Wybory prezydenckie (cz. I)

Wybory prezydenckie coraz bliżej. W przyszłym roku, tak jak działo się to co pięć lat, wystartują wybitni, znani politycy, mniej wybitni politycy oraz osoby do tej pory wyborcom kompletnie nieznane, najczęściej bez żadnego doświadczenia politycznego i społecznego.

Nazwiska tych ostatnich przeminą szybko, u niektórych z nas czasem tylko pozostanie pamięć o tym, że jeden z pretendentów był producentem wkładek do butów, a inny zjeżdżalni montowanych w „aqua-parkach”. Zapamiętujemy zwycięzców, bo byli naszymi prezydentami, ale zapewne już nie wszyscy wymienimy bezbłędnie, po kolei, przegranych w drugiej turze. Na pewno bardzo niewielu wymieni tych, którzy zajęli trzecie i czwarte miejsce. Dodatkową komplikacją może być fakt, że we wstępnej fazie, zanim jeszcze zarejestrowane zostaną komitety wyborcze poszczególnych kandydatów, a następnie zanim uda się tym komitetom zebrać wymagane sto tysięcy podpisów, do wyborców dociera ze strony partii politycznych, politologów i samych zainteresowanych bardzo szeroka lista nazwisk potencjalnych kandydatów, którzy nimi ostatecznie nie zostają.

Pierwsze „parlamentarne”

Z perspektywy czasu zaciera się kto tylko zgłaszał swą gotowość, a kto ostatecznie znalazł się na karcie do głosowania. Warto więc przypomnieć jak to z wyborami prezydenta RP w III Rzeczpospolitej bywało. Analizie poddaję tylko wybory powszechne, pomijając pierwsze z 1989, gdyż dokonywał ich, podobnie jak w II RP, nie suweren a Zgromadzenie Narodowe.
Na marginesie zauważę, że dla prezesa PiS suwerenem, na którego się on powołuje jest jego wierny elektorat, dla mnie zaś, zgodnie z nauką wyniesioną z tego samego co prezes wydziału, suwerenem jest ogół wyborców, a więc też ci którzy głosują na opozycję lub niestety nie głosują wcale.

Pierwsze powszechne

W 1990 roku wolę startu w wyborach deklarowało 16 kandydatów, wśród nich osoby, o których Polacy usłyszeli po raz pierwszy (ale i ostatni) jak Jan Bratoszewski, Edward Mizikowski, Józef Onoszko, czy Waldemar Trajdos. Wyjątkiem Stanisław Tymiński, pamiętany do dziś, bo sporo namieszał, więc dał się zapamiętać, tym bardziej że raz jeszcze po 15 latach próbował politycznie zaistnieć.
Tylko siedem komitetów zebrało wymagane 100 tysięcy podpisów, lecz Kornelowi Morawieckiemu części z nich nie nie uznano, więc nie został zarejestrowany. Ostatecznie więc wystartowało sześciu kandydatów: Roman Bartoszcze, Włodzimierz Cimoszewicz, Tadeusz Mazowiecki, Leszek Moczulski, Stanisław Tymiński i Lech Wałęsa. Wybory różnić się będą od następnych, między innymi tym że w kolejnych lista kandydatów była zawsze dłuższa, czasem nawet znacznie. Ponadto do finału, ku zaskoczeniu wszystkich, dostał się Stanisław Tymiński kandydat „znikąd” pokonując faworyta Mazowieckiego, którego wielu komentatorów, jeszcze przed wyborami, widziało już w fotelu prezydenckim. Lech Wałęsa zdobył 6 569 889 głosów, czyli 39,96 proc. , Tadeusz Mazowiecki, urzędujący i bardzo popularny premier, zaledwie 2 973 364 głosów, czyli 18,08 proc. , a wyprzedził go Stanisław Tymiński osiągając aż 23,10 proc. poparcia od 3 797 605 wyborców. Czwarte miejsce przypadło Włodzimierzowi Cimoszewiczowi (9,21 proc. – 1 514 025 głosów), co kandydata lewicy, w tamtym czasie, winno słusznie napawać satysfakcją. Najsłabszy wynik uzyskał Leszek Moczulski bo tylko 411 526 głosów, co dało mu 2,50 proc. , jednak porównując to z późniejszymi wyborami, trzeba przyznać że cała stawka była dość równa, a ten ostatni wynik, choć niski, nie był dezawuujący kandydata, jak to będzie się zdarzać w kolejnych wyborach.
W II turze wygrał zdecydowanie Lech Wałęsa uzyskując aż 74,25 proc. poparcia od 10 662 696 wyborców. Jego konkurenta Stanisława Tymińskiego poparło 3 683 098 wyborców, a więc o 115 tysięcy mniej niż w pierwszej turze, dało mu to 25,75 proc. . Nigdy później zwycięstwo nie było tak przytłaczające, nigdy też żaden z wygranych nie zdobył ponad 10 milionów głosów wyborców. Warto dodać, że weteran prezydenckich kampanii wyborczych Janusz Korwin Mikke w tych wyborach swój komitet zarejestrował, nie zebrał jednak wymaganej ilości głosów, by stanąć w szranki.

Iść spać z Wałęsą, budzić się z…

W roku 1995 aż 18 komitetów przekazało do Państwowej Komisji Wyborczej zebrane podpisy poparcia dla kandydatów, jednemu tylko z nich, Bronisławowi Tejkowskiemu, wykazano że zebrał mniej niż wymagana ilość 100 tysięcy. Zarejestrowano wiec 17 kandydatów, w tym satyryka Jana Pietrzaka i producenta wkładek do butów Kazimierza Piotrowicza. Czterech kandydatów, jeszcze przed drukiem kart do głosowania ze startu zrezygnowało, ostatecznie więc w pierwszej turze wybieraliśmy spośród 13 pretendentów. Nadal jest to najdłuższa lista wyborcza jak do tej pory. Ostatnie trzynaste miejsce zajął kandydat noszący nazwisko Bubel zdobywając poparcie 0,04 proc. głosujących, to jest zaledwie 6 825 wyborców. To najgorszy z dotychczasowych wyników. Niewątpliwie zaskoczeniem dla wielu był świetny wynik Aleksandra Kwaśniewskiego, który zdobył ponad 358 tysięcy głosów więcej od Wałęsy (więcej o 2 proc. ) i słaby Jacka Kuronia; zajął on trzecie co prawda miejsce, ale zdobywając tylko 9,22 proc. , na co złożyło się 1 646 946 głosów.
W pierwszej turze Aleksander Kwaśniewski zdobył 6 275 670 głosów, czyli 35,11 proc. , zaś Lech Wałęsa 5 917 328 głosami osiągnął 33,11 proc. . Janusz Korwin Mikke, który od roku 1995 startował już zawsze w wyborach prezydenckich zajął miejsce ósme uzyskując 428 969 głosów (2,40 proc. ). Po raz pierwszy pojawiło się w kontekście wyborów prezydenckich nazwisko Lecha Kaczyńskiego, po zarejestrowaniu zrezygnował on jednak ze startu przekazując symbolicznie swe głosy (nieotrzymane przecież) na Jana Olszewskiego, który osiągnął czwarte miejsce ze stosunkowo słabym wynikiem.
W drugiej turze zwyciężył Aleksander Kwaśniewski zdobywając 9 704 439 głosów – 51,72 proc. , Lech Wałęsa uzyskał 9 058 176 głosów – 48,28 proc. .
Najwyższa była, jak dotąd, frekwencja wyborcza (w pierwszej turze 64,70, a w drugiej 68,23 proc. ).

Marian nie wypala

Pięć lat później, w 2000 roku zarejestrowano 13 kandydatów, tuż przed wyborami zrezygnował Jan Olszewski apelując o głosowanie na Mariana Krzaklewskiego, szefa Solidarności. Krzaklewski zajął trzecie miejsce, z obiektywnie nie najgorszym jak na to miejsce wynikiem 15,57 proc. otrzymując prawie 2 740 tys głosów, jednak przy wielości podmiotów go popierających był to wynik słaby, o ponad 300 tys więcej głosów zdobył Andrzej Olechowski zajmując miejsce drugie. Aż pięciu kandydatów osiągnęło wynik poniżej 1,0 proc. , najmniej bo 0,10 proc. Bogdan Pawłowski (17 164 głosy). Zaskakująco niski, wręcz kompromitujący wynik, przyjmowany przez komentatorów z niedowierzaniem, bo zaledwie 1,01 proc. i siódme miejsce zdobył Lech Wałęsa zyskując poparcie 178 590 wyborców. Wyprzedził go nawet Janusz Korwin Mikke Korwin zdobywając 252 499 głosów (1,43 proc. ).
Po raz pierwszy, dotąd jedyny, nie było drugiej tury wyborów.
Urzędujący prezydent Aleksander Kwaśniewski znokautował i zdeklasował rywali osiągając już w I turze wygraną wynikiem 53,90 proc. zdobywając 9 485 224 głosów. Drugiego na liście Andrzeja Olechowskiego poparło 17,30 proc. wyborców (3 0 44 141 głosów).
Nigdy później żaden ze zwycięzców, tak jak Aleksander Kwaśniewski, nie zdobył w dodatku dwukrotnie, ponad dziewięciu milionów głosów poparcia. Nigdy też później pod sztabem kandydata (był to Hotel Dom Chłopa w Warszawie) nie zgromadziła się taka masa wiwatujących jego zwolenników.

Dziadek z Wehrmachtu

Rok 2005 zaskoczył ilością chętnych do startu w wyborach. Zarejestrowano 16 kandydatów (wcześniej zarejestrowano aż 27 komitetów). Ostatecznie o fotel prezydenta walczyło 12 kandydatów gdyż wycofali się Włodzimierz Cimoszewicz, Maciej Giertych (ojciec Romana) i Zbigniew Religa, a jeden z kandydatów (Daniel Podrzycki) zmarł. Rezygnacja Cimoszewicza wiązała się z rozpętaną przeciwko niemu nagonką i tak zwanym czarnym PR (sprawa Jaruckiej) co w drugiej turze dotknęło Donalda Tuska („dziadek z Wehrmachtu”). O ile autor pomówienia wobec Tuska jest od początku znany (Jacek Kurski), to na pytanie kto stał za „sprawą” Anny Jaruckiej, skazanej za swe przewiny prawomocnym wyrokiem na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu, wciąż nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Nota bene Jacek Kurski za swe słowa został (ale tylko na kilka miesięcy) wykluczony z PiS. Czym się zajmuje dziś i za jakie apanaże – wiadomo.
Pierwszą turę wygrał Donald Tusk (36,33 proc. ) zdobywając 5 429 666 głosów. Drugi był Lech Kaczyński (33,10 proc. ) gromadząc poparcie 4 947 927 wyborców. Trzecie miejsce zajął Andrzej Lepper ze stosunkowo dobrym wynikiem (15,11 proc. ) co zawdzięcza głosom 2 259 094 zwolenników. Warto odnotować wynik czwarty. Marek Borowski zdobył 1 544 642 głosów (10,33 proc.). To, obok Włodzimierza Cimoszewicza z roku 1990, drugi dobry wynik na miejscu czwartym nawiązujący kontakt z czołówką. Aż pięciu kandydatów odnotowało poparcie poniżej 1,0 proc. , na ostatnim miejscu znalazł się Adam Słomka (0,06 proc. ) otrzymując zaledwie 8 895 głosów. To drugi tak słaby, obok Leszka Bubla w 1995, wynik w historii wyborów prezydenckich. Tenże Bubel startował i tym razem zdobywając 18 828 (0,13 proc. ) głosów.
Druga tura odwróciła kolejność jaką kandydaci zajmowali po pierwszej. Lech Kaczyński wygrał z poparciem 54,04 proc. wyborców, gromadząc 8 257 468 głosów, na Donalda Tuska oddało swe głosy 45,96 proc. obywateli (7 022 319 osób).
Prezes na nervosolu
Katastrofa smoleńska zweryfikowała wiele deklaracji gotowości startu w wyborach 2010 roku. Do 9 kwietnia było już piętnaście takich deklaracji, co istotne, składanych w kontekście bardzo niskich notowań kończącego swą kadencję Lecha Kaczyńskiego. 1 marca 2010 ogłoszono, że poparcie dla niego wynosi 18,7 proc. , gdy Bronisława Komorowskiego popierało ponad dwa razy więcej bo 39 proc. sondowanych. Poza Lechem Kaczyńskim w katastrofie zginął wskazany już przez SLD jako kandydat na urząd prezydenta – Jerzy Szmajdziński. Katastrofa i nastroje przez nią wywołane były podawane jako powód rezygnacji ze startu przez Ludwika Dorna i Tomasza Nałęcza.
Katastrofa (w związku z „opróżnieniem urzędu prezydenta RP”) wymusiła przyspieszenie kalendarza wyborczego. Ostatecznie termin I tury wyznaczono na 20 maja (wcześniej przewidywano że odbędzie się ona dopiero 3 października). Zarejestrowano 17 komitetów wyborczych, z których jednak tylko 10 dostarczyło niezakwestionowane komplety po 100 tys. podpisów.
W pierwszej turze prowadzenie objął Bronisław Komorowski, na którego oddano 6 981 319 głosów co stanowiło 41,54 proc. , Jarosław Kaczyński zdobył 6 128 255 głosów (36,46 proc. ). Dobry wynik, jak na trzecie miejsce, osiągnął Grzegorz Napieralski otrzymując poparcie od 2 299 870 osób (13,68 proc. ). Dwóch kandydatów otrzymało poniżej 1 proc. głosów, w tym najmniej Kornel Morawiecki 21 596 głosów (0,13 proc. poparcia).
W II turze Bronisław Komorowski nie oddał prowadzenia uzyskując wynik 53,01 proc. na co złożyło się 8 933 887 głosów, zaś Jarosława Kaczyńskiego poparło 7 919 134 wyborców (46,99 proc. ).

Z czwartego szeregu

W 2015 roku zarejestrowano 23 komitety wyborcze, w tym aż czterech kobiet: Anny Grodzkiej, Wandy Nowickiej, Magdaleny Ogórek i Iwony Piątek. Jednak tylko 11 komitetów przedstawiło listy poparcie ze stoma tysiącami podpisów (w tym z kobiet tylko Magdalena Ogórek jako kandydatka SLD).
Pierwszą turę wygrał, ku zaskoczeniu wszystkich, w tym obozu PiS, Andrzej Duda. Poparło go 5 179 092 głosujących (34,76 proc. ). Wedle zgodnych opinii miał on walczyć o drugie miejsce, wszak notowania Komorowskiego nie dawały szans żadnemu kontrkandydatowi. (W lutym na Komorowskiego zamierzało oddać swe głosy aż 63 proc. ankietowanych – co przekładało się na zwycięstwo w pierwszej turze – na Dudę zaledwie 15 proc. .)
Wynik Komorowskiego był minimalnie niższy, oddało na niego swe głosy 5 031 060 wyborców czyli 33,77 proc. , o 148 032 mniej niż na rywala. Znakomity, jak na trzecie miejsce był wynik Pawła Kukiza – 3 099 079 głosów (20,80 proc. ). To w historii wyborów najlepszy wynik osiągnięty na tym miejscu. Poniżej 1,0 proc. głosów otrzymali czterej kandydaci, a spośród nich najmniej uzyskał Paweł Tanajno 29 785 (0,20 proc. ).
W drugiej turze ponownie na pierwszym miejscu był Andrzej Duda, którego poparło 8 630 627 obywateli (51,55 proc. ). Na Bronisława Komorowskiego oddało swe głosy 8 112 311 wyborców (48,45 proc. ). Różnica 518 316 głosów jest najmniejszą jaka w drugiej turze dzieliła zwycięzcę i pokonanego
Powoli zapominamy, że kandydatura Andrzeja Dudy była typową zapchajdziurą, miała być rodzajem manifestacji prezesa PiS jego stosunku do urzędu prezydenta zbezczeszczonego, w jego mniemaniu, przez niegodnego pamięci brata następcę, obdarzonego jednak sporym wsparciem społecznym. Wobec tych zaskakująco dobrych notowań Komorowskiego Andrzej Duda miał za zadanie tylko walczyć o fotel i zdobyć w miarę dobry wynik. Wejść do drugiej tury, utrudnić zwycięstwo, ale żeby zwyciężył, o tym ani prezes, ani sam kandydat chyba nie myśleli. Szansa pojawiła się nagle, po ogłoszeniu wyników pierwszej tury. A znacznie więcej kandydatowi PiS przysłużyli się nieskoordynowani, popełniający błąd za błędem, uśpieni i uspokojeni sondażami, sztabowcy Komorowskiego, niż zapracowana i przejęta „Polską w ruinie” Beata Szydło.
Nie sposób, ze wstydem, nie odnotować przypadku Magdaleny Ogórek. Ogłoszona została kandydatką niespodziewanie, w dodatku w bardzo nieodpowiednim dniu i momencie (śmierć Józefa Oleksego), niczym królik wyjęty z kapelusza. Bez najmniejszego doświadczenia jakie mogło ją predestynować do tej roli.
Wśród działaczy SLD nie brakowało przecież bardziej stosownych kandydatur. Zastanawiam się czy przewodniczący Leszek Miller nie chciał tą kandydaturą dać do zrozumienia jak mało szanuje urząd prezydenta RP? Może jednak dopisuję mu intencje, których nie miał. Kandydatura Ogórek odbija się lewicy czkawką do dziś i to coraz bardziej z powodu jej obecnej postawy, głoszonych poglądów, pokładów hipokryzji i zakłamania prezentowanych w prowadzonych przez nią programach telewizji rządowej. Nie da się jednak zapomnieć, że kandydatką SLD była, że uzyskała aprobatę wszystkich właściwych gremiów, a pewien dystans do niej, u części działaczy partii, zaczął się rodzić dopiero pod sam koniec kampanii.

Białe tango

Skoro o kobiecie była mowa, warto podać kiedy w wyborach startowały panie i jak poradziły sobie. Pierwszą kobietą, która stanęła do wyborów była w 1995 roku Hanna Gronkiewicz-Waltz. Sprawowała wtedy urząd prezeski Narodowego Banku Polskiego i uzyskała wsparcie wielu organizacji o profilu katolickim, choć co ciekawe nie otrzymała go od Radia Maryja, mając je wręcz przeciwko sobie. Gronkiewicz zajęła siódme miejsce z wynikiem 2,76 proc. (492 630 głosów), a z całej jej kampanii najbardziej pamiętane są słowa kandydatki o jej niemal stałej relacji z Duchem Świętym, co jak się okazało w tych wyborach nie pomogło. Dziesięć lat później, w 2005 roku, w szranki ruszyła minister przemysłu i handlu z roku 1991, działaczka organizacji gospodarczych Henryka Bochniarz. Podobnie jak Gronkiewicz zajęła siódme miejsce, ale ze znacznie słabszym wynikiem 1,26 proc. (188 600 głosów). W tym samym roku zarejestrowany był także komitet wyborczy prof. Marii Szyszkowskiej, kończącej swą jednorazową misję członkini senatu i byłej już wtedy członkini SLD. Nie zebrano jednak wystarczającej ilości podpisów by kandydatkę tę zarejestrować. W roku 2015 poza wspomnianą już Magdaleną Ogórek (piąte miejsce, 2,38 proc. , 353 883 głosów), wolę startu ogłosiły jeszcze trzy komitety, wymienionych wcześniej pań, jednak nie udało się zebrać dla żadnej z nich wymaganej ilości podpisów. Wynik Hanny Gronkiewicz jest więc jak dotąd najlepszym spośród kandydujących kobiet. W żadnej mierze powyższa analiza nie dezawuuje żadnej z potencjalnych kandydatek ani w wyborach 2010 ani w kolejnych. Tak po prostu do tej pory było, a przyznam, że nie miałbym nic przeciwko polskiej Pani Prezydent w nowej kadencji.
Warto też zauważyć, że z jednym wyjątkiem, zawsze w wyborach startował Janusz Korwin Mikke. Nie ma go na liście kandydatów tylko w 1990, nie zebrał wówczas bowiem wymaganej ilości stu tysięcy podpisów. Startował pięć razy, trzykrotnie jako reprezentant Unii Polityki Realnej, następnie z partii Wolność i Praworządność a w 2015 pod flagą Kongresu Nowej Prawicy. Byłoby dziwne gdyby w przyszłym roku nie wystartował, choć jak dotychczas sukcesem było zajęcie czwartego miejsca w 2010 i 2015 roku z najlepszym wynikiem w poprzednich wyborach 486 084 głosów (3,26 proc. ). Kolejni weterani prezydenckich potyczek to Andrzej Lepper (1995, 2000, 2005, 2010) i Lech Wałęsa (1990, 1995, 2000), co omawiane było powyżej. Dwa razy startował Aleksander Kwaśniewski (1995, 2000), z tym że za każdym razem zwyciężał, oraz Stanisław Tymiński (1990, 2005), Leszek Bubel (1995, 2005), Waldemar Pawlak (1995, 2010), Bogdan Pawłowski (1995, 2000), Andrzej Olechowski (2000, 2010), Jarosław Kalinowski (2000, 2005) i Bronisław Komorowski (2010, 2015). Pozostałych jednorazowa przegrana zniechęciła do kolejnych starań o prezydenturę.

Ciąg dalszy w następnym numerze