Kolejna odsłona wojny Lewego z byłym agentem

Prokuratura Regionalna w Warszawie uzupełniła zarzuty wobec Cezarego Kucharskiego w śledztwie dotyczącym szantażowania Roberta Lewandowskiego i jego żony. Oskarżenie dotyczy domniemanego ujawnienia przez byłego agenta piłkarza niemieckiemu dziennikarzowi szczegółów kontraktów sportowych i reklamowych, a także zeznania podatkowego. Kucharski wyraził zgodę na upublicznianie jego wizerunku w tej sprawie.

Przesłuchanie Kucharskiego odbyło się 7 kwietnia. „Prokurator zarzucił podejrzanemu, że od sierpnia 2020 roku do drugiej połowy września 2020 roku, wbrew przyjętemu przez siebie zobowiązaniu do zachowania poufności, ujawnił przedstawicielowi zagranicznych mediów informacje, z którymi zapoznał się jako menedżer sportowca. Podejrzany za pośrednictwem poczty elektronicznej przekazywał dziennikarzowi kopie kontraktów reklamowych zawartych z międzynarodowymi koncernami z branży odzieżowej, spożywczej oraz elektronicznej, a także kopie kontraktów, które piłkarz w 2010 oraz 2016 roku podpisał z niemieckimi klubami piłkarskimi” – przekazał mediom rzecznik prasowy Prokuratury Regionalnej w Warszawie prokurator Marcin Saduś.
Według informacji podanych w komunikacie prokuratury Kucharski miał przekazywać niemieckiemu dziennikarzowi kopie zeznań podatkowych Roberta i Anny Lewandowskich. „W ocenie prokuratora działanie podejrzanego wypełniają znamiona przestępstw z art. 266 par. 1 kodeksu karnego oraz z art. 107 ust. 1 ustawy o ochronie danych osobowych. Opisane czyny w znacznym stopniu potwierdzają zasadność stawianego Cezaremu Kucharskiemu zarzutu dotyczącego szantażowania piłkarza”. Przesłuchany w charakterze podejrzanego Cezary Kucharski nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu czynu i odmówił składania wyjaśnień oraz odpowiedzi na pytania prokuratora.
Dla przypomnienia: jesienią ub. roku prokuratura wszczęła śledztwo przeciwko Kucharskiemu. Byłemu menedżerowi Lewandowskiego m.in. zarzut stosowania wobec swojego byłego klienta groźby rozpowszechnienia informacji dotyczących jego rzekomych nieprawidłowości w rozliczeniach podatkowych. Kucharski miał też grozić wszczęciem postępowania karnego i „rozgłaszaniem wiadomości uwłaczającej czci pokrzywdzonego oraz jego żony”, m.in. miał zapowiedzieć Lewandowskiemu, że go „zniszczy”, ale jednocześnie obiecywał zachowanie kompromitujących wiadomości w tajemnicy, gdy piłkarz zapłaci mu 20 mln euro, czyli równowartość 84,6 mln zł.
Obrońca Kucharskiego mecenas Oskar Sitek podważa jednak autentyczność nagrań i opinię biegłego w tej sprawie. 15 grudnia ub. roku sąd zmniejszył Kucharskiemu poręczenie majątkowe z 1 mln euro do 500 tys. złotych. Były menedżer Lewandowskiego ma zakaz zbliżania się do piłkarza i jego rodziny.
Kucharski nie przyznaje się do zarzucanych mu czynów. Postępowanie wszczęto po zawiadomieniu złożonym przez pełnomocnika Lewandowskiego.

Liga Mistrzów UEFA: Z Bayernem bez Lewego PSG dał radę

W rozegranych w środku tego tygodnia pierwszych spotkaniach 1/4 finału piłkarskiej Ligi Mistrzów Bayer Monachium przegrał z Paris Saint-Germain 2:3, Real Madryt pokonał FC Liverpool 3:1, a Manchester City Borussię Dortmund 2:1, zaś FC Porto u siebie uległo Chelsea Londyn 0:2. Rewanże zostaną rozegrane 13 i 14 kwietnia.

Z potyczek ćwierćfinałowych największe zainteresowanie wzbudza rzecz jasna starcie finalistów poprzedniej edycji Ligi Mistrzów, czyli broniącego trofeum Bayernu Monachium z Paris Saint-Germain. Pierwszy mecz rozegrano w minioną środę na Allianz Arena w Monachium. Wielkim nieobecnym był w nim Robert Lewandowski, najskuteczniejszy strzelec bawarskiej jedenastki, który leczy kontuzję kolana jakiej doznał w meczu reprezentacji Polski z Andorą. Ale nawet bez niego niemiecki zespół zdecydowanie dominował w starciu z paryżanami, nie potrafił jednak wykorzystać licznych okazji bramkowych. Snajperskie szczęście dopisywało natomiast zawodnikom Paris Saint-Germain, zwłaszcza Kylianowi Mbappe, który po szybkich kontratakach zdobył dwie bramki i powiększył swój dorobek w obecnej edycji Champions League do ośmiu trafień.
Swoim udanym występem 22-letni francuski piłkarz szczególnie ucieszył redaktorów tygodnika „France Football”, bo w ich opinii to najpoważniejszy kandydat do zdobycia „Złotej Piłki”. Chyba że Bayern w rewanżu jakimś cudem wyeliminuje ekipę PSG, co bez Lewandowskiego w składzie nie wydaje się możliwe, a polskiego snajpera na Parc des Princes niestety także zabraknie. „Robię wszystko, co w mojej mocy, by wrócić. Ale dopiero gdy poczuję się naprawdę dobrze, będę mógł znów zagrać. Mój powrót na rewanżowy mecz z PSG byłby przedwczesnym krokiem. Oczywiście, że wolałbym być na boisku, bo dla mnie nie jest to miłe uczucie nie móc wspomóc kolegów. Nic jednak nie mogę na to poradzić, jest jak jest, i zostaje mi tylko kibicowanie mojej drużynie” – przyznał „Lewy” w wypowiedzi dla „Sky”. W głębi ducha musi by jednak w podłym nastroju, bo ma świadomość, że Bayern w rewanżu może nie odrobić strat i odpadnie z dalszej rywalizacji, co definitywnie przekreśli też szanse „Lewego” na zdobycie upragnionej „Złotej Piłki”.
Pierwsza porażka Flicka w LM
Bayern przegrał w Lidze Mistrzów pierwszy raz od marca 2019 roku, ulegając ekipie Liverpoolu, która później zwyciężyła w całych rozgrywkach. Od tego czasu bawarska jedenastka odniosła 18 zwycięstw i zanotowała jeden remis. Porażka z Paris Saint-Germain może być nie tylko końcem pięknej serii, lecz niekoniecznie dominacji Bayernu w tych rozgrywkach. „Powinniśmy strzelić więcej goli. Oczywiście, zawsze można rozmawiać o straconych bramkach. Gdyby jednak ten mecz zakończył się wynikiem 6:3, to nikt nie powinien narzekać. Jest jednak, jak jest, daliśmy plamę i trzeba będzie gonić wynik w rewanżu. Tak naprawdę na wiele im nie pozwoliliśmy. Gdybyśmy pokazali ten instynkt zabójcy, który nas wyróżnia, to widzielibyśmy zupełnie inny mecz. Wiadomo, że nie można całkowicie wyeliminować ofensywy PSG. I nie wykonaliśmy dobrej roboty przy straconych golach. Jesteśmy nastawieni na ofensywę, dlatego strzelamy dużo goli, wygrywamy wiele meczów, ale dzisiaj zmarnowaliśmy zbyt wiele okazji” – ocenił mecz Thomas Mueller, który zdobył jedną z bramek (drugiego gola strzelił zastępujący Lewandowskiego Eric Maxim Choupo-Moting) i w sumie ma już na koncie w rozgrywkach Ligi Mistrzów 48 trafień. Pod tym względem jest najskuteczniejszym niemieckim piłkarzem w historii.
Dla Hansiego Flicka porażka z PSG to pierwszy przegrany mecz w Lidze Mistrzów w roli pierwszego trenera Bayernu. Niemiecki szkoleniowiec nie sprawiał jednak wrażenia załamanego, wręcz przeciwnie. „Biorąc pod uwagę sytuacje bramkowe, które mieliśmy, to wynik powinien być inny. Ale jestem zadowoleni ze stylu gry mojego zespołu, bo był na najwyższym poziomie. Ten zespół nigdy się nie poddaje i zapewniam, że w rewanżu zrobimy wszystko, żeby wywalczyć awans do półfinału” – zapewnił szkoleniowiec monachijczyków.
Manchester City zatrzymał Haalanda
W tym sezonie prowadzony przez trenera Pepa Guardiolę zespół Manchesteru City znów jest na fali wznoszacej. „The Citizens” mają już mistrzostwo Anglii praktycznie w kieszeni, awansowali też do finału Pucharu Ligi oraz półfinału Pucharu Anglii, zaś w Lidze Mistrzów nie zaznali jeszcze goryczy porażki – z ośmiu rozegranych meczów wygrali siedem tracąc w nich zaledwie jednego gola. W ćwierćfinałowej rywalizacji z Borussią Dortmund angielski zespół uważany jest więc za murowanego faworyta, zwłaszcza że ekipa z Dortmundu nie imponuje w tym roku formą – w Bundeslidze zajmuje dopiero piątą lokatę. Ale Borussia ma w swoim składzie lidera klasyfikacji strzelców obecnej edycji Ligi Mistrzów Erlinga Haalanda. 20-letni norweski napastnik ma na koncie 10 goli, lecz na stadionie Manchesteru City tego dorobku nie powiększył. Norwega wyręczył Marco Reus, który w 84. minucie doprowadził do wyrównania. Dzięki temu trafieniu reprezentant Niemiec wyszedł na prowadzenie w klasyfikacji strzelców wszech czasów Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów, spychając na drugą pozycję… Lewandowskiego.
To nie był jednak koniec emocji na Etihad Stadium, bo Manchester City ruszył do ataku i w 90. minucie Phil Foden, jeden z najlepszych graczy w tym spotkaniu, płaskim strzałem ustalił wynik spotkania na 2:1. Rewanż w Dortmundzie zapowiada się ciekawie i w tej chwili trudno przewidzieć który z tych zespołów wywalczy awans do półfinału. Dla przypomnienia: zwycięzca dwumeczu Manchester City – Borussia Dortmund z 1/2 finału zmierzy się z lepszym z pary PSG – Bayern. A tak na marginesie, nawiązując jeszcze do plebiscytu „Złotej Piłki”, to dla redakcji „France Football” najlepszą opcją byłby awans do półfinału zespołów Paris Saint-Germain i Borussii Dortmund, bo w bezpośrednim starciu tych ekip może by wykreował się im laureat nagrody – a już przecież ogłosili, że Kylian Mbappe i Erling Haaland są lepsi od starych mistrzów, Leo Messiego, Cristiano Ronaldo i Lewandowskiego.
Real bije Liverpool, a Chelsea Porto
Real Madryt bezlitośnie wykorzystał błędy obrony Liverpoolu i wygrywając u siebie 3:1 wykonał olbrzymi krok w kierunku awansu do półfinału Ligi Mistrzów. To miał być wielki rewanż Liverpoolu za porażkę w finale Ligi Mistrzów w 2018 roku. Wówczas prowadzeni przez Juergena Kloppa „The Reds” przegrali z Realem Madryt Zinedine’a Zidane’a 1:3. Ale na stadionie Santiago Bernabeu „Królewscy” zwarli szyki i przypomnieli światu, że nie można ich przekreślać nawet jeśli znajdują się w kryzysie. Zidane nie mógł wystawić do gry kontuzjowanych Edena Hazarda, Sergio Ramosa, Daniela Carvajala oraz zakażonego koronawirusem Raphaela Varane’a. FC Liverpool też boryka się z kadrowymi problemami i dlatego w Premier League jest poza czołówką, a Klopp wszystkie siły rzucił na Ligę Mistrzów. Na Real okazały się jednak niewystarczające. Bohaterem w ekipie „Królewskich” był 20-letni Brazylijczyk Vinicius Junior, strzelec dwóch goli, pierwszy piłkarz urodzonym w XXI wieku, który zapisał się na liście strzelców w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.
W czwartym spotkaniu 1/4 finału Chelsea Londyn pokonała na wyjeździe FC Porto 2:0 i w rewanżu raczej nie roztrwoni tej przewagi. Londyński zespół już więc może szykować się mentalnie na półfinałową potyczkę z Realem Madryt lub Liverpoolem.

Bayern cierpi bez Lewego

Przed środowym meczem 1/4 finału Ligi Mistrzów w ekipie Paris Saint-Germain panowało zadowolenie z powodu nieobecności Roberta Lewandowskiego w składzie Bayernu Monachium. Ale paryżan prześladował koronawirus.

Najpierw z zespołu PSG wypadł z powodu zakażeniu Covid-19 Włoch Marco Verratti, a tuż przed meczem z Bayernem wirus dopadł jego rodaka, Alessandro Florenziego. Włoskie i francuskie media donoszą, że obaj piłkarze czują się dobrze i przechodzą zakażenie bezobjawowo, lecz z powodu obowiązkowej kwarantanny będą mogli wrócić do kadry Paris Saint-Germain dopiero na rewanżowe spotkanie z mistrzami Niemiec, które obędzie się 13 kwietnia. Niewykluczone, że do tego czasu do pełni sił wróci jednak także zmagający się z urazem Robert Lewandowski, który w meczu reprezentacji Polski w eliminacjach MŚ 2022 z Andorą doznał uszkodzenia więzadeł pobocznych w prawym kolanie. Lekarz polskiej kadry przewidywał góra 10-dniową przerwę w grze „Lewego”, natomiast sztab medyczny Bayernu po przeprowadzonym w Monachium ponownym badaniu uznał, że potrzebna będzie co najmniej miesięczna przerwa.
Lewandowski nie zagrał więc w rozegranym w minioną sobotę w ramach w 27. kolejki Bundesligi meczu na szczycie z RB Lipsk, wygranym przez bawarski zespół 1:0. To zwycięstwo pozwoliło powiększyć Bayernowi przewagę nad drugim w tabeli zespołem z Lipska do siedmiu punktów i znacznie przybliżyło ekipę trenera Hansiego Flicka do obrony mistrzowskiego tytułu. „Lewy” dostał wolne i kurował staw kolanowy. Do treningów wrócił dopiero po świętach i w zależności od tego, jak się będzie czuł i jakie będą wyniki kolejnych badań, zapadnie decyzja o jego powrocie do składu Bayernu. Ale na pewno nie wystąpi w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain. Paryżanie cieszą się z osłabienia rywali, lecz może to nic im nie dać, bo w miniony weekend przegrali w krajowej lidze na swoim boisku z OSC Lille 0:1, chociaż trener Mauricio Pochettino posłał do walki największe asy PSG – Neymara, Kyliana Mbappe, Angelo di Marię i Moisę Keana.

Zegarek Lewandowskiego

Robert Lewandowski NIE ZARABIA SAM na swoje luksusowe zegarki – to kompletna fikcja i klasistowska propaganda.

Robert Lewandowski zarabia tak dużo, ponieważ w taki sposób zorganizowany jest sportowy przemysł. Robert Lewandowski nie wykopał pieniędzy z powietrza. Jest po prostu udziałowcem* w biznesie, który karmi się pieniędzmi zwykłych widzów i to głównie po prostu zwykłych pracowników. „Jego” środki pochodzą od klubu, który sponsorowany jest przez udziałowców, finansowany z przemysłu reklamowego i przez wielkie koncerny. Te pieniądze otrzymał od klubu za DOSTARCZENIE klubowi/firmom piłkarskim magnesu na widzów, aby skutecznie na nich zarabiać. To właśnie widzowie, zwyczajni zjadacze Lay’sów i pijacze Heinekena finansują życie Roberta Lewandowskiego. Iluzja, że jego pieniądze to „stoliczku nakryj się” bierze się stąd, że w kapitalizmie tradycyjnie całkowicie wyklucza się aktywną i podmiotową rolę sprawczą konsumentów i pracowników. Wg panującej propagandy pieniądze pojawiają się, jak królik z kapelusza i są wyłączną zasługą właściciela. To kłamstwo. Więc tak samo, jak możecie mieć coś do powiedzenia nt. UEFA, albo firm sprzedających i wciskających chemiczne i rakotwórcze żarcie, tak samo możecie otwarcie krytykować zarobki „Roberta”. Bo sami mu je wręczacie, jesteście zbiorowymi wytwórcami jego fortuny. Nie muszę chyba dodawać, jak sprawa wygląda w przypadku zegarka wręczonego od prezydenta RP…

Pojawiają się głosy, że Robert Lewandowski robi nam wręcz przysługę partycypując w luksusowej konsumpcji. Bo albo w ten sposób pieniądze do nas „wracają”, albo wydając je „nakręca” w ten sposób gospodarkę. Są to wielkie kłamstwa. Po pierwsze – nakręcona jest luksusowa, marnotrawcza konsumpcja zarezerwowana dla elit kapitalizmu i zaklęta w zamknięty krąg. Te środki krążą więc pomiędzy milionerami, ultrabogatymi firmami i pracownikami, którzy przymusowo biorą w tym udział i wcale nie są głównymi beneficjentami tego procederu. Po drugie „nakręcona” w ten sposób gospodarka jest nakręcona na zachcianki, a nie na prospołeczne tory… Nie żyjemy w świecie nieskończonych zasobów.

3) Luksusowa konsumpcja NIE JEST POTRZEBĄ, LECZ KAPRYSEM – tu dochodzimy do kluczowej sfery. Wiele osób uważa, że jeśli ktoś otrzymał w tym systemie pieniądze, to albo jest już zbawiony i ma usprawiedliwienie na wszystko, co zrobi z tymi pieniędzmi… Albo jeszcze inni uważają, że to są „normalne potrzeby” tylko da „bogatych ludzi”. Otóż w tym systemie wymordowano ponad połowę dzikiej przyrody Ziemi, miliony głodują i cierpią na brak wody, a niedofinansowane systemy zdrowotne taśmowo produkują trupy (w tym w Polsce, teraz). Działają tu też obywatele słynący z przekrętów na parówach. Powoływanie się na zdrowy charakter systemu to samobój. Nie jest to też wcale potrzeba – potrzebą określamy to, co konieczne człowiekowi do sprawnego funkcjonowania. I nie jest nią posiadanie zegarka, któego wartość zabezpieczyć potrzeby wielu innych ludzi. Potrzeby, jak np. potrzebę posiadania dachu nad głową, czy dostęp do ciepłego posiłku. To kaprysy, zachcianki… Które angażują sobą i zawłaszczają społeczne siły produkcji.

Luksusowa konsumpcja JEST GŁĘBOKO TOKSYCZNA – produkcja tego typu towarów zżera koszmarne ilości surowców (srebra, złota, kamieni szlachetnych, skóry…) i podporządkowuje życie tysięcy ludzi milionerom, którzy pragną mieć świecącą zabawkę. To niszczenie planety i środowiska naturalnego, to zawłaszczanie materiałów na egoistyczne zbytki, a także promowanie w społeczeństwie egocentrycznych i zwyczajnie klasistowskich praktyk (z maczyzmem w tle). Miliony (głównie) chłopców dorastają potem w przeświadczeniu, że posiadanie luksusów powinno być celem ich całego życia i nada mu sens. Większość oczywiście nie będzie nigdy miała takich zegarków, więc skończy z depresją i obniżonym poczuciem własnej wartości. A mniejszość, która dorwie się do tego Graala jeszcze bardziej przyczyni się do utrwalenia marnotrawstwa i podziałów.
I skąd w ogóle pomysł, że jeśli ktoś dobrze poradził sobie w tym toksycznym systemie i zagarnął miliony, to znaczy, że jest najlepszą osobą do wydawania tak gigantycznych środków??? Czy przekazalibyście losy Ziemi w ręce Obajtka? No a czemu nie??? Przecież zdaniem rynku, elit i rynkowych mechanizmów poradził sobie w życiu lepiej od 99 proc.obywateli tego kraju! Musi geniusz.

Z Anglią zagramy bez Lewandowskiego

W dwóch marcowych meczach eliminacyjnych nasza reprezentacja zdobyła cztery punkty, strzelając sześć goli. Połowę z nich zdobył Robert Lewandowski, którego jednak z powodu kontuzji odniesionej w meczu z Andorą zabraknie w kończącym marcową serię gier spotkaniu z Anglią na Wembley.

Lewandowski miał ogromnego pecha, bo kontuzji w meczu z Andorą doznał na minutę przed zaplanowaną zmianą. Z relacji lekarza kadry Polski Jacka Jaroszewskiego wynika, że gdy „Lewy” zszedł z boiska i opisał swoje dolegliwości, od razu pojawiły się obawy, że może to być uraz więzadła pobocznego kolana. „Miałem nadzieję, że zostało tylko naciągnięte, ale taką kontuzję można realnie ocenić dopiero po 5-10 godzinach” – opowiadał Jaroszewski. Lewandowski w poniedziałek rano nadal czuł jednak ból w nadwyrężonym prawym kolanie. Badanie rezonansem magnetycznym wykazało, że więzadło zostało naciągnięte na granicy naderwania. „To nie był jeszcze wielki problem, bo więzadła regenerują się najszybciej i można je dobrze zabezpieczyć. Dlatego gdyby mecz z Anglią był rozgrywany w najbliższy weekend, to pewnie zdołalibyśmy doprowadzić Lewandowski do pełni sił i mógłby zagrać. Ale mecz na Wembley gramy w środę, a dwa dni po urazie to zdecydowanie za mało, bo byłoby ryzyko pogłębienia urazu. Przez pierwsze dwie-trzy doby o kontuzji nie można grać” – przekonywał doktor Jaroszewski. I zapewniał, że Lewandowskiemu jest teraz potrzebne szybkie, kompleksowe leczenie, dlatego od razu wraca do Bayernu. „Realne jest, że zagra 7 kwietnia w Lidze Mistrzów z Paris Saint-Germain, a może nawet będzie gotowy do gry już w najbliższą sobotę w hicie Bundesligi z RB Lipsk” – zapewniał Jaroszewski.
W Niemczech kontuzja Lewandowskiego natychmiast stała się gorącym tematem. Dziennik „Bild” od razu poddał w wątpliwość optymistyczne prognozy sztabu medycznego polskiej reprezentacji i uznał, że występ polskiego snajpera Bayernu w sobotnim starciu z RB Lipsk jest wykluczony, a w środowym meczu Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain wielce wątpliwy. I od razu zaczął spekulować, co zrobi trener Hansi Flick. Nie dał się wmanewrować w ten tok rozumowania dyrektor sportowy RB Lipsk, Markus Kroesche. „Generalnie nikomu nie życzymy kontuzji. Skupiamy się na sobie. Ale wiemy też, że nawet bez Lewandowskiego Bayern wystawi przeciwko nam potężną drużynę” – stwierdził w rozmowie z „Bildem”.
Na Wyspach Brytyjskich absencja kapitana reprezentacji Polski w meczu z Anglią także była szeroko komentowana w mediach. „To ogromny cios dla polskiej drużyny i jej nadziei na uzyskanie znaczącego wyniku w spotkaniu z ekipą Trzech Lwów, która jest największą przeszkodą na drodze do zakwalifikowania się do mistrzostw świata 2022 w Katarze” – napisał „Daily Mail”. W redakcyjnym komentarzu wyrażono opinię, że Lewandowski, jeden z najgroźniejszych napastników w światowym futbolu, pokazał, jak bardzo jest ważny dla Polski i jej nadziei na dobry występ w tegorocznych mistrzostwach Europy, strzelając dwa gole w niedzielnym meczu z Andorą. I podkreślono, iż kibice w obu krajach z niecierpliwością czekali na starcie dwóch kapitanów i liderów w swoich zespołach – Lewandowskiego z Harrym Kane’em. „Szkoda, że nie zobaczymy w bezpośrednim starciu dwóch najlepszych obecnie napastników na świecie i nie przekonamy się, który z nich ma przewagę na arenie reprezentacyjnej” – podsumował „Daily Mail”. Dziennik „The Sun” skupił się bardziej na podkreślaniu dokonań Lewandowskiego, żeby tym bardziej uzmysłowić swoim czytelnikom wagę osłabienia reprezentacji Polski. „Lewandowski zdobył 47 bramek w 42 meczach w tym sezonie dla klubu i reprezentacji, w tym 16 w ostatnich 10 występach. Jego nieobecność zwiększa szanse Anglii na zwycięstwo, które dopełniłoby hat-tricka eliminacyjnych wygranych i umocniłoby ją na pierwszym miejscu w grupie”. A „Daily Telegraph” przypomniał, że Lewandowski był wskazywany przez trenera reprezentacji Anglii Garetha Southgate’a jako największe zagrożenie. „Nie bez powodu, bo 32-letni napastnik Bayernu Monachium jest rekordzistą reprezentacji Polski pod względem liczby strzelonych goli – w 118 meczach zdobył ich 66”.
W Polsce natomiast kontuzja „Lewego” spowodowała lawinę pretensji pod adresem selekcjonera reprezentacji Paulo Sousy. Zarzucano mu, że popełnił gruby błąd wystawiając najlepszego gracza na mecz z Andorą, rywala znacznie słabszego od Węgrów, z którym polska drużyna powinna uporać się nawet bez swojego lidera. Z tymi opiniami polemizował głównie prezes PZPN Zbigniew Boniek, który po meczu z Andorą mocno uaktywnił się nie tylko w mediach społecznościowych, ale chętnie wypowiadał się też na łamach gazet i portali internetowych oraz przez telewizyjnymi kamerami. Na ogół trzymał emocje na wodzy i rzeczowo wypowiadał się na temat czekającej biało-czerwonych środowej potyczki z Anglikami na Wembley. W rozmowie z Pawłem Wilkowiczem z portalu sport.pl tak przewidywał taktykę jaką przyjmie nasz zespół: „Na pewno nie będziemy grali aż tak wysokim pressingiem, jak w innych meczach. Ranga przeciwnika zmusza do zachowania ostrożności. Będziemy starali się dobrze pokryć i zabezpieczyć naszą połowę boiska i wychodzić z kontratakami, starając się zdobyć piłkę w środkowej strefie. Ale zobaczymy jak to wszystko się ułoży” – stwierdził Boniek, dla którego potyczka z Anglią będzie ostatnią w eliminacjach MŚ 2022 w roli prezesa PZPN. „Jeśli nawet przegramy z Anglią, to nic się nie stanie. To jest mój ostatni mecz o punkty jako prezesa PZPN, 33. od czasu, kiedy układałem sobie reprezentację po swojemu. W 32 meczach wygrała 23 razy, sześć razy zremisowała i tylko trzy razy doznała porażek. To nie jest wynik drużyny słabej, to jest wynik dobrej drużyny. I prawdę mówiąc to serce mnie boli, że nie będę z nią do końca eliminacji” – przyznał prezes Boniek.
Koronawirus coraz mocniej miesza szyki trenerowi Sousie, bo do już wcześniej zarażonych Covid-19 Mateusza Klicha i Łukasza Skorupskiego we wtorek dołączyli Kamil Piątkowski i Grzegorz Krychowiak, więc nie wiadomo w jakim składzie i jakim ustawieniu biało-czerwoni zagrają przeciwko Anglikom. W wygranych 5:0 meczu z San Marino w drużynie „Synów Albionu” zagrali: Nick Pope – Reece James (46. Kieran Trippier), Conor Coady, John Stones (46. Tyrone Mings), Ben Chilwell – Jesse Lingard, Kalvin Phillips, James Ward-Prowse, Mason Mount (46. Jude Bellingham), Raheem Sterling (46. Phil Foden) – Dominic Calvert-Lewin (63. Ollie Watkins), natomiast w wygranym 2:0 wyjazdowym spotkaniu z Albanią trener Southgate wystawił taki skład: Nick Pope – Kyle Walker, John Stones, Harry Maguire, Luke Shaw – Raheem Sterling, Kalvin Phillips (71. James Ward-Prowse), Declan Rice, Mason Mount, Phil Foden (81. Jesse Lingard) – Harry Kane.

Dopiero mecz z Anglikami pokaże, ile Paulo Sousa jest wart jako trener kadry Polski

Paulo Sosusa przechodzi przyspieszony kurs polskiego futbolu i jak każdy początkujący popełnia błędy. W Budapeszcie zdołał skorygować swoje pomyłki i biało-czerwoni wyszarpali remis 3:3, lecz w spotkaniu z Andorą na stratę kolejnych punktów już nie mógł sobie pozwolić. Ten mecz musiał wygrać.

Nawet pobieżna lektura komentarzy i opinii po meczu Węgry – Polska rozwiała złudzenia, że może chociaż Paulo Sousa będzie w naszym rodzimym piłkarskim światku uczciwie oceniany. Portugalski selekcjoner biało-czerwonych został przez liczne grono różnych futbolowych ekspertów mocno skrytykowany – za niewłaściwą ich zdaniem taktykę i zły wybór piłkarzy na niektóre pozycje. Co ciekawe, najbardziej radykalni w osądach byli na ogół ci, którzy w przeszłości jako piłkarze czy trenerzy sami w różnych okresach byli w reprezentacji Polski pomyłką.
Dla przypomnienia – Sousa w meczu z Węgrami wystawił taki oto skład: Polska: Wojciech Szczęsny – Bartosz Bereszyński, Michał Helik (58. Kamil Glik), Jan Bednarek, Arkadiusz Reca (79. Maciej Rybus) – Sebastian Szymański (59. Kamil Jóźwiak), Jakub Moder (59. Krzysztof Piątek), Grzegorz Krychowiak, Piotr Zieliński – – Arkadiusz Milik (84. Kamil Grosicki), Robert Lewandowski. Niewątpliwą niespodzianką z jego strony było posadzenie na ławie Glika, a wystawienie zamiast niego debiutanta w kadrze Helika. Na pewno nie był to jednak błąd, bo Helik zagrał przyzwoicie i to nie on zawalił przy straconych bramkach, a został zmieniony głównie dlatego, że został ukarany żółtą kartką i potem w kilku sytuacjach był przez cwanych Madziarów wręcz prowokowany do ostrych starć, po których niemiecki sędzia Felix Brych zaczął go ostrzegać przed konsekwencjami i druga żółta, a w konsekwencji czerwona kartka dosłownie wisiała już w powietrzu. Glik wcale nie zagrał lepiej, czego najlepszym dowodem jest to, że już z nim na boisku biało-czerwoni w 78. minucie dali sobie strzelić frajerską bramkę.
Tak naprawdę to pomyłką Sousy było wystawienie do gry Arkadiusza Recy, bo nie jest to niestety piłkarz na poziomie reprezentacyjnym i raczej nigdy na ten poziom się nie wdrapie. Wielce dyskusyjna była też zastosowana przez portugalskiego trenera skomplikowana taktyka, wymagająca co najmniej solidnego przećwiczenia na kilkunastu treningach i w kilku meczach, żeby mogła być z powodzeniem przez nasz zespół stosowana. Węgrzy zagrali w niemal identycznym ustawieniu, lecz oni taką taktykę stosują już od dłuższego czasu i to im dało przewagę. Inna sprawa, że dwa pierwsze gole strzelili po żenujących błędach polskiej defensywy.
Na plus trzeba Sousie zapisać to, że zdołał w odpowiednim momencie właściwie zdiagnozować przyczynę słabej gry zespołu i wprowadził do gry zawodników potrafiących dodać zespołowi jakości – mowa o Kamilu Jóźwiaku i Krzysztofie Piątku, zdobywcach bramek wyrównujących stan meczu na 2:2. Po meczu Portugalczyk przyznał szczerze, że gdyby jeszcze raz mógł wybrać skład na ten mecz, dokonałby w nim kilku korekt. Nazwisk graczy, którzy zawiedli jego oczekiwania nie podał, ale można być pewnym, że w szatni w dyplomację raczej się nie bawił. Na ile mu to pomogło w ustawieniu odpowiednich relacji z zespołem, przekonamy się jednak tak naprawdę dopiero w środę, podczas meczu z Anglią, bo to będzie najbardziej wiarygodny miernik zmian jakościowych w grze polskiej reprezentacji po nieoczekiwanej zmianie selekcjonera. Nic nie ujmując węgierskiej drużynie, pewnie gdyby biało-czerwoni zagrali z nimi raz jeszcze, choćby w niedzielę zamiast z Andorą, już raczej trzech goli by sobie wbić nie dali. A tylko świadomość błędów może sprawić, że nie popełni się ich ponownie. I pewnie dlatego Paulo Sousa przed spotkaniem z Andorą, 151. reprezentacją w rankingu FIFA (Polska jest w nim sklasyfikowana na 19. miejscu) zapowiedział, że wystawi do gry najsilniejszy skład, bo kadra to nie laboratorium i nie jest miejscem nieustannych eksperymentów. „Rozpoczęliśmy proces wprowadzania do zespołu nowych pomysłów w meczu z Węgrami, więc nie mogę teraz przerwać ciągłości w stosowaniu tej strategii. Chcemy w ramach procesu doskonalenia zespołu utrzymać stabilność kadrową, jednocześnie wpuszczając do gry nowych zawodników, na pewno jednak nie jedenastu” – stwierdził przed meczem z Andorą selekcjoner biało-czerwonych.
Niedzielni rywale biało-czerwonych nie przyjechali do Warszawy z ambicjami na dobry wynik. „Jeśli będziemy w stanie przejąć piłkę, to spróbujemy zaatakować. Wiemy jednak, że to będzie trudne i z pewnością będziemy musieli skupić się na obronie” – przyznał selekcjoner reprezentacji Andory Koldo Alvarez, który prowadzi ten zespół od 2010 roku, a pierwsze zwycięstwo pod jego wodzą drużyna wywalczyła dopiero po siedmiu latach, pokonując u siebie 9 czerwca 2017 roku reprezentację… Węgier 1:0 w eliminacjach do mundialu w Rosji. „Chcemy stać się drużyną rozpoznawalną głównie dzięki żelaznej defensywie, która nie daje rywalom wielkich szans na strzelenie gola. Mam nadzieję, że pokażemy to już w Warszawie, chociaż Polska to obecnie jeden z najlepszych zespołów w Europie i ma w składzie najlepszego piłkarza na świecie, Roberta Lewandowskiego. On jest niesamowity nie tylko ze względu na umiejętności strzeleckie, lecz także nieustanne zagrożenie, jakie generuje wokół siebie. Osobiście uwielbiam też grę Kamila Grosickiego” – ocenił biało-czerwonych trener Andory przed niedzielnym spotkaniem z Polską na stadionie Legii w Warszawie .
A w reprezentacji Polski w sobotę potwierdzono drugi przypadek zakażenia koronawirusem. Po Mateuszu Klichu, który z tego powodu wypadł z kadry na mecz z Węgrami, na kwarantannę odesłany został też bramkarz Łukasz Skorupski. Wszyscy kadrowicze po powrocie z Budapesztu przeszli kolejne testy PCR na obecność koronawirusa. Tylko w przypadku Skorupskiego był wynik pozytywny. W jego miejsce trener Paulo Sousa w trybie awaryjnym powołał 21-letniego bramkarza Cracovii Karola Niemczyckiego. PZPN w takich sytuacjach działa zgodnie z przygotowanym przez FIFA i UEFA „Protokołem Powrotu do Gry”. Według niego, gdy jeden z członków reprezentacji jest zakażony, pozostali przebywający na zgrupowaniu są powtórnie badani. Nie ma potrzeby odizolowania całej drużyny. „Stosujemy się do zasad wypracowanych przez UEFA i FIFA, a one stanowią, że dopóki w zespole jest 14 zdolnych do gry piłkarzy, w tym bramkarz, dopóty może grać” – przypomina sekretarze generalny PZPN Maciej Sawicki. A trener Sousa ma w kadrze w tej chwili 26 zawodników, tak więc mecz z Andorą nie był zagrożony, ani też czekające biało-czerwonych w środę spotkanie z Anglią.

Rozegrany w niedzielę wieczorem na stadionie Legii mecz z Andorą nie był ciekawym piłkarskim widowiskiem. Biało-czerwoni potrzebowali aż pół godziny żeby strzelić rywalom pierwszego gola. Zrobił to niezawodny Robert Lewandowski, on też 10 minut po przerwie podwyższył prowadzenie na 2:0 i w 63. minucie zszedł z boiska, zmieniony przez debiutującego w kadrze Karola Świderskiego. Zmiennik „Lewego” spisał się jak trzeba i w 88. minucie ustalił wynik na 3:0. Z tego piłkarza może być większy pożytek w kadrze niż choćby z Arkadiusza Milika, który był jeszcze mniej produktywny niż w spotkaniu z Węgrami. Warto odnotować debiut 17-letniego Kacpra Kozłowskiego. Pomocnik Pogoni Szczecin zaliczył niespełna 20-minutowy występ, ale tyle wystarczyło żeby rozwiał wątpliwości co do sensu jego obecności w kadrze Polski. To duży talent i warto w niego inwestować, bo może z niego wyrosnąć playmaker jakiego polska reprezentacja nie miała od pół wieku. Natomiast co się tyczy oceny występu całej naszej drużyny, to z jakimiś wnioskami trzeba się wstrzymać do środowego meczu z Anglią.

Polska – Andora 3:0
Gole: Robert Lewandowski (30, 55), Karol Świderski (88).
Polska: 1. Wojciech Szczęsny – 18. Bartosz Bereszyński (60, 4. Paweł Dawidowicz), 2. Kamil Piątkowski, 15. Kamil Glik, 13. Maciej Rybus (60, 11. Kamil Grosicki) – 21. Kamil Jóźwiak, 10. Grzegorz Krychowiak, 20. Piotr Zieliński (73, 8. Kacper Kozłowski), 7. Arkadiusz Milik (60, 17. Przemysław Płacheta), 9. Robert Lewandowski (63, 14. Karol Świderski) – 23. Krzysztof Piątek.
Andora: 12. Iker Alvarez – 15. Moises San Nicolas, 22. Christian Garcia, 5. Emili Garcia, 6. Albert Alavedra, 21. Marc Garcia (58, 17. Joan Cervos) – 2. Cristian Martinez (74, 16. Alex Martinez), 4. Marc Rebes (87, 8. Marcio Vieira), 3. Marc Vales, 7. Marc Pujol (58, 10. Jordi Alaez) – 9. Aaron Sanchez (87, 14. Luigi San Nicolas).
Żółte kartki: Ch. Garcia, Alaez.
Sędziował: Erik Lambrechts (Belgia).
Mecz bez publiczności.

  1. Anglia 2 6 7:0
  2. Polska 2 4 6:3
  3. Węgry 2 4 6:3
  4. Albania 2 3 1:2
  5. Andora 2 0 0:4
  6. San Marino 2 0 0:8

Debiut Sousy pod presją koronawirusa

Tuż przed wylotem kadry Polski do Budapesztu na mecz z Węgrami wybuchło potężne zamieszanie z powodu pozytywnego wyniku testu na obecność Covid-19 u Mateusza Klicha. To zrodziło obawy, że grający na co dzień w angielskim Leeds United piłkarz mógł zakazić koronawirusem innych kadrowiczów.

Pierwsze informacje o wykrytym przypadku zakażenia w kadrze biało-czerwonych pojawiły się we wtorek wieczorem, ale dopiero w środę przed południem z PZPN wyciekła informacja, że graczem, który miał pozytywny wynik testu na Covid-19 był Mateusz Klich. Oprócz niego koronawirusa wykryto też u asystenta kucharza oraz dwóch pracowników technicznych kadry. PZPN działa zgodnie z przygotowanym przez FIFA i UEFA „Protokołem Powrotu do Gry”. Według niego, gdy jeden z członków reprezentacji jest zakażony, pozostali przebywający na zgrupowaniu są powtórnie badani. Nie ma potrzeby odizolowania całej drużyny. Procedura jest już znana polskiej kadrze po tym, jak podczas październikowego zgrupowania koronawirusem zakaził się Maciej Rybus. „Mateusz czuje się dobrze i nie ma żadnych objawów. Jego izolacja będzie trwać zgodnie z obowiązującymi w Polsce przepisami. Zrobiliśmy mu dzisiaj kolejny test i czekamy na jego wynik. Z resztą reprezentacji Mateusz miał kontakt tylko na boisku, a jak wiemy wszystkie badania pokazują, że na boisku jest bardzo trudno się zakazić, bo ten kontakt jest zbyt krótki. Poza tym wszyscy mieszkamy w pokojach jednoosobowych, cały czas wszędzie przemieszczamy się w maseczkach i utrzymujemy dystans” – zapewniał rzecznik prasowy reprezentacji Jakub Kwiatkowski. Jego słowa potwierdził też sekretarz generalny PZPN Maciej Sawicki. „Stosujemy się do zasad wypracowanych przez UEFA i FIFA, wedle których dopóki mamy 14 zdolnych do gry piłkarzy, w tym bramkarza, dopóty gramy. Oczywiście w tym przypadku tak sytuacja ma miejsce, więc lecimy do Budapesztu. Nie ma chyba częściej badanej grupy zawodowej niż piłkarze. Testy są robione praktycznie codziennie, dlatego tak szybko wychwytujemy ewentualne zachorowania” – twierdzi Sawicki.

Zmienne wyniki testów Klicha
Te wypowiedzi nie zatamowały jednak rosnącej fali spekulacji, inspirowanej głównie rewelacjami zamieszczanymi w mediach społecznościowych, szczególnie na Twitterze, który w naszej przestrzeni medialnej od kilku lat jest areną rywalizacji między dziennikarzami. Wedle najnowszego trendu na szczycie panującej w tym medium hierarchii plasują się dostawcy informacji, rzecz jasna głównie ze świata futbolu, a że mamy teraz czas na reprezentację, w wyścigu dominują wieści z pierwszego zgrupowania biało-czerwonych pod wodzą Paulo Sousy. Ludzie z obecnie rządzącej w PZPN ekipy wedle sprawdzonej już metody sprytnie je reglamentują i dostępem nagradzają żurnalistów sobie przychylnych, a pozostałych albo trzymają w poczekalni, albo wręcz wprowadzają w błąd sprzecznymi przekazami. Tak było i z przypadkiem wykrycia zakażenia Covid-19 u Klicha, wokół którego narosło mnóstwo plotek i nerwowych spekulacji mnożących liczbę zarażonych. Medialny zgiełk wokół tej sprawy próbował uciszyć Kwiatkowski. „Widzę, że moja rola zaczyna ograniczać się do dementowania plotek. Szczególnie tych, które pojawiają się na Twitterze. Nie ma koronawirusa w sztabie szkoleniowym, pozytywny wynik testu otrzymał tylko piłkarz Mateusz Klich” – zapewniał już na warszawskim lotnisku rzecznik PZPN. Ale potwierdził, że u Klicha wykryto brytyjską odmianę Covid-19.
Pomocnik Leeds United pozostał w Warszawie, lecz jeszcze w środę wieczorem gruchnęła wieść, iż powtórzony u niego test dał wynik negatywny. Wedle oficjalnego stanowiska PZPN przypadek Klicha wygląda tak: piłkarz Leeds United przeszedł w ostatnim czasie kilka testów. Tylko jeden wynik był pozytywny. W poprzedni czwartek miał szczegółowy test PCR w swoim klubie, w Anglii. Wynik był negatywny. W niedzielę przeszedł test na przeciwciała, który także był negatywny. We wtorek, już w Polsce, ponownie miał szczegółowy test PCR, którego wynik okazał się pozytywny, co wykluczyło go z udziału w meczu z Węgrami w Budapeszcie. Ale przeprowadzony u niego kolejny test na obecność przeciwciał znów był negatywny. Kluczowy w jego przypadku będzie więc kolejny test, który przejdzie wraz z resztą kadrowiczów i sztabu szkoleniowego w piątek, po powrocie z Budapesztu. Jeśli Klich ponownie uzyska wynik negatywny, będzie mógł wrócić do zajęć z drużyną i zagrać w kolejnych meczach – z Andorą w niedzielę i Anglią w środę.
Istotne jest jednak to, że wtorkowe negatywne testy na przeciwciała dają nadzieję, że Klich nie zakażał innych, co minimalizuje ryzyko wystąpienia Covid-19 u innych kadrowiczów, a wbrew zapewnieniom rzecznika Kwiatkowskiego, kontakt z Klichem mieli praktycznie wszyscy, co widać choćby w relacjach wideo ze zgrupowania kolportowanych oficjalnie przez służby prasowe PZPN. Tak na marginesie, podobne perypetie przydarzyły się piłkarzowi Lecha Poznań Michałowi Skórasiowi podczas zgrupowania kadry młodzieżowej. On też miał pozytywny wynik testu wykonany po ostatnim meczu w ekstraklasie. Nie poleciał więc z młodzieżową kadrą na zgrupowanie, ale potem trzy kolejne testy wykonane w Lechu Poznań dzień po dniu dały wyniki negatywne.

Rewolucyjne pomysły Paulo Sousy
Rozegrany w czwartek w Budapeszcie mecz z Węgrami (zakończył się po zamknięciu wydania) był pierwszym występem biało-czerwonych pod wodzą Paulo Sousy. Wszystko, co do momentu ogłoszenia składu robił w kadrze portugalski szkoleniowiec było owiane mgłą tajemnicy i przez do jedną wielką zagadką. Wiadomo było w zasadzie tylko tyle, że występu na Puskas Arena w ekipie biało-czerwonych na sto procent mogli być pewni w zasadzie tylko Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny oraz w trochę mniejszym stopniu Piotr Zieliński. W pierwszej relacji wideo ze zgrupowania kadry opublikowanej przez PZPN zarejestrowano odprawę Sousy z kadrowiczami. Na tablicy za plecami selekcjonera widoczny był naszkicowany schemat ustawienia taktycznego. I na tej podstawie w polskich mediach przyjęto jako pewnik, że Portugalczyk będzie chciał grać z Węgrami trzema obrońcami, czwórką pomocników oraz trójką graczy w linii ofensywnej. Niewiadomą były jednak nazwiska graczy, których w ten schemat wtłoczy. Nic zatem dziwnego, że w medialnych spekulacjach przewidywane składy reprezentacji Polski rzadko się pokrywały. Oto dwa przykłady zaczerpnięte z dwóch wiodących portali internetowych. Wersja 1: Szczęsny – Bereszyński, Glik, Bednarek – Jóźwiak, Krychowiak, Moder, Rybus – Zieliński, Milik – Lewandowski. Wersja 2: Szczęsny – Dawidowicz, Bednarek, Bereszyński – Szymański, Krychowiak, Moder, Reca – Zieliński, Milik, Lewandowski.
Generalnie jednak panowało przekonanie, że to Polacy są faworytem czwartkowej potyczki w Węgrami i wszyscy czekaliśmy z niecierpliwością na pierwszy występ biało-czerwonych pod wodzą Paulo Sousy. Z nadzieją na korzystny wynik, ale też z lekką obawą, bo rozegrane w środę pierwsze mecze eliminacyjne pokazały, że murowani faworyci są jedynie na papierze. Mistrzowie świata Francuzi tylko zremisowali u siebie 1:1 z Ukrainą, wicemistrzowie świata Chorwaci przegrali ze Słowenia 0:1, a mistrzowie Europy Portugalczycy z trudem pokonali u siebie Azerbejdżan 1:0. Ale prawdziwą sensację sprawili Turcy pokonując u siebie Holandię 4:2.

Szalony mecz na Puskas Arenie

Sousie nie udało się przełamać swoistej klątwy – w XXI wieku żadnemu selekcjonerowi reprezentacji Polski nie udało sie jeszcze wygrać w debiucie. Portugalski szkoleniowiec miał przy tym trochę szczęścia, bo biało-czerwoni do 60. minuty przegrywali 0:2. Wtedy Paulo Sousa dokonał trzech zmian, wprowadzając na boisko Kamila Jóźwiaka, Krzysztofa Piątka i Kamila Glika. Najpierw, w 60. minucie Jóźwiak dośrodkował z prawej strony boiska w pole karne. Nieczysto w piłkę trafił Krychowiak, jednak całą akcję wykończył Piątek. Napastnik Herthy z bliska wpakował piłkę do węgierskiej bramki. Niespełna minutę później było już 2:2, gdy Zieliński dostrzegł niepilnowanego w polu karnym Jóźwiaka. Wprowadzony na boisko dwie minuty wcześniej skrzydłowy Derby County z zimną krwią zamienił na wuyrównującą bramkę sytuację sam na sam z golkiperem Madziarów Peterem Gulacsim. W 78. minucie Węgrzy ponownie wyszli jednak na prowadzenie po golu Williego Orbana, który przy biernej postawie Arkadiusza Recy skierował piłkę kolanem do polskiej bramki obok Wojciecha Szczęsnego.
Biało-czerwoni na szczęście nie podłamali się tym niepowodzeniem i po czterech minutach ponownie doprowadzili do wyrównania. Po dośrodkowaniu z prawego skrzydła przez Bereszyńskiego Robert Lewandowski przyjął piłkę w polu karnym i kapitalnym strzełem pod poprzeczke doprowadził do remisu 3:3. Mimo przewagi nasz zespół więcej goli już nie strzelił, a Węgrzy w końcówce oddychali już rękawami i brzydko faulowali polskich graczy, szczególnie Lewandowskiego.

Węgry – Polska 3:3
Gole: Roland Sallai (6), Adam Szalai (52), Willi Orban (78) – Krzysztof Piątek (60), Kamil Jóźwiak (61), Robert Lewandowski (82).
Węgry: 1. Péter Gulácsi – 14. Gergő Lovrencsics (66, 7. Loïc Négo), 5. Attila Fiola, 6. Willi Orbán, 4. Attila Szalai, 3. Szilveszter Hangya (66, 2. Ádám Lang) – 15. László Kleinheisler, 8. Ádám Nagy, 13. Zsolt Kalmár (81, 18. Dávid Sigér) – 20. Roland Sallai (72, 11. Kevin Varga), 9. Ádám Szalai.
Polska: 1. Wojciech Szczęsny – 18. Bartosz Bereszyński, 8. Michał Helik (58, 15. Kamil Glik), 5. Jan Bednarek, 3. Arkadiusz Reca (79, 13. Maciej Rybus) – 19. Sebastian Szymański (59, 21. Kamil Jóźwiak), 16. Jakub Moder (59, 23. Krzysztof Piątek), 10. Grzegorz Krychowiak, 7. Arkadiusz Milik (84, 11. Kamil Grosicki), 20. Piotr Zieliński – 9. Robert Lewandowski.
Żółte kartki: Fiola, Lang, Nagy, Attila Szalai – Helik, Bereszyński.
Czerwona kartka: Attila Fiola (90. minuta, Węgry, za drugą żółtą).
Sędziował: Felix Brych (Niemcy).
Mecz bez publiczności.

W pozostałych meczach grupy I Anglia wygrała u siebie z San Marino 5:0, a Andora przegrał u siebie z Albanią 0:1.

  1. Anglia 1 3 5:0
  2. Albania 1 3 1:0
  3. Polska 1 1 3:3
  4. Węgry 1 1 3:3
  5. Andora 1 0 0:1
  6. San Marino 1 0 0:5

Złoty But: Lewy znów powiększył przewagę

Miniony weekend był udany dla graczy z czołówki klasyfikacji „Złotego Buta”. Swojego bramkowego dorobku nie poprawił jedynie Cristiano Ronaldo, który zaliczył „pusty przebieg” w przegranym sensacyjnie przez Juventus 0:1 meczu 28. kolejki Serie A z Benevento. Dzięki temu Portugalczyka dogonił Leo Messi, który zdobył dwie bramki w wygranym przez Barcelonę 6:1 spotkaniu z Realem Sociedad.

Dla przypomnienia – ranking „Złotego Buta” powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w lidze. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek. Najwyższy współczynnik, „2”, ma pięć najwyżej sklasyfikowanych w rankingu UEFA lig europejskich. Obecnie „wielką piątkę” tworzą ligi hiszpańska, angielska, niemiecka, francuska i włoska. W tym sezonie liderem w wyścigu po nagrodę dla najlepszego strzelca lig europejskich jest Robert Lewandowski. W miniony weekend napastnik Bayernu znów zdołował swoich najgroźniejszych konkurentów w wyścigu po „Złotego Buta”. W meczu z VfB Stuttgart „Lewy” zaliczył hat-tricka i powiększył swój bramkowy dorobek w tym sezonie do 35 trafień i 70 punktów w klasyfikacji „ZB”.
Wicelider klasyfikacji Cristiano Ronaldo nie powiększył swojego bramkowego dorobku i musiał zrobić obok miejsce dla Messiego. Warto wspomnieć, że w ostatniej dekadzie Argentyńczyk i Portugalczyk zdominowali rywalizację o „Złotego Buta” – Messi w latach 2010-2020 zdobywał tę nagrodę sześciokrotnie, a Cristiano Ronaldo trzykrotnie. W obecnym sezonie raczej nie mają już szans na dogonienie Lewandowskiego, który ma nad nimi przewagę 12 goli i 24 punktów. Obaj mają co prawda po dwa mecze więcej do rozegrania od Polaka, ale on musiałby już nic nie strzelić do końca rozgrywek.
Za plecami Messiego i Ronaldo plasują się dwaj najgroźniejsi rywale „Lewego” w Bundeslidze – Norweg Ering Haaland z Borussii Dortmund i Portugalczyk Andre Silva z Eintrachtu Frankfurt. Oni także w miniony weekend powiększyli swój dorobek o dwa trafienia i mają teraz po 21 bramek i 42 punkty na koncie. Szósty w zestawieniu jest Francuz Kylian Mbappe, który również zaliczył „dwupak” dla PSG w spotkaniu z Olympique Lyon (4:2) i ma teraz w dorobku 20 goli i 40 punktów. Za nim z 19 trafieniami i 38 punktami są urugwajski snajper Atletico Madryt Luis Suarez oraz Belg z Interu Mediolan Romelu Lukaku.

Z Węgrami Polacy zagrają po portugalsku?

Powołani przez Paulo Sousę piłkarze stawili się na zgrupowaniu w Warszawie w komplecie i odbyli wspólnie cztery treningi. To była jednak najłatwiejsza część zadania, jakie w marcu ma do wykonania nowy selekcjoner biało-czerwonych. Prawdziwy sprawdzian czeka go dopiero w czwartek w meczu z Węgrami.

Zbliża się pora na weryfikację wielkiego personalnego eksperymentu, na jaki w schyłku swojej drugiej kadencji szarpnął się prezes PZPN Zbigniew Boniek. Bez wątpienia zmiana na stanowisku tenera reprezentacji na kilka tygodni przed ważnymi meczami w eliminacjach mistrzostw świata oraz na niespełna cztery miesiące przed startem w finałach mistrzostw Europy, to było iście pokerowe zagranie, ale póki co największy problem sprawiło włoskiemu selekcjonerowi reprezentacji Węgier Marco Rossiemu. Po zastąpieniu Jerzego Brzęczka przez Paulo Sousę cała praca analityczna jaką wykonał na bazie materiału zebranego po ubiegłorocznych meczach polskiej drużyny zdały się psu na budę. Rossi co prawda miał okazję poznać trochę trenerski warsztat Portugalczyka, gdy obaj na początku minionej dekady pracowali z węgierskimi zespołami klubowymi, lecz teraz nie ma kompletnie pojęcia co jego kolega po fachu zdoła wycisnąć z polskich piłkarzy.
Węgrzy doceniają biało-czerwonych
Na wszelki wypadek w ostatnich medialnych wypowiedziach włoski selekcjoner węgierskiej kadry podkreślał siłę biało-czerwonych. W wywiadzie udzielonym portalowi sportowefakty.pl powiedział: (…) „Dla mnie to nie była dobra informacja, bo znam Paulo Sousę choćby z czasów jego pracy na Węgrzech. To dobry, bardzo poukładany trener, wiedzący czego chce, jak ma grać jego zespół. Dlatego jego nominacja na trenera Polaków mnie zasmuciła, bo wiem, że nie będziemy mieli łatwego zadania. Choć powiem coś, co może w Polsce jest niepopularne: patrząc z boku, z zewnątrz, doceniałem też pracę byłego selekcjonera, Jerzego Brzęczka. Liczba zdobytych punktów, pewny awans na EURO. Zrobiło to na mnie wrażenie”. A w dalszej części przyznał: „Uważam, że na papierze faworytem na pewno są Polacy. Spójrzmy choćby na ranking FIFA – Węgry są na 40. miejscu, a Polska na 19. To spora różnica. Myślę, że różnica między Węgrami a Albanią jest mniejsza na naszą korzyść niż między Anglią, Polską a Węgrami. Wy i Anglicy jesteście zdecydowanymi faworytami tej grupy. Na szczęście to tylko papier. Każdy mecz jest inny. Na pewno mamy dużą ochotę, aby sprawić niespodziankę, zaskoczyć Polaków w pierwszym meczu. Łatwo jednak nie będzie, bo choć mamy dobrych piłkarzy, to jednak liczba zawodników w bardzo dobrych klubach jest po stronie polskiej drużyny”. Ciekawie też Rossi wypowiedział się o Robercie Lewandowskim: „Czy mamy jakiś plan, jak go powstrzymać? Mówimy o najlepszym piłkarzu na świecie w poprzednim sezonie, który od pewnego czasu strzela też najwięcej goli. Gdybym powiedział: tak, mamy plan, wiemy, jak zatrzymać Lewandowskiego i to zrobimy, byłbym skończonym idiotą. Jego praktycznie zatrzymać się nie da, ostatnio ma więcej strzelonych goli niż rozegranych meczów. Natomiast oczywiście, podejmiemy próbę. Jeśli moi piłkarze zagrają na maksimum możliwości, to może się uda, ale żadnych gwarancji tu dać nie mogę”.
Włoski selekcjoner kadry Węgier na mecz z Polską nie mógł powołać najlepszego gracza ekipa Madziarów Dominika Szoboszlaia z RB Lipsk, a tuż przed spotkaniem wypadł mu ze składu z powodu kontuzji pleców Filip Holender, zawodnika Partizana Belgrad, aktualnie grającego na wypożyczeniu w FC Lugano. W tym sezonie ten piłkarz wystąpił w 21 meczach szwajcarskiej drużyny, zdobywając siedem bramek i zaliczając cztery asysty. Był w świetnej formie i jego nieobecność to spore osłabienie węgierskiego zespołu.
Reprezentacja Polski to boski zespół
Na co stać biało-czerwonych pod wodzą Paulo Sousy przekonamy się już w czwartek wieczorem. Na razie jest to, jak zwykł mawiać Jan Tomaszewski, „boski zespół, bo tylko Bóg wie jak zagra”. Podczas otwartego dla mediów poniedziałkowego treningu na stadionie Legii Warszawa było widać, że portugalski szkoleniowiec zamierza ustawić polski zespół w ustawieniu z trzema obrońcami. Trzy lata temu próbował tej taktycznej nowinki, wtedy dopiero zyskującej uznanie w oczach trenerów, ale chyba sam nie do końca pojmował jej niuanse, albo nie potrafił klarownie wyjaśnić jej zasad piłkarzom, bo zamiast nowej jakości w grze biało-czerwonych byliśmy świadkami nędznych występów, po których Nawałka wrócił do ustawienia z czwórką obrońców. Jerzy Brzęczek już nawet nie próbował eksperymentować z tercetem defensorów, chociaż miał w kadrze graczy grających z powodzeniem w tym ustawieniu w swoich klubowych zespołach. Wypada mieć tylko nadzieję, że w czwartek nasza reprezentacyjna drużyna nie pogubi się w tym nowym ustawieniu i nie odwali kabaretowego występu.

Kadra Polski:
Bramkarze: Łukasz Fabiański (West Ham United FC, Anglia), Łukasz Skorupski (Bologna FC 1909, Włochy), Wojciech Szczęsny (Juventus FC, Włochy);
Obrońcy: Kamil Glik (Benevento, Włochy), Jan Bednarek (Southampton, Anglia), Bartosz Bereszyński (Sampdoria, Włochy), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Arkadiusz Reca (Crotone, Włochy), Paweł Dawidowicz (Hellas Werona, Włochy), Michał Helik (Barnsley, Anglia), Kamil Piątkowski (Raków Częstochowa);
Pomocnicy: Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy), Kamil Grosicki (West Bromwich Albion, Anglia), Kamil Jóźwiak (Derby County, Anglia), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia), Jakub Moder (Brighton&Hove Albion, Anglia), Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa, Rosja), Przemysław Płacheta (Norwich City, Anglia), Rafał Augustyniak (Ural Jekaterynburg, Rosja), Bartosz Slisz (Legia Warszawa), Sebastian Kowalczyk (Pogoń Szczecin), Kacper Kozłowski (Pogoń Szczecin);
Napastnicy: Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), Arkadiusz Milik (Olympique Marsylia, Francja), Krzysztof Piątek (Hertha Berlin, Niemcy), Karol Świderski (PAOK Saloniki, Grecja).

Kadra Węgier:
Bramkarze: Denes Dibusz (Ferencvarosi), Peter Gulacsi (RB Lipsk, Niemcy), Balazs Toth (Puskas Akademia FC); Obrońcy: Endre Botka (Ferencvarosi TC), Attila Fiola (FC Fehervar), Szilveszter Hangya (FC Fehervar), Akos Kecskes (FC Lugano, Szwajcaria), Adam Lang (Omonia Lefkossias, Cypr), Gergo Lovrencsics (Ferencvarosi TC), Willi Orban (RB Lipsk, Niemcy), Attila Szalai (Fenerbahce Stambuł, Turcja);
Pomocnicy: Tamas Cseri (Mezokovesd-Zsory), Daniel Gazdag (Honved Budapeszt), Zsolt Kalmar (DAC Dunajska Streda, Słowacja), Laszlo Kleinheisler (NK Osijek, Chorwacja), Adam Nagy (Bristol City, Anglia), Loic Nego (FC Fehervar), Andras Schaefer (DAC Dunajska Streda, Słowacja), David Siger (Ferencvarosi TC).
Napastnicy: Krisztian Geresi (Puskas Akademia FC), Nemanja Nikolić (FC Fehervar), Roland Sallai (SC Freiburg, Niemcy), Adam Szalai (FSV Mainz, Niemcy), Kevin Varga (Kasimpasa SK, Turcja), Roland Varga (MTK Budapeszt).

Życiowy rekord Lewego w Bundeslidze

Robert Lewandowski zaliczył hat-tricka w wygranym przez Bayern 4:0 meczu 26. kolejki Bundesligi z VfB Stuttgart. Nasz piłkarz powiększył swój bramkowy dorobek w tym sezonie do 35 trafień, co jest jego życiowym rekordem.

Lewandowski w tym sezonie imponuje strzelecką formą. W sobotnim starciu z VfB Stuttgart trzykrotnie pokonał bramkarza rywali, kompletując hat-tricka już do przerwy. „Lewy” ma więc teraz na koncie 35 goli, co jest jego nowym życiowym rekordem. Poprzedni ustanowił w poprzednim sezonie uzyskując w nim 34 trafienia. Ale jego fani po obu stronach Odry ekscytują się coraz realniejszą perspektywą pobicia przez polskiego napastnika blisko półwiecznego rekordu Gerda Muellera 40 goli strzelonych w jednym sezonie. Do zakończenia rozgrywek w Bundeslidze zostało jeszcze osiem kolejek, więc cel jest jak najbardziej realny do osiągnięcia.
Póki co „Lewy” dzięki hat-trickowi umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji strzelców obecnego sezonu, chociaż jego dwaj najgroźniejsi konkurenci zdobyli po dwie bramki. Norweg Erling Haaland zaliczył dwa trafienia w zremisowanym przez Borussię Dortmund 2:2 w wyjazdowym spotkaniu z FC Koeln, a Portugalczyk Andre Silva z Eintrachtu Frankfurt także trafił dwukrotnie w wygranym przez jego zespół u siebie 5:2 meczu z Unionem Berlin. Obaj mają teraz na koncie po 21 goli, lecz do Lewandowskiego mają już 14 bramek straty. Trzeci w klasyfikacji Holender Wout Weghorst z VfL Wolfsburg strzelił jak na razie 17 goli i ma od „Lewego” aż 18 trafień mniej. Takie różnice są już raczej niemożliwe do odrobienia i wszystko wskazuje, że kapitan reprezentacji Polski w tym sezonie po raz szósty w karierze, a czwarty z rzędu zdobędzie statuetkę z zabytkową armatą, którą w Bundeslidze nagradza się zdobywcę tytułu króla strzelców. Dla przypomnienia – Lewandowski pierwszą „armatę” wywalczył jeszcze w barwach Borussii Dortmund (sezon 2013/2014), a cztery pozostałe jako gracz Bayernu (2015/16, 2017/2018, 2018/2019, 2019/2020). Rekordzistą w liczbie tytułów króla strzelców Bundesligi jest Gerd Mueller, który wygrywał rywalizację strzelców siedmiokrotnie.