Tęczowa hipokryzja

Uczniowie w ponad 200 szkołach w Polsce na zajęciach prowadzonych przez wolontariuszy KPH zostali poddani skandalicznej indoktrynacji dewiantów. Wtłoczono im do głów rzeczy niebezpieczne i druzgocące, mogące przeorać ich świadomość na zawsze. Na przykład, że gej to człowiek. Albo że żadnego człowieka nie wolno dyskryminować. Tak wywrotowych tez ministerstwo pani Anny Zalewskiej w programie nauczania nie przewidziało. Nie dziwi zatem wzburzenie, jakiego pani minister doznała, stawiając do pionu kuratoria.

 

– Jeśli rodzice dowiedzą się, że w szkole ich dzieci prowadzona jest kampania, to powinni natychmiast zgłosić to do kuratorium, które ma obowiązek odpowiednio zainterweniować – odgrażała się „Gazecie Polskiej Codziennie”. – Upowszechnianie jakichkolwiek materiałów, które nie są zatwierdzone, z którymi nie zapoznał się ekspert z kuratorium oświaty, jest po prostu nielegalne. Nie ma takiego święta i takiego piątku w szkolnym kalendarzu!

Jest to oczywiście lipa i pani minister doskonale o tym wie. Wiedzą to również inni byli ministrowie edukacji, na przykład Krystyna Szumilas, która bardzo szybko zdementowała obowiązek zgłaszania każdego pierdnięcia do MEN czy kuratorium. Zresztą później Zalewska zmieniła linię obrony i teraz kładzie nacisk na to, że źli pederaści razem z będącymi na ich usługach dyrektorami mogli potencjalnie zlekceważyć głosy głęboko wierzących rodzin.

I te obiekcje rozwiała Szumilas: „Ustawa o systemie oświaty wyraźnie mówi, że współpraca ze stowarzyszeniami jest możliwa i decydują o niej pedagodzy oraz rodzice. Jeśli była wola przeprowadzenia tej kampanii w danej placówce, to zapewne stało się tak za porozumieniem stron”. Wzburzenie zdążył podzielić już jednak Episkopat, Młodzież Wszechpolska, ONR, który pospieszył dać odpór, oraz Ordo Iuris.

Mam do pani minister następujące pytanie: czy z materiałami, które przekazują w szkołach od wielu miesięcy wąsaci panowie z dwururkami oraz rącze Diany w futrzanych czapkach ze zwierząt, co umierały w męczarniach – zostały pilnie przestudiowane przez ministerialnych ekspertów i sprawdzone pod kątem zgodności z „z programem wychowawczo-profilaktycznym, który został z rodzicami przyjęty na początku roku szkolnego w każdej placówce”? Czy edukatorzy Polskiego Związku Łowieckiego ze swoimi skalpami zdartymi z zabitych zwierząt, prezentujący się jako strażnicy dobrostanu polskiej przyrody, zostali już dokładnie prześwietleni przez kuratorów oświaty?

Dlaczego pytam? Bo pani rzecznik PZŁ twierdzi, że „treść zajęć jest zawsze uzgadniana z dyrekcją placówki oraz nauczycielem prowadzącym”. Ojej, toż to zupełnie jak w przypadku organizatorów Tęczowego Piątku!

Mam jeszcze jedną złą wiadomość: kuratorzy pani Zalewskiej chyba też niekoniecznie podzielają wszczepianą polski uczniom miłość do łowiectwa. Bo na przykład pani Barbara Nowak, Małopolska Kurator Oświaty, w piśmie z 10 października kierowanym do dyrektorów szkół wzywała do respektowania chrześcijańskiego systemu wartości i w związku z tym ostrzegła przed indoktrynacją nie tylko przy okazji organizacji Tęczowego Piątku, ale również… Dnia Świętego Huberta. GDZIE WTEDY BYŁA PANI MINISTER?

Jak to leciało w tym całym chrześcijańskim systemie? Coś o mieczu, co się nim wojuje i od niego ginie?

Najważniejsi fachowcy

Do historii przechodzi powiedzenie: obyś cudze dzieci uczył. To zawód nie tylko ważny, ale i mający coraz więcej prestiżu.

 

Właśnie od nich przede wszystkim zależy rozwój naszego kraju – bo jeśli młodzi Polacy będą niedouczeni, to trudniej będzie im w życiu cokolwiek osiągnąć, a suma ich niepowodzeń przełoży się na los całego państwa.
Dlatego nauczyciele też powinni się uczyć i zdobywać kolejne szczeble rozwoju zawodowego. Będzie to z pożytkiem dla ich podopiecznych – i dla kraju.

 

Polska armia edukacyjna

W Polsce pracuje w sumie ok. 700 tys. nauczycieli. Ich ścieżka awansowa to nauczyciel stażysta, nauczyciel kontraktowy, nauczyciel mianowany, nauczyciel dyplomowy
Zwieńczeniem kariery jest honorowy tytuł profesora oświaty. Tytuł ten nadawany jest przez ministra i wiąże się z jednorazową gratyfikacją 18 tys. zł. Od 2008 do 2017 r. tytuł taki otrzymało 173 nauczycieli.
Istnieje też grupa nauczycieli bez tych wszystkich stopni. Do tej grupy należą m.in. nauczyciele zatrudnieni w niepełnym wymiarze czasu pracy, zatrudnieni na zastępstwo, nie posiadający kwalifikacji pedagogicznych oraz asystenci, którzy wspomagają pracę innych nauczycieli w pracy indywidualnej z uczniem (dotyczy to grupy dzieci, które z różnych powodów, zwłaszcza niepełnosprawności, wymagają dodatkowej opieki pedagogicznej.
Stażysta to nauczyciel stojący u progu kariery zawodowej. Sam proponuje plan swojego rozwoju zawodowego, który zatwierdza dyrektor placówki. Pracę stażysty obserwuje opiekun – nauczyciel z wieloletnim stażem. Po roku składa dyrektorowi sprawozdanie ze swojej działalności.
Po uzyskaniu pozytywnej oceny, stażysta może ubiegać się o stopień nauczyciela kontraktowego. On też ma swojego opiekuna. Okres pracy nauczyciela kontraktowego wynosi 2 lata i 9 miesięcy. W tym czasie musi wykazać się umiejętnością prowadzenia lekcji, zajęć pozalekcyjnych, uczestniczeniem w akcjach obejmujących klasę lub szkołę. O awansie na stopień nauczyciela kontraktowego decyduje komisja powołana przez dyrektora szkoły. W praktyce nie zdarza się, by nauczyciel, który jest zainteresowany swoją pracą, nie przeszedł ze stażysty na kontraktowego
Kolejnym etapem rozwoju jest tytuł nauczyciela mianowanego. W tym wypadku o jego uzyskaniu decyduje komórka samorządu terytorialnego, prowadzącego szkołę. Kandydat musi zdać stosowny egzamin przed komisją egzaminacyjną.
Potem można zostać nauczycielem dyplomowanym. O awansie decyduje rozmowa przed komisją kwalifikacyjną. Dotychczas stażysta mógł stać się nauczycielem dyplomowanym po 10 latach pracy. Od 1 września 2018 r. ścieżka awansu wydłużyła się do 15 lat.
Awans wiąże się ze wzrostem wynagrodzenia. Średnie płace (brutto) wynosiły w 2017 r. dla nauczyciela:`
stażysty – nieco ponad 2 tys. 750 zł;
kontraktowego – 3 tys. 055 zł;
mianowanego – 3 tys. 960 zł;
dyplomowanego – 5 tys. 065 zł.

 

Wszyscy dostają awans

Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła, jaki jest związek między awansem zawodowym a podniesieniem jakości pracy nauczycieli i potrzebami oraz osiągnięciami szkoły. Skontrolowała Ministerstwo Edukacji Narodowej, kuratoria oświaty, jednostki samorządu terytorialnego, szkoły publiczne.
Nauczyciele mianowani i dyplomowani stanowią około 75 proc. ogółu zatrudnionych. Stopniowo rośnie liczba nauczycieli kontraktowych i stażystów – co pokazuje, że Polacy garną się do tego zawodu. Minimalnie spada zaś liczba nauczycieli mianowanych.
Kontrola NIK wykazała, że uzyskanie statusu nauczyciela kontraktowego, mianowanego i dyplomowanego jest w Polsce powszechne. Prawie wszyscy nauczyciele, którzy przystępowali do wymaganych egzaminów, zdawali je i otrzymywali awans – od 99,3 do 99,8 proc.
Nie zawsze jednak wszystkie te procedury przebiegają prawidłowo. Jak stwierdza NIK, zdarzało się (kontrola obejmowała lata 2015-2018), że nauczyciele mianowani i dyplomowani otrzymywali awans przy niespełnieniu wymagań formalnych (na przykład, niewłaściwie zorganizowany był ich staż lub podejmowano go jeszcze przed upływem wymaganego okresu pracy na niższym stanowisku).
Nie zachowywano należytej troski o prawidłowy dobór ekspertów do komisji przeprowadzających egzaminy i rozmowy kwalifikacyjne – na przykład pomijając wymóg uwzględnienia wśród nich co najmniej jednego eksperta nauczającego tego samego przedmiotu lub prowadzącego ten sam rodzaj zajęć co nauczyciel ubiegający się o awans.
Zdaniem NIK, nie zapewniono tym samym należytych warunków do właściwej, obiektywnej i rzetelnej oceny dorobku zawodowego kandydata.
Problemem okazało się też niewłaściwe dokumentowanie przebiegu pracy komisji egzaminacyjnych i kwalifikacyjnych. Komisje w swych raportach często nie zamieszczały bowiem odpowiedzi udzielanych przez nauczyciela na pytania członków komisji oraz uzasadnień, jakie przyjmowały komisje dla swych rozstrzygnięć (co może rodzić przypuszczenie, że w ogóle niczego one nie uzasadniały).

 

Dyrektorzy są zadowoleni

W Karcie Nauczyciela zapisano, że każdy awans nauczyciela wymaga pozytywnej oceny jego dorobku zawodowego, a następnie spełnienia wymagań określonych dla danego stopnia awansu przed właściwą komisją egzaminacyjną lub kwalifikacyjną.
Jak zauważa NIK, „dyrektorzy szkół uważają, że system awansu zawodowego nauczycieli korzystnie wpływa na jakość procesu dydaktycznego i rozwój zawodowy nauczycieli”. Oczywiście, trudno, by jakikolwiek dyrektor szkoły powiedział cokolwiek innego.
Kontrola wykazała, że w czasie stażu na stopień nauczyciela mianowanego kandydaci korzystali z różnych form dokształcania i doskonalenia zawodowego, uczestniczyli w lekcjach prowadzonych przez innych nauczycieli, prowadzili dodatkowe zajęcia dla uczniów, działali na rzecz środowiska lokalnego, realizowali działania związane z współczesnymi problemami społecznymi i cywilizacyjnymi itd., itp.
Podobnie rzecz się miała z aplikującymi do stopnia nauczyciela dyplomowanego.
Natomiast w drugim roku szkolnym po uzyskaniu awansu, malała ich aktywność w dokształcaniu i doskonaleniu zawodowym, co jest poniekąd zjawiskiem naturalnym, bo to perspektywa awansu powoduje szybsze tempo podnoszenia kwalifikacji.

 

Jednak się starają

NIK stwierdza, „że zdecydowana większość nauczycieli wykazała się skutecznym podwyższaniem kompetencji zawodowych i jakości pracy własnej i szkoły” – czyli, że zdaniem Izby, polskie dzieci są uczone generalnie przez fachowców niezłej klasy. Według Izby, system awansu korzystnie wpływał na nauczanie i rozwój nauczycieli. Pozytywnie można ocenić zaangażowanie nauczycieli w czasie stażu na wyższe stopnie.
Trzeba jednak pamiętać, że awanse były powszechne (prawie 100 proc.) – i trzeba by było już drastycznego nieuctwa, by nie osiągnąć kolejnych stopni. Dlatego też NIK wskazuje, iż w tym systemie brakuje mechanizmów weryfikacji przydatności do zawodu nauczyciela. Nie zapewnia tego również wprowadzone już wydłużenie ścieżki awansu zawodowego z 10 do 15 lat.
O niemieckich nauczycielach mówiono, że to oni wygrali wojnę z Francją w 1870 r. Może polscy nauczyciele pomogą wygrać pokój i przyszłość dla naszego kraju.

Trzeba byłoby się ubezpieczyć

Rok szkolny się zaczyna, więc wśród wydatków, jakie należy w związku z tym ponieść, jest także koszt uczniowskiego ubezpieczenia. Jeśli będzie bardzo tanie, nie zapewni dobrej ochrony.

 

Wypadki u dzieci zdarzają się dosyć często. Najczęściej są to drobne urazy, ale bywają i te poważniejsze, obrażenia głowy, różne złamania, zwichnięcia i skręcenia. Dlatego warto zadbać o odpowiednią polisę.
Zazwyczaj w szkołach rodzice mają możliwość zakupu grupowego ubezpieczenia szkolnego. Przed podjęciem decyzji dobrze jest dokładnie zapoznać się z konkretną ofertą obowiązującą w danej szkole oraz ogólnymi warunkami ubezpieczenia, aby mieć pewność, że polisa zapewni dziecku możliwie najlepszą ochronę.

 

Na co zwracać uwagę

Pomysłowość dzieci nie zna granic, do wypadku może zarówno w szkole, jak i drodze powrotnej czy w domu po lekcjach.
Ubezpieczenie NNW, czyli od następstw nieszczęśliwych wypadków da rodzicom komfort i pewność, że w sytuacji gdy już dojdzie do wypadku, to bez względu na miejsce zdarzenia, ubezpieczyciel pokryje koszty leczenia – ale także i inne związane z tym wydatki, jak np. koszt korepetycji, jeśli dziecko będzie musiało nadrobić materiał po pobycie w szpitalu.
Wybierając takie ubezpieczenie trzeba sprawdzić, jaka jest suma ubezpieczenia czyli maksymalna kwota jaką może wypłacić ubezpieczyciel, jakie zdarzenia są uwzględnione w ofercie oraz jakie są wyłączenia odpowiedzialności ubezpieczyciela, które muszą być wskazane i opisane w ogólnych warunkach ubezpieczenia.
To ważne, bo z reguły kwoty proponowane przez towarzystwa ubezpieczeniowe są haniebnie niskie, lista zdarzeń objętych ochroną bardzo krótka, zaś przypadki wyłączenia ich odpowiedzialności, nadzwyczaj liczne.

 

Agent nam nie pomoże

Dodatkowo, jeśli dziecko uprawia wyczynowo sport, należy wybrać takie ubezpieczenie, które zapewnia wypłatę pieniędzy po wypadku, do którego doszło w trakcie jego uprawiania.
Wszystko to jest szczególnie ważne, jeśli rodzice wybiorą indywidualne ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków, które zawiera się samodzielnie u agenta a nie za pośrednictwem szkoły. Agent reprezentuje zaś towarzystwo ubezpieczeniowe i jest zainteresowany tym, by jego klient otrzymał jak najmniejsze świadczenie za możliwie najwyższą opłatę.

Między szkołą a kurią

Warszawskie Odolany w dzielnicy Wola to dawne tereny poprzemysłowe. Dziś intensywnie się rozbudowują. Deweloperzy stawiają tam mnóstwo bloków, prawdopodobnie powstanie też osiedle w ramach Mieszkania Plus. A szkoła? Mieszkańcy czekają już trzy lata. Kiedy już wybrano działkę, okazało się jednak, że połowę terenu upatrzył sobie Kościół. Pod trzecią rzymskokatolicką świątynię w tej okolicy…

 

Burmistrz Woli Krzysztof Strałkowski, obejmujac funkcję w 2015 roku, zapowiedział budowę szkoły na liczącej 13 tys. m kw. działce u zbiegu Grodziskiej i Sowińskiego, tuż przy terenach kolejowych. Już wtedy determinacja mieszkańców sięgała zenitu – setki dzieci z nowych osiedli tłoczą się w jednej niedalekiej szkole, która już jest przepełniona.

Kiedy wreszcie wybrano odpowiedni teren – działkę przy ul. Grodziskiej, liczącą 13 tys. km kwadratowych, zaczęły się schody. Najpierw okazało się, że schowanie przebiegającej tam linii wysokiego napięcia przeciąga się w czasie. Miasto proponowało dwie inne lokalizacje – ale jedna była maleńka (4 tys. km kwadratowych) i mieszkańcy nie zgodzili się na nią, druga – obciążona roszczeniami.

Mija kadencja władz Woli, a szkoły nadal nie ma. Pierwsza lokalizacja, przy Grodziskiej – w międzyczasie uszczupliła się o 5 tys. km kwadratowych, bo właśnie tyle „wydębiła” kuria.

Mieszkańców tej części woli przybywa, a ratusz dopiero powoli zaczyna myśleć o zapewnieniu podstawowej usługi publicznej jaką jest edukacja.

Hierarchowie i tak uważają, że postąpili wspaniałomyślnie, ponieważ zgodzili się „wziąć” tę lokalizację w zamian za tereny na ursynowskiej Kopie Cwila – oddane kościołowi w ramach rekompensat za powojenne straty. Poza tym kapłani uważają, że kościół jest w tamtej okolicy koniecznie potrzebny mieszkańcom do życia – chociaż w pobliżu znajdują się już dwa inne, po drugiej stronie ul. Wolskiej.

Uchwała o przekazaniu gruntu przy Grodziskiej została podjęta przez Radę Warszawy w czerwcu. Nikt z radnych nie zaprotestował, działkę oddano 56 głosami. A co w końcu ze szkołą? Powrócono do koncepcji działki przy ul. Karlińskiego, czyli tej obciążonej roszczeniami.

Co ciekawe, ta działka dwa lata temu również była obiecana archidiecezji (ale jej też nie udało się zaległych roszczeń przewalczyć). Władze dzielnicy wpadły w końcu na to, że można je wygasić na podstawie tzw. małej ustawy reprywatyzacyjnej. Znajduje się tam zapis o tym, że nieruchomości pod publiczne placówki oświatowe nie podlegają zwrotowi. Projekt szkoły jest dopiero w przygotowaniu, nie ma jeszcze wykonawcy. Prawdopodobnie powstanie dopiero na koniec 2020 roku.

W zasadzie jako jedyny zwycięsko wyszedł z tej sytuacji Ursynów. Pomysł hierarchów, aby zbudować kościół na Kopie Cwila, wywołał burzę i ogromny sprzeciw mieszkańców, a także lokalnych samorządowców, m.in. Piotra Guziała. Zatem kościół „wepchnął” swoją inwestycję gdzie indziej.

Po stronie dziecka

Jakie są priorytety polityki prorodzinnej, proponowane przez Sojusz Lewicy Demokratycznej w programie na wybory samorządowe?

 

Dwa tygodnie temu przedstawiłem najważniejsze elementy „srebrnej rewolucji” – programu samorządowego SLD przygotowanego z myślą o seniorach. Dzisiaj kolej na najmłodszych. Wielu z nich od dwóch lat jest beneficjentami świadczeń rodzinnych 500+. Wydawane rokrocznie z budżetu państwa dwadzieścia kilka miliardów złotych stanowi realną pomoc rodzinom wychowującym dzieci. Zauważalnie zmniejszyła się skala ubóstwa, do niedawna jeszcze będąca wyrzutem sumienia Polski XXI wieku.
Ale 500 złotych na drugie i kolejne dzieci to za mało, aby uznać, że państwo zrealizowało swój obowiązek w prowadzeniu polityki prorodzinnej. Jakie zadania stawia lewica tym, którzy w najbliższych wyborach zostaną wybrani radnymi, wójtami, burmistrzami i prezydentami miast?

 

500 minus żłobek

„Zapewnienie opieki nad dziećmi w wieku do lat 3 musi być priorytetem dla każdej gminy. Dostępny dla każdego, bez względu na zamożność i stan cywilny, żłobek lub klub dziecięcy to szansa na szybki powrót rodziców na rynek pracy po urodzeniu dziecka i równy podział ról związanych z opieką nad nim” – to cytat z programu samorządowego SLD „Silny samorząd – demokratyczna Polska”.
Efektem ubocznym programu 500+ jest rezygnacja z pracy zawodowej wielu matek wychowujących dzieci. Ich kalkulacja jest prosta: otrzymane pieniądze ze świadczeń rodzinnych starczają od biedy na przeżycie. Zaś powrót do pracy, to częstokroć konieczność oddania dzieci do żłobka. Jeśli zabraknie miejsc w żłobku publicznym, to na żłobek prywatny nie starczy pieniędzy z 500+.
Oto pierwszy z brzegu cennik, znaleziony w sieci. „Zielony Domek” w Brześce niedaleko Piaseczna. Za 8 godzin pobytu malucha w wieku do 3 lat trzeba zapłacić miesięcznie 500 zł czesnego i ponad 200 zł za wyżywienie. Razem 700 zł za jedno dziecko, 1400 złotych za dwójkę! A to i tak nie jest najwyższa cena.
Cena za pobyt dziecka w żłobku niepublicznym w dużej mierze zależy od tego, czy otrzymuje on dotacje z kasy publicznej: programu rządowego „Maluch Plus” i pieniędzy samorządowych. Również ceny w żłobkach publicznych są zróżnicowane. Ale i tam koszt pobytu i wyżywienia nierzadko pochłania zasiłek 500+ w 100 procentach.

 

Prywatyzacja dla najmłodszych

Ta „prywatyzacja” przeszła niezauważona. Prywatyzacja opieki nad najmłodszymi. Ile jest publicznych żłobków w 600-tysięcznym Wrocławiu? W którym urodziło się i mieszka ponad 20 tysięcy obywatelek i obywateli w wieku do 3 lat. Zaledwie 15. Słownie: 15 publicznych żłobków. Pozostałe to placówki niepubliczne. A i tak w końcowym rozrachunku we Wrocławiu brakuje niemal półtora tysiąca miejsc w żłobkach.
„SLD stoi na stanowisku, że należyta opieka nad najmłodszymi mieszkańcami naszego miasta nie powinna opierać się w tak dużym stopniu na placówkach niepublicznych. Konieczne jest znalezienie środków na budowę nowych placówek gminnych lub adaptację posiadanych przez gminę lokali oraz na prowadzenie żłobków publicznych” – napisali w swoim programie samorządowym działacze wrocławskiego SLD.
Żłobki mają być bezpłatne dla wszystkich dzieci! Rodziców decydujących się na pierwsze i kolejne dzieci nie musi interesować, z jakich programów rządowych i samorządowych zostanie sfinansowany pobyt ich syna lub córki w żłobku. Rachunek jest oczywisty. Pracujący rodzice – płacący podatki – pośrednio i tak sfinansują pobyt swoich dzieci w bezpłatnym żłobku.

 

Przedszkole za free

„Przedszkole to nie tylko szansa na godzenie przez rodziców obowiązków domowych i rodzinnych, ale przede wszystkim – na lepszą edukację dla każdego dziecka” – to kolejny cytat z programu samorządowego SLD. Można dyskutować o plusach i minusach pobytu najmłodszych w żłobkach. W przypadku przedszkoli sprawa jest bezdyskusyjna – pełnią one ważne funkcje edukacyjne.
Szkoda, że twórcom Konstytucji z 1997 roku nieco zabrakło wyobraźni, gdy pisali artykuł 70 – o bezpłatnej nauce w szkołach publicznych. Moim zdaniem, bezpłatna edukacja polskich dzieci powinna zaczynać się już w przedszkolu. I to prawo do bezpłatnej edukacji 4-letnich Polek i Polaków winno mieć gwarancje konstytucyjne.
Póki co, zapewnienie jak najlepszej oferty przedszkolnej spoczywa na barkach samorządowców. SLD postuluje, aby wszystkie przedszkola były bezpłatne. Oraz zlokalizowane w pobliżu miejsca zamieszkania rodziców. Niedopuszczalnym jest, aby najmłodsze dzieci, zamiast edukacji i zabawy, spędzały czas w ciasnym foteliku samochodu rodziców.

 

Bez ulgowego biletu

Uczeń zawsze kupował ulgowy. Bilet kolejowy. Autobusowy. Tramwajowy. Problem w tym, że kiedyś kosztowały one grosze. Dosłownie. Za ulgowy na tramwaj lub autobus płaciłem 20 groszy. Dzisiaj – przy porównywalnych zarobkach – ulgowe bilety są dziesięć razy droższe. Zdaniem SLD, komunikacja miejska powinna być bezpłatna – zarówno dla seniorów, jak i dla uczniów szkół podstawowych i średnich.
Częstochowa pokazała, że da się to zrobić. Prezydent Krzysztof Matyjaszczyk (SLD) w ubiegłym roku wprowadził pilotażowy program bezpłatnych przejazdów dla uczniów szkół podstawowych. „Chcemy sprawdzić, czy efekt, na którym nam zależy, czyli zmniejszenie się liczby samochodów na ulicach, zwiększenie się liczby użytkowników w naszych autobusach i tramwajach oraz poprawa sytuacji ekologicznej i bezpieczeństwa na drogach, zostanie osiągnięty” – argumentował prezydent.
Również radni wrocławscy jednogłośnie zadecydowali, że od 1 września tego roku dzieci i młodzież ucząca się do 21. roku życia będzie podróżowała po Wrocławiu za darmo. Podobne rozwiązanie wprowadzają gminy Górnego Śląska, Zagłębia i kilka kolejnych miast.

 

Dentysta w szkole

Inny pilotażowy program jest właśnie wdrażany we Wrocławiu. Z inicjatywy SLD powstają pierwsze gabinety dentystyczne w szkołach. Sojusz Lewicy Demokratycznej chciałby, aby tak było w każdej szkole w Polsce. „Każdy uczeń będzie objęty bezpłatną opieką dentystyczną, na którą będzie składać się zarówno profilaktyka stomatologiczna, jak i leczenie. Gabinet dentystyczny musi znajdować się w każdej szkole” – zapisano w programie samorządowym.
Ktoś powie, że to już było. Tak, w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej każda szkoła miała gabinet stomatologiczny i lekarski. I do tych dobrych praktyk z przeszłości warto wrócić. Bo dane dotyczące zdrowia dzieci i młodzieży są zatrważające. Już ponad 80 proc. sześciolatków choruje na próchnicę zębów. U dwunastolatków ten odsetek wzrasta do 85 proc.. A u osiemnastolatków do 95 proc.!

 

Szkoły zawodowe

W czasach transformacji zaniedbano również inną sferę dobrze rozwiniętą i funkcjonującą w PRL. Szkolnictwo zawodowe. Obecnie jesteśmy w czołówce europejskiej, jeśli chodzi o ilość osób posiadających wyższe wykształcenie. Tymczasem coraz dotkliwszy jest brak fachowców. I to we wszystkich zawodach technicznych. Statystyka mówi sama za siebie. W roku szkolnym 1990/91 funkcjonowało blisko 3 tysiące szkół zawodowych. Do drugiej dekady XXI wieku dotrwała zaledwie co druga z nich.
„Będziemy wspierać szkoły branżowe i technika: tworzyć nowe placówki, a w istniejących – zapewniać atrakcyjne kierunki kształcenia i nowoczesne wyposażenie” – napisali autorzy programu samorządowego Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Decyzje młodych ludzi dotyczące wyboru zawodu nierzadko są wynikiem panującej mody, sugestii rówieśników lub nacisków rodziców. Nie zawsze ma to związek z rzeczywistym zapotrzebowaniem na specjalistów danej branży. Dlatego SLD proponuje wprowadzenie kompleksowego systemu doradztwa zawodowego. Pomagającego uczniom w wyborze ścieżki kształcenia i przyszłego zawodu.

 

Etyka w szkole

Hydraulików i budowlańców brakuje. Polska nie narzeka natomiast na brak… katechetów. Od lat liczba nauczycieli religii w szkołach utrzymuje się na poziomie około 30 tysięcy. Dla porównania, policjantów jest 98 tysięcy. Katecheci szkolni kosztują podatników 1,5 miliarda złotych rocznie.
W programie krajowym SLD zapisano postulat likwidacji nauki religii w szkołach i finansowania katechetów z pieniędzy podatników. Jednak samorządowcy nie mają w tej sprawie wiele do powiedzenia. Dlatego w programie dotyczącym wyborów samorządowych zapisano jedynie postulat udostępnienia w każdej szkole lekcji etyki, dla wszystkich zainteresowanych uczniów. Taki jest wymóg prawa. Niestety, nie wszystkie szkoły i władze samorządowe go respektują. Jedną z wymówek jest brak nauczycieli etyki. To nie może dziwić, skoro na 30 katechetów przypada zaledwie 1 (słownie: jeden) nauczyciel etyki.

 

Gminy dla młodych

W programie dla seniorów Sojusz Lewicy Demokratycznej postulował tworzenie rad seniorów, jako zespołów doradczych dla władz samorządowych. Ale zasad samorządności należy uczyć się już w szkole podstawowej. „Chcemy, by już uczniowie szkół podstawowych mieli swoją reprezentację w młodzieżowych radach gmin, z własnym budżetem, który pozwoli między innymi na organizację młodzieżowych akcji i imprez” – proponuje Sojusz Lewicy Demokratycznej w programie samorządowym.
Jedną z bolączek wyborów samorządowych jest bardzo niska frekwencja. W ostatnim dwudziestoleciu ani razu nie przekroczyła 50 proc. To oznacza, że ponad połowa mieszkańców systematycznie nie bierze udziału w wyborze swoich radnych, burmistrzów i prezydentów miast. Uczenie młodych ludzi aktywności obywatelskiej to również praca na rzecz przyszłych świadomych uczestników życia publicznego i politycznego.

 

Po stronie dziecka, po stronie rodzica

Gdyby z obszernego programu SLD, dotyczącego polityki prorodzinnej, chcieć zacytować tylko jedno – najważniejsze – zdanie? Brzmiałoby: „samorząd musi być partnerem rodzica w wychowaniu dziecka!”. Nic dodać. Nic ująć.

Głos lewicy

Trójkąt bermudzki

Czesław Cyrul opisuje na Facebooku przedwyborczą sytuację we Wrocławiu:

Wrocławianie i Dolnoślązacy muszą mieć dużą wyobraźnię i jeszcze większą cierpliwość, by orientować się w koalicjach i szpagatach politycznych jakie fundują im lokalni politycy. Na dzisiaj koalicja Komitetu Rafała Dutkiewicza, SLD i Nowoczesnej zdaje się być najstabilniejszym tworem w wyborach do Rady Miejskiej z Jackiem Sutrykiem jako kandydatem na prezydenta. Podpisano list intencyjny. Wrocławska Nowoczesna chce poprzeć Sutryka, ale centrala partii się waha, bo wcześniej poparła posła Jarosa na to stanowisko, który mandat uzyskał z list PO. Sprawa ostatecznej decyzji Nowoczesnej ślimaczy się i spoistości koalicji to nie pomaga. Nowoczesna ma na poziomie krajowym podpisane porozumienie z PO o wspólnym starcie do sejmików i PO zrobi wszytko aby brat mniejszy (siostra raczej) nie uprawiała wyborczej miłości z innymi partnerami.
Wrocławska Platforma Obywatelska, po podmiane prof. Chybickiej na posła Ujazdowskiego, byłego wicelidera PiS, szuka sobie miejsca i elektoratu, który ma być przekonany, że głosowanie na kandydata POPiS-u to dobry pomysł.
PiS podąża swoją drogą. Kandydatka została centralnie namaszczona, a elektorat ma słuchać prezesa i pewnie tak się stanie.
Ciekawie i coraz bardziej skomplikowanie jest w przymiarkach sejmikowych. Najpierw Dolnośląski Ruch Samorządowy, składający głównie z byłych uciekinierów z PO, wystawił na kandydata na prezydenta Wrocławia wicemarszałka Michalaka. Prezydent Dutkiewicz, też członek tego ruchu, Michalaka nie zaakceptował, bo w Jacku Sutryku upatruje swojego następcy. Terenowa część DRS usiłuje się dogadać z Bezpartyjnymi Samorządowcami i tworzyć wspólne listy. Ten ruch kiedyś Kukiza miał za swojego lidera, ale ten poszedł własną drogą. Teraz liderem Bezpartyjnych jest prezydent Raczyński z Lubina. Ruch promuje radną miejską Katarzynę Kowalską – Obarę na prezydenta Wrocławia.
Z kolei prezydent Dutkiewicz także myśli o tworzeniu własnej, sejmikowej listy wyborczej, która ma też składać się z samorządowców i zamierza nawet wystawić kandydata na prezydenta Lubina, gdzie króluje prezydent Raczyński. Czy coś z tego wyjdzie, nie wiadomo.
Jest jeszcze mnogość ruchów miejskich i stowarzyszeń kobiecych. Jest Partia Razem i są Zieloni. Zapowiadano w tych kręgach koalicje i wspólny marsz po władzę. Wszystko jakoś ucichło. To jest typowe dla tych kręgów. Kiedy nadchodzi czas decyzji okazuje się, że wodzów jest dużo, wojowników mało, a chętnych do wyborczej roboty jeszcze mniej i do tego interesy też są różne. I tak jest od lat. Ten wyborczy sezon pokazuje, że tradycja w tych kręgach trzyma się mocno. Jest jeszcze prawicowy plankton, są narodowcy, którzy będąc bardzo hałaśliwi i potrafiący sprawnie maszerować regularnie otrzymują 1-procentowe poparcie.
Liczącym się graczem w walce o sejmik będzie SLD-Lewica Razem o czym nawet wspominać nie trzeba, ale czynię to dla porządku.
I na koniec. Proszę nie wczytywać się szczegółowo w to co napisałem, bo jutro może być inaczej. Jak nie potraficie przeczytać tego ze zrozumieniem też się nie przejmujcie. Niektórzy autorzy tych pomysłów też mają z tym problem.

Szkoła katechetów

Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki zauważył, że owszem, od kiedy wprowadzono religię do szkół, dzieci i młodzież są katechizowane mniej więcej jak należy, ale dorosłym do skatechizowania daleko. I ten stan należałoby zmienić. U siebie w Poznaniu Gądecki stworzył szkołę katechistów, w której kształcą się nauczyciele religii dla dorosłych. Na razie dorośli – rodzice dzieci – mają odbywać obowiązkowe katechezy przy okazji chrztu i pierwszej komunii swoich pociech. Idąc za ciosem 😉: każdy zakład pracy, każda firma, każda spółka powinna wygospodarować cząstkę etatu dla katechety, który przynajmniej raz z tygodniu przez godzinę uczyłby pracowników religii. Większe zakłady i koncerny zatrudniające powyżej stu osób mogłyby nawet zatrudniać katechetów na cały etat. To można przeprowadzić ustawowo – tą refleksją podzielił się w internecie redaktor tygodnika „Nie” Waldemar Kuchanny.