Lekcja prawdziwej solidarności

Walczymy o całą oświatę. O to, żeby zawód nauczyciela, dobrze opłacany i szanowany, przyciągał najlepszych, z talentem i zapałem do pracy z młodzieżą. Żeby politycy przestali tylko w Dzień Nauczyciela przypominać sobie o tym, jak ważna jest edukacja dla każdego społeczeństwa. Gdybyśmy teraz nie podnieśli głów, za kilkanaście lat szkoły byłyby nie tylko niedofinansowane, jak teraz, ale i puste. Nikt już nie chciałby za takie pieniądze, przy takich kosztach życia być nauczycielem – tak można oddać przesłanie strajku w szkołach, który zaczął się 8 kwietnia. Wielkiego, historycznego strajku.

Wielu nauczycieli do końca wierzyło, że tego strajku nie trzeba będzie robić. W napięciu obserwowali rozmowy ostatniej szansy z rządem, z wicepremier Beatą Szydło, która skrzętnie zasłaniała znienawidzoną Annę Zalewską. Mieli nadzieję: może rząd zrozumie, że naprawdę ma do czynienia z bezprecedensową mobilizacją. To już nie kolejna demonstracja pod MEN, organizowana w sobotę, to 80 proc. publicznych szkół zdecydowanych na przerwanie zajęć, jednoznaczne wyniki referendów strajkowych: 70, 80, czasem 100 proc. za protestem. Do tego coraz więcej sygnałów, że rodzice nauczycieli rozumieją: też chcą dla swoich dzieci edukacji na wysokim poziomie i wiedzą, że taka jest możliwa przy odpowiednio dofinansowanych szkołach, z dobrze opłacanym personelem.
Ale gdy ZNP i FZZ były gotowe ustąpić, ograniczyć swoje postulaty, rząd dalej nie ustosunkowywał się do najważniejszej kwestii: podniesienia kwoty bazowej wynagrodzenia. Odpowiadał propozycjami, które tę kwestię omijają. Na koniec rzucił na stół taką, która tylko dolewa oliwy do ognia: podwyżka tak, ale etapami, do 2023 r., i za cenę zwiększenia liczby godzin przy tablicy z 18 do 22 lub 24, co niechybnie oznacza zwolnienie części pracowników szkół. Zarząd nauczycielskiej „Solidarności” podpisał porozumienie z rządem, bez najbardziej bulwersujących zapisów – ale i bez deklaracji o podwyżkach, jakich domagają się zwykli członkowie związku, zdecydowani protestować.
W efekcie 8 kwietnia zamykano nawet szkoły, które wcześniej nie były co do tego przekonane.
I już na samym początku nowe zgrzyty, które pokazują, że woli prawdziwego dialogu po stronie MEN jak nie było, tak nie ma. Po serii propagandowych materiałów TVP, w których straszono złymi i zdemoralizowanymi nauczycielami, na stronach ministerstwa pojawiło się ogłoszenie: „Każda osoba posiadająca kwalifikacje pedagogiczne może być członkiem zespołu egzaminacyjnego” i zgłaszać się do kuratoriów – do czego resort w obliczu możliwych „trudności” serdecznie zachęca. Na spektakularne zgłoszenia nie trzeba było długo czekać. W kolejce ustawili się Witold Waszczykowski (ten był nawet gotów prowadzić lekcje), Krystyna Pawłowicz i Maciej Świrski.
Sęk w tym, że – jak twierdzi już nie tylko wywrotowiec Broniarz, ale również Rzecznik Praw Obywatelskich – jest to niezgodne z Kartą Nauczyciela i prawem oświatowym. Egzaminy ósmoklasistów, gimnazjalistów i matury poprowadzić mogą nauczyciele czynni zawodowo – czyli w tym charakterze aktualnie zatrudnieni. Udział w egzaminach osób do tego nieuprawnionych może doprowadzić do unieważnienia egzaminów – uważa Adam Bodnar. To oczywiście wielka szkoda – wszystkim członkom i członkiniom rządu przydałoby się posmakowanie pracy przy tablicy od pierwszego porannego dzwonka i wejście w buty „leniuchów”, co mają „dwa miesiące wakacji” przy codziennej „pracy do 15.00”.
Drugi zgrzyt: wiceminister Kopeć ogłosił po dwunastej, że strajkuje tylko 48,5 proc. szkół w całym kraju. To dane niezgodne z prawdą – ripostuje ZNP. Udowadnia: ministerstwo poleciło kuratoriom traktować każdą szkołę, która wchodzi w skład zespołu szkół, jako byt odrębny. Tymczasem w statystykach związkowych to jedna jednostka, bo jeden jest pracodawca i jedna procedura sporu zbiorowego. 9 kwietnia Związek szacuje, że faktycznie protestuje 70 proc. szkół.

Tu nie chodzi tylko o podwyżkę

– Jeden z moich uczniów zapytał: „Czy pani już nas nie lubi? Już pani do nas nie przyjdzie? Może to przez (tu imię kolegi z klasy)? On się ostatnio źle zachowywał…”. Uczniowie nie wiedzą, co się dzieje. Staramy im się to wytłumaczyć w prosty sposób – opowiada nam Hanna Brózda, przewodnicząca komitetu strajkowego w Szkole Podstawowej nr 191 przy ul. Bokserskiej.
Rozmawiamy przy wejściu do łącznika między szkołą i salą gimnastyczną. Na ścianach dziecięce plakaty o tym, dlaczego warto uprawiać sport i zdrowo się odżywiać, dyplomy uczennicy, która odnosi sukcesy w biegach przełajowych. Dziś jednak żadne dziecko do szkoły nie przyszło. Zaraz za drzwiami na łącznik komitet strajkowy rozdaje protestacyjne plakietki i prowadzi listę strajkową. W komitecie zasiadło sześć osób, by nadzorować przebieg protestu w pełnych godzinach pracy szkoły czyli do zamknięcia świetlicy o 17.30. Ile nazwisk będzie na liście strajkowej? Prawie wszyscy, wyjątek to dwie katechetki i dwie inne nauczycielki. – Nie wnikamy, dlaczego – mówi przewodnicząca.
– Telefonowałam do innych placówek, słyszę, że decydują się na strajk i mówią „mamy 100 procent” nawet tam, gdzie w szkole działa i „Solidarność”, i ZNP – jak u nas. Solidarność zawodowa istnieje – mówi Hanna Brózda. – Mamy żal, że na konwencji PiS nikt inie wspomniał o nauczycielach. Wszystkie oczy zwrócone były w stronę prezesa PiS – ale on nie zdobył się chociaż na powiedzenie: „nauczyciele też dostaną – ale później”. Politycy mają w nosie polską edukację – gorzko konkluduje doświadczona nauczycielka języka polskiego, edukacji wczesnoszkolnej oraz etyki, a także była radna Mokotowa i przewodnicząca dzielnicowej Komisji Oświaty.
Pytamy o „deformę” minister Zalewskiej.
– Na nic nie ma czasu. Codziennie gnamy z nowym tematem, nie ma kiedy utrwalić dzieciom wiedzy czy dodatkowo coś objaśnić. Przecież nie zawsze każdy wszystko łapie w lot. Dorośli też nie są w stanie równomiernie, efektywnie pracować przez cały rok. A potem wychodzą ze szkoły i ślęczą nad pracami domowymi. A gdzie miejsce i czas na zainteresowania, pasje? Czy przy obecnym przemęczeniu dzieciaków kogokolwiek dziwi, że coraz młodsi pacjenci potrzebują pomocy psychologicznej i psychiatrycznej? Bardzo mi zależy, żeby panie to napisały – że my nie walczymy tylko o podwyżki, walczymy też o naszych uczniów, o lepszą edukację dla nich – podkreśla nauczycielka.
Bardzo zależy jej również, by zrozumiano: odejście od tablicy to nie jest łatwa decyzja. To obciążenie psychiczne, bo ci, którzy mimo wszystko są w zawodzie, kochają pracę z dziećmi, nie wyobrażają sobie, by je zawieść, skrzywdzić. Pomaga fakt, że w obliczu kolejnych obraźliwych komentarzy i pseudopropozycji naprawy oświaty ze strony rządu szkolna kadra naprawdę się zintegrowała. Zjednoczyły się starsze i młodsze nauczycielki, te doświadczone i te, które niedawno zaczęły pracę. Do tego nikt nie spodziewał się tak olbrzymiego wsparcia ze strony rodziców.
Hanna Brózda jest z tych bardziej doświadczonych nauczycielek, ale nikt nie może zarzucić jej rutyny, powielania starych schematów, niezrozumienia, że szkoła musi się zmieniać, jeśli ma naprawdę przygotować do życia.
– Dzieciaki są przeciążone wiedzą „do wkucia”, pracami domowymi. Nasz program jest przestarzały, a przez ostatnie lata pod ostatnią minister, cofnęliśmy się jeszcze bardziej – przewodnicząca komitetu znowu podkreśla, że strajkujący chcą odnowy całej oświaty, niskie płace to tylko część problemu. – Dzieci nie chcą dziś czytać tych samych lektur, które czytaliśmy my – za to z radością sięgają po „Harry’ego Pottera”, „Mikołajka”. Szkoła nie nadąża za rozwojem technologicznym. A teraz pani minister twierdzi, że przygotuje nam kolejną zmianę programu – w dwa miesiące. Tak się nie da. To wszystko wymaga czasu, konsultacji z praktykami, jeśli chcemy, aby nasza szkoła naprawdę była szkołą europejską.

Zrozumcie nas

– Pierwsza myśl po tym, kiedy usłyszałam, że nauczyciele zamierzają strajkować? Chyba złość, bo jestem ambitna, lubię się uczyć, zamierzałam wykorzystać ten kwietniowy tydzień na poprawienie ocen. No i z nauczycielami w mojej szkole nie zawsze dogadywałam się dobrze – mówi Olga, uczennica strajkującego LXXII Liceum im. Jakuba Jasińskiego na warszawskiej Pradze. – Ale potem, jak się nad tym zastanowiłam… Gdyby praca w szkole była lepiej płatna, to przychodziliby do niej ludzie naprawdę utalentowani, kreatywni, najlepsi. Nie byliby sfrustrowani, tylko dumni, że pracują z młodzieżą, robią coś ważnego i prestiżowego.
Wyrazy poparcia dla strajkujących pedagogów płyną od uczniów z całej Polski. Powstają specjalne strony na Facebooku, młodzież przychodzi do szkół z charakterystycznymi przypinkami, pisze listy poparcia. Po swojemu wspierają nawet niektórzy najmłodsi – i to nie może nie wywoływać u pedagogów uśmiechu, nawet jeśli część z nich po prostu cieszy się na nadprogramowe dni wolne.

– Pragniemy zaznaczyć, iż jesteśmy świadomi, że ta postawa nie jest wymierzona w naszą stronę, a w przyszłości będzie to lekcja postaw obywatelskich – piszą członkowie Samorządu Uczniowskiego w krakowskim gimnazjum nr 16. Zaś w Warszawie, na godzinę dwunastą 9 kwietnia, zaangażowani uczniowie planują zgromadzenie pod budynkiem MEN.
Wyrazy poparcia nauczycielom ślą też ludzie, którzy edukację szkolną już zakończyli – studenci i pracownicy różnych instytucji kultury. Banery wsparcia dla nauczycieli wiszą m.in. na warszawskim Teatrze Powszechnym, w teatrach w Szczecinie czy Toruniu zespół proponuje organizację zajęć dla dzieci, które nie mają z powodu strajku lekcji, a pod bramą UW odbywa się w środku dnia wiec solidarnościowy.
Z największą wdzięcznością, niekiedy zmieszaną z zaskoczeniem, nauczyciele przyjmują wyrazy wsparcia ze strony rodziców. Ich postawy się obawiali: czy zrozumieją, że strajk odbywa się w interesie całego społeczeństwa? Czy przeważy złość na to, że trzeba organizować opiekę dla dziecka, które normalnie poszłoby do szkoły? „Zrozumcie nas” to apel, którzy przewija się na ulotkach i plakatach ZNP.
Znajoma matka uczennicy stołecznej podstawówki nr 141 nr im. majora Sucharskiego na Pradze Południe mówi, że bez dobrej płacy dobrych nauczycieli nie będzie, więc wsparcie strajkujących powinno być w interesie nas wszystkich.
– Generalnie uważam, że osoby które spędzają z dziećmi tyle czasu co nauczyciele, powinny być najlepszymi z najlepszych, a tego nie da się osiągnąć bez dobrego wynagradzania. Żeby była pozytywna selekcja do zawodu trzeba tym ludziom zaoferować coś, co ich zmotywuje – mówi. I płynnie przechodzi do własnych doświadczeń: – Obserwuję zaangażowanie wychowawczyni mojej córki – planuje wycieczki z wyprzedzeniem, pisze do rodziców wiadomości czasem i o 22, dużo energii wkłada w przygotowanie lekcji i widać jej zaangażowanie. Wstyd mi, że tak mało zarabia za tak trudną i ważną pracę.
Nasza rozmówczyni zwraca uwagę na kwestię, która nie dla wszystkich jest oczywista: nauczyciele pracują nie tylko przy tablicy. „Panie świetliczanki” też  strajkują.
– Nauczycielki w świetlicy też mają konieczne dla tej pracy wykształcenie, studia. Po ostatnim dzwonku to one spędzają z dziećmi kolejne 5 godzin. Odrabiają z nimi lekcje, wymyślają ciekawe zajęcia, organizują wolontariat, spędzają czas po prostu. Jak zaglądam do świetlicy o 16.45, to one są w trakcie wycinania jakichś rzeczy do prac plastycznych albo „poważnych rozmów” z dziećmi. To naprawdę kupa roboty.
Najwyraźniej aż tylu zajęć na głowie nie mają katecheci. W Szkole Podstawowej nr 191 na warszawskim Mokotowie, którą odwiedziłyśmy, dwie katechetki nie podpisały listy strajkujących. W Szkole Podstawowej numer 336 im. Janka Bytnara „Rudego” ksiądz minął nas w drzwiach, uśmiechnięty od ucha do ucha. My wchodziłyśmy, on wychodził. Ze szkoły, w której – podobnie jak w sąsiednim przedszkolu – dyrektorki podjęły decyzję o zamknięciu budynku na cały dzień. Z powodu niemożności zapewnienia opieki dzieciom, czytaj: łamistrajków nie było lub było za mało.
Nauczyciele religii nie mają interesu w strajku (chociaż, trzeba przyznać, znaleźli się i tacy katecheci, którzy przerwali pracę razem z koleżankami i kolegami prowadzącymi inne przedmioty). Co prawda MEN i Episkopat nie chcą ujawnić zestawienia ich zarobków, ale w lutym Money.pl dotarł do informacji o tym, ile wynoszą ich płace w Słupsku: średnio 3700 zł brutto miesięcznie, znacznie powyżej średniej i nieco mniej niż nauczyciel dyplomowany, który ma wieloletnie doświadczenie, dziesiątki ukończonych kursów i szkoleń. Katecheci wcale nie muszą się legitymować nawet zwykłym przygotowaniem pedagogicznym.

Strajkują państwowe!

Rafał Trzaskowski pochwalił się na Twitterze, że, podobnie jak nasza rozmówczyni, mama z prawej strony Wisły, przyszedł dziś do pracy w towarzystwie syna. Staś zamiast na lekcje, powędrował do ratusza i siedział w prezydenckim fotelu.
Na co dzień Staś uczęszcza do Szkoły Podstawowej nr 16 im. Tony Halika na Kabatach na południu Warszawy. Postanowiłyśmy skierować się jego śladami, ponieważ zdradzono nam, że w tamtej podstawówce „rządzi” „Solidarność” i do ostatniej chwili obowiązywała wersja, że strajku jednak nie będzie.
Przed wejściem na boisko ośmio-, może dziewięcioletnie społeczeństwo obywatelskie złożone z trzech przedstawicieli ubranych z dżinsowe kurtki i czapki z daszkiem deliberowało, kto dziś protestuje.
– Głupi, prywatne pracują! Tylko państwowe dziś strajkują – tłumaczył koledze bardziej uświadomiony obywatel w wieku okołokomunijnym.
Na budynku powiewał jednak sztandar ZNP, nie „S”. Nauczycielki z żółtymi plakietkami wychodziły na zewnątrz „na papierosa”. Ale do szkoły nas nie wpuszczono. Nauczyciele zabarykadowali się i na wiadomość, że jesteśmy z mediów, wysłano do nas woźnego. Nie wejdziemy, nie porozmawiamy. Dlaczego? Trzeba by zapytać dyrektorkę… której akurat nie ma…
Dyrektorki nie ma
Tak samo wyglądała sytuacja w pobliskiej podstawówce im. Janka Bytnara „Rudego”, z tą różnicą, że obok flagi ZNP solidarnie powiewała ta z napisem solidarycą. Ale strajkujący nauczyciele ostatecznie do nas nie zeszli. Portier znowu tłumaczy: żeby rozmawiać, trzeba mieć zgodę dyrektorki… a tej, tak się składa, nie ma.
Przypominają nam się wszystkie wątpliwości i pytania, które padały na nauczycielskich grupach w mediach społecznościowych. Te zasadnicze: czy wolno odmówić pracy? czy nie będzie to kosztem dzieci? Potem, kiedy butna postawa rządu budziła coraz większy gniew, a ze strony rodziców i samych uczniów płynęło coraz więcej sygnałów zrozumienia, częstsze stały się wątpliwości techniczne. Jak się właściwie strajkuje – na jak długo przychodzimy do szkoły? Czy to prawda, że nie wolno logować się do elektronicznych dzienników? Co, jeśli ktoś z rodziców jednak przywiezie dziecko pod szkołę i tam je zostawi?
Niektórzy do końca zastanawiali się również, czy nie będzie represji ze strony kuratoriów i dyrektorów?
Co nam zaoferował rząd? Zwolnienia
Strach przełamał nauczyciel historii z Zespołu Szkół nr 27 przy ul. Rzymowskiego (dawnej Szkoły Rzemiosł Budowlanych nr 1) – wprawdzie nie na tyle, by nie prosić o anonimowość, jednak zgodził się z nami porozmawiać. Siadamy na pustym korytarzu: lekcji nie ma, gdyby zgłosili się uczniowie, dyrektor, który zgodnie z prawem strajkować nie może, musiałby zapewnić im jakieś zajęcia opiekuńcze. Protestuje niemalże komplet nauczycieli, niektórzy, jak nasz rozmówca, dziś nie prowadzą lekcji w tej placówce, a jutro podpiszą listę strajkową w innej szkole – żeby uskładać 18 godzin pensum, nie mają wyboru – muszą kursować między miejscami pracy. Dlatego nie mogli spokojnie słuchać ostatniej propozycji Beaty Szydło, sprowadzającej się do tego, by sami sobie sfinansowali podwyżkę.
– 24 godziny pracy przy tablicy? Poloniści i matematycy spokojnie uskładają etat w jednej szkole. Co do innych, to nie wiem, w ilu szkołach musieliby pracować. Niektórzy nauczyciele w mniejszych miejscowościach już są zatrudnieni w trzech szkołach, inaczej nie uzbierają tych 18 godzin. Co dopiero 24! Nie obyłoby się bez zwolnień – mówi. – Z drugiej strony, matematyków i fizyków w Warszawie już, z tego co wiem, brakuje. Przy takich kosztach życia, jakie są w stolicy, ludzie nie chcą iść do pracy w szkole, wiedząc, ile zarobią przez pierwsze lata, jako nauczyciele stażyści.
Uczniowie naszego rozmówcy, pierwsze i drugie klasy szkoły średniej, na razie cieszą się, że zyskali dzień wolny od lekcji. Także tutejsi maturzyści, których egzaminy tradycyjnie ruszają w maju, jeszcze nie są specjalnie zaniepokojeni perspektywą protestu w tych newralgicznych dniach. Co nie jest regułą; w innych placówkach, przyznaje mężczyzna, część uczniów jest zdezorientowana, zwłaszcza ci, którzy rozumieją, że przed przystąpieniem do egzaminu musi się odbyć klasyfikacja, a przecież strajkujący nauczyciele nie przeprowadzą rady pedagogicznej. I znowu w słowach nauczyciela przebija troska o wychowanków: nie pozwolimy, by przez nasz protest i nasze słuszne żądania ktokolwiek, zwłaszcza uczeń, został skrzywdzony, zapewnia historyk.
Nauczyciel wierzy, że decydujące będą dwa następne dni. – Liczymy na to, że rząd się ugnie w pierwszy dzień egzaminów gimnazjalnych. Ja osobiście mam nadzieję, że może nawet jutro. Pewnie w nocy, w swojej ulubionej porze – mówi. – Do tej pory kroki w tył robił tylko Związek, a musimy się spotkać w pół drogi.

Do spotkania daleko

Ale pierwszy dzień strajku kończy się – tak jak się zaczął – dwiema sprzecznymi narracjami. Nie spotkaniem, a próbą sił.
Wiceminister Kopeć: porozumienie, które podpisała tylko „Solidarność”, jest bardzo korzystne. Oznacza podwyżkę wynagrodzeń nauczycieli o 15 proc. jeszcze w tym roku.
Brakuje tylko dopowiedzenia: część z tych pieniędzy nauczyciele już dostali, bo nie chodzi o nową podwyżkę, a przyspieszenie wypłaty ostatniej transzy tej już przyklepanej. Do tego nie wiadomo, skąd budżet na rok 2019 miałby znaleźć pieniądze na podwyżkę przeznaczoną do wypłacenia w roku 2020.
Sławomir Broniarz na antenie Polsat News: nie mam tytułu do tego, by zawiesić protest. Po południu szef ZNP oznajmia, że większość nauczycieli jest zdeterminowana protestować dalej. Związek usiądzie do negocjacyjnego stołu, gdy tylko ze strony rządu padną poważne propozycje. W domyśle: nie takie, jak słowa wiceministra.
Rano 9 kwietnia na jednej z facebookowych grup nauczycielskich pada pytanie: strajkujecie? W ciągu niecałej godziny pada ponad 600 odpowiedzi: tak! I ciągle ktoś dopisuje następną.

Wsparcie protestujących

Polska Partia Socjalistyczna, od początku swego 127 letniego istnienia uważała, że przyszłość narodu polskiego związana jest nierozerwalnie z wychowaniem i edukacją młodego pokolenia, które powinno budować nowoczesną i spójną wizję człowieka i społeczeństwa. Nauczyciele odgrywają kluczową rolę w realizacji tego celu.
Obecna sytuacja materialna nauczycieli pozostaje w głębokiej sprzeczności z ich potrzebami i rolą w społeczeństwie.
W pełni popieramy postulaty płacowe nauczycieli oraz innych pracowników oświaty i rozumiemy, że w sytuacji braku właściwej troski rządu o stan polskiej oświaty uzasadnione jest przejście do radykalnych form protestu.
Popieramy działania związków zawodowych zrzeszających nauczycieli w walce o prawa wszystkich nauczycieli. Doceniamy szczególnie rolę Związku Nauczycielstwa Polskiego w niezłomnym prezentowaniu postulatów i organizację protestu.
Podobnie jak Związek Nauczycielstwa Polskiego uważamy, że zmiany strukturalne, szczególnie w tak wrażliwej dziedzinie jak wychowanie młodego pokolenia, nie mogą odbywać się w atmosferze bałaganu i stanu niepewności, który dotyka dzieci, młodzież, ich rodziców i nauczycieli.
Wyrażamy również głęboką obawę o niezależność światopoglądową nauczycieli w szkole zreformowanej według wizji PiS.

To strajk o przyszłość polskiej edukacji

Z prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego SŁAWOMIREM BRONIARZEM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

MEN próbuje „obejść” zaplanowany strajk nauczycieli, który ma rozpocząć się 8 kwietnia i wprowadzić do szkół zewnętrznych egzaminatorów. Jak na to zareaguje Związek Nauczycielstwa Polskiego?
To działanie niezgodne z prawem pracy. Nie można „wypożyczać” pracownika. Przecież nauczyciel jest pracownikiem szkoły A i nie można go oddelegować do szkoły B. Na jakiej podstawie? Mobilizacja środowiska jest ogromna. Jak wynika z danych – wciąż jeszcze niepełnych, bo bez wiadomości z połowy województwa podkarpackiego – prawie 79 procent ogółu szkół w Polsce zamierza wziąć udział w strajku rozpoczynającym się 8 kwietnia br.

ZNP domaga się tysiąca złotych podwyżki dla nauczycieli i ma to być kwota dodana do pensji zasadniczej. Ze strony mediów rządowych i popierających rząd coraz częściej pojawiają się fake newsy o rzekomo wysokich zarobkach nauczycieli. Podawanie średnich zarobków jest zawodne, zatem jakiego rzędu kwot najczęściej spływają na konta nauczycieli?
W ostatnich dniach strona rządowa posługuje się kwotami średnich wynagrodzeń, by zamaskować mizerię nauczycielskich wynagrodzeń. Politycy operują tzw. średnim nauczycielskim wynagrodzeniem, które tak naprawdę istnieje tylko na papierze (nie jest to średnia znana z lekcji matematyki, tylko konstrukcja prawna). To pojęcie stworzone po to, by księgowi w gminach i powiatach mogli rozliczać się z MEN i Ministerstwem Finansów z subwencji oświatowej wypłaconej samorządom na utrzymanie szkół. Stawki te nie mają wiele wspólnego z realnymi zarobkami nauczycieli. Do średniej płacy wlicza się wszystkie dodatki nawet te przyznawane tylko jeden raz w ciągu kariery (odprawa emerytalna) np. dodatek za pełnienie funkcji kierowniczej, nagrodę jubileuszową, dodatkowe wynagrodzenie za pracę w porze nocnej. Mówiąc o zarobkach nauczycieli podajemy wynagrodzenia zasadnicze, które zaczynają się od 1834 złote netto. Doświadczony nauczyciel – dyplomowany – może liczyć na zarobki porównywalne ze stawkami kierownika sklepu.

Oświatowa „Solidarność” domaga się podwyżki o połowę mniejszej, ale w Krakowie grupa nauczycieli z tego związku podjęła okupację kuratorium i protest głodowy. Poza tym zadeklarowała niechęć do współpracy z ZNP. Jak Pan odbiera ten ruch „S”? Jako szczery, czy jako próbę „przechwycenia” protestu?
Postulaty oświatowej „Solidarności” cały czas topnieją. Władze „S” w styczniu br. żądały dwóch podwyżek po 15 procent. Teraz chcą już tylko jednej – o 10 procent. I już nie upominają się o płace pracowników szkolnej administracji i obsługi. To jest bardzo przykre patrząc na to, co dzieje się teraz w szkołach i przedszkolach. Determinacja środowiska jest ogromna. Ludzie widzą, jak zachowuje się kierownictwo oświatowej „Solidarności” i współpracują z nami. Tak się dzieje w wielu szkołach na przykład w Poznaniu, Toruniu, Chorzowie.

Kończy się referendum w sprawie strajku. Czy docierają do Pana informacje co do tego, czy jest masowe poparcie nauczycieli dla strajku?
Poparcie dla strajku jest bardzo duże. Za udziałem w strajku, było aż 91 procent szkół, w których odbyło się referendum. To oznacza, że tylko w 9 procent szkół i przedszkoli, w których przeprowadzono referendum, pracownicy nie wyrazili chęci udziału w strajku.

Propaganda rządowa przypuściła ostry personalny atak zmierzający do zdyskredytowania Pana. Media prorządowe, w tym TVP bezustannie to eksploatują. Także na łamach „Gazety Polskiej” umieszczono okładkę z personalnym atakiem na Pana…
Łatwiej atakować mnie niż nauczyciela zarabiającego 1800 złotych, bo co do tego, że zarobki nauczycieli się za niskie, wszyscy się teraz zgadzają. Nawet prawica.
Wydaje się, że jeśli nauczyciele przegrają ten strajk, to szanse na poprawę ich materialnego bytu przepadną na kilka co najmniej lat niezależnie od tego, kto będzie rządził. Co Pan o tym sądzi?
Choć zabrzmi to górnolotnie, ten protest jest tak naprawdę protestem o przyszłość edukacji w Polsce.

Dziękuję za rozmowę.

Dobry Polak nienawidzi

Pan prezes Kaczyński buduje polską wspólnotę narodową na strachu. Zagrożeniu narodu polskiego przez jego wrogów. Jawnych i jeszcze nie zdemaskowanych. Żyjących nadal w Polsce i zagranicznych wyznawców antypolonizmu.
Wrogami Polski PiS-u okazali się już: „komuniści i złodzieje”, „uchodźcy z Bliskiego Wschodu”, „nadzwyczajna kaska sędziowska”, „totalna opozycja”, „geje, lesbijki, transwestyci”, oraz takie państwa jak Rosja, Francja, Ukraina, Niemcy, Izrael, Chiny, Czechy.
Teraz największymi wrogami narodu polskiego są polscy nauczyciele. Bo ośmielili się poprzeć przyszły strajk szkolny ogłoszony przez Związek Nauczycielstwa Polskiego.
„Nie krzywdźcie polskich dzieci”, apelują do nauczycieli prorządowe media narodowo – katolickie. Żarliwi PiS publicyści w audycjach TVP obrzydzają na wszelkie sposoby Związek Nauczycielstwa Polskiego i jego liderów.
Politycy PiS próbują też grać na ambicjach Piotra Dudy, lidera prorządowej NSZZ ”Solidarności”, i wepchnąć go w szeregi łamistrajków.
„Wystarczy nie kraść”, powtarzali jeszcze niedawno prominenci PiS i zapewniali wszystkich obywateli IV RP, że stan budżetu państwa polskiego jest znakomity.
Pewnie dlatego postanowili kupić sobie głosy wyborców za budżetowe pieniądze. Czyli pieniądze wyborców. Wierząc, że „ciemny lud” znów nabierze się na taką transakcję. Licząc, że kolejne transfery pieniężne nie pogłębią deficytowego budżetu państwa polskiego ponad ustawową granicę.
Dzisiaj już wiemy, elity PiS przeliczyły się licytując kolejne sumy do rozdania. Spodziewane w przyszłych latach spowolnienie europejskiej, czyli polskiej również, gospodarki doprowadzi do zwiększenia polskiego długu publicznego.
Każde pięćset złotych otrzymywane dzisiaj przez polskie dzieci będą dopisywane do długu jaki te polskie dzieci i ich rodzice będą musiały potem spłacać. Pracując równocześnie na emerytury swych babć i dziadków, przyszłe emerytury rodziców, koszty obsługi państwa polskiego, oraz na swoje utrzymanie.
Protestujący nauczyciele wiedzą, że w tym roku mają ostatnią szansę na wywalczenie swoich podwyżek płac. Bo jest to rok podwójnych wyborów parlamentarnych i rząd musi się liczyć z opinią wyborców. Bo tegoroczny deficyt budżetowy jeszcze takie podwyżki udźwignie, choć rząd będzie musiał już teraz szukać innych oszczędności.
Wiedzą też nauczyciele, że każdy nowy rząd tych podwyżek nie cofnie.
Elity PiS przypuszczają, że podwyżkami płac dla nauczycieli nie kupią sobie ich głosów. Tak jak w przypadku innych transferów pieniędzy z naszego deficytowego budżetu.
Dlatego rząd uruchomił już medialny program zohydzania polskich nauczycieli i ich związku. Już widzimy anty nauczycielskie ogłoszenia w prasie sygnowane przez ministerstwo edukacji narodowej. Ogłoszenia płatne z naszego deficytowego budżetu.
Rząd PiS chce kupić sobie głosy wyborców rozdając wyborcom ich pieniądze. Aby łatwiej im było utrzymać dzieci. Rozdaje te pieniądze wszystkim. Biednym i bogatym.
Jednocześnie rząd PiS nie chce polepszyć stanu polskiej oświaty. Nie chce aby polskie dzieci uczyli lepsi nauczyciele.
W efekcie bogaci rodzice kupią za pieniądze z programu 500+ korepetycje dla swych dzieci. Prywatnie podwyższą tym poziom ich edukacji.
Biednym rodzicom pieniędzy z Programu 500+ wystarczy na szkolne wyprawki. Na lepszą edukację już nie, bo na taką publiczną edukację państwo kaczyńskie nadal nie chce się zgodzić.
Bo „ciemny lud” silniej będzie nienawidził i potem pilniej będzie głosował?

Strajk za pasem

Kompletny paraliż oświaty w Polsce za mniej więcej dwa tygodnie stanie się faktem. Negocjacje Rady Dialogu Społecznego okazały się totalną klapą. ZNP liczy głosy w referendum strajkowym, „S” już głoduje w Małopolsce. A mamy dopiero marzec.

Szef oświatowej „Solidarności” Ryszard Proksa zarzekał się, że nie usiądzie przy jednym stole z szefem ZNP Sławomirem Broniarzem. A jednak usiadł – podczas nadzwyczajnego posiedzenia Rady Dialogu Społecznego. I obaj wstali od tego stołu zdegustowani. Paraliż oświaty na wiosnę jest już praktycznie przesądzony.
Tym razem to nie Anna Zalewska wzięła na siebie rolę głównego negocjatora, ale wicepremier Beata Szydło. Niestety – jedyne co miała do zaproponowania to przyspieszenie kilkuprocentowych podwyżek, które rząd miał dać nauczycielom w styczniu 2020 roku, ale łaskawie jest skłonny dać je we wrześniu 2019. Jak można się domyślać, taki obrót sprawy nie usatysfakcjonował absolutnie nikogo.
– Nie zbliżyliśmy się do kompromisu ani o złotówkę – powiedzieli, zgodni jak nigdy, przedstawiciele ZNP i Forum Związków Zawodowych, które wspólnie domagają się 1000 zł podwyżki dla nauczycieli od razu, oraz delegat „Solidarności”. – Nie było żadnych propozycji, które by nas zaskakiwały. To nic nowego. Jesteśmy daleko od tego, aby to w ogóle trąciło porozumieniem – mówił lider ZNP Sławomir Broniarz.
Czego domaga się „Solidarność”? chcą podwyżek takich samych jak w służbach mundurowych – czyli nie mniej niż 650 zł od stycznia tego roku i kolejnych 15 proc. od stycznia 2020 r. do wynagrodzenia zasadniczego bez względu na stopień awansu zawodowego nauczyciela. Natomiast ZNP oraz Forum Związków Zawodowych żąda jednorazowej podwyżki w wysokości 1000 zł.
Obie frakcje reprezentujące nauczycieli, mimo iż skłócone ze sobą wzajemnie, z perspektywy rządu przedstawiają nierealne oczekiwania. Beata Szydło zachwalała swoją poniedziałkową ofertę. Kusiła dyplomowanych nauczycieli pensją 6 tys. brutto. Komentarze pedagogów w sieci bardzo szybko zdemaskowały te sensacyjne doniesienia jako myślenie życzeniowe. Dziś dyplomowany pedagog z wieloletnim stażem na przykładzie Poznania – może liczyć na około 2800 zł brutto. Podwyżki Szydło magicznie nie zwiększą tej sumy dwukrotnie.
W tej chwili w sporze zbiorowym znajduje się około 85 procent polskich szkół. Organizacja NIE dla chaosu w szkole zbiera od nauczycieli informacje o wynikach referendów strajkowych. ZNP planuje protest od 8 kwietnia, w gorącym okresie egzaminacyjnym, grupa przedstawicieli „Solidarności” już głoduje, okupując od ubiegłego tygodnia budynek małopolskiego kuratorium oświaty. Protestującym Anna Zalewska również nie przedstawiła żadnej satysfakcjonującej propozycji. Jest zbyt zajęta kampanią wyborczą do europarlamentu. Wygląda na to, że nawet jeśli ZNP oraz NSZZ „Solidarność” nie połączą sił, paraliż oświaty już za dwa tygodnie może stać się faktem. Swój udział w strajku przygotowanym przez ZNP zapowiedzieli bowiem nawet pedagodzy zrzeszeni w „S” – uznając, że pójdą na niego indywidualnie, bez barw związkowych.
Atmosferę wieczorem 25 marca podgrzały dodatkowo media publiczne: kontrolowana przez prawicę telewizja „poinformowała” społeczeństwo, że przeciętny czas pracy nauczyciela wynosi… trzy godziny dziennie. Zasugerowała również, iż sfinansowanie podwyżek, jakich oczekuje ZNP, oznaczałoby zabranie pieniędzy emerytom.
Nie wspominając już o „zadowolonej” z podwyżek nauczycielce, którą wyjęto nie tylko z telewizyjnego archiwum, ale również z kontekstu.
Podwyżka była satysfakcjonująca. Jestem zadowolona z tych podwyżek. Oczywiście zawsze może być lepiej, ale nie narzekajmy, jest okej” – mówiła w materiale, pokazanym w „Wiadomościach” TVP, Małgorzata Biernacka ze Szczecina.
Sęk w tym, że słowa o podwyżkach mówiła rok temu, a wypowiedzi użyto „bez jej wiedzy i zgody” w „Wiadomościach” TVP.
„W tamtym momencie nie spodziewałam się, że kiedykolwiek moje słowa zostaną wykorzystane do tłamszenia protestu nauczycieli, którzy walczą o godne zarobki. Gdybym wiedziała, że jako grupa zawodowa zabierzemy wreszcie zdecydowany głos w tej sprawie nie siliłabym się na dyplomację, a raczej powiedziałabym prawdę. Sama w tej chwili w proteście biorę udział” – napisała kobieta na Facebooku dzień po emisji programu. – „Oczywiście, że nie byłam zadowolona z płacy, jaką otrzymywałam za swoją ciężka pracę. Jak wiadomo nawet po tamtych podwyżkach pensja nauczyciela kontraktowego (bo takim jestem) wystarcza tylko na przeżycie od 1. do 1. Jestem jednak osobą z natury optymistyczną, więc cieszyłam się na tamtą chwilę, że sytuacja zaczyna się poprawiać. Starałam się odpowiedzieć najbardziej dyplomatyczne jak potrafiłam. (…) Jest to manipulacja i propaganda ze strony telewizji. Z całego serca popieram kolegów i koleżanki po fachu, sama również biorę udział w proteście”.
Szef ZNP Sławomir Broniarz na wszelkie sposoby stara się przekonać rząd, by jednak podjął rozmowy z nauczycielami. Powtarza: do 8 kwietnia jest jeszcze trochę czasu, więc jeśli naprawdę nie chcecie kataklizmu w oświacie, wykażcie dobrą wolę! Rząd przyjął jednak konfrontacyjną postawę.
Michał Dworczyk w poniedziałek 25 marca rano stwierdził, że budżet nie udźwignie postulowanych przez ZNP podwyżek w wysokości 1000 zł.
W przeciwieństwie do „piątki Kaczyńskiego”. Dlatego trudno dziwić się nauczycielom, którzy są przekonani, że po latach lekceważenia przez kolejne rządy, tylko działając zdecydowanie mają szansę coś uzyskać.

Strajk nauczycieli puka do drzwi

25 marca w szkołach odbędą się referenda strajkowe, zaś 8 kwietnia, jeśli taka będzie wola nauczycielek i nauczycieli, rozpocznie się bezterminowy protest – ogłosił dziś przewodniczący ZNP Sławomir Broniarz.

Prezydium związku zawodowego, który od ponad roku domaga się podwyższenia wynagrodzeń nauczycieli o 1000 zł, ustaliło treść pytania, jakie zostanie postawione uczestnikom referendum strajkowego. Będzie się ono odnosić właśnie do ignorowanych przez MEN postulatów finansowych pedagogów: „Czy wobec niespełnienia żądania do podwyższenia wynagrodzeń zasadniczych o 1000 złotych z wyrównaniem od 1 stycznia 2019 roku jesteś za przeprowadzeniem w szkole strajku?”. Jeśli w referendum zagłosuje przynajmniej połowa uprawnionych, w poniedziałek 8 kwietnia nauczyciele przerwą pracę – do odwołania.

Na konferencji Sławomir Broniarz mówił o tym, że nauczyciele wyczerpali wszystkie formy prowadzenia dialogu. Podkreślał, że uczestnictwo w Zespole ds. Statusu Zawodowego Nauczycieli i rozmowy z minister Anną Zalewską nic nie dawały.

– Nie było ze strony MEN żadnej woli do negocjacji – podsumował związkowiec. Trudno się z nim nie zgodzić w świetle tego, jak Anna Zalewska traktowała nauczycieli, ostentacyjnie porozumiewając się głównie z prorządowym związkiem zawodowym, „Solidarnością”, a w mediach rozpowszechniając zawyżone szacunki dotyczące płac w szkołach.

ZNP informuje, że w spór zbiorowy z pracodawcami weszło w zależności od województwa od 82 do 85 proc. szkół i przedszkoli. W skali całego kraju – 78 proc. Mobilizacja środowiska nauczycielskiego jest faktycznie wyższa niż kiedykolwiek. W grupach zrzeszających nauczycieli w mediach społecznościowych nieustannie padają wezwania, by działać „teraz albo nigdy”, zawalczyć o szacunek dla zawodu i przyszłość samych szkół, którym już obecnie trudno przyciągać utalentowanych absolwentów wyższych uczelni. Tych pedagogów, którzy jeszcze wahali się, czy strajkować, mobilizują pełne pogardy komentarze prawicowych polityków dotyczące ich pracy. Jak sugestia Krzysztofa Szczerskiego, że nauczycielki i nauczyciele mogą dostać pieniądze jak wszyscy Polacy, w postaci 500+ na urodzone/spłodzone dzieci, więc nie powinni mieć o nic pretensji.

W podobnym duchu wypowiedział się zresztą wiceminister edukacji narodowej Maciej Kopeć, odpowiadając na zapowiedzi ZNP. Powtórzył wielokrotnie obalane przez związek dane o rzekomych wysokich podwyżkach i zarobkach w szkolnictwie. Przekonywał także, że nauczyciele nie mają powodów do zmartwień, bo przecież trafiają do nich transfery społeczne wprowadzone przez PiS, a teraz, wraz ze zwolnieniem najmłodszych dorosłych z płacenia PIT-u, dojdą następne korzyści.

Z poparciem dla nauczycieli wystąpiła natomiast lewica. – Wielu wchodziło w ten zawód z poczuciem misji. Wielu się wypalało i zostawało z narastającymi frustracjami. Dość tyrania za jałmużnę. Dość wydawania grubych milionów na deformę edukacji – pisze na Facebooku partia Razem.

Pani minister nie wie, co to dialog

„Zirytowany jestem nie tylko ja, ale większość środowiska nauczycielskiego – mówi Kamili Terpiał (wiadomo.co) Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

PO: Gdzie są pieniądze dla nauczycieli?
– Rodzice i nauczyciele są zaniepokojeni tym, że w sobotę nie padła żadna propozycja dla nauczycieli. Czekamy zatem na konkretne, realne decyzje rządu i na to, aby nauczyciele otrzymali podwyżki, aby poprawiła się ich sytuacja finansowa. Uniki minister Anny Zalewskiej i brak dialogu powodują, że sytuacja jest coraz bardziej napięta. Najpilniejszy problem to zapobiec strajkowi nauczycieli i to jest odpowiedzialność rządu – mówiła na konferencji prasowej była minister edukacji narodowej Krystyna Szumilas z PO.
Posłowie opozycji żądają od premiera Mateusza Morawieckiego, aby spotkał się z przedstawicielami wszystkich związków zawodowych i rozwiązał problem podwyżek dla nauczycieli. – PiS w tej sprawie zachowuje się nie jak partia rządząca, tylko jak ludzie owładnięci żądzą rządzenia, myślą tylko o tym, jak wygrać wybory – dodaje poseł PO Rafał Grupiński.
Przypominają, że w miniony piątek na ich wniosek zwołane zostało specjalne posiedzenie sejmowej komisji edukacji, nauki i młodzieży, na której poruszony został temat podwyżek dla nauczycieli, ale bezskutecznie.
– Pani minister Anna Zalewska nie zdaje sobie sprawy z sytuacji, w którą nas wszystkich wpycha, a przede wszystkim nauczycieli. Minister Zalewska, mimo iż patrzy w kierunku Brukseli, powinna spojrzeć na to, co po sobie zostawia. Nie bierze pod uwagę tego, że chcemy pomóc. Zaproponowaliśmy poprawkę do budżetu, która miała pomóc samorządom w złagodzeniu skutków podwójnego rocznika oraz przeznaczała 2 mld zł na podwyżki dla nauczycieli. W budżecie zaproponowanym przez PiS nie ma żadnych dodatkowych pieniędzy na ten cel – oburza się posłanka Urszula Augustyn, była wiceminister edukacji.

PSL składa projekt ustawy zakładający 1000 złotych podwyżki
– Rząd chciał stworzyć wrażenie, że dba o wszystkich Polaków, niestety tak nie jest. Jest wiele grup społecznych, zawodowych, które od wielu miesięcy protestują, domagają się podwyżek, lepszego traktowania, prawdziwej rozmowy. Ich postulaty nie zostały uwzględnione w propozycjach rządowych – mówił w Sejmie prezes PSL.
Dlatego zaprezentował projekt ustawy podnoszący wynagrodzenia dla nauczycieli. – To grupa zawodowa, która od wielu miesięcy walczy o lepszą jakość nauczania w Polsce, o to, żeby dzieciaki miały lepszy dostęp do wiedzy, żeby ta wiedza była jak najstaranniej przekazywana, żeby była nie tylko edukacja, ale i wychowanie w szkole. Walczą o to, żeby rodzice byli spokojni o przyszłość swoich dzieci i oczywiście o to, żeby warunki pracy nauczycieli były jak najgodniejsze – tłumaczył Władysław Kosiniak-Kamysz.
Projekt zgłoszony przez ludowców zakłada podwyżkę dla wszystkich nauczycieli: stażystów, dyplomowanych i mianowanych o 1000 złotych.

Broniarz: Nastroje są bojowe

KAMILA TERPIAŁ: Ostatnie obietnice PiS przelały czarę goryczy? Jest pan wkurzony na rząd?
SŁAWOMIR BRONIARZ: To budzi we mnie ogromną irytację. Jest rzeczą niedopuszczalną, że nagle dowiadujemy się, że są ogromne pieniądze, choć budżet jest już zamknięty.

Wiele razy nauczyciele słyszeli, że nie ma pieniędzy na podwyżki. Czuje się pan oszukany?
Tak. Od dawna byliśmy informowani, że rząd stać najwyżej na 100 złotych podwyżki. Tak samo, jak państwa nie stać na 500 złotych dodatku dla niepełnosprawnych i ich opiekunów. Politycy PiS-u prosto w twarz byli w stanie mówić, że nie ma pieniędzy. To straszne. Potem nagle okazało się, że PiS, jak królik z kapelusza, wyciąga 40 miliardów złotych. Zirytowany jestem nie tylko ja, ale większość środowiska nauczycielskiego. Myślę, że przelała się taka dawka emocji, jak po stu spotkaniach związkowych i objeździe całej Polski. Nastroje są bojowe.
Oliwy do ognia dolewa fakt, że znika jakikolwiek dialog związkowy, a zastępuje go rozmowa rządu z „Solidarnością”. Centrum dyskusji przeniosło się na ulicę Nowogrodzką. Tylko patrzeć, jak rząd będzie reaktywował Centralną Radę Związków Zawodowych, na której czele stanie Duda. To też budzi niepokój, bo do tej pory wydawało się, że jednak pewne normy cywilizowanej debaty, a przynajmniej jej pozory będą obowiązywały.

Minister edukacji przekonuje, że od początku robi, co może, i dlatego nauczyciele dostali od stycznia podwyżki.
Mówimy nie tylko o podwyżkach, ale także o braku jakiejkolwiek wizji, która pokazywałaby, że edukacja jest w stanie sprostać oczekiwaniom XXI wieku. Gdyby nie nauczyciele i ich kolosalny wysiłek, to wszystko, co minister edukacji wygenerowała w ciągu ostatnich 3 lat, zniszczyłoby doszczętnie polską szkołę. Tylko nauczycielom zawdzięczamy to, że nie doszło do najgorszego. Za to wszystko proponuje się nam podwyżkę w wysokości od 83 do 115 złotych netto i przekonuje, że więcej nie ma. Poza tym ta podwyżka została nam narzucona, nie była przedmiotem żadnej dyskusji i negocjacji. Minister przyszła na spotkanie tylko po to, aby zakomunikować, że jest tyle i więcej nie będzie.
Pani minister nie wie, co to jest dialog. Nie ukrywam mojego wielkiego rozgoryczenia i rozczarowania.

Strajk jest właściwie przesądzony?
Rozpoczynamy referendum, które będziemy chcieli zakończyć maksymalnie 22 marca, po to, aby przygotować sam strajk. Cieszymy się, że do strajkujących nauczycieli i członków ZNP coraz liczniej dołączają przedstawiciele „Solidarności”. Przed chwilą na Twitterze przeczytałem wpis jednego z członków „S”, który twierdzi, że nie obchodzi go stanowisko jego kierownictwa, za to popiera nasze działania i postulaty.

Czyli strajk odbędzie się już na początku kwietnia, podczas egzaminów gimnazjalnych i ośmioklasisty?
Ta decyzja zostanie zakomunikowana 5 marca. Musi się pani uzbroić w cierpliwość.

Nie tylko ja. Nie boi się pan gniewu rodziców?
Poziom niezadowolenia rodziców oczywiście bierzemy pod uwagę. Ale powtarzam wszem i wobec, że nie mamy innej możliwości, chociaż będziemy starali się przeprowadzić to jak najbardziej bezboleśnie. Większą szkodą dla dzieci jest petryfikowanie tego stanu rzeczy – uczą nas nauczyciele, których udajemy, że wynagradzamy, i którym proponujemy 1850 złotych miesięcznie. Jeżeli taka sytuacja się utrzyma, to we wrześniu do szkoły przyjdzie nieliczna grupa nauczycieli, których ta kwota zadowala. Inni będą po prostu szukać pracy w innych zawodach. Dlatego tłumaczymy rodzicom, że to wbrew pozorom leży w interesie ucznia i przyszłych pokoleń. Powinniśmy zrobić wszystko, aby nauczyciele nie byli zmuszani do pracy za najniższe wynagrodzenie w kraju.
Cieszymy się, że w Europie jest Bułgaria i Rumunia, bo inaczej bylibyśmy na szarym końcu, a tak zajmujemy zaszczytne trzecie miejsce od końca.

Domagacie się podwyżki w wysokości 1000 zł. Ile w sumie to kosztowałoby budżet państwa?
Mamy 700 tysięcy nauczycieli, naszym zdaniem zmieścilibyśmy się w kwocie do 10 miliardów złotych. Nieprawdą są wyliczenia ministerstwa edukacji, które mówi o około 17 miliardach. To są astronomiczne pieniądze. Ale moje podejście zmieniło się, gdy usłyszałem, że nagle rząd jest w stanie dać 11 miliardów złotych emerytom, przy całym szacunku dla dorobku tej grupy. Premier rozbudził takie emocje i nadzieje, że puściły wszelkie ograniczenia. Przypominam, że płaca nauczyciela dyplomowanego od 1 stycznia wynosi niecałe 2500 tysiąca złotych netto. Rodzina młodych nauczycieli z dwójką dzieci, którzy zarabiają po 1850 złotych po podwyżce, żyje na poziomie poniżej minimum socjalnego.

Poseł PiS apeluje do rodziców do pozywania ZNP za „utracone szanse uczniów”. Słyszał pan o tym?
Wiedza nie boli, ale brak wiedzy już tak. Panu posłowi, który rozpowszechnia te nieprawdziwe wiadomości, polecam lekturę ekspertyz prawnych. Nie ma takiej możliwości. Stroną może być ministerstwo edukacji i Centralna Komisja Egzaminacyjna, a nie nauczyciel.
Zbliżają się egzaminy i przypominam wszystkim, że aby się odbyły, potrzebny jest nie tylko uczeń i nauczyciel, ale także egzaminator, który je sprawdzi. Minister edukacji zepchnęła to na bok, trochę podwyższyła stawki za taką pracę, ale większość i tak nie zamierza się za takie pieniądze angażować.
To jest zresztą kolejny problem.

Groźba strajku może doprowadzić do tego, że i dla nauczycieli pieniądze się znajdą?
Walczymy nie tylko o pieniądze, ale o to, aby edukacja była postrzegana nie jako zło konieczne i dziura budżetowa, tylko jako element prorozwojowy, decydujący o przyszłości tego kraju. Jeżeli mamy być Europejczykami także w zakresie płacowym – tak twierdzi przecież premier Mateusz Morawiecki – to chcemy zarabiać tak jak zarabiają Europejczycy. A płace nauczycieli w tej chwili wynoszą 50 proc. tego, co jest w krajach UE. To przepaść.

Odetchnął pan z ulgą po informacji, że Anna Zalewska będzie kandydowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego?
Wcześniej pani minister twierdziła, że nie będzie kandydować w tych wyborach, bo musi dokończyć swoją reformę. Przykre jest też to, z jakimi wartościami występuje – neguje dialog, nie szanuje partnerów, nie wie, co to kompromis.
Jest osobą, która ma problem ze zdefiniowaniem wartości, które decydują o funkcjonowaniu UE.

To ucieczka?
Złoty spadochron, który partia zafundowała pani minister, ma chyba służyć do pozbycia się jej z Polski, po to, aby wyciszyć awanturę, która toczy i będzie się toczyć wokół edukacji. W trakcie wyborów europejskich 720 tysięcy uczniów będzie biegało od komputera do komputera albo od szkoły do szkoły, aby znaleźć sobie miejsce w szkole ponadgimnazjalnej. To jest efekt tego, że w 2016 roku minister Zalewskiej zabrakło wiedzy i wyobraźni, na pierwszym planie była dyspozycja polityczna. Powiem szczerze, że wolałbym, aby takie osoby nie reprezentowały Polski na forum Parlamentu Europejskiego.

PPS z nauczycielami

10 stycznia br., Zarząd Główny Związku Nauczycielstwa Polskiego podjął uchwałę, którą de facto rozpoczął realizacje procedur związanych z wejściem w spór zbiorowy. Jest to odpowiedź związkowców na kolejne fiasko rozmów z minister edukacji. W konsekwencji coraz bardziej prawdopodobny jest strajk generalny w oświacie.

Dziś postawa nauczycieli każe nam uczciwie spojrzeć na problemy w oświacie. Nie powinniśmy traktować ich jedynie jako problemy nauczycieli. Jako Socjaliści uważamy, że Państwo powinno gwarantować młodym ludziom naukę na najwyższym możliwym poziomie. Tylko wtedy, będzie ono w stanie dobrze się rozwijać. Niestety, wydatki na oświatę w Polsce (w przeliczeniu na jednego ucznia) plasują nas znacznie poniżej średniej krajów UE. To ma swoje daleko idące konsekwencje.
We współczesnej Polsce rządzący przerzucają na rodziców największe koszty nauczania swych dzieci. Rodzice płacą za dodatkowe zajęcia, świetlice szkolne, wycieczki edukacyjne, składają się na doposażenie szkół itp. Dotyczy to nauki na każdym poziomie, również przedszkolnym, gdzie na przykład zajęcia dodatkowe są niestety również dodatkowo płatne. Już na tym poziomie nauczania, państwo kreuje podziały na bogatszych i biedniejszych, a co za tym idzie mających szansę wiedzieć więcej lub mniej (przy czym, szanse te nie wynikają z własnej woli czy możliwości dziecka). Naszym zdaniem, zdaniem Socjalistów, nauka szkolna powinna być w pełni gwarantowana przez Państwo, zatem obecna sytuacja jest niedopuszczalna.
Reformy oświaty nie przyniosły żadnej poprawy. Nieprzemyślane,źle przygotowywane, często w oparciu o ideologiczne przesłanki zmiany, doprowadziły do chaosu. Kolejni ministrowie udają, że wszystko jest w porządku. Przekonują, że sytuacja jest dobra, a nawet bardzo dobra.
Naszym zdaniem, w sytuacji gdy finanse państwa, zgodnie z zapewnieniami rządu, są w tak dobrej kondycji, nie ma powodów, aby nauczyciele nie mogli odczuć tej poprawy. Podwyżki, o które walczą, pozwolą uwierzyć, że rząd myśli o oświacie dojrzale. Nie można budować dobrego systemu kształcenia i wychowania  bez większych nakładów. Po 1989 roku pozycja nauczyciela była deprecjonowana przez koleje rządy. Dziś wreszcie pora to zmienić!
Polska Partia Socjalistyczna uważa, że dobrym początkiem będzie podniesienie pensji nauczycielom i pracownikom oświaty. Przecież rządzący tak pięknie tłumaczą, że zarobki w zarządach spółek skarbu państwa muszą być wysokie, muszą bowiem przyciągnąć do pracy profesjonalistów. Dziś PPS pyta, dlaczego  profesjonalistów w szkole można tak słabo opłacać?
Związek Nauczycielstwa Polskiego mówi o uporządkowaniu wielu kwestii w szkolnictwie, m. in. odbiurokratyzowaniu przedszkola i szkoły. Nauczyciele nie mają czasu na uczenie, wciąż wypełniają jakieś biurokratyczne zestawienia. To należny zmienić. Jednak jako Socjaliści przestrzegamy, zmiany po raz kolejny nie mogą być pozorowane i motywowane ideologicznie. Polska publiczna szkoła kolejnej takiej reformy może nie przetrwać. Nie skazujmy następnych pokoleń jedynie na prywatną edukację. Koniecznym jest dialog społeczny i wsłuchiwanie się w problemy, które nauczyciele zgłaszają. Opuszczanie sali negocjacyjnej niczego nie załatwia.
Polska Partia Socjalistyczna w pełni solidaryzuje się z nauczycielami. Popieramy strajk zapowiedziany przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. Wraz ze związkowcami, domagamy się istotnych podwyżek płac dla pracowników oświaty i przywrócenia odpowiedniej rangi zawodowi nauczyciela.