Po co nam – wam to było?

Wszystko można tłumaczyć, także przez niedomówienia, co w przypadku stanu polskiego Kościoła nie zbliża do prawdy, a tym bardziej do optymistycznych wniosków.

Tytuł tego felietonu pochodzi z wypowiedzi Józefy Hennelowej w marcowym wydaniu miesięcznika „Kraków” pt. „W Kościele jest dziś trudno”, w której zastanawia się i zadaje szereg pytań dotyczących położenia, kondycji i wizji Kościoła w Polsce, także od zarania III RP. Hennelowa była związana z „Tygodnikiem Powszechnym” od 1948 do 2002 roku, również jako zastępca redaktora naczelnego Jerzego Turowicza. Autorka licznych publikacji i książek, aktywna działaczka opozycji w latach PRL, wreszcie dwukrotnie posłanka na Sejm od 1989 roku. Wraz z całą formacją tego tytułu zaliczana do tzw. kościoła otwartego. Jej wieloletnia znajomość z najważniejszymi hierarchami, nie wspominając już o licznych spotkaniach z kardynałem Karolem Wojtyłą, a później z papieżem Janem Pawłem II rodziła nadzieję na interesującą, pogłębioną wypowiedź.
Koncepcja wielkiej Polski katolickiej

„To właściwie powrót do wizji prymasa Wyszyńskiego z tak zwanych ślubów jasnogórskich… w 1956 roku…Potem z tego się zrodziło Millennium roku 1966. To był wtedy program Polski zawsze katolickiej… prymas…postrzegał ten koncept jako działanie masowe, wielkie przeżycia, koniecznie manifestacyjną, zbiorową, ludową pobożność. Teraz Kościół zdaje się spodziewać, że to wszystko zrealizuje wespół z obecną władzą.”
Stefan Wyszyński, doświadczony latami stalinizmu i państwową indoktrynacją światopoglądową oraz szeregiem ograniczeń w stosunku do Kościoła, przyjmował zapewne bez entuzjazmu rozdział kościoła od państwa, ale jednocześnie cenił tą wartość, którą stanowiło nawet ówczesne polskie państwo, troszcząc się wielokrotnie o jego dalsze losy i apelując m. in. o umiar w gorących dniach sierpnia 1980 roku.

W kolejnych latach, jeszcze PRL-u, a następnie III RP, w zasadniczo odmiennych warunkach, sytuacja Kościoła uległa pełnemu unormowaniu, co wcale nie przeszkodziło mu już w demokratycznym ustroju wkroczyć – i maszerować nadal – na wojenną ścieżkę klerykalizmu, przyczyniającego się w swej istocie także do ruiny niezależnego światopoglądowo państwa.
„zwieńczeniem owego mariażu Kościoła z władzą mają być nie tylko spotkania z papieżem czy masowe zjazdy młodzieży. Ma widać wyraźną nadzieję, że katolicyzm wprowadzi się do struktur prawnych państwa. Że powstanie charakterystyczna dla państwa wyznaniowego sytuacja, w której system prawnych nakazów i zakazów będzie zgodny z tym, co według porządku Kościoła jest najważniejsze. W gruncie rzeczy rozpoczęło się od marzenia samego Jana Pawła II – tyle że nie wiemy, jak on dokładnie sobie to wyobrażał…”

O Janie Pawle II

„Papież…przecież stale powtarzał, że zasada, by nie wprowadzić sacrum do życia społecznego i państwowego, to błąd. Że żadna neutralność! Tymczasem sacrum w życiu państwowym oznacza przecież dążenie do wpływu na struktury prawne czy organizacyjne…

Papież do tego dodał wizję, czym się kończy demokracja bez wartości. A myśmy nie podjęli dyskusji, co to znaczy – bo przecież z papieżem się nie dyskutuje. Tymczasem w gruncie rzeczy demokracja sama w sobie jest przecież właśnie oparta na wartościach.”

Brak sprzeciwu wobec tych doktryn Hennelowa tłumaczy: „Dopiero niedawno pojawiła się kompletnie nowa jakość – zgoda na to, że się obecnego papieża zaczyna się krytykować i to w sposób zasadniczy.” To prawda, bohaterstwa nie wymaga dziś krytyka papieża Franciszka i jego progresywnych działań zaś odwagi i sprzeciwu zabrakło w ocenie konserwatywnych poczynań Jana Pawła II, co tylko dowodzi, który z tych ideologicznych wyborów zawsze jest bliższy Kościołowi.

„Franciszek ma kłopoty…w Watykanie przeciwników także wśród tych, których odstawił od władzy…Także Jan Paweł II nie miał wątpliwości, że tam są silne układy. Tyle, że kiedy zdał sobie sprawę, że już ich nie pokona, to skupił się na podróżach, a tym się nie zajmował.”

Jest to jakiś sposób wyjaśnienie postawy ówczesnego papieża, acz odległy od logiki rządzenia i koniczności zaprowadzenia porządku we własnej owczarni, nie uwzgledniający nadto wielkich politycznych ambicji Jana Pawła II, niepozbawionych wątpliwych ocen, kontaktów i preferencji w tej jego międzynarodowej aktywności.

„Zastanawiam się jednak, że może kiedyś się przebije to, na czym mu naprawdę zależało. Ale na razie robimy głupio, stawiając mu te setki pomników. Zresztą on sam powinien od razu zaprotestować. Tymczasem jak pojawił się pierwszy monument, to zamiast powiedzieć: „Żeby mi to było ostatni raz!”, przyjął to z wyrozumiałością. Owszem, może nie chciał robić przykrości ludziom. Bo, choć jeden pomnik jest brzydszy od drugiego, to stawiali je z miłości.”

Abstrahując od powszechnej zasady stawiania pomnika dopiero po śmierci upamiętnianej osoby, także od przykładów budowania pomników osobom żyjącym lecz o bardzo podejrzanych zasługach, zdumiewa opisana i usprawiedliwiona wyrozumiałość papieża, a jeszcze bardziej powód powszechnego pojawienia się tych monumentów. Za życia JP II było ich w Polsce już 230, dziś ta liczba zapewne zbliża się do 1000 i tylko naiwność, bądź usilna chęć wytłumaczenia innym i sobie, sprowadza się do argumentu „miłości”.

Po co nam to było

„Myśmy od początku to robili. Jest zastanawiające, dlaczego? I po co lewym sposobem! Zaczynając od Tadeusza” [Mazowieckiego – Z.T.].

Wprowadzenie z naruszeniem prawa u początków III RP nauki religii do szkół – „dlaczego wszystko w kwestii lekcji religii ma być załatwiane administracyjnie – łącznie z tym, że absolutnie nie wolno dyskutować o programie, liczbie godzin lekcyjnych i o tym, kto ma być katechetą.”
Podpisanie konkordatu – „przez premier Hannę Suchocką – i to w czasie, kiedy już nie było Sejmu, bo był rozwiązany za głosowanie właśnie przeciwko niej. Więcej, znalazło się w konkordacie kilka wpadek…ale nic już się nie dało zrobić, bo podpisany dokument międzynarodowy nie może mieć zmienionej ani litery.”

Hipokryzja w postaci manifestowania przywiązania do Kościoła w sytuacjach publicznych – „Owszem, można autentycznie wykazywać pobożność. Ale niekoniecznie trzeba ją eksponować i demonstrować. Zwłaszcza gdy jest się w pierwszym rzędzie i w obiektywach kamer.”
Aktualnie sprawa aborcji – „Kościół znowu postawił ją jako problem numer jeden, i to w sposób zdecydowany, że musi sobie szybko załatwić nową ustawę o ochronie życia poczętego… Czyli – wprowadzenie pełnego zakazu aborcji. Wygląda na to, ba – niektórzy mówili to wprost, że to właściwie jedyna rzecz, którą trzeba zrobić w kraju, żeby on się mógł nazywać się katolicki. A jak to będzie wykonywane – mniejsza. Mniej ważne jest, czy ludzie będą tego przestrzegali, czy będą udawali, że się stosują – sam zapis ma wystarczyć. Podobnie jest zresztą z różnymi innymi zakazami.”

W tle tych wydarzeń „był pogląd, że Kościołowi w Polsce należą się nie tylko zwykłe prawa, ale szczególne przywileje za walkę z komunizmem.”
I jeszcze – „Bardzo Polska została podzielona, bardzo. Straszliwie. Za chwileczkę będzie następny krok i się okaże, że jednak Polska wielka, narodowa, katolicka. Nie daj Boże.”

Po co Wam i nam to było, i nadal trwa?

Po co Kościołowi, któremu jest dziś trudno i to, jak ze słów redaktor Hennelowej wynika, nie z powodu jakoby laicyzacyjnej fali płynącej z Zachodu. Po co nam obywatelom, którym jest równie ciężko, gdyż to dzięki doktrynie wojującego klerykalizmu, realizowanej z tak wielką determinacją przez katolickich hierarchów i spolegliwe polityczne władze, Polska przestała być demokratycznym państwem prawa zamieniając się w strzęp jego tekturowej namiastki.

Na początku wywiadu

Hennelowa występuje jako polityk: „faktycznie istniała warstwa ludzi, którym my, reformując kraj, odebraliśmy poczucie bezpieczeństwa dawane im pozornie przez PRL.” Z powyższego wynika, że jeżeli coś odebrane zostało, to wcześniej musiało mieć miejsce. Mogło istnieć, co równie ważne, tylko w zbiorowej świadomości, ale i w rzeczywistości. W omawianej sytuacji zaistniały te dwie możliwości, o czym świadczą tony atramentu i tonerów, nie mówiąc już o drukarskiej farbie, którymi dowodnie powyższy zabór wielu poważnych autorów już dawno udowodniło. Można oczywiście dyskutować o granicach bezpieczeństwa w okresie Polski Ludowej, ale zaprzeczanie woła o pomstę do Boga.

Później jako członek byłej, jak się okazało niedemokratycznej, opozycji stwierdza: „premier [Mazowiecki – Z.T.] znajdował się między tymi różnymi jeszcze nieodprawionymi potworami”, zupełnie zapominając, że skład tego rządu, i szerzej układu politycznego, był konsekwencją obrad Okrągłego Stołu, w których uczestniczył jej redakcyjny szef Jerzy Turowicz, nie wspominając już o przedstawicielach strony kościelnej. A rzeczywistych, nieodprawionych potworów mieliśmy i mamy nadal w rządach postsolidarnościowych w nadmiarze.

Do coraz częstszych

publicznych, odważnych i krytycznych wypowiedzi o rzeczywistych przyczynach stanu i przyszłości naszego obywatelskiego dobra – państwa – nie wpisuje się prasowa rozmowa z Józefą Hennelową. Szerokim łukiem omija coraz częściej akceptowany wniosek, że nie tylko za kondycję polskiego Kościoła, ale także za stan spraw publicznych i państwowych, ponosi odpowiedzialność Episkopat i hierarchowie. Mówi nawet o tym pośrednio, ale nie chce tego wiedzieć – przyjąć do wiadomości i jasno określić, aby towarzysko nie narazić się, albo nienawykła kalać własnego gniazdo ? Za dużo w tej wypowiedzi niedomówień, niewyjaśnionych wyjaśnień, wreszcie absolutnej bezradności i kiedyś, i dziś.

Temat jest ciągle aktualny

i będzie powracał w opracowaniach pozbawionych takich niedomowień, natomiast dogłębnie wyjaśniających przyczyny postępowania polskiego rzymsko-katolickiego Kościoła, gdyż dotyczy to w równej mierze każdego obywatela – osób wierzących i niewierzących. Sprawy Kościoła – jego dostojników i zwykłych księży, podobnie jak rola i ocena poczynań Jana Pawła II przestały być wreszcie tabu i podlegają powszechnej, publicznej debacie i ocenie.