Refleksja pandemiczna

Indie są jednym z krajów najmocniej dotkniętych przez pandemię koronawirusa. W momencie pisania tego tekstu liczba zarejestrowanych w tym kraju przypadków przekroczyła półtora miliona. Statystyki jednak nie oddają jednak rzeczywistości. Są bowiem rejony Indii, które radzą sobie z tym kryzysem zdrowotnym lepiej niż większość krajów Europy, w tym Polska.

Położona na południowym zachodzie Indii Kerala jest stanem niezwykle niewygodnym z perspektywy polskiego neoliberała. Ma porównywalną do Polski populację, podobną średnią życia i zbliżony, bardzo niski wskaźnik dzietności. W odróżnieniu jednak od nadwiślańskiego bastionu wolnego rynku i homofobii, Kerala szczyci się długimi i bogatymi tradycjami lewicowymi. O tym, że wpływa to na politykę regionalnego rządu wobec największego globalnego kryzysu zdrowotnego od dekad nie trzeba chyba nikogo przekonywać.
Zestawmy ze sobą kilka podstawowych faktów. Pierwszy przypadek koronawirusa w Kerali odnotowano 30 stycznia. W Polsce pierwsze zachorowanie potwierdzono 4 marca. W Kerali do 28 lipca zanotowano 20 894 zachorowań, w Polsce 43 904. W Kerali zmarło 67 osób. W Polsce bilans ofiar śmiertelnych obecnie wynosi 1682. Już sam zdrowy rozsądek (ironicznie) każe zapytać, skąd tak wielkie różnice. I czy przypadkiem w tych różnicach nie odbija się, jak w jakimś smutnym lustrze, prawda o współczesnej Polsce.
O reakcji stanowego rządu Kerali na pandemię w mediach światowych pisano obszernie od samego początku kryzysu. Wskazywano na masowe i łatwo dostępne testy, baczny i oryginalny w środkach monitoring osób przybywających do Kerali z innych części kraju, doskonale zorganizowaną kwarantannę i kompleksowe wsparcie finansowe dla dotkniętej skutkami pandemii populacji. K. K. Shailaja, pieszczotliwie obdarzana ksywką nauczycielka, momentalnie stała się medialną gwiazdą, goszcząc wszędzie od BBC po Vogue. Guardian ochrzcił ją mianami gwiazdy rocka i pogromczyni wirusa. Nie był to jedynie zwyczajowy medialny bełkot. Za sławą stały konkretne osiągnięcia: nie tylko mała liczba przypadków, ale też relatywnie niewielkie spowolnienie gospodarcze, przynajmniej w relacji do reszty kraju. No i rekordowo wysokie wskaźniki poparcia dla rządzącej partii komunistycznej.
Co w tym czasie czyniła patriotyczna, żarliwie chrześcijańska czereda miłosiernie rządząca krajem nad Wisłą? Po krótkotrwałym przerażonym początku, w którym przynajmniej częściowo brała zagrożenie na poważnie (może z powodu perspektywy wyborów) – postanowiła być sobą. Zamiast kompleksowego wsparcia ekonomicznego dostaliśmy kolejne edycje kuriozalnie antyspołecznej Tarczy Antykryzysowej. Zamiast masowych i łatwo dostępnych testów dostaliśmy testy, którą jedyną istotnie masową cechą była (rzecz jasna!) ich cena. Zamiast kompetentnego lidera sterującego odpowiedzią państwa na bezprecedensowy kryzys zdrowotny musieliśmy się zadowolić ćwierkompetentnym bufonem, który swoje wskazania, czy w kwestii wyborów, czy noszenia maseczek modeluje wyłącznie podług krótkotrwałych zysków politycznych.
Czy sytuacja w Kerali jest wzorcowa? Oczywiście, że nie. Ostatnich kilkanaście dni przyniosło gwałtowny wzrost zarażeń. Tylko między 16 a 28 lipca liczba potwierdzonych przypadków w stanie podwoiła się. Szczególnie zła sytuacja panuje w stołecznym Trivandrum, gdzie wirus rozprzestrzenia się w przerażającym tempie. Walkę z pandemią przypłacili życiem liczni pracownicy miejscowej służby zdrowia. Keralskie media regularnie donoszą o braku odzieży ochronnej. Niepokój budzi również znaczna liczba keralskich ekspatriantów, którzy zachorowali bądź zmarli w wyniku wirusa w krajach Zatoki Perskiej.
Ale jestem dziwnie spokojny o rozwój sytuacji w Kerali. Nawet jako część skomplikowanego kraju, który obecnie ma u steru faszystę, Kerala jest bezpieczna. Ze swoim proludowym rządem i długą tradycją postępu społecznego, Keralczycy zrobią wszystko, by zagrożenie związane z wirusem zminimalizować. Polskie władze natomiast będą się uganiać za demonami LGBT, nawet jeśli liczba zarażeń sięgnie setek tysięcy. W końcu, by sparafrazować przysłowie, prawdziwych liderów poznaje się w potrzebie.

Autor jest lewicowcem, wikipedystą i poetą, bacznym obserwatorem indyjskiego kina, organizował projekcje filmów południowoindyjskich w Polsce. Wydał dwie książki poetyckie, ślepe okna (2009) i fermę formy (2015).

Dlaczego MEN otwiera szkoły?

Liczba zakażeń koronawirusem w ostatnich dniach biła smutne rekordy, a doświadczenia z zagranicy pokazują, że otwarcie szkół może uczynić z nich kolejne ogniska choroby. Dlaczego zatem MEN dąży do tego, by nauka od września odbywała się tylko stacjonarnie? – pytają parlamentarzyści Lewicy.

– Kiedy w marcu zapadała decyzja, żeby szkoły zamknąć i wprowadzić zdalny tryb nauczania, w całym kraju chorych było 31 osób – przypomniała na konferencji prasowej posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Zarzuciła ministrowi edukacji narodowej, że myśli tylko o zachowaniu własnego stanowiska, decydując się otwierać szkoły i zrzucając na dyrektorów decyzję o ich zamykaniu, jeśli lokalna sytuacja epidemiologiczna się pogorszy.

Są też pytania o to, jak samorządy i szkoły – przecież i tak niezbyt zasobne – mają sfinansować niezbędne środki ostrożności. – Czy samorządy będą mogły liczyć na jakiekolwiek dodatkowe środki finansowe, by przygotować się do nowego roku szkolnego? Czy samorządy mogą liczyć na finansowe wsparcie, żeby przeprowadzać testy dla nauczycieli i dla uczniów, żeby ich chronić, zanim zakażą się koronawirusem? – pytała Dziemianowicz-Bąk.

Ustami Dariusza Standerskiego Lewica przypomniała, że samorządy straciły przez pandemiczny kryzys 40 proc. dotychczasowych dochodów. Ustawa, która miała zrekompensować im tę strat, złożona przez Lewicę, czeka na rozpatrzenie… – Jeżeli rzeczywiście dzieci pójdą 1 września do szkół, to będą to wydatki rzędu 8 mld złotych miesięcznie i koszty te będą musiały ponieść samorządy. Państwo daje samorządom coraz mniej, w stosunku do tego, co muszą one wydawać. Skąd gminy, miasta i powiaty mają wziąć na to pieniądze? – mówił socjaldemokrata.

Wirus na parkiecie w PLK

Zespoły naszej koszykarskiej ekstraklasy szykują się do rozpoczynającego się 27 sierpnia nowego sezonu. Przygotowania skomplikowało jednak wykrycie koronawirusa u jednego z zawodników Śląska Wrocław.

Władze Śląska Wrocław poinformowały w mediach społecznościowych, że jeden z zawodników tego klubu miał pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa. Nazwisko gracza nie zostało ujawnione. To był pierwszy przypadek wykrycia obecności Covid-19 w Energa Basket Lidze. „Zawodnik został natychmiastowo odizolowany i poddany wszystkim procedurom, nie wykazuje żadnych niepokojących objawów i czuje się dobrze” – przekazali wrocławscy działacze.
Ponieważ tuż przed ogłoszeniem tej wieści wrocławianie rozegrali mecz towarzyski z drużyną PGE Spójni Stargard, także ekipa tego klubu została poddana kwarantannie. Ekipa ze Stargardu musiała w ostatniej chwili odwołać zaplanowany na sobotę sparing, tym razem ze Stelmetem Enea BC Zielona Góra, natomiast wrocławianie odwołali także planowany na sobotę mecz z MKS Dąbrowa Górnicza. Zarówno zielonogórzanie, jak i dąbrowianie o zmianie decyzji dowiedzieli się już w trakcie podróży na mecze.
Władze Polskiej Ligi Koszykówki tak oceniły sytuacje w opublikowanym komunikacie: „W związku z pozytywnym wynikiem testu na Covid-19 u jednego z zawodników WKS Śląska Wrocław, cały zespół został odizolowany, a testy przejdą kolejni gracze oraz pozostali pracownicy klubu. Również drużyna PGE Spójni Stargard przejdzie samoizolację – w ostatnich dniach grała sparing z zespołem z Wrocławia. Polska Liga Koszykówki jest w stałym kontakcie z przedstawicielami WKS Śląska oraz PGE Spójni i będzie na bieżąco reagować na sytuację. Obie drużyny są zobowiązane do przestrzegania zaleceń Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Najbliższe mecze towarzyskie tych zespołów zostały odwołane” – napisano.
Nowy sezon Energa Basket Ligi rozpocznie się 27 sierpnia 2020 r. Dzień wcześniej odbędzie się mecz (w Kaliszu) o Suzuki Superpuchar Polski: Stelmet Enea BC Zielona Góra zagra z Anwilem Włocławek.

PZPN odwołał mecz o Superpuchar

Polski Związek Piłki Nożnej w sobotę odwołał zaplanowany na niedzielę mecz o Superpuchar Polski, w którym mistrz kraju, Legia Warszawa, miał się zmierzyć ze zdobywcą Pucharu Polski, Cracovią.

Powodem było podejrzenie zakażenia koronawirusem przez jednego z członków sztabu szkoleniowego stołecznej drużyny. Wyszło to na jaw w piąte gdy okazało się, że jeden z masażystów Legii ma objawy koronawirusa. A że dzień wcześniej pracował z piłkarzami, cała ekipa „Wojskowych” została wezwana na badania. W sobotę warszawski klub przed południem opublikował w tej sprawie oficjalny komunikat: „Wszyscy zawodnicy oraz pozostali członkowie sztabu mają wyniki ujemne i są zdrowi. Osoba z podejrzeniem zakażenia została odizolowana od drużyny i przeszła dodatkowe badania, które również dały wynik ujemny. Podsumowując, wszyscy zdrowi” – napisano na oficjalnej stronie internetowej Legii.
Teoretycznie zatem niedzielne spotkanie o Superpuchar Polski na stadionie Legii przy Łazienkowskiej mogło się odbyć, bo Cracovia nie sygnalizowała żadnych problemów z Covid-19, ale mimo to PZPN mecz odwołał. W uzasadnieniu nasza piłkarska federacja podała, że podjęta decyzja ma na celu „minimalizację ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa w klubach uczestniczących w europejskich pucharach oraz w trosce o zbliżający się start rozgrywek PKO Ekstraklasy”. I przypomniała, że zgodnie z procedurami, wykluczenie potencjalnego zakażenia można uzyskać dopiero po przeprowadzaniu dwóch testów wymazowych w odstępie siedmiu dni.
Trener Cracovii Michał Probierz uznał decyzję PZPN za słuszną, chociaż odwołanie meczu o Superpuchar Polski komplikuje mu to przygotowania zespołu do nowego sezonu. „Nie jestem nią zaskoczony i uważam ją za słuszną. Musimy być ostrożni. Lepiej zachować profilaktykę, niż później żałować. Trochę nam to utrudnia treningi i przygotowania, bo na ten weekend nie zdążymy już z nikim się dogadać w sprawie sparingu” – powiedział szkoleniowiec zespołu tegorocznego zdobywcy Pucharu Polski. W tej sytuacji oba zespoły zainaugurują nowy sezon wyjazdowymi meczami w 1/32 finału Pucharu Polski – Legia 14 sierpnia zagra z GKS Bełchatów, a Cracovia dwa dni później z Chrobrym Głogów.

Przestać się bać!

Kto ma oczy do patrzenia i swój rozum do rozumienia, ten widzieć i wiedzieć musi, że na covidowym pierdolniku zarabiają głównie media i firmy od maseczek, jakkolwiek by ta konstatacja nie przypominała widzenia świata a’la Jarosław Kaczyński.

Mimo zaciągniętych na początku pandemii restrykcji, efekt na całym globie jest taki sam-każdemu rośnie. Najbardziej rosną jednak słupki oglądalności i klikalności wielkich potentatów medialnych. Dla nich covid może się nigdy nie kończyć.

Dlaczego tak dużo jest zachorowań? Jedni mówią, że ludzie zapomnieli z czym mają do czynienia. Ja jednak wierzę bardziej tym, którzy pojęli skutecznie lekcję z książki pt. „Matematyka dla klas szóstych”. Jest dużo potwierdzonych przypadków, bo dużo się testuje. Gdyby testów było mniej, wyniki byłyby niższe. Taka to skomplikowana sprawa z tymi przyrostami. Ludzie chorowali i chorować będą-z tym chyba nikt nie ma kłopotu, bo jak ktoś używa głowy do czegoś więcej, niż noszenia beretu, ten od dawna o tym wie. Im szybciej nacje i państwa uświadomią to swoim obywatelom, tym prędzej wrócą do dawnego życia z minimalnymi stratami. Być może jednak jest tak, że komuś na tym świecie wcale nie zależy, aby stary porządek przywrócić i zacząć znowu normalnie żyć. Wiem, jak taka diagnoza brzmi i sam się jej trochę brzydzę, ale im dłużej na to wszystko patrzę, tym coraz bardziej w nią wierzę.

Dlaczego jest tak, że temat funkcjonuje w mediach, a te cały czas podkładają do pieca liczbą chorych których przybywa, a w domach, na ulicach i w zakładach pracy, ludzie są zmęczeni tym całym cyrkiem; doprawdy, nie znam rodziny a w niej choćby jednego człowieka, który nie miałby już dość tej nagonki jednych na drugich i chciałby znowu żyć po staremu.

Oczywiście z wirusem covidu, bo tego nikt nie neguje, że ten na ziemi jest i pozostanie. Tak jak nie neguje nikt rozumny tego, że dotychczasowe środki walki z tymże nie sprawdziły się; ludzie siedzieli w domach i chorowali; wyszli z domów i dalej chorują. Jaki więc sens ma straszenie ich mocą złowieszczą wirusa, tak jakby na świecie istniała już tylko ta choroba? Po co trzymać ludzi w panice; odpowiedź wydaje się nader oczywista-bo ktoś na tym ciągle zarabia; jeśli nie wiesz jak tłumaczyć świat, idź za pieniędzmi.
Łatwiej jest mącić w głowach ludziom wystraszonym i niepewnym jutra; łatwiej jest ich kontrolować aplikacjami, żeby wiedzieć gdzie są, co robią i z kim; łatwiej jest trzymać ich pod butem i dozować im lęk, żeby byli posłuszni i chodzili tak, jak im zabasują media i koncerny oraz prowadzone na ich pasku, zależne od światowej finansjery, rządy. Nie twierdzę, że należy rzecz z którą mamy dziś do czynienia lekceważyć; ostentacyjnie zdejmować maseczki, nie dezynfekować dłoni. No ale już trzymać ludzi na odległość od siebie i nie pozwalać im się zrzeszać, uważam za dotkliwość zbyt daleko posuniętą. W tej wariackiej nagonce chorych na zdrowych i odwrotnie, cieszą mnie choćby małe wyłomy, z którymi mamy do czynienia w naszym kraju, znaczonym krwią i blizną. To, że dzieci wrócą od 1 września do szkół uważam za jedyne, możliwe rozwiązanie. Cóż warty jest kraj, który trzyma swoją przyszłość pod kluczem i każe się jej widzieć tylko na czacie godzinę dziennie. Młodzież i dziatwa musi trzymać się razem. Że nie transmituje wirusa na siebie, to już wiemy. Można by pójść dalej w racjonalnym myśleniu, i nakazać, o ile to możliwe, księżom, wydawać komunię w rękawiczkach i na dłoń. Bo w końcu o symbol się tu rozchodzi. A jak wiemy, symbole raczej nie zabijają starych i chorych, a covid na opłatku już to potrafi. Podobnie jak o symbol idzie, gdy jeden czy drugi parlamentarzysta i były prezydent deklaruje, że nie stawi się na zaprzysiężeniu Andrzeja Dudy na drugą kadencję w Sejmie. Gdyby jeszcze uzasadniał to lękiem o własne zdrowie, bo część z nich, zwłaszcza byłych prezydentów, jest już w covidowej grupie ryzyka, to można by to zrozumieć. Ale nie stawić się dlatego, żeby pokazać, że to nie mojego prezydenta będą zaprzysięgać i się na niego nie głosowało? Trochę za mało, jak na posła albo senatora. Przyjść należy. Przez szacunek dla urzędu. Ręki nie podawać, jeśli człek lękliwy albo zawistny, ale przegrywać też należy z klasą. A po zaprzysiężeniu wrócić do roboty, za którą płaci się niemało z publicznych pieniędzy i zastanowić się wspólnie, jak ulżyć ludziom w tym dramatycznym czasie i dlaczego nie należy ich już więcej straszyć ponad stan. Człowiek w tym kraju ma dość powodów do niepokoju i bez covidu. Warto by może ulżyć mu w codzienności, żeby przestał się bać. O ile Was na to stać, panowie szlachta.

Lawina zakażeń w hokejowej kadrze

Zgrupowanie hokejowej reprezentacji Polski w Warszawie (19-26 lipca) okazało się ogniskiem koronawirusa. W niedzielę 2 sierpnia wyszło na jaw, że u trzech kadrowiczów – Arkadiusza Kostka z JKH GKS Jastrzębie, Filipa Komorskiego z GKS Tychy oraz Damiana Kapicy z Comarchu Cracovii wykryto obecność SARS-CoV-2. Ale gdy testy przeprowadzono u pozostałych uczestników zgrupowania, liczba zakażonych znacznie wzrosła.

Testy na obecność Covid-19 wykonano u wszystkich uczestników zgrupowaniu kadry, ale kluby także na własną rękę zaczęły badać swoich zawodników. I już w miniony wtorek liczba zakażonych urosła o kolejne osiem osób. Z informacji ujawnionych przez PZHL wynikało, że w sumie przebadano 47 osób, z których 11 miało wynik pozytywny, 14 negatywny, ale 22 przebadanych czekało jeszcze na wyniki. Tego dnia JKH GKS Jastrzębie podało w komunikacie, że po wykonaniu testów u wszystkich swoich zawodników i trenerów, otrzymano kilka pozytywnych wyników, ale klub nie ujawnił ani dokładnej liczby zakażonych, ani ich personaliów. Nie patyczkowali się natomiast działacze KH GKS Katowice, którzy podali, że po wykonaniu testów u wszystkich swoich hokeistów, którzy przebywali na feralnym zgrupowaniu kadry, okazało się, że na Covid-19 zachorował Filip Starzyński, natomiast Patryk Krężołek, Mateusz Michalski, Oskar Krawczyk, Bartosz Fraszko i Mateusz Zieliński mieli negatywne wyniki testów, ale Grzegorz Pasiut, Patryk Wajda oraz trener Ireneusz Jarosz jeszcze czekali na wyniki.
Nic dziwnego, że i tak nie najlepsza atmosfera w polskim hokeju momentalnie zrobiła się bardzo gorąca. Kluby zarzuciły władzom PZHL, że nie zapewniły kadrowiczom podczas zgrupowania w Warszawie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa epidemicznego. Potwierdził to jeden z zakażonych graczy, Filip Komorski. „Nie wiem, jaki reżim sanitarny powinien być utrzymywany na zgrupowaniach organizowanych przez związki sportowe. Ale lipcowe zgrupowanie kadry niemal niczym nie różniło się od tych organizowanych przed wybuchem pandemii” – zapewniał hokeista GKS Tychy.
Tyski klub zareagował błyskawicznie i skierował wszystkich swoich zawodników oraz cały sztab trenerski zespołu na przymusową kwarantannę. „Żądamy wyjaśnień ze strony PZHL. Jeśli wysyłamy naszego zawodnika na zgrupowanie reprezentacji, to oczekujemy, że zostanie mu zapewnione maksymalne bezpieczeństwo. Tego warunku PZHL nie spełnił” – powiedział rzecznik prasowy GKS Tychy Krzysztof Trzosek.
PZHL broni się przed zarzutami. Prezes związku Mirosław Minkina stwierdził: „Ryzyko było, jest i będzie. My staraliśmy się zrobić wszystko, że było najmniejsze. Hokej to sport kontaktowy. Podczas zgrupowania przestrzegaliśmy wszystkich procedur. Tak było w trakcie treningów i posiłków. Były jednorazowe kubki do napojów, środki dezynfekujące”. A jego zastępczyni, Marta Zawadzka, dodała: „Zawodnicy byli podzieleni na dwie szatnie, które były po każdym dniu dezynfekowane. Posiłki były im do stolików przynoszone. Były płyny do dezynfekcji. Wirus tak się rozprzestrzenia, że trudno w stu procentach się zabezpieczyć”.

Chaos pozorowany?

Czy za pozornym chaosem w służbie zdrowia i oświacie kryją się ukryte cele. Pytanie aktualne.

W cieniu bieżącej młócki PiS z opozycją zachodzą niepokojące zjawiska o dużym potencjale cofania Polski w rozwoju.
Na początku pandemii rząd chwalił się, że jest dobrze przygotowany do jej zwalczania i wprowadzał obostrzenia które miały nas uchronić przed jej rozwojem. Spotkało się to z akceptacją społeczeństwa, które uwierzyło w moc sprawczą Ministra Zdrowia i całego rządu. Szybko okazało się, że informacje o dobrym przygotowaniu okazały się mocno przesadzone, a wprowadzone obostrzenia w wielu przypadkach skompromitowały się i w konsekwencji doprowadziły do utraty zaufania społeczeństwa w ich skuteczność. Ma to wyraźny wpływ na obecny odbiór przez społeczeństwo ograniczeń, mimo, że są one obiektywnie konieczne. Dodatkowo na jaw wyszły niejasne afery z zakupem maseczek i respiratorów.
Obecnie rządzący zmienili całkowicie sposób przekazu. Rozwój pandemii w Polsce uznaje się za nieprzewidywalny i uzależnia podejmowanie dalszych decyzji od rozwoju wydarzeń, zrzucając jednocześnie odpowiedzialność za ich rozwój na zachowanie społeczeństwa.
Nie przygotowuje się, a przynajmniej nic nie wiadomo o scenariuszach przygotowań do ewentualnego drugiego rzutu wzrostu zachorowań, w szczególności w związku z jego prawdopodobną korelacją z jesienno – zimowym wzrostem zachorowań na grypę.
Nie znamy też planu przywracania normalnego funkcjonowania służby zdrowia. Obecnie planowe zabiegi są ograniczone, a tzw. Teleporady lekarskie, to w większości przypadków fikcja.
Priorytetem rządu w dziedzinie ochrony zdrowia stała się centralizacja wydatków, poprzez całkowite podporządkowanie NFZ Ministrowi Zdrowia. Wiara, że na szczeblu centralnym podejmuje się lepsze decyzje niż na szczeblu lokalnym towarzyszy PiS od początku i skutkuje coraz wyraźniej stratami na skutek podejmowania spóźnionych i nietrafnych decyzji.
Szczególnie niepokojącą sytuację obserwujemy w oświacie. Na kilka tygodni przed rozpoczęciem roku szkolnego uczniowie, ich rodzice i nauczyciele nie wiedzą w jakim trybie prowadzone będzie nauczanie; stacjonarnym, zdalnym czy jakimś hybrydowym. Dotychczasowe doświadczenie z pseudo reformy edukacji oraz naprędce wprowadzone w tym roku nauczanie zdalne, dobitnie pokazały, że polska oświata nie jest przygotowana na żaden z tych trybów. Szkoły są przepełnione, nauka w nich często odbywa się na dwie zmiany co utrudni, jeśli wręcz uniemożliwi zachowanie fizycznego odstępu między uczniami. Większa część uczniów ma kłopoty ze swobodnym dostępem do komputera, bo musi go dzielić z rodzeństwem i rodzicami, wielu, szczególnie w małych miejscowościach nie ma w ogóle dostępu z uwagi na brak sprzętu lub brak dostępu do internetu o odpowiedniej jakości. Ministerstwo Oświaty nie podało żadnych danych, bo ich nie ma lub ukrywa, ilu uczniów „zagubiło” się w procesie zdalnego nauczania.
Nie podjęto istotnych działań w celu poprawy sytuacji, nie przygotowano alternatywnych scenariuszy i wytycznych dla podjęcia nauki w którymkolwiek z trybów nauczania. Brak też programów na przyszłość, zmierzających do poprawy istniejącej sytuacji. Mimo szumnych deklaracji, nowoczesne kształcenie dzieci i młodzieży nie należy do priorytetów obecnie rządzących.
Zastosowany będzie, jak to już wielokrotnie miało miejsce w ostatnich latach scenariusz przerzucenia decyzji i odpowiedzialności na samorządy i szkoły czyli nauczycieli. Oczywiście bez zaopatrzenia ich w potrzebne środki i wytyczne, służące ujednoliceniu procesu nauczania. To państwo, a nie samorządy odpowiada za edukację.
Taki scenariusz nie wynika jedynie z nieudolności rządzących, Stanowi przemyślany sposób na osłabieni e samorządów i dalsze obniżenie prestiżu nauczycieli, ponieważ odpowiedzialność za wszelkie nieuniknione problemy będzie można zrzucić na samorządy i nauczycieli. PiS nie ukrywa, że chciałby scentralizować tą część władzy, która jest obecnie przypisana samorządom, a nauczyciele od czasu strajku stanowią grupę zawodową, szczególnie nie lubianą przez rządzących.
W rezultacie będziemy mieli do czynienia z co najmniej kilkoma rocznikami młodzieży w których znajdzie się duża grupa osób o spłyconym wykształceniu.
W tym momencie budzi się niepokój, czy obniżenie jakości kształcenia nie stanowi ukrytego celu rządzących. Wystarczy przypomnieć sentencję wygłoszoną przez v-ce marszałka Terleckiego. Na pytanie, jak Zjednoczona Prawica ma zamiar zmienić wynikający z rezultatów wyborów fakt, że zdecydowana większość młodych ludzi nie głosowała na Andrzeja Dudę, odparł, że potrzebne są zmiany w procesie nauczania. Jeśli skojarzyć to z faktem, że za Andrzejem Duda głosowali w większości obywatele o niższym statucie wykształcenia i gorszym dostępie do rzetelnej informacji, to wnioski nasuwają się same. Czy rzeczywiście w interesie rządzących jest utrzymywanie dużej części społeczeństwa w sytuacji dziedziczenia niedostatku kulturowego i w konsekwencji materialnego, a środkiem do tego celu jest obniżenie jakości kształcenia? Jakość kształcenia nie polega bowiem na anachronicznym kształtowaniu postaw pseudo patriotycznych, lecz na przystosowaniu młodzieży do życia w szybko zmieniającym się świecie.
Jest i drugi aspekt takiego działania, nie do przyjęcia dla socjalistów. Niedostatki publicznej służby zdrowia i publicznej oświaty powodują rozwój sektora prywatnego w tych dziedzinach i ucieczkę najlepszych specjalistów do tego sektora. Grozi nam żywiołowa prywatyzacja służby zdrowia i oświaty.
PiS zapewnia o swojej trosce o ludzi biednych, ale robi bardzo wiele, by jednocześnie ich los pogorszyć i zamknąć ich w swoistym getcie.
Czy o to chodzi? Obym się mylił.

Wirus w Cetniewie

Fatalne informacje docierają z Centralnego Ośrodka Sportu w Cetniewie, gdzie przebywała na zgrupowaniu grupa polskich lekkoatletów. U troje z nich testy na obecność SARS-CoV-2 wykazały wynik pozytywny. Liczba zakażonych osób przebywających w ośrodku może być jednak znacznie większa.

Przypadek zakażenia koronawirusem wśród obecnych na zgrupowaniu w Cetniewie lekkoatletów potwierdził lekarz kadry narodowej Jarosław Krzywański. „Mamy trzy potwierdzone przypadki wśród zawodników, którzy byli na zgrupowaniu we Władysławowie. Należało się spodziewać, że prędzej czy póniej do tego dojdzie. Ryzyko było od samego początku, ale staramy się zachować spokój. W końcu szykowaliśmy się na taką ewentualność od kilku tygodni i teraz po prostu postępujemy zgodnie z wypracowanymi procedurami. Realizujemy to poprzez stacje sanitarno-epidemiologiczne, zgodnie z obowiązującymi teraz w kraju regulacjami” – powiedział przed kamerami TVP Sport doktor Krzywański. Polski Związek Lekkiej Atletyki wydał oświadczenie, w którym zapowiedział, że nazwiska zakażonych sportowców nie zostaną podane do wiadomości publicznej. „Szanując prywatność zawodnika nie zostaną opublikowane jego dane. Jednocześnie pragniemy podkreślić, że przedstawiciele kadry PZLA obecni na zgrupowaniu w COS-OPO Cetniewo mają w poniedziałek w ośrodkach sanepidu w miejscach zamieszkania wykonać testy na obecność koronawirusa. Do czasu otrzymania wyników nie będą oni mogli uczestniczyć w zawodach oraz akcjach szkoleniowych. Do środy wstrzymano też przyjazdy do Cetniewa kolejnej grupy lekkoatletów” – napisano w oświadczeniu.
Według niektórych opinii ośrodek w Cetniewie nie był należycie odizolowany, a pobliskie Władysławowo akurat przeżywa najazd wczasowiczów i jest potwornie zatłoczone. A uczestnicy zgrupowań, także zawodnicy, czasem opuszczali ośrodek, a w tłoku nietrudno o zarażenie się wirusem, nawet jeśli samemu przestrzega się sanitarnych obostrzeń. Dyrektor COS w Cetniewie Mateusz Grzybowski w wypowiedziach dla mediów tak przedstawiał przyczyny zaistniałej sytuacji: „Pierwszy przypadek zakażenia nie do końca został zdiagnozowany w COS. Zawodniczka wróciła do domu, tam została przebadana i otrzymała pozytywny wynik testu, więc zgodnie w procedurami wszyscy zawodnicy, którzy mogli mieć z nią kontakt zostali zobligowani do stawienia się na badania w miejscach, gdzie aktualnie przebywają. My poinformowaliśmy Wojewódzką Stację Sanitarno-Epidemiologiczną w Gdańsku, a także powiatową w Pucku. Na razie nie ma potrzeby zamykania ośrodka, bo wszyscy przestrzegają tu obowiązujące zasady higieny i izolacji, czyli noszą maseczki, zachowują odpowiedni dystans i stosują dezynfekcję rąk” – zapewnia dyrektor COS w Cetniewie.
Przed lekkoatletami kluczowe wydarzenia w mocno okrojonym sezonie – na czele z Memoriałem Ireny Szewińskiej (19 sierpnia), lekkoatletycznymi mistrzostwami Polski (28-30 sierpnia) i Memoriałem Kamili Skolimowskiej (6 września). Jak poinformował Krzysztof Kęcki, póki co imprezy nie są w żaden sposób zagrożone, ale wszystko może się. Na 8 sierpnia we Władysławowie miał się odbyć Festiwal Rzutów im. Kamili Skolimowskiej, ale został przeniesiony z Władysławowa do Spały. Kolejnymi poważnymi sprawdzianami polskich lekkoatletów będą starty w dwóch memoriałach – Ireny Szewińskiej (19 sierpnia w Bydgoszczy) oraz Kamili Skolimowskiej (6 września na Stadionie Śląskim w Chorzowie).

Zagrożenie zza kamery

Mimo restrykcyjnych przepisów koronawirus co jakiś czas atakuje żużlową PGE Ektraligę. Ostatnio dopadł dwóch dziennikarzy telewizji Eleven Sports, którzy mają w trakcie zawodów dostęp do zawodników.

Informację o dwóch przypadkach zakażenia Covid-19 w redakcji żużlowej stacji Eleven Sports przekazał branżowy portal Wirtualnemedia.pl. Obu dziennikarzy natychmiast wysłano na kwarantannę, a osoby w redakcji, które miały z nimi ostatnio kontakt, odsunięto od pracy przy transmisjach z zawodów żużlowych. „Stacja poinformowała nas o tym w sobotę. Najważniejsza informacja jest taka, że osoby z pozytywnym wynikiem od dłuższego czasu nie miały żadnego kontaktu z zawodnikami PGE Ekstraligi. Podkreślam, że trzy dni wcześniej, w środę, w całej lidze odbyły się ponowne testy na obecność koronawirusa i wszystkie wyniki były negatywne” – zapewniał prezes żużlowej ekstraklasy Wojciech Stępniewski. Gwoli przypomnienia – koronawirus w połowie lipca zaatakował PGE Ekstraligę, gdy wykryto Covid-19 u dwóch osób obecnych w parku maszyn podczas meczu ROW Rybnik – Unia Leszno. Władze ligi szybko uruchomiły jednak niezbędne procedury i nie doszło do paraliżu rozgrywek.
W tym sezonie wszystkie mecze żużlowej PGE Ekstraligi odbywają się w reżimie sanitarnym. Ograniczono liczbę osób mogących w trakcie zawodów przebywać w parku maszyn (przed startem ligi każdy ze zgłoszonych musiał przejść test na obecność Covid-19, a wcześniej przejść dwutygodniową kwarantannę), ponadto wszyscy uczestnicy zawodów muszą nosić maseczki i rękawiczki. Mimo to 28 lipca doszło do aktualizacji Regulaminu Sanitarnego PZMot. Od tego dnia każdy wyjazd za granicę, poza podróżą na oficjalne zawody, musi być zgłoszony do władz ligi. Niedopełnienie tego obowiązku grozi obowiązkową dwutygodniową kwarantanną domową. A wszyscy wracający do Polski z zagranicznych wyjazdów muszą wykonać na swój koszt test genetyczny na obecność Covid-19. Poza tym od 29 lipca obowiązuje przepis, że każdy żużlowiec musi co dwa tygodnie wykonać test.

Covid-19 zaatakował polski sport

W minionym tygodniu polski sport został zaatakowany przez Covid-19. Najpierw kilkanaście zakażeń wykryto w siatkarskiej drużynie Trefla Gdańsk, a następnie u piłkarza Wisły Płock, lekkoatletki oraz hokeisty kadry Polski. Pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa u jednego z piłkarzy Wisły Płock to pierwszy przypadek u zawodnika klubu PKO Ekstraklasy.

PZPN ogłosił jednak, że liga wystartuje w zaplanowanym terminie 22 sierpnia i wszystkie mecze zostaną rozegrane, czyli także ten z udziałem Wisły Płock. „Nafciarze” zrezygnowali z wyjazdu na letnie zgrupowanie do Grodziska Wielkopolskiego i do inauguracji nowego sezonu będą przygotowywać się pod specjalnym nadzorem na klubowych obiektach w Płocku. W miniony weekend niepokojące informacje napłynęły także z Cetniewa, gdzie potwierdzono pierwszy przypadek zarażenia Covid-19 u lekkoatletów. W Cetniewie przebywało ostatnio około 50 zawodników i zawodniczek wraz z sztabami szkoleniowymi. Wszyscy maja zgłosić się do stacji sanitarno-epidemiologicznej w miejscach swojego zamieszkania i tam poddać się obowiązkowym procedurom. Test na koronawirusa przejdą wszyscy ci, którzy mieli bezpośredni kontakt z zakażoną osobą, prawdopodobnie była to jedna ze sprinterek.
O pozytywnym wyniku na obecność Covid-19 poinformował także Polski Związek Hokeja na Lodzie. Po powrocie do austriackiego klubu koronawirusa wykryto u Damiana Kapicy, który ostatnio przebywał na zgrupowaniu reprezentacji Polski. Teraz związek czeka na wytyczne z sanepidu, czy pozostali kadrowicze będą musieli przejść badania.
Zdaniem profesora Roberta Flisiaka, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, przy takim wzroście liczby zakażonych należy raz jeszcze zastanowić się czy zwiększenie limitu widzów do 50 procent pojemności trybu nie było przedwczesna decyzją. Z drugiej jednak strony profesor zauważa, że mała liczba zakażeń na stadionach (na razie mówi się tylko o wykryciu wirusa u czterech kibiców Podbeskidzia Bielsko-Biała) może potwierdzać przypuszczenie wirusologów, iż na otwartej przestrzeni nie zakażeń występuje znacznie mniej. Zdecydowanie większym kłopotem są zgromadzenia w przestrzeniach zamkniętych, czyli wesela, imprezy rodzinne oraz imprezy kulturalne i sportowe organizowane w halach.