Agenci piłkarscy zaczęli letnie łowy

Jan T. Kowalski
Agenci piłkarscy zaczęli letnie łowy

Jeszcze sezon się nie skończył, a już zaczęła się w mediach transferowa gorączka. Nakręca ja grupka wpływowych piłkarskich agentów sondująca rynek przed letnim okienkiem transferowym. W spekulacjach pojawiają się największe piłkarskie marki – Kylian Mbappe, Erling Haaland, Neymar, Leo Messi, a nawet Robert Lewandowski.

Przez niemieckie mediach od kilku tygodni przetacza się fala spekulacji na temat przyszłości Lewandowskiego w Bayernie. Na zdrowy rozum nie ma do tego żadnego pretekstu, bo polski napastnik ma kontrakt z bawarskim potentatem do końca czerwca 2023 roku, a ponadto wielokrotnie dawał już do zrozumienia, że w Monachium on i jego rodzina czują się świetnie, a nawet jakiś czas temu zasugerował, że coraz bardziej oswaja się z myślą, że mógłby w Bayernie grać do końca kariery. Ale władze klubu jak na razie nie kwapią się z przedłużeniem umowy, o co trudno mieć do nich pretensje. „Lewy” jest dzisiaj kluczowym graczem bawarskiej jedenastki, jej najskuteczniejszym strzelcem, ale w sierpniu skończy 33 lata, zaś kończąc obecny kontrakt będzie miał prawie 35. Nic dziwnego, że włodarze Bayernu już myślą o jego godnym następcy i zdaje się, że chcieliby zastąpić Lewandowskiego Erlingiem Haalandem. Problem w tym, że norweski piłkarz jest obecnie pod mocnym wpływem swojego agenta, Mino Raioli, jednego z największych cwaniaków na transferowym rynku, ale też wyjątkowo bezwzględnego wydrwigrosza.
Haaland jest obecnie „perłą w koronie” holenderskiego pośrednika i najbardziej chodliwym towarem w jego ofercie. 20-letniego norweskiego napastnika chciałaby pozyskać ponoć większość najbogatszych klubów, nawet zadłużony po uszy Real Madryt, ale szefowie Borussii Dortmund chcą, żeby Haaland grał w ich drużynie jeszcze w przyszłym sezonie. Takie rozwiązanie jest na rękę działaczom Bayernu, chociaż tu znowu wkraczamy w świat plotek i spekulacji, wedle których Haaland byłby nawet skłonny przejść do bawarskiego potentata, ale tylko wtedy, jeśli odejdzie z niego Lewandowski. Najwyraźniej młodemu norweskiemu napastnikowi nie uśmiecha się rywalizacja o miejsce w składzie z sześciokrotnym (licząc już z obecnym sezonem) królem strzelców Bundesligi.
I to może wyjaśniać dlaczego siedzący cicho od dwóch lat agent Lewandowskiego, Phini Zahavi, nagle się uaktywnił i zaczął wypuszczać w medialną przestrzeń pogłoski o transferze polskiego snajpera. Co prawda jeszcze nie w najbliższym oknie transferowym, ale władze Bayernu po cichu dają do zrozumienia, że za rok taka transakcje może być już prawdopodobna. I nawet pojawiła się kwota odstępnego – 80 mln euro. Zahavi naciska na ten transfer, bo dla niego to ostatnia okazja na sutą prowizję, a dla Bayernu na spory zarobek, z którego mógłby zaspokoić wygórowane żądania finansowe Mino Riaoli.
Holender ponoć chce 30 mln euro prowizji, 20 milionów żąda dla siebie ojciec piłkarza, a Borussia Dortmund oczekuje co najmniej 80 mln euro. Mamy już zatem do zapłacenia za 20-letniego zawodnika kwotę 130 mln euro, do której trzeba jeszcze dorzucić 30 mln euro za podpis Haalanda pod kontraktem, czyli w sumie pozyskanie norweskiego snajpera to koszt co najmniej 160 mln euro. Na takiej samej zasadzie spęczniała do absurdalnych rozmiarów transferowa kwota za przejście Neymara z Barcelony do Paris Saint-Germain (222 mln euro), a teraz pęcznieje przy nazwisku gwiazdora PSG Kyliana Mbappe. Co ciekawe, nazwiska obu największych gwiazdorów paryskiego klubu rozbłysły z większą mocą na transferowej giełdzie tuż po porażce PSG z Manchesterem City w pierwszym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów. Zdumiewające jest w tym to, że Mbappe chce pozyskać Real Madryt, a Neymara Barcelona, chociaż oba hiszpańskie kluby są potężnie zadłużone – każdy na ponad miliard euro do spłacenia. Jakim cudem mimo takich problemów finansowych porywają się na transfery tak kosztownych graczy? Co ciekawe, szefowie „Dumy Katalonii” jednocześnie przekonują Leo Messiego, żeby zgodził się przedłużyć wygasający po tym sezonie kontrakt i jeszcze zgodził się na obniżkę zarobków o połowę. Agent argentyńskiego piłkarza nie zrywa więc negocjacji z innymi klubami, wśród których jest też… Paris Saint-Germain.
Biznes jak widać kręci się w najlepsze i chociaż pandemia mocno nadwyrężyła finanse nawet bogatych klubów, to transferowego wariactwa najwyraźniej to nie powstrzyma. Także w naszej rodzimej lidze. Dowodzi tego ujawniony ostatnio przez PZPN raport o wydatkach polskich klubów na prowizje dla „pośredników transferowych”, czyli agentów piłkarzy.
Raport obejmuje okres od 1 kwietnia 2020 do 31 marca 2021 roku. W tym czasie kluby PKO Ekstraklasy przelały do kieszeni agentów blisko 36,5 mln zł. Najwięcej, 9,4 mln zł, wydała na ten cel Legia Warszawa, drugi w kolejności jest Lech Poznań (5,1 mln zł), a trzecie Śląsk Wrocław i Zagłębie Lubin (po 4,5 mln zł). Najmniej w ekstraklasie wydała na pośredników transakcyjnych Warta Poznań – 158 tys. złotych.

Poprzedni

Wyniki 28. kolejki PKO Ekstraklasy

Następny

ZAKSA druga w Polsce, ale pierwsza w Europie

Zostaw komentarz