Bundesliga znów trenuje

Chociaż w Niemczech epidemia koronawirusa wciąż nie słabnie, to piłkarska Bundesliga mimo to szykuje się do wznowienia rozgrywek. Niemieckie media podają, że ma to nastąpić w maju, a mecze będą rozgrywane bez publiczności. W miniony poniedziałek do treningów wrócili piłkarze Bayernu Monachium, a wraz z nimi wyleczony już Robert Lewandowski.

Niemieckie drużyny są bardzo zdeterminowane, aby rozegrać sezon do końca. Według pesymistycznych prognoz ekspertów wskutek przerwy w grze zagrożonych likwidacją jest aż 10 klubów Bundesligi. Stąd też presja na jak najszybsze wznowienie przerwanych na początku marca rozgrywek.
Wedle najnowszych spekulacji medialnych może to nastąpić już 2 maja, ale bardziej prawdopodobny jest następny weekend, czyli 8-10 maja. Te daty mogą dziwić w kontekście informacji, jakie docierają z Niemiec o rozwoju pandemii w tym kraju. W miniony wtorek Instytut im. Roberta Kocha (RKI) w Berlinie poinformował, że w ciągu ostatniej doby na terenie RFN zmarły 173 osoby zakażone koronawirusem. Łączna liczba ofiar śmiertelnych w kraju od początku epidemii wzrosła do 1607, a liczba zidentyfikowanych zakażeń wzrosła w ciągu ostatniej doby o 3834 przypadki.
W sumie u naszych zachodnich sąsiadów odnotowano już 99 225 infekcji koronawirusem. Położona na południowym wschodzie kraju Bawaria jest krajem związkowym najbardziej dotkniętym przez epidemię. W granicach tego landu zarejestrowano 26 163 zakażonych (26 procent wszystkich zakażeń w kraju) i 481 zgonów.
W poniedziałek kanclerz Angela Merkel poinformowała, że jest jeszcze stanowczo za wcześnie, żeby łagodzić wprowadzone przez rząd obostrzenia obowiązujące w Niemczech ze względu na pandemię koronawirusa.
Klubom Bundesligi udzielono jednak zezwolenia na organizowanie zamkniętych dla osób postronnych zajęć w ośrodkach treningowych. Treningi muszą się odbywać z zachowaniem wszelkich rygorów sanitarnych, ale dzięki tej furtce piłkarze Borussii Dortmund (Łukasz Piszczek), Schalke 04 Gelsenkirchen, Unionu Berlin (Łukasz Gikiewicz), a od poniedziałku także lidera Bundesligi Bayernu Monachium, w kadrze którego po wyleczeniu urazu pojawił się też Robert Lewandowski, mogli wrócić na boiska.
Zajęcia prowadzone przez wszystkie zespoły są organizowane w podobny sposób. Zawodnicy są dzieleni na kilka grup, które nie mają ze sobą żadnej styczności, albo trenują o różnych godzinach. Piłkarze ćwiczą na ogół w parach, zachowując między sobą należytą odległość.
Kadra Bayernu Monachium w poniedziałek stawiła się w komplecie w klubowym ośrodku przy Sabenerstrasse. Wśród 21 zawodników był też Lewandowski, dla którego były to pierwsze zajęcia na boisku od momentu odniesienia kontuzji kolana, co miało miejsce 25 lutego podczas meczu Ligi Mistrzów z Chelsea Londyn (3:0). Większość jego kolegów miała krótszą przerwę, bo czterotygodniową, ale wszyscy bez wyjątku nie kryli radości z faktu, że znów mogą wspólnie trenować, chociaż zostali porozrzucani w małych grupkach po całym boisku.
Zajęcia dostosowano do wymogów obowiązujących w Niemczech w związku z epidemią SARS-CoV-2. Piłkarzy podzielono na pięć grup – cztery czteroosobowe i jedną pięcioosobową, w której znalazł się m.in. Lewandowski. Każda z grup zbierała się w innej części podziemnego garażu, wszyscy przyjechali już przebrani w stroje treningowe, a po zajęciach od razu musieli wracać do swoich domów i dopiero w nich mogli brać prysznic. Siłą rzeczy te pierwsze treningi nie mogły być zbyt intensywne, raczej chodziło w nich o umożliwienie zawodnikom kontaktu z pełnowymiarowym boiskiem i wykonanie podstawowych ćwiczeń z piłkami.
Lewandowski nie mia już żadnych problemów zdrowotnych, co wydaje się oczywiste, bo przecież jego powrót do gry po kontuzji i tak był planowany na 4 kwietnia, bo tego dnia wedle pierwotnego terminarza Bayern miał grać na wyjeździe z Borussią Dortmund. „Lewy” z powodu urazu kolana opuścił tylko trzy mecze, ale w tym czasie jego najgroźniejsi konkurenci do korony króla strzelców Bundesligi (Timo Werner z RB Lipsk) i „Złotego Buta” (Woch Ciro Immobile z Lazio Rzym) nie powiększyli swojego bramkowego dorobku, a zatem po ewentualnym wznowieniu rozgrywek rywalizacja o te laury wystartuje z poziomu sprzed kontuzji Lewandowskiego.
Kluby naszej rodzimej piłkarskiej ekstraklasy powinny z uwagą przyglądać się rozwojowi wydarzeń w Bundeslidze. Skoro za Odrą, chociaż przebieg pandemii jest tam wielokroć bardziej burzliwy niż w Polsce, a mimo to klubom zezwolono na treningi, to może dałoby się zrobić podobnie także i u nas.

Reprezentację czekają dwa trudne lata

Przeniesienie turnieju Euro 2020 na przyszły rok w aspekcie czysto sportowym nie jest wielkim problemem dla reprezentacji Polski. Bez względu na to, kto będzie jej trenerem, przez 15 miesięcy nie zdoła przecież dokonać w kadrze personalnej rewolucji. A nawet gdyby chciał, nie pozwolą mu na to władze PZPN. Nasza piłkarska federacja będzie potrzebowała sukcesów drużyny narodowej, bo bez nich nie odbuduje zrujnowanych przez koronawirus finansów. Selekcjoner nie dostanie więc zgody na żadne eksperymenty.

Po przymusowej przerwie spowodowanej epidemią koronawirusa, drużynę narodową czeka półtoraroczna harówka. Jesienią tego roku biało-czerwoni powalczą w Lidze Narodów, od marca 2021 zaczną eliminacje do mistrzostw świata w Katarze, które potrwają do listopada tego roku, a w ich środku przyjdzie im odrobić zaległości z Euro 2020. Takie skomasowanie ważnych meczów w jednym roku niesie wyzwania, z jakimi żaden selekcjoner polskiej reprezentacji jeszcze się nie mierzył. Na razie nie ma co dywagować, czy ciężar oczekiwań udźwignie Jerzy Brzęczek, bo jego aktualny kontrakt wygasa z końcem lipca tego roku, a póki co sternicy naszej futbolowej centrali nie kwapią się z jego przedłużeniem. Obsada stanowiska selekcjonera kadry jest jednak w tej chwili kwestią drugorzędną. Trener Brzęczek oraz jego sztab i tak nie mają teraz nic do roboty i wszystko wskazuje na to, że nie będą mieli co najmniej do końca lipca.
Wiek to tylko liczba, ale…
Załóżmy jednak, że umowa Brzęczka zostanie przedłużona i to on poprowadzi Polskę na turnieju, na który ją wprowadził. Po pierwsze, przebudowa drużyny będzie musiała zostać przeprowadzona w trakcie kwalifikacji do MŚ 2020, które mają wystartować w marcu 2021 roku, i być dostosowana do jesiennego terminu mundialu w Katarze. Dotąd reprezentacje narodowe w Europie funkcjonowały według dwuletniego cyklu, a zmiany pokoleniowe w kadrach dokonywały się zazwyczaj po mistrzostwach świata lub Europy i przed startem kwalifikacji do kolejnego turnieju. Teraz jednak selekcjonerzy będą musieli tym samym składem obskoczyć zarówno czerwcowe finały mistrzostw Europy, jak i eliminacje do mundialu w Katarze, co nie jest dobrą wiadomością dla piłkarzy zaawansowanych wiekowo.
Dla kilku graczy powoływanych dotąd regularnie przez trenera Brzęczka przesunięcie finałów mistrzostw Europy na 2021 rok może de facto oznaczać koniec reprezentacyjnej kariery. W tej grupie znajdują się: Jakub Błaszczykowski (rocznik 1985), Łukasz Fabiański (1985), Thiago Cionek (1986) i Artur Jędrzejczyk (1987). Oprócz Fabiańskiego, który przez Brzęczka przy osadzie bramki był dotąd traktowany na równych prawach z Wojciechem Szczęsnym, pozostali z wymienionych są w tej chwili zawodnikami drugiego wyboru, czyli rezerwowymi. Dla każdego z nich występ w tegorocznym turnieju miał być zwieńczeniem reprezentacyjnych karier, ale nawet gdyby pozostali w kadrze jeszcze przez rok, metryki oszukać się nie da. Błaszczykowskiemu już teraz co rusz przytrafiają się kontuzje, przez które nie jest w stanie przez dłuższy czas utrzymać wysokiej formy. Inna sprawa, że był dotąd w kadrze dzięki rodzinnym koneksjom z Brzęczkiem, bo od innego selekcjonera pewnie już po mundialu w Rosji przestałby dostawać powołania. Za rok będzie miał już jednak 36 lat, a podczas mundialu w Katarze 37 i jego przydatność dla reprezentacji będzie żadna. Podobnie jak Thiago Cionka i Jędrzejczyka. Obaj na rezerwowych dla Kamila Glika i Jana Bednarka już teraz słabo się nadawali. W kwalifikacjach Euro 2020 pierwszy z nich nie zagrał nawet minuty, a drugi wystąpił tylko w jednym meczu, a i to dlatego, że nie mógł zagrać kontuzjowany Glik.
Wiek nie powinien być decydującym kryterium przy ocenie przydatności piłkarza do kadry, ale czy to się komuś podoba czy nie, na ogół o tym przesądza. Chyba, że trener nie ma alternatywy, ale w przypadku drużyny narodowej takie sytuacje się nie zdarzają.
Bramkarzy ci u nas dostatek
Na razie nie wiadomo co postanowi Łukasz Fabiański, który po tegorocznym Euro planował pożegnanie z reprezentacją Polski. On jest rówieśnikiem Błaszczykowskiego, co w przypadku bramkarza nie jest jednak takim problemem, bo nie musi przecież w trakcie meczu zaliczać po 10-12 km, czego wymaga się od zawodnika grającego na pozycji skrzydłowego. Nic nie ujmując Fabiańskiemu, który jest filarem West Hamu United, to obiektywnie oceniając, w ubiegłym roku zaczęła uwidaczniać się już wyraźna różnica między nim a Wojciechem Szczęsnym. Różnica na niekorzyść Fabiańskiego, żeby była jasność. A to dlatego, że młodszy o pięć lat Szczęsny jest teraz w apogeum swoich możliwości, gra regularnie w jednym z najlepszych zespołów klubowych na świecie, który w każdym sezonie walczy o najwyższą stawkę w Lidze Mistrzów. I właśnie przedłużył z turyńskim klubem kontrakt do 2024 roku. To są wystarczające powody, żeby w reprezentacyjnej bramce stawiać właśnie na niego. Przy całym szacunku dla Fabiańskiego, gdyby nie błędy Szczęsnego i kilka pechowych dla niego zdarzeń, to Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik, Adam Nawałka i Jerzy Brzęczek ustalanie składu wyjściowej jedenastki zaczynaliby od wpisania nazwiska Szczęsny do rubryki „bramkarz”.
Z punktu widzenia interesu reprezentacji nie ma zatem znaczenia, co postanowi Fabiański, bo w najbliższych latach bramkarzem numer 1 w kadrze będzie Szczęsny. A w rolach dublerów, z których za kilka lat wyłoni się jego następca, powinni być obsadzani występujący obecnie z powodzeniem w Fiorentonie 23-letni Bartłomiej Drągowski oraz 21-letni Radosław Majecki, który latem przeniesie się z Legii Warszawa do AS Monaco, Kamil Grabara (obecnie na wypożyczeniu z FC Liverpool do Huddersfield Town) i Marcin Bułka, na razie jeszcze trzeci bramkarz Paris Saint-Germain. Na tej pozycji reprezentacja Polski nie będzie miała w najbliższej dekadzie deficytu talentów, bo każdego roku ujawniają się nowe.
W defensywie też nie jest źle
W liniach obronnych w tej chwili nikt nie wyobraża sobie kadry Polski bez Kamila Glika (32 lata), Jana Bednarka (24), Macieja Rybusa (31), Tomasza Kędziory (26), Bartosza Bereszyńskiego (28), a nawet Arkadiusza Recy (25). Kto powinien do nich dołączyć? Jak już wcześniej zostało powiedziane, nie ma sensu powoływać już Jędrzejczyka i Thiago Cionka, natomiast zamiast nich oswajać się z reprezentacją powinni już coraz lepiej radzący sobie w występującej w Serie A drużynie Cagliari 20-letni Sebastian Walukiewicz oraz 19-letni Michał Karbownik, który w Legii Warszawa zrobił furorę jako lewy obrońca, ale grał na tej pozycji z konieczności, bo ponoć to urodzony pomocnik i rozgrywający. Ci dwaj niewątpliwie utalentowani gracze ujawnili już futbolowy potencjał, w który warto inwestować.
Do tej formacji może też przecież dołączyć po wyleczeniu kontuzji więzadeł 22-letni Krystian Bielik, który już zdążył swoimi występami w reprezentacji zaklepać sobie w niej miejsce dla siebie i gdyby nie pech, miałby pewne miejsce w kadrze na Euro 2020. Ten uniwersalny piłkarz świetnie spisywał się też w roli defensywnego pomocnika. W jego przypadku przełożenie Euro 2020 o rok może okazać się zbawienne, o ile rzecz jasna zdoła wrócić do dyspozycji sprzed kontuzji, co w przypadku graczy wracających po urazie więzadeł zawsze jest loterią.
Kto obok Krychowiaka?
Liderem linii środkowej naszej reprezentacji bez wątpienia jest w tej chwili Grzegorz Krychowiak, który w lidze rosyjskiej wybił się na gwiazdę, a w tym sezonie zadziwia wręcz niesłychaną jak na defensywnego pomocnika skutecznością – w 20 ligowych występach strzelił dziewięć goli i zaliczył cztery asysty. Ten 30-letni piłkarz od sześciu lat jest filarem biało-czerwonych i przez najbliższe dwa lata tej roli może go pozbawić co najwyżej jakaś ciężka kontuzja. Pewniakami w tej formacji są także 26-letni Piotr Zieliński (SSC Napoli), 21-letni Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa), 30-letni Mateusz Klich (Leeds United) i 25-letni Przemysław Frankowski (Chicago Fire) i nawet 28-letni Jacek Góralski, chociaż powędrował na koniec świata do kazachskiego Kajratu Ałmaty. Gdyby turniej Euro 2020 został rozegrany w tym roku, pewne miejsce na lewym skrzydle miałby zapewne 32-letni Kamil Grosicki, ale po przejściu zimą tego roku z Hull City do West Bromwich Albion w nowym klubie ma tylko status zmiennika i zważywszy na jego wiek, niewielkie szanse na wywalczenie miejsca w podstawowym składzie. Tym bardziej, że ekipa WBA, podobnie zresztą jak Leeds United (Klich), jest bliska wywalczenia awansu do Premier League, co z pewnością zaowocuje letnimi transferami nowych graczy. Teoretycznie zatem za kilka miesięcy możemy mieć dwóch kadrowiczów w klubach Premier League, lecz w marginalnych rolach i przez to z malejącym pożytkiem dla reprezentacji.
Na szczęście selekcjoner kadry ma szerszy wybór graczy w tej formacji. Po wyleczeniu kontuzji w drugiej połowie tego roku powinien już wrócić do gry Dawid Kownacki, być może w jakimś nowym klubie po zapowiedzianym odejściu z Leicester City odrodzi się w końcu zapomniany już przez polskich kibiców Bartosz Kapustka, piłkarz po przejściach, ale wciąż perspektywiczny, bo ledwie 24-letni. Może w końcu przebije się w kadrze ewidentnie niedoceniany przez Brzęczka Karol Linetty (Sampdoria Genua), może szansę dostanie rewelacyjnie spisujący się w barwach Uralu Jekaterynburg 26-letni Rafał Augustyniak, zbierający znakomite recenzje w rosyjskiej lidze, w której uznawany jest za najbardziej skutecznego w destrukcji defensywnego pomocnika. Na pewno powinien ją dostać 27-letni Damian Kądzior, który rozgrywa sezon życia w Dinamie Zagrzeb. W zespole mistrza Chorwacji do momentu przerwania rozgrywek miał na koncie 12 bramek i 9 asyst. Może wreszcie powody do wysłania im powołań dadzą tacy gracze, jak 22-letni Patryk Dziczek (Lazio Rzym, obecnie wypożyczony do II-ligowej Salernitany, czy 26-letni Radosław Murawski, grający obecnie w tureckim Denizlisporze.
Lewandowski i kto jeszcze?
W linii ataku poza wszelką konkurencją jest rzecz jasna 31-letni Robert Lewandowski i nic nie zapowiada, żeby przez najbliższe dwa lata miało coś się w tej kwestii zmienić. Drugie miejsce w aktualnej hierarchii napastników zajmuje 26-letni Arkadiusz Milik (SSC Napoli), a trzecie 25-letni Krzysztof Piątek (Hertha Berlin). Za nimi nie stoi jednak kolejka graczy z aspiracjami i umiejętnościami, żeby zająć miejsce tego tercetu. W lidze greckiej w tym sezonie furorę zrobił co prawda 23-letni Karol Świderski, najlepszy strzelec PAOK Saloniki, zaś za oceanem w amerykańskiej MLS mamy 25-letniego Jarosława Niezgodę i 23-letniego Adama Buksę, lecz obiektywnie rzecz biorąc nie są to piłkarze dobrze rokujący na przyszłość. Trzeba zatem trzymać kciuki za zdrowie „Lewego” i Milika oraz żeby Piątek odzyskał jak najszybciej skuteczność z okresu gry w Genui. I czekać na pojawienie się nowych, utalentowanych napastników.

Futbol bankrutuje? A co nam do tego?

Szalejąca na świecie pandemia koronawirusa w niespełna dwa miesiące rozwaliła fundamenty, na jakich osadzał się światowy futbol. A jeden z filarów praktycznie leży już w gruzach – to wpajane nam od wielu dekad przekonanie, iż gra w piłę nożną jest dla ludzi „najważniejszą z nieważnych rzeczy na tym świecie”.

Jak bardzo była to oszukańcza teza, widzimy dzisiaj, gdy nikt nie słucha nawet skamlenia odciętych od łatwych pieniędzy piłkarskich krezusów. Puszczane do mediów straszaki w rodzaju: „Jeśli nie dostaniemy wsparcia ze strony rządu, kluby zaczną bankrutować”, albo „Brak wpływów ze sprzedaży biletów i od sponsorów zrujnuje klubowe finanse”, lub też „Kluby nie mają pieniędzy na wypłaty dla zawodników i pracowników”, dzisiaj nikogo już nie ruszają. Większość z nas jest w tarapatach znacznie poważniejszych niż piłkarze. Z powodu zakazu zgromadzeń i organizowania imprez masowych nie zarabiają choćby lokale gastronomiczne, biura turystyczne, instytucje kulturalne, edukacyjne, nawet parki narodowe są zamykane. Milionom ludzi grozi utrata pracy lub drastyczna obniżka zarobków. A między piłkarzem, któremu klub obciął lub zamroził zarobki na czas przerwy w rozgrywkach, a przeciętnie zarabiającym pracownikiem najemnym w dowolnej branży różnica jest tak wielka, że każdemu kto sobie ją uświadomi, a teraz jest na to dobry moment, musi zrodzić się myśl, że może należałoby w końcu to zmienić. A od takich myśli zaczynają się rewolucje.
Pożywkę do takich rewolucyjnych rozmyślań dają takie publikacje, jak coroczny ranking redakcji tygodnika „France Football” najlepiej opłacanych piłkarzy na świecie. W zestawieniu „FF” podawane są łączne dochody futbolowych krezusów, czyli wynagrodzenie brutto wypłacane im przez ich kluby oraz wpływy ze sprzedaży wizerunku reklamodawcom i sponsorom. Pierwsze miejsce na liście piłkarskich milionerów zajmuje Argentyńczyk Leo Messi (FC Barcelona), który w ubiegłym roku wzbogacił się o rekordowe 131 mln euro, drugi jest Portugalczyk Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn, 118 mln euro), a trzeci Brazylijczyk Neymar (Paris Saint-Germain, 95 mln euro). W przeliczeniu na stawkę dzienną dochody Messiego wynoszą 358 tys. euro, czyli facet za kopanie piłki każdego dnia kasuje mniej więcej, niż cała masa ludzi niemal przez całe życie, i to przy założeniu, że średnio zarabiają 1000 euro miesięcznie. Ktoś powie, że wymieniona trójka piłkarzy to wyjątki, bo reszta już wcale tak dobrze nie ma. I to jest kolejne kłamstwo, które dopiero w czasach zarazy potrafimy sobie uzmysłowić.
FC Barcelona, której największą gwiazdą jest Messi, rocznie wydaje na płace swoich zawodników (oprócz sekcji piłkarskiej prowadzi też męskie i żeńskie sekcje koszykówki, piłki ręcznej i hokeja na trawie) ponad 600 mln euro – najwięcej w Europie. I taki potentat nagle ogłasza, że wszystkim swoim zawodnikom i trenerom obetnie pensje o 70 procent. W Hiszpanii nie podniósł się nawet jeden głos protestu przeciwko tej „niesprawiedliwości”. W równie bogatym Bayernie Monachium piłkarze, w tym Robert Lewandowski, bez szemrania zgodzili się na 20-procentowe cięcie płac. Z kolei w klubie Kamila Glika, AS Monaco, jego rosyjski właściciel skorzystał z regulacji prawnych we Francji i wysłał wszystkich piłkarzy na częściowe bezrobocie, co skutkuje utratą przez nich 16 procent zarobków. Państwo zapewnia w takich przypadkach rekompensatę w wysokości 5,4 tys. euro, która rzecz jasna dla piłkarzy nie jest adekwatna do utraconych zarobków. Wspomniany Glik zarabia 250 tys. euro miesięcznie, czyli straci po uwzględnieniu rekompensaty 34,6 tys. euro. Wciąż jednak na jego konto wpływać będzie grubo ponad 200 tys. euro, zatem nie dziwi, że we Francji też nikt nad piłkarzami się nie użala.
Nawet w znacznie słabiej płacącej piłkarzom polskiej ekstraklasie chwilowa zapaść finansowa nie jest aż taka straszna, jak próbuje się nam wmówić. Kluby pozbawione dochodów ze sprzedaży biletów i praw medialnych straszą nieuchronnym bankructwem, chociaż liga nie gra dopiero od 13 marca. Czy to kogoś rusza? Nie, bo nie ma powodu użalać się nad losem niespecjalnie przydatnych społeczeństwu w czasach zarazy osobników, którzy do tej pory zarabiali przeciętnie pół miliona złotych rocznie.
Piłkarze, ale nie tylko przecież oni, bo także siatkarze, piłkarze ręczni, koszykarze czy w ogóle sportowcy profesjonalni, są w sto razy lepszej sytuacji niż miliony innych ludzi. Dlatego skomlącym trzeba mówić „precz”, a hołdować tylko tym, którzy nie tylko o nic dla siebie nie proszą, ale jeszcze sięgają do swoich finansowych zasobów i wspierają innych.

48 godzin sport

Milion Lewego dla szpitali
W poprzednim numerze informowaliśmy, że Robert i Anna Lewandowscy postanowili przekazać milion euro na walkę z pandemią koronawirusa. W poniedziałek kapitan naszej piłkarskiej reprezentacji i jego żona ogłosili, że cała zadeklarowana przez nich kwota zostanie przekazana w równej wysokości na pomoc wszystkim jednoimiennym szpitalom zakaźnym w całej Polsce oraz na inne cele związane z walką z epidemią. Decyzja o takim rozlokowaniu środków została podjęta po konsultacji z odpowiednimi organami koordynującymi w Polsce walkę z koronawirusem. W gestii władz szpitali jest wykorzystanie środków do takich celów, jakie uznają za najwłaściwsze.

Koniec sezonu w piłce ręcznej
Potwierdziły się nieoficjalne informacje i w miniony poniedziałek Związek Piłki Ręcznej w Polsce ogłosił zakończenie ligowego sezonu. Decyzję podjęto oczywiście z powodu epidemii koronawirusa. Kolejność przyjęto na podstawie zajmowanych miejsc w tabeli po meczach rozegranych 12 marca, żaden zespół nie został zdegradowany i wszystkie otrzymało prawo gry w ekstraklasie w przyszłym sezonie. W lidze kobiet mistrzostwo przypadło drużynie MKS Perła Lublin, która zdobyła 53 punkty, srebrny medal Metraco Zagłębiu Lublin (49 pkt), a brąz KPR Gmina Kobierzyce (39 pkt). W ekstraklasie szczypiornistów tytuł zdobyła ekipa PGE Vive Kielce (72 punkty), przed Orlenem Wisła Płock (69) i Górnikiem Zabrze (57).

Ponownie przesunęli start F1
Z powodu epidemii koronawirusa odwołano wyścig Formuły 1 o Grand Prix Azerbejdżanu, który miał się odbyć 7 czerwca. To kolejne zawody, które w tym sezonie nie dojdą do skutku. Wcześniej odwołano już imprezy w Australii (15 marca), Bahrajnie (22 marca), Wietnamie (5 kwietnia), Szanghaju (19 kwietnia), Holandii (3 maja), Hiszpanii (10 maja) i Monaco (24 maja). Start tegorocznego cyklu może nastąpić zatem dopiero 14 czerwca w Montrealu.

Wirus dopadł mistrza z RPA
Mistrz i wicemistrz olimpijski w pływaniu Cameron van der Burgh poinformował, że jest zakażony koronawirusem. Pływak z RPA zdobył złoty medal olimpijski na 100 m stylem klasycznym na igrzyskach Londynie w 2012 roku. Cztery lata później w Rio de Janeiro wywalczył srebro. W 2018 roku zakończył sportową karierę.

Austriacy zostali bez trenera
Andreas Felder zrezygnował z funkcji trenera austriackich skoczków narciarskich. Kontrakt został rozwiązany za porozumieniem stron. 58-letni szkoleniowiec pracował z kadrą Austrii od 2018 roku.

UEFA też przekłada finały
UEFA przełożyła zaplanowane finały Ligi Mistrzów (30 maja w Stambule) i Ligi Europy (27 maja w Gdańsku) na późniejsze termin. Nowych dat rozegrania spotkań finałowych na razie nie wyznaczono.

Wsparli walkę z epidemią

Pandemia koronawirusa mocno dotknęła wszystkie sfery naszego życia, ale najszybciej zdemolowała sport. Zakaz organizowania imprez masowych doprowadził do odwołania imprez lub zawieszenia rozgrywek, co może w najbliższych miesiącach spowodować głęboki kryzys finansowy w tej branży. Mimo tego zagrożenia niektórzy znani sportowcy nie wahają się sięgnąć do portfela i wesprzeć finansowo instytucje walczące z epidemią. Ostatnio do tego grona dołączyli dwaj reprezentanci Polski w piłce nożnej – Jakub Błaszczykowski i Robert Lewandowski.

W miniony czwartek fundacja „Ludzki Gest” założona przez Jakuba Błaszczykowskiego poinformowała za pośrednictwem Facebooka: „Walka z pandemią koronawirusa ma ogromny wpływ na życie nas wszystkich. Przed nami jeden z najważniejszych sprawdzianów z empatii oraz odpowiedzialności. Kuba Błaszczykowski wraz z Fundacją Ludzki Gest postanawiają przeznaczyć na walkę z pandemią koronawirusa kwotę w wysokości 400 000 złotych”. A sam Błaszczykowski na swoim profilu dodał: „Tylko wspólnymi siłami możemy zmienić oblicze pandemii. Kochani, bardzo Was proszę nie bagatelizujcie problemu, zostańcie w domu i stosujcie się do zaleceń. Dbajcie o swoich bliskich i siebie”.
Skrzydłowy reprezentacji Polski nie po raz pierwszy wyróżnił się w działalności charytatywnej. Swoją fundację założył w 2015 roku, a jej cel tak uzasadnił w jednej z wypowiedzi dla mediów: „To nie jest próba zbawiania świata, ale wewnętrzna potrzeba. Wolę pomóc jednej osobie niż żadnej. Jak dam radę, pomogę i dziesięciu, ale że nie mam większych możliwości finansowych, muszę także odmawiać. Wspólnie z rodziną i bliskimi pomyśleliśmy, że poprzez fundację można pomagać dzieciakom. W 2017 roku dzięki wsparciu jego fundacji udało się m.in. uratować telefon zaufania dla dzieci. Błaszczykowski unika rozgłosu związanego ze swoją działalnością charytatywną. „Ci, którzy mają wiedzieć, że pomagam, to wiedzą. Przy okazji zauważyłem, że ci, którzy najmniej krzyczą, zwykle najbardziej tej pomocy potrzebują. I jedyna rzecz, o jakiej wtedy myślę, to że życie jest bardzo niesprawiedliwe” – stwierdził 108-krotny reprezentant Polski.
Podobne podejście do działalności charytatywnej ma Robert Lewandowski, ale ponieważ jego nazwisko w tej chwili w futbolowej hierarchii ma markę globalną, każde jego działania w tej sferze i tak szybko wychodzi na jaw i jest szeroko komentowane. Pewnie dlatego „Lewy” i jego żona Anna, przyłączając się do grona sportowców wpierających z własnej kieszenii walkę z pandemią, tym razem sami o tym poinformowali. Nie można wykluczyć, że zdopingowała ich do działania inicjatywa Błaszczykowskiego, chociaż pewnie większy wpływ na ich decyzję miała akcja dwóch kolegów Lewandowskiego z Bayernu Monachium, Joshuy Kimmicha i Leona Goretzki, którzy stworzyli w internecie platformę pomocową pod nazwą „We Kick Corona”, na rzecz której obaj wpłacili po pół miliona euro. „Tylko razem możemy sobie z tym poradzić, musimy grać w jednej ekipie. W ramach We Kick Corona chcemy pomóc tym, którzy wspierają innych. Ta platforma umożliwia zgłoszenie się po pomoc, ale także wpłatę funduszy. A pomóc może każdy i nie ma znaczenia wielkość czy rodzaj tej pomocy. Każda pomoc jest teraz na wagę złota” – napisali w oświadczeniu reprezentanci Nieniec.
Anna i Robert Lewandowscy zadeklarowali przekazanie na walkę z epidemią koronawirusa milion euro „Dziś wszyscy jesteśmy świadomi trudności sytuacji, jaka nas otacza. Dziś wszyscy gramy w jednej drużynie. Bądźmy silni w tej walce i bądźmy jednomyślni. Jeśli możemy w sposób bezpieczny komuś pomóc, to róbmy to. Dobro wraca. Ta sytuacja dotyka każdego z nas, nie wybiera. Stosujmy się do zaleceń, słuchajmy tych, którzy się na tym dobrze znają. Bądźmy odpowiedzialni. Wierzymy, że szybko wrócimy do normalności. Bądźmy razem, bądźmy solidarni” – napisali w komunikacie Lewandowscy.
Kapitan reprezentacji Polski i jego małżonka nie podali na razie, jak zamierzają rozdysponować zadeklarowana kwotę. W niemieckich mediach pojawiły się informacje, że Lewandowscy nie dołączyli do akcji Kimmicha i Goretzki, tylko planują coś we własnym zakresie. Prawdopodobnie dokonają wpłat, być może tej samej wielkości, na jakieś wiarygodne instytucje walczące z pandemią w Niemczech i w Polsce.

Czekają na Lewego?

Jak na razie najgroźniejsi konkurenci Roberta Lewandowskiego w klasyfikacji „Złotego Buta” nie wykorzystują okazji, że Polak nie gra z powodu kontuzji. Albo, jak Ciro Immobile, nie mogą grać, albo pudłują na potęgę.

Miniony weekend znów okazał się kiepski dla napastników z czołówki graczy walczących o „Złotego Buta”, nagrody dla najlepszego w sezonie strzelca lig europejskich. Skorzystał z tego broniący trofeum Leo Messi, który zaliczył jedno trafienie wykorzystując rzut karny w ligowym meczu z Realem Sociedad (1:0). Argentyński gwiazdor Barcelony ma obecnie na koncie 19 goli i 36 pkt, a w klasyfikacji „ZB” zajmuje szóstą lokatę.
Lider tego zestawienia, Włoch Ciro Immobile (27 goli, 54 punkty), nie mógł poprawić swojego dorobku, bo jego Lazio Rzym w ten weekend nie grało. I nie zagra aż do kwietnia, a być może nawet w ogóle, bo rozgrywki w Serie A z powodu epidemii koronawirusa zostały do tego czasu zawieszone. W podobnej sytuacji jest też trzeci w zestawieniu as Juventusu Turyn Cristiano Ronaldo. On co prawda zagrał w miniony weekend przy pustych trybunach w zaległym hicie kolejki z Interem Mediolan, lecz bramki nie zdobył i nadal ma na koncie 21 trafień i 42 punkty, tyle samo co dwaj gracze Bundesligi, z którymi dzieli trzecią lokatę – Niemiec Timo Werner z RB Lipsk i Norwego Erling Haaland z Borussii Dortmund, których w dwóch ostatnich ligowych kolejkach dopadła strzelecka niemoc. Napastnik RB Lipsk w tym roku w ośmiu meczach zaliczył tylko trzy trafienia, a odkąd „Lewy” leczy kontuzję, nie trafił nawet w światło bramki. Zaciął się też niesamowicie skuteczny w lutym norweski nastolatek z Borussii. W miniony weekend Haaland nie powiększył swojego dorobku w spotkaniu z Borussią M’gladbach (2:1) i był to jego drugi z rzędu występ bez gola. Czyżby czekał na powrót Lewandowskiego? Przypomnijmy, że Polak w tym sezonie strzelił dla Bayernu w Bundeslidze 25 goli, co daje mu 50 pkt w punktacji „Złotego Buta” (gole w pięciu czołowych w rankingu UEFA ligach liczone są podwójnie).

Skandal w Bundeslidze

Zespół Bayernu Monachium świetnie poradził sobie bez kontuzjowanego Roberta Lewandowskiego i w 24. kolejce rozgromił na wyjeździe Hoffenheim 6:0. Spotkanie zakończyło się jednak skandalem.

Bawarczycy rozpoczęli mecz z Hoffenheim z impetem i po kwadransie prowadzili już 3:0, a na przerwę schodzili z prowadzeniem 4:0. Gole strzelili Serge Gnabry, Joschua Kimmich, grający w miejsce Lewandowskiego 18-letni Holender Joshua Zirkzee i Brazylijczyk Philippe Coutinho, który podwyższył na 5:0 po przerwie. Wynik ustalił Leon Goretzka w 62. minucie i właściwie niedługo potem mecz przestał być już zwykłym meczem. Doprowadzili do tego kibice Bayernu Monachium, którzy wywiesili banery z obraźliwymi hasłami pod adresem prezesa Hoffenheim Dietmara Hoppa.
Arbiter natychmiast przerwał spotkanie, a pod sektor zajmowany przez grupę fanów monachijskiej drużyny pobiegł trener Bayernu Hansi Flick. Perswazja poskutkowała jednak tylko na chwilę, bo kibole ponownie wywiesili schowane uprzednio banery. Tym razem arbiter zareagował ostrzej – przerwał mecz i odesłał piłkarzy obu drużyn do szatni. Po kwadransie wulgarne hasła zniknęły i zawodnicy wrócili na boisko, lecz nie wznowili już gry na serio. Przez prawie 10 minut jakie pozostały do zakończenia regulaminowego czasu gry gracze obu zespołów kopali piłkę już tylko rekreacyjnie. Większa część kibiców nagrodziła ich za to oklaskami.
Bayern z pewnością zostanie za te ekscesy swoich kibiców surowo ukarany, lecz przynajmniej uniknie walkowera. A każdy punkt jest na wagę złota, bo najgroźniejsi konkurenci do tytułu, RB Lipsk, Borussia Dortmund i Borussia M’gladbach, nie rezygnują z przerwania wieloletniej hegemonii Bayernu.
Lewandowski, co ujawnił na Twitterze, kanonadę kolegów oglądał w domu przez telewizorem. Ale chyba bardziej ucieszyło go to, że Norwego Erling Haaland w tej kolejce nie strzelił kolejnego gola dla Borussii Dortmund, a Ciro Immobile w spotkaniu Lazio z Bologną także nie powiększył konta bramkowego.

Lewy załatwił Chelsea, a Chelsea Lewego

We wtorek Bayern Monachium w pierwszym meczu 1/finału Ligi Mistrzów rozgromiła na Stamford Bridge Chelsea Londyn 3:0. Polski napastnik miał udział przy wszystkich golach – sam strzelił jednego, a przy dwóch asystował. Niestety, próbujący go powstrzymać za wszelką cenę obrońcy angielskiego zespołu uszkodzili mu krawędź goleni w lewym stawie kolanowym i tym samym „zafundowali” mu miesiąc przerwy.

To był wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Kapitan reprezentacji Polski swoim wybitnym występem przeciwko Chelsea Londyn zachwycił nawet angielskie media. Najpierw zaliczył dwie asysty przy golach Serge’a Gnabrego, chociaż sam mógł uderzać na bramkę.
Jego koleżeńską postawę zauważył świetny przed laty angielski napastnik Chris Sutton, który w komentarzu na łamach „Daily Mail’ napisał: „Bezinteresowny i wielce utalentowany Lewandowski dał lekcję Chelsea i pokazał, że nie tylko wykorzystuje sytuacje, ale również je tworzy. Zwłaszcza przy pierwszym golu, gdy miał przed sobą miał już tylko Willy’ego Caballero. Ilu napastników na jego miejscu zrezygnowałoby w takiej sytuacji z oddania strzału? A Polak spokojnie wycofał piłkę do Gnabry’ego, który strzelił łatwego gola do pustej bramki. Jego postawa jest godna najwyższego uznania, bo przecież przed meczem w mediach nachalnie mu przypominano, że od dwóch lat w fazie pucharowej Ligi Mistrzów nie potrafił zdobyć bramki, więc gdyby zachował się w tych sytuacjach egoistycznie, nikt nie miałby o to do niego pretensji” – podkreślił z uznaniem Sutton.
Wysoko występ polskiego napastnika oceniono też w relacjach BBC, a „The Guardian” przyznał mu notę „9” (w skali 1-10). Równie wysoko oceniono też Gnabry’ego oraz 19-letniego Kanadyjczyka Alphonso Daviesa, ale ojcem wysokiego zwycięstwa Bayernu uznano jednak zgodnie Lewandowskiego, który po dwóch asystach sam strzelił gola na 3:0, a na dodatek po faulu na nim z boiska wyleciał obrońca ekipy gospodarzy Marcos Alonso.
Wyścig z Haalandem i Benzemą
Tym samym „Lewy” 11. trafieniem w obecnej edycji Ligi Mistrzów załatwił za jednym zamachem trzy sprawy – przerwał trwającą od dwóch sezonów strzelecką niemoc w fazie pucharowej tych rozgrywek, odzyskał pozycję samodzielnego lidera klasyfikacji strzelców, którą przez ostatni tydzień musiał dzielić z 19-letnim napastnikiem Borussii Dortmund Erlingiem Haalandem, natomiast w klasyfikacji wszech czasów dogonił Karima Benzemę. Francuski napastnik Realu Madryt przed pierwszymi meczami 1/8 finału LM w tym zestawieniu zajmował z dorobkiem 64 goli czwartą lokatę, po Cristiano Ronaldo (128 bramek), Leo Messim (114) i Raulu (71), zaś Lewandowski był piąty z 63. trafieniami na koncie. Ponieważ Benzema w przegranym 1:2 spotkaniu z Manchesterem City nie powiększył swojego bramkowego dorobku, czwarte miejsce w strzeleckiej klasyfikacji wszech czasów musi teraz dzielić z Polakiem, który także ma 64 gole.
Niestety, w kolejnej serii gier Lewandowski nie będzie mógł już odpowiedzieć ani rewelacyjnie grającemu w tym sezonie Norwegowi, ani też Francuzowi, bo w rewanżowym meczu z Chelsea Londyn nie zagra z powodu kontuzji. Wiadomość o jego urazie wyszła na jaw w środę i została przyjęta z lekkim niedowierzaniem, bo przecież „Lewy” grał w Londynie do ostatniego gwizdka i nic w jego zachowaniu nie wskazywało, że coś mu dolega.
Ból w kolanie zaczął odczuwać dopiero następnego dnia, a po szczegółowych badaniach przeprowadzonych przez klubowego lekarza Bayernu Hansa-Wilhelma Muellera okazało się, że doznał pęknięcia krawędzi goleni w lewym stawie kolanowym.
Z komunikatu opublikowanego przez bawarski klub wynika, że kapitan reprezentacji Polski będzie musiał z tego powodu pauzować przez miesiąc. Przez 10 dni będzie miał nogę w gipsie, a po zdjęciu, jeśli uraz się zagoi należycie, będzie mógł zacząć rehabilitację i powoli przygotowywać się do powrotu na boisko.
Bayern będzie musiał radzić sobie bez swego najskuteczniejszego piłkarza nie tylko w rewanżowym spotkaniu z Chelsea, lecz także w czterech najbliższych kolejkach Bundesligi, czyli w meczach z Hoffenheim, Augsburgiem, Unionem Berlin i Eintrachtem Frankfurt oraz meczu Pucharu Niemiec z Schalke Gelsenkirchen. Lewandowski prawdopodobnie nie wystąpi również w marcowych meczach reprezentacji Polski z Finlandią (27 marca, Wrocław) i Ukrainą (31 marca, Chorzów).
Tak długiej przerwy od gry Lewandowski w karierze jeszcze nie miał. Ze względu na operację pachwiny w grudniu ubiegłego roku pauzował co prawda 26 dni, ale wówczas Bayern Monachium rozgrywał tylko jeden oficjalny mecz. Wcześniej najdłuższa przerwa reprezentanta Polski wynosiła 14 dni, a miał takie tylko dwukrotnie w dotychczasowej karierze.
Pech w najgorszym momencie
Wypada jedynie żałować, że „Lewemu” kontuzja przydarzyła się akurat teraz, gdy znajdował się w szczytowej formie i pewnie zmierzał po piąty w karierze tytuł króla strzelców Bundesligi oraz liczył się też w walce o „Złotego Buta” (nagroda dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich). Jego najgroźniejszy konkurent w niemieckiej lidze, napastnik RB Lipsk Timo Werner, ma tylko cztery gole mniej, zaś lider klasyfikacji „Złotego Buta” Ciro Immobile z Lazio Rzym jedynie jedno trafienie więcej. Z pewnością zrobią teraz wszystko, że przez te kilka tygodni odskoczyć polskiemu napastnikowi.
Może jednak nie będzie aż tak źle. Lewandowski w 23 meczach Bundesligi strzelił 25 goli, a po powrocie będzie miał jeszcze co najmniej sześć ligowych meczów, żeby wrócić do walki o oba strzeleckie tytuły. Co zresztą zapowiedział na Twitterze wpisem: „Dziękuję za wszystkie miłe słowa wsparcia. Trzymajcie za mnie kciuki. Wkrótce wrócę i będę gotowy do walki”.
A walczyć będzie o co, bo Bayern raczej ma już awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów w kieszeni, w Bundeslidze jest liderem, a reprezentacja Polski o stawkę zagra przecież dopiero w czerwcu w mistrzostwach Europy.
Z pozostałych Polskich piłkarzy rywalizujących jeszcze w Lidze Mistrzów powody do zadowolenia może mieć Łukasz Piszczek, bo jego Borussia Dortmund pokonała u siebie Paris Saint-Germain 2:1. Uczucie niedosytu trapi natomiast dwójkę naszych reprezentantów występujących w SSC Napoli, Piotra Zielińskiego i Arkadiusza Milika, bo ich drużyna mogła pokonać wielką Barcelonę, a ostatecznie na swoim stadionie wywalczyła jedynie remis, który w rewanżu na Camp Nou nie będzie żadnym atutem. Jeszcze gorszy humor ma z pewnością Wojciech Szczęsny, bo jego Juventus Turyn po fatalnym występie przegrał na wyjeździe z Olympique Lyon 0:1. Nie zmienia to jednak faktu, że faworytem do awansu w tej parze wciąż jest mistrz Italii.

Wyniki pierwszych meczów 1/8 finału:
Atletico Madryt – FC Liverpool 1:0
Borussia Dortmund – Paris St. Germain 2:1
Rewanże w środę 11 marca, godz. 21:00
Atalanta Bergamo – Valencia VF 4:1
Tottenham Hotspur – RB Lipsk 0:1
Rewanże we wtorek 10 marca, godz. 21:00
SSC Napoli – FC Barcelona 1:1
Chelsea Londyn – Bayern Monachium 0:3
Rewanże w środę 18 marca, godz. 21:00.
Olympique Lyon – Juventus Turyn 1:0
Real Madryt – Manchester City 1:2
Rewanże we wtorek 17 marca, godz. 21:00

48 godzin sport

Zmarł filar Górnika Zabrze
Stefan Floreński, 11-krotny reprezentant Polski i legendarny obrońca Górnika Zabrze, zmarł w poniedziałek 24 lutego w wieku 86 lat. Urodzony 17 grudnia 1933 roku w Gliwicach piłkarz karierę zaczął w klubie Orzeł (później Górnik) Sośnica, z którego przeszedł do Górnika Zabrze. W barwach zabrzańskiego klubu w latach 1957-71 zanotował 258 występów w ekstraklasie, w których zdobył dwie bramki. Z Górnikiem wywalczył dziewięć tytułów mistrza Polski i pięć razy zdobył z nim Puchar Polski. Zagrał też w 1970 roku finale Pucharu Zdobywców Pucharów przeciwko Manchesterowi City. Przez 15 lat tworzył ze Stanisławem Oślizło najlepszą parę stoperów w polskiej lidze. Na zakończenie bogatej kariery do 1973 roku występował jeszcze w Górniku Wesoła, który po fuzji przekształcił się w GKS Tychy. W latach 1957-1968 rozegrał 11 meczów w reprezentacji Polski. Floreński był w reprezentacji olimpijskiej na igrzyska 1960 roku w Rzymie, ale nie wystąpił w żadnym meczu.

Fabiański pomógł Liverpoolowi
W kończącym 27. kolejkę Premier League poniedziałkowym meczu FC Liverpool pokonał na swoim stadionie West Ham United 3:2. Tym zwycięstwem ekipa „The Reds” nie tylko umocniła się na prowadzeniu, lecz także wyrównała rekord 18 zwycięstw z rzędu w angielskiej ekstraklasie, ustanowiony w sezonie 2017/2018 przez Manchester City. W bramce West Hamu tym razem nie popisał się Łukasz Fabiański, który popełnił błędy przy golach Georginio Wijnalduma i Mohameda Salaha, za co angielskie media obarczyły go całą winą za porażkę „Młotów”. West Ham zjechał w tabeli do strefy spadkowej, ale ma jednak tylko jeden punkt straty do zajmującego pierwszą bezpieczną lokatę zespołu Aston Villi.

Przypomniał o sobie Kądzior
Damian Kądzior strzelił gola dla Dinama Zagrzeb w wygranym 3:2 meczu 23. kolejki chorwackiej ekstraklasy z Interem Zapresić. Była to jego siódma ligowa bramka w tym sezonie. Kądzior rozegrał całe spotkanie. 27-letni pomocnik przeszedł do ekipy z Zagrzebia latem 2018 roku z Górnika Zabrze. Ma na koncie cztery występy w reprezentacji Polski i jedną zdobytą bramkę.

Wyróżnienie dla gracza Vive
Obrotowy PGE Vive Kielce Artiom Karalek został wybrany do najlepszej siódemki 13. kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów. Białorusin był najskuteczniejszym zawodnikiem polskiej drużyny w meczu z Motorem Zaporoże (33:26). To już ósme tego typu wyróżnienie dla zawodnika kieleckiego zespołu w obecnej edycji Ligi Mistrzów. Cztery razy do najlepszej siódemki kolejki wybierany był już niemiecki bramkarz Andreas Wolff, dwukrotnie hiszpański rozgrywający Alex Dujshebaev, a raz chorwacki rozgrywający Igor Karacić. Oprócz Karaleka w najlepszej siódemce 5. kolejki znaleźli się: bramkarz Arpad Sterbik (Telekom Veszprem), lewoskrzydłowy Andrej Jurynok (Mieszkow Brześć), lewy rozgrywający Ante Kuduz (Dinamo Bukareszt), środkowy rozgrywający Ante Gadza (PPD Zagrzeb), prawy rozgrywający Jure Dolenec (FC Barcelona Lassa), prawoskrzydłowy Nikita Waliupow (Mieszkow).

Wyróżnili Lewego po raz siódmy
Robert Lewandowski po raz siódmy w tym sezonie znalazł się w najlepszej drużynie kolejki Bundesligi, wybieranej przez magazyn „Kicker”. Polak został wyróżniony za piątkowy występ w meczu z Paderborn (3:2), w którym strzelił dwa gole. Dostał za swój występ notę „1,5”(„1” oznacza klasę światową). Na drugim biegunie znalazł się grający w Herthcie Berlin Krzysztof Piątek, któremu przyznano najgorszą z możliwych notę „6”. A tak prezentuje się najlepsza „11” kolejki: Oliver Baumann (TSG Hoffenheim) – Matthias Ginter (Borussia Moenchengladbach), Andre Hoffmann (Fortuna Duesseldorf), Dan-Axel Zagadou (Borussia Dortmund) – Nadiem Amiri (Bayer Leverkusen), Elvis Rexhbecaj (FC Koeln), Florian Kainz (FC Koeln), Renato Steffen (VfL Wolfsburg), Christopher Nkunku (RB Lipsk) – Robert Lewandowski (Bayern), Jhon Cordoba (FC Koeln).

Porażka ekipy Heynena i Leona
Zespół Vitala Heynena i Wilfredo Leona Sir Safety Perugia przegrał w finale Pucharu Włoch 2:3 z Cucine Lube Civitanova. W półfinale klubowi podopieczni belgijskiego selekcjonera reprezentacji Polski Vitala Heynena pokonali zespół Bartosza Bednorza Leo Shoes Modena 3:0. Natomiast Cucine Lube, którego barw broni Mateusz Bieniek, wygrało z Itasem Trentino 3:2. Finał był starciem dwóch najlepszych obecnie siatkarskich zespołów w Italii. Obie ekipy są naszpikowane gwiazdami światowej siatkówki. W Perugii bryluje duet Wilfredo Leon – Aleksandar Atanasijević, w Cucine Lube Osmany Juantorena i Yoandy Leal. Na parkiecie brylował Leon, który zdobył 31 punktów. W zespole zwycięzców najlepiej punktowali Osmany Juantorena (27) i Leal (23), zaś Bieniek wchodził tylko na zmiany.

Nadgorliwość USADA
Amerykański sztangista Robert Strange został zdyskwalifikowany na rok za stosowanie niedozwolonych środków – poinformowała Amerykańska Agencja Antydopingowa (USADA). W organizmie zawodnika podczas ubiegłorocznych mistrzostw świata wykryto obecność dehydroepiandrosteronu. Kara jest humorystyczna, albowiem Strange ma 83 lata, startuje w zawodach weteranów, jest po operacji zastawki serca, a steryd anaboliczny przepisał mu lekarz.

Agent prał brudne pieniądze?
Piłkarski agent Fali Ramadani, reprezentujący m.in. grającego obecnie w Manchesterze City reprezentanta Niemiec Leroy’a Sane’a, ma poważne problemy z prawem. Hiszpańscy śledczy oskarżają go o pranie brudnych pieniędzy, a także o unikania płacenia podatków. Niemieckie media już spekulują, jak to wpłynie na rozmowy Bayernu Monachium w sprawie transferu Sane. Ramadani latem ub. roku przeprowadził transferem Luki Jović do Realu Madryt, a jego klientami są także Jerome Boateng, Miralem Pjanić i Kalidou Koulibaly.

Hurkacz 30. w rankingu ATP
Serb Novak Djoković wciąż prowadzi w rankingu tenisistów ATP, zaś Hubert Hurkacz, który przegrał w 1/8 finału turnieju w Marsylii, a w miniony wtorek w I rundzie imprezy w Dubaju, spadł z 29. na 30. miejsce. Kamil Majchrzak także stracił w rankingu i zajmuje obecnie 107. lokatę.

Lewy ma już 25 goli

Robert Lewandowski uratował zwycięstwo Bayernowi Monachium w meczu 23. kolejki Bundesligi z ostatnim w tabeli tabeli Paderborn. Mistrzowie Niemiec wygrali z trudem 3:2, a kapitan reprezentacji Polski strzelił dwa gole i z 25 trafieniami na koncie umocnił się w klasyfikacji strzelców niemieckiej ekstraklasy. Ale jego konkurenci też nie próżnowali w ten weekend.

Bayern utrzymał pozycję lidera Bundesligi. Bawarski potentat prowadzi z dorobkiem 49 punktów, ale ma tylko jedno „oczko” przewagi nad drugim w tabeli zespołem RB Lipsk, który rozgromił na wyjeździe Schalke Gelsenkirchen 5:0. Jedną z tych bramek zdobył Timo Werner, najgroźniejszy konkurent Lewandowskiego do tytułu króla strzelców, powiększając swój strzelecki dorobek do 21 trafień. Reprezentant Niemiec, który po pierwszej kolejce rundy wiosennej miał tyle samo goli co „Lewy” (20), potem się zaciął i teraz ma już cztery gole straty do polskiego napastnika Bayernu, który w sześciu tegorocznych kolejkach ligowych strzelił sześć goli i ma ich teraz na koncie 25.
Skuteczność kapitana reprezentacji Polski budzi uznanie. Jego obecny dorobek bramkowy gwarantowałby mu tytuł króla strzelców w aż 30 sezonach Bundesligi. „Lewy” poluje nie tylko na piątą w karierze, a trzecią z rzędu armatkę dla najskuteczniejszego gracza niemieckiej ekstraklasy, ale też na rekord wszech czasów Bundesligi ustanowiony przez Gerda Muellera w sezonie 1971/1972, który zdobył wtedy aż 40 bramek. Polak dosłownie podąża śladem legendarnego niemieckiego napastnika, który na tym samym etapie rekordowych dla siebie rozgrywek także miał na koncie 25 goli.
Dla Bayernu piątkowe spotkanie z outsiderem Bundesligi było ostatnim sprawdzianem formy przed pierwszym meczem 1/8 finału Ligi Mistrzów. We wtorek 25 lutego bawarska jedenastka zmierzy się na wyjeździe z Chelsea Londyn. Tuż po losowaniu par futbolowi eksperci z miejsca uznali niemiecki zespół za faworyta w tym dwumeczu, lecz dzisiaj już takiej pewności nikt nie ma. Zespół „The Blues” ostatnio prezentuje wysoką formę, którą w miniony weekend potwierdziła pokonując na swoim stadionie lokalnego rywala Tottenham Hotspur 2:1. Lewandowskiego i spółkę czeka zatem trudna przeprawa na stadionie Stamford Bridge, chyba że niespodziewanie słaby występ przeciwko Padeborn był jedynie zasłoną dymną.
Zajmujący drugą lokatę w Bundeslidze RB Lipsk ma już pierwsze starcie w 1/8 finału Champions League za sobą. W poprzednim tygodniu pokonała na wyjeździe finalistę poprzedniej edycji Tottenham 1:0, co najwyraźniej wprowadziło piłkarzy trenera Juliana Nagelsmanna w bojową euforię, bo w sobotę rozgromili na wyjeździe szóste w tabeli Schalke Gelsenkirchen 5:0. Komplet punktów zdobyła też trzecia w stawce Borussia Dortmund, która także na wyjeździe pokonała Werder Brema 2:0. Swoje trafienie w tym meczu zaliczył rewelacyjnie spisujący się w tym sezonie Norweg Erling Haaland. Pozyskany w przerwie zimowej z austriackiego RB Salzburg 19-letni napastnik nie ma raczej szans na dogonienie Lewandowskiego, a chyba nawet Wernera, lecz z całą pewnością ma szanse zająć trzecią lokatę w klasyfikacji strzelców. W sobotnim meczu z Werderem Haaland zaliczył dziewiąte trafienie w Bundeslidze, a 12 w tym roku w barwach ekipy z Dortmundu (dwa gole strzelił w Lidze Mistrzów, jeden w Pucharze Niemiec). Na liście strzelców niemieckiej ekstraklasy nastolatek jest już blisko grupy graczy tworzących grupę pościgową za Wernerem i Lewandowskim. Trzeci w zestawieniu najskuteczniejszych w tym sezonie snajperów, Jadon Sancho z Borussii Dortmund, ma na koncie 13 trafień, a zajmujący czwartą lokatę Rouwen Hennings z Fortuny Duesseldorf, Florian Niederlechner z FC Augsburg, Marco Reus z Borussii Dortmund i Robin Quaisonz FC Mainz zdobyli dotąd po 11 bramek. Haalanda wyprzedzają jeszcze mający po 10 trafień Serge Gnabry z Bayernu i Wout Weghorst z VfL Wolfsburg.
Lewandowski ściga się też w wyścigu po nagrodę „Złotego Buta” dla najskuteczniejszego piłkarza lig europejskich. W tej chwili zajmuje drugą lokatę z dorobkiem 50 punktów (gole w lidze niemieckiej, tak samo jak we włoskiej, hiszpańskiej, angielskiej i francuskiej liczone są podwójnie), za napastnikiem Lazio Rzym Ciro Immobile. Reprezentant Włoch zaliczył trafienie w wygranym przez Lazio 3:2 meczu z Genoą i prowadzi z dorobkiem 54 punktów za 27 goli. Zajmujący ex aequo trzecią lokatę Werner, Cristiano Ronaldo i Haaland zgodnie zaliczyli po jednym trafieniu, ale wszyscy wymienieni snajperzy powinni oglądać się za siebie, bo do czołówki po czterech golach strzelonych w sobotę ekipie Eibar z 18 trafieniami na koncie dołączył ubiegłoroczny zdobywca „Złotego Buta” Leo Messi.