Co strajk nauczycieli mówi o nas samych

Mówią za nas nagłówki w portalach informacyjnych i mówią westchnienia w komentarzach: ach, no załatwili tych nauczycieli po pisowsku, prawda – ale (tu rzeczone westchnienie ulgi) to jednak dobrze, że pójdą te matury normalnie, jak trzeba.
Naiwne są (wybacz, Piotr) bojowe pokrzykiwania redaktora Szumlewicza o prawie do strajku i nadziei na pozytywne zmiany. Nadziei nie ma. Między innymi dlatego, że strajk nauczycieli nie ma wsparcia, wręcz większość ludzi wkurza. W dyskusjach przy świątecznych stołach, rozciągniętych na Facebooki i inne media społecznościowe widać to wyraźnie. Wyciągane są z odmętów pamięci grube, niesympatyczne nauczycielki matmy o aparycji Krystyny Pawłowicz. Padają pytania: „ilu znałeś nauczycieli z prawdziwą pasją, no ilu?”. Deliberuje się: „a może dać podwyżki tylko tym, co zasługują”? Tym, co w pocie czoła w nocy wycinali papierowe zwierzątka żeby nam pokazać ginące gatunki i tym, którzy skakali na jednej nodze, układali autorskie rymowanki? Tak, tym ewentualnie podwyżki się należą. Ale co zrobimy z resztą?
Społeczeństwo ma już dosyć tego „buntu”, tej „hucpy”. Mówią o tym wprost wszelkie możliwe sondaże i mówią o tym pośrednio nawet dziennikarze mediów rzekomo pedagogom życzliwych – właśnie poprzez publikowanie wspominków o nauczycielach wybitnych, o pomysłowych Dobromirach, co ich redaktorka poczytnej gazety na całe życie zapamiętała. Ten, w mniemaniu piszących, piękny gest solidarności, spycha tak naprawdę na poziomie podświadomości odpowiedzialność na samych nauczycieli za własne zarobki. Sugeruje, że godna płaca nie należy im się wszystkim bez wyjątku, tym z polotem i tym bez polotu, ale otwiera debatę o jakości ich pracy, robiąc tym wspaniały prezent rządowi.
Zamiast krzyczeć: „po prostu dajcie im te podwyżki, bo to wstyd, żeby tyle dostawał na rękę w XXI wieku człowiek wykonujący jeden z najbardziej odpowiedzialnych zawodów świata!”, zaczyna się absurdalna dyskusja, w której już tylko krok dzieli nas od „nununu, wymagania to się stawia, a czy wy na pewno tak dobrze wszyscy pracujecie, żeby przed naszymi dziećmi drzwi klas zamykać?”.
„Zależy im tylko na kasie, a o przyszłości edukacji, o systemie oświaty, o kaganku, to rozmawiać nie chcą” – perorują ludzie z klasy średniej, z tytułami magistrów. Nieważne, ile by nauczyciele nie tłumaczyli, że chcą walczyć o ogólną naprawę polskiej edukacji, że podwyżki to zaledwie początek, niezbędny zresztą, by nadal przyciągać do pracy w zawodzie.
Dlaczego tak się dzieje?
Jedyną przekonującą odpowiedź na to pytanie, poszerzoną o bardziej rozległy kontekst, znalazłam we wpisie na blogu psychoanalityka Pawła Droździaka. Człowiek, który był w wojsku, gardzi tymi, którzy w wojsku nie byli. Twierdzi, że tacy życia nie znają – wywodzi autor. „Kto był w wojsku, jest dumny że to przeszedł, choć tego nienawidził. Analogicznie ten, kto przeczołgiwany jest przez wolny rynek pogardza tymi, którzy żyją w realności budżetówki i nie traktuje ich żądań i narzekań poważnie. Czuje swoją wyższość, bo wytrzymuje coś, czego nienawidzi. Ludzie zbyt mocno nienawidzą własnej sytuacji na wolnym rynku, by spokojnie obserwować, jak ktoś coś uzyskuje na nim się nie bijąc. Czuliby się wówczas jak zupełni idioci”.
Dokładnie na tej samej zasadzie, jak mi się zdaje, ludzie, bici w dzieciństwie dyscypliną będą bronić zbawczej mocy klapsów jak niepodległości. Wolą to, niż zmierzyć się z dysonansem poznawczym: tak, krzywdzono nas, to było zupełnie bezsensowne, złe, szkodliwe i niepotrzebne. Teraz od tego odejdziemy, żeby ci, co przyjdą po nas, mieli lepiej. Mało kto jest w stanie zdobyć się na taki heroiczny akt zaprzeczenia swoim prywatnym mechanizmom obronnym, budowanym przez lata.
To jest ta tajemna prawda, którą o nas samych mówi strajk nauczycieli. To nie PiS jest tu naszym głównym problemem, problemem jest to, że świat oszalał. Oszalał, robiąc z nas niewolników na rynkowej galerze, upodlonych tak bardzo, że nie chcemy już, żeby ci z ławki obok mieli lepiej. Chcemy, żeby mieli tak samo tragicznie.
Po prostu dajcie im te podwyżki, bez bredzenia o pasji i misji przy objaśnianiu twierdzenia Pitagorasa. To może jeszcze uchronicie swoje dzieci przed tym, że wychodząc po dzwonku ze szkoły, nie będą myśleć wyłącznie o tym, że bycie towarem dla korpo jest najlepszą z dostępnych życiowych opcji.
Po prostu dajcie im te podwyżki.

Walka trwa

Liberałom przestał podobać się strajk. W walce z komuną daliby się pokroić i strajkowaliby do śmierci. W walce pracowników przeciw PiS-owskiej degradacji oświaty i edukacji po 10 dniach wywieszają białą flagę i każą się rozejść by lansować się na zbawców przez wybory.
To nie jest żadna zdrada bo liberałowie z natury gardzą pracownikiem, jego prawem do samookreślenia, boją się jego podmiotowości, walczą przeciwko sile związków zawodowych i nie chcą żadnej większej społecznej mobilizacji, bo ta od razu ich delegitymizuje i obnaża ich głęboką hipokryzję.
Dla tej „opozycji” – tak samo jak dla PiSu – strajki budżetówki to zagrożenie. Nie da się jednocześnie zapewniać o wsparciu dla przywrócenia neoliberalnego porządku i gwarantować wszystkim podwyżki, których zwyczajnie samemu nie dawało się przez całe lata. Grozi to rozpadem własnego, głównie neoliberalnego, elektoratu i dlatego poparcie dla nauczycieli mogło być tylko pozorne.
Zachęceni przez strajk ZNP do strajku szykują się też pracownicy socjalni i potencjalnie inni… Jak Grzegorz Schetyna wypadłby w roli trybuna ludowego, jak libmedia przeżyłyby konieczność dalszego wspierania niezamożnych ludzi pracy w ich walce przeciwko systemowi i bogatym?
Nie przeżyłyby.
Niech więc nauczyciele ustawią się w kolejce i modlą do Schetyny, że jak już wygra wybory to coś im da. Niech uwierzą w gwarancje turboneoliberałów, że sami daliby podwyżki… tak jak nie dali podwyżek praktycznie całej budżetówce. Niech nauczyciele cieszą się, że w ogóle mogą głosować i uszanują „świętość” matur bo system potrzebuje świeżej-taniej siły roboczej i nie obchodzi go, że każe przy tym harować za grosze.
Całe wsparcie dla związkowców. Nie jesteście niczyim zakładnikiem.
Przerażające z perspektywy rządu musi być to, że nauczyciele (a w tym humaniści!) są jeszcze w ogóle komukolwiek potrzebni.
Czyż państwo kapitalistyczne nie miało być rajem programistów, przedsiębiorców i ścisłowców na etatach w korporacjach?

Czemu reszta po prostu nie siedzi cicho?

Jak to możliwe, że w XXI wieku pedagodzy mają jeszcze jakąkolwiek siłę sprawczą? Kto w ogóle pozwolił im rozdawać te matury i po co oni do tego? Dlaczego nie wykonują naszych rozkazów dla samej idei skoro i tak wszyscy widzą, że są warci najwyżej 30% tego, co kapitał płaci w sektorze prywatnym? Po co nam ci pseudomędrcy skoro tyle wydajemy na kościół?
Jak to możliwe, że budżetówka po prostu nie dziękuje, że żyje?
To wielki szok, że publiczne-społeczne przeciwstawia się prywatnemu i kapitalistycznemu. I owszem, były czasy, kiedy szkoły były tylko prywatne i w zasadzie niespecjalnie liczyły się w łańcuchu produkcji (wyzysku), nad którym kontrolę sprawowali właśnie kapitaliści. Ale te czasy na szczęście już minęły.
A system, gdzie obsługa wielkiego i najbardziej szkodliwego kapitału zarabia najwięcej i dyktuje wszystkim warunki, a sami właściciele są otoczeni największą czcią i opieką, to patologia.
To system zawłaszczania dla zawłaszczających.
Strajk jest naprawdę bardzo antysystemowy.

To władza gra dziećmi

„Rząd liczy, że pod naciskiem rodziców i jednak bardzo zdenerwowanych dzieciaków ugną się nauczyciele. Jeśli ktoś tu gra dziećmi, to twierdzę, że władza, MEN, rząd, a nie nauczyciele. To trzeba mocno podkreślać, a nauczycielom mocno kibicować” – twierdzi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Dziś 11 dzień strajku nauczycieli. Znamy skalę strajku, znamy też skalę jego poparcia. Dlaczego rząd ciągle nie chce porozumieć się z nauczycielami?
EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Wygląda na to, że rząd idzie na przeczekanie. Udało się przeprowadzić egzaminy gimnazjalne, udało się z ósmoklasistami i już obserwujemy, że niektóre grupy nauczycieli odstępują od twardego stawiania sprawy. Tłumaczą, że chcą być przy dzieciach podczas egzaminów, ale prawda jest też taka, że zwłaszcza w terenie bardzo wystraszeni są dyrektorzy szkół, który popierali na początku strajk nauczycieli, bo sami strajkować nie mogą. Dziś wygląda na to, że boją się konsekwencji, co nie wpływa dobrze na postawy strajkowe. Jednocześnie nauczyciele zdają sobie sprawę, że są pod ścianą, bo jeżeli teraz się wycofają, to prawdopodobnie podzielą los lekarzy rezydentów czy opiekunów osób niepełnosprawnych – na obietnicach się skończy.
Rząd na pewno boi się eskalacji, bo jeżeli da nauczycielom – wzorem policjantów, którzy przed 11 listopada masowo szli na zwolnienia – to przyjdą następne grupy: lekarze, opiekunowie, pracownicy sądów.
Tu jest jeszcze jedna bardzo brzydka spraw medialna; próbowano rozmyć protest, oglądając z bliska biografię prezesa ZNP, Sławomira Broniarza. To bardzo nieładne i trzeba tu jasno powiedzieć, że to nie pan Broniarz jest problemem, tylko 1000 złotych, których domagają się nauczyciele. Wszystko jedno, kto będzie negocjował w imieniu nauczycieli, bo to o podwyżki nauczycielom chodzi. To dwie różne sprawy, a przez takie działania tworzy się konflikt rozlany i za chwilę ludzie nie będą już wiedzieć, o co chodzi.

Rząd zarzuca związkom, że szantażują za pomocą dzieci, których biorą na zakładników. To skuteczna strategia?
Ale kto brał tych zakładników, skoro już tak stawia się sprawę, choć bardzo nie lubię tak na to patrzeć? To jednak rząd liczy, że pod naciskiem rodziców i jednak bardzo zdenerwowanych dzieciaków ugną się nauczyciele. Jeśli ktoś tu gra dziećmi, to twierdzę, że władza, MEN, rząd, a nie nauczyciele. To trzeba mocno podkreślać, a nauczycielom mocno kibicować. Tu obawiałabym się tylko o jedność grupy nauczycielskiej, bo to zaczyna trzeszczeć.

47 proc. popiera strajk nauczycieli, innego zdania jest 49 proc., czyli nauczyciele tracą już o kilka procent poparcie dla swoich działań.
Ale to ciągle jest pół na pół, i to było do przewidzenia. Tak jest skonstruowany człowiek, że popiera coś do momentu, gdy nie zaczyna mu to osobiście przeszkadzać, a na pewno są to nerwy dla rodziców i o dzieciaki, i przyszłość szkoły, kto będzie się opiekować dzieciakami, zwłaszcza młodszymi.
Tu trzeba dodać, że to powinno zostać jakoś zabezpieczone, bo wygląda na to, jakby ten strajk został przygotowany „na chybcika”. Powinny być przygotowane wcześniej placówki, świetlice, gdzie dzieci, szczególnie młodsze, będzie można odprowadzić, bo przypomnijmy, że i przedszkola strajkują. Z tą zmianą nastrojów społecznych trzeba się liczyć i myślę, że nauczyciele to robią, ale oni naprawdę są już pod ścianą.
Jeśli nauczyciele w tej chwili by ustąpili, to nie dostaną nic lub prawie nic, bo dodajmy, że podwyżka w wysokości 132 zł to jałmużna, która niczego nie zmienia. Niestety, nie prognozuję, aby czwartkowe rozmowy miały cokolwiek zmienić.
Mnie zastanawia jeszcze coś innego – wszyscy mówią o tym, że nie mają co zrobić z dziećmi, a nikt się nie martwi, że od 10 dni dzieciaki nie mają lekcji, czyli nie uczą się. Szkoła stała się przechowalnią?
Niestety, okazuje się, że szkoła jest tak postrzegana, ma pani rację, a to jest ogromne nieporozumienie. Szkoła nie jest świetlicą i tu powinno chodzić, przede wszystkim, o kwestie edukacyjne, a nie opiekuńcze. Dzieci nie są nauczane, powtórzeń do matur nie ma. To też można było zorganizować. Ja jestem z pokolenia, które znało różnego rodzaju „latające uniwersytety”. Sama chodziłam do mieszkania Jacka Kuronia na różnego typu dysputy o historii najnowszej, gdzie inaczej mnie oświecano, niż w szkole. Mamy zatem dobre wzory i szkoda, że różne grupy społeczne ich nie przejęły.
Dziś już jednak nie ma co gdybać, bo nauczycielom i panu Broniarzowi potrzebne jest wsparcie, a nie krytyka. Piłka jest niewątpliwie po stronie rządu.
Dziś słyszymy, że rząd wysłał plan konwergencji do Unii, więc rozumiem, że pan premier był tym zajęty, dlatego nie znalazł czasu dla nauczycieli, ale z tych propozycji rządu wynika, że będą miliardy dla budżetu. Nauczyciel jest wykształconym człowiekiem i liczyć umie i twierdzi, nie bez racji, że w skali kraju nie są to duże sumy, gdyby rząd chciał, to te pieniądze dla nauczycieli by były.
Dodajmy jeszcze, że władze bardzo prestiżowo podchodzą do sprawy – nie damy, bo nie mamy, a nauczyciele, to jednak posłannictwo i oni powinni się ugiąć. Przypominam tu słowa chociażby marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że pracuje dla idei. Proponuję panu marszałkowi, po pierwsze, zacząć od siebie, a po drugie – to jakaś socjalistyczna utopia z lat 50.
Człowiek pracujący ma prawo domagać się takich apanaży, które pozwolą mu przeżyć godnie od pierwszego do pierwszego. Tu o nic więcej nauczycielom nie chodzi. Nie może być tak, że nauczyciel musi wybierać między kupnem książki a aspiryny, jak się przeziębi.
Powiedzmy jeszcze, że skoro to właśnie grupa nauczycielska musi dokonywać takich wyborów, to jest to nieprzyzwoitość, tym bardziej, że obecne władze mają bardzo patriotyczne nastawienie, może warto im zatem wywiesić transparent, że „taka będzie Rzeczpospolita, jakie młodzieży nauczanie”.

Prezes Kaczyński poinformował, że wysłał do liderów najważniejszy partii politycznych w Polsce projekt deklaracji dotyczący euro. „Chodzi o to, aby partie, łącznie z PiS, zagwarantowały, że w Polsce nie zostanie wprowadzone euro zanim nie osiągniemy rozwoju państw Zachodu” – oświadczył na konferencji. Złożył jeszcze życzenia wielkanocne, a o nauczycielach ani słowa.
Tu zgadzam się z prezesem, że to nie jest dobry czas na wprowadzanie euro, zobaczymy, co po wyborach; jak będzie wyglądać sam PE i polski Sejm.

Ale żadna partia opozycyjna nie ma w tej chwili postulatu wprowadzenia euro. To temat zastępczy?
Oczywiście, podobnie jak etos nauczycielski. To naprawdę spycha to środowisko do narożnika, to granie na emocjach i to zarówno społeczeństwa, jak i nauczycieli. To cynizm.
Rząd dzieli niczym car, jednym daje, innym nie, a sondaże dalej pokazują wysokie poparcie. PiS 38 proc., KO 35 proc. To sondaż dotyczący wyborów do PE, ale pokazuje poparcie partii w kraju. Skąd taki wynik?
Bo to rozdawnictwo rządowe wcale nie jest bez pomysłu. Daje się grupom, wśród których szuka się wyborców, elektoratu, bo te wybory rozstrzygnie zaledwie kilka procent. Środowisko nauczycielskie w skali kraju nie jest duże, podobnie jest zresztą z niepełnosprawnymi i lekarzami. Tutaj niewiele się ugra, nawet jeśli się te grupy zadowoli. PiS dofinansowuje, mówiąc brzydko, prowincję, ludzi mniej starannie wykształconych, bo to im się opłaca.
Dodajmy jeszcze, że ludzie głosują w części tak jak usłyszą z ambony, szczególnie nasza starsza generacja.
Proszę zauważyć, że właśnie emeryci dostać mają tzw. trzynastkę. Generalnie jestem za tym postulatem, bo emerytury w naszym kraju są haniebnie niskie, natomiast patrząc z perspektywy marketingowej, to nieważne, jakie one są, a w taki sposób PiS szuka głosów wyborczych.

Po co nam szkoła?

„Ten strajk jest w jakimś sensie wołaniem o to, jaką przyszłość kraju chcemy wybrać” – mówi prof. Łukasz Turski, fizyk i popularyzator nauki w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Jest pan zaskoczony, że doszło do strajku nauczycieli?
ŁUKASZ TURSKI: Nie jestem zaskoczony. Mam wręcz wrażenie, że ten strajk odgrywa jakąś rolę w planach politycznych obecnie kandydujących do Parlamentu Europejskiego. Przyznam jednak, szczerze mówiąc, że nie za bardzo mnie to interesuje. Uważam, że w poniedziałek o 8.00 rano to nie nauczyciele, młodzież szkolna, ale społeczeństwo w Polsce przystąpiło do niezwykle ważnego egzaminu. Jest on znacznie ważniejszy, niż ten, który miał się zacząć za kilka dni na odpowiednim poziomie szkoły. To egzamin z tego, czy społeczeństwo w Polsce, po iluś latach przemian cywilizacyjnych od 1989 roku, rozumie, czym jest przyszłość kraju. Nauczycielski zryw, którego tematyka ma powód finansowy, jest związany z tym, że regulacje prawne ograniczają możliwość strajkowania, np. dlatego, że są złe programy szkolne. Trudno sobie wyobrazić podniesienie strajku dlatego, że w programie fizyki dla szkół podstawowych nie ma praw Keplera. Ale my w tej chwili mamy postawione ważne pytanie: czy społeczeństwo w Polsce chce mieć dobrą szkołę i czy rozumie, czym we współczesnym świecie szkoła jest? Bardzo bym chciał, abyśmy tego testu nie oblali.

Czyli wspiera Pan nauczycieli w proteście?
Niezależnie od wyniku strajku powinniśmy rozpocząć ogólnonarodową debatę na temat tego, co zrobić ze szkolnictwem powszechnym. Może w końcu zaczniemy dyskutować nad sensem robienia fragmentarycznych przemian w przedszkolach, szkołach, w szkolnictwie wyższym, zamiast zorientowanej na postęp jednolitej struktury edukacyjnej, która zaczyna się, gdy się rodzimy, a kończy, gdy wyłączą nam respirator. To jest pytanie, którego w ogóle w dyskusji przed tym strajkiem nie postawiono.
Wygodniej było sprowadzić dyskusję do tego, czy dać nauczycielom 1000 zł, czy 30 proc., czy 15 proc., ile godzin mają pracować, czy szkoła ma mieć gimnazja, czy nie. To są drugorzędne rzeczy. Pytanie podstawowe brzmi: po co nam szkoła? Czy po to, aby jak w XIX wieku w Prusach wyhodować karnych, posłusznych wykonawców poleceń struktury administracyjnej, zwanej państwem, która jest nadrzędna nad społeczeństwem i ludźmi, czy chcemy, żeby szkoły były miejscem, gdzie naturalne i wrodzone talenty każdego dziecka zostaną rozwinięte, a potem abyśmy umieli wykorzystać te talenty dla wspólnego dobra.
Skoro już ten strajk się wydarzył i w sposób oczywisty, jak każdy strajk, wywołuje pewne komplikacje, nie ma co udawać, że jest inaczej, ale to moment, abyśmy się zastanowili nad tym, co ważne. Bo tak naprawdę nie jest istotne to, czy i ile sprzedamy malin, kto pozbiera jabłka i czy na tucznika należy dać 100 zł, co już jest kuriozalne. Mówienie takich słów na kilkadziesiąt godzin przed strajkiem nauczycieli jest niczym kabaret.

Pana zdaniem nauczyciele powinni zarabiać 1000 zł więcej?
Zawód nauczyciela ulega gigantycznej przemianie. Nie ma drugiego takiego zawodu, który uległby takiej zmianie. Mamy sporo zawodów, które zniknęły, ale drugiego takiego, który tak bardzo się zmienił, nie ma. Ta przemiana jest niezwykle trudna, a my jako społeczeństwo im tego nie ułatwiamy, podobnie media, które głównie zajmowały się tą merkantylną stroną zagadnienia. Ten strajk jest w jakimś sensie wołaniem o to, jaką przyszłość kraju chcemy wybrać.
Z raportu przygotowanego przez minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigę Emilewicz wynika, że po zmianach programowych minister Anny Zalewskiej szkoła uczy jeszcze gorzej, stawia na wykutą wiedzę i posłuszeństwo zamiast na kreatywność i współpracę.
Poprzednia reforma związana z nazwiskiem pana prof. Mirosława Handkego była reformą, która niewątpliwie nie była wprowadzona całkiem dobrze, ale miała jasno postawiony cel i podjęto próbę zrealizowania go. Tylko to był cel postawiony w XX w., w XXI w. wszystko się zmieniło, a świat podległ ogromnej przemianie.
Reforma, programy i sposób uczenia, który był wprowadzony przez minister Zalewską, odbiega totalnie od rzeczywistości. W ogóle reformowanie szkoły to niezwykle trudne zagadnienie, i na pewno nie chodzi o kwestię administracyjną – tu nie chodzi o to, ile klas na jakim poziomie, tylko czy mamy szkolić, czy edukować.
Reforma pani Zalewskiej nawet nie dostrzega problemów, które powstały w XX wieku. To próba powrotu do szkoły, nawet nie z XX wielu, ponieważ uczy dzieci w archaiczny sposób werbalnych rzeczy, nie ucząc tego wszystkiego, co dziś jest potrzebne: zespołowej pracy, rozwiązywania problemów społecznych, tolerancji. Kiedy ujawniono nową podstawę programową, wiele osób, w tym ja, napisaliśmy negatywne recenzje tych programów i nikt się tym nie przejął, co w pewien sposób oczywiste, bo autorzy tej reformy nie mieli na celu postępu społeczeństwa. Mieli inny cel i szczerze powiem, że nie jestem sobie w stanie ułożyć w głowie, co tym celem było.

Co w takim razie powinno się stać albo co powinniśmy zrobić my jako społeczeństwo?
W różnych miejscach w Polsce odbywają się obecnie takie spotkania „NOE”, gdzie odbywają się dyskusje o edukacji, które są organizowane lokalnie przez nauczycieli. To są drobne spotkania, gdzie ludzie dyskutują o edukacji. To pomysł m.in. pana Jakuba Wygnańskiego. Uważam, że to wspaniały ruch i daje możliwość zastanowić się, jak nasza szkoła powinna wyglądać.
Jedną z krytyk tego strajku jest pytanie, co rodzice mają zrobić z dziećmi. To także należy zmienić w kontekście współdziałania szkoły i rodzica. To nie może być tak, że dzieci siedzą w szkole od 7.30 najlepiej do 19.30, bo rodzic chce jeszcze wyskoczyć na siłownię po pracy. Edukacja musi być wspólnym działaniem w ramach nowej organizacji społecznej, w której inna jest rola nauczycieli, inna rodzica, dziadków itp. To musi być nowa struktura społeczna, która powstanie i która będzie nas przygotowywać do tego, co w przyszłości, kiedy czekać nas będą gigantyczne wyzwania.
Nie wiem, czy w historii człowiek stał przed takimi wyzwaniami. Mamy problem energetyczny, związany z nim problem klimatu, wykańczania się zasobów naturalnych, i to nie tylko tych, o których mówimy od dawna, ale także tych związanych z tzw. zieloną energią, np. bardzo rzadkich pierwiastków, których mamy niewiele na kuli ziemskiej, bo tak ten wszechświat jest skonstruowany.

Panie profesorze, wróćmy do strajku nauczycieli i roli związków zawodowych, jaką odgrywają. Rozumie pan zachowanie „Solidarności”?
To bardzo przykre. Chcę podkreślić, że nigdy nie byłem działaczem związkowym. Natomiast jednym z efektów przemiany cywilizacyjnej, wracam do tego, bo to clou całej sprawy, jest to, że zniknęła wielkoprzemysłowa klasa robotnicza. Jak łatwo było w czasach „Solidarności”, aby strajkowały wielkie zakłady metalowe zamiast szpitali, dzisiaj tego nie ma, bo struktura pracy została zmieniona właśnie przez tę reformę cywilizacji. W związku z tym duże grupy zatrudnionych są w tzw. budżetówce: nauczyciele, lekarze, pracownicy sądów itp.
Rozumiem, że związki zawodowe nie potrafią odnaleźć się w tej roli, a związek „Solidarność” to chyba już tylko z nazwy jest związkiem zawodowym, który jest niezależny i niezawisły. Natomiast to polityczny aspekt tego strajku, a ja cały czas próbuję pokazać, jak ważne jest to, abyśmy stworzyli wielki społeczny ruch, który przemyśli, jak ma wyglądać nowa szkoła.

Mam tu niestety wątpliwości. Mówił pan m.in. o tolerancji. Jeżeli w Warszawie prezydent Trzaskowski chce wprowadzać lekcje o tolerancji i podpisuje deklarację LGBT, a przed ratuszem protestujący krzyczą „Stop seksualizacji dzieci”, to wątpię w szanse wypracowania nowoczesnej wizji edukacji.
Ale dlaczego się tak dzieje?! To wynika z tego, że ci ludzie nie wiedza, o czym mówią. Mamy strasznie źle wykształcone społeczeństwo. Zachłysnęliśmy się wskaźnikami skolaryzacji, tym, że wszyscy mają papiery, ale to, że człowiek ma taki czy inny tytuł, wcale nie oznacza, że jest wykształcony.
W XIX wieku tę wiedzę przekazywali politycy, którzy pracowali nad edukacją naszego społeczeństwa. Proszę zwrócić uwagę, że dziś nikt nie chce już mówić czy nie pamięta o takich jak Limanowski czy partia socjalistyczna z lat sprzed odzyskania niepodległości w 1918 roku, która pracowała nad podniesieniem wykształcenia u ludzi. Dziś myśmy to odpuścili i dlatego jest sporo tych, którzy przychodzą przed ratusz i opowiadają banialuki, że wychowanie w tolerancji dla ludzi o innych poglądach, upodobaniach kulturalnych, estetycznych, seksualnych to jest seksualizacja. To jakiś absurd. Tych ludzi nikt nie nauczył, dano im tylko dyplomy, ale to nie oznacza wiedzy, a to po części wina naszego systemu edukacyjnego.

Nie dajmy się dzielić

Strajk to nie są wybory i zabawa w przyjęcie dobroczynne. Oczekiwanie, że cały polski lud wybiegnie na ulice i 100 proc. społeczeństwa poprze strajkujących nauczycieli to naiwność.

Mamy w Polsce 30 lat agresywnej, klasistowskiej, kapitalistycznej ofensywy. Całe pokolenia wyhodowane w duchu neoliberalnego wyścigu szczurów i myślenia tylko o sobie, przeciwko innym i w obronie najbogatszych i ich majątków. Kapitalizm to walka klas, walka w obrębie klasy, to gra kapitału na nienawiści klasowej i szczucie na siebie biedaków i wyzyskiwanych.
W tych warunkach ponad 40 proc. poparcia dla strajku to cud!
To większe poparcie niż notuje obecny rząd.
A pracownicy mają prawo walczyć o podwyżki i o poprawę swych warunków pracy ZAWSZE, nawet wtedy, kiedy chcą tego tyko oni sami bo reszta woli akurat bronić majątków milionerów. Strajk to broń ludzi pracy – nie gala WOŚP-u i nieszkodliwe dla systemu zdjęcia na ściance. W tym wypadku nauczyciele walczą o cały system polskiej edukacji i o jego przyszłość.
To rząd nie dba o to, czy lekcje się odbędą i zależy mu tyko na testach, których „majestatem” szczuje opinię publiczną.
Nie dajmy się dzielić.
Ale nie miejmy też złudzeń.
Nie każdy od razu uwolni się z matriksa.

PiS zrobi wszystko, by rozbić opozycję

„Ludzie są przywiązani do wartości liberalnych czy tak zwanych wartości społeczeństwa otwartego, ale kiedy przychodzi do praw mniejszości, czy to imigrantów, czy mniejszości seksualnych, to już mniej je szanujemy” – mówi Justynie Koć (wiadomo.co) dr Jacek Kucharski, prezes Instytutu Spraw Publicznych.

JUSTYNA KOĆ: 52 proc. z nas popiera strajk nauczycieli, 43 jest przeciwnego zdania. Te wyniki prawie dokładnie pokrywają się z poparciem wyborczym dla partii rządzącej i opozycji. Jest pan zaskoczony takim wynikiem?
JACEK KUCHARCZYK: Nie jestem zaskoczony, bo badając od kilku lat opinie na różne kluczowe dla Polski aktualne tematy widzę, że ten schemat się generalnie powtarza. Te afiliacje polityczne stały się najsilniejszym de facto czynnikiem czy zmienną wyznaczającą różne podziały w społeczeństwie. Na ogół te podziały przebiegają właśnie w ten sposób, że widać silne różnice między zwolennikami PiS-u z jednej strony, czasem też Kukiza i innych partii prawicowych (choć one są na tyle małe, że z powodów technicznych nie można tych relacji dokładnie ustalić), a zwolennikami opozycji z drugiej, którzy mają przeciwstawną opinię. Z tych obserwacji widać, że poglądy opozycji na ogół są bliższe poglądom większości społeczeństwa. Tak jak w sondażu na temat strajku nauczycieli, w wielu innych kwestiach opinie zwolenników opozycji są bliższe opinii przeciętnego Polaka, niż opinie wyborców PiS-u. To pokazują na przykład badania dotyczące sporu polskich władz z Komisją Europejską na temat praworządności czy też taśm Kaczyńskiego i sprawy spółki Srebrna. Podsumowując, mamy podzielone społeczeństwo według klucza politycznego i na ogół zwolennicy PiS-u reprezentują opinię mniejszości społeczeństwa.

Jak to możliwe, że wyborcy PiS-u, partii tak bardzo grającej na strunie społecznej, nie popierają strajku nauczycieli?
Wyborcy PiS-u żyją w innym otoczeniu komunikacyjnym niż reszta badanych. Oni są jednak bardzo podatni na narrację partii, na którą głosują, z którą są w sprzężeniu komunikacyjnym. PiS zbudował takie kanały, zawłaszczając media publiczne, dotując różne prywatne media prorządowe czy wynajmując internetowych trolli. Zwolennicy PiS-u żyją w takiej bańce informacyjnej, gdzie podrzuca im się pewne interpretacje zdarzeń. W tym przypadku jest to narracja mówiąca o tym, że nauczyciele są nieodpowiedzialni, biorą dzieci na zakładników itp. Gdy dziwimy się, że przy różnych kontrowersyjnych sprawach – jak chociażby słynne dwie wieże Kaczyńskiego – zwolennicy PiS-u nie reagują jak większość Polek i Polaków, to moim zdaniem w dużej mierze jest to właśnie efekt komunikacji tych spraw przez propagandę w mediach prorządowych. Źródło informacji ma tu ogromne znaczenie, a PiS-owi udało się przekonać część społeczeństwa, że tylko informacje ze źródeł, które sprzyjają partii rządzącej, są wiarygodne.

Czy rząd nie przeliczył się w kwestii nauczycieli?
Tutaj rzeczywiście PiS ma przeciwko sobie większość, co prawda niewielką, bo 52 procent, ale biorąc pod uwagę, jak wielu osobom ten strajk może utrudnić życie, to poparcie jest jednak dość wysokie. Myślę, że rząd może czuć się nieprzyjemnie zaskoczony tym poparciem. Biorąc pod uwagę, że dziś wszystko ma kontekst wyborczy, bo de facto już toczy się podwójna kampania wyborcza, to obrót sprawy jest nienajlepszy dla PiS-u. Chociaż należy pamiętać, że prawie dla połowy badanych bliższe jest myślenie nt. strajku według propagandy partii rządowej.

Ta propaganda rzeczywiście robi, co może. W mediach publicznych przewodniczący ZNP jest niemal wcielonym szatanem, który wykorzystuje nauczycieli, sam pobiera pieniądze za strajk i oczywiście jest utajnionym członkiem Platformy.
To prawda, pewnie niedługo się dowiemy, że jego dziadek jest odpowiedzialny za zbrodnię katyńską, a przynajmniej był w Wehrmachcie. Myślę, że ta propaganda jest już bardzo mocno rozkręcona, także w Internecie, a wiadomo, że tam komunikacja jest jeszcze bardziej posegmentowana, niż tzw. tradycyjne media. To na pewno wzmacnia w zwolennikach PiS-u tę narrację.

Jak ocenia pan działanie rządu w sprawie strajku nauczycieli z punktu widzenia marketingu politycznego? Wicepremier Beata Szydło trzy razy przedstawia tę samą odrzuconą wcześniej propozycję podczas negocjacji, premier w wywiadzie mówi coś o okrągłym stole, ale po świętach. To nie wygląda poważnie.
Dla PiS-u wysłanie pani Szydło czy wystąpienia premiera Morawieckiego są skuteczniejsze, niż eksponowanie pani Zalewskiej. Zresztą schowanie jej to stary numer PiS-u, pamiętamy jak chowano Macierewicza czy samego prezesa w 2015 roku.
Jednak rzeczywiście gdyby założyć, że celem PiS-u jest przekonanie większości społeczeństwa, że rząd działa w obronie interesu publicznego, a nauczyciele są roszczeniowi, to słabo to na razie wygląda.
Zapewne to markowanie negocjacji też ma jakiś cel, pewnie w stylu: my oferujemy rozwiązania, a oni nie słuchają. Teraz już od odbiorcy informacji zależy, jak je zinterpretuje. Na pewno części osób nie będzie się chciało sprawdzać i to utrwali ten podział: sympatycy rządu będą twierdzić, że rząd prowadzi rozsądną politykę, a nauczyciele są motywowani politycznie, bo to też jest ulubiona forma narracji rządu. Polityka jest tylko dobra, kiedy prowadzi ją partia władzy, gdy robią to inni, na pewno mają niecne motywy, co zresztą w Polsce jest skuteczne, bo ludzie często reagują źle na politykę, a zaufanie do partii politycznych jest bardzo niskie. Gdyby chodziło o przekonanie części społeczeństwa, że rząd działa dobrze, to rzeczywiście to wygląda na działania przeciwskuteczne, natomiast dla własnego elektoratu partii rządzącej to wystarcza. PiS stosuje w przypadku nauczycieli to samo podejście, co w przypadku strajku rodziców osób niepełnosprawnych, czyli twarde podejście, dyskredytowanie protestujących i wszystkich, którzy ich popierają jako umotywowanych politycznie. Najważniejsze, aby nie utracić własnego elektoratu.
Ta polityka wydaje się o tyle skuteczna, że w poprzednich tego typu konfliktach elektorat PiS-u nie topniał. Ta 1/3 społeczeństwa trwa przy partii i zapewnia jej przewagę sondażową, która może przełożyć się na zwycięstwo w wyborach.

Przecież nie wygrywa się wyborów twardym elektoratem. PiS musi przekonać wyborców bardziej centrowych, a w ten sposób chyba im się to nie uda?
To jest oczywiście ryzykowana strategia, bo pamiętajmy, że w 2015 roku PiS musiał się pokazać jako partia umiaru i kompetencji po to, aby wygrać z PO. Myślę, że tutaj myślenie po stronie władzy zakłada, że łatwiej jest demotywować przeciwników, niż poszerzać własny elektorat.
Pamiętajmy, że na PiS w 2015 roku zagłosowało 18,6 proc. wszystkich uprawnionych wyborców, tylko przy frekwencji 50 proc. to dało ponad 37 proc. poparcia. Niecałe 19 proc. wystarczyło do wygrania PiS-owi przy rozproszonej i zdyskredytowanej opozycji. Dziś PiS ciągle przekonuje, że za nimi stroi większość narodu, ale tak naprawdę do pozostania u władzy PiS-owi wystarczy zmotywowana i zdeklarowana mniejszość plus słaba opozycja. Te dwa warunki wystarczą, aby rząd powtórzył sukces z 2015 roku.

Na razie opozycja zjednoczyła siły w Koalicji Europejskiej, dogadała się w kwestii programu, wystawienia jedynek.
Tak i już widać, że KE w sondażach wygląda zupełnie inaczej, niż poszczególne jej partie. Z punktu widzenia partii rządzącej to największe zagrożenie i będą robili wszystko, aby doprowadzić do jej rozbicia. Jedną z koncepcji jest przekonywanie, że ta koalicja jest za szeroka, że nie ma programu i to częściowo skuteczna taktyka, bo wielu komentatorów to podchwytuje. Anglosasi nazywają tego typu koalicje big tent, czyli polityka dużego namiotu, bo muszą się tam zmieścić różni wyborcy. W KE jest miejsce dla wyborców PSL, Nowoczesnej, a nawet Zielonych, którzy będą mieli często różne opinie na ważne kwestie polityczne. Dlatego KE łatwo jest krytykować za rzekomą niespójność programową.

Na razie KE przestawiła program, w którym udało się połączyć wartości wszystkich koalicjantów, a także poskromić ambicje poszczególnych polityków.
Moim zdaniem program KE jest bardziej spójny, niż można było oczekiwać. Nic dziwnego, że reakcje PiS-u są takie, jakie widzimy.
Z jednej strony, ponieważ koniunktura jest nie najgorsza, to sypie pieniędzmi, czego opozycja zrobić nie może. To dodatkowo stawia ją w trudnej sytuacji, bo czuje się zmuszona głosować za pomysłami rządu jak trzynasta emerytura, chociaż wiadomo, że to łapówka wyborcza (niezależnie od sensowności konkretnych rozwiązań). Z tego punktu widzenia to dla opozycji sytuacja lose-lose, czyli źle popierać i niedobrze krytykować. Po drugie, PiS akcentuje kwestie, które dzielą społeczeństwo niekoniecznie wzdłuż partyjnych linii, jak prawa mniejszości. Generalnie prawa mniejszości to miękkie podbrzusze demokracji, która jest rządami większości, ale przy poszanowaniu praw mniejszości. Jednak z prowadzonych ostatnio między innymi przez nasz Instytut badań wynika, że ludzie są przywiązani do wartości liberalnych, czy tak zwanych wartości społeczeństwa otwartego, jak wolność prasy, swoboda działania opozycji czy różnych organizacji społecznych, ale kiedy przychodzi do praw mniejszości, czy to imigrantów, czy mniejszości seksualnych, to już mniej je szanujemy. Gotowi jesteśmy na „przehandlowanie” praw mniejszości za dobrobyt gospodarczy czy bezpieczeństwo.

To niestety wykorzystują strategie populistyczne koncentrowania się na mniejszościach i mówienia, że elity polityczne działają w interesie tych mniejszości, a nie ogółu społeczeństwa. To niestety jest często skuteczna strategia. PiS też to próbuje robić, kiedyś w sprawie uchodźców, a teraz ogłaszając krucjatę „w obronie rodziny”, skierowaną przeciw prawom osób LGBT. Ta strategia może się okazać częściowo skuteczna, bo łączy program rozdawania pieniędzy z programem „bronimy rodzinę przed mniejszościami i genderem”. W środę była 9. rocznica katastrofy smoleńskiej i chyba pierwszy raz nie usłyszeliśmy od prezesa o dochodzeniu do prawdy, zdradzonych o świcie i wybuchu w samolocie. Dlaczego?
Moim zdaniem to zmiana punktu widzenia z powodu zmiany punktu siedzenia. Domaganie się oddania wraku od Rosjan czy umiędzynarodowienia śledztwa, które było wygodne dla PiS-u w czasach, gdy był w opozycji, teraz gdy rządzi, już wygodne nie jest. Zostaje zatem ta retoryka godnościowa, celowe mieszanie ofiar smoleńskich z ofiarami Katynia. To także klimat nacjonalistyczny, który napędza poparcie dla PiS-u i neutralizuje zagrożenie ze strony bardziej prawicowych partii. Zresztą tę ewolucję narracji smoleńskiej od obwiniania za katastrofę Putina do Tuska już widzieliśmy dawno. Teraz jest już w zasadzie tylko wróg wewnętrzny – opozycja – która rzekomo chce pozbawić Polaków siły i godności.
Pozostaje retoryka godnościowa w mętnym sosie patriotycznym, która najwyraźniej do części wyborców trafia.

Skutecznie?
Ta retoryka jest jednak dość skuteczna. Gdy wyjdziemy na miasto, to zobaczymy, ile samochodów obklejonych jest znakiem Polski Walczącej. PiS chciałby zmonopolizować patriotyzm przez tę narrację godnościową czy po prostu nacjonalistyczną i ksenofobiczną. To ta partia decyduje, kto jest prawdziwym Polakiem i spadkobiercą tego, co najlepsze w polskiej historii, a kto zdrajcą „niegodnym przynależności do narodu”. W tym sensie Smoleńsk trzyma się mocno, nawet gdy odrzucić teorie spiskowe o wybuchu w samolocie. Ta narracja gorszego i lepszego sortu pozostaje niezmienna od pierwszych dni po katastrofie, kiedy słyszeliśmy to po raz pierwszy, że zjednoczony naród oddawał hołd prezydentowi Kaczyńskiemu, którego wyszydzały złe elity.

Matury są zagrożone

„Zdajemy sobie sprawę, że za chwilę będzie jeszcze gorzej, że nasili się propaganda, że to wina nauczycieli, wina ZNP. Na ten moment, gdy pani mnie pyta wprost, to odpowiem, że matury są zagrożone, ale to, o czym mówię, powinno dotrzeć przede wszystkim do premiera rządu” – mówi wiceprzewodniczący Związku Nauczycielstwa Polskiego Krzysztof Baszczyński w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Pierwszy tydzień strajku nauczycieli za nami. Jaki to był tydzień dla związku i dla nauczycieli? Spodziewaliście się takiego rozwoju sytuacji ze strony rządu i takiego wsparcia ze strony obywateli?
KRZYSZTOF BASZCZYŃSKI: Nie spodziewaliśmy się takiego wsparcia, ale również nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy, że może być tak ogromna determinacja środowiska, za co tylko możemy podziękować. Jestem przekonany, patrząc dziś już z pewnej perspektywy, że rząd nie docenił gniewu nauczycieli.
Wydawało się chyba tym, którzy dziś kreują politykę, że to są takie „strachy na Lachy”, a okazało się, że kiedy 7 kwietnia zostało podpisane porozumienie „Solidarności” z rządem, wkurzenie środowiska było jeszcze większe. Dziś na spotkaniu kierownictwa Związku odbyła się dyskusja także o tym. Wynika z niej wprost, że z każdym dniem przybywało nauczycieli i pracowników oświaty, którzy zadeklarowali wolę powalczenia o swoją godność. Dzisiejsza decyzja, że niczego nie zawiesiliśmy i nie przerwaliśmy strajku, świadczy o tym, że kierując się informacjami z poszczególnych województw, mailami, telefonami, decyzja mogła być tylko jedna – nie możemy zostawić naszych koleżanek i kolegów w placówkach. Strajk trwa mimo zbliżających się świąt.

Był pomysł, aby strajk zakończyć, przerwać?
Dyskusja była burzliwa i wynikały z niej różne scenariusze, ale proszę mi wierzyć, że stanowisko, które dziś zostało przyjęte, jest przełożeniem tego, jaka jest determinacja środowiska. My zrobiliśmy tylko to, czego chcieli moi koledzy i koleżanki nauczyciele. Natomiast brane pod uwagę były różne scenariusze, także takie, które z góry odrzucaliśmy, jak strajk okupacyjny czy rotacyjny. Takich działań nie będziemy rekomendować i wspierać.

Czy możemy oszacować, ilu strajkuje nauczycieli, którzy nie są zrzeszeni w żadnym związku?
Powiem tak, jeżeli w pierwszych dwóch dniach strajku udział w nim wzięło około 600 tys. nauczycieli, nas jest około 200 tys., nie wiem, ile jest w Forum, ale na pewno dużo mniej, to znaczy, że około połowa strajkujących to pracownicy, którzy nigdy do związku nie należeli.

Pamiętajmy, że rząd robi wszystko, aby osłabić wolę walki.
Nie mówię nawet o przetrzymaniu nas, bo przecież decyzję o strajku podejmują codziennie nauczyciele i pracownicy oświaty, ale ta fala hejtu, błota, która się na nas wylewa, chce się obrzydzić nasze środowisko i przeciwstawić je rodzicom i opinii publicznej, jest ogromna. Manifestacje, które odbywają się od wczoraj, to światełko dla nauczycieli, w którym uczestniczą rodzice, uczniowie i nauczyciele; to jest dla nas jak wiatr w żagle, tak samo jak dla tych, którzy są w szkołach i placówkach oświaty już 5. dzień.

Jak odniesiecie się do tego, co robi wobec nauczycieli rząd? Zastraszanie? Rząd jasno mówi, że za okres strajku nie będzie wypłacanych pieniędzy, były szkoły, do których wchodziła policja.
Niezależnie od tych ruchów, które robi rząd, żeby nas zastraszać, znieważać, to, czego nie rozumiemy, to fakt, że rząd nie chce z nami rozmawiać, chociaż cały czas opowiada, że porozumienie leży na stole i wystarczy je podpisać. To jest porozumienie rządu z „Solidarnością”, ale to przecież nauczyciele zdecydowali, że nie chcą takiego porozumienia.
Może powinno to dotrzeć do kreatorów polityki, także tej oświatowej, że propozycja, którą my składamy w imieniu środowiska, powinna być dyskutowana i rozpatrywana, a nie taki chocholi taniec, w którym uczestniczymy. Dzisiejsza prośba do premiera, że chcemy natychmiastowych rozmów z udziałem mediatora, jest dowodem na to, że my chcemy rozmawiać, ale nie na warunkach, które zostały zapisane w porozumieniu rządu z „Solidarnością”. Tego na pewno nie będziemy podpisywać.

Nauczyciele są zaskoczeni, że rząd, nawet znając już falę strajku, nie chce z wami usiąść do realnych rozmów? Rozsądek nakazywałby jednak podjęcie próby porozumienia, tym bardziej, że za kilka tygodni będą wybory.
Pod warunkiem, że jest ten rozsądek po stronie rządu, bo z tego, co widzimy, wynika, że rozsądku nie ma. My to często powtarzamy; weszliśmy w spór zbiorowy 10 stycznia, wierząc w to, że jest jeszcze czas na rozmowy. Tymczasem rozmowy zaczęły się 25 marca, kiedy były już znane wyniki referendum.
To świadczy o tym, że albo ktoś nie rozumie nastrojów środowiska, albo rzeczywiście dążył do zwarcia, bo ja inaczej nie potrafię tego ocenić.
Co z maturami?
Na ten moment, gdy pani mnie pyta wprost, to odpowiem, że matury są zagrożone, ale to, o czym mówię, powinno dotrzeć przede wszystkim do premiera rządu. Jeżeli moje koleżanki i koledzy, bo to w ich rękach leży decyzja, podtrzymają swoje dotychczasowe stanowiska, to sytuacja może być bardzo niebezpieczna. Natomiast to też nie może być tak, że rząd przygotowuje zmiany w zakresie zmian ustawy, która dopuszczałaby do egzaminu maturalnego każdego ucznia, bez względu na wyniki, a o takim scenariuszu pisała prasa. To jest całkowite popsucie systemu.
Jeżeli na coś takiego rząd by się zdecydował, to będzie to ogromy skandal i niezrozumienie tego, co się dzieje, bo nie można psuć systemu. Zdajemy sobie sprawę, że za chwilę będzie jeszcze gorzej, że nasili się propaganda, że to wina nauczycieli, wina ZNP. Tylko my mówimy o tym od dłuższego czasu, jeżeli ktoś tego nie słyszy i idzie na przeczekanie, to w efekcie mamy dziś bardzo poważny problem, który może stanąć przed rządem, nauczycielami, uczniami i rodzicami. Chyba nikomu to nie jest potrzebne.

Zaapelowaliście o natychmiastowe rozmowy z mediatorem – to kolejne wyciągnięcie ręki do rządu. Dojdzie do rozmów?
To prawda, że to kolejne wyciągnięcie ręki – przecież 3 dni temu napisaliśmy do pani premier o rozmowy w czwartek, czyli wczoraj. Bez żadnej reakcji, a właściwie z reakcją tą samą, że przecież porozumienie jest na stole, podpiszcie. Ta uchwała to pierwsze zwrócenie się wprost do rządu z żądaniem o rozmowy przy udziale mediatora, bo sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana.
Nie określamy, kim ma być mediator, nie stawiamy tu żadnych warunków, ale rząd nie może udawać, że nas nie ma.

Liczycie, że rząd wysłucha tej prośby, czy dopiero po świętach będzie chciał rozmawiać przy okrągłym stole?
Dyskutowaliśmy też o tym dzisiaj. Proszę pamiętać, że okrągły stół dotyczyć ma też innych, równie ważnych zagadnień, dotyczących systemy oświaty, w tym programów nauczania itd. Tam na pewno nie będzie dyskusji o tym, czego dotyczy spór zbiorowy, bo trudno, żeby z udziałem państwa Elbanowskich, różnych stowarzyszeń, rozmawiać o takim problemie.
Okrągły stół, jak rozumiem, ma mówić o przyszłości oświaty, a nie o rozwiązaniu dzisiejszego problemu.

Pojawiają się głosy, że rząd chce was wziąć na przetrzymanie, a potem obarczyć was winą za chaos w szkole wywołany reformą pani Zalewskiej. Bierzecie pod uwagę taki scenariusz?
Zdajemy sobie z tego sprawę, ale ja jeszcze raz powtórzę, decyzja leży w rękach moich koleżanek i kolegów, a my ich nie zostawimy. Tak samo jak decyzja, jak długo będzie trwał strajk i czy matury się odbędą. To nie zarząd związku w Warszawie podejmuje decyzje, co będzie dalej, tylko poszczególni nauczyciele w szkołach, ale jak długo oni będą strajkować, tak długo będziemy przy nich, z nimi.

Milczenie premiera to policzek dla nauczycieli

„Premier milczy i to jest kolejny policzek dla środowiska, bo premier z wielką werwą zajmuje się trzodą, bydłem i tucznikami, a milczy kompletnie w sytuacji niezwykle palącej dla 700 tys. nauczycieli i wobec uczniów” – mówi posłanka Krystyna Łybacka w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Kolejne spotkanie w Centrum „Dialog” nauczycieli z rządem bez rezultatu. Obie strony deklarują, że są gotowe do rozmów, ale wicepremier Szydło jeszcze przed ich rozpoczęciem zapowiedziała, że nie ma żadnej nowej oferty od rządu. Po co zatem to spotkanie?
KRYSTYNA ŁYBACKA: Rzeczywiście to pytanie jest zasadne, ale jednocześnie bardzo otwarte, tym bardziej, że propozycja rządu, która została przedstawiona w piątek, mówiąca o tym, że do 2023 roku będą podwyżki, ale połączone ze zmianą pensum, jest propozycją, która tak naprawdę obraża nauczycieli. Podam jeden przykład, niezwykle ważny w całej nauczycielskiej grupie: zaledwie 7 proc. nauczycieli to stażyści. To niezwykle groźna sytuacja, bo tak niewielka liczba młodych nauczycieli nie zapewnia naturalnej odnowy zawodowej, ale również każe zastanowić się, dlaczego młodzi ludzie nie chcą do tego zawodu pójść. Stażysta dostaje w tej chwili brutto 2500 tys., mając pensum 18 godzin. Bedzie dostawał 750 zł więcej, czyli 3250, ale z pensum 24. W tej chwili przy tym pensum godzina pracy stażysty wynosi 34 zł i 7 gr. Przy nowym pensum i nowym wynagrodzeniu według propozycji rządu to będzie 32,50 zł, a więc mniej. Czy to jest propozycja poważna w tak trudnej sytuacji, która jest właściwie pożarem? Domyślam się, że rząd czekał do poniedziałku, żeby przekonać się, jaka jest skala determinacji nauczycieli i jak ten protest będzie wyglądać. Mówiąc krótko, liczył na to, że być może tylko jakaś część placówek będzie strajkować, udało się z protestu wyłączyć „Solidarność”, tymczasem okazało się, że nastąpiło nowe zjawisko, chyba jedyne pozytywne w całym tym bardzo złym momencie – absolutna integracja środowiska. Wczoraj, tu w Poznaniu, nie było żadnej różnicy, czy ktoś jest z „Solidarności”, czy z OPZZ, czy ZNP, czy niezrzeszony. Strajkowało ponad 80 proc. szkół ramię w ramię. Wczoraj rząd otrzymał odpowiedź na swoje oczekiwania co do skali i chcę przekazać rządowi, że czasami ktoś zdesperowany ma ogromny zapas sił, a taka jest dziś sytuacja nauczycieli.

Dotknęła pani ważnego aspektu, o którym mówi się coraz częściej przy okazji tego strajku, że czas aby zastanowić się, jak ma wyglądać oświata w XXI wieku i jaką rolę ma w niej do spełnienia nauczyciel, ale najpierw chciałabym zapytać, czy rząd nie dąży do konfliktu z nauczycielami i eskalacji strajku, bo chce nauczycieli obciążyć chaosem wywołanym przez tzw. reformę edukacji minister Zalewskiej?
To chyba nie jest już nawet hipoteza, bo zachowanie rządu zdaje się to potwierdzać. Rząd z jednej strony liczył, że skala protestu będzie mniejsza, z drugiej przecież rozpoczął ogromną akcję skonfliktowania nauczycieli i rodziców. Przecież szkoła, jeżeli ma działać dobrze, musi być triadą: rodzice, nauczyciele, dzieci. Jakikolwiek wyłom w tej trójce powoduje zaburzenie w działaniu szkoły. To jest drugi element, którzy rządowi się nie sprawdził w założeniach, bo większość rodziców, przy ogromnych kłopotach, jakie niesie za sobą ta sytuacja, jednak wyraża solidarność i wsparcie dla nauczycieli. Także znacząca cześć uczniów, którzy potrafią już samodzielnie myśleć, wie doskonale, że ich nauczyciele zarabiają za mało. Dziś słyszałam o sytuacji, że w jednej z warszawskich szkół jest klasa tzw. legionistów – młodych trampkarzy, czyli piłkarzy Legii. Oni już mają drobne kontrakty klubowe, uczestniczą w rozgrywkach, część z nich nawet w młodzieżowych meczach, i proszę sobie wyobrazić, że zarabiają więcej, niż ich nauczyciele. Jak ma się czuć nauczyciel? To też dowodzi, jak bardzo niedofinansowana jest ta grupa, czy wręcz upokarzana.
Przede wszystkim nie brano pod uwagę głosów nauczycieli, gdy wprowadzano reformę, a przestrzegali oni przed kumulacją roczników, przed zbyt pośpiesznie skonstruowaną podstawą programową, przestrzegali przed przepełnionym programem. To są też problemy, z którymi zmagają się rodzice. Zatem skala protestu i emocji, która występuje, to nie jest tylko kwestia podwyżek, tylko traktowania całego środowiska przez rządzących.
Wracając do pani pytania, czy nie powinniśmy dyskutować szerzej o oświacie w Polsce. Oczywiście, że powinniśmy. Ja od co najmniej 10 lat apeluję o edukacyjny okrągły stół. Myślę, że takim animatorem mógłby być prezydent, oczywiście pozbawiony barw partyjnych. Niech usiądą przy nim nauczyciele, naukowcy, eksperci, politycy, rodzicie i wydyskutujmy na kilkanaście, a najlepiej i więcej lat model naszej edukacji. On oczywiście będzie musiał ulegać korektom, bo życie jest dynamiczne, a szkoła nie może być wyizolowana, ale zasadnicze zręby systemu ustalmy razem. Nauczyciel musi wiedzieć, że jak się zmienia rząd i minister, to nagle nie zmienia się wszystko w oświacie.

Czy zatem prezydent Andrzej Duda mógłby taki okrągły stół oświaty zorganizować?
Bardzo bym sobie tego życzyła i bardzo bym chciała, żeby go było stać na coś takiego, ale słyszałam wczoraj pewną ekwilibrystykę z ust pana prezydenta, który powiedział, że wspiera nauczycieli, ale każe im pracować za obecną pensję, więc niekoniecznie taka postawa upoważnia go do zwołania takiego okrągłego stołu. Po cichu liczę na małżonkę pana prezydenta, w końcu z zawodu to nauczyciel.

Jak ocenia pani pomysł mediatora? ZNP zaproponował RPO, ale wiadomo, że Adam Bodnar stoi „kością w gardle” rządzącej większości, więc chyba ten pomysł nie przejdzie. Ale czy mediator mógłby pomóc?
Myślę, że to dobry pomysł, bo w sytuacjach trudnych, które wymagają gaszenia pożarów, a z taką mamy do czynienia, wejście mediatora jest zawsze pozytywne. Pytanie jest tylko jedno, a próba poszukania odpowiedzi na to pytanie prowadzi nas do bardzo trudnej i smutnej konstatacji. Mediatorem powinna zostać osoba, która cieszy się powszechnym autorytetem. Proszę zobaczyć, jaką mamy scenę polityczną, na której bardzo trudno jest znaleźć osobę, która cieszy się niekwestionowanym autorytetem, której nie będzie się próbować przypisać afiliacji takiej czy innej opcji politycznej i która będzie gwarantowała, że dwie strony będą mogły porozumieć się. W tym kontekście bardzo mnie martwi milczenie premiera, bo premier ma na razie czystą kartę, bo nie włączał się w te rozmowy. Na miejscu premiera pokazałabym, że potrafię taki konflikt rozwiązać; usiadłabym do stołu i próbowała osiągnąć kompromis, bo to zawsze jest niezbędne w takich sytuacjach.
Premier powinien zaproponować, aby strony spotkały się, może nie w połowie, bo na to nie pójdzie strona związkowa, ale powiedzmy w 3/4 drogi i potem dalej pracowali nad systemem.
Premier milczy i to jest kolejny policzek dla środowiska, bo premier z wielką werwą zajmuje się trzodą, bydłem i tucznikami, a milczy kompletnie w sytuacji, która dotyczy 700 tys. nauczycieli i kilkunastu milionów uczniów.

Dlaczego rząd nie chce dać 1000 zł nauczycielom? Rozumie to pani?
To już nawet nie jest kwestia 1000, bo nauczyciele już 3 razy łagodzili swoje postulaty. Teraz to już tylko 960 zł tylko dla nauczycieli dyplomowanych i to w dwóch transzach. Naprawdę związki ustąpiły już ze swojego pierwotnego stanowiska i pokazały chęć do kompromisu. Mogę jeszcze zrozumieć, że rząd trwał w uporze do poniedziałku, ale gdy poznał skalę protestu, powinien zrozumieć, że nie ma już czasu na igranie z tym środowiskiem.

Rząd znajduje pieniądze na kolejne „piątki”, a dla nauczycieli nie…
Te kolejne „piątki” skomentuję w ten sposób: piątka Kaczyńskiego, piątka Morawieckiego i jedynka nauczycieli dla rządu.
(…)
Wiem, że dyrektorzy stają na przysłowiowej głowie czy rzęsach, żeby zagwarantować komisję. Najczęściej sięgają po katechetów bądź emerytowanych nauczycieli, więc zobaczymy, jak to będzie. Na tę chwilę ogromny apel do premiera – proszę nie lekceważyć tej sytuacji.
Czekają nas bardzo trudne dni. Miarą odpowiedzialności rządzących jest być może powiedzenie, że nie dostrzegliśmy w porę problemu, może przeoczyliśmy coś, ale dla nas najważniejsi są nasi uczniowie, dostrzegamy również problemy rodziców, szanujemy nauczycieli, w związku z tym nie jest wstydem przyznać się do błędu. Głupotą jest w błędzie trwać.

Zdecydujcie się!

„Ilu znasz dobrych nauczycieli?” – zapytał sarkastycznie mój kolega zagadnięty o strajk. „A ilu znasz dobrych dziennikarzy?” – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Ja znam różnych – od bardzo dobrych, po takich, którzy nigdy w życiu nie powinni pisać tekstów ani relacjonować wydarzeń. Tak jak w przypadku nauczycieli, nie jest to jednolita grupa, nie ma więc sensu stosować odpowiedzialności zbiorowej.
„Czemu oni uczą tylu zbędnych rzeczy i przeładowują mózgi dzieci wiedzą?”.
„A czemu ty piszesz teksty na osiem tysięcy znaków, choć spokojnie to, co masz do przekazania, zmieściłbyś w czterech?”. Bo ktoś narzuca zasady pracy. Czasem mądre, czasem niezbyt.
Nikt już nie pamięta, że nauczyciele wysypywali na ulicach kredę w geście sprzeciwu wobec „deformy” minister Zalewskiej. Prawo strajkowe nie pozwala im porzucić pracy z powodów innych niż niezadowolenie z warunków zatrudnienia bądź wynagrodzenia.
Naprawdę, skończmy już z tym obwinianiem szeregowych pracowników za głupie decyzje „góry”, do których po prostu muszą się stosować. Bo i cóż mają robić? Pójść i podpalić MEN?
Strajkują – „roszczeniowcy”.
Nie strajkują – „bezczynnie patrzą jak nasze dzieci giną!”.
Zdecydujcie się. I przynajmniej w doborze metody krytyki bądźcie konsekwentni.

Jestem po stronie nauczycieli

W trakcie wywiadu dla telewizji internetowej „Studio w Szczecinie.pl” zapytał mnie dziennikarz, kiedy zakończy się strajk nauczycieli?

Odpowiedź nie jest prosta. Krzyżujące się komunikaty Min. Edukacji Narodowej i ZNP nie dają nadziei, że stanie się to szybko. Na razie niby nic groźnego się nie dzieje – egzamin gimnazjalny jakoś się odbył, poważniejszych zakłóceń nie odnotowano. To jednak nie znaczy, że problemy znikają, przeciwnie one narastają. Zarówno w warstwie psychologicznej – w postaci determinacji obu stron, jak i techniczne. Rozpoczęły się egzaminy ośmioklasistów, potem będą matury, a wraz z nimi specyficzny kalendarz, którego przestrzeganie warunkuje prawidłowość samego egzaminu.
To wszystko skłania, by na pytanie: kiedy to się skończy, odpowiedzieć: wtedy, gdy rząd dobrze wsłucha się w postulaty protestujących.
Za 2,5 tys. miesięcznie nie da się opłacić mieszkania i mediów, porządnie zjeść, porządnie się ubrać i jeszcze zadbać o swój rozwój intelektualny poprzez regularne, czynne uczestnictwo w życiu kulturalnym i społecznym. To znaczy – można, ale na kiepskim poziomie, a więc i z byle jakimi efektami. To jest niestety dramat. Nie chciałbym żyć za 2,5 tys. złotych… Chociaż jako młody naukowiec zarabiałem na początku 1050 zł., ale to było dawno, dawno temu i w zupełnie innym świecie. Martwię się więc, bo problemy nauczycieli i szkoły nawarstwiają się. Potrzebne jest porozumienie, bo może być
tylko gorzej.
Piłka jest jednak zdecydowanie po stronie rządu. Zapóźnienia są widoczne gołym okiem. Nauczyciel dyplomowany zarabia obecnie około 3,4 tys. zł brutto. W 2000 roku zarabiał 1,5 tys. zł. brutto. Przez 20 lat więc zyskał 1,9 tys. zł podwyżki.
Nauczyciel stażysta zarabia nieco ponad pensję minimalną – 1,7-1,8 tys. zł. na rękę.
Co niejednego zaskoczy, największą podwyżkę otrzymali nauczyciele za rządów SLD-UP-PSL – 30 proc. Koalicja PiS, Samoobrona i LPR (2005 – 2007) podniosła nauczycielskie pensje o 8 proc. Nauczyciele zarabiali wówczas 2,3 tys. zł.
Koalicja PO-PSL zwiększyła te wynagrodzenia do około 3,1 tys. zł. Natomiast Prawo i Sprawiedliwość (od 2015 do 2019) podwyższyło wynagrodzenie nauczycieli dyplomowanych o 12 proc. – z 3109 zł do 3483 zł. (za Polskie Radio 24 – BL)
Teraz wicepremier Beata Szydło zaproponowała nauczycielom podwyżki w zamian za stopniowe zwiększanie pensum, czyli liczby godzin pracy przy tablicy. Oni uważają, że to zdecydowanie za mało.
Jak więc wyglądają zarobki polskich nauczycieli na tle zarobków nauczycieli innych krajów UE? Informacje podaję za Business Insider Polska.
Najlepiej zarabiają nauczyciele w Luksemburgu – początkujący może zarobić w szkole średniej ponad 79 tys. dolarów rocznie (292 tys. zł. – wedle kursu średniego NBP z dn. 12.04.). Luksemburski nauczyciel – weteran zarabia nawet 138 tys. dolarów (510 tys. zł.). Na wysokie zarobki mogą również liczyć najbardziej doświadczeni nauczyciele w Szwajcarii (109 tys. dol. – 403 tys. zł.), Niemczech (92 tys. dol. – 340 tys. zł.) i Holandii (84 tys. dol. – 310 tys. zł.)
Doświadczony nauczyciel polski zarabia 26 tys. USD, czyli ok. 96 tys. zł. rocznie. To półtorej premii rocznej, którą przyznała sobie pani premier Szydło.
Z danych OECD (które przytacza Business Insider Polska) wynika też, że z kolei początkujący polski nauczyciel zarobi w ciągu roku tylko około 15 tys. dolarów, czyli ok. 55 tys. zł. To z kolei niecała premia pani premier, która wyniosła, przypomnijmy – 65 tys. zł.
Na koniec proponuję zatrzymać się na chwilę właśnie przy zarobkach początkujących nauczycieli. Nasz zarabia 15 tys. dolarów, a w krajach, gdzie edukacja jest na najwyższym poziomie w Europie, początkujący nauczyciel zarabia dwa – cztery razy więcej. To ma swoje bardzo poważne konsekwencje na przyszłość.
Na przykład nauczyciel duński zarabia trzy raz więcej niż jego wstępujący do zawodu polski kolega. To jednak nie wszystko. Duńczyk ma od ręki otworzony przyjazny kredyt w banku. Pomaga mu też system społecznego wsparcia państwa. Mieszkanie nie stanowi dla niego problemu. Dom nawet. Raty są humanitarne, nie zarzynają go finansowo. Stać go na książki, na teatr, na wyjazd, stać go na stały rozwój zawodowy i osobowościowy. Jego zarobki systematycznie rosną. Jak na warunki duńskie (podatki!) nie są niebotyczne, ale codzienne potrzeby nie spędzają mu snu z powiek. To wszystko przekłada się na wysoką jakość duńskiej szkoły, na poziom absolwentów, na – jak to się mówi – kapitał ludzki… Nauczyciel duński też pracuje dla idei, poświęca się swej pracy, kocha ją, ale w jakże innych okolicznościach.