Paradoks kłamcy

Kiedy kłamca mówi prawdę, a kiedy kłamie? Odpowiedzi na to pytanie filozofowie szukają w szufladach z napisem logika od zarania dziejów. Jest kila przekonujących próba, ale wszystkie bledną przy naszym złotoustym premierze. Złotoustym, choć mowa jest tylko srebrem.

Mój znajomy miał znajomego. Wspólnika. Tenże robił z nim interesy. I przy okazji tych interesów, dymał go na kasę. Znajomy mój o tym nie wiedział. Albo nie chciał wiedzieć. Pech chciał, że ów znajomy zawiązał spółkę, do której doprosił moich bliskich powinowatych. No i oczywiście swojego, starego znajomego, którego przedstawił jako rzutkiego biznesmena, specjalistę od rozkręcania biznesów w trudnych warunkach. Poznałem i ja tego człowieka. Sprawiał dobre wrażenie; obyty, mówił językami. Znajomy mój brał za niego pełną odowiedzialność, zwłaszcza że i tamten inwestował swój grosz. Mniejszy niż reszta, ale zawsze. Pozostałym wspólnikom nie przyszło do głowy, żeby nie ufać mojemu znajomemu, gdyż znali go jako dobrego fachowca i krystalicznie uczciwego kolegę. Ale znajomego mojego znajomego znali tylko z opowieści.

Zaczęło się niewinnie, od remontu lokalu. Ekipa która miała go odrestaurowywać trafiła z majstrem na kwarantannę. Bo covid. Trudno, co zrobić, taki czas. Potem przedłużające się poszukiwania nowej ekipy. Potem wlekący się jak msza remont. Dalej komputery, który znajomy znajomego miał załatwić z bonifikatą, a wyszły droższe niż w katalogu. Dopiero wówczas towarzystwu zaczęło coś świtać; że może być z tym doproszonym wspólnikiem coś nie halo. Wątpiąca część spółki zaczęła dopraszać się rozmów, faktur, rachunków. Koleś najpierw zaczął kluczyć, potem nie odbierać telefonów, a kiedy w końcu przyparto go do muru, pokazano czarno na białym, że ich oszukał, że zawyżał faktury za sprzęt, że odstawił fuszerkę z remonetem, a ekipy z prawdziwego zdarzenia nigdy nie zaangażował, jeno typa od kartongipsów któremu po godzinach pomagała żona i jeszcze kilkanaście podobnych wtop, gdzie zaręczał że wszystkiego dopilonował, ale faktycznie nie załatwił niczego. Ten cały czas upierał się, że to wszystko…kłamstwa. Że on nie ma sobie nic do zarzucenia. Że niczego nie ukradł. Ale, żeby zachować poprawne relacje ze swoim znajomy, który jest jednocześnie moim znajomym, odejdzie ze spółki. Oczywiście po wykupieniu swoich udziałów. Choć złapano go za rękę, ten w żywe oczy łgał,że to nie jego ręka. Do dziś nie wiem, czy miał tak zryty baniak i chorobę w głowie, czy był po prostu patologicznym kłamcą, który nie odróżniał prawdy od fałszu i czynił to co czynił bezwiednie, a tym samym, bez możliwości posądzenia go o złą wolę.

Człowiek ów przypomniał mi się, kiedy oglądałem wystąpienie premiera Morawieckiego w sprawie elektrowni Turów. Wystąpienie sprzed paru miesięcy, w którym człowiek ów, tzn. premier, z zaciętą miną i pewnością siebie informował obywateli, że co się tyczy sprawy elektrowi Turów i konfliktu z Czechami, wszystko mamy załatwione i pohetane. Nikt nie będzie sobie rościł żadnych pretensji, bo nasza dyplomacja w porę wyprostowała całą sprawę. Zabawne,że obok premiera głosu nie zabrał w tej sprawie minister spraw zagranicznych, który w sprawach zagranicznych w ogóle bardzo rzadko zabiera głos. Może obawiał się, że ściema z zapewnieniami o końcu konfliktu o Turów wreszcie kiedyś się wyda i on też wtedy będzie płoną ze wstydu jak hutniczy piec. A może po prostu był w takim kosmosie i nie ogarniał wówczas niczego. To by akurat mogło się zgadzać, bo polskiej dyplomacji na światowych salonach jest tyle, co prawdy w słowach Morawieckiego. Gdyby było inaczej choćby w dziesiątej części procenta, nie byłoby dziś kryzysu na granicy białoruskiej. Ale do tego trzeba mieć ludzi którzy chcią i potrafią się porozumiewać. Najlepiejw obcym języku, ale to akurat da się załatwić. Porozumiewać, tj. dążyć do zgody. Ustępować kiedy trzeba i nie machać szabelką. Ale, niestety, jeśli o takich się rozchodzi, to w tym rządzie szukać ich na próżno. Jak się chce, można znaleć ministra, co to czego państwowego się nie dotknie, wnet rzecz zmarnotrawi i roztrwoni. Ostatnio stawia łuk tryumfalny za publiczne pieniądze pod moim liceum. Jest minister, co to funduje nowy uniwersytet, a rektorem robi weń człowieka z mentalem z XIX wieku. Istne studium osobliwości. Nad wszystki czuwa zaś dobrpoduszny fryzjer o mentalności hycla. Ale dyplomaty nie ma.

Dumam sobie teraz; czy Morawiecki mówiąc o Turowie przed paroma miesiącami kłamał naprawdę, czy jedynie nie odróżniał prawdy od fałszu, gdyż tak zatracił się w mydleniu ludziom oczu, że sam już nie wie, co jest prawdą a co kłamstwem. Bo jeśli tak, to w sumie mi go trochę szkoda. Ale nawet jeśli, to i tak bardziej szkoda mi naszego, umiłowanego narodu. Bo pół bańki euro dziennie piechotą nie chodzi, a jak wie każdy bankier/bankster, rząd nie ma własnych pieniędzy. Ma tyle, ile wyciągnie z kieszeni obywatela. Czas się bać.

Przerwany mecz Brazylii z Argentyną

Zaplanowany w miniony czwartek mecz na szczycie w południowoamerykańskich eliminacjach MŚ 2022 pomiędzy Brazylią i Argentyną został przerwany z powodu interwencji brazylijskich służb sanitarno-epidemiologicznych, które nie chciały się zgodzić na udział w meczu czterech graczy Argentyny, których podejrzewano o złamanie obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa.

W efekcie, piłkarze Argentyny musieli opuścić plac gry. Stało się to już po rozpoczęciu spotkania, ale awantura zaczęła si jeszcze przed meczem, gdy brazylijskie służby epidemiologiczne zażądały deportowania czterech zawodników kadry Argentyny na co dzień występujących w klubach angielskiej Premier League. Argentyńska federacja piłkarska postawiła jednak sprawę jasno oświadczając, że jeśli ta czwórka graczy nie zostanie dopuszczona do gry, to cały zespół odmówi wzięcia udziału w meczu. Działacze południowoamerykańskiej konfederacji piłki nożnej (CONMEBOL) namawiali Brazylijczyków na polubowne zakończenie tej sprawy i wydawało się, że taka sytuacja zaistniała. Ale gdy mecz się rozpoczął, na boisko weszła grupa pracowników brazylijskiej Narodowej Agencji Nadzoru Zdrowotnego (Anvisa) w towarzystwie funkcjonariuszy policji i mecz został przerwany. W negocjacje z urzędnikami wdali się nawet Leo Messi i Neymar, lecz nic to nie dało. Zgodnie z przepisami epidemicznymi obowiązującymi aktualnie w Brazylii wszystkie osoby, które w ciągu ostatnich 14 dni przebywały na terenie Wielkiej Brytanii, po przybyciu do Brazylii muszą się poddać 14-dniowej kwarantannie. Przepis ten w drużynie argentyńskiej dotyczył tylko Emiliano Martineza i Emiego Buendię (obaj grają w Aston Villi) oraz Giovanniego Lo Celso i Cristiana Romero z Tottenhamu Hotspur. Z tej czwórki tylko Buendia nie znalazł się w podstawowym składzie argentyńskiej reprezentacji. Według urzędników Anvisy, cała czwórka przy wjeździe do Brazylii zataiła w formularzach zgłoszeniowym fakt przebywania w ciągu ostatnich dwóch tygodni w Wielkiej Brytanii.
W efekcie zespół Argentyny zszedł z boiska, a spotkanie zostało przełożone na inny termin. Piłkarskie federacje obu krajów wyraziły ubolewanie z powodu przerwania tak ważnego spotkania. Prezydent FIFA Giannni Infantino zaś stwierdził: „Widzieliśmy, co stało się z meczem Brazylii i Argentyny, dwóch z najwspanialszych drużyn Ameryki Południowej. Niektórzy oficjele, policja, urzędnicy bezpieczeństwa weszli na boisko po kilku minutach gry, aby zabrać kilku piłkarzy. To szaleństwo, ale musimy poradzić sobie z tymi wyzwaniami, tymi problemami, które pojawiają się na szczycie kryzysu COVID”.
Reprezentacja Brazylii z kompletem 21 punktów jest liderem eliminacji w Ameryce Południowej, drugie miejsce zajmuje Argentyna (15 pkt), a kolejne Ekwador (13 pkt), Urugwaj (12 pkt) i Kolumbia (10 pkt).
Z tej strefy bezpośrednio do MŚ awansują cztery najlepsze drużyny kwalifikacji, a piąta zagra w barażu.

Wirus modyfikowany politycznie

Odtajniono raport wywiadu USA, którego sporządzenie zlecił w maju 2021 r. prezydent.

Kiedy świat stoi przed ryzykiem kolejnych pandemicznych fal, kiedy rzetelni naukowcy walczą z anty szczepionkowymi szarlatanami, Biały Dom zdecydował o odtajnieniu raportu amerykańskiego wywiadu badającego pochodzenie wirusa COVID-19.
Odtajniono w jawnej publikacji biura Dyrektora Wywiadu Narodowego, ale bez wielkiej celebry i medialnej odprawy, z lekkim poczuciem zażenowania.
I trudno się temu dziwić. Po dziewięć dziesięciodniowym dochodzeniu wywiad największego mocarstwa świata nadal znajduje się w punkcie rozpoczęcia dochodzenia.
Ustalono bezsprzecznie dwa źródła pochodzenia wirusa:

  • Wirus SARS-CoV-2 naturalnie „przeskoczył” ze zwierząt na ludzi, prawdopodobnie na którymś z targów zwierząt.
  • Wirus wyciekł z laboratorium w Wuhanie.
    Ustalono też, że obie teorie są jednakowo wiarygodne. Czyli każdy może używać tej wersji wydarzeń, która uzna za użyteczną dla swych interesów.
    Cóż, rzekłbym, że sam doszedłbym też do takich zdroworozsądkowych konkluzji, gdybym otrzymał z Białego Domu zlecenie na taki raport. Uczyniłbym to szybciej i znacznie taniej niż zjednoczone siły wywiadu USA. Ale nie przesadzajmy z żartami z tak poważnego i smutnego tematu.
    Wykonany na zlecenie prezydenta Bidena raport ma też pozytywne treści.
    Informuje, że wywiad USA jednoznacznie ustalił, że COVID-19 nie powstał w chińskich laboratoriach jako broń biologiczna.
    A taką tezę już w ubiegłym roku głosili niektórzy republikańscy politycy próbując podgrzać anty chińskie nastroje.
    Amerykańskie spec służby oceniły też, że mało prawdopodobną jest teoria o genetycznej modyfikacji wirusa.
    Amerykański raport został szybko skomentowany przez władze chińskie. „USA nie dbają o fakty i prawdę, ale o to, jak oczernić Chiny”, oświadczył Zhao Lijian, rzecznik chińskiego ministerstwa spraw zagranicznych.
    Pożytki z wirusa?
    Koronawirus to efekt naturalnej ewolucji, tak nadal uważa większość naukowców na świecie. Teza ta, najbardziej prawdopodobna, nie budzi jednak w mediach takich społecznych emocji jak inne, zwłaszcza te spiskowe. Znacznie mniej prawdopodobne, albo zwyczajnie fałszywe, ale za to przyciągające większą uwagę odbiorców mediów. Rozbudzające emocje opinii publicznej w wielu krajach.
    Jeszcze w ubiegłym roku poglądy, sugestie nawet, że SARS-CoV-2 to produkt inżynierii genetycznej, albo wirus wyniesiony na zewnątrz przez przypadkowo zakażonego pracownika laboratorium, traktowany był przez środowiska naukowe jako nieudokumentowane teorie.
    Biolodzy, genetycy i epidemiolodzy spierali się o to, które zwierzę stało się pomostem między nietoperzem a człowiekiem. Bo poważne analizy genomu SARS-CoV-2 wskazywały na efekt naturalnej ewolucji.
    Teraz hipoteza o wycieku wirusa hodowanego w chińskim laboratorium, dyskredytowana niedawno jako nieudokumentowana spekulacja, stała się tematem komentarzy w przeróżnych pismach, także naukowych, nagłośnionych śledztw dziennikarskich i analiz w czołowych amerykańskich gazetach.
    Nietrudno zgadnąć, że strona chińska nie pozostała dłużna. Skoro zdaniem amerykańskich komentatorów wirus mógł powstać w laboratorium, to nie można wykluczyć jego amerykańskiego pochodzenia.
    Chińskie media przypomniały, że w sierpniu 2019 roku zamknięto ze względów bezpieczeństwa amerykańskie laboratorium biologiczne Fort Detrick. To jedno z ponad dwustu amerykańskich laboratoriów, w których prowadzone są badania biologiczne dla celów wojskowych.
    Chińskie media przypomniały też, że w 2019 roku w Światowych Wojskowych Igrzyskach Sportowych w Wuhan uczestniczyli amerykańscy żołnierze stacjonujący w okolicach Fortu Detrick.
    W ślad za tymi doniesieniami mediów władze chińskie wezwały administrację USA do zaproszenia międzynarodowej komisji złożonej z ekspertów WHO, aby zbadać i wyjaśnić sytuację w Fort Detrick.
    Według sondażu magazynu „The Economist” i ośrodka YouGov, aż 58 procent Amerykanów jest przekonanych, że źródłem pochodzenia zabójczego wirusa było chińskie laboratorium. To o 10 procent więcej niż w podobnych sondażach robionych w maju 2020 roku. Zapewne ten wzrost niepotwierdzonej naukowo tezy, to efekt prawicowej propagandy telewizji Fox News, która preferuje antynaukowy styl przekazu. Zwłaszcza kiedy minimalizuje problem zmian klimatycznych albo zagrożenia koronawirusem.
    To też efekt popularnych w USA „naukowych influencerów”, jak Bret Weinstein, trąbiących w mediach społecznościowych o tym, że SARS CoV-2 jest efektem genetycznych manipulacji „podstępnych Chińczyków”.
    Prawda się obroni ?
    „Jedynym dowodem, jaki mają zwolennicy teorii wycieku z laboratorium, jest to, że laboratorium znajduje się w Wuhanie”, mówił Peter Daszak, specjalista chorób wirusowych i członek misji WHO.
    Eksperci tej organizacji chwalili stronę chińską za stworzenie im warunków do działania, dostępu do newralgicznych miejsc. Zastrzegli też, że pozostało jeszcze pól do badań, zwłaszcza analizy łańcuchów dostaw na zwierzęce targi i testowanie próbek zwierzęcych.
    Niestety sporządzony przez nich raport Światowej Organizacji Zdrowia /WHO/ wykluczający wyciek wirusa z laboratorium nie ma szans na taką popularność. Nie budzi takich emocji jak wszelkie teorie spiskowe. Nie służy administracji USA w tworzeniu negatywnego obrazu Chin w społeczeństwie amerykańskim i światowej opinii publicznej. Przydatnego do długofalowej politycznej i gospodarczej konfrontacji z rosnącą gospodarką chińską. Nie służy światowym mediom preferującym napędzające zyski emocje odbiorców niż „nudną”, niezyskowną prawdę.
    W oparach takich politycznych i medialnych gier światowa opinia publiczna zapomina o podstawowej w czasie pandemii wartości. Jedności we współpracy w walce z zarazą.

PS. Warto przypomnieć, że wyjaśnianie epidemii SARS z 2003 roku, w efekcie której zmarło prawie 800 osób, zajęło światowym wirusologom 14 lat.

Euro wzmogło pandemię

Brytyjska agencja Public Health England podała, że finałowy mecz Euro 2020 Włochy – Anglia, podczas którego na Wembley zasiadło ponad 70 widzów, przyczynił się do rozprzestrzeniania COVID-19 w Wielkiej Brytanii.

W swoim raporcie Public Health England (PHE) wykazało, że wśród obecnych na stadionie widzów prawdopodobnie około 2300 osób było zakażonych już wcześniej, natomiast 3,5 tysiąca kolejnych zakaziło się w trakcie przebywania na stadionie Wembley w trakcie meczu. PHE zapewnia, że swoje ustalenia poczyniła na podstawie tysięcy przeprowadzonych wywiadów z uczestnikami finałowego meczu tegorocznych mistrzostw Europy. Zastępca dyrektora medycznego placówki Jennifer Smith przekazała, że dane te powinny być ostrzeżeniem dla tych, którzy domagają się przyspieszenia powrotu do normalności. „Piłkarski turniej Euro 2020 był imprezą wyjątkową i jest mało prawdopodobne, że zobaczymy podobny wpływ na rozprzestrzeniania się COVID-19 podczas innych wydarzeń. Jednakże dane pokazują, jak łatwo wirus rozprzestrzenia się w przypadku bliskiego kontaktu, a to powinno być ostrzeżeniem przy staraniach o powrót do normalności” – ostrzega Smith.
Public Health England przeprowadziło czteromiesięczne badania, w trakcie których oceniano czy inne wydarzenia sportowe w Wielkiej Brytanii generują podobną liczbę zakażeń koronawirusem. Najwięcej osób w przypadku badanych wydarzeń było obecnych przy okazji wyścigu Formuły 1 na torze w Silverstone. W trzydniowym wydarzeniu wzięło udział łącznie 350 tysięcy osób, wśród których 585 uzyskało dodatni wynik testu (343 osoby prawdopodobnie były zakażone już wcześniej). W trakcie wielkoszlemowego turnieju tenisowego na kortach Wimbledonu w ciągu dwóch tygodni obecnych było 300 tysięcy osób i w tym przypadku uzyskano 881 pozytywnych wyników.
„Pokazaliśmy, że możemy bezpiecznie organizować masowe imprezy sportowe i kulturalne, ale aby były bezpieczne, fani sportu, muzyki i kultury powinni się zaszczepić” – zaapelował do swoich rodaków brytyjski minister kultury Oliver Dowden.

Kościół Gądeckich a grzechy główne

Arcybiskup Gądecki z Poznania opublikował artykuł, w którym był łaskaw uznać, że wprowadzając w czasie pandemii pewne (zresztą wedle powszechnej opinii stanowczo zbyt łagodne!) ograniczenia dla niektórych praktyk religijnych państwo polskie dopuściło się skandalicznego pogwałcenia praw kościelnej korporacji: „rządy z przeszłości nigdy nie ośmieliły się nałożyć na Kościół tak drastycznych zakazów; w dwutysiącletniej (zachowuję pisownię hierarchy – G. W.) historii Kościoła nie wydarzyło się nic podobnego, także podczas wojen, bombardowań czy w czasach zarazy”.

Oburzył się biskup i na sposób czy też brak konsultacji tych ograniczeń z jego firmą: „Kościół został potraktowany jako dziedzina niekonieczna dla życia” – rezonował – a przecież „religie odgrywają znaczącą rolę w zachowaniu zdrowia duchowego i mentalnego”.

Ten paroksyzm poznańskiego biskupa zaiste poraża. Nie wiadomo też, jak go traktować: czy widzieć w nim tylko paranoidalny wybryk umysłowy tracącego kontakt z rzeczywistością kościelnego dostojnika, czy doszukiwać się w nim jakiegoś celu – na przykład niezgrabnie zakamuflowanej oferty politycznej pod adresem Platformy Obywatelskiej, która ustami swego starego-nowego lidera objawiła niedawno, że winę za upadek polskiego kościoła ponosi nie tyle on sam, ile przede wszystkim PiS; szłoby więc o ucieczkę szczura z tonącego okrętu – wypowiedzenie kolaboracji PiS-owi i zaproponowanie sojuszu ołtarza i tronu Platformie, oczywiście za odpowiednio słoną cenę. Jedno jest wszakże pewne – elukubracje Gądeckiego są kolejnym przejawem niesłychanej, niewyobrażalnej buty i pychy i Gądeckiego osobiście, i jego firmy jako całości.

Z dziecięcych lat, gdy jak większość polskiej dzieciarni poddawany byłem przez kościół próbom umysłowego zniewolenia i katechetycznej indoktrynacji, zapamiętałem używane tam pojęcie „siedmiu grzechów głównych” (z których jakoby mają się wywodzić wszystkie inne wady). Na czele tej siódemki stała trójca – wedle katechizmowego nazewnictwa: pycha, chciwość, nieczystość. Jeśli dziś przyszłoby nam usłyszeć te trzy słowa z ust jakiegoś katolickiego kaznodziei, z pewnością nie sposób byłoby nie odnieść wrażenia, że w tych trzech dosadnych określeniach kreśli on zbiorowy portret funkcjonariuszy swego kościoła. Pycha, chciwość, nieczystość – czyli innymi słowy: pycha, pazerność, pedofilia – te „trzy P” urosły do rangi symbolu aparatu instytucji, która uważa je za grzechy główne swych członków.

Ale też za sprawą tych „trzech P” i wystąpień takich, jak to Gądeckiego, polski kościół nadal coraz częściej i coraz dotkliwiej będzie na własnej skórze się przekonywał, że dla coraz to większej liczby Polaków staje się dla życia nie tylko „niekonieczny”, ale wręcz zbędny i szkodliwy…

IO Tokio 2020/21: Pandemia nie odpuszcza

Władze Tokio martwią się rosnącą z dnia na dzień liczbą zakażeń koronawirusem. W środę odnotowano 3177 nowych przypadków. Wirus nie omija też wioski olimpijskiej. Jego ofiarą padł m.in. amerykański tyczkarz Sam Kendricks.

We wtorek odnotowano w stolicy Japonii 2848 przypadków zakażeń, zaś w środę ich liczba po raz pierwszy od wybuchu pandemii przekroczyła w stolicy Japonii barierę trzech tysięcy. W porównaniu z wynikami odnotowanymi tydzień wcześniej liczba zarażonych Covid-19 wzrosłą o jedną trzecią. Także tygodniowa średnia jest w Tokio najwyższa od początku kryzysu. Nasilenie pandemii wiązany jest z szerzącym się w Japonii bardziej zaraźliwym wariantem koronawirusa (Delta). Tokijska służba zdrowia znajduje się pod coraz większą presją” – alarmuje agencja Kyodo, oceniając, że rekordowe bilanse zakażeń rodzą też nowe zagrożenia dla uczestników trwających igrzysk olimpijskich. Ale koronawirus szybko rozprzestrzenia się również w innych japońskich prefekturach. Wtorkowy bilans ogólnokrajowy przekroczył barierę siedmiu tysięcy nowych zakażeń po raz pierwszy od maja, zbliżając się do rekordowej wartości około ośmiu tysięcy przypadków odnotowanych na początku stycznia tego roku. Bariera ośmiu tysięcy została przekroczona już środę.
Zakażenia wirusem w objętej surowym reżimem sanitarnym wiosce olimpijskiej zdarzają się sporadycznie, ale Covid-19 potrafi zamieszać nawet w olimpijskiej rywalizacji. Tak właśnie się stało w przypadku amerykańskiego tyczka Sama Kenricksa, dwukrotnego mistrza świata i jednego z kandydatów do olimpijskiego złota, u którego testy wykazały obecność koronawirusa. Negatywny wynik miał też jego argentyński kolega ze skoczni German Chiaraviglio. Obu odesłano na 10-dniową kwarantannę, co obu wyklucza z walki o olimpijskie medale. Ponieważ Kendricks miał codzienne kontakty z australijskimi lekkoatletami, całą liczącą 60 osób reprezentację tego kraju odizolowano i poddano testom. Jak poinformował w czwartek australijski komitet olimpijski, wszystkie dały negatywny wynik i cała ekipa może wrócić do normalnej aktywności.

Igrzyska w Tokio ruszyły mimo pandemii

Mimo surowych przepisów sanitarnych koronawirus nie ominął igrzysk. W sobotę, czyli pierwszego dnia po otwarciu olimpijskiej rywalizacji, według oficjalnych danych pozytywny wynik testów miało 106 uczestników – sportowców, trenerów, działaczy i dziennikarzy. Ale impreza już się toczy i chyba Covid-19 już jej nie zatrzyma.

Nie pomogły ograniczenia, zakJapończycy robią, co mogą, aby liczba przypadków zakażeń była jak najmniejsza. Sportowcy nie mogą wychodzić poza wioskę olimpijską, a dziennikarzy i gości MKOl śledzi aplikacja w telefonie, a ponadto hotelowi ochroniarze, zapisujący skrupulatnie każe wyjście i powrót. Wolontariusze i funkcjonariusze wszelkich służby bez przerwy przypominają o nakazie noszenia maseczek i dezynfekowaniu dłoni. Mimo to koronawirus dostał się do wioski olimpijskie i zbiera żniwo. Holenderska taekwondzistka Reshmie Oogink po pozytywnym wyniku testu ogłosiła, że dla niej to koniec marzeń o olimpijskim starcie i za kończyła sportową karierę.
Obecnie w całej Japonii dzienna liczba nowych zakażeń Covid-19 nie przekracza dwóch tysięcy, ale dla gospodarzy igrzysk to są i tak zbyt duże liczby, bo są teraz największe od stycznia tego roku, gdy pandemia osiągnęła w Kraju Kwitnącej Wiśni swój szczyt. Władze Japonii ostatecznie nie zdecydowały się na odwołanie igrzysk, mimo braku społecznego przyzwolenia i rosnące zagrożenie epidemiczne. Powód jest prozaiczny – zyski z igrzysk przejmuje Międzynarodowy Komitet Olimpijski, ale straty ponoszą już wyłącznie gospodarze. Japonia wedle różnych źródeł wpakowali w te igrzyska już ponad 15 mld dolarów, których w większości nie zdołają odzyskać, ale odwołanie igrzysk przyniosłoby Japończykom straty dużo z ich punktu widzenia dotkliwsze, bo wizerunkowe. Dlatego robią, co mogą, żeby zmniejszyć liczbę nowych zakażeń.

Co musi się stać, żebyśmy się obudzili?

Każdy, kto się przełamał i obejrzał obrady sejmu, na których procedowano wniosek opozycji o wotum nieufności dla ministra oświaty i nauki, profesora (a jakże) – Przemysława Czarnka musi sobie odpowiedzieć na kilka podstawowych pytań:

Czy warto nadal utrzymywać tak liczną Izbę Ustawodawczą? Może wystarczyłoby 25 posłów? Byłoby taniej, a być może, tak radykalne zmniejszenie ilości posłów zaowocowałoby podwyższeniem standardów. Jak to jest możliwe, że tacy ludzie jak Przemysław Czarnek zostają profesorami na jakiejkolwiek wyższej uczelni w Polsce, nawet na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim?

Słuchając pana ministra, łatwo można zrozumieć, dlaczego kilka lat temu w Polsce nastąpiła zmiana na skali społecznego poważania i profesora uniwersytetu, który od bardzo wielu lat był na czele, zastąpił…strażak.
Czy taki spektakl, jaki się odbył w polskim sejmie – nie jest jeszcze jednym dowodem na wyższość SI w rozstrzyganiu takich sporów, jak to, kto może, a kto nie może być ministrem od tak miękkiej i wrażliwej sfery, jak oświata, nauka i wychowanie?

Zostawmy ten żałosny spektakl, jego wynik był łatwy do przewidzenia. To, co warto zapamiętać, to postawa posłów od całkowicie pogubionego Pawła Kukiza, który głosował przeciw odwołaniu Czarnka. Warto to zapamiętać. Ministrem oświaty i nauki pozostaje Czarnek – a jego program to program całej Zjednoczonej Prawicy, jak szczerze mówił w debacie niejaki Morawiecki.

Warto spojrzeć w przyszłość polskiej szkoły pod rządami Czarnka i jego doradców. One dotkną przede wszystkim szkoły publiczne. To tam dyrektorzy i nauczyciele znajdą się pod presją urzędników, to tam w obawie przed zwolnieniem będą wykonywane najbardziej nawet absurdalne zalecenia i decyzje władzy. Szkoła publiczna stanie się jeszcze mniej atrakcyjna dla wszystkich, którym drogie jest wychowanie i edukacja ich dzieci. Łatwo przewidzieć, że zwiększy się jeszcze bardziej atrakcyjność szkół niepublicznych, w których minister Czarnek i jego kuratorzy będą mieli nieco mniej do gadania. Wszyscy, których będzie na to stać – wybiorą szkoły poza reżymem, kierując się dobrem dzieci. Pogłębi to i tak już znaczący podział na tych, których stać na zapewnienie swoim dzieciom dobrego wykształcenia jako podstawowej inwestycji na przyszłość i tych, którzy zmuszeni będą posyłać dzieci do szkoły ministra Czarnka. To będzie pogłębiało polaryzację społeczeństwa, ale to jest właśnie cel, jaki postawił ministrowi prezes wszystkich prezesów: szkoła ma wychować potulnych wyborców PiS, który będzie rządził wiecznie.

Polityka to ciąg procesów dynamicznych. Zjednoczona Prawica obroniła swojego żołnierza większością zaledwie pięciu głosów. Może to ulec zmianie bardzo szybko i w następnym rozdaniu, po kolejnych wypowiedziach i decyzjach Czarnka – sejm go jednak odwoła. Bez zmiany na szczytach władzy łatwo jednak przewidzieć, że jego następca może być jeszcze gorszy. Wszak po minister Zalewskiej wydawało się, że gorzej już być nie może; a jest…

Drugą sprawą, którą chciałbym się teraz zająć, jest to, co robi – a właściwie czego nie robi – rząd w związku z nieuchronnym nadejściem czwartej fali epidemii. Poziom zaszczepienia w Polsce jest daleki od tego, jaki określany jest przez naukę jako niezbędny do osiągnięcia oporności zbiorowej. Zamykane są kolejne punkty szczepień masowych. Próba odwrócenia tego trendu poprzez system nagród, wygrania hulajnogi, loterii, na której można wygrać duże pieniądze – nie dała oczekiwanej poprawy. Że tak będzie – można było łatwo przewidzieć. Rząd – czytaj Jarosław Kaczyński – stoi przed wyzwaniem: czy wprowadzić system restrykcji, a nawet obowiązku szczepienia tych, którzy mówią, że nie lubią, gdy im ktoś gmera igłą przy ramieniu albo wierzą w jedną z wielu teorii spiskowych rozsiewanych przez trolle w sieci, albo w to, że szczepionki powstają z komórek zamordowanych dzieci i ich przyjmowanie to grzech, czy też zmierzyć się z czwartą falą i skutkami paraliżu wielu branż; a może nawet całej gospodarki. Albo – albo. Trzeciej drogi nie ma i liczenie na opatrzność boską czy bezpośrednie wstawiennictwo królowej korony polskiej nic nie da.
To jaką drogę wybierze prezes wszystkich prezesów – czy twarde prawo i różne formy przymusu, czy odłożenie decyzji w czasie, będzie sygnałem, kiedy będą w Polsce wybory. Jeżeli nie będzie twardych decyzji już teraz, to znak, że wybory będą jesienią tego roku, jeżeli będą różne formy przymusu – to znak, że wybory będą w terminie określonym upływem kadencji, to znaczy za dwa lata.

Wprowadzenie twardych rozwiązań teraz musi wywołać opór społeczny, demonstracje uliczne, starcia z policją. Widzimy to na ulicach francuskich miast. To bezpośrednio wpłynie na wynik wyborów. Wielu takich, którzy głosowaliby na PiS zagłosuje przeciw, albo zostanie w domu. Odłożenie tych decyzji na później,może wprawdzie skutkować zgonami i kolejnym paraliżem opieki szpitalnej – ale skoro ma przynieść trzecią kadencję, to nie ma takiej ceny, której rządzący by nie zapłacili. Zapłacą każdą. Walczą o swoje życie polityczne. A to jest dla nich najważniejsze.

Jakoś to będzie

Ostatnio w moim bloku dwie osoby z rzędu nie wpuściły mnie do windy. Znakiem tego, propaganda działa. Licznik wciąż bije, a ludzie się lękają. Nie wszyscy, ale im więcej propagandy procovidowej, tym naród bardziej pod butem. Co zatem robić? Nie słuchać i nie czytać. Żeby nie zwariować.

Co rano budzę się i patrzam w portale informacyjne głównego nurtu. A tam co i rusz na czerwono, żeby nie przegapić: ilu zachorowało, ilu wyzdrowiało, ilu umarło. Raz spadnie, raz wzrośnie, a ostatnio najczęściej constans. Co i rano poczynam zastanawiać się wówczas: po co to wszystko? Po co te wszystkie informacje, które robią ludziom wodę z mózgu; mieszają im w głowach; straszą ponad miarę. Kto na tym wygrywa. Bo na pewno nie czytelnicy, którzy chłoną te alarmistyczne treści i zatruwają sobie żywot zgryzotami. I klikają w niusy, w piloty telewizorów, a gdzieś tam, po drugiej stronie światłowodu siedzą możni panowie i nobliwe panie i liczą zysk z kasy reklamodawców.

Nie wiem jak Państwa, ale mnie strasznie to rozsierdza; licznik zgonów i zachorowań; ozdrowieńców i zaszczepionych. Tłucze się ludziom do głów, że wróg u bram i trzeba mieć się na baczności. Pamiętam ongiś, jak w latach 90. w Nowym Jorku, na dworcu autobusowym, wystawiony był ogromny telebim, na którym prezentowano liczbę zabójstw, napadów z bronią w ręku, kradzieży i rozbojów na daną godzinę. Czemu i komu miało to służyć, nie bardzo wiem. Bo na pewno nie miastu i jego mieszkańcom. O tym, że mieszkają w niebezpiecznej metropolii wiedzieli i bez tego. Jeszcze przed Giulianim ktoś poszedł po rozum do głowy i zdjął licznik morderstw, żeby nie irytować mieszkańców miasta ponad stan.

Dokładnie tak samo patrzę na liczniki statystyk na naszych portalach; irytują ludzi a niektórych straszą i robią więcej szkody niż pożytku. Zresztą, tego ostatniego nie ma z nich za grosz. Kiedy liczniki nie pokazują wrażych danych, zrazu znajdzie się jakiś czarnosecinny artykuł o tym, jak to lada moment będzie strasznie i żeby się przygotować na najgorsze. A rzeczy ostatnie już poczynają się dziać na naszych oczach, na razie po cichutku, ale już czuć morowy wiatr z Zachodu. Rozmawiałem niedawno z jednym z pisowskich samorządowców wojewódzkiego szczebla; człowiek ów powiedział mi, że na dniach poszła z rządu w teren bumaga, aby odwoływać imprezy masowe finansowane z budżetów gmin, a kasę mrozić na zapomogi i tarcze pomocowe na czwartą falę.

Na głównych antenach telewizji prywatnych i komercyjnych, zaraz po dziennikach, w najlepsze funkcjonują covido-wiadomości i covido-poradniki. Nie wiem na jakiej podstawie szefostwo kanałów ustala, że nadal będzie emitować ten specyficzny rodzaj rozrywki, ale gdyby nie szły za tym pieniądze warunkowane wysoką oglądalnością, zapewne ramówkę wypełniłoby coś innego. Znakiem tego, Polacy lubią horrory; chcą się bać na zapas; kochają, kiedy mówi im się, że jest źle, a może być jeszcze gorzej…czy aby na pewno? Kiedy patrzę na moich współbraci w polskiej niedoli, odnoszę zupełnie inne wrażenie. Lubimy raczej, kiedy się nam mówi, że będzie dobrze, że „jakoś to będzie”; lepiej, gorzej, ale jakoś. Że podołamy, że nie będzie tak źle, nie będzie bolało; żeby się nie martwić na zapas, bo jest chujowo, ale stabilnie. I na nas to działa. Na przeoranych pracą, wódką i stresem, ziemistych twarzach pojawia się w okolicach kącików ust mały półksiężyc, który z czasem przechodzi w uśmiech; wargi pęcznieją od krwi, usta czerwienieją, oczodoły nabierają błysku. Jak się chce, to można nas rozbawić. Byleby było czym; Benny Hillem, „Samymi swoimi”, czymkolwiek. Ale na pewno nie paskami z liczbą zachorowań i zgonów. Kiedy się na to spojrzy na zaraz po otwarciu oczu i komputera, dzień nie może być udany. I zwykle nie jest. Po co więc to wszystko; za jakie grzechy maltretują nas tą wiedzą, do nieszczęścia głębokiego koniecznie potrzebną. Wiadomo, dla kasy. Ale żeby aż tak człowiekowi zatruwać życie; że też nie wystarczy im codzienny kociokwik o Gowinie, Żydach, tefałenie; toż to samo w sobie już wystarczająco mdłe i niestrawne. Jesień jednak szykuje nam się złota. Przynajmniej dla wydawców.

„Chiński lekarz” budzi chińską siłę

9 lipca wszedł na ekrany chińskich kin w całych Chinach film „Chiński lekarz”. Film powstał na podstawie prawdziwych wydarzeń, które miały miejsce podczas walki z epidemią COVID-19. Akcja filmu rozgrywa się w w szpitalu Wuhan Jinyintan i w innych szpitalach w tym mieście. Inspiracją do stworzenia postaci bohaterów filmu był personel medyczny z Wuhanu, i zespoły medyczne z innych prowincji oraz i miast w całym kraju oraz ich heroiczna walka z epidemią.

Według danych statystycznych Narodowej Komisji Zdrowia, z 1 marca 2020 r. z pomocą do prowincji Hubei przyjechały z całych Chin 344 zespoły medyczne, 38 478 cywilnych i 3844 wojskowych członków personelu medycznego. Ci bohaterowie pochodzili ze wszystkich zakątków kraju, ale mieli wspólne imię: chiński lekarz.
Według reżysera Liu Weiqianga, za scenariuszem „Chińskiego lekarza” kryje się ponad 1000 prawdziwych historii. To właśnie te żywe historie i postacie nadają filmowi najpotężniejszą siłę. Aby jak najwierniej pokazać pracę personelu medycznego, aktorzy przed rozpoczęciem zdjęć , uczyli się pod okiem profesjonalnych lekarzy intubacji, pozaustrojowego natleniania krwi ECMO, posługiwania się instrumentami medycznymi. By bardziej wczuć się w rolę, nosili odzież ochronną i maski przez siedem lub osiem godzin dziennie, a ich ciała były przesiąknięte potem. W wywiadach aktorzy mówili, że tych trudów nie można porównać z trudami prawdziwych pracowników medycznych. „Podczas grania nie mogliśmy wyglądać na wypoczętych, to nie pasowało do naszych postaci. W tej sztuce żaden komfort nie pasuje do roli. Kiedy jesteś wyczerpany, możesz zbliżyć się do stanu granych przez nas bohaterów” – powiedziała odtwórczyni głównej roli Yuan Quan.
Jeśli szpital Wuhan Jinyintan był „okiem cyklonu” epidemii, to jego dyrektor Zhang Dingyu był „latarnią”, która opierała się burzy. 57-letni „Twardziel Dean” jest pierwowzorem męskiego bohatera filmu. Aby wiernie odtworzyć tą postać, aktor Zhang Hanyu, przez kilka dni, w październiku ubiegłego roku mieszkał i pracował z Zhang Dingyu. Towarzyszył mu podczas szpitalnych obchodów, uczestniczył w spotkaniach i podczas rozwiązywaniua różnych problemów. Dokładnie wczuł się w osobowość postaci. „Jest ciężko pracującym dyrektorem, człowiekiem o wielkim sercu, a także prawdziwym twardzielem” – zauważył aktor.
Szpital Jinyintan przyjął ponad 2800 pacjentów z COVID-19, z których większość znajdowała się w stanie krytycznym. Zwłaszcza we wczesnej fazie epidemii wszelkiego rodzaju trudności, takie jak brak lekarzy, brak sprzętu i brak doświadczenia, spadały wyłącznie na barki Zhang Dingyu. Spał on tylko 2 godziny na dobę, telefony ciągle dzwoniły, ale w końcu opanował sytuację w szpitalu. Zhang Dingyu jest nie tylko niezwyciężonym dyrektorem, ale jest również pacjentem. Choruje na ALS czyli stwardnienie zanikowe boczne, cierpi z powodu skurczu nóg i stopniowej utraty czucia w całym ciele.
Pomimo choroby Zhang Dingyu zachował optymizm i spokojne usposobienie. Rzadko wspominał kolegom o swojej chorobie, bo i nie chciał być specjalnie traktowany. Miał tylko nadzieję, że wykorzysta każdą minutę i każdą sekundę swojego życia, by zapewnić pacjentom kompleksową opiekę medyczną. „Muszę działać szybciej, aby dokończyć ważne rzeczy i wyrwać więcej pacjentów ze szponów wirusa”. Te słowa stały się mottem Zhang Dingyu.
8 września 2020 r. Zhang Dingyu został odznaczony narodowym honorowym medalem tytułem „Bohatera Ludu”.
Komentując film „Chiński lekarz”, Zhong Nanshan, członek Chińskiej Akademii Inżynierii i znany ekspert ds. układu oddechowego, powiedział: „Nie ma tam nic do ukrycia. Ten film pokazał prawdziwy obrazą sytuację walki z epidemią w mieście Wuhan i przedstawił ludzi z całego kraju, pokonujących trudności. Najważniejsze w filmie jest to, że pokazuje siłę Chin!”
Film przedstawia chaos na początku epidemii. Zatłoczona izba przyjęć, nieodpowiednia odzież ochronna personelu medycznego i pacjenci miotający się po oddziale. Ujęcia akcji ratowniczych i operacji nakręcone zostały w wysokiej rozdzielczości, co wywołuje bardzo silne emocje wśród widzów. Niezależnie od tego, czy przedstawiany jest chaos podczas wybuchu epidemii, czy działania personelu medycznego, film jest prawdziwy i ekstremalny w każdym aspekcie. Jest poruszający, ponieważ odnosi się do prawdziwych wydarzeń i przeżyć.
Film w żywy sposób pokazuje siłę charakteru personelu medycznego, który z narażeniem własnego życia leczy chorych i ratuje życie pacjentów. Akcja rozgrywająca się w szpitalu pozwala widzom zobaczyć, jak w krytycznych momentach działa personel medyczny, który zachowuje spokój i podejmuje profesjonalne działania. Film opowiada, również o tym jak stawić czoła cierpieniu. Pokazuje rolę państwa i wsparcie ludzi z całego kraju w walce z epidemią.
Walka z epidemią. Zapobieganie i kontrola epidemii przypomina wojnę ludową prowadzoną przez całe społeczeństwo. Małe supermarkety wokół szpitala zapewniają bezpłatne posiłki dla personelu medycznego. Dostawcy podejmują ryzyko, aby dostarczyć dla wszystkich artykuły codziennej potrzeby. Wolontariusze codziennie służą każdej rodzinie. Wspólne działania dają wszystkim siłę i prowadzą do późniejszego zwycięstwa z epidemią.
Poczuj siłę Chin i zainspiruj się nią. Obejrzyj film „Chiński lekarz”, poznaj przeżycia chińskich lekarzy podczas walki z epidemią i korzystaj z tej siły w swoim życiu.