Polski fenomen

Przez dwanaście lat corocznie zbiera się grupa wybitnych uczonych, by dyskutować najbardziej aktualne problemy związane z doskonaleniem systemu ochrony praw człowieka. O skali tego przedsięwzięcia mówi fakt, że w trakcie tych konferencji wygłaszanych jest około dwustu referatów. Jest to więc największa konferencja poświęcona tj problematyce w skali europejskiej.

Wszystko zaczęło się przed 12 laty w Wyższej Szkole Menedżerskiej w Legnicy z inicjatywy i pod przewodnictwem prof. dr. hab. Jerzego Jaskierni. Potem inicjatywa przewędrowała do Sejmu, a konkretnie do Sali Kolumnowej, czyli najbardziej reprezentatywnego pomieszczenia Sejmu RP. Inicjatywa ta nabierała z biegiem lat coraz to większej rangi i znaczenia. Zostało ustabilizowane jej naukowe kierownictwo przez Wydział Prawa i Nauk Społecznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach i jego dziekana, prof. dr. hab. Jerzego Jaskiernię. Współorganizatorem konferencji była Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka Sejmu RP (w okresie przewodnictwa pos. Ryszarda Kalisza), a od kilku lat współorganizatorem jest Zarząd Główny Stowarzyszenia Parlamentarzystów Polskich. Występowało też kilka podmiotów wspierających realizację tych konferencji, zarówno w postaci uczelni niepaństwowych, jak i osób prywatnych. Należy do nich też też założona w 1989 roku moja Fundacja Innowacja.

Corocznie konferencja gromadzi kilkuset uczonych z dominującą wśród nich rolą prawników, ale też ze znacznym udziałem politologów, historyków, filozofów, ekonomistów, a nawet pedagogów (głównie reprezentowanych przez moją osobę). Wszyscy wnoszą coraz bardziej doniosły wkład do definiowania i opisywania tej ważnej i nabierającej coraz większego znaczenia problematyki. Międzynarodowe konferencje praw człowieka stanowią swoisty fenomen w polskim życiu naukowym, a nawet ogólno-krajowym polskim życiu społeczno – politycznym. Stały się ważnym elementem polskiej tradycji naukowej, do którego coraz większy wkład wnosili znaczący zagraniczni uczestnicy konferencji. Wyróżniali się zwłaszcza w tym zakresie przedstawiciele Ukrainy i Rosji, ale nie zabrakło wśród jej uczestników przedstawicieli innych krajów, zarówno ze Wschodu (m.in. Czechy, Słowacja, Litwa, Węgry, Rumunia, Serbia, Kazachstan), jak i Zachodu (Niemcy, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania, Szwecja, Holandia, Stany Zjednoczone). Często specyficzny punkt widzenia dla poszczególnych narodów na prawa człowieka i ich funkcjonowanie w szerokim znaczeniu tego słowa, wnosili do obrad konferencyjnych, też polscy uczestnicy wspomnianych obrad. Tak było dla przykładu z moją skromną osobą, który złożoną problematykę położenia człowieka i zmian jego położenia we współczesnych Chinach, przedstawiałem w swoich referatach wyręczałem swoich od ośmiu lat w referatach, które szerzej, nie tylko ale też innej problematyce wzbogacały nie tylko obrady nie tylko wspomnianych konferencji, ale i pokonferencyjne wydawnictwa.

Fenomen konferencji trwał mimo tego, że w Polsce i na świecie następowały radykalne zmiany też w zakresie funkcjonowania właśnie ochrony praw człowieka. Na terenie naszego kraju zachodziły też przeobrażenia ustrojowe, rzutujące na realizację w nim praw człowieka. Szczególną zasługą kolejnych konferencji jest analiza kontynentalnych modeli ochrony praw człowieka: europejskiego, amerykańskiego, azjatyckiego, afrykańskiego oraz Australii i Oceanii. Dużym echem w środowiskach naukowych odbiły się też tomy poświęcone ochronie praw człowieka w dobie kryzysu demokracji liberalnej.

Dorobkiem konferencji jest 27 tomów dotyczących ochronie praw człowieka, co stanowi ewenement w skali międzynarodowej. Tomy te ukazywały się nakładem Wydawnictwa Sejmowego, a potem w Wydawnictwie Adam Marszałek w Toruniu. Ich redaktorami naukowymi są: prof. Jerzy Jaskiernia i dr Kamil Spryszak, który jest także kierownikiem organizacyjnym konferencji.

Tegoroczna, XIII. Międzynarodowa Konferencja Naukowa Praw Człowieka nosi tytuł „Ochrona praw człowieka w czasie wyzwań pandemii”. Odbędzie się w dniach 26-27 IV 2021 roku. Organizatorami konferencji są: Wydział Prawa i Nauk Społecznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego oraz Zarząd Główny Stowarzyszenia Parlamentarzystów Polskich. Konferencja zwołana została z okazji 55. rocznicy Międzynarodowych Paktów Praw Człowieka ONZ oraz 30. rocznicy członkostwa Polski w Radzie Europy. Kierownikiem naukowym konferencji jest prof. dr hab. Jerzy Jaskiernia, a kierownikiem organizacyjnym – dr Kamil Spryszak. Konferencja odbędzie się w systemie zdalnym. Trwa proces rejestracji uczestników. Już wiadomo, że konferencja wzbudziła duże zainteresowanie i wszystko wskazuje na to, że pandemia w naszym kraju, a nawet występujące meandry w jej zwalczaniu, nie uniemożliwią jej realizacji. Uczestnicy z naszej ojczyzny, jak i z wielu innych krajów, po ogłoszeniu zaproszenia do udziału konferencji, licznie potwierdzają swoje uczestnictwo. Podkreślają oni wyjątkową trafność podjętego problemu badawczego, zwłaszcza że walka z pandemią COVID-19 niesie istotne zagrożenia dla ochrony praw człowieka, które powinny być zidentyfikowane. Chodzi o to, by skutecznie walczyć z zagrożeniami pandemicznymi, a jednocześnie postępować zgodnie ze standardami ochrony praw człowieka określonymi w dokumentach powszechnych (np. Międzynarodowe Pakty Praw Człowieka ONZ), czy też regionalnych (np. Europejska Konwencja Praw Człowieka, Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej)

Dobrze więc się stało, że w warunkach, gdy pandemia wykluczyła wielkie zebrania i masowe konferencje, konferencja poświęcona ochronie praw człowieka przeniesiona została do internetu, umożliwiając prezentację referatów nie tylko grupie prawników, ale też reprezentantów innych obszarów wiedzy społecznej. Pandemia nie stała się ani okazją, ani pretekstem do naturalnej śmierci zainteresowań prawami człowieka, których realizacja w naszej ojczyźnie i na świecie nabrała wręcz wzrastającego znaczenia. Obok bowiem poszukiwania medycznych instrumentów walki z pandemią, wystąpiła i ujawniła się konieczność stworzenia ustrojowo-prawnych i ogólniejszych ram realizacji praw człowieka w związku z wyzwaniami pandemicznymi. Taka ochrona będzie możliwa wtedy, kiedy znaczna część społeczeństwa współczesnego globalnego świata, w tym zwłaszcza jego środowiska naukowe, będą miały możliwość analizowania realizacji praw człowieka, identyfikowania występujących tu barier i przedstawiania odpowiednich rekomendacji politykom.

Chińskie szczepionki docenione na całym świecie

Szczepionki przeciwko COVID-19 wyprodukowane w Chinach dotarły do szeregu państw, w tym Serbii, Brazylii, Turcji, Egiptu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Indonezji i Pakistanu.

Wielu światowych przywódców zostało zaszczepionych chińską szczepionką w ramach kampanii szczepień. Kolejne kraje zwracają się do Chin z prośbą o dostawy i wykorzystanie szczepionek.
Prawdziwy światowy boom współpracy z Chinami w sprawie szczepień dodaje pewności co do efektu globalnej walki z niszczycielską pandemią COVID-19.

Pozdrowienia z pomarańczowej strefy

„Wino białe, piwo, wino czerwone. Jak ktoś nie lubi piwa to spritz.” – tak żartowali sobie Włosi, kiedy na początku listopada ub.r. wszedł w życie podział na trzy strefy: żółtą, pomarańczową, czerwoną. W obostrzeniach trudno było się połapać. Nie łatwo też zrozumieć, co było wolno, a czego nie w poszczególnych strefach oznaczonych danym kolorem, który wynika z wartości czynnika zakaźności Rt0, monitorowanego cotygodniowo przez ISS – włoski Wyższy Instytut Zdrowia i Ministerstwo Zdrowia. Mały świąteczny lockdown nie pomógł i od 16 stycznia 2021 r. we Włoszech obowiązują nowe obostrzenia (weszły w życie w niedzielę 17 stycznia). Nastąpiło ogólne pogorszenie się sytuacji epidemiologicznej.

Po raz pierwszy od ubiegłorocznego lockdownu (z wyjątkiem okresu świątecznego, w którym jednakowe obostrzenia wprowadzono na całym terytorium kraju), w strefie pomarańczowej znalazł się Rzymu i Lacjum.
Niestety wiele włoskich regionów przekroczyło R 1, co zwiększa „ryzyko niekontrolowanej epidemii”. W strefie pomarańczowej znalazły się Dolina Aosty, Piemont, Liguria, Wenecja Euganejska, Emilia-Romania, Marche, Umbria, Abruzja, Lacjum, Apulia, Kalabria. W strefie czerwonej: Lombardia, Bolzano-Górna Adyga, Sycylia. W strefie żółtej pozostają: Fruli-Wenecja Julijska, Trydent Górna-Adyga, Toskania, Sardynia, Molise, Kampania, Bazylikata. W 12 regionach i prowincjach wskaźniki dotyczące oddziałów intensywnej terapii znowu przekroczyły krytyczny próg. We Włoszech odnotowano już 2,37 mln osób zakażonych koronawirusem, 1,73 mln wyzdrowiało. Zmarło 81.800 osób. Liczba dziennych zgonów waha się w granicach pięciuset. Ogólnokrajowy wskaźnik zakaźności wynosi R 1,09. Zaszczepiono pierwszy milion osób.
W całym kraju obowiązuje godzina policyjna od od 22:00 do 5:00, podczas której nie można się przemieszczać, chyba że wymagają tego obowiązki wynikające z  pracy, konieczności wyższej lub stanu zdrowia, co zostaje potwierdzone samozaświadczeniem.
W strefie żółtej
życie toczy się w miarę normalnie… Bary i restauracje są otwarte do godz. 18:00, a później można sprzedawać tylko na wynos. Zamknięte są siłownie, baseny, teatry, kina, muzea. Ośrodki sportowe pozostają otwarte.
W strefie pomarańczowej
dodatkowe obostrzenia przewidują zamknięcie barów i restauracji przez 7 dni w tygodniu, jedzenie na wynos może być sprzedawane tylko do godz. 18:00 i nie może być konsumowane w bliskiej odległości lokalu. Nie ma ograniczeń co do dostaw cateringowych do domu. Zostają zamknięte centra handlowe w święta i w dzień poprzedzający je, z wyłączeniem aptek, parafarmacji, punktów gastronomicznych, sklepów tytoniowych i kiosków. Zamknięte pozostają muzea. Jest zabronione przemieszczanie się z jednego regionu do drugiego oraz z jednej gminy do drugiej, z wyjątkiem uzasadnionych powodów. Przemieszczanie się z gmin o liczbie do 5000 mieszkańców jest dozwolone w promieniu 30 kilometrów od ich granic (na przykład w celu zakupów), z wyjątkiem podróży do stolicy prowincji. Nauczanie na odległość jest przewidziane dla szkół średnich, z wyjątkiem uczniów niepełnosprawnych oraz w przypadku korzystania z laboratoriów. Pozostają otwarte przedszkola, szkoły podstawowe i gimnazja. Zamknięte są uniwersytety, z wyjątkiem niektórych zajęć dla studentów pierwszego roku i laboratoriów. Dodatkowo transport publiczny może przewozić do 50 proc. osób, z wyjątkiem transportu szkolnego. Zostaje zawieszona działalności salonów gier, zakładów bukmacherskich, bingo i automatów do gier również w barach i kioskach. Baseny, siłownie, teatry i kina pozostają zamknięte.
W strefie czerwonej
obowiązują bardzo rygorystyczne zasady. Bary i restauracje pozostają zamknięte przez 7 dni w tygodniu regionów, sprzedaż jedzenia na wynos jest dozwolona do 22:00. W przypadku dostawy do domu nie ma ograniczeń. Pozostają zamknięte wszystkie sklepy, z wyjątkiem supermarketów spożywczych, sklepów spożywczych i z artykułami pierwszej potrzeby. Kioski, sklepy tytoniowe, apteki i parafarmacja, pralnie i fryzjerzy pozostają otwarte. Salony urody są zamknięte. Tak samo, siłownie, baseny, teatry, kina, muzea. Pozostają otwarte tylko przedszkola, szkoły podstawowe i gimnazja. Kształcenie na odległość obowiązuje w liceum, dla klas drugiej i trzeciej. Uniwersytety są zamknięte, z określonymi wyjątkami. Zostają zamknięte ośrodki sportowe z wyjątkiem tych, w których trenuje się profesjonalnie z potwierdzeniem ze strony związków CONI i CIP. Aktywność fizyczną można uprawiać w pobliżu domu (spacery), zajęcia sportowe na świeżym powietrzu dozwolone są wyłącznie w formie indywidualnej. Zostają zamknięte salony gier, zakłady bukmacherskie, bingo, także w barach i kioskach. W transporcie publicznym, z wyjątkiem transportu szkolnego, dozwolone jest przewożenie do 50% osób.
„Kolorowe strefy”
obowiązują przez dwa tygodnie. Po tym okresie następuje weryfikacja parametrów epidemiologicznych i rząd może podjąć decyzję, czy dany region nadal pozostaje w danej strefie, czy ją zmienia – na „lepszą” lub „gorszą”.
Dekret rządowy z 16 stycznia b.r. wprowadza również po raz pierwszy „strefę białą”, w której ma „otworzyć się” wreszcie kultura. W strefie białej wskaźnik zakaźności R powinien wynosić 0,5 czyli poniżej 50 osób na 100 tys. mieszkańców. Do tego jednak jeszcze bardzo daleko każdemu regionowi…
Stan wyjątkowy we Włoszech został przedłużony do 30 kwietnia. Nowy dekret obowiązuje do 5 marca 2021 r. Zakaz przemieszczania się między regionami/prowincjami autonomicznymi zostanie utrzymany do 15 lutego 2021 r., z wyłączeniem uwiarygodnionych potrzeb zawodowych, sytuacji wyższej konieczności, względów zdrowotnych, powrotu do miejsca zamieszkania.​​​ W odwiedzinach w domu mogą jednocześnie uczestniczyć dwie osoby nie będące domownikami, nie wliczając w to dzieci poniżej 14 lat oraz osób niepełnosprawnych.
Stoki narciarskie pozostają zamknięte do 15 lutego 2021 r.
Nowe zasady dla osób podróżujących z Polski i innych krajów
Od 16 stycznia weszły w życie również nowe zasady obowiązujące osoby podróżujące z Polski do Włoch. Polska wraz z innymi krajami została zaliczona do krajów znajdujących się w grupie C (Andora, Austria, Belgia, Bułgaria, Chorwacja, Cypr, Czechy, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Grecja, Hiszpania, Irlandia, Islandia, Liechtenstein, Litwa, Luksemburg, Łotwa, Malta, Monako, Niemcy, Niderlandy, Norwegia,  Polska, Portugalia, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Szwajcaria, Szwecja, Węgry), czyli do strefy ryzyka.
Jak informuje Ambasada RP w Rzymie, w  związku z tymi zmianami w okresie od  16 stycznia do 05 marca 2021 r., przed przekroczeniem granicy włoskiej należy: 1) wypełnić oświadczenie; 2) przedstawić zaświadczenia o negatywnym wyniku badania na koronawirusa, przeprowadzonego najwcześniej na 48 godzin przed wjazdem na terytorium Włoch. Akceptowane są jedynie testy wymazowe: molekularne i antygenowe. W przypadku braku takiego testu należy poddać się 14-dniowej kwarantannie; 3) dodatkowo, osoby wjeżdżające do Włoch z wyżej wskazanych obszarów muszą zgłosić swój przyjazd do przychodni lokalnej właściwej dla miejsca pobytu.
Testów nie muszą przedstawiać i nie muszą się poddawać kwarantannie: a) osoby wjeżdżające do Włoch własnym środkiem transportu, pod warunkiem, że opuszczą terytorium Włoch w ciągu 36 godzin od wjazdu. Za taki „tranzyt”, w myśl obecnych przepisów epidemicznych, uznaje się wyłącznie przejazd przez terytorium Włoch bez postojów. Zatrzymanie się np. na nocleg skutkowałoby natomiast uznaniem podróży za „krótki pobyt”, a to z kolei wiązałoby się z koniecznością przedstawienia aktualnych wyników testów w kierunku Covid-19; b) osoby przesiadające się na lotniskach we Włoszech w podróży do innych państw (bez opuszczania strefy tranzytowej); jeśli jednak opuściłyby strefę tranzytową na lotnisku – podlegają ogólnym przepisom i obostrzeniom; c) osoby wjeżdżające do Włoch na czas nie dłuższy niż 120 godzin z udowodnionych przyczyn zawodowych, zdrowotnych lub absolutnej konieczności; d) załogi środków transportu.
Osoby, które przebywały Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej lub przejeżdżały przez terytorium tych państw w ciągu ostatnich 14 dni nie mogą wjechać na terytorium Włoch. Wjazd do Włoch możliwy jest tylko w celach zawodowych, zdrowotnych, naukowych, w sytuacjach nagłych, lub konieczności powrotu do miejsca zamieszkania. Nie ma możliwości wjazdu w celach turystycznych.  Należy również wypełnić oświadczenie.
Ponadto, należy zawsze brać pod uwagę dodatkowe obostrzenia lokalne i regionalne wynikające z podziału Włoch na trzy strefy: żółtą, pomarańczową i czerwoną. Oznacza to, że lądując na lotnisku poza regionem, do którego mamy zamiar się udać, nie będzie można się do niego przemieścić w okresie trwania obostrzeń. Kontrole są prowadzone na dworcach kolejowych.
Miejmy nadzieję, że za dwa tygodnie coś się zmieni… na lepsze…

Szumią jodły na gór szczycie…

… ale ostatnio jakoś tak niechętnie. Górale, a przynajmniej niektórzy z górali określający się jako przedsiębiorcy, namawiają do akcji obywatelskiego (?) nieposłuszeństwa. Ich głównym przeciwnikiem staje się rząd, który ogranicza im możliwość zarobkowania.

Jednym z przywódców protestu – może nieco samozwańczym, ale przecież często tak bywa – jest architekt z Kościeliska (rozumiem, że nie pracuje w swoim zawodzie, a jeśli pracuje, to raczej nie na terenie Podhala, bo tam wszystkie inwestycje wyglądają tak, jakby się obywały bez udziału architekta). W każdym razie przedsiębiorcy z gór domagają się zniesienia ograniczeń w strzyżeniu i dojeniu turystów. Bo owiec w górach i na halach nie ma już od dawna.

Chałupnicy i biznesmeni

W ostatnim dziesięcioleciu duża część mieszkańców gór (i dolinek) przekształciła się z chałupników oferujących nocleg w chałupie w przedsiębiorców świadczących usługi w pensjonacie. Baza wypoczynkowa też uległa transformacji. Powstały całkiem ładne stacje narciarskie z wyciągami krzesełkowymi, kolejkami i całym zapleczem gastronomicznym, no i oczywiście ze sztucznym naśnieżaniem. Dostępność lokalizacji wywołała w narodzie nową falę białego szaleństwa, szczególnie nasilającego się przy płatności za zimowe dokazywanie. Część narodu, ta odważniejsza, przeniosła realizację swoich śnieżnych fantazji w Alpy, twierdząc niepatriotycznie, że tam jest więcej śniegu, lepsze warunki i korzystniejszy stosunek jakości do ceny.

Do zeszłego roku jednak w polskich górach nie brakowało turystów nawet przy braku śniegu, choć w pewnym momencie zniknęli turyści z Rosji, czego zakopiańczycy bardzo żałowali, bo nikt nie był tak niewrażliwy na oferowane ceny jak Rosjanie. Z brakiem śniegu jakoś sobie radzono, dopóki był mróz, który w górach jeszcze się zdarza, i dopóki był dostęp do wody dla maszyn śnieżnych. Co prawda, z wodą zaczynały być w górach problemy, nie wiadomo (albo wiadomo) dlaczego. Wysuwano już nawet postulaty pilnego dostarczenia wód z obszaru parku narodowego, wszak narciarstwo tatrzańskie to nasz sport narodowy.

Przekształcenie dodatkowych źródeł dochodu w stałe zajęcie wiąże się z ryzykiem, którego część biznesmenów nie dostrzega, a część dostrzegać po prostu nie chce. Branża usług turystycznych jest na takie ryzyko szczególnie narażona. Przypominają o tym upadki dużych operatorów turystycznych; o upadkach małych firm rodzinnych nikt w mediach nie wspomina.

Taki klimat

Do stałych czynników ryzyka dołączyło od pewnego czasu ryzyko klimatyczne, które jest czymś innym niż ryzyko pogodowe. Czymś innym bowiem jest kalkulacja, że po słabym roku z niekorzystną pogodą przyjdzie kolejny sezon, w którym da się zarobić, a czymś innym przyjęcie do wiadomości, że dobre sezony już minęły.

Tegoroczna zima jest śnieżna i mroźna po kilku latach, w których zim praktycznie nie było. Niestety trafiła się pandemia i na turystach w tym roku też się nie zarobi. Przebranżowienie się całej gałęzi czy nawet tylko jej części nie jest oczywiście możliwe tylko przy wykorzystaniu własnych zasobów – tym bardziej że większość inwestycji realizowano ze środków zewnętrznych. Aktualna sytuacja może natomiast być okazją, by sobie uświadomić, że dobre czasy w biznesach turystycznych należą już do przeszłości. Nad tym, co dalej, powinni się zastanawiać nie tylko ludzie funkcjonujący w tych biznesach, ale także samorządy miejscowości jakby jeszcze turystycznych, no i, rzecz jasna, agendy państwowe. Refleksja wydaje się nieodzowna również dlatego, że nie poradziliśmy sobie jeszcze w naszych kurortach ze smogiem i szybko sobie nie poradzimy. Na pewno zaś nie poradzą sobie z nim same kurorty, nawet z pomocą aktywnego nad miarę architekta z Kościeliska czy słynnych już instruktorów narciarskich o rozległych kontaktach.

Wiadomo więc, co robić z problemami strukturalnymi (tyle że nikt palcem nie kiwnie). A czy da się coś zrobić z problemami branży gastronomiczno-turystycznej, które wynikają bezpośrednio z pandemii?

Pracować bezpiecznie

Myślę, że przy porozumieniu epidemiologów i specjalistów z sanepidu dałoby się znaleźć rozwiązania umożliwiające funkcjonowanie przynajmniej części hoteli, tych większych (dla małych pensjonatów czy pokojów gościnnych, niestety, jest to chyba niewykonalne). Jak sądzę, przeciętne standardy higieny w klasycznych hotelach są wyższe niż w większości mieszkań, a urządzenia i środki czystości też mają nieco lepszą klasę. W końcu to, czy ktoś przebywa w czterech ścianach własnego pokoju czy też pokoju hotelowego, jest bez znaczenia, zwłaszcza że można zarządzić spożywanie posiłków wyłącznie w pokojach hotelowych. Tylko po co jeździć do hotelu i nigdzie nie wychodzić?

Tak na marginesie: najciekawszym ograniczeniem wprowadzonym w czasie wiosennego lockdownu (jeszcze nie całkiem narodowego) było zamknięcie lasów. Spacer w pojedynkę lub w niewielkiej grupie raczej nikomu nie zaszkodzi, a na już na pewno nie ludziom zdrowym, przypuszczam więc, że tak naprawdę chodziło o to, by drwale mieli wreszcie święty spokój.

W gorszej sytuacji są lokale gastronomiczne. Problemem jest nie tyle przygotowywanie posiłków – wolno je sprzedawać na wynos – ile konsumpcja. Może jednak warto rozważyć, czy otwarcie lokali przy ograniczeniu miejsc o połowę nie byłoby względnie bezpieczne, oczywiście przy założeniu, że przy jednym stole nie spotkają się zupełnie obcy ludzie.
Podobnie jest zresztą z kinem i teatrem. Skoro, jak ustalono, ryzyko zakażenia się wirusem w środkach komunikacji jest niskie lub bardzo niskie, to przy luźno obsadzonej widowni nie powinno wzrosnąć. Dawno nie byłem w kinie, ale, o ile pamiętam, miejsca rzadko zapełniały się w więcej niż jednej czwartej. Jedyny wyjątek, jaki mi się nasuwa, to specjalny seans okolicznościowy w rocznicę premiery Świętego Graala Monty Pythona, kiedy zajęto wszystkie fotele: w końcu chodziło o świętego. W teatrze z kolei należałoby odseparować aktorów od widowni i vice versa – czasem dla dobra widowni, a czasem dla dobra aktorów.

Troska zamiast mandatów

Czy rozważenie i ewentualne podjęcie takich działań byłoby wsparciem dla osób zatrudnionych w tych działach i prowadzących działalność gospodarczą? Na pewno nie dla wszystkich. Mogłoby natomiast zwiększyć zaufanie do rządu i administracji. Nawet w czasach zarazy zaufanie i dialog są niezmiernie ważne, o ile nie najważniejsze, podobnie jak troska o każdego człowieka. O to powinien zadbać rząd i administracja. Rozwiązaniem nie są administracyjne kary, mandaty i represje. No, ale nie o taki rząd chodziło i nie o to też rządowi chodzi. Rządowi chodzi o to, by obywatele siedzieli. Przynajmniej cicho.

PS. A konkordat oczywiście trzeba wypowiedzieć. Na głos.

Polaki-Cebulaki

Jednego w tej całej ruchawce pandemicznej nie rozumiem tzn. nie rozumiem wielu rzeczy, ale tego jednego najbardziej. Dlaczego nikt Polakom nie uprzytomni, że jesteśmy biedakami i nie podskoczymy wyżej, niż Portugalczyk o wzroście siedzącego psa. I to jeszcze przez dwie dekady najmniej. Tymczasem zachowujemy się, jakbyśmy byli piątą potęgą świata. I to bynajmniej nie w produkcji kartofla.

Zewsząd słyszę, że: Niemcy zamykają się na głucho. Austriacy. Włosi. Nawet Słowacy. W Irlandii lokdałn przedłużono oporowo i dalej płaci się każdemu 1,5 tysiąca euro, czy się stoi czy się leży. A jeśli jest tak, jak jest, to i my musimy postępować jak nasi bogatsi koledzy z Zachodu i nie oglądać się na konsekwencje. Nikt przy tym wszystkim nie mówi, że ci z Zachodu mają trochę inne żołądki niż my i czym innym je wypychają. I to nie od 30 lat, od kiedy zamieniliśmy kaszankę na hot-dogi, tylko co najmniej od końca wojny. Że banany i cytrusy jedli na kilogramy, prosto z zamorskich kolonii, w czasie kiedy u nas, raz do roku, zabijaliśmy się za kubańskie pomarańcze. I że choćby nie wiem jak byśmy się starali i zaciskali pasa, to nawet po wejściu do Unii, byliśmy na szarym ogonie narodowego PKB, a od najbiedniejszych Portugalczyków dzieliły nas dekady zapóźnienia.

Tymczasem ukuł się u nas pogląd, że tacyśmy z natury robotni, uczciwi i przedsiębiorczy, że przegonimy starą Unię nie w dekad trzy, a w pół jednej. Nie wierzycie? Wystarczy popatrzeć po sklepowych półkach i obejściu szarego obywatela. W każdym domu plazma, kablówka, komputer i co najmniej jeden samochód, gdy jeszcze 10 lat nazat była bida, bród, smród i ubóstwo. A teraz Panie, Ameryka. Tacyśmy zamożni po tej transformacji, że zaczęliśmy w końcu dawać pieniądze darmo, za płodzone dzieci. Podwyżki dla rządu, to co kwartał szły. Znaczy się, jest skąd brać. A jak jest skąd brać, to i jest z czego dawać. No i się powodzi. Aż tu nagle przyszedł do nas nieproszony gość-covid. Bardzo szybko się okazało się, że polska gospodarka jednak nie jest tak zajebiście poukładana i zbilansowana, jak to powtarzał Morawiecki, ale i Tusk i Miller i Belka. Okazało się, ku naszej rozpaczy, że dalej, na tle bogatych krewnych z Zachodu, wciąż jesteśmy Polakami-Cebulakami, kuzynostwem z Mławy, biedakami bez szkoły, co to jeżdżą na saksy do Londynu a nie na łykendowy szoping na Oxford Street. Rząd co i rusz jął uruchamiać tarcze, ale nim pieniądze się znalazły, zrazu okazywało się, że nie są dla wszystkich i branże najbardziej dotknięte covidowym kryzysem idą pod nóż, a rząd tylko przygląda się ich agonii, bo nie ma z czego dać. To akurat by się zgadzało, bo jak wiemy od czasu Żelaznej Damy, rząd nie ma swoich pieniędzy, tylko zabrane obywatelowi. Jak komuś daje, znaczy, że komuś wcześniej zabrał.

Diagnoza pocovidowa nie może być inna: Polska i Polacy to wciąż biedawersja Niemca czy Francuza. Jesteśmy po prostu bidnym krajem, choćby jeden z drugim mówili, że jest inaczej. Nie stać nas, żeby pomagać potrzebującym. Nie stać nas, żeby dofinansować służbę zdrowia i najbardziej palące w niej potrzeby. Nie stać nas, żeby nakupić szczepionek od Chińczyków po znajomości, jak robią po cichu ci bogaci z Zachodu. Nie stać nas, żeby pozamykać trujące kopalnie, a ludziom zapewnić godny byt i inne zajęcie. Stać nas za to, żeby dotować ojca dyrektora i tuczyć pociotków na państwowych posadach. Zupełnie jak w rodzinie pijaków i biedaków. Pół litra czystej, salceson, a dla dzieci dziesięć deko cukierków, tych najtańszych, niech mają coś od życia. I tu dochodzimy do smutnego finału, który brzmi: w związku z tym, że wciąż jesteśmy biedakami, lub, jak kto woli, mieszkańcami biednego kraju, musimy trochę inaczej podchodzić do covidu niż nasi sąsiedzi. Musimy po prostu zapierdalać na swoje, w czasie, kiedy Niemcom czy Austriakom ich Państwo może napychać usta ptasim mlekiem, bo ich stać. Nas nie stać. A jak nas nie stać, to musimy się wziąć do roboty. Tzn. rząd musi ludziom pozwolić wrócić do pracy, bo to nie jest ich fanaberia, że pracować muszą, gdyż nudzi im się na posotojowym. Oni, tzn. My, musimy wrócić do pracy żeby mieć za co żyć. Doprawdy, nie wiem jak bardziej dosadnie ludzie muszą artykułować to, że chcą godności i chleba, niż krzykiem rozpaczy, którym czynią to tu i teraz. Nie wiem, czy rząd Morawieckiego czeka na pierwsze samospalenie w akcie desperacji, może na pierwszego wisielca, po którego nie zdąży przyjść komornik. Tak czy inaczej, trzeba być albo nieprzeciętnie tępym, albo nieludzko okrutnym, albo jednym i drugim, że nie dostrzec, że jesteśmy na szarym końcu łańcucha pokarmowego współczesnej Europy i metody, n które mogą sobie pozwolić bogaci, nie są dobre dla biednych. To, że w Danii, w czasie rocznicy urodzin Hitlera, neonaziści urządzają sobie parteitagi i przemarsze w imię wolności poglądów, nie oznacza, że w imię tej samej wolności, podobne zachowania mają być inkorporowane u nas. Trochę inaczej Hitler obszedł się z Danią niźli z Polską, i choćby przez wzgląd naprawdę historyczną, ni jak ma się jedna wolność do drugiej. Tak jak ni jak ma się dobrobyt Niemca z biedą Polaka. Jeśli więc rząd mówi, że nas stać, żeby nie pracować w covid, to po części ma rację. Ich stać, bo rząd się wyżywi. Ludzi już nie. Czemu nie słychać, przynajmniej zbyt często, w doniesieniach medialnych, jak się ma sprawa zachorowań na covid w Afryce. Nie dlatego, że go tam nie ma, jest jak i u nas. Ot, po prostu, biedny Czarny Ląd ma więcej zmartwień niż covid, bo i chorób tam więcej i głodu i wojen. I dużo więcej biedy. A jak ktoś bidny, to musi orać, wbrew przeciwnościom, a nie siedzieć i czekać na państwową mannę. Może więc trochę to nie po myśli rządzących i Ś.P. Jana Kulczyka, ale Polska to wciąż biedny i głodny kraj, gdzie wieje chłodem po kątach. A orać trzeba na chlebek i oliwki, oj trzeba. Ciężej, niż kiedykolwiek.

Co nas gnębi?

Zrobiło się tak zimno, że członkowie emeryckiej grupy obserwującej nasze życie polityczne i realne, nie chcieli zbierać się, na znanej z gościnności, przyzbie mojej chałupy. Zginając wiec bolący kręgosłup rozpaliłem kominek i przyrządziłem patriotyczną przynętę, w postaci grzanego, staropolskiego miodu. Podziałało i przyszli. Usiedli w maskach i przepisowych odstępach.

Koncentracja zainteresowań

Po krótkiej, wstępnej dyskusji, doszliśmy do wniosku, że żyjemy obecnie w wyjątkowym okresie, w którym zainteresowania ukochanej, pisowskiej władzy, środków masowego przekazu i większości obywateli, koncentrują się na trzech tematach – walce z COVID 19 a zwłaszcza na akcji szczepień, zagrożeń gospodarczych wywołanych tą pandemią i załamaniu pozycji kończącego kadencję prezydenta USA, którego uwielbiała nasza polityczna elita. Bardziej dalekowzroczni i politycznie zaangażowani obywatele interesują się jeszcze najbliższą przyszłością – tym co nastąpi po uspokojeniu pandemii i pożądanej utracie władzy przez zjednoczoną prawicę.

Zebrani przy moim kominku emerytowani analitycy różnią się od reszty społeczeństwa tylko tym, że patrzą na te problemy nieco szerzej, starając się przewidywać i oceniać skutki ich stopniowego rozwiązywania, albo odchodzenia w przeszłość. Popijając więc rozgrzany trójniak skoncentrowaliśmy się także na tych problemach.

Pandemia

Byliśmy zgodni, że realne zahamowanie pandemii koronawirusa jest obecnie możliwe tylko przez masowe szczepienia ludności. W Polsce wszystko ostatnio jest „narodowe”, więc Narodowa Akcja Szczepień Antycovidowych rozpoczęła się w dniu 15 stycznia 2021r z przytupem. Tuptać miała najstarsza grupa obywateli, teoretycznie najbardziej narażona na zakażenie wirusem. Przed moim kominkiem siedzieli wyłącznie obywatele z tej grupy. Na ośmiu obecnych seniorów, dwóch dodzwoniło się do „swoich” ośrodków zdrowia i zapisano ich na konkretny termin szczepień – ale dopiero na początek marca. Mają ponad 90 lat, więc nieśmiało zapytali, dlaczego tak późno, jeśli dodzwonili się 10 minut po formalnym rozpoczęciu zapisów. . Nie było odpowiedzi.

Trzech, reprezentujących 82-letnią młodzież pokonało barierę telefonu 989. Zapisano ich dane i obiecano, że połączy się z nimi możliwie bliska placówka, która ustali termin szczepienia. Jak na razie (przez trzy dni) nikt nie zadzwonił.

Dwóch usiłowało internetowo utworzyć „profil zaufany” przez bank PKO BP, w którym mają konta. Może to wina ich starczej nieudolności, ale się nie udało. Wobec tego pójdą śladem dwóch pierwszych i będą próbowali „załatwić sprawę” w ośrodkach zdrowia upoważnionych do szczepień, gdzie mają lekarzy pierwszego kontaktu. Jeden z obecnych nie zrobił nic. Twierdzi, że utrzymuje we krwi taki poziom alkoholu, jaki jest zabójczy dla każdego wirusa. Wierzy, że nie zachoruje, i że sama jego obecność działa jak odkażacz – więc po co ma się szczepić.

Zebrani sklerotycy uznali, że za organizacyjny przebieg początku „akcji” mogą wystawić rządowi honorową ocenę – 3+. Ale opierając się na oficjalnych komunikatach dotyczących ilości przeprowadzonych szczepień ocenili, że w takim tempie nie zatrzyma się ofensywy wirusa nawet przez trzy lata. A to już może całkiem zrujnować gospodarkę. Za realizację programu szczepień można dać tylko stopień niedostateczny, a więc dwóję.

Gospodarka

Trzech z zebranych ma w najbliższej rodzinie przedsiębiorców. Nie są to potentaci rynku. Jeden ma mały barek w pobliżu stadionu sportowego, w którym pracuje tylko z dwojgiem dzieci w wieku poborowym. Stadion właściwie nie pracuje, a jeśli nawet coś się dzieje, to bez publiczności – a więc potencjalnie najważniejszych jego klientów. Drugi trudni się drobnymi naprawami telefonów i ma wynajęty mikroskopijny kiosk w jednej z galerii handlowych. Trochę ludzi przychodzi do części spożywczej tej galerii, więc jako „usługodawca” siedzi w fotelu i czeka. Czasem ktoś zajrzy. Spadek obrotów obaj wyliczają na 75 -80%. Zysk nie starcza na pokrycie kosztów wynajmu. W końcu trzeci ma udziały i pełni jakąś funkcję w spółce prowadzącej niewielki obiekt „Spa”w województwie kieleckim. Obiekt jest zamknięty i generuje tylko koszty. Żwolniono część pracowników.

Nikt z tej „próbki statysycznej” nie otrzymał żadnego wsparcia z rządowych „tarcz. Próbka nie daje oczywiście pełnego obrazu sytuacji, ale w tym niewielkim zakresie sugeruje ocenę niedostateczną.

Pijąc kolejny kieliszek miodu doszliśmy do wniosku, że zróżnicowane oświadczenia przedstawicieli „władzy” świadczą o zbyt optymistycznym spojrzeniu na najbliższą przyszłość gospodarki. Jest realna groźba masowego wycofywania się z „interesów” i bankructw, rwą się niektóre łańcuchy kooperacyjne, wyraźnie zmniejsza się zaufanie do pieniądza, oszczędzanie w bankach praktycznie straciło sens, zadłużenie kraju niebezpiecznie rośnie. To (i wiele innych czynników) może spowodować w niedalekiej przyszłości bardzo niekorzystne następstwa, a nie ujawniają się geniusze, którzy potrafią ten proces opanować. Grono zebrane przy kominku jeszcze nie potrafi ocenić tej sytuacji, ale jest poważnie zaniepokojone.

Uśmiech prezydentów

Temat „My a prezydent Trump” wcale nie wywołał wesołości. Ktoś może powiedzieć, – przecież nic złego i dla nas istotnego sie nie stało. Przeciwnie – w czasie kadencji tego prezydenta załatwiono kilka ważnych spraw, poczynając od ruchu bezwizowego, a kończąc na wzmocnionej obecności wojsk USA na naszym terytorium. Jednocześnie jednak zachowywaliśmy się jak wasale nie tyle USA, co właśnie tego prezydenta. Za dużo pogłaskiwania.I to nie umknęło uwadze Europy. Pomysł z organizacją i budową „fortu Trump” przejdzie do historii, jako przykład naiwności i nadmiernego, nietrafionego lokowania uczuć w polityce zagranicznej. I trudno za to przyznać pozytywna ocenę. Tym bardziej, że może się to jeszcze, jak czkawka, odbijać nam w przyszłości.

Miód się skończył, zebrani zaczęli się żegnać, i powoli człapać lub jechać do „miejsc stałego postoju”. Nie widać było ich normalnej wesołości. Pandemia jednak nas gnębi i utrudnia pogodne spojrzenie, na błędy obecnej władzy.

Warszawa – Marki, 17.01.2021.

Australian Open: Lęk przed zakażeniem

Aż 47 uczestników zbliżającego się wielkoszlemowego Australian Open po przybyciu na antypody zostało poddanych dwutygodniowej kwarantannie, po tym jak u pięciu pasażerów czarterowych lotów z Los Angeles i Abu Zabi do Melbourne wykryto obecność Covid-19.

Zgodnie z ustaleniami wszyscy uczestnicy Australian Open mieli w okresie od czwartku do minionej soboty przylecieć do Australii. Chodziło o to, aby zdążyli odbyć przed rozpoczynającym się 8 lutego wielkoszlemowym turniejem odbyć 14-dniową kwarantannę. Tenisistki i tenisistów poinformowano też, że podczas dwutygodniowej izolacji będą mogli opuszczać hotelowe pokoje tylko na pięć godzin dziennie, a przez ten czas muszą trenować wyłącznie ze wskazanym wcześniej partnerem. Tymczasem 24 zawodniczek i zawodników, którzy podróżowali z osobami zakażonymi z Los Angeles, nie będzie miało możliwości trenowania na korcie przez dwa tygodnie. Pozostanie im jedynie ćwiczyć w hotelowym pokoju. Urzędnicy ds. zdrowia stanu Wiktoria poinformowali, że zakażenie wykryto u jednego z członków załogi samolotu oraz u jednego uczestnika Australian Open, który nie jest zawodnikiem, prawdopodobnie chodzi o jednego z trenerów. „Pozostałych 66 pasażerów lotu jest traktowanych jako przypadki kontaktu. Żaden tenisista, ani osoba z jego sztabu, nie będzie mógł przerwać kwarantanny, aby wziąć udział w zajęciach treningowych przed przed Australian Open” – poinformowano w komunikacie. Według doniesień australijskich mediów wśród zawodniczek poddanych ścisłej izolacji są m.in. Białorusinka Wiktoria Azarenka (zwyciężczyni Australian Open w 2012 i 2013 roku), Amerykanka Sloane Stephens, Niemka polskiego pochodzenia Angelique Kerber i Japończyk Kei Nishikori. Na razie żadna z tych osób tego nie potwierdziła, ujawnił się za to Urugwajczyk Pablo Cuevas (ATP 68), który poinformował swoich fanów na Twitterze: „Z pięciu godzin treningu dziennie w tzw. bańce zrobiła się restrykcyjna dwutygodniowa kwarantanna. Będę się z wami na Instagramie dzielił tym, jak ćwiczę w pokoju” – napisał Cuevas. Wśród odesłanych na ścisłą izolację jest także meksykański deblista Santiago Gonzalez.
Przylot tenisistów zdenerwował Australijczyków. Kraj ten ma tygodniowy limit przyjazdów z zagranicy, a na powrót czeka 37 tys. ludzi. Dodatkowo wiele linii lotniczych zawiesiło trasy. W tym czasie organizatorzy Australian Open wysłali czartery po sportowców i ich sztaby. „Obywatele Australii są poirytowani faktem, że w jednym tygodniu władze ogłaszają, iż zmniejszają o połowę limity przylotów dla swoich obywateli, a w następnym chwalą się triumfalnie, że jednak udało się wygospodarować 1200 miejsc dla tenisistów i personelu pomocniczego” – donoszą media na antypodach.
W tegorocznym Australian Open w grze pojedynczej ostatecznie wystąpi trójka reprezentantów Polski – Iga Świątek, Hubert Hurkacz i Kamil Majchrzak. Po przylocie do Melbourne cała trójka niecierpliwie czekała na wyniki testów, nie tyle swoich, co współpasażerów. W ostatniej chwili z udziału w imprezie wycofała się Magda Linette. „Uwielbiam Australię i każdy turniej, który tam rozgrywam, dlatego ta decyzja była bardzo trudna, ale niestety konieczna” – napisała na Twitterze zajmująca 40. miejsce w światowym rankingu 28-letnia polska tenisistka. Wiadomo już, że będzie musiała poddać się operacji kolana. Poznanianka w głównej drabince wielkoszlemowych zmagań startowała nieprzerwanie od French Open 2015. Na kortach Melbourne Park najlepiej poszło jej w 2018 roku, gdy dotarła do trzeciej rundy. To jest też jej najlepszy wynik w turniejach Wielkiego Szlema.
Jeśli potwierdzą się informacje o skierowaniu na ścisłą izolację Wiktorii Azarenki, Idze Świątek ubędzie cenna partnerka do treningów. W pierwszym tygodniu kwarantanny zawodniczki i zawodnicy będa mogli ćwiczyć w ustalonych wcześniej parach, a warszawianka na wspólne treningi w tym czasie umówiła się z Ukrainką Jeleną Switoliną. Natomiast w drugim tygodniu obie miały dołączyć do wspomnianej Azarenki i Rosjanki Darii Kasatkiny.

Piłka ręczna: Mistrzostwa pod presją wirusa

Reprezentacja naszych szczypiornistów udanie rozpoczęła rozgrywane w Egipcie mistrzostwa świata. Biało-czerwoni w pierwszym meczu grupowym fazy wstępnej pokonali Tunezję 30:28 i praktycznie zapewnili sobie awans do kolejne fazy turnieju. W polskiej ekipie nie ma zakażeń koronawirusem, a o to przez niefrasobliwe podejścia organizatorów wcale nie jest trudno.

Międzynarodowa Federacja Piłki Ręcznej (IHF) odwołała mecz w grupie A Niemcy – Republika Zielonego Przylądka. Powodem było to, że w ekipie z Afryki u dwóch zawodników testy wykazały zakażenie Covid-19, a ponieważ przyjechała do Egiptu z kadrą liczącą zaledwie 11 szczypiornistów, w niedzielnym spotkaniu z Niemcami jej trener miał do dyspozycji tylko dziewięciu graczy. Tymczasem regulamin turnieju stanowi, że aby zostać dopuszczonym do meczu, zespół musi liczyć co najmniej 10 zawodników, w tym jednego bramkarza. W tej sytuacji IHF przyznał reprezentacji Niemiec walkowera 10:0. Problem w tym, że drużyna Republiki Zielonego Przylądka wcześniej rozegrała już mecz z Węgrami, który przegrała 27:34, więc nie wiadomo, czy nie doszło podczas niego do kolejnych zakażeń. A Niemcy mają jeszcze do rozegrania w fazie grupowej tylko mecz z Węgrami. W grupie A rywalizuje jeszcze drużyna Urugwaju, wyraźnie ustępująca obu europejskim zespołom (z Niemcami przegrała 14:43), ale ewentualny walkower z Republiką Zielonego Przylądka zapewni jej premiowane awansem trzecie miejsce. IHF decyzję ma jednak podjąć dopiero po ogłoszeniu wyników powtórnych testów u dwóch „niepewnych” graczy afrykańskiego zespołu. Wyniki mogą być negatywne, bo obaj zawodnicy ponoć przeszli już koronawirusa wcześniej, a federacja Republiki Zielonego Przylądka przed turniejem potwierdziła ich dobry stan zdrowia odpowiednimi certyfikatami. To jednak tylko potwierdza jakie niskie standardy bezpieczeństwa IHF stosuje podczas światowego czempionatu.
W polskiej ekipie jak na razie testy nie wykazały zakażeń. W piątek biało-czerwoni w swoim pierwszym występie w mistrzostwach świata zmierzyli się z Tunezją. Bohaterem wieczoru w naszej drużynie okazał się skrzydłowy Łomży Vive Kielce Arkadiusz Moryto, który zdobył jedenaście bramek. Nasz 23-letni szczypiornista po pierwszej serii gier znalazł się nawet na czele klasyfikacji strzelców, dzieląc się miejscem ze Szwedem Hampusem Wynne, który również zdobył jedenaście bramek w wygranym przez szwedzki zespół 32:20 spotkaniu z Macedonią Północną. Za plecami Moryty i Wynna znaleźli się tak uznani gracze, jak Słoweniec Dragan Gajić, Duńczyk Mathias Gidsel, Białorusin Mikita Waliupow czy Norweg Sander Sagosen, którzy zdobyli po dziesięć bramek. Moryto swój dobry występ w spotkaniu z Tunezyjczykami okupił kontuzją. „Podkręciłem lekko kostkę, ale mam nadzieję, że to nic poważnego. Jeszcze trochę boli, ale fizjoterapeuci robią co mogą, żebym wrócił do pełnej sprawności” – zapewniał skrzydłowy reprezentacji Polski. I Moryto wrócił do zespołu na niedzielny mecz z Hiszpanią, która w piątek sensacyjnie zremisowała z Brazylijczykami 29:29. Gwoli przypomnienia – Hiszpanie mają w dorobku m.in. dwa tytuły mistrza świata (2005, 2013) oraz brązowy medal (2011), trzy brązowe medale olimpijskie (1996, 2000 i 2008) oraz dwa mistrzostwa Europy (2018 i 2020). W kadrze drużyny trenera Jordiego Ribery roi się od gwiazd światowego szczypiorniaka, wśród których jest trzech zawodników znanych z polskiej PGNiG Superligi – bracia Alex i Daniel Dujshebaevowie oraz Angel Fernandez występują na co dzień w Łomży Vive Kielce. Brazylijczycy tylu wybitnych graczy w swojej kadrze nie mają, a na dodatek tuż przed mistrzostwami w Egipcie została ona zdziesiątkowana przez kronawirusa. Pozytywne wyniki testów mieli trener Marcus Ricardo de Oliveiry oraz siedmiu zawodników, w tym m.in. Thiagus Petrus i bramkarz Leonardo Tercariol. W składzie pozostał natomiast występujący w Orlenie Wisła Płock Leonardo Dutra. Ale Moryto także przeciwko Hiszpanom należał do najskuteczniejszych graczy w naszej drużynie, zdobywając pięć bramek.

Oba niedzielne spotkania w grupie B znów zaskoczyły wyrównanym poziomem. Najpierw faworyzowani Brazylijczycy dosłownie rzutem na taśmę wyszarpali w spotkaniu z Tunezyjczykami remis 32:32, a potem Polacy starli się z Hiszpanami i zamiast położyć się z szacunkiem przed aktualnymi mistrzami Europy, podjęli z nimi wyrównaną do końca walkę. Ostatecznie przegrali z Hiszpanią 26:27, ale wciąż pozostają w grze o awans. Przed wtorkowym spotkaniem z Brazylią biało-czerwoni zajmują trzecie miejsce w grupie. Zwycięstwo lub remis w tym meczu dadzą nam awans do kolejnej fazy rozgrywek niezależnie od wyniku spotkania Hiszpanii z Tunezją, który rozpocznie się o 18:00. Nasza drużyna problemy mieć będzie tylko wtedy, gdy Tunezyjczycy pokonają Hiszpanię, a my przegramy z Brazylią – wtedy wszystkie drużyny będą miały po trzy punkty, a o ostatecznej kolejności zadecyduje bilans bramkowy.

Przypomnijmy, że w Egipcie rywalizują 32 zespoły podzielone na osiem grup. Z każdej do drugiej rundy awansują po trzy drużyny. W ten sposób powstaną cztery grupy po sześć zespołów, z których po dwie najlepsze awansują do ćwierćfinału. Finał zaplanowano na 31 stycznia w Kairze.

Bunt nadzieją narodu!

Nie ma większych połów ani mojszej racji, choć, jak wiadomo, ich ból potrafi być większy niż nasz. Ich prawa mogą być lepsze niż nasze. Ich stoki mogą być otwarte, a nasze nie. To wszystko sprawia, że jeśli ktoś posiadał jakieś wątpliwości co do oderwania kasty rządowo-rządzącej od szarości ludzkiej egzystencji, w tym momencie został pozbawiony złudzeń. Ich interesy stoją w sprzeczności z naszymi. Oni chcą żreć i się paść na nas. Dlatego nie powinno być dla nich miejsca. Pośród nas.

Znajomy mój uruchomił po raz drugi zbiórkę publiczną w celu ratowania swojego baru przed plajtą. Prowadzi go od kilku lat, z mniejszym lub większym powodzeniem. Poświęcił na rozkręcenie interesu bardzo dużo. Zapożyczał się, niedosypiał, harował jak wół, żeby tylko wyjść na swoje, a przez ostatnie lata, państwo polskie mu tego nie ułatwiało, dorzucając na plecy kolejne domiary i podwyżki. Jakoś jednak udawało się, z miesiąca na miesiąc, spinać bilans. To, co się straciło na przednówku, można było sobie odbić w ciepłe miesiące i interes się kręcił. Grunt, że kolega doń nie dokładał, a to już u nas sporo, jak dla małego gracza. I gdy wydawało się, że najgorsze mamy za sobą, przyszedł rok 2020. Pierwszą zbiórkę kolega uruchomił na wiosnę. Udało się zebrać parę groszy. Na wakacje ciut się odkuł, żeby teraz znowu znaleźć się pod kreską. Raz ludzie pomogli, ale czy pomogą drugi, trzeci i piąty, to raczej wątpliwe, bo skąd tu brać na innych, kiedy samemu ma się coraz mniej albo nic. A kiedy wyje cała polska gospodarka i woła zmiłowania, jej skowyt do uszu rządzących nie dociera, no bo i jakby mógł, gdy pani minister, w goglach i narciarskim kasku, szusuje po stokach, które uprzednio zamknęła. W pędzie wiatru i świście powietrza trudno się wsłuchać w coś innego, niż swoje własne, pękające ze śmiechu, ego.

Myli się jednak premier, prezydent i ministrowie, myśląc, że ludzie zatrudnieni w branżach które najbardziej dostają po dupie przez pandemię i pandemią motywowane obostrzenia, nie widzą ich cynizmu i hipokryzji. Widzą aż nadto. Widzą i wiedzą-że jeśli sami czegoś nie zrobią, ten rząd pogrzebie ich żywcem. Zagłodzi, pozbawiając środków do życia. Zniszczy dorobek ich krwawicy. I nikt po nich nie zapłacze. Jeśli więc tak ma to wszystko wyglądać, dziwnym nie jest, że naród postanawia brać sprawy w swoje ręce. Bo po rządzie i rządzących nie może spodziewać się niczego dobrego.

Pierwszy przykład dał restaurator z Cieszyna. Otworzył knajpę. Przyszli ludzie. Przyszła milicja. Nie bardzo wiedziała co ma robić, kiedy w restauracji zastała , jak za starych, dobrych lat dwutysięcznych. Wszystkich przecież nie daliby rady zamknąć. No właśnie. I tu jest klucz do sukcesu w walce z rządem, który nie wie co czyni, bo nie ma żadnego pomysłu na wyjście Polski z pandemicznego kryzysu. Pospolite ruszenie ludu przeciw panom. Jak drzewiej u nas bywało i w czym mamy doświadczenie. Zrywać plomby, łamać bzdurne zakazy i wracać do pracy. Nie czekać na jałmużnę, tylko brać sprawy w swoje ręce. Naturalnie, mieć w głowie, że widmo krąży po Europie, takoż stosować środki higieny; myć ręce, nosić maski, ale żyć, a nie wegetować. Bo właśnie na wegetację, a w konsekwencji śmierć głodową, państwo dziś skazuje ludzi. W najlepszym wypadku na samobójstwo albo depresję, a w jej konsekwencji-wisielczy sznur. Wychodzi więc na to samo. Jaka więc różnica, czy człek zejdzie na covid, z głodu, czy ze zgryzoty sam się powiesi. Nieboszczycy przeważnie mało mówią na temat powodów swego niebytu.

W ramach strajku przedsiębiorców powstała na fejsie grupa inicjatywna, która publikuje mapę, na której nanosi przedsiębiorstwa z różnych branż, które wypowiedziały posłuszeństwo Państwu. Bardzo mi się ta mapa podoba, bo coraz szczelniej się wypełnia. To z kolei jest dowodem na to, że, po pierwsze, naród jeszcze u nas potrafi się postawić bezdusznej władzy, a po drugie, dowodzi słabości tegoż Państwa, które jest nadal teoretyczne. A efekty już widać. Kiedy mapa poczęła wypełniać się covidowymi renegatami, rząd zaczął zmieniać ton i począł wysyłać znaki, że ustępstwa w obostrzeniach mogą wejść szybciej niż jesienią. Jest więc nadzieja, że jak się darmozjadów dociśnie jeszcze bardziej, to przestaną nas dusić butem do podłogi, żebyśmy zdechli jak psy. Prędzej my, ludzie, zdusimy ich. Jak na plakacie z Jolantą Brzeską-przecież wszystkich nas nie spalą, tak i tu i teraz, przecież wszystkich nas nie zamkną. Nie mają tylu milicjantów i tylu kajdanek. Co więcej mogą zrobić? Nałożyć większe mandaty? Dla kogoś, komu za chwilę padnie interes, to bez różnicy, czy dostanie 3 czy 300 tysięcy kary, bo i tak nie będzie miał z czego zapłacić. Wyślą na ludzi wojsko? Tylko jakie? Terytorialsów?

Na każdym zebraniu jest tak, że ktoś musi zacząć. Zaczął szynkarz z Cieszyna. Poszli też inni. Kibicuję im wszystkim, bo mało który widok potrafi mnie bardziej uradować, niż sytuacja, kiedy władza zaczyna się bać ludowego gniewu i szura butami pod stołem ze strachu. Słychać coraz głośniej, że kraj się burzy. Może wreszcie dotrze do ludzi, że to oni sami mogą zmieść tę czy inną bandę swoim słowem i czynem szybciej, niż raz na cztery lata. Przyszedł wreszcie czas wyrównania rachunków. Mam nadzieję.

Biało-czerwoni pograją w Egipcie

Od środy w Egipcie rozgrywane są 27. mistrzostwa świata w piłce ręcznej mężczyzn. Uczestniczy w nim także reprezentacja Polski, która w pierwszej fazie zmagań trafiła do grupy B z drużynami Hiszpanii, Tunezji i Brazylii. Pierwsze spotkanie biało-czerwoni rozegrają w piątek 15 stycznia z Tunezyjczykami. Turniej potrwa do 31 stycznia.

Pandemia koronawirusa wciąż paraliżuje świat sportu, ale mimo sanitarnych obostrzeń zaplanowane z dużym wyprzedzeniem wielkie imprezy dochodzą jednak do skutku. Jedną z nich są rozpoczęte w minioną środę w Egipcie mistrzostwa świata piłkarzy ręcznych. Uczestnicy zmagań nie mogą jak na razie skupić się w pełni na sportowej rywalizacji, bo wszyscy śledzą z niepokojem wyniki testów na obecność Covid-19. Obawy wydają się uzasadnione, bowiem podejście gospodarzy turnieju do zagrożenia epidemicznego mocno się różni od oczekiwań przyjezdnych ekip, zwłaszcza europejskich. Na warunki pobytu w Egipcie najbardziej psioczą aktualni wicemistrzowie świata, Norwegowie. Ich gwiazda, Sander Sagosen, w wypowiedzi dla norweskich mediów skrytykował organizatorów za luźne podejście do zasad bezpieczeństwa. „Do tej pory wszystko tu jest parodią bańki epidemicznej, w jakiej mieliśmy zostać umieszczeni. Ludzie wchodzą do naszego hotelu bez żadnej kontroli, wszystkie drużyny jedzą posiłki wspólnie. Jesteśmy w szoku” – żalił się Sagosen.
A w Egipcie mimo pandemii codzienne życie toczy się niemal jak w normalnych czasach. Dość powiedzieć, że organizatorzy turnieju chcieli nawet wpuścić na trybuny kibiców. Ekipy Norwegii, Szwecji, Danii, Niemiec oraz Austrii wysłały jednak list protestacyjny do władz IHF z żądaniem zapewnienia bezpieczeństwa w miejscach, gdzie przebywają zawodnicy oraz gdzie rozgrywane będą mecze.
Egipcjanie byli bardzo zdeterminowani, żeby wpuścić kibiców na trybuny, ale po obradach komitetu organizacyjnego, na czele którego stanął sam szef IFH Hassan Moustafa, podjęto jednak decyzję o rozegraniu turnieju bez udziału publiczności. Zainteresowanie nim w Egipcie mocno przez to osłabło, na co skarżą się zwłaszcza sprzedawcy przygotowanych z okazji imprezy pamiątek. Nawet oficjalna maskotka imprezy, „Horus”, nie cieszy się oczekiwanym powodzeniem.
Covid-19 nie odpuszcza
Z powodu dużej liczby zakażeń w kadrach zespołów z mistrzostw wycofały się w ostatniej chwili reprezentacje Czech i Stanów Zjednoczonych. Ich miejsca zajęły zespoły Macedonii Północnej i Szwajcarii, co nie zmieni jednak faktu, że po wycofaniu ekipy USA, jedynego przedstawiciela Ameryki Północnej i Karaibów, turniej w Egipcie mistrzostwami świata będzie już tylko z nazwy. Inna sprawa, że Amerykanie, którzy w Egipcie mieli zagrać w światowym czempionacie o dwudziestoletniej przerwie, w rankingu IHF byli niżej od zastępującej ich Szwajcarii, można zatem uznać, że koronawirus wyprostował efekt kombinacji przy zielonym stoliku. Helweci trafili jednak do grupy E, w której już były trzy europejskie zespoły, wszystkie wyżej notowane od nich. W ubiegłorocznych mistrzostwach Europy Norwegia była trzecia, Austria ósma, a Francja czternasta, natomiast szwajcarski zespół zajął w tej imprezie 16. lokatę. Druga z dokooptowanych w ostatniej chwili drużyn, Macedonia Północna, trafiła natomiast do grupy G z Chile, Egiptem i Szwecją.
W przededniu rozpoczęcia mistrzostw niemiecka agencja DPA doniosła, że rezygnację z turnieju rozważa też debiutująca w światowym czempionacie ekipa Republiki Zielonego Przylądka, w której wykryto kilka przypadków zakażeń koronawirusem. Na jej decyzję czekali z niecierpliwością gotowi do zastępstwa Holendrzy – 17. drużyna ubiegłorocznego Euro. Również Brazylijska Konfederacja Piłki Ręcznej poinformowała o wykryciu zakażenia u dwóch kolejnych członków swojej ekipy, co z poprzednimi pięcioma przypadkami już można uznać za ognisko wirusa.
Decyzja co do startu Brazylijczyków w Egipcie jest istotna także dla polskiej drużyny, bo biało-czerwoni są w jednej grupie z canarinhos. W naszej ekipie z powodu zakażenia Covid-19 do Egiptu nie mógł pojechać obrotowy naszego zespołu Kamil Syprzak. Jego miejsce zajął Mateusz Piechowski, ale nic mu nie ujmując, raczej nie wypełni luki po doświadczonym Syprzaku, który obecnie jest zawodnikiem Paris Saint-Germain HB, a wcześniej występował w zespole FC Barcelona Lassa
Na co stać biało-czerwonych?
Jak znaczący wpływ może mieć strata Syprzaka, przekonamy się już w pierwszych trzech meczach naszej reprezentacji w turnieju: w piątek 15 stycznia z Tunezją, w niedzielę 17 stycznia z Hiszpanią i we wtorek 19 stycznia z Brazylią, jeśli nie wycofa się z rywalizacji.
Czternaście lat temu nasi piłkarze ręczni w wielkim stylu wywalczyli srebrny medal na mistrzostwach świata w Niemczech, przegrywając w finale z gospodarzami turnieju 24:29. Ale najlepsi gracze z tamtego pokolenia szczypiornistów zakończyli już kariery, a obecna reprezentacja Polski przechodzi wymianę pokoleniową, którą przeprowadza trener Patryk Rombel. Selekcjoner biało-czerwonych nie chciał przed mistrzostwami składać żadnych obietnic, poza tym, że jego wybrańcy będą walczyć o dobry wynik z całych sił.
„Spędziliśmy ostatnio jako kadra sporo czasu na wspólnych treningach. Moim zdaniem jest już jakaś chemia w tym zespole i chęć odniesienia sukcesu” – twierdzi trener Rombel.
Reprezentacja Polski w styczniu rozegrała z Turcją dwa mecze eliminacyjne do przyszłorocznych mistrzostw Europy, oba pewnie wygrała (29:24 na wyjeździe i 35:24 u siebie). A jak wiadomo, każde zwycięstwo, nawet z niżej notowanym rywalem jak Turcja, potrafią zawodników „pozytywnie nakręcić”.
Czego powinniśmy oczekiwać po występie biało-czerwonych w Egipcie? Na pewno awansu do drugiej fazy turnieju, bo z każdej grupy do dalszych gier kwalifikują się po trzy najlepsze drużyny. Faworytami do pierwszego miejsca w „polskiej” grupie są Hiszpanie, ale z Brazylijczykami i Tunezyjczykami nasi szczypiorniści na pewno są w stanie wygrać.
Zespół jest głodny uznania, zawodnicy chcieliby dorównać reprezentacji, która zdobywała medale na najważniejszych imprezach i cieszyła się sympatią kibiców. Na to jednak, że przywiozą z Egiptu medal, nie mamy co liczyć. Oby tylko nie skompromitowali się odpadnięciem z turnieju już po fazie grupowej, bo to byłby jednak straszy wstyd.

Kadra Polski:
Bramkarze:
Adam Morawski (Orlen Wisła Płock), Mateusz Kornecki (Łomża Vive Kielce), Piotr Wyszomirski (Grundfos Tatabanya,Węgry).
Rozgrywający:
Tomasz Gębala, Szymon Sićko, Michał Olejniczak (wszyscy Łomża Vive Kielce), Kacper Adamski, Maciej Pilitowski (obaj Energa Kalisz), Arkadiusz Ossowski (MMTS Kwidzyn), Rafał Przybylski (Azoty Puławy), Maciej Majdziński (Bergischer HC, Niemcy), Piotr Chrapkowski (SC Magdeburg, Niemcy).
Skrzydłowi:
Jan Czuwara (Górnik Zabrze), Przemysław Krajewski, Michał Daszek (obaj Orlen Wisła Płock), Arkadiusz Moryto (Łomża Vive Kielce).
Obrotowi:
Dawid Dawydzik (Azoty Puławy), Patryk Walczak (Vardar Skopje, Macedonia Północna), Maciej Gębala (DHfK Lipsk, Niemcy), Mateusz Piechowski (CB Ademar Leon, Hiszpania).