Przed rozmową z wnukami

Krąży w sieci fragment nagrania z próby przeprowadzenia wywiadu z panią minister rodziny i czegoś tam jeszcze. Dziennikarz znanej stacji radiowej (nierządowej) nie był w stanie przerwać lawiny słów wypowiadanych przez panią minister, a chciał zadać pytanie.

Ale pani minister miała przygotowane tezy, które musiała i powinna wygłosić, niezależnie od tego w jakiej sprawie została zaproszona i co z pomocą dziennikarza chciałyby usłyszeć osoby przy odbiornikach. Bardzo taktowny redaktor próbował się dowiedzieć, czy pani minister go w ogóle słyszy. W końcu otrzymał potwierdzenie, ale zadać pytania nie zdążył, bo pani minister zerkając na kartkę wróciła błyskawicznie do swej zaplanowanej przemowy. Z monologu tego wychwyciłem, iż „naszą rolą jest pokazanie prawdziwego obrazu działań rządu” oraz, uwaga „odpowiadam na te pytania które pan chce zadać”.

Pani minister odpowiedzialna za polskie rodziny i za coś jeszcze nie jest wyjątkiem. Tak „odpowiadają” na pytania dziennikarzy wszyscy politycy PiS. Zapewne korzystają z otrzymywanych szablonów, tzw. „przekazów dnia”, gdyż w danym dniu wyjątkowo spójnie brzmią ich odpowiedzi.
Przypomniał mi się żart obrazujący, jak w takim stylu wypowiedzi doskonale poruszała się Beata Szydło. To ją w dowcipie sprzedawca hamburgerów czy hot dogów pyta, z jakim sosem ma podać jedzenie. Odpowiedź pani premier miała brzmieć mniej więcej tak: „Dziękuję bardzo za to pytanie, jest ono bardzo ważne, bo przez minione osiem lat Polki i Polacy nie mogli uzyskać na nie odpowiedzi.” „Ale z jakim sosem?” „Jechałam tu wiele kilometrów przez zniszczony kraj, przez Polskę w runie, by móc wreszcie szczerze porozmawiać, by móc powiedzieć prawdę o stanie Państwa” „Ale z jakim sosem?” „Dopiero dzięki naszej dobrej zmianie każdy może decydować o swoim sosie, to znaczy o swoim losie…” itd. Itp. Oczywiście głos pani Beaty był omdlewający, a ona sama bliska zasłabnięcia. Bo tylko gdy mówiła o nagrodach, to głos miała mocny i pewny, bo „te pieniądze przecież po prostu się należały…”.

Ale mam też i inną refleksję związaną z przytoczonym tu „wywiadem”. Przed laty jeden z moich wnuków usłyszał, jak ktoś zwraca się do mnie per „panie ministrze”. Gdy byłem wiceministrem, wnuków jeszcze na świecie nie było, miał prawo więc o funkcji mojej nie wiedzieć i po cichu z pewną dozą niedowierzania połączonego z dumą zapytał: „dziadku to ty byłeś ministrem?” Opowiedziałem w skrócie i do tematu nie wracaliśmy. Teraz wnuk jest już młodzieńcem, mającym własną ocenę sceny politycznej i chyba przez grzeczność nie wraca do tematu „dziadek-minister”. Przez grzeczność, bo każdemu byłemu ministrowi czy wiceministrowi wstyd jest być utożsamianym z dzisiejszymi członkami rządu. Będę musiał wytłumaczyć wnukom, jak wiele różni ministrów obecnych od tych, którzy sprawowali urząd dwadzieścia lat temu i więcej. Udzielałem przecież także wówczas wielu wywiadów, odpowiadałem na liczne pytania, występowałem w Sejmie, ale nie przypominam sobie bym poruszał tematy inne niż obszar mojej resortowej odpowiedzialności, ale też bym otrzymywał pytania poza ten obręb wykraczające. Odpowiedzi moje były tylko moimi, nikt mi nie dyktował co, jak i gdzie mam mówić. Dziś politycy wypowiadają się chętnie i bez oporów na każdy temat. Treść wypowiedzi nie wskazuje czy mówi do nas rzecznik partii czy rządu, minister sprawiedliwości czy pracy, a objęcie odpowiedzialności za przebieg wyborów przez dawny resort skarbu to swoiste kuriozum.

Wnukowie moi wiedzą, że mam dyplom prawnika. Niestety znają też zapewne wypowiedzi panów z ministerstwa sprawiedliwości na temat sądownictwa, na temat profesorów prawa, czy byłych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Będę więc wytłumaczyć że nie każdy dyplom prawnika jest przepustką do mądrości czy gwarancją bycia prawym i uczciwym, że podporządkowanie bieżącej dyrektywie politycznego ośrodka nadzoru potrafi zdusić i stłamsić to, czego uczono na pierwszym roku, a co jest kanonem zasad prawa, jego stanowienia i wykonywania.

Czeka mnie jeszcze rozmowa z wnukami o mojej młodości, o studiach, o pracy w czasie, gdy Polska była Ludową. Zbyt często słyszę nieuprawnione porównania rządów PiS z okresem PRL. Wnukowie wiedzą że po II wojnie państwo polskie powstało jako element powojennego ładu z aprobatą Wielkiej Trójki, że los Polski od pewnego momentu był na tyle obojętny Churchillowi, Rooseveltovi i ich następcom, że skala wpływów Stalina w Polsce nie była przedmiotem ich troski. Pytanie, kiedy nastąpił u nich ten moment obojętności: już w 1939 czy dopiero 1945? Ale chciałbym by wnukowie wiedzieli, iż przy wszystkich trudach życia w państwie odbudowywanym po tragicznych skutkach wojny, w państwie nie w pełni suwerennym, swoje dorosłe życie spędziłem nie będąc straszonym zagrożeniem wojną, czując opiekę państwa wyrażaną choćby gabinetami lekarskimi w szkołach, nowoczesnych budynkach powstałych w ramach akcji 1000 szkół na 1000 lecie. Wspomnieć im muszę o spółdzielczości mieszkaniowej, o dostępności kultury i poziomie w niej uczestnictwa, o programach radiowych i telewizyjnych bez reklam, o poziomie zaufania i szacunku do zawodu nauczyciela, o roli artysty, o bogactwie kultury studenckiej, o tym że słowo kabaret kojarzy mi się z finezją i literackością…