Euro 2020/21: Mistrzowie świata za burtą turnieju

W ćwierćfinale mistrzostw Europy zabraknie broniących tytułu Portugalczyków, których za burtę turnieju wyrzucili Belgowie oraz największych faworytów imprezy Francuzów. Aktualnych mistrzów świata nieoczekiwanie po dogrywce i rzutach karnych wyeliminowali Szwajcarzy.

Dwa poniedziałkowe mecze 1/8 finału były emocjonującymi piłkarskimi widowiskami, obfitującymi w niesamowite zwroty akcji. W obu trzeba było zarządzić dogrywkę, a w spotkaniu Francja – Szwajcaria o zwycięstwie rozstrzygnął dopiero konkurs rzutów karnych. Po wygraniu „grupy śmierci” z Niemcami, Portugalią i Węgrami reprezentacja Francji była zdecydowanym faworytem do zwycięstwa w rozgrywanym na stadionie w Budapeszcie meczu ze Szwajcarią, trzecim zespołem w grupie A, za Włochami i Walia. Selekcjoner trójkolorowych Didier Deschamps był tak pewny wygranej, że zmienił ustawienie zespołu na grę trójką obrońców. To okazała się jednak koszmarną pomyłką, bo Francuzi w pierwszej połowie grali fatalnie, nie stworzyli ani jednej okazji bramkowej, a od 15. minuty przegrywali 0:1 gdy mający za sobą fatalny sezon w Barcelonie stoper Clement Lenglet nie upilnował Harisa Seferovicia.
Deschamps w przerwie wrócił do ustawienia z czwórką obrońców, a niemrawego Lengleta zastąpił Kingsleyem Comanem. To też nie była z jego strony trafiona decyzja personalna, bo Coman nie był w pełni sił, lecz mimo to nie chciał zmiany i jeszcze pyskował Dechampsowi, gdy ten w końcu w dogrywce wymienił go na Marcusa Thurama.
Po zmianie stron nakręceni pozytywnie Szwajcarzy mogli „dobić” rywali, bo Benjamin Pavard sfaulował Stevena Zubera w polu karnym i po interwencji VAR argentyński sędzia Fernando Rapallini podyktował dla nich w 54. minucie rzut karny. Ale Ricardo Rodriguez uderzył piłkę zbyt słabo i Hugo Lloris „jedenastkę” obronił. Podbudowani tym trójkolorowi ruszyli do natarcia i po dwóch golach Karima Benzemy objęli prowadzenie, które na 3:1 podwyższył Paul Pogba. Ale to jeszcze nie było „po meczu”, bo dla Szwajcarów ponownie gola strzelił Seferović, a w 90. minucie Mario Gavranović popisał się świetną indywidualną akcją i doprowadził do wyrównania i dogrywki. Dodatkowe pół godziny gry odebrało graczom obu drużyn resztki energii, ale o awansie do ćwierćfinału musiały rozstrzygnąć rzuty karne. Z dziesięciu piłkarzy, którzy strzelili z jedenastu metrów, bramkarza nie pokonał tylko Kylian Mbappe, za którego Paris Saint-Germain zapłacił AS Monaco 180 mln euro, a Real Madryt chce odkupić za ćwierć miliarda euro. Tym samym 23-letni gwiazdor francuskiej ekipy, którego tygodnik „France Football” już widział w glorii laureata tegorocznej nagrody „Złotej Piłki”, zakończył udział w mistrzostwach Europy bez żadnego trafienia. Ale wątpliwe by ten pokaz strzeleckiej niemocy jakoś znacząco osłabił jego transferową wartość. Ale na indywidualne nagrody Mbappe w tym roku nie ma co liczyć. „France Football” ma jednak jeszcze w odwodzie innego Francuza, N’golo Kante, który ma na koncie triumf z Lidze Mistrzów
z Chelsea Londyn.
Szwajcarzy w ćwierćfinale zagrają w Petersburgu z Hiszpanią i będzie to ciekawe starcie, bo hiszpańska ekipa na stadionie Parken w Kopenhadze dopiero po dogrywce wyeliminowała aktualnych wicemistrzów świata Chorwację 5:3. W historii mistrzowskich turniejów w meczach fazy pucharowej tylko raz zdarzyło, że padło więcej goli. Miało to miejsce w półfinale pierwszego europejskiego czempionatu, wtedy rozgrywanego jeszcze pod szyldem Ligi Narodów. 6 lipca 1960 roku w finałowym turnieju we Francji, na stadionie Parc des Princes w Paryżu Francja przegrała z Jugosławią aż 4:5. Kanonadę na siedem goli, także z udziałem ekipy Jugosławii, którą tworzyli wtedy już jednak tylko Serbowie i Czarnogórcy, oglądaliśmy w 2000 roku, kiedy to w ćwierćfinale Holandia pokonała ich aż 6:1, po trzech golach Patricka Kluiverta, dwóch Marca Overmarsa i samobójczym trafieniu Dejana Govedaricy. Tyle samo goli padło też na Euro 2016, kiedy w 1/4 finału Francja pokonała Islandię 5:2.
Reprezentacja Szwajcarii po raz pierwszy od 67 lat zagra w ćwierćfinale wielkiej imprezy. Trener Vladimir Petković prowadzi ekipę Helwetów od sierpnia 2014 roku. W Euro 2016 i na mundialu 2018 jego drużyna dochodziła do 1/8 finału, ale odpadała odpowiednio z Polską (1:1; k 4:5) oraz Szwecją (0:1). „Jestem dumny z tej drużyny, z tych 120 minut gry przeciwko mistrzom świata. Pokazaliśmy się z dobrej strony. Wprowadziliśmy małe zmiany w naszej grze po meczu z Turcją i przyniosły one odpowiedni rezultat” – ocenił występ swoich podopiecznych Petković w wypowiedzi dla oficjalnej strony internetowej szwajcarskiej federacji. My możemy Szwajcarom tylko pozazdrościć.

Lewy już w Złotym Bucie

Robert Lewandowski jest o jedno trafienie od wyrównania legendarnego rekordu 40 goli w jednym sezonie należącego do Gerda Muellera, ale ma też już praktycznie w kieszeni bardziej prestiżowe wyróżnienie – „Złotego Buta”. Nikt już nie jest w stanie odebrać mu w tym sezonie nagrody dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich.

Dla przypomnienia – klasyfikacja „Złotego Buta” powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w rozgrywkach krajowych. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek, ustalany na podstawie aktualnego rankingu ligowego UEFA, konstruowanego na bazie wyników z ostatnich pięciu sezonów. Najwyższy współczynnik, „2”, przyznawany jest strzelcom goli w pięciu najwyżej sklasyfikowanych ligach. Obecnie są to angielska Premier League, hiszpańska Primera Division, niemiecka Bundesliga, włoska Serie A i francuska Ligue 1.
W ostatniej dekadzie rywalizację o „Złotego Buta” zdominowali Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Argentyński gwiazdor FC Barcelona sięgnął po tę nagrodę sześciokrotnie: w sezonie 2009/2010 (34 gole), 2011/2012 (50 goli), 2012/2013 (46 goli), 2016/2017 (37 goli), 2017/2018 (34 gole) i 2018/2019 (36 goli), natomiast portugalski piłkarz zdobywał „Złotego Buta” trzykrotnie – w sezonach 2010/2011 (40 goli), 2013/2014 (31 goli, ale na spółkę z Urugwajczykiem Luisem Suarezem) oraz w sezonie 2014/2015 (48 goli). Hegemonię tych dwóch genialnych napastników przełamali w tym czasie tylko wspomniany Luis Suarez, który samodzielnie triumfował jeszcze w sezonie 2015/2016 (40 goli) oraz w poprzednim sezonie Włoch Ciro Immobile (36 goli), który dosłownie na finiszu wyprzedził Lewandowskiego (34 gole).
W obecnych rozgrywkach Lewandowski znów jednak rozgrywa fenomenalny pod względem skuteczności strzeleckiej sezon, w którym wedle statystycznych wyliczeń zdobywa w Bundeslidze bramki co 59 minut. Pewnie gdyby nie kontuzja odniesiona w meczu reprezentacji Polski, przez którą musiał pauzować w kwietniowych meczach Bundesligi, dzisiaj „Lewy” byłby już dawno nowym rekordzistą niemieckiej ekstraklasy w liczbie goli strzelonych w jednym sezonie, a jedyną niewiadomą byłaby liczba na której zatrzyma
się jego licznik.
Po hat-tricku uzyskanym w miniony weekend w meczu z Borussią M’gladbach „Lewy” ma w tej chwili na koncie 39 goli, co w klasyfikacji „Złotego Buta” daje mu 78 punktów. Żaden z jego najgroźniejszych konkurentów nie odpowiedział choćby jednym trafieniem, zatem polski snajper Bayernu Monachium powiększył nad nimi i tak już gigantyczna przewagę. Drugi w klasyfikacji Leo Messi w tym sezonie strzelił dla Barcelony w Primera Division 28 goli, co daje mu 56 punktów. Do zakończenia rozgrywek w hiszpańskiej ekstraklasie pozostały wprawdzie jeszcze trzy kolejki, ale to tylko jeden mecz więcej niż ma do rozegrania Bundesliga.
Tak więc argentyński gwiazdor „Dumy Katalonii”, chociaż obdarzony niebywałym piłkarskim geniuszem, nie ma szans na przegonienie kapitana reprezentacji Polski. Nawet dla niego 11 goli jest różnicą niemożliwą do zniwelowania w trzech meczach. Tym bardziej, że Lewandowski w tej chwili prezentuje zdecydowanie lepszą formę strzelecką od Argentyńczyka.
Na zdobycie tej prestiżowej nagrody szans nie ma też drugi obecnie w zestawieniu Cristiano Ronaldo. Portugalski as Juventusu Turyn jest trzeci z dorobkiem 27 trafień i 54 punktów, ale w miniony weekend znów zaliczył „pusty przebieg” w przegranym przez ekipę „Starej Damy” aż 0:3 spotkaniu z AC Milan. Zdaniem dziennika „La Gazetta dello Sport” to był najgorszy występ Cristiano Ronaldo w całej jego karierze. „Błąkał się po boisku, nie umiał znaleźć dla siebie miejsca. Rozczarowujący występ w tak ważnym dla Juventusu meczu. W pierwszej połowie nie dotknął nawet piłki w polu karnym. Od gracza takiej klasy trzeba wymagać, że w tak ważnym spotkaniu pokaże swoją najlepszą wersję. Tymczasem kompletnie zaginął na murawie” – napisano w relacji zamieszczonej na łamach największej sportowej gazety we Włoszech.
Nie lepsi od największych tuzów okazali się też pretendenci do na ich miejsce. Leczący drobny uraz Norweg Erling Haaland nie pojawił się nawet w kadrze meczowej Borussii Dortmund w wygranym 3:2 meczu z RB Lipsk, podobnie jak Francuz Kylian Mbappe w zremisowanym przez jego Paris Saint-Germain spotkaniu z Rennes. Swojego strzeleckiego dorobku nie poprawił też w potyczce z FC Mainz (1:1) portugalski snajper Eintrachtu Frankfurt Andre Silva. Ta trójka piłkarzy okupuje w klasyfikacji „Złotego Buta” czwartą lokatę z dorobkiem 25 goli i 50 punktów.
Bayern ma jeszcze do rozegrania wyjazdowy mecz z Freiburgiem i u siebie z Augsburgiem. Zważywszy na prezentowaną formę z pewnością nie da sobie w tym sezonie wydrzeć upragnionej nagrody i chyba możemy mu już gratulować jej zdobycia.

Agenci piłkarscy zaczęli letnie łowy

Jeszcze sezon się nie skończył, a już zaczęła się w mediach transferowa gorączka. Nakręca ja grupka wpływowych piłkarskich agentów sondująca rynek przed letnim okienkiem transferowym. W spekulacjach pojawiają się największe piłkarskie marki – Kylian Mbappe, Erling Haaland, Neymar, Leo Messi, a nawet Robert Lewandowski.

Przez niemieckie mediach od kilku tygodni przetacza się fala spekulacji na temat przyszłości Lewandowskiego w Bayernie. Na zdrowy rozum nie ma do tego żadnego pretekstu, bo polski napastnik ma kontrakt z bawarskim potentatem do końca czerwca 2023 roku, a ponadto wielokrotnie dawał już do zrozumienia, że w Monachium on i jego rodzina czują się świetnie, a nawet jakiś czas temu zasugerował, że coraz bardziej oswaja się z myślą, że mógłby w Bayernie grać do końca kariery. Ale władze klubu jak na razie nie kwapią się z przedłużeniem umowy, o co trudno mieć do nich pretensje. „Lewy” jest dzisiaj kluczowym graczem bawarskiej jedenastki, jej najskuteczniejszym strzelcem, ale w sierpniu skończy 33 lata, zaś kończąc obecny kontrakt będzie miał prawie 35. Nic dziwnego, że włodarze Bayernu już myślą o jego godnym następcy i zdaje się, że chcieliby zastąpić Lewandowskiego Erlingiem Haalandem. Problem w tym, że norweski piłkarz jest obecnie pod mocnym wpływem swojego agenta, Mino Raioli, jednego z największych cwaniaków na transferowym rynku, ale też wyjątkowo bezwzględnego wydrwigrosza.
Haaland jest obecnie „perłą w koronie” holenderskiego pośrednika i najbardziej chodliwym towarem w jego ofercie. 20-letniego norweskiego napastnika chciałaby pozyskać ponoć większość najbogatszych klubów, nawet zadłużony po uszy Real Madryt, ale szefowie Borussii Dortmund chcą, żeby Haaland grał w ich drużynie jeszcze w przyszłym sezonie. Takie rozwiązanie jest na rękę działaczom Bayernu, chociaż tu znowu wkraczamy w świat plotek i spekulacji, wedle których Haaland byłby nawet skłonny przejść do bawarskiego potentata, ale tylko wtedy, jeśli odejdzie z niego Lewandowski. Najwyraźniej młodemu norweskiemu napastnikowi nie uśmiecha się rywalizacja o miejsce w składzie z sześciokrotnym (licząc już z obecnym sezonem) królem strzelców Bundesligi.
I to może wyjaśniać dlaczego siedzący cicho od dwóch lat agent Lewandowskiego, Phini Zahavi, nagle się uaktywnił i zaczął wypuszczać w medialną przestrzeń pogłoski o transferze polskiego snajpera. Co prawda jeszcze nie w najbliższym oknie transferowym, ale władze Bayernu po cichu dają do zrozumienia, że za rok taka transakcje może być już prawdopodobna. I nawet pojawiła się kwota odstępnego – 80 mln euro. Zahavi naciska na ten transfer, bo dla niego to ostatnia okazja na sutą prowizję, a dla Bayernu na spory zarobek, z którego mógłby zaspokoić wygórowane żądania finansowe Mino Riaoli.
Holender ponoć chce 30 mln euro prowizji, 20 milionów żąda dla siebie ojciec piłkarza, a Borussia Dortmund oczekuje co najmniej 80 mln euro. Mamy już zatem do zapłacenia za 20-letniego zawodnika kwotę 130 mln euro, do której trzeba jeszcze dorzucić 30 mln euro za podpis Haalanda pod kontraktem, czyli w sumie pozyskanie norweskiego snajpera to koszt co najmniej 160 mln euro. Na takiej samej zasadzie spęczniała do absurdalnych rozmiarów transferowa kwota za przejście Neymara z Barcelony do Paris Saint-Germain (222 mln euro), a teraz pęcznieje przy nazwisku gwiazdora PSG Kyliana Mbappe. Co ciekawe, nazwiska obu największych gwiazdorów paryskiego klubu rozbłysły z większą mocą na transferowej giełdzie tuż po porażce PSG z Manchesterem City w pierwszym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów. Zdumiewające jest w tym to, że Mbappe chce pozyskać Real Madryt, a Neymara Barcelona, chociaż oba hiszpańskie kluby są potężnie zadłużone – każdy na ponad miliard euro do spłacenia. Jakim cudem mimo takich problemów finansowych porywają się na transfery tak kosztownych graczy? Co ciekawe, szefowie „Dumy Katalonii” jednocześnie przekonują Leo Messiego, żeby zgodził się przedłużyć wygasający po tym sezonie kontrakt i jeszcze zgodził się na obniżkę zarobków o połowę. Agent argentyńskiego piłkarza nie zrywa więc negocjacji z innymi klubami, wśród których jest też… Paris Saint-Germain.
Biznes jak widać kręci się w najlepsze i chociaż pandemia mocno nadwyrężyła finanse nawet bogatych klubów, to transferowego wariactwa najwyraźniej to nie powstrzyma. Także w naszej rodzimej lidze. Dowodzi tego ujawniony ostatnio przez PZPN raport o wydatkach polskich klubów na prowizje dla „pośredników transferowych”, czyli agentów piłkarzy.
Raport obejmuje okres od 1 kwietnia 2020 do 31 marca 2021 roku. W tym czasie kluby PKO Ekstraklasy przelały do kieszeni agentów blisko 36,5 mln zł. Najwięcej, 9,4 mln zł, wydała na ten cel Legia Warszawa, drugi w kolejności jest Lech Poznań (5,1 mln zł), a trzecie Śląsk Wrocław i Zagłębie Lubin (po 4,5 mln zł). Najmniej w ekstraklasie wydała na pośredników transakcyjnych Warta Poznań – 158 tys. złotych.

Manchester City zgasił gwiazdorów Paris Saint-Germain

Manchester City jest zdecydowanie w najlepszej sytuacji przed rewanżowymi meczami 1/2 finału Ligi Mistrzów. W Paryżu „The Citizens” ograli finalistę poprzedniej edycji Paris Saint-Germain 2:1 i są o krok od wywalczenia awansu. Nieźle też wyglądają szanse Chelsea Londyn po wyjazdowym remisie 1:1 z Realem Madryt. Angielski finał wydaje się jak najbardziej realny.

W półfinale obecnej edycji Champions League nie ma futbolowych biedaków. Real Madryt mimo strat poniesionych podczas pandemii jest niezmiennie zaliczany do wąskiego grona najbogatszych klubów sportowych na świecie bez podziału na sportowe dyscypliny. Za Paris Saint-Germain od 2011 roku stoi kapitał katarskiego konsorcjum finansowego Qatar Sports Investments, na czele którego stoi były tenisista i reprezentant kraju w Pucharze Davisa Nasser bin Ghanim Al-Khelafi. Z kolei od 1 września 2008 roku właścicielem Manchesteru City jest spółka ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich – Abu Dhabi United Group należąca do Szejk Mansour bin Zayed Al Nahyana, która wchodzi w skład City Football Group, holdingu zajmującego się prowadzeniem klubów piłkarskich. Obecni właściciele kupili „The Citizens” za około 200 milionów funtów, a od kiedy nim rządzą zespół z Eihad Stadium zdobył czterokrotnie mistrzostwo Anglii (2012, 2014, 2018, 2019) i za chwilę dokona tego pora piąty (a siódmy w historii klubu), dwukrotnie Puchar Anglii (2011, 2019), trzykrotnie Tarczę Wspólnoty (2012, 2018, 2019) raz sześciokrotnie Puchar Ligi Angielskiej (2014, 2016, 2018, 2019, 2020, 2021). W kolekcji trofeów „Obywateli” wciąż jednak nie ma tego najcenniejszego pucharu – za wygranie rozgrywek Ligi Mistrzów. Z takim samym niedoborem boryka się też Paris Saint-Germain, lecz już wiadomo, że w tym sezonie któryś z tych dwóch zespołów nie zaspokoi ambicji swoich właścicieli. Po środowym meczu na Parc des Princes w Paryżu, wygranym przez Manchester City 2:1, wszystkie znaki na ziemi i niebie zwiastują, że awans do finału świętować będą szejkowie z Abu Dhabi.
Drużyna trenera Pepa Guardioli do przerwy przegrywała z Paris Saint-Germain 0:1 i był to najniższy wymiar kary, jaki mógł ją spotkać ze strony Kyliana Mbappe, Neymara i spółki. Ale po zmianie stron role nieoczekiwanie się odwróciły i na boisku zaczęła dominować ekipa „The Citizens”, w której pierwsze skrzypce grał Belg Kevin de Bruyne, wspierany mocno przez Niemca Ilkaya Gundogana, a w ataku przez wschodzącą gwiazdę angielskiego futbolu Phila Fodena. Presji nie wytrzymał bramkarz Keylor Navas, który wcześniej wielokrotnie ratował swój zespół, ale w środę popełnił koszmarny błąd przepuszczając lekkie dośrodkowanie de Bruyne, po którym piłka wpadła do bramki paryżan. A chwile później było już 2:1, gdy ustawieni w murze gracze PSG przepuścili strzał Riyada Mahreza, a od 77. minuty po czerwonej kartce dla Idrissa Gueye za brutalny wślizg stało się jasne, że paryżanie już nie odrobią straty w tym spotkaniu. Zawiódł kompletnie Kylian Mbabbe. Z meczowych statystyk wynika, że francuski gwiazdor nie oddał ani jednego strzału na bramkę rywali, co zdarzyło mu się po raz pierwszy w Lidze Mistrzów. Niewiele więcej wniósł do gry Neymar, a warto przypomnieć, że to najdrożsi aktualnie piłkarze na świecie. Obaj kosztowali katarskich właścicieli PSG blisko pół miliarda euro. Mbappe w ćwierćfinale przyczynił się do wyeliminowania Bayernu Monachium, strzelając w wygranym na Allianz Arenie 3:2 pierwszym meczu dwa gole. Ale już w przegranym u siebie 0:1 rewanżu z obrońcami tytułu bramkowego dorobku nie powiększył, a po spotkaniu z Manchesterem City wciąż ma na liczniku osiem trafień w tej edycji Ligi Mistrzów i raczej już znikome szanse na wyprzedzenie lidera klasyfikacji strzelców Norwega Erlinga Haalanda (ma na koncie 10 goli). Jeszcze mniejsze szanse na to ma Neymar, który z sześcioma bramkami jest trzeci w zestawieniu, na spółkę z Olivierem Giroud z Chelsea Londyn i Karimem Benzemą z Realu Madryt. W ekipie Manchesteru City najlepsi strzelcy to de Bruyne, Foden, Torres i Gundogan, ale oni maja po trzy trafienia na koncie, a Mahrez, Gabriel Jesus i Sergio Aguero po dwa. Ale to oznacza, że Pep Guardiola ma w swojej drużynie liczną grupę graczy potrafiących strzelać gole, co w tej chwili wydaje się opcją zdecydowanie bardziej opłacalną niż opieranie gry zespołu na sile gwiazd. Przekonała się o tym w tym sezonie FC Barcelona z Leo Messim, Juventus z Cristiano Ronaldo, Bayern bez kontuzjowanego Roberta Lewandowskiego, a teraz doświadcza tego Paris Saint-Germain.

Liga Mistrzów UEFA: Z Bayernem bez Lewego PSG dał radę

W rozegranych w środku tego tygodnia pierwszych spotkaniach 1/4 finału piłkarskiej Ligi Mistrzów Bayer Monachium przegrał z Paris Saint-Germain 2:3, Real Madryt pokonał FC Liverpool 3:1, a Manchester City Borussię Dortmund 2:1, zaś FC Porto u siebie uległo Chelsea Londyn 0:2. Rewanże zostaną rozegrane 13 i 14 kwietnia.

Z potyczek ćwierćfinałowych największe zainteresowanie wzbudza rzecz jasna starcie finalistów poprzedniej edycji Ligi Mistrzów, czyli broniącego trofeum Bayernu Monachium z Paris Saint-Germain. Pierwszy mecz rozegrano w minioną środę na Allianz Arena w Monachium. Wielkim nieobecnym był w nim Robert Lewandowski, najskuteczniejszy strzelec bawarskiej jedenastki, który leczy kontuzję kolana jakiej doznał w meczu reprezentacji Polski z Andorą. Ale nawet bez niego niemiecki zespół zdecydowanie dominował w starciu z paryżanami, nie potrafił jednak wykorzystać licznych okazji bramkowych. Snajperskie szczęście dopisywało natomiast zawodnikom Paris Saint-Germain, zwłaszcza Kylianowi Mbappe, który po szybkich kontratakach zdobył dwie bramki i powiększył swój dorobek w obecnej edycji Champions League do ośmiu trafień.
Swoim udanym występem 22-letni francuski piłkarz szczególnie ucieszył redaktorów tygodnika „France Football”, bo w ich opinii to najpoważniejszy kandydat do zdobycia „Złotej Piłki”. Chyba że Bayern w rewanżu jakimś cudem wyeliminuje ekipę PSG, co bez Lewandowskiego w składzie nie wydaje się możliwe, a polskiego snajpera na Parc des Princes niestety także zabraknie. „Robię wszystko, co w mojej mocy, by wrócić. Ale dopiero gdy poczuję się naprawdę dobrze, będę mógł znów zagrać. Mój powrót na rewanżowy mecz z PSG byłby przedwczesnym krokiem. Oczywiście, że wolałbym być na boisku, bo dla mnie nie jest to miłe uczucie nie móc wspomóc kolegów. Nic jednak nie mogę na to poradzić, jest jak jest, i zostaje mi tylko kibicowanie mojej drużynie” – przyznał „Lewy” w wypowiedzi dla „Sky”. W głębi ducha musi by jednak w podłym nastroju, bo ma świadomość, że Bayern w rewanżu może nie odrobić strat i odpadnie z dalszej rywalizacji, co definitywnie przekreśli też szanse „Lewego” na zdobycie upragnionej „Złotej Piłki”.
Pierwsza porażka Flicka w LM
Bayern przegrał w Lidze Mistrzów pierwszy raz od marca 2019 roku, ulegając ekipie Liverpoolu, która później zwyciężyła w całych rozgrywkach. Od tego czasu bawarska jedenastka odniosła 18 zwycięstw i zanotowała jeden remis. Porażka z Paris Saint-Germain może być nie tylko końcem pięknej serii, lecz niekoniecznie dominacji Bayernu w tych rozgrywkach. „Powinniśmy strzelić więcej goli. Oczywiście, zawsze można rozmawiać o straconych bramkach. Gdyby jednak ten mecz zakończył się wynikiem 6:3, to nikt nie powinien narzekać. Jest jednak, jak jest, daliśmy plamę i trzeba będzie gonić wynik w rewanżu. Tak naprawdę na wiele im nie pozwoliliśmy. Gdybyśmy pokazali ten instynkt zabójcy, który nas wyróżnia, to widzielibyśmy zupełnie inny mecz. Wiadomo, że nie można całkowicie wyeliminować ofensywy PSG. I nie wykonaliśmy dobrej roboty przy straconych golach. Jesteśmy nastawieni na ofensywę, dlatego strzelamy dużo goli, wygrywamy wiele meczów, ale dzisiaj zmarnowaliśmy zbyt wiele okazji” – ocenił mecz Thomas Mueller, który zdobył jedną z bramek (drugiego gola strzelił zastępujący Lewandowskiego Eric Maxim Choupo-Moting) i w sumie ma już na koncie w rozgrywkach Ligi Mistrzów 48 trafień. Pod tym względem jest najskuteczniejszym niemieckim piłkarzem w historii.
Dla Hansiego Flicka porażka z PSG to pierwszy przegrany mecz w Lidze Mistrzów w roli pierwszego trenera Bayernu. Niemiecki szkoleniowiec nie sprawiał jednak wrażenia załamanego, wręcz przeciwnie. „Biorąc pod uwagę sytuacje bramkowe, które mieliśmy, to wynik powinien być inny. Ale jestem zadowoleni ze stylu gry mojego zespołu, bo był na najwyższym poziomie. Ten zespół nigdy się nie poddaje i zapewniam, że w rewanżu zrobimy wszystko, żeby wywalczyć awans do półfinału” – zapewnił szkoleniowiec monachijczyków.
Manchester City zatrzymał Haalanda
W tym sezonie prowadzony przez trenera Pepa Guardiolę zespół Manchesteru City znów jest na fali wznoszacej. „The Citizens” mają już mistrzostwo Anglii praktycznie w kieszeni, awansowali też do finału Pucharu Ligi oraz półfinału Pucharu Anglii, zaś w Lidze Mistrzów nie zaznali jeszcze goryczy porażki – z ośmiu rozegranych meczów wygrali siedem tracąc w nich zaledwie jednego gola. W ćwierćfinałowej rywalizacji z Borussią Dortmund angielski zespół uważany jest więc za murowanego faworyta, zwłaszcza że ekipa z Dortmundu nie imponuje w tym roku formą – w Bundeslidze zajmuje dopiero piątą lokatę. Ale Borussia ma w swoim składzie lidera klasyfikacji strzelców obecnej edycji Ligi Mistrzów Erlinga Haalanda. 20-letni norweski napastnik ma na koncie 10 goli, lecz na stadionie Manchesteru City tego dorobku nie powiększył. Norwega wyręczył Marco Reus, który w 84. minucie doprowadził do wyrównania. Dzięki temu trafieniu reprezentant Niemiec wyszedł na prowadzenie w klasyfikacji strzelców wszech czasów Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów, spychając na drugą pozycję… Lewandowskiego.
To nie był jednak koniec emocji na Etihad Stadium, bo Manchester City ruszył do ataku i w 90. minucie Phil Foden, jeden z najlepszych graczy w tym spotkaniu, płaskim strzałem ustalił wynik spotkania na 2:1. Rewanż w Dortmundzie zapowiada się ciekawie i w tej chwili trudno przewidzieć który z tych zespołów wywalczy awans do półfinału. Dla przypomnienia: zwycięzca dwumeczu Manchester City – Borussia Dortmund z 1/2 finału zmierzy się z lepszym z pary PSG – Bayern. A tak na marginesie, nawiązując jeszcze do plebiscytu „Złotej Piłki”, to dla redakcji „France Football” najlepszą opcją byłby awans do półfinału zespołów Paris Saint-Germain i Borussii Dortmund, bo w bezpośrednim starciu tych ekip może by wykreował się im laureat nagrody – a już przecież ogłosili, że Kylian Mbappe i Erling Haaland są lepsi od starych mistrzów, Leo Messiego, Cristiano Ronaldo i Lewandowskiego.
Real bije Liverpool, a Chelsea Porto
Real Madryt bezlitośnie wykorzystał błędy obrony Liverpoolu i wygrywając u siebie 3:1 wykonał olbrzymi krok w kierunku awansu do półfinału Ligi Mistrzów. To miał być wielki rewanż Liverpoolu za porażkę w finale Ligi Mistrzów w 2018 roku. Wówczas prowadzeni przez Juergena Kloppa „The Reds” przegrali z Realem Madryt Zinedine’a Zidane’a 1:3. Ale na stadionie Santiago Bernabeu „Królewscy” zwarli szyki i przypomnieli światu, że nie można ich przekreślać nawet jeśli znajdują się w kryzysie. Zidane nie mógł wystawić do gry kontuzjowanych Edena Hazarda, Sergio Ramosa, Daniela Carvajala oraz zakażonego koronawirusem Raphaela Varane’a. FC Liverpool też boryka się z kadrowymi problemami i dlatego w Premier League jest poza czołówką, a Klopp wszystkie siły rzucił na Ligę Mistrzów. Na Real okazały się jednak niewystarczające. Bohaterem w ekipie „Królewskich” był 20-letni Brazylijczyk Vinicius Junior, strzelec dwóch goli, pierwszy piłkarz urodzonym w XXI wieku, który zapisał się na liście strzelców w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.
W czwartym spotkaniu 1/4 finału Chelsea Londyn pokonała na wyjeździe FC Porto 2:0 i w rewanżu raczej nie roztrwoni tej przewagi. Londyński zespół już więc może szykować się mentalnie na półfinałową potyczkę z Realem Madryt lub Liverpoolem.

Wielkie kuszenie Kyliana Mbappe

Katarscy właściciele Paris Saint-Germain zamierzają pokrzyżować szyki klubom, które kuszą Kyliana Mbappe. Wedle „L’Equipe” chcą złożyć 22-letniemu francuskiemu piłkarzowi lukratywną ofertę nowego kontraktu.

Według informacji podanych przez „L’Equipe” Mbappe w tej chwili zarabia w paryskim klubie brutto 25 mln euro rocznie. Dyrektor sportowy Paris Saint-Germain, Brazylijczyk Leonardo Nascimento de Araujo przygotowuje nowy projekt kontraktu, w którym francuskiemu gwiazdorowi zaproponuje zarobki na poziomie 30 mln euro rocznie netto. Taka potężna podwyżka może w dobie pandemii wykluczyć z gry o tego zawodnika nawet takie finansowe potęgi, jak Real Madryt czy FC Liverpool. Gdyby Mbappe przystał na tę ofertę, zostałby najlepiej opłacanym graczem w w Paris Saint-Germain i co za tym idzie, w całej francuskiej ekstraklasie. W tej chwili numerem 1 pod względem zarobków jest jego kolega z drużyny, Brazylijczyk Neymar, który otrzymuje rocznie 36 mln euro, ale brutto.
Aktualny kontrakt Kyliana Mbappe z PSG wygasa z końcem czerwca 2022 roku. Z paryskim klubem związany jest od 2018 roku. Trafił do niego z AS Monaco za 180 mln euro.

Giganci futbolu dali odpór młodzieży

Robert Lewandowski z dorobkiem 32 goli i 64 punktów zdecydowanie prowadzi w klasyfikacji „Złotego Buta”, ale za plecami ma nie Erlinga Haalanda czy Kyliana Mbappe, lecz Cristiano Ronaldo i Leo Messiego. W miniony weekend ci wielcy piłkarze dobitnie przypomnieli światu, że wciąż są gigantami tego sportu – Portugalczyk strzelił trzy gole, a Argentyńczyk dwa.

Cristiano Ronaldo odpowiedział hat-trickiem na falę krytyki, jaka na niego spadła po odpadnięciu Juventusu z Ligi Mistrzów. Po trzech golach strzelonych w wygranym przez ekipę „Starej Damy” 3:1 ligowym spotkaniu z Cagliari portugalski piłkarz ma już na koncie 770 bramek zdobytych w oficjalnych występach, co jest rekordowym osiągnięciem w skali światowej. Już w styczniu tego roku, gdy Cristiano Ronaldo strzelił 758 gola w swojej karierze, media odtrąbiły pobicie przez niego strzeleckiego rekordu ustanowionego przez „króla futbolu” Pelego (757 bramek).
Natychmiast pojawiły się jednak kontrowersje, bo wedle niektórych statystyk Brazylijczyk miał więcej trafień na koncie w oficjalnych meczach. Po niedzielnym hat-tricku głos w tej kwestii zabrał sam Cristiano Ronaldo, publikując na Instagramie post takiej oto treści: „Mój odwieczny i bezwarunkowy podziw dla pana Edsona Arantesa do Nascimento spowodował, że dla mnie jego rekordowym wynikiem było 767 bramek. Wziąłem pod uwagę jego 9 goli dla drużyny z Sao Paulo oraz jedną bramkę dla Brazylijskiej Drużyny Wojskowej. Świat i piłka od tego czasu bardzo się zmieniły, ale to nie oznacza, że możemy wymazać historię. Kiedy w niedzielę osiągnąłem 770 bramek, swoje pierwsze słowa chcę skierować właśnie do Pele. Nie ma na świecie gracza, który nie wychowałby się, słuchając opowieści o jego niesamowitych dokonaniach. Ja nie jestem wyjątkiem. Pokonanie rekordu Pele to coś, o czym nie marzyłem nawet jako dziecko. Nie osiągnąłbym tego bez mojej rodziny, przyjaciół, fanów i kolegów z drużyny. Dziękuję” – napisał portugalski gwiazdor. Pele nie pozostał mu dłużny i także na Instagramie napisał: „Cristiano, każdy z nas odbywa w życiu samotną podróż. Ty też, ale twoja podróż jest piękna. Bardzo Cię podziwiam i uwielbiam patrzeć jak grasz. Szczerze gratuluję Ci pobicia mojego rekordu. I bardzo żałuję, że nie mogę cię teraz uściskać”.
Dzięki hat-trickowi w spotkani z Cagliari Cristiano Ronaldo powiększył swój strzelecki dorobek w tym sezonie w Serie A do 23 trafień i umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji strzelców włoskiej ekstraklasy. Drugi w zestawieniu Belg Rumelu Lukaku z Interu Mediolan ma o cztery bramki mniej. Wyczyn portugalskiego gwiazdora musiał zrobić piorunujące wrażenie na szefach turyńskiego klubu, bo w poniedziałek w oficjalnych wypowiedziach dementowali medialne pogłoski, że mieli zamiar pozbycia się go za 29 milionów euro już po tym sezonie.
Temat transferu Cristiano Ronaldo nie przestał być jednak aktualny, ale im więcej Portugalczyk strzeli goli w lidze, tym włodarzom Juventusu trudniej będzie podjąć taką decyzję. Dlatego Lewandowski nie może być jeszcze pewny zdobycia pierwszego w karierze „Złotego Buta”, bo zmotywowany CR7 z pewnością nie odpuści w tej rywalizacji. Tym bardziej, że za jego plecami pojawił się odwieczny konkurent do sławy – Leo Messi. Argentyńczyk w poniedziałek w kończącym 27. kolejkę Primera Division meczu z SD Huesca (4:1) po raz 767 wystąpił w barwach FC Barcelona (licząc wszystkie rozgrywki) i tym samym wyrównał klubowy rekord należący do Xaviego Hernandeza. Wydarzenie to Argentyńczyk uświetnił dwoma golami i asystą, powiększając swój strzelecki dorobek do 21 trafień. To trzynasty z rzędu sezon w jego karierze, w którym przekroczył granicę 20 bramek, czego przed nim nie dokonał żaden piłkarz. Messi jest liderem klasyfikacji strzelców Primera Division. Drugi w zestawieniu Urugwajczyk Luis Suarez z Atletico Madryt traci do niego trzy bramki, a trzeci Francuz Karim Benzema z Realu Madryt aż sześć. Warto podkreślić, że cała trójka najlepszych snajperów w hiszpańskiej ekstraklasie to gracze już po „30” (Messi ma 33 lat, Suarez 34, a Benzema 33), podobnie jak Cristiano Ronaldo (36), a także znajdujący się na czele klasyfikacji „Złotego Buta” Lewandowski (32).
To trochę przeczy tezie postawionej niedawno przez francuski dziennik „L’Equipe” sugerującej nastanie ery dominacji młodego pokolenia graczy z 20-letnim Norwegiem Erlingiem Haalandem i 22-letnim Francuzem Kylianem Mbappe na czele. W miniony weekend obaj nie powiększyli swojego bramkowego dorobku i Halland z 19., trafieniami jest czwarty, a Mbappe z 18. dopiero siódmy. Może kiedyś rzeczywiście ci gracze zdominują futbol na naszym kontynencie, ale raczej na pewno jeszcze nie w tym sezonie.
W obecnych rozgrywkach o tytuł najlepszego strzelca w ligach europejskich Lewandowski bić się będzie z Cristiano Ronaldo i Messim. Szanse na zwycięstwo ma duże, bo prowadzi z dużą przewagą nad konkurentami, a wszyscy mają mniej więcej tyle samo meczów do rozegrania w swoich ligach – Bundesliga, Primera Division, Premier League i Ligue 1 mają jeszcze po dziewięć kolejek, zaś Serie A jedenaście.

Liga Mistrzów UEFA: Koniec hegemonii Messiego i CR7, nadchodzi era Haalanda i Mbappe

Do ćwierćfinałów Champions League nie zakwalifikowały się zespoły Barcelony i Juventusu, a to oznacza, że po raz pierwszy od sezonu 2004/2005 w tej fazie tych elitarnych rozgrywek zabraknie Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Odpadły ponadto RB Lipsk i FC Sevilla, a awans z 1/8 finału wywalczyły ekipy Borussii Dortmund, FC Porto, PSG i Liverpoolu.

Pierwszy z gigantów futbolu odpadł Cristiano Ronaldo. Juventus w pierwszym meczu przegrał na wyjeździe z FC Porto 1:2, ale powszechnie sądzono, że w rewanżu podopieczni trenera Adrei Pirlo na swoim stadionie bez trudu odrobią straty. Nic z tego – już w 17. minucie po faulu Demirala na Taremim sędzia odgwizdał rzut karny dla portugalskiej drużyny, który na bramkę zamienił Sergio Oliveira. Strzegący bramki Juventusu Wojciech Szczęsny nie miał żadnych szans na obronę. W tym momencie sytuacja turyńskiej drużyny zrobiła się dramatyczna, bo FC Porto grało zdecydowanie lepiej i Szczęsny co rusz musiał wykazywać się swoim bramkarskim kunsztem. Do przerwy wynik się jednak nie zmienił, a gdy zespoły wróciły na boisko, gospodarze ruszyli ostro do ataku. Najpierw Chiesa z kilku metrów pokonał Marchesina, doprowadzając do wyrównania, a w 63. minucie ponownie Chiesa doprowadził w dwumeczu do wyniku 3:3, a ponieważ już do końca regulaminowego czasu gry bramki nie padły, sędzia zarządził dogrywkę. A w niej nieoczekiwanie gola w 115. minucie strzelili goście. Oliveira z rzutu wolnego posłał piłkę pod nogami stojącego w murze Cristiano Ronaldo, co kompletnie zaskoczyło Szczęsnego i teraz Juventus musiał zdobyć dwie bramki, żeby awansować. Umiejętności starczyło tylko na jedną, ale wygrana 3:2 nic turyńczykom nie dawała, bo chociaż w dwumeczu był remis 4:4, to FC Porto awansowało dalej dzięki większej liczbie goli strzelonych na wyjeździe. Cristiano Ronaldo wypadł w tym meczu słabo, a włoskie media natychmiast mu wypomniały, że chociaż kosztował gigantyczne pieniądze, to Juventus z nim w składzie nie odniósł w Lidze Mistrzów żadnego sukcesu – po raz drugi z rzędu ekipa „Starej Damy” odpadał w 1/8 finału.
W drugim wtorkowym spotkaniu Borussia Dortmund zremisował u siebie z Sevillą 2:2 (pierwszy mecz na wyjeździe wygrała 3:2), a bohaterami wieczoru byli Erling Haaland oraz Youssef En-Nesyri, którzy zdobyli po dwie bramki. Snajper Sevilli doprowadził do wyrównania w 96. minucie meczu, lecz media zdecydowanie więcej uwagi poświęciły 20-letniemu norweskiemu napastnikowi, który powiększył swój bramkowy dorobek w obecnej edycji Ligi Mistrzów do 10 trafień. Haaland jest liderem klasyfikacji strzelców, ale jego łączny dorobek w tych rozgrywkach, zważywszy przy tym na jego wiek, robi ogromne wrażenie – we wtorkowym spotkaniu z Sevillą strzelił gole nr 19. i 20. w Lidze Mistrzów, a dokonał tego wyczynu w 14 meczach, co jest rekordem tych rozgrywek. Norweski piłkarz został też najmłodszym graczem w historii Ligi Mistrzów, który zapisał na swoim koncie 20 bramek (20 lat i 231 dni). Wyprzedził w tym zestawieniu francuskiego asa Paris Saint-Germain Kyliana Mbappe oraz samego Leo Messiego.
Ci dwaj wielcy piłkarze, schodzący powoli z piedestału Argentyńczyk i wchodzący dopiero na szczyt Francuz spotkani się oko w oko w środę na Parc des Princes w Paryżu. Mało kto dawał ekipie Barcelony szanse na wywalczenie awansu do ćwierćfinału, bo u siebie „Duma Katalonii” przegrała w pierwszym meczu aż 1:4. Tym razem „remontady” nie było, a spotkanie zakończyło się remisem 1:1. Gole strzelili Mbappe i Messi – Francuz z rzutu karnego, a Argentyńczyk po genialnej akcji, ale gwiazdor „Dumy Katalonii” też sie nie popisał marnując jedenastkę. Po meczu światowe mediach spekulowały, że być może mecz w Paryżu był ostatnim Messiego w Lidze Mistrzów w koszulce Barcelony. Transferowe plotki sugerują, że argentyński piłkarz może latem tego roku trafić do Paris Saint-Germain, ale nawet jeśli do tego dojdzie, to raczej nie zagra w tej drużynie z Mbappe. Francuski napastnik chce odejść z PSG do Realu Madryt, ale gdyby zdecydował się zostać, to wtedy paryskiego klubu nie będzie już stać na zatrudnienie Messiego.
Nie ulega jednak wątpliwości, że na naszych oczach dokonuje się właśnie zmiana warty na futbolowym szczycie. Kończy się era hegemonii Messiego i Cristiano Ronaldo, a zaczyna jeśli nie Haalanda i Mabppe, to na pewno graczy z ich pokolenia. Ale w okresie przejściowym królem został Robert Lewandowski i na razie nic nie zapowiada, by miał już w tym sezonie oddać
koronę w inne ręce.

Agent Erlinga Haalanda chce go latem sprzedać do Realu

Real Madryt wyciąga ręce po dwóch graczy młodego pokolenia. Francuski trener „Królewskich” Zinedine Zidane chciałby swojego rodaka Kyliana Mbappe z Paris Saint-Germain, ale działaczom madryckiego klubu zdecydowanie łatwiej oraz dużo taniej będzie przeprowadzić transfer Norwega Erlinga Haalanda z Borussii Dortmund.

Katarscy właściciele Paris Saint-Germain bardzo by chcieli zatrzymać Kyliana Mbappe, ale może się okazać, że nawet ich nie będzie stać na przedłużenie umowy z 22-letnim francuskim napastnikiem. Dlatego już teraz kolportują wieść, że jeśli Mbappe postanowi odejść tego lata, jego nowy pracodawca będzie musiał zapłacić za jego transfer paryskiemu klubowi 200 milionów euro. Do tego dojdą jeszcze sute prowizje dla agentów i innych pośredników kręcących się przy takich rekordowych transakcjach, co powiększy koszt pozyskania tego piłkarza o kolejne 30-35 mln euro. To dużo nawet dla Realu i dlatego szefowie madryckiego klubu rozważają też alternatywne rozwiązania.
Drugi gracz na ich liście, Norweg Erling Haaland, byłby wedle spekulacji hiszpańskich mediów tańszy od Francuza od około 80 mln euro. Agent utalentowanego 20-letniego norweskiego piłkarza, Mino Raiola, zaliczany do największych rekinów tej zbójeckiej profesji, podał ponoć działaczom „Królewskich” pełny kosztorys ewentualnego transferu, który wyliczył na kwotę 150 mln euro. Do tego dochodzi oczywiście jeszcze indywidualny kontrakt dla piłkarza, wcale nie niższy od żądanego przez Mbappe (ponoć Haaland życzy sobie rocznie 20 mln euro i co najmniej czteroletni kontakt, co oznacza, że wraz z bonusami i premiami trzeba będzie na niego wydać grubo ponad 100 mln euro).
Natomiast podanej kwoty transferowej, oszacowanej przez Raiolę na 150 mln euro, Borussia Dortmund życzy dla siebie 110 mln euro. Zważywszy na fakt, że klub ten wykupił rok temu Haalanda z Red Bull Salzburg za 20 mln euro, przebicie jest więcej niż pięciokrotne. Bardziej bulwersuje jednak 30 milionów euro prowizji dla samego Mino Raioli, a także kolejne 10 milionów euro dla pomniejszych pośredników, wśród których jest też ojciec piłkarza. Haaland obecnie jest najdroższym graczem w piłkarskiej stajni tego holenderskiego agenta z włoskimi korzeniami.
A ma on pod swoją kuratelą wielu graczy o głośnych nazwiskach, m.in. Holendra Matthijsa de Ligta (Juventus, wartość transferowa 75 mln euro), Francuza Paula Pogbę (Manchester United, 65 mln euro) czy Włocha Marco Verrattiego (Paris Saint-Germain, 60 mln euro). Raiola jest zdecydowany na doprowadzenie do transferu Haalanda już tego lata. Może mu sie to udać, bo Haaland jest ponoć chętny do dołączenie do madryckiej ekipy, a prezydent Realu Florentino Pereza ma dobre relacje z dyrektorem generalnym Borussii Dortmund z Hansem-
Joachimem Watzke.

Liga Mistrzów UEFA: Popisy Mbappe i Haalanda

We wtorek i środę rozegrano pierwsze cztery mecze 1/8 finału piłkarskiej Ligi Mistrzów. Nie popisały się w nich dwa hiszpańskie kluby, które przegrały mecze u siebie: FC Barcelona został rozgromiona przez Paris Saint-Germain 1:4, a FC Sevilla uległa Borussii Dortmund 2:3. W dwóch pozostałych spotkaniach FC Porto pokonało 2:1 Juventus Turyn, a RB Lipsk przegrał z FC Liverpool 0:2.

Spotkania w 1/8 finału Champions League można chyba uznać za początek zmierzchu dwóch największych futbolowych gwiazd ostatniej dekady. Leo Messi w przegranym 1:4 meczu z PSG został przyćmiony przez młodszego o dziesięć lat Kyliana Mbappe, który zaliczył w tym spotkaniu hat-tricka. 33-letni Argentyńczyk odpowiedział jednym trafieniem po kontrowersyjnym rzucie karnym, ale był to jego pierwszy gol w rozgrywkach Ligi Mistrzów w 2021 roku. Nawet jeśli Barcelona odpadnie, to Messiemu zostanie satysfakcja, że zdobywał bramki w Lidze Mistrzów przez 17 lat z rzędu. Poza tym już 13. sezon przekroczył barierę 20 goli. Mbappe na razie może tylko marzyć o takich strzeleckich wyczynach, jakich dokonał już w swojej karierze Leo Messi, lecz we wtorkowy wieczór na Camp Nou przyćmił argentyńskiego asa „Dumy Katalonii” i pod nieobecność kontuzjowanego Neymara był pierwszoplanową postacią zespołu PSG. Jego hat-tricki był wyczynem nietuzinkowym, bo przed Francuzem trzy gole katalońskiej drużynie w jednym spotkaniu zdołał wbić tylko jeden piłkarz, a dokonał tej sztuki Andrij Szewczenko w sezonie 1996/1997 w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Dynamo Kijów u siebie pokonało wtedy Barcelonę 3:0, a na Camp Nou zwyciężyło aż 4:0. I to w tym drugim spotkaniu 18-letni wówczas Szewczenko strzelił Barcelonie hat-tricka. Na powtórkę wyczynu ukraińskiego piłkarza trzeba było czekać prawie ćwierć wieku.
Francuskie media rzecz jasna oszalały z zachwytu po oszałamiającej wiktorii paryskiej drużyny w mateczniku „Dumy Katalonii”. Dziennik „L’Equipe” oczywiście najwięcej miejsca na swoich łamach poświęcił bohaterowi wieczoru, przypominając jego drogę na futbolowe szczyty. Mbappe w Lidze Mistrzów zaistniał już w wieku 18 lat jeszcze jako piłkarz AS Monaco, zdobywając pięć goli w fazie pucharowej w meczach z Manchesterem City i Borussią Dortmund. Od tego czasu strzelił w tych rozgrywkach łącznie 15 goli, ale tylko jednego uzyskał w spotkaniu fazy pucharowej (z Manchesterem United w 2019 roku). Od końca 2019 roku do końca 2020 roku francuski napastnik zaliczył jednak w barwach PSG długą bramkową posuchę, w końcu jednak spełnił wreszcie oczekiwania i zanotował, zdaniem „L’Equipe” najlepszy występ w europejskich pucharach. Oceniając występ Mbappe gazeta przyznała mu notę „9” w skali 1-10. We Francji nikt nie ma wątpliwości, że tym razem w rewanżu 10 marca na Parc des Princes w Paryżu nie będzie powtórki „remontady” sprzed czterech lat, gdy po porażce 0:4 w pierwszym spotkaniu Barcelona w rewanżu rozgromiła paryżan 6:1. Wtedy jednak pierwszy mecz grała na wyjeździe, a drugi u siebie, teraz zaś będzie odwrotnie. Poza tym Messi jest dzisiaj zniechęcony do gry w „Dumie Katalonii” i coraz więcej w jego postawie przekonuje, że nie przedłuży wygasającego z końcem tego sezonu kontraktu.
W pozostałych meczach pierwszej transzy 1/8 finału LM FC Liverpool pokonał na wyjeździe RB Lipsk 2:0 po golach Mohameda Salaha i Sadio Mane. Awans ekipy The Reds do ćwierćfinału wydaje się przesądzony, podobnie jak awans Borussii Dortmund, która na wyjeździe pokonała Sevillę 3:2. Dwa trafienia w tym spotkaniu dla niemieckiej drużyny uzyskał Erling Haaland. Norweski napastnik strzela gole jak maszyna – jako zawodnik Molde FK, Red Bull Salzburg i Borussii Dortmund w 119 występach zdobył aż 90 goli, a nie ma jeszcze 21 lat. Tak świetnych statystyk w tym wieku nie miał nawet Robert Lewandowski. Dwa trafienia w potyczce z Sevillą powiększyły jego bramkowy dorobek w tej edycji Ligi Mistrzów do ośmiu i dały awans na pierwsze miejsce w klasyfikacji strzelców. Swojego dorobku nie poprawił natomiast najskuteczniejszy strzelec Ligi Mistrzó wszech czasów Cristiano Ronaldo, a Juventus przegrał na wyjeździe 1:2 z FC Porto. Portugalczyk, uznany niedawno za najlepszego gracza XXI wieku, chyba nie jest już w stanie konkurować z Haalandem czy Mbappe. Im z wielkich w strzeleckich popisach dorównuje już tylko Lewandowski, ale na odpowiedź polskiego piłkarz trzeba poczekać do 23 lutego, bo tego dnia Bayern Monachium zagra na wyjeździe z Lazio Rzym. W trzech pozostałych meczach drugiej tury spotkań 1/8 finału LM Atletico Madryt zmierzy się z Chelsea, Atalanta z Realem Madryt, a Borussia Moenchengladbach z Manchesterem City.