Witos naszym wzorem

Odwieczna kontrola kleru nad polską wsią pod rządami postępowej Konstytucji dziś, w XXI wieku znów wróciła do łask.

Po tygodniach wewnętrznych dyskusji Polskie Stronnictwo Ludowe postanowiło się znów usamodzielnić się wyborczo. Moim zdaniem – słusznie. Poparcie tej partii na wsi od kilkunastu lat systematycznie spada na korzyść PiS, podejrzewam, że niemały na to wpływ mają biskupi i proboszcze. Niech więc PSL obliczy się na wsi, to tej partii dobrze zrobi.
Zaskoczyło mnie to, że ludowcy ratują swoją pozycję polityczną demonstrowaniem niechęci do aliansów wyborczych z lewicą (SLD i Wiosna), motywując to głębokim przywiązaniem do wartości chrześcijańskich i kościoła jako „wspólnoty”. Szukając pretekstu do odstąpienia od Koalicji Obywatelskiej jeszcze kilka dni temu sprzeciwiali się obecności w niej SLD. I chociaż jestem zwolenniczką zbudowania w tych wyborach odrębnego bloku lewicowego, ten stosunek ludowców do SLD nie po raz pierwszy ostro mnie zbulwersował: biurokraci z PSL (z których każdy miał w rodzinie swojego Mikołajczyka, albo księdza, albo…dziedzica) próbują ustawiać lewicę według własnego doraźnego interesu politycznego, chociaż to nie przez SLD stracili swą bazę społeczną na wsi na rzecz PiSu. Na marginesie dodam, że podobnie zachowała się Barbara Nowacka, kiedy postanowiła zasilić PO. Mówiła wtedy, że nie podoba się jej polityka historyczna SLD (wnuczka wysoce zasłużonego Budowniczego Polski Ludowej, z którego dorobku naukowego n.p. ja jestem dumna).
Prezes PSL, z pryncypialnym wyrazem twarzy zaciętego w sporze dziecka, najczęściej motywuje głoszone stanowisko obroną osławionych „wartości chrześcijańskich” , które – jakby nieco z wierzchu poskrobać – trącą homofobią i obłudą. Hasło to sugeruje, że lewica, a SLD w szczególności zagraża wyznawaniu tych wartości w praktyce, a tym samym spójności wspólnoty chrześcijańskiej, dowodzonej przecież w duchu „cywilizacji miłości” przez niemały pułk biskupów i arcybiskupów, ostatnio wołających o zrozumienie i tolerancję wobec pedofilów w sutannach. Głównym grzechem lewicy jest opowiadanie się za rozdziałem kościoła od państwa i sprzeciwianie się nieustannemu mieszaniu się kleru w politykę, zwłaszcza, że moralne uzasadnienie dla przyznania sobie takiego prawa przez kościół hierarchiczny zostało ostatnio mocno nadwątlone przez samych księży.
Lewica ma również poważne zastrzeżenia do ideologizacji polskiego szkolnictwa, sterowanego w kierunku podporządkowania systemu wychowania i nauczania dyktatowi kościoła hierarchicznego. Nie trudno przecież zauważyć, że w szkołach finansowanych przez państwo wiszą dziś krzyże, zawieszane zawsze powyżej godła Rzeczypospolitej (kto to ustala..?), jak się wobec powyższego czują „nie podzielający tej wiary” ? A kto by się tym przejmował ! Nie tylko z tego powodu lewica uważa, że klerykalizacja życia publicznego zaszła za daleko. Widzi to młodzież, która masowo odchodzi od kościoła, ale trend ten nie leży w polu zainteresowania PSL.
Z licznych wypowiedzi W. Kosiniaka –Kamysza i innych działaczy PSL wynika, że – podkreślany przy każdej okazji długi czas trwania w polityce polskiej – raczej nie sprzyja znajomości historii ruchu ludowego i emancypacji chłopstwa. A jest ona niezwykle ciekawa i trudno zaprzeczyć temu, że na przestrzeni minionych 130 lat ruch ludowy w walce o swoje prawa miał zawsze wsparcie lewicowego (postępowego) ruchu robotniczego. Przekonałam się o tym, kiedy na swój użytek przerobiłam tę historię na przykładzie Galicji z przełomu XIX i XX wieku, poszukując przyczyn nieukrywanej wrogości niedawnych działaczy ZSL wobec SLD na początku lat 90. A padały wobec nas zaskakująco wraże zarzuty, niektóre pamiętam doskonale.
Jak wiadomo, pod koniec XIX stulecia Polacy w Galicji mogli organizować się politycznie – działali tam legalnie socjaliści (Limanowski, Daszyński), endecja (przez jakiś czas Dmowski), a w latach 90. własne aspiracje polityczne ujawnili chłopi. Jednakże organizowanie się polskiego ruchu ludowego nie było zadaniem łatwym, ponieważ działacze chłopscy od początku natrafiali na zagorzały opór większości duchowieństwa oraz tych warstw społecznych, którym dalece odpowiadało, aby chłop „był niewolnikiem , tak z krwi, tradycji, wychowania, jak i z własnej woli”. Tak to widział Wincenty Witos, na którego dziś ludowcy lubią się powoływać, ale go nie czytają, a z jego książki p.t. „Moje wspomnienia” mogliby się dużo dowiedzieć o zmaganiach ówczesnych ludowców z poglądami i decyzjami księży, pełnymi „chrześcijaństwa”. Zaznaczam, że socjaliści nigdy nie należeli do przeciwników organizowania się chłopów, wręcz przeciwnie – ludowiec Jan Stapiński- gdyby żył- miałby wiele na ten temat do przekazania.
W kontekście tym przypomnieć należy, że w ówczesnych czasach księża byli najczęściej na wsi jedynymi wykształconymi ludźmi. Wielu z nich położyło znaczne zasługi w walce z plagą pijaństwa na wsi i w szerzeniu dobrych obyczajów. Nie zaniedbywali jednak przy tym wpajania chłopom posłuszeństwa wobec wszelkiej władzy jako pochodzącej od Boga. Nic więc dziwnego, że „po chrześcijańsku” kler chciał sobie podporządkować w sposób bezkompromisowy organizujący się ruch chłopski. Trzeba przyznać, że z powodów religijnych część chłopstwa ulegała sugestiom księży, szanse zdobycia głosów chłopskich miał przede wszystkim ten, za kim opowiadali się księża.
Co ciekawe, Maria i Bolesław Wysłouchowie na łamach „Przyjaciela Ludu” (wychodzącego od 1889 r.) postrzegali przywiązanie chłopów do religii jako obietnicy, że po ziemskiej tułaczce włościanin znajdzie się w końcu tam, „gdzie nie będzie ani głodu, ani zgryzot, ani podatków, ani prześladowań, ani starostów – ale będzie wieczysty wypoczynek po ciężkiej pracy” („Przyjaciel Ludu” z 3 czerwca 1906 r.) Wysłouchowie uważali, że pierwszym krokiem do organizowania się chłopów była zmiana ich mentalności, rozbudzenie świadomości klasowej oraz narodowej.

Ponad połowa ludności wiejskiej nie umiała czytać, ani pisać.

Wierzyła w gusła i zabobony, a do wszelkich nowinek, burzących odwieczny porządek odnosiła się niechętnie. Taka postawa chłopów ułatwiała stosowanie wobec nich niepohamowanego wyzysku ekonomicznego. Stąd m.in. brał się chłopski antyklerykalizm, gdyż poprzez wieki Kościół w oczach chłopów był instytucją sankcjonującą feudalny porządek i wyzysk.
Wśród księży znalazł się wówczas j e d e n wyjątek – ksiądz Stanisław Stojałowski, który na łamach wydawanych przez siebie pism – „Pszczółki” i „Wieńca” – sprzeciwiał się upośledzeniu społecznemu chłopów. Poglądy ks. Stojałowskiego cieszyły się popularnością wśród włościan, za to hierarchia kościelna uznała go za człowieka niebezpiecznego, który może zrewolucjonizować wieś, co nie leżało w interesie ekonomicznym kleru (a nuż chłopi zażądają reformy rolnej..?). Walka ks. Stojałowskiego z hierarchią zakończyła się rzuceniem na niego wielkiej klątwy na mocy dekretu Świętej Rzymskiej i Powszechnej Inkwizycji z dnia 5 lipca 1896 r. Był to celny cios, wymierzony nie tylko w księdza, ale w cały organizujący się ruch chłopski. Znękany ksiądz musiał zaprzestać swojej pro chłopskiej aktywności, zmarł w Krakowie 23 października 1911r, nad jego trumną przemawiał Wincenty Witos.
Pewnie nie bez przyczyny: znany był w owym czasie konflikt Witosa z biskupem tarnowskim – Leonem Wałęgą (1859-1933), który – bojąc się niekontrolowanego przez kler ruchu chłopskiego- zakazał nawet wiernym (znów pod karą kościelną) czytania pism „Przyjaciel Ludu” i „Piast”. Biskup atakował też w sposób niewybredny Witosa i innych działaczy ludowych, była to walka ostra i nieprzebierająca w środkach. Na „Przyjaciela Ludu” , a pośrednio na Polskie Stronnictwo Ludowe w 1903 r. została rzucona klątwa kościelna. Przypuszczam, że w duchu troski o „wartości chrześcijańskie”.
W zaciętej walce kleru z działaczami ruchu ludowego chodziło o niedopuszczenie na wieś postępowych haseł i organizacji politycznych, ponieważ groziły one zachwianiem pozycji księży wśród włościan. Księża tropili zaciekle nie tylko co bardziej znanych działaczy chłopskich, ale nawet zwykłych czytelników „Przyjaciela Ludu”. W 1895 r znana była w Galicji sprawa Jana Gila – chłopa z Grębowa (powiat tarnobrzeski), któremu za czytanie tej gazety miejscowy proboszcz odmówił przed śmiercią spowiedzi, a następnie nie pozwolił na wstawienie trumny z jego ciałem do kościoła! Na znak protestu miejscowi chłopi ufundowali w 1896 r. zmarłemu skromny pomnik na grobie, umieszczając na nim napis: „Bratu, co walczył i cierpiał za sprawę ludową – w szczerej wdzięczności Chłopi Polscy” (ciekawam, czy o Janie Gilu pamiętają jeszcze współcześni ludowcy..?). Współczesnym działaczom PSL, a w szczególności Wł. Kosiniak- Kamyszowi dedykuję następujące słowa Wincentego Witosa:
„Byłem zawsze zdania, że należy oddzielić bezwzględnie sprawy wiary i kościoła od interesów materialnych, wszelkich spraw polityki.” .
Budzeniu się świadomości narodowej mas chłopskich w sukurs mogła przyjść wówczas przede wszystkim oświata i świadome organizowanie się według własnych potrzeb i interesów.
Ale również samo kształcenie się chłopów odczuwane było przez kler jako niebezpieczeństwo. Mam przed sobą książkę, wydaną przez Związek Nauczycielstwa Polskiego w Warszawie w 1939 r. Nosi tytuł „Szkice z dziejów nauczycielstwa polskiego”. Autorzy tego opracowania m.in. opisują, jak ludowiec Jakub Bojko walczył w sejmie galicyjskim o pieniądze na oświatę wiejską, wypominając w wystąpieniu wygłoszonym 22 marca 1899 r. , że tnąc pieniądze na oświatę wsi klasy rządzące chciałyby chłopa wziąć krótko za cugle, aby on wolę rządzących wykonywał tak, jak niegdyś ustawy pańszczyźniane dyktowały, tj. „w pokorze i bez pomruku” . Autorzy książki wskazują wzorce, jaki chłopom i nauczycielom ludowym stwarzał socjalistyczny ruch robotniczy, który na czele z Bolesławem Limanowskim – ojcem socjalizmu polskiego – wspierał w Galicji walkę o oświatę na wsi i umacnianie postępowego nauczycielskiego ruchu zawodowego. A przecież walka o powszechną oświatę w języku polskim była wówczas najbardziej cennym przejawem patriotyzmu.

Dziś PSL, o dziwo, nie wypowiada się na temat sytuacji w polskim szkolnictwie

(w tym oświaty na wsi), nie upominali się twardo i otwarcie o polepszenie materialnych warunków pracy nauczycieli ( w tej sprawie dwa miesiące temu ludowcy kombinowali, jak przysłowiowy koń pod górę). Milczeli na temat zachowania się w czasie niedawnego strajku katechetów, poddanych władzy biskupów – bo nie przeszkadza im dualizm zarządzania szkołą. Najważniejsze, aby podkreślać zdystansowanie się od SLD i dbać o to, aby w przestrzeni publicznej wybrzmiało przywiązanie ludowców do „wartości chrześcijańskich”, a że po drodze temu i owemu działaczowi przydarzy się n.p. rozwód..? człowiek jest przecież ułomny…. Zastanawiam się także, czy obecność SLD w polityce polskiej może w jakikolwiek przeszkadzać ludowcom w osobistym respektowaniu przykazań Dekalogu, tak – aby w swej godności pamiętali na co dzień o tym, że nie należy kłamać, kraść, cudzołożyć, używać zbrodniczej przemocy wobec bliźniego swego i.t.d., wszystko zgodnie z dziedzictwem tradycji judeo – chrześcijańskiej…? (patrz: przykazania Dekalogu z ksiąg Mojżeszowych). Jako członkowi SLD nigdy by mi takie działanie nie przyszło do głowy. Ale tu nie o cnoty człowieka religijnego chodzi, tylko o całkiem ziemskie interesy. No cóż, odwieczna kontrola kleru nad polską wsią znów wróciła do łask. Ciekawe, jak by to skwitował Witos…

Stół z powyłamywanymi nogami

Chcę dziś powiedzieć strajkującym nauczycielkom i nauczycielom, że rządowy okrągły stół edukacyjny, który urządzono onegdaj na Stadionie Narodowym jest waszym, drodzy Państwo, wielkim zwycięstwem.

Mijają cztery lata, jak PiS wprowadza swą reformę edukacyjną, zwaną powszechnie „deformą”. Chaos, zdublowanie roczników, ścisk w szatniach i na korytarzach, maluchy przemieszane w jednym miejscu i czasie z młodzieżą w okresie „burzy hormonalnej”, przeładowany program nauczania, przeładowane tornistry – w sam raz dla siłacza Pudzianowskiego, a nie dla Jasie z II B, lekcje kończone późno po południu… Gołym okiem widać, że reforma reklamowana jako „dobrze pomyślana i dobrze obliczona” sypie się, nie wytrzymuje konfrontacji ze szkolną rzeczywistością. „Okrągły stół” zwołany po kilku latach jej wprowadzania, nie jest więc niczym innym jak przyznaniem się do klęski. Jeśli rząd proponuje dziś dyskusję o „jakości edukacji”, „roli nauczyciela w systemie edukacji”, „nowoczesnej szkole”, „uczniach w systemie edukacji”, to jak to inaczej nazwać? Stadion Narodowy to Stalingrad minister Zalewskiej! Zwracam przy okazji uwagę, że w „ramowym” programie stadionowej dyskusji nie było punktu dotyczącego warunków pracy i płacy nauczycieli. Wasze podstawowe żądanie, byście nie byli traktowani gorzej niż zwierzęta gospodarskie, którym PiS obiecał ostatnio 500+, zostało przez władze zignorowane. Mało tego – pan premier podał nawet powód tego zlekceważenia was: po co dolewać oliwy do dziurawego kanistra?… Już nie wiem, co gorsze – czy to, że wyżej rząd ceni rogaciznę niż nauczycieli, czy to porównanie was do dziurawego kanistra, który nadaje się wyłącznie na złom. W tej sytuacji nie ma sensu tłumaczyć mu, że nie chodzi wam tylko o pieniądze, a może nawet nie przede wszystkim o pieniądze. On chyba nie rozumie, jak ważne jest coś takiego jak godność. Być może dlatego ze zdumiewającą łatwością przychodzi mu klękać przed grobem bandytów z Brygady Świętokrzyskiej, zrównywać sędziów, których średnia wieku wynosi obecnie 41 lat, z sędziami – kolaborantami hitlerowskimi z okresu Francji Vichy, czy porównywać ich do sędziów stalinowskich. Pewnie obce jest mu nawet powiedzenie „robić z gęby cholewę”, bo jak inaczej wytłumaczyć, że ten niby wykształcony i sprawny w liczeniu pieniędzy gość potrafi porównać wielomiliardowe fundusze unijne do datków wystarczających do naprawy chodników, albo bierze udział i odgrywa pierwszoplanową rolę w cyrku z przybijaniem stępki, która nie jest stępką, pod prom, który nie istnieje, w stoczni, która nie nadaje się do budowy tego typu statków, wedle projektu, którego nie ma, a na koniec organizuje jeszcze „okrągły stół”, który jest w istocie prostokątny. Trafił się nam premier niezwykle inteligentny, ale inaczej. Nie zdziwcie się więc drodzy belfrzy, gdy usłyszycie (a pewnie usłyszycie nie raz), że to nie wy, a rząd odniósł zwycięstwo walcząc z wami „w obronie budżetu”. Zresztą ten premier nie jest jedynym oryginałem w trupie pana Kaczyńskiego – całkiem spora gromada obecnych prominentów sprawia wrażenie, że nie należeli do waszych najlepszych uczniów. Klaszcząc więc swojemu primus inter pares i wielbiąc go wzrokiem, mogą po prostu nie wiedzieć, kto to był Pyrrus i czym jest „pyrrusowe zwycięstwo”. Z głupoty się puszą.
To wy, „frontowi” wychowawcy i wychowawczynie, wykazaliście się odwagą i determinacją w obronie swych praw, a na koniec to wy, okazaliście miłość swym uczniom i poczucie odpowiedzialności za ich los. Bo cóż to byłaby za matura, gdyby, zgodnie z pomysłem premiera, o dopuszczeniu do niej decydował wskazany w trybie administracyjnym ktokolwiek bądź „wyznaczony przez organ prowadzący” – np. przez wójta. Niewykluczone, że w przyszłości sława „maturzysty Morawieckiego” ciągnęłaby się za Bogu ducha winnymi uczniami niczym zły duch „docenta marcowego”.

***

List czytelnika

Mam już 88 lat. Nastał czas wspomnień.
Uczyłem się w klasie pierwszej szkoły podstawowej. Zostałem schwytany za kołnierz przez ekonoma i postawiony przed groźnym obliczem właścicielki dworu z zrzutem rzucania kamieniami w dach rozlatującej się szopki – starej szkółki. Sąd w Górze Kalwarii wezwał ojca, który przedstawił zaświadczanie Kierownika nowej szkoły z Jazgarzewie, pana Stefana SIATKIEWICZA: ”Tolek nie umie rzucać kamieniami”. Nie umiałem, zostałem uniewinniony lecz był to przypadek, który zaważył na mojej przyszłości: poglądach lewicowych. Chwała mądremu nauczycielowi.
Po wojnie byłem wychowankiem domu wychowawczego dla sierot wojennych w Bierutowicach, t.zw. Szkoły Orląt Grunwaldzkich. Dyrektorem był pan Feliks BIELASIK, przed II wojna kierownik szkół w Tomaszowie Mazowieckim, w trakcie wojny kapitan Armii Andersa. Zarządził zebranie Rady Wychowanków gdyż, jak powiedział mi: „chodzą na jabłka”. Zebranie zwołałem, jąkając się przedstawiłem sprawę, na co mój kolega krzyknął: „Ty też chodzisz”. Dyrektor zamknął zebranie. Od tego czasu odnoszę wrażenie, że jestem przyzwoity a przynajmniej nie oskarżam nikogo.
Trzeci przypadek to ukoronowanie. Miałem 60 lat, na Mazurach w Wejsunach nocą chłopcy wyrwali mi sztachety, szesnaście. Rano sąsiedzi radzili donieść policji. Sąsiad – PRZYJACIEL, Roman MACOCH, emerytowany kierownik miejscowej wiejskiej szkoły, nauczyciel matematyki, syn zbieracza żywicy zdecydował, że on sprawę załatwi. Wezwał przechodzącego chłopca, jednego ze sprawców, do zreperowania płotu. I stało się: upłynęło 30 lat i ani jedna sztacheta nie była już wyrwana.
Tak uczyli mnie NAUCZYCIELE. Chwała IM.
Arkadiusz Inowolski

 

Głos lewicy

Niedobrze

Tymoteusz Kochan o tym, że nauczyciele postanowili jednak zawiesić strajk:
Decyzja o zawieszeniu strajku zła i głupia.
Taka mobilizacja zdarza się raz na wiele lat, zawiesić strajk nawet bez zmuszenia rządu do rozmów to przegrać wszystko.
Strajk to nie przyjęcie urodzinowe, że da się zwołać znowu na dowolną datę. Energię setek tysięcy ludzi i działaczy właśnie zmarnowano i oddano walkę walkowerem, a rząd kosztowało to tylko specustawę i trzy tygodnie szczucia na nauczycieli w mediach i przy pomocy trolli.
Nauczyciele i edukacja z pustymi rękoma. Najbardziej dotkliwa porażka ruchu związkowego po 89 roku. Kierownictwo jak zwykle zresztą zadecydowało bez konsultacji z oddolnymi oddziałami, które poniosły największe koszty.

Kasa, misiu, kasa

Łukasz Moll o tym, na co rząd nie ma pieniędzy:
Nie ma pieniędzy dla nauczycieli, pracownic MOPS, pielęgniarek, opiekunek niepełnosprawnych i dla czystego powietrza. A wiecie gdzie są? Zostały przejedzone.
Pensje nauczycieli poszły na luksusowe fury.
Kasa dla pracownik MOPS na dobre roczniki win i markowe zegarki.
Podwyżki dla pielęgniarek to urlop na Malediwach zamiast we Włoszech.
Świadczeniami dla pracownic socjalnych wyłożono willę 300m2 dla dwóch osób i legwana plamistego.
Czyste powietrze jest w klimatyzowanych halach sportowych – poza tymi rzadkimi momentami, kiedy gra tam jakiś Thomas Anders.
Z takim rozdawnictwem dla bogaczy ten kraj nie może się rozwijać.

Socjalizm jeszcze powróci, zobaczycie

Krzepiące słowo na Facebooku rzucił Piotr Ikonowicz:
Socjalizmu jeszcze nie było, ale będzie. Koło też nie od razu wynaleziono.

Strajk, strajk i po strajku

– Od soboty, 27 kwietnia od 6 rano Związek Nauczycielstwa Polskiego zawiesza ogólnopolski strajk. Zawiesza, ale nie kończy – ogłosił na konferencji prasowej Sławomir Broniarz, prezes ZNP. Prezydium związku apeluje do premiera o to, by do 1 września zaproponował rozwiązania umożliwiające naprawę polskiej oświaty. Tego jednak trudno się spodziewać.

Mateusz Morawiecki już wczoraj pokazał, ile chce dać nauczycielom – „porozumienie” zawarte wyłącznie z „Solidarnością” nazwał dobrą propozycją, a w celu złamania bezprecedensowego strajku w szkołach zdecydował się na błyskawiczne przygotowanie noweli prawa oświatowego. Jak pisaliśmy wczoraj, daje ona dyrektorom szkół prawo jednoosobowego dokonania klasyfikacji uczniów, jeśli w szkole nie zbierze się rada pedagogiczna. Rząd zabezpieczył się również na wypadek sytuacji, gdyby dyrektorzy odmówili klasyfikowania. Wtedy oceny końcowe uczniom w ostatniej klasie szkoły średniej mieliby wystawić nauczyciele wskazani przez urzędników samorządu terytorialnego, organu prowadzącego placówkę.
Rząd pokazał nauczycielom, że są niepotrzebni – takie uczucie dominowało wczoraj wśród pedagogów, którzy strajkowali od 8 kwietnia. Był to największy protest pracowniczy w Polsce po 1989 r. Brało w nim udział 600 tys. nauczycieli szkolnych i przedszkolnych. Dziś część pedagogów przyjęła decyzję ZNP z poczuciem porażki. Inni jednak już zastanawiają się, co robić we wrześniu, jak organizować nowe protesty i jak reagować na skrajnie antynauczycielską postawę rządu.
– Strajk mógłby być prowadzony dalej. Prawda jest taka, że strajk trwałby w czasie matur. I nie zdołalibyście, Panie Premierze Morawiecki, rozwiązać tego problemu. Nie bylibyście w stanie zastąpić nauczycieli, zaryzykowalibyście dobro uczniów, skazalibyście ich na ten stres. Nie wzięliście za nich odpowiedzialności – dlatego bierzemy ją my. Nauczyciele i rodzice. I dlatego, w porozumieniu z samymi uczniami, podjęliśmy decyzję o zawieszeniu strajku, by zapewnić uczniom warunki do spokojnego ukończenia roku – mówił Sławomir Broniarz. Zaznaczył również, że nie mówi tylko w imieniu własnym.
– Stoję tu dziś naprzeciwko Pana nie ja, jeden związkowiec. Nie jeden związek zawodowy. Ale miliony ludzi. Rodzice, uczniowie i nauczyciele. I nie poddamy się – deklarował. Ostrzegał również, że jeśli rząd nie będzie rozmawiał z kolejnymi niezadowolonymi grupami zawodowymi, jesienią może mieć do czynienia z jeszcze potężniejszą, solidarną akcją protestacyjną.
ZNP zaznacza również, że nie przyłączy się do porozumienia zawartego z „Solidarnością”. Będzie natomiast promować własny program naprawy oświaty. Zapisano w nim wzrost nakładów na edukację do 5 proc. PKB, odchudzenie podstaw programowych, kształcenie umiejętności zamiast nauki pamięciowej, zmniejszenie biurokracji w szkołach, zwiększenie autonomii szkół i nauczycieli i wreszcie wzrost wynagrodzeń nauczycieli i pracowników oświaty.
Tymczasem Sejm w ekspresowym tempie przystąpił do prac nad maturalną specustawą. O 12.30 rozpoczęło się pierwsze czytanie, podczas którego prezes KPRM Michał Dworczyk przekonywał, iż ” państwo nie może być bezradne wobec takiej wyjątkowej sytuacji, państwo nie może być teoretyczne. Państwo musi działać, państwo musi stworzyć mechanizmy działania w tak ekstraordynaryjnych momentach”. Jak widać rozwiązanie ekstraordynaryjnej sytuacji poprzez merytoryczne, rzetelne rozmowy z nauczycielami nie było w ogóle brane pod uwagę.
Następnie posłowie PiS zawnioskowali o natychmiastowe drugie czytanie bez odsyłania projektu do komisji. Dworczyk nie ukrywał, że Sejm i Senat będą pracowały nad ustawą do późnych godzin nocnych. Dziś zaś miałby podpisać ją prezydent.

 

Nie dajmy się dzielić

Strajk to nie są wybory i zabawa w przyjęcie dobroczynne. Oczekiwanie, że cały polski lud wybiegnie na ulice i 100 proc. społeczeństwa poprze strajkujących nauczycieli to naiwność.

Mamy w Polsce 30 lat agresywnej, klasistowskiej, kapitalistycznej ofensywy. Całe pokolenia wyhodowane w duchu neoliberalnego wyścigu szczurów i myślenia tylko o sobie, przeciwko innym i w obronie najbogatszych i ich majątków. Kapitalizm to walka klas, walka w obrębie klasy, to gra kapitału na nienawiści klasowej i szczucie na siebie biedaków i wyzyskiwanych.
W tych warunkach ponad 40 proc. poparcia dla strajku to cud!
To większe poparcie niż notuje obecny rząd.
A pracownicy mają prawo walczyć o podwyżki i o poprawę swych warunków pracy ZAWSZE, nawet wtedy, kiedy chcą tego tyko oni sami bo reszta woli akurat bronić majątków milionerów. Strajk to broń ludzi pracy – nie gala WOŚP-u i nieszkodliwe dla systemu zdjęcia na ściance. W tym wypadku nauczyciele walczą o cały system polskiej edukacji i o jego przyszłość.
To rząd nie dba o to, czy lekcje się odbędą i zależy mu tyko na testach, których „majestatem” szczuje opinię publiczną.
Nie dajmy się dzielić.
Ale nie miejmy też złudzeń.
Nie każdy od razu uwolni się z matriksa.

PiS zrobi wszystko, by rozbić opozycję

„Ludzie są przywiązani do wartości liberalnych czy tak zwanych wartości społeczeństwa otwartego, ale kiedy przychodzi do praw mniejszości, czy to imigrantów, czy mniejszości seksualnych, to już mniej je szanujemy” – mówi Justynie Koć (wiadomo.co) dr Jacek Kucharski, prezes Instytutu Spraw Publicznych.

JUSTYNA KOĆ: 52 proc. z nas popiera strajk nauczycieli, 43 jest przeciwnego zdania. Te wyniki prawie dokładnie pokrywają się z poparciem wyborczym dla partii rządzącej i opozycji. Jest pan zaskoczony takim wynikiem?
JACEK KUCHARCZYK: Nie jestem zaskoczony, bo badając od kilku lat opinie na różne kluczowe dla Polski aktualne tematy widzę, że ten schemat się generalnie powtarza. Te afiliacje polityczne stały się najsilniejszym de facto czynnikiem czy zmienną wyznaczającą różne podziały w społeczeństwie. Na ogół te podziały przebiegają właśnie w ten sposób, że widać silne różnice między zwolennikami PiS-u z jednej strony, czasem też Kukiza i innych partii prawicowych (choć one są na tyle małe, że z powodów technicznych nie można tych relacji dokładnie ustalić), a zwolennikami opozycji z drugiej, którzy mają przeciwstawną opinię. Z tych obserwacji widać, że poglądy opozycji na ogół są bliższe poglądom większości społeczeństwa. Tak jak w sondażu na temat strajku nauczycieli, w wielu innych kwestiach opinie zwolenników opozycji są bliższe opinii przeciętnego Polaka, niż opinie wyborców PiS-u. To pokazują na przykład badania dotyczące sporu polskich władz z Komisją Europejską na temat praworządności czy też taśm Kaczyńskiego i sprawy spółki Srebrna. Podsumowując, mamy podzielone społeczeństwo według klucza politycznego i na ogół zwolennicy PiS-u reprezentują opinię mniejszości społeczeństwa.

Jak to możliwe, że wyborcy PiS-u, partii tak bardzo grającej na strunie społecznej, nie popierają strajku nauczycieli?
Wyborcy PiS-u żyją w innym otoczeniu komunikacyjnym niż reszta badanych. Oni są jednak bardzo podatni na narrację partii, na którą głosują, z którą są w sprzężeniu komunikacyjnym. PiS zbudował takie kanały, zawłaszczając media publiczne, dotując różne prywatne media prorządowe czy wynajmując internetowych trolli. Zwolennicy PiS-u żyją w takiej bańce informacyjnej, gdzie podrzuca im się pewne interpretacje zdarzeń. W tym przypadku jest to narracja mówiąca o tym, że nauczyciele są nieodpowiedzialni, biorą dzieci na zakładników itp. Gdy dziwimy się, że przy różnych kontrowersyjnych sprawach – jak chociażby słynne dwie wieże Kaczyńskiego – zwolennicy PiS-u nie reagują jak większość Polek i Polaków, to moim zdaniem w dużej mierze jest to właśnie efekt komunikacji tych spraw przez propagandę w mediach prorządowych. Źródło informacji ma tu ogromne znaczenie, a PiS-owi udało się przekonać część społeczeństwa, że tylko informacje ze źródeł, które sprzyjają partii rządzącej, są wiarygodne.

Czy rząd nie przeliczył się w kwestii nauczycieli?
Tutaj rzeczywiście PiS ma przeciwko sobie większość, co prawda niewielką, bo 52 procent, ale biorąc pod uwagę, jak wielu osobom ten strajk może utrudnić życie, to poparcie jest jednak dość wysokie. Myślę, że rząd może czuć się nieprzyjemnie zaskoczony tym poparciem. Biorąc pod uwagę, że dziś wszystko ma kontekst wyborczy, bo de facto już toczy się podwójna kampania wyborcza, to obrót sprawy jest nienajlepszy dla PiS-u. Chociaż należy pamiętać, że prawie dla połowy badanych bliższe jest myślenie nt. strajku według propagandy partii rządowej.

Ta propaganda rzeczywiście robi, co może. W mediach publicznych przewodniczący ZNP jest niemal wcielonym szatanem, który wykorzystuje nauczycieli, sam pobiera pieniądze za strajk i oczywiście jest utajnionym członkiem Platformy.
To prawda, pewnie niedługo się dowiemy, że jego dziadek jest odpowiedzialny za zbrodnię katyńską, a przynajmniej był w Wehrmachcie. Myślę, że ta propaganda jest już bardzo mocno rozkręcona, także w Internecie, a wiadomo, że tam komunikacja jest jeszcze bardziej posegmentowana, niż tzw. tradycyjne media. To na pewno wzmacnia w zwolennikach PiS-u tę narrację.

Jak ocenia pan działanie rządu w sprawie strajku nauczycieli z punktu widzenia marketingu politycznego? Wicepremier Beata Szydło trzy razy przedstawia tę samą odrzuconą wcześniej propozycję podczas negocjacji, premier w wywiadzie mówi coś o okrągłym stole, ale po świętach. To nie wygląda poważnie.
Dla PiS-u wysłanie pani Szydło czy wystąpienia premiera Morawieckiego są skuteczniejsze, niż eksponowanie pani Zalewskiej. Zresztą schowanie jej to stary numer PiS-u, pamiętamy jak chowano Macierewicza czy samego prezesa w 2015 roku.
Jednak rzeczywiście gdyby założyć, że celem PiS-u jest przekonanie większości społeczeństwa, że rząd działa w obronie interesu publicznego, a nauczyciele są roszczeniowi, to słabo to na razie wygląda.
Zapewne to markowanie negocjacji też ma jakiś cel, pewnie w stylu: my oferujemy rozwiązania, a oni nie słuchają. Teraz już od odbiorcy informacji zależy, jak je zinterpretuje. Na pewno części osób nie będzie się chciało sprawdzać i to utrwali ten podział: sympatycy rządu będą twierdzić, że rząd prowadzi rozsądną politykę, a nauczyciele są motywowani politycznie, bo to też jest ulubiona forma narracji rządu. Polityka jest tylko dobra, kiedy prowadzi ją partia władzy, gdy robią to inni, na pewno mają niecne motywy, co zresztą w Polsce jest skuteczne, bo ludzie często reagują źle na politykę, a zaufanie do partii politycznych jest bardzo niskie. Gdyby chodziło o przekonanie części społeczeństwa, że rząd działa dobrze, to rzeczywiście to wygląda na działania przeciwskuteczne, natomiast dla własnego elektoratu partii rządzącej to wystarcza. PiS stosuje w przypadku nauczycieli to samo podejście, co w przypadku strajku rodziców osób niepełnosprawnych, czyli twarde podejście, dyskredytowanie protestujących i wszystkich, którzy ich popierają jako umotywowanych politycznie. Najważniejsze, aby nie utracić własnego elektoratu.
Ta polityka wydaje się o tyle skuteczna, że w poprzednich tego typu konfliktach elektorat PiS-u nie topniał. Ta 1/3 społeczeństwa trwa przy partii i zapewnia jej przewagę sondażową, która może przełożyć się na zwycięstwo w wyborach.

Przecież nie wygrywa się wyborów twardym elektoratem. PiS musi przekonać wyborców bardziej centrowych, a w ten sposób chyba im się to nie uda?
To jest oczywiście ryzykowana strategia, bo pamiętajmy, że w 2015 roku PiS musiał się pokazać jako partia umiaru i kompetencji po to, aby wygrać z PO. Myślę, że tutaj myślenie po stronie władzy zakłada, że łatwiej jest demotywować przeciwników, niż poszerzać własny elektorat.
Pamiętajmy, że na PiS w 2015 roku zagłosowało 18,6 proc. wszystkich uprawnionych wyborców, tylko przy frekwencji 50 proc. to dało ponad 37 proc. poparcia. Niecałe 19 proc. wystarczyło do wygrania PiS-owi przy rozproszonej i zdyskredytowanej opozycji. Dziś PiS ciągle przekonuje, że za nimi stroi większość narodu, ale tak naprawdę do pozostania u władzy PiS-owi wystarczy zmotywowana i zdeklarowana mniejszość plus słaba opozycja. Te dwa warunki wystarczą, aby rząd powtórzył sukces z 2015 roku.

Na razie opozycja zjednoczyła siły w Koalicji Europejskiej, dogadała się w kwestii programu, wystawienia jedynek.
Tak i już widać, że KE w sondażach wygląda zupełnie inaczej, niż poszczególne jej partie. Z punktu widzenia partii rządzącej to największe zagrożenie i będą robili wszystko, aby doprowadzić do jej rozbicia. Jedną z koncepcji jest przekonywanie, że ta koalicja jest za szeroka, że nie ma programu i to częściowo skuteczna taktyka, bo wielu komentatorów to podchwytuje. Anglosasi nazywają tego typu koalicje big tent, czyli polityka dużego namiotu, bo muszą się tam zmieścić różni wyborcy. W KE jest miejsce dla wyborców PSL, Nowoczesnej, a nawet Zielonych, którzy będą mieli często różne opinie na ważne kwestie polityczne. Dlatego KE łatwo jest krytykować za rzekomą niespójność programową.

Na razie KE przestawiła program, w którym udało się połączyć wartości wszystkich koalicjantów, a także poskromić ambicje poszczególnych polityków.
Moim zdaniem program KE jest bardziej spójny, niż można było oczekiwać. Nic dziwnego, że reakcje PiS-u są takie, jakie widzimy.
Z jednej strony, ponieważ koniunktura jest nie najgorsza, to sypie pieniędzmi, czego opozycja zrobić nie może. To dodatkowo stawia ją w trudnej sytuacji, bo czuje się zmuszona głosować za pomysłami rządu jak trzynasta emerytura, chociaż wiadomo, że to łapówka wyborcza (niezależnie od sensowności konkretnych rozwiązań). Z tego punktu widzenia to dla opozycji sytuacja lose-lose, czyli źle popierać i niedobrze krytykować. Po drugie, PiS akcentuje kwestie, które dzielą społeczeństwo niekoniecznie wzdłuż partyjnych linii, jak prawa mniejszości. Generalnie prawa mniejszości to miękkie podbrzusze demokracji, która jest rządami większości, ale przy poszanowaniu praw mniejszości. Jednak z prowadzonych ostatnio między innymi przez nasz Instytut badań wynika, że ludzie są przywiązani do wartości liberalnych, czy tak zwanych wartości społeczeństwa otwartego, jak wolność prasy, swoboda działania opozycji czy różnych organizacji społecznych, ale kiedy przychodzi do praw mniejszości, czy to imigrantów, czy mniejszości seksualnych, to już mniej je szanujemy. Gotowi jesteśmy na „przehandlowanie” praw mniejszości za dobrobyt gospodarczy czy bezpieczeństwo.

To niestety wykorzystują strategie populistyczne koncentrowania się na mniejszościach i mówienia, że elity polityczne działają w interesie tych mniejszości, a nie ogółu społeczeństwa. To niestety jest często skuteczna strategia. PiS też to próbuje robić, kiedyś w sprawie uchodźców, a teraz ogłaszając krucjatę „w obronie rodziny”, skierowaną przeciw prawom osób LGBT. Ta strategia może się okazać częściowo skuteczna, bo łączy program rozdawania pieniędzy z programem „bronimy rodzinę przed mniejszościami i genderem”. W środę była 9. rocznica katastrofy smoleńskiej i chyba pierwszy raz nie usłyszeliśmy od prezesa o dochodzeniu do prawdy, zdradzonych o świcie i wybuchu w samolocie. Dlaczego?
Moim zdaniem to zmiana punktu widzenia z powodu zmiany punktu siedzenia. Domaganie się oddania wraku od Rosjan czy umiędzynarodowienia śledztwa, które było wygodne dla PiS-u w czasach, gdy był w opozycji, teraz gdy rządzi, już wygodne nie jest. Zostaje zatem ta retoryka godnościowa, celowe mieszanie ofiar smoleńskich z ofiarami Katynia. To także klimat nacjonalistyczny, który napędza poparcie dla PiS-u i neutralizuje zagrożenie ze strony bardziej prawicowych partii. Zresztą tę ewolucję narracji smoleńskiej od obwiniania za katastrofę Putina do Tuska już widzieliśmy dawno. Teraz jest już w zasadzie tylko wróg wewnętrzny – opozycja – która rzekomo chce pozbawić Polaków siły i godności.
Pozostaje retoryka godnościowa w mętnym sosie patriotycznym, która najwyraźniej do części wyborców trafia.

Skutecznie?
Ta retoryka jest jednak dość skuteczna. Gdy wyjdziemy na miasto, to zobaczymy, ile samochodów obklejonych jest znakiem Polski Walczącej. PiS chciałby zmonopolizować patriotyzm przez tę narrację godnościową czy po prostu nacjonalistyczną i ksenofobiczną. To ta partia decyduje, kto jest prawdziwym Polakiem i spadkobiercą tego, co najlepsze w polskiej historii, a kto zdrajcą „niegodnym przynależności do narodu”. W tym sensie Smoleńsk trzyma się mocno, nawet gdy odrzucić teorie spiskowe o wybuchu w samolocie. Ta narracja gorszego i lepszego sortu pozostaje niezmienna od pierwszych dni po katastrofie, kiedy słyszeliśmy to po raz pierwszy, że zjednoczony naród oddawał hołd prezydentowi Kaczyńskiemu, którego wyszydzały złe elity.

Najważniejsza lekcja

Od tygodnia dzieci i młodzież w Polsce nie chodzą do szkoły. Przez ten czas nie dowiedziały się, jak obliczać iloczyn potęg o tej samej podstawie. Nie nauczyły się, czym się różnią organizmy samożywne od cudzożywnych. Nie zgłębiły charakterystyki pierwiastków o silnych właściwościach metalicznych. Nie zrobiły kilku dwutaktów i przewrotów w tył; nie próbowały przedrzeć się przez naszpikowany łaciną opis rzymskich łaźni na pierwszych stronach “Quo vadis”. Jak twierdzi rząd, stała im się krzywda, odebrano im prawo do nauki, wzięto je na zakładników, wykorzystano w grze politycznej.
Uczniowie oczywiście cieszą się z tego stanu rzeczy – niespodziewany tydzień przerwy nie wywołuje u małych czytelników Sienkiewicza żadnego żalu czy tęsknoty, szkoła jest dla ogromnej większości z nich przykrym obowiązkiem. Pewnie warto się zastanowić, czemu tak jest. Przede wszystkim jednak warto zauważyć, że strajkując nauczyciele przekazują swoim podopiecznym wiedzę i wartości, które nie zmieściły się w szkolnych programach.
Wielu z nich dzięki akcji strajkowej dowiedziało się, co to jest związek zawodowy. Uczniowie nauczyli się (a jest to, w 2019 roku, wiedza na tyle niszowa, że niemal tajemna), że pracownicy mogą się zrzeszyć, działać solidarnie i w porozumieniu i że mają wtedy wielką siłę. Na tyle dużą, że mogą zamknąć szkoły, które dla uczniów są przecież całym światem. Dowiedzieli się, co to jest strajk – że nie oznacza on oflagowania się, wyjścia na uliczny protest, zmiany obrazka na zdjęciu profilowym w mediach społecznościowych, ale odmowę pracy. Że wobec tego narzędzia walki, jeśli ludzie są ze sobą solidarni, system wciąż pozostaje bezbronny, nie da się nie traktować go poważnie. Przy okazji w mediach pojawiło się dawno nieużywane słowo “łamistrajk” – bycie łamistrajkiem jest tak samo złe, jak bycie skarżypytą. Uczniowie potwierdzili w ten sposób swoją intuicję, którą szkoła na co dzień wybija im z głowy: lojalność wobec zwierzchników zamiast wobec kolegów jest moralnie wstrętna. Strajkując, nauczyciele pokazują uczniom, że strategia posłuszeństwa, indywidualnego konformizmu i deklarowanej pokory wobec silniejszych nie jest wcale strategią najbardziej skuteczną. Że jeśli sam jesteś zbyt słaby, żeby walczyć o swoje, musisz dogadać się z innymi ludźmi w tej samej sytuacji i stworzyć wspólny front walki o godność – prawa bowiem zdobywa się w walce. To swoją drogą ważne słowo, będące tematem wielu szkolnych rozprawek – wreszcie dzieci dowiedzą się, że nie jest to wartość wyłącznie symboliczna, ale ściśle powiązana z tym, czy możesz w danym miesiącu zapłacić czynsz albo kupić nowe buty, kiedy w starych zrobi się dziura i że w walce o godną płacę nie ma niczego brudnego.
Jest to lekcja ważniejsza i bardziej potrzebna uczniom niż polski, angielski, przyroda i wuef. Nie tylko zresztą im – kiedy skończą szkołę, pójdą do pracy, będą naszymi kolegami i koleżankami. Być może dzięki temu, co się teraz dzieje w szkole, zamiast emocjonować się konkursem na pracownika miesiąca i podkładać nam świnie, żeby zyskać uznanie szefa, chętniej stworzą z nami komisję związkową, a słowo “strajk” będzie miało w ich głowie konkretne znaczenie, będą w stanie go sobie wyobrazić i zrozumieć jego potencjalną skuteczność.

Strajku nie można sztucznie wywołać

Dlaczego właśnie teraz nauczyciele organizują bezprecedensowy protest? Z jakimi planami i nadziejami wchodzą w drugi tydzień strajku? Jaki powinien być sens funkcjonowania całego systemu edukacji? Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Piotrem Krajewskim, nauczycielem w LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie, członkiem Związku Nauczycielstwa Polskiego.

MKF: Jest 8 kwietnia. W całej Polsce rozpoczyna się strajk nauczycieli, 75 proc. szkół przerywa pracę. Jak jest u Ciebie?
Piotr Krajewski: Do strajku przystąpiło prawie 90 proc. nauczycielek i nauczycieli. Mniej więcej 50 osób, na ogólną liczbę pięćdziesięciu kilku. Osób, które nie przerwały pracy, jest dosłownie kilka, m.in. dwoje katechetów.
I ta solidarność się utrzymywała przez następne dni?
Niestety, część osób, które strajkowały w pierwszych dwóch dniach strajku, zawiesiły protest na okres egzaminów gimnazjalnych [LXIV LO prowadzi również klasy gimnazjalne – przyp. MKF]. Czy jeszcze dołączą? Dowiemy się w poniedziałek.
Z drugiej strony po tych kilku dniach strajku zauważyłem niemalże skokowy wzrost świadomości politycznej moich koleżanek i kolegów. Ludzie zrozumieli, że jesteśmy na „polu minowym” i że jeśli przegramy ten strajk, to zrobią z nami, co będą chcieli. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak wygrać, a nie, czy nasze działania będą zgodne z tzw. poczuciem misji. Rafał Trzaskowski, który pomógł organizować w Warszawie komisje na egzamin, był nazywany łamistrajkiem nawet przez osoby o poglądach liberalnych, a takich jest u nas większość.
Co więc zdecydowaliście?
Zacytuję stanowisko, które przyjęliśmy praktycznie jednogłośnie. Brzmi ono:
„My, nauczycielki i nauczyciele LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza z oddziałami gimnazjalnymi, stojąc na stanowisku, że jedynym powodem zakończenia akcji strajkowej może być spełnienie przez stronę rządową postulatów nauczycielskich, postanawiamy nie przerywać ani nie zawieszać strajku, dopóki nasze oczekiwania nie zostaną przyjęte przez władze.”
W tym stanowisku chodzi o to, żeby zablokować klasyfikację maturzystów. Jeśli nie przerwiemy strajku, nie będzie możliwe zwołanie rady klasyfikacyjnej.
To mocny gest. Jeszcze w ubiegłym roku byłby chyba nie do pomyślenia. Wygrałoby to poczucie misji, o którym mówiłeś, skłaniające nauczycieli, by nie upominać się o swoje zarobki, bo przecież ta praca to powołanie. Kiedy wśród pedagogów pojawiła się taka determinacja?
Już na początku marca większość nauczycieli mojej szkoły była zdecydowana strajkować. Pytali mnie, co ze strajkiem, ja wysyłałem regularnie maile informujące o rozwoju sytuacji.
A skąd determinacja? Wskazałbym kilka czynników. Swoją rolę odegrało olbrzymie wkurzenie na konkretne kłamstwa i manipulacje MEN. Do tego oczywista złość na deformę. Nie będę jednak ukrywał, że dość istotna była według mnie ogólna postawa anty-Zalewska. Większość ludzi w mojej szkole to przekonani wyborcy Platformy.
Media nie raz przedstawiały was jako roszczeniową, leniwą grupę zawodową.
Nie baliście się, że tak będzie znowu? Że zostaniecie sami, niezrozumiani, atakowani np. przez rodziców uczniów?
Nas akurat obawy o postawę rodziców nie dotyczyły. Do liceum, gdzie pracuję, chodzi młodzież raczej ze środowisk, które mógłbym nazwać liberalnymi, moim zdaniem ich rodzice też podzielają postawę anty-Zalewska.
Ale obawy jednak były. Jaka jest szansa na powodzenie strajku? – pytali mnie koledzy i koleżanki.
I co odpowiadałeś?
Że duża. Wytworzyła się bardzo korzystna konfiguracja polityczna – nauczyciele mogą liczyć na bardzo duże poparcie społeczne, ludzie są wkurzeni na Zalewską… Jeśli nie teraz, to kiedy? – w tym stylu rozmawiało się w pokoju nauczycielskim.
A pracownicy obsługi, administracji szkoły?
Przed referendum sporo z nimi rozmawiałem. Prosiłem o głosowanie na tak, tłumaczyłem, że walczymy także o ich prawa. Kierownik administracyjny naszej szkoły również sugerował im głos na tak.
Kilka lat temu ZNP, z moim niewielkim udziałem, pomógł rozwiązać pewien konflikt dotyczący płac, między dwiema pracowniczkami szkoły a dyrekcją. Udało się wyjść z niego zwycięsko, a obie panie wstąpiły do ZNP. Sądzę, że to zdecydowanie zwiększyło zaufanie pracowników obsługi do związków zawodowych.
Wróćmy do ostatnich dni. Strajk trwa, ale egzaminy gimnazjalne jednak zostały przeprowadzone. MEN triumfuje.
Szczerze mówiąc bardzo bałem się tego dnia, nazywałem go „dniem sądnym” w rozmowach z koleżankami i kolegami. Trochę mi teraz wstyd, ale pomyślałem, że to już koniec.
Z perspektywy czasu wydaje się oczywiste, że przebieg egzaminów gimnazjalnych był przesądzony. Jeśli w naszej szkole, gdzie stopień zastraszenia nauczycieli jest niewielki, znalazło się bez problemu kilka osób chętnych do pomocy w przeprowadzeniu egzaminu, to w większości szkół w Polsce nie powinno być z tym problemu.
Ale to jednak nie był koniec.
Po krótkim okresie szoku, wkurzenia na łamistrajków (chociaż nie wszyscy byli skłonni ich tak nazywać) wewnętrznych i zewnętrznych, znowu zaczęliśmy się zastanawiać, co możemy zrobić, żeby wygrać strajk. Ludzie chcą i będą walczyć.
Macie wsparcie uczniów?
W okresie poprzedzającym strajk w klasach, które uczę, a także w swojej wychowawczej klasie maturalnej, przeprowadziłem wiele rozmów. Może macie jakieś pytania na temat strajku? – pytałem. Mieli, i to dużo, czasami te rozmowy ciągnęły się przez całą lekcję. Uczniowie raczej akceptowali sytuację, chociaż, rzadziej, były też komentarze: co z maturami? kto ewentualnie odpowie za „zniszczenie mojej przyszłości”? W czasie strajku do szkoły przyszło kilkoro uczniów, żeby wyrazić swoje wsparcie i po prostu pogadać. Nie były to jednak tłumy.
Kolejne wypowiedzi ministrów już w trakcie strajku nie pokazują, by ktokolwiek w rządzie zamierzał choćby podjąć z wami merytoryczne rozmowy. Czy spodziewacie się, że ta postawa się zmieni? Czy też sądzicie, że naprawdę musielibyście zablokować matury, żeby zaczęto z wami rozmawiać?
Tak sądzimy. Obawiamy się jednak, że zablokowanie matur Zalewska będzie mogła łatwo obejść. Żeby zdawać maturę, trzeba ukończyć szkołę. Klasyfikacja maturzystów kończy się formułką „decyzją Rady Pedagogicznej z dnia” uczeń ukończył szkołę. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że bez tej decyzji ani rusz. Jednak Zalewska może zmienić zasady jednym zarządzeniem. Na przykład zmieni formułkę na „decyzją dyrektora szkoły” lub „decyzją ministra edukacji narodowej” i po ptakach.
Inną możliwością jest próba zablokowania egzaminów ustnych. Na każdym takim egzaminie musi być certyfikowany egzaminator i jeden nauczyciel z macierzystej szkoły. Takich ludzi nie da rady znaleźć na zasadzie łapanki. Jednak i to można obejść. Można wydać zarządzenie, że egzaminów ustnych w tym roku po prostu nie będzie, bo znajdujemy się w „sytuacji wyjątkowej”.
Mamy świadomość, że wygramy tylko wtedy, gdy zaczną się nas naprawdę bać. To jest walka na zasadzie: albo my ich, albo oni nas. I to nie nauczyciele zaczęli tę walkę – pod koniec „negocjacji” rządu z ZNP i FZZ tknęło mnie, że PiS prowadzi je w bardzo dziwny sposób…
Co masz na myśli?
Doszedłem do wniosku, że nauczycieli wręcz podburzano do strajku. Dlaczego? PiS był przekonany, że może bardzo wiele politycznie zyskać. Przerzucić odpowiedzialność za chaos wykreowany „reformą” na nauczycieli, przekierować na nich społeczną złość. Mało tego, nie wykluczam, że ktoś w rządzie kalkuluje, iż pod pretekstem niedopełnienia obowiązków służbowych będzie można wymienić niewygodnych dyrektorów na swoich, do tego spowodować falę masowych odejść z zawodu wkurzonych i rozczarowanych ewentualną przegraną strajku nauczycieli. No i wreszcie – doprowadzić do skompromitowania Broniarza, rozbicia, a nawet delegalizacji ZNP, pod pretekstem obrony „bezpieczeństwa narodowego”. Zarządzanie przez kryzys, doktryna szoku opisana przez Naomi Klein. Droga do całkowitego przejęcia systemu edukacji stałaby otworem.
Sądzisz, że ten rząd opracował tak staranny, a przy tym diaboliczny plan?
Uważam, że oni nie są głupi. Wiele wskazuje na to, że ich strategia jest bardzo dobrze przemyślana, że są raczej zawsze o ruch do przodu w tej grze. To oni dysponują informacjami, badaniami socjologicznymi. Mogli kalkulować, że nauczyciele byli do tej pory zatomizowaną i słabą grupą społeczną, niezdolną do kolektywnych działań w swoim interesie.
Oponentem rządu w tych negocjacjach są liderzy związkowi. Czy Ty i Twoi koledzy i koleżanki wierzą, że ci konkretni ludzie są w stanie bronić waszych interesów?
Nauczyciele z mojej szkoły przed strajkiem mieli liderów związkowych raczej za „tłuste koty”. Jestem jednak przekonany, że teraz ich szacunek do nich niepomiernie wzrósł. Szczególnie do Broniarza, który wykazywał się wyjątkowym spokojem i sprawnością polityczną podczas „negocjacji” z rządem. Nie jestem jednak pewien, czy stosunek do niego można nazwać zaufaniem. Ja do Broniarza przed strajkiem miałem wręcz pretensje, że jest za mało radykalny, że pozwolił na to, żeby nauczyciele byli regularnie i wręcz systemowo opluwani w mediach przez ostatnie powiedzmy 10 lat. Miałem pretensje, że nie popierał strajku dwa lata temu na początku „reformy” Zalewskiej. Z perspektywy czasu jednak mocno go doceniam za wyczucie polityczne. On wiedział, że strajk wtedy to pewna klęska. Zresztą dopiero niedawno zrozumiałem, że strajk zawsze jest wynikiem gniewu społecznego i nie można go „wywołać”. Oskarżenia rządowych mediów o to, że to prezes Broniarz podburzył ponad 500 tysięcy ludzi do przerwania pracy, są absurdalne.
Sławomir Broniarz w trakcie negocjacji raczej ustępował, łagodził główny postulat. Nie burzyliście się wtedy?
Moi koledzy przeszli nad tym dość łatwo do porządku dziennego. Zdawali sobie sprawę z tego, że ZNP nie mógł sztywno trzymać się tego początkowego tysiąca, bo łatwo propaganda rządową oskarżyłaby go o „unikanie negocjacji”. Ja się z nimi zgadzam pod względem politycznym. Szkoda mi jednak moich młodszych koleżanek i kolegów, którzy rozpoczynając pracę w szkole dostają naprawdę głodową pensję – im ten tysiąc należał się najbardziej. Teraz, w razie zwycięstwa, jak zwykle najwięcej zyskają najsilniejsi.
Żałuję pracowników obsługi szkoły – tysiąc więcej dla wszystkich był czytelnym równościowym postulatem, spełnienie którego pomogłoby być może w zbudowaniu solidarności wewnątrzszkolnej. Ci ludzie najczęściej zarabiają płacę minimalną, byłby to dla nich to olbrzymi skok. Mam nadzieję, że uda się dla nich coś wywalczyć i że nie pomyślą, że znowu zostali oszukani…
W czwartek 11 kwietnia powstał społeczny komitet wsparcia strajku, którego twarzami są m.in. szefowa konfederacji pracodawców Lewiatan Henryka Bochniarz czy znany neoliberalny publicysta Wojciech Maziarski. Jak odnosisz się do tego, że tacy ludzie nagle przedstawiają się jako zwolennicy godnego wynagradzania pracowników, dobrej publicznej oświaty? I czy nie sądzisz, że rządowi tym łatwiej będzie atakować protest jako polityczny?
Bawi mnie fakt, że głównym inicjatorem tego przedsięwzięcia jest Wojciech Maziarski – neoliberał pierwszego sortu. Ale cieszę się z tego, że powstał Fundusz Strajkowy, wiem, że on może pomóc nam zwyciężyć. Bardzo dziwna jest polityka, w której cieszę się z sojuszu z neoliberałami…
Zdaje sobie jednak sprawę, że to jest taki ich „odruch charytatywny” – łaskawe elity wspierają słabszych. „Wielmożny Pan” decyduje, komu dać.
Nauczyciele, z którymi rozmawiałam, bardzo podkreślają, że w tym strajku nie chodzi tylko o pieniądze, że stawką jest wręcz ratowanie polskiej oświaty. Jak to wygląda w Twoim przypadku – o jakie zmiany w polskich szkołach Ty walczysz?
Zmieniłbym naprawdę bardzo wiele. Absolutnie fundamentalne pytanie, jakie według mnie należy sobie zadać brzmi: Jaki w ogóle jest cel systemu edukacji? Po co on jest? Poważne debaty na temat edukacji praktycznie nie miały miejsca w III RP. Pracuję w szkole już prawie 20 lat, ale nie słyszałem, żeby ktokolwiek zadał to pytanie. Pewnie dlatego, że istnieje jakaś cicha zgoda w tej sprawie.
Ja odpowiedziałbym na nie tak – system edukacji nie powinien mieć na celu produkcji wydajnej siły roboczej podporządkowanej potrzebom rynku. Powinien służyć głównie emancypacji człowieka, być służebny wobec społeczeństwa, w którym funkcjonuje.
W gruncie rzeczy, żeby odpowiedzieć na pytanie, jakiego modelu edukacji chcemy, musimy wcześniej zastanowić się, jakiego chcemy społeczeństwa. Dlatego wcale mnie nie dziwi działalność obecnego rządu na polu edukacji. Rząd robi wszystko, żeby dostosować funkcjonowanie obecnego systemu do modelu społeczeństwa, jaki sobie wymarzył. Chyba nie ma potrzeby przypominać, jaki to model.

Strajku nie można sztucznie wywołać

Dlaczego właśnie teraz nauczyciele organizują bezprecedensowy protest? Z jakimi planami i nadziejami wchodzą w drugi tydzień strajku? Jaki powinien być sens funkcjonowania całego systemu edukacji? Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Piotrem Krajewskim, nauczycielem w LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie, członkiem Związku Nauczycielstwa Polskiego.

MKF: Jest 8 kwietnia. W całej Polsce rozpoczyna się strajk nauczycieli, 75 proc. szkół przerywa pracę. Jak jest u Ciebie?
Piotr Krajewski: Do strajku przystąpiło prawie 90 proc. nauczycielek i nauczycieli. Mniej więcej 50 osób, na ogólną liczbę pięćdziesięciu kilku. Osób, które nie przerwały pracy, jest dosłownie kilka, m.in. dwoje katechetów.

I ta solidarność się utrzymywała przez następne dni?
Niestety, część osób, które strajkowały w pierwszych dwóch dniach strajku, zawiesiły protest na okres egzaminów gimnazjalnych [LXIV LO prowadzi również klasy gimnazjalne – przyp. MKF]. Czy jeszcze dołączą? Dowiemy się w poniedziałek.
Z drugiej strony po tych kilku dniach strajku zauważyłem niemalże skokowy wzrost świadomości politycznej moich koleżanek i kolegów. Ludzie zrozumieli, że jesteśmy na „polu minowym” i że jeśli przegramy ten strajk, to zrobią z nami, co będą chcieli. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak wygrać, a nie, czy nasze działania będą zgodne z tzw. poczuciem misji. Rafał Trzaskowski, który pomógł organizować w Warszawie komisje na egzamin, był nazywany łamistrajkiem nawet przez osoby o poglądach liberalnych, a takich jest u nas większość.

Co więc zdecydowaliście?
Zacytuję stanowisko, które przyjęliśmy praktycznie jednogłośnie. Brzmi ono:
„My, nauczycielki i nauczyciele LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza z oddziałami gimnazjalnymi, stojąc na stanowisku, że jedynym powodem zakończenia akcji strajkowej może być spełnienie przez stronę rządową postulatów nauczycielskich, postanawiamy nie przerywać ani nie zawieszać strajku, dopóki nasze oczekiwania nie zostaną przyjęte przez władze.”
W tym stanowisku chodzi o to, żeby zablokować klasyfikację maturzystów. Jeśli nie przerwiemy strajku, nie będzie możliwe zwołanie rady klasyfikacyjnej.

To mocny gest. Jeszcze w ubiegłym roku byłby chyba nie do pomyślenia. Wygrałoby to poczucie misji, o którym mówiłeś, skłaniające nauczycieli, by nie upominać się o swoje zarobki, bo przecież ta praca to powołanie. Kiedy wśród pedagogów pojawiła się taka determinacja?
Już na początku marca większość nauczycieli mojej szkoły była zdecydowana strajkować. Pytali mnie, co ze strajkiem, ja wysyłałem regularnie maile informujące o rozwoju sytuacji.
A skąd determinacja? Wskazałbym kilka czynników. Swoją rolę odegrało olbrzymie wkurzenie na konkretne kłamstwa i manipulacje MEN. Do tego oczywista złość na deformę. Nie będę jednak ukrywał, że dość istotna była według mnie ogólna postawa anty-Zalewska. Większość ludzi w mojej szkole to przekonani wyborcy Platformy.

Media nie raz przedstawiały was jako roszczeniową, leniwą grupę zawodową. Nie baliście się, że tak będzie znowu? Że zostaniecie sami, niezrozumiani, atakowani np. przez rodziców uczniów?
Nas akurat obawy o postawę rodziców nie dotyczyły. Do liceum, gdzie pracuję, chodzi młodzież raczej ze środowisk, które mógłbym nazwać liberalnymi, moim zdaniem ich rodzice też podzielają postawę anty-Zalewska.
Ale obawy jednak były. Jaka jest szansa na powodzenie strajku? – pytali mnie koledzy i koleżanki.

I co odpowiadałeś?
Że duża. Wytworzyła się bardzo korzystna konfiguracja polityczna – nauczyciele mogą liczyć na bardzo duże poparcie społeczne, ludzie są wkurzeni na Zalewską… Jeśli nie teraz, to kiedy? – w tym stylu rozmawiało się w pokoju nauczycielskim.

A pracownicy obsługi, administracji szkoły?
Przed referendum sporo z nimi rozmawiałem. Prosiłem o głosowanie na tak, tłumaczyłem, że walczymy także o ich prawa. Kierownik administracyjny naszej szkoły również sugerował im głos na tak.
Kilka lat temu ZNP, z moim niewielkim udziałem, pomógł rozwiązać pewien konflikt dotyczący płac, między dwiema pracowniczkami szkoły a dyrekcją. Udało się wyjść z niego zwycięsko, a obie panie wstąpiły do ZNP. Sądzę, że to zdecydowanie zwiększyło zaufanie pracowników obsługi do związków zawodowych.

Wróćmy do ostatnich dni. Strajk trwa, ale egzaminy gimnazjalne jednak zostały przeprowadzone. MEN triumfuje.
Szczerze mówiąc bardzo bałem się tego dnia, nazywałem go „dniem sądnym” w rozmowach z koleżankami i kolegami. Trochę mi teraz wstyd, ale pomyślałem, że to już koniec.
Z perspektywy czasu wydaje się oczywiste, że przebieg egzaminów gimnazjalnych był przesądzony. Jeśli w naszej szkole, gdzie stopień zastraszenia nauczycieli jest niewielki, znalazło się bez problemu kilka osób chętnych do pomocy w przeprowadzeniu egzaminu, to w większości szkół w Polsce nie powinno być z tym problemu.

Ale to jednak nie był koniec.
Po krótkim okresie szoku, wkurzenia na łamistrajków (chociaż nie wszyscy byli skłonni ich tak nazywać) wewnętrznych i zewnętrznych, znowu zaczęliśmy się zastanawiać, co możemy zrobić, żeby wygrać strajk. Ludzie chcą i będą walczyć.

Macie wsparcie uczniów?
W okresie poprzedzającym strajk w klasach, które uczę, a także w swojej wychowawczej klasie maturalnej, przeprowadziłem wiele rozmów. Może macie jakieś pytania na temat strajku? – pytałem. Mieli, i to dużo, czasami te rozmowy ciągnęły się przez całą lekcję. Uczniowie raczej akceptowali sytuację, chociaż, rzadziej, były też komentarze: co z maturami? kto ewentualnie odpowie za „zniszczenie mojej przyszłości”? W czasie strajku do szkoły przyszło kilkoro uczniów, żeby wyrazić swoje wsparcie i po prostu pogadać. Nie były to jednak tłumy.

Kolejne wypowiedzi ministrów już w trakcie strajku nie pokazują, by ktokolwiek w rządzie zamierzał choćby podjąć z wami merytoryczne rozmowy. Czy spodziewacie się, że ta postawa się zmieni? Czy też sądzicie, że naprawdę musielibyście zablokować matury, żeby zaczęto z wami rozmawiać?
Tak sądzimy. Obawiamy się jednak, że zablokowanie matur Zalewska będzie mogła łatwo obejść. Żeby zdawać maturę, trzeba ukończyć szkołę. Klasyfikacja maturzystów kończy się formułką „decyzją Rady Pedagogicznej z dnia” uczeń ukończył szkołę. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że bez tej decyzji ani rusz. Jednak Zalewska może zmienić zasady jednym zarządzeniem. Na przykład zmieni formułkę na „decyzją dyrektora szkoły” lub „decyzją ministra edukacji narodowej” i po ptakach.
Inną możliwością jest próba zablokowania egzaminów ustnych. Na każdym takim egzaminie musi być certyfikowany egzaminator i jeden nauczyciel z macierzystej szkoły. Takich ludzi nie da rady znaleźć na zasadzie łapanki. Jednak i to można obejść. Można wydać zarządzenie, że egzaminów ustnych w tym roku po prostu nie będzie, bo znajdujemy się w „sytuacji wyjątkowej”.
Mamy świadomość, że wygramy tylko wtedy, gdy zaczną się nas naprawdę bać. To jest walka na zasadzie: albo my ich, albo oni nas. I to nie nauczyciele zaczęli tę walkę – pod koniec „negocjacji” rządu z ZNP i FZZ tknęło mnie, że PiS prowadzi je w bardzo dziwny sposób…

Co masz na myśli?
Doszedłem do wniosku, że nauczycieli wręcz podburzano do strajku. Dlaczego? PiS był przekonany, że może bardzo wiele politycznie zyskać. Przerzucić odpowiedzialność za chaos wykreowany „reformą” na nauczycieli, przekierować na nich społeczną złość. Mało tego, nie wykluczam, że ktoś w rządzie kalkuluje, iż pod pretekstem niedopełnienia obowiązków służbowych będzie można wymienić niewygodnych dyrektorów na swoich, do tego spowodować falę masowych odejść z zawodu wkurzonych i rozczarowanych ewentualną przegraną strajku nauczycieli. No i wreszcie – doprowadzić do skompromitowania Broniarza, rozbicia, a nawet delegalizacji ZNP, pod pretekstem obrony „bezpieczeństwa narodowego”. Zarządzanie przez kryzys, doktryna szoku opisana przez Naomi Klein. Droga do całkowitego przejęcia systemu edukacji stałaby otworem.

Sądzisz, że ten rząd opracował tak staranny, a przy tym diaboliczny plan?
Uważam, że oni nie są głupi. Wiele wskazuje na to, że ich strategia jest bardzo dobrze przemyślana, że są raczej zawsze o ruch do przodu w tej grze. To oni dysponują informacjami, badaniami socjologicznymi. Mogli kalkulować, że nauczyciele byli do tej pory zatomizowaną i słabą grupą społeczną, niezdolną do kolektywnych działań w swoim interesie.

Oponentem rządu w tych negocjacjach są liderzy związkowi. Czy Ty i Twoi koledzy i koleżanki wierzą, że ci konkretni ludzie są w stanie bronić waszych interesów?
Nauczyciele z mojej szkoły przed strajkiem mieli liderów związkowych raczej za „tłuste koty”. Jestem jednak przekonany, że teraz ich szacunek do nich niepomiernie wzrósł. Szczególnie do Broniarza, który wykazywał się wyjątkowym spokojem i sprawnością polityczną podczas „negocjacji” z rządem. Nie jestem jednak pewien, czy stosunek do niego można nazwać zaufaniem. Ja do Broniarza przed strajkiem miałem wręcz pretensje, że jest za mało radykalny, że pozwolił na to, żeby nauczyciele byli regularnie i wręcz systemowo opluwani w mediach przez ostatnie powiedzmy 10 lat. Miałem pretensje, że nie popierał strajku dwa lata temu na początku „reformy” Zalewskiej. Z perspektywy czasu jednak mocno go doceniam za wyczucie polityczne. On wiedział, że strajk wtedy to pewna klęska. Zresztą dopiero niedawno zrozumiałem, że strajk zawsze jest wynikiem gniewu społecznego i nie można go „wywołać”. Oskarżenia rządowych mediów o to, że to prezes Broniarz podburzył ponad 500 tysięcy ludzi do przerwania pracy, są absurdalne.

Sławomir Broniarz w trakcie negocjacji raczej ustępował, łagodził główny postulat. Nie burzyliście się wtedy?
Moi koledzy przeszli nad tym dość łatwo do porządku dziennego. Zdawali sobie sprawę z tego, że ZNP nie mógł sztywno trzymać się tego początkowego tysiąca, bo łatwo propaganda rządową oskarżyłaby go o „unikanie negocjacji”. Ja się z nimi zgadzam pod względem politycznym. Szkoda mi jednak moich młodszych koleżanek i kolegów, którzy rozpoczynając pracę w szkole dostają naprawdę głodową pensję – im ten tysiąc należał się najbardziej. Teraz, w razie zwycięstwa, jak zwykle najwięcej zyskają najsilniejsi.
Żałuję pracowników obsługi szkoły – tysiąc więcej dla wszystkich był czytelnym równościowym postulatem, spełnienie którego pomogłoby być może w zbudowaniu solidarności wewnątrzszkolnej. Ci ludzie najczęściej zarabiają płacę minimalną, byłby to dla nich to olbrzymi skok. Mam nadzieję, że uda się dla nich coś wywalczyć i że nie pomyślą, że znowu zostali oszukani…

W czwartek 11 kwietnia powstał społeczny komitet wsparcia strajku, którego twarzami są m.in. szefowa konfederacji pracodawców Lewiatan Henryka Bochniarz czy znany neoliberalny publicysta Wojciech Maziarski. Jak odnosisz się do tego, że tacy ludzie nagle przedstawiają się jako zwolennicy godnego wynagradzania pracowników, dobrej publicznej oświaty? I czy nie sądzisz, że rządowi tym łatwiej będzie atakować protest jako polityczny?
Bawi mnie fakt, że głównym inicjatorem tego przedsięwzięcia jest Wojciech Maziarski – neoliberał pierwszego sortu. Ale cieszę się z tego, że powstał Fundusz Strajkowy, wiem, że on może pomóc nam zwyciężyć. Bardzo dziwna jest polityka, w której cieszę się z sojuszu z neoliberałami…
Zdaje sobie jednak sprawę, że to jest taki ich „odruch charytatywny” – łaskawe elity wspierają słabszych. „Wielmożny Pan” decyduje, komu dać.

Nauczyciele, z którymi rozmawiałam, bardzo podkreślają, że w tym strajku nie chodzi tylko o pieniądze, że stawką jest wręcz ratowanie polskiej oświaty. Jak to wygląda w Twoim przypadku – o jakie zmiany w polskich szkołach Ty walczysz?
Zmieniłbym naprawdę bardzo wiele. Absolutnie fundamentalne pytanie, jakie według mnie należy sobie zadać brzmi: Jaki w ogóle jest cel systemu edukacji? Po co on jest? Poważne debaty na temat edukacji praktycznie nie miały miejsca w III RP. Pracuję w szkole już prawie 20 lat, ale nie słyszałem, żeby ktokolwiek zadał to pytanie. Pewnie dlatego, że istnieje jakaś cicha zgoda w tej sprawie.
Ja odpowiedziałbym na nie tak – system edukacji nie powinien mieć na celu produkcji wydajnej siły roboczej podporządkowanej potrzebom rynku. Powinien służyć głównie emancypacji człowieka, być służebny wobec społeczeństwa, w którym funkcjonuje.
W gruncie rzeczy, żeby odpowiedzieć na pytanie, jakiego modelu edukacji chcemy, musimy wcześniej zastanowić się, jakiego chcemy społeczeństwa. Dlatego wcale mnie nie dziwi działalność obecnego rządu na polu edukacji. Rząd robi wszystko, żeby dostosować funkcjonowanie obecnego systemu do modelu społeczeństwa, jaki sobie wymarzył. Chyba nie ma potrzeby przypominać, jaki to model.

Lekcja prawdziwej solidarności

Walczymy o całą oświatę. O to, żeby zawód nauczyciela, dobrze opłacany i szanowany, przyciągał najlepszych, z talentem i zapałem do pracy z młodzieżą. Żeby politycy przestali tylko w Dzień Nauczyciela przypominać sobie o tym, jak ważna jest edukacja dla każdego społeczeństwa. Gdybyśmy teraz nie podnieśli głów, za kilkanaście lat szkoły byłyby nie tylko niedofinansowane, jak teraz, ale i puste. Nikt już nie chciałby za takie pieniądze, przy takich kosztach życia być nauczycielem – tak można oddać przesłanie strajku w szkołach, który zaczął się 8 kwietnia. Wielkiego, historycznego strajku.

Wielu nauczycieli do końca wierzyło, że tego strajku nie trzeba będzie robić. W napięciu obserwowali rozmowy ostatniej szansy z rządem, z wicepremier Beatą Szydło, która skrzętnie zasłaniała znienawidzoną Annę Zalewską. Mieli nadzieję: może rząd zrozumie, że naprawdę ma do czynienia z bezprecedensową mobilizacją. To już nie kolejna demonstracja pod MEN, organizowana w sobotę, to 80 proc. publicznych szkół zdecydowanych na przerwanie zajęć, jednoznaczne wyniki referendów strajkowych: 70, 80, czasem 100 proc. za protestem. Do tego coraz więcej sygnałów, że rodzice nauczycieli rozumieją: też chcą dla swoich dzieci edukacji na wysokim poziomie i wiedzą, że taka jest możliwa przy odpowiednio dofinansowanych szkołach, z dobrze opłacanym personelem.
Ale gdy ZNP i FZZ były gotowe ustąpić, ograniczyć swoje postulaty, rząd dalej nie ustosunkowywał się do najważniejszej kwestii: podniesienia kwoty bazowej wynagrodzenia. Odpowiadał propozycjami, które tę kwestię omijają. Na koniec rzucił na stół taką, która tylko dolewa oliwy do ognia: podwyżka tak, ale etapami, do 2023 r., i za cenę zwiększenia liczby godzin przy tablicy z 18 do 22 lub 24, co niechybnie oznacza zwolnienie części pracowników szkół. Zarząd nauczycielskiej „Solidarności” podpisał porozumienie z rządem, bez najbardziej bulwersujących zapisów – ale i bez deklaracji o podwyżkach, jakich domagają się zwykli członkowie związku, zdecydowani protestować.
W efekcie 8 kwietnia zamykano nawet szkoły, które wcześniej nie były co do tego przekonane.
I już na samym początku nowe zgrzyty, które pokazują, że woli prawdziwego dialogu po stronie MEN jak nie było, tak nie ma. Po serii propagandowych materiałów TVP, w których straszono złymi i zdemoralizowanymi nauczycielami, na stronach ministerstwa pojawiło się ogłoszenie: „Każda osoba posiadająca kwalifikacje pedagogiczne może być członkiem zespołu egzaminacyjnego” i zgłaszać się do kuratoriów – do czego resort w obliczu możliwych „trudności” serdecznie zachęca. Na spektakularne zgłoszenia nie trzeba było długo czekać. W kolejce ustawili się Witold Waszczykowski (ten był nawet gotów prowadzić lekcje), Krystyna Pawłowicz i Maciej Świrski.
Sęk w tym, że – jak twierdzi już nie tylko wywrotowiec Broniarz, ale również Rzecznik Praw Obywatelskich – jest to niezgodne z Kartą Nauczyciela i prawem oświatowym. Egzaminy ósmoklasistów, gimnazjalistów i matury poprowadzić mogą nauczyciele czynni zawodowo – czyli w tym charakterze aktualnie zatrudnieni. Udział w egzaminach osób do tego nieuprawnionych może doprowadzić do unieważnienia egzaminów – uważa Adam Bodnar. To oczywiście wielka szkoda – wszystkim członkom i członkiniom rządu przydałoby się posmakowanie pracy przy tablicy od pierwszego porannego dzwonka i wejście w buty „leniuchów”, co mają „dwa miesiące wakacji” przy codziennej „pracy do 15.00”.
Drugi zgrzyt: wiceminister Kopeć ogłosił po dwunastej, że strajkuje tylko 48,5 proc. szkół w całym kraju. To dane niezgodne z prawdą – ripostuje ZNP. Udowadnia: ministerstwo poleciło kuratoriom traktować każdą szkołę, która wchodzi w skład zespołu szkół, jako byt odrębny. Tymczasem w statystykach związkowych to jedna jednostka, bo jeden jest pracodawca i jedna procedura sporu zbiorowego. 9 kwietnia Związek szacuje, że faktycznie protestuje 70 proc. szkół.

Tu nie chodzi tylko o podwyżkę

– Jeden z moich uczniów zapytał: „Czy pani już nas nie lubi? Już pani do nas nie przyjdzie? Może to przez (tu imię kolegi z klasy)? On się ostatnio źle zachowywał…”. Uczniowie nie wiedzą, co się dzieje. Staramy im się to wytłumaczyć w prosty sposób – opowiada nam Hanna Brózda, przewodnicząca komitetu strajkowego w Szkole Podstawowej nr 191 przy ul. Bokserskiej.
Rozmawiamy przy wejściu do łącznika między szkołą i salą gimnastyczną. Na ścianach dziecięce plakaty o tym, dlaczego warto uprawiać sport i zdrowo się odżywiać, dyplomy uczennicy, która odnosi sukcesy w biegach przełajowych. Dziś jednak żadne dziecko do szkoły nie przyszło. Zaraz za drzwiami na łącznik komitet strajkowy rozdaje protestacyjne plakietki i prowadzi listę strajkową. W komitecie zasiadło sześć osób, by nadzorować przebieg protestu w pełnych godzinach pracy szkoły czyli do zamknięcia świetlicy o 17.30. Ile nazwisk będzie na liście strajkowej? Prawie wszyscy, wyjątek to dwie katechetki i dwie inne nauczycielki. – Nie wnikamy, dlaczego – mówi przewodnicząca.
– Telefonowałam do innych placówek, słyszę, że decydują się na strajk i mówią „mamy 100 procent” nawet tam, gdzie w szkole działa i „Solidarność”, i ZNP – jak u nas. Solidarność zawodowa istnieje – mówi Hanna Brózda. – Mamy żal, że na konwencji PiS nikt inie wspomniał o nauczycielach. Wszystkie oczy zwrócone były w stronę prezesa PiS – ale on nie zdobył się chociaż na powiedzenie: „nauczyciele też dostaną – ale później”. Politycy mają w nosie polską edukację – gorzko konkluduje doświadczona nauczycielka języka polskiego, edukacji wczesnoszkolnej oraz etyki, a także była radna Mokotowa i przewodnicząca dzielnicowej Komisji Oświaty.
Pytamy o „deformę” minister Zalewskiej.
– Na nic nie ma czasu. Codziennie gnamy z nowym tematem, nie ma kiedy utrwalić dzieciom wiedzy czy dodatkowo coś objaśnić. Przecież nie zawsze każdy wszystko łapie w lot. Dorośli też nie są w stanie równomiernie, efektywnie pracować przez cały rok. A potem wychodzą ze szkoły i ślęczą nad pracami domowymi. A gdzie miejsce i czas na zainteresowania, pasje? Czy przy obecnym przemęczeniu dzieciaków kogokolwiek dziwi, że coraz młodsi pacjenci potrzebują pomocy psychologicznej i psychiatrycznej? Bardzo mi zależy, żeby panie to napisały – że my nie walczymy tylko o podwyżki, walczymy też o naszych uczniów, o lepszą edukację dla nich – podkreśla nauczycielka.
Bardzo zależy jej również, by zrozumiano: odejście od tablicy to nie jest łatwa decyzja. To obciążenie psychiczne, bo ci, którzy mimo wszystko są w zawodzie, kochają pracę z dziećmi, nie wyobrażają sobie, by je zawieść, skrzywdzić. Pomaga fakt, że w obliczu kolejnych obraźliwych komentarzy i pseudopropozycji naprawy oświaty ze strony rządu szkolna kadra naprawdę się zintegrowała. Zjednoczyły się starsze i młodsze nauczycielki, te doświadczone i te, które niedawno zaczęły pracę. Do tego nikt nie spodziewał się tak olbrzymiego wsparcia ze strony rodziców.
Hanna Brózda jest z tych bardziej doświadczonych nauczycielek, ale nikt nie może zarzucić jej rutyny, powielania starych schematów, niezrozumienia, że szkoła musi się zmieniać, jeśli ma naprawdę przygotować do życia.
– Dzieciaki są przeciążone wiedzą „do wkucia”, pracami domowymi. Nasz program jest przestarzały, a przez ostatnie lata pod ostatnią minister, cofnęliśmy się jeszcze bardziej – przewodnicząca komitetu znowu podkreśla, że strajkujący chcą odnowy całej oświaty, niskie płace to tylko część problemu. – Dzieci nie chcą dziś czytać tych samych lektur, które czytaliśmy my – za to z radością sięgają po „Harry’ego Pottera”, „Mikołajka”. Szkoła nie nadąża za rozwojem technologicznym. A teraz pani minister twierdzi, że przygotuje nam kolejną zmianę programu – w dwa miesiące. Tak się nie da. To wszystko wymaga czasu, konsultacji z praktykami, jeśli chcemy, aby nasza szkoła naprawdę była szkołą europejską.

Zrozumcie nas

– Pierwsza myśl po tym, kiedy usłyszałam, że nauczyciele zamierzają strajkować? Chyba złość, bo jestem ambitna, lubię się uczyć, zamierzałam wykorzystać ten kwietniowy tydzień na poprawienie ocen. No i z nauczycielami w mojej szkole nie zawsze dogadywałam się dobrze – mówi Olga, uczennica strajkującego LXXII Liceum im. Jakuba Jasińskiego na warszawskiej Pradze. – Ale potem, jak się nad tym zastanowiłam… Gdyby praca w szkole była lepiej płatna, to przychodziliby do niej ludzie naprawdę utalentowani, kreatywni, najlepsi. Nie byliby sfrustrowani, tylko dumni, że pracują z młodzieżą, robią coś ważnego i prestiżowego.
Wyrazy poparcia dla strajkujących pedagogów płyną od uczniów z całej Polski. Powstają specjalne strony na Facebooku, młodzież przychodzi do szkół z charakterystycznymi przypinkami, pisze listy poparcia. Po swojemu wspierają nawet niektórzy najmłodsi – i to nie może nie wywoływać u pedagogów uśmiechu, nawet jeśli część z nich po prostu cieszy się na nadprogramowe dni wolne.

– Pragniemy zaznaczyć, iż jesteśmy świadomi, że ta postawa nie jest wymierzona w naszą stronę, a w przyszłości będzie to lekcja postaw obywatelskich – piszą członkowie Samorządu Uczniowskiego w krakowskim gimnazjum nr 16. Zaś w Warszawie, na godzinę dwunastą 9 kwietnia, zaangażowani uczniowie planują zgromadzenie pod budynkiem MEN.
Wyrazy poparcia nauczycielom ślą też ludzie, którzy edukację szkolną już zakończyli – studenci i pracownicy różnych instytucji kultury. Banery wsparcia dla nauczycieli wiszą m.in. na warszawskim Teatrze Powszechnym, w teatrach w Szczecinie czy Toruniu zespół proponuje organizację zajęć dla dzieci, które nie mają z powodu strajku lekcji, a pod bramą UW odbywa się w środku dnia wiec solidarnościowy.
Z największą wdzięcznością, niekiedy zmieszaną z zaskoczeniem, nauczyciele przyjmują wyrazy wsparcia ze strony rodziców. Ich postawy się obawiali: czy zrozumieją, że strajk odbywa się w interesie całego społeczeństwa? Czy przeważy złość na to, że trzeba organizować opiekę dla dziecka, które normalnie poszłoby do szkoły? „Zrozumcie nas” to apel, którzy przewija się na ulotkach i plakatach ZNP.
Znajoma matka uczennicy stołecznej podstawówki nr 141 nr im. majora Sucharskiego na Pradze Południe mówi, że bez dobrej płacy dobrych nauczycieli nie będzie, więc wsparcie strajkujących powinno być w interesie nas wszystkich.
– Generalnie uważam, że osoby które spędzają z dziećmi tyle czasu co nauczyciele, powinny być najlepszymi z najlepszych, a tego nie da się osiągnąć bez dobrego wynagradzania. Żeby była pozytywna selekcja do zawodu trzeba tym ludziom zaoferować coś, co ich zmotywuje – mówi. I płynnie przechodzi do własnych doświadczeń: – Obserwuję zaangażowanie wychowawczyni mojej córki – planuje wycieczki z wyprzedzeniem, pisze do rodziców wiadomości czasem i o 22, dużo energii wkłada w przygotowanie lekcji i widać jej zaangażowanie. Wstyd mi, że tak mało zarabia za tak trudną i ważną pracę.
Nasza rozmówczyni zwraca uwagę na kwestię, która nie dla wszystkich jest oczywista: nauczyciele pracują nie tylko przy tablicy. „Panie świetliczanki” też  strajkują.
– Nauczycielki w świetlicy też mają konieczne dla tej pracy wykształcenie, studia. Po ostatnim dzwonku to one spędzają z dziećmi kolejne 5 godzin. Odrabiają z nimi lekcje, wymyślają ciekawe zajęcia, organizują wolontariat, spędzają czas po prostu. Jak zaglądam do świetlicy o 16.45, to one są w trakcie wycinania jakichś rzeczy do prac plastycznych albo „poważnych rozmów” z dziećmi. To naprawdę kupa roboty.
Najwyraźniej aż tylu zajęć na głowie nie mają katecheci. W Szkole Podstawowej nr 191 na warszawskim Mokotowie, którą odwiedziłyśmy, dwie katechetki nie podpisały listy strajkujących. W Szkole Podstawowej numer 336 im. Janka Bytnara „Rudego” ksiądz minął nas w drzwiach, uśmiechnięty od ucha do ucha. My wchodziłyśmy, on wychodził. Ze szkoły, w której – podobnie jak w sąsiednim przedszkolu – dyrektorki podjęły decyzję o zamknięciu budynku na cały dzień. Z powodu niemożności zapewnienia opieki dzieciom, czytaj: łamistrajków nie było lub było za mało.
Nauczyciele religii nie mają interesu w strajku (chociaż, trzeba przyznać, znaleźli się i tacy katecheci, którzy przerwali pracę razem z koleżankami i kolegami prowadzącymi inne przedmioty). Co prawda MEN i Episkopat nie chcą ujawnić zestawienia ich zarobków, ale w lutym Money.pl dotarł do informacji o tym, ile wynoszą ich płace w Słupsku: średnio 3700 zł brutto miesięcznie, znacznie powyżej średniej i nieco mniej niż nauczyciel dyplomowany, który ma wieloletnie doświadczenie, dziesiątki ukończonych kursów i szkoleń. Katecheci wcale nie muszą się legitymować nawet zwykłym przygotowaniem pedagogicznym.

Strajkują państwowe!

Rafał Trzaskowski pochwalił się na Twitterze, że, podobnie jak nasza rozmówczyni, mama z prawej strony Wisły, przyszedł dziś do pracy w towarzystwie syna. Staś zamiast na lekcje, powędrował do ratusza i siedział w prezydenckim fotelu.
Na co dzień Staś uczęszcza do Szkoły Podstawowej nr 16 im. Tony Halika na Kabatach na południu Warszawy. Postanowiłyśmy skierować się jego śladami, ponieważ zdradzono nam, że w tamtej podstawówce „rządzi” „Solidarność” i do ostatniej chwili obowiązywała wersja, że strajku jednak nie będzie.
Przed wejściem na boisko ośmio-, może dziewięcioletnie społeczeństwo obywatelskie złożone z trzech przedstawicieli ubranych z dżinsowe kurtki i czapki z daszkiem deliberowało, kto dziś protestuje.
– Głupi, prywatne pracują! Tylko państwowe dziś strajkują – tłumaczył koledze bardziej uświadomiony obywatel w wieku okołokomunijnym.
Na budynku powiewał jednak sztandar ZNP, nie „S”. Nauczycielki z żółtymi plakietkami wychodziły na zewnątrz „na papierosa”. Ale do szkoły nas nie wpuszczono. Nauczyciele zabarykadowali się i na wiadomość, że jesteśmy z mediów, wysłano do nas woźnego. Nie wejdziemy, nie porozmawiamy. Dlaczego? Trzeba by zapytać dyrektorkę… której akurat nie ma…
Dyrektorki nie ma
Tak samo wyglądała sytuacja w pobliskiej podstawówce im. Janka Bytnara „Rudego”, z tą różnicą, że obok flagi ZNP solidarnie powiewała ta z napisem solidarycą. Ale strajkujący nauczyciele ostatecznie do nas nie zeszli. Portier znowu tłumaczy: żeby rozmawiać, trzeba mieć zgodę dyrektorki… a tej, tak się składa, nie ma.
Przypominają nam się wszystkie wątpliwości i pytania, które padały na nauczycielskich grupach w mediach społecznościowych. Te zasadnicze: czy wolno odmówić pracy? czy nie będzie to kosztem dzieci? Potem, kiedy butna postawa rządu budziła coraz większy gniew, a ze strony rodziców i samych uczniów płynęło coraz więcej sygnałów zrozumienia, częstsze stały się wątpliwości techniczne. Jak się właściwie strajkuje – na jak długo przychodzimy do szkoły? Czy to prawda, że nie wolno logować się do elektronicznych dzienników? Co, jeśli ktoś z rodziców jednak przywiezie dziecko pod szkołę i tam je zostawi?
Niektórzy do końca zastanawiali się również, czy nie będzie represji ze strony kuratoriów i dyrektorów?
Co nam zaoferował rząd? Zwolnienia
Strach przełamał nauczyciel historii z Zespołu Szkół nr 27 przy ul. Rzymowskiego (dawnej Szkoły Rzemiosł Budowlanych nr 1) – wprawdzie nie na tyle, by nie prosić o anonimowość, jednak zgodził się z nami porozmawiać. Siadamy na pustym korytarzu: lekcji nie ma, gdyby zgłosili się uczniowie, dyrektor, który zgodnie z prawem strajkować nie może, musiałby zapewnić im jakieś zajęcia opiekuńcze. Protestuje niemalże komplet nauczycieli, niektórzy, jak nasz rozmówca, dziś nie prowadzą lekcji w tej placówce, a jutro podpiszą listę strajkową w innej szkole – żeby uskładać 18 godzin pensum, nie mają wyboru – muszą kursować między miejscami pracy. Dlatego nie mogli spokojnie słuchać ostatniej propozycji Beaty Szydło, sprowadzającej się do tego, by sami sobie sfinansowali podwyżkę.
– 24 godziny pracy przy tablicy? Poloniści i matematycy spokojnie uskładają etat w jednej szkole. Co do innych, to nie wiem, w ilu szkołach musieliby pracować. Niektórzy nauczyciele w mniejszych miejscowościach już są zatrudnieni w trzech szkołach, inaczej nie uzbierają tych 18 godzin. Co dopiero 24! Nie obyłoby się bez zwolnień – mówi. – Z drugiej strony, matematyków i fizyków w Warszawie już, z tego co wiem, brakuje. Przy takich kosztach życia, jakie są w stolicy, ludzie nie chcą iść do pracy w szkole, wiedząc, ile zarobią przez pierwsze lata, jako nauczyciele stażyści.
Uczniowie naszego rozmówcy, pierwsze i drugie klasy szkoły średniej, na razie cieszą się, że zyskali dzień wolny od lekcji. Także tutejsi maturzyści, których egzaminy tradycyjnie ruszają w maju, jeszcze nie są specjalnie zaniepokojeni perspektywą protestu w tych newralgicznych dniach. Co nie jest regułą; w innych placówkach, przyznaje mężczyzna, część uczniów jest zdezorientowana, zwłaszcza ci, którzy rozumieją, że przed przystąpieniem do egzaminu musi się odbyć klasyfikacja, a przecież strajkujący nauczyciele nie przeprowadzą rady pedagogicznej. I znowu w słowach nauczyciela przebija troska o wychowanków: nie pozwolimy, by przez nasz protest i nasze słuszne żądania ktokolwiek, zwłaszcza uczeń, został skrzywdzony, zapewnia historyk.
Nauczyciel wierzy, że decydujące będą dwa następne dni. – Liczymy na to, że rząd się ugnie w pierwszy dzień egzaminów gimnazjalnych. Ja osobiście mam nadzieję, że może nawet jutro. Pewnie w nocy, w swojej ulubionej porze – mówi. – Do tej pory kroki w tył robił tylko Związek, a musimy się spotkać w pół drogi.

Do spotkania daleko

Ale pierwszy dzień strajku kończy się – tak jak się zaczął – dwiema sprzecznymi narracjami. Nie spotkaniem, a próbą sił.
Wiceminister Kopeć: porozumienie, które podpisała tylko „Solidarność”, jest bardzo korzystne. Oznacza podwyżkę wynagrodzeń nauczycieli o 15 proc. jeszcze w tym roku.
Brakuje tylko dopowiedzenia: część z tych pieniędzy nauczyciele już dostali, bo nie chodzi o nową podwyżkę, a przyspieszenie wypłaty ostatniej transzy tej już przyklepanej. Do tego nie wiadomo, skąd budżet na rok 2019 miałby znaleźć pieniądze na podwyżkę przeznaczoną do wypłacenia w roku 2020.
Sławomir Broniarz na antenie Polsat News: nie mam tytułu do tego, by zawiesić protest. Po południu szef ZNP oznajmia, że większość nauczycieli jest zdeterminowana protestować dalej. Związek usiądzie do negocjacyjnego stołu, gdy tylko ze strony rządu padną poważne propozycje. W domyśle: nie takie, jak słowa wiceministra.
Rano 9 kwietnia na jednej z facebookowych grup nauczycielskich pada pytanie: strajkujecie? W ciągu niecałej godziny pada ponad 600 odpowiedzi: tak! I ciągle ktoś dopisuje następną.