Prezydenckie zawołanie

Słuchałem i nie wierzyłem: on naprawdę tak powiedział. Tzn. On, prezydent mego kraju. Że potanieje musztarda. Jak Gomółka, kiedy mówił o taniejących lokomotywach. I kiedy myślałem, że nic już mnie z ust Andrzeja Dudy w tej kampanii nie zaskoczy, zobaczyłem to…

Rzecz miała miejsce chyba w Nowej Soli. Stoi prezydent, gestykuluje, widać że buzują emocje, nakręca się z każdym słowem. I nagle bam: mówi, jakby nigdy nic, zapętlony w słowotoku, że „podpaski higieniczne”, że „tampony higieniczne”, że kto ma kobiety w domu to wie ile, na to idzie, czy jakoś tak. Oniemiałem. Potem posłuchałem jeszcze raz. I jeszcze raz. Do dziś nie bardzo wiem, jak nazwać pierwszą myśl, która przyszła mi do głowy, kiedy słuchałem prezydenckich wynurzeń o podpaskach. I nie tyle sama treść mnie uwiodła, bo w tej od razu wyczułem ogromny potencjał wiralowy i socialmediowy, ale forma. Lub bardziej-forma samego mówcy.

Skrosowałem sobie od razu w pamięci przemówienie prezydenta z Nowej Soli z przemówieniem innego prezydenta w Białogardzie. Ongiś, Aleksander Kwaśniewski, na wiecu Lewicy i Demokratów, wzywał Ludwika Dorna i Sabę do porzucenia obranej przezeń drogi. Wówczas również forma zawołania prezydenckiego wzbudziła w słuchaczach i komentatorach pewne wątpliwości, co do prezydenckiego stanu. Zawołałem przed ekran moich kolegów, z którymi biesiadowałem tego wieczora, kiedy Andrzej Duda mówił o tanich podpaskach, aby rozwiali lub potwierdzili moje wątpliwości. Co należy zaznaczyć, koledzy, jak i ja, byliśmy wówczas jeszcze zupełnie trzeźwi. Wiele bowiem razy bywaliśmy w odmiennych stanach świadomości. Doskonale wiemy więc, jak zachowuje się ciało, poddane na działanie środków. W jaki sposób zmienia się mimika twarzy, gesty, a co najważniejsze, jak zachowuje się zmysł mowy. Wszyscy koledzy przyznali, że w prezydenckim przemówieniu z Nowej Soli, odnajdują bliźniacze podobieństwo do szoł Aleksandra Kwaśniewskiego z Białogardu. Czyli się nie pomyliłem, coś było rzeczy jest.

Nie jest żadną tajemnicą, że człowiek przemęczony, permanentnie niewyspany i odarty z wypoczynku, zachowuje się dla postronnych tak, jakby mógłby być pod wpływem. Miesza mu się w głowie, nie wie co mówi, a co równie ważne, nie wie też, jak mówi. Może więc niepotrzebnie podnosić głos, blekotać, mamrotać coś pod nosem. Ludziom wydaje się wtedy, że jest po spożyciu, a on sam, trzeźwy jak dziecko, jest po prostu wykończony. Sam tak mam dzisiaj, kiedy piszę ten tekst. Wczoraj przejechałem autem z Warmii do Warszawy. Przespałem się 8 godzin, żeby po śniadaniu wsiąść za kółko i prowadzić dalej, z Warszawy w Beskidy. Nikomu nie polecam. Rozumiem więc doskonale, że będąc w ciągłej trasie można być daleko od OK z własną psychofizycznością. Ba, sam też, w erze przed covidem, bywałem w trasach. Koncertowych. Wiem z samego bywania, że na trasie jest ciężko. Ale, i tu złota rada dla pana prezydenta, co było na trasie, zostaje na trasie. Po przekroczeniu progu busa, człowiek przywdziewa właściwą swojej profesji maskę. W busie można, choćby dla zabicia czasu, napić się czegoś dobrego na frasunek; bo daleko od domu, bo rozłąka z żoną, albo ze szczęścia, że w końcu z dala od niej, ale gdy się z puszki wychodzi, trzeba grać swoje. Najlepiej jak się umie. A po robocie, wiadomo, można sobie dać lejce na reset. A nawet trzeba.

Szczerze mówiąc, to mam to gdzieś, czy prezydent był w Nowej Soli po trzy przed. Więcej napiszę, gdyby wyszedł w kampanii do ludzi i spotkał się na piwie z kim innym, niż z premierem, tylko z prostym człowiekiem, zyskał by dużo więcej w oczach swoich współbraci w wierze w sukces. Bo nie w moich. Jak facet pije piwo z sokiem, to już nie ma dla niego ratunku.