Lewy ostro zaszalał w Barcelonie

W pierwszej kolejce Ligi Mistrzów 2021/22 padły 44 gole, czyli średnio 2,9 bramki na jedno spotkanie. Robert Lewandowski zaczął rywalizację od dwóch trafień w wyjazdowym meczu z Barceloną, ale liderem klasyfikacji strzelców z czterema golami na koncie został napastnik Ajaksu Amsterdam Sebastien Haller.

Czterech polskich piłkarzy wystąpiło w pierwszej odsłonie zmagań w obecnej edycji Ligi Mistrzów: Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny, Tomasz Kędziora i Kamil Piątkowski. Najgłośniej było oczywiście o Lewandowskim, który w wygranym przez Bayern Monachium wyjazdowym meczu z FC Barcelona 3:0 strzelił dwa gole i został uznany przez UEFA za najlepszego zawodnika na boisku. Także niemieckie media wysoko oceniły występ kapitana reprezentacji Polski. Serwis sportbuzzer.de dał mu „jedynkę” w skali 1-6, która oznacza „klasę światową”. „Chociaż w pierwszej połowie był prawie niewidoczny, to po przerwie był pierwszoplanową postacią i zdobył dwie bramki. Od sezonu 2018/2019 Polak strzelił już 30 goli w Lidze Mistrzów” – napisano w uzasadnieniu. Z kolei niemiecki oddział Eurosportu dał „Lewemu” notę 1,5. „Po rekordowym sezonie nadal jest skuteczny. Po raz kolejny udowodnił, że ma nosa do strzelania goli. Został słusznie wybrany na najlepszego gracza meczu” – stwierdzono w komentarzu. Taką samą notę dał naszemu piłkarzowi serwis sport.de. „Wykorzystał swoje dwie szanse na gola i po raz kolejny potwierdził klasę” – oceniono.
W Niemczech komentowano też deklarację Lewandowskiego złożoną z wywiadzie dla tabloidu „Sport Bild”, że zamierza grać w piłkę na wysokim poziomie jeszcze co najmniej przez cztery lata. „Moje wyniki są lepsze niż kiedykolwiek. Nie tylko kondycja, ale inne parametry nigdy nie były tak dobre. 33 to tylko liczba. Dla mnie nie pokazuje to, ile mam lat. Fizycznie jestem sprawny, a mentalnie może może nawet uda mi się podnieść poprzeczkę jeszcze wyżej. Jestem pewien, że mogę grać na najwyższym poziomie najmniej przez cztery lata. Potem zobaczę, jak się będę czuł i ocenię, jak długo będzie mogła trwać moja kariera” – zapewniał „Lewy”, którego obecny kontrakt z Bayernem wygasa z końcem czerwca 2023 roku. Na razie jednak jest kluczowym graczem bawarskiej jedenastki i wraz z kolegami dał sygnał rywalom, że w tym sezonie Bayern zamierza się liczyć w walce o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. W drugim meczu grupy E Dynamo Kijów z Tomaszem Kędziorą w podstawowym składzie zremisowało u siebie z Benficą Lizbona 0:0.
Trzeci z naszych reprezentantów w obecnej edycji Champions League, Wojciech Szczęsny, wreszcie rozegrał mecz bez straconego gola. Czekał na to przez 193 dni, bowiem wcześniej czyste konto zachował pół roku temu, dokładnie 2 marca w meczu Serie A ze Spezią Calcio (3:0). Potem stawał w bramce Juventusu 15 razy i za każdym razem musiał wyciągać piłkę z siatki, w sumie skapitulował w tych spotkaniach aż dwudziestokrotnie. To była zła seria nie tylko Szczęsnego, ale całej drużyny Juventusu. Od meczu ze Spezią nasz reprezentacyjny bramkarz opuścił tylko cztery spotkania „Bianconerich”, ale zastępujący go w tych meczach legendarny Gianluigi Buffon także nie potrafił uchronić zespołu przed stratą goli. Fatalną serię linia defensywna Juventusu przerwała dopiero we wtorkowym wyjazdowym spotkaniu z Malmoe FF, wygranym pewnie 3:0. Może ten występ trochę uciszy krytykę włoskich mediów pod adresem Szczęsnego, który w tym sezonie zanotował kilka wpadek. Jego kontrakt wygasa dopiero z końcem czerwca 2024 roku. Wypada też odnotować debiut w Lidze Mistrzów w barwach RB Salzburg 20-letniego reprezentanta Polski Kamila Piątkowskiego, który wszedł na boisko w 51. minucie zremisowanego przez austriacki zespół 1:1 spotkania z FC Sevilla.
W innych meczach w pierwszej kolejce też wiele się działo. Na uwagę zasłużyły wysokie wygrane Manchesteru City z RB Lipsk (6:3) i Ajaksu Amsterdam ze Sportingiem Lizbona 5:1. W tym drugim z wymienionych meczów wykreował się lider klasyfikacji strzelców. Został nim autor czterech goli dla Ajaksu 27-letni Iworyjczyk Sebastien Haller. Trzy trafienia zaliczył natomiast 23-letni Christopher Nkunku, francuski pomocnik kongijskiego pochodzenia, który strzelił ekipie „The Citizens” trzy gole. Trzeci w klasyfikacji z dwoma trafieniami jest Lewandowski, a na liście strzelców z jednym golem pojawili sie m.in. Cristiano Ronaldo (Manchester United), Erling Haaland (Borussia Dortmund), Romelu Lukaku (Chelsea Londyn), Alvaro Morata (Juventus), Mahomed Salah (FC Liverpool), natomiast nie pojawili się Leo Messi, Neymar i Kylian Mbappe, a cała trójka asów Paris Saint-Germain wreszcie zagrała razem w spotkaniu Club Brugge. Naszpikowany gwiazdami paryski zespół zdołał tylko zremisować 1:1 z mistrzami Belgii, a jeszcze kontuzji doznał Mbappe. Za dwa tygodnie PSG gra u siebie z Manchesterem City.
Wyniki 1. kolejki LM:
Grupa A
Club Brugge – Paris Saint-Germain 1:1
Manchester City – RB Lipsk 6:3

  1. Manchester City 1 3 6:3
  2. Club Brugge 1 1 1:1
  • Paris Saint-Germain 1 1 1:1
  1. RB Lipsk 1 0 3:6
    Grupa B
    Atletico Madryt – FC Porto 0:0
    FC Liverpool – AC Milan 3:2
  2. FC Liverpool 1 3 3:2
  3. Atletico 1 1 0:0
  • FC Porto 1 1 0:0
  1. AC Milan 1 0 2:3
    Grupa C
    Besiktas Stambuł – Borussia Dortmund 1:2
    Sporting Lizbona – Ajax Amsterdam 1:5
  2. Ajax 1 3 5:1
  3. Borussia 1 3 2:1
  4. Besiktas 1 0 1:2
  5. Sporting 1 0 1:5
    Grupa D
    Sheriff Tiraspol – Szachtar Donieck 2:0
    Inter Mediolan – Real Madryt 0:1
  6. Sheriff 1 3 2:0
  7. Real Madryt 1 3 1:0
  8. Inter Mediolan 1 0 0:1
  9. Szachtar 1 0 0:2

Grupa E
FC Barcelona – Bayern Monachium 0:3
Dynamo Kijów – Benfica Lizbona 0:0

  1. Bayern 1 3 3:0
  2. Benfica 1 1 0:0
  • Dynamo 1 1 0:0
  1. FC Barcelona 1 0 0:3
    Grupa F
    Young Boys Berno – Manchester United 2:1
    Villarreal – Atalanta Bergamo 2:2
  2. Young Boys 1 3 2:1
  3. Atalanta 1 1 2:2
  • Villarreal 1 1 2:2
  1. Manchester United 1 0 1:2
    Grupa G
    FC Sevilla – RB Salzburg 1:1
    OSC Lille – VfL Wolfsburg 0:0
  2. RB Salzburg 1 1 1:1
  • FC Sevilla 1 1 1:1
  1. OSC Lille 1 1 0:0
  • VfL Wolfsburg 1 1 0:0
    Grupa H
    Chelsea Londyn – Zenit Petersburg 1:0
    Malmoe FF – Juventus Turyn 0:3
  1. Juventus 1 3 3:0
  2. Chelsea 1 3 1:0
  3. Zenit 1 0 0:1
  4. Malmoe FF 1 0 0:3.

Lewandowski uszkodzony w Lipsku

Robert Lewandowski w meczu 4. kolejki Bundesligi z RB Lipsk grał tylko przez godzinę, ale zdążył strzelić gola, już szóstego w obecnych rozgrywkach. Było to też jego trafienie w 17. kolejnym meczu Bayernu, więc tym samym „Lewy” odebrał kolejny rekord Gerdowi Muellerowi, który w sezonie 1969/70 zdobywał gole w 16. meczach Bayernu z rzędu.

Na rekordowe osiągnięcie Lewandowskiego złożyły się gole strzelone w czterech meczach obecnego sezonu Bundesligi oraz 10 trafień uzyskanych w poprzednich rozgrywkach, a ponadto dołożył do tego dwa gole w Lidze Mistrzów oraz jedno trafienie w Klubowych Mistrzostwach Świata. W Polsce rekord 19 kolejnych spotkań ze strzelonym golem dzierży piłkarz Ruchu Chorzów Teodor Peterka, który wyczynu tego dokonał jeszcze przez II Wojną Światową. Najlepszy wynik na świecie należy natomiast do Leo Messiego, który w barwach FC Barcelona trafiał w 24 meczach z rzędu. „Lewy” rzecz jasna może pobić oba te rekordy, jeśli utrzyma swoją nieprawdopodobną skuteczność.
W meczu z RB Lipsk bramkę zdobył z rzutu karnego w 12. minucie, a 59. minucie przy prowadzeniu Bayernu 3:1 został zmieniony przez Erica Maxima Choupo-Motinga. Po meczu okazało się, że Lewandowski doznał urazu i jego występ we wtorkowym meczu Ligi Mistrzów z Barceloną stanął pod znakiem zapytania. „Lewy” ma teraz sześć goli na koncie i utrzymał prowadzenie w klasyfikacji strzelców Bundesligi odparł atak Erlinga Haalanda, który w wygranym przez Borussię Dortmund 4:3 meczu z Bayerem Leverkusen zdobył dwie bramki i powiększył swój dorobek w tym sezonie do pięciu trafień. Liderem Bundesligi z 12. punktami na koncie jest niepokonany jeszcze VfL Wolfsburg, drugą lokatę zajmuje z 10 pkt Bayern, trzecia z dorobkiem 9 pkt jest Borussia Dortmund.

Synowie Albionu drwią z biało-czerwonych

Reprezentacja Anglii jest jedynym niepokonanym zespołem w grupie I. We wrześniowej serii spotkań pokonała w Budapeszcie Węgry 4:0 i u siebie Andorę również 4:0. Przed środowym starciem z Polską na Stadionie Narodowym w Warszawie Anglicy są więc pewni kolejnego zwycięstwa i drwią z biało-czerwonych.

W brytyjskich mediach więcej miejsca poświęcono przed meczem na spekulacje dotyczące zachowania polskich kibiców. Na Wyspach panowało przekonanie, że fani reprezentacji Polski dopuszczą się podobnych rasistowskich ekscesów, jakie miały miejsce podczas meczu Anglików w Budapeszcie, gdzie węgierscy kibice lżyli ciemnoskórych graczy kadry Garetha Southgate’a. Niespecjalnie natomiast przejmowali się faktem, że reprezentacja Polski w dwóch wrześniowych spotkaniach, z Albanią i San Marino, zdobyła komplet punktów strzelając 11 goli. I chociaż Robert Lewandowski strzelił tylko trzy z nich, dziennik „Daily Mail” podtrzymał lekceważącą opinię, że kapitan biało-czerwonych jest jedynym graczem, na którego angielscy piłkarze będą musieli zwracać uwagę. I na potwierdzenie tej tezy z lubością cytowali wypowiedzi portugalskiego selekcjonera polskiej kadry Paulo Sousy udzielone po meczu z Albanią. „Lewandowski robi różnicę. Ale drużyna nie jest na tym samym poziomie. To jest różnica, którą staramy się niwelować. Chcemy rywalizować z najlepszymi, ale zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy na tym samym poziomie, co Anglia. Jeśli im wypadnie jeden zawodnik, to jest dwóch albo trzech innych graczy na tym samym poziomie. Tutaj jest tylko Robert, a między nim a resztą piłkarzy jest ogromna różnica. Robert też rozumie sytuację i zdaje sobie sprawę, że w reprezentacji musi zrobić sześć razy więcej niż w Bayernie” – taka ocenę Paulo Sousy cytowały media na Wyspach Brytyjskich.
Angielski dziennikarze zapewniają swoich czytelników, że Lewandowski jest jedyną nadzieją Polaków na odniesienie zwycięstwa w środowym spotkaniu z „Synami Albionu”. Niektórzy dodają jeszcze Stadion Narodowy w Warszawie, który jest twierdzą biało-czerwonych. Dotychczas z 28 rozegranych na nim spotkań Polska przegrała tylko dwa – z Ukrainą 1:3 (el. MŚ 2014) oraz 0:1 w towarzyskim spotkaniu w marcu 2014 ze Szkocją. „W naszym domu jesteśmy w stanie skutecznie konkurować z zespołami lepszymi od nas” – cytuje słowa Lewandowskiego „Daily Mail”.
W pierwszym meczu Anglików z Polakami kapitan biało-czerwonych nie mógł zagrać z powodu kontuzji, jakiej nabawił się we wcześniejszej potyczce z Andorą. Ale jego strzelecki dorobek mimo to wygląda imponująco – w czterech występach zdobył sześć bramek (jedną z Węgrami, dwie z Andorą, jedną z Albania i dwie z San Marino) i w europejskich eliminacjach skuteczniejszy od niego jest jedynie napastnik reprezentacji Serbii Aleksandar Mitrović, który ma na koncie siedem trafień.
W Polsce nie też nie ma wiary w drużynę Paulo Sousy i jego trenerskie umiejętności. Nie zmieniły tego nawet wysokie zwycięstwa nad Albanią i San Marino, chociaż, dla porównania, Anglicy z tymi zespołami wygrali u siebie w skromniejszym rozmiarze – Albańczyków pokonali na wyjeździe 2:0, a San Marino na Wembley 5:0. To prawda, nie stracili w tych spotkaniach goli, czego nie zdołali uniknąć nasi piłkarze, ale saldo 11:2 i 7:0 nie jest przecież dla biało-czerwonych w żaden sposób kompromitujące. Ale nad Wisłą większą zdecydowanie wagę przywiązuje się do straconych bramek, niż do strzelonych.
Inna sprawa, że Paulo Sousa jak na razie dość niefrasobliwie traktuje obsadę linii defensywnej. W spotkaniu z San Marino wystawił na przykład Tomasza Kędziorę, od zawsze przecież prawego obrońcę, na lewej flance, trzymał na boisku przez cały mecz rozdygotanego i niepewnego w interwencjach Kamila Piątkowskiego i nie zmienił go nawet po jego fatalnym błędzie, po której zespół San Marino zdobył swoją pierwszą bramkę w tych eliminacjach. No i nie udało się przez to biało-czerwonym przerwać serii spotkań ze straconą bramką, tylko powiększyli ją do ośmiu, a grali z najsłabszym zespołem reprezentacyjnym na świecie.
Lewandowski po przerwie już nie pojawił się na boisku, zastąpiony przez Adama Buksę, co najwyraźniej źle podziałało na jego kolegów z drużyny, natomiast najwyraźniej pobudziło do działania graczy San Marino. Gdy Piątkowski sprezentował im gola w 48. minucie, to przez następne 20 minut stworzyli sobie jeszcze trzy sytuacje bramkowe i oddali dwa celne strzały na bramkę, czyli zrobili w tym czasie więcej, niż we wszystkich czterech wcześniejszych spotkaniach eliminacyjnych. Nasi piłkarze w końcu się jednak ogarnęli i opanowali sytuację na boisku. W 67. minucie Buksa zdobył piątą bramkę, a w doliczonym czasie gry dołożył jeszcze dwie. Ostatniego gola strzelił po znakomitym dośrodkowaniu debiutującego w polskich barwach 19-letniego Nikoli Zalewskiego. Występ tych dwóch piłkarzy trzeba uznać za obiecujący – Zalewskiego jeszcze niekoniecznie w kontekście środowego meczu z Anglia, ale Buksy na pewno. Ponieważ wszystko wskazuje, że Piotra Zielińskiego nie uda się doprowadzić do pełnej sprawności, rolę rozgrywającego w potyczce z Anglikami Sousa powinien powierzyć Lewandowskiemu, a na szpicy wystawić właśnie 24-letniego snajpera zespołu amerykańskiej MLS New England Revolution.
Kluczowa dla wyniku potyczki z Anglikami będzie jednak postawa linii obrony. Po pięciu meczach w grupie nasza reprezentacja ma 10 punktów i 18 zdobytych bramek, ale już siedem straconych. Wśród drużyn uczestniczących w turnieju Euro 2020, czyli de facto najlepszych obecnie na naszym kontynencie, więcej straconych goli mają tylko Węgrzy i Austriacy. Pod wodzą Paulo Sousy biało-czerwoni w 10 występach stracili aż 16 goli. Prawie dwa razy więcej niż traciła kadra Brzęczka i dużo więcej niż zespoły prowadzone przez Adama Nawałkę, Waldemara Fornalika, a nawet Franciszka Smudę. Na plus portugalskiemu szkoleniowcowi trzeba zapisać jednak to, że w każdym spotkaniu pod jego komendą nasi piłkarze zdobywają bramki. Dlatego trzeba mieć nadzieję, że nie inaczej będzie też w środowej potyczce z Anglikami. I oby Polacy strzelili jednego gola więcej od rywali.

San Marino – Polska 1:7
Gole: Nicola Nanni (48) – Robert Lewandowski (4, 21), Karol Świderski (16), Karol Linetty (44), Adam Buksa (67, 90, 90).
Skład Polski: 1. Wojciech Szczęsny (46, 12. Łukasz Skorupski) – 2. Kamil Piątkowski, 6. Michał Helik, 4. Tomasz Kędziora – 19. Jakub Kamiński, 17. Damian Szymański, 8. Karol Linetty (79, 21. Przemysław Frankowski), 16. Jakub Moder (46, 20. Bartosz Slisz), 23. Tymoteusz Puchacz (66, 18. Nicola Zalewski) – 11. Karol Świderski, 9. Robert Lewandowski (46, 14. Adam Buksa).
Sędziował: Mattias Gestranius (Finlandia). Widzów: 500.

Tabela grupy I:

  1. Anglia 5 15 17:1
  2. Polska 5 10 18:7
  3. Albania 5 9 5:6
  4. Węgry 5 7 10:9
  5. Andora 5 3 3:12
  6. San Marino 5 0 1:19

Lewandowski pcha kadrę Polski do Kataru

Rozegrany w czwartek mecz z Albanią był dla biało-czerwonych pierwszym występem na tym obiekcie po blisko dwuletniej przerwie, lecz jego magia nie przestała im sprzyjać. Wygrali pewnie 4:1, a „królem polowania” znów był Robert Lewandowski, bezsprzecznie najlepszy piłkarz na boisku.

Stadion Narodowy okazał się więc po raz kolejny twierdzą nie do zdobycia dla rywali polskiej reprezentacji. Biało-czerwoni w spotkaniach na tym obiekcie mają korzystny bilans 19 zwycięstw, ośmiu remisów i tylko dwóch porażek, ale po raz ostatni przegrali tu siedem lat temu, ulegając 0:1 w spotkaniu towarzyskim drużynie Szkocji. Wygrana 4:1 z Albańczykami nie jest najbardziej spektakularnym zwycięstwem naszej drużynie na tym stadionie. Na takie miano zasługuje pierwszy w historii triumf w spotkaniu z reprezentacją Niemiec w 2014 roku odniesiony pod wodza trenera Adama Nawałki. Przebić to osiągnięcie może jednak już w najbliższą środę Paulo Sousa, jeśli jego zespół pokona Anglików, aktualnych wicemistrzów Europy, ale przede wszystkim niepokonanych jak dotąd liderów grupy I eliminacji mistrzostw świata w Katarze. Wiadomo już, że ten obejrzy komplet publiczności, będzie to zatem pierwszy taki przypadek od wybuchu pandemii koronawirusa.
Stadion Narodowy jest twierdzą reprezentacji Polski, ale też bez wątpienia jedną z ulubionych aren Roberta Lewandowskiego. Kapitan biało-czerwonych w meczu z Albanią zdobył jedną bramkę i zaliczył asystę, ale w łącznie we wszystkich 24 rozegranych przez niego na Narodowym spotkaniach naszej narodowej strzelił już 27 goli. Żaden inny polski piłkarz nawet w przybliżeniu nie może równać się z tym wyczynem.
123 mecze, 70 goli – to bilans prawie 13 lat występów w reprezentacji Polski Roberta Lewandowskiego. Do najlepszego snajpera biało-czerwonych w historii należy wiele rekordów drużyny narodowej. 33-letni obecnie kapitan biało-czerwonych zadebiutował w naszej narodowej drużynie 10 września 2008 roku w spotkaniu eliminacji mistrzostw świata w Serravalle z… San Marino. Rok zajęło mu rozegranie 10 spotkań w kadrze, a po kolejnym miał ich już 25. Jubileusz 50. przypadł na towarzyską potyczkę z Urugwajem w Gdańsku, przegraną 1:3 w listopadzie 2012. Mecz numer 75 to także towarzyski pojedynek z Finlandią we Wrocławiu 26 marca 2016. Setny występ miał miejsce 11 października 2018 w przegranym 2:3 meczu Ligi Narodów z Portugalią w Chorzowie. W żadnym z nich nie wpisał się na listę strzelców. Czwartkowy mecz z Albanią (4:1) o punkty eliminacji MŚ był jego 123. występem w drużynie narodowej, czym śrubuje krajowy rekord. Do historii polskiego futbolu Lewandowski przeszedł też 5 października 2017 roku, kiedy dzięki trzem golom w wyjazdowym spotkaniu z Armenią został najlepszym strzelcem reprezentacji, dystansując dotychczasowego lidera zestawienia Włodzimierza Lubańskiego (48 goli). Do dziś uzbierał 70 trafień. W Europie lepszym osiągnięciem może się pochwalić jedynie czterech zawodników. W zestawieniu bezapelacyjnie prowadzi Cristiano Ronaldo, który dla Portugalii zdobył już 111 bramek i jest to najlepszy wynik w historii futbolu. Drugi miejsce w Europie jest jednak w zasięgu Lewandowskiego, bo zajmuje je Węgier Ferenc Puskas z 84 trafieniami. W najbliższym czasie „Lewy” może jednak wskoczyć na podium zestawienia, bo trzeci w klasyfikacji Węgier Sandor Kocsis ma 75 goli, a czwarty Niemiec Miroslav Klose – 71. W klasyfikacji światowej drugie miejsce, za Cristiano Ronaldo, zajmuje Irańczyk Ali Daeiz dorobkiem 109 goli, a trzecie Malezyjczyk Mokhtar Dahari (89 goli). San Marino to idealny rywal na poprawienie statystyk strzeleckich i nic dziwnego, że sam Lewandowski chciał w tym meczu zagrać.
Biało-czerwoni z San Marino grali nie tylko o trzy punkty, po które sięgnęliby pewnie i bez „Lewego”, ale też o nabicie konta bramkowego. Wszystko przez ustalony przez FIFA regulamin kwalifikacji do MŚ 2022, według którego o kolejności w tabeli decyduje kolejno: łączna liczba punktów zdobytych we wszystkich meczach, bilans bramkowy po wszystkich meczach, łączna liczba bramek zdobytych we wszystkich meczach. To oznacza, że jeśli po 10. kolejce eliminacji Polska będzie miała tyle samo punktów co Anglia albo Węgry, to wyższe miejsce zajmie zespół skuteczniejszy: z większą różnicą bramek albo większą liczbą strzelonych goli. Sprawa była więc oczywista: im więcej goli strzeli Polska w niedzielę, tym lepiej. Tak więc w meczu z San Marino Polacy mieli interes, żeby nastrzelać jak najwięcej goli, a i sam Lewandowski był chętny do gry, bo pewnie liczył, że dorzuci coś do swojego strzeleckiego dorobku w kadrze. A z żadnym innym rywalem reprezentacja Polski nie ma tak korzystnego bilansu bramkowego. Drużyn, które nigdy nie wygrały czy choćby zremisowały z naszym zespołem jest wiele – Algieria, Boliwia, Chiny, Ghana, Gibraltar, Indie, Iran, Kanada, Kostaryka, Malta, Nowa Zelandia, Peru, Singapur, Tajlandia, Wybrzeże Kości Słoniowej, Wyspy Owcze, Zjednoczone Emiraty Arabskie no i oczywiście San Marino, z którego reprezentacją biało-czerwoni w niedzielę grali po raz dziewiąty w historii. W poprzednich ośmiu potyczkach, co ciekawe wszystkich o stawkę, nasi piłkarze strzelili 33 gole i stracili tylko jednego, zresztą w ostatnim meczu z San Marino w Serravalle w 2013 roku. Nikt jednak przed niedzielnym meczem nie zakładał powtórki z pierwszego spotkania Polski z San Marino w 1993 roku. Wtedy w Łodzi biało-czerwoni, których trenerem był obecny futbolowy ekspert Andrzej Strejlau, wygrali ledwie 1:0 po golu Jana Furtoka strzelonym ręką.
W spotkaniu z Albanią Lewandowski pokazał, że chociaż to dopiero początek sezonu, to już znajduje się w wybornej formie i jego gole strzelone w ligowych meczach Bayernu Monachium nie były dziełem przypadku. Pozostaje mieć nadzieję, że co najmniej równie dobrze „Lewy” zaprezentuje się też w środowym meczu z Anglią. Będzie trudniej, bo wicemistrzowie Europy w czwartek rozjechali w Budapeszcie Węgrów 4:0, więc wygląda na to, że już o Euro 2021 zapomnieli i teraz całą swoją uwagę skupiają na walce o awans do mundialu w Katarze. Żeby ich pokonać, trzeba będzie zagrać jeszcze lepiej niż w starciu z chaotycznymi i chyba zbytnio przekonanymi o swojej wyższości Albańczykami. Oni może momentami sprawiali lepsze wrażenie, ale nie na tyle, żeby to usprawiedliwiało żałobny ton relacji zamieszczanych w polskich mediach. Najbardziej krzywdzące dla polskich piłkarzy były stwierdzenia, ż wygrali „fartem” „szczęśliwie”, „niezasłużenie”. To bzdura, bo fartem to wygrywa się 1:0 po meczu, w którym zwycięski zespół broni się przez 90 minut, a gola strzela po błędzie bramkarza rywali.
A Lewandowski i spółka wygrali z Albańczykami 4:1. To jest wynik, który bezdyskusyjnie przesądza, który z dwóch zespołów był lepszy. Czepianie się stylu to jakaś aberracja umysłowa, nic ponadto.

Haaland jest za drogi dla Bayernu

Niemiecki tabloid „Sport Bild” uznał za nieaktualne wcześniejsze spekulacje, że Erling Haaland po tym sezonie zostanie następcą Roberta Lewandowskiego w Bayernie Monachium. Norweskiego napastnika w przyszłorocznym letnim oknie transferowym będzie można wykupić za 75 mln euro, ale szefów bawarskiego klubu zniechęciły jego żądania finansowe.

Nikt w Niemczech nie żywi złudzeń, że 20-letniego norweskiego snajpera uda się Borussii Dortmund zatrzymać na na dłużej, chociaż ma z nim kontrakt ważny do końca czerwca 2024 roku. Ale szefowie tego klubu nie chcą powtórzyć błędu jaki popełnili w przypadku Roberta Lewandowskiego, którego nie chcieli puścić do Bayernu rok przed zakończeniem jego kontraktu i w efekcie polski piłkarz, którego rynkową wartość szacowano wtedy na ponad 100 mln euro, przeszedł do bawarskiego klubu za darmo. „Sport Bild” przekonuje, iż Haaland opuści Borussię Dortmund najpóźniej latem 2022 roku, bo wtedy zostanie uruchomiona tzw. klauzula wykupu. Wedle nieoficjalnych danych wynosi ona 75 mln euro plus 10 mln euro tzw. bonusów, co zważywszy na skalę talentu tego piłkarza jest bez wątpienia ceną bardzo promocyjną. Problem w tym, że agent Haalanda Mino Raiola żąda dla swojego klienta pensji na poziomie 50 mln euro rocznie, a do tego dla siebie dodatkowe 40 mln euro prowizji oraz kolejne 20 mln euro dla rodziny piłkarza. Tani zatem ten transfer wcale nie będzie, ale dla szefów Bayernu największą przeszkodą w staraniach o pozyskanie norweskiego piłkarza są jego wygórowane oczekiwania co do zarobków. Dlatego mimo iż uważają, że jest on idealnym kandydatem do zastąpienia Lewandowskiego, to po wstępnych negocjacjach z Raiolą wycofali się , że norweski napastnik mógłby zostać naturalnym następcą Roberta Lewandowskiego, ale nigdy do tego nie dojdzie z powodu wielkich żądań finansowych Raioli. „Pensja 50 mln euro rocznie zniszczyłaby strukturę płac Bayernu” – twierdzi „Sport Bild”.
Tak też by było, bowiem w tej chwili najlepiej opłacani w tym klubie piłkarze – Robert Lewandowski, Thomas Mueller i Manuel Neuer, zarabiają rocznie w granicach 22 mln euro. A Haaland póki co nie jest graczem dwukrotnie lepszym od „Lewego” czy Muellera i na pewno nie jest zawodnikiem klasy Leo Messiego czy Cristiano Ronaldo, żeby tworzyć dla niego niebotyczny komin płacowy kosztem reszty zespołu, jak zrobiono to w Barcelonie dla Argentyńczyka i w Juventusie dla Portugalczyka. A już na pewno nie w dobie pandemii. Dlatego nie przedłużono kontraktu z Davidem Alabą, bo uznano żądania jego agenta za wygórowane. A tym agentem jest Izraelczyk Phini Zahavi, ten sam, który reprezentuje też interesy Lewandowskiego. To też tłumaczy dlaczego Bayern jeszcze nie przedłużył z „Lewym” wygasającej z końcem czerwca 2023 roku umowy. Bayern nie ma bezdennego worka katarskich petrodolarów jak Paris Saint-Germain czy nie mniej hojnego wsparcia szejków z ZEA jak Manchester City. Ale per saldo bardziej mu się opłaca przytrzymać „Lewego” u siebie do końca kariery, niż zamieniać go w ciemno na zmanierowanego już przez pieniądze norweskiego młodzika.

Kolejny popis Lewandowskiego

Bayern Monachium w 2. kolejce Bundesligi pokazał moc i rozgromił u siebie Herthę Berlin 5:0. Hat-tricka w tym spotkaniu zaliczył Robert Lewandowski, który dzięki temu z pięcioma trafieniami na koncie wyszedł na prowadzenie w klasyfikacji strzelców Bundesligi w tym sezonie, ale przy okazji przekroczył barierę 300 goli strzelonych dla Bayernu.

Bayern miał udany poprzedni tydzień. Najpierw w spotkaniu 2. kolejki ligowej pokonał FC Koeln 3:2 (dwa gole strzelił Lewandowski), potem w Pucharze Niemiec rozgromił V-ligowy SV Bremer 12:0 („Lewy” dostał od trenera wolne w tym meczu), a w minioną sobotę na Allianz Arena rozbił Herthę Berlin 5:0 (bez wciąż leczącego skutki kontuzji Krzysztofa Piątka). Przed meczem kapitan reprezentacji Polski odebrał nagrodę dla najlepszego piłkarza Bundesligi w poprzednim sezonie, a potem na boisku pokazał wielką klasę strzelając trzy gole. Dał tym wyczynem zajęcie futbolowym statystykom, którzy szybko sprawdzili, że „Lewy” przekroczył barierę 300 goli (ma ich w tej chwili 301) strzelonych w barwach Bayernu. Przy przy okazji Polak doprowadził po raz kolejny do frustracji norweskiego napastnika Borussii Dortmund Erlinga Haalanda, bo z pięcioma golami na koncie objął prowadzenie w klasyfikacji strzelców Bundesligi w obecnych rozgrywkach, wyprzedzając o dwa trafienia właśnie Norwega, który po wygranej Borussii Dortmund z Hoffenheim 3:2 zdobył zwycięską bramkę i do meczu Bayernu z Herthą przewodził w klasyfikacji snajperów z trzema golami.
Liderem Bundesligi jest Bayer Leverkusen, przed Bayernem, Freiburgiem (mają po 7 pkt) i Borussią Dortmund (6 pkt). „Aptekarze” rozgromili w sobotę na wyjeździe Augsburg 4:1 z Rafałem Gikiewiczem w bramce i Robertem Gumnym na prawej obronie (grał do 84. minuty). Stawkę zamyka Hertha z zerowym dorobkiem punktowym.

Szarpanina o futbolowe gwiazdy

Chociaż pandemia koronawirusa mocno nadwyrężyła finanse europejskich klubów sportowych, to w futbolowym światku wciąż są enklawy, w których szasta się bez opamiętania pieniędzmi. Kryzysem zdają się też nie przejmować agenci piłkarskich gwiazd i żądają w imieniu swoich podopiecznych gigantycznych apanaży.

Po zmianie barw przez Leo Messiego i jego spektakularnych przenosinach z Barcelony do Paris Saint-Germain, najwięcej emocji budzą transferowe harce wokół dwóch najbardziej pożądanych obecnie piłkarzy – 23-letniego Francuza Kyliana Mbappe i 21-letniego Norwega Erlinga Haalanda. W hiszpańskim telewizyjnym programie piłkarskim „El Chiringuito” podano informację, że Real Madryt złożył Paris Saint-Germain oficjalną ofertę wykupu Mbappe opiewającą na kwotę 160 milionów euro oraz poprosił PSG o pozwolenie na rozpoczęcie rozmów z zawodnikiem. Ponieważ prowadzący program Josep Pedrerol jest dobrym znajomym prezydenta madryckiego klubu Florentino Pereza, informacja ta zyskała status wiarygodnej i została powielona przez media na całym świecie. To kolejna odsłona trwającej już od blisko dwóch lat transferowej sagi z udziałem francuskiego piłkarza i madryckiego klubu, ale wygląda na to, że katarscy właściciele paryskiego klubu są już nią trochę zmęczeni.
Tak przynajmniej twierdzi włoski dziennik „La Gazzetta dello Sport” i przypomina, że Mbappe wciąż odmawia przedłużenia wygasającego w czerwcu 2022 roku kontraktu z PSG, co stawia paryski klub w trudnym położeniu. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Mbappe przeszedł do Paris Saint-Germain z AS Monaco za 180 mln euro i jest drugim po Neymarze najdroższym piłkarzem w historii futbolu. A zgodnie z przepisami FIFA i UEFA jeśli nie przedłuży umowy, po jej wygaśnięciu będzie mógł odejść za darmo. Byłaby to więc podwójnie dotkliwa strata dla katarskich szejków, bo oprócz finansowej także wizerunkowa. Takiej ujmy na swoim biznesowym honorze na rok przed mistrzostwami świata tak bardzo chcą uniknąć, że z jednej strony oferują Mbappe znaczną podwyżkę i tak już lukratywnego kontraktu, a z drugiej straszą go, że jeśli nie przedłuży umowy, to do czerwca przyszłego roku będzie mecze oglądał wyłącznie z trybun.
Katarczycy odrzucili więc ofertę Realu Madryt opiewającą na 160 mln euro, to samo zrobili też z ofertą 180 mln euro. Dziennika „Le Parisien” donosi, że dyrektor sportowy PSG Brazylijczyk Leonardo w tych dniach otrzymał od katarskich właścicieli klubu zgodę na podjęcie rozmów z Realem Madryt, ale ma żądać za transfer Mbappe już tego lata nie mniej niż 220 mln euro.
Prezes madryckiego klubu Florentino Perez nie chce wojny z Katarczykami, bo nie zamierza podzielić losu Barcelony, której władze weszły z nimi w konflikt przy okazji próby pozyskania z PSG obrońcy Marco Verattiego, więc w odwecie szejkowie wyrwali z zespołu „Dumy Katalonii” Neymara, a tego lata jej największą gwiazdę – Leo Messiego. Ale ewentualny transfer Mbappe już tego lata może poruszyć lawinę, bo prezydent PSG Nasser Al-Khelaifi będzie chciał od razu zapełnić lukę po francuskim napastniku, a musi z przyczyn ambicjonalnych i wizerunkowych pozyskać gracza o co najmniej równorzędnej marce. A takich na rynku wielu nie ma, stąd spekulacje, że do PSG może przejść zniechęcony grą w Juventusie Cristiano Ronaldo. Pada też w nich nazwisko Roberta Lewandowskiego, którego izraelski agent, Phini Zahavi, już wedle francuskich i niemieckich mediów odbył nawet rozmowy z przedstawicielami francuskiego potentata, o czym zapewnia m.in. portal Get French Football News. Te medialne doniesienia poruszyły nawet szefów Bayernu Monachium, którzy co prawda jak zawsze w takich przypadkach przypomnieli, że Polak ma z Bayernem ważny kontrakt jeszcze do końca czerwca 2023 roku, ale niemieckie media zauważają, że Lewandowski milczy w tej sprawie, a jeśli już ostatnio coś z siebie w tej kwestii wydusił, nie były to deklaracje lojalności wobec Bayernu. Według dziennikarzy „Bilda” Polak ma pretensje do szefów Bayernu, że po cichu prowadzą negocjacje z agentem Erlinga Haalanda i jeśli zakończą je pomyślnie, wtedy latem przyszłego roku będą chcieli wstawić Lewandowskiego na transferową karuzelę, żeby jeszcze coś na nim zarobić na rok przed wygaśnięciem obecnej umowy.
Nie można jednak wykluczyć, że szefowie Bayernu zmienią zdanie w kwestii transferu Haalanda, bo agent norweskiego piłkarza Mino Raiola oferuje swojego podopiecznego wielu klubom. Niedawno wyciekły do mediów szczegóły jego negocjacji z Chelsea Londyn. Triumfator poprzedniej edycji Ligi Mistrzów zerwa jednak pertraktacje gdy Raiola zażądał dla Haalanda zarobków w wysokości 50 mln euro rocznie, zaś dla siebie prowizję w wysokości 40 mln euro. Norweskim napastnik raczej więc zostanie w Dortmundzie jeszcze co najmniej przez jeden sezon, ale w przyszłym roku uaktywni się jego klauzula wykupu, która wynosi 75 mln euro.Ofert mu pewnie nie zabraknie, ale na zarobki na poziomie 50 mln euro chyba nie ma co liczyć. Dla porównania – Lewandowski zarabia w tej chwili rocznie około 25 milionów euro.

Lewandowski piąty w plebiscycie UEFA

Robert Lewandowski w ubiegłym roku wygrał plebiscyt na „Piłkarza Roku UEFA”, ale w tym już wiadomo, że nie powtórzy sukcesu. Europejska Unia Piłkarska właśnie ogłosiła nazwiska trzech graczy, spośród który zostanie wybrany laureat nagrody za 2021. „Lewy” w tegorocznym plebiscycie zajął piątą lokatę.

Nominacje zostały przyznane na podstawie głosów trenerów 24 reprezentacji narodowych – uczestników Euro 2020, ponadto 80 trenerów klubów, które wystąpiły w fazie grupowej Ligi Mistrzów i Ligi Europy, a także dziennikarzy – po jednym z z każdego z 55 krajów, których federacje są członkami UEFA.
Tytuł „Piłkarza Roku UEFA” był jednym z najważniejszych wyróżnień, jakie w minionym roku otrzymał Lewandowski. W finale w pokonanym polu pozostawił Manuela Neuera i Kevina De Bruyne. Mimo świetnego sezonu w Bundeslidze polski napastnik Bayernu Monachium nie obroni tytułu, bo w głosowaniu zajął dopiero piąte miejsce. Do finału plebiscytu awansowało dwóch graczy tegorocznego triumfatora Ligi Mistrzów Chelsea Londyn – Francuz N’Golo Kante i Włoch Jorginho oraz Belg Kevin De Bruyne z zespołu finalisty Manchesteru City. Zwycięzca zostanie ogłoszony podczas losowania fazy grupowej Liga Mistrzów, które odbędzie się 26 sierpnia. „Lewego” wyprzedził jeszcze czwarty w zestawieniu Argentyńczyk Leo Messi.
W plebiscycie na „Trenera Roku 2021 UEFA” w finałowej trójce szkoleniowców wybrano Thomasa Tuchela (Chelsea), Pepa Guardiolę (Manchester City) i Roberto Manciniego (selekcjoner reprezentacji Włoch, triumfatora Euro 2020/21). W plebiscycie na „Piłkarkę Roku 2021 UEFA” w finałowej trójce znalazły się trzy zawodniczki FC Barcelona – Hiszpanki Jennifer Hermoso i Alexia Putellas oraz Holenderka Lieke Martens.

Lewy lepszy od Haalanda, Mesiego i Cristiano Ronaldo

Bayern Monachium w spotkaniu o Superpuchar Niemiec pokonał Borussię Dortmund 3:1 i zdobył pierwsze trofeum w nowym sezonie. W rozegranym w miniony wtorek meczu doszło do pierwszego w tym sezonie strzeleckiego pojedynku Roberta Lewandowskiego z Norwegiem Erlingiem Haalandem. Wygrał go bezsprzecznie Polak, zdobywając dwie bramki i zaliczając asystę.

Przed potyczką Bayernu i Borussii o Superpuchar w niemieckich mediach panowało przekonanie, że gwiazdą piłkarskiego spektaklu na stadionie Signal Iduna Park w Dortmundzie będzie Haaland. Pogląd ten miał mocne uzasadnienie, bo 21-letni norweski napastnik zaczął ten sezon w imponującym stylu – najpierw ustrzelił hat-tricka w meczu pierwszej rundy Pucharu Niemiec z trzecioligowym Wehen Wiesbaden (3:0), a na inauguracje rozgrywek Bundesligi w wygranym przez Borussię Dortmund 5:2 spotkaniu z Eintrachtem Frankfurt zdobył dwie bramki i zaliczył trzy asysty. Lewandowski nie miał tak efektownego wejścia w nowy sezon, bo rozpoczął ligowe rozgrywki od jednego gola strzelonego w wyjazdowym meczu z Borussią Moenchengladbach (1:1), ale media odnotowały, że Polak wyrównał własny rekord 11 ligowych spotkań z rzędu ze zdobytą bramką, a ponadto siódmy z rzędu sezon zaczął od zdobycia bramki, co jest zarazem rekordem Bundesligi. Ale oceny „Lewemu” przyznano przeciętne, tak jak i pozostałym graczom Bayernu, bo w pomeczowych recenzjach remis bawarskiej jedenastki w Moenchengladbach uznano za falstart nowego szkoleniowca Bayernu Juliana Nagelsmanna. Porównanie ligowych występów przed wtorkowym spotkaniem o Superpuchar Niemiec przemawiało więc na korzyść drużyny z Dortmundu i jej najlepszej „armaty” – Haalanda.
Te rachuby okazały się jednak mocno chybione, bowiem w bezpośrednim starciu aktualnych mistrzów Niemiec ze zdobywcą Pucharu Niemiec w poprzednim sezonie zdecydowanie lepsza okazała się ekipa z Monachium, w której koncertowo zagrali wszyscy zawodnicy, ale pierwsze skrzypce grał Lewandowski, który sam zdobył dwie bramki i dodatkowo zaliczył asystę przy trafieniu Thomasa Muellera. Jak zauważyli obecni na meczu reporterzy dziennika „Bild”, popisowy występ polskiego napastnika doprowadził do głębokiej frustracji Haalanda, który nie potrafił ukryć negatywnych emocji po każdym golu strzelanym przez „Lewego”. Nic dziwnego, Norweg przed sezonem zapowiedział, że w obecnych rozgrywkach Bundesligi zrobi wszystko, żeby pokonać polskiego snajpera w wyścigu po koronę króla strzelców. I po z Eintrachtem Frankfurt, w którym pokazał klasę, wielu futbolowych ekspertów uznało, że tym razem uda mu się tego dokonać. Po porażce w Superpucharze musieli jednak zweryfikować swoje prognozy, bo Haaland w bezpośrednim starciu wypadł na tle Lewandowskiego blado i był na boisku równie bezradny,
jak jego koledzy.
Gwiazdą meczu bezsprzecznie był bowiem kapitan reprezentacji Polski. Trafi do siatki rywali w 41. i 74. minucie, a także zaliczył asystę przy golu Muellera strzelonym przez niemieckiego piłkarza tuż po rozpoczęciu drugiej połowy. Sfrustrowany Haaland po pierwszej, strzelonej przez „Lewego” bramce kopnął ze złością w murawę. „Święto Lewandowskiego, frustracja Haalanda” – podsumował w tytule „Bild”. Dla Borussii wtorkowa klęska była dodatkowo bolesna, gdyż był to już jej szósty z rzędu przegrany mecz z Bayernem. Po raz ostatni ekipie BVB udało się pokonać bawarskiego potentata ponad dwa lata temu, dokładnie 3 sierpnia 2019 roku, także w spotkaniu o Superpuchar Niemiec (2:0).
Lewandowski już po raz czwarty w karierze sięgnął po Superpuchar Niemiec. Po zakończeniu meczu nie krył zadowolenia z udanego występu, ale też z powrotu kibiców na trybuny, chociaż na mogącym pomieścić ponad 80 tysięcy widzów stadionie Signal Iduna Park w Dortmundzie z powodu ograniczeń związanych z pandemią koronawirusa zasiadło tylko 25 tysięcy kibiców. Fani Borussii po raz kolejny mogli tylko żałować, że Polak nie gra już w ich zespole. „Lewy” od rozstania z Borussią Dortmund zagrał w barwach Bayernu przeciwko swojemu byłemu klubowi już po raz 14. Strzelił w tych spotkaniach 20 goli, z których siedem wbił na Signal Iduna Park.
Zachwytów nad grą polskiego piłkarza nie krył też Julian Nagelsmann. „Myślę, że nie ma zbyt wielu rzeczy, nad którymi Robert może jeszcze pracować. Na tym poziomie jest to już dość skomplikowane. On jest wybitnym napastnikiem i pokazał to w tym meczu. Wywierał ogromną presję na środkowych obrońcach Borussii, zdobył dwa znakomite gole, a dołożył jeszcze fantastyczną asystę. Wydaje mi się, że asysta w tak trudnej sytuacji była nawet cenniejsza niż te dwa gole. Ja bym nawet chciał, żeby Robert może już niczego u siebie nie poprawiał, tylko trzymał ten poziom, który prezentuje” – powiedział Nagelsmann w wywiadzie udzielonym na antenie Viaplay. Dla 34-letniego szkoleniowca było to pierwsze trofeum w trenerskiej karierze i zarazem pierwszy wygrany mecz w roli trenera Bayernu. Wcześniej nie udało mu się ani razu zwyciężyć w czterech spotkaniach sparingowych oraz w pierwszej ligowej potyczce z Borussią Moenchengladbach. Kolejną okazję na poprawienie tego bilansu będzie miał w najbliższą niedzielę, bo tego dnia Bayern podejmie u siebie na Allianz Arenie FC Koeln.
Pierwszy w nowym sezonie popisowy występ Lewandowskiego zainteresował jego osoba futbolowych statystyków. Na Twitterze pojawiło się interesujące zestawienie najlepszych strzelców na świecie w ostatnich trzech latach, uwzględniające tylko rozgrywki klubowe i reprezentacyjne. Wynika z niego, że tylko czterech piłkarzy zdołało przekroczyć granicę 100 zdobytych bramek. Numerem jeden na tej krótkiej liście jest Lewandowski, który w tym okresie strzelił 136 goli. Pozostała trójka w zestawieniu ma dużo gorsze osiągnięcia. Sklasyfikowani ex aequo na drugiej pozycji Argentyńczyk Lionel Messi i Portugalczyk Cristiano Ronaldo zdobyli po 110 bramek. Granicę 100 goli zdołał jeszcze przekroczyć jeszcze tylko francuski gwiazdor Paris Saint-Germain Kylian Mbappe z dorobkiem 102 trafień. Na piątym miejscu znalazł się Erling Haaland, który ma na koncie 96 goli.
Warto odnotować, że Lewandowski w swojej dotychczasowej karierze strzelił już 310 goli w najwyższych ligach – w polskiej w barwach Lecha Poznań oraz niemieckiej w barwach Borussii Dortmund i Bayernu Monachium. Wypada przypomnieć, że „Lewy” w poprzednim sezonie pobił blisko półwieczny rekord trafień w jednym sezonie należący do legendarnego Gerda Muellera. Teraz on jest rekordzistą w liczbie goli z dorobkiem 41 trafień, a łącznie w Bundeslidze zdobył już 278 bramek. Haaland ma jak widać sporo powodów do frustracji, ale też do motywacji.

Smutek po śmierci Gerda Muellera

W Niemczech piłkarskie środowisko żegna zmarłego w minioną niedzielę legendarnego napastnika Bayernu Monachium i reprezentacji Niemiec Gerda Muellera. „Jego osiągnięcia do dziś nie mają sobie równych i na zawsze będą częścią wielkiej historii Bayernu oraz całego niemieckiego futbolu” – stwierdził Oliver Kahn, prezes zarządu bawarskiego klubu.

Gerd Mueller był symbolem Bayernu Monachium, w barwach którego rozegrał 607 spotkań. Napastnik, nazywany przez fanów „Der Bomber”, strzelił w nich 566 bramek, w tym 365 w meczach Bundesligi. To do dzisiaj rekord w najwyższej klasie rozgrywkowej u naszych zachodnich sąsiadów. Mueller pomógł drużynie w wywalczeniu trzech Pucharów Europy oraz Pucharu Zdobywców Pucharów. Do tego czterokrotnie triumfował w Bundeslidze, a do sukcesów na ligowym podwórku dołączył triumf z reprezentacją RFN w mistrzostwach Europy (1972) i mistrzostwach świata (1974). W sumie w 68 występach w narodowych barwach zdobył 62 bramki.
Po przejściu na emeryturę podjął pracę w Bayernie jako trener drużyn młodzieżowych. W 2005 roku rozpoznano u niego pierwsze symptomy choroby Alzhaimera. Ostatnie lata życia spędził w domu opieki, gdzie zmarł w niedzielę 15 sierpnia nad ranem. Miał 75 lat. Legendarnego piłkarza pożegnały wszystkie kluby Bundesligi, ale Bayern zrobił to z największym rozmachem. W niedzielę wieczorem na elewacji stadionu Allianz Arena w Monachium pojawił się gigantyczny napis: „Danke Gerd” (Dziękujemy Gerd).
Wśród żegnających nie mogło zabraknąć Roberta Lewandowskiego, który wytrwale dąży do wyrównania lub pobicia wszystkich strzeleckich rekordów „Der Bombera”. W wypowiedzi dla tabloidu „Bild” kapitan reprezentacji Polski przyznał, iż Gerd Mueller „zawsze był niego wielką inspiracją”.