Ambasador

Mało który poznaniak jest świadom tego, jak sprawują się przypadkowi ambasadorowie miasta Poznań, gdy znajdą się „w terenie”. A sprawują się kiepsko…

1.
Na sobotni targ w miasteczku X. od lat przyjeżdża pewien mieszkaniec Poznania, który trudni się obwoźnym handlem zabawkami: gumowymi, plastikowymi, militarnymi i całkiem pokojowymi. Ceny ma wysokie, rabatu nie daje, życzliwością nie grzeszy, samoocenę ma wysoką jak najwyższa góra w Pieninach, no i łatwo wpada w gniew. Znaczy się – rozwodnik albo wdowiec.
Od czasu do czasu wdaje się on w dyskusję natury politycznej, a poglądy ma „GW-TVN-owskie”. Czyli – jest „elita” z Grzegorzem Schetyną na czele, która – białoskóra, wykształcona jak cholera, z wielkich miast – „wie, co i jak należy robić”, ale „plebs” – chłepczący 500plusy jak trzoda chlewna gnojówkę z koryta, przeszkadza mu w dziele podejmowania działań jedynie słusznych.
Standard, chciałoby się rzec.
Dziś doznał jednak z naszej strony despektu.

2.
Wyjaśnijmy, kto to „my”. „My” to: pan uprawiający warzywa wszelkiego rodzaju (głównie – ogóreczki, co przeszłyby najsroższe testy europejskie na „krzywiznę”), pan handlujący tanią biżuterią i perfumami, pani zwożąca z Niemiec i Holandii używane meble i dywany, oraz ja – prosty klient.
W skrócie – „Ogórecznik”, „Jubiler”, „Meblowniczka” i Wasz skromny bezpłatny korespondent na wieloletniej delegacji.

3.
Wstępna zaczepka przyjęła postać:
– I co, na PiS, tu będziecie głosować? Wiadomo, wiochy inaczej nie umieją…
Odwróciliśmy głowy, zaintrygowani.
Po czym – wszyscy grzecznie – jak to „plebs” skinęliśmy tymi głowami. Z góry na dół.
– No tak, pięćset się wzięło…
– Kto mógł to wziął…- potwierdziliśmy chórem.
– „Trzynastkę” pewnie też…
– Oczywiście, i „trzynastkę” też…
– Och, wy wsioki jedne, tak wam te wasze mózgi to radio i telewizja wyprały…
– Ano, wyprały i mamy teraz czyste – ukąsił „Ogórecznik” wstawiając puste po sprzedanych ogórkach wiaderka do auta.
– A kto będzie teraz na was robił? My z miast? Na was dzieciorobów i leni…
– Tak by wypadało. – zaśmiał się „Jubiler”, składając puste skrzyneczki po perfumach, z których żaden nie ma prawa kosztować więcej niż 12 złotych, przeto idą jak świeże bułeczki.
– Latami by człowiek do was gadał, a i tak nic nie skumacie – mózgi proste, nie sfałdowane…
– Fakt, proste, nie sfałdowane – potwierdziliśmy ochoczo.
I zasiedliśmy na pustych straganach, patrząc jak białoskóry, wykształcony, z wielkiego miasta posiadacz silnie sfałdowanego przodomózgowia za „Chiny ludowe” nie jest w stanie upchać w aucie zabawek, co nie dał rady ich dziś sprzedać.
A gdy odjechał, wzbijając tumany kurzu, odetchnęliśmy z ulgą i każdy z nas udał się do swego nicnierobienia.
„Ogórecznik” miał do podlania ogórki i kapustę (dwa hektary), „Jubiler” musi założyć tysiąc zawieszek do nowych kolczyków, „Meblarka” jutro jedzie na granicę Niemiec z Holandią, gdzie czeka na nią nowy transport używanych kanap, szafek i stołów. Tamtym tak się w głowach poprzewracało, że wyrzucają już umeblowanie sprzed 3-4 lat.
Nastała bowiem nowa moda mieszkaniowa: kafelki na podłodze, ściany wyglansowane w kolorze ecru, kilka zgeometryzowanych mebelków ze szkła. I poza tym – nic.
Żadnych książek, żadnych obrazów, żadnego psa, męża, dzieci, które naruszałyby nowy ideał: sterylną czystość i ciszę.
Chciałoby się napisać: trumienną.

4.
A wracając do handlarza zabawkami… Z nowymi, samozwańczymi radziwiłlami wypada wprawdzie rozmawiać na kolanach, ale nie zawadzi głowę trzymać wysoko i z niesfałdowanego mózgu czynić od czasu do czasu użytek…
Może się wtedy sfałduje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *