48 godzin sport

Świątek i Hurkacz bez wirusa
Iga Świątek (na zdjęciu) i Hubert Hurkacz znaleźli się w gronie uczestników Australian Open, którym udało im się uniknąć ścisłej kwarantanny z powodu wspólnego lotu do Australi z osobami zakażonymi COVID-19 na pokładzie. Oboje dostali zgodę na rozpoczęcie przygotowań do wielkoszlemowego turnieju z możliwością treningów na korcie. W pierwszym tygodniu treningów na korcie zawodnicy mają cały czas jednego partnera. Zajmująca 17. miejsce Świątek przyjęła propozycję Ukrainki Jeliny Switoliny (WTA 5), a 29. na liście ATP wrocławianin tworzy duet z Amerykaninem Mackenzie McDonaldem (ATP 194). Partnerem trzeciego z reprezentantów Polski uprawnionego do gry w turnieju, Kamila Majchrzaka (ATP 108), jest Francuz Corentin Moutet (ATP 80). Takiego szczęścia nie miała duża grupa tenisistek i tenisistów (w sumie ponad 70 osób), bo chociaż mieli negatywne wyniki testów, to przez fakt, że ich współpasażerami na pokładzie jednego z kilkunastu lotów czarterowych do Melbourne był ktoś z pozytywnym rezultatem badania na obecność Covid-19, zostali odesłani na tzw. twardą kwarantannę i przez dwa tygodnie mają oni całkowity zakaz opuszczania pokoju hotelowego.

Pokażą nowy bolid Alfa Romeo w Warszawie
Należący do zespołu Alfa Romeo Racing Orlen nowy bolid Formuły 1 model C41 zostanie pokazany 22 lutego w Warszawie. Będzie to pierwsza taka prezentacja w Polsce. W wydarzeniu uczestniczyć będą członkowie zespołu. Wiadomość o tym przekazało w środę do publicznej wiadomości biuro prasowe PKN Orlen.

Terminy meczów 1/8 finału piłkarskiego Pucharu Polski
Wszystkie spotkania będą transmitowane na antenach Polsatu. Mecze wyznaczone na wtorek 9 lutego: Puszcza Niepołomice – Lechia Gdańsk, godz. 14:30; Warta Poznań – Cracovia, godz. 17:30; ŁKS Łódź – Legia Warszawa, godz. 20:30. Mecze w środę 10 lutego: Pogoń Szczecin – Piast Gliwice, godz. 17:30; Raków Częstochowa – Górnik Zabrze, godz. 20:30. Mecze w czwartek 11 lutego: Chojniczanka Chojnice – Zagłębie Lubin, godz. 17:30; Radomiak Radom – Lech Poznań, godz. 20:30. Mecz we wtorek 16 lutego: Arka Gdynia – Górnik Łęczna, godz. 18:00.

Koronawirus demoluje rozgrywki w NHL
Z powodu ogniska koronawirusa w ekipie Carolina Hurricanes odwołano kolejne dwa mecze tej drużyny w lidze NHL – Z Nashville Predators i Florida Panthers. Zakażeniu uległo pięciu hokeistów i zdecydowano o zamknięciu klubowych obiektów. Najbliższy wciąż zaplanowany mecz Hurricanes ma się odbyć 27 stycznia z broniącą tytułu ekipą Tampa Bay Lightning. Sezon NHL rozpoczął się w poprzednim tygodniu. Żadnego spotkania nie rozegrali jeszcze hokeiści Dallas Stars. W teksańskim klubie tuż przed startem rozgrywek stwierdzono aż 17 przypadków zakażeń.

Piłkarze Bayernu Monachium zdominowali drużynę roku UEFA
Robert Lewandowski znalazł się w drużynie roku UEFA, którą tradycyjnie w głosowaniu za pośrednictwem strony internetowej federacji wybrali kibice. Uczestnicy plebiscytu mogli głosować na 11 z 50 nominowanych zawodników. W 2020 rok fani wybrali drużynę: Manuel Neuer (Bayern Monachium) – Joshua Kimmich (Bayern), Sergio Ramos (Real Madryt), Virgil Van Dijk (FC Liverpool), Alphonso Davies (Bayern) – Thiago Alcantara (Bayern/FC Liverpool), Leo Messi (FC Barcelona), Kevin De Bruyne (Manchester City) – Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn), Robert Lewandowski (Bayern), Neymar (Paris Saint-Germain). „Lewy” w tym sezonie pracuje już na miejsce w drużynie roku 2021. W minioną środę w meczu 17. kolejki Bundesligi z Augsburgiem (1:0) zdobył z rzutu karnego zwycięską bramkę dla Bayernu. Było to jego 22. ligowe trafienie w 16 występie w obecnych rozgrywkach niemieckiej ekstraklasy.

Lewy znów walczy o Złotego Buta

W meczu z Freiburgiem Robert Lewandowski zdobył 21. bramkę w tym sezonie ligowym. Nigdy w historii niemieckiej Bundesligi żaden zawodnik nie miał na koncie tylu goli po 16 kolejkach. „Lewy” pobił kolejny rekord legendarnego Gerda Muellera.

W minioną niedzielę Bayern Monachium w 16. kolejce Bundesligi pokonał Freiburg 2:1. Pierwszą bramkę dla mistrzów Niemiec zdobył Lewandowski po podaniu Thomasa Muellera. Dla kapitana reprezentacji Polski było to już 21. trafienie w obecnych rozgrywkach Bundesligi. To nowy rekord w niemieckiej ekstraklasie piłkarskiej. Wcześniej najskuteczniejszym graczem w pierwszych 16 kolejkach był Gerd Mueller, który w sezonie 1968/1969 na tym etapie rywalizacji miał na koncie 20 bramek 16 meczach. „Lewy” swój rekordowy dorobek uzyskał jednak w 15 występach, co tylko podkreśla wyjątkowość jego osiągnięcia. Rzecz jasna nasz piłkarz prowadzi zdecydowanie w wyścigu po strzelecką koronę w Bundeslidze, bo zajmujący drugą lokatę w klasyfikacji Norweg Erling Haaland z Borussii Dortmund i Andre Silva z Eintrachtu Frankfurt mają po 12 bramek, a następny w kolejności Wout Weghorst z Wolfsburga 11.
W niemieckich mediach toczy się dyskusja, czy Lewandowskiemu w tym sezonie uda się pobić najbardziej spektakularny rekord ustanowiony przez legendarnego Gerda Muellera, czyli 40 goli strzelonych w jednym sezonie (dokonał tej sztuki w rozgrywkach 1971/1972). Na razie Polak jest na dobrej drodze do osiągnięcia tego celu, bo przed nim jeszcze 18 ligowych kolejek.
Dążąc do pobicia rekordu Muellera „Lewy” może niejako przy okazji spełnić inne sportowe marzenie i zdobyć „Złotego Buta” – nagrodę dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich. Tego trofeum nie ma jeszcze w swojej kolekcji. W poprzednim sezonie z dorobkiem 34 goli był o włos od jego zdobycia, lecz rzutem na taśmę wyprzedził go włoski napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile. W obecnych rozgrywkach Lewandowski jest liderem klasyfikacji z dorobkiem 42 punktów. Dla przypomnienia – strzelcom z pięciu najsilniejszych lig europejskich (angielskie, hiszpańskiej, niemieckiej, francuskiej i włoskiej) gole liczy się podwójnie, dlatego w rywalizacji o „Złotego Buta” liczą się gracze z klubów „wielkiej piątki”.
W aktualnej klasyfikacji za „Lewym” plasuje się Duńczyk Kasper Junker, który dla zespołu FK Bodo/Glimt strzelił 27 goli, ale norweska liga, grająca system wiosna-jesień, już zakończyła rozgrywki, a ponadto ma współczynnik „1,5”, co daje Junkerowi 40,5 pkt. Trzeci w klasyfikacji Norweg Amahl Pellegrino z Kristiansen ma 25 goli i 37,5 pkt.
Oni już swojego dorobku nie poprawią, więc w tej chwili najgroźniejszym konkurentem „Lewego” w wyścigu po „Złotego Buta” jest czwarty w zestawieniu Cristiano Ronaldo, który w tym sezonie strzelił dla Juventusu Turyn na razie 15 goli i ma na koncie 30 punktów. W miniony weekend Portugalczyk nie powiększył jednak swojego bramkowego dorobku w przegranym przez Juve 0:2 wyjazdowym spotkaniu z Interem Mediolan. Bez kolejnego trafienie występ w tym meczu zakończył też napastnik Interu Belg Romelu Lukaku, który na razie jest w ścigającym czołówkę klasyfikacji peletonie graczy mających na koncie po 12 ligowych trafień. W tym gronie są wspomniani wcześniej zawodnicy z Bundesligi, Erlig Haaland z Borussii Dortmund i Andre silva z Eintrachtu Frankfurt, a ponadto francuski gwiazdor Paris Saint-Germain Kylian Mbappe, Anglik Jamie Vardy z Leicester City, Koreanczyk Heung-min Son i Anglik Harry Kane z Tottenhamu Hotspur, Włoch Ciro Immobile z Lazio Rzym, Senegalczyk Boulaye Dia ze Stade Reims oraz Szwed Zlatan Ibrahimovic, który w miniony weekend zdobył dwie bramki w wygranym przez AC Milan wyjazdowym spotkaniu z Cagliari. Między wymienioną grupą graczy z 12 trafieniami a mający 15 goli Cristiano Ronaldo samotnie ściga Lewandowskiego Egipcjanin Mahomed Salah z Liverpoolu.
Ranking „Złotego Buta” powstaje w oparciu o liczbę goli, ale są one mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek, który ustala UEFA na podstawie wyników w europejskich pucharach w ostatnich pięciu sezonach. Dlatego gracze występujący w ligach z niższym współczynnikiem mają małe szanse na zdobycie tej prestiżowej nagrody. W tej chwili za wymienionymi wyżej zawodnikami kolejne miejsca w klasyfikacji zajmują występujący w belgijskim zespole Oud-Heverlee Leuven Francuz Thomas Henry i holenderskim AZ Aalkmar Szwed Jesper Karlsson z 15 bramkami, które przy współczynniku „1,5” dają im po 22,5 pkt.

Cristiano Ronaldo nie odpuszcza Lewemu

Gwiazdor Juventusu Turyn w niedzielę w ligowym meczu z Sassuolo zdobył 759. gola w karierze i wyrównał rekord zdobytych bramek, należący do Czecha Josefa Bicana. Cristiano Ronaldo w tym sezonie jest też najgroźniejszym konkurentem Roberta Lewandowskiego w wyścigu po „Złotego Buta”.

Cristiano Ronaldo zdobył historyczną bramkę w ostatniej akcji meczu Juventusu z Sassuolo, gdy ustalił wynik spotkania na 3:1 dla drużyny z Turynu. W obecnych rozgrywkach było to już 15. trafienie portugalskiego snajpera, który z takim dorobkiem prowadzi w klasyfikacji strzelców włoskiej Serie A. Jak wyliczyli futbolowi statystycy, gol wbity ekipie Sassuolo był w karierze Cristiano Ronaldo już 759. trafieniem, co oznacza, że wyrównał rekord strzelonych bramek dzierżony dotąd przez Czecha Josefa Bicana. Portugalski gwiazdor na zgromadzenie takiej liczby bramek potrzebował 1037 występów w oficjalnych spotkaniach. Ale ponieważ w tym sezonie prezentuje wyśmienitą formę, zapewne jeszcze w styczniu zostanie samodzielnym liderem tej klasyfikacji. W pięciu ostatnich meczach Juventusu w Serie A Cristiano Ronaldo zdobył pięć bramek. Jak policzyli redaktorzy internetowego serwisu abs.es, Portugalczyk aż 450 bramek zdobył w barwach Realu Madryt, a pozostałe zdobywał jako gracz Sportingu Lizbona, gdzie zaczynał karierę, Manchesteru United i Juventusu a także w reprezentacji Portugalii, z którą m.in. w 2016 roku wywalczył mistrzostwo Europy.
Ale nie tylko z tego powodu jego występ w tym spotkaniu odbił się szerokim echem w mediach. Portugalskiego piłkarza można nie lubić, ale jego sportowej klasy nie da się zakwestionować. Mimo 36 lat na karku wciąż potrafi zadziwić niezwykłymi boiskowymi wyczynami. W meczu z Sassuolo zauważono na przykład, że w jednej z akcji z krótkiego rozbiegu wyskoczył do piłki w polu karnym wyżej niż bramkarz rywali mógł to zrobić rękami. To oznacza, że wciąż nie ma granicy jego fizycznych możliwości.
Tak na marginesie, podobnie rzecz się ma z Lewandowskim, któremu niedawno w ligowym meczu zmierzono prędkość sprintu i wyszło, że to to był jego najlepszy wynik w karierze. A przypomnijmy, że „Lewy”: też nie jest już młodzieniaszkiem, bo ma przecież 32 lata.
Portugalczyk i Polak mogą służyć młodszym pokoleniom piłkarzy za wzór profesjonalnego podejścia do zawodu i obaj wciąż zadziwiają niezwykłą wytrzymałością i odpornością na kontuzje. Jeśli więc przyjmiemy, że Lewandowski zdoła przez najbliższe trzy sezony utrzymać formę, a Cristiano Ronaldo przez ten czas na swoim przykładzie pokaże, że można grać na wysokim poziomie także pod „czterdziestkę”, to może się okazać, że czeka nas jeszcze kilka sezonów wspaniałej rywalizacji między tymi znakomitymi napastnikami.
Poprzedni sezon należał do Bayernu Monachium i najskuteczniejszego strzelca bawarskiego potentata, Roberta Lewandowskiego. Polak zgarnął wszystkie najważniejsze indywidualne wyróżnienia, które w ostatnich dziesięciu latach dzieli między siebie Cristiano Ronaldo i Lionel Messi. Obaj ci wielcy piłkarze nie zamierzają jednak łatwo ustępować pierwszeństwa. Portugalczyk ewidentnie chce w tym sezonie zdobyć „Złotego Buta”, nagrodę dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich, a to oznacza, że chce też pokrzyżować plany Lewandowskiemu, który w swojej bogatej już kolekcji trofeów nie ma właśnie „Złotego Buta”. Jeszcze niedawno Polak był murowanym faworytem, bo prowadził w klasyfikacji z dużą przewagą nad najgroźniejszymi konkurentami. Teraz jego przewaga też jest jeszcze okazał, bo „Lewy” z 20 bramkami na koncie przewodzi w klasyfikacji „ZB” z dorobkiem 40 punktów. Gwoli przypomnienia: Ranking powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w lidze. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek. Najwyższy – dwa – ma pięć czołowych lig. Obecnie: hiszpańska, angielska, niemiecka, francuska i włoska (współczynnik zależy od wyników klubów z każdej ligi w europejskich pucharach w ciągu ostatnich pięciu sezonów). W poprzednim sezonie nagrodę zdobył włoski napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile (72 pkt za 36 goli), który wyprzedził Lewandowskiego (34 gole i 68 pkt) oraz Cristiano Ronaldo
(31 goli, 62 pkt).
W obecnym sezonie na czele peletonu goniącego „Lewego” znajduje się obecnie Cristiano Ronaldo z 15 golami i 30 punktami na koncie, a za nim pędzą Egipcjanin Mohamed Salah (FC Liverpool) – 13 goli, 26 pkt oraz mający po 12 goli i 24 pkt Francuz Kylian Mbappe (Paris Saint-Germain), Anglik Jamie Vardy (Leicester City), Belg Romelu Lukaku (Inter Mediolan), Koreańczyk Heung-min Son (Tottenham Hotspur), Norweg Erling Haaland (Borussia Dortmund) i Francuz Boulaye Dia
(Stade Reims).
Trudno w tej chwili stwierdzić, czy Lewandowskiemu uda się utrzymać prowadzenie do końca sezonu, ale już sam fakt, że wciąż utrzymuje się na szczycie jest godny pochwały. Wygląda jednak na to, że „Lewy” zaczyna już powoli planować sobie życie po zakończeniu piłkarskiej kariery. Być może jednym z pomysłów jest zaangażowanie się w któryś z polskich klubów.
„Super Express” doniósł, że „Lewy” w miniona sobotę skorzystał z tego, że przyjechał do Warszawy na galę mistrzów sportu i w południe spotkał się na dwie godziny z właścicielem Legii Dariuszem Mioduskim. O czym była rozmowa, wiedzą tylko jej uczestnicy, a my możemy jedynie domniemywa. „Super Express” nawet zasugerował, że być może spotkanie ma jakiś związek z sensacyjnymi plotkami, które pojawiły się pod koniec listopada, a dotyczyły złożonej rzekomo Mioduskiemu przez Piniego Zahaviego oferty odkupienia akcji Legii. Zahavi jak powszechnie wiadomo jest piłkarskim agentem i prowadzi między innymi także piłkarskie interesy
Lewandowskiego.
Niekoniecznie jednak obaj panowie musieli rozmawiać o tamtej propozycji, bo przecież nietrudno sobie wyobrazić ich rozmowę o wspólnym prowadzeniu warszawskiego klubu. Być może Lewandowski rozważa pójście tropem Jakuba Błaszczykowskiego w Wiśle Kraków i też na koniec kariery postanowi zostać grającym współwłaścicielem klubu, konkretnie Legii. Mioduski już rok temu dał sygnał, że jest tym żywo zainteresowany, ale postawił też pewien warunek. „Uważam, że Robert powinien na zakończenie kariery zagrać w Legii. Rozmowy w tej sprawie moglibyśmy zacząć w chwili, w której Robert zdecyduje się na powrót do Polski” – powiedział właściciel Legii. Ciekawe czy po roku coś się w jego podejściu zmieniło.

Nowe rekordy Roberta Lewandowskiego

Robert Lewandowski znów miał udany weekend. W piątek w przegranym 2:3 meczu Bayernu z Borussią Moenchengladbach w 15. kolejce Bundesligi zdobył bramkę z rzutu karnego i ustanowił swój życiowy rekord, bo na tym etapie rozgrywek po raz pierwszy miał w dorobku 20 goli. A dzień później zjawił się w Warszawie by odebrać, jako pierwszy piłkarz w historii, drugą w karierze nagrodę za zwycięstwo w plebiscycie „PS” i Polsatu na sportowca roku.

Swojego 20 gola w tym sezonie i trzeciego w tym roku Lewandowski strzelił z rzutu karnego w 18. minucie meczu. Ustanowił w ten sposób swój strzelecki rekord, bo do tej pory po 15 kolejkach Bundesligi jego najlepszy wynik, uzyskany w poprzednim sezonie, wynosił 18 trafień. Wykorzystana pewnie „jedenastka” była natomiast jego 26. w barwach Bayernu i 56. w piłkarskiej karierze. W klasyfikacji strzelców Bundesligi w tym sezonie „Lewy” na razie jest poza konkurencją, bo chociaż jego najgroźniejszy konkurent, Norweg Erling Haaland, zdobył dwie bramki w wygranym przez Borussię Dortmund 3:1 meczu z RB Lipsk, to jednak ma w tej chwili na koncie 12 trafień, czyli jeszcze osiem do odrobienia. Trzeci w zestawieniu napastnik Eintrachtu Frankfurt Andre Silva ma w dorobku 11 goli, a czwarty Wout Weghorst z VfL Wolfsburg dziesięć. Mimo porażki, pierwszej ligowej od września ubiegłego roku, Bayern utrzymał pozycję lidera Bundesligi, właśnie dzięki zwycięstwu Borussii Dortmund z zajmującym drugą lokatę RB Lipsk. Trzeci w tabeli jest Bayer Leverkusen, a dortmundczycy awansowali na czwartą pozycję.
W sobotę Lewandowski zjawił się w Warszawie, żeby osobiście odebrać nagrodę za zwycięstwo w 86. plebiscycie „Przeglądu Sportowego” (tym razem we współpracy z Polsatem) na najlepszego sportowca roku. To drugie takie wyróżnienie w jego karierze. Wcześniej otrzymał je w 2015 roku, a przed nim z polskich piłkarzy taką nagrodą mógł się pochwalić jedynie Zbigniew Boniek (dostał ją po mundialu w 1982). Wygrana „Lewego” wcale nie była taka oczywista, chociaż w 2020 zgarnął chyba wszystkie najważniejsze wyróżnienia indywidualne, z tytułami piłkarza roku FIFA oraz UEFA włącznie. Ale Iga Świątek też miała nie lada sukces na koncie, bo jako pierwsza polska tenisistka wygrała turniej Wielkiego Szlema, triumfując na ziemnych kortach im. Rolanda Garrosa w Paryżu. Wyczynu dokonał też ubiegłoroczny zwycięzca plebiscytu Bartosz Zmarzlik, który jako pierwszy polski żużlowiec zdobył po raz drugi z rzędu mistrzostwo świata. Trzecie miejsce przypadło jednak skoczkowi narciarskiemu Kamilowi Stochowi, a czwarte kierowcy rajdowemu Kajetanowi Kajetanowiczowi, mistrzowi świata w klasie WRC3. Zmarzlik tym razem zajął dopiero piąte miejsce, za pozostałe lokaty w czołowej „10” przyznano: 6. Natalii Maliszewskiej (short-track), 7. Janowi Błachowiczowi (sporty walki), 8. Wilfredo Leonowi (siatkówka), 9. Katarzynie Niewiadomej (kolarstwo) i 10. Dawidowi Kubackiemu (skoki narciarskie).

Nie cenią już łowców bramek

Robert Lewandowski zakończył stary rok dwoma golami strzelonymi Bayerowi Leverkusen w wygranym przez Bayern Monachium 2:1 meczu 13. kolejki Bundesligi i także dwoma trafieniami rozpoczął nowy rok w wygranym 3 stycznia przez monachijski zespół 5:2 spotkaniu 14. kolejki z FC Mainz.

Lewandowski ma teraz na koncie 19 bramek zdobytych w 13 ligowych występach i jest zdecydowanym liderem klasyfikacji strzelców niemieckiej ekstraklasy z przewagą dziewięciu trafień nad drugim w zestawieniu norweskim napastnikiem Borussii Dortmund Erlingiem Haalandem. „Lewy” był najskuteczniejszym strzelcem w Europie w 2020 roku, chociaż zaliczył najmniej występów od 13 lat. Po raz pierwszy raz w karierze zdobył w jednym roku więcej bramek niż rozegrał meczów (strzelił 47 goli w 44 spotkaniach). Nie jest to jego osobisty rekord, bo w 2019 roku miała na koncie 54 trafienia, ale w poprzednim po raz pierwszy w karierze przekroczył średnią jednej bramki na mecz. Dokonał tej sztuki w najdziwniejszym roku w nowożytnej historii futbolu. Na dodatek zaczął rok 2020 praktycznie bez okresu przygotowawczego, bo w przerwie zimowej poprzedniej sezonu rehabilitował się po operacji pachwiny, a potem doznał pęknięcia kości strzałkowej i był wyłączony z treningów przez kolejnych kilka tygodni. To miał być jego najdłuższy rozbrat z futbolem w profesjonalnej karierze, lecz ostatecznie z powodu przerwy w rozgrywkach opuścił tylko trzy mecze. Po lockdownie snajper Bayernu strzelił aż 38 goli. Nikt nie zdołał mu dorównać – kolejni w zestawieniu Cristiano Ronaldo z Juventusu i Romelu Lukaku z Interu zdobyli w tym samym okresie po 31 bramek, a trzeci Erling Haaland 27. W sumie w 2020 roku „Lewy” strzelił 32 gole w Bundeslidze, pięć w Pucharze Niemiec, osiem w Lidze Mistrzów i dwa w reprezentacji Polski, a do 47 trafień dorzucił jeszcze 14 asyst. Te jego indywidualne dokonania walnie przyczyniły się do zdobycia przez Bayern mistrzostwa i pucharu Niemiec, wygrania Ligi Mistrzów, a jemu utorowały drogę do tytułu piłkarza roku UEFA i FIFA oraz wielu innych indywidualnych wyróżnień.
Najlepszym strzelcem roku Lewandowski został we wtorek 22 grudnia, gdy swój ostatni mecz przed przerwą zimową rozegrał Cristiano Ronaldo. Portugalczyk miał na koncie 44 gole i był jedynym z konkurentów, który mógł dogonić kapitana reprezentacji Polski. Musiał jednak w spotkaniu z Fiorentiną zdobyć co najmniej hat-tricka, ale zakończył mecz bez trafienia, bo Juventus nieoczekiwanie przegrał 0:3. Tym samy Lewandowski obronił tytuł najskuteczniejszego napastnika na świecie. W minionej dekadzie Polak jest drugim graczem po genialnym Portugalczyku, któremu udało się dokonać takiego wyczynu dwukrotnie z rzędu. Cristiano Ronaldo wciąż jednak jest pod tym względem lepszy, bo on tak naprawdę to triumfował trzykrotnie z rzędu – w latach 2013, 2014 i 2015, a ponadto był najlepszy także w 2011. Argentyńczyk Lionel Messi wygrał tę nieformalną klasyfikację w 2012 i 2018 roku, zaś w 2017 triumfował Anglik Harry Kane. I to są osiągnięcia, których nie da się w żaden sposób podważyć i z tego choćby powodu powinno się też odpowiednio doceniać autorów.
Z tym bywa jednak różnie, czego dowodzi choćby opublikowany niedawno przez Międzynarodowe Centrum Badań Sportowych (CIES) najnowszy ranking najdroższych piłkarzy na świecie w 2021 roku. Analitycy CIES biorą pod uwagę wiek, formę piłkarza w ostatnich meczach, dotychczasowe osiągnięcia oraz długość aktualnego kontraktu z klubem. I wyszło im, że najdroższym piłkarzem na świecie jest obecnie Anglik Marcus Rashford. Napastnika Manchesteru United wyceniono na 166 mln euro. Kolejne miejsca w zestawieniu CIES zajęli: Norweg Erling Haaland (Borussia Dortmund) – 152 mln euro, Anglik Trent Alexander-Arnold (FC Liverpool) – 152 mln euro, Portugalczuk Bruno Fernandes (Manchester United) – 151 mln euro. Dopiero na piątym miejscu znalazł się Francuz Kylian Mbappe (Paris Saint-Germain), którego wartość wyceniono na kwotę 149,5 mln euro, a warto podkreślić, że przed rokiem to on był liderem tego rankingu. Według CIES na świecie jest obecnie 25 piłkarzy wartych więcej niż 100 milionów euro, ale w tym elitarnym wg CIES gronie nie ma żadnego Polaka. Lewandowski został bowiem wyceniony na 72,1 mln euro i znalazł się dopiero na 55. miejscu, a wyrastający na gwiazdę SSC Napoli Piotr Zieliński, którego wartość ustalono na 67,9 mln euro, został umieszczony na 62. pozycji. Co ciekawe, na odległym 97. miejscu znalazł się Argentyńczyk Leo Messi z wyceną na poziomie 54 mln euro, zaś analitycy CIES nie uznali za stosowne umieścić Cristiano Ronaldo nawet w pierwszej setce rankingu.

Teraz to Lewy może ustalać cele dla reprezentacji Polski

Reprezentacja Polski wynikami w kończącym się roku specjalnie nie zachwyciła, ale pod jego koniec mocno zyskała wizerunkowo, gdy Robert Lewandowski zaczął seryjnie kolekcjonować indywidualne nagrody. Przed Euro 2021 PZPN z pewnością przekuje ten sukces kapitana biało-czerwonych w marketingową żyłę złota i zarobi na nim kilka dodatkowych złotych. I na tym zapewne się skończy, bo w kadrze Jerzego Brzęczka nie ma wiary nawet w powtórkę wyniku z poprzednich mistrzostw Europy, a co dopiero w walkę o medale, nie wyłączając najcenniejszego.

Lewandowski w 2020 roku w wieku 32 lat osiągnął szczyt światowego futbolu. Został piłkarzem roku FIFA i UEFA, wygrał plebiscyt hiszpańskiego dziennika „AS”, włoskiego „Tuttosport”, organizacji World Football Summit, brytyjskiego dziennika „The Guardian”, brytyjskiego magazynu „FourFourTwo”, serwisu internetowego Goal.com, wybrano go na portowca w dorocznej Ankiecie PAP, a w minioną niedzielę uhonorowano tytułem piłkarza roku Golden Soccer Awards. W tym wyjątkowym z powodu pandemii koronawirusa roku dał Polakom to, czego nie da się przeliczyć na żadną walutę – gigantyczną porcję radości i dumy.
Odbierając w Dubaju nagrodę Golden Soccer Awards Lewandowski został grzecznościowo zapytany, czy liczy na sukces z polską reprezentacją w przyszłorocznych mistrzostwach Europy. „Lewy” nie zwlekał z odpowiedzią i dyplomatycznie odpowiedział: „Będę dumny z wyniku drużyny w takim samym stopniu, jak dumni będą z niej nasi fani”. W Euro 2016 biało-czerwoni odpadli w ćwierćfinale po porażce w rzutach karnych z późniejszymi zwycięzcami turnieju, Portugalczykami. W przełożonych z powodu pandemii na 2021 rok mistrzostwach Europy w grupie E zmierzą się z zespołami Hiszpanii, Szwecji i Słowacji. Do 1/8 finału awansują wszyscy zwycięzcy grup, wszystkie drużyny z drugich miejsc i cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc i awans do tej fazy turnieju jest celem minimum, jaki przed zespołem postawiły władze PZPN. Jeśli jednak Polska nie wyjdzie z grupy, a na dodatek Lewandowski nie zdobędzie bramki, jak zdarzyło mu się to podczas mundialu w Rosji, na kolejny deszcz indywidualnych zaszczytów w przyszłym roku nie będzie miał praktycznie żadnych szans, nawet jeśli znów wygra z Bayernem Bundesligę i Ligę Mistrzów, zdobywając w tych rozgrywkach korony króla strzelców. Taki despekt spotkał przecież Cristiano Ronaldo w 2018 roku, gdy z reprezentacją Portugalii odpadł z mundialu w Rosji już w 1/8 finału i chociaż z Realem Madryt w tym roku po raz trzeci z rzędu wygrał Ligę Mistrzów, to najcenniejsze indywidualne nagrody, także „Złotą Piłkę”, zgarnął jego kolega z ekipy „Królewskich” Luka Modrić, który z drużyną Chorwacji wywalczył w Rosji wicemistrzostwo świata.
Najpoważniejsze wyzwania
Ten biznes tak działa i trzeba być naprawdę piłkarskim herosem na miarę Cristiano Ronaldo i Leo Messiego, żeby utrzymać się na topie przez ponad dekadę. Lewandowski na taką długą dominację nie ma szans, bo chociaż ze swoim ciałem potrafił zdziałać cuda, to praw biologii nie oszuka i teraz z każdym rokiem będzie mu trudniej utrzymać się na szczycie. Inna sprawa, że „Lewy” już wielokrotnie dowiódł, że wszelkie przepowiednie na jego temat trzeba zawsze formułować w trybie przypuszczającym.
Nie zmienia to jednak faktu, że za pół roku jego, jak i całą kadrę, czekają najpoważniejsze wyzwania odkąd selekcjonerem reprezentacji został Jerzy Brzęczek. Preludium do występu w turnieju Euro 2020(21) będą wyznaczone pod koniec marca trzy mecze eliminacyjne do mistrzostw świata w Katarze (2022). Jak juz powszechnie wiadomo, biało-czerwoni najpierw zmierzą się na wyjeździe z Węgrami, potem u siebie z Andorą, a na koniec serii ponownie na wyjeździe zagrają z faworytem grupy, Anglią. Awans do finałów mistrzostw świata to dla PZPN ważny cel, może nawet ważniejszy niż ewentualny sukces w Euro 2021. I tu pojawia sie pierwszy problem – jaki wynik w europejskim czempionacie można będzie bezdyskusyjnie uznać za sukces? Powtórkę z Euro 2016, czyli dojście do ćwierćfinału? Prezes PZPN Zbigniew Boniek i jego ludzie dzisiaj zapewne taki rezultat wzięliby „w ciemno”, podobnie zapewne też trener Brzęczek i lwia część jego kadrowiczów. Na „coś więcej” nikt na serio w naszym kraju chyba nie liczy, zwłaszcza po jesiennych występach biało-czerwonych w Lidze Narodów.
Ale to jest błąd, bo obiektywnie rzecz oceniając, mecze z zespołami Holandii i Włoch paradoksalnie pokazały ogromny potencjał drzemiący w naszej narodowej drużynie. Bo skoro do meczów z tymi wymagającymi przeciwnikami wyszła wewnętrznie skłócona, źle przygotowana taktycznie i niedostatecznie zmotywowana, a mimo to z Włochami zremisowała 0:0 i przegrała 0:2, a Holendrom uległa 0:1 i 1:2. Doceńmy to, że mimo ewidentnej słabości naszej reprezentacji nie przydarzyła się wstydliwa klęska, jakiej doświadczyła choćby ekipa Niemiec, która przegrała z Hiszpanią 0:6. Wystarczy więc, że Brzęczek wyeliminuje wspomniane mankamenty, a naszą drużynę stać będzie także na wygrywanie z rywalami z najwyższej półki. Muszą jednak w niej grać najlepsi w danym momencie polscy piłkarze, znajdujący się optymalnej formie i na dodatek zjednoczeni bez żadnych wątpliwości w dążeniu do wytyczonego celu.
Przyzwyczaić się do wygrywania
Dzisiaj nie wiemy, niestety, czy trener Brzęczek potrafi przekształcić naszą reprezentacyjną drużynę w zespół zdolny rzucić wyzwanie europejskim potęgom, nie tylko Anglikom, z którymi zagrają o awans do mundialu, ale też Hiszpanom, z którymi przyjdzie im rywalizować w grupie Euro 2021 oraz zespołom, które zapewne bić się będą o medale mistrzostw Europy – Francji, Niemiec, Belgii, Włoch, Portugalii i Holandii. Wątpliwości co do trenerskich kwalifikacji obecnego selekcjonera było wiele, w większości uzasadnionych, ale prezes PZPN Zbigniew Boniek uznał, że nie będzie zmieniał woźnicy w zaprzęgu przed najtrudniejszym odcinkiem drogi.
Podejmując decyzję o pozostawieniu Brzeczka na posadzie sternik PZPN postąpił jednak wbrew woli kibiców i większości mediów, ale być może nie kierowała nim pycha i chęć pokazania swojej władzy, lecz jakieś inne ukryte przez opinią publiczną motywy. Być może dostrzegł coś, czego my wszyscy jeszcze nie dostrzegamy?
Oby tak było, bo na razie to co my widzimy, nie napawa optymizmem. Poprzednik Brzęczka, Adam Nawałka, stosował w swojej pracy tzw. selekcję negatywną, czyli powoływał piłkarzy wedle sobie tylko wiadomych kryteriów, przez co do kadry trafiali piłkarze, którzy nie mili prawa do niej trafić. Niektórzy dawali jednak radę i w niej zostawali, jak Michał Pazdan czy Krzysztof Mączyński, ale po jakimś czasie Nawałka skończył z eksperymentami i stawiał głównie na sprawdzonych graczy. Po dwóch latach selekcjonerskich rządów Brzęczka jego polityka personalna budzi mnóstwo wątpliwości. W listopadowych meczach z Ukrainą, Włochami i Holandią wystawił do gry 25 piłkarzy, w we wszystkich spotkaniach rozegranych jesienią tego roku w reprezentacji wystąpiło w sumie 30 piłkarzy. Ale gdybyśmy chcieli wskazać graczy stanowiących wedle Brzęczka trzon naszej reprezentacji, to bez ryzyka błędu możemy wymienić Lewandowskiego, a oprócz niego może jeszcze Kamil Glika i Jana Bednarka na środku obrony. Chętnych do takiego wyróżnienia jest jednak więcej, sęk w tym, że nie wszyscy się do tego nadają, ale co gorsza – niektórzy chcieliby znaczyć w tej drużynie tyle samo, co Lewandowski.
I to jest być może największy problem naszej reprezentacji, bez usunięcia którego nie zacznie ona grać na miarę oczekiwań. A w przyszłym roku będą one jeszcze większe, bo biało-czerwoni będą mieć w swoich szeregach najlepszego aktualnie piłkarza na świecie. W historii polskiego futbolu jeszcze takiej sytuacji nie było, bo „Lewy” jest pierwszym Polakiem, którego nagrodzono takim wyróżnieniem. A Brzęczek pierwszym selekcjonerem kadry Polski, któremu z takim wywyższonym na świecie graczem przyjdzie pracować. To też będzie dla niego wyzwanie zważywszy na zgrzyty w ich dotychczasowych relacjach i obustronny brak sympatii.
Jak zareagują koledzy?
Nie wiemy też jeszcze, jak te wszystkie splendory spadające w tym roku na Lewandowskiego podziałają na innych kadrowiczów Brzęczka. Byłoby świetnie, gdyby wywołały w nich dumę, wykrzesały najgłębsze pokłady ambicji, a także skłoniły do ponownego bezdyskusyjnego uznania jego dominującej roli w zespole. Jeśli tak się stanie, to Lewandowski znów zacznie w szatni wyznaczać cele i możemy być spokojni, że będzie namawiał kolegów do walki o najwyższe laury, bo ma to we krwi, o czym zaświadcza cała jego dotychczasowa kariera.
Piłka nożna jest grą zespołową, więc nie ma co liczyć, że „Lewy” w pojedynkę zapewni naszej reprezentacji awans do mundialu w Katarze czy w Euro 2021 swoimi golami przepchnie ją choćby do ćwierćfinału. Ale on plus dziesięciu kolegów z zespołu, zasuwających na boisku na sto procent swoich możliwości, to w sumie da co najmniej 160 procent tego, co biało-czerwoni zademonstrowali w spotkaniach z Włochami i Holandią. A jeśli jeszcze dołoży się do tego Brzęczek i wyciągnie wnioski ze swoich błędów jeśli chodzi o taktykę i rozpracowanie przeciwników, to już w marcu nasza drużyna może zagrać o dwieście procent lepiej niż jesienią kończącego się 2020 roku.
Istnieje jednak i alternatywa dla tych wyliczeń – bez wkładu „Lewego”, czyli jego 60 procent. Teraz, gdy wszedł na szczyt i nic już nie musi nikomu udowadniać, może przecież uznać, że skoro w kadrze Polski nikt nie chce przyjąć jego warunków i wszyscy chcą, żeby było jak do tej pory, lepiej mu będzie zamiast gry na Euro wybrać długie wakacje z rodziną.

Lewy przyłożył pieczątkę

Dwa dni po odebraniu z rąk przewodniczącego FIFA Gianniego Infantino nagrody dla piłkarza roku (FIFA the Best 2020), Robert Lewandowski potwierdził, że trafiła ona w godne ręce. Polak strzelił dwa gole w meczu na szczycie niemieckiej ligi z Bayerem Leverkusen i przesądził o wygranej Bayernu Monachium. „Lewy” po 14. kolejkach ma na koncie 17 goli i jest liderem klasyfikacji strzelców.

W czwartek Robert Lewandowski przeżył najpiękniejszy wieczór w swojej piłkarskiej karierze, odbierając z rąk przewodniczącego FIFA Gianniego Infantino nagrodę, ale triumf w plebiscycie „FIFA the Best” nie zwolnił go z piłkarskich obowiązków. A Bayern miał jeszcze w sobotę do rozegrania ostatni w tym roku ligowy mecz, z Bayerem Leverkusen, którego stawką była pozycja lidera po rundzie jesiennej. „Aptekarzom” do utrzymania pierwszej lokaty wystarczyło wywalczyć remis, bo przed ostatnią w tym roku 14. ligową kolejką byli na szczycie tabeli z przewagą jednego punktu nad trzecim Bayernem.
Występujący w roli gospodarzy gracze ekipy z Leverkusen objęli prowadzenie już po kwadrancie gry, gdy po rzucie rożnym Czech Patrick Schick potężnie uderzył piłkę z woleja, nie dając Mauelowi Neuerowi żadnych szans na skuteczną obronę. Kilkanaście minut później ten sam zawodnik ponownie pokonał bramkach bawarskiej jedenastki, lecz tym razem mistrzów Niemiec uratowali sędziowie VAR, dopatrując się słusznie pozycji spalonej. Zanim gracze obu zespołów udali się do szatni na przerwę, ekipę gospodarzy po raz pierwszy skarcił najlepszy w tym roku piłkarz na świecie.
Tuż przed końcem pierwszej połowy „Lewemu” wystarczył moment nieuwagi defensorów Bayeru. Zostawili go niepilnowanego w polu karnym, więc gdy wrzucona z prawego skrzydła przez Thomasa Muellera piłka przeleciała nad zderzającymi się na piątym metrze bramkarzem i stoperem „Aptekarzy” i spadła na głowę Lewandowskiego, ten bez najmniejszego problemu skierował ją do pustej bramki.
Po zmianie stron przewaga Bayernu była już bardzo wyraźna, ale ekipa Hansiego Flicka długo nie potrafiła znaleźć sposobu na zdobycie zwycięskiej bramki. Dopiero w ostatniej minucie doliczonego czasu gry decydujący cios zadał „Aptekarzom” Lewandowski, dla którego było to 17. ligowe trafienie w tym sezonie.
Końcówka roku była dla wymęczonych intensywnym sezonem piłkarzy Bayernu męczarnią. Owszem, wygrywali mecze lub remisowali – 2:1 z Bayerem Leverkusen, 2:1 z Wolfsburgiem w środku tego tygodnia, wcześniej 1:1 z Unionem Berlin, 3:3 z RB Lipsk, 3:1 z VfB Stuttgart, 1:1 z Werderem Brema, 3:2 z Borussią Dortmund i 2:1 z FC Koeln, ale nie były to wyniki na miarę potencjału najlepszej w tym roku klubowej drużyny na świecie. Punkty często zapewniały im gole strzelane dopiero w końcówkach spotkań.
Ostatecznie jednak odparli atak konkurencji i na krótką świąteczną przerwę (Bundesliga wznowi rozgrywki już na początku stycznia) udali się w roli lidera Bundesligi. A ich najskuteczniejszy i najlepszy piłkarz, od minionego czwartku najlepszy także na świecie, czyli Robert Lewandowski, kolejny rok z rzędu jest na czele klasyfikacji strzelców. Polak po 14. kolejach Bundesligi ma na koncie 17. goli, które strzelił w 13 występach (opuścił mecz z FV Koeln) i o siedem trafień wyprzedza drugiego w klasyfikacji Norwega Erlinga Haalanda z Borussii Dortmund. Kolejni na liście strzelców, Andre Silva z Eintrachtu Frankfurt i Wout Weghorst z VfL Wolfsburg mają w dorobku po 9 bramek, a piąty w zestawieniu Andre Kramarić z Hoffenheim osiem. Łączny dorobek Lewandowskiego w Bundeslidze to 253 trafienia, co daje mu w klasyfikacji wszech czasów niemieckiej ekstraklasy trzecią lokatę, za legendami Bundesligi Gerdem Muellerem (365 goli) i Klausem Fischerem (268).
„Lewy” trafiał do siatki w trzech ostatnich meczach Bayernu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że jego pięć goli to wszystkie strzelone przez Bayern w tych spotkaniach. Bramka z Unionem Berlin dała remis 1:1, potem Polak dwukrotnie pokonał bramkarza VfL Wolfsburg (2:1), a na koniec dorzucił dwa gole w spotkan iu „Aptekarzami”. W sumie te jego pięć trafień zapewniło bawarskiej jedenastce siedem ligowych punktów, dzięki którym broniąca tytułu mistrza Niemiec drużyna kończy rok jako lider Bundesligi z dwupunktową przewagą nad Bayerem i RB Lipsk.
Lewandowski jednak jak na wielkiego mistrza przystało, nie eksponuje własnego wkładu w sukces, tylko skromnie lokuje się między pozostałymi graczami zespołu i podkreśla także ich zasługi. „Cóż to był za rok! Chcemy dalej iść tą drogą. Dziś wielokrotnie źle zagrywaliśmy, ale walczyliśmy do samego końca. W ostatniej akcji po prostu spróbowałem szczęścia i udało się. Ale wielkie słowa uznania należą się całej naszej drużynie” – powiedział na pomeczowej konferencji prasowej. Nic dziwnego, że Niemcy nie tylko go doceniają, ale też zaczęli się nim chlubić.

Sportowcy w uścisku dobroczyńców

We współczesnej historii polskiego sportu rok 2020 zapisze się jako początek dwóch wielkich bitew prawnych – piłkarza Roberta Lewandowskiego z jego byłym agentem Cezarym Kucharskim oraz tenisistki Igi Świątek z agencją Warsaw Sports Group. W obu przypadkach spór dotyczy wielomilionowych roszczeń wobec sportowców ze strony byłych menedżerów.

Obie sprawy znacznie się od siebie różnią, także kwotami o jakie toczy się gra (Kucharski żąda od Lewandowskiego blisko 40 mln złotych, a WSG od Świątek „tylko” ok. dwóch milionów), ale w jednym aspekcie są bardzo podobne. Dzisiejsze kłopoty największych obecnie sportowych gwiazd w Polsce mają to samo źródło – w niekorzystnych dla nich umowach jakie zawarli na początku karier ze swoimi menedżerami.
W przypadku Lewandowskiego mamy do czynienia z modelowym przykładem uzależnienia piłkarza przez agenta, dość powszechnie stosowany w futbolu, nie tylko w Polsce. Dla jasności, takie praktyki stosowane są też wobec sportowców uprawiających też inne dyscypliny sportu. Początkujący zawodnik w wieku 18-20 lat nie zna wszystkich niuansów futbolowego biznesu, także czyhających w nim pułapek, chce przede wszystkim grać i zarabiać pieniądze.
Ponieważ na tym etapie kariery nie oferuje się im wielkich kwot, nawet wymuszona przez agenta 30-procentowa prowizja od zarobków nie budzi oporów, bo jak się wcześniej nic nie zarabiało, to 70 procent pieniędzy z załatwionego przez menedżera kontraktu wydaje się uczciwą proporcją. Także sprzedaż prawa do swojego wizerunku agentowi za 14 tys. euro nie wydaje się złym interesem, gdy się jest anonimowym jeszcze graczem bez widoków na jakiś kontrakt reklamowy.
Lewandowskiemu mogła się wtedy zaświecić lampka ostrzegawcza, bo Kucharski w podsuniętej mu umowie zagwarantował sobie te prawa aż do 2045 roku, ale nie zaświeciła. Pewnie dlatego, że wtedy w ich tandemie numerem 1 był Kucharski, były reprezentant Polski, uczestnik mistrzostw świata, wieloletni gracz Legii Warszawa, obyty też trochę z europejskim futbolem dzięki kilku epizodom w zachodnich klubach. W podstawowych kwestiach ich ówczesne relacje nie odbiegały od relacji obowiązujących w tej branży, które w największym uproszeniu zazwyczaj na początku współpracy są zwykłym układem przełożony – podwładny, jeden rządzi, drugi wykonuje. Ale wspomniany zakup praw do wizerunku na prawie pół wieku to było cyniczne zagranie i ewidentne nadużycie zaufania, jakim obdarzał go wtedy Lewandowski. Gdy przeszedł z Lecha Poznań do Borussii Dortmund i zaczął robić furorę w Bundeslidze, sponsorzy i sami zaczęli się do niego ustawiać w kolejce, wtedy też dotarło do niego, jaki popełnił błąd.
Dobry haczyk to podstawa
Odzyskał kontrolę na swoimi prawami zakładając z Kucharskim spółkę RL9 Management, do której menedżer wniósł aportem… prawa do wizerunku kupione od piłkarza sześć lat wcześniej za 14 tys. euro, lecz teraz już wycenione przez Kucharskiego na kwotę 3,5 mln złotych. Rosnąca wartość marketingowa Lewandowskiego przyciągała coraz to hojniejszych sponsorów, ale wobec rosnących z tego tytułu w kolejnych latach przychodów piłkarz starał jak najmniej wykorzystywać tę spółkę w swojej aktywności marketingowej i robił to na prywatny rachunek. I o to właśnie 11 września 2020 roku Kucharski złożył przeciwko niemu pozew w sądzie, domagając się zapłaty 39 mln złotych za utracone jego zdaniem przez takie działania dochody w spółce RL Management.
Mając taki mocny haczyk na klienta nie dziwi, że Kucharski utrzymał się w roli jego agenta „Lewego” przez prawie dekadę, bo zdaje się dopiero w połowie 2018 roku piłkarz zdobył się w końcu na odwagę, by całkowicie zakończyć z nim współpracę. I chyba nie miał złudzeń, że rozstaną się jak dżentelmeni życząc sobie powodzenia na dalszej drodze życia, chociaż Kucharski nie odchodził z pustymi rękami – przez tę dekadę zarobił dzięki Lewandowskiemu więcej niż sam zarobił jako piłkarz przez całą długą karierę. Uważał jednak, że należy mu się znacznie więcej, na co piłkarz godzić się nie miał zamiaru. I pewnie dlatego nagrywał wszystkie rozmowy, a padają podczas nich kwoty astronomiczne dla przeciętnych zjadaczy chleba. Reprezentujący go w tej sprawie mecenas Tomasz Siemiątkowski złożył zawiadomienia do prokuratury o szantażu ze strony byłego menedżera, co doprowadziło do zatrzymania Kucharskiego 27 października i postawienia mu „zarzutu kierowania gróźb karalnych wobec Lewandowskiego i próbę wymuszenia 20 milionów euro w zamian za milczenie o rzekomych oszustwach podatkowych Roberta i Anny Lewandowskich”.
Niedawno doszło do pierwszego spotkania stron na sali sądowej, bowiem Kucharski złożył zażalenie na nałożone na niego sankcje. Rozprawa odbyła się przy drzwiach zamkniętych, ale z tego co wiadomo, sąd rejonowy dla Warszawy Śródmieścia złagodził sankcje nałożone na Kucharskiego – uchylił dozór policyjny, zniósł zakaz opuszczania kraju, zmniejszył poręczenie majątkowe z ponad 4 mln złotych do pół miliona złotych, lecz nie rozsądził czy doszło do gróźb karalnych ze strony Kucharskiego wobec byłego klienta. Ale to było dopiero pierwsze sądowe starcie w tym konflikcie, który prawdopodobnie będzie się toczył długo, bo Kucharski w swoim może i mającym biznesowe czy prawne uzasadnienie postępowaniu nie widzi nic niestosownego i nieetycznego.
Właściciele agencji Warsaw Sports Group dokładnie tak samo podchodzą do sporu z Igą Świątek, a właściwie z jej ojcem, Tomaszem Świątkiem, bo to on w imieniu niepełnoletniej wówczas córki podpisał cztery lata temu kontrakt sponsorski z WSG, który przed rokiem, zanim Iga osiągnęła pełnoletność, jako jej pełnomocnik prawny jednostronnie wypowiedział.
Rozstanie nie odbyło się polubownie i sprawa wylądowała w sądzie, a spór zaognił się jeszcze po wygraniu przez tenisistkę tegorocznego wielkoszlemowego French Open. Świątek zarobiła w Paryżu 1,7 miliona euro, zatem WSG uznała, że była podopieczna ma teraz dość środków na koncie, żeby oddać jej z procentem wszystkie zainwestowane w nią pieniądze. Do mediów wyciekła nawet żądana przez agencję kwota – dwa miliony złotych. Tomasz Świątek publicznie ogłosił, że jest to suma wzięta z sufitu i wobec tego on też w imieniu córki skierował sprawę do sądu. Rodzina pierwszej polskiej mistrzyni turnieju Wielkiego Szlema jest gotowa rozliczyć się z WSG, ale z rzeczywistych kosztów poniesionych przez agencję, udokumentowanych wiarygodnymi rachunkami.
Niedawno doszło do ugodowego spotkania przedstawicieli obu stron, ale nie przyniosło ono przełomu. „Zarząd WSG nie przedstawił żadnych akceptowalnych i udokumentowanych propozycji. Wbrew powielanym błędnym sugestiom, WSG nie przysługuje żadne zadośćuczynienie, a tylko i wyłącznie zwrot kosztów poniesionych przez agencję na rozwój sportowy tenisistki, do których nieprawidłowo zaliczane są dodatkowe, wątpliwe wydatki, niemające najmniejszego związku z rozwojem Igi Świątek. Kosztów tych WSG nie jest ani w stanie wykazać, ani racjonalnie uzasadnić” – podkreślił w oświadczeniu reprezentujący tenisistkę mecenas Jarosław Chałas. W dalszej jego części czytamy: „Z tytułu rozpowszechniania nieuprawnionych i nieprawdziwych informacji, których bezpośrednim skutkiem była utrata kontraktu reklamowego na przeszło dwa miliony złotych. Agencja WSG, w opinii mojej klientki, nie wywiązywała się w rażący sposób ze swoich umownych zobowiązań, w tym między innymi nie pozyskała ani jednego sponsora czy reklamodawcy podczas trzech lat trwania kontraktu.
Mimo swych wcześniejszych zapewnień formułowanych przed podpisaniem umowy”. Sąd na rozprawie z 13 października wydał postanowienie zabezpieczające, zgodnie z którym zakazał WSG rozpowszechniania nieprawdziwych informacji i składania podmiotom trzecim oświadczeń informujących o obowiązywaniu umowy oraz wyłączności fundacji do reprezentowania interesów tenisistki. Mecenas Chałas zapewnił też, że na konto WSG trafiła już pewna kwota stanowiąca zwrot udokumentowanych wydatków poniesionych na rozwój Igi Świątek.
Mówią, że nie są krwiopijcami
Zdecydowanie inaczej do sprawy podchodzi prezes Warsaw Sports Group Artur Bochenek. „Oni chcą zwrócić jedynie udokumentowane wydatki, które według ich oceny były zasadne i faktycznie przysłużyły się do rozwoju kariery Igi. Jest to błąd w rozumowaniu. Idea nie jest taka, by przez kilka lat finansować początkującego zawodnika aż dojdzie do wysokiego poziomu i odzyskać tylko dokładnie poniesione koszty. Umowa była tak skonstruowana, że w przypadku niepowodzenia w karierze, bez znaczenia na powód, zawodniczka nie musiałaby zwracać nam jakichkolwiek wydatków, ani złotówki. Ale jeśli jej się uda, to wtedy dochodzi jeszcze suma będąca zwrotem poniesionego ryzyka oraz wysiłku pracujących na to osób. Był to określony procent z premii turniejowych i kontraktów marketingowych. To całkowicie naturalny zapis w takich umowach” – zapewnia prezes Warsaw Sports Group. I dodaje: „Trzeba spojrzeć na tę sprawę obiektywnie – nie ma takich osób na świecie, które będą bezinteresownie dawać po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, nie chcąc nic w zamian. Mogą to chyba tylko robić instytucje państwowe, choć też nie do końca”.
Agencja WSG na pierwszym etapie kariery Świątek zrobiła dużo dobrego. Niemal nikt nie ma co do tego wątpliwości. Zresztą nie tylko Iga zawdzięcza WSG sporo. Wystarczy wspomnieć m.in. byłego boksera Andrzeja Fonfarę, panczenistę Artura Nogala, wioślarkę Weronikę Deresz, agencja współpracuje też z tenisistami – oprócz Świątek z Paulą Kanią czy Kacprem Żukiem. „Inwestowaliśmy w Igę przez lata ogromne pieniądze. Nie chcemy zadośćuczynienia, ale pokrycia kosztów inwestycji i pracy, jaką wykonaliśmy. Podjęliśmy przecież ogromne ryzyko i odpowiedzialność przed sądem. W pełni zarządzaliśmy karierą, zadbaliśmy o wszystko. Nie jesteśmy krwiopijcami, jak twierdzi druga strona” – przekonuje prezes Bochenek. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że WSG w owej zerwanej przez ojca tenisistki umowie miała zapisane 50 procent przychodów z umów sponsorskich i 20 procent z nagród turniejowych.
Jeśli faktycznie w grę wchodzą takie kwoty, to były to warunki wręcz lichwiarskie. Na takie na pewno łatwiej namówić zawodniczkę czy zawodnika na początku sportowej kariery, gdy jeszcze nie zarabiają milionów. Bez względu na to, jak zakończą się te prawne potyczki, perypetie Lewandowskiego i Świątek powinny chociaż stać się przestrogą dla zaczynających dopiero wielkie kariery polskich sportowców.

FIFA wybrała Lewandowskiego na piłkarza roku 2020 na świecie

W czwartek wieczorem FIFA ogłosiła wynik plebiscytu na „Piłkarza Roku” (FIFA the Best 2020). Prestiżową nagrodę mógł zgarnąć tylko jeden z graczy zakwalifikowanych do finału, czyli Robert Lewandowski, Leo Messi lub Cristiano Ronaldo. Dzień wcześniej cała trójka rozegrała ligowe mecze i znów najlepiej z nich wypadł Lewandowski, który strzelił dwa gole i zapewnił Bayernowi wygraną z VfL Wolfsburg (2:1). Ale nie dlatego „Lewy” był zdecydowanym faworytem i zasłużenie, jako pierwszy polski piłkarz w historii, został w czwartek wieczorem został ogłoszony za najlepszego piłkarza roku 2020 na świecie.

Światowa federacja piłkarska przez wiele lat nagradzała najlepszych piłkarzy w roku wspólnie z redakcją „France Football”, ale w 2016 roku doszło do konfliktu i francuski tygodnik postanowił znów samodzielnie przyznawać „Złotą Piłkę”, natomiast FIFA ustanowiła swoją własną nagrodę – FIFA the Best. W dwóch pierwszych edycjach zgarnął ją Portugalczyk Cristiano Ronaldo, trzecią w 2018 roku wygrał Chorwat Luka Modrić, a przed rokiem triumfował Argentyńczyk Lionel Messi. Warto w tym miejscu przypomnieć, że Messi i Cristiano Ronaldo to najwięksi kolekcjonerzy indywidualnych wyróżnień nie tylko w minionej dekadzie, ale w ogóle historii futbolu.
I chyba głównie dlatego w tegorocznej edycji także znaleźli się w finałowej trójce, chociaż ich dokonania w ostatnich dwunastu miesiącach wcale ich do tego nie uprawniały. Ale wygrać z Lewandowskim w tym roku żaden z nich nie miał prawa. Wystarczyło porównać ich osiągnięcia: Polak wygrał z Bayernem Monachium Ligę Mistrzów, mistrzostwo Niemiec, zdobył też Superpuchar Europy, Puchar Niemiec i Superpuchar Niemiec. Został też królem strzelców Ligi Mistrzów, Bundesligi i Pucharu Niemiec, co jest wyczynem godnym wyróżnienia.
Bayern jako pierwszy triumfator w historii Champions League nie przegrał żadnego meczu, gromiąc w półfinale Barcelonę aż 8:2. Leo Messi był w tym spotkaniu tylko statystą, zaś Cristiano Ronaldo z Juventusem Turyn odpadł z rywalizacji w 1/4 finału. W krajowych ligach Juventus dotrzymał kroku Bayernowi i wygrał rywalizację w Serie A, ale Cristiano Ronaldo przegrał rywalizację o tytuł króla strzelców z Ciro Immobile. Juve nie zdobył jednak Pucharu Włoch, podobnie jak Barcelona Pucharu Hiszpanii, ale „Duma Katalonii” nie wygrała też rozgrywek w Primera Division.
Pod względem strzeleckiego dorobku Argentyńczyk i Portugalczyk w tym roku ustępowali znacznie pola Polakowi. „Lewy” strzelał w minionym sezonie jak maszyna, zdobywając 64 bramki w 58 meczach. W obecnych rozgrywkach nie zwolnił tempa. W Bundeslidze po 12 kolejkach jest liderem klasyfikacji strzelców z dorobkiem 15 goli, a strzelając dwa gole w spotkaniu z Wolfsburgiem przekroczył właśnie barierę 250 trafień w niemieckiej ekstraklasie.
Na korzyść polskiego piłkarza przemawiały też otrzymane już wcześniej w tym roku indywidualne wyróżnienia – w Niemczech został uznany za piłkarza sezonu i piłkarza roku, piłkarzem roku 2020 uznały go też brytyjski magazyn „FourFourTwo”, hiszpański „AS”, włoski „Tuttosport”, a 1 października w plebiscycie UEFA został wybrany na najlepszego w dwóch kategoriach – najlepszy piłkarz i najlepszy napastnik sezonu 2019/2020.
Tak więc każdy inny wybór niż Lewandowskiego przez elektorów dokonujących wyboru laureata nagrody „FIFA the Best” byłby ich totalną kompromitacją. A warto przypomnieć, że wyboru dokonują selekcjonerzy i kapitanowie drużyn narodowych oraz po jednym dziennikarzu z wszystkich krajów zrzeszonych w FIFA. Nikt jednak przed zaplanowanym na czwartkowy wieczór ogłoszeniem wyników (podano je po zamknięciu wydania) nie wątpił, że po raz pierwszy w historii nagroda dla najlepszego piłkarza roku trafi w ręce polskiego piłkarza.
Lothar Matthaeus, znakomity przed laty niemiecki piłkarz, a dzisiaj ceniony futbolowy ekspert, w wywiadzie udzielonym Piotrowi Koźmińskiemu z portalu „SportoweFakty.pl” stwierdził: „Lewandowski jest obecnie najlepszym piłkarzem świata i w czwartek wieczorem to musi zostać potwierdzone. Gdyby jakimś cudem wydarzyło się coś innego, to ten plebiscyt nie miałby już żadnego sensu. (…) Ta nagroda powinna być przyznawana zwycięzcom, piłkarzom, którzy zdobywają trofea. A kto ich ostatnio zdobył najwięcej? Nie Messi, nie Cristiano Ronaldo, a właśnie Lewandowski. To jego gole w bardzo dużej mierze utorowały Bayernowi drogę po wielkie zwycięstwa. W każdych rozgrywkach, w których grał, był najlepszym strzelcem. Zwycięzca jest więc oczywisty. Gdyby było inaczej, już nigdy nie zaufałbym FIFA. Plebiscyt byłby skończony, zdyskredytowany. Ale wygląda na to, że od czwartku wieczorem polscy kibice będą w szampańskich nastrojach, możecie już je mrozić. Fajnie, bo Robert na to zasłużył” – prorokował dzień przed ogłoszeniem wyników plebiscytu Lothar Matthaeus, zdobywca „Złotej Piłki” w 1991 roku w barwach Interu Mediolan.

Podczas gali FIFA Best poznaliśmy też laureatów w innych kategoriach. Bramkarzem Roku został – zgodnie z przewidywaniami – kapitan Bayernu Manuel Neuer. Z drugiej strony zabrakło go w FIFA FIFPro World11, czyli drużynie roku wybranej przez samych piłkarzy. Większym uznaniem kolegów po fachu cieszył się Alisson z Liverpoolu.
Sporym zaskoczeniem był wybór Trenera Roku. Wyróżniony został Juergen Klopp, a nie – jak się wszyscy spodziewali – Hansi Flick. Klopp poprowadził Liverpool do pierwszego od 30 lat mistrzostwa Anglii, ale Bayern Flicka wygrał wszystkie rozgrywki, w których uczestniczył. Menedżer Liverpoolu jest jedynym z nagrodzonych podczas tegorocznego FIFA Best , który triumfował rok po roku.
Piłkarką Roku została Angielka Lucy Bronze z Manchesteru City, a Bramkarką Roku uznano jej byłą klubową koleżankę z Olympique Lyon – Francuzkę Sarah Bouhaddi. Z kolei statuetka dla Trenerki Roku powędrowała do selekcjonerki reprezentacji Holandii Sariny Wiegman.
Nagrodą fair play uhonorowany został Mattia Agnese. 17-letni Włoch udzielił pierwszej pomocy koledze, który stracił przytomność w trakcie meczu juniorów. Kibicem Roku uznano natomiast fana Sport Recife Marinaldo Francisco da Silvę, który przeszedł pieszo 60 km, by obejrzeć na żywo mecz swojej ukochanej drużyny.
I wreszcie nagrodę im. Ferenca Puskasa dla autora najpiękniejszej bramki głosami otrzymał Hueng-Min Son z Tottenhamu Hotspur za niesamowity rajd podczas meczu ligowego z Burnley FC.
Nagroda dla Lewandowskiego to wielki splendor dla polskiego futbolu, bo przed nim jedynie Kazimierz Deyna w 1974 i Zbigniew Boniek w 1982 roku zaistnieli w plebiscycie „Złotej Piłki”, zajmując jednak tylko trzecie lokaty. To również splendor dla Bayernu, polski napastnik jest czwartym w historii, a pierwszym od 1981 roku, graczem monachijskiego klubu, który został wybrany na najlepszego na świecie. Tym samym „Lewy” w galerii sław bawarskiego potentata stoi teraz w jednym rzędzie z jego największymi legendami: Gerdem Muellerem (dostał „Złotą Piłkę” w 1970 roku), Franzem Beckenbauerem (1972, 1974) i Karlem-Heinzem Rummeniggem (1980, 1981).
Lewandowski tak skomentował zwoje zwycięstwo: „Jestem dumny. To wielkie osiągnięcie i dla mnie i dla mojej drużyny. Zarówno dla Bayernu jak i reprezentacji Polski. Wciąż nie mogę w to uwierzyć, że się udało. Leo Messi i Cristiano Ronaldo od lat prezentują najwyższy poziom, a teraz ja tutaj dołączyłem. Ciężka praca przyniosła efekty. Dziękuję całemu sztabowi Bayernu i wszystkim moim kolegom z drużyny. Bez nich te sukcesy nie byłyby możliwe, ale ja już myślę o kolejnych. Taką mam mentalność, taką mentalność ma też cała nasza drużyna. Liczę, że kolejne zwycięstwa będziemy świętować już z kibicami”.

Najlepszego piłkarz roku nie mogło też zabraknąć w „Jedenastce Roku”. Oto jej skład: Alisson Becker (FC Liverpool) – Trent Alexander-Arnold (FC Liverpool), Virgil van Djik (FC Liverpool), Sergio Ramos (Real Madryt), Alphonso Davies (Bayern Monachium), Joshua Kimmich (Bayern Monachium), Kevin De Bruyne (Manchester City), Thiago Alcantara (Bayern Monachium), Lionel Messi (FC Barcelona), Cristiano Ronaldo (Juventus FC), Robert Lewandowski (Bayern Monachium).

48 godzin sport

Odszedł Gerard Houllier
W poniedziałek nad ranem w wieku 73 lat zmarł Gerard Houllier, znany francuski trener piłkarski. W 1986 roku zdobył mistrzostwo Francji z Paris Saint-Germain, potem był asystentem Michela Platiniego w reprezentacji Francji, a w latach 1992-1994 samodzielnie prowadził ekipę trójkolorowych. Odszedł po tym, jak jego zespół nie wywalczył awansu do mistrzostw świata w 1994 roku. W 1998 został trenerem zespołu Liverpoolu, który pod jego wodzą zdobył Puchar UEFA, Superpuchar Europy, Puchar Anglii, Puchar Ligi (dwukrotnie) i Tarczę Dobroczynności. Warto przypomnieć, że to Houllier w 2001 roku ściągnął do ekipy „The Reds” Jerzego Dudka. Po odejściu z Liverpoolu wrócił do Francji podejmując pracę w Olympique Lyon, z którym dwukrotnie zdobył mistrzostwo kraju i raz Puchar Francji. Ostatnim klubem w jego karierze była drużyna Aston Villi, z której w 2011 musiał odejść z powodów zdrowotnych.

Kolejna kontuzja Neymara
Drużyna Paris Saint Germain przegrała hitowy mecz Ligue 1 z Olympique Lyon 0:1 i straciła pozycję lidera, a także Neymara, który po brutalnym faulu popełnionym już w doliczonym czasie przez jego rodaka, Thiago Mendesa, został zniesiony z boiska na noszach. Sprawca urazu gwiazdora PSG został ukarany czerwoną kartką, a po meczu przeprosił za Neymara także w mediach społecznościowych. Paryski klubu poinformował, że prześwietlenie nie wykazało na szczęście złamań, tylko zwichnięcie i jest duża szansa, że brazylijski napastnik wróci do gry już w najbliższy weekend na mecz z OSC Lile.

Maryna na gigancie
Maryna Gąsienica-Daniel zajęła 11. miejsce w slalomie gigancie Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim w Courchevel. To jeden z najlepszych występów w karierze Polki w PŚ. Zawody pierwotnie miały się odbyć w niedzielę, ale z powodu obfitych opadów śniegu zostały przełożone na poniedziałek. Wygrała po raz pierwszy w tym sezonie Amerykanka Mikaela Shiffrin. Dwa kolejne miejsca na podium zajęły Włoszka Federica Brignone i Francuzka Tessa Worley. Konkurencji nie ukończyła liderka klasyfikacji generalnej PŚ Słowaczka Petra Vlhova.

Włoska nagroda dla Lewego
Włoska gazeta „Tuttosport” co roku wręcza nagrodę „Golden Boy” dla najlepszego piłkarza do lat 21, grającego w Europie. Podczas tegorocznej gali w Turynie po raz pierwszy wręczono również nagrodę specjalną – „Golden Player” dla najlepszego piłkarza roku bez podziału na kategorię wiekową. Trofeum w formie złotej piłki trafiło do Roberta Lewandowskiego. Włosi nawiązali w ten sposób do nagrody „Złotej Piłki”, której w tym roku redakcja „France Football” nie przyznała tłumacząc się, że ze względu na pandemię koronawirusa nie było możliwości sprawiedliwej oceny dokonań piłkarzy. Wyróżnienie „Golden Boy 2020” redakcja „Tuttosport” przyznała graczowi Borussii Dortmund Erlingowi Haalandowi.