowski zrezygnuje z kandydowania. Zgodnie z zasadami wynikającymi z polskiego prawa wyborczego, druga tura zostanie wtedy przesunięta na 26. lipca, a wystartują w niej Hołownia i Duda.
Może być bardzo różnie. W najgorszym razie, antypisowska opozycja odegra się za trzy lata, podczas wyborów samorządowych oraz parlamentarnych.

Konstytucja według Dudy

Głosowanie nad projektem zmiany Konstytucji zakładającym zakaz adopcji dzieci przez pary jednopłciowe zapowiedział Andrzej Duda. Prezydent zaznaczył też, że jest pewny poparcia sejmowej większości, w liczbie umożliwiającej zamieszczenie takiego zapisu w ustawie zasadniczej.

Andrzej Duda kontynuuje ofensywę wyborczą. Na spotkaniu z wyborcami w Szczawnie-Zdroju obiecał, ze 6 lipca w Sejmie odbędzie się głosowanie nad projektem zmiany Konstytucji. Prezydent chce, aby znalazł się w niej zapis uniemożliwiający osobom LGBT starania się o adopcję dzieci.
Duda kilka tygodni temu dla podbicia swoich wyborczych słupków posunął się do stwierdzenia, że LGBT to nie ludzie. Wtórować mu natychmiast ruszyli inni politycy PiS.

Przed II, decydującą turą, prezydent jeszcze podkręcił stawkę. Teraz zapowiada, że jego celem jest wprowadzenie dyskryminacji osób LGBT na poziomie najwyższego aktu prawnego. Prezydent po raz kolejny posłużył się kłamstwem, jakoby prawidłowy rozwój dzieci adoptowanych przez pary jednopłciowe był zagrożony. Badania naukowe wykazują dokładnie coś innego.

Ataki na osoby LGBT są w kampanii Andrzeja Dudy główną nutą,
dzięki której sztab prezydenta chce osiągnąć pożądaną mobilizację wyborców o homofobicznym nastawieniu, przekonując ich, że heteroseksualne związki i rodziny są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nagonka to nakręcana odgórnie. Badania sondażowe przeprowadzane w ubiegłym roku pokazywały bowiem, że nawet dla wyborców PiS głównym atutem tej partii bynajmniej nie jest atakowanie mniejszości seksualnych.
„O ile w naszym prawie małżeństwo w naszym prawie jest związkiem kobiety i mężczyzny, są możliwe inne przypadki. Dlatego uważam, że w polskiej konstytucji powinien się znaleźć zapis, że wykluczone jest przysposobienie lub adopcja dziecka przez osobę pozostającą w związku jednopłciowym. Dla bezpieczeństwa dziecka, dla jego prawidłowego wychowania” – powiedział do swoich zwolenników polski prezydent.

Następnie Duda wywołał do tablicy swojego rywala, zaznaczając, że oczekuje poparcia jego klubu parlamentarnego dla projektu stosownej ustawy. W ten sposób chce postawić Trzaskowskiego w niezręcznej sytuacji, mając na uwagę, że jego elektorat składa się zarówno z obywateli wyrażających poparcie dla praw LGBT, z samych przedstawicieli tej atakowanej społeczności, jak i bardziej konserwatywnych segmentów elektoratu KO, sceptycznych wobec co bardziej postępowych rozwiązań.
I to raczej ci ostatni mogą być zadowoleni z odpowiedzi Rafała Trzaskowskiego, który nie poszedł na konfrontację.

– Jestem przeciw adopcji dzieci przez pary jednopłciowe i wydaje mi się, że takie jest stanowisko większości partii politycznych – odpowiedział prezydent Warszawy, a propozycję Dudy nazwał „tematem zastępczym”.
Po raz kolejny okazało się, że słaba pozycja przetargowa lewicy po I turze przekłada się na obranie przez Trzaskowskiego kursu w prawo. Polityk KO wierzy, że głosy lewicowców ma w kieszeni, bo ludzie ci są zdeterminowani podważyć pisowski monopol władzy. Jednoznaczność odpowiedzi może jednak sprawić, że część z nich podczas decydującego starcia zostanie w domu lub odda głos nieważny, co też jest celem działań sztabu obecnego prezydenta.