Kampania prezydencka 1995 r. co się wtedy zdarzyło?

Nie jest łatwo wrócić po 25 latach do tej kampanii, która rozegrała się w Polsce jesienią 1995 r. Polska była wtedy inna, ba – świat był inny, bez komórek i internetu. Aktorzy tamtych wydarzeń nabrali politycznej patyny, część z nich nie uczestniczy dziś w czynnej polityce, a niektórzy z nich już nie żyją (np. Jacek Kuroń, Tadeusz Zieliński).

Pierwsze lata transformacji były dla naszej formacji trudne. Powoli, mozolnie budowaliśmy socjaldemokrację, od nowa po kilkudziesięciu latach przerwy. 
Zgarnialiśmy za historię
Nasze środowisko stawiało pierwsze polityczne kroki w kapitalizmie – ustroju nam z autopsji nieznanym. Nowy przewodniczący nowej partii bardzo szybko ujawnił zdolności przywódcze, energię i determinację w walce o stworzenie nam perspektyw działania w nowych warunkach ustrojowych. Myślę, że dzięki temu przetrwaliśmy najgorsze, a nie wszyscy umieli wytrzymać klimat wrogiego napięcia tamtych dni, wszechobecnego wokół SdRP. „Zgarnialiśmy” za historię dawną i tą najnowszą. Demokraci najświeższej próby, którzy bardzo często okazywali się pogrobowcami różnych odłamów przedwojennej prawicy, lub powojennego stalinizmu rozpoczęli „dekomunizację”, podważając nieustannie rolę i ustalenia okrągłego stołu. Ratował się, kto mógł, a my byliśmy świadomi tego, że naszą sytuację mogą tylko zmienić demokratyczne wybory: albo lud nas z kretesem odrzuci, albo nas zaakceptuje i wesprze. 
Pierwszy nasz sukces wyborczy miał umiarkowany charakter: w 1991 r. byliśmy drugim w Sejmie co do wielkości klubem parlamentarnym, w 1993 r. odnieśliśmy już zwycięstwo spektakularne – uzyskaliśmy najlepszy wynik, było to olbrzymią zasługą A. Kwaśniewskiego, który – jak to się wtedy mówiło – niczym biblijny Mojżesz przeprowadził nas przez Morze Czerwone, w dramatycznej ucieczce przed atakującymi prześladowcami. Miał w tym dziele jedną, jak się później okazało, niezwykle cenną cechę: wiedział, że w warunkach pluralizmu polityka to gra zespołowa, że skutecznej polityki nie prowadzi się w pojedynkę. Umiał wykreować szeroką, towarzyszącą mu ekipę. Dał przez to wielu szansę samodzielnego zaistnienia, stworzenia siebie według posiadanej wiedzy, solidności i temperamentu politycznego. Myślę, że był to niezwykle ważny czynnik demokratyzacji życia wewnątrzpartyjnego.
Klimat egoizmu i wodzostwa
Wielu z nas miało w swych życiorysach znaczący staż w organizacjach młodzieżowych. Wcześniejsza przynależność organizacyjna stanowiła o zbiorowym doświadczeniu naszej wspólnoty, ponieważ nie ulega wątpliwości, że kolejną ważną cechą ludzi SLD było wówczas społecznikostwo, nie było w żadnym razie sprzyjającego klimatu dla egoizmu i wodzostwa (wówczas). Cecha ta miała znakomity wpływ na podejście do zadań, związanych z kampanią wyborczą 1995.
Niezależnie od tych okoliczności władze partii uznały, że jedynym naszym kandydatem w wyborach prezydenckich 1995 może być tylko Kwaśniewski. W książce „Zapiski sztabowe Danuty Waniek” wspominam ten moment następująco:
„13 maja 1995 r. SdRP odbywała drugą część konwencji wyborczej; mieliśmy w tajnym głosowaniu wybrać swojego kandydata na urząd prezydenta. Sala A na Rozbracie pełna ludzi, premier Oleksy zgłasza kandydaturę Olka. Sala popiera, bije brawo, jakieś wystąpienia indywidualne, w ogóle jakoś tak uroczyście. Komisja skrutacyjna roznosi kartki do głosowania. Podają wyniki – okazuje się, że na 300 głosujących Aleksander w tajnych wyborach otrzymał 296 głosów za, 4 przeciw. Wynik znakomity, znaczący również w kategoriach moralno – politycznych. To się nazywa mieć poparcie własnej partii/../Wynik ten to jednak nie tylko osobisty sukces Olka, lecz także – jak sądzę – stanowisko wypowiedziane bardzo wyraźnie przez Radę Naczelną SdRP: czas, aby wreszcie wspomóc naszego przewodniczącego w ubieganiu się o najwyższy urząd w państwie.”
Zdobywaliśmy góry
Tuż przed tym ważnym głosowaniem Aleksander poprosił mnie o chwilę rozmowy, w czasie której zaproponował – ku mojemu zaskoczeniu – poprowadzenie kampanii wyborczej w roli szefa sztabu wyborczego. Pamiętam, że zastanawiałam się tylko przez kilka sekund, bo za chwilę Kandydat chciał tę decyzję ogłosić Radzie Naczelnej. Nie dał specjalnie wyboru. Już po fakcie zadawałam sobie pytanie, na co się właściwie porwałam, przecież takie kampanie prowadzone są przez doświadczonych specjalistów ( dziś o nich się mówi: spin doctorzy), a ja nie byłam do tego przygotowana jedynie teoretycznie. Jedynym moim kapitałem była wiedza politologiczna, zdobywana również na zachodnich stypendiach, doświadczenie organizacyjne, jak u większości z nas oraz niezwykła motywacja po temu, aby pokazać przeciwnikowi, że z PRL wynieśliśmy więcej umiejętności, niż by oni chcieli w nas widzieć. Byliśmy już pokoleniem przyzwoicie wykształconym, które jednakże w PZPR niewiele miało do powiedzenia, wszak w 1989r władzę w Polsce oddawali żołnierze frontowi – uczestnicy II wojny światowej. Po raz pierwszy w historii „zdobywaliśmy góry” na własny rachunek.
Oczywiście, nurtowały mnie najrozmaitsze pytania, np. jak zorganizować pracę sztabu, aby uniknąć straty czasu, którego za dużo już nie mieliśmy ? Co powinno być cechą przewodnią tej kampanii? Jak komponować materiały propagandowe (plakaty, ulotki itp.)? Jak zareaguje na tę kampanię teren? Nie byłam „człowiekiem aparatu”, a więc nie znałam „od środka” struktur partyjnych, poza kontaktami poselskimi. Tych obaw było mnóstwo, m.in. dlatego, że nie dysponowaliśmy takimi finansami, które pozwoliły by nam na rozrzutne zaplanowanie pomysłów wyborczych. Nie ulegało jednak wątpliwości, że wyzwanie było jednorazowe i należało złapać byka za rogi. Poza tym, przeważała determinacja sprawdzenia własnych możliwości w realizacji niezwykłego wyzwania. Intuicyjnie czułam więc, że za chwilę, latem 1995 spadnie na nas, nieznana dotąd w formie i treści, odpowiedzialna praca, pełna sytuacji nieprzewidywalnych, którym trzeba będzie sprostać.
Kandydat i potencjał
Mieliśmy jednakże dwa potężne atuty: najlepszego kandydata i własny potencjał do samodzielnego przeprowadzenia tej operacji. Trzecim ważnym elementem było doświadczenie z prezydenturą L.Wałęsy, bardzo konfliktotwórczą, pełną groźnych sytuacji dla państwa („obiad drawski”).
Atutem A. Kwaśniewskiego było wsparcie formacji, która szybciej, niż ktokolwiek sądził, „socjaldemokratyzowała” się, a jej czołowi działacze wykazywali wówczas zadziwiającą zdolność do demokratycznego myślenia i działania. Bez wahania podjęliśmy otwartą walkę wyborczą według demokratycznych reguł gry. Po latach skłonna jestem stwierdzić, że byliśmy wówczas bardziej pojętni w stosowaniu reguł demokracji niż działacze „Solidarności”, o czym mieliśmy się przekonać w trakcie tej kampanii wyborczej i tuż po niej. Nasi przeciwnicy od początku byli przekonani, że im było wolno więcej, wszakże byli „panami sytuacji”. My, w większości, zwracaliśmy uwagę na literę prawa, wszak – po latach tkwienia w oparach wyświechtanych haseł ideologicznych – zasada demokratycznego państwa prawa była dla nas atrakcją samą w sobie. 
A. Kwaśniewski miał jeszcze jeden osobisty atut – młodość. W momencie inauguracji kampanii wyborczej liczył sobie niespełna 41 lat. To było ważne, ponieważ wkrótce okazało się, że wyznaczyliśmy mu morderczą marszrutę wyborczą, której pokonanie wymagało niezłej kondycji fizycznej.
A kampania wyborcza nie mogła być łatwa, przewidywaliśmy to my, pisał o tym na łamach „Trybuny” Mieczysław Rakowski:
„Kandydat lewicy musi się liczyć z tym, że będzie przez wszystkie ugrupowania i orientacje prawicowe, a więc także przez biskupów, przedstawiany jako odpowiedzialny za dziesięciolecia PRL i wszystko, co się w niej zdarzyło. I nic mu nie pomoże, że urodził się w 1954 r.”. 
Koncepcja „z marszu”
Przewidywania te potwierdziły się w całej rozciągłości. Marek Siwiec po latach wspomina, że „przeciwko Kwaśniewskiemu będzie występował kościół rzymskokatolicki, laureat nagrody Nobla (Wałęsa), cała Solidarność. Należało zatem przekonać ludzi, że to oni zadecydują, a nie większe, czy mniejsze autorytety, które w tych wyborach będą się wypowiadać”. 
W końcu maja 1995 r. musieliśmy „z marszu” przygotować organizacyjną i merytoryczną koncepcję kampanii, na deliberacje czasu nie było. 
Na czym, po krótkich dyskusjach, oparłam koncepcję kampanii? Na trzech podstawowych elementach:
– na permanentnej pracy sztabu wyborczego w Warszawie;
– na 49 strukturach wojewódzkich SLD i SdRP; w każdym ówczesnym województwie spontanicznie powstały lokalne sztaby wyborcze i komitety wyborcze. Wg. K.Janika objęły one w skali kraju ok. 500 osób.
– na organizacji wielkiej podróży wyborczej, co stało się główną cechą tej kampanii (Wałęsa np. nie jeździł). Był to jedyny sposób dotarcia do wyborców jak kraj długi i szeroki, ponieważ SLD utrudniano dostęp do mediów elektronicznych, a własnych nie mieliśmy. Spotkania w terenie gwarantowały bezpośrednie dotarcie do adresatów tej kampanii, czyli do wszystkich. Pierwsza podróż wyborcza miała miejsce 2 czerwca 1995 r., pojechaliśmy wówczas do Kielc.(dziś, o zgrozo, w tym mieście „nowe elity” składają hołdy Brygadzie Świętokrzyskiej i Żołnierzom Wyklętym).
Z perspektywy czasu oceniam tę koncepcję jako jedyną z możliwych. Poza tym zdawałam sobie sprawę z tego, że każdy, nawet najlepszy pomysł na kampanię można popsuć np. brakiem intuicji politycznej, doświadczenia i zaangażowania. Mówiąc szczerze – była to największa niewiadoma w punkcie startu tej kampanii, a braliśmy na siebie zadanie pierwszorzędnej wagi państwowej.
Nikt dziś nie uwierzy, że sztab wyborczy pracował przy ul. Rozbrat w bardzo wąskim składzie ( na stałe 12 osób). Wszyscy byliśmy spin doctorami (choć wtedy nie wiedzieliśmy, że tak to się nazywa), a więc: Zbigniew Siemiątkowski – rzecznik sztabu, z nieodłączną pomocnicą Alfą Hermańską; Krzysztof Janik – odpowiedzialny za przygotowanie wszystkich niezbędnych tekstów i dokumentów, w tym Deklaracji Programowej „Wybierzmy przyszłość”, wspomagał go już wtedy Lech Nikolski, a w miarę potrzeby – Edward Szymański, który w czasiękampanii zajmował się koordynacją obowiązków parlamentarnych Aleksandra z zajęciami wyborczymi. Pion organizacyjny podróży został powierzony Maciejowi Porębie, był odpowiedzialny również za to, aby wszystkie wyprodukowane przez nas materiały propagandowe znalazły się na pokładzie „Kwaka”, bo taką nazwę otrzymał w naszym języku nasz autobus. 
Czterech rosłych mężczyzn
Za bezpieczeństwo kandydata odpowiedzialny był antyterrorysta major Jerzy Dziewulski (poseł SLD), który dobrał sobie do pomocy czterech młodych, rosłych mężczyzn. Szefowali im na zmianę z ppłk Markiem Kamińskim, również zawodowym antyterrorystą. Obaj instruowali nas, jak się zachowywać w momentach niebezpiecznych dla kandydata. Było to szczególnie ważne po doświadczeniu w Jastrzębiu Zdroju, 27 czerwca 1995 r., gdzie pod Domem Zdrojowym poleciały na nas nie tylko jajka, ale plastikowe worki z miałem węglowym. Napaść zorganizowana została przez miejscową „Solidarność”. W każdym razie niektórych z uczestników tej burdy oglądałam potem w telewizyjnych relacjach ze spotkań związkowców z rządem. Nagranie magnetofonowe z tego zajścia odtworzyłam w „Zapiskach sztabowych”. 
Dla bezpieczeństwa Kwaśniewskiego Jerzy Dziewulski robił więcej, niż nam się wówczas wydawało. Wspomina swoje zadanie następująco: 
„Byłem wówczas szefem ochrony A. Kwaśniewskiego. Spotkania, na które tłumnie przychodzili wyborcy starano się zakłócać różnymi ekscesami. Jedne mniej, inne były bardziej groźne. Nikt z nas, nie próbował nigdy wcześniej „eliminować” ze spotkań ewentualnych zadymiarzy. Nikt nie „ustawiał” spotkań. Ludzie przychodzili spontanicznie, bez specjalnych zaproszeń, bez sprawdzania, kto i z czym wchodzi na salę. Kwaśniewski chciał rozmawiać z każdym, także z przeciwnikiem politycznym. Rzucano w nas jajkami, pomidorami. Rozpylano gaz łzawiący (Przemyśl), wywracano krzesła, zaczepiano ordynarnie i popychano ludzi. Prowokowano nas, nasyłając zorganizowane bojówki. Liczyli zapewne na to, że moi ludzie , kiedyś przywykli do walki, użyją siły, co nadszarpnie reputację Kwaśniewskiego jako człowieka dialogu. Nic z tych rzeczy. Mimo tak niezwykłej agresji, nigdy A. Kwaśniewski nie był ubrudzony rzuconym jajkiem, czy pomidorem. Takich incydentów było tyle, ile spotkań, czyli setki. Jeżeli nawet używaliśmy siły, to przeciwnik leżał, ale nikt nie wiedział, jak to się stało. Dochodziło do prowokacji niezwykle groźnych. Oto ktoś usiłuje nakłonić A. Kwaśniewskiego do złożenia kwiatów pod pewnym pomnikiem w Katowicach. Prowadzę rozpoznanie i uzyskuję informację, że czeka tam na nas bojówka, gotowa podjąć walkę wręcz. W tych czasach nie używano jeszcze kijów bejsbolowych, więc chętni do rozprawy z Kwaśniewskim przy sobie mieli styliska od kilofów. Takie to były czasy”.
Towarzyszyła nam zawsze nasza własna ekipa telewizyjna, czyli znany redaktor telewizyjny Grzegorz Woźniak i Krzysztof Nowak, dzięki nim mieliśmy własną dokumentację filmową z przebiegu kampanii. Powoli dołączał do nas znany fotograf prasowy (wcześniej w PAP) , nieżyjący już Damazy Kwiatkowski, aż w końcu „zasiedlił się” na dobre w naszym gronie. W sztabie pojawiał się, jak meteor Marek Siwiec, uważaliśmy go za znawcę reklamy telewizyjnej. Odegrał jeszcze inną rolę w tej kampanii, ale o tym za chwilę. Za jakość druków, przygotowanie i dostarczenie ich na czas odpowiedzialny był zmarły niedawno Tadeusz Piwowar, to on mnie namawiał najgoręcej na „wpuszczenie” w kampanię własnego utworu w stylu zaczynającego się wówczas stylu disco polo, czyli standardu muzycznego, którego szczerze nie cierpię. Pamiętam, że odtwarzano mi nagranie na tak kiepskim, przenośnym magnetofonie, że ledwo rozpoznawałam słowa, ale melodia … spodobała mi się i potem piosneczka „Ole, Ole Olek…” znalazła się na szczycie listy przebojów.
Spływające listy
Finansami, a raczej ich zbieraniem, a potem rozliczeniem zajmował się Edward Kuczera, skarbnik SdRP. W czasie podróży, przed każdą odwiedzaną miejscowością do KWAKA dosiadał się przewodniczący miejscowej SdRP i zapoznawał go na bieżąco z lokalnymi problemami.
Pełnomocnikiem sztabu do kontaktów z Państwową Komisją Wyborczą została Małgorzata Winiarczyk – Kossakowska. Zgłaszała kandydaturę A. Kwaśniewskiego do Państwowej Komisji Wyborczej, zaopatrzoną w 451 431 podpisów, które zgromadziły wojewódzkie sztaby wyborcze w całej Polsce.
Do sztabu napływała każdego dnia olbrzymia korespondencja, prowadził ją najsolidniejszy i najskrupulatniejszy, nieżyjący już Hieronim Góralski. Nie miał łatwego zadania, ponieważ przyjęliśmy zasadę, że odpowiadamy na każdy list, na prośby o interwencję w codziennych, ludzkich sprawach. Incydentalnie pojawiali się w sztabie Sławomir Wiatr i Robert Kwiatkowski.
Na parterze budynku przy Rozbrat pracowało nasze Centrum Prasowe, dyżurujące codziennie w czasie zbierania podpisów pod kandydaturą, tam też odbywały się nasze krótkie konferencje prasowe.
Niczym Clinton
Jak nie trudno zauważyć, nie było wśród nas fachowca od public relations. Na pytania dziennikarzy o tę kwestię odpowiadałam, że nie ma takiej potrzeby. Z wystąpieniami publicznymi nasz kandydat świetnie dawał sobie radę, był rzutki i spontaniczny, a zmian w swoim wyglądzie dokonał sam: w czasie krótkich wakacji latem schudł. I tyle. Nieprawdą jest, że wkładał specjalne szkła kontaktowe, które nadawały jego oczom niebieską poświatę.
Pomysł odbywania podróży wyborczych autobusem zrodził się już w 1993 r, wówczas odnieśliśmy pierwszy sukces w wyborach parlamentarnych. O ile pamiętam, odbyliśmy wówczas dwie podróże autobusem i doszliśmy do wniosku, że następną kampanię zrobimy już tym środkiem lokomocji. Podglądaliśmy również nowinki na świecie i zauważyliśmy, że w czasie swojej kampanii wyborczej autobusem jeździł Bill Clinton. W każdym razie pierwsza zwycięska tura kampanii wyborczej była naszym własnym planem i tyle.
Problemem dla mnie było włączenie w kampanię „ludzi z zewnątrz” Mam tu na myśli pojawienie się we wrześniu Jacquesa Segueli, czyli już po tym, jak kampania ruszyła na całego, a strategiczne decyzje były już dawno podjęte. Nikt też w sztabie wyborczym nie zgłaszał potrzeby wspierania się wynajętymi specjalistami, zresztą nie znaliśmy ich. Dowiedziałam się, że inspiratorem tego pomysłu był Marek Siwiec. Podzielił się tym z Aleksandrem. Sam dziś tak to opisuje:
„Musiałem namówić Jacquesa Séguéla, aby nam pomógł. Na początku nie był entuzjastycznie nastawiony, ale spodobała mu się skala trudności. W końcu zdecydował się przyjechać do Warszawy, aby poznać kandydata. Powiedział, że po rozmowie oceni jego szanse. Spotkanie widać wyszło nieźle, bo uwierzył, że Kwaśniewski sam jest w stanie zarządzać swoją kampanią. I rzeczywiście zarządzał”. Dodajmy, że przy pomocy sprawnego sztabu. 

Uczestniczyłam w dwóch spotkaniach z Sequelą, później z nich zrezygnowałam, ponieważ do mojej pracy sztabowej nie wnosiły one nic nowego. Kampania była bardzo autentyczna, niektórzy określali ją mianem „ludyczna”. Dawaliśmy sobie świetnie radę, partia pracowała jak dobrze naoliwiony silnik i właściwie nie było przed nami takich problemów, z którymi nie umielibyśmy się zmierzyć. Poza tym brałam pod uwagę jeszcze jedną kwestię, która była nie do przeskoczenia dla „ludzi z zewnątrz”: to my ponosiliśmy odpowiedzialność polityczną za wszystko, co się w tej kampanii zdarzyło.
Odloty i przyloty
Sam Sequela we wrześniu 1995 robił na mnie wrażenie człowieka zdystansowanego, bez uśmiechu pytał o różne pomysły wyborcze, kiwał głową, oglądał sondaże i ….wracał po trzech godzinach pobytu do Paryża (odlatywał chyba tym samym samolotem, którym przyleciał do Warszawy). Wśród nas chodziły słuchy, że tak naprawdę jest zainteresowany zbliżającą się kampanią B.Jelcyna – ówczesnego prezydenta Federacji Rosyjskiej. Ożywił się –i dobrze – dopiero w drugiej turze, pracował już indywidualnie z Aleksandrem – zwycięzcą pierwszej tury. 
W drugiej turze (śmiertelnie zmęczeni) odbyliśmy już tylko cztery podróże do wybranych miast wojewódzkich ( m.in.Katowice, Szczecin), ale odbyły się również spotkania lewicowych środowisk kobiecych (DUK, LPK, Pro Femina) z przyszłą pierwszą damą-Jolantą Kwaśniewską oraz z organizacjami młodzieżowymi, za które był odpowiedzialny Witold Firak. Oba się udały.
 5 listopada wieczorem, już po ogłoszeniu wygranej A. Kwaśniewskiego w pierwszej turze, nasz kandydat zaproponował Lechowi Wałęsie wspólne, publiczne debaty. Prezydent Wałęsa zgodził się na tę propozycję, ponieważ – jak się wyraził – chciał pokazać „bezsens” filozofii Kwaśniewskiego. Sztaby uzgodniły ze sobą warunki przeprowadzenia debat (12 i 14 listopada 1995 r.), których gospodarzem został Wiesław Walendziak, ówczesny szef TVP, zadeklarowany zwolennik L.Wałęsy (wieczorem, po drugiej turze, Walendziak zatrzymał na dwie godziny informację o wygranej Kwaśniewskiego. Liczył zapewne na odwrócenie się wyników na korzyść L.Wałęsy). Ponadto w debaty zostali włączeni po stronie Lecha Wałęsy – Jan Nowak Jeziorański, Tomasz Wołek, Jerzy Marek Nowakowski, a po stronie Aleksandra Kwaśniewskiego znani dziennikarze telewizyjni – Andrzej Kwiatkowski i Sławomir Zieliński. 
Taktyka psychologiczna
Przed debatami stało się dla nas bardzo ważne, aby Aleksander był do nich dobrze przygotowany od strony psychicznej i taktycznej. My takiego doświadczenia w Polsce nie mieliśmy, wydarzenie wyborcze w rodzaju debaty dwóch konkurentów, transmitowane przez TVP, (wówczas jedyną stację o zasięgu ogólnokrajowym), miały miejsce po raz pierwszy. I nawet, gdyby naszemu kandydatowi wystarczyło wiedzy, roztropności, „wyborczej kultury i elegancji”, żeby samodzielnie podołać takiemu wyzwaniu, to warto było w tym momencie szukać potwierdzenia tych przymiotów u kogoś, kto ma większe doświadczenie w kreowaniu metodologii debat „prezydenckich” jeden na jeden. Tym właśnie zajął się J. Sequela, który Kwaśniewskiemu przekazał zapewne szereg uwag, dotyczących specyfiki debat wyborczych, ponieważ to one stały się hitem drugiej tury wyborów prezydenckich 1995. 
 Obecność J. Sequeli wykorzystywana była później w kłamliwy sposób przez prawicę, ponieważ pozwalała publicystom zlekceważyć wysiłek i zasługi ludzi SLD oraz talenty samego A. Kwaśniewskiego. Nawet ci, którzy dziś piszą, że byliśmy wtedy „wysypem talentów” i „najsprawniejszą drużyną w polskiej polityce, chętnie przypisują sukces Aleksandra „sztuczkom” pijarowca z zagranicy. Jestem przekonana, że gdyby Kwaśniewski nie wygrał już w I turze wyborczej, Sequela najprawdopodobniej w ogóle by nie przyznał się, że był w Warszawie. Włączył się w tę kampanię po stronie zwycięzcy I tury, a to już była dla niego zupełnie inna sytuacja. 
Bez radzieckich czołgów
Innym powodem, dla którego prawicowi dziennikarze wyjaśniają w ten sposób zwycięstwo Kwaśniewskiego, w gruncie rzeczy umniejszając je, jest brak uczciwej odpowiedzi na pytanie, dlaczego najpierw w 4 lata, a potem w 6 lat po przełomowych wyborach z 1989 r, formacja totalnie izolowana w strukturach władzy, w mediach, atakowana nieustannie z ambon – bez „radzieckich czołgów”, bez politycznego wsparcia z zagranicy wygrywa w wolnych, demokratycznych wyborach…? Pogodzenie się ze zmianą poparcia społecznego na niekorzyść nowych elit nie było więc łatwe do wytłumaczenia, stąd chętnie sięgano po uproszczone wyjaśnienia przyczyn kolejnego zwycięstwa po stronie „postkomunistycznej” lewicy, której przedstawicieli na gruncie parlamentarnym pozwolono dotąd traktować co najwyżej „jako pariasów”. „Antykomunistyczny duch” nowych elit, którym próbowano nasączać przebieg kampanii wyborczej, próby zastraszania (niektórzy dziennikarze „niechcący” przypominali losy krótkiej prezydentury Gabriela Narutowicza), wręcz bojówkarskie napaści na spotkania przedwyborcze (patrz: zorganizowane, celowe działania Ligi Republikańskiej pod przewodnictwem Mariusza Kamińskiego – dzisiaj czołowego polityka PiS, inicjatywa ¾ przeciwko ¼ Jana Rokity, wspieranego przez prof. Jana Śpiewaka, antysemityzm i niechęć wylewająca się z krucht kościelnych), kruszył się pod wpływem zmiany nastrojów społecznych. 
 Jestem przekonana, że w tamtych okolicznościach mobilizacja struktur partyjnych nie byłaby tak skuteczna i tak wszechobecna, gdyby nie atmosfera, trwająca od początku wewnątrz SLD. To był niezwykle ważny czynnik. Demokratyzacja życia wewnątrzpartyjnego, uznawane powszechnie przywództwo A. Kwaśniewskiego, znakomity klimat i widoczna aktywność Klubu Parlamentarnego SLD działały, jak ozdrowieńczy podmuch energii .
Konfitury

Iza Sierakowska –ówczesna , legendarna wiceprzewodnicząca SdRP tamten czas wspomina następująco: 
„Ten sukces był konsekwencją umiejętności Ola. On stwarzał w partii taką atmosferę, że chciało się dla niego pracować: każdy był ważny, każdy miał swoje zadania, rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy. On był jednym z nas. W sytuacjach trudnych radził sobie wyjątkowo dobrze, widać było doskonałą znajomość ludzkiej psychologii, która bardzo się przydawała, kiedy trzeba było nas do czegoś przekonać. I dlatego cieszył się wśród nas niezwykłym szacunkiem, potrafił nie tylko przekonywać do swych racji, ale słuchać i – kiedy trzeba – polemizować, ale nie z pozycji wodzowskich, tylko człowieka świadomego swego autorytetu w swoim środowisku.
Wybory prezydenckie z 1995 r. to pierwsza taka pełna mobilizacja SdRP i koalicji SLD. Tak, właśnie koalicji, tych kilkudziesięciu podmiotów, z którymi się rozmawiało, negocjowało, poznawało nawzajem. Nie SLD – partia wodzowska, ale koalicja SLD. To wszystko sprawiało, że choć partia pracowała w niezwykle skromnych warunkach, na spotkania przychodziły setki ludzi. Olek miał doskonałą pamięć do twarzy, dawał wyraz temu, że pamięta. A przychodzili na te spotkania również ludzie biznesu, którzy chcieli poznać jego punkt widzenia na problemy natury gospodarczej.
Czy wtedy ktoś pomyślał o konfiturach z działalności politycznej ?! Liczył się cel. Poza tym, Olek umiał współpracować z kobietami, traktował je po partnersku. To prawda, że potrafimy bezinteresownie angażować się w sprawy, co do których nie miałyśmy wątpliwości, że są uczciwe, przyzwoite. Tak było i wtedy. Wielki to był dla mnie zaszczyt móc pracować z Aleksandrem jako wiceprzewodnicząca partii, dużo się wtedy nauczyłam, dojrzałam. A potem byłam zwyczajnie dumna z tego, że pokonał Wałęsę.”
Kampanii próbowaliśmy nadać również charakter edukacyjny. Atutem w debatach merytorycznych było przewodnictwo A. Kwaśniewskiego, sprawowane w Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego. To był wielki kapitał jego kampanii, ponieważ postęp w pracach komisji pozwolił mu na publiczne przedstawianie koncepcji państwa i konstytucyjnego kształtu praw i swobód obywatelskich. Było to o tyle ważne, że Wałęsa reprezentował zupełnie inny pomysł na państwo – opowiadał się za systemem prezydenckim, władza, jaką posiadał na mocy „małej konstytucji” i tak wydawała mu się zbyt mała.
Seminarzyści
W dniach wolnych od podróży wyborczych (posiedzenia Sejmu) odbywały się na Rozbracie seminaria kierunkowe, w których kandydat i politycy SLD mogli się wypowiedzieć na ważne kwestie polityczne (np. sprawa przystąpienia do NATO, ekonomiczne koszty transformacji i perspektywy rozwoju gospodarczego, świecki model państwa i.t.p.). np. w czasie seminarium, poświęconemu bezpieczeństwu i obronności Polski zabrał głos Jerzy Milewski, wcześniej współpracownik Wałęsy, co zostało potraktowane jako wyraz poparcia, udzielonego A. Kwaśniewskiemu. O problemach gospodarczych oraz sytuacji ekonomicznej dyskutował z chętnymi prof. Zygmunt Bosiakowski.
Swoistym novum w tej kampanii było odwołanie się do nowej formy reklamy wyborczej, jakim były billboardy. Sztab wyborczy zdecydował się na przygotowanie po jednym w każdej turze wyborczej. Pierwszemu towarzyszyło hasło „Wybierzmy przyszłość”, drugiemu – „Wspólna Polska”. Sztab przygotował też we własnym zakresie kilkuminutowy telewizyjny film reklamowy. Ze względu na wysokie koszty emisji w TVP, planowaliśmy skorzystać z tej formy reklamy wyborczej tylko w przypadku, gdyby okazało się, że odwołuje się do takiej formy również Lech Wałęsa. Z zaprezentowania „filmiku” wyborczego ostatecznie zrezygnowaliśmy. 
 W trakcie kampanii –poza sygnatariuszami SLD – poparcia A. Kwaśniewskiemu udzieliła Unia Chrześcijańsko-Społeczna, na czele z nie żyjącym już Kazimierzem Dzierżykraj-Morawskim, Partia Zielonych, Młodzieżowy Komitet na Rzecz Wyboru A. Kwaśniewskiego oraz Sojusz Kobiet na Rzecz Wyboru A. Kwaśniewskiego. Spotkanie wyborcze z ugrupowaniami politycznymi, związkami zawodowymi i organizacjami społecznymi, tworzącymi SLD odbyło się 12 września 1995. Prowadził je Włodzimierz Cimoszewicz. Zaprezentowano wówczas program wyborczy Kandydata, na który składały się m.in. następujące postulaty: umacnianie demokracji w Polsce, utrzymanie wzrostu gospodarczego, rozwiązanie najtrudniejszych problemów społecznych, budowanie społeczeństwa obywatelskiego oraz umocnienie miejsca Polski w Europie. Nie ulega wątpliwości, że w toku kampanii wyborczej zaznaczało się poparcie młodzieży ( to ona była w szczególności zaangażowana w zwycięskie dla A. Kwaśniewskiego prawybory we Wrześni, które odbyły sie 15 września 1995 r. Podobna mobilizacja była w przypadku kobiet i emerytów.
„Goniec Wyborczy”
Warto słów kilka poświęcić Komitetowi Wyborczemu Aleksandra Kwaśniewskiego, na czele którego stanął poseł SLD – Włodzimierz Cimoszewicz. Komitet ukonstytuował się 26 września 1995 r., jego wiceprzewodniczącymi zostali Danuta Waniek i Jerzy Szmajdziński, a pełnomocnikiem Komitetu – Małgorzata Winiarczyk-Kossakowska. W skład Komitetu weszli: Zygmunt Bosiakowski, Mariusz Chwedczuk, Stanisław Gebethner, Zofia Grzebisz –Nowicka, Tadeusz Iwiński, Henryk Jasiorowski, Józef Kaleta, Aleksander Krawczuk, Piotr Kuncewicz, Józef Kuropieska, Krystyna Łybacka, Jan Mulak, Longin Pastusiak, Janusz Reykowski, Franciszek Ryszka, Adam Schaff, Izabela Sierakowska, Ewa Spychalska, Krzysztof Teodor Toeplitz, Jerzy Wiatr, Xymena Zaniewska.
Na końcowym etapie kampanii Aleksandra wsparli: Barbara Labuda, Andrzej Drawicz i adwokat Marek Gromelski. Również spotkanie A. Kwaśniewskiego z prof. Tadeuszem Zielińskim – jednym z kandydatów w tych wyborach, wieczorem w dzień pierwszej tury wyborczej, należało przyjąć jako rodzaj poparcia.
Przed każdą turą Komitet Wyborczy wydawał pismo – ulotkę „Goniec Wyborczy”, ilustrujący dotychczasowy przebieg kampanii. W przerwie między pierwszą a druga turą powstała książka „Zapiski sztabowe Danuty Waniek”, która miała odegrać rolę poszerzonego sprawozdania z przebiegu I tury wyborczej. Należy dodać, że od początku kampanii wyborczej A. Kwaśniewski zajmował niezmiennie pierwsze miejsce w sondażach, w I turze wygrał w 33 województwach, Lech Wałęsa w 16-tu.
Kwaśniewski wygrał z Wałęsą różnicą 646 260 głosów: Lech Wałęsa uzyskał 9 058 176 głosów, czyli 48,28 proc. głosujących, Aleksander Kwaśniewski – 9 704 439 głosów, czyli 51,72 proc. głosujących. Frekwencja w II turze wyniosła 68,23 proc. A. Kwaśniewski wygrał na wsi (51,4 proc. ) i w małych miastach (52,8 proc.). Lech Wałęsa wygrywał w dużych miastach. 
21 listopada wieczorem (czasu polskiego) do Aleksandra Kwaśniewskiego z gratulacjami zadzwonił prezydent USA – Bill Clinton. Przy tej rozmowie w siedzibie SLD przy ul. Rozbrat, uczestniczył późniejszy ambasador USA w Polsce – Stephen Mull, byłam również i ja (ambasadorem USA w Polsce był wówczas Nicolas Rey). Historia pukała do naszych drzwi.
Byliśmy świadkami i uczestnikami wydarzeń, które były dla nas wielce pouczające. W szczególności doświadczyliśmy jednego: „demokratyczna” opozycja nie umiała godnie przegrać. Trzeba było oswoić się z prawdą, że „autorytety” z opozycji wygłaszały zasady na ogół dla bliźnich. Sami, jak trzeba było, w obronie swej władzy chętnie sięgali po pomoc tajnych służb, walczyli metodami poza konstytucyjnymi, narażającymi Polskę na śmieszność i szwank. 
Ale daliśmy im radę!
23 grudnia 1995 r. A. Kwaśniewski złożył przysięgę, obejmując oficjalnie urząd Prezydenta RP.
Z perspektywy czasu Krzysztof Janik tamtą kampanię opisał w sposób następujący: 
jak mi się wydaje, przyczyny zwycięstwa Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich w 1995 roku podzielić można na dwie grupy: obiektywne (niezależne od osobowości kandydata i jego otoczenia) oraz subiektywne. Trzeba o nich pisać i przypominać, bo nawet uczestnicy tamtych wydarzeń nie wszystko pamiętają (ja też). Natomiast od kilku lat mamy do czynienia z pomniejszaniem wagi tego zwycięstwa. Niedawno w „Rzeczpospolitej” przeczytałem, że wygrał „sztuczkami”, które mu wymyślił wynajęty za „grube pieniądze” cudzoziemski specjalista. Studenci piszący prace dyplomowe o tym sukcesie, pod wpływem obecnej na rynku literatury, piszą głównie o niebieskich koszulach i dobranych do nich szkłach kontaktowych, ewentualnie o słabościach Wałęsy. Dlatego, tak jak pamiętam, wskazałbym na przyczyny tego zwycięstwa, dzieląc je – jak wspomniałem – na dwie grupy: niezależne od kandydata oraz będących Jego dziełem i sztabu współpracowników.
Przyczyny
Do pierwszych zaliczyłbym:

Rzecz znaną i wielokrotnie opisywaną – sprzyjające „postkomunistycznej” lewicy nastroje społeczne. Po szokowej transformacji Balcerowicza, w społeczeństwie – świeżo pamiętającym PRL – obudziła się tęsknota za bezpieczeństwem socjalnym, pełnym zatrudnieniem, poczuciem ładu i porządku. Tak naprawdę to głosowanie pokazało rzeczywisty rozkład ocen dotyczących PRL-u. To widać w ocenie Wojciecha Jaruzelskiego, stanu wojennego itd. Można powiedzieć, że 33 proc. Kwaśniewski miał „na wejściu”.

Rozczarowanie elitami „Solidarności”, które uznawano za „nieudaczników”. Rzecz się wyostrzyła, kiedy na czele ruchu otwarcie zwalczającego Kwaśniewskiego (Inicjatywa ¾) stanął czołowy eksponent tego nieudacznictwa – Jan Rokita. Rola tej inicjatywy w sukcesięAleksandra Kwaśniewskiego jest niedoceniana – przyniosła Mu kolejne 5 proc.

Dołożył się do tego kościół. Postrzegany – w odróżnieniu od społeczeństwa – jako beneficjent i poplecznik nowego ustroju nie umiał zdystansować się od kampanii wyborczej. Zaangażował się od początku przeciwko Aleksandrowi (nie miał chyba na początku zdecydowanego, własnego faworyta), a potem nie miał wyboru – musiał brnąć w Wałęsę, narażając własną reputację i czyniąc to dość prostymi (żeby nie powiedzieć prymitywnymi) metodami.

Niezdecydowanie elit intelektualnych, postsolidarnościowych. Nie lubiły one Lecha Wałęsy, a rozpętana akcja antysemicka przeraziła je, co do dalszego kierunku rozwoju sytuacji. Powiedziałbym, że wykonywały one „rytualne tańce” antykwaśniewskie, ale czyniły to bez przekonania, „bez ognia”, a kilku wybitnych przedstawicieli tych elit demonstracyjnie nie zaistniało w tej kampanii (zwłaszcza w drugiej turze).
Przesłanki
Gdybym miała podsumować te uwagi, to powiedziałbym, że te przesłanki przyniosły Aleksandrowi Kwaśniewskiemu łącznie 40 proc. poparcia. Te decydujące 11 proc. zależały jednak od samego kandydata i jego sztabowców. Złożyły się na nie następujące czynniki:

1. Przyjęta i konsekwentnie realizowana koncepcja kampanii wyborczej. Kandydat – w odróżnieniu od konkurencji – prawie dzień w dzień jeździł po Polsce uczestnicząc w spotkaniach otwartych, coraz bardziej licznych. Przesłanie było jasne: nie boi się ludzi, nie ma regionów i środowisk ważnych i mniej ważnych, umie z ludźmi rozmawiać. Co ważne: umie rozmawiać z przeciwnikami, nie boi się ich, wie kiedy potraktować ich poważnie (Jastrzębie), a kiedy obśmiać (Bochnia). Prymitywizm tych przeciwników też przynosił Mu profity: bezwzględne ataki sprzyjają raczej atakowanemu, a nie atakującym. Dodatkowym plusem była świetna organizacja kampanii – KWAK, planowanie, zabezpieczenie w materiały informacyjne, znajomość środowisk, które kandydat odwiedzał.

2. Poważne zaplecze polityczno-organizacyjne. SLD w toku tej kampanii okrzepł i pokazał potencjał polityczny i organizacyjny jako formacja polityczna. Z jednej strony zaangażował się bezgranicznie w kampanię, z drugiej aktyw terenowy czuł, że to niepowtarzalna okazja, aby wyleczyć się z kompleksów, pokazać swoją społeczną użyteczność, wywalczyć stabilne miejsce na scenie politycznej. Żaden z kandydatów, ani wtedy, ani w 2000 roku nie miał takiego zaplecza, tak zmotywowanego i tak kompetentnego.

3. Poważne potraktowanie rozmaitych grup społecznych. Mało kto dziś pamięta, że sztab przygotował materiały programowe do prawie wszystkich grup społecznych. Były listy kandydata do rolników, rzemieślników, nauczycieli, pracowników służby zdrowia, samorządowców, urzędników administracji publicznej, pracowników b. PGR-ów itd., itp. Nie przywiązywałbym zbyt wielkiej uwagi do treści tych listów, ważne było wrażenie, że nikt z Polaków nie jest wykluczony z zainteresowania kandydata, że „nie opuści” żadnej grupy społecznej.

4. W tym duchu były też hasła kampanii wyborczej. Nie miejsce tu na ich szczegółową analizę, ale zarówno „Wybierzmy przyszłość”, jak i „Wspólna Polska” nie dzieliły, wręcz przeciwnie wskazywały na wspólnotowe intencje kandydata, podkreślały pozapolityczny, ponadpartyjny charakter Jego kandydatury.

5. Wreszcie same przymioty kandydata. W kampanii Aleksander Kwaśniewski połączył dwa sprzeczne – wydawałoby się – wizerunki. Z jednej strony „swój chłop”, co to „zatańczy i zaśpiewa”, z drugiej światowiec: mówi po angielsku i – co b. ważne – po polsku, zna celebrytów politycznych i artystycznych, czuje się wśród nich swobodnie.
Krzysztof Janik ma nadzieję – zostało MU do dzisiaj.


Prezydentura A. Kwaśniewskiego trwała 10 lat. I rzecz dziwna – publicyści prawicowi nawet w publikacjach pisanych już z perspektywy bez mała 25 lat dają wyraz temu, że z tamtą wygraną nie pogodzili się do dziś. I skoro nie da się jej wymazać z najnowszej historii Polski, to przynajmniej należy pomniejszyć jej znaczenie, a gdzie jest to możliwe – przemilczeć. 
No cóż, Ludwik Jerzy Kern poświęcił tej przypadłości takie, pisane wierszem spostrzeżenie:
„Konik nóżką grzebie,
Płacze dziewczę hoże,
Polak do Polaka
Z pyskiem albo z nożem.
Rzadko Polakowi
Polak dobrze zrobi
To już takie nasze
Narodowe hobby
A tak by się chciało
Wstawić do czytanki,
że Polak i Polak
To są dwa bratanki”.

Wybory prezydenckie (cz. I)

Wybory prezydenckie coraz bliżej. W przyszłym roku, tak jak działo się to co pięć lat, wystartują wybitni, znani politycy, mniej wybitni politycy oraz osoby do tej pory wyborcom kompletnie nieznane, najczęściej bez żadnego doświadczenia politycznego i społecznego.

Nazwiska tych ostatnich przeminą szybko, u niektórych z nas czasem tylko pozostanie pamięć o tym, że jeden z pretendentów był producentem wkładek do butów, a inny zjeżdżalni montowanych w „aqua-parkach”. Zapamiętujemy zwycięzców, bo byli naszymi prezydentami, ale zapewne już nie wszyscy wymienimy bezbłędnie, po kolei, przegranych w drugiej turze. Na pewno bardzo niewielu wymieni tych, którzy zajęli trzecie i czwarte miejsce. Dodatkową komplikacją może być fakt, że we wstępnej fazie, zanim jeszcze zarejestrowane zostaną komitety wyborcze poszczególnych kandydatów, a następnie zanim uda się tym komitetom zebrać wymagane sto tysięcy podpisów, do wyborców dociera ze strony partii politycznych, politologów i samych zainteresowanych bardzo szeroka lista nazwisk potencjalnych kandydatów, którzy nimi ostatecznie nie zostają.

Pierwsze „parlamentarne”

Z perspektywy czasu zaciera się kto tylko zgłaszał swą gotowość, a kto ostatecznie znalazł się na karcie do głosowania. Warto więc przypomnieć jak to z wyborami prezydenta RP w III Rzeczpospolitej bywało. Analizie poddaję tylko wybory powszechne, pomijając pierwsze z 1989, gdyż dokonywał ich, podobnie jak w II RP, nie suweren a Zgromadzenie Narodowe.
Na marginesie zauważę, że dla prezesa PiS suwerenem, na którego się on powołuje jest jego wierny elektorat, dla mnie zaś, zgodnie z nauką wyniesioną z tego samego co prezes wydziału, suwerenem jest ogół wyborców, a więc też ci którzy głosują na opozycję lub niestety nie głosują wcale.

Pierwsze powszechne

W 1990 roku wolę startu w wyborach deklarowało 16 kandydatów, wśród nich osoby, o których Polacy usłyszeli po raz pierwszy (ale i ostatni) jak Jan Bratoszewski, Edward Mizikowski, Józef Onoszko, czy Waldemar Trajdos. Wyjątkiem Stanisław Tymiński, pamiętany do dziś, bo sporo namieszał, więc dał się zapamiętać, tym bardziej że raz jeszcze po 15 latach próbował politycznie zaistnieć.
Tylko siedem komitetów zebrało wymagane 100 tysięcy podpisów, lecz Kornelowi Morawieckiemu części z nich nie nie uznano, więc nie został zarejestrowany. Ostatecznie więc wystartowało sześciu kandydatów: Roman Bartoszcze, Włodzimierz Cimoszewicz, Tadeusz Mazowiecki, Leszek Moczulski, Stanisław Tymiński i Lech Wałęsa. Wybory różnić się będą od następnych, między innymi tym że w kolejnych lista kandydatów była zawsze dłuższa, czasem nawet znacznie. Ponadto do finału, ku zaskoczeniu wszystkich, dostał się Stanisław Tymiński kandydat „znikąd” pokonując faworyta Mazowieckiego, którego wielu komentatorów, jeszcze przed wyborami, widziało już w fotelu prezydenckim. Lech Wałęsa zdobył 6 569 889 głosów, czyli 39,96 proc. , Tadeusz Mazowiecki, urzędujący i bardzo popularny premier, zaledwie 2 973 364 głosów, czyli 18,08 proc. , a wyprzedził go Stanisław Tymiński osiągając aż 23,10 proc. poparcia od 3 797 605 wyborców. Czwarte miejsce przypadło Włodzimierzowi Cimoszewiczowi (9,21 proc. – 1 514 025 głosów), co kandydata lewicy, w tamtym czasie, winno słusznie napawać satysfakcją. Najsłabszy wynik uzyskał Leszek Moczulski bo tylko 411 526 głosów, co dało mu 2,50 proc. , jednak porównując to z późniejszymi wyborami, trzeba przyznać że cała stawka była dość równa, a ten ostatni wynik, choć niski, nie był dezawuujący kandydata, jak to będzie się zdarzać w kolejnych wyborach.
W II turze wygrał zdecydowanie Lech Wałęsa uzyskując aż 74,25 proc. poparcia od 10 662 696 wyborców. Jego konkurenta Stanisława Tymińskiego poparło 3 683 098 wyborców, a więc o 115 tysięcy mniej niż w pierwszej turze, dało mu to 25,75 proc. . Nigdy później zwycięstwo nie było tak przytłaczające, nigdy też żaden z wygranych nie zdobył ponad 10 milionów głosów wyborców. Warto dodać, że weteran prezydenckich kampanii wyborczych Janusz Korwin Mikke w tych wyborach swój komitet zarejestrował, nie zebrał jednak wymaganej ilości głosów, by stanąć w szranki.

Iść spać z Wałęsą, budzić się z…

W roku 1995 aż 18 komitetów przekazało do Państwowej Komisji Wyborczej zebrane podpisy poparcia dla kandydatów, jednemu tylko z nich, Bronisławowi Tejkowskiemu, wykazano że zebrał mniej niż wymagana ilość 100 tysięcy. Zarejestrowano wiec 17 kandydatów, w tym satyryka Jana Pietrzaka i producenta wkładek do butów Kazimierza Piotrowicza. Czterech kandydatów, jeszcze przed drukiem kart do głosowania ze startu zrezygnowało, ostatecznie więc w pierwszej turze wybieraliśmy spośród 13 pretendentów. Nadal jest to najdłuższa lista wyborcza jak do tej pory. Ostatnie trzynaste miejsce zajął kandydat noszący nazwisko Bubel zdobywając poparcie 0,04 proc. głosujących, to jest zaledwie 6 825 wyborców. To najgorszy z dotychczasowych wyników. Niewątpliwie zaskoczeniem dla wielu był świetny wynik Aleksandra Kwaśniewskiego, który zdobył ponad 358 tysięcy głosów więcej od Wałęsy (więcej o 2 proc. ) i słaby Jacka Kuronia; zajął on trzecie co prawda miejsce, ale zdobywając tylko 9,22 proc. , na co złożyło się 1 646 946 głosów.
W pierwszej turze Aleksander Kwaśniewski zdobył 6 275 670 głosów, czyli 35,11 proc. , zaś Lech Wałęsa 5 917 328 głosami osiągnął 33,11 proc. . Janusz Korwin Mikke, który od roku 1995 startował już zawsze w wyborach prezydenckich zajął miejsce ósme uzyskując 428 969 głosów (2,40 proc. ). Po raz pierwszy pojawiło się w kontekście wyborów prezydenckich nazwisko Lecha Kaczyńskiego, po zarejestrowaniu zrezygnował on jednak ze startu przekazując symbolicznie swe głosy (nieotrzymane przecież) na Jana Olszewskiego, który osiągnął czwarte miejsce ze stosunkowo słabym wynikiem.
W drugiej turze zwyciężył Aleksander Kwaśniewski zdobywając 9 704 439 głosów – 51,72 proc. , Lech Wałęsa uzyskał 9 058 176 głosów – 48,28 proc. .
Najwyższa była, jak dotąd, frekwencja wyborcza (w pierwszej turze 64,70, a w drugiej 68,23 proc. ).

Marian nie wypala

Pięć lat później, w 2000 roku zarejestrowano 13 kandydatów, tuż przed wyborami zrezygnował Jan Olszewski apelując o głosowanie na Mariana Krzaklewskiego, szefa Solidarności. Krzaklewski zajął trzecie miejsce, z obiektywnie nie najgorszym jak na to miejsce wynikiem 15,57 proc. otrzymując prawie 2 740 tys głosów, jednak przy wielości podmiotów go popierających był to wynik słaby, o ponad 300 tys więcej głosów zdobył Andrzej Olechowski zajmując miejsce drugie. Aż pięciu kandydatów osiągnęło wynik poniżej 1,0 proc. , najmniej bo 0,10 proc. Bogdan Pawłowski (17 164 głosy). Zaskakująco niski, wręcz kompromitujący wynik, przyjmowany przez komentatorów z niedowierzaniem, bo zaledwie 1,01 proc. i siódme miejsce zdobył Lech Wałęsa zyskując poparcie 178 590 wyborców. Wyprzedził go nawet Janusz Korwin Mikke Korwin zdobywając 252 499 głosów (1,43 proc. ).
Po raz pierwszy, dotąd jedyny, nie było drugiej tury wyborów.
Urzędujący prezydent Aleksander Kwaśniewski znokautował i zdeklasował rywali osiągając już w I turze wygraną wynikiem 53,90 proc. zdobywając 9 485 224 głosów. Drugiego na liście Andrzeja Olechowskiego poparło 17,30 proc. wyborców (3 0 44 141 głosów).
Nigdy później żaden ze zwycięzców, tak jak Aleksander Kwaśniewski, nie zdobył w dodatku dwukrotnie, ponad dziewięciu milionów głosów poparcia. Nigdy też później pod sztabem kandydata (był to Hotel Dom Chłopa w Warszawie) nie zgromadziła się taka masa wiwatujących jego zwolenników.

Dziadek z Wehrmachtu

Rok 2005 zaskoczył ilością chętnych do startu w wyborach. Zarejestrowano 16 kandydatów (wcześniej zarejestrowano aż 27 komitetów). Ostatecznie o fotel prezydenta walczyło 12 kandydatów gdyż wycofali się Włodzimierz Cimoszewicz, Maciej Giertych (ojciec Romana) i Zbigniew Religa, a jeden z kandydatów (Daniel Podrzycki) zmarł. Rezygnacja Cimoszewicza wiązała się z rozpętaną przeciwko niemu nagonką i tak zwanym czarnym PR (sprawa Jaruckiej) co w drugiej turze dotknęło Donalda Tuska („dziadek z Wehrmachtu”). O ile autor pomówienia wobec Tuska jest od początku znany (Jacek Kurski), to na pytanie kto stał za „sprawą” Anny Jaruckiej, skazanej za swe przewiny prawomocnym wyrokiem na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu, wciąż nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Nota bene Jacek Kurski za swe słowa został (ale tylko na kilka miesięcy) wykluczony z PiS. Czym się zajmuje dziś i za jakie apanaże – wiadomo.
Pierwszą turę wygrał Donald Tusk (36,33 proc. ) zdobywając 5 429 666 głosów. Drugi był Lech Kaczyński (33,10 proc. ) gromadząc poparcie 4 947 927 wyborców. Trzecie miejsce zajął Andrzej Lepper ze stosunkowo dobrym wynikiem (15,11 proc. ) co zawdzięcza głosom 2 259 094 zwolenników. Warto odnotować wynik czwarty. Marek Borowski zdobył 1 544 642 głosów (10,33 proc.). To, obok Włodzimierza Cimoszewicza z roku 1990, drugi dobry wynik na miejscu czwartym nawiązujący kontakt z czołówką. Aż pięciu kandydatów odnotowało poparcie poniżej 1,0 proc. , na ostatnim miejscu znalazł się Adam Słomka (0,06 proc. ) otrzymując zaledwie 8 895 głosów. To drugi tak słaby, obok Leszka Bubla w 1995, wynik w historii wyborów prezydenckich. Tenże Bubel startował i tym razem zdobywając 18 828 (0,13 proc. ) głosów.
Druga tura odwróciła kolejność jaką kandydaci zajmowali po pierwszej. Lech Kaczyński wygrał z poparciem 54,04 proc. wyborców, gromadząc 8 257 468 głosów, na Donalda Tuska oddało swe głosy 45,96 proc. obywateli (7 022 319 osób).
Prezes na nervosolu
Katastrofa smoleńska zweryfikowała wiele deklaracji gotowości startu w wyborach 2010 roku. Do 9 kwietnia było już piętnaście takich deklaracji, co istotne, składanych w kontekście bardzo niskich notowań kończącego swą kadencję Lecha Kaczyńskiego. 1 marca 2010 ogłoszono, że poparcie dla niego wynosi 18,7 proc. , gdy Bronisława Komorowskiego popierało ponad dwa razy więcej bo 39 proc. sondowanych. Poza Lechem Kaczyńskim w katastrofie zginął wskazany już przez SLD jako kandydat na urząd prezydenta – Jerzy Szmajdziński. Katastrofa i nastroje przez nią wywołane były podawane jako powód rezygnacji ze startu przez Ludwika Dorna i Tomasza Nałęcza.
Katastrofa (w związku z „opróżnieniem urzędu prezydenta RP”) wymusiła przyspieszenie kalendarza wyborczego. Ostatecznie termin I tury wyznaczono na 20 maja (wcześniej przewidywano że odbędzie się ona dopiero 3 października). Zarejestrowano 17 komitetów wyborczych, z których jednak tylko 10 dostarczyło niezakwestionowane komplety po 100 tys. podpisów.
W pierwszej turze prowadzenie objął Bronisław Komorowski, na którego oddano 6 981 319 głosów co stanowiło 41,54 proc. , Jarosław Kaczyński zdobył 6 128 255 głosów (36,46 proc. ). Dobry wynik, jak na trzecie miejsce, osiągnął Grzegorz Napieralski otrzymując poparcie od 2 299 870 osób (13,68 proc. ). Dwóch kandydatów otrzymało poniżej 1 proc. głosów, w tym najmniej Kornel Morawiecki 21 596 głosów (0,13 proc. poparcia).
W II turze Bronisław Komorowski nie oddał prowadzenia uzyskując wynik 53,01 proc. na co złożyło się 8 933 887 głosów, zaś Jarosława Kaczyńskiego poparło 7 919 134 wyborców (46,99 proc. ).

Z czwartego szeregu

W 2015 roku zarejestrowano 23 komitety wyborcze, w tym aż czterech kobiet: Anny Grodzkiej, Wandy Nowickiej, Magdaleny Ogórek i Iwony Piątek. Jednak tylko 11 komitetów przedstawiło listy poparcie ze stoma tysiącami podpisów (w tym z kobiet tylko Magdalena Ogórek jako kandydatka SLD).
Pierwszą turę wygrał, ku zaskoczeniu wszystkich, w tym obozu PiS, Andrzej Duda. Poparło go 5 179 092 głosujących (34,76 proc. ). Wedle zgodnych opinii miał on walczyć o drugie miejsce, wszak notowania Komorowskiego nie dawały szans żadnemu kontrkandydatowi. (W lutym na Komorowskiego zamierzało oddać swe głosy aż 63 proc. ankietowanych – co przekładało się na zwycięstwo w pierwszej turze – na Dudę zaledwie 15 proc. .)
Wynik Komorowskiego był minimalnie niższy, oddało na niego swe głosy 5 031 060 wyborców czyli 33,77 proc. , o 148 032 mniej niż na rywala. Znakomity, jak na trzecie miejsce był wynik Pawła Kukiza – 3 099 079 głosów (20,80 proc. ). To w historii wyborów najlepszy wynik osiągnięty na tym miejscu. Poniżej 1,0 proc. głosów otrzymali czterej kandydaci, a spośród nich najmniej uzyskał Paweł Tanajno 29 785 (0,20 proc. ).
W drugiej turze ponownie na pierwszym miejscu był Andrzej Duda, którego poparło 8 630 627 obywateli (51,55 proc. ). Na Bronisława Komorowskiego oddało swe głosy 8 112 311 wyborców (48,45 proc. ). Różnica 518 316 głosów jest najmniejszą jaka w drugiej turze dzieliła zwycięzcę i pokonanego
Powoli zapominamy, że kandydatura Andrzeja Dudy była typową zapchajdziurą, miała być rodzajem manifestacji prezesa PiS jego stosunku do urzędu prezydenta zbezczeszczonego, w jego mniemaniu, przez niegodnego pamięci brata następcę, obdarzonego jednak sporym wsparciem społecznym. Wobec tych zaskakująco dobrych notowań Komorowskiego Andrzej Duda miał za zadanie tylko walczyć o fotel i zdobyć w miarę dobry wynik. Wejść do drugiej tury, utrudnić zwycięstwo, ale żeby zwyciężył, o tym ani prezes, ani sam kandydat chyba nie myśleli. Szansa pojawiła się nagle, po ogłoszeniu wyników pierwszej tury. A znacznie więcej kandydatowi PiS przysłużyli się nieskoordynowani, popełniający błąd za błędem, uśpieni i uspokojeni sondażami, sztabowcy Komorowskiego, niż zapracowana i przejęta „Polską w ruinie” Beata Szydło.
Nie sposób, ze wstydem, nie odnotować przypadku Magdaleny Ogórek. Ogłoszona została kandydatką niespodziewanie, w dodatku w bardzo nieodpowiednim dniu i momencie (śmierć Józefa Oleksego), niczym królik wyjęty z kapelusza. Bez najmniejszego doświadczenia jakie mogło ją predestynować do tej roli.
Wśród działaczy SLD nie brakowało przecież bardziej stosownych kandydatur. Zastanawiam się czy przewodniczący Leszek Miller nie chciał tą kandydaturą dać do zrozumienia jak mało szanuje urząd prezydenta RP? Może jednak dopisuję mu intencje, których nie miał. Kandydatura Ogórek odbija się lewicy czkawką do dziś i to coraz bardziej z powodu jej obecnej postawy, głoszonych poglądów, pokładów hipokryzji i zakłamania prezentowanych w prowadzonych przez nią programach telewizji rządowej. Nie da się jednak zapomnieć, że kandydatką SLD była, że uzyskała aprobatę wszystkich właściwych gremiów, a pewien dystans do niej, u części działaczy partii, zaczął się rodzić dopiero pod sam koniec kampanii.

Białe tango

Skoro o kobiecie była mowa, warto podać kiedy w wyborach startowały panie i jak poradziły sobie. Pierwszą kobietą, która stanęła do wyborów była w 1995 roku Hanna Gronkiewicz-Waltz. Sprawowała wtedy urząd prezeski Narodowego Banku Polskiego i uzyskała wsparcie wielu organizacji o profilu katolickim, choć co ciekawe nie otrzymała go od Radia Maryja, mając je wręcz przeciwko sobie. Gronkiewicz zajęła siódme miejsce z wynikiem 2,76 proc. (492 630 głosów), a z całej jej kampanii najbardziej pamiętane są słowa kandydatki o jej niemal stałej relacji z Duchem Świętym, co jak się okazało w tych wyborach nie pomogło. Dziesięć lat później, w 2005 roku, w szranki ruszyła minister przemysłu i handlu z roku 1991, działaczka organizacji gospodarczych Henryka Bochniarz. Podobnie jak Gronkiewicz zajęła siódme miejsce, ale ze znacznie słabszym wynikiem 1,26 proc. (188 600 głosów). W tym samym roku zarejestrowany był także komitet wyborczy prof. Marii Szyszkowskiej, kończącej swą jednorazową misję członkini senatu i byłej już wtedy członkini SLD. Nie zebrano jednak wystarczającej ilości podpisów by kandydatkę tę zarejestrować. W roku 2015 poza wspomnianą już Magdaleną Ogórek (piąte miejsce, 2,38 proc. , 353 883 głosów), wolę startu ogłosiły jeszcze trzy komitety, wymienionych wcześniej pań, jednak nie udało się zebrać dla żadnej z nich wymaganej ilości podpisów. Wynik Hanny Gronkiewicz jest więc jak dotąd najlepszym spośród kandydujących kobiet. W żadnej mierze powyższa analiza nie dezawuuje żadnej z potencjalnych kandydatek ani w wyborach 2010 ani w kolejnych. Tak po prostu do tej pory było, a przyznam, że nie miałbym nic przeciwko polskiej Pani Prezydent w nowej kadencji.
Warto też zauważyć, że z jednym wyjątkiem, zawsze w wyborach startował Janusz Korwin Mikke. Nie ma go na liście kandydatów tylko w 1990, nie zebrał wówczas bowiem wymaganej ilości stu tysięcy podpisów. Startował pięć razy, trzykrotnie jako reprezentant Unii Polityki Realnej, następnie z partii Wolność i Praworządność a w 2015 pod flagą Kongresu Nowej Prawicy. Byłoby dziwne gdyby w przyszłym roku nie wystartował, choć jak dotychczas sukcesem było zajęcie czwartego miejsca w 2010 i 2015 roku z najlepszym wynikiem w poprzednich wyborach 486 084 głosów (3,26 proc. ). Kolejni weterani prezydenckich potyczek to Andrzej Lepper (1995, 2000, 2005, 2010) i Lech Wałęsa (1990, 1995, 2000), co omawiane było powyżej. Dwa razy startował Aleksander Kwaśniewski (1995, 2000), z tym że za każdym razem zwyciężał, oraz Stanisław Tymiński (1990, 2005), Leszek Bubel (1995, 2005), Waldemar Pawlak (1995, 2010), Bogdan Pawłowski (1995, 2000), Andrzej Olechowski (2000, 2010), Jarosław Kalinowski (2000, 2005) i Bronisław Komorowski (2010, 2015). Pozostałych jednorazowa przegrana zniechęciła do kolejnych starań o prezydenturę.

Ciąg dalszy w następnym numerze

Ucz się jak nie tyć

Nie w każdym przypadku może się sprawdzić zalecenie: mż (mniej żryj).

Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że na świecie z nadwagą boryka się co najmniej 1,9 miliarda osób w wieku powyżej 18 lat. Wśród nich 600 milionów to osoby otyłe.
To dane z roku 2014, więc dziś grubasów jest prawdopodobnie sporo więcej. Już wtedy, pięć lat temu, liczba otyłych została podwojona w porównaniu do danych z 1980 r.
Nie każda nadwaga to otyłość
Nadwaga i otyłość to niekiedy terminy mylące. Można dużo ważyć ze względu na mocną budowę ciała złożonego w przeważającej mierze z kości i mięśni, ale wcale nie mieć nadwagi – choć waży się więcej, niż pokazują normy. Tak się dzieje w przypadku niektórych sportowców.
Ciało składa się w głównej mierze z kości, mięśni, narządów wewnętrznych, masy tłuszczowej i płynów. O nadwadze i otyłości możemy mówić wyłącznie wówczas, gdy tkanką, której jest zbyt dużo, jest tkanka tłuszczowa – wskazuje portal Poczta Zdrowia.
Przybliżoną masę tłuszczu można obliczyć jako tzw. indeks masy ciała (BMI), czyli dzieląc masę ciała w kilogramach przez wzrost podany w metrach i podniesiony do kwadratu.
Przy BMI poniżej 19 mówimy o niedowadze. ƒBMI pomiędzy 20 a 24 uznaje się za prawidłowe.ƒ Pomiędzy 25–29 najprawdopodobniej mamy do czynienia z nadmiarem tłuszczu, czyli nadwagą.ƒ Natomiast BMI powyżej 30 to otyłość. Na podstawie takich danych można wstępnie określić, czy należy się martwić za wysoką wagą. Jednak co dalej?
Redukcja tłuszczu nie wystarczy
Aby proces odchudzania przebiegał bez szkód dla zdrowia, warto się do niego odpowiednio przygotować. Tłuszcze uważa się – logicznie – za głównego winowajcę powstawania tkanki tłuszczowej, czyli, krótko mówiąc, tycia. Wszystko dlatego, że 1 gram tłuszczu dostarcza 9 kcal. Dla porównania 1 g węglowodanów dostarcza 4 kcal, a 1 g białek również 4 kcal. Dlatego panuje przekonanie, że należy ograniczyć lub wręcz wyeliminować z diety tłuszcz, aby schudnąć. A to nie zawsze prawda.
Pierwsza zasada, którą należy zapamiętać, jest następująca: szybkie zrzucenie samej tkanki tłuszczowej jest niemożliwe, nawet jeśli niemal przestanie się jeść – zauważa Poczta Zdrowia.
Kiedy ktoś opowiada o sposobie odchudzania, który pozwala na zgubienie np. 5 kilogramów w zaledwie dwa tygodnie, warto wiedzieć, że z tych 5 kg zaledwie 500 g będą stanowiły tłuszcze. Pozostała część to masa mięśniowa i woda.
Ktoś, kto chce uzyskać długotrwałe i atrakcyjne wizualnie rezultaty odchudzania, nie powinien się śpieszyć. Utrata wagi zależy w dużej mierze od odpowiedniego rozłożenia wysiłku w czasie – wysiłku, bo aktywność fizyczna będzie przy tym bardzo istotna. Chodzi też o wprowadzenie trwałych i kompleksowych zmian w diecie.
Co z dietą Kwaśniewskiego?
Najlepiej zacząć od ograniczenia konsumpcji cukru – choć to niełatwe, bo cukier często „przejmuje kontrolę nad mózgiem”, co powoduje, że mamy ochotę na zjedzenie czegoś słodkiego. Potem zaś – trzeba skontaktować się z dobrym dietetykiem, unikając szkodliwych teorii, proponujących np. dietę polegającą na wpychaniu w siebie tłuszczów, co szybko może nas wyprawić na tamten świat. Przykładem może być tzw. dieta Kwaśniewskiego. Nie chodzi tu o byłego prezydenta, choć ma on spore doświadczenie w cyklicznym zrzucaniu wagi, lecz o zmarłego w tym roku lekarza Jana Kwaśniewskiego, absolwenta Wojskowej Akademii Medycznej.
Równo dwadzieścia lat temu Komitet Terapii Wydziału VI Nauk Medycznych Polskiej Akademii Nauk uznał dietę Kwaśniewskiego za szkodliwą dla zdrowia, stwierdzając: „Wszystkie dotychczasowe duże programy badawcze wykazały, że ograniczenie w diecie tłuszczów zwierzęcych, mięsa wieprzowego, a zwiększenie podaży jarzyn i owoców oraz zmniejszenie kaloryczności diety – zmniejsza stężenie cholesterolu we krwi, ogranicza zapadalność na chorobę niedokrwienną, zawał serca, udar mózgu oraz przedłuża życie współczesnego człowieka”.
Polacy nie są jednak skłonni do słuchania opinii naukowców, więc dieta Kwaśniewskiego niestety wciąż straszy. Naukowcy nie zmienili zdania, zaś Jan Kwaśniewski dożył dość słusznego wieku 82 lat (zmarł w maju 2019 r.), co pozwala suponować, iż niezbyt konsekwentnie stosował swe zalecenia.

Miejsce Polski jest w UE

Przemówienie podczas marszu „Polska w Europie”, 18 maja 2019 r.

Nie raz przemawiałem, ale nigdy po takim znakomitym supporcie. Pozwólcie, że przemówi do Was historia. 15 lat i kilkanaście dni temu – na największym placu Warszawy – cieszyliśmy się razem, z przyjęcia Polski do Unii Europejskiej. Przemawiałem wtedy, jako prezydent, ale miałem poczucie, iż mówię w imieniu nas wchodzących do UE, ale i tych wszystkich pokoleń, np. moich rodziców, którzy już wtedy nie żyli, ale marzyli o wspólnej Europie. Marzyli o Polsce w tej europejskiej rodzinie i wiele czynili, żebyśmy mając bardzo trudną i narzuconą często historię, nie zapomnieli, iż jesteśmy częścią nie nowej, ale tej starej, wspaniałej i wspólnej Europy. Spełniło się to 1 maja 2004 r. Patrząc na entuzjazm ludzi zgromadzonych wtedy na placu myślałem sobie: kiedy będę mógł widzieć porównywalny entuzjazm Polek i Polaków? Może wtedy, kiedy zdobylibyśmy Mistrzostwa świata w piłce nożnej? Nie zdobyliśmy tego mistrzostwa, ale w Unii Europejskiej jesteśmy i za to jestem Polkom i Polakom bardzo wdzięczny. A dzisiaj – wśród osób uczestniczących w Marszu – odnajduje ten entuzjazm sprzed 15 lat. To wspaniałe, że obok licznych flag Polski, można dostrzec liczne flagi Unii Europejskiej i nie musieliście ich wynosić z piwnic, gdzie kazała je schować premier Beata Szydło.
Zbliżające się wybory są ważne, może nawet ważniejsze od tych, które mieliśmy w ostatnim czasie. Proszę o mobilizację, wiedząc, że jest nas tak dużo, i to nie tylko w Polsce, ale i całej Europie, 26 maja poszli zagłosować. Europa wymaga dzisiaj wsparcia, Europa dała nam wsparcie, nadszedł czas jej podziękować.