Liga Mistrzów UEFA: Lewandowski wśród najlepszych

Chelsea Londyn triumfowała w ostatniej edycji Ligi Mistrzów UEFA, pokonując w finale Manchester City 1:0. Obserwatorzy UEFA, wśród których było wielu znakomitych przed laty piłkarz, m.in. Patrick Vieira, Robbie Kean, Gareth Southgate i Cosmin Contra, wybrało 23 najlepszych w ich ocenie piłkarzy minionych rozgrywek.

Bayern Monachium nie obronił trofeum w Lidze Mistrzów, podobnie jak Robert Lewandowski tytułu króla strzelców tych rozgrywek, mimo to eksperci UEFA docenili klasę polskiego napastnika i umieścili go wśród najlepszych graczy edycji 2020/21: bramkarze – Thibaut Courtois (Real Madryt), Ederson (Manchester City), Edouard Mendy (Chelsea Londyn); obrońcy – Cesar Azpilicueta (Chelsea), Ruben Dias (Man City), Marquinhos (Paris Saint-Germain), Antonio Ruediger (Chelsea), Ben Chilwell (Chelsea), David Alaba (Bayern); pomocnicy – Jorginho, Mason Mount, Jose Kante (Chelsea), Kevin De Bruyne, Ilkay Gundogan (Manchester City), Luka Modrić (Real Madryt), Sergio Oliveira (FC Porto), Phil Foden (Man City); napastnicy – Erling Haaland (Borussia Dortmund.), Kylian Mbappe (PSG), Robert Lewandowski (Bayern), Karim Benzema (Real), Neymar (PSG), Leo Messi (FC Barcelona).

Mecz Polska – Rosja z kibicami na trybunach

Przygotowania do Euro 2020/2021 wkraczają w decydującą fazę. We wtorek reprezentacja Polski rozegrała mecz towarzyski z Rosją, remisując 1:1. Dla selekcjonera biało-czerwonych Paulo Sousy była to pierwsza okazja do sprawdzenia formy swoich wybrańców. Portugalczyk przed meczem zapowiedział, że Robert Lewandowski zacznie spotkanie na ławce rezerwowych, ale napastnik Bayernu Monachium na boisku się nie pojawił. Mecz z Rosją był też sprawdzianem sprawności dla PZPN, bo po raz pierwszy od wybuchu pandemii na trybuny mogli wejść kibice.

Za sprawą najnowszych złagodzeń epidemicznych przepisów Polski Związek Piłki Nożnej mógł w meczu z Rosją zapełnić stadion w połowie miejsc, co oznaczało, że na stadionie we Wrocławiu mogło pojawić się ponad 20 tysięcy kibiców. Nasz piłkarska federacja zapewniała, że bilety rozeszły się jak ciepłe bułeczki. Oficjalnie potwierdził to rzecznik prasowy PZPN Jakub Kwiatkowski na przedmeczowej konferencji prasowej: „W obu czerwcowych spotkaniach towarzyskich kadry spodziewamy się około 20 tysięcy kibiców. Bilety, które trafiły do sprzedaży, zostały już wykupione, więc na meczach będzie głośno”. Ale obostrzenia epidemiczne wciąż obowiązują, chociaż nie są już jakoś przesadnie dolegliwe. „Trzeba będzie zachować odpowiedni dystans, na co stewardzi będą zwracać uwagę. Rodziny będą jednak mogły siedzieć obok siebie. Nie przewidujemy jako organizatorzy obowiązku noszenia maseczek, bo na powietrzu nie trzeba już tego robić” – wyjaśnił rzecznik Kwiatkowski.
Polscy piłkarze z powrotu kibiców cieszyli się bardzo, bo wszyscy mieli już serdecznie dosyć kopania piłki przy pustych trybunach. Może za wyjątkiem występujących na co dzień w Lokomotiwie Moskwa Grzegorza Krychowiaka i Macieja Rybusa, bo w rosyjskiej lidze mecze w tym roku rozgrywane były z udziałem publiczności. Ale to oznaczało też, że dla rosyjskich piłkarzy, których do gry wystawił trener „Sbornej” Stanisław Czerczesow, doping fanów polskiej drużyny nie będzie czymś szczególnym. Ale dla reszty polskich zawodników był to powrót do normalności. „Występując w Serie A, od dawna nie widziałem fanów na trybunach. Dlatego przygotowałem się mentalnie na duże emocje” – przyznał Bartosz Bereszyński.
Mecz z Rosją był pierwszym występem reprezentacji Polski z udziałem publiczności od ośmiu miesięcy. Po raz ostatni spotkania reprezentacji były dostępne dla fanów w październiku ubiegłego roku. Listopadowe mecze Ligi Narodów i marcowe eliminacji MŚ 2022 odbyły się bez widzów. Przed spotkaniem z Rosją wielką niewiadomą było jednak to, jak zachowają się polscy kibice. Swój powrót na stadiony ekstraklasy w ostatniej ligowej kolejce zaakcentowali zakazanymi pirotechnicznymi popisami, ale organizatorzy zapewniali, że postarają się do tego na stadionie we Wrocławiu nie dopuścić.
Trener Paulo Sousa w przeddzień meczu z Rosjanami poinformował, że Robert Lewandowski nie zacznie meczu w wyjściowym składzie. Ostatecznie kapitan naszej reprezentacji nie zagrał w ogóle, podobnie jak dziewięciu innych kadrowiczów, wśród których byli m.in. Wojciech Szczęsny, Kamil Glik i Arkadiusz Milik. „Mając na uwadze jego długi sezon i kontuzję, której nabawił się w końcówce, na szczęście niezbyt poważną, uznaliśmy wspólnie, że zacznie spotkanie na ławce rezerwowych” – ogłosił portugalski szkoleniowiec. Nie ma w tym nic szokującego, bo „Lewy” nie musi udowadniać swojej przydatności do gry w podstawowej jedenastce, a ma przecież jeszcze w nogach wysiłek jaki włożył w maju w pobicie legendarnego rekordu strzeleckiego Gerda Muellera. Mecz, w którym kapitan naszej reprezentacji strzelił 41. ligowego gola w minionym sezonie i ustanowił nowy rekord Bundesligi, został rozegrany 22 maja, czyli ledwie dwa dni przed rozpoczęciem zgrupowania kadry biało-czerwonych w Opalenicy. W sumie w sezonie 2020/21 Lewandowski spędził na boisku 3389 minut w 40 spotkaniach licząc wszystkie rozgrywki. Zdobył łącznie 48 bramek i zaliczył ponadto dziewięć asyst.
Przed wtorkowym meczem trener reprezentacji Rosji przestrzegł naszych piłkarzy przed zespołem Słowacji, z którym biało-czerwoni 14 czerwca rozegrają pierwsze spotkanie w turnieju Euro 2020/21. „Musicie uważać przede wszystkim na stałe fragmenty gry. Widać, że mają je dobrze wyćwiczone. My tak straciliśmy gola w meczu z nimi” – powiedział Stanisław Czerczesow. I zapewnił, że jego zawodnicy podejdą do spotkania z Polakami bardzo poważnie. „Oczywiście zwycięstwo nie jest naszym głównym celem, bo mecz jest tylko elementem przygotowań do startu w mistrzostwach Europy, ale spodziewam się zobaczyć we Wrocławiu u moich piłkarzy maksymalne zaangażowanie w grę” – przekonywał selekcjoner „Sbornej”. Rosyjski zespół w Euro 2020/2021 w fazie grupowej będzie rywalizował z Belgią, Finlandią i Danią, a nasza drużyna zmierzy się ze Słowacją, Hiszpanią i Szwecją.
W przedostatnim sprawdzianie przed startem w Euro 2020/2021 trener Sousa dał pograć głównie piłkarzom drugiego rzutu kadry i w sumie był z ich występu zadowolony. Najlepszym dowodem jest to, że nie dokonał żadnej zmiany w 26-osobowej kadrze i ta grupa zawodników została zgłoszona do UEFA. „Graliśmy bardzo dobrze do momentu strzelenia gola. Potem cofnęliśmy się zdecydowanie za głęboko. Pozwalaliśmy rywalowi na wyprowadzanie piłki i stwarzanie korytarzy. Rosjanie wykorzystywali przestrzenie pomiędzy cofniętym Krychowiakiem i Klichem a atakiem, to był problem. W drugiej połowie wyglądało to lepiej, rywale już nie stwarzali tak dużego zagrożenia. W przerwie przeanalizowaliśmy błędy. Pokazaliśmy zawodnikom, co można zrobić lepiej i poprawić. Piłkarze mogli czuć w nogach trudy tego wymagającego tygodnia. W pewnych momentach po prostu brakowało nam sił. Nie zamierzam wprowadzać żadnych zmian. Odpowiada mi obecna kadra” – zapewniał portugalski szkoleniowiec. To dla zawodników z listy rezerwowej oznacza koniec marzeń o występie w mistrzostwach Europy. Dla przypomnienia – znaleźli się na niej bramkarz Radosław Majecki oraz pomocnicy Kamil Grosicki, Sebastian Szymański i Rafał Augustyniak.
Remis 1:1 w spotkaniu z Rosją trzeba uznać za wynik sprawiedliwy. Z naszych reprezentantów na wyróżnienie zasłużył strzelec gola Jakub Świerczok i Grzegorz Krychowiak, a najsłabiej wypadł ustawiony na lewym skrzydle Dawid Kownacki, któremu ta pozycja najwyraźniej nie pasowała.
Ostatnie spotkanie kontrolne przed Euro 2020/2021, z Islandią, biało-czerwoni rozegrają 8 czerwca w Poznaniu.

Polska – Rosja 1:1
Gole: Jakub Świerczok (4) – Wiaczesław Karawajew (21).

Polska: Łukasz Fabiański – Tomasz Kędziora (56. Bartosz Bereszyński), Michał Helik, Kamil Piątkowski (57. Jan Bednarek), Tymoteusz Puchacz – Przemysław Frankowski (80. Karol Linetty), Grzegorz Krychowiak, Mateusz Klich (70. Kacper Kozłowski), Karol Świderski (67. Jakub Moder), Dawid Kownacki (56. Kamil Jóźwiak) – Jakub Świerczok.
Rosja: Anton Szunin (63. Matwiej Safonow) – Wiaczesław Karawajew, Andriej Siemionow (46. Igor Diwiejew), Gieorgij Dżykija, Fiodor Kudriaszow, Daler Kuziajew (67. Jurij Żyrkow) – Aleksiej Miranczuk (63. Rifat Żemaletdinow), Roman Zobnin, Magomied Ozdojew (57. Maksim Muchin), Aleksandr Gołowin – Artiom Dziuba (67. Anton Zabołotnyj).
Żółte kartki: Siemionow, Kudriaszow.
Sędziował: Marco Guida (Włochy).
Widzów: 20 000.

Euro 2020/2021: Nikt nie daje naszym piłkarzom szans

Piłkarska reprezentacja Polski w Opalenicy szlifuje już formę do rozpoczynających się 11 czerwca mistrzostw Europy. Na razie piłkarze trenują jednak na pół gwizdka, a największym zmartwieniem selekcjonera Paulo Sousy zdaje się być kontuzja łąkotki z jaką przyjechał na zgrupowanie Arkadiusz Milik.

Według doktora kadry Jacka Jaroszewskiego uraz nie przekreśla szans Milika na grę w turnieju Euro 2020. Sztab medyczny naszej kadry przygotował szczegółowy plan doprowadzenia napastnika Olympique Marsylia do pełnego treningu i optymalnej dyspozycji. Ale piłkarz na własną prośbę udał się w czwartek do Barcelony na dodatkową konsultację z doktorem Ramonem Cugatem, u którego w przeszłości się leczył. Wypada mieć nadzieję, że wróci do Opalenicy z dobrymi wieściami. Milik po przeprowadzce do Marsylii szybko nadrobił zaległości wynikłe z przymusowego półrocznego nic nie robienia w SSC Napoli i w 15 ligowych występach zdołał strzelić dziewięć goli i zaliczyć dwie asysty. W majowych występach prezentował naprawdę wysoką formę i miał być wsparciem w linii ataku dla Roberta Lewandowskiego. Gdyby go zabrakło, na liście rezerwowej nie ma ani jednego napastnika (są na niej bramkarz Radosław Majewski, obrońca Robert Gumny i pomocnicy Kamil Grosicki, Sebastian Szymański i Rafał Augustyniak), a ci którzy są w kadrze, Karol Świderski, Dawid Kownacki i Jakub Świerczok, jako zmiennicy czy zastępcy Lewandowskiego raczej nowej jakości do zespołu nie wniosą. Nie ma się co łudzić, że Lewandowski sam wygra mecze ze Słowacją, Hiszpanią i Szwecją, chociaż po jego strzeleckich wyczynach w minionym sezonie takie myślenie zaczyna w Polsce kiełkować. Ale historia poprzednich startów biało-czerwonych w wielkich turniejach uczy, a trochę ich już było, że prowadzi to nieuchronnie do bogoojczyźnianej retoryki i pompowania balona oczekiwań ponad miarę. I kończy się zawsze tak samo – wybuchem powszechnego zawodu, który eksploduje złośliwością i niechęcią. „Lewy” coś takiego już raz przeżył, po mundialu w Rosji, ale teraz w razie niepowodzenia pewnie dostanie mu się od rodaków znacznie mocniej za zawiedzione nadzieje.
Dla nas wszystkich będzie lepiej nie nastawiać się na sukces, tylko przyjąć dla oczekiwań miarę wytyczaną już biało-czerwonym choćby przez bukmacherów. A oni szanse naszej reprezentacji na sukces w turnieju Euro 2021 oceniają raczej nisko. Za każdą postawioną złotówkę na triumf reprezentacji Polski można będzie zarobić 80. Dla porównania kursy na wygraną Anglii czy Francji to 1:6, na Belgię 1:7, na Niemcy 1:8, na Hiszpanię 1:9, a na broniącą tytułu Portugalię 1:10. Szanse Szwedów ocenia się tak samo jak szanse Polakó, na 1:80, a ostatniego z rywali grupowych biało-czerwonych, Słowację, 1:200. Ale nasi południowi sąsiedzi nie są pod tym względem na ostatnim miejscy wśród uczestników mistrzostw. Jeszcze niżej od nich oceniono szanse zespołów Finlandii i Macedonii Północnej – 1:500.
Za prognozowanie szans uczestników Euro 2021 biorą się też naukowcy. Ostatnio pokusili się o to analitycy z uniwersytetu w belgijskim Leuven, którzy przeprowadzili symulacje potencjałów każdej z 24 drużyn. Do swoich wyliczeń użyli algorytmu stworzonego na podstawie analizy wyników ostatnich meczów uczestników Euro 2021. Brali oni pod uwagę potencjał defensywny oraz ofensywny drużyn, wykorzystując liczbę straconych oraz zdobytych goli.
Wyliczenia nie są zbyt optymistyczne dla reprezentacji Polski. Według nich reprezentacja Polski ma 64 procent szans na wyjście z grupy, ale największe prawdopodobieństwo na awans do 1/8 finału dają naszej drużynie z trzeciej lokaty w grupie E (33 procent). Na zajęcie drugiego miejsca dają ekipie Paulo Sousy 29 procent szans, a na zajęcie pierwszego tylko 16 procent. Jeśli chodzi o wyniki meczów to Polsce największe szanse na zwycięstwo dają w spotkaniu ze Słowacją (51 procent). Remis wyliczono na 28 procent, a porażkę na 21. Na pokonanie Szwecji dają naszej drużynie 32 procent, na remis 31, a 37 procent na porażkę. Prognozy na mecz z Hiszpanią to już prawdziwy koszmar – szanse Polski na zwycięstwo oszacowano na 17 procent, na remis 28, a na porażkę aż 58 procent. Z symulacji wynika, że pierwsze miejsce w grupie E zajmie Hiszpania (61 procent), drugie Szwecja (33 procent), a Polska dopiero trzecie (31 procent). Fachowcy z Loeven kompletnie jak widać zlekceważyli Słowaków, co powinno im zostać zapamiętane.
Spójrzmy jednak, co dalej podpowiadają te wyliczenia. Wedle nich jeśli Polacy wyjdą z grupy, to w 1/8 finału trafią na Chorwację, a ponieważ ten zespół jest aktualnym wicemistrzem świata to biało-czerwoni już wygrać z nim nie mają prawa i na tym przeciwniku zakończą swój udział w mistrzostwach Europy. Nasze szanse na dojście do finału są przez analityków z uniwersytetu w Loeven ocenione na zaledwie trzy procent. A największe szanse na końcowy triumf wedle liczb mają Belgowie (29 procent), po nich Hiszpanie i Francuzi (po 14 procent) oraz Włosi i Portugalczycy (po 9 procent). Na szczęście te wszystkie wyliczenia to tylko czysta teoria, bo o wynikach w turnieju Euro 2021, jak w każdym innym, przesądzać będzie aktualna forma zespołów, a nie ich dokonania sprzed roku czy dwóch.
Niestety, pod tym względem obecny potencjał naszej reprezentacji jest wielką niewiadomą. Paulo Sousa przejął ją po Jerzym Brzęczku w styczniu i tak naprawdę dopiero podczas zgrupowania w Opalenicy będzie miał okazję z bliska przyjrzeć się kadrowiczom, zobaczyć jak prezentują się na treningach, jak przyjmują i realizują jego polecenia, wreszcie – jakimi są ludźmi. Wbrew pozorom to może być kluczowy czynnik, bo wśród 26 powołanych do kadry graczy są weterani, jak Glik, Fabiański, Rybus, Krychowiak, Szczęsny, Bereszyński, Bednarek, Zieliński, Skorupski i rzecz jasna Lewandowski, którzy występują w drużynie narodowej od lat i mieli okazję poznać metody pracy kilku selekcjonerów – Franciszka Smudy, Waldemara Fornalika, Adama Nawałki i Jerzego Brzęczka. Paulo Sousa z niejednego piłkarskiego pieca jadł chleb, więc doskonale wie, że kadra polskich piłkarzy nie jest kolektywem zespolonym wspólnym celem jakim jest odniesienie sukcesu w mistrzostwach Europy.
Zwycięstwa w turnieju Euro 2020/2021 nikt w Polsce nie oczekuje. W ocenie szans naszych piłkarzy jako nacja chyba zachowujemy rozsądek, bo przecież widzimy od lat, że wokół Lewandowskiego w biało-czerwonych kostiumach biegają jednak zawodnicy odbiegający klasą od graczy Bayernu Monachium. Nie wszyscy co prawda, ale jednak zdecydowana większość. Pozytywem jest jednak fakt, że w kadrze Sousy znaleźli się piłkarze mocno w swoich klubowych drużynach w minionym sezonie eksploatowani, czyli uważani przez trenerów tych drużyn za niezbędnych. Znamienne zaś jest też to, że w przededniu rozpoczęcia mistrzostw Europy w 26-osobowej kadrze jest de facto tylko dwóch graczy z naszej rodzimej ekstraklasy: 28-letni Jakub Świerczok z Piasta Gliwice i 17-letni Kacper Kozłowski z Pogoni Szczecin. Formalnie jest jeszcze dwóch – Kamil Piątkowski z Rakowa Częstochowa i Tymoteusz Puchacz z Lecha Poznań, ale pierwszy już od stycznia tego roku jest zawodnikiem RB Salzburg, zaś drugi kilka dni temu podpisał kontrakt z Unionem Berlin. Jeśli ta grupa młodych ludzi o zróżnicowanych dokonaniach, mentalności i umiejętnościach uzna Paulo Sousę za swojego lidera, uwierzy w jego wizję i zacznie na serio wierzyć w siebie i kolegów, to kto wie – może zrobią psikusa bukmacherom oraz ośmieszą matematyczne wyliczanki naukowców z uniwersytetu w Loeven.

Kadra Polski już ćwiczy w Opalenicy

W poniedziałek powołana przez Paulo Sousę kadra Polski na mistrzostwa Europy zebrała się w hotelu Remes Sport&Spa w Opalenicy. PZPN zajął na wyłączność cały ośrodek, w którym w komfortowych warunkach nasi piłkarze będą szlifować formę do 8 czerwca.

Portugalski selekcjoner biało-czerwonych nie chciał tracić czasu i nie dał swoim wybrańcom nawet kilku dni wolnego, więc większość z nich przyjechała do Opalenicy „z marszu”, po rozegraniu w miniony weekend ostatnich ligowych meczów w tym sezonie. Dla kadrowiczów z dłuższym stażem w reprezentacji, pamiętających jeszcze przygotowania pod wodzą trenera Adama Nawałki do turniejów Euro 2016 i MŚ 2018, była to pewnie niemiła niespodzianka, bo Nawałka dawał kilka dni wolnego i dopiero potem zaczynał treningowa pracę. Portugalczyk chce jednak odbyć z wybranymi przez siebie piłkarzami jak najwięcej treningów. W trakcie marcowego zgrupowania zdoła przeprowadzić ich tylko siedem, w tym zaledwie dwa przed pierwszym meczem eliminacji MŚ 2022 z Węgrami.
Ośrodek Remes Sport&Spa został przez PZPN wynajęty na wyłączność. Z powodu obostrzeń epidemicznych kibice i dziennikarze nie będą mieli tam tak łatwego dostępu do piłkarzy, jak mieli w Arłamowie podczas zgrupowań przed Euro 2016 i MŚ 2018. W bieszczadzkim ośrodku pod hotel przychodziły całe pielgrzymki kibiców, a polowanie na autografy piłkarzy trwało przez cały dzień. W Opalenicy czegoś takiego nie będzie. PZPN chcąc ograniczyć do minimum ryzyko zakażenia koronawirusem zorganizował zgrupowanie w stylu tzw. turniejowej bańki. Nie będzie spotkań z fanami ani otwartych treningów. Na terenie odizolowanego od świata zewnętrznego ośrodka porządku pilnują stewardzi i ochroniarze, a dziennikarze, aby obejrzeć trening czy wejść na konferencję prasową, muszą przejść szybkie antygenowe testy. Zaszczepieni, ozdrowieńcy, bez wyjątku wszyscy. Bezpieczeństwo zawodników jest najważniejsze – twierdzą działacze naszej piłkarskiej federacji.
Lokalizację zgrupowania przed Euro 2020 Sousa przejął niejako w spadku po zwolnionym w styczniu tego roku przez prezesa PZPN Zbigniewa Bońka Jerzym Brzęczku, ale nie domagał się zmiany ośrodka. Pewnie dlatego, że jako Portugalczyk wiedział, że hotel Remes był bazą pobytową portugalskiej reprezentacji podczas turnieju Euro 2012, a jej piłkarze i sztab szkoleniowy wystawili mu potem znakomite recenzje. Kadra Polski ma tu do dyspozycji kilka boisk treningowych usytuowanych wokół hotelu, a także korty tenisowe, pole golfowe, kręgielnię oraz spa z basenem.
Co do standardu hotelu to nawet kapryśny Cristiano Ronaldo nie miał żadnych zastrzeżeń. Gwiazdor czuł się w nim znakomicie. Właściciele hotelu zajmowany przez niego apartament numer 202 nazwali jego imieniem i do dzisiaj traktują jako specjalna ofertę dla gości. Pakiet dla Ronaldo obejmował nie tylko dwupoziomowy pokój, ale także udogodnienia, z których lubił korzystać zawodnik. Na przykład pobyt w spa, ulubiony masaż Ronaldo oraz jedzenie, które preferował Portugalczyk. Jego ulubionym daniem był między innymi tuńczyk, co dość mocno rzucało się w oczy w przygotowanym dla tego pakietu menu. Podobnej, specjalnej oferty ma się również doczekać Robert Lewandowski, który na czas zgrupowania kadry Polski wprowadził się do tego apartamentu.
Kapitan naszej reprezentacji przyjechał do Opalenicy już w poniedziałek. Najpierw wziął udział w konferencji prasowej, podczas której zebrał owacje od polskich dziennikarzy za pobicie blisko półwiecznego rekordu Gerda Muellera,a potem wraz z 20 innymi kadrowiczami wziął udział w lekkim popołudniowym treningu (zabrakło Arkadiusza Milika, Pawła Dawidowicza, Grzegorza Krychowiaka, Dawida Kownackiego, Łukasza Skorupskiego i Radosława Majeckiego, którzy nie zdążyli dojechać). Ze strony kolegów spotkała go miła niespodzianka, bo zdobyli się na ładny gest honorując jego rekord strzelonych goli w Bundeslidze szpalerem, a u piłkarzy taki dowód uznania to rzadkość. „Lewy” był tym dowodem uznania nawet trochę zawstydzony.
Adam Nawałka przed obozem w Arłamowie organizował zgrupowania regeneracyjne w Juracie. Sousa od razu zaprosił wszystkich do Opalenicy, ale w plany treningowe zgrabnie wmontował też czas na psychiczną regenerację oraz na integrację. W środę do piłkarzy dołączą rodziny i zostaną z nimi do końca tygodnia. W tym czasie zaplanowany jest m.in. grill i koncert zespołu Golec uOrkiestra. Pierwszy sprawdzian formy czeka biało-czerwonych już 1 czerwca we Wrocławiu, gdzie zagrają z drużyną Rosji. Kolejny test przejdą 8 czerwca w Poznaniu w spotkaniu z reprezentacją Islandii. A dzień później przeniosą się do bazy pobytowej w Sopocie.

Złoty But na nodze Lewego

W miniony weekend zakończyły się rozgrywki w pięciu najsilniejszych ligach europejskich, a co za tym idzie, zakończyła się także rywalizacja o „Złotego Buta” – nagrodę dla najlepszego strzelca lig europejskich. W tym sezonie zdobył ją po raz pierwszy w karierze Robert Lewandowski.

Najlepsi napastnicy walczą o „Złotego Buta” od sezonu 1967/1968. Początkowo coroczną nagrodę dla najlepszego strzelca wśród najwyższych europejskich lig zrzeszonych w UEFA była przyznawana przez francuski magazyn „L’Equipe”. W latach 1968-1991 wyróżnienie otrzymywał zdobywca największej liczby bramek spośród zawodników grających we wszystkich ligach europejskich. W tym okresie dwukrotnie nagrodę zdobywali: Portugalczyk Eusebio (za 42 gole w sezonie 1967/68 oraz za 40 goli w sezonie 1972/73, w obu przypadkach dla Benfiki Lizbona), Niemiec Gerd Müller (za 38 goli w sezonie 1969/70) i 40 goli w sezonie 1971/72, w obu przypadkach dla Bayernu Monachium), Rumun Dudu Georgescu (za 33 gole w sezonie 1974/75 i za 47 goli w sezonie 1976/77, w obu przypadkach dla Dinama Bukareszt) i Portugalczyk Fernando Gomes (za 36 goli w sezonie 1982/83 i za 39 goli w sezonie 1984/85, w obu przypadkach dla FC Porto).
W 1991 roku na skutek protestu Cypryjskiego Związku Piłki Nożnej, który twierdził, że w jego lidze jeden z graczy zdobył 40 goli, redakcja „L’Equipe” zdecydowała się zawiesić plebiscyt i do 1996 roku nagroda była przyznawana nieoficjalnie. W 1996 roku firma Adidas wraz z European Sports Media wznowiły przyznawanie nagrody dla najskuteczniejszego snajpera w ligach europejskich, ale przy zmienionych zasadach – „Złoty But” do dzisiaj przyznaje się w oparciu o system punktowy, który piłkarzom z silniejszych lig daje szansę na wygrywanie z konkurentami występującymi w słabszych ligach. Ranking powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w lidze. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek. Najwyższy – dwa – ma pięć czołowych lig. Obecnie: hiszpańska, angielska, niemiecka, francuska i włoska (współczynnik zależy od wyników klubów z każdej ligi w europejskich pucharach w ciągu ostatnich pięciu sezonów).
W nowej odsłonie „Złotego Buta” Francuz Thierry Henry był pierwszym graczem, który zdobył nagrodę w dwóch sezonach z rzędu (30 goli w sezonie 2003/04 i 25 goli w sezonie 2004/05, w obu przypadkach dla Arsenalu Londyn). Pojawili się też w tym okresie piłkarze, którzy zdobywali „Złotego Buta” jako gracze różnych zespołów: Brazylijczyk Mario Jardel (36 goli w sezonie 1998/99 dla FC Porto i 42 gole w sezonie 2091/02 dla Sportingu Lizbona), Urugwajczyk Diego Forlan (25 goli w sezonie 2004/05 dla Villarrealu, nagroda na spółkę z Thierry Henry’m, oraz 32 gole w sezonie 2008/09 dla Atletico Madryt), Portugalczyk Cristiano Ronaldo (31 goli w sezonie 2007/08 dla Manchesteru United oraz dla Realu Madryt – 40 goli w sezonie 2010/11, 31 goli w sezonie 2013/14 i 48 goli w sezonie 2014/15), Urugwajczyk Luis Suarez (31 goli w sezonie 2013/14 dla FC Liverpool i 40 goli w sezonie 2015/16 dla FC Barcelona).
Lionel Messi ustanowił rekord goli w sezonie, zaliczając w rozgrywkach 2011/12 50 trafień dla FC Barcelona. Do Messiego należy także rekord w liczbie zdobytych nagród „Złotego Buta” – ma ich w dorobku sześć.
W minionym sezonie rywalizację zdominował Robert Lewandowski. Polski napastnik Bayernu przewodził w klasyfikacji przez większość czasu i w końcówce rozgrywek miał tak wielką przewagę nad konkurentami, że tylko jakiś kataklizm mógł mu odebrać upragnioną nagrodę. „Lewy” był bliski zdobycia „Złotego Buta” już w sezonie 2019/20, ale na finiszu trofeum sprzątnął mu sprzed nosa Włoch Ciro Immobile, który strzelił dla Lazio Rzym 36 goli, o dwa więcej od Lewandowskiego i przy okazji ustanowił nowy rekord włoskiej ekstraklasy. Immobile do końca usiłował ścigać Cristiano Ronaldo, ale nie dał rady. W tym sezonie Portugalczyk zdobył 29 bramek i ta liczba wystarczyła mu jedynie do zdobycia tytułu króla strzelców Serie A. Immobile tym razem był daleko od czołówki i w klasyfikacji snajperów włoskiej ligi przegrał jeszcze z Belgiem Rumelu Lukaku (24 gole dla Interu Mediolan), Kolumbijczykiem Luisem Murielem (22 gole dla Atalanty Bergamo) i Serbem Dusanem Vlahovicem (21 goli dla Fiorentiny). W rozegranej w miniony weekend ostatniej kolejce Serie A Ronaldo z niejasnych powodów nie zagrał w rozstrzygającym o zajęciu przez Juventus miejsca gwarantującego start w nowej edycji Ligi Mistrzów meczu z Bologną (4:1), chociaż pojechał z drużyną do Bolonii. Całe spotkanie przesiedział na ławce rezerwowych. Co ciekawe, z występu w ostatniej kolejce zrezygnował też Leo Messi. FC Barcelona już wcześniej przegrała walkę o mistrzostwo Hiszpanii z Atletico Madryt, a nawet o drugą lokatę z Realem Madryt. Argentyński gwiazdor „Dumy Katalonii” nie miał o co walczyć, bo z 30 golami na koncie tytuł króla strzelców Primera Division miał już kieszeni. Drugi w klasyfikacji Francuz Karim Benzema (Real Madryt) zakończył sezon z 23. trafieniami, tyle samo miał w dorobku hiszpański napastnik Villarrealu Gerard Moreno, a niechciany w Barcelonie urugwajski napastnik Atletico Madryt Luis Suarez w ostatniej kolejce w meczu z Realem Valladolid (2:1) zdobył zwycięską bramkę, ale w sumie w całym sezonie zaliczył tylko 21 trafień.
W klasyfikacji „Złotego Buta” podium obsadzili więc Lewandowski (41 goli), Messi (30) i Cristiano Ronaldo (29), a czwartą lokatę zajął inny z portugalskich piłkarzy, grający w Eintrachcie Frankfurt Andre Silva, który w Bundeslidze zdobył 28 bramek i o jedno trafienie wyprzedził Norwega Erlinga Haalanda z Borussii Dortmund. Także 27 trafień uzbierał najskuteczniejszy strzelec francuskiej Lique 1 Francuz Kylian Mbappe, którego redakcja „France Football” na podstawie tylko sobie wiadomych kryteriów już uznała na najpoważniejszego kandydata do zdobycia w tym sezonie „Złotej Piłki”. Tak na marginesie, kolega Mbappe z zespołu Paris Saint-Germain, Brazylijczyk Neymar, zakończył ligowy sezon z dorobkiem ledwie dziewięciu trafień. Tyle samo goli strzelił dla Olympique Marsylia Arkadiusz Milik, chociaż we francuskiej ekstraklasie występował dopiero od 23 stycznia i zagrał tylko w 15 meczach. A przypomnijmy, że Neymar kosztował 222 mln euro i wciąż jest najdroższym piłkarzem w historii.

Lewy ustanowił nowy rekord Bundesligi

Piłkarzom Augsburga z Rafałem Gikiewiczem i Robertem Gumnym w składzie zabrakło dosłownie sekund, aby obronić legendarny rekord Gerda Muellera. Ale w ostatniej akcji meczu fortuna w końcu uśmiechnęła się do Roberta Lewandowskiego, który w swoim 29. ligowym występie w tym sezonie strzelił 41. gola i ustanowił nowy rekord niemieckiej Bundesligi.

Gerd Mueller swoje rekordowe osiągnięcie uzyskał w rozgrywkach 1971/1972. W historii Bundesligi, która zaczęła się w 1963 roku (wcześniej mistrzów Niemiec wyłaniano w rozgrywkach międzyregionalnych), tylko Gerd Mueller zdołał w jednym sezonie strzelić 40 goli. Przez prawie 50 lat żaden inny napastnik nawet nie zbliżył się do tego osiągnięcia. „Od zawsze byłem przekonany, że rekordowy wynik Gerda Muellera nigdy nie zostanie pobity. Kolejne lata tylko umocniły mnie w tym przekonaniu. Ale w Bundeslidze pojawił się Robert. Gdy w poprzednim sezonie zdobył 34 bramki, pojawiła się pierwsza wątpliwość. Przed jego kontuzją w meczu reprezentacji byłem niemal pewny, że rekord pobije, lecz potem zwątpiłem, że da radę. Ale jak widać niepotrzebnie” – przyznał w wypowiedziach dla polskich mediów prezydent Bayernu
Karl-Heinz Rummenigge.
Już wyrównanie przez Lewandowskiego „niepobijalnego” rekordu wszech czasów Gerda Muellera uznano za wyczyn nieprawdopodobny, o którym setki jego poprzedników na niemieckich boiskach nawet nie marzyło. A on potrzebował do tego tylko 29 występów, w których strzelał gola co 60 minut, zdobywając średnio 1,41 bramki na mecz. A trzeba podkreślić, że nie zdobywał bramek we wszystkich rozegranych meczach, leczy tylko w 26. Wykręcił jednak dzięki temu wręcz obłędne statystyki. Trochę żal, że przez kontuzje stracił pięć meczów, bo pewnie jego końcowy dorobek bramkowy byłby jeszcze okazalszy.
Lewandowski dokonał wielkiego wyczynu nie tylko w skali Bundesligi. Naprawdę wąskie grono zawodników, szczególnie grających w XXI wieku w pięciu najsilniejszych ligach europejskich, może pochwalić się przekroczeniem bariery 40 goli w jednym sezonie. Takiego zawodnika nie ma we francuskiej Ligue 1, piątej siły w Europie. Najbliżej tej granicy w XXI w. był Zlatan Ibrahimović w barwach Paris Saint-Germain w sezonie 2015/2016. Wówczas strzelił 38 goli. To najlepszy wynik w historii rozgrywek – pobił rekord legendy FC Nantes Philippe’a Gondeta z sezonu 1965/1966 (36 bramek). Podobnie ma się sytuacja w Serie A, gdzie rekord należy do Ciro Immobile. Włoch w zeszłym sezonie trafiał do siatki rywali 36 razy. Wtedy pobił osiągnięcie Szweda Nilsa Gunnara Nordahla, który w sezonie 1949/1950 zdobył 35 ligowych goli dla Milanu. Na boiskach Premier League, czyli od 1992 r., nie biegał jeszcze tak bramkostrzelny piłkarz. W XXI w. Mohamed Salah był najskuteczniejszym w jednym sezonie. W porównaniu do pozostałych lig ten dorobek jest mniej okazały, ale również godny podziwu. Egipcjanin w sezonie 2017/2018 strzelił 32 gole. Rekord rozgrywek współdzielą jednak Andy Cole (1993/1994) i Alan Shearer (1994/1995) – obaj wbili w swoich rekordowych sezonach po 34 gole. Hiszpańska La Liga ma to szczęście, że przez ostatnią dekadę grało tam dwóch najlepszych zawodników na świecie – Lionel Messi i Cristiano Ronaldo. Obaj dwukrotnie przekraczali barierę 40 goli. Argentyńczyk robił to w sezonach 2011/2012 (50 bramek, rekord rozgrywek) i 2012/2013 (46). Z kolei Portugalczyk kosmiczną skutecznością popisywał się w sezonach 2010/2011 (41) i 2014/2015 (48). Do magicznej „40” doskoczył jeszcze Luis Suarez w sezonie 2015/2016. I nikt więcej. Osiągnięcie Lewandowskiego wyróżnia jednak to, że swój rekord ustanowił w lidze 18-zespołowej, podczas gdy w pozostałych czterech z Top-5 gra po 20 drużyn.
Rekordowy strzelecki dorobek „Lewego” zapewnił mu w tym sezonie już czwarty z rzędu, a szósty w ogóle tytuł króla strzelców Bundesligi. Wypada zauważyć, że pod tym względem polski piłkarz także pobił rekord Gerda Muellera, który tytuł króla strzelców zdobył wprawdzie siedem razy, ale z rzędu tylko trzykrotnie. Legendarny „Bomber” ma jednak jeszcze jeden rekord – łącznej liczby goli strzelonych w Bundeslidze. Ma ich na koncie 365, a Lewanowski po tym sezonie 278, zatem do odrobienia pozostało mu jeszcze 88 bramek. Nie jest to dla niego różnica niemożliwa do zniwelowania, ale musiałby pograć w Bundeslidze na wysokim poziomie jeszcze co najmniej trzy, a nawet cztery sezony.
W pogoni za legendarnym rekordem Lewandowski zostawił w tyle konkurentów do zdobycia słynnej „armatki” – tradycyjnej nagrody na króla strzelców Bundesligi. Wiceliderem zestawienia z dorobkiem 28 trafień został portugalski napastnik Eintrachtu Frankfurt Andre Silva, a dopiero trzecią lokatę z 27 bramkami na koncie zajął typowany na następcę „Lewego” w Bayernie norweski snajper Borussii Dortmund Erling Haaland, który w ostatniej kolejce strzelił dwa gole w zwycięskim meczu z Bayerem Leverkusen (3:1). Kolejne miejsca na liście strzelców niemieckiej ekstraklasy z dorobkiem 20 trafień zajęli Holender Wout Weghorst w VfL Wolfsburg i Chorwat Andrej Kramarić z Hoffenheim. Dopiero na ósmej pozycji z 11. bramkami na koncie w zestawieniu znalazł się kolejny gracz Bayernu Monachium, Thomas Mueller, a na 12. z 10 golami Serge Gnabry.
Co ciekawe, Lewandowski mimo rekordu bramek w Bundeslidze nie pobił swojego rekordu strzeleckiego z zeszłego sezonu. Tym razem zdobył we wszystkich rozgrywkach w klubie i reprezentacji 53 gole, co jest osiągnięciem imponującym ale o osiem trafień gorszym od wyniku z poprzedniego sezonu. „Lewy” zagrał jednak w ośmiu spotkaniach mniej niż w zeszłym sezonie, ponieważ Bayern szybko odpadł z Ligi Mistrzów i Pucharu Niemiec, a w dodatku miał przerwy z powodu kontuzji.
Ale te jego 53 gole to i tak najlepszy wynik wśród czołowych graczy. Lewandowski ma więcej trafień niż niedoścignieni dotychczas Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Argentyńczyk zakończył sezon z dorobkiem 39 bramek we wszystkich rozgrywkach w klubie i reprezentacji, a Portugalczyk przed ostatnim w w tym sezonie meczu w Serie A z Bologną miał na koncie 40. trafień. Aspirującego do „Złotej Piłki” Francuz Kyliana Mbappe strzelił 44 gole, a Haaland 47.
Zaraz po fecie z okazji kolejnego mistrzostwa dla Bayernu Lewandowski wybrał się wraz z Karlem-Heinz Rummenigge do muzeum Bayernu, gdzie obaj spotkali się tam z żoną Gerda Muellera. „Lewy” przekazał jej koszulkę ze słynnym już nadrukiem „4ever Gerd”, który zaprezentował tydzień wcześniej po strzeleniu 40. gola, na której dopisał odręczną dedykację dla legendarnego niemieckiego piłkarza („Dla legendy Gerda, wielkiej inspiracji”). Zdjęcie napastnika Bayernu Monachium i Uschi Mueller zrobione przy ekspozycji upamiętniającej wyczyn jej męża w sezonie 1971/1972 obiegło internet. To był ładny gest i dobrze w Niemczech odebrany.

Gikiewicz chce zatrzymać Lewego

Przed ostatnią w tym sezonie kolejką Bundesligi wielkich emocji nie było, bo wszystkie najważniejsze rozstrzygnięcia zapadły już wcześniej. Pewnie dlatego niemieckie media wałkowały do znudzenia temat, czy Robert Lewandowski w ostatnim meczu, z Augsburgiem, pobije legendarny rekord Gerda Muellera 40 strzelonych goli w jednym sezonie, który w poprzedni weekend w 38. kolejce wyrównał w meczu z Freiburgiem.

Po 33 ligowych kolejkach Lewandowski ma w dorobku 40 goli, co oznacza, że wyrównał osiągnięcie legendarnego niemieckiego napastnika sprzed niemal pół wieku, co samo w sobie jest wydarzeniem epokowym. Ale może je jeszcze przebić i przejść do historii niemieckiej ekstraklasy jako samodzielny rekordzista wszech czasów w liczbie goli strzelonych w jednym sezonie. Oczywiście pod warunkiem, że zagra w ostatniej kolejce przeciwko ekipie Augsburga i zdoła pokonać bramkarza tej drużyny, Rafała Gikiewicza. Wbrew pozorom nie będzie to wcale takie łatwe, bo Gikiewicz w tym sezonie należy do ścisłej czołówki golkiperów w Bundeslidze i właściwie nie bardzo wiadomo, dlaczego nie ma go w kadrze Paulo Sousy na mistrzostwa Europy. Choćby zamiast Radosława Majeckiego w roli rezerwowego. Portugalski selekcjoner nie kierował się przy wyborze metryką, bo wprawdzie Gikiewicz ma już 33 lata, ale i tak jest przecież młodszy od Łukasza Fabiańskiego (34 lata), a od 30-latków Wojciecha Szczęsnego i Łukasza Skorupskiego niewiele starszy. Poza tym w reprezentacji Polski powinna obowiązywać zasada, że grają w niej najlepsi aktualnie piłkarze. Paulo Sousa tym oczywistym kryterium doboru kieruje się jednak dość wybiórczo, a pominięcie Gikiewicza jest tego jednym z dowodów.
Wobec kontuzji jakiej w środę nabawił się Fabiański, portugalski szkoleniowiec być może w ostatniej chwili zdecyduje się na jakąś spektakularną zmianę w składzie bramkarzy, a w najbliższy weekend najbardziej zwrócić na siebie jego uwagę może właśnie Gikiewicz, który zapowiada, że w sobotę na Allianz Arenie w Monachium nie ułatwi zadania Lewandowskiemu. ”Mój cel jest jasny – zachowa czyste konto. Ale musimy zagrać dobrze jako zespół, bo sam nie będę w stanie powstrzymać Roberta” – przyznał Gikiewicz w wypowiedzi udzielonej przed meczem gazecie „Augsburger Allgemeine Zeitung”.
Lewandowskiego do bicia rekordu Gerda Muellera próbowała zniechęcić w Niemczech całkiem spora grupa tamtejszych futbolowych autorytetów, ale przed meczem z Augsburgiem apele, żeby odpuścił, były coraz mniej płomienne. Pewnie dlatego, że sam „Lewy” stwierdził, że bicie rekordów strzeleckich to cel każdego napastnika i nie widzi powodu, żeby miał z tego rezygnować. I podkreślał, że gdyby Gerd Mueller miał świadomość, iż jego blisko półwieczny rekord może zostać pobity, z cała pewnością nie miałby o to pretensji. A że w podobnym tonie wypowiedziała się także żona legendarnego niemieckiego piłkarza, nawet kąśliwy zazwyczaj wobec Lewandowskiego tabloid „Bild” napisał, że jeśli w sobotę polski napastnik zostanie samodzielnym rekordzistą Bundesligi, będzie godnym następcą niemieckiej legendy, bo pod wieloma względami był od niego lepszy. Na poparcie tej tezy przytaczają statystyki, z których jasno wynika, że w obecnym sezonie Polak w lidze zdobywał bramki średnio co 59 minut, a Mueller niemal 50 lat temu wpisywał się na listę strzelców średnio co 77 minut. Kapitan reprezentacji Polski znacznie lepiej wykonuje też tzw. stałe fragmenty gry. Na niemieckich boiskach Lewandowski wykorzystał 35 z 39 rzutów karnych (29 z 32 w koszulce Bayernu), co daje skuteczność na poziomie 89,7 procent, zaś Gerd Mueller w karierze wykorzystał 51 „jedenastek” na 63 wykonywane (skuteczność 80,9 procent). Lewandowski jest także skuteczniejszy w rzutach wolnych – w Bundeslidze strzelił cztery gole z tego stałego fragmentu gry, a Gerd Mueller jednego.
W sobotę niemal cały piłkarski świat będzie więc z zapartym tchem śledził występ Lewandowskiego przeciwko Augsburgowi, w barwach którego w bramce zagra Gikiewicz, a na lewej flance obrony Robert Gumny, zakwalifikowany przez Paulo Sousę do grupy graczy rezerwowych. Z tej dwójki przeciwko „Lewemu” grał tylko Gikiewicz. I to jeszcze w czasach, gdy obaj występowali w zespołach polskiej III ligi: 19-letni wówczas Lewandowski w Zniczu Pruszków, a rok starszy Gikiewicz w Drwęcy Nowe Miasto Lubawskie. W kolejnych latach stawali przeciwko sobie wielokrotnie, w polskiej ekstraklasie i Bundeslidze, ale Gikiewiczowi tylko raz nie dał Lewandowskiemu wbić gola – w meczu Pucharu Niemiec w 2015 roku jako zawodnik Eintrachtu Brunszwik. Gdyby w sobotę zatrzymał go ponownie, rzeczywiście miałby co wspominać do końca życia.

Lewandowski dogonił legendę Bayernu i wyrównał rekord 40 goli w sezonie

Robert Lewandowski w meczu 33. kolejki Bundesligi z Freiburgiem (2:2) strzelił 40. gola dla Bayernu Monachium w obecnych rozgrywkach i wyrównał rekord 40. trafień w jednym sezonie ustanowiony blisko pół wieku temu przez Gerda Muellera.

Legendarny niemiecki napastnik swoje rekordowe osiągnięcie uzyskał w rozgrywkach 1971/1972. W historii Bundesligi, która zaczęła się dopiero w 1963 roku (wcześniej mistrzów Niemiec wyłaniano w rozgrywkach międzyregionalnych), tylko Gerd Mueller zdołał w jednym sezonie strzelić 40 goli. Przez prawie 50 lat żaden inny napastnik nawet nie zbliżył się do tego osiągnięcia, a Mueller w swoim dorobku miał jeszcze sezony, w których strzelił 38 goli (1969/1970) i 36 (1972/1973). W sezonie 1976/1977 na sześć trafień do rekordu zbliżył się napastnik FC Koeln Dieter Mueller i trzeba było aż 43 laty, żeby w niemieckiej ekstraklasie pojawił się piłkarz zdolny powtórzyć jego osiągnięcie. Dokonał tego dopiero w poprzednim sezonie Lewandowski, także zdobywając 34 bramki. Ale nikt, nie tylko w Niemczech, na serio nie zakładał, że legendarny już rekord Gerda Muellera kiedykolwiek będzie zagrożony.
Tymczasem Lewandowski nie tylko go wyrównał, ale zrobił to jeszcze w kapitalnym stylu. Wystarczy spojrzeć na statystyki: Mueller 40. gola strzelił w 32. występie, strzelał średnio 1,18 gola na mecz i trafiał do siatki rywala co 77 minut. A „Lewy” pół wieku później swoja 40. bramkę zdobył w 28. występie, średnio strzelał 1,43 gola na mecz, a bramkarzy rywali pokonywał średnio co 59 minut. I może nawet zostać samodzielnym rekordzistą, bo ma jeszcze przed sobą mecz w ostatniej kolejce z Augsburgiem. Nie wiadomo tylko, czy będzie chciał całkowicie wyjść w tabelach rekordów przed Gerda Muellera. Nikt nie będzie miał o to do niego jawnych pretensji, ale już tu i ówdzie po drugiej stronie Odry pojawiły się w komentarzach nutki żalu i z trudem skrywanych pretensji, że Lewandowski dokonał skutecznego zamachu na obrosły już legendą wyczyn legendarnego „Bombera”, który przez blisko pół wieku stał się czymś w rodzaju symbolu Bundesligi.
„Lewy” w tej sytuacji znalazł się między młotem i kowadłem. Swoimi dokonaniami, zwłaszcza w poprzednim sezonie, zyskał jako piłkarz światowy rozgłos i dzisiaj miliony ludzi na całym świecie nie tylko zna jego nazwisko, ale też regularnie śledzi jego boiskowe wyczyny. Gdy przekroczył barierę 30 trafień i zaczął coraz bardziej zbliżać się do rekordu Gerda Muellera, nie mógł już odpuścić tego wyścigu, bo trwało globalne odliczanie. Nawet kontuzje i przerwy w grze nie były w stanie zapewnić mu odpowiedniego alibi. Chcąc potwierdzić, że jest graczem światowej klasy, „Lewy” nie mógł już tego odpuścić. I w końcu stało się – w 25. minucie sobotniego meczu z Freiburgiem doszło do tego historycznego momentu, gdy Lewandowski egzekwując rzut karny pokonał bramkarz rywali Marka Flekkena i zaliczył 40. trafienie w sezonie. Był na to przygotowany, bo ekipie Freiburga w przeszłości strzelił mnóstwo goli i miał prawo zakładać, że tym razem też to zrobi. Ciesząc się z rekordowego trafienie „Lewy” nie zapomniał o oddaniu hołdu Gerdowi Muellerowi i podciągając meczowy trykot zaprezentował założony pod nią T-Shirt z napisem „4ever Gerd” i podobizną legendarnego snajpera. „Lewandowski był świadomy, że ten rekord, który teraz współdzieli, jest wielki tylko dlatego, że kiedyś ktoś wielki go ustanowił. Przez długi czas Polak nie był zawodnikiem grającym szczególnie zespołowo, jego egoizm był oczywisty. Były też czasy, kiedy wolałby bronić barw Realu Madryt. To się zmieniło dopiero w ostatnich latach. I nagle został najlepszym piłkarzem roku, a teraz pobił rekord” – napisano w komentarzu w „Sueddeutsche Zeitung”. A szacowny magazyn piłkarski „Kicker” napisał: „Rekordy fascynują ludzkość od dawna i są po to, żeby kiedyś ktoś je poprawił. Nikt nie miał do tego większych predyspozycji niż Lewandowski, najbardziej kompletny napastnik tego pokolenia. Bramkostrzelny gracz Bayernu trafia prawą i lewą nogą, głową, z pola karnego i z dystansu, z rzutu karnego i rzutu wolnego. To czyni go trudnym do przewidzenia i często niezrównanym. Wzorowy sportowiec wie, jak ustawiać sylwetkę, utrzymać się przy piłce i zwykle nie potrzebuje dużo czasu ani miejsca, żeby, jak to się często mówi, trafić tym okrągłym w to prostokątne”.
Największy splendor spadł na Lewandowskiego jeszcze w trakcie meczu z Freiburgiem. Chyba nawet lekko osłupiał widząc, jak jego koledzy z zespołu oraz członkowie sztabu szkoleniowego Bayernu, na czele z trenerem Hansim Flickiem i dyrektorem sportowym Hasanem Salihamidziciem, formują szpaler honorowy i zapraszają go do środka. Lepszego sposobu na wyrażenie uznania dla piłkarza przez innych piłkarzy jeszcze nie wymyślono. Nic dziwnego, że „Lewy” był taki onieśmielony i wyraźnie speszony. Ale z pewnością honor oddany mu przez kolegów z drużyny zaliczy do najcenniejszych wyróżnień w karierze, a może nawet za najcenniejsze.

Lewy już w Złotym Bucie

Robert Lewandowski jest o jedno trafienie od wyrównania legendarnego rekordu 40 goli w jednym sezonie należącego do Gerda Muellera, ale ma też już praktycznie w kieszeni bardziej prestiżowe wyróżnienie – „Złotego Buta”. Nikt już nie jest w stanie odebrać mu w tym sezonie nagrody dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich.

Dla przypomnienia – klasyfikacja „Złotego Buta” powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w rozgrywkach krajowych. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek, ustalany na podstawie aktualnego rankingu ligowego UEFA, konstruowanego na bazie wyników z ostatnich pięciu sezonów. Najwyższy współczynnik, „2”, przyznawany jest strzelcom goli w pięciu najwyżej sklasyfikowanych ligach. Obecnie są to angielska Premier League, hiszpańska Primera Division, niemiecka Bundesliga, włoska Serie A i francuska Ligue 1.
W ostatniej dekadzie rywalizację o „Złotego Buta” zdominowali Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Argentyński gwiazdor FC Barcelona sięgnął po tę nagrodę sześciokrotnie: w sezonie 2009/2010 (34 gole), 2011/2012 (50 goli), 2012/2013 (46 goli), 2016/2017 (37 goli), 2017/2018 (34 gole) i 2018/2019 (36 goli), natomiast portugalski piłkarz zdobywał „Złotego Buta” trzykrotnie – w sezonach 2010/2011 (40 goli), 2013/2014 (31 goli, ale na spółkę z Urugwajczykiem Luisem Suarezem) oraz w sezonie 2014/2015 (48 goli). Hegemonię tych dwóch genialnych napastników przełamali w tym czasie tylko wspomniany Luis Suarez, który samodzielnie triumfował jeszcze w sezonie 2015/2016 (40 goli) oraz w poprzednim sezonie Włoch Ciro Immobile (36 goli), który dosłownie na finiszu wyprzedził Lewandowskiego (34 gole).
W obecnych rozgrywkach Lewandowski znów jednak rozgrywa fenomenalny pod względem skuteczności strzeleckiej sezon, w którym wedle statystycznych wyliczeń zdobywa w Bundeslidze bramki co 59 minut. Pewnie gdyby nie kontuzja odniesiona w meczu reprezentacji Polski, przez którą musiał pauzować w kwietniowych meczach Bundesligi, dzisiaj „Lewy” byłby już dawno nowym rekordzistą niemieckiej ekstraklasy w liczbie goli strzelonych w jednym sezonie, a jedyną niewiadomą byłaby liczba na której zatrzyma
się jego licznik.
Po hat-tricku uzyskanym w miniony weekend w meczu z Borussią M’gladbach „Lewy” ma w tej chwili na koncie 39 goli, co w klasyfikacji „Złotego Buta” daje mu 78 punktów. Żaden z jego najgroźniejszych konkurentów nie odpowiedział choćby jednym trafieniem, zatem polski snajper Bayernu Monachium powiększył nad nimi i tak już gigantyczna przewagę. Drugi w klasyfikacji Leo Messi w tym sezonie strzelił dla Barcelony w Primera Division 28 goli, co daje mu 56 punktów. Do zakończenia rozgrywek w hiszpańskiej ekstraklasie pozostały wprawdzie jeszcze trzy kolejki, ale to tylko jeden mecz więcej niż ma do rozegrania Bundesliga.
Tak więc argentyński gwiazdor „Dumy Katalonii”, chociaż obdarzony niebywałym piłkarskim geniuszem, nie ma szans na przegonienie kapitana reprezentacji Polski. Nawet dla niego 11 goli jest różnicą niemożliwą do zniwelowania w trzech meczach. Tym bardziej, że Lewandowski w tej chwili prezentuje zdecydowanie lepszą formę strzelecką od Argentyńczyka.
Na zdobycie tej prestiżowej nagrody szans nie ma też drugi obecnie w zestawieniu Cristiano Ronaldo. Portugalski as Juventusu Turyn jest trzeci z dorobkiem 27 trafień i 54 punktów, ale w miniony weekend znów zaliczył „pusty przebieg” w przegranym przez ekipę „Starej Damy” aż 0:3 spotkaniu z AC Milan. Zdaniem dziennika „La Gazetta dello Sport” to był najgorszy występ Cristiano Ronaldo w całej jego karierze. „Błąkał się po boisku, nie umiał znaleźć dla siebie miejsca. Rozczarowujący występ w tak ważnym dla Juventusu meczu. W pierwszej połowie nie dotknął nawet piłki w polu karnym. Od gracza takiej klasy trzeba wymagać, że w tak ważnym spotkaniu pokaże swoją najlepszą wersję. Tymczasem kompletnie zaginął na murawie” – napisano w relacji zamieszczonej na łamach największej sportowej gazety we Włoszech.
Nie lepsi od największych tuzów okazali się też pretendenci do na ich miejsce. Leczący drobny uraz Norweg Erling Haaland nie pojawił się nawet w kadrze meczowej Borussii Dortmund w wygranym 3:2 meczu z RB Lipsk, podobnie jak Francuz Kylian Mbappe w zremisowanym przez jego Paris Saint-Germain spotkaniu z Rennes. Swojego strzeleckiego dorobku nie poprawił też w potyczce z FC Mainz (1:1) portugalski snajper Eintrachtu Frankfurt Andre Silva. Ta trójka piłkarzy okupuje w klasyfikacji „Złotego Buta” czwartą lokatę z dorobkiem 25 goli i 50 punktów.
Bayern ma jeszcze do rozegrania wyjazdowy mecz z Freiburgiem i u siebie z Augsburgiem. Zważywszy na prezentowaną formę z pewnością nie da sobie w tym sezonie wydrzeć upragnionej nagrody i chyba możemy mu już gratulować jej zdobycia.

Lewy dogania Gerda Muellera

Piłkarze Bayernu Monachium w 32. kolejce Bundesligi po raz dziewiąty z rzędu i 31. w historii zostali mistrzami Niemiec. Tytuł zdobyli zanim wyszli z szatni na mecz z Borussią Moenchengladbach, bo godzinę wcześniej drugi w tabeli RB Lipsk przegrał 2:3 z Borussią Dortmund i stracił matematyczne szanse na wyprzedzenie bawarskiej drużyny.

Ekipa trenera Hansiego Flicka sama jednak przyklepała tytułu gromiąc zespół z M’gladbach aż 6:0. Połowę z tych goli strzelił Robert Lewandowski, któremu brakuje już tylko jednego trafienia do wyrównania legendarnego rekordu 40 bramek w jednym sezonie należącego od blisko pół wieku do Gerda Muellera. „Lewy” powiększył swój strzelecki dorobek w tym sezonie Bundesligi do 39 goli i przy okazji ustanowił nowy polski rekord w liczbie ligowych bramek. Do tej pory od 1927 roku rekordzistą był piłkarz Wisły Kraków Henryk Reyman, który w pierwszym ligowym sezonie rozegranym w Polsce zdobył 37 bramek i wyniku tego od 94 lat nie był w stanie nikt pobić. Cztery lata później trzy trafienia mniej w barwach Ruchu Chorzów uzyskał Ernest Wilimowski, w 1948 roku 31 goli dla Wisły Kraków strzelił Józef Kohut, a 12 lat Janusz Kowalik w barwach Chicago Mustangs zaliczył 30 ligowych trafień. Barierę 30 trafień w latach 90. ub. wieku dwukrotnie przekroczył jeszcze tylko Krzysztof „Gucio” Warzycha, który w sezonach 1992/1993 i 1997/1998 strzelił po 32 gole dla Panathinaikosu Ateny. Przebił ich osiągnięcia dopiero Robert Lewandowski. W sezonach 2015/2016 i 2016/2017 osiągnął barierę 30 trafień, w poprzednim sezonie strzelił 34 gole, a w tym już teraz z 39. trafieniami stał się polskim rekordzistą, a ma przecież jeszcze do rozegrania dwa mecze. Jeszcze nigdy legendarny rekord Gerda Muellera nie był tak zagrożony pobiciem, jak w tym sezonie. Na dwie kolejki przed zakończeniem rozgrywek jest już de facto przesądzone, że „Lewy” sięgnie w tym sezonie po szósty w karierze tytuł króla strzelców Bundesligi i przy okazji po raz pierwszy zdobędzie „Złotego Buta” – nagrodę dla najlepszego strzelca lig europejskich. Ścigający go Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Erling Haaland i Andre Silva mają zbyt wielką stratę, żeby byli w stanie dogonić Polaka w klasyfikacji. Drugi w zestawieniu argentyński gwiazdor FC Barcelona ma na koncie 28 goli i trzy mecze do zakończenia rozgrywek.
Piłkarze Bayernu Monachium o tym, że właśnie zdobyli dziewiąte z rzędu mistrzostwo Niemiec dowiedzieli się w szatni Allianz Areny w Monachium, w której przygotowywali się do zaplanowanego w sobotę o 18:30 meczu z Borussią M’gladbach. Zwycięstwo Borussii Dortmund nad RB Lipsk 3:2 zakończył wyścig o prymat w Bundeslidze w obecnym sezonie i bawarska jedenastka mogła sobie pozwolić nawet na trzy porażki w ostatnich trzech ligowych kolejkach. Lecz najwyraźniej ekipa Hansiego Flicka srodze się wynudziła nieróbstwem w poprzedni weekend (miała wolne, bo nie grała już ani w Pucharze Niemiec, ani w Lidze Mistrzów), a że miała dość czasu nie tylko na relaks i wypoczynek, ale także na solidny trening, nie dziwi zatem iż do meczu z Borussią M’gladbach przystąpiła z niesamowitym animuszem.
Gracze ekipy „Źrebaków” do soboty szczycili się, że mają skuteczny sposób na powstrzymanie Lewandowskiego. Polski snajper Bayernu faktycznie miał z nimi problem. W sumie przeciwko Borussii w Bundeslidze rozegrał 17 meczów – zaliczył w nich 5 goli i asystę. To zdecydowanie nie są osiągnięcia, jakie notował w starciach z innymi zespołami Bundesligi. Pierwszego gola tej drużynie zdobył co prawda w 2011 roku, kiedy był jeszcze zawodnikiem Borussii Dortmund, ale na kolejne trafienie czekał aż do marca 2019 roku – Bayern wygrał wtedy z ekipa BMG na wyjeździe 5:1, a nasz piłkarz zdobył dwie bramki. Warto podkreślić, że cztery ze swoich pięciu goli strzelonych ekipie z M’gladbach „Lewy” strzelił w ostatnich pięciu występach przeciwko tej drużynie. Ale chcąc choćby tylko wyrównać rekord Gerda Muellera, kapitan reprezentacji Polski musiał w sobotę zaliczyć przynajmniej „dwupak”.
Lewandowski zaczął sobotni mecz z impetem, strzelając pierwszego gola już w 2. minucie. Ale chociaż było widać, że bardzo mu zależy na kolejnych bramkach i pobiciu rekordu Muellera, to jednak ponad swoje osobiste ambicje stawiał interes drużyny. Gdy Kingsley Coman znalazł się na lepszą pozycję, zagrał mu piłkę i Francuz zdobył bramkę. Mając już hat-tricka przy stanie 5:0 mógł pokusić się o czwartą bramkę, ale na lepszej pozycji był Serge Gnabry i to jemu „Lewy” tak dograł piłkę, że z akcji wyszła bramkowa sytuacja zamieniona na szóstego gola przez Leroy’a Sane’a. Za swój występ Polak dostał w niemieckich mediach notę „1” (klasa światowa), ale on sam bardziej podkreślał fakt, że Bayern zdobył dziewiąty mistrzowski tytuł. Dłużej trwa tylko zwycięska seria zespołu Łudogorca Razgrad, który w tym sezonie sięgnie po dziesiąte z rzędu mistrzostwo Bułgarii. Inni „seryjni mistrzowie”, jak Juventus Turyn we Włoszech i Celtic Glasgow w Szkocji, po dziewięciu triumfach z rzędu w tym sezonie zostali zrzuceni z tronów.