Strajk za pasem

Kompletny paraliż oświaty w Polsce za mniej więcej dwa tygodnie stanie się faktem. Negocjacje Rady Dialogu Społecznego okazały się totalną klapą. ZNP liczy głosy w referendum strajkowym, „S” już głoduje w Małopolsce. A mamy dopiero marzec.

Szef oświatowej „Solidarności” Ryszard Proksa zarzekał się, że nie usiądzie przy jednym stole z szefem ZNP Sławomirem Broniarzem. A jednak usiadł – podczas nadzwyczajnego posiedzenia Rady Dialogu Społecznego. I obaj wstali od tego stołu zdegustowani. Paraliż oświaty na wiosnę jest już praktycznie przesądzony.
Tym razem to nie Anna Zalewska wzięła na siebie rolę głównego negocjatora, ale wicepremier Beata Szydło. Niestety – jedyne co miała do zaproponowania to przyspieszenie kilkuprocentowych podwyżek, które rząd miał dać nauczycielom w styczniu 2020 roku, ale łaskawie jest skłonny dać je we wrześniu 2019. Jak można się domyślać, taki obrót sprawy nie usatysfakcjonował absolutnie nikogo.
– Nie zbliżyliśmy się do kompromisu ani o złotówkę – powiedzieli, zgodni jak nigdy, przedstawiciele ZNP i Forum Związków Zawodowych, które wspólnie domagają się 1000 zł podwyżki dla nauczycieli od razu, oraz delegat „Solidarności”. – Nie było żadnych propozycji, które by nas zaskakiwały. To nic nowego. Jesteśmy daleko od tego, aby to w ogóle trąciło porozumieniem – mówił lider ZNP Sławomir Broniarz.
Czego domaga się „Solidarność”? chcą podwyżek takich samych jak w służbach mundurowych – czyli nie mniej niż 650 zł od stycznia tego roku i kolejnych 15 proc. od stycznia 2020 r. do wynagrodzenia zasadniczego bez względu na stopień awansu zawodowego nauczyciela. Natomiast ZNP oraz Forum Związków Zawodowych żąda jednorazowej podwyżki w wysokości 1000 zł.
Obie frakcje reprezentujące nauczycieli, mimo iż skłócone ze sobą wzajemnie, z perspektywy rządu przedstawiają nierealne oczekiwania. Beata Szydło zachwalała swoją poniedziałkową ofertę. Kusiła dyplomowanych nauczycieli pensją 6 tys. brutto. Komentarze pedagogów w sieci bardzo szybko zdemaskowały te sensacyjne doniesienia jako myślenie życzeniowe. Dziś dyplomowany pedagog z wieloletnim stażem na przykładzie Poznania – może liczyć na około 2800 zł brutto. Podwyżki Szydło magicznie nie zwiększą tej sumy dwukrotnie.
W tej chwili w sporze zbiorowym znajduje się około 85 procent polskich szkół. Organizacja NIE dla chaosu w szkole zbiera od nauczycieli informacje o wynikach referendów strajkowych. ZNP planuje protest od 8 kwietnia, w gorącym okresie egzaminacyjnym, grupa przedstawicieli „Solidarności” już głoduje, okupując od ubiegłego tygodnia budynek małopolskiego kuratorium oświaty. Protestującym Anna Zalewska również nie przedstawiła żadnej satysfakcjonującej propozycji. Jest zbyt zajęta kampanią wyborczą do europarlamentu. Wygląda na to, że nawet jeśli ZNP oraz NSZZ „Solidarność” nie połączą sił, paraliż oświaty już za dwa tygodnie może stać się faktem. Swój udział w strajku przygotowanym przez ZNP zapowiedzieli bowiem nawet pedagodzy zrzeszeni w „S” – uznając, że pójdą na niego indywidualnie, bez barw związkowych.
Atmosferę wieczorem 25 marca podgrzały dodatkowo media publiczne: kontrolowana przez prawicę telewizja „poinformowała” społeczeństwo, że przeciętny czas pracy nauczyciela wynosi… trzy godziny dziennie. Zasugerowała również, iż sfinansowanie podwyżek, jakich oczekuje ZNP, oznaczałoby zabranie pieniędzy emerytom.
Nie wspominając już o „zadowolonej” z podwyżek nauczycielce, którą wyjęto nie tylko z telewizyjnego archiwum, ale również z kontekstu.
Podwyżka była satysfakcjonująca. Jestem zadowolona z tych podwyżek. Oczywiście zawsze może być lepiej, ale nie narzekajmy, jest okej” – mówiła w materiale, pokazanym w „Wiadomościach” TVP, Małgorzata Biernacka ze Szczecina.
Sęk w tym, że słowa o podwyżkach mówiła rok temu, a wypowiedzi użyto „bez jej wiedzy i zgody” w „Wiadomościach” TVP.
„W tamtym momencie nie spodziewałam się, że kiedykolwiek moje słowa zostaną wykorzystane do tłamszenia protestu nauczycieli, którzy walczą o godne zarobki. Gdybym wiedziała, że jako grupa zawodowa zabierzemy wreszcie zdecydowany głos w tej sprawie nie siliłabym się na dyplomację, a raczej powiedziałabym prawdę. Sama w tej chwili w proteście biorę udział” – napisała kobieta na Facebooku dzień po emisji programu. – „Oczywiście, że nie byłam zadowolona z płacy, jaką otrzymywałam za swoją ciężka pracę. Jak wiadomo nawet po tamtych podwyżkach pensja nauczyciela kontraktowego (bo takim jestem) wystarcza tylko na przeżycie od 1. do 1. Jestem jednak osobą z natury optymistyczną, więc cieszyłam się na tamtą chwilę, że sytuacja zaczyna się poprawiać. Starałam się odpowiedzieć najbardziej dyplomatyczne jak potrafiłam. (…) Jest to manipulacja i propaganda ze strony telewizji. Z całego serca popieram kolegów i koleżanki po fachu, sama również biorę udział w proteście”.
Szef ZNP Sławomir Broniarz na wszelkie sposoby stara się przekonać rząd, by jednak podjął rozmowy z nauczycielami. Powtarza: do 8 kwietnia jest jeszcze trochę czasu, więc jeśli naprawdę nie chcecie kataklizmu w oświacie, wykażcie dobrą wolę! Rząd przyjął jednak konfrontacyjną postawę.
Michał Dworczyk w poniedziałek 25 marca rano stwierdził, że budżet nie udźwignie postulowanych przez ZNP podwyżek w wysokości 1000 zł.
W przeciwieństwie do „piątki Kaczyńskiego”. Dlatego trudno dziwić się nauczycielom, którzy są przekonani, że po latach lekceważenia przez kolejne rządy, tylko działając zdecydowanie mają szansę coś uzyskać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *