Możemy wymrzeć zanim zbiedniejemy

Pandemia koronawirusa nie wpędza nas w biedę. Problem jest inny. Za sprawą nieudolności rządu PiS i jego obojętności na cierpienia Polaków, wpędza nas do grobu.
COVID-19 wprawdzie uderza w portfele wielu gospodarstw domowych, ale w znacznie mniejszym stopniu niż się obawiano. Nie sprawdziły się też obawy o wzrost zadłużenia konsumentów – dziewięć na dziesięć osób zaprzecza, by aktualna sytuacja gospodarcza zmusiła ich do sięgnięcia po kredyt lub pożyczkę. Co więcej, ponad połowa ankietowanych (55 proc.) odrzuca taką możliwość w kolejnych miesiącach. W czasach kryzysu nie chcemy zaciągać długów, a częściej wspieramy się zaskórniakami.
Koronawirus uszczuplił oszczędności co trzeciej rodziny. Choć ekonomicznych skutków pandemii trudno nie zauważyć, to jednak nie są one aż tak dotkliwe jak spodziewano się jeszcze sześć miesięcy temu. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Federację Konsumentów i Fundację Rozwoju Rynku Finansowego, 61 proc. gospodarstw domowych nie odczuwa negatywnych efektów pandemii dla stanu swoich finansów.
Pogorszenie sytuacji materialnej zadeklarowała jedna trzecia badanych. W grupie tej, co oczywiste przeważają osoby młode, w wieku 18 – 24 lata i 25 – 34 lata. Mimo zauważalnego pogorszenia, nie zmienili oni jednak swoich dotychczasowych nawyków finansowych. Nie zajęli się też większą kontrolą swoich wydatków – do ich ograniczania przyznaje się bowiem jedynie 16 proc. ankietowanych. Generalnie, w większości rodzin w Polsce (56 proc.) poziom wydatków pozostał na takim samym poziomie jak przed marcem 2020 r.
COVID-19 nie spowodował również zbytnich trudności w spłacie stałych miesięcznych zobowiązań, takich jak np. czynsz za mieszkanie czy rata kredytu. Tylko 1 na 10 osób wskazuje na taki problem.
Pomimo dosyć powszechnego przekonania, że Polacy często żyją na kredyt i chętnie sięgają po pożyczki, to w przypadku gorszych i niepewnych czasów sytuacja jest niemal odwrotna. Raczej nie zaciągamy długów, gdy istnieje realne ryzyko, że możemy mieć problem z ich spłatą. Zresztą, gdybyśmy nawet wtedy chcieli je zaciągać, trudno byłoby znaleźć chętnych do udzielania pożyczek.
Polacy, spytani o to jakie byłyby ich zachowania finansowe w przypadku znalezienia się w trudnej sytuacji ekonomicznej wskazują w pierwszej kolejności na rezygnację z wydatków na abonament za telefon, internet czy dostęp do popularnych serwisów muzycznych i filmowych. Co drugi badany uznaje ów scenariusz za prawdopodobny.
Następnym w kolejności rozwiązaniem, wskazywanym przez jedną trzecią respondentów jest sprzedaż części swojego majątku, np. biżuterii czy samochodu. Dopiero na trzecim miejscu znalazła się możliwość zaciągnięcia kredytu lub pożyczki – taką opcję rozważyłoby 30 proc. ankietowanych. Świadczy to o tym, że Polacy realnie oceniają działalność banków komercyjnych w swoim kraju i rozumieją, że gdy znajdą się w trudnej sytuacji finansowej, żaden bank nie pożyczy im nawet grosza. Wiadomo, że banki w Polsce najchętniej pożyczają pieniądze ludziom zamożnym. Firmy pożyczkowe wprawdzie pożyczą – ale tym bardziej zaostrzają warunki zwrotu i zdzierają skórę z pożyczkobiorców, im są oni biedniejsi.
Zastawienie swojego majątku w lombardzie lub innym podobnym miejscu dopuszcza co piąty respondent. Natomiast jako ostateczność traktujemy zaprzestanie spłacania stałych zobowiązań – aż 72 proc. osób wprost odrzuca ten wariant zachowania, nawet w razie kłopotów finansowych. Rozumiemy bowiem, że niepłacenie stałych rachunków grozi poważnymi konsekwencjami, nawet tak groźnymi jak utrata mieszkania. – Jedną z obaw, jaka towarzyszy nam przy decyzji kredytowej, jest ryzyko nagłej utraty zdolności do terminowej spłaty długu. To świadczy o ostrożnym i odpowiedzialnym podejściu konsumentów do kwestii zadłużania się – uważa Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.
Tak więc, wyniki badania nie tylko wskazują na to, że w czasach kryzysu z dystansem podchodzimy do kredytów i pożyczek, ale równocześnie obalają popularny mit, że te służą nam głównie do regularnego uzupełniania luk w budżecie domowym. – Jako główny powód zaciągania kredytów i pożyczek konsumenci wskazują na pojawienie się u nich dużego wydatku, którego nie są w stanie pokryć z bieżących dochodów. Częściej w ten sposób finansujemy impulsywne zakupy, na przykład związane z atrakcyjną promocją na jakiś produkt lub usługę, niż ratujemy się pożyczkami w razie chwilowych problemów finansowych – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.
Respondenci wskazali, że w razie kłopotów finansowych częściej skorzystamy z debetu na koncie lub karty kredytowej niż wesprzemy się kredytem bądź pożyczką. Jednak zamiast sięgać po produkt kredytowy z dużą dozą prawdopodobieństwa w pierwszej kolejności sięgniemy po nasze zaskórniaki. Problem jednak w tym, że one mocno stopniały w ostatnich miesiącach.
Koronawirus uszczuplił nasze oszczędności. Wprawdzie większość Polaków radzi sobie finansowo, a przynajmniej nie narzeka na kondycję swojego domowego budżetu w czasie pandemii. Jednakże fakt, iż co trzecia osoba przyznaje, że jej oszczędności zmalały w związku z COVID-19, wyraźnie zmniejsza poczucie naszego bezpieczeństwa finansowego. Dochody wielu z nas nieco zmniejszyły się w czasie kolejnych lockdownów, więc te ubytki pokrywaliśmy w pierwszej kolejności właśnie oszczędnościami. Po to zresztą odkładamy pieniądze. Respondenci zapytani o cel gromadzenia oszczędności wskazują właśnie na nieprzewidziane wydatki (53 proc.) oraz na tzw. czarną godzinę, związaną z chorobą, jakimś nieszczęściem losowym, utratą pracy lub innego źródła dochodu (46 proc.).
Niepokojący jest fakt, że 14 na 100 Polaków informuje, iż nie posiada jakiegokolwiek zabezpieczenia finansowego. Badani nie widzą też większych szans na zmianę sytuacji w kolejnych miesiącach. Oznacza to, że dosyć łatwo można w Polsce osunąć się w biedę – ale jakoś nie widać, aby taka ewentualność specjalnie nas martwiła.
Ponadto, nie za bardzo wierzymy, że doświadczenia z pandemii zmotywują Polaków do oszczędzania. Zaledwie co trzecia osoba uważa COVID-19 za jakiś impuls do gromadzenia środków na gorsze czasy. Czyli, koronawirus nie uderzył na po kieszeni na tyle boleśnie, byśmy zaczęli poważnie martwić się o naszą finansową przyszłość.
Tak więc, pandemia na razie nie wpędza nas w biedę. Problem jest inny. Za sprawą nieudolności rządu PiS i jego obojętności na cierpienia Polaków, wpędza nas do grobu. Dzienne liczby zgonów przerażają – są najwyższe w Europie, choć przecież wiele krajów europejskich ma znacznie więcej mieszkańców niż Polska.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości w ubiegłym roku chwalił się, jak to świetnie radzi sobie z pandemią. W rzeczywistości radzi sobie fatalnie. Rząd dysponował wszelkimi możliwościami, aby przygotować Polskę na nadejście koronawirusa. Miał czas, pieniądze i wiedzę o doświadczeniach krajów, które wcześniej zostały dotknięte tym nieszczęściem. Mimo to, nie uchronił Polaków przed tragicznym wymiarem pandemii – zresztą, nawet wcale się nie starał. Dla członków obecnej ekipy istotna jest bowiem władza i stanowiska, a nie życie ich poddanych – bo za takich uważają oni obywateli.

Z puntu widzenia posiadacza lewego zaświadczenia

Posiadam lewe zaświadczenie, tzn. papier poświadczający nieprawdę, podbity urzędową pieczęcią. Mowa w nim o tym, że noszenie przeze mnie maski na świeżym powietrzu, jest dla mnie niewskazane ze względów medycznych. Nie korzystam zeń, nie dlatego, że źle bym się z tym czuł, że okłamuję Polskę i Polaków. Nie sięgam po kwit dlatego, że nie chce mi się tracić czasu na udry z milicją, bo finalnie i tak musiałbym się prawować w sądzie.

Noszę skan oświadczenia poświadczającego nieprawdę w telefonie. Ani razu jeszcze nie byłem zmuszony go użyć, ale oczywiście, jeśli zajdzie taka konieczność, zapewne z tego skorzystam. Postawiony pod ścianą przez stróżów prawa, którzy zajmują się dziś w Polsce głównie sprawdzaniem maseczek na twarzach, nie poddam się bez walki. Zakładam więc maskę byle jak; na brodę, pod brodę, przy brodzie, pod nosem. Zasłaniam usta jedynie w sklepach, żeby nie gorszyć legalistów i zostać obsłużonym przy kasie. Na powietrzu, pomny tego, co twierdził rok temu prof. Szumowski, nie widzę specjalnego sensu noszenia maski, bo morowe powietrze jeszcze nie opanowało atmosfery. Zwłaszcza latem, kiedy smog u nas ściska słabiej za gardziel. Nie wyobrażam też sobie uprawiania sportu w masce, czy to w środku, czy na zewnętrzu; biegania, jazdy na rowerze, czy zwykłego spaceru z kijami po lesie. Niemniej, fakt, że ja sobie czegoś nie wyobrażam, nie oznacza, że moi współziomkowie w polskiej niedoli, nie posiadają dużo większej wyobraźni, bo obserwuję z trwogą co dzień, że dużej części z nich maska przyrosła już do twarzy na dobre. W lesie, gdzie mogą zarazić wiewiórkę albo żuka. W parku, gdzie zakażeniu ulegnie piesek sąsiadów. Na placach zabaw, pośród dziatwy maleńkiej, która zakaża się w zasadzie zerowo. Nawet w prywatnych autach, w drodze do pracy. Wszędzie tam, Polak ubiera karnie maskę. Bojaźń boża i prawna jest u nas doprawdy wielka. Dużo większa niż zdrowy rozsądek. Śmiem twierdzić, że będzie jeszcze większa, bo ze świata docierają alarmistyczne wieści, że maska masce nierówna i „odpowiedzialne” społeczeństwo musi zrobić kolejny krok do przodu. A może do tyłu?
Naukowcy amerykańscy odkryli, że brytyjski wariant covidu, który zbiera i u nas śmiertelne żniwo, jest w zasadzie maseczkoodporny. Przenosi się już po dwóch minutach od kontaktu, a nie jak ten stary, dobry covid, po kwadransie. Może skakać na ofiary z odległości większej niż półtora metra, także zasady dystansu w jego wypadku też przestają być aktualne. Okazuje się również, że żadne maseczki chirurgiczne albo wielorazowego użytku, czyli popularne szmacianki, chronią przed przenoszeniem brytyjskiego covidu w stopniu żadnym. Jedyną potencjalną ochroną ust i nosa, taką na 30 procent, pozostaje maska typu FFP2; czubata, z filtrem, droższa od taniochy z marketów. Wystarcza ona na kilkanaście godzin. Można ją oczywiście sterylizować. Np. promieniami UV. Wiadomo wszak, że każdy w domu trzyma specjalny sterylizator, więc nie powinno to być dla obywatela nazbyt kłopotliwe. Zapytano również polskich naukowców, czy uważają podobnie jak ich koledzy z Ameryki. Naturalnie, żaden nie śmiał zaprzeczyć. Tylko maski z filtrem mogą coś tu pomóc, a oni, polscy naukowcy, będą rekomendować Horbanowi, a ten rządowi, żeby w najbliższym czasie nakazać Polakom zasłanianie buzi wyłącznie maskami typu FFP2. Zaraza jest bowiem tak mocna, że trzeba sięgać po coraz mocniejsze środki zapobiegawcze. I na tym koniec. Jakby to, co ustalono, miało tylko jedną, właściwą i dogmatyczną interpretację. Spróbujcie jednak, dobrzy ludzie, spojrzeć na sprawę z punktu widzenia nocnego stróża.
Wirus mutuje. Jak każdy wirus. Ten covidowy mutuje w najmniej pożądanym kierunku. Staje się coraz bardziej zaraźliwy i mocniej uderza w organizm żywiciela. Nie jest wykluczone, a wręcz bardzo prawdopodobne, że w następnych miesiącach i latach, zmutuje jeszcze bardziej. Może oczywiście wrócić do wersji light, ale wcale nie musi. Skoro wiemy dziś, że maseczki nie chronią praktycznie wcale przed jego najnowszymi formami, a jedynie specjalne maski dają ochronę w stopniu niewielkim, czy nie bardziej zasadnym byłoby postawić pytanie o sens ich używania w ogóle, niźli zalecać noszenie czegoś, co jest jedynie erzacem bezpieczeństwa. Jeśli bowiem na początku pandemii nie trzeba było nosić masek, później noszono je na przemian z plastykowymi przyłbicami, zasłaniano się czym kto miał, a dopiero od niedawna wprowadzono obowiązek totalny, strach pomyśleć, czym władze każą się zasłaniać, kiedy dojdą do wniosku, że maski FFP2 również nie zdają egzaminu, bo nowa mutacja wyskakuje i spod nich. Kolejnym krokiem, jakiego należałoby się spodziewać, będzie zapewne nakaz chodzenia w maskach p-gaz. Najlepiej takich typu „słoń”, z filtrem przytroczonym do twarzy za pomocą „trąby”. A kiedy i to nie pomoże, proponuję dla władzy i co bardziej bojaźliwych organizmów, rozszerzone, zbiorowe samobójstwo, za pomocą wstrzymania oddechu na co najmniej 24 godziny. Jedynie to naprostuje ludzkość i wrócimy na właściwe tory. Powiedzie nas tam za rękę Episkopat, wydając okólnik dla wikarych i proboszczów, żeby nie dawać rozgrzeszenia tym wszystkim, którzy zaszczepili się Astrą albo Johnsonem.

Zaszczepią olimpijczyków

W minioną środę premier Mateusz Morawiecki potwierdził medialne spekulacje i ogłosił, że wszyscy członkowie polskiej ekipy olimpijskiej na letnie igrzyska w Tokio zostaną zaszczepieni poza kolejnością.

Międzynarodowy Komitet Olimpijski nie stawia wymogu obowiązkowych szczepień dla uczestników przełożonych o rok z powodu wybuchu pandemii korownawirusa igrzysk olimpijskich. „Chciałbym podkreślić, że wymogiem jest jedynie przeprowadzenie testów na obecność Covid-19. Przejść je muszą wszyscy członkowie kadry olimpijskiej: zawodnicy, trenerzy, osoby towarzyszące. Oni wszyscy zostaną jednak także zaszczepieni” – potwierdził przewodniczący Polskiego Komitetu Olimpijskiego Andrzej Kraśnicki. I dodał: „Nie jesteśmy pierwsi, którzy na toi się zdecydowali. Wiele krajów podjęło już podobne decyzje. Chcemy, aby nasi sportowcy pojechali do Tokio zdrowi, startowali i wygrywali i nie przywieźli stamtąd żadnych chorób”. Kraśnicki wygłosił te słowa w Centrum Olimpijskim w Warszawie, gdzie w miniona środę odbyła się konferencja zorganizowana na 100 dni przed inauguracją igrzysk (23 lipca – 8 sierpnia).
Jak liczna może być polska ekipa na igrzyska w Tokio? Do tej pory polscy zawodnicy wywalczyli 150 kwalifikacji olimpijskich w 17 sportach, ale walka o nie wciąż się toczy. „w moim przekonaniu nasza kadra będzie liczebnie zbliżona do ekipy na poprzednie igrzyska, w Rio de Janeiro, czyli będzie liczyła między 230 a 240 osób” – oszacował szef polskiej misji olimpijskiej Marcin Nowak.
„Jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji. Byłem ostatnio na spotkaniu Komisji Medycznej MKOl i jej szef przyznał, że większość uczestników igrzysk przyjedzie do Japonii nie szczepiona albo zostanie zaszczepiona bardzo późno. Ta decyzja rządu jest ważna dla polskiego sportu” – stwierdził z kolei przewodniczący Komisji Medycznej PKOl dr Hubert Krysztofiak. I zapewnił, że w Tokio wszystkich będą obowiązywać zachowanie dystansu, noszenie maseczek i stosowanie się do zasad higieny. Testy zostaną przeprowadzone zaraz po przylocie i potem będą wielokrotnie ponawiane.

Mamy zabawną sytuację

– Jeśli rząd danego kraju cieszy się zaufaniem, obywatele chętniej stosują się do restrykcji i państwo nie musi się uciekać do ślepej represji. Jeśli tak nie jest, obywatele robią uniki, noszą maski, kiedy w pobliżu jest policja, i zarażają się wesoło w gronie rodziny, gdzie nikt ich nie kontroluje – mówi dr Klaus Bachmann, historyk i politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Niedawno minął rok pandemii. Jak ten czas zmienił oblicze polityki?

KLAUS BACHMANN: W wielu krajach pandemia spowodowała, że ludzie skupiali się wokół rządu. Notowania partii rządzących w sondażach wzrosły, opozycja traciła. W Polsce było odwrotnie, choć myślę, że protesty przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego i rozkład obozu władzy miały tu większy wpływ, niż sama pandemia i sposób, w jaki rządzący sobie z nią radzili.

Co po pandemii? Czy wiatru w żagle nabiorą populiści, czy nastąpi powrót do nauki, empiryzmu, oświecenia?

Pandemia jest politycznie neutralna, warunki, jakie stwarza, mogą wykorzystać rządy i opozycje, można wygrać wybory podczas pandemii – czego w Polsce dowiódł Andrzej Duda – można je też przegrać, czego dowiódł w Stanach Donald Trump.

Niektórych populistów pogrąży, jak pogrążyła Donalda Trumpa i być może pogrąży wkrótce Jaira Bolsonaro, innych można wzmocnić, jak Viktora Orbána albo Borisa Johnsona.

To przeciwstawienie nauki i populizmu mi się nie podoba, choć wiem, że jest to obecnie bardzo popularny sposób argumentacji. Nie chciałbym, aby politycy podejmowali decyzje podyktowane jedynie nauką, co w tym przypadku chyba oznacza wskazania zalecane przez epidemiologów i wirusologów. To, czy, kiedy ogłosić lockdown i jak go przeprowadzić, to są decyzje istotnie polityczne, powinni je podejmować politycy z demokratycznymi mandatami, a nie apolityczni eksperci. Celem takich decyzji nie może być tylko dążenie do ochrony zdrowia, ale ważenie racji i interesów służby zdrowia, gospodarki, edukacji i wszystkich grup społecznych, których dotyczy taki lockdown albo jego brak.

Epidemiolog i wirusolog mogą nam powiedzieć, co zrobić, aby redukować rozprzestrzenianie się wirusa, ale oni nie mogą decydować, ile zdrowia uczniów, młodych ludzi, przedsiębiorców, ile samobójstw, depresji może to kosztować. Widać to po tym, że żaden kraj nie wprowadził przy drugiej i trzeciej fali takich obostrzeń, jak przy pierwszej, bo wszyscy wiedzieli, że to co prawda bardzo skutecznie redukowałoby liczbę infekcji, ale skutki byłyby nie do wytrzymania.

Medycy mogą nam powiedzieć, jak ograniczyć zakażenia, ale oni nie mogą nam powiedzieć, jaką cenę powinniśmy za to zapłacić i kto powinien ponieść konsekwencje. To mogą robić tylko politycy.

Jeśli zaś chodzi o ruchy antyszczepionkowców i negacjonistów pandemii, to ich hałas jest niewspółmiernie duży w stosunku do ich faktycznego wpływu. Zaprzeczenie jest starą jak świat reakcją ludzką na zagrożenia, kiedy ludzie uważają, że przerasta ich wysiłek, jakiego to od nich wymaga. Jeśli inny kraj napadnie na Polskę, dezerterzy nie będą przyznawać, że boją się walczyć, będą twierdzić, że napadu nie ma, że kraj ten wcale nie jest groźny albo że jesteśmy z góry skazani na porażkę. Dlaczego przy pandemii miałoby być inaczej?

Jedyne, co mnie zaskakuje w tej pandemii, to relatywnie rzadkie próby znalezienia kozłów ofiarnych. Trochę tego było na początku, kiedy opluwano i bito ludzi o rzekomych rysach azjatyckich na ulicy i Donald Trump zaczął mówić o wirusie z Wuhan albo o chińskim wirusie. Ale cieszę się, że do pogromów nie doszło, bo szczerze mówiąc uznałem to za niemal nieuniknione.

Niektórzy twierdzą, że pandemia przyniesie renesans państw narodowych, co już się zaczyna. Jak pan skomentuje tę kwestię?

Wręcz przeciwnie. Dzięki temu, że wewnątrz UE Komisja Europejska negocjowała zakupy szczepionek dla państw członkowskich, uniknęliśmy wewnątrz UE wyniszczającego wyścigu między państwami członkowskimi.

Bez tego producenci, którzy i tak nam tańczyli na nosie, mogliby sobie urządzić po prostu otwarte przetargi na szczepionki, ceny szybowałyby w górę. Wtedy kraje o dużych zasobach finansowych, które mają na swoim terytorium fabryki produkujące szczepionki, miałyby je natychmiast i od początku, reszta musiałaby czekać aż ceny spadną i ludzie w najbogatszych państwach zostaliby wyszczepieni. Zamiast tego UE kupiła od producentów po relatywnie niskich cenach (inaczej niż Izrael, który płacił kilkakrotnie więcej) i rozdzieliła to według liczby ludności.

Przy otwartych przetargach Polska miałaby ewentualnie szansę na szczepionki, ale płaciłaby o wiele więcej niż obecnie. Ale co robiłyby finansowo słabsze kraje UE, jak Rumunia i Bułgaria? Dlatego słyszeliśmy bardzo dużo krytyki wobec Komisji Europejskiej z dużych i bogatych krajach, jak Niemcy i Francja, ale same pochwały na przykład ze Słowacji.

Czy pandemia umocni UE, czy wręcz przeciwnie?

Oczekuję bardzo szybkiej inicjatywy celem tworzenia wspólnej polityki zdrowotnej. To jedyny sposób, aby dzielić się kosztami odbudowy służby zdrowia w najbardziej dotkniętych pandemią państwach. Zobaczy pani, że Viktor Orbán nadal będzie pomstować na rzekome spiski brukselskie, plany Sorosa i próby narzucenia Węgrom uchodźców, ale będzie jak najbardziej (choć pewnie bardzo cicho i dyskretnie) za tym, aby to za pośrednictwem UE Francja, Niemcy, Holandia i inni płatnicy netto do budżetu uczestniczyli w kosztach odbudowy.

Widać to było już przy negocjacjach dotyczących Funduszu Odbudowy. Orbán zrozumiał, że nie może blokować jego powstania, może jedynie wyłączyć swój własny kraj z niego i na złość Unii odmrozić swemu krajowi uszy.

A w Polsce?

W Polsce mamy bardzo zabawną sytuację. Jest taka popularnonaukowa reguła w polityce: im mniej wpływu ktoś ma na daną sprawę, tym bardziej pryncypialnie albo nieodpowiedzialnie może się zachować. Solidarna Polska to właśnie robi, jest pryncypialnie przeciwko, bo wie, że i tak znajdzie się większość na poparcie Funduszu w Sejmie. Nie sądzę, aby oni byli też przeciwko, gdyby wiedzieli, że wtedy faktycznie pozbawiliby Polskę tak gigantycznych środków.

Co sama pandemia mówi o demokracji i jej jakości? Długo na jej początku mówiono, że państwa niedemokratyczne radzą sobie lepiej i podawano przykład Chin. Z drugiej strony widzimy, że tam, gdzie rządzą populiści, pandemia szaleje bardziej (Brazylia, USA za Trumpa). Czy możemy wyciągnąć jakiś wniosek na tej podstawie?

Nie mamy jeszcze porządnych naukowych opracowań o tym, bo też niezbyt dużo wiemy jeszcze o tym, kto sobie radził lepiej i kto gorzej – i co to w ogóle znaczy. Stany Zjednoczone kiepsko radziły sobie z ograniczeniem liczby infekcji, a pandemia pokazała w całej jaskrawości słabości systemu opieki zdrowotnej, który powoduje bardzo duże koszty, ale obejmuje tylko część społeczeństwa.

Ale Stany radzą sobie bardzo dobrze z akcją szczepienną i mogą sobie też pozwolić na gigantyczne zadłużenie. Dzięki temu kapitał z całego świata będzie się składać na odbudowy Stanów po pandemii, kapitał, którego wtedy zabraknie w biedniejszych krajach. Chiny były ekonomicznie bardzo sprawnie, udało im się też ograniczyć rozprzestrzenianie wirusa, ale słabość ich systemu była widoczna na samym początku: ukarano urzędników, którzy bili na alarm, a wiadomości o zagrożeniu próbowano ukrywać.

Dziś wiemy, że wirus pojawił się już jesienią 2019 roku w Europie, co oznacza, że Chiny ukrywały sprawę przez kilka miesięcy. Innymi słowy: dyktatura radziła sobie dość sprawnie z zagrożeniem, które sprowadziła sama na siebie i innych. Doprawdy nie wiem, czy to jest argument za dyktaturą.

Podobnie jest z Rosją: jako pierwsza dopuściła szczepionkę na rynek, ale dlatego, że de facto trzecią fazę badań przeprowadziła po prostu jako eksperyment medyczny na własnej ludności. Mam z tym podobny problem jak z Chinami: czy w kraju centralnie rządzonym z wyłączeniem pluralizmu i za pomocą cenzury brak doniesień o negatywnych zjawiskach (obojętnie, czy dotyczą one wybuchu pandemii, czy jakości szczepionki) oznacza brak takich zjawisk, czy raczej dowodzi skuteczności cenzury? O skutkach ubocznych szczepionki AstraZeneca dowiedzieliśmy się natychmiast. Gdyby coś takiego miało miejsce w Chinach lub w Rosji, to byśmy się o tym też dowiedzieli, i nawet jeśli tak, to kiedy?

Na podstawie moich obserwacji mam dwa wnioski: kraje centralistycznie rządzone radzą sobie lepiej z podejmowaniem szybkich decyzji i narzuceniem restrykcji, bo przy podejmowaniu decyzji rząd nie musi się oglądać na inne organy władzy. Kraje zdecentralizowane lepiej dopasowują restrykcje do lokalnych i regionalnych warunków, dzięki temu są one mniej dotkliwe dla obywateli.

Najważniejszym czynnikiem skuteczności polityki w warunkach pandemii jest coś innego: to, czy rząd – obojętnie czy demokratyczny, czy nie – cieszy się zaufaniem obywateli.

Jeśli tak jest, obywatele chętniej stosują się do restrykcji i państwo nie musi się uciekać do ślepej represji. Jeśli tak nie jest, obywatele robią uniki, noszą maski, kiedy w pobliżu jest policja, i zarażają się wesoło w gronie rodziny, gdzie nikt ich nie kontroluje. Wtedy pogłoski i teorie spiskowe utrudniają szybkie szczepienia.

Czy PiS znalazł dobry pomysł na pandemię? Po roku w święta wielkanocne usłyszeliśmy od premiera pierwszy raz słowo przepraszam. Tak to cały czas słychać narrację sukcesu – Polska najlepiej radzi sobie z pandemią, mamy najniższe bezrobocie itd.

Propagandę PiS trzeba czytać odwrotnie: kiedy się chwali, nie oznacza to, że odnosi sukces, lecz że sam odczuwa potrzebę chwalenia się, bo stracił kontrolę nad sytuacją. Teraz na przykład koniecznie chce się dzielić odpowiedzialnością, ale to nie znaczy, że nagle stał się bardziej odpowiedzialny i koncyliacyjny, tylko pragnie innych obarczyć odpowiedzialnością za kłopoty, w które wpadł.

PiS reagował bardzo szybko w marcu – kiedy rządy regionalne w Niemczech jeszcze dyskutowały o zamknięciu szkół, PiS je po prostu zamknął.

Narzucał nadmiernie represyjny lockdown, który oburzył nawet wielu jego zwolenników i wszystkim w Polsce unaocznił, co to znaczy żyć w państwie policyjnym.

Ale dzięki temu wzrost infekcji w pierwszej fali był niski.

Polska jest krajem centralistycznym i była takim już przed 2015 rokiem, więc rząd nie musi się oglądać na jakieś rządy i parlamenty regionalne, może robić, co chce, zwłaszcza że PiS poprzejmował nawet te instytucje, które wcześniej ograniczały władzę jego poprzedników.

PiS mógł robić, co chciał, ale ponieważ ta partia bardziej niż jakakolwiek inna przed nią nie znosi konsultacji, porad ekspertów i dyskusji, bo uważa je za oznaki słabości, to też mógł robić fatalne błędy, które były łatwe do przewidzenia i do uniknięcia: zamykanie granic z dnia na dzień bez najmniejszego pomysłu, jak sobie radzić z kolejkami powracających do Polski Polaków i Ukraińców, Słowaków i Litwinów w tranzycie, zakaz lotów i potem ściąganie Polaków z całego świata, zbieranie Polaków z Wielkiej Brytanii bez testowania i izolowania ich, dzięki temu mamy teraz kilkakrotnie większe liczby infekcji i ofiar śmiertelnych na 100 000 mieszkańców, niż Niemcy, którzy mieli gęstszą sieć połączeń z Wielką Brytanią.

Jeśli chodzi o skutki ekonomiczne pandemii, to naprawdę nie rozumiem, dlaczego spadek PKB z 4,5 proc. na 3,6 proc. ma być większym sukcesem, niż na przykład spadek w Niemczech z 0,6 proc. na -5 proc.

Recesja jest relatywnie mała w Polsce, ale to dlatego, że wzrost przed pandemią był wysoki. Spadek z wysokiego konia jest zazwyczaj bardziej bolesny, niż spadek z kucyka.

Co do bezrobocia: cieszę się, że jest niskie, ale przed pandemią mieliśmy brak rąk do pracy i dlatego rząd wtedy zapraszał tak dużo imigrantów zarobkowych z Ukrainy, Indii i Bangladeszu. Duże bezrobocie nam nie grozi, grozi nam starzenie się społeczeństwa, emigracja lepiej wykształconych obywateli do Europy zachodniej (w tym lekarzy i pielęgniarek) i zamykanie na to oczu ze strony rządzących, którzy próbują nam wmawiać, że nic się nie zmieniło, że nie musimy sobie radzić z masową imigracją, bo Polska to państwo Polaków i kropka.

Czy Kaczyński zdecyduje się na wcześniejsze wybory, mając traumę z 2007 roku, kiedy oddał władzę po wcześniejszych wyborach?

To nie jest w rękach Kaczyńskiego. Wcześniejsze wybory można urządzić, jeśli Sejm tak zadecyduje większością 2/3 posłów. Oznacza to, że PiS do tego potrzebuje głosów opozycji. Można to omijać, jeśli urzędujący premier ustąpi i Sejm nie wybierze nowego – wtedy prezydent może skracać kadencję Sejmu. Ale to decyzja premiera Morawieckiego i prezydenta Dudy. Trudno też uzasadnić, dlaczego gabinet, który rzekomo tak fantastycznie radzi sobie z pandemią, nagle miałby ustąpić. No i potem – w obecnym stanie Zjednoczonej Prawicy – nie przyjąłbym zakładu, że nowy gabinet też uzyska wotum zaufania…

PiS może jesienią manipulować uchwalaniem budżetu tak, aby dać prezydentowi możliwość skrócenia kadencji Sejmu.

Bardziej prawdopodobny jest jednak inny rozwój wydarzeń, całkowicie poza kontrolą Kaczyńskiego: przy spadającym poparciu dla PiS niektórzy jego posłowie, których mandaty byłyby zagrożone, jeśli dojdzie do wcześniejszych wyborów, przechodzą do Polski 2050 i dogadują się z posłami Gowina i z opozycją, wybierając nowego marszałka Sejmu i przeprowadzając potem konstruktywne wotum nieufności, z którego wyłoni się gabinet techniczny z przedstawicielami wszystkich partii poza PiS i Solidarną Polską.

Ten gabinet zarządzałby polityką pandemiczną i jesienią albo nie uchwaliłby budżetu, albo ustąpiłby i posłowie, którzy go wspierali, nie wybraliby nowego, zmuszając prezydenta do skrócenia kadencji Sejmu i ogłoszenia nowych wyborów. Jak widać, czy Kaczyński się tu na coś decyduje, jest już mało istotne.

Czy opozycja powinna w ogóle rozważać, że nie poprze ratyfikacji unijnego budżetu?

To rząd negocjował w Brukseli i rząd podejmował zobowiązanie, że przeprowadzi ratyfikację Funduszu Odbudowy w polskim parlamencie. Jeśli nie jest w stanie tego dokonać, to powinien postarać się o renegocjację, aby parlament mógł to uchwalić wymaganą większością, albo ustąpić i zostawić to zadanie następcom.

Renegocjację widzę raczej w czarnych barwach, bo Fundusz już został przyjęty w niektórych krajach UE i z tym żądaniem Polska byłaby kompletnie osamotniona. Trudno jest też tłumaczyć opinii publicznej innych krajów członkowskich, dlaczego ten sam rząd, który się na to zgodził, nagle tę zgodę wycofuje odrzucając Fundusz, na który składają się bogatsze państwa dla niego.

Rozumiem, że to jest ten scenariusz, który przyświeca politykom Solidarnej Polski. Jestem w stanie zrozumieć, że są gotowi zgodzić się na bardzo wysokie koszty, aby dalej w sposób nieskrępowany móc prześladować niewygodnych dla nich sędziów, zwłaszcza że jest jasne, że koszty za to ponosić będą nie oni, lecz polscy przedsiębiorcy, samorządy, służba zdrowia i organizacje pozarządowe. Ale jest to polityka skazana na porażkę, bez względu na to, co Polska teraz blokuje – rozporządzenie, które pozwala na karanie za naruszenie zasad praworządności, już zostało uchwalone i weszło w życie, zupełnie niezależnie od tego, czy Polska ratyfikuje Fundusz Odbudowy.

A opozycja?

Zadaniem opozycji jest kontrola i krytyka rządu. W ostatnich latach było to dość iluzoryczne z powodu poprzejmowania instytucji kontrolnych i marginalizacji parlamentu przez PiS i z powodu słabości opozycji. Teraz pojawia się okazja, aby faktycznie ograniczyć pole manewru rządu, stawiać mu warunki albo nawet tworzyć nową większość w Sejmie i nowy rząd. Morawiecki, Kaczyński i Ziobro sami zastawiali tę pułapkę na siebie, próbując szantażować UE.

Zadaniem opozycji nie jest ratowanie rządu z opresji, którą sam spowodował. Zadaniem opozycji jest być gotową do przejęcia władzy.

Ale powiem szczerze: nie mam wrażenia, że opozycja jest na to gotowa. Dlatego sądzę, że jeśli Kaczyński znowu gra va banque, to posłowie opozycji zrobią, co trzeba, aby Polska mogła terminowo otrzymać środki z Funduszu Odbudowy, potem włączą sobie TVP i wysłuchają kolejnej tyrady o tym, jak rzekomo „totalna opozycja” szkodzi Polsce i Polakom.

Prawica traci sterowność

Nie wykluczam, że do wcześniejszych wyborów dojdzie, bo proces erozji tego układu jest już bardzo widoczny. Jeden z czynników, który może odsuwać prawdopodobieństwo wcześniejszych wyborów, to fakt, że PiS dopiero za jakiś czas będzie miał dostęp do ogromnych pieniędzy z Funduszu Odbudowy. Oczywiście pieniądze będą dla całej Polski, ale to rząd będzie je rozdysponowywał – mówi prof. Andrzej Rychard w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: MEN pracuje nad modernizacją Polskiej Akademii Nauk, jednocześnie ma zostać powołana Międzynarodowa Akademia Kopernikańska. Czy brał pan udział w jakichś konsultacjach jako szef jednego z instytutów?

ANDRZEJ RYCHARD: W żaden sposób nie było to konsultowane nie tylko na poziomie instytutu, ale jak wiemy z wypowiedzi pana prezesa akademii, także nie było konsultacji z władzami akademii. Przyznam, że informacje na temat planowanych zmian czy modernizacji były dla nas wszystkich sporym zaskoczeniem.

Co stoi za tym pomysłem? Bo wygląda na to, że będzie to niejaki przewrót kopernikański w polskiej nauce…

Z tego przewrotu kopernikańskiego nie będzie w znaczeniu, w jakim dokonał przewrotu Mikołaj Kopernik. Moim zdaniem za tym pomysłem stoją dwie nie do pogodzenia ze sobą intencje. Z jednej strony deklarowana chęć silnego umiędzynarodowienia tego nowego ciała, które powstanie, ale z drugiej strony chęć podporządkowania go sobie, a także chęć zadekretowania administracyjnego wysokiej pozycji naukowej. Tego się nie da zrobić, zatem oceniam ten pomysł jako szkodliwy i to niezależnie od tego, czy on jest w jakiś sposób wymierzony intencjonalnie w PAN.

Słyszymy ze strony przedstawicielstwa MEN, że nie jest wymierzony, ale obiektywnie Polska nie jest na tyle bogatym krajem, aby istniały dwie równoległe struktury. Ta Akademia Kopernikańska ma być strukturą z bardzo poważnymi zadaniami, zatem też pewnie z poważnymi finansami. To oznacza nie tylko zabieranie finansów PAN, ale konsumowanie nakładów na naukę w ogóle i na szkolnictwo wyższe również.

Uważam, że do umiędzynarodowienia polskiej nauki powinno się dążyć poprzez dofinansowanie tych, którzy są już dobrzy, najlepsi, np. uniwersytetów badawczych, które niedawno powołano właśnie jako instytuty mające promować innowacje badawcze, czy chociażby właśnie PAN, która w rankingach ma bardzo silna pozycję, szczególnie gdy traktowana jest jako integralna całość. Na tym należałoby się skupić. Gdyby były jasne kryteria i każdy instytut by wiedział, że przeskoczenie z jednej kategorii do drugiej wiąże się z istotnym zwiększeniem finansowania, to byłby czynnik motywujący.

Prezydent zwołał Radę Gabinetową, po której powiedział, że premier i minister zdrowia poinformowali go, że sytuacja wygląda lepiej niż się spodziewali. Zastanawiam się, czy to pudrowanie rzeczywistości, czy żart, skoro po raz kolejny liczba zgonów z powodu COVID sięgnęła niemalże 1000.

Trudno to interpretować, bo jeżeli wygląda to lepiej niż rząd się spodziewał, to jestem zaskoczony, także dlatego, że nigdy nie słyszałem, aby rząd spodziewał się, że będzie gorzej niż jest. Raczej słyszymy ciągle, że zbliżamy się do przełomu fali i bardzo dobrze sobie radzimy. Ciekawy zatem jestem, jakie były te przewidywania rządu, skoro tak dziś mówi.

Samo spotkanie interpretuję po prostu jako próbę zaznaczenia obecności pana prezydenta w tej próżni informacyjnej, w jakiej sam się znalazł.

Oczywiście nie można wytłumaczyć tej ciszy i nieobecności prezydenta, używając argumentu, że taka jest konstrukcja konstytucyjna. Oczywiście, że konstytucja nie daje silnej egzekutywy prezydentowi, ale w sytuacji pandemii to nie o egzekutywę chodzi, tylko o rodzaj bycia z narodem, bycia ze społeczeństwem.

Przepraszam, że używam tak wielkich słów, ale po pierwsze są one lubiane przez ekipę rządzącą, a po drugie akurat w tym przypadku są na miejscu. Prezydent powinien pokazać, jak ważna jest solidarność, jak ważne jest racjonalne zachowanie. To jest ogromne pole do działania dla takiego urzędu. Do tego nie potrzeba Rady Gabinetowej, bo przecież nikt nie oczekuje od prezydenta Dudy, że ten stanie na czele walki z pandemią, bo to nie jest jego rola. Natomiast bycie z narodem w tak trudnym czasie już tak. Przyznam, że zastanawiające jest, dlaczego tego nie robi, jakby nie miał woli.

A może nie jest zdolny, nie potrafi?

Nie wchodzę w głębszą diagnozę, skąd wynika brak woli. Być może jest niezdolny, choć potrafi doskonale wykazać wolę, i to skuteczną, przy mobilizacji swojego elektoratu. Takiego głosu, nawet tylko do swojego elektoratu, również zabrakło.

Od jesieni rząd jest w permanentnym kryzysie. Czy dojdzie w końcu do przesilenia, czy obóz władzy będzie tak gnił do terminowych wyborów?

Myślę, że warto tu odnieść się do ostatniego wywiadu prezesa Kaczyńskiego, który jest bardzo realistyczny i uczciwie oddaje intencje; PiS nie chce przyspieszonych wyborów, ale nie wyklucza ich. Ja uważam tak samo i nie wykluczam, że do wcześniejszych wyborów dojdzie, bo proces erozji tego układu jest już bardzo widoczny. Jeden z czynników, który może odsuwać prawdopodobieństwo wcześniejszych wyborów, to fakt, że PiS dopiero za jakiś czas będzie miał dostęp do ogromnych pieniędzy z Funduszu Odbudowy. Oczywiście pieniądze będą dla całej Polski, ale to rząd będzie je rozdysponowywał.

Gdyby doczekali do wyborów w nominalnym terminie, to mogliby zacząć sypać groszem właśnie z Funduszu Odbudowy UE. Wiemy, że PiS doskonale potrafi to robić, nie tylko w kampanii.

Wątpliwości budziłby fakt, że fundusze nie byłyby wykorzystywane w takim kierunku, w jakim powinny, czyli na misję rozwojową. Niestety w dużym stopniu podejrzewam, że będzie to raczej misja wyborczo-socjalna. Bardzo chciałbym zresztą zobaczyć w końcu dokładny projekt tej innowacyjności i tego nowoczesnego rozwoju, któremu te pieniądze mają służyć.

Drugim argumentem jest fakt, że w ostatnim czasie PiS przekonywał, że przejęcie władzy przez opozycję może być groźne dla Polski, nie tyle z powodu ideologii LGBT, gender, lewactwa itd., tylko jako główne niebezpieczeństwo wymienia się chaos, który przyjdzie, jeżeli opozycja dojdzie do władzy.

W czasach pandemii to może być rzeczywiście poważny argument, bo straszenie pogorszeniem sytuacji może sprzyjać konsolidacji tego obozu władzy. Oczywiście gdyby ta diagnoza była trafna, to wynikają z niej także lekcje dla opozycji.

Krótko mówiąc, opozycja nie powinna tak mocno zapowiadać, że jak dojdą do władzy, to wszystko poodwracają, ale wysyłać komunikaty, że zapewnią poczucie bezpieczeństwa i stan wolności. Opozycja musi potrafić odciąć się od dorabianej jej gęby „producenta chaosu”. Na razie tego nie widzę. Natomiast narracja PiS-u, że rządząca opozycja to chaos, szczególnie w pandemii musi budzić niepokój.

Sadzę też, że Jarosław Kaczyński traci swoją pozycję demiurga i proces utraty sterowności wewnątrz koalicji rządzącej jest coraz bardziej widoczny.

Zresztą ten chaos jest tak naprawdę wewnątrz obozu rządzącego, ale dość skutecznie próbuje odwrócić sprawę i zarzucać chaos opozycji. Sama władza przedstawiaj się tak: różnimy się w niektórych kwestiach, ale zapewniamy porządek i spokój, nad wszystkim panujemy.

Jeżeli Solidarna Polska rzeczywiście zagłosuje przeciw ratyfikacji funduszy unijnych, to czy Kaczyński zdecyduje się na rząd mniejszościowy, czy przełknie tę gorzką pigułkę i będzie udawał, że nic się nie stało?

Solidarna Polska może zagłosować przeciw i to może być przyczyną wypchnięcia jej z koalicji i powstania rządu mniejszościowego, aczkolwiek sama ustawa może przejść głosami opozycji. Zresztą sytuacja opozycji jest bardzo trudna, bo głosowanie przeciw natychmiast uruchomi narrację: głosowanie przeciw jest głosowaniem przeciwko Polsce.

Jeżeli rzeczywiście ziobrzyści będą przeciw, to może to być początek rządu mniejszościowego, co w konsekwencji może prowadzić do wcześniejszych wyborów.

Walczymy o życie

Jesteśmy krajem całkowicie upośledzonym i zniszczonym przez balcerowiczyzm, który nigdy nie opuścił ziemi, tej ziemi. I przez to, właśnie teraz, giniemy. Sytuacja jest absolutnie dramatyczna.

Dla porównania: w indyjskim regionie Kerala (33 miliony mieszkańców) z (UWAGA) PIĘCIOKROTNIE NIŻSZYM PKB na głowę do tej pory zmarło: 4700 osób (u nas 58 tys.). Polska jest też od kilku dni krajem w ścisłej czołówce dziennych zgonów. Przeganiają nas tylko kraje takie, jak Meksyk, Rosja, USA, czy Indie, które podobną liczbę dziennych zgonów notują mając wielokrotnie większą liczbę ludności. Gdy dodamy do tego, że w Polsce mamy bardzo wysokie nadmiarowe zgony (bo przestano u nas leczyć większość innych chorób!!!), to śmiało możemy mnożyć te dzienne zgony razy dwa.

Uważam, że nie jesteśmy najbiedniejszym, najgłupszym i najgorzej zorganizowanym narodem świata. A przynajmniej nie musimy nim być.
I czas nazwać rzeczy po imieniu. Mamy do czynienia z planowym ludobójstwem. Rząd przez rok nie zadbał ani o większe nakłady na zdrowie, ani o przeszkolenie dodatkowych kadr, ani nie zmobilizował wojska, ani nie zadbał o rodzimą produkcję szczepionek, ani nie zadbał o kontrole higieny w miejscach pracy, ani nie potrafił nawet stworzyć sensownego planu obostrzeń czy przeszkolić kogokolwiek w prawidłowym noszeniu odpowiednich masek. A obecnie jest zajęty wewnętrznymi wojenkami o władzę.

To, czy jest to działanie świadome nie ma w tej chwili znaczenia. Mamy do czynienia z masowym, systemowo normalizowanym mordowaniem. Zwłaszcza ludzi chorych, starszych i potrzebujących wsparcia w terapiach. Na potrzeby walki o życie i zdrowie ludzkie wszystkie porównania, w tym do Mengele, są teraz uprawnione, bo mowa tu o dziesiątkach tysięcy ofiar śmiertelnych, przy kompletnej bierności ze strony tnącego wszelkie koszty rządu, który ma to gdzieś.

Jeśli ktoś się ma za medium obywatelskie, to jest ten czas żeby przestać pierdolić o księciach, smoleńskach, wszystkim innym i zająć się walką o życie obywateli_ek tego kraju. Ta sama rzecz tyczy się również całej opozycji, która zamiast działać na rzecz 1000 niewidocznych spraw naraz powinna skupić się na tej JEDNEJ. Jest to kwestia narodowego zdrowia, bezpieczeństwa oraz honoru.

Zaszczepią olimpijczyków poza kolejnością?

Do letnich igrzysk olimpijskich w Tokio coraz bliżej, a pandemia nie odpuszcza. W sportowym środowisku pojawiły się sugestie, żeby polski rząd przeprowadził szczepienia wszystkich członków naszej kadry olimpijskiej.

W wielu krajach, nie tylko w Polsce, trwa dyskusja w kwestii szczególnego potraktowania sportowców w dostępie do szczepionki na koronawirusa. Głosy w tej sprawie są podzielone i inne podejście w różnych krajach. Na przykład Izraelski Komitet Olimpijski poinformował, że reprezentanci tego kraju zostaną zaszczepieni do maja, z czego połowa ma już szczepienia za sobą. Uczynić wyjątek dla swoich olimpijczyków zamierzają Węgrzy, także Dania planuje zaszczepić swoich sportowców do końca czerwca. Niektóre krajowe komitety olimpijskie – m.in. grecki i belgijski, wystąpiły z taką prośbą do rządów w swoich krajach. Z kolei w Niemczech zawodnicy mają czekać w kolejce jak reszta obywateli, zaś Brytyjski Komitet Olimpijski uznał, że priorytet w szczepieniach muszą mieć osoby szczególnie narażone. Amerykański Komitet Olimpijski (USOPC) nie wydał na razie żadnego wiążącego oświadczenia w tej sprawie, ale jego szef medyczny przyznał, że sportowcy nie będą przeskakiwać kolejki, ale USOPC rozważa zakup szczepionek na komercyjnych zasadach, jeśli taka możliwość się pojawi.
W Polsce trwają w tej kwestii ciche rozmowy działaczy PKOl z przedstawicielami rządu, bo to u nas dość drażliwa kwestia, ale przestały być tajemnicą dzięki niezawodnemu w wyjawianiu takich zakulisowych wieści europosłowi PiS Ryszardowi Czarneckiemu. „Rząd jest przygotowany przede wszystkim na szczepienie olimpijczyków. Według mojej wiedzy rząd i premier Mateusz Morawiecki w sprawie olimpijczyków podjęli już decyzję na tak” – przekazał mediom Czarnecki. Warto dodać, że przed igrzyskami odbędą się jednak mistrzostw Europy w piłce nożnej, więc jeśli na szczepienie poza kolejką mieliby się załapać także piłkarze, to rząd musi ogłosić decyzję „na dniach”. Bo trzymać jej w tajemnicy już nie musi.

Euro 2021: Mistrzostwa z kibicami

UEFA poinformowała na swojej stronie internetowej, że przełożone z powodu pandemii na ten rok finały mistrzostw Europy odbędą się z udziałem kibiców. Z 12 miast, które mają gościć uczestników Euro 2021, gotowość wpuszczenia widzów na trybuny zadeklarowało osiem, a cztery pozostałe mają czas na podjęcie decyzji do 19 kwietnia.

Londyn zadeklarował gotowość na przyjęcie minimalnej liczby 25 procent na trzy mecze fazy grupowej i spotkanie 1/8 finału, dał jednak nadzieję, że możliwe będzie zwiększenie tego limitu na mecz półfinałowy oraz finał. Z kolei Amsterdam, Bukareszt, Kopenhaga oraz Glasgow zgodziły się na udostępnienie od 25 do 33 procent miejsc, natomiast Petersburg i Baku zadeklarowały 50 procent pojemności swoich stadionów z perspektywą zwiększenia tej liczby do końca kwietnia. Jeszcze odważniej postąpił Budapeszt, którego władze zapowiedziały stuprocentowe otwarcie trybun, ale pod warunkiem spełnienia przez kibiców rygorystycznych wymogów dotyczących wejścia na obiekty.
Polskich fanów najbardziej interesuje kwestia miast, w których swoje mecze ma rozgrywać reprezentacja Polski. Dublin i Bilbao są w grupie czterech miast (wraz z Monachium i Rzymem), które nie mogą jeszcze zagwarantować wpuszczenia fanów na trybuny. „Cztery miasta dostały czas do 19 kwietnia, żeby przekazać nam informacje na temat swoich planów dotyczących meczów mistrzostw Europy. Oczekujemy też już finalnych decyzji w sprawie kibiców na trybunach” – napisano w komunikacie wydanym przez UEFA. Dla przypomnienia – reprezentacja Polski wedle ustalonego już terminarza ma w Dublinie zmierzyć się ze Słowacją (14 czerwca, godz. 18:00) oraz Szwecją (23 czerwca, godz. 18:00), natomiast w Bilbao wyznaczono jej mecz z drużyną Hiszpanii (19 czerwca, godz. 21:00).
PZPN wybrał na bazę dla kadry Portmarnock Hotel & Golf Links położony nieopodal stolicy Irlandii. Od centrum Dublina hotel dzieli tylko 25 minut jazdy samochodem, ale nie to było decydującym kryterium przy wyborze akurat tego obiektu, ani to, że jest on dawną rezydencją rodziny Jamesonów, producentów znanej marki whisky. Przesądziło posiadanie przez hotel pełnowymiarowego pola golfowego, a ten sport uprawia z większym lub mniejszym zaangażowaniem kilku najważniejszych ludzi w polskiej piłce nożnej.
W przypadku skreślenia Dublinu i Bilbao za listy gospodarzy Euro 2021, wedle docierają cych z UEFA plotek zaplanowane w tych miastach mecze planuje się przenieść do Wielkiej Brytanii, a konkretnie do Manchesteru. Prezes PZPN Zbigniew Boniek, będący przecież także członkiem Komitetu Wykonawczego UEFA, chyba coś musi w tej kwestii wiedzieć, skoro już tu i ówdzie zapowiedział, że PZPN logistycznie ma już z Portmarnock Hotel & Golf Links wszystko dopięte na ostatni guzik, więc dopiero jeśli dojdzie do zmiany lokalizacji meczów biało-czerwonych, to po naradzie ze sztabem selekcjonera Paulo Sousy zostanie podjęta decyzja o ewentualnej zmianie lokalizacji bazy na Euro 2021.
„UEFA z przyjemnością informuje, że nastąpi powrót kibiców na mecze turnieju Euro 2020 i pragnie wyrazić uznanie dla swoich związków członkowskich oraz władz krajowych i lokalnych, które ściśle współpracują przy zapewnieniu bezpiecznego powrotu kibiców na stadiony. Obecnie osiem krajów-gospodarzy potwierdziło pojemność stadionów z kibicami w oparciu o ich prognozy dotyczące poprawy sytuacji zdrowotnej w ich krajach w czerwcu i lipcu, biorąc pod uwagę szereg czynników, w tym wdrożenie szczepień w danym kraju, planowane działania na rzecz ponownego otwarcia gospodarki i przewidywane spowolnienie transmisji wirusa ze względu na cieplejszą porę roku” – napisano w komunikacie UEFA.
Euro 2020 jest szesnastym turniejem o mistrzostwo Europy w piłce nożnej mężczyzn. Z okazji 60 rocznicy wyłonienia p;ierwszego mistrza Europy jubilkeuszową imprezę zaplanowano w 12 miastach w 12 różnych państwach, w dniach od 12 czerwca do 12 lipca 2020 roku, jednak w związku z pandemią Covid-19, 17 marca 2020 roku UEFA podjęła decyzję o przeniesieniu turnieju na 2021 rok przy zachowaniu nazwy mistrzostw. Tytułu będzie bronić reprezentacja Portugalii, zwycięzca UEFA Euro 2016.

Turniej Euro 2021 – podział na grupy:

Grupa A:
Turcja, Włochy, Szwajcaria, Walia.
Grupa B:
Dania, Belgia, Rosja, Finlandia.
Grupa C:
Holandia, Ukraina, Austria, Macedonia Płn
Grupa D:
Anglia, Chorwacja, Czechy, Szkocja
Grupa E:
Hiszpania, Szwecja, Polska, Słowacja
Grupa F:
Niemcy, Portugalia, Francja, Węgry

Gumowe ucho Polaków

Donosicielstwem się brzydzę, prawie tak samo, jak złodziejstwem czy śmieceniem w lesie. To obrzydliwe, kiedy ktoś skarży na drugiego, żeby uprzykrzyć mu życie. Jeśli bierze za to pieniądze, to jeszcze pół biedy; ot, jest zwyczajnie chciwy i pazerny, a donosicielstwo to łatwy sposób na dorobienie do pensji; coś jak okradanie grobów albo zwłok na cmentarzu. Gorzej jednak, kiedy człowiek donosi na drugiego bez pieniędzy. Z przekonania, że czyni dobrze.

Ongiś, w szóstej albo siódmej klasie, w szkole podstawowej, nasza wychowawczyni podzieliła dzieci na grzeczne dziewczynki i niegrzecznych chłopców. Chłopakom przewodziliśmy w tryumwiracie, ja i dwóch kumpli. Dziewczyny miały duopol; dwie największe panny, które najlepiej się uczyły. Dla porządku trzeba dodać, że część dziewczyn, takich, które chuliganiły i uczyły się gorzej, trzymała z nami, także mieliśmy liczebną przewagę. Oczywiście to nie podobało się wychowawczyni. Postanowiła więc wprowadzić specjalny zeszyt, w którym dyżurny miał wpisywać uwagi oraz donosy na tego ucznia, który podczas lekcji albo przerwy źle się zachowywał. Później te donosy na godzinie wychowawczej były weryfikowane w obecności obwinionego. Normalnie, jak składanie samokrytyki za źle wykonany plan. Proceder trwał w najlepsze przez parę miesięcy. Dość powiedzieć, że w tym czasie klasa jeszcze bardziej się podzieliła, bo donosicielstwo podobało się tylko tym, którzy z lubością kapowali. Na bardziej posłusznych jednostkach wymusiło karność i pokorę, ale na tych bardziej krnąbrnych zadziałało jak płachta na byka. Wszystko ukróciło się na pierwszej, po wprowadzeniu w klasie książki skarg i wniosków, wywiadówce. Przytomna część rodziców uczniów z klasy zaprotestowała wobec takiego zachowania, podnosząc, skądinąd, słuszny argument, że podobne praktyki to uczenie donoszenia na siebie nawzajem i lepienie moralnych gnid, na co oni zgody nie dają. I tak skończyła się era kapownika, a wraz z nią nastała totalna wrogość między wychowawczynią a renegatami, do końca ich i jej dni w szkole podstawowej, czyli przez jakieś dwa, kolejne lata.

Kiedy patrzę na to, co się dzieje teraz z polskimi kościołami, przychodzą mi na myśl wspomnienia z siódmej klasy. Pod świątyniami stoją chłop i baba, licząc ludzi doń wchodzących. Robią to rzekomo z wysokich pobudek, nie wiedząc, że zachowują się jak stalinowska agentura. Nie ważne, co kto z nas sądzi o polskim kościele i klerze; prędzej czy później, raczej prędzej, księża katoliccy sami zaorają swoje zamki i spiżowe bramy, a to co zostanie, sprzedadzą za psie pieniądze Bezosowi, który urządzi w nich dyskoteki. Tymczasem jednak, donosząc na policję w sprawie ludzi w świątyniach, donosiciele wyrządzają więcej szkody niż pożytku. Po pierwsze, czynią moralną krzywdę samym sobie, przyklejając do siebie samych łatkę kapusiów, a to marne pocieszenie w walce z covidem. Choćby dlatego, że ulegają głupiej propagandzie, jeszcze głupszego rządu. Sam jestem poirytowany do granic wytrzymałości, dlaczego sale koncertowe i kinowe są zamknięte, a kościoły nie, ale sposobem na walkę z nieludzką władzą nie może być donosicielstwo, bo prawo Kalego tu nie zadziała. Jak donosi się na plebana a nie na dyrektora teatru, to nie jest się kapusiem, mówi ten i ów postępowiec. Otóż nie-jest się i to takim samym. I jeden i drugi próbują ratować swój interes, a że rząd woli facetów w sukienkach od artystów, to żadne dla donoszenia usprawiedliwienie. Ja, na ten przykład, nie chciałbym, żeby ktoś doniósł na mojego pana Stasia, u którego ćwiczę potajemnie na siłowni. Pan Stasio nie respektuje bowiem żadnych zaleceń i wpuszcza klientów po uważaniu, bo wie, że bez nich pójdzie na bruk, a klienci wiedzą, że bez pana Stasia zapuszczą się na amen. Obie strony respektują więc tajny układ, którego żadna z nich nie łamie. Nie ma między nami Judaszów, jak to ujął jeden z proboszczów parafii, na którego ktoś złożył donos. Wszelkie bowiem restrykcje, na czele z tymi, że dzieciom lekarskim i milicyjnym wolno chodzić do przedszkoli, a dzieciom sprzątaczek i kasjerek już nie, służą jedynie pogłębieniu rowu w naszym społeczeństwie, podzielonym już i tak zresztą skutecznie przez polityków, na dwa wrogie plemiona. Donosicielstwo jedynie ten stan petryfikuje, niezależnie od tego, kto donosi i na kogo.

Jezus Chrystus nawoływał swoich uczniów i wiernych, aby nie szemrali, jeno wprost wyrażali swoje sądy, bez uciekania się do kapowania. Bo to grzech. Niezależnie więc, czy ktoś słucha Jezusa, wierzy w grzech, chodzi do kościoła, bożnicy czy na piwo (choć na to ostatnie formalnie nie może), to wiedzieć powinien, że donosić jest po prostu nieprzyzwoicie. Że to wstyd. I to, że ktoś myśli, że dzięki telefonowi na policję uchroni ludzi przed wirusem, to jakaś totalna aberracja. Zrobi z siebie tylko idiotę. A covid i tak ludzisków oblecze, czy w kościele, czy bez niego.

Sezon agresywnych bajek

Mam za sobą wiele lat świadomej obserwacji polskiego życia politycznego. Sądzę, że daje mi to możliwość względnie obiektywnych porównań publicznych wypowiedzi tych, którzy to życie nam kształtują, którzy mają istotny wpływ na nasze nastroje i życiowe decyzje. Z czystym sumieniem mogę więc stwierdzić, że nie pamiętam tak dobrego sezonu na mówienie głupotek, lub opowiadanie bajek, w znacznej części poprzedzających działania, których sens jest dla mnie niezrozumiały.

Gender?

Spisanie wszystkich tych opowiadań wymagałoby napisania książki. Więc – w trosce o cierpliwość czytelników – zajmę się tylko kilkoma, zaczynając od mniej ważnych, ale mimo to denerwujących znaczną część społeczeństwa.
Mam słabe serce, a ostatnio wpada ono zbyt często w palpitacje spowodowane wypowiedziami przedstawicieli rządzących partii na temat konwencji stambulskiej. Objawy niechęci do ostatecznego akceptowania tej konwencji wspierane są często słowem „gender”. To angielskie słowo ma u nas jakieś nadzwyczajną siłę destrukcyjną, mimo, że po polaku znaczy „płeć”. Dopiero, jeśli ktoś chce to pojęcie rozbudować, to może dodać, że nie chodzi mu o płeć biologiczną, tylko kulturową, społeczną albo psychiczną. Ta ostatnia najbardziej niektórych denerwuje, bo nie mogą znieść, że chłopiec uważa się za dziewczynkę i odwrotnie. Nie rozumiem, dlaczego? Znam osobiście pieska, który zachowuje się jak suczka i suczkę z charakterem pieska. Mieszkają obok siebie i doskonale się uzupełniają. To ich spawa, tak samo jak ludzi, którzy mają podobne odczucia.

Niektórzy działacze prawicy dają do zrozumienia swoimi wypowiedziami, że Polak – Katolik nie może tolerować takich różnic między biologią a odczuciami samodzielnych, i rzekomo u nas wolnych ludzi. Tym samym nie rozumiem, czym jest wymyślana przez ideologów męskości tzw. „ideologia gender”. A już zupełnie nie pojmuję, dlaczego „ten cholerny gender” ma przeszkadzać zatwierdzeniu konwencji stambulskiej? Ona bowiem jest tylko (albo aż) deklaracją walki z przemocą wobec kobiet. Chyba także tych biologicznych mężczyzn, którzy za kobiety się uważają. I nie trzeba do tego filozofii.

Twardy język polityków

Sprawą pozornie bez znaczenia jest język używany przez wielu polityków i najbardziej sprawnego polskiego biznesmena, nasycony przerywnikami w formie przekleństw. Mamy w tej dziedzinie tradycję. Piłsudski też przeklinał i używał określeń, które trudno było nazwać salonowymi. Zarówno w antyplatformerskiej fali nagrań rozmów przy konsumpcji niesmacznych ośmiorniczek, jak i publikowanych obecnie szczególnie w dyspozycyjnych rozmowach prezesa Obajtka w czasach wójtowania, przerywnik „k….wa” jest stosowany niemal bez przerwy.

Opowiadanie przez polityków wysokiego szczebla, szczególnie premierów, rzeczy słusznych jest konieczne, ale – moim zdaniem – ważna jest też forma.. Powinni mówić bardzo dobrym, literackim językiem, świadczącym o ich osobistej kulturze. Niektórzy mogą nie wszystko rozumieć, ale mimo to ich autorytet wtedy wzrasta.

Przykro mi. Mimo sklerozy ośmielam się uważać, że z powojennych premierów niemal wszyscy nie potrafili mówić takim językiem. Narażam się politycznie, ale – moim nieuczesanym zdaniem – był tylko jeden wyjątek, który mówił bardzo dobrze. Tym wyjątkiem był Józef Cyrankiewicz. Powtarzam – chodzi mi o formę, a nie o treść. Nawet wtedy, gdy groził odrąbywaniem rąk sprzeciwiającym się władzy poznańskim robotnikom, powiedział to dobrze po polsku.

Dobrze mówili i mówią po polsku w innych okolicznościach, także Włodzimierz Cimoszewicz i Donald Tusk. Nad resztą premierów, łącznie z obecnym, spuszczam zasłonę.

Pochwały za formę opowiadań, nie mogą ode mnie oczekiwać liczni działacze „zjednoczonej (jeszcze) prawicy, którzy przemawiają zawsze z poważną i obrażoną miną, Słucham ich tylko w telewizorze, bo jako przestraszony pandemista poruszam się w promieniu kilometra od miejsca zamieszkania.

Mów mi wuju!

Czołówkę propagandowo – agresywnego przekazywania poglądów stanowią niewątpliwie wiceministrowie i inni partyjni towarzysze ministra sprawiedliwości. Jako tako znoszę tylko byłego wiceministra pana Patryka Jakiego, który używa względnie poprawnego języka i robi korzystne wrażenie, że nie zawsze wierzy w to, co mówi. Staram się traktować, jako niestosowną rozrywkę wypowiedzi, i zapewne rzeczywiste poglądy, wybijającego się ostatnio parlamentarzysty o nazwisku, które w Potopie Sienkiewicza poprzedzone jest imieniem Roch. Słuchając go, mam niekiedy ochotę powiedzieć, wzorem Zagłoby – „Mów mi wuju!”- to prywatnie Ci wytłumaczę, dlaczego się z Tobą nie zgadzam.

Jedną z ostatnich głupotek serwowanych przez tego quasi Rocha było nerwowe oświadczenie, że marzy – „jak miliony Polaków” – o tym, aby zobaczyć w więzieniu Donalda Tuska. Bo źle rozmawiał z Rosjanami po katastrofie smoleńskiej. Przestraszyłem się (jak zwykle ostatnio), bo wprawdzie „miliony” były oczywistą przesadą, ale może rzeczywiście jest sporo osób, które mają o to pretensje. Nie zwlekając poszukałem w okolicy mego niezawodnego konsultanta politycznego, czyli nurka śmietnikowego, o którym już kiedyś pisałem. Powiedział, żebym się nie przejmował. Przeciętny polski obywatel nie wie, o co chodzi z tymi rozmowami. Interesuje się, ale też coraz mniej, tylko odpowiedzią na pytanie – był jakiś zamach, czy go nie było?

Dochodzimy tu do wyjątkowo długiego wykorzystywania sezonu na bajkowe opowiadania. Właściwie zaczął się krótko po katastrofie, czyli 10 lat temu. Co roku zapowiadano zakończenie, które – jak powszechnie rozumiano – miało wskazać zamachowca i udowodnić jego winę. Powołano specjalną (i kosztowną) podkomisję i wielu ekspertów. Kwestionowano oficjalne wyniki badań specjalistów od katastrof lotniczych i usiłowano nadawać inne znaczenie nagraniom z kokpitu samolotu. I trwa to dalej bez pewności, że skończy się po 10 rocznicy.

Wirus – nasz wróg

Rosnący zestaw bajkowych opowiadań przyniosła nam zaraza korona wirusem. Najpierw – według opowiadań Premiera – wirus już się wycofywał, żeby pozwolić nam na spokojne przeprowadzenie wyboru prezydenta. Potem wrócił. W wakacje osłabł, bo pojechał na wycieczkę do Anglii i na plaże w Izraelu. Tam go skutecznie pogonili naprawdę masowymi szczepieniami, więc teraz znowu nas nawiedził. Widocznie wypoczął, bo rozrabia ze zdwojona siłą. Najbardziej przebijały się partyjno – propagandowe opowiadania o tym, jak na wszystko jesteśmy przygotowani, wszystkiego mamy więcej niż trzeba, poza szczepionkami. Wobec tego wymyślano i zmieniano „system” szczepień zmuszający np. staruszków do tego, aby wiedzieli, co to jest „profil zaufany” i jak go wykorzystać. Ale jak znerwicowane społeczeństwo przestało lubić szczepionkę jednej firmy i powstały jej zapasy, to mimo to nie widzę punktów szczepień z napisami „Tu szczepmy szczepionką XYZ każdego w wieku od …. do ……, kto się umówi telefoniczne pod numerem …..”.

Może zresztą się mylę, może wbrew narzekaniom mamy nadmiar personelu i wszystkiego, co potrzebne w walce z pandemią. Wysyłamy przecież naszą liczną ekipę lekarzy i pielęgniarek – dobrze, że tylko na trzy dni, – aby zaszczepiła personel kwatery głównej NATO. Tak, jakby nie było w tej „okolicy” Belgii i Holandii, a niezbyt daleko także Niemiec, Francji i Anglii. Zaczynam wierzyć panu premierowi, że staliśmy się w latach panowania PISu nieprzyzwoicie bogaci, czego zresztą dowodem mogą być także niektórzy obywatele kierujący największymi spółkami skarbu państwa.

Czołową nagrodę za oświadczenia w czasie zarazy, trzeba przyznać także naszemu instytucjonalnemu kościołówi. Nawet w podobnie pobożnej Litwie ogłoszono decyzje władz kościelnych, że msze powinny odbywać się bez bezpośredniego udziału wiernych. Są transmitowane przez telewizję i każdy, jeśli czuje taką nieodpartą potrzebę, może w nich uczestniczyć. Kościoły w Polsce z reguły nie przestrzegają zaleceń dotyczących liczby obecnych i obowiązku zakładania maseczek. Bez owijania w bawełnę trzeba powiedzieć, że są jednym z poważnych źródeł zakażeń. I w tym zakresie wszystko zaczyna się od pięknych, ale pozbawionych przyziemnego sensu, słów o nieustającej opiece Boga i o „duchowych potrzebach Polaków”. Ukryte w tych wypowiedziach sugerowanie, że modlitwa może zastępować medycynę, jest anegdotą stulecia. A tymczasem, codzienne wywożenie licznych zmarłych ze szpitali, zaczyna przypominać obrazy z walki z zarazą w średniowieczu.

Ten okropny komunizm

Pandemia nie zmieniła jednak tonacji wypowiedzi związanych z naszym życiem politycznym. Wyraźnie zaostrzyły się twierdzenia działaczy zjednoczonej prawicy, że wszystkiemu złemu winna jest opozycja i okres, w którym żyliśmy „w „komuniźmie”. Oderwiemy się od tego tragicznego okresu dopiero wtedy, kiedy wymrą ludzie, którzy w nim żyli. Bo oni przesiąkli tym strasznym ustrojem, ukryli się w opozycji i wszystko teraz nam psują.

Takie twierdzenia słyszę niemal codziennie z ust młodych, a więc niezarażonych tym politycznym wirusem, wiceministrów sprawiedliwości, prawicowych radnych Warszawy i Gdańska a także niektórych europosłów i europosłanek – na czele z moją ulubioną, o której już pisałem. Niedawno na posiedzeniu poświęconym praworządności wygłosiła zadziwiające oświadczenie, w którym – oczywiście – też wskazała z psychiczne „skomunizowanie” naszej opozycji.

Nie mogę się powstrzymać, od kilku nieśmiałych uwag.

Teorie komunizmu nigdy i nigdzie nie były zmaterializowane w postaci ustroju. Niektórzy filozofowie uważali zresztą, że „Komunizm to chrześcijaństwo w najczystszej formie, w czasie, kiedy nie wypaczył go katolicyzm” (Etien Cabet 1842). Zły stosunek do samej idei wolności, równości, wspólnoty, braterstwa itd. powstał nie dlatego, że „masy” nie zgadzały się z tą ideą, tylko dlatego, że w poważnej skali próbowano ją wprowadzać w czasie rewolucji rosyjskiej, używając siły i mordując przeciwników. Szczyt krwawych prób wdrażania komunizmu osiągnięto jednak nie w ZSRR, a w Kambodży, w której Czerwoni Khmerzy pod dowództwem Pol Pota w latach 1975 – 80 wymordowali lub w inny sposób doprowadzili do śmierci ponad 20% populacji kraju, czyli 1,5 miliona osób. Bezmyślność tej „rewolucji” zmierzającej do stworzenia państwa rolniczego bez szkół i inteligencji, też zostawiła ślad na opinii o teorii komunizmu, mimo, że nie miała z nią nic wspólnego.

W Polsce tylko przez dziesięć lat po wojnie panowało coś, co miało być ”ustrojem sprawiedliwości społecznej”, ale wzorem wielkiego sąsiada i międzynarodowo uznanego opiekuna wschodnioeuropejskiej strefy wpływów, było jednocześnie okresem bezwzględnej, i czasem też krwawej, walki politycznej. Ale nawet wtedy nie wprowadzono kolektywizacji rolnictwa, nie zlikwidowano rzemiosła i innych form, drobnej, prywatnej przedsiębiorczości, rozwijano szkolnictwo średnie i wyższe. Upaństwowiono tylko średnie, duże i bardzo duże przedsiębiorstwa przemysłowe.

Teraz mamy inny klimat

Od 1956 roku, czyli „epoki” gomułkowskiej, naród żył względnie spokojnie, uczył się i ciężko pracował nad odbudową kraju. Można mi zarzucić, że jako sklerotyk, widzę ten okres w zbyt różowych barwach, Ale prawicowy malkontent powinien posłuchać piosenki „Gdzie się podziały tamte prywatki, gdzie te dziewczyny z tamtych lat?” – zwłaszcza w pierwszym wykonaniu W. Gąssowskiego wspieranej fotografiami, – aby zrozumieć, że nie było tak źle, jak to przedstawia w swoich wystąpieniach.. Owszem – ograniczano wolność słowa (choć kabarety polityczne były lepsze niż dzisiaj). Ograniczano wyjazdy zagraniczne. Hamowano import i – poza rolnictwem – rozwój prywatnej przedsiębiorczości. Ale właśnie w tym okresie wiele znanych osób, łącznie z braćmi Kaczyńskimi, kończyło studia. A Lech zrobił nawet habilitację. Co nie oznacza, że nie byli jednocześnie opozycjonistami.

Ci młodzi politycy, którzy opowiadają namiętnie o tym wczesnym, najgorszym okresie, zapominają o tym, że niekochający władzy naród był jednocześnie zjednoczony w dążeniu do odbudowy kraju i przywrócenia nadszarpniętych wojną jego wartości kulturowych. Student, czujący się opozycjonistą, nie rezygnował ze swoich poglądów, ale bez wstrętu jechał w niedzielę „pomagać wsi”, albo grzebać w ziemi doły, pod fundamenty nowych osiedli.

Dzisiaj, Szanowne Panie i równie Szanowni Panowie z rządzącej prawicy, z perspektywy tych wielu lat widzę, że zaczyna być gorzej. Udało się Wam zrobić niespotykany w Europie i w naszej historii, bałagan w wymiarze sprawiedliwości. Skład, sposób działania i decyzje takich „organów” jak Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, Krajowa Rada Sądownictwa budzą wątpliwości w kraju i w UE. Próby „stłamszenia” niezależnych mediów niszczą pozory demokracji. Posłowie prawicy w swoich wypowiedziach nie tylko usprawiedliwiają, ale wręcz chwalą decyzję pewnej posłanki, o przejściu z całkiem lewej strony, na całkiem prawą. Nagła zmiana poglądów tej pani nie tylko zerwała niepisaną umowę z jej wyborcami, ale świadczyła też o narastającym lekceważeniu zasad przyzwoitego parlamentaryzmu.
Teraz „taki mamy klimat”. I nie stworzyło go ani polityczne centrum, ani lewica. Przy skłonności do pisania agresywnych bajek, trudno go będzie ocieplić.

Warszawa – Marki. 26.03.2021