Papież i Prymas wobec władzy i Solidarności w latach 1980-1981 (cz. I)

„Gdyby wszyscy działacze Solidarności wzięli sobie poważnie do serca mitygujące wskazówki Kościoła, prymasa Wyszyńskiego, a następnie Glempa – wprowadzenie stanu wojennego okazałoby się niepotrzebne.”
gen. Wojciech Jaruzelski

Majowe rocznice

Maj jest szczególnym miesiącem w dziejach polskiego Kościoła. Właśnie mija 40 lat, gdy 13 maja 1981 r. o godz. 17.17 na Placu św. Piotra, turecki zamachowiec ciężko ranił Jana Pawła II i dwie osoby. Jedną z nich, Papież zaprosił na spotkanie 4 czerwca. Po angielsku zapytał o stan zdrowia i leczenie w szpitalu. Zdumiał się odpowiedzią usłyszaną po polsku. Była Amerykanką polskiego pochodzenia. Jej matka, Katarzyna Placek-Balonek urodziła się i kilka lat mieszkała w Wadowicach. Z mężem Odrzywolskim wyemigrowali do USA. Tu urodziła się ich córka Anna, 18 maja 1923 r.(3 lata później niż Papież), a 13 maja ranna w pierś. Co za zbieg okoliczności! Trudne do wymówienia w USA nazwisko, zmieniła na Odre. Przyjaźnili się do końca życia.

Ten miesiąc był ostatnim w życiu Prymasa Tysiąclecia, zmarł 28 maja 1981r., mija 40 lat.

Pamięć o obu tych wydarzeniach skłania, by przypomnieć tu chronologicznie (kilka razy czyniłem wycinkowo) nauki, rady, ostrzeżenia Papieża, Prymasa Tysiąclecia, w roku 40 rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. Swoją pamięcią – oddajmy hołd i tak okażmy wdzięczność.
Prymas Tysiąclecia

Redakcja Trybuny- jak poprzednio, otwiera przed Państwem łamy celem zobrazowania wrażliwości obu wielkich Polaków i Kościoła na wspólne dobro i odpowiedzialność za Ojczyznę. Niestety, z żalem należy zauważyć, że tego poczucia odpowiedzialności nie dostrzegano w MKS, negocjującym 21 postulatów. Czas uciekał. Wywoływał obawy o stan gospodarki kraju i nastroje zniecierpliwienia, o czym informowała prasa. Zaniepokojony sytuacją Prymas, przypominał i wzywał do rozsądku, do odpowiedzialności.

Oto kilka myśli:
Jasna Góra, 26 sierpnia 1980 r. :
„W tej chwili przyszła na naszą Ojczyznę godzina rachunku. Jeśli się obudzi w nas świadomość odpowiedzialności za Naród, to musi się z tym wiązać poczucie odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny, całego Narodu i Państwa. Odpowiedzialność jest wspólna, bo wspólna jest i wina”.

„To wszystko wymaga rozwagi, roztropności, ducha pokoju i pracy. Bez tego nie ma właściwego rozwiązania sytuacji, pomimo najsłuszniejszych racji, jakie moglibyśmy przytoczyć”.

„Żądania mogą być słuszne i na ogół są słuszne, ale nigdy nie jest tak, aby mogły być spełnione od razu, dziś. Ich wykonanie musi być rozłożone na raty. Trzeba więc rozmawiać: w pierwszym rzucie wysuwamy żądania, które mają podstawowe znaczenie, w drugim rzucie następne. Takie jest prawo życia codziennego…Musimy mieć roztropność kierowniczą … Brońmy się przez wypełnianie swoich obowiązków. Gdy je wypełnimy, będziemy mieli tym większy tytuł do postulowania naszych praw”.

„Pamiętajcie, jesteśmy narodem na dorobku. Doszliśmy do wolności przez gruzy. Jeszcze jako nowo mianowany biskup Warszawy szedłem do swojej katedry, prokatedry po stertach gruzów. Polska odrodzona przez cierpliwość i pracę odbudowała sprawnie Warszawę, Gdańsk, Wrocław, Poznań i tyle innych miast zrównanych z ziemią. Ale nie nastąpiło to od razu. Dużo pozostało do zrobienia. Trzeba ciągle zwielokrotniać wysiłek pracy, pogłębiać jej poziom moralny, poczucie odpowiedzialności zawodowej, ażeby nastąpił należyty ład i porządek”.

Komentowałem te słowa, myśli w poprzednich tekstach, nie ma więc podstaw je powtarzać.

Jedynie logika chronologii wskazuje na celowość przypomnienia postawy Prymasa, jako hierarchy Kościoła czującego odpowiedzialność za Ojczyznę. Wzywał ze „świętego miejsca” do:
– „odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny”. Ta gorzka refleksja, sprawdziła się w grudniu, gdy miliony Polaków, także i strajkujących członków Solidarności stanęło przed widmem śmierci z głodu i zimna. Jak z goryczą oceniał Generał-gdyby „mitygujące wskazówki… prymasa Wyszyńskiego… Glempa”, zrozumieli „wszyscy działacze Solidarności”, wówczas stan wojenny nie byłby potrzebny. Ze zdumieniem i dozą wstydu, wypada zapytać- czyżby członkowie Solidarności nie znali tej banalnej prawdy, żeby strajkować, protestować czy głosić wzniosłe idee i pisać „patriotyczne narracje”- trzeba być najpierw sytym, najedzonym. A potem -żeby żyć i głosić romantyczne wizje, mądrze, racjonalnie dążyć do ich urzeczywistnienia. Godzi się zapytać działaczy i doradców Solidarności-czy tego nie wiedzieli w latach 1980-1981? Dlaczego wciąż tępy upór Solidarności ma uznanie, a rozum spotyka pogarda?;

– przypominał, że „wspólna jest i wina”, czyli władzy, partii i strajkujących robotników;

– wzywał do „rozwagi, roztropności, ducha pokoju i pracy”. Kto czytelnie wskaże ile razy, gdzie i kiedy cechy te dobitnie wykazywało w praktyce Kierownictwo Solidarności?;

– uczył MKS i strajkujących, że wykonanie słusznych żądań musi być rozłożone na raty. Czy i kiedy z tej rady Solidarność skorzystała?
– przypominał przeszłość, gruzy Warszawy! Polska odrodzona przez cierpliwość i pracę odbudowała sprawnie Warszawę, Gdańsk, Wrocław, Poznań i tyle innych miast zrównanych z ziemią. To zarówno „ku pamięci”, jak i przestrodze, by nie spowodować kataklizmu zniszczenia. Tylko władza pamiętała te bolesne doświadczenia. Kto o tym uczciwie mówi młodzieży?

Uwagi i refleksje

Do Prymasa doszły głosy, że część kościelnej hierarchii jasnogórską homilię przyjęła z dezaprobatą. Na spotkaniu z biskupami powiedział: „Po pierwsze – to, co mówiłem, uważam za uzasadnione i słuszne. Po drugie – jeśli miałbym jeszcze raz wystąpić, powiedziałbym to samo. A po trzecie – błogosławię waszą roztropność”. Wyjaśnił biskupom- „Jednym się wydawało, że za mało Prymas mówi >pod rząd<, innym znów, że za mało mówi >pod stoczniowców<. Prymas nie mówi ani pod rząd ani pod stoczniowców, tylko do rozumnych dzieci narodu. Narodowi na tym etapie wystarczyło spokojnie, bez złudzeń powiedzieć tylko tyle”. 26 sierpnia 1980 r. ukazał się komunikat Rady Głównej Episkopatu Polski, w którym czytamy-„Osiągnięte porozumienia poparte odpowiednimi gwarancjami, powinny zakończyć strajki, aby normalne funkcjonowanie gospodarki narodowej i życia społecznego w pokoju stało się możliwe. Porozumienia powinny być dotrzymane przez obie strony w myśl zasady: Pacta sunt servanda”. Zachęcam Państwa w ciepłe majowe dni- może już bez wirusa na działce, do własnej oceny „dotrzymania” 21 postulatów przez Solidarność i władzę – tak, na użytek dzieci i wnuków! Natomiast podczas posiedzenia Rady Głównej Episkopatu Polski, we wrześniu 1980 r. pod rozwagę poddał biskupom taką refleksję- „Nawet w takiej sytuacji, w jakiej znalazł się naród, trzeba unikać wszystkiego, co mogłoby nas doprowadzić do krwawych porachunków wewnętrznych i do interwencji obcej. Wolę utrzymywać, że interwencja obcych sił – tanków sowieckich- jest możliwa, choćbym miał się omylić, niż narazić się na to, by choć jeden chłopiec Polski zginął podniecony pewnością, że Moskale nie naruszą granic Polski”.

Czyżby ten światły Prymas już wtedy, we wrześniu- miesiąc po podpisaniu porozumień- już przewidywał walkę bratobójczą, „krwawe porachunki wewnętrzne”, których Solidarność nie zdążyła podjąć rok później-17 grudnia, bo wcześniej był 13 grudnia. Uprzedził „patriotyczny” rozlew krwi i „obcą interwencję”. Dzięki Generałowi i obywatelskiej postawie Wojska Polskiego, ani „Moskale nie naruszyli granic Polski” i ani „jeden chłopiec Polski nie zginął”. Kto będzie to pamiętał w 2021 r. 7 września 1980, Warszawa, spotkanie z Lechem Wałęsą Tydzień po podpisaniu 21 postulatów, w Warszawie Prymas Tysiąclecia przyjmuje Lecha Wałęsę z delegacją, w której jest ks. Henryk Jankowski. Kładzie akcent na sprawy związkowo- robotnicze. Przypomina i wyjaśnia, co mówił na Jasnej Górze -„Musimy mieć roztropność kierowniczą…Brońmy się przez wypełnianie swoich obowiązków. Gdy je wypełnimy, będziemy mieli tym większy tytuł do postulowania naszych praw”. Czyżby już wtedy, zaledwie tydzień, po głośnym podpisaniu porozumień sierpniowych i noszeniu Lecha Wałęsy na robotniczych rękach, po mszy św. w Kościele św. Brygidy, Prymas przewidywał brak „roztropności kierowniczej” i „boczenie” się związkowców na „wypełnianie swoich obowiązków”? Faktem jest, że Solidarność postulatów miała mnóstwo, niczym św. Mikołaj prezentów dla dzieciaków. Pamiętam rozmowę z Generałem podczas której wspominał „dobre rady” Solidarności, by tylko władza je realizowała. 10 listopada1980 Warszawa, rejestracja Solidarności Prymas, spotkając się z delegacją Solidarności powiedział – „Chociaż mielibyście różne pokusy natury politycznej, pamiętajcie, że pierwszym waszym celem jest realizacja zadań społeczno-zawodowych: obrona środowiska pracy, warunków higieny i bezpieczeństwa pracy, przestrzegania kodeksu pracy, ustawodawstwa społecznego. Obrona człowieka pracującego-to jest wasze najważniejsze zadanie”. I dalej-„Nadrzędnym celem wszelkiej działalności winien być interes Ojczyzny i rzetelna praca dla wszystkich ludzi, dla dobra Polski”.

Może i z pewnym przekąsem- po latach warto zapytać działaczy, ekspertów Solidarności-do czego był im potrzeby „człowiek pracujący”? A jak w latach 1980-1981 rozumieli „w praktyce” interes Ojczyzny, który w różnych odniesieniach i znaczeniach przywoływał i tłumaczył Prymas? Panów działaczy i ekspertów proszę-wyjaśnijcie to „Narodowi” po 40 latach. Chyba zasłużył na taką waszą prawdę! Warszawa, 19 stycznia 1981 r. Tego dnia, Prymas spotkał się z Lechem Wałęsą i delegacją Solidarności. Wyjaśniał im- „Można w odruchu bohaterskim oddać swoje życie na polu walki, ale to trwa krótko. Większym niekiedy bohaterstwem jest żyć, trwać, wytrzymać całe lata… W sytuacji, w jakiej znajduje się Polska, przeprowadzenie właściwej linii ku sprawiedliwości społecznej, aby uruchomić wszystkie prawa człowieka, osoby ludzkiej, a szczególnie prawa społeczne, organizacyjne, zawodowe-wymaga nie lada wysiłku, cierpliwości i rozwagi. Wymaga też nieustannego wiązania waszych najskuteczniejszych porywów z dobrem Rzeczypospolitej, które zawsze macie przed oczyma. Na pewno chcielibyście osiągnąć bardzo wiele. Aby chcieć wiele i osiągnąć wiele – trzeba mieć dużo cierpliwości na dziś i na jutro. Potrzeba umiejętności przewidywania tego, co jest do zrobienia dziś, a co jutro”. Jeśli Państwo uznaliście, że te słowa Prymasa trafiły do „serca” przewodniczącego, doradców i ekspertów- patrząc z dystansu 40 lat, sami możecie orzec. 27 stycznia 1980, Prymas zapisał „Nie trzeba zmniejszać czujności Narodu i nie uzbrajać go w awanturniczą gotowość do wszelkich porywów, by nie dopuścić do przelewu krwi. Moskale, dla obrony Bloku i wygodnej linii strategicznej, gotowi są uczynić wszystko, a nawet poświęcić Polskę. Istnieje atawizm historyczny, mający swoją siłę, nie dający się okiełznać. Słowem, nie wolno ryzykować życia młodych Polaków w beznadziejnej walce ze wschodnim mocarstwem, a z pewnością nie należy niczego czynić co mogłoby prowadzić do takiej sytuacji.” (Pro memoria, 27 stycznia1980).

Wielu z Państwa z zaciekawieniem przeczytałoby opinie i wnioski ekspertów Solidarności- nawet z dystansu czasu o tych refleksjach Księcia Kościoła. Byłaby to cenna nauka dla młodych. Prymas o partii Stanisław Kania, na posiedzeniu BP KC PZPR, 8 lutego 1981, złożył relację z rozmowy z Prymasem w dniu 7 lutego: „Wyszyński uważa, że w Polsce musi być silna władza, że Polska jest związana z blokiem socjalistycznym, że musi być partia, która winna sama się regenerować. Jeśli zaś partia miałaby się rozsypać, to wówczas musiałaby powstać nowa partia. On, Prymas Polski opowiada się za obecną partią, ale zmienioną. Partia gwarantuje władzę i spokój”. Nawet po 40 latach uważam, że te oceny Prymasa w ówczesnej sytuacji miały realne i racjonalne podstawy. Dedykuję wszystkim plujom na tamtą rzeczywistość, przy tym zachęcam co bardziej porywnych do rozwagi-12 września Prymas zostanie beatyfikowany. Niewątpliwie właściwym będzie, by przypomnieć dokonania i zasługi Księcia Kościoła dla całego okresu Polski Ludowej. Natomiast w Natolinie 26 marca 1981 r., rozmawiając z Generałem stwierdził-„Nie mam powodu do adorowania partii. Ale w tym ustroju, w tym bloku jest ona realnością, po prostu musi istnieć. Aby tak było, partia musi być na poziomie, musi być zdrowa, silna. Inaczej zniknie, a blok da nam inną. Gierek w tej sprawie nic nie zrobił. A przecież można było uniknąć wielu zapalnych punktów. Można było uniknąć niezadowolenia społecznego”. Oczywiste są te racje. Dekada lat 80-tych dowodzi, że ta partia „na poziomie”, choć „chwiejnego zdrowia”, jej skrzydło reform doprowadziło do Okrągłego Stołu i historycznych przemian. Chwała i uznanie członkom!” Natolin 26 marca 1981 r.

Działalność Solidarności (jeszcze trwał bydgoski incydent), w rozmowie z Generałem Prymas oceniał, że„ powinna iść po linii społeczno – zawodowej. Napięcia, które się pojawiają, są wręcz irracjonalne. Ludziom trudno zrozumieć, o co idzie. Solidarność to taki romantyczno – renesansowy prąd. Obecnie jednak następuje infiltracja, aby uczynić z niej ruch polityczny. To jest obce, narzucane z zewnątrz. Wałęsa to rozumie. To człowiek dobrej woli, ale wpływy z zewnątrz, zwłaszcza KOR-owskie, popychają go niekiedy do niefortunnych posunięć”. Były to dla Generała istotne uwagi, głównie odnośnie postrzegania Solidarności w społeczeństwie, roli KOR-u i wpływu jego doradców na przewodniczącego oraz dające wiele do myślenia „wpływy zewnętrzne”. Czyżby Prymas „coś wiedział” o „radach Zachodu” i finansowym wsparciu? Celną uwagę Prymas uczynił odnośnie rolników.

„Byłoby źle, gdyby te dwie Solidarności, miejska i wiejska, podały sobie ręce. Na zasadzie instrumentalnego wspierania – tej wiejskiej przez miejską. Im szybciej wiejską uznamy, tym bardziej będzie ona samodzielna… trzeba szukać sojuszników, a nie walczyć…Chłopi będą sprzymierzeńcami…To uspokoi wiele milionów ludzi”. Po latach można powiedzieć -słusznie, z punktu widzenia wsi i Kościoła. A jak ZSL? Stronnictwo chciało spokoju na swoim terenie, to oczywiste, tylko szczegół- wieś to nie PGR-y, gdzie byli „pracownicy rolni”, a nie chłopi w tradycyjnym rozumieniu. Zrozumienie Generała dla tego wywodu, Prymas odczytał i przekazał jako zgodę władzy! Tak rozmówcę postawił przed faktem dokonanym i pozostawił z tym dylematem! Proszę, wczujcie się Państwo w tamtą sytuację i wskażcie zadowalające wszystkich rozwiązanie. Dla Generała niezwykle wymowną była taka metafora Prymasa- „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami- germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”.

Dyplomatyczny język- „ściana słowiańska”, a jak wiele znaczący i wiele świadczący o wzajemnym rozumieniu! Pozwólcie Państwo „wybiec” myślą 2 lata naprzód, Belweder 17 czerwca 1983. Papież tą samą myślą rozpoczyna prywatną rozmowę- „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy”. Tę ocenę – umiejętność obrony racji Polski, okrywa wzniosłym tytułem- „ale przecież jest Pan także patriotą”! Bądźcie Państwo łaskawi zwrócić uwagę jesienią na krytyków Generała i stanu wojennego, czy dostrzegą to uznanie złożoności sytuacji i mądrości – przez Świętego Papieża. Warszawa, spotkanie 27 marca 1981 Dzień po spotkaniu z Generałem, a 3 dni przed generalnym strajkiem okupacyjnym, znów Prymas spotkał się z Lechem Wałęsą i jego grupą. Radził gościom – „Słuszne wydaje się rozłożenie waszych zadań na raty…Ale na razie najpilniejsza sprawa jest ta, abyście panowie chcąc wiele, nie stracili tego, co macie dziś… To nie jest oczywiście największa cnota: męstwo. Największą cnotą jest miłość, ale także roztropność i rozwaga… Wstrzymujemy się od środków tak kosztownych, jakim może być strajk generalny, który tak łatwo jest zacząć, ale skończyć bardzo trudno”. Lech Mażewski spotkanie ocenił jako „uratowanie” Solidarności, choć – „pęd solidarnościowych działaczy do konfrontacji z władzą, został ograniczony jedynie na krótko”. Warszawa, kwiecień 1981 r. Na początku kwietnia, Prymas spotkał się z delegacją wiejskiej Solidarności. Podobnie jak ich „miejskim kolegom” radził- „Pragnę całym sercem Wam życzyć, abyście działali cierpliwie. My w Polsce nie możemy się awanturować, bo nie jesteśmy sami… Możemy powiedzieć, iż obok władzy partyjnej, jest w Polsce władza społeczna. Dowody na to mieliśmy 27 marca. Dzięki Bogu, nie było innego dowodu, a mianowicie zapowiadanego strajku generalnego. Tego należało uniknąć. Chociaż bowiem moralnie jest uzasadnione prawo użycia tego środka przez ludzi broniących się, jednakże zawsze środki muszą być proporcjonalne do zamierzeń, do zadań i osiągnięć … Zawsze układajcie to tak, żeby była ta proporcja między postulatem, wymaganiem, a środkiem, który się będzie stosowało. Żeby do ptaków nie strzelać z granatów”.

Prawda, że ciekawe skojarzenie, „strzelanie z granatów”. Na jak długo zapamiętane, kto z Państwa wie? To podczas tej rozmowy poinformował gości o możliwości rejestracji ich Związku- NSZZ RI, w niezbyt odległym czasie. Stało się to 10 maja. Papież Jan Paweł II Papież- Polak uważnie śledził powstanie i działalność Związku. Był w stałym kontakcie z Prymasem, znał bieżące problemy, ich ocenę zachodniej prasy. Podczas pierwszej rozmowy w Watykanie, 11lutego 1981 r., Lechowi Wałęsie i grupie działaczy Solidarności- podobnie jak Prymas mówił -„Chodzi o to, aby sprawy dojrzewały do właściwego kształtu, żeby dojrzewały w spokoju, żeby również wśród napięć, które rozwojowi tych spraw towarzyszą, zachować umiar i poczucie odpowiedzialności za wielkie wspólne dobro, jakim jest nasza Ojczyzna”. Te nasze, polskie doświadczenia uczynił „nauką Kościoła” dla przyszłych pokoleń – na zawsze, pisząc w encyklice Laborem exercens (14 września1981) o związkach zawodowych w następującym fragmencie- „Słuszne zabiegi o zabezpieczenie uprawnień ludzi pracy połączonych tym samym zawodem muszą zawsze liczyć się z tymi ograniczeniami, jakie nakłada ogólna sytuacja ekonomiczna kraju …Działalność związków zawodowych wkracza niewątpliwie w dziedzinę polityki, rozumianej jako roztropna troska o dobro wspólne. Równocześnie jednak, zadaniem związków nie jest uprawianie polityki w znaczeniu, jakie powszechnie nadaje się temu słowu dzisiaj. Związki nie mają charakteru partii politycznych walczących o władzę i nie powinny podlegać decyzjom partii politycznych ani też mieć zbyt ścisłych związków z nimi. …Trzeba podkreślić, że strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym. Nie można go nadużywać… zwłaszcza dla rozgrywek politycznych. Nie należy nigdy zapominać o tym, że nieodzowne usługi dla życia społecznego, winny być zawsze zabezpieczone, w razie konieczności nawet przy pomocy odpowiednich środków prawnych. Nadużywanie strajku może prowadzić do paraliżowania całego życia społeczno-ekonomicznego co jest sprzeczne z wymogami wspólnego dobra społeczeństwa”. Znów proszę o zauważenie, kogo ta nauka Papieża przywoła do rozważnych ocen i wniosków oraz powstrzyma przed opluwaniem jesienią , w 40-lecie stanu wojennego. Czy będzie to kolejna lekcja historycznej nienawiści i pogardy? A może tym razem-pokory i namysłu nad kolejami polskiego losu, ku nauce młodego pokolenia Polaków. Dziś- w majowe 40-te rocznice, te nauki Papieża i Prymasa można skrótowo ująć tak – Kościół ostrzegał, Solidarność lekceważyła, władza obroniła. Znając życzliwość Redakcji- napiszę o tym w stosownym czasie, jesienią br.

Wywiad z Michnikiem i pewna rocznica

Przeczytałem w „Wyborczej” obszerny wywiad z Michnikiem i przypomniałem sobie, że niedawno minęła rocznica śmierci papieża Polaka. Z taką czcią mówił o nim papież polskich liberałów.

Głęboko współczuję liberałom, że mają na tronie człowieka, który wprost chwali się sprzedaniem Polski Kościołowi, czci Jana Pawła II i uprawia religijną propagandę, która dla wszystkich poza PiS jest już wyłącznie obciachowa. To właśnie takie postacie, jak Michnik, czy Gronkiewicz-Waltz oddały Polskę we władanie katolickiemu klerowi przekazując mu na wyłączność etykę i moralność… Zrobiono to oczywiście po to, aby wykończyć polską lewicę, a przy okazji zniszczyć ateizm. Dzięki klerykalnej pacyfikacji i propagandzie z gatunku TINA zrobiono następnie prywatyzacyjną masakrę całej gospodarki, rozwalono ruch robotniczy i wręczono Kościołowi wszystko, co zechciał.

A na końcu wyhodowano jeszcze bardziej skrajną prawicę, która tą „światłą” zgasiła i skutecznie obaliła i teraz realizuje swoje koszmarne fundamentalistyczne projekty.

Bo PiS to właściwie dzieło Adama Michnika. To prawica tak samo klerykalna, tylko bardziej konsekwentna i bardziej nacjonalistyczna. To właśnie „liberalnym” klerykałom swą władzę zawdzięcza Prawo i Sprawiedliwość, które przyszło tu na gotowe. Nie musieli nikogo przekonywać, że cała moralność to domena Kościoła…

Polski Kościół podjął też oczywisty wybór i jasne, że dużo bardziej wolał Kaczyńskiego od Michnika.

Mimo wszystkich wzruszających pokłonów, które ten ostatni ciągle i bezskutecznie składa polskiemu episkopatowi. Cały polski „postępowy liberalizm” od dekad opiera się na dorobku postaci, które kryminalizują ateizm, chwalą się oddaniem całej Polski w ręce kleru i mentalnie zatrzymały się na zwierzęcym antykomunizmie i antyateizmie.

Jaki jest tych „liberałów” pomysł na Polskę? Całowanie pomników JP2 i liczenie na to, że kościół pochwali i wybierze ich na swego przedstawiciela na ziemi. Michnika i s-kę trzeba schować do politycznej szafy.

Zapraszamy na lewicę, która nie jest zaczadzona i nie uważa, że jedynym wyborem dla Polski jest oddać wszystkie dusze kościołowi i budować piekło kobiet, szukając wzorów dobrego życia pośród światlejszych biskupów. Produkt liberałopodobny marki Wadowice wziął i zgnił.

I jeszcze jedna refleksja rocznicowa. Tajemnica poliszynela jest taka, że tak naprawdę wszyscy wiedzą o tym, że Jan Paweł II nie był żadnym wielkim człowiekiem ani nie osiągnął niczego specjalnego, tylko wszyscy taktycznie milczą, bo na wierze w tę kompletną pustkę sklejono tu cały system.
Papieża wymyślono. Od zawsze jest memem, wydmuszką. Tylko długi czas był memem przydatnym…

Do pacyfikowania tłumu i utrwalania systemu.

Jan Paweł II ani nie obalił w pojedynkę realnego socjalizmu, ani nie odegra w tej kwestii wiodącej roli, ani nie zrobił niczego dobrego dla Kościoła, w którym zahamował proces odnowy i przemian, a do tego krył pedofilię i pomagał pandemii AIDS w Afryce. Zdecydowanie najlepszy był w byciu pustym znaczącym i udawaniu wielkiego znaczenia Polski w świecie. Robił też wiele żeby budować swój mit i pozować na intelektualistę, którym oczywiście nigdy nie był.

Im więcej mówili, że jest wzorem, że ma jakieś wartości i im silniejsza była propaganda tej pustej postaci… Tym silniejsza robiła się odpowiedź.
Gwarantuję, że obecnie znaczna większość społeczeństwa, w tym rosnące wśród pomników ulic i szkół imienia papieża młode pokolenie nie ma pojęcia czym ten papież w ogóle miałby być i do czego mógłby współcześnie komukolwiek służyć.

Osoby prawicowe i głęboko wierzące mogą oczywiście włożyć sobie do niego, co zechcą (jak w każdego świętego), ale sam historyczny JP2, jako taki, to tylko pustka ideologicznej wiary w to, że: Polska jest zajebista, kościół jest super, katolicyzm rządzi, komuna była szatanem, słuchać się trzeba księży i religia to wszystko co wartościowe.

W skrócie: nudna propagandowa sieczka.

Tak samo, jak ta liberalna, o szkodliwych związkach zawodowych, roszczeniowych pracownikach i o tym, że wystarczy rano wstawać, by dorobić się wielkiej fortuny.

Strzały na Placu Św. Piotra

Wśród wielu dat tragicznych wydarzeń o znacznych reperkusjach krajowych i międzynarodowych zbliża się w maju dwudziesta rocznica zamachu na Jana Pawła II, wówczas absolutnego władcy jednego z najmniejszych, acz o wielkich wpływach w skali światowej, państw – Watykanu.

W pojęciu „Watykan“ zawarte są dwa znaczenia. „Stolica Święta“ symbolizuje jego wymiar duchowy, religijny, „sacrum“. „Miasto – Państwo Watykan“ – wymiar świecki „profanum“ obarczony błędami, konfliktami i powszednim złem w końcu, jak każde inne państwo na tej Ziemi. Tą właśnie sferą „profanum“ zainteresowane były zawsze, są i będą wywiady wszystkich krajów. Bowiem, dzięki swej globalnej obecności, instytucje watykańskie dysponują przeogromną ilością informacji politycznych, socjalnych, ekonomicznych a nawet militarnych ze wszystkich zakątków globu. Trudno się więc dziwić, że każda szanująca się służba specjalna stara się tam uplasować swoją agenturę (jak to jest aktualnie w przypadku Polski, trudno powiedzieć, biorąc pod uwagę stopień klerykalizacji naszego życia publicznego).
W 1978 roku, 16 października, w chwili wyboru kardynała krakowskiego na papieża, już od trzech lat przebywałem we Włoszech. Będąc wtedy młodym oficerem polskiego wywiadu nielegalnego (XIV Wydział I Departamentu MSW), wcieliłem się w rolę kleryka – jezuity, co przyszło mi tym łatwiej, że dysponowałem listami polecającymi Wojtyły do bp. Rubina i Wesołego, zajmujących się emigracją polska w Italii. Znałem kard.Wojtyłę z czasów studenckich w Krakowie. Byłem wówczas działaczem Związku Młodzieży Socjalistycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim i wątpiącym agnostykiem. Kardynała zawsze interesował ten typ ludzi co, oprócz innych okoliczności, zaowocowało właśnie wspomnianymi listami.
Wywiad skierował mnie do środowiska zakonnego w Rzymie z zadaniem przeniknięcia do NATO, w związku z powiązaniami instytucjonalnymi i personalnymi jezuitów ze strukturami tego sojuszu wojskowego na terenie Włoch. Jezuici pełnią tam często rolę kapelanów wśród włoskich karabinierów i w strukturach wywiadowczych.
Fakt wyboru Polaka na papieża zmienił zakres moich działań – miałem, nie porzucając pierwotnego kierunku, zająć sie polityką zagraniczną Watykanu i starać się czuwać nad zagwarantowaniem maksymalnego bezpieczeństwa nowej głowie państwa watykańskiego.
Ktoś mógłby sceptycznie stwierdzić: akurat, mamy wierzyć, że władzom PRL tak zależało na papieskiej nietykalności! Otóż zależało i to bardzo. Wobec narastającego napięcia społeczno-politycznego wewnątrz kraju i konsolidacji opozycji, szczególnie po pierwszej wizycie Jana Pawla II w ojczyźnie w okresie 2 – 10 czerwca 1979, w której towarzyszyłem mu jako sprawozdawca Radia Watykan władze Polski (Edward Gierek, Stanisław Kania i inni) obawiały się, że w przypadku jakiegokolwiek zdarzenia , godzącego w bezpieczeństwo papieskie, staną się jednymi z głównych podejrzanych. To z kolei mogło spowodować wybuch masowych zamieszek, trudnych, lub wręcz niemożliwych do opanowania własnymi siłami i katastrofalną destabilizację obozu rządzącego. Uwzględniając ówczesną sytuację międzynarodową, obawy wschodniego sąsiada co do rozwoju wydarzeń w Polsce w obliczu jej chwiejnej sytuacji wewnętrznej, także ekonomicznej, co radykalizowało społeczeństwo, .łatwo zrozumieć tę postawę sprawujących władzę wobec papieża. Jego zdrowie i życie było dla nich rzeczywiści priorytetem. Stąd wypływały, w pełni logicznie, rozkazy które otrzymałem.
W tym kontekście nie można zapominać, że już wówczas działały liczne organizacje terrorystyczne , od włoskich Czerwonych Brygad po islamistyczne Szare Wilki w Turcji, biorące często na cel ludzi związanych z Kościołem katolickim.
Warszawska Centrala poleciła mi też, abym wszelkie dane dotyczące zagrożeń i luk w ochronie Jana Pawła II przekazywał bezpośrednio osobom odpowiedzialnym za jego bezpieczeństwo w Watykanie. Miało to umożliwić szybkie działanie zabezpieczające chronionej osoby.
Widywałem się wtedy często z Janem Pawłem II w ramach swych obowiązków jako pracownik Radia Watykańskiego, biorąc udział w audiencjach, byłem zapraszany na słynne śniadania papieskie z udziałem wybranych gości.
Dawało to okazje do zobserwowania skandalicznych zaniedbań w ochronie papieża. Poczynając od prymitywnych, prostych do usunięcia blokad wind prowadzących do jego apartamentów, szczątkową straż strzegącą dojść do tych wind, zbyt rozproszoną i odległą od papamobile ekipę ochroniarzy podczas audiencji środowych, ich nieobecność w bezpośredniej bliskości papieża w tym pojeździe itd.
Tylko jak plon tych obserwacji przekazać, bez budzenia podejrzeń, że ten kleryk jezucki zbyt dobrze porusza się w materii służb specjalnych, komuś odpowiedzialnemu za sprawy asekuracji papieża?
W końcu znalazłem prosty, „niewinny“ sposób. Ponieważ, studiując na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim filozofię, pracowałem równolegle w wtykańskim radiu, mogłem jeść posiłki w refektarzu, gdzie spożywali je inni radiowcy a także często – dyrektor rozgłośni Roberto Tucci, później kardynał Mediolanu a wtedy osoba , której powierzono misję zabezpieczenia pielgrzymek papieża.
Podczas obiadów siadałem więc możliwie blisko Tucciego i głośno komentowałem, w zaaranżowanych rozmowach z sąsiadami przy stole, swe spostrzeżenia na temat luk w zabezpieczeniach głowy Miasta-Państwa. Zauważyłem, że dyrektor bardzo uważnie przysłuchuje się moim wypowiedziom.
A że je docenił, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, dowodzi fakt, że po pewnym czasie niespodziewanie zaprosił mnie do swego gabinetu i wręczył mi nagrodę finansową, podkreślając, że dobrze wykonuję swe obowiązki wobec Pontifeksa, jak przystało na jezuitę.
Nie omieszkałem się też pochwalić przed Centralą efektami mych starań, o czym świadczyło wzmocnienie komisariatu włoskiej policji bezpieczeństwa przy Watykanie o siedemnastu funkcjonariuszy, których część stanowili antyterroryści z DIGOS ( vide – złączona kopia notatki informacyjnej z 15 kwietnia 1980 roku).
Póżniej zakon skierował mnie na dalsze studia do Paryża, dokąd przybyłem 1 listopada 1980 roku. I tam własnie, w Centre Sevres, gdzie mieszkali studenci teologii, dotarła do mnie wieść o zamachu.
Po wykładach wróciłem do domu zakonnego. Był normalny 13 maja 1981 roku, przygotowywałem się do sesji egzaminacyjnej. Dla relaksu poszedłem do sali telewizyjnej. Było tam kilku kolegów – jezuitów. Wydawało się, że dziwnie na mnie patrzą. Zaczęły sie popołudniowe wiadomości francuskiej TV 1. Już w pierwszych kadrach – migawki z Placu św.Piotra. Zwijający się z bólu papież, wyciągnięta z tłumu ręka z czymś przypominającym pistolet…Zrozumiałem czemu koledzy dziwnie na mnie patrzyli – usłyszeli o sprawie wcześniej niż ja. W większości byli to Francuzi, był też Niemiec- Fritz Schweiger, Czech – Petr Kolarz ale jedynym Polakiem byłem ja.
Spełniły się najgorsze obawy. Nie wiadomo jeszcze było, czy ofiara zamachu przeżyje.
Była to też w pewnym sensie moja osobista porażka – ostrzeżenia nie na wiele się zdały. Póżniej były liczne dziennikarskie dywagacje w TV – kto za tym stał? Najróżniejsze. Czy terroryści islamistyczni, czy mafiozi, zirytowani stratami przy okazji afery współdziałającego z Watykanem Banku Ambrozjańskiego , czy ktoś z bloku wschodniego … Ale to już zupełnie inna sprawa.
Wtedy, w pierwszym odruchu, jak przystało na agnostyka, poszedłem do domowej kaplicy i skupiłem najlepsze myśli na rannym w tym wstrząsającym zamachu.
I to by było na tyle, w ramach refleksji przy wielkanocnej, pandemicznej biesiadzie na temat ulotności ludzkiego istnienia, daremności rozmaitych działań ale i potrzeby codziennej nadziei i mimo wszystko- radości, nadającej sens naszemu życiu.
Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz… tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Ksiądz – pedofil na dworze Pinocheta

Oburzenie z powodu rozmiarów moralnej degrengolady Kościoła katolickiego przycichło nieco w mediach, gdy cały świat zaczął przyglądać się wydarzeniom w Ameryce. Niesłusznie. Zanim więc powróci bałwochwalczy i irracjonalny kult papieża z Polski (pomniki ciągle stoją), przypomnijmy kolejną z pocztu niechlubnych postaci w sutannach.

Kim był „umiłowany syn Jana Pawła II” Marcial Maciel Degollado, opinia publiczna trochę już wie. Hojny sponsor i sprawny organizator papieskich podróży do obu Ameryk, a równocześnie założyciel Legionu Chrystusa, katolickiego zgromadzenia, w którym nagminną praktyką, rytuałem organizacyjnym niemalże, były odrażające praktyki pedofilskie. Mało jest znana natomiast nader podobna działalność ks. Fernando Karadimy z parafii El Bosque w Santiago de Chile. On też stworzył przemysłowy niemalże system deprawacji dzieci i młodzieży.
Były lata 80. XX wieku. W Chile rządy faszystowskiej junty Augusto Pinocheta trwały w najlepsze. Pinochet oraz jego najbliższe otoczenie, przedstawiający się jako wzorcowi katolicy, otrzymywali cały czas wsparcie bezpośrednio z Watykanu oraz od nuncjusza papieskiego Angelo Sodano, bliskiego współpracownika Jana Pawła II. Ci „obrońcy tradycyjnych wartości” mieli równocześnie bardzo bliskie kontakty z siatką pedofilską ks. Karadimy. Dyktator chronił poprzez swoich podwładnych – zwłaszcza z DINA (Direccion de Inteligencia Nacional, owianej złą sławą z racji masowych morderstw oraz stosowania bestialskich tortur wobec przeciwników reżimu służby specjalnej) – przychylnych reżimowi duchownych zamieszanych w skandale seksualne. Masowe informacje nt. temat docierały do Rzymu z Chile mniej więcej od 1984 roku. Wszystkie pozostawały bez jakiegokolwiek echa. Sam Angelo Sodano zamieszany był zresztą w serię skandali, cyklicznie powtarzających się przez cały jego pobyt w Chile (1977-1990). Ten twardy, fanatyczny antykomunista, przeciwnik jakiejkolwiek myśli lewicowej czy progresywnej uwielbiał Pinocheta i sposób działania reżimu – z wzajemnością. Ernest Ottone – były szef chilijskich komunistów czy Marco Enriquez-Ominami, lewicowy działacz polityczny mówią o tym, jak Sodano, a za jego sprawą papież postarali się, by nad krwawą dyktaturą trwał międzynarodowy parasol ochronny. Współpraca ta zaowocowała prześladowaniami chilijskich księży i zakonników zaangażowanych w teologię wyzwolenia, jak również katolików świeckich, przeciwników reżimu, denuncjowanych przez Karadimę, jego otoczenie i samego Sodano. Równocześnie wielu wysokich funkcjonariuszy junty korzystało z różnorakich form usług seksualnych jakie zapewniał krąg i system pozyskiwania ofiar zorganizowany przez ks. Karadimę, a Pinochet interesował się niesłychanie drobiazgowo orientacją seksualną chilijskich księży katolickich i przypadkami pedofilii.
Sekta czy też mafia – jak można nazywać system Karadimy – przetarła drogę do Chile Legionowi Chrystusa, a przede wszystkim – Opus Dei. Jan Paweł II mógł się tylko cieszyć; w latach 80. żadna z tych struktur, które tak cenił, nie była jeszcze w Chile mocno zakorzeniona. Dzięki Karadimie to się zmieniło. Odrażający duchowny poprzez kontakty z DINA penetrował katolickie środowiska i seminaria w całym Chile, wybierając młodych seminarzystów, a także chłopców rozpoczynających nowicjat w zakonach. Inwigilował środowiska bliskie podczepionej pod reżim elicie, unikając ofiar będących pochodzenia indiańskiego czy z rodzin mieszanych. Preferowani byli młodzieńcy biali, najlepiej blondyni, z rodzin z problemami małżeńskimi, by nikt z bliskich ich nie bronił…
Ale dochodzi tu jeszcze jeden aspekt bliskich kontaktów – by nie powiedzieć powiązań – reżimu Pinocheta i Watykanu. Chodzi o pieniądze przekazywane w formie datków, darowizn czy wspomagania określonych fundacji katolickich przez reżim chilijski. Tak jak Maciel, tak Karadima był niesłychanie sprawnym organizatorem, zapewniającym przy pomocy DINA i innych organów państwa dopływ sporych funduszy. Był biznesmenem w sutannie, jakich w czasie neoliberalizmu mnóstwo ujawniło się w Kościele – można powiedzieć, prekursorem tych wszystkich „świątobliwych ojców”, którzy dziś pozyskują dla Kościoła gigantyczne środki finansowe, przeznaczane potem po prostu na konsumpcję (przez wyższe duchowieństwo) czy na wspieranie antymodernizacyjnych, reakcyjnych ruchów czy środowisk. Kto wie, czy to właśnie nie jest kluczowe dziedzictwo Jana Pawła II i jego ulubieńców – idea misyjnego i ewangelizującego w duchu super konserwatywnym, a do tego skutecznego w pozyskiwaniu środków doczesnych na swą działalność Kościoła.
Degollado i inni zwyrodnialcy spod parasola ochronnego w czasie pontyfikatu Jana Pawła II dokończyli żywota w ciszy i na uboczy, w zakątkach klasztornych murów w różnych częściach świata. Bez większych perturbacji w latach władzy najbliższego współpracownika Wojtyły i jego następcy, papieża Benedykta XVI. Fernando Karadimę w 2018 r. papież Franciszek suspendował i usunął z Kościoła, mimo ukończonych 90 lat. Słusznie uznano go za synonim upadku całego chilijskiego Kościoła. Czas, by i w Polsce wojujący antykomunizm i ultrakonserwatywny katolicyzm przestały uchodzić za cnoty.

Papież nauczy

Przemysław Czarnek udzielił kolejnego wywiadu, w którym zajął kontrowersyjne stanowiska nt. włączania nauk Jana Pawła II do programu nauczania.

“Gdy uczymy podstaw przedsiębiorczości, moglibyśmy wprowadzić fragmenty papieskich encyklik na temat tego, czym jest praca, wolny rynek, sprawiedliwość społeczna itp. Chodzi nie tyle o wymiar religijny, ile o etyczne spojrzenie na przedsiębiorczość” – mówił w “Gościu Niedzielnym” minister edukacji.

Polityk dodał również, że chciałby włączenia nauk Jana Pawła II do programu szkół podstawowych. Chodzi przede wszystkim o kwestie seksualności i inne tematy zawarte w książce “Miłość i odpowiedzialność”. Warto zaznaczyć, że jest to pozycja, której daleko jest od zdobyczy psychologii i medycyny. Karol Wojtyła bowiem pisze w niej, między innymi, o homoseksualności jako o “zboczeniu” i wymienia ją w jednym ciągu z zoofilią. W książce napisanej przez papieża czytamy również, że “z wymogami normy personalistycznej kłóci się poligamia, a także rozerwalność prawnie zawartego małżeństwa (tzw. rozwód), który zresztą w praktyce prowadzi do poligamii”.

Czarnek zapytany o to, co zagraża wolności nauki, odpowiedział “lewicowy totalitaryzm”. Stwierdził on, że osoby o innych poglądach niż lewicowe są wykluczane z debaty. “W efekcie ludzie o poglądach konserwatywnych boją się je formułować i nie podejmują dyskusji” – mówił dla “Gościa”.

Zrobimy sobie kiedyś prezent na święta i wypowiemy konkordat

Zawarcie konkordatu, deklaracja rządowa co do jego interpretacji i przebieg ratyfikacji

W dniu 28 lipca 1993 roku minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski podpisał umowę międzynarodową zawartą pomiędzy rządem, a Stolicą Apostolską zwana konkordatem. Unormowanie relacji pomiędzy państwem i Kościołem katolickim w takiej formie było niezgodne z ówcześnie obowiązującym przepisem art.77 tzw. Małej Konstytucji RP, który obowiązywał w brzmieniu jakie ustalone było w art.70 ust.2 Konstytucji PRL z 1952 roku. Przepis ten przewidywał jako wyłączny sposób określania sytuacji prawnej kościołów i związkami wyznaniowymi drogę ustawowa, a więc nie dopuszczał w tym zakresie zawarcia umowy międzynarodowej.

Podpisanie umowy było zresztą nie tylko naruszeniem norm konstytucyjnych, ale i dobrych obyczajów, gdyż rządowi Hanny Suchockiej już 31 maja 1993 roku wyrażono wotum nieufności i działał on jedynie z woli Prezydenta RP Lecha Wałęsy. Mając do wyboru przyjecie dymisji rządu albo rozwiązanie Sejmu Wałęsa wybrał drugie rozwiązanie pozwalające utrzymać ekipę rządzącą przy władzy. Pozwoliło to na pospieszne dokończenie negocjacji z przedstawicielami Kościoła katolickiego i podpisanie umowy. Pomimo utraty poparcia politycznego rząd Suchockiej nie zadbał nawet o przeprowadzenie jakichkolwiek konsultacji społecznych co do treści podpisywanej z Watykanem umowy, a co więcej nie przedstawił nawet jej treści do publicznej wiadomości. Pośpiech i dyskrecjonalne akty przyjęcia i podpisania umowy były prawdopodobnie spowodowane realnie istniejącym zagrożeniem zwycięstwem lewicy w nadchodzących wyborach. Z jednej strony chodziło oczywiście o zagwarantowanie interesów Kościoła katolickiego i wykonania gestu wobec papieża Polaka, z drugiej o potencjalne wprowadzenie lewicy w ewidentny konflikt z Watykanem w wypadku odrzucenia ratyfikacji zawartej umowy. Zlekceważono ówcześnie obowiązująca regulację konstytucyjną poprzez sposób prowadzenia negocjacji jak i niedopuszczalną podówczas formę regulacji statusu Kościoła katolickiego w Polsce, a więc nie poprzez ustawę lecz umowę międzynarodową. Naruszono fundamentalną zasadę legalizmu nakazującą organom państwowym prowadzenie aktywności w zakresie przewidzianym prawem, a więc podejmowanie tylko takich działań jakie przewidziane są jego kompetencjami, które nie przewidywały negocjowania i podpisania umowy międzynarodowej dotyczącej statusu prawnego jakiegokolwiek kościoła czy innego związku wyznaniowego w Polsce. W efekcie podpisania konkordatu, pomimo wieloletniej obstrukcji dokonania jego ratyfikacji w czasie rządów lewicy, stworzył on Kościołowi podstawy do sięgania po coraz to nowe koncesje ze strony państwa, umożliwił realizację żądań i aspiracji ekonomicznych, poszerzenie wpływu na wychowanie i edukację młodzieży, obecności w środkach masowego przekazu w ceremoniale państwowym i większości uroczystości o różnym charakterze ugruntowując panowanie w sferze światopoglądowej. Zyskując wpływ na prace Komisji Konstytucyjnej przeforsował, pomimo oficjalnego kontestowania przez większość hierarchii kościelnej i prawicę narodowo-katolicką, rezygnację z konstytucyjnego rozdziału państwa i kościoła, neutralności światopoglądowej narzucając aksjologię odwołująca się do ustaleń Soboru Watykańskiego II.

W tej sytuacji nie budziło zdziwienia realizowanie, a nawet rozszerzanie uprawnień konkordatowych Kościoła jeszcze przed jego ratyfikacją, która nastąpiła w dniu 23 lutego 1998 roku. Ratyfikacja konkordatu poprzedzona była wejściem w życie Konstytucji RP z 2 kwietnia 1997 roku ale i szeregiem wątpliwych działań władzy ustawodawczej i wykonawczej. Stosownie do art.90 Konstytucji RP umowa międzynarodowa zawierająca postanowienia dotyczące przekazania organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencji władzy państwowej w niektórych sprawach wymaga zgodnie z ust.2 powołanego przepisu zgody Sejmu RP na ratyfikację wyrażoną przez większość 2/3 głosów w obecności, co najmniej połowy liczby posłów oraz przez Senat taką samą większością. Pomijając dyskusyjna kwestię czy Stolica Apostolska jako podmiot prawa międzynarodowego jest uprawniona poprzez swoją organizację lokalną do przejęcia kompetencji władzy państwowej suwerennego kraju tj. wykonywania funkcji publicznej np. w postaci sporządzania aktów ślubu jako aktów stanu cywilnego, to trzeba jasno stwierdzić, że zgoda na ratyfikacje umowy wyrażona przez Sejm RP zwykłą większością głosów stanowiła naruszenie prawa. W głosowaniu przeprowadzonym dnia 8 stycznia 1998 roku o godz.19.20 udział wzięło 436 posłów, z których za ratyfikacją glosowało 273, a przeciwko 161 przy 2 wstrzymujących się i 23 nie biorących udziału w głosowaniu. Wymagana zgodnie z art.90 ust.2 Konstytucji większość 2/3 stanowiła 290 głosów za przyjęciem ustawy ratyfikacyjnej. Zdziwienie budzi fakt, że manewr ten został przeprowadzony pod rządami lewicy w pełni świadomej konsekwencji jakie poniesie za sobą wdrożenie umowy stanowiącej z odnośnymi postanowieniami konstytucyjnymi rygiel prawny mający skutecznie zablokować wszelkie próby zmiany w jakimkolwiek zakresie pozycji prawnej Kościoła katolickiego, jego apetytów finansowych czy rozbudowanych przywilejów. Niczego nie mogła zatem zmienić, oprócz słabej próby ratowania wizerunku lewicy przyjęta wcześniej, bo już 15 kwietnia 1997 roku deklaracja Rządu RP w celu zapewnienia jasnej wykładni przepisów konkordatu, która zawierała kilka ważnych sformułowań dotyczących zakazu odmowy pochówku na cmentarzach katolickich osób niewierzących i innowierców, wolności wyboru przez nupturientów formy i skutków zawieranego małżeństwa, prowadzenia lekcji religii w szkołach z poszanowaniem zasady tolerancji i wolności religijnej z koniecznością uzyskiwania wyrażenia woli przez osoby zainteresowane na organizacje takich zajęć, a także potwierdzenia prawa organów państwowych do regulowania kwestii finansowych i podatkowych kościelnych osób prawnych i fizycznych.

Deklaracja powyższa jest często negliżowana jako pozbawiona mocy prawnej ze względu na jej nie ratyfikowanie przez Stolicę Apostolską jak i budzący wątpliwości sposób ogłoszenia przez stronę rządową w Monitorze Polskim. Niemniej jednak zgodnie z przepisami dotyczącymi tzw. kontekstu zawartymi w Konwencji wiedeńskiej z dn.23maja 1969 roku o prawie traktatów (Dz. U. z 1990 r., Nr 74, poz.439 ) kontekst stanowić może każdy dokument sporządzony przez jedną lub więcej stron w związku z zawarciem traktatu przyjęty przez inne strony jako dokument odnoszący się do traktatu. Skoro więc deklaracja została przedstawiona stronie kościelnej, to konkordat musi być interpretowany z uwzględnieniem wykładni przyjętej w deklaracji.

Konkordat, którego aksjologiczne podstawy i rozwiązania forsowane przez administrację watykańska wypełniać miały oczekiwania papieża Jana Pawła II, wyłącznie pozornie realizuje koncepcję rozdziału państwa i Kościoła. Przyjęta zasada współpracy odpowiada w pełni przyjętej przez Sobór Watykański II „Deklaracją o Wolności Religijnej „ z 1965 roku, w której czytamy, że osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej oraz opowiada się za szeroką wolnością dla wspólnot religijnych dopuszczając jednak uprzywilejowanie jednej wspólnoty, opowiada się za państwem świeckim, ale stwarzającym warunki do rozwoju życia religijnego.” Przy tym potępia ustrój narzucający jedyny system wychowania, z którego całkowicie usunięta została formacja religijna, a więc np. w którym istnieje wyłącznie szkoła świecka. Treść preambuły konkordatu wyraźnie faworyzuje katolików i Kościół katolicki wobec innych wyznań nie rzymskokatolickich oraz osób niewierzących uwydatniając posłannictwo Kościoła i rolę religii większościowej w historii Polski z znaczeniem pontyfikatu polskiego papieża. Innowiercza i nie konfesyjna część społeczeństwa stanowi na tle wspomnianych sformułowań co najwyżej drugą kategorię uczestników życia publicznego. Konkordat miał za zadanie zagwarantować nadrzędna pozycje prawną Kościołowi katolickiemu. Wynikało to wprost ze złożonego w październiku 1991 roku nuncjuszowi Józefowi Kowalczykowi projektu umowy autorstwa Episkopatu Polski, w którego art. 1 znajdowało się postanowienie o konieczności uwzględnienia w ustawodawstwie kraju szczególnej pozycji Kościoła katolickiego ze względu na większość społeczeństwa wyznającego religie katolicka oraz jego wkład w rozwój osoby ludzkiej i wspólnoty narodowej. Pomimo nie uwzględnienia wprost takiego postanowienia Kościół i jego osoby prawne uzyskały gwarancje specjalnego statusu. a poprzez nie równoprawne rozłożenie obowiązków głownie obciążających państwo konkordat jest uważany za umowę nie równoprawną.

Konkordat jako umowa międzynarodowa.

Umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską jako uregulowanie zawierające normy dotyczące różnych aspektów relacji państwa z Kościołem i obejmujące całokształt sytuacji Kościoła katolickiego w danym państwie i dlatego nazywana jest potocznie konkordatem. Tak więc szeroki zakres zawartych w umowie treści, a nie forma czy jakieś inne elementy decydują o nazwie używanej powszechnie dla określenia dwustronnej umowy międzynarodowej zawieranej ze Stolicą Apostolską przez suwerenne państwa. Warto przy tym zwrócić uwagę, że obowiązujący przepis konstytucyjny art.25 ust.4 odnosi się jedynie do ustalenia formy regulacji prawnej w jakiej państwo ma obowiązek unormowania stosunków z Kościołem katolickim. Jest nią umowa międzynarodowa, przy czym nie określa się ani jej zakresu ani nie nakazując by zawierała ona kompleks zagadnień dotyczących relacji w państwem w jednym dokumencie umowy. Jednocześnie warto zauważyć, że nawet całościowe umowy będące konkordatami zawieranymi przez Stolicę Apostolską jako podmiot prawa międzynarodowego publicznego często odsyłają do uregulowania pewnych kwestii oddzielnymi umowami. Taką też konstrukcję zawiera art.27 konkordatu przewidujący zawarcie nowych umów w sprawach wymagających wprowadzenia nowych lub dodatkowych rozwiązań. Konkordat zawiera postanowienia wzajemnie zobowiązujące, chociaż praktyczne znaczenie mają głównie obciążenia państwa świadczeniami ekonomicznymi na rzecz Kościoła. Warto też zauważyć, że jedyną właściwie istotną korzyścią dla społeczności katolickiej jaka wynikała z konkordatu stanowiła możliwość zawierania małżeństwa wyznaniowych ze skutkami cywilnoprawnymi.

Możliwości wypowiedzenia konkordatu.

Tak jak i w wypadku innych umów międzynarodowych istnieje możliwość wypowiedzenia konkordatu jako całości jak też i określonych jego postanowień. Stosownie do art.87 ust.1 Konstytucji RP konkordat jako ratyfikowana umowa międzynarodowa stanowi źródło obowiązującego prawa niezależnie od uchybień towarzyszących jego podpisaniu i ratyfikacji, a przepisy są stosowane bezpośrednio jeżeli nie wymagają wydania ustawy dla ich wykonania i to są stosowane z pierwszeństwem przed ustawami zwykłymi w razie istnienia sprzeczności pomiędzy przepisem umowy i ustawy. Tryb wypowiedzenia umowy międzynarodowej zgodnie z art.89 ust.1 w zw. z ust.3 Konstytucji wymagający uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie przyjętej przez Sejm i Senat chociażby ze względu na fakt, że dotyczy spraw uregulowanych w ustawie lub w których konstytucja wymaga ustawy oraz wolności, praw lub obowiązków obywatelskich określonych w konstytucji (art.89 ust.1, pkt.2 i 5). Procedura szczegółowa wypowiadania umów międzynarodowych określona jest ustawą w obecnej wersji zawartą w obwieszczeniu Marszałka Sejmu RP z dn.13 grudnia 2019 roku w sprawie ogłoszenia jednolitego tekstu ustawy o umowach międzynarodowych (t.j. Dz. U. 2020, poz.127). Wymaga ona przedłożenia Prezydentowi RP projektu decyzji o wypowiedzeniu ratyfikowanej umowy po uzyskaniu zgody wyrażonej w ustawie, o której mowa w art. 89 ust.1 lub art.90 Konstytucji. Decyzję ogłasza się w Dzienniku Ustaw. Prezes Rady Ministrów notyfikuje decyzję o wypowiedzeniu umowy. (art.22a ustawy wyżej powołanej).

Może kiedyś będziemy mieli możliwość skorzystanie z przytoczonej procedury z korzyścią dla państwa, w którym przywrócimy świeckie zasady jego funkcjonowania i neutralność światopoglądową.

Potrójne objawienie

W minionym tygodniu doznałem iluminacji trzykrotnej. Po trzykroć przekonałem się, że żyjemy w jakiejś groteskowej krainie, w której ludziom nie starcza już modlenie się do rzeźb. Przesuwają więc granicę o krok dalej i poczynają modlić się do samochodów.

To z tymi samochodami, to z Radzymina pod Warszawą. Tego samego, gdzie dawno temu cudownym zrządzeniem woli boskiej, Piłsudski zatrzymał bolszewicką barbarię. Dziś już wiadomo, że w czasie natarcia i bitwy, marszałek truchlał ze strachu przed pogromem i musiano go długo przekonywać, żeby nie porzucał towarzyszy broni, bo jego stan psychiczny daleki był od zadowalającego. W Radzyminie, w czasach zupełnie dzisiejszych, postawiono na terenie przykościelnym, w specjalnej, przeszklonej gablocie, opla vectrę, którym Jan Paweł II podróżował podczas peregrynacji do ojczyzny w latach 90. Zadbany, niebity, Niemiec płakał, jak sprzedawał. Stoi więc tak opelek, nie na giełdzie w Słomczynie, tylko w Radzyminie i cieszy oko proboszcza, wiernych i przyjezdnej gawiedzi, która żegna się przed samochodem, a pewnikiem, w maju będzie się gromadzić przed cudownym autem na cowieczornych nabożeństwach. Jak się odpali światła, o ile akumulator na chodzie, to będzie można śpiewać „majówki” do ciemnej nocy. Tu oświeciło mnie po raz pierwszy. A może raczej, oświetliło. Kolega mój, który lubował się w zbytku i życiu na pokaz, kupił sobie kiedyś, pod wpływem chwili, starego mercedesa, którym jeździł podobnież sam prałat Jankowski. Piękny, stary kabriolet w białej skórze. Zapragnął pojechać nim do Francji, na finał mistrzostw świata w piłce nożnej. Ruszył prałatowskim cabrio z Warszawy, a gdzieś pod Essen zatarł na dobre silnik. Czekał ponad tydzień na nowy, żyjąc kątem u kolegi, dwie wioseczki obok miejsca, gdzie pojazd wyzionął ducha. Na finały nie zdążył. Auto scholował mu znajomy laweciarz spod Przasnysza, bo okazało się, że zakład naprawczy u Niemców był lewizną, w którym, pod przykrywką naprawy samochodów, handlowano zielskiem i pigułami na większą skalę. Opowieść jak z enerdowskiego kryminału, jednak prawdziwa i do tego z happyendem. Ciekaw jestem, jaki rodowód ma bryczka pod pleksą z Radzymina, którą wożona „naszego” papieża. Nic bowiem, co się jego tyczy, nie jest już na tym padole bez skazy, jak papieska łza. Nawet kremówki, jak się okazuje, mogą być zatrute genem światowego pedalstwa. I tu iluminacja dopadła mnie tydzień temu po raz drugi.

Okazuje się bowiem, że słynny organizator gejowskich gang-bangów z Brukseli, z którego chaty węgierski europoseł, spuszczał się, za przeproszeniem, po rynnie, to jeden z naszych. Żeby było ciekawiej, syn wadowickiej ziemi, wnuczek piekarza, który wypiekał papieskie kremówki. Przynajmniej senior rodu tak twierdzi, bo co do wieku oraz pochodzenia tego jegomościa, pewności nie ma. Jeśli jednak wierzyć dziadkowi, chłopiec od najmłodszych lat miał mieć smykałkę do interesów, zwłaszcza tych podejrzanych, która ostatecznie zaprowadziła go przed nasze i zagraniczne sądy, skutkując wydaniem zań europejskiego nakazu aresztowania. I wtedy zilunominowało mnie po raz trzeci.

Kilka lat temu, w styczniu, bawiłem wraz z grupą młodzieżową na K. w Wadowicach. Graliśmy tam koncert w miejscowym domu kultury. Zakwaterowano nas w hotelu, dość ekskluzywnym, w którym już od wejścia, czuć było lekką spinkę, a w miarę upływu czasu, spinka tylko się pogłębiała. Po koncercie, kiedyśmy wrócili na pokoje, w recepcji, niby to półoficjalnie, dowiedzieliśmy się, że tego samego wieczoru co i my, nocować w nim będzie prezydent Duda, który od paru dni bawi na nartach nieopodal. Mimo tego zeszliśmy, ja i kolega, do hotelowego baru, który był bardzo dobrze zaopatrzony. Barman początkowo nie chciał nam sprzedawać alkoholi, oficjalnie nie mógł podać powodu, ale gdy dostał zielone światło od kierownictwa, jął lać nam co chcieliśmy, uważając na słowa. Prohibicji w Wadowicach nie ogłoszono. Była jednak nieformalna dyspozycja władz, tak przynajmniej twierdził barman, żeby nie lać wódki hotelowym gościom, w obawie przed zakłócaniem wypoczynku panu prezydentowi. Pamiętam, że staraliśmy się być cicho, choć korciło, żeby pośpiewać serenady pod oknem. Nazajutrz nie zastaliśmy pana prezydenta na śniadaniu. Inna sprawa, że posiedzieliśmy w barze długo i załapaliśmy się na końcówkę, kiedy wszystko było już przejedzone.

W minionym tygodniu prezydent oburzył się na ministra Gowina, że ten chce zamykać stoki narciarskie, kiedy naród spragniony jest szusowania, po miesiącach wyrzeczeń. Nie godzi się zabraniać ludziom dostępu do aktywności fizycznej. Akurat, na czym jak na czym, ale na szusowaniu prezydent się zna. Wie też, do jakiego hotelu się udać. Odpocząć, nabrać sił. Nie miał więc wyjścia Gowin i uległ. Stoki będą otwarte. Hotele-zamknięte. Bary hotelowe też. Wszystko się zgadza. Skoro prezydent może jeździć na nartach, to czemu by nie ja. Na początku roku wybieram się na narty z rodziną. Mamy hotel. Rezerwację. Ze strony hotelu nie dostaliśmy informacji o żadnych, dodatkowych obostrzeniach. Gdyby każdy, tak jak ja, mógł doznawać oświecenia co najmniej trzy razy w tygodniu, życie w końcu miałoby jakiś sens. Wiem już czym jeździć, na czym, gdzie, czym się żywić a czego unikać, gdzie spać, jak mnie sen zmoże. Czego i Państwu życzę.

Wizja pedofilii na zachodniej lewicy w czasach Jana Pawła II

Po stronie obrońców czci polskiego papieża są tacy, którzy próbują relatywizować jego winę tolerowania pedofilii w Kościele innym kontekstem mentalnym jego epoki, kiedy ukrywanie tego rodzaju przestępstw miało być wręcz dbaniem o powszechną moralność, a pedofilia nie była tak powszechnie potępiona, jak dzisiaj. Tymczasem istnieje ciekawa historia lewicowego podejścia do pedofilii na Zachodzie w czasach międzynarodowej kariery Karola Wojtyły. Nie dotarła do Polski, bo mieliśmy PRL. Z dzisiejszego punktu widzenia nie wygląda to niestety lepiej, niż kościelne zamiatanie pod dywan. Może nawet gorzej.

W chrześcijaństwie teoretycznie sprawa jest prosta. W Ewangeliach synoptycznych Jezus bardzo wyraźnie potępia pedofilię i to wyjątkowo surowo, sugerując nawet karę śmierci (np. Mt 18, 6 – „Jeśli zaś ktoś zgorszyłby jednego z tych najmniejszych…). Radzi wtedy „wyłupienie sobie oka” lub odcięcie sobie ręki lub nogi, jeśli „prowadzą do grzechu”, identycznie jak w Kazaniu za Górze, gdzie zakazuje cudzołóstwa. Jednak zakaz cudzołóstwa i prostytucji jest u niego objęty możliwością wybaczenia, a nawet braku potępienia (J 8, 11 i inne), co nie dotyczy czynów pedofilskich.
„Nauczmy nasze dzieci miłości” – prasowe ogłoszenia pedofilskie na Zachodzie po 1968 r. nie były niczym niezwykłym.
Protest Jezusa odnosił się tu do zjawisk społecznych jego epoki: podobnie jak w całym cesarstwie rzymskim, właściciele niewolników w starożytnym Izraelu wykorzystywali ich również seksualnie, zależnie od swych preferencji, tj. włączając w to też dzieci.
Innym rozpowszechnionym zjawiskiem był wymóg regulowania drobnych długów ubogich rodzin poprzez „udostępnianie” celnikom, poborcom podatkowym lub lichwiarzom żon, młodych córek, synów i dzieci. O ile „użyczanie” osób dorosłych uchodziło za jako tako „normalne”, wykorzystywanie dzieci napotykało na ludową niechęć, i to mimo, że religia to jakby ignorowała.
Jezus podważał tu jeden z „boskich” przepisów żydowskiej Tory (Kpł 25, 44-46) promujących niewolnictwo osób i dzieci nieżydowskich. To naturalnie nie przeszkadzało amerykańskim właścicielom niewolników, zarówno katolickim, jak i protestanckim, cytować te wersety, by udowodnić jak pobożnymi są chrześcijanami.
Ze Starym Testamentem był ten problem, że zakazywał homoseksualizmu, zoofilii i kazirodztwa (choć w tym ostatnim wypadku uznawał sporo wyjątków za pobożne), ale nie pedofilii. Ci, którzy w czasach Jezusa wykorzystywali ubogich, by dobierać się do ich żon czy dzieci, czuli się w pełni praw, a sam Jezus był społecznie niebezpieczny, gdyż przede wszystkim zdawał się symbolicznie „gwałcić” święte prawo własności.
Rewolucja seksualna
Oczywiście klasowe, seksualne wykorzystywanie poddanych hierarchicznym prawom feudalizmu i kapitalizmu trwało (i trwa) w różnych formach następne 2 tysiące lat, mimo zwycięstwa chrześcijaństwa, lecz by zbliżyć je do czasów JP2, trzeba przejść do prawdziwej obyczajowej bomby atomowej w świecie zachodnim, którą były wydarzenia 1968 r. we Francji. Przedtem (po II wojnie) jawnym, propagandowym ośrodkiem dyskursu pedofilskiego w Europie była niespecjalnie lewicowa Holandia, promieniująca na Niemcy, Belgię, czy Danię. Już wtedy był on podpięty pod walkę o prawa gejów, lecz jego oddziaływanie było stosunkowo ograniczone.
Jakoś tak się stało, że masowe strajki i bunty uniwersyteckie z 1968 r. nie zostały zapamiętane jako znaczne przesunięcie do przodu praw pracowniczych, czy różnych mniejszości, lecz jako olbrzymie wyzwolenie obyczajowe, skierowane przeciw „sklerotycznym dziadersom”.
W skrócie, slogan „Zakazuje się zakazywać” pozwolił później upowszechnić kobiecą antykoncepcję, zalegalizować przerywanie ciąży, czy uwzględniać prawa mniejszości seksualnych, ale też prowadził do wizji społeczeństwa w stylu słodkich obrazków z pism Świadków Jehowy, gdzie lew, który przeszedł na wegetarianizm, przytula się do małego, uśmiechniętego chłopca, czy dziewczynki. „Wszechogarniająca miłość” miała sprowadzić rodzaj laickiego Królestwa Bożego na ziemi, ogarniającego wszystkie rodzaje skłonności seksualnych. Jakby nikt nie zauważył, że lwy ciągle jednak nie są weganami.
Lawina miłości
Kiedy Karol Wojtyła stanął na czele Kościoła katolickiego (1978), dyskurs pedofilski był na Zachodzie już ugruntowany. We Francji i na całym zachodnim świecie karierę robiły nagradzane książki otwartego geja Tony’ego Duverta, jak Dobry seks ilustrowany (1973), radosna apologia pedofilii, jako „międzypokoleniowej wspólnoty seksualnej”. Radykalnie lewicowy filozof René Schérer w swoim Emilu przewrotnym (1974) wyjaśniał, że stosunki płciowe z dziećmi nie przynoszą im żadnych szkód, a jedynie pożądane szczęście.
Radykalnie lewicowa gwiazda „paryskiej wiosny” 1968 r. Daniel Cohn-Bendit opowiadał w Wielkim Bazarze (1975), jak dzieci pod jego opieką żywo interesują się jego rozporkiem, a Gabriel Matzneff w Mniej niż 16 lat (1975) przekonywał, że prawna dojrzałość seksualna (dziś 15 lat) jest niepotrzebnym, mieszczańskim przesądem, podczas gdy dzieci mają oczywiste, pełne prawo do swobodnego seksu z dorosłymi.
W sumie chodziło jednak o prawa dorosłych, gdyż przestarzałe kodeksy karne ciągle przewidywały kary za pedofilię. Niezbędnych reform domagały się organizacje gejowskie, które w pełni identyfikowały się ze „sprawą pedofilii”, jak Homoseksualny Front Akcji Rewolucyjnej (FHAR), animowany przez młodego eseistę radykalnej lewicy Guya Hocquenghema, partnera i ucznia René Schérera, który zaczął wydawać pedofilski przegląd naukowy Badania nad dzieciństwem i edukacją. Przedsięwzięciu patronował sam Michel Foucault, światowej sławy historyk, filozof i socjolog, który podjął wtedy walkę z tymi psychiatrami dziecięcymi, którzy zaczęli kwestionować nieszkodliwość pedofilii.
Stanowisko wielkiego Foucaulta przerodziło się w modę na „antypsychiatrię”. Socjolog postulował, żeby nie słuchać zacofanych psychiatrów, a jedynie bezpośrednio dzieci, których słowa same pomogą „ustalić jaki był stopień przemocy, czy przyzwolenia” na akt płciowy.
Bitwa o wolność
W dwa miesiące po rzymskiej intronizacji Karola Wojtyły, w radykalnie lewicowej wówczas Libération seryjny pedofil i zresztą żywy organizator społeczności pedofilskiej Jacques Dugué, umieszczony w areszcie za kolejny „zbyt gwałtowny” gwałt, pisał o zaletach sodomizacji dzieci: „Dziecko, które kocha dorosłego, kocha czuć jego członek w swym ciele”, nawet jeśli tego nie wie, co ma być widocznym znakiem miłości.
Luc Rosenzweig, Schérer i Matzneff wydali Kto się boi pedofilów?, żeby przełamać opór „ludzi nie wierzących w naukę”, uznanych za ówczesnych foliarzy i płaskoziemców, a eseiści Pascal Bruckner i Alain Finkielkraut zachwycali się wspólnie kolejną książką Tony’ego Duverta, już nie tyle pedofilską, co wprost pedopornograficzną, której dziś nie dałoby się wydać nawet w jakimś trzecim obiegu. Duvert opowiadał tam o swoich 5 i 6-letnich „kochankach”. Jak to było możliwe?
W drugiej połowie lat siedemdziesiątych przez media przetoczyła się fala współczucia dla pedofilów, którzy mimo wszystko bywali skazywani, przynajmniej w tzw. grubszych sprawach, jak gwałty zbiorowe. Np.tylko w 1977 r. w Le Monde, który uchodził jeszcze wówczas za pismo bardzo prestiżowe, ukazały się aż dwa listy otwarte intelektualistów lewicowych, wzywające do uwolnienia niepotrzebnie więzionych pedofilów.
Wśród sygnatariuszy tego typu apeli byli ludzie, których dzieła studiowano na uniwersytetach całej planety, mega-gwiazdy postępowej inteligencji stanowiące wzór duchowo-umysłowy, jak feministka Simone de Beauvoir, komunistyczny pisarz Louis Aragon, semiolog Roland Barthes, filozofowie Gilles Deleuze, Jean-Paul Sartre czy André Glucksmann, politycy lewicy, jak Bernard Kouchner i Jack Lang oraz wielu, wielu innych szeroko wtedy znanych lub już wymienionych w tym artykule.
Zalążki upadku
Od razu warto wyjaśnić, że choć Simone de Beauvoir stawała w obronie pedofilii, ruchy feministyczne, które inspirowały się jej książkami, pedofilię odrzucały. Kiedy np. w 1980 NAMBLA (wielka amerykańska organizacja gejowsko-pedofilska) objęła kierownictwo organizacji nowojorskiego Gay Pride, feministki i lesbijki wezwały do bojkotu imprezy.
Wtedy już francuski Front Wyzwolenia Pedofilów (FLIP) działał słabo, w porównaniu do podobnych organizacji w innych krajach Zachodu. Najbardziej pro-pedofilską partią lewicy we Francji była wtedy trockistowska Rewolucyjna Liga Komunistyczna (LCR), lecz te idee przenikały do innych ugrupowań, również nielewicowych, częściowo dość dyskretnie.
W Niemczech jawnie pro-pedofilską partią byli (lewicowi wówczas) Zieloni, którzy jeszcze w 1985 r. głosili „produktywność stosunków płciowych z dziećmi” (sic!). We Francji ruch gejowsko-pedofilski podzielił się na lewicowy, skupiony wokół pisma Le Gai Pied, oraz skrajnie prawicowo-neonazistowski jednoczący fanów magazynu Gaie France. Ten drugi był bliższy holenderskim i niemieckim organizacjom pedofilskim. Dziś oczywiście nie ma wśród nich mowy o pedofilii – politycznie, we Francji geje prawicowi dołączyli gromadnie do Frontu Narodowego Le Penów pociągając za sobą zresztą sporą część dawnych gejów lewicowych.
Dziś jawne zrozumienie dla pedofilii wykazują z tej strony tylko osoby o wyjątkowym statusie, jak pisarz Renaud Camus, autor Wielkiej Zamiany, książki przeciw niebiałej imigracji, która inspiruje prawicowych terrorystów.
Lata przełomu
W latach 90. ub. wieku trudno było ludziom zgłaszać afery pedofilskie np. w Kościele, bo nie dość, że wyglądało to na zamach na autorytet Kościoła, dochodziły do tego obawy o pewną stygmatyzację, zarzut zacofania, niezrozumienia, a nawet „spiskowości” ze strony liberalnej już wtedy inteligencji.
Rzeczywiście, pod wpływem wypowiedzi osób uznanych za autorytety, pedofilia zaczęła być uznawana za coś establiszmentowego, związanego z władzą, co znacznie rozbiegało się z oczekiwaniami ludzi „lewicy post-68”, którzy wcześniej chcieli widzieć „powszechną miłość” w działaniu. Mówienie o „teoriach spiskowych wśród ludu” pękło jednak jak bańka mydlana w obliczu afer, które najdosłowniej wstrząsnęły całym globem, jak „sprawa Dutroux” z 1996 r., z której skutkami Belgia boryka się do dzisiaj.
Tu nie chodziło już o jakieś „stosunki międzypokoleniowe”, czy nawet „zwykłe” gwałty, tylko porywanie, więzienie, wykorzystywanie i zabijanie dzieci, z wykazaniem, jak bardzo ówczesny liberalny świat polityczny był w tym umoczony po uszy, jeśli nie przez uczestnictwo w takim procederze, to poprzez jego zorganizowane, wytrwałe tuszowanie.
Ludzie wyszli na ulice. Cała aura „dobrej pedofilii” została zdmuchnięta w obliczu niepohamowanego gniewu. Ujawnianie zadziwiających afer ruszyło z miejsca, jak ów handel, dosłownie pedofilskie licytacje małych dzieci-sierot (albo i nie) z Trzeciego Świata, sprowadzanych do Amsterdamu pod pretekstem humanitarnym.
Tak, jakby wróciły czasy Jezusa. Wobec dorosłego, każde małe dziecko może być niewolnikiem i da się to wykorzystać.
Epilog
Wobec tak powszechnej fali oburzenia i pomiarkowania się mediów, ruchy gejowskie postanowiły całkowicie odciąć się od pedofilii, do tego stopnia, że dziś mieszanie homoseksualizmu z pedofilią uchodzi za poważny, homofobiczny błąd (i zresztą najczęściej nim jest). Zachodnie stowarzyszenia LGBT, bardziej dziś liberalno-prawicowe, niż lewicowe, poszły drogą pogardzanego wcześniej „obyczaju mieszczańskiego” tj. ubieganiem się o legalizację związków i małżeństw, co ma symbolizować pewne „ustatkowanie się”, niezbędne w ich oczach, by zyskać społeczną akceptację.
Przekierowanie dział oburzenia na Kościół, czy inne struktury homoseksualne (jedynie w sensie jednopłciowości) jakoś zażegnało kryzys.
Co do Kościoła. Idee, książki, poglądy pro-pedofilskie promieniujące po 1968 r. oczywiście przenikały również i tam. Przekonanie, że tylko niewykształceni ostro potępiają pedofilię lub, że w istocie nie jest ona taka znowu zła, dawało jakieś argumenty nie tylko sprawcom, ale i tuszującym.
Tuszowanie spraw było w ich oczach konieczne nie tylko dlatego, że czyny pedofilskie były objęte potencjalnie kosztownymi zakazami prawnymi lub, że powodowały niechęć świeckich, ale i ze względu na tę mniejszość duchownych, która wierzy w jasny przekaz ewangeliczny. Klasyczne dbanie o spójność organizacji typu niestety mafijnego.
Co do różnych sław, które dały się uwieść pedofilii w imię np. walki z wykluczeniem społecznym, tolerancji, czy konceptów w rodzaju „poliamorii”, część zmarła naturalnie, część na AIDS w latach 80., a inni, jak Cohn-Bendit, czy Kouchner, wyrazili żal, mówiąc „nikt wtedy przeciw temu nie protestował” lub „takie to były czasy” i przeszli do prawicy. Jeszcze inni siedzą w więzieniach lub mają na karku ciągnące się sprawy sądowe, a niektórzy po prostu milczą, zmarginalizowani.
Znajomość działań zachodniej lewicy, która nie tuszowała pedofilii, nie może przekreślać niebywałego dorobku naukowców, artystów, publicystów i filozofów, którzy grupowo pomylili się w jednej sprawie. Chodzi o ludzi, dzięki pracy których inni mogli rozszerzyć swój horyzont o znajomość licznych mechanizmów rządzących ludzką społecznością. Nikt im tego nie odbierze, bo nie da się zredukować ich życia do fatalnego błędu.
Grupowe, czasowe zaczadzenia, czy przesądy inteligencji są oczywiście groźniejsze od „ludowych” mitologii, lecz zdarzają się tak samo często. Lewica na Zachodzie otrząsnęła się z błędu i z pewnością zapamięta tę lekcję na długo.

Lewica posprząta po Kościele

Zapowiedziała to podczas konferencji prasowej Anna-Maria Żukowska, rzeczniczka prasowa parlamentarnego klubu socjaldemokratów. To reakcja na najnowsze doniesienia o przestępstwach seksualnych kleru i ich tuszowaniu.

Po ostatnich informacjach dotyczących kardynała Henryka Gulbinowicza (pozbawiony przez Watykan prawa noszenia biskupich atrybutów i prawa do pochówku w kościele katedralnym), Stanisława Dziwisza oraz samego Jana Pawła II, który – jak dowiódł raport watykański – zbagatelizował sygnały o molestowaniu, jakiego dopuszczał się kandydat na arcybiskupa Nowego Jorku Theodore McCarrick, Lewica ponowiła żądanie, by świecki wymiar sprawiedliwości przestał zamykać oczy na to, co dzieje się na plebaniach i w domach biskupich.

Zignorowana mapa pedofilii

– W październiku 2018 r. wspólnie Agatą Diduszko-Zyglewską opublikowaliśmy mapę kościelnej pedofilii, jest to jak dotychczas jedyny dokument, w którym można znaleźć aktualne informacje na temat księży, którzy gwałcili i molestowali chłopców oraz dziewczynki – przypomniała posłanka Joanna Scheuring-Wielgus. – Do tej pory polska prokuratura, polski wymiar sprawiedliwości nie zrobił nic, słownie: zero, aby wyjaśnić te wszystkie kwestie.

Dlaczego policja i prokuratura reagują ekspresowo, gdy ktoś napisze coś sprejem na kościelnej elewacji lub zawiesi tęczową flagę przy figurze Chrystusa, ale milczy jak zaklęta, gdy w grę wchodzą oskarżenia dotyczące duchownych? Te pytania posłanka skierowała do ministra Ziobry. Przypomniała również, że kolejne szokujące doniesienia o biskupach najprawdopodobniej jeszcze przed nami. – Watykan nie tylko interesuje się Gulbinowiczem, czy też Dziwiszem trwają jeszcze inne sprawy biskupów: Stanisława Napierały, Henryka Tomasika, Tadeusza Rakoczego, Edwarda Janiaka, Leszeka Sławoja-Głódzia, Andrzeja Dziuby – wyliczyła.

Wewnętrzne postępowania Watykanu to jednak za mało, podkreśliła posłanka Małgorzata Prokop-Paczkowska. Tak samo, jak kościelne kary. Parlamentarzystka zaznaczyła, że Lewica dąży do tego, by Polska wreszcie była naprawdę świeckim państwem. Wtedy ofiary księży-pedofilów i kościelnej zmowy milczenia doczekają się sprawiedliwości, a katoliccy fundamentaliści nie będą dyktować praw dotyczących kobiet.

– Mamy w Polsce komisje wspólną rządu i Episkopatu, na której przedstawiciele rządu tłumaczą się przed hierarchami z tego co mają zamiar zrobić. To musi zostać rozwiązane – zapowiedziała polityczka Wiosny.

Papież nieświęty

Litości dla ciągle jeszcze świętego Jana Pawła II i polskich biskupów, aspirujących do miana sumienia narodu, nie miała Joanna Senyszyn.

– W Episkopacie Polski prawie wszyscy biskupi są umoczeni w ukrywanie afer pedofilskich. Za tym wszystkim stoi Jan Paweł II, wszyscy ci ludzie są jego nieodrodnymi wychowankami. Jan Paweł II przez prawie cały swój pontyfikat utrzymywał w mocy instrukcję, która nakazywała ukrywać przestępstwa pedofilskie oraz księży, którzy się ich dopuścili – oznajmiła.
Posłanka wezwała również, by nie wierzyć w to, że Jan Paweł II był dobrym papieżem, który nie dostawał od swoich współpracowników pełnych informacji o sytuacji w Kościele. To nie kardynał Dziwisz odpowiada za jego milczenie w sprawach skandali seksualnych. Senyszyn stwierdziła, że Jan Paweł II powinien zostać pozbawiony statusu świętego.

Lewica posprząta

Posłanka Anna-Maria Żukowska obiecała, że gdy Lewica będzie w Polsce u władzy, sprawa kościelnych skandali zostanie zamknięta.

– Lewica posprząta po Kościele katolickim. Lewica rozdzieli państwo od Kościoła. Lewica doprowadzi do tego, iż nie będzie przedawnienia przestępstw pedofilii. Wszyscy ci, którzy gwałcili małe dzieci, molestowali chłopców i dziewczynki, tym samym niszcząc im życie, poniosą za to odpowiedzialność – oznajmiła.

Tajemnice Watykanu Groźba Papieża

Gdy w październiku 1980 roku pracowałem w Sekretariacie Synodu Biskupów w Watykanie, z dostępem do dokumentów tajnych („sub secreto“), miałem okazję do kontaktów z elitą hierarchi watykańskiej, w tym – z Sekretariatu Stanu.

Doszła wówczas do mnie wiadomość, plotka, o niesamowitej, nieprawdopodobnej wręcz treści. Otóż Jan Paweł II miał jakoby odbyć rozmowę z b.ambasadorem USA w Rzymie – Johnem Volpe , nb. zaufaną osobą ówczesnego szefa CIA Wiliama Casey’a a na dodatek kawalerem maltańskim, na temat sytuacji w Polsce.
Volpe mówić miał o możliwym, siłowym rozwiązaniu klinczu społeczno-politycznego w Polsce. Z jednej strony miałaby stanąć rosnąca w siłę opozycja, popierana przez USA i wraz z nią ewentualnie Wojsko Polskie, z drugiej – interweniujące wojska radzieckie i „sojusznicze“ z ościennych państw Paktu Warszawskiego.
Reakcja papieża na nakreślony przez b.ambasadora USA scenariusz miała być ostra: –„ Nie można wykorzystywać Polski do konfliktu zastępczego z Rosją. Wasze wielkie zwycięstwo (destabilizacja ZSRR) będzie opłacone przez Polaków. Przelewanie krwi za niewłasne interesy nie służy polskiej sprawie. Jeśli nie powstrzymacie waszych działań w moim kraju, to w razie konfliktu przylecę do Polski i zginę z własnym narodem.“
Tyle plotka. A dalej zaczyna się narracja, którą po latach usłyszałem od ówczesnego ambasadora polskiego w Londynie – Jana Bisztygi.
Volpe miał wysłać natychmiastową depeszę tajną, szyfrogram, do Departamentu Stanu USA a ten do najbliższych sojuszników USA, do brytyjskiego Foreign Office (Było to o tyle naturalne, że Wielka Brytania należała wówczas do „Sojuszu Pięciorga Oczu“, grupy współpracy wywiadowczej, złożonej z  USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii, kontrolującej m.in. system podsłuchów globalnych „Echelon“, z którego dane trafiają do obróbki w Fort Meade w Stanach Zjednoczonych. Aktualnie to jest już „Sojusz Czternastu Oczu“.)
Wracając do początkowego wątku, w końcu pażdziernika 1980 roku, pod koniec Synodu, byłem akurat w trakcie transferu z Rzymu do Paryża, aby zgodnie z decyzjami przełożonych zakonu Jezuitów kontynuować tam studia teologiczne. Miałem kłopoty z łącznością z Centralą Wywiadu w Warszawie a przy tym wiadomość, plotka,w której posiadanie wszedłem, wydawała mi się tak nieprawdopodobna, że nie zdecydowałem się na jej przekazanie innymi, nieosobowymi środkami łączności np. tajnopisem bądź zakamuflowaną mikrofotografią.
Dopiero późnym latem 1981 roku, przy okazji pobytu w kraju i spotkania z  dowództwem wywiadu w ośrodku w Magdalence, „przemyciłem“ tę informację w trakcie lunchu, podczas rozmowy towarzyskiej, dzieląc się ze słuchaczami wszelkimi wątpliwościami co do jej prawdziwości. Ku memu zdziwieniu obecni przedstawiciele Centrali nie wydwali się zaskoczeni moją wypowiedzią, wyglądało na to , że przyjęli ją za dobrą monetę.
Teraz, po latach, uzyskałem potwierdzenie prawdziwości tej „ciekawostki“, która okazała się autentyczna i dzięki dwóźródłowej informacji, mojej jak i jeszcze jednej osoby, uzyskała, z wywiadowczego punktu widzenia, status wiadomości wiarygodnej najwyższej wagi.
I tu znowu wkracza na scenę ambasador Bisztyga, reprezentujący w Londynie Polskę w latach 1978-1981. Ogólnie tam lubiany, wyrobił sobie świetne stosunki w elicie politycznej Wielkiej Brytanii, więcej – zaskarbił sobie zaufanie jej przedstawicieli. Miał doskonałe relacje z doradcą premier Margaret Thatcher do spraw bezpieczeństwa narodowego – Colinem Buddem.
W nocy obudził Bisztygę telefon od oficera MI6, Michaela Pallisera, proszącego go o natychmiastowe spotkanie. Gdy do niego dochodzi, Palliser pokazuje zaskoczonemu ambasadorowi depeszę od Volpe z pytaniem : Czy to możliwe, aby papież zdobył się na realizację swych słów ?
Bisztyga odpowiada: „ To Polak, na dodatek człowiek o góralskiej mentalności, wojownik, skoro mówi, to zrobi.“
Po spotkaniu z Palliserem ambasador wysłał szyfrogram do kraju. Dzięki temu władze polskie uzyskały dodatkowy, wielki argument w rozmowach z Sowietami, mitygujący ich i pozwalający na wewnętrzne rozwiązanie kofliktu przez samych Polaków.
Równolegle Margaret Thatcher zaczyna przekonywać Ronalda Reagana, że należy hamować antyradziecki impet na odcinku polskim. Potwierdzają to opublikowane niedawno w Londynie wybrane depesze brytyjskiej premier do prezydenta USA.
Te zakulisowe działania papieża i Watykanu, jak również uzyskanie przez polski wywiad informacji o nich z dwóch niezależnych źródeł, przyczyniły się zapewne do uratowania naszego kraju, a może nawet dużej części Europy przed krwawą łaźnią.
Wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, niezależnie od różnych jego ocen, było, jakkolwiek by na nie nie patrzeć, wewnętrznym, polskim działaniem.
Te, dotąd okryte tajemnicą, intencje papieża jak i fakt zapobieżenia interwencji radzieckiej w wyniku zaangażowania polskich sił zbrojnych, mogą tłumaczyć fenomen wielokrotnych audiencji, których papież udzielał, również po stanie wojennym, Wojciechowi Jaruzelskiemu, przedtem – szefowi partii i państwa a później – pierwszemu po zmianie systemu prezydentowi Polski, nawet wówczas, gdy z obu tych funkcji odszedł.
Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.