Najpierw testy, potem na tory

Sport żużlowy w Polsce też powoli wraca do życia. PGE Ekstraliga planuje rozpocząć zmagania 12 czerwca. W miniony piątek zawodnicy i osoby wyznaczone w klubach do obsługi meczów zakończyły kwarantannę, a w poniedziałek przejdą testy na obecność koronawirusa. Podda im się około 500 osób, a 200 tysięcy złoty za testy zapłaci PGE Ekstraliga.

Władze PGE Ekstraligi zdecydowała się na przeprowadzenie testów genetycznych. To oznacza, że od wszystkich pięciuset wyznaczonych do badania osób zostaną pobrane wymazy z nosa i gardła. Takie rozwiązanie daje większą gwarancję, że podczas meczów w parkach maszyn nie znajdą się zakażeni wirusem Covid-19. Zrezygnowano z badań przesiewowych, bo ich skuteczność jest zdecydowanie niższa, a czasu na powtórki nie jest zbyt wiele. Zawodnicy wręcz sie rwą do wyjazdów na tor i normalnych treningów. A jak wiadomo, tylko negatywny wynik testów na koronawirusa oznacza, że będą mogli skupić się na przygotowaniach do ligowego startu. Wynik pozytywny to kłopot, bo oznacza powtórną kwarantannę i konieczność przejścia po jej zakończeniu dwóch kolejnych testów, które oczywiście muszą być negatywne. Jeśli któremuś z zawodników coś takiego się przytrafi, wejdzie w już i tak przesunięty przez pandemię o dwa miesiące sezon z opóźnieniem, co oznacza kolejne straty finansowe. Wiadomo, kto nie jeździ w lidze i nie zdobywa punktów, ten nie zarabia.
Ale co zrobią kluby, jeśli okaże się, że niektórzy zawodnicy zostali zakażeni i nie będą mogli przez to wystartować w pierwszych ligowych meczach? PGE Ekstraliga nie będzie czekać na spóźnialskich. Po to opracowano modyfikacje w regulaminie, które pozwalają na błyskawiczną reakcje w takich sytuacjach. Każdy klub będzie mógł uzupełnić braki kadrowe zatrudniając na krótkoterminowe kontrakty żużlowców z niższej ligi (1. lub 2. ligi żużlowej). Poza tym w najbliższym czasie należy spodziewać się nowych przepisów dotyczących zastępstwa zawodnika. Najprawdopodobniej zostanie ono rozszerzone na większą liczbę zawodników.
Wszystkie zmiany regulaminowe mają ograniczyć do minimum ryzyko, że pojedyncze zakażenia rozłożą na łopatki całe rozgrywki. Wszyscy chcieli prostej zasady – chorych izolujemy i czekamy, aż wrócą do zdrowia, ale w ich miejsce wstawiamy rezerwowych lub żużlowcy z niższych lig i ścigamy się zgodnie z terminarzem rozgrywek, bez przekładania spotkań.
Wielkie testowanie, które odbędzie się w najbliższy poniedziałek, nie daje gwarancji, że w dniu rozpoczęcia rozgrywek wszyscy będą zdrowi, bo od 25 maja do 12 czerwca to trzy tygodnie, w trakcie których zawodnicy skończą kwarantannę i zaczną treningi, co oznacza, że będą się przemieszczać i stykać z większą liczbą postronnych osób. Ryzyko, że ktoś zarazi się koronawirusem znacznie wzrośnie. Władze PGE Ekstraligi już zapowiedziały, że przed meczami każda osoba uprawniona do przebywania w parku maszyn i na stadionie będzie miała pomiar temperatury. Jeśli będzie podwyższona, to o dalszych losach takiego delikwenta decydować będzie lekarz. Jeśli będzie miał choć cień podejrzenia, że ma to związek z wirusem, odeśle nieszczęśliwca do domu.
Luzowanie obostrzeń ma obecnie miejsce w wielu krajach. Każdy z nich robi to w różnym tempie, ale można spodziewać się, że niebawem zostaną otwarte granice. Komisja Europejska rekomenduje, żeby nie decydować się na taki ruch przed 15 czerwca. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że już wkrótce podróżowanie pomiędzy krajami stanie się zdecydowanie łatwiejsze, a żużlowcy chętnie z tego prawa skorzystają. W pierwszej kolejności zrobią to ci, którzy nie przylecieli do Polski ze swoimi rodzinami. A to całkiem liczna grupa.
To zwiększy ryzyko pojawienia się Covid-19 w PGE Ekstralidze, ale władze naszej żużlowej ekstraklasy już szykują kolejne zmiany w regulaminie rozgrywek, które uchronią ligę przed paraliżem, a co za tym idzie – masowym bankructwem. Taki czarny scenariusz wciąż jest możliwy, dlatego w żużlowym światku nikt nie sprzeciwia się takim rozwiązaniom, bo przecież w zdekompletowanej lidze wszyscy przestaną zarabiać.