Putin chce rozmawiać, ale nie przestaje strzelać

(Władimir Putin / fot. Wikimedia Commons / kremlin.ru)

W nocy z 10 na 11 maja Władimir Putin ogłosił gotowość do wznowienia negocjacji pokojowych z Ukrainą. Oświadczenie padło dokładnie godzinę po zakończeniu jednostronnego, 48-godzinnego rozejmu ogłoszonego przez Kreml z okazji Dnia Zwycięstwa. Wbrew oczekiwaniom Ukrainy i jej zachodnich sojuszników, rosyjski przywódca nie zadeklarował jednak chęci natychmiastowego zawieszenia broni. Zamiast tego zaproponował spotkanie w Stambule, wyznaczone na 15 maja, bez warunków wstępnych i bez obietnicy powstrzymania działań wojennych. Deklaracja ta sprawia wrażenie pozornego otwarcia, będącego elementem większej strategii – nie pierwszej zresztą – w której Moskwa łączy język pokoju z realiami agresji, próbując zyskać na czasie i zdezorientować opinię publiczną.

Nie sposób nie zauważyć momentu, w jakim padła ta oferta. Zaledwie dzień wcześniej w Kijowie złożyli wspólną wizytę czterej przywódcy Zachodu: Emmanuel Macron, Keir Starmer, Friedrich Merz i Donald Tusk. To właśnie tam, ramię w ramię z Wołodymyrem Zełenskim, ogłosili oni apel o natychmiastowe, bezwarunkowe zawieszenie broni na 30 dni. Zachód nie tylko jasno dał do zrozumienia, że czas na dyplomatyczne zwlekanie się skończył, ale również zasugerował konkretne działania: pogłębienie sankcji wobec Rosji oraz dalsze wzmacnianie potencjału obronnego Ukrainy. W odpowiedzi Kreml wysunął ofertę, która odwraca logikę tych oczekiwań – najpierw rozmowy, potem ewentualny rozejm. Klasyczne passe-passe.

Nie chodzi tu jednak tylko o retorykę. Moskwa stara się przedstawić jako strona otwarta na dialog, licząc na to, że opinia publiczna w zachodnich społeczeństwach da się przekonać do obrazu „konstruktywnej Rosji” i „nieustępliwej Ukrainy”. W rzeczywistości jest to dobrze znana taktyka: manewr dyplomatyczny mający rozbić jedność Zachodu, osłabić morale Kijowa, a przede wszystkim zyskać kilka tygodni spokoju na froncie.

Sposób, w jaki Putin ogłosił swoją propozycję, również nie był przypadkowy. Konferencja prasowa została zapowiedziana wiele godzin wcześniej, a jej termin przesuwano aż do nocy. Gdy w końcu doszła do skutku – o 1:30 czasu moskiewskiego – przywódca Rosji mówił o „eliminacji głębokich przyczyn konfliktu”, „historycznej sprawiedliwości” i „nowym ładzie światowym”. Nie zabrakło też aluzji do tego, że Ukraina działa rzekomo na zlecenie Zachodu, a także pochwał pod adresem „nowej administracji USA” – gestu wyraźnie skierowanego ku Donaldowi Trumpowi.

Prezydent Zełenski nie dał się jednak wciągnąć w tę grę. W odpowiedzi wyraził gotowość do spotkania – ale dopiero wtedy, gdy Rosja ogłosi pełne i trwałe zawieszenie broni, możliwe do weryfikacji od 12 maja. Takie stanowisko pozostaje spójne z wcześniejszą strategią Ukrainy: żadnych ustępstw bez gwarancji bezpieczeństwa. Wiceszef MSZ Andrij Sybiha podkreślił, że jakiekolwiek rozmowy bez 30-dniowego, skutecznie monitorowanego rozejmu, byłyby „tylko teatrem”. Historia uczy, że Moskwa wielokrotnie wykorzystywała podobne rozejmy jako okazję do przegrupowania wojsk i konsolidacji zdobyczy terytorialnych.

Rzeczywistość frontu również nie przemawia za szczerością rosyjskiej oferty. Tylko 9 maja, w trakcie rzekomej przerwy w działaniach zbrojnych, Ukraina odnotowała ponad 600 naruszeń rozejmu – w tym ponad 60 szturmów. W ciągu ostatnich tygodni Rosja zajmowała kolejne skrawki ziemi na osi Donieck-Avdijiwka i w okolicach Czasiw Jaru, próbując poprawić swoje pozycje przed możliwym przejściem do ofensywy. Wszystko to dzieje się równolegle z próbami przedstawienia się jako strona gotowa do dialogu.

Stanowisko zachodnich przywódców pozostaje jasne. Emmanuel Macron nazwał propozycję Putina „manewrem opóźniającym”, Donald Tusk przypomniał o konieczności jednoznacznego zawieszenia broni, a kanclerz Merz przestrzegł, że każde kolejne fiasko będzie skutkowało pogłębieniem izolacji Rosji. Wielka Brytania zapowiedziała wzmożoną pomoc wojskową, w tym dostawy dronów i pocisków dalekiego zasięgu. Na tym tle wyróżnił się Donald Trump, który określił dzień ogłoszenia rosyjskiej propozycji mianem „potencjalnie wielkiego dnia dla Rosji i Ukrainy”, nie precyzując, czy odnosi się do zawieszenia broni, czy planowanego spotkania w Stambule. Jego słowa błyskawicznie podchwyciły rosyjskie media.

W tle pozostają rozmowy prowadzone w Rijadzie – z udziałem USA, Arabii Saudyjskiej, Ukrainy i Rosji – które mają na celu wypracowanie wąskiego, częściowego rozejmu obejmującego Morze Czarne i infrastrukturę energetyczną. Równolegle Turcja, Chiny i ONZ deklarują gotowość do mediacji. Problem w tym, że bez mechanizmu weryfikacji każdy rozejm może stać się fasadą. Ukraina nie bez powodu obawia się „zamrożenia” konfliktu – stanu, w którym Moskwa zachowa swoje zdobycze i będzie grała na czas, licząc na erozję wsparcia Zachodu.

Dlatego też ukraińska odpowiedź pozostaje wyważona, lecz stanowcza: rozmowy – tak, ale nie za cenę kolejnych ofiar i bez twardych gwarancji. Putinowska narracja o otwartości to w rzeczywistości polityczny manewr, dobrze wpisujący się w znane już schematy. Historia tej wojny pokazuje, że Kreml nie negocjuje po to, by dojść do porozumienia, lecz po to, by zyskać przewagę. Spotkanie w Stambule może być próbą kolejnej pułapki – pozornego gestu, który ma skłonić Zachód do ustępstw, a Ukrainę do defensywy. Zachowanie czujności i jednoznacznych warunków – trwałego rozejmu, obserwacji międzynarodowej, wycofania wojsk – pozostaje warunkiem jakichkolwiek poważnych rozmów. Inaczej cały proces stanie się nie narzędziem pokoju, ale pretekstem do kolejnego etapu wojny.

Redakcja

Poprzedni

Zawieszenie broni w Kaszmirze po czterech dniach eskalacji. Czy napięcie między Indiami a Pakistanem opadnie na dobre?

Następny

Na dnie