Tarcia w Premier League

Z pięciu najwyżej notowanych w rankingu UEFA lig piłkarskich najdłużej z przerwaniem rozgrywek zwlekała angielska Premier League. Zrobiła to dopiero 13 marca, po wykryciu koronawirusa u hiszpańskiego trenera Arsenalu Londyn, Mikela Artety. Nie minął nawet miesiąc, a pławiące się dotąd w dostatku angielskie kluby zaczynają lamentować, bowiem prognozy przewidują, że razie niedokończenia tego sezonu poniosą straty na poziomie 1,2 mld funtów.

Takie informacje wedle brytyjskich mediów pojawiły się podczas przeprowadzonej w minioną sobotę sobotniej wideokonferencji z udziałem wszystkich klubów Premier League. Władze najwyższej angielskiej klasy rozgrywkowej podały wyliczenia z których wynika, że jeśli sezonu nie uda się dokończyć, to wpływy z tytułu sprzedanych praw praw telewizyjnych od nadawców takich, jak Sky Sports, BT Sport i zagranicznych zostaną zredukowane o 762 miliony funtów. Dodatkowo przewiduje się, że kluby już straciły około 200 milionów funtów na sprzedaży biletów oraz 175 milionów funtów z powodu wstrzymania wypłat przez część sponsorów.
Łączna kwota jest na tyle pokaźna, że stanowi doskonały pretekst do szukania oszczędności. Menedżerowie z Premier League wybrali najprostsze rozwiązanie, wypraktykowane już w innych ligach, nie tylko piłkarskich, czyli zaproponowali obcięcie zarobków zawodników i kadry szkoleniowej o 30 procent. Ale ku swemu zaskoczeniu napotkali na twardy opór, bo zgodnie z dyrektywami FIFA i UEFA można taką operację przeprowadzić tylko za zgodą piłkarzy, zaś gracze zatrudnieni przez kluby Premier League na razie nie dają przyzwolenia na obniżenie swoich zarobków w czasie pandemii.
Piłkarze stawiają weto
Reprezentujące interesy zawodników Stowarzyszenie Zawodowych Piłkarzy w Anglii w oficjalnym oświadczeniu napisało: „Jesteśmy świadomi, jaka jest powszechna opinia. Wiemy też, że wielu uważa, iż to piłkarze powinni płacić ze swoich wynagrodzeń pracownikom klubów, ale my wychodzimy z założenia, że jeśli klub ma pieniądze, powinien normalnie wypłacać pensje”. Decyzja związku piłkarzy została ostro skrytykowana przez członków brytyjskiego rządu. Minister zdrowia Matt Hancock wezwał w czwartek piłkarzy klubów angielskiej ekstraklasy, aby włączyli się do walki z koronawirusem godząc się na obniżenie zarobków, bo uzyskane w ten sposób pieniądze mogłyby pomóc w pokonaniu pandemii. „Myślę, że każdy musi wziąć udział w tym narodowym wysiłku, a więc także zawodnicy Premier League” – stwierdził Hancock, przywołując przykład swoich kolegów z resortu, którzy poszli do pracy w szpitalu, zarazili się i zmarli. Z kolei przewodniczący komisji sportu Izby Gmin Julian Knight zaproponował obciążenie specjalnym podatkiem klubów Premier League, które obniżają zwykłym pracownikom zarobki, a jednocześnie wypłacają piłkarzom pełne wynagrodzenia, chociaż są to kwoty nieporównanie większe.
W wielu europejskich ligach, także tych z rankingowej czołówki, kluby nie miały takich problemów z uzyskaniem zgody swoich graczy na obniżenie wynagrodzeń. Także dlatego, że zaoszczędzone w ten sposób pieniądze są na ogół przeznaczane na utrzymanie poziomu płac zwykłym pracownikom, którym z powodu zawieszenia rozgrywek groziła utrata źródeł utrzymania. Najwyraźniej w Premier League takie poczucie solidarności nie występuje. A powinno, co trafnie zdefiniował znakomity argentyński piłkarz Carlos Tevez, przed laty zawodnik trzech angielskich zespołów – West Hamu (2006-2007), Manchesteru United (2007-2009) i Manchesteru City (2009-2013). „Piłkarze przeżyją sześć miesięcy czy rok bez pensji. Nie są w dramatycznej sytuacji, nie martwią się, za co utrzymają rodziny, nie muszą wychodzić o szóstej rano i wracać wieczorem, by móc nakarmić dzieci. Dlatego musimy być wdzięczni za to, jak wygląda nasze życie i być w stanie wczuć się w położenie innych. Mam nadzieję, że epidemia koronawirusa wszystkich nas zmieni na lepsze, że wszyscy wyjdziemy z niej cało i lepsi, niż byliśmy wcześniej” – powiedział Tevez.
Kluby wyciągają ręce po pomoc
Najbardziej zdumiewa jednak to, że niektóre z klubów Premier League chcą skorzystać z rządowej pomocy. FC Liverpool w sobotę poinformował, że wysyła niegrającą część personelu na urlop, co uprawnia te osoby do refundacji z państwowej kasy 80 procent ich pensji, do wysokości 2,5 tysiąca funtów miesięcznie, z programu pomocy przedsiębiorstwom. Pozostałe 20 procent miał dopłacić klub, co wywołało oburzenie, bo jeszcze sześć tygodni temu władze Liverpoolu podawały, że mają 533 milionów funtów rocznego obrotu i 42 mln funtów zysku, co daje ekipie „The Reds” siódme miejsce na liście najbogatszych klubów sportowych na świecie. Rządowa pomoc dla takiego giganta, w sytuacji gdy pensje zarabiających kosmiczne pieniądze piłkarzy nie są jeszcze obniżone, zażenowała byłych piłkarzy „Czerwonych Diabłów”, kibiców oraz dziennikarzy. Jamie Carragher, były kapitan Liverpoolu, napisał na Twitterze: „Juergen Klopp okazał współczucie wszystkim na początku pandemii. Starsi gracze mocno zaangażowali się w obniżkę pensji zawodników w Premier League. A potem cały wypracowany szacunek przepadł”. Zaprotestowały też stowarzyszenia kibiców „The Reds” apelując, że to wielki wstyd aby przedsiębiorstwo zarabiające miliony funtów w czasie wielkiego kryzysu naciągało budżet państwa. Poskutkowało – władze Liverpoolu wycofały się z tego pomysłu.
W imieniu zawodników odpór pretensjom próbował dać Wayne Rooney, były reprezentant Anglii, jeden z legendarnych graczy Manchesteru United, obecnie zaś klubowy kolega reprezentanta Polski Krystiana Bielika w II-ligowym Derby County. „Politycy atakując zawodników próbują odwrócić uwagę od swojej nieudolności w walce z pandemią. To co dzieje się teraz w naszym kraju, to wina haniebnych decyzji tego rządu. Ja jestem w takiej sytuacji, że mogę zrezygnować z części pensji, ale nie każdy z moich kolegów z boiska może sobie na to pozwolić. Dlaczego więc z nas próbuje się zrobić tych złych? – pyta Rooney. Jego głos, chociaż ma swoją wagę, nie powstrzyma jednak tego, co wydaje się nieuchronne, więc wkrótce także gracze Premier League dostaną po kieszeni. Na razie jednak żaden klub Premier League nie zredukował zarobków swoich piłkarzy. W Tottenhamie na obniżenie pensji o 20 procent dobrowolnie zgodził się prezes klubu Daniel Levy, a także część kadry kierowniczej. Z trenerów klubowych zgodę na coś takiego wyrazili tylko Eddie Howe z Bournemouth oraz Graham Potter z Brighton&Hove.
Jak podała telewizja Sky, kluby zweryfikowały swoje oczekiwania i rozmawiają teraz z zawodnikami o obniżeniu ich kontraktów o 25 procent, lecz tylko do czasu wznowienia rozgrywek, nawet przy pustych trybunach. Jeśli do tego dojdzie, otrzymają wówczas wyrównanie.
Walka idzie teraz o każdego funta
Dokonany tylko pobieżnie bilans strat jakie w wyniku epidemii koronawirusa doznały już kluby jest dla nich porażający. Nie notują przychodów z tzw. dni meczowych. Najwięcej za jedno spotkanie na własnych stadionach zarabiały Tottenham i Manchester United (po około 6 mln funtów), a w perspektywie grozi im jeszcze utrata wpływów z kontraktu telewizyjnego. Najwyższa klasa rozgrywkowa zostanie pozbawiona z tego tytułu aż 750 mln funtów, a w sumie wszystkie zespoły występujące w Premier League mogą stracić około 925 milionów funtów, zaś cała angielska piłka klubowa zubożeje o blisko 1,1 mld funtów. Epidemia koronawirusa wpłynęła również na sytuację finansową na giełdzie. Spadki notowąń najmocniej odczuł Manchester United, bo wartość akcji tego klubu spadła aż o 613 milionów funtów w ciągu ostatnich trzech tygodni.
Telewizja Sky Sports ma podpisany z Premier League trzyletni kontrakt, na podstawie którego płaci klubom 1,2 mld funtów rocznie. W nabytym pakiecie ma za to zagwarantowane 128 meczów „na żywo”. Drugi z kluczowych partnerów telewizyjnych, BT Sports, placi za sezon 325 mln funtów i za tę kwotę ma w pakiecie 52 transmisje. Do końca sezonu pozostały do rozegrania 92 mecze (25 procent).
Dynamika rozwoju pandemii na Wyspach Brytyjskich nie wróży jednak najlepiej klubom Premier League. Pojawia się coraz więcej sygnałów, że jednak rozgrywki nie zostaną wznowione, a mistrzowski tytuł zostanie przyznany Liverpoolowi. Nie będzie to żadne nadużycie, bo po 29 meczach Liverpool zajmuje 1. miejsce w tabeli mając 25 punktów przewagi nad drugim Manchesterem City, a drużynie prowadzonej przez Juergena Kloppa brakowało zaledwie dwóch zwycięstw do zdobycia mistrzostwa.