Papież nauczy

Przemysław Czarnek udzielił kolejnego wywiadu, w którym zajął kontrowersyjne stanowiska nt. włączania nauk Jana Pawła II do programu nauczania.

“Gdy uczymy podstaw przedsiębiorczości, moglibyśmy wprowadzić fragmenty papieskich encyklik na temat tego, czym jest praca, wolny rynek, sprawiedliwość społeczna itp. Chodzi nie tyle o wymiar religijny, ile o etyczne spojrzenie na przedsiębiorczość” – mówił w “Gościu Niedzielnym” minister edukacji.

Polityk dodał również, że chciałby włączenia nauk Jana Pawła II do programu szkół podstawowych. Chodzi przede wszystkim o kwestie seksualności i inne tematy zawarte w książce “Miłość i odpowiedzialność”. Warto zaznaczyć, że jest to pozycja, której daleko jest od zdobyczy psychologii i medycyny. Karol Wojtyła bowiem pisze w niej, między innymi, o homoseksualności jako o “zboczeniu” i wymienia ją w jednym ciągu z zoofilią. W książce napisanej przez papieża czytamy również, że “z wymogami normy personalistycznej kłóci się poligamia, a także rozerwalność prawnie zawartego małżeństwa (tzw. rozwód), który zresztą w praktyce prowadzi do poligamii”.

Czarnek zapytany o to, co zagraża wolności nauki, odpowiedział “lewicowy totalitaryzm”. Stwierdził on, że osoby o innych poglądach niż lewicowe są wykluczane z debaty. “W efekcie ludzie o poglądach konserwatywnych boją się je formułować i nie podejmują dyskusji” – mówił dla “Gościa”.

Zrobimy sobie kiedyś prezent na święta i wypowiemy konkordat

Zawarcie konkordatu, deklaracja rządowa co do jego interpretacji i przebieg ratyfikacji

W dniu 28 lipca 1993 roku minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski podpisał umowę międzynarodową zawartą pomiędzy rządem, a Stolicą Apostolską zwana konkordatem. Unormowanie relacji pomiędzy państwem i Kościołem katolickim w takiej formie było niezgodne z ówcześnie obowiązującym przepisem art.77 tzw. Małej Konstytucji RP, który obowiązywał w brzmieniu jakie ustalone było w art.70 ust.2 Konstytucji PRL z 1952 roku. Przepis ten przewidywał jako wyłączny sposób określania sytuacji prawnej kościołów i związkami wyznaniowymi drogę ustawowa, a więc nie dopuszczał w tym zakresie zawarcia umowy międzynarodowej.

Podpisanie umowy było zresztą nie tylko naruszeniem norm konstytucyjnych, ale i dobrych obyczajów, gdyż rządowi Hanny Suchockiej już 31 maja 1993 roku wyrażono wotum nieufności i działał on jedynie z woli Prezydenta RP Lecha Wałęsy. Mając do wyboru przyjecie dymisji rządu albo rozwiązanie Sejmu Wałęsa wybrał drugie rozwiązanie pozwalające utrzymać ekipę rządzącą przy władzy. Pozwoliło to na pospieszne dokończenie negocjacji z przedstawicielami Kościoła katolickiego i podpisanie umowy. Pomimo utraty poparcia politycznego rząd Suchockiej nie zadbał nawet o przeprowadzenie jakichkolwiek konsultacji społecznych co do treści podpisywanej z Watykanem umowy, a co więcej nie przedstawił nawet jej treści do publicznej wiadomości. Pośpiech i dyskrecjonalne akty przyjęcia i podpisania umowy były prawdopodobnie spowodowane realnie istniejącym zagrożeniem zwycięstwem lewicy w nadchodzących wyborach. Z jednej strony chodziło oczywiście o zagwarantowanie interesów Kościoła katolickiego i wykonania gestu wobec papieża Polaka, z drugiej o potencjalne wprowadzenie lewicy w ewidentny konflikt z Watykanem w wypadku odrzucenia ratyfikacji zawartej umowy. Zlekceważono ówcześnie obowiązująca regulację konstytucyjną poprzez sposób prowadzenia negocjacji jak i niedopuszczalną podówczas formę regulacji statusu Kościoła katolickiego w Polsce, a więc nie poprzez ustawę lecz umowę międzynarodową. Naruszono fundamentalną zasadę legalizmu nakazującą organom państwowym prowadzenie aktywności w zakresie przewidzianym prawem, a więc podejmowanie tylko takich działań jakie przewidziane są jego kompetencjami, które nie przewidywały negocjowania i podpisania umowy międzynarodowej dotyczącej statusu prawnego jakiegokolwiek kościoła czy innego związku wyznaniowego w Polsce. W efekcie podpisania konkordatu, pomimo wieloletniej obstrukcji dokonania jego ratyfikacji w czasie rządów lewicy, stworzył on Kościołowi podstawy do sięgania po coraz to nowe koncesje ze strony państwa, umożliwił realizację żądań i aspiracji ekonomicznych, poszerzenie wpływu na wychowanie i edukację młodzieży, obecności w środkach masowego przekazu w ceremoniale państwowym i większości uroczystości o różnym charakterze ugruntowując panowanie w sferze światopoglądowej. Zyskując wpływ na prace Komisji Konstytucyjnej przeforsował, pomimo oficjalnego kontestowania przez większość hierarchii kościelnej i prawicę narodowo-katolicką, rezygnację z konstytucyjnego rozdziału państwa i kościoła, neutralności światopoglądowej narzucając aksjologię odwołująca się do ustaleń Soboru Watykańskiego II.

W tej sytuacji nie budziło zdziwienia realizowanie, a nawet rozszerzanie uprawnień konkordatowych Kościoła jeszcze przed jego ratyfikacją, która nastąpiła w dniu 23 lutego 1998 roku. Ratyfikacja konkordatu poprzedzona była wejściem w życie Konstytucji RP z 2 kwietnia 1997 roku ale i szeregiem wątpliwych działań władzy ustawodawczej i wykonawczej. Stosownie do art.90 Konstytucji RP umowa międzynarodowa zawierająca postanowienia dotyczące przekazania organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencji władzy państwowej w niektórych sprawach wymaga zgodnie z ust.2 powołanego przepisu zgody Sejmu RP na ratyfikację wyrażoną przez większość 2/3 głosów w obecności, co najmniej połowy liczby posłów oraz przez Senat taką samą większością. Pomijając dyskusyjna kwestię czy Stolica Apostolska jako podmiot prawa międzynarodowego jest uprawniona poprzez swoją organizację lokalną do przejęcia kompetencji władzy państwowej suwerennego kraju tj. wykonywania funkcji publicznej np. w postaci sporządzania aktów ślubu jako aktów stanu cywilnego, to trzeba jasno stwierdzić, że zgoda na ratyfikacje umowy wyrażona przez Sejm RP zwykłą większością głosów stanowiła naruszenie prawa. W głosowaniu przeprowadzonym dnia 8 stycznia 1998 roku o godz.19.20 udział wzięło 436 posłów, z których za ratyfikacją glosowało 273, a przeciwko 161 przy 2 wstrzymujących się i 23 nie biorących udziału w głosowaniu. Wymagana zgodnie z art.90 ust.2 Konstytucji większość 2/3 stanowiła 290 głosów za przyjęciem ustawy ratyfikacyjnej. Zdziwienie budzi fakt, że manewr ten został przeprowadzony pod rządami lewicy w pełni świadomej konsekwencji jakie poniesie za sobą wdrożenie umowy stanowiącej z odnośnymi postanowieniami konstytucyjnymi rygiel prawny mający skutecznie zablokować wszelkie próby zmiany w jakimkolwiek zakresie pozycji prawnej Kościoła katolickiego, jego apetytów finansowych czy rozbudowanych przywilejów. Niczego nie mogła zatem zmienić, oprócz słabej próby ratowania wizerunku lewicy przyjęta wcześniej, bo już 15 kwietnia 1997 roku deklaracja Rządu RP w celu zapewnienia jasnej wykładni przepisów konkordatu, która zawierała kilka ważnych sformułowań dotyczących zakazu odmowy pochówku na cmentarzach katolickich osób niewierzących i innowierców, wolności wyboru przez nupturientów formy i skutków zawieranego małżeństwa, prowadzenia lekcji religii w szkołach z poszanowaniem zasady tolerancji i wolności religijnej z koniecznością uzyskiwania wyrażenia woli przez osoby zainteresowane na organizacje takich zajęć, a także potwierdzenia prawa organów państwowych do regulowania kwestii finansowych i podatkowych kościelnych osób prawnych i fizycznych.

Deklaracja powyższa jest często negliżowana jako pozbawiona mocy prawnej ze względu na jej nie ratyfikowanie przez Stolicę Apostolską jak i budzący wątpliwości sposób ogłoszenia przez stronę rządową w Monitorze Polskim. Niemniej jednak zgodnie z przepisami dotyczącymi tzw. kontekstu zawartymi w Konwencji wiedeńskiej z dn.23maja 1969 roku o prawie traktatów (Dz. U. z 1990 r., Nr 74, poz.439 ) kontekst stanowić może każdy dokument sporządzony przez jedną lub więcej stron w związku z zawarciem traktatu przyjęty przez inne strony jako dokument odnoszący się do traktatu. Skoro więc deklaracja została przedstawiona stronie kościelnej, to konkordat musi być interpretowany z uwzględnieniem wykładni przyjętej w deklaracji.

Konkordat, którego aksjologiczne podstawy i rozwiązania forsowane przez administrację watykańska wypełniać miały oczekiwania papieża Jana Pawła II, wyłącznie pozornie realizuje koncepcję rozdziału państwa i Kościoła. Przyjęta zasada współpracy odpowiada w pełni przyjętej przez Sobór Watykański II „Deklaracją o Wolności Religijnej „ z 1965 roku, w której czytamy, że osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej oraz opowiada się za szeroką wolnością dla wspólnot religijnych dopuszczając jednak uprzywilejowanie jednej wspólnoty, opowiada się za państwem świeckim, ale stwarzającym warunki do rozwoju życia religijnego.” Przy tym potępia ustrój narzucający jedyny system wychowania, z którego całkowicie usunięta została formacja religijna, a więc np. w którym istnieje wyłącznie szkoła świecka. Treść preambuły konkordatu wyraźnie faworyzuje katolików i Kościół katolicki wobec innych wyznań nie rzymskokatolickich oraz osób niewierzących uwydatniając posłannictwo Kościoła i rolę religii większościowej w historii Polski z znaczeniem pontyfikatu polskiego papieża. Innowiercza i nie konfesyjna część społeczeństwa stanowi na tle wspomnianych sformułowań co najwyżej drugą kategorię uczestników życia publicznego. Konkordat miał za zadanie zagwarantować nadrzędna pozycje prawną Kościołowi katolickiemu. Wynikało to wprost ze złożonego w październiku 1991 roku nuncjuszowi Józefowi Kowalczykowi projektu umowy autorstwa Episkopatu Polski, w którego art. 1 znajdowało się postanowienie o konieczności uwzględnienia w ustawodawstwie kraju szczególnej pozycji Kościoła katolickiego ze względu na większość społeczeństwa wyznającego religie katolicka oraz jego wkład w rozwój osoby ludzkiej i wspólnoty narodowej. Pomimo nie uwzględnienia wprost takiego postanowienia Kościół i jego osoby prawne uzyskały gwarancje specjalnego statusu. a poprzez nie równoprawne rozłożenie obowiązków głownie obciążających państwo konkordat jest uważany za umowę nie równoprawną.

Konkordat jako umowa międzynarodowa.

Umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską jako uregulowanie zawierające normy dotyczące różnych aspektów relacji państwa z Kościołem i obejmujące całokształt sytuacji Kościoła katolickiego w danym państwie i dlatego nazywana jest potocznie konkordatem. Tak więc szeroki zakres zawartych w umowie treści, a nie forma czy jakieś inne elementy decydują o nazwie używanej powszechnie dla określenia dwustronnej umowy międzynarodowej zawieranej ze Stolicą Apostolską przez suwerenne państwa. Warto przy tym zwrócić uwagę, że obowiązujący przepis konstytucyjny art.25 ust.4 odnosi się jedynie do ustalenia formy regulacji prawnej w jakiej państwo ma obowiązek unormowania stosunków z Kościołem katolickim. Jest nią umowa międzynarodowa, przy czym nie określa się ani jej zakresu ani nie nakazując by zawierała ona kompleks zagadnień dotyczących relacji w państwem w jednym dokumencie umowy. Jednocześnie warto zauważyć, że nawet całościowe umowy będące konkordatami zawieranymi przez Stolicę Apostolską jako podmiot prawa międzynarodowego publicznego często odsyłają do uregulowania pewnych kwestii oddzielnymi umowami. Taką też konstrukcję zawiera art.27 konkordatu przewidujący zawarcie nowych umów w sprawach wymagających wprowadzenia nowych lub dodatkowych rozwiązań. Konkordat zawiera postanowienia wzajemnie zobowiązujące, chociaż praktyczne znaczenie mają głównie obciążenia państwa świadczeniami ekonomicznymi na rzecz Kościoła. Warto też zauważyć, że jedyną właściwie istotną korzyścią dla społeczności katolickiej jaka wynikała z konkordatu stanowiła możliwość zawierania małżeństwa wyznaniowych ze skutkami cywilnoprawnymi.

Możliwości wypowiedzenia konkordatu.

Tak jak i w wypadku innych umów międzynarodowych istnieje możliwość wypowiedzenia konkordatu jako całości jak też i określonych jego postanowień. Stosownie do art.87 ust.1 Konstytucji RP konkordat jako ratyfikowana umowa międzynarodowa stanowi źródło obowiązującego prawa niezależnie od uchybień towarzyszących jego podpisaniu i ratyfikacji, a przepisy są stosowane bezpośrednio jeżeli nie wymagają wydania ustawy dla ich wykonania i to są stosowane z pierwszeństwem przed ustawami zwykłymi w razie istnienia sprzeczności pomiędzy przepisem umowy i ustawy. Tryb wypowiedzenia umowy międzynarodowej zgodnie z art.89 ust.1 w zw. z ust.3 Konstytucji wymagający uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie przyjętej przez Sejm i Senat chociażby ze względu na fakt, że dotyczy spraw uregulowanych w ustawie lub w których konstytucja wymaga ustawy oraz wolności, praw lub obowiązków obywatelskich określonych w konstytucji (art.89 ust.1, pkt.2 i 5). Procedura szczegółowa wypowiadania umów międzynarodowych określona jest ustawą w obecnej wersji zawartą w obwieszczeniu Marszałka Sejmu RP z dn.13 grudnia 2019 roku w sprawie ogłoszenia jednolitego tekstu ustawy o umowach międzynarodowych (t.j. Dz. U. 2020, poz.127). Wymaga ona przedłożenia Prezydentowi RP projektu decyzji o wypowiedzeniu ratyfikowanej umowy po uzyskaniu zgody wyrażonej w ustawie, o której mowa w art. 89 ust.1 lub art.90 Konstytucji. Decyzję ogłasza się w Dzienniku Ustaw. Prezes Rady Ministrów notyfikuje decyzję o wypowiedzeniu umowy. (art.22a ustawy wyżej powołanej).

Może kiedyś będziemy mieli możliwość skorzystanie z przytoczonej procedury z korzyścią dla państwa, w którym przywrócimy świeckie zasady jego funkcjonowania i neutralność światopoglądową.

Potrójne objawienie

W minionym tygodniu doznałem iluminacji trzykrotnej. Po trzykroć przekonałem się, że żyjemy w jakiejś groteskowej krainie, w której ludziom nie starcza już modlenie się do rzeźb. Przesuwają więc granicę o krok dalej i poczynają modlić się do samochodów.

To z tymi samochodami, to z Radzymina pod Warszawą. Tego samego, gdzie dawno temu cudownym zrządzeniem woli boskiej, Piłsudski zatrzymał bolszewicką barbarię. Dziś już wiadomo, że w czasie natarcia i bitwy, marszałek truchlał ze strachu przed pogromem i musiano go długo przekonywać, żeby nie porzucał towarzyszy broni, bo jego stan psychiczny daleki był od zadowalającego. W Radzyminie, w czasach zupełnie dzisiejszych, postawiono na terenie przykościelnym, w specjalnej, przeszklonej gablocie, opla vectrę, którym Jan Paweł II podróżował podczas peregrynacji do ojczyzny w latach 90. Zadbany, niebity, Niemiec płakał, jak sprzedawał. Stoi więc tak opelek, nie na giełdzie w Słomczynie, tylko w Radzyminie i cieszy oko proboszcza, wiernych i przyjezdnej gawiedzi, która żegna się przed samochodem, a pewnikiem, w maju będzie się gromadzić przed cudownym autem na cowieczornych nabożeństwach. Jak się odpali światła, o ile akumulator na chodzie, to będzie można śpiewać „majówki” do ciemnej nocy. Tu oświeciło mnie po raz pierwszy. A może raczej, oświetliło. Kolega mój, który lubował się w zbytku i życiu na pokaz, kupił sobie kiedyś, pod wpływem chwili, starego mercedesa, którym jeździł podobnież sam prałat Jankowski. Piękny, stary kabriolet w białej skórze. Zapragnął pojechać nim do Francji, na finał mistrzostw świata w piłce nożnej. Ruszył prałatowskim cabrio z Warszawy, a gdzieś pod Essen zatarł na dobre silnik. Czekał ponad tydzień na nowy, żyjąc kątem u kolegi, dwie wioseczki obok miejsca, gdzie pojazd wyzionął ducha. Na finały nie zdążył. Auto scholował mu znajomy laweciarz spod Przasnysza, bo okazało się, że zakład naprawczy u Niemców był lewizną, w którym, pod przykrywką naprawy samochodów, handlowano zielskiem i pigułami na większą skalę. Opowieść jak z enerdowskiego kryminału, jednak prawdziwa i do tego z happyendem. Ciekaw jestem, jaki rodowód ma bryczka pod pleksą z Radzymina, którą wożona „naszego” papieża. Nic bowiem, co się jego tyczy, nie jest już na tym padole bez skazy, jak papieska łza. Nawet kremówki, jak się okazuje, mogą być zatrute genem światowego pedalstwa. I tu iluminacja dopadła mnie tydzień temu po raz drugi.

Okazuje się bowiem, że słynny organizator gejowskich gang-bangów z Brukseli, z którego chaty węgierski europoseł, spuszczał się, za przeproszeniem, po rynnie, to jeden z naszych. Żeby było ciekawiej, syn wadowickiej ziemi, wnuczek piekarza, który wypiekał papieskie kremówki. Przynajmniej senior rodu tak twierdzi, bo co do wieku oraz pochodzenia tego jegomościa, pewności nie ma. Jeśli jednak wierzyć dziadkowi, chłopiec od najmłodszych lat miał mieć smykałkę do interesów, zwłaszcza tych podejrzanych, która ostatecznie zaprowadziła go przed nasze i zagraniczne sądy, skutkując wydaniem zań europejskiego nakazu aresztowania. I wtedy zilunominowało mnie po raz trzeci.

Kilka lat temu, w styczniu, bawiłem wraz z grupą młodzieżową na K. w Wadowicach. Graliśmy tam koncert w miejscowym domu kultury. Zakwaterowano nas w hotelu, dość ekskluzywnym, w którym już od wejścia, czuć było lekką spinkę, a w miarę upływu czasu, spinka tylko się pogłębiała. Po koncercie, kiedyśmy wrócili na pokoje, w recepcji, niby to półoficjalnie, dowiedzieliśmy się, że tego samego wieczoru co i my, nocować w nim będzie prezydent Duda, który od paru dni bawi na nartach nieopodal. Mimo tego zeszliśmy, ja i kolega, do hotelowego baru, który był bardzo dobrze zaopatrzony. Barman początkowo nie chciał nam sprzedawać alkoholi, oficjalnie nie mógł podać powodu, ale gdy dostał zielone światło od kierownictwa, jął lać nam co chcieliśmy, uważając na słowa. Prohibicji w Wadowicach nie ogłoszono. Była jednak nieformalna dyspozycja władz, tak przynajmniej twierdził barman, żeby nie lać wódki hotelowym gościom, w obawie przed zakłócaniem wypoczynku panu prezydentowi. Pamiętam, że staraliśmy się być cicho, choć korciło, żeby pośpiewać serenady pod oknem. Nazajutrz nie zastaliśmy pana prezydenta na śniadaniu. Inna sprawa, że posiedzieliśmy w barze długo i załapaliśmy się na końcówkę, kiedy wszystko było już przejedzone.

W minionym tygodniu prezydent oburzył się na ministra Gowina, że ten chce zamykać stoki narciarskie, kiedy naród spragniony jest szusowania, po miesiącach wyrzeczeń. Nie godzi się zabraniać ludziom dostępu do aktywności fizycznej. Akurat, na czym jak na czym, ale na szusowaniu prezydent się zna. Wie też, do jakiego hotelu się udać. Odpocząć, nabrać sił. Nie miał więc wyjścia Gowin i uległ. Stoki będą otwarte. Hotele-zamknięte. Bary hotelowe też. Wszystko się zgadza. Skoro prezydent może jeździć na nartach, to czemu by nie ja. Na początku roku wybieram się na narty z rodziną. Mamy hotel. Rezerwację. Ze strony hotelu nie dostaliśmy informacji o żadnych, dodatkowych obostrzeniach. Gdyby każdy, tak jak ja, mógł doznawać oświecenia co najmniej trzy razy w tygodniu, życie w końcu miałoby jakiś sens. Wiem już czym jeździć, na czym, gdzie, czym się żywić a czego unikać, gdzie spać, jak mnie sen zmoże. Czego i Państwu życzę.

Wizja pedofilii na zachodniej lewicy w czasach Jana Pawła II

Po stronie obrońców czci polskiego papieża są tacy, którzy próbują relatywizować jego winę tolerowania pedofilii w Kościele innym kontekstem mentalnym jego epoki, kiedy ukrywanie tego rodzaju przestępstw miało być wręcz dbaniem o powszechną moralność, a pedofilia nie była tak powszechnie potępiona, jak dzisiaj. Tymczasem istnieje ciekawa historia lewicowego podejścia do pedofilii na Zachodzie w czasach międzynarodowej kariery Karola Wojtyły. Nie dotarła do Polski, bo mieliśmy PRL. Z dzisiejszego punktu widzenia nie wygląda to niestety lepiej, niż kościelne zamiatanie pod dywan. Może nawet gorzej.

W chrześcijaństwie teoretycznie sprawa jest prosta. W Ewangeliach synoptycznych Jezus bardzo wyraźnie potępia pedofilię i to wyjątkowo surowo, sugerując nawet karę śmierci (np. Mt 18, 6 – „Jeśli zaś ktoś zgorszyłby jednego z tych najmniejszych…). Radzi wtedy „wyłupienie sobie oka” lub odcięcie sobie ręki lub nogi, jeśli „prowadzą do grzechu”, identycznie jak w Kazaniu za Górze, gdzie zakazuje cudzołóstwa. Jednak zakaz cudzołóstwa i prostytucji jest u niego objęty możliwością wybaczenia, a nawet braku potępienia (J 8, 11 i inne), co nie dotyczy czynów pedofilskich.
„Nauczmy nasze dzieci miłości” – prasowe ogłoszenia pedofilskie na Zachodzie po 1968 r. nie były niczym niezwykłym.
Protest Jezusa odnosił się tu do zjawisk społecznych jego epoki: podobnie jak w całym cesarstwie rzymskim, właściciele niewolników w starożytnym Izraelu wykorzystywali ich również seksualnie, zależnie od swych preferencji, tj. włączając w to też dzieci.
Innym rozpowszechnionym zjawiskiem był wymóg regulowania drobnych długów ubogich rodzin poprzez „udostępnianie” celnikom, poborcom podatkowym lub lichwiarzom żon, młodych córek, synów i dzieci. O ile „użyczanie” osób dorosłych uchodziło za jako tako „normalne”, wykorzystywanie dzieci napotykało na ludową niechęć, i to mimo, że religia to jakby ignorowała.
Jezus podważał tu jeden z „boskich” przepisów żydowskiej Tory (Kpł 25, 44-46) promujących niewolnictwo osób i dzieci nieżydowskich. To naturalnie nie przeszkadzało amerykańskim właścicielom niewolników, zarówno katolickim, jak i protestanckim, cytować te wersety, by udowodnić jak pobożnymi są chrześcijanami.
Ze Starym Testamentem był ten problem, że zakazywał homoseksualizmu, zoofilii i kazirodztwa (choć w tym ostatnim wypadku uznawał sporo wyjątków za pobożne), ale nie pedofilii. Ci, którzy w czasach Jezusa wykorzystywali ubogich, by dobierać się do ich żon czy dzieci, czuli się w pełni praw, a sam Jezus był społecznie niebezpieczny, gdyż przede wszystkim zdawał się symbolicznie „gwałcić” święte prawo własności.
Rewolucja seksualna
Oczywiście klasowe, seksualne wykorzystywanie poddanych hierarchicznym prawom feudalizmu i kapitalizmu trwało (i trwa) w różnych formach następne 2 tysiące lat, mimo zwycięstwa chrześcijaństwa, lecz by zbliżyć je do czasów JP2, trzeba przejść do prawdziwej obyczajowej bomby atomowej w świecie zachodnim, którą były wydarzenia 1968 r. we Francji. Przedtem (po II wojnie) jawnym, propagandowym ośrodkiem dyskursu pedofilskiego w Europie była niespecjalnie lewicowa Holandia, promieniująca na Niemcy, Belgię, czy Danię. Już wtedy był on podpięty pod walkę o prawa gejów, lecz jego oddziaływanie było stosunkowo ograniczone.
Jakoś tak się stało, że masowe strajki i bunty uniwersyteckie z 1968 r. nie zostały zapamiętane jako znaczne przesunięcie do przodu praw pracowniczych, czy różnych mniejszości, lecz jako olbrzymie wyzwolenie obyczajowe, skierowane przeciw „sklerotycznym dziadersom”.
W skrócie, slogan „Zakazuje się zakazywać” pozwolił później upowszechnić kobiecą antykoncepcję, zalegalizować przerywanie ciąży, czy uwzględniać prawa mniejszości seksualnych, ale też prowadził do wizji społeczeństwa w stylu słodkich obrazków z pism Świadków Jehowy, gdzie lew, który przeszedł na wegetarianizm, przytula się do małego, uśmiechniętego chłopca, czy dziewczynki. „Wszechogarniająca miłość” miała sprowadzić rodzaj laickiego Królestwa Bożego na ziemi, ogarniającego wszystkie rodzaje skłonności seksualnych. Jakby nikt nie zauważył, że lwy ciągle jednak nie są weganami.
Lawina miłości
Kiedy Karol Wojtyła stanął na czele Kościoła katolickiego (1978), dyskurs pedofilski był na Zachodzie już ugruntowany. We Francji i na całym zachodnim świecie karierę robiły nagradzane książki otwartego geja Tony’ego Duverta, jak Dobry seks ilustrowany (1973), radosna apologia pedofilii, jako „międzypokoleniowej wspólnoty seksualnej”. Radykalnie lewicowy filozof René Schérer w swoim Emilu przewrotnym (1974) wyjaśniał, że stosunki płciowe z dziećmi nie przynoszą im żadnych szkód, a jedynie pożądane szczęście.
Radykalnie lewicowa gwiazda „paryskiej wiosny” 1968 r. Daniel Cohn-Bendit opowiadał w Wielkim Bazarze (1975), jak dzieci pod jego opieką żywo interesują się jego rozporkiem, a Gabriel Matzneff w Mniej niż 16 lat (1975) przekonywał, że prawna dojrzałość seksualna (dziś 15 lat) jest niepotrzebnym, mieszczańskim przesądem, podczas gdy dzieci mają oczywiste, pełne prawo do swobodnego seksu z dorosłymi.
W sumie chodziło jednak o prawa dorosłych, gdyż przestarzałe kodeksy karne ciągle przewidywały kary za pedofilię. Niezbędnych reform domagały się organizacje gejowskie, które w pełni identyfikowały się ze „sprawą pedofilii”, jak Homoseksualny Front Akcji Rewolucyjnej (FHAR), animowany przez młodego eseistę radykalnej lewicy Guya Hocquenghema, partnera i ucznia René Schérera, który zaczął wydawać pedofilski przegląd naukowy Badania nad dzieciństwem i edukacją. Przedsięwzięciu patronował sam Michel Foucault, światowej sławy historyk, filozof i socjolog, który podjął wtedy walkę z tymi psychiatrami dziecięcymi, którzy zaczęli kwestionować nieszkodliwość pedofilii.
Stanowisko wielkiego Foucaulta przerodziło się w modę na „antypsychiatrię”. Socjolog postulował, żeby nie słuchać zacofanych psychiatrów, a jedynie bezpośrednio dzieci, których słowa same pomogą „ustalić jaki był stopień przemocy, czy przyzwolenia” na akt płciowy.
Bitwa o wolność
W dwa miesiące po rzymskiej intronizacji Karola Wojtyły, w radykalnie lewicowej wówczas Libération seryjny pedofil i zresztą żywy organizator społeczności pedofilskiej Jacques Dugué, umieszczony w areszcie za kolejny „zbyt gwałtowny” gwałt, pisał o zaletach sodomizacji dzieci: „Dziecko, które kocha dorosłego, kocha czuć jego członek w swym ciele”, nawet jeśli tego nie wie, co ma być widocznym znakiem miłości.
Luc Rosenzweig, Schérer i Matzneff wydali Kto się boi pedofilów?, żeby przełamać opór „ludzi nie wierzących w naukę”, uznanych za ówczesnych foliarzy i płaskoziemców, a eseiści Pascal Bruckner i Alain Finkielkraut zachwycali się wspólnie kolejną książką Tony’ego Duverta, już nie tyle pedofilską, co wprost pedopornograficzną, której dziś nie dałoby się wydać nawet w jakimś trzecim obiegu. Duvert opowiadał tam o swoich 5 i 6-letnich „kochankach”. Jak to było możliwe?
W drugiej połowie lat siedemdziesiątych przez media przetoczyła się fala współczucia dla pedofilów, którzy mimo wszystko bywali skazywani, przynajmniej w tzw. grubszych sprawach, jak gwałty zbiorowe. Np.tylko w 1977 r. w Le Monde, który uchodził jeszcze wówczas za pismo bardzo prestiżowe, ukazały się aż dwa listy otwarte intelektualistów lewicowych, wzywające do uwolnienia niepotrzebnie więzionych pedofilów.
Wśród sygnatariuszy tego typu apeli byli ludzie, których dzieła studiowano na uniwersytetach całej planety, mega-gwiazdy postępowej inteligencji stanowiące wzór duchowo-umysłowy, jak feministka Simone de Beauvoir, komunistyczny pisarz Louis Aragon, semiolog Roland Barthes, filozofowie Gilles Deleuze, Jean-Paul Sartre czy André Glucksmann, politycy lewicy, jak Bernard Kouchner i Jack Lang oraz wielu, wielu innych szeroko wtedy znanych lub już wymienionych w tym artykule.
Zalążki upadku
Od razu warto wyjaśnić, że choć Simone de Beauvoir stawała w obronie pedofilii, ruchy feministyczne, które inspirowały się jej książkami, pedofilię odrzucały. Kiedy np. w 1980 NAMBLA (wielka amerykańska organizacja gejowsko-pedofilska) objęła kierownictwo organizacji nowojorskiego Gay Pride, feministki i lesbijki wezwały do bojkotu imprezy.
Wtedy już francuski Front Wyzwolenia Pedofilów (FLIP) działał słabo, w porównaniu do podobnych organizacji w innych krajach Zachodu. Najbardziej pro-pedofilską partią lewicy we Francji była wtedy trockistowska Rewolucyjna Liga Komunistyczna (LCR), lecz te idee przenikały do innych ugrupowań, również nielewicowych, częściowo dość dyskretnie.
W Niemczech jawnie pro-pedofilską partią byli (lewicowi wówczas) Zieloni, którzy jeszcze w 1985 r. głosili „produktywność stosunków płciowych z dziećmi” (sic!). We Francji ruch gejowsko-pedofilski podzielił się na lewicowy, skupiony wokół pisma Le Gai Pied, oraz skrajnie prawicowo-neonazistowski jednoczący fanów magazynu Gaie France. Ten drugi był bliższy holenderskim i niemieckim organizacjom pedofilskim. Dziś oczywiście nie ma wśród nich mowy o pedofilii – politycznie, we Francji geje prawicowi dołączyli gromadnie do Frontu Narodowego Le Penów pociągając za sobą zresztą sporą część dawnych gejów lewicowych.
Dziś jawne zrozumienie dla pedofilii wykazują z tej strony tylko osoby o wyjątkowym statusie, jak pisarz Renaud Camus, autor Wielkiej Zamiany, książki przeciw niebiałej imigracji, która inspiruje prawicowych terrorystów.
Lata przełomu
W latach 90. ub. wieku trudno było ludziom zgłaszać afery pedofilskie np. w Kościele, bo nie dość, że wyglądało to na zamach na autorytet Kościoła, dochodziły do tego obawy o pewną stygmatyzację, zarzut zacofania, niezrozumienia, a nawet „spiskowości” ze strony liberalnej już wtedy inteligencji.
Rzeczywiście, pod wpływem wypowiedzi osób uznanych za autorytety, pedofilia zaczęła być uznawana za coś establiszmentowego, związanego z władzą, co znacznie rozbiegało się z oczekiwaniami ludzi „lewicy post-68”, którzy wcześniej chcieli widzieć „powszechną miłość” w działaniu. Mówienie o „teoriach spiskowych wśród ludu” pękło jednak jak bańka mydlana w obliczu afer, które najdosłowniej wstrząsnęły całym globem, jak „sprawa Dutroux” z 1996 r., z której skutkami Belgia boryka się do dzisiaj.
Tu nie chodziło już o jakieś „stosunki międzypokoleniowe”, czy nawet „zwykłe” gwałty, tylko porywanie, więzienie, wykorzystywanie i zabijanie dzieci, z wykazaniem, jak bardzo ówczesny liberalny świat polityczny był w tym umoczony po uszy, jeśli nie przez uczestnictwo w takim procederze, to poprzez jego zorganizowane, wytrwałe tuszowanie.
Ludzie wyszli na ulice. Cała aura „dobrej pedofilii” została zdmuchnięta w obliczu niepohamowanego gniewu. Ujawnianie zadziwiających afer ruszyło z miejsca, jak ów handel, dosłownie pedofilskie licytacje małych dzieci-sierot (albo i nie) z Trzeciego Świata, sprowadzanych do Amsterdamu pod pretekstem humanitarnym.
Tak, jakby wróciły czasy Jezusa. Wobec dorosłego, każde małe dziecko może być niewolnikiem i da się to wykorzystać.
Epilog
Wobec tak powszechnej fali oburzenia i pomiarkowania się mediów, ruchy gejowskie postanowiły całkowicie odciąć się od pedofilii, do tego stopnia, że dziś mieszanie homoseksualizmu z pedofilią uchodzi za poważny, homofobiczny błąd (i zresztą najczęściej nim jest). Zachodnie stowarzyszenia LGBT, bardziej dziś liberalno-prawicowe, niż lewicowe, poszły drogą pogardzanego wcześniej „obyczaju mieszczańskiego” tj. ubieganiem się o legalizację związków i małżeństw, co ma symbolizować pewne „ustatkowanie się”, niezbędne w ich oczach, by zyskać społeczną akceptację.
Przekierowanie dział oburzenia na Kościół, czy inne struktury homoseksualne (jedynie w sensie jednopłciowości) jakoś zażegnało kryzys.
Co do Kościoła. Idee, książki, poglądy pro-pedofilskie promieniujące po 1968 r. oczywiście przenikały również i tam. Przekonanie, że tylko niewykształceni ostro potępiają pedofilię lub, że w istocie nie jest ona taka znowu zła, dawało jakieś argumenty nie tylko sprawcom, ale i tuszującym.
Tuszowanie spraw było w ich oczach konieczne nie tylko dlatego, że czyny pedofilskie były objęte potencjalnie kosztownymi zakazami prawnymi lub, że powodowały niechęć świeckich, ale i ze względu na tę mniejszość duchownych, która wierzy w jasny przekaz ewangeliczny. Klasyczne dbanie o spójność organizacji typu niestety mafijnego.
Co do różnych sław, które dały się uwieść pedofilii w imię np. walki z wykluczeniem społecznym, tolerancji, czy konceptów w rodzaju „poliamorii”, część zmarła naturalnie, część na AIDS w latach 80., a inni, jak Cohn-Bendit, czy Kouchner, wyrazili żal, mówiąc „nikt wtedy przeciw temu nie protestował” lub „takie to były czasy” i przeszli do prawicy. Jeszcze inni siedzą w więzieniach lub mają na karku ciągnące się sprawy sądowe, a niektórzy po prostu milczą, zmarginalizowani.
Znajomość działań zachodniej lewicy, która nie tuszowała pedofilii, nie może przekreślać niebywałego dorobku naukowców, artystów, publicystów i filozofów, którzy grupowo pomylili się w jednej sprawie. Chodzi o ludzi, dzięki pracy których inni mogli rozszerzyć swój horyzont o znajomość licznych mechanizmów rządzących ludzką społecznością. Nikt im tego nie odbierze, bo nie da się zredukować ich życia do fatalnego błędu.
Grupowe, czasowe zaczadzenia, czy przesądy inteligencji są oczywiście groźniejsze od „ludowych” mitologii, lecz zdarzają się tak samo często. Lewica na Zachodzie otrząsnęła się z błędu i z pewnością zapamięta tę lekcję na długo.

Lewica posprząta po Kościele

Zapowiedziała to podczas konferencji prasowej Anna-Maria Żukowska, rzeczniczka prasowa parlamentarnego klubu socjaldemokratów. To reakcja na najnowsze doniesienia o przestępstwach seksualnych kleru i ich tuszowaniu.

Po ostatnich informacjach dotyczących kardynała Henryka Gulbinowicza (pozbawiony przez Watykan prawa noszenia biskupich atrybutów i prawa do pochówku w kościele katedralnym), Stanisława Dziwisza oraz samego Jana Pawła II, który – jak dowiódł raport watykański – zbagatelizował sygnały o molestowaniu, jakiego dopuszczał się kandydat na arcybiskupa Nowego Jorku Theodore McCarrick, Lewica ponowiła żądanie, by świecki wymiar sprawiedliwości przestał zamykać oczy na to, co dzieje się na plebaniach i w domach biskupich.

Zignorowana mapa pedofilii

– W październiku 2018 r. wspólnie Agatą Diduszko-Zyglewską opublikowaliśmy mapę kościelnej pedofilii, jest to jak dotychczas jedyny dokument, w którym można znaleźć aktualne informacje na temat księży, którzy gwałcili i molestowali chłopców oraz dziewczynki – przypomniała posłanka Joanna Scheuring-Wielgus. – Do tej pory polska prokuratura, polski wymiar sprawiedliwości nie zrobił nic, słownie: zero, aby wyjaśnić te wszystkie kwestie.

Dlaczego policja i prokuratura reagują ekspresowo, gdy ktoś napisze coś sprejem na kościelnej elewacji lub zawiesi tęczową flagę przy figurze Chrystusa, ale milczy jak zaklęta, gdy w grę wchodzą oskarżenia dotyczące duchownych? Te pytania posłanka skierowała do ministra Ziobry. Przypomniała również, że kolejne szokujące doniesienia o biskupach najprawdopodobniej jeszcze przed nami. – Watykan nie tylko interesuje się Gulbinowiczem, czy też Dziwiszem trwają jeszcze inne sprawy biskupów: Stanisława Napierały, Henryka Tomasika, Tadeusza Rakoczego, Edwarda Janiaka, Leszeka Sławoja-Głódzia, Andrzeja Dziuby – wyliczyła.

Wewnętrzne postępowania Watykanu to jednak za mało, podkreśliła posłanka Małgorzata Prokop-Paczkowska. Tak samo, jak kościelne kary. Parlamentarzystka zaznaczyła, że Lewica dąży do tego, by Polska wreszcie była naprawdę świeckim państwem. Wtedy ofiary księży-pedofilów i kościelnej zmowy milczenia doczekają się sprawiedliwości, a katoliccy fundamentaliści nie będą dyktować praw dotyczących kobiet.

– Mamy w Polsce komisje wspólną rządu i Episkopatu, na której przedstawiciele rządu tłumaczą się przed hierarchami z tego co mają zamiar zrobić. To musi zostać rozwiązane – zapowiedziała polityczka Wiosny.

Papież nieświęty

Litości dla ciągle jeszcze świętego Jana Pawła II i polskich biskupów, aspirujących do miana sumienia narodu, nie miała Joanna Senyszyn.

– W Episkopacie Polski prawie wszyscy biskupi są umoczeni w ukrywanie afer pedofilskich. Za tym wszystkim stoi Jan Paweł II, wszyscy ci ludzie są jego nieodrodnymi wychowankami. Jan Paweł II przez prawie cały swój pontyfikat utrzymywał w mocy instrukcję, która nakazywała ukrywać przestępstwa pedofilskie oraz księży, którzy się ich dopuścili – oznajmiła.
Posłanka wezwała również, by nie wierzyć w to, że Jan Paweł II był dobrym papieżem, który nie dostawał od swoich współpracowników pełnych informacji o sytuacji w Kościele. To nie kardynał Dziwisz odpowiada za jego milczenie w sprawach skandali seksualnych. Senyszyn stwierdziła, że Jan Paweł II powinien zostać pozbawiony statusu świętego.

Lewica posprząta

Posłanka Anna-Maria Żukowska obiecała, że gdy Lewica będzie w Polsce u władzy, sprawa kościelnych skandali zostanie zamknięta.

– Lewica posprząta po Kościele katolickim. Lewica rozdzieli państwo od Kościoła. Lewica doprowadzi do tego, iż nie będzie przedawnienia przestępstw pedofilii. Wszyscy ci, którzy gwałcili małe dzieci, molestowali chłopców i dziewczynki, tym samym niszcząc im życie, poniosą za to odpowiedzialność – oznajmiła.

Tajemnice Watykanu Groźba Papieża

Gdy w październiku 1980 roku pracowałem w Sekretariacie Synodu Biskupów w Watykanie, z dostępem do dokumentów tajnych („sub secreto“), miałem okazję do kontaktów z elitą hierarchi watykańskiej, w tym – z Sekretariatu Stanu.

Doszła wówczas do mnie wiadomość, plotka, o niesamowitej, nieprawdopodobnej wręcz treści. Otóż Jan Paweł II miał jakoby odbyć rozmowę z b.ambasadorem USA w Rzymie – Johnem Volpe , nb. zaufaną osobą ówczesnego szefa CIA Wiliama Casey’a a na dodatek kawalerem maltańskim, na temat sytuacji w Polsce.
Volpe mówić miał o możliwym, siłowym rozwiązaniu klinczu społeczno-politycznego w Polsce. Z jednej strony miałaby stanąć rosnąca w siłę opozycja, popierana przez USA i wraz z nią ewentualnie Wojsko Polskie, z drugiej – interweniujące wojska radzieckie i „sojusznicze“ z ościennych państw Paktu Warszawskiego.
Reakcja papieża na nakreślony przez b.ambasadora USA scenariusz miała być ostra: –„ Nie można wykorzystywać Polski do konfliktu zastępczego z Rosją. Wasze wielkie zwycięstwo (destabilizacja ZSRR) będzie opłacone przez Polaków. Przelewanie krwi za niewłasne interesy nie służy polskiej sprawie. Jeśli nie powstrzymacie waszych działań w moim kraju, to w razie konfliktu przylecę do Polski i zginę z własnym narodem.“
Tyle plotka. A dalej zaczyna się narracja, którą po latach usłyszałem od ówczesnego ambasadora polskiego w Londynie – Jana Bisztygi.
Volpe miał wysłać natychmiastową depeszę tajną, szyfrogram, do Departamentu Stanu USA a ten do najbliższych sojuszników USA, do brytyjskiego Foreign Office (Było to o tyle naturalne, że Wielka Brytania należała wówczas do „Sojuszu Pięciorga Oczu“, grupy współpracy wywiadowczej, złożonej z  USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii, kontrolującej m.in. system podsłuchów globalnych „Echelon“, z którego dane trafiają do obróbki w Fort Meade w Stanach Zjednoczonych. Aktualnie to jest już „Sojusz Czternastu Oczu“.)
Wracając do początkowego wątku, w końcu pażdziernika 1980 roku, pod koniec Synodu, byłem akurat w trakcie transferu z Rzymu do Paryża, aby zgodnie z decyzjami przełożonych zakonu Jezuitów kontynuować tam studia teologiczne. Miałem kłopoty z łącznością z Centralą Wywiadu w Warszawie a przy tym wiadomość, plotka,w której posiadanie wszedłem, wydawała mi się tak nieprawdopodobna, że nie zdecydowałem się na jej przekazanie innymi, nieosobowymi środkami łączności np. tajnopisem bądź zakamuflowaną mikrofotografią.
Dopiero późnym latem 1981 roku, przy okazji pobytu w kraju i spotkania z  dowództwem wywiadu w ośrodku w Magdalence, „przemyciłem“ tę informację w trakcie lunchu, podczas rozmowy towarzyskiej, dzieląc się ze słuchaczami wszelkimi wątpliwościami co do jej prawdziwości. Ku memu zdziwieniu obecni przedstawiciele Centrali nie wydwali się zaskoczeni moją wypowiedzią, wyglądało na to , że przyjęli ją za dobrą monetę.
Teraz, po latach, uzyskałem potwierdzenie prawdziwości tej „ciekawostki“, która okazała się autentyczna i dzięki dwóźródłowej informacji, mojej jak i jeszcze jednej osoby, uzyskała, z wywiadowczego punktu widzenia, status wiadomości wiarygodnej najwyższej wagi.
I tu znowu wkracza na scenę ambasador Bisztyga, reprezentujący w Londynie Polskę w latach 1978-1981. Ogólnie tam lubiany, wyrobił sobie świetne stosunki w elicie politycznej Wielkiej Brytanii, więcej – zaskarbił sobie zaufanie jej przedstawicieli. Miał doskonałe relacje z doradcą premier Margaret Thatcher do spraw bezpieczeństwa narodowego – Colinem Buddem.
W nocy obudził Bisztygę telefon od oficera MI6, Michaela Pallisera, proszącego go o natychmiastowe spotkanie. Gdy do niego dochodzi, Palliser pokazuje zaskoczonemu ambasadorowi depeszę od Volpe z pytaniem : Czy to możliwe, aby papież zdobył się na realizację swych słów ?
Bisztyga odpowiada: „ To Polak, na dodatek człowiek o góralskiej mentalności, wojownik, skoro mówi, to zrobi.“
Po spotkaniu z Palliserem ambasador wysłał szyfrogram do kraju. Dzięki temu władze polskie uzyskały dodatkowy, wielki argument w rozmowach z Sowietami, mitygujący ich i pozwalający na wewnętrzne rozwiązanie kofliktu przez samych Polaków.
Równolegle Margaret Thatcher zaczyna przekonywać Ronalda Reagana, że należy hamować antyradziecki impet na odcinku polskim. Potwierdzają to opublikowane niedawno w Londynie wybrane depesze brytyjskiej premier do prezydenta USA.
Te zakulisowe działania papieża i Watykanu, jak również uzyskanie przez polski wywiad informacji o nich z dwóch niezależnych źródeł, przyczyniły się zapewne do uratowania naszego kraju, a może nawet dużej części Europy przed krwawą łaźnią.
Wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, niezależnie od różnych jego ocen, było, jakkolwiek by na nie nie patrzeć, wewnętrznym, polskim działaniem.
Te, dotąd okryte tajemnicą, intencje papieża jak i fakt zapobieżenia interwencji radzieckiej w wyniku zaangażowania polskich sił zbrojnych, mogą tłumaczyć fenomen wielokrotnych audiencji, których papież udzielał, również po stanie wojennym, Wojciechowi Jaruzelskiemu, przedtem – szefowi partii i państwa a później – pierwszemu po zmianie systemu prezydentowi Polski, nawet wówczas, gdy z obu tych funkcji odszedł.
Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Lewica w państwie wyznaniowym

Od dnia wyboru kardynała Karola Wojtyły na przywódcę Kościoła katolickiego zawsze istotna pozycja i głos Kościoła w Polsce zaczął nabierać szczególnego znaczenia. Kościół stawał się już nie tylko instytucją wywierająca wpływ na masy wiernych i politykę wyznaniową rządzących, ale stopniowo stwarzając sferę wolności stawał się zapleczem intelektualnym i materialnym opozycji antykomunistycznej. Niewątpliwe zasługi Kościoła katolickiego i papieża Jana Pawła II w obaleniu ustroju komunistycznego musiały zostać docenione w nowej rzeczywistości politycznej.

W demokratycznym państwie prawnym jakim miała się stać Rzeczpospolita Polska konieczne było radykalne zerwanie z zasadą wrogiej separacji państwa od kościołów i związków wyznaniowych obowiązującej w państwach bloku radzieckiego. W Polsce nigdy nie była ona konsekwentnie realizowana, a Kościół cieszył się wyjątkowa pozycją na tle sytuacji w innych krajach socjalistycznych.

W myśl nowych regulacji prawnych, które w założeniach miały wprowadzić w Polsce model państwa świeckiego, neutralnego światopoglądowo w sprawach religii i przekonań (art.10 ust.1 ustawy z dn.17 maja 1989 r. o gwarancjach wolności sumienia i wyznania), państwo zapewniało każdemu obywatelowi wolność sumienia i wyznania (art.1 ust.1 cyt. wyżej ustawy) rozumianą jako „..swobodę wyboru religii lub przekonań oraz wyrażania ich indywidualnie i zbiorowo, prywatnie i publicznie.” (art.1 ust. 2). Obywatele wierzący wszystkich wyznań oraz niewierzący mieli cieszyć się równymi prawami we wszystkich sferach życia państwowego. (art.1 ust.3). W tym samym akcie prawnym wprowadzona została zasada niezależności od państwa związków wyznaniowych w zakresie wykonywania funkcji religijnych stosownie do art. 11 ust.1. W przepisie art.19 wprowadzającym zasadę równouprawnienia kościołów i innych związków wyznaniowych formułowany został zakres funkcji religijnych kościołów i innych związków wyznaniowych wyznaczający zakres ich niezależności od państwa – art. 19 ust.2 pkt. 1do 18. Niestety już w ustawie o stosunku państwa do Kościoła katolickiego zawarto przepisy świadczące o porzuceniu zasady rzeczywistego równouprawnienia kościołów i związków wyznaniowych. Dotyczyło to m.in. dopuszczenia katechezy i szkolnictwa wyznaniowego, inwestycji sakralnych i kościelnych, podlegania przepisom podatkowym, obrotu nieruchomościami czy regulacji spraw majątkowych.

W późniejszych latach konsekwentnie rozszerzano uprawnienia Kościoła katolickiego oraz narzucano społeczeństwu reguły i zasady postępowania wynikające z konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości. Uległość wobec Kościoła kolejnych ekip rządzących znalazła wyraz w przyjęciu i podpisaniu w dniu 28 lipca 1993 roku przez Ministra Spraw Zagranicznych w rządzie Hanny Suchockiej Krzysztofa Skubiszewskiego umowy pomiędzy państwem, a Stolicą Apostolską (konkordatu) i przyjęciem w 1997 roku Konstytucji realizującej w pełni ustalenia zawarte w konkordacie. Podpisanie konkordatu było nie tylko sprzeczne z dobrymi obyczajami nakazującymi powstrzymanie się od podejmowania zobowiązań przez rząd w stosunku do którego zgłoszono wotum nieufności, ale i sprzeczne z obowiązującym postanowieniem tzw. Małej Konstytucji utrzymującej w mocy art.70 ust.2 Konstytucji PRL z 1952 r. stanowiącym, że sytuację prawną Kościoła regulują ustawy, a nie umowa międzynarodowa. Próby podejmowane przez rządy lewicy opóźnienia procesu ratyfikacji konkordatu ostatecznie zakończyły się jego ratyfikacją w dniu 23 lutego 1998 r. przy czym sam proces ratyfikacji nie spełniał wymogów uzyskania większości posłów głosujących za przyjęciem umowy wymaganych art.90 Konstytucji z 1997 r.

Podpisanie konkordatu wieńczące wcześniejsze wprowadzenie religii do systemu edukacji publicznej, wymogu poszanowania tzw. wartości chrześcijańskich do ustaw dotyczących funkcjonowania mediów czy zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych uruchomiło procesy coraz bardziej natarczywego eksponowania elementów religijnych w tym w ceremoniale państwowym, symboli religijnych w urzędach administracji państwowej i samorządowej, a także uchwalania aktów prawnych i podejmowania uchwał przez Sejm inspirowanych wydarzeniami i postaciami religijnymi.
Obecne władze państwowe w Polsce jawnie występują z inicjatywami legislacyjnymi w tzw. gorących materiach prawnych i społecznych realizującymi aktualne poglądy wyznaniowe Kościoła katolickiego. Zasilają dotacjami instytucje i organizacje kościelne, demonstrują zdolności mobilizacyjne kościelno-partyjnego elektoratu, jak miało to na przykład miejsce podczas tzw. różańcowego otoczenia Polski. Intensywna promocja katolicyzmu mającego pełnić rolę ideologii narodowej odbywa się przy bierności społeczeństwa, pomijając intensywne protesty kobiet organizowane przez Ogólnopolski Strajk Kobiet w sprawie całkowitego zakazu aborcji z jakichkolwiek względów. Obojętność społeczeństwa na procesy klerykalizacji i wstrzemięźliwość opozycyjnych partii politycznych w tym względzie pozwoliła zainstalować w Polsce model autorytarnego państwa wyznaniowego pod fasadą demokracji większościowej. Możemy zatem mówić dziś o Polsce jako o państwie wyznaniowym. Uzasadnia to zresztą nie tylko zakres zmian w obowiązującym prawie, ale i wprowadzenie obecności kleru we wszystkich prawie instytucjach i organizacjach państwowych, upowszechnienie różnych form finansowania Kościoła, kleru i organizacji około kościelnych jak dotacje, darowizny czy coroczne zwiększanie Funduszu Kościelnego, a także przysporzenia przekazywane pod tytułem realizacji różnych zadań zleconych jak np. na poczet szkolenia urzędników państwowych przez zakonnika z Torunia. Przymierze polityczne jakie na bazie narodowo-katolickiej ideologii zawarł Kościół katolicki z partią sprawującą obecnie władzę i jej sukces wyborczy były dwukrotnie możliwe głównie dzięki wywołaniu antyoświeceniowej ofensywy kulturowej zapoczątkowanej w 2013 roku homilią kardynała Dziwisza o wyższości prawa boskiego nad prawem państwowym. Partia rządząca umiejętnie połączyła narodowe mity, martyrologię i autentyczny wstrząs spowodowany katastrofą lotniczą pod Smoleńskiem z ludową religijnością i endecką koncepcją polskości. Utworzona na bazie katolicyzmu doktryna państwowa uzyskała pełną akceptację Kościoła i udowodniła swoja żywotność i skuteczność. W dalszym ciągu silnie mobilizuje on zarówno zwolenników tzw. „dobrej zmiany” jak i bardziej radykalnie nastawionych integrystów religijnych, ultrakonserwatystów i faszystów oraz obezwładnia opozycję ograniczającą pole konfrontacji z przeciwnikiem politycznym do obrony instytucji demokratycznych państwa bez otwartego przeciwstawienia się Kościołowi i religijno-narodowej ideologii. W ten sposób demokratyczna opozycja parlamentarna pogarsza jedynie swoją pozycję, a okazując słabość i w gruncie rzeczy poddając się obowiązującemu dyktatowi religijnej poprawności traci zwolenników na rzecz opozycji nacjonalistycznych, a nawet jawnie faszystowskich, a lewica na rzecz opcji konserwatywno-liberalnej mającej jakoby większe szanse na udział w bieżącej polityce. W formacjach opozycyjnych starających się uporczywie podtrzymywać fikcję przyjaznych relacji z Kościołem przeciwnicy obecnej władzy błędnie upatrują możliwości skutecznego zabiegania o realizację swoich celów, gdyż koalicja sprawująca władzę skutecznie zablokowała wszelkie możliwości podważenia jej monopolu. Nie tylko PO i środowisko skupione wokół Rafała Trzaskowskiego unikającego problematyki religijnej i krytyki Kościoła, ale i nowy ruch Szymona Hołowni wprost odwołujący się ustami swojego lidera do inspiracji religijnej w wydaniu posoborowym nawet gdyby stały się jeszcze bardziej katolickie, to nie mogłyby liczyć na jakiekolwiek względy ze strony Kościoła.

Nie pomoże im w żadnym razie unikanie przyjęcia do wiadomości faktu funkcjonowania w państwie wyznaniowym i niezależnie od potencjalnych zmian pozycji poszczególnych ugrupowań w ramach koalicji rządzącej skazuje raczej na porażkę chociażby z cieszącą się sympatią kleru i hierarchii kościelnej Konfederacją. Aktywnie promująca narodowy katolicyzm Konfederacja, chociaż nie jest w stanie obecnie zająć miejsca żadnej z partii wchodzących w skład Zjednoczonej Prawicy to dla Kościoła jest wygodnym partnerem i alternatywą na wypadek załamania się koalicji rządzącej lub utraty przez nią części elektoratu.

Sytuacja taka coraz skuteczniej demobilizuje zwolenników liberalno-demokratycznej wizji państwa świeckiego ograniczając możliwość stworzenia i zaproponowaniu własnej, alternatywnej wobec narodowo-katolickiego projektu, oferty politycznej przedstawiającej Polskę jako kraj nowoczesny, świecki i rządzony demokratycznie, akceptujący różne style i sposoby życia oraz dający obywatelom poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego i socjalnego. Dotychczasowa postawa polityków opozycji parlamentarnej, w tym także szeroko pojętej lewicy, wobec Kościoła katolickiego ukazuje ich bezradność wobec rządzącego sojuszu partyjno-kościelnego, brak rozeznania w przyczynach, które doprowadziły do powstania i utrwalenia się tego sojuszu, niezdolność do rzetelnej oceny wpływu obowiązującego prawa na pozycję i działalność Kościoła katolickiego czy obecnej roli Kościoła jako stabilizatora i gwaranta trwałości koalicji rządzącej. Brak jakiejkolwiek koncepcji zmian obowiązującego prawa, która w przyszłości mogłaby przywrócić świecki, demokratyczny charakter państwa oddzielonego od kościołów i związków wyznaniowych nie jest zrozumiały nawet w obliczu skali renesansu politycznego religii w Polsce.

Dotychczasowe próby lewicy występowania przeciwko procesowi klerykalizacji państwa były nie tylko wątłe intelektualnie, ale i często przeciw skuteczne. Hasła opodatkowania tradycyjnej kolekty, kleru i usług religijnych nie są bowiem możliwe do przeprowadzenia bez zasadniczej zmiany statusu prawnego kościołów i innych związków wyznaniowych, pomijając już odczucia samych wiernych różnych wspólnot wyznaniowych. Przekazują oni bowiem na rzecz swoich instytucji wyznaniowych drobne i większe kwoty pieniężne pochodzące z ich opodatkowanych dochodów i z pewnością jest to sytuacja zupełnie inna niż darowizny ze środków osób prawnych w tym spółek Skarbu Państwa, a także inna niż uzyskiwanie nieopodatkowanych przychodów z prowadzenia działalności gospodarczej przez wyznaniowe osoby prawne. Nie w tradycyjnej kolekcie ani nawet nie w zakresie uprzywilejowania podatkowego leży sedno problemu państwa polskiego z jego kościołem, faktycznie monopolizującym całą sferę religijną. Ekonomiczne przywileje i ogrom przysporzeń majątkowych jest wynikiem instytucjonalnego dostępu Kościoła do władzy, dostępu który z biegiem lat przekształcił się w aktywne współuczestniczenie w jej sprawowaniu, aby w końcu stać się instytucją organizującą, stabilizującą i zabezpieczającą władzę narodowo-katolickiej prawicy. Zadaniem lewicy jako jedynej formacji zdystansowanej wobec swawoli autorytarnego klerykalizmu powinno być dzisiaj po pierwsze dokonanie prawidłowej oceny roli Kościoła katolickiego w strukturze władzy i jego realnych możliwości wpływania na jej kształt. Jest to trudne przede wszystkim dlatego, że bardzo skąpe są przykłady bezpośredniego udziału kleru w wypracowaniu decyzji politycznych, a rzeczywisty w nich udział zwykle maskowany jest uroczystościami religijnymi. Po drugie intelektualne uporanie się z faktem funkcjonowania w państwie wyznaniowym. Przyjęcie do wiadomości tej oczywistej zdawałoby się prawdy nie ma jednakże odzwierciedlenia w podejmowanych działaniach nacechowanych politycznym koniunkturalizmem. Najlepszym przykładem takich nic nie dających lewicy działań jest wniesienie projektu ustawy o jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz zniesieniu ich przywilejów finansowych opracowanej przez Kongres Świeckości, w ostatnich dniach z góry skazanej na niepowodzenie kampanii wyborczej kandydata lewicy na urząd Prezydenta RP. Porzucenie możliwości wykorzystania zawartego w projekcie ładunku intelektualnego związanego z transparentnością życia publicznego i budowanie na tej podstawie szerszego projektu politycznego zostało utopione w przedstawieniu projektu ustawy jako jeszcze jednej nieudolnej antykościelnej i antyreligijnej inicjatywy.

Wystąpienie dzisiaj z propozycjami czy projektami legislacyjnymi zmierzającymi do pozbawienia lub redukcji uprawnień Kościoła katolickiego nie ma w tej chwili nie tylko żadnych szans na powodzenie, ale i nawet na zaistnienie w mediach głównego nurtu. Ewentualne możliwości wpływania na stale poszerzający się zakres czy też dziedzinę jak stanowi to odnośne postanowienie konkordatu, niezależnej od państwa działalności Kościoła może być wyłącznie skutkiem inicjatyw legislacyjnych zmierzających do uregulowania jakiejś sfery życia czy funkcjonowania wszystkich instytucji, osób prawnych czy innych podmiotów albo też praw osób fizycznych. Do takich przedsięwzięć konieczne jest jednak poszukiwanie sprzymierzeńców. Współpraca i poszukiwanie porozumienia , a nie stała konkurencja polityczna w ramach opozycji parlamentarnej i poza nią. W hierarchii zaangażowania politycznego powinno się zatem uwzględnić mniej działań wychodzących naprzeciw aspiracjom środowisk skrajnych i ich postrzeganiu rzeczywistości, które anarchizować mogą scenę polityczną i być odczytywane przez opozycyjne ugrupowania konserwatywno-liberalne jako wymierzone przeciwko nim. Po trzecie w końcu należy poważnie analizować i weryfikować działania lewicy parlamentarnej, które mogą być wykorzystywane przez rządzących do atakowania, dyskredytowania i ośmieszania największej jak dotąd partii opozycyjnej lub jej przedstawicieli.

Lewica funkcjonująca jako parlamentarna opozycja w warunkach państwa wyznaniowego i mocno ograniczonych przez rządzących możliwości sprawczych daje jednak swobodę ukształtowania swojej wizji przyszłości kraju w sposób nie skrępowany pragmatyzmem politycznym i wymogami realizmu politycznego. Można więc pokusić się o prezentacje atrakcyjnego dla wyborcy programu ekonomicznych przysporzeń, zmian systemowych w zabezpieczeniu emerytalno-rentowym, ochronie zdrowia, systemie podatkowym czy stworzenie projektu wprowadzenia jednego świadczenia obywatelskiego powiązanego z jednolitym systemem podatkowym zamiast wielu różnych transferów świadczeń, zaimków, dodatków i rent. Możliwości zapewne jest dużo więcej i korzystając ze zbliżających się okazji czas przeprowadzić poważną dyskusję nad rolą i działaniem lewicy, poszukiwaniu form i modeli współpracy z organizacjami obywatelskimi zamiast koncentrować się na budowie jednolitej, zdyscyplinowanej organizacji według anachronicznego dzisiaj modelu partyjnego.

Jubileusz Papieża-Polaka

„Jan Paweł II troszczył się o należytą rolę Polski w społeczności międzynarodowej, apelował o skupianie się Polaków wokół polskiej racji stanu i dobra wspólnego”.

z uchwały SLD, 2014 r.

Przywołana sentencja z uchwały SLD, wydanej na okoliczność kanonizacji papieży-Jana XXIII i Jana Pawła II, jest szlachetnym gestem wdzięcznej pamięci wobec obu świętych. Świadectwem politycznej mądrości, wyrazem obiektywizmu oceny dokonań. Godnym uwagi i szacunku dla jej Autorów, gdyż SLD- z natury swej jest spadkobierczynią PZPR, od lat na różne sposoby postponowaną i obrzydzaną Polakom. A okres gdy „Jan Paweł II troszczył się o należytą rolę Polski w społeczności międzynarodowej, apelował o skupianie się Polaków wokół polskiej racji stanu i dobra wspólnego”- to przecież dekada lat 80., zapisana w dziejach naszej Ojczyzny doniosłymi wydarzeniami, z decydującym udziałem Kierownictwa PZPR! – o czym Państwo Czytelnicy, szczególnie „Ci w dojrzałym wieku”, wiedzą z autopsji. Stąd też uprzejmie proszę Państwa o osobiste refleksje i przemyślenia nad przywołanymi myślami, naukami i wypowiedziami Jana Pawła II, odnoszącymi do Polski, jej problemów i pozycji. Uczcijmy tak 100. lecie urodzin jednego z największych Polaków XX wieku.

„Polska jest Ojczyzną trudnego wyzwania”…

Z pierwszą pielgrzymką Jan Paweł II przybył do Polski 2 czerwca 1979 r. Dzień wcześniej Trybuna Ludu napisała – „szczególnej wagi nabiera fakt, że Papież przybywa do Ojczyzny, kiedy obchodzimy 35- lecie Polski Ludowej”.
Na Okęciu, witając się z Ojczyzną, zwrócił się do Przewodniczącego Rady Państwa – „imieniem własnym oraz Rządu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej zechciał Pan wyrazić zadowolenie całego społeczeństwa, że >syn narodu polskiego, powołany do najwyższej godności w Kościele< pragnie odwiedzić Ojczyznę. Wspominam te słowa z wdzięcznością”. Warto zapamiętać słowa – „zadowolenie całego społeczeństwa”, a chwilę później powiedział – „że odwiedziny moje podyktowane są motywem ściśle religijnym”. W tym miejscu myśl, że Papież „podzielił” społeczeństwo, byłaby błędem. Bowiem wskazał na swój religijny, a nie państwowy motyw, był przecież jednocześnie głową państwa Watykan.

Ktoś może tej racji nie podzielać, więc wyjaśniam. Z chwilą wyboru kard. Karola Wojtyły, wizyta w Ojczyźnie dla milionów Polaków także dla kierownictwa PZPR, władzy była oczywista. Dziś już nie pamiętamy, że zachodnia prasa i RWE spekulowały jak postąpimy, „podsuwała” opozycji „cenne rady”. Wizyta Edwarda Gierka w Moskwie dawała powody. Tu ciekawostka. Papieża zdążył odwiedzić w Watykanie Andrzej Gromyko i wyniósł taką ocenę- „Nowy papież, w przeciwieństwie do poprzednich, wykazuje dużą znajomość problemów międzynarodowych, i to w wielu kwestiach szczegółowych. W tej problematyce czuje się swobodnie i pewnie. Nie mam wątpliwości, że na tronie piotrowym zasiadł człowiek kuty na cztery nogi. I, że jest naszym wspólnym, groźnym przeciwnikiem ideologicznym, który może sprawić wiele kłopotów również Polsce”. Do gościa na Kremlu powiedział – „To jest wyłącznie polska sprawa, a Polacy mają dylemat, bo i zaprosić trudno, i odmówić nie łatwo”. Proszę, zwróćcie Państwo uwagę na słowo Ojczyzna, „pełną nazwę Polski”, gdzie i do kogo wypowiada. Przemawiając w Belwederze (2 czerwca 1979) podczas oficjalnego powitania, m.in. mówił-„Dołączam od razu podziękowanie pod adresem Władz Państwowych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej za to, że tak uprzejmie dołączyły się do zaproszenia Episkopatu Polski, wyrażającego życzenia katolickiego społeczeństwa w naszej Ojczyźnie, i ze swej strony również otwarły dla mnie podwoje ojczystej ziemi. Te podziękowania ponawiam, a równocześnie poszerzam je, mając na uwadze wszystko to, w czym stałem się dłużny różnym organom Władz zarówno centralnych, jak i terenowych ze względu na ich wkład w przygotowanie i urzeczywistnienie tych odwiedzin”. Zapytam- nie „wyczuwacie” tu Państwo „echa” różnych rad „szeptanej propagandy”, oficjalnych wypowiedzi, które jeszcze przed pielgrzymką mogły Gościowi sprawić przykrość, np. kosztami wizyty, czym niektórzy próbowali podsycać wiadome sobie nastroje i oczekiwania – „co Ruskie zrobią”, „co im Gierek powie”, czy dojdzie do „przepychanek” a Papież będzie uspokajał, itp. Dalej, w Belwederze Papież mówił- „To, że racją bytu państwa jest suwerenność społeczeństwa, Narodu Ojczyzny, to my, Polacy, szczególnie głęboko odczuwamy. Tego nauczyliśmy się poprzez całe nasze dzieje, a w szczególności poprzez ciężkie doświadczenia ostatnich stuleci…Słowo >Ojczyzna< posiada dla nas takie znaczenie pojęciowe i uczuciowe zarazem, którego, zdaje się, nie znają inne narody Europy i świata”. Szkoda, że nie mogę poznać Państwa oceny „suwerenności”- tej papieskiej i tej dzisiejszej.

Tę myśl kończył Papież taką oceną- „Dla całego naszego pokolenia tak straszliwym wstrząsem była ostatnia wojna światowa i przeżyta w Polsce okupacja. 35 lat temu wojna ta zakończyła się na wszystkich frontach. Rozpoczął się wraz z tym momentem nowy okres w dziejach naszej Ojczyzny. Nie możemy jednak zapomnieć wszystkiego, co się złożyło na doświadczenia wojny i okupacji. Nie możemy zapomnieć ofiary życia tylu Polaków i Polek. Nie możemy też zapomnieć bohaterstwa żołnierza polskiego, który walczył na wszystkich frontach świata >za wolność naszą i waszą<”. Właśnie, zwróćcie Państwo uwagę na ten „nowy okres w dziejach naszej Ojczyzny”- jak oceniany w III RP, za co są opluwane życiorysy nasze i rodziców? W obecności najwyższych władz, Papież „pozwolił sobie wyrazić radość z wszelkiego dobra, które jest udziałem moich rodaków żyjących w Ojczyźnie-jakiejkolwiek natury byłoby to dobro i z jakichkolwiek założeń wypływało. Myśl, która rodzi prawdziwe dobro, musi nosić na sobie znamię prawdy”.

Zastanówcie się Państwo- popijając łykiem mocnej kawy, by rzeźwiej było medytować, pamiętając, że był to 1979 r. A dalej zwracając się do I Sekretarza- „raz jeszcze serdeczne podziękowanie dla Pana oraz szacunek dla wszystkich jego starań mających na celu wspólne dobro Rodaków oraz właściwe znaczenie Polski w życiu międzynarodowym”- a jak dziś jest z tym „wspólnym dobrem” i „znaczeniem”, siebie pytam! Dołączył też Papież „wyrazy szacunku dla wszystkich dostojnych przedstawicieli władzy i zarazem dla każdego, wedle sprawowanego urzędu…wedle tej doniosłej odpowiedzialności” – nie zapomnijcie Państwo, że byli to głównie członkowie z „centrali” PZPR. Jest tu właściwy moment, by wspomnieć, że od 1963 r. jako Metropolita inicjował dyskretne, bez rozgłosu, osobiste kontakty np. z I sekretarzem KW PZPR w Krakowie (Lucjan Motyka, późniejszy Minister Kultury), kilka spotkań z Zenonem Kliszko na szlakach wędrówek po Tatrach, co zapamiętali Stanisław Stomma i pisarz Jerzy Zawiejski. Z tych rozmów, Zenon Kliszko – odpowiedzialny w Partii za stosunki Państwo-Kościół, odniósł wrażenie, że bp Karol Wojtyła byłby właściwym następcą Prymasa Wyszyńskiego. Później żartował w bliskim sobie kręgu, że ma „swojego człowieka” w Rzymie. Podczas homilii w Archikatedrze Warszawskiej mówił -„Pragnę ogarnąć wszystkich (wymienia osoby i zawody)…którzy pracujecie na roli, w przemyśle, w biurach, w szkołach, uczelniach, szpitalach, w instytucjach kulturalnych, w ministerstwach- wszędzie”.

Proszę, zwróćcie uwagę – Papież zwracał się do wszystkich, bez względu na wyznanie i przekonania, czy wtedy były tam krzyże czy nie! Jak Państwo pamiętają, od 1980 r. historia Polski „wydatnie przyspieszyła”. Próby władzy porozumienia się z Solidarnością poniosły fiasko. Ma w nich swój udział Papież. Do Rzymu (Castel Gandolfo), z polecenia gen. Wojciecha Jaruzelskiego 14 października 1981 r. udał się Józef Czyrek, Minister Spraw Zagranicznych. Zapoznał on Papieża z rządową oceną sytuacji w kraju i koncepcją Rady Porozumienia Narodowego, dla której chciał pozyskać poparcie, „błogosławieństwo” Papieża – jak pisze Generał. Nie chodziło o formalne uznanie, a jego wymiar praktyczny, konkretny – tj. takie działanie Kościoła, a ściślej Prymasa Glempa i Episkopatu, jak wyobraża sobie i oczekuje władza, sam Generał. Papież stanął na pozycjach realistycznych, wiedząc co dzieje się w kraju. Zgodził się zaangażować autorytet „młodego Prymasa” i Kościoła w pomysł Rady. Było to swego rodzaju opowiedzenie się Kościoła po stronie władzy i swoiste „przymuszenie” Solidarności do podjęcia działań z władzą dla „wspólnego dobra”. Taka postawa Papieża wsparła starania władzy o doprowadzenie do Spotkania Trzech, 4 listopada 1981. Wprawdzie do niego doszło, efekt praktyczny żaden, co było dalej – Państwo wiecie.

Wiedza z różnych wiarygodnych źródeł pozwala mi uznać, że od tego „fiaska” Papież zaczął „inaczej rozumieć” sytuację władzy, osobiście Generała. Nie tracąc nadziei, „wierzył” w intencje kierownictwa Solidarności, ale dawał „pierwszeństwo wiary” w uczciwość działań Generała. Stąd w Belwederze 17 czerwca 1983 r., m.in. mówił- „I chociaż życie w Ojczyźnie od 13 grudnia 1981 roku zostało poddane surowym rygorom stanu wojennego… to nie przestaję ufać, że owa zapowiadana wielokrotnie odnowa społeczna …zwarta w porozumieniach, dojdzie stopniowo do skutku”. Po powitaniu, tej „ufności” dał wyraz w „ścisłym gronie”, gdy rozpoczął rozmowę słów -„Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. Choć wiele razy i w różnych kontekstach przywoływałem te słowa, uważam je za ocenę decyzji o stanie wojennym – była czynem patriotycznym w opinii Papieża, po tym co dowiedział się i usłyszał w zagranicznych mediach o stanie wojennym. Od Generała podczas powitania usłyszał pytanie- „kto zważył na szali bezmiar ludzkich cierpień, udręk i łez, których udało się uniknąć?” Śmiem uważać, że to pytanie wzmocniło wagę słowa „patriota”. W ustach Papieża miało wyraz wdzięczności dla Generała, dla ówczesnej władzy, dla reformatorskiego skrzydła PZPR, za uratowanie Polski i Polaków od rozlewu krwi, bólu i cierpień ludzi.

Była to „wdzięczność duchowa”, przemyślana wcześniej, tym pytaniem utwierdzona. Tu bardzo proszę, by nikt nie próbował mi zarzucać „wmawiania” Papieżowi słów i myśli, ani próby „wybielania” różnych dolegliwości stanu wojennego. Wielokrotnie o tym pisałem. W tym miejscu taki wyrazisty przykład: Gdy Papież pielgrzymował, mówi Generał – „my, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację… Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady…czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków… nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację”. Dostrzegacie tu Państwo wzajemne rozumienie Generała i Papieża splotu oczekiwań? Obawy, niepokoje i prośbę o rozmowę, Generał przesłał na piśmie, które wysłannicy doręczyli w Częstochowie. Profesor Adam Łopatka uzasadniając cel przybycia, do kard. Macharskiego mówi – „Odgłosy prasy tragiczne. Od Brazylii po Oslo nie pisze się nic pozytywnego” (o tej pielgrzymce, moje -GZ).

Tu zapytam Czytelników-co myślicie, czego Zachód oczekiwał? Jeśli po 37 latach powiem, że rozlewu bratobójczej krwi, ofiar, sensacji- będę w błędzie? Proszę nie zapominać, 2 lata wcześniej, w maju 1981 r. był zamach w Rzymie. Także dziś wielu z nas, ze ściśniętym sercem pomyśli- czy „powtórka” mogła być w Polsce? Papież zaproponował spotkanie w Krakowie. Odbyła się 2,5 godz. rozmowa (pisałem kilka razy). Podczas rozmowy nawiązał do wizyty w Oświęcimiu – „Kiedy byłem w Auschwitz, zatrzymałem się dłużej przy dwóch płytach nagrobkowych: żydowskiej i rosyjskiej. Chciałem dać wyraz szacunku zarówno dla narodu żydowskiego, jak i rosyjskiego, dla jego bohaterskiej walki z hitleryzmem”. Warto pamiętać tę naukę Papieża! Zaś opisując biedę w Meksyku skonstatował – „Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą”.

Wstyd pytać o „komunę”, byłaby obrazą mądrości Papieża, który ustrój akceptował w „krystalicznej formie”, wytykał wykoślawienia. Papież i Generał otwarcie, szczerze, wyrazili swe troski i ustalili kierunki przyszłego współdziałania. „Ta rozmowa przekonała mnie ostatecznie, że stan wojenny można już znieść, że Kościół będzie sprzyjał procesowi umiarkowanych zmian”, mówił Generał. Składając wizytę w Watykanie (styczeń 1987) Papież i Generał rozmawiali 70 min. o najważniejszych sprawach dla Polski. Jak wspominał Generał-Papież„dociekliwie wypytywał o Michaiła Gorbaczowa. Uważał go za postać innego wymiaru, niż stara kadra radzieckich decydentów. Twierdził, że Gorbaczow może dużo zmienić w swoim kraju, co będzie miało przełożenie na Polskę i świat”. Powiedział wprost- „Opatrzność dała nam Gorbaczowa, oby tylko nie ukręcili mu głowy”.

Niech Państwo jeszcze raz przeczytają to zdanie, zastanowią się- „przełożenie na Polskę”, np. wpływ na skalę naszej suwerenności, uspokajanie czujności sąsiadów, poszerzanie skali i zakresu wewnętrznych przemian, demokracji itp. Drugim węzłowym tematem była sprawa zachodniej granicy Polski w kontekście zjednoczenia Niemiec. Generał mówił, że RFN i część państw zachodnich wciąż kwestionuje granicę zachodnią, a jest ona dla Polski „sprawą życia i śmierci”. Papież uznał te oceny mówiąc, że „Kościół w jednoznaczny sposób wypowiada się o polskości tych ziem”. Dal temu wyraz podczas drugiej pielgrzymki do Polski (1983). 21 czerwca we Wrocławiu witały Papieża herby miast zachodniej Polski i pieśń „Nie rzucim ziemi”. W homilii mówił o polskości tych ziem i swoich związkach z Wrocławiem. Na Ostrowie Tumskim w zadumie pokłonił się Janowi XXIII. To właśnie ten Papież nadał polskim biskupom wyłączność jurysdykcji na tych ziemiach. Zarazem była też czytelnym sygnałem normalizacji stosunków dyplomatycznych Watykan-Polska. Jana XXIII ówczesne władze uhonorowały pomnikiem, ze słowami „Pacem interis”(pokój na ziemi), pierwszy i jedyny w bloku wschodnim! Jego posadowienie we Wrocławiu (1968 r.) ma wyraźną wymowę ekumeniczną i państwową. Warto zastanowić się, dlaczego o tak doniosłej decyzji i pomniku „jakoś” w Polsce po 1989 r. zapomniano. Wpisywała się przecież w kontekst stosunków państwo-Kościół, miała wymiar polityczny i międzynarodowy. Zapewnił, że „Góra Świętej Anny (tu w 2000 r. stanął pierwszy pomnik Jana Pawła II) pamięta o powstańcach śląskich, którzy zginęli na tych ziemiach” oraz o historycznych związkach opolszczyzny z Macierzą. Witając Papieża na Zamku Królewskim(czerwiec1987)-Generał mówił: „Odwiedzając Gdańsk i Szczecin, będzie Wasza Świątobliwość nie na obczyźnie, lecz we własnym, ojczystym kraju. To właśnie Polska Ludowa uzyskała szeroki dostęp do Bałtyku, przywróciła narodowi Wrocław i Olsztyn, Opolszczyznę i Pomorze Zachodnie. Sprawił to czyn bojowy, krew obficie przelana żołnierza polskiego i radzieckiego”. Gość w rozmowie z Generałem wyraził nadzieję, iż jego wizytę w Szczecinie, Zachód odczyta jako przypomnienie problemu zachodniej granicy i jednoznaczności stanowiska Kościoła w kwestii polskości tych ziem. Tu Papież przypomniał – „Wydarzenia lat 80.tych pozostawiły nam wszystkim to właśnie zadanie >pracy nad pracą<. W wielu wymiarach… Nieustannie trzeba podejmować to zadanie”. Uroczyste powitanie odbyło się na Zamku Królewskim, co poczta polska upamiętniła specjalnym znaczkiem. Ciekawe, czy Poczta Polska wznowi ten znaczek z okazji 100.lecia Urodzin Papieża-Polaka.

Żegnając się z Rodakami 14 czerwca 1987 r. na Okęciu, Papież mówił – „Polska jest Ojczyzną trudnego wyzwania…Ojczyzna nasza musi zabiegać o to, aby życie ludzkie w Polsce stawało się coraz bardziej ludzkie, coraz bardziej godne człowieka. Każdego człowieka, który żyje na tej ziemi”. Odnośnie praw człowieka, tkwiących u podstaw pokoju na świecie – „Każde z nich warunkuje prawdziwy postęp. Nie tylko osobowy, ale i społeczny. I nie tylko duchowy, ale też materialny”. Generał żegnał Gościa, takimi myślami – „Papież wkrótce pożegna Ojczyznę, zabierze ze sobą jej obraz w sercu. Lecz zabrać przecież nie może jej realnych problemów. Naród zostanie tu, między Bugiem a Odrą. Sam musi uporać się z wyzwaniami… Polsce prawda jest potrzebna, lecz potrzebna jest również prawda o Polsce”.

Po tej wizycie, niektórzy „lepiej wiedzący” odczytywali te słowa jako publiczny głos krytyki Generała, zapominając co wcześniej mówił Papież. Wymowne osobliwości Pierwsza- Papież 22 listopada 1981 r. wysłał list do Generała, w którym m.in. pisze -„Panie prezydencie, niejednokrotnie wracam myślą do treści naszych rozmów. Widzę, że dobro Rzeczypospolitej i jej Obywateli stało się dobrem nadrzędnym. Nie przestaję modlić się i życzyć władzom oraz całemu narodowi, by wokół tego dobra skupił swoje siły i całą dobrą wolę”. O czym te słowa świadczą- tak dla Polski jak i Generała osobiście? Druga – 6 grudnia 1989 r. nowy nuncjusz apostolski w Polsce, abp. Józef Kowalczyk składał Generałowi listy uwierzytelniające. Napisane w j. łacińskim, są adresowane tak: „Illustri et Honorabili Viro, Wojciech Jaruzelski, Republice Popularis Polonica Praesidii, Johannes Paulus PP II. – Wybitnemu i Czcigodnemu Mężowi Wojciechowi Jaruzelskiemu, Prezydentowi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, Jan Paweł II PP (Papież i Pasterz). Rozpoczynają się: „Illustris et Honorabilis Vis Salutem et prosperitatem Wybitny i Czcigodny Mężu- zdrowia i pomyślności”. Papież wcale nie musiał ani tak określać Generała, ani używać tak znienawidzonej przez obecną władzę nazwy państwa – Polska Rzeczypospolita Ludowa. Wiedział, że w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia 1990 r. nastąpi zmiana na „Rzeczypospolita Polska”. Mógł poczekać do początku 1990 r. z aktem wręczenia listów przez nuncjusza. A jednak tego nie uczynił. Tak, jakby chciał pełną nazwę PRL uwiecznić w swym dokumencie. Co do określenia Generała łacińskimi, pięknymi słowami, i to dwa razy-Wybitny i Czcigodny Mężu- kogo skłaniają do chrześcijańskiej, ludzkiej refleksji i zadumy?

Trzecia- w Gdyni zapamiętano m.in. takie słowa Papieża – „Chociaż rosłem na ziemi daleko stąd, to jednak mogę powiedzieć, że rosłem równolegle z tym miastem, które stało się poniekąd symbolem naszej drugiej niepodległości. Wraz z całym moim narodem nie przestaję żywić wdzięczności dla tych, którzy to miasto, ten port bałtycki tworzyli tutaj od podstaw, poniekąd z niczego”; Czwarta- w Gdańsku Papież mówił o przyszłości – „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie może nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować.” Wizyta na Westerplatte miała specjalną oprawę. Papież przybył tu z sopockiego mola motorówką Mewa. U nabrzeża witały dwa okręty Marynarki Wojennej w pełnej gali branderowej, a ORP Wodnik oddał salut 21 salw armatnich; Piąta- podczas pierwszego spotkania z Wojskiem Polskim 2 czerwca 1991 r. Papież wyraził refleksję „Jako Polak wiem, co na przestrzeni całych dziejów, a także na przestrzeni mojego własnego życia zawdzięczam tym, którzy w sposób często heroiczny uważali siebie za sługi bezpieczeństwa i wolności Ojczyzny”. Zwracam uwagę- „na przestrzeni mojego własnego życia”, czyli w Polsce Ludowej, PRL – proszę sięgnijcie Czytelnicy pamięcią;

Szósta- Papież, przemawiając w Sejmie 11 czerwca 1999 r., m.in. mówił- „Składam dzięki Panu historii za obecny kształt polskich przemian…Zostało nam, zostało wam powierzone tamto dziedzictwo odważnych i ambitnych wysiłków podejmowanych w imię najwyższego dobra Rzeczypospolitej. Od was zależy, jaki konkretny kształt przybierać będzie w Polsce wolność i demokracja… Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm…Wykonywanie władzy politycznej czy to we wspólnocie, czy to w instytucjach reprezentujących państwo powinno być ofiarną służbą człowiekowi i społeczeństwu, nie zaś szukaniem własnych czy grupowych korzyści z pominięciem dobra wspólnego całego narodu”. Siódma- kończąc VII pielgrzymkę w 1999 r. Papież niespodziewanie zaprosił do papamobile Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z Małżonką i razem podjechał do trybuny honorowej na Balicach. Pokażcie Państwo podobny przykład na świecie – ten Prezydent RP też był członkiem PZPR, częściowo „wychowankiem” Generała!

Ósma – Papież – choć schorowany, przyjął Generała w przededniu 20 rocznicy stanu wojennego. Z troską mówił o zagrożeniach życia ludzi, o ofiarach, jakie Polacy ponoszą dla swej wolności, przywołał różne fakty z naszej przeszłości. Interesował się przemianami w kraju. Generał powiedział, że „najsmutniejszą pointą transformacji ustrojowej, dokonywanej rękami b. działaczy Solidarności jest to, iż ani w Gdańsku, ani w Szczecinie nie ma już potężnych stoczni, w których ten ruch powstawał. Nie ma Ursusa, marnieje FSO i wiele innych zakładów – filarów Solidarności”. Że 7,5 tys. „patriotów” wyceniło swoje zasługi dla wolnej Polski na blisko 2 miliardy złotych”. Papież kręcił głową niedowierzając. Serdeczna rozmowa, podczas której Papież m.in. wyraził taką myśl – „Europa potrzebuje Polski, Polska potrzebuje Europy”- okazała się być ostatnią.

Dziewiąta – Papież żegnając Rodaków m.in. apelował, by Polska „wchodziła w trzecie tysiąclecie nie tylko jako państwo stabilne politycznie i gospodarczo zasobne, ale również umocnione duchem miłości wzajemnej i społecznej”. Jan Paweł II: 27 lat był papieżem. Dłużej panowali: Święty Piotr i Pius IX. Odbył 104 pielgrzymki, 3 razy pokonując odległość między Ziemią a Księżycem, łącznie w podróży był 586 dni. Nazywany jest „wędrownym misjonarzem”. W 130 krajach odwiedził ok. 900 miejscowości, na 6 kontynentach. Do Polski odbył 8 pielgrzymek. Odmówiono wizyty w ZSRR i Chinach. Kanonizował 478 świętych, w tym 9 Polaków i beatyfikował 1318 osób, w tym 154 Polaków. Ogłosił 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji i 43 apostolskie listy oraz wydał 12 dzieł literackich. Mianował 232 kardynałów. Biegle mówił w 8 językach, niektórzy mówią, że w 9 a nawet 11. Był pierwszym, który odwiedził Wielką Brytanię, jedynym, którego przyjęto w Sejmie RP i Białym Domu. Jedynym przywódcą państwa, z którym spotkał się 8 razy jest gen. Wojciech Jaruzelski.

Po co nam – wam to było?

Wszystko można tłumaczyć, także przez niedomówienia, co w przypadku stanu polskiego Kościoła nie zbliża do prawdy, a tym bardziej do optymistycznych wniosków.

Tytuł tego felietonu pochodzi z wypowiedzi Józefy Hennelowej w marcowym wydaniu miesięcznika „Kraków” pt. „W Kościele jest dziś trudno”, w której zastanawia się i zadaje szereg pytań dotyczących położenia, kondycji i wizji Kościoła w Polsce, także od zarania III RP. Hennelowa była związana z „Tygodnikiem Powszechnym” od 1948 do 2002 roku, również jako zastępca redaktora naczelnego Jerzego Turowicza. Autorka licznych publikacji i książek, aktywna działaczka opozycji w latach PRL, wreszcie dwukrotnie posłanka na Sejm od 1989 roku. Wraz z całą formacją tego tytułu zaliczana do tzw. kościoła otwartego. Jej wieloletnia znajomość z najważniejszymi hierarchami, nie wspominając już o licznych spotkaniach z kardynałem Karolem Wojtyłą, a później z papieżem Janem Pawłem II rodziła nadzieję na interesującą, pogłębioną wypowiedź.
Koncepcja wielkiej Polski katolickiej

„To właściwie powrót do wizji prymasa Wyszyńskiego z tak zwanych ślubów jasnogórskich… w 1956 roku…Potem z tego się zrodziło Millennium roku 1966. To był wtedy program Polski zawsze katolickiej… prymas…postrzegał ten koncept jako działanie masowe, wielkie przeżycia, koniecznie manifestacyjną, zbiorową, ludową pobożność. Teraz Kościół zdaje się spodziewać, że to wszystko zrealizuje wespół z obecną władzą.”
Stefan Wyszyński, doświadczony latami stalinizmu i państwową indoktrynacją światopoglądową oraz szeregiem ograniczeń w stosunku do Kościoła, przyjmował zapewne bez entuzjazmu rozdział kościoła od państwa, ale jednocześnie cenił tą wartość, którą stanowiło nawet ówczesne polskie państwo, troszcząc się wielokrotnie o jego dalsze losy i apelując m. in. o umiar w gorących dniach sierpnia 1980 roku.

W kolejnych latach, jeszcze PRL-u, a następnie III RP, w zasadniczo odmiennych warunkach, sytuacja Kościoła uległa pełnemu unormowaniu, co wcale nie przeszkodziło mu już w demokratycznym ustroju wkroczyć – i maszerować nadal – na wojenną ścieżkę klerykalizmu, przyczyniającego się w swej istocie także do ruiny niezależnego światopoglądowo państwa.
„zwieńczeniem owego mariażu Kościoła z władzą mają być nie tylko spotkania z papieżem czy masowe zjazdy młodzieży. Ma widać wyraźną nadzieję, że katolicyzm wprowadzi się do struktur prawnych państwa. Że powstanie charakterystyczna dla państwa wyznaniowego sytuacja, w której system prawnych nakazów i zakazów będzie zgodny z tym, co według porządku Kościoła jest najważniejsze. W gruncie rzeczy rozpoczęło się od marzenia samego Jana Pawła II – tyle że nie wiemy, jak on dokładnie sobie to wyobrażał…”

O Janie Pawle II

„Papież…przecież stale powtarzał, że zasada, by nie wprowadzić sacrum do życia społecznego i państwowego, to błąd. Że żadna neutralność! Tymczasem sacrum w życiu państwowym oznacza przecież dążenie do wpływu na struktury prawne czy organizacyjne…

Papież do tego dodał wizję, czym się kończy demokracja bez wartości. A myśmy nie podjęli dyskusji, co to znaczy – bo przecież z papieżem się nie dyskutuje. Tymczasem w gruncie rzeczy demokracja sama w sobie jest przecież właśnie oparta na wartościach.”

Brak sprzeciwu wobec tych doktryn Hennelowa tłumaczy: „Dopiero niedawno pojawiła się kompletnie nowa jakość – zgoda na to, że się obecnego papieża zaczyna się krytykować i to w sposób zasadniczy.” To prawda, bohaterstwa nie wymaga dziś krytyka papieża Franciszka i jego progresywnych działań zaś odwagi i sprzeciwu zabrakło w ocenie konserwatywnych poczynań Jana Pawła II, co tylko dowodzi, który z tych ideologicznych wyborów zawsze jest bliższy Kościołowi.

„Franciszek ma kłopoty…w Watykanie przeciwników także wśród tych, których odstawił od władzy…Także Jan Paweł II nie miał wątpliwości, że tam są silne układy. Tyle, że kiedy zdał sobie sprawę, że już ich nie pokona, to skupił się na podróżach, a tym się nie zajmował.”

Jest to jakiś sposób wyjaśnienie postawy ówczesnego papieża, acz odległy od logiki rządzenia i koniczności zaprowadzenia porządku we własnej owczarni, nie uwzgledniający nadto wielkich politycznych ambicji Jana Pawła II, niepozbawionych wątpliwych ocen, kontaktów i preferencji w tej jego międzynarodowej aktywności.

„Zastanawiam się jednak, że może kiedyś się przebije to, na czym mu naprawdę zależało. Ale na razie robimy głupio, stawiając mu te setki pomników. Zresztą on sam powinien od razu zaprotestować. Tymczasem jak pojawił się pierwszy monument, to zamiast powiedzieć: „Żeby mi to było ostatni raz!”, przyjął to z wyrozumiałością. Owszem, może nie chciał robić przykrości ludziom. Bo, choć jeden pomnik jest brzydszy od drugiego, to stawiali je z miłości.”

Abstrahując od powszechnej zasady stawiania pomnika dopiero po śmierci upamiętnianej osoby, także od przykładów budowania pomników osobom żyjącym lecz o bardzo podejrzanych zasługach, zdumiewa opisana i usprawiedliwiona wyrozumiałość papieża, a jeszcze bardziej powód powszechnego pojawienia się tych monumentów. Za życia JP II było ich w Polsce już 230, dziś ta liczba zapewne zbliża się do 1000 i tylko naiwność, bądź usilna chęć wytłumaczenia innym i sobie, sprowadza się do argumentu „miłości”.

Po co nam to było

„Myśmy od początku to robili. Jest zastanawiające, dlaczego? I po co lewym sposobem! Zaczynając od Tadeusza” [Mazowieckiego – Z.T.].

Wprowadzenie z naruszeniem prawa u początków III RP nauki religii do szkół – „dlaczego wszystko w kwestii lekcji religii ma być załatwiane administracyjnie – łącznie z tym, że absolutnie nie wolno dyskutować o programie, liczbie godzin lekcyjnych i o tym, kto ma być katechetą.”
Podpisanie konkordatu – „przez premier Hannę Suchocką – i to w czasie, kiedy już nie było Sejmu, bo był rozwiązany za głosowanie właśnie przeciwko niej. Więcej, znalazło się w konkordacie kilka wpadek…ale nic już się nie dało zrobić, bo podpisany dokument międzynarodowy nie może mieć zmienionej ani litery.”

Hipokryzja w postaci manifestowania przywiązania do Kościoła w sytuacjach publicznych – „Owszem, można autentycznie wykazywać pobożność. Ale niekoniecznie trzeba ją eksponować i demonstrować. Zwłaszcza gdy jest się w pierwszym rzędzie i w obiektywach kamer.”
Aktualnie sprawa aborcji – „Kościół znowu postawił ją jako problem numer jeden, i to w sposób zdecydowany, że musi sobie szybko załatwić nową ustawę o ochronie życia poczętego… Czyli – wprowadzenie pełnego zakazu aborcji. Wygląda na to, ba – niektórzy mówili to wprost, że to właściwie jedyna rzecz, którą trzeba zrobić w kraju, żeby on się mógł nazywać się katolicki. A jak to będzie wykonywane – mniejsza. Mniej ważne jest, czy ludzie będą tego przestrzegali, czy będą udawali, że się stosują – sam zapis ma wystarczyć. Podobnie jest zresztą z różnymi innymi zakazami.”

W tle tych wydarzeń „był pogląd, że Kościołowi w Polsce należą się nie tylko zwykłe prawa, ale szczególne przywileje za walkę z komunizmem.”
I jeszcze – „Bardzo Polska została podzielona, bardzo. Straszliwie. Za chwileczkę będzie następny krok i się okaże, że jednak Polska wielka, narodowa, katolicka. Nie daj Boże.”

Po co Wam i nam to było, i nadal trwa?

Po co Kościołowi, któremu jest dziś trudno i to, jak ze słów redaktor Hennelowej wynika, nie z powodu jakoby laicyzacyjnej fali płynącej z Zachodu. Po co nam obywatelom, którym jest równie ciężko, gdyż to dzięki doktrynie wojującego klerykalizmu, realizowanej z tak wielką determinacją przez katolickich hierarchów i spolegliwe polityczne władze, Polska przestała być demokratycznym państwem prawa zamieniając się w strzęp jego tekturowej namiastki.

Na początku wywiadu

Hennelowa występuje jako polityk: „faktycznie istniała warstwa ludzi, którym my, reformując kraj, odebraliśmy poczucie bezpieczeństwa dawane im pozornie przez PRL.” Z powyższego wynika, że jeżeli coś odebrane zostało, to wcześniej musiało mieć miejsce. Mogło istnieć, co równie ważne, tylko w zbiorowej świadomości, ale i w rzeczywistości. W omawianej sytuacji zaistniały te dwie możliwości, o czym świadczą tony atramentu i tonerów, nie mówiąc już o drukarskiej farbie, którymi dowodnie powyższy zabór wielu poważnych autorów już dawno udowodniło. Można oczywiście dyskutować o granicach bezpieczeństwa w okresie Polski Ludowej, ale zaprzeczanie woła o pomstę do Boga.

Później jako członek byłej, jak się okazało niedemokratycznej, opozycji stwierdza: „premier [Mazowiecki – Z.T.] znajdował się między tymi różnymi jeszcze nieodprawionymi potworami”, zupełnie zapominając, że skład tego rządu, i szerzej układu politycznego, był konsekwencją obrad Okrągłego Stołu, w których uczestniczył jej redakcyjny szef Jerzy Turowicz, nie wspominając już o przedstawicielach strony kościelnej. A rzeczywistych, nieodprawionych potworów mieliśmy i mamy nadal w rządach postsolidarnościowych w nadmiarze.

Do coraz częstszych

publicznych, odważnych i krytycznych wypowiedzi o rzeczywistych przyczynach stanu i przyszłości naszego obywatelskiego dobra – państwa – nie wpisuje się prasowa rozmowa z Józefą Hennelową. Szerokim łukiem omija coraz częściej akceptowany wniosek, że nie tylko za kondycję polskiego Kościoła, ale także za stan spraw publicznych i państwowych, ponosi odpowiedzialność Episkopat i hierarchowie. Mówi nawet o tym pośrednio, ale nie chce tego wiedzieć – przyjąć do wiadomości i jasno określić, aby towarzysko nie narazić się, albo nienawykła kalać własnego gniazdo ? Za dużo w tej wypowiedzi niedomówień, niewyjaśnionych wyjaśnień, wreszcie absolutnej bezradności i kiedyś, i dziś.

Temat jest ciągle aktualny

i będzie powracał w opracowaniach pozbawionych takich niedomowień, natomiast dogłębnie wyjaśniających przyczyny postępowania polskiego rzymsko-katolickiego Kościoła, gdyż dotyczy to w równej mierze każdego obywatela – osób wierzących i niewierzących. Sprawy Kościoła – jego dostojników i zwykłych księży, podobnie jak rola i ocena poczynań Jana Pawła II przestały być wreszcie tabu i podlegają powszechnej, publicznej debacie i ocenie.

„Promocja” za grube miliony

111 mln złotych wydała Polska Fundacja Narodowa w 2018 r. – wynika z opublikowanego w ostatniej chwili sprawozdania. Ochrona dobrego imienia Polski za granicą pochłonęła prawie sześć razy więcej, niż jeszcze rok wcześniej. W 2019 r. o PFN było głośno raczej w kontekście wydatków wątpliwych.

Polska Fundacja Narodowa powstała w 2016 r., a fundusze na działalność uzyskała dzięki wpłatom z siedemnastu państwowych spółek, na łączną kwotę kilkuset milionów złotych. Wśród wpłacających były koncerny energetyczne, KGHM, PKO BP czy PKP. Jej oficjalnym celem jest promocja Polski na świecie, dbanie o wizerunek kraju, a w szczególności reagowanie na fałszywe publikacje dotyczące Polski i ich prostowanie. W minionym już 2019 r. o PFN było jednak głośno raczej za sprawą cyklu artykułów Onetu, w których ujawniono m.in., jak fundacja wydała 4,5 mln złotych za prowadzenie przez amerykański podmiot serwisów internetowych o praktycznie zerowej rozpoznawalności.

Z upublicznionego w ostatniej chwili sprawozdania za rok 2018 dowiadujemy się, że w roku tym łączne wydatki na szeroko rozumianą promocję Polski za granicą wyniosły ponad 33 mln złotych. Osobna pozycja „Polska w Ameryce” kosztowała 23 mln złotych. Sama fundacja w promocyjnym opisie na stronie nie pozostawia wątpliwości, na jakich aspektach historii i współczesności Polski skupia się w swoich działaniach w USA: chwali się m.in. przeprowadzeniem konferencji o Janie Pawle II i Ronaldzie Reaganie: „partnerstwie pomiędzy Papieżem a prezydentem i o polskim ruchu społecznym „Solidarność”, bez którego komunistyczne Imperium Zła mogło nigdy nie upaść”. Jedną z gwiazd konferencji był prawicowy historyk Marek Jan Chodakiewicz, znany także z występów w polskich skrajnie prawicowych mediach, gdzie uczy, czym jest „cywilizacja śmierci” i jak się przed nią bronić.

12 mln poszło na projekt „100 x 100”, w ramach którego do Polski przyjeżdżali znani ludzie. Jednym z odwiedzających był Steve Wozniak, który za, bagatela, 600 tys. złotych opowiedział w Polsce, jak w Kalifornii rozwijają się startupy i jak ważne jest, by młode firmy otrzymywały wsparcie publiczne choćby w postaci ulg podatkowych.

Inne inicjatywy, które sfinansowano ze środków przekazanych przez spółki skarbu państwa to m.in. rejs jachtu oceanicznego „I Love Poland”, kampania wspierająca dekomunizację, polska noc w NBA czy dodatek do pisma „Niedziela”. 2,5 mln kosztował spot na YouTube z udziałem Mela Gibsona, nakręcony na stulecie odzyskania niepodległości. Ten przynajmniej zyskał w sieci oglądalność – w odróżnieniu od promocyjnych serwisów PFN śledzonych przez kilkanaście osób odnotował ponad 2 mln wyświetleń.

W sprawozdaniu są też wynagrodzenia pracowników: średnio 11 tys. miesięcznie na jednego zatrudnionego i ok. 17,6 tys. dla członka zarządu.