Dziewczynki

Jedna to „ikona” „obozu postępu.
Druga – „obozu patriotów”.

1.

Już po obiedzie, pieski po spacerach, herburtowskie, tłuste bociany – w gniazdach, a w TV Kurski – poddawany grillowaniu, nieznany bliżej, red. Jażdżewski? Jażdżyński? który nie uprzedziwszy bohatera wieczoru, czyli – nowego gen. Andersa, co „na białym koniu…” – wygłosił wczoraj dość osobliwą filipikę. Jej koroną i zwieńczeniem było porównanie hierarchów polskiego Kościoła katolickiego do świń, a pola walki z nimi – do błocka.
Śmiałe. Red. Jerzy Urban i osadzony w więzieniu, choć nadal nie osądzony red. Kotliński, tak daleko nie śmieli się posunąć, a tu patrz… Taki Jażdżewski? Jażdżyński?i nie jeden płot przeskoczony, a od razu – sto. W ramach nowej, udoskonalonej „świeckiej tradycji”.

2.

Niemniej wypada zauważyć, że w ogniu potopu wyborczego ukonstytuowały się dwa wraże obozy: „liberalny” i „patriotyczny”. Stosunek do Kościoła katolickiego to jedna z linii podziału. I nie ma zmiłuj…
Skoro tak, proponuję pewną zabawę, dającą do myślenia. Idzie o „ikony” obu tych obozów. Porównajmy dwa życiorysy. Jeden to biogram, zaakceptowany niegdyś przez zmarłą piosenkarkę, Olgę Jackowską, znaną pod pseudonimem „Kora”, drugi – to biogram znienawidzonej w „obozie postępu” – Beaty Szydło. Do pierwszej – jako wzoru osobowego, ikony – przyzna się cały „obóz postępu”, do drugiej – „zaprzaństwo”.

3.

W największym możliwym skrócie wygląda to tak: pierwsza dziewczynka, urodzona w rodzinie drobnych urzędników, trafia najpierw do zakonnego sierocińca, potem do krewnych, kończy szkołę średnią i zagląda – na dłużej – do krakowskiej „Piwnicy pod Baranami”, która – jak pamiętam – nadawała się na wszystko, jeno nie na zakład wychowawczy. Dalej – jeden zespół, gdzie „gra na fujarce”, drugi – z właściwym już mężczyzną, wielka, choć polska, lokalna sława w latach 80-tych i na końcu – „obóz postępu”. Czyli – żywot kobiety wolnej. Tak wolnej, że jej perypetie z narkotykami stają się wiedzą nie sekretną, a jak najbardziej – publiczną. Po latach – choroba, próby leczenia, śmierć. Ale przedtem wiele publicznych spotkań. Na jednym z nich analizuje osobę Beaty Szydło, której doradza lekcje dykcji i wysyła „ją do pasienia czy dojenia krów”. Beata Szydło budzi w szczupłej, bezwiekowej kobiecie, z czubem jasnych włosów na głowie, w ostrym makijażu, z rozgorączkowanymi oczyma jak czarne paciorki – obrzydzenie i wzgardę.

4.

Druga dziewczynka urodziła się w katolickiej rodzinie, szkoły kończyła terminowo, a po maturze – zdała na etnografię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Magisterium, dyrektorowanie w małym domu kultury, rodzina, w niej dwóch synów (jeden – księdzem), burmistrzowanie przez, zdaje się, dwie kadencje w małym mieście, mandat poselski, posada premiera. Wczorajsza dziewczynka jest dziś kobietą skłonną do tycia, niewysoką, krępą. Mówi zbyt wolno, nie otwierając prawie ust. Lubi broszki i na pewno nie wie, jak się ubrać, aby wyglądać jak Przetakiewicz. Jest żywym przeciwieństwem tej pierwszej.

5.

Obie te kobiety to nasze rodaczki. Każdy, kto kocha pierwszą, nienawidzi drugiej. Każdy kto kibicuje drugiej, odmawia czci i honoru tej pierwszej.
Jedna to „ikona” „obozu postępu.
Druga – „obozu patriotów”.
Pierwsza drugą uznała za nic wartego gamonia z plebsu i wysłała do pasienia krów.

6.

Słusznie?

Strajk za pasem

Kompletny paraliż oświaty w Polsce za mniej więcej dwa tygodnie stanie się faktem. Negocjacje Rady Dialogu Społecznego okazały się totalną klapą. ZNP liczy głosy w referendum strajkowym, „S” już głoduje w Małopolsce. A mamy dopiero marzec.

Szef oświatowej „Solidarności” Ryszard Proksa zarzekał się, że nie usiądzie przy jednym stole z szefem ZNP Sławomirem Broniarzem. A jednak usiadł – podczas nadzwyczajnego posiedzenia Rady Dialogu Społecznego. I obaj wstali od tego stołu zdegustowani. Paraliż oświaty na wiosnę jest już praktycznie przesądzony.
Tym razem to nie Anna Zalewska wzięła na siebie rolę głównego negocjatora, ale wicepremier Beata Szydło. Niestety – jedyne co miała do zaproponowania to przyspieszenie kilkuprocentowych podwyżek, które rząd miał dać nauczycielom w styczniu 2020 roku, ale łaskawie jest skłonny dać je we wrześniu 2019. Jak można się domyślać, taki obrót sprawy nie usatysfakcjonował absolutnie nikogo.
– Nie zbliżyliśmy się do kompromisu ani o złotówkę – powiedzieli, zgodni jak nigdy, przedstawiciele ZNP i Forum Związków Zawodowych, które wspólnie domagają się 1000 zł podwyżki dla nauczycieli od razu, oraz delegat „Solidarności”. – Nie było żadnych propozycji, które by nas zaskakiwały. To nic nowego. Jesteśmy daleko od tego, aby to w ogóle trąciło porozumieniem – mówił lider ZNP Sławomir Broniarz.
Czego domaga się „Solidarność”? chcą podwyżek takich samych jak w służbach mundurowych – czyli nie mniej niż 650 zł od stycznia tego roku i kolejnych 15 proc. od stycznia 2020 r. do wynagrodzenia zasadniczego bez względu na stopień awansu zawodowego nauczyciela. Natomiast ZNP oraz Forum Związków Zawodowych żąda jednorazowej podwyżki w wysokości 1000 zł.
Obie frakcje reprezentujące nauczycieli, mimo iż skłócone ze sobą wzajemnie, z perspektywy rządu przedstawiają nierealne oczekiwania. Beata Szydło zachwalała swoją poniedziałkową ofertę. Kusiła dyplomowanych nauczycieli pensją 6 tys. brutto. Komentarze pedagogów w sieci bardzo szybko zdemaskowały te sensacyjne doniesienia jako myślenie życzeniowe. Dziś dyplomowany pedagog z wieloletnim stażem na przykładzie Poznania – może liczyć na około 2800 zł brutto. Podwyżki Szydło magicznie nie zwiększą tej sumy dwukrotnie.
W tej chwili w sporze zbiorowym znajduje się około 85 procent polskich szkół. Organizacja NIE dla chaosu w szkole zbiera od nauczycieli informacje o wynikach referendów strajkowych. ZNP planuje protest od 8 kwietnia, w gorącym okresie egzaminacyjnym, grupa przedstawicieli „Solidarności” już głoduje, okupując od ubiegłego tygodnia budynek małopolskiego kuratorium oświaty. Protestującym Anna Zalewska również nie przedstawiła żadnej satysfakcjonującej propozycji. Jest zbyt zajęta kampanią wyborczą do europarlamentu. Wygląda na to, że nawet jeśli ZNP oraz NSZZ „Solidarność” nie połączą sił, paraliż oświaty już za dwa tygodnie może stać się faktem. Swój udział w strajku przygotowanym przez ZNP zapowiedzieli bowiem nawet pedagodzy zrzeszeni w „S” – uznając, że pójdą na niego indywidualnie, bez barw związkowych.
Atmosferę wieczorem 25 marca podgrzały dodatkowo media publiczne: kontrolowana przez prawicę telewizja „poinformowała” społeczeństwo, że przeciętny czas pracy nauczyciela wynosi… trzy godziny dziennie. Zasugerowała również, iż sfinansowanie podwyżek, jakich oczekuje ZNP, oznaczałoby zabranie pieniędzy emerytom.
Nie wspominając już o „zadowolonej” z podwyżek nauczycielce, którą wyjęto nie tylko z telewizyjnego archiwum, ale również z kontekstu.
Podwyżka była satysfakcjonująca. Jestem zadowolona z tych podwyżek. Oczywiście zawsze może być lepiej, ale nie narzekajmy, jest okej” – mówiła w materiale, pokazanym w „Wiadomościach” TVP, Małgorzata Biernacka ze Szczecina.
Sęk w tym, że słowa o podwyżkach mówiła rok temu, a wypowiedzi użyto „bez jej wiedzy i zgody” w „Wiadomościach” TVP.
„W tamtym momencie nie spodziewałam się, że kiedykolwiek moje słowa zostaną wykorzystane do tłamszenia protestu nauczycieli, którzy walczą o godne zarobki. Gdybym wiedziała, że jako grupa zawodowa zabierzemy wreszcie zdecydowany głos w tej sprawie nie siliłabym się na dyplomację, a raczej powiedziałabym prawdę. Sama w tej chwili w proteście biorę udział” – napisała kobieta na Facebooku dzień po emisji programu. – „Oczywiście, że nie byłam zadowolona z płacy, jaką otrzymywałam za swoją ciężka pracę. Jak wiadomo nawet po tamtych podwyżkach pensja nauczyciela kontraktowego (bo takim jestem) wystarcza tylko na przeżycie od 1. do 1. Jestem jednak osobą z natury optymistyczną, więc cieszyłam się na tamtą chwilę, że sytuacja zaczyna się poprawiać. Starałam się odpowiedzieć najbardziej dyplomatyczne jak potrafiłam. (…) Jest to manipulacja i propaganda ze strony telewizji. Z całego serca popieram kolegów i koleżanki po fachu, sama również biorę udział w proteście”.
Szef ZNP Sławomir Broniarz na wszelkie sposoby stara się przekonać rząd, by jednak podjął rozmowy z nauczycielami. Powtarza: do 8 kwietnia jest jeszcze trochę czasu, więc jeśli naprawdę nie chcecie kataklizmu w oświacie, wykażcie dobrą wolę! Rząd przyjął jednak konfrontacyjną postawę.
Michał Dworczyk w poniedziałek 25 marca rano stwierdził, że budżet nie udźwignie postulowanych przez ZNP podwyżek w wysokości 1000 zł.
W przeciwieństwie do „piątki Kaczyńskiego”. Dlatego trudno dziwić się nauczycielom, którzy są przekonani, że po latach lekceważenia przez kolejne rządy, tylko działając zdecydowanie mają szansę coś uzyskać.

Głos prawicy

Z ministerstwa do ciupy

„Do Rzeczy” pastwi się nad Bartłomiejem, byłym ulubieńcem Antoniego: „może szybko nie wyjść z aresztu” – pisze tygodnik, powołując się przy tym na Wirtualną Polskę:
Były rzecznik MON Bartłomiej M. został zatrzymany przy okazji innej sprawy, którą prowadzili funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego – informuje Wirtualna Polska. Z ustaleń serwisu wynika, że śledczy dysponują obszernym materiałem dowodowym w jego sprawie, w tym podsłuchanymi rozmowami.
Wirtualna Polska donosi, że byłego współpracownika Antoniego Macierewicza zdradziły rozmowy z bliskimi współpracownikami, lobbystami, biznesmenami oraz byłymi politykami PiS. Ich podsłuchiwanie miało mieć związek z inną sprawą. Bartłomiej M. miał być tak pewny siebie, że wszystkie interesy załatwiał przez telefon.
– CBA sprawdzało nieprawidłowości w kilku spółkach skarbu państwa, w tym w Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Operacja służb trwała od 2016 roku. Bartłomiej M. często kontaktował się z osobami, które CBA prześwietlało. W tych podsłuchanych rozmowach mówił, co mu ślina na język przyniesie. Powoływał się na generałów, ministrów i znanych polityków – twierdzi informator portalu. Jak dodaje, stenogramy rozmów są na tyle dobrze udokumentowane, że Bartłomiej M. może szybko nie wyjść z aresztu. Informator twierdzi, że są dwie sprawy, które byłego rzecznika MON mogą obciążyć najbardziej: ta związana z organizacją przez PGZ wystawy na targach obronności w Nadarzynie w centrum kongresowym Ptak Expo oraz organizacja podobnego wydarzenia Ostródzie.
Bartłomiej M. i były poseł PiS Mariusz Antoni K. zostali w styczniu zatrzymani przez CBA. Niedługo później w Prokuraturze Okręgowej w Tarnobrzegu usłyszeli zarzuty powoływania się wspólnie na wpływy w instytucji państwowej i podjęcia się pośrednictwa w załatwieniu określonych spraw celem uzyskania korzyści majątkowej w kwocie ponad 90 tys. zł.
Bartłomiej M. i była urzędniczka MON Agnieszka M. usłyszeli też zarzuty przekroczenia swoich uprawnień jako funkcjonariuszy publicznych i działania na szkodę spółki PGZ w związku z zawartą przez nią umową szkoleniową. Według prokuratury podejrzani doprowadzili do wyrządzenia koncernowi szkody w wysokości prawie 500 tys. zł.

Kto z PiS wybiera się do Brukseli?

PAP zdradza kulisy list PiS do europarlamentu, pisze o tym niezależna.pl:
Polska Agencja Prasowa powołując się na źródło w kierownictwie PiS informuje, że europoseł Tomasz Poręba poprowadzi zbliżającą się kampanię wyborczą ugrupowania do Parlamentu Europejskiego. Poza obecnymi eurodeputowanymi na listach wyborczych mają znaleźć się m.in. Beata Szydło oraz Anna Zalewska.
Wybory do europarlamentu odbędą 26 maja, ich zarządzenie przez prezydenta powinno nastąpić nie później niż 25 lutego. Wtedy oficjalnie rozpocznie się kampania wyborcza.
W ubiegłorocznych wyborach samorządowych PiS wygrało w dziewięciu sejmikach województw: dolnośląskim, lubelskim, łódzkim, małopolskim, mazowieckim, podkarpackim, podlaskim, śląskim oraz świętokrzyskim. Ostatecznie rządzi w ośmiu regionach.
Polityk z kierownictwa PiS zaznaczył, że aby Poręba formalnie objął funkcję szefa sztabu wyborczego, Komitet Polityczny PiS musi przyjąć uchwałę w tej sprawie. Z informacji PAP wynika, że stanie się to podczas dzisiejszego posiedzenia Komitetu.
Jak dodał, na listach wyborczych PiS znajdą się m.in. obecni europarlamentarzyści PiS: Tomasz Poręba, Ryszard Legutko, Jadwiga Wiśniewska, Ryszard Czarnecki, Zbigniew Kuźmiuk, a także wicepremier Beata Szydło, szefowa resortu edukacji Anna Zalewska, czy minister w KPRM Beata Kempa.
W tegorocznych eurowyborach Polacy wybiorą 52 przedstawicieli do PE w 13 okręgach wyborczych.

Taka piękna przemoc

Beata Szydło oficjalnie pogratulowała Radzie Miasta Zakopane. Oto jedyny samorząd, który nie wdrożył u siebie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i jest z tego dumny. Dumny jak cholera.

 

Dla wszystkich jest jasne, że Beata Szydło będzie kandydować z tamtego okręgu – zapewne nawet uda jej się zostać europosłanką z Małopolski. Ale są pewne nieprzekraczalne granice przyzwoitości. Właśnie zostały przekroczone.
Beata Szydło stwierdziła tajemniczo: – Muszę państwu przede wszystkim pogratulować, boście są odważni. No, jedyny samorząd w całej Polsce, który się sprzeciwił, ale górale, no wiadomo, jest naród odważny.
Później jeden z radnych wyjaśnił dziennikarzom, o co chodzi: – Miasto Zakopane jest jedyną gminą w Polsce, która nie wdrożyła ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – powiedział z dumą.
Zakopane jako jedyne nie powołało zespołów interdyscyplinarnych zgodnie z wymogami znowelizowanej 8 at temu ustawy. Zespoły te mają za zadanie monitorować lokalną społeczność, współpracują z OPS-ami i policją. W ich skład wchodzą kuratorzy, nauczyciele, psychologowie, pracownicy socjalni. Okazuje się, że w Zakopanem nie są potrzebni.
Iwona Anna Wiśniewska, dyrektor Ośrodka dla Osób Dotkniętych Przemocą z siedzibą w Krakowie, powiedziała TVN24: – Podhale jest jedynym takim miejscem, gdzie udaje się, że przemocy nie ma. Ponieważ stereotypowo myślimy, że kto baby nie bije, temu wątroba gnije. O nocleg i schronienie w Tatrzańskim Ośrodku Interwencji Kryzysowej i Wsparcia Ofiar Przemocy w Rodzinie w Zakopanem nie prosi żadna góralka. Czemu góralki nie korzystają z ośrodka? – pyta retorycznie. Dobrze wie, czemu tak się dzieje. Opowiada historię sprzed kilku miesięcy. Historię kobiety, która zdecydowała się poprosić o pomoc. Raz.
– Jeden z pracowników socjalnych, do którego poszła, prosząc o pomoc, powiedział, że powinna iść do psychiatry, bo niemożliwe, żeby taki mężczyzna stosował przemoc – podsumowuje Wiśniewska.
Mówi, że góralki zwracają się o pomoc poza swoim rejonem. Bo policja odnotowuje rocznie około 70 przypadków przemocy domowej. Ale radni zamiast ustawę wdrożyć, chcą zaskarżyć ją do Trybunału Konstytucyjnego i liczą na to, że pomoże im w tym ich opiekunka i „matka Polka” – Beata.
To nie przypadek, że w tym samym czasie połowa Polaków opowiedziała się w sondażu SW Research dla „Rzeczpospolitej” za karceniem dzieci poprzez klapsy. Sondaż ten opublikowała na Twitterze zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich Sylwia Spurek z adnotacją: „Najsmutniejszy sondaż tego tygodnia – prawie połowa badanych akceptuje bicie dzieci”. Jakby tego było mało, do jej wypowiedzi odniósł się brunatny chłopiec Krzysztof Bosak, wiceszef Ruchu Narodowego – i uznał, że wyjaśni jej różnicę pomiędzy „stosowaniem klapsów” a „biciem”. Bo klaps to przecież nie przemoc, to życiowa konieczność i twarda polska pedagogika w praktyce.
„Ja sam dostawałem lanie i wyszedłem na ludzi” – to najczęstsze tłumaczenie zwolenników stosowania kar cielesnych. Przerażająca tendencja byłych ofiar, aby w dorosłym życiu stać się katami, w kraju nad Wisłą zyskuje oficjalną aprobatę rządzących.

PiS zawiodło

– SLD jako pierwsza partia złożył projekt ustawy w tej sprawie. Dotyczy on podwyższenia wysokości renty socjalnej do 2,1 tys. zł, czyli zrównania go z najniższą płacą. Postulowaliśmy też o zwiększenie dodatku rehabilitacyjnego o 500 zł. Zrobiliśmy to jako pierwsi! Dopiero po SLD swoją konferencję w podobnej sprawie zorganizowała Nowoczesna. W Sojuszu nie mamy więc sobie nic do zarzucenia – mówi w rozmowie z Natemat.pl Krzysztof Gawkowski. – SLD jako pierwsza partia złożył projekt ustawy w tej sprawie. Dotyczy on podwyższenia wysokości renty socjalnej do 2,1 tys. zł, czyli zrównania go z najniższą płacą. Postulowaliśmy też o zwiększenie dodatku rehabilitacyjnego o 500 zł. Zrobiliśmy to jako pierwsi! Dopiero po SLD swoją konferencję w podobnej sprawie zorganizowała Nowoczesna. W Sojuszu nie mamy więc sobie nic do zarzucenia – mówi w rozmowie z Natemat.pl Krzysztof Gawkowski.
– Mamy za to wiele do zarzucenia rządowi. Uważam, że PiS zawiodło na całej linii. Protestujący musieli walczyć na sejmowym korytarzu 40 dni, bo wicepremier Beata Szydło okazała się nieudacznikiem i stojąc na czele Komitetu Społecznego Rady Ministrów nie potrafiła rozwiązać tego problemu. Ten protest skończył się klęską PiS! Rządzący pokazali, że potrafią pomagać tylko na chwilę, a potem mówią, że nie ma pieniędzy. Przez wiele miesięcy – najpierw z ust Beaty Szydło, a teraz od Mateusza Morawickiego – słyszeliśmy, iż „wystarczy nie kraść, a na wszystko będą pieniądze”.
Tymczasem właśnie dowiedzieliśmy się, że PiS tak sobie poczyna, iż nie ma dla najbardziej potrzebujących Polaków – podsumowuje wiceprzewodniczący SLD.

Trzy zdarzenia dające do myślenia

Brutalne – jak na charakter sprawy – wypchnięcie protestujących z Sejmu, wylegitymowanie przez policję kobiety, która zadała pytanie marszałkowi Sejmu i podpalenie domu, w którym mieszka poseł Krzysztof Brejza – te trzy zdarzenia powinny wzbudzić daleko idący społeczny niepokój.

 

I. Władza pokazuje figę i pięść

Te trzy zdarzenia na pozór niewiele łączy, są różnej wagi i różnego autoramentu a jednak mają, lub mogą mieć, wspólny mianownik. Wypchnięcie z Sejmu protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów, bo tak trzeba nazwać nasilające się przeciw nim pod koniec protestu szykany ze strony pisowskiego aparatu administracyjnego Sejmu, to nie tylko pacyfikacja i wycięcie jednego uciążliwego „wrzodu”. To także ostrzeżenie ze strony władzy, że jest gotowa na przyjęcie ostrego kursu wobec wszelkich protestów, jakie mogą niedługo wybuchnąć. Sygnał jest taki – skoro nie ustąpiliśmy przed taką „wrażliwą” grupą, jaką są ludzie najbardziej potrzebujący i budzący powszechne współczucie, to tym większą okażemy twardość wobec innych, znacznie mniej pokrzywdzonych środowisk. A że fala takich protestów prędzej czy później wybuchnie, to jest pewne jak amen w pacierzu. Innymi słowy, pisowska władza utwardza swój wizerunek i szykuje się do ewentualnej konfrontacji z opozycją i niechętną jej częścią społeczeństwa. PiS bowiem już wie, że po odepchnięciu niepełnosprawnych, jego wizerunek jako formacji wrażliwej socjalnie został poważnie nadwerężony. Na wizerunku formacji „dobrej pani Beaty pachnącej rosołem” i wspomagającej pokrzywdzonych przez transformację, wiele już nie ugra. Niektórzy politolodzy twierdzą nawet, że ten aspekt wizerunku PiS legł w gruzach, choć w sondażach to się jeszcze nie zaznaczyło. PiS nie ma teraz innej drogi, niż stwardnieć i „pokazać pazurki”, a raczej „pazury”.

 

II. Wylegitymowanie za pytanie

W Sanoku, funkcjonariusz policyjnej drogówki wylegitymował uczestniczkę spotkania z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim. Przypadków represjonowania kontrmanifestantów na spotkaniach z pisowskimi oficjelami było już sporo. Jednak o ile dotąd szykany te spotykały osoby wykrzykujące na spotkaniach antypisowskie hasła i wznoszących antypisowskie transparenty, o tyle po raz pierwszy spotkało to osobę, która ograniczyła się do zadania marszałkowi Sejmu pytania o protest niepełnosprawnych. Byłoby naiwnością przypuszczać, że była to inicjatywa skromnego aspiranta lub nawet jego bezpośredniego przełożonego. Trudno nie szukać tu inspiracji płynącej z góry. Wylegitymowanie osoby, która nie dała najmniejszego nawet pozoru zakłócania zgromadzenia jest wyraźnym sygnałem dla ewentualnych przyszłych, krytycznych wobec władzy uczestników takich spotkań – siedźcie cicho, bo spotkają was przykrości. Bycie wylegitymowanym przez policję w błahej sprawie, gdy ma się przy tym uzasadnione poczucie pełnej niewinności nie jest co prawda dla wielu osób szczególnie dramatycznym zdarzeniem, ale są i tacy, którzy tego rodzaju sytuację mocno przeżywają emocjonalnie. To ostrzeżenie skierowane właśnie do nich, a jednocześnie komunikat do „milczącej większości”, by nie mieszała się do polityki, bo władza tego nie lubi. Chyba, że ktoś z „milczącej większości” chce władzę właściwie i w miły sposób postawionym pytaniem (to znaczy pytaniem à la Danuta Holecka) poprzeć. Przypadek niedawnego najścia policji na spokojną – jak noc w szwajcarskim uzdrowisku – konferencję filozoficzną w Pobierowie zdaje się tylko potwierdzać, że mamy do czynienia nie z przypadkami, ale z kursem władzy. Fakt, że szef MSW przeprosił jej uczestników, nic nie znaczy. Znałem chuliganów, którzy najpierw kopali ofiarę od tyłu, a potem mówili; „Przepraszam, ja niechcący”.

 

III. Pożar u Brejzy

I wreszcie sprawa pożaru kamienicy w Inowrocławiu, miejsca zamieszkania posła Krzysztofa Brejzy. Nie zamierzam formułować tu jakichkolwiek konkretnych oskarżeń, bo nie dysponuję aktualnie (nie ja jeden) żadnymi danymi po temu. Jednakowoż fakt, że pożar zbliżył się do mieszkania, w którym mieszka z rodziną jeden z najbardziej znienawidzonych przez PiS posłów opozycji, poseł który wykrył kompromitującą aferę „nagrodową” rządu i który zajmuje się m.in. brzydko pachnącą sprawą wykupu kolekcji Czartoryskich, nie pozwala przejść nad tym wydarzeniem do porządku dziennego. Swego czasu sformułowałem na łamach „DT” hipotezę, że PiS jest formacją, która w obronie swojej władzy zdolna jest z psychologicznego punktu widzenia, czy też zdolna byłaby, w skrajnych przypadkach, do aktów fizycznej przemocy, włącznie z zadawaniem śmierci oponentom. Nie można też a priori wykluczyć, że interesy władzy mogły sprząc się w jakichś aspektach z interesami świata kryminalnego. Historia uczy, że sięganie przez władzę (także władzę deklarującą nieubłaganą walkę z przestępczością) po usługi świata przestępczego, po usługi „ludzi luźnych w służbie przemocy” nie należy do rzadkości. Tak przecież działają m.in. agentury policyjne. Po ludzi „luźnych w służbie przemocy” ochoczo sięgały reżimy faszystowskie. Niedawno prognozowałem na łamach „DT”, że z konieczności, z powodów pragmatycznych (czytaj: ekonomicznych), kończy się – zasadniczo – w praktyce obecnych rządów PiS okres „rozdawania chleba”, a zaczyna czas igrzysk ku uciesze agresywnie i autorytarnie usposobionego pisowskiego motłochu. Trzy zdarzenia, o których była wyżej mowa, zdają się potwierdzać sformułowaną przeze mnie hipotezę.

Syty głodnego nie zrozumie

Niech politycy wreszcie na własnej skórze odczują, co znaczy „tanie państwo”.

Prawie połowa Polaków obniżyłaby pensje posłom do 5 tys. zł brutto – wynika z sondażu Ariadny przeprowadzonego dla gazety.pl. Taki stan rzeczy, przerażający w ostatecznym rozrachunku, wynika z kilku paradoksów.
I wcale nie przyczynił się do tego płomienny apel Jarosława Kaczyńskiego o to, że „potrzeba skromności w życiu publicznym”. Wcale nie. Większość wyborców tak naprawdę popiera sowite wynagrodzenia dla posłów – nie dlatego, że szczególnie sobie ceni naszych wybrańców narodu, ale w obawie przed tym, by nie chodzili na pasku biznesu.
Zwłaszcza, że w całej aferze z nagrodami rozpętanej przez prezesa PiS, posłowie i senatorowie tak naprawdę oberwali rykoszetem. Bo to rząd wziął od Szydło „drugie pensje”, nie oni. A to im prawdopodobnie obniżą ustawą miesięczne zarobki o dwa tysiące. Wprawdzie ministrowie i wiceministrowie też musieli oddać nagrody (zgodnie z tym co mówiła Beata Mazurek, oddali prawie wszyscy, choć niekoniecznie akurat na Caritas), ale zwrócili po prostu zbyt lekką ręką przyznane bonusy. Ich wynagrodzenie zasadniczo jednak pozostanie bez zmian.
I tu rację mają posłowie opozycji, którzy wymachują tym faktem niczym sztandarem. Tylko że teraz mało kto im współczuje. Mija 35. dzień, gdy niepełnosprawni razem z rodzicami leżą z materacami na sejmowych korytarzach i czekają na swoje 500 zł. Nikt nie spodziewał się, że tak trudno będzie wydrzeć je z gardła socjalnej ekipie. W tej sytuacji nawet zadeklarowani obrońcy poselskich wynagrodzeń uśmiechają się złośliwie: „niech się teraz przejdą w naszych butach”.
Wreszcie – zwraca się trwające całymi latami psioczenie o tym, że potrzebne jest tańsze państwo (jak celnie stwierdził publicysta Łukasz Moll: „kto Balcerowiczem wojuje, od Balcerowicza ginie”). Bo państwo tanie dla zarządzających to także państwo dziadoskie dla zarządzanych, oszczędzające na zasiłkach, na NFZ, na przewozach, na szkolnictwie.
49 procent ankietowanych w sondażu wyceniło poselską pracę na 5 tys. brutto – czyli 3350 zł do tak zwanej ręki. I ma to być górna granica.
Osobiście uważam, że oszczędzić można w zupełnie inny sposób. Po co nam aż 460 posłów? Po co 100 senatorów? Lepiej mieć połowę albo jedną trzecią mniej, ale wynagradzanych sowicie (z tym, że bez przywilejów takich jak obsadzanie spółek państwowych, zakaz łączenia funkcji posła i ministra, ograniczenia liczby kadencji – ale też wyższe emerytury dla polityków). Inaczej będziemy mieć chmarę ludzi wynagradzanych poniżej odpowiedzialności i to się na nas zemści w kolejnej kadencji, kiedy „w posły” przyjdą tacy, że przy nich ci dzisiejsi to arystokracja.