Żużel: Stal Gorzów górą w lubuskich derbach

Pierwsze w tym sezonie starcie dwóch lubuskich drużyn, ale już 101. w historii, odbyło się na stadionie w Zielonej Górze. Gorzowianie przyjechali do lokalnych rywali w glorii lidera PGE Ekstraligi i jedynej niepokonanej ekipy w żużlowej ekstralidze. Zaczęli mecz fatalnie i po czterech wyścigach przegrywali 10:20, lecz ostatecznie zwyciężyli 50:40.

Na wstępie wypada wspomnieć, że zaplanowane na miniony piątek mecze PGE Ekstraligi, Motor Lublin – Apator Toruń oraz GKM Grudziądz – Unia Leszno, ze względu na złe prognozy pogody zostały przełożone na 21 maja. Oba niedzielne spotkania, Falubazu Zielona Góra ze Stalą Gorzów i Włókniarza Częstochowa ze Spartą Wrocław odbyły się bez przeszkód. Znakomicie w zespole Falubazu jeździł w niedzielny wieczór Partyk Dudek, na początku dotrzymywał mu jeszcze kroku Max Fricke, ale prawdziwą furorę zrobił młodzieżowiec Nile Tufft, który w spotkaniu ze Stala zadebiutował w PGE Ekstralidze. Najpierw do spółki z Fabianem Ragusem wywalczył podwójną wygraną, a w wyścigu czwartym zdobył kolejne dwa punkty. Do prawdziwej sensacji doszło jednak w piątym biegu, do którego zaskoczony wynikiem trener gorzowskiej ekipy Stanisław Chomski wystawił Bartosza Zmarzlika jako rezerwę taktyczną za Karczmarza. Dwukrotny mistrz świata jechał w parze z pozyskanym przed tym sezonem z Falubazu Słowakiem Martinem Vaculikiem, zapowiadało się więc, że Stal wygra co najmniej 4:2. Tymczasem jadący w barwach zielonogórskiej drużyny Dudek nieoczekiwanie minął metę na pierwszej pozycji, a partnerujący mu w tym biegu Damian Pawliczak wyprzedził Vaculika i to Falubaz wygrał wyścig 4-2. W tym momencie Falubaz prowadził 20:10 i zapachniało sensacją. Ale tylko na moment, bo gorzowianie opanowali nerwy i w kolejnych sześciu biegach aż czterokrotnie ich para mijała metę na dwóch czołowych pozycjach. Znakomicie w tym okresie spisywali się Anders Thomsen i Szymon Woźniak, skutecznie zaczął ścigać się też Martin Vaculik, a Bartosz Zmarzlik, poza jednym słabszym występem w piątej gonitwie, w pięciu pozostałych w jakich w niedzielny wieczór wystartował był nieosiągalny dla rywali i skończył zmagania z dorobkiem 17 punktów.
Najlepszy w zielonogórskiej ekipie Patryk Dudek także pojechał w sześciu wyścigach i był od Zamrzlika tylko o jeden punkt gorszy (zdobył ich w sumie 16), ale sam jeden nie był w stanie przeważyć szali. Max Fricke gasł z każdym kolejnym biegiem i w całym meczu zdobył zaledwie 7 punktów. Nie istniał na torze Piotr Protasiewicz, który wywalczył tylko jeden punkt w czterech startach. Nic dziwnego, że rozczarowani jego postawą kibice Falubazu po meczu znów w mediach społecznościowych równali go z ziemią, a w najłagodniejszych ocenach wysyłali na emeryturę. Na domiar złego najsłabszy mecz w sezonie zaliczył Słoweniec Matej Zagar (3+1 pkt w czterech wyścigach).
Piotr Żyto, trener Falubazu, szacował, że Stal będzie do ugryzienia, jeśli dobrze spiszą się juniorzy i Pawliczak. Te rachuby okazały się chybione, bo w meczu ze Stalą zawiedli seniorzy. Przewaga Falubazu po piątym biegu zaczęła szybko topnieć, a po dziewiątym wyścigu Stal objęła prowadzenie, którego nie oddała już do końca zawodów zwyciężając ostatecznie 50:40. Gorzowianie z dorobkiem 8 punktów umocnili się na prowadzeniu w PGE Ekstralidze. Drugą lokatę zajmuje Motor Lublin, a trzecią
Sparta Wrocław.
W 5. kolejce udało się rozegrać tylko dwa mecze. Poza derbami Ziemi Lubuskiej do skutku doszło drugie niedzielne spotkanie, Włókniarza Częstochowa ze Spartą Wrocław. Był to już 120. ligowa potyczka żużlowców tych drużyn w historii. Tym razem jednak częstochowianie na własnym torze mocno rozczarowali swoich fanów doznając drugiej porażki w obecnym sezonie. Z wrocławskim zespołem ekipa Włókniarza przegrała 38:52 i nawet przez moment nie była równorzędnym przeciwnikiem. Sparta przyjechała do Częstochowy jeszcze bez swojego asa Taia Woffindena, bo Brytyjczyk wciąż nie wrócił do pełni sił po kontuzji, lecz w niedzielę pierwsze skrzypce we wrocławskiej ekipie grali Artiom Łaguta i Maciej Janowski zdobyli po 17 pkt), którym dzielnie sekundowali Gleb Czugunow (10 pkt) i Daniel Bewley (8). W zespole częstochowskich „Lwów” najwięcej punktów zdobyli Jakub Miśkowiak (11), Duńczyk Leon Madsen (7) i Bartosz Smektała (5).
Druga w tym sezonie porażka na własnym torze oznacza, że szanse Włókniarza na wysokie miejsce w fazie play-off stają się coraz bardziej teoretyczne. Dość powiedzieć, że na dziewięć ostatnich domowych meczów, Włókniarz wygrał tylko dwa. To miażdżąca statystyka.
A wrocławianie wracali wreszcie do domu w dobrych humorach, bo nie dopuścili do trzeciej porażki z rzędu i awansowali z ostatniego ósmego miejsca w tabeli PGE Ekstraligi na trzecie. Do zespołu ma wkrótce wrócić Woffinden, akurat na trudne mecze ze Stalą Gorzów (16 maja) i Unią Leszno (23 maja).
W klasyfikacji najskuteczniejszych zawodników ligi wciąż prowadzi Bartosz Zmarzlik, który notuje niebywale wręcz wysoką średnią biegową – 2,905 pkt. Za nim plasują się Maciej Janowski (2,500) i Martin Vaculik (2,450).

Program 6. kolejki:
Sobota 15 maja:
Unia Leszno – Falubaz Zielona Góra, godz. 16:00;
GKM Grudziądz – Motor Lublin, godz. 21:00.
Niedziela 16 maja:
Apator Toruń – Włókniarz Częstochowa, godz. 16:30;
Sparta Wrocław – Stal Gorzów, godz. 19:15.

Zmarzlik wiezie Stal na tron

W miniony weekend odbyły się wszystkie mecze 3. kolejki PGE Ekstraligi. Znów koncertowo pojechali żużlowcy Stali Gorzów, którzy pokonali GKM Grudziądz 52:38. W pozostałych meczach Unia Leszno wygrała z Apatorem Toruń 47:43, Włókniarz Częstochowa z Falubazem Zielona Góra 49:41, a Motor Lublin ze Spartą Wrocław 52:38.

Zwycięstwo Stali Gorzów na torze w Grudziądzu trzeba jednak uznać za sporą sensację. W ostatnich sezonach była to dla gorzowian arena wyjątkowo nieprzychylna. Dość powiedzieć, że po raz ostatni zwyciężyli tu w 2006 roku, gdy oba zespoły ścigały się w ramach rozgrywek I ligi. W kolejnych latach ekipa Stali zwykle wyjeżdżała z grudziądzkiego owalu mniej lub bardziej, ale zawsze potłuczona. Przed konfrontacją w obecnym sezonie fani gorzowskiego zespołu mieli nadzieję, że ich ulubieńcy, którzy zaczęli sezon znakomicie, od pokonania samej Unii Leszno na jej torze, w końcu przełamią trwającą od piętnastu lat serię porażek w Grudziądzu. Podopieczni trenera Stanisława Chomskiego nie zawiedli tych oczekiwań. Znów koncertowo pojechał lider gorzowskiego zespołu Bartosz Zmarzlik. Dwukrotny indywidualny mistrz świata, dla którego był to wyjątkowy dzień, bo obchodził dziesięciolecie debiutu w żużlowej ekstraklasie, zdobył komplet punktów, a jego drużyna wygrała 52:38. Zmarzlik w pierwszej serii przegrał start, lecz potem z dziecinną łatwością minął gwiazdorów zespołu gospodarzy Nickiego Pedersena i Przemysława Pawlickiego. W gorzowskim zespole świetnie spisywali się w pierwszej fazie rywalizacji także Anders Thomsen i Marcus Birkemose. W drugiej serii biegów trener ekipy gospodarzy Janusz Ślączka od razu sięgnął po rezerwę taktyczną. Ale goście nie dali się zdominować i powoli zaczęli w punktacji odjeżdżać gospodarzom. Przed wyścigami nominowanymi prowadziła 42:36. Chwilę później było po meczu, gdy Thomsen i Szymon Woźniak zdobyli komplet punktów. Zdecydowanie najlepszym zawodnikiem meczu był Zmarzlik, który zgromadził tzw. płatny komplet punktów. Mistrz świata w w Grudziądzu był najlepiej punktującym żużlowcem Stali w 50. z 71 ostatnich spotkań. To niewiarygodne osiągnięcie.
Poza Zmarzlikiem bardzo dobrze spisali się również pozostali seniorzy Stali. Natomiast ostatnia po trzech kolejkach drużyna GKM uznawana jest teraz za głównego kandydata do spadku. Spory wpływ na słabe wyniki ma widoczny na każdym kroku ostry konflikt między Pedersenem a Pawlickim. Obaj pałają do siebie niechęcią i zamiast łączyć siły w walce o punkty, na torze robią wszystko, żeby sobie wzajemnie przeszkadzać. I co najgorsze, chyba nikt w klubie nie ma pomysłu, jak ten konflikt zażegnać.
Trener innych zespołów też borykają się z personalnymi konfliktami lub popełniają błędy przy ustalaniu składu. Jak choćby trener Włókniarza Częstochowa Piotr Świderski, który uparł się odbudować formę Kacpra Woryna, ale ten żużlowiec na razie jest tylko kulą u n ogi częstochowskiej ekipy i gównie przez niego Włókniarz jest poza czołową czwórką. Podobnie uparty w trzymaniu się swoich personalnych wyborów jest też trener Motoru Lublin Maciej Kuciapa. On z kolei postawił na odbudowę formy Krzysztofa Buczkowskiego, ale póki co ten obiecujący młody żużlowiec musi sporo poprawić w technice jazdy i dopóki tego nie zrobi, to będzie miał problemy ze zdobywaniem punktów. Wygrana z osłabioną kadrową Spartą Wrocław może trochę zaciemniła szkoleniowcowi obraz sytuacji, ale gdy przyjdzie walczyć z mocniejszymi, słabość Buczkowskiego może znacznie drożej kosztować.
Na kilka ciepłych słów zasłużyła natomiast skazywana przed sezonem na spadek ekipa beniaminka, czyli Apatora Toruń. Torunianie na torze obrońców mistrzowskiego tytułu wywalczyli aż 43 punkty i byli nawet bliscy wygranej. Ostatecznie przegrali 43:47 i wielu fanów Apatora zastanawiało się, jaki byłby wynik gdyby za Adriana Miedzińskiego pojechał Tobiasz Musielak. Miedziński to wychowanek toruńskiego klubu i wygrał walkę o miejsce w składzie z Musielakiem, lecz jak na razie jest największych hamulcowym w swojej drużynie. Natomiast Musielak, którego wypożyczono do Wilków Krosno, punktuje na wysokim poziomie i trzyma równą formę. Ktoś popełnił błąd i powinien przynajmniej za niego przeprosić.
Niespodzianką jest dopiero trzecia lokata Unii Leszno. Obrońcy tytułu to wciąż mocna ekipa, ale nie budzi już takiego postrachu u rywali jak choćby w poprzednim sezonie. Jej największą słabością są juniorzy i cała piątka seniorów musi pojechać perfekcyjnie, żeby drużyna zdobyła 50 punktów. W meczu z Apatorem zawalił Jason Doyle i udało się wygrać „na styk”. Wrocławska Sparta po stracie Taia Woffindena mocno straciła na sile. U siebie jeszcze jakoś dawała radę, ale na wyjazdach w Grudziądzu i Lublinie wyglądali marnie. Problemy wrocławian przeczą snutym przed sezonem tezom, że będą to rozgrywki „dwóch prędkości”. W tej chwili wiele wskazuje, że liga będzie bardziej wyrównana, niż sądzono.
W miniony piątek udało się rozegrać dwa zaległe spotkania z 1. rundy – Motor Lublin wygrał z Włókniarzem 49:41, GKM pokonał Spartę 45:44. Zatem po trzech ligowych kolejkach nikt nie ma już zaległości. Liderem z kompletem zwycięstw jest Stal Gorzów (6 pkt), przed Motorem (4 pkt) i Unią (4), czwarte miejsce zajmuje Sparta (2 pkt), piątek Włókniarz (2), szóste Apator (2), siódme Falubaz (2), a stawkę zamyka GKM Grudziądz (2 pkt).
W klasyfikacji najskuteczniejszych zawodników ligi wciąż na czele jest Bartosz Zmarzlik (średnia punktowa 2,933), przed kolegą z zespołu Stali Martinem Vaculikiem (2,600) i zawodnikiem Motoru Dominikiem Kuberą (2,400).

Zestaw par 4. kolejki PGE Ekstraligi
30 kwietnia:
Apator Toruń – GKM Grudziądz, godz. 18:00; Falubaz Zielona Góra – Motor Lublin, godz. 20:30;
2 maja:
Stal Gorzów – Włókniarz Częstochowa, godz. 16:30; Sparta Wrocław – Unia Leszno, godz. 19:15.

Żużlowa PGE Ekstraliga gotowa do walki

W rywalizacji ośmiu zespołów w żużlowej ekstraklasie kibice będą obejrzą 64 mecze i 960 wyścigów. Mistrzowskiego tytułu bronić będzie ekipa Unii Leszno, którą już w pierwszej ligowej kolejce, zaplanowanej w świąteczny weekend, czeka prestiżowe starcie na własnym torze z wicemistrzem z poprzedniego sezonu, Stalą Gorzów.

Rozgrywki PGE Ekstraligi zainaugurowane zostaną 3 kwietnia (sobota), a pierwsza runda dokończona będzie dzień później. Pierwszy mecz PGE Ekstraligi odbędzie się w Lublinie, gdzie miejscowy Motor podejmie Włókniarza Częstochowa (początek godz. 18:00. Tego samego dnia GKM Grudziądz zmierzy się ze Spartą Wrocław (początek godz. 20:15). Natomiast w niedzielę beniaminek ligi Apator Toruń podejmie ma Motoarenie Falubaz Zielona Góra (godz. 16:30, a Unia Leszno na swoim torze zmierzy się z wicemistrzem z poprzedniego sezonu Stalą Gorzów (godz. 19:15).
W stosunku do poprzedniego sezonu w zespołach PGE Ekstraligi doszło do wielu zmian kadrowych. Pod tym względem najmniej zamieszania było w prowadzonej przez Piotra Barona mistrzowskiej ekipie Unii Leszno, z której odeszli juniorzy Dominik Kubera i Bartosz Smektała, a dołączył do niej Australijczyk Jason Doyle. Filarami drużyny po staremu będą jednak Janusz Kołodziej, Piotr Pawlicki i Emil Sajfutdinow.
W wicemistrzowskiej ekipie Stali Gorzów zdecydowanie radykalniej przemeblowano kadrę. Trener Stanisław Chomski musiał zimą pożegnać Krzysztofa Kasprzaka, Nielsa Kristiana Iversena i Mateusza Bartkowiaka, ale w ich miejsce pojawili się w gorzowskim klubie wracający z wypożyczenia junior Kamil Nowacki oraz Duńczyk Marcus Birkemose i Słowak Martin Vaculik. Gwiazdą zespołu będzie rzecz jasna dwukrotny indywidualny mistrz świata Bartosz Zmarzlik, którego wspierać będą Szymon Woźniak, Duńczyk Anders Thomsen i Szwed Linus Sundstroem.
W Sparcie Wrocław zimą doszło do kadrowej rewolucji. Zespół opuścili Max Fricke, Wiktoria Garbowska, Bartosz Curzytek i Mateusz Gzyl, ale trener Dariusz Śledź będzie miał teraz do dyspozycji mocne trio – bo do Brytyjczyka Taia Woffindena i Macieja Janowskiego dołączył Rosjanin Artem Łaguta. Gdyby miał jeszcze zdyskwalifikowanego za niedozwolony doping Maksyma Drabika, wrocławski zespół byłby w stanie nawet przełamać hegemonię Unii Leszno. Ale nawet w obecnym składzie także w tym sezonie powinien znaleźć się w strefie medalowej.
Dużo też w przerwie między sezonami działo się w Falubazie Zielona Góra prowadzonym przez trenera Piotra Żyto. Zielonogórzanie stracili Martina Vaculika, Antonio Lindbaecka (zakończył karierę), Michaela Jepsena Jensena, Norberta Krakowiaka, ale pozyskali w ich miejsce równie dobrych jeźdźców – Słoweńca Mateja Zagara, Australijczyka Maksa Fricke, a przede wszystkim Patryka Dudka i weterana torów 45-letniego Piotra Protasiewicza.
Włókniarz Częstochowa wymienił niemal połowę zespołu, jeśli brać pod uwagę kluczowe zmiany transferowe. Pozyskanie Bartosza Smektały, Kacpra Woryny i Jonasa Jeppesena to solidne wzmocnienie, ale trener Piotr Świderski z pewnością żałuje odejścia Jasona Doyle`a. Ma jednak nadal w składzie Duńczyka Leona Madsena, Szweda Fredrik Lindgren i naszego czołowego juniora Jakuba Miśkowiak.
W Motorze Lublin nie lubią stagnacji. Trener Jacek Ziółkowski przed sezonem dostał zgodę zarządu klubu na zatrudnienie sprawdzonych w ligowej walce żużlowców i ściągnął Rosjanina Grigorija Łagutę, Duńczyka Mikkela Michelsena i Jarosława Hampela, ale wzmocnił też juniorską część kadry o Dominika Kuberę. Z klubu odeszli natomiast Matej Zagar, Jakub Jamróg, Paweł Miesiąc, Oskar Bober i Wiktor Trofimow.
GKM Grudziądz zatrudnił nowego trenera, Janusza Ślączkę, a w miejsce Artem Łaguty, Krzysztofa Buczkowskiego i Marcina Turowskiego zatrudnił Krzysztofa Kasprzaka, Norbert Krakowiaka i Mateusza Bartkowiaka, którzy w zamyśle mają być wsparciem dla duńskich rutyniarzy – Nickiego Pedersena i Kennetha Bjerre oraz lidera zespołu Przemysława Pawlickiego.
I na koniec sytuacja w zespole beniaminka PGE Ekstraligi Apatorze Toruń. Trener Tomasz Bajerski zachował trzon kadry tworzony przez australijskich braci Chrisa i Jacka Holderów, Rosjanina Pawła Łagutę oraz Polaków Adriana Miedzińskiego i Tobiasza Musielaka, do którego dołączyli Brytyjczyk Robert Lambert oraz wracający z wypożyczenia Paweł Przedpełski oraz pozyskany w Wybrzeża Gdańsk Karol Żupiński.

Cięcie kasy w Stali

W ekipie Stali Gorzów, aktualnych wicemistrzów Polski w jeździe na żużlu, znów zrobiło się nerwowo. Miejskie władze przyznały klubowi roczną dotację w wysokości 2,3 mln złotych. To o 1,7 mln zł mniej niż wnioskował klub.

Pod koniec lutego atmosfera wokół Stali Gorzów zgęstniała z powodu kolportowanych w internecie wieści o rzekomo niestosownym zachowaniu działaczy klubu, w tym prezesa Marka Grzyba, w trakcie pobytu na przedsezonowym zgrupowaniu zespołu w Hiszpanii. Za nagłośnieniem tej sprawy stał ponoć gorzowski radny Jerzy Synowiec, w przeszłości prezes Stali, a dzisiaj największy oponent obecnego szefa klubu.
Co naprawdę zdarzyło się w hiszpańskim hotelu trudno jednoznacznie stwierdzić, bo jedna strona mówi, że działacze Stali ostro tam balowali, a prezes Grzyb stanowczo temu przeczy i grozi pozwami do sądu za publikowanie nieprawdziwych według niego informacji w tej sprawie. Ale fali oburzenia jaka wezbrała wśród mieszkańców Gorzowa powstrzymać nie zdołał, a to odbiło się natychmiast na decyzji radnych w dyskutowanej akurat w tym czasie debacie o wysokości tegorocznej dotacji dla Stali z budżetu miasta przyznawanego z puli środków na promocję Gorzowa. Żużlowy klub, który jest dumą i wizytówką tego miasta, złożył wniosek o przyznanie dofinansowania w wysokości czterech milionów złotych.
Rozkolportowane opowieści o imprezach w hiszpańskim hotelu raczej nie wpłynęły na decyzję rady miasta i prezydenta Jacka Wójcickiego o obcięciu dotacji dla Stali o 1,7 mln złotych. I bez tego zostałaby zmniejszona, bo miejski budżet ma poważniejsze wydatki związane z pandemią, ale może nie aż tyle. „Szanuję decyzję prezydenta i komisji sportu. Nasz wniosek opiewał na wyższą kwotę, a dostaliśmy mniejszą. Rozumiemy, że to z powodu trudnej sytuacji gospodarczej w okresie pandemii. Przyjmujemy decyzję do wiadomości i działamy dalej” – skomentował decyzję prezes Grzyb. Teraz musi jednak znaleźć te 1,7 mln złotych, bo przecie sam Bartosz Zmarzlik ma kontrakt w wysokości 3 mln zł.

Rok dyskwalifikacji dla Drabika za infuzję

Zakończył się pierwszy sezon dopingowego serialu z żużlowcem Sparty Wrocław Maksymem Drabikiem w roli głównej. W miniony wtorek organ dyscyplinarny POLADA zawiesił go prawach zawodnika na rok.

Nałożona na Drabika kara nie jest przesadnie dotkliwa, zwłaszcza gdy się zważy, że 23-letniemu żużlowcowi groziła czteroletnia dyskwalifikacja, którą dopiero niedawno POLADA była gotowa obniżyć o połowę. Ostatecznie członkowie tzw. Panelu Dyscyplinarnego wykazali się łaskawością i zawyrokowali tylko roczne zawieszenie, lecz nie kończy to jeszcze sprawy, bowiem teraz wyrok ten muszą jeszcze przyklepać POLADA i WADA. A że nie zawsze wykazują w tym klepaniu łagodność, przekonali się niedawno piłkarze Pogoni Siedlce, którym półroczne wyroki na żądanie tych instytucji zamieniono na czteroletnie dyskwalifikacje.”Musimy poczekać na pisemne uzasadnienie orzeczenia Panelu Dyscyplinarnego i dopiero na jego podstawie będziemy podejmować dalsze decyzje” – skomentował wyrok na Maksyma Drabika dyrektor POLADA Michał Rynkowski.
Na razie żużlowiec i jego prawnicy mogą być jednak zadowoleni, bo tylko roczną dyskwalifikację mogą uznać za swój wielki sukces, którego w ostatnich tygodniach przed ogłoszeniem werdyktu nie mieli powodów się spodziewać. Prowadząc ostry spór z POLADA konsekwentnie odmawiali dobrowolnego poddania się karze i ta strategia okazała się słuszna, bo ugoda z komisją antydopingową oznaczałby co najmniej półtoraroczne zawieszenie. Ponieważ sprawa nie jest jeszcze definitywnie zakończona, Drabik i jego pełnomocnicy muszą wciąż liczyć się z dotkliwszą sankcją, ale zachowują też możliwość jej złagodzenia nawet o pół roku, bo mają prawo odwołania się od werdyktu Panelu Dyscyplinarnego. Inna sprawa, że taka decyzja Panelu Dyscyplinarnego II instancji jest mało prawdopodobna, a dalsze procedowanie sprawy wiąże się ze sporym ryzykiem.
Dla przypomnienia – sprawa Drabika ciągnie się od końca września 2019 roku, kiedy to po pierwszym meczu finałowym PGE Ekstraligi żużlowiec przyznał się podczas kontroli antydopingowej, iż kilka dni wcześniej przyjął infuzję dożylną o pojemności 500 ml. Później przez kilka miesięcy unikał kontaktu z POLADA i nie odpowiadał na żadne pytania z jej strony, czym sprowokował ją do postawienia mu zarzutu niedozwolonego wspomagania i rozpoczęcia postępowania antydopingowego. Najpierw sprawę zbadał Komitet Wyłączeń do Celów Terapeutycznych, a potem Trybunał Arbitrażowy przy PKOl i obie te instytucje przychyliły się do argumentacji POLADA podważającej przyjętą przez Drabika linię obrony sugerującą, iż przyjął kroplówkę ze względu na zły stan zdrowia, a jego prawnicy infuzję określili mianem „jednodniowej hospitalizacji na terenie klubu”.
Na mocy wtorkowego postanowienia żużlowiec będzie mógł wrócić do treningów z drużyną od 30 sierpnia 2021 roku. Na występ choćby w nieoficjalnych zawodach w tym roku nie ma jednak co liczyć.

Cieślak odszedł z Włókniarza

W miniony piątek nie doszedł do skutku ligowy mecz Włókniarza Częstochowa ze Stalą Gorzów. Spotkanie zostało odwołane z powodu fatalnego stanu toru na częstochowskim stadionie. Goście z Gorzowa mieli uzasadnione podejrzenia, że nawierzchnia została spreparowana albo że przy jej przygotowaniu popełniono rażące błędy.

Pośrednio przyznał im rację trener Włókniarza Marek Cieślak, który w dniu niedoszłego meczu ze Stalą ostentacyjnie zrezygnował z posady. A top jest w polskim żużlu postać nietuzinkowa i zrobiło si z tego wydarzenie. 70-letni obecnie szkoleniowiec jako zawodnik cała karierę spędził we Włókniarzu Częstochowa (1968-1986), w tym też klubie zadebiutował w 1993 roku w roli trenera, a trzy lata później wywalczył z nim drużynowe mistrzostwo Polski. Potem ekipa rozsypała się i spadła do niższej ligi, a Cieślak rozpoczął trwającą dwadzieścia lat wędrówkę po innych polskich klubach, zanim w 2018 roku znów został trenerem zespołu Włókniarza. Przez te dwie dekady ze zmiennym powodzeniem prowadził ekipy Van Pur Stali Rzeszów, Polonii Piła, Atlasu Wrocław, Falubazu Zielona Góra, Unii Tarnów, Ostrovii Ostrów Wielkopolski i ponownie Falubazu. Ma na koncie cztery tytuły drużynowego mistrza Polski – do zdobytego z Włókniarzem w 1996 roku dorzucił jeszcze triumfy z Atlasem Wrocław w 2006, Falubazem Zielona Góra w 2011 i Unią Tarnów w 2012 roku. Przez ostatnie 20 lat pracę z zespołami klubowymi z powodzeniem godził z obowiązkami selekcjonera kadry Polski. Pod jego wodzą nasi żużlowcy ośmiokrotnie triumfowali w Drużynowym Pucharze Świata i są pod tym względem rekordzistami wszech czasów.
Warto też dodać, że Cieślak cieszy się zasłużoną opinią jednego z najlepszych specjalistów od przygotowania torów w Polsce, a może nawet i na świecie. Tak doświadczony fachowiec doskonale wiedział, że zarządzone przez prezesa Włókniarza Michała Świącika na cztery dni przed najważniejszym meczem sezonu prac na torze to błąd, który w przypadku załamania pogody musi zakończyć się katastrofą. I tak też się stało, bo we wtorek przez Częstochowę przeszła nawałnica. Ulewa zamieniła tor w grzęzawisko, które jeszcze w piątek, w dniu meczu ze Stala Gorzów, nie nadawało się do jazdy. Cieślak, który przez cały poprzedni tydzień nie miał nic wspólnego z prowadzonymi na torze pracami, nie chciał być w żaden sposób z nimi wiązany, więc w piątek rano złożył dymisję z funkcji trenera Włókniarza.
W mediach tak tłumaczył powody swojej decyzji. „Od poniedziałku to nie ja przygotowywałem tor, tylko toromistrz i prezes (Michał Świącik – przyp. jtk), który chwalił się zresztą ogromem prac w mediach społecznościowych. Ubolewam nad tym co się stało, bo Włókniarz to mój klub, z którym związany jestem od 16. roku życia. Chce mi się wyć, bo być może teraz znów będę musiał pracować na obczyźnie lub w ogóle rzucić pracę trenera. Wypowiedzenie złożyłem w piątek o ósmej rano, bo nie mogłem brać odpowiedzialności za tor, którego nie przygotowywałem. To była przemyślana decyzja, a niektórzy wiedzieli o niej już w czwartek. Boli mnie, że przez Włókniarz byliśmy świadkami antyreklamy żużla”.
Spotkanie Włókniarza ze Stalą zostało na godzinę przed rozpoczęciem odwołane właśnie z powodu fatalnego stanu toru, chociaż w Częstochowie od wtorku już nie padało. Działacze częstochowskiego klubu przekonywali jednak, że wtorkowa nawałnica była tak silna, że jej efektów nie dało się usunąć do piątku. Odmiennego zdania byli gorzowianie, którzy twierdzą, że podczas przygotowania nawierzchni gospodarze popełnili kardynalny błąd bronując tor tuż przed ulewą, przez co tak mocno nasiąkł wodą, że w piątek wciąż był grząski, chociaż dookoła wszędzie było już sucho. W tej sprawie werdykt miała wydać Komisja Orzekającą Ligi i powszechnie spodziewano się, że przyzna walkower na korzyść Stali.
Wracając do konfliktu prezesa Włókniarza z byłym już trenerem drużyny, to jego powodem były słabe ostatnio wyniki. Po serii porażek na własnym stadionie Michał Świącik uznał, że doszło do nich głównie z winy sprzyjającego zawodnikom gości toru i dlatego przed spotkaniem z gorzowskim zespołem, z którym Włókniarz rywalizuje bezpośrednio o miejsce gwarantujące walkę o medale w fazie play off, zarządził gruntowną rekonstrukcję nawierzchni toru ignorując sprzeciw Cieślaka w tej sprawie. Zasłużony trener w wypowiedziach dla mediów stwierdził: „Prezes Świącik, zamiast mnie oczerniać i obwiniać, powinien powiedzieć przepraszam i przyznać uczciwie, że ktoś mu źle podpowiedział. Wierzę, że chciał dobrze, że chciał poprawić tor wbrew opinii trenera, ale nic dobrego z tego nie wyszło. Ja mu powiedziałem, że jak mi nie ufa, to niech mnie zwolni. Nie zrobił tego, więc musiałem sam się zwolnić, żeby się nie podpisywać w protokole meczowym i nie brać odpowiedzialności za stan toru” – zapewniał Cieślak.

Mistrzostwa na polskich torach

W minioną środę na Motoarenie w Toruniu zakończyła się rozegrana w całości w Polsce tegoroczna edycja indywidualnych mistrzostw Europy na żużlu (Speedway Euro Championship). Wygrał ją Brytyjczyk Robert Lambert. Także tegoroczne indywidualne mistrzostwa świata (Speedway Grand Prix) niemal w całości odbędą się na polskich torach.

Tegoroczna Speedway Grand Prix z powodu pandemii koronawirusa została ograniczona do ośmiu turniejów, które zostaną rozegrane na czterech torach w formie dwudniowych zawodów. Głównymi arenami zmagań będą polskie stadiony. Cykl rozpocznie się 28 i 29 sierpnia na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu, kolejne odbędą się 11 i 12 września w Gorzowie, 18 i 19 września w Pradze, a z ostatnich dwóch ostatni, 3 października, na pewno zostanie rozegrany w Toruniu w dniach, natomiast nie ustalono jeszcze gospodarza przedostatniego turnieju. Nieoficjalnie mówi się, że prawdopodobnie odbędzie się 2 października w Bydgoszczy.
W tegorocznej edycji SGP mistrzowskiego tytułu będzie bronił żużlowiec Stali Gorzów Bartosz Zmarzlik, więc dla wybór gorzowskiego stadionu na jedną z aren zmagań o światowy prymat to znakomita wiadomość. W Gorzowie odbędą się dwie rundy tegorocznego cyklu Speedway Grand Prix. Ostatni raz impreza tej rangi odbyła się w tym mieście w 2018 roku. Triumfował wówczas Martin Vaculik przed Bartoszem Zmarzlikiem. Później Gorzów stracił prawa do organizacji zawodów tego elitarnego cyklu na rzecz Wrocławia.
„Pomimo przeszkód spowodowanych przez pandemię Covid-19, cieszymy się, że możemy zorganizować serię turniejów Grand Prix w 2020 roku i w październiku wyłonić nowego indywidualnego mistrza świata” – powiedział odpowiedzialny za organizację zawodów SGP z ramienia firmy IMG Paul Bellamy.
Zmiany dotyczą także drużynowych mistrzostw świata, od 2018 roku rozgrywanych jako Speedway of Nations. Nie odbędą się zaplanowane na Łotwie półfinały, które były zaplanowane na 26 i 27 września. Organizatorzy drużynowych zmagań zdecydowali zatem, że w finale tegorocznych drużynowych mistrzostw świata wystąpi siedem najlepszych drużyn z poprzedniej edycji. Tym samym do udziału w zaplanowanych na 24 i 25 października zawodów w Manchesterze nominowane zostały reprezentacje gospodarzy, czyli Wielkiej Brytanii oraz Polski, Rosji, Australii, Danii, Szwecji i Niemiec. Ale ponieważ niemiecka federacja postanowiła wycofać swoją reprezentację z tej rywalizacji, jej miejsce w stawce finalistów zajęła ekipa Czech – ósma drużyna poprzedniego sezonu. „Przełożyliśmy półfinały SoN na początku tego roku w nadziei, że będziemy mogli je przeprowadzić. Niestety, ograniczenia spowodowane przez pandemie koronawirusa spowodowały, że nie mamy możliwości organizacji pełnej formuły tego cyklu. Cieszymy się jednak, że mimo problemów znaleźliśmy jednak rozwiązanie, by rozegrać finałowe zawody. Już nie możemy się doczekać październikowych zawodów w Manchesterze, które wyłonią najlepszy zespół żużlowy w tym roku na świecie” – przekonywał także w tej sprawie Paul Bellamy.
Organizująca cykl SGP firma IMG powieliła rozwiązanie, na które wcześniej zdecydowała się firma One Sport, która ma z kolei prawa do organizacji Indywidualnych Mistrzostw Europy (Speedway Euro Championship). Pomysł przeprowadzenia całego cyklu w niespełna miesiąc w cyklu pięciu turniejów rozegranych na czterech stadionach w jednym kraju okazał się najlepszym rozwiązaniem „w czasie zarazy”. Karuzela SEC wystartowała w Toruniu, potem przetoczyła się przez tory w Bydgoszczy, Rybniku i Gnieźnie, by w miniona środę, zaledwie 25 dni po inauguracji, ponownie zawitać na Motoarenie.
Na toruńskim torze walkę o mistrzostwo Europy toczyli już tylko Brytyjczyk Robert Lambert, który prowadził w klasyfikacji generalnej z przewagą dwóch punktów nad drugim Leonem Madsenem. Duńczyk po dwóch pierwszych turniejach był liderem, ale w dwóch kolejnych pojechał słabiej i stracił prowadzenie. Na Motoarenie długo walczył z Lambertem o zwycięstwo, lecz brytyjski żużlowiec, który w polskiej PGE Ekstralidze jeździ na co dzień w barwach ROW Rybnik, nie dał sobie odebrać przewagi, ale tytuł indywidualnego mistrza Europy przyklepał jednak dopiero w finałowym biegu. Lambert wygrał ostatecznie z dorobkiem 67 punktów, Leon Madsen, na co dzień zawodnik Włókniarza Częstochowa, zgromadził 64 pkt, a trzeci na podium Rosjanin Grigorij Łaguta (Motor Lublin) 52 pkt. Najlepszy z Polaków, Bartosz Smektała z Unii Leszno wywalczył piąta lokatę.

Zmarzlik bez sukcesu w Toruniu

Rozegrany w minioną sobotę na Motoarenie w Toruniu pierwszy turniej tegorocznego cyklu mistrzostw Europy na żużlu wygrał Duńczyk Leon Madsen. Najlepszy z polskich zawodników, Bartosz Smektała, zajął czwartą pozycję.

Występujący w polskiej PGE Ekstralidze w barwach Włókniarza Częstochowa Madsen po raz kolej potwierdził, że tor na Motoarenie należy do jego ulubionych. Duńczyk już w pierwszym turnieju pokazał, że także w tym sezonie będzie głównym kandydatem do złotego medalu mistrzostw Europy, bowiem również ostatnia runda SEC odbędzie się na toruńskim stadionie. Zadowolony ze swojego sobotniego występu może być również rodak Madsena – Nicki Pedersen, na co dzień zawodnik GKM Grudziądz, który jeździł jak za swoich najlepszych lat.
W cyklu SEC zdecydował się też wystartować aktualny mistrz świata Bartosz Zmarzlik. Żużlowiec Stali Gorzów nie zaczął opóźnionego z powodu pandemii tegorocznego sezonu najlepiej, ale już podczas przerwanego w piątek z powodu pożaru rozdzielni elektrycznej ligowego meczu z Włókniarzem Częstochowa zasygnalizował powrót do dawnej formy, bo w trzech biegach zdążył zdobyć siedem punktów. W turnieju SEC zajął jednak dopiero piątą lokatę i nie zakwalifikował się nawet do ścisłego finału. Po zawodach swój przeciętny występ skomentował tak: „Mam wiele lepszych wspomnień z występów w Motoarenie. Na tym torze zdobyłem mistrzostwo przecież mistrzostwo świata, którego nikt mi już nie zabierze, ale sezon dopiero się rozkręca” – powiedział Zmarzlik, który występ w Toruniu potraktował szkoleniowo i wystartował z tzw. dziką kartą, bo nie rywalizuje o tytuł mistrza naszego kontynentu.
Turniej SEC nie wzbudził jednak w Toruniu wielkiego zainteresowania, bo kibice nie zapełnili nawet dozwolone przepisami epidemicznymi 25 procent pojemności trybun. Z tego powodu zawody momentami bardziej przypominały sparing, niż rywalizację o prymat w Europie. Ale nawet najwierniejsi fani żużla obecni na widowni nudzili się momentami niemiłosiernie, bowiem ze względu na bardzo twardy tor rywalizacja niemal w każdym wyścigu rozstrzygała się już na pierwszym wirażu.
Z polskich żużlowców najlepiej spisał się Bartosz Smektała, który jednak w finale nie sprostał Madsenowi i Pedersenowi oraz Brytyjczykowi Robertowi Lambertowi, który rozdzielił na podium duńskich żużlowców. O Zmarzliku była już mowa, ale więcej pretensji można mieć do uczestniczących w walce o mistrzostwo kontynentu Krzysztofa Kasprzaka oraz Kacpra Woryny. Obaj ci zawodnicy potwierdzili w sobotę, że ich słabe występy w rozgrywkach PGE Ekstraligi to nie przypadek – po prostu na razie są w słabej formie. Nawet jeśli udawało im się dobrze wystartować, to potem i tak tracili swoje pozycje.
Gospodarzem drugiej rundy Tauron Speedway Euro Championship 2020, która odbędzie się 8 lipca, będzie Bydgoszcz. Już rozpoczęła się sprzedaż biletów na to wydarzenie. Kolejne turnieje odbędą się 15 lipca w Gnieźnie, następny 22 lipca w Rybniku, a ostatnie zawody w tym cyklu 29 lipca ponownie zostaną rozegrane na toruńskiej Motoarenie.
Wyniki 1. rundy SEC w Toruniu:

  1. Leon Madsen (Dania) 12 (3, 3, 0, 2, 1, 3) – 1. miejsce w finale;
  2. Robert Lambert (Wielka Brytania) 14 (2, 1, 3, 3, 3, 2) – 2. miejsce w finale;
  3. Nicki Pedersen (Dania) 14 (3, 3, 2, 3, 2, 1) – 3. miejsce w finale;
  4. Bartosz Smektała (Polska) 11 (2, 3, 2, 1, 3, 0) – 4. miejsce w finale;
  5. Bartosz Zmarzlik (Polska) 10 (3, 2, 1, 1, 3) + 3 miejsce w barażu;
  6. Mikkel Michelsen (Dania) 10 (1, 2, 3, 3, 1) + 4 miejsce w barażu;
  7. Kacper Woryna (Polska) 8 (1, 2, 3, W, 2);
  8. Timo Lahti (Finlandia) 8 (0, 2, 3, 2, 1);
  9. Grigorij Łaguta (Rosja) 7 (3, 0, 2, 0, 2);
  10. Krzysztof Kasprzak (Polska) 7 (2, 1, 1, 1, 2);
  11. David Bellego (Francja) 6 (0, 3, 2, 1, 0);
  12. Vaclav Milik (Czechy) 6 (T, 0, 1, 2, 3);
  13. Andriej Kudriaszow (Rosja) 5 (1, 1, 0, 3, 0);
  14. Michael Jepsen Jensen (Dania) 3 (2, 0, 1, 0, U);
  15. Kai Huckenbeck (Niemcy) 3 (0, 1, 0, 2, 0);
  16. Peter Ljung (Szwecja) 1 (0, 0, 0, 0, 1).

Zostały cztery imprezy

W tegorocznym cyklu żużlowych mistrzostw świata pozostały tylko cztery turnieje. We wtorek organizatorzy poinformowali o odwołaniu Grand Prix w Rosji i Niemiec.

Powodem odwołania rywalizacji w Togliatti i Teterowie jest pandemia koronawirusa i wprowadzone z jej powodu obostrzenia, między innymi dotyczące zgromadzeń i imprez masowych. Wcześniej zrezygnowano z przeprowadzenia rywalizacji m.in. na PGE Narodowym w Warszawie, która miała otwierać rywalizację o mistrzostwo świata. Najpierw z powodu pandemii zostały przeniesione z 16 maja na 8 sierpnia, ale ostatecznie zostały definitywnie odwołane i przeniesione na następny rok.
W tej sytuacji inauguracyjne tegorocznego cyklu Grand Prix odbędą się 1 sierpnia we Wrocławiu, a oprócz nich w terminarzu pozostały jeszcze turnieje w duńskim Vojens (12 września), Pradze (19 września) i Toruniu (3 października). Z planowanych 10 turniejów zostały zatem tylko cztery, ale organizatorzy cyklu liczą, że może uda się jeszcze jakąś jednak zorganizować. Tytułu mistrza świata w tym sezonie broni Polak Bartosz Zmarzlik.

Najpierw testy, potem na tory

Sport żużlowy w Polsce też powoli wraca do życia. PGE Ekstraliga planuje rozpocząć zmagania 12 czerwca. W miniony piątek zawodnicy i osoby wyznaczone w klubach do obsługi meczów zakończyły kwarantannę, a w poniedziałek przejdą testy na obecność koronawirusa. Podda im się około 500 osób, a 200 tysięcy złoty za testy zapłaci PGE Ekstraliga.

Władze PGE Ekstraligi zdecydowała się na przeprowadzenie testów genetycznych. To oznacza, że od wszystkich pięciuset wyznaczonych do badania osób zostaną pobrane wymazy z nosa i gardła. Takie rozwiązanie daje większą gwarancję, że podczas meczów w parkach maszyn nie znajdą się zakażeni wirusem Covid-19. Zrezygnowano z badań przesiewowych, bo ich skuteczność jest zdecydowanie niższa, a czasu na powtórki nie jest zbyt wiele. Zawodnicy wręcz sie rwą do wyjazdów na tor i normalnych treningów. A jak wiadomo, tylko negatywny wynik testów na koronawirusa oznacza, że będą mogli skupić się na przygotowaniach do ligowego startu. Wynik pozytywny to kłopot, bo oznacza powtórną kwarantannę i konieczność przejścia po jej zakończeniu dwóch kolejnych testów, które oczywiście muszą być negatywne. Jeśli któremuś z zawodników coś takiego się przytrafi, wejdzie w już i tak przesunięty przez pandemię o dwa miesiące sezon z opóźnieniem, co oznacza kolejne straty finansowe. Wiadomo, kto nie jeździ w lidze i nie zdobywa punktów, ten nie zarabia.
Ale co zrobią kluby, jeśli okaże się, że niektórzy zawodnicy zostali zakażeni i nie będą mogli przez to wystartować w pierwszych ligowych meczach? PGE Ekstraliga nie będzie czekać na spóźnialskich. Po to opracowano modyfikacje w regulaminie, które pozwalają na błyskawiczną reakcje w takich sytuacjach. Każdy klub będzie mógł uzupełnić braki kadrowe zatrudniając na krótkoterminowe kontrakty żużlowców z niższej ligi (1. lub 2. ligi żużlowej). Poza tym w najbliższym czasie należy spodziewać się nowych przepisów dotyczących zastępstwa zawodnika. Najprawdopodobniej zostanie ono rozszerzone na większą liczbę zawodników.
Wszystkie zmiany regulaminowe mają ograniczyć do minimum ryzyko, że pojedyncze zakażenia rozłożą na łopatki całe rozgrywki. Wszyscy chcieli prostej zasady – chorych izolujemy i czekamy, aż wrócą do zdrowia, ale w ich miejsce wstawiamy rezerwowych lub żużlowcy z niższych lig i ścigamy się zgodnie z terminarzem rozgrywek, bez przekładania spotkań.
Wielkie testowanie, które odbędzie się w najbliższy poniedziałek, nie daje gwarancji, że w dniu rozpoczęcia rozgrywek wszyscy będą zdrowi, bo od 25 maja do 12 czerwca to trzy tygodnie, w trakcie których zawodnicy skończą kwarantannę i zaczną treningi, co oznacza, że będą się przemieszczać i stykać z większą liczbą postronnych osób. Ryzyko, że ktoś zarazi się koronawirusem znacznie wzrośnie. Władze PGE Ekstraligi już zapowiedziały, że przed meczami każda osoba uprawniona do przebywania w parku maszyn i na stadionie będzie miała pomiar temperatury. Jeśli będzie podwyższona, to o dalszych losach takiego delikwenta decydować będzie lekarz. Jeśli będzie miał choć cień podejrzenia, że ma to związek z wirusem, odeśle nieszczęśliwca do domu.
Luzowanie obostrzeń ma obecnie miejsce w wielu krajach. Każdy z nich robi to w różnym tempie, ale można spodziewać się, że niebawem zostaną otwarte granice. Komisja Europejska rekomenduje, żeby nie decydować się na taki ruch przed 15 czerwca. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że już wkrótce podróżowanie pomiędzy krajami stanie się zdecydowanie łatwiejsze, a żużlowcy chętnie z tego prawa skorzystają. W pierwszej kolejności zrobią to ci, którzy nie przylecieli do Polski ze swoimi rodzinami. A to całkiem liczna grupa.
To zwiększy ryzyko pojawienia się Covid-19 w PGE Ekstralidze, ale władze naszej żużlowej ekstraklasy już szykują kolejne zmiany w regulaminie rozgrywek, które uchronią ligę przed paraliżem, a co za tym idzie – masowym bankructwem. Taki czarny scenariusz wciąż jest możliwy, dlatego w żużlowym światku nikt nie sprzeciwia się takim rozwiązaniom, bo przecież w zdekompletowanej lidze wszyscy przestaną zarabiać.