48 godzin sport

Nie ma wirusa w PGE Ekstralidze
Blisko 500 przebadanych próbek i wszystkie negatywne! To wyniki testów na obecność koronawirusa, które przeprowadziło laboratorium Invicta dla PGE Ekstraligi. Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, by zawodnicy mogli wrócić na tory. Od piątku 29 maja można już organizować treningi indywidualne i grupowe we wszystkich klubach żużlowej ekstraklasy. Drużyny nie będą mogły jednak rywalizować w sparingach, ani trenować na innych torach niż własny. Tytułu mistrza Polski w sezonie 2020 bronić będzie Fogo Unia Leszno, a finał rozgrywek planowany jest na 11 października. 64 mecze nowego sezonu na żywo transmitować będą nSport+ i Eleven Sports.

Bjoergen nie wytrzymała
Utytułowana biegaczka narciarska Marit Bjoergen, która przed dwoma laty zakończyła karierę, zdecydowała się na powrót do rywalizacji i jest od wtorku członkiem zawodowego zespołu długodystansowego, w którym w latach 2015-2017 startowała Justyna Kowalczyk. Głównym celem Norweżki jest start w przyszłorocznym szwedzkim 90-kilometrowym Biegu Wazów, który w 2015 roku wygrała Kowalczyk. W zespole braci Andersa i Joergena Aukland będzie startować również uważana za obecnie najlepszą biegaczkę narciarską świata i następczynię Bjoergen, Therese Johaug. Obie Norweżki biorą też pod uwagę start we włoskim 70-kilometrowym biegu Marcialonga. Bjoergen zapowiedziała też możliwy start „w co najmniej jednej konkurencji” podczas mistrzostw kraju na przełomie stycznia i lutego w Trondheim.

Zmarł znany trener
W wieku 63 lat zmarł na raka wątroby w szpitalu w Sao Paulo Oswaldo Alvarez, szkoleniowiec, który prowadził kobiecą piłkarską reprezentację Brazylii w dwóch ostatnich edycjach mistrzostw świata. W obu edycjach mundialu Brazylijki odpadły w 1/8 finału – w 2015 roku po meczu z Australią, a w 2019 uległy Francuzkom. Pod jego wodzą reprezentacja wygrała dwukrotnie Copa America (2014, 2018) i Igrzyska Panamerykańskie, a w igrzyskach w Rio de Janeiro zajęła czwarte miejsce.

Kolusz pogra w Finlandii
Jeden z najlepszych polskich hokeistów, były kapitan reprezentacji Polski Marcin Kolusz opuszcza Polską Hokej Ligę. Od najbliższego sezonu 35-letni wychowanek Podhala Nowy Targ reprezentować będzie barwy drużyny Vaasan Sport, występującej na najwyższym poziomie ligowym w Finlandii. W ostatnim sezonie PHL Kolusz był zawodnikiem GKS Katowice, z którym wywalczył brązowy medal mistrzostw Polski.

Biathlonistki w Dusznikach
Pierwsze zgrupowanie kadry polskich biathlonistek rozpocznie się 5 czerwca w Dusznikach-Zdroju – poinformował ich trener Michael Greis. Do nowego sezonu przygotowywać się będą tam Monika Hojnisz-Staręga, Kinga Zbylut, Kamila Żuk, Magdalena Gwizdoń, Joanna Jakieła, Karolina Pitoń i Anna Mąka.

Księga Wyjścia (53)

Ballada hybrydowa.

Hybryda, takie modne ostatnio słowo – są samochody hybrydowe, hybrydowe wojny – często mówi się o tym w kontekście Rosji. Ma to chyba potęgować strach, poczucie zagrożenia.
Tak naprawdę nie oznacza to nic nowego i nie jest jakimś nowym, wyjątkowym wynalazkiem. Zarówno pojazdy jak i wspomniane wojny istniały, zanim wymyślono, by tak je nazywać. Gdy jeszcze hybryda kojarzyła się z morskim potworem jeździły już w Polsce motorowery z pedałami, lub rowery z silnikami. Przecież to nic innego jak napęd hybrydowy. Starsi czytelnicy pamiętają „Komarka”, teraz śmiało mogliby mówić, że mają skuter z napędem hybrydowym. Dlaczego o tym piszę, otóż od przyszłego tygodnia mój przekaz także będzie hybrydowy.
Pomijając fejsbuka, na którym zamieszczałem felietony, zacząłem właśnie współpracę z antykapitalistycznym Radiem FA. Raz w tygodniu audycja, mówiony felieton, którego dalsza cześć będzie na łamach Dziennika Trybuna – lub odwrotnie.
Bywałem już gościem tej stacji, a decyzję – naprawdę niełatwą – o stałej współpracy, podjąłem z kilku bardzo ważnych powodów. Pierwszy i najważniejszy jest ten sam, który przyświecał mi gdy zaczynałem współpracę z DT.
Podobnie jak w gazecie, również w radiu nie będę miał żadnej cenzury, żadnych sugestii, ani próśb bym teraz napisał to lub tamto, żebym w tekście wspomniał o takim a nie innym polityku, lub poruszył lub nie jakiś konkretny temat. Dostałem, jak mawiał don Vito Corleone, propozycję nie do odrzucenia, czyli – full Freedom – modne słowo.
Będę więc przekazywał treści, co do których jestem w pełni przekonany. Drugim powodem było to, że wprawdzie samo radio powstało niedawno, ale ma już wielu stałych słuchaczy, jest dobrze zorganizowane zarówno technicznie jak i merytorycznie. Teraz więc każdy felieton będzie miał swój finał lub dwa i nie pozostanie bez puenty. W ten prosty sposób przeskoczyliśmy potentata medialnego, który od lat prowadzi rozmowy niedokończone. I mimo, że robi to od dawna, to końca ich nie widać.
Daleko nam jeszcze – nam w sensie grupy ludzi o podobnych poglądach – do siły i zasięgu wspomnianego już imperium medialnego pewnego „skromnego” dyrektora z Torunia, ale jesteśmy na dobrej drodze. Za jego przykładem będziemy siać „lewicowy głos w każdym domu”, podczas tych naszych „rozmów dokończonych”.
Zaczynam już w przyszłym tygodniu, trzymajcie więc kciuki. Debiut będzie we czwartek lub piątek, poinformuję Was drodzy czytelnicy zapewne w poniedziałkowym lub środowym wydaniu gazety. Ponieważ dwa dni temu uczestniczyłem w pewnej dyskusji na tej antenie, można wiec śmiało uznać, że już ten felieton jest hybrydowy. Z pewnością taki jest przekaz.
Czas przejść do drugiej części felietonu. Jest taki ogrom spraw, że borykam się z decyzją nad głównym, wiodącym tematem. Czy ma to być mówiono śpiewana, eskalującą już wojna na rapy?
Czy gratulacje złożone na twitterze przez Rzecznika Praw Obywatelskich – Adama Bodnara, który z podziwem odniósł się do pewnego utworu i jego wykonawcy.
Oczywiście, każdy ma swój gust i nie mnie oceniać jaka muzyka, czy poezja przypadła do gustu rzecznika, ale gdy wpis z gratulacjami dotyczy „utworu” pełnego przemocy i nienawiści, to publiczny aplauz Adama Bodnara wydaje się skandaliczny.
Tym, którzy nie znają wspomnianego utworu, lub przeoczyli istotne i drastyczne treści, mam nadzieję, że RPO zalicza się do tej grupy, ponieważ przekaz tego klipu jest niczym innym jak delikatniejszą wersją – soft – słynnego występu Janusza Korwin Mikkego, który wymachując maczetą i strzelając z pistoletu śpiewał o kastrowaniu i wieszaniu socjalistów.
Przypomnę więc treść tego co wyśpiewał, człowiek, który za to wykonanie dostał wpisy gratulacyjne od zapomnianej już lekko Katarzyny Lubnauer i człowieka, który z racji sprawowanego urzędu powinien być ponad takimi przyśpiewkami, czyli Rzecznika Praw Obywatelskich – Adama Bodnara.
Wykonawca, młody poseł Konfederacji – Konrad Berkowicz, który dał się poznać jako członek polskiego parlamentu, pogardliwie mówiący o innym kraju: „lewacka Szwecja”, ale mniejsza z tym, to już problem ambasady.
Wrócę do głównego wątku czyli treści tegoż utworu. Poseł Berkowicz zaczyna tak: „zaglądali mi do kufrów, zaglądali do waliz, nie zajrzeli do dupy, właśnie tam miałem socjalizm (…) POPiSy, podpisy, Polki i Polacy, paski, ekran miga – zaraz się porzygam (..) Korwin śpiewa: socjaliści muszą wisieć zamiast liści, ty uważaj bo się ziści, jego mowa nienawiści” podczas ostatniego zdania wykonuje ręką ruch, symbolizujący poderżnięcie gardła.
Cenzury już nie ma, każdy może mówić i śpiewać co mu się podoba, kwestie obrazy, czy naruszenia dóbr osobistych rozstrzyga sąd i to jest chyba najlepsze osiągniecie obecnego systemu. Taki Berkowicz może więc śpiewać sobie co mu tylko mu strzeli w tę jego potylicę, ale Rzecznik Praw Obywatelskich nie ma moralnego prawa wspierać takiego popisu. Tym bardziej, że całkiem niedawno piętnował podobne zachowania, gdy doszło do zabójstwa prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza.
Zanim powstał fejsbuk, również w wyniku zmasowanej nagonki, ale na znacznie mniejszą skalę, bo jedynie w gazetach i na różnych wiecach można było głosić podobne brednie, jednak to wystarczyło, by niespełniony malarz – Eligiusz Niewiadomski – zastrzelił prezydenta Gabriela Narutowicza.
Gdy przeczytałem tweet Adama Bodnara o treści: „Gratulacje. Znakomite wykonanie. Chylę czoła”, pomyślałem, że to fejk, jakaś fałszywa informacja, że ktoś się podszył lub włamał na jego konto.
Niestety, na oficjalnych stronach biura nie było żadnego sprostowania, wtedy przyszło mi do głowy, że może to jakiś pracownik o faszystowskich poglądach, przemycił wpis z którym sam rzecznik nie ma nic wspólnego. Nie dotarło jednak do mnie żadne dementi. A podczas dalszych poszukiwań, znalazłem oświadczenie Bodnara, który napisał, że odniósł się do poziomu, bo sam wie jakie to trudne.
A co do samego Konrada Berkowicza i jego utworu, przeszła mi przez myśl alternatywna interpretacja słów tej jego przyśpiewki. Mam na myśli pierwsze zdanie, powtarzane później jako refren, w którym informuje gdzie ma socjalizm. Czy nie jest to przypadkiem subtelna sugestia, dla stadionowych kolegów, którzy wśród wielu stałych okrzyków mają taki jeden „jeb….ć socjalizm”?
Już dawno udowodniono, że homoseksualiści najchętniej ukrywają się pod płaszczem homofobii. Zostawiam więc konfederackiego posła Berkowicza z tym pytaniem do przemyślenia, a co do RPO, to bardzo długo będę miał żal do człowieka, który spsuł całą sympatię jaką go darzyłem.
Kolejną skandaliczną, jeszcze świeżą sprawą, są szkolenia organizowane przez firmę syna Jana Kulczyka – Sebastiana. W świetle prawa, oficjalnie szkoli właścicieli firm jak okradać pracowników i jak trzymać ich na krótkiej smyczy podczas wywalania z pracy ich kolegów. Tytuł brzmi „Jak obniżać pensję i zwalniać pracowników, nie psując morale zespołu”. Trudno o bardziej perfidny eufemizm, gdy chodzi o ludzkie życie, przetrwanie i wielokrotnie jedzenie dla dzieci. O idących za tym konsekwencjach – gdy rodzice mają wybór między jedzeniem dla dzieci i siebie, a czynszem, oczywiście wybiorą jedzenie.
Żaden rodzic nie dopuści, by dziecko było głodne. Tak więc za jakiś czas znowu czeka nas fala eksmisji, z których jakiś niewielki procent uda się zablokować. Ciekawe, czy Rzecznik Praw Obywatelskich pomoże. Dotychczas byłem pewien jego wsparcia podczas takich inicjatyw. Sam pisałem do niego pisma i skutecznie interweniował. Ale po tych gratulacjach tracę wiarę w człowieka.
Wracając do tych szkoleń prowadzonych przez firmę Sebastiana Kulczyka. Przypomnę , że przedsiębiorcy są chyba jedyną grupą społeczną, podkreślam – chyba, ale o innych nie słyszałem, która dostała naprawdę ogromne pieniądze z budżetu państwa. W różnych formach i z różnych instytucji. Ale to wciąż ten sam budżet.
Każda firma dostała pięć tysięcy. Żeby je dostać, nie trzeba było żadnych oświadczeń, wykazów, faktur, ani rozliczeń. Wystarczył wniosek. Oczywiście niektóre gminy dostały wcześniej inne później, a to zależało od tego kto, jaka opcja sprawuje władzę w okręgu.
Jak to zawsze w Polsce bywa, swoi w pierwszej kolejności. To dopiero początek tego strumienia pieniędzy. Wystarczy znać przepisy, by nic nie robiąc, zarobić więcej, niż w szczycie sezonu, wtedy gdy zakład miewał największe obroty.
Rządzący wymyślili jak zawsze wiele rożnych form dotacji i pomocy, sam wiem o jednej absurdalnej sytuacji, gdzie niewielki zakład usługowy, znajdujący się w domu właściciela – więc czynsz odpada – i zatrudniający dwie osoby, które podczas pandemii były na zwolnieniu lekarskim, dostał blisko sto tysięcy złotych. Dosyć duże to przestojowe, tym bardziej, że nie musiał kupować żadnych materiałów niezbędnych do funkcjonowania, ponieważ nie funkcjonował.
Próbowałem dojść jakim cudem dzieją się takie rzeczy, mimo że sprawy księgowo podatkowe są dla mnie czarną magią, to dowiedziałem się, że jest to liczone od przychodu. Krajowe firmy nie słyną ze specjalnej uczciwości wobec fiskusa. Wręcz przeciwnie.
Najchętniej wykazują stratę i gdyby zapytać, to większość biznesmenów dokłada do intetesu.
Gdyby płacono od zysków – to dostaliby proporcjonalnie do tego co wykazywali i nie dochodziłoby do takich absurdów. Człowiek który unika podatków, nagle dostaje z budżetu fortunę. Bo w ministerstwie wymyślili, że liczy się przychód. Ale gdy on jest, a jest zawsze gdy są klienci, więc ich biura podatkowe robią wszystko, by wykazać jak największy rozchód.
Pomijam już, że firma, która nie pracuje – nie inwestuje. Nie kupuje środków produkcji czy maszyn, pozostaje jedynie czynsz i kilkoro najważniejszych pracowników typu zarząd, którzy są pracownikami etatowymi. A reszta? Reszta nie ma już za co pojechać do Warszawy na protest. Bo pracowali na umowach śmieciowych i z dnia na dzień zostali bez grosza.
Polski biznesmen to pewnego rodzaju fenomen. Wyda sto złotych na kawę w drogiej knajpie, zostawi pokaźny napiwek obsłudze, ale zrobi wszystko, by urwać każdą złotówkę z podatku. Może to kwestia mody, modna knajpa, imponowania wypchanym portfelem, stos kart kredytowych i wtedy mu nie żal zapłacić za kawę. Nawet nie spojrzy na rachunek. Zastanawiam się jak wyrobić taki nawyk odnośnie podatków.
Tu się nie da wykreować mody. Może gdyby w skarbówkach zatrudnić takich ludzi l, którym chcieliby imponować, lub stworzyć klub, w którym mogliby się chwalić wysokością zapłaconych podatków. To trochę kpina, bo wszyscy zdajemy sobie sprawę, że najczęściej napiwek zależy od urody kelnerki, a w takim klubie chwalących się podatkami, powinny być atrakcyjne kobiety i atrakcyjni mężczyźni, którzy ze zwycięzcą spędzaliby wieczór. I nie tylko. Przerażające do czego trzeba się posunąć, by wyrwać im należne pracownikom i państwu pieniądze.

Demokratyzujmy. Uspołeczniajmy. Uzdrawiajmy

W artykule opublikowanym 16 maja w 26 gazetach w 23 krajach ponad 3000 naukowców z uniwersytetów na całym świecie wzywa do wyciągnięcia lekcji z kryzysu COVID-19 i przemodelowania naszych systemów gospodarczych tak, aby utworzyć bardziej demokratyczne i zrównoważone społeczeństwo.

Powstały w trakcie bezprecedensowego kryzysu zdrowotnego, klimatycznego i politycznego dokument pokazuje drogę wyjścia z kryzysu COVID-19 i kieruje się trzema podstawowymi zasadami: demokratyzacji (firm), dekomodyfikacji (pracy) i naprawy (polityki), aby szanować ograniczenia planety, a życie mogło się na niej rozwijać w zrównoważony sposób.

Manifest opracowało troje profesorów i profesorek: Isabelle Ferreras (FNRS-UCLouvain-Harvard LWP), Julie Battilana (Harvard University) i Dominique Méda (Paris Dauphine-PSL).

Pod listem podpisali się m.in. Thomas Piketty, Eva Illouz, Dani Rodrik, Chantal Mouffe, Jan-Werner Muller. Pełna lista sygnatariuszy dostępna jest na https://democratizingwork.org. Tekst podajemy za: Krytyka Polityczna https://krytykapolityczna.pl/gospodarka/naukowcy-praca-po-covid19-list/
Tekst został podpisany przez tysiące naukowców z całego świata i opublikowany przez media w 23 krajach na 5 kontynentach.

Ludzie pracujący to znacznie więcej niż tylko „zasób” – oto najważniejsza lekcja, którą wynosimy z obecnego kryzysu. Opiekujący się chorymi, dostarczający żywność, leki i inne niezbędne dobra, usuwający odpady, uzupełniający półki i obsługujący kasy sklepów spożywczych – to ludzie, dzięki którym jesteśmy w stanie żyć w trakcie pandemii COVID-19. Są żywym dowodem na to, że praca nie może być traktowana jako zwykły towar.

Ludzkie zdrowie i opieka nad najsłabszymi nie mogą być zarządzane jedynie przez siły rynkowe. Jeśli pozostawimy je wyłącznie rynkowi, ryzykujemy wzrost nierówności do tego stopnia, że życie stracą najmniej uprzywilejowani. Jak uniknąć tej niedopuszczalnej sytuacji?

Demokratyzując przedsiębiorstwa – poprzez włączenie pracowników i pracownic w podejmowanie decyzji dotyczących życia oraz przyszłości w ich miejscach pracy. Uspołeczniając i dekomodyfikując pracę – zbiorowo gwarantując użyteczne zatrudnienie dla wszystkich. W czasach, gdy stoimy w obliczu gigantycznego ryzyka pandemii oraz kryzysu klimatycznego, dokonanie tych strategicznych zmian zagwarantuje wszystkim obywatelom i obywatelkom godność, jednocześnie mobilizując zbiorowy wysiłek potrzebny, by wspólnie zachować życie na naszej planecie.

Dlaczego demokratyzujmy?

Każdego ranka mężczyźni i kobiety wstają, aby dostarczyć usługi tym z nas, którzy mogą sobie pozwolić na pozostawanie w kwarantannie. Część z nich czuwa przez całą noc. Godność ich pracy nie wymaga innegoopisu niż elokwentnie prosty termin „pracownik niezbędny” (essential worker). Termin ten unaocznia kluczowy fakt, iż kapitalizm zawsze starał się uczynić ich niewidzialnymi, określając mianem „zasoby ludzkie”.

Ludzie nie są tylko jednym spośród wielu zasobów. Bez nich jako osób inwestujących swoją pracę nie byłoby produkcji, usług, ani nie byłoby żadnych przedsiębiorstw.

Każdego ranka mężczyźni i kobiety pozostający w kwarantannie wstają w swoich mieszkaniach, aby zdalnie wypełniać misje organizacji, w których
pracują. Część z nich pracuje nocami. Swoją pracą dowodzą, że nie mieli
racji ci, którzy uważali, że pracownikom i pracownicom wykonującym
swoją pracę bez nadzoru nie można ufać oraz że są ludźmi
wymagającymi kontroli i dyscypliny zewnętrznej. Dniami i nocami
wykazują oni, że pracownicy oraz pracownice nie są tylko jednymi z
interesariuszy organizacji: są oni kluczowi dla sukcesu swoich
pracodawców i pracodawczyń. Mimo że stanowią rdzeń i bazę
W obronie lewicowego populizmu przedsiębiorstwa, są jednak zazwyczaj wykluczeni z udziału w zarządzaniu swoimi miejscami pracy – prawo to zmonopolizowane jest przez osoby inwestujące swój kapitał.

Na pytanie, w jaki sposób przedsiębiorstwa oraz społeczeństwo jako całość podczas kryzysu mogą wyrazić uznanie dla wkładu swoich pracowników i pracownic, odpowiedzią jest demokracja.

Z pewnością musimy powstrzymać rosnącą przepaść nierówności dochodowych oraz podnieść ich dolną granicę – jednak to nie wystarczy.
Po obydwu wojnach światowych niezaprzeczalny wkład kobiet w społeczeństwo pozwolił im uzyskać prawa wyborcze. Z tych samych powodów nadszedł czas, aby przyznać podobne prawa pracownikom i pracownicom.

Reprezentacja inwestujących swoją pracę istnieje w Europie od zakończenia II wojny światowej, za pośrednictwem instytucji zwanych radami pracowników. Jednak te organy przedstawicielskie mają niewielki udział w zarządzaniu przedsiębiorstwami i są podporządkowane decyzjom menadżerów i menadżerek zatrudnionych przez akcjonariuszy i akcjonariuszki.

Nie były one w stanie zatrzymać ani nawet spowolnić nieubłaganego przyspieszenia akumulacji kapitału, która służyła jedynie egoistycznym interesom oraz przyczyniała się coraz mocniej do niszczenia środowiska przyrodniczego.

Organom tym należy obecnie przyznać podobne uprawnienia do tych
posiadanych przez rady nadzorcze. Może to być np. osiągnięte przez
zobowiązanie zarządów przedsiębiorstw do uzyskania zgody podwójnej
większości, zarówno w organach reprezentujących pracowników i
pracownice, jak i w tych reprezentujących akcjonariuszy i akcjonariuszki.
W Niemczech, Holandii i Skandynawii różne formy współdecydowania
(Mitbestimmung), wprowadzane stopniowo po II wojnie światowej, były
kluczowym krokiem przyznającym pracownikom i pracownicom prawo
głosu – ale nadal nie są wystarczające, aby stworzyć w przedsiębiorstwach ich rzeczywiste obywatelstwo.

Nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie prawa pracownicze i prawa związkowe zostały znacznie ograniczone, rośnie obecnie poparcie dla przyznania inwestującym swoją pracę prawa do wyboru przedstawicieli i przedstawicielek dysponujących większością w radach nadzorczych. Kwestie takie jak wybór osoby stojącej na czele zarządu, ustalenie głównych strategii przedsiębiorstwa i podział zysków są zbyt ważne, aby pozostawić je jedynie udziałowcom i udziałowczyniom.

Osobista inwestycja swojej pracy, czyli swojego umysłu i ciała, swojego zdrowia – całego swojego życia – powinna pociągać za sobą zbiorowe prawo do zatwierdzania lub wetowania wymienionych wyżej spraw.

Dlaczego uspołeczniajmy?

Obecny kryzys pokazuje również, że pracy nie można traktować jako
towaru, a mechanizmy rynkowe nie mogą być wyłącznie odpowiedzialne
za decyzje o olbrzymim wpływie na nasze społeczności. Od lat
zatrudnienie i zaopatrzenie w produkty medyczne w sektorze opieki
zdrowotnej podporządkowane jest zasadzie zysku; pandemia ujawniła, w
jakim stopniu ta zasada nas oślepiła.

Określone strategiczne i zbiorowe potrzeby należy po prostu uodpornić
na dominującą regułę zysku. Rosnąca na całym świecie liczba zmarłych w
okrutny sposób przypomina nam, że pewne rzeczy nigdy nie mogą być
traktowane jako towar. Ci, którzy nadal twierdzą inaczej, za sprawą swojej
ideologii narażają nas na niebezpieczeństwo. Nie możemy tolerować
zysku jako miary naszego zdrowia oraz życia na naszej planecie.
Uspołecznienie pracy, lub inaczej jej dekomodyfikacja, oznacza ochronę
pewnych sektorów przed prawami tzw. wolnego rynku. To również
zapewnienie wszystkim ludziom dostępu do pracy i godności, jaką ona
przynosi.

Jednym ze sposobów jest stworzenie gwarancji zatrudnienia.

Artykuł 23. Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka mówi nam, że każdy
ma prawo do pracy. Gwarancja zatrudnienia nie tylko zapewniłaby
każdemu obywatelowi i każdej obywatelce dostęp do pracy pozwalającej
godnie żyć, ale także stanowiłaby istotny impuls dla naszej zbiorowej
zdolności do zmierzenia się z wieloma palącymi wyzwaniami społecznymi
oraz środowiskowymi, przed którymi obecnie stoimy. Gwarancja
zatrudnienia pozwoliłaby rządom, działającym za pośrednictwem społeczności lokalnych, zapewnić godną pracę, jednocześnie przyczyniając się do ogromnego wysiłku w walce z kryzysie klimatycznym.

Na całym świecie, gdy bezrobocie gwałtownie rośnie, programy gwarancji
zatrudnienia mogą odegrać kluczową rolę w zapewnieniu stabilności
społecznej, gospodarczej i środowiskowej naszych demokratycznych
społeczeństw. Unia Europejska musi uwzględnić taki projekt w ramach
Zielonego Ładu. Rewizja misji Europejskiego Banku Centralnego, aby mógł finansować takiego rodzaju program, który jest konieczny dla naszego przetrwania, dałaby EBC prawomocne miejsce w życiu wszystkich obywateli i obywatelek Unii Europejskiej. Takie antycykliczne rozwiązanie wobec nadchodzącej eksplozji bezrobocia będzie kluczowe dla przyszłego dobrobytu UE.

Uzdrowienie polityki i środowiska

Nie możemy reagować dziś z taką samą niewinnością jak w 2008 roku,
kiedy odpowiedzieliśmy na kryzys gospodarczy bezwarunkową pomocą
dla wielkich instytucji finansowych, która zwiększyła dług publiczny, nie
oczekując niczego w zamian.

Jeśli nasze rządy w czasie obecnego kryzysu zdecydują się interweniować w celu ratowania przedsiębiorstw, to muszą one również zdecydować się na spełnienie podstawowych warunków demokratyzacji.

W imieniu demokratycznych społeczeństw, którym służą i które je powołały, w imię odpowiedzialności za zapewnienie naszej planecie
przetrwania, nasze rządy muszą uzależnić swoją pomoc dla przedsiębiorstw od konkretnych zmian w ich zachowaniu.

Poza wymogiem przestrzegania rygorystycznych norm środowiskowych
przedsiębiorstwa muszą zostać zobowiązane do spełnienia pewnych
warunków demokratycznego zarządzania. Udane przejście od niszczenia środowiska do jego uzdrowienia i regeneracji będzie możliwe za sprawą demokratycznie zarządzanych przedsiębiorstw, w których strategiczne decyzje podejmowane będą za sprawą równoważnych głosów inwestujących swoją pracę oraz inwestujących swój kapitał. Mieliśmy wystarczająco dużo czasu, aby zobaczyć, co się stanie, gdy praca, planeta i zyski kapitałowe zostaną umieszczone na jednej szali w panującym teraz systemie: praca i planeta zawsze na tym przegrywają.

Dzięki badaniom prowadzonym na Wydziale Inżynierii Uniwersytetu  Cambridge wiemy, że możliwe do osiągnięcia zmiany w projektowaniu
[systemów pasywnych służących do generowania energii] mogą zmniejszyć globalne zużycie energii o 73 procent. Ale zmiany te są pracochłonne i wymagają podjęcia decyzji, które często są w krótkim okresie kosztowniejsze niż ich zaniechanie. Tak długo, jak przedsiębiorstwa kierują się zasadą maksymalizacji zysków inwestujących swój kapitał, a świat jest pełen taniej energii, po co wprowadzać te zmiany?

Mimo wyzwań związanych z transformacją środowiskową, niektóre
zorientowane prospołecznie i zarządzane spółdzielczo przedsiębiorstwa,
realizując hybrydowe cele łączące względy finansowe, społeczne i
środowiskowe oraz rozwijając demokratyczne mechanizmy zarządzania,
już teraz pokazały, że potencjał osiągnięcia pozytywnych efektów jest wysoki.

Nie możemy już dłużej oszukiwać samych siebie: większość inwestujących swój kapitał, gdy pozostawimy ich samym sobie, nie będzie dbać o godność inwestujących swoją pracę. Nie będą prowadzić  również działań przeciw katastrofie klimatycznej.

Dlatego potrzebny jest inny sposób. Zdemokratyzujmy przedsiębiorstwa,
zdekomodyfikujmy pracę i przestańmy traktować ludzi jak zasób. Wspólnie skoncentrujmy się na zachowaniu życia na naszej planecie.
**
Tłum. z j. angielskiego Mikołaj Pawlak, Adam Mrozowicki, Olga Nowaczyk

Lewica: samorządy potrzebują koła ratunkowego

Samorządy mogą wskutek pandemii stracić nawet 20 mld złotych: z jednej strony ponosiły większe wydatki związane z pomocą społeczną i spełnianiem zaostrzonych norm sanitarnych, z drugiej – osiągnęły niższe wpływy z podatków.

Nowy projekt ustawy złożony w Sejmie przez klub Lewicy przedstawia możliwość zrekompensowania tych strat. W przekonaniu socjaldemokratycznych posłów kryzys nie powinien być przyczyną załamania się usług publicznych, należy też ratować przed ostrym hamowaniem zaplanowane w samorządach inwestycje, które miały służyć wszystkim mieszkańcom. Kluczowy zapis projektu przewiduje subwencję rekompensującą dla samorządów. Miałaby ona objąć dochody utracone w wyniku zagrożenia ekonomicznego w następstwie wystąpienia COVID-19 oraz stosowania ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. Autorzy projektu sugerują, by wyniosła połowę utraconego dochodu z udziałów we wpływach z podatku dochodowego od osób fizycznych oraz z podatku dochodowego od osób prawnych.

Serce Polski

Przypominają także, że podczas kryzysu samorządy ponosiły koszty związane z obsługą pomocy dla lokalnych przedsiębiorców, adaptacją szkół i przedszkoli do pracy przy zaostrzonych normach bezpieczeństwa, a wreszcie czekają je wydatki związane z organizacją wyborów prezydenckich.

Kandydat Lewicy na prezydenta Robert Biedroń nazwał samorządy „bijącym sercem Polski” i przypomniał, jak wiele zadań związanych z codziennym funkcjonowaniem obywateli wykonują właśnie one.
– To one finansują szpitale, kierują szkołami, zarządzają opieką społeczną i innymi sieciami wsparcia. Dbają o to, żeby jeździły autobusy, a z naszych kranów leciała ciepła woda. Kiedy przychodzi do ratowania mieszkańców miast i miasteczek w czasie pandemii koronawirusa rząd zostawił je same. Nie ma w Polsce gminy ani miasta, które nie ucierpiałyby w wyniku pandemii – podkreślił.

– Wpływy Łodzi z podatków w kwietniu były niższe niż rok wcześniej o niemal połowę. Samorządy nie czekały na wsparcie rządu, kiedy kupowały środki ochrony, wspierały przedsiębiorców. Teraz to bardzo odczuwają – pokazała te straty na konkretnym przykładzie wiceprezydent Łodzi Małgorzata Moskwa-Wodnicka. Ubytki w przychodach nie ominą nawet najsilniejszych finansowo metropolii. Związek Miast Polskich szacuje straty na 20 mld złotych, Robert Biedroń wskazywał, że budżety walczących z kryzysem samorządów są nawet o 40 proc. uboższe.

Dość jazdy na gapę!

Ratunkiem dla samorządów ma być nie tylko ogólna rekompensata, ale też dotacje celowe. Po to, by w lokalnych budżetach na pewno nie zabrakło na edukację czy opiekę zdrowotną (nie tylko na walkę z epidemią).
– Panie Premierze, dość jazdy na gapę, kosztem samorządów i ich mieszkańców. Samorządowcy ze wszystkich zakątków Polski wystawiają PiS-owi rachunek za wykonaną za was pracę. Niech pan pokaże, że jesteście uczciwi i zapłaćcie! – apelował do Mateusza Morawieckiego poseł Marcin Kulasek.

Posłowie Lewicy podkreślali, że rząd przypisuje sobie wszystkie zasługi w walce z epidemią, a nawet je rozdmuchuje. Tymczasem zgodnie z „ustawą koronawirusową” z 2 marca premier ma prawo zlecać samorządom określone zadania związane ze zwalczaniem rozprzestrzeniania się choroby. I słusznie, tyle tylko, że na wykonanie tych czynności potrzebne są pieniądze, a te wcale nie płyną szerokim strumieniem. Równocześnie samorządowcy są zaskakiwani podejmowanymi na szczeblu centralnym decyzjami, które dotyczą bezpośrednio prowadzonych przez nie instytucji. Ostatnio np. zobowiązano ich do otwierania żłobków i przedszkoli, bez szczegółowych instrukcji, bez testów dla ich personelu.

Swoich samorządowców mają w Polsce wszystkie liczące się partie polityczne. Dlatego Lewica ma nadzieję, że akurat ten projekt zyska wsparcie ponad podziałami i sprawnie trafi pod obrady Sejmu.

Podwójne szczęście Stocha

Nasza kadra skoczków narciarskich rozpoczęła zgrupowanie w Szczyrku. W poniedziałek na treningu na skoczni Skalite pojawiło się 12 zawodników, a wśród nich trzykrotny złoty medalista olimpijski Kamil Stoch. Dla niego to był podwójnie ważny dzień, bo tego dnia obchodził swoje 33. urodziny.

Po zakończonym przedwcześnie z powodu wybuchu pandemii poprzednim sezonie zimowym, nasi skoczkowie po powrocie z Norwegii musieli przejść kwarantannę, w trakcie której przebywali odizolowani w swoich domach, a potem także indywidualnie zaczynali przygotowania do nowego sezonu. Dopiero gdy ministerstwo sportu wydało zgodę na otwarcie Centralnych Ośrodków Sportu, a następnie zezwoliło na wznowienie treningów przez sportowców wielu dyscyplin, m.in. lekkoatletyki, wioślarstwa czy właśnie skoków narciarskich, połączone w jedną dawne kadry A i B mogły wrócić na skocznię i oddać pierwsze tej wiosny skoki.
W poniedziałek wyznaczeni przez trenera Michala Doleżala zawodnicy zjechali do Szczyrku na zgrupowanie. Na skoczni Skalite do poniedziałkowych treningów przystąpili Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Maciej Kot, Stefan Hula, Jakub Wolny, Aleksander Zniszczoł, Klemens Murańka, Andrzej Stękała, Paweł Wąsek, Tomasz Pilch i Kacper Juroszek.
Zajęcia prowadzone są przy zachowaniu szczególnych środków ostrożności. Skoczkowie nie mają między innymi możliwości korzystania z szatni, więc w tym celu muszą wykorzystywać przydzielone im pokoje hotelowe. Na czas zgrupowania zostali skoszarowani w jednym hotelu, do którego nikt spoza ekipy nie ma dostępu. Zawodnicy mieszkają w jednoosobowych pokojach.
Poniedziałek był szczególnym dniem dla lidera naszej kadry Kamila Stocha, który urodził się 25 maja 1987 rok, zatem obchodził 33. urodziny. Z tej okazji otrzymał mnóstwo gratulacji i prezentów, w tym od redakcji TVP Sport, która przygotowała film z jego dziesięcioma najważniejszymi skokami w karierze.
Pierwsze zwycięstwo w konkursie Pucharu Świata Stoch odniósł 23 stycznia 2011 roku na Wielkiej Krokwi w Zakopanem. Od tamtej pory stawał na podium zawodów PŚ 71 razy, w tym 36 razy na najwyższym. Wygrywał na skoczniach normalnych, dużych, ale również na mamucich. Dwukrotnie zdobył Kryształową Kulę (w sezonach 2012/2014 i 2017/2018), dwukrotnie wygrał też prestiżowy Turniej Czterech Skoczni – w 2016/2017 oraz rok później, kiedy to jako drugi skoczek w historii, po Svenie Hannawaldzie, zwyciężył we wszystkich czterech konkursach. Ale rzecz jasna jego największym osiągnięciem są złote medale olimpijskie – W 2014 roku na zimowych igrzyskach w Soczi wywalczył dwa krążki na normalnej i dużej skoczni, natomiast cztery lata później w Pjongczngu dorzucił trzecie złoto na dużej skoczni oraz brązowy medal w konkursie drużynowym na tym samym obiekcie. Ma też na koncie tytuły mistrza świata – wywalczony indywidualnie w 2013 roku w Val di Fiemme oraz drużynowy z ekipą biało-czerwonych w 2017 roku w Lahti.
Mimo tej imponującej listy sukcesów, która czyni go najbardziej utytułowanym zawodnikiem w historii polskich skoków, Stoch wciąż ujmuje swoich fanów skromnością. „Wiele z moich marzeń udało mi się już zrealizować, ale chociaż w pewnym sencie jako sportowiec mogę czuć sie już spełniony, to czuję w sobie jeszcze duże pokłady niewykorzystanej energii i niewykorzystanego potencjału. Mam nadzieję, że w przyszłości będę w stanie je wykorzystać także poza sportem” – zapowiedział w jednym z wywiadów.
Po poniedziałkowych treningach Stoch podziękował za wszystkie życzenia na jednym z portali społecznościowych. „Można powiedzieć, że dziś skakałem z radości. Wszystkim Wam życzę, żebyście mogli wrócić do swoich zajęć. Dziękuję za życzenia urodzinowe, szczęściarz ze mnie” – napisał Stoch.
Nasi skoczkowie w poniedziałek dowiedzieli się też, że Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS) podjęła decyzję, iż odwołane w marcu z powodu wybuchu epidemii koronawirusa mistrzostwa świata w lotach narciarskich odbędą się w dniach 11-13 grudnia tego roku. Nie zmieniono miejsca zawodów i zgodnie z pierwotnym terminem odbędą się na mamucie skoczni w Planicy. Dla kibiców natomiast podano równie ważną dla nich wiadomość, że bilety wykupione na marcową imprezę w Planicy nie stracą ważności i nie trzeba będzie ich wymieniać. Wypada mieć tylko nadzieję, że do grudnia pandemia koronawirusa zostanie opanowana.

Nawet Formuła 1 nie jest pewna przyszłości

Z powodu pandemii od wielu tygodni niemal na całym świecie nie odbywają się imprezy masowe. I wszystko wskazuje, że ta sytuacja może potrwać jeszcze bardzo długo, więc nie dziwi, że uzależniony od widzów świat sportu obawia się o przyszłość. Nawet Formuła 1, należąca do amerykańskiego konsorcjum Liberty Media, boi się, że nawet po zniesieniu ograniczeń wyścigi na żywo będzie oglądało znacznie mniej kibiców.

Do Liberty Media należy nie tylko ponosząca straty z powodu odwoływania kolejnych wyścigów Formuła 1, lecz także zajmująca się organizacją koncertów na całym świecie firma Live Nation. „Nasza przyszłość to teraz wielka niewiadoma” – przyznał szczerze szef Liberty Media Greg Maffei w przemowie wygłoszonej podczas wideokonferencji z udziałowcami firmy. Amerykański menedżer przekonywał, że w końcu pandemia na tyle zostanie opanowana, że krajowe rządy zaczną zezwalać na organizowanie imprez masowych. Nie był jednak w stanie zagwarantować, że będą tak samo opłacalne pod względem finansowym jak były przed wybuchem epidemii.
Niedawno Formuła 1 została oddzielona od Live Nation i zaczęła funkcjonować osobno, co pozwoliło Liberty Media odblokować finansową rezerwę w wysokości 1,4 mld dolarów. Te pieniądze firma planuje przeznaczyć, rzecz jasna tylko w ostateczności, na ratowanie zagrożonych bankructwem i likwidacją zespołów F1.
Królowa sportów motorowych znajduje się jeszcze w niezłej sytuacji finansowej, bo ratują ją intratne kontrakty telewizyjne i sponsorskie. Dlatego będzie mogła przetrwać trudny okres, gdy wyścigi będą odbywały się bez udziału publiczności. „Na pewno dojdzie do spadku wyceny pewnych wartości, ale jeśli ten spadek będzie nadmierny, stworzy to nową szansę dla tych, dla których znacząca część przychodów nie zależy od frekwencji, bo funkcjonują już mocno z zdigitalizowanym świecie” – przekonuje John Malone, założyciel Liberty Media.
I dodaje: „Ludzie przecież nagle nie zrezygnują z udziału w organizowanych na żywo imprezach masowych. Szczepionka wcześniej czy później się pojawi, a tym samym wrócimy do dawnych nawyków. Poza tym ludzie z natury są towarzyscy. Wystarczy popatrzeć na bary na Florydzie. Już są otwarte i pełne ludzi”.
Może i jest w tym wiele racji, nikt jednak dzisiaj nie jest zdolny przewidzieć skutków pandemii także w stadnych zachowaniach ludzi. Udział w imprezie masowej wymaga jednak wiele wysiłku i wyrzeczeń. Popadając w rutynę bywania na nich, nie zwracamy uwagę niewygody, na ścisk, brak miejsc do parkowania, arogancję ochroniarzy, paskudne jedzenie dostarczane przez katering. Czy pozostaniemy tak samo wyrozumiali, gdy po miesiącach kwarantanny przyzwyczaimy się do konsumowania sportowych imprez w znacznie wygodniejszych warunkach domowego zacisza?

Dezubekizacji ciąg dalszy

Każdy obiektywny obserwator polskiego życia publicznego doskonale widzi jak w naszym kraju, dotkniętym od kilku miesięcy korono wirusem, coraz szybciej narasta potężny kryzys gospodarczy i społeczny. Tysiące firm stoi na skraju bankructwa, milionom ludzi zagraża bezrobocie, całe warstwy i regiony pogrążają się w biedzie, a ceny, inflacja oraz frustracja społeczeństwa dopiero nabierają rozpędu.

Zagrożona PiS-owska ekipa z właściwym sobie cynizmem i obłudą nieustannie rozgłasza w TVP jak to ona samotnie, bohatersko i z poświęceniem walczy z zarazą, zaś opozycja jedynie sypie jej piasek w szprychy. Krzykliwa propaganda i fałszywa troska o zdrowie społeczeństwa (jej symbolem mogą być malowane cieniami oczy ministra Szumowskiego – dowód jego rzekomego przepracowania), mają zatrzeć niewygodną prawdę, że epidemia jest tylko jedną z przyczyn nadciągającej zapaści. Drugim, jeszcze ważniejszym jej źródłem jest prowadzona od prawie 5 lat skrajnie populistyczna i całkowicie woluntarystyczna polityka rządu Zjednoczonej (wokół koryta) Prawicy, marnotrawiącej dla przyziemnych korzyści politycznych wszelkie oszczędności,zapasy i rezerwy państwa – kryzys wybuchłby i tak, zaś korono wirus jedynie go przyspieszył i zintensyfikował.

Nadzwyczajna skala zbliżającego się załamania sprawia, że ogromna krzywda jaką 3,5 roku temu, przy pomocy ustawy „dezubekizacyjnej”, PiS wyrządziło kilkudziesięciu tysiącom niewinnych Polaków, przestaje robić wrażenie. Można nawet ocenić, że poza samym środowiskiem represjonowanych, świadomych do jak wielu nieszczęść i tragedii doprowadzili rządzący, mało kto już o nich pamięta. Opinia społeczna wie, że gdzieś tam toczą się jakieś sprawy sądowe, problemem zajmują się prawnicy, trybunały, więc temat nie jest wart większego zainteresowania.

Wrażenie takie nie jest słuszne, bowiem problem ma mało wspólnego z sądami, sprawiedliwością i prawem, zaś bardzo dużo z czystą polityką (w tym wypadku z brudną). To właśnie polityka powoduje, że desperacko walcząca o zachowanie władzy PiS-owska ekipa tematu represjonowanych z pewnością nie spuści z oka. Dowodem jest postępowanie „osobistego odkrycia towarzyskiego” prezesa Kaczyńskiego, czyli przewodniczącej Trybunału Konstytucyjnego, mgr Julii Przyłębskiej.

Pani Przyłębska przez ponad dwa lata(!) nie raczyła nawet w przybliżeniu podać kiedy TK rozpozna konstytucyjność ustawy (przez bardzo wielu wybitnych prawników ocenionej jako szokujący bubel legislacyjny), ale wreszcie, stojąc wobec zagrożenia, że skargi na rażącą przewlekłość mogą dotrzeć do TSUE, raczyła wyznaczyć termin rozprawy na 17 marca br. W krótkim czasie odwoła go i wskazała jako nową datę 21 kwiecień, następnie zmieniła ją na 19 maj, zaś aktualnie obowiązującym terminem jest 2 czerwiec.

Dla wszystkich realnie myślących osób decyzja jaką podejmie opanowany przez PiS Trybunał jest od dawna oczywista – wydany wyrok stwierdzi, że ustawa represyjna jest całkowicie i bezwzględnie zgodna z Konstytucją. Można być pewnym, że dla pani Przyłębskiej, pani Pawłowicz, pana Piotrowicza i pozostałych dublerów takie bzdurne reguły prawne jak: nie stosowanie odpowiedzialności zbiorowej, nie karanie osób bez wyroku, nie działanie prawa wstecz, zakaz powtórnego karanie już raz ukaranych, kwestia zaufania do państwa, oraz szereg dalszych cywilizowanych zasad, nie będą miały jakiejkolwiek znaczenia wobec sztandarowego stwierdzenia: „służyli totalitarnemu państwu”. Nasze środowisko nie ma w tej kwestii złudzeń, ale oczekuje wyroku bowiem otworzy on wreszcie drogę do trybunałów europejskich, gdzie szansę na sprawiedliwość i uczciwość są znacząco większe, chociaż też nie przesadnie.

Trzeba tu zauważyć, że kolejne odwoływanie rozpraw nie zostało spowodowane epidemią, (odbywały się w tym czasie inne posiedzenia), natomiast jego przyczyną jest wyłącznie kalendarz wyborów prezydenckich. Otóż prezes Kaczyński bardzo nie chce, aby wyrok powyższy został ogłoszony przed rozstrzygnięciem wyborów, bowiem mógłby znacząco osłabić wcale niewygórowane szanse prezydenta Dudy.

Sprawa jest prosta: bardzo wielu ludzi w Polsce doskonale pamięta, iż ugrupowanie PiS już kilkukrotnie przymierzało się do objęcia analogicznymi represjami dalszych środowisk funkcjonujących w PRL, w tym żołnierzy LWP, funkcjonariuszy MO, działaczy organizacji politycznych, także prokuratorów, sędziów, dziennikarzy, a prawdopodobnie i innych grup zawodowych, uczciwie pracujących w tamtej Polsce. PiS ma wielką ochotę na dalszą dezubekizację, więc zaplanowane orzeczenie TK jest mu niezbędne, aby czynić swe podłości rzekomo zgodnie z prawem.

Problemem prezesa jest to, że wyrok potwierdzający, iż nawet za jeden dzień „służenia totalitarnemu państwu” można zostać pozbawionym emerytury i renty i otrzymać jedynie głodowy zasiłek socjalny, mógłby dzisiaj skłonić wielu Polaków zaczynających kariery zawodowe w PRL do chwili refleksji. Mogliby zacząć zastanawiać się, że swą solidną pracą także wzmacniali Polski Ludowej, czyli jej służyli, więc teraz PiS z pewnością im tego nie daruje. Na przykład górnicy, którzy w ogromnym trudzie przez całe dziesięciolecia podtrzymywali chwiejną socjalistyczną gospodarkę, a w dodatku są formacją mundurową. Albo nauczyciele, którzy latami kształcili miliony młodych Polaków zgodnie z programami nauczania opracowanymi ówczesne władze.

Gwoli sprawiedliwości warto dodać, że rzeczywiście zdarzali się w tamtych czasach nauczyciele wyjątkowo gorliwi, wkładający dużo wysiłku w utrwalenie młodzieży wartości obowiązujących w Polsce Ludowej. Na przykład wiele osób studiujących w latach 70 tych w Białymstoku, na Fili Uniwersytetu Warszawskiego, doskonale pamięta młodego doktora prawa konstytucyjnego, który przyjeżdżał na zajęcia z Warszawy. Otóż ten młody wykładowca, oprócz wpajania im, że konstytucja jest aktem absolutnie niepodważalnym, wymagał także opanowania na pamięć dokładnie całej konstytucji PRL i jakiekolwiek potknięcia w tej mierze skutkowały bezwzględnym oblaniem egzaminu – nie zaliczało go w pierwszym terminie z reguły 2/3 zdających. Nikt się temu specjalnie nie dziwił, bowiem młody naukowiec także w swej pracy doktorskiej powoływał się na dzieła Lenina. Podobnych osób było więcej, ale by uspokoić pedagogów z PRL-owskim rodowodem można dodać, że ten młody doktor nazywał się Jarosław Kaczyński, więc represje nauczycielom raczej nie grożą.

Jednak pozostali ludzie, którzy z premedytacją uczciwie pracowali w Polsce przed 1990 rokiem, nie mogą spać spokojnie. Jeżeli wygra prezydent Duda i działacze PiS uzyskają dzięki temu gwarancję bezkarności na kolejne lata (Duda może ich ułaskawiać nawet nie czekając na wyroki sądów), to temat jak najszerszej dekomunizacji – sztandarowe hasło PiS – z pewnością wróci z niezwykłą siłą. Wielu więc Polaków może pewnego ranka z zaskoczeniem dowiedzieć się, że o trzeciej w nocy PiS-owska większość w sejmie uchwaliła, a prezydent Duda już podpisał, iż oni także służyli „totalitarnemu państwu”, więc sprawiedliwość społeczna wymaga, by od teraz żyli w nędzy już do końca swoich dni. Narastający kryzys, w tym zapaść finansowa w jakiej pogrąża się Polska, czynią ten scenariusz coraz bardziej prawdopodobnym.

Jeżeli ktoś nadal ma wątpliwości jacy ludzie rządzą dzisiaj Polską, niech zastanowi się nad jeszcze kilkoma faktami. Otóż zagorzali pisowscy antykomuniści miesiąc temu z niezwykłym samozachwytem przechwalali się przed całym narodem, że pierwszy komunista świata, prezydent Chin, łaskawie zgodził się na rozmowę telefoniczną z A. Dudą. Następnie urządzili propagandową hecę, z udziałem samego premiera Morawieckiego, aby przywitać samolot ze środkami medycznymi, które Chińczycy sprzedali Polsce. Jak widać dla celów propagandowych nawet chiński komunista może okazać się wspaniałym człowiekiem. Za to z pewnością nie usłyszycie z ust premiera, że desperacką walkę z korona wirusem polscy lekarze prowadzą w szpitalach i przychodniach, które w 97 % były wybudowane w czasach PRL. Nie dowiecie się także, że znacząco niższa śmiertelność epidemii w Polsce, w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, nie jest wcale zasługą genialnych PiS-owskich władz, lecz tego, że w czasach Polski Ludowej wprowadzono obowiązkowe szczepienia przeciwgruźlicze całego społeczeństwa. Dzięki temu nasza odporność na choroby płuc jest znacząco wyższa niż krajach Zachodu, a zjawisko to występuje także w pozostałych byłych krajach socjalistycznych Wschodniej Europy. Wiedzą już o tym naukowcy w wielu instytutach medycznych, ale można być pewnym, że TVP za żadną cenę nie poinformuje Polaków, że tysiące z nich zawdzięcza dzisiaj swe życie tylko polityce zdrowotnej Polski Ludowej.

Bez żadnego planu

Niezależnie od tego, czy wierzycie w model szwedzki, czy nowozelandzki lub dowolny inny… To chyba wszyscy możecie już przyznać, że coś takiego jak polski model wychodzenia z pandemii po prostu nie istnieje!

U nas nie ma żadnego planu, żadnej naukowej prognozy, żadnych aktualizowanych ekspertyz. My po prostu mamy ministra zdrowia, który twierdzi, że wzrosty to spłaszczanie i znosimy obostrzenia, kiedy ilość zachorowań rośnie. Nie ma żadnej strategii, to wielki popis antyoświeceniowej, irracjonalnej wolnej amerykanki… Tyle, że Donald Trump przynajmniej wprost lekceważy zagrożenie, a polski rząd udaje odpowiedzialność. Z pięknymi słowami na ustach zapewnia, że wszystko jest w porządku i jednocześnie otwiera przedszkola w czasie wzrostu liczby zachorowań… Nie jest w stanie przeprowadzić testów wśród nauczycieli, czy nawet pracowników ochrony zdrowia.

To nie jest już nawet kwestia tej lub innej drogi. To kwestia tego, że PiS nie potrafi zarządzić żadnego spójnego planu i trzymać się go dłużej niż tydzień, a zamiast podejścia naukowego króluje podejście „ja i moi kumple jakoś sobie z tym poradzimy”. No chyba nie. Równocześnie triumfują neoliberalizm i libertarianizm – w tym, jak PiS stosuje obecnie korwinowską zasadę minimalizacji państwa w odniesieniu do problemu koronawirusa.
Nie państwo, nie wspólna narodowa strategia i szeroki plan oparty na naukowych prognozach i ekspertyzach. Nie wspólnota i solidarny wysiłek by pokonać pandemię… Zamiast tego ogłoszono, że o środkach nadzwyczajnych będą decydować samorządy.

Bardzo to ładne, pozornie megademokratyczne i oddolne… Ale co to oznacza w praktyce? Ano w praktyce oznacza to tyle, że biedniejsze samorządy będą musiały się otworzyć wcześniej. Biedniejsze samorządy nie będą testowały swoich nauczycieli. Biedniejsze uczelnie będą musiały szybko się otworzyć, biedniejsi po prostu zachorują itd. Totalny kapitalistyczny („samorządowy”) darwinizm z nieobecnym państwem, które umywa rączki i rządem który udaje, że za nic nie odpowiada. Waszego miasta nie stać na testy? Cóż, minister powie, że najwyraźniej nie było potrzeby ich przeprowadzić.

Walka misia z frustratem

Pamiętam, jak parę lat temu głównym niusem w mediach rządowych i publicznych była pijana samica borsuka na plaży w Rewalu. Myślałem wówczas, że widziałem już wszystko. Jakże się myliłem.

W sumie, to sporo bym dał, żeby słuchać teraz nadal takich niusów. Sporo bym też dał, żeby zobaczyć, jak ulice polskich miast na powrót się zapełniają. Knajpy rozpijają i rozpasają obywatela, a ten się bawi i złotem płaci. Ale niestety. Trwa wciąż w najlepsze zabawa w ciuciubabkę z covidem i obywatelami.

Lud polski dzieli się co najmniej na trzy kategorie: bardzo bojących i sceptycznych, średnio bojących i otwartych i olewających system otwarcie. Ja, z racji swoich anarchicznych przekonań, zaliczam się do trzeciej kategorii. Z natury, władzy każdej nieufny, opieram swoje postępowanie na zdrowym rozsądku, a nie na tym, co mi przekaże minister i ile osób dziś umarło. Minister ten i ów mówi, że Śląsk strasznie chory, bo górnicy z przodka zarazili tych z wierchu. A co by było, mili Państwo, gdyby ktoś wysupłał parę groszy w ramach eksperymentu socjologicznego, i badał przez tydzień populację klientów sklepu na B. albo L. w Warszawie przy ulicy Rydygiera? Zapewne dokonałby niemiłego odkrycia, że spory procent z nich jest zakażonych covidem i nawet o tym nie wie. Mało tego, 80 procent nie ma objawów. Podobnie by było, na mniejszą skalę, w mniejszych miastach i miasteczkach. Sam pan minister w końcu rzekł, że nie ma co się łudzić, że od września wszystko wróci do normy. Będzie bowiem jeszcze gorzej, bo jak przyjdzie sezon grypowy i covid wymiesza się z normalną grypą, kompletnie już nie będzie wiadomo, kto swój a kto wróg, a na grypę jest przecież szczepionka. Czekanie zmiłowania w przypadku walki z zarazą jest więc tyleż bezsensowne co po prostu głupie; wirus nie minie, tak jak nie minie ludzka głupota. Ta z kolei ostatnio pokazała pazur.

Dosłownie. Zadzwonił do mnie kolega z zespołu na D., który w zeszłym tygodniu był akuratnie z rodziną w warszawskim ZOO i powiedział, że kiedy wychodził, policja zawijała do suki kolesia, który wtargnął na wybieg niedźwiedzi, a jednego z misiów chciał podobno utopić w fosie z wodą. Po krótkim czasie zobaczyłem zajście w komputerze, gdy filmik zaczął podbijać internety. Rzecz jest tyleż śmieszna, co przerażająca. Początkowo myślałem, że typ jest po prostu naćpany jak bąk, a cała akcja, to dla niego żywa gra komputerowa, w której walczy z niedźwiedziem i przechodzi do następnego lewelu. Kiedy obejrzałem filmik drugi i trzeci raz, zauważyłem, że koleś jest ciut za bardzo opanowany jak na miejsce i czas w którym się znalazł. Wie, jak zwierzę dzikie zajść, uderzyć, ujarzmić. Trochę za dużo w tym jego działaniu profesjonalizmu. Albo więc, dumałem, wie, jak postępować w takich sytuacjach, bo był do tego szkolony, albo ma po prostu atawistyczny gen szczęścia, że nawet po pijaku (a miał ponoć 1,5 promila), potrafi sobie poradzić w ekstremalnej sytuacji, a ta bez wątpienia do takich się zaliczała. Nie wiem która z opcji była tą prawdziwą. Ważne, że człowiek prawie utopił niedźwiedzia na oczach gapiów, a nie został przezeń zjedzony. Przez zwierzę zjedzony, a nie przez wygłodniałą tłuszczę, ma się rozumieć.

Gdyby zaprząc w dyby wyobraźnię i zażyć odpowiednią ilość mocnych narkotyków, pojedynek Andrzeja Dudy i Jacka Kurskiego mógłby właśnie tak wyglądać. Andrzej Duda to miś z ZOO, a Kurski to ten, który wlazł do klatki. Szklanej. Pozornie to niedźwiedź ma przewagę nad człowiekiem. Wszystko odbywa się na oczach widzów, którzy chcą dostać prawdziwe szoł i Jacek Kurski to wie. Funduje im cyrkowe arcydzieło najwyższych lotów, jakie tylko można zafundować za publiczne pieniądze. Kiedy niedźwiedź rzuca się na wariata w szklanej klatce, ten robi szybki zwiszenruf i umyka spod kłów. Teraz to niedźwiedź jest wyżej i tryumfuje, a człowieczek tapla się w bajorze. Ale tylko pozornie walka jest zakończona. W prawdziwej historii miś chciał zeżreć swoją ofiarę i poszedł za nim w wodę, co go ostatecznie zgubiło, bo przegrał. W historii z misiem Andrzejem i frustratem Kurskim, miś po ofiarę się nie schylił. Uznał, że skoro przepędził łotra z klatki, niedaleko, ale zawsze, może spokojnie czekać na wybiegu, nie robić nic, a tłum nadal będzie go podziwiał i podrzucał mu co lepsze kęski, a on, miś, robił będzie to, co misie lubią najbardziej, tzn. leżał i pokazywał sztuczki. No i w najmniej oczekiwanym momencie ta bierność się na nim zemściła. Człek przeczekał w ukryciu jakiś czas, a później wspiął się po kiju, który podał mu treser, i zaszedł misia od tyłu. Jak napalony włamywacz. Na nic pomogły jęki i żale. Misiowi pozostała jedynie nadzieja, że treser jednak wejdzie do gry i wyda komendę: spocznij albo waruj, albo odpuść, albo jakoś tak. I sprawy wrócą na dawne tory. Miś będzie misiem, frustrat-frustratem, a tłum dalej będzie robił zdjęcia i rzucał pieniążki do fosy, żeby kiedyś, w lepszych czasach, móc wrócić w to samo miejsce i spojrzeć misiowi w oczy jeszcze raz.

Najpierw testy, potem na tory

Sport żużlowy w Polsce też powoli wraca do życia. PGE Ekstraliga planuje rozpocząć zmagania 12 czerwca. W miniony piątek zawodnicy i osoby wyznaczone w klubach do obsługi meczów zakończyły kwarantannę, a w poniedziałek przejdą testy na obecność koronawirusa. Podda im się około 500 osób, a 200 tysięcy złoty za testy zapłaci PGE Ekstraliga.

Władze PGE Ekstraligi zdecydowała się na przeprowadzenie testów genetycznych. To oznacza, że od wszystkich pięciuset wyznaczonych do badania osób zostaną pobrane wymazy z nosa i gardła. Takie rozwiązanie daje większą gwarancję, że podczas meczów w parkach maszyn nie znajdą się zakażeni wirusem Covid-19. Zrezygnowano z badań przesiewowych, bo ich skuteczność jest zdecydowanie niższa, a czasu na powtórki nie jest zbyt wiele. Zawodnicy wręcz sie rwą do wyjazdów na tor i normalnych treningów. A jak wiadomo, tylko negatywny wynik testów na koronawirusa oznacza, że będą mogli skupić się na przygotowaniach do ligowego startu. Wynik pozytywny to kłopot, bo oznacza powtórną kwarantannę i konieczność przejścia po jej zakończeniu dwóch kolejnych testów, które oczywiście muszą być negatywne. Jeśli któremuś z zawodników coś takiego się przytrafi, wejdzie w już i tak przesunięty przez pandemię o dwa miesiące sezon z opóźnieniem, co oznacza kolejne straty finansowe. Wiadomo, kto nie jeździ w lidze i nie zdobywa punktów, ten nie zarabia.
Ale co zrobią kluby, jeśli okaże się, że niektórzy zawodnicy zostali zakażeni i nie będą mogli przez to wystartować w pierwszych ligowych meczach? PGE Ekstraliga nie będzie czekać na spóźnialskich. Po to opracowano modyfikacje w regulaminie, które pozwalają na błyskawiczną reakcje w takich sytuacjach. Każdy klub będzie mógł uzupełnić braki kadrowe zatrudniając na krótkoterminowe kontrakty żużlowców z niższej ligi (1. lub 2. ligi żużlowej). Poza tym w najbliższym czasie należy spodziewać się nowych przepisów dotyczących zastępstwa zawodnika. Najprawdopodobniej zostanie ono rozszerzone na większą liczbę zawodników.
Wszystkie zmiany regulaminowe mają ograniczyć do minimum ryzyko, że pojedyncze zakażenia rozłożą na łopatki całe rozgrywki. Wszyscy chcieli prostej zasady – chorych izolujemy i czekamy, aż wrócą do zdrowia, ale w ich miejsce wstawiamy rezerwowych lub żużlowcy z niższych lig i ścigamy się zgodnie z terminarzem rozgrywek, bez przekładania spotkań.
Wielkie testowanie, które odbędzie się w najbliższy poniedziałek, nie daje gwarancji, że w dniu rozpoczęcia rozgrywek wszyscy będą zdrowi, bo od 25 maja do 12 czerwca to trzy tygodnie, w trakcie których zawodnicy skończą kwarantannę i zaczną treningi, co oznacza, że będą się przemieszczać i stykać z większą liczbą postronnych osób. Ryzyko, że ktoś zarazi się koronawirusem znacznie wzrośnie. Władze PGE Ekstraligi już zapowiedziały, że przed meczami każda osoba uprawniona do przebywania w parku maszyn i na stadionie będzie miała pomiar temperatury. Jeśli będzie podwyższona, to o dalszych losach takiego delikwenta decydować będzie lekarz. Jeśli będzie miał choć cień podejrzenia, że ma to związek z wirusem, odeśle nieszczęśliwca do domu.
Luzowanie obostrzeń ma obecnie miejsce w wielu krajach. Każdy z nich robi to w różnym tempie, ale można spodziewać się, że niebawem zostaną otwarte granice. Komisja Europejska rekomenduje, żeby nie decydować się na taki ruch przed 15 czerwca. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że już wkrótce podróżowanie pomiędzy krajami stanie się zdecydowanie łatwiejsze, a żużlowcy chętnie z tego prawa skorzystają. W pierwszej kolejności zrobią to ci, którzy nie przylecieli do Polski ze swoimi rodzinami. A to całkiem liczna grupa.
To zwiększy ryzyko pojawienia się Covid-19 w PGE Ekstralidze, ale władze naszej żużlowej ekstraklasy już szykują kolejne zmiany w regulaminie rozgrywek, które uchronią ligę przed paraliżem, a co za tym idzie – masowym bankructwem. Taki czarny scenariusz wciąż jest możliwy, dlatego w żużlowym światku nikt nie sprzeciwia się takim rozwiązaniom, bo przecież w zdekompletowanej lidze wszyscy przestaną zarabiać.