Zmarzlik bez sukcesu w Toruniu

Rozegrany w minioną sobotę na Motoarenie w Toruniu pierwszy turniej tegorocznego cyklu mistrzostw Europy na żużlu wygrał Duńczyk Leon Madsen. Najlepszy z polskich zawodników, Bartosz Smektała, zajął czwartą pozycję.

Występujący w polskiej PGE Ekstralidze w barwach Włókniarza Częstochowa Madsen po raz kolej potwierdził, że tor na Motoarenie należy do jego ulubionych. Duńczyk już w pierwszym turnieju pokazał, że także w tym sezonie będzie głównym kandydatem do złotego medalu mistrzostw Europy, bowiem również ostatnia runda SEC odbędzie się na toruńskim stadionie. Zadowolony ze swojego sobotniego występu może być również rodak Madsena – Nicki Pedersen, na co dzień zawodnik GKM Grudziądz, który jeździł jak za swoich najlepszych lat.
W cyklu SEC zdecydował się też wystartować aktualny mistrz świata Bartosz Zmarzlik. Żużlowiec Stali Gorzów nie zaczął opóźnionego z powodu pandemii tegorocznego sezonu najlepiej, ale już podczas przerwanego w piątek z powodu pożaru rozdzielni elektrycznej ligowego meczu z Włókniarzem Częstochowa zasygnalizował powrót do dawnej formy, bo w trzech biegach zdążył zdobyć siedem punktów. W turnieju SEC zajął jednak dopiero piątą lokatę i nie zakwalifikował się nawet do ścisłego finału. Po zawodach swój przeciętny występ skomentował tak: „Mam wiele lepszych wspomnień z występów w Motoarenie. Na tym torze zdobyłem mistrzostwo przecież mistrzostwo świata, którego nikt mi już nie zabierze, ale sezon dopiero się rozkręca” – powiedział Zmarzlik, który występ w Toruniu potraktował szkoleniowo i wystartował z tzw. dziką kartą, bo nie rywalizuje o tytuł mistrza naszego kontynentu.
Turniej SEC nie wzbudził jednak w Toruniu wielkiego zainteresowania, bo kibice nie zapełnili nawet dozwolone przepisami epidemicznymi 25 procent pojemności trybun. Z tego powodu zawody momentami bardziej przypominały sparing, niż rywalizację o prymat w Europie. Ale nawet najwierniejsi fani żużla obecni na widowni nudzili się momentami niemiłosiernie, bowiem ze względu na bardzo twardy tor rywalizacja niemal w każdym wyścigu rozstrzygała się już na pierwszym wirażu.
Z polskich żużlowców najlepiej spisał się Bartosz Smektała, który jednak w finale nie sprostał Madsenowi i Pedersenowi oraz Brytyjczykowi Robertowi Lambertowi, który rozdzielił na podium duńskich żużlowców. O Zmarzliku była już mowa, ale więcej pretensji można mieć do uczestniczących w walce o mistrzostwo kontynentu Krzysztofa Kasprzaka oraz Kacpra Woryny. Obaj ci zawodnicy potwierdzili w sobotę, że ich słabe występy w rozgrywkach PGE Ekstraligi to nie przypadek – po prostu na razie są w słabej formie. Nawet jeśli udawało im się dobrze wystartować, to potem i tak tracili swoje pozycje.
Gospodarzem drugiej rundy Tauron Speedway Euro Championship 2020, która odbędzie się 8 lipca, będzie Bydgoszcz. Już rozpoczęła się sprzedaż biletów na to wydarzenie. Kolejne turnieje odbędą się 15 lipca w Gnieźnie, następny 22 lipca w Rybniku, a ostatnie zawody w tym cyklu 29 lipca ponownie zostaną rozegrane na toruńskiej Motoarenie.
Wyniki 1. rundy SEC w Toruniu:

  1. Leon Madsen (Dania) 12 (3, 3, 0, 2, 1, 3) – 1. miejsce w finale;
  2. Robert Lambert (Wielka Brytania) 14 (2, 1, 3, 3, 3, 2) – 2. miejsce w finale;
  3. Nicki Pedersen (Dania) 14 (3, 3, 2, 3, 2, 1) – 3. miejsce w finale;
  4. Bartosz Smektała (Polska) 11 (2, 3, 2, 1, 3, 0) – 4. miejsce w finale;
  5. Bartosz Zmarzlik (Polska) 10 (3, 2, 1, 1, 3) + 3 miejsce w barażu;
  6. Mikkel Michelsen (Dania) 10 (1, 2, 3, 3, 1) + 4 miejsce w barażu;
  7. Kacper Woryna (Polska) 8 (1, 2, 3, W, 2);
  8. Timo Lahti (Finlandia) 8 (0, 2, 3, 2, 1);
  9. Grigorij Łaguta (Rosja) 7 (3, 0, 2, 0, 2);
  10. Krzysztof Kasprzak (Polska) 7 (2, 1, 1, 1, 2);
  11. David Bellego (Francja) 6 (0, 3, 2, 1, 0);
  12. Vaclav Milik (Czechy) 6 (T, 0, 1, 2, 3);
  13. Andriej Kudriaszow (Rosja) 5 (1, 1, 0, 3, 0);
  14. Michael Jepsen Jensen (Dania) 3 (2, 0, 1, 0, U);
  15. Kai Huckenbeck (Niemcy) 3 (0, 1, 0, 2, 0);
  16. Peter Ljung (Szwecja) 1 (0, 0, 0, 0, 1).

Zostały cztery imprezy

W tegorocznym cyklu żużlowych mistrzostw świata pozostały tylko cztery turnieje. We wtorek organizatorzy poinformowali o odwołaniu Grand Prix w Rosji i Niemiec.

Powodem odwołania rywalizacji w Togliatti i Teterowie jest pandemia koronawirusa i wprowadzone z jej powodu obostrzenia, między innymi dotyczące zgromadzeń i imprez masowych. Wcześniej zrezygnowano z przeprowadzenia rywalizacji m.in. na PGE Narodowym w Warszawie, która miała otwierać rywalizację o mistrzostwo świata. Najpierw z powodu pandemii zostały przeniesione z 16 maja na 8 sierpnia, ale ostatecznie zostały definitywnie odwołane i przeniesione na następny rok.
W tej sytuacji inauguracyjne tegorocznego cyklu Grand Prix odbędą się 1 sierpnia we Wrocławiu, a oprócz nich w terminarzu pozostały jeszcze turnieje w duńskim Vojens (12 września), Pradze (19 września) i Toruniu (3 października). Z planowanych 10 turniejów zostały zatem tylko cztery, ale organizatorzy cyklu liczą, że może uda się jeszcze jakąś jednak zorganizować. Tytułu mistrza świata w tym sezonie broni Polak Bartosz Zmarzlik.

Najpierw testy, potem na tory

Sport żużlowy w Polsce też powoli wraca do życia. PGE Ekstraliga planuje rozpocząć zmagania 12 czerwca. W miniony piątek zawodnicy i osoby wyznaczone w klubach do obsługi meczów zakończyły kwarantannę, a w poniedziałek przejdą testy na obecność koronawirusa. Podda im się około 500 osób, a 200 tysięcy złoty za testy zapłaci PGE Ekstraliga.

Władze PGE Ekstraligi zdecydowała się na przeprowadzenie testów genetycznych. To oznacza, że od wszystkich pięciuset wyznaczonych do badania osób zostaną pobrane wymazy z nosa i gardła. Takie rozwiązanie daje większą gwarancję, że podczas meczów w parkach maszyn nie znajdą się zakażeni wirusem Covid-19. Zrezygnowano z badań przesiewowych, bo ich skuteczność jest zdecydowanie niższa, a czasu na powtórki nie jest zbyt wiele. Zawodnicy wręcz sie rwą do wyjazdów na tor i normalnych treningów. A jak wiadomo, tylko negatywny wynik testów na koronawirusa oznacza, że będą mogli skupić się na przygotowaniach do ligowego startu. Wynik pozytywny to kłopot, bo oznacza powtórną kwarantannę i konieczność przejścia po jej zakończeniu dwóch kolejnych testów, które oczywiście muszą być negatywne. Jeśli któremuś z zawodników coś takiego się przytrafi, wejdzie w już i tak przesunięty przez pandemię o dwa miesiące sezon z opóźnieniem, co oznacza kolejne straty finansowe. Wiadomo, kto nie jeździ w lidze i nie zdobywa punktów, ten nie zarabia.
Ale co zrobią kluby, jeśli okaże się, że niektórzy zawodnicy zostali zakażeni i nie będą mogli przez to wystartować w pierwszych ligowych meczach? PGE Ekstraliga nie będzie czekać na spóźnialskich. Po to opracowano modyfikacje w regulaminie, które pozwalają na błyskawiczną reakcje w takich sytuacjach. Każdy klub będzie mógł uzupełnić braki kadrowe zatrudniając na krótkoterminowe kontrakty żużlowców z niższej ligi (1. lub 2. ligi żużlowej). Poza tym w najbliższym czasie należy spodziewać się nowych przepisów dotyczących zastępstwa zawodnika. Najprawdopodobniej zostanie ono rozszerzone na większą liczbę zawodników.
Wszystkie zmiany regulaminowe mają ograniczyć do minimum ryzyko, że pojedyncze zakażenia rozłożą na łopatki całe rozgrywki. Wszyscy chcieli prostej zasady – chorych izolujemy i czekamy, aż wrócą do zdrowia, ale w ich miejsce wstawiamy rezerwowych lub żużlowcy z niższych lig i ścigamy się zgodnie z terminarzem rozgrywek, bez przekładania spotkań.
Wielkie testowanie, które odbędzie się w najbliższy poniedziałek, nie daje gwarancji, że w dniu rozpoczęcia rozgrywek wszyscy będą zdrowi, bo od 25 maja do 12 czerwca to trzy tygodnie, w trakcie których zawodnicy skończą kwarantannę i zaczną treningi, co oznacza, że będą się przemieszczać i stykać z większą liczbą postronnych osób. Ryzyko, że ktoś zarazi się koronawirusem znacznie wzrośnie. Władze PGE Ekstraligi już zapowiedziały, że przed meczami każda osoba uprawniona do przebywania w parku maszyn i na stadionie będzie miała pomiar temperatury. Jeśli będzie podwyższona, to o dalszych losach takiego delikwenta decydować będzie lekarz. Jeśli będzie miał choć cień podejrzenia, że ma to związek z wirusem, odeśle nieszczęśliwca do domu.
Luzowanie obostrzeń ma obecnie miejsce w wielu krajach. Każdy z nich robi to w różnym tempie, ale można spodziewać się, że niebawem zostaną otwarte granice. Komisja Europejska rekomenduje, żeby nie decydować się na taki ruch przed 15 czerwca. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że już wkrótce podróżowanie pomiędzy krajami stanie się zdecydowanie łatwiejsze, a żużlowcy chętnie z tego prawa skorzystają. W pierwszej kolejności zrobią to ci, którzy nie przylecieli do Polski ze swoimi rodzinami. A to całkiem liczna grupa.
To zwiększy ryzyko pojawienia się Covid-19 w PGE Ekstralidze, ale władze naszej żużlowej ekstraklasy już szykują kolejne zmiany w regulaminie rozgrywek, które uchronią ligę przed paraliżem, a co za tym idzie – masowym bankructwem. Taki czarny scenariusz wciąż jest możliwy, dlatego w żużlowym światku nikt nie sprzeciwia się takim rozwiązaniom, bo przecież w zdekompletowanej lidze wszyscy przestaną zarabiać.

Wojna milionera z Polskim Związkiem Motorowym

Siedem lat temu Roman Karkosik, wtedy właściciel klubu żużlowego Unibax Toruń, na znak protestu wycofał swój zespół z finałowej potyczki z Falubazem Zielona Góra, za co władze żużlowej Ekstraligi i Polski Związek Motorowy nałożyły na niego drakońskie kary. W efekcie milioner wycofał się ze sponsorowania toruńskiego klubu i do dzisiaj toczy z PZMot sądowy spór o odszkodowanie.

Karkosik wyliczył swoje straty, będące sumą nałożonych kar i odjętych karnie punktów na starcie kolejnego sezonu, na półtora miliona złotych. I taką też kwotę Polski Związek Motorowy musi trzymać w zamrożeniu na wypadek sądowej porażki. Niedawno prezes honorowy PZMot Andrzej Witkowski pożalił się w mediach, że te pieniądze bardzo by się przydały na walkę ze skutkami epidemii koronawirusa, ale nie można ich ruszyć przez ciągnący się sądowy spór z byłym właścicielem Unibaksu Toruń. Zaapelował też do Karkosika o wycofanie pozwu.
Na reakcję miliardera, który majątek szacowany na kilka miliardów euro zbił głównie na operacjach giełdowych, nie trzeba było długo czekać. Wydał oświadczenie, które w całości opublikował serwis internetowy turun.com.pl. Oto jego obszerne fragmenty:
„W odpowiedzi na prośbę skierowaną do mnie przez Andrzeja Witkowskiego – przewodniczącego Rady Nadzorczej Ekstraligi Żużlowej i honorowego Prezesa Polskiego Związku Motorowego – o wycofanie się z procesów skierowanych przeciwko Polskiemu Związkowi Motorowemu o zapłatę, z uwagi na trudną sytuację finansową, w której znalazły się Polski Związek Motorowy i kluby żużlowe w wyniku zawieszenia rozgrywek z powodu wprowadzenia na terenie Rzeczypospolitej Polskiej stanu zagrożenia epidemicznego w związku z zakażeniami wirusem SARS-CoV-2 (…), niniejszym oświadczam, że jestem gotów podjąć działania zmierzające do ugodowego zakończenia toczących się sporów i zrezygnować z sądowego dochodzenia należnego odszkodowania i zwrotu kwot nienależnie uiszczonych w związku z wykonaniem bezprawnie nałożonych kar przez Trybunał Polskiego Związku Motorowego.
Mając jednak pewne zastrzeżenia do działań Polskiego Związku Motorowego, które zresztą legły u podstaw mojej decyzji o wycofaniu się ze sponsorowania polskiego sportu żużlowego (których konsekwencją są zresztą toczące się spory sądowe), chcąc jednak wierzyć w prawdziwość deklaracji złożonej przez pana Andrzeja Witkowskiego, że gdyby nie toczące się sprawy sądowe, środki w kwocie 1,5 miliona złotych zabezpieczone na poczet spłaty należności dochodzonych w tych postępowaniach sądowych, zostałyby przeznaczone na cele polskiego żużla, mam propozycję pozwalającą zrealizować deklarowane cele.
Oświadczam bowiem, że gotów jestem spowodować przekazanie dochodzonych od Polskiego Związku Motorowego i Ekstraligi środków na cele związane z polskim sportem żużlowym. W konsekwencji mogę się prawnie zobowiązać, że Unibax, w przypadku zawarcia z Polskim Związkiem Motorowym i Ekstraligą stosownej ugody, na podstawie której Unibax otrzyma od tych podmiotów dochodzone w procesach sądowych kwoty, Unibax przeznaczy te kwoty na rozwój polskiego żużla w ciągu 30 dni od ich otrzymania. Na marginesie deklaruję przy tym, że możliwe jest zrezygnowanie przez Unibax z odsetek od dochodzonych kwot, co pozwoli zaoszczędzić PZMot. i Ekstralidze kilkuset tysięcy złotych.
Rozwiązanie to pozwoli zrealizować cel, jaki deklaruje Pan Andrzej Witkowski, a także pomniejszy zobowiązania tych podmiotów o odsetki od dochodzonych kwot; da mi pewność, że kwoty będące przedmiotem sporu pomiędzy Unibax oraz PZMot i Ekstraligą rzeczywiście przeznaczone zostaną na rozwój sportu żużlowego, a nie zostaną wydatkowane przez PZMot na bliżej nieokreślone cele, choćby związane z utrzymaniem aparatu biurokratycznego PZMot czy wydatkami samych działaczy Związku”.

Wydali zakaz wyjazdów

Pandemia koronawirusa wymusiła zmiany w regulaminie żużlowym Polskiego Związku Motorowego. Jedną z nich jest zakaz wyjazdów zawodników PGE Ekstraligi na zawody w ligach zagranicznych.

W poprzednich sezonach było normą, że najlepsi zawodnicy, także Polacy, startowali w więcej niż jednej lidze krajowej. Poza startami w uważanej za najsilniejszą na świecie PGE Ekstralidze, występowali też w klubach szwedzkich, duńskich czy angielskich. Teraz nie będzie to możliwe. Wprowadzona właśnie zmiana w regulaminie, którą usankcjonował Polski Związek Motorowy, stanowi: „Wyjazd zawodnika z Polski w trakcie sezonu 2020, skutkujący koniecznością odbycia po powrocie do Polski obowiązkowej kwarantanny, bądź obowiązkowej kwarantanny w miejscu docelowym w podróży z Polski, stanowi ciężkie (rażące) naruszenie przez zawodnika podstawowych obowiązków zawodniczych określonych kontraktem, skutkujące rozwiązaniem kontraktu, zawieszeniem zawodnika w sezonie 2020 oraz koniecznością rozliczenia się przez zawodnika z klubem z otrzymanych zaliczek”. Ponadto taki zawodnik nie zostanie zatwierdzony do startów w polskiej ekstraklasie także w sezonie 2021. Wyjazdy z Polski mogą być dopuszczalne wyłącznie z ważnych powodów rodzinnych lub osobistych.
Ten przepis jest praktycznie równoznaczny z zakazem startów poza granicami Polski, przynajmniej dopóki przepisy o obowiązkowej kwarantannie nie zostaną zniesione. Ponadto chcący startować w polskich rozgrywkach ligowych zawodnicy posiadający licencję brytyjską, duńską lub szwedzką będą musieli złożyć oświadczenie o braku kontraktu na starty w rozgrywkach ligowych w tych krajach. Kluby PGE Ekstraligi zgodziły się na jeszcze jeden przepis. Chcąc zabezpieczyć się na wypadek ubytków kadrowych spowodowanych przez Covid-19, wyraziły zgodę na uzupełnienie ewentualnych luk kadrowych zawodnikami z klubów I ligi. Z powodu pandemii żużlowy sezon ligowy w Polsce ma rozpocząć się dopiero 12 czerwca i bez udziału kibiców.

Muszą ciąć kontrakty

Szefowie klubów żużlowych coraz głośniej mówią, że z powodu epidemii koronawirusa nie będą w stanie płacić zawodnikom tyle, ile mają zagwarantowane w kontraktach na ten sezon. I żądają obniżki o 30 procent.

Wątpliwe by żużlowcy dobrowolnie zgodzili się na tak znaczne cięcia w wynagrodzeniach, stąd sugestia szefów klubów, żeby odgórnie takie rozwiązanie narzucił PZMot i władze PGE Ekstraligi. Jeśli zawodnicy nie pójdą na kompromis, to połowa klubów upadnie i polski speedway czeka wieloletni regres. Tak przynajmniej wieszczą żużlowi eksperci. Na razie z p[owodu epidemii koronawirusa odwoływane są jedynie mecze sparingowe i treningów, ale GKSŻ przełożyła już pierwszą kolejkę ligową. Zawodnicy reagują różnie. Jedni dostosowują się do sytuacji i nawet za pośrednictwem mediów społecznościowych apelują do kibiców, by stosowali się do zaleceń ministra zdrowia, ale są i tacy, którzy już liczą swoje finansowe straty i wprost mówią, że to nie ich problem, bo liga powinna wystartować w kwietniu, oni są gotowi jeździć, więc kluby mają im płacić pełną stawkę.
Takie podejście na dłuższą metę doprowadzi do napięć w środowisku, szkodliwych w momencie, gdy wspólny interes wymaga współdziałania i czasem nawet pójścia na niewygodne kompromisy. Znawcy żużlowych realiów zwracają uwagę oczywisty fakt, że umowy sponsorskie były zawierane jeszcze przed wybuchem pandemii, w zupełnie innych warunkach ekonomicznych. Wiele branż już teraz odczuwa skutki koronawirusa, więc jeśli ze sponsorów stanie przed wyborem – zwalniać pracowników czy wycofać się ze sponsoringu sportowego, raczej na pewno wybierze to drugie rozwiązanie.
Zawodnicy nie mogą oczekiwać, że kluby cały ciężar nieuchronnego finansowego kryzysu wezmą na swoje barki. Przecież nawet po obniżce wynagrodzeń nie zaczną dokładać do interesu. Po prostu mniej zarobią, ale i tak będą w znacznie lepszej sytuacji, niż większość obywateli naszego państwa.

Bez kibiców kluby szybko zbankrutują

Rywalizujące w PGE Ekstralidze kluby mają budżety napięte jak postronki, a ich znaczącą częścią są wpływy z biletów. Dlatego żaden z nich nie chce meczów bez udziału publiczności, bo to oznacza nieuchronne bankructwo.

Prezesi żużlowych klubów w rozmowach z ministerstwem sportu czy GKSŻ nie owijają w bawełnę, tylko swoje racje tłumaczą przy pomocy liczb. Z prostych nawet rachunków jasno wynika, iż zamknięcie stadionów dla kibiców choćby tylko na jedną ligową kolejkę spowoduje finansową katastrofę w większości klubów, których budżety składają się na ogół z czterech składowych: wpływów ze sprzedaży wejściówek, dotacji od władz samorządowych, dochodów ze sprzedaży praw telewizyjnych i wpłat od sponsorów. A tylko jeden mecz w PGE Ekstralidze bez kibiców oznacza stratę na poziomie nawet 400 tysięcy złotych. I tyle wystarczy, by w budżecie klubu zrobiła się praktycznie niemożliwa do załatania wyrwa. W niższych ligach problem jest jeszcze większy, zwłaszcza w klubach pozbawionych znaczących dotacji z budżetów samorządowych.
Puste trybuny mogą też zniechęcić do współpracy sponsorów, zwłaszcza tych drobniejszych, którzy dają swoje pieniądze w zamian za reklamy na stadionie kierowane pod żużlową publiczność. Niby w umowach z nimi nie ma zapisów stawiających frekwencyjne warunki, lecz w biznesie trudno znaleźć altruistów. Puste trybuny to wystarczający powód jeśli nie do zerwania, to przynajmniej do zawieszenia współpracy, czyli wstrzymania przelewów. Nieuchronny odpływ sponsorów to kolejna odsłona czarnego scenariusza, jaki uruchomi podporządkowanie się decyzji o zakazie organizowania imprez masowych.
Polski Związek Motorowy już odwołał mistrzostwa świata w SuperEnduro w Łodzi i mistrzostwa Europy na lodzie w Tomaszowie Mazowieckim, zrezygnowano też z rozegrania żużlowego meczu towarzyskiego Polska – Australia. Zaplanowane w kwietniu kolejki PGE Ekstraligi na pewno się nie odbędą, jeśli rząd utrzyma do tego czasu zakaz organizacji imprez masowych. Działacze żużlowej ekstraklasy już oswoili się z myślą, że trzeba je będzie być może przenieść na późniejszy termin. W rozmowach z prezesami klubów już otwarcie rozpatruje się też wariant rozpoczęcia rozgrywek dopiero w czerwcu.
PZMot nawet nie rozpatruje natomiast wariantu przeprowadzenia inaugurującego cykl Grand Prix majowego turnieju na Stadionie Narodowym w Warszawie bez widzów. Zorganizowanie tej impreza kosztuje kilka milionów złotych, a motorowego związku, chociaż należy do zamożnych, nie stać na taki hojny gest, a bez wpływów z biletów musiałby pokryć z własnego budżetu milionowe straty. „Gdyby na Narodowym był stały tor, to może od biedy moglibyśmy na coś takiego się szarpnąć, ale wobec konieczności zbudowania sztucznego toru koszty nas zwyczajnie przerastają. W najgorszym razie przełożymy zawody na inny termin” – twierdzi prezes PZMot Michał Sikora.

Hancock zrezygnował

Amerykański żużlowiec Greg Hancock, czterokrotny indywidualny mistrz świata, który w tym sezonie miał jeździć w Polsce barwach ROW Rybnik, nieoczekiwanie ogłosił zakończenie sportowej kariery.

Hancock nie startował od maja zeszłego roku, kiedy to zawiesił karierę żeby móc całkowicie poświęcić się opiece nad zmagającą się chorobą nowotworową żoną. Mimo pięćdziesiątki na karku rozważał jedna powrót na czarny tor i tej zimy w okresie transferowym w polskiej ekstraklasie żużlowej podpisał nawet wstępny kontrakt z ROW Rybnik, ale stawiał jednak sprawę jasno – ostateczną decyzję o powrocie na tor uzależnia od stanu zdrowia żony. „Szanujemy jego decyzję, a małżonce życzymy zdrowia” – skomentował sprawę prezes rybnickiego klubu Krzysztof Mrozek.
Amerykański gwiazdor speedway’a tak wyjaśnił powody, dla których zdecydował się wycofać z rywalizacji. „Przez te miesiące mojej nieobecności w żużlu miałem wiele czasu na refleksje. Ścigałem się na najwyższym poziomie, zdobyłem cztery tytuły indywidualnego mistrza świata, odniosłem sukcesy w rywalizacji parami i w drużynie, mogę zatem powiedzieć bez fałszywej skromności, że był to owocny okres w moim życiu. Ale ostatni rok, gdy opiekowałem się moją chora żoną i zajmowałem dziećmi, gruntownie zmienił moje życie i nadał mu nową perspektywę. Podjęcie decyzji było trudne, ale wiem, że dokonałem słusznego wyboru” – powiedział Hancock na łamach oficjalnej strony internetowej Międzynarodowej Federacji motocyklowej (FIM).
Mieszkający obecnie w Kalifornii żużlowiec chce pozostać przy żużlu. Nie powinien mieć z tym problemów, bo jest ikoną „czarnego sportu”. W cyklu Grand Prix startował od pierwszej edycji w 1995 roku. W sumie ścigał się w 218 turniejach tego prestiżowego cyklu, gromadząc w nich 2655 punktów w 1248 wyścigach. W zawodach Grand Prix wygrał 455 biegów i 92 razy jeździł w finałach. Po raz pierwszy mistrzem świata został w 1997 roku, a drugi tytuł wywalczył… 14 lat później. Dwa kolejne zdobył w 2014 i 2016 roku.