Czas gnuśnych młodzianków

Zaczyna się bryndza. Na nowo. Mam wrażenie, że jeszcze większa niż w marcu. Tę będzie potęgowała aura; z jednej strony poczucie beznadziei, bo już nie czekamy na wiosnę i lato, które wpuszczą trochę świeżego powietrza w zatęchłe domy. Z drugiej, nadchodzi najgorszy czas w roku, kiedy psychika będzie nam siadać z powodu braku słońca. A gdy się dołoży do tego brak perspektyw na poprawę, to wychodzi na to, że to Boże Narodzenie będziemy długo pamiętać.

Wiecie co jest najgorszego dla człowieka nienawykłego do bezczynności? Zgadliście. Brak zajęcia. Nawet nie brak dobrze popłatnego zajęcia, bo z tym można sobie jeszcze jakoś poradzić. Idzie o brak roboty w ogóle. Ktoś, kto zostaje zajęcia pozbawiony i nie ma nadziei na to, że niebawem będzie mógł się o nowe zajęcie wystarać, popada w gnuśność. A z tej już bardzo krótka droga do depresji i nałogów, z których dużo ciężej się wychodzi niż z bezrobocia.

M.in. dlatego szukamy sobie z kolegami z kapeli czegokolwiek do roboty. Żeby nie zgnuśnieć. Nie siedzieć w czterech ścianach i nie myśleć o tym, co poczniemy ze swoim marnym losem przez najbliższe tygodnie. Ktoś, kto pracował w biurze albo na zakładzie, a miał to nieszczęście, że jego pracodawca rozwiązał z nim stosunek pracy, wie doskonale, że jeśli nie u tego, zawsze będzie mógł na nowo zagrzać miejsce u innego pana. Ma przecież fach w ręku, który na rynku pracy się przyda; umie ciosać, strugać, heblować, liczyć, analizować, bronić bandytów, łapać złodziei albo po prostu kraść, więc roboty dla niego nie zabraknie. Gorzej z tymi, którzy przez lata nauczyli się kilku rzeczy, za to wszystkich źle. Ewentualnie z tymi, którzy potrafią jedną rzecz w miarę dobrze, za to jest to rzecz nikomu dziś do niczego nie potrzebna. Mam tu na myśli artystów wszelkiej maści, których los i państwo polskie wyrzuca obecnie poza nawias. Pewnie może już zanudzić Państwa to moje utyskiwanie na swój marny los i być może wolelibyście, żebym pochylił się nad losem innych, ale szkopuł w tym, że najlepiej znam własne środowisko i to jego problemy są mi najbliższe. O innych mogę pisać tylko w trzeciej osobie, jako obserwator, a to dość mało wiarygodne. Jest też dodatkowy powód, czemu akurat nad losem artysty się pochylam. Ano, pochylać muszę się ja, jako jeden z nich, ponieważ ani rząd, ani żadne prywatne lobby tego nie robi. A ktoś powinien. Ktoś musi.

Graliśmy ostatnio próbę. We czterech. Cyzelowaliśmy numery, z którymi chcemy wejść do studia, żeby zrobić płytę i nie przecedzić swojego czasu przez palce. I tak nie mamy nic lepszego do roboty. Jest jednak też tak, że nastrój beznadziei i gnuśności udziela się i nam. Próba nie szła. Granie nie szło. Każdy w tyle głowy miał to, że do końca roku, co najmniej, nic się nie zmieni. Czytał chyłkiem oka w telefonie nowe statystyki i obserwował rosnącą krzywą zachorowań. Trudno w takich warunkach o twórczy szał i energię. Ta też musi się skądś brać. Choćby promil światła musi być wpuszczony w najmroczniejszą nawet pieczarę, żeby zaiskrzyło coś między krzesiwem a człowiekiem i jego dłonią. Pomyślałem sobie wówczas o sprytnym wyjściu z tej matni.

Skoro większość branż dostaje od Państwa zapomogi i wyrównania w związku z postojowym, a branża artystyczna w postaci ogromnej puli samozatrudnionych na śmieciówkach dostać go nie może z zasady, bo nie ma żadnej, stałej umowy o pracę, może by warto ludziom z tej branży na początek dać właśnie…pracę a nie zasiłek. Normalną, ludzką, niekoniecznie artystyczną, robotę. Żeby poczuli się potrzebni. Oczywiście, odpowiednio do ich wykształcenia i umiejętności, w miarę możliwości, ma się rozumieć. Coś im zaoferować. Pokazać, że są dla ojczyzny ważni i ojczyzna nie chce, żeby czuli się jak pasożyty, które czekają na jałmużnę; że są dla kraju ludźmi pełnowartościowymi, gotowymi do zakasania rękawów. W państwowych urzędach, w jednostkach skarbu państwa, mnóstwo jest miejsc w których przed pandemią panował głód rąk do pracy. Na stanowiskach niespecjalistycznych, prostych, gdzie ktoś z jako takim pomyślunkiem mógłby się odnaleźć. A jeśli nie tam, to nawet w czysto fizycznej robocie. Bo i ta, o ile nawet nie bardziej, potrafi człowieka odciągnąć od głupich pomysłów, napędzanych gonitwą myśli, kiedy gnuśność jest w największym natarciu. Coś a’la praca tymczasowa, sezonowa, którą wykonują ludzie, kiedy kraj jest w kryzysie i rząd uruchamia jego niewykorzystane siły do budowy wielkich, państwowych inwestycji. Są przecież olbrzymie połacie niezagospodarowanych przestrzeni w tym kraju; dziesiątki danych, które trzeba wprowadzić do systemów; tony nieskatalogowanych zdjęć, dokumentów. Ktoś przecież mógłby to teraz robić i dostawać za swoją pracę pieniądze. Tak sobie podówczas, na próbie myślałem. A potem wyszedłem z sali prób na ulice miasta. Polskiego. I oprzytomniałem. Niestety.

Kogo ratuje nasz rząd?

Pośród różnych lęków i zbiorowych mitów okresu pandemii modne jest zwłaszcza straszenie „lockdownem”, które uprawiają szczególnie organizacje związane z tzw. przedsiębiorcami. „Lockdown” nas zabije, „lockdown” to zakaz wychodzenia z domu, „lockdown” gorszy niż śmierć… Tyle tylko, że „totalny lockdown” nie istnieje.

W czasie największych „lockdownów” praktycznie wszystkie branże działały normalnie. Fabryki pracowały. Sklepy też. Kopalnie również. Ochrona zdrowia pracowała. Nauczyciele pracowali… Luksus totalnego niewychodzenia z domu to była zabawa dla zamożnej, bogatej w oszczędności części klasy średniej i tych z własnymi jachtami. Proletariat pracował.

„Lockdown” dotyczył i dotyczy bardzo wąskiego sektora: imprez masowych, wydarzeń kulturalnych, spotkań religijnych, gastronomii, czy fryzjerów i klubów fitness. Od ich wsparcia (na uczciwych warunkach) jest państwo. I lepsze jest okresowe przymknięcie tych sektorów niż paraliż całej ochrony zdrowia i umieranie na stadionie. O co więc chodzi, nad czym ten płacz?
O kulturę turbokonsumpcyjnego kapitalizmu.

Takie czasowe nawet przymykanie konsumpcji, imprez i zabaw, czy części lokali usługowych jest dla kapitału gorsze niż 300 tysięcy zgonów na dowolną chorobę, bo zatrzymuje pociąg konsumpcjonizmu. Powiedzieć, że można ograniczyć galerie handlowe z troski o ludzkie życie… To zabić Wall Street żyjące z wypalania Amazonii. Wiara w kłamstwa, jakie kapitał będzie wmawiał ludziom w obronie wszelkich zysków nie jest mądra.

I dlatego mądry nie jest też rząd, który niczym niepodległości broni się przed zamknięciem szkół podstawowych i wypłatą zasiłków. Żadnej kolejnej strefy i koloru nie ma, tak jak nie ma żadnego planu poza współżyciem z wirusem i modłami o to, żeby kulejący system ochrony zdrowia to wszystko wytrzymał. Ale nie wytrzyma. A polska gospodarka ucierpi znacznie bardziej i głębiej niż gdyby pandemia została fachowo opanowana. Bez zwierzchnictwa bankstera, którego chęć przyoszczędzenia na zasiłkach dla rodziców zabije setki ludzi.

Stop bredniom!

Tak mogłaby nazywać się w skrócie kolejna ustawa, której projekt, w ramach pakietu pomysłów na walkę z pandemią, zgłosili parlamentarzyści Lewicy.

Chodzi o teorie spiskowe i wywody zaprzeczające aktualnej wiedzy medycznej, jakie przy okazji pandemii święcą triumfy w internecie. Lewica chce, by w czasie walki z koronawirusem rozprzestrzenianie takiej „wiedzy” i zachęcanie do ignorowania prozdrowotnych obostrzeń było karalne.

– Lewica zdecydowała się złożyć projekt nowelizacji ustawy o zapobieganiu i zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi. Projekt bardzo krótki, który wprowadza do niej artykuł mówiący, że „kto w czasie stanu epidemii wbrew aktualnej wiedzy medycznej publicznie zaprzecza zagrożeniu dla zdrowia publicznego lub podważa jego istnienie, zachęca lub podżega do niewdrażania lub niestosowania procedur zapewniających ochronę przez zakażeniami oraz chorobami zakaźnymi podlega grzywnie lub karze ograniczenia wolności – przedstawił założenia ustawy poseł Krzysztof Śmiszek.

Lewica nie zapomina o wolności słowa czy głoszenia własnych poglądów. Wzywa jednak, b odróżniać ją od stwarzania zagrożenia dla zdrowia i życia współobywateli.

– Ci wszyscy, którzy namawiają nas do zrzucania maseczek, ci wszyscy, którzy wymyślają niestworzone historie o jakimś spisku ogólnoświatowym wymyślonym przez koncerny farmaceutyczne – dzisiaj tym wszystkim chcemy powiedzieć: stop. Stop szerzeniu fake newsów, stop szerzenia propagandy, stop szerzenia zachęcania do narażania zdrowia innych – mówił Śmiszek. Nie omieszkał przy tym zauważyć, że propaganda zaprzeczająca pandemii czy śmiertelności koronawirusa jest wykorzystywana także przez skrajną prawicę – zbijają na niej punkty Konfederaci.

– W walce z epidemią liczy się dystans, dezynfekcja i maseczki; a nie jabłka jedzone rano i wieczorem. Bzdury powtarzane szkodzą wszystkim, ale powtarzane podczas pandemii mogą zabijać – podsumował Dariusz Standerski, współtwórca programu Lewicy.

Lewica ma receptę na pandemię

– Obawialiśmy się scenariusza włoskiego w Polsce, ale dzisiaj rząd pisze scenariusz polski, ponieważ zmarnował ostatnie pół roku. Chaos, niekompetencja oraz brak pomysłu jak wyjść z sytuacji kryzysowej – to rządu PiS-u, który doprowadził ochronę zdrowia na skraj upadku – mówił w imieniu Lewicy Krzysztof Gawkowski na konferencji prasowej, podczas której socjaldemokraci ponownie próbowali przemówić rządzącym do rozsądku.

Parlamentarzyści Lewicy nie obiecywali, że dzięki ich propozycjom pandemia szybko się skończy. Zbyt wiele zaniedbał ten rząd, zajmując się w wakacje walką z genderem i promowaniem Andrzeja Dudy, ale też zbyt duże straty ponosiła przez lata niedofinansowana służba zdrowia. Jeśli konsekwentnie ignoruje się apele o poprawę sytuacji pielęgniarek czy ratownictwa medycznego, trudno się dziwić, że w godzinie próby tych ludzi, ofiarnie pracujących, jest po prostu za mało. I nie tylko ich.
– Chaos w ochronie zdrowia pogłębia się z dnia na dzień – alarmował poseł Gawkowski. Przypomniał, że Lewica stale zgłasza różne pomysły i propozycje usprawnień w walce z pandemią. Dotyczą one zarówno spraw stricte związanych z organizacją szpitali czy testowania na koronawirusa, jak i środków wspierania pracowników, którzy tracą dotychczasowe zajęcie oraz małych przedsiębiorców tracących źródło utrzymania z powodu zamykania konkretnych branż. Większość propozycji socjaldemokratów przechodzi jednak zupełnie bez reakcji. Czy tylko dlatego, że wychodzą z konkurencyjnego obozu politycznego?

Mimo to Lewica znowu przedstawiła cztery możliwe działania, które w jej przekonaniu należy wdrożyć. Od rządu zależy, czy z tych gotowych propozycji skorzysta.

Sanepid i call center

Inspekcja sanitarno-epidemiologiczna znalazła się, co logiczne, na pierwszej linii walki z koronawirusem. Dołożono jej dodatkowe zadania, ale nie dołożono pracowników ani środków. Pieniądze dla sanepidu nie znalazły się nawet podczas ostatniej nowelizacji budżetu. Efekty były niestety do przewidzenia.

– Pracownicy sanepidu odbierają po 500 telefonów dziennie, a i tak nie można się do nich dodzwonić. Osoby zakażone, osoby na kwarantannie, dyrektorzy szkół i innych instytucji w przypadku, kiedy pojawi się zakażenie, nie wiedzą, co robić. Brakuje informacji, brakuje decyzji. Śledztwo epidemiologiczne utyka w martwym punkcie, a mogłoby zminimalizować rozprzestrzenianie się COVID-19 – tłumaczyła posłanka Magdalena Biejat.

Parlamentarzystka nie przyłączyła się do rzesz internetowych komentatorów, wyśmiewających sanepid. Wezwała, by wesprzeć go inaczej.
– Skorzystajmy z usług firm call-center i pracowników w nich pracujących, co znacząco wsparłoby sanepid. Tego typu firmy mają odpowiedni sprzęt oraz know-how. Nie trzeba będzie nikogo szkolić Szacujemy, iż przeznaczenie 30 proc. zasobów tego typu firm, dałoby nam od 5 do 10 tysięcy stanowisk konsultacyjnych – powiedziała Biejat.

Błyskawiczne testy

– Wiele punktów pobrań w całej Polsce, cały czas jest czynne przez 2-3 godziny dziennie. Czekać na test czasem trzeba wiele dni – wskazała posłanka Katarzyna Kotula. Zasugerowała, by prywatne i wojskowe laboratoria również zaczęły testować na koronawirusa, by błyskawicznie mona było ustalić, czy osoba z objawami cierpi na Covid-19, czy „tylko” na grypę lub inną infekcję.

– Lewica proponuje, aby istniała gwarancja fizycznej wizyty w podstawowej opiece zdrowotnej w przeciągu 24 godzin od wyniku testu. Pacjenci, którzy nie chorują na koronawirusa także potrzebują pomocy – podsumowała.

Teleporadnie

To rozwiązanie skierowane do osób na kwarantannie, ale także do wszystkich innych chorych, którzy mogą potrzebować pomocy. Przecież wraz z pandemią koronawirusa nie zniknęły inne schorzenia.

– Porad mogliby udzielać lekarze, którzy z różnych powodów nie mogą być na pierwszej linii walki z koronawirusem i nie mogą mieć kontaktu z osobami zarażonymi COVID-19 – wyjaśniła Katarzyna Kotula.

Zaangażować szpitale prywatne

Na taki ruch zdecydowała się podczas pierwszej fali pandemii m.in. Hiszpania. Podporządkowała prywatną służbę zdrowia i jej placówki służbie państwowej. Klub Lewicy sugeruje, by postąpić podobnie.

– Dzisiaj zobowiązane do niesienia pomocy są państwowe szpitale, oparte z jednej strony o samorządy, a drugie o państwo. Pozostają szpitale prywatne, które posiadają personel i sprzęt, ale pomimo dobrych kontraktów z NFZ pomocy nie udzielają. Proponujemy zwiększyć zaangażowanie prywatnych placówek – powiedział poseł Jan Szopiński. – Te w których istnieją oddziały OIOM-u, powinny zostać zaangażowane do walki z koronawirusem; pozostałe powinny wesprzeć leczenie osób zmagających się z innymi chorobami.

Parlamentarzysta zwrócił uwagę, że już teraz do mediów przebijają się wstrząsające historie pacjentów, którzy zgłosili się do lekarza, ale zanim zostali przyjęci – zmarli. Coraz więcej słychać również o wyczerpywaniu się miejsc w szpitalach i niedostatku respiratorów. Zaangażowanie placówek prywatnych i ich sprzętu mogłoby pomóc choć w minimalnym stopniu.
Lewica walczy również, poprzez zgłoszenie odpowiedniej poprawki do nowej ustawy covidowej, o wycofanie się z wprowadzonej w tym roku zmiany art. 37a kodeksu karnego. To zapisy, które nakłaniają sądy do częstszego pozbawiania praw do wykonywania zawodu: lekarzy, pielęgniarek, ratowników oraz laborantów. Lewica podkreśla, że personelowi medycznemu należy się teraz wsparcie, nie straszenie konsekwencjami karnymi.

Niedostrzeżony wirus egoizmu

Chyba nie ma nikogo, kto by słuchając codziennych komunikatów o rosnącej liczbie nowych zachorowań i zgonów z powodu Covid-19, nie odczuwał poważnego zaniepokojenia. Koronawirus szaleje w najlepsze i coraz bardziej nam zagraża. Niestety, nie tylko on. W jego cieniu wspaniale się rozwija wcale nie mniej niebezpieczny wirus znieczulicy moralnej, wirus antyhumanitaryzmu. Poświęcę kilka chwil jednemu z jego przejawów.

Wiadomo, iż w tym roku bardziej niż kiedykolwiek powinniśmy się szczepić przeciw grypie. Wiadomo też, że w najbliższych miesiącach nie uda się sprowadzić do kraju potrzebnej ilości szczepionek. Co w tej sytuacji zachowali się nasi rodacy? Ano, jak słyszeliśmy, gdy tylko pojawiły się takie możliwości, silni i zdrowi rzucili się w te pędy do aptek wykupując po kilka sztuk szczepionek. Być może myślą przy tym o dobru członków swojej rodziny, niewykluczone, jednak, iż chcą je później korzystnie odsprzedać zdesperowanym pacjentom. stając się „szczepionkowymi konikami”. Ale zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku pozostają na bakier z moralnością. Dlaczego? To oczywiste. Jeśli czegoś jest za mało, to albo stosujemy zasadę: kto pierwszy, ten lepszy albo dajemy to coś tym, którym to jest najbardziej potrzebne. Nie powinno budzić niczyich wątpliwości, że tam, gdzie chodzi o ratowanie zdrowia, a nawet życia, pierwsza zasada odpada. Byłoby po prostu skandalem, gdybyśmy jako społeczeństwo pozostawili bez żadnej ochrony np. pracowników służby zdrowia, pensjonariuszy i obsługę domów spokojnej starości, nauczycieli wychowawców, szczególnie pracujących w internatach i domach dziecka, personel żłobków, osoby schorowane i w podeszłym wieku.

Tu zresztą też wprowadziłabym różne stopnie zagrożenia. I tak np. jak wielu Polaków, zastanawiałam się w sierpniu, gdy jeszcze nic nie wiedzieliśmy, że szczepionek będzie za mało, czy po raz pierwszy w życiu się nie zaszczepić. Teraz jednak wiem, że taką decyzję należy odłożyć na lepsze czasy. Oczywiście z wiekiem przyplątały się do mnie jakieś dolegliwości, i często jestem podziębiona, ale ogólnie biorąc, raczej nie narzekam na zdrowie, a na grypę chorowałam z całą moją klasą blisko sześćdziesiąt lat temu, gdy po raz pierwszy nawiedził nas wirus z Azji. Specjalnie więc nie ryzykuję przesuwając się na koniec kolejki i ustępując miejsca osobie chorowitej i „łapiącej” wszystko, co się tylko da, choćby była ona ode mnie dużo młodsza.

Niestety, zachowanie wspomnianych „koników szczepionkowych” świadczy, iż nie wszyscy tak podchodzą do sprawy. Czyż tak trudno sobie wyobrazić, że ktoś powie: „A co mnie obchodzi jakiś stary zdechlak. On i tak długo nie pociągnie, a ja jestem jeszcze dość młody i chcę żyć”.

Wątpię, czy tak myślącym egoistom da się przemówić do serc i sumień. Tu więc nie apele są potrzebne, ale stosowne działania. rządu. Szczepionki w ogóle nie powinny trafić do wolnej sprzedaży w aptekach, lecz resort zdrowia od razu powinien je skierować do szpitali, przychodni i innych placówek służby zdrowia. Władze lokalne (samorządowe i administracja państwowa) musiałyby zadbać, by w porozumieniu z nimi zorganizować szczepienia dla wspomnianych uprzednio grup zawodowych, a o pacjentów indywidualnych zatroszczyliby się ich lekarze. Wbrew pozorom nie byłoby to dla nich jakimś nowym obciążeniem. Przecież w świetle obowiązującej praktyki każdy przed zaszczepieniem się musi uzyskać aktualne skierowanie od lekarza i dopiero wtedy udaje się do gabinetu zabiegowego, o ile nie jest to pora szczepienia dzieci. W tym ostatnim przypadku trzeba przyjść innego dnia lub o innej godzinie. Dla lekarza natomiast chyba nie ma większego znaczenia, kogo i o jakiej porze ma zbadać. Jeżeli w międzyczasie nic się nie zmieniło, to do niedawna przynajmniej przy WZW typu B nie trzeba było najpierw iść do apteki; szczepionka czekała na nas w przychodni, a płaciło się za nią w rejestracji. Cóż stoi na przeszkodzie, by tak samo było w przypadku zabezpieczenia się przed grypą? Chyba tylko brak dobrej woli i niepojęte zamiłowanie do bałaganu oraz obojętność na to, co stanie się z ludźmi mniej przebojowymi, niezaradnymi, nie umiejącymi skutecznie wyegzekwować przysługujących im z racji wieku i stanu zdrowia uprawnień, którzy na dodatek nie mają pieniędzy, by kupić szczepionkę od pokątnych handlarzy.

Sushi con carne

Jest dobra wiadomość dla pukających się w czoło nad zakazem działania siłowni i basenów w Polsce – z powodu pandemii oczywiście – ale przy pozostawieniu w szkołach milionów uczniów podstawówek będących – według ekspertów – głównym rozsadnikiem koronawirusa. Wiadomość jest taka, że polski rząd w udawaniu, że coś robi, nie jest w Europie wyjątkiem.

Irlandia przebiła nas mocno. Ogłosiła totalny lockdown. Zakłady fryzjerskie oraz niektóre sklepy zostały zamknięte. Bary i restauracje mogą świadczyć wyłącznie usługi na wynos. Obowiązuje nawet zakaz oddalania się od domu na odległość większą niż 5 km. Ale szkoły mają działać jak zwykle.

Czechy też poszły ostro. No i zamknęła wszystkie szkoły. Jak też restauracje, bary i kluby. Nie odbywają się imprezy kulturalne i sportowe. Szokujące, jak na warunki czeskie jest obowiązek noszenia maseczek w otwartych przestrzeniach. Chyba, że idzie rodzina. Wtedy nie musi. Tak samo jak każdy, kto będąc przez policję zatrzymanym bez maseczki na placu Wacława powie, że właśnie uprawia sport. Po co zresztą Czech ma wychodzić, jeśli działają tylko sklepy spożywcze i te z artykułami pierwszej potrzeby. Fryzjerzy też są zamknięci. A na dodatek czeskie urzędy są dwa razy w tygodniu maksymalnie po 5 godzin. Pewnie po to, żeby tworzyły się kolejki, a policja mogła w jednym miejscu ponakładać sobie mandaty hurtem.

Bliska Czechom Słowacja ma rząd z poczuciem winy. Parę miesięcy temu kupił on bowiem 13 milionów testów na koronawirusa, nieszczególnie do testowania się nadających. A to z powodu bardzo dużego procenta wadliwych wskazań. Słowację zamieszkuje prawie 5,5 miliona ludzi, więc na głowę przypadają ponad 2 testy. Zamiast beknąć karnie za wydanie publicznej kasy premier Igor Matovicz postanowił zatem w sprytny sposób zutylizować testy za pomocą wojska i ludności. Oświadczył, że Słowacja będzie pierwszym krajem, w którym wszyscy mający więcej niż 10 lat zostaną przetestowani. Testować ma wojsko i to przez 2 tygodnie. Dzięki temu ci, którzy dostaną negatywny wynik, w momencie kończenia wymazywania ostatnich rodków, będą mogli się zarazić od nich kilka razy. Eksperci śmieją się zatem ze Słowacji, ale jej premier idzie w zaparte i ogłasza się elitą w zwalczaniu Covid 19.

W Niemczech z całkowita blokada dotyczyć tylko powiatu Berchtesgadener Land w Bawarii. Mieszkańcy mają zakaz opuszczania swych domów bez ważnej przyczyny przez dwa tygodnie. W związku z tym Niemieccy żołnierze mają być wysyłani na misje kryzysowe do innych państw NATO i krajów partnerskich gdy tylko kraj dotknięty klęską koronawirusa zwróci się do Berlina o bratnią pomoc.

W Rosji walka z koronawirusem sprowadza się do totalnej inwigilacji. W Moskwie uczniowie klas starszych przeszli co prawda na nauczanie zdalne, więc na zwykłe lekcje przychodzą do szkół tylko dzieci z młodszych klas. W środkach transportu miejskiego obowiązuje nakaz noszenia maseczek ochronnych i rękawiczek. Ale za to w klubach nocnych i dyskotekach odwiedzających obowiązuje rejestracja i uzyskanie specjalnego kodu elektronicznego. Lada chwila ma też zostać wprowadzona obowiązkowa rejestracja wśród klientów restauracji, salonów fryzjerskich i kosmetycznych, a nawet sklepów niespożywczych.

Francuzi nie inwigilują, bo ich zdaniem koronawirus roznosi się nocą, bo jak wiadomo po północy ulice pełne są spacerujących stadami Francuzów. Dlatego mieszkańcy Paryża i ośmiu innych miast muszą pozostać w domach od godz. 21 do 6 rano. Macron powiedział, że środki te powinny powstrzymać ludzi od odwiedzania restauracji i domów prywatnych w godzinach wieczornych i nocnych. Każdy, kto złamie zakaz, zostanie ukarany grzywną w wysokości 135 euro. Imprezy z knajp nie mogą się też przenieść na chatę. W prywatnych domach nie może być bowiem więcej niż 6 osób. Co wcale nie musi być złą informacją, bo kameralna imprezka zamiast potrwać parę godzin przeciągnie im się do rana.

Francuzi wymyślili godzinę policyjną, bo przepisy uniemożliwiały im wcześniejsze pozamykanie knajp. Ale po co godzina policyjna od północy do piątej rano w Belgii, gdzie wszystkie kawiarnie i restauracje, bary, puby i kafejki zostały zamknięte nawet za dnia? Żeby było ciekawiej w Belgii wprowadzono przepis, że rodziny nie będą mogły utrzymywać bliskiego kontaktu, bez konieczności zachowania dystansu, z dwiema osobami z rodziny, jak to było dotąd. Teraz mogą bez maseczki Belg lub Belgijka magą być tylko z jedną osobą.

Sukces idiotów

Profesor Zybertowicz, prominentny doradca i guru umysłowy PiS, powiedział w radiu wprost: „Za stan pandemii w kraju, w 70 procentach, odpowiadają obywatele.”. Taki to najnowszy przekaz dnia rządzących. Niedawno pisałem na tych łamach, że PiS szczuje na siebie różne grupy społeczne i zawodowe i pokazuje ludowi, kto jest wrogiem. Teraz już władza poszła na całość.

Obywatele są wrogami samych siebie nawzajem i oczywiście rządu. Rząd chce dobrze, tylko obywatele sypią piach w tryby.

To objaw desperacji władzy. Premier Morawiecki i minister zdrowia do spółki zalecili nam, obywatelom zaciśniecie pośladków i solidarne przetrwanie pandemii. Jakoś mnie tym planem nie przekonali.

Oczywiście przesadzam z oceną, ale nie aż w takim stopniu, jak posługuje się władza kłamstwem i manipulacją na każdym kroku. Podsumowując. Pandemia szerzy się, bo lud ma ją gdzieś i nie słucha rządu. Winni znalezieni. Czekamy na karę.

Ośmielę się jednak przypomnieć. Kiedy latem był czas na przygotowanie się do kolejnej fali pandemii – PiS wymyślił (odgrzał) gender i LGBT. To było najważniejsze zagrożenie dla kraju.

Walka z gender wymagała tylko mącenia w głowach obywatelom, a to PiS potrafi.

Ponieważ żadnego takiego zagrożenia nie było i nie ma, władza może spokojnie ogłosić, że odniosła zwycięstwo. Gender został nie tylko wygoniony z kraju, ale nawet do niego nie wpuszczony.

Zarazem, latem i w czasie kampanii wyborczej pan prezydent także zażarcie zwalczał gender. O pandemii nie wspominał. Krucjata przeciwko gender trafiła na podatny grunt i prezydent nadal jest prezydentem.
Przyszła jesień. Pandemia wróciła i wróciło prawdziwe zagrożenie.

Już o gender rząd i prezydent nie mówią. Zamiast latem skierować siły na walkę z pandemią zaangażowano się w walkę z urojonym zagrożeniem. Sam pan premier zapewniał, że nie ma już żadnego wirusa. Teraz uparcie milczy, jak to ten premier i zachęca do jednoczenia sił w walce z prawdziwym zagrożeniem.

Za walkę z gender też władza nie przeprosi. Genderu nie ma, bo rząd go zwalczył. Taka będzie oficjalna wersja. Jakiś sukces więc jest. Sukces idiotów.

Stadiony zamienią się w szpitale

W innych regionach świata przekształcano stadiony w szpitale już w marcu i kwietniu, podczas pierwszego ataku pandemii. Polska wtedy nie musiała sięgać do takich rozwiązań, ale druga fala epidemii uderzyła z taką siłą, że władze podjęły decyzję o wykorzystaniu Stadionu Narodowego na szpital polowy dla zakażonych Covid-19.Jeśli czarne scenariusze rozwoju pandemii zaczną się sprawdzać, wiele obiektów sportowych stanie się szpitalami.

Przekształcanie obiektów sportowych na tymczasowe szpitale to częsta praktyka w sytuacjach kryzysowych. Po wybuchu pandemii pierwsza lecznica polowa powstała na stadionie w Wuhan. Władze Nowego Jorku zorganizowały szpital polowy na terenie kompleksu tenisowego USTA Billie Jean King National Tennis Center, siedziby wielkoszlemowego US Open. Nie do końca z sensem, bo chociaż wydano na ten cel z miejskiego budżetu ponad 50 mln dolarów, to ostatecznie w tej tymczasowej placówce leczyło się tylko 79 chorych, a miejsc było 350.
Na ogół jednak szpitale tworzone na stadionach były przydatne. Słynna Maracana zorganizowała punkt medyczny mogący pomieścić jednorazowo 400 chorych, a na Estadio do Pacaembu w Sao Paulo leżało jednocześnie ponad dwustu pacjentów.
W Europie dobrym przykładem sensownego wykorzystania infrastruktury sportowej w czasach zarazy jest Millennium Stadium w Cardiff, na którym w 2017 roku odbył się finał Ligi Mistrzów. Na tym obiekcie zorganizowano szpital polowy na 2000 łóżek. Hiszpanie natomiast wykorzystali stadion Realu Madryt, Santiago Bernabeu, na gigantyczny magazyn materiałów sanitarnych do walki z koronawirusem, przystosowując obiekt do ich przechowywania.
Miejmy jednak nadzieję, że Stadion Narodowy jako szpital nie będzie musiał być wykorzystany i pozostanie jedynie w rezerwie.

Liga Mistrzów UEFA: Wirus rozdaje karty

W miniony wtorek rozpoczęła się nowa edycja Ligi Mistrzów. UEFA chce rozegrać wszystkie 96 meczów w fazie grupowej do 9 grudnia i dlatego wprowadzają drakońskie przepisy, które mogą skutkować lawiną walkowerów. Sprawiedliwie i uczciwie w tych rozgrywkach w tym sezonie na pewno nie będzie.

Ustalenia narzucone przez działaczy europejskiej federacji mają być bardzo surowe. Jeśli władze krajowe lub lokalne w danym kraju narzucą w związku z pandemią koronawirusa ograniczenia wobec drużyny przyjezdnej, klub, który jest gospodarzem meczu będzie musiał zapewnić warunki do jego rozegrania. Zdaniem UEFA, oznacza to zaproponowanie odpowiedniego alternatywnego miejsca oraz pokrycie wszystkich dodatkowych kosztów organizacyjnych. Jeśli nie zaproponuje alternatywnej lokalizacji i nie będzie możliwe przeniesienie meczu na inny stadion lub inny termin, mecz zostanie potraktowany jako walkower 3:0 dla zespołu gości. Jako lokalizacje alternatywne mają być wykorzystywane stadiony innych uczestników fazy grupowej.
UEFA apeluje do wszystkich zakwalifikowanych klubów, aby udostępniły swoje obiekty jako neutralne miejsce na inne spotkania, gdy będzie to konieczne. Jeżeli władze kraju, z którego pochodzi zespół gości, narzucą ograniczenia wpływające na podróż na mecz, klub-gość będzie odpowiedzialny za zorganizowanie alternatywnego miejsca do gry. Ponadto taki klub będzie musiał zapłacić gospodarzowi dziesięć procent składki startowej Ligi Mistrzów w ramach rekompensaty, która w tym roku wynosi 15,25 mln euro, czyli nieco ponad 1,5 miliona euro.
A jeśli któryś z klubów odmówi udziału w meczu, zostanie ukarany walkowerem. A grać ma obowiązek, jeśli w kadrze będzie co najmniej 13 zdrowych zawodników. Jeżeli będzie ich mniej, dopiero w takich przypadkach UEFA zezwoli na zmianę terminu spotkania. W takiej sytuacji zespoły będą mogły nawet korzystać z zawodników, którzy nie zostali zarejestrowani w UEFA w terminach określonych w regulaminie. Chodzi więc o pierwotnie niezgłoszonych do LM i LE, jak choćby Arkadiusz Milik w SSC Napoli.
Według bukmacherów faworytem nadchodzącej edycji Ligi Mistrzów jest Bayern Monachium. Prócz Bawarczyków największe szanse na końcowe zwycięstwo mają dwie angielskie ekipy –anchester City i Liverpool. Zagraniczni bukmacherzy wystawili kursy na poszczególne drużyny, które mają szanse na zwycięstwo w 66. edycji Ligi Mistrzów.
Faworytem do triumfu jest ubiegłoroczny zdobywca Pucharu Europy, Bayern Monachium. Za postawienie złotówki na drużynę mistrza Niemiec można wygrać jedynie pięć złotych. Na kolejnych miejscach znalazły się dwie potęgi z Premier League – Manchester City (5,75) i Liverpool FC (6,00). Mniejsze szanse na zwycięstwo w nadchodzącej edycji Ligi Mistrzów mają Paris Saint-Germain (10,00), Juventus FC (12,00) i hiszpańskie ekipy – Real Madryt (12,00) i FC Barcelona (12,00).
Patrząc na potencjał sportowy takie zestawienie kursów nie może dziwić. Zespół Hansiego Flicka zdominował ostatni sezon, zdobywając potrójną koronę. Liverpool ma bardzo równy i silny skład podobnie jak Manchester City. Mimo że The Blues nigdy nie zdobyło Pucharu Europy, w tym sezonie według bukmacherów mogą zrobić to po raz pierwszy w historii.
Dla bukmacherów faworytem do zdobycia tytułu króla strzelców w nadchodzącej edycji Ligi Mistrzów jest Robert Lewandowski. Polak wyprzedza m.in. Cristiano Ronaldo czy Lionela Messiego. Nie jest to zaskakujące. Robert Lewandowski ciągle pokazuje wysoką formę. W obecnym sezonie Bundesligi ma już na koncie 7 bramek. Bukmacherzy stawiają Polaka w roli faworyta do zdobycia tytułu króla strzelców 66. edycji Ligi Mistrzów. Za postawioną złotówkę na „Lewego” można wygrać jedynie 4,50 zł.
Napastnik Bayernu Monachium w zestawieniu wyprzedza Cristiano Ronaldo (7,00), Kyliana Mbappe (7,00) i Lionela Messiego (8,00). Inni piłkarze mają mniejsze szanse. Kurs na szóstego Mohameda Salaha jest równy 10,00, a siódmego Neymara aż 15,00. Gdyby Lewandowski obronił tytuł króla strzelców Ligi Mistrzów, dołączyłby do elitarnego grona. Taka sztuka udała się m.in. Ruudowi van Nistelrooyowi, Cristiano Ronaldo czy Leo Messiemu.
Przed rozpoczęciem rozgrywek wypada też jednak przypomnieć, który zespół najczęściej wygrywał Ligę Mistrzów. Rekordzistą jest Real Madryt z 13 triumfami na koncie. Poza tym „Królewscy” jako jedyni w erze Ligi Mistrzów triumfowali w niej jako obrońcy tytuł. Wygrali Champions League trzy razy z rzędu w latach 2016-2018. Drugi w klasyfikacji wszech czasów jest nieobecny w tej edycji AC Milan (7 triumfów), a na trzecim Bayern Monachium i FC Liverpool z sześcioma triumfami.

48 godzin sport

Rafał Majka zmienia barwy
Rafał Majka, jeden z najlepszych polskich kolarzy ostatnich lat, od sezonu 2021 będzie reprezentować barwy UAE Team Emirates, z którym to zespołem podpisał dwuletni kontrakt. Przez ostatnie cztery sezony Majka ścigał się w niemieckiej grupie Bora-hansgrohe. W UAE Team Emirates dołączy m.in. do Słoweńca Tadeja Pogaczara, sensacyjnego zwycięzcy tegorocznego Tour de France. 31-letni Majka ma w swoim dorobku m.in. trzy etapowe zwycięstwa w Tour de France, brązowy medal igrzysk olimpijskich z Rio de Janeiro i wygraną w Tour de Pologne 2014. Jako pierwszy Polak w historii stanął na podium wyścigu Vuelta a Espana, zajmując trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej w 2015 roku. Karierę w profesjonalnym peletonie zaczął w 2011 roku w grupie Saxo Bank-SunGard.

Koronawirus zaatakował I ligę
Pozytywny wynik badania na obecność wirusa SARS-CoV-2 potwierdzono u jednego z członków sztabu szkoleniowego pierwszoligowej Korony Kielce. Zespół przebywa w izolacji, zawodnicy jeszcze w poniedziałek przejdą badania wymazowe. Kielecki zespół nie rozegrał zaplanowanego na niedzielę meczu z ŁKS w Łodzi. Mecz został odwołany z powodu wykrycia wirusa w zespole rywala. Także zaplanowany na sobotę mecz Korony ze Stomilem Olsztyn stanął pod dużym znakiem zapytania. Jeśli drużyna w ciągu kilku dni nie wróci do treningów i to spotkanie zostanie zapewne także przełożone. Z takiego samego powodu odwołano też mecz Arki Gdynia z Zagłębiem Sosnowiec – w tym przypadku zakażenie Covid-19 wykryto u graczy sosnowieckiego klubu. Koronawirus zaatakował też Sandecję Nowy Sącz – klub poinformował, że z powodu dużej liczby zakażeń zawiesza treningi.

Zmarł reprezentant Polski
Klub Stal Nysa poinformował o śmierci Rafała Dymowskiego, znakomitego przed laty siatkarza, wielokrotnego reprezentanta Polski. W zespole Stali grał od 1996 do 2003 roku, a wcześniej był zawodnikiem AZS Częstochowa. W siatkarskiej ekstraklasie rozegrał ponad 300 meczów. W komunikacie o śmierci Dymowskiego podano, że był zakażony koronawirusem.

Kownacki znów kontuzjowany
Dawid Kownacki podczas sobotniego treningu drugoligowej Fortuny Duesseldorf doznał kontuzji mięśnia przywodziciela. Uraz oznacza dla 23-letniego napastnika co najmniej miesięczną przerwę w grze. Były zawodnik Lecha Poznań, który ma na koncie osiem występów w reprezentacji Polski oraz udział w mistrzostwach świata w 2018 roku, przeszedł do Fortuny z Sampdorii Genua za osiem milionów euro, ale na razie zawodzi oczekiwania. Ma przy tym pecha, bo w lutym tego roku uszkodził więzadło wewnętrzne stawu kolanowego i wrócił do gry dopiero w końcówce sezonu i nie pomógł zespołowi w uniknięciu degradacji do 2.Bundesligi. W sierpniu zaraził się koronawirusem i dotąd zdążył zagrać tylko w dwóch meczach i zdobyć jedną bramkę. Teraz, jeśli nie dojdzie do komplikacji, może wróci do gry pod koniec listopada.