Lewy strzela, Bayern dymi

Robert Lewandowski nie zwalnia tempa. W 8. kolejce Bundesligi kapitan reprezentacji Polski w meczu Bayernu Monachium z Augsburgiem strzelił 12. ligowego gola w tym sezonie i wyrównał osiągnięcie Pierre-Emericka Aubameyanga, który w barwach Borussii Dortmund trafiał w ośmiu kolejnych spotkaniach rozgrywek 2014/2015. Ale Bayern tylko zremisował 2:2 i atmosfera wokół drużyny znowu zgęstniała.

Niemieckie media biją na alarm rozpisując się o nowych kłopotach Bayernu. Wedle nich wieloletni lider i gwiazdor zespołu Thomas Mueller popadł w konflikt z trenerem Niko Kovacem i szefami bawarskiego klubu, bo nie godzi się z rolą rezerwowego i chce odejść w przerwie zimowej. Gdyby do tego doszło, Lewandowski straciłby w zespole jednego ze swoich najlepszych partnerów. Ze statystyk wynika niezbicie, że Polak aż 36 razy trafiał do siatki po podaniach Muellera, a duet ten w sumie wypracował dla Bayernu 46 goli. Nic dziwnego, że „Lewy” nie jest zainteresowany takim rozwiązaniem, ale chociaż ma już w bawarskim zespole trochę do powiedzenie, to wciąż nie tyle, ile ma w kadrze Polski. Personalne decyzje podejmuje w Bayernie trener Kovac, a on woli stawiać na wypożyczonego latem z FC Barcelona Brazylijczyka Philippe Coutinho. A Mueller to postać szczególna w Bayernie i nic dziwnego, że doniesienia o jego ewentualnym odejściu z Allianz Areny wzbudzają w Monachium mnóstwo emocji.

Wystarczy wspomnieć, że do Bayernu trafił w wieku 10 lat, przeszedł wszystkie szkoleniowe szczeble, w pierwszej drużynie zadebiutował w 2008 roku i przez całą karierę prezentował tylko bawarskie barwy. W tym czasie osiem razy zostawał mistrzem Niemiec, wygrywał Ligę Mistrzów, wielokrotnie sięgał po krajowy puchar. No i jako piłkarz Bayernu w 2014 roku został w Brazylii mistrzem świata. Piękna kariera, piękne statystyki, chociaż w ostatnich dwóch sezonach trochę obniżył loty i w efekcie stracił miejsce w reprezentacji Niemiec.

Niko Kovac także uznał, że Mueller nie prezentuje odpowiednio wysokiej formy i w sześciu ostatnich meczach posadził go na ławce rezerwowych. Także w spotkaniu z Augsburgiem, chociaż Mueller całą przerwę reprezentacyjną spędził w klubie na regularnych treningach, a Philippe Coutinho wrócił do klubu dopiero we wtorek po towarzyskich meczach kadry Brazylii w Azji. Mimo to w wyjściowej jedenastce jednak pojawił się Brazylijczyk, co na pewno musiało doprowadzić Muellera do szewskiej pasji. Atmosfera zatem w bawarskim zespole jeszcze bardziej zgęstniała, zwłaszcza że zespół stracił dwa cenne punkty remisując ze słabiutkim Augsburgiem 2:2, a na domiar złego z powodu kontuzji wypadł ze składu na dłużej stoper Nicklas Suele. To kiepska wieść w przededniu czekającego Bayern we wtorek wyjazdowego meczu w Lidze Mistrzów z Olympiakosem Pireus.
Lewandowski też nie ma łatwego życia, bo chociaż w każdym meczu strzela gole, to niemieckie media wciąż nie doceniają jego klasy. Dowodem wybór najlepszego piłkarza września. Wyróżnienie to przyznano 22-letniemu Amine Haritowi z Schalke Gelsenkirchen za cztery gole i dwie asysty.

 

Tylko awans się liczy

Nasza piłkarska reprezentacja pod rządami Jerzego Brzęczka przestała być zgraną drużyną, lecz na pokonanie 3:0 słabiutkich Łotyszy nawet jej przeciętna gra wystarczyła. Wszystkie trzy gole strzelił Robert Lewandowski, lecz mimo to nikt nie był z tej wygranej zadowolony i z obawą oczekiwano niedzielnej potyczki z Macedonią Północną.

Mimo łatwego zwycięstwa 3:0 w obozie biało-czerwonych nie było euforii, wręcz przeciwnie. Nawet strzelec trzech goli Robert Lewandowski schodził z boiska z chmurną miną i nie chciał rozmawiać z dziennikarzami, a przecież nigdy wcześniej taki „numerów” nie robił. Tym bardziej, że sam miał powody do chwały. W meczu z Łotwą zagrał w reprezentacji po raz 109 i po doliczeniu niedzielnego meczu z Macedonią Północną jest teraz w liczbie występów w barwach narodowych samodzielnym liderem.

Lewandowski staje się legendą

W liczbie strzelonych goli na czele stawki w klasyfikacji wszech czasów jest już od dawna, konkretnie od 5 października 2017 roku, kiedy to dzięki trzem golom w wyjazdowym spotkaniu eliminacji MŚ 2018 z Armenią przeskoczył legendę polskiego futbolu Włodzimierza Lubańskiego (48 goli). W Rydze „Lewy” ustrzelił szóstego hat-tricka w kadrze i poprawił swój snajperski dorobek w drużynie narodowej do 60 trafień. A warto przypomnieć, że 31-letni obecnie Lewandowski zadebiutował w reprezentacji 10 września 2008 roku w spotkaniu eliminacji mistrzostw świata z San Marino w Serravalle. Trener Leo Beenhakker wpuścił go na boisko w 59. minucie, a osiem minut później „Lewy” cieszył się z pierwszego trafienia w biało-czerwonych barwach, ustalając wynik na 2:0.

Roku potrzebował na  zebranie 10 spotkań w kadrze, a po kolejnym miał ich już 25. Jubileusz 50. przypadł na towarzyską potyczkę z Urugwajem w Gdańsku, przegraną 1:3 w listopadzie 2012. Mecz numer 75 to także towarzyski pojedynek z Finlandią we Wrocławiu 26 marca 2016. Setny występ miał miejsce dokładnie przed rokiem, 11 października 2018 w przegranym 2:3 meczu Ligi Narodów z Portugalią w Chorzowie. W żadnym z nich nie wpisał się na listę strzelców.

Bez dwóch zdań „Lewy” jest w historii polskiego futbolu absolutnym fenomenem, wciąż jednak niedocenianym, chyba także przez część graczy naszej kadry, zwłaszcza tych z dużym stażem i ambicjami odgrywania w niej co najmniej tak samo ważnej roli. I to być może jest rzeczywistą przyczyną kwasów psujących atmosferę w reprezentacji.

Brzęczek wciąż w ogniu krytyki

Trener Jerzy Brzęczek wciąż nie ma najlepszej prasy w Polsce i mimo wysokiej wygranej z Łotwą przed niedzielnym meczem z Macedonią Północną nie szczędzono mu słów krytyki. Wytykano mu przede wszystkim mierny styl gry prezentowany przez nasz zespół, co było wyraźnie widoczne zwłaszcza we wrześniowych meczach ze Słowenią i Austrią. W statystycznym ujęciu kadencja obecnego selekcjonera też nie prezentuje się imponująco: przed niedzielną potyczką z zespołem Macedonii Północnej biało-czerwoni pod jego wodzą mieli na koncie pięć zwycięstw, cztery remisy i cztery porażki. Poprzednicy Brzęczka w pierwszych 13 meczach w roli selekcjonera notowali na ogół lepsze wyniki. Mniej zwycięstw na tym etapie od niego miał tylko Franciszek Smuda (cztery), natomiast Jerzy Engel, Waldemar Fornalik i Adam Nawałka mieli już po sześć wygranych spotkań. Rekordzistami pod tym względem pozostają Paweł Janas i Leo Beenhakker, którzy z 13 pierwszych meczów wygrali po osiem.
Trzeba jednak uczciwie dodać, że Brzęczek musiał od pierwszego spotkania walczyć o punkty, bo swoją kadencję zaczął od rywalizacji w nowych rozgrywkach Ligi Narodów. Jego poprzednicy natomiast zaczynali pracę od potyczek towarzyskich poprzedzających rywalizację w eliminacjach albo do mundialu, albo do mistrzostw Europy.

Brak awansu byłby grzechem
Wygrana biało-czerwonych z Łotwą zwiększyła dorobek naszej reprezentacji do 16 punktów i tylko kataklizm mógłby sprawić, że nie zakwalifikuje się na mistrzostwa Europy. Biało-czerwoni mogli przypieczętować awans już w niedzielnym starciu z drużyną Macedonii Północnej, tym bardziej, że grali w swojej twierdzy, Stadionie Narodowym w Warszawie. Ale nawet w przypadku niekorzystnego rezultatu, całkiem możliwego zważywszy na fakt, że nasi piłkarze zagrali z Łotwą słabo, a Macedończycy w czwartek pokonali u siebie Słowenię, z którą we wrześniu przecież ekipa Brzęczka przegrał w fatalnym stylu 0:2.

„Na pewno w ich zespole będzie panowała euforia. To niewygodny rywal, twardo gra w defensywie, a z przodu też ma kilku piłkarzy, którzy potrafią pograć. Wszystko zależy jednak od nas, od tego na co im na boisku pozwolimy. Poza tym to my zagramy u siebie, przy komplecie publiczności, więc mam nadzieję, że wróci nasz styl, płynność w naszych akcjach. W tym meczu damy z siebie wszystko, bo przecież wszyscy wiemy, że zwycięstwo może nam zapewnić awans do finałów mistrzostw Europy” – podkreślał przed meczem z Macedończykami Lewandowski, który po chwilowym wycofaniu się z roli lidera zespołu po meczu z Łotwą, po powrocie do Warszawy ponownie zaczął mobilizować ekipę do walki.
Czy skutecznie, tego w chwili oddawania gazety do druku wiedzieć nie mogliśmy, bowiem mecz Polska – Macedonia Północna zakończył się po zamknięciu wydania. Wiedzieliśmy jednak to, co wszyscy – brak awansu naszej drużyny byłby niewybaczalnym grzechem.

 

Grali w strachu przed aferą

Mecz naszej piłkarskiej reprezentacji z Łotwą, najsłabszym zespołem grupy G, miał przynieść odpowiedź na kilka pytań dotyczących aktualnych możliwości kadry Jerzego Brzęczka. Ewentualnych problemów nikt na serio nie brał pod uwagę, chociaż w przededniu spotkania pojawiło się małe światełko ostrzegawcze.

Na Łotwie właśnie rozpoczęła się nowa odsłona afery z ustawianiem wyników meczów, co ciekawe – również drużyny narodowej tego kraju. To trochę wyjaśniało zerową zdobycz punktową Łotyszy po sześciu kolejkach i 21 straconych przez nich goli, ale zarazem nakazywało się zastanowić, czy ten zespół rzeczywiście jest tak beznadziejnie słaby, czy tylko udawał słabość ku zadowoleniu azjatyckich mafii bukmacherskich. Wystarczyło w tym momencie przypomnieć sobie straszliwe męczarnie, jakie kadrowicze Jerzego Brzęczka przeżywali w marcowym meczu z Łotwą na Stadionie Narodowym w Warszawie.

Biało-czerwoni wygrali, jak pamiętamy, ostatecznie 2:0 po golach Lewandowskiego i Glika, lecz wcale w przekroju spotkanie nie wyglądali na lepszy zespół. Nadzwyczajną waleczność i zaangażowanie łotewskich piłkarzy tłumaczono wtedy tym, że większość z nich albo już grała, albo bardzo chciała grać w klubach naszej ekstraklasy i chciała się pokazać z jak najlepszej strony.
Ostatnio jednak na Łotwie pojawiły się w tym względzie pewne wątpliwości. Policja zatrzymała trzy osoby, między innymi byłego prezesa klubu FK Dinaburg Olega Gawriłowa, który w przeszłości był już oskarżany o manipulowanie wynikami meczów. Został zresztą za to w 2014 roku dożywotnio zdyskwalifikowany i ma zakaz jakiejkolwiek działalności w łotewskim futbolu. Mimo to jego nazwisko pojawiło się w kontekście dochodzenia w sprawie ustawiania wyników kilku oficjalnych meczów piłkarskich tamtejszej ekstraklasy, a nawet spotkań z udziałem drużyny narodowej. Śledztwo jest nadzorowane przez łotewski rząd. Ints Kuzis, szef policji, podkreślił, że tego rodzaju manipulacje nie są możliwe bez zaangażowania piłkarzy i zaapelował do wszystkich zawodników, którzy otrzymali oferty uczestnictwa w nielegalnym procederze, żeby podjęli współpracę ze służbami wymiaru sprawiedliwości. Z kolei minister spraw wewnętrznych Łotwy Sandis Girgen ujawnił, że jego resort dysponuje informacjami na temat zakładów bukmacherskich dotyczących zmanipulowanych wyników meczów.

Najlepszym sposobem na wyjście z tej trudnej dla całego łotewskiego futbolu sytuacji miał być dobry wynik w czwartkowym meczu z reprezentacją Polski, liderem grupy i murowanym faworytem do awansu. Na zwycięstwo działacze piłkarskiej federacji Łotwy nie liczyli, ale do piłkarzy docierało z różnych źródeł, że mają powalczyć chociaż o remis, bo taki wynik po serii sześciu przegranych meczów zostanie uznany przez opinię publiczną za sensację i za wielki sukces.

Cel postawiony przed piłkarzami łotewskiej reprezentacji nie był aż tak całkowicie nierealny do zrealizowania, bo Polacy przyjechali do Rygi w nie najlepszych nastrojach. Pewną nowością dla nich było to, że przed hotelem nie było polskich kibiców ani łowców autografów. Ten zerowy brak zainteresowania zdeprymował nawet największego gwiazdora biało-czerwonych Roberta Lewandowskiego. Ale już czwartek w Rydze dało się zauważyć obecność polskich kibiców, których liczbę szacowano na trzy do pięciu tysięcy.

Czwartkowy mecz Łotwa – Polska w Rydze zakończył się po zamknięciu wydania. Nasi piłkarze natychmiast po spotkaniu wrócili do Warszawy, żeby szykować się do zaplanowanej na niedzielę potyczki z ekipą Macedonii Północnej. Na treningi jak widać trener Brzęczek czasu wiele nie miał, więc wszystko w obu meczach zależało wyłącznie od piłkarzy.

 

Tylko Lewy nie zawodzi

W ostatnim ligowym weekendzie przed przerwą dla reprezentacji, z kadrowiczów powołanych przez Jerzego Brzęczka nikt nie błysnął w meczach swoich klubowych drużyn. Jeszcze bardziej powinno zmartwić selekcjonera słaba skuteczność biało-czerwonych, oczywiście poza Robertem Lewandowskim, który gola strzelił.

Bayern Monachium zapłacił cenę za miażdżące wyjazdowe zwycięstwo z Lidze Mistrzów z Tottenhamem (7:2) i w minioną sobotę w 7. kolejce Bundesligi przegrał na swoim stadionie sensacyjnie z Hoffenheim 1:2. Autorem honorowego gola dla bawarskiej jedenastki był niezawodny Robert Lewandowski, dla którego było to już 11. trafienie w tym sezonie. Kapitan reprezentacji Polski tydzień wcześniej został pierwszym graczem w historii niemieckiej ekstraklasy, któremu udało się zdobyć w pierwszych sześciu kolejkach 10 goli. Teraz będzie pierwszym, który w siedmiu pierwszych kolejkach zdobył 11 bramek i kolejne pokolenia piłkarzy będą musiały mierzyć się z tym jego osiągnięciem. Tymczasem „Lewy” golem strzelonym ekipie Hoffenheim poprawił swój łączny dorobek w Bundeslidze do 213 trafień, co dało mu awans na czwarte miejsce w klasyfikacji wszech czasów, które dzieli teraz ze zmarłym nie tak dawno legendarnym niemieckim piłkarzem Manfredem Burgsmuellerem. Trzy czołowe miejsca w tym zestawieniu zajmują Gerd Mueller (365 goli), Klaus Fisher (268) i Jupp Heynckes (220).

Bilans Lewandowskiego we wszystkich klubowych rozgrywkach jest w tym sezonie imponujący – w 10 spotkaniach zdobył już 14 bramek, strzelając gola średnio co 62 minuty! Trafiał w każdym meczu tego sezonu oprócz pierwszego, o Superpuchar Niemiec z Borussią Dortmund (0:2). Kapitan reprezentacji Polski przybliżył się do osiągnięcia Pierre’a-Emericka Aubameyanga, który w barwach Borussii Dortmund strzelał gole w pierwszych ośmiu kolejkach sezonu i jest pod tym względem rekordzistą Bundesligi, ale „Lewy” zdobył bramki już w siedmiu kolejkach, więc niewykluczone, że Gabończykowi dorówna, a nawet jego wynik poprawi.

Wypada jedynie żałować, że Lewandowski nie jest taki zabójczo skuteczny w meczach reprezentacji. Oba wrześniowe występy, przeciwko Słowenii i Austrii, zakończył bez trafienia, ale też nikt go nie wyręczył. Miejmy nadzieję, że w czekających biało-czerwonych październikowych spotkaniach z Łotwą i Macedonią Północną nasza drużyna narodowa wyciągnie z tego wnioski i tym razem wszyscy gracze bez wyjątku będą ofiarnie pracować nad stworzeniem „Lewemu” dogodnych okazji strzeleckich. Nie ma co stawiać na nagłe przebudzenie przeżywającego głęboki kryzys formy Krzysztofa Piątka czy irytującego podobną nieskutecznością Arkadiusza Milika. Z Łotwą i Macedonią nasz zespół musi wygrać, a bez goli tego celu nie osiągnie, zaś sam Lewandowski bez wsparcia kolegów tych goli nie zapewni.

 

Bayern posłał ostrzeżenie

Nie brakowało emocji i zaskakujących rezultatów w drugiej kolejce Champions League. Zagrało w niej sześciu polskich piłkarzy i większość zanotowała udane występy, ale najlepiej wypadł Robert Lewandowski, zdobywca dwóch bramek dla Bayernu Monachium w wygranym 7:2 wyjazdowym meczu z Tottenhamem Hotspur.

Lewandowski w tych prestiżowych rozgrywkach ma już na koncie 56 trafień i w klasyfikacji wszech czasów zajmuje obecnie, na spółkę z Holendrem Ruudem van Nistelrooyem, piąte miejsce. Przed nimi na liście najskuteczniejszych jest trzech czynnych jeszcze zawodników – Cristiano Ronaldo (127 goli), Leo Messi (110 goli) i Karim Benzema (60 goli), którego wyprzedza przebywający już od dawna na piłkarskiej emeryturze Raul Gonzalez Blanco (71 goli). Za „Lewym” reszta graczy sklasyfikowanych w Top 10 tego zestawienia: Ruud van Nistelrooy (56 goli), Thierry Henry (50 goli), Alfredo Di Stefano (49 goli), Zlatan Ibrahimović (48 goli) i Andrij Szewczenko (48 goli). Na dogonienie Cristiano Ronaldo i Leo Messiego ani Benzema, ani Lewandowski szans nie mają, ale w tym sezonie obaj pewnie będą się ścigać o czwartą lokatę w klasyfikacji wszech czasów, bo Raula też nie przeskoczą.

Nawet Lewandowski, chociaż imponuje niesamowitą skutecznością. Zdobyte przez niego dwie bramki w spotkaniu z Tottenhamem były jego 13. i 14. trafieniem w tym sezonie. W pięciu najsilniejszych ligach Europy żaden inny piłkarz nie może pochwalić się podobną zdobyczą. Kapitan reprezentacji Polski od kilku tygodni jest chwalony przez niemieckie media, które za ten występ przyznały mu notę 1, co za Odrą oznacza „klasę światową”. UEFA na swoim portalu wyróżniła jednak nie gole Polaka, lecz jego efektowne zagranie piłki piętą nad głową środkowego obrońcy Tottenhamu Belga Jana Vertonghena. Ale to nie „Lewy” był bohaterem wieczoru w bawarskiej jedenastce, tylko reprezentant Niemiec Serge Gnabry, strzelec aż czterech goli dla Bayernu. Znakomicie grali też niemal wszyscy pozostali gracze mistrza Niemiec. Efektowna wygrana nie czyni jeszcze drużyny trenera Niko Kovaca głównym pretendentem do wygrania Ligi Mistrzów, ale bez wątpienia „Lewy” i spółka wysłali rywalom sygnał, że w tym sezonie zamierzają bić się w tych rozgrywkach o najwyższe laury.

Nie jest to cel na wyrost, bo póki co, sądząc po wynikach, wielu potencjalnych konkurentów mocno obniżyło loty. Po dwóch kolejkach, oprócz Bayernu, komplet punktów mają jeszcze tylko zespoły Paris Saint-Germain, Manchesteru City i Ajaksu Amsterdam. Wielki Real Madryt nawet w swojej świątyni na Santiago Bernabeu nie potrafił pokonać belgijskiego słabeusza Club Brugge, a do przerwy nawet przegrywał 0:2. Hiszpańskie media surowo oceniają „Królewskich”. Dziennik „As” napisał, że ostatnie miejsce w grupie to wstyd dla tego utytułowanego klubu. Na razie jednak nikt nie przekreśla szans Realu na awans do 1/8 finału, a właśnie w tej fazie rozgrywek zacznie się dopiero prawdziwa walka.

Z naszych piłkarzy rywalizujących w tym sezonie w Lidze Mistrzów udane występy, oprócz Lewandowskiego, zanotowali jeszcze Łukasz Piszczek w Borussii Dortmund (2:0 na wyjeździe ze Slavią Praga), Wojciech Szczęsny w Juventusie Turyn (3:0 u siebie z Bayerem Leverkusen), Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus w Lokomotiwie Moskwa (0:2 u siebie z Atletico Madryt), natomiast słabo wypadł w ekipie SSC Napoli (0:0 na wyjeździe z KRC Genk) irytująco nieskuteczny Arkadiusz Milik. Drugi z Polaków w ekipie z Neapolu, Piotr Zieliński, tym razem cały mecz grzał ławę.

 

Kadra pod napięciem

Trener Jerzy Brzęczek ogłosił skład kadry na październikowe mecze z Łotwą i Macedonią Północną. Nowicjuszem w 24-osobowej kadrze jest 19-letni bramkarz Legii Warszawa Radosław Majecki, który zastąpił kontuzjowanego Łukasza Fabiańskiego. W porównaniu z wrześniowymi powołaniami zabrakło w niej leczących urazy Jakuba Błaszczykowskiego i Dawida Kownackiego oraz Michała Pazdana.

Po nieudanych wrześniowych meczach ze Słowenią (0:2) i Austrią (0:0) atmosfera w kadrze biało-czerwonych i wokół niej mocno zgęstniała. Tu i ówdzie w mediach pojawiły się nawet żądania dymisji Jerzego Brzęczka. Pod adresem selekcjonera sypały się kolejne zarzuty, z których większość, niestety, nie była bezpodstawna. Tuż przed rozesłaniem powołań na październikowe zgrupowanie spekulacje w tej kwestii postanowił przeciąć szef PZPN Zbigniew Boniek, który w jednym z telewizyjnych programów branżowych jednoznacznie stwierdził: „Brzęczek jest nie do ruszenia. Postawiłem przed nim cel, czyli awans na Euro 2020 przy jednoczesnym odmłodzeniu kadry. Cel ten jest realizowany. Opornie, ale jest. Nie gramy tak, jak byśmy chcieli, ale jesteśmy na pierwszym miejscu w grupie”.

Prezes przecina spekulacje

Przy okazji Boniek z sobie tylko wiadomego powodu przyładował w kapitana reprezentacji Roberta Lewandowskiego, odnosząc się do jego wypowiedzi po meczu z Austrią, w której stwierdził, że w grze biało-czerwonych brakuje wypracowanych schematów. „Nasza gra nie wyglądała ładnie i nie była płynna. Walka zawsze musi być i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej, ale całość powinna wyglądać lepiej. Nawet przy wychodzeniu z kontrą coś szwankuje i przez to się męczymy sami z sobą” – stwierdził „Lewy”.

Prezes PZPN po trzech tygodniach wrócił do tej wypowiedzi, komentując ją mniej więcej tak: „Słyszałem tę wypowiedź Roberta i rozmawiałem z nim o tym. Uważam, że kapitan reprezentacji nie powinien mówić takich rzeczy po meczu. Nawet jeśli tak uważa i nawet jeśli ma rację. Lepiej jest porozmawiać z drużyną, z trenerem, żeby wyciągnąć wnioski. A taka wypowiedź jakiej udzielił puszczona w obieg, w dzisiejszych czasach powoduje niepotrzebne spekulacje” – powiedział Boniek.

Jego słowa nie ostudziły jednak nastrojów, a nawet wręcz przeciwnie – jedynie potwierdziły medialne przecieki, że po meczu z Austrią także w szatni doszło do słownego starcia między „Lewym” a Brzęczkiem. Ponoć nie pierwszego i zapewne nie ostatniego.

Trener osłabia kapitana

Nie jest chyba żadną tajemnicą, że obaj panowie nie darzą się sympatią, a główną przyczyną tej antypatii jest zadawniony konflikt między Lewandowskim a siostrzeńcem Brzęczka Jakubem Błaszczykowskim. Na zewnątrz obaj piłkarze zachowują rzecz jasna pozory poprawnych relacji, podobnie zresztą jak Brzęczek z Lewandowskim, w praktyce jednak w tym tercecie toczy się cicha rywalizacja, w której selekcjoner trzyma twardo stronę krewniaka i osłabia jak tylko może pozycję „Lewego” w kadrze. Nieprzypadkowo po raz pierwszy od lat Lewandowski w eliminacjach nie jest najskuteczniejszym strzelcem naszej kadry. Problem w tym, że napastnik, który miał go wygryźć z podstawowego składu, czyli Krzysztof Piątek, właśnie zalicza bolesny upadek z bardzo wysokiego konia, natomiast „Lewy” notuje najlepsze w historii Bundesligi wejście w sezon, bo niedawno jako, pierwszy gracz w niemieckiej ekstraklasie w pierwszych sześciu kolejkach strzelił 10 goli. Odesłanie takiego zawodnika na ławkę rezerwowych byłoby zawodowym samobójstwem, ale nawet gdyby Brzęczek na coś takiego chciał się zdecydować, nie pozwoli mu na to jego zwierzchnik, czyli Boniek, który mimo krytycznych opinii o „Lewym” docenia jednak jego piłkarską klasę oraz rolę w kadrze.

Niekonsekwentne odmładzanie

W 24-osobej kadrze Brzeczek znalazł miejsce tylko dla dwóch graczy z PKO Ekstraklasy, na dodatek z jednego klubu, Legii Warszawa (Majecki i Jędrzejczyk). Pewnie gdyby nie kontuzja, liczbę tę powiększyłby grający obecnie w Wiśle Kraków Błaszczykowski, ale gdyby nie kłopoty zdrowotne Fabiańskiego, nie byłoby wśród powołanych Majeckiego. Tak czy owak liczba zawodników z rodzimej ligi jest w tej chwili symboliczna, co nie dziwi, skoro każdy jako tako wyróżniający się w ekstraklasie młody piłkarz jest natychmiast eksportowany za granicę.

Tam też selekcjoner, obojętnie kto nim będzie, musi dzisiaj szukać następców dla zawodników, którzy zbliżają się do końca reprezentacyjnej kariery.

Kadra Polski:
Bramkarze:
Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Włochy), Łukasz Skorupski (Bologna, Włochy), Radosław Majecki (Legia Warszawa).
Obrońcy:
Jan Bednarek (Southampton, Anglia), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua, Włochy), Thiago Cionek (SPAL, Włochy), Kamil Glik (AS Monaco, Francja), Artur Jędrzejczyk (Legia Warszawa), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), Arkadiusz Reca (SPAL, Włochy), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa, Rosja).
Pomocnicy:
Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Kamil Grosicki (Hull City, Anglia), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy), Krystian Bielik (Derby County, Anglia), Przemysław Frankowski (Chicago Fire, USA), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia), Karol Linetty (Sampdoria Genua, Włochy), Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa, Rosja).
Napastnicy:
Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), Arkadiusz Milik (SSC Napoli, Włochy), Krzysztof Piątek (AC Milan, Włochy).

 

Tercet dzielnych strzelców

Do pierwszego październikowego meczu reprezentacji Polski w eliminacjach Euro 2020 (z Łotwą w Rydze) zostało niespełna półtora tygodnia, dlatego cieszą strzeleckie popisy naszych kluczowych piłkarzy w ligowych rozgrywkach. W miniony weekend swoje kolejne bramki w tym sezonie zdobyli Robert Lewandowski, Kamil Grosicki i Grzegorz Krychowiak.

Lewandowski w meczu 6. kolejki Bundesligi z Padeborn strzelił już 10. gola w obecnych rozgrywkach. Kapitan reprezentacji Polski ustanowił tym samym nowy rekord niemieckiej ekstraklasy, jest bowiem pierwszym w historii jej zawodnikiem, który zdobył 10 bramek w pierwszych sześciu kolejkach ligowych. Bawarczycy wygrali jednak z outsiderem Bundesligi tylko 3:2, a stracone przez nich bramki są pierwszymi w historii zdobytymi przez Padeborn w meczach z Bayernem. „Lewy” i spółka dzięki tej wygranej wskoczyli na fotel lidera, bo prowadzący po pięciu kolejkach RB Lipsk niespodziewanie przegrał u siebie z Schalke Gelsenkirchen 1:3.

Mimo ustanowienia rekordu 10 goli w sześciu pierwszych kolejkach sezonu, Lewandowski za swój występ otrzymał przeciętne oceny, bo w szóstej minucie spudłował w dogodnej sytuacji. W 13. minucie równie dogodną okazję zmarnował też Kingsley Coman, ale Francuzowi łatwiej to wybaczono. Prowadzenie Bayernowi dał w końcu Serge Gnabry, który wykorzystał kapitalne podanie świetnie grającego Philippe Coutinho. Do przerwy więcej goli już nie padło. Dopiero w 55. minucie na 2:0 podwyższył Coutinho, a asystę dla odmiany zaliczył Gnabry. Potem zaczęły się jednak dziać cuda, bo ekipa Padebornu zdobyła kontaktową bramkę. Pierwsze historyczne trafienie w Bundeslidze przeciwko Bayernowi zapisał na swoje konto Kai Proeger. Gdy wydawało się, że Paderborn doprowadzi do wyrównania, trybuny uciszył Lewandowski strzelając gola z podania Niklasa Suele. ”Lewy” zdążył wbić swojego gola dosłownie w ostatniej chwili, bo dwie minuty później został zmieniony przez Thomasa Muellera. Ostatecznie kiepsko grający w defensywie Bayern stracił jeszcze jednego gola, co przed wtorkową potyczka w Lidze Mistrzów z Tottenhamem nie stawia niemieckiej drużyny w roli faworyta.

W klasyfikacji strzelców „Lewy” powiększył przewagę nad konkurentami – prowadzi z 10 trafieniami, a drudzy w zestawieniu Paco Alcacer (Borusssia Dortmund) i Timo Werner (RB Lipsk) nie powiększyli swojego dorobku i nadal mają po pięć goli.
W meczu na szczycie rosyjskiej ekstraklasy Lokomotiw Moskwa wygrał z Zenitem Petersburg 1:0. Zwycięską bramkę dla moskiewskiej drużyny zdobył Grzegorz Krychowiak. Dla defensywnego pomocnika reprezentacji Polski było to było to już szóste trafienie w tym sezonie. Polak pięć razy pokonywał bramkarzy zespołów przeciwnych w meczach ligowych, a jednego gola, także zwycięskiego, strzelił w Lidze Mistrzów w wygranym przez Lokomotiw na wyjeździe spotkaniu z Bayerem Leverkusen 2:1. 29-letni pomocnik ma ponadto na koncie trzy asysty – dwie w lidze i jedną w Superpucharze Rosji. Choć to dopiero koniec września, już teraz można powiedzieć, że Krychowiak rozgrywa najlepszy sezon w karierze pod względem liczby strzelonych goli. A nie jest to przecież jego boiskowa powinność, z której, jak Lewandowski, jest skrupulatnie rozliczany. Dlatego w Rosji media wychwalają polskiego piłkarza i słusznie traktują jak gwiazdę. Zwłaszcza, że napędzany przez niego zespół Lokomotiwu dorównał w tabeli ligowej ekipom Zenita i FK Rostów – te trzy zespoły prowadzą z dorobkiem 23 punktów.

Regularnością w zdobywaniu bramek zachwyca też w angielskiej Championship Kamil Grosicki. Skrzydłowy reprezentacji Polski w miniony weekend zdobył kapitalna bramkę z rzutu wolnego w zremisowanym przez jego Hull City 2:2 meczu 9. kolejki z Cardiff City. To już jego czwarta bramka w tym sezonie, a trzecia zdobyta z rzutu wolnego. „On jest jednym z najlepszych graczy Championship, a jak ma swój dzień, to może nawet i najlepszym” – chwali reprezentanta Polski trener Hull City Grant McCann.
Miejmy nadzieję, że ten zabójczo skuteczny tercet okaże się równie skuteczny w październikowych meczach z Łotwą i Macedonią Północną.

 

Lewy na fali, Piątek tonie

W poprzednim sezonie Krzysztof Piątek był objawieniem na europejskich boiskach, a w reprezentacji Polski zepchnął w cień nawet Roberta Lewandowskiego. W tej chwili obu naszych napastników znów dzieli przepaść, bo „Lewy” w pięciu ligowych kolejkach Bundesligi zdobył 9 bramek, zaś Piątek w czterech Serie A tylko jedną.

Lewandowski został wybrany na piłkarza miesiąca w Bundeslidze. Za dobre występy w sierpniu nominacje do tego wyróżnienia otrzymali też Yuya Osako (Werder Brema), Marcel Sabitzer (RB Lipsk), Jadon Sancho (Borussia Dortmund), Jonathan Schmid (Freiburg) i Timo Werner z RB Lipsk. Niemiecka Liga Piłkarska (DFL) wprowadziła nagrodę dla zawodnika miesiąca Bundesligi przed rokiem. Najlepszego gracza wybierają kibice, dziennikarze, kapitanowie wszystkich drużyn oraz byli znakomici zawodnicy. Głosowanie odbywa się w dwóch etapach (najpierw nominowanych zostaje sześciu kandydatów).W poprzednim sezonie „Lewemu” ani razu nie udało się zostać piłkarzem miesiąca. Ten zaczął jednak tak dobrze, że wręcz nie wypadało wyróżnić kogoś innego.

W miniony weekend napastnik Bayernu Monachium znów błysnął wielka strzelecką formą, zdobywając dwie bramki z meczu z FC Koeln (4:0). Mistrzowie Niemiec byli zdecydowanymi faworytami tego spotkania, bo z 10 ostatnich potyczek z FC Koeln wygrali dziewięć, a raz był remis. Klub z Kolonii nie pokonał Bayernu od 2011 roku. Lewandowski strzelając pierwszego gole powtórzył osiągnięcie innego piłkarza Bayernu, Carstena Janckera z sezonu 2000/2001, który zdobywał bramki w pierwszych pięciu kolejkach. W 57-letniej historii Bundesligi dokonało tego tylko siedmiu piłkarzy – oprócz wymienionych już graczy Bayernu, jeszcze Pierre-Emerick Aubameyang z Borussii Dortmundu w sezonie 2015/2016, dwaj piłkarze Bayeru Leverkusen – Stefan Kiessling (2009/2010) i Dimitar Berbatow (2005/2006), Fredi Bobić (VfB Stuttgart, 1995/1996) i Dietmar Danner (Borussia Moenchengladbach, 1973/1974).

Na drugą bramkę Bayern musiał poczekać do drugiej połowy. Krótko po wznowieniu gry Joshua Kimmich dośrodkował z rzutu rożnego, a Lewandowski wygrał pojedynek w powietrzu z Rafaelem Czichosem i precyzyjnym uderzeniem głową podwyższył prowadzenie na 2:0, zdobywając dziewiątą bramkę w obecnym sezonie niemieckiej ekstraklasy. Polak jest liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi, a we wszystkich rozgrywkach zaliczył już 11 trafień. „Lewy” jest w takim „gazie”, że stać go nawet na rezygnację z przywileju, jakim jest prawo egzekwowania w Bayernie „jedenastek”. W spotkaniu z FC Koeln pozwolił wykonać rzut karny pozyskanemu latem Brazylijczykowi Coutinho, za co zyskał nie tylko wdzięczność nowego kolegi, lecz także uznanie ze strony trenera Niko Kovaca i niemieckich mediów.

Krótko mówiąc kapitan reprezentacji Polski przeżywa w tej chwili piękne chwile, natomiast Krzysztof Piątek znalazł się na drugim biegunie i po każdym niemal występie we Włoszech z każdej strony spada na niego lawina krytyki. Największy sportowy dziennik we Włoszech „La Gazzetta dello Sport” uznał go za najgorszego gracza derbów Mediolanu (Milan – Inter 0:2). „Piątek już nie żądli, czy ktoś go widział na boisku?” – kpią włoscy dziennikarze. Na serio piszą jednak tak: „Być może to nie tylko jego wina, ponieważ zespół mu nie pomaga, ale to czas, by zacząć zadawać pytania. W ostatnich miesiącach tylko jeden gol i to z karnego. Być może ci, którzy go krytykują mają rację?”. Piątek w okresie przygotowawczym ani razu nie trafił do siatki, a po czterech kolejkach Serie A ma na koncie tylko jednego gola z rzutu karnego. Jego występ w reprezentacji w spotkaniu ze Słowenią pokazał nam, że znów musimy liczyć tylko na „Lewego”. Dobrze zatem, że chociaż on jest w formie.

 

Lewandowski goni legendy

W pierwszej kolejce spotkań Ligi Mistrzów UEFA nie brakowało zaskakujących rezultatów. Z nielicznej grupki uczestniczących w obecnej edycji rozgrywek polskich piłkarzy na boisku zobaczyliśmy pięciu – Roberta Lewandowskiego w Bayernie Monachium, Grzegorza Krychowiaka i Macieja Rybusa w Lokomotiwie Moskwa, Wojciecha Szczęsnego w Juventusie
Turyn i Piotra Zielińskiego w SSC Napoli.

Pozostali nasi piłkarze zgłoszeni do fazy grupowej – Łukasz Piszczek (Borussia Dortmund), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb), Arkadiusz Milik (SSC Napoli) i Jakub Piotrowski (KRC Genk) – z różnych powodów nie znaleźli się w kadrach meczowych. Z tych, którzy w pierwszej kolejce zagrali, smaku zwycięstwa nie zaznał tylko Szczęsny, bo Juventus, chociaż prowadził na Wanda Metropolitano w Madrycie, ostatecznie tylko zremisował 2:2 z Atletico Madryt. Wielki dzień w Leverkusen przeżyli natomiast Krychowiak i Rybus, którzy dołożyli swoje cegiełki do nieoczekiwanego zwycięstwa Lokomotiwu Moskwa nad Bayerem 2:1. Większą dorzucił bez wątpienia Krychowiak, który rozegrał znakomite zawody i na dodatek strzelił gola. Rosyjskie media znów wychwalają go pod niebiosa, ale też trzeba przyznać, że defensywny pomocnik reprezentacji Polski ten sezon zaczął naprawdę znakomicie – najpierw w rosyjskiej lidze, a teraz także w Lidze Mistrzów. Nas powinien jednak cieszyć także występ Rybusa, który ostatnio grzał ławę nie tylko w reprezentacji, ale też w moskiewskim zespole.

O ile gol Krychowiaka to wyjątek i wyczyn godny najwyższych pochwał, to trafienie Roberta Lewandowskiego dla Bayernu w spotkaniu z Crveną Zvezdą Belgrad już takim nadzwyczajnym wydarzeniem nie jest, bo gol strzelony przez „Lewego” to żadna sensacja. Większe emocje i komentarze nasz napastnik wzbudza raczej wtedy, gdy nie trafia. Ale o jego bramce strzelonej Crvenej Zveździe Belgrad mówiono sporo, bo był to jego dwusetny gol strzelony w barwach Bayernu. Przy okazji zauważono też, że było to zarazem 54. trafienie „Lewego” w Lidze Mistrzów w jego 81 występie w tych rozgrywkach. Do tego dorobku Polak dołożył ponadto 16 asyst. W klasyfikacji strzelców Champions League wszech czasów Lewandowski zajmuje szóste miejsce. W Top 10 tego zestawienia jest tylko czterech aktywnych piłkarzy, a właściwie to tylko trzech, bo Szwed Zlatan Ibrahimović kontynuuje karierę za oceanem, w amerykańskiej MLS. Na placu boju pozostają więc lider klasyfikacji wszech czasów Portugalczyk Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn) z oszałamiającym dorobkiem 126 goli, wicelider Argentyńczyk Lionel Messi (FC Barcelona) ze 112 trafieniami na koncie, czwarty na liście Francuz Karim Benzema (Real Madryt) z 60 bramkami, a dwa miejsca za nim Lewandowski, który w pierwszej kolejce jako jedyny z tego kwartetu zaliczył trafienie.

Bohaterem kolejki został jednak 19-letni Norweg Erling Braut Haland, który ustrzelił hat-tricka dla RB Salzburg w wygranym 6:2 meczu z KRC Genk. Ten młody piłkarz imponuje skutecznością, bo w ostatnich dziewięciu meczach strzelił aż 17 goli. Trzy gole strzelił też Chorwat Mislav Orsic dla Dinama Zagrzeb, a po dwie bramki zdobyli Argentyńczyk Angel Di Maria dla PSG i Niemiec Timo Wernen dla RB Lipsk.

 

Nie chcą już Brzęczka?

Nasza piłkarska reprezentacja straciła we wrześniowych meczach ze Słowenią i Austrią aż pięć punktów, a na dodatek w obu spotkaniach zagrała na przygnębiająco słabym poziomie. Dlaczego było tak źle, skoro kilka dni później niemal wszyscy kadrowicze w swoich macierzystych klubach imponowali wysoką formą? To rodzi dwa wnioski: albo Jerzy Brzęczek jest niekompetentnym trenerem, albo zespół ma go dosyć i gra przeciwko niemu.

Trener Brzęczek nie ma ostatnio najlepszej prasy. Porażka 0:2 ze Słowenia i bezbramkowy remis z Austrią na Stadionie Narodowym spowodowały lawinę krytyki pod jego adresem. Jej temperaturę podgrzało wypowiedziane niebacznie przez selekcjonera po meczu z Austriakami zdanie, żeby „rozsądnie oceniać” potencjał reprezentacji, co słusznie zostało odebrane jako próbę zwalenia winy za kiepskie wyniki na piłkarzy. I wygląda na to, że tak też te słowa odebrali kadrowicze, a przynajmniej znaczna część z nich. Na otwarte pyskowanie żaden się jednak jeszcze nie zdecydował. Nawet wyraźnie poirytowany degradacją do roli drugiego bramkarza Wojciech Szczęsny, który po powrocie do Juventusu Turyn zamieścił na Instagramie fotkę z treningu z wymownym wpisem, że „nie ma to jak wrócić w domu, gdzie jest się kochanym i docenianym”.

Zastanawiająca opinia Lewego

Znacznie bardziej dotkliwa dla Brzęczka była jednak opinia kapitana drużyny i jej najlepszego gracza, czyli Roberta Lewandowskiego, który bez owijania w bawełnę stwierdził, iż „zespół nie czuje się na boisku pewnie, a zawodnicy nie wiedzą, jak się poruszać po boisku z piłką i bez niej”. Oczywiście „Lewy” użył tu żargonowego skrótu myślowego, bo wiadomo przecież, że nie chodziło mu o samo bieganie po boisku, tylko o plan taktyczny, w którym trener określa zadania dla poszczególnych graczy i formacji. A że Brzęczek w układaniu takich schematów mocny nie jest, wiemy już od roku. Odkąd przejął kadrę nic w grze reprezentacji nie zmieniło się na lepsze. Wręcz przeciwnie.

Kto zatem jest odpowiedzialny za wyraźne obniżenie lotów przez polską reprezentację? Jej trener czy powoływani przez niego piłkarze? W miniony weekend kadrowicze dali najlepszą odpowiedź, jaką mogą dać w takich dyskusjach piłkarze – na ligowych boiskach. Lewandowski strzelił gola już w 3. minucie meczu z RB Lipsk, siódmego ligowego w tym sezonie. W końcu strzelecką niemoc przełamał Krzysztof Piątek, zdobywając bramkę z rzutu karnego w spotkaniu z Hellas Werona. Napastnik AC Milan pokonał też bramkarza rywali z gry, lecz tego trafienia arbiter mu nie uznał. Kapitalną bramkę dla Hull City z rzutu wolnego zdobył Kamil Grosicki, którego za występ w spotkaniu z Wigan Athletic uznano za najlepszego gracza meczu i wybrano do jedenastki kolejki Championship. Owszem, to tylko druga liga angielska, ale pod względem sportowego poziomu jest znacznie silniejsza nie tylko od naszej ekstraklasy, ale też w większości europejskich krajów.

Dlatego sugestia Brzęczka, że nasza reprezentacja jest słaba, bo musi z braku lepszych graczy stawiać na zawodników z Championship, merytorycznie jest chybiona i krzywdząca. Co zresztą udowodnili dwaj inni kadrowicze z tej ligi. Krystian Bielik, którego tak chwalono za udany debiut w biało-czerwonych barwach, był najlepszym piłkarzem Derby County w meczu ze spadkowiczem z Premier League Cardiff City, zaś Mateusz Klich, wystawiony do gry w meczu z Austrią tylko dlatego, że kontuzji doznał Jakub Błaszczykowski, zdobył bramkę dla Leeds United w wygranym 2:0 spotkaniu z Barnsley, po którym jego drużyna wróciła na pozycję lidera. Warto też podkreślić, że Grosicki, Bielik i Klich są podstawowymi graczami w swoich zespołach.

Nawet Krychowiak strzela gole

Także Grzegorz Krychowiak pokazał, że w Lokomotiwie Moskwa trener nie każe mu jedynie przeszkadzać rywalom w grze, ale też kreować grę i strzelać na bramkę. W ligowym spotkaniu z PKF Soczi „Krycha” zdobył zwycięską bramkę dla swojej drużyny, a było to już jego czwarte ligowe trafienie w obecnym sezonie. Piotr Zieliński wprawdzie gola nie strzelił, ale trener Carlo Ancelotti był zadowolony z jego gry i trzymał go na boisku do ostatniego gwizdka. SSC Napoli wygrało z Sampdorią Genua 2:0, a Zieliński za swój występ zebrał pochlebne recenzje. Dlaczego tak dobrze nie zagrał w meczach ze Słowenią i Austrią? Pytanie dotyczy praktycznie wszystkich zawodników, którzy wystąpili w tych spotkaniach w linii pomocy i ataku, bo w miniony weekend zdobyli w swoich klubowych zespołach pięć bramek. A jeszcze, jakby Brzęczkowi na złość, pominięty przez niego we wrześniowych powołaniach Przemysław Frankowski strzelił gola i zaliczył asystę w wygranym przez Chicago Fire 4:0 meczu z Dallas.

Z tyłu tylko Bednarek trzyma formę
Trochę gorzej, może za wyjątkiem Jana Bednarka (zaliczył udany występ w wygranym przez Southampton 1:0 wyjazdowym spotkaniu z Sheffield United), zaprezentowali się w miniony weekend zawodnicy formacji defensywnych. Trzymany przez Brzęczka na ławie Maciej Rybus także w Lokomotiwie Moskwa nie dostał szansy gry, Bartosz Bereszyński zebrał kiepskie recenzje za występ w Sampdorii przeciwko SSC Napoli, podobnie jak Kamil Glik za przegrany 3:4 przez jego AS Monaco mecz z Olympique Marsylia, a Tomasz Kędziora przegrany przez jego Dynamo Kijów mecz z Desną przesiedział na ławce rezerwowych. Natomiast Michał Pazdan, który po słabiutkim występie w meczu ze Słowenią potyczkę z Austrią obejrzał z trybun, po powrocie do tureckiego Ankaragucu zagrał całe spotkanie z Malatyasporem, ale też się nie popisał, bo jego zespół przegrał 0:4.
W sumie jednak można postawić tezę, że strata punktów w meczach ze Słowenią i Austrią nie była winą słabej formy piłkarzy, tylko kiepskiej jakości zespołu z nich zestawionego i przygotowanego do gry przez Brzęczka.

Selekcjoner kadry ma z tym problem przede wszystkim dlatego, że nie respektuje zasady, iż w reprezentacji powinni występować zawodnicy regularnie grający w swoich klubowych zespołach, a jeśli wszyscy spełniają to kryterium, to na boisko powinni wychodzić najlepsi z nich. Gdyby respektował, to Jakuba Błaszczykowskiego w kadrze w ogóle by nie było. Nawałka zbudował zespół wokół Lewandowskiego, który w 40 meczach strzelił 37 goli. Przez Brzęczka rola „Lewego” jest marginalizowana. Ale to już jest problem, który może rozwiązać jedynie dymisja selekcjonera.