Poseł wzywa Kościół do solidarności

Kościół katolicki jest instytucją na tyle zasobną, by w chwili zagrożenia zdrowia i życia milionów Polaków wesprzeć walkę z pandemią naprawdę pokaźną sumą – uważa poseł Lewicy Maciej Kopiec.

Parlamentarzysta Lewicy skierował list z apelem o wsparcie wysiłków polskiego państwa w walce z pandemią do papieża Franciszka oraz do Konferencji Episkopatu Polski. Sugeruje w nim przekazanie przez Kościół kwoty 100 mln złotych na walkę z pandemią i likwidowanie jej skutków. Chodzi tu rzecz jasna o wsparcie bezzwrotne. W przekonaniu posła z Rybnika suma taka jest w pełni adekwatna do możliwości finansowych Kościoła katolickiego w Polsce. – Kościół Katolicki to jedna z najbogatszych instytucji w Polsce, pragnę wskazać, iż fundacja Pani Dominiki Kulczyk przekazała wiosną tego roku wsparcie warte 80 milionów złotych – podkreśla działacz Wiosny.

Opodatkować Kościół

Kościół miałby jednak wykazać się poczuciem solidarności nie tylko jednorazowo. Poseł Kopiec sugeruje, by instytucje religijne opodatkować tak, jak inne podmioty uzyskujące dochody ze swojej działalności, obejmując je standardowymi w takich sytuacjach stawkami podatkowymi. Oznaczałoby to również, że katolickie (ale nie tylko) instytucje musiałyby prowadzić dokumentację podatkową, jakiej wymaga się od wszelkich instytucji świeckich, także zajmujących się wspieranie ubogich i wszelką inną dobroczynnością.

Do napisania listu posła Lewicy zainspirowało kazanie arcybiskupa Wiktora Skworca, rzymskokatolickiego metropolity katowickiego, podczas tradycyjnej mszy barbórkowej.

Miłość, nie chciwość

29 listopada w katowickiej katedrze hierarcha odnosił się do nieuchronnego zamykania kopalń na Śląsku i zmian, jakie czekają region i jego mieszkańców. Była też mowa o wsparciu ze strony rządzących krajem dla tych ludzi. – Trzeba odwagi i kół ratunkowych, solidarnej tarczy, sprawiedliwości i miłości społecznej, aby szybko, bo w perspektywie dwóch dekad, rozwiązać nabrzmiałe problemy górniczej branży, której los jest przesądzony, tym bardziej że likwidacja trwale nierentownych kopalń jest ekonomicznie palącą koniecznością – mówił biskup.

Poseł Kopiec przywołuje również fragment najnowszej encykliki papieża Franciszka, w której padają znamienne słowa: „Mniej znaczy więcej. Nieustanne gromadzenie możliwości konsumpcji rozprasza serce, uniemożliwiając docenienie wszystkiego i każdej chwili”. Dalej papież nawołuje do wstrzemięźliwości, skromności i prostoty. Czyż polski Kościół nie powinien zastosować tych słów w praktyce i zaprzestać gromadzenia ziemskiego majątku? Tym bardziej, że, jak zauważa poseł Lewicy, już podczas przyjmowania święceń diakońskich przyszli duchowni są pouczani, iż wszelka nieczystość i chciwość to bałwochwalstwo.

Do tej pory Kościół nie rwał się na pierwszą linię walki z pandemią. Natomiast polski rząd jak najbardziej starał się nawet w takiej sytuacji realizować oczekiwania katolickich duchownych. Maksymalnie ograniczając zgromadzenia, zamykając siłownie, restauracje, teatry i muzea, w odniesieniu do kościołów ustanowił jedynie limit wiernych w czasie jednego nabożeństwa i obowiązek noszenia maseczek, który w wielu świątyniach i tak nie jest respektowany.

Papież kontra neoliberałowie

Rozmyślania o Encyklice papieskiej „FRATELLI TUTTI”.

Wspomniany wcześniej tytuł najnowszej Encykliki papieża Franciszka (w tłumaczeniu na język polski: „Wszyscy jesteśmy braćmi”) znakomicie wyraża treści, sedno i przeznaczenie owego doniosłego dokumentu papieskiego.
Słowo wstępne:
Jest on opatrzony datą 3 października 2020 r. i sygnowany „u grobu św. Franciszka” (z Asyżu). Encyklika, skierowana do wszystkich ludzi dobrej woli, jest swoiście udanym konglomeratem analizy i prognozy teologicznej i filozoficznej oraz myśli politycznej, czy wręcz politologicznej – w odniesieniu do zamierzchłej przeszłości, do bolesnej teraźniejszości i do lepszej przyszłości (oby!?) naszej cywilizacji. Obejmuje ona nawet niektóre aspekty pandemii.
Przy czym polityka przeważa w tym tekście nad religią. Dokument papieski zawiera też wiele cennych wskazań, postulatów i propozycji na przyszłość nie tylko w odniesieniu do katolicyzmu lecz, jak wspomniałem powyżej, w stosunku do całej ludzkości i do każdego człowieka bez wyjątku. Papieżowi to wolno, bowiem występuje on (zapewne) w swoim dwoistym wcieleniu – jako Głowa Kościoła katolickiego i jako szef państwa watykańskiego (Citta del Vaticano, Santa Sede, Stolica Apostolska) oraz jako uznany autorytet intelektualny i moralny w świecie.
Przestudiowałem analizowany dokument papieski z wielkim zainteresowaniem, po czym stwierdziłem bez wahania, iż jest on w wielu punktach zbieżny, niekiedy wręcz tożsamy z moim spojrzeniem na genezę, na przebieg i na konsekwencje opacznej i wynaturzonej ewolucji naszej cywilizacji – od Adama i Ewy poczynając aż po dzień dzisiejszy oraz na opłakane skutki ideologii i praktyki neoliberalnej.
Naturalnie, najbardziej interesuję się czasami średniowiecznymi i nowożytnymi, choć kanony i doświadczenia starożytne – religijne, „cywilne” (laickie), filozoficzne (konfucjańskie, greckie, rzymskie, arabskie, judaistyczne) i inne też nie są mi obce. Papież jest bardzo oględny w słowach – nikogo nie oskarża i nie potępia z imienia, z nazwiska i z nazwy. Ale prezentuje swe poglądy i oceny tak wyraziście i tak dosadnie, że bardzo łatwo się domyśleć, o co i o kogo Mu chodzi. Np. jeśli mowa o Shoah, czy o atomowym bombardowaniu miast japońskich w czasie II wojny światowej, to każdy wie, kto to zrobił i kto za tym stał. Nie trzeba więc używać nazwisk winowajców czy nazwy instytucji sprawczych.
Już po pierwszej lekturze dokumentu odebrałem jego treści jako jedną wielką, acz wyważoną, racjonalną i zdecydowaną analizę krytyczną liberalizmu i neoliberalizmu. To bardzo ważne – bowiem niektórzy „fachowcy” zarzucają Głowie Kościoła katolickiego dyskretną kolaborację z określonymi neoliberalnymi promotorami New World Order (Nowego Ładu Światowego). Jednak Papież Franciszek, jak każdy inny intelektualista, uczony czy wręcz przytomnie myślący i rozgarnięty człowiek, dostrzega i odczuwa katastrofalne skutki globalne liberalizmu i neoliberalizmu.
Teoria i praktyka tego rodzaju spowodowała niezliczone nieszczęścia i patologie w „(niedo–) rozwoju” naszej cywilizacji (np. kolonizacja, niewolnictwo, dwie wojny światowe, dziesiątki wojen lokalnych, trzy globalne kryzysy gospodarczo – finansowe, totalna zapaść ekologiczna, głód, bezrobocie, epidemie, analfabetyzm, dysproporcje rozwojowe, dyskryminacje, terroryzm i dziesiątki innych zjawisk patologicznych). Cofnęło to wstecz postęp cywilizacyjny o całe stulecia. Mimo to neoliberałowie nadal wmawiają ludziom, że ich ideologia, ich praktyka i ich system są najlepszymi na świecie; owszem są, ale dla pazernych najbogatszych i dla ich 150 naczelnych zarządców usiłujących panować nad światem, urządzać go po swojemu i manipulować cynicznie biednymi i najbiedniejszymi (vide: pandemia, Internet itp.).
Można tylko popuszczać wodze bujnej fantazji i wyobraźni, aby domyślać się, jaki byłby nasz świat bez liberałów i neoliberałów? Zapewne nie aż tak zły i nie aż tak zdruzgotany, jak właśnie za ich przyczyną.
Z racji swej wysokiej rangi dostojnika państwowego i przywódcy religijnego, Encyklika Papieża przepełniona jest wzniosłymi zawołaniami, pojęciami i kategoriami biblijno – ewangelicznymi, których upowszechnienie i stosowanie zapewne bardzo by się przydało celem polepszenia doli człowieczeństwa. Miłosierdzie, dobroć, humanizm, braterstwo, dobrosąsiedztwo, poszanowanie godności ludzkiej, godziwe warunki życia i pracy dla wszystkich oraz inne temu podobne ideały przyświecają Autorowi Encykliki na każdym kroku w Jego rozważaniach.
Na poparcie swych tez i ocen Papież cytuje dość często (ale bez przesady) słowa wypowiedziane przez Autorytety katolicyzmu (chrześcijaństwa, islamu i judaizmu), od Jezusa, Jego apostołów i proroków poczynając – oraz apelując o braterstwo i o lepsze współdziałanie między wszystkimi religiami – dla dobra całej ludzkości, wierzących i niewierzących. Słowem, z uwagi na swe treści, na kompleksowy charakter oraz na pogłębioną i oryginalną analizę sytuacji globalnej oraz na dalekowzroczność, Encyklikę papieską należy zaliczyć do grona najważniejszych i najdonioślejszych dokumentów naszych czasów.
Mógłby być on pomocny w Neorenesansie naszej cywilizacji. Jestem pewien, że urzeczywistnienie propozycji i postulatów papieskich, z rzadka tylko wyidealizowanych, podobnie jak wskazań niektórych innych godziwych przywódców politycznych i religijnych, ulżyłoby znacznie doli człowieczeństwa i skierowałoby jego rozwój na pozytywne tory.
Papieżowi obcy jest wszelki egocentryzm, tendencyjność i indywidualizm; zaś Jego rozważaniom przyświeca uniwersalizm i humanizm, jako się rzekło. Nie brak też, to zrozumiałe, swoistego ww. idealizmu, co każe się zastanawiać nad realnością w praktyce postulatów papieskich w tak ciężkich warunkach współczesności. Autor określa cele wręcz maksymalistyczne, jakże trudne do urzeczywistnienia w obecnych czasach, kiedy nazbierało się multum zaległości, wrogości i niesprawiedliwości z całej historii naszej cywilizacji.
Homo sapiens en masse istnieje raczej w teorii niż w praktyce życia codziennego. Np. kwestia wojny i pokoju; który z wielkich i odwiecznych wojowników i agresorów globalnych zgodziłby się dziś na „przekucie swych mieczy na lemiesze” i na podanie bratniej dłoni zażartemu przeciwnikowi w czasach, w których napięcie międzynarodowe sięga nieboskłonu? Nie widzę takiej możliwości, póki co!
Nadal więc dominuje uciekanie się do Hard Power a nie stosowanie Soft Power. Brutalna siła i przemoc zastępuje nierzadko negocjacje i porozumienie pokojowe (np. Izrael – Palestyna). Dlatego też donośne apelowanie Papieża o pokój, o braterstwo i o przyjaźń między ludźmi przypomina po trosze wołanie owego wędrowca „na puszczy”. Żeby pokój wiekuisty stał się możliwy, niezbędne byłoby gruntowne przeoranie chorej psychiki człowieczej i nieludzkich nawyków cywilizacyjnych oraz ukazanie lepszej drogi rozwoju. Zgadzamy się z Papieżem ws. „co” (należy zrobić)? Ale jeszcze nie bardzo wiemy, „jak” to zrobić, żeby było nam naprawdę lepiej i bezpieczniej?
De facto, Encyklika obejmuje wszystkie najważniejsze sprawy makro współczesności – moralne i materialne, teoretyczne i praktyczne, choć obcy jej jest tani „wszystkoizm” czy wręcz utopia. Dokument składa się z 8 zasadniczych rozdziałów i z licznych podrozdziałów monotematycznych. Dotyczą one kardynalnych problemów naszej cywilizacji, których rozwiązanie i optymalne uregulowanie utorowałoby drogę ku lepszej przyszłości i ku uratowaniu życia na Ziemi.
Obawiam się wszelako, iż tych niezwykle skomplikowanych problemów nazbierało się już tak dużo, że sam zdemoralizowany i zdegenerowany w wiekach człowiek im nie podoła. Ale z bożą, z nadprzyrodzoną i z papieską pomocą…? Powinno się udać!?
Dlatego też apeluję do wszystkich zainteresowanych o dokładne zaznajomienie się z pełnym tekstem Encykliki, która, w znacznym stopniu, jest cennym drogowskazem i latarnią morską dla każdego z osobna i dla wszystkich ludzi razem wziętych. Z tego też względu i z uwagi na ogromne bogactwo, różnorodność i oryginalność omawianej tematyki (politycznej, ideologicznej, religijnej, społecznej, ekonomicznej, międzynarodowej itp.) w niniejszym opracowaniu pragnę przedstawić selektywnie i obiektywnie oraz w usystematyzowany sposób jedynie najważniejsze spośród najważniejszych myśli i aspektów tekstu papieskiego.
Kładę przy tym szczególny nacisk na dominującą w encyklice problematykę globalną i ogólnoludzką, dotyczącą każdej i każdego spośród nas – z osobna oraz całej prawie już 8–mio miliardowej gromady ziemskich sióstr i braci.
Systemy polityczne :
od zarania cywilizacji na Ziemi nie było i nie ma całościowego i jednorodnego systemu zarządzania sprawami światowymi oraz ogólnoludzkimi, określania kierunków rozwojowych i nadzorowania rozwoju (Development Governance). Od niepamiętnych czasów panuje anarchia i nieład w tej mierze, choć wielu możnych decydentów i wpływowych władców na świecie od dawien dawna dążyło do panowania nad nim i, ewentualnie, do poskromienia bałaganu. Jednakże wszystkie próby tego rodzaju kończyły się niepowodzeniem, po czym bałagan był jeszcze większy. Kolejne „systemy” upadały z hukiem.
Nic przeto dziwnego, że umacnia się dość powszechnie przeświadczenie, iż obecny „system” (a, faktycznie – brak efektywnego systemu polityki, strategii i gospodarstwa światowego) oraz odwieczne podłe kompleksowe zarządzanie „(niedo–)rozwojem” i marną wegetacją ludzkości stanowi jedną z najbardziej niebezpiecznych ułomności cywilizacyjnych na naszej planecie. W różnych ośrodkach politycznych, gospodarczych i intelektualnych na świecie trwają gorączkowe poszukiwania lepszego systemu (określanego mianem NWO = New World Order, Nowy Ład Światowy).
Czynią tak siły postępu (np. Chiny i ich sojusznicy) – z myślą o całej ludzkości oraz siły wstecznictwa (neoliberałowie, masoneria, wielcy kapitaliści i in.) – z myślą o swojakach oraz o bogatych i o najbogatszych. Poprzez swą Encyklikę (i wcześniejsze proklamacje) również Papież włączył się z powodzeniem do tych dyskusji i poczynań.
Punktem wyjścia w Jego rozważaniach w tej materii jest uniwersalny wymiar miłosierdzia, miłości, braterstwa i przyjaźni między ludźmi (swoista globalizacja miłości – jeśli wolno tak powiedzieć). Pandemia daje odczuć, iż – rzekomo – obywatele Ziemi są silnie połączeni strachem, solidarnością, potrzebami i jakoś powiązani pomiędzy sobą. Ale to nie kamufluje bynajmniej faktu, że są oni z gruntu podzieleni i rozbici. Np., pisze Papież, marzenia o zjednoczonej Europie i o zintegrowanej Ameryce Łacińskiej nadal pozostają tylko marzeniami.
W przypadku UE sedno sprawy polega na znalezieniu równowagi między ochroną praw własnych obywateli oraz obowiązkiem zapewnienia pomocy przybyszom (imigrantom). Przy tym nie należy być nietolerancyjnym i zamkniętym w sobie, czy, wręcz rasistą bądź ksenofobem – powiada Papież.
I dodaje: globalizacja umacnia pozycje i wpływy najsilniejszych, którzy nadal stosują rzymską maksymę „dividae et impera” (= „dziel i rządź”), sprowadzając szeregowych obywateli do roli konsumentów i obserwatorów, odmawiając im prawa do wyrażania ich opinii oraz, wręcz, prawa do istnienia. Szaleje kolonizacja kulturowa, w ramach której rządzący i decydenci rozsiewają, dla umocnienia swego panowania, uczucia, strachu, nieufności i rozpaczy, niszczą innych ludzi oraz ośmieszają najsłabszych. „System” taki można określić mianem „despotyzmu najsilniejszych”. To bardzo mocne określenie papieskie.
Na świecie mnożą się poważne kryzysy polityczne, panuje niesprawiedliwość i brak uczciwego podziału zasobów naturalnych oraz głód, śmierć i inne zjawiska patologiczne, czemu towarzyszy wymowne milczenie ze strony „społeczności międzynarodowej”.
Nadal brakuje „prawdziwie ludzkiego kursu” w „systemie światowym”, słabnie poczucie wspólnoty w społeczności międzynarodowej, przez co budowanie sprawiedliwego pokoju stanowi „utopię z innej epoki” i „nowy rodzaj cynizmu”. Papież proklamuje zdecydowanie i jednoznacznie: „izolacjonizm – nie; bliskość – tak; kultura zderzenia – nie; kultura spotkania – tak”!
Zdaniem Papieża, biblijna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie jest nadal w pełni aktualna. To podstawowy wybór i jedyne rozsądne wyjście wymagane celem odbudowania i odrodzenia świata.
Niezbędna jest także solidarność międzyludzka traktowana jako forma walki ze strukturalnymi przyczynami ubóstwa, nierówności, braku zatrudnienia, ziemi, mieszkań itp., oraz negowania praw społecznych i pracowniczych.
Priorytetem powinna być zasada wspólnego użytkowania dóbr (materialnych, moralnych, kulturalnych i in. chciałoby się powiedzieć – s.sz.). Tak rozumiana solidarność to jednocześnie „stawianie czoła niszczycielskim efektom imperium pieniądza…”. Trudno o bardziej wymowną aluzję papieską wobec jednego z nadrzędnych kanonów liberalizmu i neoliberalizmu. Autor dodaje, że prawdziwy i trwały pokój jest możliwy tylko dzięki globalnej etyce solidarności i współpracy w służbie przyszłości całej rodziny ludzkiej.
Propozycje papieskie :
Nie należy więc budować społeczeństwa ludzi wykluczonych i przepojonych egoizmem. Co więcej, w takim systemie ludzie czują się opuszczeni przez swe władze i instytucje, które są bezbronne, źle przygotowane i niewłaściwie wyposażone, albo też zorientowane ku służeniu interesom nielicznych osób. Czcigodny Autor apeluje w tym kontekście o wyrzeczenie się małostkowości i urazów oraz jałowych partykularyzmów i niekończących się konfrontacji.
Papież nie proponuje autorytarnego i abstrakcyjnego uniwersalizmu na świecie oraz oponuje przeciwko pozbawianiu ludzkości „różnorodności jej kolorów, piękna i człowieczeństwa”. Opowiada się za przestrzeganiem prawa człowieka do godnego życia i do integralnego rozwoju. Bowiem, kiedy te elementarne wymagania nie są przestrzegane i chronione, to nie ma perspektyw dla braterstwa między ludźmi ani też dla przetrwania ludzkości.
Świat powinien być nadrzędną wartością dla wszystkich obywateli, niezależnie od miejsca ich urodzenia i innych wyznaczników. Papież wzywa, aby tworzyć otwarty świat, podkreślając, że „życie silniejsze od śmierci istnieje tam, gdzie występuje więź, jedność i braterstwo oraz gdzie jest ono zbudowane na prawdziwych powiązaniach i wierności pomiędzy ludźmi. Natomiast nie ma życia tam, gdzie człowiek uważa, że należy tylko do siebie i gdzie chce żyć jak na samotnej wyspie…; w takich postawach i przypadkach dominuje śmierć…”. (Nota bene: papieskie wezwanie do budowania świata otwartego przypomina, do żywego, analogiczną koncepcję chińską – Opening up Policy i budowania wspólnej przyszłości dla wszystkich = a shared future for mankind – s.sz.).
Elementarna sprawiedliwość wymaga poszanowania praw jednostek, społeczeństw i narodów. Serca ludzkie powinny być otwarte na cały świat, na którym granice należy demontować (eliminować). Tylko wspólnymi siłami, wszyscy razem, a nie każdy z osobna, rozwiążemy istniejące problemy.
Istnieje też potrzeba zwiększenia efektywności współpracy między Wschodem i Zachodem (dodajmy, że również między Północą i Południem – s.sz.). Papież przestrzega dosadnie: „albo wszyscy się ocalimy, albo nikt się nie ocali…” oraz cytuje słowa Jezusa: „darmo otrzymaliście i darmo dawajcie…”.
Ponadto, potęguje się napięcie między czynnikiem globalnym a regionalnym (lokalnym), przy czym priorytet należy nadawać wymiarowi globalnemu, unikając przy tym małostkowości i pamiętając, że katastrofa w jednym kraju może dotykać całej planety Ziemia i całej ludzkości.
W tym kontekście Papież zaleca rozumowanie i postępowanie w kategoriach „horyzontu uniwersalnego”. To bardzo słuszne zalecenie, ale proszę je zrealizować, np., w przypadku USA, których przywódcy głoszą hasło „America first” („Najpierw Ameryka”)?
Póki co jednak XXI wiek przyniósł poważne osłabienie władzy i pozycji państw narodowych (Nation States), gdyż elementy i siły ponadnarodowe dominują nad polityką tych państw. Tak więc, coraz bardziej niezbędne są skuteczne organizacje międzynarodowe zdolne do obrony podstawowych praw człowieka i globalizacji w imię dobra wspólnego oraz wyeliminowania głodu i ubóstwa.
Konieczna jest reforma systemu ONZ i innych organizacji międzynarodowych, pokojowe rozwiązywanie sporów oraz przestrzeganie postanowień umów międzynarodowych zgodnie z zasadą „pacta sunt servanda” (łac.: umowy powinny być realizowane, wykonywane). Zdaniem Papieża, nowa polityka krajowa i międzynarodowa nie powinna być podporządkowana ekonomii, a ekonomia – technokracji.
Zamiast tego niezbędne jest wypracowanie i wdrożenie polityki o szerokiej wizji, nowego integralnego podejścia do kryzysów, do sprawy reformowania oraz do przezwyciężania presji i inercji a także do dbałości o dobro wspólne (nota bene: jak by to dziwnie nie brzmiało, wspólne – to po łacinie: communis, po angielsku: common i commun – po francusku. Stąd właśnie wywodzi się słowo „komunizm” – s.sz.). Co ciekawsze,
Papież zaleca wprowadzenie kategorii „miłości politycznej (społecznej)” i „cywilizacji miłości” w Nowym Ładzie Światowym, zaznaczając, że taka miłość potrzebuje najsamprzód „światła prawdy”. Przebudowę cywilizacji należy zaczynać na nowo od prawdy i bez stosowania przemocy. Karę śmierci należy zlikwidować – jako niedopuszczalną. Kościół opowiadał się za tym od dawien dawna.
Należy stosować inny wymiar kary, np. dożywocie, które jest „ukrytą karą śmierci”. Ludzkość powinna budować pokój światowy wspólnymi siłami, a pokój społeczny umacniać nieprzerwanie – zgodnie z chrześcijańskimi normami przebaczania i pojednania.
Teologia i ideologia :
Najpierw o aspektach teologicznych. Jak przystało na przywódcę religijnego najwyższej rangi, Autor Encykliki odwołuje się dość często do nakazów i do zaleceń zawartych w Piśmie Świętym i w tradycji katolickiej (oraz islamskiej i judeo – chrześcijańskiej, w ogólności). Czyni to, zresztą, niezwykle zręcznie i trafnie dopasowując stwierdzenia biblijne i apostolskie do współczesnej sytuacji oraz w nich poszukując inspiracji i wskazań celem rozwiązywania problemów nękających i dręczących współczesnego człowieka.
Motywami przewodnimi w rozważaniach papieskich są: nauka Chrystusa i jego uczniów, myśli Świętego Franciszka z Asyżu oraz, poza ww. preferowanymi kategoriami stosunków międzyludzkich, szczególnie pojęcia miłosierdzia i braterstwa.
Ważne miejsce w tym kontekście zajmuje odwoływanie się do jezusowej przypowieści o miłosiernym Samarytaninie w jej odniesieniu do współczesności. Przypomnijmy, w związku z tym, sedno tej przypowieści: pewien człowiek z Judei wędrował drogą z Jerozolimy do Jerycha. Napadli nań zbójcy, ograbili go i nieomalże zabili oraz pozostawili półmartwego przy drodze. Inni wędrowcy przechodzili obok i „nie zauważali” nieszczęsnego człowieka.
Nikt mu nie pomógł. Ale pojawił się miłosierny Samarytanin (z Samarii), który zaopiekował się rannym, dostarczył go do pobliskiej gospody i uratował mu życie; słowem, okazał bliźniemu miłosierdzie. (Nota bene: w ówczesnej tradycji żydowskiej wymóg miłosierdzia i opieki odnosił się tylko do członków tego samego narodu. Jednakże, w miarę jak się judaizm promieniował na cały świat, rozszerzono również zakres stosowania owego zalecenia).
I dalej, pewien uczony w Prawie zapytał Jezusa; „co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus odpowiedział: czyń to, co jest zapisane w Prawie. Jak czytasz? Uczony odrzekł: będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem, a bliźniego swego, jak siebie samego.
Jezus rzekł do niego: dobrze odpowiedziałeś. To czyń, a będziesz żył…”. Uczony znów zapytał: a kto jest moim bliźnim? I tu następuje ww. opowieść o miłosiernym Samarytaninie, który jest bliźnim, czyli tym, który okazał miłosierdzie potrzebującemu. Idź i ty czyń podobnie – dodał Jezus. Papież cytuje jeszcze inne przykłady, a mianowicie: casus Kain/Abel, Księgę Hioba: ludzie mają tego samego Stwórcę – to powinni przestrzegać wspólnych praw itp.
Papież odwołuje się także do Nowego Testamentu, szczególnie do zawartych w nim następujących stwierdzeń: „wszystko, co byście chcieli, żeby ludzie wam czynili i wy im czyńcie”; „będziesz miłował bliźniego swego, jako samego siebie…; kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi…”. W tym kontekście Papież apeluje o opiekę nad przybyszami (uchodźcami?) z innych stron i wspomina, że Żydzi też byli przybyszami w Egipcie. Takie i temu podobne są biblijne odniesienia papieskie w stosunku do współczesności.
Autor piętnuje pokusę obojętności zwłaszcza wobec najsłabszych i najbardziej potrzebujących. Podaje nagminnie występujący przykład pieszego potrąconego na drodze przez samochód. Sprawca ucieka, a pieszy kona bez niczyjej pomocy. Społeczeństwa są coraz bardziej chore, bowiem ludzie koncentrują się na własnych problemach i potrzebach. Są, z grubsza, 2 gatunki ludzi: cierpiący i omijający cierpiących z daleka (także ludzie religijni).
Istnieje paradoks: niekiedy niewierzący „lepiej żyją wolą bożą” niż wierzący – stwierdza krytycznie Papież. Także obecnie powtarza się nieustannie przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. „Trzeba, abyśmy wszyscy byli współczesnymi Samarytaninami”. Kościół szanuje sferę polityczną, nie tylko prywatną; ale „duchowni nie mogą wyrzec się politycznego wymiaru egzystencji ludzkiej”.
Teraz o ideologiach. Ww. spotkanie pokrzywdzonego i poturbowanego Judejczyka (Jezus) i miłosiernego Samarytanina demaskuje, mimo istniejących zakazów, wszelkie manipulacje ideologiczne. Papież nalega, aby ludzie mogli nadać wymiar uniwersalny swym predyspozycjom do miłowania (miłosierdzia), co umożliwiłoby przełamywanie wszelkich uprzedzeń, barier historycznych i kulturowych oraz zatrzymałoby ludzki pociąg do „nikczemnych korzyści”. Autor przyznaje samokrytycznie, iż Kościół potrzebował tak długiego czasu, aby potępić niewolnictwo i wszelkie inne formy przemocy.
Nadal jednak nie brakuje ludzi wierzących, którzy uważają, że ich wielkość polega na narzucaniu swych ideologii innym ludziom bądź też na „walce o prawdę” z użyciem przemocy, czy też na potężnych demonstracjach siły. Wprawdzie wśród wielu krajów świata umacnia się świadomość jedności i dzielenia wspólnego losu człowieczeństwa, ale nadal uchodźcy traktowani są jako ciała obce, a niepełnosprawni i starsi – jako ciężar dla społeczeństw.
W coraz większym stopniu redukowana jest możliwość stawania się bliźnim, zaś bycie bliskim występuje jedynie wobec tych, którzy pomagają zainteresowanym w osiąganiu korzyści. W taki oto sposób, pojęcie „bliźni” traci wszelkie merytoryczne znaczenie, a sensu nabiera jedynie kategoria „partner”, czyli wspólnik w określonych interesach. To nie jest braterstwo; zaś kategoria „wszyscy ludzie są sobie równi” staje się czystą abstrakcją.
Wprawdzie w niektórych krajach występują szanse dla wszystkich obywateli, ale ich wykorzystanie zależy już od każdego człowieka indywidualnie (to oględna acz oczywista aluzja do neoliberalnego hasła: radź sobie sam jak potrafisz…; a jeśli nie potrafisz, to nikt ci nie pomoże – s.sz.). Dlatego też tamtejsi decydenci neoliberalni uważają, że nie należy inwestować w ludzi słabszych lub mniej uzdolnionych. Zdaniem Papieża, zmiana tej sytuacji na lepsze wymagałaby aktywizacji poczynań państwa i społeczeństwa obywatelskiego, tak aby ideologia i polityka ukierunkowana była na obywateli i na dobro wspólne dla wszystkich.
Niektóre systemy polityczne i koncepcje ideologiczne utrudniają, na ogół, kroczenie drogą wiodącą ku lepszemu porządkowi światowemu. Szczególnie treści populistyczne i neoliberalne stanowią wyraz pogardy dla słabych i ubogich obywateli.
Dzielą ich na kategorie populistyczne i nie populistyczne oraz eliminują lub wypaczają pojęcie demokracji – władzy ludu (demos – lud, po grecku). Co gorsza, obecne przeważające założenia i poczynania systemowo – ideologiczne sprawiają, iż, po prostu, demokracja zanika. Z kolei, dla liberałów kategoria „ludu” nie istnieje w ogóle. Tymczasem „neoliberalizm powiela się sam”, a przecież nie istnieje jedna i jedyna recepta dla wszystkich. Niezbędna jest efektywniejsza organizacja systemu światowego, aby lepiej rozwiązywać problemy ludzi potrzebujących.
Ponadto, Papież stwierdza jednoznacznie i bez ogródek, że neoliberałowie traktują społeczeństwo jako sumę współistniejących interesów i promują kulturę indywidualistyczną, która jest podsycana przez sprzyjające im media. Szczególnie w mediach elektronicznych nie mówi się o dialogu i o przyjaźni; dominują monologi, epitety i dyskredytowanie przeciwnika.
Nikt nie troszczy się o dobro wspólne i nie szanuje poglądów innych osób. W mediach przeważa logika siły, konsumpcyjny indywidualizm, a odmienność ludzi nie jest respektowana. W szczególności, trzeba przywrócić uprzejmość w mediach oraz wyeliminować z Internetu relatywizm i manipulacje, tym bardziej, że Internet jest darem Boga – głosi Papież. Sam mechanizm rynkowy nie rozwiąże wszystkich problemów, zwłaszcza że funkcjonują w nim takie zjawiska jak: spekulacje finansowe, łatwy zysk i in. Zresztą pandemia wykazała dobitnie, iż sam wolny rynek nie jest w stanie uporać się z tym drastycznym problemem.
Dlatego też, wobec niemocy wolnego rynku, czcigodny Autor proponuje stosowanie mechanizmu redystrybucji dla rozwiązywania istniejących problemów, szczególnie gospodarczo – społecznych.
Fundamentalne znaczenie ma troska i dbałość o prawa człowieka, szczególnie w stosunku do dzieci i młodzieży, zwalczanie patologii i plag różnego rodzaju. Papież apeluje wręcz o „globalizację podstawowych praw człowieka” oraz uważa za zbrodnie takie zjawiska jak: głód, handel ludźmi i wszelakie przejawy fundamentalizmu i fanatyzmu.
Potępia także terroryzm i wzywa do nie udzielania mu pomocy oraz zaznacza, że nie jest on powodowany religią, bowiem „terroryści posługują się nią instrumentalnie…”. (Dodam od siebie, że terroryzm, szczególnie antykatolicki i islamski, może doprowadzić do eskalacji napięć społecznych na tym tle, a nawet, wręcz, do wybuchu wojen religijnych w różnych regionach świata. Dramatyczny casus Francji, kiedyś „pierwszej córy Kościoła”, jest tego wymownym przykładem – s.sz.)
Problematyka społeczna :
Stanowi ona jeden z najważniejszych i najciekawszych fragmentów Encykliki papieskiej. Autor ubolewa nad losem człowieczym i zaznacza, że ludzie, szczególnie ubodzy i niepełnosprawni, nie są odpowiednio zadbani i chronieni. Są tacy, którzy nie są jeszcze potrzebni (np. dzieci nienarodzone) i tacy, którzy nie są już potrzebni (np. starsi). Prawa człowieka nie są równe dla wszystkich – ludzie są odrzucani i wykluczani, następuje nawrót rasizmu.
Część społeczności żyje w dostatku, a reszta (większość) w ubóstwie. „Kobiety są biedne w dwójnasób”. Słowa Papieża w kwestiach społecznych mają obecnie o wiele większe znaczenie i donośniejszą wymowę niż kiedyś, gdyż dotyczą ogromnej masy ludzkiej zasiedlającej Ziemię (już prawie ww. 8 mld.!) oraz wielkich nierozwiązanych, stale narastających problemów i trudności, na jakie człowieczeństwo napotyka w naszych czasach.
Bardzo trafnie Ojciec św. zwraca uwagę na gigantyczny paradoks cywilizacyjny współczesności, a mianowicie: dokonywane są wielkie odkrycia i osiągnięcia naukowo – techniczne, ale narasta zepsucie moralne wśród ludzi. Tymczasem postępowi naukowo – technicznemu powinno towarzyszyć zwiększenie sprawności i integracji społecznej, a jednak pogłębia się rozłam pomiędzy poszczególnymi jednostkami a całą społecznością ludzką. Pandemia zaświadcza wszakże, iż nikt nie jest w stanie ocalić się sam (samodzielnie).
Jako więźniowie świata wirtualnego, ludzie zatracili gust i poczucie smaku rzeczywistości. Zanika prawo do prywatności – wszystko staje się jawnym spektaklem i widowiskiem. Zwiększa się pogarda dla słabych i dla biednych, brak szacunku dla drugiego człowieka oraz niedosyt kontaktów międzyludzkich. Połączenia cyfrowe (internetowe) nie wystarczają do budowania mostów i do jednoczenia ludzkości. Nasila się agresja, obelgi, słowne biczowanie innych osób, aż do ich całkowitego zniszczenia (+ rozmaite patologie, samobójstwa itp. – s.sz.)
Widoczna jest, w szczególności, ekspansja agresywności w tzw. mediach społecznościowych i w systemach komputerowych (internetowych). Szerzy się bezkarność i fałszywa informacja (fake news) oraz manipulacje, maskowanie wszystkiego, uprzedzenia, nienawiść, brak kontaktów, ksenofobia oraz pogarda wobec słabych i biednych. Ale świat jest ciągle głuchy i pędzi naprzód na oślep.
Jednak niepozorne kliknięcia stanowią poważne zagrożenie dla sensownej (mądrej) łączności międzyludzkiej. Bowiem lawina (zalew) informacji nie oznacza bynajmniej większej mądrości ludzi. W tej sytuacji, wolność staje się iluzją. Dlatego trzeba przemyśleć ponownie styl i sens naszego żywota oraz, np., rozwiązać problemy związane z pracą. Bowiem doraźne wsparcie finansowe nie wystarcza; trzeba zapewnić godne życie ludziom właśnie poprzez pracę. Pandemiczne zawołanie: „ratuj się, kto może” przełoży się niechybnie na hasło: „wszyscy przeciwko wszystkim”. To byłoby gorsze niż sama pandemia – ostrzega Papież.
Jest wszakże nadzieja, że „Bóg zasieje ziarno dobra na niwie ludzkości”, czego potwierdzeniem już jest, np., wzrastająca z wolna ofiarność i poświęcenie ludzi w obliczu pandemii.
Autor poświęca dość dużo uwagi kwestiom uchodźców („otwierajcie granice…” i okazujcie solidarność) oraz sprawom życia rodzinnego. Zaznacza, że – w kwestii uchodźców, takie uczucia jak: radość i nadzieja, smutek i lęk oraz gościnność i miłość (miłosierdzie) były także udziałem i znamieniem uczniów Chrystusa.
Dopóki nie zostaną stworzone imigrantom odpowiednie warunki życia i rozwoju na miejscu (w kraju ojczystym), dopóty trzeba będzie ułatwiać im i ich rodzinom znalezienie odpowiedniego miejsca egzystencji gdzie indziej. Należy, przeto, ich przyjmować, chronić, promować i integrować oraz wydawać im wizy i przyznawać obywatelstwo, upraszczać rygorystyczne procedury itp. A tymczasem populiści i liberałowie domagają się ograniczenia napływu imigrantów oraz skali udzielanej im pomocy.
Za tym żądaniem i zjawiskiem kryje się jednak mnogość „rozdartych istnień ludzkich”. Natomiast trzeba przeciwstawiać się handlowi żywym towarem (ludźmi). Istnieje też potrzeba ustanowienia globalnego ustawodawstwa ws. imigracji z zapewnieniem wolności religijnej dla wyznawców wszystkich religii.
Takie są radykalne i daleko idące propozycje papieskie w sprawach społecznych, szczególnie imigracji. Łatwo to mówić Szefowi maleńkiego i wspaniałomyślnego państwa watykańskiego, które raczej nie przyjmuje imigrantów.
Słabości gospodarcze :
Ciekawe, acz relatywnie najkrótsze, są też rozważania Papieża w kwestiach ekonomicznych. Autor podkreśla, iż niektórym decydentom wydawało się, że zdobycze postępu naukowo – technicznego i ich praktyczne zastosowania doprowadzą do obniżenia „kosztów ludzkich” w produkcji towarów i usług. Inni zaś spodziewali się, że „wolny rynek wystarczy”. Tak się jednak nie stało.
Bowiem samo proklamowanie wolności gospodarczej, kiedy ludzie nie mogą z niej korzystać (np. z powodu braku pracy itp.) jest pełne sprzeczności, gdyż takie kategorie jak: wolność, demokracja i braterstwo zostają pozbawione sensu. Co więcej, jeżeli prawa każdego człowieka nie są podporządkowane większemu dobru powszechnemu, to wówczas traktuje się je jako prawa bez ograniczeń, które stają się zaczynem konfliktów i przemocy. Po zakończeniu pandemii, najgorszym rozwiązaniem byłoby wpadnięcie w „gorączkę konsumpcyjną” i w nowe formy egoizmu gospodarczego. Tym bardziej, że wielkie szkody wyrządzone środowisku naturalnemu przez człowieka odbijają się na nim samym. Przecież nadmierna eksploatacja i wyczerpywanie zasobów naturalnych może prowadzić do nowych wojen.
Niektóre państwa rozwinięte pod względem gospodarczym prezentowane są jako wzorce dla krajów rozwijających się i zacofanych oraz nie starają się o to, aby każdy z tych krajów rozwijał się we właściwym dla siebie stylu. Co gorsza, kraje zacofane „kopiują i kupują”, a same nie tworzą (nie wytwarzają).
Jest to wyrazem ich niskiej samooceny, a państwom rozwiniętym łatwiej jest w ten sposób zapanować nad słabszymi. Po II światowym kryzysie gospodarczym (od 2007 r.) strategie rozwojowe zostały ukierunkowane na większy indywidualizm, na większą dezintegrację i na większą wolność (swobodę) dla zamożnych. A przecież żadna grupa społeczna nie jest wszechmocna i upoważniona do deptania godności i praw ludzi należących do innych grup społecznych.
Wojna i pokój :
Jak było do przewidzenia, problematyka ta zajmuje poczesne miejsce w Encyklice – podobnie jak w wielu wcześniejszych homiliach papieskich. Papież potwierdza po raz kolejny, iż jest zdecydowanym przeciwnikiem wojen i zwolennikiem pokoju wiekuistego. Odnoszę wrażenie, że Jego Świątobliwość autentycznie obawia się wybuchu III wojny światowej i pragnie do niej nie dopuścić. Już na wstępie swego Posłania Papież opowiada się przeciwko tzw. „wojnom dialektycznym” – mającym służyć narzucaniu doktryn agresora innym państwom i narodom.
Zamiast tego należy „…przekazywać uczucia miłości Boga”. Papież odwołuje się też od razu do znamiennych doświadczeń i przykładu swego wielkiego patrona – św. Franciszka (1181 r. – 1226 r.), którego imię był przyjął – jako jedyny spośród licznych papieży. Udział w wojnie Asyżu z Perugią (1202 r.), w której św. Franciszek uczestniczył jako młodzieniec oraz jego późniejsze trudne przeżycia odmieniły go całkowicie i doprowadziły do świętości.
Papież ocenia, iż obecnie trwa już „III wojna światowa w kawałkach”, że pokój globalny utrzymuje się w oparciu o fałszywe przesłanki bezpieczeństwa oraz o strach i o nieufność między ludźmi. Znów pojawia się „kultura wznoszenia murów”. Oto, co Papież powiada o „wojnach sprawiedliwych”: „bardzo trudno jest utrzymać w dobie obecnej kryteria wojen, które wypracowano w minionych wiekach, aby mówić o możliwości „wojny sprawiedliwej”; faktem jest, iż ów, który doznaje krzywdy i niesprawiedliwości musi bronić swoich praw, ale przebaczenie nie oznacza przyzwolenia mu na kolejne wyrządzanie krzywdy.
Należy domagać się sprawiedliwości, aby złoczyńca ponownie nie wyrządzał krzywdy. Prawdziwe pojednanie nie unika konfliktu, ale stara się go rozwiązywać poprzez dialog i negocjacje. Ci, którzy ucierpieli nie powinni domagać się „społecznego przebaczenia”. Nie należy jednak zapominać o takich tragicznych wydarzeniach, jak: Szoah, Hiroszima, Nagasaki, handel niewolnikami, prześladowania ludzi, morderstwa etniczne i in. Bez pamiętania o tym, ludzie nie zdołają kroczyć do przodu.
Przebaczenie nie oznacza zapomnienia i bezkarności, ale bez zaszczepiania uczucia zemsty. Tym bardziej, że nowoczesne bronie masowej zagłady i nowe technologie militarne mogą wymknąć się spod kontroli i uderzą w niewinne osoby cywilne. Tak więc wojna nie może być sensownym rozwiązaniem, bowiem ryzyko, które ona powoduje jest większe niż jej hipotetyczna użyteczność. Współcześnie występuje coraz więcej przeszkód na drodze do pokoju, a widmo wojny jawi się jako stałe (nieustające) zagrożenie.
Tymczasem całościowy rozwój ludzkości powinien dokonywać się bez wojny, a jego podstawę prawną stanowi Karta Narodów Zjednoczonych. „Nigdy więcej wojny” – głosi Papież.
W ostatnich dziesięcioleciach wszystkie wojny były, rzekomo, „usprawiedliwione”. Wprawdzie katechizm Kościoła katolickiego przewiduje możliwość uprawnionej (usprawiedliwionej) obrony z zastosowaniem siły zbrojnej – jako kategorii moralnej; ale nie należy interpretować tego uprawnienia zbyt szeroko – jako uzasadnienia czy usprawiedliwienia dla działań prewencyjnych lub takich, które generują większe zło niż to, które miały zwalczyć (usunąć). W sumie, na współczesnym świecie występują nie tyle „kawałki wojny”, ile trwa „wojna w kawałkach” – z uwagi na silne powiązania pomiędzy krajami.
Każda wojna pozostawia świat w gorszej sytuacji niż w czasach przedwojennych i stanowi porażkę ludzkości i polityki. Odstraszanie nuklearne jest nieadekwatne do wielkości istniejących problemów: terroryzm, tzw. konflikty asymetryczne, bezpieczeństwo informatyczne, środowisko naturalne, ubóstwo społeczne itp. Łatwo można przewidzieć katastrofalne skutki zastosowania broni nuklearnej i innych broni masowej zagłady. Pokój światowy i bezpieczeństwo międzynarodowe nie może bazować na strachu i na fałszywym poczuciu tegoż bezpieczeństwa.
W tej sytuacji wyeliminowanie broni nuklearnej staje się imperatywem najwyższej rangi. Pieniądze przeznaczane na siły zbrojne powinny posłużyć na utworzenie Światowego Funduszu celem finansowania walki z głodem i rozwoju krajów najuboższych. Na zakończenie Encykliki Papież ogłosił, razem z Wielkim Imamem Ahmadem al–Tayyebem, wspólny Apel o pokój, o sprawiedliwość i o braterstwo, z podkreśleniem, iż dialog jest drogą prowadzącą do tego celu. Opublikowana też została stosowna modlitwa do Stwórcy.
Refleksje końcowe :
Skromnemu zjadaczowi chleba, jakim jestem, nie przystoi raczej recenzowanie i ocenianie analizowanego tekstu papieskiego, który stanowi pouczającą syntezę odwiecznych doświadczeń i unikalnej mądrości Kościoła katolickiego, któremu przewodzi Papież Franciszek.
Dlatego też ograniczę się jedynie do przedstawienia kilku najważniejszych wrażeń i odczuć osobistych odniesionych po wielokrotnym przestudiowaniu Encykliki. Po pierwsze, chyba najważniejsze z tych odczuć jest takie, że jej Autor ujął trafnie, zręcznie i obiektywnie, acz z uwzględnieniem pewnej specyfiki teologicznej (religijnej), wszystkie najważniejsze problemy globalne nurtujące i dręczące współczesne człowieczeństwo oraz ukazał racjonalną i uzasadnioną moralnie drogę ku rozwiązywaniu tych problemów.
Teraz kolej na decydentów politycznych, międzynarodowych i krajowych, aby wysłuchać ocen i rad papieskich oraz uwzględnić je w praktyce. Przywróciłoby to ufność i nadzieję ludzi na lepszą przyszłość oraz na przetrwanie rodzaju ludzkiego i na obronę życia na Ziemi.
Po drugie, jeszcze w czasach studenckich byłem umiarkowanym zwolennikiem pozytywnego uniwersalizmu – w naiwnie prostym przekonaniu, że wszyscy ludzie stanowią, de facto, jeden wielki naród, któremu wystarczyłby jeden prezydent, jeden rząd, jeden parlament i wszelkie inne niezbędne instytucje – także po jednej w swoim rodzaju. Oszczędności byłyby ogromne, a ideały pokoju, rozwoju i doczesnego szczęścia obywateli byłyby znacznie łatwiejsze do urzeczywistnienia.
Dostojnik w formacie Papieża, z ogromną wiedzą i doświadczeniem, mógłby zostać wybrany Prezydentem państwa Ziemia – jako autentyczny przyjaciel i opiekun jego wszystkich obywateli. Świat poszedł jednak w odwrotnym kierunku i dlatego zapłacił niewyobrażalnie ogromną cenę za ten historyczny błąd – chyba już nie do naprawienia.
Po trzecie, humanizm, miłosierdzie oraz umiłowanie ludzi (i życia) przebija ze wszystkich strof Encykliki papieskiej. To są walory, których bardzo potrzeba od dawien dawna, ale – w szczególności – w naszych niezwykle trudnych czasach. Encyklika zaświadcza po raz kolejny, iż Papież jest wielkim zwolennikiem obrony godności, praw i równości istot ludzkich oraz rehumanizacji w traktowaniu człowieka przez człowieka, rządzonych przez rządzących, wierzących i niewierzących, kobiet i mężczyzn, białych i kolorowych, biednych i bogatych etc.
Owa powszechna rehumanizacja powinna zastąpić szalejącą dotychczas dehumanizację, która nasiliła się i opanowała świat oraz całe społeczeństwa szczególnie teraz w okresie zwiększonych trudności i znacznego pogorszenia warunków bytowania ludzi (np. Afganistan, Syria, Afryka, a nawet USA). W ślad za Encykliką, należy położyć kres raz na zawsze, w teorii i w praktyce, odwiecznemu zawołaniu „homo homini lapus est”!
Po czwarte, odmiany instytucji globalizacji liczone są już na dziesiątki, jeśli nie na setki. Można powiedzieć, że istnieje już globalizacja wszystkiego.
Papież dodał jeszcze do tego „globalizację miłości (miłosierdzia)” – jako bardzo ważny element rehumanizacji. Zadanie ustanowienia takiej globalizacji jest wszakże niezwykle trudne do urzeczywistnienia, jeśli nie wręcz niemożliwe. Np. jak można, w niedługim czasie, skłonić do miłości: Chińczyków i Amerykanów, Irańczyków, Palestyńczyków i Izraelczyków, Etiopczyków i Egipcjan, Polaków i Niemców, sunnitów i szyitów, terrorystów i antyterrorystów, rasistów i antyrasistów, nacjonalistów i anty nacjonalistów, faszystów i socjalistów itp. itd.
Papież dobrze wie jednak, co czyni stawiając przez wszystkimi zadanie globalizacji miłości. Trzeba przezwyciężyć zadawnione waśnie i spory oraz nienawiść zastąpić miłością. Bez tego bowiem trudno byłoby nawet marzyć o wspólnocie rodzaju ludzkiego i o jego jakościowo lepszej przyszłości.
I wreszcie, po piąte, jestem wręcz zdumiony krytycznym zdecydowaniem Papieża w ocenie neoliberalizmu i jego „dokonań” – ze szkodą dla rozwoju naszej cywilizacji.
Faktycznie, krytyka ta obejmuje kluczowe elementy teorii oraz praktyki liberalizmu i neoliberalizmu, takie jak: wolny rynek, imperium pieniądza (monetaryzm), indywidualizm, panoszenie się bogatych nad biednymi, deptanie demokracji itp. Dramatyczne skutki tego widoczne są dzisiaj gołym okiem. Neoliberalizm, w rękach wielkiego kapitału, jest głównym sprawcą i winowajcą tych nieszczęść.
Pytanie jest takie: jak odebrać neoliberalizmowi jego ww. instrumenty manipulowania ludzkością i czerpania z tego pełnymi garściami. Papież nie daje jednoznacznej recepty na to w swojej Encyklice – chociaż skłania do namysłu. Pewne jest wszakże to, iż bez pozbawienia ortodoksyjnego neoliberalizmu przemożnego wpływu na pomyślny rozwój cywilizacji, rozwój ten nie będzie możliwy.

Nieświęte prawo własności

Dziś będę miał niewiele roboty z pisaniem komentarza, gdyż większa jego część będzie składać się z cytatu. I zagadki: kto to napisał?

„Świat istnieje dla wszystkich, ponieważ my wszyscy, istoty ludzkie, rodzimy się na tej ziemi z taką samą godnością. Różnic koloru, religii, zdolności, miejsca pochodzenia, miejsca zamieszkania oraz wiele innych nie można przedkładać lub wykorzystywać do uzasadnienia przywilejów dla niektórych, kosztem praw wszystkich. Dlatego też jako wspólnota jesteśmy zobowiązani do zapewnienia, aby każdy człowiek żył godnie i miał odpowiednie szanse pełnego rozwoju. (…)
Zasada wspólnego używania dóbr stworzonych przez wszystkich jest „pierwszą zasadą całego porządku społecznoetycznego” i jest to prawo naturalne, pierwotne i pierwszorzędne. (…) Prawo do własności prywatnej może być uznane jedynie za wtórne prawo naturalne i wywodzi się z zasady powszechnego przeznaczenia dóbr stworzonych, co ma bardzo konkretne konsekwencje, które muszą znaleźć odzwierciedlenie w funkcjonowaniu społeczeństwa. Często jednak zdarza się, że prawa wtórne stawiane są ponad prawa priorytetowe i pierwotne, co sprawia, że nie mają one żadnego praktycznego znaczenia”.
To fragment ostatniej encykliki papieża Franciszka „Fratelli Tutti” (o braterstwie i przyjaźni społecznej) z tak mocnym wskazaniem podrzędności statusu własności prywatnej.
Dyżurnych nieprzyjaciół Pana Boga od razu uprzedzam: mam własne zdanie dotyczące roli Kościoła we wspólnocie, udziału w budowaniu niesprawiedliwych społeczeństw i niegodziwości jego funkcjonariuszy. Mam też własne zdanie dotyczące ludzkiej potrzeby wiary. Zróbcie więc 100 przysiadów i dajcie sobie na wstrzymanie.
Z zazdrością jednak konstatuję, że taką właśnie pełną wad i poddawaną słusznej krytyce strukturę stać na podjęcie w najważniejszym dokumencie najważniejszego jej funkcjonariusza próby zmierzenia się z najważniejszymi problemami dygocącego w agonii kapitalistycznego świata. Bowiem kwestia własności i sprawiedliwości społecznej jest obecnie fundamentalna w konstruowaniu obrazu przyszłości, jeśli mamy ocaleć jako gatunek. Zazdrość bierze się stąd, że lewica w moim kraju na razie pęta się w działaniach ważnych, potrzebnych, a jednak obok głównego nurtu stojących przed ludźmi wyzwań. Nie słyszę nic od nikogo o własności, sprawiedliwości, kształcie społeczeństwa. A mamy przecież instytuty, nawet dość zacne, think tanki, spośród których być może dałoby się znaleźć ze dwa, które nie koncentrują się tylko na liczeniu i dzieleniu grantów. Nic nie wiem, jaka jest wizja lewicy na najbliższe 30-50 lat. Czego ona chce?
Zamiast tego mam przedstawiciela jednej z najbardziej zasłużonych partii lewicowych, który bez cienia wstydu mówi, że jest za kapitalizmem i gospodarka rynkową, mam ważne, potrzebne, ale jednak obok, protesty skupiające się na kwestiach tożsamościowych i nieprzekonujące stękania, że chcemy być jak Skandynawia, nie rozumiejąc ani jej historii, ani konstruktu społecznego i mentalności.
Ten lęk przed zmierzeniem się z kardynalnymi zagadnieniami doprowadzi lewicę do samozagłady.

Po co nam – wam to było?

Wszystko można tłumaczyć, także przez niedomówienia, co w przypadku stanu polskiego Kościoła nie zbliża do prawdy, a tym bardziej do optymistycznych wniosków.

Tytuł tego felietonu pochodzi z wypowiedzi Józefy Hennelowej w marcowym wydaniu miesięcznika „Kraków” pt. „W Kościele jest dziś trudno”, w której zastanawia się i zadaje szereg pytań dotyczących położenia, kondycji i wizji Kościoła w Polsce, także od zarania III RP. Hennelowa była związana z „Tygodnikiem Powszechnym” od 1948 do 2002 roku, również jako zastępca redaktora naczelnego Jerzego Turowicza. Autorka licznych publikacji i książek, aktywna działaczka opozycji w latach PRL, wreszcie dwukrotnie posłanka na Sejm od 1989 roku. Wraz z całą formacją tego tytułu zaliczana do tzw. kościoła otwartego. Jej wieloletnia znajomość z najważniejszymi hierarchami, nie wspominając już o licznych spotkaniach z kardynałem Karolem Wojtyłą, a później z papieżem Janem Pawłem II rodziła nadzieję na interesującą, pogłębioną wypowiedź.
Koncepcja wielkiej Polski katolickiej

„To właściwie powrót do wizji prymasa Wyszyńskiego z tak zwanych ślubów jasnogórskich… w 1956 roku…Potem z tego się zrodziło Millennium roku 1966. To był wtedy program Polski zawsze katolickiej… prymas…postrzegał ten koncept jako działanie masowe, wielkie przeżycia, koniecznie manifestacyjną, zbiorową, ludową pobożność. Teraz Kościół zdaje się spodziewać, że to wszystko zrealizuje wespół z obecną władzą.”
Stefan Wyszyński, doświadczony latami stalinizmu i państwową indoktrynacją światopoglądową oraz szeregiem ograniczeń w stosunku do Kościoła, przyjmował zapewne bez entuzjazmu rozdział kościoła od państwa, ale jednocześnie cenił tą wartość, którą stanowiło nawet ówczesne polskie państwo, troszcząc się wielokrotnie o jego dalsze losy i apelując m. in. o umiar w gorących dniach sierpnia 1980 roku.

W kolejnych latach, jeszcze PRL-u, a następnie III RP, w zasadniczo odmiennych warunkach, sytuacja Kościoła uległa pełnemu unormowaniu, co wcale nie przeszkodziło mu już w demokratycznym ustroju wkroczyć – i maszerować nadal – na wojenną ścieżkę klerykalizmu, przyczyniającego się w swej istocie także do ruiny niezależnego światopoglądowo państwa.
„zwieńczeniem owego mariażu Kościoła z władzą mają być nie tylko spotkania z papieżem czy masowe zjazdy młodzieży. Ma widać wyraźną nadzieję, że katolicyzm wprowadzi się do struktur prawnych państwa. Że powstanie charakterystyczna dla państwa wyznaniowego sytuacja, w której system prawnych nakazów i zakazów będzie zgodny z tym, co według porządku Kościoła jest najważniejsze. W gruncie rzeczy rozpoczęło się od marzenia samego Jana Pawła II – tyle że nie wiemy, jak on dokładnie sobie to wyobrażał…”

O Janie Pawle II

„Papież…przecież stale powtarzał, że zasada, by nie wprowadzić sacrum do życia społecznego i państwowego, to błąd. Że żadna neutralność! Tymczasem sacrum w życiu państwowym oznacza przecież dążenie do wpływu na struktury prawne czy organizacyjne…

Papież do tego dodał wizję, czym się kończy demokracja bez wartości. A myśmy nie podjęli dyskusji, co to znaczy – bo przecież z papieżem się nie dyskutuje. Tymczasem w gruncie rzeczy demokracja sama w sobie jest przecież właśnie oparta na wartościach.”

Brak sprzeciwu wobec tych doktryn Hennelowa tłumaczy: „Dopiero niedawno pojawiła się kompletnie nowa jakość – zgoda na to, że się obecnego papieża zaczyna się krytykować i to w sposób zasadniczy.” To prawda, bohaterstwa nie wymaga dziś krytyka papieża Franciszka i jego progresywnych działań zaś odwagi i sprzeciwu zabrakło w ocenie konserwatywnych poczynań Jana Pawła II, co tylko dowodzi, który z tych ideologicznych wyborów zawsze jest bliższy Kościołowi.

„Franciszek ma kłopoty…w Watykanie przeciwników także wśród tych, których odstawił od władzy…Także Jan Paweł II nie miał wątpliwości, że tam są silne układy. Tyle, że kiedy zdał sobie sprawę, że już ich nie pokona, to skupił się na podróżach, a tym się nie zajmował.”

Jest to jakiś sposób wyjaśnienie postawy ówczesnego papieża, acz odległy od logiki rządzenia i koniczności zaprowadzenia porządku we własnej owczarni, nie uwzgledniający nadto wielkich politycznych ambicji Jana Pawła II, niepozbawionych wątpliwych ocen, kontaktów i preferencji w tej jego międzynarodowej aktywności.

„Zastanawiam się jednak, że może kiedyś się przebije to, na czym mu naprawdę zależało. Ale na razie robimy głupio, stawiając mu te setki pomników. Zresztą on sam powinien od razu zaprotestować. Tymczasem jak pojawił się pierwszy monument, to zamiast powiedzieć: „Żeby mi to było ostatni raz!”, przyjął to z wyrozumiałością. Owszem, może nie chciał robić przykrości ludziom. Bo, choć jeden pomnik jest brzydszy od drugiego, to stawiali je z miłości.”

Abstrahując od powszechnej zasady stawiania pomnika dopiero po śmierci upamiętnianej osoby, także od przykładów budowania pomników osobom żyjącym lecz o bardzo podejrzanych zasługach, zdumiewa opisana i usprawiedliwiona wyrozumiałość papieża, a jeszcze bardziej powód powszechnego pojawienia się tych monumentów. Za życia JP II było ich w Polsce już 230, dziś ta liczba zapewne zbliża się do 1000 i tylko naiwność, bądź usilna chęć wytłumaczenia innym i sobie, sprowadza się do argumentu „miłości”.

Po co nam to było

„Myśmy od początku to robili. Jest zastanawiające, dlaczego? I po co lewym sposobem! Zaczynając od Tadeusza” [Mazowieckiego – Z.T.].

Wprowadzenie z naruszeniem prawa u początków III RP nauki religii do szkół – „dlaczego wszystko w kwestii lekcji religii ma być załatwiane administracyjnie – łącznie z tym, że absolutnie nie wolno dyskutować o programie, liczbie godzin lekcyjnych i o tym, kto ma być katechetą.”
Podpisanie konkordatu – „przez premier Hannę Suchocką – i to w czasie, kiedy już nie było Sejmu, bo był rozwiązany za głosowanie właśnie przeciwko niej. Więcej, znalazło się w konkordacie kilka wpadek…ale nic już się nie dało zrobić, bo podpisany dokument międzynarodowy nie może mieć zmienionej ani litery.”

Hipokryzja w postaci manifestowania przywiązania do Kościoła w sytuacjach publicznych – „Owszem, można autentycznie wykazywać pobożność. Ale niekoniecznie trzeba ją eksponować i demonstrować. Zwłaszcza gdy jest się w pierwszym rzędzie i w obiektywach kamer.”
Aktualnie sprawa aborcji – „Kościół znowu postawił ją jako problem numer jeden, i to w sposób zdecydowany, że musi sobie szybko załatwić nową ustawę o ochronie życia poczętego… Czyli – wprowadzenie pełnego zakazu aborcji. Wygląda na to, ba – niektórzy mówili to wprost, że to właściwie jedyna rzecz, którą trzeba zrobić w kraju, żeby on się mógł nazywać się katolicki. A jak to będzie wykonywane – mniejsza. Mniej ważne jest, czy ludzie będą tego przestrzegali, czy będą udawali, że się stosują – sam zapis ma wystarczyć. Podobnie jest zresztą z różnymi innymi zakazami.”

W tle tych wydarzeń „był pogląd, że Kościołowi w Polsce należą się nie tylko zwykłe prawa, ale szczególne przywileje za walkę z komunizmem.”
I jeszcze – „Bardzo Polska została podzielona, bardzo. Straszliwie. Za chwileczkę będzie następny krok i się okaże, że jednak Polska wielka, narodowa, katolicka. Nie daj Boże.”

Po co Wam i nam to było, i nadal trwa?

Po co Kościołowi, któremu jest dziś trudno i to, jak ze słów redaktor Hennelowej wynika, nie z powodu jakoby laicyzacyjnej fali płynącej z Zachodu. Po co nam obywatelom, którym jest równie ciężko, gdyż to dzięki doktrynie wojującego klerykalizmu, realizowanej z tak wielką determinacją przez katolickich hierarchów i spolegliwe polityczne władze, Polska przestała być demokratycznym państwem prawa zamieniając się w strzęp jego tekturowej namiastki.

Na początku wywiadu

Hennelowa występuje jako polityk: „faktycznie istniała warstwa ludzi, którym my, reformując kraj, odebraliśmy poczucie bezpieczeństwa dawane im pozornie przez PRL.” Z powyższego wynika, że jeżeli coś odebrane zostało, to wcześniej musiało mieć miejsce. Mogło istnieć, co równie ważne, tylko w zbiorowej świadomości, ale i w rzeczywistości. W omawianej sytuacji zaistniały te dwie możliwości, o czym świadczą tony atramentu i tonerów, nie mówiąc już o drukarskiej farbie, którymi dowodnie powyższy zabór wielu poważnych autorów już dawno udowodniło. Można oczywiście dyskutować o granicach bezpieczeństwa w okresie Polski Ludowej, ale zaprzeczanie woła o pomstę do Boga.

Później jako członek byłej, jak się okazało niedemokratycznej, opozycji stwierdza: „premier [Mazowiecki – Z.T.] znajdował się między tymi różnymi jeszcze nieodprawionymi potworami”, zupełnie zapominając, że skład tego rządu, i szerzej układu politycznego, był konsekwencją obrad Okrągłego Stołu, w których uczestniczył jej redakcyjny szef Jerzy Turowicz, nie wspominając już o przedstawicielach strony kościelnej. A rzeczywistych, nieodprawionych potworów mieliśmy i mamy nadal w rządach postsolidarnościowych w nadmiarze.

Do coraz częstszych

publicznych, odważnych i krytycznych wypowiedzi o rzeczywistych przyczynach stanu i przyszłości naszego obywatelskiego dobra – państwa – nie wpisuje się prasowa rozmowa z Józefą Hennelową. Szerokim łukiem omija coraz częściej akceptowany wniosek, że nie tylko za kondycję polskiego Kościoła, ale także za stan spraw publicznych i państwowych, ponosi odpowiedzialność Episkopat i hierarchowie. Mówi nawet o tym pośrednio, ale nie chce tego wiedzieć – przyjąć do wiadomości i jasno określić, aby towarzysko nie narazić się, albo nienawykła kalać własnego gniazdo ? Za dużo w tej wypowiedzi niedomówień, niewyjaśnionych wyjaśnień, wreszcie absolutnej bezradności i kiedyś, i dziś.

Temat jest ciągle aktualny

i będzie powracał w opracowaniach pozbawionych takich niedomowień, natomiast dogłębnie wyjaśniających przyczyny postępowania polskiego rzymsko-katolickiego Kościoła, gdyż dotyczy to w równej mierze każdego obywatela – osób wierzących i niewierzących. Sprawy Kościoła – jego dostojników i zwykłych księży, podobnie jak rola i ocena poczynań Jana Pawła II przestały być wreszcie tabu i podlegają powszechnej, publicznej debacie i ocenie.

Czy i jak Synod dla Amazonii zmienił oblicze kościoła katolickiego?

Synod dla Amazonii, do którego papież Franciszek przykładał szczególną wagę, trwał w Watykanie od 6 do 27 października 2019 r. Jak wyjaśnił sam papież: „został powołany, aby odnaleźć nowe drogi i ukazać amazońskie oblicze Kościoła, a także by odpowiedzieć na sytuacje niesprawiedliwości w tym regionie”. Trzytygodniowe obrady odbywały się pod hasłem „Amazonia: nowe drogi dla Kościoła i ekologii integralnej”.

Obrady synodu zostały otworzone procesją amazońskich tubylców, którzy na Plac św. Piotra wnieśli indiańską kanoę symbolizującą łódź św. Piotra. Indios w pióropuszach na głowach modlili się razem z Ojcem Świętym w San Pietro i uczestniczyli w obradach wraz z biskupami. Tak kolorowych, radosnych i symbolicznych scen Watykan jeszcze nie widział. Nie wszystkim się podobało.
W Synodzie dla Amazonii brało udział 184 ojców synodalnych i 80 wysłanników specjalnych, wśród których znalazło się 35 kobiet. Papież podkreślił, że obrady miały cztery wymiary: „ekologiczny, społeczny, duszpasterski i kulturowy”. Ogłosił, że ma zamiar przygotować do końca roku tekst adhortacji, będącej podsumowaniem synodu i nadającej jego ustaleniom moc prawną. Będzie to prawdziwy przełom dla Kościoła.
Synod Biskupów został ustanowiony przez papieża Pawła VI, 15 września 1965 r. poprzez motu proprio (dekret papieski – przp. aut.) „Apostolica sollicitudo”. Jako papieski organ doradczy powstał w kontekście soboru watykańskiego II i wraz z konstytucją dogmatyczną „Lumen gentium” (21 listopada 1964 r.), ma na celu wprowadzenie kolegialności w kwestiach dotyczących życia Kościoła – poprzez wspólną dyskusję biskupów pod przewodnictwem papieża.
Tak dla żonatych księży diakonów
Nad dokumentem końcowym Synodu dla Amazonii liczącym aż 120 punktów głosowało 185 prałatów i wszystkie punkty zdobyły wymaganą większość 2/3 głosów.
Najbardziej gorący był punkt 111 mówiący o możliwości „wyświęcania mężczyzn – odpowiednich i uznanych przez wspólnotę – którzy będą mieli owocny diakonat stały i otrzymają właściwe przygotowanie do kapłaństwa, mając rodzinę prawnie założoną i trwałą”. Oznacza on otwarcie się Kościoła kat., na żonatych księży diakonów, podkreślając jednocześnie wartość celibatu kapłańskiego. Jest to nowość w stosunku do dyskusji na temat tzw. viri probati (wypróbowanych mężczyzn) – czyli starych mężczyzn prezbiterów, żonatych lub wdowców, trwającej od czasu soboru watykańskiego II. Już podczas światowego synodu w 1971 r., aż 40% biskupów opowiedziało się za dopuszczeniem do święceń żonatych viri probati. Uznano jednak wtedy, że sprawa jeszcze nie dojrzała. W 2007 roku na Konferencji Episkopatu Ameryki Łacińskiej i Karaibów biskupi znów chcieli o tym problemie rozmawiać, ale reprezentant Watykanu oznajmił, że nie jest to odpowiednie miejsce ani czas. Dopiero w 2017 r., papież Franciszek wrócił do tematu i postanowił postawić sprawę na Synodzie dla Amazonii. Za otwarciem na żonatych księży diakonów głosowało 128 biskupów, przeciw 41. To punkt, który miał największą ilość „non placet” – czyli głosów przeciwnych.
W regionach Amazonii wspólnoty wiernych są odwiedzane przez księdza raz na kilka lat. Na jednego duchownego przypadają tam dziesiątki wiernych, którzy pełnią różnorakie funkcje w Kościele. Ameryka Łacińska stała się dziś epicentrum globalnego kryzysu katolicyzmu. Obok spadku powołań, kolejną kwestią jest konkurencja ze strony innych religii – protestantyzmu, a przede wszystkim pentekostalizmu. Problem Ameryki Łacińskiej narastał od lat, potrzebny był jednak papież z tego kontynentu, aby go zrozumieć.

Amazonia a sprawa kobiet

Na Synodzie dla Amazonii mowa była również o diakonacie kobiet. Uczestnicy synodu opowiedzieli się za wznowieniem prac komisji powołanej przez Franciszka w 2016 roku do przedyskutowania tej kwestii. Punkt 103 dokumentu końcowego zauważa, że w licznych konsultacjach, które odbyły się w Amazonii została uznana za fundamentalną dla katolicyzmu rola zakonnic i kobiet pełniących ważne funkcje we wspólnotach wiernych. W wielu konsultacjach zabiegano o stały diakonat dla kobiet i z tego powodu to był drugi ważny temat podczas tego synodu. Już w 2016 r. papież Franciszek utworzył „Komisję do spraw diakonatu kobiet”, która stwierdziła, że istniał on w pierwszych wiekach Kościoła i mógłby się odrodzić. Bergoglio w tej sprawie został jednak wyhamowany przez wewnętrzną opozycję.
Na Synodzie dla Amazonii w Watykanie nie zabrakło scen wymownych i symbolicznych, „Skończmy z tym maskulizmem! Pora aby kobiety też głosowały!” – powiedziała podczas konferencji prasowej siostra Birgit Weilr z Kongregacji Misyjnej Sióstr Szpitalnych, współpracująca z Komisją ds. Działań Społecznych Konferencji Episkopatu w Peru. Na obrady w Watykanie zostało zaproszonych 35 kobiet, co stanowi zaledwie 7.5% wszystkich uczestników, choć ponad połowa wiernych katolickich to kobiety…
„Jesteśmy wdzięczne papieżowi za wszystkie gesty, które uczynił wobec kobiet. Mamy oczywiście nadzieję, że podczas tego pontyfikatu przynajmniej przełożone zakonów będą miały prawo głosu, tak jak duchowni płci męskiej – w końcu papież Franciszek przypomniał, że do głosowań w kwestiach ważnych dla Kościoła nie są wymagane święcenia kapłańskie. Gdy bracia głosują w jakiejś sprawie, te same sprawy dotyczą sióstr.” – mówiła siostra Birgit.
Dokument końcowy Synodu dla Amazonii mówi o „kobietach będących ofiarami przemocy fizycznej, moralnej i religijnej, w tym o kobietobójstwie”, a następnie prosi o rewizję motu proprio Pawła VI, aby również odpowiednio przygotowane kobiety mogły wykonywać posługę diakońską: „W nowych kontekstach ewangelizacji i duszpasterstwa w Amazonii, gdzie większość wspólnot katolickich prowadzona jest przez kobiety, prosimy o utworzenie ustanowionej posługi „wiodącej wspólnoty żeńskiej”, która da jej uznanie w służbie zmieniających się potrzeb ewangelizacji i dbałość o wspólnotę”.
W przemówieniu końcowym zamykającym Synod dla Amazonii, papież Franciszek oświadczył, że wznowi prace „Komisji do spraw diakonatu kobiet” i że Kongregacja Nauki Wiary ma za zadanie zgłębić sprawę stałego diakonatu kobiet, który istniał w początkach Kościoła.
Co papież Franciszek zrobił do tej pory dla kobiet? Mało – pomimo szczerych chęci… Liczą się jego dwa ważne gesty: decyzja o tym, że kobiety z grzechu aborcji nie muszą spowiadać się jedynie u biskupa oraz wyniesienie Marii Magdaleny do rangi „Apostoła wśród Apostołów” i oficjalne uznanie jej święta.
Na soborze watykańskim II dyskutowano o kapłaństwie kobiet. Papież Jan Paweł II zamknął tę dyskusję, a Benedykt XVI zakończył ją definitywnie uznając, że dla kobiet droga do kapłaństwa jest niemożliwa. Od tamtego czasu w gronie intelektualistek i teolożek katolickich toczy się debata na temat roli kobiet w Kościele katolickim: czy mają one aspirować do kapłaństwa ulegając klerykalizacji, czy też stanowią antidotum na klerykalizm katolicki, oferując kobiecą wizję władzy. „Feminizm katolicki?” – istnieje i ma się coraz lepiej w epoce ruchu Me Too, gdy obok pedofilii klerykalnej drugą plagą Kościoła są nadużycia (nie tylko) seksualne na zakonnicach. W Polsce jednak – gdzie jedynym dopuszczalnym wzorem żeńskiego katolicyzmu jest Kaja Godek – o tych sprawach się milczy.
Za punktem 103 dotyczącym diakonatu żeńskiego głosowało 137 biskupów, a 30 było przeciwnych.

Amazonifikacja Watykanu

Kolejnymi punktami, które wzbudziły lekki opór były te dotyczące „rytuałów amazońskich” (116,117. 118 i 119) i koncentrujące się na stworzeniu „katolickich obrzędów ludów tubylczych”. „Musimy dać autentycznie katolicką odpowiedź na prośbę społeczności amazońskich o dostosowanie liturgii poprzez wzmocnienie wizji świata, tradycji i symboli oraz oryginalne obrzędy, które obejmują wymiar transcendentny, wspólnotowy i ekologiczny” – głosi punkt 116. „W Kościele katolickim istnieją 23 różne obrzędy, co jest wyraźnym znakiem tradycji, która od pierwszych stuleci próbowała inkulturować treść wiary i jej celebrację poprzez język, który jest jak najbardziej spójny z tajemnicą, która ma być wyrażona” – głosi punkt 117. „Konieczne jest, aby Kościół w swojej niestrudzonej pracy ewangelizacyjnej działał tak, aby proces inkulturacji wiary wyrażał się w najbardziej spójnych formach, aby można go było celebrować i przeżywać także w językach właściwych ludom amazońskim. Należy pilnie utworzyć komitety do tłumaczenia i opracowywania tekstów biblijnych i liturgicznych na języki różnych miejsc (…) Należy zachęcać do muzyki i śpiewu, które są akceptowane i wspierane przez liturgię” – głosi punkt 118. „Nowy organizm Kościoła w Amazonii musi powołać kompetentną komisję do studiowania i dialogu, zgodnie z obyczajami oraz tradycjami ludów przodków, mającą na celu opracowanie rytuału amazońskiego, który wyraża liturgiczne, teologiczne, dyscyplinarne i duchowe dziedzictwo Amazonii” – głosi punkt 119.
Jednym słowem – aby ratować dusze amazońskich tubylców i zapobiegać kryzysowi katolicyzmu w tych regionach, pora skończyć z modelem kolonializmu w filmowym stylu „Misji” w reżyserii Rolanda Joffé, i przyozdobić się w tubylcze piórka oraz przyswoić synkretyzm religijny.
Na tydzień przed zakończeniem obrad Synodu dla Amazonii miał miejsce dziwny epizod. Z kościoła Santa Maria in Traspontina przy Watykanie, na Via della Conciliazione zostały skradzione figurki amazońskie wystawione tam w ramach manifestacji religijnej „Amazonia wspólny dom” i wyrzucone do rzeki Tyber. Całe zdarzenie nagrano telefonem i pokazano na YouTube. Wśród rzeźb tubylczych znajdowała się tzw. „Pachamama” – czyli symboliczne przedstawienie Matki Ziemi. Policja włoska wyłowiła figurki z rzymskiej rzeki, a papież Franciszek przeprosił ludy tubylcze za brak szacunku, jaki spotkał je w Wiecznym Mieście.
Sprawa wzbudziła trochę zamieszania, jakie starała się napompować polska prasa ultrakatolicka. Portal PCh.24 opublikował nawet „mocny list otwarty bp. Athanasiusa Schneidera, poświęcony sprawie obecności w Watykanie amazońskich figurek „Pachamamy”. Można w nim przeczytać: „4 października 2019 r., w wigilię rozpoczęcia Synodu Amazońskiego, w Ogrodach Watykańskich, w obecności papieża Franciszka oraz niektórych biskupów i kardynałów, miała miejsce ceremonia religijna, której częściowo przewodniczyli szamani i podczas której zostały użyte symboliczne przedmioty, a w szczególności drewniana rzeźba nagiej, ciężarnej kobiety. Takie podobizny są znane i należą do rdzennych rytuałów plemion amazońskich, konkretnie służąc kultowi tak zwanej Matki Ziemi, Pachamamy. W kolejnych dniach drewniane, nagie figurki kobiece czczone były również w Bazylice św. Piotra, przed grobem świętego Piotra. Papież Franciszek powitał również dwóch biskupów niosących na ramionach figurę Pachamamy i udających się z procesją do Sali Synodalnej, gdzie owa figura została ustawiona na honorowym miejscu. Figurki Pachamamy zostały również wystawione na widok publiczny w kościele Santa Maria in Traspontina.
W rzeczywistości tzw. „rytuały amazońskie” na Synodzie dla Amazonii miały około 20 „non placet” na 185 głosów.

Grzech ekologiczny

W dokumencie podsumowującym synod była mowa również o przekazie ekologicznym zawartym w papieskiej encyklice „Laudato si” oraz o potrzebie zdefiniowania „grzechu ekologicznego” jako działania lub zaniechania przeciwko Bogu, przeciwko bliźniemu, wspólnocie i środowisku. Można przeczytać w nim, że Amazonia jest „zranionym i zdeformowanym pięknem miejscem bólu i przemocy. Ataki na przyrodę mają konsekwencje dla życia ludzi. Ten wyjątkowy kryzys społeczno-środowiskowy znalazł odzwierciedlenie w przesłuchaniu przedsynodalnym, w którym uwypuklono następujące zagrożenia dla życia: przywłaszczenie i prywatyzacja zasobów naturalnych, takich jak woda; legalne i nielegalnego wykorzystywanie drewna; polowanie i łowienie drapieżników; niezrównoważone megaprojekty (projekty hydroelektryczne, koncesje leśne, masowe wylesianie, monokultury, infrastruktura drogowa, infrastruktura wodna, kolej, projekty wydobywcze i naftowe); zanieczyszczenie spowodowane przez przemysł wydobywczy i składowiska miejskie; a przede wszystkim zmiany klimatu. Są to realne zagrożenia, które powodują poważne konsekwencje społeczne: choroby związane z zanieczyszczeniem, handel narkotykami, nielegalne grupy zbrojne, alkoholizm, przemoc wobec kobiet, wykorzystywanie seksualne, handel ludźmi, sprzedaż narządów, turystyka seksualna, utrata oryginalnej kultury i tożsamości (języka, praktyk duchowych i tradycji), kryminalizacja i morderstwo przywódców oraz obrońców terytorium. Za tym wszystkim stoją interesy gospodarcze i polityczne dominujących sektorów, przy współudziale niektórych gubernatorów i niektórych autorytetów autochtonicznych. Ofiary to: dzieci, młodzież, kobiety i Matka Ziemia”. Wskazano na konieczność stworzenia w każdym kościele lokalnym i regionalnym obserwatoriów duszpasterskich mających na celu diagnozę konfliktów społeczno-środowiskowych i wsparcie w zapobieganiu im.
Franciszek, odnosząc się do kwestii ekologicznych omawianych na synodzie, przywołał przykład zaangażowania ruchu młodzieżowego, nastolatki ze Szwecji Grety Thunberg i innych. Młodzi ludzie, stwierdził, „mają świadomość zagrożenia ekologicznego, które istnieje nie tylko w Amazonii”.
Jak pisał Tom Phillips w swoim artykule „Kościół na celowniku Bolsonara w związku z Synodem dla Amazonii, opublikowanym w The Guardian i przedrukowanym w Internazionale – ekologiczny charakter synodu wywołał burzę polityczną w Brazylii. Generałowie prezydenta Jaira Bolsonara ostrzegli Kościół, że nie będą tolerować ingerencji w politykę wewnętrzną i szukali poparcia ultrakonserwatystów w Rzymie, związanych z Instytutem Plinio Corrêa de Oliveira.

Opozycja Franciszka

W przeddzień rozpoczęcia Synodu dla Amazonii, 5 października 2019 r., w Hotelu Quiririnale w Rzymie odbył się „antysynodalny” kongres stowarzyszenia katolików świeckich Tradycja Rodzina i Własność (TFP), zorganizowany przez Instytut Plinio Corrêa de Oliveira. Otworzył go modlitwą kardynał Raymond L, Burke, a zamknął kardynał Walter Brandmuller – znani opozycjoniści Franciszka, którzy zasłynęli już z licznych działań wymierzonych w Ojca Świętego.
Wśród uczestników kongresu znaleźli się Julio Loredo (prezes włoskiej TFP), książe Bernard Brazylijski (tytularny następca tronu Brazylii), Jonas Marcolino Macuxí – wódz amazońskiego plemienia Macuxi, klimatolog Luiz Carlos Molion, James Bascon (amerykańska) TFP, José Antonio Ureta (francuska TFP), Roberto de Mattei – historyk i prezes Fundacji Lepanto, i inni.
Podczas kongresu klimatolog Molion zapewnił, że nie istnieje globalne ocieplenie wywołane działaniami człowieka, a ocieplenie w latach 1916-45 było spowodowane przez aktywność słoneczną, a to w latach 1976-2005 zmniejszeniem zachmurzenia i fenomenami takimi jak El Nino, natomiast w przyszłych latach czeka nas ochłodzenie i dłuższe zimy. Mówił również, że Amazonia nie jest zielonym płucem świata, gdyż nie jest niezbędnym źródłem wilgoci dla atmosfery, a sam las zużywa więcej tlenu niż go wytwarza.
James Bascon stwierdził natomiast: “W przeciwieństwie do tego, co wydaje się na pierwszy rzut oka (patrz katastrofy ekologiczne w krajach komunistycznych), komunizm i ekologizm mają wiele wspólnego. Żądają radykalnego egalitaryzmu, odrzucają chrześcijańskie przesłanie, nienawidzą zachodniej cywilizacji, odrzucają własność prywatną w jakiejkolwiek formie, dążą do utopii. Faktyczny współczesny ekologizm można uznać po prostu za bardziej zaawansowaną formę niemal religijnego socjalizmu. Komunizm nie jest martwy, ale żyje w formie ekologizmu. Zielony to nowy czerwony. Ekologizm jest idealnym ucieleśnieniem egalitarnego snu Karola Marksa.” Dodał również, że marksistowska teologia wyzwolenia odradza się dziś w ekologicznej ideologii Amazonii.
Roberto de Mattei krytykując Synod dla Amazonii stwierdził: „Oto nowa religia, która została nam zaproponowana: religia o plemiennej twarzy, która w rzeczywistości jest antyreligijną, bałwochwalczą wizją natury, przed którą musimy prosić Pana o ducha, którym Eliasz zniszczył bożków i pokonał fałszywych proroków. Widzimy, że bożki są mile widziane w Watykanie i wobec tej strasznej perspektywy musimy głośno powtórzyć słowa, którymi Apostołowie sprzeciwiali się tym, którzy prosili ich, aby nie głosili Ewangelii bezpośrednio po śmierci Chrystusa: „Non possumus” – „Nie możemy milczeć na temat tego, co widzieliśmy i słyszeliśmy”.
W kongresie TFP uczestniczyło około dwustu osób. Po takich deklaracjach trudno nie domyślać się kto stoi za wyrzuceniem posążka Pachamamy do Tybru.

Papież Franciszek przewiózł Kościół na drugi brzeg

– Robią dużo hałasu, ale w rzeczywistości pozostała ich już tylko garstka. Opozycja papieża Franciszka wykrusza się. Nie wiadomo czy kard. Brandmuller doczeka konlawe. Synod dla Amazonii był wielkim sukcesem, większość biskupów poparła jego postanowienia. Był to synod naprawdę kolegialny, na którym poruszono kluczowe sprawy dla współczesnego Kościoła: zapobieganie kryzysowi powołań poprzez otwarcie na żonatych księży diakonów, diakonat kobiet i ich rola w Kościele, sprawy ekologii tak ważne dla całego świata i przyszłych pokoleń, kwestia nierówności społecznych i biedy. Kościół jest z Franciszkiem. Cokolwiek by się stało, Franciszek zapewnił sobie już sukcesję na kolejnym konklawe, nominując swoich nowych kardynałów. Bergoglio zmienił Kościół. Nie jest to już Kościół postwojtyłowy. To Kościół franciszkański. – powiedziała nam Elisabetta Piqué, argentyńska dziennikarka i autorka książki “Franciszek. Życie i rewolucja”.
W ciągu sześciu lat Bergoglio nominował 67 nowych kardynałów elektorów, przekraczając limit 120 purpuratów ustanowiony przez Pawła VI. Obecnie kardynałów jest 128, z czego większość to “bergoglianie”. Dzięki sprawnym manewrom politycznym Franciszek zawrócił Kościół postwojtyłowy na drogę soboru watykańskiego II i używając amazońskiej kanoy przewiózł go z prawego brzegu konserwatyzmu na lewy brzeg progresywizmu. Jego rewolucji nie da się już zatrzymać.

Scicluna w Chile

– jak to naprawdę było – rozmowa z Patricią Mayorga

W styczniu 2018 r., podczas pielgrzymki Franciszka do Chile doszło do bezprecednsowych protestów antypapieskich (w tym do podpalenia kościołów), spowodowanych oburzeniem z powodu skandali pedofilskich i ich tuszowania. Papież potępił nadużycia i spotkał się z ofiarami, ale jego odpowiedź na pytania dziennikarzy chilijskich dotyczących biskupa, Juan Barrosa wywołały oburzenie i polemikę: „W dniu, w którym otrzymam dowody przeciwko niemu, wypowiem się. Na razie to oszczerstwa. Czy to jasne?”. Po powrocie do Rzymu papież w liście do biskupów chilijskich napisał: „…popełniłem poważne błędy w ocenie i postrzeganiu sytuacji, zwłaszcza z powodu braku prawdziwych i wyważonych informacji”, przeprosił oraz obiecał spotkać się z ofiarami Karadimy. Przede wszystkim jednak powierzył abp Sciclunie oraz hiszpańskiemu księdzu Jordi Bartomeu zbadanie sprawy. W wyniku tej specjalnej misji Scicluny, cały chilijski episkopat podał się do dymisji. O tym, jak do tego doszło rozmawiamy z Patricią Mayorga, chilijska dziennikarka, korespondentka zagraniczna dziennika „El Mercurio” i wiceprzewodnicząca Światowego Stowarzyszenia Kobiet Dziennikarek (AMMPE).

Agnieszka Zakrzewicz: Sekretarz pomocniczy Kongregacji Nauki Wiary, abp Charles Scicluna w 2018 r., przeprowadził w Chile dochodzenie dotyczące nadużyć seksualnych w tamtejszym Kościele, w wyniku którego cały chilijski episkopat podał się do dymisji. Jak do tego doszło?

Patricia Mayorga: Nikt w Chile, ani ofiary, ani katolicy, ani duchowni nie mogli przewidzieć trzęsienia ziemi, które wywołała pierwsza wizyta abp Charlesa Scicluny. Kiedy papież miesiąc wcześniej odwiedził Chile i pomimo wcześniejszego sceptycyzmu, zdał sobie sprawę, ze strasznej sytuacji jego Kościoła w tym kraju, postanowił powierzyć specjalną misję sekretarzowi pomocniczemu Kongregacji Nauki Wiary oraz katalońskiemu księdzu Jordi Bertomeu.

Czego spodziewano się po tej wizycie?

Początkowo abp Scicluna był przyjmowany nieufnie przez świeckich, którzy nie zostali wysłuchani przez papieża podczas jego wizyty apostolskiej w Chile, prosząc o zdymisjonowanie w diecezji Osorno, miasta w południowym Chile położonego ponad 800 kilometrów od Santiago, biskupa Juana Barrosa, oskarżonego o bycie pasywnym wspólnikiem nadużyć seksualnych popełnianych przez księdza Fernando Karadimę, wydalonego ze stanu kapłańskiego, we wrześniu ubiegłego roku. Biskup Osorno, którego sam Bergoglio postawił na czele archidiecezji w 2015, zawsze zaprzeczał wszystkim oskarżeniom i brał ostentacyjny udział w celebracjach papieskich podczas pielgrzymki Franciszka, co zostało bardzo źle przyjęte przez tamtejszą wspólnotę wiernych. Nikt więc – ani ofiary, ani media, ani niewierzący ani sami katolicy – nie wiązali żadnych nadziei z tą misją.

Co konkretnie wysłannik papieża zrobił w Chile?

W Chile, abp Scicluna przesłuchał setki ofiar nadużyć, a po powrocie sporządził gruby raport, który przedstawił papieżowi Franciszkowi, zawierający długą listę nadużyć seksualnych popełnionych przez duchownych: molestowanie ofiar, przenoszenie winnych z jednej do drugiej parafii bez żadnych sankcji, a także zniszczenie kompromitujących dokumentów przechowywanych w sejfach instytucji religijnych.

Jak papież Franciszek zareagował na to?

Po zapoznaniu się z raportem, w maju 2018, papież powołał do Rzymu całą chilijską Konferencję Episkopatu. Wręczył biskupom dokument mający skłonić ich do refleksji, który był naprawdę surowym oskarżeniem przeciwko chilijskiemu Kościołowi o bycie „elitarnym”, „utratę kierunku drogi”, „odejście od Ewangelii”. Po tym – wszystkich 34 przedstawicieli Episkopatu podało się do dymisji. Podkreślam – to nie papież czy abp Scicluna, zmusił chilijskich biskupów do dymisji. To chilijscy biskupi postawili Bergoglia po raz kolejny w trudnej sytuacji: „jeżeli któryś z nas jest winny, to znaczy, że wszyscy jesteśmy winni”. Nie wzięli odpowiedzialności na siebie, lecz cały problem przerzucili na papieża. Franciszek przyjął siedem rezygnacji. Bergoglio zaprosił do Watykanu ofiary Karadimy – Juan Carlos Cruza, James’a Hamiltona i José Andrésa Murillo, z którymi spotkał się w Domu św. Marty.

Abp Scicluna odbył dwie misje w Chile?

Tak. Po spotkaniu z chilijskimi biskupami, w czerwcu zeszłego roku, papież ponownie wysłał abp Sciclunę i ks. Bartomeu do Chile. Tym razem udali się do diecezji Osorno wraz z nowym biskupem, aby prosić parafian o przebaczenie inercji Kościoła. Przy tej okazji odbyło się szkolenie z duchownymi na Papieskim Uniwersytecie Katolickim, gdzie abp Scicluna powiedział jasno, że proces kanoniczny nie może w żadnym stopniu utrudniać ofiarom dochodzenia praw przed cywilnym wymiarem sprawiedliwości, podkreślił również, że Kościół powinien z nim współpracować w obronie własnych wartości.

Czy Scicluna spotkał się również z cywilnym wymiarem sprawiedliwości?

Podczas tej drugiej podróży, Scicluna spotkał się z chilijskim prokuratorem generalnym, który zwrócił się do Watykanu o raport, opracowany przez papieskiego wysłannika. Sekretarz pomocniczy Kongregacji Nauki Wiary, podkreślił, że współpraca z krajową prokuraturą jest dla Watykanu bardzo ważna, aby dać pozytywny sygnał, że nadużycia na małoletnich to nie tylko przestępstwa kanoniczne, ale także karne.

Jak te wszystkie wydarzenia zmieniły Chile?

Jak już powiedziałam, to było prawdziwe trzęsienie ziemi. W chilijskim Kościele podniosła się świadomość krzywdy wyrządzonej ofiarom i wiernym oraz pojawiła się wreszcie chęć zadośćuczynienie. To przynajmniej oficjalnie. Prawdziwa, szczera przemiana to jednak długi proces. Efektem tego wszystkiego jest na pewno postępująca laicyzacja społeczeństwa, które poprzez skandal nadużyć w Kościele, odwróciło się od niego.

Papież trolluje Trumpa?

W ciągu ostatniego kwartału tysiące emigrantów dotarły do Meksyku przebywszy ponad 4 tys. km. z Hondurasu, Salwadoru i Gwatemali. Uciekają przed przemocą i biedą, mają nadzieję na lepsze życie w USA. Granica pozostaje dla nich jednak zamknięta.

W ubiegłym roku do Meksyku dotarło sześć gigantycznych migranckich karawan, łącznie ponad 75 tys. ludzi. Niemal wszyscy zostali na swój sposób uwięzieni w strefie przygranicznej. Działacze organizacji humanitarnych i kościół katolicki starają się zapewnić im elementarne warunki do egzystencji. Sytuacja staje się jednak coraz trudniejsza.
To właśnie w kontekście dużego zaangażowania meksykańskiego kościoła katolickiego papież Franciszek zdecydował o przekazaniu pół miliona dolarów amerykańskich na rzecz 16 diecezji, które są najbardziej obciążone wspomaganiem emigrantów.
Strukturalnie biorąc pieniądze te mają zostać spożytkowane w ramach 27 projektów na rzecz wsparcia migrantów, które realizowane są przez kościół i organizacje z nim współpracujące. 13 takich projektów zostało już zatwierdzonych przez Watykan. Jak informują tamtejsze źródła środki przekazane zostały już diecezjom Cuautitlán, Nogales,, Mazatlán, Querétaro, San Andrés Tuxtla, Nuevo Laredo i Tijuana. Kolejne 14 projektów jest w trakcie ewaluacji.
Przypomnijmy, że papież Franciszek ostro wypowiadał się przeciwko polityce „wznoszenia murów” – „Rządy, które wznoszą mury same staną się więźniami murów, które zbudowały”. Słowa te papież wypowiedział po zakończeniu wizyty w Maroku odpowiadając na pytanie dziennikarza dotyczące specjalnych ogrodzeń i ścian na granicy amerykańskiej i hiszpańskiej. Dodał też, że „budowniczowie ścian na granicach sieją jedynie strach”.

Głos lewicy

Czy papież przejdzie na weganizm?

Zastanawiają się obrońcy praw zwierząt z Otwartych Klatek:
„Już za chwilę środa popielcowa – dzień, w którym według prawa kanonicznego katolicy powinni powstrzymać się od jedzenia mięsa. Papież Franciszek otrzymał propozycję pójścia o krok dalej i zrezygnowania ze wszystkich produktów odzwierzęcych na okres Wielkiego Postu. Jeśli się zgodzi, wybrana przez niego organizacja charytatywna otrzyma milion dolarów.
Za inicjatywą stoi zajmująca się promocją diety roślinnej organizacja Million Dollar Vegan, wspierana m.in. przez Paula McCartneya, Woody’ego Harrelsona, Mobyego, czy Joaquina Phoenixa. Twarzą kampanii jest 12-letnia Genesis Butler, która w wieku 6 lat została weganką, a cztery lata później – najmłodszą prelegantką na konferencji TEDx. W promującym kampanię spocie przytacza szereg argumentów przeciwko przemysłowej hodowli zwierząt, zwracając uwagę na jej wpływ na zmiany klimatyczne, deforestację, utratę bioróżnorodności, a także cierpienie miliardów zwierząt. Genesis odwiedziła również Watykan. Spotkała się tam z o. Pawłem Ptasznikiem, który obiecał przekazać Ojcu Świętemu stworzoną na potrzeby akcji i podpisaną przez ponad 80 tys. ludzi petycję.
Organizatorzy kampanii liczą, że papież jako duchowy przywódca ponad miliarda katolików, weźmie pod uwagę ich argumenty i zgodzi się na propozycję, dając w ten sposób przykład wiernym i zwracając uwagę światowej opinii publicznej na skutki przemysłowej hodowli zwierząt.
– Myślę, że akcja jak najbardziej ma szanse na powodzenie. Jest to okazja do spróbowania nowych smaków, a dodatkowo znaczącego wsparcia wybranej organizacji charytatywnej. Brzmi jak podwójna wygrana – komentuje Weronika Pochylska, koordynatorka kampanii Roślinniejemy, promującej dietę roślinną w Polsce – Ostatnie wyniki z badań Nurses’ Health i Health Professionals Follow-up Study wykazały, że śmiertelność ze wszystkich przyczyn jest mniejsza u osób, które jedzą dużo białka roślinnego, a mało zwierzęcego. Dlatego uważam, że dieta roślinna powinna służyć Papieżowi nawet dłużej niż przez 40 dni – dodaje.
Jeśli Papież przyjmie wyzwanie, do 18 kwietnia nie będzie spożywał mięsa, nabiału ani jajek. W zamian obiecana kwota 1 mln USD zostanie przekazana wybranej przez niego organizacji charytatywnej przez Blue Horizon International Foundation – charytatywne ramię Blue Horizon Corporation, które inwestuje w firmy produkujące żywność pochodzenia roślinnego i ma na celu „przyspieszenie usuwania zwierząt z globalnego łańcucha żywnościowego”.

Polaków ogarnie gniew na Kościół

„Nigdy jeszcze nie było tak, żeby Kościół zajmował się nie strategiami duszpasterskimi, tylko ciemną stroną Kościoła, przestępstwami kleru” – mówi teolog i były jezuita Stanisław Obirek Justynie Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: „Słuchajcie wołania młodych, którzy chcą sprawiedliwości” – powiedział pierwszego dnia szczytu nt. pedofilii w Kościele papież Franciszek. Czy obserwujemy właśnie historyczny moment w Kościele? Niektórzy mówią nawet o „kopernikańskim przewrocie”.
PROF. STANISŁAW OBIREK: Być może dlatego, że śledzę dość sposób, w jaki Franciszek radzi sobie z tym ogromnym problemem, jakim jest kwestia nadużyć seksualnych wobec nieletnich w Kościele, widzę jakościową zmianę wobec tego, co działo się podczas poprzednich pontyfikatów. Jan Paweł omijał ten temat szerokim łukiem. Benedykt sprawy, które były najbardziej nabrzmiałe, jak słynna, opisana szczegółowo sprawa założyciela Legionistów Chrystusa, załatwił w sposób surowy, ale dopiero w przypadku Franciszka możemy mówić o nowej jakości, chociażby dlatego, że podczas większości podróży po świecie spotyka się z ofiarami.
Mimo to, przy całej sympatii dla Franciszka, te najbardziej spektakularne gesty były zawsze wynikiem czy następstwem bardzo silnej presji, przede wszystkim mediów i środowisk, które bronią praw ofiar.
Jako ilustrację mojej wstrzemięźliwiej oceny Franciszka mogę podać przykład Chile, gdzie papież wyraźnie unikał rozmowy z ofiarami, wsłuchiwał się za to w to, co mówią biskupi. Na pytania o biskupa diecezji Osorno, Juana Barrosa Madrida, który jest oskarżany o to, że przed laty tuszował czyny księdza pedofila, Franciszek odpowiedział, że są to niesprawdzone oszczerstwa.

Potem był za to krytykowany i trzeba mu przyznać, że sam nakazał zbadanie sprawy.
I dopiero szczegółowe śledztwo najważniejszego chyba dzisiaj biskupa, który zresztą otwierał szczyt – Charlesa Scicluny – spowodowało, że papież przyznał, że się mylił i zaczął działać. Franciszek jest z jednej strony, co jest zrozumiałe, częścią tego establishmentu katolickiego i broni biskupów i kardynałów do momentu, kiedy sam nie spotka się z ewidentnymi faktami. Wówczas dymisjonuje, jak zrobił to w Chile, gdzie odwołał 8 biskupów, teraz zdymisjonował bardzo ważnego kardynała, Theodore’a Edgara McCarricka, którego nie tylko pozbawił kapelusza kardynalskiego, ale wręcz wyrzucił ze stanu kapłańskiego. To wskazuje, że mamy po raz pierwszy za tego pontyfikatu wiarygodną próbę reagowania na fakty. Ten, jak jedni nazywają, minisynod, drudzy szczyt w sprawie pedofilii jest w tym sensie bezprecedensowym spotkaniem. Nigdy jeszcze nie było tak, żeby Kościół zajmował się nie strategiami duszpasterskimi, tylko ciemną stroną Kościoła, przestępstwami kleru, tymi, którzy dokonują tych przestępstw, ale też tymi, którzy je kryją.
To jest echo ważnego listu Franciszka z 28 sierpnia zeszłego roku, gdzie mówił o tym, że trzeba zmienić perspektywę – z przestępców i ochrony dobrego imienia Kościoła na perspektywę ofiar.
Tu zgadzam się z panią, że to przełomowe wydarzenie, które zapowiada zmiany i to tak radykalne, że niektórzy mówią nawet o kopernikańskim przewrocie, jeżeli chodzi o politykę Watykanu wobec pedofilskich nadużyć kleru.

Jak odbierze to polski Kościół, bo mam wrażenie, że o ile w Watykanie trwa pontyfikat Franciszka, to w Warszawie ciągle trwa pontyfikat Piusa XII. Gdy Franciszek całuję rękę Marka Lisińskiego, ofiary księdza pedofila, to rzecznik Konferencji Episkopatu Polski komentuje to słowami, że każdy, kto jest ochrzczony, ma prawo skierować do Ojca Świętego swoją sprawę.
Ksiądz Paweł Rytel-Andrianik jest znany ze swojego talentu krasomówczego. Myślę, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Umiejętność nienazywania rzeczy po imieniu jest sztuką, którą rzecznicy powinni posiadać, aby chronić instytucję, którą reprezentują, i do tej pory ta formuła się sprawdzała. Teraz, moim zdaniem, to oznacza, że albo nie doczytał, albo udaje, że tego nie zrobił. Ta polityka konfrontacji oficjalnej narracji z faktami jest czymś, co obserwujemy na własnych oczach. Myślę, że wcześniej czy później zmieni narrację także rzecznik Episkopatu Polski, bo nie będzie mógł udawać. Podkreślę, że tu nie chodzi o chęć spotkania z papieżem i pocałowania go w pierścień. Tu zdarzyło się odwrotnie, to papież ucałował w dłoń człowieka, który reprezentuje polskie ofiary bez głosu, bo takie są polskie realia. Myślę, że to jednak wstrząśnie polskim Kościołem, tak samo jak dymisje, które na pewno nastąpią po lekturze tego raportu. Wówczas zmieni się zarówno rzecznik, jak i sposób mówienia Kościoła polskiego o tym problemie.

Będzie rewolucja w polskim episkopacie? W tej chwili Polskę reprezentuje na szczycie biskup Jędraszewski, któremu bliżej jest do tzw. Kościoła rydzykowego niż franciszkańskiego.
Na użytek naszej rozmowy mogę kolokwialnie powiedzieć, że biskup Jędraszewski będzie pierwszym grillowanym biskupem przez Franciszka, on zresztą znalazł się na liście tych 24 hierarchów, którzy kryli pedofili. Ta delegacja, która znalazła się w Watykanie na czele z arcybiskupem Jędraszewskim, sekretarzem konferencji biskupem Idzińskim i rzecznikiem episkopatu ds. nadużyć seksualnych wobec nieletnich ojcem Adamem Żakiem, będzie pierwszą, która będzie musiała się skonfrontować z raportem fundacji „Nie lękajcie się”.
Ten raport to solidnie przygotowana praca, znajdują się tam tylko udokumentowane fakty, nie ma pomówień, więc dla Franciszka i jego zespołu doradców będzie koniecznym punktem odniesienia, podobnie dla polskiego Kościoła.
Jednak ja bym nie mówił o rewolucji, a raczej o pękaniu skorup myślenia niewrażliwego, zamykania oczu na fakty. Ta narracja może sprawdzała się w PRL, gdy kardynał Wyszyński przekonywał, że w jedności siła, w kontekście konfrontacji politycznej z władzą komunistyczną. Niestety, 30 lat demokracji w Polsce Kościoła nic nie nauczyło. Społeczeństwo i media traktowały Kościół z wyjątkową spolegliwością, nie konfrontując go z jego ciemna stroną, ale społeczeństwo polskie powoli się budzi i myślę, że ogranie je gniew na Kościół, który nie tylko nie spełnia swojej roli pomagania w zbawieniu, ale jak powiedziała jedna z ofiar, zamiast zbawiać dusze zabijają je, nie reagując na przestępstwa pedofili w sutannach.

Co zostanie po tym szczycie, bo 4 dni to jednak bardzo niewiele?
Rzeczywiście słychać takie głosy sceptycyzmu, że szczyt został słabo przygotowany, że jest bardziej odpowiedzią Franciszka na naciski medialne i krzyk ofiar. Faktycznie te dni to mało, zresztą sam Franciszek w samolocie z Panamy podczas powrotu do Rzymu studził te oczekiwania. Wyglądało na to, jakby nie zamierzał przeprowadzać głębokich zmian, a szczyt miał być bardziej katechezą dla biskupów. W pewnym sensie jest to dobra strategia, bo faktycznie episkopaty się zmieniają – można tu kilka wymienić, m.in. australijski jako wzorcowy, gdzie biskupi współpracowali z komisją państwową – królewskim sądem i w konsekwencji najwyższy hierarcha kardynał Pell, bliski współpracownik Franciszka, został pociągnięty do odpowiedzialności, podobnie w Irlandii, Niemczech, Chile.
Mamy już kilka przykładów, że Kościół uczy się na własnych błędach, jest oczywiście w dużym stopniu do tego zmuszany, bo sam z siebie nigdy się nie zmieniał i nie będzie zmieniał.
Te kraje są o tyle istotne, że pokazują też rolę społeczeństw. Irlandia potrzebowała wielu lat, żeby zdać sobie sprawę, że wysoki autorytet, jakim się cieszy Kościół katolicki, nie oznacza przyzwolenia na nadużycia tej instytucji. W tej chwili jest to jedno z najszybciej sekularyzujących się społeczeństw na świecie, właśnie dlatego, że Irlandczycy się obudzili.
Polskie społeczeństwo także zmienia się w tym względzie, czego dowodem jest chociażby ten raport o pedofilii. Trzy lata temu w Polsce doszło do sprzęgnięcia się fundamentalizmu religijnego z autorytaryzmem politycznym, co może budzić sceptycyzm. To przymierze ołtarza z tronem może sprawiać wrażenie, że niewiele się w Polsce zmieni. Jednak proszę zwrócić uwagę, że ostatnie wybory pokazały, że PiS nie jest takim monolitem nie do ruszenia. Myślę, że w następnych wyborach okaże się, że tak ścisły związek z Kościołem, i to tym, jak pani zauważyła, Piusa XII, niekoniecznie popłaca. Zatem w dłuższej perspektywie widzę szanse na zmianę, bo musi do niej dojść. Tę zmianę widać już w mediach, które od 2-3 lat piszą o temacie pedofilii inaczej.

W tym kontekście powinniśmy rozpatrywać obalenie pomnika ks. Jankowskiego?
Ludzie, którzy to zrobili, to nie anonimowi wandale. To był świadomy akt sprzeciwu obywatelskiego osób, które są gotowe ponieść odpowiedzialność za swój czyn, poparty opublikowaniem poruszającego manifestu.
To reakcja na indolencję, bezsilność czy wręcz przyzwolenie państwa na zachowania skrajnie obrażające ofiary. Ten pomnik był tego symbolem. W Gdańsku było tajemnicą poliszynela, co robi prałat Jankowski, a kilka dni temu z wywiadu z marszałkiem Borusewiczem dowiedzieliśmy się, że był agentem, tajnym współpracownikiem SB. Zarówno PiS, jak i Kościół wyspecjalizowali się w polowaniu na czarownice i wszędzie śledzą resortowe dzieci, komunistów, postkomunistów… Nagle się okazuje, że obywatele nie tylko dostrzegają te podwójne standardy, ale też nie dają na nie zgody.
Myślę, że warto się wczytać w manifest tych, którzy mówią, że ten pomnik jest symbolem Kościoła pełnego hipokryzji, antysemickiego. Skoro państwo nie reaguje, podobnie Kościół, to obywatele wykonali spektakularny gest, aby zwrócić na to uwagę.
Paradoksalnie obalenie tego pomnika połączyłbym z tym pocałunkiem, jaki papież złożył na ręce Marka Lisińskiego, wyrażając akt skruchy, że nie zrobiono nic, a na pewno za mało. Fundacja w raporcie, który trafił w ręce Franciszka, pisze wprost, że od lat zabiega o spotkanie u jakiegokolwiek biskupa i spotykają się z zmilczeniem, ignorancją, murem.
Oceniam to pozytywnie jako odruch społecznej niezgody na zmowę milczenia wokół przestępstw, które dotykają najsłabszych. Myślę, że takich gestów buntu będzie więcej, jak choćby zawieszanie bucików na bramach kurii. Widziałem przy parafiach, gdzie według raportu są księża pedofile, znaki drogowe „Uwaga ksiądz pedofil”. Tego się już nie zatrzyma.
Tak jak w PRL opozycja budziła się powoli, aż doszło do tego, że ta masa krytyczna sprawiła, że system się rozpadł, podobnie będzie w tym przypadku.

Polski Kościół z niecierpliwością czeka na następnego papieża, licząc, że będzie on bardziej konserwatywny. Czy wobec tych zmian społecznych i działania samego Franciszka jeszcze można to jeszcze zatrzymać?
Te oczekiwania niektórzy księża wyrażają nawet wprost, głośno. Wspomnę księdza profesora Edwarda Stańkę z Krakowa, który modlił się o szybkie odejście papieża Franciszka, i takich głosów jest więcej. To nie tylko księża, ale i niektórzy publicyści formułują takie nadzieje, że heretycki papież powinien jak najszybciej odejść.
Sześć lat Franciszka to niedługo w porównaniu do ponad dwudziestu pontyfikatu Jana Pawła II, ale warto zestawić te postacie. Tak jak JPII od 1977 do, powiedzmy, 2000, kiedy był w pełni sił, bo w ostatnich latach rządził raczej jego sekretarz niż on, zmienił wyraźnie episkopaty na świecie, wpłynął też na to, jak przebiegało konklawe poprzez nominacje kardynalskie. W ciągu 6 lat Franciszek mianował już sporo kardynałów, niewygodnych i wyraźnie sprzeciwiających się jego linii odsunął od władzy, spodziewam się, że takich nominacji będzie coraz więcej, zatem te nadzieje polskich konserwatystów nie będą spełnione. Być może nawet następny papież będzie jeszcze bardziej radykalny niż Bergoglio, który dopiero zaczyna. Po drugie, procesy, jakie zachodzą w Kościele, tylko w pewnym stopniu zależą od papieża. Jan XXIII, rozpoczynając obrady Soboru Watykańskiego II, użył kilku kluczowych słów, jak aggiornamento, czyli otwarcie na współczesność, dialog.
Po 50 latach od zamknięcia soboru Kościół wygląda inaczej. Myślę, że tak samo po pontyfikacie Franciszka Kościół nigdy nie będzie już taki sam jak za czasów JPII czy Benedykta XVI.

Czy to dotyczy także innych kwestii, jak celibat, który nie jest dogmatem, a został wprowadzony dopiero w XI w.?
Zarówno celibat, jak i stosunek do kobiet już się zmieniają. Proszę zwrócić uwagę, że już Franciszek zapowiedział, że weźmie pod uwagę możliwość święcenia tzw. doświadczonych mężczyzn żonatych w krajach o szczególnie dotkliwym braku księży. To może być zielonym światłem do dyskusji o zniesieniu celibatu. Proszę pamiętać, że od czasów Unii Brzeskiej, czyli połączenia części Kościoła prawosławnego z Kościołem katolickim w 1596 roku, prawosławni, którzy uznali zwierzchnictwo Kościoła Rzymskiego, zachowali prawo do żeniaczki. Tak samo w Kościołach uznających prymat papieża, w Kościołach wschodnich też celibat nie obowiązuje. Zawsze w kontekście, czy jest to dogmat, czy nie, można przywoływać list świętego Pawła do Tymoteusza, który mówi, że biskup powinien być mężem jednej żony, nienadużywającym wina i dobrze wychowującym własne dzieci. Tylko wtedy będzie mógł się kompetentnie wypowiadać na temat wychowania dzieci. To byłby zatem powrót do korzeni, do normalności.

Głos prawicy

Franek lewak

Prawnik Witold Jurasz komentuje ostatnie poczynania głowy kościoła:
Watykan ogłosił decyzję papieża Franciszka, zmieniającą jeden z artykułów Katechizmu Kościoła Katolickiego tak, że obecnie Kościół jednoznacznie i bez wyjątków wyklucza stosowanie kary śmierci.
Po przejrzeniu kilkunastu wpisów znanych publicystów, komentatorów a nawet polityków polskiej „prawicy” na ten temat z rozbawieniem odnotowuję, że najbardziej niezadowoleni z tej zmiany są ci, który są równocześnie zażartymi „obrońcami życia”. Nie mniej komiczne jest też to, że krytyka papieża jest wprost proporcjonalna do ilości wpisów o tradycji, Kościele, Bogu oraz ilości zdjęć i grafik nawiązujących do religii na profilu. Zawsze myślałem, że w Kościele nie ma wyboru i nie można danego punktu Katechizmu akceptować, a innego już nie. Do tej pory konserwatyści atakowali tzw. „Kościół Otwarty” za takie rzekomo wybiórcze podejście. Zabawne, że teraz strona konserwatywna robi dokładnie to samo.
Do tej pory wiedziałem, że Polska jest w oczach intelektualnie ciekawych (w angielskim sensie słowa „interesting”, które jest delikatną formą zasugerowania szaleństwa) publicystów i polityków ostatnią redutą obrony Europy, ale zaraz okaże się, że jesteśmy też depozytariuszami prawdziwej wiary. Watykanem zaś rządzą masoni, liberałowie i gender, a papież Franciszek to lewak (i tylko intelektualnie ciekawa pani z teatru w Poznaniu uważa, że prawak).
Kiedyś bym się nadmiarem paranoików martwił, ale nie widząc żadnych szans na terapię myślę, że to dobrze, że szaleńcy przestali się ukrywać. Im szybciej nasza psychoprawica stanie się sektą tym szybciej powstanie w Polsce solidna europejska prawica w stylu CDU albo brytyjskich konserwatystów (które to partie rzecz jasna w oczach psychoprawicy żadną prawicą nie są).
I tylko jedno mnie martwi. Na lewicy w sondażach co prawda dominują na nowo nasi rodzimi „genosse der Bosse”, ale dziecięca choroba lewicowości wśród młodej lewicy ma jednak ostry przebieg, więc grozi nam, że pewnego dnia możemy wpaść z deszczu pod rynnę.

 

Dobra zmiana w PKP

Publicysta Piotr Zaremba dzieli się kilkoma kolejowymi refleksjami…
Jeżdżę teraz często po Polsce pociągami. Ten scenariusz powtarza się: na dworcu głównie komunikaty o spóźnieniach, a ja wśród tłumu na peronie albo wgapiam się w tablicę, albo wypatruję pociągu. Komunikat słyszalny nie zawsze, atmosfera loterii, przy czym efekt ostateczny coraz częściej jest ten sam: półgodzinne, godzinne, półtoragodzinne spóźnienie.
Poczucie straty czasy, ale też dla ludzi często jeżdżących odpowiedni tryb życia. Nie można wyruszyć na styk, o ile jedziemy na godzinę, więc zapasy czasowe, jakie trzeba uwzględnić są często wielogodzinne. Czy to sprzyja społecznej mobilności? Czy miasta oddalają się od siebie zamiast zbliżać? Pomijam już linie dotknięte remontami (Poznań, Lublin). Między Warszawą i Krakowem nic się nie dzieje. A jednak dzieje się prawie zawsze. I nie ma winnego, choć operatorem całości jest zdaje się PKP, więc i „zerwane trakcje” ją obciążają. Personel z którym się stykamy odpowiedzialny nigdy nie jest, ludzie na stacji też nie. Borykamy się z odczłowieczoną, zawsze niewinną machiną. Symbolizuje ją głos zapowiadaczki lub kierownika pociągu wyrażający żal z ostentacyjną obojętnością.
Podobno we Włoszech zasługą Mussoliniego było to , że za jego rządów pociągi zaczęły jeździć punktualnie. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale tak sobie myślę, że rozstrzelanie pierwszego kierownika pociągu, podziałałoby. Oczywiście to żart. Ba, jestem zwolennikiem wolności z tym koszmarem nawet.
Ale w teorii dobra zmiana jest jednocześnie centralistyczna i prospołeczna. Tymczasem z koleją jest tak samo, albo i nieco gorzej jak było. Ludzie zdaje się nie uważają problemu spóźniających się pociągów za konsekwencję polityki, poza może najbardziej fanatycznymi przeciwnikami aktualnej władzy. Więc mnie zapewne przytakną największe pisofoby. Wcześniej byłem gotów drzeć pasy z ministrów z PO, Inni stali na peronach ze smętnymi minami. To jak deszcz po słonecznym dniu.