Węgierscy nauczyciele nie chcą uczyć faszyzmu

Węgierscy nauczyciele zrzeszeni w Demokratycznym Związku Nauczycieli są oburzeni nową podstawą programową, która z rządowej inicjatywy właśnie jest wprowadzana do szkół. Nie chcą wychowywać uczniów na nacjonalistów i przekazywać im jednostronnego obrazu węgierskiej literatury i historii.

„Nie będę uczyć faszyzmu” – to hasło, pod którym wystosowano we wtorek protest dotyczący nowego obowiązkowego programu nauczania.
Demokratyczny Związek Nauczycieli (PDSZ) i inne organizacje pedagogów przekonują, że nie ma w nim cienia przesady. Ostrzegają, że ogłoszona w piątek podstawa programowa dla szkół podstawowych i średnich oznacza totalną ideologizację kształcenia. Szczególnie oburzeni są nauczyciele historii i literatury węgierskiej.
– Program zakłada nieustanne deklarowanie poglądów moralnych i ideologicznych – komentuje Gyorgy Fenyo, zastępca przewodniczącego Stowarzyszenia Nauczycieli Literatury. – Nie pozostawia swobody, wprost dyktuje, co trzeba myśleć.
Węgierscy nauczyciele i nauczycielki, którzy się na to nie godzą, umieszczają w mediach społecznościowych swoje zdjęcia z hasłami protestacyjnymi i hasztagiem #noNAT.
Wśród 10 najwybitniejszych pisarzy węgierskich, których twórczość uczeń będzie musiał poznawać, nie znalazł się jedyny węgierski noblista z literatury Imre Kertesz, Ocalony z Zagłady, autor m.in. Losu utraconego, powieści opisującej jego własne doświadczenia z uwięzienia w Auschwitz-Birkenau i Buchenwaldzie.
Na liście lektur są za to prace Ferenca Herczega, pisarza tworzącego w końcu XIX w. i w I poł. XX w., konserwatywnego działacza i miłośnika Benito Mussoliniego.
Rząd Viktora Orbana jest bardzo zadowolony z opracowanego programu. Minister zasobów ludzkich Miklos Kasler stwierdził, że jego rewizja była niezbędna, a nowa podstawa opiera się na wartościach węgierskich i europejskich.
Prace nad zmianami w wykazie obowiązkowych treści szkolnego nauczania trwały w Budapeszcie od 2017 r.
Pierwsza wersja nowej podstawy programowej była gotowa w sierpniu 2018 r., lecz rząd jej nie zaakceptował – jak informowały lokalne media, uznał program nauczania języka węgierskiego i historii za „niedostatecznie narodowy”.

Zabawa, prawa i pieniądze

Zdarza się, że uczniowie zmuszani są do zapłacenia obowiązkowej opłaty „na studniówkę”, mimo, że nie mają zamiaru na nią iść.

Choć większość uczniów i uczennic z radością wyczekuje studniówki, to wielu młodym ludziom ta pierwsza „dorosła” impreza już kojarzy się z przymusem i łamaniem ich praw. Lista studniówkowych grzechów szkół jest niestety długa:
Koszty studniówki nieoczekiwanie rosną, wpłaty nie są zwracane w przypadku wycofania się („bo nie”). Szkoła często oczekuje, że zostaną zaproszeni wszyscy nauczyciele, a nie tylko ci uczący rocznik (co oczywiście powoduje wzrost kosztów, których nauczyciele nie ponoszą). Zdarza się, że uczniowie zmuszani są do zapłacenia obowiązkowej opłaty „na studniówkę”, na którą nie mają zamiaru iść (tłumaczenie: to na ciasta/wodę/obiady/kwiaty dla nauczycieli podczas matur, nawet 120 zł). Nauczyciele wyznaczają, z kim można pójść, a z kim nie (z osobą tej samej płci – nie wolno, z osobą poniżej 16 lat – nie wolno). Uczniowie zapraszający osoby towarzyszące, zobowiązani są podać najpóźniej na 14 dni przed Studniówką wychowawcom dane osobowe z dokumentów tożsamości zapraszanych osób towarzyszących tj. imię i nazwisko, data urodzenia (to się nadaje od razu do zgłoszenia do Inspektora Ochrony Danych Osobowych).
Bezprawne regulaminy
Dyrektorzy powielają hulające w internecie bezprawne „regulaminy studniówek”, czyniąc z ich podpisania warunek uczestniczenia w studniówce. Ustalają w nich zasadę, że nie wolno opuścić budynku studniówki – kto wyjdzie się przewietrzyć (lub na papierosa, o zgrozo! – A przecież mówimy o dorosłych osobach) – nie ma prawa powrotu (choć zapłacił za imprezę 600 zł).
W czasie studniówki obowiązuje zakaz picia alkoholu i stosowania używek. Jakim prawem goście zabraniają dorosłym organizatorom pić alkohol na ich własnej imprezie? Jeśli ma być studniówka w szkole to zakaz podawania i spożywania w niej alkoholu wynika wtedy z przepisów ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Na prywatnej imprezie nie wolno szkole wydawać zakazów, do których nie ma podstawy prawnej.
Niektóre szkoły przyznały sobie prawo do stawiania minusów z zachowania uczniowi czy uczennicy za to, że jej osoba towarzysząca została przyłapana na paleniu papierosów lub piciu alkoholu. Niejednokrotnie należy podać prywatnym osobom (komitetowi organizacyjnemu) dane osobowe, w tym czasem nawet PESEL, osoby towarzyszącej. To nie jednostkowe przypadki, lecz coraz popularniejsze praktyki. Wystarczy wpisać: „regulamin studniówki” w wyszukiwarkę albo wejść na grupy, w których uczniowie i uczennice szukają rad. Szkoły to instytucje publiczne, uczniowie mają za sobą kilka lat nauki o praworządności i społeczeństwie ale w wielu szkołach to wszystko jakby było teorią, a nie praktyką. „Gospodarze” studniówki w zgłaszanych mi przypadkach nie wiedzą nawet, do kogo trafiają te pieniądze, co właściwie za nie zostanie kupione, nie mają żadnego wpływu na ich własny – w teorii – bal. Wszystko jest zadecydowane ponad ich głowami, przez dorosłych – dyrekcję i komitet złożony z rodziców. Młodzi mają zapłacić, przyjść i zachowywać się według narzuconych przez dorosłych, często bezprawnych zasad. A rodzice często nie chcą dopytywać, z troski aby żeby dziecko nie miało problemów – lepiej zapłaćmy i miejmy spokój. Trudniej przełknąć tę metodę w przypadku mniej zamożnych rodzin, ale skoro inni milczą, to nie będziemy nadstawiać głowy – cóż, będziemy oszczędzać, byle dziecko nie poczuło się gorsze. Gotówkę daje się do ręki skarbnikowi klasowemu, wpłaca na komitet rodzicielski. W niektórych szkołach to wychowawca zbiera pieniądze i pilnuje terminowości wpłat, pogania zwlekających, w innych – uczniowie wpłacają w sekretariacie (z jakiego tytułu? To jest niezgodne z prawem). I pytają kolegów i koleżanek na grupie facebookowej, czy naprawdę muszą płacić za napoje dla nauczycieli i obiady dla nich w trakcie matur, czy można nie wpłacić na „obowiązkowe” kwiaty. Uczniowie w większości tych przypadków nie zobaczą faktur, umów, nie dowiedzą się, za co konkretnie zapłacili.
A koszty? Przykłady z tego roku: 150 zł za siebie, 150 za osobę towarzyszącą, 120 „na kwiaty, matury, nauczycieli” – wychodzi średnio 420 zł – 600 zł (para) i ok. 300 zł (singiel).
Święto uczniów
Cofnijmy się w czasie. Dawno, dawno temu studniówka, czyli impreza na 100 dni przed maturą, to był pierwszy „dorosły” własny bal, organizowany w szkole, przez uczniów i uczennice. Miało to edukacyjny i oświatowy sens i cel – młodzież samodzielnie organizowała uroczystą zabawę w szkole: sama wyłaniała spośród siebie komitet organizacyjny, sama rozdzielała zadania, wyłaniała chętnych do organizacji programu artystycznego, dekorowała salę szkolną, dogadywała się, kto organizuje napoje, ustalała, czy jest zrzutka, na co, po ile, piekła ciasta, robiła sałatki, organizowała muzykę. Brała na siebie odpowiedzialność. Udział rodziców to w najwyższym razie upieczenie tortu.
Żadnych regulaminów, bo są po prostu zasady, które się zna i respektuje, które się przegadało na przestrzeni lat w normalnym życiu, przy okazji, przy obiadach, zasłyszało dyskusje ciotek i wujków przy rodzinnej imprezie, które się nabyło w trakcie uczestniczenia w życiu rodziny i społeczności albo pogadankach w szkole, więc tworzenie regulaminu o tym, że należy mieć „strój podnoszący rangę imprezy”, było nie do pojęcia
Tak rozumiana studniówka mieściła się w zadaniach szkoły. Było wzięcie jakiegoś ciężaru odpowiedzialności przez młodzież, była samoorganizacja, współpraca. Oczywiście pewnie był i nielegalny alkohol, ukryty podczas dekorowania sali za kotarami, choć pewnie nie w takiej ilości jak dziś. A sam bal był zwieńczeniem pewnej wspólnej pracy, pomysłów, wysiłku. Nauczyciele byli „gośćmi” – piszę w cudzysłowie, ponieważ de facto byli u siebie, w szkole, a uczniowie – czuli się „gospodarzami”. Studniówka nigdy nie była i nie jest imprezą obowiązkową. Była i jest świętem uczniów i uczennic, kończących szkołę. Jest zwyczajem, niestety coraz częściej wypaczanym, a wiele szkół w to święto wtłacza przymus – zauważa sieć Watchdog. Staje się bezrefleksyjnie i bezsensownie reprodukowaną imprezą, a z tradycją łączy ją często już tylko nazwa.
Jak to w wielu szkołach wygląda dziś? Coraz rzadziej (bywa, że z braku większej sali) studniówki odbywają się w szkole, coraz rzadziej młodzież te studniówki organizuje. Szkolne bale masowo „wyszły” ze szkół, odbywają się w hotelach, restauracjach, ośrodkach wczasowych. Organizacją zajmuje się zazwyczaj komitet złożony z rodziców, czasem nawet z nauczycieli, albo rada rodziców (naruszając przepisy o zadaniach rady rodziców, określone w prawie oświatowym, art. 84), a postanowienia dotyczące miejsca, menu, wymagają często akceptacji dyrektora. Organizacja tego młodzieżowego balu jest w wielu szkołach tak daleko odsunięta od uczniów, że ich rola jest sprowadzona do zapłacenia kilku stów oraz podporządkowania się absurdalnemu i łamiącemu prawo regulaminowi – i w ten sposób odhaczana jest wyprana z sensu „tradycja”. Często młodzi nawet nie podpisują tego regulaminu – to rodzice dorosłego człowieka mają złożyć swój podpis pod zestawem zasad, ograniczających jego prawa i wolności, co jest niegodne z prawem: od 18 roku życia mamy pełnię czynności prawnych, a rodzice już nie są naszymi ustawowymi przedstawicielami (art. 11 kodeksu cywilnego).
Słowa „studniówka” nie znajdziemy w żadnej ustawie ani rozporządzeniu. W oficjalnym systemie oświaty takie wydarzenie nie istnieje. Jest to zwyczaj, tradycja – tak jak tradycją u polskich katolików jest np. 12 potraw na wigilijnym stole – i chyba nikomu nie przyszłoby do głowy tworzenie regulaminu Wigilii albo prawne regulowanie dawania prezentów, przymuszanie do śpiewanie kolęd oraz tworzenia systemu kar za zjedzenie plastra szynki na śniadanie 24 grudnia. Nie tworzymy też regulaminu wesela, nakazu białej sukni i kar za skandaliczne upicie się do nieprzytomności. Zwyczaju i norm kulturowych nie obwarowuje się przymusem, nakazami, zakazami i karami.
To nie zajęcia szkolne
Studniówka nie jest zajęciem dydaktycznym, wyjściem grupowym, wycieczką, a opinia prawna o tym, że studniówka jest imprezą szkolną (co w efekcie rodziłoby skutki prawne), jest pomyłką. Opinia ta opiera się na błędnym rozumieniu paragrafu 2. rozporządzenia ministra w sprawie bezpieczeństwa i higieny w publicznych i niepublicznych szkołach i placówkach, który brzmi: „Dyrektor zapewnia bezpieczne i higieniczne warunki pobytu w szkole lub placówce, a także bezpieczne i higieniczne warunki uczestnictwa w zajęciach organizowanych przez szkołę lub placówkę poza obiektami należącymi do tych jednostek”.
To, czym są zajęcia szkolne, określają ustawy – a każdy podmiot władzy publicznej jest zobowiązany działać na podstawie i w granicach prawa (art. 7 Konstytucji), nie na podstawie zwyczaju, tradycji, tego, co się wydaje albo na podstawie „bo zawsze tak było”, tylko że się po drodze wypaczyło – wskazuje Watchdog. Wszystkie zajęcia, realizowane przez szkołę, służą realizacji celów oświatowych, wpisanych w ustawy (ustawa o systemie oświaty, prawo oświatowe) lub realizacji podstawy programowej, określonej w rozporządzeniu. Także te zajęcia, odbywające się poza szkołą, a określone w paragrafie 2. wspomnianego wyżej rozporządzenia w sprawie bezpieczeństwa i higieny.
Studniówka tymczasem żadnego celu oświatowego ani żadnej podstawy programowej nie realizuje. Nawet tańczenia poloneza w stroju wieczorowym nie podciągniemy do podstawy programowej WF-u. Studniówka nie stwarza również warunków do rozwoju zainteresowań i uzdolnień uczniów – nie może być zatem uznana za zajęcie, do realizacji którego powołana jest szkoła. Studniówka nie jest dla nikogo wydarzeniem obowiązkowym. Ani dla uczniów, ani dla nauczycieli. Jest imprezą prywatną, środowiskową, składkową. W związku z tym nie można nikogo zmusić do zapłacenia za studniówkę, na którą nie ma zamiaru iść, zaś składkowicze powinni mieć wpływ i wgląd w to, co ile kosztuje i na co idą ich pieniądze, ustalić zakres dóbr, za które płacą.
To tak jak w grupie znajomych: dajmy na to 10 osób wyprawia razem urodziny. I umawiają się: po ile się składamy, co za to kupujemy, po ile osób zapraszamy, jak drogiego DJ-a bierzemy. Jak Marek kupuje składniki do pieczenia ciasta – to pokazuje reszcie rachunek ze sklepu. Jak Kaśka załatwia lokal – to pokazuje reszcie umowę, którą zawarła jako osoba prywatna, „na siebie”.
Te 10 osób w tym przykładzie – to maturzyści. A goście – to nauczyciele. Brakiem kultury byłoby na takiej imprezie urodzinowej, gdyby goście narzucali, jak się mają gospodarze ubrać i zachowywać, prawda? I zakazywali dorosłym osobom wypić alkohol na ich imprezie, czyż nie? A już szczytem absurdu byłoby tworzenie przez gości regulaminu zachowania się gospodarzy podczas imprezy z obowiązkiem podpisania go przez gospodarzy, bo jak nie – to nie masz wstępu na Twoje urodziny.
Pomysł, aby regulować każdy najmniejszy aspekt życia społecznego, jest wypaczaniem tego życia.
Biorąc na siebie organizację studniówki, zastanówmy się – rodzice, nauczyciele, dyrektorki – czy nie odbieramy młodym ludziom dorosłości, możliwości wpływu, wzięcia odpowiedzialności, decydowania, czy tworząc absurdalne regulaminy, nie spychamy ich do roli zwierzątek, mających karnie zapłacić, nie pytać, ładnie ubrać się, grzecznie bawić? Albo zupełnie inaczej – czy nie rozpuszczamy ich, przekładając organizację na barki rodziców?
Co można zrobić? Zastanowić się, czego chcemy. Popracować nad motywacją. Uczniowie mogą zrobić zebranie jeszcze w trzeciej klasie, bo od przyszłego roku studniówka będzie w czwartej klasie, i ustalić, czy chcemy studniówki – bo jeśli tak, to wszystkie ręce na pokład, i MY to organizujemy – i mamy z tego fun. Dorośli niech służą radą i wsparciem, ale nie wyręczają i nie obsługują.

Polacy nie gęsi?

Już Henryk Sienkiewicz namawiał, by Polacy uczyli się przede wszystkim języka angielskiego.
Pod rządami PiS nasze szkoły mają z tym jednak spore kłopoty.

Bez znajomości języka angielskiego nie można dziś funkcjonować w świecie i z sukcesami uczestniczyć w rozwoju gospodarczym. Potwierdzają to nawet Francuzi.
– Na całym świecie angielski pozostaje docelowym językiem dla biznesu i jest kluczowy, jeśli chodzi o pełne wykorzystywanie zasobów edukacyjnych, czy możliwości, które daje internet – mówi ekspertka Sylwia Rogalska.
Dlatego też znajomość języka angielskiego na świecie jest coraz powszechniejsza, a spośród tych państw, które nie były kiedyś koloniami brytyjskimi, najbieglej posługują się nim mieszkańcy krajów europejskich.

Unia służy nauce języków

Jak wynika z największego na świecie międzynarodowego rankingu (w którym przeanalizowana została znajomość języka angielskiego wśród osób nie będących jego rodzimymi użytkownikami), Polacy awansowali w stosunku do ubiegłego roku o 2 pozycje i zajęli 11. miejsce, wyprzedzając takie kraje, jak Portugalia, Belgia, Francja, Hiszpania czy Japonia. Na pierwszym miejscu znaleźli się Holendrzy.
Ranking jest prowadzony przez firmę Education First i opiera się na wynikach, jednakowego dla całego świata, testu z języka angielskiego. Objęto nim ponad 2 miliony dorosłych ze 100 krajów. Razem z rankingiem prowadzony jest indeks biegłości językowej dla szkół, badający nabywanie znajomości języków przez uczniów szkół średnich i wyższych z 43 krajów.
W pierwszej dziesiątce rankingu jest aż 8 państw członkowskich Unii Europejskiej. Pozostałe dwa to Singapur i Republika Południowej Afryki, w których angielski jest jednym z języków urzędowych. Umiejętności językowe w Europie nie są jednak na równym poziomie. Większość krajów nie należących do UE wyraźnie ustępuje pod względem biegłości w posługiwaniu się angielskim.

Wielki chiński skok

Jeżeli chodzi o postępy w posługiwaniu się tym językiem, to największy na świecie skok zanotowały Chiny, które po raz pierwszy w historii przeszły z niskiego – do umiarkowanego poziomu biegłości posługiwania się językiem angielskim. Nadal jednak oczywiście ustępują pod tym względem takim państwom jak Singapur, Filipiny czy Malezja.
Znaczący wzrost znajomości angielskiego nastąpił także w Ameryce Łacińskiej. Aż 12 z 18 krajów tego regionu poprawiło swoje umiejętności językowe w latach 2017-2018.
Polska cały czas plasuje się wśród państw o najwyższym stopniu zaawansowania języka angielskiego na świecie. W porównaniu do zeszłorocznego rankingu EF, udało nam się awansować o dwie pozycje.
Najlepszy wynik osiągnęliśmy w 2014 roku, kiedy to znaleźliśmy się na bardzo wysokim, szóstym miejscu.

Rząd PiS nie lubi angielskiego

Niestety, polityka edukacyjna prowadzona przez rząd Prawa i Sprawiedliwości spowodowała załamanie w nauczaniu języka angielskiego.
Kolejne lata władzy PiS doprowadziły do spadku Polaków w rankingu znajomości angielskiego z zaszczytnego szóstego miejsca, aż na 13 w 2018 r. I stało się to w kraju, gdzie nie było żadnej katastrofy ekonomicznej, lecz jakoby następuje rozwój cywilizacyjny i rozwijają się relacje ze światem!
To o tyle ewenement, że w ogromnej większości państw świata poprawiały się w ostatnich latach kompetencje językowe. Jednak nie w Polsce rządzonej przez PiS. Wzrost o dwa miejsca od ubiegłego roku nie nastąpił zaś dzięki polityce edukacyjnej obecnej ekipy – lecz mimo niej.
O tym, że w polskich szkołach kuleje nauczanie angielskiego, świadczy też badanie przeprowadzone przez firmę Angloville, z którego wynika, że tylko niespełna połowa polskich uczniów potrafi swobodnie komunikować się w języku angielskim.
„Tylko” – gdyż uczy się go aż 95 proc. dzieci w polskich szkołach. Drobną pociechą może być natomiast to, że wypadliśmy nieco lepiej w porównaniu z Czechami oraz Słowacją (po około 40 proc.).

Trudna nauka mówienia

Okazuje się, że sposoby prowadzenia zajęć z angielskiego nie zmieniają się od dziesięcioleci. Nadal są to tradycyjne lekcje, podczas których nauczyciele kładą nacisk głównie na gramatykę, czytanie ze zrozumieniem oraz pisanie. Cały czas natomiast praktyczne wykorzystanie języka jest na dalszym planie.
Konsekwencją braku pozytywnych zmian w systemie szkolnictwa jest niska ocena uczniów, wystawiana przez nich zajęciom z języka angielskiego (tylko 2,9 pkt. w pięciostopniowej skali).
Dlaczego w polskiej szkole trudno nauczyć się rozmawiania w języku angielskim?
Uczniowie podkreślają, że brakuje im bezpośrednich spotkań z anglojęzycznym lektorem (wskazuje na to 79 proc. ankietowanych),swobodnych konwersacji (74 proc.) a także pracy w małych grupach (54 proc.).
– Skoro uczniowie wyrażają potrzebę bardziej interaktywnych zajęć i dostrzegają rolę bezpośredniego kontaktu z native speakerami, należy szukać nowych i atrakcyjniejszych dla dzieci metod nauczania tego języka. Takich, które zbliżą ich do naturalnych „angielskich” warunków. Warto zanurzać się w języku, tzn. tworzyć warunki nauki przynajmniej zbliżone do tych funkcjonujących w anglojęzycznych krajach. Dobrym początkiem może być chociażby zmiana języka w telefonie z polskiego na angielski. W końcu to w telefonach obecna młodzież spędza najwięcej czasu – mówi ekspert Michał Kelles-Krauz.

Nie inwestujemy w przyszłość

Problemy związane z nauczaniem języka w polskich szkołach, od lat przyczyniają się do rosnącej popularności pozaszkolnych zajęć językowych, z których korzysta już 71 proc. uczniów. Młodzież coraz chętniej wykorzystuje do nauki także media społecznościowe.
Warto zwrócić uwagę, że polscy rodzice raczej słabo stymulują swe potomstwo w kierunku opanowania angielskiego. Oni również uważają, że nauczanie tego języka w szkołach raczej szwankuje – ale jednocześnie, jak pokazuje ankieta, aż 70 proc. dorosłych nie angażuje się w naukę własnych pociech.
Niestety, środki otrzymywane z programu Rodzina 500 plus, na razie raczej nie są inwestowane przez rodziców w przyszłość edukacyjną ich dzieci. Są konsumowane – i trudno się temu dziwić, bo przecież bardzo podobnie wygląda wykorzystanie środków unijnych przez władze samorządowe. Tacy po prostu jesteśmy.

Polska szkoła na równi pochyłej

Coraz bardziej widoczne oraz uciążliwe stają się koszty zaniechań i błędów popełnionych przez PiS w oświacie.

Polska nie ma szczęścia do reform edukacyjnych. Właściwie wszystkie zmiany systemowe w oświacie jakie wprowadzały władze, były dość powszechnie krytykowane i nie budowały zaufania ani do szkół, ani do państwa. Czasem przyczyną złego odbioru społecznego bywało ich nieprzygotowanie połączone z niekonsekwencją. Tak było na przykład z wprowadzeniem gimnazjów, które w zamyśle miały ułatwić uczniom z regionów i rodzin nieuprzywilejowanych, dostęp do dobrze wyposażonych szkół średniego szczebla oraz opóźnić próg selekcji do liceów, ale ten słuszny zamysł rozbijał się o nieprzestrzeganie rejonizacji.
Niekonsekwentne wprowadzanie zmian w oświacie szło zazwyczaj w parze z brakiem przekonującego tłumaczenia sensu reform. Przykładem może być szeroka i skuteczna mobilizacja społeczna przeciwko obniżeniu wieku szkolnego do lat 6. Podobnie jak w przypadku gimnazjów, zasadniczym celem tej reformy było wyrównywanie szans edukacyjnych – w tym przypadku poprzez przyspieszenie kontaktu z systemem edukacyjnym, co byłoby szczególnie korzystne dla dzieci z rodzin nieuprzywilejowanych, o niższym kapitale kulturowym. Jednak nikt tego celu społeczeństwu przekonująco nie wyjaśnił, nie podjęto też wspólnie ze szkołami wysiłku, aby pokazać korzyści ze zmiany,
Prawo i Sprawiedliwość wyciągnęło z tych wszystkich błędów wnioski – i postanowiło zreformować polską szkołę bez żadnego jasno określonego celu.

Centralizacja nade wszystko

PiS wiedziało, że populistycznej polityki oświatowej nie da się przeprowadzić bez zwiększenia kontroli rządu nad szkołami. Dlatego niemal jednocześnie z podniesieniem wieku szkolnego do 7 lat, zwiększono kompetencje wojewódzkich kuratorów oświaty i wymieniono większość z nich na osoby zaufane.
Kurator, niczym wojewoda, stał się swoistym emisariuszem rządu w terenie, posiadającym od tej pory część kompetencji, które wcześniej należały do samorządów. Przyznano mu na przykład prawo do decydowania o likwidacji szkół oraz nadzór nad ośrodkami doskonalenia nauczycieli. Ponadto kuratorzy, dotychczas powoływani przez wojewodów, teraz mianowani są bezpośrednio przez ministra edukacji.
Wzmocnienie kuratorów wpisuje się w szerszy, centralizacyjny kierunek polityki PiS. W środowiskach eksperckich zajmujących się oświatą od dawna zgłaszano pomysł całkowitej likwidacji kuratoriów, skoro do momentu przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość raczej ograniczano ich rolę, przekazując zarządzanie finansami szkół samorządom, a nadzór nad egzaminami centralnej komisji. Jednak ponowne wzmocnienie roli kuratorów i ich ściślejsze powiązanie z rządem oznaczało koniec pomysłów na zwiększenie szkolnej autonomii, na przykład poprzez zastąpienie kuratoriów radami oświatowymi, w których zasiadaliby przedstawiciele władz samorządowych, szkół i rodziców.
Zamiast większego wpływu na edukację, uczniowie, nauczyciele i rodzice dostali więcej centralizacji.

Szanse tylko dla bogatych

Likwidacja gimnazjów oraz ponowne podniesienie wieku rozpoczęcia nauki cofnęły pozytywny trend w myśleniu o polskiej szkole, polegający na dążeniu do uczynienia jej narzędziem wyrównywania szans życiowych.
Wiele osób, które kształciło się w starym, analogicznym do przywróconego reformami PiS systemie ośmioletniej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum, być może obruszy się na ten zarzut. W końcu skoro oni odebrali edukację według dawnego modelu i nie narzekają, to może owiane złą sławą gimnazja czy budzące obawę wcześniejsze posłanie dzieci do szkoły nie są warte obrony?
Ponadto badania zadowolenia z poziomu nauczania, przeprowadzone przez CBOS po reformach PiS, pokazują, że większość respondentów ocenia te działania raczej pozytywnie. Najwyżej oceniano szkoły podstawowe i licea, ale nawet w tak krytykowanych gimnazjach poziom nauki był oceniany jako dobry przez 41 proc. respondentów, a jako zły przez 27 proc.
Jednak z badań forum idei Fundacji im. Stefana Batorego wynika, że pod pozorami zadowolenia z poziomu polskiej szkoły kryje się wiele działań oraz opinii świadczących o czymś wręcz przeciwnym. Polscy rodzice wydają znaczące sumy na korepetycje, średnio 420 złotych w miesiącu.
Z płatnej pomocy w nauce korzysta ponad 34 proc. rodzin z dziećmi w wieku szkolnym, przede wszystkim dobrze wykształconych, nieźle sytuowanych i mieszkających w dużych miastach. Natomiast połowa rodziców z wykształceniem podstawowym i połowa rodzin, gdzie dochód na osobę nie przekracza 900 złotych miesięcznie, posłałaby dziecko do szkoły prywatnej, gdyby na przeszkodzie nie stało czesne.
Z tych danych wyłania się pesymistyczny obraz szkoły, która nie tylko przestała zmierzać w kierunku wyrównywania szans, ale nie jest w stanie zaspokoić edukacyjnych aspiracji Polaków. Zamożniejsi i lepiej wykształceni realizują je, dopłacając z własnej kieszeni, biedniejsi i gorzej wykształceni snują niemożliwe do zrealizowania marzenia o szkołach prywatnych.
Pozytywna opinia o jakości kształcenia w polskich szkołach okazuje się zatem nie przystawać do rzeczywistości – jest raczej odzwierciedleniem rozbudzonych aspiracji edukacyjnych społeczeństwa niż faktyczną oceną jakości wykształcenia. A od dawna idzie w parze z negatywną korelacją między wykształceniem a zaufaniem do systemu edukacyjnego.
Lepiej wykształceni Polacy mniej ufają szkołom, co wiąże się z większą gotowością do uzupełniania niedostatków za pomocą zajęć opłacanych z własnej kieszeni. Gorzej wykształceni są bardziej skłonni ufać w jakość edukacji, bo nie dysponują innymi narzędziami awansu społecznego.
Z problemem wydatków na korepetycje bezpośrednio wiąże się problem przeładowanych i archaicznych podstaw programowych. Prawo i Sprawiedliwość nie tylko przywróciło dawny system organizacji prac szkół, ale powiela też, a w przypadkach niektórych przedmiotów wręcz potęguje nieadekwatne obciążenia zbyt dużą ilością materiału.
W wystąpieniu Rzecznika do byłej już minister Anny Zalewskiej z listopada 2018 roku czytamy na przykład: „Realizacja podstawy programowej nie powinna wiązać się z nakładaniem na uczniów dodatkowych, pozaszkolnych obciążeń. Tymczasem jestem informowany o sytuacjach delegowania na uczniów i ich rodziców części zadań związanych z kształceniem. Taka praktyka to przede wszystkim prace domowe w niepokojącej ilości, a także zadawanie tematów nieprzerobionych na lekcji do samodzielnego opracowania. Ma to bezpośredni wpływ na ograniczenia prawa dzieci do czasu wolnego, zabawy i rozwijania własnych zainteresowań, a także przyczynia się do postępującego przemęczenia uczniów”.

Rozprawić się z nauczycielami

Odkąd PiS zmienił system organizacji prac szkół i po prostu przepisał podstawy programowe lub wręcz spotęgował ich największe wady – kompletnie nie biorąc pod uwagę, że wraz z likwidacją gimnazjów zmieni się także wiek uczniów i ich przygotowanie na danym etapie nauki – marzenia o tym, że Polska szkoła będzie uczyła nie tylko faktów, ale także pracy zespołowej czy kompetencji miękkich, stały się jeszcze bardziej odległe. Robi to zapewne garstka zapaleńców w szkołach publicznych i prywatnych, ale tego rodzaju działania pozostają swoistą dywersją: państwo w żaden sposób ich nie wspiera, a jego oficjalne wytyczne wręcz dają im odpór.
Nauczyciel to zawód zaufania publicznego, a jednocześnie w tej kategorii jest to profesja chyba najgorzej wynagradzana. Z zestawienia przygotowanego przez autorów bloga Neuropa wynika, że w 2012 roku wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego wynosiło 88 proc. średniej krajowej, w 2018 już tylko 72 proc. Ponieważ nauczycielskie pensje nie tylko nie odzwierciedlają wzrostu płac w rozwijającej się gospodarce, ale pozostają za nim daleko w tyle, strajk nauczycieli z pierwszej połowy 2019 roku, jak na razie zawieszony, nie powinien dziwić.
Jednak rząd nie tylko nie był na te działania przygotowany, ale skonfrontowany z protestem nauczycieli wybrał strategię dyskredytowania i dzielenia środowiska nauczycielskiego. Zamiast potraktować poprawę poziomu życia nauczycieli za istotny cel państwa i gwarancję realizowania przez szkoły kluczowych dla jego rozwoju zadań, partia rządząca zdecydowała się na konfrontację i niszczenie wizerunku jednej z najistotniejszych profesji zaufania publicznego.
W wielu krajach nauczyciele są liderami, jeśli chodzi o zaufanie publiczne – i jest to traktowane jako dowód na właściwe realizowanie przez państwo jednego z podstawowych zadań, jakim jest oświata. W badaniu firmy Kantar, zrealizowanym w trakcie strajku, nauczyciele znaleźli się na pierwszym miejscu wśród zawodów zaufania publicznego w Polsce.
Jednak w badaniach porównawczych, przeprowadzonych przez firmę GFK, respondenci w Polsce ufali im rzadziej niż badani w jakimkolwiek innym kraju Unii Europejskiej. Dla rządu dbającego o rozwój społeczny te dane powinny być sygnałem do działania i poszukiwania sposobu poprawy zaufania do nauczycieli. Jednak w Polsce rządzonej przez PiS uzasadnione postulaty płacowe stały się sygnałem do rozprawy z nauczycielami.

Coraz więcej nierówności

Do dziś skuteczna walka z czarną legendą gimnazjów poprzez ich likwidację pozostaje w zasadzie jedynym skutkiem reform edukacyjnych PiS. Zapłaciliśmy za ten propagandowy efekt wysoką i całkiem realną cenę.
Odwrócone zostały pozytywne trendy takie jak przyznawanie szkołom i odpowiedzialnym za nie samorządom większej autonomii oraz zmienianie systemu szkolnego tak, aby wyrównywał szanse życiowe uczniów. Rozpoczęto konflikt z całą grupą zawodową nauczycieli i nie zanosi się, aby ten spór prędko doczekał się pozytywnego rozstrzygnięcia.
Na dzieci nałożono zaś rozdmuchane, oderwane od rzeczywistości wymagania, potęgując przewagę uczniów z zamożniejszych i lepiej wykształconych domów, gdzie rodzice mają czas, środki i kompetencje, by uzupełnić szkolne lekcje korepetycjami.
Polska szkoła stała się w efekcie jeszcze bardziej nierówna, a bezpieczniejsza jest tylko w teorii.

 

O braku edukacji seksualnej

Istnieją rozwiązania ustawowe, które już dawno powinny być wprowadzone, ale ze względu na czyjąś głupotę, dogmaty, zabobony wciąż ich nie ma. Jednym z takich pożądanych rozwiązań jest wprowadzenie do szkół obligatoryjnych zajęć z edukacji seksualnej. Wiedza o seksualności człowieka stanowi niezwykle ważny element życia każdego człowieka. Dzięki niej możemy w większym stopniu kontrolować nasze życie seksualne, chronić siebie i innych przed chorobami wenerycznymi, posiadać wiedzę na temat środków antykoncepcyjnych i dzięki temu unikać niechcianych ciąży, mieć wiedzę, czym jest pedofilia, przemoc seksualna, gwałt, molestowanie i jak im przeciwdziałać. Na lekcjach edukacji seksualnej młodzi ludzie dowiadywaliby się też, że w naszych zachowaniach seksualnych jesteśmy bardzo różni i nie ma w tym nic złego. Nie jest ważne to, czy jesteśmy homo hetero czy bi, czy lubimy uprawiać seks rzadko czy często, czy lubimy kochać się szybko, czy wolno – istotne jest to, abyśmy nie krzywdzili siebie i naszych partnerów, abyśmy też nikogo nie stygmatyzowali, nie rozpowszechniali szkodliwych wyobrażeń opartych na ksenofobicznych uprzedzeniach i nienawistnych emocjach. Edukacja seksualna powinna dawać wiedzę na temat seksualności człowieka i zarazem uczyć, że seks powinien dawać nam przyjemność i spełnienie, a nie przemoc i traumę. Dzięki tej wiedzy możemy uczynić szczęśliwszym życie nasze i naszych partnerów.
Okazuje się jednak, że dla polskich księży i dużej części prawicy samoistną wartością jest niewiedza na temat seksu, głupota i uprzedzenia. Zdaniem obecnej władzy wspieranej przez kler młodzi ludzie mają czerpać wiedzę o seksie wyłącznie od rodziców. W praktyce to oznacza, że młodzież nie posiada rzetelnej wiedzy, a swoje życie seksualne buduje w oparciu o uprzedzenia, lęki i wyobrażenia często krzywdzące dla siebie i innych. Rodzice bardzo często wstydzą się rozmawiać o seksie, a często sami powielają uprzedzenia i stereotypy, które nie mają nic wspólnego z wiedzą. Takie podejście sprzyja zachowaniom przemocowym, zwiększa ryzyko chorób wenerycznych, prowadzi do wzrostu liczby niechcianych ciąż i obniża jakość życia seksualnego.
Brak edukacji seksualnej wspiera też pedofilów, bo dzieci nie wiedzą, czym jest zły dotyk, nie znają swoich praw i boją się mówić o tym, że ktoś je wykorzystuje. Walka trwa. Póki co jednak obrońcy chorób wenerycznych, niechcianych ciąż i pedofilów wygrywają, a na dodatek są w ofensywie.

Co dalej, ósma klaso? Ważny tunajt

Jechaliśmy w czwartek autem, ż żona i córką, daleko i długo-z Tomaszowa Lubelskiego do Istebnej. Gdzieś w okolicach Tarnowa włączyło się, o pełnej godzinie, „Radio kierowców”. Tak jakoś mam w tym aucie, że ustawień fabrycznych od dwóch lat nie tykam. Nadawali akuratnie informacje o stanie negocjacji w sprawie obsady brukselskich stanowisk. Żona zapytała mnie wtedy, usłyszawszy, że Donald Tusk straci swój fotel: „A co teraz z nim będzie?”. No właśnie. Co z nim będzie… Przypomniał mi się wówczas film, chyba z Krzysztofem Majchrzakiem w roli głównej, tytułu nie pomnę. Rzecz dzieje się w zaborze rosyjskim, po, albo w trakcie powstania styczniowego. Krzysztof Majchrzak, powstaniec, pojmany przez sołdatów, stoi w głębokim dole, do którego za chwilę będą wlewane ekskrementy. Taka finezyjna kara śmierci. Nad dołem, na koniu, siedzi ruski generał i pyta Majchrzaka: „I co teraz będzie?”, a Majchrzak, chyba to jednak był on, z rozbrajającą szczerością i nonszalancją w głosie odpowiada: „Gówno będzie”. Żonie bym tak nie śmiał odpowiedzieć, zwłaszcza własnej, ale w sumie, do tej krótkiej scenki cała sprawa z Tuskiem się sprowadza. Gówno będzie. Do Polski Tusk raczej nie wróci. Z tego co można wyczytać ze źródeł zbliżonych do samego byłego premiera, jest tak, że po prezydenckiej porażce w 2005 roku z Lechem Kaczyńskim, Donald Tusk nie angażuje się w sprawy, które mają choć cień niepowodzenia, a za rok, bój o prezydenturę z Andrzejem Dudą jest przegrany bardziej niż na pewno, i odszczekam te słowa, jak znajdzie się śmiałek, który stanie z nim w konkury i na dodatek wygra, choć, jako „frankowicz”, mam prawo nie lubić prezydenta Dudy bardziej niż bardzo, z czego oczywiście korzystam. Nie wystartuje Donald Tusk, po pierwsze dlatego, że Duda w trakcie kampanii będzie wieziony na dojnej krowie o nazwie „PiS plus”, czyli wszystkich tych fruktach, które PiS ludziom dało, a o których wcześniej mówiono, że nie można dać, bo się nam budżet rozleci, a, patrzcie Państwo, jakoś się nie rozleciał. W tym starciu Tusk szans nie ma najmniejszych, bo przecież to on, a nie kto inny, rozszczelnił VAT-owską dziurę, którą teraz PiS załatał, i z której są pieniądze na wszystkie polskie dzieci. Tak przynajmniej przebiegać będzie oś narracji w trakcie potencjalnej kampanii, i nie trzeba być szczególnie politycznie wyrobionym, żeby to przewidzieć. Druga sprawa, że Donald Tusk, mówiąc oględnie, nie jest tytanem pracy. To z kolei plotki, które po Warszawie krążą od lat. Piłka, mecze w telewizji, ostre spory w świetle kamer, ale nie praca organiczna – od wsi do wsi, od powiatu do powiatu. Od tego, w czasach Platformy, Tusk miał Schetynę i Grasia. Dziś ostał mu się jeno ten drugi, a to trochę mało. Schetyna nigdy wprost tego nie powie, ale jak wyłączą mikrofony, to z właściwą sobie gracją, w żołnierskich słowach, usłyszycie Państwo od niego, gdzie Tuska ma i co dla niego może zrobić. Mniej więcej to samo, co zaborcy dla Majchrzaka. Kasy partyjnej w błoto nie wyrzuci, bo inwestycja w Tuska jest mocno niepewna. Owszem, środowisko „Wyborczej” i KOD-u zrobi Tuskowi kampanię, albo raczej, zrobiłoby, ale to też nie wystarczy. Żeby zostać prezydentem w tym kraju, albo wygrać jakiekolwiek wybory, trzeba do siebie przekonać prowincję i wieś, a tego Tusk nie zrobi. Kiedyś, w złotych latach PO, nimb europejskości i załatwione autostrady starczyły, ale jedynie na pół kadencji. Od czasu wyprowadzki Tuska z Polski, Platforma nieustannie traci i nie ma pomysłu na to, co Polakom zaproponować prócz tego, że Jarosław Kaczyński jest mały i brzydki i dlatego nie warto na niego głosować. Inna rzecz, że gdyby doszło do ewentualnego starcia Tuska z resztą Polski, wyciągnięte na wierzch zostaną demony, o których wiedzę ma dawne środowisko KLD, a o których pisali m.in. Sulmiński i Budzyński. Inna rzecz, jak to robili, i że oprócz domniemań i poszlak dowodów twardych nie ma, ale choćby z ich publikacji wprost wynika, że Tusk i jego ekipa, to niemiecka agentura, umocowana u nas jeszcze za czasów schyłkowej Stasi. Naturalnie, gdy rzecz wyjdzie dalej niż klub „Ronina” i środowisko „Gazety Polskiej”, a wyjdzie na pewno, już się Jacek Kurski o to postara, trzeba będzie na zarzuty odpowiedzieć. I to akurat bardzo by było dobre, godne i sprawiedliwe, gdyby Tusk zaczął się tłumaczyć, skąd była kasa na KLD, jak to było z tymi powiązaniami z biznesem, choćby przez wzgląd na historyczną prawdę, której tacy jak ja, poszukują po państwowych archiwach, a która drzemie raczej nie tam, a w ścianach barów i pokojów w „Mariocie”. Z tych choćby prozaicznych powodów, kierunku polskiego Donald Tusk nie obierze. Za dużo mielizn, za słaby połów i za dużo piratów na akwenach. To może zagranica? Może. Jeśli jakaś, to nie nazbyt eksponowana. Angela Merkel nie będzie za niego umierać, sama powoli myśli, co dalej zrobić z samą sobą i swoją spuścizną. Po fatalnych dla Tuska notowaniach przy okazji negocjacji z UK w sprawie Brexitu, do NATO nikt też go raczej nie zaprosi. Może jakaś agenda ONZ? Może w przyszłości szefostwo? Może, choć Trump na pewno się postawi. Na razie więc przeczekanie i flauta. Oczywiście, usłyszycie Państwo od niego samego, że teraz musi się wyciszyć, zdystansować, nabrać sił po ciężkim epizodzie brukselskim, ale to ściema. Nie bardzo jest dokąd uciec, więc ucieczka w sen też jest jakimś rozwiązaniem. Na ten moment, najlepszym z możliwych.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Dyskusja o edukacji

Przy stole okrągłym, czy tez kanciastym?

Rząd PiS zapraszając do dyskusji na temat przyszłości polskiej edukacji przy okrągłym stole, posadził uczestników przy stole prostokątnym na Stadionie Narodowym. W sposób niezamierzony nabrało to cech symbolu założeń jakie towarzyszą rozumieniu edukacji przez środowiska związane z ta partią.
Zaawansowana w wielu dziedzinach cywilizacja Azteków nie potrafiła wynaleźć koła. Związane z tym trudności logistyczne były jedną z przyczyn zatrzymania rozwoju i w konsekwencji upadku tej cywilizacji.
Reforma oświatowa w wykonaniu minister Zalewskiej umocniła archaiczność i „kanciastość” polskiego systemu edukacji. Archaiczność ta ma swoje źródło, głównie , choć nie wyłącznie, w kilku założeniach światopoglądowych stanowiących polską tradycję, których szczególnym wyrazicielem są opiniotwórcze środowiska związane z PiS.
Idee chrześcijańskie stanowią podstawę nowoczesnej etyki i sprawiedliwości społecznej. Kierując się nimi można również budować socjalizm- ustrój realizujący sprawiedliwość społeczną. Oczywiście nie byłby to nowoczesny socjalizm, ale to temat na oddzielne rozważania.
Jednocześnie chrześcijaństwo w rozumieniu hierarchicznego kościoła katolickiego, zwłaszcza we współczesnej Polsce, to zbiór prawd objawionych, nie podlegających twórczej dyskusji , natomiast podlegających nakazowi ich przyswojenia i kultywowania.
Programy nauczania w Polsce kopiują ten model. Wymagane jest przyswojenie ,lecz nie koniecznie zrozumienie materiału. Materiał przeładowany jest faktami, datami i formułkami. Brak czasu, ale i preferencji dla twórczej dyskusji, porównań i wyciągania wniosków. Wielu światłych nauczycieli chciało by wprowadzić takie elementy nauczania, ale sztywny program i nadmierna liczebność klas na to nie pozwala.
Patriotyzm narodowy miał dla Polaków szczególne znaczenie, gdy nie było polskiego państwa i marzeniem było jego przywrócenie, a prawdziwy patriota gotów był walczyć i ginąć za ojczyznę.
W obecnych czasach, gdy żyjemy w niepodległej ojczyźnie, inaczej trzeba spojrzeć na wymiar Patriotyzmu i jego możliwe następstwa.
Przyporządkowanie pojęcia patriotyzmu wyłącznie narodowi prowadzi częściowo do nacjonalizmu, szowinizmu, a dalej rasizmu czy nawet faszyzmu.
Nowoczesnym społeczeństwom obce są przejawy nacjonalizmu i szowinizmu. Zauważamy też, że nacjonalizm jest sprzeczny z podstawową zasadą chrześcijaństwa, która stanowi, że wszyscy ludzie są braćmi.
Henryk Sienkiewicz, uważany za jednego z czołowych pisarzy patriotycznych pisał „Hasłem wszystkich patriotów powinno być „przez Ojczyznę do ludzkości nie zaś dla Ojczyzny przeciw ludzkości”.
Niestety rządzący, wyłącznie dla poszerzania swojej władzy, nie przeciwdziałają, a wręcz schlebiają poglądom, będących następstwem rozumienia patriotyzmu wyłącznie w wymiarze narodowym. Tworzone pod auspicjami PiS i IPN programy nauczania w zreformowanej szkole pogłębiają niebezpieczne dla przyszłości Polski zjawiska występujące w młodym pokoleniu i utrudniają przyswajanie przez młodzież wartości wynikających ze światowej wspólnoty.
Socjaliści rozumieją patriotyzm jako wartość w sferze emocjonalnej, która wyraża się w więzi ze społeczeństwem zamieszkującym nasz kraj ojczysty. Ta więź powoduje gotowość przedkładania celów ważnych dla społeczeństwa ponad cele osobiste. Nowoczesny patriotyzm, który powinna przyswajać młodzież wyraża się dziś przede wszystkim gotowością pracy dla pożytku wspólnego.
W społeczeństwie PiS wyróżnia rodzinę, jako podstawową i najważniejszą komórkę, stanowiącą podstawę wszelkich programów społecznych. W nowoczesnych społeczeństwach rola rodziny pozostaje nadal ważna, ale nie stanowi już ona wyłącznej podstawy rozwoju społeczeństwa. Pozostawiając na boku rozważania o roli rodziny, należy zauważyć, że nie można, tak jak to głoszą ugrupowania prawicowe , uważać, że rodzice maja wyłączne prawo o decydowaniu o wychowaniu i sposobie kształcenia młodego pokolenia.
Zrezygnowanie, pod presją części rodziców ( a właściwie dla ich pozyskania w procesie wyborczym) z obowiązku szkolnego 6-cio latków cofnęło polską edukację w stosunku do trendu światowego, w którym edukacja (odpowiednio sprofilowana) zaczyna się coraz wcześniej i trwa przez całe życie. Tylko tak ludzkość jest w stanie dotrzymać kroku coraz szybszemu rozwojowi intelektualnemu i technologicznemu.
Jednocześnie reforma edukacyjna PiS skróciła o rok cykl szkolny, skracając tym samym okres przyswajania wiedzy.
W ten sposób PiS poszedł na rękę środowiskom neoliberalnym, które uzyskują wcześniej potencjalną siłę roboczą, gorzej wyedukowaną, ale mniej świadomą swoich praw.

Coraz szybszy rozwój szkolnictwa prywatnego działa zabójczo na proces powszechnej edukacji. Szkoły prywatne, wobec mizernych płac w szkolnictwie państwowym, wysysają z rynku najlepszych nauczycieli, obniżając nieuchronnie jakość powszechnego nauczania.
Dodatkowo w szkołach prywatnych klasy są mniej liczne, a więc i możliwość rozpoznania potencjalnych zdolności ucznia jest większa.
Ponieważ większość rodziców nie stać na szkoły prywatne, powoduje to pogłębienie ekonomicznego, a więc nieuchronnie i kulturowego rozwarstwienia społeczeństwa. Uzdolnione dzieci pochodzące z ubogich rodzin, mają coraz mniejszą szansę na awans społeczny i wykorzystanie swoich potencjalnych zdolności dla dobra swojego i dobra społeczeństwa.
Udawanie przez rządzących, że nie dostrzegają powyższych zjawisk może świadczyć jedynie o tym, że dorastanie coraz mniej wyedukowanego, a więc prawdopodobnie coraz bardziej spolegliwego społeczeństwa jest w ich interesie, ponieważ jak wynika z enuncjacji prasowych, dzieci rządzącej elity uczęszczają do szkół prywatnych i to one maja stanowić przyszłą elitę. Szkoda tylko, że elitę o gorszej jakości niż w czołowych społeczeństwach.
Podstawą dobrej edukacji jest dobry nauczyciel. Nauczyciel to nie rzemieślnik. Musi on stale podnosić swa wiedzę i jednocześnie być autorytetem dla ucznia.. Od wielu lat obserwujemy negatywną selekcję wśród nauczycieli. Główna jej przyczyną są niskie zarobki i podważanie prestiżu tego zawodu. Jeśli podważa się godność nauczyciela, to na zasadzie rykoszetu maleje jego prestiż wśród rodziców i w konsekwencji maleje autorytet wśród uczniów. Małe jest zrozumienie tych zależności w społeczeństwie, a rządzący nie robią nic, by przeciwdziałać temu zjawisku.
W XXI wieku o powodzeniu kraju w międzynarodowym współzawodnictwie decyduje wysokość nakładów na edukację i rozwój nauki. Kraje takie jak Polska, które przeznaczają coraz niższe nakłady na te dziedziny przestają się liczyć w międzynarodowej konkurencji i same siebie skazują na status państw neokolonialnych.
Wydatki na oświatę w Polsce w przeliczeniu na jednego ucznia plasują nas znacznie poniżej średniej krajów UE, a uczniowie, czyli ich rodzice ponoszą w dużym stopniu koszty edukacji dzieci. Rodzice płacą za dodatkowe zajęcia, świetlice szkolne, wycieczki edukacyjne, składają się na doposażenie szkół itp.
Pod uwagę uczestnikom dyskusji na temat oświaty Polska Partia Socjalistyczna przedstawia założenia zawarte w swoim programie.
Naszym celem jest zapewnienie dzieciom i młodzieży równego dostępu do kształcenia, umożliwiającego skuteczne konkurowanie o miejsca pracy w jednoczącej się Europie. Oznacza to bezpłatną edukację na wszystkich szczeblach. Potrzebny jest Fundusz Stypendialny, który zapewni możliwość kontynuowania nauki również młodzieży ze środowisk najuboższych.
Konieczny jest powszechny dostęp do wychowania przedszkolnego dla dzieci powyżej 3 lat, objęcie młodzieży do 18-tego roku życia obowiązkiem szkolnym, przywrócenie w szkołach podstawowej opieki medycznej, stomatologicznej, zapewnienie dożywiania dzieci i młodzieży.
Oprócz funkcji kształcenia, szkoła pełni także funkcję wychowawczą, uzupełniając, a często zastępując wychowanie w rodzinie. Naszym celem jest odtworzenie i rozwój funkcji poza dydaktycznych systemu oświaty. Szkoła powinna wychowywać młodego człowieka w duchu odpowiedzialności obywatelskiej i poszanowania wartości humanistycznych.
Traktując edukację jako zintegrowany system nauczania od przedszkola do ukończenia studiów należy zrealizować dwa ogólne postulaty dotyczące t.zw bazy programowej edukacyjnego programu narodowego, opracowanego ponad podziałami społecznymi.
Po pierwsze przygotowanie do życia w społeczeństwie i nauka współpracy, co obecny system edukacji realizuje w minimalnym stopniu. Zaprzepaszczony został w tym zakresie powojenny dorobek polskiej pedagogiki .
Należy przywrócić i rozwinąć formy pracy grupowej i współdziałania uczniów w środowisku m.in. w formie zajęć pozalekcyjnych i „kółek zainteresowań”. Formy te zaniknęły zarówno z uwagi na rzekome oszczędności budżetowe szkół, jak i zanik autorytetu nauczyciela i wychowawcy.
Nasz program kładzie nacisk na naukę samodzielnego myślenia. Należy uczyć rozwiązywania problemów, a nie zapamiętywania faktów i formułek.
W nauczaniu przedmiotów społecznych (np. historii) trzeba kłaść nacisk na umiejętność oceny zjawisk w ich kontekście historycznym, a nie zapamiętywanie dat i nazwisk, dobranych najczęściej pod kątem indoktrynacji politycznej (w tym religijnej). Nauczanie przedmiotów ścisłych i przyrodniczych musi kłaść nacisk na zrozumienie realnych zjawisk i przygotowanie do życia w zmieniającym się świecie materialnym.
Konieczne jest wyprowadzenie ze szkół katechezy i zapewnienie rzetelnej edukacji seksualnej.
Należy przywrócić odpowiednią rangę zaniedbanemu kompletnie szkolnictwu zawodowemu, którego brak przyczynia się do bezrobocia.
Zawód nauczyciela jest – i powinien być za taki uznany – jednym z najważniejszych zawodów w państwie, o najdalej idących konsekwencjach społecznych, cywilizacyjnych i narodowych, Nauczyciel powinien odznaczać się wysokim poziomem intelektualnym i etycznym, a system wynagradzania i awansów powinien temu sprzyjać.

Szkoła nie może być folwarkiem – rozmowy (część 1)

Aneta (imię zmienione) jest nauczycielką w jednym z prywatnych przedszkoli społecznych w Warszawie. W rozmowie z Portalem Strajk opowiada, co oznaczałaby prywatyzacja systemu oświaty i jak wyglądał strajk z perspektywy placówki prywatnej.

Polska oświata, która i tak nie była w najlepszym stanie, została przez deformę Anny Zalewskiej doprowadzona do kompletnej ruiny – wykazał raport NIK. Jego publikacja sprawiła, że jeszcze intensywniej toczy się w szkołach dyskusja o tym, co robić dalej, po przegranym strajku. Przedstawiamy perspektywę nauczycielki, związkowca i uczennicy w tej sprawie.

PORTAL STRAJK: Skrajna prawica w trakcie strajku nauczycieli tradycyjnie uznała, że gdyby sprywatyzować system oświaty, to działałby o wiele lepiej. Pani uczy w prywatnym przedszkolu – co miałaby pani do powiedzenia prawicy?
ANETA: Uczę w przedszkolu społecznym, które uznałabym za półprywatne. Tutaj wszyscy mają wpływ na to, jak wyglądają zajęcia, zwłaszcza rodzice. Jednak dlaczego prywatne przedszkole miałoby działać lepiej od publicznego? Czy to, że nauczyciel zmienia przedszkole z państwowego na prywatne oznacza, że będzie lepiej uczyć? Sprywatyzowane szkoły oznaczają ogromne rozwarstwienia. Dostęp do szkół będzie nierówny z różnych względów.

Zdaniem prawicy system byłby po prostu zorganizowany lepiej, bo każdy dostawałby sprawiedliwą pensję za swoją pracę.
Prawda jest taka, że w prywatnych przedszkolach panuje straszny wyzysk. Czytam w internecie wpisy w różnych nauczycielskich grupach… Kiedy padają pytania o to, gdzie kto chciałby pracować, to 80–90 proc. odpowiada, że w przedszkolu państwowym. W prywatnym często zatrudniają cię na 40 godzin w hałasie, a nauczyciel musi się jeszcze przygotować do zajęć – robi to za darmo w domu. Nie jesteś się w stanie przygotować mając pod opieką dwudziestu trzylatków, którym często trzeba pomóc w drobnych czynnościach.

Inne popularne przekonanie – standard prywatnych przedszkoli jest lepszy. Muszą konkurować między sobą i dlatego ich właściciele bardziej się starają.
Standardy w prywatnych przedszkolach są niewiele lepsze: jest tylko trochę mniejsza grupa i trochę większa liczba nauczycieli. W wielu przedszkolach nie ma infrastruktury, place zabaw to często mały ogródek. Większa przestrzeń dla dzieci byłaby super, ale dla prywatnego właściciela to koszty, jeśli musi wynająć tak duży teren. W wielu przedszkolach oszczędza się na wszystkim – nie ma np. kolorowego ksero, a kartki A4 dzielone są na pół.
Jeśli ktoś mówi, że prywatne to lepsze, to musi wiedzieć, że to są po prostu maszynki do zarabiania pieniędzy. Ich cel to dowiezienie produktu do końca, nie budowa społeczeństwa. A przedszkole nie jest od zarabiania, tylko od wychowywania dziecka.

Prywatne placówki nie strajkowały. I znowu prawica twierdziła, że to dowód na to, że warunki pracy tam nie są takie złe.
W prywatnym przedszkolu przez pierwsze miesiące pracuje się na zlecenie albo dzieło, a później to jest już dobra wola zatrudniającego. Pensje wahają się w granicach 2500 zł. Ludziom w przedszkolach prywatnych można obniżać godziny pracy, żeby mogli się przygotować do zajęć w domu, ale też obniża im się wtedy pensje. Uważam, że 2000 zł w przedszkolu, w którym czesne wynosi 1600 zł, to bardzo mało. W jednym ze przedszkoli prywatnych usłyszałam od dyrektorki, że płaci nauczycielom tyle, co śmieciarzom.

Dlaczego więc wybrała pani przedszkole prywatne, a nie publiczne?
Zaczęłam pracę jeszcze na studiach, nie miałam pełnych kwalifikacji. Odpowiadała mi kadra w tym przedszkolu – wiedziałam, że dużo się w nim nauczę. Chciałam też zobaczyć, jak działa przedszkole społeczne w praktyce.

Warunki płacowe są jednak gorsze.
I to nie jest jedyny problem. Brakuje mi też często higieny pracy – nie mamy swojego pokoju socjalnego i zaplecza. Czasem trudno skorzystać z toalety, gdy jest się samą na zmianie. Notorycznie się zdarza, że nie mogę się nawet napić, bo kuchnia jest dalej, woda się skończyła, ale nie mogę zostawić dzieci i po nią pójść, nie mogę jej przynieść.To są sytuacje, których rodzice nie widzą. Jest jak jest, staram się nie narzekać, ale czasem myślę sobie: „Na Boga! Czy tak to powinno wyglądać?”.

A rodzice dzieci? Nie widzą w tym nic złego? W końcu opiekuje się pani osobami, które są dla nich najważniejsze…
Wielu rodziców ma stosunek: „płacę, więc wymagam”. Nie myślą zbyt wiele o prawach pracowniczych. Gdyby ktoś bardzo chciał przyprowadzić dziecko na cały dzień, od 7:30 do 17:30, to przeliczając wysokość czesnego za liczbę godzin, okazałoby się, że zarabiam niecałe 4 zł za godzinę.

Poparła pani strajk nauczycieli, ale nie wzięła w nim udziału. Dlaczego?
Nie jestem uzwiązkowiona i nie chroni mnie Karta Nauczyciela. Ci, którzy są w budżetówce, mają określone stawki i pensum – i oni mogą walczyć o ich zmianę. Ja w prywatnym przedszkolu mam inne pensum i zarobki.

Nie ma struktur związkowych w przedszkolach prywatnych?
Tutaj mówienie o związkach zawodowych oznacza, że jest się strasznym komunistą i chce się wracać do PRL-u.
Kiedy byłam na studiach, słyszałam teksty w stylu „zakładajcie przedszkola, to jest dobry biznes”. Jak oświata w tym kraju ma działać dobrze przy takim podejściu? Gdybym miała kiedyś szansę założyć swoją placówkę, próbowałabym to zrobić w formie spółdzielni. Tworzyć folwark, by pracownikom płacić jak najmniej, a sobie jak najwięcej? Nie wyobrażam sobie tego.

A wyobraża sobie pani, że we wrześniu szkoły znowu przestają normalnie pracować?
ZNP czy inne związki musiałyby zebrać tyle funduszy, żeby ci ludzie wytrwali dwa miesiące i dostali np. 80 proc. pensji. Nauczyciele zaczęli mówić o sobie inaczej, zmieniła się ich opowieść – są świadomi, że wykonują ważny, społecznie potrzebny zawód. Problemem jest to, czy będzie finansowe zaplecze. Teraz PiS wziął nauczycieli głodem. Zarobki nauczycieli są tak niskie, że trzy tygodnie protestu potwornie uderzyły ludzi po kieszeni. Dlatego nie chciałabym oceniać ludzi, którzy tego strajku nie podjęli. Sytuacje są różne, ktoś może mieć np. chore dziecko, które wymaga rehabilitacji…

Strajkujący nauczyciele bardzo podkreślali: niskie zarobki to tylko mała część problemu. Uzdrowienia wymaga wiele różnych aspektów działania szkół. Jak to wygląda z pani perspektywy?
Pierwszy problem, który przychodzi mi do głowy, to przeładowane klasy, brak indywidualnej opieki. To z tego powodu np. tak kwitnie dziś rynek korepetycji. Ponadto w wielu szkołach chodzi się do pracy na zmiany, co oznacza, że dzieci w wieku 8–9 lat czekają w świetlicy i są zmęczone. Dużym problemem jest dojazd do szkoły na obszarach wiejskich. Widzimy też oderwanie „góry”, tj. ministerstwa, od tego, co się dzieje w szkole. Ogromnym plusem polskich szkół są za to kompetencje polskich nauczycieli. Oni ciągle, na własny koszt, robią kolejne kursy, studia podyplomowe… Sama widzę, jak wiele potrafię się nauczyć od nauczycieli z dwudziestoletnim stażem. Niestety jednak w obecnych warunkach to tak, jakby najlepszemu informatykowi dać do pracy stary komputer.

Co z placówki społecznej, w której pani pracuje, przeniosłaby do publicznego systemu oświaty?
Bardziej demokratyczne podejście do edukacji. Mniejsze grupy, więcej nauczycielek, czas na rozmowę z dzieckiem. Przedszkole nie może być przechowalnią, tylko miejscem, w którym dziecko może się rozwijać i czuć bezpiecznie. Tak nie będzie w 25-osobowej grupie trzylatków z jedną nauczycielką i pomocą. Przy najszczerszych chęciach nauczyciela indywidualne podejście nie jest wtedy możliwe.
My chcemy dzisiaj fińskiej edukacji, ale nie chcemy za nią zapłacić. W Finlandii prywatne szkolnictwo jest zabronione. Często się powtarza, że „to inna mentalność”. Nie, tam po prostu są większe nakłady na edukację i u nas musi być tak samo.

Rozmawiał Michał Pytlik

Artur Sierawski, zaangażowany od dawna w walkę z deformą edukacji autorstwa minister Anny Zalewskiej, w ramach organizacji „Nie dla chaosu w szkole”, również nazywa decyzję o zawieszeniu strajku „kontrowersyjną”.
Strajk został zawieszony, a maturalna specustawa ustawa dalej była procedowana. W dodatku Andrzej Duda tę ustawę podpisał. Stąd panuje tak duże niezrozumienie tej decyzji wśród nauczycielek i nauczycieli. Rozgoryczenie jest tym większe, że jak sam Sławomir Broniarz podkreślał, zdecydowana większość strajkujących nie należała do ZNP. A nie mieli oni prawa głosu w trakcie negocjacji z rządem – nie powinno było tak być.
Co dalej? Już się słyszy, że nauczyciele odwołują swoje zajęcia dodatkowe, które do tej pory prowadzili nieodpłatnie. Nie chcą również jeździć na wycieczki kilkudniowe, czy brać udziału w weekendowych festynach. Drugi skutek, który dla mnie jest bardzo ważny, to masowe odchodzenie z zawodu. Dwoje moich znajomych, młodych nauczycieli, mówi, że pracuje do czerwca i zmienia pracę. Nauczyciele czują się upodleni porażką i wyniszczeni psychicznie przez propagandę rządu.

II część rozmów o przyszłości szkoły opublikujemy w następnym wydaniu.

Ważny tunajt – Oczywista oczywistość

Parę lat temu córka jednego z moich kolegów poprosiła mnie, żebym przyszedł do niej do szkoły i w ramach cyklu spotkań z „ciekawym człowiekiem” opowiedział o tym, co robię i czym się zajmuję. Mało tego, poprosiła mnie jeszcze, żebym zabrał ze sobą puzon i pokazał dzieciom jak się na nim gra, bo ja, Szanowni Państwo, gram właśnie na puzonie, i tym graniem zarabiam na chleb i oliwki.
No i poszedłem. To znaczy pojechałem, bo to była szkoła bardzo daleko od mojego domu ulokowana. Pamiętam, że strasznie wtedy lało. Korki były na mieście pokaźne, mimo tego, przyjechałem przed czasem. Zaparkowałem auto za sklepem, obok budynku szkoły, czekałem cierpliwie na swoją kolej. Akuratnie przestało lać. Chodnikiem, tuż przed maską mojego samochodu, szedł młody człowiek i jadł banana. Kiedy skończył, wyrzucił skórkę za siebie, jak w filmach z Czaplinem. Uchyliłem szybę, i grzecznie acz stanowczo poprosiłem, żeby zabrał śmieć z ulicy, co zrobił bez specjalnego entuzjazmu. Popatrzył przy tym na mnie jak na Marsjanina, który sekundę temu wylądował u niego na osiedlu. Sama lekcja z dzieciakami poszła świetnie. Dzieci zadawały pytania, nie zawsze oczywiste i łatwe, a ja grałem piosenki i uczyłem każde z nich wydobywać dzięki z trąby. Dostałem nawet pamiątkowy dyplom.
Parę dni temu, kiedy usłyszałem, że w szkole na Marysinie Wawerskim jeden nastolatek zasztyletował drugiego, od razu napisałem wiadomość do ojca Zosi, u której byłem ongiś na występach w klasie. Poznałem tę szkołę, gdy stacje informacyjne podawały pierwsze, dramatyczne niusy. Dzieciakom z klasy Zosi i jej samej na szczęście nic się nie stało, ale oczywiście coś do nich dotarło; widzieli policjantów, karetki na sygnale, szloch i spazmy nauczycieli. Pomyślałem sobie wtedy, że ten który zginął albo zabił, to mógł być ten sam, od skórki od banana. Wiek by się zgadzał.
Słuchałem później opowieści o tym, że przemoc w szkołach była zawsze. Mądrzyli się tak ludzie z tytułami. Ja, bez tytułu, też mógłbym opowiedzieć Wam o tym, jak w moim ogólniaku jeden z uczniów wbiegł do męskiej ubikacji, gdzie akuratnie stałem na czatach, w czasie gdy reszta paliła fajki, wyjął z plecaka klucz francuski i uderzył parokroć w głowę drugiego. Tamten na szczęście przeżył, ale krwi było jak przy świniobiciu. I było to jedno z lepszych liceów w okolicy. W podstawówce widziałem, jak bandyterka z kuratorem na karku, co to kibluje trzeci rok w siódmej klasie, skacze po głowie chłopca, który miał pecha, bo akurat nie palił i nie miał czym poczęstować. I to też nie była najgorsza podstawówka na rejonie. Truizmy? No pewnie, że tak, tylko dziś, mam wrażenie, te truizmy mają trochę inne podglebie, na którym rosną dramaty jak ze szkoły w Wawrze.
Rodzice nie rozmawiają z dziećmi. Dzieci spędzają całe dnie przed komputerami. Oglądają patostrimerów i wciągają, dosłownie i w przenośni, wszystko to, co nielegalne i zakazane. Za mało jest kształconej kadry w szkołach oraz za słaby dostęp do psychologów i psychiatrów dziecięcych. Wszystko prawda. Musimy coś z tym zrobić, krzyczą eksperci. A recepta? Rodzice muszą poświęcać więcej czasu dzieciom. Hmmm…głębokie. Nikt jakoś jednak nie spróbuje zadać pytania: a dlaczego się tak dzieje, że rodzice, zwłaszcza w dużych miastach, nie rozmawiają dziś z dziećmi i na dobrą sprawę, nie znają ich potrzeb i problemów?
Może dzieje się tak np. dlatego, że całe boże dnie zasuwają w swoim korpo, a braki w kontakcie z dzieckiem kompensują w centrum handlowym? Żeby mieć na centrum handlowe z kolei muszą brać jeszcze więcej nadgodzin, i tak się ta obłudna spirala kręci w najlepsze, ale lepiej nie mówić o tym głośno, bo się jeszcze wyda. I że prawdziwy problem to jest czas, którego notorycznie brakuje na relację rodzic-dziecko, bo gdy się zasuwa na pełen etat albo dwa, dojeżdża do roboty godzinę albo i lepiej, to pod wieczór nie ma już sił ani możliwości, żeby zdobyć się na coś więcej niż konsumpcja, kolacja i czasami kopulacja. I że szkoły, kadry, lekarze i pomoc psychologiczna jak najbardziej, ale najpierw popatrzmy w jakim matrixie żyją rodzice tych biednych/bogatych dzieci i ile czasu mogą im realnie poświęcić. I że to właśnie czas dziś jest luksusem, na który stać najbogatszych, a to przecież zupełne pomylenie pojęć, bo straconego czasu za nic się nie odkupi ani go nie dokupi, choćby nie wiem czym człek płacił. Truizmy kolejne? Pewnie tak, a nawet na pewno, ale inaczej chyba nie sposób o tym pisać. O tym co się stało. I co się stanie jeszcze nie raz. Tego niestety jestem pewien. Bo coś tak czuję w trzewiach, że za daleko już to wszystko poszło…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Zwrot krakowski

Prezydent stolicy Małopolski zmienił nagle swoje wcześniejsze stanowisko i zwrócił się do kurii z prośbą, by w związku z połączeniem roczników w liceach zechciała łaskawie serwować uczniom mniej lekcji religii.

Nie wiadomo, na ile jest to efekt presji jaka spadła na polski Kościół w związku z popularnością dokumentu braci Sekielskich, ale prezydentKrakowa Jacek Majchrowski zmienił swoją wcześniejszą decyzję o lekcjach religii w pierwszych klasach liceów. Skierował do krakowskiej kurii pismo z apelem o zgodę na zmniejszenie ich tygodniowej liczby. W związku z kumulacją roczników po „reformie szkolnictwa” minister Zalewskiej zamiast dwóch godzin religii tygodniowo miałaby być jedna.
Oficjalnie pismo do kurii jest uzasadniane uchwałą, jaką podjął w tej sprawie krakowski magistrat – tak poinformowała dyrektorka miejskiego wydziału edukacji. Jednak samorządowcy tę uchwałę kierunkową przyjęli ponad miesiąc temu, pod koniec marca. Dlaczego prezydent zwraca się do abpa Jędraszewskiego dopiero teraz, by raczył zmniejszyć licealistom tygodniową dawkę kościelnej indoktrynacji? Wcześniej, jeszcze w styczniu Majchrowski odrzucił taką możliwość, w reakcji na decyzję władz Warszawy.
Na początku roku stołeczny ratusz skierował taką prośbę do kurii warszawskiej, a ta wyraziła nawet zgodę na ograniczenie religii. Prezydent Krakowa twierdził wówczas, że nie zamierza zwrócić się z podobnym wnioskiem do kurii u siebie. Teraz zmienił zdanie i czeka na decyzję Jędraszewskiego. Wcześniej kuria odniosła się bardzo niechętnie do pomysłu radnych: informowała, że ograniczenie lekcji religii będzie możliwe tylko w pojedynczych przypadkach w powodu zagęszczenia pierwszoklasistów na skutek reformy i nie może dojść do przekształcania ich „w powszechnie obowiązującą praktykę”.
Wcześniej we wspomnianą uchwałę przyjętą przez radnych Krakowa ingerował wojewoda małopolski Piotr Ćwik. Namiestnik pisowskiego rządu anulował jeden z jej zapisów zawierający propozycję, żeby nauczanie religii odbywało się zawsze na pierwszej lub ostatniej lekcji. Ćwik argumentował, że w kompetencjach rady miasta nie mieści się układanie planów lekcyjnych. Samego pomysłu ograniczenia liczby godzin religii nie podważył, zaznaczył jednak nie popiera „tego typu działań”.
Od soboty 11 maja krajowa opinia publiczna wrze od komentarzy na temat faktów ujawnionych w filmie dokumentalnym Tomasza i Marka Sekielskich o ukrywaniu przez hierarchię kościelną w Polsce przypadków molestowania seksualnego nieletnich przez księży. Prawica obawia się kolejnej fali antyklerykalizmu, która może osłabić rolę Kościoła w Polsce.
Krakowski magistrat oszacował, że ograniczenie liczby godzin religii z dwóch do jednej tygodniowo może spowodować likwidację prawie 140 etatów szkolnych katechetów.