„Okrągły Stół” z perspektywy 30 lat

Trzydziesta rocznica zakończenia polskiego „Okrągłego Stołu” skłania do zastanowienia się nad tym, co spowodowało, że po latach bardzo ostrego konfliktu Polacy zdołali – jako pierwsi w naszej części Europy – siąść do stołu rokowań i uzgodnić warunki, na których rozpoczęła się transformacja ustrojowa.

Jest zresztą oczywiste, że bez porozumienia „okrągłego stołu” nie byłoby wyborów czerwcowych, a wydarzenia potoczyłyby się inaczej – zapewne znacznie mniej dla Polski korzystnie.
Jeszcze parę lat wcześniej porozumienie między władzami i opozycją wydawało się niemożliwe. Dominował pesymizm co do przyszłości – nie tylko najbliższej. Uważano dość powszechnie, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie zmieni się sytuacja geopolityczna Polski. W wydanej w 1986 roku książce („The Game Plan”) Zbigniew Brzeziński przewidywał, że układ międzynarodowy oparty na rywalizacji i dominacji dwóch supermocarstw – USA i ZSRR – trwać będzie przez dziesięciolecia. W Polsce stan wojenny zamroził sytuację polityczną – zdawać się mogło, że na bardzo długo. W jego wyniku wprowadzenia zdołaliśmy uniknąć krwawej konfrontacji i, moim zdaniem w tych warunkach nieuchronnej, zbrojnej interwencji radzieckiej, ale zarazem zahamowano proces zmian demokratycznych. Nie udała się, prowadzona połowicznie, reforma gospodarcza. Ludzie ówczesnej opozycji szczerze przyznają, że sądzili wówczas, iż szansa istotnych zmian odsunęła się na wiele lat – może na dziesięciolecia. W środowisku partyjnych reformatorów dominowało przekonanie, że należy bronić tego, co jeszcze zostało ze zmian „posierpniowych” a ewentualne głębsze zmiany muszą czekać na bardziej sprzyjające warunki międzynarodowe i wewnętrzne, co nam także wydawało się odległą przyszłością. Już wtedy pojawiały się jednak w obozie rządzącym inicjatywy zmierzające do zahamowania konfrontacji i utrzymania jakichś form dialogu z udziałem umiarkowanego skrzydła „solidarnościowej” opozycji. Wtedy, w czasie trwania stanu wojennego, takie inicjatywy partyjnych reformatorów nie mogły znacząco wpływać na bieg wydarzeń, ale stanowiły dowód, że reformatorskie skrzydło PZPR nawet wtedy nie porzuciło nadziei na dialog i porozumienie. Wszystko to zmieniło się pod koniec lat osiemdziesiątych. Splot wydarzeń międzynarodowych i wewnętrznych stworzył warunki dla podjęcia wyzwania, które jeszcze niedawno graniczyło z cudem.
To polskie zwycięstwo jest obecnie atakowane przez polityków Prawa i Sprawiedliwości, przy czym niektórzy z nich (np. Andrzej Zybertowicz) posuwają się nawet do imputowania, że „Okrągły Stół” był porozumieniem komunistycznej władzy z jej agentami. W tych atakach kryje się wrogi stosunek do porozumienia ponad politycznymi podziałami, dążenie do polaryzowania sceny politycznej i do totalnego dyskredytowania opozycji. Tym ważniejsze jest, by przypominać o tym, co stało się trzydzieści lat temu i co stanowi fundament polskiej demokracji.
Drogę do Okrągłego Stołu otworzyły dwie podstawowe okoliczności. Pierwszą był impas, w jakim znalazła się polityka polska siedem lat po wprowadzeniu stanu wojennego. Wbrew obawom jednych, a oczekiwaniom innych, stan wojenny udał się w tym sensie, że przy minimalnych stratach spacyfikował sytuację i dał ówczesnej władzy niezbędny oddech. Nie doszło do strajku generalnego, czy też do wybuchu rewolucyjnego. Władzom udało się opanować sytuację, ale nie udało się wyeliminować opozycji „solidarnościowej”, która – choć poważnie osłabiona – zachowała niemałe wpływy i potrafiła zbudować sprawne struktury podziemne. W następnych latach następowała stopniowa liberalizacja systemu, ograniczane były represje, pojawiały się większe możliwości dialogu. Gospodarka znajdowała się w jednak stanie przewlekłego kryzysu.
Początkowa poprawa gospodarcza okazała się nietrwała a pod koniec lat osiemdziesiątych ponownie nastąpiło jej pogorszenie. Szybko rosło zadłużenie zagraniczne Polski, przy czym stosunkowo niskie wpływy z eksportu nie pozwalały nawet na regularną spłatę odsetek. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych oczywiste już było, że stabilizacja polityczna ani nie usuwa wyzwania, jakie dla władzy stanowiła wywodząca się z „Solidarności” opozycja, ani nie przywraca tej władzy takiego poparcia społecznego, jakie miała w pierwszej połowie poprzedniego dziesięciolecia. Przeprowadzone w listopadzie 1987 roku referendum w sprawie reform politycznych i gospodarczych nie dało władzom takiego mandatu, na jaki liczono, a bardzo niska frekwencja w wyborach do rad narodowych – zbojkotowanych przez „solidarnościową” opozycję – w czerwcu 1988 roku (55.19 proc.) sygnalizowała zmniejszanie się poparcia dla obozu rządzącego. W tych warunkach ponownie pojawiały się w tym obozie głosy na rzecz bardziej zdecydowanych zmian. Obok publicystyki i prac studyjnych (w tym grupy roboczej powołanej w ramach PRON, w której dane mi było pracować) reformatorskie poglądy coraz częściej pojawiały się w wystąpieniach osób zajmujących wysokie stanowiska polityczne. Powołanie w 1987 roku do Biura Politycznego Mieczysława F. Rakowskiego i powierzenie mu we wrześniu 1988 roku stanowiska premiera było – z uwagi na znane od dawna reformatorskie poglądy tego polityka – symptomem dojrzewających zmian. Nie było jednak jasności co do tego, w jakim kierunku zmiany miałyby iść. Rząd Mieczysława Rakowskiego miał ambicję stania się inicjatorem skutecznych zmian, których powodzenie przywróciłoby utracone zaufanie do istniejącego systemu i w tym sensie stanowiłoby alternatywny w stosunku do rokowań z opozycją scenariusz polityczny. Szybko jednak okazało się, że na taki manewr było po prostu za późno, a rządowi Rakowskiego zaszkodziła decyzja o postawieniu w stan likwidacji stoczni gdańskiej, co – niezależnie od racji ekonomicznych przywoływanych w obronie tej decyzji – było poważnym błędem politycznym, gdyż sugerowało wrogi stosunek rządu do „Solidarności”.
Po stronie opozycji dojrzewała także świadomość, że konfrontacja nie jest w stanie doprowadzić do upadku władzy. Obecnie głoszone poglądy, jakoby również bez porozumienia możliwe było odsunięcie PZPR od władzy, kontrastują bardzo wyraźnie ze stanowiskiem, jakie pod koniec lat osiemdziesiątych wyrażali intelektualiści i przywódcy demokratycznej opozycji, zwłaszcza Bronisław Geremek i Adam Michnik. W połowie lat osiemdziesiątych Michnik opublikował (w Londynie) książkę, w której otwarcie pisał o możliwości porozumienia między władzą i opozycją na zasadzie legalizacji „Solidarności” i zrezygnowania przez nią z walki o władzę. Geremek w wywiadzie udzielonym wydawanemu w podziemiu „Tygodnikowi Mazowsze” (8.X.1986) sygnalizował możliwość wznowienia dialogu między władzą i opozycją „bez zmuszania żadnej ze stron do rezygnacji”. W 1987 roku, wykorzystując sytuację, powstałą w wyniku tego, że władze ograniczyły zasięg represji wobec działaczy opozycji, Lech Wałęsa przystąpił do tworzenia Komitetu Obywatelskiego, który stał się sprawnym i bardzo zwartym ośrodkiem kierowniczym. Inicjatywa powołania tego ciała wyszła od Geremka, ale decyzja należała do Wałęsy. Po trwających ponad rok przygotowaniach komitet ukonstytuował się 18 grudnia 1988 stając się ośrodkiem kierowniczym demokratycznej opozycji. Powołanie Komitetu Obywatelskiego miało kluczowe znaczenie, gdyż wokół tego ośrodka skupiły się główne siły opozycji demokratycznej pozostawiając na marginesie ugrupowania radykalne (Konfederację Polski Niepodległej, Solidarność Walczącą). Już wcześniej w opozycji demokratycznej krystalizował się nurt umiarkowany, intelektualnie nawiązujący do idei realizmu politycznego, zachęcający do dialogu z władzami. W czerwcu 1987 grupa realistów skupiona wokół Marcina Króla zaczęła wydawać legalnie miesięcznik „Res Publica” – pismo od 1982 roku ukazujące się w podziemiu. O potrzebie i możliwości dialogu z władzą mówił w wywiadzie dla pisma „Konfrontacje” Bronisław Geremek. Oznaczało to rozszerzanie pola dialogu i przygotowywało dalej idące inicjatywy. Umiarkowanej linii przyjętej przez główny nurt opozycji sprzyjało kierownictwo Kościoła Katolickiego, inspirowane w wielkiej mierze przez stanowisko papieża Jana Pawła Drugiego, który nawiązanie stosunków dyplomatycznych między Polską i Watykanem uzależniał od pozytywnej ewolucji stosunków politycznych w Polsce.
Te procesy wewnętrzne tworzyły warunki niezbędne, ale niewystarczające, dla wejścia na drogę dialogu i porozumienia. Konieczne było pojawienie się drugiej okoliczności – zmiany sytuacji międzynarodowej. W przeszłości nacisk radziecki stanowił nieprzezwyciężalną barierę, o którą rozbijały się bardziej radykalne programy reformatorskie. Przez długie lata kierownictwo PZPR znajdowało się pod presją radziecką, by ograniczać zasięg zmian. Stopniowo zmieniało się to, gdy na czele KPZR stanął Michaił Gorbaczow. Nowy przywódca radziecki podjął szereg inicjatyw prowadzących do zmiany klimatu międzynarodowego i wygaszania „zimnej wojny”. W lipcu 1988 roku w czasie wizyty w Warszawie publicznie unieważnił on tak zwaną „doktrynę Breżniewa” – ogłoszoną dwadzieścia lat wcześniej i uzasadniająca „prawo” ZSRR do interweniowania w „obronie socjalizmu” w innych państwach . Wojciech Jaruzelski powiedział mi po latach, że dopiero około roku 1987 stało się dla niego jasne, iż ze strony ZSRR nie grozi Polsce w razie wprowadzenia bardziej radykalnych reform demokratycznych los Czechosłowacji czy Węgier. Dla ludzi zdolnych do politycznego myślenia było oczywiste, że bez takiego stanowiska Moskwy reformy demokratyczne skazane są na klęskę. Podzielam więc zdanie brytyjskiego historyka Archie Browna, który widzi w polityce Gorbaczowa niezbędny warunek zmian demokratycznych w ówczesnym bloku radzieckim („The Gorbachev Factor”, Oxford 1996).
Okoliczności te stworzyły warunki niezbędne, by mogło dojść do tego, że przedstawiciele dwóch stron polskiego konfliktu zasiedli do wspólnego stołu i doszli do porozumienia. Nie przesądzało to jednak o tym, że tak się stanie. Konieczna była wola polityczna. Doświadczenie historyczne wielu krajów wskazuje na to, że nie zawsze w kluczowych momentach pojawia się wola polityczna niezbędna, by można było wykorzystać pojawiające się szanse lub uniknąć pojawiających się zagrożeń. Zależy to nie tylko od kompetencji intelektualnych przywódców, czyli od tego, czy i jak dalece rozumieją oni sytuację, lecz także od ich cech charakterologicznych, w tym zwłaszcza odwagi podejmowania nowych wyzwań. Polska miała szczęście, gdyż ludziom stojącym wtedy na czele obu obozów politycznych nie zabrakło tych cech.
W tym kontekście podkreślić warto rolę przywódców. Chociaż na sukces „Okrągłego Stołu” pracowało wiele osób, decydująca była rola dwóch ludzi: Wojciecha Jaruzelskiego i Lecha Wałęsy. Obaj mieli w tym momencie pozycję niekwestionowanych przywódców swoich obozów politycznych. Wbrew nim, czy bez nich, do porozumienia nie doszłoby. To jedna z tych sytuacji politycznych, w których szczególnie wiele zależy od przywódców politycznych. Polska miała tym razem szczęście, którego brakowało jej w wielu wcześniejszych momentach decydujących o jej losach. Miała przywódców na miarę wielkich wyzwań i szans stworzonych przez układ sił wewnętrznych i międzynarodowych.
Politolodzy badający procesy demokratycznej transformacji zwracają uwagę na to, że tak zwana „negocjowana reforma” zrealizowana w Hiszpanii po śmierci generała Franco czy w Polsce przy okrągłym stole wymaga, by po obu stronach zwolennicy reform zdołali zmarginalizować ich przeciwników: konserwatywnych zwolenników starego ładu w obozie władzy i niecierpliwych radykałów po stronie opozycji. W Polsce proces ten dokonał się jednak nierównomiernie: znacznie bardziej konsekwentnie w opozycji niż w obozie władzy. W opozycji bowiem dokonał się wyraźny podział. Radykałowie oderwali się od głównego nurtu, którego przywódcą był Lech Wałęsa wspierany przez szerokie grono czołowych działaczy i doradców dawnej „Solidarności”. Z Biura Politycznego PZPR usunięci zostali (na lub po odbytym w 1986 roku X zjeździe) niemal wszyscy przeciwnicy porozumienia, ale wielu z nich pozostało w składzie Komitetu Centralnego i w wielu komitetach wojewódzkich. Niejasne pozostawało stanowisko sporej części prasy partyjnej, w tym centralnego organu partii – „Trybuny Ludu”.
W szeregach opozycji decydujące było to, że przy braku lub słabości zorganizowanych struktur decydujący był głos przywódców – zwłaszcza najważniejszego, którym był Lech Wałęsa. W przededniu okrągłego stołu otoczył się on ludźmi o umiarkowanych poglądach, zdolnych do rozumienia konieczności kompromisu i lojalnie dążących do wcielenia go w życie. Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Adam Michnik odegrali wielką rolę w budowaniu porozumienia, ale nie mogliby odegrać tej roli, gdyby stojący na czele demokratycznej opozycji Lech Wałęsa nie zdecydował się na udzielenie im pełnego poparcia i na odsunięcie radykałów. Po latach będzie zresztą za to płacił wysoką cenę, gdyż radykałowie nigdy mu tego nie wybaczyli. Krytycy zawartego przy okrągłym stole kompromisu twierdzą, że można było uzyskać więcej, że nie trzeba było iść na ustępstwa wobec ówczesnej władzy. To jest myślenie ahistoryczne. Z tego, co nastąpiło później – w dużej mierze w wyniku okrągłego stołu – nie da się racjonalnie wnioskować o szansach alternatywnego scenariusza. Faktem jednak jest, że taka spóźniona krytyka zawartego w 1989 roku kompromisu sprzyja dezawuowaniu ówczesnych przywódców demokratycznej opozycji a tym samym pomaga legitymizować zwrot w kierunku nowego autorytaryzmu. „Wynaturzona, pisana na nowo historia największe polskie osiągnięcie po roku 1918, jakim był Okrągły Stół, traktuje niemal jak zdradę” – pisze trafnie Jan Widacki („Przegląd” 4-10 lutego 2019).
W obozie władzy sytuacja była znacznie mniej klarowna. PZPR przystępowała do okrągłego stołu bez należytego przygotowania programowego. W referacie przedstawionym na posiedzeniu KC PZPR 13 czerwca 1988 roku Wojciech Jaruzelski sygnalizował plan odbycia rozmów „Okrągłego Stołu” na temat koniecznej reformy państwa, ale jeszcze w tej fazie wykluczał legalizację „Solidarności” („Trybuna Ludu” 14.VI. 1988). W następnych miesiącach kierownictwo obozu rządzącego przesuwało się na coraz bardziej reformatorskie pozycje. Nie bez znaczenia było pojawienie się w 1988 ponownej fali strajków, które wprawdzie nie przybrały tak masowego charakteru, jak strajki z lat 1980-81, ale sygnalizowały narastanie społecznego zniecierpliwienia. Moim zdaniem była to okoliczność ważna, ale nie decydująca. Decydujące było stwierdzenie, że nowa polityka radziecka otworzyła możliwości zmian idących znacznie dalej, niż kiedykolwiek sądzono. Nowa sytuacja polityczna wymagała – przynajmniej częściowo – odnowienia kierownictwa obozu rządzącego. W przededniu rozmów do Biura Politycznego PZPR wybrany został (nie będący poprzednio nawet członkiem Komitetu Centralnego) wybitny uczony o jednoznacznie reformatorskich przekonaniach Janusz Reykowski. W centralnym aparacie partyjnym pojawili się młodzi zwolennicy zmian. Szybko rosło znaczenie Aleksandra Kwaśniewskiego, który w rządzie Rakowskiego kierował komitetem politycznym i odegrał bardzo znaczącą rolę w przygotowaniu i przeprowadzeniu rozmów z opozycją. Równocześnie jednak w Komitecie Centralnym utrzymywała się znaczna (być może stanowiąca nawet większość) grupa ludzi niechętnie lub wrogo nastawionych do tego, co postrzegali jako „kapitulację”. Postawy takie występowały zwłaszcza wśród działaczy PZPR średniego szczebla – ludzi silnie osadzonych w istniejącym systemie a zarazem na ogół pozbawionych szerszych horyzontów intelektualnych i niezbędnej wiedzy. Janusz Reykowski wspomina, że wiosną 1989 roku na jego zlecenie przeprowadzono badania sondażowe wśród członków PZPR, które pokazały, ze średni szczebel aktywu partyjnego – w odróżnieniu od szeregowych członków PZPR – był wyraźnie niechętny porozumieniu „Okrągłego Stołu”. Odzwierciedleniem poglądów tego środowiska było zachowanie członków Komitetu Centralnego PZPR, wyraźnie niechętnych porozumieniu z „Solidarnością” a zwłaszcza jej legalizacji. Tylko groźba podania się do dymisji przez generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka i Siwickiego oraz przez premiera Rakowskiego spowodowała, że Komitet Centralny (w styczniu 1989 roku) wyraził zgodę na legalizację „Solidarności”, przy czym nie była to decyzja jednomyślna. Za uchwałą sankcjonującą tę politykę głosowało 143 osób, przeciw było 32, a wstrzymało się 14 członków KC. Niechętnie do kompromisu odnosiły się wpływowa centrala OPZZ i wiele komitetów wojewódzkich partii. Retrospektywnie powiedzieć można, że kierownictwo PZPR popełniło błąd przystępując do rozmów z opozycją bez wcześniejszego uporządkowania własnych szeregów. W czasie prac „Okrągłego Stołu” wyrażało się to w kontestowaniu kompromisu przez nielicznych, ale głośnych ortodoksów partyjnych, czego przykładem był list wystosowany 17 lutego 1989 przez należącego do zespołu politycznego „Okrągłego Stołu” prominentnego działacza PZPR a zarazem członka Polskiej Akademii Nauk. Autor otwarcie atakował linię porozumienia i domagał się usztywnienia stanowiska a w ostateczności zerwania rozmów. Obecność w zespole przygotowującym projekt zmian politycznych działacza otwarcie kwestionującego sens porozumienia było konsekwencją tego, że kierownictwo PZPR usiłowało utrzymać jedność partii w sytuacji, gdy jedność ta – jak pokazały późniejsze wydarzenia – była już nie do utrzymania.
Ostatecznie jednak porozumienie okazało się możliwe. W jego tle była ciekawa ewolucja poglądów – tak po stronie władzy, jak i w kręgach demokratycznej opozycji.
Po stronie PZPR kluczowe znaczenie miała ewolucja poglądów Wojciecha Jaruzelskiego. Z moich kontaktów z nim w pierwszych dniach stanu wojennego pamiętam, że już wtedy był on zdecydowanym przeciwnikiem eskalowania represji wobec ludzi związanych z opozycją. Przez długi czas liczył jednak na to, że możliwe będzie przeprowadzenie reform z inicjatywy władz i bez negocjacji z opozycją. Byłby to wariant wydarzeń podobny do dokonującej się wtedy brazylijskiej polityki „otwarcia” („abertura”). Stopniowo jednak docierała do niego świadomość, że w Polsce taki wariant nie ma szans powodzenia i że konieczne są odważne, daleko idące zmiany.
Również po stronie opozycji zmieniał się stosunek do „drugiej strony”. Jacek Kuroń snując refleksje o rozmowach „Okrągłego Stołu” przypomniał, że w zespole politycznym spotkał swoich „dawnych szefów” z ZMP – Janusza Reykowskiego i mnie. W politycznym zespole „Okrągłego Stołu” spotkała się czwórka dawnych kolegów z warszawskiego Żoliborza : Geremek, Kuroń, Reykowski i ja. „Najcenniejszą nauką z tego spotkania – pisał Jacek – było dla mniej jedno spostrzeżenie. Otóż ludzie, którzy zasiedli z nami do pertraktacji, nie tylko nie byli stalinistami, ale nawet ideowymi komunistami. To byli pragmatycy, realiści, rozumiejący, że ład centralnego sterowania zawalił się, a teraz trzeba jak najszybciej i jak najlepiej przejść do nowego. Oni mieli nam za złe, że jesteśmy zbyt awanturniczy, zbyt gwałtowni, co może zniszczyć to spokojne przejście. Jedno jest pewne – chcieli się porozumieć. W tym świetle strona moralna całej tej sprawy zaczyna wyglądać całkiem inaczej. Oni mają prawo powiedzieć: dokonaliśmy zmian w komunizmie. A my możemy powiedzieć: zmienił się pod naszym naciskiem. Jedni i drudzy będą mieli rację, z tym, że komunizm zawalił się głownie pod własnym ciężarem” (Kuroń „Spoko! Czyli kwadratura koła”, 1992:78-79).
Ze swej strony dodałbym, że owo zawalenie się starego systemu mogło mieć bardzo rozmaite formy i że o polskiej, negocjowanej, drodze przekształceń zdecydowali ludzie zdolni do przejścia do porządku nad doświadczeniami i podziałami z niedawnej przeszłości.
Wypracowany przy „Okrągłym Stole” kompromis miał znaczenie historycznego precedensu. Nigdy w historii rządząca partia komunistyczna nie wynegocjowała ze swymi politycznymi przeciwnikami zmian, których sensem miała być rezygnacja z monopolu władzy (choć jeszcze nie z samej władzy) i otwarcie drogi do parlamentarnej demokracji w niezbyt odległej przyszłości. „Kontraktualna” ordynacja wyborcza do Sejmu miała – zgodnie z zawartym porozumieniem – obowiązywać tylko w wyborach 1989 roku. Potem miała zostać zastąpiona ordynacją w pełni demokratyczną. Stabilizatorem systemu miał być wyposażony w szerokie kompetencje prezydent, przy czym opozycja zdecydowała się powstrzymać przed kontestowaniem wyborów na to stanowisko. Ten mechanizm funkcjonował znacznie krócej niż przewidywaliśmy, gdyż druzgoczący dla obozu rządzącego wynik wyborów czerwcowych a następnie lawinowy upadek starego systemu w innych państwach Europy środkowo wschodniej, stworzyły presję na przyśpieszenie zmian w Polsce. Irlandzka dziennikarka Jacqueline Hayden, która po latach przeprowadziła serię wywiadów z głównymi uczestnikami rozmów okrągłego stołu, uważa, że na wynik rokowań istotny wpływ miała obustronna mylna percepcja własnych wpływów: strona rządowa przeceniała a strona opozycyjna nie doceniała, jej zdaniem, własną siłę, co skłaniało obie strony do zawarcia takiego, jak uzgodniony, kompromisu w sprawie wyborów (Hayden „The Collapse of Communist Power in Poland” 2006). Podobny obraz nastrojów po obu stronach wynika z przeprowadzonej po latach rozmowy Karola Modzelewskiego i Andrzeja Werblana z Robertem Walenciakiem na temat przebiegu i wyników „Okrągłego Stołu” (Modzelewski, Werblan, Walenciak „Polska Ludowa” Warszawa 2017: 518-519). Jest to bardzo interesujący punkt widzenia, ale należy uwzględniać i to, że w miarę rozwoju wydarzeń relacje tych sił się zmieniały. Nie można wykluczyć, że początkowo – to jest w czasie, gdy zawierano porozumienie „Okrągłego Stołu”, obie strony dysponowały w przybliżeniu podobnym poparciem, ale poparcie dla obozu rządzącego spadało w miarę, jak coraz wyraźniejsze stawało się, że istnieje alternatywa polityczna. Procesowi temu sprzyjało niepotrzebne, moim zdaniem, przewlekanie procesu negocjacyjnego.
Ostateczny wynik przesądzony został przez wynik wyborów czerwcowych, które tak dalece osłabiły obóz rządzący, że niemożliwe stało się trwałe realizowanie wynegocjowanego kompromisu. Wynik ten był w części konsekwencją przyjęcia takiej ordynacji wyborczej do Senatu, która przekształciła mniej więcej 70-procentowy wynik „Solidarności” w sukces mierzony 99 mandatami (na sto). Przyjęcie takiej ordynacji (i odrzucenie propozycji ordynacji proporcjonalnej, co sugerował Andrzej Werblan) prowadziło do klęski obozu rządzącego. Podobnie działało wprowadzenie w wyborach do Sejmu listy krajowej, co temu segmentowi wyborów nadało charakter plebiscytu, w którym spektakularnie przegrała strona rządząca – mimo uzyskania ponad czterdziestu procentów głosów. W konsekwencji rozmowy „Okrągłego Stołu” stały się punktem wyjścia dla radykalnych zmian, dokonanych pokojowymi metodami i z zachowaniem ciągłości ładu konstytucyjnego. Zmiany te były bardziej radykalne, a zwłaszcza szybsze, niż przewidywały porozumienia okrągłego stołu, ale kierunek zmian określony został we wcześniej zawartym porozumieniu. W tym sensie „Okrągły Stół” zapoczątkował rewolucyjne – ale realizowane pokojowo i na gruncie prawa – zmiany systemu politycznego i ekonomicznego.
Czy bez polskiego okrągłego stołu nastąpiłby upadek systemu w całym naszym regionie? Tego nie da się rozstrzygnąć, gdyż historia nie zna experimentum crucis. Pamiętam jednak swoją wizytę w Budapeszcie w marcu 1989 roku, gdy wygłaszałem odczyty o procesie negocjacji w Polsce i rozmawiałem z wpływowymi członkami rządzącej tam partii. Śledzili oni z wielką uwagą proces negocjacji w Polsce i mówili mi otwarcie, że od sukcesu tego procesu uzależniają swoją strategię zmian. Sądzę, że gdyby w Polsce proces negocjacyjny załamał się, zahamowałoby to pokojowe zmiany nie tylko na Węgrzech, ale także w innych państwach naszego regionu, w tym w Czechosłowacji i w NRD. Klocki ówczesnego domina mogło padać w innym kierunku. Podzielam zdanie Aleksandra Kwaśniewskiego, który oceniając bilans „Okrągłego Stołu” z perspektywy trzech dziesięcioleci mówił, że „daliśmy innym wspaniały przykład. Naszą drogą poszli Niemcy, Węgrzy, w jakimś sensie Czechosłowacja, a nawet odległa Republika Południowej Afryki. Nasz koncept promieniał i ma zasługi przed światem” („Gazeta Wyborcza” 4 lutego 2019). Mam osobiste doświadczenie potwierdzające tę opinię. W 1995 roku brałem udział (wraz z Hanną Suchocką i Jerzym Osiatyńskim) w międzynarodowej konferencji w Belfaście poświęconej doświadczeniom porozumień kończących wieloletnie konflikty. Byliśmy jedynymi uczestnikami z dawnego państwa socjalistycznego, gdyż właśnie doświadczenie polskiego „Okrągłego Stołu” potraktowano tam jako cenną lekcję także dla innych krajów. Były na tej konferencji dwie osoby z RPA, reprezentujące obie strony dopiero niedawno wygaszonego konfliktu rasowego. Otwarcie mówili o tym, jak ważne było dla nich polskie doświadczenie negocjowanego porozumienia.
Z tych względów sądzę, że polski „Okrągły Stół” należy do najcenniejszych doświadczeń politycznych naszego narodu. Pokazaliśmy wtedy, że potrafimy się porozumieć i potrafimy maksymalnie wykorzystać szansę, która pojawiła się przed nami. Warto tę lekcję dobrze przemyśleć, gdyż może być ona pomocna w kształtowaniu narodowej przyszłości. ”Okrągły Stół” pokazał, że nawet z bardzo ostrego konfliktu można wyjść pokojowo, w drodze uzgodnionego kompromisu, bez krwi i ofiar. Wynik ten nie unieważnił różnic politycznych dzielących strony zawieranego porozumienia, ale ich dalszym relacjom nadał cywilizowany, wolny od niszczącej nienawiści, charakter.
Doświadczenie „Okrągłego Stołu” to nie tylko historia. W obliczu tego, co Janusz Reykowski trafnie nazywa „autorytarną kontrrewolucją”, doświadczenie porozumienia opartego na dialogu i negocjacjach nabiera szczególnego znaczenia. Jeśli po tegorocznych wyborach powstaną warunki dla odbudowywania państwa prawa i demokracji, to doświadczenie historyczne może okazać się szczególnie ważne.

Spotkanie Trzech – zmarnowana szansa (Część I)

Jako inicjator i gospodarz spotkania przedstawiłem obszernie ocenę sytuacji. Była to ocena gorzka. Lech Wałęsa podzielił te niepokoje. Choć przyczyny, adresatów zagrożeń widział głównie w obszarze władzy. Prymas z właściwym sobie spokojem próbował równoważyć argumenty. Kluczowy temat – poszukiwanie, znalezienie płaszczyzny, na której można byłoby na zasadach autentycznego partnerstwa współdziałać, budować porozumienie w sprawach zasadniczych dla kraju. Jako organizacyjna formuła – Rada Porozumienia Narodowego, a w przyszłości również Front Porozumienia. Prymas przyjął ten kierunek z pełną aprobatą… Przewodniczący Solidarności z mniejszym zapałem, ale też wyraził zgodę… A więc droga otwarta. Zaproponowałem też pilne powołanie komisji, grupy inicjatywnej, która przedstawiłaby odpowiednie propozycje co do składu Rady oraz ewentualnych dalszych działań. Chodziło mi o to, aby „kuć żelazo póki gorące”.

gen. Wojciech Jaruzelski („Przegląd” z 6 listopada, 2000 r.)

Zwróćcie Państwo Czytelnicy uwagę – Rada Porozumienia Narodowego! „Prymas przyjął ten kierunek z aprobatą… Przewodniczący Solidarności z mniejszym zapałem, ale też wyraził zgodę … A więc droga otwarta”. Pytania nasuwają się same – dlaczego nie powstała ta Rada, kto lub co stanęło na przeszkodzie, jak zachowywali się nasi sąsiedzi – ze Wschodu i Zachodu. Jakie były skutki, następstwa tej, zmarnowanej szansy. Kto za nią odpowiada. Warto postawić jeszcze jedno pytanie – od tej inicjatywy minęło już 38 lat, czy wszystkie niuanse i wątpliwości zostały wyjaśnione?

Myśli o Radzie…

W poprzednim tekście („Początek drogi” („DT”, 15-17 lutego, 2019 r.) zawarłem sugestię, iż Spotkanie Trzech wymaga odrębnego omówienia. Pisałem, iż słowo „porozumienia” zostało zawarte w nazwie „Protokołu” z 31 sierpnia 1980 r. Po blisko 40 latach nasuwa się pytanie – czy było to słowo-ozdobnik? Czy wówczas i dziś należy go odczytywać tylko jako „zwykły” warunek realizacji podpisanych 21 postulatów? Zastanówcie się Państwo-czy „porozumienie” obowiązywać miało tylko stronę rządową, a Solidarność uzyskała „wolną rękę” w swoim postępowaniu? „Nowy” premier, gen. Wojciech Jaruzelski w exposé akcentował konieczność „atmosfery spokoju społecznego… konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił… Czas ten (apel o 90 dni – moje, GZ) pragniemy uczynić okresem szerokiego dialogu społecznego”. Jaki ten „spokój” był od lutego do grudnia 1981 r., „jak rozumiano” w Kierownictwie Solidarności „porozumienie” – pisałem w „Początku drogi”.
Bez obawy o uchybienie prawdzie, można powiedzieć, iż dążenie władzy i Kościoła, głównie obu Prymasów Polski (kard. Stefana Wyszyńskiego, abp Józefa Glempa) i Episkopatu do uzyskania obustronnego porozumienia trwało przez cały 1981 r., praktyczne efekty okazały się nikłe. Uprawnione jest więc pytanie – kiedy pojawiła się myśl o Radzie Porozumienia Narodowego? Rozmawiając kilka razy – głównie podczas przygotowywania mowy obrończej przed Sądem, gen. Wojciech Jaruzelski, nie był w stanie podać dokładnej daty. Może ktoś – po latach – uznać to za formę wykrętu. Nic podobnego. Proszę wziąć pod uwagę, iż bieżące sprawy, głównie strajki i ich zagraniczne echa nieustannie od kilku miesięcy były na uwadze rządu. Różne oceny, wnioski były zgłaszane przez członków rządu: Stanisława Cioska – ministra ds. związków zawodowych, gen. Czesława Kiszczaka – dysponował bieżącą „wiedzą tajemną”, rzecznika rządu, Jerzego Urbana – mającego bieżącą, „krajową i zagraniczną wiedzę prasową”, przewodniczących Komisji (pisałem wcześniej), którzy do pewnego stopnia pełnili rolę „straży pożarnej”, gasząc wciąż powstające strajki. Taki szczegół: wicepremier Janusz Obodowski negocjował z NSZZ Solidarności kolejarzy, by nie podejmowali strajku, argumentując gospodarczymi i społecznymi skutkami. Wszystko – jak mi mówił – było „dogadane”. Późnym wieczorem zadzwonił przewodniczący związku kolejarzy – skruszonym głosem prosił, błagał, by go premier zrozumiał. „Co się stało? – pyta. Otóż otrzymał polecenie z Gdańska, że mają strajkować, bo jeszcze dotąd tego nie robili. Zaklinał się, że jak „najłagodniej” zastrajkują. Co Państwo o tym myślicie? Taka obserwacja sprzed kilku dni – TVP pokazywała Bogdana Lisa, w związku z akcją wokół Centrum Solidarności. Tenże Pan, w relacji z 1 stycznia 1984 r. (książka pt. „Konspira”), pisze – „Panowało u nas poczucie komfortu psychicznego, iż praktycznie nic nam nie grozi. Główną słabość Solidarności, szczególnie pod koniec 1981 r., widziałbym w bufonadzie działaczy, często szczebla zakładowego. Nie dotyczy to może większości, ale ton nadawali ci, którzy potrafili głośno mówić i w odpowiednim momencie bić pięścią w stół”. Chcielibyście wtedy Państwo być na „rządowym stanowisku” i prowadzić negocjacje ze strajkującymi zakładami pracy? Przenieście się więc myślą i wyobraźnią w tamten „romantyczny czas”, zachęcam do „historycznego relaksu”. Życzę dobrego samopoczucia.
Opierając się na pamięci Generała, znanych członków władz i dostępnych materiałach źródłowych, można wiarygodnie stwierdzić, że idea porozumienia narodowego-pisałem wyżej, pojawiła się w sierpniu 1980 r. (porozumienia) i w lutym 1981 r. (exposé premiera). Na swój sposób „żyła” w różnych działaniach władzy i Kościoła, czym swoiście „dokuczała” kierownictwu Solidarności. Zaś koncepcja Rady kształtowana była po IX Zjeździe Partii (lipiec 1981 r.), zgłoszona przez premiera, przedstawiającego delegatom stan państwa, w tym realizację idei porozumienia narodowego. Stąd można wnioskować, że była dyskutowana, „obgadywana” od lipca, a szczególnie we wrześniu – październiku. Krótko mówiąc – nie sposób podać dokładnej daty, był to proces kształtowania zarysu kompetencji, roli w bieżącej, gorącej atmosferze, choć jesień i zbliżała się mroźna zima.

Dylematy i koncepcja Rady

Dylemat – problem: jak z tej pętli: Solidarność – strajki-władza – „obserwacja zagranicy” wyjść? Szukanie rozsądnego rozwiązania było kwestią nadrzędną (podczas jednej z rozmów Generał powiedział: „sprawą narodową, sprawą życia i śmierci”), choć takich określeń nie zamierzał używać przed Sądem („są zbyt patetyczne, mogą być odebrane pokrętnie, zostawmy to na późniejszy czas” – mówił). Ścierały się różne poglądy i opcje, nawet przeciwstawne, choćby takie: Zbyt duże uprawnienia tej Rady, będą dublować lub ograniczać zadania już wspomnianych Komisji, po co takie ciało? Czy jako organ pomiędzy rządem a Komisjami – przecież na ich czele stali wicepremierzy – więc po co? Nadać Radzie kompetencje polityczne – jaki zakres i usytuowanie, np. pomiędzy Sejmem a rządem? Tu pojawiała się kwestia składu Rady, na co wyczulone były stronnictwa polityczne. Warto byłoby zapytać o tamtą atmosferę, o owe wizje wyjścia z sytuacji Panów Profesorów: Józefa Kozioła (b. ZSL), Józefa Musioła, wówczas wiceministra sprawiedliwości (b. SD). A związki branżowe, liczebnie mniejsze i nie wchodzące w skład Solidarności – także sygnalizowały potrzebę „widzenia ich”, nie tylko jako „teoretyczny dowód”, ale realny fakt w pluralizmie związkowym, który rząd wciąż urzeczywistniał. „Szło to jak po przysłowiowej grudzie” – z goryczą mówił Generał. Solidarność patronowała związkom przez siebie inicjowanym, np. twórczym, do tego krytycznym wobec władzy i dyskretnie popieranym przez Kościół. Inne były opluwane, jako „komusze”. Czy Państwo o „statecznym wieku” tego nie pamiętają, jakie stąd wnioski na dziś i jutro?
Kolejny dylemat – czynić z Rady organ doradczy o perspektywicznym znaczeniu, „ubrany” we wzniosłe określenia? To fasada, nikt tego nie przyjmie, a stanie się „źródłem” krytyki Solidarności, która na władzy nie zostawiała przysłowiowej „suchej nitki”. Co więcej – od miesięcy wiadomo, iż Solidarność lekceważy „innych”, tzn. ZSL, SD, związki katolickie, wobec niej często i słusznie krytyczne. (Wałęsa wyrażał się o nich jako o „hodowcach kanarków”). Może zechce rozmawiać z rządem, ale sama, z udziałem Kościoła, który ją osłaniał i wspierał. PZPR też – krytycznie patrzyła na Kościół, co wiernym przypominają biskupi, – temat wciąż aktualny! Jak mówił Generał: „Kościół był przeciwnikiem, ale i zwolennikiem” Znajdźcie Państwo z tego „salomonowe” wyjście!

Właśnie Kościół

Generał i krąg najbliższych osób, „postawili” na Kościół, jako siłę moralną i autorytet mogący przekonać Solidarność do – nie wiadomo, który już raz – rzeczowych rozmów. Stąd 14 października 1981 r. Józef Czyrek, szef MSZ składa wizytę w Watykanie. Rozmawia z Janem Pawłem II. Obok zapoznania Papieża z aktualną sytuacją w kraju, mówi o pomyśle Rady Porozumienia Narodowego (RPN). Jej pomysł był „konkretem” na tyle zachęcającym, by Papież angażował swój autorytet, „młodego” Prymasa i Kościoła. Nie mogła to był „idea mglista” czy „zbiór życzeń”, jak próbują od lat dowodzić „znawcy”. Była to więc racjonalna myśl! Przecież „zgoda” Kościoła na przekonanie Solidarności, Wałęsy do udziału w Radzie, to swego rodzaju opowiedzenie się Kościoła po stronie władzy. W tym momencie to swoisty „pstryczek”, afront dla Solidarności, którą Kościół od początku popiera, ochrania, czasami hołubi To jest cel główny wizyty! – pozyskać dla niej poparcie, „błogosławieństwo” Papieża, jak pisze Generał. Nie chodzi tu o formalne uznanie, ma mieć praktyczny, konkretny wymiar, tj. działanie Kościoła, a ściślej Prymasa Józefa Glempa i Episkopatu, jak wyobraża sobie i oczekuje władza, sam Generał. Co dalej?
21 października Generał (od 3 dni I Sekretarz KC), rozmawia z Prymasem. Po rozmowie Józefa Czyrka z Papieżem, rozmówcy są przygotowani na wyjaśnienie sobie różnych wątpliwości, obaw, itp. Efekt – Prymas zgadza się rozmawiać i przekonać Wałęsę do spotkania. Podczas spotkania – odnosząc się do sytuacji w kraju oraz do wypowiadanych ocen, zgłasza do grupy inicjatywnej Andrzeja Micewskiego. Z myślą o Radzie, jej statusie i programie, proponuje: Stanisława Stommę, Andrzeja Wielowieyskiego, Stefana Sawickiego, Michała Pietrzaka i Jerzego Turowicza. Podając te nazwiska, z uznaniem należy ocenić, że Prymas „wyszedł przed szereg”, dalej nawet niż władza. Są więc podstawy, by widzieć tu znaczącą rolę Papieża. Czy po blisko 40 latach nie dostrzegacie Państwo złożoności tej sytuacji? Proszę zauważyć – z jednej strony „beton w łonie władzy”, przeciwny rozmowom z Kościołem. Zaś po stronie Kościoła – oględnie mówiąc – duża ostrożność w „paktowaniu z diabłem”– czytaj: władzą! Łatwo się pogubić i popełnić błąd w ocenach.

Z czym na Spotkanie…

Wracam do zasadniczej kwestii – z czym władza, a z czym Solidarność przyszły na spotkanie w dniu 4 listopada 1981 r.?
Generał – w imieniu władzy – przedstawił koncepcję Rady Porozumienia Narodowego (RPN) oraz komisji, grupy inicjatywnej, mającej przygotować jej działanie. Ta koncepcja była od kilku dni znana: 21 października poznał ja prymas Polski w rozmowie prywatnej z Generałem, a 30 października przedstawił ją na forum Sejmu, gdzie m.in. oświadczył: „Proponuję powołanie RPN, która jak najszybciej przystąpiłaby do rozpatrzenia i uzgodnienia programu frontu – jego roli, struktury i zasad działania w życiu polityczno-społecznym. Zapraszam do udziału w tej Radzie Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Demokratyczne, związki zawodowe, organizacje społeczne, naukowe i twórcze. Zwrócę się do obywateli cieszących się w społeczeństwie wysokim autorytetem, o udział w pracach Rady. Liczę na poparcie tej inicjatywy ze strony kierownictwa Kościoła. Kraj nasz możemy ratować i wyprowadzać z kryzysu przez wspólne działanie”. Kościół wyraził aprobatę i poparcie, podobnie Sejm. Podczas spotkania, które przeszło do historii jako „Spotkanie Trzech”, Generał wyeksponował rolę Rady jako „poważnej, reprezentatywnej instytucji społeczno – politycznej. Na jej forum byłby prowadzony niczym nie skrępowany dialog, poszukiwano by rozwiązań odpowiadających wyzwaniom czasu. Rada będzie ciałem opiniodawczym, wyposażonym jednak w inicjatywę ustawodawczą”.
Prerogatywy Rady wymagały uzgodnienia nie tylko jej składu personalnego, ale i społeczno-zawodowego, właśnie z myślą o możliwie szerokiej reprezentacji społeczeństwa. Stąd propozycja powołania grupy, komisji inicjatywnej. Generał zaproponował, by składała się z 7 osób, po jednej z: PZPR (Kazimierz Barcikowski), ZSL, SD, Solidarności, związków branżowych, środowisk twórczych oraz Kościoła (bp Bronisław Dąbrowski). Przyglądając się tej propozycji, można zauważyć zarys przewagi liczebnej na korzyść Solidarności. Stronę rządową, władzy reprezentowaliby przedstawiciele: PZPR, ZSL i SD – w sumie 3 osoby. Zaś Solidarność – jej przedstawiciele, środowisk twórczych oraz Kościoła, który od początku był duchowym opiekunem, moralnie wspierał i bronił ją, starał się patrzeć realistycznie na ówczesną rzeczywistość. Często napominał, przestrzegał jej działaczy przed pochopnymi zachowaniami i czynami. Tu zachęcam Państwa do sięgnięcia po odpowiednie rozdziały w książce Generała „Pod prąd”. Pozostają związki branżowe. Mogły wówczas – obok Kościoła – pełnić rolę przysłowiowego języczka u wagi. Nie twierdzę, że zawsze opowiadałyby się za władzą. Panująca niemal wszechobecna krytyka jej działania, różne błędy i zaniedbania, głównie ogniw terenowych, nie oddziaływały zachęcająco.
Koncepcja Rady: pole do dyskusji, do wymiany poglądów, możliwość „niczym nie skrępowanej dyskusji” oraz posiadanie „inicjatywy ustawodawczej” to dobrze czy nie, to dużo czy mało? Oczywiście, jedni powiedzą, że mało, nic, inni, że to „coś” godne uwagi. Wyraźnie opowiadam się za tym „coś”. Dlaczego? Bo skonkretyzowane, określone różnymi ramami propozycje padały i były podejmowane w pracach wspomnianych komitetów – nie oceniam z jakim skutkiem. W koncepcji Rady chodziło o podejmowanie nie tylko spraw, problemów i dolegliwości codziennych, ale o szersze aspekty, spojrzenie przyszłościowe, w tym na uwarunkowania międzynarodowe. Stąd właśnie projekcja wyposażenia Rady w inicjatywę ustawodawczą. Nie zapominajmy, kto mocą ówczesnej Konstytucji taką inicjatywą dysponował (Sejm, rząd). Przecież Rada byłaby ciałem pozakonstytucyjnym, nie spotykanym w bloku socjalistycznym. To odniesienie wyraźnie podkreślam, gdyż wielu historyków i polityków w ogóle nie dostrzega różnorakich uwarunkowań zewnętrznych, albo taktuje je wybiórczo, niemal koniunkturalnie.
Inicjatywa ustawodawcza Rady pozwalała Solidarności, tworzącym ją związkom zawodowym, na przedkładanie Sejmowi projektów różnych ustaw reformujących gospodarkę i życie społeczne kraju, włącznie z nowelizacją Konstytucji i ordynacji wyborczej. Na owe czasy była to niebagatelna nowość! Rada z takimi kompetencjami byłaby ważnym czynnikiem, argumentem w ręku związków zawodowych. Poprzez uczestnictwo w pracach Rady, jako główna siła opozycyjna, stałaby się faktycznym podmiotem życia publicznego. Solidarność byłaby pierwszą, oficjalną opozycją polityczną w bloku socjalistycznym. Nikt rozsądny nie zaprzeczy, że postrzeganie jej jako siły destrukcyjnej, „kontrrewolucyjnej” utraciłoby taką wymowę i znaczenie. Nasi sąsiedzi taką „polską rzeczywistość” – zapewne nie bez obaw i najgorszych podejrzeń – musieliby przyjąć za fakt! Chyba, że sami zdecydowaliby się na „inne rozwiązanie”. Dlaczego więc ideę porozumienia i Spotkanie Trzech, wciąż skrywa całun milczenia, skoro taka wiadomość w społeczeństwie uzyskała 77 proc. poparcia? A czy dziś, po 30 latach transformacji ustrojowej, Rada z podobnymi kompetencjami nie byłaby ważnym krokiem, czynnikiem na drodze pogłębiania demokratycznych norm życia publicznego? Pytanie – kto taką inicjatywę zgłosi i zaakceptuje.
Lech Wałęsa, podczas spotkania po Spotkaniu mówił tak: „W dniu 4 listopada spotkaliśmy się w gmachu rządowym przy ulicy Parkowej w Warszawie. Rozmowa trwała około godziny, a jej jedynym tematem była propozycja porozumienia, przygotowana przez stronę partyjno-rządową. Każdy z nas przedstawił swoje stanowisko. Dużo było mowy, pretensji do siebie, o to co złego się dzieje w kraju. Powiedziałem, że władza nie robi tego, co ustalone, że związek ma dobre rady, że coś z tym trzeba zrobić, strajki trzeba przerwać, że kompromis potrzebny. Na to była zgoda, tylko jak to zrobić. Premier mówił o jakiejś komisji czy grupie, zgłosił nawet swojego reprezentanta. Prymas też zgłosił księdza biskupa Bronisława Dąbrowskiego, widziałem, że zgadza się, ale ja się wstrzymałem, bo nie chciałem ryzykować, wiązać się. Wtedy premier powiedział, że bez tego nic nie będzie, zrobił się milczący. Moim zdaniem był na podsłuchu, już w zasadzie prawie się nie odzywał. Zrozumiałem wówczas, że to koniec rozmów z nami. Zastanawiałem się, co dalej, czując, że nieuchronnie zbliża się czarne widmo. Nie wiem, czy gdyby były dalej rozmowy, to coś by pomogły, bo za dużo było różnic, może trzeba było sprawdzić władze, może Kościół by pomógł”. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz! Zwróćcie uwagę – „dużo było pretensji do siebie”; „wstrzymałem, bo nie chciałem ryzykować, wiązać się”; „premier powiedział, że bez tego nic nie będzie, zrobił się milczący”. Bo między bajki można włożyć wymysł z „podsłuchem”. Czy dziś, zapomniana już ocena o. Ludwika Wiśniewskiego – „Udomowiliśmy nienawiść i pogardę” – z historycznego dystansu nie skłania do refleksji, opamiętania w podejrzliwości, wyciągnięcia logicznych wniosków?

Zachodnia prasa przed i po Spotkaniu

„Le Monde” z 1 listopada: „Polsce grozi anarchia w dosłownym znaczeniu”. Wysłannik „L’ Humanite” cytował Bronisława Geremka, który oświadczył: „Szanse osiągnięcia porozumienia nadal istnieją, ale jeśli do niego dojdzie, to w tym miesiącu. Potem będzie za późno” (1 listopada). Nazajutrz gazeta napisała, że najbliższe dni pozwolą ocenić wynik polityki otwarcia zaprezentowanej Sejmowi przez gen. Jaruzelskiego. Podstawowym założeniem tej polityki jest oferta współpracy złożona Solidarności. Zdaniem korespondenta „Le Matin” Wałęsa i jego Prezydium nie mają już tyle siły, żeby zatrzymać dziki ruch bazy. Obecnie wszystko zależy od regionalnych kierownictw związku, które robią, co mogą, by umocnić naruszoną jedność. Ale wyłom już uczyniono. 3-4 listopada, w sytuacji bardzo napiętej, obradowała Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność”, która po raz kolejny zwróciła się do związkowców o przerwanie akcji protestacyjnych, jako że stan napięcia i dzikie strajki trwały nadal w wielu regionach kraju. Korespondent „Le Monde” doliczył się 65 konfliktów lokalnych i, jak ocenił, „wystarczy dmuchnąć, by połowa kraju zapłonęła, a Polska pogrążyła się w chaosie”.
„Les Echos”: „Solidarność płaci wyraźnym zmniejszeniem panowania nad bazą za swoje „ekscesy” i „nieustępliwość”, przywódcy związkowi zaczynają się liczyć z narastającym krytycyzmem przeciwko Solidarności. Daje o sobie znać „młodzieńczy błąd związku, który koncentruje się raczej na sprawach ideologicznych, nie nawiązując specjalnie do realiów codziennie zajmujących życie przeciętnego człowieka”. W tym kontekście, dziennik rozważał strategię Jaruzelskiego wobec groźby starcia obu stron konfliktu i rozpadu systemu. Zdaniem specjalnego wysłannika gazety, Generał próbuje „przystosować ów system do nowej sytuacji. Ale taki proces można realizować jedynie etapami”.
„Neue Kronen Zeitung” z 2 listopada: „Polsce grozi teraz totalny chaos. Sytuacja wymyka się całkowicie spod kontroli. Wczoraj strajkowało 350 tys. Polaków, co jest większą liczbą niż w sierpniu 1980 r. Gwałtownie pogorszyła się sytuacja polityczna”.
„Los Angeles Times”, 3 listopada: „Polska zmierza do tragedii i całkowitej katastrofy”.
„La Stampa” z 5 listopada: „Gen. Jaruzelski ma dziś, de facto, wszelkie cechy jedynego człowieka w Polsce, który jest w stanie uratować to, co do uratowania pozostało. (…) Nie ma jednak alternatywy dla drogi wybranej przez Jaruzelskiego, Glempa i Wałęsę”.
„Le Soir”, nazajutrz, po Spotkaniu Trzech zachowania obu liderów oceniła tak: Wałęsy „umiarkowana postawa wobec władz przysporzyła mu wiele ostrej krytyki ze strony radykałów w kierownictwie Solidarności, którzy pragną, by niezależny związek prowadził teraz grę na całego. Dla generała alternatywa jest więc jasna: albo modus vivendi z Wałęsą, albo konfrontacja z radykałami, przy nieuniknionych tragicznych konsekwencjach”.
„Le Figaro”. „Być może więc realizuje się właśnie prawdziwe przymierze narodowe, by uniknąć katastrofy i wyprowadzić kraj z kryzysu”
„La Republika”. „Obserwatorzy w Warszawie mówią o tym, iż rodzi się polski kompromis historyczny” „Już teraz można ocenić spotkanie jako zwrot historyczny (…) powstaje nowa sytuacja. (…) Przede wszystkim jednak jest to dowód oprzytomnienia” .

W Polsce po Spotkaniu

List Solidarności z Zakładów Mechanicznych „Ponar” w Tarnowie (listopad 1981): „Wzywamy wszystkie ogniwa Solidarności w Polsce, aby przy najbliższej potyczce z komunistami niezwłocznie przystąpić do likwidacji, obojętnie jakimi środkami, wszystkich sędziów, prokuratorów, sekretarzy partii, funkcjonariuszy SB, bez względu na płeć, łącznie z rodzinami”.

Andrzej Rozpłochowski (Śląsk): „Nie ustąpimy. Niech rżną, mordują. Za każdego solidarnościowca trzech milicjantów w łeb”.
Bogdan Krakowski, przewodniczący Solidarności w Fabryce Obrabiarek Zawiercie, wołał na zebraniu: „Powiesić na szubienicach miliony partyjniaków”.
KC PZPR, 28 listopada. Na plenarnym posiedzeniu oceniono sytuację jednoznacznie: „Są dla Polski i Polaków tylko dwie drogi. Jedna wiedzie wprost do zguby przez dalsze strajki, chaos, anarchię i bezprawie – do konfrontacji. Druga prowadzi do porozumienia narodowego, ocalenia przed najgorszym. Ku tej drodze skłaniały się różne środowiska. Idea utworzenia Frontu Porozumienia Narodowego zyskiwała coraz liczniejsze głosy poparcia”. Omówiono stan rozmów na ten temat i przyczyny zahamowań. „Są siły, którym idea ta stała się solą w oku, czynią one wszystko, by ją storpedować, zatruć atmosferę…Obecnego stanu utrzymywać dłużej nie można, proces rozkładowy musi być zatrzymany. Inaczej nieuchronnie doprowadzi do konfrontacji, do stanu typu wojennego” – podsumował Generał. Plenum uznało za konieczne – właśnie w obronie zalążków porozumienia – nadanie biegu projektowi ustawy o nadzwyczajnych środkach przeciwdziałania anarchii i strajkom, który rząd skierował do Sejmu miesiąc wcześniej.
Radom-3 grudnia. Zwołano wspólne posiedzenie Prezydium KK i przewodniczących Zarządów Regionalnych. W przyjętym „Stanowisku” najważniejsze zdanie brzmiało: „W tej sytuacji dalsze pertraktacje na temat porozumienia narodowego stały się bezprzedmiotowe”. Po odblokowaniu przez siły porządkowe budynku WOSP w Warszawie – sytuację uznano za konfrontacyjną. „Utrzymanie się obecnego stanu grozi Związkowi konfrontacją i trzeba się do niej przygotować”. Wyliczono także żądania, od których związek „nie odstąpi”, co oznaczało, że we wszystkich spornych sprawach postanowiono utrzymać twardy, bezkompromisowy kurs, a „na ewentualne uchwalenie przez Sejm nadzwyczajnych uprawnień dla rządu, Związek odpowie 24-godzinnym ogólnopolskim strajkiem okupacyjnym. W przypadku, gdy rząd, korzystając z przyznanych mu przez Sejm uprawnień, zastosuje środki nadzwyczajne, ogniwa Związku i wszystkie załogi winny przystąpić do strajku powszechnego” („Tygodnik Solidarność” nr 37 z 11 grudnia 1981 r.).
Posiedzenie w Radomiu odbyło się przy drzwiach zamkniętych. Rzecz niebywała w dotychczasowej praktyce. Nie wpuszczono dziennikarzy, nie było konferencji prasowej, rzecznik nie wydał żadnego oświadczenia. „Nadchodzi czas generalnych rozstrzygnięć” – powiedział Lech Wałęsa. Zapytany, jak widzi ideę Frontu Porozumienia Narodowego, odpowiedział: „Decyzja jest na nie. Nie ma porozumienia, bo nie ma się z kim porozumiewać”. Oznaczało to zapowiedz konfrontacji. Wałęsa mówił o tym wprost: „Konfrontacja jest nieunikniona i konfrontacja będzie. Trzeba to ludziom już uświadamiać (…). Żadna zmiana systemu nie może obejść się bez targania się po szczękach” („Przed 13 grudnia”, KiW 1983, s. 41).
Zarząd Regionu Gdańskiego, posiedzenie 30 listopada – 1grudnia: „rozważano sprawy, które będą prawdopodobnie decydować o losach naszego kraju. Atmosfera posiedzenia była napięta i dramatyczna, choć opinie i oceny były właściwie jednoznaczne: dosyć ustępstw”. Relację w tygodniku „Samorządność” (nr 2 z 7 grudnia 1981 r.), zatytułowano: „Wobec prowokacji – dosyć ustępstw”. Autorzy: W. Duda i D. Tusk pisali: „Konfrontacja z władzą jest nieunikniona. Takie zdanie miał również Lech Wałęsa. Nie damy sobie zabrać prawa do strajku, nie ma co rozmawiać z tą władzą – zrywamy rozmowy – stwierdził przewodniczący. Pytano o czas konfrontacji i taktykę związku. Wałęsa odpowiedział zdecydowanie, że taktykę znamy – okupacja zakładów pracy, warty robotnicze i mądrość społeczna (…) Podejmiemy ostateczną konfrontację z władzą w kwietniu lub w maju. Część dyskutantów była przekonana, że czas walki nastąpi wcześniej”.
Wicepremier Jerzy Ozdowski – znany działacz katolicki, m.in. powiedział: „Jeśli Solidarność nawet w tej chwili przeciwstawia się idei porozumienia, są przecież inne ugrupowania, jest przede wszystkim Kościół i szerokie kręgi społeczeństwa dojrzałego i rozsądnego, które myślą poważnie o ocaleniu Ojczyzny. Sądzę, że poważna praca nad ratowaniem porozumienia powinna polegać na tym, żeby bardzo szybko w zwięzłej formie ogłosić tezy programu porozumienia i wyraźnie te tezy poddać pod dyskusję, traktując je jako prawną bazę zbliżenia wszystkich ludzi, którym jeszcze zależy na ratowaniu pokoju. Równocześnie trzeba pracować nad drugim scenariuszem – przyjęcia władzy przez dyktaturę wojskową”.
Arcybiskup Bronisław Dąbrowski, „Rozmowy watykańskie” (Instytut Wydawniczy PAX – 2001 rok) – pod datą 22 grudnia 1981 roku, znajduje się relacja złożona Papieżowi Janowi Pawłowi II przez Sekretarza Episkopatu Polski – zacytuję najistotniejsze fragmenty (str. 239-240): „Solidarność (…) odmówiła wejścia do Rady Porozumienia, mimo że Wałęsa 4.listopada 1981 roku zgodził się na wejście razem z Prymasem, u Premiera. Po spotkaniu z Premierem, Komisja Krajowa zdyskwalifikowała Wałęsę i oświadczyła, że Solidarność nie wejdzie do Rady Porozumienia (5-6 listopada 1981 r.)”.
O skutkach tej – zmarnowanej szansy, wyeksponowanych na konferencji naukowej w Pułtusku oraz wnioskach z dystansu prawie 40 lat – napiszę niebawem.

Prorocy z gniewnych lat

W kontekście śmierci wokalistki Maanam wywiązała się dyskusja cna temat autorytetów. I tego, czy wokalistę wspominać jako wokalistę czy już jako polityka.

 

Najbezpieczniej jest przyjąć, że twórca nie jest bogiem. Co więcej, nie ma żadnego obowiązku nim być i nic nam się od niego nie należy.
To publiczność pragnie pięknej opowieści o ludziach, którzy kochali bardziej, wolność rozumieli lepiej i ze swojej sceny pokażą nam, jak piękniej żyć. Artystów takie pragnienie często uwodzi. Starają się doskoczyć do poprzeczki, a kiedy ona zmienia kształt i kolor, zmieniają się wraz z nią. Lewica ma pretensję do Kory, że przeszła etap fascynacji kapitalizmem, że występowała z KOD-em przeciwko PiS-owi, że wspominał ją Lech Wałęsa, płacząc rzewnymi łzami. Ma też pretensję, że „prorocy gniewnych lat obrastają w tłuszcz” i na starość zasiadają w jury programów rozrywkowych, albo reklamują oferty zagranicznych banków.
Szczerze mówiąc, jest w tym pewna niekonsekwencja. Gdyby pozostali 20-letnimi buntownikami z gitarą, mielibyśmy do nich pretensję, że integrity oraz miłość własna przesłoniła im rzeczywistość. Kiedy ewoluują, też jesteśmy niezadowoleni. Może więc przyjmijmy, że tak jak nasi znajomi i przyjaciele, którzy poszli w różne strony (w poparcie dla PiS, głęboką wiarę, imprezy co noc), artyści po prostu wybrali życie dalej w tym samym świecie, wobec którego wcześniej się buntowali. Niezależnie od tego buntu i od tego, co do niego sobie dopowiedzieliśmy w warstwie symbolicznej, na starość też dopada ich Alzeimer albo dewocja. Łapią fuchy w przemyśle rozrywkowym, bo mają na utrzymaniu rodzinę albo psa, albo szereg innych powodów, których nie poznamy, a które tropi prasa plotkarska. Brzydko się starzeją, dziwaczeją. Jak ludzie. Warto okazać im wyrozumiałość, choćby ze względu na to, że to ich przeboje mamy wyryte w głowach, a nierzadko pomagały nam podjąć decyzję, by wstać rano z łóżka i żyć dalej.
Redaktor Łukasz Moll pisze o „Kazikach, Korach i Muńkach”, którzy zrobili z siebie polskich „nauczycieli wolności”. Nie sądzę, by to była trafna diagnoza. To my – publiczność, mamy pragnienie, by stawiać ich na cokołach. Ich głos był donośny i wyrazisty w określonym czasie, w określonym kontekście. Warto to odnotować, a resztę przerzucić na karb człowieczeństwa.
Niektórzy zmienili symbolikę. Jerzy Zelnik jest dziś artystą i autorytetem etatowtch katolików. Czy jego nową symbolikę mamy obowiązek przyjąć z rozpędu? Niekoniecznie. Ale „Faraon” dalej pozostanie dziełem epokowym, a ten pogubiony śniady chłopak dla wielu będzie stanowić reprezentację jego bohatera. Marek Kondrat reklamujący kredyty i pożyczki nie ma obowiązku tłumaczyć mi się, dlaczego w życiu zdarza mu się robić nie tylko rzeczy górnolotne. Czy gdyby poparł nielubianą przeze mnie partię polityczną, jego kreacje straciłyby na wartości artystycznej, stanowiłyby mniejszą inspirację? Z pewnością nie.
Kolejne pokolenia (również artystów) buntują się przeciw sobie. Kryształową legendę zyskują jedynie ci, którzy wcześnie odeszli i zamilknęli na zawsze. Być może dziś byliby szefami rad nadzorczych. Samo życie.

Głos lewicy

O wyższości

…Jarosława nad Lechem, albo odwrotnie – pisze Czesław Cyrul na Facebooku.
Lech Wałęsa, po raz n-ty z rzędu powołał jakiś komitet, który ma jednoczyć opozycję przeciwko PiS-owi. Chyba tylko on sam wierzy, a może nawet jest przeciw, że ta inicjatywa powiedzie się. Od 1990 roku Lech Wałęsa ogłaszał różne inicjatywy, powoływał komitety i partie, wydawał ważne oświadczenia. Żadne się nie powiodło. Jego prezydentura oceniana jest bardzo krytycznie. To pasmo nieskuteczności stawia pod znakiem zapytania jego sprawność przywódczą w okresie podziemnej „Solidarności”. Powiedzenie Wałęsy, że ja to wszystko zaplanowałem, zrobiłem i dałem Wam demokrację jest trochę na wyrost, ale legenda Wałęsy będzie żyła swoim życiem, a jego buńczuczne i operetkowe zapowiedzi będą pobłażliwie tolerowane przez obywateli.
Z Jarosławem Kaczyńskim jest inaczej. Nie był frontmenem podziemnej „Solidarności”. Po 1990 roku szybko pokłócił się z prezydentem Wałęsą. Nie dziwię się, bo to zupełnie różne osobowości. Jednak kiedy Wałęsa spoczął na laurach i, od czasu do czasu, występował z inicjatywami od razu skazanymi na niepowodzenie, Jarosław Kaczyński przepychał się do przodu. Krzyczał o rozkradaniu majątku narodowego, a po cichu zbudował ekonomiczne imperium partyjne, jakiego nie ma żadna inna partia. Zbudował karną partię polityczną, o której Wałęsa może tylko marzyć. Kaczyński wykazał się dalekowzrocznością polityczną, czego o Wałęsie nie można powiedzieć. Kaczyński jest konsekwentny w realizacji swojej strategii, Wałęsa nie ma żadnego planu działania i nie wiadomo co powie jutro, a co pojutrze. Prezes Kaczyński ma natomiast realną władzę i wykorzystuje ja tak, jak mu się to podoba i podoba się to sporej grupie Polaków
Co łączy obu panów? Wałęsa wywarł duży wpływ na bieg spraw w Polsce, a Kaczyński wywiera. Łączy ich również to, że gdyby startowali w wyborach prezydenckich to obydwaj przegraliby je z kretesem. Wałęsa ma jednak pod tym względem przewagę. Raz prezydentem został, ale nie była to dobra prezydentura. Może dlatego i na Kaczyńskiego wyborcy nie zagłosowaliby, bo coś ich jednak łączy. Wzajemna nienawiść.

Tragedia!

Na Facebooku skarży się również prof. Jerzy Kochan:
Byłem na bardzo smutnym zebraniu poświęconym nowej ustawie o szkolnictwie wyższy. Władze i rada koncepcyjna starają się, z dobrymi intencjami ratowania uniwersytetu, wpisać jak najlepiej w prawdopodobne oczekiwania nieznanej do końca pisowskiej ustawy!!!
To jest: być spontanicznie dyspozycyjni i spontanicznie prymusami pisowskiej strategii przejmowania uniwersytetów.
W ramach tego wyścigu dyspozycyjności i konformizmu powstaje skrajnie antydemokratyczny projekt oparcia struktury uniwersytetu na nominowanych przez rektora dyrektorach instytutów… bez zakładów, rad instytutów, rad wydziału…
DYKTATURA dyrektorów-nominatów możliwych do odwołania tylko przez rektora. To już nie jest menadżerska wizja zarządzania nauką. Nawet w stanie wojennym nikomu do głowy coś takiego nie przyszło…a jak przyszło, to bał się głośno powiedzieć.
Publicznie powiedziałem, że to militaryzacja uniwersytetów… PiS chce swoistej militaryzacji uczelni w ramach realizacji „dobrej zmiany”… a niezorientowane, bezwolne, zastraszone, konformistyczne masy akademików na ochotnika to zrealizują. Tragedia!

Polska-Kolumbia 1:1

W latach 90., kiedy jeszcze posłowałem doszło do przedziwnego konfliktu między Polską a Kolumbią. Zakłady w Janikowie wyeksportowały do Cali w Kolumbii sodę, która jest składnikiem niezbędnym do produkcji kokainy. Władze kolumbijskie statek przejęły gdyż adresatem ładunku był najprawdopodobniej kartel narkotykowy z Cali. Polska w odpowiedzi zerwała z tym krajem stosunki dyplomatyczne. Na prośbę ambasadora Kolumbii doprowadziłem do spotkania premiera Józefa Oleksego z tymże ambasadorem. To sprawiło, że Polska przeszła na stronę tych, którzy walczą z narkotykami czyli Kolumbijczyków i stosunki między naszymi krajami zostały unormowane – wspomina Piotr Ikonowicz.